Szpieg/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor B. Bolesławita
Tytuł Szpieg
Data wydania 1864
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Drukarz M. Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SZPIEG.
Szpieg ornament 1.jpg
OBRAZEK WSPÓŁCZESNY
narysowany z natury
przez
B. Bolesławitę.
All is true.
Szpieg ornament 2.jpg
POZNAŃ.
NAKŁADEM KSIĘGARNI JANA KONSTANTEGO ŻUPAŃSKIEGO.
1864.



Poznań, czcionkami M Zoerna.






Idąc w dół Bednarską ulicą ku Wiśle, minąwszy hotel Smoleński po prawéj ręce w domu zajętym przez różnych rzemieślników a od ulicy dającym schronienie zagadkowym płci obojéj mieszkańcom, jest na dole rodzaj szynkowni nazywającéj się bilardem. Nad oknami lokalu wisi tablica z namalowanemi dwóma kijami, trzema kulami piramidalnie ułożonemi, i napisem:

Bilart pywo i różne tronki.

Na lewo od bramy w pierwszym pokoju posypanym piaskiem stoi w istocie bilard staruszek, który koleją z Krakowskiego przedmieścia, przez różne przechodząc ulice, dostał się aż na Bednarską. Ztąd, jeżeli go jaka katastrofa nie spotka, wywędruje już chyba do małego miasteczka na prowincyą. Do głównéj sali dość ciasnéj, przypiera jeszcze drugi pokoik ze czterema stoliczkami białemi, dla amatorów piwa, i ciemna komórka gdzie gospodyni, służąca i całe zapasy tego zakładu są złożone. Zwykle we dnie zupełnie tu bywa pusto, służący za markiera chłopak spoczywa wyciągnięty na dwóch krzesełkach, a dystrybutorka piwa drzemie w drugim pokoju. Ale w pewnych chwilach dnia, i w pewnych dniach tygodnia ożywia się ten lokal wielkim przypływem czeladzi rzemieślniczéj i robotników z sąsiednich warsztatów. Pomimo to handel idzie bardzo licho, a wdowa co go utrzymuje chciałaby sobie przepytać inny chleba kawałek. Większe bawarye stolicy pochłaniają wszystkich opiwoszów, muzyka pociąga do ogródków, a mała bawarya musi się obywać tymi, którzy nie wiele mają czasu i nie dużo pieniędzy.
Ma ona jednak swoich wiernych zwolenników, bo nałóg nawet tak niepozorne miejsce znośnem i miłem uczynić może. Pani Szymonowa kobieta, która wiele nieszczęść przeszła w życiu i wydobyła się z nich smutną i wzdychającą, tłustą i podstarzałą, przy pomocy służącéj dosyć spiesznie i grzecznie obsługiwała swych gości, tę tylko jednę miała wadę że nieustannie wzdychała, a oczy dowodziły że płakiwała po kątach. Przybywający zawsze wolą twarze wesołe, a łzy czułości do reputacyi bilardu wcale nie pomagały, nie jeden zwątpił o dobroci piwa widząc smutne i zamyślone oblicze pani Szymonowéj. Jakoś to się jednak trzymało i wieczorami bywało pełno, ale dużo kredytować musiano, a na takich należnościach więcéj się traci, niż odzyskać może.
Jednego dnia majowego 1861 roku, gdy już dobrze zmierzchało, człowiek lat średnich, twarzy bladéj, czarnych i namiętnych oczów, ręce włożywszy w kieszenie szedł nieprzytomny, osłupiały i zamyślony Bednarską ulicą w górę. Jak gdyby mu sił brakło stawał czasami, ręką ocierał chmurne czoło, szeptał coś sam do siebie, uśmiechał się i powoli wlókł się znowu.
Było to uosobione odrętwienie które następuje po rozpaczy. Cały zdawał się być w sobie i w swéj boleści, ale już ani z nią walczył, ani szukał na nią ratunku. Doszedłszy do domu w którym był szynczek pani Szymonowéj dostrzegł światła w oknach i zapatrzył się w nie. Okiennice nie były jeszcze zamknięte a przez szyby, nie pierwszéj czystości, widać było dwóch mężczyzn zajętych szlachetną grą bilardową. Po chwilce namysłu przechodzień machnął ręką i skierował się ku drzwiom. W pierwszéj izbie dwóch jakichś panów walczyło o lepsze na zielonem suknie, z zimną krwią wielkich i pewnych siebie artystów. W drugiéj słychać było brzęk szklanic bawara i cichą jakąś rozmowę. Na granicy, w progu stała smętna Szymonowa ocierając oczy fartuchem. Bilard był oświecony z góry kienkietem równie starym jak on sam, zakatarzonym i dymiącym; dwa podobne mu, mniejsze spełniały swe posłannictwo kopcąc ściany i łzami tłustemi oblewając podłogę po bokach.
W ciemniejszym kątku téj izby, przy małym stoliczku nad arystokratyczną filiżanką kawy do któréj musiał dolewać rumu, gdyż flaszka jego obok była pod ręką; siedział jegomość lat dojrzałych w wytartym kapeluszu na głowie, z grubym kijem w rękach. Twarz jego kwitnąca piwonjowemi kolorami świadczyła że spirytusami się nie brzydził, była to zresztą jedną z tych twarzy najpospolitszych które wcale nie zastanawiają: jaki taki nos, pierwsza lepsza gęba, tuzinkowe oczy i całość nieznacząca, nie zwracały nań wejrzenia, można go było minąć niepostrzegłszy. — Półksiężycowe bakenbardy jakie dawniéj grenadjerowie nosili, i wąsik wyszwarcowany do góry kazały się domyślać exwojskowego. Miał nawet w dziurce od guzika kawałek jakiejś pstréj wstążeczki. Poważnie smoktając kawę i popalając z wysileniem cygaro które mu nie ciągnęło chociaż je uparcie do posłuszeństwa chciał zmusić — poglądał tu i owdzie jak gdyby szukając towarzystwa. Nikt się jednak do niego nie zbliżał, a służba bilardowa z niezmiernem służąc mu uszanowaniem, ukosem i z obawą na niego patrzała. Była to widocznie postać narzucona, obca miejscu i z innych tu powodów niż zwykli goście, przybyła.
Gdy ów człowiek z ulicy wchodził do izby, na pierwsze drzwi skrzypnięcie oczy milczącego jegomości już go od stóp do głów zmierzyły i wybadały. Łatwo w nim zresztą było poznać kogoś co tak cierpiał, że nie wiedział prawie co czynił i co się z nim działo. Ubiór jego wskazywał niegdyś może dostatniego rzemieślnika, ale był zużyty i podarty; szlachetnych rysów twarz powlekała chorobliwa żółtość, włosy były w nieładzie i miejscami płatami posiwiałe. Wszedłszy, nieznajomy nie wiedział co z sobą zrobić, popatrzał, zakręcił się i padł na stołku przy drzwiach. Ledwie usiadł wybiegła zasmolona dziewczyna z drugiéj izby i stanęła przed nim, było to nieme zapytanie, którego on z razu nie zrozumiał, a potem zawahawszy się, rzeki ochrypłym i słabym głosem:
— Kieliszek wódki!
Gdy mu przyniesiono pochłonął go jednym łykiem, odepchnął tackę z chlebem, rzucił dziesiątkę i głęboko się zamyślił. Od chwili wnijścia oczy exwojskowego nie opuszczały go, śledził jego fizjonomią i ruchy, i żywo zdał się nim zajmować. Bilardowi gracze skończywszy partyą wkrótce wyszli, markier usunął się do drugiéj izby, a owi dwaj zostali sam na sam. Naówczas mężczyzna w kapeluszu wstał od kawy, począł się przechadzać, poprawił w zwierciedle bakenbardy, odchrząknął i zbliżywszy się do człowieka przy drzwiach, rzekł z cicha:
— No cóż Panie Macieju, jak widzę zawsze bieda?
Tamten jak przebudzony nagle głowę podniósł, lecz zdawał się nie rozumieć pytania.
— Hm! bieda panie Macieju!
— Co? rzekł niewyraźnie zapytany. —
— Mówię, źle coś na świecie!
— Alboż kiedy było lepiéj?
— Ha! ono by to mogło być lepiéj, gdyby ludzie rozum mieli.
— Rozum? a na co się on zda kiedy doli niema?
— Przy rozumie i szczęście się znajdzie!
— Djabła tam! —
— A ja wam mówię, dodał kręcąc wąsa pierwszy, że nigdy rozpaczać nie trzeba, i doświadczonych ludzi słuchać.....
— I jam ci to nie chłystek!
— Ale się wam od biedy w głowie pobałamuciło. Wiesz panie Macieju, że kiedy doktor zachoruje gdyby był najlepszy nigdy sam siebie nie leczy, trzeba ludzi słuchać, ja ci to powtarzam jeszcze raz.
— Próbowałem ci ja tych ludzi, ale mi żaden nie poradził. Słowo nie kosztuje, słów ci każdy nasypie, a co potem? językiem miele, ręką nie ruszy —!
Exwojskowy obejrzał się bacznie po izbie, wziął Macieja pod rękę, zaprowadził go do swego stoliczka, nalał mu kieliszek rumu i zmusiwszy do wypicia posadził go przy sobie.
— Słuchaj no, rzekł, rzemiosło nie idzie, prawda? Albo to nie ma innego kawałka chleba? Ja bym ci gotów i naraić; ale to delikatna materja....
Maciej spojrzał z ukosa ale zmilczał.
— Pierwsza rzecz, szepnął bardzo ostrożnie jegomość z wąsami, potrzeba mi dać słowo że co między nami się powie zostanie jak na spowiedzi.
— Już to mój panie poruczniku, rzekł Maciéj, kiedy rzecz jaka musi być tajna to i licha warta. Jam przywykł szeroką chodzić drogą i o białym dniu, a manowcami i po nocy nie umiem.
— No, to sobie z głodu umieraj, kiedyś taki pyszny pan. Przecież miarkować możesz że ja cię do kradzieży ani do rozboju, ani do przemycania namawiać nie myślę....
— Więc czegoż takie tajemnice?
— Mój kochany, tobie to trudno zrozumieć, ale do ważnych, bardzo ważnych spraw czasem małe rzeczy są potrzebne i mała usługa a dobrze się płaci...
— Eh! słuchaj poruczniku! co tam bałamucisz, mów bo mi otwarcie, jak masz mi dać dobrą radę, to nie dróżże się z nią.
Porucznik zdawał się jeszcze namyślać potem zaczął mu szeptać do ucha:
— Możesz mieć i protekcyą i pieniądze i co zechcesz: Rząd potrzebuje wiedzieć co tu za konszachty ludzie między czeladzią i robotnikami czynią względem tam jakiéjś głupiéj rewolucyj. Ja mam dobre zachowanie z Pauluccim i innymi, zarekomendowałbym ciebie. Pięć złotych na dzień jak znalazł, gratyfikacye jak się coś przyniesie, i na przyszłość może być jeszcze jaka promocja.
Maciéj zbladł i zadrzał, zimny pot wystąpił mu na skronie.
— Bądź pan pewnym, rzekł głosem przerywanym, że co między nami się powie, świat o tém wiedzieć nie będzie. Zawsześ to może uczynił z dobrego serca, ale mój panie poruczniku choć zniosłem dużo, choć się łamię pod ciężarem, jeszcze mi Bogu dzięki na myśl nie przyszło żyć cudzą krwią i nieszczęściem.
Uchwycił się oburącz za głowę i dodał z oburzeniem:
— Toć lepiéj na pragski most i buchnąć do Wisły. Wszystko się skończy; ale człek z czystem sumieniem pójdzie na sąd Boży.
Porucznik niezmięszany wcale, zaczął się śmiać.
— Jakie z ciebie dziecko! rzekł, widziałeś ty kiedy, żeby człowiek bez cudzéj krzywdy miał kawałek chleba? Myślisz że na tych karetach co to się w ulicy świecą nie ma i krwi i potu cudzego? Trawa je ziemię, wół je trawę, człowiek je wołu, taki to już porządek; zresztą niech sobie rząd bierze na swoje sumienie co tam chce, ja donoszę co widzę i co mi tam do tego! Ten winien kto na złe użyje, a nie ja! —
— Dajcie pokój poruczniku! na ten chleb ja nie pójdę, ani bym go jadł, ani bym strawił, bo by mnie jęki nieszczęśliwych zadławiły.
— Czekajcieno jeszcze Panie Macieju, odparł porucznik, Wać Pan jesteś uczciwy człowiek, jemu to mogę szczerze powiedzieć, nie od dziś to moje rzemiosło, namawiałem ja sobie dużo towarzyszy ale zawsze z początku tak bywało jak z waćpanem, dopiero jak głód dokuczy, rozum przychodzi. Wzdraga się człek, wzdraga, potém rozmyśli i przyjmuje. Mnie waćpana żal, daję ci tydzień do namysłu... a potém, zobaczemy. —
Popił trochę kawy, popalił cygaro i dodał:
— Nie potrzebuję przestrzegać, że jakbyście się wygadali, to w więzieniu zgnijecie. To już nie moja rzecz, ale sprawa rządowa.
Maciéj westchnął głęboko i łzy mu się z oczów potoczyły.
— Miły Boże! zawołał po cichu, na co człek zszedł! i Bóg widzi nie własną winą! Ale nie, nie, do tego nigdy nie dojdę! raz się umiera!
— Mówię ci nie zarzekajcie się, z uśmiechem szepnął porucznik, nie trzeba pluć na wodę.... żeby się jéj potém nie przyszło napić. —
Chciał jeszcze nalać kieliszek rumu Maciejowi, ale ten podziękował, i wstał, kroplisty pot ocierając z czoła.
— Jak się namyślicie, to mnie tu prawie każdego wieczora znaleść możecie, rzekł wąsaty. —
Na tém skończyła się rozmowa. Maciéj wysunął się z izby i powlokł ulicą.
Zaledwie uszedł kilka kroków, gdy go ktoś trącił w ramię i rzeki z cicha, nieznanym mu głosem. —
— Chodźcie za mną!
— Dokąd? po co?
— A no! to się zaraz dowiecie, ale chodźcie bo sprawa ważna i o waszą skórę idzie. —
— Dalibyście mi pokój, ja was nie znam.
— Ale ja znam ciebie, rzekł nieznajomy, chwytając go za rękę. — Jesteś Maciéj Kuźma, majster stolarski, niedawnoś się wyzwolił, ręką ci nie idzie. Masz żonę chorą, troje małych dzieci, kilka set złotych długu, na drzewo ani grosza, ani czeladzi czém opłacić; chodzisz jak struty, złe ci myśli po głowie wędrują, a źli ludzie kusiciele gotowi z tego korzystać.
Maciéj słysząc to wszystko, prawie osłupiał ale mu na myśl przyszło, że to może dalszy ciąg rozmowy z porucznikiem, że to próba tylko. Już mu téż sama ta myśl szpiegostwa piersi paliła.
— Słuchaj, rzekł popychając zatrzymującego człowieka: idź ty odemnie precz szatanie jakiś, a nie, to ci głowę rozwalę.
Nieznajomy zaczął się śmiać. —
— Cóż to, ty mnie bierzesz za jakiego towarzysza porucznika? czy co? Domyślam się co on tobie raił, ale ci przysięgam na ten potrzaskany krzyż, co go Moskale znieważyli, że to całkiem inna sprawa! Możesz ze mną iść bezpiecznie, sumienia ci nie zamącim. Właśnie żem widział i domyślam się co odpowiedziałeś porucznikowi, dla tego cię z sobą chcę prowadzić.
— Przysięgnij jeszcze raz!
— Na co chcesz?
— Przysięgnij na zbawienie, że mnie nie zwodzisz!
Nieznajomy, słuszny mężczyzna w bardzo porządnem ubraniu, którego twarzy ciemność dostrzedz niedozwalała, rozpiął się, dobył medalik zawieszony na szyi i powtórzył uroczyście przysięgę. —
— No, to chodźmy rzekł Maciéj. —
W milczeniu przeszli kawałek Krakowskiego Przedmieścia, a nieznajomy wiodąc przodem wszedł do jednéj z kamienic naprzeciw Dobroczynności.... Po ciemnych wschodkach dostali się na trzecie piętro. Tu przewodnik trzy razy po trzy zapukał do maleńkich drzwiczek, które się nierychło otwarły. Przedpokój był zupełnie ciemny, przybyły poszeptał coś z otwierającym, stali chwilę w mroku a nareszcie weszli z Maciejem do oświeconego pokoju. —
Była to izdebka mała o jednem oknie i dość pusta. W środku prosty stolik, kilka wyplatanych krzeseł, w kacie łóżko z materacem ale bez pościeli: Jedna świeca nie bardzo rozjaśniała ciemne to i smutne schronienie. Teraz dopiero Maciéj się mógł przypatrzeć i temu co go tu przyprowadził i drugiemu którego w mieszkaniu zastali. Obaj byli ludzie młodzi, przewodnik słuszny barczysty, szlachetnych rysów mężczyzna, drugi blondyn, delikatny, wątły, blady, ale rysów pełnych energii. — Duszy jego zdawało się być ciasno w téj powłoce, tryskała oczyma, wyrywała się ustami, świeciła aureolą na czole.
— Panie Macieju, rzekł pierwszy, jesteś między uczciwymi ludźmi, między swoimi, mów co ci tamten szatan kładł w ucho kusząc cię?
Maciéj zatrzymał się chwilę, pomyślał. —
— Czy Panu Bogu czy djabłu, rzekł, jak się da słowo że się będzie milczało trzeba dotrzymać? nieprawdaż?
— Nie ma co mówić, rzekł blondyn, macie słuszność; ale kiedy tak, to my wam powiemy o co tam chodziło. — Gotów jestem odgadnąć nietylko co się mówiło, ale jak się tam gadało.
Maciéj osłupiał.
— Jeżeli panowie tak rozumni jesteście odparł kwaśno, to należycie pewnie do jednego bractwa z porucznikiem. Otoż wam powiem jak jemu, że ze mną nic nie wskóracie. To darmo, jestem biedny człowiek i biedniejszy może od wielu, ale cudzemi łzami i krwią żyć nie chcę! Bywajcie acaństwo zdrowi. Obrócił się ku drzwiom gdy uczuł że ów blondyn pochwycił go w ramiona, ściskać począł i całować.
— Siadaj panie Macieju, rzekł, tamto jest szelma szpieg, którego prędzéj późniéj stryczek nie minie, a myśmy dobrzy Polacy i pracujemy nie dla rządu moskiewskiego, ale dla naszéj kochanéj ojczyzny. Nie będziemy ci kłamali ani to ani owo, znamy cię przez twoją czeladź i innych towarzyszów, bo i my mamy swoją policyą, musimy się pilnować, widziano że cię kilka razy ów porucznik zaczepiał, łatwo się było domyślić czego chciał. — Otóż kraj od ciebie wielkiéj usługi wymaga.
— Jesteście katolicy? spytał Maciéj, możecie mi się jeszcze raz przysiądz że to czego odemnie chcecie dla naszéj miłéj ojczyzny jest potrzebném?
— Możemy i przysiężem, rzekł blondyn, spojrzyjże na nas czy my wyglądamy na szpiegów i zdrajców?
— O noć to nie, rzekł Maciéj, ale ta Moskiewszczyzna to się ona przybiera na różne figle, a szpiegi tak udają dobrych Polaków, że licho ich tam pozna!
Blondyn miał łzy w oczach, dobył krzyża schowanego w szufladzie i ukazał go Maciejowi.
— Patrz! zawołał, ten krzyż obwiedziony cierniem, zrobiony był z chleba więziennego, polany łzami męczennika, wyszedł on z cytadeli, święty jest sobą i uświęcony boleścią; na ten ci krzyż przysięgamy, że nie ma w nas fałszu...
Maciéj już się prawie zawstydzał swego niedowiarstwa.
— Mówcie, każcie, a co człek podoła to się zrobi, ale Bóg widzi, jeżeli możecie to mnie przez dobrych ludzi poratujcie, żebym naprzód głowę odzyskał, bo mnie bieda oszołomiła że sam z sobą rady dać nie umiem i na nic się wam nie przydam, póki mnie to moje nieszczęście jeść będzie, głupim od bolu.
— Na wszystko się poradzi panie Macieju, ale trzeba i z tém ostrożnie, bo jak cię szpiegi w lepszéj skórze zobaczą, wszystko przepadnie. A my od ciebie także trudnych rzeczy wymagać będziemy.
— Bądź spokojny, dodał drugi, jutro pójdziesz do Dobroczynności po pożyczkę.
— Chodziłem na próżno kilka razy, któż za mnie zechce zaręczyć?
— Znajdzie się tam dwóch obywateli jutro co porękę za ciebie złożą, ale choć ci lżéj będzie, stękaj tak i zawsze, bo nam tak potrzeba.
— Za trzy dni, dodał blondyn, pójdziesz na Bednarską ulicę, znajdziesz tam porucznika, trzeba się jeszcze nawzdragać, ale w końcu musisz przyjąć co on ci ofiaruje...
Maciej rzucił się z krzesła.
— To nie może być!
— Przecież im nic nie będziesz donosił, ale nam przez ciebie potrzeba wiedzieć co się u nich dzieje!
— A! moi panowie drodzy za skarby świata, odparł Maciéj składając ręce, ja się tego nie podejmuję, ja tego nie potrafię...
— Jak to, dla téj miłéj ojczyzny! dla naszéj świętéj wiary!!
— Moi panowie, odparł rzemieślnik, jestem stolarz, gdybyście mi kazali buty robić to nie moja rzecz; tak i to, jestem prosty człowiek a to bardzo kręta sprawa, nie moją to głową podołać. —
Mimo że, jak się bardzo słusznie wyrażał pan Maciéj, była to kręta sprawa, młodzi ludzie zapewnili go, że za ich radą i skazówką uczciwie jéj podoła, choć z wielkiém więc wahaniem, podjął się Kuźma przykrego dlań obowiązku. —
Dobrą godzinę spędzili na tych układach.
— Już to wy tam lepiéj wiecie i na co to potrzebne i jak ma być, rzekł w końcu Maciéj, ale mnie się ono zda, że takiemu wydze jak porucznik, ja chyba rady nie dam... to darmo.
— My wam pomożemy! rzekł blondyn.
— A gdzież ja was będę szukał?
— Około szóstéj wieczorem gdybyście chcieli zajść się pomodlić u figury Matki Boskiéj, naprzeciw Dobroczynności, zawsze tam ktoś z nas być może.
Na tém skończyła się rozmowa i pan Maciéj ze swobodniejszą nieco myślą powlókł się do domu, ale na sercu było mu jeszcze ciężko. —


Dobrze w noc, gdy już u pani Szymonowéj nikogo na bilardzie nie było, porucznik, który przez ostatnią godzinę pobytu swego w tém miejscu spał, czy téż udawał śpiącego, przeciągnąwszy się i zapomniawszy zapłacić gospodyni (co było jego zwyczajem) wyszedł ostatni z bawaryi. Nie daleko mu było do domu, mieszkał bowiem na Dziekance w tylnéj części obszernego domostwa zajętego w większéj części przez bardzo ubogie rodziny. — Dostukawszy się do bramy, przewlókłszy przez dziedziniec miał jeszcze dwa piętra wschodów do przejścia omackiem. We drzwiach, w które uderzył gwałtownie, było u góry małe okienko nieprzezroczyste, przez które słabe dobywało się światełko. Otworzono mu wkrótce, a porucznik poświstując jakby dla dodania sobie odwagi, w kapeluszu na bakier, z cygarem w ustach wszedł do środka. — Drzwi mu otwierała brudna zaspana służąca; w mieszkaniu było głucho, po środku wielkiéj izby paliła się tylko świeca łojowa od dawna nie objaśniana. — Przy jéj mdłym blasku widać było to nędzne mieszkanie, które zarazem mieściło w sobie i całe gospodarstwo rodziny. Ode drzwi były naczynia kuchenne, piec w którym gotowano, nawet potrosze spiżarnianych zapasów w dosyć wielkim nieładzie i opuszczeniu. Daléj w różnych kierunkach, kilka stołów, zarzuconych bielizną i odzieżą. Ku oknu stało pare łóżek niedobrze zasłonionych parawanami papierowemi dosyć obszarpanemi. Jakaś przykra woń ubóstwa i bezrządu wiała od tego schronienia. Nic dla oka i ozdoby, nic dla uczucia i serca, ubóstwo dotkliwe które o niczem nie myśli nad dzień powszedni, rozpoczęte pranie, porozwieszane łachmany, resztki nędznego jadła, nic więcéj widać nie było. Nad wielkim stołem, na którym paliła się świeca, drzemała oparta na rękach kobieta średnich lat, wychudła, w ubraniu zaniedbanem, z roztarganemi siwiejącemi włosami. Rysy jéj twarzy dowodziły że niegdyś była bardzo piękną, nędza nawet, wiek i zaniedbanie nie potrafiły zatrzeć śladów tego daru Bożego, ale czarne prześliczne niegdyś oczy, wpadły głęboko i od łez zagasły, usta kryły się w fałdach, które wyżłobiła boleść, a nawyknienie do ciągłéj walki i pasowania się z nieszczęściem napiętnowały to oblicze dzikim wyrazem jakby stężałego gniewu. Była zaprawdę straszną jak ręką wielkiego artysty wyrzeźbiona głowa Meduzy. Spojrzawszy na nią, można się już było domyślić, dla czego porucznik wchodząc nadał sobie minę odważną. Wszystko tu znamienowało tę wojnę domową, której ślady znać było w nieładzie całego mieszkania.

Usłyszawszy chód kobieta przebudziła się i zerwała, spojrzała na stary zégar wiszący u ściany i ręką wskazała go mężowi. Było w pół do dwunastéj.
— Tośmi się dziś poprawił, rzekła, taka to prawda że wcześniéj miałeś wrócić?
Porucznik naczczo był łagodny ale napiwszy się rumu nader walecznym się stawał, odparł grubijańsko:
— Milcz! stara sekutnico, robię co mi się podoba, a tobie w to nosa nie wścibiać!
Kobieta kiwnęła głową wcale się nie uląkłszy groźnéj postawy.
— Już się to bydlę spiło, rzekła, i huczy, i będzie mi tu przyszedłszy hałasy jeszcze wyrabiał! Milczże mi zaraz i idź spać pijaku, a nie to cię tu nauczę!
Porucznik świstał ale coraz ciszéj; zdjął kapelusz i postawił na stole, cygaro zgasłe próbował zapalić u świecy, ale jakoś na płomień nie mógł trafić, co jeszcze mocniéj dowiodło że jéjmość w swych przypuszczeniach się nie myliła. W istocie był tęgo pijany, pomimo to chciał rozmowę z drażliwéj materyi sprowadzić i zapytał ochrypłym głosem:
— Julek jest?
— Co tobie do Julka? trutniu ty jakiś, odpowiedziała żona. Jakie ty masz prawo pytać o dziecko o które nie dbasz?
— Eh! babo ze mną jak sobie chcesz ale od Julka mi wara, jestem ojcem i powinienem go pilnować — krzyknął groźno przybyły.
— I dobrze go pilnujesz! odpowiedziała kobieta — myślisz chyba że gdzie w szynku siedzi, że szukając go cały dzień bawarye wycierasz?
Porucznik zmilczał chwilę i powtórzył pytanie:
— Jest Julek?
Żona zamiast mu odpowiedzieć plunęła i poczęła długie niegdyś swe włosy zwięzywać jakby się do snu przybierała.
— Kachno, odezwała się po chwili, poświeć jegomości do jego stancyi!
Porucznik trzeci raz zapytał:
— Jest Julek?
Nagle kobieta która zdawała się być obojętną, zwróciła się ku niemu z rozognioną twarzą.
— Nie ma go, zawołała, dałeś mu dobry przykład włóczenia się po nocach, próżniactwa i rozpusty, będziesz go miał, takim może jak ty opojem i wisielcem! Patrząc na ojca pójdzie pewnie w jego ślady. Nie dość ci było zgubić siebie, mnie, trzeba ci było zmarnować i to dziecko! Na sumieniu twojem ciężko, oj ciężko będzie w dniu sądu! poniesiesz na dno piekieł i swoją duszę i naszą! To mówiąc ryknęła płaczem. A porucznik popatrzywszy na nią jakby wytrzeźwiał, spokorniał, i zamilkł.
— Cicho! cicho! rzekł, co ja tam temu winien, a bo to ja mu codzień nauk nie daję?
— Oj twoje nauki! Lepiéjby stokroć było dziecku ich nie słyszeć i ciebie do trumny położyć? Co znaczą twoje słowa przy twoich uczynkach? Dosyć by ci spojrzał na twarz to z niéj życie wyczyta! A potem chcesz mieć pociechę z niego! Łaska Boża jeszcze nad nami że choćbyś innego już zepsuł, jego może nie potrafisz.
Porucznik głęboko się zadumał, westchnął jakoś dziwnie, stuknął pięścią o stół i krzyknął ochrypłym głosem podnosząc kija:
— Milczeć babo, a nie, to ci łeb rozpłatam!
— Nie będę milczeć, odparła tupiąc nogą kobieta, rozbij mi głowę, ja śmierci dawno u Pana Boga się dopraszam; skończysz przynajmniéj jakeś wart, na szubienicy!
Porucznikowi twarz cała krwią nabiegła, oczy się rozpłomieniły i byłaby może scena ta krwawo się skończyła, gdyby nie zastukano do drzwi.
Oboje rodzice po nieśmiałem stuknięciu domyślili się powracającego dziecka. I w téj chwili stał się cud jakiegoby nikt przewidywać nie mógł. Dwie te groźne twarze jakby czarodziejskiéj laski dotknięciem zmieniły się w łagodne oblicza, znikł z nich gniew, a siła miłości rodzicielskiéj przeistoczyła je zupełnie. Nie chcieli przed ukochanym stanąć w całéj ohydzie téj szkaradnéj walki. Twarz kobiety stała się spokojną, smutną ale dziwnym wyrazem miłości uśmiechniętą; nie można się było nawet domyślić że przed chwilą pałała oburzeniem i gniewem. Ojciec przybrał postawę poważną i prawie stał się podobny do porządnego człowieka, resztka jakiegoś wstydu mglisto osłaniała mu oczy. Dali sobie wzajemnie znak porozumienia i gdy Julek wszedł po cichu, śladu już kłótni nie zastał. Oczy obojga rodziców tęsknie zwrócone były ku niemu, ojciec drżał na samą myśl że w nim swojego nałogu pierwsze zarody spostrzedz może.
Przybyły był chłopakiem lat około dwudziestu i żywym młodości swéj matki wizerunkiem, były to zupełnie te same rysy, szlachetne, delikatne ale jeszcze niestartym puszkiem wiosennym pokryte. Wśród tego flamandzkiego obrazu, brudnego ubóstwa, Julek odbijał jakby do niego nie należał, jakby z niego nie wyrósł; ubranie młodego chłopaka było skromne ale czyste i porządne; na twarzyczce igrał wesoły uśmiech młodzieńczy którym zdawał się chcieć przebłagać rodziców, pewien że się za jego spóźnienie gniewać będą.
— Cóż ty tak późno powracasz? rzekła matka łagodnie. Patrz, wszak to już wkrótce dwunasta.
— Powtarzaliśmy lekcye z kolegami rzekł trochę zmieszany Julek — i tak się jakoś spóźniło.
Ojciec nic nie rzekł, ale wejrzenie jego tak badało syna jakby się do wnętrza jego duszy chciało dostać.
— Ale to teraz taki czas, rzekł po chwili, że się długo zasiadywać za domem nie trzeba, a przytem i zważać z kim się wdać, bo jeszcze gdzie za cudze grzechy biedy napytasz....
Julek chwilkę zmilczał i dodał z wyrazem szczerości:
— Proszę ojca, jaki jest czas to jest, a uczyć się potrzeba; nasza nauka i mozolna i wielka, przedmiotów mnóstwo, wiele rzeczy na pamięć się uczyć musimy...
Matka położyła mu rękę na ramieniu i spytała:
— Toś ty pewnie nic nie jadł?
— Eh! kochana matuniu jużem się tego z medycyny nauczył, że człowiekowi do życia wiele pokarmu nie trzeba, aby kromka chleba i trochę wody, nie jestem głodny.
— Ja ci tam kazałam schować kawałek mięsa i trochę kartofli — toby ci przygrzeli.
Na wzmiankę o jadle porucznik który dużo pił ale nie miał sposobności zjeść, znaczącą zrobił minę, lecz spotkawszy groźny wzrok żony językiem tylko powiódł po ustach i zmilczał; nie śmiał się upomnieć.
Przytomność Julka jakby zesłańca pokoju uciszyła burzę i dała wieczór zakończyć cicho. Porucznik bardzo nawet grzecznie oddał dobranoc żonie która go pożegnała równie łagodnie. Z nim razem odszedł i Julek do dwóch izdebek wyżéj jeszcze na strychu położonych. Gdy za nimi Kachna drzwi zamknęła, kobieta pobiegła szybko ku łóżku, odsłoniła parawan i pochyliła się nad pościelą na któréj widać było uśpioną twarzyczkę piętnastoletniego dziewczęcia. Uspokoiła się przekonawszy że dziecię spało mimo hałasu i chodzenia. W istocie córka którą nie chciała mieć świadkiem przykrego zajścia z mężem, odpoczywała tym głębokim snem młodości którego czasem i wystrzały działowe nie przerywają.
Piękna główka złotowłosa leżała na rozwitych puklach, zarumieniona snem, z pół otwartemi usty i przymkniętemi oczyma uśmiechając się jakimś marzeniem.
Matka cichutko pocałowała ją w czoło, odeszła do stolika, siadła i z oczów jéj strumieniem puściły się łzy. Milcząca płakała tak długo, długo, aż gdy się świeca dopalać zaczęła sługa schwyciła ją za rękę prosząc aby szła spać.
Nie zrzucając sukni porucznikowa padła ze łzami swemi na łoże.


