Jutro (Strug, 1911)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Strug
Tytuł Jutro
Wydawca Spółka Nakładowa „Książka”
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

ANDRZEJ STRUG
JUTRO...
Pamięci tych, co przeszli mękę oczekiwania. Ich myśli, pracującej w ostatnią noc bezsenną. Ich samotnemu męstwu.
WYDANIE DRUGIE.
SPÓŁKA NAKŁADOWA „KSIĄŻKA“, KRAKÓW
SKŁADY GŁÓWNE: S. A. KRZYŻANOWSKI,
KRAKÓW; THE POLISH BOOK IMPORTING
Co, NEW-YORK.
ODBITO W DRUKARNI NARODOWEJ W KRAKOWIE. — 5. — 12.









Gdy wszedł z powrotem do swojej celi, zawahał się w progu. Ale zasuwy szczęknęły, drzwi się zawarły. Tak, nie omylono się, jest u siebie. Długo jednak oglądał znajome sprzęty, dotykał się książek, papierów, pościeli w ciężkiej nieokreślonej zadumie. Wszystko było dawne, znajome. Wszystko stało na swoim miejscu. To nie jest to... To co innego.
Chodził po celi, poszukując myślą zastanawiającej odmiany. Ale myśl nie układała się już w kształt pytania. Było w niej beztreściwe zdziwienie, było wahające się, niewiadomo ku czemu zmierzające usiłowanie. Coś należało odgadnąć, coś miało się przypomnieć. Jakaś rzecz bez imienia zacierała się, oddalała się w zapomnienie. Dopiero co przed chwilą urwała się ważna, rozpoczęta myśl. Coś ją przecięło. Mniejsza o to.
Zdaleka stłumione przypływały jakby urwane odgłosy nieznajomej zastanawiającej melodji. Pochłaniały ją co chwila głośniejsze, rytmicznie wzmagające się i opadające fale tajemniczego szumu. Głębokie oddechy dźwięków wynurzały się kolejno i gasły. Gdzieś tam grają, gdzieś tam wiatr wieje.
Wsłuchany w ciszę, odgadywał w niej słowa, myśli. Wszystko przychodziło zdaleka i działo się gdzieś poza światem dostępnym. Zbliżało się, odsuwało, potęgowało i zniżało, lecz najwyraźniejsze, najgłośniejsze w tym nieuchwytnym zjawisku było zaledwie dosłyszalnym szeptem. Co mówisz? Co mówisz? — pytała dusza w niepokoju.
Podobna do półsennego marzenia przyszła chwila zadumy. Rodziły się myśli i gasły natychmiast. Napróżno gonił je obezwładnioną pamięcią, gdy znikały już na zawsze. Coraz to nowe przebiegały chyżo, kryjąc przed nim swe oblicze. Łagodny mrok przesłaniał je, jak gdy człowiek usypia.
Bogaty promień słonecznego blasku zatapiał celę w upalnym świetle. Spływał z dalekiego nieba raźny, żywy potok nieprzepartej radości. Niezliczone pyłki pląsały w gorącej kąpieli, jaśniały białe ściany, każdy sprzęt wyglądał niezwykle, odświętnie. Gdzieś w kącie tkwiły plamki blasku, w niewiadomy sposób odbite od czegoś, i przykuwały do siebie oko. Na podłodze u brzegu zalanej światłem przestrzeni ułożyły się obok siebie dwa wązkie pasemka głębokobarwne, tęczowe.
One pomagały mu, radziły, podpowiadały, tak że nareszcie uśmiechnęło się mu w duszy pełne żywej mocy przypomnienie.
...Wiosenne słońce zalewa tłum jasnych głów, oślepiająco biało odbija się od ścian, od stronic kajetów, porozkładanych na czarnych ławkach. Strupieszałe oblicze starego profesora wygląda odświętnie i młodo. Mapy i tablice z postaciami rycerzy i mędrców greckich żyją i głoszą jak żywe coś o dalekich krajach, o dalekich czasach. Tuż za oknem chodzą ludzie, toczą się wozy, biegają psy. Wszystko pełne radości. Dusza wyrywa się z sali, pełnej zaduchu, nudy i greckiej gramatyki. Niewolno patrzeć w okno, już czterech ich stoi w kącie za patrzenie w okno. Wyrabiają miny i kopią się pomiędzy sobą, daleko wyciągając cienkie nogi. Po drugiej stronie ulicy mur starego ogrodu. Ślepy żebrak stoi pod murem w słońcu. Ma przymknięte oczy, wargami szepce nieustanne pacierze, ma różaniec, gruby kij, czarną otwartą garść wyciąga ku przechodniom. Nad nim przez mur przewieszają się gałęzie kasztana, białe od ciężkich olbrzymich kwiatów. Wysoko, szeroko na ciemnym błękicie nieba rozkłada się stare drzewo. Góra kwiatu i jasnego liścia już zasłoniła nizki domek z okiennicami i daleką, daleką dzwonnicę, które widać było codziennie przez całą długą zimę. Białe obłoki stoją na niebie, oczy bolą patrzeć na ich ostry blask. A oto przejechał szybko wóz chłopski z ogłuszającym klekotaniem i szczękiem. Już znikł, ale jeszcze stoi w oczach poważna twarz starego chłopa, który nic nie wie o chciwie patrzących nań uczniach, ani o groźnym profesorze, ani o strasznej gramatyce. Pojechał sobie za rogatkę na cudną wolną drogę, między pola szerokie, zielone. Jakiż on szczęśliwy, ten chłop! Nagle zimny dreszcz — serce zamiera. Nauczyciel przewraca kartki w swoim notatniku, długo szuka i szpera — klasa zamiera i trzępci. Cała wykuta w mozole wiedza ulatnia się gdzieś w jednej chwili. Napróżno z rozpaczliwym wysiłkiem stara się sobie przypomnieć bodaj to, co jest zadane na ostatnią lekcję. Wpija się oczami w książkę, leżącą przed nim, nareszcie w ciszy pada czyjeś nazwisko i westchnienie ulgi i szczęścia wyrywa się z piersi. Na miejsce strachu wpada swawolna radość i trzepoce jak rajski ptak wielobarwnemi skrzydłami. Radaby się wyzwolić i rozszaleć w głośnym śmiechu, w szerokim okrzyku, w niezliczonych, przepysznych figlach, które jedne szaleńsze od drugich cisną się do głowy, coraz śmieszniejsze, coraz bardziej niemożliwe. Usta zaciskają się w wysiłkach opanowania tego rozsadzającego całą jego istotę śmiechu. Dusza czeka i pragnie czegoś, coś spełni się niebawem, jakieś szczęście, nad które niemasz równego. Cały świat znika wobec tego niesłychanego momentu: na dalekim kościele odzywa się i zaczyna śpiewać weselną pieśń sygnaturka. Wszystko się naraz odmienia na ten dźwięk znajomy, ukochany. Szmer przebiega po ławkach, szelest ukradkiem składanych książek i kajetów. Nauczyciel patrzy na to groźnie i szmer ucicha. Ale gdy na wieży miejskiej zegar zaczyna bić poważnie i potężnie długą godzinę południa, nikt już nie zważa na surowe spojrzenia ciemnych okularów, strzelające z wyżyn katedry. Gwar ogarnia całą klasę, potężnieje, rodzi się zniecierpliwienie, gotuje się niepomny na nic bunt. Na to huknie ostro i rozgłośnie dzwonek szkolny, i tłum kłębi się, przepycha się przez ławki i wypada z sali. Chłodny mrok korytarza, schody i oto ciepła, słoneczna ulica. Nogi same go niosą w zawrotnym lekkim pędzie, aż tajemniczy rozkoszny spazm chwyta go i jeszcze go popędza. Cudna ulica, cudny świat, cudne wszystko...
Smutek zasłonił słoneczne wspominania, smutek dziecinny. Odczuł i zrozumiał po latach potrzebę płakania, rozkosz łez. Użalić się przed kim, do kolan przypaść i ukryć twarz zapłakaną. Skąd to? Dla czego to? Nawet nie pytał.
Za ścianą ryknął niespodzianie brutalny śpiew przechodzącej gromady. Groźna siła wybuchała zeń w ponurości i jakby z głębi mroków — w tym dniu wiosennym i słonecznym. Głośno, wrzaskliwie, okrutnie przewalała się wyjąca melodja. Wtórował jej grzmot tęgich, odbijanych w marszu kroków.
Doznał w tej chwili, jak gdyby go przeniesiono niepostrzeżenie do innego obcego świata, w niewiadome, straszliwe miejsce, jak gdyby zasypiał i w niezupełnym jeszcze uśpieniu czuł, że ustaje myślenie rozsądne. Coś wynurzało się i kryło, zatajało się, by znowu nakazywać myśli: zgadnij, przypomnij sobie! Było w tym zniecierpliwienie i niepokój przykry, dławiący. Wreszcie uspokoił się, odgadł:
— To żołnierze przechodzą i śpiewają...
Nie wróciły już chwile z tamtych lat. Tajemniczo odżyły i tajemniczo umknęły tam, gdzie leżą, w odległości niepowrotnych, już umarłych lat. Stęskniona myśl goniła je jeszcze, aż zniechęcona, urażona ustała, w pogoni. Przez głowę przewijały się pasma rzeczy wiadomych, niepotrzebnych, nudnych. Natrętnie czepiał go się i nie dawał mu spokoju ustęp z czytanej niedawno powieści. Długo nie mógł wyplątać myśli z zawiłej fabuły i nie mógł zapomnieć o nudnych bohaterach opowiadania. Porał się z tym i coraz bardziej się oddalał od upragnionego wątku. Zdawało się, że lada chwila miało się coś odsłonić. Po długich korowodach spłynąć miało ku niemu to miłe sercu, wymarzone w tęsknocie odpocznienie. Niespodziane, radosne powtórzenie rzeczy przeżytych w szczęściu i słonecznej pogodzie, tam daleko, o jakże daleko! Chodził od kąta do kąta szybkim drobnym krokiem więźnia, po krótkiej ścieżynie, wydeptanej w ciągu lat przez niewiadomych ludzi. Jak zazwyczaj, nie widział ani ścian, ani sprzętów, ani niczego, co było naokoło. Oczy patrzyły kędyś w rojowisko myśli i rzeczy wyobrażonych. Otoczył go świat ułudy, który jak powietrze wypełnia samotne cele więzienne. Dziś jeszcze szczelniej zawarły mu się oczy duszy na wszystko, co było prawdą. Jakaś mądra, dobra dłoń zatulała mu powieki, kojąco, z serdeczną opieką kładła się na duszy. Lecz znowu nadciągały szepty niewiadomych słów i rozpoczynały swoją przejmującą opowieść. Tuż, tuż ocierały się o niego skrzydła niepojętej zgrozy. Ktoś niewidzialny domagał się napastliwie: odpowiedz! mów! Niejasny, obcy kształt myśli wirował w mózgu, przybierał zwodnicze maski i za każdą przemianą czekał, pytał: Nie poznajesz mnie?
Z zamętu dobywał się na mgnienie oka ułamek miłego sercu widzenia. Z pożądaniem i tęsknotą pił te skąpe krople dobrej rosy i po chwili, zawiedziony, pragnął bardziej, cierpiał bardziej. Oto pierś jeszcze wznosi się w westchnieniu za tą chwilą, która olśniła go i przeszyła nawskroś i zagasła. Długo jeszcze biegnie za nią myśl, pracowitym wspominaniem odtwarza nieudolnie urok utraconej rozkoszy. Rozjątrzone serce bije, chce, wyrywa się z piersi.
...Oto przed chwilą — na chwilę było jak wtedy. Nie znał jej, nie przemówił do niej nigdy ani słowa. A przecie kochali się tak, jak można raz tylko w życiu. Spotykali się na ulicy, mijali się i tylko spojrzenia oczu łączyły ich w niewysłowionym, przeczystym pocałunku. Rozumieli się i żyli w oddaniu wzajemnym. Myśląc o sobie nieustannie, toczyli nieskończone miłosne rozmowy. Ileż razy w ciągu dnia, ileż razy w marzeniu sennym szeptał jej imię, przepiękne, pełne niepojętej treści imię ukochane. Rankiem, gdy szedł do gimnazjum, gdy ona szła do szkoły, na ich drodze ślepy los wyznaczał miejsce pełne czarów. Tam mijali się i rozchodzili w swoje strony, unosząc ze sobą niepojętą rozkosz. Oto zdala już ją widać, zbliża się nieporównanym, lekkim krokiem, cudna w każdym ruchu. Niebieskie oczy, jasne warkocze — wy oczy, oczy moje! Żyli w upojeniu i nie było w ich szczęściu żadnej skazy, żadnego ponadto pragnienia. Raz, mijając się, zawahali się oboje, zatrzymali się na sekundę i z rozkosznym zdumieniem patrzyli na siebie. Lecz nie wiedzieli, co mówić, co robić. Rozdzielił ich płomienny wstyd. Tak to było...
Gdzieżeś, dzieweczko, gdzieżeś ty jest w tej godzinie? Kwiecie przeczysty i zapachu dalekiej mojej młodości! Czemuś wychyliła jasną głowę i promienne spojrzenie swoje z odmętu zapomnianych zdarzeń, z grobu, kędy leżą umarłe lata moje? Skąd przyszłaś do mnie taka jak wtedy, poco odmieniłaś mnie na tę krótką chwilę, bym w żalu niewczesnym, w bólu gorzkim rozpamiętywał?...
Przywarł głową do ściany i w bezwładności myśli wpatrywał się w tamte czasy, łzy cisnęły się do oczu. Skąd ten ból? Czemu tak strasznie boli?...
Z głową przyciśniętą do zimnego muru pytał, czekał. Lecz nie odkrył mu swego istnienia tajemniczy ból. Nie rozpowijał się ze swoich ciemnych szat, mroczny, osłonięty, nieodgadniony. W jego głębokim cieniu trwożyła się dusza bezbronna, bezradna. Fale smutku biły weń ustawicznie z nieprzebranego ciemnego morza. Coraz nowe, coraz inne. Przeszywał go ostry, przenikliwy sztych, gniótł go i miażdżył potworny ciężar, dusiły go czyjeś nieubłagane, potworne dłonie.
Aż uczuł, że przygarniają go do siebie czyje ramiona, cisną go do kochającej, nieprzebranie miłosiernej piersi. Serdecznie i mocno, mocno aż do bólu oplotły go ramiona nieznanego przyjaciela, jedynego na ziemi brata. Nie pytał, kto on, skąd się zjawił. Trwał w jego uścisku na jego wszechczującej, zbolałej piersi. Pogrążał się w spokojnym kojącym czuciu, w sennej, ze wszystkim już pogodzonej gotowości. Ja wiem, ja wiem, odpowiadał na rzewne, pełne łez szeptanie ducha-pocieszyciela. Ja wiem... i chociaż słowo to było jeszcze bez pojęcia swego, choć jeszcze było dalekim od swej treści, od prawdy, tak mówił w myśli swojej. By jeszcze choć chwila... Żeby dłużej, jak najdłużej spoczywać w tym niezaznanym, niespodziewanym zespoleniu, w słodkim uśpieniu duszy, która jak dziecko spłakane przycichła na drogiej piersi matczynej.
Obudził go głos muru, który wołał nań i domagał się czegoś. Dźwięki skądsiś zdala biły w mur i biły jak młotem w jego przywarłe do ściany zbolałe czoło. Ocknął się i spostrzegł, gdzie jest: znowu uleciały na szybkich skrzydłach spłoszone mary rzeczy wyobrażonych. Znowu znalazł się wraz z głodną tęsknotą swoją pośrodku płaskiej, ponurej pustki, w głębiach mroku — w ten dzień słoneczny, wiosenny.
Natarczywie stukała ściana. Nie rozróżniając słów, poznawał, że stało się coś ważnego, że jest jakaś nowina, że pilno... Nie śpieszyło mu się jednak do słuchania, do mówienia.
— Daliby mi spokój choć na dzisiaj. Już nie chcę...
— Dla czego „choć na dzisiaj“? Dla czego „już nie chcę“? Odpowiedz! — szybkie znaki więziennego mówienia zdawały się przenikać jego myśli.
Nie odpowiadał. Nie wiedział. Nie chciało mu się z nikim porozumiewać, zdjęła go nieprzezwyciężona odraza do jałowych rozmów więziennych. Byli mu nieznośni ludzie, towarzysze, sąsiedzi. Wymilczał się i pukanie ustało.
Położył się na łóżku twarzą do ściany, przymknął oczy. Głowę miał spracowaną, ból na ciemieniu. Wypoczywał z rozkoszą. Oto nareszcie ustaje zawiłe myślenie. Pusto uczyniło się w głowie. Oby dłużej tak trwać.
Te godziny bezmyślnego znieczulenia były jego jedynym odpoczynkiem w tych kilku ostatnich dniach, od których zaczynało się dlań jakby nowe, odrębne życie, w niczym do dawnego niepodobne. Dnie schodziły na bezcelowym udręczeniu myśli, noce były bezsenne, pełne przywidzeń, nawpół obłąkane, męczące. Teraz zdawał się usypiać. Oddychał równo, głęboko. Wszystko oddalało się gdzieś i znikło. Kojący mrok spadł na obolałe, piekące oczy.
Nie słyszał, gdy otworzyły się drzwi i na progu stanął naczelnik więzienia. Nie słyszał, gdy cofnął się dyskretnie i znikł.
Po bruku hurkotały ciężko armaty, rozlegały się wrzaski komendy i podobne do gromadnego szczekania złych psów pozdrowienie roty, witającej jakiegoś gienerała. Potym przypłynęły rytmiczne dźwięki trąb przechodzącej gdzieś daleko orkiestry. Gdzieś daleko i blizko, słabo lub głośno odzywały się sygnały parowozów, zahuczał głucho most kolejowy pod przejeżdżającym pociągiem.
Godziny płynęły. Cicho odemknęły się drzwi. Cicho wsunął się żołnierz z obiadem, postawił na stole talerze i wyszedł, nie spojrzawszy na więźnia.
Otworzył oczy i w jednej chwili porwał się z łóżka.
Myśl była jeszcze nieczynną, lecz zdala szybko pędziło nań coś. Przerażająco, zawrotnie szybko zbliżało się i rosło, potężniało, ogarniało cały świat.
Już. Już wie.
Spada w niewiadomą czeluść długo, długo do samego dna. Obca siła porywa go, wznosi, spycha. Wpada w wiry, miotające nim, wydostaje się i płynie, płynie.
Podłoga kołysała się jeszcze pod jego nogami, gdy jasna i spokojna myśl już ogarnęła całą prawdę chwili. Zaprawiona w męce wola zdążyła już zahamować i osadzić na miejscu rozpętujące się, rozsadzające czaszkę myślenie. Stój! Dosyć tego — przecie wiedziałeś. Męstwo zimne, męstwo nieubłagane stanęło jak żołnierz na straży, wsparło się na swej broni niezłomnej.
Teraz każda myśl była wyraźną i jak w twardym kamieniu głęboko i nieomylnie wyrytą. Czytał je spokojnie, ze skupieniem, te nowe myśli swoje.
— Jutro o tej porze nie będę żył. Jutro o tej porze nie pozostanie śladu z żadnej myśli, z żadnego czucia, z żadnej mojej świadomości. Będę tam, gdzie niema nic. Ta cela będzie pustą. Kto tu po mnie nastąpi, nie będzie wiedział o niczym, mnie dotyczącym. Zniknę. Ostygnie moje zaduszone ciało pod udeptaną ziemią. Pełne oczy, pełne usta ziemi. Jutro o tej porze.
— Zagaśnie i przepadnie ze mną wszystko, co jest i było: ja, cały świat, wszystkie jego sprawy. Przez tysiące lat idące dzieje narodów, wszystkie niezmierne prace ducha człowieczego ustaną w jednej chwili. Zagaśnie słońce. Nie zostanie nic — nic. I ja już nie będę. Umrę. Gdzie będę jutro o tej porze? Tam, gdzie nic niema. Tego nikt nie zrozumie. I ja tego nie rozumiem.
— Tam, już poza mną, już po mnie zostaną ludzie żyjący i sprawy, idące swoją koleją. Wiem, że świat będzie trwał, jak trwa, choć codzień, co godzina, co minuta rozmaitą śmiercią umierają jacyś ludzie. Wiedziałem o tym zawsze. Dla czego teraz nie mogę tego pojąć? Bo wówczas, bo wczoraj i jeszcze przed chwilą byłem żywy, żyłem, a teraz zaczynam umierać. Jak myślą o tym ci, którzy umierają? Tak, jak ja — nic nie wiedzą.
— Nikt przede mną nie odgadł i nikt po mnie nie odgadnie prawdy w tej rzeczy. Człowiek żyjący nie ma na to czasu i sądzi lekko. Człowiek umierający nie wierzy w swój koniec. A gdy już musi uwierzyć — jest za późno. Ja muszę wierzyć w swoją śmierć. Jutro umrę — i nie zdołam, już nie zdążę. Nie chcę o tym myśleć. Samo się spełni. Nie będę myślał o tym.
Bez wysiłku odsunęła się myśl od tych spraw. Z prostotą zwyczajnego postanowienia powiedział sobie, że nic innego ponad to nie wymyśli. Spokój, zda się, codzienny spłynął nań i był tylko jeszcze jakby bardziej harmonijny i jasny i przez to jedynie jakby niezwykły. Jasno i zwyczajnie pamiętał rzeczy i zdarzenia ze swego życia i z ostatniego dnia. Przeżywał je jak codzień w tym jednostajnym, nieżywym, spokojnym myśleniu więziennym.

