W sidłach Sefira

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł W sidłach Sefira
Podtytuł Powieść
Pochodzenie cykl W kraju Srebrnego Lwa
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1928
Druk Zakł. Graficzno-Wydawnicze Oświata w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Karol May
W sidłach Sefira
POWIEŚĆ
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo2.png


1928


WARSZAWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA
ORIENT  R.  D.  Z.  EAST
w Warszawie
17, Prosta, 17


Zakł. Graficzno-Wydawnicze Oświata
w Warszawie, Tłomackie 4.


W SIDŁACH SEFIRA

Pojechaliśmy dalej i po niecałej godzinie ujrzeliśmy przed sobą khan. Skierowaliśmy konie ku bramie. Gdy stanęliśmy przed dworem, pierwszy rzut oka przekonał nas, że karawana jest już na miejscu. Prócz niej znajdowały się tutaj liczne grupy pielgrzymów i „karawana śmierci“, której członkowie skromnie kryli się po kątach, bowiem transport ochmistrza dworu był tak wspaniale wyposażony, że nikt nie śmiał się zbliżyć do jego ludzi. Jednakże my wjechaliśmy bez żenady wprost między tłumy.
To niewymuszone zachowanie się wzbudziło niezadowolenie; pochwyciliśmy pomruki i zauważyliśmy nieprzyjazne spojrzenia, któremi jednak nie przejęliśmy się zbytnio.
Karawana składała się z dwunastu dobrze uzbrojonych jeźdźców, przybyłych na koniach, i z sześciu jucznych wielbłądów obładowanych wartościowemi pakami. Dobór koni świadczył o dostatku; jeden był prawdziwie pięknym okazem skrzyżowania arabskiej i turkmeńskiej rasy. Należał prawdopodobnie do Piszkhidmet-baszi i był ozdobiony bogatym rzędem ze srebra i platyny. Ten pokaz dobrobytu w tutejszych okolicznościach był rzeczą najmniej rozumną: pobudzał bowiem instynkty rabunkowe,
W cieniu namiotu rozpostarto kosztowny dywan, na którym rozpierał się ochmistrz dworu, paląc swój hukah — cybuch wodny.
Był to trzydziestoletni mężczyzna o czarnej brodzie, ubrany nad wyraz okazale, a to dla podkreślenia swego stanowiska. Strój miał haftowany w złote wzory; miękki szal kaszmirowy obejmował jego stan; czarna wysoka czapka była jedną z najdroższych, jakie kiedykolwiek widziałem, a broń połyskiwała od drogiej inkrustacji. Co za nieostrożność pośród ludności, która grabież uważała nie za zbrodnię, lecz za intratny sport! Podobnie, choć mniej okazale, byli ubrani jego towarzysze.
Na nasz widok pchnął jednego z nich z żądaniem, abyśmy się przed nim stawili.
— W jakim celu? — zapytałem.
— By powiedzieć pokornie, kim jesteście, i wykazać, że macie prawo znajdowania się w zaszczytnem sąsiedztwie jego osoby.
— Tak? Cóżto za jeden?
— Jest to Piszkhidmet-baszi Władcy Świata, i tytułuje się Aemin-i-Huzur[1].
Jegomość wyrzekł to w sposób tak uroczysty, a na twarzach otaczających go towarzyszów malowało się tyle namaszczenia, że musiałem odpowiedzieć tonem pogardliwym:
— Władcy Świata? Gdzież jest ten regent, co włada światem? Piszkhidmet-baszi? A więc urzędnik, wykonywujący zlecenia! Aemin-i-Huzur? A więc mąż czyjejś asysty, lecz nie mojej! Nie jestem niczyim sługą, jak on, jak więc możesz zalecać mi pokorę w jego pobliżu?
— A więc odmawiasz posłuszeństwa? — zapytał surowo.
Pah! Czy jestem kamerdynerem pod jego rozkazami? Czy jesteśmy w Persji? Wyście obcy; podobnie jak my, zawinęliście tutaj, aby wypocząć; mamy zatem równe prawa. Jest mi zupełnie obojętne, kim jesteście; cóż was obchodzi, kim my jesteśmy? Jeżeli zaś wasz Piszkhidmet baszi ma jakieś życzenie, niech przyjdzie do mnie, bo rozkazywać tutaj nie ma prawa!
— A więc nie chcesz udać się do niego? — zapytał tym samym, co i poprzednio, bezwzględnym tonem.
— Nie.
— Potrafimy cię zmusić!
— Spróbuj! Nazwałeś jego bliskość „zaszczytną”, ale my wiemy, że zaszczytu należy szukać w innem miejscu, niż wpobliżu osób, które nawet nie znają praw najzwyklejszej uprzejmości, obowiązującej najprostszego śmiertelnika.
— To jest obraza! Jeżeli dobrowolnie nie pójdziecie za nami, będziemy musieli użyć przemocy!
Usiadłem na ocembrowaniu studni, wziąłem do ręki sztuciec, wskazałem na sznur przewieszony opodal, na którym khandżi[2] porozwieszał cebule, i rzekłem:
— Spójrzcie na ten rząd bassal! Trafię pierwsze pięć z lewej strony. Uważajcie!
Dwór był szeroki, cebule wisiały w odległości około dziewięćdziesięciu kroków od nas; wystrzeliłem pięć razy i za każdym razem trafiłem we wskazany cel. Niektórzy Persowie po biegli do cebul — po powrocie potwierdzili ze zdumieniem, że trafiłem pięć razy bez ładowania, mimo że moja broń miała jedną tylko lufę.
— To czarodziejska broń — objaśnił Halef. — Ten wszechświatowej sławy emir i effendi strzela dziesięć tysięcy razy i więcej bez ładowania. Czem więc jesteście wobec nas?
Zrobił lekceważący ruch ręką. Dodałem spokojnym tonem:
— Chciałem wam tylko pokazać, co was czeka, jeśli poważycie się podnieść na nas rękę. Jest was dwunastu, i w dwunastu krótkich mgnieniach dwanaście kul z mej broni powali was na ziemię. A teraz róbcie, co wam się podoba!
W zakłopotaniu spoglądali jeden na drugiego. Mój sztuciec wypełnił, jak zwykle, swą powinność i nakazał Persom respekt. Najwyższy ochmistrz był, oczywiście, świadkiem zajścia i, tak samo stropiony jak towarzysze jego, zawołał do swych ludzi:
— Odejdźcie od niego! Z takimi gruboskórnymi ludźmi, jak ci dwaj, my, podróżnicy pozostający pod ochroną Wszechwładcy, nie powinniśmy przestawać. Urodzili się na najniższym szczeblu społeczeństwa i wychowali się w ciemnocie niewiedzy — dlatego też zachowują się jak ludzie nieokrzesani; ich towarzystwo plugawi. Gardzimy nimi!
Na te słowa podwładni jego natychmiast się cofnęli. Ale teraz wszedł w grę nowy czynnik, o którego istnieniu ochmistrz nie mógł nic wiedzieć: mój popędliwy i w sprawach honoru wysoce drażliwy Hadżi sądził, że obrazy wypowiedzianej przez ochmistrza nie powinien puścić płazem. Zeskoczył więc z ocembrowania, na którem siedział przy mnie, podbiegł do Persa i przemówił w gniewie:
— Coś ty powiedział? „Najniższy szczebel społeczeństwa i ciemnota niewiedzy“? Znasz, widzę, bardzo dokładnie ów szczebel i ową ciemnotę z własnego doświadczenia! Nam dwom są one jednak nieznane! Śmiałeś także przepuścić przez swe nigdy niewycierane wargi słowo pogardy? Kim jesteś, właściwie, że pozwalasz sobie mówić tym wysokim, lecz niebezpiecznym tonem? Pełzasz w przedpokoju swego pana, jak ordynarna sakkaja[3] po ziemnych norach; padasz przed nim na kolana i bijesz łbem o ziemię przed jego stopami. Jesteś fagasem kaprysów i niewolnikiem jego humorów. Strojów i broń, w których się puszysz, nie zdobyłeś jak mężczyzna o pełnym ho norze, lecz wyżebrałeś je, zlizując plwociny swego pana, jak miód. My natomiast jesteśmy wolni i niezależni. Robimy, co nam się podoba, i zginamy swe karki tylko przed Allahem, nigdy zaś przed żadnym z jego stworów, nawet wtedy, gdy ten każe się nazywać „władcą świata“. Kto zatem jest wyższy — ty, czy my? I komu należy się pogarda, która uraziła nasze uszy, — nam, czy tobie?
Mały, odważny zuch wyrzucił z siebie tę karcącą mowę z taką szybkością, że niepodobna było go zatrzymać; atoli, gdy zrobił pauzę, by złapać tchu, najwyższy ochmistrz wyrwał sztylet z za pasa i krzyknął wściekle:
— Milcz, psie! Jeżeli jeszcze jedno słowo powiesz, przebiję cię sztyletem albo każę dać baty, że ci skóra odskoczy!
Również ludzie jego przybrali groźną postawę; Hadżi jednak ani myślał spuszczać z tonu. Wskazał na mnie — trzymałem sztuciec wpogotowiu — i rozpoczął z głośnym śmiechem:
— Coś ty powiedział? Mnie przebić? Spójrz na mego effendiego! Zanim zamierzysz się swym sztyletem, jego kula przewierci ci brzuch. Mnie dać baty? Czy masz szpicrutę? Nie widzę żadnej! Spójrz, przy moim boku zato zawsze wisi kurbacz spleciony ze starannie powiązanych krokodylich rzemieni; rozmawiał z grzbietem już niejednego człowieka, który za wysoko zadzierał nosa, a któremu nasze razy przywracały pokorę i grzeczność. Nie sądź, że się was lękamy, dlatego że was jest dwunastu, a nas dwóch! Nigdy nie liczyliśmy naszych przeciwników — im więcej was, tem przyjemniej dla nas. Powiem ci, co gotowiśmy zrobić; mój effendi utrzyma was swoim sztućcem w szachu; każdego, kto podniesie rękę, postrzeli natychmiast; ja zaś biorę, jak widzisz, mój kurbacz do ręki i wytrzepię każdemu uszy, kto ośmieli się obrazić nas jednem choćby słowem. Nazwałeś mnie „psem”! Miej się na baczności i nie zmuszaj mnie do tego, abym ci pokazał, kto tutaj jest panem, a kto powinien być traktowany, jak pies!
Hadżi stał przed Persem, który zeskoczył ze swego dywanu, i potrząsał szpicrutą przed jego twarzą. Ochmistrz był, oczywiście, wściekły; w innych okolicznościach byłby się zachował inaczej. Ale widział dobrze lufę mojej broni wprost na siebie skierowaną — palec trzymałem na cynglu — i to go powstrzymywało od śmielszych gestów. Przypuszczał, być może, że moja groźna postawa nie jest dlań niebezpieczna, że przecież strzelać nie będę, ale między przypuszczeniem a pewno ścią jest duża różnica, on zaś nie był na tyle spokojny, aby różnicę tę ocenić. Widać było po nim, że szukał sposobu wyjścia z zatargu bez blamażu, i istotnie, pomógł mu fakt, który zaszedł niespodzianie:
Scena wzbudziła ciekawość i innych, obecnych w khanie, ludzi, którzy skupili się i obserwowali jej przebieg. Stał tu również khandżi z paru żołnierzami, przydzielonymi dla ochrony miejscowości. Jako pierwszy urzędnik miał obowiązek dbania o spokój i ład, wszakże zdawał się być leniwym i mało aktywnym człowiekiem, który bynajmniej nie zamierzał zająć się naszą sprawą. Żołnierze jego uśmiechali się z zadowoleniem — intermezzo bawiło ich; to była wesoła rozrywka w szarej nudzie codzienności. Podobnie zachowywali się pielgrzymi, członkowie „karawany śmierci“ i inni. Tylko jeden z nich zdawał się okazywać chęć wzięcia bezpośredniego udziału w rozprawie. Jego ostro wyciosana twarz, zagorzała od słońca, drgała wymownie i żywo; nie stał spokojnie, lecz poruszał się nieustannie, chcąc przyjrzeć się badawczo bądź mnie, bądź Halefowi. Widziałem, że coś go korciło i, rzeczywiście, na widok tchórzliwej chwiejności Persa przystąpił doń, skłonił się i rzekł:
Hazreti[4], wybacz, że się do ciebie zwracam. Mogę ci dostarczyć informacyj o tych dwóch ludziach.
— Kim jesteś? — zapytał Aemin-i-Huzur, jawnie uradowany tem nieoczekiwanem wyjściem z nader przykrej sytuacji.
— Byłem dzielnym wojownikiem Beduinów Obeidów, ale z winy tych dwóch, których oby Allah poszarpał, zostałem wyrzucony z plemienia i teraz muszę, żeby nie głodować, służyć obcym ludziom.
Twarz tego człowieka wydawała mi się znajoma, jednakże nie mogłem sobie uprzytomnić, gdzie i kiedy go widziałem; wtem Halef zbliżył się do mnie i rzekł szeptem:
— Sihdi, poznaję go; jest to jeden z dwóch szpiegów, których niegdyś ukaraliśmy hańbą, każąc im obciąć brody.
Wnet przypomniałem sobie tę historję — Halef miał rację. Obydwaj Beduini zostali dzięki tej karze zbezczeszczeni, i naskutek tego wyrzucono ich z plemienia. Teraz osobnik pochwycił nieoczekiwaną sposobność, aby wywrzeć swą zemstę. Nie zląkłem się jednak, ani ja, ani Hadżi. Mój mały Halef z uśmiechem zasiadł zpowrotem na ocembrowaniu studni.
Pers spoczął na dywanie, schował sztylet do pochwy, przybrał dostojną pozę i zwrócił się do byłego Obeidy:
— Opowiedz, co wiesz o nich! Jeżeli masz przeciw nim jakieś słuszne pretensje, jesteśmy gotowi ci pomóc.
— Pretensja moja jest nietylko słuszna, ale i krwawa, — zawołał ośmielony Beduin — gdyż hańba, jaką mnie okryli, może być zmazana jedynie krwią. Posłuchaj, o panie! Plemię Haddedihnów było przed laty w zatargu z Obeidami; przygotowaliśmy się do wojny, przyczem nasz szeik wysłał dwóch wywiadowców, aby wybadać zamiary Haddedihnów. Jednym z tych wywiadowców byłem ja. Allah chciał, żeby zdarzyło się nieszczęście; zostaliśmy ujęci i oddani starym kobietom poto, by nam obcięły brody. Przez to straciliśmy cześć i zostaliśmy wyrzuceni z naszego plemienia.
— Mówisz o sobie, chciałeś jednak mówić o nich!
— Wybacz! Zaraz wszystko wyjaśnię. Nie znałem jeszcze wówczas tych ludzi, ale później poznałem ich dobrze i wiele o nich słyszałem. Ten mały nazywa się Hadżi Halef Omar i jest szeikiem Haddedihnów...
— Czem są Haddedihnowie? Sunnici?
— Tak.
— A więc Allah ich i jego przeklnie i wyniszczy! Jak mógł przestąpić próg tego khanu, który został zbudowany wyłącznie dla wyznawców świętej Szyi? Skoro tylko pójdzie precz trzeba będzie to miejsce oczyścić z jego smrodu.
Allah, Wallah! Smród drugiego jest o wiele jeszcze gorszy!
— Jak to?
— Bo nie jest ani sunnitą, ani szyitą, i wogóle żadnym muzułmaninem.
— Czem więc? Czyżby przeklętym jehudim[5]?
— Nie, ale jeszcze gorzej, bo jest niewiernym nazranim[6]?
— Nazrani? — pochwycił Pers. — Czy to możliwe? Czy to do pomyślenia? Czy widziano kiedy tak straszliwe zbrukanie świętej drogi pielgrzymów? Co robić? Opamiętajcie się, ludzie! Bestja jest między nami, potwór ziejący ohydą! Rzućcie się na tego łotra, wynieście go precz, żywego lub martwego, poza wrota!
Halef znowu ujął szpicrutę i chciał zerwać się z ocembrowania, ale powstrzymałem go, mówiąc:
— Zostań! To staje się interesujące. Jestem ciekaw, czy odważą się targnąć na mnie.
Nie mieli odwagi; klęli i urągali na rozmaite sposoby, ale pozostali na miejscu. Obeida utwierdził ich w tej małodusznej postawie, zwróciwszy się do nich z ostrzeżeniem:
— Bądźcie ostrożni! Ten niewierny jest wam nieznany, ale ja go znam; słyszałem wszystko, co o nim opowiadają.
— Przeczysz sobie samemu! — rzucił ochmistrz. — Najpierw oskarżasz go, potem ostrzegasz nas przed nim!
— Bo nie chcę, abyście zostali pobici.
— Przewyższamy go siłą!
— Nie w walce! Jest mocny i zwinny, jak pantera, i powala lwa w nocy jedną jedyną kulą. Ta duża i ciężka broń, która leży obok niego, ma naboje lecące na odległość wielu dni drogi, a trafiają zawsze tego, w kogo wymierzone zostały. W walce wspomaga go szatan, jego sojusznik. A z tej małej broni może, nie ładując, strzelać tyle tysięcy i miljonów razy, ile zechce, bo broń ta sporządzona została w piekle, gdzie wszyscy jego przodkowie przebywają. W walce nie sprostacie mu — jeden jest tylko środek, którym, bez narażenia swego życia, można z nim skończyć: to podstęp!
Przy tych słowach omal nie wybuchnąłem śmiechem. Że w mojej obecności zalecał podstęp, było przecież wyraźnym dowodem tego, że sam, o tej „materji” nie ma pojęcia. Również i Pers był tego zdania; popatrzył nań ze zdziwieniem pokiwał głową i rzekł:
— Nie wolno nam atakować, mamy go wziąć podstępem? I mówisz to nam w jego obecności?
— Dlaczego nie? Wie przecież o wszystkiem czy słyszy, czy nie, bo jego przebiegłość przewyższa siłę jego ciała i niechybność jego broni.
— A więc mamy go pokonać podstępem? Czy nie chciałbyś nam poradzić, w jaki sposób, jakim to podstępem?
— To już wasza rzecz! Ostrzegłem was, a co do niego — zdradziłem wam jego tajemnicę; teraz możecie robić, co się wam podoba.
— Czuję, że sam masz stracha, i to wielkiego. Ale ja go się nie boję i wiem, co mam czynić!
To były tylko słowa; bał się mimo wszystko, bo zamiast przedsięwziąć przeciw mnie jakieś kroki, — czynne czy słowne — zwrócił się do stojącego wpobliżu khandżiego:
— Jesteś wyznaczonym przez paszę dozorcą khanu?
— Tak, hazreti, — skinął zapytany z uśmiechem zakłopotania.
Oczywiście, słyszał ostrzeżenia Obeida, naskutek czego bał się niezmiernie Halefa i mnie, tem bardziej, że z niepokojem myślał o zachodzącej konieczności wystąpienia przeciw nam w jakikolwiek sposób.
— Czy khan leży na drodze ku świętym miejscom wyznawców Szyi, przez Allaha miłowanych i błogosławionych? — pytał dalej Pers.
— Tak.
— Jest zatem przeznaczony tylko dla tych wiernych?
— Tak.
— A więc wstęp niewiernego musi być poczytywany za śmiertelną obrazę tego miejsca?
— Tak.
— Musisz zatem czuwać, aby khan odpowiadał przeznaczeniu, dla którego został zbudowany.
— Tak.
— I z całą surowością masz udaremniać wszelkie nieprawne i niegodne użytkowanie tego miejsca.
— Tak.
Niezwykłą przyjemność sprawiało mi to, że dobrze odżywiana, okrągła twarz khandżiego przy każdem „tak“ wydłużała się coraz bardziej. Jednakże Pers torturował go dalej:
— Słyszałeś, że pośród tych murów znajduje się chrześcijanin?
— Tak.
— A więc żądamy od ciebie natychmiastowego wykonania obowiązku! Obecność tego człowieka jest wołającą o pomstę do nieba zbrodnią przeciw Allahowi, przeciw prorokowi, przeciw przekazaniom islamu i wszystkim jego wyznawcom, tutaj się znajdującym. Żądamy jak najszybszej i jak najcięższej kary dla przestępców. Słyszysz? Jeżeli się zawahasz, co uważam za niemożliwe, zaskarżę cię przed naszym Wszechwładcą, który rozkaże padyszachowi, aby cię skazał na dziesięciokrotną chłostę i karę śmierci!
