Latarnia czarnoxięzka/I/Tom IV/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Latarnia czarnoxięzka
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca S. Orgelbrand
Data wyd. 1843
Druk M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LATARNIA
CZARNOXIĘZKA
OBRAZY NASZYCH CZASÓW,
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.
TOM IV.
WARSZAWA,
Nakładem S. ORGELBRANDA Księgarza,
PRZY ULICY MIODOWÉJ Nr. 496.
1843.


Za pozwoleniem Cenzury Rządowéj.





W DRUKARNI POD FIRMĄ M. CHMIELEWSKIÉGO.





ROZDZIAŁ I.
STARY DOM PAŃSKI.



Co to jest miéć takiego wuja jak August! Staś ani się spostrzégł, jak przebył drogę z Kijowa do Żytomiérza, dość nudną i jednostajną. Chociaż się nie spotkali z Prezesową, która gdzieś w bok zapewne dla odwiédzenia znajomych zjechać musiała; nie znudził się jednak Stanisław; August ciągle znalazł o czém mu opowiadać, czém go zajęć i zabawić. Troskliwy jak matka, patrzał mu w oczy i gdy w nich widział oznakę większego smutku, niepokoju, starał się być weselszym, aby nie dać wkorzenić się na młodym umyśle, temu nienaturalnemu usposobieniu, do widzenia świata w czarnéj zawsze szacie, zwalanéj krwią i błotem.
— Mój Stasiu, mówił mu — gdyś do mnie przyjechał, byłeś żywy, roztrzepany, wesoły i z tém ci tak było dobrze, tak naturalnie, jak kwiatkom z ich wonią i barwami. Teraz wypoważniałeś i zesmutniałeś mi bardzo — Wiém tego przyczynę, ale przypomnij sobie, czylim ci nieprzepowiadał tego, gdyś tak zapalczywie pożądając miłości, otworzył serce dla piérwszéj spotkanéj kobiéty, gdyś uczynił wybór ze wszech miar niestosowny i niebezpieczny? To była rzecz przewidziana i wyrachowana z góry — Bądź odważny, teraz, jak byłeś odważnym, gdyś się wplątał w te nieszczęsne stosunki z Julją.
— Łatwo powiedziéć, bądź odważny — rzekł Staś, ale na mojém miejscu wuju.
— Na twojém miejscu, potrzeba właśnie rezolucij, silnéj woli i odwagi. Nie powiadam żeby to było łatwe, ale to jest konieczne. Pojmuję twoje położenie, żal mi cię bardzo mój Stasiu; ale jesteś mężczyzną —
— Prawdziwie wujaszku, mówisz cóś jak kobiéty, co chcą dodać odwagi, któréj same nie mają i powtarzają nieustannie drżąc ze strachu — Jesteś pan mężczyzną. Jak gdyby biédny mężczyzna, nic nie czuł, i powinien był nic nie czuć — Przyznaj wujaszku, że niechciałbyś być na mojém miejscu i wyrabiać w sobie téj tak potrzebnéj odwagi —?
— O! nie przeczę! rzekł August — to téż widzisz żem urządził sobie życie, aby niepotrzebować zbiérać się na wielką odwagę nigdy, aby niedoznawać wielkich wstrząśnień. Za to niémam téż w życiu wielkich uroczystych chwil szczęścia — Jedno za drugie, jam kontent z mojego udziału; i ty powinieneś się kontentować swoim. Chciałeś tych złotych chwil, co się okupują łzami i cierpieniem, miałeś je i miéć będziesz, ale pamiętaj, zawsze tak jak dzisiaj, po krótkiém omamieniu, nastąpi smutek, żal, niepokój. —
— To prawda wuju, odpowiedział Staś — jednakże ja niémam do wyboru, takiego lub innego życia, charakter mój, skłonności, temperament, wyznaczyły mi drogę, z któréj zejść nigdy nie potrafię —
— Myślisz? rzekł uśmiéchając się August, że mnie nic nie kosztuje moja spokojność, że nie zazdroszczę wam czasem w sercu tego szczęścia, na które patrzę jak ostrożny łakomiec, co się boi jeść, aby potém nie dostał niestrawności! Myślisz, że jestem tak zimny, nie czuły, że mogę nic nie pożądać, niczém się nie poruszyć? U mnie pozorna nieczułość jest nie naturą, ale wyrozumowanym systematem. Wziąłem krédę i porachowałem na jedną stronę przyjemności, na drugą utrapienia waszego życia, — zdało mi się, że więcéj mógłem ciérpiéć, niż było warto; odsunąłem więc to szczęście, bo dla mnie za drogie. Ale jak trudno mi jest utrzymać się w postanowieniu i odpychać wszystko! O! ty tego nie wiész, nikt tego nie wié i wiedziéć nie będzie —
— Jam się tego domyślał — rzekł Staś, i z uwielbieniem patrzę na wuja, jak na męczennika idei —
— Ideą by to tylko nazwać można, gdybym nigdy niesprobował innego życia, ale po próbie dopiéro zrobiłem rachunek.
Zamilkli, konie pocztowe leciały czwałem; minęli Żytomiérz i zapuścili się w Polesie wołyńskie, przegradzające ich już tylko od rodzinnego Wołynia. Za Ostrogiem August zaproponował Stasiowi, zajechać zboczywszy z drogi, do jednego znajomego domu.
— Warto, abyś w nim był, rzekł mu, jest to staroświecki jeszcze dom pański prawdziwie. W nim wystawa i przepych są tylko konieczną wynikłością dostatku i nie wychodzą za granicę możności, nawet jéj nie dościgają. Stopa na jakiéj dom jest utrzymywany, jest taką, na jakiéj żyli przodkowie Xięcia; imie ich historyczne, znajdziesz je na każdéj dziejów karcie zapisane. Gościnność staropolska, dostatek, spokój, i swoboda usiadły w progu tego domu. Oboje Xięstwo są przystępni, grzeczni jak wielcy panowie (wedle francuzkiego przysłowia) a jednak umieją godność swą utrzymać i nie poniżyć się nigdy i dla nikogo —
Jeszcze mówił August, gdy z dala ukazały się stare, wyniosłe topole, lipy, i dęby, rezydencij Xiążęcéj. Oznajmywała się z daleka, poważną, zamożną, wdzięczną. Czuć było, że pod temi drzewy, spokojność i swoboda, mieszkają. Na końcu alei lipowéj, co dawne już pamiętała lata i lepsze czasy, bielał pałac piętrowy, dawnéj architektury, ale utrzymany świéżo i czysto. Przed nim stała w dawnym także smaku z herbowną chorągiewką na szczycie wieża z cztérma bastjonikami po rogach. Do koła stary ogród z szumiącemi drzewy, porastającemi na wałach zamczyska niegdyś obronnego, roztaczał się daleko. Za nim widać było miasteczko porządne, z wieżą kościołka, kopułą cerkwi zieloną, kilką karczem, murowanemi kramami, wysoką o śpiczastym dachu szkołą żydowską i piętrowym ratuszem.
Daléj jeszcze pokryte śniegiem łany, aż pod las siniejący na końcu widnokręgu sięgały — Około pałacu nie widać było niezwyczajnego ruchu, ciżby sług, i niepotrzebnych ludzi, otaczających zawsze mieszkanie nierządu i nieładu, nie widać było tych żydów utrzymujących wartę na wschodach zrujnowanych panów naszych, ani kozactwa, co u półpanków, tak wielką gra rolę.
Stary kamerdyner otworzył im drzwi sieni i oznajmił że Xięztwo są w domu. Był to sługa, z tych dawnych sług, co przywiązaniem swém wrastali do familij, co niańczyli wszystkie dzieci, wyprawiali w świat wszystkich paniczów, opłakiwali śmierć każdą i na wszystko mówili — Nasze. — Nasza pani, nasze dzieci, nasz pałac, nasze piéniądze — Należało to wszystko do ich serca. Posiwiała mu głowa na usługach Xięztwa, zgarbiły się plecy, ale niechciał łaskawego chleba, bo przywykł pracować, krzątać się, ruszać i nie mógłby zniéść odpoczynku, który dla czynnych ludzi, jest nieznośną pracą. —
Ubrany był w czarny frak, czarną kamizelkę, białą chustkę; gruby łańcuch od zégarka wisiał mu na szyi, a dużą chustkę i tabakierkę miał w ręku. Uważaliście kiedy, jak charakter panów wpływa na sługi, jak u dorobkowiczów słudzy są nieznośnie dumni, opryskliwi i niegrzeczni, jak u prawdziwie wielkich panów, każdy z nich stara się przewidziéć twoje żądanie, zadość uczynić twéj myśli, usłużyć ci, uprzyjemniéć pobyt w domu. —
Stary kamerdyner z łagodnym uśmiéchem i ukłonem powitał gości, wprowadzając ich wschodami szerokiemi na górę.
— Xięztwo są na mszy, rzekł, w kaplicy pałacowéj —
— Więc i my pójdziemy na mszą, rzekł August zawracając się. Bądź WPan łaskaw pokazać nam drogę.
Staruszek pośpieszył naprzód i otworzył drzwi na prawo do kaplicy, z któréj dochodziły śpiéwy pobożne i szmer modlitwy. Kaplica była obszerna i wysoka, widocznie od razu stawiając pałac, umieszczono ją w nim. Nie był to przybrany tylko pokoj, ale kaplica. Jeden tylko w niéj ołtarz, a w nim Bogarodzicy piękny obraz z dziécięciem Świętém na ręku, otoczony różami robionemi i srébrnemi votami — Bogate zasłony odsunięte były w téj chwili. Xiądz kapucyn odprawiał mszą u ołtarza, dwóch chłopczyków z dzieci officjalistów dworskich, usługiwali mu do niéj. — Cały dwór zgromadzony był w kaplicy, a na czele jego Xiężna przy pięknym klęczniku, Xiąże Pan w ławce, na xiążkach się modlili. Starzy i młodzi słudzy, drobne dzieci, kobiéty, wszystko klęczało i pobożnie szeptali pacierze —
Nasi goście mieli czas stanąwszy u drzwi przypatrzéć się obojgu Xięztwu. Nie młodzi już byli oboje i znać po twarzach, że nie zawsze szczęśliwi, ślady burzy zostały na nich, ale chrześciańska rezygnacja i pokój duszy i sumienia, je pokryły.
Xiężna ubrana w długą czarną suknię i szeroką czarną chustkę, twarz miała bladą bardzo; znać dawniéj musiała być niepospolicie piękną, bo dziś jeszcze oprawa oczów zagasłych, kształtny nos i małe zsiniałe i wpadłe usta o tém świadczą. Na czole siwe już włosy gładko przyczesane, wyraz fiziognomij łagodny, miły. Modli się i znać że cała w modlitwie szczéréj, powtarza ją głośno, niezwracając oka z xiążki. Niekiedy wymknie się jéj z piersi westchnienie, to zapewne przypomnienie dzieci je wywołało, bo Xiężna potraciła wszystkie dzieci i stratę najboleśniejszą w życiu, ofiarowała Bogu. Jéj pociechą na starość modlitwa i wiara głęboka — z wiarą nikt nieszczęśliwym być nie może. — Zadzwonili na Podniesienie i pochyliły się wszystkie głowy do ziemi.
Xiąże wysoki, dorodny a niegdyś także piękny mężczyzna, dziś jeszcze piękny starzec, z siwym włosem nad wysokiém, podniesioném i gładkiém czołem, z żywemi czarnemi oczyma, których wiek nie potrafił przygasić, z wąsem zawiesistym; rumiany i biały jak dziécię. Na jego twarzy, znać także nie jeden przeciérpiany smutek, nie jednę bolesną godzinę cierpienia, którą odważnie przeniósł. Poczciwe, spokojne życie, na którego koniec nie zostały zgryzoty, i żale przeszłości maluje się w pogodném czole — A jak wybitnie otwarty jego, szczéry, pełen miłości charakter, widać w tych ustach, teraz zajętych modlitwą; jak znać że one nie mogły splamić się kłamstwem. —
I wszystkich sług ślachetne, pogodne twarze, bo poczciwy, otacza się poczciwemi, i pobłażanie jego nie idzie za daleko, aby wiodło do zgorszenia. Ten stary Rządzca w czarnéj kapocie, z kasztanowatym wąsem, a siwym włosem, modlący się na łacińskiéj xiążce, to postać nie naszego już wieku, jakby z obrazu zdjęta — Ta matrona w wielkim białym kornecie, ogromnéj chustce, nie dzisiejszych kształtów i barwy, z okularami srébrnemi, co jéj nos uciskają; to szczątek także dawniejszego świata, co go już nikt nie wskrzesi, świata co tak nas nie pojmuje, jak my go pojąć nie możemy.
Ci słudzy na klęczkach mszy słuchający, nie są to pospolici ludzie — a wszystko to — Xięztwo swoim zrobili przykładem; wiele może wzór dobry, ciągłe wpatrywanie się w cnotę.
Dom Xięztwa nie zna co to niezgoda ludzi, tak pospolita gdzieindziéj, niéma w nim i niewychodzą z niego plotki, każdy zajęty swoim obowiązkiem, przystojną rozrywką, szczęśliwy, spokojnie oddycha i powtarza gdy go spotka boleść jaka — Xiężna pani straciła wszystkie dzieci, a tak to po chrześciańsku zniosła! Każdy zamieszkując tu musiał przyjąć obyczaje otaczających go; jeśli miał złe skłonności, owionął go duch tutejszy, i poprawił się, jeśli się poprawić nie mógł, musiał uciéc.
Xięztwo nie są surowi, a jednak wszystko u nich ściśle dopilnowane, wykonane jak pomyślane, prędko i troskliwie — Zdałoby się na pozór, że ten porządek, winni są zapewne srogiemu obejściu z ludźmi, a jednak nikt od nich łagodniejszy, ale ludzie kochają ich i boją się najmniejsze zrobić przykrości i dla tego przewidują potrzeby, w mgnieniu oka spełniają rozkazy.
W sąsiedztwie u wszystkich miłość mają i szacunek powszechny, najzaciętsi nieprzyjaciele panów, szanują ich i nieśmieją targnąć się na nich obmową. W dnie urodzin i imienin Xięcia i Xiężnéj, zjeżdża się do nich całe sąsiedztwo, toż na Rok Nowy i przedniejsze święta. — I oni wśród życzliwych im wyglądają jak patryarchowie okolicy — Prawdziwie téż patryarchalna troskliwość ich miłości ku wszystkim — Zaledwie się dowiedzą o słabym, posyłają lekarza, w strapieniu śpieszą pocieszyć, straty starają się wynagrodzić. Po wieluż to pożarach, Xiąże odbudowywał dworki biédnéj ślachty, po wielu gradobiciach posyłał zapomogę chłopom! I nie czynił tego z próżności, bo często ten tylko o dobrodziejstwie wiedział, kto doświadczał, a o dobroczyńcy nikt i on nawet. Na prawy charakter Xięcia, każdy się chętnie zdaje w rozsądzeniu najzawikłańszéj trudności; śpieszą do niego zwaśnieni, aby ich pogodził, processujący się, aby ich rozsądził. A Xiąże nikomu nieodmawia swojéj rady, często najmozolniejszéj podejmuje się pracy, wartuje dokumenta, rozpoznaje zawikłane interessa i gdy da swoje zdanie, nikt nie stanie przeciw niemu; każdy uczuwszy sprawiedliwość, choćby przeciw niemu było wyrzeczone, przyjmuje je.
Po Mszy Świętej i odśpiéwaniu Pod twoją Obronę przed ołtarzem Bogarodzicy, ruszyli się wszyscy z kaplicy. August i Staś czekali Xięztwa we drzwiach; ujrzawszy ich pośpieszył Xiążę, powitać znanego mu Augusta i prezentowanego Stasia. Nadeszła Xiężna pani i z uśmiéchem łagodnym, pytała zaraz nowych gości, czy dawno przybyli, czy im czém służyć nie można.
— Proszę mi powiedziéć szczérze, odezwała się, nie zrobicie panowie żadnego ambarassu, właśnie i my na śniadanie pójdziemy. Możeście jeszcze kawy nie pili, albo po teraźniejszemu herbaty? —
Xiąże pytał się Augusta o kontrakta kijowskie, weszli do dolnego salonu.
Nie był on umeblowany wytwornie, ale bogato, smakownie i przypominał dawne lata, Xięztwa młodości — Ściany okrywało dawne obicie w kwiaty złote w ramach białych ze złotem, takież były krzesła, kanapy, stoły. Niektóre z nich marmurowe płyty pokrywały. Posadzka w tym salonie, była z różnokolorowego drzewa, staroświecki pająk spuszczał się od sufitu. Niewiém czemu to się wydało i Augustowi i Stasiowi bardziéj pańskie, niż najwytworniejszy salon modny. Nad kominem białym marmurowym, wielkie oprawne było zwierciadło w wykręcanych ramach. Wielkie okna wychodziły na ogród, w którym widać było starożytne szpalery grabowe i długą świérkową ulicę. —
Z tego salonu na lewo otwarte drzwi ukazywały drugi salon, cały zawieszony portretami zacnych przodków Xięztwa. Wszedłszy do niego, owionął cię duch przodków — zdawało się że ubiegłe wieki patrzą na ciebie i uczułeś się małym, biédnym, nikczemnym, w obliczu tych ludzi, co w bezduszném malowaniu jeszcze byli tak wspaniali, tak wielcy, tak poważni, na których czołach jaśniała godność, ślachetność, i spokój prawego sumienia. Twarze tych matron z xięgami do nabożeństwa i śpiewu w ręku, z kwiatami; oblicza wąsate tych rycerzy całych w zbroi tych Biskupów z różańcami w ręku i xięgi otwartemi, przenosiły w dawne wieki. Tamten był świadkiem trudnych okoliczności, nieszczęść za Jana Kazimiérza, ten drugi towarzyszył Zygmuntowi III do Szwecij, ów trzeci posłował do Turcij, poważny brodaty Biskup wydał pobożną xięgę, owa matrona wychowała krajowi pięciu poczciwych synów, co wszyscy zginęli na Podolu w wojnie z Turcją, inna którą tam widzisz tak piękną i młodą, owdowiała w dwudziestym piérwszym roku życia i młodość swą poświęciła usłudze biédnych, pobożności, Bogu. Nie zwróciła oczu do świata, gdy jéj małżonek zostawił ją panią wielkich włości, młodą, piękną i swobodną, oddała resztę życia, opłakiwaniu swéj straty, którą czuła do zgonu. Ona założyła kościół i klasztor w miasteczku sąsiedniém, szpitalów kilka i siostrom miłosierdzia nadała znaczny fundusz. Takiéj cnoty, takiego poświęcenia już nie widać na świecie. — Tamta druga małżonka Wojewody, co go widać na prawo w karmazynowéj z sobolami szubie; w jego niebytności napadnięta w zamku przez Tatarów, mężnie im się obroniła, w mniszéj sukni, z krzyżem w ręku, stanąwszy na blankach i dodając odwagi załodze. Ranna w prawe ramię, nie zeszła z murów, póki się nieprzyjaciel nie cofnął.
A ci brodaci, żelazem okuci, poważni mężowie, ileż to razy kraj ratowali radą, majątkiem, krwią swoją nawet.
W tym długim szeregu pięknych twarzy, niéma jednéj, coby przypominała plamę, coby mogła wnuka zawstydzić, wszyscy oni wychowali się ssąc cnotę z piersi matek, z surowych ust ojców, z przykładu naddziadów — Pradziadowie ich w niebie wyprosili wnukom cnotę u Boga, a śmierć tym, co imie splamić by mogli. Żadna z tych kobiét, nie wyszła z drogi prawéj, żaden z tych mężów nie przedał siebie i nie poniósł nieszczęścia tysiąców ludzi na sumieniu przed sąd Boży. Oto między Biskupiemi infułami, między Senatorskiemi laskami, buławami, skromny, gruby habit mnicha. Ten mnich zrzucił mitrę z głowy, zaparł się wielkości ziemskiéj; zamknął w klasztorze i usługiwał ubogim, cały majątek swój rozdał im, i siebie poświęcił na śpitalnego posługacza — Chlubi się nim rodzina i uważa go za patrona swego.
W drugą stronę ciągną się pokoje, Xiężnéj i Xięcia, we wszystkich to samo staroświeckie bogactwo, bez przepychu bez wystawy, bez pretensij; dawne pamiątki, zabytki odwieczne smaku dziadów i ich sposobu życia. W téj szafie stoją Augustowskie dziwnych kształtów puhary, szklanne, srébrne, złociste, wysadzane drogiemi kamieniami, medalami, wyciskane, emaljowane; jedne postaci ptaków, drugie fantastycznych kształtów — Na niektórych jaśnieją herby Xięztwa, na innych powinowatych, do tych przywiązują się podania familijne.
W drugiéj szafie złożono dziś już bezużyteczne złociste, wysadzane, bogate rzędy turkusowe, perłowe, siodła które służyły do solennych wjazdów na województwa, do pochodów uroczystych poselskich — Tu spoczywają buławy złociste, laski Marszałków, pierścienie Biskupów i prosty różaniec braciszka zakonnika z kokosowego drzewa z bronzowym krzyżykiem.
Daléj pielgrzymia laska jednego z Xiążąt co pieszo podróżował do grobu Pańskiego, współcześnie prawie z Siérotką. I czegóż tam niéma jeszcze! A każdy z tych sprzętów przypomina lata chlubne dla historij domu, do każdego przywiązana pamiątka to smutna, to wesoła, to zaszczytna, to święta. A też szable i buńczuki, krzywe szablice, ogromne miecze, złociste zbroje, druciane koszule, co tyle mężnych osłaniały piersi, które tylekroć krew pobroczyła, nie sąż zaszczytną pamiątką. Dziś pieszczoném wychowaniem takeśmy zmaleli, skarleli, zdziecinnieli, że nikt z nas nie udźwignie téj zbroi, nie utrzyma hełmu na skroni i ledwo podniesie miecz obosieczny.
W pokoju Xięcia, obraz jego patrona ojca i matki, stół z papiérami, łóżko skórą niedźwiedzią okryte i niewiele xiążek. Niéma tu wystawy, prostota, porządek, czystość.
W Xiężnéj wszystko przypomina dzieci jéj które utraciła. Na około łoża, po ścianach, postrzegasz tylko w różnym wieku malowane twarzyczki dziécięce i dorosłych dziéwcząt i chłopców. Tamten z psem, tamta z wieńcem kwiatów. Tu ją widzisz młodszą, daléj starszą, daléj dorosłą, a potém — tylko medaljon z włosami — Już jéj niéma na świecie. Biédna matka patrzy na twarze pogasłych dzieci i modli się, aby ją Bóg z niémi połączył. I w sprzętach znajdziesz przypomnienie dzieci, leżą tu jeszcze ich robótki niekształtne. A matka nie ucieka przed żalem, otacza się wspomnieniami, nie chce zapomniéć ukochanych dzieci i ilekroć wejdzie do swego pokoju, to naprzód oczyma powiedzie, po uśmiéchających się twarzach dziecinnych. Jéj się czasem zdaje, że one nie umarły, tylko gdzieś żyją daleko, tak żywo ona pamięta, tak serdecznie je kocha jeszcze.
Rozmowa toczyła się o Kijowskich kontraktach, Xiąże przypominał dawne Lwowskie potém Kijowskie zjazdy, tak świetne, liczne. Opowiadał co się na nich wydarzało i malował żywo ówczesnych magnatów i znakomitszych ludzi, co się na nie zjeżdżali. Wszyscy oddawna pomarli zapomnieni zostali, wszyscy! niektórych tylko imiona pływały jeszcze po wiérzchu tego morza przeszłości. —
Dzwonek dał znać do stołu — zjawili się pan kommissarz, xiądz kapucyn i kilku dworskich, otwarły się drzwi boczne i wszyscy przeszli do jadalnéj, gdzie staroświeckim szkłem i porcellaną saską herbowną, zastawiony był stół. Kapucyn pobłogosławił potrawy, obiad był smaczny, ale kuchnia nie taka do jakiéj przywykliśmy teraz, kuchnia to prawie ślachecka, tak prosta, tak niewytworna, tak z krajowych złożona materjałów. Czarną kawę dano tylko dla gości.
Wkrótce po obiedzie, August pożegnał Xięztwo i w dalszą ruszyli drogę.
— Nieprawdaż, rzekł do Stasia, siadając do sanek, że jest cóś za serce chwytającego, ślachetnego, pięknego, charakterystycznego, w obrazie tego staroświeckiego pańskiego domu, tak cichego, spokojnego, tak jeszcze niedostępnego dzisiejszemu zepsuciu czy postępowi? nieprawdaż, że ten poważny i żywy starzec, ta pobożna matka, co żyje w dzieciach, które potraciła, są to postacie jakby zmyślone tylko, jakby wymarzone? Gdy z oczów zniknie ten dom, zdawać się nam może żeśmy piękny sen mieli i przebudzili się za prędko? Trzeba się śpieszyć widziéć ten dom, póki jest takim jeszcze, nie przeżyje on xięstwa. Synowcowie nieutrzymają go w takim stanie; są to młodzi ludzie, panowie zfrancuziali, którzy się śmieją serdecznie, z tego co zowią manją stryja i stryjenki —
Wychowali się w Paryżu, mieszkają teraz w Warszawie i na odgłos o śmierci Xięztwa, zlecą się tu rozedrzéć co po nich zostanie, niewylawszy jednéj łzy, nie westchnąwszy nad niémi. Skarb to powszechny, smutno pomyśléć, że jakiś spekulant będzie miał prawo, pałac sprzedać na fabrykę, wyciąć ogród na opał, a z ozdobnych rzędów staroświeckich, porobić naszyjniki dla swéj przyszłéj — Szczęściem jest teraz moda staroświeczczyzny, każdy się stara o pamiątki i to może ocali niektóre, jeżeli jeszcze młodzi Xiążęta, nie będą woleli tańsze kupne, udawane starożytności, od prawdziwych.






ROZDZIAŁ II.
JULJA, MAJĄTEK ROZBIOROWY.