Przedwczoraj wieczorem wezwano go do kancelarji i tam mu odczytano papier, zatwierdzający wyrok. Zwykła formalność. Podpisał się i spytał, kiedy wyrok będzie wykonany. — Nie otrzymałem jeszcze zawiadomienia z kancelarji pana gienerał-gubernatora co do polecenia wykonania wyroku — odpowiedział naczelnik więzienia tonem zwyczajnym, tak samo jak mówił o sprawach gospodarskich więzienia, o pozwoleniu na listy, o korzystaniu z bibljoteki, o adwokacie, o obiadach, o przeniesieniu do innej celi. Bez cienia wzruszenia, współczucia, zażenowania.
Nie dziwiło go takie mówienie, albowiem dla naczelnika było to rzeczą codzienną. — Jestem obowiązany zwrócić pańską uwagę, — dodał żandarm, — że termin przepisany na kasację minął, ale ma pan jeszcze prawo do podania prośby o ułaskawienie na najwyższe imię. Czuję się w obowiązku zaznaczyć, że z tym należy się śpieszyć, nie tracąc ani jednej chwili. Natychmiast należałoby wysłać depeszę terminową do kancelarji jego cesarskiej mości. O ile wiem, pan polecił swemu adwokatowi, aby tego nie czynił. To jest rzecz pana. Ale teraz może się pan rozmyślił. Jutro może być już za późno. — Nie mam zamiaru podawać żadnej prośby. — To rzecz pańska. Dobranoc. Żegnam pana. — I odprowadzono go do celi.
W tym wszystkim nie było nic nadzwyczajnego. Zwyczajnie minął cały dzień wczorajszy.
Rzecz nowa stała się dopiero dzisiaj rano, gdy go wezwano do kancelarji i wprowadzono do jakiegoś pustego pokoju, gdzie były tylko dwa krzesła, a pod oknem stał, patrząc w okno, ksiądz, w komży, ze stułą na szyi.
Szybka myśl: — jutro o świcie!
— W imię Chrystusa ukrzyżowanego witam cię, synu, w tej ciężkiej twojej godzinie. — I zanim się spostrzegł, stary ksiądz objął go i ucałował. Potym mówił coś głosem, przypominającym kazania w wiejskich kościołach. Trzymał go prawą ręką dłonią w dłoń, a lewą oparł mu na ramieniu. Patrzeli sobie prosto w oczy. Po raz pierwszy przyszło mu do głowy przeświadczenie, że są księża, którzy wierzą w to, co robią. Dawniej przypuszczał to tylko, teraz wiedział. Był to stary, tępy, zupełnie nieinteligientny księżyna. Nie umiał przystosowywać się do ludzi. Do niego mówił zupełnie tak, jak się mówi do człowieka wierzącego, prostego, w godzinę śmierci, kiedy się go namaszcza olejami świętemi. Nie umiał mówić własnemi słowami, wciąż była to jakaś modlitwa, gdzie ustawicznie, co dwa słowa powtarzało się: odkupienie, życie przyszłe, duch święty, matka najświętsza, rany pańskie, niebo, piekło, żal za grzechy, skrucha.
Ksiądz gotował się najoczywiściej do spowiedzi i zaczął już mamrotać cichą modlitwę po łacinie.
Nie myśląc o żadnej polemice, ani nawet o czymś w tym rodzaju, zwrócił jednak księdzu uwagę, że źle czyni, namawiając ludzi w takiej chwili do wyrzekania się tego, co uczynili i za co umierają. Powiedział mu, że jego obowiązkiem jest dać człowiekowi ostatnią pociechę i pomówić serdecznie, po ludzku, albowiem ksiądz jest jedynym i ostatnim człowiekiem, którego dopuszczają do skazanych. Ludzie giną za to, co uważają za dobre, i nie przystoi księdzu zatruwać im ostatniej chwili zwątpieniem w cały sens ich ofiary. — Ależ jest mnóstwo zbrodniarzy, bandytów, dla których żal jest zbawieniem. — Tak, ale ja nie jestem bandytą, czy ksiądz nie wiedział? — Ja nie mam prawa o niczym wiedzieć, nie mam prawa o nic pytać, dopiero podczas spowiedzi mogę pod osłoną sakramentu. — Czyż i ja mam żałować? Za to, że walczyłem o wolność? — Ksiądz zmieszał się i nie wiedział, co mówić. Był zmartwiony. Widać nigdy jeszcze nie miał do czynienia z inteligientnym skazańcem. — Nie wierzysz, bracie mój? — Nie. — Nie pragniesz teraz wiary? W Boga, w sąd Jego sprawiedliwy, przed którym staniesz niebawem? Czymże mogę cię pocieszyć, w czym ci dopomóc, jako kapłan i twój bliźni? Będę się modlił za ciebie dziś i jutro w godzinę skonania twego. Mszę świętą za duszę twoją odprawię w dniach najbliższych. Jak ci na imię, bracie mój?
Pożegnali się wkrótce, ale już bez całowania. Cała rozmowa oderwała go od pewnej myśli, która przeszyła go jak wązkim sztyletem w chwili, gdy zobaczył niespodziewanie tego księdza w pustym pokoju. Nie mógł sobie jej przypomnieć. Gdzieś się podziała. W drodze powrotnej w ciągu długiej wędrówki przez ciemne korytarze zatopił się w nieokreślonej zadumie, mocnej jak upojenie. Aż oto teraz dopiero się zbudził — zdawało mu się, że jedna chwila dzieli go od tamtych czasów, gdy tu wchodził z powrotem.
Machinalnie siadł do obiadu i spożywał go bez smaku i bez wstrętu. Jedzenie było wystawne, obfite, dalekie od zwykłej strawy więziennej. Zdziwił się, że nawet piwo... Wypił szklankę z przyjemnością i pomyślał: — Uczcili mnie tym ostatnim obiadem, to moja stypa — tylko niema gości, a nieboszczyk żyje i pije piwo... I roześmiał się. Ale ten uśmiech zabolał go. Czuł go w skurczu twarzy, czuł w piersi i w głębi mózgu. Zbyt dawno już się nie śmiał.

Zarazem jednak wszystko to zaczęło mu się wydawać mało prawdopodobnym.

Był trzeźwym, przytomnym i wiedział, że jego śmierć jest przesądzoną i nieodwołalną, ale było w tym wszystkim coś, nie dającego się ogarnąć żadną miarą. Od tylu miesięcy przeżywał z dreszczem i zgrozą a najczęściej przeżuwał z nudą tę myśl o nieuniknionej a blizkiej śmierci. Teraz, gdy ona nareszcie powiedziała mu: „już — koniec — jutro“, uwierzył. Uwierzył, lecz nie mógł o tym myśleć, jako o rzeczy realnej, prawdziwej. Musiał myśleć o sobie nieistniejącym, wyobrażać sobie rzeczy niepojęte. W ciągu całych miesięcy zuchwale patrzył prosto w oczy niezłomnej, śmiertelnej potędze i wytrzymywał jej straszliwe, zimne spojrzenie. Była to jakby jeszcze walka. Było to jeszcze zupełnie ziemskie, proste i zrozumiałe zmaganie się z wrogiem. Wiedział, że nie zwycięży, wiedział, że zginąć musi, ale walczył już nie o zwycięstwo, ale o swoją cześć, o swój honor bojownika. I spokojnie patrzył w oczy niechybnej śmierci, tak samo jak podczas sądu patrzył na swoich sędziów.
Ale teraz walka była zakończoną. Teraz minęło już wszystko. Zostają tylko godziny czekania. Wszystko, co ziemskie, wszystko, co jest z tego świata, spełniło się i zamknęło. Przestał istnieć wróg, gdzieś zamilkły w oddali ostatnie echa walki. Czas zewlec z piersi pancerz, można już wypuścić broń z obolałej ręki... Wolno ci spocząć, żołnierzu! Teraz wolno. Nie dla ciebie brzmi komenda, nie dla ciebie powiewa sztandar, nie czekają na twoje przyjście towarzysze. Jako umarłego cię wspominają. Bo dawno już umarłeś, i kto inny zajął po tobie miejsce w szeregu...
W jego myślach o śmierci nie było już uporu i czujności bojowej. Był siebie pewnym, wiedział, że nazajutrz zginie mężnie, spokojnie. Nie ucieszy się z jego ostatnich chwil żaden z katów, którzy jutro szpiegować go będą oczami, czy nie dojrzą w nim strachu i żalu za młodym życiem. Na tej myśli o jutrzejszym męstwie urywały się wszelkie rachunki życia. Dalej zaczynała się pustka, nicość. Nieogarniona, niepokojąca przestrzeń bez treści, bez imienia. Dziś otwarła się przed duszą niespodziewanie. Kiedy to było? Dzisiaj, niedawno.
Kiedy był pusty pokój? Kiedy był ten ksiądz? Ach, dawno już, jakże dawno!
Zdawało mu się, że życie strawił sam na sam z tą nową myślą. Groźnie domagała się odpowiedzi, odrzucała precz wszelkie wysiłki świadomości, wszelkie postanowienia, wszelkie udane lekceważenie. Co chwila mówił sobie: niema nad czym łamać sobie głowy, to jest rzecz niepojęta, nikt tego nie potrafił. I co chwila zapuszczał myśl w ten czarny odmęt. Gubił się w nim i powracał. Nowe postanowienie, krótkie zawadzenie o rzeczy powszednie, niepotrzebne i marne, — o, teraz już nie było nic ważnego — i znowu obłąkana praca nad znalezieniem wyrazu, imienia, znaku, które w języku ludzkiej myśli dałyby mu choć ślad, choć cień, choć drobny szczątek zrozumienia. Wątek tej pracy ustawicznie rwał się i gubił. Treść główna ustawicznie z djabelską zwinnością wymykała się i wypadała z głowy. Pomiędzy nim a jego celem przebiegały samowolne gromady rzeczy drobnych, śmiesznych, zjawiających się jakby na urągowisko. Momenty dawno przeżyte, zapomniane i nie warte wspomnienia pchały się teraz do głowy z bezczelnym uporem. Jakieś nonsensy, jakieś nieprawdopodobne hece zjawiały się w chwilach, gdy już, już zdawało się, że dochodzi do marzonego miejsca, do jakiegoś wyniosłego szczytu, skąd widać wszystko.
Nie umiał myśleć. Nie urodził się myślicielem, ani go nauczyło tej trudnej roboty życie ani te sprawy, którym długo wiernie służył. Gardzono tam filozofjami. Z kim i kiedy miał o tym rozprawiać? A szło mu teraz tym trudniej, że miał rozmyślać o sobie i na swój własny użytek: o swojej sprawie, o swojej śmierci, o swoim życiu — i że z tego nie miało być żadnego celowego działania, żadnej produkcyjnej roboty (boć i tak przecież umrze, jak należy), jeno tak sobie — dla czystej metafizyki i dla własnej ulgi. W życiu odzwyczaił się od zajmowania się sobą. Ilekroć jednak usiłował wzgardzić tym zagadnieniem i pominąć je, jak się pomijało wszystko, co swoje i własne — sprawa ta przyoblekała się w przejmującą grozę i powagę, wznosząc się jako potęga, nieubłagana w swoich rozkazach. Rozkazu tego musiał słuchać i powracał do okropnej swojej pracy.
Formułował sobie w jasnych słowach, w krótkich myślach to, co chciał wiedzieć. Układał szeregi pytań i zdaleka chytrze obchodził wroga. Marzył, żeby wyczuć choć cząsteczkę, choć odrobinę prawdy. Zadowoliłby się byle czym. Uspokoiłby się natychmiast, gdyby usłyszał choć jedno „tak“, choć jedno „nie“ na którekolwiek z niezliczonych zapytań swoich. Ale pochłaniała je wszystkie pustka, nieogarniona przestrzeń bez echa.
Od tych wysiłków zaczęło wreszcie ustawać wszelkie rozsądne myślenie. Mąciło mu się w głowie. Groźna przed chwilą prawda stawać się zaczęła jakimś zagadnieniem akademickim, bynajmniej nie nadzwyczajnym, jakich niezliczone mnóstwo przewinęło mu się przez głowę w tej celi. Blizka przed chwilą prawda zdawała się oddalać. Już nie było w myślach niespokojnego, gorączkowego pośpiechu. Raz po raz spuszczał z oka ten jedyny swój cel i zatrzymywał się na rzeczach innych, trwoniąc na nie skąpy, drogocenny swój czas. Co chwila jednak, ale jakby mimochodem, potrącał o tę dobrze wiadomą sobie prawdę: jutro mam umrzeć — i wówczas budziło się w nim nieśmiałe powątpiewanie.
W przyćmionym pod chmurami myśli rozsądku zaczynały godzić się ze sobą rzeczy sprzeczne i nawzajem się wykluczające. Tuż obok siebie tkwiły w mózgu i ocierały się o siebie. Na chwilę oddalały się, dziwiąc się sobie. Powracały, by bratać się i przyzwyczajać do siebie. Wreszcie zostawały. W jakimś dalekim zakątku mózgu niepokoiło się coś na wieść o tym. Słabo, niechętnie, niedołężnie budziła się do ruchu i do zwykłej pracy zrujnowana machina myślenia. Ustawała, utykając za każdym swoim obrotem. Zrywały się pajęcze nici, wiążące zjawiska świata z pojmującym je duchem. Niesłychany zamęt wkroczył do tajemniczego przybytku, kędy w cudownym ładzie, odwieczną koleją układały się pojęcia, wrażenia. Zaniedbała się surowa i niestrudzona czujność. Zasunęły się i przywarły wrota nieprzebranego skarbca pamięci... Czyniło się tak, jak gdy człowiek usypia. Ale on czuwał.
Czuwał i szeroko, szeroko rozpuszczał myśli pod tą dobroczynną mgłą, która osnuła mu duszę i broniła ją od nacisku ponurych potęg. Świat realny istniał zaledwie w przypuszczeniu, zaledwie w słabym swoim odbiciu. Poza nim zdala od wszystkiego, co ludzkie, żywe, i co dla żywego człowieka dostępne, rodziły się poczwarne, obłąkane ułomki myśli i obrazów.
...Szedł, a za nim ciskał ktoś kamienie. Przelatywały, warcząc w powietrzu, odbijały się, podskakując, o ziemię. On idzie, śpieszy się, udaje, że nie zauważa napaści, nie ogląda się za siebie. Kamienie warczą, mniejsza o to, niechaj sobie myślą, że się boję — nie, nie boję się, ale nie będę zważał, nie chce mi się — póki mnie nie trafią — ból w ramieniu, trafiono. A przecie się nie obejrzę! Kamienie lecą, warczą w powietrzu, z tyłu za nim gromada szydzących ludzi...
...Przemawia do tłumów nieprzejrzanych, zasłuchanych. Oczy, oczy, oczy chciwe, wlepione, nad nim czarny wysoki strop hali fabrycznej, na grubych, ciężkich łańcuchach zwisają grube, ciężkie żelazne klamry i koła. Wokoło półmrok, jakaś świeca za blizko, źle postawiona razi w oczy, mąci w myślach — musi, musi powiedzieć, musi potrafić wypowiedzieć to, czego chcą, na co czekają w skupieniu, z zatajonym oddechem — a on nie wie, nie wie! Szybko biegną słowa, głośno dźwięczą słowa — kiedyż przyjdziesz, chwilo objawienia, kiedy zrodzi się w mózgu błyskawica myśli? Kiedy rozegrzmi słowo nowe, upragnione? Jakże tęskne są oczy tłumu, jakże smutne! U stropu wiszą ciężkie żelazne łańcuchy, kołyszą się ciężkie żelazne klamry i koła...
...Ciasna, wązka uliczka, szczelina między wysokiemi domami, wokoło huczy wielkie miasto, wieczór jesienny, mgła tłumi światła, bruk połyskuje od deszczu. Krwi szuka, szuka śladów, by głowę odsłonić i we czci się pochylić na tym miejscu. Gdzie jesteś? Czy to Stare Miasto? Czy to zaułek starego Paryża? Czyjej krwi szukasz, kogo żałujesz? Sześciu ich tu poległo, jęczy świeży rodzony żal. — A nas tu padło tysiąc, mówi szeptem grobowym mroczna uliczka — jakaż to uliczka? Gdzie to było? Kiedy?...
...Stary nieznajomy człowiek oddawna już dobija się do tajemniczych drzwi w głębi wielkiego podwórza, podważa je drągiem żelaznym, napiera ramieniem. Mozoli się w pocie czoła, oddech świszczący dobywa mu się z piersi. Cisza, cisza w olbrzymim wymarłym domu, setki zamkniętych okien. Z za szyb, z za firanek i zasłon ukradkiem ze wszystkich pięter od dołu do góry patrzą wystraszone oczy na robotę starego człowieka. Trwoga śmiertelna w oczach, pobladłe wargi coś szepcą — głowa przy głowie w każdym oknie...
...Zdaleka leci i zbliża się żelazny łoskot i huk, wokoło noc, wokoło las, gwiazdy na niebie. Tuż obok gromada ludzi, ukrytych w zaroślach i w nocy. Huk nadlatuje, drży ziemia, drży serce, dołem nizko przelatuje obłok gasnących iskier, szereg jasnych okien wagonów, na mgnienie oka trzy czerwone latarnie, i huk się oddala, i długi, smutny sygnał. Cisza — co będzie teraz tam? Co będzie tam w dalekiej ciszy? Wytęża, wytęża się słuch...
...Zawrotnym pędem zapada się w dół winda kopalni, ucieka z pod stóp ziemia, ręka kurczowo ściska żelazne pręty. Ustaje bicie serca, dusi się oddech w piersi — całe lata, wieki spada tak wśród czarnej nocy...
...Głodny bezdomny pies przemyka się pustą ulicą — jego biedne oczy — żal, żal, któż zniesie skargę psiego spojrzenia?...
Przyszedł moment, gdy rozpierzchły się wszelkie obrazy, skojarzenia i kombinacje. Oddawna nie było w nich żadnej treści, teraz znikła sama forma. Pozostał falujący, kołujący powolny ruch. Sypał się jakby obfity chłodny, suchy śnieg. Wir, zwolna się obracający, wciągał w siebie drobne białe cętki. Niechętnie poddawały się, uciekając nagłym podrzutem ku górze. Rychło wracały, układając się już posłusznie w ruchome, zstępujące ku dołowi koliska. Zwężały się ich obroty, zmieniały się ich barwy. Ciemno fijoletowe, głębokie chmury pyłu wlokły się leniwie ku miejscu, w którym rozjaśniały się ciemności. Oto doszły i przewalają się w żółtym rażącym pasie promienia. Wciąga je i chłonie jakiś potężny cug olbrzymiego komina. Jeszcze raz zjawiły się w ciężkiej, głębokiej purpurze i znikały, długo znikały w niewiadomej, nienasyconej czeluści.

Przez chwilę nie wiedział, co się z nim dzieje; dopiero teraz spostrzegł, że przez cały czas czytał. Gdy siadał do obiadu, spojrzał na otwartą, leżącą na stole książkę i od tego czasu nie oderwał od niej oczu. Przewracał stronice, czytał szybko, chciwie i zupełnie bezmyślnie. Z dziwnym smutkiem spoglądał teraz na tę książkę, pełną losów, cierpień i myśli ludzkich. Biło z niej życie, ta nieustanna pogoń za szczęściem, walka o szczęście, walka o panowanie nad życiem. Mniejsza o to, że to dzieje dawno wymarłego pokolenia, że sam ich twórca dawno już, dawno spoczywa w grobie. Wzruszały go te postacie, jakby je znał i kochał w życiu swoim. Cierpiał nad ich troskami i nad tym, że oto teraz porzuca ich, teraz, w ciężkiej potrzebie. Nie zdąży już przeczytać tej książki; nie może już rozumieć tego, co czyta; nigdy się nie dowie, jak rozwijały się i zakończyły wymyślone losy tych nigdy nieistniejących ludzi. W ciągu paru ostatnich dni zespolił się z niemi i zżył dziwnie. Wszedł między nich z duszą poruszoną, wówczas, późnym wieczorem, gdy powrócił ze sądu, zmordowany i zdręczony. Zaczął czytać i na kilka godzin przeniósł się w inne czasy, wcielił się w owych ludzi. Tej staroświeckiej powieści, temu zupełnie pośredniemu dziełu znakomitego pisarza zawdzięczał ostatnie godziny spokoju, ostatnie godziny tego, co jeszcze można było nazwać życiem. Reszta były to albo zupełne odrętwienie i apatja, albo też bezpłodne, nie do zniesienia wyczerpujące kołowanie myśli w pustej przestrzeni: było to wpatrywanie się w zjawisko bez kształtu, rozważanie rzeczy, nie mającej w sobie ani jednego wyrazu, dostępnego myśli człowieczej.
Żegnał się z przerwaną opowieścią. Na wieki rozstawał się ze wszystkim, co ludzkość pozostawiła wyrażone w słowie. Żegnał tę odrobinę wiedzy, którą zdążył zdobyć w krótkim swoim życiu a zarazem i cały przeogromny nieznajomy świat myśli, który unosi się nad życiem pokoleń, coraz bogatszy, coraz wspanialszy, niepojęty w dalekim swoim przyszłym rozwoju. I postanowił nie czytać już więcej — nie będzie czytał już nigdy. Odłożył książkę i wydało mu się, że coś już w nim umarło.

