Jaszka Orfanem zwanego żywota i spraw pamiętnik/Tom IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jaszka Orfanem zwanego żywota i spraw pamiętnik
Tom IV
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1890
Druk Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JASZKA ORFANEM
ZWANEGO
ŻYWOTA I SPRAW PAMIĘTNIK.
(Jagiełłowie do Zygmunta.)
PRZEZ
J.  I.  Kraszewskiego.
TOM IV.
WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.

1890.



Mało co czasu zostawało do naznaczonego na 15-go sierpnia zjazdu w Piotrkowie, tak że my z Bobrkiem, aby się przekonać jak szlachta myśli i kto jej przewodzi, musieliśmy lecieć jak oparzeni, chwytać w lot słowa, zgadywać co się gdzie gotuje, aby królowa z biskupem Fryderykiem mogła coś radzić na to. Bo na samego Olbrachta, który sobie ze wszystkiego drwił, spuścić się nie było można. Ściskał i całował matkę, dziękując jej za opiekę, bratu żartobliwie obiecywał, że gdy królem zostanie, to się go postara papieżem zrobić — a co się miało stać, o to się bynajmniej nie frasował! Słuchał piosnek, śmiał się z żartów i popijał owe sławne piwo Piątkowskie, które i Fryderyk lubił.
Gdym zbiwszy się haniebnie na siodle z mojej wycieczki z doniesieniem powrócił, a królowa, młody Fryderyk i Zygmunt natychmiast się zebrali słuchać cośmy przywieźli, dla porównania z tem co do nich inną doszło drogą — Olbracht, jakby mu wcale nie było pilno, począł się z mojej sukni podróżnej wyśmiewać i najpierwsze pytanie zadał, gdzieśmy najlepsze piwo pili.
Mnie już to lekceważenie głównej sprawy, dla której wszyscy pracowali, tak podrażniło, żem na to odpowiedział sucho:
— Piwo warzą dopiero dla miłości waszej, i o tośmy się dowiadywać jeździli, a o innem nie wiemy nic.
Uderzył mnie po ramieniu.
— Gadajże co przywozisz! — rzekł.
A było o czem. Wiedzieliśmy, że z naprawy Oleśnickiego Janusz z bratem Konradem do Piotrkowa w tysiąc koni rycerstwa i z tłumem drobnych panoszów ciągnęli niedarmo.
Choć Wielkopolska królowi nieboszczykowi była powolną, a no teraz odezwało się i tu przywiązanie do dawnych panów, Kaźmirzowi zadawano, że kraj wojnami zniszczył, że zamki i grody zaniedbane zostawił w ruinie, a nawet, że tego zbója Szafrańca, co kupców rozbijał i zabijał, ściąć kazał. Kładziono mu na karb i śmierć Tęczyńskiego i oderwanie ziem dla Litwy i wiele innych grzechów.
O Olbrachcie zaś mówiono, że gorszym będzie jeszcze, bo bez Włocha doradzcy stąpić nie może.
Oprócz tych, co Mazowieckiego Piasta prowadzili, inni dlatego, aby się Litwa nie oderwała, Aleksandra wybierać chcieli, aby znowu obu krajom panował; naostatek Rafał Tęczyński marszałek i reszta panów z Tęczyna, a z niemi Krakowianie, woleli już Zygmunta niż płochego Olbrachta.
Nikomu tajemnicą nie było, jakie prowadził życie, lecz toby mu przebaczono łatwo — a Kallimacha nie chcieli ziemianie, czując, że w nim mieli nieprzyjaciela.
Czasu zaledwie kilkanaście dni pozostawało do zjazdu w Piotrkowie. Królowa dała swoich pieniędzy, aby zaciągi powiększyć i przynajmniej dwa tysiące zbrojnych dać synowi, które Fryderyk miał prowadzić, bo się sam do tego gorąco nastręczał.
Naprędce jednak pościągawszy co było można, nad tysiąc sześćset koni się nie zebrało. Oprócz tego było własnego Olbrachtowego dworu głów do dwóchset, ale nie wiele wartych, tyle tylko, że zuchwałych.
Postanowiono się do Piotrkowa nie opóźniać, zamek i miasto zająć, tak, aby Mazury i co było niechętnych zepchnąć na przedmieścia.
Olbracht zaś o to wielkie staranie miał, aby piwa i wina poddostatkiem było dla zgromadzonych, wiele na to licząc, gdy im upusty otworzy.
Kallimacha choćby był rad pewnie z sobą wieźć, nie mógł się ważyć na to. Włochowiby tam nietylko wielkie groziło niebezpieczeństwo, aleby niechybnie życie postradał. On też sam przestraszony, ostrożny, wolał się zamknąć na Wawelu i tu czekać końca.
Tak stały rzeczy, gdyśmy w same skwary sierpniowe ruszyli nareszcie taborem wielkim do tego Piotrkowa. Olbracht, choć na dwoje wróżono co tam spotkać go może, jechał tak wesół i swobodny, jakby wcale o nic nie dbał.
Tysiąc kilkaset zbrojnej komitywy prowadził biskup krakowski, a ktoby na koniu wówczas widział młodego, raźnego, rycersko wyglądającego, nie odgadłby w nim pasterza duszyczek.
Jemu to była uciecha wielka, nowość, rozrywka, której sobie Zygmuntowi starszemu, ofiarującemu się też prowadzić ludzi, odebrać nie dał.
Pośpieszaliśmy tak dobrze, iż jak było powiedziano, zamek i miasto zajęliśmy całe i obsadzili swojemi. Beczki też w porę nadeszły. Kardynał Fryderyk umyślnie się przyzostawszy za nami, miał przybyć dopiero, kiedy się już ziemianie gromadzić zaczną.
Zjazd był nadzwyczaj liczny, a szczególniej Mazurów i Wielkopolan się zwlekło siła i mazowieccy panowie w tysiąc koni.
Wojsko to nie było bardzo pokaźne, liczbą tylko groziło. Czy książęta byli uwiadomieni o sile, którą prowadził Fryderyk, nie wiem — ale gdy ona się ukazała, nadeszła i obozem położyła, bardzo im raźności i buty ubyło.
Tymczasem Olbracht po swojemu sobie serca pozyskiwał. Zapraszał panów, ugaszczał, z ziemianami ubogiemi przepijał, śmiał się, żartował i można go nieledwie było wziąć za prostaczka.
Naprzód tedy ci, co Aleksandra chcieli, poczuli się w tak małej liczbie, że nawet począć nic nie śmieli.
Tęczyńscy, którzy Zygmunta życzyli, zrazu dosyć pociągnęli za sobą, ale jawnem było, że Zygmunt przeciwko bratu występować nie życzył sobie, że królowa też popierała starszego, a drobniejsi panoszowie ujęci poufałem obejściem się Olbrachta, poczynali się skłaniać ku niemu.
Pomogło i to, że Kallimacha nie było, a wieść rozpuszczono, jakoby do swej ojczyzny miał powrócić i już w Polsce się nie ukazywać.
Próbowali Mazury, mając tajemne poparcie arcybiskupa, swoich książąt zalecać, ale, że Zbigniew z Oleśnicy dla puchliny na którą cierpiał, sam przybyć tu nie mógł, a od siebie nikogo nie przysłał, coby skutecznie mógł przedsięwziąć, i że myśmy biegali, poili, namawiali, pilnowali i straszyli, gdy przyszło do okrzykiwania, a nasi pierwsi Olbrachta obwołali, huknęli, zagłuszyli innych, i nikt już głosu podnieść nie śmiał.
Mazury uszy pospuszczawszy, widząc, że najmniejszej nadziei mieć nie mogą, wołali jako drudzy.
Był na to przygotowany Olbracht, aby gdy go okrzykną, wielką ucztą ten cały tłum ugościć. Nie żałował na to. Jakby cudem stanęły stoły z desek, całe niecki mięsiwa, całe stosy chlebów a wina, piwa i miodów, nietylko cośmy z Krakowa przywieźli, ale co Piotrków i okolica miała. Myślę, że potem parę miesięcy najmniej samą wodę pito. Więc wesele wielkie, ochota, śpiewy, a przytem i zwady i bójki do białego dnia trwały.
Mnie nowo obrany król z pismem zaraz do Gniezna do arcybiskupa wyprawił, oznajmującem mu o wyborze i upraszającem zarazem, ażeby obyczajem dawnym na koronacyę zjechał do Krakowa.
Wprawdzie biskup krakowski, brat Fryderyk chętnie się go ofiarował zastąpić, ale nie życzyła sobie tego królowa, ni Olbracht.
Niemal rad byłem z Piotrkowa się wyrwawszy, gdziem od krzyku na poły ogłuchł, od wołania ochrypł, a od bezsenności i trudu mało nie oszalałem, wytchnąć nieco w podróży do Gniezna.
Drugiego tego Zbigniewa z Oleśnicy mało i zdala tylko widywałem, więc i do stryja go przymierzyć ciekaw byłem. Wiedziałem od Kallimacha, że z nim był w listowaniu i dobrych stosunkach choć Kallimach Olbrachtów był, a arcybiskup Jagiellonów jak stryj nie lubił.
Gdym z listem do Gniezna nadążył, naprzód mi oznajmiono, iż arcybiskup chorzał a cierpiał wiele, i czekać musiałem godziny, aż do niego przystąpić będzie można. Nie trwało to wszakże i zawołano mnie do arcypasterza.
Siedział w krześle wielkiem z okrytemi nogami, z twarzą obrzękłą, ale mąż wielkiej powagi i zaraz po nim widać było, iż świata a ludzi wiele znał, że ogładę miał pańską. Dwór też około niego i wszystko co go otaczało, godnem było książęcia kościoła.
List, który wiozłem, i ja byliśmy tu pierwszemi zwiastunami wiadomości o wyborze Olbrachta.
Arcybiskup, co nie tajnem nam było, Mazurów popierał, ale najmniejszego nie dał po sobie znaku, aby nawet świadom był ich pokuszenia się.
Na list króla rzuciwszy okiem, głosem spokojnym rozpytywać mnie zaczął o wszystko.
Ja też trochę głuptaszka udając, od tegom zagaił, żem podziwienie wyraził ze zjawienia się Piastów, którzy się też do korony stręczyli, naówczas gdy ona od przeszło lat stu w rodzinie Jagiełłów była.
Arcybiskup wysłuchał tego głową poruszając i niby też podziwienie wyrażając swoje. Ciągnąłem dalej o sile jaką z sobą przyprowadzili, a razem o rycerstwie, które otaczało Olbrachta, o różnych głosach za Aleksandrem i Zygmuntem, kończąc tem, iż przecie jednogłośnie i bez sporu a swaru Olbrachta obwołano.
Oleśnicki wszystkiego tego wysłuchawszy, wziął raz jeszcze do rąk list króla, odczytał go, złożył i długo myślał nic nie odpowiadając. Potem odsłonił mi zgrubiałe i strasznie opuchłe nogi, wskazał na nie i wzdychając, rzekł głosem stłumionym:
— Patrzajże dziecko moje, jaki to ja jestem i czy mogę na koronacyę jechać, a trud ten znieść przy chorobie mojej... Ultimis spiro! życia we mnie niewiele.
— Królowi wielce idzie o to — rzekłem — aby z rąk arcypasterza otrzymał tę koronę. Sądzę też, iż dla zachowania prawa, które gnieznieńskiemu pasterzowi przysługuje, należy coś uczynić. Naostatek i to dodać muszę, iż ludzie złośliwi a potwarcy w Piotrkowie się z tem nosili, jakoby wasza pasterska mość Piastom był przychylny.
Zmarszczył się Zbigniew i poruszył żywo.
— Cóż znowu — przerwał mi — albo nie widzicie, żem przykuty i obezwładniony, a Boga chwaląc w świeckie sprawy wcale się już nie wdaję.
Poruszył ramionami.
— Piastom już nic więcej nie pozostało, jak spuścizna imienia ich, z którem powoli do grobu poschodzą, straconego raz nie odzyskawszy.
Chwilę jeszcze badał mnie potem o rzeczy obojętne. Spytał o Kallimacha, którego przyjacielem swym nazwał, czyby on w Piotrkowie się też znajdował.
— Ważyć się na to nie mógł — rzekłem. — Mąż ten wielkiej nauki, któremu młodsi królewiczowie zawdzięczają co umieją, tylu sobie nieprzyjaciół zjednał, taką nienawiść obudza, że mu się nieledwie kryć potrzeba, chcąc dłużej w Polsce pozostać.
Zbigniew podumał chwilę.
— Sam nieco winien jest temu — odparł — gdyż nie ograniczając się tem, do czego jest usposobiony i co mu powołaniem, zbyt otwarcie z radami występuje, które u nas brzmią groźno, a do obyczajów i praw naszych nie przystają. Cóż dziwnego, że u nas każdy o te swe prawa się troszczy, które po ojcach odziedziczył? Żalby mi było — dodał — gdybyśmy go utracić mieli, lecz trudno mu będzie teraz nieufność, jaką obudził, usunąć.
Gdym się już mając oddalić o odpowiedź domagał, pomyślał znowu chwilę Oleśnicki i rzekł mi:
— Choćbym się z Gniezna do Krakowa nieść miał kazać, obowiązku mojego dopełnię, przybyć muszę. Nie chcę ani oszczerstwu dać karmi nowej, ani uszczerbku praw arcybiskupich dopuścić. Miesiąc czasu pozostaje mi na przygotowanie do podróży i na drogę... da-li Bóg życie!
Spuścił głowę smutnie, a ja rękę jego ucałowawszy, odszedłem.
Więc natychmiast napowrót z odpowiedzią do Krakowa, gdzie już mnie król i Fryderyk biskup poprzedzili. Wprawdzie królowej i jemu dzięki, postawiliśmy na swem i Olbrachta okrzyknięto, aleśmy razem w tych gromach i tłumów usposobieniach się rozpatrzyli. Podobało się to, że młody pan zabawiał się i żartował poufale z lada kim, ale mu nie dowierzano. Miał coś w postawie, twarzy, w obejściu się nawet najpoufalszem takiego, co się w nim kazało obawiać srogiego człeka, a ludzi lekceważącego. Winniśmy byli naszym około dwu tysiącom zaciążnych, żeśmy się Mazurom nie dali, a no, patrzano na tę siłę koso i mówiono: kiedy ich tu przyprowadził, będzie z niemi na wszystkie zjazdy przybywał, a sprzeciwi mu się kto, gotów łby ścinać.
Myśmy to i nie wszystko słysząc, czuli tak dobrze co było na stole, iż nie dziwiliśmy się postanowieniu pańskiemu, który wszystkie zaciągi nietylko chciał utrzymać, ale powiadał, że je musi powiększyć.
Tłómaczył to uśmiechając się chytrze i okiem pomrugując tem, że prędzej lub później wszystkich sprzymierzeńców swych ściągnąwszy, musi na pogan iść.
W Krakowie ledwiem do pani matki mógł zbiedz, bardzo tęskniącej za mną, a wyrzucającej mi, że się niepotrzebnie w służbę zaprzęgam, gdy mnie już na zamek rwano, bośmy musieli przygotowywać wszystko do uroczystości koronacyjnej.
Olbracht lubił zabawy, uczty i sądził, że niczem się więcej przypodobać ludziom nie może, jak wyprawiając im wspaniałe i obfite gody. Szczególniej zaś dla ludu krakowskiego, który go znał, bo się tam od dziecka między nim kręcił, chciał w rynku wydać bankiet taki, aby go wieki pamiętały.
Zawczasu zakupiono napojów tyle, iż zdawało się, że ich największa zgraja nie wysączy; wołów też, baranów, ptactwa, zwierzyny, które miano piec całe.
Nie będę ja tego opisywał, boć takie gody zawsze się jednako poczynają i tem samem kończą. Zrazu dużo wesołości, śmiechu, śpiewów, pod koniec łby rozkwaszone, gawiedź pobita, gwałty, guzy i rany.
Na Wawelu uroczystość była wspaniała bardzo, bo oprócz Władysława i Aleksandra, cała rodzina jej była przytomną (córki wyjąwszy), dużo panów, nawet tych, co się zdawali przeciw królowi być, kler liczny. I umysły się jakoś ku młodemu panu skłaniać zdały. Mówiono: gdy go arcybiskup namaści, łaska Boża i duch święty na niego zstąpi. Zdolny jest, mężny, rozumny, ambicyi ma dosyć.
Zbigniew Oleśnicki, arcybiskup, choć się na nogach opuchłych okrutnie ledwie już trzymał, i zmarł niebawem z choroby tej, jak przyrzekł przybył, i króla sam w asystencyi innych koronował.
A muszę to powiedzieć, że gdy mu miecz dał, i on, wydobywszy go z pochew, na cztery świata strony nim zamachnął, aby okazać, iż miary i ojczyzny bronić będzie, było mu pięknie i bohatersko się wydawał. Były nań zawsze takie momenta, ale wkrótce potem, gdy śmiech szyderski usta mu skrzywił sposobem Kallimachowym, innym się stawał.
Kiedy nazajutrz, po hołdzie mieszczan w rynku, który król na majestacie przyjmował, wyprawiono dla mieszczaństwa i ludu ucztę, choć na zamku gości dostojnych było wiele, nie wytrzymał Olbracht i, przebrawszy się w lada jaki kubrak, mnie i Bobrka zmusił, ażebyśmy mu towarzyszyli na miasto, bo chce się przypatrzyć pijanej gawiedzi.
Napróżno go prawie na klęczkach prosiłem, aby od zamiaru tego odstąpił, gdyż nie było bezpiecznem między napitych się cisnąć i to samotrzeć. Zapruszone głowy i oczy królaby poznać i poszanować nie pozwalały.
Mieczyk u pasa nosił zawżdy — ukazał mi go śmiejąc się.
— Nie obronicie wy mnie, to ten przyjaciel odetnie się.
Od miasta aż tu na Wawel dochodził głuchy szmer tłumów i krzyki, jakby morze na dole szumiało. Noc wrześniowa, a było już pod koniec miesiąca, w Krakowie ciepłą nie jest, ale myślę, że dla wielu ona gorącą się stała.
Prawie dla nas nie do wiary było widzieć tego pana, tylko co ukoronowanego, spieszącego po dobrej woli w taką gawiedź pijaną. Ale jego to tak cieszyło i bawiło, że zdala patrząc już i słuchając, zaboki się brał.
Wprost nas tedy, gdzie najgęstsze kupy, na rynek wiódł, a strzymywać go było nadaremnem. Około beczek i kadzi, już prawie poopróżnianych, ludzie stali, skakali, leżeli i siedzieli na ziemi. Wykrzykiwano różnie. Mnie i strach i odraza brała od tej ciżby; pociągałem króla ku kamienicom, kędy przystojniejsze mieszczaństwo osobno się przypatrywało zabawom na rynku.
Niektórzy mieli latarki, bo już noc ciemna była, a i z domostw przez otwarte okna potroszę światła szło w ulicę.
Zbliżyliśmy się do gromadki młodych mieszczan, bardzo strojno poubieranych i głośno rozmawiających. Żaden nam bliżej znajomym nie był.
— A co? — odezwał się jeden — nie poszlibyśmy to do Leny Włoszki, królewskiej kochanki, na gody? Tam teraz musi płynąć wino złotym potokiem, a i kobiecina, choć przywiędła, niczego.
Król mnie w bok uderzył i zatrzymał się, słuchając.
— Teraz on ci ją chyba rzuci — rzekł drugi — ślepymby był i głuchym, gdyby nie wiedział, że go dziesięć razy na dzień zdradza.
Ledwie słów tych dopowiedział, gdy Olbracht krzyknął, za swój mieczyk chwytając.
— Łżesz!!
Myśmy go zasłonili, ale ten, co się odezwał, nastawił się.
— Chodź tu, abym cię nauczył, że mi w oczy bezkarnie pluć nie można.
Wszyscy z nim będący poruszyli się tłumnie ku nam. Staraliśmy się króla osłonić i uprowadzić, ale nas odepchnął.
— Łżesz! — powtórzył i, mieczyka dobywszy, zamierzył się, co ja zobaczywszy, za rękę go chwyciłem.
Obstąpywano nas dokoła, szczęściem byliśmy nieopodal od złotego dzwona, i zaraz mi na myśl przyszło króla tu schronić, bo klucz od bramy zawsze miałem przy sobie. Ale nie było sposobu go wziąć; upierał się ukarać zuchwalca, który wcale nie wiedział, z kim miał do czynienia, bo króla po ciemku poznać było niesposób, a domyśleć się go tu, mniej jeszcze. Mieszczuki młode trochę we łbach miały. Król, nie chowając mieczyka do pochew, ciągle nim wywijał.
Towarzysze tego, który o Włoszce tak źle mówił, poczęli go hamować, widząc, że się na bójkę zanosi.
Nie wiem jak mnie się powiodło, Bobrka stawiąc na przedzie, króla siłą porwać do wrót, które otworzywszy, pchnąłem go w ciemne sieni, i zaraz je za sobą zamknąłem, nawet o Bobrku zabywszy. W sieniach, choć oczy wykól, nic nie widać było; alem wiedział, gdzie w prawo drzwi wiodły do izby Sliziaka i otworzyłem je.
Olbracht niewidzący, dokąd go prowadziłem i gdziem tak pewien siebie był, wnet zapomniawszy o tem, co go w ulicy spotkało, wpadł za mną do izby Sliziaka.
Tu kaganek się palił tylko mały, a stary niedźwiedź leżał już na barłogu i, zobaczywszy mnie, zawołał.
— Taż to noc już! czegoś tu wpadł z takim obcesem.
Dałem mu znak, pokazując na króla, który chodził już po izbie, przypatrując się, co gdzie stało po kątach.
Otwieranie wrót, hałas u nich, bo się niektórzy dobijali, postraszył kobiety na górze; przysłała Nawojowa pytać, co się stało.
Odpowiedziałem służebnej, żem przyjaciela i siebie musiał tu schronić, bo nas pijani napadli. Dzieweczka nieroztropna na to:
— No, to chodźcie do pani na górę, nie śpi ona jeszcze i modlitw wieczornych nie skończyła, rada was widzieć będzie.
Król się tego chwycił i nie wiem, co mu do głowy przyszło, wziął pod brodę dziewczynę, pytając:
— A macie na górze dobre wino?
— Winoby się znalazło — zaśmiała się, wyrywając — ale potem, co go dziś tyle na ulicach rozlano, nie wiem, ktoby go żądnym był.
Pierzchnęło dziewczę, a król pytać mnie począł.
— Czyj to dom? gdzie jesteśmy?
— Nawojowej Tęczyńskiej, wdowy — odpowiedziałem — która dla mnie tak jak matką jest. Niewiasta w wieku, chora i pokoju jej mącićby nie należało.
Dziwnie jakoś niedowierzająco król na mnie spojrzał, ale właśnie dlatego, żem go prowadzić na górę nie życzył sobie, on był ciekawy tam iść.
Nie odpowiadając mi wszedł na wschody, na których w górze dziewczyna kaganek zostawiła.
Począłem go prosić, całując po rękach, aby od zamiaru odstąpił, lecz posądzał mnie pewnie o kłamstwo, a wyobrażał sobie, że tam kochankę jakąś moją odkryje.
Więc nie słuchając wprost na wschody, a z nich do antykamery, aż do izb, które matka zajmowała. Ale te zobaczywszy całe kirem obite, stanął i skrzywił się.
Smutnych myśli i widoków nie lubił.
Tymczasem matka chód posłyszawszy, a od dziewczęcia wiedząc, żem ja był, wychodziła z drugich drzwi, cała czarna, zakwefiowana, a tak poważna i surowego oblicza, iż król na widok jej stanął, nie pewien co pocznie.
Matka, która zrana przez okno swego domu na hołd w rynku patrzyła i świeżo królowi się przyglądała dobrze, poznała go zaraz zdumiona.
Dałem jej znak błagający, aby tego nie okazywała po sobie. Zrozumiała to łacno i zwróciła się ku mnie.
— Chociem wam rada o każdej godzinie — rzekła — a i gościom, jakich mi przyprowadzasz, ale zaprawdę w taki dzień, na pijany tłum, po nocy, toby chyba młodszym niż waść przebaczonem być mogło.
Król się śmiał, słuchając.
— Nie winien Jaszko — odparł — ze służby mu to wypadło.
— I musieliście się aż przebojem do kamienicy schronić.
To powiedziawszy, skłoniła się nieco i, za sobą prowadząc do drugiej komnaty, także obitej kirem, odezwała się.
— Kiedy już raz tu jesteście, dziś taki uroczysty dzień, że w każdym domu za królewskie zdrowie przepijać potrzeba.
I wskazała stolik, na którym była flasza z parą kubków srebrnych.
Olbrachtowi się już oczy do nich śmiały — ja odmówiłem, lecz musiałem mu nalać i służyć. Siadł na krześle, matka moja opodal miejsce sobie wyszukała.
— Po kimże tu żałoba? — zapytał Olbracht pijąc.
Nie śmiałem odpowiadać, gdy matka moja śmiałym głosem rzekła.
— Po królu.
Na twarzy Olbrachta widać było zdumienie; nie pytając więcej, zamilkł. Wspomnienie to niespodziane ojca na chwilę go uczyniło poważnym, lecz wnet dochodzące z ulicy wołania i krzyki odwróciły jego uwagę. Dopił kubka, obejrzał się, ręką skinął ku wdowie i zawołał ku mnie.
— Chodźmy.
Ja poszedłem matkę pożegnać. Milcząc spuściliśmy się ze wschodów. Król chciał zaraz w ulicę, alem się musiał przekonać, że już tamtych nie było, co nas napastować chcieli.
Olbracht znacznie był ochłódł i o tem tylko myślał, co mu o Wenecyance jego powiedziano.
Gdym otworzył bramę, wiernego Bobrka znaleźliśmy przy niej i cudem bez guza... Król ani nań patrzał.
— Taka tedy sobie ta głupia Włoszka sławę w mieście uczyniła — rzekł do mnie. — Kłamstwo jest, co o niej prawią, bo choć pozory mogą być, ale dziewczyna mi wierna.
Nie mogłem zręczności tej pominąć, nie skorzystawszy z niej, choćby się pogniewał.
— Miłościwy panie, trudno się łudzić, a i nie przystało teraz, abyś tak sromotnie był oszukiwanym... Lena zwodzi, ma i miała kochanków, i z was, któremu winna wszystko, wyśmiewa się z niemi.
Zagniewał się Olbracht mocno.
— Zkądże to wiesz? — krzyknął.
— Całe miasto wie o tem i palcami wytyka tych, co u niej łaski mieli i mają — począłem otwarcie.
— Mów, kto! — przerwał król.
Wymieniłem mu imion kilka.
— Dziewka się bawi, zalotna jest, lubi, aby około niej skakano; ale to wszystko pozory są, a niewierności niema...
Widząc, że przekonywać trudno, zamilkłem; lecz Olbracht uderzył mnie w bok.
— Kiedyś począł, mów! — krzyknął.
— Powiedziałem wszystko, a jeśli wiary nie dajecie, pocóż wam serce psować.
Nic już nie odpowiadając, król począł się w tym kierunku przez rynek przeciskać, iż łatwom się mógł domyśleć, iż do dworu kochanki zmierza. Tu go się tego dnia pewno nie spodziewano; pomyślałem, iż to może zrządzenie opatrzne, aby się na oczy przekonał, co się podczas działo. Nie wątpiłem, iż tam też ucztowano swobodnie.
Od ulicy okiennice były pozamykane, ale przez szpary światło z nich biło. W dziedzińcu zaś, na który jedno okno wielkiej izby wychodziło, okiennicy nie było, a król to wiedzieć musiał. Klucz miał przy sobie. Weszliśmy z nim pocichu. W podwórku śmiechy już i śpiewanie jakieś słychać było.
Olbracht żywo do okna przystąpił i stanął w niem. Ja z po za niego wnętrze też oświecone widzieć mogłem. Na ławie siedział młody Włoch ze dworu Kallimachowego, którego Sarzanem zwano, i trzymał na kolanach piękną Lenę. Ta cytrę miała w ręku, a twarz tak blizko jego ust, jakby pocałunek tylko się co skończył lub miał rozpocząć.
Kilku młodzieży, tyłem do tej pary siedząc przy stoliku i kubkach, kości rzucało.
Jakiś czas stał Olbracht niemy.
— Małoż tego? — spytałem.
Nie odpowiadając mi nic, odwrócił się od okna, ruch uczynił jakby miał wnijść do dworu, cofnął się od progu i powrócił do bramy, którą na ulicę nas wyprowadził.
— Dość mam tego! — rzekł — na zamek.
Przez całą drogę prawie się do nas nie odzywał.
Takeśmy się na Wawel dostali, gdzie choć nie wszyscy spali, bo tu ucztowano, król do swojej sypialni wprost szedł i kazał się do łoża prowadzić.
Ciekaw byłem co z Leną będzie, lecz nazajutrz nic nie mówiono o niej. Olbracht narady odbywał nieustanne z Kallimachem i matką. Widocznem było, że wielkie jakieś gotowały się rzeczy, a i znaczne też zachodziły zmiany.
[Wiedzieliśmy z Wilna, że Aleksandra wybrano na Wielkie Księstwo z tem, ażeby Polsce nad sobą panować nie dawał i rozbrat z nią uczynił.][1]
Powtarzano słowa Litawora marszałka, który witając go powiedział: „Stanięć to księstwo za wszelkie państwa, tylko prosimy cię, byś nie włoskim, ni czeskim, ani niemieckim obyczajem, ale prawdziwym litewskim i Witołdowym przykładem nas rządził. Inaczej i własnej i naszej zguby będziesz przyczyną.“
Rozumiano u nas dobrze na co się zanosiło, iż Litwa nad sobą nikogo mieć nie chciała i na swą rękę miała sobie poczynać. Olbrachtowi, który na Turków iść wielkim pogromem pragnął, ku czemu i Aleksandra i zakon krzyżacki, ba nawet Władysława czeskiego wciągał, niemiłem to było. Lecz Kallimach wyrocznią u nas teraz stał się, a ten o Litwie i Aleksandrze wyraził się:
— Nie lękajmy się, gdy ich moskiewski kniaź i Tatarowie tak nacisną, iż sami sobie rady dać nie będą mogli, powrócą do Unii i prosić o nią zostaną zmuszeni, a że moskiewski teraz z kolei na Litwę mierzy, niema wątpliwości.
Nie można mu odmówić tego, że daleko widział Włoch, gdy o politykę chodziło, a sąd o rzeczach miał zdrowy; niemniej przeto jako człowiek niewiele wart był, a jako pisarz wytworny retorem więcej niż historykiem nazwać się powinien. Mowy starożytnych, jako Tyta Liwiusza w nim się odbijają. Pięknie to brzmi, ale gdy się działo, inaczej wyglądało.
Sąd mój o nim przecież wstrzymuję, bom nie lubiąc go, mógł być za surowym.
Te pierwsze miesiące panowania, gdy na Litwie Aleksander spędzał z Ciołkiem swym, z młodym Glińskim, z Łaskim i wśród krzyżujących się różnych wpływów, bo tam już dwa obozy się złożyły i stały przeciwko sobie, i my też nie spaliśmy a krzątali czynnie.
W Wilnie Ciołek teraz do najwyższych dostojności się dobijający, aby sobie przeciw nieprzyjaciołom jakich miał w Polsce sprzymierzeńców zyskać, związał się pono z Glińskim i innemi. W Krakowie powiadano o tem głośno.
Aleksander jakim za młodu był, takim się okazał po wyborze. Dobry, łagodny, uprzejmy, nikomu nigdy nic nieumiejący odmówić, dawał sobą władnąć tym co za niego rządzić chcieli. Zrozumiał to bardzo bystry kniaź Gliński, a Ciołek go prowadził, bo dawniej Aleksandra znał.
W Polsce zaś także niemałej wagi sprawy się przygotowywały.
Ponieważ król mnie podkomorzym swym mianował i z obowiązków miałem wstęp każdego czasu na pokoje, a znano to, iż nigdy z nich słowa nie wyniosłem, miałem tedy zręczność przysłuchiwać się wszystkiemu, wiedzieć o wszystkiem, w wielu sprawach nieraz być pytanym i użytym.
Króla myślą było najgłówniejszą wielki zawrzeć sojusz, skupić siły, opanować Wołoszę i ztamtąd na Turka iść.
Nie tajono się z tem. Rycerstwo choć wojną się nie brzydziło i byłoby jej rade, za jakimś podszeptem idąc, poczęło wołać, iż wielka wojna ta nie co innego ma na celu, tylko aby szlachtę i możnych wytępić, a nad królestwem zaprowadzić rząd samowolny.
Przypisywano to radom Kallimachowym; ztąd na Włocha zajadłość wielka i spiski takie, że bez straży i po za miasto nie mógł się oddalić.
Trafiało się, co sam widywałem, że mu ulicą jadącemu w kolebce, bo w ostatnich czasach starosta gostyński inaczej się nie ruszał z domu, pod nos niemal szlachta z pięściami zaciśniętemi podjeżdżała i głośno się odgrażała.
Strzedz się musiał i król jego, bo bardzo był do niego przywiązany i wielkiemu rozumowi ufał bez miary.
Z jego porady naprzód w tajemnicy został zawarty sojusz pomiędzy czeskim Władysławem a naszym panem, którym sobie wzajem poręczali oba, jeżeli poddani ich przeciw nim coś zamierzali, wspomagać się i bronić. Tak, że gdyby w Pradze rycerstwo burzyło się, Olbracht miał Polaków słać i wzajemnie.
Spisano to i przypieczętowano, a miało pozostać tajemnem; ale król nasz, gdy dobrej myśli był, wygadywał się z każdą rzeczą, choć niby się chwalił tem, iż do jego duszy nikt zajrzeć nie mógł i powiadał: że gdyby koszula myśli jego znała, zarazby ją spalił. Tymczasem on sam gorzej się zdradzał niż wszelkie koszule.
Tak i z tym traktatem, o którym gdy się wieść rozeszła, przeciwko Kallimachowi i królowi okrutnie umysły podniosła.
Wrzawa była taka, że na jakiś czas musiał z Krakowa zniknąć, choć niedaleko się ukrywał.
Następującego roku w grudniu i styczniu mieliśmy ciepło takie, jak gdyby już wiosna przyjść miała, aż w poście zima i mrozy powróciły srogie, a z niemi chorób dużo i śmiertelność znaczna.
Mnie ponieważ podkomorska służba prawie ciągle w Krakowie trzymała, a codziennie mogłem u matki bywać, pod czas jeść, czytać jej, służyć, być pomocą we wszystkiem — więc się nie przeciwiła temu abym zostawał przy królu. Było to dla niej rozrywką, żem przychodząc mógł wiadomość jaką przynieść nietylko z naszego dworu, ale i z Litwy, gdzie stryjeczny jej, Gastold zwany Białym, przy Aleksandrze wojskowo służył i przepowiadano mu wielkie a przeważne stanowisko.
Z jednem tylko pokoju mi nie dawała, to, abym się żenił koniecznie, choć tłómaczyłem jej, że na ochocie mi zbywało i szczęścia się już w małżeństwie nie spodziewałem.
Nic mi nie mówiąc, matka pod ten czas fraucymer swój zaczęła powiększać i zmieniać. Uważałem to, że dziewczęta brała szlacheckie, co najurodziwsze... a gdym przychodził, to jedną, to drugą przywoływała i trzymała rozpytując, wciągając w rozmowę a spoglądając na mnie, czy też która nie przypadnie do serca.
Jednego dnia patrzę, wchodzi dziewczę młodziuchne, o małom nie krzyknął — istny obraz tej Luchny, takiej jakąm ją po raz pierwszy owego wieczora u Kridlara widział. Podobieństwo było tak uderzające, żem osłupiał i pewnie się to na mojej twarzy objawić musiało.
Matka jakby nie postrzegała nic, dosyć obojętnie objaśniła mi, że to była rodzona Luchny siostrzenica. Przeszło mi wprawdzie przez myśl, że nie bez zamiaru ją tu może sprowadzono, lecz, Panie Boże odpuść, ja już szpak, a to ledwie podlotek.