Trzeba oddać tę sprawiedliwość rządowi moskiewskiemu że przy najgorliwszych chęciach szpiegowania, nigdzie ta gałąź administracyi gorzéj jak w Rossyi i Polsce urządzoną nie była. Rząd zmuszony posługiwać się wyrzutkami społeczeństwa, których ani wybrać ani zorganizować nie umiał, dowiadywał się zawsze ostatni o tem co już wszystkim ulicznikom wiadomem było. Policya jego bywała dokuczliwą ale najnieskuteczniejszą w świecie; donosiła o rzeczach błahych, nigdy inaczéj jak przypadkiem ważniejszych dojść nie mogąc.
Tam gdzie ajent policyjny jak w Anglii czuje się kółkiem uczciwie pracującem w machinie społecznéj, gdzie się swojego rzemiosła wstydzić nie potrzebuje, czując że i na nim polega bezpieczeństwo publiczne, tam znajdują się ludzie uczciwi i zdatni do nadzoru nad mętami i szumowinami społecznemi. W Rossyi, gdzie policya jest najpodlejszem narzędziem ucisku, żaden człowiek co ma najmniejsze poczucie swojéj godności należéć do niéj nie może. Wymiata się więc z rynsztoków śmiecie i niemi posługiwać musi. Policya głównie jest skierowaną przeciw politycznym przestępcom, nie mogąc ich dośledzić tworzy winowajców, a w ogóle niedołężność jéj równa się ślepocie. Nie ma też bardziéj upadlającego nazwiska, któreby tak nieodwołalne niosło z sobą potępienie jak miano szpiega. Ani złodziej, ani fałszerz, ani rozbójnik nie jest tak jak on wzgardzonym. Dla szpiegów nie ma litości i przebaczenia. Kosztując bardzo wiele, sekretna policya moskiewska dała tysiączne dowody jak jest bezużyteczną. Napróżno chcąc mieć lepszą w Warszawie Wielopolscy przez przyjaciela swego sekretarza konsulatu angielskiego pana W..... sprowadzali ajentów z Anglii chcąc tamtejszą organizacyą naśladować. Na nic się nie zdały wzory, bo narzędzi do niéj u nas znaleźć nie mogli. Rząd wzgardzony na wagę złota nie potrafi dostać ludzi którzyby mu do bezprawiów posiłkowali. Policyant angielski wie że śledząc zbrodniarza lub niespokojnego chartistę, prowadzi go przed sąd, który winę jego oceni, wyważy i karę oznaczy do niéj stósowną. Szpieg moskiewski prowadzi ofiarę pod nóż, oddaje człowieka w ręce oprawcy, jest sam nie posługaczem sądu ale pachołkiem kata. Można więc miarkować z tego jacy ludzie wchodzą do składu policyi. Najmniejsza denuncyacya, nie oparta na niczem, często będąca skutkiem złości lub zemsty, wystarcza na potępienie człowieka. Nie jedna kłótnia z tajnym ajentem kosztowała niewinnemu życie, nie jeden kaprys pijanego odebrał rodzinie ojca. Tam gdzie nie ma jawności sądu, ani statecznéj formy prawa, gdzie w rękach najniecniejszych ludzi są losy wszystkich, łatwo pojąć jakie być musi bezpieczeństwo osób i własności. W ostatnich czasach wielkie postępy które uczynił charakter narodowy w ogóle odbiły się i w téj nawet klassie.
Szpiegostwo które za Wgo. Księcia Konstantego (pierwszego) liczyło w swem gronie i dosyć pokaźnych ajentów, zeszło było na ostateczną szuję. Starano się, gdy wypadki uczyniły je konieczną potrzebą, wzmocnić nowemi żywiołami; ale gdy przyszło ich szukać pokazał się brak zupełny.
Gdy we trzy dni po wzmiankowanym wieczorze przyszedł Maciéj do bawaryi na Bednarskiéj ulicy chociaż już był o swój los spokojniejszym, tak wyglądał ze strachu, wrażenia i przymusu do kłamstwa, iż porucznik wziąć go mógł za zrozpaczonego człowieka. Nogi się pod nim trząsły, a głosu mu w ustach brakło. Gdy spostrzegł exwojskowego musiał usiąść przy drzwiach bo kroku daléj zrobić nie mógł. Tego dnia dosyć ludzi było w bawaryi; porucznik po chwili zbliżył się do Kuźmy i rzekł po cichu:
— A co? idzie? rozmówiemy się z sobą?
— Cóż począć, już muszę!
Na tém się zrazu skończyło. Porucznik dopił kawę i mrugnąwszy na Macieja wyszedł z bawaryi.
— A widzisz, rzekł w ulicy, mówiłem ci, nie pluj na wodę żebyś się jéj nie napił.
— Dajcie już pokój i nie urągajcie się, odparł Kuźma wzdychając. Mówcie co chcecie odemnie?
— Co ja ci mam gadać? szepnął porucznik, chodź za mną to się dowiesz.
W milczeniu poczęli iść, porucznik przodem Kuźma za nim z Krakowskiego przez Miodową na Długą i tu niedochodząc Bielańskiéj weszli do bramy jednego domu, przed którym przechadzał się jakiś niepozorny jegomość.
Porucznik przemówił do niego słów parę i wszedł ze swym towarzyszem w bramę, w dziedziniec, potém na wschody ciemne, na ostatek do jakiegoś mieszkania od tyłu. W zadusznym i smrodliwym przedpokoju na ławkach i po kątach kryło się kilka osób jakby wstydząc własnych twarzy. Każdy tu wchodził zakrywając się o ile możności i usiłując pozostać w cieniu. Towarzystwo było jak najdziwniéj dobrane: jakaś kobieta wystrojona w atłasowéj salopie, któréj z za zasłony tylko bardzo wyróżowaną twarz widać było, jakiś mężczyzna w wytartym fraku chudy i skurczony, jakiś wielki drab odarty ale z twarzą zuchwałą i czołem bezwstydném; jakiś staruszek kaszlący ale uśmiechnięty i słodziuchny, nakoniec elegancik fałszowany, którego lakierki nie broniły się domyślać że mu może pończóch brakło.
Kuźnia wchodząc za porucznikiem poczuł dreszcze po skórze i zamieniłby był chwilowe położenie swoje na największą nędzę. Otarcie się o tych ludzi nabawiało go obrzydzeniem. Jakiś sługa wchodził i wychodził z salonu do przedpokoju, z przedpokoju do salonu. Spozierał on z góry na oczekujących i po jednemu wpychał ich w paszczę potworu. Odbywało się to dosyć prędko i koléj na porucznika przyszła niebawnie. Kuźma pozostał jeszcze póki go nie zawołano. Naostatek otwarły się drzwi i porucznik na niego kiwnął; potknął się nieborak w progu a gdy oblaną wstydem twarz podniósł, ujrzał przed sobą wcale ładny pokój niezgorzéj umeblowany z sofami i krzesłami do koła, z kilka zwierciadłami na ścianach. Na stole między oknami wśród książek i papierów stała lampa i dwie świece, na małéj kanapie siedział mężczyzna lat czterdziestu kilku, pięknie łysy, nader przyjemnéj i łagodnéj twarzy.
Wyglądał raczéj na smakosza i dobrego koleżkę niż na jakiegoś tam naczelnika tajnéj policyj. Niebieskie jego oczy miały wyraz łagodny, usta rumiane i duże, uśmiechały się dobrodusznie i serdecznie, mimo pozornéj szczeroty rozlanej w całéj fizjonomij, Lawater byłby w niej odkrył dobrze zamaskowaną chytrość bizancką, w rodzaju téj jaką się odznaczała twarz Alexandra I., owego moskiewskiego anioła... z pazurkami pochowanemi w glansowane rękawiczki.
Z pierwszego wejrzenia wziąłbyś go za niewinnego epikurejczyka, w rozmowie dopiero gdy się te rysy nerwową grą ożywiły, wybitnie tryskała z nich przebiegłość a niekiedy zimne okrucieństwo. W ruchach téj postaci było coś kociego. Kuźma prosty człek, który się spodziewał ujrzéć potworę, zdziwił się mocno zobaczywszy tak uśmiechniętą i miłą istotę.
Gdy siedzący na kanapie mężczyzna mierzył przybyłego dość ciekawemi oczyma, porucznik tymczasem mu go przedstawiał. —
— Oto, proszę pana Naczelnika, majster Maciéj Kuźma, bardzo porządny i uczciwy człowiek, o którym panu Radcy miałem honor wspominać...
Porucznik dawał mu na przemiany ten tytuł Naczelnika i Radcy, którym ozdobiano zwykle wszystkich wyższych urzędników w Warszawie.
Przyjemny naczelnik nie odpowiedział tak rychło, zajęty był bowiem wydobywaniem resztek obiadu z dosyć jeszcze białych ząbków.
— A wieszże mój kochany o swoich obowiązkach? zapytał w końcu po chwili milczenia. —
— Nie, proszę pana, ja nic jeszcze nie wiem prócz tego, że mam być szpiegiem!
Naczelnik aż się rzucił z kanapki.
— Moja duszo, moje serce, kochany człowiecze głupi jesteś jak but. Co to jest szpieg? to jest wyraz przez nieprzyjaciół porządku wymyślony na pogardę! I Wać Pan, i ja, i wszyscy uczciwi ludzie jesteśmy obowiązani służyć naszemu Królowi i krajowi, strzedz i pilnować, aby w nim był porządek i bezpieczeństwo; ludzie źli podbechtani przez zagranicznych burzycieli, chcieliby zamącić spokój, aby w mętnéj wodzie ryby łowić. Cóż to jest złego, pytam się, stać na straży i dawać znać o pożarze? he?
Porucznik, który czuł się obowiązanym coś dodać od siebie, rzekł poważnie:
— A widzisz asan, co ja mówiłem.
Naczelnik udobruchał się po chwili:
— Instrukcyą szczegółową, moja duszeczko, będzie ci dawał ten oto porucznik. Wypadnie ci mieć oko szczególniéj na czeladź rzemieślniczą i dobrze ją poznać. Szkoda że asan, mój drogi panie Macieju, nie masz tam stosunków z rzeźnikami na Pradze, bo na nich najwięcéj baczność zwracać potrzeba, to hałastra niebezpieczna i zuchwała. Nie potrzebuję cię przestrzegać, moja duszo, że chcąc coś wiedzieć, musisz naturalnie często sam coś gorętszego przebąknąć, bez tego nic. Różne są okoliczności, ludzie źli czasem udają spokojnych aby rząd oszukać; może się trafić że trzeba będzie zrobić jaką awanturę ażeby lepiéj ich poznać. Jeżeliby tam w zamieszaniu i ciebie mój kochany przychwycili, potrzebujesz mieć jakieś świadectwo coby cię obroniło. — Da ci się tu z kancelaryi kartkę z pieczątką którą w potrzebie pokazać możesz policyantom. To już tam porucznik o tych rzeczach będzie pamiętać, a gdy znajdziesz co donieść, on poinformuje gdzie i jakim porządkiem. —
Rzecz zdawała się skończona, porucznik wskazał Maciejowi drugie drzwi idące do kancelaryj, popchnął go tam, a sam został z naczelnikiem.
Chwilę milczeli oba, aż Radca się odezwał:
— Coś mu nie bystro z oczów patrzy, podobno nie wiele z niego będzie korzyści!
— Przepraszani pana Radcę, ale to w każdym stanie, rzekł porucznik, rozmaici ludzie są potrzebni, tylko wiedzieć jak ich użyć. To człek stateczny, biedą zmuszony i dla tego dobry że go się nikt obawiać nie będzie, a już ja nim tak pokieruję że z niego zrobimy ajenta co się zowie.
— A no zobaczym, da się to widzieć, rzekł naczelnik. —
Porucznik mimo skończonej na pozór rozmowy stał ciągle, a Radca milczeniem swem dawał mu do zrozumienia że mógłby sobie pójść precz.
Tamten jakoś tego nie rozumiał, nakoniec porucznik odważył się przebąknąć:
— Proszę, pana naczelnika, co się tycze gratyfikacyj?
— Co się tycze gratyfikacyj — odparł powoli naczelnik, daje się to tam różnie wedle tego jaką rybę ułowicie, a któż to wie jeszcze czy szczupak czy płotka?
— Już proszę pana naczelnika spuścić się na mnie że człowiek będzie przydatny.
— No, no, wypłacą ci tam dwieście złotych (tu zniżył głos naczelnik) tak jak zwyczajnie, wytrąciwszy na koszta kancelaryj....
Porucznik spuścił głowę smutnie i spytał cicho:
— Jakże proszę pana naczelnika?
— Waćpan tam już wiesz.
— Ale jeżeli wolno zanieść pokorną prośbę słowo honoru, panie Radco, że kawałka chleba w domu nie mam....
Na słowo honoru uśmiechnął się naczelnik szydersko i odpowiedział:
— Sameś sobie winien, nie statkujesz.... ale dość, waćpan wiesz że nie może być inaczéj. Sto złotych weźmiesz do rąk a pokwitujesz z dwóchset, i sza! To mówiąc zadzwonił, wszedł żywo kulawy mężczyzna z piórem za uchem w wice mundurku. Naczelnik mu coś poszeptał, i z nim razem odprawił porucznika żegnając go:
— Idź, idź, moja duszeczko, a statkuj i bądź uczciwy....
Po upływie krótkiego czasu porucznik i Maciéj Kuźma wyszli oba z domu przy Długiéj ulicy, a stolarz przybity i upokorzony nie mogąc zaraz pójść wyspowiadać się pod figurę Matki Boskiéj poleciał do domu czując jakby go kto gonił, myśląc że cały świat wie o jego sromocie.
Porucznik trzymał w ręku owych trzydzieści srebrników za które szprzedał duszę ludzką a w sumieniu jego stwardniałém nie odezwała się nawet na chwilę zgryzota, klął po cichu tego pana naczelnika który go tak grzecznie i słodko na sto złotych okradł, klął kancelistę który z pozostałych stu, jeszcze mu dziesięć przy wypłacie oderwał.
Dziewiędziesiąt pozostałych paliły rękę nałogowego pijaka. Wprawdzie miał on po szynkach, gdzie się jego obowiązków domyślano, i kredyt i daremny wódki kieliszek, ale to nie starczyło upadłemu rozpustnikowi który łaknął przysmaków czując choć grosz w kieszeni.
W duszy jego odbywała się walka straszliwa. Miłość rodzicielska, jedyne uczucie, które jak iskra w popiołach tych się uchowało, mówiło mu, nakazywało, aby grosz ten zanieść dla Julka który się podwójną pracą dla utrzymania i nauki zabijał. Nałóg pędził go do szynku. Znał siebie dobrze porucznik i wiedział że raz tam zaszedłszy nie wyjdzie aż ostatni szeląg przepije, obawiał się sam siebie. Chciałby był spotkać co najprędzéj syna aby mu oddać te pieniądze bo puściwszy się w drogę do domu czuł że przed pierwszą winiarnią pokusie ulegnie. W téj upadłéj istocie było jeszcze coś co ją do świata wiązało, kochał syna i dla niego jednego do ofiary z siebie był zdolnym. Począł myśleć gdzieby go mógł znaleść i zwrócił się przez Bielańską chcąc go szukać przy Akademij, około któréj czasem go w téj godzinie znajdował. Myślał nawet wziąć dorożkę aby tém pewniéj do miejsca dojechać, ale dorożki na birży nie znalazł. Poszedł więc pieszo.
O kilka kroków przed nim szły dwie kobiety niosące ciężki kosz bielizny. Idąc za niemi porucznik usłyszał głos który go wielce zadziwił; zdało mu się, że to był głos jego żony, ale cóżby tu robiła po nocy i z tym ciężarem? zbliżył się. Przywykły do podsłuchów z kilku słów się przekonał że kobiety wracały od magla, że jedną z nich była w istocie żona jego, a drugą służąca. Tknęło go to dziwnie gdyż kosz ten zawierał daleko więcéj bielizny niżeli jéj było w całym domu. Ta wyprawa wieczorna zaczęła go niepokoić, różne myśli przechodziły mu po głowie, na ostatek gdy dochodzili do zawrotu porucznik nie mogąc wytrzymać wybiegł naprzód i grzmiącém
— Stój! zatrzymał żonę. —
Kobieta tak się ulękła że jéj z rąk kosz się wysunął i część bielizny wysypała się na ziemię.
— Łapię cię na uczynku! zawołał. Co to jest? gdzie idziecie? jaka to bielizna? gadaj mi zaraz lub....
Kobieta wczoraj tak odważna dziś zdawała się struchlałą, chociaż sumienie nic jéj wyrzucać nie mogło. Od porucznika mało można było wydobyć na potrzeby domu i dzieci, biedna żona pracowała ukradkiem aby mieć grosz na wychowanie syna i córki. Taiła się z tém, bo wiedziała że mąż albo by jéj nic już nie dawał lub i to jeszcze co miała wydrzećby albo wykraść potrafił. Odkrycie jéj lichego zarobku przeraziło ją, długo stała milcząca potem zaczęła się tłumaczyć jąkając niezgrabnie, plącząc w odpowiedziach i utrzymując że choréj sąsiadce odnosiła robotę za co tamta jéj tam coś uszyć czy odrobić miała. —
Trudno zrozumieć dla czego porucznik tą razą ani był natarczywym ani nadto domyślnym, wysłuchał wszystkiego, pokiwał głową i rzekł zbliżając się do żony:
— Ten Julek to się zamęczy, i uczyć siebie i jeszcze zarabiać, a to młode, oh, dodał, trochę tam dostałem pieniędzy, ale żebyś mi całe oddała Julkowi! słyszysz? bo on najwięcéj potrzebuje, przysiążże mi....
Kobieta któréj się to wszystko jakby snem szczęśliwym wydawało, poruszona mruczała wszystkie zaklęcia jakie umiała wyciągając ręce ku porucznikowi.
Ale gdy przyszło wyrwać mu ten grosz na nowo rozpoczęła się walka w jego duszy. Chciał naprzód oddać wszystko, potem zachował dla siebie jednego rubla papierowego i pół rubelka drobnemi, potem zażądał trzech rubli, potem zachował trzydzieści złotych aż żona postrzegłszy to wahanie gwałtem prawie wychwyciła mu cztery papierki trzyrublowe chowając je co najprędzéj. Mąż z razu chciał walczyć ale się upamiętał i krzyknął tylko:
— Oddajże w ręce Julkowi, słyszysz!
Kobieta już nic nie odpowiadając pochwyciła za kosz i nie patrząc co się z nim dzieje dawszy znak Kachnie pospieszyła do domu. —
Porucznik stał długo jak wryty na trotoarze, kwaśny był i zły że mu nie pozostało więcéj nad dziesięć złotych. Co robić z dziesięcioma złotami gdy się miało projekta tak świetne na wieczerzę w porządnéj restauracyj? Oblizywał się na myśl jedzenia kapłona i polania go dobrą maderą, na to już teraz wystarczyć nie mogło; przeklinając żonę, bo ją był zwykł o wszystko obwiniać, poszedł powoli z postanowieniem wstrzymania się od jadła ale uczęstowania obficie dobrem winem.
Uczyniwszy postanowienie utraktowania się porucznik rozrachowywał jeszcze jakby się za te złotych dziesięć mógł najmocniéj upić. Czuł bowiem że tą razą żona wymówek mu srogich czynić nie będzie. Pierwotna myśl napicia się wina ustąpiła daleko praktyczniejszéj skosztowania wódek i likworów u Lipkaua. Od dawna bowiem porucznik przekonał się że wina są to romanse, a rzeczywistością wódka.
Szybkim krokiem zawrócił się nazad, przebiegł część Długiéj ulicy i wpadł na Miodową. Stacya u Lipkaua, naprzeciw Trybunału Apellacyjnego znaną jest wszystkim co kiedykolwiek u bram świątyni sprawiedliwości, wyczekiwać musieli naznaczonéj godziny. Obiór tego miejsca dowodzi trafnego instynktu przedsiębiorcy, ale nawet w godzinach w których sądy i kancelarye bywają zamknięte Lipkau ma swych wiernych zwolenników, i ustaloną reputacyą. Porucznik znalazł tu jeszcze kilkanaście osób wieczerzających, a że po większéj części byli to porządniejsi ludzie, jakoś mu się wstyd zrobiło o téj porze pić tak wódkę samą. Kazał sobie coś podać a tym czasem pod różnemi pozorami zręcznie dochodził do bufetu i coraz z innéj flaszki żądał kieliszka. W jednéj z tych przechadzek od stolika do flaszek uderzyła go fizjonomija starego człowieka w skromném ubraniu, który coś jadł na boku i pilnie mu się przypatrywał. Jak to się często po długich latach niewidzenia zdarza, porucznik czuł że gdzieś tego człowieka widział a przypomnieć go sobie nie mógł. Widocznie także ów jegomość nie był pewien czy ma przed sobą znajomego ale bacznie za nim chodził oczyma.
— Co u djabła, Presler czy nie? odezwał się wreście głos od stoliczka.
— Dalibóg to ja! rzekł odwracając się porucznik. Pan pułkownik?
— A ty co tu robisz? byłem pewny że już gdzieś od dwudziestu lat gnijesz w ziemi.
— A! jeszcze nie, rzekł z wielką pokorą i jakby zawstydzony porucznik Presler. Dawno mnie już djabli wziąść byli powinni, ale wolą męczyć żywego.
— No, coż się z tobą dzieje? Od czasu jak cię wypędzili z wojska coś robił?
— A co? panie pułkowniku biedem jadł a bieda mnie jadła. Jako żywo niesprawiedliwie przegnali mnie z pułku a potem już nigdzie człek miejsca zagrzać nie mógł. Zabawiałem się różnym przemysłem, handelkami, i ot tak, ot tak, życie się przeciułało. Jeszcze na dobitkę trzeba się było człowiekowi ożenić, a baba sekutnica i dwoje dzieci na karku.
Stary człowiek którego Presler nazywał pułkownikiem poglądał na niego z politowaniem, milczał, długo myślał, z pod oka mu się przyglądał i rzekł ciszéj:
— Hem, toś pewnie musztry i exercerunku musiał zupełnie zapomnieć?
Tych kilka wyrazów dziwne na nim zrobiły wrażenie, przed chwilą był jeszcze w duszy starym żołnierzem, dwuznaczne te słowa przypomniały mu że został szpiegiem. Poczuł w nich jakąś woń podejrzaną i szybko odpowiedział:
— Ale nie, panie pułkowniku, człek co raz się w wojsku nauczył tego nigdy nie zapomina.
— Aleć to już dawno! rzekł pułkownik.
— Przecie gdyby dziś potrzeba było, dodał tajemniczo Presler, jeszczeby się z karabinem i bagnetem dało rady.
Nic na to nie odpowiedział pułkownik ale się zadumał, potem nagle spytał Preslera, czy nie zechce się czego napić, poczęstował go i wstając od stolika jakby od niechcenia zagadnął o mieszkanie.
Exporucznik (który w istocie był tylko sierżantem) troszkę się zmieszał.
— Eh! to ja tam stoję gdzieś w dziurze, gdzieby tam mnie kto szukał. — Niech tylko raczy pułkownik powiedzieć gdzie stoi a będę na jego rozkazy. —
— Dopytasz się mnie w hotelu Saskim, rzekł i wyszedł żywo.
Rzucone pytanie, przypomnienie charakteru pułkownika i rozgłośnéj jego sławy patrjoty obudziły w Preslerze instynkt badawczy; pomyślał że może mu się nadarzyć gratka wyszpiegowania tą razą czegoś ważniejszego niż między czeladzią rzemieślniczą. Z chciwością dzikiego zwierza zapomniawszy nawet o pijackich swych projektach wypuścił pułkownika przodem i wymknął się zaraz za nim śledząc jego kroki.


Izdebka którą Julian Presler zajmował pod strychem obok ojcowskiéj podobną była do wszystkich mieszkań tego rodzaju — miała jedno okno, z którego niebo, dachy i latające jaskółki widać tylko było. Dosyć wązka i długa mieściła w sobie łożeczko anachorety, stolik studenta i biedny sprzęt człowieka, który jeszcze żadnego gospodarstwa nie potrzebował. Ale to co powiedział Beranger o mieszkaniach na strychu, gdy się ma lat dwadzieścia, prawdziło się w tym ciasnym kątku. Było w nim czysto, wesoło i miło; jakaś poezya młodości wypełniała go i rozświecała. Jak sam Juljan był około siebie staranny, tak i mieszkanie jego, pewnym niewyszukanym odznaczało się porządkiem, czuć w nim było spokój duszy młodego człowieka. Jak w tém gniezdzie swaru i wrzawy mogło się to młode ptasze z uśmiechem na ustach i pogodą na skroni wychować? to pojąć było trudno, ale miłosć rodzicielska tworzy cuda, kochała go matka dla niego pracując i starając się wydać mu taką, aby ją mógł szanować, rozpadał się nad nim ojciec kryjąc przed nim z nałogami, ze sposobem życia i zarobkowania. — Wejście Juljana za każdą razą sprawiało ten sam skutek, ułagadzało umysły, zasiewało zgodę. Juljan wychowując się po większéj części za domem, bardzo niedokładnie znał ojca i mógł go nawet szanować z daleka. Zresztą Presler był używany do tak podrzędnych usług, że go mało kto znał i domyślał się jego nieszczęsnego powołania. W domu nigdy prawie o wypadkach, o sprawie krajowéj mowy nie było, a matka w nieobecności męża nie szczędziła obelg dla Moskali, których w prostym ludowym języku zwała jak wszyscy kapuśniakami. Miała ona do nich żal za to zbezczeszczenia męża, które ją z każdym kawałkiem chleba dławiło. —