Późną nocą stanęli August ze Stasiem w Dubnie, które im się teraz cale inaczéj wydało, puste, smutne, wyludnione, milczące. Nikt nie jechał ulicą, wszystkie okna czarne były, choć okienice gdzie niegdzie pootwiérane, wszystko spało, tylko psy biegały po Rynku i wiater chodził zamaszysto po ulicach.
Piérwszém pytaniem Stasia, które zadał rozespanemu żydowi.
— Hrabiostwo czy są w Dubnie?
— A jakże! Jasny panie! jest, jest! odpowiedział żydek, tu jeszcze wiele panów jest. Bo to u nich zapust.
Staś zmięszany wszedł do stancij i rzucił się na kanapę; on chciał co najprędzéj wszystko skończyć, a teraz gdy się zbliżył do niéj, gdy się dowiedział że jest tak blisko i spójrzał na straszne jutro, rad był chwile stanowczą oddalić — zabrakło mu odwagi. Postrzegł to baczny August i jakby od niechcenia zaczął mówić o Natalij. Ale i to nic nie pomogło — Noc bezsenna przeszła dla Stasia, ze strasznemi marami, z palącą gorączką, z niepokojem rwącym piersi, noc jaką człowiek ostygły, zobojętniały, w starości nawet pamięta i włosy mu wstają na głowie, gdy jéj cierpienia przypomni. Dzień się ukazywał przez szczeliny okiennic, gdy osłabły bojem z samym sobą zasnął twardym snem, co robi głowę ciężką i nieuspokaja ale gorzéj rozdrażnia.
Była dziesiąta gdy się przebudził i chwycił się ubiérać. Chciał iść do Hrabinéj zaraz chciał kończyć, chciał jéj upaść do nóg, przyznać się do wszystkiego, prosić o przebaczenie. Ale gdy już wziął kapelusz w rękę, gdy stąpił za próg nogą, to znowu odbiegła go odwaga i wrócił i padł na kanapę. Nareście wyrobił w sobie konieczne męstwo i poszedł.
Nie mogę i niepotrafię opisać, jak mu serce biło, gdy wszedł do pokoju, w którym Hrabina leżała na szezlągu, sparta na dłoni i dumała. Na widok jego porwała się i krzyknęła.
— Ach! to ty! to ty! I w zapale rzuciła mu się na szyję. Staś stał zimny, tylko lice zapłoniło mu się wstydem. Powstały w nim dziwne uczucia.
Gdy się przerwie miłość długiem rozstaniem, gdy się przywyknie myśléć tylko o kochance, a niewidzi jéj, ujrzawszy ją znajdujesz różnicę między marzeniem a rzeczywistością. W chwilach zapału, rzeczywistość przewyższa marzenie, gdy miłość ucieka z serca, marzenie zabija rzeczywistość. Staś ujrzał Hrabinę zestarzałą, zbrzydłą, powszednią. Taką mu się ona wydać musiała po świéżéj, idealnéj, czystéj Natalij — Zdało mu się że widział na czole Hrabinéj wyryte całe jéj przeszłe życie, wszystko co ją skalało w oczach świata. Nawet ten namiętny szał, z jakim mu się rzuciła na szyję, zawstydził go, boleśnie — Chciał ją widziéć zimniéjszą, w sercu obwiniał ją nawet za to przywiązanie, tak bezwstydnie, tak heroicznie ogniste, tak zapamiętałe.
Uczucia jego i myśli wyryły się na twarzy i Julja, wyczytała je, choć niedowierzając sobie.
— To ty! zawołała rzucając mu się na szyję; ale zimny, przymuszony uśmiéch Stasia odepchnął ją — Opuściła ręce, spójrzała i spytała —
— Co ci jest?
— Nic mi nie jest, i pocałował ją w rękę —
— Tyś się okropnie odmienił!
— Ja? spytał Staś rumieniąc się, w czémże —
— Ja niewiém, ja przeczuwałam to, ja to czuję, tutaj — dodała wskazując na serce. Powiédz mi, powiédz, ty już mnie niekochasz, tyś przyjechał obojętny, co gorzéj może, zajęty inną? powiédz prędzéj — ja chcę wiedziéć!
I mówiąc to tak była przerażoną, tak drżącą, tak konwulsyjnie miała załamane ręce, że Staś niémiał siły nic odpowiedziéć i wybąknął tylko.
— Ale cóż ci się stało Juljo! Z kąd te domysły! Z czegóż to wyczytałaś!
— Ach! bo ty niewiész, odpowiedziała ona, jak straszne miałam przeczucia, we śnie, na jawie marzyłam nieustannie że nie możesz mi powrócić, jakim pojechałeś. Twoja miłość dla mnie biédnéj, nie mogła trwać chyba między cztérma murami i jednym ciągiem bez przerwy. Zobaczyłeś świat, ludzi, inne kobiéty, owionęło cię powietrze i wytrzeźwiałeś zapewne. O! ja ci tego niewymawiam Stanisławie, tyś niewinien, tak być musiało, moje serce to przeczuło.
Zimno, bez przekonania, tłumaczył się jednak Staś przed Julją, nie mógł już zdobyć się na powiedzenie prawdy całéj i spuszczał się na czas co wszystko odkrywa, na powolne zerwanie węzła, którego gwałtownie potargać niémiał siły. —
— Ale ty jeszcze marzysz Juljo — rzekł do niéj —
— Bogdajbym tylko marzyła — odpowiedziała mu — zawodzi marzenie, ale nie zawodzi serce. —
— Lecz z kądże te domniemania i na czém je opiérasz?
— O! na czém! Na konieczności takiego wypadku, który nie dziś to jutro przyjść musi. Chciałabym go tylko nie dożyć — Zaledwieś odjechał, zabiło mi serce i jużem ciebie żegnając, moje pożegnała szczęście. Siadłam w oknie, zapłakałam i zdało mi się, że do mnie nie wrócisz, tak mi się stało smutno na świecie, tak powietrze było ciężkie, tak wszystko nudne i jednostajne. Odtąd godzina godzinie, dzień dniowi płynął podobny, a ile razy wspomniałam na ciebie, tyle razy czułam w sercu chłód jakby się sztylet do niego przedziérał, jakby uciekało życie — I napróżno chciałam się rozerwać, rozweselić, zadurzyć — ciągle Staś wesół, niepamiętny na mnie stał mi na myśli, ciąglem go widziała, ciągle płakałam. C’est au point, że Hrabia aż zobaczył łzy moje, piérwszy raz w życiu i o ich przyczynę zapytał.
— Cóżeś mu odpowiedziała?
— A! już teraz niepamiętam — zawołała Hrabina — Ale powiédz mi, powtórz sto razy, zapewnij, żeś mi powrócił jak pojechałeś, moim, tylko moim Stasiem —
— Juljo — wybąknął Stanisław zmięszany, inaczéj, nie byłbym ci się pokazał —
— Powtórz mi jeszcze!
I to mówiąc modliła się do niego, błagała go, klęczała duszą przed nim —
— O! bo to moja ostatnia pociecha w życiu, to moja miłość ostatnia. A gdy ją stracę — pójdzie z nią życie, ja czuję — Ty byś mi niechciał odebrać życia, Stasiu —
— Juljo! na Boga, bądź że spokojną? zkąd ta bojaźń, te myśli?
— Prawda, ja sama niewiém zkąd one przychodzą, dla czego, a jednak płyną nieustannie i chmurzą mi czoło i trują mi, ot nawet tę chwilę, którąbym powinna, jak najweseléj obchodzić. Nie, niepotrafię być wesoła, nie mogę — Tyś bawił tak długo —?
— Jeździłem z wujem, jak wiész, i nie byłem panem swéj woli — miał interessa, musieliśmy zabawić —
— I tyś nie tęsknił, nie wyrywał się?
Staś był w najprzykrzejszém w świecie położeniu, musiał kłamać. Powiedziała mu przed chwilą, że zabił by ją inaczéj postępując, kłamał więc, choć niezręcznie, przymuszenie, tak, że się Julja poznać na fałszu musiała.
— Cóż to jest? spytała, że w twych słowach niéma życia, niéma przekonania. Mówisz, ja bym ci tak wierzyć chciała, a nie mogę. Wciąż mi serce szepcze — On cię tylko pociesza, on tylko litość ma dla ciebie.
— Juljo — ty mnie prześladujesz — ja niewiém co mam mówić i czynić — uspokój się, proszę cię o to — Jeśli ci moje przywiązanie potrzebne na co — ono cię nie opuści —
— To są słowa litości, to nie miłość — odpowiedziała Hrabina — ty mnie nie kochasz —
— Juljo, powtórzył Staś, jakimże sposobem, mam cię o tém przekonać?
— Przekonać mnie! to nie jest w twojéj mocy — zawołała — ty nie potrafisz kłamać, choćbyś chciał, przez litość może, ty nie potrafisz udawać —
— Ale ja nie udaję —
Julja spójrzała na niego, on miał twarz tak strapioną, pomięszaną, tak był nieszczęśliwy, że się nią uwiodła Hrabina. Żywo podbiegła ku niemu, chwyciła go za rękę i spytała —
— Więc tyś mój, mój zawsze?
— Twój — odpowiedział Staś z boleścią twój Juljo! Tak mu jéj żal było —
— Powtórz to jeszcze, powtórz — Ty niewiész jak pragnę twego głosu, twojego wejrzenia, ciebie —
Te ogniste wyrazy, przykro dzwięczały w duszy Stanisława, one mu się wydały tak obnażone, tak bezwstydne teraz, jemu co przywykł, do czystéj, dziewiczéj rozmowy z Natalją —
— Powiédz mi, tyś się bawił bezemnie, tyś się rozerwał, tyś zapomniał, że bez zgiełku, we dwoje można być szczęśliwym — Jakże ci się wydali ludzie, jak kobiéty. Musiałeś ich widziéć tyle piękniejszych, młodszych, tyle weselszych i przyjemniejszych odemnie. Nieprawda — jam ci się teraz wydała starszą, brzydszą —? — Twoja Julja jest jesiennym kwiatem, co woń i barwy utracił, a tamte?
Staś zarzucony pytaniami, potokiem słów, które płynęły z ust namiętnéj Julij, rzucał się w odpowiedziach na różne strony, zaczynał, nie kończył, wahał się, zapominał i wydawał się mimowolnie ze swoją oziębłością, bo słowa nie znalazł w ustach, na malowanie miłości, któréj już niémiał w sercu.
— Ale mi nic nie mówisz, dodał na końcu, o Hrabi, o twoich interessach, słowem o sobie —?
— Ach! cóż ci mam powiedziéć, to mnie nie zajmuje; Prądnicki wszystko jak najlepiéj ukończył — Jestem spokojna teraz i nie myślę więcéj o tém — Hrabia poddał się swemu losowi z bezprzykładną pokorą, wyznaczyłam mu pensją i kontent zupełnie, powiada, że nigdy nie był tak szczęśliwy! Czemu to ja tego powiedziéć nie mogę, Stanisławie —? Tak mi ciągle smutno, ciężko, takie mnie oblegają przeczucia, co ranka wstając czuję się słabszą na umyśle i ciele, poglądam z przestrachem na godziny upływające, co mi starość niosą. O! jak się jéj teraz boję, jak drżę gdy o niéj wspomnę! Utracić największy mój skarb, tak krótko pocieszywszy się nim, utracić ciebie —
A po chwilce dodała —
— Wiész byłam słaba ciągle, niespokojność mnie gryzła, musisz widziéć żem zmizerniała, wybladła, zwiędła jakby rok życia mi przybył przez te kilka tygodni — Radziłam się lekarzy, powiadają że to nie jest nic niebezpiecznego — Piersi mnie tylko bolą, często mam gorączkę i kaszlę wieczorem. I piérwszy raz w życiu zasłabłam, zadrżałam o życie, gdy chciałabym je przedłużyć, gdy mi go tak potrzeba. Teraz drżę ze strachu o siebie i podwajam słabość bojaźnią, ach, ja tak potrzebuję życia póki mam ciebie, chwytam go się z całych sił, z rozpaczą, z modlitwą do Boga, żeby się zlitował.
— Ale czegóż się tak lękać? rzekł Staś — to chwilowe, przejdzie, masz katar i nic więcéj.
— Zapewne, zapewne, podchwyciła Julja, masz słuszność, ot musi być katar i ten ból piersi i kaszel i gorączka to wszystko z kataru — O! tak to z kataru! Jam się bała, żeby to niebyły — Nie chcę powiedziéć co; ty masz słuszność, to katar tylko.
I podała swoją rękę Stasiowi, a ręka jéj była biała, gorąca i sucha, skóra na niéj stała się w dotknieniu nie jedwabną jaką była, ale jakby muślinem pokrytą, zmatowaną. Kaszlnęła i krew pokazała się na chustce.
— To nic, to katar, powtórzyła jeszcze. A oczy jéj błyskały niezwyczajnym ogniem, a oddech był gorący i przyśpieszony i słychać było prawie bicie serca —
— Ona chora! rzekł Staś w duchu, ona widocznie chora — Dopiéro teraz postrzegł, że nawet mowa Julij, jéj zapał, po części dawały się tłumaczyć gorączką.
— Radziłaś się kogo, spytał, na twój katar?
— Radziłam się — odpowiedziała — ale na cóż tu rady! To rzecz tak mała. Teraz gdyś ty przyjechał, gdy mam ciebie, to przejdzie bardzo prędko, szczęście mnie uzdrowi. Pojedziemy do domu, na wieś, tu nadto jest oczów i te ich zabawy, nie bawią mnie wcale — Jutro, nieprawdaż, pojedziemy do domu?
— Kiedy zechcesz —
— I ty z nami?
— Naturalnie — ja cię nie opuszczę —
— A! bo czas ucieka, mówiła Julja, a ja tak długo nie widziałam ciebie, muszę stracony odzyskać — Nieprawdaż Stasiu? szkoda tyle straconego czasu?
I znowu gwałtowny porwał ją kaszel. Drzwi się otwarły i wszedł Hrabia, a za nim Doktor Schwernoth, mała, niezgrabna, pękata figurka, we fraku czarnym, z kapeluszem, ogromną laską w ręku, sygnetami na wszystkich palcach, twarzą rumianą i oczkami żywemi. Doktor Schwernoth, był jak powiadano niegdyś cyrulikiem tylko i niewiadomo jak i kiedy na Doktora Medycyny i Chirurgij się wyświęcił. Mało miał nauki, ale za to wiele doświadczenia i odwagi. Gdy mu się raz słabości pacjenta poznać nie udało, niezrażał się bynajmniéj, probował inaczéj i znowu inaczéj i jeszcze inaczéj, aż nareście trafił albo w chorobę, albo w człowieka. E sempre bene. — Gdyby był żył dłużéj, byłbym go niezawodnie wykurował, powiadał sobie, co ja winien że umarł. Doktor nasz zapewne skutkiem dawniejszego swego cyrulickiego nałogu, lubił krew puszczać, stawiać bańki, wezykatorje i synapizma; nadewszystko jednak krew puszczał, dowodząc że jéj nigdy nadto puszczać nie można.
Dla pacjentów grzeczności i pobłażania niezwyczajnego, miał u wszystkich łaskę, gdyż dozwalał, prawie wszystkiego czego chcieli i odmieniał nawet leki wedle ich woli. Byleby pięknie poprosić, dawał lekarstwo, jakie się podobało, nieodmówił żadnego. Jeśli przepisane pokazało się niesmaczne, wnet je sprzątał; preparował drugie, którego woni, i gustu niemógł się odchwalić.
— A! panie Schwernoth — mówił któś, to nie na piersi ja cierpię, cała moja słabość pochodzi z żołądka.
Ja, ja! odpowiadał — s żołądka —
— A może i z piersi.
— Może i s piersi!
— Jak sądzisz przyłożyć by plaster.
— A ha! przyloszyć by plaster —
— Albo postawić pijawki?
— Moszna postafić pijawka.
— A gdyby wezykatorje —
— Szemu ni, fesikatorja! —
I taki był serdeczny i poczciwy, że na wszystko pozwolił, tylko jak się już uparł krew puścić, w ówczas go nikt nie przełamał.
Takiego to lekarza prowadził Hrabia dla żony, jemu się zdawało, że skoro potrzeba doktora, to piérwszy z brzegu doktor, zawsze będzie jedno, co ostatni. Niepojmował różnicy i powiadał o nich.
— Wszystko to jedno, taki to doktor, jaki to — wszystko jedno.
Zobaczywszy Stasia, Hrabia posunął się go witać.
A! ça, de rotour! enchanté de vous revoir! A Hrabina nam chora —
— To katar! odpowiedziała Julja.
Doktor wziął za puls, podumał i powiedział poważnie.
— Katara.—
— Zimnéj wody, spytał Hrabia.
— Z sukrem, dodał Doktor.
— Albo może co zapiszesz?
— Mosze sapisać — I usiadł natychmiast preparować mixturkę. Poczém wziąwszy kapelusz i laskę, zabierał się odchodzić.
— A będziesz wieczorem? rzekł żegnając go Hrabia.
— Będę fieczorem — Skłonił się i wyszedł. Hrabia upadł na siedzenie —
— No! jakże tam wasze kontrakta, coście się tak długo bawili? A jedliście tam dobrze — Ostrygi, serdelki, ryby morskie! Ha! U Bellota czasem dobrze gotują. A i Marszałek gubernski ma niezłą kuchnią — Co?
Staś się tylko uśmiéchnął i Julja także.
— Że téż ty Hrabio, tylko o żołądku mówisz i myślisz zawsze?
— A cóż chcecie żebym robił? Hę? literatury nie lubię, gospodarstwo — c’est bourgeois, spekulacje, c’est canaille, karty, c’est ruineux —
— No! a jeść tylko — c’est malsain — dodała Hrabina.
Et pourtant vous voyez comme je me porte bien.
Hrabina westchnęła.
Ça! cóż dziś robiemy? spytał Hrabia, ja jestem na proszonym obiedzie u Marszałka, ale nie u naszego sąsiada! dodał. — A jutro wyborny strasburski pasztet u Prezesa, otwarcie uroczyste!
— Jabym chciała jechać jutro do domu, szepnęła Julja. Powietrze tutejsze mi nie służy, męczę się waszemi zabawami, od tego choruję — Pojadę lepiéj.
Comme il vous plaira.
— A ty Hrabio?
— A ja, zostanę — do końca zapust. Prezes ma dobrą kuchnią — Powrócę do was z postem — bo myślę, że i pan Stanisław jedzie? spytał.
— Jadę, ale do domu i to niewiém, czy jutro jeszcze.
Hrabina spójrzała na niego zdziwiona.
— Ale pan jedziesz ze mną — potrzebuję kogoś w drodze, jestem słaba, juściż mnie tak nie opuścisz pan —
— Skoro pani rozkaże —
— A! ja tylko proszę —
Staś się skłonił, a Hrabia bębniąc palcam po stoliku dodał.
— Kupiłeś tam co do jedzenia w Kijowie? choć konfekty przynajmniéj?
— Zdaje mi się że je mamy —
— Jak to, nie jesteś tego pewny?
— Ale są, są i przyślę Hrabiemu — poprawił się Staś, niezawodnie wieczorem.
Mille merçi.
— Dużo było piéniędzy na kontraktach?
— Dosyć, ale wszyscy, składali je do banku nowo założonego —
C’est vexant, i nie można ich było dostać — nam panom?
— Z trudnością; każdy wolał bank i zupełną pewność, choć procent mniejszy.
— Do zadziwienia, jak kredyt publiczny umiéra! rzekł wzdychając Hrabia — niéma wiary!
Julja poruszyła z lekka ramionami i poprawiła się na siedzeniu. —
Hrabia spójrzał na zégarek —
— O! już bo czas na śniadanie! Adieu! do zobaczenia.
I porzucił ich samych znowu.
Staś rad był wyjść i nie mógł do tego znaléść pretextu, ciężko mu szła rozmowa, mięszał się co chwila, Hrabina nadzwyczaj była czułą, namiętną, on coraz chłodniejszy. Tylko litość wyciskała mu łzy z oczów i niedozwalała wyznać prawdy. — Litość — bo Julja w jego oczach tak zmieniona, tak zbladła, złamana, była w istocie chorą i nie lekki to katar był tylko, ale cóś strasznego, przerażającego. Mówiły oczy, gorączkowe ruchy i mowa, częsty bolesny kaszel, ból głowy, pragnienie, że to nie lekka i przechodząca jak lekarz osądził, ale ciężka a może nieuleczona choroba. Hrabina była zmienioną, a niespokojność sama, z jaką przyjęła Stanisława, chorobliwy stan umysłu jeśli nie ciała, okazywała.
Nareście przesiedziawszy bolesną godzinę u jéj krzesła, Staś odszedł. Zastał Augusta w domu.
— A co? spytał go wuj —
— Ona chora, okropnie chora!
— Chora! I August załamał ręce, bo przewidział, że Stanisław nie będzie miał siły wyznać jéj wszystkiego — Cóżeś zrobił?
— Nic! odpowiedział Staś — Chciałżeś żebym ją dobił nielitościwém wyznaniem. — Gdybyś wiedział, jak mnie przyjęła, z jakiém niespokojném przeczuciem mnie wypytywała! Sądziłem że wié o wszystkiém, ale nie — ona się tylko domyśla, ona to widzi oczyma duszy — ona mi nawet niewierzy. Musiałem kłamać — ach! gdybyś ty ją widział, gdybyś ją widział, jak biédna, jak smutna, jak chora.
— Więc znowu wracasz do kajdan twoich? spytał niecierpliwie August.
— Abym je rozerwał, pozwól przynajmniéj na czas — Ona nie miałaby siły —
— Pochlebiasz sobie nadto — nie piérwsze to przywiązanie —
— Gorzéj, bo pewnie ostatnie — Ona to samo powtarza.
— Takie jak ona kobiéty, nie przestają tak prędko — rzekł pogardliwie August.
Staś się zapłomienił.
— Nie mów tego wuju, ja słuchać nie mogę. Na Boga, nie mów —
August wzruszył ramionami —
— Nie dał bym szpilki złamanéj, że ta choroba zmyślona.
— Zmiłuj się, zawołał Staś — tyś jéj niewidział, tak nikt na świecie nie udaje i udać nie jest w stanie.
— Cóż robim z sobą.
— Jedziemy jutro —
— A ona zostaje —
— Ona jutro wyjeżdża, ciszéj dodał Staś.
August powtóre wzruszył niecierpliwie ramionami.
— Wyrzecz że się Natalij, rzekł — Masz do wyboru z nich jedną. Pamiętaj że jesteśmy na wsi. Każdy nasz krok wyrachowany, policzony, uważany — Ona się dowié, jeśli na nowo zaczniesz bywać u Hrabinéj i utrzymasz dawne związki, a na ówczas — nie będziesz jéj się mógł pokazać więcéj.
Staś stanął zadumany.
— Ale powiédz że mi co mam czynić?
— Zerwać i skończyć od razu, teraz zaraz — rzekł August.
— Dobrze, rzekł Staś powolnie — dobrze — Ale o jedno cię tylko proszę — Pójdź sam i zobacz ją teraz. Jeśli wróciwszy powiész mi jeszcze, coś powiedział przed chwilą, pójdę i zerwę wszystko jedném słowem.
August się zastanowił —
— Pójdę, rzekł i wziął kapelusz, ale jaki dać pretext téj wizycie.
— Powiédz że mnie szukasz — odpowiedział Staś i rzucił się na łóżko.
August wyszedł; dobra godzina upłynęła nim powrócił; z okna zobaczył go Staś idącego powolnie ze spuszczoną głową.
— A cóż? odezwał się do wchodzącego na próg — widziałeś ją —
— Widziałem, smutnie odrzekł August i zamilkł.
— Będziesz że miał siłę powtórzyć swoją radę, zapytał Staś prędko —
— Będę — rzekł August. Tak jest, potrzeba wszystko skończyć — Jéj chorobą jest niepewność, ona wątpi o tobie i to ją trawi, niespokój, obawa. Gorsze jest czasem oczekiwanie nieszczęścia, nad nieszczęście samo. W rozmowie dała mi poznać stan swojéj duszy, rozpytywała się o tobie, kogoś widywał, u kogo bywałeś najczęściéj, czyś nie nadskakiwał któréj z kobiét! Ona się domyśla, albo nawet wié o wszystkiém. Uwodzić ją dłużéj, byłoby tyranją — Potrzeba dla ciebie i dla niéj skończyć raz. Ty jéj już nie kochasz, ona się domyśla, oszukiwać jéj dłużéj niepotrafisz. Tyś nadto szczéry, ona nadto zna ludzi. Na co siebie i ją udręczać. Wierz mi Stanisławie, potrzeba zerwać.