Gdy najwyższy ochmistrz skończył swą mowę oskarżycielską, twarz dozorcy khanu była tak wyciągnięta, że dalsze jej wydłużanie się, choćby o jeden muh-i-szutur[7], było niemożliwe. W tym samym stopniu urosło jego zafrasowanie i nie wiedział, co i jak począć. Wzbudziło to we mnie współczucie dla tego łagodnego, spokojnego człowieka. Zabrałem więc głos, zwracając się do niego:
— Podejdź bliżej do mnie, khandżi! Dotychczas słuchałeś innych, powinieneś więc poznać i nasze zdanie. Ale bądź grzeczny, inaczej broń nasza zostanie puszczona w ruch!
Miał takiego stracha, że o parę jedynie roków postąpił naprzód.
— Czy ten khan istotnie jest tylko dla wyznaców Szyi? — zapytałem.
— Tak — skinął.
— Dla innowierców jest zakazany?
— Tak.
— Czy jesteś szyitą?
— Nie.
— A twoi żołnierze?
— Też nie.
— Jednakże przebywacie tutaj? I to jako urzędnicy? Także i Obeida, który nas oskarżył, nie jest szyitą. Szanuję prawo, spodziewam się jednak, że inni je też uszanują. Jeżeli ten khan jest tylko dla szyitów, to wszyscy, którzy nimi nie są, muszą go natychmiast i na zawsze opuścić. Pakuj więc swoje i swych żołnierzy manatki. Skoro tylko wyjdziecie stąd, zabierając ze sobą Obeidę, — opuścimy natychmiast khan.
Z prawdziwą rozkoszą oglądałem twarz tego nieboraka, złamanego troską. Ciągnąłem dalej:
— Prócz tego uważam za konieczne, aby każdy, kto się podaje za szyitę, wykazał to legitymacją. Kto tego nie uczyni, musi również opuścić khan. Czy ludzie, którzy traktują nas tak wrogo, okazali ci swe legitymacje?
— Nie.
— A więc pokażę ci najpierw moje. Żądam jednak, abyś okazał względem nich cześć należną, przepisaną pod groźbą najsurowszej kary!
Po raz drugi już dzisiaj wyjmowałem z kieszeni dokumenty; rozwinąłem je i podałem dozorcy khanu. Było mi obojętne, czy umie czytać. Spojrzał na pieczęcie i krzyknął przerażony:
Maszallah! Bujurultu, jol teskeressi i nawet ferman, wszystkie z własnoręcznym podpisem Wielkorządcy, który jest ulubieńcem Allaha i całego nieba!
Przyłożył pieczęcie do czoła, ust i serca, i po trzykroć pochylił się głęboko prawie do ziemi. Potem zwrócił mi legitymacje. Wydobyłem jeszcze czwartą i ciągnąłem dalej:
— Ponieważ nasi przeciwnicy podają się za ludzi z Farsistanu, chcę ci dowieść, że i tam cieszymy się najwyższym szacunkiem i życzliwością. Najwyżsi dostojnicy muszą okazywać nam cześć jaką na podstawie tego oto pisma wymagać mamy prawo. Czy znasz perski język?
Przy tem zapytaniu podałem mu perski ferman.
— Czytać nie umiem — odrzekł tonem głębokiego poważania.
— A więc zawiadamiam cię, że ten ferman był przez Szach-in-Szacha własnoręcznie podpisany i przypieczętowany. Napis na pieczęci brzmi: „Skoro tylko ręka Nasr-ed-Dina pieczęci państwowej dotyka, głos sprawiedliwości napełnia świat od gór aż do wnętrza ziemi!“ Mam nadzieję, że uznasz, iż moją obecność tutaj opromienia zarówno przychylność Wielkorządcy, jak i szacha perskiego, powinieneś zatem stosownie zachować się względem nas. Nie jesteś perskim poddanym, możesz więc wyśmiać się z pogróżek, jakie ten domniemany Piszkhidmet-baszi wytoczył poprzednio. Natomiast moje świadectwo nietylko cię umocni na twem stanowisku, ale wyniesie jeszcze wyżej!
Mimo, że był Turkiem, okazał względem perskiego fermana tak samo wysoką część, i zwróci mi go z nabożną ostrożnością.
— Proszę cię pokornie, o ulubieńcze Wielkorządcy, abyś zeznał w Bagdadzie i Stambule, że nie uraziłem was ani miną, ani zgłoską, albowiem pierwsze spojrzenie rzucone na was powiedziało mi, że wszystkie fortece państwa stoją dla was otworem, — a więc i wrota tego khanu. Uważaj mnie za swego sługę! Jestem gotów wykonać natychmiast wszystkie twe rozkazy!
— Spodziewam się tego! Przedewszystkiem wymagam, aby i ci wrzekomi Persowie dowiedli że są Persami, a zwłaszcza szyitami. Myśmy się wylegitymowali; teraz kolej na nich!
— Masz słuszność. Oczekuję, by temu żądaniu uczynili zadość!
Odwrócił się ode mnie do ochmistrza. Temu ostatniemu mocno zaimponowałem moim perskim fermanem. Broń, poprzednio skierowaną przeciwko mnie, widział teraz w mojem ręku; zmieszany wyraz jego twarzy pozwalał mi przypuszczać, że nie był w stanie okazać żądanego dokumentu. Spróbował zamaskować to pewnym siebie tonem, zapytując wyniośle khandżiego:
— Czy to możliwe, abyś miał odwagę żądać ode mnie dokumentów? Byłeś dotychczas święcie przekonany, że jestem rzeczywiście Piszkhidmet-baszim Szacha perskiego, a tu naraz, naskutek słów tego obcego przybysza, żądasz ode mnie dowodów! Czy twoja godność muzułmanina jest tak słaba, że wystarczy lekkiego powiewu z kraju niewiernych, aby ją zdmuchnąć?
— Chodzi tutaj o moją godność urzędnika Wielkorządcy. Skoro ujrzałem Jego, przez Allaha błogosławioną pieczęć, muszę wypełnić obowiązek, nie pytając o wiarę i religję tego effendiego, który mi wykazał, że znajduje się pod szczególną pieczą Padyszacha. Rozpocząłeś z nim sprzeczkę, roszcząc sobie prawo rozkazywania. To prawo nie przysługuje ci nawet z tytułu Piszkhidmet-baszi, ale, że się za takiego podajesz, obowiązkiem moim jest zażądać od ciebie dowodów!
— Moi podwładni mogą zaświadczyć, kim jestem!
— Ich słowa nie są dla mnie miarodajne, bo ich nie znam. Jeżeli jesteś tak wielkim panem, że ciągle się obracasz w zaszczytnem otoczeniu Szachin-Szacha, musisz posiadać jakikolwiek jego podpis i pieczęć. Skoro ten obcy effendi posiada i jedno i drugie, jasnem jest, że tobie powinno być o wiele lżej podobne pełnomocnictwo od swego pana uzyskać.
— Nie prosiłem o nie, bo uważałem za zupełnie niemożliwe, aby ktoś śmiał wątpić o prawdziwości moich słów. Mam przy sobie listy mego Pana, które muszę doręczyć w miejscu świętem, i które z tego względu mogą być pokazane tylko temu, dla kogo są przeznaczone,
— To nie jest dostateczne! Sam mówiłeś, że tylko szyici mogą tu przebywać, i że każdy innowierca musi khan opuścić. Jeżeli mi nie udowodnisz, że jesteś wyznawcą Szyi, będę zmuszony, według twojej własnej woli, ciebie i twoich ludzi wydalić poza bramę khanu!
— Co za hańba — zawołał Pers — słuchać podobne brednie!
— Jesteś obcokrajowcem, który nie może się wylegitymować, musisz więc mi być posłuszny, jako dowódcy tego placu.
— A co będzie, jeżeli ci odmówię posłuszeństwa?
— Wtedy napiszę raport, który wyślę, gdzie należy, i przytrzymam was tutaj tak długo, dopóki nie nadejdzie odpowiedź.
— Nie pozwolimy się trzymać tutaj!
— Niech cię Allah uchowa przed zgubnym Oporem! Moi asaker[8] nie boją się was, a ten dobrze uzbrojony effendi ze swym dzielnym szei kiem Haddedihnów na pewno mi pomogą. Widzieliście, jak strzelać potrafi!
Ochmistrz spojrzał wokoło po swych ludziach wzrokiem pytającym; mieli teraz inne twarze niż poprzednio; pierwotny wyraz posłusznej gotowości zupełnie zniknął. Moja próba strzelania i przedłożone legitymacje wywarły pożądane wrażenie; khandżi miał humor, ochmistrz natomiast był strapiony. Mój mały dzielny Hadżi żartował — sięgnął do pasa po broń, i zapytał mnie tonem stanowczym:
— Naturalnie, zgadzasz się effendi? Czy mamy tym ludziom natychmiast pokazać, jak dwaj doświadczeni wojownicy radzą sobie, aby obezwładnić dwunastu przeciwników?
— Tak, zrobimy to, ale w inny sposób, niż sądzisz, — odrzekłem. — Właśnie dlatego, że nie jestem muzułmaninem, lecz chrześcijaninem, postaram się ten zatarg, za który nie ponoszę winy, rozwiązać pokojowo.
Zwróciłem się do khandżiego:
— Czy uznasz za wiarogodne, jeżeli ktoś, kogo znasz, da ci zapewnienie, że ten perski mirza jest, istotnie, Piszkhidmet-baszim szacha?
— Tak — odrzekł.
— Powiedz zatem, czy znasz mnie?
— Ciebie? Oczywiście! Okazałeś mi najwyższe dokumenty, dzięki którym poznałem cię tak dobrze, jakgdybym — wybacz mą śmiałość — od młodości przebywał w twojem towarzystwie.
— A więc uwierzysz moim słowom?
— Jak moim własnym!
— Dobrze, zapewniam cię więc, że ten mirza jest doprawdy tym, za kogo się podaje, i proszę cię, abyś mu pozwolił zabawić w khanie, jak długo mu się spodoba!
— Rzekłeś, i tak się stanie, effendi!
Maszallah! — krzyknął Halef. — Potwierdzasz obrazy, jakiemi nas uraczono, tą swoją wielką nieuzasadnioną dobrocią. Jak możesz pozbawić mnie przyjemności pokazania tym dwunastu osobnikom, że my dwaj, ty i ja, znaczymy o wiele więcej, niż oni wszyscy razem wzięci?
Odpowiedziałem mu tylko skinieniem na Persów i odrazu mnie zrozumiał. Oszołomiona mina ochmistrza sprawiła mi o wiele więcej przyjemności, niż ewentualne wykonanie zamiarów Halefa. Piszkhidmet-baszi wlepił we mnie oczy i wybełkotał, kiwając głową:
Allah akbar! — Bóg jest wielki! Jakże wielkie jest moje zdumienie!
— Nad czem? — zagadnął Halef ze śmiechem.
— Że chrześcijanin, niewierny, który widzi dzisiaj mnie po raz pierwszy, ośmiela się stwierdzać, że jestem odblaskiem Władcy!
— Jeżeli sądzisz, że to śmiałość, to jesteś w błędzie. Odblask ten jest na tobie tak bardzo wyraźny, że omyłka byłaby zupełnie wykluczona. Twoja twarz promienieje swą całą pełnią, i widzimy teraz, że jesteś zbyt mądry i wzniosły, abyśmy mogli powiedzieć ci to, co chcieliśmy ci donieść.
— Donieść? Mnie? Jak to rozumiesz?
— Że grozi wam wielkie niebezpieczeństwo, o którem nie mógłbyś nabrać pojęcia, gdybyś nie posiadał jasnowidzącej przenikliwości.
Pers musiał nareszcie wyczuć tkwiącą w tych słowach ironję. Ponieważ chodziło o przestrogę, udał, że ironji nie dostrzega, i wypytywał dalej:
— Mówisz o niebezpieczeństwie. Czy sądzisz, że coś nam grozi?
— Oczywiście! Powiedziałem wyraźnie, że grozi wam niebezpieczeństwo. Gdyby odnosiło się do nas, nie byłbym wspomniał ni słowem, bowiem niebezpieczeństwo jest powietrzem, którem oddychamy, i wodą, którą codziennie się pokrzepiamy. Kochamy niebezpieczeństwo i bez niego nie chcielibyśmy — nie moglibyśmy żyć; im większe jest, tem bardziej je kochamy. Wasze niebezpieczeństwo znamy dokładnie, gdyż przeżyliśmy je i pokazaliśmy przytem, że bawimy się niem, jak, mniej więcej, dwaj olbrzymi bawią się kartami.
Było pocieszne, że mały zuch porównywał się z olbrzymem; odzyskał całą swą wymowę, co mnie, jako Europejczyka, zastanawiało więcej, niż Persa, który uważał ten sposób mówienia Hadżiego za normalny, i w napięciu dopytywał się dalej:
— Nie wiem, co za niebezpieczeństwo może mi grozić. Pozostajemy pod pieczą Szach-in-Szacha i przekonany jestem, że nic nam nie może się zdarzyć.
— W Persji moglibyście o tej pieczy mówić ale nie tutaj. Widzieliście przed chwilą, jak znikoma jest moc szacha wobec naszej woli. Powiedz mi wreszcie, czy twój orszak ma jaką specjalną nazwę?
— Cóż za specjalną nazwę ma posiadać? Jest karawaną, jak wszelka inna.
— Mylisz się! Posiada nazwę określającą. Nadano mu ją bez twojej wiedzy.
— Jaka?
— Nazywają karawanę karwan-i-Piszkhidmet-baszi.
— Tę nazwę nadałeś jej sam w tej chwili!
— Nie. Znaliśmy ją na długo przedtem, nim cię spotkaliśmy. Wiedzieliśmy, że karwan-i-Piszkhidmet-baszi jest w drodze, że jest oczekiwana i, jak tylko spotkaliśmy się, poznaliśmy was odrazu. Dlatego tylko mój effendi mógł zaręczyć khandżiem, że jesteś wysokim ochmistrzem dworu.
— Sens twoich słów jest dla mnie ciemny. Powiadasz, że nasza karawana jest oczekiwana. Zapytuję, gdzie i przez kogo? Szykowaliśmy się do tej podróży w najgłębszej tajemnicy i wyruszyliśmy tak dyskretnie, że nikt o nas nic wiedzieć nie może.
— Allah zrządził, że są ludzie, mający oczy i uszy czujniejsze, niż ty zdajesz się posiadać. Wasze przygotowania były śledzone. Wiadomo, że załadowaliście kosztowne towary dla świętych miejsc. Na waszej drodze czatują rabusie, którym wasze przybycie zostało sygnalizowane. Macie być napadnięci i, jeśli nie słuchacie naszej przestrogi, narażacie nietylko własność Szach-in-Szacha, ale i — prawdopodobnie — własne życie.
Nie przerywałem Halefowi: czuł się panem sytuacji i tej tak wielkiej dlań rozkoszy nie chciałem mu zamącać. Rozumiało się samo przez się że za swe życzliwe rady spodziewał się wdzięcz ności i uznania. Ku memu zdumieniu, musiałem stwierdzić, że się pomyliłem. Gdy Hadżi zamilkł, ochmistrz popatrzył badawczo to na niego, to na mnie, wybuchnął krótkim, kpiącym śmiechem i rzekł:
Abarak Allah! — Chwała Bogu za to, że stworzył tak miłych i dobrych ludzi, jak wy! Jestem w najwyższym stopniu zdziwiony tem, że istnieją tak wspaniali, tak niezrównani ludzie! Patrzyliśmy na was zupełnie inaczej, tylko nie jak na przyjaciół, i w odpowiedzi na to troszczycie się o nasze dobro, o naszą całość! Miłością i dobrodziejstwem ociekają wasze wargi! Jest to możliwe tylko dlatego, że jeden z was jest chrześcijaninem, któremu wiara jego, jak słyszałem, nakazuje miłować swych wrogów. Tą nadludzką wiarą zawsze gardziłem i gardzę każdym, kto do niej należy. Macie więc do wyboru między moją pogardą a moim śmiechem; sądzę, że śmiech bardziej wam odpowiada. Bo śmieszne jest w najwyższym stopniu żądać ode mnie, abym wierzył temu, co przed chwilą powiedzieliście.
— Wątpisz o tem, co mówiłem w sprawie rabusiów? — zawołał Halef rozgniewany.
— O tem nie, wcale nie, ale osoby rabusiów są, prawdopodobnie, zupełnie inne, niż te, o których chcesz mnie przekonać. Mówiłeś o kosztownym ładunku tylko poto, aby się dowiedzieć, co zawiera. Nie potrzebuję mówić więcej — sam się domyślasz!
— Czy dobrze cię rozumiem? Chcesz powiedzieć, że my!..
Gniew Halefa był tak wielki, że nie mógł dokończyć zdania, i prawicą sięgnął po szpicrutę, aby przy jej pomocy zakończyć urwaną mowę. Powstrzymałem z mocą jego ramię i rzekłem:
— Żadnej nieostrożności, Halefie! Co ten człowiek myśli i mówi, jest nam zupełnie obojętne. Niech później stwierdzi z żalem, że popełnił największe głupstwo w swojem życiu. Skończyliśmy z nim. Chodź!
— Tak, jedziemy dalej, sihdi, — przytaknął mi. — Gorzko pożałuje później, że dzisiaj, jak zawsze, w całem swem życiu, nie miał więcej rozsądku, niż jego ojciec, dziadek i wszyscy przodkowie, którzy popełnili nieprzebaczalne głupstwo, przyjmując z rąk przeznaczenia takiego syna, wnuka i prawnuka. Oby Allah sprawił, aby szwy jego ciała i duszy pękły, jak stara wyszargana alduwan![9]
Na to zdrożne życzenie musiałem się głośno roześmiać. Pers zdobył się tylko na to, aby ku nam potrząsnąć obydwiema pięściami i w bezsilnej wściekłości zawołać:
— Tak, u wszystkich djabłów, idźcie stąd jak najprędzej i żebym was więcej nie widział. Poznałem dzisiaj jeszcze jednego chrześcijanina, ale i ten nie jest lepszy od wielu innych, których widziałem przedtem: Prawda to, co mówi stare perskie przysłowie: „kto spotyka Isewi, ten niech go odtrąci nogą, inaczej będzie pokutował w tem i tamtem życiu”.
Siedziałem już na koniu i już byłem się oddalił o parę kroków. Gdy jednak usłyszałem te słowa, cofnąłem się, podjechałem do niego i odparłem:
— Mógłbym ci dać pięścią po twarzy i nie miałbyś odwagi się bronić; nie uczynię tego, właśnie przez wzgląd na to, że jestem Isewi. Żądam od ciebie, abyś nie zapomniał swych ostatnich słów. Mamy nie pokazywać się wam więcej na oczy? Nie wyobrażasz sobie chyba, że się was boimy? To byłoby po tem, co się tutaj działo, czystym obłędem. Powiadam ci, że będziecie serdecznie uradowani i wdzięczni Allahowi, jak tylko ujrzycie nas ponownie. Wiem już teraz na pewno, że wkrótce się znów spotkamy i wtedy nie przyjdzie wam na myśl odtrącać nas nogą, lecz powitacie nas całem sercem i całą duszą. Zapamiętaj sobie tę przepowiednię — przypomnę ci ją!
Odjechaliśmy, nie zwracając uwagi na rzucane wślad za nami wyzwiska. Khandżi wraz ze swymi asaker podążył do bramy; dałem jemu i ludziom wyczekiwany bakszysz, za co skłonili się głęboko, życząc nam szczęścia na dalszej drodze.
Gwoli bezpieczeństwu i aby zmylić Persów na wypadek, gdyby chcieli zdradzić Sefirowi powzięty przez nas kierunek, pojechaliśmy drogą, wiodącą do khan Nasrijeh, tak daleko, jak oko ludzkie sięga, potem zawróciliśmy na lewo i nawprost, przez dzikie pole, ruszyliśmy ku Eufratowi.