Wiadomo jaki był w ogóle duch wszystkich zakładów naukowych w królestwie. Mimo starannego doboru nauczycieli bojaźliwych lub obojętnych, mimo niesłychanéj czujności i nadzoru, mimo nadsyłanych ksiąg naukowych fałszujących historyą i prawdę, młodzież cudownie przechowała narodowego ducha. Nie można tego inaczéj nazwać jak cudem. W szkołach Litwy, Wołynia i Podola, w głębi Białéj Rusi studenci wychodzili nieumiejąc po polsku ale najlepszymi Polakami. Objawiał się ten duch często tak wyraźnie, że musiano go karać srodze, ale to go tylko rozrzażało. Do dziś dnia na ławach szkólnych stoją powyrzezywane dziecinnemi rękami imiona tych uczniów, którzy prześladowaniu ulegli. Pamięć ich przechowywała się jak relikwia męczeńska. Owe pamiętne odwiedziny szkół przez cara Mikołaja, w których ten Herod znęcał się nad dziećmi, w śmiałych wejrzeniach niewinności szukając już występku, przeszły jak tradycya przez wiele pokoleń studentów, zagrzewając ich tylko do miłości ojczyzny. Nawet synowie Niemców i Rossyan, dzieci urzędników policyjnych, chłopcy których rodzice żyli z łask rossyjskiego rządu w zetknięciu z tym młodym nie zepsutym światem odżywały uczuciem poczciwem i rosły na wierne dzieci polskie.
Takim sposobem i młody Juljan Presler mógł nie zarażony występkiem ojca iść tą drogą którą szła cała bez wyjątku młodzież nasza. W postępowaniu jéj, w przekonaniach były wielkie różnice, wieku, temperamentu, dojrzałości. Nąjzapalczywsi byli bez wątpienia ci co jeszcze od ziemi nie odrośli, najgorętsze były niższe klassy, za niemi szła szkoła agronomów w Marymoncie, szkoła sztuk pięknych, któréj uczniowie tak ważną w ostatnich wypadkach odegrali rolę, nakoniec akademia medyczna. Studenci téj ostatniéj, którzy byli ziarnem przyszłej Szkoły głównéj, ożywieni gorącemi uczuciami przywiązania do kraju, okazali najwięcéj wstrzemięźliwości i umiarkowania. Nie odłączyli się oni od narodu, ale stawali często jako żywioł zachowawczy w wypadkach, które zbyt szybko pchały naprzód. — Tę rolę dojrzalszą zachowali oni do końca.
Marymont i Szkoła sztuk pięknych szły ogniście przodem, Medycy, nie cofając się, regulowali ten pochód rozsądkiem i rozwagą. Wpływ ich na ludność miasta, póty póki nią władnąć było można, bardzo był wielki. — Nieraz czeladź i lud prosty przychodzili się ich radzić i, co dziwniéj, ślepo szli za ich radą. Nie było odstępstw, były dowody poświęcenia, więc baczniéjsze postępowanie przypisywano przekonaniom nie mając go wcale za złe. —
Tego wieczora, gdy porucznik był u Lipkaua, Juljan z trzema towarzyszami znajdował się na naradzie w swojem mieszkaniu na strychu. — Łatwo się domyślać że tam o niczém więcéj nie mówiono jak o bieżących wypadkach. Juljan należał do najgorętszych, a jego szlachetny charakter, bystry umysł i życie bardzo przykładne, nadały mu, mimo młodości, charakter jednego z przewódzców akademickiego grona. Inni trzéj przytomni starsi i powolniejsi spierali się właśnie z Juljanem o sposób postępowania w przyszłości. Presler był tego zdania, że należało iść zgodnym i równym krokiem z Marymontem i Szkołą sztuk pięknych, przewidywał on już, a raczéj wiedział o nieuniknionym wybuchu, który prędzéj późniéj nastąpić musiał. Starsi łudzili się jeszcze tą nadzieją, że w powolnéj walce wyrabiając ducha i przygotowując środki, powstanie odwlec będzie można. Głównym a bardzo ważnym argumentem tych co je natychmiast niepodobném widzieli, była potrzeba i przejednania i zjednania sobie ludu wiejskiego, w części obojętnego, w części niechętnego wszystkiemu co surdut nosiło. O ile lud miejski był gotowym i potrzebującym powstrzymania raczéj niż dodawania zapału, o tyle wioski okazywały się zimne i nieufne. Ale z drugiéj strony, ci których zwano czerwonymi, utrzymywali że samo powstanie będzie najlepszą szkołą praktyczną patryotyzmu dla wieśniaków, że w inny sposób działać na lud nigdyby nie dopuściła czujność moskiewska, a gdyby to działanie było możliwem potrzebowałoby tak długiego czasu, że w końcu wybuch odłożyć by trzeba było na nieobrachowane lata. — Gorącą ludność miejską powstrzymywano obietnicami wszelkiego rodzaju, odkładając od dnia do dnia, ale w końcu szemrała ona, posądzała o zdradę, niecierpliwiła się. Ten zapał mieszkańców miast i klassy średniéj nie był, jak widzimy, wcale zmyślony, dali oni dowody takiego poświęcenia, takiéj wytrwałości i męztwa, że im się może palma męczeńska przed wszytkiemi należyć będzie.
Rozprawy szły bardzo żwawo, a położenie umiarkowańszych choć byli trzech na jednego stawało się coraz przykrzejszem. — Zapał ma to do siebie, że najlogiczniejsze argumenta zwycięża, bo zapał jest już zarodem czynu, gdy rozumowanie jest zawsze jeszcze słowem. Pochwyceni zwolna uczuciem Jujana towarzysze jego miękli, wstydząc się prawie swego rozsądku.
Oczekiwano jeszcze na przybycie kilku kolegów, gdy matka powróciwszy z miasta z pieniędzmi wyrwanemi ojcu, nie mogąc wytrzymać pobiegła wprost do syna, aby mu je natychmiast oddać. Przyszedłszy pode drzwi, słysząc wewnątrz głośną rozmowę, zatrzymała się przed progiem i mimowolnie przysłuchiwać zaczęła. Przez cienkie drzwi przechodził dźwięczny głos Juljana tak znajomy matce, tak miły jéj uchu, że się nim napawała jak muzyką, Juljan mówił:
— Bracia! i rozum i ostrożność są pięknemi przymiotami w zdrowym życia przebiegu, ale próżno się niemi chcę kierować w dniach przesilenia, gdy gorączka jest jasnowidząca i prościéj do celu prowadzi. Będziecie mieli sto razy słuszność na zimno, ale was samych zwycięży i porwie mój szał. — Bez téj wiary nawet jaką ja mam jestem pewny, pójdziecie za mną! Rząd moskiewski nazwie to terroryzmem rewolucyjnym, a będzie to tylko terroryzm świętego uczucia, któremu się nic oprzeć nie potrafi. Przychodzą takie chwile, w których i człowiek i naród może przenieść śmierć bohaterską nad upodlone życie, naówczas instynkta zachowawcze wzdrygają się mogile, a duch z radością ku niéj rozpościera skrzydła. —
Słuchając téj mowy, któréj tylko główną myśl schwyciła, matka zadrżała, zalała się łzami, wzrok jéj padł z obrzydzeniem na pieniądze które niosła i uciekła z niemi do swojéj izby, cała spłakana załamując ręce. W kobiecie téj, którą życie ze stéranym człowiekiem, nędza i praca przygniotły, ozwało się jakieś uczucie zapalone miłością dziecięcą. Przypomniała sobie walkę o ten grosz z mężem na ulicy, pochodzenie tego zarobku, i papierki które niosła z taką radością, rzuciła na stół ze wzgardą. — Ale natychmiast przyszły na myśl znoje i praca biednego Juljana, konieczność ulżenia mu, pewność że się ani dowie, ani domyśli zkąd przyszedł ten pieniądz przeklęty i czego był zapłatą. Zlękła się ażeby mąż nie powrócił pijany i nazad go jéj nie odebrał. Wybiegła powtórnie i z pospiechem zapukała do drzwi Juljana.
Chłopiec wcale się jéj nie spodziewał; nie miała bowiem zwyczaju przychodzić o téj godzinie, a że oczekiwano przybycia towarzyszów, głos ze środka dał tylko znak wnijścia.
Matka uchyliła drzwi, ale jeszcze raz zawstydziła się czegoś, zawahała i wróciła znowu na dół. — Pomyślała sobie, że najlepiéj zrobi, najmniéj się będzie potrzebowała tłumaczyć, gdy pieniądze wprost przez siostrę bratu odeśle.
Dzieweczka którą wczoraj widzieliśmy uśpioną tak spokojnie, siedziała teraz nad robotą u okna. — Była ona niemniéj ładną nad brata, choć coś w jéj rysach przypominało trochę ojca, ale wielki wdzięk młodości nadawał twarzyczce jéj świeżéj, białéj i rumianéj urok wiosennego kwiatka. Matka pocałowawszy ją w czoło, szepnęła słów kilka i wyprawiła na górę. U Julka popłoch był wielki, owo pukanie i napół odemknięte drzwi kazały się obawiać podsłuchania, ale Rózia która w téj chwili wbiegła z uśmiechem na twarzy uspokoiła obawy. Zrozumiano dla czego tak trudno było nieśmiałemu dziewczęciu wpaść z tem poselstwem między rozgorączkowaną młodzież. Gdy wyszła Juljan się mocno zadumał nad pochodzeniem tego matczynego podarku, ale pilniejsze sprawy były na stole.
— Mówiliśmy o składce, rzekł Juljan, na pierwsze potrzeby sprawy, otóż w porę jakby z nieba spada mi grosz którego wcale nie potrzebuję i czynię z niego chętną bardzo ofiarę.... niech to będzie ofiara wdowia do skarbu narodowego. Crescite et multiplicamini! dodał rzucając na stół papierki z uśmiechem.
A po chwili, podniósłszy rękę w górę, rzekł uroczyście:
— Bracia! niech żyje Polska! niech zginą jéj nieprzyjaciele!

Nazajutrz o szarym zmroku, Maciéj Kuźma, któremu ten dzień wydawał się wiekiem stał zawczasu pod figurą Matki Boskiéj naprzeciw Dobroczynności. Oglądał się on ciągle, niespokojnie modląc w istocie aby mu Pan Bóg prędzéj zesłał wybawiciela któryby jego niepokój ukoił. Po chwilce posłyszawszy nieopodal chrząkanie odwrócił się i ujrzał blondyna który mu się z trotuaru kłaniał. Poszli razem ulicą oglądając się dobrze aby nikogo nie mieli za sobą.
Maciéj opowiedział co do słowa całą historyą swoją dodając do niéj że mu obowiązek nań włożony, nieznośnie wydawał się ciężkim.
— Mój bracie, rzekł blondyn, nic nie przychodzi lekko, jużeście wielką oddali przysługę zajmując to miejsce które inny w istocie niebezpieczny człowiek mógł był otrzymać. —
— Ale zmiłujcie się, przerwał Maciéj, jak ja to daléj z tego wyjdę? poślą mnie, każą coś donosić, cóż ja im powiem?
— Słuchaj, rzekł blondyn, i my także mamy nie złą policyą, wiemy co rząd robi, znamy ajentów których on używa dla podburzania ludności, i wyłapywania tym sposobem gorętszych. — Wskażemy ci tych rządowych fałszywych braci, będziesz mógł na nich donosić i zrobisz im jeszcze przysługę bo poświadczysz o ich gorliwości. My zaś przez ciebie powstrzymać będziemy mogli gdzie potrzeba, ostrzedz po cichu poczciwych ludzi aby tym krzykaczom nie wierzyli.
— Dziś kochany, panie Macieju do bawaryi przy ulicy Granicznéj zbiera się wielka liczba czeladzi nabechtanéj przez moskiewskich ajentów, a policya gdy się wszyscy zbiorą i w najlepsze hałasować będą otoczyć ma dom i wybrać tych których zdrajcy wskażą. Idźcież zaraz do téj bawaryj, nic się wam nie stanie bo już kartkę swoją macie, w miarę jak się czeladź zbierać będzie ostrzegajcie czem to pachnie. Jeżeliby trochę szpiegów przetrzepać chciano, nicby to nie zaszkodziło. Poznacie ich po tem że na plecach mieć będą białą kredą porobione kółka.
Otrzymawszy taką instrukcyą Kuźma gorliwie pospieszył na ulicę Graniczną. Bawarya znajdowała się jak zwykle na dole i była izbą bardzo obszerną ale wcale nie wykwintną.
Gospodarz Niemiec, wielce był podejrzany o szpiegostwo, co mu wcale nie przeszkadzało w liczniejszych zgromadzeniach krzyczeć — Fifat! Fifat! panowie Polaki! i mówić o — Ojszyśnie kokanéj.
Gdy Maciéj przyszedł, zastał tylko czterech czy pięciu naradzających się w kątku i przekonał się obejrzawszy ich że wszyscy mieli kółka na plecach. Oczekiwali oni już na owoc prac swoich.
Maciéj kazawszy sobie dać piwa wybiegł co najprędzéj do sieni chcąc stanąć na straży i przestrzegać przybywających, ale zaledwie się wymknął gdy nos w nos spotkał się z porucznikiem który tu także dążył. Rzucił okiem na jego plecy, kółka jeszcze na nich nie było.
Porucznik zdumiał się bardzo.
— Kto cię tu przysłał?
— Kto? nikt, sam przyszedłem.
— Sam? no, djabelski masz nos, ale nie bądź tak bardzo gorliwy, bo i to nic potem. Ponieważeś jednak przyszedł chodź zemną, to ci powiem co masz robić.
Maciéj czuł się sparaliżowanym, trudno mu już teraz było odegrać swą rolę. Przeszli ciemną sień w któréj nikogo nie było, a gdy porucznik przodem przestąpił próg Kuźma z podziwianiem ujrzał na jego plecach duże koło, nieco tylko z pośpiechem i niekształtnie nakreślone, kiedy, i jak, nie mógł odgadnąć.
Kuźma nie wiele słuchał co mu porucznik mówił, oglądał się tylko, patrzał wszystkim po plecach i nie wiedział co począć, widząc coraz tłumniéj napływających robotników. Pomiędzy nimi z wielkiem zdumieniem dostrzegł tego samego blondyna który przed chwilą dawał mu instrukcją, pobiegł więc co najżywiéj ku niemu aby mu swoje położenie wytłumaczyć. Blondyn już o wszystkiem wiedział i odesłał go ku drzwiom. Wielkiem to szczęściem było dla Kuźmy że mu się jego fizjognomja dobrze w pamięć wraziła, bo chłopak zmienił był ubranie, trochę nawet osmolił twarz i wyglądał na prostego czeladnika.
Gdy wewnątrz bawarya bardzo się szybko wypełniała nadchodzącemi rzemieślnikami we drzwiach jéj niepostrzeżona prawie przez nikogo odbyła się scena która nad pięć minut nie trwała. —
Kuźnia stojący w progu ujrzał młodego bardzo pięknego chłopaka który mu się wydał przebranym wchodzącego nieśmiało do bawaryi, w chwili gdy już jéj próg miał przestąpić nadchodził właśnie w tę stronę porucznik. Młody chłopak z cicha tylko zawołał — Ojciec! i bardzo się żywo wycofał. Był to Juljan który lękał się aby go Presler nie poznał. —
Spojrzawszy na plecy Kuźma zatrzymał go i wskazując Preslera, żywo rzekł mu na ucho:
— Widzisz? ten w kapeluszu z wąsami, kółko na plecach, nazywają go porucznikiem, to szpieg, to szpieg moskiewski!
Na te słowa Juljan którego Kuźma trzymał za rękę krzyknął jakimś rozpaczliwym głosem, zakrył sobie oczy i jak piorunem rażony wybiegł nieprzytomny na ulicę. —
Co się działo w sercu młodego chłopca opisać niepodobna, przerażenie, boleść, szał, były tak wielkie że jak obłąkany leciał uciekając od tego miejsca w którem go ten cios dotknął. Przechodnie mogli go wziąć za zbiega z domu warjatów, lub ściganego złodzieja. Nie wiedział dokąd, ani jak szedł, potykał się, padał, podnosił, i jęcząc boleśnie zdyszany, rozgorączkowany, przebiegłszy ogromną przestrzeń bez wytchnienia znalazł się w podwórzu domu na Dziekance. Leciał przez wschody, nie otworzył ale wybił prawie drzwi sobą i upadł uznojony u nóg przestraszonéj matki.
Kobieta tak się wylękła o niego czując że coś ukochanemu dziecku zagraża iż wprzód niżeli go się spytała, zaryczała okropnym jękiem. Juljan leżał pół żywy, a krew nosem i ustami mu płynęła.
Był w takim stanie że się z niego słowa dopytać nie było podobna. Matka uklękła nad nim rozpłakana, sama nie wiedząc co począc, domyślając się na przemian, to jakiegoś przypadku, kalectwa, to czegoś nadzwyczajnego co myśl jéj zgadywać nie śmiała. Daleką była od prawdy, dorozumiewała się że był ściganym może razem z innymi akademikami, krew płynąca z ust zdawała się mówić o jakiemś uderzeniu i gwałcie. Obie z Rózią oblewały go wodą a matka budziła najczulszemi wyrazami, Juljan jednak nie przemówił jeszcze, jęczał tylko a otworzywszy oczy za każdą razą, jakby przerażony tem co widział zamykał je spiesznie. Po chwili oczekiwania i najczulszych starań nadaremnych, Rózia z własnego domysłu, pobiegła do sąsiedniego domu po doktora. Był to młody od roku dopiero zamieszkały w Warszawie Izraelita, znany jako jeden z najgorliwszych pracowników około przejednania dotąd wydzielonego ze społeczeństwa plemienia, które miało prawo i obowiązek uważać się za obywateli Polski. Doktór Mayer szczęściem był w domu, znał on Juljana z bliska, bo w jednéj z klinik specyalnych zastępował czasem wykładającego. Rózia oznajmiła mu, jak było, że Juljan powrócił zdyszany, bezprzytomny bardzo zmęczony, padł, rzuciła mu się krew ustami i nosem i słowa z niego dobyć nie było można. Mayer domyślił się zaraz że w tem coś być musiało tajemniczego i pospieszył na pomoc. Znalazł jeszcze młodego człowieka rozciągnionego na podłodze a matkę nad nim lamentującą w rozpaczy. Wiedział już o wszystkiem, nie pytając więc chciał zbadać stan Juljana aby z niego jakiś uczynić wniosek. Ale podniecony puls, rozrzażone czoło, krew która mu się do piersi rzuciła znamionowały tylko wielkie znużenie i doznane wstrząśnienie. Usłyszawszy głos doktora Juljan jakby na nowo przerażony nim, wzdrygnął się, porwał, usiadł, i otworzywszy oczy usiłował zebrać przytomność. Obawa aby ktoś obcy nie doszedł strasznéj tajemnicy, dodała mu siły. Na zapytanie Mayera postanowił skłamać i powiedział mu że gonili go kozacy, że się o mało w ich ręce nie dostał i ten bieg pospieszny połączony z przestrachem był przyczyną choroby.
Ale to na prędce wymyślone kłamstwo nie miało najmniejszego charakteru prawdopodobieństwa; ani lekarz ani matka nie uwierzyli mu, oboje tylko dowiedzieli się, że Juljan znać przyczyny wypadku powiedzieć nie mógł. Lepszy znawca serca ludzkiego i cierpień człowieka, Mayer, zrozumiał i to jeszcze że przyczyna trwogi i niepokoju nie była usunięta. Szanując wszakże tajemnicę Juljana, przekonawszy się że krwi puszczenie nie było koniecznie potrzebnem, przepisał spoczynek, jakiś napój chłodzący i odszedł. Gdy sam na sam zostali z matką, bo Rózia do apteki wybiegła, sprobowała ona wydrzeć choć słowo z zamkniętéj piersi syna, ale naprzód łzy tylko wydobyła, mówić jeszcze nie mógł, obawiał się tak zabić matkę jak sam był zabity; nie wiedział że ona od lat wielu żyła tą trucizną. Napróżno starała się najczulszemi pieszczoty uzyskać wyznanie, zapomniawszy się nieco, wyrwało mu się tylko z piersi kilka razy powtórzone — Ojciec! Ojciec! —
Ten wyraz krwią oblał czoło kobiety, już się prawie domyśliła wszystkiego. Tłumaczyła się jéj rozpacz syna.
— Mów, nic nie taj przedemną, rzekła do niego. Lżéj ci będzie gdy się wyskarżysz, tu idzie o ojca, może ci co na niego powiedziano? on ma tylu nieprzyjaciół! Zaklinam cię, mów mi.
Ale Juljan zdobyć się nie mógł na siłę wyspowiadania nawet przed matką.
Ciężkich kilka godzin zbiegły tak w jękach, we łzach i oczekiwaniu; nareszcie Juljan nieco uspokojony, nic nie chcąc wyznać przed matką, poszedł na górę z myślą oczekiwania napowrót ojca. Stancya porucznika przedzielona tylko była od jego izdebki cienką ścianą, tak że mógł go wracającego posłyszyć.
Gdy się to dzieje na Dziekance, w bawaryj przy ulicy Granicznéj żywa także przygotowywała się scena. Trzeba znać było gorące usposobienie czeladzi rzemieślniczéj Warszawskiéj, aby pojąć z jaką trudnością przychodziło ją powstrzymać w objawach patryotyzmu.
Chociaż i Kuźma i kilku przebranych akademików ostrzegali większą część przychodzących o szpiegach, którzy już byli poznaczeni i o mającem nastąpić najściu policyj, gwarne i głośne rozmowy i wykrzyki zdradzały niecierpliwość tego ludu, który się zrywał do czynu. Wytrawniejsi ludzie więcéj pracujący myślą, szafujący zapał na słowa, łacniéj wytrzymują odwłokę, lud cały pod panowaniem uczucia od niego wprost przechodzić musi do czynu. Rzemieślnicy nie politykując, nie rachując, nie troszcząc się o jutro, chcieli walki dla saméj walki, choćby nawet bez zwycięztwa. Szło im o te chwile, w któréj by długie pomścili upokorzenia, a potém? Choćby śmierć! —
Tak wielkiego poświęcenia bez jakiéjkolwiek nadziei skutku nie godziło się przyjąć, ale niepodobna go téż było powstrzymać, bo zapał rósł z dniem każdym; a gdy ci poczciwi synowie kraju domagali się śmierci, wyrzucając tchórzostwo tym co się jéj obawiali, byłże środek ukazania im niebezpieczeństw i bezużyteczności ofiary?
Wśród najgorętszych domagań się organizacyi, broni, dowódzców, przebiegła te kupki gwarżące wieść o znajdujących się szpiegach i zaczęły narady o sposobie uwinienia się z niemi nimby nadeszła policya.
W jednéj chwili zorganizowano ten wymiar doraźnéj sprawiedliwości. Kilku młodszych rozstawiono na czatach, aby zawczasu znać dali o nadchodzącéj sile zbrojnéj, zręczniejszych zaś wysadzono na to aby poznaczonych kółkami rozdzielić, otoczyć i w kłótnią wprowadzić.
Gdy porucznik popijał spokojnie bawara, zbliżył się doń straszny drab, który usiadł przy tym samym stoliczku i począł z nim rozmowę. Z razu była ona nic nieznacząca, ale nieznajomy zaczął sobie pozwalać takich żartów, że Presler który w sobie szanował podporę tronu począł się już zżymać.
— Kochanie moje, mówił ów wysoki mężczyzna do porucznika, ja czuję, że ty musiałeś gdzieś służyć w wojsku.
— Może się waćpan nie mylisz, rzekł Presler, ale prosiłbym mnie nie tykać.
— Dla czego kochanie moje?
— Bo się tak blisko nie znamy.
— To jest że ty mnie nie znasz i to z twojéj strony bardzo jest wielkim grzechem, powinieneś znać wszystkich takich jak ja.
— Dla czego?
— A macnij no się po kieszeni, masz tam pewnie karteczkę?
— Co za karteczkę?
— Już ja ci tego nie powiem, bo wiem że się domyślisz. Ale słuchaj no, dziś ci to płazem nie pójdzie, żeś tu wlazł. Wybieraj więc, czy wolisz dwadzieścia kijów, czy żebym ci smołą na czole napisał coś za jeden. —
Porucznik zerwał się z krzesła i chciał ku drzwiom, ale uczuł że go z tyłu trzymano, wziął się do kija, ale rąk nie miał, dobył ile miał siły, wołając na pomoc, ale w tejże chwili ta sama operacya odbywała się z kilką jego towarzyszami i podwładnymi. Każdy myślał o sobie. Presler znalazł się w rękach kilku silnych czeladników którzy go straszliwie okładać poczęli. Z rozpaczą prawie, sądząc że już dlań ostatnia wybiła godzina, zasłaniał się rękami, kijem, padał, toczył po ziemi, usiłując o ile mu pamięć dozwalała zbliżyć ku drzwiom. Nie rychło jednak, mocno pobity schronił się do ciemnéj sieni, i nie śmiejąc wypaść na ulicę zatoczył wschodkami do lochu dokąd go już ktoś był uprzedził. Przesiedział tam w milczeniu nie śmiejąc tchu puścić dopóki się zupełnie nie uciszyło.
Po zbiciu szpiegów, wszystka czeladź rzemieślnicza rozpierzchła się tak szybko, że gdy nadbiegła siła zbrojna, którą wcześniéj zawezwał niemiec gospodarz, nikogo już nie było, oprócz dwóch najmocniéj potłuczonych w izbie, a Presler z nieznajomym towarzyszem w szyi lochu. Najzabawniejszem ze wszystkiego było to, że ajenci policyjni żadnego z winnych po nazwisku wymienić nie mogli, bo ich nie znali. Niemiec nawet gospodarz któryby był chętnie wskazał burzycieli pokoju zaprzysięgał, że żaden z dzisiejszych gości, nie należał do tych co zwykle tu uczęszczali. Byli to widocznie robotnicy z innych dzielnic miasta umyślnie na tę wyprawę przeznaczeni.
Gdy Presler dobrze się rozpatrzywszy wylazł nareszcie ze swojéj kryjówki i wszedł do opustoszałéj bawaryi, aby tam poszukać zgubionego kapelusza i czemkolwiek się pokrzepić, zastał już na pobojowisku samą policyą, rannych i gospodarza w szlafmycy narzekającego na te niespokojne Polaki. —
Presler podobniejszy był do widma niż do żywego człowieka, blady, potłuczony, przestraszony i gniewny. I on także nie umiał ani jednego wskazać nazwiska. Była to więc wyraźna policyi porażka. Zbici i cali pocieszali się wódką, któréj obficie dostarczył niemiec strwożony o los swego zakładu, naradzając się nad raportem, jaki złożyć mieli aby swe niepowodzenie utaić. Porucznik pożyczywszy czapki, bo kapelusz jego rozdarty na wpół, podobny był do zdechłego niedoperza, ruszył powoli do domu, wzdychając ciężko nad potłuczonemi kośćmi. Tą razą nawet obficie pochłonięta wódka na głowie jego żadnego nie uczyniła wrażenia.
Jakkolwiek w nieszczęśliwym swym stanie różne go spotykały koleje, po raz jednak pierwszy Presler był tak widocznie poszlakowanym i ukaranym boleśnie. Głęboko więc rozmyślał nad coraz czarniéj jakoś wyglądającą przyszłością, ale odebrane razy obudziły też w nim gniew i zajadłość. Pragnął się pomścić na sprawcach tego zamachu, którzy śmieli tak wysokiego urzędnika poturbować.
— Ja im dam, ja ich nauczę! pomrukiwał przez całą drogę, ja im tego nie daruję, odkryję, wyszukam, i będą dyndać, jakem Presler, jakem Presler, będą dyndać panicze. —
Ponotował był sobie kilka fizyonomii wyrazistszych, a szczególniéj tego wysokiego draba którego za pierwszą przyczynę całéj burdy uważał.
— Już chyba żyw nie będę, albo on się pod ziemię schowa, żebym go w Warszawie nie znalazł, a potem, jak tego szelmę powieszą, zkwituję już z rzemiosła. Byle tylko Julek wyszedł na doktora, niech ich djabli wezmą, służyć nie będę, zostanę uczciwym człowiekiem; bo to takie rzeczy niebezpieczne, że człek i życia niepewien nigdy.
W tych myślach, nieco wcześniéj niż zwykle i daleko pokorniejszy niż zwyczajnie, wszedł po cichu do izby. Żona poznała go po chodzie i żywo pobiegła ku niemu.
— Mów, zawołała, coś zrobił Julkowi, mów zbrodniarzu! Tyś gotów własnemu dziecku kamień uwiązać u szyi.
Rzuciła się nań z taką gwałtownością chwytając go za gardło, że porucznik i tak już osłabły zachwiał się i cofnął.
— Mów, coś zrobił Julkowi!
— Ale ja Julka w oczy nie widziałem, kobieto oszalałaś! Cóż się mu stało?
Ale z za łez i rozpaczy nieszczęśliwéj matki trudno się czego było dowiedzieć. Porucznik powtórzył przerażony:
— Gdzież Julek? co Julkowi?
Rózia która nadbiegła, z wielomownością dziecięcia, z którego jeszcze nie była zupełnie wyrosła, poczęła paplać żywo:
— Tatuniu! Julek wrócił jak szalony do domu, krew mu gębą i nosem ciekła, musiałam chodzić po pana Mayera, co mu zapisał jakieś lekarstwo. Dopiero niedawno troszkę się uspokoił i poszedł do swojéj stancyi.
Porucznik który tak kochał tego syna, że dlań byłby wszystko poświęcił, pobladł i struchlał. Własne cierpienie już mu zupełnie wyszło z pamięci, obawa o syna przemogła je i zwyciężyła.
— Julek, zawołał, Julek chory! Ale cóż ja temu winien?
— Tyś wszystkiemu winien! krzyknęła matka, cierpim przez ciebie i za ciebie. Julek nic mi powiedzieć nie chciał, ale kilka razy wyrwało mu się mimowolnie jakby narzekanie na ciebie. W tym jest twoja sprawa, niegodziwy człowiecze, mów, mów, coś ty mu uczynił?
Porucznik dotknięty boleśnie, nie mógł pojąć co się działo, nie rozumiał téj napaści, ale obawa o syna, nie dozwoliła mu dłużéj trwać w téj niepewności; nie słuchając żony która za nim biegła wyrzekając, poleciał na górę wprost do syna izdebki, otworzył drzwi i przypadł nagle do łóżka na którem Juljan leżał blady. Matka dążyła za nim. Syn jak tylko postrzegł ojca, zerwał się o swéj sile, widać było że miał nieco gorączki, podstąpił ku wchodzącej matce i rzekł do niéj łagodnie:
— Proszę cię zostaw nas samych.
Zawahawszy się chwilę i wyrazisto spojrzawszy na męża, posłuszna matka ustąpiła, ale niespokojna bo nie uszedł jéj wejrzenia pistolet leżący na łóżku Juljana.
W głowie porucznika wrzało i przewracało się, jakaś dziwna obawa chwytała go za serce w obec własnego dziecięcia.
Juljan nie będąc spokojnym, był jednak uspokojonym nieco i panem siebie. Gdy matka wyszła, zamknął za nią drzwi na klucz.
— Zbyt dobrze wychowaliście mnie, mój ojcze, rzekł powoli, ażebym nie wiedział, co się odemnie rodzicom należy. Wiem i to, że ani dziecię za rodziców, ani rodzice za dzieci przed sprawiedliwym sądem Boga i ludzi odpowiadać nie mogą, ale samo prawo Boże tak związało rodzinę że cokolwiek dotknie jednego z jéj członków chlubą lub sromotą odbija się na wszystkich. Ojcze, powiedz mi mamli sobie odebrać życie z rozpaczy? jestli to prawda, co mnie dziś o mało nie zabiło...?
Juljanowi zabrakło odwagi, porucznik się wszystkiego domyślił, a miłość dla dziecka natchnęła go jakąś nieograniczoną bezczelnością.
— Co? co ma być prawdą? mów!
Juljan zawahał się jeszcze.
— Mów mi zaraz. —
— Ty służysz rządowi?
— Ja rządowi? ja? któż ci to powiedział? ja? stary wojskowy! com za ojczyznę krew przelewał! uderzył się w piersi.
— Zkądże ta potwarz? kto śmiał ją rzucić, mów, ażebym mu język wydarł z gęby. Kto to ci powiedział?? kto! kto? kto?
Porucznik z taką to mówił gorącością, tak pragnął syna oszukać i tak zrozpaczonemu dziecku wydał się oburzonym że Juljan pobladłszy strasznie ze złożonemi rękami padł przed nim na kolana, a potem twarzą na ziemię ściskając go za nogi.
— Ojcze, zawołał rozczulony, przebacz! daruj! zapomnij! Szło mi o ciebie, o nas wszystkich. W téj chwili gdy się budzi ojczyzna, usłyszeć obwinienie takie, jest wyrokiem śmierci. Przyznam ci się nie mógłbym był wytrzymać ohydy naszego imienia. Patrz! oto broń nabita, chciałem sobie życie odebrać.
Porucznik ledwie się trzymał na nogach ale niebezpieczeństwo syna dodawało mu sił do heroicznego kłamstwa.
— O! ludzie, zawołał, kogoż ten złośliwy język nie dotknie! I mnie? mnie? com walczył za kraj, co prześladowany nędzę znoszę śmieli posądzić.
Tu zatrzymał się i nagle spytał:
— Gdzież? kto ci to powiedział?
— A! nie wiem! nie znam go, ten zbrodzień wskazał mi ciebie ręką i po dwakroć powtórzył — To szpieg....
Porucznik straszliwie się oburzył, chodził po izbie wyrzekając, klnąc, przysięgając przed synem że to była najohydniejsza potwarz.
Poczciwy Juljan myślał tylko jakby ojca ukołysać i uspokoić. Chodził za nim, całował go po rękach, przepraszał. — Presler pierwszy raz w życiu grał tak dobrze komedyą że go o nią posądzić nie było można, syn zaklinał się że gdyby drugi raz spotkał człowieka (którego szczęściem twarzy nie widział) życie mu odbierze.
Tak się skończyła ta scena między ojcem a dziecięciem, ale Presler poruszony nią choć się obawiał żony zszedł do niéj jeszcze. Przed nią kłamać nie było można, ona wiedziała wszystko.
— Słuchaj, rzekł rzucając na nią ognistemi oczyma, wiesz ty co czy nie?
— Mówiłam ci że nic nie wiem.
— Juljanowi jakiś szatan powiedział żem ja szpieg, Juljan chciał sobie w łeb strzelić! — Uspokoiłem go, przysiągłem, patrzajże mi kobieto, żeby się nic nie dowiedział! Ja ci życie wydrę.
Żona odepchnęła go ze wzgardą.
— Milcz! rzekła, ty nie masz prawa żadnemu z nas grozić, nikomu robić wymówek; tyś tak spodlony, że ani ojcem w domu ani mężem nie godzien jesteś nazwać się; tyś sprzedany sługa moskiewski! A jeśli kiedy na nas spadnie pomsta Boża to za ciebie. Nie groź, idź, milcz i pij swoją sromotę.
To mówiąc odstąpiła od niego i powoli poszła do izdebki syna. Księżyc był zszedł na niebie, Juljan otworzył okno i uspokojony, prawie szczęśliwy patrzał na wypogodzone sklepienia napawając się wiosennem powietrzem. To spojrzenie na świat Boży było dlań modlitwą. Chwilami tylko wspomnienie wypadków, myśl że ktoś był na świecie co śmiał ten straszny zarzut ojcu jego uczynić zachmurzała jego czoło, poczuł matkę blisko siebie i uśmiechnął się do niéj aby ją uspokoić.
— Idźcie spać, rzekł, mnie już dobrze, mnie już nic, bądźcie spokojni! jam szczęśliwy! —


