Zwada/Wiosna w butynie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Vincenz
Tytuł Zwada
Wydawca Instytut Wydawniczy PAX
Data wyd. 1981
Druk Drukarnia Wydawnicza w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X. WIOSNA W BUTYNIE
ZIMA I WIOSNA

Jak ślepy gad w szczelinie skalnej syczała Hołowyczka — nie dosyczała. Z jasnego nieba czarny sęp-Odokia spadła, wizgnęła na swych łowców: bij! Spuściła biały rój skrzydlatych dziobów — nie dodziobała. A wiosna przypomniała, że zaczął butyn szczęśliwiec Andrijko. I pokazała, że także Foka — na przekór wszystkim wybielonym czortom — jak śmiałek niejeden i wódz, miał szczęście. Na lat dziesiątki było co wspominać, głównie to, że butynu nie splamiła taka sapina, co śnieg najgłębiej dziurawi i do spodu — gorąca krew. Nie było ani jednego wypadku śmierci, nikt nie uszkodził się, nawet nie skaleczył poważnie. Jeszcze mogiły białe dławiły brzemieniem żywą ziemię leśną — niezmierzone, nienaruszone, stężało na głaz — znak, że nie od ognia zginie kiedyś ten świat, lecz od białego tężca, jeszcze nikt z ludzi ani żaden zwierz nie wyśnił, jak skończy się ta zapowiedź końca, a już spadły nowe tysiące kłód i już złożono sporo obok koliby w mygłach wysokich na chłopa. Reszta wyciągnięta równiutko paradowała w portaszach, czekała. Szukałbyś z trudem kłody luźnej, nieokorowanej, chyba że która od razu wyrwała się rębaczom, zsuwaczom czy ryzownikom, stoczyła się do jaru, przepadła w śniegu.
Toteż za to wszystko od razu i na zapas nawściekliła się butynowa zimka, aby ją popamiętali. Biało soliła, czarno pieprzyła, czerwieniła i siniała, jakiej barwy się dorwała, tę wcierała w kości. Sinym porankiem już skręcała kiszki, sino przerażała, aby nikt nie śmiał budzić się ni wstać. Potem przez cały dzień czerwono kąsała ludzi, chudobę, nawet jodły młode, aż skóra i kora pękała. Wyżłopała, wyssała wszelką wodę do dna i już bez wody był ten świat, już zamilkł. Zagrzebała wszystko bialuśko, potem nocami siała czarną paszczą, bardziej groźną gdy milczy, niż gdy ryczy. Po długim milczeniu gwizdała długo, szczekała, judziła piekielnie, aż spiętrzyła dębem stado ogierów białogrzywców, srebrnochwostych. Duchały lodowym parskaniem, rechotały lodowym rżeniem, zatratowały lodowymi kopytami. I już zdusiły żywocinę, nawet ptaki w locie. Zdławiły nawet najlżejszą siwą ptaszynę, co zowie się dym. Już się nie ważył wzlatywać swoim swobodnym płaiczkiem, już nie świstał, nie ćwierkał, tylko chłódł, syczał do samej ziemi poniżony. Oskrzydlała śniegiem, zaskorupiła lodem kolibę, stajnię i szałasy. Brała się do oddechów, do krwi, na to, aby nie swobodni butynary gazdy Foki ruszali się w kolibie, a w stajniach nie jego chudoba dychała i hodowała się, lecz aby zasnęli wiecznym snem zapisani na wieki zimie jej poddani i jej skostniała chudoba. Już trzymała świat w okowach, a wciąż zakuwała na nowo. Zamachnęła się raz i drugi na watrę. A gdy na przekór dzień w dzień słońce rozjarzało się na całe niebo, porywała się wciąż na samo słońce. Ale stój! Naruszyła wszelkie granice, miary przebrała i wyczerpały się jej białosine nurty i ich czarnonocne źródła-zapasy. Wiosna przemogła nagle.
Oto jednej nocy zahuczało strasznie i jakby dla zdruzgotania koliby zwaliła się na nią skądś z góry ławica wiatru. Uderzyła, siadła jak oszalały z głodu jastrząb na sieroce kurze jajo. Koliba zatrzeszczała, jęknęła, a pokrywa lodu, co jak skóra przywarła do dachu, strzeliła krótko, oddarła się i posypała się ze szklanym łoskotem. Wszyscy zerwali się ze snu na równe nogi. Tak jak wstali wybiegli na dwór. To pękła zima. Olchy wzdłuż potoku w czarnym szeregu zatrzeszczały suchym zduszonym chichotem. Chuchało gorąco, groźnie z odległego pieca. Ludzie byli bezsilni, koliba bezbronna, nawet śnieg już nie chronił. Pogrążeni w zimie nie spodziewali się wybuchu wiosny, wyrwani ze snu jedno zmiarkowali, że ten zalewający gorącym potopem wiatr, co wyzywał setką, setkami zuchwałych gwizdów, nie marą tylko straszy, nie znakiem jak zimowy, gdy czyha, naleci, zmrozi albo nie, sczeźnie i dalej sobie czyha. Bo nawet gdy burza zimowa wysusza mroźnym tchem dech, gdy zetnie świat w głaz, o ile od razu nie zmrozi, przepędzi wszystko co żyje do nory, a przynajmniej w swych głaźnych bryłach pozostawi nory dla schowków lub dla usypiającej śmierci. Lecz ten gorący nie tylko dusił i ściskał serca, zbliżał się taką jawą jak tańczony i gwizdany przez rój zbójów arkan. Wywracał od razu świat u podstaw. W obliczu obecnego strachu, strach wspomniany to stary pobratym, a urojony strach to niania miła, co zmieniła głos, zawinęła się chustką, by postraszyć niesforne dziecko. Za to strach jawy, gdy już nie widać innej obrony, w tym jednym przynajmniej przyjazny, że szepcze: uciekać!
Nowy lęk, wiosenny, ogarnął butynarów, jak gdyby trzeźwy; czy gorąca burza rozrzuci kolibę, rozmiecie watrę, pożar rozpęta czy powódź, zagarnie chudobę, przepędzi ludzi bez narzędzi, nawet bez portek? Czy wybatoży skądś nowy nalot, mściwy nawrót zimy?
Po trzech dniach ustał gorący wiatr, w ciągu tygodnia śnieg gwałtownie stajał, nawet ziemia zaczęła rozmarzać. Już i potoki przelewały się przez brzegi żółtymi mętami, wybielonymi pianą ubitą pędem wód. Nocami gardłowały najgroźniej, dobierając się do gardeł olchom. Przecie laski olch, choć przebuszowane wodą, zdołały obronić stan posiadania swego rodu. Co prawda, starsze olchy wyrosły czasem po kilka, nawet po tuzinie z jednego korzenia, czasem skupione gęsto po trzy, po cztery na małych kępach, podmywane nieustannie, uderzane bałwanami rozdzierały się strzelistymi szeptami, tuliły się jedna do drugiej, słaniały się, potem padały z trzaskiem. Jednak choć nawet porwane falą, przecie splatając się wzajemnie, a zlepione mułem, nie opuściły rodzinnego stanowiska. Przeciwnie, wznosząc bezładne tamy, wstrzymywały pęd wód, każąc im rozlewać się jeziorkami. Przez to te olchy które ocalały, szczególnie krzewy olchowej młodzi, zbite w gęstwinę, mimo że zalane, stały bezpiecznie wsysając na zapas wodę całą siecią korzeni i miękkim podłożem kęp. Wyzywały powódź dla bujniejszego, wiosennego rozrostu. Czy też dla kolib i dla ludzi zwiększyły niebezpieczeństwo zalania? Co prawda woda, odszukując jakieś kręte łęgowinki i stare łożyska przedzierała się strugami, otoczyła osiedle niby półwysep. Za to czuwano po nocach przy watrach przed kolibą i przed mygłami. Wznoszono doraźnie kaszyce dla odparcia wody.
Koliba utrzymała się, woda nie odcięła jej od razu, lecz wkrótce dostęp do lasu stał się trudny, potem niemożliwy. Oblany wodą, zasiedziany i zawzięcie pilnowany półwysep roił się chudobą, kłębił się ludźmi, a puszcza choć powalona, tym zacieklej, ba, wściekle broniła przystępu, niby zgruchotany jadowity potwór, co choć głęboko zachłyśnięty śmiercią, w rozkładzie potężnego cielska już nie zębami kaleczy, lecz kośćmi przebitymi przez rozpłataną skórę i nie łapami miażdży, lecz dusi pętlami wypuszczonych kiszek, zalewa juchą żółtą i kałem. Tylko na niewielu wsuniętych w jary cienistych ścieżkach trzymał się jeszcze „nabij“, czyli śnieg twardo ubity ściąganiem kłód, a przydeptany stopami. Lecz zaczynając od osowni, to jest od odsłoniętych przez wyrąb dosłonecznych łęków i stoków, lały się z leśnego trupa wykaluszone lepkie wnętrzności, zatapiając potworny śmietnik dżegi, czyli resztek lasu. W porównaniu z takim wertepem nie trudne do przebycia nawet najbardziej zbite gęstwiny młododrzewu, wszystkie owe smerekowe czyhry i tursze, bukowe i jaworowe hucze czy jałowcowe albo mieszane dżemory, sprężyste i harde, nieraz kłujące, nie przepuszczały wprawdzie nikogo, lecz ustępowały przed siekierą, a stanowiły wyspy suszy, przystanie przed potopem błota. Lecz od kiedy wyrębano młodnik na szałasy i na podściółki, wyspy takie w pobliżu koliby były nieliczne. Zaledwie kilka kroków za półwyspem, a dalej zaledwie krok lub dwa od naboju, kopny śnieg oblepiał nogi brudnymi bryłami i zaciągał w bardziej niesamowitą flegę, kaszę z przewodnionego pożółkłego śniegu, spojoną u spodu maćkołą na wpół zmarzłego leśnego czarnoziemu. Oddalić się od naboju było uciążliwiej niż zimą od ścieżki w największą zamieć, a może niebezpieczniej. Wryte we flegę i zagrzebane w niej szczątki dżegi, pogruchotane łomagi, korzeniska grube, czyli korniagi, resztki potężnych odziomków, czyli sztoubury, gnijące już spróchniałe a przemoczone na nowo wiwernyci splątane, czyli sieci z wywrotów korzeni czyhały by wessać, by walnąć znienacka po głowie, wybić oko, schwytać nogę i złamać, co najmniej skaleczyć dotkliwie.
Gdy robotnicy spuścili resztę drzewa dostępnego do naboju, usiłowali przecież jakoś dotrzeć do pobliskiego portaszu uwięzionego w błocie. Nadaremnie! Głęboka flega i maćkoła, nie wiadomo z dnem czy bez dna i zatopiona w niej dżega zaryglowały dostęp z inną surowością, a surowiej niż niedawno jeszcze mrozem ścięte mogiły śniegu, ściślej niż sama noc.
Pańcio zazwyczaj z niedowierzaniem pośmieszkiwał, teraz gryzł się.
— Wziął się do was, nie siarką to błotem, ho, ho, wiedziałem to od razu.
— Kto taki? — pytał Petrycio z przerażeniem.
— He-he-he, ten co wszędzie. A teraz przepadło, na cóż to wszystko?
Ten i ów uspokajał, a Petrycio odwzajemniał się Pańciowi:
— Weźcie miotłę od spuzy, wymiećcie go bo przepadniemy.
— A gdzież zacząć? — poważnie pytał zatroskany Pańcio.
— Od naboju prosto nosa ku portaszom — kpił Petrycio.
Mandat ujął się za Pańciem:
— Nie dajcie się wyśmiać, dziadeczku, a wy Petryciu nie znęcajcie się, bo utonie w błocie.
Lecz Pańcio uparł się, wziął bukową łopatę i miotłę:
— Dla mnie błoto nie nowina, napaćkałem się na wojnach, na egzecyrkach, chodźcie kto chce.
Foka odwodził, lecz na razie nie zabraniał, zresztą Pańcio, nie oglądając się na nikogo podreptał do lasu, a za nim nieliczni robotnicy, trzej bracia Koczerhany, Iwanysko, Birysz i Cwyłyniuk ruszyli bez zapału lecz z łopatami, a choć niechętnie, wcale pośpiesznie, jakby na ratunek, nie do roboty. Inni zajęci przy mygłach nie zwracali nawet na nich uwagi. Co uprzątnęli ochotnicy przy samym naboju nieco śniegu, maćkoła tryskała od spodu jak źródło błotne, a odkryta dżega zsuwała się na nich leniwie lecz nieuchronnie. Odrzucając błoto zawzięcie, słaniając się ze zmęczenia Pańcio orzekł z przerażeniem:
— Woły trzeba by zaprząc do pługa śniegowego i tak zgartywać błoto.
Stary Koczerhan pomrukiwał znudzony:
— Ależ cztery nogi głębiej ugrzęzną niż dwie i będzie po wołach.
Przez cały dzień kopali po próżnicy. Oczyścili spory skrawek lasu, ale do najbliższego portaszu nie dotarli. W rozpaczy Pańcio tak mocował się z błotem, iż złamał łopatę, która od razu utonęła, a miotła brzozowa przemieniła się w błotnego chochoła. Niepotrzebnie ratując złamaną łopatę ugrzązł w błocie po kolana, potem jeszcze wyżej, wreszcie uwięziony w pływającej leniwie maćkole zaczął zsuwać się w dół bez udzierżku. Z trudem dotarł doń Iwanysko z oboma młodszymi Koczerhanami, lecz i oni ugrzęźli. Sam Iwanysko wydarł się jakby cudem z błota, a nie zdołał pomóc innym. Obaj Koczerhani i Pańcio mimo szarpaninę zapadając w lepkie paszcze, chwiejąc się lecz trzymając się za ręce, zsuwali się powolutku. Ze spaćkanej dżegi bulgotały i łypały chciwie żółte gały czortów leśnych, a z maćkoły sykały ich śmieszki. Iwanysko gwizdnął aż uszy dziurawiło, a inni wołali rozpaczliwie o pomoc. Na to przybiegli na ratunek od mygły czy od haci najsilniejsi i najzgrabniejsi, wśród nich Matarha i Mandat. Nie włażąc sami w błoto ustawili szereg trzymający się za ręce i wyciągnęli tonących za pomocą hużw. Uratowali także Pańcia, zostawiając na ofiarę maćkole jego odwieczne człapaki, coś jakby trzewiki, nazwane przez podobieństwo do krzywych sań grendżoły. Unieśli Pańcia bosego. Zasmarowali się jak nigdy dotąd, a gdy wrócili do koliby, rozeźlony Pańcio gderał nadal, że sami wielcy panowie, nie skosztowali najsmaczniejszego, a jemu to nie nowina. Suszyli się przy watrze, przebierali się jak mogli, nikt z nich nie odpowiadał Pańciowi, tylko stary Koczerhan łagodził:
— Człowiecze, zostawcie, to ponad ludzkie siły.
Pańcio dziawkał:
— Kiedy be-befel[1], to do wszystkiego jest siła, a kiedy z ochoty — widzicie jak, ja już wiem.
— Ależ po co — rzetelnie tłumaczył stary Koczerhan. — Idzie taka miotła chuchająca, taki pług ognisty, że przy nich my wszyscy razem ze wsiami na nic.
— Jaka tam miotła i jaki pług — wykrzywiał się Pańcio.
Koczerhan mówił głośniej:
— Słońce, ulewa wiosenna, wiatr.
— Całe szczęście, Pańciu, że nie wojowaliście z maćkołą na Riabyńcu, boby przegrał pan cesarz — docinał Petrycio.
Pańcio machnął ręką smętnie, zamilkł.
Pozostawić las w spokoju konania, aż ulewa go spłucze, aż wiatr wysuszy, aż słońce wygrzeje, aż wybuch nowej zieleni zakryje trupy i groby lasu — oto co pozostało kolibie.
Foka orzekł:
— Mazać się to mazać, ale z pożytkiem i póki czas! Teraz czas dla haci. I macie befel.



HACIE I TALBY

Oto było słowo: był czas dla haci, dopóki rozklejona ziemia nad potokami, piaskowiec czy ił, jeszcze nie stężała na nowo od suszy. Sawickiemu zaświeciły się oczy, sięgnął po cymbały i zaraz pobratymi i kumpany zakrzyczeli, poprosili by zagrał kruhleka i zaśpiewali nowy porywczy kruhlek.

Któż ryzy ścieli — nasz panicz-ryś
Któż nas weseli — nasz panicz-ryś
Któż kładzie haci — nasz panicz-ryś
Któż nam wypłaci — nasz panicz-ryś.

— Machaj, machaj — zaskrzeczał w porywie stary Koczerhan.
— Machaj, machaj — zaryczał Matarha.
— Machaj, machaj — zadudniało wiosennie w kolibie a Pańcio już nic nie miał do zrzędzenia.
Oczyszczono do końca z kamieni łożysko Riabyńca, opancerzono je z przodu głazami i zatamowano. Następnie szczelnie spleciono z przyciosów wiązania, spiętrzono całą cudaczną twierdzę z drzewa i umocniono głazami, bo cały ciężar spartej wody trzymał się na tym drewnianym czole. Szczęściem potok Riabyniec, choć rozbijał echa po stromych brzegach, samych brzegów nie naruszał. Stateczny, niezbyt obfity w wodę, bez nieobliczalnych dopływów, niby przepastna ryza trzymał w ryzach swe wody. Zalesione stoki a u dołu skalne ściany broniły go od usuwania gruntu, a potężna sieć mchów, co zdołała uwięzić wodę z najobfitszej miejscowej ulewy, chroniła od powodzi.
Inny był Popadyniec: łudził płaskim dostępnym wybrzeżem, z przyjaznym pomrukiem czaił się wraz z tuzinem ukrytych, słodko mrukliwych pomocników — wód. Jego dorzecze obszerne, dopływy nieogarnione, zasilane podziemnymi wodami, stąd nieobliczalne. Nie tylko przeto wykopano jeziorko aż do kości, to jest do skalnego podłoża, obwarowano je ponadto jeszcze przed ustawieniem drewnianej zastawy wałem z iłu twardniejącego, a zawarto głazami spojonymi tym iłem, pozostawiając wszakże u spodu otwór dla spustu wody. Zabezpieczono tę gliniastą i kamienną oprawę haci trzypiętrowymi kaszycami, a potem dopiero ustawiono hać drewnianą na wysokość czterech chłopów.
Zaledwie zima pękła, co nocy strzelał lód na całym pomoczarzu Popadyńca, jak szeregi strzelców ustawionych w zasadzce z nagonką na zwierza. Potem dopływy zahuczały groźnie, brudne wały staczały się do Popadyńca, wywracając przeszkody, unosząc zgniłe kłody, i zapory gliny. Lecz rychło mchy otrząsły śnieg, lody spłynęły, męty przejaśniły się, a dopływy Popadyńca rozczapierzone szeroką lecz płytką siecią na płaskowyżu puszczy, znów zamaskowały się najciszej. Zasnuły się, jakby nie rodziły się z wytrysków podziemnych, jakby nie hulały dopiero co, jakby nie miały nieco niżej uczestniczyć w szumnych habach i hukach Czeremoszu, jakby na zawsze miały zaklęsnąć w sennym moczarze. Tylko płaskie, żółtawo-tłuste chrząszcze, zwane pływakami pluskały na przyczajonych kłodach, tylko pstrągi pryskały srebrnie między czarnobrzegami. Po wyrównaniu zakrętów jak się dało, po pogłębieniu w miarę możności, dopływy znów przypomniały sobie swój ród, zadudniły wartką groźbą macierzystych podziemnych wód. Po nocach nawet niepokoiły szlochami, jękami, jakby boleśnie ciągnęły na pomoc wody z samego pępka ziemi. Lecz czyhała na nie wszystkie jama wykopana, wspólna hać. Wlewały się z poddaniem a ludziom zdawało się, że starczy tej jamy dla wszystkich skradających się wód. Hać napełniła się, wody cichły.
Tymczasem Cwyłyniuk wraz z Sawickim i Koczerhanami zbudowali nad każdą z haci dla kierowników spławu zwanych hatarami, kryte daszkami schronienia. Były to ośmioboczne altanki z krąglaków, otwarte od połowy aż pod dach. Ośmiospadowy dach każdej altanki, każdy o dwu pokrywach, z których górna jak fałda podniesiona na wysokość dłoni, zachodziła na dolną, spiętrzono u góry kopułą i zakończono krzyżykiem jak kapliczkę. Dla każdej altanki Cwyłyniuk wyrzeźbił po jednym krzyżu jaworowym i umieścił go w kącie każdej, jak gdyby ołtarzyk. Wewnątrz i na zewnątrz biegły wzdłuż ścian nieprzerwane ławeczki z oparciem. Powyżej oparcia przestrzeń aż pod dach była otwarta, tak, że siedzący na wewnątrz i na zewnątrz mogli rozmawiać ze sobą.
Niezwłocznie przygotowano daraby, wiążąc hużwami i skrętami młodych smereczek kłody całkowite, nieprzecięte, dobierając równe co do długości krąglaki dla każdej talby, to jest człona daraby. Wiązali mocno lecz luźnie, na to by niesione wodą kłody mogły sobie grać sprężyście na podwodnych kamieniach. Układano ponadto kłody cieńszymi nosami ku przodowi talby, podcinając je od spodu do płaskości, aby bez zaczepiania kamieni prześlizgiwały się lekko, nie zwichrzając kierunku. Oba zewnętrzne słupy każdej talby zaopatrzył jeszcze Sawicki w klamry żelazne, łączące je liną drucianą na to, aby trzymały całość w razie wstrząsu.
Przyszedł dzień, że hacie napełniły się wodą, a Sawicki kazał spuścić wodę dla próby w obecności całego butynu. Woda syknęła chytrze, potem zagrzmiała, rozpogodziła się i rozśpiewała. Przytwierdzone do brzegu talby, uderzane wodą lecz przytwierdzone hużwami, dygotały i drżały niecierpliwie. Do grania wody zaśpiewali butynary na dwa chóry nowy kruhlek.

Któż syn kowalski — nasz panicz-ryś
Wdowie pociecha — nasz panicz-ryś
Żelazo w palcach gnie — panicz-ryś
Sercem nie miechem — nasz panicz-ryś
Rozdął ochotę — nasz panicz-ryś
Kto rączki złote ma — panicz-ryś
Oczy surowe — nasz panicz-ryś
Bez złego słowa — nasz panicz-ryś
A nagiął słowem — nasz panicz-ryś
Butyn gotowy — nasz panicz-ryś
Któż składa talby — nasz panicz-ryś
Kto Bogu chwalby — nasz panicz-ryś
Kto wierci skały — nasz panicz-ryś
A któż w cymbały gra — panicz-ryś
Kto zagra wodom — nasz panicz-ryś
Spławi nas dodom — nasz panicz-ryś
Zdrowo i młodo — nasz panicz-ryś
Graj-śpiewaj wodo — nasz panicz-ryś
W sławie popłynie — nasz panicz-ryś
W sławie zostanie — nasz panicz-ryś.

W krótkim życiu panicza-rysia hać była jeszcze większym zwycięstwem niż ryza. My starzy, widząc młodość nachyloną nad tą mętną falą, co tryska ze źródeł doli, nad przyszłością, odwracamy oczy. Niechętnie myślimy o tym, że młodość taka, która nie zaznała ni chwili odpoczynku ani zadowolenia innego jak tryskająca nadzieja dla nadziei, może wyczerpać się tak prędko.
Haci stały złote, nowiutkie, nad nimi altany-kapliczki, pod nimi daraby, nosami wietrzące wodne szlaki. Butyn udał się do ostatniej deszczułki, do ostatniego kołka. Tylko budowę tartaku odłożono do jesieni.



ORDNUNG

Gdyby Foka najął do robót nastawnika, ba, podżegacza, jak gdyby ostrogę przeciw leśnemu snowi, nie znalazłby może lepszego niż ten co sam się zjawił. Choć wszystko udawało się, choć pogłębiano hać z powodzeniem, choć zastawy rosły a wody zbierały się, nie kto inny jak Pańcio co ranka, a jeszcze chętniej wieczorem zrzędził i prorokował:
— Oho, szkoda roboty, wszystko przepadło, nic z tego nie będzie.
Zachęcał skuteczniej do pracy na przekór, niż gdyby zaklinając wzywał do robót, niż gdyby obiecywał złote góry. Od wiosny Pańcio bardziej jakoś niespokojny rozdrażniał się byle czym, nawet sam zaczepiał. Lubił postraszyć nieznanym lub dwuznacznym słówkiem, czasem nawet zahaczył któregoś żywiej jaką taką przynętą, a nie chciał wytłumaczyć, jak gdyby na to, aby ciekawość jątrzyła się niby ranka. Wyśmiewał wówczas wyniośle butynarów, jakby oni byli przybłędami, a on gazdą mocnym na swojej zagrodzie. Przeważnie śmieszył wszystkich. Przecież ten i ów co miał tego za wiele, sarkał na dziadygę, a Matarha pomrukiwał, że skoro już przezimował, to można by mu coś kapnąć, wypłacić jaki grosz i niechaj idzie sobie z Bogiem, garnki łatać.
Foka sprzeciwił się:
— Przyda się, potrzebny nam taki, jak czort Bogu.
Stary Koczerhan uznawał żywo:
— Tak, tak. Im więcej tamten dogaduje i wykrzywia się, tym Hospod lepiej poprawi. Potrzebny.
Wieczorem, po próbnym spuszczeniu haci odezwał się Foka wesoło do Pańcia:
— No cóż, hacie grają, porządeczek?
Pańcio machnął ręką z poddaniem i powierzył:
— To się nazywa „ordnung“[2], a z tego największy strach.
Foka uśmiechał się.
— Powodzi się boicie? Gdy hać w porządku nie ma strachu.
Pańcio poderwał się jak ugodzony, uniósł się niezrozumiale.
— Człowiecze — krzyknął — wszystko niech będzie. Powódź, ogień, cholera, czarna śmierć, czerwona śmierć, byle tylko nie ordnung.
— Ależ ordnung to nie żaden strach ani cholera — sadził się Matarha. — W feldkompanii[3] co ranka pan febel[4] krzyczy: „Ordnung mus!“[5] Co nam bajdurzycie?
Pańcio uspokoił się, powierzał dalej:
— Wojsko to nic, to dopiero początek, to ćwiczenie, na to by chapnąć was wszystkich za czuper. A butyn także.
— Cóż to ma do haci? — pytał Foka.
Pańcio upierał się, powierzał dalej tajemniczo.
— Ścielicie im drogę, zamiast schować się do dziupła, przynęcacie butynem. I chapną was.
— Kto chapnie? jak? czym? — śmiał się znów wesoło Foka.
— Poukładają głowy równiutko, poszatkują, do beczki na wieki i będzie z was kiszona kapusta.
Foka machnął ręką śmiejąc się niedbale, a Pańcio wyczekał, włożył rękę za pazuchę i jakby wyciągając coś z zanadrza, wyszeptał tajemniczo a wyraźnie:
— Egalité.
— Jakie to? — pytał Mandat.
Pańcio przypatrywał mu się uważnie, znów wyczekał, powierzył jeszcze:
— Taka braha, smoła rzadziutka, z początku strasznie chce się pić, a potem obrzydliwsze niż gdybyś żłopał starą gnojówkę.
— Dają wojsku czy cywilom? — pytał Mandat.
— Wszystkim aby poszatkować.
— Słodkie czy gorzkie?
Pańcio otworzył usta, biedził się z chytrym uśmieszkiem.
— Wy-wygląda tłusto, no, smoła, a skosztujesz dobrze, cieńsze od wody, za to straszny smród po gębie wieje, przez całe życie chce się rzygać.
— To po co piją? — dowiadywał się Mandat.
— Ho-hooo, niechby który nie wypił, toby go zaraz do liberté.
— A to co?
— Urząd do ścinania głów, guzik pociągnie — panc-panc! zaszatkowany gładziutko.
— A kto szatkuje?
— Herod urzędowy, pensja płynie mu za to, jak woda, a jeszcze od każdej głowy osobno. To nazywa się —
— Ależ u nas o tym nie słychać — przerwał Mandat.
Pańcio odpowiadał z troską:
— U was inna gnojówka, u każdego swoja.
— Cóż za gnojówka? — zniecierpliwił się Matarha. — Któż u nas pije gnojówkę?
Cwyłyniuk uspakajał:
— Zostawcie Matarho, nasz panoczek głębokouki, to nie ta gnojówka, to z książek.
Pańcio znów otworzył usta:
— U was ta, którą popy was poją, ale teraz leje się nowa, nowa —
Stary Koczerhan łagodził z uśmiechem:
— Nie troskajcie się, idzie słońce, wiosna, gnojówka wszelka wsiąknie, i dobrze.
Matarha oburzał się na Pańcia:
— Dym, dym! Nie wstyd wam gazdów pępkowych odurzać jak durnych za to, że was przyjęli jak swego?! Nie słuchajcie go ludzie, to z zawiści.
Pańcio, chcąc go zatkać ostatecznie, wypalił niecierpliwie:
— Wiecie co nad głową? O konstytucji słyszeliście? Figę! Będzie wam ordnung, butyn i konstytucja.
— Właśnie — prosił Cwyłyniuk wcale nie przelękniony — konstytucja, wciąż o tym słychać, rozpowiedzcie nam panoczku.
— Ja nie słyszałem, ale opowiedzcie — prosił także Mandat.
Obaj, Pańcio i Matarha, zamachali gwałtownie rękami. Matarha wstał i zakrzyczał:
— Inny także garnki łata, a nikogo za to nie kąsa.
Pańcio wyskoczył nań, stali obaj, młody olbrzym i stary pokraka, jakby się chcieli rzucić na siebie. Matarha ryczał:
— Gdyby tu był naprawdę ordnung, toby dziada za nogi i za potok.
— Siadajcie, Matarho, tak nie sztuka — rozkazał Foka. — A wy, Pańciu, ze zmory gadacie. Powiedzcież prosto, kto nam co zrobi? Za co? Jakim prawem?
— Ten co wszędzie — ujadał Pańcio z góry do ucha Foki. — A takim prawem jak mnie ko-kości leszczyną odbijali.
Foka odpędzał ręką krzyk od ucha, jak natrętną muchę:
— Ależ to minęło, inne czasy.
Pańcio ujadał dalej.
— Czas ciągle jednakowy, tylko wy gazdo za młody jesteście, nie wiecie, że gdzie za dobrze, tam zaraz z tego musi być najgorzej.
Cwyłyniuk podniósł palec, trzymał długo aż wszyscy zaczęli słuchać i paplał:
— Nie znacie się na panach. A ja hajdukowy syn, przy nich od dziecka. Nasz panoczek jest od głównej mądrości pańskiej, takiej co przy robocie nigdy się nawet nikomu nie przyśni, choćby się na ścianę drapał i choćby pękł, nie przełknie jej, zaraz wyrzyga.
— Czemuż nie przełknie? — pytał Mandat.
— Bo to dla pańskiej głowy, dla innej formy.
— Jakiej formy?
— Jak u garncarskiego majstra do pozakręcanej formy przynależna glina mięciutka jak łajno. I taka sama jest mądrość.
— Jakaż tam mądrość? — skrzywił się Foka niedbale.
Także Cwyłyniuk skrzywił się z zakłopotania, wstał, przystąpił do watry, znów podniósł palec, ogłosił rozważnie:
— Słońce o północy, północ w południe, mróz na świętego Piotra, święto w roboczy dzień, a robota w największe święto. Oto jest pańska mądrość!
— Ależ panowie garnków nie łatają, w łatach nie chodzą — wyrwał się ktoś z głębi koliby.
Cwyłyniuk krzywił się jeszcze.
— Nie można wiedzieć, bywa taki co poszedł całkiem na żebry, a nic mu nie pomoże, pan, na wieki pan.
Zamilkli znudzeni, ten i ów stukał palcem w czoło, a któryś znów szepnął z kąta.
— Ordnung.
Cała koliba wybuchła burzliwym śmiechem. Pańcio usiadł na posłaniu w swoim kącie, machał ręką coraz słabiej, coraz smętniej.