Nagle przewiercił go nawskroś sztych już znajomy — ten, który powrócił — tensam. Ktoś chce wejść do celi — klucz w zamku — kroki kilku ludzi za drzwiami. Ciężko stukają kolby stawianych na podłodze karabinów. Zimne, przenikliwe uniesienie...
Długo nie wie, czego chce od niego żandarm, co mówi. Wreszcie odgadł. Spadł mu ciężar z mózgu i serce zaczęło znowu bić. Ale gdy szedł przez korytarz, zbudziło się w nim gorzkie uczucie zawodu.
— Jeszcze trzeba czekać, jeszcze długo, a przecie jakież to będzie szczęście iść tędy, tym korytarzem, temi schodami, przez ten ogródek — tam, tam na stoki, gdzie się wszystko urwie na zawsze. Ustanie myślenie, wyjaśnią się ostatecznie lub zagasną na wieki wszelkie tajemnice, ukoi się ten żal głupi, ludzki, nieprzezwyciężony żal za życiem...
Jednak, gdy się znalazł w ogródku, ogarnęło go wzruszenie na widok drzew, krzewów, trawy, kwiatów. Zdawało mu się, że od długiej zimy dopiero teraz po raz pierwszy zobaczył młodą, bujną zieleń na drzewach i murawie. Wyprowadzano go tu codziennie, był tu i wczoraj — dla czegóż tak cudny i niesłychany stał się ten zakątek? Kilka marnych drzew, śmieszny klombik z ordynarnemi kwiatami, strzępy murawy, na której więcej było gruzu i śmiecia, niż trawy — oto wszystko.
Stanął pośrodku ścieżki i upajał się urokiem wiosny, który przyszedł i tutaj w to ponure miejsce, wiecznie młodzieńczy i nieodparty. Wyobrażał sobie wieś, szerokie łąki, żółte od kaczeńca, świeże, jasne listowie lasów, przypomniał sobie słyszany kiedyś śpiew wiejskiej, wykręconej z wierzby fujarki, przypłynęła doń słodka jak wiosna piosenka skowronka... Radował się tym szczerze, głęboko, bez goryczy, bez zawiści. Niechaj żyją ludzie, niechaj się cieszą, niech doczekają lata, jesieni — i długo, długo, co roku poją się pieśnią młodości i odrodzenia — tym szeptem liści wiosennych, wonią wilgotnej ziemi, pięknem, zdrowiem — życiem...
Urwał gałązkę z drzewa i z rozkoszą przytulił twarz do chłodnych, pachnących liści. Pochylił się nad klombem, zerwał kilka białych stokrotek i jakiś śmieszny, wzruszająco skromny żółty kwiateczek. Z głęboką uwagą wpatrywał się w białe gwiazdeczki stokrotek, jak gdyby je widział po raz pierwszy w życiu. Oderwał go od tego żandarm. — Niewolno rwać kwiatów, co to, nie wiesz pan, czy co? — Wiem, ale urwałem dla tego, że mnie jutro powieszą — odpowiedział z prostotą. — W żadnym razie niedozwolono.
Tu wzrok jego padł przypadkiem na małego żołnierzyka, który stał obok na warcie. Na pospolitej twarzy sołdata odbiło się tyle smutku, tyle nawpół dziecinnej zgrozy, że na widok tego nieoczekiwanego współczucia łzy zakręciły mu się w oczach. Patrzył nań przez chwilę, jak na kogoś blizkiego, rodzonego, a ilekroć go mijał, chodząc po krótkiej dróżce, spotykał jego wystraszone, zmartwione i współczujące spojrzenie.
Z jednego okna ktoś mu dawał znaki. Gdy się zbliżał na mgnienie oka wychylała się głowa z górnego lufcika i znikała natychmiast. To on — z nim razem jutro. Kiwał mu głową i jak mógł dawał mu do zrozumienia, że go poznał i że... Cóż tu można, co można wyrazić ukradkowym giestem w takiej chwili? Towarzyszowi walki, towarzyszowi śmierci? Myślał o tym, co przechodzi teraz w samotnej celi ten człowiek prosty, i myśl ta gnębiła go jak gryzący wyrzut nieomylnego sumienia. Kto wyrwał tego chłopa, tego Jana Kuczmę z cichej jego, dalekiej wsi? Kto go nauczył być „buntownikiem“, kto mu dał do ręki „maszynę“, kto mu kazał iść zdobywać „carskie monopole“? Bolała go ta krzywda i zapomniał o sobie, o jutrze.
— Wróciła, jeszcze raz, wróciła gorzka, nierozumna, nie na te czasy myśl. — Czemużeś przyszła teraz, kiedy i ja przecie własnym życiem płacę? Nie dość ci tego, jeszcze mało, cóż więcej dać może człowiek? Co jest w ludzkiej mocy? Odpowiedz, odpowiedz...
Przypomniał sobie, że jutro razem z nim umierać będzie jeszcze ten trzeci, nieznajomy mu osobiście chłopak, ten, który w uroczystej chwili odczytywania wyroku ryknął na całą salę: precz z caratem! Ciężko mu było myśleć, że nic o nim nie wie, że nie zdążył się go o nic zapytać podczas sądu.
Poczuwał się do winy. Nie uczynił tego, co należało. Trzeba się było postarać, trzeba było przezwyciężyć trudności — zmusić się, poniżyć się i prosić o połączenie ich razem z nim w jednej celi. Byłoby im lżej. Sprawić im tę ulgę było jego ostatnim obowiązkiem, był przecie ich przewodnikiem, rozkazywał. Teraz nie uczynił tego nawet, co mógł — bo przecie było można. Już za późno, już im nie będzie przewodził, śmierć ich sama poprowadzi.
Coby zresztą mógł dla nich uczynić? Co im ma do powiedzenia? Dodawać im odwagi? Przeszkadzać temu dzielnemu, uczciwemu chłopu modlić się przed ostatnią godziną? Uczyć tego robociarza i uświadamiać go co do rzeczy ostatecznych, o których sam nie ma pojęcia? Opowiadać mu o materjalizmie życia i śmierci, w co sam nie wierzy, odpowiedzieć na jego zapytanie, co też Marx pisał o życiu przyszłym?
Potrafią, potrafią umrzeć mężnie, jeżeli o to chodzi. Bez metafizyki, bez kultury, bez całego balastu kunsztownego myślenia pójdą jutro. Z prostotą, bez giestów polegną. Nie będą potrzebowali żałować swojej wszystko ogarniającej inteligiencji, nie będą wiedzieli, że ginie wraz z niemi cały świat, nie będą się dziwili, że nie przychodzi trzęsienie ziemi, potop lub zwycięska rewolucja, by przeszkodzić spełnieniu się wyroku. O — ci nie będą się zbytnio szacowali. Jeszcze niewiadomo, kto ma kogo uczyć, kto ma kogo w tej godzinie wspomagać. Co wiesz o tych ludziach? Niewiele, a to, co wiesz, czyż nie wystarcza, aby się uspokoić i być skromniejszym? Przeto się nie wyrywaj — złóż, złóż oznaki swojej władzy, zachowaj na własny użytek tę niby twoją przewagę.
Przypomniał sobie, o czym rozmawiał na sądzie z Kuczmą — parę słów, nie więcej. — No co, towarzyszu? — Ano nic, to mi jest tylko ciężko, że jak Pan Bóg miłosierny zapyta, cóżeś, Kuczma, zrobił dobrego w tej rewolucji, to wstyd mi będzie wyznać, że jeno te monopole... — Snać śnił i Kuczma o wielkiej wojnie — i on, szeregowiec, pełen był tejsamej tęsknoty, tej zazdrości i tego tajonego wstydu, które jak cierń tkwiły w duszach najlepszych, żądnych wzniosłości i wielkiej otwartej walki i złotej promiennej sławy... Potym, na zapytania sądu odpowiadał w słowach prostych, nieuczonych. Była w nich głęboka powaga i nienaśladowane piękno otwartego, nieulękłego wyznania. Bez chlubienia się i chwalby, w spokojnej godności mocnym swym głosem odpowiadał krótko. I gotowe były te słowa, by je bez zmiany, bez żadnego upiększenia wyryć gdzieś na kamiennej tablicy i skrzętnie z miłością zachować do tej dziejowej chwili, gdy stanie wyniosły pomnik tych czasów, i tam tę cegłę wmurować...
Kuczmo, drogi bracie, trzęsła ci się ręka, gdyś już skazany podpisywał swe imię pod protokułem sprawy. Jakże cię przebłagam, jak odkupię tę myśl moją? Tyś ją odgadł i nauczyłeś mnie, inteligienta, że gruba i czarna od pługa ręka zawsze się trzęsie, gdy ujmie pióro w niewprawne palce. Tyś mi to powiedział tak zwyczajnie, tak prosto — o, ty potrafisz...

Niepostrzeżenie znalazł się znowu w swojej celi. Zastał w niej gości. Na kracie siedziały całym szeregiem wróble i napełniały pokój hałaśliwym, wesołym szczebiotem. Domagały się swojej zwykłej porcji. Codzień przychodziły o tej godzinie. Więc jak zawsze nakruszył chleba na kawałek tektury i wystawił za kratę. Śmielsze ptaszyny wpadały do celi i gospodarowały po podłodze, po łóżku, po stole. Przykro mu było myśleć, że jutro napróżno przylecą wróble o swojej godzinie. Ale tę wizytę znosił z pewnym już przymusem. Chciał, żeby się czymprędzej najadło i odleciało sobie precz wesołe bractwo. Chciał być sam, w ciszy. Już mu się zaczynało śpieszyć.
Wczoraj zaczął pisać list do swego przyjaciela młodości, do człowieka, którego nie widział od paru lat. Był to jedyny jego list. Rodzice mu pomarli, rodzeństwa nie miał, byli jacyś dalecy krewni, gdzieś jakieś ciotki, jakiś wuj, ludzie obcy, którzy o nim nic nie wiedzieli, tyleż co i on o nich. Towarzysze? Co im miał pisać? Jak? Pośredniemi drogami trafiłby do nich — on właściwie nie miał im nic do powiedzenia. Napisać list językiem rewolucyjnym z głośnemi słowami, że „nie żałuje swojego życia“, że „umiera z radością“, że „wierzy w zwycięstwo sprawy“ itd. itd. — było niemożliwością, gdyż list taki zostałby w rękach żandarmskich. Byłoby to niemożliwością i dla tego, że nie napisałby nigdy takiego listu. Nie lubił głośnych słów. Nie lubił podobnych dokumentów, które często przedrukowywały w tym czasie pisma rewolucyjne, ku pokrzepieniu walczących. A właściwie nic innego nie miał im do powiedzenia. Bo i co? Że ich kocha, że pamięta, że prosi, by i jego pamięć zachowano? Nie znają się tam na liryzmach, nie jest to we zwyczaju, a zresztą nie czuje żadnej potrzeby, jeżeli mówić otwarcie. Nie żył bowiem z nikim blizko, po ludzku. Nie było na to czasu. Razem pracowali, razem śmierci zaglądali w oczy, schodzili się na „biurach“, gdzie gadali tylko o robocie. Tak przeżył z niemi koło dwuch lat. Dopiero tutaj, w więzieniu zastanowił go jego dziwny stosunek do towarzyszy. Tak, to było dziwne, nie mógł się z niemi zżyć. Na ten czas wojny jak gdyby zatracił czucie ludzkie. Inni przyjaźnili się ze sobą, trzymali się kółkami. Na tle straszliwego napięcia życia bojowego kojarzyły się przyjaźnie na śmierć i życie. Nie jedna piątka ginęła w ślepej obronie przyjaciela-towarzysza, gdy już nic nie mogło go uratować. Bez wahania sam i na własną rękę wbrew zakazom lazł w paszczę śmierci bojowiec, by pomścić druha. A kobiety? Pod płonącym stropem, w upalnym powietrzu pożaru zapalały się uczucia szalone, potężne jak płomień, krótkie, jak życie bojownika. Wiedział o tym, na to patrzył. Podziwiał i zazdrościł, lecz nie umiał nigdy zespolić się z tym życiem. Żył ze wszystkiemi dobrze, z nikim blizko. Kochał walkę i niebezpieczeństwo, kochał dzielność i pogardę śmierci. I kochał swój cel, kochał myśl o tym, że dla tego celu polegnie. Ludzie-towarzysze jakoś znikali w tym rozgwarze walki, w tej nieustannej ekstazie. I teraz już za późno wyrzucał sobie, że nie odpowiadał na słowa przyjaźni, gdy zwracały się do niego, że zimno ujmował ręce, które się doń wyciągały. Smutno mu było teraz myśleć o tych ludziach, smutno mu było, że nie miał się z kim żegnać.
Wziął pióro do ręki i ciepłe uczucie zatliło się w nim wątłym płomykiem. Przebiegał oczami zapisane kartki i w ciągu paru minut przeżył jeszcze raz dzieje jedynej swojej przyjaźni. Był to stosunek dziwny. Obadwaj byli do gruntu odmienni, łączyła ich ustawiczna niezgoda. W dzieciństwie i w niższych klasach bijali się zajadle i często, potym dojadali sobie i dopiekali w sposób wymyślny. W przerwach między lekcjami, na spacerach staczali homeryczne batalje na języki, a koledzy konali ze śmiechu. Za te nieporównane dowcipy, za szczytne błazeństwo lubiano ich obu i przyzwyczajono się uważać ich niejako za jedną osobę, tak dalece byli nierozłączni wszędzie i zawsze. — Nie mogli wytrzymać bez siebie i nigdy nie zadawali sobie pytania, co ich łączy. W latach uniwersyteckich należeli do przeciwnych, strasznie zwalczających się obozów, jednak mieszkali razem i znowu byli nierozłączni. W dalszym życiu poszli różnemi drogami: jeden oddał się jakiejś nadzwyczajnej sztuce i nigdy przez nikogo nierozumianej literaturze, gardził tłumem, nie czytywał gazet, nie drukował swoich utworów, nie pokazywał nikomu swych djabolicznych węglowych kartonów, zamykał się przed ludźmi i dziwaczał. Drugi traktował tę karjerę z pogardą i brutalnie wyśmiewał się z zawiłych sonetów i z czarnych, okropnych obrazów przyjaciela. Był bowiem zagorzałym partyjnikiem i drwił z dekadentów. Uważałby sobie jednak za straszną zniewagę, gdyby mu przyjaciel nie pokazał każdego nowego kartonu, nie opowiedział doń całej fury komentarzy, gdyby mu nie odczytał każdego nowego utworu. I mistyk wtajemniczał go w swój zamknięty świat: pozwalał jemu jednemu oglądać swoją nagą duszę. Kłócili się okropnie, a żyć bez siebie nie mogli. Wreszcie, kiedy dekadent pojechał do Paryża do Sar Peladana, de Guaita’y i do Ecole des Sciences hermétiques, by całkowicie zwarjować w objęciach okultyzmu, zagorzały i niezłomny społecznik po pewnym czasie podążył tam również w celach partyjnych. I znowu zamieszkali razem, obrawszy sobie w tym celu wązką, starą jak świat uliczkę — jeden dla tego, że na niej jakoby miał mieszkać w w. XIV ów nieporównany alchemik i budowniczy, który odkrytą przez siebie tajemnicę kamienia filozoficznego usymbolizował w postaciach i fryzach katedry Notre Dame, drugi dlatego, że tu podobno stała w roku 1848 barykada i ludzie ginęli za wolność. Obadwaj lubili mroczną i brudną uliczkę, bo dla jednego wywoływała ona duchy średniowieczne, drugi zaś — ponieważ tutaj rewolucyjny lud jeszcze raz powalił o ziemię „hydrę feudalizmu“. Gdy się rozstawali po roku wspólnego pożycia w ciągłych kłótniach i szyderstwie wzajemnym, rzekli sobie na dworcu. — No, żegnaj; gdy się zobaczymy, będziesz już chyba zupełnym warjatem; jeżeli jednak twoja magja się uda, to daj parę miljonów na rewolucję, bo co dla ciebie będą znaczyły miljony? Przyślij parę wagonów złota. — No, bądź zdrów i niech ci się tam wiedzie, ale wątpię, byśmy jeszcze kiedy żyli razem. Bezemnie rychło staniesz się zupełnym chamem, jak wszyscy twoi towarzysze. Utoniesz w morzu głupstwa. — Bądź zdrów! — Bądź zdrów! — Pociąg ruszył. Nie widzieli się już od trzech lat i nic nie wiedzieli o sobie.
Czuł, że tak bez słowa pożegnania nie może się rozstać z tym dziwnym człowiekiem. Oddawna już tęsknił za nim. Dopiero tutaj zaczął analizować swój stosunek do przyjaciela. Rozumował kunsztownie i pracowicie, ale to jedno tylko wyrozumował, że mu z nim było dobrze, a bez niego źle, i że go potrzebował nieraz, a nawet zawsze. O tej ich przyjaźni należało teraz coś napisać na to ostatnie pożegnanie. W tym celu zamierzył pisanie wielkiego swojego listu. Od paru dni pisał go potrochu; gdy jednak teraz to odczytał, znalazł tam same wspomnienia, trochę im obu tylko zrozumiałych bredni i starych konceptów, ale ani jednego ciepłego, ani jednego poważnego słowa. Rozumiał, że tak nie można i silił się, by przecie po ludzku pożegnać tego drogiego warjata. Nie mógł jednak zdobyć się na nic takiego, coby odpowiadało chwili. Wreszcie szybko, bez namysłu napisał:
„No, widzisz, stary, jutro mnie już nie będzie. Żegnaj! Strasznie cię lubiłem, czy tam jak to powiedzieć — mniejsza o to. Ja myślę, że i ty także? Lubiłem z tobą żyć, słuchać twoich tajemniczych nauk, lubiłem twoje zawiłe sonety i kartony, lubiłem myśleć o tobie. Kłóciliśmy się, ale w tym było dobre, nie było złości. Poco o tym gadać? Tak mi się zdawało, że o tym trzeba było coś powiedzieć, może inaczej, ale nie umiem inaczej — to w naszym stylu. Ty wierzysz w jakieś rzeczy przyszłe, ale ja nic nie wiem. Te trzy lata szybko mi zeszły — rewolucja u nas. Ty pewnie daleko od wszystkiego jak zawsze. Tyle o tobie wiem, że cię ktoś widział w lecie zeszłego roku u św. Seweryna. Tyle wiem, że żyjesz i że wszystko po dawnemu. Nie żałuj mnie, bo i ja siebie nie żałuję. Wyobraź sobie mnie, że tu siedzę, że jutro już — i o tym karton? Dobrze? Żegnaj, stary! Chciałbym jeszcze dużo, ale nie potrafię, piszę same głupstwa. Żegnaj!“
Gdy postawił ostatnią literę, odrazu ulotniło się łagodne ciepło i rzewne ludzkie uczucie, które towarzyszyły jego myślom o przyjacielu. I sam ten człowiek, kochany przed chwilą i wspominany, stał się czymś obcym, martwym i jakby wrogim. Jeszcze rozpędzone wspomnienie wydobywało na jaw obrazy z czasów spędzonych wspólnie, jeszcze stała w wyobraźni, jak żywa, blada, skupiona twarz przyjaciela i jego czarne, głęboko zapadnięte oczy z ich smutnym spojrzeniem. Ale niecierpliwa niechęć, prawie odraza zacierała tę pamięć, brutalnie odrzucała wszystko, co łączyło się z tamtym. Nic tu nie zawinił przyjaciel. Już się gdzieś podział.
To było najgorsze i najnieznośniejsze, że niepodobna było oderwać się od rzeczy błahych, od rzeczy, pozostających tu na tej ziemi. Niezliczone ich mnóstwo obsiadło mózg, zapchało pamięć. Sprawy małe, śmieszne, niepotrzebne zagradzały mu jego drogę, czepiały go się i przeszkadzały. Ciągnęły ku sobie uwagę, nastręczały lekkomyślne spostrzeżenia. Wciąż, ciągle rozpraszały się myśli: z trudem skupiały się, by przerwać te uparte zapory.
Wszystko, co niepotrzebne, pchało się teraz do głowy. Wydobywały się głupstwa niesłychane, rozpętywały się wyobrażenia, godne obłąkańca. — Gdzieś daleko było światło, była pogodna, rozumna myśl. Jak do niej dojść, jak się opędzić dokuczliwemu robactwu? Walczył i ulegał w walce z okruchami, z pyłem myśli, z nieforemnemi szczątkami obrazów. Przymknął oczy, ścisnął głowę rękami. Zwolna, zwolna uśmierzał się ten chaos. Długo, boleśnie wywłóczyły mu się z mózgu jakby cienkie nici, jakby bezkształtne strzępy. Na moment uczuł rozkoszną pustkę w głowie. Ostrożnie, nie odmykając oczu, poruszał się w kierunku jakiejś światłości. Stopniowo ustalał się w nim jakiś wyraźny i coraz wyraźniejszy punkt. Oto zbliża się już to, czego potrzeba, myśl prawdziwa, myśl przewodnicza, prowadząca do przejasnego rozumienia.
Ale wróciło znowu tylko niewytłumaczone powątpiewanie. Czyż to podobieństwo? Czyż jest możliwym, by istota żywa, która oto myśli, oto pisze, oto ogarnia wszystko i rozumie, mogła tak odrazu zniknąć, sczeznąć bez śladu, stać się zgnilizną na ziemi i niczym — tam? Gdzie — tam? Przecie żadnego „tam“ niema? Jednocześnie z jednakową wiarą i przekonaniem rodziły się w nim dwie myśli: — Nie umrę jutro, to jest nonsens. — Umrę jutro, to jest prawda. Myśli te rozwijały się i szły razem zgodnie: — Nie może to być, albowiem nic z tego nie rozumiem, nic nie mogę pojąć. — Obędzie się bez mojego rozumienia i rzecz się stanie; kto mię pyta, czy rozumiem? Kto się mnie pytał, czy chcę umierać? Po krótkim momencie bezmyślnej zadumy znów odezwały się głosy: — Nie mogę się z tym zgodzić. Nie mogę umrzeć bez zrozumienia śmierci, albowiem nikt tak jak ja nie umierał. Ani samobójca, ani beznadziejnie chory, ani żołnierz idący na pewne stracenie, ani tonący. Ja jestem skazany. Ja muszę patrzeć, jak się zbliża moja godzina, nieodwołalna godzina. — Tak samo jak ty mrą miljony ludzi. — Nieprawda, w mojej śmierci jest okropna przytomność, nieubłagana trzeźwość i nadludzka praca. Ja tej pracy podołać nie mogę. — Taką samą śmiercią umierali twoi towarzysze, tutaj w tych samych murach, i żaden do końca nie mógł swoich losów ogarnąć. — Nieprawda, każdy w jakiejś chwili zrozumiał. I ja czekam na to, że lada moment, zaraz odmienię się i zrozumiem i wtedy się uspokoję. Chwytam ten moment i mąci mi się w głowie. To jest wielka męka. — Nieprawda, w męce i z burzą w mózgu umierali wszyscy, bez żadnych momentów. — Jakże więc mogli umrzeć? — Zwyczajnie. Wyprowadzili ich, założyli im powróz na szyję. I tak pomarli. To nie jest trudno.
Chodził od kąta do kąta szybkim, drobnym krokiem więźnia, po krótkiej ścieżynce, wydeptanej w ciągu lat przez niewiadomych ludzi. Coś, jak duszący spazm, chwytało go za gardło. Mocna, brutalna dłoń ujmowała go pod szyję i niemiłosiernie zaciskała żelazne palce. Folgowała mu na chwilę i przychodził do siebie, wypoczywał, dysząc ciężko. Aż raz po raz kilkakrotnie zdusiła go tak, że zaszumiało mu w głowie. Ziemia zaczęła kołysać się i uciekać z pod nóg. Mocno trzyma go za gardziel i podciąga ku górze katowska ręka. Dzwoni w uszach, dzwoni, jęczy...
Wyrwał się i jednym skokiem rzucił się do okna. Szybko wsparł się na łóżku, chwycił za kratę i, wisząc na rękach, chciwie wyjrzał na świat. Uderzyła weń rozkoszna fala świeżego, chłodnego powietrza.
Głęboko w dole za wyłamanym zrębem żółtych fortecznych budynków, za czerwonym murem, istniał wolny, szeroki świat.
Słońce zaszło przed chwilą. Na tej stronie nieba był senny spokój. Łagodne i subtelne barwy, barwy niepewne, bez nazwy i określenia, słały się na tle spłowiałego błękitu. Pasma dymów ciągnęły od ziemi. Płowe, bure, czarne rozpływały się w zmąconym morzu, które zbierało się i rozpłaszczało nizko nad ziemią.
Jasnym płatem wybiegała Wisła z za krawędzi jakiegoś muru. Zalewała swoim łagodnym światłem szeroki kawał widzialnego świata. Daleko kreślił się zielony brzeg. Matowo srebrzyły się kępy wierzb, niewyraźnie tu i tam odcinały się jaskrawsze barwy ludzkich siedzib: białe domki, czerwone dachy gubiły się na mętnej płaszczyźnie. A dalej aż do równej linji horyzontu szła przestrzeń bezbarwna, ni to szara, ni to zielonkawa, podzielona na płaty i smugi, przyćmiona przez dymy, porwana przez wyspy niewyrażnych budowli przedmieść. Na kresach widzialnego świata, na tle nieba stały wyraźnie czarne kominy fabryczne.
Krajobraz ten był mu już znany do najdrobniejszego szczegółu. Od tylu miesięcy po parę razy na dzień zatapiał weń chciwe oczy: poznawał płaską, szarą Pelcowiznę, jasny nasyp linji kolejowej, prowadzącej do Mławy, dalekie, ledwo dostrzegalne Marki. Nadewszystko jednak kochał rzekę, jej zmienne oblicze i rozmaite, ruchliwe jej życie. Lubił jej szeroko rozlane, zdaleka przypływające wody. W zmieszanym po stokroć, jednostajnym, szarym jej nurcie wyczuwał srebrne wody górskich strumieni i zaczarowanych jezior tatrzańskich, widział marzącym okiem odbicie murów Skałki i Wawelu. Podążał za szybkim biegiem wód i stawał wraz z niemi w obliczu dalekiego morza... A teraz chciał spojrzeć na nią jeszcze po raz ostatni.
Daleko, na szerokim zakręcie, rzeka barwiła się oćmioną, zmąconą purpurą. Od zielonej klinowatej płaskiej wyspy wody odchodziły już w noc. Zdawały się gdzieś tam zatrzymywać i gromadzić, gotując się do snu. Wyspa stała jakby na granicy dnia i nocy. Płynął ku niej nieprzerwanym wartkim biegiem jasny i pełny nurt, układał się w kręte liljowe smugi i szerokie białawe, zda się, wiecznie stojące płaty. Wielka czarna barka stała pośrodku wód, walcząc z prądem. Biegali po niej z krzykami maleńcy czarni ludzie i mozolili się przy drągach. Lekko opornie, niechętnie napełniał się i wydymał olbrzymi siny żagiel. Pod brzegiem słały się szeroko spoczywające tratwy. Szły od nich lekkie niebieskawe dymy. Jakaś łódeczka gubiła się w przestrzeni wód, zdawała się lękać swej samotności, zdawała się śpieszyć do brzegu.
Smutno i dźwięcznie odezwała się trąbka z poblizkiego obozu. Popłynęła ponad wodą znajoma wieczorna pobudka. Grały tony, przelewały się zwolna, nieśpiesznie, nieomylnie. Coś obwieszczały światu, a świat słuchał, rozumiał i pogrążał się w smutku i cieniach. Niespodziewanie śpiewne tony przerwał ogłuszający, chrapliwy, nizki ryk. Długim tchem zionął ze siebie swoje potworne wołanie. Zawyły mury i blanki cytadeli długim ponurym echem.
Statek mijał wyspę i już burzył jasne wody, trzepiąc głośno skrzydłami. Na pokładzie pełno ludzi. Jasne, barwne stroje kobiet, śmiechy i okrzyki. Z gwaru wydobędzie się na chwilę wtór basetli, poświstuje flet, cicho jak brzęczenie komara doleci pisk skrzypiec, ktoś tam śpiewa...
Chciwie, ze strasznym naprężeniem patrzył na statek, na ludzi. Za chwilę wszystko zasunęło się za mur i umilkło.
— To z Bielan, dziś niedziela...
Nienawidził tych ludzi — tych żyjących. Tych, którzy dziś od rana bawili się, a teraz w pustocie i wesołości jadą do domu. Za chwilę miną most i z muzyką i śmiechami zajadą przed przystań, wysypią się na brzeg i pójdą każdy w swoją stronę ulicami Warszawy... ulicami Warszawy... Spokojnie usną po zabawie w cichych domach swoich. I żaden, żaden nie wie. Żaden nie będzie wiedział. Żaden nie spojrzał nawet tu na te mury, na ten straszny dom!
Wciąż dobiegały go tutaj odgłosy życia, nie jeden raz spoglądał ze swego okna na przepływające z muzyką, przepełnione statki i jakże często, jakże często zazdrościł... Ale nigdy nie złorzeczył. Cicho, z poddaniem prządł starą, smutną swoją myśl: żyjcie, cieszcie się życiem, już ja za was tu pocierpię — nie mam żalu, że nikt z was nie wie, choć to dla was, choć to za was...
Teraz przeklinał ten tłum bezmyślny. Rzucał im straszne oskarżenie z ponurej strażnicy swojej.
Zsunął się z okna. W celi było już prawie ciemno. Wionął nań ciężki zaduch zamknięcia. Tysiąc okropnych, złych myśli. Wstrętny był ich bezład i zajadłe było ich natarcie. Spuścił się tu jakby z wyżyn, z powietrza do obmierzłego lochu, na samo dno. Głową dotyka zimnego nizkiego sklepienia, wokoło ściany blizko, blizko. Gniotą go i miażdżą ciasne mury. Oto zawaliło się coś nad nim. Zasypuje go gruz, piasek. Napróżno mocuje się rękami, nogami; nie może się już poruszyć, już się dusi. Czuje na sobie niezmierzony ciężar, zimny pot zlewa go od nadludzkiego wysiłku. Tchu, tchu... Chce wołać ratunku, lecz nie ma już sił. Resztką świadomości wie, że ratunku już być nie może, i ta pewność pogrąża go coraz głębiej w odmęcie.
W coraz bardziej gęstniejącym mroku wodził się i przemagał z niepohamowaną potrzebą przestrzeni, ruchu, krzyku, światła. Już przychodził do siebie, ale stał jeszcze w tymsamym miejscu, pod oknem, z szeroko rozstawionemi ramionami, któremi przed chwilą odpychał walące się nań mury.
Jedyną treścią jego istoty było na teraz uczucie nieznośnego, nie do wytrzymania gnębiącego obrzydzenia. Wstręt targał nim i poniewierał w nim wszystko, wszystko. Ta okropna ciemna nora była obrzydłą dla oczu oderwanych od przestrzeni, dla pragnącej szerokiego oddechu piersi. Ale to było jeszcze niczym. Wobec tej nieubłaganej własnej pogardy dla siebie samego wszelka złość, krzywda, przemoc ludzka były to rzeczy małe, drobne. Rozszalał się w nim jakiś gniew wewnętrzny, rozsadzający duszę. Jasnowidząca pogarda przenikała go nawskroś, nie oszczędziła niczego. Dusza tonęła w plugawym poniżeniu. Nienawidził tych odmętów uczuć i myśli, które przeżył tu w tych czterech ścianach. Rodził się w nim jęk wstrętu, skurcz nieprzezwyciężonej odrazy do tego marnego, jałowego i niegodnego człowieka myślenia. O jakże nikczemnym, jakże marnym jest człowiek! Człowiek — niewiadomo, człowiek może — ale ja... ale ja...
Właśnie stawały mu wyraźnie do oczu nieprzebrane myśli jego — wyszarzane, splugawione i zbrukane od zużycia jak stare czyjeś łachmany. Znużone, ogłupiałe, znikczemniałe w długim, nieustającym już od tak dawna deptaniu na jednym przeklętym miejscu. Tłoczyły się, przepychały się przez siebie, poniewierały się nawzajem, walczyły, wydobywały się na wierzch, tratując inne, padały, czołgały się, wyjąc, żebrząc, złorzecząc. Były odsłonięte w bezecnej swojej nagości. Były sobą, to była prawda i to było straszne. Były wszystkim, co dusza wydała ze siebie w męce. Gdzieżeście wy, myśli dumne, myśli czyste? Gdzie wyniosłe męstwo? Cicha słodycz poświęcenia? Gdzie spokojne, jak sen dziecka, przeświadczenie? Gdzie szczera i piękna pogarda śmierci? Gdzie cnota rycerska?
Są, są wszystkie w tym tłumie. Wszystkie dobre, szczytne chwile. Poznał je w nędzy i poniżeniu, widział je w nagości i w ich prawdzie, bo poszły kędyś precz złocone korony, płomienne aureole i szaty godowe. Patrzały nań w całej swojej obmierzłości spojrzeniem przyłapanego łajdaka. Wszystkie co do jednej stały w zdyszanej ciżbie. Były okropniejsze, były podlejsze od wszystkich prawdziwych zawsze małych myśli, od wszystkich zawsze marnych chwil.
— Wolo moja, siło moja mocna — gdzieżeś ty jest?! Nie umieraj przede mną! Nie opuszczaj! Do jutra, do jutra, do świtu jutrzejszego dnia...
I widział tylko, jak z masy splecionych myśli i zmiażdżonych obrazów wychyliły się na mgnienie oka jakby długie, nędzne, wychudłe ramiona, wyciągnięte ku niebu z nieopisaną zgrozą. Znikły, a w nim zapaliła się jedyna w tych ciemnościach jasna myśl: że przecież jutro umrze, że zanim słońce jutrzejsze wejdzie, ustanie męka i ohyda myślenia.
Właśnie zatliła się na wieczornym niebie pierwsza gwiazda. Srebrzyste, przeczyste światełko płynęło z dalekiej błękitnej otchłani szło ku niemu, wzmagało się, zniżało, coś mu chciało wyjawić, usiłowało naprowadzić go na jakąś drogę, na jakąś myśl. Długo spoglądał w samotną smutną gwiazdę. Pragnął ją odgadnąć, coś z niej dla siebie wywróżyć. Drgała, mieniła się, migocąc w odpowiedzi na trudne, pełne tęsknoty pytanie. Litowała się, patrząc na tę skargę ludzką, daleką...