— Ślicznaby była para! — rzekłem sobie — przypiął kwiatek do kożucha.
Głowy sobie nią nie zawracając wcale, zeznam jednak, że mi na nią patrzeć i słuchać jej szczebiotania bardzo miłem było. Przypominała mi dziwnie nietylko głosem, ruchami, ale mową i całem obejściem się ciotkę swą i macochę... Dziewczę śmiałe było bardzo, a i matka się do niego przywiązała prędko i w domu, można powiedzieć, ona teraz ruch cały i życie nadawała. Ciągnęło mnie pod złoty dzwon, zasiedziałem się czasem dłużej, to prawda, lecz żebym myśli jakie miał, nie przyznam się, bom je za śmieszne i grzeszne uważał, a temu kwiatkowi życzył lepszego szczęścia niż to, jakie ja dać mogłem.
Alem nałogowo przywykł do niej, a i ona mnie wujaszkiem przezywając, bardzo mile za każdym razem witała.
W następującym roku, ponieważ ów sojusz z Władysławem wydawał się niedostatecznym Kallimachowi i Olbrachtowi, uradzili znowu niby to potajemny, choć o nim naprzód miesiącami kilku gadano, zjazd na Spiżu w Lewoczy.
Miał się tam stawić Władysław, Olbracht, powoływano Aleksandra, ale nadaremnie. Zygmunt i Fryderyk jechali z królem. Fryderyk choć i biskup i arcybiskup, dwakroć pasterz, a teraz już kapłan też, choć miał dosyć do czynienia w dyecezyach obu, od sprawy publicznej nigdy nie odstawał i nie uwalniał się od niej. Gotów był wojskiem dowodzić jak w Piotrkowie, w radzie zasiadać, wielkorządy sprawiać i głowę miał potemu. Statku tylko jak i u Olbrachta nie było. Oba kochani uczniowie Kallimachowi, duchem jego przejęci, płochością też zarażeni byli.
Na ten zjazd gotowaliśmy się długo, bo choć wiosną lada gdzie można się schronić, zameczek był niecałkiem godzien mieścić takich gości i drugi raz już pono dwu królów i książąt widzieć u siebie nie miał.
Wysłał mnie król przodem tam z oponami, kobiercami, sprzętem, kuchnią i ludźmi, aby w tych nagich ścianach izby oczyścić i przystroić. Znalazłem prawda ściany gołe, niewszędzie podłogi, okna niespełna błonami opatrzone, aleśmy to w Krakowie przewidywali. W kilka dni więc sypialnie się wyporządziły dla panów, jadalna izba czysta i pokaźna i jedna do obradowania, którą chciał mieć król tak położoną, aby go tam nikt w świecie podsłuchiwać nie mógł.
Ja miałem u drzwi stać na straży ciągle, aby się do nich żywa dusza pod żadnym pozorem przybliżyć nie śmiała.
Choć kwiecień już był za pasem, ale w tym górzystym kraju jeszcze wiało jakby zimową aurą — potrzeba było palić na wielkich kominach, a niewszędzie się znalazły. W murach chłód był przejmujący, ale też panowie i my kożuchów nie zrzucaliśmy, nawet do stołu.
Prawie razem przybyli do Lewoczy wszyscy w piękny dzień kwietniowy, dnia 17-go, chociaż rychło potem, jak to w tym miesiącu nie nowina, niebo się zachmurzyło i śnieg sypać zaczął.
Władysław najstarszy dobrze i pańsko a zdrowo wyglądał, jako to zwykli ludzie, którzy albo trosk nie mają, lub im do serca przystępu nie dają.
Uśmiech prawie z ust jego nie schodził. O naszym panu to tylko powiedzieć mogę, że od czasu gdy królem został, majestatu mu przybyło i buty, a wesela swego młodego i lekkości nie stracił.
Zygmunt już naówczas poważny, nasępiony chodził, jak później zawsze. W tym też przyszłego króla przeczuwać było można, choć podczas Szlązk tylko trzymał, a jeśli mu co dać myślano, to chyba Wołoszczyznę, zdobywszy ją dla niego.
O Fryderyku mówiłem wiele już, a nie potrzebuję się powtarzać. Zamiast Maryanusa, którego z sobą zwykle woził, miał teraz młodszego Krzyckiego dla towarzystwa w drodze, ale tego do rady nie dopuszczano.
Naostatek niemal po książęcemu jechał z niemi Experiens nasz, starosta gostyński, choć niedomagający, bo po tych trudach i podróżach, jakie w życiu przebywał, już się siły wyczerpywały.
Olbrachtowi zawsze pilno bywało brzemię spraw poważnych co rychlej z karku otrząść, aby dobrej myśli zażywać, lecz wszyscy dnia tego byli znużeni, a po długiem niewidzeniu bracia się chcieli sobą nacieszyć. Stół miałem przygotowany i jedzenie gotowe, do którego gdy zasiedli, ani się spostrzegli do nocy przetrwawszy.
Czeski król pierwsze swe lata na Pradze opowiadał. Było czego posłuchać, o różnych swatach z jakiemi chodzono około niego, Olbracht już o przyszłości zagadywał, Zygmunt milczał i słuchał więcej niż mówił, czasem słowem rzucając ale mądrem. Śmiechu najwięcej sprawiał Fryderyk, a i Kallimach po dobrem winie, słaby żołądek ogrzawszy, począł dowcipy swe na popis wywodzić.
Dnia tego jednak do żadnych narad nie przyszło; postanowiono tylko, nie zwlekając ich już nazajutrz rano rozpocząć, a nie rozstawać się, dopókiby one do dobrego końca doprowadzone nie były.
Gdy już spać się rozchodzić mieli, mój pan czeskiego zagadnął głośno: czy w Pradze miał dziewczęta ładne? Zygmunt odszedł odpowiedzi nie będąc ciekawym, a trzej pozostali z Kallimachem długo jeszcze śmiejąc się rozprawiali, którym niewiastom przyznać należało pierwszeństwo.
Włoch i król za włoskiemi głosowali, czemum się nie dziwił, bo wiedziałem, że po owym wieczorze kiedy Lenę na kolanach młokosa zobaczył, Olbracht trzy tygodnie znać jej nie chciał, a potem dał się odurzyć i powrócił do niej.
Nazajutrz ledwie się polewki napiwszy, siedli radzić. Stałem u drzwi na straży i słowo jedno mi nie uszło z tego co mówili.
Olbracht nasz kiedy chciał wielce wymownym był, a dnia tego przygotował się gorąco i wytwornie sprawę swą popierać; począł, od tego, jako obowiązkiem ich było i dobrze zrozumiałem dobrem własnem, silnie a krzepko i wytrwale ująć się za ręce, iść razem zgodnie i wszelkie siły przeciw każdemu wrogowi jednego z nich obracać. Wzywałem do nas Aleksandra, dodał, bo go prędzej później z sojuszu nie wyłączam, Litwini odciągnęli, nie chcąc w niczem Polsce się dać powodować, natenczas więc bez niego musimy wiązać się i obradować. Zechce później do naszego sojuszu przystąpić, otworzymy mu ramiona.
Pan Bóg pobłogosławił plemieniowi naszemu nienadaremnie, oto litewski ród posiadł koronę polską, czeską i węgierską, ale na tem nie dosyć. Stoi przeciwko nas napastnik, przybłęda, poganin, Turek, który już zalał część ziem, jakie się nam należą, są nam krewne i od Boga na dziedzictwo przeznaczone.
Nieinaczej rozumiem wybór mój na króla Polski, tylko jako wskazówkę i nakaz, abym poganina pogromił i ludy w niewoli sromotnej jęczące oswobodził. Wiem, że to rzecz jest trudna, ale wielka! Audaces juvat fortuna! Nie sam jestem! Czterech nas, a królestw do zdobycia więcej niż nam potrzeba.
Słuchali gdy mówił długo i pięknie, nikt nie przeczył, dawał znaki przyzwolenia Władysław, uśmiechał się Fryderyk, który już to nieraz słyszeć musiał. Zygmunt siedział z oczami w stół wlepionemi. Nie rozgrzał się wcale mową brata, był na pozór zimny.
Kallimach czynił takie różne poruszenia, jak gdyby go to nieco niecierpliwiło. Aż na zakończenie, kiedy Olbracht począł już tryumfy przyszłe głosić i Konstantynopol opanowywał, syknął Włoch.
Obrócili się ku niemu wszyscy. Mówić zaczął powoli:
— Wszystko to bardzo piękne — rzekł — ale dotąd są to vigilantium somnia! Aby podboje olbrzymie do skutku przyprowadzić, nie doznając w nich przeszkody, nie potrzebując się co chwila odwoływać do zjazdów, do panów rady, naprzód od czego począć należy? U siebie w domu potrzeba inny rząd i ład zaprowadzić. Wy, miłościwy królu — rzekł zwracając się do Olbrachta — chcecie i powinniście być głową i wodzem tego związku, a no patrzcie czy doma panem jesteście? czem wy rozporządzacie? Polski król, malowany król, żaden jest, doża wenecki ma nad niego więcej mocy i swobody.
— Wielekroć już mi to powtarzaliście — odparł Olbracht — lecz rada na to jaka?
— Powtarzałem ją nieboszczykowi ojcu waszemu nieustannie — dodał Kallimach — a mam tak na sercu wielkość waszą i szczęście, że do znużenia i zdechu o jedno wołać będę, jako ów Rzymianin, który powtarzał: Delenda Carthago... ja zaś głosuję: Delenda libertas polonorum! Dopóki oni te swobody mają, wy niewolnikiem jesteście królu.
Spuścił oczy Olbracht.
— A jakże dojść do wyswobodzenia? — westchnął.
— Iść trzeba a dojdziecie — mówił Kallimach gorąco. — Dlatego sądzę, że dziś o poganinie, o Wołoszy, o wojnie mówić zawcześnie, a naprzód do najpilniejszego wziąć się należy dzieła. Niema już co zwlekać, ziemianie i możni niebezpieczeństwo zwietrzyli... działać potrzeba, zostać panem w domu. Bez tego wojny i podboje marzeniami. Wiem to, iż samą groźbą ukrócenia ich, rycerstwo zawczasu gotuje na zjazdy przyszłe jeszcze większe niż kiedykolwiek wymagania przywilejów. Czekać nie można aż wystąpią z niemi.
Olbracht sposępniał, a Władysław łagodnym głosem, zwróciwszy się do Kallimacha, zapytał: — jakiemi środkami możnaby dojść do celu?
— Jeden jest właściwie — zawołał Włoch — jeden, siła, lecz ona w różne się formy przyobleka. Gwałt popełnić trzeba, przecież należy go stopniami, zwolna tak dokonać, by zrazu burzy całej nie wywołać. Wiem to z opowiadań statystów waszych i z aktów, które mi Długosz ukazywał, z samej historyi jego, bo część jej czytałem, że od Ludwika węgierskiego korzystali panowie i ziemianie z każdej okoliczności, aby coś dla siebie z władzy monarchów oderwać i przyswoić. Dziś już tu król lalką jest, a ta ciżba, której kilku magnatów przewodzi i znaki daje — wszystkiem. I wam to wojnę prowadzić, gdy o każdy lichy grosz dopraszać się potrzeba, a potem słuchać wymówek, że król go do własnej sprzątnął szkatuły?
Tu Kallimach trybem ludzi jedną myślą opanowanych, począł gadatliwie znowu powtarzać, co król pewnie sto razy z ust jego słyszeć musiał.
— Żadnych nowych przywilejów, żadnych praw nowych, bo one wszystkie wy jak wyroki na siebie podpisujecie. Zjazdy samowolne rozpędzać, są to jawne spiski... król je tylko ma prawo zwoływać, a nie powinien wołać. Gdzie tłum, tam bunt z niego. Ziemianom wojna i powołanie pod chorągwie powinna być nieustannym strachem. Grozić nią potrzeba. Nie zechcą iść, niech dadzą pobór na zaciągi, z którego połowę do skarbcu zamknąć. Z poddanemi rachunków niema. Będą krzyczeli, miotali się, odgrażali nawet, lecz znacie ich jako i ja teraz znam... u nich wszystko w gębie. Gdy się wykrzyczą, na tem koniec.
Rozśmiali się wszyscy, jam się za drzwiami zarumienił ze sromu; było w tem trocha prawdy gorzkiej, ale w ustach obcego brzmiała mi jak obelga.
Olbracht śmiał się z innemi.
— Włoskiego ze mnie księcia chcesz uczynić — rzekł do dawnego nauczyciela — a zda mi się, że u nas na północy natury inne, ludzie odmienni i rządy różne być muszą.
— Ludzie? ludzie są wszędzie jednakowi, tylko tu i owdzie w nich wada jakaś lub przymiot przemaga, i na to mieć wzgląd potrzeba. Dla książęcia każdego, choćby on maurytańskim czy polskim, włoskim był czy ruskim, zakon jeden rozumny: Niech poddany nigdy głębi twego serca nie zna, myśli nie odgadnie. Pyta cię? odpowiadaj tak, abyś go w niepewności zostawił, obietnic szczędzić nie trzeba, złote obiecywać góry, ale kazać czekać i wyglądać, aby się zasługiwano na ręce patrząc. Obdarzeni są zawsze niewdzięczni. Możnych rodów macie mnóstwo, tym więcej idzie o dostojność niż o wszystko... sadź ich wysoko, szanuj jak należy, dawaj nawet urzędy, ale takie, za które płacić trzeba a nie zbogacać się z nich. Należy ich zubożyć, naówczas buty pozbędą i wielkie imiona pójdą na sługi nadworne, patrząc chleba z twojej ręki. Naówczas ich mieć będziesz i szkodliwemi być przestaną. Dziś u was tacy Tęczyńscy i Melsztyńscy, tacy Leliwici czemu tak głośno burczą, bo sakwy mają nabite, a ty królu o lada pobór się musisz kłaniać.
— Wszystko to zdrowe rady — przerwał Olbracht — ale na to lat potrzeba.
— I dlatego od jutra należy poczynać nie ociągać się — rzekł Kallimach. — Myślicie o wojnie, o poganach...
Król mu się pochylił do ucha i szepnął coś półgłosem.
Uśmiechnął się Włoch.
— Byłoby to dziełem godnem mojego najulubieńszego ucznia — rzekł — gdyby w istocie rzecz się tak złożyła i powiodła.
Nastąpiła chwila milczenia; Kallimach zadumał się nieco i począł dalej.
— Wojna ta zresztą, czy ona przyjdzie czy nie do skutku, jest dobrą, bo ją możesz i powinieneś wyzyskać. Żadne prawo królowi nie wzbrania wojsko sobie, bodaj cudzoziemskie, za swój miły grosz zbierać, zaciągać, gromadzić, obsadzać niem grody, trzymać je przy sobie. Przeciwko butnemu rycerstwu własnemu to najlepsza tarcza i obrona. Nie będą się ważyć tak śmiało występować widząc, że masz siłę.
— Kosztowna rzecz — odparł król.
— Ale się nagrodzi — zawołał Kallimach.
Milczący długo Zygmunt zwolna podniósł głowę, a Olbracht, który zdanie jego wysoko sobie ważył, zwrócił się ku niemu, oczekując co powie.
Na poważnej twarzy młodzieńca widać było jakby walkę przekonania z pewną nieśmiałością. Musiał wystąpić przeciwko takiej powadze, za jaką był tu Kallimach zdawna uważany. Sumienie mu to nakazywało, trwożliwość pewna wstrzymywała. Począł naostatek zwolna.
— Za złe mi nie miejcie mistrzu — odparł — iż się wam wogóle sprzeciwić muszę, bom z tego co o naszym kraju czytałem, com słyszał, czegom od ludzi obcując z niemi nauczył się, innych co do rządu polskiego nabrał przekonań. Dajcie mi ucho cierpliwe. W całej niemal Europie, u was też we Włoszech, książęta i monarchowie są to zdobywcy albo spadkobiercy ich, i wszystkie rządy wynikły z podbojów, więc stosunek ich do narodu zachował charakter niezatarty — nieprzyjaźni i walki. W Polsce jest i było inaczej. Tu panowali swoi albo wybrani. Nigdy u nas król poddanych za wrogów, a oni go za ciemiężyciela i nieprzyjaciela nie uważali. Nie walczono więc wzajemnie, ale usiłowano wolność narodu z godnością i władzą monarchy tak pojednać, aby one zgodnie dla dobra powszechnego pracowały. Wy po zachodniemu radzicie nieufność, a w ostatku praw poprzysiężonych złamanie... u nas to rzecz niesłychana, a wątpliwa czyby się spełnić dała. Król na takim burzliwym zjeździe powinien wystąpić jak ojciec, mówić z niemi jak z dziećmi, zresztą swobody ich poszanować, bo one dla panującego są też dobrodziejstwem, nie dając mu nadużyć władzy, od której się najtęższa głowa zawraca.
Kallimach słuchając uśmiechał się szydersko.
— Jest to jedyny sposób — odparł — abyście u poddanych wiecznie byli w niewoli, a może i razem z niemi popadli w niewolę u obcych. Zygmuncie mój! — począł żywiej. — Gdybyście siedzieli w kraju, któryby ze dwóch stron morzem był oblany, a z dwu drugich niebotycznemi obmurowany skałami, w kraju niedostępnym napaści nieprzyjaciela... ha! tamby wam jak Platonowi na wymyślonej wyspie wolno było sobie marzyć rząd taki ojca nad dziećmi; ale w waszej Polsce na cztery wiatry otwartej, na którą godzą wrogi ze wszech stron, w tej Polsce co musi być cała wojskiem, cała obozem, możnaż inaczej rządzić jak po hetmańsku? a hetman jestli czem innem jak despotą? Musi nim być, bo się mu wojsko rozprzęże.
Zygmunt słuchał z natężeniem, a chciał odpowiedzieć coś, gdy Olbracht uderzył go po ręce i szepnął:
— Daj raczej dokończyć Kallimachowi.
— Powracam ja do mojego założenia — rzekł Włoch — że teraz u was nie ma pilniejszego do złamania nieprzyjaciela nad możnych i związane z niemi duchowieństwo. Drobni panoszowie idą za niemi, niestanie ich, będą królowi służyć. Możnych należy zubożyć, złamać, bezsilnymi uczynić. Na to są tysiączne środki. Czemu miast nie podnosicie! nie dacie się bogacić kupcom? nie opieracie na nich? To naturalny nieprzyjaciel możnych, którzy ich dumą, wzgardą, odsuwaniem od wszystkiego, do najwyższego narazili stopnia. Mieliśmy przykład na tym dniu, który mi opowiadano, gdy Tęczyńskiego ubito w Krakowie. We Włoszech miasta są potęgą.
— Tak — przerwał Fryderyk ze śmiechem — ale pamiętajcie, że wasi tyrani nieraz z nią też ciężkie przejścia mieli.
— U nas położenie było inne, przeszłość inna — rzekł Kallimach — wy swój stan mieszczański możecie sobie ulepić jak zechcecie, macie miękką glinę. Powtarzam wam. Toć naprzód są złotodajne pszczoły, które miód zbierać umieją, a wy go podbierać powinniście, a potem to wrogi możnych a wasi sprzymierzeńce. Tak — dodał po chwili namysłu — mówiłem to nieboszczykowi ojcu i powtarzam wam: możni z duchownymi wziąwszy się za ręce, tak jak tu zdawna rej wodzili, chcą przy sterze pozostać. Arcybiskupi tron stawią obok królewskiego.
— Mnie dotykasz! — rozśmiał się Fryderyk.
— Ty jesteś arcybiskupem szczęśliwego przypadku, ale po tobie przyjdą Oleśniccy — odparł Kallimach. — Znacie mnie, iż z Rzymem i papieżami nie trzymam — dodał. — Potrzebny Rzym jako głowa kościoła, aby ten kościół, bez klucza w sklepieniu nie rozpadł się na kościołki, a ludzkość na kupki, bez związku. Jeden pasterz i jedna owczarnia — piękna myśl! a no i małym pastuszkom po mniejszych zagrodach niechby była daną swoboda owieczkami swemi rządzić. Dotąd w Polsce dwóch mieliście królów, jednego na tronie, drugiego na biskupim stolcu; duchowieństwo sobie dobierało takich ludzi, coby do oczów panu skakać mieli odwagę. Oburzył się król... odpowiadał kapłan: ubij mnie, gotów jestem na męczeństwo. Tak kardynał Oleśnicki Jagiełłę w swej podległości do końca trzymał. Koniec temu ojciec wasz położył, ale duchowieństwo nie śpi, kapituły się nie zrzekły prawa wyborów, Rzym może zechcieć powrócić do nominacyi biskupów. Zezwolicie na to... królem być przestajecie.
Fryderyk na łokciu podparty słuchał z nieco szyderskim twarzy wyrazem.
— Kallimachu! — odezwał się — audiatur et altera pars, jako arcybiskup i biskup krakowski choć słowo mieć muszę. Wy stanowczo tylko przemawiacie za tyranami, nie za interesami ludzkości. Zowiecie się humanistami, prawda? a stajecie rzecznikami siły zwierzęcej i pięści.
— Zaprawdę! tak, ani się tego jako humanista zapieram! — wykrzyknął Kallimach — bo jestem przekonany, że ludzkość bez rozumnych tyranów sama do niczego nie dojdzie. Co z tej gawiedzi i tłumów, które lecą pędzone lada wiatrem, niewiedząc dokąd i poco? Tylko na dworach książąt gnieździ się nauka, kwitnie sztuka, mają przytułek uczeni i poeci. Tłum ich ani ocenia ni rozumie, ani nakarmi ni laurem nie opasze skroni. Ludzkości potrzeba takich wodzów silnej dłoni, silnej woli, wielkiego serca.
Wszyscy umilkli na chwilę.
— Dlatego, że was kocham jako dzieci ducha mojego — mówił dalej Kallimach — rady te daję, dla których wiem, że znienawidzony zostałem. Powiem więcej, tu w Polsce zgoła wszystko trzeba odmienić. Zjazdy i posły od ziemian powoli zagubić i puścić w niepamięć... oni wam zawsze prawa dyktować będą. Zażądają zjazdu, wołajcie pilno na wojnę. Zbiorą się samowolnie, macie wojsko zaciężne, niech go stanie tyle co posłów... zmiękną im rogi. Dopóki sejmów, póty wy władzy mieć nie będziecie.
Olbracht wstał trochę już zniecierpliwiony, rękami objął za szyję Włocha, pochylił się ku niemu i rzekł:
— Wszystko to wstępne są rzeczy, które ja mam zapisane w pamięci głęboko, alem przybył tu z braćmi radzić nie o tem mistrzu mój, a o wojnie. Wojna mi potrzebna, wojna dla mnie nieunikniona jako droga i do tych celów, które wy mi wskazujecie. Chcę ja począć od Wołoszy. Zygmunt na Szlązku marnować się będzie. Jego tam na hospodarstwie posadzić potrzeba, odjąwszy je zdrajcy, przewrotnemu Stepankowi.
Kallimach głową poruszał zadumany.
— Powiecie znów, że po włosku wam radzę — rzekł. — Wojna z tym Stepankiem dużo krwi i pieniędzy będzie kosztować. Możnaby jej uniknąć.
Tu głos zniżył nieco.
— Posłać mu na dwór ludzi zręcznych — kończył — którzyby u niego łaski umieli wyjednać, a drugich razem przeciw niemu zniechęcali. Zasiać mu tam bunt i zdradę. O puginał łatwo, a można stać na granicy, aby z zamięszania korzystać. Sam wam Wołosz wpadnie w ręce.
Olbracht się skrzywił.
— Nie — rzekł — wstępnym bojem uderzę na niego, potrzeba mi bądź co bądź szlachtę wyprowadzić i samemu zażyć rycerskiej sprawy. Wojna więc... wojna na Wołoszę.
— Jam nieżądny wcale Wołoszy — odezwał się Zygmunt. — Kraj to niełatwy do rządzenia, Turek u boku, lud raźny, który znać trzeba, barbarzyństwo wielkie. Ja w sobie sił po temu nie czuję.
— Znajdą się one — przerwał Olbracht.
Wtem i Fryderyk począł.
— Ta wojna z Wołoszą zda się niebezpieczną — dodał. — Może później okaże się ona łatwiejszą, a okoliczności jej sprzyjać będą lepiej; dziś tobie Olbrachcie rozpatrzeć się w domu, umysły sobie tak zjednać, abyś do walki, o której mówi Kallimach, znalazł poparcie. Wszyscy mi to przyznacie, że nam się naprzód u siebie w domu potrzeba mocniej usadowić. Panowanie ojca tak długie i szczęśliwe dziwnym sposobem zakończyło się tem, że po nim Piastów napowrót zażądali. Liczmy naszych przyjaciół i zwolenników? Ani król, ani żaden z nas wielu ich niema. W narodzie nie znajdujemy poparcia. Sługi mamy, partyi żadnej. Stwórzmyż sobie ją, abyśmy mając się oprzeć o co, śmielej kroczyli dalej. Wprzód nim tępić zaczniemy nieprzyjaciół, zróbmy sobie druhów. Tych samych możnych, co teraz zastępem przeciwko nam stoją, trzeba rozerwać i poróżnić. Jednych sobie łaskami pozyskać, aby w drugich zazdrość obudzić. Jak skoro niezgodę posiejemy w ich obozie, panami jesteśmy.
Kallimach słuchając w ramie pocałował ucznia.
— Oto są złote słowa! — zawołał — i widać, że nauka moja w las nie poszła. Fryderykowi daliście biskupstwo i arcybiskupstwo, ale to są zaszczyty i chleb dla niego, a nie pole do działania. Klechów mu lada Maryanus utrzyma w ryzie, jego należy zużytkować gdzieindziej. Czemuby nie osadzić na wielkorządztwie Prus, aby zakon podkopać i obalić. Dopóki tam Krzyżacy są, a za niemi Niemce i Rzym, we wnętrznościach waszych wrzód macie.
— Czuję ja to dobrze — rzekł Olbracht — lecz wszystkiego razem przedsiębrać nie mogę, a wojna z Wołoszą, ten pierwszy krok do wielkiego wystąpienia przeciw Turkom, leży mi na sercu pierwsza.
Tu się rozpoczęły pomiędzy niemi rozprawy o możliwości wyprawy na Wołoszę, których ja i jednym uchem słuchałem tylko i król mnie przywołał dając rozkaz, aby choć chleba i wina przyniesiono, tak już czczym był i zmęczonym. Musiałem więc oddalić się na chwilę.
Odtąd narady szły około wyprawy tej i sił, jakie na nią potrzeba było przygotować. Chciał Olbracht z sobą mieć i Aleksandra, Litwę i Tatarów, i krzyżacki oddział, i swoje zaciągi, i od Władysława posiłki.
Sam gotów był iść na czele wyprawy, hetmanem pod sobą czyniąc Zygmunta.
— A gdy wy kraj z żołnierza ogołocicie — rzekł Kallimach — i wszyscy wyciągniecie na Wołocha, jesteścież tego pewni, że wam w domu możni i duchowieństwo zwoławszy się na zjazd, nie wypowiedzą posłuszeństwa i nie okrzykną sobie Piasta?
— Nie sądzę znając ich, aby mi to niebezpieczeństwo zagrażało — odparł Olbracht — jednak nie myślę kraju zostawić bezpańskim, a w lepsze go ręce powierzyć nie mogę jak Fryderykowi.
Kallimach głową skinął, że myśl tę pochwalał.
— Bratu i królowi pewnie nie odmówię — odezwał się Fryderyk — ale powtarzam wam: wyprawę tę uważam za przedwczesną, a gdyby się ona miała niepowieść, za zgubną. W takich wielkich przedsięwzięciach krok fałszywy odejmuje i ufność w siebie i na długo obezwładnia. Lepiej nie poczynać, niż pośliznąć się źle począwszy.
Olbracht podrażniony oburzył się, a był już po dwu kubkach wina.
— Bądź pewien — rzekł — że jeźli pójdę, to z taką siłą, której się nic oprzeć nie zdoła. Liczę na sto przeszło tysięcy ludzi... gdzież mi się to tałałajstwo wołoskie opierać będzie mogło? Kraj im niemi zaleję.
Wtem Zygmunt wtrącił zwolna.
— Pamiętaj, że tych stotysiąców karmić będzie potrzeba i że żołnierz głodny, niesforny. Jabym wolał dobornego człeka mieć dwadzieścia, niż ciurów dziesięć razy tyle! Nie na liczbie polega wojny powodzenie, ale na rozumnem i w porę najściu, na znajomości kraju i ludzi, na wcześnie sobie porobionych pomocnikach.
Olbracht głową potrząsał.
— Mądre to są słowa — rzekł — ale z Wołoszą jak z Tatarami, gromadą trzeba iść i walczyć. Objemy im kraj... tem lepiej, głodni się poddadzą. Karmić nas będą musieli.
Fryderyk coś wtrącił, Kallimach milczał. Tak aż do obiadu napróżno sobie wzajem myśli poddawano, roztrząsano, lecz na nie zgody nie było.
Kallimach zawsze zdawał się naprzód ład w domu zalecać, Fryderyk go popierał, Zygmunt stanowczo nie mówił nic, a czeski Władysław z kolei każdego mówcę pochwalając gorąco, widocznie własnego zdania nie miał.
Zapewniał tylko Olbrachta, iż gotów jest zawsze przyjść mu w pomoc, gdy raz wojna postanowioną będzie.
We Władysławie wszyscy mieli pilnego słuchacza. Z uśmieszkiem na ustach obracał się ku mówiącym, ciągle dając znaki, iż zdania ich zupełnie podzielał. Wedle zwyczaju swego pocichu szeptał.
— Dobrze, bardzo dobrze!!
Widocznie Olbracht mu swą wymową, Zygmunt powagą, Fryderyk żywością i dowcipem, Kallimach sławą wielką imponował. Czuł się jakoś małym między niemi — ale był rad, że go przypuszczono; a wreszcie przywiązanie jego do braci szczere i serdeczne, czyniło gotowym do podania im ręki.
Czuł się tembardziej w obowiązku dowiedzenia im, iż nie chciał zrywać z niemi, że testament ojca, gniew jego, wydziedziczenie, mocno mu na sercu leżało.
Płakał, gdy mówił o tem.
Cały ten dzień zszedł na naradach mniej więcej tej samej treści, i nie sądzę, ażeby, oprócz ogólnych obietnic wzajemnej pomocy, nierozerwanego braterskiego związku, coś tu stanowczego postanowiono.
Wojna, przy której Olbracht twardo obstawał, uznana w tej chwili niemożliwą jeszcze, odłożoną nieco, ale zaniechaną być nie mogła. Zręcznie za nią przemawiał król i miał okazać Kallimachowi, iż nawet do pokrzepienia władzy przyczynić się ona musiała.
Pół dnia potem jeszcze gwarzyli z sobą o młodszych latach. Władysław oddawał upominki dla matki i sióstr. Wzajem się poobdarzali bracia, a z góry można było pewnym być, iż ani on o sobie nie da, ani o Kallimachu mogą zapomnieć. Skorzystał więc najwięcej Włoch, który złoto lubił i do niego się zręcznie przymawiać umiał. Naostatek, po serdecznych uściskach, kielichach i wykrzykach, wszyscyśmy razem opuścili Lewoczę, bo i ja już tu z wozami nie miałem co robić.
Nieraz potem słyszałem domysły i opowiadania o tem, co się tam w takiej tajemnicy na zameczku w górach dziać mogło, co tam radzono i postanowiono? Nie mówiłem nikomu, czegom świadkiem był, ale zapisać to mogę tutaj, iż wistocie słów było wiele, ale z nich w końcu żadne dojrzałe ziarno nie wykłuło się.
Powróciwszy do Krakowa, pośpieszyłem do matki, która niespokojnie na mnie oczekiwała, a rad też byłem i to kurczątko zobaczyć, do mojej Luchny tak podobne. Rozumie się, że stara mnie też na spytki wzięła, nad czem obradowano; alem, nie kłamiąc, mógł powiedzieć, że bracia się do siebie zbliżyć i wzajemną sobie przyjaźń poręczyć chcieli. Król powróciwszy wziął się niepomału do spraw publicznych, aż z miłem zdziwieniem patrzałem nań, sądząc, że się płochego życia wyrzecze. U niego jednak najsprzeczniejsze rzeczy szły w parze.
Wieczorami, już nie mnie biorąc, ale Bobrka i dwu innych, bom ja mu zawsze czynił wymówki, w lada opończy włóczył się po mieście. W tym roku przyszło do tego, z powodu pono skarg mieszczan i zaburzenia czasu Krzyżaków, o którem pisałem, że żydów z miasta precz wszystkich wysadzono na Kaźmirz pod mury, koło kościoła św. Wawrzyńca.
Lamentów i łez było dosyć, raz, że w mieście bezpieczniejszemi się czuli, powtóre, że tu już osiedleni, nawykli byli i domostwa swoje mieli. Mieszczaństwo jednak nalegało, a król, wedle rad Włocha, z panami mieszczany chciał żyć dobrze.
Strach też niemały miałem czasu tego ogromnego pożaru, jaki w roku tym nawiedził ten nieszczęśliwy Kraków, który mało nie co parę lat palić się musiał.
Wszczął się ten pożar nocą, niewiadomo z jakiej przyczyny, gdyśmy wszyscy spali, a że i rynkowi z domami w nim zagrażał, co tchu biegłem w pomoc matce.
Popłoch od tych płomieni, które na wsze strony się rozlewały, bo gdzie wiatr zaniósł płacheć dachu, wnet na drugich gonty gorzały... a gdy się one zajęły i strychy pełne słomy a siana, tam i domu ratować nie było podobna.
Pókim żyw, widoku tego nie zabędę, bom ludzi w pierwospy zbudzonych nigdy tak wylękłemi nie widział. U Kallimacha czeladź wyrzucała wszystko z domu na podwórze, a on sam oburącz wynosił księgi i okrywał je. Kardynał Fryderyk z ludźmi kazał swoje sprzęty na wozy kłaść, tak się też uląkł o nie.
W rynku nieszczęśliwi posłowie tureccy, którzy do króla przybyli właśnie, a mieli z sobą dwanaście wielbłądów i niemało pakunku, z krzykiem wielkim i wołaniem ładowali je, gdy zwierzęta ogniem spłoszone ledwie utrzymać było można.
Sądny dzień zaprawdę przy biciu na gwałt we dzwony, płaczu niewiast, krzykach rozpaczliwych gości kupców, którzy z kupią poprzyjeżdżali, a lękali się ją utracić w płomieniach.
Łaską Bożą jakąś dom matki mojej został oszczędzony, lecz do rana byłem tu na straży, obawiając się, jak to często się zdarza, aby przygasłszy, na nowo nie powstał.
Księża drzewem Krzyża świętego i relikwiami zażegnywali tę klęskę straszliwą, ale wielu padło jej ofiarą. Spalił się naówczas w domu Turzonów na rogu doktór Maciej z Miechowa, uczony, rozumny i dobry mąż, który nie tyle mienia swojego, co rękopismów i ksiąg żałował. Był to jeden z tych ludzi, u których ja niedouczony miałem jednak łaski i zachowanie, a niemało od niego skorzystać mogłem w samej rozmowie.
Tego już naówczas do dworu brano, bo miał sławę najlepszego z lekarzy w Krakowie, i król go lubił dosyć, choć się czasem z jego łaciny naśmiewał.
Gdym czasu tego pożaru ciągle prawie około matki i jej domu się kręcił, nie mogąc opuścić, zwłaszcza, że nadzwyczajną ognia miała trwogę, nad ranem już namówiwszy staruszkę, aby się położyła, zapewniłem ją, że nie odejdę, ale na dole zostanę. Tak też i uczyniłem, poszedłem do Sliziaka, który teraz większą dnia część w łóżku spędzał, usiadłem przy nim, a że stary kwaśny był, rozweselałem go jak mogłem.