LAS ODNIEMIAŁ

Z mgieł wstawał świat pełen głosów. Ze śpiącego poranka wyłuskiwało się złote wiosenne południe, świeże, nawet pijane jak nieustanny poranek. Z pamięci staro-młodej, przywalonej zimowym całunem, wydzierać to co dawne, na co nie ma ani jednego żywego świadka, ani znaku widzialnego, to zawsze walka ze snem. Ten który walczy, już budzi się, ale jeszcze wciąga jawę do mary, śni nawet, że zbudził się, że wstał, a wciąż zapada w mgłę, śpi dalej. Śpiącym okiem ogląda wyraźny sen przedświtowy, zaś budzącym się, co chwyci jawę, to zaraz pogrąży ją w sen.
Było? wcale nie było? Będzie?
Trzmiel co wylęga się w lesie wiosną z czarnej ziemi, od razu brzęczy, rucha się, wynurza się ze szpary, od razu kosmaty i ciepły jak trzmiel stary, jak pierwszy trzmiel po stworzeniu rodu. Także wiosna leśna wynurza się od razu, jak stara wiosna od początków świata i brzęczy nieustannie. Nocą szeptem-bulgotem wód, lejącymi się głosami żab, glu-glu-glu, che-che-che, aż spłyną w przeciągłym gromie — ho-ho-ho. Dniem głosy skaczą i tańczą. Od ranka odmarzają kałuże, to prysną, to chlupną, to sykną, schnąc i zasypiają z sykiem coraz cichsze. W schnącym błocie wybujały burzany, wieńczą je miotłami, żółtymi i niebieskimi. Ze schnącego błota bzykają roje muszni. Od świtu, znad mgieł wydzierają się dzikie gęsi ciągnące na północ ku Dniestrowi. Nawołują się, ostrzegają: gę-gędy, stąd tędy. Nad nimi jeszcze wyżej jednostajnie świdrują powietrze zatroskane żurawie: żur-żuru, kru-kuru, klu-kluru. Najgłębiej w toniach nieba, chyba tylko z puszczy dosłyszalne, sterują dzikie łabędzie, pojękując cichnącymi odgłosami głębinowego dzwonu: głąb-głąb, prąd-prąd, ląd-ląd. Z ochotą uwijają się w dole za musznią wesołe drozdy: świt-świt, świt-chyst, chyć-chwyć, syć-żyć, chwyt-syt, fit-fit, cyt. Kosy słuchają głosów cierpliwie, wyzywają przekornie: Olej-olej, powoli, do woli, co kto woli. I naśmiewając się z każdego, kpią słodko: „doli-doli, niedoli, boli-boli, nie boli, niech boli, co kto woli.“ Wtem batog puszczowy świśnie, jastrząb i jastrzębica nawołują się z dalekiego jaru, ze stanowisk myśliwskich: bij-bij! pij-pij! Zacichnie wszystko w górze i na dole, tylko wody i bajory nie dbają, tylko musznia zatryumfuje i zahuczy, a obudzona ciszą żaba krzyknie drugiej żabie: „kwa-kwa-kwak.“ Lecz jastrzębie, wyrywają się ku górze nie po to, by bić rzesze skrzydlate ani by pić krew. Wiosną szukają innych źródeł, wyżej, coraz wyżej. Szybują ku swoim godom dla parowania, już zatopione, już niewidzialne, już żadne oko z puszczy nie dojrzy ich, żadne ucho nie dosłyszy. Znów hasają leśne głosy. Skacze także każdy błysk, z wód, ze strug, z gardzieli błot. Na wyschłych brzegach flegi zabłysły niebiesko-złote krople jak gdyby spadły z nieba, to pancerne żuczki-gudzule. Na skraju błota i suszy grzejący się gad raz po raz tłusto mignie i zniknie. Świeci się i skacze w oczy blaskiem także mech na nowo rozzieleniony, zagarnia błoto, ściska je, zalewa zielenią. Nie zdziwi się las, gdy żuczek niebiesko-złoty przekornym bzykiem zachichoce, gdy tłusty gad świśnie chytrze, a przyczajony mech ciapnie suchym śmieszkiem zwycięstwa nad błotem. Wolność głosu, staromłody świat odniemiał.
Lasu już nie było, inaczej niż corocznie osierocone jego dziedziny tratowała wiosna. Nocą przez obezlesione pustkowia przeganiały się zdyszane młode wichry, dopiero co od ziemi odrosłe, których dotąd nikt tu nie znał. Dniem słońce waliło prosto z nieba bez saneczek, bez wózeczków, bez pośrednictwa liści, szpilek i szpar, bez ślizgania się po żywicznych pniach jak niegdyś. Światło a nawet żar wdzierały się do najwstydliwszych kieszonek lasu. Wiosna wracała nie tylko spieszniej, także hałaśliwie, jak gdyby dziatwa przybłędów cygańskich baraszkowała sobie na gruzach majestatycznej świątyni.



PSTRĄG I KONSTYTUCJA

Po ukończeniu robót, tyle co niezbędne przed ruszeniem darab, tydzień przed Juriem oczekiwano gości sproszonych z kilku wsi na święto, na zakończenie butynu. Zawczasu poczyniono przygotowania, a było z tym zabiegów niemało. Na warsztatach przerżnięto piłami potężne kłody na łodwy, grubaśne niby-deski, co najmniej na dłoń w przekroju. Z nich pozbijano tyblami z sęków miast gwoździ stoły i ławy. I stoły i ławy wytrzymałyby dziesięć razy tyle luda co sproszono na chram, wytrzymałyby nawet, gdyby wielikany z samego pępka ziemi stanęli żywi i zasiedli przy nich. Sporządzono także po obu stronach koliby nowe szałasy na nocleg dla gości, osobne dla kobiet, osobne dla mężczyzn. Foka i Petrycio postanowili, że będą ugaszczać obok koliby lecz tańczyć obok haci, bo tam przestronniej, twardziej i chłodniej. Przygotowano potrawy chramowe, tyle co mężczyźni sami potrafili i przywieziono od Joseńka z Rozdroża piwo i wódkę.
Po wschodzie słońca białe obłoki trysnęły wysoko znad zachodnich przełęczy, potem rozpływały się w niebie. Zapowiadało się ciepło i pogoda. Foka i Petrycio raz jeszcze sprawdzali przygotowania do chramu, a inni ubrani świątecznie już od rana baraszkowali i podążali powoli ku haci nad Riabyniec. Z czasem znaleźli się tam wszyscy mieszkańcy kolib. Wchodząc po jednym do altanki, klękali przed krzyżem, potem siadając na zewnętrznych i wewnętrznych ławeczkach jak kto chciał, słuchali wody i głosów lasu. Także Foka i Petrycio wpadli na krótko, by od święta pomodlić się w altance. Pańcio choć do altanki nie wstąpił, już od ranka dreptał po stromym brzegu haci w nowych postołach, które otrzymał z zapasów koliby. Odwieczne grube spodnie barwy brudnej wełny spadły mu na stopy wydmuchanymi baniami.
Raz po raz zarzucał długą wędkę z takim rozmachem jakby smagał długaśnym biczem czwórkę koni. Lecz wytrawny woźnica, co miłuje swe pieszczone a bujne konie, dba także aby źródlano ufne oczy końskie nie zamąciły się gniewem ni wściekłością i aby z tego, broń Boże, nie rozhukały się jego wiatropłynne bieguny, może na zgubę sobie samym i jemu. Z rozmachu strzela biczem wysoko nad głowami koni, a zaledwie muśnie skórę. Tak właśnie władał Pańcio wędką, że choć z rozmachu, osiadała na wodzie cichutko, jak jedna jedyna kropla deszczu. Każdy mógł oglądać, jak nabożnie oszczędzał czułe źrenice wód, jak gdyby lękał się zbudzić przyczajone huki i rozhuśtać burze wodne.
W rzeczywistości chytrze oszczędzał, a raczej łudził czujność pstrągów. Toteż co chwila srebrnopromienny a czerwono cętkowany pstrąg jak błyskawica wiosenna spadał na podłogę opodal altany. Pańcio podnosił go z ziemi, śledził drapieżnymi oczyma, naszczupywał lekko palcami szyję i odczepiał. To z lekkim trzaskiem łamiąc kark pstrągowi wsuwał go do drewnianej korobki, to znów, ilekroć natrafił na szyję nabrzmiałą jajnikami, rzucał tak rozpoznaną samiczkę-pstrążynę z powrotem do wody pojękując: „Panienka, niech hula!“ — I znów smagał wędką toń błyskawicznym ciosem, z leciutkim wdziękiem wiru komara, tak iż nawet śpiący w cieple południa pstrąg budził się i chwytał to sennie to żwawo, aby nie wymknęła mu się tłusta gratka, skoro widocznie komar w pogoni miłosnej wtargnął do wody na własną zagładę. Ale czujniejszy od pstrąga Pańcio, ani za wcześnie ani za późno, niemylnie chwytał drgnienie i już wydzierał wędkę wraz z pstrągiem z żywiołu w żywioł. Pstrąg fruwał z wody przez powietrze jak ptak i spadał jak kamień na twardą podłogę haci. Olśniony światłem, wstrząśnięty udarem, on jeden, pierwszy i ostatni raz w życiu, przenikał wiedzę Pańcia jak Pańcio jego, że ogarnięci jesteśmy wszyscy żywiołem zagłady. Pańcio był niemal zadowolony, a Cwyłyniuk stąpając za nim na palcach, przyglądał się mistrzowi rybakowi uważnie i z podziwem.
Z wiosną zabłąkały się na butyn wiosenne wieści o cesarskich zagadkach czy patentach. To co nie tak dawno nazywało się rewolucją, a teraz znów jakoś inaczej: konstytucją. W roboczy dzień nie pamiętano o tym, ale od święta korciło mówić i wiedzieć. Niedawno nie kto inny jak Pańcio wspomniał o konstytucji, ale zataił zawzięcie, a teraz prócz niedawnego żołnierza cesarskiego Matarhy, który chcąc wszystko lepiej wiedzieć sierdził się nieustannie na Pańcia, oczy znów zwracały się ku staremu połatajce. Bystreczanie pytali i słuchali przeważnie dla zabawy, a bywalcy żabiowscy, którzy w swojej parafii może by nawet nie spojrzeli na takiego dziadygę, przyglądali mu się uważnie, nawet z niepokojem. Pierwszy Tomaszewski jak gdyby zawstydzony, że pyta, zapytał:
— O konstytucji jak wy?
Pańcio nie dosłyszał. Wrzucając pstrążynę do wody jęknął znów:
— Panienka, niech hula!
Witrołom powtórzył głośno:
— Wiosna idzie światem, słoboda, słychać że pan cesarz wypuścił konstytucję. Jak wy o tym?
Pańcio zapatrzony w wędkę nie odpowiadał, a Cwyłyniuk kiwał palcem ważnie, aby nie przeszkadzali. Zamilkli, tylko las hałasował łagodnie. Słuchali lasu, potem Mandat opowiadał półgłosem:
— Od kiedy głośno w lesie i zielenieje, zaledwie zmierzch, nie mogę przejść spokojnie. Takie małe coś, raz po raz, drapnie mnie pazurkiem w nogę, drepcze za mną, chichocze, śwista. O północy włazi do koliby i śmieje się do ucha.
— Strach wam? — pytał Giełeta.
— Nie, ale utrapienie, jakby coś do ucha wlazło.
— Wypłukać ucho — radził Petrycio.
— A to prawda? — upewniał się Giełeta.
Mandat ożywił się.
— Przysięgam, że prawda, dotąd mi coś takiego się nie przydarzyło. Nawet z daleka go słyszę.
Witrołom przeżegnał się, a Mandat mówił dalej:
— Nadaremne żegnanie, co przeżegnam się to mi świśnie koło ucha: fiut.
— Coś będzie — westchnął Witrołom.
— Nie — orzekł stary Koczerhan — to nie żaden pohany duch, to głos bez ciała. Cały świat głośny, a taki wesoły szuka sobie wesołego.
— Może być — zgodził się Mandat — tylko po co drapie znienacka? I zanadto już się przyczepił.
Stary Koczerhan ogłosił:
— Cóż dziwnego, czas taki ładny, że pstrąg by zaśpiewał. I opowiadają, że komuś śpiewa.
— Komu śpiewa? — pytał Mandat.
— Kto go słyszał? — wątpił Giełeta.
Koczerhan nie odpowiadał, a Witrołom z trudem wygarniał słowa z głębi piersi.
— To możliwe, to pewne, że gdy wodne dychanie wyzwoli się spod lodu, zaśpiewa sobie raz na rok i są tacy co słyszeli.
Cwyłyniuk dosłyszał z daleka, obrócił się. By nie płoszyć ryby Pańciowi mówił półgłosem:
— To pewne, że słyszeli, ale taki nigdy nikomu się nie przyzna —
— Dlaczego się nie przyzna? — pytał Petrycio.
Bomba wybełkotał:
— Bo życie zmarnuje i broń Boże —
— Ależ ryby są nieme — przerwał Giełeta.
Petrycio wywracał oczy, mówił z przyduszonym śmiechem:
— Jest takie miejsce, jest, gdzie nabywają się pstrągi na weseliskach, ale tam hałas okropny.
Sawicki popatrzył nań surowo, chrząknął i mruknął:
— Po co opowiadać niebylice.
Petrycio pośpieszył się, jakby się usprawiedliwiał:
— Cóż to szkodzi, takie sobie bajki.
— Bajki nie bajki — ciągnął Witrołom z natężeniem — a tam gdzie morze podziemne wystawia jedno oko z podziemi, tam śpiewają wiosną w jakieś święto, ale nie wiem w które.
— Słyszeliście? — pytał Petrycio niewinnie.
— Skądże? — odpowiadał Witrołom — nie byłem tam, ale są tacy —
Sawicki i Petrycio oglądnęli się wzajemnie, a Witrołom ciągnął dalej:
— No i niedobrze, taki co słyszał, może naokoło roznieść biedę jakąś, zarazę. —
— Od śpiewu pstrąga zaraza? — pytał Petrycio.
— Nie od śpiewu, skądże? — żachnął się Witrołom. — Tylko z tego, że talki pcha się do pępka ziemi, do tej śruby.
Petrycio śmiał się głośno.
— Bajki, bajki.
— Bajki nie bajki — troskał się dalej Witrołom — a ja tamtędy za nic w świecie nie pójdę, słuchać nie będę.
— A gdzież to? — znów ciekawił się niby to Petrycio.
— Szkoda mówić — zakończył Witrołom niechętnie.
Pańcio zbliżał się bardzo powoli, śledząc ruch ciągnionej wędki, nastawił uszu z uśmiechem, jakby łowił ledwo uchwytne drgnienia czy pluski. Cwyłyniuk szedł z boku na palcach.
— A może wy, Pańciu, słyszeliście jak śpiewa pstrąg? — zaczepiał Petrycio.
Pańcio oderwał nagle oczy i uszy od wody, ożywił się. Kiwał głową z krzywym uśmiechem.
— Opowiedzcie jak to było — prosił Petrycio.
— Opowiedzcie — prosił Mandat.
Pańcio śmignął wędką od wody ku haci, haczyk był pusty. Nie rzucał wędki ponownie, usiadł na skraju haci, opuścił nogi w dół, zamknął oczy. Uśmiechnięty jak we śnie, lepiotał bez złości, słabiutko, poufnie. Wszyscy słuchali.
— To ba-bardzo, da-dawno-daleko. To już nieprawda. I tego kraju już nie ma. Za-zapadł się całkiem. Mały byłem, całkiem m-m-malutki, tyci, no bąk. Złapałem toto. Złapałem pstrąga ręką, puściłem na piasek. Sam nie wiedziałem jeszcze co i jak, ni be-be, ni me, ni mama-tata, ni mama-łyga, ani jak się nazywam. A toto tak tańczyło na piasku, błyskało, od razu mnie przecięło, za-zaśpiewało: „forél, forél“. Oczy-uszy mi rozdarło, od razu wszystko wiedziałem. I tak się to ciągnie, ciągnie: „forél, forél...“[6] No i już dobrze, już zapomniałem jak się sam nazywam, a to wciąż —
Pańcio zatchnął się, rozłuskał pisk w gasnące zawodzenie: wciąż śpiewa, śpiewa, będzie śpiewać: „forél, forél, forél...“ Macie.
— Tak pstrąg śpiewał: „forél“? — pytał Matarha z niedowierzaniem.
Pańcio otworzył oczy, ocknął się, zamachnął ręką:
— Tak-tak, nie-nie, forél, forél to po niemiecku.
— To pstrąg po niemiecku śpiewa czy wy po niemiecku mówiliście?
Pańcio zamachał rękami gwałtownie:
— Tak-tak, nie-nie, mówię wam, to ba-bardzo dawno, to już nieprawda. A co pytaliście? Aha, o konstytucję.
Było cicho, tylko z haci sączyła się woda, tylko wietrzyk łagodnie czesał głowy. Siedząc na haci ze spuszczonymi nogami, wciąż zadowolony Pańcio wykładał o konstytucji:
— Dwadzieścia lat minęło jak panowie w miastach zbuntowali się przeciw cesarzowi. Mówiono wtedy: wiosna. Buchała, kipiała ta czarna kapusta, czarna wiosna. To się nazywa — rewolucja. Panowie zaczęli, oni zawsze. Mówią tak panowie: ty panie najjaśniejszy sobie najjaśniejszy, a my także sobie panowie najjaśniejsi, cóż nam zrobisz? A cesarz, ho-ho, chytra sztuka, naprzód batogiem ich ciachnął po skórze. Rozbiegli się, pochowali się po dziurach i dobrze, niech będzie. Ale jemu smutno, bo kto mu paradę zakomenderuje. Wyciąga z biurka wielki, biały papier, napisał, pieczątkę buchnął, posyła do nich, tam do dziury, głównego lokaja. W papierze stoi: Halt! Skoro wy mnie równi, to ludzie pracowici wam będą równi. Konstytucja! — Panów strach przeciął, wyleźli z dziury, przepraszają, paradą komenderują dalej, ani mru-mru. Ale to nad nimi dalej wisi. Widzicie?
— Co wisi, mój panoczku? — pytał grzecznie Cwyłyniuk.
— Konstytucja, i po to jest: dla groźby.
Tomaszewski wydął wargi wzgardliwie, lecz słuchał uważnie, kumpany spoglądali to na niego, to na Pańcia. Pechkało splunął:
— Tfu! I z tego wszystkiego znów dla nas nic i gorzej.
Pańcio zgodził się pochopnie:
— Tak, tak, dla mnie też, było źle, będzie gorzej.
Zamilkł i wszyscy zamilkli, tylko las gwarzył wesoło. Mandat zarechotał, wiedział co o tym myśleć, lecz wypytywał dalej:
— No i cóż dalej z tą konstralucją?
Pańcio uśmiechał się jak cierpliwy nauczyciel:
— Człowiecze, nie plątaj postronka jak krowa, bo i tak się nie wyplączesz. Co innego rewolucja, a co innego konstytucja. Rewolucja to wilcze zęby, a konstytucja, to tak sobie — szczury.
— A co gorsze? — pytał Mandat.
— Ha, rewolucja gorsza, taki od razu chapnie, wzbogaci się, ucieknie, albo ci jeszcze zęby pokaże i co mu zrobisz? A szczury — to też bardzo paskudne, strach jaka hurma! Chapią też. Ale jest nadzieja, że jakoś dadzą się wytruć. Ho-ho, cesarz twardy, panowie przycichli, u nas nie będzie — tego.
— Czego nie będzie, panoczku? — pytał Cwyłyniuk.
Pańcio uśmiechnął się, wyszeptał: to się nazywa — egalité, tak jak tam we Francji. Króla wypędzili, na tronie zasiadł pijaczyna z ulicy, szewczyk połatany, potem króla za kark, głowę — panc! ucięli. Widziałem —
— Głowę widzieliście? — pytał Mandat.
— Ależ nie głowę, porządki tamtejsze, równość, chleb-wino, dużo tego owego, ale —
Witrołom przerwał z żalem:
— Ładne mi porządki, tata wypędzili, jeszcze głowę zrąbali. W komorze zasiadł pijaczyna z ulicy, tatowym chlebem-winem traktuje.
— Ależ tam nikt nikogo nie traktuje. Młóciłem u gazdy, przed wieczorem mi wypłacił, naodliczał tu godzinkę, tam pół godzinki, już mi nie dał ni wieczerzy, ni rano śniadania. Na głodno przenocowałem w szopie na gołej ziemi, głodny poszedłem w deszcz do miasteczka, sam siebie traktowałem.
— To w czymże porządki? — pytał Tomaszewski.
— Każdy trzyma w garści, nikt nikomu nic nie da, równość.
— Czemuż nie dają? — pytał z troską Tomaszewski.
— Słyszeliście, równość, każdy ma jednakową gadzinę w kieszeni, co tylko sięgnie do kieszeni, gad go tak ukąsi, że syknie i nic nie da.
Giełeta nieco znudzony zapytał:
— A papie-rymskiemu głowy nie ucięli? Ze stołka nie spędzili?
— Nie — biedził się Pańcio — do niego jakoś nikt nie ma ochoty, sto-stołek za gorący.
— Na węglach? — pytał Petrycio.
— Che-che-che — śmiał się Pańcio — niech ci będą węgle, a to gorzej jeszcze...
— Czemu gorzej? — pytał Petrycio.
Pańcio powierzył tajemniczo:
— Zasłania papa, aby — rogów nie było widać spod siedzenia, rozumiecie?
Oglądał uważnie słuchaczy, machnął ręką.
Matarha podniósł głos do wielkiej polityki, z powodu święta mówił pojednawczo:
— Co tu mówić, żal was dziadeczku, wy stareńki. A jakżeż nie wstyd rozpowiadać takie? Wszędzie są cesarze albo królowie. Aby króla spędził pijaczyna? tfu! nie pogniewajcie się, a to nieprawda.
Także Pańcio odpowiadał od święta cierpliwie:
— Matarho, nie bądźcie jak wół dopiero co zwałowany, co zabłądził na cudze podwórze i całkiem zdębiał. Co widzieliście? Turków i to wszystko.
— Prusów widziałem, kosztowałem, to najtwardszy ród — wybuchnął Matarha.
Pańcio rozdrażnił się:
— Prusów i tyle? U nich befel, befel, tacy durni jak nasi i durniejsi. Po-powiadam, pi-pijaczyna, szewczyk połat-połatany wydrapał się z ulicy na piętro, wrzasnął „abalrua“[7] to znaczy marsz do czorta, siadł sobie na tron, macie!
— Hospody! — westchnął Witrołom.
— I cóż, siedzi na tronie pijaczyna? — pytał Mandat.
— Skądże? Zaraz drugi go spędził, raz król, raz cesarz i marsz! I z tego tron u nich na pokaz, jak u was czaszka Diduszkowa, zawieszona na wierchu w Hołowach w rozwalonej chacie. Nikt nie tknie.
— Jeśli to prawda, to wychodzi bezbożnie — orzekł Witrołom.
— Bezbożnie, jakżeż inaczej — zgodził się Pechkało.
— Coś w tym jest — odezwał się Cwyłyniuk. — Nie tak stary jestem, a pamiętam, dawniej nazywano ich u nas „Francuzy bezbożni“. No?
Najstarszy Koczerhan potwierdził:
— Oj, wiadomo, nazywano.
Pechkało otworzył usta, przypomniał coś:
— A wiecie, naprawdę nazywano! A czemuż? Zapytać by mądrych.
— No widzicie — cieszył się Pańcio — nie ma co pytać, bezbożni i jeszcze jacy! popów wyczesali akuratnie do ostatniej weszki, każdego popa dzieci na śmiech wyzywają „a-bee, a-bee“[8].
— I cóż komu z tego? — pytał Mandat.
— Skasowane gładziutko — cieszył się Pańcio.
Foka odezwał się po raz pierwszy:
— Coś tu nie tak! Któż nie wie, że ludzie nie równi, ani chudoba nie równa ani nawet drzewa wcale nie równe.
— Nie równi — godził się Pańcio z chytrym uśmieszkiem — ja to wiem najlepiej. To tak jest, gazdo, jak regimentsmuzik[9], wiecie dobrze, równiutko maszeruje, równo zahuczy-zagłuszy, równo zadepcze. A tam na spodzie, pod butami, pod bębnami — jest takie śpiewanie malutkie, najlepsze. I nic, oho!
Pańcio przerwał, badał słuchaczy uważnie. Petrycio wtrącił figlarnie:
— Pstrąg śpiewa?
Zamiast kijem od wędki lub twardym słowem, Pańcio zdzielił Petrycia gniewnym spojrzeniem. Podrażniony mówił dalej:
— A jest znów takie drzewo w lesie, samo całkiem puste, bortawe, a sadzi się, wystrzela w górę, ho-ho! Dusi inne drzewa i jeszcze z góry, samo w świetle, kiepkuje sobie. Takie trzeba zaraz zrębać, wykarczować.
— A bogaczy też skasowali czy wykarczowali u Franci? — dopytywał się Mandat.
Pańcio zasmęcił się, tłumaczył z trudem.
— Nie, nie skasowali. To jest tak, mój Mandacie: skocz ty sobie na ten przykład w Kołomyi do krajsamtu[10], aż na górę, na same piętro i krzyknij na krajshauptmana:[11] „marsz“! Bardką spędź ze stolca, a sam brzuchem rozwal się na stolcu. Kasę w swoje ręce, a potem huknij na szandarów: „Habt acht[12], na moje komando!“ I któż cię spędzi?
Mandat żachnął się gwałtownie.
— Do chrzanu potrzebny mi krajsamt i kasa i siedzieć między szandarami w śmierdzącej Kołomyi, żeby mnie potem spędzili.
Tomaszewski pytał do rzeczy:
— A biedaki wzbogacili się tam we Francji?
— Jak który, miękkiemu-głupiemu chuda skóra wystarczy, a który ostry-mądry jeszcze więcej złota nachapał niż król. Ale wypędzą, skasują — uspokajał Pańcio.
— Ja bym się nie dał spędzić — warknął głucho Kraszewski.
Pańcio nadął się:
— Gadanie, ano spróbuj, podpisałeś równość, ciągnij równość, taka konstytucja.
Młody Giżycki zapytał bez obawy, odbijając każde słowo:
— Dobrze, ale co to znaczy konstytucja?
Pańcio odparł bez zająknienia.
— Groźba dla jednego, wędka dla drugiego.
Giżycki nie zadowolił się.
— Słowo zagraniczne, nie nasze, nie polskie, nie ruskie, to wiem, jakież to?
Sawicki jakby chciał ratować, szepnął pośpiesznie:
— Łacińskie.
Pańcio łapnął ustami jak pies, co chwyta muchę, potem zalewając się śmiechem jak na uwięzi pies szczekaniem, odpowiadał:
— Łacina łaciną, pa-paniczu, na to żeby lepiej durzyć. W kościele łacińskim trajkoczą po łacinie, aby nikt nie rozumiał, aby umiejętnie chapnąć na wędkę, a w tym drugim uniackim bardzo chytrze, niby to rozumieją służbę cerkiewną, a jeszcze majsterniejsza konstytucja.
— A co to znaczy konstytucja? — pytał uparcie Giżycki.
— Tego na ludzką mowę nie wyłożysz, dlatego po łacinie. Księża wymyślili i zakręcili. To znaczy — ustanowa. Mówią, że Bóg tak samo ustanowił ten świat. Konstytucja taka: urodziłeś się, to będziesz męczyć się i umierać, a męki i śmierci dużo do wyboru. Ożeniłeś się, to masz zdurnieć, biedować, a biedy do wyboru. Masz dzieci, to same łajdaki, a łajdactwa do wyboru. Jesteś bogaty, toś od razu i z ochoty wielki rozbójnik, a rozboju do wyboru. Jesteś biedny — Pańcio przerwał.
— Biedny jaki? — pytał szeptem kiermanycz Gucyniuk.
Pańcio zaśmiał się głośno.
— Szczera dusza, niby to mały rozbójnik, a największy, bo biednych dużo, mają do wyboru: zdechnąć z głodu albo rozbijać, taka konstytucja. Żydzi tak tłumaczą konstytucję: „konsty — tis te“[13], to znaczy, „chcesz to zrób, a nie musisz“. I prawda, gdzież ten mus, abym ja zginął akuratnie od bajonetu, od kartacza, od cholery czy od czerwonki? I prawda, kto zmusza pstrąga, aby łapał przynętę? Czy ja go chwytam ręką? Gdzież tam, ręką wypłoszył bym inne, a do tej wędki, do konstytucji umiejętniej garną się, tłoczą się jeden za drugim, wyskakują z wody.
Mandat zachichotał.
— Nie płoszcie nas, dziadeczku, my nie pstrągi.
— Nie, ja was wcale nie straszę, popatrzcie dobrze sami. Egalité to jeszcze gorsza konstytucja, to znaczy równość. Równiutko wędki padają, sto wędek, tysiąc wędek, jak kropelki deszczu, nie poznasz co to, i łapie się jednakowo, jak pierwszy tak setny, taka równość.
Gucyniuk znów pytał nieśmiało:
— To jakżeż, czyż to nie dobrze równość, jak wy o tym?
Pańcio roześmiał się zwycięsko.
— Jakżeż może być dobrze, pomyślcie! Hurmą naskoczy stado byków, aż czarno i zatratuje. A takiego co sam nie tratuje — od razu na miazgę, ani piśnie.
— To cóż zrobić? — pytał cicho Tomaszewski.
Znudzony już Pańcio ziewnął, zaśmiał się smętnie.
— Che-che-che, najlepiej poradzić się papy rymskiego, a jego i tak nikt nie posłucha.
Matarha hamował się widocznie, ale nie mógł się całkiem przemóc.
— Wszystko lubię, a wy znów przeciw Ojcu Świętemu. Nakazywał ksiądz ostro, że niemylny i aby nikt przeciw temu, no i my nie przeciwni. To wielka rzecz, nie z Żabiego ani z Kosowa.
Cwyłyniuk gasił:
— Nie mówcie tak, biskup jest trochę większy pop, metropolita trochę większy biskup, a papa-rymski trochę większy metropolita. Mała czy wielka pchła jednakowo czarna i skacze.
— To wy na nich, że pchły i sam papa pchła? — żachnął się Matarha.
— Broń Boże — odpowiedział grzecznie Cwyłyniuk — nie, że pchły, tylko jak pchły, przykład.
Pańcio dosłuchał cierpliwie:
— A wy byliście, Matarho, u papy?
— Nie, nie byłem.
— No to pojedźcie, posłuchajcie, co ten wygaduje, czy go kto posłucha.
Matarcha zamilkł niechętnie, a Cwyłyniuk pytał jeszcze:
— To dawniej było lepiej czy jak?
Pańcio spoglądając już ku wodzie domamrotał pośpiesznie, w roztargnieniu:
— Dawniej wędkami, teraz sieciami, dawniej pańska trąbka, teraz regimentsmuzik, było źle, będzie gorzej.
Zamilkli. Drozdy zahałasowały: „fit, świst-chyst, chyć-chwyć, syć-żyć, chwyt-syt, fit-fit, cyt“.
Pańcio zerwał się, odwrócił się nagle, jakby wykręcony skurczem, po czym smagnął wodę wędką. Oddalał się, pojękując cichutko. Pechkało przeżuwał:
— Ładna mi wiosna i ładna konstytucja, tfu! Strach na panów i tyle.
— Do niczego — potwierdził Tomaszewski.
— Dla biednego nic a nic — dodał Pechkało.
— Mnie na wędkę nie złapią — burknął Kraszewski.
Foka zerwał się także, wyszedł z altany, powiedział głośno:
— Nie słuchajcie tego, ludzie, to fałsz! Dostanę konstytucję, przeczytam wam. Swoboda, prawo dla wszystkich, prawo i ochrona dla każdego — to konstytucja.
Pańcio dosłyszał, charknął przez plecy:
— Biednemu swoboda i prawo? A brahy mu do putni, niech chłepce, smoły gorącej do gardła, niech się dławi, chleba zeschłego, niech szczerby łamie, potem marsz, spać na sieczkę, kusz!
Cwyłyniuk ten raz jeden poprawił Pańcia:
— Oj nie, panoczku, u nas najbiedniejszy ma liżnyk z wełny, na sieczkę nie łakomy, a biedny tak samo jak bogaty, do kuleszki przywykł z mlekiem słodziutkim albo z huślanką i do bryndzy też —
— Aby żyć — potwierdził Pechkało.
Foka zniecierpliwił się:
— To wy, Pańciu, przez cały dzień dzisiaj jakąś smołę parzącą biednym do gardła lejecie! I to od święta! Za co?
Pańcio wydarł wędkę z wody i spory pstrąg upadł na podłogę. Oglądał go uważnie, szczupał za szyję, zdjął z wędki, strzaskał mu kark i schował do korobki. Odwrócił się ku Foce. Przekrzywiając gębę więcej niż zazwyczaj, zaczął cierpliwie:
— Gazdo, wyście wąchali coś niecoś smrodów tego świata, a czy nie dowąchaliście się, że biedny to śmierdzielnik najśmierdzielniejszy, do chrzanu, dobry tylko do tego, aby go grzać, z biedy wyciągać, nakarmić, obuć, ratować —
— A do czegóż ma być? — przerwał Foka.
Pańcio wracał wzrokiem do wędki z uśmiechem, znów spojrzał na Fokę z wyrzutem, rozjuszył się:
— No tak, a kiedy on już wyciągnięty, wtedy on najpaskudniejszy, śliniawy gad, niech go piorun spali i siarka i skała po głowie! Tego tylko wart, ho-ho, ja to wiem.
Cwyłyniuk zapiszczał grzecznie:
— A czemuż on taki, panoczku?
Pańcio wściekał się dalej:
— Gardziele same, jeden z drugim rura śmierdząca, co z przodu wrzucisz, to z tyłu wyleci! Chapałby tylko, a sam by nic nie dał, ani parszywego włoska z głowy, taki śmierdziel!
Cwyłyniuk dopytywał cierpliwie: —
— A bogacz lepszy? Zimą mówiliście jakoś inaczej. —
— Bogatego cały smród szczelnie zawinięty w czyste szmatki, za to chapie stoma łapami, łyka setką pysków, chłepce tysiącem gardeł, sto tysiącem gardeł, ale — nie bójcie się! i jego setki pysków będą chrupać aż do kosteczek.
— To któryż dobry? — pytał Cwyłyniuk.
Pańcio uspokoił się, dotknął palcem korobki:
— Ten pstrąg, za przynętę, za muchę marną daje swoje ciało. I ten człowiek co taki durny jak pstrąg.
Także Foka opanował się, zapytał spokojnie:
— To po waszemu nie trzeba z biedy wyciągać?
— Ha — niby trzeba, ha — niby to jedno dobre, ale z tego nic nigdy nikomu, a biednemu najmniej.
— To po cóż wyciągać?
Pańcio cisnął wędkę na ziemię, srogo rozjąkał się, potem wypłakiwał męcząco, nieznośnie.
— Be-behekacie, ku-ku-kuryczycie się razem z po-popami, żeście chrześcijanie, a któryż z was zawąchał, co ten je-jeden n-na-nakarbował: „By-byłem głodny, a nie nakarmiliście mnie, byłem g-goły, a nie odzialiście mnie. —“
Foka przerwał porywczo:
— Milczcie! Nie śmiejcie urągać, to Jezus powiedział.
— A któż urąga? — wydzierał się Pańcio. — To wy-wy wszyscy urągacie, śmiejecie się z Niego razem z popami.
Zmartwiony Petrycio wypulał smętne oczy na Pańcia, a dziobata twarz jeszcze bardziej podziobała się. Jak gdyby dla powszechnej ulgi zaśmiał się, ucieszył się niby to:
— No, widzicie, my ludzie grzeszni, a on był z Boga i —
Pańcio nie dał mu mówić dalej, dobywał z siebie ostatków wściekłego jęku:
— On był z takiego miejsca, co go wcale nie ma na święcie i z takiego dnia, co go nie ma w kalendarzu. Ciało swoje dawał, życie, bez żadnej przynęty, lepiej niż pstrąg.
Petrycio uparcie przybijał do zgody:
— Mądrze mówicie i za to Hospod Boh go wywyższył.
Pańcio ścisnął wargi zawzięcie, jak pies, co wgryzł się zębami w patyk i nie wypuszcza. Cedził zadychając się:
— I za to wasz Bóg wysoko go zawiesił, całkiem wysoko do słońca. Patrzcie jaki zakrwawiony! Ja pstrągów nigdy tak nie wieszam. Na durnego Kaina z nieba wrzeszczał: „Gdzie twój brat, Kainie?“ A do niego któż śmie z dołu wrzasnąć: „Gdzież twój syn, Kainie?“
Głuchy pomruk oburzenia przeszumiał, niezrozumiałe przekleństwa i okrzyki wybuchały wśród siedzących w altanie i wokół altany. Wstawali. Foka stojąc nadal, uspokajał ich niecierpliwym ruchem ręki, a Sawicki skoczył pośpiesznie, rozłożył szeroko ręce, zasłaniając im wyjście, jakby się obawiał, że ktoś zdzieli Pańcia kułakiem. Szeptał urywanie:
— Czekajcie, nie sądźcie, nie sądźcie.
Petrycio nie burzył się, lecz zniecierpliwił.
— A wy adwokata dobrego macie, Pańciu?
Pańcio żachnął się ze złością:
— Dla mnie adwokat? tfu, po cóż?
— Do procesów z Bogiem — wypalił Petrycio. — Wygracie na pewno, jak mój wujko Foma z panem.
Opętany Pańcio pytlował nieprzytomnie:
— Każda teraz wie psianoga, tyle z Bogiem co bez Boga. A wy mniej rozumiecie niż chudoba. Spytajcie Maksyma, tego spod Jaworza.
Skoczył ku wędce jak kot na mysz, chlasnął wodę zbyt głośno, wypulił oczy ku wodzie.
Witrołom choć z opóźnieniem, oburzył się gromko:
— Maksym nigdy, przenigdy nic przeciw Bogu. —
Pańcio zapatrzony w wodę odpowiadał cicho, niedbale:
— Grzeczny starowinka, przeciw nikomu nie mówi, a śmieszek taki kapie mu z wąsa, że widać.
— Kto śmiał go pytać, wy? — zagadnął Witrołom.
Pańcio przelotnie łypnął złym okiem od wędki, znów patrząc na wodę lepiotał cichutko, by nie płoszyć ryby:
— Ja nie, a był co pytał go, czy prawda, że Boga nie ma, a Maksym —
Pańcio zaśmiał się cicho, wpatrywał się dalej w wodę.
— Cóż Maksym? — nalegał Witrołom.
— Maksym w śmiech i powiada: nie tak się pyta, trzeba inaczej. — Inaczej pytać, rozumiecie? — oddalał się powoli, zupełnie pochłonięty wędką.
Witrołom zadumał się, poniewczasie wyszeptał z żalem:
— Coś tu wywracacie, dziadeczku, u Maksyma inny rewasz.
Pańcio nie dosłyszał, nie odpowiadał, a Foka machnął ręką wyniośle:
— Za trudno z nim! — wszedł do altany.
— Oj trudno — przyznał Witrołom.
Giełeta znudził się zupełnie, podniósł głos:
— Ech, odczepcie się, nie tykajcie go, jemu tylko ryba pachnie, a on sam najsmaczniej pachnie czortu. I księdzu też. Niech się obaj, ksiądz z czortem, o niego czuprują, co nam do tego.
— To on do nas przyczepił się, jak pies zębami do łydki — odparł Petrycio niewesoło.
— Zostawcie go, nie sądźcie — prosił Sawicki.
Matarha warczał:
— Dym! Dym w oczy gryzie i tumani, gdyby to na mnie, tobym go dawno przepędził.
Najmłodszy z Koczerhanów, Michajło, ośmielił się, wołał w ślad za oddalającym się Pańciem:
— Cóż my wam złego zrobiliśmy?
Gdy Pańcio oddalił się całkiem, stary Koczerhan odezwał się półgłosem:
— To inaczej było u Maksyma, nie tak.
— Oj, nie tak — powtórzyli jeden po drugim bracia Koczerhany.
— A jak? — pośpiesznie pytał Witrołom.
Stary Koczerhan opowiadał rozważnie:
— Byliśmy z braćmi nad Górną Rzeką, kiedy o tej rozmowie poszła wieść. Poszliśmy od razu do Tanaseńka Urszegi, to on pytał Maksyma. Tanaseńko śmiechowy, któż nie wie? Próbował tego białego, zarzucił mu kluczkę i opowiadał nam. Przychodzi aż na górę, na Jaworze, do Maksyma, pyta z miejsca ostro: „Powiedzcie, to prawda, że Boga nie ma?“ — Maksym nie dał się, zaśmiał się, i cicho. A Tanaseńka nie trzeba ciągnąć za język, dalej go przypiera: „Powiedzcież“. — Wtedy Maksym znów w śmiech: „Człowiecze, jakiś ty dziwny! Podumaj sobie, gdyby kto zapytał: ano powiedzcie, czy nie ma Tanaseńka? Tak nie uchodzi. Pytaj sobie, ale inaczej: „Czemu ja się z nim nie zapoznam, czemu nie pamiętam, czemu nie szukam, czemu nie widzę.“ — „Jakżeż pamiętać?“ — pyta Tanaseńko. — „Tęsknić“ — mówi Maksym. — „A jak szukać?“ — „Po śladach“ — odpowiada Maksym. — No i dobrze, cicho. A teraz Maksym zarzuca kluczkę: „A ty czemu nie pytasz jak zapoznać się z Bogiem?“ I już Tanaseńko, tak opowiadał sam, jak zając uszy po sobie, niby go nie ma w kapuście. A Maksym: „Wiesz jak?“ „Jakżeż?“ — pyta Tanaseńko. „Oddać życie“ — powiada Maksym. Tanaseńko jakoś rozsumienił się, pyta inaczej: „No, to nie pogniewajcie się, Maksymku, powiedzcie, jak Go zobaczyć?“ Maksym bardzo leciutkim śmiechem świdruje i tak mówi: „Kupiec z ciebie nie jaki bądź, już do cielęcia na dokładkę chcesz krowę, a jeszcze za cielę nie zapłaciłeś. Domagasz się dużo, daj sam choć jedno.“ Tanaseńkowi zwisł język, ale go jeszcze sztorcuje: „A po waszemu jaka korzyść z Boga?“ Ten biały patrzy, patrzy, oczy mu łyskają i szepnął: „Dla kogo?“ „No niech będzie dla was“ — mówi Tanaseńko. Na to Maksym: „Jest korzyść malutka, taka jak dziecku z matki, ale większa. A jest korzyść wielka, taka jak komarowi z całego lasu, a także większa. A znów nie tak pytasz, pytaj: jaka korzyść Bogu ze mnie“. Tanaseńko zmiarkował, że tamten cichy śmiech mocniejszy, a kluczka na nic. Tak opowiadał nam sam Tanaseńko, słowo w słowo.
— Słowo w słowo — powtórzyli obaj bracia Koczerhany, jeden po drugim.
Mimo wszystko oglądali Pańcia z daleka jak urzeczeni. Także Cwyłyniuk już mu więcej nie towarzyszył, siedział w altance razem z innymi i patrzył. Pstrąg za pstrągiem spadał na podłogę haci, wyglądało, że Pańcio natrafił na wcale rzadką wiosenną ławicę pstrągów. Słyszeli, jak raz w raz pojękiwał przeciągle. Mandat prysnął śmiechem:
— Śpiewa pstrągom.
— Kołysze — dorzucił Giełeta.
Petrycio naśladował z cicha:
— Forél — forél...
Stary Koczerhan ofuknął surowo:
— Ludzie, wy to za lekko!
Znów milczeli, tylko hać ciurkała, las gwarzył. Petrycio chwycił się za głowę, przypomniał sobie swoje brzemię kucharskie. Wołał Harasymka, innych chłopców i dziadków do pomocy. Wracali biegiem.
Nie było jeszcze południa, gdy Pańcio z kwaśnym uśmiechem nasypał Petryciowi dwa pełne koryta pstrągów dla garnka.