Pokrzepiła go i dała mu odetchnąć krótka chwila roztargnienia, gdy żołnierz-posługacz wnosił światło. Wiedział, że w parę minut potym przyniosą mu jedzenie, wodę. Czekał, aż się to wszystko odbędzie, i wypoczywał.
Ale razem z posługaczem wszedł wachmistrz i dyżurny podoficer. — Może pan chce czego z miasta? Może ma pan jaki interes, list? Teraz dopuszcza się, można gazetę, wino, może kolację z klubu? Może doktora? — Wachmistrz mówił szybko, oficjalnie, grzecznie, spokojnie.
— Wielu też on ludzi już tak pożegnał — myślał — czy i dla robociarzy jest też tak samo grzeczny? — I chciał go prosić, żeby zaniósł od niego pozdrowienie dla Kuczmy, ale to pozdrowienie obrzydło mu naraz, gdy pomyślał, że przejdzie przez żandarmskie ręce. — Nie, nic mi nie potrzeba, — odpowiedział z uśmiechem. — A wam — tu zwrócił się do posługacza — dziękuję za wasze usługi, bardzo dziękuję. Zabierzcie sobie moje rzeczy, przydadzą się wam. Jest niezła poduszka, kołdra, bielizna, palto, zegarek. Przyjmijcie to ode mnie. A książki pójdą do bibljoteki — zwrócił się do wachmistrza. — Ja już mówiłem z naczelnikiem. Pan może dopilnuje, żeby ten człowiek to wszystko w całości dostał? — Tak jest, jutro zaraz się to zrobi. No, podziękuj panu i wynoś się — Podał żołnierzowi rękę i ujrzał w jego oczach znowu tosamo dziecinne przerażenie, które widział już raz dzisiaj w twarzy wartownika.
Gdy się znalazł sam, pomyślał z ulgą: już niedługo. Ale była to jakaś myśl formalna, pusta i jakby obca. Była ona tegosamego rodzaju, co i to wszystko, co czuł i myślał przed chwilą w obecności żandarmów i żołnierza. Ulgi w tym nie było, została tylko resztka baczności i pogotowia, w jakie samorzutnie i bez udziału świadomości uzbrajała się dusza w chwilach walki. Ale skoro już sobie poszli, niema z kim walczyć. Został znowu sam na sam.
Tak — zaczął, — to, co czułem przed paru minutami, i to, co czuję teraz, jest czymś zupełnie innym, niesłychanym. Co chwila coś się we mnie zmienia. Potrochu obumieram. Jestem strasznie znużony. Właściwie, nie mogę już chodzić.
Ale myśl pracowała sprawnie. Szybko przechodziła od przedmiotu do przedmiotu, stała się wyraźną, lotną. Nieokreślony, bolący niepokój, który zaczął mu dolegać i kazał się czegoś domyślać, wyjaśnił się szybko. — Śpieszy mi się, coś mię popędza. Muszę zdążyć na czas. Mało mam czasu. Muszę jeszcze myśleć.
Przeczuwał, że czeka go jeszcze ciężka, olbrzymia praca. W ciągu tych paru godzin musi ją odrobić w całości. — A jak nie odrobię, to co? — ozwał się głos przekorny i przebrzmiał. Ozwał się natomiast ostry, nieutulony żal. Bo było już za późno, nieodwołalnie i ostatecznie za późno.
Tyle zmarnowanego, głupio, nieopatrznie roztrwonionego czasu! Głupie, nudne godziny więzienne, bezmyślne czytanie, sztuczne, leniwe życie, prowadzone w ciągu długich miesięcy! Gryzł go nieodparty wyrzut, jak gdyby samochcąc zagubił szczęście całego życia. I wyobrażał sobie bezsilnie, coby było, jakby to było, gdyby miał przed sobą jeszcze tydzień, bodaj jeden jedyny jeszcze wolny dzień. Jakby tego czasu użył, jakby wyzyskał każdą jego minutę! Liczył czas, spędzony w więzieniu, przypomniał sobie momenty, które nastręczały się same, skłaniały go do rozważań, ułatwiały porachunek z życiem. Napróżno niosły one w sobie głosy napomnienia, życzliwe przestrogi — napróżno czekały długo, cierpliwie. Teraz już za późno — teraz już niema kiedy.

To jest straszne — myślał — ale ja jeszcze nic nie wiem. Bez tego wiedzenia nie doczekam jutra. Powieszą nie mnie, lecz obłąkanego. Za parę chwil może być już za późno. Jeżeli teraz, natychmiast nie zacznę myśleć rozsądnie, to już nie dojdę do żadnego ładu. Wpadnę w szał. Ja to wiem, i chcę myśleć chłodno, rozsądnie. — A dla czego nie masz wpaść w szał? Właśnie dobrze! Idzie ci o żandarmów, o tych jutrzejszych urzędników, żeby się zbudowali, o to, żeby jutro widzieli żołnierze, że przytomnie i odważnie idziesz? Mały człowieku, wieczysty niewolniku! — Ale i tę myśl napastliwą pominął i szedł, pilnując się swojej drogi.
Patrzył w dal swego życia, w te czasy, kiedy poraz pierwszy musiał myśleć o śmierci, jako o zjawisku własnym i blizkim, ustawicznie blizkim, w te czasy, od kiedy cień śmierci nie opuszczał go już ani na chwilę. Było to już tutaj, po ujęciu i osadzeniu go w tych murach. Ale dzieje myśli tej sięgały dalej, zaczynały się aż tam, hen w dalekim i niepojętym dlań już obecnie życiu na wolności.