W pierwszych dniach po opisanych wypadkach porucznik chodził podwójnie, moralnie i fizycznie przybity, zapał jego znacznie był ochłodł, nie brał się tak gorąco jak wprzody do swojego rzemiosła, spełniał je z niechęcią, można było sądzić że chce porzucić. Ale kogo raz w swe szpony porwie ta siła szatańska, tego z nich nie wypuszcza tak łatwo. Zawołany musiał być posłusznym, przypomniały się też odebrane razy i zemsta odżywiła, a pamięć doznanego przestrachu z Juljanem, powoli zacierała. Pił tylko znowu więcéj niż dawniéj i powracał do domu milczący, chmurny, nieprzytomny, żona popychała go na łóżko ze wzgardą, i najczęściéj spał nawet nie zdejmując odzieży. Dopiero nad ranem przebudziwszy się ukradkiem ją z siebie zciągał.
Ale po pewnym przeciągu czasu, wróciło wszystko do dawnych kolei. Porucznik był starym Preslerem, a otrzymana jakaś gratyfikacya obudziła w nim trochę przytartą gorliwość.
Zapomniał był zupełnie o pułkowniku z którym się spotkał u Lipkaua, i o szpiegowaniu go, gdy w parę tygodni zetknął się z nim na ulicy.
— Cóżeś to mi tak zniknął? rzekł do niego pułkownik. Zwykła wymówka przyszła na usta Preslerowi, powiedział że był chory przez dni kilka.
— Coś mi też i biednie wyglądasz, dodał stary wojak, gdybyś kiedy przyszedł do mnie jakbyśmy się szerzéj rozgadali, możebym ci się ja na co przydał, a ty mnie...
Presler skłonił się i postanowił z zaproszenia korzystać.
Słówko o pułkowniku.
Był to żołnierz z 31 roku jeden z tych rzadkich ludzi których trzydzieści lat cierpień i rozmyślań nie ostudziły w sprawie krajowéj. Nie potrzebujemy nalegać na olbrzymią różnicę dwóch rewolucyj przedzielonych od siebie więcéj niż ćwiercią wieku; gdyby pierwsza z nich miała ducha drugiéj, albo druga te materyalne zasoby jakie pierwszéj służyły, Polska byłaby już swobodną. Gdy z dzisiejszego naszego stanowiska spojrzym na rewolucyą 31 roku i porównamy ją do dzisiejszéj, uderza nas niesłychany postęp, zpotęgowanie ducha, jedność jakiéj naówczas nie było, poświęcenie daleko ogólniejsze i daléj idące. Ale też sam początek pierwszéj rewolucyi 31 roku i jéj charakter, był całkiem odmienny. Tam na czele stały osobistości, jednostki, tu bezimienny ogół, tam naród wlókł się naśladowniczym torem powtarzając cudze dzieje, tu urobiła się instynktowo forma właściwa działaniu, nasza własna, do okoliczności stósowna; tam na czele stało wojsko i szlachta, tu stan średni, mieszczanie, rzemieślnicy, młodzież, żydzi. W 31 roku kobiety z okien tylko rzucały bukiety, dziś pełny ich Sybir i cytadela. Różnice są niesłychanie wielkie: Chłopicki, Skrzynecki, Radziwiłł, Krukowieccy i t. d., tu Ćwiek, Wawr, Kruk, Bosak, Fricze, imiona nieznane a bohatérstwa olbrzymie. Tam robili ludzie, tu współdziała cały ogół, tam były stronnictwa, tu jest jeden naród, bez różnicy stanu, wyznania, płci i wieku. Gdybyśmy pisali historyą a nie proste opowiadanie powszednich wypadków téj chwili, należałoby wskazując tę różnicę ukazać zarazem że bez krwawéj a nieszczęśliwéj próby 1831 roku, rok 63 byłby niepodobieństwem. Z tych błędów pierwszéj rewolucyi skorzystaliśmy wielce, lata cierpienia dały dojrzałość, skorzystaliśmy także i z cudzych doświadczeń a nadewszystko, powiedzmy szczerą prawdę, nie wstydźmy się wyznać, że w rękach ludzi rozsądnych, poważnych, wytrawnych, wszystkie te cuda które się dziś dzieją byłyby niepodobieństwem. — Potrzeba było ślepéj wiary, szału niedoświadczenia i młodości aby się tak rzucić na stokroć potężniejszego wroga, i zadać mu klęski tak ciężkie. Materyalnie przygnieceni, moralnie odnosim olbrzymie zwycięztwa, zrywamy maskę, pokazujemy światu bezsilność téj potęgi, przed którą drżała niedawno Europa. Wszystkośmy to winni jedności, zgodzie wewnętrznéj, i posłuszeństwu które, oby do końca wytrwać mogło!!
Pułkownik Zagrzebski, którego pospolicie młodzież lubiąca spieszczać i przemieniać nazwiska, zwała starym Zagrzebą, był to waleczny żołnierz z 31 roku który i nic nie zapomniał i wiele się nauczył. Choć posiwiał i złamany był na ciele, w duchu pozostał młodym; ciągłe obcowanie z młodzieżą którą kochał utrzymywało go w téj czerstwości która jest darem wybranych. Lat trzydzieści spędził to w wiosce swéj którą miał pod Płockiem, to w Warszawie, to, gdy było można, za granicą. Upadek pierwszéj rewolucyi przygniótł go, ale nie odebrał mu nadziei, powtarzał po cichu piosenkę z 31 roku:

Bo co się dziś nie powiodło
Może się jutro powiedzie....

Najmniejszy ruch w Europie, każda iskierka nadziei, rozpłomieniała go natychmiast, przylatywał do Warszawy, niespokojny dowiadując się co się tam dzieje i zastawał najczęściéj ludzi poziewających i zdumionych że się jemu coś na wsi śmiesznego przyśniło!!
Dopiero w 1861 przyjechawszy do Warszawy uradował się niezmiernie, postrzegłszy że się na coś poważniejszego zanosi. Przystąpił tedy całem sercem i duszą do rozpoczynającego się ruchu. Wdowiec bezdzietny, przybrał sobie za synów wszystkich gorliwszych pracowników oswobodzenia, był ich mentorem, doradzcą, często kasyerem i najserdeczniejszym towarzyszem. Kochano też Zagrzebę jak ojca.
Przy niezmiernym zapale pułkownik nie grzeszył zbytnią ostrożnością, był trochę fatalistą, powtarzał często: co ma wisieć nie utonie, a co ma żyć tego robaki nie zjedzą. W sprawie krajowéj postępował sobie prawie zuchwale, ale mu się bardzo szczęśliwie udawało. Gdy drudzy najzabawniejszemi otaczali się ostrożnościami, on ledwie niezbędne zachowywał. Chociaż w chwili, o któréj mowa, wybuch zdawał się jeszcze daleki, młodzież jednakże gorzała chęcią przysposobienia się do niego, wyrywano sobie i przepisywano książeczki o mustrze piechoty, jazdy, kosynierów, o wojnie partyzanckiéj, jeszcześmy jednego karabina nie mieli gdy drewnianemi strzelbami młódź się po pustych kątach robić bronią uczyła. Naturalnie do tych mustr pokątnych, do tych potajemnych prelekcyj, Zagrzeba był używany jako nauczyciel i pomocnik, ale stary, liczbie swych uczniów coraz rosnącéj i ich natarczywości wystarczyć nie mógł. Szukał sobie pomocników i przy pierwszém spotkaniu z Preslerem umyślił go zbadać i użyć do wyręczenia siebie. Wprawdzie nie bardzo za nim przemawiało to, że był z wojska wypędzony, lecz pułkownik nie dobrze sobie przypominał przyczynę téj kary, zdawało mu się że to było jakieś małe przestępstwo, które zbyt surowo ukarano. O ludzi było ciężko, brał więc pierwszego jakiego pod ręką znalazł.
Presler jeszcze się nie domyślał do czego mógł być użytym, ale jakiemś przeczuciem grał przed pułkownikiem rolę wielkiego patryoty. Poczciwy stary nie posądzał nigdy i nikogo o kłamanie tego uczucia, zdawało mu się że niepodobieństwem jest aby można podobne świętokradztwo popełnić. Nie zwierzając się więc jeszcze całkowicie Preslerowi, dał mu tylko do zrozumienia że go do czegoś użyć może w sprawie ogólnéj. — W pierwszéj chwili gdy się o tem dowiedział porucznik strwożył się i ucieszył razem. Dotąd miał tylko posłannictwo wyszpiegowywania drobnych rzeczy wcale podrzędnéj wagi, tu mu się trafiała gratka, która wprawdzie wiele przynieść mogła, ale zarazem na rozgłos i niebezpieczeństwo go narażała. Jakkolwiek zepsuty Presler wahał się mocno, odstręczała go szkarada postępku, obawa o syna który się o nim mógł dowiedzieć, ale z drugiéj strony gdyby się tajemnica zachowała, mógł wiele zyskać. Pułkownik tą razą ostrożniejszy niż kiedykolwiek, nie mając się od kogo o człowieku dowiedzieć postanowił sam go zgłębiać, kazał mu codzień do siebie przychodzić i powoli się z nim zapoznawał. Presler nie był mu sympatyczny, odkrył w nim zaraz pijaka, ale miał jakąś słabość do biboszów, i utrzymywał zawsze że skłonność do trunku dowodzi poczciwości, bo kto ma się z czem ukrywać, ten się zawsze upić lęka.
W tym czasie narad i projektów organizacyi gdy mimo już dość ostrych przedsięwziętych przez moskwę środków, wszystko się skupiało i porządkowało, późno w noc jednego dnia pułkownik rozstawszy się z Preslerem wyszedł na miasto. Chociaż mu wcale nie mówił o celu swojéj wycieczki, szpieg się łatwo domyślił że szedł na jakąś schadzkę i nie będąc jeszcze pewnym czy z tego skorzysta, przez właściwą rzemiosłu ciekawość, powlókł się za starym zdaleka. Wkrótce nabył zupełnéj pewności że się nie mylił, bo pułkownik krętemi uliczkami poszedł do jednéj z wielkich fabryk przerobionéj ze starego kościoła i klasztoru. Gmach ten położony dosyć odlegle, ożywiony tylko we dnie, miał pozór zupełnéj pustki. Wszystkie bramy były pozamykane, w żadném oknie się nie świeciło, nie było najmniejszego objawu życia do koła. Zdala stojący Presler posłyszał tylko pukanie i policzył ile razy i jak we drzwi uderzono.
— Oho! rzekł w duchu, tu coś jest!!
Ale wnijść za pułkownikiem daléj nie było podobna. Presler przytuliwszy się do parkanu naprzeciw, i obwarowawszy od oczów ludzkich, pozostał na straży. Widział jak kilka jeszcze osób do téj saméj furty w ten sam sposób stukało, potem po kilkogodzinnem oczekiwaniu, dopilnował jak się wszyscy w milczeniu rozeszli, i nie wiedząc jeszcze jaki z téj wiadomości wyciągnie użytek, poniósł się z nią do domu. —
My pójdziemy za pułkownikiem.
Przeszedłszy puste podwórze klasztorne które już dziś straciło charakter jaki dawniéj miało, Zagrzeba sklepionemi drzwiczkami dostał się do dolnéj sali która dawniéj była refektarzem klasztoru. Architektura, spiczaste sklepienia, wązkie okna, framugi przypominały jeszcze dawne jéj przeznaczenie. Dziś był to skład rozmaitych materyałów żelaznych w fabryce potrzebnych. Dziwnie one odbijały w tem miejscu niegdyś dla cichych uczt zakonnych przeznaczoném. Wielka część refektarza nie była zajętą, w swobodniejsze dnie i wieczory mieszczono tu szkółkę rzemieślniczą, były więc ławy, stół i parę skromnych lamp przy ścianach. Gdy pułkownik wszedł, już się tu kilka osób znajdowało. Byli to widocznie ludzie wszyscy średniego stanu, ale różnych zajęć i powołania. Po rysach twarzy poznać było można kilku izraelitów po raz pierwszy dzielących prace i niebezpieczeństwa swych braci. Przynosili oni z sobą do wspólnéj skarbony właściwą im przebiegłość i wytrwałość; wprawę w tajemniczo ciche działania któremi wśród prześladowań utrzymywali się przez wieki; przykład wielkiéj spójności, a naostatek i materyalne zasoby które nie były do pogardzenia. Szlachta którą ciężko wyleczyć z dawnych przesądów, widząc korzyści tego przymierza, przyjmując je, nie mogła jednak do ostatka oswoić się z tą myślą, że przyjdzie może w poświęceniu i gorliwości, niejednemu żydowi ustąpić. Nie można zaprzeczyć, że późno zawarta zgoda była z obu stron szczerą i serdeczną, ale ażeby stała się rzeczywistą, potrzeba było jeszcze czasu i pracy. Zdaje się że przyszłość dokona tego dzieła tak uroczyście rozpoczętego w dniu drugim marca.
Ojciec Serafin, którego nieco znamy z pierwszéj powieści, kręcił się tu ocierając z jednéj strony o starego izraelitę w atłasowym żupanie, z drugiéj o pastora protestanckiego w czarnym obcisłym surducie. Litewski Tatar przybyły umyślnie z pod Trok, bratersko się witał z drugim księdzem, a wieśniak z pod Łowicza zażywał tabakę którą mu gościnnie podawał jakiś galicyjski hrabia. Była to istna arka Noego, w któréj po parze każdego stworzenia się znajdowało; arka z któréj po potopie krwi, wyjdzie może kiedyś nowy świat polski, a przeszłość nasza stanie się szacowną przedpotopową pamiątką....
Ani ów zapał trochę nazbyt wystawny i krzyczący, gdy po konstytucyi 3. Maja Małachowscy i Potoccy sześciokonnemi karetami, z hajdukami i liberyą, jechali się zapisywać w księgi mieszczaństwa Warszawskiego, ani braterskie obietnice 31. roku, nie dorównają nigdy znaczeniem i powagą skromnym, cichym faktom 61. roku. Z wyjątkiem kilku chwil głośniejszego zapału, wszystko się tu odbywało w ciszy i tajemnicy, które były rękojmią szczerości. Nie mogło się nic czynić na pokaz, bo się nic nie pokazywało. Jedną może z największych ofiar, do jakich człowiek jest zdolny, były nieustanne poświęcenia miłości własnéj: starzy szli pod rozkazy młodzieży, ludzie w narodzie zasłużeni ustępowali z pokorą przed nieznajomymi, którzy ich przewyższali zapałem. Nie dla tego że to jest naszém, ale dla świętéj prawdy po stokroć uznac należy że nigdy dzieje nie przedstawiły podobnego obrazu. Mając choć cząstkę jego malować czujemy najmocniéj jak to co nam się wydaje bezsilnem i niedostatecznem, wnukom może naszym (jeźli żyć będą nasze wnuki) zda się przesadzoną apologią. Znajdzie się aż nadto ludzi co kiedyś, późniéj, odmalują ciemne części tego obrazu, nam się on wydaje tak jasnym i złocistym, purpurą krwi i lazurami nadziei ubarwionym jak owe cudowne wizerunki, które natchniona ręka błogosławionego Anioła z Fiesole kreśliła w chwilach zachwycenia. — Jak w jednych tak w drugich nie ma prawie cieniów, są same światłości. — Z trudnością moglibyśmy opisać tę scenę pod sklepieniami starego refektarza, zarzuconego żelastwem przemysłu, gdzie z jednéj strony patrzała na zgromadzonych przeszłość tych murów, z drugiéj teraźniejszość uosobiona w narzędziach pracy, scenę braterskiego porozumienia ludzi, których jeden cel gromadził w to miejsce.
Różne były rady, lecz zgodzono się łatwo na potrzeby organizacyi, któréj główne zarysy przyjęto. Rozprawy te nie wchodzą w zakres naszéj powieści, powiemy tylko że pułkownik, który po raz pierwszy gmach ten oglądał, a dawno już szukał jakiejś sali, w któréjby mógł bezpiecznie niecierpliwą młodzież mustrować, skorzystał z tego wieczora i wyrobił sobie pozwolenie i klucz od refektarza. Ponieważ nie było broni a czekać na nią nie chciano, kije i strzelby drewniane miały tymczasowo zastąpić karabiny i bagnety. — Miejsce było ustronne, ze wszech miar bezpieczne, nikt się w fabryce pustéj nie mógł schadzek nocnych domyślić. Zagrzeba odszedł uszczęśliwiony. —


Gdyby można przypatrzeć się całéj walce jaką w duszy człowieka złe jego skłonności z resztkami cnoty prowadzą, a często jakiś niezrozumiały fatalizm gnający do złego, którego średniowieki nazywali szatanem — ten dramat duszny byłby zaprawdę goręcéj zajmującym, nad wszystkie trajedie greckie.
Niema zapewne człowieka, któremuby w życiu złe nie przychodziły myśli, ale to są ziarna które wiatr rozwiewa, dopiero czyn zły wkorzenia chwast na wieki. — Jak te pól naszych ciernie i osty które co rok wycięte z każdą wracają wiosną, tak uczynki jakąś siłą tajemniczą, wiążą ze złem człowieka.... Kto się raz napił, pić będzie, mówi francuzkie przysłowie.
Presler wrócił do domu walcząc z sobą, to chwytany pokusą zużytkowania tego odkrycia, to wstręt czując do niego, to odkładając na późniéj i t. p. Czuł on, że ten krok stanowczy może go albo podnieść wysoko, albo go kosztować drogo; gra była niebezpieczna i wielka. Chwilami żal mu było trochę tego poczciwego pułkownika, który mu ufał i mimo wspomnień dość niekorzystnych, nie całkiem go potępiał, o innych już mu szło mniéj daleko. —
Tego wieczora przeciw swemu zwyczajowi powrócił trzeźwy, co mocno zdziwiło żonę, i wziąwszy klucz poszedł do siebie na górę. Słyszano go chodzącego długo, wzdychającego ciężko, a około północka zszedł do Kachny żądając aby mu przyniosła wódki. Służąca, która się nigdy podobnych poselstw bez wiedzy pani nie podejmowała, poszła jéj spytać o pozwolenie. Wynikła ztąd naturalnie scena burzliwa, kłótnia małżeńska, wzajemne groźby i łajania, a porucznik trzasnąwszy drzwiami poszedł sam do szynku. Żona mu tylko zapowiedziała, że go napowrót do domu nie wpuści....
— Bierz cię djabli z twoim domem, krzyknął rozwścieklony porucznik i pociągnął do pani Szymonowéj na Bednarską. Tu jeszcze się jedna lampka świeciła, kilku jakichś ludzi gwarzyło w drugiéj izbie, a w pierwszéj z podziwieniem zastał niby drzemiącego znanego sobie kolegę niejakiego Muszyńca, który wszystkich stanów i rzemiosł w życiu wypróbowawszy, nakoniec oparł się aż w policyj. — Muszyniec, mały człeczyna o jedném oku, bo drugie gdzieś w drodze życia zgubił, więcéj widział jednem, niż dużo ludzi dwóma. Był to djablik nie człowiek, na pozór słabowity, a wytrwały jak żelazo. Miał wprawdzie tęż samą wadę co Presler, bo był nałogowym opojem, ale ów władał nałogiem nie nałóg nim. Czasami po cztery tygodnie wódki w gębę nie wziął, trunku żadnego nie skosztował, potém nagle zamykał się na kilka dni, pił aż do choroby, i wychodził blady, zmęczony — ale już trzeźwy. — Muszyniec był najniebezpieczniejszym ze szpiegów, bo miał nadzwyczaj wiele sprytu, nie potrzebował wszystkiego słyszeć, wiele się domyślał, a z każdym człowiekiem jego językiem mówić umiał. Stary wyga, nie cierpiał porucznika, porucznik go téż nie znosił, ale udawali oba serdecznych przyjaciół. Zachmurzył się Presler zobaczywszy przeciwnika na swojém miejscu, powitał go jednak dosyć grzecznie i, primo impetu poszedł się wódki napić, czując się jakoś osłabionym.
— A WaćPan nie pijesz? spytał Muszyńca.
— Ja nie piję, teraz takie czasy, odpowiedział zagadnięty, że się w wódkę wdawać nie można, słodka ona jest, ale bestya zdradliwa.
— Mały kieliszek, rzekł Presler, ochładza i pokrzepia.
— Krzep się i ochładzaj, ja dziś nie piję. —
Porucznikowi jakoś smutno było solo ze swym nałogiem występować. —
— Eh! rzekł, dla kompanii!
— Widzisz serce, zawołał Muszyniec, ja jak piję to już nie kieliszkiem, ale flaszką. —
— To pijmy flaszką. —
— Widzisz, jak ja zacznę flaszką, to dociągnę do półtuzina, a jak półtuzina wypiję, zaczynam półgarcówką i potém ze mnie trup.
— Co to gadać, rzekł Presler, to bałamuctwo; damy sobie słowo honoru, że nad flaszkę ani kropli.
— Co z tego, kiedy ja jestem taki człowiek, odparł Muszyniec, że gdybym sobie najśliczniejsze słowo dał, to go natychmiast odbiorę, a jak piję, to mnie żadna ludzka siła nie wstrzyma....
— No to tak, dodał Presler, pod kpem, po jednym kieliszku....
— Mnie się zdaje, mój kochany, że oba na to nazwisko zasłużym, abyśmy się tylko przytknęli do szkła....
Po długich ceregielach Muszyniec jednakże zgodził się na flaszkę patryotycznéj kontuszówki. Byli sami, a że napoje tego rodzaju otwierają serca i usta, zaczęło się od użalań nad nieszczęśliwą dolą, policyantów. Presler nie wahał się to nazwać psim chlebem.
— Co to, mój kochany, psi chleb, psy lepszy jedzą! człowiek między ludźmi chodzi jak parszywy, każdy go omija, żona, jeśli ją w rygorze nie trzymać, oczy zapluwa, dzieci się wstydzą, piekło na ziemi, ale z drugiéj strony kiedy się nic nie umie i nic poczciwego robić nie chce, trzeba żyć i tą strawą zatrutą. Powiedz ty mnie, na cobym ja albo na cobyś ty się przydał? obadwa nawet świń paść nie potrafimy...
Presler mruczał, ale pił, Muszymec uśmiechnąwszy się rzekł mu z cicha:
— Trafia mi się gratka, jeżeli się to co myślę uda, wezmę gruby grosz i wyniosę się do djabła gdzie za granicę, bo mi to rzemiosło dojadło. Tam sobie będę mógł albo odpoczywać albo po dyletancku, tylko kiedy niekiedy, czemś ważniejszem się zabawiać...
— To jużeście coś napatrzyli? spytał Presler.
— Od kilku dni śledzę cicho, szepnął drugi, grube ryby zbierają się tu w jednem miejscu na uboczu, tak że je wszystkie w jeden sak ułowić będzie można.
Tknęło coś Preslera, żeby to nie były czasem też same na które polował.
— A gdzie to? gdzie? spytał.
— Myślisz żem tak głupi i dam ci pieczonego gołąbka do gęby? dosyć ci wiedzieć że sobie wybrali fabrykę, która się o mroku zamyka, budynek pusty, ciemny, trzeba było przypadku, żebym ich tam przydybał...
Z tych słów domyślił się łatwo Presler że oba na jedno wpadli. Zamilkł, dopili kontuszówki mało co mówiąc do siebie, i rozeszli się każdy w swoją stronę.
Noc była wiosenna, jasna, powietrze łagodne, cisza uroczysta, rzekłbyś, że swoim płaszczem okrywała szczęście, tuliła uśpionych snami błogiemi, ale w téj ciszy złowrogiéj, w tym chwilowym rozejmie, dusza czuła przygotowanie do wielkiéj walki. Ani Moskale stojący na straży tego sztucznego spokoju, ani Polacy nie mieli ufności w jutrze, wszystko znamionowało krwawą walkę, straszną burzę, któréj ten pokój wymuszony był przygotowaniem. Presler nie mogąc czy nie chcąc powrócić do domu, powlókł się ulicą głęboko zadumany, bijąc się z samym sobą, czy miał natychmiast z odkrycia swego korzystać, lub czekać jeszcze aby mu się to rozjaśniło. Przychodziły mu zgryzoty sumienia, wątpliwości, wstręty, obawy, ale wkrótce po nich następowało jakieś uczucie niepokoju, zazdrości, chęć wyprzedzenia Muszyńca i odebrania mu tego łupu. W naturach zezwierzęconych często spotykamy, w miejscu innych powodów do czynu, taką zazdrość namiętną, która pcha do pochwycenia przed drugim tego o czem się inaczéj może nie pomyślało. Presler szczególniéj czuł się dotknięty tem, iż go Muszyniec mógł uprzedzić. Wahał się długo, walczył z sobą z obawy, aby się syn nie dowiedział, ale w końcu szatańska pokusa przemogła. Przewłóczył się prawie noc całą po pustych ulicach nad Wisłą, dniało już, gdy rozgorączkowany postanowił pospieszyć z denuncyacyą, aby odkładając ją nie zmięknieć. —
— Julek nie może wiedzieć, nie dowie się; co ma Muszyniec schwycić mi z przed nosa, wolę ja wziąć, a potem bywajcie zdrowi!...
Myśl ta tak mu utkwiła w głowie, że natychmiast postanowił pójść do owego sekretnego biura na Długą ulicę i tam czekać na pana naczelnika, ażeby się z nim o cenę krwi, o zapłatę zbrodni ułożyć. Zdawało mu się, niedoświadczonemu jeszcze w większéj wagi sprawach (gdyż dotąd do małych tylko był używany) że się będzie mógł potargować o ten nieszczęśliwy towar, który przynosił.
Dostukawszy się do biura znalazł tam tylko zaspanego stróża i pijanego kancelistę nad resztką wódki przyniesionej z szynku; flaszka stała bezbronna i Presler wyczerpnął z niéj trochę siły do oczekiwania. Pan naczelnik, który lubił kolacyjki, długo po nich zwykł był zasypiać. Nie doczekał się więc go Presler aż po dziewiątéj i część ranka przespał na ławie w kancelaryi. Gdy się przebudził, kancelista z nabrzękłemi oczyma rewidował flaszkę, rachując się z sumieniem czy mógł tak dużo z niéj wypić. Już to dla uniknienia drażliwych zapytań z jego strony, już z niecierpliwości, przybyły natychmiast się zameldował do naczelnika. Trafił na najgorszą chwilę. Człowiek ze snu przebudzony po wczorajszéj biesiadzie, im ona była weselszą i obfitszą, tem ją czarniejszym odpokutowuje humorem. Pan naczelnik z rękami w kieszeniach, kwaśny jakby się octu napił, chodził po pokoju wielkiemi krokami, ziewał i był przygotowany do niemiłosiernego łajania podwładnych. —
Ledwie się Presler we drzwiach ukazał, nasiadł na niego z góry:
— Dobrze że też ja ciebie widzę! Co mi robicie? za co pieniądze bierzecie? w mieście spiski i bunty, rząd o niczem nie wie, na was się spuszcza, a wy darmo chleb jecie! Co to jest? co to jest? Co wy sobie myślicie? Jesteście chyba w zmowie z tą hałastrą!
Gdy nieco odetchnął pan Radca, Presler poszepnął, że przychodzi z raportem.
— Pewnie znowu jakie głupstwo funta kłaków nie warto, — rzekł wzgardliwie naczelnik. —
— Przepraszam pana Radcę, odpowiedział Presler, ale to gruby interes i spodziewam się, że pan będziesz łaskaw stosowne mi zapewnić wynagrodzenie.
Na te słowa, które były jakby wstępem do targu, Radca się uniósł takim gniewem, tak począł grozić i fukać, iż Presler na prawdę się uląkł. Naciśnięty, natychmiast wyśpiewał wszystko, a w miarę jak mówił, pan Radca znacznie się udobruchawszy, złagodniał, rozczulił się i zatrzymał Preslera chcąc się zaraz naradzić nad środkami korzystania z odebranych wiadomości. —
O owéj wielkiéj spodziewanéj nagrodzie ani mowy nie było. W tego rodzaju ciemnych i zawikłanych sprawach zawsze wyżsi biorą zapłatę zbywając podrzędnych obietnicami. Pan naczelnik dla siebie spodziewał się pieniężnéj gratyfikacyi, może krzyża, może wyższej posady, a Preslera mógł wybornie zbyć jakiemi dwuchset złotyma, z których jeszcze połowa zostawała w jego kieszeni.
Exporucznik miał tylko tę pociechę, że Muszyńcowi wydarł spodziewaną gratkę. Dzień cały upłynął w potajemnych przygotowaniach do obsaczenia wieczorem wskazanéj fabryki i pochwycenia wszystkich którzyby się w niéj znajdowali. I Presler i naczelnik mieli nadzieję pochwycić tam naczelników sprzysiężenia.
Tymczasem gotowało się wcale co innego. Pułkownik na ten dzień zgromadzić miał młodzież i uregulować naukę robienia bronią, do któréj się ona rwała. Chciał zrazu użyć Preslera za instruktora ale nie był go jeszcze pewnym, a nawet znaleść nie mógł. Inny stary żołnierz poszedł na jego miejsce. Gdy dobrze zmierzchło, część téj młodzieży która tak niecierpliwie wyglądała dnia rozpoczęcia potajemnéj mustry, powoli schodzić się zaczęła do fabryki, w któréj już oczekiwał na nią pułkownik. Drzwiczki odmykały się nieustannie, ale po za niemi i za murem rozstawione straże i policya czyhały już tylko na zebranie się wszystkich aby ich razem zagarnąć. —
Chłopcy schodzili się pospiesznie a pułkownik poglądając na te piękne zapałem rozjaśnione twarze, uśmiechał się i płakał razem z radości. Ściskał i całował każdego, zapoznawał się z nimi i jakby wkrótce miał ich prowadzić do boju dawał nauki jak się w obec nieprzyjaciela znajdować było potrzeba.
Obraz jaki przedstawiała ta sala słabo oświecona w któréj siwy już wojak rozgorączkowaną młodzież, to hamował, to rozpalał przypomnieniami przeszłości, był wielki swą prostotą i tym spokojem wśród niebezpieczeństwa które stanowiło charakter wszystkich czynności naszéj epoki. Każdy z nich wiedział na co się narażał tą nocną schadzką w któréj kije wprawdzie zastępowały broń, ale na któréj celu i myśli omylić się nie było podobna. Śmiechy i żarty towarzyszyły téj improwizowanéj mustrze gwarnéj, wesołéj i ruchliwéj. Zamiast karabinów, na kształt ich i podobieństwo powyrabiane z drzewa bronie służyły większéj części, gdy reszta miała tylko proste kije, a jeden stary żołnierz co ich uczył, zardzewiały karabinek wydobyty widać z długiego ukrycia. W chwili gdy ustawieni we dwa rzędy chłopcy maszerowali jakby już szli na szeregi moskiewskie stukot jakiś dał się słyszeć u drzwi, wprawne ucho starego żołnierza poznało brzęk broni uderzonéj o posadzkę korytarza. Z wszystkich twarzy znikł wyraz wesołości, a straszliwa odmalowała się niepewność.
Jeden z młodzieży pobiegł po za machiny do ciemnego okna, i ujrzał, wśród dosyć jasnéj nocy, cały budynek ostawiony rzędem żołnierzy. Na okrzyk jego, wszystko się rozbiegło po sali, szukając sposobu wyrwania lub ukrycia, pułkownik jeden został na swojém miejscu jak wryty, przerażony, osłupiały, poczuwszy że był niejako odpowiedzialnym za zgubę téj młodzieży. Szukał on w głowie sposobów ratunku, ale już do drzwi stukać i kolbami je wybijać zaczynano. Przytomny bo nie jednem doświadczony niebezpieczeństwem pułkownik skinął na żołnierza, do którego przyłączyło się kilku śmielszych, aby drzwi zabarykadowano, stojące blisko machiny dostarczyły do tego materyału. — Przeciągnięto parę młynków i kilka sieczkarni podpierając niemi łamiące się już podwoje.
Po pierwszéj chwili przerażenia nastąpiły rady i rozmysły jakby się jeszcze ratować. — Sala miała z obu stron okna dosyć wysokie, ale niemi wkrótce się też moskale do wnętrza dostać mogli; pod jednemi widać już było przesuwające się bagnety. Pułkownik badając pozycyą, wdrapał się z drugiéj strony na przymurek, aby zobaczyć czy się tamtędy wymknąć nie będzie można. Na nieszczęście i tu stało wojsko i policya. We drzwi walono coraz mocniéj a co chwila oknami można się było tych gości spodziewać. Nim się jednak salę dobywać rozmyślili z téj strony ktoś z młodzieży dostrzegł w głębi refektarza zamurowane w jednę cegłę drzwiczki, ale nikt nie mógł powiedzieć dokąd one wychodziły. Być bardzo mogło iż i po za niemi stali żołnierze, ale równie téż spodziewać się godziło że z téj strony mogło być nieosadzone przejście.
Gdy moskale szturmują do drzwi pułkownik zakomenderował aby kołem żelaznem które się pod ręką znalazło próbować wybić dziurę w murze. Na tę ostatnią nadzieję ratunku skupiły się wszystkich siły; zaczęli tłuc, parę cegieł wypadło i chłodny wiatr powiał od pola. Za otworem nie widać było moskiewskich żołnierzy. Drzwi te za dawnych czasów prowadziły do korytarzy późniéj obalonych; Moskale widząc goły mur bez drzwi i okien nie widzieli potrzeby, ubezpieczyć go strażą. Nadzieja wstąpiła w serca wszystkich. Cegły sypały się z obu stron otworu który się coraz powiększał, ale tuż i żołnierze nie mogąc drzwi wyłamać, wstrząsać zaczęli oknami. Komuś na myśl przyszło pogasić światła i wszystkiemi siły starać się wyłom w murze rozszerzyć. Z biedy można się już było nim przecisnąć. Ale w chwili gdy uznano możność ucieczki wszyscy się wstrzymali chcąc naprzód ocalić pułkownika. Skryty w ciemnościach ani chciał o tem słyszeć i krzyknął tylko głośno:
— Do sto tysięcy fur bataljonów djabłów! mazgaje jakieś, korzystajcież z Bożéj łaski, słowo żołnierskie, że inaczéj nie wyjdę jak na ostatku. — Wy młodzi potrzebniejsi jeszcze jesteście ojczyznie, od starego jak ja trutnia, jam tu was wprowadził i jak kapitan z rozbitego okrętu ostatni wyjdę lub zginę....
Jeden czy dwóch z wielką biedą wydostało się przez otwór, gdy moskale wpadli do sali a razem z nimi policyanci z latarkami; postrzegłszy ów otwór zaraz go równie jak drzwi i okna opanowali. —
Nie było tam ani narzekania, ani jęku, ani upadlających prośb, które tych katów zmiękczyćby nie mogły. Głuche tylko milczenie przerywane ich naigrawaniem, przekleństwy i głuchemi razami. Niekiedy krzyk wydobył się z piersi jakby przechodzącą siły boleścią wydobyty, ale umilkł natychmiast poskromiony męzkiém wytrwaniem.
Moskale bijąc i znęcając się wydobywali młodzież ze wszystkich zakątków sali. Pułkownik stał wzięty między cztery bagnety ze spuszczoną głową i jakby zobojętniały. Trudno opisać radość oprawców, gdy ujrzeli tyle ofiar w swoim ręku, ale dowodzący téj wyprawie oficer policyjny, który się innego połowu spodziewał, klął po moskiewsku widząc, że to nie byli wcale naczelnicy spisku ale chłopcy młodzi, na których policya miała tysiące sposobów ujęcia ich w swe szpony. Pułkownika oddzielono jako najważniejszego z więźniów, wsadzono do dorożki i powieziono przodem, gdy resztę bocznemi uliczkami popędzono do cytadeli.


