Posażna panna/Całość

>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron




NA ŚWIEŻEM POWIETRZU.


I.

Późnym lipcowym wieczorem toczyła się wśród ulewnego deszczu, a raczej skakała po kamieniach gościńca wiodącego do Zakopanego, bryka góralska. Pod przykrywającem ją przemoczonem płótnem dzwoniło zębami czterech podróżników. — W głębi, okryty szalami i pledami, siedział z głową zasuniętą głęboko w kołnierz paltota skulony sędzia Kazimierz Spisowicz, barczysty i wysoki mężczyzna, a ilekroć odjął od ust pulchną rękę, zapobiegającą wdychaniu zimnego powietrza, pozwalał ujrzeć rumianą, pięknym wąsem ozdobioną twarz, znamionującą iście żelazne zdrowie jej właściciela. Obok niego mały, ruchliwy i chudy przyjaciel, Władysław Kolski, rozprawiał szeroko u ożywczości górskiego powietrza, usiłując przekrzyczeć turkot bryki:
— Powietrze górskie, to balsam! Zobaczysz Kaziu, że nie będziesz żałować tych wakacyj. Będziesz mi dziękować, że cię namówiłem w góry. Góry! ach! to mi świat! uczysz się walczyć z przeciwnościami, zwyciężać trudności. Co to za przyjemność przeskakiwać przepaście, brodzić po śniegu, zjeżdżać po lodzie, piąć się pod niebo po ostrych granitach, stanąć u szczytu i jak pan stworzenia...
— Zjeść przekąskę na wysokości ośmiu tysięcy stóp nad poziomem morza! — dokończył trzeci podróżny, wesoły, wielkowąsy lekarz Józef Plichta.
— Józiu! — odparł zgorszony Kolski — ty nigdy nie oderwiesz się od prozy codziennego życia! Mówić na szczycie Łomnicy lub Gerlachu o przekąsce!
— Czemuż nie ma zjeść przekąski, choćby na Łomnicy lub Gerlachu, jeśli głodny? — przerwał oburzenie Kolskiego czwarty towarzysz, flegmatyczny, chmurny i małomówiący adwokat Franciszek Cichocki.
— Bo tam powinien ni sekundy nie tracić, tylko podziwiać przyrodę, podziwiać! — żywo odpowiedział Kolski, wymachując rękami. — Wy mieszczuchy jeszcze nie zaznaliście tych piękności, ale ja wam je pokażę. I was zwycięży piękność przyrody. Kiedy staniecie na nigdy nie topniejącym śniegu...
— Zamrozimy szampana!
— Na wysokości chmur — ciągnął dalej Kolski, nie zważając na przerwę — i spojrzycie na daleki horyzont; patrzycie tu — to Łomnica, patrzycie tam — to Krywań, to Rysy, to Ganek, patrzycie dalej...
— No patrzymy, patrzymy, ale prócz furmana dalibóg nic nie widać, bo ciemno.
Kolski machnął ręką z rezygnacyą i rzekł:
— Nie macie za grosz poczucia piękna, energii i ambicyi. Jakób Balmat, prosty włościanin z Chamounix, stał się nieśmiertelnym przez to, że pierwszy wdarł się na szczyt Mont-Blanc. Z jego wskazówek korzystali najwięksi uczeni. Imiona docierających na Mont-Blanc zapisują się na kartach historyi. Miło czytać, że był tam nasz Antoni Malczeski. Czyż nie cieszyłoby was zapisać swe imiona: sędzia Spisowicz Kazimierz z Chrzanowa, obok Saussure’a z Genewy, Dr. Józef Plichta z Krakowa, obok Fornereta z Lozanny, adwokat Dr. Cichocki z Milówki, obok Wooldaya z Yorku... ach! gdyby mnie danem było dostać się na nasz niepostępny tatrzański Ganek, podać mę imię, jako pierwszego, który postawił nogę na Ganku, a tem samem przyłożył rękę do poznania gór naszych!
Westchnął Kolski głęboko i zadumał się nad postawieniem swej nogi na Ganku.
Towarzysze, zmęczeni drogą, milczeli; nawet drwinkujący zwykle ze wszystkiego Cichocki tym razem nie natarł docinkami na ambitnego Kolskiego, lecz mruknąwszy: wolałbym zapisać się na karcie własności większych dóbr, niż na karcie historyi! zapadł także w milczenie.
Nagle bryka stanęła. Podróżnicy uderzyli czołami o siebie — byli przed Dworem Tatrzańskim w Zakopanem.
Kolski wyskoczył z bryki, mówiąc:
— Poczekajcie! Poszukam Ramskiego w kasynie, czy nam znalazł mieszkanie.
Po chwili wrócił Kolski w towarzystwie wysokiego pana, którego rysów w cieniu zapadającej nocy i parasola nie było można rozróżnić.
— Mamy kwaterę! — zawołał, przedstawiając okrytego parasolem Ramskiego przyjaciołom. Po nazwisku przedstawiani podróżnicy wychylali głowy z pod budy, ściskali prawicę Ramskiego i podziękowawszy za wyszukanie mieszkania, ukryli napowrót głowy w budzie.
— Jedźcie Kościeliską ulicą! — rzekł nowy znajomy do furmana, — każdy wam wskaże dom Kobziarza. Nie mogę panom towarzyszyć, bo jestem w towarzystwie pań... Macie dwie znośne izby. Jak się rozgospodarujecie, to was odwiedzę. Do widzenia!
Ramski wskoczył na schody Dworca, Kolski na wóz i wśród atramentowo czarnej nocy ruszyła bryka z miejsca.
— A co? macie w Krakowie taką noc? — pytał z zadowoleniem Kolski. — Jechał który po ciemku taką drogą?
Spisowicz westchnął tylko, a Cichocki odparł:
— My chyba jedziemy po jakimś opuszczonym kamieniołomie, a nie po drodze!
Znowu stanęła bryka. Z pod odchylonego płótna budy ujrzeli nieprzebitą ciemność. Niewidzialny deszcz pluskał jednostajnie, a zdala dolatywał szum potoka.
— Czy to tutaj? nie widać żadnego domu?
— Tutaj — rzekł furman — ino nie widać, bo ciemno, co cud! pockojcie, jo wos poprowadzę.
Już trzej podróżnicy stanęli na mokrym gruncie. Spisowicz jednak pozostał w bryce, protestując, że nie wyjdzie bez kaloszy.
— Przecież tu nie będziesz kufra otwierać, bo ci wszystko zamoknie!
— Weźcie kufer do izby, otwórzcie — tu macie klucze, ten średni z dziurką, i niech mi góral przyniesie tu kalosze.
Więc bez sędziego, po omacku szukali podróżni wejścia do swej kwatery, aż na ich stukanie drzwi się otwarły, zabłysło z wnętrza światło, i Kobziarz, domyślający się zapowiedzianych sobie lokatorów, wprowadził ich do wnętrza. Wszyscy turyści po kolei uderzyli czołami o niskie odrzwia, podnieśli upadłe skutkiem tej czołobitności kapelusze i stanęli nareszcie w swem mieszkaniu: ściany z gładkich desek, proste łóżka, dwa stoły, parę krzeseł, oto sielankowe mieszkanie.
Góral zniósł kufry a Plichta począł szukać kaloszy: wyrzucił sporo pakunków, ale nie mogąc trafić na szukany przedmiot, zawołał wreszcie:
— Niech go góral zniesie i basta!
Góral nie zdziwił się wcale tą propozycyą, wybiegł szybko z izby, i nim turyści powzięli postanowienia co do rozlokowania się w swej siedzibie, usłyszeli w sieni ciężkie stąpania i okrzyk: o rany Boskie! Drzwi się otwarły, a w nich pojawił się sukienny kolos, kryjący osobę Spisowicza, trzymającego się za czoło. Za nim góral, podnosząc kapelusz, mówił markotno:
— Dyć im mówiłem, żeby się schylili, bo drzwi niskie.
Spisowicz usiadł, oglądnął się, przyłożył zmoczony ręcznik do guza i przemówił:
— Okna nieopatrzone, tu może mię zawiać!
— Nie grymaś tylko, idź do drugiej izby, może tam ci będzie lepiej... zresztą masz przy boku lekarza — odparł, wskazując na siebie, Plichta.
Spisowicz westchnął, przymknął drzwi szczelniej i wszedł do drugiej izby.
— To jest dopiero nudziarz! — rzekł Cichocki — ale dotąd podróż nasza nie jest podróżą dla przyjemności, tego zaprzeczyć nie mogę. Suchajno Kolski, namówiłeś nas na te tarapaty, prowadźże nas teraz gdzie na kolacyę.
— Zaraz, zaraz... furman jeszcze nie odjechał, zawiezie nas do kasyna, tylko się przebiorę.
Kolski wdział coprędzej kożuszek bez rękawów, serdakiem zwany, wdział buty z cholewami, wziął w rękę siekierkę, (ciupagę) i zawołał z zadowoleniem: Jestem gotów! w drogę!
— Ja się ztąd już nie ruszę na taką wilgoć — odparł chmurnie Spisowicz — przyszlijcie mi co jeść, albo przynieście ze sobą, tymczasem wyschnę choć trochę.
W restauracyi Dworca Tatrzańskiego już było dosyć pusto, bo pora była spóźniona, tylko przy jednym stole liczniejsze siedziało towarzystwo.
Gdy nasi podróżnicy weszli do sali, zerwał się od owego stołu istny sobowtór Kolskiego, mały, chudy i ruchliwy młodzieniec, w serdaku, w butach z cholewami, z siekierką w jednej, z latarką w drugiej dłoni, objął Kolskiego w ramiona, stuknął go latarnią i siekierką w plecy przy tym ucisku, i całując, zawołał:
— Władku! jak się masz? i ty tutaj!
— Tadku! jak się masz? Zmiłuj się, toś mię uderzył plecy!
— Kopę lat cię nie widziałem!
Cichocki patrzał z ironicznym uśmiechem na witających się «taterników» i rzekł do Plichty:
— Zostawmy ich razem, może pójdą na redutę w tych kostiumach, my tymczasem co zjemy. Hej! kelner!
— Kopę lat cię nie widziałem, mój Władku! siadaj z nami, poznam cię z ślicznemi kobietami... patrz, ta czarna brunetka pani Armanowa ze Lwowa, to znów jej siostra panna... a to...
— Dopiero przyjechałem, jestem w towarzystwie...
— Poznajże mię z twymi towarzyszami!
Kolski przedstawił przyjaciołom p. Tadeusza Narwalskiego, literata; ten posiedział chwilę, ciągnąc koniecznie Kolskiego do dam, szepcąc mu na ucho, że ma w tem interes. Gdy się Kolski dowiedział, że z damami jest i pan Arman, autor «Metody badań naukowych», czując się adeptem nauk, żądnym sławy literackiej, podszedł z Narwalskim ku jego towarzystwu.
Narwalski przedstawił przyjaciela z emfazą: pan Dr. Władysław Kolski, nasz młody uczony, badacz prawa targowego!
Zakryty gazetą wysoki, z czarnym zarostem mężczyzna, ponurej miny, powstał i uścisnął dłoń Kolskiego, mówiąc: jestem Antoni Arman, miło mi poznać pana doktora.
Kolski oddał parę komplementów «Metodzie badań naukowych», mile przez jej autora przyjętych, i przedstawiony paniom, projektującym właśnie wycieczkę do Kościelisk, wmieszał się do rozmowy najmilszej dla niego, bo obracającej się koło gór, wąwozów i przepaści.
Kolski był sobie najspokojniejszym w świecie człowiekiem, pracował nad prawem targowem cały rok dniami i nocami, marząc o sławie literackiej i profesurze. Dopiero w wakacye odmieniał nagle naturę: z wyjazdem w Tatry zapominał edylów, porządków jarmarcznych, targów i giełd, myślał i mówił tylko o Alpach i Tatrach.
Jął więc Armanowi i jego towarzyszkom opowiadać straszne sceny z przeszłorocznych swych wycieczek, malował w czarnych barwach karkołomne przejścia, skoki nad przepaściami, a dla dodania grozy obrazowi stukał swą siekierką w ziemię. Właśnie przedstawiał plan najbliższej swej wycieczki na Ganek i obszernie wywodził trudności tego przedsięwzięcia, nie wykluczając nawet możliwości, że może już nie wrócić z tej wyprawy.
— Co też pan mówi! — zawołała przestraszona pani Armanowa, piękna, wspaniałej postaci brunetka.
— Na wszystko trzeba być przygotowanym... — odparł nieustraszony Kolski — w górach nie można niebezpieczeństw przewidzieć: sławny Dr Paccard oślepł od śniegu przy wejściu na Mont-Blanc, Aleksander Dumas o mało nie utonął w piaskach moreny alpejskiej; iluż turystów skończyło w przepaściach!... — i dowodząc paniom możliwość śmierci w wyprawie na Ganek, sam Kolski powoli uwierzył swym argumentom, że go nie inny koniec czeka, jak gdzieś na dnie przepaści, gdzie nie będzie nikogo, prócz Boga i jego pobielałych kości, po których wiatr będzie szumieć złowrogo...
Tymczasem Cichocki i Plichta, nie mogąc doczekać się jego powrotu, poszli do pokoju bilardowego i zabawiali się karambolem, zapominając, że północ już bliska. Dopiero zauważywszy ciszę panującą dokoła, spostrzegli, że prócz nich i kelnera, drzemiącego za ladą, niemasz już nikogo w kasynie.
Ruszyli więc po omacku do domu, Plichta znał na szczęście Zakopane z dawniejszego pobytu, więc pewnym krokiem szedł ku Kościeliskiej ulicy. W kilku miejscach poświecił zapałką i tak szczęśliwie przybyli pod drzwi domostwa.
— Zapomnieliśmy Kaziowi przynieść kolacyą, przypomniał sobie Cichocki.
— Już śpi, bo ciemno w oknach, idźmy cicho, żeby go nie zbudzić.
Otwarli więc drzwi po cichu i na palcach weszli do wnętrza. W tej chwili zaszeleściało coś w głębi, i ozwał się cienki głosik w ciemnościach:
— Tosiu! Tosiu! tu ktoś chodzi!...
— Złodziej! wrzasnął głos męski, stój, bo strzelę!
Cichocki przezorny runął jak długi na podłogę, chcąc ujść spodziewanej kuli, Plichta począł się cofać ku drzwiom, ale dosięgły go silne ramiona i tuż w ucho ryknął mu głos straszliwy: Ani się rusz, bo strzelę! na pomoc, na po —
— Panie dobrodzieju, nie rób pan hałasu! to omyłka, wykrztusił przerażony Plichta, widocznie w ciemności wszedłem do cudzego domu. Jestem gość kąpielowy, puść mię pan, a przekonam pana, że to omyłka!
W głębi dał się słyszeć szelest zapałki pocieranej o pudełko.
— Andziu! ani się waż świecić! krzyknął głos męski. Jesteś w negliżu! Kto pan jesteś? gdzie mieszkasz?
— Jestem Władysław Kolski, odpowiedział, mieszkam tu gdzieś na Kościeliskiej ulicy u Kobziarza.
— A! to pan, doktorze! ha! ha! widocznie z Tadeuszem przeciągnęliście libacyą! ha! ha!
— Ale broń Boże!... to ciemność jest przyczyną!... przepraszam najmocniej, o! moja głowa!
— Schyl się pan, bo drzwi niskie.
— Przeklęte drzwi! jeszcze raz przepraszam. Sługa pani dobrodziejki!
Tak wreszcie znalazł się Plichta szczęśliwie za progiem. Drzwi zatrzasły się za nim; klucz obrócił się parę razy w zamku.
— Franiu! Franiu! zawołał Plichta półgłosem. Franiu! powtórzył głośniej. Cichocki nie odpowiadał. Plichta obszedł dom dokoła, zawołał parę razy, ale napróżno. Nagle włosy stanęły na głowie jego, na myśl, że Cichocki został we wnętrzu zamknięty. Zawołał jeszcze parę razy, zaświecił zapałkę, zaglądnął do sieni — napróżno! Nie ulegało wątpliwości, że Cichocki został w środku i siedzi cicho, bojąc się odkrycia.
Długo stał Plichta pod nieszczęśliwym domem, łamiąc sobie głowę nad sposobem uwolnienia towarzysza.
— Sytuacya nie do pozazdroszczenia, myślał, albo go postrzeli ten mój nieznajomy znajomy, albo narobi wrzasku, skandalu, tłómaczeń...
W tem ujrzał światło na drodze. Zbliżała się gromadka ludzi, a wśród ciszy nocnej słychać było, jak idący, a raczej utykający na czele mężczyzna zadyszany mówił do owej gromadki:
— Kiedy nieznajomy uchwycił konsyliarza, ja skorzystałem z ich szamotania i cicho wydostałem się za drzwi. Słyszałem, jak nieznajomy groził konsyliarzowi zastrzeleniem, więc na chybi trafi pobiegłem po pomoc... na szczęście ujrzałem światło w waszym domu — obyśmy tylko na czas przybyli!
W tej chwili weszła gromadka na dziedzińczyk nieszczęśliwego domku — Plichta skoczył ku nim:
— Już cicho! zawołał — jestem, jestem cały, tylko sza! sprawa skończona... ja wam wytłómaczę...
Dawszy »trinkgeld« odsieczy, wrócili obaj towarzysze z niewesołemi minami do domu.


II.

Było już koło dziewiątej rano, a nasi podróżnicy spali jeszcze głęboko.
Kolski pierwszy stał się czułym na brzęczenie i łaskotanie setek much. Przewrócił się na drugi bok i półsenny widział się na katedrze otoczony tłumami słuchaczy, żądnych poznania tajników prawa targowego. Panowie! już w starożytności... przemówił i obudził się w tejże chwili.
Rozstawione kufry, rozrzucone ubrania przypomniały mu, że to nie wykładowa sala. Odganiając ręcznikiem naprzykrzające się muchy, przeciera oczy, przypomina sobie rzeczywistość: zakończył mozolną pracę naukową »o jarmarkach i wekslach jarmarcznych«; potrzebował spoczynku. Znalazł chętnych towarzyszy w dawnych szkolnych kolegach, ruszył w ulubione góry walczyć z przeciwnościami i trudnościami... przyjechali... poznał uczonego Armana, piękną Armanową, kuzynki, odprowadzał ich, spał — teraz czas wstawać.
Wstał więc Kolski z posłania, i ledwo skończył toaletę, dało się słyszeć pukanie do drzwi. Weszło nisko kłaniające się indywiduum w góralskim ubiorze, z pałaszem przy boku.
— Co to? czego chcecie?
— Proszę pana o taksę. Tu kartki meldunkowe i kwitki od pana kumisarza.
— A któż wy jesteście?
— Jo? he! he! Józef policyjon, he! he!
Ledwo Kolski pozbył się miłego gościa, zapłaciwszy taksy, wszedł Narwalski.
— Dzień dobry Władku! — zawołał z progu. — A to się uśmiał Arman z ciebie!
— Co? — spytał obrażony Kolski — śmiał się ze mnie?
— Tak, tak, i ja się śmiałem! bo też to pyszna przygoda!
— Co ty pleciesz, Tadku? jaka przygoda?
— No, nie udaj, że nic nie wiesz! przebrałeś widać miarkę, jak się z nami pożegnałeś, i kwita.
Kolski oburzył się na tę insynuacyę; co pleciesz? powtórzył, o jakiej mówisz przygodzie?
— Tylko przedemną nie udawaj, mój Władku, każdemu może się to zdarzyć.
— Zwaryowałeś, czy co?
— Przecież nie będziesz się wypierał, żeś w nocy wszedł do Armanów i że dopiero wtedy wypuścił cię Arman, aż mu się po ciemku przedstawiłeś.
Plichta i Spisowicz spali spokojnie jeszcze w drugiej izbie, ale Cichocki, śpiący w pierwszej, obudził się wśród powyższej rozmowy, i słuchając ciekawie z pod koca, krztusił się od śmiechu, domyślając się trafnie, że Plichta salwował się od wyśmiewań przez podstawienie nazwiska przyjaciela, który teraz wypatrzył się ze zdumieniem na Narwalskiego, zaprzeczając, żeby w nocy wizytował Armanów.
Kolski miał tak prawdziwy wyraz zdziwienia, ze Narwalski począł się wahać i dopytywać: więc chyba był kto inny? ktoś się za ciebie przedstawił?
Cichocki nie życzył sobie, aby Narwalski doszedł tajemnicy i wygadał ją może przed obcymi, więc wmieszał się w tej chwili do rozmowy.
— Dzień dobry panu! — rzekł z pod koca. — Słyszałem trochę waszej rozmowy, co za ciekawy przypadek! to ktoś wziął na kawał naszego profesora!... Ale czas już wstawać, musi już być późno?
— O! już dziesiąta. Nie przeszkadzam panom, wstawajcie; muszę wrócić do Armanów i zrzucić podejrzenie z Kolskiego. Ale kto to mógł być?... Do widzenia Władku, bądź na obiedzie w kasynie, mam z tobą jeszcze do pomówienia.
Gdy drzwi za wychodzącym Narwalskim skrzypnęły, obudził się Spisowicz i jęknął:
— Na miłość boską, już umieram z głodu! Poślijcie po co! nie przynieśliście nic wczoraj, zasnąłem głodny.
Obudził się i Plichta, a słysząc utyskiwania Kolskiego na splamienie swego uczonego nazwiska przez jakiegoś złodzieja, czy pijaka, który wszedł nocą do mieszkania Armanów, tarzał się po łóżku ze śmiechu.
— Muszę pomówić z Armanem, wynajdziemy tego łotra! — zakonkludował Kolski, podając nareszcie zgłodniałemu Spisowiczowi uwarzoną naprędce herbatę.
Cichocki wyciągnął Plichtę do pierwszej izby, i korzystając z tego, że Kolski opowiadał szeroko swoje zmartwienie Spisowiczowi, szepnął:
— Musimy się postarać, aby nie doszli, że to my byliśmy... drwinkowanoby z nas.
— Bardzo łatwo. Arman nie wie, że nas dwóch było, a ty poświadczysz, żeś mię do samego domu odprowadził, a ja poświadczę, żem ciebie odprowadził.
— Więc sza! milczeć.
— Sza! Plichta podniósł uroczyście trzy palce w górę.
— Musiał to być ktoś znajomy — medytował głośno Kolski — ale kto?... dopiero w nocy przyjechaliśmy, nikogo nie spotkałem. Czy to nie ty Józiu, czemu się śmiałeś?
— Dajżeż pokój! co za myśl! śmieję się z tego, że się martwisz bagatelką. Wróciłem przecież razem z Franiem.
— Tak jest — potwierdził Cichocki — razem wróciliśmy do domu.
— Nie pojmuję, kto to mógł być — rzekł z rezygnacyą Kolski. — Chodźcie do kasyna na gazety, ja po drodze wstąpię do Armana.
— Ja na taką wilgoć nie wychodzę — odpowiedział Spisowicz. — Przyślijcie mi obiad, tylko nie zapomnijcie, jak wczoraj.
— Cóż tu będziesz robił? nie bądź śmieszny z twoją wilgocią! Masz kalosze, parasol...
— Parasol nie osłoni zupełnie... zresztą wiatr być musi, bo szumią drzewa, mógłbym się zaziębić. Żałuję, że wam się dałem namówić na tę jazdę.
— Poczekaj, wypogodzi się jeszcze — pocieszył go Kolski.
Nie namawiali dłużej Spisowicza, bo znali zdawna jego dziwactwa, i poszli.
Skoro Spisowicz sam został, zbadał jeszcze, czy okna szczelnie zamknięte, obsypał łóżka proszkiem perskim, uporządkował izbę pedantycznie i przyglądając się przez okno zamglonemu krajobrazowi, mruczał;
— Przeklęty deszcz! Nabawiłem się szalonego kataru... Niech się tylko wypogodzi, a drapnę ztąd natychmiast. Padam do nóg z takim spoczynkiem, gdzie ani bruku, ani trotoaru, ani tramwaju... okna, drzwi nieopatrzone, wieje niebezpiecznie...
Przez szyby widać było dziedziniec, objęty stajniami i spichlerzami. Przez ten dziedziniec przechodzili goście pootulani w pledy lub serdaki, chroniąc się parasolami od ulewnego deszczu, brodząc w rozmiękczonej ziemi i kierując swe kroki dowolnie przez pastwiska i miedze.
Spisowicza poczęły na ten widok trapić sędziowskie myśli:
— Ile tu musi być prowizoryów, sporów granicznych! jakie służebności ścieżki, przejazdu, przegonu!... Co to za praca będzie założyć tutaj hipotekę!
Ta ostatnia myśl tak zajęła sędziego, że oparłszy głowę na rękach, zapatrzył się przez szyby i w myśli począł kreślić plan sytuacyjny, oddzielać parcele, klasyfikować je i przydzielać do rodzaju uprawy.
Ale wszystko ma swój koniec, więc i sędzia skończył parcelowanie gruntów, pospacerował po izbie, zabił kilkadziesiąt much pantoflem i z westchnieniem, dobywszy z kufra komentarz prawa cywilnego, począł czytać z zajęciem.
— Nigdzie nie pójdziecie? — zapytał go zamiatający podłogę Kobziarz.
— Zamknijcie drzwi, bo wieje! Niezdrowo chodzić po mokrem.
— Kej tam niezdrowo! ja chodze zima lato boso, a zdrówem.
— Hm... są natury... ja nie mogę.
— Oj! jesceśmy też nie mieli takiego płonego gościa, wszyscy panowie, co tu mieskali, chodzili i zdrowi byli.
Minęła już druga godzina, a przyjaciele nie przysłali jakoś obiadu. Więc zgłodniały sędzia posłał Kobziarza do restauracyi, zjadł przyniesione, zimne już potrawy, pochodził po izbie i westchnąwszy: gdybym tak miał Juristen Zeitung lub Gazetę sądową! — jął dla rozmaitości czytać orzeczenia najwyższego trybunału.
Wracał pod wieczór Kolski do swego mieszkania, wtem pod oknami tegoż dojrzał, jak Kobziarz z paroma chłopakami ciekawie do wnętrza zaglądał, a chłopaki co chwila śmiechem wybuchali. Zdziwiony zbliżył się ku nim, a Kobziarz przemówił:
— Mnie się zdaje, że pan sędzia to coś ma... — tu pokazał palcem na czoło.
— Co wy mówicie?
Zaglądnął Kolski w okno i ujrzał jak Spisowicz plecami doń odwrócony, dzierżąc w każdej ręce po jednym stołku, regularnie podnosił je w górę, opuszczał ku ziemi, wznosił przed siebie do poziomu i znów ku ziemi opuszczał.
— Sędzia się gimnastykuje, rzekł Kolski, rozumiecie? bo to zdrowo, rozumiecie? precz ztąd chłopaki! do roboty!
Z gniewem wszedł Kolski do wnętrza.
— Mógłbyś zasłonić okna, rzekł do Spisowicza, kiedy wyprawiasz swe waryackie ewolucye, żeby się ludzie nie śmiali! Już mnie obmówili, że chodzę nocą po cudzych domach, ciebie ogłoszą za waryata, będziemy piękną mieć opinię!
— Gimnastyka nie jest waryacyą, powinieneś i ty, jeżeli chcesz zahartować ciało na wycieczki, systematycznie wyrabiać muskuły...
— Tak mówisz? Myślisz, żeby mi się gimnastyka przydała w górach?
— Naturalnie!
— Siadaj do kolacyi, przyniosłem wyborne wędliny, rzekł udobruchany Kolski.
— Niezdrowe. Już obiad zimny jadłem, bo późno posłałem.
— Myślałem, że ci Józio lub Franio obiad przysłali. Pożegnałem ich przed kasynem, bom spotkał Sobołę, najstarszego przewodnika tatrzańskiego, mówiłem z nim o wycieczkach... zjadłem z nim obiad w gospodzie, pyszną kiełbasę w ogniu smażoną.
— Tfu!
— Nie spluwaj, boś nie próbował. Bawiłem się wybornie słuchając opowiadań górali, ale w końcu jakoś słabo mi się zrobiło.
— Widzisz, to z kiełbasy.
— Nie, jak cię kocham, nie! ja się znam. Proste potrawy najzdrowsze, tylko jeszcze miejska niedyspozycya się przypomina. Ach! będę zdrowym, czuję to, skoro w pogodę pójdę w góry. Mówiłem już z przewodnikami, spróbujemy pójść na Ganek... nie namawiam cię na tę wycieczkę, bo trudna, ale za to pojedziesz sobie spokojnie z nami do Kościelisk — Armanowie przygotowują zbiorową wycieczkę...
— Nigdzie nie pojadę, tylko do domu — odparł sędzia. Klimat ostry, brak wszelkich wygód, tu zdrowie można stracić. Jak się tylko wypogodzi, odjeżdżam.
— Ależ nic jeszcze nie widziałeś!
— I widzieć nie chcę, bo zdrowia narażać nie myślę!
— Jesteś przecież zdrowy!
— Już ty nie wmawiaj we mnie zdrowia, ja wiem co mi brakuje.
— Jesteś baba.
— A ty masz bzika na punkcie gór, odparł zirytowany sędzia; dalszej sprzeczce położyło koniec wejście Armana, rewizytującego Kolskiego. Zjawili się i Plichta z Cichockim, zgotowano olbrzymią wazę ponczu i przepędzono wieczór na miłej gawędce. Rozweselił się i Spisowicz w wesołem towarzystwie, tylko dym cygar niepokoił go, czy w nocy nie spowoduje dusznej atmosfery...


III.