— Ale ja tego niepotrafię — odparł Stanisław — ja nie umiem — ja —
— Napisz list, rzekł August.
— I więcéj jéj niewidziéć, po chwili wymówił Staś smutnie — A! ona taka biédna — ona tak ciérpi. Wolę ja się poświęcić —
— Przypomnij jednak, że nie sam siebie tylko poświęcasz, dodał August prędko, myślisz że to dla Natalij obojętne?
Wahał się jeszcze i namyślał Stanisław, ale w końcu przemogły rady wuja, usiadł pisać. Wiele kosztował go list ten któren sto razy mazał i kréślił, ale nareście skończył, z biciem serca zapieczętował i nie mogąc się jeszcze odważyć go wysłać, schował przy sobie.
List był następujący:
— Gdybyś wiedziała z jakim bólem serca siadam pisać ten list do ciebie, przebaczyłabyś mi może, choć cząstkę mojéj winy. Niémiałem siły wyznać ci Juljo, że to czegoś się domyślała, coś przeczuwała stało się — Nie jestem panem siebie, nie mogę ci twojéj miłości odpłacić miłością, a niepotrafiłbym oszukiwać cię dłużéj. Przebacz mi jeśli możesz, jam winien i całe życie płakać będę nad winą moją — Dla ciebie piérwszéj uczułem bijące serce, przy tobie poznałem szczęście — los nie pozwolił kosztować mi go dłużéj — Jestem związany i mimowolnie, oddałem serce — Powiédz, że mi przebaczasz — że mi nie złorzeczysz, że mnie wymawiasz przed sobą, potrzebuję téj pociechy, bo gorzko teraz w sercu mojém, gdym znowu zobaczył ciebie; a gniéw twój słuszny, odjął by mi spokojność i zatruł życie. Jeszcze raz proszę cię — przebacz — —
List ten tak dziwacznie ułożony, mówił jednę tylko rzecz wyraźnie — że Staś kochał inną — Lepiéj osłodzić tego wyznania niepotrafił on, ani się uniewinniać. Długo po napisaniu jeszcze wahał się czy go posłać, czy nie, i sto razy wyjmował go i chował znowu. Łzy pokazywały się na powiekach —
— Wuju, jeśli ten list poślę — jedźmy zaraz, każ zaprzęgać konie i uciekajmy. Na Boga uciekajmy z tąd co najprędzéj, ja niezniosę téj myśli! Być tak blisko Julij, wiedziéć że ona płacze, że ona ciérpi i nie poleciéć do niéj.
August posłuszny Stasiowi, którego kochał, pośpieszył wydać rozkazy do wyjazdu — Z bijącém sercem oddał list służącemu Hrabinéj Stanisław, pocztowe konie stały u wrót, on się rzucił w sanki, dzwonek zadzwonił, polecieli czwałem.
— Stało się, rzekł do siebie — teraz niech Bóg jéj strzeże! Stało się!
I po sto razy bez myśli, mechanicznie niespokojny, powtórzył jeszcze.
— Stało się —
— A ponieważ się stało, rzekł August, nie myśl więc o tém, lub myśl jak najmniéj możesz. Człowiek kiedy raz postanowi co uczynić, kiedy uczyni, ani się cofać, ani żałować tego co zrobił nie powinien. Zapomniałem cię uprzedzić, że nie jedziemy do domu.
— A dokądże? spytał Staś —
— Po nowe znajomości — rzekł August. Teraz niebezpieczném by było, być nadto blisko Julij, ona zapewne jutro powróci, my choć dzień jeden musiemy przebyć gdzieindziéj. Mamy do wyboru kilka domów na drodze, do których wstąpić możemy.
— Rób co chcesz — odpowiedział Staś i umilkł a dumał.
Konie zwróciły się w bok z pocztowego gościńca, a August mówił do siostrzeńca.
— Widzisz Stasiu, tę ogromną wieś, nad brzegiem rzeki, w prześliczném położeniu, rozsypaną po wzgórkach, zakrytą gajami, poprzecinaną sadami owocowemi, w któréj spostrzegasz dwa ogromne wiatraki, kościołek biały i Cerkiew z trzema kopułami — Ta piękna sadyba, jest jedną z najnieszczęśliwszych — to państwo niezgody, sporów, processów i kłótni, to majątek rozbiorowy. Przed laty dziesięcią, mieszkał tu młody stratny człowiek, który rozsypał znaczny majątek na karty, na konie, na hulankę z ludźmi, co ich zwał przyjaciołmi swemi. Smutny był jego koniec, umarł zrujnowany i patrzał oczyma niedogasłemi, jak kredytorowie rozszarpali majątek. Nieroztropny, zaciągnął więcéj długów, niż wart był majątek, reszta ich spadła, ciężyła na jego sumieniu i przy łożu śmierci, nie jeden przyszedł go przeklinać, straciwszy fundusz ostatni. Piękna wieś dziedziczna, dawnym trybem, poszła pod rozbiór, więcéj niż dziesięć sched uczyniono z jednéj; podrobiono ją na kawałki, lokując wierzycieli na dziesięciu, trzech i na jednym nawet chłopie. Widzisz te białe dworki wyglądające z między chat włościańskich, to są mieszkania nowych panów tego sioła, tamten większy zajął zręczny szachraj, co potrafił wymódz obligi na utraciuszu, w dwójnasób pożyczonych summ i umiał je w sądzie rozbiorowym utrzymać — Tam daléj mieszka dawniejszy Rządca klucza, daléj jeszcze jeden z Ekonomów, co skradzione u niego, pożyczał mu pieniądze, daléj cukiernik, daléj koniarz, porozsiadali się na schedach wziętych w długu. Wiész że co to życie w takim rozbiorowym majątku, gdzie sąsiad potrąca sąsiada, gdzie ogród graniczy z ogrodem, dom z domem, dziedziniec z dziedzińcem, gdzie codzienny spór o kury wpadające do ogrodów o ścieżki, któremi chodzą, o bydło zajęte w szkodzie i Bóg wié o co jeszcze. To życie, jakiego trudno miéć wyobrażenie nie sprobowawszy go; nie jest to życie miasteczka, nie życie wsi spokojnéj, cóś anormalnego, dziwnego i okropnego, Wielu spokojniéjszych uciekło i wyniosło się z tąd, a wojennego ducha kollokatorowie zyskali na tém, bo pobrali w administracją, w possessje opuszczone części. Rząd dopomniał się poszlin, wielu nie było w stanie opłacić, poszły schedy w administracją i dziś Bóg święty wié tylko, co tu za nieład i na czém się to skończy.
Tam w oddaleniu widać fundum dawnego dziedzica, biédnego zrujnowanego, nieopatrznego dziecięcia; stary pałac wali się, okna otworem, drzwi otworem, dach się wali, dziedziniec porósł krzakami, w kuchni kollokatorska gorzelnia, w stajni kollokatorska wołownia, w altanie ogrodowéj włościański magazyn. A w wielkim ogrodzie tną stare lipy na drwa, kasztany na podwaliny do budowli — Smutny widok téj ruiny.
Wjeżdżali właśnie do wsi. Na prawo stał maleńki dworek, podobniéjszy do chałupy niż do domu, przed nim dwie jéjmoście w perkalowych szlafrokach, krochmalnych czépkach, wziąwszy się pod boki rozprawiały tonem najwyższego gniéwu.
— Powiadam Wasani, mówiła jedna, jak ten smarkacz, raz jeszcze będzie mi wyrządzał psoty, to go każę złapać i rózgami osiec, a potém sprowadzajcie sobie Assessora i róbcie sobie śledstwo, ja się z tego śmieję. Będzie tak jak przeszłego roku, bo mam Assessora w kieszeni.
— Bardzo dobrze, będzie to pan Assessor wiedział, co Wasani powiedziałaś — odpowiedziała druga.
Tak ón u mnie w kieszeni, jak u ciebie — Jak mu poślę faskę masła, to zobaczemy co z tego będzie.
— A no! zobaczemy. A chcesz wasani wojny to dobrze, tylko się strzeżcie, żebyście tak nie wyszli, jak mój sąsiad drugi, któregom się pozbyła chwała Bogu.
— Co z nim to nie z nami!
— Zobaczemy!
— Zobaczemy!
Podjechali, gromada chłopów, stała przeciw drugiéj gromady i kłócili się żywo. Poddani jednego kollokatora z poddanemi sąsiada, poszło o jakieś złodziéjstwo, które sobie wzajem przypisywali, Pop stał w pośrodku, ale nie mógł ich pogodzić.
Przed karczmą, Ekonom pana Zabrzezińskiego z Ekonomem pani Polityłowéj o mało się za łby nie brali o jakąś dziewczynę, co zbiegła z jednéj części i poszła służyć do drugiéj. Jeden żądał aby mu ją wydano, ten jéj wydać nie chciał. Spór żwawy, przyszło do osobistości, jeden drugiemu poczęli wymawiać swoje sprawki.
— A co to, myślisz że ludzie niewiedzą żeś ty Chaimowi posłał dwa korce pszenicy z pańskiego toku.
— Dowiedziesz mi to dowiedziesz! hę! klnę się na Pana Boga, że ci tego nie daruję. Sam złodziéj a śmié mnie.
— A co ja ukradłem?
— A czyja to sprawka, przeszłoroczne kopy z pola?
— Otóż poczekaj, dowodź że mi tego przed Sądem —
— Na co ja mam dowodzić, toć cię prawie za rękę złapali i doszli —
Przejechali — Większy dworek stał nadedrogą, do niego należały piętnaście chat we wsi. Świéżo widać zasadzono ogródek i wystawiono sztachety, nieco porządniéjszy był gościniec, czyściéj przed domkiem. Właśnie w bramie z ogromną fajką piankową na paciorkowym cybuchu, w czapeczce włóczkowéj roboty, z rękami w kieszeniach zielonéj lisiurki, otoczony psami, stał pan Antoni właściciel części, którego nasi panowie, poznali byli u Sędziego. Widząc ich przejéżdżających ukłonił się i z głośném śmiéchem zawołał.
— O! tak to, a do szlachcica nie raczycie!
— I owszem, rzekł August rozkazując się zatrzymać, wiedząc że pan tu mieszkasz, właśnie się miałem rozpytywać w karczmie i chciałem mu złożyć moje uszanowanie.
Pan Antoni się ukłonił.
— Całém sercem prosiemy, czém chata bogata tém rada, a choć nie bardzo bogata, ale jakoś to się cóś znajdzie na przyjęcie, co Bóg dał.
Wysiedli przed gankiem.
— Koniki do stajni, rzekł pan Antoni, który ciągle panom przycinał. U mnie nie po pańsku, nie odsyłam koni do karczmy, po staremu, panom radzi i czeladzi i koniom nawet.
Zaczém weszli do piérwszego pokoju. Była to wielka izba z piecem pobielanym i kominem, dosyć czysta, nie malowana, ale świéżo wybielona. Miasto sufitu belki widoczne, ale białe także. W kącie kanapa rozłożysta, przed nią stolik orzechowy, krzesełka ubrane w kapki mamisowe. Na dwóch gierydonach po kątach, ustawiono mnóstwo porcellany różnego rodzaju, srébrną cukiernicę, srébrne lichtarze, robione kwiatki, woskowe owoce, masielniczkę w kształcie baranka i różne drobne graciki.
Na ścianach w czarnych ramkach zawieszone obrazki wyobrażały, śmierć Xięcia Józefa, historją Mazepy, portrety Czarneckiego, Stefana Batorego, Zamojskiego i kilku innych. —
Podłoga była czysto wymyta, i nie woskowana. Na oknach stało gieranium, róża, hortensia i kilka innych wazoników.
— A Jéjmość Dobrodziéjka? spytał wchodząc August.
— Koło gospodarstwa! Zaraz państwu służyć będzie. U nas panie ślachty, musi gosposia sama za gospodarstwem patrzéć, niema czasu romanse czytać siedząc na kanapie.
Goście usiedli, z drugiego pokoju słychać było głosy kilkorga dzieci, z których jedno płakało, dwoje się śmiało, a jedno spiéwało, wszystko to razem i dosyć zgodnie. Wyżéj wszystkich głosów odzywał się macierzyński i niańki; ale surowe admonicje nie pomagały na wrzawę aż pan Antoni pójść musiał i ojcowską powagą poskromić nieposłusznych. Nastała cichość, ale za to wzięła się krzętanina i plątanina po całym domu.
Wszedł kozaczek zdjąć maselniczkę z gierydonu, wpadła bosa i rozczochrana dziewczyna po butelkę stojącą na oknie, odezwała się klucznica na ganku, zaryczał parobek koło stajni. Drzwi bocznych pokojów nieustannie trzaskały. Znać było jak się przygotowywano na przyjęcie gości. Ten biegł z kluczami do lochu, tamta do spiżarni kozaczek z pośpiechu roztłukł sześć talérzy na ganku i to powiększyło rozruch, tak że sam gospodarz wynijść znowu musiał, bo niesłychana wrzawa powstała.
Nareście sama jéjmość z dwóma najstarszemi bębnami wyszła do bawialnego pokoju. Wyraźnie ustroiła się do gości. Czépeczek miała z pąsowemi wstążkami, szlafrok rozpuszczony tybetowy, perły na szyi i czystą chustkę od nosa w ręku. Twarz jéj mimo usilnego starania o wyraz spokojności, wydawała niepokój, udręczenie jakieś, cała była czerwona, zapłomieniona i pomięszana.
— Pokłońcież się — Edziu i Władysiu! zawołała na chłopców.
Chłopcy obydwa szusnęli razem lewemi nogami ku prawym.
— Śliczne dzieci! rzekł August do matki, Jéjmość spuściła głowę, niewiedziała co odpowiedziéć, miała prawo wymagać pochwał, bo jak na niedzielę wystroiła ich i wyczesała; stali bardzo grzeczni w kącie i wytrzeszczali oczy na przybyłych.
Zaledwie momencik posiedziawszy gosposia zakłopotała się o cóś i wybiegła znowu.
Pan Antoni tym czasem w najlepszym humorze, palił fajkę i prowadził rozmowę.
— Wiész szanowny panie, rzekł August do niego — nie zazdroszczę ci mieszkania z tylą sąsiadami. Często dalszy dokuczy, cóż dopiéro tacy bliscy.
Pan Antoni się rozśmiał, w fajce poprawił —
— E! e! to to pan jeszcze nic niewiész jak my tu żyjemy, a to nieustanny bój i wojna! Jest nas tu kollokowanych dziesiątek, a spytaj się kto u kogo bywa, kto z kim w zgodzie i kto z kim niéma processu! Jak dzień nastanie, do późnéj nocy gotuje się u nas jak w garnku — No, a co panie robić, człek się oswoił, przywykł i jakby tylko spokojnie, toby się może zdawało, że czego brakuje.
— Ale to nieznośne życie!
— A co panie, kiedy niéma wyboru!
— To sprzedać i kupić gdzieindziéj!
— E! łatwo to powiedziéć. Póki człek siedzi na swoim zagonie, to się to jakoś trzyma fundusik, a niechnoby przyszło przedać, to cóżby było? Wytrąć z summy szacunkowéj jeden dłużek, wytrąć zapis, wytrąć process do ukończenia — co mnie się zostanie? Trzeba żyć jak Bóg dał.
— Bo może masz lepszych sąsiadów?
Pan Antoni wziął się za głowę (na którą wsypał popiołu od fajki) schylił się i zaśmiał.
— Aj panie co sąsiedzi, to sąsiedzi. Ot, powiém panu naprzykład cośmy mieli przeszłego roku; bo to w lecie jeszcze sto razy gorzéj, pola w szachownicach, ustrzedz się szkody ani sposobu — Pan Regent mój sąsiad (ale nie ten co pańskie interessa prowadzi) wpędza świnie na moje pole, przez złość, umyślnie, spasa panie. Ja milczę raz, dwa. Na koniec strzelbeczkę na ramię i na polowanie. Dawajże panie polować na dziki! położyłem ich pięciu. Regent jak się dowiedział, w krzyk, w lament. A po co mi puszczasz w szkodę? powiadam — A to tego a to owego, a to nie ja, a to przypadkiem. Ale już miał do mnie ząb. Trzebaż panie ten łotr pastuch mój, zasnął i cielęta poszły w szkodę w hreczkę Regenta. Ale strzelać cieląt nie można. Zajmuje on cielęta i nie odstawia jak należało do taxy, ale trzyma zamknięte. Cielęta zdychają. Dobrze.
— Jak to dobrze?
— Zobaczysz pan posłuchaj! Ja z prośbą, jak mu panie narachuję szkody! On postawia swoją — Odtrącić. Nu — dobrze, i jeszcze mi musiał zapłacić za cielęta, jak za robocze byki. Ale już od téj pory zły coraz gorzéj na mnie. Wyjechałem ja gdzieś do sąsiada, a tu żona za mną posyła, żebym powracał, bo straszny bój z chłopami Regenta. Pędzę się co tchu na sianożęć. E! gdzie panie, formalna bitwa, jeszcze szczęście, że się nie pokaléczyli kosami. A poszło to o granicę. Moi chłopi sobie, jego sobie; a Regent na czele. Widzę że tu niéma co robić, niechciałem nawet być przy tém i wprost do Assessora. Dowiodłem Regentowi, że podbudzał chłopów i ledwie się z tego wywinął, opłaciwszy grubo. Teraz już ze mną ostróżniejszy, ale taki czyha ciągle na mnie. —
I pan Antoni się rozśmiał zwycięzko.
— A z drugiéj strony o miedzę, gorzéj Regenta, bo baba panie, ale piekielnica. Już co z tą, to i ja rady dać sobie niemogę. Żeby co posiać w ogrodzie, żeby jak pilnować, wyjedzą, wybiją, wybiorą, wyniosą, ale téż i ja wziąłem się na figiel. Nie posyłam już nigdy do swojego ogrodu po warzywo, tylko do niéj. Złapałem jéj parobka w swojéj stajni jak kradł owies i wpakowałem do turmy.
— Oj! żeby tu pan był w lecie, jak piękny wieczór a wyjdziemy wszyscy na ulicę. To to jest na co popatrzéć, jak to z ukosa jeden na drugiego pogląda, jak czeka czy się skłoni, jak pod nos sobie prawią różne przysmaki.
— Ja bym nigdy nie wyszedł — rzekł August.
— E! e! to to panie u nas, fest, kiedy się dobrze wykłócim. Ot jak niedawno Regent z panią Swieżawską, stanąwszy na dziedzińcach, bo ich tylko płot dzieli, jak poczęli się swarzyć, tośmy wszyscy wybiegli słuchać, jak na komedją.
— Waćpani jesteś jendyczka — rzekł Regent —
— Waćpan jesteś chłop wyślachcony —
— Waćpani ojciec służył za pisarza —
— Twój gnój woził na pole —
— A na co ty mnie odmówiłaś Ekonoma.
— A co ty masz za rację dysponować wolnym człowiekiem —
— Poczekaj Waspan —
— Poczekaj Aspani!
I tak się czcili z półgodziny, tośmy się za boki trzymali słuchając. Ot widzi pan komedja czysta i nic więcéj.
Podano śniadanie, składające się z słonego masła, wędliny, séra i bigosu. Do tego wódkę starkę i miętówkę.
Ale ledwie kawałek chleba do ust donieśli goście, lament się dał słyszéć na dziedzińcu okropny.
Skrwawiony chłop stał przed gankiem.
— Oho! to już cóś zmalowali! zawołał pan Antoni i wybiegał.
— Aj! kochanku zmiłuj się, krzyknęła żona, nie passjonuj się tylko.
Pan Antoni machnął ręką i wybiégł.
— Co to jest?
— To, to panie, ekonom Regenta, zbił naszego człowieka, za to że kołek w płocie wyłamał.
Ekonom stał właśnie opodal i podniósłszy kańczuk jeszcze się odgrażał. Pan Antoni wybiegł do niego — Wszczęła się sroga kłótnia. Tuż i Regent w szlafroku pośpieszył.
— Co to jest? co to jest!
— To jest, że Wacpana ekonom, ten łajdak któremu ja kości pogruchoczę, zbił mego człowieka i ja go zaraz odsyłam do Sądu —
— On mnie łajał! zawołał Ekonom.
— Było do mnie przyjść na skargę. Ja Wasanu pokażę —
— Ej! panie sąsiedzie, ozwał się Regent nauczony już przez Antoniego — Na co nam te swary, czy to nie można zagodzić?
— Żeby jutro mnie napadł! zawołał Antoni — Ja mu tego nie daruję, temu rozbójnikowi. Do Sądu! do Sądu! będzie śledstwo! są świadkowie!
— Szanowny panie Antoni, na co to rozmazywać, niechaj zagodzi chłopa!
— O nie! co nie, to nie — nie daruję.
Tu dopiero Regent jął swego Ekonoma burować, Ekonom przysięgać się że nic nie winien, Antoni wrzeszczéć i odgrażać się. Po długim sporze rozeszli się, a w kwadrans chłop przyszedł sam oznajmić, że go zagodzili.
Nasi goście zjadłszy śniadanie, chcieli uciekać.
— Dalibóg, od obiadu nie puszczę, obiad gotowy, i zaprosiłem z drugiego końca sąsiada, pana Bielskiego — Już mi nie zrobicie téj krzywdy, żebyście odjechali od obiadu, i wzgardzili ślacheckim chlebem.
Potrzeba było zostać, gdyż pan Antoni byłby się obraził niechybnie i mówił potém, że August na pana choruje i ślachtą pomiata. Zostali więc, i niezadługo zaczęło nakrywać do stołu, co trwało czas jakiś, póki wynaleziono najlepszą bieliznę, najpiękniejsze karafki i srébrne sztućce, daleko w kufrze cały rok spoczywające i pokazujące się tylko w dnie uroczyste.
Pan Antoni chciał pokazać przed gośćmi że i on ma porządki w domu i znajdzie czém przyjąć, wyniesiono nawet butelkę zwietrzałego porteru i skwaśniałego wina, które pić przymuszał. — Pani Antoniowa co chwila rumieniła się za niezgrabne podawanie kozaczka, co do stołu służył, za niedopieczone, niedogotowane lub spalone potrawy — Goście znajdowali naturalnie wszystko bardzo dobrém, a pan Antoni powtarzał.
— Już to panie, cale co innego u panów, a ślachcica na to nie stać. U mnie i dziéwczyna bosa posłuży do stołu i lada kaszą człek się najé. A za to, człek długów niéma, i kredytorowie mu nie piszczą pod oknami, zasypia, panie z spokojném sumieniem.
Sąsiad pan Bielski, taratatkowy jegomość, który pachniał Ekonomem o milę, powtarzał zawsze za panem Antonim
— O tak! tak panie Dobrodzieju!
Niemiał on téj poufałości, co gospodarz i nieustannie kłaniał się nizko przed Augustem, szanując go wielce. Zawsze mu się widać jeszcze zdawało, że służy za Ekonoma i bał się miejsca utracić. Czasem przypominał sobie, że jest tak jak i drudzy, ale wnet znowu wpadał w uniżoność sługi przesadzoną.
Nareście skończył się obiad i goście znowu jechać chcieli, ale pan Antoni niepuszczał od herbaty, którą zmusił ich pić zaraz po obiedzie. I znowu nie można było odmówić, bo by zaraz pan Antoni powiedział
— Już to panowie widać, boją się naszéj herbaty, kiedy tak uciekają. A do tego ludzie nie zjedli jeszcze, u mnie słudzy muszą być nakarmieni, nie tak jak u panów, co odsyłają do karczmy! Ja kiedy rad gościowi, to rad!
Napiwszy się po dwie szklanki herbaty, bo od drugiéj wymówić się było niepodobna, ujrzeli wreście konie zaprzężone i pożegnali gospodarstwo. Pan Antoni wyprowadził ich na ganek, dziękując za odwiedziny; pan Bielski, nizko się kłaniał, a gosposia wyglądała oknem, rada zapewne, że się pozbyła tak ciężkich gości. Wszystkie dzieci powłaziły na krzesełka i poprzykładały twarze do szyb, pokazując sobie palcami odjéżdżających.