Halef, swoim zwyczajem, przemyśliwał najpierw milcząc nasze ostatnie spotkanie; potem gdy wszystko dobrze rozważył, zapytał:
— Powiedziałeś temu najgłupszemu z perskich ochmistrzów, że nas wkrótce zobaczy. Czy to był tylko wybieg, czy też doprawdy sądzisz, że niezadługo znów się z nim spotkamy?
— Nietylko sądzę, ale jestem o tem przekonany,
— Czy wiadome ci już także miejsce tego rychłego spotkania?
— Nie, bo nie wiem, gdzie Sefir urządzi napaść na karawanę. Na drodze z khanu, którą właśnie opuściliśmy, do Hilleh — to się stać nie może, tem mniej wpobliżu świętych miejsc, a więc, najprawdopodobniej, tuż przed Hilleh, tam zaś miejscem najbardziej dogodnem jest plac rumowisk Babilonu. Gdy się zastanawiam nad tem, nietrudno mi odgadnąć, jak to się odbędzie.
— Wiesz, że mój umysł przywykł do długich i ciężkich prac. Rzeczy bystre, jak naprzykład rozwiązywanie zagadek, są dlań niedostępne. Dlatego proszę cię, nie trać czasu i odrazu mi powiedz, co twój umysł, który jest lotniejszy, niż mój, — wyrozumował!
— Wydaje mi się, że mój umysł, mimo że jest bystry, ma większą wartość, niż twój tak bardzo rozwlekły, kochany Halefie!
— Nie myl się, sihdi! Nie powierzam ci przecież mego wręcz przeciwnego poglądu, że mądrość rozwlekła jest przez to właśnie bardziej delikatna!
— Tę kwestję, chociaż jest bardzo ważna pozostawimy lepiej nierozstrzygniętą. Wiesz, że Sefir znajduje się w Hilleh. Peder-i-Baharat, którego spotkaliśmy, zastanie go tam i doniesie, że trzeba się spodziewać w najbliższym czasie przybycia karwan-i-Piszkhidmet basżi. Sefir, którego, sądzę, Persowie nie znają osobiście, postara się nadać swemu zetknięciu z ochmistrzem pozory przypadkowego spotkania, i pozyskać jego zaufanie. Nie wątpię, że mu się to uda, i wtedy ma karawanę w swych rękach. Potem skieruje ich na tę drogę, która będzie odpowiadać jego planom...
— Sihdi, — przerwał mi Halef — teraz twoja bystrość zbiegła się z moją rozwlekłością — rozumiem cię! Sefir stanie na czele karawany, aby ją poprowadzić ku zgubie,
— Nie, tego nie zrobi.
— Dlaczego?
— Jest, przypuszczalnie, za mądry.
— A więc uważasz moją uwagę za nietrafną?
— W żadnym razie, pomijając znowu niezwykłą rozwlekłość twego rozumowania. Musi się przecie później wydać, że karawana zaginęła. Gdyby się Sefir do niej przyłączył, pociągnię toby go do odpowiedzialności, a tego przecież powinien unikać.
— Słuchaj, sihdi, bystrość twego rozumowania jest wcale niezła! Ma swoje zalety, i jestem, jak widzisz, dość zdolny, aby się na niej wzorować.
— Dziękuję ci i mam nadzieję, że twoje zdolności w przyszłości się rozwiną! Przypuszczam więc, że napad nastąpi gdzieś koło placu rumowisk, niedaleko od tego miejsca, gdzieśmy zaskoczyli przemytników.
— Dlaczego tam?
— Bo w pobliżu znajduje się kryjówka, gdzie łup będzie prawdopodobnie, schowany. Jest nam obojętne, w jaki sposób karawana zostanie tam zwabiona. Ważne jest to, że ten plac jest celem naszej dzisiejszej podróży. Przybędziemy tam, mam nadzieję, jeszcze przed karawaną i zobaczymy ją, jak będzie stawiała opór Sefirowi.
— Tak, zobaczymy to, effendi. — dodał Halef podniecony — chociażby przez wzgląd na namiestnika.
— Conajmniej!
— Sprowadzimy doń Sefira, jako notorycznego zbója, przyłapanego na gorącym uczynku. Wtedy zobaczy, jak niewłaściwie nas potraktował i będzie zmuszony nas przeprosić.
— Jakże się cieszę! To będzie zwycięstwo, z którego będziemy mogli być dumni. Czy nie uważasz, sihdi?
— Nie mówmy jeszcze nic o dumie. Zamiar nasz jest dobry, ale między nim i wykonaniem jest jeszcze wielka odległość.
— Nawet Eufrat leży pośrodku! Nie?
— Tak.
— Aby dostać się do ruin, musimy przejść na prawy brzeg. Do Hilleh, gdzie jest most, nie możemy wracać. Jak przeprawimy się na drugą stronę?
— Zapewne znajdziemy trochę chróstu albo innego materjału na budowę tratwy. Jeżeli to się nie uda — ruszamy wpław.
— Czy wiesz, jak szeroka jest rzeka w tem miejscu?
— Z pewnością przeszło trzysta amtahr[10].
— To dużo, bardzo dużo!
— Toć jesteś dobrym pływakiem!
— O, jeśli o to chodzi, nie lękam się wcale Ale na takiej przestrzeni zmoknie nam wszystko to, co powinno być suche.
— Są środki, aby tego uniknąć. Musimy się śpieszyć, aby móc nad rzeką poszukać materjału na budowę tratwy.
— Byłoby najlepiej, gdyby się nam udało spotkać tratwę albo łódź, której właściciel chciałby nas przewieźć.
— Nie myśl o takiej sposobności. Musimy unikać wszelkich spotkań, gdyż każdy napotkany człowiek może być wspólnikiem Sefira, który go nie omieszka zawiadomić, że nie pojechaliśmy do Bagdadu. Słyszałeś, że w dwóch godzinach od Hilleh znajduje się jego kryjówka. Nie wolno nam jednakże zapominać, że członkowie jego bandy nie zawsze tam siedzą, lecz, napewno, patrolują wzdłuż brzegów rzeki. Jak tylko nas zauważą idę o zakład, dziesięć przeciw jednemu, — cały nasz plan weźmie w łeb!
Droga do Eufratu nie miała nic osobliwego, Teren, pozbawiony wyżyn, był zorany błotnistemi brózdami. Gdy radosne parskanie naszych koni obwieściło bliskość wody, zsiedliśmy i resztę drogi, aby nie być zauważonym, odbyliśmy pieszo. Halef wraz z końmi ukrył się w głębszej rozpadlinie, podczas gdy ja zbliżyłem się ostrożnie do brzegu, aby zbadać teren i okolicę. Nie było widać żywej duszy. Słońce było już bardzo nisko; gdy spojrzałem na jego skośne promienie, padające na rzekę, pod ostrym kątem, zabolały mnie oczy. Ucieszył mnie widok masy tamaryszkowego chróstu, tuż nad wodą, który pozwalał przeprawić w suchym stanie, jeżeli nie nas samych, to nasze narzędzia i broń. Sprowadziłem Halefa i, oporządziwszy konie, zabraliśmy się do nacinania — chróstu i wiązania snopków.
Niestety tarfa[11] rosła tutaj wątła, grubości mniejszej, niż palec. O tratwie, która mogłaby nas udźwignąć, nie było mowy. Słońce zaszło, zapadł wieczór, zanim mogliśmy naładować nasze rzeczy na kruchą plecionkę z powiązanych snopków, Sterowanie tą tratwą przypadło w udziale Kalefowi, który, płynąc, miał ją popychać przed siebie; mojem zadaniem było prowadzenie koni; zrobiłem pętlę z wydłużonych cugli i nadziałem ją na ramię. Prowadząc w ten sposób ogiery, zanurzyłem się w wodę; podążyły za mną posłusznie i chętnie. Szlachetny koń Dżesireh nie boi się — wody.
W innych okolicznościach mrok wieczorny nie byłby wielką przyjemnością, ale teraz, przez wzgląd na nasze bezpieczeństwo, światło dzienne mogłoby się okazać zgubnem. Chłód rzeki orzeź wił nas i nasze wierzchowce; płynęliśmy wygodnie i, gdy stanęliśmy na przeciwnym brzegu, byliśmy tak mało zmęczeni, że Halef zawołał:
— Ależ to nie była żadna praca, lecz kąpiel, sihdi! Jestem jak nowo narodzony!
— Mam nadzieję, że dla powierzonych ci rzeczy to nie było kąpielą!
— O, nie! Strzegłem je własnemi oczyma. Zabieramy rzeczy i puszczamy tratwę z prądem — niech płynie, gdzie chce!
— Nie. Przymocujemy ją do brzegu.
— Poco?
— Bo może nas zdradzić.
— Zdradzić? Nie bierz mi moich słów za złe, ale ostrożnością przesadzasz! Nawet gdyby ludzie Sefira natknęli się na tę tratwę, nie przyszłoby im do głowy, że to myśmy się nią posługiwali.
— Myśli są nieobliczalne. Miljonom ludzi przychodziły na myśl niemożliwości, a tu mamy do czynienia z czemś bardzo możliwem. W naszem położeniu nie możemy być zbyt ostrożni. Czy zapomniałeś o upomnieniu, jakie w imię twojej Hanneh skierowywać powinieniem do ciebie w wypadkach niezwykłych.
— Życzenia mojej Hanneh, która jest różą wszelkich roślin i kwiatem władztwa ziemskiego, mam zawsze w pamięci, — tego możesz być pewien. Ba, jestem nawet przekonany, że mniej myślisz o swojej Dżaneh, niż ja — o pięknej pani mego małżeńskiego namiotu. Ale powiedz-no, coby zostało z naszych wielkich i mocnych przeżyć, gdybyś ty, ze swoją przesadną ostrożnością, odżegnywał wszystkie przygody, które nam się nadarzają! Zechciej z łaski swojej spojrzeć wstecz na stulecia i tysiąclecia historji powszechnej. Iluż to było sławnych sułtanów, cesarzy, królów, kalifów, szeików i bohaterów! Ilość ich niezliczona. Gdyby ci wszyscy mężowie byli tak ostrożni, jak ty, nie mielibyśmy żadnej historji powszechnej, wogóle nic nie byłoby się działo, i tam, gdzie te raz jaśnieją sławy, byłoby tak ciemno, jak w żołądku u kozy, albo w bucie, włożonym na nogę...
— Jeżeli nie jest podarty! — wtrąciłem.
— Proszę cię effendi — nie mów tak! Jeżeli daję porównania, aby coś zobrazować, — są bez zarzutu; a więc i ten but nie jest podarty, ale taki, którego włożyć nie byłbym się wstydził.
— Zatem włóż go jaknajprędzej, bo musimy się śpieszyć! Nie przeszliśmy Eufratu poto, aby się zabawiać rozmowami o obuwiu i kozich żołądkach. Musimy pędzić, by dziś jeszcze stanąć w Birs Nimrud.
— Czy nie sądzisz, że powinniśmy przedtem odkryć tutejszą kryjówkę Sefira?
— Byłbym to sam zaproponował, gdyby miejsce było lepiej nam znane. A musielibyśmy zbadać, i to z trudem cały brzeg, stracilibyśmy za wiele czasu. Gdyby zaszła konieczność wykrycia kryjówki — poszukamy jej później. Narazie jedziemy dalej.
Mówiąc tak półgłosem, osiodłaliśmy konie i usunęliśmy z rzeki wszelkie ślady. Wnet ruszyliśmy w kierunku południowym. Stroniąc od brzegu, aby tętent koni nie rozlegał się zbyt donośnie, zboczyliśmy na prawo — nie wiedzieliśmy jednak na jaką odległość, bo było jeszcze ciemno i zakręty Eufratu nie były nam znane.
Po paru chwilach jazdy zauważyliśmy po lewej stronie bardzo nikły, niemniej dostrzegalny blask, który mógł pochodzić tylko od ognia. Zatrzymaliśmy się i Halef rzekł:
— Sihdi, zdaje mi się, że tam właśnie mieści się kryjówka. Brzeg, nad którym pali się ogień, leży niżej poziomu — dlatego widzimy tylko odblask, a nie ogień. Czy nie mam racji?
— Możliwe, że tak — odrzekłem.
— Czy wyśledzimy, kto się tam znajduje?
— My? Dla zwiadów wystarczy jeden,
— Ja czy ty?
— Oczywiście ja,
— Allah! Dlaczego zawsze tobie ma przypadać chwała odkryć! Znam cię za dobrze, aby sądzić, że nie masz do mnie zaufania. Zapewne znów wsiądziesz na swego konika i zaczniesz zalecać mi ostrożność?
— To uczynię w każdym razie.
— A wiesz przecież, jak bardzo to mnie trapi! Być może dawniej, w czasie, kiedy mnie dopiero poznawałeś, byłem trochę oporny i może nierozważny — wina to mojej młodości! Ale już przeszło. Teraz jestem posiadaczem haremu z najpiękniejszą żoną świata i mam nawet syna, który wychowuje się zgodnie z zasadami mojej wiedzy. Jeżeli mimo to uważasz mnie jeszcze za nierozważnego — jest to dla mnie obrazą, na którą każdemu, prócz ciebie, odpowiedzieć powinienem moją szpicrutą.
— Słuchaj kochany Halefie, ta twoja samoobrona przemawia nie za tobą, lecz przeciw tobie.
— Jakto?
— Że i teraz wspominasz o szpicrucie, kiedy prócz nas dwuch niema nikogo, stanowi niezbity dowód, że i teraz nie umiesz panować nad sobą. Czy mogę powierzyć ci zadanie wymagające niezachwianego spokoju, zimnej krwi i przytomności, których najmniejszy opór nie byłby w stanie zakłócić?
— Tak, to wszystko co mówisz, brzmi tak, jak gdybyś miał najsłuszniejsze prawo mówić do mnie w ten sposób! Ale przekonaj się raz nareszcie drogą czynu.
— Tego już próbowałem.
— Jak gdzie i kiedy?
— I ty pytasz jeszcze?
— Tak.
— Nie żądaj odemnie przykładów — sprawiłyby ci przykrość! Gdybym pozwolił ci teraz udać się samemu, byłbyś nas prawdopodobnie zdradził, albo zgoła naraził na dostanie się do niewoli.
Kochany, mały zuch poczuł się tą uwagą tak boleśnie dotknięty, że, prawie płacząc, jął błagać:
— Sihdi, pogrążasz moją duszę w największą głębię udręki. Nie chcę ci niczego wyrzucać ani wypominać, ile razy za ciebie walczyłem i cierpiałem, nie chcę też powtarzać, że i teraz jestem gotów oddać moje życie i wszystko, co posiadam. Jak możesz mnie w ten sposób dręczyć? Czy chcesz się obciążyć grzechem niewdzięczności? Jest to plama, której żadnem myciem zmazać nie można!
— Kochany Halefie, widzę się zmuszonym powtórzyć dokładnie to samo, coś ty przed chwilą wytoczył przeciwko mnie: mowa twoja brzmi tak, jak gdybyś miał najsłuszniejsze prawo mówić do mnie w ten sposób!
— Bo to prawda, effendi, święta prawda!
— Nie!
— Proszę cię bez kłótni, zaufaj mi tym razem! Żądam i wymagam, jako dowodu twej przyjaźni, abyś mi pozwolił wyśledzić, co za ludzie są tam, przy ogniu!
Co mogłem przeciwstawić takim naleganiom? Czułem, że obowiązkiem moim jest odrzucić jego prośbę, gdyż znałem go za dobrze, aby bez skrupułów pozwolić mu pójść na zwiady. Jednakże nie czułem się na siłach odmówić jego życzeniu, wiedząc jaką mu to sprawi boleść. Wykorzystał moją chwiejność, aby odkryć swój najmocniejszy atut.
— Powiadam ci sihdi, że będę uważał za obrazę, jeżeli i tym razem, jak już wielokrotnie przedtem, zechcesz traktować mnie jak chłopca, który jest do niczego! Czy ja, najwyższy szeik Haddedihnów z wielkiego plemienia Szammar mam wiecznie latać za tobą w tyle, jak pies za swym panem?
— Nie,
— Traktujesz mnie tak, jakby to właśnie, a nie co innego, było twoim zamiarem!
— Pomyśl, co to znaczy wyśledzić i podpatrzyć liczną klikę podstępnych wrogów!
— Czy sądzisz, że nie potrafię?
— Tak, zdaje mi się.
— A więc obrażasz siebie samego, bo w tropieniu byłeś moim nauczycielem, a jeśli się niczego nie nauczyłem, zważywszy, że nie jestem przecież zupełnie niezdolny, cała wina spada na ciebie.
— Dziękuję ci, drogi Halefie! — roześmiałem się.
— Nie śmiej się, mówię poważnie! Zresztą mogę zaniechać tropienia i obserwacji. Chcę tylko wybadać, co to za ludzie. Udaję się tam, podpełznę do ogniska na taką odległość, abym mógł ich zobaczyć i wracam natychmiast! Przecież to takie łatwe, że wstyd mi poprostu, a jeżeli i temu się sprzeciwisz — doprawdy nie wiem co, o tobie myśleć!
— Dobrze, zabieram cię z sobą!
— Zabierasz ze sobą? — uniósł się. — O tem nie było mowy. Sam mówiłeś, ze jeden wystarczy, a teraz mówisz o zabieraniu z sobą! Nie, chcę opowiedzieć mojej Hanneh, kobiecie najbardziej niezrównanej pośród kobiet świata, że i ja kiedyś dokonałem czegoś sam jeden. Czy mogę wyruszyć, i to sam?
— Zmuszasz mnie do powiedzenia: tak — daj więc wyraz swej odwadze.
— To żadna odwaga!
— A jednak! Właśnie to, że nie uważasz tego za odwagę, winno mnie skłonić do cofnięcia pozwolenia. Zanim jednak pójdziesz, musimy porobić odpowiednie przygotowania.
— Przygotowania? — zapytał zdziwiony,
— Tak.
— Poco, naco?
— Ażeby zapobiec nieostrożnościom i błędom. Zabierasz z sobą tylko nóż, zostawiasz tutaj wszelką inną broń, jak również szpicrutę, która większą szkodę wyrządzić może, niż proch i ołów.
— Sihdi, co ze mną robisz!
— Ależ nic.
— Dużo, bardzo dużo! W tym wypadku gdybym się musiał bronić, potrzebna mi będzie, broń!
— Takich wypadków powinieneś unikać. Po wiedziałeś, że idziesz i natychmiast wracasz — do tego nie potrzeba ci broni ani szpicruty. Żeby jednak, na wypadek nieprzewidziany i ostateczny, być gotowym do samoobrony zabierasz z sobą nóż. To dosyć.
— Dosyć! A jeżeli mnie obskoczy dwudziestu albo trzydziestu chłopów — wylamentował.
— To się nie powinno stać,
— A jeżeli się stanie?
— Ach, tak! Widzę, że nie wolno mi cię puścić, skoro już teraz, zanim zrobiłeś krok, mówisz o dwudziestu albo trzydziestu chłopach, z którymi masz nadzieję się zmagać!
— Stój! Zgadzam się! Zostawię nawet nóż, jeśli tego zażądasz!
— Zachowaj go. Teraz musimy się rozejrzeć za schroniskiem dla koni.
— Poco?
— Żeby ich nikt nie mógł znaleźć, gdyby nas ścigano.
— Przecież zostajesz tutaj!
— Tak właściwie powinno być, ale mam w rażenie, że będę zmuszony je opuścić, aby udać się za tobą.
— To wrażenie myli cię, sihdi.
— Miejmy nadzieję! Jestem jednak ostrożny, mimo, że robisz mi z tego zarzut, i przewiduję wszystko. Jeżeli stanie ci się coś nieoczekiwanego, co ci uniemożliwi powrót, będę zmuszony wyjść na poszukiwania...
— To nie będzie konieczne! — przerwał.
— Poczekaj! Jeżeli w tym wypadku opuszczę konie, muszę je ukryć w pewnem miejscu, gdzie, przynajmniej zdaleka, nie byłyby widoczne.
— Nie będę się z tobą spierał, bo to bezcelowe Musisz wytrwać w swojem!
— Niestety nie! Nie chciałem cię puścić a jednak przemogłeś mnie!
— Z tego się cieszę! Ale gdzie w tej ciemni szukać schroniska dla koni?