Nareszcie zabłysło słońce nad Zakopanem! Jasne promienie rozweselają krajobraz, rozszerzają widnokrąg, bo w głębi wyłaniają się, ozłocone słońcem, zakryte pierwej mgłą szczyty wyniosłych Tatr.
Po drogach wiejskich, w których zaschłe błoto wyrównało po części wyboje, spacerują setki gości, górale biegają i krzątają się, bo z pogodą nadchodzi właściwe dla nich żniwo: towarzyszenie gościom na wycieczkach w góry.
Kolski z zabłyśnięciem słońca odwrócił serdak kożuchem na spód i konferował z przewodnikami w sprawie wycieczki na Ganek, a mimochodem przygotowywał wiktuały na jazdę do Kościelisk. Spisowicz pakował się do powrotu, Cichocki drwił z niego, Plichta siedział w kasynie przy bilardzie lub taroku.
W dzień następny, oznaczony na wycieczkę do Kościelisk, będący zarazem dniem przez Spisowicza do odjazdu zadecydowanym, wstał Kolski już o piątej rano, chociaż odjazd na dziesiątą oznaczono, i nacieszywszy się pięknością wschodu słońca, wrócił obudzić towarzyszy.
— Józiu! Franiu! wstawajcie!
— Jeszcze czas — rzekł z łózka Plichta — poczekaj, niech sobie wypalę papierosa. Masz wiktuały? Jest co do picia?
— Jeszcze wczoraj zakupiłem.
— A dobre? pewnie nic nie warte. Pokażno!
I w wielkim negliżu przybiegł konsyliarz do zawiniątka, otwarł jednę butelkę za drugą, skosztował, splunął i rzekł:
— Tfu! nic nie warte. Lura! Trzeba kupić koniaku.
— Niema czasu. Nim się ubierzecie, mogą odjechać. A jeszcze konia nie zamówiłeś.
— Nie myślę tłuc się, jak nieopakowana butelka — odparł Plichta. — Jedź sobie z Franiem naprzód, ja kupię koniaku i dogonię was furką.
Cichocki, który od czasu jak na szkolnej majówce przez pół godziny jechał wierzchem, nigdy potem na koniu nie siedział, nie miał ochoty dosiadać konia i narażać się na drwinki, któremi sam lubił szafować. Oświadczył zatem, że pojedzie furką.
Spisowicz zapytał o swego furmana.
— Dałbyś pokój Kaziu odjazdowi — począł mu perswadować Kolski. Patrz! jak pięknie. Teraz właśnie pora tu zostać!
— Powiedziałem, że wracam, to wracam! Mam już po uszy tej willedżiatury[1]! Pogoda się ustaliła, więc nie zmoknę w powrocie.
I począł sędzia pakować gniewnie pościel do tłomoka.
— Ha! kiedy odjeżdżasz, to bywaj zdrów mój Kaziu! Spaceruj sobie po plantach w Krakowie, a my tu będziemy drapać się po górach. A gdybym zginął... — tu ścisnął Kolski z rozrzewnieniem dłoń przyjaciela — wspomnij czasem o mnie...
— Weź ze sobą termometr, barometr, hygrometr i od wypadku słoik pijawek na drogę, — dodał Cichocki, żegnając Spisowicza i poszedł z Plichtą po koniak i furę, a Kolski, wsiadłszy na konia, ruszył ku mieszkaniu Armanów.
Furman zajechał po Spisowicza.
— Zabierzcie kufry i ten tłomok! Ten paltot, szal i zarzutkę połóżcie na wierzchu.
Spisowicz rzucił po raz ostatni okiem na izbę, i zakrywszy usta ręką przed nagłym powiewem wiatru, przestąpił próg mieszkania.
Słońce oblało go ciepłemi promieniami, furman wsiadł na kozioł, sędzia powoli odjął rękę od ust i ruszył ku bryce. Nagle stanął. Patrząc w dal, spostrzegł, że mgła gdzieniegdzie rozciągała się po ziemi. Źle! pomyślał, pogoda jeszcze niepewna, nuż znowu deszcz lunie w drodze!... dość mam tych przemoczeń, wolę poczekać tutaj, aż się pogoda ustali, aniżeli jechać siedm mil pod grozą deszczu.
— Znoś kufry! — zawołał do furmana. — Masz tutaj za zawód... nie pojedziemy dzisiaj, może jutro, aż będzie pogoda.
— E... przecie pogoda śliczniutka! a jutro niedziela...
— Hm! to pojedziemy pojutrze!
I wszystkie kufry, tłomok, paltot, szal i zarzutka wróciły do izby, a sędzia, czując błogosławiony upał, siadł na ganku przed domem, grzejąc się na słoneczku.
Powoli zdjął pled, szal, w końcu zdjął nawet paltot z rękawów i tylko lekko się nim odział. Wyszedł parę kroków przed dom i po raz pierwszy przyglądnął się Zakopanemu, domom, willom, górom, lasom...
Wtem nadbiegł Plichta z flaszką. Za nim nadjechał Cichocki z bryczką.
— Ty tu Kaziu?
— Nie jadę jeszcze dzisiaj — odparł niechętnie Spisowicz — pogoda nieustalona...
— Śliczna pogoda, ciepło, wiatru niema, sucho; skoro wyszedłeś na dwór, możesz i dalej z nami się puścić. Jedź z nami do Kościelisk, mam pyszny koniak...
— Dalibóg — dodał Cichocki — nic ci się nie stanie, jeżeli z nami pojedziesz; Kościeliska jest to dolina, nie żadne góry, przeciągu niema (możesz wziąć ze sobą apteczkę od wypadku), a zobaczysz przecie coś oprócz kodeksów.
— Bodajem wodę pił całe życie — ciągnął dalej Plichta — jeżeli ci ta przejażdżka dobrze nie zrobi! Przecież, do stu butelek szampana, jestem lekarzem, więc mogę mieć o tem zdanie.
— Hm! żeby deszczu nie było i gdybyśmy przed wieczornym chłodem wrócili...
— Ale z pewnością wrócimy! musimy wrócić, bo przecie mają próbę teatru amatorskiego o szóstej — kłamał Plichta. — Patrz! ani jednej chmurki na niebie!
— Ha! to się przejadę.
Cichocki schwycił Spisowicza pod ramię, bojąc się, aby się nie cofnął i własnoręcznie wsadził go do bryczki. Plichta wrzucił zawiniątko z wiktuałami w siano, opakował troskliwie butelki i krzyknął:
— Jedź!
— Stój! zawołał Spisowicz — popołudniu może być chłodniej, wezmę jeszcze jeden pled.
Plichta zeskoczył z bryki, przyniósł pled z domu, wygramolił się znowu do bryki i krzyknął:
— Jedź!
— Stój! stój! — zawołał znowu sędzia.
— Cóż jeszcze do licha?
— Jestem głodny.
— Są tu wiktuały. Jedź! wio!
Nareszcie ruszyła bryka, wioząca trzech przyjaciół i ich losy. Przebyli już z milę drogi, gdy nagle na leśnej polance dojrzeli Kolskiego, biegającego za koniem to tu, to tam.
— Władziu! Władziu! — krzyknął nań Cichocki — cóż ty za sztuki wyprawiasz?
— Przeklęta szkapa!
— Zdaje mi się, że łatwiej ci będzie usiąść na katedrze, niż na koniu. A gdzież reszta towarzystwa? Przecież razem pojechaliście?
— Razem, razem... z początku wszystko szło ślicznie, nagle mój koń zszedł z drogi do rowu i począł sobie szczypać trawę. Ciągnę za uzdę, koń się obraca na miejscu i szczypie dalej. Ciągnę w drugą stronę, on się obraca w drugą stronę i szczypie dalej trawę. Wołam Narwalskiego, on chce mi przyjść w pomoc, ale znów jego koń nie chce nawrócić. Bije go, a koń jak ruszy z kopyta, tak mój Narwalski, jak strzała, posunął naprzód, trzymając się konia za szyję, za nim ruszyły konie reszty towarzystwa — za chwilę widziałem tylko chmurę pyłu przed sobą, a moja szkapina gryzie sobie dalej trawę... Złażę z niej, głaskam, proszę, biję, a ona cofa się i cofa i tak od pół godziny jestem na wsiadaniu. Ale zkąd się ty Kaziu tu wziąłeś? — zwrócił się zdziwiony Kolski do Spisowicza.
— Zostałem jeszcze, zostałem... czyś sobie nie zrobił czego złego?
— Nie, nie....Ale nie spodziewałem się ciebie Kaziu, już się pożegnaliśmy... co za dziw.
Spisowicz nie kontent z tego podziwienia, zwrócił rozmowę:
— Wsiądź z nami do bryki! na koniu niebezpiecznie, można sobie co zrobić...
— A cóż z koniem zrobię?
— Zapłacisz go — pocieszył Kolskiego Cichocki.
— Dziękuję za tę radę. Pomóżcie mi złapać szkapę, jak wsiędę, to ruszy za bryką.
Jak powiedziano, tak zrobiono. Bryka ruszyła naprzód, a dzianet Kolskiego, pogryzając siano, wyglądające z tyłu bryki, biegł za nią truchcikiem, podrzucając wysoko swego jeźdźca.
Tak wjechali w uroczą dolinę Kościeliską. Wąską, kamienistą drogę zamykają po bokach białe, mchem i świerkami ubrane skały, pod któremi szumi po głazach Dunajec. W dali ukazała się altana, obok roiło się od gości. Nawet muzyka przybyła z Zakopanego i urozmaicała zabawę, przygrywając najstarsze melodye.
Plichta kazał z bata strzelić i wychylił się z bryki. Dojrzał ich Narwalski i wybiegł z Armanem na powitanie.
— A! jesteś pan doktorze! zawołał Arman, szanowny mecenas! Co za niespodzianka, nawet sędzia! proszę panów do nas, właśnie przygotowana przekąska i herbata — ależ mieliśmy obawę o pana Kolskiego! już chcieliśmy posłać górali na poszukiwania. Proszę panów siadać, panie niecierpliwie czekały na panów, bo chcą zwiedzać dalej dolinę, w ręce konsyliarza! Andziu! — pan sędzia Spisowicz!
Przywitawszy panie, zasiedli turyści na jednej z ław, zbitych z prostych desek, przed nieco wyższą ławą, reprezentującą stół. Piękna pani Arman gospodarowała z pomocą siostry, panny Adeli i kuzynek. Obok na trawie siedziało trzech małych Armanków pod opieką guwernera p. Koziełka; najstarszy malec, około czternastoletni Lolo, zajęty był właśnie rysowaniem kredą na plecach guwernera; dalej zaś dmuchał Narwalski z zapałem w samowar, że aż poczerwieniał jak piwonia. Podczas przekąski wyjaśniał Kolski geologiczne i fizyograficzne stosunki Kościelisk, Spisowicz dysputował z Armanem o metodach badań naukowych, spoglądając często na nową znajomą, piękną gospodynię, Narwalski asystował pannie Misi, jednej z kuzynek, a Plichta z Cichockim bawili się z dziećmi, dopytując: kiedy panny wstają? kiedy spać idą? czy lubią śpiewać? czy lubią pana Narwalskiego, czy wolą kogo innego? a malcy, ciągnięci za język, zdradzali wszystkie tajemnice panienek...
— Panowie, zachęcała gospodyni, proszę się posilać, bo pójdziemy dalej.
P. Koziełek wziął trzecią już czy czwartą szklankę herbaty, podniósł w górę i rzekłszy z namaszczeniem, ku nauce młodego pokolenia: Socrates laetus et libens venenum hausit[2]! (Sokrates wypił wesoło i bez niechęci truciznę), wychylił szklankę.
Arman upodobał sobie tymczasem poważnego Spisowicza i zapraszając go do siebie, mówił:
— Spodziewam się, że pan sędzia zechce częściej wstąpić do mnie na pogadankę?
— Niestety! pojutrze odjeżdżam.
— Więc panu się tutaj nie podoba?
— Nic a nic. To jest... właściwie... podobają mi się góry... doliny... ale zdrowie mi nie pozwala.
Panna Adela spojrzała z podziwieniem na kolosalną iście postać Spisowicza i rzekła:
— E! pan sędzia wymawia się tylko zdrowiem, coś pana, albo może ktoś pana ztąd ciągnie?
— O! żaden ktoś, z pewnością.
— W góry, proszę państwa! zawołał Kolski, wznosząc siekierkę nad głowę, nie traćmy czasu, bo przy słońcu najpiękniejszy widok przedstawia dolina.
— Prowadź zatem doktorze!
Adversus Hannibalem dux electus est Quintus Fabius (przeciw Hannibalowi obrano wodzem Kwinta Fabiusza), rzekł do pupilów p. Koziełek, wstając z trawnika.
— A propinacya jest? zapytał Plichta, bo tam w górze pragnienie wielkie, a nic nie dostanie! Ja biorę koniak dla bezpieczeństwa...
Brzegiem strumienia ruszono powoli w górę. Na czele biegł Kolski, podnosząc po nad głowę siekierkę i wołając od czasu do czasu: Proszę w lewo! teraz w prawo! tu piękny widok! Za nim biegł Narwalski z panną Misią, Adelą i kuzynkami, dalej Armanowie z sędzią, a dzieci z filologiem, Plichtą i Cichockim zamykali pochód. W drodze, w trudniejszych przejściach podawał sędzia kilka razy rękę pani Armanowej. Za jej dotknięciem czuł dziwne wzruszenie... Rozgrzany zdjął palto i okręcił je na parasol, który niósł jak karabin na ramieniu.
Nagle stanęło całe towarzystwo: woda zabrała kładkę.
Spartam Eurotas amnis circumfluit (Spartę opływa rzeka Eurotas) mruknął p. Koziełek.
— Wojciechu! zawołał Kolski do jednego z górali, pokazując siekierką na drzewa, te sośniaki będą dobre...
Górale rzucili się z toporkami i jęli ścinać dwa sośniaki.
— Stójcie, zawołał sędzia, co robicie!?
— Zrobi się kładkę, odpowiedział jeden z górali, nie przestając rąbać.
— Jakżeż można coś podobnego robić! To przestępstwo lasowe!
— Więc nie ścinajcie, ozwała się panna Adela, pan sędzia przeniesie nas w bród.
Spisowicz dostał większego kataru na samą myśl że miałby nogi zamoczyć...
— Przecież i tutaj obowiązuje ustawa leśna, a paragraf sześćdziesiąty...
Panie poczęły się śmiać, Spisowicz umilkł i — mimo skrupułów co do przestępstwa lasowego, skorzystał z niego, to jest przeszedł po kładce. Po półgodzinnym marszu usiedli wszyscy pod krzyżem Goszczyńskiego, spoczywając po męczącej przechadzce.
Narwalski wziął na bok Kolskiego, Plichtę i Cichockiego. Proszę was na wszystko — przemówił do nich błagalnie, namówcie Armanów, albo przynajmniej popierajcie moje namowy, żeby jeszcze jaką wspólną wycieczkę urządzić... Arman jest zazdrosny o żonę, boi się ją za próg wyprowadzić, a ztąd i panny muszą przy nich w domu siedzieć... wy pierwsi umieliście jakoś obudzić w nim zaufanie... panna Misia nudzi się przy nich najokropniej...
— No, no! mój Tadeczku, rzekł klepiąc go po ramieniu Kolski, będziemy się starać, żebyś z panną Misią pospacerował jeszcze.
— Tylko mówcie panowie z Armanem wciąż o książkach, bo to widocznie dobrze go dla panów usposobiło... wracajmy do pań.
Spisowicz oparty o parasol stał obok Armanów (bo bał się usiąść na ziemi, aby się nie zaziębić), i w duchu obliczał, o ile też temperatura spadnie, nim wrócą do domu. Widząc przeciągającą się gawędkę, wtrącił nieśmiało:
— Czy nie byłby czas już wracać?
— Czy się panu już nudzi w tej uroczej dolinie?
— O! bynajmniej! ale... ale... panie podobno mają próbę teatru amatorskiego o szóstej...
— My! któż to panu powiedział? nic o tem nie wiemy.
— Nie pozwoliłbym żonie grać w teatrze, wtrącił chmurnie Arman, niedorzeczna zabawa!
— Plichta mi mówił... bronił się Spisowicz, myśląc w duchu: skłamał niegodziwie, będzie mię miał na sumieniu, jak się tu zaziębię, albo reumatyzmu dostanę! Oni gotowi siedzieć tu do wieczora, gapiąc się na góry!
— Skoro paniom się nie spieszy, dodał głośno, cieszyć się będziemy dłużej ich towarzystwem, chociaż wieczorne powietrze nie musi tu być zdrowe!...
— Ma słuszność sędzia — poparł go Arman — wracajmy przed spadnięciem rosy.
Kolski stanął znowu na czele pochodu.
Pod skałą «Pisaną», na której wszyscy podróżnicy ryją swe imiona, zatrzymało się towarzystwo, aby nazwiska swe uwiecznić na kamieniu. Wśród setek imion i nazwisk, od Tissota i Siemiradzkiego aż do Kolskiego i towarzyszy, wyrył p. Koziełek swą nazwę i napis: beneficia memini, obliviscor iniurias! (pamiętam o dobrodziejstwach, zapominam o krzywdach).
Plichta nie mógł już znaleźć miejsca na porytej i popisanej skale, stanął więc na głazie i wysoko rył scyzorykiem swe inicyały. Nagle stracił równowagę, runął i jął okropnie narzekać.
— Wody! wody! — krzyknęły panie, biegnąc ku upadłemu. — Konsyliarzu! co panu!?
— Butelka koniaku się rozbiła — jęknął Plichta i wyrzucił z mokrej kieszeni szczerby butelki. — Szczęściem, że manierka blaszana, bo byłaby się także stłukła!
— Większe szczęście, że konsyliarz nie szklany, bo także nie wróciłby cały po tym upadku.
Bez dalszego przypadku przybyli do swojego obozowiska, gdzie konsyliarza trudna a niespodziana czekała przeprawa. Kiedy rozmawiano o niefortunnej jeździe konnej Kolskiego, Plichta dawał mu rozmaite na przyszłość nauki co do kierowania koniem, użycia ostróg i bata, dając niedwuznacznie do zrozumienia, że zna się na sporcie końskim doskonale i jeździ jak stary ułan.
Ponieważ pani Armanowa czuła się utrudzoną, przeto małżonek jej zaproponował Plichcie, ażeby ustąpił jej swego miejsca w bryce, a sam na jej wierzchowcu wracał.
— Z największą przyjemnością — odparł konsyliarz, patrząc z największą nieprzyjemnością na damskie siodło wierzchowca. Nagle spostrzegł, że obok jego bryki stoi druga.
— A to czyja? — zapytał — czy wolna?
— Tu dzieci jadą z panem Koziełkiem.
Stracił wszelką nadzieję Plichta i wsiadł na konia.
Sędzia, dobrze otulony przed wieczornym wietrzykiem, zasiadł w bryczce obok Cichockiego, naprzeciw Armanów, gwarząc z Armanem o systemie indukcyjnym i dedukcyjnym przy badaniach naukowych, a spoglądając z uwielbieniem na jego małżonkę.
Panny, Kolski i Narwalski, dosiadłszy rumaków, ruszyli naprzód, a biedny Plichta, trzymając się oburącz damskiego siodła, błogosławił powolność dyszlowego rumaka. Jedynem urozmaiceniem niepokojów jego było częste zatrzymywanie pochodu celem odszukania bransoletki, szpicruta lub szpilki, gubionych peryodycznie przez panny.
Tak przybyli szczęśliwie do Zakopanego.
Arman zaprosił całe towarzystwo do siebie na dzień następny na podwieczorek, a turyści nasi, pomni próśb Narwalskiego, przyjęli chętnie zaproszenie. Sędzia, chociaż obawiał się wilgoci, bo podwieczorek na świeżem powietrzu zapowiedziano, nie śmiał odmówić pięknej gospodyni. Wrócił z narzekającym na wynalazek konnej jazdy Plichtą do domu; Kolski poszedł do gospody konferować z przewodnikami w sprawie wyprawy na Ganek, a Cichocki na gazety do kasyna.


IV.

Ledwo Plichta próg mieszkania przekroczył, rzucił się na łóżko, stękając:
— Niech licho porwie takie konne trzęsienie ziemi! Jestem stłuczony na kwaśne jabłko... Pozwolę się nazwać stłuczonym kieliszkiem, jeżeli dam się kiedy jeszcze namówić na konną jazdę i to na damskiem siodle!... No! Kaziu! jak ci się podobała wycieczka? co? Przejechałeś się i zabawiłeś się i nic ci nie zaszkodziło. I do tego wracałeś w towarzystwie ślicznej kobietki!
— Bardzo ładna! — odparł z zapałem Spisowicz.
— Ale jej siostra sto razy ładniejsza.
— Hm! nie uważałem.
— Zapatrzałeś się na Armanową, więc byłeś na wszystko ślepy. Panna Adela, to delicye! Wykapana Armanowa, tylko młodsza i ładniejsza, śliczna! Ktoś będzie miał z niej ładną żonkę.
Sędzia się zadumał i przechodził w myśli rysopis panny Adeli: wzrost wysoki, figura wspaniała; włosy czarne, długie śliczne; oczy duże, czarne, palące; nos proporcyonalny, orli; usta małe, śliczne, uśmiechnięte; zęby białe, cudowne; znaki szczególne? żadne. Po namyśle odpowiedział:
— Rzeczywiście ładna i podobna do Armanowej.
Plichta rzucił pochwałę panny Adeli od niechcenia; ale widząc, że jego słowa wywarły pewne wrażenie na przyjacielu, ciągnął dalej:
— Podobniuteńka do Armanowej... Wiesz co Kaziu? panna do wzięcia... ładna panna!
— Co? ty Józiu, taki przeciwnik małżeństwa, radziłbyś mi...
— Bo ty na kawalera nie jesteś stworzony, lubisz siedzieć w domu, w cieple, to materyał tylko pod pantofel, pod śliczny pantofelek panny Adeli. Mówię ci, ożeń się, a będziesz szczęśliwie i spokojnie siedział sobie w domu, jak beczka na ligarach w piwnicy.
Sędzia, nie zastanawiając się nad trafnością porównania Józia, zamyślił się nad podobieństwem panny Adeli do Armanowej i rzekł po chwili:
— Statystyka uczy, że ludzie żonaci dłużej żyją...
— A widzisz! Przypatrz się tylko jutro dobrze Adelci, zdecyduj się potem, i zaraz zaczniemy konkurować.
— Jakto? obaj zaczniemy?
— To jest ty będziesz konkurować, a my będziemy ci pomagać. Będziemy cię chwalić, podnosić twoje zalety, pomożemy ci popełnić jakiś czyn bohaterski... Zresztą zobaczymy. Arman lubi safandułów, będzie więc za tobą...
Sędzia długo nie mógł dziś usnąć. Postacie wysmukłych sióstr z czarnemi, palącemi oczami błąkały się w jego umyśle obok paragrafów, traktujących o — małżeństwie. Do samego ranka kręcił się sędzia na łóżku, aż nareszcie sen zlitował się nad nim i osiadł na jego powiekach.
Nazajutrz ubrał się niezwykle starannie na wizytę.
Gdy przybyli przed mieszkanie Armanów, zastali na ganku p. Koziełka z młodą generacyą, palącego ogromną fajkę i dającego pupilom pedagogiczne nauki oraz łacińskie zdania, równie długie jak cybuch jego fajki, do tłómaczenia. Sędzia odpędził ręką dym z fajki od nosa i mruknąwszy niechętnie: Fe! dymi jak wulkan! wszedł z przyjaciółmi do wnętrza.
Venus nupsit Vulcano! (Wenera poślubiła Wulkana) rzekł p. Koziełek, dosłyszawszy ostatnie słowo sędziego, i zwrócił się do Lola z zapytaniem: co znaczy Venus nupsit Vulcano!?
— Niech pan zapyta się Stasia lub Jasia, odparł obrażony Lolo. Ja idę do ósmej klasy i jestem członkiem komitetu urządzającego reuniony!
— Aha! nie wiesz, odparł filolog. Gdybyś wiedział, co znaczy, tobyś odpowiedział!
Lolo spojrzał dumnie na p. Koziełka i odpowiedział mu z pogardą: Wenus ożeniła się z Wezuwiuszem! poszedł z tryumfem do wnętrza.
Tam sędzia dysputował już z Armanem o znaczeniu analizy w badaniach naukowych i o konieczności połączenia jej z syntezą, spoglądając z pod oka to na gospodynią domu, to na jej siostrę i analizując w myśli ich wdzięki. Narwalski zabawiał pannę Misię, a reszta gości zabawiała się rozmową o górach, w czem oczywiście pierwszy głos miał Kolski, przedstawiając dotychczasowy stan wiadomości o niedostępnym Ganku i swe usiłowania dostania się na ten szczyt, któreto usiłowania dotychczas polegały na rozmowie z przewodnikami, którzy podobnie jak Kolski na Ganku jeszcze nie byli.
Po chwili poprosił Arman na podwieczorek do ogrodu. Po drodze prawił Narwalski w ucho Kolskiemu; Panna Misia i Adela chcą koniecznie zobaczyć Morskie Oko, ale Arman nie chce się wybrać. Kobiety spiskują przeciw niemu, licząc na waszą pomoc. Gdybyście sędziego namówili?.. jego okrutnie polubił Arman...
— To niemożliwe, wtrącił Cichocki, znający zdawna Spisowicza. On się tam nie wybierze, boi się zaziębienia i kataru. Ani mowy.
— To przynajmniej niech cicho siedzi i nie odradza.
— To możemy na nim wymódz, dodał Kolski, siądę przy nim i nie dam mu się sprzeciwiać.
Plichta szepnął parę słów w ucho sędziemu i popchnął go ku pannie Adeli. Kolski siadł z drugiej strony sędziego, aby stłumić w zarodku wszelką jego opozycyą przeciw Morskiemu Oku. Cichocki z Plichtą zasiedli znowu w gronie dzieci, wypytując filologa, czy Alcybiades w karty grywał? Czy w starożytności pito herbatę w ogrodzie? Czy Ptolomeusz był przy Morskiem Oku? itp. Wreszcie znudziło się Cichockiemu dysputowanie z zacietrzewionym p. Koziełkiem, więc rzekł do Plichty:
— Zaczyna być nudno... zagrajmy Józiu w para niepara.
— Dobrze. Ile mam teraz w kieszeni?
— Niepara!
Plichta dobył pieniądze z kieszeni i począł nieznacznie liczyć pod stołem...
Tymczasem panna Adela postawiła na porządku dziennym sprawę wycieczki do Morskiego Oka.
— Co ci się zachciewa! zawołał Arman.
— To pyszna myśl! zawołał Narwalski. Panie pojechałyby z panem Antonim i ze mną, a reszta poszłaby przez Zawrat piechotą, potem złączylibyśmy się przy Morskiem Oku i razem wrócili przez Waksmundzką dolinę...
— O! jakiś pan samolub — rzekł sędzia — sam pan chcesz jechać, a nam każesz iść piechotą!
— Więc pan sędzia wybrałbyś się z nami? — zapytała prędko panna Adela, klaskając w dłonie.
Sędzia wzdrygnął się: stanęły mu przed oczami katary, zaziębienia, przemoczenia, zapalenie płuc, a potem...
— To jest... ja nie — jąkał się — ja nie...
— A! panbyś nie szedł, ale pojechałbyś z nami furą?
I spojrzała panna Adela na sędziego proszącemi oczami.
— Cudowna! — myślał sędzia zapatrzony na nią, zapominając odpowiedzi. — Józio miał racyę, że ładniejsza od Armanowej... młodsza, piękniejsza, zdrowa...
— Kto milczy, ten zezwala — zawołała panna Adela. — Pojedziemy, pojedziemy.
Sędzia przeraził się. Odmówić jej? niepodobna... pojechać? zaziębienie pewne...
— Ha! — rzekł wreszcie po namyśle — jeżeli całe towarzystwo pójdzie, to będzie to dla mnie przyjemnością... prawdziwą przyjemnością... tylko pogoda teraz jest wątpliwa...
— Śliczna pogoda — przerwał mu Kolski — cudna będzie droga. Ja odprowadzę państwa do Morskiego Oka, a ztamtąd ruszę na Ganek.
— Kiedy się więc wybierzemy?
— Tylko nie tak gorąco, Adelciu — przerwał niezadowolony Arman.
— Andzia także się zabawi z nami, przecież jej nie będziesz bronił zabawy...
Arman spojrzał pytająco na żonę.
— Jak ty pojedziesz — odpowiedziała Armanowa — to ja najchętniej. Wszyscy cuda opowiadają o Morskiem Oku.
Hm! więc kobiety, ja i sędzia wozem — medytował głośno Arman.
— I ja — dodał Narwalski.
— I pan Tadeusz... hm, panowie piechotą, hm!
— Pojedziemy wszyscy wozami do Kuźnic — objaśnił profesor — a tam dopiero się rozdzielimy, aby się znowu spotkać nad Morskiem Okiem.
— A cóż na to pan mecenas? a pan, panie konsyliarzu?
Plichta nagle zagadnięty, zajęty grą w para niepara, odpowiedział niebacznie:
— Niepara!
Wszyscy parsknęli śmiechem dokoła.
— Przepraszam — wyjąknął zmieszany konsyliarz — nie słyszałem pytania... założyłem się z mecenasem, czy pań jest do pary, czy nie do pary...
— To ciekawy zakład! tak nas trudno policzyć! — zawołała rozmowna panna Adela. Jest nas tu aż trzy!
— Pani ma lekką chrypkę i katar — przerwał jej z współczuciem sędzia. — Niezawodnie musiała się pani przeziębić. Należałoby napić się gorącej herbaty i położyć się do łóżeczka...
— Słusznie mówi sędzia — poparł go Arman — ale cóż robić z tą Adelcią! Wczoraj naprzykład, wróciwszy z Kościelisk, spała przy otwartem oknie!
— Czy być może?!... nie należy nigdy kataru zaniedbywać — mówił poważnie sędzia — bo zaniedbanie przemienia katar w chroniczny, dalej stopniowo przechodzi w gardlany, potem w płucny, zwany: bronchitis.
— Pan mógłbyś zastąpić nieraz konsyliarza Plichtę — wtrąciła, śmiejąc się, Adelcia. — Czy pan i medycynę studyował?
— Tylko sądową, proszę pani.
— Więc stoi na tem, podjęła rozmowę panna Misia, że jedziemy. Ale kiedy?
— Jak najprędzej, zaproponował Narwalski.
Melius sero quam nunquam (lepiej późno, niż nigdy), rzekł p. Koziełek, a zwracając się do gwarliwego, młodego pokolenia, ciągnął dalej: Słuchajcie dzieci, co mówią starsi. Epaminondas studiosus erat audiendi (Epaminondas chętnie przysłuchiwał się rozmowom).
— Musimy najprzód zrobić przygotowania — ozwała się gospodyni — kurczęta smażyć, siekać kotlety... najwcześniej pojutrze moglibyśmy wyruszyć.
— Więc pojutrze jedziemy! zakończyła panna Adela i zadowolona z przebiegu sprawy, podsunęła sędziemu trzecią filiżankę herbaty, mówiąc: to zdrowe na katar!
Usłyszawszy to Plichta, pomyślał: a to się Kazio ładnie na początek przedstawił! muszę mu dać naukę, aby mi ani słówka o katarze przy pannie nie pisnął! Jemu konkurować o posadę posługacza szpitalnego, nie o pannę!
Jak w Panu Tadeuszu, przed wyprawą na niedźwiedzia, Wojski ściągnął na siebie wszystkich oczy:

»Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę
Wodza i że Wojskiemu oddają buławę«

tak wszyscy spojrzeli na Kolskiego, który powstawszy, przemówił uroczyście:
— Panie zechcą być gotowe na piątą rano pojutrze, fury ja zamówię.
— Już o piątej? tak wcześnie?
— Tak proszę pań, inaczej przybylibyśmy aż w nocy nad Morskie Oko.
Themistocles saepe noctu ambulabat (Temistokles często przechadzał się nocą) — rzekł p. Koziełek.
— Proszę się zaopatrzyć w derki, ciepłe ubrania i bieliznę do zmiany w razie przemoczenia, dysponował dalej Kolski, a sędziego przechodziły ciarki po skórze na te słowa.
— Pan sędzia jedzie w naszej furze, dodała panna Adela na pożegnanie, chcąc sobie zapewnić tak cenioną przez Armana osobistość.
— Niepodobna mi odmówić tak miłemu rozkazowi! odparł sędzia z lekkiem westchnieniem.
Gdy wyszli za próg, Plichta ważył wielkie myśli po drodze. Skoro Kazio, myślał, ten tchórz w wiecznej trwodze o zaziębienie, zdecydował się na wyprawę do Morskiego Oka, którą mu Kolski niecnie oczernił, to musiała go Adelcia djabelnie wziąć za serce... wartoby mu dopomódz, aby nie dostał kosza, ergo należałoby mu dać przyzwoitą naukę. Tak pomyślawszy, wziął Plichta sędziego pod ramię i wyprzedziwszy towarzyszy o parę kroków, przemówił:
— No?
— Co?
— Podobała się?
— Kto?
— Nie udawaj! wiesz o co chodzi.
— Rzeczywiście... śliczna.
— Słuchaj zatem: skoro ci się podobała, to trzeba być niedołęgą albo dziwakiem, aby z nią rozmawiać o — katarze.
— Wy doktorzy lekceważycie małe słabości, aby potem ciągnąć pieniądze od pacyentów, kiedy w cięższą chorobę popadną przez lekceważenie lekkiej.
— Choćby tak było, to nie ośmieszaj się przed panną! Słuchaj więc, odpowiedz mi seryo, czy, gdyby cię panna zechciała (co może nastąpić tylko wtedy, jeżeli zapomnisz o katarze), ożeniłbyś się z nią? hę?
Sędzia oglądnął się, czy nikt nie słyszy i odrzekł cicho:
— Tajemnica! żeby nikt się nie dowiedział, nużbym dostał kosza?...
— Więc ożeniłbyś się?
— Ożeniłbym — odparł cichutko sędzia.
— A więc słuchaj: będziemy robić, co w ludzkiej mocy, abyś nie dostał kosza, ale jak mi przy pannie słowo piśniesz o katarze, to umywam ręce od wszystkiego!
— Ani o zaziębieniu?
— O żadnej słabości, ani przypadłości! Masz być wesołym, mów z nią o literaturze.... o muzyce... o... sztuce, o czem ci się zresztą podoba, tylko nie o tym przeklętym katarze! Hm! żebyś tak zrobił jaki czyn bohaterski?... no... pomyślę i o tem.
Sędzia ścisnął rękę Plichty z rozrzewnieniem i rzekł:
— Odprawiam furmana i nie pojadę jeszcze do Krakowa.
— A to go wzięła! — pomyślał Plichta. — Żeby tak jaki czyn bohaterski...
Spisowicz spał znowu niespokojnie. Dziś sama panna Adela, bez żadnej przymieszki Armanowej, stała mu przed oczami. Ale panna Adela lubiąca otwarte okna i lekceważąca katar!
— Jeżeli pójdzie za mnie — pomyślał — to mię będzie kochać. Jeżeli będzie kochać, to się odzwyczai dla mnie od otwierania okien i nie będzie chodzić do Morskiego Oka...
Uspokojony tem rozumowaniem zasnął nareszcie.
Kolski, mając w programie wycieczkę, uczuł się w swoim żywiole. Prosto od Armanów pobiegł zamówić fury i przewodników. Znalazłszy ich przed karczmą, wszedł do jej wnętrza na naradę. Siadł z przewodnikami przy stole, zajadając ser owczy i popijając żętycę, bo wmówił w siebie, że ser, żętyca i kiełbasa to najzdrowsze przysmaki, które wprawdzie sprawiały mu potem niedyspozycyę, ale tłómaczył ją sobie tem, »że musiał w restauracyi zjeść coś niezdrowego«, bo tylko wtedy silnym i rzeźkim się czuje, kiedy używa żętycy i kiełbasy w ogniu smażonej.
Wczas rano już był na nogach i do późnej nocy gonił z góralami, to prezentując fornali Armanom, to znosząc wiktuały, to odmieniając takowe i kupując nowe.
— Tylko propinacyę mnie zostaw — napominał go Plichta — bo ty się znasz na tem tyle, co niemowlę na fabrykacyi alkoholu. Żeby tak jaki czyn bohaterski?...
— Co ty pleciesz? — spytał Kolski.
— E... nic!
Po odejściu Kolskiego zwrócił się Plichta do Spisowicza:
— Koniecznie musisz zrobić coś bohaterskiego.
— I!... — utkwiła ci jedna myśl w głowie i nudzisz mię nią ciągle. Czy to średnie wieki, żebym urządzał turnieje i kruszył kopię, ozdobiony szarfą damy?
— Nie rozumiesz, o co mi chodzi. Trzeba, żebyś zatarł twoje kataralne rozmowy, żebyś okazał się mężczyzną, eleganckim, kochającym, rycerskim, np. żebyś Jej (mówię teraz przez duże J., iżby nie urazić twego ideału), żebyś więc Jej życie uratował... Hm! gdyby tak wpadła do wody?
— Bój się Boga! zaziębiłaby się!
— No, to żebyś schwycił rozhukanego unoszącego Ją rumaka; ale te przeklęte szkapy góralskie nawet rozbiegać się nie potrafią!
— Dajże pokój takim pomysłom!
— Już ja muszę coś wymyślić, inaczej możesz mię nazwać złamanym trybuszonem[3].


V.