Niełatwa to rzecz była. Gdyśmy tak gawędzili sami siedząc, ujął mnie Sliziak za rękę i powiada.
— Głupią rzecz ci muszę wyjawić, ale mi się zda, że jej dłużej taić przed tobą nie można.
— Cóż tam znowu takiego? — zapytałem.
— Pamiętasz — począł szeptać pocichu — gdyś się tu schronił z królem? Ja nie wiem, czy naówczas Kinga była już u nas, widział on ją?
— Nie! — odparłem. — Kinga nie przybyła aż później.
— Gdzież król Kingę napatrzył? — zamróczał Sliziak. — Nie wiem, ale to wiem, że na nią poluje... że tu od niego posły w podwikach i różne szpiegi z podarkami nadchodzą, i że mu w oko wpadła!
Strasznie mnie to oburzyło; mogę powiedzieć, że cała miłość i poszanowanie, jakie dla króla miałem, od razu z serca mi wypadły... taki gniew mnie uniósł.
— Mało ich ma po całem mieście — krzyknąłem — żeby po szlacheckie uczciwe dziewczęta śmiał sięgać i starał się je bałamucić. Przecież Kinga umiała posły odprawić jak należało, w oczy im napluwszy.
— Tak jest — rzekł Sliziak — ale to nie pomaga. Królowi zdaje się, że jako król może, czego pragnie. Uparty jest. Widzę, że zabiegi nie ustają. Dlatego powiadam ci, abyś przy zręczności królowi twemu dał to czuć, iż tu, oprócz wzgardy, nic nie pozyszcze.
Tak mi się to dziwnem wydawało co słyszałem od starego, żem niebardzo mu wierzyć chciał. Dobadywałem o szczegóły i przekonałem, niestetyż, iż w istocie było, jak mówił.
Źli ludzie go na to naprowadzili. Niemało było takich, co mi zazdrościli wszystkiego; ci rozpowiadając o mnie, wystawili królowi Kingę, jako moją kochankę czy narzeczoną, i tak mu ją opisali jako cudo piękności, iż ją widzieć zapragnął; pokazali naostatek, a że zapalał się łatwo, poszła za tem reszta.
Miał dotąd Włoszkę, której nie opuszczał, albo raczej ona go się jak kleszcz trzymała; miał mieszczankę ledwie piętnastoletnią, we fraucymerze królowej przyjaciółek nie brakło, lecz jemu codzień było potrzeba co nowego. O Włoszce mówił, że była mu chlebem powszednim, a oprócz chleba potrzebował i kołacza i łakoci.
Tak sobie, wzorem mistrza, ze wszystkiego trefnie żartował.
Powróciłem na zamek z mocnem postanowieniem przy pierwszej zręczności królowi wymówić, że mi domowi, w którym schronienie mu dałem, srom chce czynić. Ale sam go o to zaczepić nie śmiałem i nie mogłem, trzeba było czekać zręczności.
W pierwszych tych latach królowi, choć serc sobie pozyskać nie umiał, niewiarę budził, a wielka jego miłość i ufność w Kallimachu odstręczała od niego, nie można powiedzieć, aby się nieszczęśliwie wiodło.
Z tych, co stali na czele obozu przeciwnego, kilku znaczniejszych zmarło, co zawsze rozprzęga i osłabia. Mazowieckich książąt Piastów miał zręczność sobie pozyskać, puszczając im te części Mazowsza, które na niego spadły. Ziemianie burczeli, ale zdaleka. Tymczasem powoli, wedle rad mistrza, ściągały się zaciągi obce, przez króla płatne i od niego tylko zależne. Można powiedzieć, że z królów ostatnich żaden tak ciągle w wojsko gotowe na wypadek wszelki nie był zasobnym, jak Olbracht, a i on też sam, co mu wyrzucano, nigdy z łóżka nie wstał nawet, nie przypasawszy mieczyka. Nazywał go najlepszym swym przyjacielem.
Wszystko to było owym włoskich nauk owocem, bo myśmy królowi to wrażali, że u nas chadzali panowie bezbronni, nie obawiając się nikogo, i nieprzyjaciół w poddanych swych nie mieli.
Nienawiść przeciwko Kallimachowi rosła ciągle, podżegana tem, że o radach jego królom dawanych nietylko prawiono szeroko, ale je złośliwi ludzie spisywali tak, aby go podać w ohydę i kartelusze te sobie z rąk do rąk podawano. Mało kto ich naówczas nie znał i nie czytał.
To był pierwszy powód nienawiści, drugim zaś zazdrość. U Olbrachta zajmował on stanowisko wyjątkowe, tak, że najwyżsi urzędnicy, gdy szło o sprawy krajowe, do niego iść i odnosić się musieli, a bez niego nic poczynać nie mogli.
Panował więcej niż król, bo nad królem panował. Tak samo mu ulegał Fryderyk i był całkiem oddany, najmniej Zygmunt, który też rad już pod ten czas na Szlązku siedział u siebie, a jako się tam rządził, jeden głos był, iż nie można lepiej.
Ale ten do braci, jak niebo do ziemi, nie był podobny. Mówił mało, szedł powoli, kroki mierzył, za wiele nie pragnął, a nadewszystko kraj znał i stosował się z wędzidłem do rumaka. Tu zaś włoską uzdę chciano na polskie, z pozwoleniem, pyski wcisnąć gwałtem.
Coby z tego wynikło, gdyby Kallimach dłużej na tym świecie pozostał, przewidzieć trudno. Nienawiść ku niemu była już taka w roku ostatnim życia jego, że nie bez przyczyny jawne i potajemne straże około domu jego dniem i nocą stawić było potrzeba.
Nie było dnia, żeby nie doniesiono królowi o jakimś nowym zamierzonym zamachu. Poczynało się od tego, iż wiary nie dawał, posyłał na zwiady, a zawsze okazało się, iż istotnie coś zamierzonego było.
Ci, co na królu nowe przywileje ziemiańskie koniecznie wytargować chcieli, powiadali sobie, że póki on żyje, póty żaden zjazd nie dojdzie i nic nie dostaną. Zgładzić go było więc hasłem umówionem, a gdy takie złe słowo się rozejdzie, któż tego nie wie, że ludzi gotowych na sprzedanie się i ważenie gardła zawsze jest dosyć. Za moich czasów było ich bardzo wielu. Tu zaś nie o pospolite szło morderstwo, ale głośno wołano, że królestwu się zasłuży dobrze ten, co nieprzyjaciela wolności jego ze świata sprzątnie.
Niektóre z tych spisków były tak uknute, iż prawdziwym cudem tylko na trop ich ludzie wpadli, a kilku zasadzek uszedł Włoch przypadkiem, tam się spóźniwszy, tu pośpieszywszy, albo zmieniając myśl w chwili ostatniej.
O wielu, albo prawie o wszystkich tych niebezpieczeństwach nie mówiono mu, bo i bez tego zgryźliwym był, a oprócz rodziny królewskiej i niewielu przyjaciół, niecierpiał reszty możnych i duchowieństwa.
Z dawnych przyjaciół Grzegorz z Sanoka, później Dersław z Rytwian, Zbigniew Oleśnicki, Maciej Drzewiecki uczeń jego, z Włochów Arnulf Tedaldi, Collenucio z Pesaro, Guccio de Calloni najmilsi mu byli. Ale miał po całym świecie rozsianych korespondentów, druhów, wielbicieli i protektorów, we Włoszech, Niemczech, Francyi i gdziekolwiek naówczas nauki we czci większej być poczęły, a starożytna literatura odradzała się.
Wiele przeciwko Kallimachowi powiedziawszy, choć nauce jego i rozumowi sprawiedliwość oddaję i przed temi głowę skłaniam, to jeszcze na pochwalę niemiłego mi Włocha dodać muszę, iż nie pozornie, nie dla zysku, ale istotnie i serdecznie się w końcu do królewiczów, do rodziny całej przywiązał.
Nazywał ich dziećmi swemi, a brał tak do serca każdą ich sprawę, jak własną.
Nadszedł rok 1495 przy takiem naprężeniu umysłów przeciwko królowi i Kallimachowi, że się można było spodziewać strasznego jakiegoś wybuchu ziemian, któryby siłą chyba uśmierzać przyszło.
Wołano i krzyczano, że Olbracht praw im i przywilejów nie chce dlatego potwierdzić, iż je złamać i zniszczyć zamierza; że zjazdów nie zwołuje, aby je zatracić i sam ze swemi radzcami rządzić królestwem na sposób nie chrześcijański, ale pogański.
A że w tej chwili, gdy król cały był przyszłą swą wojną zajęty, w domu niepokoju musiał się strzedz i umysły należało ułagodzić, nastały rady codzienne i nieustanne, w których się zdania rozbijały.
Sam Olbracht już gotów był dla zyskania na czasie coś ziemianom uczynić; był tego zdania Maciej Drzewiecki, sekretarz pański a Kallimacha uczeń i przyjaciel. Kallimach zaś złamany nieco i znużony, choć ustępstw tych nie radził i nie pochwalał, milczał.
I stało się to, czego w świecie nikt nie mógł przewidzieć — zwołano sejm jesienią do Piotrkowa. Jechał nań król z tem postanowieniem, aby dać się wykrzyczeć ziemianom, wiele im obiecać, a nic nie dać.
Takie było postanowienie, ale mocy i stałości w niczem Olbracht nie miał. Walczyć z taką zimną krwią jak ojciec z ziemianami wcale nie jego było rzeczą. Odwracał się od nich i drwił sobie, lub nawet co innego miał w głowie.
I on, co wedle rady mistrza swojego miał obcinać, ścieśniać, odejmować swobody, pojechawszy na sejm, podpisał na siebie i następców swych takie zobowiązania, że się zakuciu w kajdany równały.
Tym nowym przywilejem król przyrzekał nikomu dóbr nie odejmować bez wyroku; zaciągom za granicę płacić od oszczepu po pięć grzywien, nie dawać urzędów tylko osiadłym tam, gdzie je pełnić mieli i t. p., a naostatek ani praw nowych nie stanowić, ani wojny wypowiadać bez zezwolenia sejmu.
Dopisali sobie jeszcze panosze, aby plebejuszów, uchowaj Boże, do duchownych dostojeństw nie dopuszczano, a kmieciom obostrzono ich wolność, równie jak mieszczanom, którym dóbr nabywać wzbroniono.
I ten oto król właśnie, co się przeciwko wolności najwięcej odgrażał, na przyszłość najtrwalsze fundamenta jej położył.
Gdy się to stało, a stało się tak wśród wrzawy, huku, pośpiechu jakiegoś i nacisku, że czasu niemal do namysłu nie było, Olbracht z izby wnet poszedł do sypialni i znużony legł, przeklinając tłumne obrady.
Stałem właśnie w izbie razem z Drzewieckim, który mniej był zdumiony niż ja — ale przewidywał, iż król dzień ten gorzko będzie opłakiwać.
— Widzisz Maćku (tak zwał poufale Drzewieckiego król) — odezwał się ziewając na głos wielki — gdyby mi było wolno na tych gardłaczy wpaść z szablą i siekać ich na kapustę, dałbym sobie rady, ale słuchać ich mów, ich wymówek, ich narzekań, ich gróźb, nie mogąc pięścią odpowiedzieć... to przechodzi siły moje. Wolałem podpisać co żywnie chcieli, byle raz się od nich oswobodzić.
— Otrzymali też wszystko, a może więcej niż się spodziewali — rzekł smutnie Drzewiecki.
— Cóż to znaczy? — wybuchnął Olbracht. — Mam mocne postanowienie obalić cały ten gmach przez wieki łatany i zbutwiały. Wszystko więc jedno, czy jakąś podporą pod nim więcej czy mniej, gdy to runąć musi.
Zamilkliśmy. Król jawnie sam z siebie nierad był, ale śmiał się i żartował, to jednego, to drugiego z mówców prostaczków naśladując.
Kallimacha naturalnie w Piotrkowie nie było, czekał na nas w Krakowie.
Z praw potwierdzonych król sobie nic nie czynił, ale nad tem, jak się miał tłómaczyć mistrzowi, rozmyślał i niepokoił się.
W początku panowania, w którem się na takie zmiany zanosiło, swobody powiększyć — znaczyło wiele.
Powrót też nasz do Krakowa niewesoły był. Stanąć przed strasznym sędzią obawiał się uczeń zawstydzony. Drzewiecki też wiedział, że i na niego spadną gromy.
Ażeby siłę ich zmniejszyć, król mnie przodem wyprawił do Kallimacha z ustnem poleceniem, abym opowiedział co się stało, a starał go wytłómaczyć, że inaczej być nie mogło, bo król przed wojną, ziemian potrzebując, zrażać ich nie chciał.
Stanąwszy w Krakowie, poszedłem zaraz do starosty gostyńskiego, którego we włoskiem jego kółku znalazłem zajętym czytaniem listów o nowem tłómaczeniu Platona, które przyjaciel jego Ficinus właśnie kończył.
Radzi mi byli czy nie, jako posłańca pańskiego przyjąć musieli. Zdałem sprawę z sejmu nieszczęśliwego.
Ruszył ramionami Kallimach i rzekł:
Ad calendas graecas odłożone reformy... a tymczasem nowa obroża na szyi. Olbrachtowi było z katedry o rządzeniu czytać collegia, ale nie za berło chwytać. Gdy mówi, rozumny jest... gdy do czynu się zaprzęże, krew nim rządzi, nie myśl.
Poczem zamilkł smutnie, nie okazując nawet, aby go to zbytnio dziwiło.
Jak się potem spotkali z królem, nie wiem.
Pod ten czas Kallimach już ciągle niedomagał i doktorowie go odwiedzali a lekarstwami karmili; życia swojego wszakże zwykłego nie zmieniał, a przy rozmowach i wina siła pijał i zapomniawszy się niezdrowych potraw zjadał więcej niż było potrzeba.
Widzieliśmy też wszyscy wielką na twarzy jego zmianę, a doktór Maciej z Miechowa i inni radzili życie bardzo pomierne i stateczne.
Na dni kilka przed uroczystością Wszystkich Świętych taż sama choroba, z której nieboszczyk król Kaźmirz zmarł, napadła go, a choć tu Bernardyna nie było i leczyli go najlepsi królewscy i krakowscy doktorowie najkosztowniejszemi leki, król niczego nie żałował, czyniono co w ludzkiej mocy było, przecie życia dla wielkiej straty krwi, której zatamować nie umiano, nie ocalono. I zmarł w sam dzień Wszystkich Świętych, z wielką umysłu przytomnością i stałością, bez obawy śmierci, przygotowany do niej tak jakby ją zawczasu przewidywał i przysposabiał się do niej.
Wspaniałym był pogrzeb Długoszowy, ale przepychem, wspaniałością, okazałością dworu Kallimach o wiele go przeszedł.
Król, który mu później grobowiec wznieść kazał u św. Trójcy, sam starał się o to, aby ostatnią cześć oddano mu wielką, okazując, ile mu rodzina królewska a on sam szczególniej zawdzięczał.
Było też na co patrzeć, bo nie mówiąc o mnogiem duchowieństwie i mnichach, samych biskupów czternastu szło za marami. Katafalk okryty był purpurą, całun ze szkarłatu bramowany futrem kosztownem. Dwunastu domowników jego Włochów włoską modą poubieranych ściągali oczy, bo choć ich było malować. Wiódł pogrzeb jako uczeń Drzewiecki, a za nim notaryusz Jan z włoską czeredą w żałobie, też manierą nie naszą. Szli i panowie kollegiaci, akademia cała, szkoły, młodzież, a niezliczone pospólstwa tłumy.
Król a kardynał Fryderyk żałowali i opłakiwali go szczerze, zabrakło im jakby miary pewnej i skazówki tego co czynić mieli.
Ostatnią wolą swoją znaczne mienie rozdzielił tak, że królowi na pamiątkę cztery tysiące dukatów przekazał, Fryderykowi wszystkie księgi swe i pyszną kolebkę z czterema woźnikami; Aleksandrowi sprzęt kosztowny, srebra, opony, oprócz miednicy i nalewki srebrnej, które rajcom krakowskim ofiarował, aby po wydaniu wyroku ręce w nich umywali.
Trudno to było zrozumieć, kto nie wiedział, iż jednego z domowników Kallimachowych, Włocha Bastjana ławnicy surowo a niesprawiedliwie osądzili; którego choć król stary ułaskawił, nie zapomniał im Włoch tego.
Wiele pism swoich niedokończonych spalić nakazawszy, resztę majętności niemałą synowcom odkazał.
O śmierci Kallimachowej nie odemnie dowiedziała się matka moja. Wszelkie z nim stosunki od dawna były rozerwane, i imię jego w domu na niczyich nie postało ustach.
Nie spodziewałem się też wcale, aby w testamencie miał o matce mojej w jakikolwiek sposób pamiętać, gdy Jan notaryusz powoławszy mnie po pogrzebie, wręczył mi pudełko misterne i otworzywszy je ukazał w niem starożytnej roboty z kości słoniowej krucyfix piękny — opowiadając, iż Kallimach go mieć chciał przezemnie wręczonym wdowie Nawojowej.
Zdumiałem się i zawahałem zrazu, lecz ofiary takiej odrzucać mi się nie godziło. Na karteluszu przypiętym u dołu stały wyrazy: „Et dimitte nobis peccata nostra sicut et nos dimittimus peccatoribus nostris“. Rzewnemi łzami oblała go matka moja, w ołtarzyku domowym ustawiwszy.
A tu nadchodzi tak smutna życia mojego i tylu nieszczęściami upamiętniona epoka, iż wolałbym ją pominąć i szerzej się o niej nie rozpisywać, bo mi się dziś jeszcze serce krwawi, gdy wspomnę co sam i patrząc na to, co się działo, cierpiałem.
Ale z wielu względów nie godzi mi się milczeć o tem, co ludzie może wcale inaczej i fałszywie opowiadać i tłómaczyć będą.
Wszystkich tych klęsk i nieszczęść jeżeli nie złe serce, bo o to go nie obwiniam, to wielka króla lekkomyślność a nierozwaga stała się przyczyną.
Jak skoro na tron wstąpił już z myślą tą, którą utrzymywał, że po ojcu wziął w spadku, nosić się począł, aby śmierć bohaterską Warneńczyka pomścić, a Turków pogromiwszy, zagarnięte przez nich ziemie odzyskać.
Od zjazdu w Lewoczy król o niczem nie myślał, nie mówił, nie troszczył się o nic prócz tego. Wojsko sprzymierzone chciał mieć tak potężne i wielkie, jakiego jeszcze żaden inny mocarz przeciw poganom nie wystawił.
Pomijając własne, polskie pospolite ruszenie, posiłki Aleksandra litewskie, ks. Konrada mazowieckie, Krzyżaków, czeskie i węgierskie, na które też rachował, zmusić chciał Stefana Wołoszyna, aby i ten z nim szedł.
Z roku na rok ściągało się to aż do połowy 1497 roku, kiedy naostatek wojskom w lipcu do Lwowa się zbierać nakazano. Kardynał Fryderyk pozostawał w Krakowie na straży i jako wielkorządca z ramienia króla, jego zastępca. Zygmunt musiał ciągnąć z bratem.
Zdawało się, iż królowi tak szło o lik ogromny, iż co było ludzi zdolnych do wzięcia broni, pędzić kazał pod chorągwie.
Tak samo i dwór swój licznym mieć chciał, wozów co niemiara, koni moc wielka, zapasu wszelkiego niezliczone ilości. Chociaż wszystko to zawczasu się sposobiło, i ludzie byli wyznaczeni do utrzymania w tem porządku, niełacno to, gdzie na dziesiątki tysiąców liczą się same ciury, a sto tysięcy rycerstwa idzie, ład zdzierżyć, zapobiedz swawoli, strat się ustrzedz, karność utrzymać.
W samym początku już widać było, czem będzie ta wyprawa nieszczęśliwa, bo się mnożyły takie trudności, jakich nikt zawczasu przewidzieć nie mógł, a zaskoczeni niemi radzili na nie tak, iż nowe z nich rosły.
Jeszcześmy do Lwowa nie ruszyli się, gdy skarg i zapytań tyle przyszło, iż król głowę tracił, ale na Zygmunta je zdawał, a sam tylko o wielkiem zwycięztwie marząc, tak sobie płocho poczynał jak zwykle.
Dość powiedzieć, że na królewskich wozach jechać miały i pańskie ulubienice ze swemi dworkami.
Lecz mało tego, jak zaraz opowiem. Wiedziałem zawczasu, iż ze dworem jadąc nie na wiele się tam zdam, a zagryzę patrząc na to, czemu rady nie było.
Chciałem się więc z podkomorstwa mojego zwolnić i jednego rana pokłoniwszy się królowi oświadczyłem, że czasu takiej wojny do pełnienia obowiązków nie czuję się zdolnym.
— Zważam to dawno Jaszku — rzekł — żeś serce do mnie stracił. A kiedyż służba twoja potrzebniejszą mi być może niż teraz? W takiejże to chwili godzi się mnie opuszczać?
— Bóg mi świadkiem — odparłem — iż nie ze złej woli ale dlatego o uwolnienie proszę, iż na siłach się nie czuję. Ze wszystkiego już dziś widać, miłościwy królu, co będzie w obozie i ciągnieniu, co na ziemi nieprzyjacielskiej i czasu wojny. Sprawa to tak wielka i trudna, iż myśląc o niej, włosy na głowie powstają.
Rozśmiał się król.
— Pewnie — rzekł — czasu pokoju, w domu, pod piecem żywot łatwiejszy, ale tak siedząc nad garnkiem grzanego piwa, nie zdobywa się państw i nie zyskuje sławy... Wielu z nas nie powróci, ale się wielkie dzieło dokona. Ja cię wprost od siebie nie puszczę i zakazuję mówić o tem.
Ani chciał słuchać więcej.
Bóg wie z jaką troską w sercu poszedłem się żalić przed matką, która płakała. Nikt tej wyprawie dobrego nic nie przepowiadał, we wszystkich budziła niepokój straszny.
Nie powiem aby to przypomnienie losu Warneńczyka sprawiało — wiedzieli i patrzyli, chciał kto czy nie, iż nieład był straszny, król niebaczny, a Zygmunt na wszystko starczyć nie mógł. Jeden Olbracht z obojętnością swą zwykłą i lekceważeniem wszystkiego, wierzył w jakąś gwiazdę szczęśliwą.
Nawet kardynał Fryderyk porywczy i krewki do wszystkiego co wielkiem się wydawało, wyprawie tej był przeciwnym, ani się z tem krył, choć królowi mówić nie śmiał nic, bo wiedział, iż go nie przekona.
Gdy o tem Drzewiecki Olbrachta uwiadomił, że brat nawet odradza tak przyśpieszoną wojnę, pogniewał się pono i zawołał:
— Niech klecha mszy pilnuje, a nie wdaje się w cudze sprawy.
Powtarzano potem te słowa.
My cośmy Olbrachta znali, wiedzieliśmy, iż go zahamować nic i nikt nie zdoła.
Poczęło się tedy owo nieszczęsne ciągnienie z wozami, ciurami, luźnemi końmi naprzód do Lwowa po drogach już tak rozbitych, rozkwaszonych, dokoła objedzonych, iż nigdzie chleba kawałka ani wiązki siana dostać nie było można. Kto z sobą nic nie miał, ten mógł z głodu mrzeć, albo prosto drugiemu wydzierać musiał. Już na gościńcu się tragedya ta poczynała.
Spieszyły oddziały szukające wodzów i naczelnicy dopytujący o swoich pogubionych ludzi. Tam pytano o Sieradziań a nie widzieliście ich? dalej o ziemian od Gniezna i Kruszwicy? Wyśmiewano się poznając Mazurów po wymowie. Łączyli się jedni i bratali, drudzy drapali, ujadali i tłukli.
Po gospodach ani się docisnąć, a mało gdzie obok piwa krew się nie lała.
Kupy jedne wyprzedzać wszystkich chciały, inne się wlokły, a dla paszy zbaczały z drogi na dwory, na plebanie — więc skargi, więc wiązanie ludzi, ba i trupa nierzadko widzieć było.
A tu środkiem tego gońcy na podwodach do króla spieszący, jedni z Litwy, drugie od Mazurów, trzecie od Krzyżaków — to z Pragi, to z Budy.
Jedni drugim z przed nosa podwody porywają. Konie po drodze zdechłe na każdem noclegowisku.
Już można z tego było miarkować co dalej będzie. Im bliżej Lwowa, tem gorzej, ścisk i nieład większy. Nikt naprzód nie pomyślał, jak to ogromne wojsko pomieścić, uszykować, nakarmić i w tęgiej karności utrzymać.
Były sądy i sędziowie wojskowi, ale sprawy nim do nich doszły, rany się pogoiły a trupy pogniły.
Król nakazał za wojskiem swem, aby trzody wołów pędzono, i nagromadzono ich dosyć a pieniędzy kosztowały niemało, tymczasem nimeśmy dociągnęli do Lwowa, wiadomo było, że cała jedna trzoda, dwieście głów co najlepszego bydła, przez niedbalstwo pastuchów tak się rozbiegała, a pewnie ją rozchwytali po polach ludzie i pozabijali rzeźnicy, że już ani dopytać było, gdzie się podziały.
Wszystkie omina wypadały jak najgorzej i serce ludziom słabło, a przepowiadali, że na zgubę ich król prowadzi.
Ja z mojemi wozami i końmi zażywszy niemałego kłopotu po drodze, zbliżałem się już nałamawszy kół i gardła napsuwszy do Lwowa, gdy i mnie nieszczęście też spotkało.
Prowadziłem z sobą luźne konie królewskie, pomiędzy któremi był Lebiedź, biały wierzchowiec pański ulubiony, którego mi jako oka w głowie pilnować kazano. Olbracht go lubił bardzo, bo choć nogi miał doskonałe, nosił lekko, co u koni rzadko razem chodzi. Prowadziłem Lebiedzia pod deką szytą, jako faworyta, osobnego mu parobka do dozoru dodawszy, a na każdym popasie i noclegu samem stał gdy mu wodę i obrok dawano.
Dzięki Bogu ani schudł, ani mi fantazyi nie stracił i cieszyłem się, że go królowi oddam bez znaku odbytej podróży.
Na ostatnim noclegu przybiega do mnie podkoniuszy Rataj i opowiada jako słyszał, że na gościńcu potok po deszczach most zerwał i przeprawy nie ma, a ludzie w bród muszą; że niektórym wozy potonęły, innym woda w nich wszystko popsowała, a i ludzi kilku utonąć miało.
Nie było na to ratunku, bo stawić mostu ani było myśleć, a czekać aż wody gwałtowne przepłyną nie mieliśmy czasu, ale w bród przebywać rzeczułkę nie było żadną osobliwością i myśmy do tego nawykli, nie posyłałem więc nawet przodem, czekając ranka.
Gdyśmy nad brzeg przybyli, zastaliśmy już tu niemałą kupę, która co począć nie wiedziała. Przeprawiali się jak kto mógł, a inni brodu szukając rozjeżdżali się.
Mnie się miejsce nie wydało niebezpiecznem. Kazałem Ratajowi na konia siąść i pójść wpław na próbę. Spłynął mu koń trochę, ale bez szwanku dostał się na drugą stronę. Nie wahałem się więc, obrawszy miejsce kazać w bród nie czekając przeprawiać.
Nieszczęśliwa to była godzina.
Lebiedzia prowadził pachołek na tęgim koniu i o nich się najmniej obawiałem. Mieli z nami przeprawiać się na ostatku.
Ja sam trochę w bok odstąpiwszy, choć głębiej tam było, koniowi i sobie ufając puściłem się przeżegnawszy.
Jużem prawie u drugiego brzegu był, dosyć szczęśliwie przebrnąwszy sam środek, gdy naraz krzyk słyszę.
Poznałem głos parobka, który Lebiedzia prowadził, aż mnie dreszcze przeszły. Patrzę, woda ich odniosła prądem wielkim, Lebiedź bijąc się, w powróz na którym go prowadził parobek zaplątał... i tonie...
Bez rozmysłu rzuciłem się na ratunek, gdzie, gdyby nie rozumniejszy nademnie koń, i jabym zginął pewnie. Lebiedzia już uratować nie było podobna. Dobyliśmy go z wody bez życia.
Wiedziałem co mnie za to we Lwowie od króla czeka.
Parobek zląkłszy się snadź abym go w miejscu nie ubił, dorwawszy się do brzegu uciekł i zginął.
Wszystko to dopiero początki.
Na zamek się dostawszy przez miasto nabite ludźmi, wozami, końmi, bydłem, namiotami, budami i szałaszami, jakom nigdy nie lękał się strachowi zajrzeć w oczy tak i teraz. Wprost poszedłem do króla.
Znalazłem go dobrej myśli, choć wiedziałem, że zewsząd wieści przychodziły jak najgorsze.
— No — rzekł — toś przecie przybył.
— Z wielką biedą — odpowiedziałem — a i nie bez wielkiej straty!
Olbracht się zmarszczył.
— Cóżeś stracił?
— Lebiedź mi na przeprawie wczoraj utonął — odparłem śmiało.
Plasnął król w ręce.
— Toś mi ząb trzonowy wyrwał! — zawołał.
— Życiem mojem ratując go ważył — rzekłem — nie pomogło nic, winienem.
Spodziewałem się wybuchu wielkiego i gniewu, ale pozostał zadumany smutnie i słowa mi nie powiedział.
Spytał o ludzi, a wozy, potem poziewnął, powtórzył: Lebiedź! — i odszedł.
Tymczasem gdy na mieście ci, do których porządek należał, głowy tracili, na zamku się zabawiano. Król bynajmniej nie zwątpił i drugim wesołością udaną czy prawdziwą otuchy dodawać się starał.
Zygmunt bardzo czynny, widocznie frasobliwym był wielce.
Do wszystkich bied naszych przy złej porze, złej strawie, niesłychanem zbiegowisku, niewygodach, ścisku, rozpuście, wszczęły się choroby szerzyć w wojsku i ludzie mrzeć jak muchy... Zrana nie było obozowiska, z któregoby po kilka trumien naprędce zbitych nie trzeba było wywozić na cmentarz. Później aby popłochu nie czynić, zarządzono tak, aby pocichu i nocą wywożono trupy.
A gdy jedną stroną podwody zachodziły cichaczem po nich, z drugiej w szynkach, których się namnożyło bez miary, pito i tańcowano na zabój.
Żołnierz jutra niepewny, zawsze tak dnia dzisiejszego używa bez miary.
Trzeciego dnia po przyjeździe moim, król i książę Zygmunt i cały dwór szliśmy wszyscy rano na mszę świętą, którą odprawiał mnich świętego Franciszka, staruszek pobożny bardzo.
Cóż się dzieje? Oto czy biedaczysko osłabł, czy taka była wola Boża, aby na przestrogach nie zbywało, w chwili gdy Hostyę pobłogosławioną w górę podnosił, wypadła mu z rąk na ziemię. On też za nią na kolana rzucił się, a w kaplicy popłoch się stał, trwoga nie do opisania. Przypadli z zakrystyi księża inni w pomoc, podniesiono sakrament, odbyły się należyte modlitwy, msza dokończyła, ale wrażenie jakiegoś nieszczęścia we wszystkich umysłach pozostało.
A że ludzie już i tak potrwożeni byli, drudzy wszystkie te złe znaki skrzętnie zbierali, więc z każdą godziną więcej się w tem utwierdzano, iż zguba czeka króla i tych co z nim idą.
W istocie też nigdy może razem tyle się przepowiedni nie zebrało naraz.
Ledwieśmy odetchnęli po tej hostyi, gdy nad wieczorem, kiedy nikt burzy się nie mógł spodziewać, nadciągnęła chmura czarna.
Bobrek, królewski ulubieniec stał w progu stajen, gdy deszcz z wiatrem padać począł. Jam z przeciwnej strony w krużganku siedział na ławie, spoczywając trochę. Wtem oczy mi zalało jakby ogień po nich przeszedł, siarkę poczułem i słyszę trzask wielki. Zerwałem się z ławy żegnając. Bobrka we drzwiach nie widzę, tylko coś leży na ziemi, a po za nim płomienie buchają i ludzie krzyczą a konie rżą.
Nimem się ja zebrał biedz, ze wszech stron zaczęli ludzie nadbiegać, ukazał się i król. Bobrka czeladź niosła na rękach nieżywego. Na skroni miał znaczek mały siny, jakby grochu ziarenko.
W stajni najlepszych koni dwanaście piorun sobie jakby wybierał, bo z jednego końca sześć ich powalił, z drugiego tyleż, a tym co w pośrodku były nic się nie stało.
Oczom się nie chciało wierzyć, że w istocie tak było, poświadczą mi wszyscy, którzy pod ten czas tam byli.
Olbracht po Bobrku wielce bolał, bo to były jego obcęgi i miotła... gdzie się sparzyć i powalać nie chciał, nim się wyręczał.
Wszystkim te z niebios skazówki i przepowiednie głęboko się w umysły wraziły, wielu za tem było, zwłaszcza, że jesień nadchodziła, aby wyprawę odłożyć i wojsko w części rozpuścić, lub na zimowych umieścić legowiskach do wiosny. Król o tem ani słuchać chciał.
Wyciągnienie ze Lwowa odraczało się z dnia na dzień z powodu Stepanka Wołoszyna. Posyłał do niego król, aby mu stawał z posiłkami, jako był obowiązany, obiecując na Kilią uderzyć.
Przyszła odpowiedź, że hospodar nie odmawia iść razem, ale się nie ruszy dopóki króla z wojskiem nie zobaczy nad Dunajem.
— Mam Turków pod bokiem i na karku — mówił przez posła — polski król jak przyszedł tak pójdzie precz, a na mnie się skrupi i poganin mścić będzie. Za cudze grzechy pokutować nie chcę.
O ile ja wiem, król podobno od początku na Wołoszyna nie rachował wcale, chciał tylko mieć pozór dobry, aby za niedotrzymanie słowa na jego ziemię najechać i dla Zygmunta ją zdobyć.
Gdy posły od Stepanka ostatnie przyszły z odpowiedzią, zaczęto się głośno odzywać, że nie na Kilią iść trzeba, ale na Soczawę.
Wołoszyn też chytry, nie był bezbronny i ci co ku granicy siedzieli, opowiadali, że siły ogromne zgromadzał a i Turków w pomoc sobie zapewnił, czemu Olbracht wiary nie dawał i cenił go sobie bardzo lekko.
Mnie po tych wszystkich przypadkach, wróżbach i patrząc na coraz się mnożący w wojsku nieład, ogarniała taka tęsknota i ból, jak gdybyśmy już nad przepaścią stali.
Codzień prawie posyłany byłem na miasto, do dowódzców oddziałów i różnych urzędników królewskich, którzy tam mieli kwatery swoje. Musiałem więc patrzeć na takie widowisko bezecne, jakiegom w życiu nigdy nie oglądał i bodaj oczy moje nie widziały pókim żyw.
Za wojskiem i ciurami nie wiedzieć zkąd ściągnęło się do obozu plugawstwo takie gromadami wielkiemi, iż bez sromu przejść około łaźni szczególniej w biały dzień nie było można. Nagich kobiet i dziewcząt z żołdactwem wyprawujących pląsy nikt nie rozpędzał... muzyka przygrywała, a pijani żołnierze dopuszczali się takich sprosności, iż niechybnie karę bożą na się ściągnąć musieli.
Oboźni i starszyzna donosili o tem królowi, domagając się, aby kobiety za obozem ciągnące wysmagać i precz odpędzić, ale Olbracht ramionami poruszał i żołnierza zrażać nie chciał.
Tymczasem tych zaciężnych z jednej strony kobiety, z drugiej szynkarze a kostery włóczące się za wojskiem, szalbierze przekupnie obierali z ostatniego grosza, odzierali, tak że niektórzy nawet zbroi część pozastawiali i potracili.
Był naówczas w ruszeniu pospolitem krakowskiem ziemianin wszystkim znany niejaki Sropski, z którego zwyczajem już było się naśmiewać.