Zaczęła się rewolucja. Z radością i młodym zapałem rzucił się w wir bojowej roboty. Z rozkoszą porzucił starą taczkę swoją, pełną bibuły, uświadamiania, agitacji, słów, pragnień, nieśmiałości, czekania, nudy. Umiłował bezpośredni szybki czyn, proste, łatwe myśli i życie z dnia na dzień, o jutrze zawsze niepewnym. W tym czasie były jakieś myśli, były nawet jak gdyby pewne zamiary przygotowania się na możliwy i nader możliwy wypadek, gdy przyjdzie stanąć pod szubienicą. Ale rychło rozchwiało się to pod wichrem radosnej nowości tego życia i każdego jego dnia. Śmierć wówczas była głupstwem, była niczym. Śmierci ówczesnej nie pamiętał. — W momentach walki nie było jej również. W uszach grzmiały strzały, myśl była zajęta, dusza w uniesieniu. W przeddzień wyprawy zawiele było roboty, żeby można było filozofować. Znowu nie. Ale przyszedł moment, kiedy jeszcze daleko, daleko była śmierć, ale gdzieś już była. Już zawisł na szubienicy Okrzeja, już siedziało po więzieniach wielu towarzyszy z szeregu. Zjawiało się już przelotne wyobrażenie ponurego czekania na śmierć. Nastały czasy szybko mknące — kiedy uśmiechać się zaczęło blizkie zwycięstwo sprawy, a uśmiech ten płoszył ponure cienie.
To był wstęp. To nie było jeszcze nic. Przebiegły dni wolnościowe, jak szereg szybkich snów. Zaczęła się walka wielka, ciężka. Jak dymem zamroczył się świat i wiadomo było, że na długo, na długo. W ten dym wkroczyli z nieubłaganą, nienasyconą, na śmierć i życie nienawiścią. Żaden nie spodziewał się wyjść cało, już nikt nie marzył o tym, żeby doczekać dnia zwycięstwa. Gęsto zaczął padać trup na bruki miast, a tu na stokach cytadeli kopano co dnia dół koło dołu. Przestano już czcić uroczyście każdego poległego towarzysza, bo zatracała się ich liczba i nic nowego nie mówiły ich imiona.
Wówczas już wiedział, że śmierci nie ujdzie. Nie miał jednak wolnej głowy do rozmyślania nad tym. Wiedział i to mu wystarczało. Lekceważył to zagadnienie, jak wszyscy jego towarzysze. Przyjętym było na ten temat kpić i opowiadać kawały. Ten i ów postanawiali nie dawać się brać żywcem. Udawało się to rzadko. Niezawsze można było nosić broń, a bez broni trudno sobie radzić. Stawali przed sądem wojennym i szli na stryk. Pamięta jeden poranek: czytał w cukierni gazetę i wyczytał: — wczoraj w cytadeli z wyroku sądu wojennego powieszono... za udział w zabójstwie pułkownika żandarmerji w... — Był to człowiek, z którym swojego czasu spotykał się codziennie. Był z nim razem przy tym zamachu i od jego to wystrzału upadł żandarm. Ujęto go w godzinę później — od tego czasu minęły dwa miesiące. W tej godzinie po raz pierwszy śmierć stanęła przed nim i głęboko zajrzała mu w oczy. Myślał o niej z przejmującą wyrazistością, myślał z powagą. Blizkość tej chwili tracenia i blizkość towarzysza tak dobrze znajomego, nakazywały mu, póki czas, przygotować się. Śmierć powiedziała mu: — czas nie znaczy nic. Co znaczą te kilka tygodni? Tak niedawno siedzieliście z nim razem w tejsamej może cukierni, a teraz, widzisz? I twój dzień już oznaczony — prędzej czy później przyjdzie. Wiedz o tym, pamiętaj.
Wyciągnął jednak z tego tę tylko naukę, żeby się śpieszyć, żeby na ten swój blizki koniec dobrze zarobić. Zaczął się rzucać jak straceniec w sam ukrop walki. Podejmował się najtrudniejszych, najszaleńszych zadań. Ze swoją bezczelną odwagą dokonywał niepodobieństw. Wnet skupiło się koło niego kilkunastu takich, jak i on, szaleńców i zaczęły się dnie, lecące jakby na skrzydłach. Wśród krwi i kul, w huku wystrzałów i pocisków dynamitowych, w bezprzytomnym upojeniu, w gorączce nadzwyczajnych, olbrzymich zamierzeń spełnił się ten czas. Zuchwalstwo jego nie miało granic i zaprawdę, jeżeli kiedy, to wówczas znikł mu z duszy już nie strach przed śmiercią, ale samo pojęcie śmierci.
Raz tylko zdarzył się moment, gdy rozwarła się już przed nim czarna pustynia śmierci. Było to wtedy, gdy osaczony zewsząd miał już wpakować sobie w skroń ostatni swój nabój. Była to jedna chwila — i minęła i znikła bez śladu, gdy minęło samo niebezpieczeństwo. Pomknęło dalej życie dawne, życie z dnia na dzień.
Oprzytomniał dopiero pewnego wieczora, gdy go na ulicy coś chwyciło z tyłu w potężny uścisk. Już wiedział, co to jest. Tępy, straszliwy cios w głowę, podbite nogi. Leży na nim kilku ludzi. Szpiclowskie kolana gniotą mu piersi. Trzęsie się dorożka przez ciemne ulice. Trzymają go pod ręce, wpół, za nogi. Popędzają i śpieszą się strasznie. Pilno im wyjechać z ciemnych ulic robotniczej dzielnicy.
Ale walka jeszcze wre, jeszcze lecą przez głowę myśli zuchwałe. Bystro orlim wzrokiem patrzy po ulicy, patrzy, czy nie spotka którego. Niech tylko spotka, niech się tylko da zobaczyć! Ale puste były ulice. Przejechali koło domu, gdzie o tej porze było zebranie przed jutrzejszą wyprawą — dziesięciu ludzi z bronią. W bramie nikogo — traf. Zawsze ktoś pilnuje — dziś nie. Traf. Wówczas jakby na plecach dorożkarza, jakby na jego numerze kreślić się zaczął tajemniczy, magiczny znak. Zmieniał się, skręcał, układał, ale już go całą swoją istotą rozumiał. Tak, to już — pomyślał. Wjechali w jasno oświetlone ulice, pełne policji i patrolów, wjechali do cyrkułu. Tak, to już — myślał i był spokojny.
W godzinę później ci sami szpicle z drugą dorożką pełną żołnierzy, jadącą za niemi tuż, wieźli go do cytadeli. Na rękach miał kajdanki, w duszy rezygnację. Już nie walczył.
A gdy się zagłębili w ciemne pustkowie Placu Broni, banda ludzi opadła dorożki. Zagrzmiały ukochane wystrzały. Bryznął mu w samą twarz wysadzony z czaszki mózg szpiclowski. Pokotem legli wszyscy co do jednego. Poszli potym na przełaj ku Powązkom przez morze ciemności, on w kajdankach na rękach, oni z bronią gotową. Nieśli i trzy zdobyte karabiny, które porzucili, wykręciwszy zamki. Po drodze rozbrajali jeszcze policjantów i rozeszli się w różne strony z radością w sercach. Oszołomił go ten cud. Szedł na noc do robociarza, który miał mu zdjąć kajdanki, a towarzyszący mu ludzie opowiedzieli mu cały ten prosty cud: chłopak, postawiony na straży przed domem, z sąsiedniego sklepiku zobaczył, jak go wieźli. Natychmiast złożyli szybką radę i poszli pod cyrkuł. Wyszpiegowali, że jeszcze jest. Pchnęli tedy swoją kobietę, która zamówiła się o jakieś świadectwa i siedziała na ławce, czekając na swojego rewirowego. Siedziała, siedziała, aż się doczekała, że szpicel mówił do Ochrany przez telefon. Dowiedziawszy się, że do X pawilonu, poszła. Oto wszystko.
Nie przeszła jednak bez śladu ta przeprawa. Już zaczynały się ukazywać myślom ponura postać i tajemniczy, znajomy znak. Powaga i cienie zgrozy zastąpiły dawną zuchwałą pustotę. I nie wiodło się już, już się rwało — wszystko ma swoje granice. Może dla tego, że przeniósł się do innych miejsc, do innych ludzi. A najprędzej — że już się zbliżył jego przeznaczony kres. Zamyślał się często, dumał o czymś — teraz dopiero wie, o czym to było.
I niezadługo znowu go wieziono przez ulice Warszawy. Jechał z nim prosty stójkus i dwuch marnych, nędznych żołnierzyków — nie miał rąk związanych, nie pilnowali go szczwani szpicle, nie jechały za nim tęgie, dzikie chłopy, wołyńcy... W biały dzień go wzięli, przy ludziach znajomych, wszyscy o tym wiedzieli, a wieczorem, gdy mijał tosamo miejsce, miejsce wybawienia, zlane posoką szpiclowską, nie wystąpiła z podziemi żadna piątka. Głucho tętniał most na fosie fortecznej, ze zgrzytem otwarła się ciężka brama. Ot i koniec.
Długo wypoczywał w początkach tego nowego swojego życia po wszystkich przejściach upłynionych dwuch lat. Długo nie żyła, nie ruszała się z miejsca strawiona, znużona w walce dusza. Spał wówczas po dwanaście godzin na dobę, a przez resztę czasu nie odrywał się od czytania. Pożerał książki z rozkoszą i czytał wszystko bez miary i bez żadnego wyboru. Nie trzymał się żadnego kierunku, nie zamierzał kształcić się. Poco mu była nauka? Na tę parę miesięcy, pozostających mu do życia? Wielkie tomy historji powszechnej Szlossera, Dzieje konsulatu i cesarstwa Thiersa, jakieś ciężkie monografje, znalezione w bibljotece, przeczytał tom po tomie, z niesłabnącym nigdy zainteresowaniem. Potym nagle przerzucił się do powieści: powtórzył sobie Kaczkowskiego, Jeża, odmęt tomików „Bibljoteki Dzieł Wyborowych“, jeszcze raz całego Sienkiewicza, jeszcze raz całego Prusa. Po okresie ospalstwa nastały noce bezsenne. Czytywał tedy dniem i nocą. Miał czas. Badanie przeprowadzano bardzo kunsztownie. Ponieważ odmówił wręcz wszelkich zeznań, więc pozostawiono go w spokoju na całe trzy miesiące. Wiedział, co się kryje za tym pozornym zapomnieniem, i sprawiało mu to rzetelną rozrywkę, gdy wyobrażał sobie zawód, jaki w swoim czasie sprawi subtelnym władzom śledczym. Zresztą myślał o tym rzadko. Długo nie myślał o niczym. Myślał o tym, co czytał, i to mu wystarczało.
Ale pewnego dnia, kiedy w najlepsze był pogrążony w swoim czytaniu, odezwał się do niego jego sąsiad o ścianę, człowiek mu nieznajomy z wolności, z którym co parę dni rozmawiał po parę zwykłych w więzieniu słów. O człowieku tym tyle wiedział, co mu sam o sobie opowiedział. Gadał o rozmaitych partjach, o bojówkach, o tym, że był złapany przy zamachu na rewirowego, co mogło być prawdą, ale z całości tych opowieści wywnioskował, że sąsiad był właściwie bandytą. — Otóż wystukał on mu wiadomość, że wrócił z sądu i jest skazany na śmierć. Obeszło go to, ale nie tak znów bardzo, gdyż było to tutaj rzeczą nader zwyczajną. Chciał coś odpowiedzieć sąsiadowi i już się przysiadł do ściany, gdy spostrzegł, że nie wie, co właściwie można, należy lub wolno mu jest mówić do tego człeka. Jak tu wystukać w paru słowach, przez ścianę taką niezmiernie złożoną rzecz... Przez cały dzień nic nie mówił, a sąsiad też się nie odzywał. Przez dzień następny tosamo. Jeszcze jeden dzień. I o niczym innym nie myślał, jak jeno o tym, co powiedzieć i jak to wyrazić. Było to strasznie męczące. Trzeciego dnia wieczorem doszedł do najwyższego zdenerwowania. Nie myślał już o żadnej odpowiedzi. Czuł przez ścianę obecność czyjegoś strasznego cierpienia, słyszał czyjeś okropne, bezładne myśli, widział samotną mękę, jak tłucze się o twarde mury. Znikła ściana, zobaczył jakby własnemi oczami tego nieznajomego, którego nieustające ani przez chwilę chodzenie słyszał już od trzech dni. Wreszcie znikł i ten człowiek, a jego męka, jego okropne czekanie weszły w niego samego, w jego mózg, w jego duszę. Wszczepiły się w niego, stały się jego własne, zdarzały się chwile, że myślał i czuł tak, jakby to on miał iść jutro na stracenie. Pomąciło mu się wszystko w głowie, a kiedy nareszcie powrócił do równowagi, przyszła mu do głowy myśl, niezupełnie dlań nowa: co znaczy czas? Co znaczą te parę miesięcy, które cię dzielą od twojego czekania? Wówczas też będzie taka noc, taki świt — przyjdzie, zbliża się co chwila, idzie... Czytaj, czytaj, ale wiedz, wiedz o tym, że niedługo będziesz czytał. Zagłębił się w mroczne rozważanie. Coś się w nim zmieniło. Czuł to. To, co było przed chwilą, wydawało mu się dawnemi dziejami. Stało się tak, jak było wówczas, kiedy otwierano przed nim bramę cytadeli. Ktoś odgarnął ten czas, który upłynął do chwili wjazdu w obręb twierdzy. Zaczęło narastać nowe życie. Myślenie stało się inne. Ani smutniejsze, ani spokojniejsze, ani wyraźniejsze — ale jakieś inne.
Tak samo było i tego wieczora. Tymczasem usłyszał, jak otwierają drzwi do sąsiada. Wyprowadzono go, poszedł kędyś korytarzem. Żal, gorzki wyrzut. Odpędziły one precz rozważanie własnej sprawy, własnej doli. Bił się pięściami po głowie. Jak można było opuścić człowieka w tej strasznej chwili? Nie powiedzieć mu dobrego słowa, nie dać ani znaku pamięci, współczucia! A teraz już go zabrali. Zginie samotny, opuszczony, — bez słowa pożegnania. Nikt o nim nigdy nie wspomni, o bandycie, chyba z przekleństwem i odrazą. Bolała go ta krzywda. Jednak po kilku minutach powrócił do celi sąsiad. Odrazu zaczął pukać głośno, szybko, radośnie: nie powieszą — katorga — wiwat Skałłon! — I stukał jeszcze długo, długo, nie mogąc się uspokoić. A gdy mu nikt nie odpowiadał, zamilkł.

Od tego wieczora ocknęło się w nim życie wewnętrzne, a raczej wyszło na jaw z jakiejś głębiny, gdzie nurtowało dotychczas potajemnie. Już co innego zaczęły mu opowiadać czytane książki. Bywały wesołe, smutne, zajmujące, piękne, nieudolne, nudne, rozmaite, ale zawsze i niezmiennie do ich rozmaitej treści przybywał obcy, a jednak tak strasznie jakoś blizki ton. Jakiś cień kładł się na stronicach, między wierszami ukazywały się tajemnicze, oderwane, niewiadomo co oznaczające wyrazy. Dusza szukała czegoś w odmęcie zdań, myśli, obrazów i nastrojów całej tej literatury. Czekała na jakieś słowo, na jakiegoś bohatera, na jakiegoś autora. Napróżno. W niczym mu nie dopomagały wymyślone dzieje żywotów ludzkich i dusz. Nie natrafił ani na jednego pisarza, któryby przeczuł i odgadł, o co mu chodzi. Minęło spokojne, miłe, bezmyślne czytanie.
W tym właśnie czasie odbyła się gieneralna próba przed ostateczną komedją sądu. Komisja śledcza, złożona z trzech oficerów, zasypała go gradem dowodów, dokumentów, zeznań. Były tam i rzeczy prawdziwe i dowiedzione, które istotnie miały miejsce, a tego wystarczało aż nadto. Ale przeważnie były to oskarżenia fantastyczne, bajki i oczywiste nonsensy — wszystko ściśle i formalnie stwierdzone i zadokumentowane. Powtórzył im jeszcze raz, że obstaje przy tym, co raz powiedział, to jest, że żadnych zeznań dawać nie będzie. Tedy zaczęto wprowadzać jednego za drugim zawodowych szpicli, policjantów, żołnierzy, jakichś nieszczęśliwych biedaków, którzy za cenę życia udawali wszystko wiedzących prowokatorów, wreszcie przesunęła się galerja prawdziwych zdrajców, spokojnych i bezczelnych. Tłum ten mówił i plótł rozmaite rzeczy. Jedni go znali i wymieniali jego „prawdziwe“ nazwisko, inni poznawali go jako sprawcę pewnych zamachów, zdrajcy wpierali w niego różne zbrodnie. Inni mówili krótko: nie znam, nie poznaję, nie widziałem. Słuchał tego wszystkiego z ciekawością. Miał trzy nazwiska, należał do dwuch partji, bywał jednocześnie w trzech miejscach naraz. W rezultacie, czemu się sam dziwił, nikt go naprawdę nie znał ze wszystkich tych donosicieli. Wreszcie naostatek wprowadzono podstarzałą kobiecinę, ubogo ubraną, bez jednej ręki. Poznał ją natychmiast. Nawet pamiętał, jak się nazywała, czytał bowiem opis tego wszystkiego w gazetach. Żal mu się zrobiło kobieciny. Postrzelił ją któryś w zamęcie, może on sam. Znowu zaczęło się czytanie jej zeznań z protokułu policyjnego, zwyczajne, nudne. Tak, to ona, tasama. Wdowa, praczka — teraz już nie pierze. Z czego żyje, kto o niej pamięta? Patrzał na nią przez ten czas, i ona wlepiła w niego stare, zmęczone, smutne oczy. Coś mu chciała temi oczami powiedzieć. Dużo, dużo... Że go poznała, że pamięta. I o swojej niezasłużonej krzywdzie, o nędzy, o głodnych dzieciach i jeszcze o czymś. — No, gadaj, to był on? Ten, co tu siedzi, był tam? Strzelał? — Nie — Patrz dobrze! — Nie. — W policji zeznałaś, że był wysoki i jest wysoki, że był czarny i jest brunet, że on dowodził, i to prawda, bo to jest starszy, oficer od bojowców. No, gadaj, gadaj prawdę, bo z sądem wojennym niema żartów. — Nie. — Rękę ci odstrzelili! — Nie, tego pana tam nie było. — Przysięgniesz? — Przysięgnę. — Wyprowadzić!
— To już wszystko, — spytał, — mogę sobie pójść? — O nie, musimy jeszcze pogadać. Jeżeli pan sam chce się gubić, to naszym obowiązkiem jest pana ratować. Tak nie można. Nabroił pan, to prawda, ale wszystko można odkupić. Życie też coś warte... — No, dajmy pokój tej filozofji, panie pułkowniku, nie każdy się nadaje do ochrany. — Co znowu? O tym niema mowy! — odrzekł pułkownik z obrzydzeniem — ale czy pan wie, że pana powieszą napewno, że żadna kasacja, ani żadne ułaskawienie nie może mieć miejsca? Nie chcę pana straszyć, mówię tylko, jak jest. Tyle dowodów... — Wiedziałem to już dawno, zanim pan pułkownik był łaskaw... — Tym lepiej. Otóż tu już niema żadnego wyboru: śmierć. A jak pan chce — to życie. I nie żadna katorga, wolne życie. Niech się pan śmieje, ja jednak muszę to powiedzieć, to mój obowiązek. Otóż to nie według prawa, ale tytułem wyjątku, gdyż pan dużo wie...
Na to wstał, oparł się rękami o stół i w same oczy cisnął im kilka obelżywych, prostych, brutalnych słów. Przyjęli to spokojnie z uśmiechami jakby życzliwości, jak gdyby to już słyszeli nieraz i uważali takie zachowanie się za zupełnie naturalne. Potym, pomimo milczenia, w którym się zamknął, zasypywali go pytaniami, pogróżkami, pochlebstwami, obietnicami, coraz zbaczali na rozmaite tematy i powracali do swego celu. Pytali, bez przerwy pytali o rozmaite szczegóły. Trwało to długo. Puścić go nie chcieli, a gdy się dobijał do drzwi, postawili u drzwi dwuch żandarmów. Znowu grzeczności, pochwały dla jego męstwa i zapytania, zapytania. Jeden przez drugiego pytali o drobne szczegóły, to prosili o dopełnienie zeznań (jak gdyby był cośkolwiek zeznał). Zaczęło mu się mącić w głowie — zdawało mu się, że jest między warjatami. I dopięli swojego żandarmi: nie mógł wytrzymać i zaczął odpowiadać... — A niech nam pan też jeszcze powie, czy wojskowa organizacja ma swoją osobną bojówkę? — Zobaczycie ją niedługo, jak żołnierze wyjdą z koszar bataljonami! — I pan naprawdę w to wierzy? — A wy naprawdę nie boicie się tego? — No, dzielny z pana człowiek, ale nic z tego, powiesimy pana, jeżeli... — To pewne, ale i was do tego czasu powystrzelają. — Poczekamy, jeszcze poczekamy... — Kto wie, jak będziecie teraz wracali na obiad do miasta — tak gdzieś na rogu Długiej i Bielańskiej — trach... — Tak, wojna, wojna... — I tak się skończy, jak japońska. — No, ale tego pan już nie zobaczy? — Życzę wam, byście zdrowi doczekali, powieszą was na Placu Teatralnym! — Dosyć tego, co za nachalstwo! Ej, wyprowadzić!
Po jakimś czasie otrzymał gruby plik papierów — akt oskarżenia. Nie czytał go. Co tam mogło być zajmującego? Co tam mogło być nowego? Zbliżający się sąd była to dlań tylko zbliżająca się śmierć. Nietylko dla tego, że był pewny wyroku. Sam sąd, sama procedura, sam ten wielki — ostatni bój z wrogiem, nie miały dlań żadnego znaczenia. Nie zamierzał manifestować, ani wypowiadać wielkich, wstrząsających, programowych mów. Były to w jego oczach rzeczy małe, teraz już niepotrzebne, poniżające istotną wielkość Rewolucji. Drwić z sędziów, wymyślać na carat i irytować całą tę katownię tymbardziej. Chciał zachować powagę swoją i powagę Sprawy. Powagę — milczenia. Nie zaprzątał też sobie głowy całym tym sądem.
Ale w kilka dni, w tydzień co najwyżej potym, miała nastąpić śmierć. I przez to moment ten stawał się ważnym.
Nie wypowiadając tego wyraźnie, postanowił był kiedyś, że, dopiero powróciwszy ze sądu, pozwoli sobie na głębsze zajęcie się tą sprawą — o ile będzie zachodziła potrzeba przygotowania się do tego przejścia. I aż do sądu pędził życie z dnia na dzień, jednostajnie, szybko, bezmyślnie. Bujał wyobraźnią po świecie i za światem, czytał, spał, jadł, rozmawiał z sąsiadami i czas mu schodził. Nie zauważał bowiem nieodstępnej obecności potęgi, która roztapiała się niedostrzegalnie w oceanie myśli, ale tkwiła w każdej jego kropli. Śmierć, ta prawdziwa, pewna śmierć, która wsiadła z nim razem do wiozącej go dorożki dopiero tutaj, za bramą cytadeli, od tej chwili nie opuszczała już jego celi, a myśl o niej nie opuszczała już duszy. Stępiało jednak czucie na jej grobowy oddech, słuch nie chwytał jej przenikliwego szeptania. I lekkomyślnie postanawiał sobie nie zważać na to, czym było przepojone każde włókienko jego mózgu i co w każdej jego najprostszej myśli miało swój tajemny udział.
Pewnego dnia oderwał się na chwilę od czytania i uczynił radosne postanowienie, a raczej coś w rodzaju pomyślnego wynalazku. Był w początkach powieści Balzac’a „La peau de chagrin“, w tym jej miejscu, gdzie bohater, zamierzający niebawem rzucić się do Sekwany, zwiedza dla zabicia czasu sklep starożytnika i tonie duszą w nastroju, bijącym od nagromadzonych tam zabytków, świadków i uczestników tylu stuleci i tylu losów ludzkich. Nowa myśl ukazała mu się w postaci niespodziewanego pytania: dla czego nie miałby sobie dalej pędzić spokojnego życia, tak jak dotychczas? Dla czego sąd, zwiastun śmierci, ma być czymś takim epokowym? Dla czego, powróciwszy z sądu, nie miałby czynić dalej tego, co zawsze, czytać, jeść, spać i myśleć o czym zechce, aż do chwili,gdy go powieszą? I wyobrażał sobie, że w danej chwili wołają go: zamyka książkę i idzie tak, jak wychodził na codzienny spacer do ogródka. A reszta stanie się sama. To już może sobie być gorsze lub lepsze, ale odbędzie się szybko. Ten prosty sposób rozstrzygnięcia sprawy uradował go, uspokoił. Po chwili utonął w Balzaku i czytał z rozkoszą przez cały dzień. Utarło się, że co rana powtarzał sobie to postanowienie, a raczej ono samo budziło się wraz z nim i przypominało o sobie. Ale w nocy umowa ta snać traciła swą władzę i do bogatych i dziwnych jego snów zaczęły się mieszać wizje ciężkie i gnębiące.