CZŁAP-CZŁAP

To co gdzie indziej uregulowane zwyczajem, zapewnia kolibie odległość: przed południem nie można się spodziewać gości. Tylko trzody jasienowskie przybyły nieco wcześniej. Z powodu wczesnej wiosny wypędzono je na tydzień przed Juriem, tak aby wydoić na sam chram leśny na Riabyńcu, a po odpoczynku pognać jeszcze wyżej do zapasów siana jesiennego aż do czasu, kiedy wysokie pastwiska wybujają świeżą trawą. Wyszły z Jasienowa wczoraj po południu, nieprzerwanie skubały po drodze, gdzie mogły, nocowały w zagrodach na Kraśniku tuż przed puszczą. Tam też napasły się na skrajach lasu jak się dało. O świcie ruszyły powoli, człap-człap, kop-kop, drep-drep, pyrsz-pyrsz, bam-bałam, dzyń-dzyń — heej. Za dawnych czasów zazwyczaj już od wiosny pędzono chudobę, o ile jej było dużo, od pastwiska do pastwiska, pilnując jej zawsze z bronią w ręku. Trzody nie oddalały się od swych osiedli dalej, jak na trzy-cztery dni drogi. Lecz naszych syheł, wądołów, wąwozów, jarów i przepaści leśnych, gdzie każde drzewo inne, każdy krzew i liść wciąż nowy, nikt nie może poznać, choćby dziesiątki lat chadzał. Szlakiem znanym, a nigdy nie poznanym, oto droga pasterzy szczytami. Dlatego gdzie las się trzyma, tam nie zachwieje się stara prawda pasterska. Dopiero gdy siekiery i piły naruszą lub zniszczą las, a drogi poprzecinają, także trzody uszkadzają go i kończą. Wtedy lasowi koniec, a pasterstwu niebawem także. Na wiosnę obcemu wędrowcowi wydaje się czasem, że do świeżej zieleni naszych samotnych puszcz i do wyzwolonych z lodu strug i zbudzonych wód należą chyba tylko zbudzone wiosną leśne dziewki-niauki, złośliwe sczeznyki, rogate dziady leśne. Już, już wychylają się, skoczą, zapiszczą, sczezną. Pasterze wiedzą, że są i tak, bo czyhają zawsze, a zjawią się kiedy im potrzeba. Dla pasterzy wiosna tak długo nie otworzyła oczu, nie zbudziła się tak długo, dopóki oczy chudoby nie zaświeciły wśród zieleni, dopóki jak żywe szkło powiększające nie przybliżyły pastwisk i lasów. Bez oczu tych wiosna ślepa, jak ślepy świat bez słonkowego oka i bez gwiazd. I głucha także, dopóki kroki nie zadzwonią na płytach, nie zachlapią po kałużach, dopóki dzwonki nie zabrzęczą: człap-człap, kop-kop, drep-drep, pyrsz-pyrsz, bam-bałam, dzyń-dzyń — heej. Niestety obcy wędrowcy dostrzegają w chudobie wyłącznie użyteczność ludzką, dla podniebienia, dla brzucha, dla ciała: mleko, masło, bryndzę, wełnę, skórę. W oczach pasterzy wiośnie również potrzebna jest żywa chudoba, jak wiosna — chudobie.
I na Riabyniec dotarły wreszcie te odgłosy. Zaledwie usłyszeli butynary siedzący wokół haci i w kolibie te budziki wiosenne, pobiegli hurmą nad potok. U czoła pochodu kroczył z trembitą główny pastuch, kudłaty Trofymko. Zajęty wyłącznie trzodami, nie witał się wcale z ludźmi oczekującymi na brzegu. Zbierał spod wymion matek niedawno urodzone jagniątka do besahów i układał na miękkiej otawce. Bowiem jagniątka, mimo że miały łapki nadmiernie grube, jak gdyby spuchnięte, nie mogły jeszcze same nadążyć za stadem. Z nieruchomych czarnych ich pyszczków wysuwały się nadal do ssania różowe języczki. Matki-owce skupiły się koło Trofymka, wąchały i pobekiwały żałośnie. Pastuchowi towarzyszył nieodstępny skalny cap, kosmaty i brodaty. Cały zmieniony w sprężynę, podnosił przednią nogę, zatrzymał się jak do skoku, wznosił brodę, węszył, zabeczał z żałosnym ostrzeżeniem, jak gdyby przed smutną dolą. Czujnie mierzył dal oczyma. Poskoczył raźnie naprzód, myszkował wszędzie z natężoną uwagą, słuchał. Potem odwracał głowę ku pastuchowi. Czekał lub zawracał.
Choć pastuch nie witał butynarów, przecie przebiegał badawczo oczyma wszystkie lica. Potem jeszcze śledził przenikliwie choć pośpiesznie jednego po drugim, czy nie uchwyci ostrego oka, uroczliwego spojrzenia. Uspokoił się, machnął ręką, lecz zaraz złapał się za głowę, przypomniał sobie coś, wmieszał się w czeredę owczą. Odszukał rozczochraną, srokatą owcę, poskrobał ją paznokciami pod brodą. Potem odszukał inną siwą, schylił się, cyrknął jej raz i drugi trochę mleka z wymion. Tak było im potrzeba, tak były przyzwyczajone. I pastuch i cap zajęci tylko chodem połonińskim, jakby tylko oni sami byli na świecie, nie troszczyli się o nic więcej.
Wysłuchiwali żubrowego rogu z dalekiej połoniny, skąd wzywa święty Jurij, junak Boży, w zaroszonych postołach, w pancerzu lśniącym od ros wiosennych. W tym samym czasie tysiące podobnych pastuchów i capów, tysiące trzód słucha jego rogu. Jak ruchome listki przesadzają się z dolin w połoniny, wsuwają się w świeżą zieleń, liżą ciepłe rosy, dziwują się zbudzonym wodom. Od greckich mórz, od Bałkanu przez Karpaty, poprzez Alpy i przez Pireneje, aż nad Ocean strumieniami sypią się żywe krople boże w górę ku pastwiskom: radicare, chód połoniński. Alpengang, transhumance. Bo wszędzie ten sam junak święty wabi młódź czule — „malé, malé“[14], wszędzie zachęca potężnie: „heej!“
Zazwyczaj strzyże się owce przed wypędzeniem w połoninę, lecz Maksym Szumej, wobec wiosny wczesnej, przeto niepewnej, odłożył strzyżenie. Cała trzoda owcza wyruszyła kudłata, tak jak przezimowała. Dwa barany, u przodu czarny z dwiema parami rogów, wielką zakręconą a drugą ostrą, jakby wystawioną do uderzenia, i drugi baran nieco mniejszy, biały, przy końcu pochodu pilnowały i trzymały w ramach wciąż rozlewające się stado owiec. Czasami pastuch gwizdnął, a stado dreptało raźnie za nim, czasem baran dawał kierunek, a pastuch zmiarkował, że zagapił się i szedł za baranem. Żadna fala żywa nie bywa tak podobna fali wodnej jak botej owczy. Ludzie cisnący się tłumnie zazwyczaj starają się przepędzić jeden drugiego, rozpychają się lub odpychają się, owce wciskają się jedna obok drugiej, jak najciaśniej dla schowku z lęku, a dla zagrzania się tulą się wełna obok wełny. Ludzie nie tylko nie odkryli dotąd niczego cieplejszego od wełny owczej, lecz życzą sobie jeszcze w dnie uroczyste: „obyście tak obrośli jak owca“. Co prawda, choć w owczej kupie nie ma takiej gorączki jak w ludzkiej i owce nie szkodzą tak jedna drugiej, przecież jeszcze zapobiegliwiej dbają o przyrost wełny, bo skubią, gdzie mogą każdą trawkę, każdy kosmyk po drodze. A przecie fala boteju jeszcze jest jak gdyby bardziej bezwolna, bo czujniejsza. Choć wylewa się za brzegi, wciąż daje się ściągać do kupy. Zwrot capa, gwizd pastucha, ruch rogatego barana zawraca ją i zwraca w każdej chwili, jak gdyby niewidzialny pastuch wód zatrzymywał wodospad i jak gdyby na jego znak fala wspinała się w górę.
Konie, same wybierając drogę, szły równo i rozważnie jak w zaprzęgu. Bardziej niesfornie poruszały się krowy, lecz najniesforniejsze były źrebięta. Wciąż odstawały i odlatywały. Psy urzędowały, trzeba czy nie trzeba, jak to urzędnicy. Hasały czujnie a niepostrzeżenie od przodu ku tyłowi, znienacka podpędzały szczekaniem. Czasem chwyciły za nogę niesfornego źrebaka i w mig zmykały przed jego wierzgnięciem. Zadowolone z wyczynu przybiegały do pastucha. Lecz gromadki kóz, ciekawych i samodzielnych uskakiwały w gąszcze, nie dając wcale psom rządzić sobą. A gdy który pies zapomniał się, nie umykały wcale, uparcie wyczekiwały nastawiając rogów, nawet naskakiwały nań z rogami, broniąc swego własnego porządku.
Człap-człap, kop-kop, drep-drep, pyrsz-pyrsz, bam-bałam, dzyń-dzyń, heej. Trzody kołysały się bardzo powoli, przeto niektórzy goście chramowi, przybywający od wsi, zaczęli je wyprzedzać. Gdy Trofymko zobaczył gości, chwycił się za głowę, gwizdnął na psy, pospieszył osobiście ku tyłowi, przynaglał trzody, pokrzykiwał na ludzi, zaklinając by mu nie płoszyli chudoby. Znów śledził lica gości, szczególnie kobiet, czy nie posypią się od nich złe uroki na rosiczkę bożą i na jej mannę. Rozjuszone gwizdem psy pomagały ratować, natrętnie oszczekując odstające zwierzęta, ostrzegawczo szczekały na gości, aby nie zbliżali się do chudoby. Cap podskoczył raźnie naprzód, barany wysunęły się pośpiesznie, za nimi polała się żywiej czereda owcza.
Może kto widział kiedyś latem poobiednią wspólną drzemkę owiec na połoninie? Gorące słońce wyciąga z nich ceremoniał niezwykły a niezapomniany dla tego, który go odkrył. Wiele setek owiec ściska się gęsto, jak najgęściej, owca przy owcy, owca za owcą. Tylne szeregi wsuwają głowy między tylne nogi przednich szeregów, w których śpią starsze owce. Wsuwają jak gdyby chowały je w kołdrach czy w pochwach. Stojąc wśród miękkich traw, śpią wszystkie w ciszy. W upojeniu jeden tylko jedyny ruch wykonują, ruch oddechu wspólnego. Ale tak są silne pchnięcia ku przodowi jakby zatchnęły się i ratowały się od uduszenia. Albo jak gdyby zatopiły się w parowaniu. Nie między osobnikami lecz w parowaniu powszechnym gromady. Prawie jak gdyby we wspólnych modłach. Niewiele tylko owiec śpi oddzielnie, leżąc na trawie, a jeszcze mniej pasie się swobodnie, stojąc na nogach trzeźwo, bez snu. Te które śpią wielkim a wspólnym snem, chwycą czasem jakąś trawkę spod stóp i żując ją znów zasypiają. Czasem narusza się równowaga zatopionej we wspólnym śnie gromady, bo stojące na samym przedzie starsze owce poruszą się w półśnie o kilka kroków. I niezwłocznie te, które kryły głowy między ich tylnymi nogami, szereg za szeregiem, budzą się zaledwie, posuwają się o kilka kroków, szukają schowków między nogami, aby nie przerwać łańcucha ciepła i owczej wspólnoty. W tym zatopieniu nie dojrzysz ani śladu codzienności owczej ani lęku, ani płochliwości, ani beczenia jękliwego. Cisza i bezpieczeństwo.
Na stokach i polanach Riabyńca Szumejowe owce rozpoznały swoją ojcowiznę. Od południa słońce rozogniło się nagle, a w kotlinach nie było ani powiewu, toteż owce oddały się uroczystej wspólnocie. Gospodarz i goście chramowi szanowali owcze nabożeństwo. Nikt nie zbliżał się do nich, a jeśli kto je oglądał z daleka, to tylko ukradkiem, z uśmiechem zachwytu, jak gdyby powracał do dawnego wspólnego świętowania, do wiosny powszechnej.
Bo nieraz już od małego układają się pastuszki w słońcu razem z owcami w podobny sen. Śpią tak jedne na drugich, jedne pod drugimi, jak na żywych poduszkach. W ten sposób jeszcze przed strzyżeniem, przed przędzeniem i motaniem i przed tkaniem wełny, dzieci dowiadują się niejednego o wełnie. Bo we śnie takim ufnie trzymają się owiec za szyje, za rogi, za kędziory. Dowiadują się wówczas także, że wełna w tym samym rytmie snuje się i zakręca, co rogi owcze. A budząc się i przyglądając się dokładnie sprawdzają: gdzie rogi proste — tam proste kędziory, u której owcy rogi faliste, u tej i wełna falista, a u której rogi kręte, wełna zakręcona.