— Już mam.
— Gdzie?
— Ostatnia, głęboka rozpadlina, przez którą wczoraj przejeżdżaliśmy. Tam nie będzie można ich znaleźć, nawet w dzień, chyba, że jakiś niefortunny przypadek sprowadzi kogoś w pobliże. Wracamy tam. Jazda!
Zawróciliśmy i, po pięciu minutach jazdy, znaleźliśmy się w rzeczonej rozpadlinie. Światło gwiazd dzięki któremu zauważyliśmy ją poprzednio, było nam pomocne i teraz. Gdy Halef złożył wszystko, jak było umówione, ruszyliśmy w drogę powrotną. Blask ogniska był widoczny i stąd, ale tylko dlatego, że byliśmy już o niem uprzedzeni.
— Potrzeba ci około pół godziny, aby dotrzeć do ogniska — rzekłem. — Drogę powrotną zrobisz na pewno prędzej. Liczę więc razem na całą wyprawę, półtory godziny, najwyżej! Rozumiesz? Musimy stanąć u ruin przed przybyciem Persów, zatem czas ten jest prawdziwą wiecznością. Więcej nie mogę ci udzielić!
— Nie trzeba mi tak dużo!
— A jednak! Musisz czołgać się ostrożnie — to wymaga czasu. Parę chwil musisz zabawić tam, chociaż zabraniam ci posuwać się daleko, aby ludzi nie płoszyć. To byłoby dla ciebie zbyt niebezpieczne.
— Dlaczego dla mnie? Jestem przekonany, że zrobię to równie dobrze, jak ty.
— Słuchaj, nie zmuszaj mnie w ostatniej chwili do zatrzymania cię w miejscu! Wiesz co, myślę, a wykazujesz pewność siebie, która mnie niepokoi!
— O, sihdi, jakże mi trudno porozumieć się z tobą! Czego jeszcze zażądasz odemnie!
— Niewiele. Czy przyrzekasz mi być tak ostrożnym, jak sobie tego życzę?
— Tak
— Zbliżyć się do tych ludzi na taką tylko odległość, abyś ich mógł policzyć?
— Nie płoszyć ich?
— Tak.
— Powrócić natychmiast?
— Nie wdawać się w żadną walkę, ani bójkę, lecz cofnąć się, jak tylko cię zauważą?
— Tak.
— Czy trafisz bez trudu z powrotem?
— Effendi, toć powiedziałem, że nie jestem chłopcem! Umiem się jeszcze orjentować!
— Tak. Ale przedtem muszę ci powiedzieć, co następuje: zmusiłeś mnie formalnie do powierzenia ci tej sprawy. Robię to niechętnie, bo przewiduję coś niepomyślnego, a my właśnie teraz mamy doniosłą rzecz do wykonania. Jeżeli nie będziesz ostrożny i z własnej winy dostaniesz się w opały, które ci przeszkodzą albo uniemożliwią wypełnienie swego zadania — tracisz na zawsze moje zaufanie i nigdy nie wymożesz na mnie podobnego zlecenia!
— Sihdi. Co ty sobie o mnie myślisz, skoro mówisz do mnie w ten sposób! Gdyby to słyszała Hanneh, perła pośród klejnotów ziemi i oceanu, musiałaby mnie uważać za nicponia, jakkolwiek jest przekonana o mojej dzielności nie mniejszej niż o dzielności każdego człowieka i bohatera. Odchodzę i wracam wkrótce bez szwanku. Allah z tobą!
— Chcę, aby Allah raczej towarzyszył tobie! — odrzekłem. Oddalił się i kroki jego wkrótce zamilkły. Są głupstwa, których popełnienie człowiek stwierdza bądź po pewnym czasie, bądź bezzwłocznie. Do tej ostatniej kategorji, należało to, czego dopuściłem się teraz. Ledwo Halef zniknął, już byłbym go przywołał zpowrotem i dobrzeby się stało dla niego i dla mnie. Zanadto go lubiłem, aby mu sprawić tę przykrość tem większą, że był już na drodze do swego celu. Zszedłem do rozpadliny i usiadłem obok koni.
Po dokonaniu czegoś, czegoby się chętnie unikało, człowiek doznaje uczucia niedomagania, które nietylko gnębi ducha, ale i ogarnia ciało. Tak przynajmniej dzieje się ze mną. Siedziałem w skupieniu na dnie rozpadliny i było mi tak, jakgdybym zjadł coś niestrawnego. Znam ludzi, którzy utrzymują, że dusza ludzka w momencie śmierci rozstaje się z ciałem w okolicy Plexus Solaris i że głównie ów Plexus jest w najściślejszym związku z życiem duchowem. Nie miałem sposobności, ani czasu dyskutować z kimkolwiek na ten temat, ale, jako człowiek uczciwy, muszą wyznać, że to przykre uczucie, będące skutkiem popełnionego głupstwa, powstawało zawsze w tem miejscu ciała, które jest siedliskiem Plexus Solaris. Odczuwałem i teraz jakieś niezadowolenie i nie mogłem, niestety, przekonać samego siebie, że uczucie to jest niesłuszne. Słowem byłem z siebie wysoce niezadowolony. Siedziałem kwadrans, pół godziny godziną. Powróciłem na górę i usiadłem znowuż. Ogień palił się jeszcze, bo dostrzegałem odblaski. Gdyby Halef był zauważony — ogień zgaszonoby natychmiast. Ta myśl uspokoiła mnie. Ale upłynęło jeszcze pół godziny i jeszcze kwadrans, a Halef nie wracał. Czyżby po szczęśliwem przeprowadzeniu badań, nie zdołał trafić z powrotem do naszej placówki, gdzie go oczekiwałem? A przecie wiedziałem, że posiada dobry zmysł obserwacyjny!
Gdy jednak przeszło jeszcze pół godziny, zacząłem się mocno niepokoić, czując, że obowiązkiem moim jest wszczęcie poszukiwań. Nie pozostawało mi nic innego, jak wyruszenie w kierunku ogniska. Szukać go gdzieindziej, albo nawoływać za nim byłoby dalszym ciągiem popełnionego błędu. Musiałem zdwoić ostrożność, z jaką zwykłem dokonywać mych badań, jeśli bowiem Halef został zauważony i ujęty, to, najprawdopodobniej przez ludzi Sefira, którzy, poznawszy Halefa, musieli przecież wywnioskować, że i ja znajduję się gdzieś w pobliżu, co powinno było ich skłonić do odszukania mojej osoby,
Przedewszystkiem musiałem zrobić wszystko, co było w mojej mocy, dla bezpieczeństwa koni. Można było przypuszczać, że w ciągu nocy nie grozi im nic, ale nie było wykluczone, że dzień zastanie mnie zdala od nich, a wtedy tym bezcennym zwierzętom mogłoby się coś stać, nie mówiąc już o naszej kosztownej broni. Albowiem, rzecz zrozumiała, nie zabierałem z sobą mego oręża. Jeżeli Halefowi stało się nieszczęście, to i ja szedłem na niepewne, na co nie wolno mi było narażać mego największego majątku. Zważywszy ogromną wartość koni i narzędzi, nic, sądziłem, nie będzie w stanie w przyszłości powstrzymać mnie od powrotu na to miejsce w czasie właściwym. Zszedłem więc znowu nadół, zawinąłem w nasze koce wszystko, co postanowiłem zostawić, przywiązałem konie do kołków, głęboko wbitych w ziemię, i zostawiłem sobie tylko nóż za pasem. Pogłaskawszy nasze ogiery i rzuciwszy im na pożegnanie słówko „szusz[12], nabrałem pewności, że zachowają swą pozycję aż do naszego powrotu i że przeciw każdemu intruzowi będą się bronić zębami i kopytami. Potem ruszyłem w drogę, która jak sobie uświadomiłem, mogła się stać dla mnie wysoce niebezpieczną.
Właściwie nie miałem pewności co do ludzi, którzy znajdowali się przy ognisku. Są jednak myśli, które od chwili swego powstania, mają tak wielką siłę przekonywującą, że nie mogą ulegać wątpliwości. Można je nazwać przypuszczeniem czy też inaczej; udzielają się człowiekowi jak depesze, twierdząc o dokonanych i niewątpliwych aktach i są przezeń przyjmowane, jako prawdy. Doświadczałem tego nieraz i nigdy nie popadałem w błąd, dając wiarę podobnym, powiedzmy, inspiracjom. Tak też i obecnie byłem mocno przekonany, jakbym posiadał na to dowody, że mam do czynienia z kryjówką Sefira i że wypadnie mi zetknąć się, jeżeli nie z samym Sefirem, to z jego kompanami. Byłem przeświadczony, że grozi mi niebezpieczeństwo i uważałem za rzecz naturalną spotkanie w walce, ale nie porażkę. Z tej poczęści przyczyny stosunkowo niewielki był frasunek, jaki mi sprawiała rozłąka z końmi i bronią.
Blask bijący od ognia wzmagał się w miarę mego zbliżania się. Posuwałem się ku niemu po linji prostej i musiałbym Halefa zobaczyć, gdyby na swej drodze powrotnej kierował się tą samą linją prostą. Skradałem się chyłkiem i unikałem wszelkiego szmeru, bacząc przytem uważnie na prawo i lewo, aby pochwycić jego kroki na wypadek, gdyby w drodze powrotnej zboczył z prostej linji. Jednakże to obserwowanie nie dało żadnych wyników.
Kiedy znalazłem się o sto kroków od celu, ległem na ziemi i jąłem się czołgać, zachodząc jednak od skrzydła, gdyż ostrożność nakazywała mi dobić do celu niebezpośrednio. Musiałem uprzednio rozejrzeć się, aby móc przybrać pozycję, jak najbardziej dogodną dla mego osobistego bezpieczeństwa. Przyczołgawszy się nad urwisko nadbrzeżne, ujrzałem pod sobą prąd rzeczny i pochwyciłem jego cichy szmer, niezakłócony żadnym mocniejszym odgłosem. Zdumiewające! Zatroskany o przyjaciela, przybyłem tutaj, aby go odszukać, a jednak uwaga moja zwracała się nie tam, gdzie należało go się spodziewać, to znaczy ku ognisku, lecz ku płynącym na lewo strumieniom, których mroczne powierzchnie były powleczone miękką, fosforyzującą, nieustannie drgającą siatką filigranową. Te tajemnicze „światło cienie“ przyciągały mój wzrok i przykuły do siebie na dłuższą chwilę.
Nie był to Eufrat, który widzieliśmy w dzień, który niedawno przepłynęliśmy, lecz zagadkowa, żyjąca, wężowata istota, wygnana z kraju, przeistoczona w to bezkształtne, nieskończone ciało, ciągnące się w niemej męce — niezatarty dowód nieubłaganej sprawiedliwości tego, który nie pozwala się wyszydzać. Tu, nad tą rzeką, spełni się niegdyś sąd, o którym psalmista mówi: „Nad rzekami Babilońskiemi siedzieliśmy i płakaliśmy na wspomnienie Sijonu. Na wierzbach zwisały nasze harfy, albowiem ci, którzy wzięli nas w niewolę i wywieźli, żądali od nas pieśni. Jakże mieliśmy śpiewać pieśni Panu na obcej ziemi!“ Być może tutaj, gdzie teraz leżałem, siedzieli ci rozpłakani i z tęsknotą spoglądali ku prądom, płynącym z wyżyn, przez które prowadzi droga do Palestyny. A gdy w samotności kończyli swe skargi, wsiadali do łódek, aby przejechać na lewy brzeg, gdzie stały ich niskie, ceglane lub gliniane domki.
Był to przecież ten sam ówczesny nurt, a naprawo ode mnie, w dole widniała na wodzie łódka zupełnie tej samej formy, jaką miały podówczas te łupiny przewozowe, okrągło i płytko wydrążona, podobna do wielkiej, puszczonej na wodę miednicy.
Ta łódź była nawpół zakryta gęstym splotem tamarzyszków, które biegły wzdłuż brzegu płotem nieprzeniknionej grubości. Na jedynym wolnym skrawku przestrzeni płonęło ognisko, przy którem dostrzegłem narazie jednego człowieka. Potem ujrzałem drugiego, który siedział nad wodą, twarzą do rzeki, bez ruchu. Łowił ryby wędką.
Jakiż spokojny obraz! Gdzie tu szukać śladu niebezpieczeństwa! Czy znajdowałem się w zagadkowej kryjówce, gdzie duchy skrytobójczo zamordowanych w nocy zdają się snuć swe widmowe istnienie? Czy też ci dwaj ludzie byli nieszkodliwymi rybakami, którzy w mroku i chłodzie chcieli zgarnąć połów, aby go nad ranem sprzedać w Hilleh? Jakoś nie chciało mi się brać ich za tak nieszkodliwych, na jakich wyglądali. Nie opłaci się wiosłować dwie bite godziny, w górę rzeki, w łódce, ślizgającej się wokoło własnej osi, aby przedsięwziąć połów, którego powodzenie nie jest wcale pewne. Poza tem właśnie ten stan spokoju wzmacniał moje podejrzenie — wydawał mi się robionym, sztucznym. Powiedziałem sobie, że, jak to utarło się mówić, coś się za tem kryje; byłbym jednak pozwolił tym ludziom dalej grać swą rolę, nie zakłócając ich pozornego spokoju, gdybym przyszedł tutaj dla innych powodów, jak bezpieczeństwo Halefa. Musiałem wiedzieć, dlaczego nie wrócił i tylko tutaj mogłem tego dojść. Kto wie, co mu zrobiono, co z nim poczęto! Każda minuta była droga, nie wolno mi więc było ociągać się i wyczekiwać bezczynnie. Musiałem coś począć, ale co?
Pomyślałem, że najpierw trzeba się dowiedzieć, czy te dwie osoby są doprawdy same, jak na to wskazywały pozory, tak więc postanowiłem przeszukać cały skraj nadbrzeżnego urwiska. Zaczem popełzłem po ziemi bardzo wolno i ostrożnie we wspomnianym kierunku.
Upłynął dobry kwadrans, zanim obszedłem całą, zupełnie nagą przestrzeń. Tu położyłem się znowu i zważyłem szanse. Mimo dobry słuch i wzrok, nie widziałem, ani nie słyszałem nic. Jeżeli ktoś ukrywał się tutaj, to chyba na dole w gęstwinach. Wypadło mi więc udać się tam, ale to było zarówno trudne, jak i niebezpieczne: trudne, bo górna część krawędzi była pokryta grubym, śliskim piaskiem, z którego musiałbym się ześlizgnąć — niebezpieczne, bo zostałbym zauważony przez każdego, kto krył się w dole, gdybym przybywał wprost z góry. Miałem jeszcze jeden sposób do osiągnięcia mego celu, mianowicie popełznąć dalej, dotrzeć do wody i potem, wzdłuż samego brzegu, znów wydostać się na górę; w ten sposób uniknąłbym staczania się z góry i, omijając krąg ognia, nie byłbym zauważony. Ale to wymagało czasu, więcej, niż miałem prawo użyć do tych pobocznych i może nawet zbytecznych przygotowań. Może jednak uda mi się zejść wprost na dół, nie będąc zauważonym i może piasek urwiska jest bardziej wytrzymały, niż mi się wydaje? Dostrzegłem na nim wiele ciemnych punktów, które wydawały mi się kamieniami czy zgoła stwardniałościami gruntu, odcinającemi się na jasnem tle piasku. Tuż przede mną widniały dwa takie punkty, a z boku podobne trzy. Ale kiedy zważyłem okoliczności, wywnioskowałem, że jednak lepiej będzie pójść okólną drogą. Polazłem ostrożnie dalej.
Pierwszym ruchem zbliżyłem się do dwóch wspomnianych punktów. Chciałem je wyminąć, ale wnet zastygłem, gdyż poruszyły się! Czy ciśnienie mego ciała na piasek wprawiło kamienie w ruch? Nie, nie były to żadne kamienie, bo naraz wyskoczyły z piasku cztery ramiona, tyleż rąk w tejże samej chwili ścisnęło mi gardło i plecy i głos jakiś zawołał:
Lahaun, lahaun ia ridżal. — Do nas, do nas, ludzie! Mamy go! Trzymajcie go mocno!...
Trudno uwierzyć, — ale nie byłem przestraszony: przywykłem do takich nagłych przerażeń. To było tak raptowne, że nie zostało mi sekundy do oporu. Mimo, że trzymany mocno za gardło i ramiona, chciałem się wyrwać, zdołałem też jednego odtrącić nawpół wyswobodzony, chciałem już załatwić się z drugim, gdy pierwszy cisnął mi w twarz dwie garści piasku! Momentalnie ręce moje oderwały się od przeciwnika, aby instynktownie sięgnąć do zasypanych oczu, przez co cały mój wysiłek spełzł na niczem. Byłem pozbawiony zdolności widzenia, a z nią i możności wymknięcia się moim przeciwnikom. Nadbiegło ich więcej i słyszałem dziesięć, dwanaście różnych głosów, krzyczących jednocześnie. Byłem obezwładniony, powalony, związany, potem ściągnięty wdół po zboczu poprzez zarośla, by nareszcie zostać rzuconym koło ogniska na ziemię.



Miły czytelniku, czy miałeś kiedy oczy tak pełne piasku, że nie można było wetknąć więcej, ani jedynego ziarnka? Nie? I ja nie codziennie ale zato wtedy tak gruntownie, jak tylko było możliwe. Nie twierdzę, aby to było bardzo niebezpieczne, ale nieprzyjemne, wysoce nieprzyjemne, jest to w każdym razie. Gdy zaś na domiar złego, jest się związanym, że nie można rękoma pomóc oślepionym oczom, tudzież otoczonym przez ludzi, o których się wie, że wszystkiego można się po nich spodziewać, tylko nie dobrego — wtedy jest dozwolone zaliczyć swe położenie do niełatwych.
Nie miałem potrzeby długo się namyślać nad sposobem zachowania się. Musiałem leżeć spokojnie i nic nie mówić, tylko uważać na to, co się dokoła mnie mówi. Co do moich oczu, musiałem narazie pozostawić sprawę oczyszczenia ich z piasku bardzo intensywnie płynącym łzom. Postanowiłem rozglądać się za sposobem działania wtedy, kiedy dzięki łzom odzyskam możność widzenia. Następnie powiedziałem sobie, że znajduję się, prawdopodobnie, w bliskiem sąsiedztwie mego kochanego Halefa, co nie mogło podziałać na mnie uspakajająco i wiedziałem z doświadczenia, że z podobnych opałów o wiele łatwiej jest wydostać się samemu, niż dwum.
Podczas gdy łzy, zaprawione piaskiem, płynęły mi po twarzy, śledziłem z napiętą uwagą tok rozmów. Żadne słowo nie uszło mojej uwagi, gdyż nikomu nie przychodziło na myśl mówić tak cicho, aby nie być słyszanym.
— Co za połów! — odezwał się jeden, w którym po głosie poznałem Peder-i-Baharata. — Przecież spotkaliśmy ich nie dalej, jak dziś i sądziliśmy, że jadą do Bagdadu... Zrezygnowaliśmy już z naszej zemsty... I oto sami poszli nam do rąk.
— Allah miłuje nas! Jemu cześć i chwała! — dodał drugi, którym był Aftab, towarzysz Pedera. — Ten pies się nie rusza wcale... Przecież nie jest martwy?
— Martwy? Z czego?.. Ciągnęliście go, przyczem głowa jego odbijała się o ziemię, dlatego, mimo miękkości piasku, stracił przytomność. Te chrześcijańskie psy są mocne tylko w pysku, po za tem nic nie mogą znieść. Poczekamy, aż oprzytomnieje — wtedy zmusimy go do wyznania, czego tutaj szukali.
— Nie szukali niczego — ozwał się trzeci, którego głos zdradził mi gospodarza z Hilleh. — Tylko przypadek mógł ich tutaj sprowadzić, bo jest zupełnie niemożliwe, żeby coś wiedzieli o tej kryjówce i o naszych planach.
— Tak, niemożliwe! — potwierdził Peder. — Tylko z tego powodu nie można było, mimo wszelkich gróźb, wydostać coś z tego przeklętego szeika Haddedihnów. Sprowadźcie go tutaj z łodzi! Niech się ucieszy na widok swego sławnego i ukochanego emira z Dżermanistanu w naszych rękach.