ROZDZIAŁ III.
JULJA. DOKTOROWIE. PAN HRABIA.



Rankiem dżdżystym, po resztach niedotopniałego śniegu, stanęli w domu August ze Stasiem. Zdziwiło ich obu, gdy na ganku ujrzeli, służącego Hrabinéj, z karteczką w ręku, Staś aż pobladł.
List był do niego, i zawiérał te słowa.
— Zdziwiłam się, żeś wyjechał wprzód z Dubna, niż zamierzyliśmy sobie — Sądzę żeście już w domu — Venez me voir aujourd’hui —
— Pani Hrabina nie odebrała mego listu — który pisałem wyjéżdzając z Dubna? spytał posłańca —
— Niewiém, zapewne że nie — odpowiedział służący, a przez kogóż go pan odesłał.
— Oddałem Pawłowi —
— Paweł się upił i zostać musiał w Dubnie —
— Niéma go z wami —
— Niéma.
— Jak się Hrabina ma?
Służący kiwnął głową —
— At, panie, jak zawsze.
— Powiédz, że będę dzisiaj!
Staś niespokojny wpadł do pokoju.
— Wiész wuju co się stało?
— Cóż takiego?
— List mój nie oddany — Hrabina przysłała żebym dziś do niéj przyjechał.
— Cóż myślisz zrobić?
— Co radzisz?
— Nie jechać, odpisać — rzekł August.
— Niepodobna! zawołał Staś, niepodobna! Muszę ją widziéć raz jeszcze —
— Rób że sobie co chcesz, odpowiedział nieukontentowany August, a nie pytaj się mnie o radę. Cóż się stało z listem.
— Służący się upił, nieoddał go i został z nim w Dubnie.
Obydwa zamilkli i chwilę przykrego milczenia myśleli każdy z osobna, co Stasiowi zrobić należało. Staś wyrywał się jechać, August mu dowodził, że aby przygotować Hrabinę, powinien był odpisać jéj tylko, zimniéj jak zwykle i nie stawić się na wezwanie. Tym czasem służący z odpowiedzią odjechał, a trochę wypocząwszy Stanisław wybrał się do Hrabinéj.
Już miał wsiadać, kiedy go jeszcze wstrzymał August.
— Rozważ co robisz Stasiu — Natalja się dowié o twojéj bytności u niéj, całe sąsiedztwo wié o jéj powrocie, a jutro wiedziéć będzie z dodatkami o twoich odwiédzinach. Przypuść że Hrabina list odebrawszy —
— Kiedy go nie odebrała —
— A jeśli odebrała i umyślnie —
— To być nie może —
— Chce cię widziéć, ufna że cię znowu przywiąże do siebie litością, jeśli nie przywiązaniem.
— Co ma być niech będzie, wuju, rzekł Staś stanowczo — Jadę.
August niepożegnawszy go wrócił z ganku, a sanki posunęły się ku białemu pałacykowi, któren z daleka widać było.
Całą drogę Staś myślał, co i jak mówić będzie, kilka razy chciał powracać, tak niepojmował kłamstwa, tak niewiedział co począć z sobą, tymczasem zbliżał się do pałacyku i stanął przed nim. Nie czas się było wracać. Odważnie wstąpił na wschody, służący który go spotkał, otworzył mu drzwi do pokoju Hrabinéj. W ostatnim wytwornie strojnym pokoiku, którego dwa okna zasłonione były firankami na wpół zapuszczonemi, siedziała Julja u stolika i pisała cóś szybko. Twarz jéj wychudła nosząca ślady cierpienia, czerwieniła się w téj chwili dwóma rumieńcami mocnemi, które jakby wykrojone leżały na bladém licu. Ubrana była we włosy tylko gładko uczesane, czarną suknię i szal czarny. Oczy jéj ożywione były blaskiem niezwykłym, ręce drżące; nim doszedł Staś, posłyszał kilka razy powtórzone kaszlanie. Wyjrzała przezedrzwi.
— A to ty! zawołała. Jakżem ci wdzięczna żeś przyjechał! Lecz cóż ci się stało, żeś nie widząc się ze mną, nie czekając na mnie, uciekł z Dubna?
— August, zabełkotał nieśmiało Staś. August chciał — musiał, wymagał —
— Trzeba było napisać choć słówko, mniéj bym się gryzła i niepokoiła.
— Wyjeżdżaliśmy tak nagle —
— I dziś dopiéro przyjechaliście do domu?
— Wstępowaliśmy po drodze i to nam czas zabrało.
— Dobrześ zrobił żeś przyjechał, spodziéwam się właśnie gości, Pułkownikowej, Alfreda. Oni także wyjechali z Dubna.
— Razem? spytał Staś.
— Więc niewiész o niczém? spytała Hrabina, Alfred rozkochany zapamiętale, a raczéj rozkochanego udaje — Pułkownikowa rozmyśliwszy się przyjęła jego miłość i —
— Zapewne ślub na Ś. Józef?
— Lepiéj, bo w ostatni Wtorek — I Hrabina westchnęła. Daj Boże jéj szczęście! Ale wątpię o niém jak o swojém! Znam Alfreda —
— Pułkownikowa namyśléć się musiała.
— W jéj wieku, w naszym wieku, poprawiła się, Pułkownikowa, chwyta się co wpadnie pod rękę! Tak się lękamy, aby nas potém nie opuścili wszyscy, aby nam nikt nie został! Długo ona czekała, rozmyślała, wybierała — Cóż chcesz? w oczach świata, to partja stósowna, dobra — człowiek młody; dobrze wychowany i urodzony, na oko, bogaty. Pułkownikowa zaś tylko bogata, bo nawet nie młoda.
Musiała pójść za niego dodała z westchnieniem — Alfredowi się udało — sans sela il etait ruiné. Ale tyś znowu smutny Stasiu. —
— Jestem jak zawsze —
— Jak teraz, bo nie jak dawniéj — dodała Hrabina — kontrakta cię zepsuły.
— A twoje zdrowie dziś? spytał Staś chcąc odwrócić rozmowę —
— Moje zdrowie — jak zawsze, z przyciskiem odpowiedziała Julja. Dusza moja dręczy ciało, ciągła niespokojność mnie niszczy. Jestem jak skąpiec co z wlepioném okiem wisi nad skarbem swoim, bojąc się żeby mu go kto nie wydarł — umiéram ze szczęścia, lękając się jego utraty. Napróżno po widzeniu się z tobą, chciałam sobie wmówić spokojność — Napróżno! Serce mi biło jak wprzódy — Myśl dręcząca, on cię musi porzucić, krąży jak jastrząb nademną —
— Więc, rzekł Stanisław — lepiéj by było dla ciebie, aby ten jastrząb spadł raz i wszystko się skończyło.
Hrabina się porwała z siedzenia nagle, otwarła oczy, otwarła usta, ale niewydała głosu.
— Tyś żartował! wymówiła po chwili —
— Jabym cię chciał uspokoić — rzekł Staś zmięszany — jam to powiedział bez myśli — ja
— O! jakżeś mnie nastraszył, padając na krzesło znowu wymówiła drżącym głosem Julja — Jam myślała, że mi już masz powiedziéć to straszne — Bądź zdrowa!
Służący wszedł oznajmując gości.
— Idź do salonu, szybko wymówiła Hrabina, ja będę zaraz — przyjdę —
W salonie jeszcze nikogo niebyło, Staś wziął xiążkę ze stolika i udawał że czyta; otwarły się drzwi i Pułkownikowa weszła z Alfredem. Ujrzawszy Stasia zarumieniła się mocno, Alfred szydersko go powitał.
— Jak się ma Hrabina? spytała Pułkownikowa.
— Lepiéj, rzekł Staś, sądzę że lepiéj.
Usiedli, długa chwila przykrego milczenia, weszła Julja, teraz przy większém świetle, Staś mógł dostrzédz lepiéj jeszcze zmiany jéj twarzy — Policzki wpadłe, oczy zbyt iskrzące się, rumieniec nienaturalny, jakaś gorączkowa żywość ruchów i mowy, świadczyły że ją trawiła wewnątrz ukryta choroba.
Zimne były przywitania, zimna rozmowa, Staś pospolicie żywy i mowny, teraz się tylko pół słówkami mięszał do niéj, nie mogąc na sobie wymódz wesołości choćby udanéj. Pułkownikowa ambarassowana była nieustannemi grzecznościami Alfreda, przycinkami Julij; Julja mściła się z lekka na niéj, za odebranie choć już wcale niepotrzebnego kochanka. Rozmowa cała była w zimném szyderstwie, dowcipowaniu, ucinkach.
Staś wziął za kapelusz, chciał odjechać.
— Zostań pan jeszcze! poprosiła Julja z błagającém wejrzeniem.
Posłuszny położył kapelusz i usiadł w milczeniu. Ledwie się to stało, wszedł służący z listem w ręku i oddał go Julij. Staś zapłomienił się, pobladł, struchlał, poznał swój list w ręku Hrabinéj. Nie czas już było się cofać i niemógł uciekać. Chciałby o sto mil być z tamtąd; bo Julja poznawszy charakter, szybko rozłamała pieczątkę i zaiskrzone oczy wpoiła w to nieszczęsne pismo.
Nagle pobladła, pochyliła się, spójrzała na Stasia, krzyknęła i upadła.
Pułkownikowa, Alfred, Staś, rzucili się ratować, zawołano o wodę, ocet, podniesiono omdlałą, która ciągle w ściśnioném ręku, trzymała list zmięty.
— Co to jest za list, co za nieszczęsny list? spytała Pułkownikowa.
Alfred poznał charakter, ale potrzebaż było patrzéć na list? spójrzawszy na nieszczęsnego Stanisława, bladego, pomięszanego, niewiedzącego co zrobić z sobą i wyraźnie dającego poznać udział jaki miał w tém, strapioną twarzą, oczyma łzawemi.
Nareście ocuciła się Julja, spójrzała do koła, zobaczyła Pułkownikowę, potém Alfreda, przypomniała sobie wszystko i tyle miała siły, że powstała prawie uśmiéchnięta.
— Co ci się stało Hrabino?
— To ten list — odpowiedziała — interess — I schowała prędko papiér za suknią.
Może zechcesz się położyć, my jedziemy odezwała się Pułkownikowa. Potrzeba ci spokojności — każesz posłać po Doktora —
— To nic to nic! odpowiedziała, spójrzała na Stasia, a ujrzawszy go bladym, chwiejącym, jak winowajcę przed sędzią, dodała — To przejdzie — byłam osłabiona, ta wiadomość tak mnie poruszyła. Pozwólcie mi tylko — wyjdę na chwilę.
Po wyjściu Hrabinéj, milczenie panowało głębokie, Staś usiadł i podparł się na ręku, Alfred przechadzał się po salonie, Pułkownikowa szepnęła mu cóś do ucha i wyszła. W chwilkę potém i on się wysunął, powóz zaturkotał — odjechali. Staś usłyszawszy to, wziął także kapelusz i niespokojny biegł ku drzwiom, ale w téj chwili, weszła Hrabina — i niespokojna dała mu znak ręką aby się zatrzymał. Stanął. —
Po cichu, spokojnie, powolnie, odezwała się do niego.
— Widzisz że mnie nie zawiodły przeczucia — Na próżno chciałeś udawać i kłamać — Serce mi powiedziało, przeczucie ostrzegło. O! ja się tego spodziewałam, to mnie musiało spotkać — Ja ci wszystko przebaczam, tyś nie winien, jam winna, trzeba cię było odepchnąć, trzeba ci było nie wierzyć; nie powinnam była tyle razy zawiedziona, próbować raz jeszcze — Ja ci przebaczam.
I powiedziawszy te słowa, zsunęła się na kanapie, łzy się dobyły z oczu, zaczęła płakać. Staś zbliżył się do niéj, chciał cóś mówić, on ciérpiał okropnie, niewymównie; wolałby był umrzéć, aby nie widziéć jéj, aby nie słyszéć co mówiła, nie czuć co czuł. —
— Nie wymawiaj się, rzekła mu ze łzami, cóż mi powiész czegobym sobie niepowiedziała, czegobym się nie domyśliła. Tyś nic niewinien! jam winna! Tak być musiało. Bóg mnie ukarał za całe życie, jedną chwilą.
Znowu Staś chciał uciéc i rzucił się do drzwi —
— Jeszcze chwilę na Boga — zostań —! jeszcze chwilę! zawołała Julja — To ostatnia! nie zobaczysz już mnie więcéj, widziéć nie zechcesz — Daruj mi godzinę, na pamięć dawnéj miłości, jeśli to imie dać można twemu przywiązaniu — kochałeś kobiétę nie Julją, ona myślała że ją tylko, ona się oszukała, choć sto razy serce szeptało — niewierzyć!
Stanisław pozostał jeszcze pod razami jéj słów, jak pod gradem kul stojąc — Ona płakała i mówiła ciągle —
— Ja cię nie obwiniam, tak być musiało. Kiedyś odjéżdżał, wiedziałam że mi nie wrócisz wiernym, kiedyś powrócił, przeczułam że tylko litość przywiozłeś dla mnie. Posłuchaj mnie, Stasiu — Ja jestem chora, czuję śmierć przed sobą, ona przyjdzie i przyjdzie prędko, nie będziesz na mnie patrzał długo. Zapomnijmy o tém co było i co nigdy nie wróci — nigdy nie wróci —
Powtórzyła te słowa płacząc i zakrywając oczy.
— Wszystko zerwane, niech zostanie przyjaźń jeszcze, niech ci zostanie przychylność, nie wiń mnie za tych kilka chwil wyrwanych z twojego życia z których uplotłam sobie, prędko zwiędły wianek — Daruj mi żem cię kochała — i zostaw mi twoją przychylność — nie opuszczaj mnie zupełnie, na zawsze. Niech ja widzę ciebie, niech nie myślę że się rozstaję na wieki — Nie widziéć cię nigdy! Ja tego pojąć niepotrafię — Zostaw biednéj kobiécie nadzieję, bez któréj życia nie wytrzyma, zrób ofiarę —
I to mówiąc odkryła twarz, zaczerwienione od łez oczy, usta drżące, rozpuszczone czarne włosy — i powtórzyła błagając —
— Stasiu nie opuszczaj biédnéj, bardzo biédnéj, Julij! Tyś wolny, ja niémam prawa do ciebie, ja cię proszę, ja cię błagam, ja się modlę do ciebie, zrób to dla mnie, nie porzucaj mnie zupełnie.
— Juljo! zawołał Staś — to cię będzie dręczyć więcéj, to dla nas obojga. —
— Ty niewiész przerwała Hrabina, jak ja ciebie kochałam, jak kochanka i jak dziecko moje! Niewidziéć ciebie, niepotrafię, żyć z myślą że cię nie zobaczę — nieumiem. Będę się patrzéć na ciebie, będę się cieszyć twoją miłością i szczęściem, znajdę na to siły i odwagę, bo życzę ci szczęścia tylko! Niczém ci nie wspomnę przeszłości, nie uczynię ci wymówki, nie powiém słowa — tylko mnie nie opuszczaj tylko mi powiédz, że jutro, zawsze — będę cię widziała jak dawniéj, że mną nie wzgardzisz!
Widzisz, dodała, jak wielka być musiała miłość moja, gdy się tak poniżam przed tobą, gdy duma nawet nie przemogła jéj, duma obrażonéj kobiéty, kochanki. Wszak nieodmówisz mi tego!
— Juljo! ja sam pragnę i żądam tego — Ale dozwól zastygnąć ranie twojéj i mojéj — Myślisz że i ja nie ciérpię, że i mnie to nie boli? Codzienném widzeniem się, rozdrażniać będziem niezgojoną bliznę.
— Czekać! czekać! zawołała Julja — Ja nie mogę czekać! ja niémam chwili do stracenia, godziny moje policzone, każde silne wstrząśnienie przybliża mnie do końca. Nim ta rana zastygnie, i ja ostygnę —
Spuściła głowę, zamilkła.
— Juljo — co za myśl dziwna —
W moim wieku miłość jest śmiertelną chorobą, dodała — w twoim tylko z niéj nie umiérają — I na cóż mi życie — na nowe zawody? Życie, to wspomnienie przeszłości, a moja tak czarna — O! słusznie Bóg ukarał — wielem winna. Byłam płocha, szukałam zbyt zapalczywie szczęścia, którego niéma na ziemi, goniłam za niém, aż w przepaść upadłam. Trzeba było od młodości usiąść i płakać nad sobą, a nie targać kajdan swoich, trzeba było powiedziéć sobie — obejdę się bez tego czego mi Bóg dać niechciał. Trzeba mi było ukochać dziécię, co mnie nie zna, którego ja nie znam prawie —
— Juljo, ty się okropnie dręczysz! rzekł Staś, uspokój się, spocznij —
— Jam spokojna! odpowiedziała, teraz spokojna i lepiéj mi nawet podobno z pewnością nieszczęścia, niż w oczekiwaniu jego. Ale ty mnie nie porzucisz, nie opuścisz? nie zapomnisz? Nie przestaniesz być przyjacielem dla mnie i choć przez litość spójrzysz czasem na biédną Julją — Nieprawdaż —?
Nie będziemy malować reszty téj sceny, która trwała godzinę prawie, Julja znużona, dozwoliła nareście odjechać Stasiowi, wymógłszy na nim przyrzeczenie uroczyste, że powróci. Wieczorem, coraz gorzéj się miéć zaczęła, zwiększyła, się gorączka, ból głowy i kaszel. Posłano po najbliższego doktora.
Szczęściem nie był to znajomy nam Niemiec, ale uczony lekarz, który summiennie przywykł był traktować swych chorych i najlżejszą słabość, jak był winien, uważał za ważną. Wielu jest bowiem, co czekają z leczeniem, odmawiając rady, aż słabość przybierze charakter niebezpieczny, aż się stanie grożącą. Tacy lekarze pospolicie, trafnie kurują choroby gwałtowne, zapalne, a nieumieją, ani im zapobiédz, ani z chronicznemi dać rady. Pan Wyrwicz, był to człowiek lat trzydziestu kilku, silnie organizowanéj głowy, wielkiéj nauki, wybornego instynktu, z praktyką i trafnością. Nad każdą rzeczą, nad najlżejszym symptomatem zastanawiał się pilnie, wybadywał chorego troskliwie, nie śpieszył z receptą, zaledwie dotknąwszy pulsu, nieznając przeszłości chorego, jego dawnych chorób, używanych lékarstw, cierpień cząstkowych, smaków i t. p. Często całe miesiące trawił jedynie na badaniu, na rozpatrywaniu słabości, na determinowaniu jéj i ciężko się decydując, działając powolnie i nadto powolnie może, ale umiejętnie i trafnie. Wymawiano mu flegmatyczność jego, zbytnią rozwagę, ale nic go z tego charakteru wywiéść nie mogło, a raczéj z przekonania o potrzebie głębokiéj rozwagi, dokładnego poznania choroby. Za nic jak drudzy nie ważył się próbować lékarstwy i macać choroby, ale za to gdy jéj był pewny działał przeciw niéj z determinacją, odważnie, szybko nawet. Jeśli chory doczekał się determinacij jego i lekarstwa, niechybnie wyzdrowiał —
Pan Wyrwicz przybył i znalazł Hrabinę mocno słabą, rozpytał się jéj saméj i ludzi o symptomata dawniéjsze, pokiwał głową, podrapał się po łysinie, przepisał cóś chłodzącego i zaleciwszy spoczynek, dietę, przyrzekł wrócić nazajutrz. Nazajutrz toż samo prawie i znowu żadnego lekarstwa, tylko cóś zmniejszającego gorączkę, chłodzącego — nic więcéj. Julja tym czasem miała się coraz gorzéj i traciła siły widocznie — nieruchoma całe dnie, leżała na kanapie, oczy zwrócone w jeden punkt, jak myśl jéj duszy, ręką podparta, piersi wklęsłe, zgarbiona, włosy rozpuszczone. Do sług nic nie mówiła, mało do odwiédzających ją przyjaciół, żadnego zajęcia nie żądała, dobrowolnie topiła się w swoim smutku, i nie próbowała nawet wyrwać się z niego, nie pomyślała, że może być lepiéj, inaczéj. Nazajutrz po odebraniu listu, cały dzień wypytywała, czy pan Stanisław nie przyjechał, ale go nie było. Któś tajemnie posłał do niego, wyjechał z Augustem do Prezesowéj, nie mówiono o tém Julij, ona się musiała domyślać, bo nazajutrz jeszcze raz spytała o niego, a potém nie wspomniała o nim więcéj, tylko ile razy drzwi się otwiérały, ile razy męzkie posłyszała kroki, chód niezwyczajny, zaturkotanie powozu, twarz jéj się rumieniła, machinalnie poprawiała włosy i patrzała na drzwi i wszedł kto inny, spuszczała głowę smutnie — I za godzinę, toż samo znowu.
Tak dni kilka upłynęły, a pan konsyljarz zaledwie się na lekarstwo odważył, niebył jednak pewien jego skutku i swojéj rady, bo wezwał Konsyljum.
Zjechali się na nie wszyscy medycy okoliczni, po większéj części ludzie każdy innéj metody, innego charakteru; usiłujący przez próżność wynaleść coraz inny charakter w chorobie, inaczej ją zadeterminować.
Pan Mullendorf, uczony medyk, co składał recepty najmniéj z pięćdziesięciu medykamentów i głęboko myślącego człowieka grał rolę; dawnéj powagi człowiek a w rzeczy wielki szarlatan, piérwszy się stawił na wezwanie P. Wyrwicza. Bez wahania wszystko przepisane zganił, antiflogistyczne środki za zgubne uznał, chorobę inaczéj zadeterminował i wzmacniać przykazał. Zaledwie rzuciwszy okiem na chorą, wziął się zaraz do rozprawy o polityce i nowinach gazeciarskich i resztę dnia perorując przepędził.
Drugi pan Brzozowicki, radził pacientce zimną wodę, gdyż serce jego było za Priesnitzem i odkąd widział Greffenberg, niepojmował, żeby inaczéj jak zimną wodą, na jakąkolwiek bądź słabość leczyć można — Zimną wodę pić, w zimnéj wodzie się kąpać, zimną wodą się okładać, lodem ociérać, żyć w zimnéj wodzie.
— Ale zważ WPan słabość, mówił Wyrwicz — zważ casus.
Casus gorączka — casus zapalenie, zimna woda i nic nad zimną wodę. A gdy ona nie uleczy, nic nie uleczy. Będąc w Greffenbergu — Tak zawsze kończył opowiadaniem o Greffenbergu — i cudownych Priesnitza kuracjach.
Trzeci Nejmanowski, którego nazwisko pokazywało pochodzenie od wybranego ludu Bożego, z allopaty przeszedłszy na homeopatę, oczéwiście sprzeciwiał się wszystkim utrzymując że takiemi dozami dawane lekarstwa, na łono Abrahama wyprawić koniecznie muszą. Zalecał apteczkę, którą nosił w kieszeni i obstawał za użyciem swoich pigułek z pod niewiém jakiego numeru.
— Niech co chcą gadają allopaci, mówił, moja medycyna najlepsza, niewykuruję to nie zabiję przynajmniéj. Z dwojga jedno, albo niéma skutku, albo zupełny skutek, a złego skutku być nie może —
Czwarty pan Sellier francuz, zalecał magnetyzm i upewniał że Hrabina, ma usposobienie do snu magnetycznego — Ofiarował się sam za magnetyzera, wstrzymywało go tylko że o pozwolenie magnetyzowania daleko bardzo prosić było potrzeba.
— O co panom chodzi, sama sobie przepisze lekarstwo. Z resztą Sellier z francuzką grzecznością, godził się z panem Wyrwiczem i po magnetyzmie, albo w braku jego, najlepszą znajdował kuracją, jak była poczęta i prowadzona.
Młody pan Brodnicki, medyk z wileńskiego uniwersytetu dla ciekawości z panem Sellier przybyły, radził zastósować jakąś nową metodę i na Hrabinie uczynić próbkę. Napróżno mu przedstawiano żeby to wcale nie była próba in anima vili, on przy swojém obstawał utrzymując że okoliczność była jedyna.
Gdy się dość nagadali, a najwięcéj o rzeczach obojętnych, jedni o tabace Albance, drudzy o polityce, trzeci o magnetyzmie, czwarty o homeopatij, raczyli przystać wszyscy z małemi restrykcjami na sposób pojęcia choroby i kuracij przez Doktora Wyrwicza. Każdy mówił, po mojéj radzie, ta najlepsza, a ponieważ moja nieda się uskutecznić, a zatém — —
I tak rozjechali się. A Hrabina — miała się ciągle jednakowo, gorączka wszelkiemi tamowana i gaszona środkami, nie ustawała, ku wieczorowi codzień stawała się wyraźniéjszą, kaszel się powiększał, krew pokazywała — Doktór Wyrwicz milczał uparcie i co dzień bardziéj marszczył czoło.
Stan moralny Julij nic się także niezmieniał, wpadała tylko powoli z cierpienia ostrego, bolesnego, w cierpienie głębsze, silniéjsze, ale ciągle trwające, pokryte osłupieniem jakiémś, odrętwieniem. Łza już się nie pokazała na oczach, ciągle suchych i niezmiernie błyszczących. —
Po tygodniu spytała po cichu, o córkę jakby niewiedziała, że codzień rano i wieczorem ją odwiédzała. Kazała ją przywiéść do siebie, spójrzała na dziécię stojące przed nią zimne, niespokojne, niewiedzące co począć z sobą, spójrzała i spuściła głowę.
— Nie! rzekła w sobie, już zapóźno — Nie byłam jéj matką, nie będę z niéj miała córki. I téj mi pociechy braknie!
Zagadała do Miss Fanny słów kilka i pożegnała ją, mówiąc że się położy.
Odeszły, nie położyła się jednak i siedziała jak wprzódy, oczy wlepione nieruchomie w ścianę, ręce złożone i zaciśnięte konwulsyjnie.
Płynęły tygodnie, a stan Hrabinéj nic się nie odmieniał tylko coraz więcéj słabła i słabła i oddech stawał się ciężki, oczy wpadały, policzki chudły — Już z ciężkością przechadzała się po pokoju i często oprzéć się o co musiała, aby nie upaść. Nie skarżyła się jednak i zdawało się jéj nawet, że się miała lepiéj. Nazajutrz mówiła że jest gorzéj, że czuje śmierć przed sobą, a często tegoż dnia powtarzała znowu — Jestem lepiéj — Naprzemian to się lękała śmierci, to patrzała na nią spokojném okiem. Niekiedy żądała jakichś dziwnych lékarstw i zdawało się jéj, że używszy ich przyjdzie do zdrowia. Nareście zaczęła się modlić i dnie całe pędziła nad xiążką w modlitwie. Nie przywykła do tego rodzaju pociechy, nie uczuła zbawiennych jéj skutków od razu, myśl jéj była gdzieindziéj, a gdzieindziéj oczy: powoli jednak pociągniona kilką wyrazy, jakąś prośbą co się odbiła w duszy, zaczęła się modlić z większym zapałem, z ufnością —
— Czemuż wprzódy nie byłam nabożną, mówiła sobie — ilem się to pociechy pozbawiła, odpychając religją i nie licząc jéj za nic. Ona by mnie była wstrzymała od wiele złego i nauczyła ciérpieć nie buntując się przeciw woli Bożéj i obowiązkom. Ale się stało! życie drugi raz nie wróci — I gdyby wróciło —
Julja poczuła, że taką jaką była, jaką ją wychowano, jak świat ją otoczył, przykłady — nie mogłaby być inną, myślą uniewinniała się — A jednak dodała, i na tym świecie, są lepsze odemnie.
Jednego wieczora, pogodnego zimowego wieczora, kiedy się gwiazdy iskrzyły na błękicie i xiężyc wszedł na niebo, Julja odsłoniła firankę okna i patrzyła w oddalenie. Niewiém czemu wszyscy co czują śmierć, a świat kochali, zawsze go żegnają łzawym wzrokiem, w ostatnich chwilach nie mogąc się oderwać od jego widoku? Nie lepiéj żeby nań nie patrzéć i o nim zapomniéć. Z jéj okna daleko, bardzo daleko, widać było między czarnemi skeletami drzew obnażonych, mały domek Augusta. W téj chwili swiécił on wszystkiemi oknami, znać w nim byli goście, zabawa.
Smutne to wrażenie zrobiło na Julij —
— Tam jest Staś, powiedziała sobie — a ja go niewidzę — Niechciał przybyć do mnie, niémiał nawet litości. Tak kochał tak mi serce rozdarł okrutnie, tak nagle, tak nieprzygotowaną opuścił, porzucił. O! gdyby on wiedział, co ja ciérpię —!
Drzwi się otworzyły, powolnym krokiem sapiąc wtoczył się — Hrabia. Nie jego to spodziéwała się Julja i nie na jego spotkanie uderzyło jéj serce. Spójrzała i powitała go
— A to ty!
— Jakże się tam masz Julciu. Bo mnie nastraszyli w Dubnie i porzuciłem obiad u Pułkownika, sądząc żeś ty bardzo chora —
— O! mogłeś go jeść spokojnie — z bolesnym uśmiéchem, odpowiedziała Julja, nie jestem tak bardzo chora — Wprawdzie to mnie zmęczyło, sił mi braknie, ale nic mię nieboli.
Hrabia usiadł i wpatrywał się w żonę, po chwili nadął usta jak miał zwyczaj robić, gdy był z czego niekontent i spytał.
— A był tu Wyrwicz?
— Co dzień bywa —
— No! i cóż mówi?
— Nic nie mówi.
— Ale kiedyż będziesz zdrowa, czy co?
— On nie wié i to Bóg jeden podobno wié tylko.
— A od czegóż on Doktór?
Hrabina wzruszyła ramionami.
— Bo pokazuje się że mnie niepotrzebnie nastraszyli, dodał Hrabia i zerwałem się z tego obiadu.
— A tak ci go szkoda! złośliwie dodała Julja zwracając się do okna z pogardą.
— A! zapewne że szkoda. Un magnifique diner — Słyszałem o cudach, jakie na nim być mają. — Ale wracając do ciebie — Vous ne vous sentez pas plus mal?
Soyez tranquille — niéma o czém mówić — Hrabina znów odwróciła się do okna.
— Odwiédzał cię kto z sąsiedztwa?
— Prawie nikt.
— Był pan Stanisław?
— Raz tylko. Hrabina westchnęła.
— Ale musi być w domu —
— Niewiém.
— Trzeba by się posłać dowiedziéć.
Hrabia zadzwonił i wysłał umyślnego.
— Może się dodał obrazili żem im nie oddał ani razu wizyty. Ta ślachta to taka obrażliwa!
— O! uśmiéchnęła się Julja — bądź o to spokojny.
— I powiadają że kuchnię ma August dobrą, mógłbym jutro pojechać na obiad. Znowu milczenie, jak między ludźmi co niepotrafią utrzymać rozmowy, bo między niemi niéma nic wspólnego żadnéj myśli, żadnego upodobania.
Et Rose? spytał Hrabia po chwili.
— Zdrowa. —
Figurez vous ma chère, mówił daléj — wszakem się ograł u Pułkownika?
— To jak zawsze —
— Byłem nawet wygrany i grubo wygrany, ale un demon m’a inspiré, ryskowałem i ja co gram z takim taktem.
Przerwał nagle.
— A jedliście kollaciją?
— Niewiém, ja nic nie jem —
— To źle —
— Niechce mi się jeść nigdy —
— To bardzo źle — Ale ja muszę sobie cóś kazać zrobić. Bon soir.
Nazajutrz rano przyjechał Wyrwicz. Nim jeszcze doszedł do pokoju Julij, Hrabia złapał go na drodze.
— Hę, cóż, Doktorze, spytał żywo — ona źle?
— Nie dobrze odpowiedział Doktór.
— Ale mów mi WPan otwarcie — jest czy niéma niebezpieczeństwa?
Doktór zażył tabaki — Mam powiédzieć otwarcie —
— Otwarcie, bo widzisz WPan to mi potrzeba wiedziéć, wszyscyśmy śmiertelni — wreście, wreście uważasz pan — interessa — Ja muszę wiedziéć.
— Hrabina ma się bardzo źle — rzekł Doktór.
— I może nagle skończyć? spytał tak zimno tak obojętnie Hrabia, że Wyrwicz aż się cofnął i spójrzał mu w oczy, niemogąc pojąć tego —
— Niemożna przewidziéć, ale wedle wszelkiego podobieństwa —
— Kiedyż? spytał Hrabia —
— Kilka miesięcy — Życzyłbym jechać do wód, właśnie wiosna nadchodzi —
— Kilka miesięcy!!! powtórzył Hrabia. Hm! no to jest czas na wszystko! Ale pewnie kilka miesięcy —
— Zdaje się, zdaje — niemożna przewidziéć — Chyba by nagłe jakie wstrząśnienie, jaka odmiana, cóś niespodziéwanego —
— No! ale jest nadzieja wyzdrowienia?
— Bardzo mała —
— Jednakże być by to mogło?
— Prawie cudem.
Hrabia skłonił się i odszedł do swojego pokoju.
Nieznajomy jakiś, czarno ubrany mężczyzna pisał cóś na stoliku.
— A co panie Chyłkiewicz, gotowo? formalnie?
— Zaraz JW. Grafie, w ten moment.
— Po rusku?
— Po rusku, i po polsku, bo JW. Grafini nie umié po rusku?
— Oczéwiście że nie umié — Ale to biéda mój panie Chyłkiewicz, że ja niewiém jak to mojéj żonie podać — Jakoś — niewypada — a tu mówi Doktór, że jeszcze kilka miesięcy, może by to odłożyć —
— Jak wola JW. Grafa, ja tylko ośmielam się przedstawić, że broń Boże czego — to i administracja niechybna, wedle nowych praw.
— A to by było szkaradne — A jak tam WPan urządziłeś to? Dożywocie na całym majątku, zapis pięciukroćstotysięcy i co więcéj —?
— Nic więcéj —?
— Już kiedy robić to robić, mój panie Chyłkiewicz, a nie możnaby tam co dodać jeszcze —
— Chyba zapis całego majątku?
— Toby dobre było, ale ona tego nie zrobi, daj pokój — Enfin c’est assez.
Chyłkiewicz podał akt Hrabiemu.
— Gdzież to podpisać? spytał —
— O tu.
— A! rozumiem. I schował do kieszeni.
Pożegnawszy pana Chyłkiewicza poszedł do Julij, ale pomimo swojéj odwagi, nie ośmielił się dać jéj aktu przygotowanego do podpisu, tylko coś napomknął o potrzebie uregulowania interessów.
Hrabina domyśliła się wszystkiego i bystro rzuciła na niego okiem.
— Jestemże już tak bliską śmierci! spytała zimno —
Fi donc! któż to mówi! zawołał Hrabia ale — vous savez, un peu d’ordre — to nigdy nie wadzi —
— Nie lękaj się Edwardzie, znajdziesz po mnie wszystko w porządku, o niczém i o nikim nie zapomniałan —
— Zrobiłaś testament, już? Zawołał Hrabia —
Julja zaledwie mogła odpowiedziéć, tak ją w piersiach ścisnęło.
— Dowiész się o tém Edwardzie, gdy czas będzie — laissez moi tranquille
— Bo ja, bo ja, ci miałem podać mały projekcik — rzekł cicho —
— Dziękuję ci — mam swoję myśl i tę przyprowadzę do skutku —
Hrabia niepotrafił już nic więcéj powiedziéć, zwrócił rozmowę na co innego, przymilał się żonie, opowiadał jéj o wszystkich zjedzonych obiadach i o wszystkich ładnych paniach, które widział w Dubnie.
— Ale kto ładny, to ta panna, jak że się to nazywa! Ça, siostrzenica Prezesowéj —
— Natalja —
C’est ça. A! wiész zapewne, że się Staś w niéj kocha?
— To w niéj zawołała żywiéj Hrabina.
— W niéj. Ale ładna, jak aniół, a śmiała jak huzar. O! już co ta, elle menera joliment son mari.
Julja westchnęła znowu i patrzała w okno —
— Odebrałeś odpowiedź — od — — Augusta?
— Jeszcze wczoraj — Niéma ich w domu.
— Gdziesz są? —
Dieu sait, il courent le monde.
— I kiedy wyjechali —?
— Niewiém — Ale pewnie na wyborach będą — A i mnie wypadnie pojechać!
— Cóż ty tam będziesz robił?
— Zabawna rzecz! A obiady!
C’est vrai — zapomniałam.
Hrabina pomyślała w duchu —
— I znim to przeżyć musiałam tyle lat życia, zmarnować tyle chwil najpiękniéjszych! O! Bóg mi przebaczy choć część moich win — bo mogłażem go kochać, mogłażem go odmienić? Myślał że kiedy o mnie, o domu, o dziécku? kochał że co kiedy? — Silniéjszéj, cnotliwszéj trzeba było kobiéty, żeby wytrzymała w takiém pożyciu i nie wyciągała rąk ku obcym, nie poprosiła ich o to uczucie tak upragnione, którego za nic nie mógł jéj dać, ten co je obowiązany był podzielać — Ja musiałam upaść, a Bóg mi może przebaczy — Jemu innéj potrzeba było kobiéty — mnie innego męża. Stało się i życie nie wróci — nie wróci —! I nic nie wróci — dodała — wszystko minęło, mignęło i znikło — Smutne życie —! smutna śmierć — Sama jedna, zawsze sama! nawet teraz!!
Łzy popłynęły jéj z oczów, schyliła się na chustkę i płakała —