O świcie zapukał przewodnik do okien turystów. Kolski zerwał się w jednej chwili na nogi, ubrał się w swój serdak, przywdział palone buty, przewiesił przez jedno ramię rewolwer, przez drugie lunetę i manierkę, na głowę włożył kapelusz w kształcie hełmu z woalem, wziął w rękę siekierkę i kazał góralom zabrać wiktuały i zapasowe ubrania przyjaciół do bryczki. Stuknął potem siekierką w ziemię i zawołał:
— Wstawajcie mieszczuchy! spieszcie się, żeby na nas nie czekano!
— Nie bój się o to — odpowiedział flegmatycznie Cichocki, zapalając papierosa — możemy się jeszcze przedrzemać, a kobiety jeszcze nie będą gotowe. Czyś ty widział, lub słyszał, żeby kobiety nie spóźniły się kiedy? Kataralny sędzio! czy myślisz, że pójdziemy do bieguna północnego, że się tak ciepło ubierasz?
— Muszę jeszcze wdziać jaegerowską bieliznę[4] — rzekł do siebie sędzia, nie zważając na przycinek i począł się na nowo rozbierać. Wdział jaegerowski kaftanik, ubrał się znowu, zapiął szczelnie wszystkie guziki, zarzucił na ramię ciężki paltot zimowy, menżykow gumowy i pled, wziął w rękę parasol i przysłoniwszy usta ręką, przekroczył próg nareszcie.
Na ganku przed domem Armanów, siedział Narwalski, uzbrojony w zupełnie podobny sposób jak Kolski, i Lolo z ojcem.
— Panie zaraz będą gotowe — zapewnił Arman, witając przybyłych.
Cichocki poszedł wolnym krokiem do restauracyi, zjadł śniadanie, przeszedł się po wsi i równie wolnym krokiem powrócił na punkt zborny. Panie zapewniały z wnętrza, że zaraz będą gotowe, a Kolski kręcił jak na szpilkach, spoglądając co moment na zegarek.
Nareszcie nadeszła chwila odjazdu, ruszyły fury ku Kuźnicom, gdzie nastąpiło rozstanie. Kolski z Cichockim i Plichtą krzyknęli:
— Do widzenia wieczorem u Morskiego Oka! — i poczęli nieustraszeni wstępować do góry w ślad za góralami na przodzie idącymi. Fury z resztą towarzystwa ruszyły zaś dalej po niegodziwej drodze. Sędzia, siedzący w furze obok Armana, naprzeciw panny Adeli, usiłował odpędzić od siebie smutne myśli o możliwem zaziębieniu i pomny rad Plichty, zabawiał panie rozmową o literaturze, t. j. zwierzył się z zamiaru napisania dzieła o służebnościach polnych, którego myśl zrodziła się w nim w Zakopanem, przyczem niedościgłym dla niego ideałem będzie trzymanie się metody p. Armana, a ten ostatni cieszył się niepomiernie poważną rozmową sędziego...
Tak powoli posuwały się fury naprzód, aż po kilkugodzinnemu trzęsieniu uznali wszyscy za niemożliwe dalsze siedzenie w furze. Zsiedli więc i piechotą obok fur postępowali. Arman podał rękę żonie, sędzia nie miał jednak odwagi iść za jego przykładem. Postępował obok panny Adeli, chwaląc heroicznie piękną naturę i widoki. Obiad spożyto na trawniku, nawet sędzia znużony usiadł na rozpostartym pledzie. Gdy konie wypoczęły, ruszono w dalszą drogę. Panna Adela poczęła coś nucić, a że sędzia był muzykalny, przypomniał sobie rady Plichty i wszczął rozmowę o muzyce. Tę lubiła niezmiernie panna Adela, więc z zapałem dysputowała z sędzią, stając w obronie Wagnera. Mijał czas wśród dysputy, cienie zaczęły się przedłużać, słońce poczęło chylić się za góry, aż nareszcie stanęli w Roztoce. Tu kończy się droga wozowa (o ile pas wyboi i kamieni drogą nazwać można), fury zostały w szopie, a całe towarzystwo ruszyło ostatnim wysiłkiem cudowną leśną ścieżyną do upragnionego celu. Nareszcie po półtoragodzinnym marszu zatrzymał się góral na czele idący, wyciągnął rękę z toporkiem i rzekł:
— Morskie Oko!
Wszyscy stanęli nagle na zakręcie, z którego niespodzianie odsłonił się wspaniały widok.
Wśród wysokich, dzikich, poszarpanych, gdzieniegdzie śniegiem pokrytych stromych gór, toczyło lekkie fale ciemno-lazurowe jezioro. Brzegi, ubrane wiankiem kosodrzewiny biegły w dal, aż na drugiej stronie jeziora malały dla oka do wielkości drobnych mchów... Lecz do brzegów tego jeziora jeszcze kwadrans drogi!
— Ach, już ledwo idę, tak jestem zmęczona! westchnęła panna Adela, nie wiem doprawdy, czy dojdę.
— Jeszcze chwilę wysiłku, bądź pani mężczyzną! — dodawał jej otuchy i wytrwałości sędzia.
Nareszcie zbliżyli się do brzegów jeziora. Mnóstwo gości snuło się do koła, wywołując od czasu do czasu wielokrotne echo wystrzałami z pistoletów.
Nad samym brzegiem stoi dom z grubych palów złożony, iście muskularnej budowy, od dołu do góry utatuowany wyrzynanemi nazwiskami podróżników. To schronisko dla turystów, imieniem uczonego badacza Tatr, Staszyca, nazwane. Od strony jeziora ciągnie się wzdłuż budynku weranda, na której czekają już Kolski, Cichocki i Plichta, wyciągający nogi po męczącym pochodzie przez góry. Gdy zoczyli zbliżających się Armanów, zbiegli z werandy na powitanie! Kolski, kulejąc trochę, wprowadził przybyłych, pouczając ich po drodze, że Morskie Oko, a właściwie Staw Rybi, ma 59 morgów powierzchni, i wznosi się na 4379 stóp nad powierzchnię morza Bałtyckiego. Praktyczny Plichta przerwał potok jego wymowy:
— Pozwólże paniom odpocząć, Władku! Panie będą spać w izbie na lewo, na dole, dla pana Armana znalazło się niezłe łóżko na dole na prawo, reszta panów musi spać na strychu. Niema na to rady! Schronisko obliczono na 30 gości, a jest ich dzisiaj około stu, nie licząc przewodników i tragarzy. Proszę pań, tu na lewo.
— Więc ja będę spał na strychu? spytał niedowierzająco sędzia.
— Tak, mój kochany. Może jednak wolałbyś pod gołem niebem?
Sędzia nie odpowiedział nic na tę insynuacyą Cichockiego, lecz, okryty pledem, usiadł na werandzie i przypatrywał się mgłom, powoli zasłaniającym widok.
Przewodnik przyniósł wrzącą herbatę i tłomoki z wiktuałami, panie przysłały kurczęta i złożyła się niezła wieczerza, tem smaczniejsza, że po dwunastogodzinnym marszu apetyty wzrosły szalenie. Pod koniec uczty powróciły panie.
— Jakżeż panowie bawili się w drodze? zapytała Armanowa.
— Bardzo piękne widoki, odpowiedział Cichocki, ogryzając smaczną nóżkę z kurczęcia, ale droga jak do nieba: ciernista, wązka i kamienista. Najprzód szliśmy przez bardzo wysoką górę...
— Co mówisz, przerwał mu Kolski, to pagórek, Boczań się nazywa[5].
— Mniejsza o to, dla mnie wysoka góra i basta; potem szliśmy przez jeszcze wyższą górę...
— Kopa Królowej, objaśnił Kolski, następnie śniadaliśmy nad Czarnym Stawem pod Kościelcem — woda czarna, jak smoła.
— Powinni ją sprowadzać do fabrykacyi atramentu wtrącił sędzia.
— Ładny byłby atrament! woda czysta jak kryształ, a staw odbija czarną barwę tylko z powodu głębokości i ciemnego otoczenia gór. Potem szliśmy po śniegu ku Zawratowi.
— Po śniegu! zdumiał się sędzia, to można nogi przeziębić...
Plichta szturknął go pod bok i spojrzał nań tak groźnie, że sędzia omal się w język nie ugryzł.
— Droga pod górę musi być bardzo uciążliwa?
— Idzie się prawie prostopadle. Z dołu patrząc myślałbyś, że jeden stoi drugiemu na głowie. Po godzinnym marszu, stanęliśmy wreszcie na Zawracie, t. j. na przełęczy czyli przejściu między dwoma szczytami góry, na wysokości 6877 stóp nad powierzchnią morza. Cudowny widok!
— Cudowny, powtórzył za Kolskim Cichocki, ale drugi raz wybiorę się tam tylko balonem. Co za zmęczenie drapać się na taką wysokość, zwłaszcza na wyścigi!
— Jakto na wyścigi?
— Władek nie chciał nam nic dać jeść, ani pić, aż na samym Zawracie, aby nam dodać bodźca. A że nam się jeść porządnie chciało, więc spinaliśmy się na wyścigi ku górze, aż nam tchu brakowało!
— Przepędziłem trochę mieszczuchów, rzekł Kolski z zadowoleniem. To też jak się dorwali do tłómoka na Zawracie, to ani spojrzeli na cudny widok: w dole, głęboko, Pięć Stawów, dokoła najwyższe szczyty, przez przerwę między niemi widać całą dolinę Liptowską, ozłoconą promieniami słońca, jakby ziemię obiecaną! Lecz oni woleli obiecaną wędlinę! Ztamtąd przez zawaloną głazami dolinę, przez Świstówkę nad Siklawą, przybyliśmy tutaj po 12-godzinnym marszu.
— Dwanaście godzin! zawołał sędzia. Ciągle piechotą!
— Niestety, na turniach nie znajdziesz fiakra, odparł mu Cichocki. Dokoła cisza i pustynia, jedyny głos, jaki usłyszeliśmy, był to głos — psa pasterskiego, ujadającego przy stadzie owiec. A jakżeż panie się bawiły w drodze?
— Bardzo dobrze — wytrzęsła nas fura. Połowę drogi szłyśmy piechotą, bo nie sposób wysiedzieć w bryce skaczącej po kamieniach. Strasznie jesteśmy zmęczone!
— Tem przyjemniejszy będzie spoczynek. Byle tylko burzy nie było, bo coś wiatr się zrywa i mgły dokoła osiadają.
— Rzeczywiście wiatr się zrywa, potwierdził Arman, a że już dość późno i ciemno, nie stracimy nic, kładąc się spać zaraz. Moje panie — tu wskazał Arman na izbę — dobranoc moi panowie! do widzenia jutro.
— Przyjemnej nocy. Słodkich snów.
— Władziu, ozwał się sędzia, pokaż mi moje łóżko — tu wiatr dmie nie do wytrzymania.
— Łóżko! Co za zachcianki! Masz przeznaczony siennik na strychu, a i to dobre, bo później przybyli podróżni będą spać w kuchni na słomie.
— Gdzież więc mam ten siennik?
— Idź prosto po tym instrumencie przejściowym między drabiną a schodami, pierwsze drzwi na lewo — zresztą przewodnik cię zaprowadzi. Sieczka! zaprowadźcie tego pana na górę, ma tam spać gdzie my. Kładź się na pierwszym lepszym sienniku, my tam zaraz nadejdziemy... Może się napijesz dla ogrzania koniaku?
— Wiesz przecie, że »z zasady« nie piję!
Po omacku drapał się sędzia na górę, ciągniony za rękę przez górala. Słysząc, jak każde słowo i każdy szelest odbija się w całem schronisku od dołu do góry i od jednego końca do drugiego, zapytał górala:
— I czy tu można usnąć?
— Jak się panienki nie będą sprzeciwiać, to można.
— A jakżeto panienki się sprzeciwiają?
— Ano, bo jak zaczną między sobą: a hi, hi, hi! a hi! hi! hi!! to i całą noc nikt oka nie zmruży. O! tu są drzwi, widać światło przez szpary.
Góral zostawił sędziego pod drzwiami i odszedł do kuchni.
Sędzia otwarł drzwi, ale przymknął je coprędzej, bo przeciąg chciał go literalnie wywrócić.
Stanął chwilę, ale wreszcie zrozumiał straszną prawdę, że wejść musi, bo na drabinie spać niepodobna. Uchylił znowu drzwi, ale wiatr wyrwał mu je z ręki i trzasnął niemi tak silnie, że aż cały dom stęknął.
— Cóż tam u licha! ozwał się głos z głębi. Corpo di Baccho[6], wejdź, kto chcesz wchodzić, albo idź do djabła.
Sędzia nie miał ochoty iść do djabła, więc wszedł do wnętrza.
Niskie poddasze oświecone było świecą, przylepioną do nakapanej na podłogę stearyny. Przy jej świetle ujrzał sędzia trzech panów, grających w karty. W rogu poddasza, gdzie dach z podłogą pod kątem się schodzą, siedział na torbie podróżnej gruby, rumiany jegomość z hiszpańską bródką. Obok po turecku na własnych nogach siedział łysy brodacz, zadający właśnie kartę; na sienniku wreszcie, oparty na łokciach, wyciągał się trzeci partner, długi blondyn z faworytami.
Wiatr, przedzierając się otworem, przedstawiającym okienko w poddaszu, migotał światłem, a czasem tak rzucał kartami, że gracze zmuszeni byli przysiadać swoje lewy, aby uchronić karty od zagubienia.
— Dobry wieczór! przemówił sędzia. Będę miał przyjemność nocować z panami...
— Zdaje się — siedm pik — że nocleg ten nie będzie do przyjemności należeć, odparł brodacz, niech się pan położy, gdzie panu lepiej — jedno miejsce gorsze od drugiego, słowo honoru!
Właściciel hiszpanki wyjął z ust papierosa, położył go na ziemi i rzekł:
— Dobrze, że i taki dach mamy. Przed batalią pod Solferino spałem trzy dni pod gołem niebem na gołej ziemi...
— Pali się! zawołał w tej chwili sędzia, rzucając się na papierosa i depcąc go nogami.
— Ależ mój mości panie!... depcesz mi bez potrzeby papierosa! wielka rzecz, że się parę ździebeł zetliło!
— No, no, daj pokój pułkowniku, ozwał się łysy brodacz. Była racya, słowo honoru! pełno słomy, gotowiśmy się upiec, słowo honoru!
— Jak we Florydzie byłem plantatorem, spaliłem od papierosa kilkaset pudów bawełny, dodał trzeci partner i rozdał karty.
W tej chwili przeciągnął przez poddasze wiatr tak silny, że sędzia rzucił się jak długi na najbliższy siennik, a pułkownik otulił dłonią troskliwie świecę, chroniąc ją od nagłej śmierci.
Przyczyną przeciągu było otwarcie drzwi przez Plichtę i towarzyszy, których wicher zmusił do opuszczenia werandy.
— Ha! co widzę? pułkownik? zawołał Plichta. I karteczki! wybornie!
Come sta signor dottore? rzekł właściciel hiszpanki, ściskając dłoń Plichty.
Molto niedobrze!
— Zagrasz pan z nami? na czwartego?
Con amore!
— Pan konsyliarz Plichta — przedstawił pułkownik właściciela tegoż nazwiska swoim towarzyszom — pan major Krypski — dodał wskazując na łysego brodacza — były mój nieprzyjaciel, biłem go pod Garibaldim; pan Drabik — wskazał na długiego blondyna — były dyrektor kwarantanny w Sinope.
Dyrektor kwarantanny zrobił miejsce dla nowego partnera na kawałku siennika. Konsyliarz wziął karty z zadowoleniem w rękę i rzekł odwracając się:
— No, moi przyjaciele, lokujcie się jak możecie. Weźcie Kazia w środek, żeby mu ciepło było, Majorze, zadawaj!
Tymczasem wiatr dął coraz mocniej.
— Słowo honoru, wieje — ozwał się major. — Dyrektorze! zatkajno okno jakim surdutem.
Naprzeciw drzwi było w poddaszu okienku, niczem niezaopatrzone. Szybę przed laty już wybito. W ten otwór, wpuszczający do wnętrza ostry wicher, wetknął dyrektor kwarantanny pierwszą lepszą parę butów, jakie mu się pod rękę nawinęły, okręciwszy je pierwej w jakiś surdut. Zdobywszy czynem tym wdzięczność sędziego, wrócił do kart, mówiąc:
— Podobnie zatkałem raz otwór w budce strażniczej w San Francisco, gdzie byłem poborcą cłowym. Kto daje karty?
— Pułkownik, słowo honoru!
— Ja dopiero dawałem.
— Major daje — rozstrzygnął konsyliarz.
Gdy czwórka dalej grała, reszta turystów ułożyła się w ubraniach na siennikach. Kolski posmarował stopy świecą łojową mrucząc: Ani mowy o Ganku! wracam z nimi do Zakopanego — muszę drugi raz osobno się wybrać na Ganek... noga otarta zupełnie.
Sędzia stał długo niezdecydowany.
— Nigdy w życiu nie spałem w ubraniu — mówił do siebie; zimno bo zimno, ale mam zarzutkę, dwa paltoty, pled i koc, to musi być ciepło pod niemi, choć się rozbierę.
I prędko począł się rozbierać.
Major, rozdawszy karty, kręcił papierosa. Widząc rozbierającego się turystę, przemówił:
— Kładź się pan w ubraniu. Z górskiem powietrzem niema co żartować; w nocy może być parę stopni mrozu, a tu deska od deski, jak druty w klatce...
— Pójdę za pańską radą.
— Dyrektor karty daje, słowo honoru.
— Konsyliarz dopiero dawał, pułkownik daje.
Sen, zdaje się, należy do najrzadszych gości w schronisku tatrzańskiem. Turyści kręcili się na siennikach, ale w akustycznej budowli każde słowo, krok, stuknięcie budziło echo nawet w przeciwległym końcu, odpędzając sen z oczu. Wiatr dął coraz silniej, aż powoli zaczęły jęczeć i trzeszczeć grube belki schroniska. Zdaleka ozwały się grzmoty, a góry powtórzyły je stokrotnem echem. Burza zawyła całą piersią, ulewa szumiała nad głowami, wicher wyrywał z dachu tu i owdzie po parę gontów, wiązania trzeszczały, grzmoty i pioruny tworzyły istną kanonadę, którą echo wzmacniało i przedłużało; tuż słychać było szum bałwanów bezdennego jeziora.
Była to jedna z burz, jakie tylko w górach się trafiają.
Nietylko sędzia krył się z trwogą pod derkę, bo nawet pułkownik i major poczęli przypuszczać możliwość wywrócenia schroniska do jeziora.
— Trzebaby kazać się w beczkę zaszpuntować — rzekł konsyliarz — byłoby ciszej i możnaby w razie wywrócenia domu pływać po wodzie, jak w arce.
Kolski ściągnął pocichu derkę z sąsiedniego niezajętego jeszcze siennika i pomnożył nią swoje okrycie.
— Oho! — ozwał się Cichocki — zaczyna coś kapać! to się nazywa oryginalność, spać w kapeluszu! — i włożył rzeczywiście miękki kapelusz na głowę, a reszta poszła za jego przykładem.
— Majorze — rzekł konsyliarz do łysego brodacza — wdziej kapelusz. Człowiek z nieprzykrytą głową, to tak, jak niezakorkowana butelka. Brr! zimno!...
— Proszę tam być ciszej! my nie możemy usnąć! — odezwał się głos z za ściany.
— To zupełnie tak jak i my! — odpowiedział spokojnie Plichta, rozdając karty i okrywając się kocem jakby togą.
— To nie do wytrzymania — pomyślał sędzia. — Schronisko się chwieje, lada chwila będziemy w wodzie! Boże!... — i biedny sędzia siadł na sienniku, jak skazaniec, oczekujący stracenia — i biedna Adelcia także w tym nieszczęśliwym domu!!!
Jakby magnetycznie myślą o Adelci wywołał jej głos: z pod podłogi dały się słyszeć śmiechy, a wśród nich rozróżnił sędzia natychmiast srebrny jej głosik...
— Niepojmują biedne grozy położenia — pomyślał. — Panowie! — rzekł głośno — wyjdźmy ztąd, schronisko się chwieje.
— Dziękuję wyjść teraz z pod dachu! — odparł spokojnie konsyliarz. — Wiatrby mię zdmuchnął, jak zerwaną etykietę z butelki.
— Okropne! zostać źle, wyjść jeszcze gorzej! Biedna Adelcia.
Sędzia, choć dygotał ze strachu i zimna, martwił się jednak więcej o Adelcię niż o siebie.
— Kaziu, szepnął mu Kolski, jeżeli ci zimno, to ukradnij derkę z najbliższego siennika...
Sędzia wzdrygnął się na słowo: ukradnij! ale po namyśle — wyciągnął po cichu rękę...
W tem zagrzmiało straszliwie — wicher zdmuchnął świecę — ciemność zaległa poddasze — sędzia schował się z głową pod derkę.
— Słowo honoru, ciemno.
— Macie zapałki?
— Są, ale zamokły, corpo di Baccho!
— Ha! to kładźmy się spać.
I po omacku pokładli się partnerzy na siennikach. Ktoś długo szeleścił, aż wreszcie się odezwał:
— Gdzie u licha mój koc? przecież go wiatr nie zabrał, jak mi się to raz zdarzyło na okręcie »Pacyfic«, kiedy byłem sternikiem...
— Proszę tam się raz uciszyć! — ozwał się gniewny głos z za ściany.
— Łatwo panu być cicho, jak pan masz czem się przykryć. Gdzież u djabła ta derka?
— Panie! na nogę mi wlazłeś, słowo honoru!
— To ciekawe! kiedy prowadziłem spedycyę kwasu azotowego...
— Kładź się spać dyrektorze i nie przeszkadzaj nam per Baccho!
Uciszyło się. Teraz dopiero słychać mowę rozkiełzanej natury... biedni podróżni kręcili się na łożach, oczekując niecierpliwie ranka....
Właśnie zaczęli zasypiać, kiedy na nowo obudziło się życie w schronisku; górale poczęli biegać, palić w kuchni, drwa rąbać — wszyscy powstali co żywo na nogi — ranek zawitał.
Bon giorno! rzekł pułkownik.
— Co też pułkownika skusiło opuszczać spokojne kasyno? spytał Plichta, porządkując toaletę.
— Dyrektor, uważasz pan, przyjechał jako ajent hamburskiej fabryki higienicznych parasoli i pantofli, ale w drodze zawiązał z jakimś Węgrem spółkę eksportu papryki i kukurydzy i w tym interesie jadąc na Węgry, namówił mnie i majora, abyśmy z nim zobaczyli Szmeks. W ten sposób zawadziliśmy po drodze o Morskie Oko.
Ze wschodem słońca wybiegli wszyscy na werandę. Sędzia z przerażeniem zobaczył, że góry przez noc przykryły się śniegiem. Rozkołysane jezioro uspokajało zwolna swe fale, a prześliczny krajobraz i dobra przekąska przywróciły humory gościom.
— Jakżeż panie noc przepędziły? dowiadywał się otulony sędzia.
— Było nas czternaście na dziewięciu łóżkach, odpowiedziała panna Adela. Tylko panowie budziliście nas czasami, tupiąc nogami nad powałą, z czego się pokazuje, żeśmy się powinny raz wyemancypować z pod męskiej opieki i same podróżować.
— Kobieta jest dziś prawie zupełnie wyemancypowaną, objaśnił sędzia, bo oprócz tego, że nie może sprawować opieki i być świadkiem testamentowym —
— I nie może być mężem, wpadł Cichocki, a sędzia nie dokończył zdania. Cóż Władku? Idziesz na Ganek?
— Innym razem... nogi mam otarte!
Plichta zerwał się nagle z ławy. Porwał sędziego pod ramię i odprowadziwszy go na bok, szepnął mu w ucho:
— Kaziu! mam myśl, mam genialną myśl!
— Jaką? spytał zmaltretowany podróżnik, stawiając kołnierz od paletota.
— Mam, mam — czyn bohaterski!
— Eee...
— Słuchaj! pójdę się kąpać do jeziora... udam, że się topię — ty rzucisz się, w ubraniu, jak lew i uratujesz mi życie! Pojmujesz?
— Nie mam ochoty zaziębić się, odpowiedział sędzia. I tobie nie radzę kąpać się w tak niskiej temperaturze.
— Zaiste! ty nie jesteś materyałem na Rolanda, lub Bayarda, rzekł uroczyście Plichta i wrócił do towarzystwa.


VI.

Wysoko wyszło już słońce ponad Zakopanem, a znużeni dwudniową wycieczką lokatorowie Kuby Kobziarza, pogrążeni w głębokim śnie, nie dawali jeszcze znaku życia.
Około dziesiątej śniło się Plichcie, że sędzia prosi go o amputowanie zakatarzonego nosa, a ten sen tak przeraził konsyliarza, że nagle zerwał się z łóżka, mówiąc:
— Kaziu! ty kataralny sędzio! jak twój nos się miewa?
Sędzia powstał, wdział pantofle, narzucił ubranie, okrył się pledem i robił głośny rachunek sumienia:
— Kataru nie mam... gorączki nie czuję... język — tu spojrzał w lustro — nieobłożony... nic mię nie boli... zdaje mi się, że wyszedłem cało!
— Hm, zapalenie płuc pojawia się często dopiero w parę dni, rzekł od niechcenia Plichta.
— Taak? z pewnością? zaniepokoił się sędzia. Więc mogę mieć zapalenie?...
— Cicho, nie budź śpiących!
— Zapalenie płuc? — toby straszne było!
— Hm! trzebaby piersi opukać, zrobić dyagnozę.
— Mój kochany Józiu, popukaj tylko!
— Zaraz wstanę. Ale co się też działo w Kasynie podczas naszej wycieczki? Kto tam mnie i Frania zastępował w taroku?
— Mój Józiu, opukajże mię, bo mi się zdaje, że mię coś strzyka.
— Zaraz, zaraz. Muszę po pieniądze napisać, bo już krucho ze mną...
— Józiu! opukajże mię chociaż troszeczkę, bo mi się zdaje, ze mię coś koło serca kole!
— Wstał powoli Plichta mówiąc pod nosem:
— Hm! koło serca... widocznie panna Adela cię zawiała... Sercowe choroby najniebezpieczniejsze: jakbyś butelką palnął o kamień — prysk! i koniec. Chociaż zapalenie płuc też nie dobre, szczególnie przy tutejszym klimacie, prognosis infaustissima.
— Bój się Boga, opukaj mię zaraz!
— Zdejm koszulę.
— To się zaziębię?
— Jeśli już jesteś zaziębiony, to się drugi raz nie zaziębisz.
— A jak nie jestem zaziębiony?
— To tu w ciepłej izbie się nie zaziębisz.
Sędzia skonstatował naprzód, że drzwi i okna szczelnie zamknięte, potem zaczął się rozbierać.
— Jak on dobrze zbudowany! — mówił flegmatycznie konsyliarz, nie ruszając się z miejsca — co za chłop! co za plecy!
— Na miłość boską pukaj, bo się zaziębię!
Przystąpił konsyliarz do przyjaciela, opukał go, kazał mu westchnąć, potem — palnął go w plecy dłonią, że trzasło, jak z pistoletu i rzekł:
— Płuca jak miechy! Bodaj całe życie byłeś tak zdrowy, jak dzisiaj.
Sędzia z narażeniem ręki na wywichnięcie przekręcił ją na plecy, aby potrzeć uderzone miejsce i zapytał pocieszony:
— Więc zdrów jestem? z pewnością?
— Tylko serce na wylot przeszyte.
Sędzia ubrał się co prędzej, pytając jeszcze konsyliarza, czyby nie było wskazanem poleżeć z dzień albo dwa w łóżku?
— Po co? jesteś zdrowy, jak ryba, a pieścisz się tak, że wkrótce będziesz do niczego, jak stłuczona flaszka. A słuchajno: mówiłeś co z nią (mówię przez duże N) o katarze?
— Ani słowa.
— No, to dobrze. Podaj mi brzytwę. Nie bój się, nie skaleczy cię!
— Ale powiedz mi tak mój Józiu, jakby to właściwie postępować z nią? Nigdy się jeszcze nie żeniłem...
— Ja także.
— Czy ona mnie zechce?
— Wątpię.
— Taaak?
— Jak będziesz bawić Ją rozmową o chorobach i kodeksach...
— Nie będę.
— Bądź wesołym, chodź z nią po spacerach, przesadzaj rowy na rozhukanym koniu, potem padnij na kolana, choćby na wilgotnej ziemi, a przedewszystkiem bywaj często u Armanów.
— Mnie także się tak wydaje, że jak w prawie cywilnem podstawą zasiedzenia jest posiadanie, tak podstawą konkurów częste bywanie w domu panny.
— Więc idź zaraz do Armanów, dowiedz się o zdrowie pań po wycieczce i zacznij zasiedzenie małżeńskie.
Z drugiej izby wszedł Cichocki, pytając:
— Co wy tu spiskujecie? czemu drzwi zamykacie?
— Kazio bał się przeciągu.
— Jak zwykle. Cóż Józiu dzisiaj robimy?
— Najprzód piszę list do ojca po pieniądze — odparł Plichta i w tym celu jednem pociągnięciem rękawa oczyścił połowę stolika z proszku perskiego, szczotek, grzebienia, biletów wizytowych itd.
— Zostań tu Franiu — dodał do Cichockiego — pomożesz mi list pisać. Trzeba coś więcej napisać, bo nie wypada odrazu pompować.
Położył papier przed sobą, umoczył pióro w atramencie i na czele wypisał: R. p. — przekreślił, mrucząc: przecież nie piszę recepty!... i na drugim arkuszu zaczął: «Kochany ojcze! Już przybyłem szczęśliwie do Zakopanego. Używam świeżego powietrza» —
— Przy zielonym stoliku — wtrącił Cichocki.
— Nie bałamuć! «wśród zielonych drzew i urwistych gór.» —
— To nawet poetycznie wygląda — zauważył sędzia.
— «Znajomych bardzo wielu. Wczoraj wróciłem z wycieczki do Morskiego Oka. Był ze mną Cichocki, Kolski i Spisowicz, wie ojciec, ten, co zawsze chodzi ciepło ubrany; były i panie. Panie, jako materyał kruchy, i Spisowicz pojechali, a my szliśmy piechotą przez góry... przez wysokie góry, tak, że zdaleka nic nie widać»... hm! to niedość rzecz maluje, poradźno Franiu!
— Tak wysokie, że jak się rzuci kamień, to leci z góry na dół bez końca, póki się nie zatrzyma...
— Dobrze, dobrze, «nie zatrzyma. Nad Morskiem Okiem nie mogliśmy oka zmrużyć z powodu burzy. Na drugi dzień pływaliśmy tratwą po jeziorze i zwiedziliśmy Czarny Staw, a potem wróciliśmy szczęśliwie do Zakopanego». — Zdaje się, że mogę już coś o pieniądzach napisać — rzekł z zadowoleniem konsyliarz i pisał dalej: «Ale życie jest tu bardzo drogie i pieniędzy mam już niewiele« —
— Bo je przegrałem do dyrektora kwarantanny w Synopie — dodał Cichocki.
— Pst! to się nie kwalifikuje do pisania. — »Oczekując zatem upragnionego listu od ojca z pieniądzmi, zostaję kochającym synem.» Koniec! — z radością rzekł konsyliarz i włożył list w kopertę z napisem: bardzo pilno!
— Józiu! Józiu! — ozwał się Kolski z drugiej izby — noga mię strasznie piecze.
— Pokażno... hm! zupełnie otarta... przyniosę ci miksturę z apteki.
Spisowicz drgnął na wspomnienie apteki, spojrzał niespokojnie na Plichtę i na Kolskiego, mówiąc:
— Obejrzyj dobrze Józiu, żeby się nie rozchorował.
— Nic mu nie będzie! zaraz idę do apteki. Poczekajcie na mnie.
Konsyliarz porwał za kapelusz i pobiegł szybko ku aptece. Cichocki przypisywał tę szybkość radości konsyliarza, że nareszcie znalazł pacyenta, oddającego mu się w opiekę. Minął kwadrans, pół godziny, pora obiadowa już się zbliżyła, a konsyliarza nie widać z powrotem. Już chcieli iść bez niego z domu, gdy zatrzymało ich wejście Narwalskiego. Wyglądał rozpromieniony i szczęśliwy, a nawet przystojny, bo zrzucił serdak, kamasze i toporek, a ubrany był w poważny anglez.
— Panowie! — rzekł po powitaniu — przychodzę z radosną dla mnie nowiną, jestem po słowie z panną Michaliną.
— Winszujemy! winszujemy!
— Pojutrze nasze zaręczyny, będzie małe zgromadzenie u Armanów (telegrafowałem po dziadka), panowie oczywiście będziecie łaskawi (telegrafowałem po pierścionek), Arman tu będzie u panów (muszę zatelegrafować jeszcze po bukiet), do widzenia, kochani panowie!... — i wypadł Narwalski jak bomba.
— Mógłby jeszcze po Józka zatelegrafować — rzekł Cichocki — dwadzieścia kroków miał do apteki, a już półtory godziny go niema.
Nareszcie wbiegł Plichta z flaszeczką.
— A to niegodziwy pigularz! — zawołał z progu!
— Cóż takiego? niema lekarstwa!
— Ale nie!... w karty grać nie umie. Musisz Władku wdziać pantofel, żeby cię nie gniotło... przynajmniej dzień jeden, a może dwa nie wychodzić z domu...
Owijając nogę Kolskiego, prawił konsyliarz:
— Wyobraźcie sobie, wchodzę do apteki, prowizor gra z dwoma facetami na ladzie w karty i zapowiada sześć pików. Spojrzałem mu przez ramię i widzę, że ma siedm lew bitych. Graj pan siedm pików, mówię do niego, to marnowanie karty! — Boję się, odpowiada — wydzieram mu karty, zapowiadam siedm pików, trafiam na fatalny rozkład kart i robię tylko pięć pików... Chciałem odegrać pigularzowi przegraną... no i zabawiłem trochę za długo. Teraz chodźmy do kasyna, Władkowi obiad przyślemy.
— Zapomnicie! — zaprotestował Kolski — wolę sam posłać.
— Ja z tobą zostanę — rzekł Spisowicz — razem zjemy, to ci się będzie mniej nudzić w domu.
Poczciwy sędzia siedział przy chorym podróżniku do wieczora, zaszedł na chwilę do Armanów i znowu powrócił czuwać nad nogą przyjaciela. Gdy Kolski drzemał, sędzia marzył o Adelci, o służebnościach polnych... o szczęściu Narwalskiego, o sposobie jego naśladowania. Drugiego dnia nie mógł jeszcze Kolski opuścić łoża, a sędzia dotrzymał mu cierpliwie towarzystwa, kreśląc w myśli plan dzieła o służebnościach. Marzenia jego przerwała na chwilę wizyta Armana, zapraszającego turystów na zaręczyny kuzynki z panem Narwalskim. Trzeciego dnia powstał przecież pacyent z łoża boleści i wsparty na lasce, powlókł się z przyjaciółmi do Armanów.
Gdy p. Koziełek zobaczył kulejącego Kolskiego, przemówił do dzieci: Agesilaus claudus fuit altero pede (Agesilausz kulał na jedną nogę).
— Nietyle boli mię noga, mówił Kolski, przyjmując powszechne kondolencye, ile myśl, że nie mogę się wdzierać na niebotyczny Ganek!
— Musiałeś się pan dopiero nudzić, siedząc dwa dni w domu!
— Sędzia siedział przy nim nieprzerwanie, wtrącił konsyliarz.
— To bardzo ładnie — ozwała się panna Adela, a Spisowicz uczuł się w siódmem niebie, zyskawszy jej pochwałę.
— Sędzia ma złote serce, dodał Plichta, tylko trochę za poważny... ale złote serce!
Podczas tej rozmowy wprowadził Narwalski przybyłego na uroczystość reprezentanta i głowę rodziny, siwego jak gołąb staruszka.
Nastąpiła uroczysta i wzruszająca chwila. Panny spłakały się rzewnie, sędzia otarł ukradkiem łzę, nawet konsyliarz spoważniał. Gdy już pobłogosławiono i złożono życzenia zaręczonej parze, usiadło towarzystwo do stołu, a powoli wróciła wesołość. Podczas gdy młodzież między sobą się bawiła, gospodarzowi przypadło w udziale bawić staruszka rozmową o pogodzie.
— Pamiętam — mówi staruszek, lato w roku dwudziestym piątym... zabawny miałem wypadek... poszedłem w nowiuteńkim stroju, frak czokoladowy z mosiężnemi guzikami, kamizelka biała, w pasy —
W obawie, aby gość w opisywaniu garderoby nie zaszedł za daleko, wtrącił Arman w tem miejscu:
— Strój bardziej malowniczy, niż dzisiejszy! Pozwoli pan dobrodziej lampeczkę wina.
Staruszek kichnął potężnie i wziął lampkę z winem, a sędzia pomyślał w duchu: Biedny staruszek ma katar, muszę mu posłać mieszaninę karbolu i amoniaku, to mu dobrze zrobi!
— We Włoszech wprawdzie lato gorętsze, ale za to zima mniej dotkliwa, mówił staruszek. Po rewolucyi przesiedziałem całą zimę w Neapolu, nie używając paltota... Im dalej na południe, tem cieplej...
— Z wyjątkiem bieguna południowego, mruczał pod nosem Cichocki.
— Północny klimat także ma swe zalety, ciągnął gospodarz rozmowę za włosy, każdy klimat ma swe złe i dobre strony...
— Pogawędził jeszcze chwilę staruszek i prosząc, aby sobie zabawy nie przerywano, poszedł do znajomego sobie z emigracyi księdza. Odprowadzono go ku drzwiom, a p. Koziełek rzekł do pupilów: Appium Claudium senem omnes verebantur (Appiusza Klaudyusza, gdy był w późnym wieku, wszyscy czcią otaczali).
— Szczęśliwa była dla pana Narwalskiegu wycieczka do Morskiego Oka — mówił sędzia do panny Adeli — skoro bezpośrednio po niej obchodzi zaręczyny... Żadnemu z nas się to nie przydarzyło...
— Bo panowie nieładnie się sprawowaliście, odparła panna Adela. Tłukliście się pannom nad głowami, że spać nie mogłyśmy.
— To sędzia winien, odrzekł Plichta, wstawał co chwila, mówiąc: Biedne panie! jak im tam niewygodnie! możeby im dać nasze pledy, żeby nie zziębły!
— To pięknie ze strony pana sędziego. Nie wiedziałam, że się tak o nas troszczył!
— O! on ma złote serce!
Gdy za chwilę opuszczali dom Armanów, sędzia z wdzięcznością ściskał rękę Plichty.
— Widzisz, rzekł Plichta, jak pięknie cię przedstawiam! Powiadam ci, zrób jeszcze jaki czyn bohaterski, a panna będzie twoją, bodajem się tak korkiem od szampana zastrzelił.