Nie był on głupim wcale, ale prostaczkiem i gadułą, który cokolwiek na sercu miał, na języku też sadzał. Nie zważał na nic Sropski i swoje prawił. Niektórzy go kaznodzieją przezywali. Wyzwany paplał, gadał, unosił się, wszystkich gromił a karcił, i dawał się śmiać ze siebie.
Wzrostu więcej niż miernego, suchy, z szyją długą, głową śpiczastą, wąsem zawiesistym, ubrany zawsze szaro, z ladajaką szabelką u pasa, czapczyna wytarta, gdy mówił, zwyczaj miał lewe ramię poruszać jakby sam o tem nie wiedząc, a oczyma i usty z tejże strony pomrugiwać — wyglądał więc błazeńsko, lecz błaznem przez to nie był.
Zawiele mówił, ale słowo jego poczciwe z serca płynęło.
Ten to Sropski od przybycia do Lwowa, gdy się we wszystkiem rozpatrzył a czynić nie miał co, chodził po rynku, po ulicach, po obozie, gdziekolwiek się ludzie zbierali i prorokował srogie rzeczy.
— Na rzeź idziecie — wołał — noga wasza ztamtąd nie wyjdzie... Bóg skarze i pomści zgorszenie jakie dajecie. Pogan wojować wybieracie się, a samiście od nich gorsi, bo ci nie chrzczeni, Chrystusa nie znają i jeżeli w grzechach brną, mniej winni gdy ślepi, a wy białą sukienkę wdziawszy, z nią w błoto brniecie... To nie wojsko jest, ale trzoda na rzeź przeznaczona! — powtarzał.
Słuchałem tych kazań Sropskiego nie raz, ale dziesięć razy, a nie widziałem człowieka coby się z nich nie naśmiewał, oprócz jednego doktora Macieja z Miechowa, który mi naówczas rzekł:
— Człek jest pauci sensus, ale to co mówi, prawda zdrowa.
Doszło i do króla, że Sropski serca odejmuje wojsku, więc mu przez oboźnych zakazano mówić publicznie, na co on wcale nie zważał.
Postanowiony już był dzień, kiedyśmy wyruszyć mieli, bardzo się opóźniwszy. Niektóre oddziały rade nierade pierwsze z tej Kapui lwowskiej poczęły wychodzić nie ku Kamieńcowi i Kilii, ale ku Soczawie. Ja moje wozy, konie i ludzi sposobiłem tak, aby najgorszym drogom i przypadkom podołać mogły. Kół zapaśnych, żelaztwa, toporków, drągów kutych zapas jeszcze powiększyłem we Lwowie.
Na czwartek rano po mszy św. naznaczony był wyjazd, gdy w środę wieczorem do stajni wszedłszy dla przekonania się, że mi moja czeladź nie zbiegła na miasto do łazien tych i szynków, zbliżywszy się nieostrożnie do konia królewskiego, zwanego Żmiją, który tak zły był, że się czasem kąsać rzucał, uczułem jak wierzgnął i w nogę mnie trafiwszy, obalił. Chciałem się podnieść zaraz, ale noga wisiała przetrącona, kości w niej były pogruchotane.
Zaniosła mnie na dece leżącego czeladź na zamek do izby na dole, przyszedł zaraz pan Maciej z Miechowa, opatrzył i tylko to potwierdził com ja już czuł najlepiej. Bestya mi nogę połamała.
Zawszem na wszystko gotów był, ani o nogę, ani o życie mi tak bardzo nie chodziło, ale o służbę królewską. Prosiłem zaraz, aby dano znać panu o mnie, bo trzeba było zastępcę obmyśleć.
Olbracht sam przyszedł natychmiast.
— Trzeba ci było — zawołał — po ciemku do stajen, tak jak Bobrkowi wówczas pod piorun, abym ja na tę wyprawę jednego poczciwego sługi nie miał. Kogoż ja na twe miejsce wybiorę!
Poddałem mu Samka Czerwiaka, co król milczeniem przyjął.
Takim sposobem w chwili gdym już wyruszać miał, obledz musiałem, a choć mi nogę złożywszy i związawszy zapewnili doktorowie, że zrosnąć się może i powinna, niebardzom był życia pewien.
Rzuciło mnie w gorączkę straszną, tak iż przytomność postradałem, a gdym ją odzyskał, na zamku było pusto. Wyciągnęło co żyło. W mieście też tylko śmiecie zostały i okruchy. Naprzód tedy posłałem po księdza, aby na wypadek wszelki z Bogiem się pojednać i w sumieniu uspokoić, potem matce dałem znać.
Do Krakowa z nogą, której poruszyć nie było wolno, gdyby mnie na rękach nawet nieść miano, nie dostałbym się żyw.
Nieznajomy w mieście, jedynych opiekunów miałem w doktorze Staszku z Mościsk, któremu mnie Miechowita polecił i księżynie mnichu, ojcu Karle, dochodzącemu dla pocieszenia mnie prawie codziennie.
Izba na zamku dolna, choć trochę zimna, nie była zbyt niewygodną, a mój barłog blizko wielkiego komina umieszczono, na którym dzień i noc kłody gorzały dla ciepła i światła.
Do posługi miałem pacholika mego krakowskiego Ziarnka, niezgorsze chłopię, choć nad miarę swawolne.
Po tych ostatnich tygodniach spędzonych we wrzawie i piekle, teraz mi się ta cisza niemal grobową wydawała. Z Krakowa się rychło nie spodziewałem nic, anim tego żądał.
Rozmyślałem teraz w samotności tej co się tam działo z wojskiem, królem i panami naszemi, których siła tak wielka mu towarzyszyła.
Jak ludzie pamięcią sięgnąć mogli, nigdy tak ogromne wojsko jeszcze nie zgromadziło się na żadną wyprawę ani za Kaźmirza, ani za Jagiełły, gdy z Krzyżakami wojowano.
Liczono rycerstwa do stu tysięcy, ciurów obozowych i sług a gawiedzi wszelakiej najmniej czterdzieści tysięcy, wozów pewnie dwadzieścia.
Bydła stado całe gnano, ale już pono prędko się ich przebierać zaczęło. O pochodzie we Lwowie mówiono mało, a wiedziano tyle tylko, że wszyscy poszli na Soczawę i Stepanka z niej wygnać mieli.
Nikt jakoś dobrze nie wróżył tej potędze tak wielkiej, było jakby przeczucie nieszczęścia jakiegoś.
Zresztą doktór mój i ksiądz czasami tak sprzeczne mi przynosili z miasta i bałamutne wiadomości, żem wolał ich nie słuchać.
Jużem po pierwszych przebytych boleściach strasznych i gorączce cokolwiek zaczynał przychodzić do siebie, kiedy dnia jednego drzwi się otwierają na oścież, patrzę i oczom nie wierzę... Wchodzi zakwefiona matka moja, a pod rękę podtrzymująca ją Kinga.
Łzy mi się naprzód z oczów puściły, bom się tego nigdy nie mógł spodziewać ani przypuścić, że staruszka podróż taką dla mnie biedaka podjąć zechce.
Padłbym był jej do nóg, ale przykuty leżałem do barłogu mojego.
Oświadczyła mi naprzód, że chce choćby na noszach kazać mnie do Krakowa z sobą przenieść, lecz doktór nie mógł na to pozwolić. Stanęło więc na tem, iż sama z Kingą i małym dworem swoim okupiwszy się burgrabiemu na zamku się umieściła dla dozorowania mnie.
Nie byłem nigdy do żadnych pieszczot nawykły, sam sobie zawsze zostawiony, więc mi teraz to staranie około mnie rajem było i kalectwo błogosławić kazało.
Matka sama nie mogąc dla wieku i rąk zbolałych nic czynić, Kingą się posługiwała, która z dobrocią, jakby przywiązanego dziecięcia, czuwała nademną.
Więc i jadło i napój i posłanie na lepsze się teraz zmieniły, a jam opływał we wszystko.
Smutna ta izba ciemna na zamku tak mi się teraz rozjaśniła, iż piękniejszej nad nią nie zdało mi się abym widział w życiu kiedy.
Wstyd wyznać, iż tem światłem, co mi ją tak rozpromieniło, była śliczna Kinga, która się tu przez pół dnia krzątała, biegała, szczebiotała, napełniając ją życiem jakiemś, które przynosiła z sobą.
Przywiązałem się do niej jak do dziecka, bo mi w głowie nie postało rozmiłować się inaczej na starość. Takem sobie przynajmniej moją dla niej słabość tłumaczył.
Matka moja patrzała na to ciesząc się, iż mi z sobą przyniosła pociechę i rozrywkę.
Noga też moja, dzięki poczciwemu doktorowi, staraniom jakie około mnie miano i temu może uspokojeniu a rozweseleniu na duchu, dziwnie się zrastać i goić poczęła. Nie było już wątpliwości, że przy łasce Bożej chodzić będę mógł bez kija, mało co albo nic nie nakuliwając.
Kalectwa i niedołęztwa obawiałem się równo ze śmiercią, bo skazanym być na to, aby o swej sile i bez pomocy ludzi nie módz się poruszać, i nic poczynać, jest najstraszniejszą dolą dla człowieka.
Gdy mi tak czas płynął dosyć żywo z łaski matki, po niejakim czasie poczęły różne wiadomości od wojsk naszych przychodzić, ale z nich się wiele nauczyć nie było można.
Przybywali włóczęgi co się od swoich oddziałów dla choroby lub ze swawoli odbili, ciury poodpędzane — wszystkie można powiedzieć śmiecie obozowe. Ci pletli koszałki, aby siebie oczyścić, i nikt im nie wierzył.
Potem gońcy nadchodzić zaczęli, opowiadając różnie. Naprzód, że wyżebrany posiłek litewski, ledwie się połączywszy z wojskiem króla, zaraz od niego odstał. Krzyżacy też zawiedli... Mazurów tak jak nie było.
W ogóle ktokolwiek nadciągnął ztamtąd, nic dobrego nie przynosił. Każdy przybywał posępny, z twarzą zżółkłą, milczący, tak że trudno co z niego dobyć było... a z czego się wyspowiadał, trwożyło i smuciło. Nic szczęśliwego nie rokowano z wyprawy. Dalej ci co się przywlekli do Lwowa zaczęli opowiadać, że król chorzał i że niezawsze na koń siąść mógł, a na wozie go podwożono pod czas. Zrywał się na koń, ale znowu zaniemógłszy, zbroję zrzucał.
Przyszła wiadomość, że oblegano Soczawę, ale miasto się broniło okrutnie, a lud okoliczny przeciwko najazdowi, który mu kraj niszczył, był tak zajadły, że nikt się od kupy na krok oddalić nie śmiał, bo po zaroślach i wąwozach czatowano i ubijano.
Wszyscy byli zrażeni i zniechęceni, żywności zaczynało braknąć, a tu zima, nadchodziły srogie wiatry a słoty.
We Lwowie już ci, co królowi sprzyjali, o jedno Pana Boga prosili, aby cało wyszedł z tej imprezy, którą mu wszyscy naówczas odradzali, a wywiódł wojsko z tego kraju, którego zawojować nie było tak łatwo jak się spodziewał.
Wołoszyn zamiast przeciwko Turka z nami iść, miał go za sobą i posiłki nawet od niego otrzymywał.
Jeden z pisarzy królewskich przywiózł naostatek pocieszającą wiadomość, że za pośrednictwem Węgrów ze Stepankiem miał być pokój zawarty i przymierze, poczem zaraz wojska puścić się naprost przez bukowińskie lasy nazad do domu zamierzały.
Wszyscy się wielce uradowali temu, i lżej odetchnęli. Kazano się nam króla wrychle spodziewać do Lwowa, gdyż chory powracał i przez czas dłuższy miał tu wypocząć. Przyszedł więc do mnie burgrabia Trzeciak, dobry człek, wielce mi przyjazny, aby się naradzić co czynić wypadało w przewidywaniu królewskiego powrotu. Nie wypędzał on mnie, bo jako sługa pański miałem prawo pozostać na zamku, lecz szło o matkę, która z ludźmi izb kilka dla siebie potrzebowała a stajen i wozowni dla koni i ludzi.
Nie życzyłem też ja sobie, aby tu Kinga pozostała aż do przybycia króla i dworu, a od matki nie chcąc oddzielić, sam wniosłem to, abyśmy kamieniczkę jaką w mieście najęli, dokądby i mnie na ręku lub z łożem bodaj przeniesiono.
Matce też to lepiej się podobało, niż na łasce burgrabiego gospodą na zamku mieszkać, zawsze nie jak u siebie, ale gościną. Natychmiast więc dwór najęto od Żurowiczów z ogrodem i stajniami, drewniany prawda niewytworny, ale ciepły i przestronny. Na jednej stronie izb trzy dużych z alkierzem, z drugiej tyleż dla czeladzi i na kuchnię.
A że się powrotu królewskiego lada dzień było można spodziewać i nie chcieliśmy nas aby tu zastał, jak tylko izby umieciono i ogrzano, matka się natychmiast pierwsza wyniosła. Mnie jakem leżał, obręczami po nad głową skórą obleczonemi okrywszy, sześciu najętych drabów poniosło, tak żem oprócz trochy chłodu niewiele co poczuł tych przenosin.
Matka zawczasu najlepszą izbę mi we dworku opatrzyła, tak żem przybywszy aż się weselszym poczuł więcej widząc światła bożego i około siebie weselszego coś niż w murach zamkowych. Była i komórka tuż dla pacholęcia i wszelkie wygody, a gdybym wstać i chodzić mógł, dosyć miejsca, aby się swobodnie poruszać.
Pierwszy to był dzień od okaleczenia, żem śmiać się mógł, żartować i weselszą myśl okazać... a że nadzieja powrotu króla i wszystkich naszych ożywiała, byliśmy dobrej myśli wszyscy.
Niestety trwało to bardzo krótko i przyszło jakby dlatego tylko, aby po tym dniu jasnym żałoba nasza czarniejszą się wydawała.
Mówiłem już o Sropskim, tym proroku, z którego się wszyscy naśmiewali.
Sropski ten, pomimo iż się najgorszego spodziewał, gdy wojsko się ruszyło poszedł z niem razem. Pamiętam, że mu naówczas mówiono naigrawając się:
— Jeżeliś prorokiem, Sropski, a Pan Bóg z tobą w takiej komitywie, że ci naprzód objawia swe wyroki, wiesz tedy, że na zgubę idziemy... no, to wracaj do domu!
— A godziż się to? — odparł naówczas. — Nie! Gdzie wszyscy idą, tam musi kto ze swemi trzyma choćby w przepaść, bo się od braci odstawać niegodzi, ale, zakon nasz, ginąć z niemi. Wiemci, że nas tam zguba czeka. Kto głowę wyniesie całą, Bogu tylko wiadomo; ja tam może moją położę, ale ponieść ją muszę.
Poszedł tedy Sropski z innemi, wziąwszy z sobą tylko pasek św. Franciszka i poświęcony różaniec.
Zrana była może na półzegarzu godzina dziesiąta, na dwie przed południem, leżę sam jeden w mojej izbie świeżo smółką wykadzonej, słońce zimowe świeci wesoło, wróble jakby na wiosnę ćwierkają, w duszy mi było błogo jakoś niewypowiedzianie. Wtem słyszę kroki, szłapanie jakieś raczej powolne i jęki przytłumione. Poznałem po chodzie, że nikt z domowych nie mógł być.
W sieni przystanął ktoś i po drzwiach jak ślepy, słyszę, że skobla szuka ręką wodząc. Podniosłem się nieco na łokciu. Otwierają się drzwi zwolna i postać się ukazuje — niewiedzieć czy żebrak, włóczęga — drab, czy widmo.
W różnych krajach i przygodach com się ludzi napatrzył, zdało mi się że już mnie żaden nie zdziwi i nowym nie będzie. Począwszy od trędowatych, chromych i paralityków pod kościołami we Włoszech, aż do naszej nędzy po lasach i wioskach widziałem wszelką ludzką potworność i niedolę.
Ale człowieka takiego jaki stanął przed mojemi oczyma teraz, nie oglądałem nigdy, anim mógł przypuścić, że się on zjawi mi kiedy.
Twarz trupia, żółta, wyschła, z oczyma wytrzeszczonemi jakby nieprzytomnie. Po nad nią włosy rozczochrane okropnie, przez czoło zakrwawiona chusta ze krwią zczerniałą, zaschłą i zabłoconą. Szyja naga sińcami i plamami okryta, ciało jakąś odzieżą na pół osłonięte, szczątkami, łachmanami, powrozami, gałganami poobwięzywane, na nogach onuczki, zdarte obuwie, kawałki kory, bose rany, skorupy błota.
W jednym ręku ogromny kostur jakby świeżo wyłamany, przy którym sterczały jeszcze gałązki.
Wszystko to nic przeciw twarzy i postawie — wpół obłąkanej, jak nieprzytomnej i dyszącej gorączką.
Patrzę osłupiały, patrzę — zdaje się w końcu, iż mi się Sropski ochapia, ale nie jestem pewnym. On? nie on... Zwaryował, obłąkał się!!
Zląkłem się go! nuż wściekły szaleniec, a ja tu bezbronny. Ale widzę, wszedł, drzwi za sobą nie zamknąwszy, w pośrodku izby stanął, usta mu się otwarły, oczy patrzą nie na mnie a na ścianę, i chrypliwy głos poczyna mu się z gardła dobywać... ale tak nieprzymierzając, jak gdyby ciasnym otworem woda prądem naciśnięta. Wtem wybuchnął poburczawszy niezrozumiale.
— Wziął pomstę Bóg za grzechy ich... i stała się rzeź wielka, mord okropny... padli winni i niewinni. Oczy moje patrzały na to, i jeszcze krew mam w nich... krwawo widzę wszystko, okrzyk i jęki dogorywających słyszę. Niema rycerstwa polskiego... chłopstwo wołoskie wygniotło je i wybiło. Nie będzie domu bez żałoby... nie będzie rodu bez mogiły... Wdów i sierot tysiące.
Załamał ręce i płakać zaczął okrutnie z taką boleścią, że chociażem go za obłąkanego miał, serce mi się ścisnęło.
— Sropski! — krzyknąłem — opamiętaj się! co ci jest! przeżegnaj się!!
I począłem wołać na pacholika. Wtem matka moja z Kingą, usłyszawszy krzyk, nadbiegły, ale ukazania się ich ani spostrzegł nawet płaczący.
Tak jak ja, niewiasty go wzięły za obłąkanego, zlękły się i Kinga pobiegła po służbę.
Tymczasem Sropski się spłakawszy, otarł łzy zwolna i obrócił się do mnie.
— Bóg cię ocalił — rzekł — mało, że życie, ale pobłogosławił tem, iż widoku dnia tego nie miałeś na oczach i nosić go nie będziesz aż do śmierci jako ja. Ach! kto patrzał na ten dzień pomsty, ten i na jedną chwilę do zgonu wolen od niego nie będzie. Wyrył się ten obraz krwawy tym, co w bukowińskim lesie nie położyli kości swych, i pójdzie z niemi i wypiętnuje się im na piersi, na czole, na uchu, na ustach, na oczach, aby się kajali do śmierci.
Słuchaliśmy go ciągle jak obłąkanego jeszcze, nie rozumiejąc, ale mnie tknęło to, że lasy bukowińskie wspomniał.
Serce mi w piersiach zakołatało.
Wtem słyszę rumor, chód, i na progu burgrabia zamkowy Trzeciak się zjawia. Gdym go zobaczył bladego, pomięszanego, z męzką jego twarzą niemal po niewieściemu boleścią łzawą skrzywioną, uczułem dopiero, że klęska jakaś dotknąć nas musiała, która i Sropskiemu zmysły odjęła.
Wpadł Trzeciak i załamał ręce.
— Wiecie już zgubę naszą! — krzyknął.
— Nie wiemy nic — zawołałem. — Cóż się stało?
— Rycerstwo nasze, kwiat naszego wojska, nadzieje rodzin... to, cośmy mieli najlepszego, najdroższego, marnie w zasadzce chłopskiej padło ofiarą zbójców. Cały las podrąbany zwalili na wojsko nasze, aby je potem bezbronne, spłoszone mordować, wieszać za włosy i zarzynać..
I oczy sobie zakrył Trzeciak, wtem Sropski począł głosem grobowym:
— Język na to słów niema, aby opowiedzieć klęskę tę naszą, którą wieki pamiętać będą... Ztamtąd idę, ja nie żyw ale upior, bom sto razy poledz tam był powinien.
— Trzeciaku, miły bracie, — przerwałem — mówcież, mówcie tak, abyśmy wiedzieli, co opłakiwać mamy. Gdzie król? został-li żyw? Co się z Zygmuntem stało? kto napadł... przecież z Wołochem pokój był zawarty...
Gdym to mówił, Sropski, któremu sił zabrakło, zatoczył i pod ścianę się obalił — runął na ziemię jak kłoda. Kostur mu wypadł z rąk, jęknął, głowę pochylił, i dysząc pozostał na ziemi.
Trzeciak trochę ochłonął.
— Dziś — rzekł — nie jeden, ale już z dziesięciu odrapanych i pokaleczonych przybiegło... Co było najlichszego, to ocalało bieżąc, co najlepszego było, zginęło.
Za sto lat tego Polska nie odboli.
Mówią wszyscy, że sam Stepanek królowi odradzał, aby na bukowińskie lasy nie wracał.
Król był i jest chory, na wozie go wieziono, Zygmunt dowodził. Ale pokój zawarłszy, nasi znużeni obleganiem, radzi, że do domu powracają, rozprzęgli się i luźnie ciągnęli, tak, że połowa nawet broń na wozach miała.
Nikt się nie obawiał niczego, gdy w tę przeklętą Bukowinę wkroczyli.
Tam ono chłopstwo, któremu żołnierz nasz dojadł najazdem, łatwej zemsty szukając zasadziło się. Drzewa popodrąbywali, zasieki ogromne zapierały drogę. Ze wszystkich stron opadła Wołosz naszych, ze wściekłością okrutną... Król zaraz na koń wsiadł, Zygmunt zebrał ludzi, wszczęła się walka straszna — ale co naszych poległo marnie i jak... tego nikt nie zliczy. Dopiero, gdy niedobitki tu przyciągną, obrachujemy kogo nie stało... kto tam bez grzechu zawisł na gałęzi, lub rozszarpany został przez zbójów.
Od tego dnia, słyszę, aż do samego Prutu nie dali pokoju wojsku. Król chory musiał na koń siąść i ze swoją jazdą obóz osłaniać. Paliły się lasy i pola dokoła, aby drogę tamować, tak, że od płomieni i dymu dusili się ludzie i konie. Pod Czarnowicami z tym motłochem ścierać się musieli nasi o przeprawę.
I gdyby nie Zygmunt i nie królewskie półki, Wielkopolanie byliby się rozproszyli, zbiegli i padli ofiarą, ledwie ich Olbracht zdołał tem wstrzymać, że się sam okazywał ciągle, bo go obmówili, że ich tam porzuci i uciecze.
Niema wojska naszego! niema rycerstwa.
I Trzeciak płakać zaczął, a leżący pod ścianą Sropski zaryczał głosem dzikim:
Dies irae, dies illa! Dzień był gniewu Bożego, a czyje oczy nie patrzały nań, czyje ucho nie słyszało konających jęku... ten niech milczy o tym dniu sądu... Kwiat nasz ścięła kosa tego chłopstwa podłego, krwią szlachetną podleli pola swoje mordercy. Na stos nas powiedli...
Słuchaliśmy wszyscy przejęci i przerażeni tak, iż wypowiedzieć nie podobna, co się działo z nami. Płakały niewiasty od zmysłów odchodząc... jam też jak bóbr łzy lał, bo tu już nad nie więcej nic nie zostało. Cóż gniew mógł nasz przeciwko Bożemu?
Poczciwy Trzeciak zawziął się zaraz około Sropskiego, którego trzeba było opatrzeć, odziać, położyć... ale już w nim tyle tylko życia pozostało, że się wyspowiadawszy i do końca wyrzekając a krzycząc, nazajutrz nad wieczorem skonał.
Co się potem działo w mieście całem, gdy niemal co godzina ktoś nadbiegał i nowe przywoził szczegóły o bukowińskiej klęsce... jaki był lament powszechny po kraju całym i narzekania na Olbrachta, wypowiedzieć tego niepodobna.
Król wprawdzie, choć chory mocno, mężnie stawał, nie opuścił swoich, na koniu dosiadywał, nie stracił ani na chwilę odwagi i przytomności, lecz wszystko to przychodziło zapóźno.
Strasznej klęski nic powetować nie mogło. Wielkie owe wojenne zamysły wszystkie w puszczy bukowińskiej razem z rycerstwem naszem pogrzebione zostały.
Więc ci, których to bolało najwięcej, bo potracili ojców, braci, mężów, przypominali teraz rady Kallimachowe, aby szlachtę powściągnąć, i mówili głośno, iż król umyślnie ją dał na rzeź w Bukowinie, aby się jej zbył... Ztąd większa jeszcze do Olbrachta nienawiść, który i przedtem miłości nie miał u ludzi.
Jeszcze przed powrotem królewskim, widoczną łaską Bożą, noga mi się tak dobrze zrosła, żem naprzód o kulach zaczął po izbie się przechadzać.
Jak tylkom mógł się już poruszać, matka nastawać zaczęła wielce, abym w kolebce jej powoli chociaż do Krakowa z nią wracał.
Prawda, że pobyt we Lwowie nie obiecywał się wcale miłym, bo tu wszystkie owe nieszczęsne niedobitki nasze, jeżeli nie stale, to przychodem gościły i przynosiły z sobą ból, narzekanie i przekleństwa.
Ze wsi zaś, z różnych ziem, rodziny tych, co z królem szli na wojnę, gdy powracających się nie mogły doczekać, a słyszały o pogromie, przybiegały szukając swoich. Tu tylko grobową wieść znajdując, miasto napełniały narzekaniem.
W kościołach, po ulicach jęki tylko i płacze słychać było. Serce się krajało... Niewiasty w rozpaczy publicznie króla przeklinały.
Przybył Olbracht na zamek ale tak chory, że go na wozie wysłanym i okrytym musiano noga za nogą prowadzić, a tu wnet po doktorów do Krakowa słać i ratować.
Choć o kulach i nie bardzo dobrze chodziłem, żal mi się taki zrobiło pana mojego po tej klęsce, żem spokoju nie miał, ażem się u matki wyprosił, aby mi pozwoliła dostać się na zamek i pożegnać go a pocieszyć.
W kolebcem jechać musiał. Na zamek przybywszy, com się tu spodziewał wszystkich zastać we łzach i utrapieniu, zgłupiałem, od progu spotykając dworaków i urzędników tak jakoś spokojnego umysłu i równej myśli, żem zwątpił o tem, co dotąd na uszy własne od świadków o klęsce słyszałem.
Króla zastałem w koszuli jednej i kożuchu na nią wdzianym, powolnym krokiem przechadzającego się po izbie, z której śmiech mnie doszedł od progu. Rozmawiał ze swojemi komornikami, jako niegdyś, drwiąc sobie. Na twarzy chorobę wprawdzie widać było i zmizerowanie, ale troski na niej próżnom szukał...
Zobaczywszy mnie wchodzącego na kulach, stanął, popatrzał i odezwał się:
— Cóż ty? także na Bukowinie bywał?
Uśmiechnąłem się. Westchnąłem głośno.
— Okropna klęska...
— Wojna — odparł — nic tam nie było okropniejszego nad to, co się na wojnach trafić zwykło. Pocóż się bezładnie rozprzęgli, a przednich straży i języka zaniedbali.
Zacząłem ubolewać, przerwał mi Olbracht niechętnie.
— Więcej teraz mówią niż było, aby narzekać mogli i wyklinać za swoją winę drugich!
Ręką rzucił.
— A ty? — dodał — rychło-li te kije porzucić będziesz mógł?
— Spodziewam się, miłościwy panie, iż długo ich już nosić nie będę.
— Będziesz mi potrzebny — rzekł — odpoczywaj póki można. Ja też zachorzałem niepotrzebnie, a doktorom się w ręce dostawszy, niełatwo z nich wydobyć. Muszę też we Lwowie się wynudzić, bo ta mieszczek ładnych niema i to co jest, dzikie...
Nigdym się nie spodziewał, ażeby król po tej klęsce o czem innem, jak o niej, o pomście i o zgojenia ran myślał. Tymczasem ani mówić o tem, ani wspominać nie dawał i płochy umysł mu powracał już cały, jak był.
Nudziło go i niecierpliwiło przypominanie Bukowiny, z niektórych żałościwszych wprost się wyśmiewał...
Rozmowa ze mną taki zaraz obrót wzięła, że ja, com go chciał pocieszać, musiałem zasmucony zamilknąć i co najprędzej pożegnać.
W duszy mi wstyd za niego było, choć płochość tę tłómaczyłem sobie nie inaczej, tylko udaniem, aby nią pokrył boleść, jakiej doznawał[2]. Ale też tak ją umiał dobrze kryć, że jej wcale czuć nie było.
Służba zaś i dwór widząc to usposobienie pana, stosowało się do niego, nie śmiejąc okazać co czuła i myślała.
To prawda, że król przychodzącym z prośbami i rodzinom poległym bardzo wiele i szczodrze świadczył, ale do siebie nie przypuszczał i żalów niechętnie słuchał.
Przedemną samym jeszcze, gdym coś napomknął o poległym jednym z naszych, wyrwało mu się:
— Co niepowrotne, pocóż nadaremnie wznawiać i pieścić się tem, gdy tylko boli! Można poratować... dobrze, a co zginione, powinno pójść w niepamięć.
A skończył śmiejąc się.
— Lena się do Krakowa wyrwała! ale tej już nie ma co pilnować... zestarzała i zwiędła. Niechby się z nią jaki kupczyk ożenił, wiano sobie zebrać musiała...
Ja teraz młodszych potrzebuję...
Powróciwszy do matki, gdy mnie o króla rozpytywać zaczęła, tak mi wstyd było całą prawdę powiedzieć, żem zbył mówiąc tylko o chorobie i o tem, co przecierpiał.
Niebawem więc, jak skoro pozwoliła droga i doktór nogę moją opatrzywszy przeciwko podróży nie miał nic, pociągnęliśmy bardzo powoli do Krakowa, dokąd nas część dworu matki wyprzedziła.
Miało się już ku wiośnie. Jak we Lwowie, tak w stolicy smutek wielki i powszechny panował. Czuliśmy wszyscy, że to co przeszło i spadło na nas tak ciężko, było nie końcem, ale początkiem tego, co nas czekało. Stepanek Wołoszyn, Turek, Tatarzyn a Litwie Moskwa teraz nie mogła dać spoczynku, widząc słabość naszą. Aleksander się odsuwał albo jego odciągali Litwini, Władysław czeski opieszale nam pomoc swą i niechętnie obiecywał, jakże nie miano korzystać.
Król zaś niezrażony, jak dawniej tak i teraz do wielkiej wojny przeciwko Turkom się sposobił.
Z Pragi i z Budy jeździli posłańcy do nas, a królewscy do Władysława, obiecywano skuteczne przymierze, tymczasem Stepanek Pokucie i Ruś najeżdżał i łupił.
Wszystko to nasz pan tak lekko znosił, jakby był najpewniejszym szczęśliwego końca.
My dojechawszy do Krakowa dosyć pomyślnie, ponieważ jeszcze noga dolegała, a do podkomorskiej służby nie było co śpieszyć, nie rozdzieliliśmy się z matką. Zostałem u niej w domu i mogę powiedzieć, że ten czas był jednym z najszczęśliwszych w życiu mojem.
Król nareszcie powrócił, lecz że mnie nie powoływano na zamek, zostałem pod złotym dzwonem. Trochem zleniwiał, i od matki a od poczciwej Kingi już mi się odstać nie chciało.
Tymczasem jak tylko Olbracht ozdrowiał, a poczuł się na siłach, począł to życie, do którego był nawykłym.
Mało mu tego było, że co kilka dni u kardynała brata uczty i biesiady wesołe a pijackie odprawiał, z których najczęściej nad rankiem dopiero powracał. W kilku ze swojemi dworzanami robili wycieczki na miasto po nocach do takich domów, pożal się Boże, w których nietylko króla, ale jego czeladzi noga postać nie była powinna.
Mówiono mnie o tem, a niejeden raz słyszałem sam w nocy hałasy w rynku, w których znajomy mi dobrze śmiech króla rozpoznawałem. Ci, co mu raili niegdyś Kingę i piękność jej zachwalali, musieli znowu, przez złość do mnie, podbudzić go do zwrócenia się ku niej. Doszło mnie to, że idącą do kościoła tuż niedaleko do Panny Maryi, królewscy wysłańcy parę razy zaczepiali. Wśliznęła się do domu stara kobieta, która ją bałamucić próbowała, wielkie skarby obiecując, jeżeliby się uprowadzić dała.
Otwarcie mówiono jej o królu.
Ze wstydu nie śmiała się na to uskarżać przed nikim, i dopiero się później wszystko wydało.
Niedołężny, zgrzybiały Sliziak więcej wiedział niż ja, mnie nic nie mówiono o tem.
Pamiętna to będzie dla mnie do zamknięcia powiek ta noc wiosenna, która znowu o losie moim rozstrzygnęła.
Rozeszliśmy się z wieczora spać spokojnie wszyscy, matka z Kingą na górze, ja na dole. Dziewczę zajmowało izdebkę w narożniku, wychodzącym na ulicę. Była północ może lub więcej, gdy z pierwszego głębokiego snu zostałem zbudzony głuchym szelestem, a potem hałasem, którego sobie nie umiałem wytłómaczyć. Strach mnie jakiś wziął i zerwałem się na równe nogi, a że nigdym nie sypiał szabli przy sobie nie położywszy, chwyciłem za nią zaraz.
Okno jedno, opatrzone gęstą kratą żelazną, nie miało okienic, mogłem więc przez nie wyjrzeć na ulicę, i dostrzegłem kupę ludzi, poruszającą się w ulicy, pod samym narożnikiem, w którym Kinga spała.
Zdawało mi się, żem i drabinę przystawioną zobaczył, i ludzi co się po niej spinali. W domu było cicho.
W pierwszej chwili pomyślałem o złodziejach, lecz tuż stłumiony wykrzyk dał się słyszeć i nagle urwał, jakby usta co go wydały gwałtownie zamknięto.
Sam nie wiem jak naówczas wypadłem z kamienicy w ulicę, rzuciłem się z szablą podniesioną na gromadkę tę, która się nie spodziewała napaści, i znalazłem twarz w twarz naprzeciw człowieka, który omdlałą Kingę z zawiązanemi chustą ustami trzymał na ręku. Podniosłem do góry szablę i ciąłem go przez głowę.
Krzyk się dał słyszeć... napastnik rzucił porwane dziewczę, które ja padające podchwyciłem. Stało się zamięszanie wielkie... i wszyscy pierzchnęli.
Miałem czas jednak i po głosie i po postawie i ze stroju poznać Olbrachta.
Krew jego obryzgała dziewczę i mnie, był więc rannym.
Lecz przedewszystkiem Kingę musiałem ratować i na ramiona ją wziąwszy wniosłem do dworu, gdzie już przestraszone dziewki, matka, służba, wszystko było na nogach.
Zapalono światło, ocuciliśmy przelęknioną, która chwytała mnie jeszcze, jakby się lękała aby ją znowu nie porwał napastnik. Miałem zaledwie czas szepnąć jej, aby imienia jego nie głosiła.
Nikt się go nie domyślał, nawet matka moja.
Co do mnie, jakkolwiek czułem się niewinnym, a ciąwszy Olbrachta nie wiedziałem kogom uderzył, zawsze w oczach jego i ludzi popełniłem kryminał, który bezkarnie ujść mi nie mógł.
Sądu na mnie głośnego nie mogli zwołać, lecz wrzucić do więzienia jako sługę król miał prawo, i żywa dusza by się za mnie nie ujęła.
Nie pozostawało mi więc nic do czynienia tylko uchodzić.