ROZDZIAŁ IV.
DOM PANI PREZESOWÉJ. WYBORY.



W piérwszych chwilach po rozstaniu z Julją Staś był niezmiernie wzruszony, wrócił do domu w rozpaczy prawie, zrywał się jechać do niéj, płakał, przeklinał swój wyjazd do Kijowa, postanawiał sobie odwiédzać Julją jak najczęściéj, oddać jéj przyjaźnią, za to przywiązanie tak silne a tak nieszczęśliwe. Ale August co chciał go od niéj oderwać, nie uląkł się tego piérwszego wybuchu, tych przysiąg i postanowień. Takim jest człowiek, im silniéj co uczuje, im mocniéj się poruszy w piérwszéj chwili, tém łatwiéj wyczerpie z siebie wszelkie uczucie, tém prędzéj potém ostygnie. August to wiedział i przewidział, że Staś przechorowawszy młodą gorączkę uczucia; wytłómaczy się sam przed sobą, zapomni o Julij.
Gdy Stanisław mówił mu, że chce jak dawniéj bywać u Hrabiostwa, odpowiedział mu nie drażniąc go.
— Zapewne, bardzo dobrze, bywaj jeśli zechcesz, ale teraz zostaw jéj czas do przebycia piérwszego smutku, oswojenia się z nowém położeniem, nie przypominaj jéj sobą, lepszych i szczęśliwszych chwil. Potém będziesz bywał.
Wiedział August, że potém Staś sam być nie zechce. Tak się stało.
Nazajutrz po scenie z Julją wyjechali razem do Prezesostwa, Stanisław zobaczył Natalją i o wszystkiém zapomniał. Tylko piérwsze wéjrzenie na kobiétę, dla któréj zniósł tyle i tak ciężką uczynił ofiarę, było dla niego wpół przykre, miał jéj prawie za złe, że go do tego zmusiła; ale wprędce żywa Natalij rozmowa, spójrzenie pełne wdzięczności i obietnic na przyszłość, wygnało smutne myśli z głowy. Natalja nie wiedziała ani jakiéj natury były związki Stasia z Julją; ani że tak wiele kosztowała biédną, utrata ostatniego kochanka. Ona wyobrażała sobie płochą miłość, płochéj kobiéty, którą dziś można pokochać, uzyskać wzajemność zalotnéj, a jutro porzucić; niewiedziała o słabości Julij, o niebezpieczném jéj stanie, nie miała wyobrażenia gwałtowności przywiązania tego i ofiary jaką uczynił dla niéj Stanisław, a dumna była, rada, szczęśliwa, że zwyciężyła, jak każda kobiéta, gdy u nóg swoich ujrzy złożoną ofiarę. — Staś bolał jeszcze nad Julją, ale nie mogąc oswoić się z myślą o jéj ciérpieniach, powoli wytłómaczył sobie że musiała przebyć piérwszą chwilę bolesną, że odzyskała swobodę że wyzdrowiała nawet. — August potwierdzał to, ciągłém wspominaniem o dawnych Hrabinéj związkach, które jak łatwo zawiązywała, tak wesoło rozerwywała nie uciérpiawszy na tém, nie bolejąc nad stratą.
— Wierz mi, mówił, taka kobiéta, niemoże uczuć zbyt silnie, rozstania — tyle razy przebywała już podobne wypadki, oswoiła się z niémi. Jutro dowiémy się zapewne o nowym kochanku! Powróci Alfred, albo się znajdzie kto inny! Możesz być spokojnym!!
Staś pragnął uspokoić się i przyjął pociechę łatwo, bo jéj pożądał, uwierzył wszystkiemu, bo chciał wierzyć.
Z drugiéj strony miłość idealnéj, pięknéj, żywéj, exaltowanéj dziewicy, miłość cale inna, pełna świéżości, harmonij, niesplamiona przeszłości wspomnieniem, żadną zgryzotą, żadną boleścią — uśmiéchała mu się tak mile! Miłość ta miała przed sobą przyszłość jasną, szerokie błonia nadziei, niosła obietnice trwałości, których tak potrzeba w piérwszych chwilach i Staś dla niéj zapominał o wszystkiém. — Tamta, piérwsza, miała w sobie coś smutnego, coś występnego, była straszna i miła; trzeba się jéj było wstydzić, z nią się ukrywać — przed światem trzeba ją było osłaniać, bo świat ją wyśmiéwał; tamta była prawie śmiészna i codzień, każdy, miał prawo uderzyć w nią bolesnym razem szyderstwa — ta stawiła śmiało czoło całemu światu, była czysta, niepokalana i wzbudzała tylko zazdrość u ludzi.
Jeśli miłość dwóch młodych, żywych serc, nawet gdy wyobraźnia skrzydeł jéj nie przypina, gdy exaltacja jéj nie ubiéra we wszystkie tęczy kolory; jest najpiękniéjszém zjawiskiem na ziemi, najwyższą rozkoszą — coż gdy umysł wykształcony, żywe uczucia, uplotą jeszcze wieniec na jéj skronie, gdy ta miłość stanie się poetyczną, uleci w krainy myśli, zawiśnie w sferach wyobraźni! — Miłość Natalij była cudną fantazją; najprozaiczniéjszy człowiek, byłby się jéj dał uwieść i wyexaltować, cóż dopiéro Staś, co lubił młodą myślą, bujać po niebiosach. Miłość to była czysta, bo ją zrodziło więcéj przeglądanie się w duszach, niż zapatrywanie w twarzy. — Kiedy o niéj mówili, to wyśpiéwywali nie wiedząc o tém, całe poemata marzeń — marzeń niemogących się urzeczywistniéć, budowali gmachy z chmur i obłoków i krasili je tęczami — Oni znali świat tylko z téj strony, z któréj im się piękniéj wydawał — zapominali o drugiéj.
Niewiedziała Natalja, że najpiękniéjsza miłość stygnie i powszednieje, że najgorętsze uczucie się przepala, że najognistsza wyobraźnia jest niebezpieczną towarzyszką miłości, któréj rzeczywistość zawsze znajduje niższą od swych marzeń; — niewiedziała, że wieki szczęścia, trwają zwykle dla kochanków kilka tylko miesięcy, a nieśmiertelna miłość, upada u proga rzeczywistego życia. Ona znała tylko życie z xiążki, z poezij, ze swego serca. Jak są ludzie co wszystko brudem, złem zepsuciem tłumaczą, we wszystkiém widzą złe i brud, tak ona wszystko jeszcze sobie tłumaczyła poetyczném, piękném, ślachetném; nawet złe, nawet występek, tylko szałem źle zwróconym, obłąkaniem, nie zimną rachubą — tłumaczyła. — Sto razy pokazali się przed jéj oczyma ludzie, szatańską swą stroną, sto razy słyszała o nich sądy zimne, nieubłaganie srogie — ale nieuwierzyła niczemu, nikomu — myślała, to jakieś obłąkanie, to przypadkowe zjawisko — świat musi być inszy, lepszy, a to są tylko wyjątki.
Miarkujcie jaką miłość wyrodzić mogło, takie pojęcie świata, takie zaufanie w jego ślachetności i piękności, tak uparta wiara we wszystkie dobro, sceptycyzm dla złego — jaką miłość wyrodzić mogło przekonanie że to uczucie, jest jedyną podstawą życia.
A Staś co widział świat inaczéj, znał go trochę lepiéj, co się już otarł o tę jego stronę czarną i smolącą, i z boleścią przyjmował konieczne przekonanie o exystencij téj złéj strony, teraz przy Natalij, słuchając jéj, wcielając się w jéj myśli, tracił wiarę w zło, urojeniem je poczytywał, pamięć o niém tracił. Tak jeszcze był młody!
Kilka dni zabawili w domu Prezesowéj — Dom to był nie pański, i nie ślachecki razem, cóś pośredniego, zmięszanego. Życie w niém miało trochę swobody ślacheckiéj, wiele przyjemności pańskiego. Nie było w nim wytworu, ale smaku wiele, nie było etykiety angielskiéj, prawidłowości nieznośnéj, wysznurowania, ale swoboda przystojna, dobrego tonu. — Sama Prezesowa, wzorowa gospodyni domu, staroświecko gościnna, uprzedzająca myśli i żądania tych, których przyjmowała, starała się ich rozerwać, i zabawić i uprzyjemnić im pobyt u siebie. Literatura składała jedno z najpospolitszych w tym domu zatrudnień i rozrywek, po niéj sztuki; a wiémy że nic tak silnie nie zajmuje, nie odrywa od świata, nie uszczęśliwia, jak życie w świecie myśli i sztuki. Czytanie, muzyka, malarstwo, kształcą człowieka, podnoszą go, czynią obojętnym na małe nędze życia, gdy się wielkim jego staną celem, a zajmując go silnie, ileż mu oszczędzają spójrzeń smętnych na świat, uczuć przykrych — ile passij nieślachetnych zabijają w zarodzie.
Dom Prezesowéj słynął na okolicę pod staroświeckiém imieniem świątyni muz i literatury, przybytku nauk i sztuk — Tém imieniem nazywali go nieprzyjaźni szydercy, co do niego zajéżdżali, aby się śmiać potém z nałogowych rozpraw tamtéjszych mieszkańców, z których nic zrozumiéć niemogli. Ślachta okoliczna przywykła rozprawiać o porze najlepszéj do posiania grochu, o omłocie zboża, o nowych plotkach pozbiéranych w sąsiedztwie, unikała domu Prezesowéj, zowiąc go nudnym. Dla nich w istocie był on nudny i choć gospodynia, jéj syn, goście, domownicy, przez grzeczność usiłowali zabawić przybywających wedle stopnia ich oświaty i smaków, nie bardzo się to im udawało; ziéwali sami i często ziéwających widzieli, gdy sądzili że rozmowa najlepiéj już idzie. Rzadki téż był gość w Mazowie i coby niesympatyzował z usposobieniem jego mieszkańców, gdy kogo konieczna potrzeba z wizytą wyparła, skracał ją jak mógł i za to wdzięczni mu byli — kiedy nudnego natręta pozbyć się było można, pożyczeniem jakiéj xiążki, (po którą często zajéżdżano do Mazowa) użyczano jéj chętnie, z radością, choćby jéj potém nieodzyskać.
Prezesowa czytała wiele, ale bez porządku, systematu i co pod rękę wpadło, jak wiele bardzo kobiét u nas. Miała namiętność czytania i to zaspokajała jak się zaspokaja każdą wielką namiętność, jak można, byle ją zaspokoić. Czytała i najlepsze i najgorsze rzeczy, dziś Pigaulta i Kocka, jutro Michelet’a Tierry, to znowu Balzac’a, Dumas’a a potém Zalewskiego, Grabowskiego — Gdy jéj brakło xiążek co się rzadko trafiało, na ówczas brała Biographie universelle, którą porzuciwszy przed miesiącem na BA — od BA zaczynała, z rezygnacją cudowną.
Skutkiem tego, Prezesowa była co nazywają oczytana; wiedziała wiele, pojmowała wszystko, mało co było jej obcém; miała téż pamięć wielką nazwisk, dat, faktów, która dając jéj pewną wyższość nad wielą innemi, bodaj wykstałceńszemi i wyższych zdolności ludźmi — zrobiła jéj sławę — uczonéj kobiéty. Prezesowa jednak nic głęboko nie brała, niczego specjalnie nie umiała i nad niczém czasu nie miała zastanowić się. Opinje swoje brała gotowe, a piérwsza na jaką wpadła, przyjęta, stawała się wyznaniem wiary nieporuszoném. Z tąd często jéj opinje w jednym przedmiocie, nie godziły się z zdaniami o innym, kłóciły się z sobą widocznie, bo niebyły wypadkiem własnego przekonania, ale rzeczą wyuczoną i przejętą. —
Syn Prezesowéj Adolf, świéżo z Uniwersytetu Berlińskiego przybyły i naturalnie Heglista, liberalista, panteista, socjalista i t. d najlepsze w świecie dziecko, złote serce, głowa otwarta, ale nie orzeł jednakże, lubił literaturę, zajmował się nią i malarstwem. Pieszczone dziecko, dobry był, serdeczny jak wszystkie pieszczone dzieci i jak one roztrzepany, samowolny.
Do domowników należał także niejaki pan Żarnowski, średnich lat człowiek, jeden z piérwszych uczniów, najlepszych głów krzemienieckich, niegdyś poeta sławny na Krzemieniec cały, co wziął dwa złote medale i dawał o sobie olbrzymie nadzieje. — Człowiek ten wzdęty zawczesną dumą, napuszony pochwałami nieśmiertelnego Czackiego, zardzewiał i zmarniał. Wysokie o sobie wyobrażenie, uparte przekonanie o swéj wyższości nad wszystkich, utrzymywały go jeszcze na świecie, na którym nic nie robił, obwinąwszy się w swoje licealne laury i spoczywając na dwóch złotych medalach. Wyszedłszy z liceum rzucił się pan Żarnowski do literatury, będąc pewny że wielki człowiek krzemieniecki, będzie nim dla całego kraju — pisał, wydrukował — rozśmiano się wielkim głosem.
Osłupiał, zaryczał na prześladowanie, na głupstwo ludzkie i pisał jeszcze. Surowe przyjęcie piérwszych płodów, wzbudziło w nim, nie przekonanie o ich mierności, nie chęć wyrobienia w sobie większego talentu, nie zapał nowy; ale dumę olbrzymią, zarozumiałość atletyczną. On w swojéj duszy, miał słuszność przeciw całemu światu, świat niegodzien był jego jenjuszu, literatura nachylała się ku upadkowi widocznemu, skruszył pióro, i umilkł. Ukarał świat za jego niepoznanie się na sobie.
Myślę że pan Żarnowski w początkach musiał się spodziéwać lada moment deputacij od narodu zapraszającéj go na literacki tron, modlącéj się do niego, ażeby dłużéj nie pozbawiał świata, swych płodów — Niestety! zamiast téj deputacij, nadeszły tylko sarkazmy, szyderstwa bez końca. Stał się więc jenjuszem niepojętym, wziął na się suknię czarną, niezrozumianego proroka, wielkiego człowieka na którym się świat niepoznał i usiadł z miłém w sercu uczuciem swojéj wyższości, swojéj nieśmiertelności pogrobowéj. Nigdy bowiem nie przypuścił ażeby świat miał zostać na wieki wieków tak ciemnym, aby się na nim niepoznał. Tym czasem admirował się sam, nasycał się sobą, kochał się w sobie i roił o wielkości przyszłéj. — Literatów zaś, poetów i pisarzy, co zajmowali świat oszalały, którzy mieli miłość u niego, na których słowa drgała dusza ludu, ku którym obrócone były oczy wszystkich, co zdobyli wstępnym bojem jakąś cząsteczkę sławy dodniowéj — nienawidził i wyśmiéwał bez litości.
Pan Żarnowski był klassyk niby, ale z tych to klassyków, co się urodzili na świat ducha, w chwili kiedy klassycyzm zaczynał się przebierać, sądząc że odzyska dawne względy, jak opuszczona kochanka, co się różuje i bieli aby młodéj dziewicy pokochanéj, wyrównać i odwieść serce ku sobie — Był to klassyk z manjerą romantyczną, co przyjmował romantyczność z warunkiem form klasycznych, który tolerował legendy, przyjmował balladę ale nie zaparł się kupidyna, muz i parnasu. Pan Żarnowski przyznawał wielkie piękności Shakespearowi, Dante, niemieckim nowszym poetom etc, ale zawsze nastawał, że byliby jeszcze piękniéjsi, żeby byli się okuli w klassycyzm i nie swawolili. — Z temi przekonaniami, zardzewiawszy, pozostał i nic go z nich wyłamać nie potrafiło. Czytał nowych utworów nie wiele, a te które czytał, zwycięzko nicował rozbiérał skalpelem Laharpowskim i zabijał szyderstwy. —
Pani Prezesowa i wszyscy domowi, uważali go za rodzaj spokojnego warjata, godnego litości. W istocie co może być godniéjszego politowania, nad obłąkanie? Przez litość słuchano czasem jego bajek, satyr, od, a nawet poematów z kommentarzami. Nigdy bowiem nie czytał po prostu jak ludzie czytają, ale zaraz starał się wyświécać, dowodzić wyższość swoją nad poprzedników i współzawodników.
— Zważcie państwo, mówił, użycie tego przymiotnika, jak nowe jak trafne! Ten zwrot nie jest-li uderzający? Albo — Kto inny byłby się wyraził pospolicie tak, ja tu użyłem figury — O ile wiém nikt z dawnych pisarzy nie był tak szczęśliwy, żeby trafił na tę formę nową a prawidłową,
Albo jeszcze — Proszę uważać mój plan. Virgiljusz, Homer, Delille, Legouvé i — zawsze starali się, jak tego mamy dowody — i t. d.
Tak objaśniając swe dzieła pan Żarnowski szczególny miał dar zabawiania niémi, interessowały niezmiernie. Natalja często się dopraszała, aby co czytał, tak ją bawił ten niezrozumiany jenjusz, naiwnie dumny i uparcie wielbiciel siebie.
Prędko postarzał nasz poeta, wytrawiły go własne myśli, własna wielkość jego, wyłysiał, zgarbił się, zęby potracił, ale to wszystko nie ostudziło zapału serca i ognia imaginacij. Kochał się nieustannie, w najmłodszych panienkach i pisał do nich Anakreontyki, w których, jak należało, strzelał kupido w różne strony, różnemi sposoby; występowała Venus, a czasem nawet i Vulkan kulawy, gdy przedmiot miłości był już w posiadaniu męża.
Gdy kto go chwalił, przyjmował pochwałę, jak wypłatę długu, z tym uśmiéchem lekceważenia, co się mówić zdaje. —
— Nie takich pochwał godzien jestem! Świat mi winien był ołtarze! niedbam o to! Jednakże przywiązywał się do wielbicieli swoich, brał ich w swoją opiekę, zwierzał się im nowych myśli i zmuszał do słuchania wiérszy. Zresztą pan Żarnowski był najpoczciwszym w świecie człowiekiem, prawego charakteru, ślachetnych uczuć, przyjacielski, serdeczny — póki nie stąpił na literaturę; bo na ówczas żółcią zapływało mu serce i stawał się tylko, jenjuszem niepoznanym, a zatém wcale nie wesołą w towarzystwie postacią.
Towarzystwo literackie Prezesowéj składało się jeszcze z panny Olbrzymskiéj czułego poety w niebieskich okularach, tłómaczącéj nieustannie Byrona, Moora, Schillera i Bóg wié kogo, a tłumaczącéj niespracowanie, gorliwie i niezajmującéj się tylko przekładami.
Był to jéj wydział specjalny.
Z pana Rauch’a ex-nauczyciela prywatnego, który zebrawszy znaczny fundusz na nauczycielstwie po pańskich domach, kupił wioskę niedaleko i przybywał często na obiady i wieczory. Ten pan, z nauką gruntowniéjszą, wiadomościami w historij mianowicie niepospolitemi, łączył zarozumiałość i pedanterją pedagoga. Literaturę uważał za zabaweczkę bez konsekwencij i karmił się tylko filozofją i historją. Nosił się zawsze czarno, minę miał poważną, brwi namarszczone, usta ściśnięte, traktował wszystkich jak dzieci i nie czuł się nawet obowiązanym do grzeczności. Zawsze prawił o krucjatach, czy była mowa o dészczu, czy pogodzie, czy o zasiewach, czy o poezij, czy o kartoflach, czy o processie, czy o niewiém czém, zawsze znalazł sposób mówienia o krucjatach i przyczepienia ich do rozmowy, pisał bowiem cóś o krucjatach i znał je jak gdyby sam skomponował. Najzabawniejsze było, gdy się zszedł z panną Olbrzymską, która miała passją mówić o Byronie, jak on o krucjatach. Naówczas pogodzić się nie mogli, przerywali sobie, kłócili się i rozchodzili wzajemnie na siebie narzekając. —
Kilka jeszcze osób uczęszczało do Mazowa, na literackie wieczory, ale tych charaktery, darujemy już czytelnikom naszym.
Po kilkodniowym pobycie w Mazowie, August odjechał ze Stasiem, ale zaledwie dawszy mu przenocować u siebie, oznajmił że musi jechać na wybory urzędników, mające nastąpić wkrótce i że go z sobą zabiéra. — Prezesowa będzie także z nami, dodał, musisz jechać.
Właśnie tego wieczora, kiedy Julja widziała oświécony dom Augusta ze swego samotnego okna, oni wrócili do domu. Posłaniec Hrabiego trafił na Augusta, któren go odprawił z odpowiedzią, że Stasia niéma w domu i on sam jutro rano odjeżdża.
Lękając się drugiego posłańca, August pod pretextem pilnego interessu, wybrał się w drogę bardzo rano i rad był że uwiózł Stasia.
Wybory obywatelskie są u nas jedném z najsilniéj zajmujących wydarzeń: mówią o nich kilką miesiącami wprzódy, zajmują się domysłami kto wybranym zostanie, nieprzyjaźni starają się przeszkodzić wyborowi tych, do których mają urazę, zbiérają partje przeciwne, jeżdżą, hałasują, mówią i krzątają się. Dziwna rzecz, że w powszechném zajęciu nadchodzącemi wyborami, nikt prawie niepomyśli, o czém by wszyscy myśleć powinni, o dobru powszechném, o wyborze ludzi zdatnych. Zdaje się że to rzecz ostatnia, ten chce być wybranym dla pensyi urzędu, tamtego prowadzą krewni, inny potrzebuje tytułu, inny daje dobre obiady, ten ma związki i popularność. Do tego, taka jest obojętność na interes powszechny, na dobro publiczne, że nikt niechce poświęcić, ani chwili swego życia, dla dobra ogółu, ani momentu pracy, ani odrobiny majątku. Ten tylko przyjmuje urząd, komu zająć tak wypadnie, że go niepoczuje wcale, komu potrzebny na cóś dla siebie. Najmniéjszego poświęcenia, nikt z siebie nie zrobi.
A mnie to na co! wołają — Czy ja warjat kłopotać się, siedziéć w mieście, stracić się, połykać nieprzyjemności, narażać się ludziom — A mnie to na co? A gdy kto powié Zrobisz to WPan dla powiatu. —
Daj mnie WPan pokój! Czy to niéma ludzi, czy to ja jeden. Ja mam familją, dzieci, żonę.
Ale panie! piérwsza kraj i obowiązki obywatela, zdaje mi się.
Piérwsze u mnie dzieci, panie i obowiązki ojca. —
Jedni jadą na wybory dla zabawienia się, drudzy dla zobaczenia z ludźmi, inni dla intrygowania przeciw nieprzyjaznym, inni dla upieczenia swoich interessów przy jednym ogniu, a najwięcéj z konieczności.
Bardzo wielu, jak tylko się czém złożyć mogą i nie jechać, powstają w domu, a gdy wyjeżdżający pytają. —
Czemuż nie jedziecie?
Daj mnie pokój. Ja mam gospodarstwo, interesa! Co mnie tam wasze wybory! wybierzcie sobie kogo chcecie, mnie to wszystko jedno! Co mnie o tém myśléć.
Jednakże, to dobro powszechne, interes ogólny. —
Czy to ja co odmienię — mniejsza oto! Niech się sobie dzieje co chce.
I z taką obojętnością zostają próżnować w domu, lękając się stracić kilkaset złotych, a tysiące wystawiając na stratę, przez niezdatnych urzędników jakich wybrać dozwolą, wystawiając na nią nietylko majętność swoją, ale cześć, sławę, spokojność. Ale między nami na nieszczęście wyobrażenie o obowiązkach obywatelskich, publicznych człowieka, jest w pieluchach. Niéma uczucia poświęcenia dla dobra ogółu, każdy woli odrobinę swojéj spokojności, nad pokój i pomyślność powszechną. Nikt nie poświęci, mienia, czasu swojego, trochy pracy, aby niémi kupić dla braci spokojność, nikt nie dba o wdzięczność publiczną. Ażeby się zaś wymówić z téj obojętności, powiadają powszechnie — my nic nie możemy.
Jest to fałsz wierutny; dobry, gorliwy, z każdą władzą może i musi być użytecznym, skoro tylko zechce; ale oto należy się starać, rozważyć swoje położenie, znać potrzeby miejscowe, wziąść się do szczérego spełnienia obowiązków; nic nie traktować lekko, nieopuszczać pod różnemi pretextami sposobności stania się użytecznym. Użyteczność urzędnika jest zapewne stosunkową; są okoliczności w których może więcéj, są inne w których mniéj może; ale zawsze, jak potrafi niedbalstwem, zostać szkodliwym społeczności, nie będąc nawet złym człowiekiem, tak usilnie pragnąc, będzie użytecznym. Oto chodzi, aby pojąć swoje położenie, znać swój obowiązek, nieżałować pracy, i nie myśleć, że się żyje dla zabawki tylko. — Wstręt do pracy, jest u nas wielką zawadą do wszystkiego, nielubiemy się niczém zająć szczérze, sumiennie, i wielkie rzeczy robim z lada chwili poświęconéj zatrudnieniu roztargnionemu, do którego siłą nas zmuszono.
Jeśli winni są ci, co się usuwają od obowiązków publicznych niechcąc najmniéjszéj z siebie dla dobra powszechnego uczynić ofiary, winien podobno i ogół, który niczém dobrych gorliwych spółobywateli niewynagradza, ani czcią, ani szacunkiem, ani téż miłością, co jedna zapłacić godna za poświęcenie. Dziś najpopularniéjszy, najwięcéj uważany, na rękach noszony człowiek, jutro za najmniéjszem podéjrzeniem, za słowem intryganta, dla plotki nieforomnie ukutéj, traci wziętość, okrzyczany za przecherę, i tak nagle odrzucony, tak nieraz bezzasadnie, jak podobnież był niedawno uwielbiany. Najmniéjszemu złemu wierzą, choćby przeszłość była rękojmią szczérości, choćby długie lata niepokalanéj cnoty, stawały obwinionemu w obronie. W takim stanie rzeczy, trudno się odważyć wejść w urzędowanie, bo na niém można łatwo utracić dobrą sławę, najdroższy skarb, i to jedna wymówka tych, co się wypiérają urzędów. Ale prawdziwie duchem obywatelskim natchniony człowiek, czynić powinien i z sławy swéj ofiarę.