VII.

Wyleczywszy nogę, wybrał się znowu Kolski w drogę na Ganek. Sędzia siedział ciągle u Armanów lub spacerował z nimi; Cichocki czytał gazety, grał w bilard i karty lub z werandy kasyna przyglądał się górom, a Plichta oczekiwał listu od ojca... Trzeciego dnia po wyjściu Kolskiego w góry, poszedł Cichocki z Plichtą na spacer ku laskowi. Zdala zoczyli na ławeczce sędziego.
— Co on tu robi? spytał Plichta.
— Możesz się domyśleć: czeka na Armanów.
— Czy go podejrzywasz o... o pannę Adelę?... spytał Plichta, uważający się za jedynie wtajemniczonego w stan sercowy sędziego.
— Mój kochany, odrzekł spokojnie Cichocki, — czy myślisz, że dopiero wtedy miałem się dowiedzieć, aż przyjedzie, jak Narwalski, sam powiedzieć o zaręczynach?
— No... no... zawsze trzeba butelkę pierwej odkorkować, aby się dowiedzieć, co w niej siedzi...
— Ale człowiekowi można bez operacyi do serca zaglądnąć. Jak tylko zdecydował się Kazio iść do Morskiego Oka, zaraz pomyślałem: oho! to coś nadzwyczajnego! Potem parę obserwacyj wystarczyło mi do zbadania species facti.
Doszli do ławeczki sędziego i szli z nim razem. Po drodze mówił Plichta:
— Może spotkamy Władka. Miał trzeciego dnia wrócić z Ganku, dziś właśnie trzeci dzień.
— Czy mu się tylko wyprawa powiodła?
— Co? zwiodła? kogo zwiodła? — spytał gwałtownie sędzia, zbudzony z zamyślenia.
— Co pleciesz! Mówimy o Władku.
— Aha! i na nowo zamyślił się Spisowicz.
— Licho go włóczy po tych górach, mówił Cichocki. Ja raz byłem na próbę, zobaczyłem kawałek i mam dosyć. Góra jedna podobna do drugiej, a że jedna od drugiej parę stóp wyższa, lub że na jednej byli, a na drugiej nie byli jeszcze ludzie, to co mnie do tego?
— Jam mu także to mówił — potwierdził Plichta.
— Co mówił? kto mówił? — wpadł Spisowicz.
— Mówimy o Władku!
— Aha!
— Wiesz co Franiu — rzekł zwalniając kroku Plichta. — Już dosyć użyliśmy spaceru, możeby wrócić do kasyna?...
— Możeby partyę bilardu? — wiesz co, Józiu, wracajmy.
I z większą ochotą, niż na spacer, wrócili przyjaciele, zostawiając w lasku zamyślonego Spisowicza.
W tej chwili właśnie, o godzinę drogi od Zakopanego, z lasu nad Jaszczurówką, wysunęła się postać przewodnika, za nim nasz dzielny podróżnik Kolski i góral niosący bagaże. Kolski nabrał nowych sił, ujrzawszy zakład kąpielowy, usiadł na ławce pod łazienką i rzekł do górali:
— Idźcie naprzód i zanieście rzeczy do mego mieszkania. Powiedzcie panom, jeżeli ich w domu zastaniecie, że wrócę, skoro się wykąpię. Bywajcie zdrowi.
— Ostańcie z Bogiem!
Kolski wyciągnął nogi i wypoczywał błogo. Po półgodzinie powstał, a raczej chciał powstać, ale nogi nie chciały go słuchać. Oparł się jedną ręką o ławkę, drugą o toporek, dźwignął się z trudem i wszedł do łazienki.
Po kąpieli i podwieczorku uczuł się silniejszym. Poprawił toaletę i ruszył przez lasek do Zakopanego. W lasku już dobrze się ściemniło, ale Kolski szedł pewnym krokiem po dobrze znanych mu ścieżkach, aż po godzinnym marszu stanął. Coś za długo idę, pomyślał, czyżbym zbłądził? A nie, tu polanka — Giewont profilem obrócony? coś miękko!... do pioruna! — bagno!
Skręcił na prawo i rozmyśliwszy się, wszedł w drugi lasek. Tymczasem ściemniało się coraz bardziej i deszcz począł padać grubemi kroplami. Po godzinie stanął Kolski zdesperowany. Zbłądziłem, niema wątpliwości. Co tu robić? Ha! pójdę naprzód, raz się lasek skończyć musi i znajdę jeżeli nie Zakopane, to choć ludzi...
Już było zupełnie ciemno, wreszcie ani na krok przed siebie nic dojrzeć niepodobna. Po omacku szedł Kolski naprzód, potykając się o pnie, zgubił kapelusz w gałęziach, szedł jednak ciągle naprzód, jak mu się zdawało w prostej linii, lecz końca lasku nie widać! Rzucił toporek, ciążący mu ołowiem, wyrzucił z kieszeni uzbierane minerały, aż znalazł się w gęstwinie niskich, kolących świerczków, gdzie nogi odmówiły mu już stanowczo służby. Zrozpaczony siadł na jakimś mokrym pniu i otuliwszy się kożuszkiem i szalikiem, drżąc od zimna i wilgoci, postanowił oczekiwać brzasku i lepszej przyszłości.
Kiedy Plichta przybył z towarzyszem przed kasyno, zastał na werandzie tylko pułkownika, zawołanego miłośnika taroka i preferansa. W całem kasynie nie było zresztą nikogo, bo piękna pogoda wywabiła wszystkich na świeże powietrze.
Pułkownik zatem powitał Plichtę z niezmierną radością, spodziewając się w nim znaleść partnera.
Plichta nie kazał się prosić, namówił i Cichockiego, a pułkownik zawoławszy: Avanti! przystawił krzesła do zielonego stolika. Pułkownik, który cały dzień przeklinał piękną pogodę, pozbawiającą go partnerów, chciał okazać swą wdzięczność dla Plichty i Cichockiego, wyrywających go z objęć nudów, kazał zatem podać butelkę wina. Plichta kazał dać drugą, a Cichocki uważał za rzecz honoru postawić potem trzecią butelczynę — zatem nic dziwnego, że wieczorem wracali nasi przyjaciele w mocno podnieconych humorach, nie zważając na gęsto padający deszcz i potężne błoto. Plichta był rozmownym i zwierzającym się, zaklinał zatem towarzysza, aby nie zdradził się przed Spisowiczem, że się dorozumiewa jego uczuć ku pannie Adeli, inaczej spłoszy przyjaciela i przeszkodzi sprawie bliskiej pomyślnego końca.
— Zaszpuntuj tajemnicę na dnie serca! — zakończył konsyliarz, ugrzązłszy w błocie i szukając drogi pośród ciemności. Przypomniał sobie pierwszą nocną wizytę u Armanów i śmiał się z niej długo, macając płoty i ściany, aby odnaleść swe mieszkanie.
— Mnie się zdaje, że trzeba skręcić — rzekł Cichocki — nasz dom więcej na lewo od drogi.
— Ha! możemy i skręcić, jeżeli ci to przyjemność sprawi — odrzekł ochoczo Plichta.
— Ładna mi przyjemność błąkać się w ciemności po błocie! Czekajmy lepiej, ktoś idzie z latarnią, zapytamy go o drogę, lub przynajmniej skorzystamy z jego światła.
Zbliżył się wysoki mężczyzna z latarką. Cichocki przepraszając, prosił go o oświetlenie miejscowości dla odszukania mieszkania. Nieznajomy poświecił zbłąkanym z nadzwyczajną uprzejmością, aż przy pożegnaniu zapytał:
— A! to dom Kobziarza! Czy panowie z Kolskim mieszkacie?
— Tak jest.
— A! To mamy przyjemność znać się już ze sobą! Jestem Ramski, inżynier; Kolski przedstawił mię panom przy przyjeździe.
— Rzeczywiście! Ale wówczas było tak ciemno, jak dzisiaj, więc prawdopodobnie i za dnia nie poznalibyśmy pana. Serdeczne dzięki. Kolski spodziewał się kilka razy pana.
— Winien mu jestem dawno wizytę, niestety, tak mi brak czasu! Musiałem jeździć z damami; urządzałem zabawę ludową, parę zabaw tańcujących, koncert, teatr amatorski... doprawdy, że nie mam chwili spoczynku. Właśnie w niedzielę urządzam na budowę kościoła wielki koncert z zabawą tańcującą... spodziewam się, że panowie nie zapomną się stawić. Proszę panów bardzo. Boję się, aby damom nie brakło danserów. Dobranoc panom. A za dwa tygodnie przygotowuję loteryę fantową, a na trzecią niedzielę kiermasz; jeżeli zaś czasu starczy, wycieczkę ogólną na czwartą...
Tak papląc, zniknął ugrzeczniony inżynier.
Źle mu się przysłużył wesoły konsyliarz, bo w toku opowiadania inżyniera począł drażnić psa, ujadającego zza płotu, naśladując szczekanie. Pies począł mocniej szczekać i zbudził inne, które mu z sąsiedztwa głośnem szczekaniem odpowiedziały. Powoli rosło szczekanie, aż w końcu wszystkie psy zakopańskie od stóp Giewontu po Nosal wybiegły zdumione ze swych legowisk, ujadając i szczerząc zęby do oganiającego się parasolem inżyniera.
Tymczasem daleko w lesie drzemał na pniu skostniały a do nitki przemoczony Kolski. Nagle zbudził go głos psa. Nadstawił uszy turysta. Wyraźnie pies wyje... psy wyją... Wstał z trudnością z miejsca i nadsłuchiwał. Szczekanie i wycie psów zbliżało się, rosło, aż wreszcie tuż o kilkadziesiąt kroków począł się odzywać jakiś kundys. Były to psy rozbudzone przez wesołego konsyliarza, ratujące podróżnika od nocowania pod gołem, płaczącem niebem.
Ostatkiem sił rzucił się Kolski w stronę, z której go szczekanie dolatywało, przedarł się przez świerczki i znalazł się w ciemności, ale na równinie, na której przeciwległym końcu ujrzał błyszczące tu i owdzie okienka.
— Nareszcie! — zawołał uradowany, ruszył naprzód, i wkrótce rozpoznał drogę.


∗             ∗

Gdy konsyliarz wszedł do izby, siedział sędzia zadumany, wpatrując się melancholicznie w płomień świecy.
— Dobry wieczór Kaziu! — zawołał Plichta — nie śpisz jeszcze? Władek nie wrócił?
— Nie. Ale wrócili jego górale i mówili, że został w kąpieli w Jaszczurówce.
— No, to wróci dzisiaj. Pewnie poszedł jeść, skoro go dotąd niema... przecież nie utopił się w basenie?
— Nie wiem — odparł obojętnie sędzia.
— Skądże masz tak smutną minę?
— Za tydzień kończy się mój urlop... — rzekł ponuro sędzia.
— Ale w niedzielę będziesz na zabawie?
— Będę.
— Będziesz tańczyć?
— Nie.
— Jakto nie? przecież niegdyś tyleśmy się razem natańcowali.
— Nie mogę tańczyć, bo mi się zaraz w głowie kręci.
— To tańcz choć kadryla!
— Hm! może. Co te psy tak szczekają?
— Obudziłem je trochę, aby się nie rozsypiały i dobrze pilnowały przed złodziejami.
Położył się Plichta, zapalił papierosa, a widząc, że Cichocki już śpi, spytał cicho przyjaciela:
— Kaziu! skoro za tydzień jedziesz, to musisz przedtem skończyć z panną Adelą?...
— Trudno.
— Dlaczego?
— Hm! rzecz ważna… nie można nagle...
W tej chwili stuknęło coś w sieni i ozwał się głos płaczliwy:
— Otwórzcie!… nie mam siły poruszyć klamką...
Zerwał się konsyliarz, poznawszy głos Kolskiego i otwarł drzwi czemprędzej.
— Jak ty wyglądasz! — zawołał, ujrzawszy sponiewieranego i drżącego podróżnika. — Bój się Boga!… czy spadłeś?… cały podrapany... siadajno!
Kolski padł na stołek i przemówił:
— Jeść… zapalcie… zimno mi!…
Sędzia zląkł się naprawdę widokiem przyjaciela, wyskoczył z łóżka, nie bacząc, że bosą nogą dotyka ziemi i zawołał na Plichtę:
— Rozbierz go, on chory! Zgotuję herbatę.
— Podaj koniak i warz herbatę.
Konsyliarz rozebrał Kolskiego, położył na łóżku, oblepił mu twarz i ręce plastrami angielskiemi, wlał w niego dwa kieliszki koniaku i okrył wszystkiemi paltotami i pledami sędziego. Sędzia podał herbatę, do której konsyliarz dolał sporą dozę araku. Oplastrowany podróżnik padł na poduszki pokrzepiony nieco i przemówił:
— Zbłądziłem w lesie… nie mogłem trafić… zziąbłem… odrapałem się…
— To też wyglądasz, jakbyś wprost ze szczytu Ganku stoczył się aż tutaj. I po licha tam wyszedłeś?
— Nie wyszedłem... nie znaleźliśmy drogi.
Konsyliarz tupnął gniewnie, zdmuchnął świecę i położył się spać.
W niedzielę koło godziny szóstej wieczorem poczęły góralskie ekwipaże zwozić postrojone damy na koncert, a zwłaszcza na mającą po nim nastąpić zabawę z tańcami.
Z każdej fury wyskakiwał najprzód mężczyzna, badał zaniepokojonem okiem teren pełny niezaschłego jeszcze błota, spoglądał kłopotliwie na swe obuwie, potem na schody wiodące do sali, kłaniał się znajomym na werandzie, namyślał się chwilę, czyby bryka nie wyjechała na schody, wreszcie, uznając myśl tę za niewykonalną, wkładał głowę pod płótno okrywające brykę, i po dłuższej konferencyi z ukrytemi w głębi damami wołał furmana. Ten, przybrawszy postawę kolosu Rodyjskiego, wyciąga ręce ku budzie i rzecze: Nie frasujcie się ino! już ja je cisto wyniese! Potem odchylało się płótno, zjawiała się zarumieniona główka kobieca, za nią dwie rączki, które objęły za szyję furmana — ten obejmował jej kibić — przez chwilę płynęła w powietrzu sukienka — z pod niej wyglądała nóżka szukająca napróżno gruntu — i furman stawiał miły balast na kamieniu, wyglądającym jak wyspa z pośrodka błota, lub odstawiał go w kilku krokach aż do schodów werandy.
Tak, jednę po drugiej, wyładowano kilkadziesiąt bryk. Sala napełniła się po brzegi, brak miejsca dla kilku rzędów sprzedanych krzeseł, termometr idzie gwałtownie w górę, ale wesołość panuje ogólna. Na estradzie pojawił się kudłaty muzyk, nastała cisza. Po chwili pojawia się dama z gigantycznym bukietem, wprowadzona przez p. Ramskiego. Wybucha burza oklasków, dama kłania się, krząka — śpiewa. Po śpiewie znowu oklaski, potem produkuje się zerwany tenor i artysta na trąbie, znowu oklaski, znowu inna dama rzuca się na klawisze — Ramski wypada z sali do restauracyi i zamawia stoły dla pań, sędzia spocony stawia kołnierz, aby uniknąć zaziębienia z przeciągu, mogącego powstać przy otwarciu drzwi — nareszcie wśród burzliwych oklasków przenoszą się goście do restauracyjnej sali, pozwalając przez czas kolacyi opróżnić koncertową salę z krzeseł i przygotować ją do tanów.
Sędzia zagrzany przez Plichtę, zdobył się na odwagę prosić pannę Adelę do kadryla. Właśnie otrzymał łaskawą odpowiedź, gdy do sali restauracyjnej doleciał głos walca.
— Już grają! już grają! słychać w restauracyi i wszyscy z miejsc się podnoszą.
U wejścia do sali zabawy policyant odbiera bilety. Obok stoi komitet, wśród niego Lolo Arman, z dumą poglądający na kokardę u klapy tużurka.
Panie tymczasem stoją gromadnie w garderobie, każda boi się wejść pierwsza na salę. Wreszcie ktoś drzwi otwiera, z sali wypada Ramski, angażuje damę, porywa ją — wchodzą i inne — muzyka kończy w tej chwili walca.
Nastąpiła polka. Sędzia z zazdrością patrzał na danserów tańczących z panną Adelą, ale sam nie miał odwagi puścić się w wirowy taniec.
Nareszcie z odgłosem kadryla podał sędzia ramię pannie Adeli.
— Jak się ma pan Kolski? zapomniałam dotąd spytać o niego!
— Lepiej. Marzy ciągle o nowej próbie wdarcia się na Ganek. Ha! każdy uprzyjemnia sobie życie jak może!
— Czemu pan tak ciężko westchnął?
— Ach! pani! za parę dni kończy się mój urlop...
— Więc panu żal teraz opuszczać Zakopane?
— Zakopane?... nie! ale towarzystwo tutejsze... tak miłe...
— Rond! — krzyknął Ramski. Pary utworzyły koło i rozmowa się przerwała.
Już z pół godziny trwała szósta figura, aż wreszcie Ramski zawołał na muzykę:
— Galop!
Sędzia struchlał. Panna Adela wsparła się już na jego ramieniu, on ją objął, rumieniec oblekł mu twarz, z trwogą zmieszaną z radosnem jakiemś uczuciem puścił się po sali. Jej warkocz spadł w wirze na jego ramię, jakby wiążąc go z piękną tancerką, on zapomniał o świecie, tańczył i tańczył, aż mu cała sala w głowie wirować poczęła. Odstawił Adelcię do Armanów i padł obok niej na krzesło. Zamknąwszy oczy, marzył, że w jej objęciach płynie gdzieś w dal szczęśliwy... wtem ktoś poklepał go po ramieniu.
— Emancypujesz się Kaziu — rzekł mu Cichocki, gdyż on to był. — Podziwiałem cię. Tylko tak dalej, a jeszcze wyrobisz się na człowieka.
Nastąpił mazur. Sędzia rzucił się jak lew wpośród pary i tańczył do upadłego, aż pot kroplami z czoła mu spływał.
Zajrzał i konsyliarz do sali.
— Dzielnie! dzielnie — zawołał z progu. — Z życiem panowie! — i poszedł do zielonego stolika.
Nareszcie świece zbliżyły się do końca swego życia. Arman stojący ciągle przy żonie zakomenderował stanowczo odwrót. Sędzia ochłonął z szału, zabezpieczył się więc starannie przeciw zaziębieniu i podał ramię pannie Adeli.


VIII.

Przed domkiem Kobziarza stała bryka góralska wyładowana kuframi. Wewnątrz zasiadał już Cichocki i oplastrowany Kolski, a Plichta w podróżnem ubraniu, z nogą opartą o koło, gotów do wsiadania, rozmawiał z pułkownikiem.
— Bywaj pan zatem zdrów, kochany konsyliarzu — mówił pułkownik ściskając dłoń Plichcie — za parę dni zobaczymy się w Krakowie.
— Do widzenia, pułkowniku, do widzenia! zobaczymy się... — odpowiedział roztargniony konsyliarz, patrząc przez ramię pułkownika na gościniec, jakby wyczekiwał kogo.
— Do widzenia — powtórzył pułkownik — któremu rzeczywiście serce się krajało przy odjeździe przyjemnego partnera, i kłaniając się pasażerom w budzie, począł się oddalać.
— Ale! ale! — i powrócił jeszcze. — Dyrektor kwarantanny kazał ci się kłaniać, konsyliarzu, pisał do mnie z Komarna.
— Czemżeż jest dzisiaj? — spytał Cichocki. — Pewnie porzucił już paprykę i kukurudzę?
— Rzeczywiście — odparł pułkownik — nie mógł się pogodzić ze spólnikiem i wziął się do fabrykacyi syfonów na wodę sodową; ale że interes nieświetnie idzie, więc myśli rzucić się do musztardy lub na telefony... Do widzenia.
Poszedł pułkownik do kasyna, a Plichta, patrząc na drogę, myślał:
— Prawdziwa bieda, że się Kaziowi już urlop kończy! Tak pięknie rzecz rozpoczęta! Arman widocznie go popiera; panna, jak się zdaje, sprzyja mu... no, człowiek jest niczego i przystojny... nic, jak tylko pomówić rozsądne słowo z panną, lub choćby wybadać ją przez Armana.... Żeby choć w ostatniej chwili posłuchał mej rady... No! przecież idzie!
Konsyliarz, palony niecierpliwością i ciekawością, podbiegł ku nadchodzącemu Spisowiczowi z Armanem, a w duchu myślał:
— Minę ma, jakby dostał kosza i to plecnego.
— Dzień dobry panom! — przemówił Arman. — Chociaż już się wczoraj pożegnaliśmy, nie mogłem przenieść na sobie, żeby panów nie zobaczyć jeszcze na wyjezdnem. Bywajcie mi zdrowi. Mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy, nieprawdaż sędzio?
Tu Arman ścisnął z rozrzewnieniem rękę sędziego, który smutno odparł:
— Pocieszamy się tą myślą, że się jeszcze zobaczymy.
— W zimie odwiedzimy prawdopodobnie Kraków — ciągnął dalej Arman. — Sędzia będzie łaskaw wtedy nie zapomnieć o nas.
— O! nigdy!
— Raczcie panowie przyjąć na pamiątkę moją »Metodę«. — Tu Arman podał do bryki pakę swojego dzieła, a kiedy Kolski i Cichocki dziękowali, porwał Plichta sędziego na bok za budę i zapytał ciekawie:
— No cóż? mówiłeś co? z nią? albo z Armanem?
— Nie jeszcze.
— Dlaczego?
— Małżeństwo jest podstawą społeczeństwa, państwa i szczęścia jednostki. Kto chce wejść w śluby małżeńskie, nie powinien działać pod chwilowem wrażeniem... muszę pierwej przekonać się o stałości mojego uczucia... będą w zimie w Krakowie — pomyślę.
Konsyliarz zmiażdżył przyjaciela oczami i rzekłszy: to znaczy medytować nad napełnionym kieliszkiem, czy nie zwietrzeje! — rozzłoszczony wskoczył do budy. Wsiadł i sędzia, owinął się w pled, ścisnął po raz ostatni dłoń Armana, zakrył usta dłonią przed wiatrem, a wóz ruszył z miejsca.
— Do widzenia panowie! do widzenia kochany sędzio! — krzyknął za nimi Arman.
Sędzia wyglądał długo z budy, póki nie stracił z oczu powiewającego chustką Armana. Schował się potem do budy i, ciężko westchnąwszy, popadł w zadumę.
Nikt nie przerywał milczenia. Wszyscy z żalem żegnali wzrokiem tę okolicę, w której tyle miłych chwil przepędzili. Nikt nie cieszył się myślą powrotu do codziennych zajęć.
I tak wśród milczenia podskakiwała bryka po wybojach ku Nowemu Targowi....


Posażna panna ornament 5.png






WŚRÓD MIEJSKICH MURÓW.


I.

Inżynier Ramski nie zmrużył oka przez całe sześć nocy: nie dlatego, żeby był chory, ale że tańczył nocami, a za to we dnie zasypiał. Siódmego dnia odpoczął; nie dlatego, iż stoi napisano: »przez dni sześć pracować będziesz w pocie czoła, a siódmego odpoczniesz«, ale dlatego, że siódmym dniem był piątek, a w piątek nigdy nie tańczą w Krakowie. Ale i w tym dniu nie miał Ramski bezwzględnego spokoju, gdyż wizytował całe popołudnie, a i teraz, wieczorem, był na wychodnem, mając jeszcze jedną wieczorną wizytę w perspektywie; w każdym razie miał jednak pewność, że poraz pierwszy od tygodnia będzie o północy w łóżku.
Inżynier był wysokim, przystojnym, pięknie zbudowanym mężczyzną. Uśmiechnioną twarz zdobiły mu małe, rozstrzepione ku górze wąsiki i śpiczasta bródka, z pod której świecił straszliwie wysoki śnieżysty kołnierz, ujęty w modny kraciasty krawat, spięty brylantową szpinką. Resztę garderoby przykrywał obecnie szlafrok — inżynier był w tej chwili »wielkim mężem w szlafroku«. Wyciągnięty na szezlongu palił papierosa i dumał:
— Jutro muszę wcześniej wstać rano i załatwić moje zaległości biurowe; obliczenie mostu skończone, zestawię tylko rachunek ostateczny... popołudniu dalsze wizyty, wieczór u Morskich, niedziela u Wierzgajłów, poniedziałek u Golickich, wtorek... wtorek!... także mam gdzieś coś... środa u Czerskich, czwartek, piknik lekarski — w piątek skończę mój most stanowczo — a w sobotę mój piknik! Wszystko w porządku, tylko z młodzieżą bieda! wielka bieda! coraz mniej tańczą! tak niewiele mam danserów, ach! i zadumał się głęboko nad tą biedą inżynier.
Inżynier Ramski niewiele miał czasu na swą inżynieryą, bo w karnawale w nocy tańczył, a spał we dnie, w innych porach bawił się we dnie, a spał w nocy, lub podróżował, urządzał wycieczki, dobroczynne wenty, loterye, festyny, bywał we wszystkich domach i tyle miał znajomości, że same gratulacye imienin gospodarzy domów, gospodyń i córek gospodarstwa, życzenia wesołych świąt, pożegnania przed letnim wyjazdem i powitania po przyjeździe, wyczerpywały mu taką miarę czasu, że kiedykolwiek go spotkałeś, to z pewnością wracał z jednej wizyty, a szedł na drugą; mimo tylu obowiązków, które za najważniejsze uważał, nie zaniedbywał jednak własnych interesów, chociaż uważał je tylko za malum necessarium: w drodze na zabawę umiał szybko załatwić ten i ów interes, przy obiedzie czytał gazety, do łóżka książki, jedynie przedpołudniem pracował nad planami, kosztorysami, lub pilnował robót, jeżeli mu jeszcze jaki nadzwyczajny obowiązek towarzyski nie przeszkodził — i tak ruchliwie, wesoło płynął po spokojnym dla niego oceanie życia.
Chociaż jednak był wesołym i uczynnym, nie bardzo jednak był lubianym. Płeć piękna przepadała za nim z początku. Kiedy jednak inżynier zbliżył się ku czterdziestej wiośnie życia i pozostał jednakowo nudno-słodko-grzecznym dla wszystkich pań, nie zdradzając niczem zamiaru poprowadzenia której przed ołtarz i uczynienia jej wspólniczką swych dostatków, zaczęła płeć piękna wyszukiwać w nim słabych stron i lekko, ale stale mu dopiekać. Taką nagrodę znalazło bezinteresowne poświęcenie się inżyniera! Płeć brzydka stanęła wkrótce po stronie płci pięknej i pomagała jej podrwiwać z niego, raz dlatego, że wogóle jest to jednem z przyjemniejszych zajęć kpić z bliźniego swego, powtóre, że Ramski przez długoletnie nadskakiwanie i przymilanie się kobietom, tak się włożył w tę rolę, że i na ulicy, w sklepie, w restauracyi, w rozmowie ze znajomym, czy stróżem, rozpływał się jednakowo w komplementach, kłaniał się pierwszy z niesłychanych odległości, a z ust jego nie schodziły słowa: jakże mi miło! co za zaszczyt dla mnie! prawdziwa to dla mnie przyjemność! przez co zmuszał innych do równie ceremonialnego a tem samem uciążliwego i nudnego obejścia. Stąd nazwano Ramskiego powszechnie słodkim inżynierem.
— Mało mam młodzieży, myślał w tej chwili dalej słodki inżynier, wyciągając znużone tańcami nogi. Na liczbę jest jej dosyć, ale »sił« mało! bardzo mało! przytem połowa bardzo młoda! muszę jeszcze kilku zwerbować!
Wstał i począł przeglądać notes, mówiąc do siebie:
— Pań tańczących ośmnaście. Na to czterdziestu trzech panów, z tego dziewięciu wcale nie tańczy, pięciu tylko kadryla, zostaje dwudziestu dziewięciu, w tem prawdziwych »sił« może dziesięć, reszta od biedy, a jeszcze może który skrewi. Mało! mało! Łukowski stoi za pięciu, ale jak mi się zaziębi na kuligu — to będzie rozpacz! Morzewski, od czasu jak się zaręczył, mało obraca... Broński... prawda! zapomniałem o nim, muszę go zanotować i podkreślić. Zatem mam jeszcze do zaproszenia: Brońskiego, Konicza i Furdę — panie: Malską, Dorowiczową — szósta się zbliża, trzeba się zbierać!
Rzucił papierosa i wziął się do toalety, gdy wtem ozwał się dzwonek w przedpokoju — wszedł p. Władysław Kolski, młody człowiek z wielce surową miną, o poważnych ruchach, zapięty po szyję w długi czarny surdut, dzierżący w dłoni grubą hebanową laskę z ogromną rękojeścią z kości słoniowej. Przybyły postawił w milczeniu laskę w rogu pokoju, potem ułożył grubą księgę, którą dźwigał pod pachą, na krześle i począł chustką ocierać zapocone szkła złotego cwikera. Po tej operacyi, wdział cwiker na nos, podał rękę inżynierowi pomagającemu w ustawieniu laski w rogu pokoju i ułożeniu księgi na krześle, i przerwał milczenie:
— Jak się masz Jasiu! dobrze że cię przecie zastałem w domu.
— Co za przyjemność dla mnie! zawołał inżynier, prawdziwie się cieszę, że raczyłeś mię odwiedzić. Tak rzadko mam tę przyjemność, że niesłychanie jest mi miło...
— Praca absorbuje mi czas zupełnie, przerwał gość uprzejmy wylew grzeczności inżyniera, nie mam chwili czasu.
— Pozwól, ze usunę mój cylinder, rzekł inżynier, porywając szybko wzmiankowane nakrycie głowy z fotelu, na którym zamierzył krótkowidzący gość usiąść.
— Przepraszam, wiesz, że nie dojrzę, odparł Kolski siadając na zarzutce inżyniera, spoczywającej na drugim fotelu. Ślęczenie nad książkami psuje mi wzrok coraz bardziej....
— Powinieneś uważać na siebie, nie natężać oczu... Zapalisz papierosa? proszę. Słuchajno Władziu, możebyś przyszedł na piknik w przyszłą sobotę? Byłoby mi bardzo miło...
— Właśnie przyszedłem do ciebie w sprawie pikniku, odrzekł Kolski powolnie, strącając popiół z papierosa do kałamarza, w mniemaniu, że to popielniczka. Sam wprawdzie nie tańczę — chyba jeszcze kadryla — a nawet nie poszedłbym z tego powodu, że właśnie kończę rozprawę o jarmarkach babilońsko-assyryjskich, ale zaszło niespodziewane zdarzenie...
— Co? co takiego?! zapytał ciekawie inżynier, który, bywając wszędzie, znał wszystkie możliwe plotki i zdarzenia, zatem zaniepokoił się teraz mocno, słysząc od gościa o jakiemś zdarzeniu, o którem nic jeszcze nie wiedział.
— Spotkałem dziś w Bibliotece Jagiellońskiej Armana, Antoniego Armana, autora »Metody badań«.
— Znam, znam, zawołał inżynier, poznałem go w Zakopanem ostatniego lata, ma ładną żonę i siostrę, czy siostrę żony, pannę Adelę — podobno twój przyjaciel Spisowicz kręcił się koło niej w Zakopanem?
— Spisowicz? e! wątpię. My naukowo pracujący czasu nie mamy... zresztą, nie uważałem, aby...
— No, mniejsza o to! tak mówiono. Ale wracając do owego zdarzenia, o którem wspominałeś?..
— Otóż spotkałem Armana w Bibliotece Jagiellońskiej, opowiadał powoli Kolski, ucieszyliśmy się niezmiernie i zagadaliśmy się o drugim tomie »Metody«, o moich wekslach jarmarcznych«, potem zeszliśmy na obecną moją pracę o jarmarkach assyryjskich, o wpływie kultury babilońskiej...
Inżynier kręcił się na stołku niecierpliwie, ale nie śmiał przerywać uczonemu rozmowy, a Kolski prawił dalej powolnym tonem:
— Zwrócił mi przytem słusznie uwagę na zasługi dwunastej dynastyi faraonów na handel egipski, oraz na stosunki Egipcyan z Etyopami i Żydami... ale prawda, ciebie to niewiele zajmuje?
— Rzeczywiście nie znam się na tem...
— Otóż potem przeszliśmy w rozmowie na tutejszych uczonych —
— Ale cóż to ma do owego zdarzenia?
— Ach! prawda! zapomniałem o tem. Rzecz tak się miała: gdyśmy rozmawiali o uczonych kwestyach, przyszła mi nagle myśl zapytać o zdrowie pani Armanowej.
— Naturalnie! od tego należało zacząć.
— Zdrowa, odpowiedział mi Arman, przyjechała ze mną i zabawimy tu ze dwa tygodnie.
— Jutro biegnę do nich z wizytą! krzyknął inżynier, zrywając się z krzesła.
— I ja zrobię tożsamo.
— Gdzie mieszkają?
— W Saskim hotelu.
— Zaproszę ją na piknik.
— Właśnie tożsamo myślałem, gdy mi Arman powiedział o jej przyjeździe, i dlatego do ciebie zaraz przybiegłem. Panna Adela lubi tańczyć —
— Co? jest i panna Adela?
— Jest.
— Czemuż zaraz nie mówisz? Dwie śliczne danserki! Władziu! musisz i ty przyjść na piknik, byłoby mało panów.
— Przyjdę dla towarzystwa Armana. Cenię jego rozmowę wysoko i lubię jego wywody o metodzie badań —
— Więc przyjdziesz?
— Ale tańczę tylko kadryla.
— Niech i tak będzie, mam już takich pięciu, będziesz szósty.
— Ileż winien jestem wkładki na piknik?
— Sześć reńskich — bagatela — nic pilnego.
— Odrazu się uiszczę, żeby nie potrzebować pamiętać o tem —
— Dziękuję serdecznie. Ale słuchajże profesorze! Mógłbyś namówić twoich stałych towarzyszy: Plichtę, Cichockiego, Spisowicza, aby przyszli na piknik? Oni bywali często u Armanów w Zakopanem?...
— Pomówię z nimi, ale Spisowicz i Cichocki tańczą tylko kadryla, a Plichta nie tańczy wcale.
— Niech tańczą choćby kadryla, — mam już sześciu takich — Plichta będzie bawił mamy, od tego są nietańczący. Co za bieda teraz z tą młodzieżą! coraz mniej tańczą, coraz większy brak sił!
— Ho! ho! O Spisowiczu nie możesz powiedzieć, że mu brak sił. Chłop jak dąb!
— E! nie mówię o brutalnej sile! Siła, to znaczy: młody człowiek, który potrafi pięćdziesiąt tur przetańczyć dookoła sali, potem zmienia w garderobie kołnierzyk, robi drugie pięćdziesiąt tur — i tak dalej! Łukowski naprzykład! to mi siła! Na ostatniej zabawie wytańczył wszystkie panie i panny od a do z, ż, ź. i do tego prowadził tańce z taką werwą, że jak krzyknął: rond! to szyby drżały, choć było to podczas mazura i muzyka piekielnie dudniła — a przekrzyczał ją! To mi siła! Ach! żeby mi się tylko nie zaziębił na kuligu przed piknikiem! Pójdę jeszcze do niego, pożyczę mu buty filcowe i dam mu drugie futro do sanek. Toby straszne było, gdyby się zaziębił! Ktoby mi tańce prowadził na pikniku? Muszę mu poradzić, żeby sobie nogi przykrył dobrze derką i sianem.
— Ale nie zapomnisz zaprosić Armanów?
— Nigdy! Bądź spokojny! Jutro u dwunastej jestem u nich z wizytą! będzie nowość między damami, ho! ho! to atrakcya! Muszę puścić w kurs wiadomość, że panna Adela ma sto tysięcy posagu, to mi młodzież ściągnie.
— Zatem nie zapomnij o Armanach, mój Jasiu! przypominał Kolski inżynierowi, zabierając się do odejścia.
— Jutro o dwunastej będę u nich z wizytą! do zobaczenia kochany profesorze! Zrobiłeś mi prawdziwą przyjemność twoją wizytą. Ostrożnie, to szafa nie drzwi. To twoja księga, a to laska, postaw kołnierz, bo śnieg na polu pruszy, dobrej nocy, przyjemnych snów!
Słodki inżynier odprowadził uczonego przyjaciela aż do schodów, potem zanotował w książeczce: »Kolski 6 złr. Armanowie hotel Saski, Spisowicz, sąd«, naciągnął rękawiczki, uperfumował chustkę do nosa, spojrzał w lustro, poprawił szczotką fryzurę, wąsy i bródkę, pociągnął kołnierzyków, poprawił krawat, i naciągnąwszy futro wyszedł, z zadowoleniem myśląc: ta myśl o stutysięcznej pannie powinna efekt zrobić! ha! ha! sto tysięcy! będzie młodzież skakać! Fiaker! Na Karmelicką!
— Który numer?
— Sto tysięcy! odparł inżynier zajęty swemi marzeniami, zatrzaskując drzwiczki za sobą.
Doróżkarz zamyślił się: Sto tysięcy? e! może chciał powiedzieć djabłów sto tysięcy? ee! i pojechał zwolna naprzód, czekając, aż jadący każe mu stanąć.
I tak równocześnie Ramski w doróżce i doróżkarz na koźle rozmyślali o okrągłej cyfrze sto tysięcy.