Gdy Kingę w innej izbie na łóżku położono i uspokojono, dałem matce znak, aby szła za mną.
— Matusiu — rzekłem — sądy i zrządzenia boże są nieprzeniknione. Nie uczyniłem nic złego ratując biedną Kingę, a jak zbrodniarz uciekać muszę.
— Ty? dlaczego? — zakrzyknęła matka.
— Wiecie kogom ranił? — zapytałem — a rana ciężką może być, bo ciąłem z całych sił. Wiecie?
Matka stała milcząca.
— Króla — rzekłem jej.
Zasłoniła sobie oczy.
— Możeż to być?
— Jak mnie żywego widzicie! Dopóki czas a na zamku się nie rozpatrzą i przeciwko mnie nie spikną, muszę na koń siadać i skoro bramy otworzą, uchodzić!
— Dokąd! na Boga!
— Nigdzie indziej jak na Litwę, na dwór Aleksandra — odpowiedziałem.
Nie miałem u niego łask tak wielkich jak Ciołek i inni, to prawda, ale zawsze mi był życzliwym i dobrym. Pomnę nawet, że mi parę razy to powtórzył, krótkiemi słowy, jak to on zwykł: źle ci tam będzie, przychodź do mnie!
Matka ulękła się ucieczki. Miała myśl inną. Chciała abym zaraz szedł do kardynała, jemu szczerze wszystko i otwarcie opowiedział i prosił o opiekę. Lecz Fryderyka znałem, nigdyby przeciwko bratu nie wystąpił, a nadto był królewską krwią dumny, aby zniewagę jej mógł przebaczyć, choć mimowolną.
Nie wiem dlaczego Litwy i wielkiego oddalenia obawiając się matka, radziła mi potem zbiedz do Zygmunta na Szlązk, alem ja tam nikogo życzliwego nie miał, a księcia znałem mało. Naostatek myślała, że gdybym do królowej matki rano szedł, do nóg jej upadł, odkrył wszystko, onaby może u Olbrachta wymogła, aby się nie mścił nademną.
Lecz do królowej matki ani było myśleć się udawać. Jeżeli kto to ona rzucenia się na syna, potomka wielkich cesarzów i królów, darować nie mogła. Najlepsza z matek, zacna i rozumna niewiasta była tak dumna krwią swą, iż ją za nadludzką niemal uważała.
Przy najlepszem sercu, byłaby mi to doradziła tylko, co ja sam czułem nieuchronnem — ucieczkę.
Uciekać zaś najłatwiej i najbezpieczniej mi było na Litwę.
Matka wreszcie sama się o tem dała przekonać i zamiast wstrzymywać mnie, niespokojna, żądała, ażebym jak można najrychlej wydobył się z miasta.
Stanęło na tem, że wprost do Wilna, do Aleksandra uchodzić muszę. Lecz i Kingi tak zostawić nie mogłem, ani matki odjechać. Dniało już jasno, gdy umówiwszy się o drogę i o to aby matka moja z Kingą zaraz nazajutrz we dnie z orszakiem jak najliczniejszym udała się za mną, wyjechałem twarz przysłoniwszy kapturem za Floryańską bramę.
Gdym się potem obejrzał na to śliczne miasto moje, oblane ciepłem światłem poranka jakby usypiające jeszcze wśród rozkwitłych ogrodów i zielonych drzew, łzy mi się polały z oczów. Zdawało mi się, że go już nigdy nie zobaczę i tych rozlicznych głosów jego nie usłyszę.
A właśnie jakby na pożegnanie odzywały się niewymowną słodyczą poranne dzwonki i wesołe głosy budzących się do pracy ludzi.
Ucieczka moja pośpieszna, która mogła się wydawać tchórzostwem, okazała jednak potrzebną. Dowiedziałem się później, iż tegoż dnia trzy razy przychodzono z zamku po mnie, powołując do króla. Ci co z Olbrachtem byli instygowali na to koniecznie, aby mnie przybywającego, niedopuściwszy do ganku wzięto i do wieży rzucono. I byłoby się to dokonało, a jeden Bóg wie, czybym się żyw z niej mógł wydobyć.
Przygoda królewska nie mogła się utaić, gdyż nocą zaraz przywołano doktora Macieja z Mnichowa, aby ranę opatrzył, która jak się okazało głęboką była, a że Olbracht miał krew popsutą i na twarzy od niej trąd zjadliwy, długo się potem goić nie chciała.
Nie wchodził nikt w to, jakim sposobem król tej rany napytał i że sam po nią szedł, a oburzyli się wszyscy na onego zuchwalca, co śmiał rzucić się z mieczem na namaszczonego.
Nie byłbym ja śmiał pewnie podnieść na niego ręki, ale któż w nocnym napastniku mógł się króla domyślać?
Wyjechawszy z Krakowa, choć w nodze boleści srogich i rwania doznawałem przez cały czas, biegłem nie stając mil kilka, więcej na konia się oglądając niż na siebie.
Szkapa była niepozorna, ale dziwnej wytrwałości, z tych to naszych nieoszacowanych koni, co gdy paszy nie stanie, zgniłą strzechę gotów gryźć i byle wodę miał trzyma się a sił nie traci.
Soliłem mu obrok i z ręki prawie karmiłem, chleb mu w wodzie rozmiękczałem, aby się dobrze posilił, i tak dwa całe dni z małemi wypoczynkami biegłem nie przystając prawie, aż do mieściny, w której z matką się mieliśmy spotkać.
Tum dopiero legł, a ległszy poczułem się tak złamanym i osłabłym nagle, iż sądziłem, że nie powstanę. Przez całe dwa dni czekałem napróżno przybycia matki i już zaczynałem wątpić czyśmy się nie rozminęli, gdy trzeciego kolebka znana i orszak jej towarzyszący się ukazał. Miałem znowu tyle sił, żem naprzeciw wyszedł witać i nogi jej całować.
Dowiadywałem się, czy pogoni za mną nie wyprawiono, lecz matka mnie upewniła, iż na zamku przepytywać kazała, ale o ściganiu mowy nie było.
Wszystkie tylko sprzęty, zbroję i co miałem na Wawelu przechowanego, rozchwytali zaraz dworzanie pewni tego, że ani powrócę nigdy, ani się upomnieć mogę.
Jechaliśmy więc w imię Boże do Wilna. Tu jak dawniej, matka już do Gastoldowego dworu zajechać nie mogła, bośmy wiedzieli, że go hetman Biały zajmował. Puściłem się przodem, aby dwór jaki znaleźć, o który teraz w Wilnie trudniej było, bo od czasu jak wielkim księciem Aleksandra ogłoszono, miasto wprzódy puste, napełniło się gośćmi, wojskiem, panami z dalekich stron przybywającymi.
Nie poznać było Wilna, naprzód dla samego dworu Aleksandrowego, który nietylko zamek, okoliczne dwory, ale w mieście gospod wiele zajmował, potem dla nowo pobudowanych domostw panów litewskich wielkiego księcia swojego otaczających.
Rychło tu poznano dobroć wielką, powolność jego i tę jakąś obojętność, z którą dla spokoju dawał się powodować tym co go otaczali. Korzystali z tego najśmielsi, najzuchwalsi, a umiejący mu się przypodobać.
Pod ten czas właśnie, po niedawno zawartem małżeństwie z księżną Heleną, córką wielkiego księcia moskiewskiego, cieszono się tem, iż pokój z Moskwą zachowanym być może, a kto wie, czy między Litwą nie byli i tacy, co razem z nią i Wołoszynem potajemnie przeciwko Polsce spiskowali.
Wpadłszy naówczas do Wilna, zupełnie się tu czułem obcym, tak okrutnie mi się ono od czasu jakem go nie widział odmieniło. Ludzie, ulice, domy, obyczaje... a choć na samym dworze około księcia, czuć i widać było, że Aleksander się wychował w Polsce, niemal to zacierał obyczaj, mowa i strój ruski.
Przy księciu oprócz ulubieńca Ciołka i kilku pisarzy Polaków, młodzieży na dworze naszej dość było, ale przy księżnej niewieścia jej służba, duchowieństwo, czeladź cała była moskiewska.
W pierwszych dniach wpadłszy tu anim się umiał rozpatrzeć, anim rozumiał co się dzieje, dłuższego potrzeba było czasu, by języka dostać i ludzi poznać.
Szczęściem dla matki mojej dowiedziałem się, iż Stanisław Gastold starosta żmudzki właśnie był przy księciu, a dwór tu swój miał, w którym rzadko przemieszkiwał.
Szedłem więc do niego z pokłonem, bo to wielki był pan i nietylko możny, ale znaczenia niepośledniego. Trudno się do niego było dostać. Wreszcie gdy mnie przypuszczano i do kolan się pokłoniłem, opowiedziałem, że sługą jestem Nawojowej, która się musiała na czas jaki schronić do Wilna i prosiłem o opiekę a najpierw o wyznaczenie gospody, aby gdzie spocząć miała.
Starosta żmudzki pono jako żyw matki mojej nie widział, lecz dobrze znał jej losy. Okazał się dosyć uprzejmym.
— Co mam, tem się podzielę — rzekł — ale na początek nie będzie mieć wiele pociechy. Dworu mego połowę jej oczyścić każę, a gdy za dni dziesiątek odjadę do Szawel, cały wam oddać mogę.
Musiał dwór starosty zaraz się wynosić i obozować pod gołem niebem, a ja matkę pod dach ten bezpieczny wprowadziłem.
Miałem zamiar co rychlej, jeżeli nie służby u księcia, to opieki szukać i dostać się do niego, lecz postrzegłem się zaraz, że nie popróbowawszy gruntu pod nogami, nic nie uczynię, albo i gorzej niż nic, gdy krok postawię fałszywy.
Musiałem więc począć od tego, aby się rozpoznać, rozsłuchać i między Polakami, którzy tu byli, nowe znajomości robić, stare odnawiać.
Ciołka, który już podówczas wysoko stał, choć niegdy znałem, nie chciałem się do niego uciekać; wolałem do młodego Łaskiego, bo ten przystępniejszym był i nie tak z góry na drugich patrzał.
Lecz Ciołek tą dumą zasłaniał się jak tarczą, aby go szewskim synem nie przezywano, a Łaski takiego rodu był, iż muby nikt nie śmiał zadać ladajakiego pochodzenia.
Wybrawszy więc dzień i dowiedziawszy się, kiedy Łaskiego zastanę w jego izbie na zamku, zastukałem do niego.
Był on już naówczas przedwcześnie, powiedzieć można, a dobrowolnie stary, choć wiekiem połowy żywota ludzkiego nie doszedł, twarzy surowej a poważnej, statury silnej i rosłej, małomówny, lecz doświadczonego rozumu i rozważnego słowa. Szanowali go wszyscy, choć nie wszyscy lubili może, bo niepoczciwym stawał na drodze mężnie.
Książę go potrzebował, Ciołek znosił, ale się obawiał, a że w nim ród czuł, którego sam nie miał, za to go może nienawidził.
Jużem to wiedział o nim od ludzi, iż na dworze, który się na obozy dzielił i wojnę z sobą cichą prowadził, Łaski wcale się do tych pokątnych spisków i konszachtów nie mięszał.
Znalazłem go, jakby nieboszczyka dobroczyńcę mojego Długosza, otoczonego księgami przy pulpicie, z piórem w ręku. Choć widywał mnie zdala, lecz poznać ani sobie przypomnieć nie mógł.
Ucałowawszy rękę jego, począłem od tego, że dla pewnych okoliczności, których nie mogę wyjawić, ale nieczyniących ujmy czci mojej, zmuszonym byłem zbiedz z Krakowa i służbę Olbrachta porzucić.
Złeć to było polecenie, com sam czuł, a Łaski zmierzył mnie okiem badającem i zbył zrazu bardzo zimno. Okazał mi jawnie, że nie ma ufności we mnie. Zakląwszy go więc o tajemnicę, byłem zmuszony jak na spowiedzi wyznać wszystko.
Załamał biedny ręce i oczy spuścił na ziemię.
O chorobie króla już tu miano wiadomość, lecz przyczyny jej nie wiedziano.
Tłómaczyłem winę moją jakom mógł. Milczał.
— A cóż tu myślisz poczynać? — spytał.
— Królewicza, a dziś W. księcia znam od dziecka — rzekłem — zna on mnie też. Służby nie potrzebuję, ale pod opiekę jego radbym się dostać. W ostatku, choć trochę się zaniedbałem, w kancelaryi też pracować mogę jako skryptor.
— Toby się przydało — odparł — bo Rusinów diaczków mamy dosyć, ale do spraw z Polską brak nam ludzi.
Ośmieliłem się rzec wówczas, iż mi się widzi, że spraw tych coraz to mniej będzie pono, gdy jak ze wszystkiego widać Litwini i Rusini odrywają się gwałtem od Polski.
— Tak ci to było — odezwał się Łaski — ale inaczej pono będzie wkrótce, bo się Moskwie książę ani nawet małżeństwem obronić nie zdoła. Związała się ona z Wołoszą, a bodaj i innych znajdzie sprzymierzeńców i ruskie ziemie chce oderwać od nas. My sami się nie obronimy, Kijów razem i Litwę zmuszeni od nawały tej zasłaniać. Ci nawet, co wprzód się tak Polski wyrzekali, jakby się obawiali, że ona ich pochłonie, zaczynają sojuszu nowego i unii pożądać.
Po chwili rozmowy zakończył tem Łaski, iż pogodnej chwili z księciem o mnie mówić się postara.
A tu miejsce może, abym coś o tem małżeństwie Aleksandrowem napomknął, o którem zdala inaczej słyszeliśmy, a dopiero tu patrząc na nie, serce się ściskało nad tem, że je dla W. księcia wymodlono i wyjednano. Nie przyniosło ono bowiem szczęścia ani W. księżnie Helenie, pani pobożnej, łagodnej, dobrego serca, ale bojaźliwej i przybitej... obawą ojcowskiej władzy i woli, ani naszemu panu, który wychowanym był nie tak, aby niewiastę prostą, obyczaju niemal zakonnego, mógł zrozumieć i z nią się miłością połączyć.
Na straży też, około W. księżnej Heleny, stał naprzód niechętny wszystkiemu, co rzymskie i polskie było, ojciec jej duchowny, potem służba i niewiasty.
Ztąd nieustanne nieporozumienia i waśnie. Donoszono fałszywie ojcu o ucisku, jaki córka cierpieć miała, a Aleksandrowi serce psowano, nieprzyjaciół w tych ludziach najbliżej żony stojących wskazując mu.
Więc, choć się oboje serdecznie do siebie zbliżyć i pokochać chcieli, nie dopuszczano.
Ukazał się li, uchowaj Boże, ksiądz nasz na dworze, czasu gdy księżna występowała, a przemówił co do niej, choćby najniewinniejsze słowo, wnet skarcono o gwałtowne namowy i nawracanie, i listy przychodziły piorunujące od ojca... Napróżno księżna odpisując na nie poprzysięgała, iż jej nie czyniono żadnego gwałtu, żadnym przymusem nie nękano, doniesienia sług złośliwe więcej ważyły.
Ten zaś dwór moskiewski, od ojca duchownego począwszy, diaczków, pisarzy, aż do ostatniej służebnej, taką jakąś tchnął nienawiścią do wszystkiego obcego, iż jej niczem przejednać nie było można. Odosobniali się dobrowolnie, kryli, zamykali, i niemal dotknięcia i spojrzenia obawiali, a wszystko na złe tłómaczyli.
Na samym więc dworze było jakby rozpalone ognisko, niegasnące nigdy, które podsycało wzajemną niechęć. Aleksander zaś nie był człowiekiem, coby mocnem słowem i okazaniem woli swej poskromił niechętnych i zmusił do uległości. Łagodny, dobry, ramionami poruszał, żonę cieszył jak umiał, gdy płakała szukał dla niej zabawek i rozrywek, ale w końcu zeszło na to, że oboje oddychali dopiero, gdy sami pozostali: W. księżna w swojej kaplicy i teremie, Aleksander z Ciołkami, muzyką i staremi dworzanami.
Już podówczas marszałkował u niego kniaź Michał Gliński, Rusin, mąż postawny, wymowny, zuchwały a ambicyi wielkiej.
Mając to właśnie, czego Aleksandrowi brakło, śmiałość wielką, prowadził go jak chciał.
Koso już naówczas na niego inni ludzie pomiarkowańsi spoglądali, szczególniej Krzysztof Ilinicz starosta lidzki, Jan z Zabrzezia wojewoda trocki, Stanisław z Żarnowic żmudzki starosta i wielu innych.
Ci wszyscy więcej wychowaniem, obyczajem, wiarą zbliżali się do Polski, Gliński ciągnął do Rusi, i około siebie Rusinów zapamiętałych gromadził. Nie było jeszcze otwartej wojny, ale się już na nią zanosiło...
Gliński zatem głosował, aby od Polski stać zdala i obchodzić się bez niej, tamci trzymali, iż się Litwa nie ostoi sama i Moskwa ją pochłonie.
Co do Aleksandra, pewnie, że w duszy jego więcej było skłonności dla Polski, z którą zrywać nie chciał, ale żadnej mocy nie miał. Patrzeć na niego było, na męzką postać, wzrost, siłę i oblicze, zdało się, iż w tem mieszkać musi potęga wielka, bo majestat miał, lecz do walki żadnej stworzonym nie był, a gdy mu się tylko zapowiadała, ulegał pierwszemu co mu pokój przynosił.
Po widzeniu się mojem z ks. Łaskim, mając do czynienia około umieszczenia matki mej, przed i po wyjeździe Gastolda na Żmudź, nie chodziłem się dowiadywać o siebie.
Lecz zrana ze mszy świętej dnia jednego wychodząc, gdym się rozglądał około chorągwi Witoldowej, u grobu jego wiszącej, uczułem, że mnie ktoś po ramieniu uderzył i, obejrzawszy się, zobaczyłem z książką w ręku Łaskiego.
Dobrotliwie mnie powitał.
— Mówiłem o was W. księciu — rzekł — przypomniał sobie bardzo dobrze i uradował nawet, że was zobaczy; ale tego nie mógł zrozumieć, jakeście Olbrachta opuścili, który was pono szczególnie miłował.
Spuściłem oczy.
— Księciu nie mogę powiedzieć co mnie tu przypędziło — rzekłem — a kłamać, zaprawdę, bym nie chciał.
Ks. Łaski ramionami poruszył.
— Nigdy kłamać nie trzeba — rzekł — ale niezawsze człowiek jest obowiązany mówić wszystko. Jeżeli chcesz, pójdź do księcia wieczorem, gdy sam jest, a pokłoń mu się. Skryptora miejsce przy mnie dla was gotowe, jeżeli chcecie.
Pocałowałem go w rękę znowu.
— Przyjmuję z wdzięcznością — rzekłem — bo tym sposobem się zaliczyć będę mógł do dworu, a na przypadek opiekę znajdę.
— Nie sądzę, żebyś jej potrzebował — odparł Łaski. — Olbracht mściwym nie jest, zapomina łatwo, a gdy się rana zagoi, gniew przejdzie.
Tegoż wieczora, znalazłszy pomocnych dworzan, w tej godzinie, gdy książę sam był i zabawiał się zwykle tem, że mu śpiewano, opowiadano coś lub wpuszczano błazna Szyrkę, aby go rozrywał, i ja się dostałem do komnaty osobnej, do której tylko poufałych dopuszczano.
Książę chodził milczący, jak zawsze, orzechy gryząc, a w kącie cytarzysta mu grał i piosnkę nucił. Kiedy niekiedy stawał przy nim, patrzał jak mu palce po strunach chodziły, uśmiechał się, sam nucił po cichu i przechadzał się znowu. Patrzał na wsze strony, ale tak jakoś dziwnie, jakby nic nie widział.
Gdy mnie spostrzegł, potrzebował jakiś czas namysłu, nim mu snadź imię moje na pamięć przyszło, potem nagle się rozśmiał, przystąpił żywo i, nic nie mówiąc, głośnem już śmiechem mnie witał.
Wiedziałem, że nie rad rozmawiał, choć chętnie słuchał. Więc zacząłem rozpowiadać, że mi się znudziło w Krakowie, a jako urodzony na Litwie, przybyłem tu spocząć... a że ks. Łaski skryptora potrzebował, radbym uzyskać pozwolenie pańskie, aby mu służyć.
Książę na to, obie ręce w górę podniósłszy zamruczał coś niewyraźnego i nagle rzekł głośno:
— A jakże!... dobrze! dobrze!
Rozmowy tej już mu jednak było za wiele, zwrócił się do cytarzysty, kiwnął mi głową i poszedł.
Posiedziawszy czas jakiś, gdy niektórzy się wymykali, a W. książę miał do teremu żony przejść, pokłoniłem mu się zdala i odszedłem.
Nazajutrz rano ledwiem wstał, na podwórzu słyszę gwałtowne o mnie dopytywanie i wołanie.
Na złodzieju czapka gore, uląkłem się więc z razu, lecz napróżno. Było to obyczajem Aleksandra, że nigdy sługi ani przyjął ni odpuścił, nie obdarzywszy go... podskarbi więc jego szukał mnie z szablą, sztuką sukna i kilkudziesięciu grzywnami, które na powitanie gościńca otrzymałem.
Wszyscy królewicze tak szczodrzy być lubieli jak ojciec, a więcej dziad jeszcze, lecz Aleksander innych przechodził. Zdawało się, że nie mógł się uspokoić, nowego człowieka spotkawszy, dopóki go nie obdarzył. Szły tak nietylko sobole i sukno, ale całe włości i ziemie, i wszystko, co miał tylko.
W kancelaryi przy ks. Łaskim nie miałem wiele zajęcia, ale się można było nauczyć od niego nie mało rzeczy, tyczących spraw Polski i Litwy i wzajemnych ich stosunków.
Jak on przepowiadał spełniło się wszystko, gdyż najzaciętsi Rusini, co chcieli koniecznie unią starą horodelską zerwać, teraz gdy Moskwa coraz mocniej zagrażała, zmiarkowali, że sami sobie pozostawieni padną jej ofiarą.
Biskup Marcin żmudzki i wojewoda trocki wysłani zostali dla wznowienia sojuszu, i na zjeździe w Wilnie latem po staremu do unii powrócono.
Moskiewski kniaź, choć teściem był Aleksandra, wcale się na to nie oglądał. Myśmy na tem zyskali tylko, że co się u nas działo, a nawet o czem nikt nie myślał, donoszono Iwanowi, a na dworze miał swoich i nawet przy boku króla.
Czernichowski i rylski kniaziowie zerwali się od Litwy dla bezpieczeństwa i spokoju, i przeszli do moskiewskiego. Wojna okrutna groziła tem, że i drudzy ruscy kniaziowie mogli Aleksandra zdradzić. Wojska pogotowiu było mało, czasu niestało aby je zebrać, a i skarb tą rozrzutnością Aleksandrową był wyczerpany.
Pisała W. ks. Helena listy po listach ojcu zaklinając, aby zięciowi folgował, bo mówiono, że Tatarów perekopskich w pomoc sobie zaciągał, lecz listy wcale nie skutkowały.
Słano więc do Polski na gwałt, prosząc pomocy u Olbrachta. Tymczasem co było najlepszych hetmanów, kniaź Ostrogski, Ostyk, Citawor, Hlebowicz poszli na granicę z garstką ludzi.
Co podówczas działo się w Wilnie i po całej Litwie z obawy najazdu, opisać trudno. Niepokój panował największy i na dworze, gdzie jedni drugim na oczy wyrzucali, iż z rady ich i nieopatrzności kraj został prawie bezbronnym, zaufawszy małżeństwu i przymierzu moskiewskiemu.
Stało się to, czego się było można spodziewać — wojsko litewskie, na które dziesięć razy liczniejszy Moskal wystąpił, na głowę pobito, a hetmani najlepsi wszyscy poszli w niewolę.
Przez ten czas, gdy się to przygotowywało i działo, patrzałem często na W. ks. Aleksandra, i nie mogłem zrozumieć, co się w nim i z nim działo. Chodził milczący, to zdając się zapominać o wszystkiem, to nagle niepokojąc się, wołając do siebie z kolei wszystkich, rozkazując opowiadać, śląc po język. Gdy się tak żywo poruszył, ludzi porozpędzał, gońców powyprawiał, namruczał, nakrzątał, zdawało mu się, że wszystko zrobione i, orzechy gryząc, chodził już spokojny, cytarzystom śpiewać rozkazując.
Wielu rzeczy księciu nie mówiono, rządzili się po za plecami jego wszyscy, Gliński sobie, Zabrzeziński sobie, Ilinicz na swą rękę, a hetmani, jako ich duch święty natchnął. Ładu i składu nie było.
Łaski czasem, gdy go to nacisnęło, wzdychał mówiąc: Jeżeli nas ocali, to chyba moc i opatrzność boża.
Glińskiemu w oczy raz rzekł: Chcieliście zerwać z Polską unię, obraliście sobie W. księcia na to, macie skutki. Brańsk, Putywl, Drohobuż aż po Toropiec przepadły... a z Iwanem unia taka, że was zje.
Gliński naówczas złośliwie się uśmiechał, ruszał ramionami i pomrukiwał: Toć nie koniec... zobaczemy.
Tak się to ciągnęło do połowy 1501 r., a w mojem życiu prawie żadna nie zaszła zmiana. Jejmość pani matka moja nabyła od Hlebowiczów dwór na Snipiszkach wielki z ogrodami przestronnemi i szopami. Tuśmy się już zupełnie zagospodarowali, iż nam na niczem nie zbywało. Na parę godzin szedłem do kancellaryi do ks. Łaskiego i do dworu na zamek, aby się dowiedzieć, czy nie przyszły wieści jakie, potem powracałem do matki, i z nią a Kingą spędzałem czasu resztę. Śmieszno się do tego przyznać, ale ogród około domu, grzędy i rośliny różne lekarskie, których się poznawać nauczyłem dawniej, zajmowały mnie mocno. Sadziłem, siałem, a nawet sam bywało rydla się wziąć nie wstydziłem, za co matka na mnie krzyczała, żem godności własnej poszanować nie umiał. Ludzie prości dziwowali się też temu, bom miał się kim wyręczyć.
Zrana na zamek koniecznie było potrzeba zajrzeć, bo nie było dnia, żeby tam coś nowego nie przyszło, albo z Polski, lub od Moskwy i granic.
Na wiosnę dowiedział się ks. Aleksander, że Olbracht do Prus się wybierał, aby zmusić nowego mistrza do hołdu, była nawet mowa o tem, aby bracia się z sobą spotkać i widzieć mogli. Życzył tego Aleksander, a Olbracht by pewnie chętnie na pół drogi zjechał.
Posłano do Torunia Olechnowicza młodego z zaproszeniem.
W. książę na wypadek podróży i ks. Łaskiego z sobą chciał wziąć, ale ja oczywiście towarzyszyć mu nie mogłem. Byłem pewien, że król, gdy się rana zgoiła, choć mówiono, że długo się z nią nosił, przebaczył mi i zapomniał, za to byli koło niego ludzie, co mi zabyć tego nie chcieli. Lepiej więc było na oczy im się nie nastręczać.
Wiedzieli oni gdziem był, ale tu mnie w spokoju pozostawiali.
Czekaliśmy powrotu Olechnowicza z Prus, gdy w wigilię św. Jana przybywszy rano do ks. Łaskiego, zastałem go na klęczkach odmawiającego modlitwę, z twarzą wielce poruszoną i łzami na oczach. Nie była to jego modlitwy zwykła godzina. Stanąłem w progu... Wtem z klęcznika się poruszył i głośno zawołał:
Et lux perpetua luceat ei.
Patrzałem zdziwiony, pytać nie śmiejąc.
— Nikt o tem nie wie jeszcze — odezwał się do mnie pocichu — przybiegł goniec z Torunia... Olechnowicza też tylko co nie widać. Król umarł!
Nigdybym pewnie obojętnem sercem wiadomości tej nie przyjął, lecz teraz, gdym przebaczenia od niego otrzymać nie mógł, a posłyszał że nie żyje, załamałem ręce...
Wszystko dobre, jakiego doznałem od niego i wielkie jego przymioty przyszły mi na pamięć, a złego i płochego zapomniałem. Wiek też obiecywał większy statek, przy tym rozumie jaki miał, mogący go monarchą uczynić potężnym.
— Lat miał zaledwie czterdzieści! — zawołałem — silny był i zdrów... możeż to być? nie struli go Krzyżacy?
Łaski poruszył ramionami.
— Powietrzem nagle ruszony życie skończył — rzekł. — Jaka przyczyna śmierci Bóg wie jeden. Miałci lekarzów przy sobie, ci powiedzą chyba, jak w sile wieku mógł tak nagle życie stracić.
Ledwieśmy tak rozmowę smutną poczęli, gdy wpadł dworzanin książęcy, Łaskiego powołując do pana.
Opowiadał mi później, iż zastał tu już zgromadzonych wszystkich urzędników przedniejszych dworu, Glińskiego, Radziwiłła, biskupa Tabora.
Aleksander niemym był z boleści i płakał. Niepokój też ogarnął go o własny los, o bezkrólewie, które nastąpić miało w niebezpiecznej godzinie i o usposobienie umysłów w Polsce.
Wyrazić mi trudno, co od tej chwili począwszy u nas się działo. Około księcia wpływy się krzyżowały różne, bo jedni nie chcieli go widzieć na tronie polskim, drudzy sobie właśnie życzyli.
Co w Krakowie myślano o tem, nie wiedział nikt i przewidzieć nie było można.
Udało się ks. Łaskiemu, do którego po raz pierwszy we własnych widokach Erazm Ciołek się przyłączył, wmówić Aleksandrowi, iż i prawo miał do korony i koniecznie się o nią starać był powinien, dla samej nawet obrony od Moskwy.
Leniwy trochę umysł księcia z początku się zdawał nawału spraw i trudności rządzenia krajami obu obawiać. Poruszył ks. Łaski ambicyą, wskazał korzyści, dowodził, że większą siłą rozporządzając łatwiej rządzić potrafi. Gdy raz myśl tę zaszczepił, już jej odjąć nawet ulubieniec Gliński nie potrafił. Być też może, iż kniaź Michał spodziewał się, gdy Aleksander do Krakowa się przenieść będzie zmuszony, że jemu wielkorządy na Litwie powierzy. Nie nastawał więc przeciw temu.
Szło o to, aby wiedzieć co myśli królowa matka i kardynał Fryderyk, a za kim oni stać będą, bo już chodziły wieści, że Władysława prowadzić mieli jedni, drudzy Zygmunta.
Trzeciego dnia po otrzymaniu wiadomości o zgonie króla, już mnie ks. Łaski zawołał do siebie z tem, iż do Krakowa w skok jechać muszę, na dwór się dostać i spenetrować na co się tam zanosi.
Niebezpieczeństwo mi nie groziło żadne, ale właśnie na ten czas zachorzała mi matka, na wiosnę, jak to było we zwyczaju, obficie sobie krwi upuścić kazawszy, poczem zesłabła mocno i w łóżku obległa.
Nie chciałem jej opuszczać w tym stanie, ale naleganiu ks. Łaskiego, a potem rozkazowi Aleksandra opierać się nie było sposobu.
Nie mieli ludzi zaufanych, którzyby łatwo i do kardynała i do królowej i do znaczniejszych urzędników przystęp znaleźli.
Musiałem więc, choć z wielkim w sercu niepokojem, natychmiast w podróż się wybierać. Książę sam ludzi, poczet, konie i pieniądze na drogę natychmiast mi wyznaczył.
Matka też widząc, że o ważną szło sprawę, nie zatrzymywała mnie, a poczciwa Kinga dla uspokojenia zaklinała się, że od łoża jejmości nie odstąpi na chwilę i najtroskliwiej strzedz będzie. Przyczem pana Macieja z Błonia, doktora uprosiłem, aby nawiedził chorą i niczego nie żałował, choćby driakwie na wagę złota płacić przyszło.
Powierzywszy Kindze jeszcze matkę moją i ostatnią ją w ganku pożegnawszy niemal rodzicielskiem uczuciem, przy czem płaczu było niemało — w imię Boże ruszyłem do Krakowa.
Jakom tam zastał, w początku wyrozumieć było trudno. Krakowianie przebąkiwali o Władysławie, chcąc na głowie jego trzy korony połączyć, może nie bez chytrości i skrytej myśli, że sam w Polsce rządzić nie mogąc, będzie się tu wielkorządcami wyręczał.
Nikogoby zaś łacniej nie naznaczył jak Fryderyka, który już dał dowody, że rządzić umiał i lubili go wszyscy.
Poszedłem sam do kardynała na dwór jego, kędy jak około monarchy wielki ścisk znalazłem różnego rodzaju ludzi.
Zajęty był i czynny bardzo, co mu jak Olbrachtowi nie przeszkadzało ucztować. Otwarte stoły teraz po całych dniach trzymał, karmiąc i pojąc, a wieczorami w kółku swych ulubieńców dzień kończył tak wesoło jak poczynał. Była jednak ta między nim a bratem różnica, że wśród biesiadowania, a nawet gdy zdawał się podchmielonym, spraw ważnych nigdy z pamięci nie tracił, małemi ludźmi i rzeczami zręcznie się posługiwać umiejąc.
Gdym mu od W. księcia Aleksandra ukłon przyniósł, spojrzawszy mi bystro w oczy, rzekł:
— Cóż brat myśli? nie dosyć mu Litwy? Są ludzie co do korony prowadzić zechcą, będzie się on starał o nią?
— Sądzę, że ona mu z prawa przypada — rzekłem.
— A Władysław? — wtrącił kardynał.
— Zrzekł się przecie praw swoich do Polski niejednokrotnie, a jeśli komu, to jemuby trzecia korona zaciężyła.
— Często trzy łatwiej nosić niż jedną — odparł Fryderyk.
— Zresztą — dodałem — sprawa, to tych, co wybierać będą; sądzę jednak, iż Litwę ratując aby nie odpadła, życzyć należy wyboru Aleksandra.
Kardynał mi nic na to nie odpowiedział i zwróciwszy rozmowę, pytał o W. ks. Helenę, o stronnictwo na dworze, o stosunki z Moskwą, nie potrącając już o wybór przyszły.
Około królowej łacno mi było wybadać, że z kardynałem za Władysławem trzymała, tłumacząc się tem, iż powolny Aleksander wielkim trudnościom, jakie w spadku po Olbrachcie pozostały, nie mógłby podołać.
Piotr Kmita marszałek koronny za wiadomością i z naprawy królowej matki i kardynała, choć widomie się do tego niewtrącających, wysłali już byli do Pragi z wezwaniem Władysława wojewodę łęczyckiego Piotra i Mikołaja kanonika krakowskiego.
O czem gdym się dowiedział, postanowiłem doczekać ażby odpowiedź przyszła od Władysława.
Na tem nie dosyć; drudzy za Zygmuntem silniej jeszcze obstawali, twierdząc, iż ze wszystkich braci najzdolniejszym był, umysłu najpoważniejszego, statku wielkiego, a na małym swym Szlązku okazywał dowodnie, jakby znacznym państwem rządzić potrafił.
Przyznawano mu, obok dobroci wszystkim im właściwej, silną wolę i energię, na której innym Jagiellonom zbywało.
Lecz Zygmunt, jakem się mógł tu przekonać, wcale żadnych nie czynił zabiegów o koronę, przyjaciół nie jednał, stronnictwa nie zbierał i okazywał obojętność zupełną.
Tego więc Aleksander nie miał się co obawiać, gdy Władysława popieranego potajemnie przez matkę, brata i Krakowian, lękać się było potrzeba.
Przeciwko Aleksandrowi tylko duchowieństwo miało to, iż królowę poślubił greckiej wiary i musiał z nią wprowadzić ją do Krakowa. Zapowiadano, iż dla tej różnicy nawet koronowanąby być nie mogła. Ztąd musiał ojca W. ks. Iwana gniew wybuchnąć i nowa wojna.