SZEPTY I CHĘTKI

Wśród gości mężczyzn było niewielu, głównie dlatego, że zbierali się do chodu połonińskiego albo wiosnowali naprędce. Za wszystkich mężczyzn wszakże starczył jeden najważniejszy, nie byle feto, i nie kto inny jak głowa wielkiego Żabiego, sam wójt i to taki, którego panowie i mieszczanie het, aż poza daleką Kołomyję i poza Stanisławów nazwali gubernatorem Żabiego.
Na razie napływały przeważnie kobiety, od święta jak zazwyczaj ubrane nie tylko suto, nawet ciężko. Żony, matki, siostry i córki butynarów, ostatecznie te, i to przeważnie młode, które kto zdążył zaprosić.
Dobrze wiadomo od dawna, że na pasterskich stajach nie wolno się zbliżać do kobiet, ani zaczepiać ich nawet w żarcie nie wolno, gdyż niechybnie dziki zwierz zacznie zaczepiać chudobę i chapać, tak iż odechce się zaczepek i żartów. Bez głośnych zakazów zresztą unosi się nad stajami stara prawda, rada szeptana, by nawet nie myśleć o kobietach. A na butynie szczególnie zimą jeszcze surowiej, bo z tęsknoty wypełznie biesica, ujawni się w postaci wytęsknionej kobiety, zaprowadzi od razu na samo dno zimy. Tym bardziej nie wolno zaczepiać kobiet, gdyby się przypadkiem zjawiły na butynie, ani igrać z nimi swawolnie, bo zaraz kłoda zaczepi i roztrzęsie kości albo rozigrają się wody podziemne, rozwalą hać, zniszczą pracę albo nalecą nocą na samą kolibę.
Jako kierownik wyrębu Kuzimbir Biłohołowy, zwany zazwyczaj Witrołom, pilnował jak mógł szczególnie młodych żabiowców i ich brudnych pysków, aby nie wyzwali czegoś niesamowitego, ustawiał nawet tamy dla myśli. Choć z trudem udało mu się widocznie, bo mimo zaczepną zimę i odwilż niespodzianą, nic nie zaczepiło ani nie naskoczyło.
Co innego po ukończeniu robót, święto podczas chramu to całkiem inny rewasz. To prośba z pomocą tańca, tak jak jest kamień co probuje złoto: na oścież bramy, w górę zastawy, niech tańczą wody! To próba czy człowiek bez pętli i bez pałki może być człowiekiem. Może i taka próba, czy rękę można dopuścić do rzeźby, czy niechaj lepiej na zawsze pozostanie przy korowaniu. Niech ściska jeden i drugi dziewuchy i mołodycie w tańcu, niech mu głos zardzewieje od hałakania, niechaj postoły potrzaskają od tańca, niechaj sam pada ze zmęczenia i niech potem śpi jak kamień, a przecież on człowiek! Inaczej jeśli rozłakomi się zanadto, a przez to zapomni o obyczaju i przystojności, lepiej mu będzie by na zawsze pozostał w jarzmie. Takiemu najzdrowiej będzie, jeśli nazajutrz po chramie pójdzie sobie od razu do kryminału na wytrzeźwienie, na to aby nie było za późno. Leśne święta nie często, przeto obrażać przystojność jeszcze bardziej warko. W lesie człowiek całkiem niziutko przy ziemi leży na sumieniu, tak jakby się schował w głębokim mchu. Lepiej niech się od razu zapadnie, bo już go potem nic nie uchroni przed kłodą, przed powodzią, przed lawiną. Najgorsze to, że zaciągnie innych w niebezpieczeństwo, bo powodzie i lawiny pochopne, nie mają czasu siebie pilnować, a ludzie pilnują jeden drugiego.
Na wieść, że zbliżają się goście, kto żyw wybiegł nad potok. Tomaszewski wraz z kumpanami ustawili się w podwójnym szeregu dla powitania przybywających kobiet. Jedne jechały konno, inne idąc pieszo z trudem ciągnęły za uzdy oporne lub szarpały płoszące się konie i dlatego nieraz te, które szły piechotą bez koni, wyprzedzały inne. Na przedzie jechała gazdyni Bombicha z Koszieryszcza, w wieku rzekłbyś od dwudziestu do pięćdziesięciu lat, przysadzista, niedźwiadkowata, o siwych wypłowiałych oczach, głęboko wtłoczonych w wystające oczodoły. Dopędzała ją i przepędzała Kateryna Biłohołowa, żona Witrołoma, z dzieckiem na ręku, dorodna i wysoka, o szyi szczególnie kształtnej, wyprostowana a ściśnięta mocno w pasie szeroką krajką. Kołysała się w szerokich biodrach. Jasio i kumpany zaczęli swój zawód świąteczny. Jak taksatorzy gminni oglądali i oceniali to szeptem, to głośno. Gęsiecki mruknął na Jasia:
— Bombicha bombistsza od swego Bomby.
Bombicha słysząc coś lub czując spojrzenia zmrużyła oczy, jakby weszła z ciemności w jaskrawe światło. Jasio odmruknął głośniej, oceniając dokładniej:
— Wydmuchany czerep na czerepie, głowa bez szyi, nogi kończą się prędko, sam brzuch tylko i łapy niedźwiedzie.
Zwrócił uwagę na Biłohołową, pomrukiwał przychylnie:
— Za to ta zaprasza nieźle, miejsca na tuziny bachorów, dobrze że Witrołom uciekł na butyn, dziewięcioro dzieci to dosyć.
— A tak — śmiał się Gęsiecki — taka jak ta może rodzić co miesiąca, a Witrołom zmarniałby całkiem.
Bombicha przejechała prędzej bokiem jak gdyby ukradkiem, bezradnie odwracając głowę od taksatorów. Biłohołowa przechodziła powoli, witali ją głośno i grzecznie. Lecz zaraz zaroiło się i kumpanom było trudniej oceniać. Zatrzymali spojrzenia na jakiejś czarniutkiej żabiówce, niebrzydkiej lecz bladej z podkrążonymi oczyma. Nie zwracając uwagi na szepty i utkwiwszy oczy w ziemię przebiegła pod nos kumpanom nie witając się wcale. Za gromadką starszych kobiet witanych przez kumpanów grzecznie a bez taksowania stąpała mocno jak chłopiec, może szesnastoletnia siostrzenica Biłohołowej, Połahniczka Slipeńczuk z Krzyworówni, z czupurną nieco rozwichrzoną jasną grzywką nad czołem, łyskającymi oczyma, z łydkami okrąglutkimi jak gdyby spuchniętymi lekko, podobnie jak policzki u dobrze karmionych dzieci, z dość dorodną piersią wypiętą przed siebie. Przeskoczyła zgrabnie przez potok i nie ustępując wcale wyzywała oczyma, oczekując, że kumpany ustąpią.
— Chwali się cyckami — mówił dość głośno Giżycki — a może spróbujemy się kto mocniejszy?
Połahniczka zaśmiała się dźwięcznie, pogroziła małą pięścią:
— Ej, nie próbuj!
— Spróbuj, spróbuj — zachęcał Tomaszewski.
Giżycki ujął wpół Połahniczkę. Zatrzymała się, wsparła się mocno na nogach i od jednego rozmachu rzuciła go na ziemię. Sama pochyliła się, prawie padała, lecz wyprostowała się, stąpała mocno dalej.
— Widzisz, Jasiu, przez ciebie, nie gniewaj się, Połahniczko — mówił dobrodusznie Giżycki, stając i otrzepując spodnie. Połahniczka odwróciła się ze śmiechem.
— A może Jasio chce spróbować?
Tomaszewski przyjął wyzwanie, zaczęli się szamotać, a tymczasem inne kobiety omijając ich przechodziły dalej. Już ciskał Jasio dziewczynę, już prawie padała, lecz nagle wyrwała się, odskoczyła, wyprostowała się i sklęła:
— Ty babiarzu pusty, ty myślisz że tu Żabie — skoczyła nań jak kot i z całej siły cisnęła nim, aż położył się jak długi na trawę.
Głośny śmiech przeszumiał przez szeregi kumpanów, najszczerzej chociaż ciszej cieszyły się kobiety. Jasio wstawał, opanował się.
— Ech, głupia, ciesz się i uciekaj, jeszcze bym ci coś złamał.
— Złam, złam — stawiała się Połahniczka zaczerwieniona, zadyszana lecz ze śmiechem.
Naśmiewali się z niej z daleka, lecz żaden jej więcej nie tknął. Połahniczka ściskała małe kułaki, groziła z daleka. Biłohołowa przyglądała się mocowaniu z wyniosłym uznaniem.
— Takie u nas dziewczyny.
Kraszewski orzekł:
— Wcale niezła na popas, ale trzeba mocnego.
Giżycki machnął ręką:
— Niech sobie szuka mocnego.
Tomaszewski pocieszał się:
— Nie bój się, znajdzie się taki co ją ciśnie.
Następnie szły żony rębaczy bystreckich, wątła i smagła na twarzy żona Iwanyska o głębokich zalęknionych oczach, barwy ciemnego mchu. Urocza, ale za cicha, nieciekawa dla młodzieńców. Tomaszewski zalecał ją z pogardliwym uznaniem:
— Główna wiedźma.
Gęsicki orzekł:
— Para do swego molfara.
Dalej szła żona Matarhy, wielka i szeroka jak żadna z kobiet górskich.
— Kartofla magdeburska — mówił Kimejczuk.
— Ciężkie kobylisko — mruknął Kraszewski.
Tomaszewski pytał z podziwem:
— Przebranka jakaś, z Madiarów czy ze Szwabów? No, no, to ci budynek. — Westchnął głęboko.
Gęsicki otrzeźwiał:
— Nie dla ciebie, do pary ze swoim bykiem.
Żona Mandata pulchna ale lekka, o maślanych niebieskich oczach, rumiana jakby namalowana burakiem uśmiechała się przychylnie czy zalotnie, lecz z nią razem szła Karawańczuczka, żona Łesia, smukła, ściśnięta mocno krajką, o twarzy nieruchomej, bladej, odbijającej spojrzenia jakby nakazującej milczenie. W końcu toczyła się, ciągnąc z trudem konia, hodowanka Bażyły, żona Giełety. Jak jej przybrany ojciec była hodowczynią wielu cieląt i krów, i od razu jakby przerażona butynem, patrzyła na świdrujących ją oczyma kumpanów z obrzydzeniem, wszakże powitana witała się przystojnie.
— A gdzież żona Niauczuka? — zapytał któryś z kumpanów.
Jasio nadął się, wtajemniczał w plotki niby poważnie.
— W lesie pod paprociami wysiaduje mu jaja.
Na przemian to chichotali, to rechotali głośno, potem znów szeptali, oglądając się czy kto nie słyszy.
Wiodąc za uzdę konia obładowanego sterczyście, żona Cwyłyniuka z Jasienowa, niemłoda, beczkowata, lecz ruchliwa, nawet napastliwa Justynka przepędziła wszystkich. Mrużąc czerwone oczy nieco zapłynięte, jakby od częstego gaszenia pragnienia wódką, skoro tylko dojrzała męża, pokrzykiwała radośnie choć z udaną złością. Za potokiem Cwyłyniuk zastygł w szczęśliwym uśmiechu i słuchał. Nikt się nie dziwił, bo nikt nie wątpił, że na tak kochającą żonę nie ma co krzyczeć, za to na kochającego męża krzyczeć można i trzeba. Justynka pokazywała się:
— Ach, ty łajdaku pusty! W chacie serce ci więdnie, ze smutku giniesz, wciąż „kafe i kafe“, a coraz żeś chudszy, a tutaj patrzcie dziada! jaki czerwony, spuchł od zdrowia.
Skoro tylko przebrnęła potok, Cwyłyniuk ściskał ją czule, niezwłocznie wziął uzdę, poklepał konia na przywitanie. Petrycio znajomił się, cieszył się także, a Cwyłyniuk przerywając okrzyki żony, przedstawiał i zachwalał Pańcia:
— Justynko słodziutka, oto nasz pobratym, sławny panoczek z wielkiego świata. Sława!
Justynka nie słuchała, witała się naokoło, potem ku uciesze tłumu pyskowała dalej:
— Ho, ho, ja już wiem jaka to kafe.
Cwyłyniuk upierał się:
— Sława, powiadam, rozumiesz co sława?
Podniecona oporem męża Justynka obrażała przystojność jakby na pokaz.
— Sława, ha, kręć kiermą jak ty umiesz, a ja wiem która to kafe, pewnikiem ci pućka furczy do jakiej dziewki, temuś taki czerwony.
Kumpany zgadując życzenia Justynki, bawili się, rechotali, a Petrycio niby szeptał wcale głośno do uszu Justynki:
— Nieźle mówicie, widziałem jak obejmował —
Justynka ucieszyła się:
— No, widzicie, a którą?
— Smerekę — odparł Petrycio — nie mógł się was doczekać.
Wśród powszechnej uciechy Cwyłyniuk wpatrywał się w żonę czule, cmokał głośno jak to na widok piękna.
— Justynko słodziutka, dobrze tu jak w niebie, a do raju brak ciebie.
Jasio pomrukiwał do kumpanów:
— Rewasz akuratny, chudziak do beczki pasuje.
Kraszewski dodał:
— Czopek do kłody.
Kimejczuk potwierdził:
— Chudy z wsuwania.
Justynka raz jeszcze krzyknęła na męża, by rozpakował toboły, potem nie troszcząc się o nic więcej, wtargnęła do koliby. Tam pokrzykiwała na wszystkich, także na Pańcia. Bez zwłoki zabrała się do pierogów i do gołąbków. Kumpany zajęli się nowymi gośćmi, lecz jakoś już nie znaleźli okazji do zabawy. Oto szła najmłodsza córka starego Koczerhana, która przybyła na chram aż ze Stebnego, z noclegiem po drodze w Krzyworówni. Rosła i dorodna jak ród Koczerhanów, a chociaż młoda, ubrana odmiennie, surowo, w starowieczną długą opynkę czyli spódnicę szeroką a nie zszywaną, z jednego płata szorstkiej tkaniny i białą peremitkę na głowie. Noszono się tak jeszcze podówczas i długo potem nad Dolną Rzeką, a gdzie indziej tak poważnie ubierano kobiety już tylko do trumny. Czoło jej wysokie, nazbyt wypukłe, z lekka porysowane zmarszczkami chłodziło trzeźwością, podobnie jak jej zimny pogardliwy uśmiech. Przenikała ostrymi oczyma, dobijała zaciętymi ustami. Znawca Tomaszewski oceniał ze zdziwieniem:
— Niczego by, niczego, ale zimna czy zła.
Gęsiecki orzekł niechętnie:
— Do monastyru, do behekania z popami.
Kraszewski potwierdził:
— Na nic.
Zupełne milczenie siała wokół siebie towarzysząca jej słynna piękność Krzyworówni, Marika córka Fedia Szestuna. Mawiano wprawdzie o niej, że ani dziewczyna ani mołodycia ani zwedenycia, ale czy to blask jej oczu, czy stroje zaćmiewające blaskiem wszystko co widziano w górach, ścinały zaczepki, gasiły szepty. Otwierała marzące, nawet męczeńskie oczy, w oprawie ostrej, rzekłbyś jastrzębiej, i już jakby jutrzenka rozpłomieniała się, gdyby jutrzenka umiała płonąć szafirowo. Nie tylko surowa oprawa oczu spierała się z ich źródlanym blaskiem, także małe, lekko spuchnięte usta, jakby wyzywające do jedynego śmiertelnego pocałunku, na przekór temu szczebiotały szeptem jak usta dziecka. Lecz kiedy szczebiotała, oczy jej mierzyły nieruchomo, prawie mroziły. Za to gołe kolana widoczne spod wyzłacanej nadmiernie zapaski, uginając się lekko jak w tańcu, wabiły. Odpychając a kusząc, umyślnie czy mimo woli, zamykała oczy, a gdy przechodziła powoli, tańczył każdy krok drobnych stóp, ujętych w miękkie dziecinne postoły ze złotymi sprzączkami. Przez chwilę trzymała oczy zawarte, potem odsłaniała ciężkie ciemne rzęsy, jak gdyby chciała sprawdzić czy nowy wielbiciel już odurzony. Pokusa dla mężczyzn puszczowych wcielona, prawie tak okrutna jak biały pszeniczny kołacz, pozłocony dla zabawy i od święta niby koło toczony przed ludźmi wygłodzonymi. Uśmiechała się nieznacznie, jak rybak gdy wsuwa pstrąga do korobki. Pozdrawiała śpiewanym szeptem:
— Sława Isu, młodzieży.
Młodzieńcy jak gdyby dla pozdrowienia piękna odpowiadali nabożnym chórem:
— Na wieki Bogu i wam sława, Mariczko.
Potem milkli, smutnieli. Kto strzegąc się zawzięcie pokus, przestał wierzyć, że takie istoty przechadzają się po płajach i łąkach, a raczej po snach, jednak nie przestał tęsknić, ten mógłby zrozumieć ich smutek. Kto stępił się i zrzekł się tępo, niech się nie trudzi.
— Ależ to dziewczyna! — westchnął cicho Giżycki.
Tomaszewski jakby zgryziony poprawił cierpko:
— Jakaż tam dziewczyna, kochanka paniczowa, tego barończuka z Bukowiny, brata dziedziczki.
Kraszewski szepnął pośpiesznie:
— Widać, kajdanki złote na rękach, korale, perły, patrzcie.
Odwracali się za nią, oglądali w milczeniu złoto, perły czy postać Mariczki.
Giżycki znów westchnął:
— Powiadają, że z tym paniczem już skończone.
Tomaszewski ocknął się, dodał twardo:
— Pokaże się, pewnie na Fokę teraz zagnie palec.
Kimejczuk domyślał się także:
— Tak, widać to, szuka tu kogoś.
— Smutna jakaś — szeptał znów Giżycki.
— Bo uciekł ten co ubrał, a nie ma komu rozebrać — rechotał Kimejczuk.
Tomaszewski nadął się:
— Tak, wszyscy na nią gwizdają. I z tego smutna.
Giżycki oglądnął się raz jeszcze za Mariczką z nieokreślonym uśmiechem.
— Niechby raz jeden tylko sama na któregoś cicho świsnęła, toby już więcej nie gwizdał. — Zadumał się, pół mówił, pół nucił kolędę:

Gdy szepnie, jedwab sypie się złoty,
Przed cerkwią skłoni się, sam dzwon dzwoni.
Same z łoskotem rozwrą się wrota,
Same w ołtarzu świece się jarzą —