Smutny to widok przygotowania na wybory; zajrzmy do domów, obaczmy co się w nich dzieje. U tego popakowane tłumoczki, konie przed gankiem, on sam w barankowym surducie, jejmość go żegna czule i obéjmując powiada. Tylko proszę cie duszeczko nie przyjmujże żadnego urzędowania, choćby cię jak prosili. Co tobie z tego? Byłeś już urzędnikiem, masz kopertę, na co tobie wiecéj.
— Teraz tak pilnują, że musiałbyś w mieście siedziéć jak przyaresztowany, a ty wiész co to kosztuje.
— Ale moje serce, jak nam dadzą niewiedziéć kogo ze strony?
— Niech sobie dadzą kogo chcą, a ty nie przyjmuj.
— Nie przyjmę, moja duszko.
— Ale pamiętaj.
— Nie zapomnę!
W drugiém miéjscu narada kogo: zrobić tym lub owym?
Kto będzie np. S...
Niéma tylko trzech kandydatów, pan D. pan E. i pan F. Pan D. przyjaciel Bachusa, pan E, niezna prawa, pan F. głupiusieńki. Jednak z tych trzech jeden wybrany być musi Sędzią.
Czemu?
Bo innych kandydatów niéma, inni niemają kwalifikacij?
A czemu się o nią nie starają?
Spytaj ich! każdy powiada — A na co mnie to! Ja niechcę urzędowania! Tak, że w krotce nie będzie całkiem kandydatów do urzędów. Wprawdzie pan G... uczciwy człowiek, zna prawo, powiémy, ale ten za nic niechce służyć — Wprawdzie pan H... zacny bardzo obywatel i mógłby być Sędzią, ale mu nikt nie da gałki, bo ma nieprzyjaciół więcéj, niż przyjaznych w powiecie. Tak więc zostają tylko trzéj kandydaci, z których prócz tego jeden jest taki co nic nie robi aż póki mu żona niepozwoli. Jednego z tych wybiorą niezawodnie i w ręce jego dadzą sądy! Szczególniéjsza obojętność, opuszczenie się zdanie na los! wydziwić się temu dosyć niemożna. Tak samo dzieje się i z dalszemi. Innych znowu wybiérają dla tego że potrzebują służyć, dla rangi, drugich że proszą o to i kłaniają się, innych niewiedziéć dla czego, dla tego że są z brzegu, albo żeby niewybrać nieprzyjaciół —
Cóż to intryg przed wyborami! Ten, stara się o urząd dla siebie, ten dla krewnego, ta dla przyjaciela, kuzynka, męża; inni starają się aby kogo tam niewybrano. Wielki hałas na przeszłych urzędników, odgróżki na nich; panowie wybiérający krzątają się i grają rolę ważnych figur. Nie spotkaj ich teraz inaczéj jak z czapką w ręku! Oni wybiérać będą Marszałka, Sędziego, Dozorców magazynowych, wielcy i szanowni to ludzie! Dawny Sejmikowicz, a dzisiejszy wyborowicz, a znakomita to w powiecie figura. Całe trzy lata myśli o wyborach, a gdy nadchodzi ta uroczysta chwila, o! co za radość, co za tryumf dla niego, pan! jak mu się wszyscy kłaniają, jak go zapraszają, jak go tytułują, ten chorążym, ten podkomorzym, ten regentem, kto co napadnie. — Wyborowicz nadyma sie; on pewien siebie i co on zechce stanie się! Lata od kwatery do kwatery głosujących, i szepcze z każdym na ustroni. Potrzeba mu kogo pozyskać dla kandydata. Siada i zaczyna. Kłania ci się nasz — O jak on kocha! niémasz wyobrażenia. Niedawno w jedném towarzystwie którego nie wymienię, godzinę się ujadał za ciebie! Co przyjaciel to przyjaciel — Ale, ale, wiész że się podał za kandydata do marszałkowstwa!! no, co przyjaciel to przyjaciel, kazał cię prosić na obiad.
Drugiego chce zrazić od kogoś, pędzi do niego.
Jak się masz. Ot to dawnośmy się niewidzieli! Przyszedłem do ciebie umyślnie. Słyszałem że ty dobrze żyjesz z Z. — Powiédz mu odemnie, niech się nie podaje na Marszałka, bo spadnie. Silna partja przeciw niemu i odgrażają się, że mu jednéj nie dadzą w całym powiecie affirmatywy. Poradź mu po przyjacielsku aby dał pokój, na co się narażać. A prawdę mówiąc, mają bo i racją.
— I ty to także bardzo jesteś poczciwy że mu dochowujesz przyjaźni; bo między nami mówiąc, nie zasłużył na nią wcale. Już żebyś wiedział, co on mówił o tobie! ale niechcę roznosić plotek! Bądź zdrów.
Ztąd leci w trzecie miéjsce.
— Trzeba nam kandydata na podsędka, naradzimy się!
Zasiada więc i proponuje.
— A! niezdałby się ten naprzykład?
— Któś się protestuje.
— A drugi? Już co nad tego to nieznajdziecie zdatniéjszego —
— Ciekawy jestem do czego?
— E! bo Panowie chcecie aniołów, a to niéma aniołów. A na drugiego Podsędka mój siostrzan, rekomenduję. Zdatny chłopiec i ma kwalifikacyą i ręczę że odsłuży za to, że go wybierzecie. Dozorcą magazynowym mój syn, zamawiam sobie, i t. d.
Tak podawszy połowę swojéj familij za kandydatów do urzędów, podforsowawszy dla przyjaciół, popsuwszy interesa partij przeciwnéj, nasiawszy plotek, idzie wyborowicz na wieczór do którego z mających wpływy i związki obywateli. Tu zasiada na łapanie wieści i rozsiéwanie ich.
Wyborowicz zna powiat, stosunki obywateli, ilość dusz w każdym majątku, lata służby każdego, rangę, kwalifikacyą i wié z góry kogo potwierdzą a kogo nie. On najlepiéj zmiarkować może, kto zostanie wybranym, a komu dadzą negatywy. Żadna wyborowa tajemnica przed jego okiem się nie ukryje. W domu wié kto ma wpływ na umysł jegomości, czy jejmość, czy rezydent jaki, i wrazie takim udaje się wprost do pani lub faworyta z negocyacyą.
Niekiedy w przytrudnych i komplikowanych razach, działa z przebiegłą zręcznością. Pochlebia, rozjątrza, a gdy potrzeba, targuje się. On plenipotent wszystkich mających interes aby być lub nie być wybranemi, on posłuje do zaciętych nieprzyjaciół aby ich skruszyć.
— Przyszedłem do WPana Dobrodzieja w interesie Pana M. — mego przyjaciela.
— My nic z sobą niémamy wspólnego.
— Za pozwoleniem, o chwilkę uwagi proszę.
— WPan Dobrodziéj podałeś się na kandydata na Marszałka powiatu.
— Tak jest — to jest — chcą przyjaciele moi, ale ja —
— My wiémy że WPan Dobrodziéj życzysz sobie tego. Tak jest. Pan M. — chciałby być wybranym Sędzią powiatu —
— Więc cóż?
— WPan Dobrodziéj nie sprzyjasz panu M. —
— Z tém się nic kryję —
— I zechcesz mu przeszkadzać?
— To pewna, że ani ja, ani nikt z moich niedamy mu affirmatywy —
— Więc WPan Dobrodziéj niebędziesz Marszałkiem.
— A to dla czego?
— Pan M. ma także partją, liczną familją i przyjaciół, niedopuści.
— Pan M — nic mi nie zrobi!
— Niezawodnie zrobi! Ostrzegam jako dobry przyjaciel — Czy nie lepiéj by tak, po obywatelsku to skończyć?
— Ja się nie mogę pogodzić z M —
— A! my o to nie mówiémy.
— Więc cóż?
— WPan Dobrodziéj nie przeszkadzaj jemu, a on, słowo honoru daje że nie przeszkodzi jego wyborowi. Zgoda?
I najczęściéj bywa zgoda.
W inném miéjscu upartego nieprzyjaciela pokonywa wyborowicz traktamentem i wyciąga na słowo, że się pogodzi. Czasem zręcznie w sam dzień odsunąć można nieprzyjaciela, czasem zniszczyć jego wpływy, dyskredytując go rozsianemi o nim wieściami.
Wyborowicz bawi się wyborami, zajmuje się niémi, jak wódz wyprawą; te kilka tygodni spędza w roskosznéj pracy, w zajęciu bezustanném, którego nie mogąc na cały rok przedłużyć, cały rok o nim mówi potém. Wyborowicz ma lat najmniéj cztérdzieści, często w pięćdziesięciu dopiéro skończonym jest i mistrzem w swéj sztuce, rzadki artysta w trzydziestym, na to potrzeba niepospolitych zdolności.
Otoż wybory i miasto szumi i zaludnia się, otwarty teatr, dwóch muzyków przyjechało dać koncerta, ładowne kuchnią bryki dygnitarzy, snują się przez ulice. Główne domy zajęte dla bogatych obywateli, w innych lokują się składając na mieszkanie panowie ślachta, po dwóch, trzech, aż do dziesięciu. — Nigdy byś nie powiedział spójrzawszy na ludzi że przyjechali na tak ważne narady, na wybór urzędników; każdy mówi tylko o zabawach, o znajomych których widział lub nie widział, o jedzeniu w traktierze, przegranéj w karty i wieczorach, na które go proszono. Formują się gruppy wiściarzy, diabełkowiczów, amatorów muzyki, gastrolatrów, przyjaciół kieliszka i nikt nie myśli dla czego przybył.
Tymczasem idą wybory, zaczęły się uroczyście, ciągną daléj. Ale w sali, wszyscy jak za pańszczyznę, umysłem gdzieindziéj, duszą przy czém inném, ciałami tylko tutaj. Rzucają gałki nie myśląc co robią, śmieją się, witają, gadają, szydzą z siebie wzajemnie.
Wybiérają Marszałków. Jest to zwykle jedna z najuroczystszych chwil. Deputacja całego powiatu, zaprasza tego pana co się tak nadął w galowéj sukni. On się cofa, kłania i nieprzyjmuje! Dla czego? niéma czasu służyć powiatowi, bo musi służyć żonie która nie pozwoliła mu zostać urzędnikiem, gdyż chce wyjechać do Warszawy — Znowu tedy zwraca się powiat do drugiego. Ten drugi wymawia się, całuje, ściska wszystkich, dziękuje, zakłada ręce, nachyla głowę, płacze z rozczulenia, ale nie przyjmuje chlubnego wezwania współobywateli — bo interesa familijne odwołują go gdzieś w inną stronę.
Trzeci wezwany, i trzeci napróżno — zdrowie mu niepozwala, jakoż rumieniec na twarzy, świadczy, że musi miéć silną gorączkę — po obiedzie jaki zjadł niedawno i od którego jeszcze miłém wspomnieniem pozostała niepohamowana czkawka.
Już niéma kogo wybrać, gdy biédny, bogu ducha winien, wyprostowany jak kij, szanowny Żegota, który w téj chwili myśléć musi o żonie i dzieciach pozostałych w domu, o ciepłym kominku swoim, szlafroku i pantoflach — nawija się na oczy.
Proszą go na Marszałka. Osłupiał!
Tego się nie spodziéwał. Mógł być Dozorcą magazynowym i to by sobie poczytał za wielki zaszczyt, pojmuje podsędkowstwo, jako wysokie dostojeństwo, którego czuje sie niegodzień, ale Marszałkowstwo! Tego się niespodziéwał. A tu go zapraszają, jego —
Jeśli moja żona nie będzie temu przeciwną — odzywa się — ja — z całéj duszy na rozkazy —
Wszyscy w śmiéch i naturalnie wybiérają go Marszałkiem.
Doskonały Marszałek! a raczej doskonała pani Marszałkowa!
Spytajcie dla czego wybrano go, kiedy oto pozostało jeszcze kilku kandydatów którymby przystało być na tym urzędzie?
Tajemnica! Ci panowie należą do tak zwanéj arystokracji, ślachta nigdy ich nie wybierze —
— Mnie się nie ukłonił! powiada jeden —
— Mnie udaje że niezna —
— A mnie teraz dopiéro kiedy potrzebuje to wita! ale nie stoję o twoje powitanie!
— E! to pan, wołają z boku, to jak zostanie urzędnikiem, ślachcic się do niego niedociśnie, każą stać u drzwi, będą jeszcze meldować! Licho wié co! Do swojego brata, to człek przyjechawszy do miasteczka bez ceremonii na obiadek, a do tych panów, to to w białych rękawiczkach potrzeba! —
— Na co nam taki Marszałek!
I często któś bardzo godzien urzędowania, dla tego że się lepiéj ubiéra, ma dobre konie, powóz, liberją i kamerdynera, odepchnięty zostaje. Powiadają — choruje na pana.
A ślachta nikogo tak nienawidzi jak tych chorych. Prędzej panu z panów daruje, przyjmie go do serca, przebaczy mu jego państwo, niżeli przepuści choremu, co się świéżo ze ślachty podniósł i pnie się do JWielmożnych. Boli zapewne odstępstwo ślachtę i ma prawo wzgardą oddawać, za to, co tłumaczy sobie wzgardą.
Na wyborach widzi się czasem ukazujące rzadkie u nas postacie, ludzi popularnych, wielkiéj wziętości, miłości powszechnéj. Dwojacy bywają; albo istotnie wyższego usposobienia, prawego charakteru, miłego obcowania, co potrafili sobie zaskarbić miłość powszechną uczynkami pięknemi, sposobem myślenia ślachetnym, przystępnością i sercem dla wszystkich otwartém; albo po prostu zręczni szarletani, wiele mówiący o sobie, mający klikę co roznosi ich pochwały, obiecujący góry złote, prawiący nieustannie o swojéj bezinteresowności, energij i t. p. a dający sute obiady, oblane winem i porterem.
I częściéj prawy człowiek upadnie, niż zręczny intrygant, który sięga po wziętość dla zrealizowania jéj na swoją korzyść. Prawy człowiek musi miéć nieprzyjaciół w złych, którzy znim sympatyzować nie mogą, zręczny oszust — wszystkich zarówno przyciąga, wszystkim pochlebia złym i dobrym, a pragnąc popularności, skarbi ją pobłażaniem bez granic; często nawet więcéj złych niż dobrych potrzebując, więcéj piérwszym nadskakuje.
Ludzie popularni, rzadko wytrwają do końca zawodu, nie straciwszy wziętości. U nas wierzą łatwo lada plotce, lada baśni, złośliwie ukutéj i często dość nierozsądnéj wieści, rozsianéj umyślnie, aby obalić opinją, na oko najlepiéj ugruntowaną.
Widziano najzacniejszych ludzi, nagle okrzyczanych za oszustów, za zdrajców, za źle myślących, i prześladowanych bez litości, publicznemi obelgi, paszkwilami, najniesprawiedliwiéj. Widziano także więcéj niż podéjrzanych, przedajnych, pożytek swój tylko mających na oku, co łasząc się, pochlebiając, nadskakując, karmiąc i pojąc, długo bardzo utrzymywali się między obywatelami przy wziętości niezasłużonej. Takim nawet jeden, dwa, dziesięć nieprzyjaznych głosów, podołać niemogły. Tłum był za niémi, tłum któremu dobrze wygrywaną popularnością, szaraczkowym surdutem, ukłonami i liberją bez herbowych guzików pochlebiali.
Ale dosyć o tém, a może nadto.
Skréślmy jeszcze kilka postaci towarzyszących wyborom, choć wprost nie należących do nich.
Oto naprzód idzie, ten pan co zbiéra zawsze składki, roznosi prenumeraty, którego boją się wszyscy jak ognia. Pełne ma kieszenie rozmaitych biletów, pełną gębę pięknych wyrazów, pełny pulares notatek. Gdzie się pokazuje w towarzystwie, rozsuwają się przed nim wszyscy i unikają go widocznie, im wdzięczniéjszym wita kogo uśmiéchcm, tém straszniéjszy. Ci najbardziéj go się lękają, co czują że ma prawo zastukać do ich kieszeni, jako pełniejszéj od innych. Zbiérający składki, trafia najczęściéj w koniec obiadu, na podweselonych, wybiéra trafnie chwilę, kiedy towarzystwo wyexaltuje się rozmową lub winem. Długa wprawa, nadała mu wielką znajomość usposobień ludzkich i worków; prawie nigdy nieodzywa się napróżno.
— Spodziéwam się uczynić WPanu Dobrodziejowi prawdziwą przysługę, odzywa się — Publikuje się teraz nowe bardzo interesujące dzieło, jestem kollektorem prenumeraty. Mało co pozostało biletów, zechcesz zapewne ze zręczności korzystać. Niewiele kosztuje — Dwa tomy z rycinami wyjdzie w Lipcu niezawodnie, ja ręczę że wyjdzie i sam odeślę dzieło.
— Ale mnie ono niepotrzebne!
— Jakto niepotrzebne! takie dzieło każdemu potrzebne — i t. d. Aż póki nie zmusi do wzięcia biletu. Czasem nie raz ale dwa i trzy napastuje, aż na swojém postawi.
Na wyborach także ujrzysz tych politycznych żebraków, których gdzieindziéj u nas rzadko się spotyka.
Rano pijesz spokojnie kawę, gdy słyszysz jak któś wypytuje twojego kamerdynera czy jest Pan w domu? Niespokojny wyglądasz — Zupełnie nieznajoma figura. To zapewne omyłka.
Wchodzi i zaczyna od przemowy, w któréj daje ci twój tytuł, i dowodzi że wcale nie omyłką zaszedł do ciebie. Jest to nie młody już mężczyzna, czasem z wstążeczką orderową u fraka, z wąsami, czasem łysy w czarnym wytartym surducie.
— Panie Dobrodzieju, odzywa się, przepraszam że mu jestem natrętnym. Nieszczęśliwe położenie moje zmusza mnie do tego kroku, za któren się rumienię. Znane wspaniałe serce Pańskie ośmieliło mnie. Jestem M. — Obywatel dawniéj powiatu — dziś bez funduszu do życia. Familia Panie zgubiła mnie. Brat! brat rodzony! nieprzywykłem żebrać i naprzykrzać się, konieczność tylko zmusza mnie u wspaniałomyślnych prosić pomocy na process. Racz pożyczyć tysiąc złotych. —
Zwyczajnie zbywa się pięciozłotówką tych danów, pięciozłotówką, któréj tego dnia zamiast na process, używają na piwo. Dowiadujesz się wieczorem, że nie gdyś obywatel ten służył za rachmistrza ukogoś, okradł go i został wypędzony; że był u kilku twoich znajomych; coraz inaczéj się prezentując. Takich żebraków bywa różnego rodzaju, dobór wielki. Są, co ubiérają się wykwintnie, grają w karty, tytułują się czémś tam i dobrawszy chwilę proponują ci abyś im pożyczył jakie sto czerwonych złotych. Czasem się to udaje i dla tego zapewne, tak często probują.
Na wyborach ukazują się często, ludzie existencij zagadkowéj, niepojętéj co nieżebrząc jak piérwsi niewiedziéć z czego i jak się utrzymują. Ludzie ci często bywają przyjmowani w najlepszych towarzystwach, grają dość drogo w karty, ubiérają się przyzwoicie, mają sztychowane kartki wizytowe, szczebioczą po francuzku i zdają się na oko dostatniemi. A jednak nic nie mają, co się nazywa nic, ani majątku, ani kapitałów, ani żadnego miejsca, pensyi, zajęcia? Z czego się utrzymują? zagadka, tak dobra zagadka, że najbliżsi, co na nich cały rok patrzą, odgadnąć jéj nie mogą.
Ludzie existencyi zagadkowéj, są zwykle niezmiernie grzeczni, uprzejmi i odznaczają się usilném poszukiwaniem coraz nowych znajomości. Mianowicie młodych odrazu czują się usposobieni pokochania serdecznie, przywiązują się do nich, kierują niemi, z troskliwością macierzyńską przestrzegają ich o groźnych niebezpieczeństwach, wprowadzają do znajomych domów, ułatwiają im kupna i t. d.
Nakoniec jednego poranku, gdy się czują na siłach, gdy zbadali młodzika i wiedzą jak do niego przystąpić, grają zły humor.
— Co ci to jest Edwardzie!
— Tak! nic, chwilowa nieprzyjemność.
— No, ale cóż takiego —
— Prawdziwie niechciałbym ci powiedziéć!
— Ale przecie —
— W téj chwili zawiodły mnie moje nadzieje i rachuby — Potrzebuję tysiąc rubli assygnacyjnych — Ale niemówmy o tém.
— Niemożesz ich dostać —
— Szkoda że Marszałek wyjechał, bo mi winien. Dostałbym także u Aloizego, ale i jego niéma w mieście — Gdybyś mógł mi pożyczyć, na miesiąc —
Młody przyjaciel najczęściéj musi pożyczyć, bo przemyślny spekulator, wprzód podkradł się w zaufanie jego, wié co ma i niepodobna się przed nim wykłamać.
Czasem odbywa się to przez list, któren zaręcza, że pożyczona sumka oddana zostanie za dziesięć dni. Ale po pożyczeniu jéj napróżnobyś szukał tego pana, zniknął jak w wodę wpadł, na kwatérze go niéma, wyjechał. Czasami, zdaje ci się że go poznajesz zdaleka, ale zaraz niknie ci z oczów. Zmuszony jesteś wyjechać — i wszystko się skończyło, bo na twoje listy nie odpisze ci nigdy, a przyjaciół co się w twojém imieniu dopominać będą, zbędzie zapewnieniem że ten interes sam z tobą ukończy —
Na wyborach także plac popisów utracjuszów, co często bardzo w kilku miesiącach dorwawszy się majątku, potrafią go zmarnować, nie jadąc za granicę, nie fatygując się nawet do stolicy. Nigdzie myślę, niéma tylu utracjuszów co u nas, a winą temu jest wychowanie młodzieży, nieukazujące jéj żadnego celu, nie uspasabiające do niczego wyłącznie, niedające im zajęcia wyłącznego, co by umysł młody i wyobraźnią odwróciło od szału namiętnego. Wychodząc ze szkół, z uniwersytetu, syn obywatelski, niéma przed sobą wyznaczonéj drogi nie jest specjalnie niczém, umié po trochu wszystkiego, wistocie nic prawie i nie mogąc się wziąść do niczego, zaczyna co nazywają hulać. Gdzieindziéj to hulanie jest rzadko trafiającą się chorobą młodości, u nas zawsze częściéj i regularniéj, napada ona dwudziestoletnich świéżo emancypowanych młodzików, co niémając się czém zająć, nie pojmując życia, pragną go użyć pijąc duszkiem z kielicha aż do mętów. Gdybyśmy się starali wychowując dzieci, odgadnąć ich zdatność, wybadać skłonność, dać im do nich stosowny cel i usposobić wprost do czego niezaspokajając się tém wychowaniem, co ich tylko ogładza powiérzchownie i sposobi na obywateli, to jest próżniaków; — nie byłoby zapewne tylu młodzieży niewiedzącéj co począć z sobą i z braku zatrudnienia, rzucającéj się w rozpustę, hulankę. Gdzieindziéj nietylko nieślachta, ale panowie i ślachta nawet, wychowując dzieci, sposobią je do czegoś wyłącznie. Przypuszczam, że zamożny posiadacz ziemi, nie będzie potrzebował pracować na chléb i niekonieczna mu umiéć cóś specjalnie, aby utrzymać życie. Ależ nie dla chléba tylko potrzebne wychowanie mające cel jakiś wyłączny, więcéj podobno dla zajęcia umysłu, dla zwrócenia go ku pracy, dla nadania interesu życiu. A potém, któż przewidzi przyszłość. Często to co było zabawką za młodu, staje się sposobem utrzymania życia na starość.
Powiadają rodzice, niech tylko syn nasz umié języki, zna trochę historją, geografią, ma wyobrażenie wszystkiego, reszty czytanie dopełni, obetrze się na świecie i dość będzie z niego na obywatela. Takie to wychowanie najzgubniéjsze. Wychodzi młody człowiek z niém na świat, niewiedząc co począć z sobą, naturalnie i bardzo konsekwentnie wyobraża sobie że kiedy go wychowywano na próżniaka, i niedano mu zatrudnienia, celu, powinien się więc bawić tylko i próżnować. Zaczyna się bawić, hulać i traci majątek. Ludzie specjalni, zajęci jakimś przedmiotem, nauką, sztuką; i t. p. mimowolnie się przywiązują do pracy, znajdują w niéj upodobanie, starają się wydoskonalić, ubiega im życie bez uczucia potrzeby téj swawoli, która dla innych, dla próżniaków, staje się warunkiem exystencij.
Ilekroć widzę młodego utracjusza, co pędzi po ulicy wpół pijany, powożąc cztérma ukraińskiemi końmi, z cygarem w ustach, często z towarzyszką przy boku jak on pijaną i wesołą — serce mi się ściska myślę, rodzice za niego Bogu odpowiedzą.
Dla czegóż dziécie będąc ślachcicem ma koniecznie nic nie umiéć i nic nierobić? Jeśli go sposobi się na gospodarza po sobie, czemuż nie uczysz go gospodarstwa przynajmniéj? alboż i to nie nauka? Czemu nie wzbudzisz w nim zajęcia czémkolwiek, byleby nie próżnował. Bardzo często téż rodzice winni są podwójnie; raz że stosownego wychowania niedali, potém, że już emancypowanego młodzieńca, nazwyczaili do próżniactwa niczém nie zajmując go za powrotem do domu. Siedział w officynie całe dnie z fajką w gębie, jeździł, polował, spał, odwiédzał sąsiadów, umizgał się do panien i nagle umiérają rodzice, cóż chcecie żeby robił? Na większą skalę prowadzić będzie ten sam tryb życia.