Rozsłuchawszy się tu i rozpatrzywszy, gdy posły od Władysława wróciły z obojętną odpowiedzią, wielkiej żądzy posiądzenia korony nie obiecującej, jeszcze raz z pożegnaniem szedłem do kardynała.
Trafiło się, żem pod wieczór dopiero przypuszczony został, po całym dniu na niezwykłej spędzonym zabawie, gdy Fryderyk już musiał się położyć do łóżka.
Po raz pierwszy uderzyło mnie to w nim, iż mimo młodego wieku, w twarzy, w oczach i całej postawie, jakby choroba jakaś i okrutne znużenie się malowało. Oddech miał ciężki, oczy podbite, ruchy niespokojne, plamy po obliczu, na rękach i szyi czerwone jakieś i sine. Nie zważając jednak na to, jakem się dowiedział potem, życie prowadził takie, któreby najzdrowszego mogło z nóg zwalić. Doktorów nie słuchał, wyśmiewał się z nich i osłami ich zwał, dowodząc, że mu żaden z nich nie pomógł nigdy, a to co z porady ich czynił, coraz więcej szkodziło.
— Wracasz na Litwę — rzekł mi — zanieś pokłon Aleksandrowi, i powiedz mu niech o tem pamięta, aby na szerokie prawda i silne ramiona zbytniego nie brał ciężaru. Tutejsi panowie Władysława ciągną, drudzy o Zygmuncie mówią, nie godzi się braciom z sobą wojować nawet o koronę.
— O ilem ja tu zbadać mógł — odpowiedziałem — niemało też głos da za Aleksandrem, bo mu ta korona i należy z prawa i z nim Litwa idzie, a tak się ona może znowu odczepić.
Kardynał się skrzywił nieco.
— Ja się w te sprawy czynnie mięszać nie będę — odparł — życzę braciom dobrze, niech się między sobą porozumieją.
I z tem mnie odprawił, gdyż boleści go jakieś nagle chwyciły i na czeladź wołać zaczął, aby mu leki jakieś do okładania ciała przyniesiono.
Szerzyła się już naówczas po mieście wiadomość, jakoby choroba kardynała była straszną, nieznaną, a do uleczenia trudną, z obcych krajów przyniesioną, której najlepsi doktorowie cale nie rozumieli.
Z takiemi wiadomościami pośpieszyłem w początku sierpnia z powrotem do Wilna, mało po drodze wczasu zażywając, bo do zjazdu w Piotrkowie i przygotowania się do wyboru niewiele nam zostawało.
Czekała mnie tu najboleśniejsza w życiu mojem strata. Nie zastałem już matki przy życiu. Dowiedziawszy się o tem na samym wstępie, ledwiem miał siłę ks. Łaskiemu sprawę zdać z mojej podróży i pobiegłem do osieroconego dworu.
We trzy dni po wyjeździe moim skończyła życie, błogosławiąc mi do ostatniej godziny... W progu domu spotkałem w czerni zapłakaną, naprzeciwko mnie wychodzącą Kingę, która naprzód ze łkaniem do nóg mi się rzuciwszy, gdym ją podniósł na szyję mi padła i na wpół omdlałą, na rękach ją musiałem wnieść do izby.
Tuśmy oboje długo, prawie nic nie mówiąc płakali.
We dworze zastałem wszystko nieporuszonem tak, jak za życia matki mej było, jej tylko jednej tu brakło.
Umierając już, jak mi mówiła Kinga, wszystko czem rozporządzać mogła mnie przekazała.
Los Kingi niemal mnie więcej teraz niż własny obchodził. Gubiłem się w myślach, jak go jej zapewnić, gdzie schronienie znaleźć.
Odezwałem się więc do niej jako ojciec.
— Powiedz dziecię moje, co chcesz abym uczynił dla ciebie? Jak mam los twój na przyszłość zabezpieczyć? Gdzie chcesz pozostać?
Wtem do nóg mi padła obejmując je.
— Nie odpychaj mnie od siebie? Gdzież ja lepsze i bezpieczniejsze znajdę schronienie, w czyjem sercu lepszą opiekę?
— Jakkolwiek stary jestem — odezwałem się — przecież, dziecko moje, gdybyśmy z sobą mieli pozostać, ludzkie języki czci twejby mogły uwłaczać. Nie godzi się to.
Kinga mocno płakać zaczęła.
Siedziałem wielką litością zdjęty, a i mnie też rozdzielenie się z nią jakby żelazem serce mi przeszywało.
Wtem ona, oczy otarłszy, z jakąś odwagą, której w niej nie znałem, poczęła.
— Ocaliłeś mi cześć a może i życie — rzekła — przywiązałam się jako pies do was... godziż się, abyście mnie precz odpędzili. Czym ja nie zasłużyła, abym przy was pozostać mogła.
— Boże wszechmogący! — zawołałem — gdybym młodszym był, ah! Kingo moja...
A ta mi się na szyję rzucając, poczęła wołać.
— Dla mnie starym nie jesteście, panie mój, nie odpychajcie mnie.
Jednemu Bogu wiadomo jak się to naówczas dokonało, żem się dał skłonić do poślubienia jej. Żądała ona tego po mnie, a ja większego szczęścia nigdym na świecie nie pożądał i pod siwym włosem już się go nie spodziewał. Oszalałem właśnie...
Gdym potem ochłonąwszy rozważył co miałem uczynić, i wstyd i strach mnie ogarniał, ale Kinga mi nie dała się tem gryźć, wesołością swą i wielkiem sercem utrzymując w tym szale jakimś, z którego wyjść nie mogąc, czułem tylko, że się on z każdą powiększa godziną.
Nowe więc rozpocząć miałem życie. Rodzinie dać potrzeba było wiedzieć, do wesela przygotowania czynić, wreszcie i przed mojemi łaskawemi przyznać się do tego, że na starość rozum straciłem. Bom pewien był, że inaczej tego nie nazwą.
Stało się wszakże, że nikogo to nie zdziwiło bynajmniej, bo małżeństw takich naówczas się siła trafiało.
Winszowano mi, a wszyscy niemal dodawali, iż słuszniem czynił towarzyszkę sobie choć późno biorąc na resztę żywota.
Przypadało to właśnie o tym czasie, kiedy się losy Aleksandrowe rozstrzygać miały, gdy mnie Łaski za sobą do Piotrkowa ciągnął, dokąd Tabor biskup żmudzki, Radziwiłł podczaszy, Jan z Zabrzezia trocki wojewoda i Olechnowicz starszy kuchmistrz, wysłani być mieli dla popierania wyboru.
Chciałbym był pozostać w Wilnie, ale sam W. książę przywoławszy, obdarzywszy, tak łaskawie przemówił, jechać polecając, żem i wesele odłożyć musiał i Kingę moją porzucić, choć mi dziś jednej godziny bez niej spędzonej żal było. Uprosiłem tylko daleką Gastoldów pokrewną, podżyłą niewiastę, wdowę po Korniakcie, aby na czas niebytności mej przy Kindze pozostała. Zgrzybiały i niedołężny Sliziak, który panią swą przeżył, także przy dworze moim zostawał. Miałem służbę liczną i poczciwą, na którą straż tego skarbu mojego zdać mogłem.
O Piotrkowie mało powiedzieć mogę, bom wiele pisał i ks. Łaskiemu służył, ale sam przez się czynnym nie byłem, a przybywszy na miejsce zrazu to można było przewidzieć, że ani ci co Zygmunta prowadzili, ani Władysławowi nie utrzymują się przeciw Aleksandrowi. Prosta rachuba, dzieło Jagiełły i Kaźmirza utrzymać i umocnić kazała, a nie burzyć je.
Wybór posłów litewskich, których na zjeździe polskim bodaj poraz pierwszy oglądano, bardzo też był szczęśliwy. Powaga biskupa Tabora, pańskie wystąpienie Radziwiłła i zręczność a żywy umysł wojewody trockiego, zaraz Polaków ujęły.
Olechnowicz kuchmistrz niby poufale się z tem odzywał, że Aleksander bodaj siłą gotów jest prawo swe do korony popierać.
Kardynał jak skoro tylko zmiarkował, iż na stronę Aleksandra szala się przeważyła, natychmiast się za nim oświadczył. Zygmunt żadnych starań nie czynił.
Stanęło więc wszystko za wzajemnem porozumieniem Litwy i Polski, z utrzymaniem starego związku i powszechnem uradowaniem, którego może tylko panowie Krakowscy nie podzielali. Lecz i ci przycichli, sami się pozostawszy.
Zaledwie się tu sprawa zakończyła, wyprosiłem się u ks. Łaskiego do Wilna z powrotem, a nigdym za młodu tak nie pędził dniem i nocą, ani się czuł tak rzeźwym i niezmordowanym jak teraz.
Późno, późno nad zachodem uśmiechnęło mi się życie.
W Wilnie, dzięki Bogu, zastałem wszystko tak jak pragnąć mogłem, a przygotowania weselne powierzone Sliziakowi, mimo jego niedołęztwa, nie zostały zaniedbane.
Ponieważ koronacya królewska do pierwszych dni ostatniego miesiąca, na adwent odłożoną być musiała, gody moje ją poprzedziły.
Miałem do wyboru dwa dwory do mnie należące: krakowski i wileński, nie chciałem sam rozstrzygać gdziebyśmy pobrać się mieli i zamieszkać. Prosiłem Kingę, aby wedle własnego serca postanowiła.
Dwór wileński żałobę nam naszą przypominał, był on i dla mnie jakby wygnaniem, ona i ja woleliśmy do Krakowa powracać. Później zaś albo w Lidzkiem zamieszkać chciałem lub choćby nie opuszczać Krakowa, gdzie wielu przyjaciół, życzliwych i znajomych miałem. Puściliśmy się w podróż, panią Korniaktową biorąc z sobą, jesienią, ale nim się jeszcze drogi popsuły, i trafiliśmy na babie lato tak piękne, że niemal wiosnę przypominało.
W Krakowie, gdy do wesela już przychodzić miało, suktę z sobą zwieść musiałem wielką. Chciało mi się gody sprawić wspaniałe i głośne, czemu Kinga się sprzeciwiała. Nie byłbym kilkuset grzywien żałował, aby je pamiętnemi ludziom uczynić.
Skończyło się więc na tem, żem ze dworu co było w Krakowie dawnych towarzyszów i druhów pozapraszał na wieczerzę dnia tego, wyrzekłszy się trefnisiów, muzyki i wszelkiego hałaśliwego występu, kilka niewiast, które Kinga czasu pobytu swojego znała, kilku starszych kupców, co mi życzliwi byli, zasiedli z nami do stołu i spędziliśmy godzin parę do wieczora.
Tymczasowo postanowiliśmy pozostać w Krakowie w domu naszym, cichego szczęścia zażywając. Tak doczekaliśmy się tu i przybycia króla a koronacyi, którą brat Fryderyk odbył w towarzystwie innych biskupów, przyczem nowy pan względem Krakowian i wszystkich w ogóle co się do niego zbliżali, okazał się na podziw szczodrym aż do rozrzutności, dobra, starostwa, majętności rozdając obficie, niezawsze godnym tej łaski królewskiej.
Choć napozór się wszystko niby składało dosyć pomyślnie dla nowego pana, z boku patrząc i rozsłuchując się, wiele mu dobrego wróżyć nie było można. W zawieszeniu była wojna z moskiewskim, który na zięcia nie zważał, domagając się ziem ruskich i nie chcąc ustępować.
Układy z nim szły twardo, a oprócz niebezpieczeństwa tego, zagrażali nieustannie Tatarowie! Król sam będąc na Litwę i na Polskę, tu i tam rozrywać się musiał, bo go odwoływano. Kardynał tymczasem czynnie i rozumnie w Krakowie go zastępował. Ale i na tego niewiele było można rachować, bo naówczas już doktór Maciej z Miechowa długiego życia mu nie obiecywał, dla srogiej i okrutnej choroby, której było trudno leczyć, więcej zaś dla życia niepomiarkowanego i zbytków, od jakich go powstrzymać nie było podobna.
Zaledwie cośkolwiek czuł się lepiej, jadł i pił bez miary, nie chcąc się szanować, a z doktorów się naśmiewając.
Miałem zręczność go widywać naówczas, a za każdym razem wydawał mi się mizerniejszym, starszym i jakby w oczach więdniejącym, choć wiekiem był najmłodszy.
W czasie napadu Tatarów, gdy ich odpierać było potrzeba, pomimo choroby już się gotował na koń siąść z pospolitem ruszeniem, gdy dzicz ta swoim obyczajem z łupieżą pierzchnęła.
Niewątpliwa to rzecz, że gdyby statek w nim był, ani na rozumie ni na męztwie mu nie zbywało. Nauki sam miał wiele i uczonych ludzi lubił, w pięknych i kunsztownych rzeczach, obrazach, rzeźbach i złotych wyrobach się kochał a zbierał je; około siebie wytworność i wspaniałość chciał mieć królewską, dla ludzi był dobrym, ale też podczas i surowym być umiał. Pamiętano mu to, że brata Krzesława z Kurozwęk biskupa kujawskiego i kanclerza Mikołaja Lubelczyka Wrzodem zwanego, za uderzenie kleryka bez litości osądził.
Mimo to u szlachty jak miał mir zawsze, tak go zachował do końca.
W miesiącu marcu tego roku, kardynał coraz mocniej chorować zaczął. Nie wiem czy on sam się spodziewał tak rychłego zgonu, trzydziestu pięciu zaledwie lat doszedłszy, ale doktorowie widzieli, że mu nie poradzą nic.
Leżał już w wielkich boleściach, gdy na godzin kilka przed zgonem jego, ulubiony mu sufragan Maryanus, jak mówiono, niepomiernie się objadłszy, zmarł nagle.
Gdy mu Michał Krzycki, który go nie odstępował, znać dał o tem nieopatrznie, wziął to jako hasło jakieś, że i jemu za nim iść było potrzeba.
— Maryanus mi poszedł zamawiać gospodę! — odezwał się wzdychając, i tejże nocy w ciężkich boleściach Bogu ducha oddał.
Zabrakło go nikomu pewnie więcej jak królowi, a i matka zgon najmłodszego z synów opłakiwała długo. Tak z licznego potomstwa męzkiego Kaźmirza, młodzieży, która się pięknością, zdrowiem, siłą odznaczała, z kolei Bóg powołał do siebie naprzód najczystszego i najświętszego z nich w kwiecie wieku młodzieńca Kaźmirza, po nim Olbrachta i Fryderyka, tak że z Aleksandrem licząc trzech pozostawało tylko.
Wszyscy oni zmarli bezpotomni, a i po Aleksandrze dotąd potomstwa z opłakanego małżeństwa się nie spodziewano. Zygmunt też do ożenienia się nie kwapił.
Gdyśmy o tem z doktorem Maciejem z Miechowa, którego widywałem często i obcowałem z nim rad, rozmawiali, przypomniał mi, że Olbrachtową śmierć zawczasu wiele znaków przepowiadało. Ukazała się na niebie kobieta z miotłą wielką ognistą. Mało co potem ta część zamku, którą zwano Kurzą Nogą spłonęła, iż ledwie ogień powstrzymano, aby się dalej nie szerzył. W lutym gałka na ratuszu, którą tylko co nową zaciągnięto i umocowano, nocą spadła, choć wiatru nie było, potoczyła się na dach i rozbiwszy go roztrzaskała sama.
Doktorowi Miechowicie naówczas z Krakowa jadącemu, w Piotrkowie dla podwód zbuntowane mieszczaństwo, które już o śmierci króla wiedziało, o mało na gardło nie usadziło się.
O czem rozpowiadając rozumny mąż, choć niewyraźnie i niejasno, z bólem serca, bo był do rodziny królewskiej przywiązany, Aleksandrowi też nie obiecywał panowania długiego.
A był to pan, do którego ci co się zbliżali i obcowali z nim, przywiązywali się wielce, dla wielkiej jego dobroci. Sam on gniewu nie znał, a do surowszego wystąpienia chyba go ulubieńcy skłonili.
Na czele ich stał od dawna kniaź Michał, o którym mówiliśmy już, że umysł królewski opanował. Ten Aleksandraby był rad widział samowładnym na Litwie, dlatego iż w jego imieniu rządził.
Tymczasem przykład Polski, ciągłe ocieranie się o szlachtę mającą przywileje wielkie, zjazdy, na które patrzyli i słyszeli o nich Litwini, Litwinom też wielu w moc unii do tych przywilejów co Polacy ochoty dodawało. Nie chciano Aleksandra i na dziedzictwie widzieć bez rady panów, bez sejmów i zjazdów rządzącego.
Starosta lidzki Ilnicz, trocki wojewoda, starosta żmudzki i wielu innych, których tu obliczać trudno, odzywali się głośno, że litewska szlachta też miała prawa co i polska.
Nie mogło to być w smak kniaziowi Michałowi, bo gdyby się wytaczało wszystko przed zjazdy, onby swej woli nie miał.
Gardłował więc za tem, iż spiski knują i bunt zamierzają ci co polskich chcą rządów, a umiał to królowi wmówić tak, iż gniew jego obudził przeciwko Iliniczowi i wojewodzie trockiemu.
Gliński stał przy tem, że Litwa inny obyczaj miała, a od nieprzyjaciela zagrożoną, po hetmańska, surowo musiała być trzymaną, na sejmy czasu nie trwoniąc daremnie, gdy granic strzedz było potrzeba.
Z polskich panów większość z Iliniczem trzymała, za którym i ks. Łaski też był.
Sądziłem naówczas, przy młodej żonie zleniwiawszy, iż się już wszelka służba moja dworska skończyła, bom się nikomu nie zdawał potrzebnym. Król mnie nie powoływał, a ci co przy nim byli, obficie z łask jego korzystając, niebardzo byli chętni pomnożeniu służby. Od czasu do czasu spotykałem się to z ks. Łaskim, zawsze na mnie łaskawym wielce, to z doktorem Maciejem, zdala króla widywałem i błogiego zażywaliśmy wczasu.
Pogrzebałem tego roku i starego Sliziaka, do którego od czasu pojednania z nieboszczką matką moją przywiązałem się szczególniej dlatego, żem go wiernym jej widział sługą. Nawet gdy mu się już z łoża podnieść trudno było, starowina jeszcze o wszystkiem pamiętał i w domu się ład starał utrzymać. Ile lat miał, sam on nie wiedział, licząc jednak je z tego co o swem życiu powiadał, musiało mu sto dochodzić, gdy się sam poczuł już na schyłku.
Niejeden raz to w ludziach co późnego dożyli wieku uważałem, iż sobie śmierć nadchodzącą przepowiadali. Tak i ze Sliziakiem było, który mnie przywoławszy naprzód księdza zażądał, potem spokojniejszy już objawił mi, że za żywota grosza trochę uciułał, który pod tarczanem znajdę w garnku zakopany. Z pieniędzy tych trzecią część chciał mieć na msze święte za duszę swą obróconą, a dwie żonie mojej przekazał.
Gdy zmarł i u P. Maryi go przy bocznej kaplicy pochowaliśmy jak sobie życzył, dopiero sobie przypomniałem ów garnek, wiele się za prawdę po nim nie spodziewając.
Kazałem tedy łoże znieść i podłogę ceglaną opatrzywszy, znaleźliśmy pod jedną płytą garnek w istocie pełny, gruby i wielki. Nie było w nim nic krom samego złota, portugałów różnych i sztuk ciężkich tyle, żeśmy je ważąc na złotych węgierskich dwa tysiące przeszło naliczyli.
Na owe czasy i człowieka dziw to był wielki, że tyle zebrać mógł nigdy na lichwę nie dając i trzymając je zakopane. Z tych siedemset zaraz zapisałem wikaryuszom P. Maryi na msze święte za duszę nieboszczyka, a resztę na złą godzinę zachowałem w gotowiźnie, abyśmy nie zaznali niedostatku, gdyby nam z litewskich posiadłości nie przyszło, co było powinno.
Gdyby nie to, co się naówczas każdego dnia nasłuchać przyszło, to o Moskwie, to o Tatarach, to o Wołoszy, to o knowaniach Glińskiego i rozterkach na dworze Aleksandrowym, lataby były pewnie z całego mojego żywota najszczęśliwszemi.
Powrócił mi smak do ksiąg, o które teraz dziwnie łatwo być poczynało i stawały się one jeśli nie dla wszystkich to dla wielu dostępne, gdy dawniej mało kto mógł je opłacić.
Część dnia spędzałem nad temi, które z Niemiec i z Wenecyi do nas przywożono, rad sam kupując lub od panów kollegiatów pożyczając, którzy na mnie łaskawi byli, odwiedzali i z rozumnych swych rozmów korzystać mi dopuszczali.
Tego to czasu po raz pierwszy mi się do rąk dostała pieśń jakaś, sądzę hussycka, po polsku złożona, która w kościele wielkie zmiany i oczyszczenie zapowiadała. Nie domyślałem się tego nawet, aby kacerstwo to dotąd u nas przetrwać mogło, bo go ani widać, ni słyszeć o niem nie było. Dowód przecie w pieśni tej miałem, że słowo zuchwałe a gorące nie zostało zagubione i że domagali się kacerze takich odmian, któreby całym Kościołem wstrząsnąć mogły.
Potajemnie się to szerzyło, bo choć u nas inkwizycyi nie było surowej w rzeczach wiary, a wiele mimo uszu puszczano, jako to z Morsztynową, czuwało przecież duchowieństwo i odgrażało się przeciw heretykom.
Po nitce do kłębka idąc, a ciekaw będąc tej wiary poprawnej, doszedłem, że nawet nieopodal od kollegiów, w domu mieszczanina jednego, potajemne schadzki mieli i nabożeństwa ci ludzie, którzy się jakiegoś Wiklefa uczniami mienili.
Spalonego też Hussa owego mieli za świętego prawie i męczennika.
Nie mojego to rozumu rzecz w takich sprawach rozstrzygać, lecz widzi mi się, że gdyby go nie było spalono, nie rozrosłaby się i nie rozszerzyła nauka jego, bo nie ma jak krew i ogień do użyznienia pola wszelkiego.
Z pomiędzy mieszczan wielu, którzy z różnych powodów do duchowieństwa ząb mieli, garnęli się do tych wiklefów i na ich obrządki chodzili, pod dwoma postaciami przyjmując sakramenta, obrazy z kaplicy wyrzucając, dzwonienia i świec zaniechawszy.
Mówiono, iż zebrawszy się do gromady pieśni razem śpiewali, a jeden z nich potem na kazalnicę wchodził i nauczał.
Duchowieństwo nasze mało co o tem wiedziało. Pomimo ciekawości mej, nie ważyłem się do nich iść, gdyż nie przypuszczali pono tylko tych, którzy z niemi za jedno trzymać się obowiązywali.
Rósł w łaskach Aleksandra ks. Łaski, a Ciołek już był szlachcicem ogłoszony, mimo wszelkich niechęci ku niemu do Rzymu posłany od króla. Duchowieństwo całe bardzo na to krzywo patrzało, gdyż Ciołek jawnie z niem wojował i nie miał prawie przyjaciół między niemi. Sądziłem że w domu swym razem z jejmością tak spokojnie żywota dokonam, patrząc zdala na to, co się dziać na świecie będzie, gdy jak to ze mną nieraz bywało, kleryk przybiegł do ks. Łaskiego mnie wzywając.
Tu muszę się pochwalić tem, żem pewno nie dla kaligrafii mojej, ale dlatego, że do milczenia wypróbowany byłem, zachowanie zyskał u niego.
Nie był to już ów Łaski, jakiego początkowo pamiętałem w Wilnie.
Nie zmienił się w charakterze swym, lecz ze znaczeniem powaga urosła, i wszyscy się na niego oglądać musieli. Miał też i kancelaryę swą liczną i dwór dostatni.
Nie mogłem wcale sądzić, iżby mnie na co potrzebował.
Powitawszy uprzejmie naprzód, odezwał się:
— Słyszałeś waszmość co się to na Litwie dzieje?
— Mało co wiem — odparłem — bom się domatorem stał, a niewielu widuję.
— Nie powiadano ci więc, do czego ten nieszczęsny Gliński króla skłonił — ciągnął dalej Łaski. — Ilinicz do więzienia rzucony, grozi toż samo wojewodzie trockiemu i kilku innym... Kniaź się odgraża, iż na Litwie nie będzie póty dobrze, dopóki ze trzy głowy z karków nie zlecą.
— Lecz, na Boga — przerwałem — surowość ta do Aleksandra nie jest podobną, ani dziełem jego być może.
— Nie ma straszniejszej rzeczy — odparł Łaski — nad słabość i brak woli, bo one dadzą się wieść na bezdroża. Dał Bóg panu naszemu najlepsze serce, ale siły poskąpił. Opanował go warchoł ten kniaź Michał, któryby z drogi wszystkich chciał uprzątnąć i miota nim niestety.
Ks. Łaski ręce załamał.
— Panie starosto — rzekł do mnie, bo nazwisko to dawali mi niektórzy od Kaźmirzowego daru ziemi — wybyście mnie i królowi na dworze jego potrzebni byli, dopóki się ta sprawa gardłowa nie skończy. Macie u króla ucho i zaufanie, a was się Gliński obawiać nie będzie. Zaradzilibyście może złemu, a przynajmniej nie dopuścili tego ścinania głów, którem grożą, dopóki się sejm przyszły w Radomiu nie zbierze.
— Ojcze mój — odezwałem się — radbym z duszy być wam posłusznym, lecz sądzę, że za wiele o mnie trzymacie. Za małym jestem, aby mnie kto miał słuchać.
— Około króla tacy mogą najwięcej dziś, na których oczy nie są zwrócone — rzekł Łaski — jedźcie na dwór, nastręczcie się panu. Nie wątpię, że was przy sobie zażąda mieć. Życzy tego królowa, ja was proszę. Rzucicie słowo, możecie zapobiedz złemu; naostatek przez was i my lepiej będziemy oświadomieni, aby wiedzieć co czynić.
Dusznie mi się podejmować nie chciało teraz tego, co po prostu włożeniem palca między drzwi nazwać było można. Spokojne życie nagle zmienić na to gniazdo osie, jakiem był dwór Aleksandra, narazić się Glińskiemu nie miałem cale ochoty.
Prosiłem o czas do namysłu.
Gdym potem do Kingi wrócił, ostrożnie zwiastując jej co mnie czekało, załamała ręce zaklinając mnie abym w ogień nie szedł.
Musiałem tem jednem odpierać co jej troskliwość o mnie nastręczała, że królowi i Litwie naszej służyć do zdechu byłem obowiązany, ani mi się godziło dla własnego spokoju poświęcić ważne sprawy. Wprawdzie nie ufałem abym się tam przydał na co, lecz ks. Laski stał twardo przy tem, iż iść byłem powinien.
Kilka dni trwał opór ze strony mojej, a z jego naleganie — zwyciężył wreście. Król na Litwie był jeszcze. Jak skoro jechać przyrzekłem, w skok musiałem to wykonać. Czeladzi z sobą ledwie kilkoro wziąwszy, pod pozorem iż do mojego starostwa jadę, ruszyłem na Litwę.
Po drodze już z tego com słyszał przekonałem się, że w istocie Iliniczowi, Zabrzezińskiemu, Kiszce i kilku innym stał Rusin na gardło.
Król ulegał, Gliński kłamliwie dowodził, że spiskowano przeciw władzy w. książęcej z Polakami i powtarzał nieustannie, że dla grozy i postrachu głów kilka trzeba strącić.
Król był na Litwie, oczekując gdy go na zjazd do Radomia powołają. Przybyłem tu jak mnie przystało, cicho i skromnie do naszego dworu na Snipiszkach.
Miałem pomiędzy dworzanami królewskiemi młodego Szyszłę, którego lubiłem bardzo, on też się do mnie przywiązał. Różnica wieku między nami taka była, że ojcembym jego mógł się nazywać, ale chłopak niezwykłej był bystrości umysłu, przebiegłości, oka takiego, że mu nic nie uszło, a serce miał złote.
Prawy Litwin, poczciwy, dobrej woli, miał jednak to do siebie, że się nikomu nie dał zjeść w kaszy. Na oko spokojny, cichy, nie zdawał się na nic patrzeć a widział wszystko, niczego słuchać, a ucha jego nic nie uszło.
Posłałem mojego Staszka naprzód po niego. Jakem się spodziewał, nadbiegł natychmiast.
O tem co się na dworze działo, nikt na świecie lepiej nad niego nie mógł być uwiadomionym, a dla mnie tajemnic nie miał. Dorzucić muszę, że chłopak był niebogaty, a jam mu pomagał chętnie, bo upodobanie miał w pięknych koniach i sukniach.
Trochę więc wdzięczności mi się należało. Dowiedziawszy się iż do Wilna przybyłem, Szyszło na konia siadł dla pośpiechu i przyleciał na Snipiszki.
Przywitał mnie jak ojca. Nie powiedziałem mu z czem i dlaczego przyjechałem, ani na jak długo; lecz zaledwie chwila upłynęła, gdy mu się gęba rozwiązała.
— Nie chciało się wierzyć co u nas rozpowiadają — odezwałem się — bo pan dobry jest... Mówią o uwięzionych, o zbiegłych, o kacie i dekretach.
Podniósł ręce Szyszło do góry.
— Wszystko to prawda — odparł. — Nasz pan nieszczęśliwy jest, zgnębiony, zahukany przez kniazia Michała. Ten wymyśla spiski na drugich, a sam bodaj najgroźniejszym jest. Ilinicz zgubiony, bo po nim Drozdowi swemu chce kniaź zagrabić spuściznę. Tak samo na Trokach, na Żmudzi, na Smoleńsku chce mieć ze swego ramienia ludzi, więc opróżnić musi co zawadza.
— Lecz król nasz nigdy okrutnym nie był — przerwałem — nie może to być, ażeby przelewu krwi dopuścił, i to jeszcze tak zacnej.
— To też król męczy się niewymownie — mówił Szyszło — a my to wiemy najlepiej, którzy na niego patrzymy. Dopóki kniaź przy nim jest, a stara się go jak najmniej odchodzić, daje sobie wmówić co tamten chce, wzdycha, ale godzi się; zostanie potem sam, naówczas niemal krwawym potem się oblewa rozważając co mu grozi. Gdyby nie jemu nawet ale komukolwiekbądź codzień od rana do wieczora nieustannie tem nabijano głowę, że wszyscy na życie jego czyhają, że potajemnie się sprzysięgają, że mu grozi zrzucenie z tronu lub gorzej jeszcze... w końcuby musiała go ogarnąć trwoga. Po nocach ze snu się zrywa król krzycząc, bo mu się zda, że nie jest bezpiecznym. Wyjedzie na łowy, wyjdzie na zamek, każdy człowiek mu podejrzany. Strażami się otacza jako nigdy. W tej obawie ciągle go chcąc utrzymać Gliński, zmyśla niebywałe rzeczy; każe swoim mówić i zeznawać co ich nauczył. Nie może sam stać na straży, stawi Drozda, który jest jego prawą ręką. Nawet biskupowi naszemu Taborowi, którego król szanuje i ufa mu, przystępu bronią, nie dopuszczają go, bo wiedzą że przeciwko nim jest. W tym strachu, niepewności, pan nasz stracił zdrowie, wesołość, spokój umysłu, litość bierze patrzeć na niego.
— Jakże się to skończy, sądzicie? — zapytałem Szyszłę.
— Najgorzej — odparł — bo osaczono biednego króla tak, iż im ujść nie może. Gliński, ponieważ zręczny i czynny jest, króla wyręcza we wszystkiem, zasłużyć mu się umie a tak się stawi, że bez niegoby sobie rady nie dał, stał się niezbędnym. W każdej sprawie, nim się ona rozstrzygnie, powołują kniazia Michała, nie czyni się bez niego nic. Czuje się potrzebnym, a tak kieruje wszystkiem, aby nim był. On wódz jeżeli wojna, on doradzca, gdy trzeba się układać, on posłem, on sędzią, on wszystkiem.
Mniej więcej w ten sposób mi położenie odmalował Szyszło, na co nie było nawet co odpowiedzieć.
Spytałem go, czy się choć dawnemu panu pokłonić mi będzie wolno.
— Jeżeli kniaź dopuści — rzekł Szyszło — bo i w tem go pominąć nie można. Jakże dawniej dla was był?
— Ani źle ni dobrze — odparłem — za małym jestem dla niego, aby na mnie patrzył.
— Przybywacie z Krakowa — odezwał się Szyszło — to dosyć dla obudzenia nieufności, bo co tylko z Polski idzie, podejrzane kniaziowi. Wie że krom Ciołka, samych tam ma nieprzyjaciół. Lecz — dodał — wiecie co? król codzień, gdy pora piękna, zrana idzie na mszę do katedry... stańcie na drodze. Jeżeli podniesie oczy a zobaczy was... powoła pewnie.
Spisywać trudno, co mi potem jeszcze o biednym królu małych rzeczy naopowiadał. Z tego jawnem było, iż nieszczęśliwym się czuł bardzo i że na zdrowiu nawet, mimo wielkiej siły i krzepkiej budowy, szwankować zaczynał.
Rad więc, przez samą miłość dla krwi panów moich, pragnąłem się przyczynić do tego, aby wyrwać króla z tej niewoli Rusina.
Szyszle nie przyznając się do niczego, nazajutrz czaty na drodze do kościoła rozpocząłem. Poszczęściło mi się wielce. Aleksander zobaczywszy mnie, skinął abym się przybliżył.
— Z Krakowa? — spytał.
— Na wsi u siebie byłem — (musiałem skłamać) — a tu dom mam. Nie chciałem Wilna opuścić nie pokłoniwszy się panu memu.
To mówiąc do nóg mu się pochyliłem.
Uśmiechnął się dobrotliwie, lecz natychmiast, niby sobie coś przypomniawszy, trwożliwie się obejrzał, dał znak i pośpieszył do kościoła.
Wieczorem zawołano mnie do króla. Uważałem idąc nowych ludzi, Rusinów Drozda i kniazia Michała, około Aleksandra się uwijających.
Gdym przyszedł, a niewielu było, król obejrzawszy się znowu, z obawą mi szepnął:
— Słyszałeś?
Udałem, iż nie wiem o co pytał.
— Spiski na życie moje? kto... Litwini!!
Tu począł głową poruszać boleśnie.
— Miłościwy królu, nigdy ja temu nie uwierzę...
Gorąco począł i szybko dowodzić, iż się nie mylił, ale plątał się w mowie. Zamilkłem.
— Gdyby nie kniaź Michał — dodał pocichu — jużby po mnie było. Ten jeden mi wierny, na nim wszystko.
I podniósłszy dłoń ściśniętą do góry okazał mi jakby... Michał siłę miał, a potem obejrzawszy się wkoło ostrożnie, palec do ust przyłożył.
Rozprawiać z nim o tem nie było sposobu, alem się mógł przypatrywać co się działo, bo mało na mnie zważano. Umyślnie też chytrości zażyłem, wiedząc że tu Polacy wszyscy i z Polski przybywający byli w podejrzeniu, więc wdziałem suknie takim krojem jakim je na Litwie noszono, a wymowę miałem zawsze tutejszą.
Rozpatrując się około królewskiego otoczenia, łatwo mi było dostrzedz, iż na wsze strony sieci były porozpinane, straże tajemne postawiane tak, aby bez Glińskiego, Drozda i jego zauszników nikt do króla przystępu nie miał, szczególniej na osobności.
Aleksander jak zawsze powolnym był i dla spokoju słuchał tych co stali najbliżej a oszczędzali mu troski myślenia i mówienia, teraz stał się prawie bezwładnem w ręku ich narzędziem.
Wszystko na kniazia Michała zdawał, bez niego nie śmiał poczynać nic, a Gliński nim władał jako chciał.
Ani się dziwować można, że taką przewagę pozyskał, bo człowiek był niepospolitego umysłu, bystry, energiczny, śmiały aż do zuchwalstwa, a przytem zręczny. Z oczów mu niepomierna duma i ambicya patrzały, mimo to jednak, gdy było potrzeba, umiał się przed królem ułożyć, spłaszczyć, stać pokornym, czołobitnością go ujmować, miłość swą gorącą dla niego głosić, a drugich czernić i podejrzenia rzucać, aby od nich odstręczyć.