Ucichli wszyscy, zasmęcili się nieświątecznie.
Szczęściem zbliżał się wójt Żabiego, a z nim cały rój pięknych dziewcząt i mołodyc, żabiowskich strojniś, w miarę szczebiotliwych, w miarę milczących, w miarę zalotnych, w miarę wstrzemięźliwych, a wszystkie te miary nie z cnoty szły ani z zasad, tylko z jednej potrzeby, by zawsze i wszędzie podobać się, jakby nie dbając o podobanie, by zaczepiać bez cienia zaczepki. Cały rój tych „paryżanek Karpat“, jak nazwali już przed laty osiemdziesięciu żabiowskie dziewczyny tacy osobliwi znawcy gór i tacy myśliwi, dla których za surowe były nie tylko niedźwiedzie i rysie, nawet głuszce, cietrzewie i jarząbki, bo nie surowości szukali, a z wszystkich czarów magii górskiej jeden tylko czar wynieśli i z szumów Czeremoszu jeden szum tylko w głowach i w kieszeniach. I z tego dymu z chętek i ze swędu pieniędzy całopalonych na węglach chętek — czasem skutecznie, częściej bez skutku — rozsnuła się przez całą Rzeczpospolitą niepoczciwie mściwa sława o niecnocie i chytrości górskich kobiet.
Nie tak dawna pamięć przekazuje, że kobiety jak to bywa w koloniach, nie natężały się w żadnej pracy prócz tkania i wyszywania. Nie tylko nie piekły chleba, lecz nawet nigdy nie obchodziły bydła i nie doiły krów, natomiast tańczyły przy każdej okazji.
Same cienkokostne przyszły ma chram leśny. Jakby na pokaz nie było ani jednej przysadzistej, ni kłodziastej ani chudej ani grubej, nawet te które były tłuste świeciły się pulchnie jak wielkanocne babki i pianki. Ani jednej o oczach wtłoczonych lub skośnych, ani jednej bladej czy rubasznie rumianej, ani jednej z nosem kulfoniastym czy zadartym. Nie były ani wyłącznie czarniutkie, ani jasne. Niebieskie oczy stroiły się w brwi i rzęsy czarne, a czarne głębokie oczy w ramy włosów złotych. Jakby spotkało się w górskim zakątku piękno słowiańskie i romańskie, a poza wszystkim czaiło się jakieś ptasie tło, ocalałe jak gdyby z dawnej rasy jeźdźców i pływaków, co zrosła się z koniem, z brodem, ze skokiem a nade wszystko z próżnowaniem i z tańcem bez przerwy. Ostatki rodu ptasiego, jedne jak niebieskawe gołębice dzikich grzywaczy, inne jak biało-złote sokolice wędrowne. Surowe a czułe, płoche i nieubłaganie wstydliwe, a gotowe do dziobania, do uderzenia, choć nie tak zawzięcie cnotliwe. I komu przez los, który czasem otwiera uszy temu co tego godzien, dane było dosłyszeć w gęstwinie leśnej miłosne szeptania kochanków, jakby czułości dzikich gołębi, ten nie zapomni, że każdy szept był rodem z pieśni, co więcej zarodkiem pieśni, nawet zachwytu, nawet modlitwy wiosennej tak odurzonej, jak skok upojonego wiosną pstrąga ku przynęcie, ponad powierzchnię wody we wrogi śmiertelny żywioł: „Gołąbeczko, sokołyku mój! Zoreńko moja, malowane liczko, malinowe usta, zginę dla ciebie, zatracę się przez ciebie, utopię się bez ciebie.“
Zaproszone na chram leśny żabiówki nie miały na szyjach monetek-skorupek ani we włosach czerwonych zaplotków z włóczki macedońskiej (przywożonej z Debreczyna) zwanych kocykami, jak kobiety z Krzyworówni, z Zełenego i spod Czarnohory. Jak nabrzmiałe jajnikami szyje samic-pstrążyn, szyje ich były obciążone srebrnymi talarami, weneckimi złoto-czarnymi paciorkami szklanymi z Murano, ponadto owinięte w jedwabne szale o wzorach „tureckich“. Jak pstrągi były srebrzyste a nakrapiane czerwono, jak pstrągi, to zastygłe w spokoju to zwrotne, a barwniej czubate niż pstrągi, gdyż na głowach miały różnobarwne puszyste od frędzli chustki.
Nawet te, o których mówiono niedobrze i najgorzej — co czasem podchwytywała plotka zawistnych sąsiednich osiedli, a co za dobrą monetę przyjmowali wędrowcy łatwowierni czy surowi, malując je czarno — nie były wcale głośne, nie narzucały się, nie ciskały natrętnych spojrzeń, wydawały się najwstydliwsze. A przecie nie kto inny, jak najstarszy z żabiowców, Tanaseńko Urszega, bezlitośnie odsłaniając rzekomy wstyd swych rodaczek, dowodził, że za nim kryje się takaż obrzydliwość w duszy jak pod wyszywanymi koszulami i pod srebrnymi talarami zatłuszczone cycki, a pod złoconymi zapaskami brudne tyłki. Tymczasem już sam węch odsłaniał, co kryło się poza takim osądem nienawistnego czy nienasyconego starca. Bo oto żadna z nich nie pachniała gnojem ani krową ni masłem ani nawet potem, lecz wywarem z macierzanek, z goryczek, z koniczyn i z świeżych wczesnowiosennych kwiatów wilczego łyka, gotowanych w miodzie. W tym wywarze myły się, nim nacierały się. Przeto raczej możliwe, że także wstyd, podobnie jak miodowy wywar z ziół górskich, przecie także jakoś wonnie przesiąkał z powierzchni do głębi duszy, jeśli w ogóle czyjeś odurzone zmysły i nasycone pięknem oczy troszczą się kiedykolwiek o dusze młodych kobiet. Jako że nawet księża podobno tylko o starszych kobiet dusze się troskają.
Zaszumiało wśród kumpanów, wywiało im z głowy Mariczkę. Może jest gdzieś w jakiejś cerkwi podobny Mariczce obraz święty, co niejednemu człowiekowi wyrwie niejedno westchnienie od święta, ale w obrazie nikt się nie zadurzy, bo gdy ten i ów wyjdzie z cerkwi i zamiesza się w tłum kobiet, zapomni zaraz o obrazie. Jakież szczęście, że Mariczka nie sama jedna na świecie! Także butyn znikł im z oczu, byli już u siebie, na Żabiu, pod oknami skąd błyskają światła, skąd huczy taniec i wabi wieczorynka. Przestali nawet ostrzyć zęby na obcych kobietach.
Gospodarze butynu witali gości za porządkiem, każdego bez wyjątku. Foka godnie i serdecznie choć w niewielu słowach, Sawicki sztywnie i bez słów, a Petrycio z gościnności wyszczerzał zęby do wszystkich, jakby o każdego szczególnie zabiegał. Nieznajomych zadziwiał, bo z pulkatych smutnych oczu jego, jak z zasadzki wypadał śmiech, a na dziobatej gębie grały zabawne miny i z ust wylatywały słowa-kluczki i nieoczekiwane żarty. Bawił od razu, pokazywał nawet małe komedie, na to, aby śmiech orzeźwił zmęczenie i rozprószył surową obcość puszczy. Potem goście witali się wzajemnie, znajomili się ze sobą, wreszcie stawali lub siadali jak wypadło, przeważnie w towarzystwie sąsiadów i swojaków. Żabiowcy i kumpany poczuli się ciepło, tłoczyli się wokół sławnego wójta. Ze wszystkich stron zerkano ku wójtowi, szeptano z uznaniem, Żabie było górą.
Osobistości historyczne słynne czy to w dziejach kontynentu, narodu czy powiatu, należy wymieniać ostrożnie, aby czegoś nie sfałszować, gdyż są rzekomo węzłami dziejów, co najmniej są na widowni publicznej. Nawet w błahym opisie wspomnień o zamierzchłym chramie leśnym na Riabyńcu jest obowiązkiem dziejopisa wystrzegać się wszelkiej prywatnej wyobraźni, gdy stanie przed człowiekiem wystającym głową ponad prywatę i zadziera ku niemu swą głowę. Na takim bowiem wypadku najłatwiej wykazać kłamstwo opowiadania i gdy kiedyś ktoś znajdzie najmniejszy ślad w papierach, to wszystko przepadło, bo wszystko będzie uważać za kłamstwo. Z papierami lepiej nie zadzierać ani nawet nie zaczynać. Szukamy takiej prawdy, która ważna jest wczoraj, dziś i zawsze, i dlatego wspominamy słynnego wójta, boć przecie w dziejach nic widocznego po nim nie zostało. Dotąd nikt nie zdołał nawet przekazać nam w piśmie ani w słowie imienia ani nazwiska ówczesnego wójta Żabiego, chociaż było ono największą wsią na całym obszarze ówczesnej Monarchii, jak po latach na obszarze Rzeczypospolitej. Zaledwie Iwan Franko w przygodnej uwadze wspomina o nim, nazywając go sekretarzem czy pisarzem, może dlatego, że wójt był piśmienny. Nie znamy nawet dokładnie okresu jego wójtowania, co najwyżej wnioskować możemy, że nasz wójt urzędował jeszcze jakie dwadzieścia lat przed słynnym wójtem Dmytrejem, o którym wiadomo, że pojechał z delegacją do Ojca Świętego, a potem jeszcze znany był z pieśni, którą śpiewano aż do naszych czasów. A przecie wójt, o którym wspominamy, do tego stopnia zasłynął we współczesnym mu świecie, że po miastach i wśród panów nazywano go gubernatorem Żabiego. Gdy przyfrunęły wieści, że pan cesarz chce wypuścić konstytucję, jak niegdyś jego pradziad wypuścił zagadki, wójt, jak gdyby idąc w ślady dawnych przewódców ludu górskiego, zwołał całą gromadę żabiowską i uroczyście ogłosił, że odtąd gromada Żabie będzie sama dla siebie, sama będzie wydawać swoje prawa i wymierzać sprawiedliwość i nikogo nie uznaje ponad sobą oprócz samego pana cesarza. Nie potrzeba dodawać, że gromada przyjęła słowa głowy z podziwem i uznaniem, a nowa sława Żabiego przeszumiała przez sąsiednie osiedla, przyjmowana w miarę z podziwem, w miarę z zawiścią i podejrzeniami. Przeszumiała także daleko poza Prut i pod Dniestr, przyjmowana to ze zgrozą, to ze śmiechem. Wójt bowiem zupełnie pokojowo postanowił oderwać się od Państwa, to znaczy od papierów i od furdygi, i w ślad za tym kancelaria gminna przestała przyjmować zarządzenia państwowe, wszelkie papiery gubernialne, powiatowe i sądowe, ponadto nie dbała o roszczenia pańskich dominiów i obszarów dworskich, a natomiast samo Żabie sięgając po władzę duchową w myśl zaleceń wójta posyłało sąsiednim gminom wiejskim swe rady braterskie.
Żabie nie tylko było zalążkiem stolicy, miało także za głowę ludzi niepospolitych lub zgoła wielkich. Żeby tylko wspomnieć ostatnich wójtów, surowego Dutczieka, na którego wystarczyło spojrzeć, by zrozumieć dlaczego jego wysoka, nieco pochylona a jakby nabożnie milkliwa i surowa postać nakazywała respekt wśród swoich i obcych, także wtedy, gdy grzecznie lecz śmiało a twardo przemawiał do Józefa Piłsudskiego: „Najjaśniejszy Panie Naczelniku, nasz miły pobratymie“. Czy też by wspomnieć ostatniego wójta Petra Szekieryka-Donykowa, który mimo pewną bezbronność wobec wódki i żony, był człowiekiem talentu, jeśli nie geniuszu, i stworzył dzieło, które, o ile je kiedyś odkopią, będzie chlubą samorodnego piśmiennictwa i starego języka rzetelnym pomnikiem, jakiemu nie ma równego.
Na szczęście sama osoba wójta z okresu lat siedemdziesiątych znana nam poniekąd z opowiadań. Niestety, nie był on gruby, jak wójtowi wypada. Niepozorny, nawet trochę zawiędły, jakby niemrawy, choć dość wysoki. Za to z chytrym długim nosem, lecz wcale nie mowny, za to wymowny. Raczej na pisarza podobny, na sekretarza, niż na wójta, ale nie żaden napuszony dziwluha ani wzgardliwie przemądry szarapatka, ani znijaczona łata — jak to niekończącymi się przezwiskami przezywano surdutowców — owszem, choć średni gazda, skromny jak wielki pan, a trochę twardy niby watażko. Jak stary przemyślny kot kręcił się, mruczał, aż skoczył nagle, słowo rzekł, uchwycił celnie. Koty nie przemawiają, lecz z tego widać, że słowa i przemówienia wójta były czynami. Czynem były także jego odwiedziny leśnego chramu, potwierdził tym i umocnił sławę Foki. Wójt nawet przepowiedział nad dziwo proroczo, że o Foce będą śpiewać pieśni, tylko pomylił się wieszcząc, że będą śpiewać o butynie. Pieśń nie sławę butynu wybrała, tylko dumę o śmierci Foki, a głównie o tym, jak potok i połonina Riabyniec, biała mgła i biały ptak tęsknią za Foką. Pieśń jest jak ptak, nie tylko kotom się wymyka, nawet głowom urzędowym, nawet takim co wybrane przez lud i dla ludu.
Wójt swoim zwyczajem, jak zwycięzcy przystało, pochylił głowę skromnie, zwracając się do Jasia, pytał krótko:
— Nie smutno wam tutaj?
Jasio od kiedy przywitał się grzecznie z wójtem i gośćmi żabiowskimi, swoim zwyczajem zesztywniał. Zapytany publicznie przez samego wójta sadził się:
— Na smutek nie ma czasu, weselej jak we wsi.
Wójt mruknął:
— Kobiet nie ma.
Jasio ciągnął z pychą, jakby na to, aby sam wójt go wybadywał:
— Nie dbamy o to, z takimi dziewuszkami nocujemy o jakich we wsi się nie przyśniło.
Wójt zdziwił się, podniósł głowę:
— Z jakimiż dziewuszkami?
Jasio z uśmiechem ronił słowa powoli:
— Co nocy schodzą do nas białe chmurki, że ślepniemy, nieraz burze, drzewiejemy, a od wielkiego święta — lawiny, wesoło.
Wójt oglądał go uważnie, znów opuścił głowę skromnie:
— To tak, wy ludzie połonińscy najswobodniejsi, gdzież nam do was!
Jasio wydymał wargi:
— Co tam połonina, to łatwizna, a tu nieprzebyty, pierwowieczny świat, każdy krok my sami wyrębaliśmy.
Wójt rozglądał się, zadzierał głowę, kiwał głową ważnie, zamilkł. Żabiowskie dziewczyny i mołodycie oglądały Jasia z rosnącym podziwem, rozglądały się też po butynie, widziały z dala hać, mygły, ryzy.
— Strach! To wy wszystko sami, Jasiu?
— A któż? Ja z paniczem Sawickim.
Kobiety sykały z podziwu, ścisnęły się wokół Jasia, a on nadymał się jakby miał pęknąć. Na nieszczęście w pobliżu pokazał się Sawicki i kobiety przypadkowo czy na przekór od razu zaciekawiły się paniczem Rysiem. Szeptały jedna do drugiej:
— Jaki młodziutki, jaki prosty, jaki kraśny.
Zwracały się także po cichu do Jasia:
— Jakby do niego zagadać? Czy można z nim zatańczyć?
Jasio odpowiadał niechętnie:
— Nie tańczy nigdy.
Sawicki pozdrawiał z daleka i odpowiadał na pozdrowienia, lecz nie podszedł i nie przemówił do żadnej, surowił się więcej niż zwykle. Zwracały się przeto jedna za drugą do Jasia, jedno za drugim „czemu“ coraz śmielsze, coraz bardziej lotne i bardziej szczebiotne wyfruwało z ich ust:
— Czemu tak z daleka?
— Czemu tak niemowny?
— Czemu taki dumny?
Jasio odzyskiwał ważność, odpowiadał wstrzemięźliwie:
— Panicz, majsterski syn i majster.
— A czemu nie w pańskim stroju?
— Na panów kicha, przyjaźni się tylko ze mną i z Foką.
To rozszeptane grono młodych kobiet przyciągnęło spojrzenia, szepty i uwagę stojących opodal bystreczan. Uwagę taką, że im więcej chętki, tym bardziej broni się słowem niedobrym, nawet oszczerczym, a im więcej tej obrony, tym jeszcze więcej niezdrowej chętki. Mieszkańcy Żabiego i ci znad Rzeki zasypali chram, ponadto żabiowcy zabłysnęli i światłem zapożyczonym od wójta, a bystreczanie zmaleli. Szeptali ostrożnie:
— Jakżeż one czarują? — pytał Mandat Matarhę.
— Wszelakim sposobem, głównie, że co dnia myją się całe w cebrze, między nogami najwięcej, gorzej niż panie, długo moczą przyrodzenie w macierzance z miodem, potem smarują się dzieńdziorą, a na noc obtykają się zielem.
Witrołom powtarzał z niedowierzaniem:
— Co dnia myją się i obtykają? A kiedyż mają na to czas? To nieprawda.
— Powąchajcie — namawiał Matarha — czy która pachnie po ludzku. Nawet się z tym nie kryją, rozpowiadają, najwięcej się pysznią tą pachnącą huzycią.
Witrołom odpowiadał rozważnie, jakby ważył za i przeciw:
— No, myć się wolno, kobiety różne sztuki lubią. I kosyczki i pozłotki na włosy od Żydów aż z Kosowa, no i włosy miodem smarują i takim klejem stolarskim, zapomniałem jak się to zowie. Tak, a dzieńdziorą znów przeciw słabości, czemuż by nie? I niechaj będą dzieńdziorzyste! Ale co dnia myć macierzanką, dzieńdziorą, wywarem jakimś i pysznić się huzycią — nie!
— Ho, ho — wywodził z przekonaniem, lecz jeszcze ciszej Matarha — nie tylko macierzanką, ledwie która wejdzie, od razu zapachnie czymś takim — to jakoś tak się zwie jak ławada — że taki dureń co wącha — przepadł, lepiej nie wąchać.
— A ksiądz co na to?
Matarha szeptał coraz ciszej:
— Jak który, czemny cóż poradzi, a bywa taki co sam tego zapachu szuka, własnej jejmości mu mało...
— Nasz ksiądz nigdy w świecie! — oburzył się głośno Witrołom.
— Nasz co innego, święty od urodzenia, a teraz stareńki, głównie się kłopoce jak nasze dusze pachną, ale jest taki...
Mandat niepostrzeżenie podszedł ku gromadce żabiowskiej, pociągnął nosem, wrócił prędko, potwierdził:
— Pachną naprawdę jakimś zielem.
— Tak, tak — zapewniał nieco głośniej i z radością Matarha — a po co mażą się tak? Aby je lizali i są tacy co liżą jak psy, tfu! — Wskazał oczyma na Tomaszewskiego.
— Skąd wiadomo? — pytał Witrołom.
— A o czorcie skąd? Widział go kto?
— Ja widziałem w młynie — twierdził Witrołom.
— Ja nie widziałem, a też wiem — chwalił się Matarha — patrzcie na tę bogatą wdowę po Guluku, upasiona, różowa jak świnka półroczna, dokładnie! Gęba namączona, szyja spuchnięta od mentali i talarów, o! Jak pożera oczyma tego smarkacza Harasymka, połknie go jak pajęczyca swego pajączka.
— A on co na to?
— Cóż? Psiak taki, marna gołopućka, da się połknąć.
— A może się ożeni?
— On z nią? Ależ to ona z nim — na tydzień. Potrzebny jej tyle, by go wyssać, połknąć, zniszczyć, potem drugiego...
— Skaranie Boże — wzdychał Witrołom jakby przekonany.
— Tak, tak — ciągnął żywiej Matarha — gdy „czeliedź“ nie siaduje całymi dniami koło krów, koło cieląt, i krową nie pachnie, a do innych zapachów zaciąga, to przepadło i koniec świata blisko. Patrzcie!
Jasio Tomaszewski wciąż sztywny i napuszony, otoczony trzema mołodyciami rozmawiał wstrzemięźliwie. Matarha nie spuszczając zeń oka szeptał:
— Rzekłbyś naprawdę panicz, a pójdzie do zarośli — zobaczycie jaki panicz.
— A panicz do zarośli nie chodzi? — pytał Witrołom.
— Po cóż paniczowi zarośla? Panicz dba aby było przystojnie — pouczał Matarha.
— Jasio młody jeszcze, a także przystojnie — upierał się Witrołom.
Matarha upierał się także:
— Ja już wiem jaki ma być panicz prawdziwy.
Witrołom zniechęcił się:
— E, więcej plotek szepczecie niż baby, potem z tego zwady.
Matarha popatrzył z wyrzutem, machnął ręką obrażony.
Lecz kobiety wcale nie szeptały plotek. Na pewno śmiałyby się z szeptania Matarhy i z oporu Kuzimbira. Mężczyźni, chociaż umieją słuchać lasu i wiatru, niestety także czasem słuchają plotek z wiatru. Kobiety wiedzą czego chcą, czerpią swą ścisłą wiedzę, szczególnie o kobietach, z szeptów podsłuchanych dokładnie, czasem od takich poufnych czy zdradzieckich świadków, którzy przenigdy nie zjawią się w sądzie. Dlatego ich wiedza ważka i bardziej pewna siebie niż akta sądowe. Nie zdradzały jej wszakże ani szeptem ani nawet spojrzeniem. Jedne i drugie, żabiowskie i te z innych osiedli, oglądając się wzajemnie najdokładniej jak dla protokółu śledczego, słodziły słówka, wygrzeczniały się jak najserdeczniej. Nie uchybiły obyczajowi ani razu, przeciwnie opowiadały bez plotek, jak motyle przefruwając wszystko co kole i co cuchnie. Mówiły wszystkie naraz, wcale nie słuchając, nie starając się zrozumieć i nie uważając, czy która rozumie i czy słucha. Zamiast tego zgadzały się bez przerwy, zapraszały nieustannie jedna drugą do swej wsi, na swoje chramy. Gdyby mężczyźni je naśladowali, nie byłoby na butynie ani jednej zwady, ani na chwilę i świat ludzki przybliżyłby się do raju. Ówczesny raj kobiecy zasadzał się na tym, że kobiety nie tylko nigdy na butynie nie pracowały, lecz nawet widywały się rzadko i to chyba w wielkie święta. Co najważniejsze, nie tylko osiedla, nawet chaty były tak odległe od siebie, że nie było sposobności pokłócić się o kurę, o jaja i o trzaski, jak to się niestety zdarza w dzisiejszych pogorszonych czasach. Widać, że w raju ludzie nie będą mieszkać za blisko, a o ile możności jak najdalej jeden od drugiego. Także rubaszna, tocząca się i tętniąca jak beczka Justyna Cwyłyniuczka, choć pokrzykiwała na mężczyzn zajętych przy kuchni, serdeczniła się gościnnie z kobietami. Skoczyła w pustkę czarną jaką jest koliba bez kobiet, a wyskoczyła przemieniona w gospodynię, ustrojona w pewną siebie dumę porywającej gościnności. Ujmowała kobiety pod ramię, sadzała je przy stole, aby odpoczęły, pochlebiała, a niektóre bliżej znajome zaszczycała szczególnie, zapraszając nieobowiązująco do pomocy w zastawianiu stołu i podawaniu potraw.
Petrycio i Sawicki byli wciąż zajęci, a Foka zgadywał, że każdy z butynarów chce być gościem, przeto sam dziesięciokrotnie się stokrotnił. Po powitaniu każdego gościa zajął się ich końmi. Nie wymagał od pastucha Trofymka, aby opuścił swoją chudobę dla obcej, tak jak nie mógłby wymagać od matki, co właśnie daje dziecku piersi, aby zajęła się innymi dziećmi. Sam zatroszczył się nie tylko o to, aby konie gości rozsiodłać, otrzeć z potu, rzucić każdemu garść siana, lecz także aby umieścić je w cieniu i tak, aby obce sobie zwierzęta nie biły się i nie kopały się wzajemnie. Najskuteczniejsza gościnność wobec konia, to powszechne chrupanie, bo podobnie jak wspólna pasza podwaja pośpiech w jedzeniu, także koński raj na tym polega, aby nie być za blisko. Zaledwie uporał się z jednym, biegł do koliby dla sprawdzenia jak dalece obiad gotów. I już niezwłocznie zapraszał gości do stołu.