Świat snów, nieznany mu w wolnym życiu,kiedy ukazywał się tylko wyjątkowo i to w mętnym i nikłym odbiciu, tutaj, w samotności, rozsuwał przed nim naoścież swoją tajemniczą zasłonę. Działy się tam rozkoszne i porywające widowiska, nieopisanie rozmaite, fantastyczne. Były one miłe zgłodniałej wrażeń duszy, były wyraźne i zachowywały się w pamięci, jak zdarzenia przeżyte, lub rzeczy widziane trzeźwemi oczyma. Nie odbijało się w nich życie prawdziwe, ani wspomnienia, ani pragnienia, ani marzenia. Wszystko tam było nowe. Podobnych zjawisk nigdy myśl jego nie przeczuwała, ani nie tworzyła wyobraźnia. Dziwiło go to, że nigdy nie przyśni mu się więzienie, albo rewolucja, albo coś na tym tle. Obce, dalekie to były miraże, a jednak drogie i pożądane. Przenosił się w niewiadome światy obce i zda się zaziemskie, był uczestnikiem życia dziwnych jakichś tworów, ludzi — nieludzi, których jednak życie, myśli, uczucia rozumiał jak własne. Wpadał w wir niezmiernie skomplikowanych spraw i zatargów, odbywających się gdzieś poza czasem i przestrzenią. Zazwyczaj jednak przez senną jego głowę przesuwał się rojny, gwarny, strasznie ciekawy świat, który miał niewątpliwie jakiś swój własny cel, ale niewiadomy i niepojęty. Pozwalał na siebie patrzeć i nie dopuszczał do siebie bliżej.
Dopiero w ostatnich tygodniach pomącił się ów ustalony system. Przyszła noc, gdy świadoma myśl nie zechciała usnąć jak zazwyczaj, a zaczęła się plątać wśród korowodu mar. Była to robota zdradziecka i bezlitosna. Budził się z dreszczem niepojętego wstrętu i zrywał się z łóżka w dziecinnym przerażeniu. Nieraz usiłował obudzić się i głośno jęczał przez sen. Bywały sny, które ciążyły nad nim przez cały dzień. Napróżno drwił z nich, napróżno zmuszał się do zapomnienia. Pamiętał je i musiał pamiętać, albowiem, choć znikały kształty, słowa, dźwięki — pozostawał po nich jakiś niedający się bliżej określić sens, jakiś symbol, znak. Niepokoiło to, dolegało, śmieszyło, bolało i ciążyło w głowie, jak kamień. Niejedna noc zadawała mu zagadkę, która pozbawiona była wszelkiego sensu, ale pomimo to biedził się nad jej rozwiązaniem. Nie mógł żadną miarą traktować tego lekko. Były w tych snach rzeczy straszliwe. Odsłaniały się tam głębokie czeluście przeczuwanej, niewyobrażalnej wszechprawdy. Tej, przed którą zdaleka wzdryga się i kryje śmiała myśl, tej, która nie ma imienia w ludzkim języku. Nieme ślepe przerażenie zdejmowało uśpioną duszę, gdy za oponą niepamięci, pod pozorem sennego widziadła układał się w ciemnościach jej tajemny wyraz, jej obłąkany, niepojęty kształt. Tam znalazły sobie bezpieczną, niezdobytą kryjówkę myśli tępione i prześladowane przez wolę w ciągu białego dnia. Tam chroniły się i żyły nieposkromionym życiem urywki i cienie myśli, półnastroje, przelotne chwilki, beztreściwe zadumy. Wypełzały nocą na żer, na rabunek, pastwiły się nad bezbronnym.
Rzadko, co parę lat, ale już od najwcześniejszego dzieciństwa nawiedzał go pewien jeden sen: zawsze był tensam, bez żadnej zmiany i zawsze jednakowo zdejmował go okropną zgrozą. Tak samo bał się go, gdy był dzieckiem, jak i potym, gdy podrastał, gdy był w szkołach, gdy dojrzewał, gdy był studentem, gdy był w partji. Zawsze zapominał o nim, aż w swoim czasie, pewnej nocy pojawiał się i znowu gnębił, zabijał tą swoją niepojętą treścią — zgrozą. Przedstawiał on taki niezmienny obraz: ciemna noc, stary, niewysoki mur — gdzieś za murem wyje wicher i coś się tam dzieje niepojętego. On kuli się i truchleje u stóp muru, drży i błaga. Długo, długo trwa tak w dreszczu oczekiwania, w męce niepewności. Aż gwar za murem ucicha, i ktoś z tamtej strony zaczyna się wdrapywać. Przeraźliwie białe, świecące ręce chwytają się za krawędź muru, dźwigają w wysiłku niewidzialną, czarną jak sama noc postać, wpijają się w mur, świecą. Oto wszystko. Ale niewypowiedziany, śmiertelny strach brał przed tym, co będzie dalej, co czynić będą te białe ręce, ta niewidzialna postać. Strach tak okropny, że krzykiem, jękiem i miotaniem się po łóżku płoszył straszny sen, i znikało wszystko. Gdy był dzieckiem, budził się z tego snu z wrażeniem, że jest zamurowany. I istotnie ze wszystkich czterech stron, kędy się tylko zwrócił, napotykał ścianę. Na płacz i krzyki przychodziła matka ze świecą i zastawała go we łzach, w bezgranicznym przerażeniu, przytulonego do ściany. — Co ci, synku? — Zamurowali mnie, znowu jestem zamurowany. — Niema żadnego muru, to ci się przecież śniło! — Wierzył, ale bał się zostać sam, płakał i prosił. Kończyło się na tym, że go matka brała do swojego łóżka i długo musiała go pieścić i pocieszać, zanim usnął. Przyjaciel jego, dekadent i okultysta, znał dobrze ten mur. Gdy go budziły w nocy krzyki i jęki, szarpał przyjaciela, budził i pytał: — Znowu mur? — Tak, niech go djabli... niepotrzebnie jadłem na noc tę padlinę w knajpie. — Zaczynała się następnie dyskusja o snach, okultysta rozpytywał o szczegóły, tłumaczył i wykładał, znosił cierpliwie drwiny i rysował karton o tym śnie.
Tutaj raz tylko zjawił się sen o murze, a było to na jaki tydzień przed sądem, ale wystąpił w tak ohydnie trwożącej wyrazistości, że, chcąc go uniknąć, nie kładł się spać przez dwie noce.

Te niesforne sny burzyły mu w znacznym stopniu nowy ustalający się tryb życia — przeszkadzały mu nie zważać na to, co się zbliżało. Nie zapominał wprawdzie ani na chwilę, że siedzi za kratą i że się to skończy w pewien wiadomy sposób. Minęły już czasy, gdy zapominał o tym naprawdę. Ale bez wysiłku mógł jeszcze całemi godzinami nie rozmyślać specjalnie o tych sprawach i w znacznym stopniu zachował zwyczajną ludzką możność zajęcia się czytaniem, wspominaniem lub rozważaniem jakichś zagadnień. Teraz rujnowało się to gwałtownie. Już trafiały się chwile złe, złe godziny.
W tym czasie zaczął go odwiedzać jego obrońca. Ktoś z wolności przysłał mu blankiet do podpisania, jakieś pełnomocnictwo dla jakiegoś adwokata. Ucieszył się, że zobaczy człowieka z wolności, pragnął, żeby ten adwokat był dobrym, sympatycznym człowiekiem, żeby go zrozumiał, żeby go nie nudził obroną, nie mającą żadnego sensu. Wyobrażał go sobie w życzeniach, że to będzie stary, siwy, poważny i dobry jegomość, z którym pogada sobie kilka razy ot tak, o wszystkim i o niczym, że popatrzy nań, jako na ostatniego człowieka z wolnego świata. Tak mu się tego niespodziewanie zachciało.
Pewnego dnia zobaczył wytwornego człowieka z olbrzymią teką, a choć nie był on stary i niewiadomo, czy dobry, ujął go od pierwszego słowa jakimś dziwnym czarem. Odrazu przystał na wszystko: że nie będzie go zmuszał do wykręcania się, że obronę wypowie taką, jaką ułożą wspólnie, że bezwarunkowo szanuje wolę klijenta itd. itd. Za pierwszym widzeniem mówili o nowinach, o ludziach znajomych. Nowiny były pomyślne i niepomyślne, to, o czym mówili, było ciekawe lub obojętne — ale naogół wszystkie te wieści ze świata były dlań już jakieś dalekie.
Samo jednak rozmawianie z człowiekiem, nie z żandarmem, nie z wrogiem, lecz z istotą bez munduru, posiadającą duszę i mówiącą po polsku, było dlań rozkoszą niespodziewanie mocną. Ujęła go męska, swobodna pogoda, z jaką obrońca mówiło jego śmierci. Uważał to za niewątpliwe, żadna obrona, żadni świadkowie tu nie pomogą. Niema mowy o kasacji, ułaskawieniu lub jakichkolwiek kruczkach; w Dumie jest na porządku dziennym projekt do prawa o zniesieniu kary śmierci, ale z tego nic nie będzie — sędziowie nie mają w sobie, oczywiście, nic ludzkiego, zresztą są to tylko stupajki, ślepo wykonywujące rozkazy z góry. Niema o czym gadać. Mówili tedy o czym innym i tak zeszła godzina. Gdy wrócił do celi, miał wrażenie, że się widział z przyjacielem.
Na chwilę powróciła dawno zapomniana, dawna, mocna radość na wieść, że sprawy idą dalej swoją koleją, rozpędzając się ku jakiejś wielkiej, wielkiej przyszłości. Na moment uczuł się jeszcze związanym z życiem. Był to już bodaj ostatni taki moment. Jak obalony w ataku żołnierz, patrzył konającym okiem na dalszą bitwę i w godzinę śmierci uśmiechał się, widząc nacierające szeregi, przewidując wielkie, promienne, już potym, już po swojej śmierci nastąpić mające, niechybne zwycięstwo. Był to jego dobry dzień, dzień wyjątkowy, żyjący. Przyniósł mu go ten człowiek nieznajomy.
Polubił go, pokochał. Widywali się często. Pan obrońca przyjeżdżał co parę dni, bez potrzeby, bo nie mówili o sprawie, przywoził mu książki, pisma i rozmawiali tak, jak było trzeba — o niczym, o wszystkim. Któregoś razu niespodziewanie obrońca wziął od niego słowo, że na sądzie nie przemówi ani słowa, że będzie milczał, tak jak to kiedyś zapowiedział. Obiecał mu z uśmiechem. — Widzicie, panie oskarżony, obronę moją chcę ufundować na waszym milczeniu, boć to jedno mi pozostaje. Nie obawiajcie się, nie powiem nic takiego, żebyście mi potrzebowali przerywać i przeczyć... No zgoda? Żeby już o tym nie mówić? — Zgodził się.

Dzień sądu zastał go w usposobieniu złym. Było mu niewiadomo dla czego ciężko. Źle się obudził, z przykrym uczuciem musu odbycia jakiejś nudnej, beztreściwej i nikomu niepotrzebnej a nużącej formalności. Irytował go ten cały sąd. Czy nie lepiejby było uprzeć się i nie pójść całkiem? Czyż można pozwolić, żeby go wleczono na tę komedję? Wystawiać się na urągowisko i swoją obecnością przyświadczać całej tej obłudnej operacji? Gdy go wywołano, poszedł. Obrewidowano go i poprowadzono pod silną eskortą. Czekał z godzinę na ukończenie jakiejś innej sprawy. — Nudził się i żałował swojej celi. Przyszła mu do głowy myśl: czy, gdyby się stał cud, gdyby go odbito teraz, gdyby się stał cud jeszcze mniej prawdopodobny — gdyby go sąd uwolnił — czy mógłby jeszcze żyć i cieszyć się życiem? Tego życia swojego na wolności już nie mógł sobie wyobrazić. Było to pytanie puste. Nie wiedział. Stanęła mu przed oczami ulica między koszarami, którędy go prowadzono przed chwilą. Zdala widać było cerkiew, za tą cerkwią jest arsenał i tuż brama. Na ulicy spotkał jakąś panią z chłopczykiem, stała dorożka z miasta... Widok ten był dlań dziwny i obcy. Nie, nie mógłby już żyć, nie potrafiłby żyć tak, jak żył — ani chcieć, ani móc. Nażył się już widać do woli.
Żandarmi wprowadzili jakiegoś młodego człowieka. Miał oczy nieprzytomne w białej, jak ściana, twarzy. Mówił coś do prowadzących go żandarmów, którzy milczeli jak słupy. Zobaczywszy siedzącego na ławie więźnia, zaczął mówić szybko, głosem bezdźwięcznym: — Katorga dożywotnia! Lepsza śmierć! Prawda? Co mi z tego życia? Czy to życie? Do djabła... — Żandarmi odciągnęli go i prowadzili ku drzwiom. Odwrócił się jeszcze raz: — Co? Gnębią nas? Precz z caratem!... — Ale pomimo tych słów w obłąkanych oczach tkwiła bezbrzeżna, sama siebie nieświadoma jeszcze radość. Tej radości nie mógł już żadną miarą zrozumieć.
Sąd ciągnął się długo, nudnie, nieuroczyście. Zdawało się, że chodzi tu głównie o zachowanie i dopilnowanie jakichś przewlekłych i kłopotliwych formalności. Te zapytania licznych świadków o wiek, o imię, nazwisko i imię ojca. Ten ksiądz i pop, wiecznie te same stereotypowe pytania i takie same odpowiedzi. Brakło kilku świadków z policji. Z wyjaśnień sekretarza wypadło, że ich ubito w ciągu paru tygodni między konfrontacją na śledztwie a sądem, a sędziowie rzucili mu gniewne spojrzenie, jak gdyby i tych on pozabijał. Ukazali się nowi świadkowie, wymizerowany, przestrzelony żołnierz i szpicel bez oka z blizną od nosa do ucha — wszyscy, którzy ocaleli z jego eskorty podczas tamtego wieczora z przed ośmiu miesięcy. Była i babina bez ręki. Przysięgła, powtórzyła jeszcze raz tosamo, co na śledztwie, spojrzała na niego raz i poszła. Obrońca nasprowadzał swoich świadków, niektórzy przybyli z dalekich stron — poco? poco? Najgorętsze debaty dotyczyły przestępstw, których nie popełnił, a przytym jakieś śmieszne alibi, stwierdzane przez nieznajomych ludzi. Godziny trawiono na rozważaniu jawnych nonsensów. Kuczma nie rozumiał, co mówią na sądzie, i wciąż się go dopytywał, co go niecierpliwiło. Mówił obrońca Kuczmy: — prosty, ciemny chłop — nawet nie rozumie, co to jest rewolucja — socjalizm jest obcy polskiemu włościaninowi — uwiedziony, uczciwy człowiek, ojciec rodziny, pracowity rolnik... Ale Kuczma tego nie rozumiał i popsuł kunsztowną obronę swoim otwartym przyznaniem. Osłupiałe oczy i przerażenie adwokata. Długo mówi oskarżyciel. Teraz o nim: — zatwardziałość — pycha zbrodni — fanatyk rewolucji — z każdego słowa bije nienawiść, — zdaleka cuchnie krwią. Dobrze, dobrze...

Rozglądał się po sali. W olbrzymiej jej pustce głucho się rozlegały twarde, mordercze słowa. Jasne, wielkie okna, portjery i ten fortepjan... Naprzemian bale, naprzemian torturowanie dusz ludzkich długie, powolne, bezpieczne, bezkarne, nieubłagane. Na białych, pustych ścianach, po kątach, w promieniu słonecznym, padającym ukośnie na czarne zwierciadło fortepjanu, widział nikłe, przejrzyste gromady bladych cieniów. Pływały i rozpływały się w powietrzu, pełnym zgrozy i nieutulonej krzywdy. Nie mogły się wyzwolić, nie mogły odejść dusze tu zamordowane. Krążyły i słaniały się, zduszone, storturowane, rozdarte. Tułały się w przestrzeni nieuchwytne, tragiczne zarysy. Oczy zrozpaczone, oczy skamieniałe, oczy obłąkane, oślepłe od męki, oczy zabijające nienawiścią, umierające z bezsilności — patrzały zewsząd. I stanęła mu przed oczami tasama sala, zalana potokami elektrycznego światła, hucząca muzyką balową, rojąca się od dam, świecąca mundurami wojskowej hołoty. Odżyła dzika nienawiść, która oddawna już, jak rzecz zapomniana i porzucona, spoczywała gdzieś w zamierzchłych czasach. Wparł zimne, pełne okrucieństwa spojrzenie w tych, co z uroczystemi minami siedzieli tuż za katowskim stołem. — I poznał niezgłębione, najokropniejsze z cierpień duszy — ból bezsilności. Ciało bezwiednie prężyło się i zbierało do szalonego skoku. Przestały istnieć niepodobieństwa. Wiedział, że tygrysim rzutem zdoła wydobyć się na mgnienie oka. Dopadnie, z rozpędu rzuci się na którego i runie z nim na ziemię. Zdąży zadusić. Palce wpiły się w ławkę, aż krew trysła z pod paznokci. Gromowy ryk strasznych, niesłychanych obelg czaił się w głębi piersi. W mózgu rodziły się szybko zjadliwe, zatrute szyderstwa. Przed nim i za nim i z obu stron spokojnie stali żandarmi.

— Oskarżony może powiedzieć swoje ostatnie słowo! — Powiedziałem raz, że nic nie będę mówił ani odpowiadał! Czyś pan głuchy?
Sąd oddalił się na naradę. Ostatni uścisk dłoni, ostatnie serdeczne słowa z ostatnim człowiekiem, który wróci na wolność, będzie żył. Dziękował swemu obrońcy za odwiedzanie, za jego dobroć, za jego ciężką pracę. Pocieszał go, przepraszał za swój upór. Ludziom z wolności ostatnie pożegnanie.
Późną, głuchą nocą wracał przez puste, ponure ulice między śpiącemi koszarami. — Krótka była droga. Niebo było pochmurne, ponure...

Usypiał powoli świat zewnętrzny. W murach więzienia już było cicho jak w grobie. Za oknem zrzadka odezwały się czyjeś kroki, brzęk ostróg. W dwuch kwadratach otwartej górnej części okna przybywało coraz więcej gwiazd. Umilkły na całą noc brutalne, obce odgłosy koszarowe, przemarsze wojska, bębny, wrzaskliwe śpiewanie sołdackie. Przychodziły teraz zdaleka pełniejsze i wyraźniejsze odgłosy wolnego prawdziwego życia. Głośno huczał most kolejowy, z niedalekiej stacji dochodziły dzwonki sygnałowe, zgrzytliwe postukiwania buforów. Słychać pierwszy dzwonek, drugi. Na stacji tłok, rejwach, krzyki. Jacyś ludzie gdzieś jadą, gdzieś się śpieszą — żyją. Mają jakieś swoje interesy, troski, kłopoty, radości — głowy pełne śmiesznych, małych myśli. Nie wiedzą, nie myślą, nie potrzebują myśleć, poco to wszystko, skąd i dla czego. Trzeci dzwonek. Długo, przeraźliwie odpowiada parowóz. Rusza w ciemną noc dziwna, obca gromada — oto przesuwa się tuż, tuż, ociera się o mury celi. Długo huczy żelazny most, długo echo wyje w murach, — pojechali. Gdzie ich zastanie świt? Gdzie ich zastanie moja ostatnia godzina? Gdzieś, gdzieś...
Dla czego? Dla czego... Wszak i tuż, blizko jest wielkie miasto, pełne ludzi, a dalej świat szeroki... Ludzie, Ludzie! Wy swoi, wy obcy... dalecy, nieznajomi, wszyscy... — Powiedzcie, czemu tak jest?
Gorzką była jego skarga, niezgłębiony żal. Bowiem nie mógł znieść swojej obcości w pośrodku cudzego zwyczajnego życia. Ten jego dzień, bezprzykładny dzień, który na całą wieczność jest jedyny i nigdy się już nie powtórzy, był dla całego świata dniem powszednim. Nie przerwą się ani na jedno mgnienie oka niezliczone, rozmaite, wszelakie czynności ludzkie. Nie opóźni się, nie przyśpieszy się nic. Będzie się cieszył, kto się miał cieszyć, będzie płakał, kto ma płakać, nie urwie się rozpoczęta rozmowa, nie umilknie śmiech wesoły.
— A tybyś chciał?... — Nie wiem. — Inaczej być nie może. — Ale to jest niepojęte. — To jest żal, to jest zawiść, to nie jest żadna myśl. — Nie mogę myśleć, póki tego nie odgadnę. — Nie odgadniesz, to jest nonsens, zacznij myśleć rozsądnie, śpiesz się! — Nie mogę wyrwać się z tego zdziwienia, nie mogę zaprzestać... — Porzuć to czym prędzej, zmuś, czas upływa. — Co jest czas? Czas już nie istnieje.
Lekceważył te uparte nawoływania do rozważnego myślenia. Lekceważył sobie czas upływający. Co znowu? Czego jeszcze? Czy go jutro czeka egzamin, jaka czynność, wymagająca jasnego, zawczasu ułożonego programu, skrupulatnego przygotowania się? Czy, zanim go powieszą, będą z nim toczyli dysputy filozoficzne, tam pod murem fortecznym? Czy jutro, na owym tamtym świecie stanie przed jakąś zagrobową komisją, złożoną z boskich urzędników, którzy pytać go będą i badać, zali jego dusza ma szatę godową, zali ją można dopuścić do wiecznej szczęśliwości? — Czy każą mu zdawać rachunek życia i sumienia? Będą pytali, ilu ludzi zabił? Dla czego zabił? Czy tego żałuje? Czy spodziewa się spotkać tam jutro wszystkie przeżyte i zapomniane myśli swoje, zachcenia, grzechy tajemne, momenty brzydkie, wstydliwe, te, o których nikt na świecie nie wie, wszystkie zapisane gdzieś w jakiejś nieomylnej księdze? Czy boi się, że jest niebo, piekło, nawet czyściec? Że jest Bóg, sąd, nagroda, kara? Odkupienie? Oczyszczenie? Pokuta? Czy chce w ciągu tych paru godzin ogarnąć i zgłębić to, nad czym myśl człowieka pracowała od tysięcy lat, czemu nie podołały gienjalne nie na miarę ludzką umysły, co jest spisane w odmęcie ksiąg, przelane w morzach krwi, wytrawione w torturach, w ukrzyżowaniach, wypalone w stosach męczeńskich? To — nad czym jak chwila mijało niejedno długie, pełne nadludzkich prac i przepotężnych myśli życie mędrca, co pokolenia przekazywały pokoleniom rozpoczęte i nigdy nie dokończone, coraz inne, zmienne, odnowione i wiecznie takie samo?
Nie, o tym nie myślał nigdy na serjo. Nie myślał i teraz. I zawsze i teraz mówił sobie jedno: nie wiem. Wystarczyło tego, żeby żyć, wystarczyłoby i na śmierć zwyczajną, na taką, jaką umierają wszyscy. Ale na jego umieranie za mało było tej prostej filozofji. Jeszcze wczoraj powtarzał sobie: nie wiem i nikt nie wie — i uspokajało go to na długo. Mógł żyć jak żył i myśleć o wielu rzeczach zwyczajnych postronnych. Albowiem wczoraj jeszcze był żywym, choć skazanym człowiekiem. Czekał na swój koniec, ale jeszcze nie widział śmierci. Miewał chwile, gdy niewysłowione jej widmo zajrzało mu w oczy, ale to były momenty przelotne, które natychmiast tonęły w zapomnieniu. Długie dnie, tygodnie mijały w cichym, skupionym życiu więziennym bez trwogi i niepokoju. Gdy zaś rozum przypominał i nakazywał podjąć nareszcie tę pracę przygotowania się, odpowiadał: mam czas. I ten czas był jeszcze wczoraj. Dzisiaj jest już co innego, dziś już niema na kiedy odkładać.
Nie o metafizykę tu idzie, nie o mądre słowa. Coś trzeba sobie nareszcie powiedzieć. Jakoś trzeba na tę śmierć spojrzeć, jakoś duszy ulżyć, jakoś odetchnąć swobodnie: coś od siebie odsunąć, rozkazać czemuś: idź precz! Domaga się coś, by je nazwać po imieniu, zwyczajnie, poprostu. Uchyla się to i wymyka, jest to przykre, obrzydliwe, jakieś ślizkie. Pragnie je ogarnąć myśl i mąci się, słabnie, omdlewa, jak ręka nerwowego człowieka, gdy wyciąga się, by ująć węża: postanawia, wstydzi się, przymusza się, by przezwyciężyć wstręt, już dotyka i cofa się, już dotyka i cofa się w dreszczu nieprzezwyciężonego strachu — obrzydzenia... Bo ona, bo ta śmierć jest już tuż, stoi przed nim, nie odrywa od niego swego spojrzenia, zatruwa go oddechem, mrozi go. Czuje ją, czuje...
I na jawie, z otwartemi oczami, z umysłem przytomnym ujrzał gdzieś wizję, jakby wyrwaną ze snów.
Ujrzał jednocześnie i jednakowo wyraźnie dwa krańce swojego życia: jego pierwszy i jego ostatni dzień. Widział radość ojca, cierpiący uśmiech matki i maleńkie dzieciątko, zaczątek przyszłego człowieka. A gdzieś daleko w przestrzeni ponure widmo porusza się, idąc przez pustkowie czasów. Ruszyło z miejsca z chwilą, gdy się rozległo pierwsze dziecinne kwilenie. Idzie przez całe lata, nie śpieszy się, nie opóźnia i nie zmienia kierunku swojej drogi: nieomylnie dąży do sobie tylko wiadomego miejsca, na sobie tylko wiadomy dzień i godzinę. Oto już dochodzi widmo do końca swojej wędrówki: już na schyłku dzień ostatni. Blizko, blizko stąpa cicha śmierć powoli, powolutku, niestrudzenie posuwa się ku niemu. Nie śpieszniej, nie wolniej, jak gdy w dniu urodzenia szła ku dalekiemu dzieciątku. Gdzieś tuż, gdzieś już tuż... Cicha, niewidzialna, może już jest u drzwi jego celi, może patrzy w jego okno, może stoi już przed nim i dość wyciągnąć rękę...
Zasłonił twarz rękami. Po ciele zaczynały mu chodzić mrówki... Nie wie, czy to on chce odjąć dłonie od twarzy, a nie może — czy też jakaś wroga obca siła przemocą odrywa mu ręce, a on nie daje. Drobny, przenikliwy, obezwładniający dreszcz wstrząsał nim, oblewał całe ciało, jakby potokami lodowatej wody. Od tego zimna ustawało bicie serca, tamował się oddech. Myśl zatrzymała się bezwładnie i nie mogła opanować, nie mogła już pojąć tej okropnej, nagłej i przeraźliwej jak błyskawica chwili, która przyszła, spadła jak cios i wbiła się w mózg jak z zamachem puszczona siekiera. Bała się poruszyć myśl. Bała się odetchnąć pierś. Na plecach siadł i gromadził się ciężar coraz ogromniejszy. Ucho chwytało jakiś lekki przeraźliwy szelest. Czyjąś niewytłumaczoną obecność słyszała dusza, wyczulona w samotności. Jest tu świadek, który wszystko widzi i rozumie. Ktoby to mógł być? Jak tu wszedł? Dla czego on wszystko widzi, wszystko wie? Jakie ma prawo? Ach, już nie ma sił, by osłaniać, ukrywać przed nim to, co czuje. Zbrakło mu wyniosłej dumy, zawsze bacznej skrytości. Nie ma wstydu, ani ludzkiej zazdrości o swoją duszę. Niech będzie wróg, niech będzie kto chce, niech patrzy, słucha. Niech mu współczuje, niechaj szydzi — wszystko jedno. Uginał się i wrastał w ziemię. Ciężar rósł, przybywał, ponad siły ludzkie, wciąż, stopniowo, ustawicznie. Już blizka chwila, gdy nie zdoła tego znieść. Zaraz coś się musi stać...