Daleko potężniejszy umysł niż Aleksandrowy dałby się był wziąć na te zręcznie nastawione sidła. Przekonałem się jednak, z niemałą pociechą moją, rozpatrując i rozsłuchując, że kniaź Michał pomiędzy pany i litewską starszyzną niewielu sobie pozyskał. Wszyscy nań z nieufnością patrzali, nie mówiąc już o tych, którzy mu zazdrościli.
Biskupi, hetmanowie, wojewodowie ilu ich było, albo się od niego usuwali, lub wręcz się oświadczali przeciwko niemu.
Śmielsi jak Krzysztof Ilinicz, lidzki starosta, głównie Jan Zabrzeziński, Stanko z Żarnowic, Kiszka, głośno zadawali Glińskiemu knowania zdradliwe. Inni, mniej odważni, jak Olechnowicz, Ostrogscy i Radziwiłłowie dalej stojący, czekali co się wywiąże z tego, aby też przeciwko Glińskiemu wystąpić.
Przeciwko tym, których jako jawnych nieprzyjaciół swoich znał Gliński, Iliniczowi, Zabrzezińskiemu, Kiszce wprost na gardło godził, a królowi to nieustannie wmawiał, że dopóty ładu i porządku Witoldowego nie będzie, dopóki głowy ich z karków nie spadną.
Z polskich panów przy królu nikogo nie miał Gliński za sobą, okrom potajemnie Ciołka, który głośno z nim trzymać nie śmiał. Kniaź Michał oświadczył się przeciwko wszelkiemu obyczajowi, który na Litwę z Polski był przyniesiony; szlachectwa i herbów pobratymczych polskich nie chciał znać, ani sejmów, ani senatorskiej Rady, ani praw i swobód ziemiańskich. Powiadał to i wpajał królowi, że Litwa otoczona nieprzyjacioły, silnego rządu potrzebowała, a ten inny nie mógł być tylko Witoldowski, hetmański, stary, gdzie wola jednego stanowi wszystko.
Tę władzę dla Aleksandra chciał mieć wrzekomo, a w istocie dla siebie, zamiast sojuszu z Polską, zamierzając z Moskwą się połączyć.
Ale wszystko to naówczas jeszcze było pokryte i tajemne.
Ja miałem to szczęście wielkie, żem powinowatemu i zausznikowi kniazia Michała, Drozdowi, niestarając się o to wpadł w oko i pozyskał łaskę jego, małą przysługą zjednawszy sobie, co mi do swobodnego na dworze obracania się wielką było pomocą.
Drozd zbierał naówczas woźniki jednej maści do kolebki dla powinowatej swej, a u mnie się znalazł właśnie wałach, który jak ulany przypadł do czwórki.
Chciał go za drogie pieniądze kupić u mnie, alem natychmiast go darował, co mi potem na dobre wyszło.
Ująłem go tem sobie i wstęp na dwór pozyskałem, mogąc się do króla zbliżyć gdy chciałem. Drozd mając mnie za swego, z niczem się nie taił. Zawczasu więc ostrzedz mogłem, żeby króla ztąd do Radomia na sejm ciągnęli, bo inaczej jak tam wystąpić przeciw zamachom Glińskiego nie będą mogli jego przeciwnicy, których panowie polscy powinni byli popierać. Kniaź rad Aleksandra trzymał w Wilnie, a nam trzeba było go ztąd wyrwać koniecznie i od jego wpływu ochronić.
Wiedział Gliński, że sprawa jego z Iliniczem i innemi wytoczy się, na jaw wyjdzie, wstrzymywał więc jako mógł, ale Łaski z innemi ciągnęli, a Polski się wyrzec nie było podobna. Musiał więc Aleksander jechać tam, gdzie go niemiła rozprawa czekała.
Ja do Radomia potrzebnym już nie byłem, anim tam jechać chciał, i korzystając z czasu, puściłem się co żywo do Krakowa nazad, wiedząc z jakim tam niepokojem Kinga na mnie oczekiwała.
Na tym sejmie w Radomiu król pierwszy raz paraliżem został ruszony, słuchając wyrzutów gwałtownych, jakie mu czyniono, nie będąc do nich nawykłym. Od tego zaczęła się choroba jego, która zapowiadała, że rządy biednego a słabego pana, niedługo pociągną.
Wszyscy lekarze jak Maciej z Błonia, Maciej z Miechowa i co ich było najuczeńszych, źle zaraz wróżyli.
Nie miał Aleksander tej wielkiej a chwalebnej cierpliwości ojca swego, który nieraz spokojnie najgwałtowniejszych wyrzutów i groźb słuchać umiał oka nie mrużąc, twarzy nie mieniąc, a potem na swojem, jako chciał, postawił.
Miękki zawsze, bojaźliwy, pobytem na Litwie do spokoju i uległości nawykły, bo tu mu czołem bijąc, złego słowa nikt rzec nie śmiał — usłyszawszy wyrzuty publiczne z ust duchownych i senatorów, tak się niemi uczuł dotkniętym, że go zaraz z izby na poły bezwładnego wyniesiono.
Nie mógł tego wyrozumieć, że w Polsce, gdy się ludzie wygadali swobodnie, a z serca zrzucili co mieli, potem z niemi zrobićby mógł król powolnością co pragnął, gdy na Litwie milczący i czołem bijący, na pozór niewolniczo posłuszni zdradę knuli i nim władali po swej myśli.
Zaraz po tym nieszczęśliwym radomskim paraliżu królewskim, gdy go w czerwcu chorego do Krakowa przywieziono, albo raczej przyniesiono, bo z kolebki na nosze, a z nich do kolebki, niecierpliwy, ciągle się przesadzać kazał — pobiegłem na zamek, chcąc go widzieć na własne oczy.
Trudno się było dostać tak go osaczono, a samych lekarzów gromada nie dopuszczała nikogo, bo każdy chciałby był króla ratować.
Wieczorem, napróżno w krużgankach kilka godzin przestawszy, a języka nawet pewnego nie mogąc zyskać, poszedłem do pana Macieja z Miechowa, który pewnie ze wszystkich doktorów, jakich naówczas Kraków miał, najuczeńszym był, chcąc od niego się coś dowiedzieć. Wiedziałem iż niechybnie jego też do porady Maciej z Błonia wzywać musiał.
Znalazłem go bardzo zasępionym, a na pierwsze pytanie moje, nim się odpowiedzieć zebrał, twarzą i ruchem rąk dał mi znać, jak małą miał uzdrowienia nadzieję.
— Z paraliżem ruszonych — rzekł nareszcie — mało kto potem władzę zupełną odzyskuje i do całkowitego zdrowia przychodzi. Długo jednak podczas nędzny żywot ciągnąć mogą. Z temperamentu królewskiego wnosząc, sądzę że gdyby spokojnym był, pierwsze to ruszenie przebolałby może i dźwigał się. Ale na tronie spokoju nie ma, tem trudniej o to, gdy jak u nas dwa różne państwa w jednych są rękach, a troska nie o te, to o drugie nieustanna. Dosyć jednej złej od granic wiadomości, aby co sejm nie dokonał... dopełniła. Dodajcie do tego — ciągnął dalej Miechowita nasz — że lekarzy około niego będzie siła, a z tych każdy swój sekret ma, radby leczyć po swojemu, chory zaś łatwowierny każdy, i chętnie coraz nowego się chwyta. Więc co jeden naprawi, drugi popsuje... A no, w rękach Bożych życie mocarzów! — dokończył skłaniając głowę.
Radził pan Maciej, aby Aleksandra w Krakowie zatrzymano na Litwę nie puszczając, gdzie zawsze zgryzot i umartwień podostatkiem go czekało.
Ale właśnie tam dla niebezpieczeństwa od Moskwy i Tatarów najpotrzebniejszym był.
Z Zygmunta zaś brata swego, tak jak niegdy z kardynała Fryderyka, pomocy nie było, bo ten w Głogowie na Szlązku siedział, nie narzucając się, nie mieszając do niczego. I panowie go wzywać niebardzo mieli ochotę, bo się wówczas już silniejszej w nim obawiali dłoni.
Gdy potem w kilka dni, przez znajomych i przyjaciół doprosiłem się, iż mnie do króla wpuszczono, znalazłem go prawda w krześle siedzącym, ale połowa ciała wcale się nie poruszała, a mówił z trudnością bełkocąc, i jawna była, że cierpiał mocno.
Przyczyniało się do niepokojenia go to, o czem pan Maciej z Miechowa mówił i co przewidywał, że mu codzień ktoś nowego, a cudownego lekarza raił, codzień inne leki. Więc umysł się poruszał, a na osłabionym panu czyniono eksperymenta, które mu coraz siły odejmowały.
Lekarstwa dawane nie pomagały. W Krakowie długo spocząć nie dano mu. Zaraz w początku następnego roku ciągnęli go jedni na sejm do Lublina, drudzy na Litwę dla przewidywanej wojny.
Tak smutnym, jak za pobytu Aleksandra, nigdy nie bywał zamek krakowski, choć i za nieboszczyka ojca jego niewiele tu wesela zażywano. Teraz aptekę czuć było wszędzie, powietrze balsamami a lekarstwy było przejęte.
Pół zamku królowa ze swemi Rusinami, jakby w niewoli zamknięta, dobrowolnie zajmowała. Tu się potajemnie odbywały dla niej nabożeństwa, a żaden ksiądz łaciński nie śmiał stopą proga przestąpić, bo natychmiast okrzykiwano, że szedł nawracać. Między królową Heleną, tem duchowieństwem moskiewskiem, dworem pani, a drugą połową zamku królewską, niby między obozy nieprzyjacielskiemi, stojącemi naprzeciw siebie, choć do walki nie przychodziło, niechęć i nieufność panowała. Spoglądano na siebie koso i nieufnie.
Królowę często widzieć było można przechodzącą z oczyma zapłakanemi, bo jej plotki diaczków chwili spoczynku nie dawały. Wyrwała się od nich do męża i tu nie było się czem pocieszyć, bo się przed nią na tamtych skarżono.
Wpływ królowej nieznaczny był, albo prawie żaden; jednakże przez litość nad nią Aleksander w Krakowie długo nie mógł pozostać, bo Rusinom i jej w Wilnie zawsze było lepiej i swobodniej, gdyż tu mieli swoich poddostatkiem i czuli się nie tak obcemi.
Gdy król do Lublina na sejm wyruszył, miał koło siebie ludzi dosyć, i ja tam nie byłem potrzebny, a rad w domu pozostawałem, do którego mnie szczęście przywiązywało, a miła moja Kinga, która właśnie czasu tego sejmu synaczka mi powiła.
Na kolanach za to błogosławieństwo Bogu dziękując, jak skoro ona podnieść się mogła, sprawiłem w kamienicy naszej pod dzwonem chrzest narodzonemu, któremu imię Chryzostoma dano. Przy tej zręczności przyjaciół moich ugościłem, nie żałując na to, bom sam szczęśliw był jak nigdy w życiu, o to tylko jedno się modląc i Boga prosząc, aby mi dał synaczka do lat rozumnych wychowywać na chwałę Jego i pociechę naszą.
Trafiło się tak szczęśliwie, iż stary przyjaciel mój i towarzysz Zadora, acz go wiek i zbytnia otyłość ociężałym uczyniły, znalazł się podówczas w Krakowie, i na ojca chrzestnego mogłem go uprosić.
Gdyśmy potem za stołem siedli z kubkami w ręku, przeżyte i przebyte lata, panów, wypadki, ludzi przypominając, ewenta różne, losy moje! łzy mi się strumieniem z oczów lały do wina, a poczciwy Zadora rękawem je ocierać musiał.
Co się to też z niego, z onego dzielnego i zwinnego jeźdźca, łowca i szermierza teraz zrobiło, gdy bez pomocy z trudnością mógł powstać z siedzenia i przez izbę przejść nie łatwo mu było, nie opierając się o coś lub o kogo.
Ja zaś, dzięki Opatrzności, za to co przecierpiałem, sowicie i nad miarę zostałem wynadgrodzony przez Kingę. Choć siwy włos miałem na skroni, serce przez nią odmłodniało.
Na sejmie lubelskim co zaszło, nie warto zapisywania, bo się duchowieństwo z panami świeckiemi, senatorami przez czas cały ujadało o prawa swe, o miejsce w izbie, o dawną tę przewagę stanu, której odzyskać już nie mogło, bo ją król Kaźmirz złamał, do słusznej doprowadzając miary.
Donoszono z Lublina, że król ciągle chorzał, pokładał się i jak do Lublina niemocen się wlókł, tak go ztamtąd wzięto na Litwę do Wilna, nie silniejszym jak był.
Na rękę to właśnie było Glińskiemu, gdyż umysł strwożony chorobą także osłabł i władać nim było łatwo.
Z naprawy to Glińskiego wezwano podówczas człowieka, o którym różnie po świecie mówiono, bo jedni go cudotwórcą głosili, drudzy mienili oszustem.
Nikt naprawdę nie wiedział co zacz był, bo on się sam Grekiem mienił z książęcego rodu Laskarysów, choć pono prostej akstrakcyi był i na naszej ziemi się rodził. Ten nie wiadomo zkąd przybywszy do Olkusza, a potem do niejakiego Balińskiego, z córką się jego ożenił i u niego na wsi osiadł, nagle jako wielki doktór zasłynąwszy, któremu równego korona nie miała.
Sławny bęben za górami, powiadają, tak też i ów Baliński w ustach ludzi łatwowiernych zasłynął, że się do niego z dalekich ziem, a szczególniej mieszczanie bogaci z Krakowa cisnęli. Pielgrzymowali do niego do Balina, w chłopskich chatach mizernie się tuląc, którym on lekarstwy i czarami wiele obiecywał, a gdy się ślepej kurze ziarnko trafiło, umiano z tego korzystać.
Płynęli ludzie i pieniądze, a doktór czarnoksiężnik od bogatszych nie brał mniej nad sto czerwonych złotych, zkąd go setnikiem przezywano. Do Krakowa zaś, choćby mu i dwieście kto dawał, ważyć się nie śmiał, bo by go tam inni lekarze skoro poznali kim był.
O tym tedy Balińskim pono kniaź Gliński zasłyszawszy, na przekór panu Maciejowi z Błonia, którego nie lubił, królowi go polecił, i natychmiast po niego wyprawiono, aby ratować przybywał.
Posłaniec, który jechał, musiał naprzód, nie mając z sobą tyla pieniędzy, na imię królewskie trzysta złotych pożyczyć, bo inaczej się ów cudotwórca ruszyć nie chciał.
Oprócz tego trzeba mu było całej apteki królewskiej z Krakowa, którą na furze za nim wieziono.
Przybywszy do Wilna, kędy go kniaź Gliński wziął zaraz w osobliwą opiekę, gdy go do króla przyprowadzono, oświadczył zaraz, iż doktorowie nie rozumieli choroby, a pana wycieńczyli złemi lekami, ale on to dopiero ma naprawić.
Musiał pan Maciej z Błonia znieść to a milczeć.
Nazajutrz dzień izbę na dolnym zamku na łaźnię przerobiono dla króla, do której różnych ziół i korzeni w kotłach i garnkach ponanoszono, i nad tą parą zielska trzymano chorego, któremu, aby się mocniej pocił, wina mocnego, szczególniej małmazyi, poddawano.
Król, że już i tak słab był, prawie omdlewał, iż go cucić musiano. Doktór Maciej pobiegł zaraz do kanclerza z tem, iż lekarstwo od choroby groźniejszem było, aby mu katować nie dawano pana, ale Gliński i sam król słuchać tego nie chcieli.
Szło więc tak dalej, a co dalej to i gorzej, na co nie zważano, bo może Glińskiemu pod ten czas trzeba było pozbyć się pana... i samemu pochwycić wszystko.
Silna tylko natura i wiek jeszcze niepodeszły, leki te, chorobę i zgryzotę, jakiemi naówczas króla karmiono, wytchnienia mu nie dając, wytrzymać przez dość długi czas dozwoliły. Kanclerz Łaski, lekarz królewski, co było Polaków nastawali na oszusta, widząc, że król coraz się ma gorzej, ale go Gliński bronił i osłaniał.
Tymczasem od Tatarów, których zdawna obiecywano i lękano się, wieści przychodziły, że wielkiemi zastępy na Litwę ciągnęli, a nie było z kim ani komu przeciwko nim iść.
Z hetmanów litewskich, oprócz samego Glińskiego, żaden prawie ludzi nie miał, drudzy się pochorowali lub rozpierzchli byli, uchodząc od prześladowania kniazia Michała, który sam wszystko pragnął zagarnąć.
Po chrzcinach mojego chłopaka siedziałem spokojnie w Krakowie, cale się ruszać nie myśląc ztąd, gdy od kanclerza Łaskiego listy mi przyniesiono, w których na rany Chrystusowe mnie zaklinał, abym natychmiast jemu w pomoc przybywał, nikomu o tem nie powiadając dokąd i z czem jadę.
Przypadło mi to tak nie w porę i nie na rękę, kiedybym był najmilej w domu siedział i na kołyskę spoglądał, żem włosów sobie z głowy mało nie wyrywał.
Ale w końcu ten rozum przyszedł, iż człowiek nie dla siebie jednego żyje, krajowi posługę winien, a choćby przez długie lata służby sprawował, zawsze na zawołanie stawać musi, bo inaczej zdrajcąby go zwać przystało. Rad nie rad musiałem na koń siąść i w najgorszą porę przedzierać się do Wilna.
Com tu zastał, przeszło wszelkie obawy moje, choć po drodze dosyć się strachów nasłuchałem i powieści o Tatarach, a nigdzie o wojskach naszych i przeciwko nim gotowości.
W Wilnie król w łaźni się parzył osłabły, a kniaź Michał z Drozdem niby się sposobili ciągnąć, kupy zaciążne zbierano, załogi z zamków, gdzie jakiego kto miał żołnierza. Jeden Gliński nie tracił męztwa i otuchy, reszta wszyscy głowy i serca potracili... królowa ręce łamała sierocą już przewidując rolę.
Kanclerz Łaski i garstka Polaków osamotniona, strzeżona, szpiegowana, ledwie jeszcze co mogła.
Kniaź naostatek, powiadano, przeciw pogaństwu chciał ciągnąć, ale nie inaczej, jak króla z sobą wlokąc, aby go samego z Polakami i ks. Łaskim nie zostawić.
Gdym przybył i na zamku się zjawił, a kanclerz poznał mnie, choć zawsze był chłodnym i poważnym, a sercu nad sobą mocy nie dawał, tym razem o mało mnie nie uściskał, błogosławiąc, iż posłuszny byłem rozkazom jego.
— Kiedy przybyłeś? — począł.
— Wczoraj — rzekłem. — Mam tu swoją chatę na Snipiszkach.
— Miałeś czas się rozsłuchać — podchwycił Łaski — na zgubę wszystko wymierzone. Króla życie na włosku, Tatarowie na karku, hetmanowie rozproszeni, na wszystko Gliński jeden, a ten o sobie pamięta. Pau Maciej z Błonia powiada, że królewskie dni i godziny policzone. Uchowaj Boże śmierci na niego, Litwę Gliński oderwie od nas i przepadła; jeżeli, póki czas, królewicza Zygmunta z Głogowa tu nie ściągniemy z jaką taką siłą. Mało jednak po niego słać i listy pisać, potrzeba było człowieka, któryby mu ustną relacyą zdał i nakłonił go do podróży. Ani w pięćdziesiąt ani w sto koni jechać mu nie przystało, ale z taką siłą, jaką tylko zebrać może. Wiem to dobrze, iż się mięszać nie zechce, bo mu spokój miły; lecz zaklęć potrzeba na miłość tej ojczyzny, której dzieckiem jest, aby chwili nie tracąc, ratować ją przybywał... Na to, krótko mówiąc — dodał Łaski — mnie was było potrzeba. Łacniejby zaprawdę dla was przyszło wprost z Krakowa na Szlązk jechać, ale musieliście wprzódy na własne oczy widzieć i króla i co tu się dzieje i nad jaką stoimy przepaścią. Tatarowie albo już pod Kleckiem koszem leżą, albo niebawem tam będą, a dalej się ich i tu spodziewać, bo kto temu brudnemu potokowi drogę zamości?
Tak się poczęła pierwsza moja rozmowa z kanclerzem, a potroszę więcej się dowiedziałem jeszcze.
Na Balińskiego wielkie padało podejrzenie, iż w zmowie z Glińskim wprost na życie króla godził, ale chcieli to uczynić tak, aby ich o zabójstwo obwinić nie było można.
Szedłem tedy nazajutrz, korzystając ze znajomości z Drozdem, abym króla mógł widzieć i onego szalbierza co się doktorem zwał.
Trudno sobie wystawić człowieka więcej odrażającego a dziwaczniej się okazującego, jak był ów Laskaris-Baliński. Wysokiego wzrostu, czarnego włosa i oczów, twarzy ponurej i nastrojonej zawsze, jakby nie z tego świata był i ludzi miał za robactwo mizerne, w sukni długiej, w czapce kształtu biretu na głowie, niby zadumany, wielkie sprawy w sobie noszący, obracał się szalbierz rozkazy wydając opryskliwe, jakby tu sam był w prawie czynić co chciał.
Mało komu odpowiedzieć raczył.
Z oczów mu patrzało oszustwo, które pokrywając nadrabiał dumą i wyniosłością.
Gdym się do króla dostał potem, ja, com go młodym znał, silnym jak żubr, zdrowym i wytrzymałym, nie mogłem łez powściągnąć.
Leżał dysząc osłabiony, wycieńczony i wybladły, ledwie mało co pocichu mówić mogąc, tak, że go niełatwo zrozumieć było.
Prostaczek nawet mógł poznać, że tu już niewiele żywota pozostawało w tem ciele, a tu go takim, jakim był, przeciw Tatarom chciano wieźć, aby choć rozgłos poszedł, iż sam król przeciwko nim ciągnie.
Trudno sobie było inaczej tłómaczyć upór Glińskiego, bo chory tylko ciężarem mógł się stać w ciągnieniu.
Gdym zbliżywszy się do łoża dla pocałowania ręki jego, odezwał się, iż w takim stanie z Wilna się ruszać było niepodobieństwem, mocno począł mi zaprzeczać i bełkocąc zawołał:
— Muszę, muszę... choćby życie przyszło dać, choćby mnie leżącego niesiono.
Ani z nim mówić o tem było można. Gliński też z Balińskim powiadali, że królowi podróż i zmiana powietrza nawet na zdrowie może być pomocną.
W ciągu dwóch tych dni, gdym tam był, a król codzień po łaźniach słabszym się okazywał, wpadł wkońcu pan Maciej z Błonia do kanclerza Łaskiego i tak go nastraszył, że mimo Glińskiego postanowił mocą swoją, tegoż dnia wieczorem, Balińskiego wziąć do więzienia.
Niemała to była rzecz ośmielić się na to, ale Łaski nieustraszonym był. Nie dając po sobie nic poznać, ludzi naznaczył, komnatę zamczystą kazał zgotować, i wieczorem oszusta w kurytarzu zamkowym schwyciwszy, dał go pod klucz.
Ledwie się to stało, z czego między Polakami radość była wielka, gdy natychmiast Glińskiemu, o kilka mil oddalonemu, gońca o tem donosząc wysłano.
Nazajutrz wpadł do kanclerza jak burza kniaź Gliński z wyrzutami i groźbami, ale Łaski, poparty przez Macieja z Błonia, murem stanął i ani chciał słuchać o uwolnieniu a dalszych lekach.
— Uchowaj Boże nieszczęścia — rzekł Glińskiemu — mało tego, że na Balińskiego padnie podejrzenie, ale i wy, miłościwy panie, nie obronicie się od niego. Macie i tak nieprzyjaciół siła, nie mnóżcie ich... Ja, inaczej jak przemocą, szalbierza sobie wydrzeć nie dam...
Zmiarkował Gliński, że gra była niebezpieczna, poburczawszy więc, dał pokój, ale swojego faworyta umiał od kary uchować.
Czas jakiś siedział tu Baliński, to się odgrażając, to modląc, aby go z życiem puszczono; w końcu jednak, pewnie za pomocą i rozkazem kniazia, kraty żelazne w oknach potajemnie podpiłowano i niestało go jednej nocy. Zginął bez wieści.
Nierychło potem, przez Prusy się wyśliznąwszy, znalazł się w okolicy Krakowa, gdzie w Zwierzyńcu w klasztorze wraz z żoną mieszkał. Ztąd do ks. Paulinów dostał się na Skałkę. Tu go wyśledziwszy Miedzielski, pisarz kanclerski, pochwycił i osadził w biskupiem więzieniu, gdzie długo nędznie siedział, chorzał i przez litość go nakoniec wypuszczono.
Nietylko lekarstwami się zajmował, ale alchemią i astrologią, i kunsztami różnemi, na które, jak powiadano, u bogatych mieszczan krakowskich, łudzić ich umiejąc, wiele pieniędzy naściągawszy, w ostatku przepadł bez wieści.
Naostatek stało się, jak Michał Gliński chciał. Król, królowa, dwór, zaciążny żołnierz, Racowie i Czechy, wyruszyło wszystko ku Lidzie, a ja tegoż czasu gońcem od kanclerza potajemnym na Szlązk do Głogowa, po księcia Zygmunta.
Podróży opisywać nie warto, choć czasu jej niemało zażyłem biedy, bo mi i konie padały i ludzie chorowali po drodze dla pośpiechu i niewczasu, jam zaś, cudem łaski Bożej, wytrzymał i cało przybyłem na zamek, a naprzód do gospody w miasteczku.
Pierwszy to raz mi się na Szlązku rozpatrywać przyszło i w tych krajach, nad któremi Zygmunt miał panowanie. Prawda, że tu Niemców zasiadłych znalazłem jak mrowia, i że mi to kraj mierziło, ale też porządek, ład i gospodarstwo lepsze niż na Litwie. Ponieważ mnie tu nie znano, ani kto wiedział z czem przybywam, łatwo się było rozsłuchać o królewiczu, o którym wszyscy mówili, jako o panu dobrym, sprawiedliwym, rządnym, chwaląc sobie, iż się pod jego moc dostali.
Szedłem zaraz na zamek, który mi się też wydał pańskim i cale okazałym, a dosyć obronnym. Tu dwór prawie książęcy, możność i okazałość pewną oznajmywał, w której się kochał Zygmunt, ale zbytku w tem i marnotrawstwa nie było.
O czem w Polsce u nas cale słychać nie było, na zamku już mi powiedziano, iż przybrawszy sobie Szlązaczkę jakąś, bardzo piękną i uczciwego obyczaju, z nią już syneczka i córkę miał. Ta prawie jako żona przy nim na zamku mieszkała, a chłopię po książęcemu się wychowywało.
Gdym do marszałka dworu się opowiedział, iż posłańcem byłem i listy od kanclerza wiozłem, dano znać zaraz Zygmuntowi, który wyszedł do mnie, jak zwykł był, w szubie sobolami podbitej, z siatką na głowie, bo włosy nosił długie.
Znalazłem go w sile wieku, oblicza prawdziwie pańskiego, spokojnego, choć wejrzenie miał na pozór groźne, a dla mnie, którego sobie przypomniał rychło, wielce uprzejmym.
Wziął list Łaskiego do ręki i sam go do okna szedł czytać.
Wiedziałem, iż tam nic innego nie stało, oprócz polecenia mnie, abym wiarę znalazł i chętne posłuchanie. Zwrócił się więc do mnie i, siadłszy spokojnie, mówić mi kazał, co mi nieść dano.
Począłem od tego, jakom Aleksandra bez nadziei porzucił, o czem Zygmunt dotąd nie wiedział, aby tak źle być miało. Musiałem mu wszystko, com wiedział i widział od Lublina począwszy, opowiadać, Balińskiego nie zaniedbując, a powtarzając, co mi na odjezdnem p. Maciej z Błonia oświadczył, iż dni króla są policzone.
— Na Litwie zaś — dodałem — jeśli nie przyjdzie prędka rada i pomoc, kniaź Gliński wszystko zagarnie i, z Moskwą się pokumawszy, na wieki wszystkie te kraje, tylu ofiarami okupione, oderwie.
Słuchał Zygmunt, jak zwykł był zawsze, długo milczący, dając mi tylko znaki, ażebym mówił wszystko bez ogródki. Odmalowałem więc położenie jak było w istocie, nic nie tając w imieniu kanclerza Łaskiego, zaklinając królewicza, aby, jako jedyny spadkobierca, co rychlej przedsiębrał środki ku zachowaniu od upadku tego, na co wieki pracowały.
Jużem skończył i czekał odpowiedzi długo, nim Zygmunt usta otworzył, westchnąwszy ciężko naprzód.
— Niebłogą przywieźliście mi nowinę — rzekł. — Nie pragnąłem nigdy panowania nad rozległemi krajami, nauczywszy się z małego księztwa, jak kunszt rządzenia trudny. Brzemię to jest, choć złocone ale ciężkie, od którego kto je raz na barki weźmie, ani we dnie ni w nocy nie jest wolnym, a nosi je aż do grobu. Chętniebym był z Głogowem i Opawą do żywota mego pozostał.
— Miłościwy Panie — odparłem — ależ to rodzica i dziada twojego dzieło... czyż je porzucić wam się godzi, gdy oni z grobów wołają, abyście mu nie dali w proch się rozsypać... Wszystkie nadzieje w tobie, oczy na ciebie się zwracają. Jeśli ty nie uratujesz Polski i Litwy, rozsypie się ten gmach w gruzy.
Przerwał mi w tem Zygmunt.
— Co obowiązkiem jest, to się spełnić musi. Uczynię com powinien, lecz czy podołam?
I nie dając mi odpowiedzieć sobie, rozpytywać począł, jakiemi siłami kniaź Gliński rozporządzał. Właśnie to było dla wszystkich tajemnicą, bo on się z tem ukrywał. Pochód przeciwko Tatarom sam kilku co najmniej tysięcy wymagał, i te zapewnione mieć musiał kniaź, gdyż się iść naprzeciw nich wybierał.
— Jeżeli na myśli ma już dziś Litwę oderwać — rzekł Zygmunt — a z Moskwą się porozumiał, cóż ja naprzeciw jego tysiącom postawić mogę, gdy w pośpiechu, jakiego po mnie wymagacie, nad parę set koni w pole z sobą wyprowadzić nie mogę.
— Aliści imię wasze, powaga jego i prawa, które są do niego przywiązane, starczą za tysiące — odparłem. — Byle wiedziano, że wzieliście w ręce sprawy i czynnie występujecie, siły wam przypływać będą.
Chwilę pomilczał królewicz patrząc w podłogę.
— A któż zaręczy za to — odezwał się — że jak po śmierci Jagiełły, jak po zgonie ojca mego, nie chcą znowu Piastów prowadzić i popierać?
— Gdyby nawet komu się to zamarzyło — rzekłem — co się tylekroć nie udało i nie uda się teraz, toć pozostaje miłości waszej Litwa, która waszem dziedzictwem niezaprzeczonem jest, i tej naprzód bronić potrzeba.
Nic mi na to nie mówił Zygmunt, wstał zadumany, poszedł do okna, popatrzył na list Łaskiego i, nie zwracając się ku mnie, cały w sobie się zatapiać zdawał.
Obawiając się, aby to dumanie nie osłabiło w nim postanowienia, przerwałem sam milczenie, przypominając, iż Aleksander był konającym prawie, że my go już pewno żywym nie zastaniemy, i że jednego dnia nie tracąc, ludzi zbierać i do pochodu się gotować było potrzeba.
— Wiem ci ja to — odezwał się wysłuchawszy — idźcie spocząć i zostawcie mi o wszystko staranie.
Tak mnie pożegnawszy, polecił komornikom, aby izby na zamku w dole mi ukazali i wszystko, czegobym potrzebował, dostarczyli.
Dnia tego do stołu królewicza nie byłem wezwany, ugościł mnie pan Krupa, marszałek jego, u siebie, rozpytując pilno co się na Litwie działo. Nie wiedząc czym miał tajemnicę strzymać, czy mówić otwarcie, piąte przez dziesiąte prawiłem o chorobie królewskiej.
Miałem czas się potem, dnia tego i następnego, przypatrywać, co się na zamku działo, a podziwiać ład i porządek, jaki tu panował. Szło wszystko na pozór zwolna, nie śpiesząc i nie chwytając, ale ludzie nie spali, karność była i posłuszeństwo wielkie.
Drugiego dnia Zygmunt mnie do siebie powołał. Czekał z listem w ręku gdym przyszedł.
— Z Polski też od pp. senatorów pismo przyszło nakłaniając mnie, abym na Litwę śpieszył i ratował od zguby to państwo nasze, da-li Bóg! — począł przystępując do mnie. — Na dobrej woli i ochocie nie zbywa, ale siły wielkiej nie mam. Zaledwie w kilkaset koni rycerstwa wystąpić potrafię. Zarządzono już, aby się ludzie jutro ściągali, których opatrzywszy i podzieliwszy jak należy, wprędce w imię Boże ruszamy! Lecz że ja z oddziałem moim nie będę mógł pośpiesznie iść — dodał — ażali nie lepiejby było, abyście wy uprzedzając mnie do Łaskiego jechali i o mnie oznajmili. Szlązk mój — mówił dalej — podczas wojny się żadnej nie obawiał, a żołnierz wszelaki kosztuje wiele, nie mam go więc nad to com na zamki potrzebował. Dwieście dobrych koni zbiorę, o więcej mi trudno.
— Wasza miłość — powtórzyłem — staniecie za tysiące.
Uśmiechnął się dwuznacznie a smutno.
— Na wielką miłość ku mnie nie rachuję — odparł — bom ja na nią zasłużyć nie mógł. Nie znają mnie. Należała ona dziadowi, powinna była ojcu, a przedsię jej nie mieli, jakżebym ja mógł ją zyskać?
Z tem mnie odprawił, jam jednak w obawie aby się królewicz nie opóźnił, pod różnemi pozory póty ściągał z wyjazdem, pókim go w zupełnej gotowości nie zobaczył z ludźmi i wozami do ciągnienia.
Na zamku nic mojego oka nie uchodziło. Smutek był wielki między ludźmi, który pono owa Szlązaczka Katrynka królewicza ulubienica swojemi szlochy i biedowaniem wywoływała, czując że teraz gdy na Zygmunta tron czekał, pewnie się z nią rozstać będzie zmuszony.
A że dotąd była jakby księżną i panią, i dziatki jej nosiły się bardzo wysoko, spaść z tej wysokości wiele kosztowało. Zygmunt, jak powiadano, przesiadywał u niej. Janusika małego na kolanach trzymał, pocieszał, uspokajał jako umiał, ale i sam markotnym był.
Ani się temu dziwić było popatrzywszy jak on tu żył pańsko, szczęśliwie, dostatnio i bez wszelkiej niemal troski, a miał z tego kąta cichego wyjść na teatrum, kędy godziny pokoju zażyć mu nie dadzą sprawy gorące.
Rycerstwo, które się zebrało do pochodu, oglądałem z wielką serca pociechą. Mało go było, to prawda, ale tak uzbrojonego, dobranego, dorodnego i pięknego a swornego, jeszczem nie widział.
Nic nie brakło do wyprawy już, gdym poszedł na pożegnalne posłuchanie. Obdarzył mnie przy niem Zygmunt szubą dostatnią, pięknie okrytą i nielada jakim pierścieniem, zalecając abym Łaskiego upewnił, iż po drodze spoczywać nie będzie i pośpieszy o ile zdoła.
Ja tedy znowu z moją małą garsteczką, konie, które się słabsze okazały pomieniawszy w Głogowie, na prost się ku Lidze puściłem, gdziem już pewno króla zastać się spodziewał, żywym czy umarłym — Bóg wiedział. Jechałem z taką niecierpliwością, że nie wiem jakim cudem konie i ludzie wytrzymać mogli, a nie padła mi tylko jedna szkapa u wozu, bez której się obejść było można.