ŚMIETANA

Olbrzymi był stół z ciężkich złoconych łodew, bokiem ku drzwiom koliby zwrócony, lecz ani pusty ni osierocony. Zastawiono go niby rzeźbionymi odbiciami lic wielikanów, chlebami, co choć ogromne jak głazy młyńskie, nie z Pępka ziemi, gdzie śpią wielikany, przytoczyły się na pustkowie, by karmić naród, lecz z Jasienowa. Stare rączki pani kowalowej Sawickiej wygniotły je mozolnie z ciasta żytniego, co sprzeciwia się, lepi się, a potem więzi dłonie. Następnie wygładzone białkiem, wyrosłe w wielkim piecu u Sawickich, dobrązowiły się i dopiekły, aż pokryły się skórką o czarnym połysku pancerza. Można je było wieźć bez szkody na koniach jeszcze dalej i bez obawy, że zaschną lub wklęsną: poprzez Czarnohory, na Węgry, aż na Debreczyn, w odwiedziny do gazdów stepowych, w gościnę do równie wielkich lecz białych chlebów i dla zawodów czy może jasienowskie chleby choć ciemne, przecież nie słodsze i nie sytniejsze. Plecy chlebów popieliste, szorstkie, bardziej pachnące piecem, z wzorami kapuścianych liści, w pęknięciach odsłaniały ciemne wonne ciasto, ośmielały do kosztowania i smakowania. Pomiędzy chleby wsunięto na talerzach kiszone ogórki i płaty jasno pożółkłej rozpływającej się ze starości, domowej słoniny i inne, nieco ciemniejszej, jeleniej, bardziej stężałej, lecz przejrzystej jak wosk. Tu i tam leżały do wyboru dla gości, nowe nie używane jeszcze łyżki drewniane, jasne z jaworu, a także żółte, pachnące, z kosodrzewiny, wyrobione już w kolibie podczas długich wieczorów przez Cwyłyniuka.
Gorące słońce uderzało prosto z góry na błyszczące chleby, jego promienie saneczkowały się na śliskich zielonych ogórkach, przeciekały przez słoninę topiąc ją z lekka...
Długo zapraszani i ściągający się zewsząd goście, nieśpiesznie, z łagodnym gwarem zbliżali się do stołu. Ściągali kożuchy, kładli je na ławie, stojąc czekali. Foka zabierając się do sadzania gości żartował:
— Najlepszy byłby stół okrągły, aby każdy siedział na pierwszym miejscu, ale jak go zmajstrować z tych ciężkich łodew.
Następnie posadził naprzód starego Koczerhana, a obok niego wójta, najbliżej wejścia do koliby, na pierwszym miejscu. Szeptali chwilę, po czym Koczerhan zapraszał głośno i sadzał po obu stronach, to obok siebie, to obok wójta, jak się godziło od święta, naprzód Pańcia, potem innych, co biedniejszych, najbliższych stanowi najmitów. Zwano ich dziadkami, bo nie do właściwej butynowej ciężkiej pracy ich zgodzono, tylko do lżejszej pomocy i do wyręki. Siadali tedy obok Koczerhana, wójta i Pańcia naprzód sami starzy: Hordejczuk, Sołomijczuk, Wowkun zwany Kaliczyna, bo był ułomny, i dalej obok nich ich sąsiedzi z Puszkara, choć majstrowie butynowi lecz biedniejsi: Pechkało, Gucyniuk a także Birysz. Foka przyprowadził ze stajni pastucha Trofymka, co niedawno przyczłapał z trzodami. Niewyspany, nieuczesany Trofymko przyglądał się ludziom nieufnie, jakby z obrzydzeniem, wciąż niespokojnie wyzierał ku stajniom i ku sianu, jak gdyby nie dokończył jeszcze pracy koło krów, czy raczej jakby mu lepiej pachniało miejsce przy świątecznym stole z chudobą niż z ludźmi. Inni siadali jak chcieli, tylko Foka, Sawicki i Petrycio nie zajęli miejsc przy stole. Naprzód Foka wniósł wiosenne drzewko podobne weselnemu, smereczkę obwieszoną barwnymi cziczkami i wsunął ją między chleby. Potem wszyscy trzej gospodarze wnosili jaworowe koryta ze świecącymi kołaczykami pszenicznymi, każdy upiększony różyczką wyrobioną z ciasta. Także kołaczki wypiastowane były złotymi rączkami pani kowalowej, a ich kołaczowy blask bił prosto z oczu starej kobiety i nie mniej obiecywał niż oczy młodych. Zaledwie zbliżyły się kołaczyki, stary Koczerhan wstał i zaraz wstali wszyscy. Czekali w milczeniu, a Foka zaczynając od Koczerhana i od wójta, rozdawał kołacze. Gdy skończył, powiedział donośnie:
— Wiosenne dary niewielkie, a miejcie je za wielkie.
— Wielkie, wielkie — zadudnił głośno Koczerhan.
— Wielkie, wielkie — powtórzył wójt.
— Wielkie, wielkie — huknął stół.
Koczerhan wciąż stojąc, to marszcząc czoło, to rozmarszczając, przemawiał uroczyście do Foki.
— Abyście byli tacy wspaniali jak te kołacze pszeniczne, abyście tak samo wyrośli, tak grzali i tak świecili przed popami, przed panami i przed senatorami, przed cesarzami, przed papą rymskim, a najwięcej przed dobrymi ludźmi, daj Boże!
— Daj Boże — powtórzył wójt.
— Daj Boże — huknął cały stół.
Koczerhan głosił dalej:
— Daj Boże szczęście temu stołowi.
— Daj Boże — huknął wójt i zaraz po nim cały stół.
— W rodzinie spokój — ciągnął Koczerhan.
— Daj Boże — podchwycił wójt, a za nim cały stół.
— Cielnie w oborach.
— Daj Boże.
— Źrebnie w stajniach.
— Daj Boże.
— Biało w koszierach.
— Daj Boże.
— Rojnie w pasiekach.
— Daj Boże.
Nie spiesząc się wcale Koczerhan wyliczał dalej:
— W chacie sytno.
— W dworze przybytno.
— W ogrodach ziele.
— W kleciach wesele.
A stół po każdym zdaniu, zaczekawszy aż powie wójt, odpowiadał:
— Daj Boże.
Potem Koczerhan wyczekał chwilę, wszyscy spoglądali nań, a on wygłosił ze szczególnym naciskiem błogosławieństwo nowe:
— Gładko w butynie.
— Daj Boże — w szczególnie gorącym porywie, nie czekając na wójta huknął stół.
Koczerhan wydobył z siebie z trudem:
— Na wodach śpiewnie.
— Daj Boże — powiedział wójt.
— Daj Boże — powtórzył stół.
Koczerhan mówił dalej, jeszcze powolniej, ze wzruszeniem, a tak głośno, że pogłosy hukały po lesie:
— Obłoki i trawy, wody i dychanie, kłonią się, dziękują, dziękujemy i my: Sława wam Hospody Boże.
— Sława Hospodu — odpowiedział stół.
Koczerhan usiadł, wszyscy siadali w milczeniu a Foka i Petrycio poszli z resztkami kołaczy do stajni, aby podzielić się z chudobą. Widząc to Trofymko znów zaniepokoił się, krzywił się, jakby bez niego nie można było ugaszczać, a choćby tylko dotykać chudoby. Zerwał się, lecz Foka kazał mu usiąść, a Trofymko krzywił się jeszcze żałośniej, upewniając się wokół pytającym okiem czy zgromadzony z tylu wsi naród chrześcijański uznaje jego krzywdę. Foka oddalił się, lecz Trofymko zaraz zerwał się i pognał za nim. Szeptał coś Foce, ten kiwał głową, wrócił i nalał kubek wódki na to by pokropić grzywy końskie i spłukać z nich czary.
Z kolei ugaszczała gości chudoba, a raczej Foka, po powrocie ze stajni, ugaszczał w imieniu chudoby. Śmietana tu, śmietana tam, śmietana wszechobecna: barszcz na śmietanie, banysz na śmietanie, słodka kapusta na śmietanie, rogate pierogi z bryndzą, a także skrzydlate gołąbki z kaszą, śmietaną polane i pstrągi na śmietanie. Na nieustanne zapraszania kto chciał brał ręką chleb, krajał płatek słoniny i odkąsywał go zębami albo smakował wpijając zęby i cmokając ogórki, co zielone przetrwały zimę do nowej zieleni. Oblizywano sok z ogórków, oblizywano go także z palców, i wówczas niezwłocznie Foka podawał kieliszek wódki do zapicia. Na zakończenie podawano jeszcze łokaszę czyli kaszę jęczmienną z olejem i z miodem, kisielice z suszonych śliwek z miodem i sytę z miodu dla tych, co nie pili wódki.
Co przedtem rozsypało się, znów się zebrało. Słychać było tylko zaproszenie Foki i Petrycia, niezrozumiałe pomruki Sawickiego i odgłosy jedzenia. Nad wszystkimi głosami górował zapalczywy głos Justynki, która mimo że co dopiero przybyła z Jasienowa, rządziła się jakby od dawna była gospodynią butynu. Czuwała nad wszystkimi. Kobiety jadły niewiele, lecz nieustannie, w zrozumieniu, że nie uchodzi objadać się, a nie jeść jeszcze bardziej nie uchodzi. Kosztowały, zagryzały, przeżuwały statecznie jak krowy. Co chwila Justynka zostawiając na chwilę gości w spokoju, zrywała się i leciała za czymś do koliby, po powrocie tym goręcej pomstowała na niejedzących, z szczególnym zamiłowaniem na męża, a także na Pańcia. Mrużyła zapłynięte oczy ze śmiechem, nadymała się do czerwieni i krzyczała:
— Gazdowie ze skóry wyskakują, podają wam serce na talerzu jak w raju, a wy jeden z drugim ciapiecie mizernie, jakby przed skonaniem, albo jakby wam kto żałował. Dosięgajcie, ruszajcie zębami, bo zaraz was poczęstuję pałanyczem po głowie.
Stół przyjmował porywiste przemowy Justynki z wdzięcznym śmiechem, a Cwyłyniuk i Pańcio, wymieniając z dwóch końców stołu chytre uśmiechy, w ocenie słuszności nagany ciamkali przykładnie, gorliwie, tak głośno jak mogli. Kobiety zapraszała inaczej:
— Mariczko-duszko — krzyczała do Szestunówny — malowane moje liczko, jasna panienko, moja cesarzówno! Czy chcecie całkiem zmarnieć, aby góry płakały po was? Dosięgajcie, moja krasawico, skosztujcie chociaż kapinkę.
Mariczka szeptała coś grzecznie, biorąc na koniec drewnianej łyżki odrobinę banyszu.
— Patrzajcie ludzie — pochlebiała Justynka — czym to biedactwo żyje, dziobnie jak ptaszyna, rosą się karmi jak kosyczka.
Następnie zwracała się do każdej kobiety z osobna, żartowała zachwalając potrawy, pochlebiała jednocześnie gościom i gospodarzom.
— Połahniczko-dziecinko — upominała dziewczynę — naucz się jeść za młodu, bo ściągną ci się kiszki, wychudniesz, i żaden chłopiec nie popatrzy. Chłopcy to pohane nasienie, ja ich znam.
Połahniczka, której wcale nie trzeba było upominać, raczej miarkowała jedzenie i dziękowała ustami zapchanymi banyszem.
— Oj, jakież to dobre, Justynko, szkoda że tylko jedna gęba.
Justynka wołała także dość śmiało do starego Koczerhana:
— Tanasiju, wy macie dawać przykład młodym, jedzcie, dosięgajcie! Tam jeszcze góra banyszu w kotle, ratujcie, bo przepadnie dar Boży.
Koczerhan zajadając nieustannie lecz bardzo powoli, wyszukanie dziękował cedząc każde słowo:
— Justynko luba, gdybyście wy karmili świat, w całym cesarstwie od morza do morza, od gór do gór, nie byłoby ani jednego głodnego.
— Nie ja karmię, Foka karmi, butyn karmi — krzyczała Justynka — ale zmiłujcie się, nie obrażajcie, jedzcie, biedy nie ma, bogactwo. To dobre, to delorne, może by słoninki, może ogóreczków, a może by syty, a może by suszenic z miodem? A może popić kwasu z pieprzem i jarzębinką? — Odważyła się także upominać wójta:
— Panie naczelniku, jasny gubernatorze, wy z Żabiego, my z Jasienowa, to inny świat, gdzież nam do was, wy cesarzowi pobratym, razem z panem cesarzem karmicie świat. My do was od ziemi do nieba głowę zadzieramy, a nie pogardźcie, dosięgajcie, suszenic z miodem, suszenic!
Wójt zaledwie uśmiechając się kiwał głową równiutko, cisza zaległa stół, oczekiwano, że coś powie, ale nie, odłożył na później, kosztował suszenic, na znak uznania kiwał głową nieustannie. Jak gdyby chcąc odciążyć żonę czy raczej gości od jej ujadania, Cwyłyniuk wyciągnął z głowy ucieszną gadkę stosowną dla uczty i bawił nią stół. Podnosząc palec ważnie, uśmiechał się chytrze, a wszyscy nastawili uszu. Cwyłyniuk opowiadał:
— Na początku świata była sama gęsta biała śmietana. Duch boży Ałéj unosił się nad białością, nad śmietanami, dmuchał sobie na nie. A to falowało delornie, tryskało, szumiało daleko i śmiało się takie bialutkie. Hospod lubował się, uśmiechał się, od tego zapieniła się jeszcze ku Bogu manna boża, śmietana od końca do końca. Ale „ten“, aby sczezł, niech precz od nas odleci, zazdrościł Bogu. Sam nic nie potrafi, tylko zazdrościć, radości nie zna, cieszyć się nie umie, tylko ze szkody się cieszy. Przeszkadzał Bogu i psuł. Dolewał od dna to wody mętnej, to smoły od samego spodu podpuszczał. A to zaciemniło się strasznie, zaczęło się burzyć. Zakotłowała śmietana i zaburczała, jakby w brzuchu u tego, aby sczezł. Zwurdziła się cała śmietana od końca do końca. Hospod nie spłoszył się i myśli sobie: „Wiem co zrobię, będzie jeszcze lepiej. Stworzę świat, zaglegam tę brahę, wyciągnę z niej śmietanę, wyklaruję i górą będzie śmietana.“ — Dmuchnął i wyciągnął z tej brudnej wurdy śliczne słoneczko jak wielki budz świecący. Postawił wysoko na niebie ponad wurdą, potem znów co lżejszą śmietankę wydmuchał i wyciągnął z niej obłoczki. Potem oddzielił od brahy ziemię, trochę ciemniejszą, a skały od ziemi odłączył i wodę osobno wyklarował. Z obłoczków puścił się deszczyk na ziemię, zazieleniła się. Na tej zieleni postawił człowieka z żoną i krowę, a owieczki też. A człowiek miał dwóch synów, nazywali się Kain i Abel. Abel zaraz napasł krowę i owieczki i zaczął doić. Patrzy Hospod z nieba, a tu do putyny śliczna śmietanka ciurka, czyściutka jak przed stworzeniem świata. Uśmiechnął się Hospod, a od tego w putynie piana zaszumiała i zaświeciła. Ale „ten“, aby sczezł, zaraz zmartwił się i dalejże szukać swojej, potajemnej uciechy. Spod ziemi naszeptał coś do ucha drugiemu bratu Kainowi, a tamten zamiast pomóc bratu, zaraz zaczął zaglądać krowie pod ogon, tam właśnie gdzie ogon przyczepiony. Abel gazda sprawny mówi do brata delikatnie: „Cóż ty bracisko, zaglądasz tam, gdzie nic nie widać? Hajda, przynieś trawy dla krówki i otawki dla jagniątek, a potem chwytaj wymiona i ucz się doić.“ — Zaledwie to powiedział, tamten jak szarpnie krowę za ogon, oderwał ogon, zaraz schrupał go jak kiełbasę, ale nie wędzoną, tylko na surowo. I już „ten“, aby sczezło precz od nas jego imię, pokrzywia się Bogu. Ale nie śmieje się, bo nie umie, tylko zarechotał spod spodu na świat, aż trawy zasmuciły się i skłoniły główki. A Abel do brata: „Bracie, cóżeś ty mnie za brat? Tyś brat tamtego, niech sczeznie. Ty będziesz bożemu stworzeniu ogon wyrywać i zjadać? Daj nam spokój, idź sobie tam gdzie twój brat“. — I znów „ten“, aby sczezł, naszeptał Kainowi niedobrym wiatrem spod spodu. I zaraz Kain wziął skałę i roztrzaskał bratu głowę. A „ten“, aby sczezł, rechocze spod spodu na cały świat, aż trawy zawiędły i poczerniały i biedna krowina bez ogona krwawi, do Boga porykuje. Ale stój! Od razu Hospod pomazał krowie ranę manną z putyny, ogon naprawił, że odrósł, tylko trochę krótszy niż był. Ucieszył się Hospod, ale zaraz potem przypomniał sobie tego łajdaka. Groźnie zawołał z nieba: „Kainie, gdzie twój brat Abel?!“ A Kain w nogi, uciekał, uciekał, zabrnął w pustynię, w piaski gdzie same siarczane źródła. I z Kaina są Syrojidy, zjadają wszystko na surowo, chapią co wpadnie w łapę, ludzi też. Żrą, a nigdy nie mogą się nażreć. A z dzieci Abla — ludzie, coraz więcej ludzi, narodu coraz więcej, i coraz więcej chudoby, coraz więcej pól zielonych i połoninek uciesznych. A zewsząd tryska śmietana. — Pod koniec świata Hospod do reszty oddzieli śmietanę od brahy i od serwatki też. W raju wszystko będzie pływać w śmietanie i w pianie, śmietanowi ludzie, śmietanowe gugle, w kresaniach piankowych, albo z wstążkami z pianki na głowie. I święci z pianki i aniołowie tak samo. A „tamten“ czarny, aby sczezł, razem z czortownią, razem z Syrojidami sczeźnie pod spodem. Dlatego opowiadają Żydzi i to całkiem słusznie — pytałem też Joseńka z Rozdroża — że Hospod litościwy i że koniec świata będzie jeszcze kraśniejszy niż tamten przedpoczątek i niż stworzenie świata też kraśniejszy. I to możliwe. Bo śmietana, manna boża, jednoczy narody, a świętych aniołów też, bo co śmietana to nie serwatka, przeto przyciąga dobre dusze i hoduje i wypiększa każdą inaczej, jak jej do twarzy. A braha i smoła, kwas i gorycz zaczerniają, zamazują, mącą, rozdzielają. Dlatego Hospod zamknie je, zaszpuntuje razem „z tym niech sczeźnie“ pod spodem na wieki.
Cwyłyniuk przerwał, wszyscy słuchali uważnie, nawet jedli bezgłośnie. Zadowolony Cwyłyniuk kończył tak rzecz o śmietanie.
— Lubię ja posłuchać księdza, czemuż by nie. Byleby nie zakręcał jak nasz z Jasienowa. Godzinkę mówi rozumnie, a nagle jak zatrąbi na koniec świata: „Na nic wasza chudoba, na nic masło-śmietana, tak krzyczy, nie pozostanie ani kropli, ni proszku z tego świata, ani tyle co gnoju za paznokciem“. — I macie jak my teraz wyglądamy? Ładne mi kazanie, cała śmietana ma przepaść, a kto pozostanie? Ksiądz. Odpowiedź mam, wiem dobrze, że Hospod to głównie robi, że wyciąga śmietanę ze świata. Ale w cerkwi ani mru-mru, już milcz sobie. Temu to ja i Żyda lubię posłuchać, choć nie naszej wiary, bo kto inny ma kręcić jak nie Żyd. To może nas od końca świata jakoś wykręci? A pytać go i przeczyć i do oczu skakać Żydowi także można, ileś łakomy, bo Żyd właśnie na to najbardziej łakomy. Ale co za dużo, to za dużo. Do tego miejsca zgadza się: „Koniec świata jeszcze ładniejszy niż stworzenie“. To tak. Ale to się nie zgadza, co Joseńko wykręca, że Hospod na samym końcu także „tamtego“, niech sczeźnie, przypuści do śmietany. Tak mi sam powiedział, abym się z tego miejsca nie ruszył! Inny by zdębiał na takie, albo spadłby z ławy, ja nie i z miejsca rąbię mu twardo: Nie, bo co boża manna i śmietana, to nie braha, to nie smoła ani serwatka. Nie ma mowy! — A Joseńko, od tego żydowska głowa, bardzo się pcha do Hospoda na adwokata i jak się rozpędził, to jak daraba, coraz prędzej, ani zatrzymać ani dopędzić. Rozgdakał się niespamiętanie: „Hospod miłosierny, Hospod sama wiosna, Hospod daje każdemu być po swojemu. Chcecie, aby was wszystkich w kupie wyratował, a któż ma „tamtego“, niech sczeźnie, przygarnąć? Może wy jego przygarniecie? A może Hospod boi się „tamtego“? A może Hospod brzydzi się „tamtym“? Jakby Hospod był taki brzydliwy, to na ile procent my lepsi? A może to bardzo wielkie procenta? Owa, powiedzcież sami! Poza Hospodem nic nie ma, nic nie może być, a może coś jest poza Hospodem? Dowiedzcie się, Jurku, kiedyście taki mądry. Nie! Bez Hospoda nic nie istnieje, ani żadna ciemność, ani piwnica ani czarny spód, owa!“ — Zachmurzył się Żyd, załyskał jak czarna chmura, i gradem na mnie sypie a sypie. I macie, nasza chrześcijańska dola: jeden nie daje pary puścić z gęby, tam w cerkwi, a drugi tyle nasypie i napyta, że niektóry by już nie wytrzymał. Ale nie ja! Ho, ho! wiem co wiem, alem ja nie Żyd, abym się kłócił wiecznie. I tak już czas do domu, zatem powiadam na sam koniec Joseńkowi po dobremu tak: „Daj wam, Boże, Joseńku, kłótnią naszą śmietany nie ubijemy, to niech tak będzie jak sam Hospod da i chce, święta Jego wola“. — Joseńko już rozpogodził się i mówi: „Dobrzeście to powiedzieli, Juroczku, i daj wam Boże za to zdrowie“. — „Daj Boże i wam, i na tym o śmietanie koniec“.
— Daj Boże — powtórzył stary Koczerhan.
— Daj Boże — przeszło z uznaniem przez stół.
Tylko Justynka, choć rada, że znów przyszła do głosu, nie podzielając uznania wykrzykiwała:
— Daj Boże — to tak, a patrzcie na niego ludzie: Śmietanę zachwala, a co mu w chacie delorną piankę pod nos podstawię, ani nie tknie, tylko: „kafe, kafe“. Czarnego ci się zachciewa, bo z czarnym trzymasz, niech sczeźnie, do Syrojidów przystaniesz. Nie pytluj, chapaj, bo osłabniesz, a nie, to twoja ostatnia godzina. A wy, Pańciu, sławny także, bo wiatr was podniesie z ziemi, rozrzuci po świecie i będzie po sławie.
I znów Cwyłyniuk i znów inni, karceni wzrokiem i krzykiem Justynki, starali się, dosięgali ręką czy łyżką, chrupali, żuli, ciamkali, czy banysz, czy słodką kapustę, czy pierogi, czy gołąbki, wszystko oblane śmietaną. Śmietana tu, śmietana tam, śmietana wszechobecna.



ROSA

Ale przyszła chwila, że obiad kończył się sam z siebie. Nie wyczerpaniem gościnności ani potraw, tylko że jeść się już nie dało. Już młodzi niecierpliwili się do tańca, już skrzypaki skrzypieli na swych strunach, już Sawicki dzwonił w cymbały, już Petrycio figlował skacząc tanecznie i przysiadając obok stołu. Widząc to Koczerhan wstał. Spoglądał długo ku słońcu, dziękował słońcu, dziękował stołowi, dziękował gospodarzom i gościom. Mimo całą gościnność i mimo ofiarną chęć gości, aby pałaszując dziarsko lub udając że się je, zadowolić gospodarzy, któż nie rozumiał, iż trzeba było uciekać z gorąca w cień, na rosę, aby nie dać się zmorzyć słońcu i senności, przede wszystkim od jedzenia uciec do tańca. Jak trawy i zioła, przesycone i wysuszone słońcem, czekają na rosę wieczorną, tak ludzie zapragnęli rosy, zapragnęli wypoczynku w tańcu. Taniec tak właśnie należy się po uczcie, jak rosa po dniu, tak samo potrzebny, bo wyciska z człowieka rosę. Schronili się przeto w głęboki cień jaru, na polankę z lewego brzegu potoku przy haci, gdzie było twardziej, bez jednej kałuży błota, a rosiście. W jarze carynka otoczona drzewami, jak obszerna sala zielona czekała na nich. Za posadzkę służyła trawa wcale już wysoka, strop zieleniejący już, zacieniał a prześwietlał zielono. W leśnych szparach okna, jakby pałacowe przesłonięte dostatecznie, przecedzały dość promieni dla wesołego tańca świateł a żadnego dla grzania. Chyba nawet w pałacu stanisławowskim nie było sali tak obszernej, tak chłodnej i tak wesoło zielonej, co prawda, nikt z gości pałacowych nie odważyłby się zanurzyć stóp w posadzkę tak świecącą, bo choć wytrwale i z wdzięcznym rozmachem mazurkowali, unikali przemoczenia nóg. Nie byli ludem tańca, co tańczy przez cały świat, ani takim dla którego wszędzie jest posadzka taneczna, jak dla gości Foki. Tacy bowiem tańczą także na darabach tańczących przez wodospady, a omijają także niebezpieczeństwa kłód toczących się po ryzach, dzięki skokom i uskokom tanecznym.
Już muzykanci usiedli na niższych kaszycach haci i od razu dobywali z instrumentów ochłody i ochoty. Od razu przepędzili senność, wkręcali tańczących w wir opętany. Rosa chłodziła stopy, pot kroplący się z ciał orzeźwiał je jak rosa obfita, a powiew spod haci nieustannie chłodził ciała i czoła. Od razu zabłysnął Jasio Tomaszewski jako pierwszy tancerz. Uśmiechając się wyniośle, jak gdyby litował się nad ciągnącą go cicho oczyma pulchną i różową wdową po Guluku, wziął ją do tańca. A ona odwdzięczając się tańczyła najlżej, najpłynniej, czujnie i wdzięcznie oddając się tańcowi. Gdy porywał się zapamiętale, porywała się i ona, gdy w największym wirze wrył się stopami w ziemię, już skamieniała i ona. Jak wdzięczna kochanka nie zmarnuje żadnej pieszczoty, odwtóruje każdą, tak ona nie uroniła jednego ruchu, nie sfałszowała żadnego kroku. Jasio rozświetlał się na polanie jak słońce wschodzące ponad gwiazdami, nie tylko świstał i modulował jakby fłojerę swój taniec z wdową, nie tylko cieniował go jak na skrzypcach, lecz jako wodzirej zawołany, jak gdyby na wielu instrumentach grał na innych parach tańczących, władał całym tańcem. Podziwiały go nie tylko dziewczyny czekające by wezwał którą do tańca, nie tylko zerkali nań tańczące kumpany, nawet bystreczanie, czy to że w mniejszości czy z rzetelnego podziwu, szeptali z uznaniem, a Mandat sam tańcząc, krzyknął w porywie: „Daj ci Boże, Jasiu! Tańczysz jak wiatr“. — Nawet Matarha i Giełeta kiwali głowami po raz pierwszy bez nagany dla Jasia.
I byłby został w sławie pierwszego tancerza na chramie leśnym, gdyby miał szczęście. Nie tajne było, że obaj pobratymi Foka i Sawicki, od kiedy związali się ślubem nie zbliżali się do kobiet. Sawicki zresztą nie tańczył nigdy, tylko razem z muzyką grywał na cymbałach do tańca. A Foka, chociaż niegdyś w zawodach zyskał sławę pierwszego tancerza na lackim, a także na węgierskim boku, od kiedy butyn nastał, tańczyć nie miał czasu, a jeszcze mniej podczas chramu. Raz tylko podszedł do żony Iwanyska, prawił jej dość długo jakieś słowa miłe widocznie, bo zarumieniła się i spuściła oczy, a zakłopotany Iwanysko dziękował w milczeniu. Oglądano to ze wszech stron chciwie. Potem Foka ruszył w taniec z żoną Iwanyska. Taniec był niedługi, lecz jak gdyby nowe słońce przelewało się przez carynkę. Foka zaświetlił Jasia. Tańczył przecież bez przerwy od małego dziecka i zachował jak gdyby miękkość kości dziecięcych. Wskakiwał wysoko, uciekał dokądś w górę, jakby do przepaści słonecznej skakał, a potem spadał przysiadając nisko, jakby się zapadał w ziemię, w mig zrywał się z przysiadu i znów wzlatywał, tańczył słońcu, tańczył ziemi. Inni nie starali mu się nadążyć, przestawali tańczyć, otwierali usta. Także Jasio przystanął i Foka tańczył sam z lekką, urodziwą czarowniczką, o oczach z ciemnego mchu, co wirowała w zygzakach tak wiotko i bezwolnie jak aksamitny pyłek bodiaku we wietrze. Po krótkim tańcu Foka pośpiesznie wrócił ku kolibie. Nadaremnie Marijka Szestunówna otwierała i zamykała oczy.
Marijka tańczyła niewiele, a co który wziął ją do tańca, to widać zaraz pożałował, prędko przerwał i już nie powtarzał więcej. Czy to męczyła się prędko, czy udawała, że się męczy, bo w tańcu dawała się unosić opornie, jakby niechętnie, a po krótkim tańcu szeptała grzecznie: „Trudno mi, już dość“. — I po cóż jej taniec, i tak tańczyła nieustannie.
Przecież śmietana wstrzyknęła więcej siły w żyły i w kości, niż kiedy indziej większe, a nawet całkiem spore łyki wódki. Tańczono bardziej zapamiętale, dłużej niż zazwyczaj. A może szumiała w każdym, tryskała z każdego, a może także podszczytowe powietrze, o tyle lżejsze i wiotsze niż zaduch izby czy choromów było takim żywiołem, co zwalnia z ciężaru ciała i samo wirowało tańczącymi, jak wody wiosenne wirują tańcami pstrągów i wodzą ich roje. Taniec rozszerzał się coraz szerszym kołem na całą polankę, świecące rosy rozsypały się i wsiąkły w trawę, a pracowicie tańczące stopy sprasowały łąkę na zielony deptak. Przecie nadal, jak olbrzymiejące rosy, czerwono-zielono błyskały pary i koła taneczne. Ponadto jeszcze płótna błyskały biało, talarami obciążone szyje, bardki, pistolety u pasów srebrno-złoto, wszystkie czoła i kolana kobiet — różowo, a na czołach zaperlił się pot, jak nowo wskrzesła rosa. Mimo nalot tańca, trawa chłonęła kroki, głuszyła skoki i tupania, łagodziła zmęczenie, a przesiąknięta rosą chłodziła rozgrzane stopy. A któż chronił samą swobodę i radość tańca? Kto zabezpieczył obyczaj stary przed wszelkim uchybieniem i swobodny taniec przed brzydotą?
Czy sam dobrotliwy pan cesarz, jak wiadomo zatroskany o dolę narodów, a o naszą w szczególności? Czy sławna młodziutka cesarzówna, zwana Konstytucją? Czy wielki bo słobodny wójt Żabiego? Sama muzyka i sam taniec! Jak w drganiach ros odbija się świat, zieleń drzew, białość huków wodnych, błękit nieba, tak samo w tańcu. Cóż tańczyli, jaki świat wcisnęli w taniec? Ziszczali przygody i dzieje miłosne, tancerz owładnął tancerką w takim porywie, a ona tak mu zaufała, że od pierwszego spojrzenia w oczy śmiało ruszyli w świat, przetańczyli świat, przebrnęli przez puszcze, góry, do morza przez morze. Uciekli w świat od spojrzeń, od plotek, w wołoskie, w tureckie kraje, wędrowali długo, a wracali po latach, nie chyłkiem, nie ze wstydem jak to bywa, lecz zwycięsko, do ślubu w swojej parafii. Gdzie indziej na boczku co starsi dreptali sobie stateczny chód połoniński, bez troski o szalejącą muzykę. A raczej powolutku, podnosząc i stawiając stopy, dla siebie przemieniali jej siedem tańczących taktów w jeden. Tak jakby taniec uchwycił najtrudniejszy powolny rytm: człap-człap, kop-kop, drep-drep, heej. Zaglądali z uśmiechem przez szpary w zasłonach leśnych ku połoninom, nasłuchiwali jak tańczy sobie cicho na rosach opiekun pasterski święty Jurij. Tańczył tak stary Koczerhan, nie poruszając siedmiu zmarszczek na czole, z Justynką żoną Cwyłyniuka. Wyciągając oblicze w wyraz nieporównanej chytrości, tańczył Cwyłyniuk jak wierna sobie krowa na ćwiczeniach kawaleryjskich i wbrew nim, wyciągając przed siebie statecznie stopy, to miękko, to przytupując. Tańczył ten krowi taniec z niemłodą lecz stateczną żoną Giełety, hodowanką Bażyły. Tańczył też stary kiermanycz Gucyniuk z grubą bogaczką Bombichą, i choć z głębi lewego oka ziała mu nadal niezmiennie zrozpaczona nadzieja, prawe błyskało figlarną pokusą. Tańczył nawet sterany i smętny Pechkało z żabiowską mołodycią, wcale nie smętną. — To znów gdy hardy arkan wypalał z muzyki strzał za strzałem, młodzi tancerze, sami mężczyźni, jak gdyby dosiadali grzywiastych połonińskich koni i jak niegdyś ich przodkowie tańcem cwałowali przez połoniny, przez wertepy, przez wody — na Batorowe zamki, na Złotą Banię, na panów Kuropatwów aż na Pniów, czy razem z panami Jabłonowskimi przeciw ich nieprzyjaciołom, co rzekomo knuli pańszczyznę dla zniewolenia górskiego ludu. Skrzypce rżały wizgami zgonionych koni, bębny dudniły tupotem bosych kopyt po stepach połonińskich, cymbały świstem wichru rozwieruszały grzywy koni i włosy jeźdźców. Nad wszystkim grzmiał pogrzmiewał niewidzialny patron święty Eliasz. Jak zazwyczaj taniec ziszczał to co wczoraj, dziś i zawsze. Dotańczyli wszyscy przed oblicze rachmannego człowieka, białego Maksyma, co przez trzy pasma spoglądał ku nim zza Czarnohory aż z Jaworza, bo sam przezroczysty przenikał na wskroś. Z zaroszonymi stopami, z czołami w pocie stanęli w rzędzie: „sądź nas“.
Po tańcach koła rozłamywały się i rozsypywały się w gromadki coraz mniejsze i w pary. Odpoczywały i kryły się po kątach haci i jarów jakby krople rosy, co znów czają się do zasypania łąk. Pary stawały i chodziły każda z osobna. Kto miał w pamięci wczorajszy butynowy trud, ten nie od razu mógł zmiarkować, że to ci sami ludzie, co wczoraj brali się za bary z talbami i z mygłami i tańczyli z kłodami na ryzach. Uśmiechy i śmieszki, żarty i szepty coraz cichsze, na ścieżkach wczorajszej pracy, w zakątach i na polankach śródleśnych pośród wilczego łyka, wśród szafranu, wśród paproci zaledwie wijących się zielono ponad pożółkłe stare łany, jaskrawiej jeszcze zakwitły puszyste chusty, czarno-zielone wyszywki, czerwone zapaski, o których wczoraj nikt nie śmiał tutaj marzyć. Obok okorowanych białych kłód łyskały kolana, a jeszcze wczoraj marzenie o nich zasypałoby kłody zamiecią gorszą niż zimowa, co gorsza, zamazałoby mazią, bardziej mętną i lepką niż niedawna maćkoła, a może rozsadziłoby butyn. Z zapiętej wysoko i zasznurowanej, bo opasanej mocno krajką koszuli, nawet najbardziej łakomy kochanek nie zdołałby wyłuskać na wierzch białych piersi i żaden nie ośmielił się. W nagrodę za zimę, za wczoraj i za przedwczoraj, słońce samo światłami i cieniami wyciągało przez koszule okrągłe piersi, syte jak odbicia czy owoce samego słońca.
Także Sawicki, mając wciąż przy sobie Pańcia jakby niańkę, z przewieszonymi przez plecy cymbałami stał przy haci z Połahniczką, co prawda dlatego, że sama doń podeszła i zagadywała go nieustannie. Pytała o ryzy, o hacie, a on pokazując opowiadał to i owo. Połahniczka, wciąż wpatrując się w panicza-rysia z lubością, niby to strachała się i jojkała z podziwu. Z kolei on zmuszając się grzecznie zgadywał co może ją ciekawić, opowiadał o małych żbikach, przyniesionych przez Iwanyska do koliby, o białej jelenicy uratowanej przez Iwanyska i o wilkach, a Połahniczka wykrzykiwała coraz głośniej z podziwu. Kręcący się opodal kumpany pokazywali ich sobie i wyśmiewali z cicha. Kraszewski pomrukiwał:
— Patrzajcie, już i ta będzie paniczowa, o! jak się pcha do niego.
— Bo panicz nie mocuje się po chłopsku, na ziemię nie ciska, jak który z nas — odpowiadał roztropnie Giżycki.
— Gdy chuchnie na nią wola boża, nie on ją, to ona jego ciśnie — wywodził Kraszewski.
— Ależ to zielone jeszcze, ot, źrebica półroczna — bronił Giżycki.
Kimejczuk splunął wzgardliwie:
— Ze źrebicy wnet będzie kobyła.
Kraszewski kręcił nosem:
— No, tak, ale po prawdzie nasz panicz choć dorodny, ale pusty do dziewek.
Jasio wiedział wszystko lepiej, puszył się:
— Nie rozumiecie, mają ślub z Foką.
Kraszewski zaśmiał się:
— A może Foka nie zaglądał do tej czarniutkiej wdowy w Jasienowie?
Jak wtajemniczony z lepszej sfery Jasio marszczył się z niesmakiem:
— To było przed ślubem pobratymczym, teraz koniec. Ślub, i na tym stoi butyn.
Kraszewski krzywił się nadal:
— Nie wierzę, panicz po prostu pusty kapłon, a tamten? Ha, któż go wie?
W innym kącie haci, w głębszym cieniu, Harasymko lepiąc się do miodowego spojrzenia pulchnej wdowy po Guluku, także opowiadał jej, jak gdyby sobie ułożył naprzód: o swojej przygrywce dla krów, o weselu wilczym, o groźnej hołowyczce, o zniszczonej ryzie, o lawinie na święto Odokii. Wdowa słuchała go z apetytem, raczej oczyma niż uszami, a nadal siała wokół siebie wiosenny posiew spojrzeń, ciągnąc nieznacznie wzrokiem Jasia, który ponownie nie zwracał na nią uwagi.
Po tańcach nikt już jakoś nie przystępował do Mariki Szestunówny. Opuszczona siedziała sama na kaszycy, toteż Foka, który znów wbiegł na chwilę, upomniał Sawickiego, aby przemówił do niej, bo przecież zaproszona i córka zaprzyjaźnionego gazdy. Sawicki przemógł się, przybliżył się do Mariki wraz z Połahniczką i z nieodstępnym Pańciem. Zgadując co może ciekawić Marikę opowiadał jak Foka rozpoczął butyn, jak przyjechali panowie kupcy, to znów o życiu zimowym, jak wody wymarzły i jak topiono śnieg w kotłach. Marika nie pokazując, że ją to lub owo ciekawi, słuchała jednakowo cierpliwie czy grzecznie. Może zaciekawiły ją cymbały, bo poprosiła by pokazał jak się gra, i jak się stroi struny. Zwiędłe szepnęła coś miłego Połahniczce, prosząc by zaszła kiedyś do nich w Krzyworówni, lecz Połahniczka znudziła się prędko i poszła szukać chłopców do tańca. Rozmowa kleiła się słabiutko i rozklejała się zaraz, potem znów muzykanci zabrzęczeli w struny i Sawicki odszedł grać razem z nimi, tylko Pańcio jak usiadł na trawie, tak pozostał bez ruchu.
Do nowego tańca wziął Mariczkę Kuźma Gotycz, zwany Niauczukiem. Zrazu opuścił oczy, przydreptywał sobie trzymając niedbale tancerkę, na nią nie spojrzał. Ze szczególnym zajęciem przyglądał się swoim własnym stopom. Nagle zobaczył Mariczkę, zatrzymał się, wypuścił ją z rąk, potem porwał ją, szarpnął niezgrabnie, wpił się w nią rękami i choć nie wypił ani łyku wódki, rozpalił się jak pijany, nie wypuścił już jej z rąk przez cały taniec. Tańcząc łapał powietrze, jak ryba wyjęta z wody, zielone wypukłe oczy wyłaziły mu z głowy, ciskał spojrzenia zrozpaczone jakich nie widzi się podczas tańca. Marika przyglądała mu się uważnie, prosiła cicho, aby ją już puścił. Zamiast odpowiedzi Niauczuk rozpętał się całkiem, to przysiadał gwałtownie, to podskakiwał w powietrzu. Marijka już zmęczona, nawet zaniepokojona, prosiła go nieco głośniej, by zakończył taniec, lecz Niauczuk wykrzywiał twarz, wytrzeszczał na nią sowie oczy i na przemian to podrzucał ją, to ciskał w tańcu. Marijka otwierała oczy z coraz większym zdziwieniem, a on z głodem i przerażeniem wlepiał w nią nocne ślepia, trząsł nią, skakał raz po raz daleko, unosząc ją w ramionach i roztrącając innych, aż tańczący obok kumpany pokazywali jeden drugiemu z głośnym śmiechem. Nie puścił jej, aż muzyka urwała się nagle. Niauczuk zataczając się jak zaczadzony znikł zaraz z polany.
Po krótkim śmiechu niewiele oglądano się za nim, bo oto muzyka, chwytając rytm zawadiacki, rębany, a najściślej odmierzony wzywała mężczyzn, samych mężczyzn, do arkana. Foki nie było, przeto znów Jasio, chwytając za rękę najbliższego z szeregu, porwał cały rząd, to zwijając, to rozwijając arkan. Zamykał koło, sam padał jak co drugi, opierał w środku koła nogi o nogi innych i tak wleczony jak ranny z pola bitwy uniesiony przez umykających towarzyszy, dawał sobą wirować. To znów wyszarpnął się z wiru, skacząc na równe nogi w porywie myśliwca, gdy wyskoczył z zasadzki i bierze na cel rohatyny przelatującego jelenia. Od razu tych co z kolei padali pociągnął w tak zawrotnym wirze, że żaden z nich nie zdołał wyrwać się z pędu i stanąć na nogi. Nasycony Jasio rozcinał koło, znów zwijał arkan, wyrywał bardkę zza pasa, ciskał w powietrze i znów rozwijając błyskawicznie arkan, w skoku chwytał bardkę z lotu wolną ręką. I kobiety i mężczyźni starsi ścisnęli się wokół arkana, to podśpiewując w takt, to klaszcząc w dłonie.
Podczas nowej przerwy znów zauważono, że Marijka Szestunówna, choć w świetle i na widoku, nadal siedziała sama na kaszycy. Obok niej plackiem na trawie leżał odwrócony Pańcio. Widząc to z dala zwycięzca w arkanie Tomaszewski spoglądał ku niej wytrwale. A gdy raz otworzyła oczy i ogarnęła go tak, jak gdyby go pochłonęła, uznał, że nadeszła jego godzina. Wstał niezwłocznie, lecz zaraz usiadł, bo oczy Marijki zamknęły się nieubłaganie na dwa spusty. Przecie draśnięcie wędki jątrzyło jakoś Jasia, nie odzyskał spokoju, to wstawał, to siadał. Wreszcie sam pchnął siebie, zerwał się nawet ze zwycięskim wzniesieniem głowy, jako że kumpany śledzili go bez przerwy. W kilku skokach znalazł się obok Marijki, usiadł na kaszycy. Ze wszystkich cnót pięknego pozoru, jakimi przyroda obdarzyła Marijkę, najkorzenniej celowała ona we wstrzemięźliwej grzeczności. Na pytania odpowiadała cicho, słodko, nawet nieśmiało jak zawstydzone dziecko. Tomaszewski pytał:
— Ojciec już w połoninie?
— Tak.
— Matka w chacie?
— Tak.
Przez grzeczność skąpych odpowiedzi wiała senność zaczarowana, chłód bez udziału, czy niechęć odpychająca choć grzeczna. Rozmowa ucięła się. Tomaszewski postanowił być dzielny, znalazł pytanie, przysunął się nieco. Pytał nie jak ciekawski natręt, który chce wybadać, lecz jak przyjaciel świadomy rzeczy, który usiłuje pomóc i ulżyć:
— Panicz Tytus wyjechał?
Marijka przemilczała jakby nie dosłyszała, po chwili popatrzyła z wyrzutem i opuściła głowę. Tomaszewski czekał cierpliwie, Marijka przemogła się:
— Tak.
Tomaszewski nabrał otuchy, pytał dalej:
— Pewno znów wnet przyjedzie?
— Nie! — odpaliła głośno Marijka.
— A czemuż?
— Bo tak.
— Wy nie wiecie?
— Nie.
— Nikt nie wie?
— Nie.
— A czemuż?
— Bo tak.
Oczy Marijki zawarły się, usta jej zaledwie poruszały się, tylko pierś wznosiła się nieco silniej. — Lepiej było nie mówić do niej, nie patrzeć na nią, nie znać jej, ni jej nienawistnej pychy i poniżającej krasy! Tomaszewski odskoczył jak oparzony, machnął ręką jakby ściął kłujący bodiak, jednym skokiem był przy kumpanach. Ci spoglądali na Marijkę poważnie, to ze smutkiem, to ze złością. Bo była to widać taka rosa błyskająca, co nie tyle chłodzi, jak raczej raz grzeje, a raz mrozi, a nade wszystko gryzie wszystkich w oczy, wyjada oczy. Przyglądali się jej badawczo także Matarha z Mandatem i z Giełetą. Poruszyli się gwałtownie, bo oto przybiegł z koliby Łesio Karawaniuk z nowiną, że Kuźma Niauczuk rozchorował się po tańcu, wymiotował, a teraz głowa go łupie, wije się w kurczach i tak sam jeden męczy się w ciemnej kolibie. Łesio szukał Iwanyska, znalazł go w niedalekim zakątku lasu, gdzie siedział z żoną, po czym Iwanysko biegiem pomknął do koliby, za nim pospieszyła żona, a także Łesio z żoną.
— Widzicie — porykiwał ponuro Matarha do swoich — ledwo jej dotknął, już zaczarowała.
— Za mocno dotykał — zauważył Giełeta.
— Tak wygląda — szepnął zasmucony Mandat.
— Ale czym, jak? Warto by to wiedzieć — dodał głośniej Giełeta.
— Tak, tak, warto, aby odwrócić czary — godził się Matarha.
Sam ostrożniejszy zachęcał Mandata, by przemknął się na przeszpiegi koło Marijki. Mandat nie opierał się, niepostrzeżenie pokręcił się koło kaszycy jakby szukał czegoś w wiązaniu belek, wrócił niebawem, wzruszył ramionami:
— Oprócz tych złotych kajdanków i świecideł na szyi nic nie widać, nawet wcale nie pachnie jak tamte.
— Gadanie — zaperzył się Matarha — a któż pachnie jak nie ona?
— Idźcie sami, powąchajcie — zachęcał Mandat.
Matarha nie okazywał odwagi ani ochoty, zasępił się.
— Oto! To jeszcze gorzej, na pachnącą wygląda, a nie pachnie. Czymżeż ona to?
Mandat odparł cierpko.
— Tym czym inne, niech ją tam czort! Leźcie do niej sami, jeśli was ciągnie.
Matarha szarpnął się obrażony, szczęściem zbliżała się Matarżycha. Zamilkł pospiesznie, odwrócił wzrok od Marijki ku żonie. Znów wybuchła muzyka i oboje Matarhowie jednakowo potężni, biorąc się za bary sczepili się jak para niedźwiedzi, nie, raczej jak para wielikanów z Pępka ziemi. Do cieniującej brzękiem komarów muzyki tańczyły dwie smereki basztowe, przeczarowane tą muzyką na pociechę, że nie wszystko jeszcze łaskotliwe, drażnione zapachami, nie wszystko rządzone chciwym podniet nosem, ni oblizującym się podniebieniem, że nie wszystko wypchane strzępkami lubieżnych chętek, że nie wszystko wydelikacone, zżabione. Rozpędzili się, rozpętali się w zawrotnych zakrętach, w największym rozpędzie, z którego zdawałoby się można tylko rozbić czaszkę sobie i innym, nagle stawały obie kolumnowe baszty w znieruchomieniu. I znów w taki wir wkręcali się Matarhowie, że nie jak zazwyczaj muzyka tancerzy, tylko oni muzykę bodli żądłem czy ostrogą, smagali, porywali na złamanie karku. Spoglądający na nich muzykanci oszaleli, podskakiwali razem z instrumentami, świstali, pokrzykiwali, potęgowali i przyspieszali tony, aż wszystkie instrumenty jęczały, a bębny grzmiały jak zapowiedź pierwszej burzy wiosennej. To muzyka, to taniec szalały na wyścigi, podniecając się wzajemnie.
W nowej przerwie wyrażono to cicho, to głośno wszelakie uznanie dla Matarhów. Sam gubernator Żabiego podszedł do nich. Matarha stropił się, spokorniał, stracił wszelki rozpęd, pochylił głowę całkiem nisko, jakby się wstydził wysterczać ponad głowę Żabiego. Wójt utkwił oczy w ziemię, mówił niegłośno lecz ważko:
— I u nas umieją tańczyć, i to fajnie. Widzieliście? Ale do waszej siły starowiecznej nikt się nawet nie umył.
Matarha tajał, lecz zakłopotał się, nie uchodziło pysznić się, należało okazać wdzięczność, a nie chciało się pomniejszać siebie samego. Cóż począć? Na gwałt pompował z samego dna głowy najstarszą mądrość. Dla ważności wytętnił najgłębszym basem i powoli:
— Panie naczelniku, panie gubernatorze, przed waszym okiem nic się nie ukryje, tak jak przed cesarskim. Gdzie tam! My się nie wywyższamy, broń Boże, my wszystko podług starych ludzi. A dawni ludzie tak pouczali: taniec sprawny lepiej ma nasycić i zmęczyć także, niż gdyby oboje, kobieta i mężczyzna przez cały tydzień nabywali się w łóżku dzień i noc, sami w zamkniętej chacie.
Cwyłyniuk także ożywiony słuchał z zaciekawieniem, chwalił taniec, ale nie podzielał mniemania Matarhy.
— Tańczycie sławnie, to nie jakiś pański tańczyk co tylko rozduje chętki, ja już znam się najlepiej na panach. Drepcą sobie drepcą, a tu bidna pućka nie wie gdzie się podziać, bo z jednej strony przystojność, oczy panów i pań śledzą i strzelają, a z drugiej strony od rozebranej na wpół gołej panieczki gorący wiatr wieje. Tak jak jeleń na rykowisku, z tej strony strzelec, a z tamtej łania, obraca się tu i tam, raz na strzelca rogami błyśnie, a drugi raz miękką huzycią. Tak samo pućka, raz chowa się aż do kiszek, a drugi raz dębieje. Ale to co mówicie, Matarho, to nie tak. Gdyby dwoje w łóżku cały tydzień nabywali się i gzili, toby z nich pozostał tylko flak, tak jak słonina wygotowana w juszce. A tu przeciwnie, od tańca nasze rody coraz mocniejsze, bo w tańcu gorącym lepiej niż słonina w lodzie nasienie się zachowa. I jest dość tego na później. To wam powiadam.
Trochę za dużo chciał powiedzieć Cwyłyniuk, i już nikt nie słuchał. Bo taniec niepodatny dla przemów wyrozumowanych i szuka sobie żywiołu coraz lżejszego, nieuchwytnego. Choć sprasował tańczących, tak jak oni stopami cały trawnik, choć skosił tańczących i grających, chętki i szepty, choć nawet wychłodził ich jak rosa zwycięska, ale nie wyczerpał. Lecz odświeżył dla dalszej zabawy bardziej delikatnej.