Stała się noc. Tensam wicher wyje, tensam mur... Czepiają się krawędzi białe świecące ręce. Mocuje się i dźwiga straszny nieznajomy. Dobywa się zajadle ze swego wiecznego ukrycia. O, teraz już wyjrzy... Jego okropny wysiłek — świst spracowanego oddechu. Obsunął się. Głos — szept — zły, wściekły, szyderczy śmiech. — Boisz się? Nareszcie się boisz? Rozumiesz, co ja jestem? Zrozumiałeś nareszcie? Nie? Powiedzieć ci? Nie chcesz? Ha-ha, nie chcesz? A wiesz, że przed tobą, w tejsamej celi czekali na swoje jutro ludzie nieznajomi, dużo, dużo ludzi? Otwórz oczy, stoją tu wszyscy — patrzaj, ilu ich jest. Boisz się? A zaraz przyjdą tu i po ciebie, ot zaraz, słuchaj: już idą po schodach, otwierają drzwi od twojego korytarza. Słyszysz? Wchodzą, wstań! Co do szubienicy znowu... Uważasz? To nie proste drewniane belki — oho, szubienica, pomyśl no tylko, jak ona wygląda. Wyobraź no ją sobie — popatrz przez okno. Stąd ją widać, stoi. Stoi... A kat? Czarno jest ubrany. Ale to nic. Ty widzisz, jaką on ma twarz? Jak on się porusza? Zobaczysz go zaraz. Nie będą się ciebie pytali, czy chcesz, czy nie chcesz! Czuwaj! Czuwaj, bo mało masz czasu — mało, mało czasu. Zobacz, która godzina, która jest godzina?
Głośno się odezwał zegarek, leżący na stole. Jego cykanie stało się, jakby kto młotem uderzał po blachach — ostry, przeraźliwy dźwięk, szybki, szybki.
Nie miał siły spojrzeć. Usiłował i nie mógł. Uląkł się swych usiłowań. Zapomniał o wszystkim. Nie wiedział, gdzie jest. Zapomniał, że jutro...
Pogrążał się w jakimś odmęcie — okropnym, niezaznanym. Raczej wszystko, niż otworzyć oczy! Niech się dzieje co chce, byle nie patrzeć, nie widzieć! Prawda? Co jest prawda? Prawdziwa godzina, ta, która jest teraz, o tej chwili?
— Nie chcę, nie chcę! Nie! Nie! Nie!
Zegarek szczękał, zgrzytał, kuł — szybko, szybko. Nie ustawał ani na chwilę. Śpiesznie, głośno, wyraźnie wybijał sekundy. Okropna, ślepa machina cięła szybko na kawałeczki to, co mu zostawało. Ubywa, ubywa życia — coraz go mniej, znowu i jeszcze, i jeszcze mniej. Wiele jeszcze? Może nic? Może już? Niewiadomo. Spojrzeć? Nie! Nie! Jakie to straszne nie wiedzieć! Tak, ja się boję. Boję się dowiedzieć.
Wciskał twarz w dłonie. Trzęsły mu się ręce i miotały głową. Żadna myśl nowa nie mogła się zrodzić, żadna nie mogła się wydobyć z chaosu. Wrósł w jedno miejsce i nie mógł się zeń ruszyć. Szarpnął się ostatkiem sił i stracił grunt pod sobą. Poleciał w dół. Chwyta się próżni. Nieludzkie przerażenie — leci, spada. Jeszcze mgnienie oka i roztrzaska się o dno. Zahacza się o coś — wytęża siły i zatrzymuje się w pędzie. Zawaha się, obsunie się niżej, stanie na moment i spada, spada, spada. Mocuje się i już nieprzytomnie, bezmyślnie stara się zatrzymać w pędzie — napróżno.
Nagle zadźwięczała szyba w oknie. Prąd chłodnego powietrza wionął po celi, powiał po spotniałym czole.
Coś ostrożnie, lekko dotyka się szyby — jakiś niewiadomy cień wyrasta na matowej szybie...
Niewiara — wnet już kłamana niewiara, już przeczuwająca, już wierząca, wstrzymuje na mgnienie oka zabójczą radość: i stało się, że już wie, już wie wszystko. Jeden, jeden mocny oddech życia!...
Siła przepotężna, wola niezłomna uniosły go wysoko ponad nikczemne niemożliwości. Wiotki jak papier stał się mur, a kraty były z nici powiązane.
Zaczaił się jak dziki zwierz. Czekał, czyhając na pewną chwilę. Myśl, pamięć ustały i wokoło nie było nic, nic... Prężyły się muskuły jak do skoku, jak do walki cudownej, zwycięskiej. Ucho czatuje: cały świat szmerów, dźwięków, tłumione oddechy, skradające się kroki. Żywe, prawdziwe obrazy tłumem wyrastają wśród ciszy. Cisza mówi, namawia, namawia...
I z jasną łatwością już poznaje, co się dzieje, co się czyni tam za murami, tam wśród nocy: już odkrył tajemnicę. Całym skupieniem woli dopomaga trudnej pracy. Dusi go nieprzebrany nadmiar siły.
Chce walczyć, żąda swojego udziału w nieprawdopodobnym zamierzeniu. Rwie się do czynu, jakiemu nie było równego. Gorącą łuną oblewa go wspaniałość tego, co się staje.
Są. Czuje ich obecność. Już są. Czuje przez mury. Dobrzy, drodzy! O najdrożsi ludzie... Co to? Jak? Drabina? Stalowa piłka? Dzieciństwo, popłoch myśli!
Czyż nie wie? Czyż nie powinien był tego wiedzieć odrazu, bez nieprzytomnego wahania? On, co snuł takie marzenia, budował zuchwałe, nieomylne plany — tam, wtedy — jeszcze na wolności?
Są tam na dole. Są jak u siebie. Tak, tak! Cały gmach, wraz ze wszystkim, co zawiera, z jego życiem i śmiercią, jest we władzy pół roty żołnierzy... W tej półrocie dość kilkunastu... Wszak bywa lepiej? Wszak trafia się lepiej? Traf, że oni dzisiaj? Traf? Czy plan?
Nie czas, już nie czas na domysły: dosyć tego! Czyjeś szeptanie za oknem, w dole. Cicho! Cicho! Daleka za ścianami rozmowa. Trzasnęły drzwi. Kroki, kroki. Głośno idzie gromada po schodach. Stają. Na dole otwierają się cele: jedna, druga, trzecia — gwar. Przez podłogę bije gwar, wzrasta, huczy. Pohamujcie się! Nie mogą utrzymać radości — szaleją. Wołania, okrzyki — snać już można, wszystko można! Jeszcze trzaskają drzwi: jedne, drugie. Gwar mocnych głosów w korytarzu. Mówią po polsku!! Żandarm zawrzasnął, nie daje! Bagnetem go! Wali się na ziemię, przeraźliwie brzękła broń o podłogę. Dzwonią klucze. Otwierają pierwszą celę, drugą... Polska mowa...
Kto to będzie? Który? To oni, oni — co szli za nim na ślepo, których wprowadzał w gardziel śmierci i wyprowadzał za sobą. Pamiętali o nim! Pamiętali! Pamiętali! W obłąkaniu radości patrzył w drzwi. Oczy w uniesieniu już ich witały, rozchylały się ramiona, by ich przygarnąć...
I zdawała mu się długą jak wieki chwila, to czekanie, zanim nie wejdą. Długo stał skamieniały w tym wyrazie radosnego czekania. Nie drgnął, nie poruszył się długo — jeszcze długo. Powoli gasły ognie oczu, coraz niżej, coraz bezsilniej zwisały ramiona. Uśmiech ust przeobrażał się, zmieniał: była w nim radość, potym zdumienie, potym nieme pytanie: — a ja? a ja? — a teraz jest bolesny, bolesny.
Przez młyn żelaznych trybów, przez zębate kleszcze wracała dusza od swojego wymarzenia. Zawołał ją ponury głos, szarpnął ją łańcuch i powlókł. Rozbija się czaszka o bruki, o jakieś kamienne schody, roztrąca się o sterczące węgły murów, gdzieś w ciasnych przejściach, w ciemnych zaułkach. Wlecze go wroga siła przez jasną izbę siepaczów, bezczelnym śmiechem, szyderstwem bezecnym wita katowska gromada jego poniżenie. Ciągną go przez mrok korytarzy, przez brud i plugastwo. Kopnięcie chamskiego buta wtrąca go nawpół żywego, przewala go przez próg. Trzasnęły, zazgrzytały zamczyska, okute drzwi. Oto masz!
Nie mogła dźwignąć się dusza. Jeszcze w niej nie ostygła rozjątrzona nadzieja, jeszcze czuła swoją moc i żądzę. Przed chwilą jeszcze słyszał, wyczuwał, wiedział... Gdzież zapadło się to, jeżeli było? Co za szatan wymyślił to, jeżeli — jeżeli... Nie, to nigdy nie mogło być. Już nie rozważał pozorów, tajemniczych znaków i całej okrutnej ułudy, nie chciał wiedzieć, skąd to przyszło, nie chciał pamiętać, jak było. Obudzony pęd do życia ciążył mu, zginał go do ziemi. Walczył z oczywistością i nie dawał się pokonać. Zapomniał o tym, że był w grobie, już oddawna umarły — chwili jednej starczyło, by się zerwał z udanego letargu. Wołał, krzyczał, wył: chcę! chcę! chcę! W ostatnim wysiłku targnął się, podniósł się do najwyższej potęgi — i w jednej chwili padł i skonał.

Wróciło trzeźwe myślenie. Oczy jasno już widziały prawdę murów, prawdę krat i rygli, prawdę niezłomnej przemocy — okrutną prawdę osamotnienia. Spokojnie i jasno paliła się lampa na stoliku. Stos książek, pióro, kałamarz. Nietknięta kolacja, zaadresowany list leży pośrodku, zegarek — spojrzał: była pierwsza po północy.
— Tylko godzina — odetchnął z ulgą. — Zły był ostatni mój dzień, złą była ostatnia moja noc. Jak dobrze, że już...
Usiadł na posłaniu znużony, śmiertelnie wyczerpany. Przypomniał sobie, że od obiadu nie usiadł ani na chwilę. Błądził po celi, chodził, godzinami wystawał na jednym miejscu. Resztę sił zabrała mu obłąkana wizja wybawienia, chwilowy poryw do życia. Chciałby już spocząć.
Patrzył na swoją celę z niezmierzonej odległości, obcym już okiem. Spoglądał na nią jak na miejsce obmierzłości, złych myśli, przewlekłej, ohydnej i bolesnej choroby. Dziwił się, że mógł tu wytrzymać tak długo, wiedział, że jużby nie potrafił ani dnia dłużej. Brzydził się dotknąć stołu, sprzętów, z musu oddychał zatrutym powietrzem, duszno mu było w zamknięciu, pełnym zdechłych myśli, zadręczonych myśli. Chciał być daleko od tego pobojowiska. Nie mógł znieść zgnilizny własnej duszy — albowiem rozpadała się, już konała dusza. Było to okropne świadczenie swojej niemocy. Skąd się wziął żal nad sobą, to niebywałe nigdy roztkliwienie? Nędzne, po stokroć małe pragnienie, by przecie ktoś wiedział o przebytych cierpieniach, by ci, co pozostają, dźwigali w sobie pamięć o jego wielkości? Czemu pyta teraz — a co nie postało nigdy w jego głowie, — czy ludzie ocenią zasługę i czy jej są warci? Gdzie rodzą się okaleczałe, chrome i plugawe myśli, pełne niezaznanej brzydoty — czemu przechodzą teraz przez obolałą, bezwładną głowę jak gromady żebraków? Co jest mną? Co jest cudze? Co we mnie jeszcze żyje? Co jest przedśmiertnym odruchem?
Na te pytania już nie było odpowiedzi. Wszystko zasnuło się jakby ciężkim dymem, zamąciło się i tonęło, tonęło, pogrążało się coraz głębiej, aż skonało bezprzytomnie.
Ku ziemi pochyliło się czoło, w ziemię wbiły się oczy. Nie wiedział o niczym. Zabolała głowa. Dopiero teraz spostrzegł, uczuł w czaszce ten ból dojmujący. Mózg zdawał się wrzeć i kipieć. Jak dzwon, biły tętna w skroniach. Ten fizyczny ból przypominał mu, że jeszcze istnieje. Jakiś bezkształtny okruch uciechy był w tym nielitościwym cierpieniu: musiał je znosić, myśleć o nim, zaciskać zęby z bólu, zaprzątać się całkowicie tym, że boli głowa. Pozatym nic nie istniało więcej.
Jak długo to trwało? Nie wiedział. Ucichał, ustawał ból. Budził się jakby ze snu, który chyba długo trwał, długo opętywał mu myśli i prowadzał je po obłąkanych drogach. Otrząsał się i powracał do siebie. Cieszył się: — jeszcze jestem! Poznawał siebie, witał z radością. Szły precz i znikały mary i przywidzenia. Niejasnym, zapomnianym snem wydały mu się udręczenia. Wszystkie, cały ich ogrom, wraz z obłędną chwilą ostatniej przedśmiertnej nadziei oddalały się, malały w przestrzeni, przesłoniły się mgłą czasu, który w jednej minucie wyrósł jak żywot wielu pokoleń i odgrodził go na zawsze, na wiekuiste rozstanie od bolesnego rozważania i od ludzkiej pamięci na swoje człowiecze, własne, krwawiące jeszcze przed chwilą cierpienie.
Pytał się tylko, dla czego musiał przebyć te dzieje niewysłowionej męki, czemu tułać się musiał tak rozpaczliwie, tak napróżno? Wszystko jest takie zwyczajne, takie proste... Przecie inaczej nie bywa... Szybko jednak zgasło i to pytanie.
Odsłoniło się dawne oblicze duszy i zespoliła się z nim z martwych powstała myśl. Poczuła się we władaniu dawną swoją mocą. Lekko, bez wysiłku i trudu wzbiła się ponad wszystko, co jest, i górą, górą, szczytami popłynęła.
...Biały ptak lśnił się długo na bezgranicznym błękicie nieba, szybował spokojnie, uroczyście, zmierzając kędyś do wyznaczonego celu. Był pieszczotą, był otuchą, był wiarą dla ścigających go oczu spracowanych, przykutych do ziemi ludzi... Kędyś wysoko, wysoko płynęły niebem obłoki białe, wełniaste. Szły z za światów, gdzieś ze mgieł w dalekich górach poczęte. Wędrowały według zmiennej woli wiatrów, które panują tam na wyżynach... Zbliżał się górny lot białego ptaka do białego obłoku. Jeszcze raz zajaśniały skrzydła na niebiosach i utonął w obłokach jasny wędrowiec. Gdzieś tam jego lot, jego praca skrzydeł, gdzieś tam jego los daleki. Westchnie człowiek, przeciera obolałe oczy i wraca do siebie, do ziemi, do pracy...
Jeszcze przed chwilą było to dalekie, odgrodzone górami, morzami, kniejami myśli, przepaściami tajemnic, krajami, kędy w obcych, żyjących poza wszelkim dostępem stolicach wznosiły się świątynie niewiadomej wiary — objawienia. Stały między nim a przyjść mającym wydarzeniem stulecia, pełne życia narodów, dziejów myśli, klęsk i zwycięstw, słały się szare, codzienne płaszczyzny niezliczonych pokoleń, a poza niemi barwiły się zorze, zarysy, dalekie początki rzeczy, mających się przeżyć, odbyć aż do samego ich końca. Jeszcze raz miał powstać z niczego świat, stać się miała światłość — dzień po dniu powtórzyć się miał i wypełnić żywot ziemi — oto narodziny pierwszego życia, tysiące stuleci trwające, oto pierwszy dzień człowieka. Przez odmęty czasów świta pierwsza myśl — troska, unosi się ku górze pierwsze zapytanie. Wieki prac, walk, ksiąg, wiar, szukania, zawodów. Imiona, imiona, ocalałe szczątki tego, co niegdyś było żywe i tworzące.
Jeszcze przed chwilą był daleki, był bezpieczny za osłoną czasu. Kiedyś, kiedyś miała się stać ta daleka groźba, ta rzecz jutrzejsza. Nadspodziewanie szybko, nagle uszedł wszystek czas, zapadły się wszelkie przegrody. — Spełniło się sądzone mu jutro — jest ono dniem dzisiejszym, żyje w obecnej chwili. Stanął z nim oko w oko.
Spostrzegł je nie po godzinie, nie po blednących gwiazdach, nie po odziwniałym świetle lampy — znalazł je w sobie samym. — Uczucie niewysłowionej przemiany rzekło mu swoje słowo i zrozumiał je. Zeszła nań jasna i samotna bez przyczyny swojej radość. — Czemu? Czemu? — pytał: — Co się stało? Na co czekam? — Nic jednak nie odpowiadało na to radosne pytanie, pełne wiary i dziecięcej ufności. Reszta rozpędu do rozsądnego myślenia, jeszcze nieobumarły, jeszcze ludzki przesąd wiedzenia naprzykrzały się i po wiele razy zaczynały prząść swoje szare nici. Psuła się i niszczała ta robota. Żyjąca jeszcze pamięć wybierała i stawiała mu przed oczy tę lub inną daleką chwilę, chełpiąc się i ciesząc, że kiedyś, dawno, pewnego razu już było tosamo — tak samo. Z politowaniem i bez gniewu odrzucał precz naiwne porównania, krótkim wzruszeniem ramion żegnał słabnące odbicie przeszłości.
Budował się w nim nowy świat, w niczym do dawnego niepodobny. Niewiadomo skąd czerpał on swoją nieuchwytną treść. Wszystko w nim było niesłychane, nieprzypuszczalne, a jednak układało się w duszy, jak gdyby razem z nią, w niej i dla niej było urodzone. Rozciągnęła nad nim swoją słodką władzę czyjaś, jakaś niepojęta obecność. W ramiona mu spłynęła, wtuliła się w niego, zapełniła mu całe serce, jak najukochańsze uczucie. Przebiegał po nim i jątrzył go rozkoszny dreszcz niedostępnej jakiejś wzniosłości.
...Wysoko sklepiły się nad nim surowe stropy jakby świątyni, rozsuwały się przebogate zasłony, kędyś w miejscu, gdzie nikogo przed nim nigdy nie było, roztwierały się olbrzymie złote wrota, dopuszczały go do siebie miejsca tajemnic. Mijał je, mijał długo lekkiemi kroki. Wypowiadały się tajemnice zwolna, spokojnie: dawały się odczytywać stare odwieczne napisy w niewiadomym języku, przez niewiadomych ludzi kiedyś, kiedyś głęboko w kamieniu wyryte. Pozwalały na siebie patrzeć i w jednym spojrzeniu odgadywać niepokalane kształty posągów; gdzieś w załamaniu murów, gdzieś po wnękach stały uosobione, zastygłe w niedoścignionym dla dłuta mistrzów wyrazie światy najdoskonalsze i porywały w siebie duszę zapatrzoną. Szedł, mijając nieskończone nawy. Biegły daleko, póki sięgało oko. Rozbiegły się ściany we wszystkie strony, i jeno na widnokręgu stały olbrzymie mimo oddalenia kolumny, a nad głową niebo sklepione. Jak gwiazdy tkwiły na nim roje uwiecznionych byłych i niebyłych postaci, zdarzeń, myśli. Był samotny jak za światem w tym pustym ogromie i był w nieustającym ani na chwilę obcowaniu z rzeczami najdroższemi, z najbliższemi ludźmi. Długo dążył ku krańcom sklepionej pustyni. Aż ze stropu spadło nań ciche jak powiew westchnienie melodji. Na nią to czekała dusza. Szeptał ją jakby wielotysięczny chór. Wzmagały się i opadały dźwięki, milkły i odradzały się na nowo. Mówiły one szczebiotem dziecięcym, płaczem, śmiechem, zadumą młodzieńczą, rozlewały się wokoło jak marzenie. Potężniały i szły w rytm walki, uderzały jak męski czyn. Topniały, rozpływały się, słabły, umierały, jak dusza w rozkoszy... Dalekie echa dzwonów, głęboki, nieprzerwany ich jęk spiżowy układały się w hymn mistyczny, w słowa modlitwy radosnej, dziękczynnej.
Kędyś go prowadziły te zmieszane w jedno jasne uczucia, dźwięki, barwy, kształty. Oczekiwał w uniesieniu, a każda chwila czekania była coraz nowym odkryciem, coraz głębszym poznaniem. Zapalały się wszędzie światła, słońca. Tonął w morzu jasności. Zawahał się, zatrzymał się lot zawrotnego uniesienia. Trwał gdzieś na wyżynach, ważąc się na skrzydłach w przestworzu jak ptak, i długo pławił się w światłości. Ślepił mu oczy, odurzał go blask...
Pierwsza wyraźniejsza myśl była zdziwieniem, czemu się tak dzieje. Czemu ustały niesłychane, rozkoszne przemiany, które jak po szczeblach unosiły duszę coraz wyżej? Zali już to najwyższa moja chwila? — Zali w tym olśnieniu jest ostatnia moja prawda? — I mijało upojenie. Przyszło i odeszło. Była to może jedna minuta, może sekunda. Zmieściły się w niej całe światy, w nadprzyrodzony sposób zdążyły odbyć swoją wędrówkę od samego poczęcia aż do samego końca, niepojęte w wyrazistości każdego z niezliczonych swoich wydarzeń. Jeszcze przed chwilą mógł je wszystkie ogarnąć, każde wyczuć, zrozumieć, zapamiętać. Teraz skłębiły się w jedno mętne wspomnienie. Nadzwyczajne jak sen, zostawiły wrażenie krótkiego uśpienia, które niespodzianie w jakiejś chwili umęczenia oderwało go od świata. Wrócił do swoich myśli pokrzepiony. Opuścił je tylko na moment, a jednak nie czuł już nad sobą ich władzy. Nie wprawiała go w dręczące i bez wyjścia osłupienie myśl o nadzwyczajności tego, co się ma stać. Zdołał się opanować. Z radosnym wzruszeniem, z pewną jakby jeszcze niewiarą poznawał dawne, powszednie swoje myśli. Znowu stawał się żywym, zwyczajnym człowiekiem.
— Nie. Cudów nie bywa. Nawet w tej ostatniej godzinie... Śmierć jest sprawą dziwną i potężną, jednak jej wszechmocne prawo nie jest innym, niż wielka, do dziś nieogarniona tajemnica narodzin człowieka, zwierzęcia, rośliny, niż niepojęte prawo ich codziennego życia. Dla umierającego staje się ona nadprzyrodzoną, potworną. To też w niezłomnym prawie swoim nadchodząca śmierć niesie ulgę człowiekowi: obezwładnia go niepamięcią, bezprzytomnością, daje mu ból i mękę ciała, by zapomniał, by nie wiedział. Na polu walki daje mu uniesienie, zapęd, gorączkę lub spada nagle, nie da na siebie spojrzeć i uderza. Tylko ja widzę ją w całej nagości i liczę jej każdy niechybny krok. Tylko ja z przytomnym umysłem, z całą świadomością czekam na jej przyjście — ja i tacy jak ja skazańcy. Tej potworności ludzkiej nie przewidziała natura, ani się z nią godzi. I nie dała mi fizycznego cierpienia, nie zasnuła mi mózgu bezwładem choroby. Rozważam, myślę. Staję się przenikliwym, wszędzie się wcisnę, ogarniam wszystko. Zadaję sobie pracę nadludzką. Z wytrwałością bezprzykładną. Z uporem warjata przebijam głową mury. I cóż?
Widziałem krocie światów, przerobiłem niezmierną ilość zagadnień, wywoływałem chmury obrazów, zjaw, wizji. Opętywały mnie myśli szalone, obłąkane. I — teraz to wiem, nigdy ani na chwilę nie traciłem z oczu celu, do którego zdążałem. Nic mi już nie pozostaje, nic nie zdołam więcej — ustała moja praca. Nie mam sił, nie mam strachu, nie czuję dawnej zgrozy ani powagi tej chwili — nie mam nawet prostej ciekawości. Nie mam do niczego ani chęci, ani niechęci. Za chwilę upłynie czas, który mi pozostaje. Czy go jeszcze dużo? Czy mało? Może już? Wszystko jedno.