Co bliżej Litwy, po drodze gorsze wieści chwytałem, a jak to czasu wojny zwyczajna, chodziły takie bajki sprzeczne, że się z nich tylko niecierpliwość mnożyła, a w głowie zawracało.
Mówiono o bitwach, o klęskach i zwycięztwach, a jedno się drugiego nie trzymało. Twierdzili niektórzy, że król umarł, inni że go do niewoli Tatarowie pochwycili.
Nie wierzyłem niczemu, dopóki już w okolicach Lidy, od naocznych się świadków nie dowiedziałem, że Aleksander żyw, ale bardzo osłabły, razem z królową i dworem na lidzkim zamku był, Gliński zaś ze wszystkiemi siłami swemi naprzeciwko Tatarów, koszem pod Kleckiem rozłożonym wyruszył. Opowiadano o wielkich a srogich spustoszeniach. Jedni kniaziowi zwycięztwo przepowiadali, drudzy niechybną klęskę.
Szczęśliwie naostatek udało mi się dostać do Lidy i nierozdziawszy nawet wprost szedłem do kanclerza, któremu, gdym blizkie przybycie Zygmunta zwiastował, ręce jak do modlitwy złożywszy, naprzód Bogu za to podziękował.
Na zamku w Lidze, który zaledwie mógł pomieścić ludzi, dwór, wozy, które przy królu pozostały, nie było ani porządku, ani wygody. Naprędce go jako tako wyczyszczono i opatrzono. Ciasnota była, iż ja przy murze okólnym w komorze bez okien ledwiem liche znalazł pomieszczenie, a konie musiały stać bez dachu.
Oprócz kanclerza przy królu pozostali Wojciech biskup wileński i Jan Zabrzeziński, a z polskiego dworu komorników i służby dosyć.
Zaledwiem miał czas cokolwiek spocząć i zamyślałem albo do blizkich Pacewicz zbiedz, lub do Krakowa wracać, gdy poczęły coraz bardziej niepokojące wieści dochodzić o Tatarach, a o Glińskim ani słychu.
Zabrzeziński począł nastawać na to, iż króla nazad do Wilna dla większych wygód wieźć było potrzeba i dla bezpieczeństwa, bo Tatarowie i na Lidę mogli się rzucić, a do obrony murów ludzi było mało.
Drudzy niebezpieczeństwu wierzyć nie chcieli, aby się pogaństwo to tak w głąb kraju ważyć miało.
Aliści jednego poranka żołnierz z tych, co ich za językiem wyprawiano, powrócił okazując ranę na twarzy jakoby od tatarskiej strzały zadaną.
Był to najemnik z Raców i wiary mu nie dano, choć się zaklinał, iż życie tylko szkapie rączej był winien.
Wysłał więc za poradą Łaskiego Zabrzeziński ludzi kilkunastu z tem, ażeby koniecznie dotarli tam, gdzie zagony tatarskie sięgały.
Trzeciego dnia powróciło ich niespełna tylu ile wyprawiono, i przywieźli cztery głowy ucięte Tatarom, których kędyś pochwycili.
Gdy te na zamek przyniesiono i położono w wielkich sieniach na ławie, zbiegowisko powstało, popłoch i lament nie do opisania.
Wojciech biskup z panem Łaskim natychmiast postanowili, bądź co bądź, nazad z królem do Wilna uchodzić; o co i królowa błagała. Król już mowę utraciwszy, oczyma tylko i rękami ukazywał, że tego pragnie, i wszyscy się godzili, iż ważyć Aleksandra na niepewne losy obrony zamkowej nie godziło się. Więc jednej godziny poruszyło się co żyło.
W kolebce króla wieźć nie było podobna dlatego, że wstrząśnięcia nie znosił, napół ledwie żyw będąc.
Zrobiono więc nosze jakby łoże wygodne, które między dwa konie zawiesić miano, a na tych co najlepszych z dworu komorników posadzić. Ofiarowali się do tego p. Mikołaj Roszczyc, co później był kasztelanem biechowskim, i Jan z Sobótki, oba pokrewni kanclerza, na których on liczyć mógł, że życie gotowi dać a najcięższy rozkaz spełnić.
Pochód jakby pogrzebowy, boleściwy, przy jęku i płaczu królowej i jej niewiast wyruszał natychmiast ku Wilnu, a że mnie do Pacewicz się już dostać nie było podobna, bo tam już bodaj Tatarowie gospodarowali, przyłączyłem się i ja do królewskiego orszaku. Czasu do stracenia nie było, więc konie mieniano, spoczywano mało, a całą pieczę miano tylko około króla, przy którym tuż jechał albo szedł pan Maciej z Błonia, to go trzeźwiąc, to pojąc, to otulając.
Pomiędzy nami, w orszaku biskupa Wojciecha, kanclerza, Zabrzezińskiego, często godzinami jednego słowa nie posłyszałeś. Jechali wszyscy milczący, ust nieotwierając, a duchowni tylko odmawiali modlitwy.
Radzi byli pośpieszyć wszyscy, ale dla króla, który nie znosił poruszeń gwałtownych, konie, noga za nogą p. Mikołaj i Jan prowadzić musieli. I tak nawet często stawano, bo coś ciągle poprawiać, maścić, wiązać było potrzeba.
Prawdziwą to krzyżową drogą było dla króla, bo świadom niebezpieczeństwa, osłabły, wszelkiego złego się mógł spodziewać, a dobrego bardzo mało.
Wiekami nam się wydało to ciągnienie, które i pora czyniła nieznośnem. Każdy z nas liczył a liczył ile nas jeszcze dzieliło od Wilna i ile na to czasu było potrzeba.
Z naszą garścią ludzi, gdyby Tatarowie się ważyli zaskoczyć, nawet pierwszego ich impetu nie było czem odeprzeć.
W Lidzie na zamku zostawił Zabrzeziński maluczko ludzi, którym zaleconem było, aby jeżeli wieść jaka od Klecka przyjdzie, goniec od Glińskiego, natychmiast w pogoń za królem wyprawiać z tem co przyniosą.
Ale do samego Wilna żaden poseł nas nie napędził, co najgorszym wydawało się nam znakiem i niepokoju przymnażało.
Gdy nareszcie o rannym brzasku zobaczyliśmy z lasów się wydobywszy owo pożądane Wilno, niektórzy na kolana popadali, a biskup w głos się modlić zaczął dziękując Bogu. Wszystkim nam ciężar wielki spadł z serca.
Królowi przynajmniej Bóg dał bezpiecznie tu życia dokonać.
Nie będę tego opisywał, o czem szeroko potem rozpowiadano, jak niespodzianie, cudownie przybyła od kniazia gońcem umyślnym do króla wiadomość o pobitych na głowę, rozproszonych i zgromionych okrutnie Tatarach.
Zdało się to w istocie cudem łaski Bożej, aby królowi przed zgonem zesłał pociechę. Patrzyliśmy na to jak słuchając opowieści o pogromie, choć mowy już nie miał, zapłakał z radości i ręce złożył, a oczy mu się otwarły i zajaśniały. Ale ten wysiłek i po wielkiem utrapieniu nagła radość pewnie mu zgon przyśpieszyły, bo małoco przeżywszy ów tryumf, usnął na wieki.
Nieprzyjaciele nawet Glińskiego musieli mu natenczas przyznać, iż wojowania z dziczą tą znał najlepiej sposób i z małą siłą umiał ich tak osaczyć, ubiedz, że ogromne odniósł zwycięztwo.
Wielu też zyskał tem sobie jako wódz zręczny, śmiały i szczęśliwy.
Zaraz po śmierci króla wzięła się sprawa pogrzebu jego, bo chciano do grobów na Wawel ciało prowadzić tak jak Jagiełły i Kaźmirzowe, ale czasu na to nie było i obawa Glińskiego zamachów zmuszała do pośpiechu. Pierwszy to więc z rodu tego, który choć polską koronę nosił, w Wilnie przy bracie złożony został na wieczny spoczynek.
Jam pod ten czas wyprosiwszy się u Łaskiego, bom potrzebnym nie był, nie zaglądając do Pacewicz, musiał do żony do Krakowa pośpieszać. Wiem tylko, iż Gliński, jako wielce przebiegłym był, widząc iż na niego oczy zwrócone, czujność obudzona, nie ważył się niczem przeciw Zygmuntowi wystąpić. Owszem w sześćset koni podobno, gdy Zygmunt ich z sobą małoco nad dwieście prowadził, zajechał drogę przybywającemu, pierwszy mu, jako Wielkiemu księciu Litwy hołd oddając.
Sądził pewnie, iż tem sobie serce jego i zaufanie pozyskawszy, gdy Zygmunt się do Polski oddalić będzie musiał, albo namiestnictwo otrzyma, lub z opuszczenia Litwy będzie mógł korzystać.
Ale znano go już nadto dobrze, aby mu zawierzyć miano. Wiadomem było, że choć sam obyczajem nie był Rusin, bo się po świecie ocierając ogłady nabrał, ale z Rusinami trzymał i więcej ku moskiewskiemu patrzył niż ku Polsce.
Nie czekałem na to, co w Wilnie spodziewanem i przewidzianem było, że Zygmunta Litwini, nie czekając na Polaków, bez ich narady, pomimo przyrzeczeń na W. Księztwo posadzą.
Gdym p. kanclerza przyszedł żegnać, a szepnął iż się tego obawiam, aby unia znowu naruszoną nie była, rzekł mi:
— Z dwojga złego mniejsze wybierać należy. Zgodzimy się później na Zygmunta, a lepiej jest aby Litwę miał zapewnioną, niżby czekając na zjazd z nami, dał Glińskiemu się tu rozpościerać i świeżem zwycięztwem ośmielonemu, ludzi sobie jednać.
Przyznaję, że mi naówczas z głowy i z pamięci wyszedł Władysław, który też do korony polskiej mógł pewne rościć prawa, choć się ich zaraz zrzekł na Zygmunta. Ale w Polsce byli tacy, coby może woleli go, aby sami potem za nieobecnego się rządzili.
Dawno już nie mając nic od Kingi ani o dziecku naszem, z jakim niepokojem do Krakowa śpieszyłem, opisać nie potrafię. Modliłem się przez całą drogę, abym zdrowych i szczęśliwych odzyskał, tych co dla mnie byli jedynym skarbem na ziemi. I dał mi Bóg żem jejmość znalazł, dzięki Jemu, krzepką i z chłopaczkiem na ręku wychodzącą na powitanie moje. Ona też wiele nocy bezsennych spędziła, myśląc o niebezpieczeństwach na jakie narażony byłem.
Musiałem naówczas słowo jej dać uroczyste, że się więcej do spraw publicznych mięszać nie będę, bo mi w tym wieku, po tylu przeprawach, słusznie należał spoczynek.
Z tą też podróżą życie moje czynne się zamknęło, nie poprzestałem jednak być świadkiem, często boleściwym wszystkiego tego co się u nas w Polsce i na Litwie działo, gdzie Gliński, który Zygmuntowi taką wierność poprzysięgał i służby mu swe zalecał, bruździć nie przestał, knować i wojnę podżegać.
Za tych dwu braci Michała i Wasyla sprawą z moskiewskiemi trwał nieustanny zatarg i wojna długo się przeciągająca, zaledwie zażegnana wnet nanowo odradzająca, która pierwsze te lata panowania Zygmuntowego zajęła.
W styczniu 1507 r. gdy go królem w Piotrkowie okrzyknięto jednogłośnie, jechali kanclerz Łaski z Drzewickim podkanclerzym, aby go na koronacyę do Krakowa przywiedli.
Świetny orszak Litwy i Rusi towarzyszył Zygmuntowi, ludu się zebrało dosyć, ale ów obrzęd acz wspaniały, innym, które ludzie pamiętali nie dorównywał. Sam nawet zamek nasz krakowski, bardzo zaniedbany i opuszczony smutnie wyglądał, potrzebując odbudowania i uporządkowania nowego, na które czasu nie stało. Jedne izby malowane przez Wielkiego, ostały się jak były.
Ze wszystkich ziem i krajów niemałe było zbiegowisko tak duchowieństwa jak przedniejszych ziemian. Były uczty, okrzyki, muzyki różne, biesiady dla ludu, pieniędzy rzucanie, potem uroczyste przyjęcie hołdu od miasta w rynku na majestacie, igrzyska i turnieje.
Krakowskie mieszczaństwo stało o to, aby nowemu panu podarki przyniosło, którychby się wstydzieć nie potrzebowało i wszyscyśmy naówczas co kto miał przedniejszego chętnie na to składali.
Przy stołach bratali się Polacy z Litwą i Rusinami, przepijali do siebie i braterstwo poprzysięgali, ale niechęci też wiele się taiło pod temi i niewszyscy tak dobremi byli jak się okazać chcieli.
Sama Litwa na dwa obozy była podzielona, z których jeden trzymał z Iliniczem i Zabrzezińskim, drugi z Glińskimi, a ci z sobą nieprzejednani jak byli, pozostali, wzajem zemsty pragnąc.
Gliński zaś, który długo Niemcom służył i stosunki z niemi zachował, nietylko na Rusi i w Moskwie szukał sprzymierzeńców, ale i na Czechów i Austryaków poparcie rachował.
Wszystko to zrazu nie tak jawnem było jeszcze, ale się później odkryło, gdy Gliński nadzieję stracił, że król Zabrzezińskich dla niego poświęci i Litwę mu da w ręce.
Sprawa między kniaziem Michałem a Zabrzezińskimi, zwlekana i nierozstrzygnięta ciągnęła się tak, bo król w początkach panowania ani jednych ni drugich sobie narazić nie chciał, aż Glińscy naprzód się naodgrażawszy; gdy to nic nie pomogło, jawny bunt podnieśli.
Myśmy tego czasu z jejmością i synaczkiem w Krakowie pode Dzwonem przesiadywali, chociaż ciągle o tem prawiąc i zbierając się, aby jak ziemianom przystało, na wieś jechać ziemi pilnować, na cudze ręce najemne jej nie zdając.
Aleśmy zadługo w mieście i przy dworze siedząc, potrochę zgnuśnieli, odwykli od wiejskiego obyczaju, i choć obowiązek powoływał, nałóg wstrzymywał. Odkładało się jechanie z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, a życie tymczasem swoim nawykłym trybem płynęło. Pacewicze i wszystkie majętności nasze w dzierżawców i rządców garści jak dojne krowy, więcej im mleka niż nam dawały. Posyłali nam lichej monety, ladajakich piorunków, co sami chcieli, to gradobiciem, to suszą, to deszczem się składając, trzeba było brać co łaskawie dali.
Jam wiedział jasno, że zmienić było potrzeba życie, na wieś powracać; choćby nie ręką to okiem pracować i opuszczone majętności podźwignąć.
Lecz tu mi się dopiero starość moja uczuć dała, w nałogu i potrzebie spoczynku, którego teraz zażywając, lękałem się utracić.
Ale bo też, można powiedzieć, że lepszego i spokojniejszego żywota nad ten nasz w Krakowie nie mógł mieć człowiek, ani pragnąć.
Człowiek zrana, pod bokiem u Panny Maryi miał każdego czasu nabożeństwo. Tu Pana Boga pochwaliwszy, chciało-li się mi rozerwać, szedłem na ratusz, do sukiennic między kupców, którzy ciągle z różnych stron świata napływali, gdzie zawsze coś do widzenia i do posłyszenia było, a często i do pokuszenia.
Wyszedł człowiek i bez kalety pełnej i bez myśli aby coś kupił, a pomiędzy wozy, namioty, budki i sklepy wszedłszy, gdy się począł rozglądać w tych osobliwościach, które tu ze wschodu i zachodu napływały, mimowoli do mieszka sięgał, i do domu znosił co mu się zdawało potrzebnem, choć wczora o tem ani myślał.
Rzadki też dzień wypadł aby na rynku i około ratusza nowiny jakiejś nie było, albo miejskiej lub z dalszych stron przyniesionej. Kupcy odbierali posłów i listy, a donoszono im co się gdzie na świecie działo, bo musieli wiedzieć kędy drogi były bezpieczne.
Tu około piwnicy w ratuszu, choć ja rad do niej nie uczęszczałem, bom w domu miał czego dusza zapragnęła, spotykało się znajomych; potem ciągnęło nieraz pod zamek i na zamek, gdzie nie brakło dawnych sodalisów, albo też ku kollegium i św. Annie.
Odwiedzałem moich przyjaciół i znajomych, do których w pierwszym rzędzie pana Macieja z Miechowa i p. Bonera zaliczyć muszę, który Zygmuntowi tak służył jak niegdy Wierzynki Kaźmirzowi.
Doktór Maciej mało tego że leczył chorych, że o lekach pisał i około akademii był czynnym, zajęty był naówczas historyą narodu naszego, który chciał dać cisnąć w Krakowie, tak jak kanclerz Łaski Statuta swe, w których widzieć można konterfekt Aleksandra i panów a senatorów wedle niego.
Wszystkich tych mądrości człowiek ciekaw był podsłuchiwać i podpatrywać. Szczególniej z Miechowitą, gdy czas miał, rozmowa była nauczająca i pożyteczna.
Nikt też pewnie w Krakowie nademnie lepiej nie był świadom co się działo u dworu naszego, na Litwie, w obozach, na granicach, ba i za granicami.
Chociaż człowiek ożeniwszy się nierad za mury i bramy wyruszał, a mało kiedy za Łobzów i za Skałkę wyciągnął, było dosyć w samem mieście na co patrzeć i mówić o czem. Gdy się doma siedziało, nie upłynął dzień, żeby ktoś mnie nie nawiedził lub Kingi, która wielką miłość i respekt miała u ludzi.
Alem też ja niewiasty drugiej takiej jak ona w życiu nie spotkał, uprzejmej dla wszystkich, dla ubogich dobroczynnej, w mowie powściągliwej, lepszego serca jak ona. Żyliśmy jak przystało z panami ziemiany, szczególniej Litwą, która tu zajeżdżała, mieszczany też nie gardząc, między któremi ludzie byli coby i szlachcie zakały nie czynili.
Podówczas już mieszczanin, szczególniej krakowski, wcale się od panoszów i ziemian za gorszego nie miał. Wielu z nich herby sobie i szczyty jak szlachta malować kazali i onych zażywali, niektórzy je od obcych monarchów wyjednywali, dobra ziemskie nabywali, ze szlachtą przez małżeństwa łączyli.
W powszedniem życiu niemało ich z taką wspaniałością występowało, tak się nosiło, jeździło, takim dworem otaczało, jakby z panami o lepszą iść chcieli.
Próbowano leges sumptuariae stanowić i obwoływać, ale się to na nic nie zdało, bo ani furta, jedwabiów, ani klejnotów, ani kolebek i woźników przezto sobie kupcy i kupcowe nie odmawiały, a na weselach mis i stołów i liczby trefnisiów nie sprawdzano.
Z tych potem możnych rodzin mieszczańskich i kupieckich, w Krakowskiem, Wieliczce, Bochni, nowej się szlachty natworzyło, która starej wstydu nie czyniła.
Byłbym ja wreszcie, jak Pan Bóg przykazał, w końcu z tej kamienicy na wieś wyciągnął, ale na Litwie niepokój ciągły był, wojna grożąca, niebezpieczeństwo dla żony i dziecka, więc odkładało się aż do uspokojenia, ażby ład powrócił, bom ani z Glińskimi, ni z Zabrzezińskim trzymać nie chciał, jeno z królem.
Nierychło wszakże pokój ten pożądany mógł nastąpić, bo Glińscy nie spali, drugim też zasnąć nie dając.
Napróżno słano do Moskwy dla układów i zawarcia pokoju, o który i królowa Helena wdowa u brata się dopraszała. Gliński tam skuteczniej matał i obiecywał już bodaj całą Ruś naszą oddać moskiewskiemu.
Przyszło aż do tego, że ciągle Zabrzezińskiemu na gardło nastając, kniaź Michał naprzód kupę zbrojną, kilkuset ludzi zgromadził i z nią już jawnie na nieprzyjaciela godził, gdzieby go bezbronnym pochwycił. Włócząc się tak w okolicy Grodna, bo Zabrzeziński tam w jednym ze swych dworców przebywał, traf chciał, że pochwycił miłośnicę marszałka, o której wiedziano iż dla niej tajemnic nie miał. Tę ująwszy na drodze, na męki wzięto, aż wyśpiewała gdzie Zabrzezińskiego szukać mieli...
Wpadł Gliński z kupą swą na dwór, w pierwospy z łóżka wyciągnąć kazał marszałka i Tatarzynowi mu łeb dał ściąć, sam sobie czyniąc sprawiedliwość.
Cztery mile potem jechał, dwór złupiwszy, rozkazując przed sobą na kopii utkwioną wieźć głowę nieprzyjaciela, którą nierychło potem w bagno rzucono.
Było to wypowiedzeniem wojny królowi też i wszystkim co z nim trzymać nie chcieli, bo się puścił potem Gliński pustoszyć majętności swoich nieprzyjaciół, których siła naówczas padła bezbronnych. Moskiewskiemu to było na rękę.
Zawichrzyło się na całej Litwie i Rusi, Glińscy już o zdobycie Kijowa kusić się chcieli. Rogi im rosły.
Michał sobie jakiegoś prawa do krajów litewskich szukając, zapragnął wdowę po Symonie Olelkowiczu poślubić, synowi jej obiecując panowanie, ale rozumna wdowa nie chciała go i nie dała przystępu ani do siebie, ani do Słucka.
Poszedł więc plądrując Owrucz, Mozyrskie, i sąsiednie ziemie, postrach w nich siejąc. Druckich i mścisławskich kniaziów pozyskawszy sobie, kusił się znowu o Słuck i księżnę Anastazję, lecz ta mu się opierała... Posuwał się aż pod Wilno zuchwały Gliński, dopóki król z wojskiem nie nadciągnął. Natenczas nie było już co czynić zbiegł do Moskwy i oddał się jej w ręce.
Lepszego narzędzia przeciwko Polsce nie mógł mieć Wasyl moskiewski nad tego człowieka, który miał swych zauszników, przyjaciół i pomocników nietylko na Litwie, w Polsce, ale jakem mówił, i w Niemczech. Człowiek był zręczny, który tym zawsze się okazywał, kim pożądał, z Niemcy obcował jako jeden z nich, z Polakami też gładko umiał się obchodzić, z Rusią jako brat się rozumiał, a z Moskwą też łatwo mu było się godzić. Myślę że i z Tatarami by radę sobie dał, gdyby mu oni co obiecywali.
Wojny tej nieszczęśliwej, która potem wybuchła z naprawy Glińskiego, opisywać nie chcę, bom o niej tylko z posłuchów coś wiedział. Opowiadano, iż tak, król Zygmunt sam, jak i wojska jego walecznie bardzo występowały, popłoch szerzyły, a Wasyla żołnierz nie tak dobrze zbrojny nigdzie prawie się w bitwie z niemi mierzyć nie ważył i mieli hetmanowie poleconem, aby placu nie dostawali, a o zameczki się kusili tylko.
Królowi w tej wojnie sławy rycerskiej wiele przybyło, ani też siebie żałował.
Z tych co się podówczas wsławili należy zapisać i kniazia Konstantego z Ostroga, którego Moskwa wzięła była do niewoli pod Wiedroczą. Zmuszono go wojskom moskiewskim hetmanić przeciwko Tatarom, ale wielkiego ducha mąż, jak się tylko wyzwolić mógł, życie ważył, aby do swoich powrócić. Co gdy mu się powiodło, pomocnym był królowi wielce, gdyż nieprzyjaciela znał lepiej i sposób wojowania i siły.
Dopiero po odniesionych klęskach skłonił się Wasyl nierychło do zawarcia pokoju, który i Zygmuntowi był wielce pożądanym, bo od wstąpienia na tron czasu nie miał odetchnąć.
Glińscy pozostali w Moskwie, ale choć ich tam wyposażono, nadano, zawsze ambicyi ich to nie starczyło i wkrótce zdradę też knować zaczęli. Pokój z Polską kruchy też był. Znalazły się rychło do zerwania go powody, o czem wszystkiem historycy obszerniej pisać nieomieszkają.
Następnego lata, my w Krakowie popłoch od ognia mieliśmy niemały. Król był na sejmie w Piotrkowie. Stradom naówczas wygorzał cały prawie, krom kilku kościołów, które ocalić się udało, a miastu wielkie groziło niebezpieczeństwo, dla dachów drewnianych, które lada iskra zażegała.
Zaledwie się nieco od Moskwy uspokoiwszy, zagrożonym król został od Wołoszyna, właśnie w porze, gdy dla niego o małżeństwie myślano.
I tu się orężowi naszemu poszczęściło, gdy dnia 4 października w sam dzień św. Franciszka — Wołochów na głowę porażono, których wielu znacznych padło i pościnać dano, pobrawszy w niewolę. Poczem pokój za pośrednictwem króla Władysława stanął.
A tu nie od rzeczy będzie o małżeństwie królewskiem coś rzec, o które już na niego od lat kilku nalegano, aby państwo na obce ręce nie przeszło przez bezpotomność.
Wspomniałem już o tem, pisząc o poselstwie mem od Łaskiego do Głogowy, jakom tam na zamku Katrynę Szlązaczkę widział, z którą Zygmunt przystojnie żył, i synaczka a córkę z niej miał. Była ona w wielkiej uczciwości trzymana, a Janusik się chował jako książątko, ale nie przetoż na tron mogła z nim wstąpić, gdyż bodaj nawet szlacheckiego pochodzenia jej nie przyznawano.
Ukoronowanym będąc, musiał jej zawczasu los pewny obmyśleć, syna przyznawszy za swego, którego do stanu duchownego przeznaczył i przysposobić kazał.
Z oną słomianą wdową, czy to dla widoków łaski królewskiej, czy dla piękności jej, ożenił się potem Andrzej z Kościelca, starego rodu szlacheckiego mąż, Ogończyk, któregom ja dobrze znał.
Mąż był wielkiego serca i męztwa, przeto na ludzkie języki niewiele dbał i raz postanowiwszy się żenić, choć mu rodzina rozbratem wiecznym groziła, choć bracia rodzeni wypowiadali mu drużbę, na swem postanowił i Telniczankę poślubił.
Niemało go potem żółcią pojono, palcami wytykając, u stołu obrusy rzeżąc, z senatu wychodząc, aby z nim na jednej nie siedzieć ławie. Znosił on to wszystko mężnem sercem, ale bolał i bodaj mu prześladowanie życia ukróciło. Ani królewska opieka, ani pośrednictwo niczyje nie pomogło, tak się za ową hańbę rodu swojego wzięli gorąco Kościeliccy i do końca żywota brata znać nie chcieli. A zaprawdę mąż był godzien losu lepszego, bo ani męztwem, ani rozumem, ani poczciwością żadnemu nie ustąpił.
Telniczanka nim za mąż wyszła i nim król się żenić zamyślał, przybywszy za Zygmuntem do Krakowa, w kamienicy, którą dla niej z polecenia króla kupił p. Boner przy Brackiej ulicy od spadkobierców Karla, zamieszkała.
Córkę jej poślubił starosta chęciński Szafraniec z Pieskowej Skały, przeciwko czemu nie sarkano i rodzina się jej ani jego nie zapierała.
Widywaliśmy Telniczankę niemało razy do kościoła idącą lub jadącą z dziećmi, około której dwór był nieliczny, przepychu zasię wielkiego nie okazywała, ale dostatnio i przystojnie a skromnie występowała. Jeszcze naówczas wielkiej piękności ślady w niej widać było, oblicze miała pańskie, płeć delikatną, oczy czarne, postawę na podziw udatną, ale wyraz wzroku i twarzy srogi i jakby nadąsany, a wesela nigdy u niej nikt nie widział.
Niechętnie też z kim znajomości zabierała, a więcej stroniła od ludzi niż ich szukała.
Małżeństwo króla, o które naglono, naprzód z powodu wojny z Wołoszą odroczone być musiało. Swatano mu naówczas meklemburską księżniczkę, a później brat Władysław, daleko młodszą, choć pośledniejszej kondycyi naraił Barbarę Zapolii, pana na Trenczynie wojewody siedmiogrodzkiego córkę.
Ta lat miała zaledwie siedemnaście i głoszono ją piękną bardzo; ale przeciw niej w początku wszyscy to mieli, że wielkiego rodu nie była. Na co jednak nie zważano, a wybór za łaską Bożą później bardzo się okazał szczęśliwym.
Cesarz Maksymilian stręczył od siebie księżniczkę z rodu Gonzagów, ale zapóźno, gdy już posłów po Barbarę wyprawiono: Lubrańskiego biskupa poznańskiego, Szydłowieckiego sandomierskiego kasztelana i Łukasza z Górki poznańskiego.
Na przyjęcie młodej małżonki zaproszono co przedniejsze panie, żony senatorów, kasztelanowę poznańską, krakowską, wojewodzinę ruską i inne poważne niewiasty.
Towarzyszyła córce swej matka, Jadwiga, brat i wuj książę na Cieszynie, którzy z nią o mil dwie od Krakowa do Morawicy przybywszy, tam przez dzień i noc spoczywali. Mrozy i śniegi srogie były. Wyjechał król na spotkanie w kolebce i czekał na narzeczonę pod Łobzowem w namiocie. Tu witał ją polską mową ks. kanclerz Łaski, poczem oboje z królem do miasta wjazd odprawili, po drodze wszędzie radośnie przyjmowani.
Wszystkim zaraz naówczas skromna, piękna, łagodnego wyrazu młoda pani wielce się podobała i rokowano małżeństwu szczęście.
W następną niedzielę ślub i koronacya się odbyła, przy wielkich potem festynach, biesiadach, turniejach, którym tylko ostre zimowe powietrze cokolwiek na przeszkodzie stawało.
Jakie pożycie ich było przez ten krótki czas, który królowa na świecie miała pozostać, mówić nie potrzebuję, bo wszyscy byli świadkami tego szczęścia jakiego Zygmunt z nią zażywał. Ale ziemskich to rzeczy obrót zwykły, że tu nic trwać nie może, a co najwdzięczniejsze jako kwiat prędko więdnieje.
Obwiniano lekarza królowej o niedbalstwo, iż po narodzeniu córeczki należnego spoczynku i ostrożności zwykłych zaniechał. Zmarła zaledwie lat dwudziestu doszedłszy w kwiecie wieku, z niewymownym żalem króla i wszystkich co ją kolwiek znali i do niej się zbliżyli.
Powszechne było mniemanie, że jej modlitwom i postom, winniśmy byli sławne zwycięztwo pod Orszą... Jałmużniczką była wielką, a pokorą i dobrocią swą serca sobie ujmowała.
Pogrzeb chciano odprawić jak najwspanialszy i listy zapraszające rozesłano szeroko, ale naówczas grasujące powietrze, wielu przybyć nie dozwoliło.




Na tem się kończy przerwany nagle rękopism Jaszka Orfana.
Kartę jedną jeszcze zajmującą ornamenta piórem od niechcenia kreślone, w rodzaju tych, jakie manuskrypta XV w. zdobić zwykły, ale wykonane niedbale. Wpośród nich tu i owdzie sentencye łacińskie: Meminisse juvabit. Scripta manent i t. p. Na odwrocie tej karty, ręką i atramentem odmiennym, dopisano:
„Roku Pańskiego 1518, w miesiącu maju, jechaliśmy wraz z najdroższym małżonkiem moim i synaczkiem, dla oglądania majętności na Litwie, opatrzenia co tam niedostawało, abyśmy przenieść się mogli i zamieszkać w którymkolwiek ze dworów. O wszystkich nam bowiem donoszono, że są niemal w ruinie i że z gruntuby nowe budowanie przystało, jeśli zamieszkać zechcemy, co długiego czasu potrzebowało.
Chciał starosta sam, własnemi oczyma przekonać się ile w tem prawdy było, a razem i miejsce obrać na przyszłą rezydencyę dogodne, środkowe i dla oka też miłe.
Podróż naszą, w ciągu której zdrów był jak nigdy, rzeźwy, wesół, a niezmiernie czynny, odbywaliśmy bez pośpiechu, ja z synaczkiem w kolebce, mąż prawie ciągle na koniu, na którego podczas i Chryzia bierał, aby zwolna nawykał do siodła, z czego dla dziecka radość i uciecha niewymowna była.
Przodem wysłany do Pacewicz Staszko miał na pierwszy czas nam jakiekolwiek zgotować przyjęcie.
Nie spodziewaliśmy się tu znaleźć ani wygód wielkich, ani szczególnych przygotowań ze strony dzierżawców i tenutorów, ale na wozach z sobą wieźliśmy namioty i cokolwiek potrzeba było, a o co na gruncie mogło być trudno.
W Pacewiczach dwór nowy, mały i licho sklecony, wśród borów jodłowych, piasków i pustyni, niebardzo się podobał p. staroście.
Ale tu główny obóz nasz rozłożywszy, musieliśmy z niego czynić wycieczki do innych wsi i dworów naszych dla opatrzenia ich i wyboru miejsca na rezydencyę, którą chciał mieć acz z drzewa ale obszerną i dogodną. A że się w ogrodach, drzewach, kwiatach i wirydarzach wszelakich pan mój kochał i chciał je mieć u siebie, gruntu też patrzeć było potrzeba, aby marnie praca nie poszła.
Ze wszystkich się wydał najdogodniejszym stary dworzec w Kalniszkach, gdzieśmy trochę drzew pięknych, jeziorko i pagórek znaleźli, na którem zabudować się można było szeroko i dostatnio.
Tu więc zaraz drzewo zwozić i zakładać kazał pan mój fundamenta z takim pośpiechem i gorącością, że spoczynku sam nie miał i nikomu nie dał, aż się kamień na pokłady i belki a tramy zwozić zaraz zaczęły. Przytem niemal sam stał jak dozorca, ludzi karmiąc i pojąc a zachęcając, aby żywo się brali do roboty. Cieślów co najlepszych i murarzy zamówiwszy, dla pilności około budowli osobnego wziąwszy oficyalistę, pieniądze na wydatki odłożywszy, w początku lipca chciał już p. starosta ztąd nas do Wilna prowadzić, gdzieśmy we dworze na Snipiszkach spocząć mieli.
Wszystko znowu było do podróży przygotowanem, gdy dnia dziesiątego wieczorem powróciwszy z Kalniszek późno, uskarżać się począł na boleści w krzyżach i znużenie. Dziwnem to nie było, bo się niepomiernie krzątał, trudził, niedosypiał i po całych dniach czasem z konia nie zsiadał.
Po wieczerzy, której mało co skosztował, położył się na spoczynek i wkrótce usnął twardo.
Ale ze snu tego już mu się Pan Bóg nie dał przebudzić. Nazajutrz rano znaleźliśmy go ostygłym, z rękami na piersiach założonemi, jakby do modlitwy, a twarzą tak pogodną i spokojną, iż się zdał szczęśliwość wieczną oglądać.
Jakom ja ubożuchna, nieszczęśliwa sierota cios ten okrutny przeżyła, a że mi we łzach życia mizernego reszta nie spłynęła, Bogu jednemu zawdzięczam, który dla synaczka matkę zachować raczył.
Grób na cmentarzu w Kalniszkach dla niego i dla siebie zmurować kazawszy, w nim zwłoki jego złożyłam przy pogrzebie, na który ziemian i duchowieństwa dosyć się zebrało.
Chciałabym była pozostać tu, przy grobie nieboszczyka, ale ani dworu, ani dla Chryzia nauczycieli, jakich starosta żądał, nie mając pod czas, musiałam do Krakowa powracać, nimby w Kalniszkach stanęło budowanie wedle woli Jaszka i po jego myśli. Bożej opiece jedynie losy moje i dziecka zlecam, sieroce życie dalej wiodąc, dopóki się nie połączę z panem moim.“
Pau, Drezno 1883.

KONIEC.




  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; pominięty akapit, korekta na podstawie wydania z 1884 r.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; korekta na podstawie wydania z 1905 roku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.