Słyszałem kroki paru oddalających się, poczem ktoś, kto dotychczas milczał, rzekł:
— Oczekuję kary, jakiej te łotry uszły przez swą ucieczkę z Mehkeme. Powinni dostać śmiertelną chłostę!
Mówił Ghasai-Beduin, który podawał się za Solaiba. Tak więc byli tu zebrani prawie wszyscy nasi przyjaciele i znajomi.
— Nie bój się! — Uspokoił go Peder. — Tak się ich oćwiczy, że wylizywać się będą miesiącami. Zacząłbym od tego odrazu, ale wiesz, jak srogi jest Sefir w tych rzeczach. Nie znosi żadnej sa mowoli i wszelkie wykroczenie karze śmiercią tego, który zawinił.
— Posuwa swą surowość za daleko!
— Nie, bo dzięki niej tylko utrzymuje karność i porządek. Każdy inny związek może nieposłuszeństwo karać wyrzuceniem. Nam zaś jest to zakazane, bo wyrzucony mógłby nas zdradzić. Tylko śmierć zabezpiecza nas. Nie wolno nam nawet obszukać naszych jeńców, bo pierwszeństwo ma ręka Sefira. Wystarczy to, że wiemy, iż nie mają żadnej broni, prócz noży — a te są w naszem posiadaniu.
Jakże niezwykle przyjemne były dla mnie te słowa! Przy dokładnej rewizji byliby znaleźli kolce Sillana, które odebraliśmy jemu i jego towarzyszom.
— Czy aby Sefir nie ukarze ich lżej, jak my sobie tego życzymy? — zapytał Ghasai.
— Pewno, że nie! Ma z nimi, jak powiadacie, osobiste porachunki, a ja będę miał jeden z pierwszych, może najważniejszy głos, kiedy dojdzie do sądu. To wystarczy najzupełniej. Narzekałeś niedawno na surowość naszych praw — niesłusznie, bo właśnie odpowiada twoim życzeniom, zgóry skazując na śmierć tych ludzi. Tylko rodzaj i sposób tej śmierci podlega jeszcze decyzji. Te raz cicho! Sprowadzili małego. Muszę od niego wyciągnąć, gdzie są ich konie i rzeczy.
Hadżi został dostarczony i złożony obok mnie. Był też związany, nawet miał usta zakneblowane, żeby nie mógł mówić ani krzyczeć na wypadek, widocznie, gdyby zechciał mnie ostrzec.
— Otwórzcie mu usta, żeby mógł mi odpowiadać! — rozkazał Peder.
Gdy temu stało się zadość, rzekł do Hadżiego kpiącym tonem:
— Widzisz, że miałem rację; leży tutaj — mamy go!
— Czy jest martwy — zapytał Halef zmartwiony.
— Nie. Tylko zmysły go odeszły. Jak tylko oprzytomnieje, dostaniecie batogi, że wam do kości przenikną!
— To mnie nadzwyczaj cieszy! — odrzekł Halef ze śmiechem! — Jest to chwalebny obyczaj u was, że cięgi padają na was samych!
— Straciłeś zmysły!
— O, mam je w porządku! Zatkaliście mi usta, ale nie uszy, a że byliście tacy mądrzy, że mówiliście głośno, słyszałem wszystko. Nie wolno wam bez Sefira nawet sięgnąć do naszych kieszeni, cóż dopiero bić nas.
— Psie! Pokażę ci, że zbijemy cię tak, aż krew popłynie, jeżeli nie będziesz odpowiadał natychmiast na moje pytania. Zatem słuchaj, co chcę wiedzieć! Dlaczego nie pojechaliście do Bagdadu?
— Dlatego, że tam nie zmierzaliśmy.
— Dokąd więc?
— Do Burdż Awaineh.
— To leży przecież na południe od ruin. Wy jednak jechaliście na północ w kierunku Bagdadu. Coś mi kręcisz!
— Niech Allah uchowa twój rozum! Zdajesz się należeć do gatunku nieszczęśliwych ludzi, których mózgi są pokręcone, dlatego w najlepiej uzgodnionych rzeczach dopatrujesz się krętaniny.
— To twój mózg pokręcony, a nie mój. Wymagam wyjaśnienia.
Przyznaję, że byłem niezmiernie ciekaw tego wyjaśnienia. Znałem mego małego wiernego Hadżiego: w swych czynach był pohopny i nierozważny, ale poza tem ogromnie zmyślny; słowami nie dał się nigdy wywieść w pole. Co go skłoniło do przytoczenia Burdż Awaineh — było dla mnie zagadką, ale byłem przekonany, że dobrze wykręci i nie zdradzi się z niczem. Odpowiedział:
— Ponieważ podałeś w wątpliwość przytomność mego umysłu, udowodnię ci, że jest bez zarzutu. Mój effendi należy do klasy wysoce poważanych i uczonych panów, którzy badają stare ruiny, aby odszukać zabytki dawnych czasów. Przybył ze mną tutaj w tym właśnie celu. Z tego względu skierowaliśmy się do Burdż Awaineh, ale, niestety, byliśmy zatrzymani w Birs Nimrud i odstawieni do Hilleh. Stamtąd uciekliśmy, ale mimo to mój effendi nie zaniechał swych badań w Burdż Awaineh. Udaliśmy więc, że zmierzamy do Bagdadu, dojechaliśmy jednak tylko do khan Nasrijeh. Ponieważ powrót do Hilleh i do tamtejszego mostu mieliśmy odcięty, skierowaliśmy się do Eufratu, przepłynęliśmy go i spoczęliśmy przez noc. Tuż przed zaśnięciem zauważyliśmy światło tego ogniska, co skłoniło mnie do wybadania, kto je zapalił. Gdy przybyłem na górę, piasek się obsunął i potoczył wraz ze mną wdół. Zostałem złapany i obezwładniony. Promienie twej niedoścignionej mądrości objaśnią cię, że mój effendi był ciekaw, dlaczego nie wracam; wyszedł więc na poszukiwania i znalazł u was takie same przyjęcie, jak ja, No i powiedz teraz, czy w moim mózgu, albo w naszych czynach, jest jakaś krętanina?!
Wymówił to wszystko tonem tak niewymuszonym i naturalnym, że nie zdziwiło mnie wcale, gdy Peder odpowiedział:
— A więc wasza obecność tutaj jest dostatecznie wyjaśniona. Gdzie jest miejsce, na którem chcieliście przenocować? Sprowadzimy tu wasze konie.
— Nasze konie? Niema ich tam.
— Niema? — brzmiała zdziwiona odpowiedź.
— Nie.
— Gdzie się znajdują?
— W khanie Nasrijeh, oczywiście, gdzie oddaliśmy je na przechowanie.
— A wasza broń?
— Również tam. To zrozumiałe!
— Zrozumiałe? Nie rozumiem!
— Nie? Doprawdy nie? Zatem twój mózg nie jest w porządku, a nie mój! Posądzono nas niesłusznie i odstawiono do mehkeme, skąd uciekliśmy; prześladują nas i ścigają; musieliśmy przepłynąć Eufrat, który byłby nasze rzeczy uszkodził albo zgoła zniszczył... Przy tych wszystkich motywach i wyjaśnieniach uważasz za niezrozumiałe że niczego z sobą nie zabraliśmy?
— Musisz jednak przyznać, że wasze rzeczy będą wam potrzebne w Burdż Awaineh!
— Naturalnie — i zapewniam cię, że będziemy je mieli. Oczekujemy właśnie drugiego, effendiego, który ma za dwa dni przybyć z wielu sługami i towarzyszami. Ten wstąpi do khanu Nasrijeh, odbierze od khandżiego nasze rzeczy i przywiezie je nam, nie narażając ich na wilgoć Eufratu lub niebezpieczeństwo konfiskaty w Hilleh z rozkazu namiestnika. Jeżeli wciąż nie pojmujesz — powiadam ci: jestem gotów zupełnie zwątpić o jasności twego umysłu!
Muszę przyznać, że byłem zadowolony z mego małego, przemyślnego Hadżi. Przytoczone przezeń wyjaśnienia i motywy, szczególnie sposób i ton jego wywodów, były tak przekonywujące, że nie mógł lepiej wywiązać się z zadania. Peder zdawał się być pewnym, że mu opowiedziano prawdę, gdyż rzekł:
— Za ubliżanie mojemu umysłowi porachuję się z tobą później. Teraz jestem raczej skłonny do łaski, bo usłuchałeś mego rozkazu i odpowiedziałeś na moje pytania. W nagrodę za posłuszeństwo powiem ci, że cała wasza ostrożność w khanie Nasrijeh na nic się nie zda, bo wydostaniemy wszystko, co tam oddaliście na przechowanie,
— Chcesz mnie rozśmieszyć? — zapytał Halef. — Nie łudź się co do mego posłuszeństwa. Mówię ci to wszystko dlatego tylko, że mi się tak podoba, a nie przez pokorność wobec ciebie, czy innych ludzi. A effendi, którego oczekujemy, będzie się wystrzegał wypuszczenia z rąk tego, co nam dostarczyć powinien do Burdż Awaineh!
— Mówisz jak niedoświadczony, ślepy chłopiec, który nie widzi, co go czeka. Nie dojdziecie wcale do Burdż Awaineh, my was tam wyprzedzimy, i waszego wspólnika przyjmiemy w taki sposób, że nie ośmieli się już nigdy obrażać prawowiernych mieszkańców tej okolicy swoją niewierną obecnością. Koni i broni w rodzaju waszych nie puszcza się z rąk, kiedy się je raz widziało.
— A więc mam cię zaliczyć do gatunku ludzi, których nazywają złodziejami albo rabusiami?
— Tak, jeżeli masz ochotę! — roześmiał się Peder. — Nie masz wogóle pojęcia... ach, patrzcie, chrześcijanin się rusza! Jego zgubiona dusza zdaje się wracać do niego, aby się od nas dowiedzieć, że ją niezadługo poślemy do piekła.
Moje oczy nie były jeszcze wolne od piasku, ale mogłem już otwierać je na krótkie mgnienia; uważałem, że nastąpił czas, kiedy powinienem dać oznaki życia. Gdy Peder to zauważył, rozniecił ogień, aby się dokładnie przyjrzeć mojej twarzy, i przemówił do mnie drwiąco:
— Bądź pozdrowiony, o dzielny bohaterze cegieł, które wygrzebywać chcecie w Burdż Awaineh! Twoje przebudzenie się cieszy moją duszę i koi moją boleść, którą odczułem, biorąc cię za martwego. Mam ogromną chęć tu nad Eufratem odpłacić wam za tę przyjaźń, jaką okazaliście mi nad Tygrysem. Sprawi mi prawdziwą rozkosz, kiedy batem wpiję się w twe ciało i kiedy usłyszę wycie męki i bólu, z którem pójdziecie do piekła!
Przemilczenie mogło ujść za oznakę strachu, dlatego odpowiedziałem krótkim, pogardliwym śmiechem.
— Nie śmiej się, psie! — wrzasnął wściekle. — Zdajesz się nie wiedzieć, gdzie i przed kim się znajdujesz. Otwórz oczy i przyjrzyj się mnie. Czy znasz mnie?
Spojrzałem nań i znów się roześmiałem.
— Oby cię Allah zabił! Poznałeś mnie i ciągle się śmiejesz! Powiadam ci, że ta twoja wymuszona wesołość zamieni się zaraz w lament rozpaczy! Nie masz pojęcia o losie, jaki cię czeka!
— Mego losu nie znam istotnie, bo leży w ręku Allaha; ale zato wiem, jaki będzie twój los, bo ja będę o nim stanowił, — odrzekłem.
— Czy słyszeliście, co on powiedział? Widocznie głowa jego, kiedy go ściągaliście, tarzała się po ziemi; zawartość tej połamanej czaszki została uszkodzona. Ten osobnik jest obłąkany, zupełnie obłąkany! Potwierdzają to błędne słowa, które zjawiły się na jego wargach. Jaka szkoda, jaka ogromna szkoda. Nie będzie miał zrozumienia i odczucia dla tej nieskończonej miłości, jaką obronimy jego szczęście i dobrobyt. Słuchaj!
Od rzeki doleciał gwizd, za którym rozległ się drugi i trzeci. Wszyscy obecni skoczyli z miejsc, wyjąwszy, oczywiście, Halefa i mnie.
— Przybywają już, — rzekł Peder — przybywają już, niestety! Jakże chętnie opisałbym tym szujom udręki, jakiemi ich uszczęśliwimy. Musimy ich odprawić, bo płytkość kanału zmusza nas do rozdziału łódek i wyładowania trumien. Ta robota nie może być opóźniona ani na chwilę, bo wszystko musi być załadowane do machzan[13] jeszcze przed świtem. Goniec musi natychmiast wyjechać i zawiadomić Sefira. Pojedzie z nim drugi do pomocy, gdyż zabierze z sobą jeńców!
Po tych gwałtownie wyrzuconych rozkazach stanął nad wodą i gwizdnął trzykrotnie. Odpowiedziano tym samym sygnałem, poczem nadpłynęły trzy ciężko załadowane łodzie, które przytwierdzono do brzegu. Ponieważ uwaga ogólna skierowała się na łodzie, i tem samem odwróciła się od nas, Halef osądził, że ma okazję do porozumienia się ze mną. Rzekł:
— Nie moja to wina, sihdi! Widocznie było napisane w księdze przeznaczenia, że zostaniemy jeńcami tych ludzi. Czy sądzisz, że zdołamy uwolnić się?
— Tylko wtedy, jeżeli będziesz milczał. Nie wolno nam słowa wykrztusić. Prawdopodobnie usłyszymy rzeczy, które nam się przydadzą.
— O, będą na tyle mądrzy, aby nie powiedzieć nic, co może nam przynieść pożytek!
— Jeżeli nie dowiemy się nic konkretnego, to jednak padną słowa, z których, jeżeli je trafnie zestawimy, można będzie wyciągnąć pożyteczne wnioski. Zachowaj się więc teraz spokojnie. Jeżeli Peder znowu przemówi do nas, pozostaw mnie sprawę odpowiedzi, bo w naszem położeniu najmniejsze słówko może mieć ogromną wagę!
Gdy pierwsza łódź została wyładowana, wyskoczył z niej jakiś człowiek, podszedł do Pedera i rzekł:
— Jesteś tu osobiście? To dobry znak! Wszystko odbyło się pomyślnie?
— Tak. Wasz pierwszy oddział przybył wczoraj szczęśliwie i ładunek został przeniesiony w porządku. Jeżeli dzisiaj będziemy gotowi do świtu, możecie być spokojni o towar. Musimy więc natychmiast przystąpić do roboty.
— Kogo tutaj macie? Dwaj związani ludzie! A więc jeńcy, ludzie dla nas niebezpieczni?
— Tak. Jeden chrześcijański i jeden sunnicki pies, których wyślemy do dżehenny[14]. Opowiem ci później. Teraz niema na to czasu. — Odstawiam ich do Sefira, który na czas pewien, dopóki nie skończymy tutaj z transportem, wtrąci ich do zyndanu[15] w Nimrudzie,
Nowoprzybyły wrócił do swej łodzi. Peder zawołał skinieniem ręki dwóch ludzi i pomówił z nimi tak cicho, że nic nie mogłem pochwycić. Jego spojrzenia i gesty wskazały mi jednak, ze zlecenia, jakie im dawał, dotyczyły nas. Potem podszedł do nas, kopnął mnie nogą i rzekł:
— Narazie muszę się z wami rozstać, ale nie rób sobie z tego żadnej nadziei! Zjawię się później i wtedy się z wami rozprawię. Niema takiego potwornego wyrazu, aby opisać to, co zamierzamy z wami zrobić. Niechaj djabeł was strzeże aż do naszego spotkania się.
— Lepiej się do nas odniesie, niż ty, — daję ci na to moje słowo! — odrzekłem.
— Czy chcesz mi grozić, psie?
— To, co mówię, nie jest próżną pogróżką, lecz stanie się rzeczywiście. Nie ty z nami, ale my z tobą się rozprawimy, jak tylko ośmielisz się zjawić przed naszemi oczyma... Szykuj się do tego!
Zaklął raz jeszcze, mocno mnie kopnął i dał swym ludziom znak: pochwycono nas i przeniesiono do łodzi, gdzie zostaliśmy złożeni na dnie, jeden obok drugiego. Dwaj ludzie, którym poprzednio dawał zlecenia, weszli do naszej łodzi, odbili od brzegu i wzięli się do wioseł. Łódka ruszyła.
Krawędzie łódki z plecionego łyka były tak wysokie, że niepodobna było sięgnąć poza nie wzrokiem. Poruszenia lekkiej łódki były łagodne, miarowe; widać było, że nasi strażnicy mieli wprawę w kierowaniu podobną plecionką. Nie troszczyli się o nas i, śpiesząc się, pracowali z całych sił. Ponieważ byliśmy związani, sądzili, iż specjalny nadzór nie jest konieczny.
Po pewnej chwili Halef przybliżył swe usta do mego ucha i zapytał:
— Czy mogę teraz mówić, sihdi?
— Tak — odrzekłem również szeptem.
— Czy jesteś na mnie zły?
— Jak lew!
— To uspokaja moje serce, bo nie mówiłem jeszcze z żadnym lwem, któryby mi oświadczył, że jest na mnie zły. Mogę ci tylko powtórzyć, że nie ponoszę żadnej winy w naszem nieszczęściu. Spadło to na mnie tak niespodziewanie, kiedy obruszył się pode mną piasek, który, utraciwszy równowagę, poleciał wdół, ciągnąc za sobą zrazu moje nogi, potem całe ciało. Powiadam ci, te Persy, czy jak ich tam, byli w pierwszej chwili niemniej ogłuszeni, niż ja!
— Czy nie mogłeś wykorzystać ich oszołomienia?
— Do czego?
— Aby szybko odskoczyć i uciec?
— O, sihdi, jak niezwykłe myśli miewasz czasami! Po pierwsze, prawa kismetu głoszą, że padanie jest zawsze szybsze niż uskakiwanie, jak sam nieraz doświadczyłeś. Po drugie, droga moja z góry nadół była dłuższa, niż droga od nich do mnie, którzy poprostu siedzieli na miejscu, moje więc oszołomienie trwało dłużej. Po trzecie, leżałem pod całą górą piasku a oni nie. Po czwarte, miałem tylko dwie nogi do ucieczki, a oni razem mieli dobrych dwadzieścia rąk do rzucenia się na mnie. Po piąte...
— Dosyć, do jutra nie byłbyś skończył wyliczania! — przerwałem. — Przewidziałem tę biedę. Stało się to, czego się obawiałem. Powinienem był sam iść, a nie ciebie posyłać. Nie jesteś dość ostrożny!
— Sihdi, pomstuj na siebie, a nie na mnie! Zachowałem się dokładnie tak, jak mi kazałeś, ty zaś — nie tak, jak sobie życzyłem.
— Jak to rozumiesz?
— Żądałeś, abym był ostrożny, — byłem nim. Że krawędź była tak nieostrożna i potoczyła się wraz ze mną tam, gdzie być nie powinna, — miej do niej pretensje, a nie do mnie. Potem, gdy byłem już złapany, wiedziałem, że pójdziesz za mną, — otóż wtedy pragnąłem z całego serca, żebyś się nie dał złapać. Czy uczyniłeś zadość temu pragnieniu?
— Hm, nie!
— Dobrze! Widzisz tedy, że nie mnie, a sobie samemu powinieneś wymyślać. A więc, nie unoś się!
Chętniebym się roześmiał. Ten mały zwalał całą winę na mnie i to w sposób tak dyplomatyczny, że nie mogłem nie przyznać mu racji. Po chwili dodał, chyba poto, aby uprzedzić jakiś z mojej strony argument:
— Myślałem, że jesteś doprawdy nieprzytomny; czy to jednak nie miało miejsca?
— Nie.
— Słyszałeś więc, jakie odpowiedzi otrzymał ode mnie Peder?
— Tak.
— Powiedz otwarcie — dobrze zrobiłem?
— Doskonale!