II.

Ś. p. Dyonizy Furda Kropiński obrabiał w pocie czoła rolę przodków swoich, a umierając, zostawił w spadku Furdówkę, ładną wioskę, około ośmdziesiąt tysięcy wartą, z pięknym inwentarzem (w tym buhaja nagrodzonego złotym medalem na wystawie rolniczej w Przemyślu). Dla jednego dziedzica spadek taki byłby znacznym, ale że ś. p. Dyonizy Furda Kropiński zostawił sześć córek, syna i wdowę, panią Kunegundę, przeto na każde z dziedziców przypadło bardzo niewiele. Ale dziedzice prowadzili taki tryb życia, jakby każdy dostał całą Furdówkę z inwentarzem, a dzięki temu pojmowaniu swego stanowiska, zaczęli się wkrótce pojawiać u państwa Kropińskich woźni sądowi z rozmaitymi papierami, na hipotekę wszedł najprzód bank, potem rozmaici wierzyciele z procentami po siedm od sta, następnie żydkowie z procentami po dziewięć od sta i z dalszemi odsetkami zwłoki po sześć i więcej od sta, a początek temu dziełu dał młody dziedzic po mieczu p. Stanisław Furda Kropiński, zmarnowawszy najprzód sporo grosza na odbycie jednorocznej służby wojskowej przy ułanach, a następnie na zbijanie bąków w Wiedniu pod pozorem studyowania tamże agronomii. Pani Kunegunda uważała także Furdówkę za niewyczerpane źródło, więc przeniosła się do Krakowa z trzema córkami, i prowadziła tu dom otwarty »ze staropolską gościnnością« dla wszystkich kandydatów do stanu małżeńskiego; drugie trzy córki ulokowała u bezdzietnego wujaszka, raz dla dopilnowania spodziewanego po nim spadku, drugi raz dlatego, aby widokiem aż sześciu dorosłych cór nie zrażać młodzieży. Z początku widziała kandydatów dla córek swych odpowiednich w osobach właścicieli dóbr, później zaczęła myśleć o profesorze uniwersytetu lub choćby o adwokacie renomowanym, albo o lekarzu sławniejszym, — gdy jednak tacy kandydaci wcale się nie pojawiali, a córeczki wzrastały w latach, zaczęła p. Kunegunda godzić się z myślą wydania ich choćby za auskultantów lub kandydatów adwokackich. Co do syna, nie wątpiła ani na chwilę, że zrobi karyerę, przez co rozumiała, że się bogato ożeni, i nie będzie potrzebował wysługiwać się w urzędzie, lub, o zgrozo! trudnić się jaką profesyą!
Pan Stanisław zjechał właśnie z Wiednia do rodziny na święta Bożego Narodzenia, a że mu się nie spieszyło na wykłady agronomii, więc został i na karnawał. Bawili się zatem pp. Kropińscy na wszystkich balach i piknikach, panny chodziły na ślizgawkę, kwestowały po wentach i sprzedawały programy na dobroczynnych koncertach, mama sypiała na kanapie, kiedy córki tańczyły, marzła na brzegu stawu, gdy córki się ślizgały, nudziła się, kiedy kwestowały, synek hulał i tańczył z najposażniejszemi pannami, ale, jak dotąd, nie było widać żadnego pozytywnego a tak upragnionego skutku tych zabiegów.
W chwili obecnego opowiadania, pan Stanisław, krótko przez towarzyszy Furdą zwany, spał, odpoczywając po tańcach, a córki siedziały z matką w salonie, debatując nad piknikiem urządzanym przez Ramskiego.
— Czy też będzie Łańska?
— Oczywiście! Ramski skacze koło niej na dwóch łapkach, może myśli o jej siostrzenicy i szuka protekcyi cioci!
— E! on szuka posażniejszej panny!
— A skąd taka pretensya do posagu? Boże! jakiś tam inżynier!
— Teraz wszyscy polują na posag! Taki świat! westchnęła pani Kunegunda, zapominając, że i ona tożsamo radziła synowi.
— Ale Ramski widocznie patrzy tylko na bardzo gruby posag, skoro tyle lat wszędzie bywa, a nigdzie się nie żeni.
— A niby taki uprzejmy! każda prawie, która go nie zna, myśli, że ta uprzejmość coś znaczy, a to tylko blichtr!
— Obłuda! ja go dlatego zawsze nie lubiłam.
— Ja także.
— Ja taksamo.
W tej chwili przyniósł służący kartę Ramskiego. Pani kazała prosić, a córki pobiegły do swego pokoju poprawić co żywo toalety. Pani Kunegunda powitała serdecznie gościa.
— Przyszedłem zapewnić się, że panie nie zapomną zaszczycić swą obecnością piknik, oraz osobiście poprosić pana Stanisława, zaczął słodki inżynier.
— Mamy najszczerszą ochotę, ale córki są w kłopocie o toalety! Tak mało czasu, a tu jeszcze dwie zabawy przed piknikiem.
— Ależ to najmniejsza! przerwał inżynier, panna Marya weźmie tę białą atłasową suknię, którą miała na pikniku lekarskim, ubierze koronką i kwiatami i ma suknię jakich mało! a panna Julia mogłaby wziąć suknię bordo... albo lepiej tę kremową z dżetami... tylko upiąć ją nieco i ubrać szarfami tego samego koloru, to teraz modne. Panna Zofia zaś białą, jak panna Marya, albo tę lila... Czy panie może wyszły? jabym zaraz uradził z niemi... pani Łańska będzie mieć także kremową suknię, tę samą, którą miała na lekarskim pikniku, tylko nieco ubraną. A pan Stanisław? Czy znowu nie miałem szczęścia go zastać?
— Wyszedł do hrabiego Jasia. (Pan Stanisław chrapał właśnie w trzecim pokoju). Córki zaraz nadejdą. Właśnie weszły, witając Ramskiego z radośnie przyjaźnym uśmiechem i dopytując oczywiście o piknik.
Po wyliczeniu całego szeregu spodziewanych gości zakończył inżynier zachowanym na ostatek szmermelem: ze i stolica kraju będzie reprezentowaną przez panią Armanową i jej siostrę pannę Marzyńską, osoby nader przyjemne i przystojne, a nawet bardzo majętne...
— Kto to? kto je rodzi?
— Nie znam bliższych szczegółów, pan Arman jest dyletantem naukowym, bardzo zresztą cenionym, zapewne i bardzo zamożnym, bo skoro panna Marzyńska ma sto tysięcy posagu, zatem i jej siostra pani Armanowa musiała tyleż przynieść mężowi...
— Sto tysięcy! doprawdy!
— Najpewniej. Słyszałem to z najwiarygodniejszych ust.
— To byłoby coś dla Stasia, pomyślała pani Kunegunda i rzekła głośno: Maniu! zobacz czy Staś nie wrócił od hrabiego Jasia! A czy ładna? zapytała inżyniera, zwracając się do niego z ciekawością.
— Bardzo przystojna — powszechnie się podoba.
Jeżeli inżynier w tak skromnych słowach chwalił pannę Adelę, to wiedział, dlaczego to robił: Sto tysięcy zrobiły na panie dostateczny efekt, a chwalenie piękności, wzbudziłoby zazdrość...
— Skądżesz je pan zna? Czy dawno są tu w Krakowie?
— Poznałem je w lecie w Zakopanem, teraz przybyły na parę tygodni na karnawał, przypadkowo właściwie, albowiem pan Arman poszukuje jakichś starożytnych rękopisów w bibliotekach tutejszych, a przy tej sposobności przyjechały z nim panie — i przyjęły zaproszenie na piknik.
— Młodzież będzie zatem miała nową atrakcyą. Młodzież tak lubi ciągłe zmiany, nowe znajomości, zwłaszcza tak posażne!
— Ale przenosi dawnych miłych znajomych, nad przelotne ptaki, zakończył słodki inżynier. Mogę zatem liczyć na pewne, że panie zaszczycą piknik?
— Będziemy się starać, aby toalety były na czas gotowe, a jeżeli tak będzie, to przybędziemy niewątpliwie.
Nadszedł nareszcie pan Stanisław, nieco zaspany, ale usłyszawszy wiadomość o stotysięcznej pannie, orzeźwiał nieco i solennie przyrzekł przybyć na piknik, a Ramski pożegnał co żywo państwa Kropińskich, aby dalej puścić się z wizytami i wieścią o posażnej pannie.
Po wyjściu jego zwróciła się pani Kunegunda z powagą do syna i przemówiła:
— Stasiu! to byłoby coś dla ciebie. Pamiętaj dobrze sprezentować się na pikniku. Sto tysięcy! o to nie tak łatwo w Krakowie!
— Ramski także pewnie ma na nią zamiary, wtrąciła panna Marya, on tak dawno czyha na gruby posażek...
— Ach! jakiś tam inżynier! przecież Staś nie potrzebuje się bać jego konkurencyi. Panna mająca taki posag zrozumie przecież, co znaczy stanowisko i familia.
Pan Stanisław ziewnął okropnie i z rękami w kieszeniach przechadzał się wielkim krokiem po salonie, aż wreszcie ozwał się po krótkim spacerze:
— Byle tylko ładna była. Ramski z grzeczności o każdej powie, że ładna, choćby była brzydka jak nieszczęście.
— Piękność jest rzeczą znikomą, rzekła sentencyonalnie matka, byle było przywiązanie wzajemne...
— Tere fere kuku! odpowiedział pan Stanisław i odszedł do hr. Jasia t. j. na dalszą drzemkę do swojego pokoju.
Ramski tymczasem nie próżnował. Ujrzał z doróżki mecenasa Brońskiego, wyskoczył zatem do niego i zawołał:
— Panie mecenasie! Spodziewam się pańskiej miłej obecności na pikniku? posłałem zaproszenie, ale ponawiam ustnie mą prośbę.
— Będę niezawodnie — stawię się jak jeden mąż, chociaż, co prawda, ciągle tosamo towarzystwo na zabawach, zaczyna być nieco monotonnem.
— Będzie nadzwyczajna panna ze Lwowa, ale to cacko! mecenasie. Prześliczna! Co za figura! co za oczy, włosy! klękajcie narody, a w dodatku sto tysięcy posagu, wyraźnie mówię: sto tysięcy walutą austryacką!
— Przesadzasz kochany panie! Piękna i bogata, to za wiele, jedno lub drugie.
— Zobaczysz mecenasie, że nie przesadzam: śliczna, arcypiękna i bogata.
— Seryo?
— Powiadam panu, żeś pan może nie widział piękniejszej, w Zakopanem szalała za nią młodzież, no, zobaczysz pan, czy się tosamo teraz tutaj nie powtórzy!
— Zobaczymy to, zobaczymy. Brunetka czy blondynka?
— Czarna jak węgiel, włosy po kolana, rzęsy łokciowe, nos orli, cera: krew z mlekiem.
— Fiu! fiu! warto będzie tym razem przyjść na ten piknik. I bogata? sto tysięcy?
— Murowane. Ale do widzenia tymczasem mecenasie, muszę jeszcze wstąpić do Dorowiczów... sługa pana mecenasa!
— Jakżeż się nazywa? zapytał Broński.
Ramski odpowiedział coś z doróżki, ale turkot zagłuszył jego słowa.
W chwilę potem sławę panny Adeli roznosił po mieście nietylko Ramski, ale także i mecenas Broński.


III.

Była to sobota, kawalerski jour fixe u mecenasa Cichockiego. Gospodarz przygotowywał stolik do kart, a krzątaniu jego przyglądał się rozparty wygodnie na kanapie konsyliarz Józef Plichta, ziewając bez żenady i od czasu do czasu rozmawiając sam ze sobą głośno:
— Zawsze się spóźnić muszą... żeby na bal, to nie mówię, ale na karty, kawalerskie karty! Nawet jednego wieczoru w tygodniu niemożna zabić spokojnie. Safanduły!
— Nie irytuj się Józiu, przecież my zwykle na ciebie czekamy. To fenomen, że dziś pierwszy przyszedłeś.
— To nie fenomen, lecz dobry omen, że wygram, kto wczas wstaje, temu Pan Bóg daje, a kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi.
— A o której wstałeś dzisiaj?
— O dziesiątej.
— To niezbyt wcześnie.
— Słońce wschodzi teraz o ósmej, wstałem więc w dwie godziny po wschodzie; gdyby to było lato, to znaczyłoby tyle, jakbym wstał o szóstej — zdaje się, że to dość wcześnie.
— Odkryłeś nowy sposób wczesnego wstawania zapomocą teoryi. Pociesz się, słychać dzwonek, ktoś zatem przychodzi.
— Nareszcie. Dawaj karty. Dobry wieczór Tadeuszu!
— Jak się macie, jak się macie, odparł ruchliwy gość, znany nam już mecenas Broński, wysmukły brunecik z podkręconym wąsem i małemi baczkami. Milion nowin przynoszę!
— No, wypaplaj, wypaplaj je zaraz, bo przy kartach nie będzie czasu.
— Zaraz, zaraz. Cichosiu, dasz mi w poniedziałek odroczenie w sprawie Goldberg contra Kropiński, nie miałem czasu zrobić obrony, bo tańczyłem.
— Co ci po odroczeniu, i tak sprawę przegrasz.
— Ale sprawa się trochę odwlecze. Biednego Kropińskiego szarpią żydy na wszystkie strony, a pieniędzy brak! Teraz karnawał, Furda może się ożenić, to potem spłaci długi.
— Mówią, że od Andzi dostał już kosza?
— Prawda, prawda, właśnie to chciałem wam powiedzieć — ale właśnie dlatego potrzebuje odroczenia procesu, nim nową jaką partyę wynajdzie!
— No, dam ci brevi manu odroczenie na trzy dni.
— Bój się Boga! trzy dni! cóż to znaczy? teraz karnawał, choćbym chciał, nie potrafię przygotować obrony!
— Dam czternaście dni.
— Nie targuj się, daj trzydzieści.
Cichocki machnął ręką przyzwalająco, a konsyliarz Plichta podniósł ręce do góry i zawołał z patetyczną zgrozą:
— O! wy handlarze sprawiedliwości! celnicy! matacze!
— Co się ty tam znasz na prawie, przerwał mu Broński, my się nie mieszamy do twej medycyny jak ludzi trujesz. Słuchaj lepiej nowin: Malski już, już prawie po słowie z panną Błocką.
— Skąd wiesz?
— W ostatnich dniach widziano go codziennie u Błockich —
— To tylko poszlak, nie dowód.
— Dziś przyszedł do niego z Wiednia bukiet. Rozumiesz, bukiet z Wiednia. Czy myślisz, że może dla swojej przyjemności sprowadził bukiet z Wiednia? hę?
— A posłał go Błockiej?
— Jeszcze nie wiem, jutro się dowiem. Słuchajcie, jeszcze jedna nowina.
W tej chwili wszedł uczony Kolski, a konsyliarz zatarł ręce z zadowoleniem, mówiąc:
— Teraz możemy zacząć partyjkę, jest nas czterech — siadajcie do stolika.
Kolski wycierał powoli zapotniałe szkła złotego cwikera, przeglądał je do światła, znowu przecierał chustką, a w ciągu tej operacyi prawił powoli:
— Dobry wieczór. Krzyże mię bolą, tak się wysiedziałem przy pracy, ale upaliłem dziś dziewięć arkuszy papieru!
— Biedny papier, wtrącił Cichocki.
— Przeszedłem pokrótce handel fenicki i kartagiński, a doszedłem już do egipskiego.
— Siadajże profesorze. Tadzio podaje nam właśnie najświeższe telegramy na własnym drucie o bieżących wypadkach towarzyskich.
— Nie przeszkadzam, owszem, słucham! My naukowo pracujący potrzebujemy czasem rozrywki —
— Słuchając plotek i bajek —
— E!... zaraz przymówki! Pozwólcie lepiej opowiadać Tadziowi.
— Zatem słuchajcie, zawołał Broński niecierpliwy. Na sobotni piknik odkrył Ramski jakąś pannę ze Lwowa nadzwyczajnie piękną i ze stu tysiącami posagu! Słyszycie? piękną i ze stu tysiącami!
— Pewnie brzydka, tylko tysiące dodają jej uroku?
— Nie, Ramski klnie się na wszystko, że pierwszorzędna piękność. Poznał ją w lecie w Zakopanem.
— Jak się nazywa? Musielibyśmy ją znać, jeżeli tak piękna, bo znaliśmy w Zakopanem wszystkie piękności? zapytał Plichta.
— Tego nie wiem! pytałem Ramskiego, ale nie dosłyszałem odpowiedzi, bo fiaker zaturkotał — tyle dosłyszałem, że jej na imię Aniela, czy Adela.
— Co? Adela? Czy to nie panna Marzyńska? zapytał Cichocki Plichty.
— Wysoka brunetka, długie włosy, długie rzęsy, tak mi ją Ramski opisał, objaśnił Broński.
— Rysopis się zgadza, ale nie wiemy nic o tem, aby była teraz tu w Krakowie...
— Jest, jest, wtrącił się do rozmowy powolny Kolski. Przyjechali z nią Armanowie.
— Co? jest w Krakowie? zerwał się gwałtownie Plichta. I ty wiedząc o tem zaraz nam nie mówisz?!
— Ale wiem od wczoraj jeszcze, widziałem Armana w Bibliotece Jagiellońskiej i dysputowałem z nim ze dwie godziny o metodzie ba —
— On wie o tem od wczoraj i nic nie mówi! krzyknął Plichta patrząc ze zdumieniem na towarzyszy, jakby ich wzywał za świadków jakiego strasznego czynu. Bodajeś Władku zwietrzał jak niezakorkowane wino!
Broński gwizdnął przeciągle, spojrzał badawczo na Plichtę, a potem zwrócił się do Cichockiego i zapytał wskazując palcem Plichtę: Nareszcie znalazł ideał?
— On — i ideał!! co za pomysł!
— Długo tu będą? spytał Plichta Kolskiego. Widziałeś je? mów!
— Widziałem. Byłem dzisiaj u nich z wizytą — mieszkają w Saskim Hotelu — Arman cieszył się niezmiernie, że nas zobaczy, wyraził się pochwalnie o mojem dziele »o wekslach jarmarcznych«, potem mówiliśmy o jarmarkach —
— Pal sześć wszystkie jarmarki, mów coś o pannie Adeli!
— Wygląda bardzo dobrze, taksamo jak w Zakopanem. Pani Armanowa podobnież. Dopytywały się o was, o Spisowicza, przypominały nasze wycieczki w Tatrach...
— I naprawdę taka ładna? przerwał ciekawy Broński.
— Baardzo, baardzo ładna!
— A jakże z tymi tysiącami? Znacie ją dawniej, musicie wiedzieć?
— E! machnął ręką Plichta. Skądby... ale trącił go Cichocki i dokończył:
— Jeżeli nie sto tysięcy, to ma coś koło tego... a cicho do Plichty dodał: nie psuj jej opinii!
— Ho! ho! a to Plichta wyszukał sobie coś dobrego! zawołał Broński.
— Posądzasz go?
— Oczywiście, nie widzisz, jaki zaniepokojony!
— Będzie nowa bajka, odrzekł śmiejąc się Plichta — ale to mi nic nie szkodzi. Dość, że panna Adela będzie królową, i zrobi niemałą konkurencyą tutejszym pannom. Cóż ty Tadziu na to? będziesz się koło niej kręcił? co?
— A nie będziesz zazdrosny o to?
— Nie krępuj się moją osobą. Ale panny Kropińskie będą o nią zazdrosne. Mama cię lubi...
— Dajże pokój!...
— Mógłbyś się zlitować nad jedną z panien Kropińskich. Tyle lat to tańczy i tańczy — i napróżno!
— Zanadto dobrze zna ich finanse, przerwał Cichocki, żeby to głupstwo zrobił. Jest przecież syndykiem brata. Trzy córy!...
— Trzy? zaśmiał się Broński. Ha! ha!
— Co? może jeszcze więcej?!
— Nie mogę zdradzać tajemnic klientów.
— Ale mają podobno bezdzietnego wujaszka w sperandzie?
— Ba! a jak umrze bez testamentu, lub zapisze komu innemu, albo ad piam causam?
— Masz racyą, to na nic. Niech za życia coś zrobi, i to sądownie lub notaryalnie.
— Widzisz więc, że nie możesz z czystem sumieniem zalecić mi panny Furdównej. Zobaczymy inne na pikniku! Będziecie na pikniku? co?
— Oczywiście, oczywiście, potwierdził Plichta. Idziemy, zabiorę nawet Spisowicza, potem zagramy partyjkę przy muzyce.
— Tylko partyjka cię wabi? zapytał podejrzliwie Broński. A piękna nieznajoma?
— Jest dobrą naszą znajomą, przedstawimy cię Tadziu, a pamiętaj puścić język w ruch, żeby się nie nudziła.
— Zadziwiasz mię Józiu! Nigdy nie chodzisz na zabawy, a teraz nagle zmieniasz zasady i przyznajesz jeszcze, że robisz to dla kobiety?...
— Dziw się zatem, rzekł konsyliarz uroczyście, ale siadaj tymczasem do kart. Zaprawdę powiadam ci, że możesz oczekiwać wielkich wypadków! Oj Kolski! Czemu jeszcze wczoraj nie powiedziałeś nam o ich przyjeździe?!
— Ależ będą tu dwa tygodnie, będziecie mieli czas zobaczyć się z nimi. Ja także będę nieraz u Armana, mam z nim pomówić jeszcze o piśmie klinowem w zabytkach assyryjskich...
— A niech cię licho weźmie z twoją assyryjską powolnością! Tu idzie o wielkie rzeczy! Dawaj karty, uczony molu!
Broński patrzył ciekawie na ożywionego konsyliarza i myślał w duchu: oho! Sto tysięcy znalazły już amatora! Zobaczymy cię bratku na pikniku, to się reszty dowiemy...


IV.

Mokry śnieg padał wielkimi płatami przykrywając ulice brudną płachtą, bo śnieg tając natychmiast zmieniał się w błoto. Na ulicy nie pokazywał się nikt, chyba ten, którego interes zmusił do brodzenia przez te roztopy śniegowe. Między rzadkimi przechodniami kroczył poważnie przenoszący wszystkich wzrostem około trzydziestoletni, tęgi, rumiany mężczyzna, otulony w futro, zasłonięty parasolem, uzbrojony w wysokie kalosze, wybierający starannie miejsce, gdzie stopę swoją postawić, bez narażenia się na większe obłocenie. Byłto sędzia pan Kazimierz Spisowicz. Dawniej był on bardzo trwożliwy o swoje zdrowie, bał się kataru lub zaziębienia bardziej, niż ognia, ale od czasu, jak bez szwanku swego szacownego zdrowia przetrwał rozmaite przemoczenia, przewietrzenia i przeziębienia na letniej wycieczce z kolegami do gór Tatrzańskich, uwierzył w swoje zdrowie, pozbył się ciągłych obaw i przywidzeń, zachowując tylko przezorną ostrożność; dlatego teraz, mimo wilgotnej zawieji, zdecydował się opuścić ciepłe mieszkanie i odwiedzić swego powiernika konsyliarza Plichtę. Przed drzwiami przyjaciela zawahał się chwilę, widząc, że przybywa w godzinie ordynacyjnej, ale ważność interesu przemogła nad wahaniem, więc pocisnął dzwonek.
Po długiem oczekiwaniu pojawił się sam gospodarz w szlafroku.
— A! to ty Kaziu! zawołał. Zdziwiłem się niesłychanie, słysząc odezwanie się dzwonka — w godzinie ordynacyjnej nigdy mi się to nie zdarza, i najlepiej wtedy właśnie sypiam.
— Przepraszam cię, że ci w drzemce przeszkodziłem.
— Nic nie szkodzi, spodziewałem się w tych czasach twej wizyty. Wczoraj, przedwczoraj powinieneś był przyjść do mnie, wyspowiadać się i zdecydować na plan kampanii.
— Więc już wiesz, ze ona przyjechała?
— Oczywiście. Siadaj, sędzio sprawiedliwy. Szkoda, że nie palisz, zrobiłbym ci pysznego fidybusa do zapalenia papierosa z dzieła Kolskiego o wekslach jarmarcznych. Siądźmy zatem i mówmy rozsądnie: twój ideał z wakacyj, wysokopienna brunetka, wielkooka, długorzęsa panna Adela jest niedaleko, jest w naszym grodzie!
— Tak, spotkałem ją wczoraj na wystawie obrazów, niespodzianie!!..
— I zapomniałeś języka w gębie?
— Rzeczywiście z początku… osłupiałem… zdziwiony niespodzianem spotkaniem…
— Uroczem zjawiskiem —
— Rzeczywiście, wyglądała uroczo!
— I uczułeś dawne serca bicie?
— Bardzo mi się podobała.
— Bardzo? czy tego jesteś pewnym? czy to nie złudzenie? co? indagował Plichta sędziego z ironicznym uśmiechem.
— Sądzę, że mówię z przekonania.
— Zaczynasz więc przychodzić do przekonania, że uczucie twe do Niej, (mówię przez duże N) jest trwałe? co? niewzruszone, stałe?
— Tylko mów seryo, nie żartuj!...
— Hm! małżeństwo jest podstawą ludów i społeczeństwa, należy więc do niego przystępować z rozwagą, prawił z ironicznym naciskiem Plichta, cytując słowa wyrzeczone niegdyś przez samego Spisowicza. Musisz się gruntownie przekonać o trwałości i stałości twego uczucia.
— Zaczynasz żartować w poważnej sprawie, przekręcasz moje myśli — więc chyba dajmy pokój tej rozmowie!
— Powoli, nie irytuj się! Poważne rzeczy trzeba na zimno traktować. Podobała ci się, kręciłeś się koło niej, że aż zaczęto na to zwracać uwagę, potem zawahałeś się i odjechałeś bez stanowczej decyzyi; teraz zjawia się znowu ona, powiadasz, że ci się po dawnemu podoba, zatem nadchodzi stanowcza chwila, albo się żeń, albo daj pokój wszystkiemu! Innego wyboru niema.
Sędzia zamyślił się: czuł nieprzepartą ochotę być blisko niej, ale zrobić stanowczy krok? brakło mu, nie ochoty, lecz odwagi.
— Zdecydujesz się na coś stanowczego? zapytał Plichta. Jeżeli nie, to nie mówmy o tem więcej.
— Jabym się zdecydował, ale widzisz, tak jakoś nie mam odwagi, brak sposobności, trzebaby chyba obcesowo przystąpić do rzeczy, a wolałbym tak okolicznościowo, uważasz, powoli, przy sposobności.... nieznacznie....
— Aha! tak za lat parę, jeżeli tymczasem kto inny jej nie zabierze! Konkury na dziesięć lat! Tu ci nic nie poradzę. Jak chcesz zaraz skończyć, to rozumię, tak lub siak! Ale precz z takiemi prawniczemi przewlekaniami! Decyduj się!
— Ależ trudno nagle!...
— Jakto nagle? przecież nie dzisiaj, zaraz, ale przy najbliższej sposobności. Pomyśl tylko: miałbyś śliczną, wysoką, czarnowłosą żonę! co za para! zwanoby ją śliczną sędziną!
— Więc... decyduję się, rzekł wstając Spisowicz, w którego duszy ostatnie słowa przyjaciela przeważyły szalę wahania. Tylko tajemnica...
— Wiedziałem, że się zdecydujesz. Takiej drugiej nie znalazłbyś na całym świecie: równa wzrostem, piękna, wspaniała! Siadaj spokojnie i opowiedz teraz twoje spotkanie.
— Stałem przed bitwą pod Grochowem Kossaka, zaczął prawić sędzia, gdy nagle obok mnie ozwał się znajomy głosik: co za piękny obraz! Dreszcz mię przebiegł... spoglądam: stoi — ona z siostrą! kłaniam się w niemem zdziwieniu; panie podają mi rączki na powitanie, a panna Adela powiada: Nareszcie spotykamy kogoś znajomego, i to tak dobrego znajomego! Armanowa poczęła wypytywać mię o wszystkich znajomych z Zakopanego, a tymczasem koło nas zbierała się gromada ciekawych, pytających między sobą po cichu: kto są te panie? to coś przejezdnego? pewnie Warszawianki, bo szyk nadzwyczajny! Gdy je potem pożegnałem, nie mogłem się opędzić dopytującym o nie ciekawcom.
— A widzisz! wszystkich uwaga zwraca się na nią. Mógłbyś być z niej dumnym, gdybyś się z nią ożenił.
— Patrzyli na nie, jak na rarogi.
— Widziałeś je później?
— Byłem u nich z wizytą w hotelu. Był już u nich Kolski poprzednio, ale mi nic nie powiedział —
— Safanduła, powiedziałem mu to dawno.
— Następnie był także ten inżynier od zabaw, wiesz ten, który urządza zabawy, festyny.
— Ramski.
— Tak jest. Prosił je na piknik na sobotę —
— Wiem o tem, mówił mi już Kolski.
— O wszystkiem wiesz pierwej odemnie!
— Ty, oczywiście, także pójdziesz na piknik?
— Przysłał mi zaproszenie Ramski, rzekł niechętnie sędzia, ale jest mi to nieco nie na rękę.
— Dlaczego?
— Kończę teraz druk mojej pracy o służebnościach polnych, więc piknik opóźniłby mi korektę.
— Masz! ten znowu zaczyna chorować na uczoność, jak Kolski! Może piszesz o służebnościach assyryjskich?
— Nie, o austryackich.
— Więc tobie korekta pilniejsza, niż panna.
— Ale widzisz, mój kochany, chciałbym dlatego jak najprędzej skończyć, aby Armanowi ofiarować egzemplarz z dedykacyą przed wyjazdem.
— Hm, może to i zrobi efekt... Ale dlatego nie możesz pominąć pikniku. Piknik może być dla ciebie stanowczym dniem. Ale wracając do kobiet, jakżeż cię przyjęły?
— Co prawda, to niewiele mogliśmy mówić, bo Arman trzymał mię za guzik i dysputował o kwestyach naukowych tak zapamiętale, że, chociaż jestem cierpliwy, już mię tu nudzić zaczęło.
— Musiał być djabelnie nudny, jeżeli nawet ciebie zaczął nudzić.
— Powtóre, panie były tak zajęte piknikiem, że o niczem nie mówiły, tylko o sukniach, koronkach, falbanach, i licho wie o czem. Boją się niepowodzenia i prosiły Kolskiego i mnie, abyśmy koniecznie byli na pikniku. Czują się tu obce i niepewne...
— Przyrzekłeś więc, że przyjdziesz?
— Cóz miałem robić? a ty, będziesz?
— Naturalnie. Zrobię z Armanem i Cichockim partyjkę a ty będziesz bawić kobiety i szturmować do serca panny Adeli. Pomówię jeszcze z Kolskim i obrobimy Armana dla ciebie. Przedstawimy cię w najlepszem świetle, jako uczonego mola, tylko ty dopilnuj panny, żeby ci jej nie zdmuchnęli. Ramski zrobił jej reklamę, wszyscy są jej ciekawi i będą ją oblegać.
Sędzia spojrzał na zegarek i powstał mówiąc:
— Do widzenia zatem kochany Józku, muszę iść do biura, dziękuję ci za twoje rady i polecam się im nadal. Na przyszły tydzień, spodziewam się, będę mógł ci ofiarować moje »służebności polne«.
— Owszem, owszem, u mnie dużo papieru wychodzi na fidybusy, już mi kończą się »weksle« Kolskiego... A pamiętaj brać się ostro do panny, żeby to zakończyć, Armanowi baj o assyryjskich, babilońskich i amerykańskich głupstwach, jak Kolski, a możesz być pewnym jego poparcia. Do widzenia zatem! Alea iacta est!