Żona Preslera była jedną z tych nieszczęśliwych kobiet, które tylko miłość macierzyńska trzyma jeszcze przy życiu; niegdyś bardzo piękna, czego jeszcze ślady na jéj twarzy pozostały, niegdyś szczęśliwsza, powoli przyszła do tego stopnia niedoli, w któréj człowiek na pół drętwieje, budziła się z tego snu tylko aby cierpieć przyszłością syna, dolą córki, obawą o tego męża, dla którego miała tylko pogardę i obrzydzenie. Całe dnie spędzała przy pracy zadumana, wijąc ten kłębek myśli szarych który przędzie nieszczęście; ręce jéj machinalnie zajmowały się robotą a w głowie marzyły się ciągle, ciągle jedne obrazy przyszłych nieszczęść, które się jéj zdawały nieuniknionemi. Widziała męża to ze stryczkiem na szyi, to z piersią przybitą, córkę swą zamiatającą błoto uliczne, syna z zakrwawioną skronią, żółtym gdzieś na bezdrożu przysypanego piaskiem. Nie umiała się modlić ale gdy boleść bardzo jéj serce ucisnęła, płakała. Płacz to był cichy, prawie spokojny, spadający wielkiemi kroplami, po którym było lżéj na sercu, i znowu powracało to odrętwienie które zwykłym jéj było stanem. W niem pełniła ona machinalnie wszystkie powszednie życia obowiązki myślą będąc gdzieindziéj; podobna do chodzącego posągu bez mowy i czucia. Tylko kroki wracającego do domu Juljana i świeży wesoły głos jego wstrząsały nią i rozbudzały — wracało słowo na usta, czasem uśmiech nawet. Na chwilę stawała się dlań czułą i łagodną istotą, tak jak widok męża obudzał w niéj prawie szał i wściekłość. Obojętniejszą nieco była dla córki chociaż ją także kochała, ale w duszy miała to dziecię zawczasu za stracone, gdy Juljana spodziewała się ocalić i dla tego przywiązywała się doń mocniéj. Było to jedne z tych dziwactw serca niewytłumaczonych, które się często spotykają po świecie; czasem do słabszéj, czasem do silniejszéj istoty czujemy się pociągnieni nieumiejąc wytłómaczyć co nas z nią tajemniczo wiąże. Tego wieczora jak zawsze Preslerowa siedziała przy świécy u roboty, a Rózia obok niéj także z igłą w ręku, gdy Juljan wbiegł odnosząc klucz od swego pokoju i wszedł do izby pożegnać się z matką.

— Dla czegoż klucz odnosisz? spytała go, czy nie myślisz dziś powrócić?
— Bardzo być może, odpowiedział uśmiechając się, że jeśli się opóźnię to u którego z kolegów przenocuję.
— Wolałabym żebyś wracał do domu, odezwała się matka. Teraz czas taki niespokojny, możesz gdzie w podejrzanem miejscu nocować, zabiorą cię z innymi....
— Moja matuniu, rzekł chłopak po cichu, kiedy drudzy cierpią, albom to ja co lepszego od nich, żebym się miał tak bardzo szanować i ukrywać... co tamtym to i mnie...
— O! nie mówże mi tego.
Chłopak zamilkł, spuścił głowę, pocałował matkę w rękę, siostrę w czoło i z wesołą poszedł piosenką. Słychać go było długo na wschodach nucącego: Boże coś Polskę, pieśń, którą wówczas wszyscy nieustannie powtarzali, która mimowolnie przychodziła na usta każdemu.
Za nim poczęła ją po cichu śpiewać Rózia, a matce słuchając, po chwili łzy popłynęły rzęsiste. Córka postrzegłszy je zamilkła. —
W tém milczeniu przerywanem westchnieniami długi nieznośnie wieczór upłynął, nareście Rózi kazała kłaść się matka, a sama nie mogąc spać i nie chcąc tracić czasu zasiadła do innéj roboty, czekając na męża. Sama myśl jego powrotu i obraz tego człowieka, który zawsze opiły przywlekał się aby swym oddechem zatruwać powietrze tego kąta cichego, — nabawiała ją strachem, obrzydzeniem i dreszczem.
Północ już była wybiła na miejskich zegarach, gdy powolny, ciężki chód dał się słyszeć na wschodach. Preslerowa która tyle razy czuwając oczekiwała męża i syna i umiała rozpoznać ich kroki, wiedziała że to nie był Juljan, który zwykle biegł żywo, cicho, z tą zgrabnością młodzieńczą, która zdaje się nie tykając ziemi, być raczéj lotem niż biegiem. Presler stary po pijanemu bił się w tych ciemnych wschodach dobrze sobie znajomych, przekleństwami sypiąc po drodze. Tą razą był to chód opieszały, wolny, ciężki, przytomnego człowieka, który idąc się ociąga, jakby się do celu dojść obawiał.
Zdziwiła się kobieta, gdy te kroki tak niepodobne do zwykłego chodu jéj męża zbliżyły się do drzwi i Presler wszedł powoli w czapce na oczy nasuniętęj, blady i milczący. Miał on fizjonomią człowieka, który z zimną krwią popełnił wielką zbrodnię i łamał się pod jéj ciężarem, napróżno udając spokojność. Spojrzawszy nań żona, przeraziła się gorzéj niż gdyby był jak zwykle pijanym, oczy jego stojące słupem, usta wykrzywione, dziwnie płaczliwy uśmiech który po nich igrał, głębokie przytem marszczki na czole i drżenie konwulsyjne policzków nie mogły ujść oka biednéj Preslerowéj. Porucznik postąpiwszy kilka kroków padł na krzesło, zwiesił głowę na piersi i dobywszy zwitek papierowych pieniędzy drżącą ręką rzucił go na stół wołając głosem ochrypłym:
— Kobieto weź to dla Juljana!
Ale żona, która w każdym innym razie byłaby skwapliwie pochwyciła ten zasiłek tak pożądany, przyjrzawszy się twarzy męża, nie miała odwagi go dotknąć. Oblicze tego człowieka mówiło tak dobitnie o popełnionym występku, pieniądz zarobiony tak wyraźnie o nim poświadczał, że się łudzić nie było podobna. Nieszczęśliwa przystąpiła doń zwolna, wlepiła weń swe czarne wypłakane oczy i zapytała po cichu:
— Coś ty zrobił?
— Nic, odparł Presler.
— Jakto nic! Cały się trzęsiesz.
— Jestem na czczo, rzekł Presler z dzikim uśmiechem. — Dajcie mi co! dajcie mi co! Te wyrazy głucho z obłąkaniem prawie wymówione mrozem przeszły kobietę, rzuciła się na pieniądze aby z ich ilości powziąć jakiś domysł o wypadku. Było tam nędznych dwieście złotych w poszarpanych papierkach, kwota dość znaczna jak dla Preslera, przecież niezwiastująca żadnéj nadzwyczajnéj zbrodni.
Presler, który przed chwilą żądał aby mu się coś napić dano, już był o tem zapomniał. Siedział z oczyma wlepionemi w podłogę a po ustach jego igrał złowrogi uśmiech poprzedzający zwykle obłąkanie. Był tak różny od siebie, tak przybity, że się nad nim nawet żona ulitowała.
— No, cóż ci tam jest? Co ci takiego, czyś chory?
— Ale nic! nic! nic! krzyknął gwałtownie Presler, bijąc pięścią o stół. Kiedy mówię że nic, to nic!
Potem wstał i mrucząc przechadzać się począł. Kobieta odstąpiła lękliwie, siadła na swem miejscu i w milczeniu zatopiona zajęła się daléj robotą. Presler chodził a chodził, tarł ręką po czole, szarpał na sobie odzienie, a niekiedy z przymusem niby coś nucić próbował. Pora do snu dawno minęła ale ani Preslerowa, ani on nie myśleli o spoczynku; ona trochę jeszcze oczekiwała na syna, on sam nie wiedział co się z nim działo, ale zasnąćby był nie mógł.
Około pierwszéj ktoś zaczął stukać do bramy. Kamienica mieściła w sobie bardzo wielu lokatorów; trafiało się często że ktoś z nich późno powracał, hałas u bramy nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, przecież słysząc go wstrząsnęli się jakiemś przeczuciem oboje. Po chwili, ostrożne i nieśmiałe kroki na wschodach słyszeć się dały, a gdy się do drzwi zbliżyły Preslerowa spiesząc naprzeciw wybiegła. Równocześnie prawie otworzyły się one powoli i na progu ukazał się młody człowiek którego matka często z Juljanem widywała, blady, w oszarpanem trochę odzieniu, zmęczony. Na widok matki zmięszał się jeszcze bardziéj i zaczął niby pytać o Juljana, ale wzrokiem szukał z daleka przechodzącego się ojca. Po jego twarzy, zalęknieniu poznać było można, że nie przychodził darmo. Dowiedziawszy się jednak od matki że Juljana nie było chciał się cofnąć gdy porucznik machinalnie zbliżył się do niego. Chwytając chwilę kiedy matka zdawała się obróconą gdzieindziéj młody człowiek dał znak Preslerowi że chciałby mu coś na osobności powiedzieć. Ale w chwili gdy ten ruch uczynił oczy kobiety pochwyciły go, serce zadrżało, domyśliła się już jakiegoś nieszczęścia które przed nią ukryć chciano, i porwała młodzieńca za rękę ciągnąc go za sobą na środek izby.
— Na Boga! człowiecze, krzyknęła, mów, zaklinam cię, mów, ty coś wiesz! o Juljanie, chcesz coś przedemną utaić, dawałeś znaki jemu! jam matka, jam pierwsza o wszystkiem wiedzieć powinna, ja cię nie puszczę póki mi nie powiesz.
Młody człowiek zawahał się, na widok téj boleści, łzy mu z oczów pociekły. Presler stał osłupiony, tylko wargi i twarz konwulsyjnemi ruchy mu drżały.
Była to chwila strasznego milczenia.
— Nieszczęście! nieszczęście! rzekł nareszcie młody człowiek, słabym drżącym głosem.
Cóż się stało, cóż się stało? Nie zabity? krzyknęła matka.
— Nie. Ale jest schwycony, odpowiedział przybyły, razem z wielą innymi — ja sam nie wiem jakim się cudem ztamtąd uratowałem. Byliśmy zebrani w jednéj fabryce dla mustry, było nas tam kilkudziesięciu, miejsce zdawało się pewne, podły jakiś szpieg denuncyować nas musiał. Dwóch czy trzech uciekło wyłomem w ścianie zrobionym, reszta dostała się w ręce moskali.... Juljan z nimi....
Jeszcze nie dokończył opowiadania gdy Presler ryknął jakimś dziwnym głosem, rzucił się, potem zerwał, biegał jak szalony i natychmiast chwyciwszy kapelusz nieobejrzawszy się nawet na nikogo pędem z domu wyleciał.
Nieszczęśliwéj matce więcéj niż przeczucie, prawie pewność wskazała zabójcę syna — był nim własny jego ojciec.


Pan naczelnik spoczywał na łonie rodziny i w paradnym tureckim szlafroku, z cygarem hawańskim w ustach zapijał wonny czaj, którym go kupiec ruski jego przyjaciel obdarzył, gdy służący dał mu wiedzieć że od zarania jakiś bardzo niepoczesny człowiek dopraszał się gwałtownie posłuchania.

Że to była godzina rodzinnego życia rozkoszom poświęcona, w któréj radca lubił być swobodnym, i nikogo zwykle nie przyjmował, mocno go oburzyła ta śmiałość jakiegoś obdartusa i kazał go wypchnąć za drzwi.
Pan naczelnik który wąchał przez jakiś czas petersburskie błoto, przywiózł zeń wszystkie obyczaje i narowy moskiewskich czynowników. W salonie wieczorem był to bardzo miły, słodki i nieco sentymentalny człowiek. Wziąć go było można za sielankową istotę ucywilizowaną, trochę epikurejskich nałogów, ale wcale dobrą i niestraszną, za sybarytę lubiącego się bawić, dobrze zjeść, smaczno się napić i starającego unikać kłopotów. Ale pod tą pokrywką człowieka słabego, zniewieściałego i łagodnego przez miłość własną, krył się zwierz zimno drapieżny, któremu największe podłości i okrucieństwa nic nie kosztowały. Całe jego życie obrachowane było na zyski i korzyści materyalne, gdzie nie można było wziąć pieniędzy, tam się zręcznie wyłudzało prezenta. Wygodnie ów i wytwornie urządzony gabinet w którym pan naczelnik odpoczywać raczył, cały się składał z darów przez przyjaciół i klejnotów z powodu różnych interesów złożonych. Meble wprawdzie były kupione, ale niecałkowicie zapłacone i stolarz się o resztę upominać nie śmiał; cygaro które palił było darem jakiegoś przemytnika, herbata którą pił ofiarą kupca, szlafrok zapłatą za małe szelmostwo, biórko prezentem nieszczęśliwego rzemieślnika, a drobne fraszki okrywające je pamiątkami różnych usług oddanych niby bezpłatnie. Żona jego chodziła w darowanéj salopie i wyszachrowanym szalu. W domu tym dziwiono się niezmiernie gdy jaki zuchwalec przyszedł się upomnieć o pieniądze, całe społeczeństwo powinno się było składać na wygody dostojnego urzędnika który tak troskliwie czuwał nad jego spokojem.
Po wydanym rozkazie wypędzenia natręta hałas dał się słyszeć u drzwi, potem jakieś szamotanie i w wypartych siłą podwojach ukazał się naprzód blady Presler, potem służący który go niemiłosiernie w tył za kołnierz odciągał. Porucznik tak się silnie opierał, że zostawiwszy kawał oddartéj sukni w rękach lokaja, wpadł do pokoju i prosto rzucił się do nóg naczelnikowi który się mocno przestraszył. Ale poznawszy Preslera i widząc go tak poruszonym dał znak służącemu aby odszedł.
— Trutniu jakiś! zawołał, czego ty mi tu włazisz? Wiesz że zakazano jest jak najsrożéj przychodzić do mnie do domu, jak ty śmiesz się tu pokazywać? Co cię tu u licha przyniosło?
Porucznik miał minę zupełnie obłąkaną, trząsł się, chwytał go za nogi, płakał, mówić nie mógł.
— Zwarjował łajdak, czy co! krzyknął naczelnik.
— Syn! syn! mój! Panie ratuj mi syna! wzięli mi jedynaka, róbcie zemną co chcecie, wyślijcie mnie na Sybir, do kopalni, zetnijcie mi głowę ale syna uwolnijcie!
— Co ty pleciesz? gdzie? jaki syn?
— Syn! syn wczoraj — tam — tam gdzie ja naprowadziłem, między tymi co ich wczoraj wzięto, mój własny syn! Ja go muszę mieć, wy mi go musicie uwolnić. Panie! zedrzyjcie ze mnie skórę, wart jestem piekła i najstraszniejszych męczarni, ja własnego zgubiłem syna!!
Mówił to głosem drżącym, zbolałym któryby był skałę poruszył, ale pan naczelnik obyty był widać z jękami ludzkiemi. Nieraz może w cytadeli przytomny był indagacyom dokonywanym za pomocą rózek i kijów. Jęki rozpaczy obijały się o pierś jego nie dochodząc do jéj głębi. Wieczorem w salonie rozczulał się gdy mu się trafiło pieskowi nóżkę przydepnąć, ale w sprawowaniu urzędu, asystował nieraz gdy po sto rózek dawano słabym starcom lub niedorosłym dzieciakom; nie robiło mu to najmniejszéj różnicy, jadł potem smaczno bifstek u Bouquerela i unosił się nad śpiewem panny Rivoli w teatrze. Zapomnieliśmy dodać że był bardzo muzykalny, słynął z miłośnictwa teatru a szczególniéj rozmiłowanym był w balecie i — baletniczkach. —
Na krzyk ojca, z odpoczywającego łagodnego człowieczka stał się on nagle urzędnikiem.
— Idźże mi ty precz! zawołał. Jak śmiesz z taką sprawą przychodzić do mnie? Syn twój był między tymi buntownikami, winien jest i pójdzie z innymi w Sybir.
— Panie! krzyknął Presler, to być nie może, ja mam przecie u rządu zasługi, ja się dla was okryłem sromotą, ja wam stu wydam za niego jednego! Wygrzebię, z pod ziemi wykopię, ale mi tego jednego oddać musicie!
— Co to jest musicie? głupcze jakiś! odpowiedział zimno radca, ja cię tu nauczę tak gadać do mnie; idź mi zaraz precz! i nie śmiéj nawet ust otworzyć o tem.
Presler jeszcze raz zwlókł się do jego nóg i zaczął płacząc je ściskać.
— Panie, zawołał, i ty masz dzieci, pomyśl gdyby ci jedno z nich schwycono? ja mam jednego tylko syna!!
— A czemże to on lepszy od drugich co za to samo w Sybir pójdą? rzekł naczelnik. Jednego miałeś, trzeba ci go było inaczéj wychować, oddać do służby, a nie puścić go samopas i rzucić między tę młodzież zarażoną buntowniczym duchem. —
— Prawda, winienem panie! rzekł jęcząc Presler, tak jest! jam winien, ja, nie on — źlem go wychował, powinienem być ukarany. Karzcież mnie, wieszajcie, bo ja i tak żyć nie będę, wydawszy własnego syna w ręce oprawców,
— Co to jest oprawców? oburzony zawołał naczelnik. Głowę tracisz, oprawców? ty rząd nazywasz oprawcami?
Na te słowa Presler który razem z nadzieją tracić zaczął cierpliwość, zerwał się z podłogi, stanął przed nim groźny i rzekł dzikim głosem:
— Tak! wy jesteście oprawcy, oprawcy wszyscy co wam służą, ja stałem się katem ale mi oddacie syna lub... biada wam! biada wam!
To mówiąc podniósł pięść do góry, pan naczelnik pobladł i znowu z urzędnika stał się owym łagodnym wieczornym człowiekiem.
— Cichoż, cicho, moje serce, rzekł, co bo ty tak temi rękami wywijasz? Dajże pokój, upamiętaj się, pomiarkuj!
— Oddacie mi syna? wołał drżącym głosem Presler.
— Ale wszystko się może zrobić, tylko ty z temi rękami daj pokój, nie krzycz, idź, ochłoń, a już tam jakoś późniéj zobaczemy...
Presler nagle z gniewu przeszedł znowu do błagającéj postawy, zaczął go ściskać za nogi i całować.
— Dobroczyńco mój, rzekł, życie za ciebie położę, będę ci służył, stanę się twoim niewolnikiem, uczynisz ze mną co zechcesz, ale na Boga uwolnij mi tylko syna.
— Już tylko cicho, idź idź, rzekł przestraszony naczelnik, zrobi się co będzie można, ale sobie idź... proszę cię... kochanku!
Ale Presler jak przykuty odejść nie mógł, płakał, powtarzał jedne prośby i ledwie z wielkim trudem można go było za drzwi wyprawić.
Naczelnik spotniały jakby wyszedł z łaźni, trzęsąc się z przestrachu, wyleciał drugiemi drzwiami z pokoju i nie mógł przyjść do siebie aż po śniadaniu u Stoczkiewicza, gdzie jednę butelkę wina więcéj wypić musiał. Zapłacił za nią wprawdzie obywatel przybyły z prowincyi, z którym się świeżo zapoznał.