RZEŹBY MÓWIĄCE

Marijka nie ciekawiła się wcale arkanem ani następnymi tańcami. Siedziała sama, poważna, to ponurzając oczy w ziemię, to rzucając spojrzenia daleko poza taniec i poza las. Obok niej ciągle tkwił w trawie Pańcio.
Skłaniające się słońce przecedzało się jeszcze ściślej przez drzewa. Rzadko cisnęło jakąś jaśniejszą plamkę. Gasnąca i gasząca jednolicie zieleń kładła się na wszystkie postacie.
Rzeźbiarz, który wokół siebie, w życiu szuka postaci, ich ruchów i sytuacji tak wyrazistych, by powiązane ze sobą wzywając światło tak jak ono tego pragnie, same mówiły, a potem odlane czy wykute trwały wiecznie, rzadko znajduje choćby jedną taką chwilę już gotową dla rzeźby, niespotykaną, niepowtarzalną o wyrazie jedynym. A oto chwila jakich niewiele: Marijka i Pańcio. Piękno błyskawic bezgłośnych wiosennego nieba ucieleśnione, a obok łyskający żółto-rdzawo czerep, wykwitły ze szmat tlejących słabiutkim ruchem jakby resztką życia. Jedną i drugą postać omszyły zielone cienie.
Niemałej miary rzeźbiarze spajali swe postacie z białego, szarego, czarnego i złotawego marmuru. Jeszcze więksi nie potrzebowali marmurów barwnych. We wstępującej do nieba drabinie marmurów ten najbardziej powołany, który powołało samo światło. Poczynając od hymetyjskiego szaro-niebieskiego prążkowanego poprzez pentelikijski mleczny, jak dopiero co odcedzony z mleka świeży budz, a w miarę wieku powlekający się złotawą rdzą, jak dojrzały owoc meszkiem, najwyższym podziwem, bo najhojniejszą łaską światła cieszył się marmur paryjski: choć z krysztalików mroźnych złożony lecz ciepły, a dzięki nim oślepiająco biały. Powołany dla harców i dla tańców z każdym światłem, dopóki jest światło, dopóki choćby sączy się światło i dlatego wybrany dla rzeźby. Zaciemniająca się zielonawo carynka coraz mniej sprzyjała barwom jaskrawym. Oparła się tylko białość i te promienie i źródła światła, co same promieniowały jak białość twarzy i oczy Marijki. Oparła się także wyglansowana od dawna i duża czaszka Pańcia. Światło nie barw szuka w rzeźbie, tylko samego światła, dróżek i dróg dla światła.
Mariczka od dawna błyskała ponad piękności górskie, dzięki przejrzystej białości skóry przez którą przebłyskiwały niebieskie sieci żył i także dzięki źródlanym, strumiennym oczom. Lecz dopóki pasła gęsi i jagnięta nikt się o nią nie troszczył. Nie śpiewała głośno jak pastuszki, nie hałakała wcale, tylko nuciła dla siebie, gdy była pewna, że nikt jej nie słyszy. Tyle spamiętano z owych czasów, że była cicha, niemrawa, prawie dzika, jastrzębiątko ledwie oswojone, co pęta się za gąskami i jagniętami, i tyle. Dopiero gdy od jakiegoś chramu poszła o niej sława, śledziły je naprzód cierpliwie i czujnie kobiety, potem mężczyźni coraz chciwiej, nawet zawzięcie. Z dziczki niemrawej wyłuskało się piękno. Pięknych kobiet niemało, piękność jedna na setki tysięcy. Gdzie przyszła Marijka nikt temu nie zaprzeczył. Lecz pytano cicho i głośno: co kryje się za tym? Była małomówna, trudna do rozweselenia, nawet do rozgadania. Ciążyła jej jakoś ta piękna głowa i gęste sploty złotych włosów. Była także nienagannie grzeczna, zapewne obwarowana pozorami, przeto usiłowano ją szpiegować, ale nikt nie zdołał odkryć niczego brzydkiego ani nawet pospolitego. Czyżby święta dziewczyna?
Dlatego niedawne dzieje z paniczem, choć nikt dokładnie nie wiedział nic ani nie wyśledził, przysporzyły ludziom sporo zabawy lub złośliwej uciechy. Może byłoby inaczej, gdyby odezwała się, gdyby zażartowała. Cóż można było jej zarzucić? Że przyjmuje od panicza coraz to nowe i coraz wspanialsze podarki. Ale co było między nimi? Panicz przychodził do chaty w biały dzień i odchodził, a ojciec wraz z Mariczką odprowadzali go razem do kładki na rzece. I to wszystko. Kobiety długo jeszcze mówiły o niej dobrze lub wstrzemięźliwie. Dopiero publiczne hołdy składane jej przez szalonego panicza-przybłędę rozwiązały języki, zamazały jej sławę. Inaczej sądzi się gęsiarkę niemrawą, inaczej taką co wystrojona jak żadna inna i którą pasowano głośno, nie tyle na śmiech co dla wyzwania wszystkich, na królewnę gór. Przeto nawet najnowsze wieści, ze rzekomo przepędziła panicza — bądź co bądź pana z panów jak mówiono — przyjęto nieufnie, a potem ze złością. Bo za cóż dostała te fatałaszki kosztowne? I na jaką pamiątkę je nosiła?
I panicz to był osobliwy, wiatr-pędziwiatr ze stepu, dorodny drągal, czarnooki, czarnobrewy, ale co tu mówić — czort. Wlatywał niespodzianie z Bukowiny, nawet skądś z granicy besarabskiej i znikał. Przyjeżdżał do swej siostry, dziedziczki z Krzyworówni, młodziutkiej lecz wówczas już lubianej powszechnie. A panicza, z tych którzy go znali i zetknęli się z nim, nikt nie lubił. Raczej bano się go wszedzie, ustępowano mu z drogi. Nie tylko zarębał tu i tam niejednego panka w pojedynku i dzięki takiej sławie przeszywał i roztrącał ludzi zuchwałymi oczyma. Roztrącał także tych, co go nie znali i nie bali się. Po prostu bryczką swą potrącał fury spotykane na wąskich stromych drogach nad Czeremoszem, ilekroć wychylił się z zakrętu czwórką spienionych karoszy, nad którymi nieustannie strzelał długi batog, a znad batoga strzelały oczy awanturnika. Wiatr szarpał mu czarną grzywę, a bryczka przelatując przez wyboje i jamy wzbijała tumany kurzu lub chlapała błotem. Toteż który woźnica zoczył go, jak oparzony wyskakiwał ku swym koniom i w popłochu uprowadzał je, choćby na sam brzeg rzeki. Zdarzyło się już bowiem, że strącił jakąś furę z brzegu do rzeki i pośpiesznie a hojnie dołożył batem nieszczęsnemu woźnicy. Toteż przekleństwa głośne, gorące życzenia złamania karku i zawzięte obietnice odpłaty leciały za jego bryczką. W Krzyworówni witały go i żegnały pytające spojrzenia siostry, a za nim dążyły jej modlitwy by go Bóg opamiętał, aby przynajmniej go chronił od złamania karku. Lecz kto go znał i kto mu się przypatrzył, wątpił o skuteczności modłów, bo i ród jego był taki, że od kilku pokoleń nikt nie skończył swoją śmiercią, a pęd jego czwórki taki, że o złamaniu karku teraz czy później nikt nie wątpił. — Bywalec panicz przepędził tak przez niejeden powiat i niejeden kraj, a w niewiele lat później wypędzony z kilku krajów, a raczej ścigany przez prawo karne, musiał uciekać za morza. Jego pojedynki przekroczyły nawet bezwstydnie rozciągliwe granice ówczesnej pobłażliwości, która z wstydliwym uśmiechem przymykała oczy wobec swawoli pojedynków. Dopiero gdy ofiarą padł młodzieniec z najbliższej rodziny i zaczęły się sypać listy gończe za zabójcą, wówczas tolerancja przestała się uśmiechać.
Tylko wobec najmłodszej siostry był ciepły i czuły, a wobec chłopskiej córki Marijki nawet uniżony z podziwu. Raz za razem wlatywał i znikał prędko, a każdym razem przywoził coraz to nowe i coraz droższe ozdoby dla ustrojenia i wywyższenia Marijki. Odkrył ją i niby to ocenił. Nie tylko pod złote kosmyki jej włosów narzucił złotawe i mieniące tureckie czy perskie jedwabie, na szyję perły i korale weneckie, a niby kajdanki nałożył na ręce bransolety. Nie usiłował jednak wcale namówić jej do zmiany stroju, a przez to do poniżenia w oczach wsi, tylko uświetniał jej krzyworówniańskie stroje, przywiózł skądś z Rumunii utkane złotem zapaski, kazał sporządzić złote sprzączki do postołów, a nawet na wzór harmonijki rozciągające się buciki ze złotymi podkówkami. Gdy takiego bożka sobie sporządził, nastąpił szczyt wszystkiego. Gdy wychodziła na Wielkanoc z cerkwi, na oczach ludzi zamiatał przed nią ziemię kapeluszem i zawołał głośno: „Królewna gór idzie!! Zorza! Sława zorzy, kłaniam się zorzy.“ Marijka wzdrygnęła się i skamieniała na miejscu, jakby dla przyjęcia hołdu, potem czym prędzej uciekła. A ludzie, którzy to widzieli i słyszeli, spłoszyli się jak owce, jak gdyby wilk choćby młody, zabawy tylko szukający nie łupu, wtargnął w czeredę. Tłoczyli się jak w popłochu i uciekali, a nieco dalej żegnali się znakiem krzyża i spluwali. Taka sława stała się hańbą.
To nie wszystko. Pan kucharz dworski, nie żaden fagas służalczy, nie plotkarz ani pochlebca fałszywy, owszem choć z szacunkiem dla swego pana, sam także okazały, otwarty panisko, naszeptał ze smutkiem wieść o gorących i gorszących rozmowach, jakie toczyły się w dworze, gdy panicz Tytus po raz ostatni przybył do siostry. Nie wszystko wiadomo, ale to pewne, że gdy chwalono młodą cesarzową, której także pan Tytus był niegdyś przedstawiony, twierdził, że Marijka Szestunówna ma więcej czaru, a przede wszystkim rozumu i serca, a gdy grzecznie wymijano to jego porównanie, uniósł się i wykrzyknął porywczo — on, który nigdy do cerkwi nie chodził — że Marijka to ikona święta, istne podobieństwo Najświętszej Maryi Panny. Zrozumiałe, że siostra płakała, jej mąż położył się do łóżka i odchorował tę rozmowę, a panicz Tytus przestał przyjeżdżać. Wlatywał jak wiatr i sczezł wreszcie jak wiatr, nikt go nie mógł dosięgnąć. Za to wszystko razem nie lubiano Marijki. Marijka milczała. —
Ale chyba czego innego oczekiwała ta siła, która stworzyła Marijkę. Ta sama siła, która rzuciła jej obraz w starej kolędzie, tej, którą na widok jej zanucił Giżycki.

Gdy szepnie — jedwab sypie się złoty,
Przed cerkwią skłoni się — sam dzwon dzwoni,
Same z łoskotem rozwrą się wrota,
Same w ołtarzu świece się jarzą,
Wody nie gwarzą, gwiazdy nie sądzą,
Na mir dzwon dzwoni i świat się skłoni.

Zamiast tego we wsi po cichu szydzono, powtarzając słowa panicza: „zorza, sława zorzy, kłaniam się zorzy“.
Ale kimże była Marijka? Bez wiedzy o almanachach szlachty i zanim zjawił się rasowy obłęd, wszyscy hodowcy bydła i pasterze górscy przede wszystkim, ufali w niezawodność takiej wiedzy, mocą której najważniejsze jest pochodzenie istoty żywej, o ile okazuje się jako jednostka i jest czymś więcej niż pasożytem. Jeśliby taka wiedza rozstrzygała o znawstwie ludzi, nikt nie miałby chyba wiedzy dokładniejszej niż pasterze, a pośród nich szczególnie czarownicy, których pamięć nie tylko sięga jak najdalej, ale których czujne sądy oparte są na ciągłym śledzeniu ludzi.
Marijka była córką już niemłodego, średniego gazdy z Krzyworówni Fedia Szestuna, co miał sławę pracowitego, bogomodlnego milczka i Wasyłyny, wysokiej dorodnej, ognistej, nie zawsze wesołej lecz pyskatej, chętnej do pracy, do plotek i do kłótni. Marijka była jeszcze dzieckiem, gdy Fedio na same święto rachmańskie ogłosił sąsiadom, że samo płodzenie dzieci jest wielkim grzechem i dlatego należy podczas płodzenia gorąco i pokornie się modlić, a przedtem i potem pościć, pokutować, pielgrzymować, bo koniec końców bez tego przygotowania dzieci płodzić nie wolno, gdyż rodzić się będą same czorty. Stosownie do tego wnoszono dość powszechnie, że młodsze od Mariczki rodzeństwo poszukało sobie innego ojca, aby przyjść na świat.
Koniec końców gdzież więcej znajomości i wiedzy o człowieku, czy u tych co wszystko wiedzą o jego pochodzeniu? Czy może u tych, których ideał szczytny wylatuje ponad pochodzenie, leci w przeszłość za możliwościami i przeto jest jak ptak dzienny, co zapędził się w noc i uderza się o nieoczekiwane przeszkody? Czy może tam gdzie człowieka, nawet największą ilość ludzi, jak najczęściej stawiają pod szkło powiększające i śledząc jego odruchy i wyraz, zapisują codziennie relacje, wcale nie patrząc na to skąd człowiek pochodzi ani którędy podąża? Albo czy może tam, gdzie zbyt wielu ludzi badają i zbyt wiele drobnych świadectw zapisują, powiększające szkło pomniejsza? Czy może najwięcej przecież u czarowników i im podobnych badaczy, co wierzą w czary i w prądy, gdy w obawie przed złym okiem, przed drapieżną ręką, przed wrogim wyrazem, tak drapieżnie i zawzięcie śledzą wrogich bliźnich, że widzą więcej niż powiększające szkła? Którzy znawcy są sprawiedliwsi? Którzy bardziej wymagający, a którzy pobłażliwsi? Którzy wychowują najlepiej, a którzy mają najwięcej złudzeń?
Córka Fedia i Wasyłyny, wykolejona z wiejskiej koleiny pastuszka czy paniczowa zorza? Czy z ziemskiego żywiołu nalotem światła zbudzona piękność jedyna, na to by poniżyć pysznych, aby wstrząsnąć życiem pasterskim i zmienić je, aby być probierzem złota, na to aby każdy kto miał wziąć ją w ramiona i do ślubu, żachnął się i zakrzyczał: „nie, nie, nie.“ Czy tylko na utrapienie dla niej samej?
Dziewczyna-dziecko, wiosna górska budzi się wciąż i znów zasypia, uśmiechnie się na krótko, a zasmuci się na dłużej, z nieba surowego gorące spojrzenie grzeje i znów mrozi, nieci i gasi.
Czy Marijka była dobra? Nie. Czy była zła? Nie. Czy wiosna górska jest dobra? Nie. Czy zła? Nie. Czy wiosna górska jest ślepą siłą przyrody? Któż to śmie twierdzić. Czy Mariczka była ślepą siłą przyrody? Nie.
Podobnie jak wiek dziecka nęci do poznawania człowieka w okresie dzieciństwa, tak samo warstwa ludzi, których zwiemy niepiśmiennymi i nieoświeconymi. Mają co prawda mowę jak dzieci, ale nie tylko nie piszą, nawet nie mówią o swej duszy, a udzielają nam czasem wbrew mówieniu i wbrew pisaniu wiedzy o sobie jak rzeźby. A czy to wszystko jest psychologią? Nie. Tylko błyskiem wiedzy przez rzeźbę, co jak krótka błyskawica oświeca niebo i ziemię, ten świat i tamten. Rzeźba wskazuje, jak wielu złudzeń i przeczuć potrzeba dla wyłowienia niewidzialnych, nie ukazanych przez samą rzeźbę wspólnot, nieuchwytnych związków i przeciwieństw, a uchwytnych dlatego tylko, bo najskąpiej i najskromniej przez nią wskazanych. Im więcej bram dla światła, im więcej dróg dla tańców wirowych światła, tym więcej złudzeń takich, tym więcej związków postaci rzeźbionych z wszystkimi żywiołami niewidzialnymi na samej rzeźbie: z ziemią, z niebem, ze słońcem, z gwiazdami, z wiatrem i nawet z tym żywiołem, którego rzeźba i światło ani nie muśnie, z dźwiękiem, z rytmem. Im więcej tych złudzeń, tym więcej prawdy.
Zorza paniczowa, Marijka, opuszczona przez wszystkich zastygła na kaszycy. Na najpiękniejszej wysmukłej szyi wzniosła się misterna budowla w odmierzonych rytmach, w akordach łuków i łagodnych sklepień. Żywe dzieło matematyka, zespół kryształów, który pozwolił sobie na taką swobodę by rozgrzać się i żyć. Gdy zawierały się jej oczy, nadaremnie było szukać światła na zaciemnionej ziemi. Lecz skamieniała głowa mówiła sama. Znieruchomione twarze słynnych piękności przecież zdradzają się czasem jakimś cieniem arcyludzkiej pospolitości, chociażby obojętności, lecz oblicze Marijki nie miało nawet cienia zrozumiałej łatwo goryczy, tylko lekki złoty puszek gorącego uniesienia osiadł na twarzy jak u dojrzewającej śliwy. I tylko pierwszy jesienny szron osamotnienia. Usta z których nikt nie słyszał krzyku, kłótni ani ostrego głosu, wyzywały krzyk tęsknoty do przełamania, do zatopienia się w nich i otrzeźwiały zaraz, bo to usta dziecka, jednych opamiętywały do wstydu, innych chłodziły do złości, jakby puchar o barwie wina, napełniony soczkiem dla dzieci.
W zielonym cieniu całą zastygłą postać Marijki wydłużyła tęsknota. Ręce wyciągnięte przed siebie szukały gąsek czy jagniątek, czy raczej ich mar z dzieciństwa, nogi sprężone pod sobą jakby porywały się do odskoku, do odlotu. Kosmyki i skrzydła włosów wylatywały przed siebie. Nozdrza napinały się jakby im było mało powietrza, jakby je ciągnęło skądś z daleka. Nade wszystko wargi otwarte rozchyliły się spragnione, jak gdyby uciekała przed nią woda lub jak gdyby już umierając z pragnienia nie mogła się ruszyć krokiem, tylko szukała wody tuż obok, najbliżej ust. Któż by cię kochał za mało, Mariczko? Któż by nie kochał, dziecino daleka a bliska? Kim jesteś, skąd jesteś, Mariczko?