— Dziękuję ci! To twoje uznanie jest dla mnie przyjemnym dowodem tego, że krótkość mojej domyślności pokrywa się z długością twego rozumienia. Wobec tego jesteśmy sobie zupełnie równi i w stosunku do naszej wspólnej niedoli, spowodowanej przez Persów, — najzupełniej kwita. Teraz możemy w przyjaznej zgodzie zająć się rzeczą najważniejszą. Czy sądzisz, że uda się nam wyjść cało z tej historji?
— Zapewne.
— Kiedy? Jak? Gdzie?
— Za dużo pytań naraz. Musimy zaczekać na dalsze wypadki.
— Odstawią nas do Sefira.
— Tak.
— Co z nami zrobi?
— Jak słyszałeś od Pedera, wtrąci nas do zyndanu w Nimrudzie,
— Czy masz pojęcie, co to za rodzaj więzienia.
— Sądzę, że jest to ten sam podziemny loch Birs Nimrudu, w którym siedział nasz bagdadzki bimbaszi.
— Allah! Jak wpadłeś na tę ideę?
— Rozmaite względy wskazały mi na nią, Nie możemy teraz tego omówić.
— Czy nie myślisz, że z tego lochu jest wyjście?
— Jestem prawie przekonany o tem, chociaż zachodzi pytanie, czy to wyjście jest zdatne i dla ludzi. Niech się stanie, co chce, za wszelką cenę musimy dbać o to, aby nas nie rozłączono.
— To prawda, dlatego na wypadek, gdyby nas chciano rozłączyć, — poprostu na to nie pozwolę!
— Jak chcesz to zrobić?
— Jeszcze nie wiem, ale w odpowiedniej chwili będę wiedział.
— Nic nie będziesz wiedział. Jeżeli zechcą nas rozłączyć, uczynią to i nie będziemy mogli temu przeszkodzić. Nasze wyzwolenie się nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, ale nie powinno pozwolić długo na siebie czekać, już chociażby przez wzgląd na nasze konie. Przedewszystkiem, zbadajmy nasze powrozy. Czy masz palce wolne?
— Tak.
— Niestety, związano mi ręce z tyłu na plecach. Odwrócę się. Popatrz, czy nie będziesz mógł mych więzów rozplątać!
Odwróciłem się do niego plecami i poczułem, że, mimo rąk związanych, bardzo gorliwie jął manipulować supłami, które były wielokrotnie i mocno ściągnięte. Trwało dość długo, prawie kwadrans, póki nie poczułem, że się rozluźniły. Pomagałem mu obracaniem rąk i rozciąganiem powrozów, i udało mi się uwolnić prawą rękę; z lewą ręką rzecz się miała gorzej, bo, przez ostrożność, nie skrępowano mi obydwu kiści rąk jednym zwojem, lecz spętano każdą poszczególnie, i prócz tego przymocowano do pasa potrójnym węzłem. Uwolnienie drugiej ręki wymagało większego natężania sił i spowodowało szarpnięcie, które udzieliło się łódce: zahybotała się.
— Co wy tam robicie! — krzyknął jeden z wioślarzy, odwracając się do nas, — Leżeć spokojnie, bo wyrzucimy was do wody!
Drugi był oględniejszy i powiedział:
— Kto wie, co oni tam kombinują! To są przebiegłe psy. Sprawdź-no ich sznury! Sam będę tymczasem wiosłował.
Słysząc to, byłem przekonany, że zaledwie chwila dzieli mnie od wolności. Wyda się bezwzględnie, że jedną rękę mam wolną. Co wtedy? Czy mam pozwolić, aby mi ją ponownie związano? Nie! Nastąpi walka i wszyscy wpadniemy do wody. A gdybv nawet to się nie stało, przeciwnicy nasi byliby górą, gdyż posiadali broń, gdy ja mogłem posługiwać się jedną tylko ręką. Pozostawało więc jedno wyjście: moja ucieczka. Ale Halef, związany, nie mógł mi towarzyszyć. Czy miałem go opuścić? Dlaczego nie? Odzyskując wolność, byłbym mu bardziej pożyteczny, niż gdybym został przy nim uwięziony. Ale ryzykowałem życie. Miałem nogi spętane i lewą rękę mocno jeszcze przytwierdzoną do pasa. Przytem było do przewidzenia, że będą do mnie strzelać, bo obydwaj strażnicy mieli pistolety. Ba, powinienem tylko skryć się szybko pod wodę, a żadna kula wtedy nie straszna. A więc odważnie!
Te myśli tak szybko przemknęły mi przez głowę, że powziąłem decyzję, zanim jeszcze któryś z wioślarzy pochylił się nad nami, i szepnąłem Halefowi:

— Bądź spokojny — wydostanę cię!

Potem dźwignąłem się i przewaliłem poza krawędź łódki do wody. Nurty zwarły się nade mną, jednakże doleciał mnie jeszcze podwójny okrzyk.
Mój skok wytrącił, oczywiście, łódkę z równowagi. Budowana jak okrągły kosz, musiała się zakręcić w kółko, zatem wioślarze winni byli całą swoją uwagę skierować na to, aby jej przywrócić równowagę. Dzięki temu wygrałem trochę czasu, którego nie omieszkałem obrócić na swoją korzyść.
Byliśmy na zakręcie rzeki, wpobliżu prawego brzegu i zadaniem mojem było dosięgnąć go jak najprędzej. Prawa ręka wystarczała mi do pływania. Gdy się zanurzyłem, przybrałem przy pomocy kilku bocznych rzutów odpowiednią pozycję, i wynurzyłem się dopiero wtedy, kiedy mi zabrakło tchu. Ujrzałem łódkę-plecionkę, kołyszącą się jak bezkształtny przedmiot w trzydziestu kroków ode mnie. Wynurzałem się parokrotnie, aż łódka nie zniknęła mi z widoku, co pozwoliło mi przypuścić, że i ja nie jestem widoczny. Odtąd trzymałem się na powierzchni i bez szczególnego wysiłku dobiłem do brzegu, gdzie doleciały mnie wściekle ryczące głosy dwóch piratów Eufratu.
Siedząc nad wodą, uwolniłem się ostatecznie z więzów. Bez obawy nadzoru czyjegokolwiek osiągnąłem to stosunkowo łatwo. Przeciągnąłem pas tak, ze tylna jego część wraz z przywiązaną doń lewą ręką przesunęła się naprzód i prawą ręką rozplątałem węzły lewej. Miałem oto do dyspozycji dziesięć palców, żeby bez trudu rozwikłać powrozy, oplecione dookoła nóg, co trwało parę minut. Nareszcie odzyskałem władzę moich członków i mogłem przedsięwziąć to, co uważałem za pierwszą powinność — odnalezienie koni.
Byliśmy w drodze niecałe trzy kwadranse, trzymając się przytem zakrętów rzeki. Znałem teraz te przeguby, bo, chociaż nie mogliśmy się wychylać poza krawędzie łódki, w jej siatce z plecionego łyka odkryliśmy przecież oczka, przez które można było wyglądać. Nie musiałem więc posuwać się z biegiem rzeki, lecz poszedłem naprzełaj przez pole i zboczyłem później w kierunku, który powinien był, według moich przypuszczeń, prowadzić wprost do posterunku koni.
Gdy się miało prawdziwego Winnetou za nauczyciela w bieganiu i gdy się tak pięknie odświeżonym, mokrym i orzeźwionym wyszło z wody, jak ja teraz, kroki same się zdwajają. Już po upływie pół godziny ujrzałem na prawo od siebie odblaski ogniska i zbliżyłem się do rozpadliny, gdzie powinny były się znajdować nasze konie.
Kochane zwierzęta powitały mnie radosnem parskaniem. Gdyby to był dzień, byłyby z radości zarżały. Leżały w tej samej pozie, w jakiej je zostawiłem; pogłaskałem je na znak wdzięczności za posłuszeństwo; potem musiały wstać, bo śpieszno mi było do Birs Nimrud. Najchętniej byłbym się przejechał do Peder-i-Baharata, aby jemu i jego hołocie pokazać, jak długo mnie więzić można, ale to byłoby nietylko bezużyteczne, lecz dla naszych celów wysoce szkodliwa przechwałka, to też zaniechałem tego zamiaru. Barkh Halefa został obarczony bronią i rzeczami; Ben Rih przyjął mnie na swój grzbiet, poczem wjechaliśmy w okolicę, którą przed chwilą przebyłem, jako szybkobiegacz. Jakie zdarzenia czekały mnie w Birs Nimrud? Trzeba było uwolnić Halefa. Jak to przeprowadzić — to zależało od miejsca i warunków jego uwięzienia. Przyrzekłem sobie jednak stanowczo, że nie uda się już nikomu wziąć mnie przemocą. Człowiek myśli i... tak jest zamyślony, że staje się wtedy coś wręcz przeciwnego temu, co mu się wydaje logicznie i konsekwentnie pomyślanem.
Chętnie pojechałbym galopem, ale nie pozwalały mi na to liczne wyschłe kanały, doły i zwykłe wklęsłości gruntu, które musiałem przebywać. Mimo to posuwałem się szybko naprzód, tak, że po trzech kwadransach przeciąłem szlak karawanowy do Kerbeli. Potem minąłem Tahmazję, następnie Tell Markeh, i nareszcie, zawinąłem do Birs Nimrud.
Tutaj musiałem znowu szukać miejsca dla ukrycia koni. Wczorajsze schronienie, gdzie odkryliśmy ślady jeżów, byłoby odpowiednie, gdyby nie było znane naszej eskorcie. Kiedy nad ranem wraz z żołnierzami jechaliśmy do Hilleh, zwróciłem szczególną uwagę, wprawdzie bez wszelkiej myśli, na pewną część ruiny, którą mijaliśmy zbliska, i teraz przypomniałem sobie zwalisko muru, które wydało mi się przydatnem do mego celu. Pojechałem więc w tym kierunku i po chwili byłem na miejscu.
Zsiadłem z konia i zbadałem placówkę; nie omyliłem się: odpowiadała mojemy zadaniu. Umie ściłem tam konie, przywiązałem je i rozkazałem im lec, co natychmiast wykonały. Noża nie miałem — zabrali mi go ludzie Pedera — wetknąłem więc w kieszeń jeden z moich rewolwerów. Pozostałe rzeczy zostawiłem, poczem wyszedłem na poszukiwanie Halefa.
Według moich obliczeń, powinien był przybyć przede mną. Moja ucieczka musiała przynaglić jego eskortę. Ponieważ przypuszczałem, że zyndan, w którym zamierzano nas zamknąć, był dawną ciemnicą naszego bimbasziego, do którego wejście było mi znane, wiedziałem dokąd skierować moje poszukiwania. Musiałem przebyć okolicę, gdzie otwierano i spalano groby. Zawróciłem w tę stronę.
Znając dobrze miejscowość, nie miałem żadnych trudności, jednakże strzegłem się niezmiernie, aby nie być słyszanym, ani widzianym.
Korzystałem z każdego kąta, z każdej osłony, aby uprzednio nasłuchiwać, i to zabrało mi więcej czasu, niż powinienem był na tę drogę zużyć. Panowała głęboka cisza: powietrze nawet wydawało się znieruchomiałem. To była śmierć, która niegdyś, przed dwoma tysiącami lat, rozpostarła swój całun ponad tak lekkomyślnym wówczas Babelem! Przybyłem na miejsce, skąd niedawno razem z Halefem obserwowałem spalenie trupów i zatrzymałem się mimowoli. Nagle rozległ się zduszony głos na lewo z pośród ceglanych gruzów:
— Sihdi!
To słowo porwało mnie naprzód. Czy Halefowi udało się uciec, czy oczekiwał mnie tutaj, bo wiedział, że tędy będę go szukał?
— Halefie, czy to ty? — zapytałem.
— Tak. Mów cicho i podejdź prędzej, bo inaczej cię zauważą!
— Pokaż się. Wyłaź na wierzch! — zażądałem tego, mimo moją, tak często wymijaną ostrożność.
— Ale prędzej, chodź prędzej! Oni są blisko, tam... Widzą cię!
Na chwilę opuścił swą kryjówkę; on to był, mały, zwinny zuch w swem dobrze mi znanem ubraniu. Mówiąc, machał gwałtownie rękoma; dalsze pozostawanie na miejscu musiało być doprawdy niebezpieczne. Przykucnąłem i wślizgnąłem się między odłamy gruzów. Wtem zostałem schwytany, dostając uderzenie w głowę, jakby rękojeścią siekiery i runąłem, jak kloc bez życia.
Gdybyż ten człowiek nie był zarozumiały, żeby przesądzać to, co się ma stać, a stać się nie powinno! Tak mówię teraz i mówiłem tak nieraz, muszę jednakże wyznać, że właśnie ja w ciągu mego zmiennego i pełnego przygód życia, popełniałem wspomniany błąd częściej, niż sto, a nawet tysiąc innych. A znam przecież starą, dobrą pieśń kościelną:

Nie jesteś tym regentem,
Co wszystkiem władać ma;
Bóg rządzi regimentem,
O dobro wszystkich dba.

Gdy oprzytomniałem, ujrzałem się w długiej, wąskiej izbie, nie wyższej ponad wzrost człowieka, której ściany składały się z cegieł. Lampka oliwna, umieszczona w niszy, oświetlała ją tak skąpo, że można było tylko dojrzeć najbliższe przyległości niszy, która zawierała wiele podobnych lampek. W jednym z kątów, do którego docierała odrobina światła, widniał w podłodze głęboki otwór, obok leżały wyjęte deski, dużo narzędzi i sznurów. Zmiarkowałem odrazu, że jest to przejście, którędy uciekł bagdadzki bimbaszi wraz ze swym grubym Kepekiem, i które nam był opisał. Dostałem się w pułapkę, która, na szczęście, była mi znana, chociaż nigdy nie odwiedzałem wnętrza Birs Nimrudu.
Jasnem jest, że nie był to Halef, który ze mną mówił. Gdybym teraz sam się tego nie domyślał, byłoby mi to pokazanie ad oculos, gdyż odnośny osobnik zjawił się nagle, przyglądając mi się tak uważnie, że stwierdziłem odrazu, iż jest przydzielony do mnie, jako dozorca. Miał małą zgrabną postać i nosił ubranie Halefa, co było dla mnie usprawiedliwieniem, że w ciemności wziąłem go za mego przyjaciela. Widząc, że oczy moje są otwarte i skierowane na niego, skrzywił twarz w złośliwym uśmiechu, skinął do mnie i rzekł:
— Chwała Allahowi, żeś się nareszcie obudził! Cios, jakiśmy ci zadali, był za mocno wymierzony. Wy, chrześcijańskie psy, zdajecie się mieć żelazne gnaty, bo każdemu wiernemu to uderzenie byłoby otworzyło bramy do raju. Nieprawda, sprytnie się urządziliśmy?
Nie otrzymawszy na to odpowiedzi, ciągnął dalej:
— Wy sami nazywacie się znakomitymi ludźmi, więc nie powinniście się dziwić, że znamy wasze osobliwości. Jak tylko twój towarzysz został sprowadzony, Sefir powiedział odrazu, że nie zostawisz go w nieszczęściu, lecz przybędziesz, chcąc go uwolnić. Że jestem tego samego wzro stu, co i on, musiałem włożyć jego ubranie, potem zaczailiśmy się na ciebie. Zająłem miejsce, koło którego powinieneś był, według przypuszczeń, przejść; Sefir polecił mi zwabić cię tak, jak to uczyniłem. Było wiadomo, że twój towarzysz nazywa cię zawsze „sihdi“ i tem słowem właśnie udało mi się rozproszyć twą początkową podejrzliwość. Allah pozbawił cię czujności wzroku i słuchu, inaczej musiałbyś zauważyć, że kto inny cię wolał.
— Gdzie jestem teraz? — zapytałem.
Nie spodziewałem się, oczywiście, prawdy; ale wdając się z nim w rozmowę, miałem możność wysnucia z jego słów czegoś, czego powiedzieć nie był powinien, lub nie chciał.
— Chciałbyś wiedzieć? — roześmiał się. — Chcę ci okazać dobroć mego serca i dam ci żądaną informację: znajdujesz się w przedpokoju piekła, gdzie czeka na ciebie djabeł wraz ze swymi podwładnymi — czeka poto, aby im pokazać, jak chrześcijańskiego psa obdziera się ze skóry. No, jak ci się to podoba?
— Bardzo mi się podoba!
— Nie udawaj! Widzę przecież strach, który szarpie twoje wnętrzności. Nie potrzebuję cię uprzedzać — sam wiesz, że Szeitan[16] wynajdzie dla ciebie najlepsze, co piekło dostarczyć może.
Miał widocznie zamiar opisać mi malowniczo to „najlepsze“, gdy oto przerwał mu hałas niby kroków, powoli wstępujących po schodach; po chwili wynurzyli się trzej ludzie, z których znałem tylko jednego: był to Sefir. Rzucił na mnie krótkie przenikliwe spojrzenie i rzekł do mego dozorcy:
— Widzę, że łotr jest przytomny. Mówiłeś z nim?
— Tak — brzmiała odpowiedź.
— Co powiedział?
— Że mu się podoba!
— To mówił nie on — mówiła jego rozpacz. Powinien się domyślać, co go czeka. Tutaj są inni sędziowie, niż w mehkeme, w Hilleh, i niema tutaj murów, przez które można uciekać. Niestety, nie mamy teraz czasu do zajmowania się nim, ale z tem większą przyjemnością rozprawimy się z nim później. Przenieście go nadół! Będzie razem z Piszkhidm et baszim — nie mamy innego miejsca. Nie wolno nam lokować go razem z jego szeikiem Haddedihnów, bo we dwójkę mogą coś uknuć, a tego musimy się strzec.
— Czy mam zachować to ubranie? — zapytał stróż. — Nie chcę ani chwili dłużej nosić odzieży tego przeklętego sunnity!... Wszystko czego dotyka taki potępieniec, — jest zakażone!
— Odbierzesz swe ubranie, kiedy będziemy na dole! Teraz zwiążcie temu niewiernemu oczy — nie powinien nic widzieć. I rozwiążcie mu na parę chwil nogi, żebyście nie potrzebowali go przenosić — sam pójdzie!
Wykonano te rozkazy. Gdy wstałem, poprowadzono mnie do otworu. Schodząc, naliczyłem ośmnaście stopni, co zgadzało się z relacją bimbasziego. Na dole zmiarkowałem, powodując się echem głosów, że znajdujemy się w dość dużej izbie. Był to, w każdym razie, numer pierwszy z pięciu czworoboków, które nam oznaczy w swym rozkładzie bimbaszi.
Poprowadzono mnie dalej. Kotara, którą potrąciłem, zdradziła mi, że wkraczamy do numeru trzeciego. Tu odezwał się mój dozorca:
— Teraz zamienię się ubraniem z Haddedihnem.
Słyszałem jak poszedł na prawo, z czego wywnioskowałem, że Halefa ulokowano w izbie numer czwarty. Sefir sprzeciwił się temu, rozkazawszy:
— Poczekaj, aż się załatwimy z tym chrześcijaninem, Jeżeli już raz się splugawiłeś, jednać minuta więcej nie stanowi!
Po chwili usłyszałem, jak odsuwano rygiel oraz — szczęk żelaznej sztaby. Otwarto kraty z mocnych plecionych drutów, którą znałem z relacji bimbasziego, i wepchnięto mnie do izby num er pięć. Ledwie wtargnęliśmy, rozległ się głos:
— Nareszcie, nareszcie przybywacie mnie uwolnić. Nie mogę już dłużej wytrzymać w tych więzach i w tej ciemności!
— Wytrzymasz dłużej, — odparł, śmiejąc się Sefir. — Tak miłych gości nie puszcza się tak prędko!
— Ależ zrobiłem wszystko, czego żądaliście! Dotrzymajcie słowa i puśćcie mnie na wolność!
— Uspokój się, kochanku... jeszcześmy z tobą nie gotowi!
— Czego jeszcze chcecie?
— Dałeś nam tylko jeden okup. Żądamy więcej!
— Tylko jeden? Toć tyle żądaliście; to bardzo dużo! Suma, jaką wam podpisałem stanowi cały prawie mój majątek!
— Właśnie dlatego nie jesteśmy z tobą gotowi. Chcemy twój całkowity majątek, a nie prawie cały!