Wypchnięty od naczelnika Presler błąkał się po mieście jak oszalały, po głowie jego najdziksze wiły się myśli, najśmielsze snuły projekta, bądź co bądź bodaj ofiarą życia chciał syna ocalić, myślał się udać bodaj do samego cara aby mu wydrzeć tę ofiarę. Chwilami wiała nań jakaś nadzieja że sam naczelnik syna mu uwolni, że jego zasługi otrzymają nagrodę, to znowu oddawał się rozpaczy przypomniawszy, że z gardła katom żadna nie wracała ofiara. Tych których wypuścili raz, wzięli powtóre i potrzecie, nie jeden z podejrzanych tylko, po kilka razy Sybir oglądał. Na młodzież szczególniéj byli łakomi, żadnemu nie przebaczano. Widziano synów urzędników wysokie zajmujących stanowisko, zakutych w kajdany i pędzonych na wygnanie. Preslerowi wszystkie wypadki, o których słyszał, przychodziły na pamięć. Błądząc od kancelaryi do domu naczelnika, wszędzie pytając o niego napróżno, sam nie wiedząc jak zawlókł się do domu, ale tu chwili wytrzymać nie mógł, pustka była straszliwa, przypomnienia powiększały zgryzotę.
Matki nie było w domu, Rózia siedziała w oknie z zapłakanemi oczyma, Kachna płakała w drugim kącie, drzwi stały otworem, na kuchni nie było ognia, wszędzie smutek jak po umarłym którego tylko co wyniesiono na cmentarz. Presler nie śmiał pójść na górę bo by musiał przechodzić koło drzwi izdebki syna. Cichym głosem zapytał córki gdzie matka, dziecko odpowiedziało mu że nic nie wie, i porucznik z obłąkanym wzrokiem, z zaschłą wargą wyszedł znowu do bióra przy ulicy Długiéj. W tym dniu jak wiek długim, potracił godziny, zgubił pamięć, zapomniał o wszystkiem, pamiętał tylko że był katem własnego dziecięcia. Przechodząc gdzieś około zegarmistrza spotkał się z godziną w któréj zwykłym obyczajem naczelnik powinien był być w biórze. Pospieszył więc, ale zaraz przy drzwiach zastał ustawionych policyantów którzy mu na próg wnijść nie dali, napróżno prosił i nalegał, odpowiedziano mu, że jeśliby się ważył hałasować, mają rozkaz odprowadzenia go na ratusz. Na wielkie prośby, po kilku poselstwach w towarzystwie dwóch stróżów został wprowadzony przed oblicze pana naczelnika.
Było ono straszliwie groźne, chmurne, zagniewane. Porucznikowi kazano mówić od progu a pan Radca dla bezpieczeństwa trzymał się w drugim końcu sali, poglądając bojaźliwem okiem na swego podwładnego. Widocznie scena poranna i owa pięść która mu tak blisko oczów mignęła, jeszcze się przypominały. Presler widząc te wszystkie przygotowania stał się bardzo pokornym.
— Panie naczelniku, rzekł, pan mi przyrzekłeś! zlituj się nademną!!
— Wybij ty to sobie z głowy żeby dla twoich pięknych oczu, rzekł surowo naczelnik, rząd miał schwyconego z bronią w ręku buntownika uwolnić. Podziękujesz Panu Bogu jeśli go z drugimi nie powieszą, a o przebaczeniu ani myśleć.
— Aleś mnie pan przyrzekł! przerwał Presler.
— Nic ci nie przyrzekałem, a teraz ci to tylko przyrzec mogę, że jeśli mi się poważysz raz jeszcze przyjść z temi piskami i czas zajmować to cię każę tam zasadzić zkąd niełatwo wyliziesz...
Groźba ta podziałała widać na Preslera, całą jego nadzieją były własne starania, zląkł się aby go nie zaaresztowano. Naczelnik, który w téj chwili na niego spojrzał, postrzegł na bladéj twarzy dwa strumienie łez, które cicho płynęły i po dwóch zmarszczach głębokich schodziły do ust zaciśniętych. Gdyby był miał trochę serca byłby się poruszył widokiem tego człowieka; egoista zakamieniały pocieszył się tylko tem że już drugi raz pięści koło twarzy swéj nie zobaczy.
Presler szukał w głowie innego ratunku, nic już nie mówił i gdy się pan radca spodziewał jeszcze długich skarg i pisku, odwrócił się nagle do drzwi i wyszedł.
To jego wyjście tak nagłe po gwałtownéj scenie rannéj zdawało się naczelnikowi nienaturalnem, podejrzanem, czuł że ten człowiek tak dziwnie prędko uspokoić się nie mógł, trwoga go jakaś przejęła, pomyślał nawet czy nie wypadałoby go aresztować, ale potem dał pokój. W głębi jednak był bardzo niespokojny.
Presler mijając pośrednie stopnie wprost postanowił udać się do jenerała który naówczas był na czele komisyi i od którego los jego syna całkowicie zależał.
Radbym tu przy téj zręczności skreślić charakterystykę panów Jenerałów wojsk moskiewskich, którzy tak znakomitemi czyny odznaczają się w walce z odradzającą Polską.
Dzienniki pełne są okrucieństw żołnierza, barbarzyństw pijanéj tłuszczy, przemocy nad bezsilnemi, zbrodni w żadnéj od dawna wojnie nieznanych. Litość jest dziś uczuciem zabronionem, miłosierdzie chrześciańskie słabością kary godną. Próżnoby o to obwiniać to głupie żołdactwo które po pijanemu samo nie wie co robi, system i jego wykonanie są dziełem starszyzny, tych jenerałów właśnie o których wspomnieliśmy, równie walecznych na placu boju gdy idzie o dobijanie rannych i rozstrzeliwanie bezbronnych, jak znakomitych w indagacyach sądów wojennych, w wyrokach, i w administracyi powierzonego im kraju. Ani turek ani tatarzyn nie mógłby być nad nich okrutniejszy, żadne też plemie mongolskie głupszem od nich być nie może. Z wielkiéj gorliwości na usługi swojego cara jenerał moskiewski gotów zgwałcić wszystkie prawa boskie, byle za to mógł dostać błagodarność lentę, a w ostatku donacyą. Chociaż w postępowaniu jenerałów nie widzimy wielkiéj różnicy i zdawaćby się mogło że wszyscy w jednéj formie odlani, są ich, jak małp, rozmaite gatunki.
Nie jesteśmy grzeczni w porównaniu, ale godzi się za to mordy i pożogi choć słowem wzgardy odpłacić.
Jenerałów rosyjskich podzielić można na klas kilka, wszyscy przecie do drapieżnych zwierząt należą. Choć jedni powierzchownie wyglądają na łagodnych, drudzy umyślnie dziko pokazać się pragną, w ogóle cechą determinującą podziały i stanowiącą charakter, jest język jakim mówią. —
Jest, jenerał mówiący tylko po rosyjsku, drugi który umie po francuzku, trzeci co woli niemiecki język, bo z tym się w gębie urodził, naostatek jenerał mówiący wszystkiemi językami, nawet po polsku.
Pierwszy który zwykle dosłużył się z nizkiego stopnia jest sobie człowiek prosty chodzący regularnie do cerkwi, zwykle dosyć stary, ubóstwia cara, popów całuje po rękach, żyje z pensyi, posłusznie wykonywa wszystkie rozkazy, ale miewa serce w piersi i jest po trosze człowiekiem o ile car mu nim być pozwala.
Ze wszystkich gatunków, tego jeszcze nad innych przenieść można. Owe półświatełko wymałpowanéj cywilizacyi bez wiary, zasad i przekonań jeszcze na jego skroń nie padło, nie wyrzekł się on ani starych przesądów, ani starych życia prawideł; ślepe, jak wszyscy, narzędzie każe w pień wyciąć gdy ukaz przyjdzie wycinać, ale po cichu zapłacze. —
Już ten drugi, który się nauczył po francuzku, i udaje liberalnego, który w nic nie wierzy i gotów rodzonego brata sprzedać za gwiazdkę na szlifach, daleko od pierwszego jest gorszy. Szczególniejszym fenomenem życia tych ludów autodidaktów, które porządnego wychowania nie przechodziły, którym tyrania służyła za niańkę, jest to właśnie, że z oświaty i cywilizacyi zamiast brać miód, biorą gnoje. Moskal cywilizowany nie nauczy ci się nic zdrowego, nic co silnym i potężnym czyni człowieka, zlizuje tylko zgniliznę cywilizacyi, bierze z niéj próżność, pychę, zamiłowanie zbytku, rozpustę, wszystko co stanowi ułomność, a nie co daje siłę. Nie jest to winą cywilizacyi że z niéj truciznę wyciągnąć można; z jednych materyałów pszczoły wyrabiają miód, a węże jady.
Jenerał który umie po francuzku często bywa liberalny w słowach, ale spytaj jego służących jak się z nimi obchodzi, żony jak z nią żyje i podkomendnych jak ich kradnie! W salonie, którego język i tuzinkowe frazy łatwo chwytają, są to ludzie przyzwoici, niektórzy z nich czytali nawet wiele, ale nauka nic na życie nie wpłynęła. Gatunek ten dałby się na wiele podgatunków rozdzielić, musimy tę wielką rozmaitość zostawić przyszłemu monografowi téj dzikiéj istoty, — dodamy tylko że jak urzędnik moskiewski w salonie a w biurze jest istotą zupełnie różną, tak jenerał ów w kraju i za granicą całkiem do siebie niepodobny. Jest to cechą tych istot służebnych, że wszędzie z sobą noszą swe niewolnictwo, przed carem są to lokaje, a często rajfury, u wód gdzieś w Nicei lub Londynie udają ludzi. Trzeba ich widzieć gdy z téj rekreacyi powracają ad limina Carorum, gdy kapelusz okrągły lub dżokejską czapeczkę mieniają na ostatniéj stacyi wkładając kaszkiet z gwiazdką i mikołajowskie palto. Kto ich spotkał na ulicach Paryża a zobaczy potém w Wierzbołowie lub Sosnowcach może ich śmiało niepoznać. Z dobrodziejstw cywilizacyi przywożą do domu najczęściéj szczotkę do paznokci, trochę pomady, a czasem wstawione zęby i umalowane włosy. —
Jenerał który umie po niemiecku jest naturalnie niemcem, a że połowa jeśli nie więcéj Rosyi jest niemiecka, on tu sobie jak w domu. Zdaje się, że sąsiedzi nasi germanowie robiąc u siebie porządek, skrzętni gospodarze, wymietli wszystkie śmiecia za moskiewską granicę.
Jest wiele szlachetnego i zacnego w tych Niemczech których nie lubim, ale proszę mi pokazać jednego człowieka Niemca w służbie rossyjskiéj? Od dawna uznani za pedagogów Moskwy niemcy uważają się tu za istoty szlachetniejszego rodu i przodkują wszędzie moskalom.
Była chwila, gdy nienawiść ku nim krajowców dochodziła już prawie do exasperacyi, ale w teraźniejszéj walce z nami niemcy nie ustąpili moskalom i zarobili sobie znowu na prawo obywatelstwa. Jenerał niemiecko-ruski nie jest tak pokaźny, nie tak fanfaron jak poprzedzający; pracuje, bierze pieniądze ostróżnie, stara się o jakąś specialność, narodowości swéj łatwo się wyrzeka, wiary wypiera, z ochotą żeni się z moskiewką bogatą, dzieci daje na łup prawosławiu i służąc wiernie carowi dobija wysokich pozycyj, wielkiego wpływu i znacznego majątku. Z niemiecką systematycznością na zimno wyrozumowując gotów rznąć, zabijać i palić podpierając się w potrzebie filozofią historyi, historyą filozofii, ekonomią polityczną, Machiawelem, Gansem, Heglem i kim wreszcie chcecie — jest to mąż uczony i wytrawny, nadewszystko wytrawny. Wielki czciciel siły, jenerał niemiecki ugina przed nią czoło, służy jéj a w przypadku gdyby mu trzeba zmienić mundur lub opinią, na wszystko gotów.
Ma jednak słabostkę, choć się niby zaparł swéj narodowości, pomaga po cichu wszystkiemu co niemczyznę szerzyć może w Rossyi. W istocie przekonany on jest, że Imperium rossyjskie omyłką tylko liczy się do państw słowiańskich, a rzeczywiście jest to przez niemców zawojowana Mongolia. Może on ma i słuszność. —
Ostatni gatunek jenerała wychowanego tak szczęśliwie że umie i po angielsku i po włosku, może ze wszystkich jest najniebezpieczniejszy. Człowiek ten co się wiele a powierzchownie uczył, najwięcéj téż nabrał zarozumiałości, wierzy tylko w siebie, cara już nie ma za bóstwo ale za narzędzie które zręcznie spożytkować umie; poważny, zamknięty, szanujący się mocno, wie on, że z jemu podobnych robi się w Moskwie wszystko począwszy od kuratora uniwersytetu, ministra oświecenia aż do naczelnika wojennych zakładów, gospodarza skarbowych majątków, dyrektora banku lub wodza wszystkich cesarskich teatrów. Wie on, że może pojechać do Chin za ambasadora, do Paryża po ładną aktorkę lub na Sybir na wielkorządcę. Pamiętny wielkich swych przeznaczeń, szanuje on w sobie to drzewo, z którego może wystrużą jakie maleńkie berełko, lub jaką wielką szubienicę. —
Jenerałowie tego rodzaju z równą łatwością zmieniają suknię wojskową na cywilną, jak frak na mundury. — Są to ludzie z których wszystko się robi w Rosyi, a że wojskowość jest podstawą wszystkiego, ci co chcą dojść wysoko, muszą służyć w wojsku, bo ci którzy tylko byli w służbie cywilnéj zawsze kulawo jakoś idą do góry.
Nie wyczerpaliśmy wcale tego przedmiotu a przecież ponętna jego rozmaitość może nas za daleko uniosła. Dużoby tu jeszcze było do powiedzenia (co się gdzieindziéj jeszcze powiedzieć może) tymczasem wrócim do powieści.
Jenerał do którego postanowił udać się Presler, należał do drugiego gatunku, umiał on po francuzku, ale nauczywszy się późno od jakiegoś francuza rodem z Pskowskiéj gubernii wymawiał: Fiermie la port i t. p. Był to jeden z tych siepaczy których rząd używał zwykle do krwawych posług, przekonany że jak tylko największa zgroza przez władze jest nakazana, już tem samem staje się godziwą, bił, siekł, głodził, straszył, zarzynałby był i palił, byle na to miał ukaz z pieczęcią cesarską. Wierząc że wszelka władza pochodzi od Boga, służył władzy jak Panu Bogu, sprzedał jéj swój rozsądek, którego miał niewiele, i sumienie z którém się nigdy nie rachował. Nałóg srogości wyrobił w nim taką obojętność jaka się rzadko w ludziach spotyka, nabywają jéj czasem, na cierpienia fizyczne, chirurgowie przywykli codzień ręce i nogi piłować, i jenerałowie moskiewscy po tych cytadelach tajemniczych, których męczeństwa płaszcz postrachu okrywa. Był to człowiek lat podpiędziesiąt, z twarzą głupią, bladą, nalaną, przywykły do szerzenia postrachu i swojéj wszechmocności, niewielkiego umysłu, niezbyt nawet przebiegły ale ideał nierozumującego służalca.
Cały jego dzień upływał na badaniach w cytadeli, które gdy obwiniony był mocniéj podejrzanym, a rządowi pilno dowiedzieć się było prawdy, kończyły się zwykle chłostami i katostwem. Jenerał bywał tym exekucyom przytomny, a krzyki nieszczęśliwych wcale już na nim nie robiły wrażenia. Gdy po dniu tak uczciwie spędzonym wracał na łono rodziny na czaj wieczorny, nigdy mu na myśl nie przyszło narzekać na rząd barbarzyński, ale klął tych niegodziwych Polaków co się na dobrodziejstwach moskiewskiego rządu poznać nie umieją. Nie łatwo to było docisnąć się do takiéj matadory (bez kalamburu) ale Presler miał różne stosunki i wychodząc z domu, jakby przeczuciem zabrał ze stołu pieniądze o których żona zapomniała. — Wiedział on dobrze, że po wszystkich moskiewskich większych i mniejszych juryzdykcyach począwszy od stróża aż do jenerała, wszystkim się najuboższy opłacać musi. Pełniąc ohydne obowiązki oprawców ludzie którzy się na nie poświęcili, ciągną zyski i ze strawy więźnia i z niewygód jego i z ostatniéj koszuli i ze wszystkich co doń chcą przystąpić. Gdzieindziéj na świecie znajdzie się zabłąkana litości iskierka, tu litość kupować trzeba za gotowe pieniądze. Sprzedajność równa się barbarzyństwu.
Pod wieczór dnia tego gdy jenerał, mówiąc ich językiem, oddychał, co znaczy odpoczywał, przekupiony sługa wpuścił doń Preslera. Gabinet tego pana życia i śmierci tylu ludzi, wcale nie był podobny do wytwornego buduaru pana naczelnika. Nie znać tu było najmniejszego starania o jakąkolwiek wygodę, plugawa stara kanapa z wysiedzianą poduszką skórzaną służyła za tron panu jenerałowi, prosty stół zarzucony papierami stał przed nim, jedno wygodniejsze krzesełko, szafa bejcowana, zegar lada jaki — otóż i wszystko. Drzwi tylko ten pokój dzieliły od zajmowanych przez jenerałowę z rodziną.
Mikołaj Siergujewicz w surducie mundurowym bez szlif, palił cygara i czytał Inwalida. Gdy Presler wszedł, długo na niego patrzał. Zwyczaj badania nie opuszczał go i teraz, chciał się domyślić człowieka nim z nim miał mówić. Ale postawa porucznika nic go nauczyć nie mogła.
— Nu, czego tam chcesz? zapytał w końcu.
Nim rozpoczął mówić Presler, przyszedł pokornie, a raczéj przypełznął, aż do jego kolan i całował je płacząc.
— Nu, gadajcie!
— Panie jenerale, jestem ajentem policyjnym, służyłem rządowi wiernie przez lat kilkanaście, mogę powiedzieć, żem i wiele za to zniósł i dosyć się nieraz przysłużył, ale mnie srogie dotknęło wczoraj nieszczęście. — Ja sam doniosłem że się tam w fabryce jednéj młodzież zbierała na mustrę, pomiędzy tą młodzieżą schwytano własnego mego syna, syna — jedynaka. Panie jenerale, weźcie życie moje, ale przebaczcie temu dziecku!
Gdy Presler to mówił, jenerał wciąż nań patrzał żując cygaro. Chociaż od lat kilku miał do czynienia z więźniami polskimi, nie nauczył się był dobrze po polsku; z trudnością rozumiał język a gorzéj jeszcze nim mówił.
— A! rzekł, to to z téj szajki miateżników co ich tu wczoraj z tym starym przypędzili — wszyscy pójdą w Sybir bez wyjątku!!
— Panie jenerale! jedyne moje dziecko. —
— Co tam panie jenerale! panie jenerale! (kłuło go że mu nie mówił: prewoschodytelstwo) ja dla was nic nie zrobię, nie trzeba było syna puszczać na takie szelmostwa, trzeba jego było lepiéj uczyć, ot co, poszoł won!
Presler jeszcze go ściskał za nogi, ale jenerał zniecierpliwiony już go niemi kopać zaczął. Krew burzyła się w starym, ale wzgląd na to, że los syna był w ręku tego człowieka, czynił go cierpliwym, dawał się kopać nie ustępując.
— Panie jenerale! wołał, ja wam odkryję wszystkie ich spiski. —
— Co ty możesz odkryć?
Na chwilę, zastanowił się.
— Ty nic nie wiesz, ale słuchaj, syn twój może być wolnym, niech tylko powie wszystko, niech wyda, swój ten komitet Centralny — ja jego uwolnię, oficerskie słowo. —
Preslerowi jakieś mdłe nadziei światełko zabłysło.
— Ja każę przyprowadzić twego syna, jego już dziś badali, ale milczy jak kamień; chodź ze mną.
Nic nie odpowiadając Presler ruszył się za panem jenerałem, który zawołał żołnierza, coś do niego poszeptał i skinąwszy na porucznika począł go prowadzić z sobą. Przeszedłszy dziedziniec, kilka strażą obwarowanych bram, drzwi i korytarzy, znaleźli się nareszcie w téj izbie znanéj wszystkim odwiedzającym więźniów, do któréj zwykle przyprowadzają ich aby przy katach świadczyli że ich nie katowano. Jenerał siadł a Presler stanął z bijącem sercem oczekując na przyjście syna. Długa jednak upłynęła chwila nim brzęk karabinów oznajmił że go wiedziono.
Ojciec rzucił się naprzeciw niemu, ale krata dzieląca salę przystępu broniła. — Juljan szedł blady z twarzą pełną uroczystéj odwagi męczennika, widać było na nim że w tym jednym dniu przeżył i przebył więcéj niż w życiu całem.
Jenerał wskazał nań ręką Preslerowi i rzekł:
— Nu, macie tego swego syna, powiedzcież temu łajdakowi, że jeśli chce świat oglądać niechaj prawdu gada i za swoje szelmostwo żałuje!
— Julku! krzyknął Presler zbliżając się do niego i załamując ręce, jeśli masz cokolwiek miłości dla rodziców, zlituj się nad nami, mów co wiesz! a pan jenerał przyrzeka że będziesz wolny.
Juljan dziwnie spojrzał na ojca.
— Ojcze, rzekł, ja nic nie wiem, wiem to żem sam może winien, ale nikt więcéj.
— Słyszysz, słyszysz, ot co gada buntowszczyk! krzyknął rozjuszony jenerał, tacy oni wszyscy! pójdziesz do taczek do kopalni... albo na szubienicę...
— Julku! ulituj się nad nami, jeśli nie nademną to nad matką!
— Ani ty ojcze, ani matka nie macie prawa żądać odemnie abym dla miłości waszéj podłością się skaził, rzekł młodzieniec; patrz! dodał nagle odsłaniając surdut i pokazując zakrwawioną koszulę, patrz, bito mnie dziś, bito ażem mdlał, alem nie zesłabł, alem wzmocniał, ale się dam ubić a nie powiem tym katom słowa!! Nie okupię wolności mojéj szkaradną zdradą, pójdę na śmierć i zostawię po sobie w miejscu dziecięcia waszego, czystą i poczciwą mogiłę. — Ojcze, mówił rozogniając się coraz bardziéj, możeszże odemnie tego żądać, ty stary żołnierz polski, coś za ten kraj walczył za który ja może umrę....
Presler począł okrutnie płakać a jenerał tupiąc nogami wołał aby natychmiast więźnia wyprowadzono. Na Juljanie gniew ten wściekły żadnego nie robił wrażenia, żołnierze go popychali, on stał jak wrosły w ziemię.
— Ojcze daj mi rękę niech ją pocałuję, zawołał, a potem na wolą Boga. —
Ale Presiera chcącego zbliżyć się do syna żołnierz odciągał z drugiéj strony a okrutnemu jenerałowi przyszło na myśl pomścić się na szlachetnym młodzieńcu zadając mu cios okrutny. Postrzegł on z wyrazów wymówionych przez Juljana że o rzemiośle ojcowskiem nie wiedział i krzyknął w pasyi:
— A wiesz ty co to twój ojciec? hę?
Juljan odwrócił się z dumą ku jenerałowi —
— Stary żołnierz polski...
— Ha! ha! zakrzyczał zbir radując się zawczasu wrażeniu jakie miał uczynić... ty wiesz...
Już jego usta miały wymówić wyrazy, któreby były przebodły pierś młodzieńca najcięższym dla niego razem, gdy Presler wyrwawszy się z rąk żołnierza, skoczył do Mikołaja Siergiejewicza i zamknął mu usta obiema dłoniami.
Wielmożny ów Katownik uląkł się straszliwie, cofnął, a w tem zamieszaniu i wrzawie uprowadzono Juliana... pozostał rozjuszony zbir i porucznik którego żołnierze schwytali i trzymali zdaleka.
— Ha! zawrzeszczał z pięściami przyskakując do bezbronnego jenerał i tłukąc go niemi po twarzy — ha! jak ty śmiałeś dotknąć mnie! jak ty śmiałeś... ty... ty...
Presler znowu stał się pokornym jak baranek, znosił razy, milczał, przypadł nawet na kolana usiłując przebłagać groźnego wroga, który nie żałował pięści i razów, a naostatek rozkazał żołnierzom dać mu jeszcze kijami i wypuścić.
Zkąd ta wspaniałomyślność wzięła się mu, dla czego nie kazał Preslera zamknąć w cytadeli, tego trudno zrozumieć.
— Słysz, rzekł do niego w końcu odchodząc, jak ty mi piśniesz słowo o tem co tu było, każę ci rozstrzelać... rozumiesz... oficerskie słowo...
W końcu dodał jeszcze parę razy ulubione swoje paszoł won, a nieszczęśliwy ajent policyjny, wyciągnięty za kark przez żołnierzy, za drzwiami się im ostatkiem wykupić musiał od razów, które zastąpiły gęste kułaki.
Oszalały, oszarpany, wywlókł się tak ku wrotom cytadeli, sam nie wiedząc dokąd idzie i co daléj pocznie z sobą, gdy usłyszane nagle znajomym głosem wyrzeczone przekleństwo osłupiałego wstrzymało.
Blisko tego mostu nad którym powinienby stać napis jaki Dante położył u wrót piekła, pod ścianą, ujrzał siedzącą żonę... przez tych kilkadziesiąt godzin tak zmienioną boleścią okrutną, że trudno mu zrazu było ją poznać.
Postać to była nie zrozpaczonéj Nioby starożytnéj, ale furji któréj sił brakło na wściekłość. Widok sprawcy wszystkich jéj cierpień osłabłą przywiódł do tego stanu wściekłości. Z rozpuszczonemi włosami, z suknią podartą, z twarzą oblaną łzami, z zaognionemi oczyma, z pieniącemi usty, zdawała się chcieć porwać na niego aby go rozszarpać, ale sił jéj nie stało i padła z zaciśnionemi dłoniami miotając się w konwulsyjnych drganiach....
Siedziała tu od poranka próżno, błagając aby ją do syna dopuszczono, gnana i bita, znosząc naigrawania pijanéj tłuszczy. Z serca jéj szał przechodził do głowy, głód i ból odbierał jéj powoli przytomność, — widok męża ją przywrócił. —
Porucznik cofnął się z przestrachem ale uciekać nie mógł; sam nieszczęśliwy zrozumiał jéj rozpacz, ulitował się... chciał ją podnieść z ziemi i uprowadzić. —
— Nie tykaj mnie! wrzasnęła przeraźliwie, widząc że się zbliża, nie tykaj zabójco... między tobą a mną nie ma już nic wspólnego... ostatni węzeł ty zerwałeś! nie mam dziecięcia... nie jestem żoną twoją... nie znam cię, szatanie — precz! precz! precz!!
Cóż było odpowiedzieć? Presler zapłakał, zatrzymał się, ale widząc że się jéj szał powiększa, odszedł powoli.
W chwili gdy on znikł z oczów kobiety, która płakać gorzko zaczęła, zbliżyła się do niéj czarno ubrana postać.
Była to podeszłego wieku niewiasta, jedna z tych tysiąców naszych świętych męczennic, które się poświeciły na usługę braciom... męczennic, gdyż każdy co jest zmuszonym ocierać się o żołdactwo moskiewskie, godzien się staje tego nazwiska. Ileż to przecierpieć musi każda spokojna, skromna, zacna kobieta, któréj przychodzi żebrać ich litości!
Nie mają oni ani poszanowania dla wieku, ani czci dla boleści, ani względu na słabość — a najlitościwszy z nich wstydzi się nawet pokazać że ma serce... — jeźli nie jest okrutnikiem, to okrutnika udaje. —
I ona z cytadeli wracała, i ona miała tam syna, i ona szła z wypłakanemi oczyma modląc się przez tę kalwaryjską drogę, która do krat żelaznych więzienia prowadzi — ale mimo własnego cierpienia postrzegła ubogą kobietę i schyliła się ku niéj żegnając ją krzyżem, bo wiedziała że na straszną tę rozpacz słowo byłoby już nieskutecznem.
— Biedna kobieto, rzekła, co ci jest? mów! wstań, nie poddawaj się.... opamiętaj. Bóg litościw!!
— Bóg i bóg nie ma litości! z dzikim śmiechem odpowiedziała Preslerowa... zabrał mi dziecko moje jedyne...
— Nie tyś jedna taką sierotą, odrzekła kobieta.... jam równie wyprobowana, syn mój jest tu także za temi murami, a ja nawet twarzy jego widzieć, głosu posłyszeć nie mogę. I przychodzę tu co dnia daremnie, i błagam ich, napróżno... i odchodzę bez nadziei. —
— A! chyba nie kochałaś syna...
— Ja! kobieto nie bluźnij... on mi był jeden na świecie... ja nie mam nadeń nikogo — ale ja ufam w miłosierdzie Boże... —
Tą razą kobieta podniosła na nią oczy nic nie mówiąc, a po chwili szepnęła:
— Módl się i za mnie, jam zapomniała się modlić...
— Chodź ze mną... ja cię nauczę, modlić się będziemy razem...
Pierwsze to było słowo pociechy jakie usłyszała nieszczęśliwa i posłuszna mu wstała powoli, jak dziecię słabe dając się prowadzić... Przyszła już była do tego stanu odrętwienia w którem długie dawniéj dni spędzała, ale stokroć było teraz straszniejsze, bo myśl nawet, ta czarna towarzyszka godzin samotnych, z głowy jej uciekła i ciemności oblały ją nieprzebite, — z szału przeszła w niemoc zupełną...
Potrzeba było litościwéj niewieście, która ją wyrwać chciała z tego miejsca, pomocy dwóch najętych ludzi, aby wsadzić do powozu i uwieść do miasta.


Presler idąc tak oszalony i nieprzytomny wprost tylko ciągle przed siebie, znajdował się naprzeciw Dominikańskiego kościoła i machinalnie zwrócić się miał ku Długiéj ulicy, gdy za sobą głos jakiś wołający go po nazwisku usłyszał. Odwrócił się i ujrzał Muszyńca srodze pijanego, który nań kiwał, zarazem grożąc mu na nosie. — Szanowny ten kolega był w tak dobrym humorze, że się na nogach utrzymać nie mógł, twarz jego zwykle bladą okrywał rumieniec téj barwy jaką ma zwykle mięso świeżo zabitego zwierzęcia. Usta uśmiechały się tą wesołością wódczaną, która się ze wszystkiego na świecie śmiać gotowa, oczki błyszczały złośliwym sprytem, który spotęgowała siła pochłoniętego trunku. Presler stanął, i czekał na spieszącego ku niemu człowieka.