V.

W oznaczonym na piknik dniu począł się Ramski już o szóstej wieczorem przebierać w szatę balową, bo jako gospodarz pikniku musiał być pierwszym na sali. Przeglądnął się w lustrze, poprawił tu i owdzie szczegóły toalety, jeszcze raz spojrzał w zwierciadło i wziąwszy pod pachę pudełko z orderami kotylionowymi pojechał po aranżera Łukowskiego.
Gdy wszedł do jego mieszkania, załamał ręce z rozpaczy.
Przy słabym blasku dopalającej się w lichtarzu świecy dojrzał Łukowskiego w łóżku na pół ubranego, z nogami na ziemię zwieszonymi, trzymającego w jednej omdlałej ręce trzewik, i chrapiącego donośnie. Widocznie zmorzył go sen przy ubieraniu lub rozbieraniu się.
— Bronisławie! Bronku! Broneczku, wołał Ramski ciągnąc Łukowskiego za rękę, wstawaj! już czas! Bronku!
Łukowski otwarł wreszcie jedno oko i mruczał zaspany:
— Idźcie do wszystkich djabłów?... spać mi się chce. Dajcie mi pokój.
— Broneczku! Wytrzeźwij się przecie, czas na piknik!!
Łukowski otwarł i drugie oko i patrzył nieruchomo przed siebie.
— Bronku! już ostatni czas wstawać! kiedyż się ubierzesz?
Łukowski ziewnął przeciągle i rzekł zachrypniętym głosem:
— A! to ty Jasiu! dobrze, dobrze, przyjdę za godzinę, tylko się trochę przedrzemię.
— Ależ, bój się Boga! niema czasu, już koło siódmej, a masz się ubrać jeszcze, ogolić!
— Ja tam zaraz przyjdę, odpowiedział Łukowski ledwo dosłyszalnym głosem, przymknął oczy i zwiesił głowę na poduszki.
— Bronku! nie zasypiaj! zawołał rozpaczliwym tonem Ramski, szarpiąc go za rękę. Wstawaj zaraz! Zrobiłbyś mi straszny zawód, ktoby mi tańce poprowadził? Nie odejdę stąd, póki cię nie zabiorę! Nie pozwolę, aby Furda po waryacku tańce prowadził!
Łukowski pokładał całą dumę na prowadzeniu tańców i bał się okrutnie, aby mu kto nie odebrał tego przywileju. Sama myśl, że Furda mógłby dziś objąć komendę, postawiła go na nogi. Wstał nagle z łóżka, ziewnął wspaniale i trąc oczy przemówił:
— Tylko żeby tam była jaka kobieta z prezencyą, rozumiesz? praesentabel! nie lubię prowadzić tańców przy boku jakiej małej wiewiórki. Daj mi ręcznik. Zmocz go w wodzie!
Ramski umoczył ręcznik w przygotowanej miednicy i własnoręcznie przetarł oczy Łukowskiego, mówiąc:
— Będzie dość wspaniałych kobiet. Doktorowa Łańska, Armanowa, panna Marzyńska...
— To coś nowego? dobrze, dobrze.... ale może już angażowane?
— Ale jest dość kobiet, bądź spokojny! Choćby jedna, druga była zaangażowaną, to jeszcze znajdziesz dość innych.
— Tylko, żeby była z prezencyą! zastrzegł się Łukowski, pluskając się w miednicy. Umyty zimną wodą wytrzeźwiał zupełnie i nabrał humoru, że Ramskiemu serce aż rosło, na widok tak rozweselonego aranżera.
— Powiadam ci Ramsiu! prawił Łukowski ubierając się przed lustrem, kulig udał się przepysznie! Jak świat światem, tak nigdy jeszcze nie tańczono mazura z taką werwą, jak my hulaliśmy. Posadzka drżała od hołubców, a kiedy bractwo uiluminowało się nad ranem, to tak tupało obcasami, jakbyś z pistoletu palił! O dziewiątej rano zaczynaliśmy dopiero białego mazura. Muzykanci tylko przez sen grali, i to bez trąby i klarneta, bo tym tchu już brakło. Mamy i tatki chrapały po kątach, a my z pannami bawiliśmy się aż miło! W każdej figurze naród na komendę klękał na jedno kolano przed pannami. Nareszcie rozpędził nas papa i zaczęliśmy picie, ale powiadam ci, piliśmy co się zowie! Dopiero wczoraj odwieźli mię na noc, spałem do niedawna, nawet we śnie przypomniałem sobie twój piknik, zacząłem się zbierać, ale jakoś się znowu zdrzemnąłem.
— Zbieraj się, zbieraj! naglił Ramski spoglądając na zegarek. Już blisko ósma.
— Zaraz, zaraz. Będę na sali nim skończycie pierwszego walca.
— A tymczasem poangażują damy i zostaniesz bez danserki!
— To być nie może! bez damy nie będę przecież aranżować!
— Więc spiesz się z ubieraniem!
— Zaraz, zaraz. Tylko będę musiał wstąpić jeszcze do golibrody, aby mię ucharakteryzował na ładnego — no — i muszę coś zjeść, bo uczuwam djabelny głód! Od wczoraj nic nie jadłem.
— Ty naprawdę się spóźnisz! rzekł z rozpaczą Ramski i dla przyspieszenia toalety pomagał Łukowskiemu w szukaniu spinek, kołnierzy i wszelkich przyborów.
Wszystko to trwało dość długo, bo dzięki kawalerskiemu porządkowi mieszkania musiał Łukowski za każdym drobiazgiem szukać ze świecą pośród tysiąca gratów rozrzuconych bez ładu. Na biurku leżały poturbowane ordery kotylionowe, papier listowy, bilety i listy zapraszające gospodarza tego mieszkania na wszystkie bale, zabawy, herbatki tańcujące i nietańcujące; obok stała flaszeczka brylantyny, papierosy, popiół z papierosów, rozsypany tytoń, kołnierzyki; na krzesłach części garderoby, na podłodze znowu ordery kotylionowe, świeżo zrzucona bielizna; szafa, udekorowana na szczycie kilkudziesięciu pudełkami z tutek na papierosy, stała otworem, okazując we wnętrzu bogactwo garderoby Łukowskiego. Ramski musiał uprzątnąć jedno krzesło z kostyumu krakowiaka, aby na niem spocząć przez czas ubierania się aranżera.
Nareszcie skończył Łukowski toaletę: przyglądnął się z zadowoleniem swej osobie w zwierciedle i nagle krzyknął:
— Rond! aż Ramski podskoczył na krześle.
— Trochę jestem zachrypnięty, rzekł po powyższej próbie głosu Łukowski.
— Widzisz, zaziębiłeś się. A prosiłem cię, żebyś się dobrze otulił i przykrył!
— Muszę połknąć parę jajek niegotowanych.
— Popij wody z sokiem.
— Wolę koniak. Teraz parę kołnierzyków do kieszeni. Rękawiczki? są. Szczoteczka? jest. Grzebyk? jest. Chusteczka? jest. Jestem gotów!
— No przecie! Chodźmy. Postaw kołnierz od futra.
— Czekajno, rzekł Łukowski stając w drodze i przykładając palec do czoła. Przychodzi mi coś wspaniałego do głowy...
— Spiesz się, bo się spóźnimy!
— Gdyby mi się to udało!...
— Co takiego?
— Ustawić damy w kadrylu według koloru toalet?!
— Brawo! wykombinujesz to przy promenadzie.
— Ba! to nic trudnego, ale jak wykombinować, żeby danserzy znaleźli się potem vis-à-vis swych danserek?
— Prawda! pogubią się i nieład popsuje całą figurę.
— To sęk; ale pomyślę nad tem. Jedźmy.
Zdmuchnął świecę i wyszli przed dom. Ramski upominał troskliwie Łukowskiego, aby postawił kołnierz od futra i strzegł się oddychać zimnem powietrzem, bo do reszty mógłby ochrypnąć. Łukowski uspokoił go jednak zupełnie swoją pewnością i humorem, więc pełen otuchy i zadowolenia wsiadł Ramski do doróżki wraz z aranżerem.
— Wysadź mię przed balwierzem, a wszystko będzie dobrze, zakończył Łukowski. Każ w restauracyi przygotować dla mnie bifsztyk, koniak i trzy surowe jajka. W kwadransie będę na miejscu. Byle tylko była dla mnie jaka kobieta z prezencyą, rozumiesz? nie lubię małych dzierlatek!


VI.

Drzwi sali balowej otwierały się co chwila, przepuszczając przeciągi i gości balowych. To zapadały z łoskotem za buńczucznym młodzieniaszkiem, to zostawały napół otworem za naciągającym rękawiczki nieśmiałym danserem, to zamykały się powolnie za poważnym ojcem rodziny, aby znów się otworzyć i przepuścić dalsze zastępy piknikowych gości.
Sala zapełniała się powoli, podwajając liczbę przybyłych odbiciami w licznych zwierciadłach. Posadzka lśniła zachęcająco, krzewy egzotyczne zdobiły framugi okien, tworząc rozkoszne altany dla par zakochanych, tylko słowików brakło bo nawet romantyczny księżyc zaglądał do okien.
Ramski kłaniał się na wszystkie strony, ściskał dłonie gości, uśmiechał się słodko, prawił komplementa, wprowadzał damy i bawił je tak długo, póki kto inny nie przyjął na siebie tego obowiązku.
Powoli napełniła się sala. Panowie podparli wszystkie cztery ściany i piece, utworzyli czarną wyspę na środku sali i otoczyli panie pierścieniem. Panie obsiadły ławeczki, biegnące do okoła sali i wysilały się na uprzejmość, słodycz, wdzięk i dowcip. Nie brakło pięknych, a zresztą nawet te, które natura po macoszemu obdzieliła wdziękami, dzięki toaletom, dodatkom i przydatkom... wyglądały zadawalająco, a stereotypowy uśmiech balowy nadawał twarzyczkom wyraz wesołości, zadowolenia, budził w patrzącym to estetyczne zadowolenie z siebie i innych, każące zapomnieć o troskach czekających niedaleko za salą balową. Patrząc na te wesołe, szczebiocące kobietki, najlepszy psycholog nie odgadłby pewnie, która z nich jest w domu nieznośną złośnicą.
Ramski spoglądał na zegarek i liczył oczami obecnych. Jeszcze czas, jeszcze nie wszyscy nadeszli.
Młodzież dopytuje go o stutysięczną pannę, o zapowiedzianą piękność ze Lwowa. Ramski zbywa ich słowy: Tylko co ich nie widać! zaraz przybędą! i biegnie powitać tego lub owego tymczasem przybyłego.
Kiedy Arman wszedł z żoną i panną Adelą, sala była już napełniona. Ramski był na straży niedaleko drzwi, dojrzał ich natychmiast i podał ramię pannie Adeli. Najbliższy szereg młodzieży, koło którego się przesunęli, począł szeptać, pytać, jednogłośnie wielbiąc piękność przybyłych, nieznajomych dam. To pewnie ta stutysięczna! szeptano, musimy się przedstawić!
One usiadły z boku rozmawiając z Ramskim i spoglądając na nowe dla siebie towarzystwo. Póki Ramski był przy nich, młodzież zdala podziwiała nieznajome, nie mogąc nikogo znaleść, ktoby je znał i mógł z niemi poznajomić. To dłuższe podziwianie, bez możności zbliżenia się, budziło coraz żywszy interes, ciekawość; szeptanie zwróciło uwagę innych oddalonych, aż powoli cała sala zwróciła oczy na Armanów.
Nagle wysunął się z tłumu wyższy nad wszystkich sędzia Spisowicz i przystąpił do podziwianych pań.
Te czuły się obcemi w sali zapełnionej nieznajomemi twarzami, a widząc oczy rzeszy zwrócone na siebie, rumieniły się i ukradkiem spoglądały w zwierciadła, czy przypadkiem jaki nieprzewidziany nieporządek toalety nie zwraca ócz panów. Z prawdziwą więc radością powitały sędziego, mogąc w rozmowie z nim i Ramskim odwrócić swą uwagę od ciekawych spojrzeń tłumu. Sędzia zasiadł obok i poznajomił panie z nazwiskami pobliskich osobistości; Ramski, znający wszystkich, uzupełnił luki w wiadomościach sędziego i wkrótce dowiedziały się panie, kto jest wysoka pani w sukni bordo, kto panna w niebieskiej toalecie, kto szatynka z różą we włosach, kim jest łysy pan w złotym cwikerze, a kim gruby jegomość z bokobrodami. Ramski widział, że Lwowianki stały się przedmiotem ciekawości, a on i sędzia przedmiotem do pewnego stopnia zazdrości, jako jedyni znajomi interesujących Lwowianek, przedłużał zatem umyślnie efekt, nie oddalając się od nich, a temsamem uniemożebniając chwilowo zbliżenie się innych.
W tej chwili wpadł do restauracyi balowej wygolony i wyświeżony Łukowski. Wychylił dwa kieliszki koniaku, zjadł z apetytem przygotowany bifsztyk, wypił trzy jaja, krząknął i przeszedł do garderoby, aby przed zwierciadłem skontrolować jeszcze toaletę. Feldwebel od muzyki, grającej po zabawach, znał już Łukowskiego jako nieodzownego na każdych tańcach aranżera, zbliżył się zatem z uszanowaniem do niego i zapytał:
— Czy sem zahramy walcera z Gasparona, lebo z Zigeunerbarona?
— Grać Donauwellen! odparł kategorycznie Łukowski i wpadł na salę. Stanął za progiem, podniósł w górę swą głowę, pięknie na dwie połówki rozczesaną od karku po czoło, a miał rzeczywiście głowę od parady, i spojrzał po sali, szukając okiem kobiet »z prezencyą«. Natychmiast zwrócił uwagę na Armanów.
— Kto to? zapytał Brońskiego, wskazując palcem pannę Adelę.
— Nie wiem — zdaje się, że to ta stotysięczna panna ze Lwowa, ale nikt jej nie zna. Ramski i Spisowicz siedzą przy niej od kwadransa, i niemożna się od nikogo dowiedzieć, nikt nie może przedstawić... Okazała panna!
Łukowski nie namyślał się długo, lecz ruszył z miejsca ku nieznajomym damom, wziął Ramskiego pod rękę i rzekł doń:
— Bądź łaskaw przedstawić mię paniom!
— Państwo pozwolą... że będę miał zaszczyt przedstawić paniom... pan Łukowski!
Panie skinęły główkami, a pan Łukowski, nie natężając się na ich bawienie, zaangażował pannę Adelę do pierwszego kadryla i ruszył dalej po sali, aby co najwyższe damy poangażować do: drugiego kadryla, do jednego, drugiego i trzeciego mazura, oraz do kotyliona. Dokonawszy tego dzieła stanął dumnie na środku sali, a oblężony przez młodzież dopytującą się o piękne nieznajome, zachowywał dyplomatyczne, wszystkich rozciekawiające milczenie, i nic dziwnego, że nic nie mówił, bo nic nie wiedział.
Słodki inżynier uznał nareszcie, że nie może więcej czasu poświęcać na bawienie jednostek, gdyż on, jako gospodarz pikniku, należy właściwie do ogółu, przeto zostawił Spisowicza przy Lwowiankach, a sam pobiegł do innych pań. Panie i panowie otoczyli go natychmiast i zasypali pytaniami, a Ramski powtarzał do koła: Bardzo miłe osoby, znam je z Zakopanego, pan Arman jest poważanym uczonym, pisał o jakiejś metodzie....
— Ale nie jesteśmy o niego ciekawi! Mów pan o paniach!
— Starsza jest jego żoną, młodsza, panna Marzyńska, jest jej siostrą. Bardzo miła osoba... ale, przepraszam! muszę się porozumieć z Łukowskim co do tańców!...
— Hola! czekajno Ramsiu! zatrzymał go pan Stanisław Furda Kropiński. Przedstaw mię pierwej, a potem pomówisz z Łukowskim.
I mnie! i mnie! zawołali ci i owi, więc Ramski brał po kolei pod pachę pp. Kropińskiego, Brońskiego, Dorowicza, Wierzgajłę i innych i przedstawiał ich interesującym Lwowiankom. Te zostały wkrótce otoczone murem młodzieży, prawiącej banalne grzeczności balowe. Sędzia Spisowicz, nie lubiący się wtrącać w ogólnikowe codzienne frazesy, milczał, więc poszedł w prędce w zapomnienie, bo pani Anna i panna Adela oddały się całą duszą pochłanianiu woni komplementów, sypanych jak z rękawa przez nowych znajomych.
Nadszedł już dawno i powiernik sędziego, konsyliarz Plichta; przywitał kilku znajomych, pokręcił się chwilę między paniami, a potem oparł się o ścianę niedaleko Armanów i przez dłuższy czas obserwował milczącego Spisowicza, ziewającego Armana i panie rozmawiające uprzejmie z stojącą do koła nich młodzieżą. Zbadawszy sytuacyą, przedarł się przez tłum i przywitał panie z właściwą sobie swobodą i pewnością, a zirytowany tem, że jego przyjacielowi, sędziemu, przeszkadzano w rozmowie, starał się, nie przerywając rozmowy z paniami, rozmawiać równocześnie i z otaczającymi, docinając mimochodem temu i owemu:
— Sądzę, że panie będą zadowolone z gościnności Krakowian i uprzejmości młodzieży — trzepał Plichta — pan Łukowski, pierwszy mistrz w nogach tutejszego kraju, okaże paniom w promenadzie po kolei całe towarzystwo, każdy danser zwróci uwagę pań na szczególne piękności, naprzykład pan Kropiński na pannę Kosecką — tu pan Kropiński skrzywił się i cofnął nieco, bo przed paru dniami dostał od panny Koseckiej kosza i stracił dla niej wszelkie uwielbienie — pan Broński na parę panien... dojrzalszych i tak dalej. W jednym wieczorze będą panie poinformowane o całem towarzystwie najdokładniej, gdyby czego brakowało, to pan Ramski w najsłodszej formie uzupełni...
— A my zrobimy tymczasem partyjkę, przerwał Arman. Nie widziałeś pan pana Kolskiego?
— Oho! tylko bez assyryjskich rozmów, pomyślał konsyliarz, a głośno dodał: Musi gdzieś być na sali. Cichocki będzie czwartym do partyi.
— A! będzie i pan Cichocki! sami starzy znajomi. Poszukajmy ich.
Krótkowidzący Kolski był już dawno na sali i ukłonił się już pięciu wysokim damom w mniemaniu, że to pani Armanowa lub panna Adela, ale prawdziwą odnalazł dopiero z pomocą jej męża, który go z konsyliarzem wynalazł nareszcie zaplątanego między trenami dwóch przechodzących pań. Po odnalezieniu jeszcze Cichockiego, który spokojnie zajadał już kolacyę w restauracyi, zasiedli do wista, nie troszcząc się o tańce.
Ramski spojrzał znowu na zegarek, a potem na Łukowskiego. Łukowski spojrzał na zegarek, a potem na Ramskiego, Ramski spojrzał na salę i skinął głową Łukowskiemu; Łukowski spojrzał na muzykę, siedzącą na galeryi i klasnął w dłonie. Zabrzmiał walc. Ramski puścił się w tan z protektorką pikniku, doktorową Łańską, Łukowski z najwyższą z najbliżej siedzących dam. Ruszyły dalsze pary: sędzia z panną Adelą, Kropiński z panią Armanową, Broński z Kropińską, Piórecki z Rybakowską i inne za nimi.
Ramski zrobił parę tur po sali, a później baczył pilnie dokoła, czy wszystkie panie tańczą: gdy zobaczył, że która zbyt długo odpoczywa dla braku tancerza, ruszał co żywo ku niej, przetańczył z nią jedną turę, odprowadzał na miejsce, i dalej patrzył, której brak tancerza. Między temi humanitarnemi swemi turami dowiadywał się, czy każda z pań ma dansera do kadryla, mazura, lub kotyliona, przy kim siędzie przy kolacyi, komu z panów brak vis-à-vis do kadryla, notował, danserów wyszukiwał, przedstawiał, o nikim i niczem nie zapomniał. Łukowski porywał danserki jednę po drugiej, okręcał po sali, sadzał, brał drugą, tańczył, sadzał na kanapkę, porywał trzecią, kręcił w lewo, prawo, sadzał ją znowu, otarł pot z czoła i porywał następną w wir tańca, nie otwarłszy ust do żadnej.
Pani Armanowa i pani Adela cieszyły się niesłychanem powodzeniem: ich piękna powierzchność, uprzejme obejście i reklama pieniężna, rozszerzona przez Ramskiego, zwabiły ku nim całą młodzież, która tuzinami czekała, aż kolej tury na każdego nadejdzie, a inne panie, jakkolwiek nieco o to zazdrosne, nie mogły nie przyznać powodzenia i królowania.
Sędzia przetańczył po jednej turze i stanął pod ścianą przypatrując się zabawie i ścigając okiem tańczącą pannę Adelę. W przestanku usiłował zbliżyć się do niej, ale pani Kropińska z jednej strony, pan Kropiński z drugiej strony wzięli w opiekę panią Armanową i pannę Adelę. Powoli, po kolei przedstawiła pani Kunegunda swe córki i wkrótce cała familia państwa Kropińskich pracowała nad zyskaniem sobie przyjaźni nowych znajomych. Sędzia przeszedł się po sali, spojrzał parę razy ku pannie Adeli i nie widząc możności przystąpienia, poszedł zobaczyć co robi jego przyjaciel Plichta.
Jego przyjaciel Plichta wygrał parę reńskich i rozdawszy karty kiwał się z zadowoleniem na krześle. Zobaczywszy sędziego podszedł ku niemu z zapytaniem:
— Tańczysz z nią kadryla?
— Drugiego... nim miałem odwagę poprosić, już ją jakiś facet zaangażował do pierwszego kadryla.
— Podaj jej ramię do kolacyi.
— Już jakiś p. Kropiński ofiarował się jej z tą usługą.
— Nie pilnujesz należycie interesu...
— Tańczyłem z nią walca.
— Dobrze, dobrze. Kręć się tylko ciągle koło niej, żeby zamanifestować, iż cię ona obchodzi jak dawniej... ja tu tymczasem obrabiam Armana dla ciebie...
Przyszła kolej gry na Plichtę, wrócił więc do stolika, a sędzia, wróciwszy na salę, znowu ścigał oczami pannę Adelę, a widząc, jak jej inni nadskakują, uczuł w sercu żmiję zazdrości; ściągnął brwi i spochmurniał straszliwie...


VII.

Uczony Arman, o którego istnieniu oprócz paru dawnych kolegów i oprócz kilku specyalistów naukowych, nikt nie wiedział, podrósł w sławie i opinii publicznej dzięki powodzeniu żony i jej siostry. Kuryer miejscowy doniósł w kronice, że w grodzie naszym bawi powszechnie ceniony i poważany uczony p. Antoni Arman z rodziną, a Plichta postarał się przez znajomego mu redaktora, że w rubryce: »Z karnawału« w kwiecistych słowach podniesiono wdzięki nadobnych Lwowianek, »zdobiących żywy bukiet pań obecnych na pikniku«.
Posypały się wizyty w hotelu Saskim: zjawili się rozmaici uczeni, kilku dawnych kolegów pospieszyło z zaproszeniami na zabawy domowe — panie musiały więc myśleć o odpowiednich toaletach, bo ani nie były przygotowane na tyle zabaw, ani nie marzyły przed przyjazdem do Krakowa o takiem powodzeniu — biegały więc uszczęśliwione od sklepu do sklepu. Nic zatem dziwnego, że Cichocki i Plichta, przybywszy do nich z wizytą, nie zastali ich w domu. Sędzia czatował koło hotelu i parę razy udało mu się spotkać panie, ale wkrótce musiał je pożegnać gdzieś przed magazynem mód, lub przed jakim sklepem bławatnym, lub rękawicznikiem, a rozmowa wśród takiego karnawałowego nastroju pań obracała się jedynie koło zabaw i tańców. Sędzia był w rozpaczy; zabaw nie lubił i chodził na nie jedynie dla towarzystwa innych, rozmowa na ten temat była dlań obcą i ciężką... spacerował więc z czarnemi myślami, albo pracował w domu nad korektą »służebności polnych«, i znowu polował na spotkanie, choćby na chwilkę, panny Adeli.
Ujrzał ją znowu w atmosferze balowej na balu akademickim. Póki sala nie napełniła się zupełnie, używał nieprzerywanej rozkoszy w rozmowie z panną Adelą. Ona tak pamiętała owe krótkie chwile wspólnych wycieczek w Zakopanem, tak chętnie wspominała usługi i grzeczności sędziego, tak przychylnie na niego patrzyła! Sędzia był uszczęśliwiony, gdy nagle pojawiła się pani Kropińska z synem i córkami, zasiadła obok pani Armanowej — sędzia musiał ustąpić pannom miejsca — a w końcu zupełnie z placu boju, bo młodzież z pikniku zbliżyła się znowu gremialnie ku zabawie pań.
Sędzia ustąpił i spojrzał dopiero na resztę gości balowych — dotąd widział tylko pannę Adelę — ujrzał naprzeciw pod ścianą Cichockiego i Plichtę, więc zbliżył się do nich. Plichta szturknął go łokciem i szepnął w ucho: Dzielnie było! Dlaczego jednak ustępujesz zaraz, gdy kto inny do nich się przyczepi? Nie daj się! Sędzia westchnął, stanął obok nich pod ścianą i pochłaniał oczami pannę Adelę, a widząc ją ciągle płynącą w wirze tanecznym, oddaną tańcowi całą duszą, nie spojrzącą nań ani jednem litośnem, zachęcającem spojrzeniem, zapominającą o wszystkiem dla marnego tańca, markotniał, gryzł się coraz bardziej, aż wreszcie zirytowany, nie żegnając nikogo, porwał futro z garderoby, strzelił szapoklakiem, trzasnął drzwiami i poszedł do domu, nie wiedząc właściwie, czy gniewać się na Adelcię, że tak lubi tańce, czy na siebie samego, że ich tak nie lubi?
Siedział nad ostatnim arkuszem korekty swego dzieła, które zjednało mu u Kolskiego już naprzód nazwę »uczonego«, gdy odwiedził go Arman. Sędzia ucieszył się niezmiernie jego widokiem, a jeszcze bardziej tem, że Arman, oglądnąwszy korektę, nie wsiadł na naukowego konika, lecz na fotel, i przemówił:
— Nie spodziewałem się, że wizyta nasza w Krakowie będzie dla nas, a przynajmniej dla mnie, więcej, hm! trudem, niż rozrywką, hm! Te wizyty, bale, zabawy, hm! to mi już kością w gardle stoi!
— O! i mnie! pomyślał sędzia.
— Myślałem, że w gronie naszych miłych znajomych przepędzimy na hm! zwiedzaniu pamiątek Krakowa, hm! pójdziemy, co najwyżej, na jedną zabawę, hm! tymczasem uprzejmość tutejszego towarzystwa wciągnęła nas w wir zabaw hm! tyle konwencyonalnych wizyt! hm! jestem zmęczony, hm! Prawdziwy szał karnawałowy! hm! marność! szaleństwo!
— Czemu one tak nie myślą! pomyślał sędzia, podzielający najzupełniej wynurzenia Armana.
— Otóż, kochany sędzio! ciągnął Arman, krząkając od czasu do czasu, spodziewam się, że pan będzie łaskawy kiedy odwiedzić nas we Lwowie... przepędzilibyśmy parę chwil spokojniejszych, hm! w więcej zamkniętem kole... więcej do wrażeń duchowych odpowiednich...
— Byłoby to dla mnie prawdziwą przyjemnością; rzekł gorąco sędzia, tak, jak z przyjemnością wracam pamięcią do chwil przepędzonych w letnim domku szanownych państwa i przechowuję niezatarte wrażenia... miło mi będzie złożyć państwu moje uszanowanie we Lwowie —
— Bardzo będziemy się cieszyć, przerwał Arman ściskając mu rękę. Muszę to moim paniom zapowiedzieć, a z pewnością ucieszą się tak, jak ja. Dziś wieczór odjeżdżamy odpocząć po tych karnawałowych trudach, żegnam zatem kochanego sędziego słowami: do widzenia!
— Do widzenia! do widzenia jaknajprędszego, powtórzył sędzia. Stawię się na kolei dla pożegnania pań.
— A następnie we Lwowie? nieprawdaż? dodał zachęcająco Arman, i jakby pozbywszy się tego, co chciał powiedzieć, odkrząknął, powstał i zaglądając na biurko zapytał:
— Nad czemże pan sędzia pracuje? Widzę: korekta?
— Chciałem szanownemu panu dedykować na wyjezdnem egzemplarz mojej pracy »o służebnościach polnych« — ale nie zdołałem skończyć. Już ostatni arkusz, za kilka dni będę miał przyjemność przesłać całość.
— Miło mi będzie oglądać owoc pracy pańskiej... Bardzo to chwalebne, że pan mimo zajęć biurowych, zajmuje się nauką. A jakiej pan się trzymał metody?
Sędzia zajęty myślą o Adelci kręcił się, jak mógł, aby wyjaśnić swą metodę i utrzymać rozmowę. Gdy nareszcie Arman go pożegnał, poszedł natychmiast do Plichty, aby roztrząsnąć z nim znaczenie słów i zaproszeń Armana.
Plichta wysłuchał poważnie i rzekł w końcu stanowczo:
— Stawiam głowę moją przeciw jednej butelce nędznego wina na to, że przyjechał z kobietami dla ciebie, i że cię popiera. Żona prawdopodobnie wie o tem i także nie jest przeciwną — pozostaje tylko, abyś zjednał sobie pannę. Musisz jechać do Lwowa.
— Hm! zima.
— Nie pojedziesz zaraz! Zresztą musisz postarać się o urlop.
— Będą się pytać, na co mi urlopu?
— W interesach familijnych i basta!
— Ale to kłamstwo!
— Głupstwo! Co komu do tego gdzie i po co jedziesz? Zresztą konkury to także interes familijny.
— Prawda, po części... poproszę o urlop na lipiec.
— Co? na lipiec? może jeszcze przyszłego roku? To tymczasem może panna Adela pójść za kogo innego!
— Naglisz strasznie.
— Oczywiście, niema co czasu tracić, trzeba kuć żelazo póki gorące. Weź urlop za miesiąc.
— Będzie zimno jeszcze... zaziębię się w drodze.
— Oho! zaczynasz znowu dziwaczyć. Kiedy raz się zdecydowałeś, to kończ zaraz, a potem ślub w trzy miesiące od daty.
— Wezmę więc urlop za miesiąc, będzie początek wiosny...
— Jedź zatem i przyjmij błogosławieństwo moje na drogę!
W dwa miesiące dopiero wyruszył sędzia w drogę, nie dostał bowiem pierwej urlopu. Otulonego największą tajemnicą i szalem wsadził go wierny Plichta do doróżki i zawołał do doróżkarza: — Na kolej!
Każda podróż była dla sędziego wielkim wypadkiem w jego życiu. Wypadek ten powtarzał się tylko dwa razy w roku, raz, kiedy wyjeżdżał na letni urlop, drugi raz, kiedy z niego powracał. Do każdej takiej jazdy przygotowywał się długo, pakował do kufrów ubrania i drobiazgi, zamykał, namyślał się potem, czy czego nie zapomniał, otwierał kufry, na nowo zaglądał, i znowu je zamykał. Dręczony obawą, aby go pociąg nie odjechał, przybywał co najmniej o godzinę zawcześnie, czekał otwarcia okienka ze sprzedażą biletów, a gdy je otwarto, rzucał się ku niemu, rozpychając podróżnych z trwogi, aby się nie spóźnić. Zdobywszy bilet krzyczał na posługacza, żeby się spieszył, biegł na peron i zwykle nie zastawał jeszcze pociągu. Skoro jednak pociąg zajechał, rzucał się do pierwszego lepszego wagonu i spocony siadał w otoczeniu kuferków, zadowolony, że się nie spóźnił przecie. Czekał, czekał, póki nie nadszedł konduktor, i nie kazał mu się przesiąść gdzieindziej, a wówczas, znowu z trwogą i pośpiechem przeprowadzał się z kuferkami do innego wagonu i jeszcze zwykle czekał dość długo, nim pociąg ruszył nareszcie.
Podobnie zupełnie odbył się obecny jego wyjazd do Lwowa, z tym dodatkiem, że przybywszy zawcześnie, wsiadł do pociągu odjeżdżającego do Wiednia, ale na szczęście konduktor zapytał go dokąd jedzie i kazał mu coprędzej wysiąść, a przyjść za trzy kwadranse na następny pociąg. Wysiadł więc sędzia i otoczony kuferkami oczekiwał na następny pociąg, w którym ulokowany został obok jakiegoś żydka, usiłującego przy wątłem świetle lampy wagonowej odczytać »Neue Freie Presse«, oficera dymiącego straszliwie z włoskiego cygara, kaszlącego jegomościa z małżonką, tulącą do piersi płaczące niemowlę, i malcem, kręcącym się po wagonie i depcącym pasażerom po nogach.
Sędzia odpędzał ręką dym z cygara i wzdychając słuchał monotonnego łoskotu wagonu.


VIII.