— Allah kerihm — zmiłuj się Boże! Co wam zrobiłem, że chcecie mnie wystawić na żebraka? Pomyślcie jednak, że przebywam w zaszczytnej bliskości Wszechwładcy, który odda mi do dyspozycji całą swą potęgę, aby się na was zemścić.
Na to wybuchnęli wszyscy głośnym śmiechem, a Sefir odrzekł:
— Jesteś albo szalony, albo niesłychanie głupi. Przecież od nas tylko zależy, czy będziesz miał okazję do zemsty, czy nie! Wystarczy moja chęć, a nie ujrzysz więcej swego szczytnego Wszechwładcy. Potrzebuję tylko przyłożyć lufę tego pistoletu do twojej skroni i nacisnąć kurek — i koniec z tobą i twoją zemstą!
Zdawało się, że doprawdy dotknął go pistoletem, bo ochmistrz wrzasnął przerażonym głosem:
— Stój! Nie strzelaj, nie strzelaj! Zrobię wszystko, czego zażądasz!
— Dobrze! Narazie żądam od ciebie, abyś milczał, póki znajdujemy się tutaj. Nie możemy znieść twych lamentów. Przyszliśmy, aby ci okazać naszą życzliwość. Skarżysz się, że czas ci się dłuży — zaraz stanie się krótszy. Sprowadzamy ci tutaj kolegę, z którym będziesz mógł gawędzić. Jest przeznaczony na śmierć i umrze tutaj, w tej izbie, przed twojemi oczyma, w sposób, który ci dostarczy wspaniałej rozrywki. Spójrz na niego! Jest to wprawdzie tylko nieczysty, odrażający chrześcijanin, ale...
— Toż to Kara Ben Nemzi effendi! — przerwał mu głosem przerażonym ochmistrz.
Sefir, chcąc mu pokazać moją twarz, zdjął mi opaskę z oczu i nachylił do mnie lampę.
— Czy znasz go? — zapytał znagła.
— Tak.
— Skąd?
— Spotkałem go w khanie, gdzie wciągnął mnie w kłótnię.
— Możecie więc tutaj dalej się kłócić. Macie ku temu sposobność i przez sześć czy siedem godzin nikt wam przeszkadzać nie będzie. Czy znałeś go przedtem?
— Nie. Ale on zna was.
— Skąd wiesz o tem?
— Przecież mnie ostrzegał przed wami.
— Jakto?
— Powiedział mi, że czatujecie na karwan-i-Piszkhidmet baszi.
— Maszallah! Jak to możliwe, iżby o tem wiedział? Powiedz, jak się tego dowiedziałeś i kto ci o tem doniósł?
To pytanie zwrócił do mnie. Ciemne jego oczy błysnęły ku mnie i ogniście czerwona spuchlizna jego twarzy, pęczniejąc, pociemniała. A że nie kwapiłem się z odpowiedzią, dorzucił groźnie:
— Mów prędko, bo inaczej otworzę ci gębę!
Odrzekłem spokojnie:
— Nie unoś się! Mówię wtedy tylko, kiedy mi się podoba. Sądzę z twoich słów, że zamierzasz tu powrócić za sześć czy siedem godzin. Ten czas wystarczy mi, aby się namyślić, jak mam z tobą mówić.
— Dobrze. Doskonale! — roześmiał mi się w twarz. — A więc po tym terminie będziesz wiedział, jak się ze mną obchodzić?
— Tak.
— A ja już teraz w tej chwili wiem, jak mam sobie z tobą radzić i jaki będzie koniec naszej znajomości. Nie opuścisz żywy tego miejsca; umrzesz tutaj i to śmiercią straszliwą, tak że piekło wyda ci się zbawieniem.
— Wiem, że tego pragniesz, ale równie dobrze wiem, że nie boję się ciebie, ani śmierci, ani piekła. Kres mego życia leży nie w twoich rękach, lecz Allaha, a że jest sprawiedliwym sędzią, jestem pewien, że rozprawi się raczej z tobą, niż ty ze mną!
— Mam cię już w ręku! — syknął.
— Tylko chwilowo, na krótki czas. On zaś z rąk swych już cię nie wypuści. Nie możesz mnie tutaj trzymać — jesteś na to za słaby. Dla tego jednak, kto jest rażony gniewem Allaha, niema żadnej nadziei — musi być zmiażdżony!
Cofnął się o krok wtył, złożył ręce w ironicznem zdumieniu i zaczął drwić:
— Co za wielki, co za znakomity i zdumiewający prorok z ciebie! Czy nie chcesz, abym padł przed tobą plackiem i modlił się do ciebie? Powiadam ci — mówiłeś jak człowiek nieuleczalnie chory na głowę. Jeżeli odwołujesz się do gniewu Allaha, zaraz ci przeciwstawię mój gniew i przekonasz się, który jest groźniejszy. Z mojej ręki żaden Allah cię nie wyratuje... Tutaj ja jestem panem.
— Bluźnierco!
— Nie bluźnię; znam tylko moją władzę, o której śmiesz wątpić! Słuchaj, co ci mówię! Z początkiem nowego dnia zacznie się twoja śmiertelna męka i tylko wtedy, gdy mnie poprosisz o litość, skończy się tego samego dnia, inaczej potrwa dłużej, o wiele dłużej!
— Słuchaj i ty, co ci powiem! Z początkiem nowego dnia nastąpi kres twojej urojonej władzy, a z końcem tego dnia dosięgnie cię pięść wiekuistej sprawiedliwości. Oto wyraziliśmy obaj swe zdania i zobaczymy, co się stanie!
Te słowa nie zostały mi podyktowane własną świadomością — po wypowiedzeniu ich nie wiedziałem sam, kto mi je podszepnął. Jestem przekonany, że były wyrazem jakiegoś natchnienia, którego źródło leżało poza mną. Sefir obrzucił mnie pogardliwem spojrzeniem i odrzekł:
— Tak, zobaczymy, co się stanie. Ja już wiem, a ty się dowiesz, kiedy wrócę. Abyś jednak w międzyczasie miał przedsmak radości, jaka cię czeka, uszczęśliwimy cię wprawieniem twego ciała w ten rozkoszny stan, do którego mają prawo jedynie wybitni mężowie, a który nazywać zwykliśmy sa'adet-i-beden[17]. Zwiążcie go, ale tak mocno, żeby się nie mógł ruszać!
Mógłbym się opierać, ale, jak było do przewidzenia, bez żadnego skutku, tedy zrezygnowałem z oporu i pozwoliłem robić ze mną, co chcieli. Musiałem usiąść. Podciągnęli kolana me do piersi i przymocowali je sznurem, uprzednio owiniętym wokoło szyi, tak, że moja głowa zawisła ku dołowi. Oba końce sznura pociągnięto w tył, wielokrotnie okręcono wokoło moich nóg, i połączono mocnym węzłem. Następnie wsunięto moje ręce pod kolana i spętano tak mocno, że rozwikłanie tych splotów, jak im się zdawało, było wykluczone. ciało moje przybrało pozycję o które można było powiedzieć — „związany jak kozioł”.
Rozmyślnie użyłem słów „jak im się wydawało” bo, nie spostrzegając się, nie osiągnęli swego zamiaru, przynajmniej niezupełnie. Podczas gdy mi wiązali przedramiona, nie trzymałem rąk na płask, lecz podniosłem je do góry, przyczem łokcie opuściłem o ile możności nisko, tak, że gdybym później chciał je wyciągnąć i obracać kiściami rąk, węzeł musiałby się rozluźnić i zdołałbym się może wyswobodzić, W tej nadziei umocniła mnie jeszcze ta korzystna okoliczność, że ręce zostawiono mi na wolności, sądząc, prawdopodobnie, że skoro ramiona są związane, krępowanie rąk nie jest konieczne. Wogóle, tak byli co do mnie pewni w tym podziemnym lochu, że według ich zdania, gdybym nawet nie był związany, nie było dla mnie najmniejszej nadziei na ucieczkę.
Gdy w ten sposób pozbawiono mnie, rzekomo, wszelkiej możności poruszania się, wciśnięto mnie w kąt. Sefir złapał mnie za ramiona, potrząsnął mną z góry na dół i rzekł:
— Tak, to jest sa’adet-i-beden, który cię obdarzy siedmiogodzinną rozkoszą, zaczątkiem tej szczęśliwości, jaką dla ciebie szykujemy. Teraz możesz grozić dowoli swą „pięścią wiekuistej sprawiedliwości”, z której mogę się tylko śmiać!
— Przypomnę ci te słowa — odparłem — wtedy nie będziesz się śmiał!
— Spróbuj, robaku. — Będę z tego rad!
Z temi słowy odwrócił się ode mnie i wyszedł. Inni podążyli za nim. Zgrzytnęły żelazne sztaby; rygle zasunięto i wokoło nas zaległa zupełna ciemność. Jak tylko zostaliśmy sami, ochmistrz zaczął:
— Któżby przypuszczał, że...
— Cicho! — przerwałem, — Nie mów teraz nic, musimy nasłuchiwać!
Odwróciłem się tak, że ucho moje przylegało do ziemi, i jąłem słuchać. Cienka druciana krata przepuszczała fale szumu. Słyszałem wyraźnie, że tych czworo mężczyzn przeszło z numeru trzeciego do numeru czwartego, a więc do Halefa, w celu zamiany ubrań! Po dziesięciu prawie minutach wyszli stamtąd i udali się do numeru pierwszego, by, jak przypuszczałem, wrócić przez otwór do wyjścia. Pochwyciłem dokładnie kroki czterech ludzi i nabrałem przeto pewności, że żaden z nich nie zostaje koło nas na warcie. Bo i poco? Uwa żali to za zupełnie zbyteczne, tem bardziej, że trzeba im było tyłu ludzi, iż nikt nie był zbytecznym.
Teraz zrobiłem wspomnianą próbę wyswobodzenia się z sznurów, owiniętych wokoło kiści rąk. Rozluźniłem je, nie do tego jednak stopnia, żebym mógł jedną ręką uwolnić, ale mogłem przynajmniej obracać nią i zdołałem dzięki temu chwycić palcami węzeł. Udało mi się rozplątać go, na co zużyłem kwadrans czasu. Podczas tej pracy ochmistrz zapytał:
— Czy jeszcze nasłuchujesz, czy też mogę już mówić?
— Możesz, ale bardzo cicho, odrzekłem. — Mógł się przecież ktoś potajemnie zaczaić, aby nas podsłuchiwać,
— Powiedz, jak się tutaj dostałeś! Toć ruszyliście do Bagdadu!
— To zrobiliśmy tylko dla pozoru. Później zboczyliśmy z drogi, aby was ratować.
— Aby nas ra-to-wać?! — powtórzył bełkocąc moje słowa. — A sam dostałeś się do niewoli!
— To nic nie znaczy. Może przeszkadza ci moja obecność?
— Nie, o nie! Skąd ci taka myśl przychodzi do głowy?
— Nie wiesz?
— Nie.
— Czy zapomniałeś, co mówiłeś w khanie? — Twe słowa brzmiały: „nie pokazujcie nam się więcej na oczy! Stare perskie przysłowie nakazuje, aby każdy szyita, spotkawszy chrześcijanina, odtrącił go od siebie nogą, inaczej będzie pokutował w tem i w tamtem życiu“. Otóż jestem chrześcijaninem, a ty szyitą. Odtrąć mnie nogą.
— Effendi, nie powinieneś brać dosłownie tego, co mówiłem, kiedy wszystko obróciło się inaczej, niż przypuszczałem. Gdybym usłuchał twego ostrzeżenia, nie leżałbym tutaj i moi żołnierze nie byliby zamordowani!
— Zamordowani?
— Tak.
— Wszyscy?
— Wszyscy; jedenastu. Stałem przy tem i musiałem się przyglądać, nie mogąc im pomóc. Dawałem pieniądze, ile chcieli, za ich życie, ale ten, którego nazywają Sefirem, śmiał się ze mnie i mówił, że nie wolno mu zostawić przy życiu żadnego świadka, a pieniądze moje będzie miał i tak.
— Jedenastu ludzi zabił! To jest szatańskie! Opowiedz mi, jak wpadliście w jego ręce.
— Przybyliśmy do Hilleh i, oczywiście, udałem się natychmiast do namiestnika, u którego zastałem Sefira...
— Czy mówiliście wtedy o mnie?
— Nie. Była tylko mowa o mojej podróży i niebezpieczeństwie, które w tej okolicy czyha na każdego bogatego pielgrzyma.
— Doskonale pomyślane! Jestem pewien, te to Sefir pierwszy poruszył ten temat.
— Zgadłeś. Namiestnik obiecał mi swoją opiekę, ale Sefir ostrzegł mnie przed nim.
— Oczywiście poufnie?
— Tak. Wrócił do mnie, gdy zostałem sam, powiedział mi, że namiestnik jest z bandytami w zmowie i otrzymuje większą część łupu.
— Uwierzyłeś w to?
— Dlaczego nie? Takie rzeczy się zdarzają i nietylko w kraju Turków, gdzie urzędnicy czekają latami napróżno na wypłatę gaży, wskutek czego muszą się uciekać do ciemnych sposobów zarabiania pieniędzy. Sefir powiedział mi w tajemnicy, że i on wybiera się do świętych miejsc, ale ukrywa to przed namiestnikiem; że nawet wieczorem tego samego dnia rusza w drogę; jakoby ludzie jego karawany, sami spokojni i pewni Solaib-Arabowie, obozowali koło ruin, skąd zaczynają pielgrzymkę.
— Zaproponował ci, abyś się do niego przyłączył?
— Nie; o to ja go poprosiłem!
— Tego pragnął!
— Oczywiście! Niestety, nie podejrzewałem niczego! Wyjechał naprzód, aby zaczekać na nas za miastem, potem pojechaliśmy za nim. Gdyśmy się zetknęli, objął kierownictwo.
— A więc miałem go za ostrożniejszego, niż jest w istocie. Sądziłem, że postara się o alibi.
— Alibi? Co to jest?
Rer mathra[18], dowód, że oskarżony znajdował się w czasie przestępstwa w innem miejscu, niż to, gdzie przestępstwo się odbyło. Sądziłem, że pozostanie u namiestnika w Hilleh, i poleci tak zwanym Solaib-Arabom napaść na was. Wtedy mógłby dowieść, że nie był przy tem.
— Dlaczego używasz słowa „tak zwani“?
— Bo ci ludzie to żadni uczciwi Solaib — lecz zbójeccy Ghasai-Beduini.
— Allah! Właśnie dlatego, że podał ich za Solaibów, miałem takie zaufanie, gdyż wiem oddawna, że członkowie tego plemienia odznaczają się wielką wojenną sprawnością.
— To też aby wzbudzić zaufanie, podał swych ludzi za Solaibów. Gdybyś mi zaufał w khanie, nie wpadłbyś w ich ręce! Opowiadaj dalej!
— Pojechaliśmy do ruin; do której części nie wiedziałem, było zbyt ciemno i okolica jest mi obca. Jechałem z nim na czele, a ludzie moi za nami; między nami a nimi był przedział...
— Och, — wtrąciłem — chciał cię od nich oddzielić, bo miałeś zostać przy życiu!
— Tak. Naraz rozległy się za nami jakieś krzyki. Gdy się odwróciłem, ujrzałem moich żołnierzy w walce z obcymi ludźmi.
— Pośpieszyłeś do nich na pomoc?
— Chciałem, ale wtedy Sefir uderzył mnie w głowę kolbą swego karabinu tak, że spadłem z konia. Zeskoczył także i związał mi ręce na plecach. Przytem zagroził, że mnie przebije sztyletem, jeżeli będę krzyczał, albo zrobię jakiś niedozwolony ruch.
— Poddałeś się oczywiście?
— Tak. Cóż miałem robić. Powiadam ci, jestem dzielnym człowiekiem, prawdziwym bohaterem w walce, ale w podobnej sytuacji największa śmiałość nie pomaga. Stwierdziłem to na moich ludziach. Niektórzy polegli, inni zostali związani, jak ja, i razem z końmi odprowadzeni do odległego i ukrytego miejsca, gdzie, przy świetle naprędce zapalonego ognia wypróżniono nam kieszenie i zabrano wszystko, co mieliśmy przy sobie. Potem ludzie zostali zarżnięci, jeden po drugim, straszliwie zarżnięci! Czy widziałeś kiedy, jak gassab[19] swe zwierzęta zarzyna?
— Tak.
— Zupełnie tak samo wyglądało, kiedy im po kolei zadawano nożem śmiertelne ciosy w serce. Dreszcz mnie przechodzi na samą myśl o tem! Ja miałem zostać przy życiu, ja sam, bo musiałem podpisać dokumenty, które ci mordercy chcą przedstawić, aby otrzymać pieniądze, dużo pieniędzy.
— Czy już to uczyniłeś?
— Tak. Czy myślisz, że mogłem tego nie zrobić? Sefir stał nade mną z wymierzonym nożem i dyktował mi. Gdybym się przez jedną chwilę wzbraniał, byłbym też przebity.
— Gdzie podpisywałeś papiery?
— W izbie obok nas.
— Czy był tam przybór do pisania?
— Był przybór i inne konieczne rzeczy, jak lak do pieczęci. Musiałem przypieczętować sygnetem stemplowym, który mi zabrano. Wyjmował wszystko z wielkiej, obijanej żelazem sanduka[20], do której klucz nosi na szyi, na sznurku i ukrywa go pod kamizelką. Widziałem tam dużo pieniędzy w srebrze i złocie. I błyszczące kamienie pokazywał mi również.
— Jakto? Pokazywał?
— Tak, Nie dziw się! To prawda, bo sam widziałem; na własne oczy widziałem! Jest tam nagromadzona cała góra bogactw.
— Źle mnie rozumiesz. Nie dziwię się wcale tym skarbom — mnie nie mogą imponować. Ale to, że ci je pokazywał, z własnej woli pokazywał, to nie jest dobrym znakiem dla ciebie.
— Jakto?
— Masz nadzieję wydostać się niezadługo na wolność?
— Naturalnie! Wprawdzie będę musiał jeszcze raz podpisać pieniężne zobowiązania, jak dopiero to słyszałeś; ale zato puszczą mnie na wolność.
— Czy przyrzekł ci to?
— Tak.
— I ty wierzysz tej obietnicy?
— Dlaczego nie?
— Dlaczego? Dlaczego!!! To doprawdy nie do pomyślenia, że jeszcze możesz o to pytać! Jestem przekonany, że twoja mądrość i przenikliwość wygląda tak samo, jak twoja waleczność, o której przed chwilą mówiłeś. Zabił twoich ludzi, aby nie mieć świadków, jeśli zatem zostawi cię przy życiu, ma w tobie świadka swej zbrodni. Pomyśl nad tem!
— Allah! Allah! Co ty mówisz! Rozumiem co myślisz!
— A kiedy bandyta pokazuje komu swe skarby, robi to wtedy tylko, kiedy jest pewien, że odnośny człowiek nie zdradzi go. Tę pewność daje tylko śmierć!
Mebada! — Boże uchowaj! Pogrążasz mnie w rozpaczy czarnej, jak głębia otchłani!
— Jestem szczery z tobą. Raz już obdarzyłeś mnie nieufnością i drogo za to zapłaciłeś. Jeżeli znów mnie nie usłuchasz, licz na siebie samego. Nie ujrzysz więcej nieba, lecz tutaj zostaniesz zakłuty, jak twoi ludzie.
— Jesteś o tem przekonany?
— Jest to moje mocne, niezachwiane przekonanie!
— Niechże się Allah zmiłuje nade mną! Chcę ci wierzyć, tak, muszę ci wierzyć, gdybym nawet nie chciał. Kiedy ważę twe słowa, a z drugiej strony okrucieństwo tych ludzi, kiedy myślę o tem, z jaką zimną krwią mordowali moich żołnierzy, — nie mogę sądzić inaczej, uważam się za straconego!
Gdy przejrzał, co go czeka, zaczął lamentować i zawodzić; błagał Allaha, łkał ze strachu i w przerwach robił mi masę bezcelowych, bo niewykonalnych propozycyj ratunku. W międzyczasie udało mi się węzły rozplątać i wyswobodzić ręce. Ściągnięcie sznura z szyi, uwolnienie kolan i nóg — było już drobiazgiem. Wtedy stanąłem i jąłem z prawdziwą przyjemnością przeciągać swe zmęczone członki. Teraz byłem uratowany; mógł nadejść Sefir z wszystkimi swymi ludźmi; nie bałem się ich.