ROZDZIAŁ V.
NATALJA — JULJA.



Prezesowa z Natalją, Hrabia Edward, Alfred, Pułkownikowa, Pan Antoni i całe nam znajome sąsiedztwo Augusta, znalazło się na wyborach w Żytomiérzu. Staś naturalnie naprzód pośpieszył do Prezesowéj, jak się tylko dowiedział o jéj przybyciu do miasta. Niespokojny o Julją, ilekroć sam sobie był oddany, szukał zajęcia, roztargnienia, aby zapomniéć o niéj; śpieszył do Natalij, bo przy niéj, najlepiéj zapominał Hrabinéj. —
Prezesowa powitała go jak dawna znajoma, przyjaciółka, z troskliwém wypytywaniem się o zdrowie, o zajęcie, o przyjemności i nieprzyjemności jakich doznał, o nowe znajomości. Natalja zimniéj niż zwykle go przyjęła. Na twarzy malował się jakiś niepokój, nieukontentowanie, smutek. Postrzegł to Staś i jak tylko mógł wybrać chwilę w któréj samą została, pośpieszył ku niéj. —
— Zmiłuj się nademną i powiédz, co znaczy ta chmurka na twarzy?
— To nic, to przejdzie, odpowiedziała Natalja prawie zimno — Głowa mnie boli.
— Pani jesteś zmieniona, ja to widzę i nie sam ból głowy —
— Nie pytaj się pan o to —
— Ależ mogęż być obojętnym? mogęż nie czuć, a czując nie pragnąć się dowiedziéć o przyczynie smutku?
— Lepiéj żebyś pan o niéj niewiedział —
— Coraz bardziéj czynisz mnie pani niespokojnym — Chyba niémam zaufania?
Natalja odwróciła głowę.
— Widzę że się tu cóś stało czego pojąć nie mogę. Pani dla mnie tak jesteś zmieniona.
— Dla pana? spytała Natalja — Dla czegóż tak wyłącznie?
— Inaczéj rozstaliśmy się w Mazowie.
Natalja westchnęła.
— Zaklinam panią, niech mi pani powié!
— Cóż pan chcesz żebym mu powiedziała. Jestem smutna i udręczona, cięży mi na sumieniu. —
— Na sumieniu. —
— O! tak na sumieniu! —
— Możesz że pani, miéć co na sumieniu —
— Największy ciężar, cudze nieszczęście którego jestem przyczyną! O! to okropnie.
I rzuciła się na krzesełko.
Stasiowi serce uderzyło, spójrzał po twarzach otaczających go i wszystkie oczy zdały mu się na niego zwrócone. Kilka kobiét patrzyło wyraźnie na nich z widoczną ciekawością, szepcząc między sobą. Niespokojny zwrócił się do Natalij.
— Zlituj się pani nademną, uspokój mnie, i powiédz mi co to jest?
Natalja jakby niesłyszała zapytania, po chwilce rzekła do Stasia.
— Pan słyszałeś zapewne, że Hrabina Julja jest już opuszczoną od lekarzy?
Na te słowa Staś pobladł, zmięszał się i porwawszy się z miéjsca, spytał żywo.
— Być że to może —
— To pewna, odpowiedziała mu Natalja zimno i prawie zapałem jaki okazał, urażona — Hrabia Edward sam nam to mówił, obiecują jéj jeszcze kilka miesięcy konania —
— I Hrabia ją odjechał? zawołał Staś.
— O! dobrze zrobił! powiedziała Natalja — piérwszy raz dał dowód taktu — Na co miał jéj stać przed oczyma jak żywy wyrzut, przypomnienie nieszczęśliwego życia. Niewiém czemu; dodała, tak mi żal téj biédnéj Julij! Jestem przekonana że umiéra, raniona na duszy — Biédna, bardzo biédna kobiéta —
I spójrzała na Stasia, który tak był blady, drżący, tak ciérpiał widocznie, że i jego żal się zrobiło Natalij.
— Wszyscy obwiniają pana, ja go nie obwiniam, powiedziała, nikt nie może rozkazać sercu kochać! A miłości udać nie podobna. —
— Wszyscy mnie obwiniają! rzekł Staś, mnie! —
— Powiadają, że zrywając z nią, przywiodłeś ją do rozpaczy, a rozpacz była powodem słabości —
— Trzebaż, dodała po chwilce, abym i ja także grała w tém rolę — To okropnie! to okropnie! Wszak i mnie obwiniają —
— Panią! — Ale to szkaradne —
— O! szkaradne! Ja tego niezniosę — mówiła Natalja, niechcę aby mnie pokazywano palcami mówiąc to ta, co zabiła biédną Julją — Daruj mi pan, przebacz, wierz że mnie to wiele kosztuje, bardzo wiele — Ale my także musim zerwać z sobą.
Na te słowa, Staś którego już przygotowała rozmowa, do ostatniego wypadku, — słowa wyrzec nie potrafił, cios ten odebrał mu przytomność i ogłuszył go. Patrzał, słuchał i nieumiał zdać sobie sprawy z tego, co się w koło niego działo.
— Pan byłeś nielitościwy dla téj biédnéj Julij — dodała po cichu Natalja.
Prawie obłąkany Stanisław się podniósł w milczeniu — brwi jego zmarszczyły się, usta trzęsły, oczy pałały —
— Com uczynił, zrobiłem przez przywiązanie do ciebie, do pani — I teraz, gdym wyciérpiał tyle, gdym ją zabił, jak powiadasz, pani mnie chcesz porzucić, odbiedz, zostawić rozpaczy — zabić — Tak! zabić, bo wiédz, że i ja umrę.
Te słowa wymówił z zapałem, tak silnie że się Natalja wzdrygnęła — Było w nich przekonanie, było proroctwo —
Nie odmienisz więc swego słowa? spytał — nie cofniesz?
Natalja była pomięszana —
— Niemogę — odezwała się po chwili. Niemogę —
— I więcéj cenisz słowa ludzi, niż życie moje?
— Życie! Ale pan nie umrzesz! przestraszona zawołała Natalja.
— Możesz Pani odepchnąć mnie od siebie, dodał Stanisław, ale nie odepchniesz myśli żeś była przyczyną jéj śmierci i zapewne mojéj także —! Chcesz dwie zgryzoty za jedną.
W téj chwili dostrzegli, że w skutek żywéj rozmowy, zwrócili na siebie oczy wszystkich gości. Prezesowa nadbiegła i szepnęła do ucha Natalij.
O nom de Dieu! vous vous compromettez? A głośno dodała.
— Proszę cię — powiédz żeby dawano herbatę.
Natalja wyszła, a wychodząc rzuciła okiem na Stanisława, on stał na miéjscu a w sercu mu się burzyło piekło — Tamta umiéra, ta dla któréj największą uczynił ofiarę, odpycha go! Miłość ku Natalij, walczyła z dumą, Stanisław niepojmował tych co się korzą przed kobiétą i padają prosząc o serce, popchnięty, czuł że nie potrafi zbliżyć się do niéj więcéj, że nie schyli się przed nią, choćby miał prośbą najwyższe okupić szczęście. I duma zwalczyła miłość. Z zmarszczoném czołem, wzdętą piersią, pełen rozpaczy, niespokojny, wymknął się z salonu.
Gdy Natalja wróciła i rzuciła okiem po nim, już go nie było —
— A pan Stanisław? spytała Prezesowéj.
— Zdaje się że wyszedł —
Ona pobladła i niedowierzając jeszcze przeszła salon i drugi pokój, szukając go oczyma. Nigdzie go nie było. Wróciła do Prezesowéj i padła na kanapę; spuściła głowę, i resztę wieczora nieruchoma, nie odzywając się do nikogo, spędziła, cała w myślach i swojém cierpieniu.
Natalja chciała zerwać w piérwszéj chwili oburzenia, gdy jéj któś powiedział, co o Stanisławie, co o niéj mówią, że ich palcem jak zabójców wskazują; teraz pojmowała, że rozłączyć się było już niepodobna, tak boleśnie serce się jéj ścisnęło, taki ją przestrach ogarnął. Zaledwie goście się rozjechali, ona padła cała we łzach na kolana przed Ciotką.
— Co się stało! na rany Jezusowe? Co ci się stało? zawołała Prezesowa.
— A! ciociu, ja zerwałam z nim, ja tego nie zniosę —
— Z kim? dla czego?
— Z Stanisławem — Ty wiész co mówiono, widziałaś jak nas dziś prawie wskazywano palcami — Ciociu! on wyszedł oburzony, w rozpaczy, i powiedział mi że umrze!
Prezesowa załamała ręce —
— Cóżeś ty zrobiła! Czemuś się mnie nie poradziła! Ale to szaleństwo! Prezesowa porwała się za głowę. Tu potrzeba radzić! I na cóżeś się tak śpieszyła! Alboż to co pomoże! Mówić o tém nie przestaną, a jego utracisz —
Natalja płakała —
— Ciociu, zmiłuj się, ratuj mnie — ratuj nas. Na co ja mu to powiedziałam! On gotów — ja go znam — A! ja całe życie będę nieszczęśliwą — I znowu płakała gorzko.
Nie tracąc przytomności, prezesowa usiadła pisać do Augusta i tegoż jeszcze wieczora wysłała z listem do niego.
W niepokoju, czekała Natalja odpowiedzi, lękała się strasznéj jakiéj wieści i drżała na każde drzwi otwarcie, na każdy głos silniejszy —
Późno w nocy służący powrócił.
Staś wyjechał był już do domu.
— On mnie porzucił! zawołała Natalja — pojechał do niéj! Do niéj! — Jam go straciła —
Napróżno Prezesowa starała się ją pocieszyć, wytłumaczyć ten odjazd inaczéj (co było niepodobna) ukazywać jéj na przyszłość jaśniéjszą, Natalja nie dała się złudzić niczém — Ściskało się jéj serce, ciérpiała na duszy i powtarzała w myśli — On odjechał. —
Nazajutrz łez już na oczach jéj nie było, rozpacz je wstrzymała, cicha, niszcząca ale wyjadająca serce w milczeniu, ale gryząca wewnątrz, jak utajona choroba, któréj pojąć nie można, poznać nie podobna, a skutki widoczne. —
Napróżno Prezesowa wyprowadzając ją na świat, powiadała jéj — Zmiłuj się, ludzie patrzą, co ludzie powiedzą!
— Niech co chcą gadają — mówiła Natalja — Ciotka uznała potrzebę wyjazdu, ale tak prędko oddalić się nie mogła, aby goniąc za Stanisławem niejako, nie obudzić znowu złośliwości ludzi, co tylko czyhają na wypadek najmniéjszy, aby go jak najczarniéj, jak najobelżywiéj wystawić. W parę tygodni dopiéro, kiedy się wszyscy rozjéżdzać zaczęli i Adolf syn Prezesowéj, wracać także musiał dla zajęcia urzędowania, na które go wybrano: Prezesowa wyjechała z Żytomiérza —
Stanisław nagle wyjechał i pędził z smutnemi myślami, sciśnioném sercem do Julij. Odepchnięty od Natalij, uczuł litość w sercu, nad kobiétą jak on sam nieszczęśliwą — Te słowa — Ona umiéra! umiéra z twojéj przyczyny! krążyły mu nieustannie po głowie. August nawet wstrzymać go niemógł od wyjazdu, wyrwał się nie słuchając go, nieuważając na niego. Kiedy się zbliżył ku domowi, gdy ujrzał zdaleka pałacyk biały na wzgórku, wspomnienie piérwszych chwil, téj nieszczęśliwéj tak smutnie kończącéj się miłości, ucisnęło go i padło mu kamieniem na serce. Nie pojechał już do domu, ale wprost do Julij.
Był wieczór smutny, téj wiosny co jeszcze z lodów się i śniegów nie otrzęsła, w zieloność nie ubrała, wiosny podobnéj jesieni, posępnéj, wietrznéj i chłodnéj. Chmury czarne pędziły się z zachodnim wiatrem, wielkiemi kłębami nad jego głową, xiężyc czerwony wschodził z po za czarniejących lasów. W pałacyku ciemno było i jedno tylko okno świéciło mdłém światłem. To jedno okno — było pokoju Julij, Staś poznał i serce uderzyło mu gwałtowniéj. Im bardziéj się zbliżał, tém większy niepokój go dręczył — Powtarzał — Ona umiéra! może umarła! I kazał pędzić konie, które po wiosenném błocie wyciągały się jak mogły — Nareście stanął u ganku.
Cichość panowała niczém nieprzerwana w domu, choć dopiéro ósma godzina wieczorna, wszystko spać się zdawało.
Wszedł do sieni — Dwóch służących siedziało przy świéczce — Grali w karty, ale nie odzywali się głośno, szeptali po cichu. Służąca Julij biegła na palcach po wschodach prowadzących na górę, zatrzymała się ujrzawszy Stanisława.
— To pan! chwała Bogu! Jak że pani będzie rada!
— Jak się ma Hrabina!
— O! bardzo nie dobrze! odpowiedziała służąca — Bardzo osłabiona, i tak wychudła, zmizerniała, że ledwie ją poznać można.
— Może już śpi — rzekł Staś — lękając się ją zobaczyć i cofając ze strachem — może jutro — Hrabina musiała się położyć.
— Pani się nigdy nie kładzie, odpowiedziała służąca, całą noc siedzi w fotelu tak chyba czasem zaśnie, a najczęściéj dopiéro nad rankiem, na godzinę —
To mówiąc pobiegła prędko, Staś powolnie wszedł za nią na wschody i stanął u drzwi — Czekał i bez myśli stał z załamanemi rękoma. Nareście wyszła służąca —
— Pani prosi — I otworzyła drzwi — Z bijącém sercem, na palcach wszedł do pokojów choréj. Jakże w nich znać chorobę, jak czuć przybliżającą się śmierć. Powietrze przesiąkło lékarstwy, duszne, ciepłe, ciężkie, okna zasłonione szczelnie, światło przykryte i oddalone, ścieżki wysłane dywanami —
Julja czarno ubrana siedzi w fotelu u stolika, twarz jéj biała jak marmur, tylko dwoje czarnych oczów jaśnieje na niéj i dwie białe ręce złożone leżą na kolanach. Przed nią xiążka do modlitwy roztwarta, i kilka flaszek z lékarstwy, i szklanka z wodą —
— A! przypomniałeś sobie o mnie! słabym głosem odezwała się do Stasia — Jakże ci za to dziękuję! Wielka to łaska, nawiedziéć umiérającą — Widzisz jakem się zmieniła, poznać zapewne mnie trudno? Prawda żem bardzo zmieniona — i śmierć już musi być blisko?
Staś pomięszany usiadł w krześle, ale nie znalazł słowa na ustach do odpowiedzi.
— O! tyś bardzo poczciwy, żeś przyjechał choć na chwilę. Bóg ci to nagrodzi! Ja tak jestem biédna, niémam nikogo, nikogo — Całe dnie słowa przemówić niemogę, bo ściany tylko mnie słyszą, a nikt nie odpowié — Widziałeś Hrabiego? —
— Zostawiłem go w Żytomiérzu —
— Niech się nie śpieszy z powrotem, powiedziała. Mogę mu darować wszystko, moje nawet nieszczęścia, ale niechcę patrzéć na niego — Nieprawdaż, że mnie bardzo zmienioną znajdujesz?
— Trochę rzekł Staś.
— Bardzo, bardzo, odpowiedziała Julja. I na twarzy i na duszy — dodała. Jestem spokojna, zupełnie spokojna; rany mi się zamknęły, rozpacz ustała, widzę śmierć przed sobą i rada jéj jestem. Nigdy lepiéj przyjść nie mogła, nigdy pożądańsza — Zimno spoglądam na przeszłość, wszystko skończone, wszystko! na wieki! Biédne życie moje zamyka się jak kwiat od burzy —
— Juljo — rzekł Staś, te myśli smutne zwiększają twoją chorobę —
— A! chciałżeś żebym była wesoła? spytała — Myślisz że niewiém, iż muszę umrzéć, że umrę —? Chorobę! Ja jestem zabita i konam powolnie.
— Ach! nie mów tego przez litość.
— Nie ty mnie zabiłeś, ale miłość moja, miłość ostatnia, znieść szczęścia nie mogłam, byłabym i tak umarła. Wyczerpały się siły, tyle doznałam w życiu, tyle przeciérpiałam — I dość już wszystkiego, teraz czas odpocząć, zasnąć — na wieki!
A spójrzawszy na Stanisława dodała —
— Jeszczem dziś taka szczęśliwa! tyś nie ze wszystkiém zapomniał o mnie, ty mną nie wzgardziłeś. W twojém sercu została resztka przywiązania, może tylko litości, dziś i tego mi dosyć, i za to takem ci wdzięczna — Oderwać się od ukochanéj, od szczęścia, aby przybyć patrzéć na umiérającą — O! tyś bardzo litościwy. Stasiu, tyś mi tém wiele wynagrodził. Powiédz mi — rzekła po chwili — ona cię kocha, ona cię kochać musi? Mów mi o niéj, ona i ty obchodzicie mnie, myślę o was często, codzień — ona tak być musi piękna, tak żywa, tak szczęśliwa!
Staś milczał —
— Ona mnie nie kocha, rzekł cicho po chwili —
Julja dosłyszała tych słów —
— I dla tego wróciłeś do mnie! zawołała rumieniąc się — Być że to może — ona cię odepchnęła? Tyś nieszczęśliwy jak ja! przyszedłeś smucić się ze mną? Chciałeś pociechy! Ale ja cię pocieszyć nie potrafię. — Sama dla siebie innéj nie znalazłam pociechy, prócz myśli o śmierci i o Bogu. Tobie innéj potrzeba. Tyś młody, ciebie pocieszy łatwo świat, życie, własne serce twoje —
— O! ja niechcę pociechy, rzekł Staś — patrząc na ciebie, na twój smutek, na twoją boleść, tak srogo wymawiam sobie żem poświęcił ciebie dla niéj i rozdarł twoje serce —
— Stało się — rzekła Julja — to było nieuchronném, tak być musiało. Niemogłeś kochać dłużéj — żałować mnie zapóźno. Więcéj mnie żal ciebie. Chciałabym żebyś był szczęśliwy, cieszyłam się że się na cóś przydała ofiara — a teraz, tyś znowu przy mnie, przy biédnéj Julij, i u niéj szukasz pociechy! Słuchaj Stanisławie, mnie się teraz cale inaczéj wasz świat wydaje, powoli odrywa się od niego serce, dusza odlatuje i patrzy z góry. Tu nie można być szczęśliwym długo, nasze roskosze, to chwile, a życie, to męka przerywana niémi. I co za szczęście być może, gdzie niéma jutra? — Kiedy spójrzę na swoje własne życie, to widzę je teraz, jak bym się budziła nazajutrz po szumnym balu, z bólem głowy, z ściśnioném sercem i przypominała jego skrzydlate uciechy! — O! czemuż nie mogę się modlić tak jakbym chciała, oderwać się od ziemi do któréj mnie wiąże, biédne dziecko moje, siérota za życia, i grzéchy moje — Napróżno szukam pociechy w modlitwie — zapóżno — nieznałam Boga w życiu, Bóg mnie niechce znać przy zgonie.
Staś słuchał i coraz większe, te wyrazy płynące z sinych jéj ust powolnie, po jednemu, wymawiane głosem słabym a jeszcze tak miłym i wdzięcznym, czyniły na nim wrażenie. Jéj smutek był zaraźliwy, plątał każdego, kto wszedł w koło nim zakréślone, zaczerniał myśli — nie można mu się było odjąć, tak wprost padał na serce.
— Niebyło, mówiła daléj Julja, nieszczęśliwszej kobiéty nademnie — życie mi się uśmiéchało weselem, obiecywało raj, w raju moim znalazłam pustynię i musiałam usłuchać głosu węża, bo wąż i ja w nim tylko byliśmy. Zawody i zawody! wszystko zawodziło, zdradzało, uciekało, jak woda, jak pokarm od ust Tantala.
Wszystko się obracało w popiół w zgniliznę — A na końcu życia, błysło szczęście krótkie, zmięszane ze strachem i uciekło.
— Na Boga Juljo oszczędź mi ciérpienia! rzekł Staś.
Ona spójrzała na niego —
— Przebacz mi, to zapewne ostatnie — Ale serce tak pragnie się wylać, a tak dawno nie miało przed kim! Ty nie wiész co to całe życie przeżyć nie zrozumianą, z człowiekiem bez najmniéjszego uczucia, bez serca, bez głowy! — To straszliwa męka. I dla niéj może Bóg mi przebaczy moje błędy — mój Boże, czemuż mnie rodzice inaczéj nie wydali!! Ale stało się, — życie uciekło i poprawić się nie można, nie czas już — Drżę tylko o moje dziecko — niémiało matki, siérota za życia, bom się niém nie zajęła, bom go nieprzywiązała do siebie, bo nieznało mnie prawie, ja go nieznam. Co za przyszłość! Może takie jak moje, życie zawodów, a na końcu żal gorzki — życie szału i świata co go wielkim zowią, świata kłamstwa i pozorów — Tak długo i mnie to uwodziło, zajmowało, żem niémiała czasu dziecku wpoić wstrętu ku temu światu fałszu — teraz już nie czas, na nic czasu niémam, śmierć przed oczyma.
— Ja niewiém, mówiła jeszcze, czemu się ludzie boją śmierci? Pojmuję że szczęśliwy ma wstręt ku niéj, bo mu rozerwie, to co on nazywa szczęściem, a co jutro zerwałby sam dobrowolnie jak kajdany — ale nieszczęśliwi, biédni? — Mnie to cieszy, że ja umrę, gdybym żyła, co za smutne życie! Ciągła walka —
Spójrzała na zégar, któren powolnym swym chodem, sam tylko przerywał jéj mowę —
— Już późno odezwała się — dobranoc — Ale zobaczym się jutro?
— Jadę do domu, rzekł Staś, i wracam jutro tutaj — Nieodstąpię cię, póki nie będziesz zdrowa —
— Powiédz, póki nie umrę — o zdrowiu ja nie myślę nawet, o śmierci tylko. Dobranoc. Wyciągnęła do niego rękę i pocałowała go w czoło, potém zakryła twarz, bo płakała i ze łzami powtórzyła raz jeszcze.
— Dobranoc!
— Gwałtem się prawie oderwał od tego bolesnego obrazu Stanisław. —
Nazajutrz, usnął nad świtem ledwie, po bezsennéj nocy — W marzeniach widział Natalją i Julją — Augusta, Hrabiego — Śniło mu się że bronił Julij od wszystkich, że wszyscy rzucali na nią obelgami i kamieniami, a on ją piersią osłaniał.
Zbudził się zmęczony, służący stał przed łóżkiem jego z zafrasowaną twarzą —
— Panie!
— Co to jest?
— Przysłano po pana?
— Z kąd?
— Od Hrabinéj —
— Kiedy?
— Tylko co — chora — prosi pana!
— Konia, konia! zawołał Stanisław zrywając się prędko, konia osiodłać.
W kwadrans czwałował już na drodze ku białemu pałacykowi i nielitościwie pędził konia, a serce mu biło czwałem, jak biegł koń, a oczy miał wlepione w jéj okno, co zdala migało białą firanką i powtarzał — Chora! bardzo chora! —
Stanął u drzwi — Spotkał xiędza — na progu.
— Jak się ma Hrabina —?
— Bardzo źle, w nocy zapadła ciężko, czuła się coraz słabszą, wezwała mnie, tylko co odbyła spowiédź i przyjęła oleje święte.
— Przytomna?
— Przytomna, ale osłabiona coraz gorzéj — Co chwila zdaje się, że Bogu odda ducha —
— Jest tam kto?
— Nikogo — służąca. Przed chwilą chciała widziéć córkę — płakała gdy weszła, ucałowała i dała znak, aby się oddaliła — Teraz nic nie mówi, ale jeszcze łzy się w oczach pokazują — Posłano po JW. Hrabiego sztafetę —
Staś wszedł do zaciemnionego pokoju. Julja była w łóżku, biała jak pościél na któréj leżała, oczy nawet przyćmione, wczorajszego nie miały blasku. Przywitała go ręką i dała mu znak aby usiadł — Po chwilce odezwała się ale bardzo słabym głosem —
— Już czas — bądź zdrów!
Staś wziął jéj rękę białą, zimną i wychudzoną i całował, zakrywszy oczy — Ona patrzała, jakby chciała spamiętać jego rysy, wzrok nieruchomy, osłupiały, zwrócony był w niego ciągły, nieustanny, i oczy nabiérały patrząc blasku, życia.
Po chwili odebrała mu rękę i po cichu mówiła —
— Dziś mi gorzéj niż kiedy, życie ucieka wyraźnie, czuję jak mi go braknie. Piersiami niemogę złapać powietrza, krew stygnie w żyłach, wszystko oznajmuje, że trzeba się pożegnać. Przebacz mi Stasiu, cóś wyciérpiał dla mnie, możem ci na długo zatruła życie, popsuła. — Przebacz jak ja wszystkim wszystko przebaczyłam i jemu nawet, dodała — On nieprzyjedzie albo przyjedzie zapóźno —
— Ty mnie przebacz — zawołał Staś klękając — o! ja nigdy nie daruję sobie téj winy!
— Za cóż ci mam przebaczyć! tyś niewinien, jam tylko winna — Tyś srogo odpokutował za młodości gorączkę — Jam winna, ja najwięcéj. — Daruj mi! —
I w téj chwili wymówiwszy prędzéj i głośniéj te kilka wyrazów, osłabła, zamknęła oczy; ręce opadły bezsilne, usta zadrgały bez głosu.
Staś krzyknął i rzucił się ku drzwiom. Ale ona otworzyła oczy i poruszyła się.
— Nie bój się, rzekła — to nie śmierć jeszcze, choć i ona już blisko — nie uciekaj odemnie, chcę patrzéć na ciebie, chcę twój obraz ponieść ostatni na lepszy świat. O! gdybyś ty mnie wysłuchał, miałabym wielką, wielką prośbę do Ciebie, ale mi na nią braknie odwagi, a może byłaby grzéchem —
Zamilkła.
— Roskaż, zawołał Staś, w zapale, a przysięgam ci, na pamięć najdroższéj mi matki, spełnię co mi rozkażesz —
— O! nie przysięgaj! przerwała — przysięga to najstraszniéjsze słowo, nikt nie powinien nią się wiązać! bo któż wié czy jéj potrafi dotrzymać?
— Powiédz mi wolę twoją —
— Tyś przysiągł, nie mogę — powiedziała ciszéj — podniosła głowę — Niech przyjdzie Róża — moje dziecko — Czuję że mi bardzo słabo.
Staś wybiegł, Róża była w piérwszym pokoju, postąpiła do łóżka matki, ona ją uściskała i płakała; potém osłabła i jeszcze raz otwarła oczy, aby spójrzéć na Stasia i na dziécię swoje —
Przeczucie jakieś, powiedziało Stanisławowi, że przyszła chwila ostatnia, chwila uroczysta, — że śmierć kołatała do drzwi — odwrócił oczy, wybiegł — Ludzie się cisnęli do pokojów, xiądz wszedł z modlitwami u łoża konających —
Poklękli i wśród milczenia głębokiego, strasznego, głos tylko xiędza powolny spokojny, cichy, rozlegał się —
— — Boże, wypuść już w pokoju sługę twego — a przyjmij duszę jego na łono swoje.
— Jezu na krzyżu konający, zmiłuj się nademną —
Ona konała.
Staś z głową opartą o drzwi, stał nieruchomy jak posąg, nic nie słyszał, nie widział, szum jakiś, burza jakaś, wirem kręciła mu się po głowie. Nagle doszły go głośniéj wymówione wyrazy.
— — Polecamy ci, o Panie, duszę sługi twojéj, i prosiemy Zbawicielu nasz, racz że jéj dać odpocznienie wieczne a światłość wiekuista, niech jéj świeci, na wieki wieków — Amen.
Wszyscy je powtórzyli, on płakał i powtórzył je ze łzami —
Julja już nie żyła.
Tegoż samego dnia i godziny, Stanisław odjechał do Berlina.