W pokoju zastawionym wysokiemi, oszklonemi szafami bibliotecznemi siedział Arman przy biurku pośród papierów i książek. Oparłszy głowę na ręku, zwrócił twarz ku pięknej żonie, siedzącej z boku na krześle i mnącej w ręku niecierpliwie jakąś robótkę.
— Dziwię się Tosiu, mówiła, że jesteś tak niewyrozumiały i nie masz względu na moje delikatne zdrowie, ani na zdrowie Adelci.
— Ależ Andziu! nigdy nie czułaś się chorą!
— Nie jest to choroba, ale usychanie w samotności... nigdy nie szalałam, nie bawiłam się, nie pragnę całkiem tego, ale... dla siostry muszę pragnąć więcej życia... swobody... towarzystwa. Siedzi dotychczas u nas, jak pierwej w klasztorze, nie widząc prawie ludzi.
— Doprawdy nie pojmuję, dlaczego tak nagle uczułaś tę samotność! Wszakżeż bywamy u Piętkiewiczów u Guzowskich, u...
— U samych starych nudziarzy, gdzie się nudzimy.
— Jeździliśmy do Zakopanego, bawiłyście się...
— Pierwszy raz w życiu.
— Teraz karnawał przepędziliście także wesoło...
— Nie przeczę... ale po karnawale siedzimy w domu przy robótkach, jak w więzieniu, bywamy w kościele i u paru starszych rodzin... gdzież Adelcia się zabawi? gdzież wreszcie znajdzie sposobność do zamążpójścia?
— Spotykamy dosyć młodych ludzi, sądzę zresztą, że zbytecznem jest ich szukać, Spisowicz —
— Ja nie mam nic przeciw Spisowiczowi, ale nie widzę powodu uważać go za jedyną partyę dla Adelci.
— Człowiek stateczny, napisał książkę chwaloną...
— Małżeństwo nie polega na pisaniu książek!...
— Ale zdaje mi się, że on się podoba Adelci?
— Podoba! Przecież to pierwszy człowiek, który zaczął jej nadskakiwać, nic więc dziwnego, że zwrócił jej uwagę na siebie. Gdy pozna innych, porówna, dopiero będzie mogła powiedzieć, zdać sobie sprawę, kto jej się właściwie podoba. Musimy jej przecież zostawić swobodę wyboru?
— Nie myślę; nie myślałem wcale namawiać ją lub zmuszać, ale nie rozumiem, dlaczego chcesz dalej szukać kogo, któryby się lepiej spodobał Adelci, skoro jeden już się podoba?
— Choćby się i podobał, to gdzież jest? czy będziemy latami czekali, aż raczy przyjechać po nią?
— Zbyt jesteś prędką, Andziu. Nie może przecież tak spieszyć, nie znając jej wiele, nie upewniwszy się, czy będzie zaraz przyjęty; zresztą jest w urzędzie, bez zezwolenia odjechać nie może... Prawdę mówiąc, gdybyście w Krakowie mniej tańczyły, bylibyśmy go częściej widzieli i zakończyli sprawę w tę, lub ową stronę.
— Zostawmy to zresztą przyszłości, ja nie stawiam wcale przeszkód, tylko chcę cię prosić, żebyś jej dał sposobność bywania, zobaczenia innych młodych ludzi, poznania świata za murami klasztoru i naszego domu...
— Ależ ja wam nie bronię wychodzić z domu! Gdyby cię kto teraz słyszał, myślałby, że jesteście w więzieniu!
— Nie gniewajże się Tosiu! tego wcale nie mówię!
— Więc czegóż chcesz właściwie?
— Abyś się nie krzywił, gdy się zdarzy sposobność jakiej rozrywki, rautu, koncertu...
— Ale nie... nie... odparł Arman, krzywiąc się nieco, możecie czasem się zabawić...
Armanowa uznała za stosowne nie wymagać więcej na razie i zostawić resztę przyszłości. I kropla wody, gdy ciągle w jedno miejsce uderza, dziurawi kamień, pomyślała, powoli przerobię ja i ciebie... i zostawiwszy męża w bibliotece, odeszła.
Przechodząc przez salon zatrzymała się przed zwierciadłem odbijającem jej wysoką postać. Patrzyła chwilę zadumana i myślała:
— Nie jestem wcale chciwą hołdów, ani zarozumiałą... ale... mogłam przy mojej postaci doznawać więcej uznania... przecież niewinne zbieranie hołdów przezemnie, nie może szkodzić Tosiowi... nigdzie mię nie pokazywał na świat, nigdzie się nie bawiłam, a tyle brzydszych odemnie cieszy się nadskakiwaniem... o Guzowskiej pisali w gazetach, że była królową balu! a przecież nie jest ładna!... w Krakowie umieli mię ocenić, i tu więcej zważanoby na mnie, gdyby mię Tosio w świat wprowadził... Tosio musi dom otworzyć. Będziemy urządzać zabawy, przyjmować gości, bywać u innych... będę, jak prezydentowa z Adelcią sprzedawać kwiatki na balu. Wezmę kremową suknię, lekko dekoltowaną, z żółtą różą we włosach, Adelcię ubiorę taksamo... Gdyby tylko zdarzyła się jaka sposobność do otwarcia domu? do imienin daleko... urodziny jeszcze dalej... ach! sposobności, sposobności tylko, a ja już Tosia przerobię! Dość długo żyłam jak zakonnica!... Kraków otwarł mi oczy!...
I siadła zadumana przed zwierciadłem, rojąc projekty wesołej przyszłości...
Tymczasem sędzia przebudził się w hotelu Francuskim z drzemki, do której ułożył się po przyjeździe, dla odpoczynku po męczącej podróży, w ciągu której nie zmrużył oka, i rozpoczął się namyślać, czyby nie wrócić z tej Kanossy? Budziły się w nim rozmaite wątpliwości i obawy, ale wreszcie pomyślał: Niech się skończy raz, tak, lub owak, bo myśl o niej, przy niepewnej przyszłości, trułaby mi życie. Wstał, ubrał się starannie, spojrzał na zegarek i uznał za najstosowniejsze pokrzepić najprzód nadwątlone siły obiadem.
Zeszedł do restauracyi, a ledwo usiadł przy stole, rzucił się na niego młody człowiek z przeciwka, na którego nie zwrócił wcale uwagi, i całując go z dubeltówki zawołał:
— Jak się masz Kazku! Kopę lat cię nie widziałem! Pysznie wyglądasz! Jakżeż ci się powodzi?
Sędzia przedewszystkiem zląkł się, w obawie, aby go nie badano o jego okryte tajemnicą zamiary, potem przyglądnął się witającemu i rzekł wreszcie nieco uspokojony:
— Ach! to ty Florku! nie poznałem cię wcale! Jak się masz?
— Skąd się tu wziąłeś?
— Przyjechałem dzisiaj za interesami...
— Pewnie jesteś zmęczony? Każ sobie dać dobry obiad. Rosół do niczego, każ sobie dać bulionu. Zadysponuj obiad, potem pogwarzymy. Jakże się cieszę, znajdując nagle starego towarzysza broni!
Pan Floryan Guzowski, nowy nasz znajomy, był szkolnym kolegą sędziego. Uchodził wówczas za hebesa, ale nie brakło mu na sprycie: sam przyszedł do przekonania, że jest... nieco w ciemię bity, i czując, że rozumem innym nie sprosta, grał ostentacyjnie rolę skromnego, jawnie uznawał wyższość innych, giął się przed nimi i nadskakiwał, a każdy mniej więcej, widząc grzecznego i uprzejmego chłopca, wiele mu przebaczał. Tylko dzięki grzeczności i nadskakiwaniu przechodził z klasy do klasy, przez co zwany był w szkole »lizusem«, a wreszcie zdał nawet maturę. Utknął jednak na egzaminach prawniczych i wtedy postanowił przerzucić się na inne pole, mianowicie ożenić się bogato. W tym celu począł gospodarzyć na małym folwarczku, który w spadku otrzymał, i kręcić się po okolicznych dziedziczkach; ale wiadomości agronomiczne pana Floryana i dochód z jego folwarczku nie stały w żadnym stosunku z wydatkami na konie, ekwipaże, lokai i »bywanie w świecie«, skutkiem czego, nim dobił do portu, rozbiła się nawa jego, t. j. folwarczek przeszedł drogą publicznej egzekucyjnej sprzedaży w ręce jakiegoś żydka. Po tem nieszczęściu przeniósł się pan Floryan do Lwowa szukać jakiej posady. Dzięki giętkiemu stosowi pacierzowemu i protekcyi rodziny znalazł w banku posadę i właśnie w epoce pobytu sędziego we Lwowie, począł sobie skarbić względy zwierzchników i wyrabiać sobie także w banku opinię, używaną dawniej przez niego wobec kolegów: dobry chłopiec, ale... jak stołowe nogi! Tylko u kobiet używał opinii bez żadnego »ale«: przystojny i nadskakujący podobał się powszechnie. Wszystko byłoby dobrze, ale znowu dochody pana Floryana w banku nie stały w odpowiednim stosunku do jego pozycyi wobec płci niewieściej. Że jednak dawne długi utonęły w folwarczku, a nowe jeszcze nie urosły nadmiernie, więc pan Floryan egzystował obecnie stosunkowo przyjemnie...
Pomny swojej dewizy: lepiej mieć stu przyjaciół, jak jednego nieprzyjaciela, nadskakiwał i teraz sędziemu. Podał mu krzesło, przywołał kelnera, kazał mu się spieszyć, przyniósł spis potraw, a w międzyczasie wynurzał swą radość ze spotkania kolegi.
Sędzia, zajęty swemi myślami, wolałby sam zostać, ale nie mógł nie uznać uprzejmości Guzowskiego i odpłacać jej niegrzecznością. Silił się więc na rozmowę.
— Długo tu będziesz? pytał Guzowski.
— Parę dni.
— Masz kogo znajomego tutaj?
— Parę osób.
— Gdybyś miał w banku interes, służę ci pomocą. Będziesz gdzie z wizytą?
— Może wpadnę do kogo znajomego.
— Do kogo? ja tu znam wszystkich, mogę ci z góry powiedzieć, kiedy kogo w domu zastaniesz.
— Hm! nie wiem... jeżeli czas znajdę... znasz pana Antoniego Armana?...
— Znam! Zastaniesz ich zawsze w domu, u kogóż jeszcze będziesz?
— Hm! nie wiem. A... a... czy znasz panią Armanową? zapytał wahająco sędzia.
— Znam, ładna kobieta. Ma także bardzo ładną siostrę. Znasz ich?
— Trochę... ze względów naukowych chciałbym widzieć Armana... będę więc zapewne widzieć i panie, tłomaczył się niby obojętnie sędzia, a czuł, że czerwienieje po same uszy. Ale pan Guzowski nie był wcale domyślny i nie podejrzywał go wcale, jedynie dla zabawienia sędziego rozpoczął z własnej inicyatywy opowiadanie o wspomnianym przez sędziego uczonym:
— Uczony człowiek, trochę dziwak. Bywa czasem u mojego stryja, stąd znam go nieco. Dawniej był wściekle zazdrosny o żonę i nigdzie nie bywał, aby jej nie pokazać światu. Ale powoli, powoli, postarzał się nieco, zagrzebał się w książki i przestał się obawiać o żonę. Zresztą i ona nie rwała się wcale, bo pozbawiona wcześnie rodziców, chowała się w klasztorze i prosto z klasztoru wydał ją opiekun jako szesnastoletnią pannę za mąż za Armana. Była więc przyzwyczajona do świata, złożonego z kilku pokoi.
— Mówiłeś, że ma siostrę?... wtrącił sędzia.
— Tak jest. Taksamo w klasztorze wychowana, dopiero przed dwoma czy trzema laty wziął ją Arman do siebie. Bardzo ładna, ale także rzadko kiedy można ją gdzie zobaczyć — dzieli samotność ze siostrą.
Sędzia pochłaniał słowa Guzowskiego, myśląc: Bardzo dobrze! to dobre wychowanie, nie będzie przepadać za balami i tańcami... bawiła się chwilowo w Krakowie... może zanadto, ale nie jestto skutkiem wychowania, lecz przypadkowej sposobności...
Guzowski ofiarował sędziemu swe usługi w oprowadzeniu po Lwowie, ale sędzia podziękował mu, wymawiając się interesami. Pożegnali się zatem, a sędzia pokrzepiony obiadem wyszedł na miasto.
Jako rodowity Krakowianin z krwi i kości, patrzył z nieufnością na obce miasto, krytykując w duszy bruk, nieporządek w zamiataniu, nadmiar żydostwa, brudne fiakry i wyszukując wady w każdym przedmiocie, na który rzucił okiem w czasie przechadzki. Na rogu ulicy Akademickiej, ku której podążał, ktoś mu się ukłonił. Sędzia spojrzał ze zdziwieniem i niepokojem, jak gdyby go kto złapał na czem podejrzanem, i ujrzał młodego goga, uprzejmie się uśmiechającego i wyciągającego ku niemu rękę. Po namyśle rozpoznał sędzia w gogu pana Kropińskiego, którego poznał na pikniku w Krakowie.
— Dzień dobry panu! Przemówił pan Kropiński. Jakto miło zobaczyć na obcym bruku Krakowianina! Co pan tu robi?
— W interesach, odparł zimno sędzia, uchylając kapelusza.
— Pyszne miasteczko ten Lwów! ciągnął dalej Kropiński, to nie taka mieścina, jak Kraków! W Krakowie, co? planty, ogród strzelecki, krakowski — i basta! A tu! to rozumię! Wielkie miasto! W Krakowie za pół dnia można wszystkich zobaczyć, tu można miesiąc siedzieć, nim się rozpozna w towarzystwie! Ale wiesz pan, ta panna Marzyńska — sędzie drgnął nagle — ta, co to przy niej siedzieliśmy na balu akademickim, ta wysoka brunetka, wiesz pan, ta, co to...
— Wiem, wiem...
— No, to ma tyle posagu! dokończył pan Kropiński pokazując palcami figę. A u nas w Krakowie poczciwy ludek wierzył, że ma sto tysięcy! ha! ha! Do widzenia, pomyślnych interesów!
Poszedł sobie gwizdając pan Kropiński, a sędzia, rad, że go się pozbył, ruszył na ulicę Akademicką, nie myśląc ani na chwilę o odkryciu pana Kropińskiego.


IX.

Im bliżej sędzia był swego ideału, tym powolniejszym szedł krokiem. Nareszcie stanął przed kamienicą, w której mieszkali Armanowie. Do sieni wiodły drzwi kolorowemi szybami oszklone. Od strony dziedzińca były również drzwi podobne i takieżsame drzwi zakrywały klatkę schodową. Sędzia jednym rzutem oka zauważył te szczegóły, które niezmiernie mu się podobały, bo chroniły przed przeciągami i nagłemi zmianami temperatury. Wstąpił na schody i drżącą ręką pociągnął za rączkę od dzwonka.
Po chwili uchyliły się drzwi, w nich pokazała się najprzód kopcąca fajka, potem kawałek cybucha, następnie ręka trzymająca cybuch, dalej dalszy ciąg cybucha, a wreszcie okrągła twarz dawnego znajomego, filologa.
— Dzień dobry panu, panie profesorze, przemówił sędzia, który natychmiast poznał p. Koziełka.
— A! a! to pan sędzia! ktoby się spodziewał! Hannibal laetatus est, quum Hasdrubalem vidisset! (Hannibal ucieszył się zobaczywszy Hasdrubala).
— Są państwo w domu?
— Są, są. Walenty! zanieście kartę panu. Proszę pana sędziego do salonu.
— Jak się pan ma; panie profesorze? dzieci się uczą? co?
— Teraz są w szkole. Lolo est atrox, (zuchwały), ale Staś za to mitis ingenii invenis (młodzieniec łagodnego usposobienia), Jaś jeszcze mały, puer septem annorum, (dziecko siedmioletnie). Panna gra teraz na fortepianie, pulcherrima virginum! (najpiękniejsza z dziewic).
Tak prawiąc wprowadził filolog sędziego do salonu, do którego po chwili wbiegł ucieszony Arman.
— A! kochany sędzia! zawołał. Jakże się cieszę! Jakże moje panie będą kontente! Siadajże kochany sędzio!
— Pośpieszyłem natychmiast złożyć państwu moje uszanowanie, skoro tylko interesa dały mi sposobność odwiedzenia Lwowa.
— Czemuż pana wcześniej nie sprowadziły tutaj! Andziu! Adelciu! Dziękuję panu jeszcze raz za przysłaną książkę o służebnościach. Czytałem pochlebne recenzye... sam, oczywiście, nie mogę wydać zdania, nie będąc prawnikiem, ale uznaję metodę pańską i piękny styl. Andziu! Adelciu! Pięknie zbudowane zdania, po pół strony okresy. Bardzo, bardzo dobre wrażenie robi pańska książka...
Sędzia ruszył posuwistym krokiem, aby ucałować rączkę pięknej gospodyni, wzruszony uścisnął rączkę panny Adeli i zasiadł na rożku fotela. Po życzliwem powitaniu zaczęły panie rozpytywać o znajomych z Krakowa, i o dalszy ciąg karnawału po ich odjeździe.
— Zabaw nie brakło, odpowiedział sędzia — ale, po wyjeździe pań, brakło rzeczywiście ozdób.
— Och! dla komplementu robi pan ujmę Krakowiankom.
— Mówię szczerą prawdę, jestto najszczerszem mojem przekonaniem, zaręczał sędzia, a mówił prawdę. A panie bawiły się wiele tu we Lwowie?
— Bynajmniej... my tak rzadko tu się bawimy! W niedzielę będzie u nas popołudniu parę osób — tu spojrzała pani znacząco na męża — pan sędzia będzie również łaskawy przybyć?
— Oczywiście! odparł za niego Arman. Tak rzadki gość nie może nam odmówić swego towarzystwa... długo pan sędzia zabawi we Lwowie?
— Mam tylko tygodniowy urlop — muszę zatem na tak krótkiej bytności poprzestać.
— Będziemy więc w każdym razie mieli przyjemność widzieć pana częściej...
— Jakże podoba się panu nasze miasto? wtrąciła panna Adela.
— Niezmiernie! odparł sędzia z zapałem, który prócz hotelu, Placu Maryackiego i kawałka ulicy Akademickiej właściwie nic Lwowa nie widział. Wielkomiejskie wrażenie... Ulice szerokie, długie, ruch...
— A Wysoki Zamek? Kopiec Unii?
— Jeszcze nie widziałem, dopiero dzisiaj rano przybyłem ale będę starał się zwiedzić wszystko — kopiec, tabulę krajową....
— Oprowadzimy sędziego, oświadczył Arman.
W tej chwili wszedł p. Koziełek z żałobą na Lola, iuvenem atrocem (młodzieńca zuchwałego), który wróciwszy ze szkoły wylał atrament do fajki filologa. Armanowie musieli okazać i wykonać władzę rodzicielską, skutkiem czego sędzia został na moment sam na sam z Adelą, oglądając album, objaśniane przez piękną sąsiadkę... sędzia więcej patrzył na nią, jak na fotografie, i zarumienił się po uszy. Pokraśniała i panna Adela i siedzieli obok siebie niemi, rozmawiając oczami — słowa nie przemówili, lecz zrozumieli się zupełnie...
Gdy po chwili wrócili Armanowie, sędzia, głosem o parę tonów niższym ze wzruszenia, począł się żegnać i poczerwieniawszy znowu za ciepłem uciśnieniem dłoni panny Adeli, wyszedł wzruszony, jak jeszcze nigdy w życiu.
Następnych dni zwiedzał sędzia osobliwości miasta w towarzystwie Armanów. Wśród pięknych dni wiosennych objeżdżali weseli kwitnące okolice, a sędzia poił się wzrokiem panny Adeli... Zasmakowawszy w tem miłem, szczupłem, a ciepłem kółku, niechętnie widział sędzia, że w zapowiedzianą niedzielę ma być liczniejsze towarzystwo. On wolałby być z nią sam na sam...
Zastał panie wystrojone jak na bal, niewiele miał czasu do rozmowy z niemi, bo zaczęli schodzić się goście, a panie musiały oddawać honory domu, witać, bawić i przedstawiać. Pierwszy przybył profesor Żymalski, chudy, wysoki, w czarnych okularach, z małżonką równie długą i szczupłą. Po nich zjawił się emerytowany radca Schieber z trzema córami, dalej jakiś okrągły nadradca, również emerytowany, jakaś ciocia zażywająca tabakę, wreszcie parę starszych panów i pań, których nazwisk i godności nie dosłyszał sędzia, wreszcie jedyna znana fizyonomia, pan Floryan Guzowski z swem stryjostwem.
Panie zasiadły razem po jednej stronie salonu, panowie ugrupowali się naprzeciw po drugiej stronie, i obie płci zabawiały się oddzielnie, mierząc się oczyma z daleka, jakby jakie dwa wrogie obozy. Sędzia czuł jakąś zimną, obcą atmosferę. Oparł się o konsolę i bawiąc się łańcuszkiem od zegarka, pochłaniał oczyma pannę Adelę. Ona czasem spojrzała ku niemu, a gdy ich oczy się spotkały, rumieniła się i spuszczała powieki.
Pani Armanowa zaczynała dopiero prowadzenie »domu otwartego«, nie miała więc jeszcze wprawy w bawieniu liczniejszego towarzystwa — było więc dość cicho i niewesoło w salonie. Nareszcie znudził się sędzia milczeniem, przybliżył się do najbliższej reprezentantki płci pięknej, pani profesorowej Żymalskiej, i rozpoczął rozmowę na temat ubiegłego karnawału. Profesorowa podniosła oczy w niebo i rzekła z indygnacyą:
— Karnawał! Boże! Czas szaleństwa! Szczęściem, nasze towarzystwo dalekie jest od szaleństw tego świata!
Sędzia, jak zmyty, umilkł, sparzył sobie palce podaną mu filiżanką herbaty, ulokował ją coprędzej na kraju stoliczka i wrócił do poprzedniej zabawy, to jest do milczącego podziwiania panny Adeli.
Florek Guzowski nie grzeszył wcale domyślnością, ale spotkawszy kilka razy w ostatnich dniach sędziego z Armanami, widząc i teraz Spisowicza zapatrzonego w pannę Adelę, jak w obraz, powziął podejrzenie zbliżające się do prawdy. Zbliżył się do niego i przemówił:
— Nudzisz się dzisiaj, widzę to, widzę; Arman przyjmuje najnudniejsze towarzystwo, dziś poraz pierwszy tak liczne, i ze zdziwieniem widzę tu dwóch młodych ludzi, to jest mnie i ciebie... Ładna panna?
— Uhm! mruknął potwierdzająco Spisowicz, domyślając się, że Guzowski mówi o pannie Adeli.
— Możebyśmy ruszyli z miejsca bawić kobiety? zaproponował Guzowski. Ci staruszkowie ani myślą o tem. Sędzia, który właśnie spiekł sobie wargi wrzącą herbatą, odstawił ponownie filiżankę i podszedł za Guzowskim ku paniom. Na szczęście panny Schieber i panna Adela nie były tak wrogo usposobione względem szaleństw świata, jak pani profesorowa Żymalska, i chętnie rozmawiały o balach, teatrze i ploteczkach, których Guzowski miał pod dostatkiem. Ożywiło się więc kółko gości, właśnie w tej chwili, kiedy profesor Żymalski spojrzał znacząco na zegarek, kaszlnął, krząknął, i powstał z małżonką. Za jego przykładem powstali natychmiast wszyscy inni, poczęli się żegnać, sędzia rzucił ostatnie spojrzenie miłości na pannę Adelę, a wyrzutu na piekącą filiżankę z herbaty — i wkrótce opróżnił się salon.
Jeszcze dzień przepędził sędzia na wycieczkach w towarzystwie swego ideału. Adelcia była rozmarzoną, sędzia zakochany do ostateczności, Armanowie szli sobie naprzód przed nimi, nie przeszkadzając im w rozmowie — sędzia czuł się szczęśliwym, lecz truł się już z góry myślą o rozstaniu. Bał się, że łzy kapną mu z oczu, gdy pożegna Adelcię na czas dłuższy. Ważył przytem w głowie stanowczo myśl »rozsądnego« pomówienia z Armanem. Długo chodził wielkimi krokami po swym pokoju w hotelu, układając w głowie przemówienie do opiekuna swego ideału. Następnie, powtórzywszy sobie jeszcze parę razy przygotowane przemówienie, poszedł, sam chwaląc się w duchu po drodze, że jest bardzo odważnym i stanowczym. Obliczył wizytę tak, aby zastać Armana samego, i rzeczywiście trafił po myśli. Zaczerwieniwszy się — nie powiedział nic. Dopiero na odchodnem pomyślał: Ech! trzeba być odważnym! i — w zupełnie innych słowach, niż sobie obmyślił — zwierzył Armanowi tajemnicę swego serca, oczywiście z odpowiedniem chwili ubarwieniem, t. j. z szerszym poglądem na głębokość i stałość swego uczucia, które, choćby go ocean, choćby miliony mil dzieliły, chociażby mu w drodze stanął najsurowszy ustawodawca, pozostanie niezmienne, stałe, niewzruszone i t. d.
Po wypowiedzeniu tego wszystkiego zdziwił się sędzia sam sobie w duchu, skąd mu przyszła taka swada oratorska. Arman ściskał mu i potrząsał serdecznie rękę, dodając:
— Jestem przekonany... wierzę najzupełniej... domyślałem się oddawna — a po skończeniu perory, przemówił:
— Cieszyłbym się z tego związku nadzwyczajnie hm! ale to zależy od Adelci, hm! poznajcie się tylko, a ja myślę hm! że ona nie będzie miała nic przeciw temu! żona będzie hm! za tem hm! kochany sędzio!
Tu potrząsł znowu Arman ręką sędziego i dodał:
— Kiedyż pan nas znowu odwiedzi?
— Nie tak łatwo o urlop w urzędzie! Może za miesiąc uda mi się znowu przyjechać.
— Oby jaknajprędzej! hm! mam nadzieję, że Adelcia hm! jest rozsądną,.... hm! że się to pomyślnie załatwi. Do widzenia zatem, kochany sędzio!


X.

Do miłego zobaczenia! Te pożegnalne słowa panny Adeli brzęczały w uszach sędziego, gdy zstępował ze schodów mieszkania Armanów. Do widzenia! Trzeba zatem znowu postarać się o urlop. W interesach familijnych, oczywiście — trudno w podaniu napisać: w interesie konkurów! Co powie prezydent na tak częste urlopy? Ech! jakoś to będzie!
Na schodach spotkał pana Koziełka. Filolog przyłączył się do niego, ale sędzia zbyt był zajęty własnymi interesami, aby słuchać użalań filologa na zuchwałego Lola; szedł milcząco naprzód, umyśliwszy sobie pożegnać pana Koziełka na najbliższym rogu ulicy. Ale pan Koziełek zdołał go przecie zaintrygować, odzywając się po chwili milczenia:
— Panna Adela est pulcherrima virgo Leopoliensis (najpiękniejsza panna we Lwowie). Sędzie drgnął i odpowiedział pod nosem:
— Zapewne, zapewne.
Sicuti Fryne Atheniensis! (jak ateńska Fryne).
— Co za porównanie! krzyknął oburzony sędzia.
Nulla comparatio satis magna! (żadne porównanie nie jest za wielkie). Muszę panu sędziemu powiedzieć wielką tajemnicę...
— Nie żądam wcale — mruknął sędzia.
— Słodko jest zwierzyć się z boleści serca, rzekł z westchnieniem p. Koziełek. Albowiem słowo przyjazne łatwo ukoi ranę, vulnus amoris (ranę miłości)!
Sędzia przystanął i spojrzał z podziwieniem i niepokojem na natarczywego przyjaciela.
Vulnus amoris cordis mei (ranę miłości serca mego), kończył, wzdychając znowu, pan Koziełek. Serce moje przeszyte strzałą Amora. Leander amavit Heronem, Adalbertus Koziełek amat virginem Adelam! (Leander kochał Hero, Wojciech Koziełek kocha pannę Adelę).
Sędzia oburzył się, przystanął znowu, spojrzał groźnie na filologa i rzekł podniesionym głosem: Mój panie!!! poczem wsiadł do przejeżdżającej doróżki i kazał odwieść się do hotelu. Filolog został zmartwiony na trotoarze, postał chwilę, pomyślał: Homo crudelis! (Okrutny człowiek), westchnął i poszedł na piwo do Naftuły, aby ukoić ranę serca swego.
Zirytowany sędzia miotał w duszy pioruny na filologa, jak śmie podnosić oczy na jego ideał, i stukał od czasu do czasu laską w dno doróżki, jakby w filologa. Po niejakim czasie uspokoił się nieco i powrócił myślami do głównego przedmiotu. — Muszę oddać sobie sprawiedliwość, myślał, że postąpiłem sobie odważnie i stanowczo. Bardzo odważnie. I wymownie. Nie myślałem, że mam taką wymowę! Poszło wcale gładko. Arman jest człowiek zacny, rozsądny; sprzyja moim zamiarom, zatem może wielce mi być pomocnym. Szczęście, że zdobyłem się na odwagę zwierzenia mu moich uczuć... sytuacya przez to jaśniejsza i pomyślniejsza. Postąpiłem dobrze i odważnie. Sam Plichta się zdziwi mojej stanowczości. Ręczę, że będzie mię namawiał, abym zaraz najbliższym razem oświadczył się pannie... na to trzebaby strasznej odwagi! Jak jej to powiedzieć! A jednak.... chyba będę musiał raz jej powiedzieć! Możeby napisać? Wolałbym — ale to jakoś nie wypada... czekać potem listownej odpowiedzi... hm! wiem, jak zrobię: napiszę list i — sam go jej oddam i wysłucham odpowiedzi. Klęknę, dobędę list z kieszeni i oddam go jej... To trochę głupio mi wygląda!... Najlepiej byłoby powiedzieć tak, jak powiedziałem Armanowi — ale na to trzebaby nadludzkiej odwagi!
Wtem stanęła doróżka: zatrzymał go Florek Guzowski.
— A! żeby wszyscy djabli!... pomyślał sędzia, którego cierpliwość wyczerpała się nagle. Że też na chwilkę nawet nie mogę sam z memi myślami pozostać!... Chciałbym już raz siedzieć w wagonie, przynajmniej mógłbym odpocząć, bo obcy ludzie nie będą mię męczyć swoją uprzejmością i gadaniną...
— Dobrze, że cię spotykam, ozwał się Guzowski, inaczej odjechałbyś bez pożegnania... właśnie szedłem do ciebie do hotelu. Bywaj zdrów zatem, kłaniaj się odemnie wszystkim kolegom w Krakowie, i nie zapomnij o Lwowie.
— Do widzenia, do widzenia.
— Jakbyś miał jaki interes tutaj, albo chciał dowiedzieć się o kim, pisz tylko do mnie. Dostaniesz odpowiedź odwrotną pocztą i wiadomość o — Armanach — co, jak myślę, będzie cię szczególniej obchodzić...
— Dziękuję, dziękuję, odparł rumieniąc się sędzia.
— Do widzenia zatem kochany!
Pożegnał się wreszcie Guzowski, sędzia pojechał do hotelu, zapłacił rachunek, zabrał kufry i pojechał na kolej.
Jak zwykle przyjechał o dwie godziny zawcześnie. Czekał z godzinę otwarcia kasy, zaopatrzył się w bilet i pobiegł na peron. Pierwszą osobą, która mu wpadła w oko był pan Kropiński, przechadzający się w zadumaniu. Sędzia poszedł coprędzej w drugą stronę, aby uniknąć z nim rozmowy, do której nie czuł najmniejszej ochoty. Ale mógł być z tej strony spokojnym: pan Kropiński dojrzał go także, i również cofnął się w odwrotną stronę, aby uniknąć spotkania, mówiąc do siebie:
— Tegoby brakowało, żeby zobaczył, iż wracam trzecią klasą!... Skandal! Gdybym wiedział, kto puścił pierwszy tę bajkę o stu tysiącach Marzyńskiej, to połamałbym laskę na łajdaku! Potrzebnie tu jechałem! Niedość, że na darmo wyekspensowałem się na koszta podróży, jeszcze obębnili mię w karty, że mi ledwo dziesiątka została z dwustu wziętych od Abramka, za które w dodatku podpisałem weksel na trzysta! Łajdaki wszyscy bajczarze i lichwiarze! Łotry! żebym go dostał w moje ręce!...
Pociąg zajechał wreszcie. Sędzia rzucił się z trzema kuframi i myślą o pannie Adeli do wagonu, gdzie znalazł się między trzema żydami i dwoma żydówkami. Ulokował się w rogu wagonu, nasunął kapelusz na oczy i oddał się w zupełności swoim myślom, zapominając o świecie.
— Postąpiłem sobie odważnie, myślał, ale nie wiem jak to będzie z moją odwagą, gdy przyjdzie wyznać pannie Adeli... a jednak bez tego nie może się obejść... nie może w żaden sposób. Arman powiada, że sądzi, iż ona nie będzie przeciwną... ja także tak sądzę... Tak mi jakoś przychylnie w oczy patrzyła!... Darowała mi czerwoną różę z bukieciku, który miała na piersi. Mam ją, mam i przechowam jako drogą pamiątkę. Powiedziała: do widzenia! do miłego widzenia, zatem widok mój jest jej miły, wniosek logiczny... ale trudno może brać rzecz tak dosłownie? biorąc a contrario, widok mój nie jest jej niemiły. Do widzenia! zatem spodziewa się, a może i pragnie mię widzieć? inaczej powiedziałaby: żegnam i basta! Słowem, interpretując jej słowa według paragrafu szóstego, t. j. według zgłoskowego znaczenia wyrazów związkowo uważanych, muszę do korzystnych dla mnie dojść wyników... zresztą patrzała tak przychylnie!... przecież i milcząco, dorozumianie można wolę objawić według paragrafu ośmset sześćdziesiątego trzeciego!...
Tak marzył sędzia w wagonie, rozbierając krytycznie każde słowo Adelci, łączył je z okolicznościami, spojrzeniami, rumieńcami, westchnieniami i dochodził do przekonania, że może przecież jakoś to będzie!...
Wśród takich rozmyślań zasnął w końcu i prędzej, niż się spodziewał, przeminął mu czas podróży...


XI.