— A! niegodziwcze ty jakiś! zakrzyczał nań Muszyniec, otoś mi figla wypłatał, ha! wziąłeś mi z przed nosa, na co ja tak długo polowałem! I klapnął go po ramieniu.
— No, niech cię djabli wezmą, nie gniewam się. Ja się sobie zrewanżuję. Ale powiedz mi, tak sumiennie jak między ludźmi honorowemi przystało, co téż oni ci zapłacili?
Na wspomnienie samo wypadku, który tak gorzkie za sobą pociągnął następstwa, Presler aż się wzdrygnął. Spojrzenie na wyraz jego twarzy przestraszyło nawet pijanego towarzysza, który dodał szybko. —
— Coż ci to? chory? czy cię pobili? twarz cała w sińcach! czy cię już ta hałastra uliczna wyszpiegowała i napadła?
— A! nieszczęście, odparł głuchym głosem porucznik. Przeklęty ten dzień i godzina kiedym gębę otworzył; wszystkie klęski spadły na mnie! Stała się najokropniejsza rzecz, najstraszniejsza zbrodnia jaką kiedy człowiek popełnił — ja im wydałem własnego syna, a te katy, ci ciemiężcy, nie chcą mi go uwolnić! zabity jestem! zabity!
Muszyniec spuścił głowę, zrobił minę kwaśną i machnął ręką w powietrzu.
— Toś ty miał syna, rzekł, i takiego co już spiskował! A to historya! jeszcze podobnéj jak żyję nie słyszałem. Cóż myślisz począć?
— Padałem im do nóg, pełzałem po ziemi, płakałem, nic nie pomogło! Żona leży jak martwa pod cytadelą, sam nie wiem co począć; jak nic nie poradzę, to w łeb sobie strzelę.
— Eh! to znowu głupstwo, rzekł z rezygnacyą pijaka Muszyniec. Powiedz mi, na co się to komu kiedy zdało, mózg sobie w powietrze wysadzić? operacya niewygodna a skutek żaden! Poczekajno, pogadamy o tem, ale w ulicy rozprawiać nie do rzeczy; wiesz co, chodźmy gdzie do szynku?
Presler głową tylko kiwnął, i zawrócili się milczący na ulicę Freta gdzie Muszyniec miał dobrego znajomego w gospodarzu małego billardku nie opodal od Dominikańskiego kościoła. Mając wzgląd na smutne położenie Preslera, Muszyniec wziął traktament na swój rachunek, kazał podać chleba, soli, wódki, a widząc jak zgłodzony towarzysz ze zwierzęcą bezprzytomnością rzucił się na jadło, mrugnął aby przyniesiono serdelków i gdy usiedli za stołem począł wypytywać.
Presler był w tem usposobieniu potrzebującem wywnętrzenia które otwiera usta i serce.
Mówił, skarżył się, płakał, nie mogąc uspokoić.
— Paskudny interes, rzekł wysłuchawszy go długo Muszyniec; ale jak ty sobie w łeb strzelisz, czego wcale nie aprobuję, jak twoja żona zwaryjuje, co to synowi pomoże? Widzisz moje kochanie jak na człowieka taki kamień spadnie, potrzeba się zimnéj wody napić i pójść do głowy po rozum a do serca po chytrość. Mówiąc między nami, z temi durniami moskalami byle kto umiał zawsze sobie można poradzić, bywają oni sprytni, ale parę razy zawsze ich oszukać można, byle coraz inaczéj; zresztą mało którego nie przekupisz to tem to owem. Tu trzeba coś radzić. Z naszym naczelnikiem niema co i gadać, bo to tak jakbyś mnie prosił żebym tobie syna uwolnił. Z jenerałem jużeście się kułakami w twarz całowali, nie ma tam po co drugi raz zaglądać, ale są jeszcze protekcye, sposoby, drogi, a naostatku choćby też twój syn powędrował do Moskwy? to jeżeli ładny chłopiec, gotów się tam jeszcze z jaką kniahinią ożenić i nie ma czego karku kręcić!!
— Nie mów mi tego, odparł Presler, ja go uwolnić muszę, choćby mi przyszło własnem życiem przypłacić, bez niego mi ono nie miłe.
Muszyniec głową pokręcił, i obejrzał się w około.
— Masz ty jaki grosz? spytał.
Presler ruszył tylko ramionami, próżne pokazując ręce.
— Koszulę na grzbiecie i buty dziurawe na nogach, ot całe moje mienie.
— To źle, rzekł Muszyniec, u nich darmo nic!
Piekielna myśl jak błyskawica przeszła po głowie Preslera, tam gdzie ani on, ani biedna jego żona nic wymodlić nie mogli, któż wie, czyby ładna młoda Rózia wyprosić co dla brata nie potrafiła? Los tego dziecięcia mało obchodził Preslera, spoglądał on na nie dawno z rezygnacyą człowieka, który wie że takiéj pięknéj twarzyczce za kilka chwil uśmiechu latami łez i upokorzenia płacić potrzeba. Ani wychowanie, ani położenie nie mogły obronić tego dziewczęcia od prawie pewnéj zaguby. Niestety! tak rozumował własny jéj ojciec.
Szatański pomysł narażenia córki dla wyratowania syna wytrysnął z tych słów Muszyńca: U nich nic darmo.
Po głębokiem zamyśleniu Preslera domyślny jego towarzysz poznał zaraz że mu przez głowę coś przelecieć musiało.
— Co ty tam sumujesz? rzekł. Gadaj no, gadaj, wierz mi, ty sam teraz nic dobrego nie wymyślisz, trzeba się radzić.
Ale Preslerowi wstyd się było przyznać do tego rozpaczliwego projektu. Muszyniec z milczenia odgadł o co chodziło.
— Macie więcéj dzieci! zapytał z uśmiechem, może ładną córeczkę? hę? Gdyby tak było, jabym ci dobrą drogę wskazał, przez Namiestnikowskiego adjutanta kniazia Szkurina. Te bałwany moskale, u których, wyjąwszy wielkich panów, lud pospolity ma twarze małpie a nogi wielbłądzie, bardzo są łasi na piękne twarzyczki. Nasza prosta dziewczyna mogłaby u nich siedzieć w najpierwszym salonie. Ja wiem że to takiemu sercu ojcowskiemu trudno o podobnéj rzeczy pomyślić, ale co się jéj ma złego stać? jak syna uwolnią, córkę zachowasz i figę pokażesz. Cóż oni ci zrobią?
Po chwilce namysłu, Presler spytał.
— A gdzie ten adjutant mieszka?
Muszyniec z politowaniem spojrzał na niego i tak mu się jakoś gorzko zrobiło pomyślawszy o własnych dzieciach, że dopiwszy kieliszka wódki i powiedziawszy z niechęcią adres adjutanta zerwał nagle posiedzenie, które z taką bezwstydnością sam rozpoczął. Presler którego jadło i wódka rozogniły tylko jeszcze bardziéj, wprost pociągnął do domu.
Piękna postać młodéj dzieweczki przesunęła się nam tak żeśmy o niéj nic powiedzieć nie mogli, ni się jéj bliżéj przypatrzyć. Powiedzmy teraz słówko o niéj, nim biedna na scenę wystąpi.
Dom Preslerów jakimeśmy go widzieli nie był tem gniazdem spokojnem na którego miękim puchu wyrastają szczęśliwe istoty, wypieszczone z dzieciństwa do łatwego życia. Ojciec był w nim postacią najmniéj czynną, rzadko widzianą, rozsiewającą strach lub obrzydzenie. Matka charakteru gwałtownego, ale złamanego przeciwnościami troskała się o chleb powszedni i o chleb ducha dla dzieci. Serce jéj przywiązało się szczególniéj do syna, nie zaniedbało jednak zupełnie i córki. Nie mogła dać Rózi świetnego wychowania, ale jéj dała poczciwe, resztę Bóg rzucił w to serce które godne było bić obok braterskiéj piersi Juljana.
Juljan kochał ją bardzo i co w skromnéj pensyi klasztornéj pobożne rozpoczęły kobiety, tego on dokończył dając jéj książki, ucząc ją słowem i przykładem. Trochę opuszczona przez rodziców Rózia w ciszy, potajemnie uczyła się, pracowała, kształciła. Przy powierzchowności bardzo prostéj, przy fizjonomii dziecięcia była to już głową i sercem kobieta, mężna, zastanawiająca się i dojrzała pod skwarem ubóstwa i niedoli. Prócz Juljana mało kto ją znał i ocenić mógł w domu. Nikt się nie domyślał że to potulne dziewczątko po nocach czytało „Dziewicę Orleańską Libelta” i „Poezye Mickiewicza.”
Rózia z równą troskliwością taiła się z tem co umiała jak drudzy chwalą z tego czego nie umieją. Jak Juljan tak ona w towarzystwie rówienników i młodzieży zaczerpnęła tę gorącą miłość kraju, na wszelkie poświęcenia gotową, która jest szczęśliwą gdy się czynem okazać może.
Rodzina Preslerów taka jak ją malujemy nie jest wcale fantazyi naszéj wymysłem; wszyscy co przez te czasy żyli w Warszawie, co się społeczeństwu naszemu z bliska a uważnie przypatrzyli, przyznają że takich rodzin których ojcowie służyli gorliwie rządowi, a dzieci poświęcały się dla kraju, było i jest tysiące. Nawet w tych domach, w których ojcowie i matki najgorsze dawali przykłady, dzieci rosły wyciągając ręce ku męczeństwu jakby za grzechy ich odpokutować pragnęły. Widzieliśmy synów policyantów idących na Sybir w kajdanach, żony urzędników policyjnych więzione za spiski. Jak w atmosferze ciepłéj wszystko, nawet kamień, się rozgrzewa, tak w tym upale patryotyzmu ocieplały się serca i rozmiękczały najtwardsze dusze.
Przyszedłszy do domu Presler, jak pierwszą razą, zastał Rózię płaczącą w oknie, chciała ona biedz szukać matki, ale nie wiedziała dokąd poszła. Kazano jéj siedzieć i czekać, musiała więc w opustoszonym domu sama pozostać z myślami czarnemi. Gdy pierwszy raz przyszedł ojciec, nie odważyła się go spytać o nic. Presler bowiem rzadko bardzo z nią mówił i do niéj się przybliżał, można powiedzieć że obawiając się go bardzo, mało go znała.
Opanowany tą myślą szatańską użycia Rózi za narzędzie do uwolnienia syna Presler spojrzawszy na nią, na tę twarzyczkę aniołka z zapłakanemi oczyma, poczuł jak mu się ścisnęło serce i zamknęły usta. Nie śmiał do niéj z razu przemówić, długo potrzebował chodzić, namyślać się, nabierać odwagi, nim do niéj potrafił się odezwać. —
— Słuchaj no, rzekł na ostatku, stając nagle przed dziewczęciem które strwożone wlepiło weń oczy, ty wiesz że twego brata wzięto... próżno ja, próżno matka chodziliśmy prosić za nim, nic nie pomaga — słuchaj — możebyś ty była szczęśliwsza?...
Tu mu głosu zabrakło, spuścił głowę. —
Rózia oblała się cała rumieńcem, zakryła sobie oczy, nie była już dziecięciem i strasznych tych kilku wyrazów pojęła groźne znaczenie. Oburzenie poruszyło jéj piersią, ale zarazem miłość serdeczna dla brata, wyexaltowała ją do heroizmu. Myśl szybka jak piorun w jéj młodéj główce osnuła cały plan strasznego dramatu.
Presler czekał odpowiedzi, ale się na nią nie rychło zdobyła, a głos którym mu odpowiedziała był tak śmiały, tak ognisty, że stary uląkł się go prawie.
— Dobrze ojcze, rzekła, pójdę, a jeśli Bóg dozwoli, uratujemy Juljana.
Ojciec który się spodziewał wahania, oporu, płaczu, nie pojął własnego dziecka. —
— Poszłabyś zaraz? zapytał. —
— Nie, odpowiedziała Rózia, jutro, — jutro, — pójdziemy. —
W istocie pora była za późna, słońce zachodziło, a Rózia która w jednéj chwili z dziecka przeistoczyła się na bohaterkę, miała jeszcze wiele do czynienia przed tym stanowczym krokiem.
Młodość tylko umie tak szybko bez długich rozmysłów znaleźć instynktem drogę którą jéj raczéj uczucie niż rozumowanie wskazuje. Wszystko się składało na to, aby projekt Rózi uczynić możliwym. Zrozumiała ona że ma się podobać, uwieść, zawrócić głowę. — Chciała być Judytą dla tego Holofernesa nieznanego, któremu miała być poświęconą; młode jéj serduszko biło już od dawna dla poczciwego chłopaka jednego z tych synów Warszawy, którego znała od dzieciństwa.
Młody chłopak nie mogąc na lekarza, usposobił się był na farmaceutę i zajmował miejsce drugiego subjekta w jednéj z aptek na Krakowskiem przedmieściu. Rózia nie zastanawiając się postanowiła wyprosić u niego — truciznę. Miała ona służyć dla niéj saméj lub dla tego któryby z jéj nieszczęśliwego położenia chciał korzystać...
Gdy Presler otrzymawszy od niéj obietnicę towarzyszenia mu nazajutrz wywlókł się znowu z domu nie mogąc w nim usiedzieć, Rózia natychmiast porwała skromny kapelusik i czarną mantylkę, przykazała Kachnie pozostać w domu, a sama jak strzała pobiegła do apteki.
Po drodze dopiero przyszło jéj na myśl że trucizna nie tak się łatwo daje temu kto ją mieć zechce, że przed Kaziem trzeba się będzie wytłómaczyć ze wszystkiego, że on może albo nie będzie mógł, albo się zlęknie, albo nie potrafi wypełnić jéj żądania. Ale raz postanowiwszy sobie uzbroić się tym orężem Rózia spuściła się na opatrzność że ją wesprzeć była powinna.
Otworzyła nieśmiało drzwi apteki, spojrzała w głąb — szczęściem Kaźmierz był sam jeden, ale jak tu począć rozmowę!
Zobaczywszy ją chłopak poskoczył żywo, bo wiedział o losie Juljana, a z zapłakanych oczów łatwo się było domyślić wielkiego nieszczęścia...
— Mój Boże, zawołał, czy kto w domu nie chory? Powiedz mi moja droga? Może ja wam być mogę pomocnym! mów, rozkazuj!
— Wiesz o Juljanie?
— A! wiem...
— Wiesz więc wszystko; ale ja mam wielką, wielką prośbę do ciebie. — I dziewczę podało mu rączkę wlepiając weń niebieskie swe błagające oczy. —
— Kaziu, mój drogi, jeśli ty mnie kochasz, zrób o co cię prosić będę, przysiąż!!
— Czyż możesz mnie prosić, czy potrzebujesz przysięgi? Zrobię co tylko mogę, choćby życie dać przyszło!
— A gdyby przyszło odebrać? spytała Rózia wpatrując się w niego — i powoli po jednym rzucając wyrazy.
— Żeby ciebie uratować?
— Tak...
Po chwilce milczenia Rózia przybliżyła się i szepnęła mu na ucho:
— Daj mi — mocnéj, mocnéj, okropnéj trucizny, koniecznie jéj potrzebuję.... Kaziu! nie odmów!
Kaziu osłupiał.
— Trucizny? spytał po chwili wpatrując się w nią, tobie? na co??
— Na co? Ja ci powiedzieć nie mogę, ale ci przysięgam, zaręczam, zaklinam się na miłość naszą, że ona dla mego wybawienia jest potrzebna!
— Dla twego wybawienia? cóż ci grozi?
— Ale ja ci nic mówić nie mogę! Czy znasz mnie? Czy mi wierzysz??
— Znam cię i wierzę ci, mój aniele drogi, ale i ty powinnaś mnie znać, powinnabyś mi wierzyć! Na cóż te między nami tajemnice?
Dziewcze mocno się zafrasowało, ale Kaźmierz skłopotany tak nalegał, że mu w końcu wyznać musiała wszystko.
— Ojciec prowadzi mnie z sobą do jakiegoś jenerała, ty znasz tych okrutników, cóż u nich może prośba takiéj biednéj jak ja dziewczyny? Ojciec ma słuszność że mnie chce dla ocalenia Julka poświęcić, oswobodzę go, ale tego niegodziwca którego mój uśmiech przekupi, struć muszę, aby ręka jego mojéj dłoni dotknąć nie śmiała.
Kaźmierz widząc zapał, z jakim to mówiła, zbladł ale ukląkł przed nią, tak go tym heroizmem uniosła. Korzystając z jego wzruszenia Rózia gwałtownie domagała się trucizny. Jakże ją było powierzyć w ręce tego piętnastoletniego dziecięcia, oszalałego bólem prawie do rozpaczy! Mogła jéj użyć w chwili jakiéjś obawy bezprzyczynnéj przeciwko sobie saméj, mogła zresztą wydać się niezręcznością i zgubić. Kaźmierz sam nie wiedział co robić, ale miękł i w miarę jak nalegała nań, uczuciem jéj dał się ogarnąć.
— Przysiążże mi, rzekł, że w żadnym razie nie użyjesz trucizny dla siebie! Ja będę na straży. Jeżeli przyjdzie do ostateczności a Juljan będzie już wolnym, rzucam aptekę, zabieram ciebie, mam księdza który nam ślub da i uciekniemy w Augustowskie... do mojéj rodziny...
Długo jeszcze szeptali z sobą i nikt im jakoś rozmowy nie przerwał. W końcu choć z wielką obawą Kaźmierz dobył Strichniny, zamknął jéj małą ilość w flaszeczce która z łatwością pod rękawiczką na dłoni ukryć się mogła; a Rózia z wielką radością wybiegła do domu z strasznym tym orężem.


W téj chwili, do któréj powieść nasza należy, usposobienia moskali nie były jeszcze tak rozpaczliwie bezwstydne jak są dzisiaj. Dbali oni cokolwiek o opinią Europy która ich jeszcze bezwarunkowo nie potępiła, udawali ludzi cywilizowanych choć niezręcznie. Ta sztuczna agitacya która pod pozorem patryotyzmu wyrobiła w Rosyi zaparcie się wszystkich uczuć poczciwych i szlachetnych, prześladowanie uczyniła systemem, okrucieństwo prawem, nieposzanowanie niczego, prawidłem téj wojny bezprzykładnéj — agitacya ta, którą zrodziło dziennikarstwo i gorliwość bióralistów, jeszcze naówczas nie istniała. Moskwa pochlebiając sobie że zagodzi ten spór którego nie rozumiała ważności, obchodziła się z nami po cichu ze swem zwyczajnem okrucieństwem, powierzchownie z zachowaniem pewnych form prawnych. Udawano na przykład, choć niezręcznie, że miano oddać pod sąd tego jenerała który pierwszy strzelił do bezbronnego ludu, zaprzeczano potrzaskaniu krzyża i znieważeniu duchownych, ale po cichu w naradach na zamku żałowano że za mało ludzi padło i że w pierwszéj chwili silniejszych jeszcze nie użyto środków. To ogólne usposobienie i w doborze ludzi się wydawało, brano takich którzy pazurki pochować umieli, glansowane na nie kładnąc rękawiczki. Kniaź Szkurin adjutant namiestnika pięknie wychowany człowiek, znany ze swych zasad liberalnych, mówił prawie głośno po salonach o Mikołajowskim despotyzmie, przyznawał nawet Polsce pewne prawa, ale chciał tylko aby się zdała na wspaniałomyślność cara.

Był to człowiek lat około czterdziestu, dobrze zużyty Petersburską rozpustą i klimatem, elegant, zawsze wyperfumowany, co go dozwalało posądzać że potajemnie śmierdział, wielki kobiet wielbiciel i amator szampańskiego wina które gotów był zacząć pić przed zupą. Był to jeden z tych ludzi, jak większa część tegoczesnych mebli, fornirowanych i wygładzonych po wierzchu, w środku spruchniały i z lada jakiego drzewa. Wychowanie które odebrał ukształciło w nim tylko zewnętrznego człowieka, środek pozostał nietknięty.
W skórze francuza był to dziki tatar wstrzymywany od zupełnego wyuzdania pewnemi względy towarzyskiemi, ale potajemnie nie znający ani żadnego prawa moralnego ani namiętności hamulca. Z głową pustą był to wszakże w salonach człowiek bardzo przyjemny, szczególniéj dowcipny i zawsze pełen najwyśmienitszego humoru. Żartował sobie ze wszystkiego, ze wszystkich, czasem z siebie a dla kalamburu i popisu z konceptem gotów był rodzonego ojca i matkę poświęcić. Słynął też jako biesiadnik bardzo przyjemny i kobiety go sobie wyrywały — (rozumie się nie polki które się na jego przymiotach poznać nie umiały) ale moskiewki i te mieszańce, półniemki, półrosjanki, pół niby polki których kosmopolityzm pokrywał bezduszność. Utrzymywano że kniaź miał dosyć wpływu na namiestnika dzieląc go z pewnym wysokim urzędnikiem którego raptowne wyniesienie się wszyskich nie pomału zadziwiało. Kniaź Szkurin nie był majętny, wprawdzie wspominał o swych duszach w Penzewskiéj gubernii, ale duszom tym podobno ciała brakło.
Lubił żyć, z łatwością robił długi, z trudnością je płacił, i mówiono po cichu że w pewnych wypadkach gładko podsunięte bierał pieniądze. To pewna że, chociaż stanowisko jego urzędowe żadnéj mu bezpośredniéj władzy nie dawało, przedpokój jego, oprócz wierzycieli, pełen był zawsze najrozmaitszych interesantów (wyraz warszawski). Służba księcia składająca się z jednego czerkiesa, jednego żołnierza i gatunku lokaja cały dzień była zajętą wypychaniem tych którym się należały pieniądze, a układami sekretnemi z tymi którzy je dawali. Często nieszczęśliwi przybysze przepędzali tu dzień cały w smrodliwéj izdebce wystawieni na pośmiewisko téj gawiedzi, bo do kniazia nie tak łatwo było przystąpić. Jak wszyscy prawie półdzicy ludzie, w dodatku do innych zwierzęcych namiętności, miał on passyą gry, często do białego rana siedział za zielonym stołem, kładł się spać gdy inni wstają, spał potem, jeśli nie był na służbie, do godziny obiadowéj. W domu też bardzo rzadko zastać było go można.
Do tego to człowieka zrozpaczony Presler wszedł nazajutrz rano Rózię wiodąc z sobą; dziewczę było przystrojone w najświeższe ze swych ubogich sukienek; widocznie chciało być ładnem, ale twarz jej miała wyraz tak dziwny, że człowiek z uczuciem byłby się nim przeraził.
Ten wyraz który się rzadko spotyka na dziewiczem obliczu, tem mocniéj od niego odbijał jakby szata która dlań zrobioną nie była. Smutek i wesele, te dwa krańcowe wyrazy w szeregu uczuć ludzkich, w młodości malują się ostro i wyraźnie na twarzach które często w jednéj godzinie obu sięgają granic. Tych odcieni uczuć któremi późniejsze lata urozmaicają oblicze ludzkie, młodość prawie nie zna. Na twarzyczce Rózi nie było ani wybitnego smutku, ani żadnego jasno wypisanego wyrazu, coby się jednem słowem określić dawał; w rysach prawie dziecięcych jaśniała powaga, zamyślenie i jakby duma człowieka który się gotuje do spełnienia wielkiego czynu. Oczy jéj niekiedy zachodziły łezką ale ją jakiś ogień wewnętrzny osuszał, była może piękniejszą niż kiedy, ale tą pięknością jaka przyobleka czasem twarze umierających lub idących na rusztowanie. Widziałeś patrząc na nią że płoche myśli z jéj główki uleciały, że serce nie biło przelotnem uczuciem, że szła do wielkiego jakiegoś celu, który ją unosił i zolbrzymiał. — Ta piękna postać, przed którą zdumiałby się artysta i pokląkł poeta, odbijała straszliwą sprzecznością od stéranego ze znamieniem podłości na czole wlokącego się za nią Preslera. Wydawał się on przy niéj, jak szatan czychający na duszę czystą, z wzrokiem w ziemię spuszczonym, szedł wstydząc się sam siebie, szedł i nasuwając kapelusz na oczy, zdawał obawiać aby go ludzie nie widzieli.
Wnijście téj dziwnéj pary do przedpokoju kniazia wedle zwyczaju przepełnionego najpstrokatszym tłumem obudziło niezmierną ciekawość. Czerkies, żołnierz i lokaj stanęli przypatrując się téj niewinnéj ofierze któréj młode lice wstyd krwią oblewał, szepty, śmiechy, szyderstwa, półsłówka były pierwszemi razami męczeństwa, które biedne dziewczę znieść musiało.
Presler przywykły do upokorzenia, którego podobne przyjęcie było chlebem powszednim, nie umiał ani jéj obronić ani nawet poczuć tego co ona doznawała. Z kolei każdy ze służby zbliżał się do Preslera, wlepiał w Rózię oczy bezwstydne i tym wzrokiem ohydnym, który bywa obelgą, przeszywał niewinne dziewczę. — Potrzeba było jednak nie mając pieniędzy pokorą rozbroić tych stróżów drzwi pańskich, których łaska mogła je otworzyć a gniew zamknąć. Inni interesanci, gawiedź najrozmaitsza, przypatrywali się także urągliwie Preslerowi i Rózi.
Nad przedpokoje tego rodzaju, w których często człowiek godną piekieł przebywa godzinę, nie ma może w świecie przykrzejszéj próby cierpliwości. W nich to ubodzy często czerpią tę nienawiść ku możnym i wyżéj położonym która późniéj staje się całego ich życia przemagąjącem uczuciem. Kto nie czekał u przedpokoju urzędnika lub wielkiego pana, zmiłowania jego służby, ten jeszcze nie doznał rodzaju upokorzenia może najdotkliwszego. Cóż dopiero gdy dwa lub trzy razy trzeba przejść przez te ognie aby dostąpić do Jowiszowego oblicza które cię zbywa nic nie znaczącym ogólnikiem. Służący, który o godzinie dziesiątéj poniósł panu czaj, widać mu coś powiedział o ładnem dziewczęciu, bo zaraz po jakimś panu bardzo poważnym który pierwszy otrzymał posłuchanie, wpuszczono Preslera i Rózię.
Kniaź był jeszcze w rannym szlafroczku i nieurzędowym stroju; wyłysiała jego głowa świeżo wyszczotkowana, wąs wyszuwaksowany przed chwilą nie mogły odświeżyć twarzy zwiędłéj, bladéj, na któréj już marszczki plan przyszłego zburzenia, delikatnie pozarysowywały.
Presler zaczął od tego że mu padł do nóg, a Rózia wlepiła weń niebieskie swe pełne wyrazu oczy, których wejrzeniu oprzeć się nie było podobna. —
Kniaź, który nibyto mówił po polsku, i bardzo się swoją polszczyzną chwalić lubił, kazał sobie opowiedzieć całą historyą; ale nie tyle jéj słuchał, ile się milczącéj Rózi przyglądał.
To wejrzenie zbojeckie zepsutego człowieka obudzało w niéj wstręt nieopisany; gdyby była mogła, byłaby odeń na koniec świata uciekła, ale uczucie obowiązku wstrzymywało ją na miejscu. Kniaź nie wiele zważając na Preslera, dla Rózi szczególną okazywał grzeczność, co ją jeszcze bardziéj gniewało. Sam przysunął jéj krzesełko, a ponieważ pił właśnie herbatę chciał jéj nawet służyć szklanką tego napoju.
Naturalnie Rózia i krzesła i herbaty odmówiła, ale z przebiegłością kobiecą czując swoją siłę oczyma doprowadziła moskala prawie do zapomnienia się.
Nigdy jeszcze kniaź ani w salonach Piotrowego grodu, ani pomiędzy cygankami moskiewskiemi, ani za kulisami europejskich teatrów, tak świeżego wiosennego kwiatka nie spotkał; sama myśl że to bezbronne ubogie dziewczę mógł usidlić, głowę mu zawracała.
Oto by dopiero była zazdrość pomiędzy towarzyszami, dla których najstarsze matrony baletu warszawskiego, jeszcze były nieprzezwyciężoną pokusą i ideałem!
Gdy Presler skończył mówić, kniaź tak dobrze jak nic nie wiedział, o co chodziło, domyślał się tylko że go proszono o czyjeś uwolnienie, i obyczajem moskiewskim kazał Preslerowi podać sobie zapiskę.
Idąc na to posłuchanie stary, który znał dobrze formy, już ją był zawczasu przygotował; omylił się więc w swych rachubach kniaź sądząc że mu ją drugi raz ojciec z córką przyniesie. Ale samo przyjście Rózi było wielkiego znaczenia. Moskal zrozumiał je i kazał przyjść Rózi nazajutrz po odpowiedź.
Zaczerwieniła się biedna, obelżywy ten rozkaz usłyszawszy, ale postanowiła do dna wypić kielich goryczy i w ręku ścisnęła tę flaszeczkę, w któréj jéj zemsta spoczywała. — Presler jeszcze raz schylił mu się aż do nóg, ale kniaź zamiast go podnieść podał Rózi rękę. Szczęściem że odpowiadając na to pożegnanie dziewczę miało przytomność wysunąć dłoń, w któréj owéj flaszeczki tajemniczéj nie było, inaczéj któż wie. Kniaź by był może ją poczuł, znalezionoby truciznę, i Bóg wie jaki los mógł czekać biedną Rózię.
Gdy po półgodzinnéj rozmowie wyszli ztąd nareszcie, Presler szepnął tylko córce, ażeby wróciła do domu, a sam nie mogąc w miejscu usiedzić chciał pójść pod cytadelę, aby się o żonę dowiedzić. Rózia go za rękę wstrzymała.
— Ojcze, rzekła, przyjdźcież po mnie, bo ja tam sama jutro nie pójdę.
Spojrzał na nią dziwnie, kiwnął tylko głową i tak się rozstali.
On powlókł się pod cytadelę, a jéj pilno było całą historyą téj wycieczki opowiedzieć Kaźmierzowi. Pospieszyła więc do apteki, bo czuła że tam na nią niespokojnie oczekiwano. Zdala już zobaczyła Kaźmierza stojącego w progu z oczyma wlepionemi w stronę ku zamkowi.
Nie powtórzym téj rozmowy, bobyśmy może nie potrafili w całéj jéj prawdzie, z całą jéj dziwacznością wypowiedzieć.
Miłość mięszała się w niéj z okropnością, trucizna z marzeniami o szczęściu, sielanka z tragedją. Były tam łzy i uśmiechy, oburzenia i nadzieje, śmierć, zbrodnia, heroizm, a przytem dużo, dużo niedoświadczenia i dzieciństwa.
Gdy się to dzieje, Presler tymczasem powlókł się pod twierdzę, próżno dopytując o żonę, żołnierze wyszturchali go, wyśmiali i nic mu nie powiedzieli o niéj. Cały dzień spędził tak na ulicach, po szynkach, dwa razy zajrzał do domu, z którego zgryzota go wygnała.
W tym stanie ducha człowiek albo kamieniem nieruchomym leży albo gorączkowo lata, nigdzie się na miejscu utrzymać nie mogąc.
Nazajutrz rano Rózia wystrojona, z twarzą zaognioną od łez, marzeń i całonocnéj bezsenności była daleko wcześniéj gotową, niżeli nadszedł ojciec. — Razem z nim w milczeniu poszli znowu przez ten przedpokój ohydny, do tego człowieka, na którego zepsuciu ostatnie ojca spoczywały nadzieje.
Wpuszczono ich natychmiast, kniaź był niesłychanie grzeczny, ale widocznie zakłopotany. Nie odbierając całkiem nadziei, nic wszakże nie przyrzekał. Z bałamutnych jego tłómaczeń widać było, że mu się starania nie powiodły, ale Rózia tak mu się podobała, że przyrzekał jeszcze czynić co tylko możliwém będzie, aby los Juljana przynajmniéj nieco osłodzić.
Dla Preslera, który znał moskali, nie ulegało już wątpliwości, iż z tego wszystkiego na téj drodze nic już być nie może. Napróżno więc tylko wystawił swe dziecię na pośmiewisko a siebie na pogardę.
Kniaź niby coś jeszcze obiecując zażądał adresu Preslerów i skrzętnie go sobie zapisał.
Rózia wyszła tą razą jakoś smutna i szczęśliwa, nie wiedząc sama, co się w jéj duszy działo; czuła się ocaloną a całe jéj bohaterstwo zostało tylko jakby sennem marzeniem. Poszła znowu wyspowiadać się Kaźmierzowi nie sądząc, aby wzięty przez kniazia adres na jakie ją jeszcze niebezpieczeństwo mógł narazić.


Była już póżna poobiednia godzina gdy kniaź, który zwykle jadał w Angielskim hotelu, dobrze napiły wyszedł uśmiechając się sam do siebie i chciał pierwszą jadącą Wierzbową ulicą dorożkę zatrzymać na swój użytek, ale woźnica patryota pokazał mu język i figę, a sam daléj cwałem poleciał. Szczęściem konie go szybko uniosły, boby inaczéj niezawodnie go pod sąd wojenny oddano. Że zaś każdy moskiewski oficer wedle katechizmu o czci monarszéj przedstawia jakąś cząstkę prawéj władzy, dorożkarz mógł być skazany do kopalni, jeśli nie na powieszenie dla przykładu. Kniaź zdumiony obelgą, która go spotkała, poszedł pieszo. Wzięło mu trochę czasu postaranie się o drugą dorożkę któréj woźnica dostał od niego w kark za przewinienie swojego towarzysza; pojechali z nim potem do Hozera, gdzie kniaź kupił dosyć ładny bukiet, wstąpili do Contego po pudełeczko cukierków, naostatek skierowano się ku Dziekance.