ROZDZIAŁ VI.
OSTATEK POWIEŚCI.



August powrócił do domu; wiedział on na drodze jeszcze, że Julja żyć przestała, i niespokojny śpieszył pocieszać Stanisława; ale go już nie zastał.
List krótki, kilka słów tylko zawiérający, zostawił z pożegnaniem, donosząc że wyjeżdża za granicę. W nim ani słowa o Natalij —
August pozostał znowu sam jeden w domu, jak dawniéj pędząc życie samotne prawie, ale spokojne. — Nigdy w niém jasnych dni roskosznéj pogody, nigdy strasznych dni burzy — jednostajna mgła jesieni posepnéj.
W pół roku otrzymał list od Stanisława z Berlina, list pełen rozpaczy, ale już wylanéj w słowa i potrzebującéj się wynurzyć, jak gdyby chciała pociechy. — Zawiózł go August do Mazowa i pokazał Natalij. Ona czytała z bijącém sercem, i oddając powiedziała z westchnieniem.
— Zapomniał o nas! —
Pół roku minęło znowu, i drugi list nadszedł z nad brzegów Renu. W nim Staś więcéj się już unosił nad pięknością natury, nad nowym krajem, który raz piérwszy widział, opisywał okolice; — wprawdzie opisy jego, obrazy, myśli, smutne były i czarną nawiedzione barwą, ale znać razem, że człowiek, co je kréślił odżył i oswoił się z życiem. Na końcu listu te słowa —
— Donieś mi o Natalij — August znowu zawiózł list do Mazowa i pokazał jéj te słów kilka nakréślonych drżącą ręką u spodu.
Spłonęła rumieńcem zawsze blada i smutna dziewica, i tak wdzięcznym wzrokiem podziękowała, Augustowi —
— Co mam mu donieść? spytał.
Natalja zawsze śmiała i otwarta, teraz spuściła oczy i nic nie odpowiedziała.
— Mogę napisać że go wszyscy czekamy?
Zamilkła —
— Napiszę, rzekł August, żeś pani milczała, gdy to mówiłem —
— Jak pan chcesz — odpowiedziała.
Następny list, był z Rzymu, w nim Stanisław wyraził całe swe uniesienie na widok gruzów stolicy świata.
— Gdybym był bardzo nieszczęśliwym i bez nadziei, uśmiéchu losu, bez nadziei jutrzenki w przyszłości — tu bym przyszedł, pisał, osiąść na zawsze. Widok tych gruzów największéj potęgi, ogromnego grodu, co trząsł światem, sprawia, że człowiek nieczuje swojego nieszczęścia i małém je widzi na tych ruinach; bo i on sam jak mały tutaj, jak nikczemny! Tyle wieków przeszło tędy i ślady po nich tylko zostały, jak koleje gdy wóz przeleciał po piasku! Cóż my, w obliczu tych wieków i ludów! Tu serce otwiéra się na tyle nieszczęść przeszłych, na tyle zniszczenia, smutku — że o sobie zapomniéć musi! Wszystko mija, miga się i przechodzi, upada, niknie — Tak i uczucia nasze, rzecz którą mniemamy najtrwalszą, a w istocie najzmienniéjsza ze wszystkich — tak i smutki co miały być wiecznemi i żale i — wszystko!
Piękny tutejszy świat, wielki, wspaniały, ale dla serca za mało tego; wszystko to piękne — ale obce, nic nas z tém nie wiąże — O! chciałbym już powrócić na rodzinną ziemię — na niéj tylko jest życie dla nas! — Nieuwierzysz jak tęskno mi pomimo tylu przedmiotów zajmujących, coraz nowych, coby powinny rozerwać i wygnać wspomnienia z myśli. Patrząc na zachodzące słońce, przypominam nasze chmurne malownicze, niebo wieczorne! Zwracam oczy ku wam, dumam o was!
Prawdaż to, że mnie jeszcze nie zapomniano w Mazowie, że Natalja wolna dotąd? że mógłbym powrócić do was? Donieś mi i pisz, do Neapolu. —
August pisał znowu, Staś coraz częstszemi listy mu odpowiadał, ale nagle, ustał i długo bardzo nie doniósł o sobie ni słowa — Napróżno niespokojny wuj posyłał na pocztę, nic z niéj nie przynoszono. Po roku niepewności i strachu, przyszło nareście pismo od Stanisława, datowane z Niemiec. W niém opisywał on swoje przygody podróżne, długą słabość jaką przebywał we Włoszech i kończył temi słowy.
— Co się dzieję w Mazowie? Natalja musiała już zapomniéć tego, któremu tak nielitościwie zakrwawiła serce, on nie zapomniał o niéj, ale widzi teraz chłodno rozważając, że miała słuszność odpychając go — Mybyśmy z sobą nie byli szczęśliwi nigdy, mnie innéj potrzeba kochanki, jéj innego męża.
Długo August ten list chował, ale nareście prawie przypadkiem pokazał go Natalij. Przeczytała i odpowiedziała dumnie, zarumieniwszy się — Pan Stanisław ma słuszność, nie bylibyśmy z sobą szczęśliwi!




W rok potém, przed gankiem domu Augusta, stał powóz, którego tłumoki pokazywały, że z dalekiéj przywiózł podróży niespodziéwanych zapewne gości. —
W salonie żywo rozmawiał Stanisław, August i piękna, młoda, żywa, cudziemskich rysów twarzy kobiéta. Młoda, wysmukła, biała z niebieskiemi oczyma, blond włosami, które w puklach spadały z obu stron jéj twarzy; miała wyraz dobroci i łagodności w spójrzeniu, w uśmiéchu, w mowie, swobodna jak dobrze wychowana kobiéta, rozmawiała po francuzku z trochą akcentu, ale wielką wprawą. Staś siedział przy niéj i patrzał to na nią, to na Augusta, jakby badał co o niéj myśli, jakby się chwalił przed nim.
A August; jak zawsze zimny, ale wesół i grzeczny, przyjmował żonę Stasia, z niejakiém zaambarassowaniem, które czujemy — spotykając się z osobami nieznajomemi, nie wiedząc jeszcze, czy je kochać mamy, czy nie? Przysłuchiwał się bacznie każdemu jéj słowu, badał wyraz jéj twarzy, niespokojnie czekał końca, gdy zaczynała co mówić, jakby się lękał czegoś —
W kilka godzin jednak i dobry August rozweselił się swobodniejszym stał i serdeczniéjszym dla gości; myśl tylko jedna truła mu przyjemność widzenia Stanisława — Wiedział że w Mazowie zawsze jeszcze rachowano na niego i spodziéwano że swobodny powróci; wiedział że Natalja kocha go jeszcze —
— Wiész, rzekł do Stasia — po cichu — Natalja jeszcze myśli o tobie —
— Niewiedzą o mojém ożenieniu?
— Nieśmiałem im pokazywać twoich listów — Ile razy tam jestem, dopytują się o ciebie, dowiadują kiedy powrócisz?
Staś się zamyślał —
— Stało się rzekł, niechciała mnie, odepchnęła, a nadto mam dumy, abym prosił, nawet o miłość kobiéty.
Nazajutrz i dni następnych, August ocenił lepiéj młodą cudzoziemkę. Była to jedna z tych istot prawdziwie kobiécéj natury, łagodnych, anielskich, bez żółci w sercu, bez gniéwu, urodzonych na osłodę życia, drugim, na poświęcenia bez końca. Prosta naiwna, otwarta, łączyła znajlepszém wychowaniem wieśniaczą szczérość. Nic w niéj niebyło udanego, zmyślonego, pokazywanego tylko dla oka, wszystko szło z duszy. —
Stanisław kochał ją nie tą piérwszą miłością, jaką uczuł dla Julij, miłością burzliwą, ognistą, namiętną, niepohamowaną, a krótkotrwałą, nie tą miłością exaltowaną, idealną, poetyczną, jaką go natchnęła Natalja, ale przywiązaniem czułém, spokojném, i trwalszém, bo spokojném, opartém na poznaniu jéj charakteru, na ocenieniu jéj pięknéj duszy. Miał dla niéj uszanowanie jakie mamy dla niewinności dziécięcia, miłość ojca i kochanka razem, otaczał ją przywiązaniem, uprzedzał jéj żądania, jéj myśli —
August patrząc na nich, nieraz pomyślał — O — jakże szczęśliwi! — Czemuż i ja nie szukałem takiego szczęścia! Ale ze zwykłym sobie przestrachem dodawał — Alboż on nie drży w sercu, że ją utracić może? alboż ta miłość nie ostygnie, alboż nie staną się obojętni sobie, może naprzykrzeni? — O lepiéj mi bez szczęścia i bez strachu!
Jednego wieczora Czerwcowego, siedzieli wszyscy na ganku i spoglądali na piękną okolicę. Matylda powiadała że ona jéj przypomina Szląsk, Stanisław opisywał jeszcze niewidziane piękne strony Wołynia naszego, August zamyślony palił cygaro i słuchał téj rozmowy. W lipowéj ulicy pokazał się powóz sześciokonny, i wszyscy ciekawie spójrzeli, odgadując, ktoby to mógł jechać?
— Gdyby nie powóz nowy i nieznajomy, sądziłbym że to z Mazowa, rzekł August, bo konie bardzo podobne.
Za chwilę, zatrzymała się kareta przed gankiem, wysiadł z niej młody mężczyzna.
— Przejeżdżając tędy, nie mogliśmy nie wstąpić z żoną —
Był to Adolf syn Prezesowéj, a za nim wysiadła — Natalja, Jego żona. Wszedłszy na ganek obejrzała się dopiéro i spostrzegła Stanisława.
Drugim szybkim rzutem oka trafiła, jakby przeczuła jéj bytność, na Matyldę i wolniéj odetchnęła —
— A! Staś! zawołał Adolf — Patrz Nataljo, wszakto Stanisław!
On się ukłonił i prezentował nowo przybyłych żonie. Piérwsze chwile rozmowy, były przykre dla wszystkich, ale powoli nabrali odwagi, któréj im dodała Matylda, niewiedząca o niczém i witająca w nowo przybyłych, znajomych tylko i sąsiadów wuja i męża.
Niepodobna było okazać Natalij, co się w jéj wzburzoném działo sercu, ona dotąd karmiła swoją poetyczną miłość dla Stanisława, i gniéw razem ku niemu; nieprzywykła udawać, grać musiała wesołość i obojętność, rozpytywała go się o podróże, o żonę, o Włochy — Niemcy — o Ren — Trzpiotała się umyślnie, a krew jéj biła do głowy, a serce uderzało żywo, rumieniec coraz czerwieńszy się stawał.
Staś odpowiadał jéj z zimną wesołością, i zupełnie przytomny, bo serce jego już dla niéj nie biło.
— Bardzo szczęśliwe spotkanie, mówił Adolf i miły spędzimy wieczór, Staś musi miéć dużo do opowiadania, nieprawdaż?
I ściskał Stanisława —
— Nieprawdaż, mówił mu, że ci żal być musi Natalij. Ale niémasz żalu do mnie, ja ją od dzieciństwa kochałem — Tyś ją opuścił.
Stanisław scisnął mu rękę,
— Życzę ci szczęścia takiego jak moje, kochany Adolfie, a to dość mówi, że ci niewyrzucam pozyskanego serca Natalij. Tyś wart być szczęśliwy!
Natalja chciała odjechać, ale mąż i August tak ją prosili, że nareście została. Cały wieczór upłynął na żywéj rozmowie, któréj przedmiotem były podróże Stanisława. Natalja udawała wesołość i żywe niémi zajęcie; ale przez nie widać było niepokój i gniéw. Bacznie spoglądała na Matyldę, jakby wybadać chciała co do niéj przywiązało Stanisława. Pytała się w duszy siebie — Co w niéj jest, czegobym ja nie miała? co on w niéj pokochał? czy ona go zrozumié? I dodawała gniewna — O! pożałuje potém, pożałuje że mnie opuścił!
Nie mogła darować Stanisławowi, że tak łatwo, tak prędko, tak dumnie ją porzucił. —
Nazajutrz rano, przed świtem, odjechał Adolf z żoną smutną i użalającą się na ciężki ból głowy. Matylda jak wczoraj swobodna, wesoła, żegnała ją na ganku troskliwie podając jéj kolońską i lewandową wódkę i ciesząc że w podróży to przejdzie! A Natalja nierzuciła okiem nawet ani na nią, ani na Stanisława — i konie poniosły ich daleko, szybko i daleko.
Ale otóż i koniec mojéj powieści. Chcielibyście może wiedziéć cóś więcéj?? Żałuję bardzo że niemogę powiedziéć nic nad to, że August nigdy się nie ożenił i żenić się nie myśli — Natalja wydała jeden tom poezij, dwa powieści i gotuje jak powiadają dramat uczuciowy. Adolf uwielbia żonę, na równi z Heglem i Schellingiem — Stanisław ma dwoje dzieci i żyje tak szczęśliwie z żoną, jak na tym Bożym świecie szczęśliwym być można. Czasem wspomnienie zachmurzy mu czoło, westchnie z cicha, i zamyśli się, ale widok Matyldy, szczebiotanie dziatek, rozpędza chmury z czoła. Prezesowa czyta nieustannie i bez braku; a inni? Jedzą, piją, sejmikują, grają, ogadują się, żenią, rozwodzą, rujnują, bogacą i tam daléj i tam daléj. Spójrzcie do koła siebie, a będziecie wiedzieli, co robi reszta osób mojéj powieści.




EPILOG.




Nie jeden skończywszy czytać, zaduma się i spyta.
— Czego u licha chciał autor? plótł przez cztéry tomy niestworzone rzeczy, ogadywał ludzi, wyprowadzał coraz nowe figury; pomięszał to i tamto, leciał, leciał i urwał —
Nie myślę się tłumaczyć i uniewinniać z napisanéj powieści — osądźcie ją jak się wam podoba, nieforemnie sklejoną, nudną, rozwlekłą, źle pisaną i powiém wam tylko czego chciałem pisząc ją.
Chciałem przed oczy wam postawić, wasz świat, wasze wady, śmiészności, obyczaje, słabości. Jest to tylko lekki zarys, myśl dzieła, któreby daleko obszerniéjszém być mogło i musiało, chcąc wszystko a wszystko objąć i dotknąć wszystkiego.
Nie gniéwajcie się szanowni czytelnicy, jeśli was co dotknie, jeśli wam zdawać się będzie, żem was oczernił niesłusznie, spotwarzył; obejrzyjcie się wprzódy, poszukajcie oczyma, a zapewne przekonacie się że wszystko com opisywał, wzięte z natury i z żywego życia.
Nikt osobiście za wzór mi nie służył, brzydzę się paszkwilem, chociażby obwiniętym w najgrubszą szatę i przebranym do niepoznania, do nikogo niémam urazy, nie należę do żadnego stronnictwa, Bóg mnie postawił odrębnie, w pośrodku, niżéj od najwyższych, wyżej od najniższych — jednym zapewne z ostatnich; ale sędzią nienamiętnym, bezstronnym — Takim się czuję, a może się mylę, bo któż się nie myli?
Pisałem nie żebym dogodził chęci szyderstwa, zazdrości, niepokojowi dręczącemu co rwie się i czepia za wszystko, aby się wyżéj posunąć — nie — cel miałem inny, ślachetniéjszy. Może być żem go niedoszedł, żem się omylił widząc go nie w téj stronie, w której go szukać potrzeba; idąc do niego nie tą drogą, co doń prowadzi, ale chęci moje były prawe i czyste.
Nieraz w ciągu pisania, przyszło mi na myśl smutnie —
— Zrobisz sobie nieprzyjaciół, obrazisz może ludzi na siebie?
I odpowiadałem sobie —
— Niech mnie biją, ale niech posłuchają! Gdyby jeden tylko człowiek, przejrzéć się chciał w obrazie jakim, uczuł swoje wady i pożądał się z nich poprawić, dla mnie byłoby dosyć — dla mnie by to było najwyższém szczęściem —
I nie myślcie, że mówię to na zimno, abym wam trochą pathos zamknął tę xiążkę — O! nie — w téj chwili czuję co piszę głęboko, i duszę moją otwiéram.
Nie jeden się z tego uśmiéchnie? Śmiéch ten mnie nie ubodzie, nie obrazi, nie zasmuci — Mogę być śmiésznym; a urąganie jakkolwiek słuszne, nigdy dla mnie nie ma wartości argumentu i z drogi mojéj mnie nie sprowadzi.
Szatani się śmieją i urągają — ludzie rozumują i sądzą — Nic łatwiéjszego nad szyderstwo, a śmiéch nie jestże cechą głupstwa, piętnem, którém się twarz jego od innych wybitnie odznacza?
Powtarzam to raz jeszcze, osoby wchodzące do powieści, nie są kopjowane z oryginałów żywych, nie są studjami z natury indywidualnéj, ale obrazami wziętemi z natury ogólnéj — Jeśli przypadkiem obraz się trafi do kogoś podobny — wszak i na arkuszu papiéru, któren zarysuje malarz postaciami co mu fantazja na pióro przyniesie, znajdą się do kogoś podobne?
Powieść moja nie rości sobie prawa do nazwiska kompletnego obrazu; sądzona jako obraz zupełny naszego towarzystwa, okazałaby się nieskończoną; sami to wiémy najpiérwsi, niektóre charaktery zaledwie w niéj nakréślone, inne całkiem nietknięte. Są stany, których życia, obyczajów, śmiészności, nie okazaliśmy wcale; jest to tylko zarys i myśl obrazu, któremu wiele a wiele braknie; powtarzamy to dla tego, że u nas powszechnie sądzą wychodzące dzieła z innego na nie patrząc stanowiska, innego w nich upatrując celu, niżeli obrał sobie autor. Co do nas, nie pragniemy pochwał i pochlebnych sądów, życzylibyśmy sobie tylko, aby nie widziano czego niéma, a widziano tylko to co jest. Pochwały mniéj jeszcze mówią od najbezrozumniéjszych krytyk, które przecie oprzéć się na czémś muszą. Prosim więc krytyki, ale nienamiętnéj, nie stronniczéj, prawéj i ślachetnéj. Taką zawsze przyjmiemy z wdzięcznością, od kogo kolwiek pochodzić będzie.
A teraz — Idź w świat, xiążko moja, szczęśliwéj podróży!!


KONIEC TOMU CZWARTEGO I OSTATNIEGO.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.