— Już jesteś z powrotem? zawołał Plichta, witając wchodzącego Spisowicza. Co nowego? tylko prosto z mostu!
— Zdaje się, że wszystko poszło dość dobrze. Postąpiłem sobie bardzo odważnie i prędko —
— Co? oświadczyłeś się? A niechże cię uściskam!
— Nieee! to nie! Ale wyjawiłem moje zamiary Armanowi —
— Dobre i to!
— Który okazał się przychylnym moim zamiarom —
— To było pierwej po nim widać.
— Zostawił decyzyą pannie Adeli —
— Naturalnie! Trzeba było zaraz pójść do niej i —
— Jesteś za prędki.
— Zresztą takie konkury na dystans kosztują za wiele.
— Niech kosztują, ile chcą, byle doprowadziły do celu.
— Zawsze im prędzej, tem lepiej! W każdym razie mam nadzieję, że jakoś to będzie.
— Ja także.
— Więc opowiadaj porządnie.
Sędzia opowiedział więc szeroko i długo swoje wizyty, wycieczki na Wysoki Zamek, do Stryjskiego Parku, do Inwalidów, wreszcie ostatnią stanowczą rozmowę z Armanem.
Plichta słuchał ciekawie, dodając od czasu: bardzo dobrze! Tylko trzeba było pomówić z panną rozsądnie! Czemu się jej nie oświadczyłeś? Na co to zwlekać! Tak, albo siak, byle skończyć! A cóż tam porabia pan Koziełek?
— Osieł! krzyknął sędzia.
Zdziwił się Plichta temu wybuchowi spokojnego zwykle sędziego i zapytał:
— Skądże stałeś się dla niego tak surowym?
— Wyobraź sobie!... ten... ten łacinnik zaczął mi się zwierzać, że... że — kocha się w pannie Adeli!
— Ha! ha! i cóż ty na to?
— Oburzyłem się!
— I co?
— Powiedziałem mu krótko: bądź pan zdrów! czy coś podobnego i odszedłem oburzony.
— A to filolog ma gust dobry!
Sędzia mruczał pod nosem coś, jakby słowo: bałwan! a Plichta śmiał się serdecznie, dogadując przyjacielowi, aby się spieszył, żeby mu przypadkiem filolog nie zabrał panny z przed nosa. Sędzia oburzał się strasznie, wreszcie, aby przerwać te przymówki, zwrócił rozmowę na inny przedmiot. Wyobraź sobie, że nie miałem nawet czasu zobaczyć sądu, tabuli krajowej!... A pamiętasz Guzowskiego?
— Pamiętasz Guzowskiego? zapytał Plichtę. Kazał ci się kłaniać.
— A! ten hebes! Czemże on jest?
— Jest w jakimś banku. Szyk pierwszorzędny, uprzejmy jak dawniej. Zmiarkował widocznie moje zamiary, bo na odjezdnem wspomniał, że pisząc do mnie wspomni zawsze o Armanach.
— No! od niego nie dowiesz się wiele, bo wiadomo, że prochu nie wymyślił. Ale prawda! Dla zakochanego dosyć jest, gdy się dowie, że jego bóstwo było tam i tam, że było blade, lub rumiane, albo że kichnęło, lub miało zieloną parasolkę! Tyle, to nawet Guz potrafi napisać, chociaż nie ortograficznie! Za nim otrzymasz od niego wiadomości, podawaj się o urlop, abyś za miesiąc mógł pojechać i załatwić stanowczo kwestyę wejścia pod pantofel, pod śliczny pantofelek panny Adeli! Początek dobry, powinno wszystko pójść dobrze!
Sędzia nabrał otuchy i wniósł podanie o nowy urlop w interesach familijnych, tymczasem wzdychał do swego ideału zdaleka i począł się rozczytywać, obok kodeksów, także w poezyach, zamyślał się głęboko wśród czytania aktów prawnych, a stąd piękne i czytelne dawniej referaty sądowe, zastąpił teraz kreślonymi, poprawianymi i licznie »żydami« ozdobionymi. W tydzień otrzymał list od Guzowskiego z przyjacielskim wylewem uczuć i wiadomością, iż widział pannę Marzyńską, cudnie wyglądającą, idącą do kościoła z siostrą; w przypisku zachęcał Guzowski przyjaciela do prędkiego odwiedzenia Lwowa i »życzliwych« osób. Następnie otrzymał sędzia list od Armana z podobnem zakończeniem — ale sędzia jechać nie mógł, bo nie dostał urlopu, urzędował więc jak na szpilkach...
Pan Floryan Guzowski szedł sobie pewnego dnia ulicą, gdy nagle dojrzał niedaleko pana Herscha Kahane, który od pewnego czasu przestał się kontentować zapewnieniami pana Floryana, »iż niedługo zapłaci«, lecz domagał się oddania zaraz długu, grożąc skargą. Pan Floryan chciał uniknąć spotkania z niecierpliwym panem Kahane, a widząc się w bliskości mieszkania Armanów, wstąpił do nich. Pan Kahane stanął osłupiały, straciwszy nagle z przed oczu ściganego dłużnika.
Panie musiały się widocznie bardzo nudzić, bo ucieszyły się wielce wizytą. Guzowski miał zapas wiadomostek i plotek bieżących, plótł o nich bez końca, zszedł na projektowane zabawy, na komitety, których jest członkiem, i nie przeczuwając nawet, jaką przyjemność sprawia paniom, nawiasowo nadmienił, że byłoby to wielką przysługą dla komitetu, gdyby panie raczyły przyjąć udział w zabawie kwiatowej dla pogorzelców, że, gdyby miał nadzieję, iż panie opuszczą samotność dla gwarnej zabawy, pojawiłby się w urzędowym charakterze członka komitetu z najgorętszem zaproszeniem.
— Dla pogorzelców! ach! dla tak szlachetnego celu nie możemy się wymówić, zawołała pani Armanowa. Jeżeli mąż nie będzie miał nic przeciw temu —
— Naturalnie, że nie będzie miał nic przeciw temu! zawtórował Guzowski. Dlaczegóżby? Zatem chwytam panie za słowo!
Nazajutrz pojawił się pan Guzowski z drugim nader młodym człowiekiem, zapraszając panie urzędowo imieniem urządzającego komitetu do sprzedaży kwiatów w festynie na pogorzelców. Arman był nieco z tego niekontent, ale na przedstawienia żony, że Adelcia musi się przecież zabawić, rzekł w końcu: Ha! to pójdziemy! Nudził się też okrutnie na festynie, aż znalazł jakiegoś uczonego, z którym zapuścił się w naukową dyskusyę, a panie tymczasem, otoczone młodzieżą, zdobyły sobie szturmem uznanie ogólne. W tydzień zaproszono je do komitetu pań kwestujących dla powodzian, następnie do współudziału w teatrze amatorskim na miejscowych ubogich, dalej do komisyi dam dla ulżenia nędzy, słowem weszły w modę, a Arman z początku oponujący, znudzony prośbami i namowami kobiet, rzekł w końcu: Róbcie wreszcie, co chcecie, ale mnie zostawcie w spokoju! Odtąd coraz więcej gości bywało w salonie państwa Armanów, coraz częściej pojawiali się rozmaici komitetowi z rozmaitemi zaproszeniami, a w niedługim czasie piastowała pani Anna godność wiceprezesowej towarzystwa »Miłosierdzia nad ubogimi«, a panna Adela siedziała nieodzownie przy każdej kweście.
Arman czasami im towarzyszył, później coraz rzadziej, pocieszając się myślą, że zjawienie się sędziego sprawi może wyłom w tej sytuacyi. Powoli, powoli przyzwyczajał się do samotności, do zimnych obiadów, do wieczerzy bez żony i Adelci; siedział w swej bibliotece nad książkami, a pani Anna bawiła się tymczasem »dla przyjemności Adelci«. Pan Lolo, spostrzegłszy, iż oko macierzystej opieki nie strzeże go tak pilnie, jak dawniej, rozpoczął kształcenie sięna własną rękę poza domem, a nad Stasiem i Jasiem objął wyłączny kierunek wzdychający pan Koziełek.
Sędzia ucieszył się, gdy mu Guzowski doniósł w liście, że panna Adela posiadła godność sekretarki towarzystwa »Opieki chorych« i zapragnął koniecznie zobaczyć piękną sekretarkę. Chodził więc tak długo we fraku i białych rękawiczkach po przełożonych, aż wreszcie dostał na tydzień urlop »w niecierpiących zwłoki interesach familijnych«. Tegoż samego dnia wsiadł do wagonu, a Plichta rzekł doń na odjezdnem: Tylko zakończ teraz stanowczo! To się wlecze zbyt długo. Bądź tylko odważny i pomów z panną Adelą, a bodajem połknął rozpalony do czerwoności trybuszon, jak mi za tę radę nie podziękujesz!


XII.

Za pierwszem przybyciem do Armanów nie zastał sędzia nikogo w domu. Nie zostawił biletu, lecz po godzinie zadzwonił znowu.
Arman powitał go z prawdziwą radością, nietylko z powodu życzliwości, jaką żywił dla niego, ale także z powodu nadziei, iż bytność sędziego zatrzyma żonę i Adelcię w domu, a może w następstwie oderwie od gwarnego świata. Długo potrząsał ręką sędziego, mówiąc:
— Cieszę się niesłychanie widząc pana. Dawno się już spodziewałem!
— Nie mogłem w żaden sposób prędzej przyjechać. Nie mogłem dostać urlopu, bo jeden z kolegów zasłabł; musiałem go w urzędowaniu zastępować. Pragnąłem sam najgoręciej być tu znowu!... Jakże zdrowie szanownej pani? panny Adeli?
— Zdrowe, dziękuję panu za pamięć, hm, niestety niema ich teraz w domu. Będą się cieszyć z przyjazdu pańskiego, hm! Siadajże kochany sędzio, musiałeś nie spać w wagonie hm! straszna męka taka podróż... zmęczenie... śliczna pogoda.
Arman zagadywał podróżą i pogodą, ponieważ usiłował tymczasem przypomnieć sobie, gdzie jest dziś żona z Adelcią i kiedy będą w domu. Napewne nie mógł sobie przypomnieć, ale coś mu chodziło po głowie: festyn czy kiermasz jakiś... straciłem rachubę tych wszystkich facecyj... gdzież one u licha?... może znowu jakie posiedzenie na szlachetny cel? dalibóg!... nie wiem. Zakłopotanie jego wzrosło, gdy sędzia zapytał o żonę i Adelcię.
— Hm! mruknął znowu Arman, wyszły gdzieś na miasto... te dobroczynne zajęcia, uważasz pan, hm! zmuszają czasem wyjść na miasto! hm. Zdaje mi się, że gdzieś kwestują. Hm! zaraz, zobaczę w gazecie... aha! Popołudniu kiermasz ludowy na Wysokim Zamku! z loteryą fantową! aha! tam mają być popołudniu. Przypominam sobie. Pojedziemy tam, to je odszukamy... nie wiem jak z obiadem, hm! Gdzieś są proszone... to jutro, kochany sędzio, będziesz łaskaw do nas na obiad — a popołudniu przyjdę do hotelu... pojedziemy na kiermasz!
Sędzia wrócił nie w humorze do hotelu i siadł do obiadu.
Przy sąsiednim stoliku siedziało kilku mężczyzn, których rozmowa zelektryzowała sędziego. Nie potrzebował podsłuchiwać, bo mówili aż za głośno na restauracyę, wybuchając od czasu do czasu śmiechem, choć sędzia nie widział żadnego do tego szczególniejszego powodu.
— Trzeba naładować mieszek na popołudniu, mówił jeden z sąsiadów.
— I grubo, odparł drugi. Co krok karota na wielką skalę. Losy, bufety, kwiatki, programy! ha! ha!
— Kto będzie przy kwiatach?
— Kto? pytasz się? oczywiście, że panna Marzyńska!
— Ha! ha! i dwaj starce przy niej! to weszła w modę!
— A tobie się nie podoba? co? ładna, bo ładna, temu nikt nie zaprzeczy!
— Szkoda, że golizna.
— Szkoda. Ale stary Kruczyński pali się ostatnim płomieniem!... skacze koło niej, o ile mu podagra pozwala, aż miło patrzeć!
— Ha! ha! Miłowski także nadskakuje, ale niema wiele monety, to nie wysadzi Kruczyńskiego.
— Wątpię, czy ona zechce Kruka, stary niedołęga!
— Ale bogaty! ho! ho! ten dusi mnogo grosza!
— Dusiciel boa! ha! ha!
Sędzia porwał się od stołu i chciał zrobić awanturę, ale namyślił się, że niema tytułu prawnego do tego, wsadził więc z gniewem kapelusz na głowę, poszedł do siebie wzburzony, i uspokoił się dopiero wtedy, gdy pojechał z Armanem na ów kiermasz, na którym miał ją zobaczyć.
Przy stoliczku zakrytym kwiatami i tacą z pieniądzmi siedziała pani Anna z Adelcią otoczone licznem towarzystwem. Sędzia poprosił o kwiatek, Adelcia podała nie podnosząc oczu, gdyż była zajętą wyjęciem róży, dopiero gdy sędzia położył na tacy piątkę, spojrzała na hojnego dawcę i poznała go. Zarumieniła się nieco i powitała go. Do rozmowy nie było czasu, bo musiała dokoła sprzedawać kwiaty. Sędzia stanął z boku z Armanem przy pani Annie i musiał się zapoznać z panami Kruczyńskim i Miłowskim, asystującymi jej.
Pan Kruczyński miał koło sześćdziesiątki. Zmarszczoną twarz zdobiły wąsiki widocznie z siwych na blond przemalowane. Włosy, prawdopodobnie z tejsamej przyczyny miały zielonkawy połysk. Miłowski, w podobnym wieku, był przeciwnie czarny jak kruk, nie było na nim widać ani jednego siwego włoska, co właśnie budziło podejrzenie, że był farbowany. Obaj panowie odznaczali się lekką, dowcipną, choć często pieprzną konwersacyą, zaczepiali w rozmowie o Paryż, Londyn, Neapol, widocznie jedli chleb nie z jednego pieca i płci pięknej nie od wczoraj hołdowali.
Nagle zwróciła się panna Adela do sędziego:
— Panie sędzio! proszę poprosić zaraz pana Guzowskiego, żeby mi natychmiast przysłał więcej kwiatów, bo wkrótce braknie!
Sędzia pobiegł na oślep, dopiero ubiegłszy kilkanaście kroków przypomniał sobie, że jest w nieznanem prawie miejscu i nie wie, gdzie szukać pana Guzowskiego. Ale rozkaz Adelci spełnić trzeba! pomyślał, i szedł od stolika do stolika, tu zapłacił guldena za los, który zaraz rzucił na ziemię, tu guldena za filiżankę herbaty, tam guldena za przepowiednię wyciągniętą przez kanarka z kosza jakiejś damy, aż wreszcie dopytał się z pomocą jakiegoś posługacza o Guzowskiego. Wyciągnął go z pudła, w którem sprzedawał bilety na karuzel dziecinny i dostawił do panny Adeli.
— Nareszcie! zawołała. Całą godzinę czekać musiałam! Jaki pan niezręczny!
Sędzia zmartwił się tą niesłuszną naganą, lecz wymówek jego nie słuchała piękna kwiaciarka, zajęta swym handlem.
Pod wieczór wyczerpnęły się kieszenie kupujących, stolik uszedł oblężenia, a sprzedające poszły na przechadzkę. Panna Adela szła naprzód z panami Miłowskim i Kruczyńskim, za nimi sędzia z panią Anną i jej mężem. Panie rozmawiały swobodnie równocześnie z wszystkimi, kłaniały się na wszystkie strony, a mimoto miały jeszcze dość czasu zauważyć każdą ładniejszą toaletę, skrytykować każdego przechodnia. Sędzia uważał, jak młodzież oglądała się za Adelcią, i dosłyszał, jak jeden szepnął do drugiego: Zuzanna między starcami!
Przy pożegnaniu rzekł Arman:
— Jutro czekamy sędziego z obiadem!
— Jutro?! zawołała pani Anna. Że też nie zapytałeś mię pierwej! Na jutro przyjęłyśmy zaproszenie na obiad do prezesowej, pojutrze zaś mamy posiedzenie komisyi szpitalnej, a —
— A więc pojutrze prosimy sędziego! rzekł kategorycznie Arman marszcząc brwi.
— Tak! pojutrze będzie nam bardzo przyjemnie — ach! gdybym była wiedziała, że będziemy mieli tak miłego gościa!... dodała pani Anna dla udobruchania męża, który miał bardziej, niż kiedykolwiek dotąd, niezadowoloną minę... Byłabym odmówiła prezesowej!
— O! nigdy nie przystałbym na to, aby panie ze względów gościnnej uprzejmości miały — zaczął sędzia, ale przerwała mu pani:
— Ależ właśnie będzie dla nas przyjemnością obecność pana sędziego, prosimy bardzo pojutrze o trzeciej!
Arman wypogodniał trochę z powodu okazanej przez żonę uprzejmości dla swego protegowanego, ale sędzia doznawał pewnego niesmaku, jak gdyby wprosił się, lub gwałtem przez Armana wciągnionym został na ów obiad.
Nazajutrz nie zobaczył nigdzie swojego ideału, bo ideał był przy toalecie, u prezesowej, na posiedzeniu komitetu i u przyjaciółek. Drugiego dnia szli razem na przechadzkę, ale po drodze przyłączali się co moment rozmaici znajomi, tak, że ciągle obracał się sędzia w licznem towarzystwie obcych mu ludzi. Arman, równie jak on, był z tego niezadowolony, postępował obok bezradny, milczący.
Na proszonym obiedzie czuł się sędzia swobodniejszym w ścisłem, dobrze sobie znanem kółku, psuł mu humor jeden tylko p. Koziełek, który usiadł wraz z młodem pokoleniem naprzeciw i gapił się zapamiętale na pannę Adelę. Silił się jednak sędzia na wesołość, w czem mu dzielnie dopomagały wesołe panie domu. Grał potem z panną Adelą na cztery ręce, i rozważał podczas tego, że przecież czuje się jakoś dalszym od niej, niż niegdyś...
Gdy wrócił do hotelu, chodził wielkimi krokami po pokoju i rozmyślał dalej:
— Plichta ma słuszność, że należałoby to raz zakończyć, bo dłuższe oddalenia onieśmielają i odwlekają. Zaczynam, jakby na nowo! ale właśnie dlatego nie mogę teraz powiedzieć jej... muszę się więcej zbliżyć, częściej ją widywać. Przeklęcie krótki urlop! Żebym miał na głowie stanąć, to za dwa tygodnie muszę tu być znowu, choćby na parę dni! muszę!... Piąta godzina... za dwie godziny zobaczę ją w teatrze... cóż mi z tego, kiedy ten przeklęty Kruczyński pewnie znowu z tym drugim starcem przy nich usiędzie! Podagryk, ledwo łazi, a wszędzie być musi, gdzie są one!
Jak przewidział, tak się stało: Kruczyński i Miłowski towarzyszyli Armanom cały wieczór. Zemścił się na nich sędzia następnego dnia, przypomniał bowiem na przechadzce Adelci, jak po górach w Zakopanem chodzili, i nuż z nią drapać się na wyścigi w górę! Z początku darli się za nimi staruszkowie, ale podagryczny Kruczyński ustał po kilku krokach, a Miłowski zaraz po nim zakrztusił się okrutnie, i obaj dali za wygraną. Sędziemu zrobiło się ich żal, boć ostatecznie oni oddawali hołd jego ideałowi, a że mimowolnie mu przeszkadzali, cóż oni temu winni? Stanął więc wkrótce, mówiąc:
— Strasznie spadzisto! — zejdźmy na drogę, bo się pomęczymy!
— Na Rigi wygodniej się dziś dostanie, jak tutaj, mruczał kaszląc, Miłowski.
— Strasznie spadzisto i wysoko! dodał Kruczyński, nie sądziłem, że tu są tak trudne przejścia! Istne Alpy!
Przejścia trudne nie były, ale trzeba było mieć — zdrowe nogi....
Wszelka zmiana ma w sobie swój urok: pani Anna i Adelcia tyle nabawiły się ostatniemi czasy na rozmaitych licznych zebraniach, że te wycieczki i spacery z sędzią, jako nowa edycya rozrywki, zabawiły je wcale i zadowoliły. Sędzia stanął znowu na bliższej i serdeczniejszej stopie z Adelcią, gdy mu się skończył urlop i musiał odjeżdżać.


XIII.

Pan Guzowski siedział w cukierni i spoglądał co pewien czas niespokojnie przez okno. Wypił czarną kawę, zjadł mnóstwo ciastek, wypalił dziesięć papierosów, przeczytał mnóstwo gazet, spojrzał znowu w okno i pomyślał:
— Przecież! przetrzymałem oblężenie. Szelma żyd zrobiłby mi skandal!
Zapłacił i wyszedł. Ale z sąsiedniej bramy wysunął się nagle zaczajony pan Hersch Kahane, ukłonił się czerwieniejącemu Guzowskiemu i patrząc nań znacząco wrócił do bramy.
— Łotr! zrobi mi skandal! pomyślał Guzowski, i oglądnąwszy się, czy go kto nie widzi, wszedł za żydem do bramy.
— Mówiłem panu, że zapłacę niedługo! zaczął. Ale żyd uśmiechnął się pogardliwie i rzekł:
— Panie Guzowski! pan mię nie weźmie już na kawał! Pan mi nie odda długu, bo pan niema pieniądzów, ja to wiem, i dlatego chcę z panem pomówić, ostatni raz, das letzte Mal!
— Co takiego? Mów pan prędzej!
— Panie! ja jestem uczczywy człowiek, ja mam dzieci, a mam żonę, ja mam dziadka, a ja nie mam pieniądzów!
— Na pierwszego zapłacę trochę...
— Taksamo mówił mi jeden urzędnik, er ist nach Bosnia gegungen, ja podaję o zajęcie pensyi i dostaję Bescheid, że pensye w Bośni nie mogą być zajęte! Das sind unsere Gesetze!
— Ale ja nie idę do Bośni! Jestem tu i będę!
— I cóż mnie z tego, że pan tu będzie? jak pan pieniądzów niema! Wiesz pan, ich habe solchen Fall: przyszedł do mnie jeden pan, a miał takiego dużego psa, jak ciele, i chciał trzysta reńskich pożyczyć. Ja sobie myszlę: taki pan, co ma takiego psa, to będzie miał i trzysta reńskich oddać. Ich hab’ ihm gegeben. Und was ist geschehen? On jest, ten pies jest, i ja jestem, a pieniądzów niema!
— E! co mi pan historyjki opowiada! co mnie to obchodzi!
— To pana obchodzi, bo ja dlatego potrzebuję pieniądzów! bo ja mam żonę, mam dzieci, mam dziadka, einen sehr alten Mann, więc pan muszi sze postarać o pieniądzów dla mnie!
— Ja będę się starać! oczywiście!
— E! Sie verstehen die Sache gar nischt! Pan ma tylko jeden sposób postarać się o pieniądzów, ja panu radzę jako uczczywy człowiek, jak ojciec, niech sze pan ożeni! Spłaci pan długi, oczyśczi pensyą i będzie pan żyć porządnie!
— Pomyślę, pomyślę ja o tem. Do widzenia zatem panie Kahane.
Bleiben Sie noch! Pan jeszcze nie rozumie! Pan myszli, że pan znajdzie pannę ze sto tysiąców! Taka, co ma sto tysiąców, to ona nie pójdzie za pana, ani taka, co ma pięćdziesiąt tysiąców, ani —
— Ale mój panie!
Warten Sie nur. Ja panu poradzę, jak ojciec. Ożeń sze pan z panną Marzyńską!
— Et! głupstwa pan mówi! panie Kahane! Ona nic niema, albo tyle, co nic!
— Ona dla pana warta więcej, jak inna, co ma pięćdziesiąt tysiąców! sześćdziesiąt tysiąców!
— Głupstwo —
Warten Sie nur! Sie sind ein eleganter Cavalier, pan chodzi z hrabiami, baronami, ona pana zechce z pewnoszczą.
— To co z tego! Zresztą nie mieszaj pan osób!
Sein Sie doch nur vernünftig, Herr Guzowski! Ona ma ze dwa tyszące, szwager da jej wyprawę, ja panu pożyczę na nieduży procent (po dziesięć od sta) jak sze pan tylko z nią zaręczy, i spłacimy długi. Wiele pan właściwie ma długów?
— Et! głupstwo! co tam zresztą o tem gadać!
Sagen Sie nur Wahrheit, das ist im Geschäfte. Ja nie chcę pieniędzy od pana, aż wtedy, kiedy sze pan ożeni, ale ja panu pomogę do ożenienia tylko wtedy, jak będę wiedział, ile długów pan ma?
— Coś dwa tysiące.
— Ja taksamo myszlałem. Pensya tylko na rok zajęta... To pan będzie mógł spłacić, a jak sze pan z panną Marzyńską ożeni, to pan na trzy tysiące pensyi zaawansuje. Pański director, Herr Kruczyński, ist in ihr verliebt!...
— Mój panie, stul pan gębę!
Sein Sie nur ruhig! On przecze zaproteguje jej męża —
Guzowski chciał uderzyć laską pana Kahane, ale pan Kahane cofnął się przezornie, wołając:
— Słuchaj pan do końca! Sonst mach’ ich Lärm! Ja nie mówię nic złego na pannę, ja radzę jak uczczywy człowiek! Kruczyński może zrobić w banku co zechce, on może pana protegować!... Niech sze pan namyszli. Ich warte eine Woche — pożyczę na koszta, jak pan będzie mądry. Jak nie, to zajmę pensyą, a choć dopiero po roku coś z niej dostanę, to za to panu do reszty kredyt popsuję. Niech pan sobie namyszli.
Guzowski wybiegł oburzony z bramy, oglądając się, czy go żyd nie ściga. Widząc się wolnym od pogoni, zwolnił kroku i rozmyślał:
— To szelma lichwiarz! jak wszystko wie! pijawka! wampir! Chociaż może ma łotr i racyą.... Gdybym wyawansował na trzy tysiące, to znaczy tyle, co procent od sześćdziesięciu tysięcy... Szelma żyd! ale ma racyą. Już ja Kruka utrzymałbym zdala od żony. Łotr lichwiarz, skąd on to wywąchał? Kruczyński durzy się w niej, ani wątpić. Łajdak żyd. Ja właściwie wprowadziłem ją w świat, i jestem u niej dobrze widziany. Spisowicz daleko... Za Kruczyńskiego nie poszłaby przecie. Szelma żyd, dobrze obmyślił!... Z trzechtysięczną pensyą możnaby żyć pięknie!... Ona ładna! Niema co, żyd ma racyą. Niech tylko ona wspomni, że trzebaby mi pensyą podwyższyć, Kruczyński w miesiąc przeprowadzi to na radzie... Tylko Kruku wara!... Żyd ma racyą i basta! Idę się ubrać, a potem do Armanów. Przysiądę się do panny, a zobaczymy!...


XIV.

Spisowicz pakował garderobę do kufrów, a Plichta obok siedzący dawał mu ostatnie przyjacielskie rady na podróż.
— Prawdę mówiąc, nie podoba mi się trochę cała ta historya, mówił, sądząc po twej opowieści. Zawraca im się w głowie od kadzideł z trybularzy grzeczności. Słabe więc głowy. Ale skończyć musisz: albo się oświadcz, jeżeli będziesz widział nadzieję przyjęcia przez pannę, albo powiedz Armanowi wprost, że nie mając tej nadziei, puszczasz całą sprawę w trąbę. Ale nie jedź na darmo i nie zawracaj sobie głowy.
— Lekko traktujesz rzeczy —
— Więc kup sobie kartę jazdy na całe życie via Kraków-Lwów i podróżuj szczęśliwie!
— Ja nie mówię, że chcę odwlekać, owszem przeciwnie, ale jakże tak nagle ryzykować kosza!
— To puść ją w trąbę!
— E! Arman obraziłby się!
— Tu idzie o twoje szczęście, o los na całe życie, tu obrażenie, lub nieobrażenie Armana nie może cię krępować.
— Zmartwiłby się...
— Wolałbym, żeby on się martwił niż ty, zresztą —
W tej chwili wszedł listonosz i podał list Spisowiczowi.
— A! to od Guzowskiego. Posłuchaj, co pisze! »Kochany Kaziu! Dawno nie pisałem do Ciebie, z powodu licznych moich zajęć. Chwytam dzisiaj za pióro, aby nić przyjacielskich stosunków« —
Et caetera! przerwał Plichta. Przystąp do rzeczy!
— Nie przeszkadzaj! »oraz donieść ci o mogących cię interesować wypadkach. Poszedłem przedwczoraj z wizytą do państwa Armanów i dowiedziałem się następnie niespodzianej, nigdy nieoczekiwanej wiadomości«....
Głos sędziego zadrżał. Przebiegł list oczyma, i podając go trzęsącą ręką Plichcie, rzekł wzruszony: przeczytaj sobie! i siadł przy stole opierając głowę na ręku.
Plichta wziął list i czytał:
— »Zastałem w salonie panią wachlującą się niecierpliwie. Przy oknie stała zaczerwieniona panna Adela, skubiąc bukiet. Przywitali mię zakłopotani, rozmowa nie szła, widziałem że coś zaszło niezwyczajnego, i że nie jestem w tej chwili pożądanym gościem. Pożegnałem je więc po chwili i wyszedłem. Gdy w przedpokoju naciągałem zarzutkę, rzekł do mnie mimochodem guwerner Armanów, p. Koziełek: (znasz go pewnie?) „Heu fallacem et variabilem fortunam!“ (O zwodniczy i zmienny losie!) — »Co się stało?« spytałem. Pan Koziełek odparł: „Habemus duas aures et unum os“ (mamy dwoje uszów, a jedne usta), położył palec na ustach i poszedł z tajemniczą miną. Widocznie coś zaszło, ale nie mogłem pojąć, odgadnąć co? Byłem tegoż dnia jeszcze w kilku domach, ale jeszcze nigdzie nic nie wiedziano. Wieczorem spotkałem znowu pana Koziełka w stanie widocznie podchmielonym. Przypomniawszy sobie przysłowie: in vino veritas, wziąłem go pod rękę i rzekłem: dobry wieczór? a co? wypijemy razem szklaneczkę, panie Koziełek? — „Bibit ille, bibit illa, bibit servus cum ancilla“, (pije ów, pije owa i służący ze służącą), zanucił pan Koziełek i poszedł ze mną. Gdy wychylił dwie szklaneczki rozgadał się zupełnie. O ile sobie przypominam, przytaczam dosłownie jego opowiadanie po zaklęciu mię na wszystkich starożytnych bogów, abym zachował tajemnicę do czasu. Oto: »Lolo, puer impudiens, (chłopiec bezwstydny), schował się pod kapę pod stół i wysłuchał jak Kruczyński oświadczył się pannie Adeli, i został przyjęty«. »Nie może być!« zawołałem zdziwiony. Pan Koziełek uderzył się ręką w piersi i odparł: „Epaminondas adeo fuit veritatis dilectus, ut ne ioco quidem mentiretur“, (Epaminondas tak kochał prawdę, że nawet żartem nie kłamał). Lolo rozśmiał się pod stołem, dobyli go z pod kapy, a Kruczyński, stary lis, ozwał się, iż cieszy się niezmiernie jego widokiem, gdyż właśnie chciał mu darować pięknego konia. Kupił Lola w ten sposób, ale Lolo wypaplał wszystko przed braćmi, a bracia przed panem »Koziełkiem«. — »Cóż na to pani Arman? zapytałem. — „Atticus familiaritatem cum Cicerone controxit“. »(Attykus zawarł przyjaźń z Cyceronem); ona z nim trzymała«. — »A cóż na to Arman?« — „Brennus Romanis magnum terrorem iniecit“, (Brennus nabawił Rzymian wielkiego strachu). »Straszne rzeczy! Zabrałem dzieci do trzeciego pokoju, aby nie podsłuchiwały, ale tam nawet głos jego dolatywał. Mdlenia, migreny! Potem Arman zamknął się w bibliotece i od wczoraj nie widziałem go wcale«.
Tyle dowiedziałem się od pana Koziełka, którego odstawiłem do bramy domu, przed którą stał powóz Kruczyńskiego. Arman nie zrobił widocznie nic, bo wczoraj oficyalnie ogłoszono zaręczyny Kruczyńskiego z panną Marzyńską. Całe miasto o tem tylko mówi«...
Plichta rzucił list na stół, wyciągnął się na fotelu, spojrzał w sufit i rzekł po chwili:
— Głupio ci radziłem. Mea culpa, jakby powiedział pan Koziełek. Nie poznaliśmy się na niej. Ja zawsze mówię, że człowiek, to tak jak butelka zakorkowana: niewiadomo, co w niej jest, póki się nie wyleje. Teraz odkorkowała się Adelcia: woli dobry wikt i toalety, niż miłość....
W duchu zaś myślał Plichta:
— A to biedny Spis! Jak go tu pocieszyć? Nie umiem czule przemawiać.
W tem sędzia podniósł głowę i rzekł:
— Rozum mi powiada, że się dobrze dla mnie stało —
— Słusznie, słusznie, poderwał Plichta.
— A jednak będę długo, długo to pamiętać...
— Głupio ci radziłem, nie miej do mnie żalu.
Sędzia podał mu rękę, mówiąc:
— Dziękuję ci za twoją życzliwość, cóż ty temu jesteś winien? Zapomnijmy o tem!...
— Tak jest, wylej ją z twego serca i jedź w świat skoro masz urlop.
— Jadę dziś do Szwajcaryi.
Wyszedł Plichta od przyjaciela i postępował zasmucony. Spotkał go Broński.
— Cóż to? zapytał. Czy jesteś chory, że tak nos na kwintę? Czy może dopiero teraz doszła cię wieść, dawno przez Furdę przywieziona, że owe sto tysięcy panny Marzyńskiej, to bajka?
— Wiedz zatem, odpowiedział Plichta, że choć nie jest stutysięczną panną, to będzie zato stutysięczną panią.
— Jakto?
— Idzie za mąż za starego, ale bogatego safandułę. Zaszpuntuj sobie złotą myśl w twej duszy: Baw się z kobietami, ale nie ufaj żadnej, bo prawie każda gotowa puścić cię w trąbę, gdy jej się trafi lepsza, t.j. bogatsza partya. A teraz chodź do Cichockiego na kawalerskiego preferansa.
— Wzięła Plichtę na fis! pomyślał Broński. Idzie za mąż za starego safandułę! Będzie nowinka! Muszę to jutro puścić w kurs!


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Właściwie: wiledżiatura — pobyt na wsi dla odpoczynku, urlop spędzany na wsi; letnisko.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Właściwie: Socrates venenum laetus et libens hausit.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Staropolskie określenie na korkociąg; od franc. tire-bouchon.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Powszechnie używany termin dla oznaczenia ciepłej wełnianej odzieży spodniej; od nazwiska prof. Jaegera, który wymyślił formułę dla wyrobu określonego rodzaju wełnianej bielizny.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Mowa o obecnie istniejącym niebieskim szlaku z Kuźnic do Morskiego Oka.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Właściwie: Corpo di Bacco. Dosłownie oznacza: „ciało Bachusa“, boga wina w rzymskiej mitologii; odpowiednika greckiego Dionizosa. Wyrażenie może być przetłumaczone jako: „Na Jowisza!“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.