Rózia siedziała przy oknie wedle zwyczaju, ale choć trzymała robotę w ręku, pracować nie mogła, myśl o bracie, którego tak kochała, o matce która znikła z domu bez wieści, naostatek o własnym losie chmurzyła jéj czoło. Od dwóch dni pustka była w domu, wczoraj ostatnie się wyczerpały zapasy i nigdzie grosza, kupcom wszystkim się coś należało, nikt nie chciał dać na kredyt. Od rana nie było już całkiem co jeść ani nawet za co chleba kupić.
Kaźmierz byłby jéj przyszedł na ratunek, ale wstyd jakiś ją ogarniał na samą myśl wyznania mu swego położenia. Od rana do wieczora prócz trochę wody, Rózia nic w ustach nie miała, ojciec się na chwilę pokazał chmurny i zamyślony, nie chciała mu nawet o tem wspominać. Naradziwszy się z Kasią, która więcéj jeszcze od niéj rozpaczała, Rózia posłała jednę z lepszych sukienek aby ją gdzie u żyda zastawić, ale Kachna wyszedłszy o południu dotąd jeszcze nie wróciła. Głód dokuczał coraz mocniéj, chwilami robiło jéj się słabo, potem gorąco i straszne paliło ją pragnienie. Woda którą piła zdawała się je rozżarzać nie gasić. W chwili gdy na służącą oczekiwała, otworzyły się powoli drzwi, głowa jakaś w nich pokazała, i ktoś wszedł do pokoju.
Rózia postrzegła tylko mundur i przelękła się, sądząc że w mieszkaniu Juljana robić będą rewizyą, ale w chwili gdy ta myśl po jéj główce przebiegła, poznała w zbliżającym się kniazia z bukietem w ręku i pudełkiem cukierków. — Moskal rozglądał się ciekawie po mieszkaniu, widocznie go to radowało, że Rózię zastał samą. Nie robiąc ceremonii położył jéj bukiet i cukierki na kolanach, a sam przysunąwszy sobie krzesło zabierał się do rozmowy, gdy przestraszone dziewczę, upuściwszy dary na ziemię, wyskoczyło na środek pokoju. Podpiły jegomość porwał się aby za nią gonić starając się łagodnemi słowy przestrach jéj ukołysać, gdy drzwi się na nowo otwarły i stary Presler wpadł jak burza. Widać było na jego twarzy jakąś wściekłość i szał rozpaczliwy, ręce mu się trzęsły, wargi drżały, oczy miał krwawe, brwi zmarszczone. Kniaź mógł go nie poznać, tak różny to był dziś człowiek od tego który wczoraj u kolan jego leżał.
Od progu zobaczywszy moskala który gonił za jego córką rzucił się na niego z szałem drapieżnego zwierzęcia, przyskoczył, porwał za piersi i obalił na ziemię.
Kniaź niespodzianie schwytany wcale się nie bronił. Presler nasiadł mu na pierś, przytłoczył ją kolanem i strasznym śmiechem szyderskim rozśmiał się nad jego głową.
— Ha! zawołał, mam cię! mam choć jednego z was, żebym moją zemstę nasycił. Darłbym cię zębami, psie jakiś, tak mi się krwi chce twojéj. Za siebie, za syna, za żonę, za córkę ty mi zapłacisz! Wyście to nas spodlili, każde wasze dotknięcie plamą na nas zostało, gdzie który z was stąpił wytrysło błoto! Nie dość wam było szarzać nas starych, musieliście wypić krew młodą, pohańbić kobiety nasze, zatruć powietrze, którem oddychamy! Niech mnie zabiją, ale niech ja choć jednego z was zamorduję!...
Ta zakąska po szampańskiem winie, w chwili gdy się do romansów zabierał, tak kniazia zaskoczyła niespodzianie że w pierwszéj chwili o mało nie padł ofiarą rozjuszonego ojca. Ale zduszony silnie za gardło, przywiedziony do rozpaczy począł się wreszcie bronić, był młodszy i silniejszy, niebezpieczeństwo dodawało mu energii, zrzucił więc Preslera z siebie, a przemógłszy go począł okładać razami.
Nie można przewidzieć, na czemby się ta walka skończyła, gdyby przypadkowo nadchodzący Kaźmierz nie przypadł na obronę ojcu Rózi. Oficer widząc znowu niebezpieczeństwo, okładany razami i ścigany jak złodziéj uciekł, nie wiedząc jak wschody przeleciał, wpadł do czekającéj dorożki i umknął.
Presler bez kapelusza jakby wpół oszalały pogonił za nim ulicą. Co się z nim do późnego wieczora działo, nikt nie wiedział.
Już pod noc wybladły zgrzytając zębami i drżąc od gorączki wszedł do bilardu pani Szymonowéj i znużony rzucił się na kanapę. Ci co go często widywali pijanym, posądzili z razu o upicie, ale gdy jęczyć i płakać zaczął, Kuźma który się tam przypadkiem znajdował podszedł litościwie ku niemu.
— Co ci to jest poruczniku? zapytał.
— Co mi jest? ty nie wiesz? Chce mi się krwi moskiewskiéj albo oni niech moją wypiją, albo ja jéj skosztować muszę.
— Co waćpanu takiego? na Boga! nie krzyczże tak!
— Albo ja się czego jeszcze boję? Nie mam już nic prócz życia do stracenia, a to bym dał chętnie żeby się pomścić nad nimi. Syna mi wzięli te katy! Córkę mi chcieli zbezcześcić! Myśleli żem już tak plugawy i bezsilny że mnie zgnieść można bezkarnie. Ale gdy się już tylko życie zostanie, człowiek je sprzedaje drogo! Miałem już jednego z nich w ręku, i ten mi się wyśliznął...
Gdy tak mówił z gwałtownością wielką, tchu mu zabrakło i znowu rzucił się płacząc na kanapę. Kuźmie na widok téj rozpaczy włosy stawały na głowie, ale dobrze nie mógł zrozumieć całéj historyi Preslera. Nie podobna go było posądzić o podstępne udawanie, bo taka boleść wynaśladować się nie da.
Przyszło mu wreszcie na myśl że rozjuszony ów człowiek mógłby się na co przydać młodzieży. Stary szpieg w tem usposobieniu mógł wiele rzeczy wygadać, na wiele dróg naprowadzić. Zasiadł więc przy nim, począł go pocieszać, uspokajać, i rozpytywać.
Czy ten głos przyjazny i litościwy, czy znużenie długie, ostudziły nieco Preslera, usiadł i płacząc ciągle jął się spowiadać przed stolarzem.
— Nędza, namowy tych łotrów, próżniactwo, rzekł bijąc się w piersi, wciągnęły mnie w to piekło, którego dziś padam ofiarą; winienem prawda, wyznaję, spodliłem się, gubiłem ludzi, ale też sam ginę jak oni. Jednego miałem syna, któregom nad życie kochał, i samem przyprowadził oprawców aby go schwycili wraz z innymi; pełzałem im po nogach, żeby go uwolnić, odepchnęli mnie z szyderstwem. Wczoraj poradził mi niegodziwiec jakiś, abym szedł z córką żebrać jeszcze ich litości, a dziś przed kilką godzinami gdym powracał od namiestnika, który wręcz prośbie mojéj odmówił, zastałem w domu u siebie moskala który córkę moją napadł. Miałem go już w moich rękach, wyrwał mi się, ale nie on, to drugi odpokutować musi...
Długo tak jeszcze mówili z Kuźmą, aż się on dobrze przekonał o usposobieniu Preslera i szepnął mu nareszcie:
— Żal mi cię mój bracie, ale może jest jeszcze jeden ratunek. Udawałeś się do moskali, gdybyś sprobował uciec się do towarzyszów swego syna? do naszych? Przecież ich wszystkich razem nie wybrano!
— Tak! odrzekł smutnie Presler, jakże ja tam oczy przed nimi pokażę? oni pomyślą żem przyszedł ich zdradzić, że wydam ich aby ocalić syna. Znają oni mnie i wiedzą kto jestem, stryczek, nie pomoc gotują dla mnie!
— Nie znasz ich, rzekł Kuźma, który się poczciwie po polsku i nieostrożnie po polsku z pełności serca wygadywał — litościwi to ludzie, choć nieraz muszą na śmierć osądzić i porwać się na życie. Jam prosty człowiek i dobrze tych rzeczy nie rozumiem, aleć kiedy wolno moskalom bez sądu, bez prawa, bez obrony zabijać, wieszać i strzelać, czyżby nam nie godziło się bronić? Krzyczą że nasi zabijają po ulicach, niechże policzą ileśmy a ilu oni zabili? Nie obawiaj się, dodał Kuźma, a zresztą cóż masz do stracenia?
Presler któremu ta myśl utkwiła w głowie szepnął późniéj na ucho:
— Zlituj się! jeżeli możesz, ratuj ty mnie!
— Siedź tu i nie ruszaj z miejsca, rzekł stolarz, ja zaraz powrócę.
Jakoż wybiegł natychmiast, a Preslerowi ten czas oczekiwania wydał się niezmiernie długim.
Nakoniec Kuźma powrócił, ale jakoś smutny i twarzą nie wiele dający nadziei.
— A cóż? spytał Presler.
— Chodź waćpan zemną... zobaczymy...
Nic nie mówiąc poszli oba, Kuźma wiódł go małemi uliczkami w głąb Starego miasta, potem grubą chustką oczy mu zawiązał i znowu prowadził jakby naumyślnie kręcąc w prawo i w lewo, aby porucznik nie domyślił się, dokąd idzie. Noc była ciemna, Presler o czem innem myślał, a nadzwyczajne te ostrożności wcale go nie zdziwiły. Po długich zwrotach w ulicach poczuł Presler, że weszli do jakiegoś gmachu, że otwierano kilkoro drzwi, potem zstępować było trzeba w dół po wschodach, a gdy mu oczy odsłonięto, ujrzał się w jakimś lochu bez okien ze ścianami nagiemi w głębi mającym wielkie drzwi żelazne. — W pośrodku był prosty stolik zarzucony papierami, przy nim siedziało trzech młodych ludzi. —
Wszystkich oczy utkwione były w Preslera, który stał drżący jak winowajca przed sądem. Jeden z przytomnych rzucił pióro i przystąpił do niego.
— Nie potrzebujesz nam nic mówić, rzekł pokręcając wąsa — wiemy wszystko, życie twe było niegodziwe, lepiéj było umrzeć z głodu, niż żywić się zdradą. —
Nie dokończył tych słów, gdy żelazne drzwi w głębi lochu otwarły się powoli i wszedł ksiądz w habicie jednego z zakonów Ś. Franciszka.
Postać to była łagodna, choć energiczna, twarz ożywiona czarnemi oczyma, usta, pełnym miłosierdzia uśmiechem, popatrzał na Preslera, coś poszeptał z młodymi ludźmi i zbliżył się do niego, z politowaniem widocznem.
— Widzisz, widzisz, moje dziecko, rzekł kładnąc mu rękę na ramieniu, do czego cię to zapomnienie o Bogu i świętych prawach jego przywiodło! Do zguby własnego dziecka, a kto wie czy nie dwojga twoich dzieci!
— Mój ojcze, odpowiedział Presler płacząc, litujcie się, ratujcie, ale nie dobijajcież mnie przypominając winę moją.
— Żałujesz za grzech, ukarany jesteś, Bóg zapewne przebaczył, i ludzie już tknąć cię nie powinni. — Sędzia sprawiedliwy wziął sam na siebie wyrok i jego wykonanie, pokój z tobą człowiecze.
— Bóg widzi, zawołał Presler, chciałbym złe naprawić, pytajcie mnie, powiem wam co tylko wiem, będę wam służył do zdechu! choćby i mnie powiesić mieli.
— Moje dziecko, rzekł ksiądz, bardzo to pięknie mówisz, ale obrachuj się z sumieniem, czy tego przez samą zemstę nie czynisz? Zemsta nie chrześciańskiem jest uczuciem; my nie mścić się na moskalach, ale bronić się od nich powinniśmy. Prześladują świętą wiarę naszą, chcieliby nas spodlić i zepsuć, aby tem łatwiéj ujarzmić; broniąc tego nieszczęśliwego kraju, bronim zarazem praw Boskich które oni depczą nogami...
Mówił, a Presler płakał, nakoniec po téj nauce moralnéj zaczęto go wypytywać o rozmaite szczegóły o których dokładniejsza wiadomość mogła być przydatną.
Presler dostarczył jeżeli nie nadzwyczajnych objaśnień to wiele imion ludzi, którzy do tajnéj policyi należeli; wiele skazówek z których korzystać było można.
Rozmowa przeciągnęła się długo w noc, ale dla biednego Juljana żadnéj mu nadziei dać nie było można. — Wyrwać go z ich szpon nikt nie mógł; ucieczka z cytadeli była prawie całkowicie niemożliwą, w podróży niezmiernie trudną. Upewniono tylko Preslera że synowi jego o ile możności starać się będą ciężki los osłodzić, że potrzeby jego zostaną zaspokojone, że będzie miał opiekę, a późniéj, kto wie? może jakimkolwiek sposobem obmyślaną ucieczkę. —
Nie starczyło to Preslerowi który chciał syna widzić koniecznie wolnym, ale ksiądz dodał w końcu:
— Pamiętaj, że to dziecię twoje Bóg wyznaczył może aby za grzechy ojcowskie odpokutowało, jest młody, wielu od niego starszych, słabszych, zasłużeńszych. Bóg zadaje ci ranę ciężką, ale z jego ręki przyjąć ją potrzeba, bo też i winy wielkie były. —
Pocieszano go jak kto umiał, ale czemże są słowa w obec takiéj boleści, którą tylko czyn skruszyć może, a czas osłabić?
Presler wyszedł z innym tylko smutkiem, ze zmienionem cierpieniem, przybity brzemieniem, na które mu sił nie stawało.
Po długich znowu przechodach w różnych kierunkach znalazł się, gdy mu oczy rozwiązano, przede drzwiami swego mieszkania.
Wszedł smutny na wschody i do izby, w któréj zastał tylko Kachnę siedzącą na ziemi i łzami zalaną. Rzuciła się ona ku niemu z opowiadaniem, że przed parą godzinami, policya wpadła do domu, że przetrząśniono wszystko, że w łóżku Rózi znaleziono jakieś papiery i ją zabrano do więzienia. —
Dodamy tu, że w tydzień po tem umarł nagle adjutant namiestnika kniaź Szkurin. Przyczyna jego śmierci była tajemniczą, niezbadaną, mówiono o apopleksyi. O losie Rózi ani ojciec ani Kaźmierz nigdy się dowiedzieć nie mogli. W więzieniach nigdzie jéj imienia na spisach nie było — znikła bez wieści. —


Na największą boleść, współczucie ludzkie jest balsamem Samarytanina, jeśli on ran nie leczy, przynajmniéj koi cierpienie, a czas, ów mistrz lekarzy, powoli zaciera blizny.
Biedna matka Juljana podniesiona ręką litościwą kobiety, któréj syn także oddychał więziennem powietrzem, znalazła u niéj dach, litość i troskliwą opiekę nad sobą. Zapadła wprawdzie na zdrowiu, ale choroba ciała nie dała się wzmódz boleści duszy. Gdy po kilku dniach przesilenia podniosła się z łoża i przytomniejsza nieco zaczęła wypytywać o swoich, musiano jéj, wydzielając po trosze, całą nareszcie wypowiedzieć prawdę.
Dowiedziała się biedna że Juljan osądzony był do rot aresztanckich na Syberyą, że o męża losie nikt nie wiedział, a córka znikła bez śladu, porwana przez policyjskich posługaczów. Ciężkie to były ciosy, Preslerowa opłakawszy swe sieroctwo, dolę nieszczęśliwą córki, a nawet męża, choć na niego wina wszystkich tych wypadków spadała, przywiązała się tem mocniéj do syna i postanowiła towarzyszyć mu na wygnanie.
Ta myśl, że z nim będzie, że mu ulży słowem i współczuciem doli bolesnéj, że dźwignie jego kajdany — przywróciła jéj trochę zdrowia. Wiedziała już że za dni kilka Juljan być ma wyprowadzony z innymi więźniami, potrzeba się więc było dźwignąć, trzeba było odzyskać siły, aby rozpocząć ten pochód żałobny, pędzonéj nahajkami kozaków i szyderstwami rozpasanéj tłuszczy.
W całem postępowaniu Moskwy z winnymi i niewinnymi, nie ma najmniejszego śladu, że przed dziewięcią wiekami naród ten chrztem był obmyty. Znamieniem jego zawsze jest jeszcze dzikość pogańska, jakiéj już nigdzie nie znajdziesz na świecie. Nawet te ludy które jeszcze krzyża nie położyły na piersi, samem zetknięciem się z chrześciaństwem złagodniały, — jedna Moskwa, choć niby chrześciańska i choć na pozór pobożna, zachowała w całości stary obyczaj tatarski i zwierzęcą nielitościwość.
Począwszy od sądu aż do kary, wszystko w niéj przejęte jest barbarzyństwem, rzekłbyś że inaczéj nasycić nie mogąc swego pragnienia krwi i mordu, rzuca się chciwie na wszelką pastwę podaną. Żadnéj niech się nie spodziewa litości, kto się w szpony tych sędziów i oprawców dostanie; więzienie, badania, wykonywanie wyroku, wszystko jest pastwieniem się i okrucieństwem, obrachowanem na to, aby ofiara cierpiała jak najwięcéj, aby kat się jej męczarnią nasycał.
Ani płeć, ani wiek, ani słabość, ani cierpienie obronić nie mogą; siła tylko wzbudza w nich poszanowanie, słabość nielitościwe szyderstwo. Gdyby Chrystusa krzyżować mieli powtórnie, znaleźliby środek do jego passij dodać jeszcze jakie nowe męczeństwo...
Cywilizowany jenerał audytoryatu i prosty sołdat, obchodzą się z więźniem jednakowo, sercem dzikiem są to bracia rodzeni. Wszystko co w opisach tych krwawych i smutnych dziejów wydaje się przesadzonem i nieprawdopodobnem tym co Rossyą powierzchownie tylko znają — jest jeszcze bladém i niedostatecznem w obec rzeczywistości, na którą nie ma wyrazów w języku ludzkim, bo nie ma pojęć w umyśle ludzi... Ryk zwierząt mógłby chyba wyrazić to zwierzęce okrucieństwo.......
Rano przed świtem, bo Moskwa zwykła szukać ciemności i taić się ze swą sprawiedliwością — wywleczonych nagle z cytadeli winowajców przywieziono na punkt zborny na Pragę.
Dzień się wybrał pochmurny, słotny, szary i mimo lata zimny a wietrzny. Na piasku przemokłym od długiéj słoty, stało kilkudziesięciu ludzi, po większéj części młodzieży, w grubych szynelach sołdackich, z postrzyżonemi głowami, przykutych do żelaznego drążka, i obstawionych silną do koła strażą.
Wyprawa ta, składała się z ludzi wszelkiego stanu i wieku, a moskwa postarała się o to, aby między politycznymi skazanymi znajdował się prosty złodziéj, umyślnie chcąc zbrodnię miłości ojczyzny z najpodlejszem przestępstwem porównać. Odbijała ta postać złowroga zbójcy i łupieżcy z wpadłemi w czaszkę oczyma żbika, od szlachetnych obliczów męczeńskich...
Obok zbója szedł przykuty ksiądz staruszek, który przyjmował przysięgę czeladzi rzemieślniczéj, spokojny, łagodny, na przyszłe swe cierpienia patrzący pogodnem okiem kapłana co od dawna życie swe Bogu oddał w jego ręce i sam niem już nie rozporządzał. Ujęty do więzienia, nim go badać zaczęto, starzec zażądał krucyfixu, a dostawszy go poprzysiągł w obec przelękłego służalstwa, że mu żadna męczarnia z ust słowa nie dobędzie... Skazano go za to zuchwalstwo, że się śmiał uciec pod skrzydło Boże, chroniąc od sprawiedliwości cara... Kapłan uśmiechał się, czuł że był na swem miejscu, bo niósł z sobą słowo rezygnacyi, pociechy i nadziei.
Za nim szedł młody chłopak, blady i zmęczony długą niewolą, uśmiechnięty boleśnie — patrzał on na Warszawę i łza kręciła mu się pod zczerniałą od płaczu powieką... tam! tam, zostawiał starą matkę, kalekę ojca, i ją... tę którą ukochał, a któréj niewolno było nawet przyjść go białą chustką zdaleka pożegnać. Wczoraj uścisnął raz ostatni rodziców, a jéj... bojąc się wymienić imienia nawet — bądź zdrowa, cichego przesłać nie śmiał. I patrzał, patrzał ku niéj, w tę stronę gdzie ona może płakała ukryta, i pytał co mu los przeznacza... kiedyż czy nigdy? — Na zawsze! jak żelazny sztylet rozdzierało mu piersi... na zawsze! na zawsze, straszny wyraz, który mieści w sobie treść całą ludzkiego żywota. —
Po nim podstarzały już mężczyzna, ojciec rodziny, wlókł się z kaszlem w piersi oznajmującym że nie zajdzie daleko, ale z milczącą rezygnacyą; za rzędem żołnierzy stała zapłakana jego żona, dwoje dziatek wyciągając do niego rączki drobne, niemowlę podnosiła do góry, aby i ono pożegnało ojca. — On patrzał na nich i myślał ile to mogił otworzy się, aby tyle rozpaczy pochłonąć... nie miał już żadnéj nadziei prócz śmierci... niedostatek, sieroctwo, nędza, upokorzenie, a potem grób i cisza... Nie miał ich siły żegnać, ale patrzał, patrzał, aby ten obraz wybił się i wypiętnował w sercu, i powtórzył z ostatniem jego uderzeniem jeszcze...
Za nim maleńkie chłopię, co jeszcze szkoły nie skończyło, nie zaczęło życia, już rozpoczynało nową szkołę nieszczęścia i pierwszy żywot boleści... Student podnosił czoło dumnie, z pociechą że obok starych, tak młodo już za ojczyznę mógł cierpieć, usta się jego uśmiechały, oko pałało, świstał jakąś piosenkę, a łza nieuznana jak kropla deszczu wysychała mu na gorejącym policzku... Rodzice byli daleko! o losie jego nie wiedzieli może... ale był szczęśliwy że oni posłyszą jak godnie nosił ich imie...
Po nim stał mężczyzna stary, tajemniczego oblicza, żółty, wychudły, z białemi pieszczonemi rękoma, z cérą delikatną, z usty zaciśniętemi; widocznie drugi raz już, może trzeci puszczający się w tę drogę daleką... Na czole jego pomarszczonem wisiała troska żałobna, ale powieki zapomniały łez, tych gości młodości... nie mógł już i nie umiał płakać — był stwardniały i nieczuły, żołnierz go bił usiłując ustawić do porządku, on nie czuł... W tłumie nikogo nie było coby go przyszedł pożegnać... wzięty był pod cudzem nazwiskiem i nikt o jego prawdziwem nie wiedział...
Po za szeregiem żołnierzy widać było twarze tłumu, rodziny, przyjaciół, żon i matek, które przyszły tu szukać synów i braci, ukraść pożegnanie wzbronione, bo moskiewska sprawiedliwość i z rodziną się rozstać nie dopuszcza... potrzeba czatować, zgadywać, pochwycić ostatnie skazanych wejrzenie, trzeba święty, pocałunek ostatni okupywać u żołdaków bez litości, którzy rozpędzali nagromadzonych, wyśmiewając się z tego co świat ma najbardziéj poszanowania godnem — z boleści. —
Każdy z tych przybyłych, oprócz łez przyniósł coś dla skazanych na długą i niewygód podróż, coś coby im ją osłodzić mogło — nie wiedząc że dostarcza łupu dla strażników... Często o kilka set kroków za miastem już te podarki i ofiary rozdzielają między siebie żołnierze, lub wiodący partyą oficer zabiera niby dla schowania, — ale się o nie upomnieć potem niegodzi. —
Na bladych twarzach więźniów znać było wszystko co przetrzymali, głód, lichą strawę używaną za środek do osłabienia w nich ducha, bezsenność, trwogę, rózgi, i wymyślone katusze, naostatek samotność przerywaną łajaniem i groźbami... oczy zgasłe, skóra zwiędła, spieczone usta mówiły więcéj niżby powiedziały słowa.
Jakkolwiek ciężki ich los czekał, jakkolwiek skute mieli ręce, nad sobą nahaj kozacki a obok kolbę karabina — samo oddychanie świeżem powietrzem, widok nieba i szerszych przestrzeni, ruch nieco swobodniejszy, zbliżenie do ludzi jednego losu i przekonań, już tę podróż kalwaryjską czyniły prawie osłodą.
Ale któż opuszcza swój kraj i przyjmuje to sieroctwo na barki bez uczucia strasznego pustkowia, w które wchodzi?
Nawet stary braciszek zakonnik, co się już był zaparł świata, poglądał czy nie zobaczy tych murów klasztornych, w których niegdyś tak błogo i cicho spływały mu lata — cóż dopiero inni, co za sobą pozostawili rodziny, węzłów tysiące i tyle nici serdecznych zerwanych tak gwałtownie?
Od téj sztaby żelaznéj oczy biednych skazanych odwracały się szukając w tłumie znajomych twarzy, a gdy ich nie znalazły, poiły się goryczą przypuszczeń, przeczuć, obawy... Nie jeden pomyślał że o nim już zapomniano, drugiemu śmierć i choroba snuły się po głowie. Ci co ujrzeli znajome twarze szarpali swój łańcuch aby się raz jeszcze ku nim przybliżyć, choć posłyszeć głos ukochany, aby jego dźwięk został w uszach i sercu, i brzmiał w téj długiéj ciszy grobowéj, przypomnieniem dni jaśniejszych. —
Z za szeregów głośne płacze i rzucane pospiesznie słowa leciały ku uszom więźniów spragnionych... dowiadywali się z nich o wielu wypadkach, których cisza cytadeli odgłosu do nich nie dopuściła...
— A brat?
— Uwięziony...
— A mąż twój?
— Zesłany...
— A ojciec wasz...
— Zabity...
— A ona?
— Siedzi zamknięta...
— A przyjaciel nasz...
— Umarł i pochować go nie było wolno we dnie, poprowadziliśmy go nocą na Powązki...
Przy księdzu i starcu stał Juljan, blady, wymęczony, zmieniony nie do poznania, ale z wyrazem męztwa na twarzy, którem wszystko zwyciężył. Widać było że wśród cierpień nie ugiął się i nie poddał, że szedł odważnie naprzeciw swojego losu, czując się apostołem świętéj prawdy, wiedząc że gdyby usta jego słowa za nią wyrzec nie mogły, samym sobą świadczyć będzie o prawdzie téj, za któréj wyznawanie był skazany.
Nie spodziewał się on nikogo tu znaleść i z nikim pożegnać — ale matka jego od trzech dni stała tu codzień na czatach, pilnując syna, czekając na niego.
Postrzegł ją Juljan i uśmiechnął się ażeby jéj dodać męztwa, sądził że przyszła tylko ze słowem błogosławieństwa na drogę, i zdziwił zobaczywszy węzełek na jej plecach, a kij w rękach. Na twarzy zwiędłéj, mimo przebytéj choroby, malowało się chłodne postanowienie, które w sobie czerpie siły do wykonania zadań nawet najcięższych.
Ta myśl, iż matka towarzyszyć mu miała, więcéj sprawiła niepokoju niż pociechy, wolałby był sam cierpieć, niż być przyczyną ciężkich boleści dla niéj, dla matki... Ale ona spostrzegłszy go także, uradowana skinęła na niego tylko i stała spokojna nie usiłując się nawet przybliżyć, gdy inni szlochali rękami przedzierając się przez żołnierzy, aby raz jeszcze dłoń ukochaną uścisnąć — ona czekała opodal, cierpliwa, rachując na długą podróż, która ją z synem połączyć miała.
W pospiesznych pożegnaniach rozdzierających serca, upłynęła błyskawicą chwila ostatnia i wkrótce dał się słyszeć rozkaz do wymarszu, rzucony tym suchym głosem sołdackim, który jednakowo wymawia wyrok potępienia i oswobodzenia... Żołnierze ruszyli się, brzęk broni, płacze i krzyki rozległy, łańcuchy zabrzęczały i sznur skutych wygnańców ruszył w daleki świat obcy, nie jeden do otwartéj mogiły na stepie, zimnym posypanéj śniegiem.
Oficer zapalił cygaro, a sołdactwo naciskających się rozpędzało swem — paszli won! odpychając kolbami... Ksiądz zanucił:

„Pod Twoją obronę”...

ale kozak przypadłszy, sądząc że to śpiew jakiś zakazany, uderzył go po siwéj głowie nahajką i pieśń cichym się skończyła pacierzem, tylko sina pręga na licu kapłana poświadczyła, że o Bogu w chwili rozstania z ojczyzną pomyślał.
Odwoływanie się do Boga, i skarżyć na cara — jest to zbrodnia niedarowana... Bóg wedle moskalów jest tylko posłusznym wykonawcą woli monarszéj, inaczéj poszedłby dawno w sołdaty. —
Za szeregiem żołnierzy, podpierając się na kiju, powlokła się jedna kobieta...
Była to matka Juljana.


Nie na tem jednak koniec tego czarnego dramatu, nad którym świeci promyk macierzyńskiéj miłości.

W chwili gdy się to działo na Pradze, zdala, nie śmiejąc się zbliżyć, oparty o ścianę, stał człowiek stary w sukniach oszarpanych, z żółtą i pomarszczoną twarzą, na któréj nędza wypiekła swe straszliwe znamię. Przechodzący mijali go z politowaniem, czytając z lica widoczne obłąkanie...
Dopóki więźniowie stali, wzrok jego ostrożnie zdawał się między nimi szukać kogoś, ale ile razy padł na Juljana, ukrywał się przerażony...
Znajomym nawet, nawet żonie i synowi trudno było poznać w nim Preslera, na tak strasznego żebraka, włóczęgę zmieniły go te dni pokuty. Twarz była ruiną, którą poorały łzy i krzywiło jakieś konwulsyjne drganie przybierające zarazem to płaczu wyraz, to dzikiego uśmiechu. Musiał się oprzeć o ścianę, bo na nogach ustać nie mógł, a ręce mu opadały bezwładnie. — Z ust zaciętych widać było sączącą się pianę, jakby w ostatnich wysiłkach konania.
Stał jak nieruchomy dopóki pochód nie wyszedł, aż gdy brzęk kajdan oznajmił, a więźniowie rozpoczęli tę podróż, z któréj żaden może nie miał powrócić, stary obłąkanym wzrokiem rzucił na tę kupkę potępieńców, i jakby na przekór płaczom i jękom, które w téj chwili słyszeć się dały, począł się śmiać dziko. Śmiech ten był tak przerażający, że kupka ciekawych dzieci, które się z za węgła domu przypatrywały téj scenie, pierzchła wylękniona... Obłąkany obejrzał się, rozśmiał jeszcze i zadarłszy głowę do góry, podparłszy się w boki, poszedł poważnym ale chwiejnym krokiem do najbliższego szynku naprzeciw.
Że to był dzień targowy, a ludzie przybywali z okolicy na Pragę i każdy z nich w słotny ranek chciał się czemś pokrzepić, gdy Presler wszedł znalazł szynkarkę zajętą. Oburzyło go to mocno, że mu zaraz nie usłużono.
— Hej! słuchaj, zawołał, ty jakaś, nie widzisz kto przyszedł? dawaj mi tu wódkę, a żywo.
I rozsiadł się za stołem.
Żydówka nie spieszyła go słuchać, bo widząc odartą odzież niepewną była zapłaty.
— A! ty córko Judasza, plemie Herodowe, zawołał powtórnie Presler z gniewem wzrastającym coraz, wódki mówię co prędzéj, garniec wódki! a nie, to ci łeb rozkwaczę...
Oburzyli się na ten krzyk i łajanie przytomni, chciano wezwać policyanta, aby warjata uprzątnął, gdy Presler poszukał w kieszeniach i dobył papierek trzyrublowy, którego widok ułagodził szynkarkę, a innych powstrzymał od stawania w ich obronie.
Z chciwością niewypowiedzianą porwał stary za flaszę, i począł z niéj pić, jakby żłopał wodę spragniony. Straszno było patrzeć na to samobójstwo, oczy wszystkich zwróciły się na nieszczęśliwego człowieka, który dopiwszy do dna flaszkę, gruchnął szkłem o ziemię a sam bełkocząc jakieś przekleństwa, powalił się na ławę.
Chwilę jednak tylko trwała nieprzytomność, powstał natychmiast i z uśmiechem skierował się ku drzwiom; wszyscy się rozstąpili przed nim, on szedł z głową spuszczoną, z oczyma wlepionemi w ziemię, szepcąc sam do siebie.
— No, teraz dobrze! lada dzień zrobią mnie pułkownikiem, a gdy im wydam nieboszczyka ojca, zostanę jenerałem. Co mi to szkodzi? kto mówi że jestem zdrajca? hę? każę go zaraz rozstrzelać! Nikt inaczéj nie dorabia się pieniędzy i rangi. Sprzedałem syna, przepiłem córkę, żonę diabli wzięli, i...

Jestem sobie pan, i o nic nie dbam!

Ostatnie słowa wyśpiewał głosem ochrypłym, wziął się w boki, zakręcił na jednéj nodze, począł niby tańcować, ale się słaniał i padał.
— Co mi tam! wołał, wszystko głupstwo, a wódka grunt! a co ludzie pokomponowali tę niby cnotę, te różne delikatne bałamuctwa, żeby głupców trzymać na sznurku... niewarto szklanki wody! — Tfu! furda!
Po chwili zaś, dodał:
— Gdzie ekwipaż pana jenerała Preslera? gdzie jego ludzie? hę? Każę woźnicy dać sto łóz jak go odszukam, albo go wyślę na Sybir! znaj trutniu jakiś Preslera... Sybir...
Powtórzywszy ten wyraz, obejrzał się i wstrząsnął.
— Kto tu śmie gadać o Sybirze? Kto mi tu wspomniał Sybir? W Syberyi złoto kopią i w sobolach chodzą, ciepléj jest tam jak w tych głupich Włoszech... Nieprawda! kłamstwo co gadali o Sybirze przez nienawiść dla N. Pana i poczciwych moskali...
Mówiąc to coraz ciszéj, głosem przerywanym czkawką, stanął u brzegu Wisły, i począł się w płynącą wodę wpatrywać, czoło mu się zachmurzyło, a choć usta krzywiły się uśmiechem, oczy płakały. Siadł czując się znużonym na szychcie drzewa.
— Co teraz robić? mruczał do siebie... mógłbym to ja żyć i porządnie żyć, ha! ale może nie warto, jakoś mi się nawet nie chce! Żony nie ma, mógłbym się jeszcze ożenić z jaką moskiewicą tłustą i bogatą, ale nuż drugi taki diabeł będzie jak pierwsza? Nie, to głupi interes... żyło się, żyło, szarpało... a całe życie... tfu! psu na buty!
Popatrzał znowu na wodę.
— Pali mnie pragnienie, wypiłbym Wisłę, rzekł, ale te łotry zaraz mi proces wytoczą, patryoci, że im ich rzekę skonfiskowałem w żołądku... nie można... gotowi powiesić za to...
Uśmiechnął się znowu.
— Hę, Adasiu kochanie, rzekł, imię swe przypominając sobie — gdybyśmy my się utopili?
W téj chwili fenomenem właściwym wielu obłąkanym, Presler poczuł jakby się rozdwoił, Adaś oddzielił się od niego i czynił mu wyrzuty. — Presler się gniewał i bronił. Obaj przeciwnicy zamknięci w jednéj powłoce rozpoczęli bój zażarty, — porucznik mówił za jednego i drugiego, kłócił się z sobą i łajał.
Nareszcie zmąciło się w głowie, Adaś ośmielił mu się zarzucać że zdradził Juljana, i jak Bóg w Biblii pytał go:
— Coś uczynił z synem twoim? gdzie syn twój?
Presler ruszał ramionami, odpowiadając że nie wie, ale powtarzające się zapytanie zburzyło go wreszcie i porwał się sam na siebie, szarpiąc odzież, drapiąc i raniąc sobie piersi...
Szamocąc się tak w największéj złości, postanowił rzucić do Wisły uprzykrzonego Adama, i padł w nią z nim razem...
Woda w tem miejscu była głęboka, wir go pochwycił, pochłonęły fale; dziki tylko śmiech szyderski, ostatnie tętno życia, rozległ się długo po nad brzegiem.

Warszawa 1863


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.