Jeszcze jedna jedyna ostatnia blada gwiazdeczka zaglądała do niego przez kraty. Gasła już, znikała i znowu ukazywała się na swoim miejscu, migocąc na poszarzałym niebie. — Długo żegnała go i nie mogła odejść, nie mogła się od niego oderwać. Jeszcze raz spłynął ku niemu nikły, zamierający promyczek. Zawisł w nieskończonej przestrzeni, srebrzysty, przejrzysty, mieniący się jak łza i wsiąkł w szare światło już obudzonego dnia.
Od strony okna posuwał się, skradając się, blady dzień. W drugiej połowie celi żółte światło lampy czyniło jeszcze noc głęboką, dawało złudzenie długich, długich godzin czekania, odkładało wszystko na później, na kiedyś. Uspokajało, radziło nie dbać, zapomnieć — obiecywało godziny spokoju, nęciło, przyzwalało nie myśleć, nie czuwać. Lecz nieubłaganym był wstępujący w swoje prawa dzień. Zdobywał i odbierał nocy piędź za piędzią. Szedł, rósł, wciskał się w kąty, odbierał cienie przedmiotom, roztapiał je, zadawał kłam i fałsz nadaremnym wysiłkom lampy, dobrej, starej towarzyszki tylu, tylu nocy. Brutalnie wpychał się ze swoim ostrym, przenikliwym blaskiem, ze swoją nielitościwą prawdą. Szyderstwem zabijał złudzenia, odpychał wszystko, co jeszcze nie chciało być trzeźwym, przytomnym, rozumnym. Panował już niepodzielnie, zuchwale, pełno go było wszędzie — i nic prócz niego, albowiem przyszła jego godzina. I już nie mogło udawać wierne do ostatka, słabe, nędzne światło lampy. Żółty, bezsilny, już nie świecący jego płomyk zdawał się wstydzić swojego niedawnego kłamstwa. Nędzą swą musiał świadczyć potędze nowego zdobywcy i zamiast kłamanej pociechy, wbrew woli, niósł w sobie okrutną prawdę.
Gdzieś w pobliżu raźnie, ostro ćwierkały budzące się ptaki. Była w tych odgłosach nieodparta prawda życia. Była w tych odgłosach wszechmocna władza śmierci. Wsłuchany w te żywe, pogodne głosy tak zwyczajnie, po swojemu witające dzień, który już nie był jego dniem, zaczynał spostrzegać, że obcy mu już jest ten radosny szczebiot, że go nic nie obchodzi ten nowy, ten jeszcze jeden dzień.

Życie — ludzie — świat, wszystko, co było, co jest, i to, co po tym nastąpi, powolnym miarowym ruchem pełzło gdzieś wdal, malało, kurczyło się, zlewało się ze sobą. Jeszcze gdzieś było, szarzało jak daleki, płaski ląd na skraju bezbrzeżnych wód. Przy wysiłku wyobraźni można je było dostrzec, odróżnić — lecz nic już nie zmuszało do wysiłku. Bierne trwanie, bez pragnienia, bez oczekiwania liczyło swoje chwile za całe długie lata. Utracił swoją potęgę czas, ustał w odwiecznym swoim ruchu. Stulecia przeszłości, wieki żyć mające, i obecna przechodząca chwila były jednością, były sobie równe, jak niezliczone krople wód falującego morza. Wszystko stało się bezimienne, jednakowo znajome, jednakowo blizkie i dalekie. Wygładzało się, przycichało w ruchu nieogarnione morze. Stoi jak zastygłe, wypełnia sobą wszystko. Jego puste, niewiadomej barwy zwierciadło styka się z niebem. Gdzieś tam mogą być, mogą nie być lądy, wyspy. Dobrze jest duszy w pustyni nad niezgłębionemi wodami nicości. Dobrze jest duszy w tym trwaniu bez treści, w pogodnym, spokojnym znieczuleniu.
Była radość i pewność, że się to już zmienić nie może. Był jeszcze przez krótkie mgnienie oka jakby żal, że nie jest wszystko jak on. Pogrążył się w cichej, niezamąconej rozkoszy wiecznego trwania. Rozumiał teraz, o czym dumają szczyty gór, kiedyś w praczasach powstałe i świadczące martwym swoim żywotem wiekom, ludom, ludziom. Cienie jego myśli były jak przebiegające górą pasemka obłoków, które nikłe są i co chwila znikają, rozmdlewając się na niebiosach, a żyją w treści swojej wiecznie, bardziej niespożyte, niż najtwardsze skały. Cichy, jesienny, pełen tajemniczej władzy szelest uschłych, opadłych liści ozwał się w nim jak szeptanie wszystko rozstrzygającej nadludzkiej mądrości. Już wiedział, co znaczą i co radzą głuchej duszy człowieka żywe i rozkoszne głosy umierających jesienią liści. Jakże głupi i ciemny jest dumny człowiek — jakże jest nieszczęsny w tej dumie swojej!
Była tej prawdy jedna krótka chwila. Zanurzył się w niej, jak w chłodnym nurcie cudownej wody. Wynurzył się obmyty z nędzy człowieczej, z niezamąconym rozumieniem siebie, z przedziwnym, przejasnym uczuciem spokojnej gotowości. Już może umrzeć. Wszelkie rozkosze życia i wszelkie jego męczarnie stały się nierozdzielne i jedne. Stopiło się całe życie i jego sprawy w jasny, krótki znak, w słodki dźwięk, w jeden głęboki, ogarniający w sobie wszystko wyraz. Śmierć — nie wiał od tego słowa wstręt, strach, zgnilizna grobu. Nie było w nim przemocy i niewoli. Nie było oddarcia od wszystkiego, co drogie, od wszystkiego, co pozostaje. Nie było, zda się, nic nowego. Zamiast niesłychanego przewrotu wyczuwał w nim święty ład, wszechmocne, ale mądre i łaskawe prawo. Korzył się w uwielbieniu dla tej niepojętej, cudownej prostoty.
— O gdybyż dla tej prostej prawdy znaleźć słowo — gdybyż je ludziom przekazać, zostawić! Żeby nie bali się łaskawej mocy śmierci, żeby nie bluźnili jej pogardą swoją bojownicy dobrej sprawy! Uczynić, by ją zrozumieli i zbratali się z nią! Odmienić postać świata, dać moc nieprzełamaną tym, którzy walczą, dać im zwycięstwo! Uczynić, żeby nie zaginęła ta radosna wiedza — to uczynić!

Przeminęło szybko i znikło to pragnienie, wraz z całym światem i wszelkiemi sprawami jego. Niewiele, coraz mniej zostawało w nim człowieczego. Znikomość wszelkiej rzeczy ludzkiej wyrastała i zasłoniła świat.
Czuł, jak gdyby dusza wyrywała się z niego, dążąc kędyś ku niewysłowionej przemianie. Z uśmiechem szczęścia wiedział, że porzuca wszystko, wszystko. Z rozkoszą myślał, że niebawem, za kilka chwil wyzuje się z ciała swego, jak wyzbywa się już teraz wszystkich i wszelakich uczuć, wyobrażeń, wspomnień, pragnień. Z ulgą, w przeczuciu blizkiego, na wieki wieczne zapomnienia, wyobrażał sobie, jak zasypują jego trupa, jak wyrasta nad nim trawa, jak ciało jego tam w dole potwornieje, gnije, zanika, wsiąka w ziemię. Czuł nieznośny ciężar swego ciała. Dźwigał w ostatnim wysiłku, z pociechą, że to już niedługo, ciężką obolałość głowy, omdlenie rąk i nóg, bezwład, który zginał go ku ziemi. Przemknęła się chwila jakby rozkoszy w odczuwaniu tej bolesnej niemocy i odrazy do siebie: minie to zaraz, urwie się, zniknie, sczeźnie. Dotykał twarzy, zblizka i uważnie oglądał swoje ręce. Był sobie obcy, dziwił się a zarazem nie dziwił się temu. Dwoił się sam sobie, zobaczył siebie jakby w lustrze i z uczuciem wstrętu oglądał swoją zmienioną twarz, przemordowaną, bladą jak ściana. Przez chwilę widział całego siebie, to znowu jedne tylko ciemne podsiniałe swoje oczy na tle bielonej ściany. I zdawało mu się, że mógłby do tych oczu mówić, jak inny człowiek, choć w spojrzeniu ich czytał swoje własne myśli i czuł ich szybki pęd.
Były to myśli przepiękne i nowe. Radość ich była cicha, spokojna. Ta ich radość już nie mogła się skończyć nigdy. Porywała je ku sobie odsłaniająca się wieczność. O tym, co pozostaje, co nadal długo jeszcze, okropnie długo będzie wlokło po dalekiej ziemi swój pełzający żywot, wiedział: rozumiał jego całą nędzę, całą marną pustkę. Spojrzał na dzieje ludzkie jak na niższy, niepojęty dla człowieka świat życia roślinnego, zwierzęcego. Czemu służą i poco są, czemu rodzą się, żyją, giną te twory, potwory, stworzenia, które ich brat wyrodny, człowiek, liczy, gatunkuje, bada? Dusza pierwotnych, prapierwotnych żyjątek, niedostrzegalnych gołym okiem, niedostrzegalnych całkiem, tych, które są, pomimo, że o nich nie wie ani jeden człowiek?
Wyzbył się wszelkiej troski o to. Żałował tylko świata, że świat będzie istniał jeszcze, litował się nad ludźmi, że pozostają. Życie i jego sprawy ogromne, idące przez wieki nieprzerwanym ciągiem, były dlań jakby ciężkim majaczeniem sennego mózgu. Obudzić się, obudzić — do czegoś innego, do czegoś nareszcie prawdziwego. Wiedział, że to, co ostateczne, to, co nareszcie będzie prawdziwe, zbliża się szybkim, niecofnionym ruchem: z jakiejś wyżyny, po stromej pochyłości już sunie nań niepowstrzymanym pędem. Na to czekał w uniesieniu.
I gdyby go zabrano teraz, w tej chwili, może nie spostrzegłby prowadzących go ludzi. Nie zauważyłby, że idzie ku swojemu miejscu. We mgle upojenia przekroczyłby granicę życia, nie widząc okropności ostatnich swoich chwil. Ale czas upływał, coś się opóźniało. Uczuł, zaczął spostrzegać, że przeminął i oddalał się ów jedyny i najwyższy moment.
Było to nieludzkie, niemiłosierne, jak gdyby przerwano wykonanie kary: już z założonym powrozem, ze skrępowanemi rękami — już napoły umarły musi czekać na załatwienie jakiejś — potrzebnej katom formalności. Ktoś podaje komuś jakiś papier, ktoś coś sprawdza, ktoś na coś czeka i dopiero potym ma nastąpić po raz drugi, z całą okropnością, którą tylko raz znieść można — powtórzenie śmierci — to podwójne zabicie...
Błyskawicą przemknął moment pełen okrucieństwa. Coś się zawahało, zawróciło wstecz. Coś się z przerażającą jasnością przypomniało i chciało odżyć. Ujrzał na mgnienie oka potworną czarną przepaść, pełną obłąkanego krzyku.
Jednak nie. Przeleciał i znikł upiór. Ale czarny jego cień padł na duszę. Dotknął jej tylko na jedną sekundę, wszakże nie wydobyła się już z nicości przedziwna radość i to chciwe, spragnione, zgłodniałe witanie śmierci. Jeszcze raz, ostatni raz...
Jeszcze raz stał się człowiekiem, by umrzeć jako człowiek przytomny. Bez obłąkanej, znieczulającej radości. Bez rozpaczy i ślepego strachu. I bez ułudnego rozumienia tego, co się miało stać, a czego nie zrozumiał żaden żywy człowiek.
Spokojne męstwo, to, które jest dostępne człowiekowi i godne człowieka, wystąpiło teraz i stanęło na czele legjonów myśli. Szybko, lecz bez pośpiechu przechodziły ostatnie, już ostatnie chwile. Nie olśniewał ich urojony blask jakiegoś zaświatowego poznania, jednak były one jasne, szczere, własne.
Jeszcze raz spojrzał na wszystko, co pozostaje. Bez pogardy dla małości spraw ludzkich, bez zawiści ku tym, którzy będą żyli w ciągu całego dzisiejszego dnia i wielu, wielu jeszcze dni. Wrócił, odnalazł siebie.
Myślał tak, jak gdyby był uczestnikiem prac i walk. Jak gdyby w tej właśnie chwili dokonywał swojego czynu, rozpoczętego kiedyś, w rozgwarze życia, w pełni sił i woli. Ten czyn musi się wypełnić do ostatka, aby był sobą, aby został na świecie na zawsze pomiędzy ludźmi, czyniącemi życie. Teraz zrozumiał dopiero, że jeszcze żyje, że jego rola nieskończona, choć zakończy się zaraz. Wobec samego siebie powiedzieć ma swoje ostatnie wyznanie. Ludzie niechaj sobie wiedzą, że zginął mężnie. Tego dość dla świata, dla towarzyszy, dla wrogów. Jednak nie wystarczy to — by czyn był sobą, by tym był, za co się podaje. W samotności swego wewnętrznego istnienia niechaj będzie czysty. Niechaj nie będzie skazy tam, dokąd nikt nie zajrzy: wyznaj, wyznaj sam przed sobą!
Już wiedział, czego od siebie żąda. Był niespodziewanym ten rozkaz. Wydał mu się dziwacznym, formalistycznym, był jakby przywidzeniem, niegodnym tych ostatnich chwil. Był jak gdyby zapytaniem przedśmiertnej jakiejś spowiedzi. Już miał być pominięty, już miał przejść...
Aż w długich dziejach tej ostatniej minuty zrodziło się głębokie i jasne spojrzenie. Zrozumiał swój upór i poniechał go. Rozwarło się w nim coś naoścież. Tam była ostatnia jeszcze tajemnica. Osłaniała się i broniła. Gdy została poznaną, odpowiedziała mu szeptem wyrzutu, w którym było utęsknienie i radość. Spłynął na niego spokój odkupienia, początek jakiejś wielkiej cichości, nie mającej już ani swego biegu, ani swego końca, jak gdyby się już wszystko spełniło.

Przyciągnął do siebie jego oczy wątły, rozwiany obłoczek, który zrodził się przed chwilą z mgły nocnej i zawisł na niebie. Patrzył weń długo w upojeniu jakiejś myśli, która uniosła się pogodna, radosna. Piękna, jak ten obłok poranny, witała ona swój nowy, wynurzający się z mroków dzień. O ty dniu nowy, dniu wieczny!
Obłok drgał i mienił się. Jak skrzydła do lotu rozpowił się jego zmienny kształt. Cudne, żyjące stały się jego barwy. Nagle zapłonął, stanął w niewysłowionym, złotym ogniu. Już nań spojrzało wschodzące słońce. Już tam gdzieś daleko, daleko wynurzyło się ono...
I w tejsamej chwili spostrzegł, że drzwi są otwarte, a w progu pełno ludzi.
Wstał i poszedł.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Gałecki.