Pierwsze, co zrobiłem, było to wybadanie podłogi w lewym kącie, oznaczonym przez bimbasziego. Leżała tutaj grudka ceglanego miału, który był tak delikatny i lekki, że mogłem pogrążyć weń ramię, nie natrafiając na przeszkody. Potem zbliżyłem się do wejścia, aby zbadać zasuwę z żelaznych sztab. Wyjść tędy było niepodobieństwem. Gdy te badania spowodowały lekkie zgrzytnięcia sztab, ozwał się Piszkhidmet baszi.
— Słuchaj! Ktoś nadchodzi!
— Nie, to ja, — odrzekłem.
— Ty? — zapytał zdziwiony, — Twój głos dochodzi mnie z góry. Czy stoisz? Jak doszedłeś do drzwi? Jesteś przecież związany!
— Byłem związany, ale już nie jestem. Podczas gdy ty lamentowałeś, pracowałem i uwolniłem się z więzów. Teraz ciebie rozwiążę.
— O Allah, Allah! Allah! Co za szczęście dla mnie! Tak, chodź tu effendi i daj mi wolność, wolność, wolność...
— Nie tak głośno! Właściwie nie mogę cię rozwiązać.
— Czemu nie?
— Bo jestem chrześcijaninem, a moje dotknięcie byłoby dla ciebie hańbą w tem i tamtem życiu.
— Nie mów tak, effendi, nie mów tak! Co było, to przeszło, i powinno być zapomniane. Powiadam ci, chrześcijanie są bardzo dzielni, dobrzy i szlachetni ludzie! Jestem o tem przekonany, głęboko przekonany.
— Tak, kiedy nas potrzebujecie, chwalicie nas, poza tem macie usta pełne wymysłów dla „niewiernych psów”. Ale właśnie dlatego, że jestem chrześcijaninem, zlituję się nad tobą i nie Pozwolę ci tu leżeć aż do powrotu Sefira... Jak jesteś związany?
— Nogi są złączone, a ręce przywiązane do ciała.
— Nie będę więc miał z tobą dużo zachodu.
Ukląkłem obok niego i bez wielkiego trudu ściągnąłem zeń sznury; skoczył z rozmachem do góry i ujawnił swą radość w sposób tak nieostrożny, że musiałem nakazać mu milczenie.
Teraz należało zbadać kąt dokładniej, niż to uczyniłem poprzednio. Ochmistrz musiał mi pomóc. Usunęliśmy ceglany miał, wybierając go rękoma i składając na stronę. Nie była to tylko warstwa miału: zawierała sporo odłamków cegieł. Wytworzył się niebawem otwór, który się pogłębiał coraz bardziej. Robota posuwała się szybko. Gdyśmy wykopali dół na metr głębokości, natknęliśmy się na twardy grunt, ale w lewo i w prawo, w kierunku poziomym, lekka miałka masa poddawała się dalej. Lewa strona wiodła do wnętrza budowli, prawa nazewnątrz; dlatego kopaliśmy dalej w tym ostatnim kierunku. Szedłem przodem, wygrzebywałem miał rękoma i rzucałem go do rozciągniętego kaftana ochmistrza, który wynosił go, niby pełny worek na górę. Już po krótkim czasie miałem niewielki opór: wzgórek miału zmniejszył się znacznie; stwierdziłem, że pozostałą przede mną ściankę z lekkiego materjału mogę pchnąć przed siebie. Uczyniwszy to, popełzłem dalej, a Pers podążył za mną. Poczułem prąd świeżego powietrza; przejście było już prawie wolne od gruzów i po chwili stanąłem u wylotu. Zobaczyłem, mimo ciemności, wznoszący się mur, który przedłużał się w prawo i w lewo; nawprost mnie dostrzegłem lukę i poprzez nią w górze kawał nieba, rozmigotany gwiazdami. Leżał przede mną czworobok tego dziedzińca, który był schroniskiem jeżów, a który posłużył nam wczoraj do ukrycia koni.
Wychyliwszy głowę przez lukę, ujrzałem przylegający do muru nasyp z cegieł i prochu, nasyp, który oddzielały ode mnie dwa zaledwie metry. Rozrzucone tu i owdzie w cegłach szczerby służyły jeżom, jako droga na szczyt muru. Nie mogłem z nich skorzystać i poprostu zeskoczyłem z mego otworu na miękki nasyp, co dzięki wilgotności gruzów nie było groźne. Pers, zdziwiony, wyjrzał przez dziurę.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał.
— Na wolności. Złaź nadół. Jesteśmy uratowani!
Alhamdulillah! Uratowani! Na wolności! Ale mówisz, żebym złaził, a ja nie widzę tu sullem![21]
— Czy ja potrzebowałem drabiny? Żądasz za dużo naraz. Może chcesz tachtrawanu[22], w której miałbym cię przenieść? Zrób jak ja — zeskocz...
— Skoczyć? Czego chcesz? Żebym sobie złamał kark i może w dodatku nogi?
— Ja nie złamałem!
— To ty! Was chrześcijan djabeł strzeże!
— Ach! Przedtem byłeś grzeczniejszy, ale zaledwie wolny, znów zaczynasz mi ubliżać! Stercz dalej w tej dziurze i daj się wyciągnąć przez Sefira! Odchodzę, Dobranoc!
Odwróciłem się i jąłem schodzić z nasypu. Wtem za mną rozległo się głośne człapnięcie: ochmistrz wyłaniał się z zawiei pyłu, wołając za mną:
— Stój, stój! Zabierz mnie z sobą! Zabierz mnie z sobą! Nie zostaję, nie chcę zostać tutaj!
— Nie, to ty powinieneś mnie zabrać; potoczyłeś się dalej, niż ja, — odrzekłem, śmiejąc się, i polazłem do niego.
Stał, drżąc na całem ciele; otrzepując z siebie piasek, zawodził:
— To był straszny, przeraźliwy skok, głową naprzód! Nigdy więcej nie odważę się na nic podobnego! Mogłeś mnie przecież ściągnąć! Mam uczucie, jakbym był zbity!
— Bądź zadowolony, że okupujesz swą wolność tylko tem szlachetnem uczuciem! Czy dobrze jeździsz konno?
— Nikt nie śmie zaprzeczyć, że jestem świetnym jeźdźcem!
— To dobrze, bo jedziemy zaraz do Hilleh.
— Do tego potrzebne są konie!
— Mam je. Są schowane tu blisko. Musimy tam być za godzinę.
— Przecież to trzy godziny drogi! Dlaczego tak prędko?
— Bo musimy tu być zpowrotem na długo przed świtem.
— Znów tutaj? Powiadam ci — żadna siła na ziemi nie ściągnie mnie tu zpowrotem!
— O tem pomówimy później, teraz chodź!
— Co zrobisz w Hilleh wśród nocy?
— Zażądamy wojska i przyłapiemy Sefira wraz z jego hołotą.
— Chwała Allahowi! To wielka, cudowna idea! Jeżeii dadzą nam żołnierzy — wracam i ja!
— Więc chodź!
Zeszliśmy z nasypu. Gdy gruzy pozostały za nami, zatrzymałem się, nasłuchując. Nic nie było widać ani słychać. Skręciliśmy na prawo i po pięciu minutach odnaleźliśmy konie. Wziąłem swą broń, dałem Persowi broń Halefa, poczem dosiedliśmy koni, by opuścić Birs Nimrud, — aż do rychłego powrotu.
Znałem drogę, mogliśmy więc mimo ciemności ruszyć galopem. To było konieczne, bo doprawdy nie mieliśmy nic czasu do stracenia.
Odszukałem najpierw drogę, prowadzącą z Hilleh do przełęczy Chidr i Delem, gdy zaś wkroczyliśmy na nią, rzuciłem koniom zagrzewające „chabab[23], dzięki czemu pełnym, wyciągniętym cwałem pomknęły po gładkiej drodze, zupełnie wolnej od przeszkód. Przytem okazało się, że ochmistrz nie jest bynajmniej tak świetnym jeźdźcem, za jakiego się podawał. Gdyby to było w dzień, mógłbym przy tej jeździe nawlec igłę nitką, nie chybiając dziurki, tak „chatt[24] szły ogiery, — jak zwykli się wyrażać Beduini; on zaś podskakiwał w siodle w górę i wdół, jak worek z kartoflami, i wołał do mnie żałośnie:
Wakkif, wakkif! — Wolniej, wolniej! Nie mogę tak prędko!
— Ja mogę — odparłem.
Amma ana dochan! — Kręci mi się w głowie! Dostaję zoba'a[25], ashub-i dil-i derya![26] Spadam!...
— Trzymaj się mocno! Nie możemy zwolnić! Daj mi cugle!
Nie mógł sobie dać z nimi rady; musiałem podjechać i wziąć mu je z rąk. Uczepił się siodła i pojechaliśmy dalej pod akompanjament nieustannych „ach“ i „och“... Tylko dwa razy pozwoliłem koniom zwolnić kroku. Po niecałej godzinie ujrzeliśmy przed sobą pierwsze zabudowania Hilleh. Ponieważ znałem tak zwany serai[27] namiestnika, nietrudno było mi go odnaleźć. Sądziłem, że wypadnie mi o tej nocnej godzinie dobijać się do bramy, ale zastałem ją szeroko otwartą; gdy wjechaliśmy na dziedziniec, zauważyłem, że wejście do mieszkania urzędników było oświetlone. Skierowaliśmy się tam i zsiedliśmy z koni. Przed drzwiami stała podwójna warta, której w dzień nie widziałem.
— Czy namiestnik nie śpi? — zapytałem.
— Nie! — odpowiedział żołnierz.
— Musimy go w tej chwili widzieć. Trzymajcie nasze konie.
— Nie wolno nam nikogo w puszczać.
— Czemu?
— Przybył ze Stambułu oficer, wysłannik Padyszacha, którego niechaj Allah ma w swej opiece. Mają konferencję i nie wolno im przeszkadzać.
— Musimy jednak widzieć się z nim. Oto macie tutaj w nagrodę za dobrą wolę!
Wcisnąłem mu do ręki srebrną monetę; popatrzył na nią pod światło, by zobaczyć, ile dostał, i rzekł:
— Panie, twoja łaskawość przewyższa moje rozkazy. Dajcie mojemu arkadasz[28] konie; dobrze je przypilnuje; a ja wejdę, aby wywołać do was kol agasiego, który ma służbę.
Poszedł i po chwili wrócił w towarzystwie oficera. Ku mojej radości był to dzielny stary kol agasi, który tak mocno wierzył w mój wpływ na seraskiera. Gdy nas ujrzał i poznał, klasnął ze zdziwienia w dłonie i rzekł:
— Wy tutaj, wy? Effendi, to zuchwalstwo! To nawet szalone zuchwalstwo! Wszak złapią was, zamkną i zasądzą. Namiestnik był wściekły po waszej ucieczce!
— Nie boję się go. Prowadź mnie do niego. Mam dla niego niezmiernie ważną wiadomość, która nie cierpi zwłoki.
— Co się stało? Dlaczego powracacie?
— Nie mam teraz czasu na opowiadania, bo każda minuta jest droga. Ale wnet się dowiesz, o co chodzi. Zamelduj mnie natychmiast!
— Przyjmie was zapewne nie namiestnik, lecz wysłannik sułtana.
— Kto to?
— Jest to generał; nie wiem, jak się nazywa. Przyjechał wieczorem z Bagdadu i od tej chwili w całym domu są tylko tajemnice. Zebrali się tam wszyscy wyżsi urzędnicy namiestnictwa i kilku oficerów; konferują w najwyższej tajemnicy. Gdybym był pewien, że doprawdy wspomnisz o mnie w swem sprawozdaniu, powiedziałbym ci coś bardzo ważnego-
— Powtarzam ci; tak, polecę cię nawet w Bagdadzie.
— Chcę ci wierzyć. A więc chodź na stronę!
Wziął mnie za rękę i powiedział mi do ucha:
— Zdaje mi się, że źle z namiestnikiem. Słyszałem pod drzwiami bardzo surowy głos generała, a kiedy wszedłem do pokoju, twarz namiestnika była tak zakłopotana, że mam pewność, iż czeka go coś bardzo przykrego. Od przyjazdu generała nie wydał ani jednego rozkazu, dlatego zaś, zdaje się, że nie ma już władzy. Myślę więc, że nie z nim, lecz z generałem mówić będziecie.
— To jest mi na rękę. Zatem zamelduj mnie.
— Nie mam prawa. Rozkazano mi wpuszczać tylko tych, których zażądają, ale dla ciebie zrobię wyjątek, za który dostanę chyba ostrą wymówkę. Zameldować cię jednak nie mogę. Ale nie mogę również stać ciągle koło drzwi, to też jeśli w czasie mojej chwilowej nieobecności wejdziecie do pokoju sami, — nie moja w tem wina.
— Gdzie są drzwi?
— Wejdźcie na prawo po schodach, tam znajdziecie je nawprost. W przedpokoju traficie na moją wartę, która każe wam się cofnąć; jak macie się zachować, to wasza sprawa; mnie nie wolno wam radzić. Następny pokój jest ten, w którym odbywa się narada. Teraz oddalam się, bo mi nie wolno nic o was wiedzieć.
Wyszedł na dwór, a ja wszedłem po schodach i otworzyłem wskazane drzwi. Zastałem tam onbasziego i pięciu żołnierzy. Ten wystąpił ku nam, aby nam zagrodzić drogę; odtrąciłem go z surowem „ruh min han![29], co go tak ogłuszyło, że, zanim się połapał, staliśmy już w następnym pokoju.
Liczne grono cywilnych urzędników siedziało, paląc, na poduszkach; w pewnej odległości od nich — kilku oficerów, a na uboczu, zupełnie sam jakby odosobiony czy zgoła omijany, siedział namiestnik, w skupienie, nie paląc. Przy naszem wejściu podniósł głowę. Gdy poznał przybyszów, zerwał się z miejsca, podbiegł do drzwi, rozkrzyżował ręce, aby odciąć nam odwrót, i krzyknął:
— Oto są zbiegłe łotry! Są tu znowu! Łapcie ich, trzymajcie, żeby nie mogli już umknąć!
Inni wstali szybko i spojrzeli na nas z przerażeniem. Odwróciłem się do namiestnika i powiedziałem tonem najspokojniejszym:
— Nie unoś się! Nie mamy bynajmniej zamiaru opuszczać tego pokoju, zanim nie osiągniemy swego celu. Przychodzimy, aby pomówić z tobą. Masz, sądzę, trochę wolnego czasu?
— Czas? Tak, mam dla was czas, łotry, zbiry, psy, dużo czasu, ale nato, by kazać was związać i wrzucić do więzienia!
— Do tego nie dojdzie, bo nie my, lecz inni ludzie nadają się do więzienia. Ostrzegam cię wogóle, żebyś nie szastał łotrami, zbirami i psami! Przyzwyczajony jestem do tego, aby osoby dostojniejsze, niż tutejszy namiestnik, odnosiły się do mnie z szacunkiem. Dzisiaj, a szczególnie wczoraj, popełniłeś tyle błędów, że nie uniknąłbyś najgorszych konsekwencyj, gdybyśmy teraz nie dawali ci okazji do naprawienia złego. Winieneś nam wobec tego wdzięczność, ty zaś nas obrażasz!
— Wdzięczność! — roześmiał się kpiąco. — Tak, wdzięczność w postaci obicia — to wam się należy! Taka zbrodnicza hołota, jak wy...
W tej chwili odsłoniła się zawieszona nad dalszemi drzwiami kotara; ukazał się oficer w pełnym uniformie tureckiego generała, i spytał surowym tonem:
— Co to za krzyki i hałasy wpobliżu mego pokoju! Czy w ten sposób okazuje się szacunek pełnomocnikowi Wielkorządcy...
Urwał. Wzrok padł na mnie i natychmiast poważny wyraz jego twarzy ustąpił miejsca przyjaznemu uśmiechowi. Namiestnik nie zauważył tego i zaczął żywo:
Hazretiniz,[30] tu oto stoją dwaj wysoce niebezpieczni łotrzy, którzy mi dzisiaj uciekli. Są to przemytnicy, złodzieje i zbrodniarze — dzisiaj muszą być stanowczo ujęci!
Generał skinął pogardliwie i odrzekł:
— Tak, szczególnie jednego z nich stanowczo ujmę, ale za rękę.
Podszedł do mnie, ujął obydwie moje ręce, serdecznie je uścisnął, i powitał mnie w języku ojczystym:
— Jakże się ogromnie cieszę, że widzę pana tak niespodziewanie! Wprawdzie nie jestem bardzo zaskoczony, bo słyszałem niedawno, że znajduje się pan w tej okolicy, i postanowiłem nawet odszukać pana.
— Jeżeli Ekscelencja nie jest zaskoczony, to ja nim jestem w najwyższym stopniu! — odrzekłem, — Nie miałem pojęcia, że pan znajduje się w Irak Arabi, i nadto w Hilleh, Widzę, że pan w niezwykle krótkim czasie zdobywa rangi. Czy mogę powinszować, panie generale?
— Dziękuję! — Zostałem w bardzo niesprzyjających okolicznościach odkomenderowany nagle do Hilleh, aby skarcić tutejszego namiestnika i przeprowadzić inspekcję.
— Ach! A wiec wzbudził jakieś podejrzenia?
— Nietylko podejrzenia; udało mi się nawet dostać do rąk dowody jego winy. Wie pan, że szach Nasr Eddin zamyśla o zdobyciu Bagdadu. Przed paru laty wykorzystał ciężkie położenie Turcji, aby go zażądać zpowrotem, jednakże natrafił na nieoczekiwany opór. Teraz wzmagają się pogłoski, że dąży do tego celu innemi drogami, i w tej właśnie sprawie tutejszy namiestnik jest w wysokim stopniu skompromitowany. Nie zbadałem jeszcze wszystkiego, ale już teraz wiem, że narazie będzie usunięty ze stanowiska, a potem grozi mu poważna kara. Ponadto tak potraktował pana i poczciwego Halefa, że zasłużył sobie więcej, niż na zwykłe skarcenie.
— Wie pan o tem, Ekscelencjo?
— Wiem o wszystkiem bardzo dokładnie. Mir alai, który wielce się panem interesuje, opowiedział mi wszystko.
Wskazał poza siebie na pułkownika, który zjawił się wślad za nim, — tego samego mir alai'a, co w mehkeme tak życzliwie wstawił się za nami. Ciągnął dalej:
— Ten pułkownik jest dzielnym człowiekiem; jego pomocy mam dużo do zawdzięczenia. Polecę go.
Przy tych słowach przypomniałem sobie starego kol agasiego, to też zapytałem, mimo że miałem wiele ważniejszych rzeczy do omówienia
— Ekscelencja mówi o pełnomocnictwach: Czy mogą się one również rozciągnąć na starego zasłużonego kol agasiego, który w ostatnich czasach zasłużył na otrzymanie wyższej szarży?
Popatrzył mi w twarz z ironicznym uśmiechem i odrzekł:
— Czy istotnie przysłużył się panu?
— Bardzo!
— To musi go wynagrodzić padyszach. Bądź spokojny, stary przyjacielu! — — —

Przypisy

  1. Mąż królewskiej asysty.
  2. Dozorca khanu.
  3. Jaszczurka.
  4. Wysokość.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Żyd.
  6. Chrześcijanin.
  7. Szerokość wielbłądziego włosa.
  8. Żołnierze.
  9. Rękawiczka.
  10. Metr.
  11. Tamarzyszek.
  12. Spokój.
  13. Magazyn.
  14. Piekło.
  15. Więzienie.
  16. Djabeł.
  17. Rozkosz ciała.
  18. Gdzie indziej.
  19. Rzeźnik.
  20. Skrzynia.
  21. Drabina.
  22. Lektyka.
  23. Galop.
  24. Jedną linją, jednym rzutem.
  25. Zawrót głowy.
  26. Morska choroba.
  27. Pałac.
  28. Kolega.
  29. Nabok.
  30. Ekscelencja.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.