Jestem dzieckiem tej ziemi i nieba, z łona ziemi, z siewu gwiazd
Ród mój niebiański, wszak wiecie, widzicie to sami,
Uschłam z pragnienia i ginę, o dajcie co prędzej, dajcie już
Chłodnej wodiczki płynącej z zatok zapomnień, przypomnień,
A gdy mi dacie się napić do syta z Bożej krynicy,
Będę gazdować wśród niebian na zawsze i modlić się za was.

Dwa tysiące lat temu pitagorejski napis położony na ustach zmarłej, która zeszła do podziemia, głosił to samo co spragnione wargi Mariczki.
Pozostał przy niej na trawie odwrócony do niej plecami Pańcio, pogrzebany pod popielistą warstwą odzienia, zbyt obszernego dla jego wychudłej postaci. Zagrzebał w nim także ręce i stopy. Kto osobiście nie znał jego ubrań, nie domyśliłby się jakie stworzenie spoczywa pod łachmanami, gdyby nie jego oczy i nade wszystko czoło. Oczy wywracając się wysoko ku górze błyskały czasem białkami, potem opuszczały się i gasły. Lecz wielkie czoło, a raczej łysa czaszka, ujęta w szarobure kłaki i wiechy włosów i złożona jak rzeźba na miękkich łachmanach, jakby na to, aby się nie stłukła, wcale nie znijaczona błyskała na przekór gaszącej zieleni cienia, choć zbyt dużo rdzawych kropek i smug z niej wypełzło, nawet więcej niż z pentelikijskiego marmuru. Błyskała dzielnie tak jakoś, jak głęboko pociemniałe żółte siodło ze skóry. Choć stare i popękane, a przecie wygarbowali je niegdyś, a potem codziennie szczotkowali do blasku zgrzebłem drucianym dwaj nieodstępni czortowie-stróżowie: Bieda i Zgryzota, na przemian lecz gorliwie.
Marijka wstrząsnęła się, ocknęła się, znalazła się na ziemi. Odwracając lekko głowę przyglądała się uważnie Pańciowi. Zobaczyła, że jednym okiem bystro celuje do nieba jak gdyby wypatrywał ptaków do strzału, a drugie trzyma uparcie zawarte. Potem zamknął wzniesione oko i otworzył drugie, zwracając je ku ziemi jak badacz co śledzi życie mrówek.
Pod huk muzyki zapytała cicho:
— Wy z Żabiego?
Pańcio nie odwracając się, niedbale wyjąkał z kupy szmat:
— Z Ża-żabiego, a jeszcze więcej nie z Żabiego.
— A skąd to?
— Stamtąd gdzie pali pod nogami.
Marijka pytała cierpliwie:
— A w Żabiem nie pali?
— Pa-pali już, dlatego uciekłem.
— A tu nie pali?
— Jeszcze nie pali, ale wnet podpali.
— Kto podpali?
— Ten co wszędzie — odparł Pańcio gładko.
Marijka zamilkła, Pańcio wcale nie odwrócił się. Marijka pytała nieco głośniej:
— A wyście nieżonaty?
— Żo-żona mi w kołysce umarła — odparł Pańcio przez plecy.
Marijka uśmiechnęła się i ożywiła nieco.
— A skąd wiecie, że umarła?
— Bo się nie ożeniłem.
— Nie było drugiej?
— Nie, tylko ta jedna.
Uśmiechnięta Marijka pytała śmielej:
— A dzieci nie mieliście?
— Byłyby, ale kwaterę nam zmienił ten-tamten...
— Któż zmienił?
— Ten główny na wielkich manewrach.
— Generał? — pytała Marijka.
— Nie, ten ponad generały.
— Nasz cesarz?
— Nasz, ale czort uparł się, że jego.
Marijka zaśmiała się głośniej i zapytała:
— I cóż zakomenderował?
— Zakomenderował: Marsz na inną kwaterę! A do roboty dzieci ktoś inny! Abtreten![15]
Marijka odwróciła się całkiem ku Pańciowi. Uparła się, aby wyciągnąć z niego coś do rzeczy.
— A matka — ojciec?
— Sierota jestem okrągła, jajko bez kury.
— Nie pamiętacie rodziców?
— Matki nie miałem, ciotka porodziła — chwalił się Pańcio.
— A ojciec?
— Nie miał czasu, pognał za drugą ciotką.
Marijka rozłożyła ręce. Dostrzegła, że odpoczywający żabiowcy zauważyli ich rozmowę, pokazywali palcami i śmiali się głośno. Nie zwracając na to uwagi znów pytała:
— Wy łatacie garnki?
— Ła-łatam, ale jeszcze lepiej rozbijam — zachwalał się Pańcio.
— Po cóż?
— Aby było co łatać.
— To może przyjdziecie kiedy do Krzyworówni, do nas, do Szestunów.
— Po cóż? — żachnął się Pańcio niechętnie.
— Garnki połatać, to wasza robota, czyż nie tak?
— Moja robota, ale lepiej się powiesić.
Marijka przeraziła się.
— Człowiecze, po cóż wieszać się?
— Aby nie robić tej roboty.
— A cóż wy robicie na butynie?
— Objadam ich.
— To dobrze, przyjdźcie do nas także podjeść trochę, czyż my gorsi?
— Nie gorsi, ale za to musicie pokosztować papryki z pieprzem, to w język — Pańcio zaciął się.
— Jakżeż to?
— To w język was naszczypie, tutaj wszystkie języki poparzone.
Marijka śmiała się głośno, ubawiona pytała:
— A wy zawsze tak dziwnie mówicie?
Pańcio ożywił się kapinkę.
— Mówię za dużo, nie ma komu słuchać, z tego oniemiałem.
Marijka mówiła ciepło:
— Jak to oniemieliście, mówicie aż lubo, tylko dziwnie trochę.
— Mówię bom nie ryba, a gdybym był rybą, ha —
— Jakże rybą? — pytała Marijka.
— Toby prędzej koniec, a tak to, ha —
— Wam niedobrze?
Pańcio nagle odwrócił się twarzą do Marijki, podniósł głowę, oglądał ją surowo. Odpowiedział:
— Ba-bardzo dobrze, tylko głowa zawadza wciąż, nawet we śnie.
— Co takiego zawadza?
— Po-powiadam głowa, gdyby ją zdjęli, zaraz by bardzo dobrze.
— Bez głowy, jak to? — wciągnęła się Marijka jak w bajkę.
— Bez głowy prosto do nieba.
— Jak, jak? — pytała Marijka.
— Bez głowy człek durny — do nieba przynależny, i dobrze, no — niebo. A na ziemi wciąż z głową, z tego kłopot największy.
Marijka także nabrała ochoty do przekomarzania.
— A wy lubicie tańczyć?
— Z pstrągami tańczę wciąż, łapię aby im było wesoło.
— Jakże wesoło?
— Każdemu gdy go zjedzą.
— A nie temu co je?
Pańcio rozgadał się.
— Zjedzony ma spokój, sam jeść nie chce i nikt go więcej nie zje. A temu co je najgorzej, wciąż głodny, nigdy się nie naje. Pchły i wszy męczą się najgorzej.
— I one się męczą?
— A któż? Tyle mają do zjedzenia, a nigdy nie skończą.
Marijka skrzywiła się nieznacznie, zmieniła przedmiot pytań.
— A wy kogo lubicie najwięcej na butynie?
Pańcio odparł bez zająknienia.
— Fokę bo najdurniejszy.
Marijka zaśmiała się dziwnie.
— A nie najrozumniejszy?
— Gdyby był rozumny, to wypędziłby mnie od razu na śnieg, a butynarów zaraz potem za porządkiem.
— I któż by mu robił robotę?
— Co tygodnia kto inny, tak jak urządzają mądrzy bogacze w świecie: wyrzucać! wypędzać! inaczej zbankrutują.
— Co to znaczy?
— Wiecie co bank? — pytał Pańcio.
— Nie.
— Ul wielikański, pieniądze wciąż wlatują, brr-brr-bzz-bzz — nakrwawione bąki, roje pieniędzy.
— A może to nazywa się kasa, jak u pana i w urzędzie?
— Kasa to durnica, to nic, a bank rzyga złotem aż na ulicę, niech durnie chapią! No i złakomią się durnie, zaczną chłeptać, poparzą gardła, utopią się w smole, a on dalej tylko chłepce i chłepce i łyka to, co sam wyrzygał razem z nimi.
Marijka skrzywiła się bezbronnie, szepnęła:
— A Foka kogo łyka?
Pańcio zniecierpliwił się.
— Po-powiadam nie łyka i z tego zbankrutuje.
— Co to znaczy?
Pańcio rozjąkał się:
— Ga-gadaj z wami, brzuch mu się rozpruje, pęknie mu cały bank i będzie taki bank jak ja. Sam gnój!
— Jakiż to?
— Zgryzoty same, taki co karmi świat, nie ma kropli rozumu.
Marijka ośmieliła się.
— To żaden ojciec nie ma rozumu?
— Skąd ojciec do rozumu?! No, ale dobrze mu tak, bo ojciec, połknął wędkę, posiał się, no i ma dzieci, niech go grzebią, one od tego. Ale całego świata ojciec to najdurniejszy z durniów.
Marijka żachnęła się lekko, oczy jej zabłysnęły, jastrzębia ich oprawa zaostrzyła się surowo.
— Czemu najdurniejszy? Cóż wy wygadujecie.
Pańcio upierał się ze złością:
— Najdurniejszy, bo wszyscy niecierpliwią się aż pękają, aby go pochować za to że ojciec. Na rodzonego ojca pogrzeb tylko dzieci czekają, no i może wnuki trochę też. I tak trzeba, a wszystkim innym tak sobie, fuk! Czy żyje czy zdechnie nie dbają. A na takiego, co karmi cały świat, cały świat czyha z łopatami, nie może się doczekać. Łopata koło łopaty, jak daleko spojrzeć.
Głęboki cień ogarnął jar, od haci ciągnął chłód. Marijka wstrząsnęła się, wstawała powoli, zakończyła rozmowę:
— No, to przyjdźcie do nas, garnków do łatania jest dość, durnych też starczy, będą wam radzi, a wy ich lubicie.
Pańcio uśmiechał się bezradnie:
— Boję się, szkoda mi was.
— Kogo szkoda? — pytała Marijka.
Pańcio zerwał się, przystąpił bliżej i rozpędził się w porywie.
— Was szkoda, wy na całe góry zorza jasna, obraz prawdziwy. — Zadyszał się, Marijka zmarszczyła się, odsunęła się, a Pańcio mówił jeszcze goręcej.
— Prawdziwy, żywy obraz, nie bohomaz popowski. Nie patrzycie na nikogo tylko na mnie. I zaraz będą plotki.
Rozbrojona Marijka roześmiała się serdecznie.
— Niech plotkują, a z dobrego konia spaść warto, może nie?
Pańcio wylepiotał:
— Warto. A kto tu koń?
Muzyka urwała nagle, przerwano taniec, wszyscy rozsypali się, koło haci zaroiło się od ludzi.



ŚPIEWY I JĘZYKI

Chłodniało już dobrze w jarze od cienia i od wody, tańce spoczęły, a przecie żal było porzucać tony i tak z tańca same wysnuły się śpiewy. Muzyka zaczynała, próbowała, wreszcie znalazła. Pod nutę podgórską, słodką, nieco zawodzącą, śpiewała wdowa po Guluku głosem tak maślanym, jak jej lica i bardziej lepkim niż jej głos. Zaczęła tak:

A ty mene ne kochajesz,
Ja tebe kochaju,
Cztery razki za toboju
Słuhy posyłaju.[16]

Tak zwracała się młoda stęskniona popadia do młodzieńca Petrusia. Śpiew opowiadał dalej, że gdy Petrusio usłuchał wreszcie kuszenia, został zabity przez czyhającą zasadzkę sług oddanych mężowi pani, w chwili, gdy zrzucał koszulę dla godów miłości. Niezwłocznie słudzy porwali zabitego Petrusia od pani i wrzucili go do Dunaju głębokiego.

Pływaj sobi Petrusyku
Wid kraju do kraju,
Abys znał ty jek lubyty
Tu welmożnu paniu.[17]

Lecz pani kazała wyłowić rybakom ciało, zrobić trumnę i zbudowała mu nagrobek z daleka widoczny.

Aby pany piznawały
Szo to mij kochanec.[18]

Sama zginęła z żalu.
Smaczna wdówka, nie zabiegając już wzrokiem, raczej rozkazywała niż wabiła. Uśmiechała się zwycięsko. Młodzi obsiedli ją gęsto, także zwycięzca w arkanie, Jasio Tomaszewski, widocznie rozbrojony wpatrywał się w nią żałośnie. Dola utopionego Petrusia nie odstraszyła, raczej wabiła na zatratę.
W ciszy wydrążonej z uciechy chramowej śpiewała z kolei żona Kuzimbira, Biłohołowa. Jakby zstępując z wysoka na surowej mgle, co od szczytów zagarnia całą dolinę, owinęła w starowieczną nutę z Krzyworówni opowieść o Hrebeniuczce, lecz więcej niż wymagała nuta odrębywała każde słowo na to, by je podać nie tylko dla uszu, także dla rozwagi, dla współczucia. Opowiadała jak młody żonaty syn, wyjeżdżając na wojnę, powierzył opiece swej matki żonę Katerynę.

Oj kazaw ji hoduwaty
Chlibom pszennyczenkim,
Taj kazaw ji napowaty
Medom sołodenkim.

A ona ji hoduwała
Żiebow-hadynoczkow,
A ona ji napowała
Hyrkow połynoczkow.

Jek zaczieły hadynoczki
Koło serca wyty,
A ne dały Katerynci
Na tym switi żyty.[19]

Po powrocie z wojny syn zastał żonę na marach, dowiedział się wszystkiego i zabił matkę. Sam szukał śmierci.

Rozstupajsy syra zemnio
Naj w tobi potanu.[20]

Gdzież się podzieli szydercy, szepcący i chichoczący? Hać ciurkała łagodnie, a wśród młodych sypały się westchnienia. Do tańca porywali kobiety, władali niemi, teraz dali się im pogrążyć. Widać po co przyszły na butyn. Były mocniejsze. Bez nich zgraja młodych podobna była ćwierkaczom swobodnym, teraz zleciały nocne ptaki i urzekały cicho. Raz urzeczeni słuchali także śpiewu Połahniczki chciwie. Połahniczka nie siadała, stanęła przed muzyką, rozstawiła nogi jak chłopiec, dała władczy znak muzykantom i zaraz poskakała nuta Sztołowa, wiosenna, zbójecka. Na niej jak na młodym koniu hasała po połoninach Połahniczka chłopięcym głosem.

A ja pidu w połonynku
Ja w totu Beriju,
Spiwanoczki zaspiwaju,
Bo spiwaty umiju.
Jekuż cziuty nowynoczku?
Ne można kazaty,
Piszow Sztoła z towarystwom
Seła wojowały.
Mut wesnoczki nastawaty,
Zazulki kowaty,
A my budem z Myronykom
Pany wojowaty,
Mut łastiwki szczebetaty,
Mut witry hudity,
A my budem z Myron-Sztołoj
Po horach honyty.[21]

Połahniczka przerwała, muzyka to smęciła się, to wiszczowała żałobnie, to cwałowała przed siebie. Młodzieńcy mimo że znali dobrze pieśń, zachłysnęli się dolą zbójecką lecącą na złamanie karku, wpatrywali się w Połahniczkę łakomie. Połahniczka uśmiechnęła się niedbale, śpiewała dalej to tajemniczo, to okrutnie, jak watażka złapali, zbili, skuli i uwiązali do konia głową na dół. Potem Połahniczka śpiewała, niby to słodko, jak sędziowie i hajduki badali watażka Myrona Sztołę.

Deż ty dumaw, Myronyku
Litom probuwaty?
Deż ty dumaw, Myronyku
Zymku zymuwaty?

A ja dumaw lituwaty
U zełenych stoliw,
A ja dumaw zymuwaty
De my Pan Bih pomih.[22]

Głos Połahniczki świsnął jak świr jastrzębia:

Oj upaw twij honoroczok
Jek pid zymow cziczky,
Prosy Boha skoroj smerty,
Taj po smerty swiczky.[23]

Młodzi ponurzyli głowy, a Połahniczka wesołym głosem cięła pieśń, opowiadając o pochodzie watażka i jego towarzyszy ku Kutom aż pod szubienicę.

Zakowała zazułenka
Ot tam nad Wyszenkow,
Tam pokłały szybenyczku
Dla Sztoły noweńku.[24]

Na zakończenie śpiewaczka pocieszyła szyderczo słuchaczy, powtarzając ostatnie słowa watażka do zgromadzonych przy egzekucji urzędników i panów:

A wy pane honorowi
Całujte w huzyciu![25]

I zaraz chłopcy na pociechę sobie samym hucznie powtórzyli słowa watażka: „A wy pane honorowi całujte w huzyciu“.
Połahniczka uśmiechnęła się z politowaniem, a oni oglądali się nieznacznie, czy widać, że w odpłatę za wszystkie kpiny całego dnia wciągnęła ich w śmieszność. Porwała na połoniny w pogoń, a potem wyśmiała jak te dziewczyny, co wabiły watażków i opryszków na to, by wydać ich w ręce hajduków i katów. Swoboda zawadiacka bez jutra, wiosenne hulanie nie wiadomo po co, a któż śmieje się ostatni? Nie tylko wobec kobiet, nawet wobec tej smarkuli byli dzieciuchami. Oglądali się smętnie, kto by mógł jeszcze zaśpiewać coś na pociechę. Tymczasem oczy kobiet już zwróciły się ku Mariczce Szestunównie. Justynka Cwyłyniuczka jako gospodyni powiedziała, co inne myślały.
— Śpiewajcie, Mariczko, wy najpiękniej śpiewacie.
Za nią powtarzały to samo Guluczka, Biłohołowa i inne, a Połahniczce wyrwało się:
— Śpiewajcie, wy najkraśniejsza! — Z kolei prosili wszyscy. Muzykanci nie dotykali strun, czekali. Mariczka przymknęła oczy, potem znów otworzyła, szepnęła do Sawickiego:
— Proszę paniczu na cymbałach tylko, ale na przemian, raz hołowskiej gry cichej, a raz Dżumanowej sumnej.
Sawicki ożywił się, przystąpił do Mariczki, cisza pogłębiła się, Sawicki niedbale przechadzał się palcami po cymbałach, naprzód wypłynęła hołowska nuta utykająca, pieśń dla chorych dzieci i smutnych starców, potem stepowa melodia Dżumanowa, co galopuje w przestwór i nagle wryje się, jakby kto osadził konia na miejscu. Nie było zwyczaju tak łączyć dwie nuty i odchodzić od monotonii, zatem słuchano tym chciwiej. Mariczka śpiewała opowiadanie na nutę hołowską, a po każdej zwrotce powtarzała zaśpiew na nutę Dżumanową.

Na wysokij połonynci
Baranczyk wid mamy
Zahuływsy, załyszywsy,
Taj piszow switamy.[26]

Mariczka oznajmiła zwrotkę głosem wyraźnym lecz niewiele głośniejszym od szeptanej kołysanki dla dzieci, potem śpiewała zaśpiew o wiele głośniej, rzewniej:

Swit czużynoczka, brat ni sestryczka, nichto ne zowe,
Nema z kim żyty, hnaty — tużyty z wamy witrowe![27]

Ilekroć powtarzała zaśpiew Mariczka, kobiety podchwytywały go i powtarzały mrucząc. Mariczka śpiewała coraz ciszej, słuchacze słuchali coraz uważniej, a coraz głośniej rozbrzmiewał powtarzany przez wszystkich obecnych zaśpiew. I tak szła dalej pieśń o baranczyku, podobna zawodzeniu dzieci, gdy włożą matkę do trumny.

Jakżeż buło moja mamko
Syritku łysziety?
Komuż pidu wypłakaty,
Komu sy żiełyty?
A deż tebe nachodyty
W werchach u kaminiu?
A jek tebe wyślidyty
W rosyci — w zadwiriu?
A deż tebe wyzyraty,
W sadoczku — w łystoczku?
A jek tebe probużaty
U temnym hroboczku?[28]

Po zaśpiewie Mariczka pytała baranczyka cicho:

Chibaż tobi baranczyku
Niżky widrubaty,
Ne szukawbys, ne bidywbys
Wid chaty do chaty.
Chibaż tobi, baranczyku,
Wikołoty oczi,
Bys ne płakaw wse do soncia
Zastyw w wicznij noczi?
Jakżeż tobi zahasyty
Tu hołosnu tuhu?
Chiba jezyk wypałyty
Zwuhłyty na wuhow?
Szej ty lipsze baranczyku
Serce wikroity
Bys ne tużyw wtychomowku
Szo jes sam na switi.[29]

Coraz szersze koło podchwytywało zaśpiew, aż hać podhukiwała.

Swit czużyneczka, brat ni sestryczka, nichto ne zowe,
Nema z kim żyty, hnaty — tużyty z wamy witrowe.

Skończył się śpiew, wznoszono okrzyki dla Marijki, jeszcze cymbały wykołysywały dźwięki jak z głębi jeziora, gdy Pańcio nieoczekiwanie zaskrzeczał:

Swit czużynoczka, brat ni sestryczka, nichto ne zowe.
Nema z kim żyty, hnaty — tużyty z wamy witrowe.

Słuchacze wyzwolili się nagle, jakby kto odciął głowę czarowi. Głośne krzyki i śmiechy zagłuszyły Pańcia, a on usiłował przekrzyczeć hałas.
— Oj, gorze mi, żem takiej zorzy nie zaznał, kiedym był młody. Ani mi się nie przyśniła. —
Znów śmiech, rechoty, nawet ryki głuszyły Pańcia, lecz on wydzierał się ponad nie:
— Tobym napluł w gębę komendzie, tobym głównemu pajacowi łeb roztrzaskał, tobym regiment rozbił! Żyć! Raz ziarno w ziemię, potem zaginąć!
Matarha przeraził się, wybuchnął:
— Tfu, sczeźnij, biedo, przed kapralem trząsł się, a na starość śmiały. Komu byście głowę rozbili, może kapitanowi?
Pańcio wrzeszczał bez opamiętania:
— Chcecie wiedzieć komu? Powiadam: pajacowi, seine Majestät.[30]
Matarha ryczał w rozpaczy:
— Koniec świata, ogniem z pyska pluje dziadyga, świat podpali, a nas od razu do kryminału.
Witrołom ze współczuciem szeptał do Pańcia:
— Nie uchodzi.
— Nie uchodzi — powtórzyła głośno Justynka — wyście nie pijany, wy sława.
Pańcio rąbał bez zająknienia:
— Pijany jestem od zorzy, przypomniałem sobie, co mi ukradli pajace, hoch Majestät! nasermatery!
Z kolei Foka i Sawicki ujęli go pod ramię, lecz Pańcio wyrwał się niesfornie. Niezwłocznie Cwyłyniuk ufny w przyjaźń z Pańciem opamiętywał go czule.
— Panoczku, pobratymie, u was komora istna, wszystkie języki, a nie uchodzi.
Jak dźgnięty pod wątrobę Pańcio wyrwał się gwałtownie, a z gardła jak u nawiedzonego padaczką wydarł mu się skrzek. Słowa bulgotały z ust jak bańki powietrza z ust tonącego, potem wyrwały się jak wymiociny przerywane jękami chorego. Wykrzykiwał to ponuro, to płaczliwie ślady wspomnień z różnych krajów i czasów, jakby torebki pamięci rozsypały się do jednego kociołka, a ta kipiąca sałamacha pryskała wrzaskami, to przekleństw nieszczęśników, to szyderstw i gróźb ciemiężycieli. Czasem zatchnął się, potem znów furkotał jak uszkodzony kołowrotek. Wokół niego śmiech pełkotał jeszcze ostatkiem wesołości, potem zgasł jak wypalona świeca. Pańcio krzyczał:
— Ordnung! zu Befehl! Habt Acht! Halts Maul! Rend! Parancs! Vigyaz! Legy résen! Für Gott und Kaiser! Dreck! Garde à vous, merde a vous, merde perdue, smerdy-perdy w kukurydzy nesery — Verbot im Namen seiner Majestät! Vat-en merde, je m’en foue, égalité, pelottez, souffletez, calottez, liberté, bękarté, fajdanite, frajdernite, ruez, petez chiez, crachez, crevez! — Biedaczynello, poverello, pauvre chien, szegeny kutya, golan sarac, drac gol, armer Teufel, zum Teufel, a drac! fort! — Purec, gewałt, ben sich, im pejger, epes Utem, puryc a trynk, a sztykełe brojt! — Halts Maul merde! — Puryc pitié — Halts Maul, anbinden den Scheisskerl, zur Rutengasse Batalion im Laufschritt antreten, marsch! Habt Acht, Herr Gott, los! — Puryc baj Got, mame gewałt — Los! tratatata. Soit! Maus-tot! Hoch Parmaregiment! hoch auf seine Majestät mit seiner Fotz! Hurra, auf alle Huren! Hoch General Potz! Nasyru matery, kotz![31]
Zastygli, ani śmieszek nie zadrgał, tylko Cwyłyniuk podchodząc na palcach ku Pańciowi rozbrajał go czule:
— Ależ wy, panoczku, językami machacie, no cicho już, cii...
Lecz Pańcio opętany z oczyma wytrzeszczonymi w górę ścisnął pięści w groźbie, dobył głosu twardego. Jak niejeden rozumiał mniej lub więcej, bluźnił otwarcie. Słysząc to wójt rzucił spojrzenie ku Foce i ku Sawickiemu i chyżym krokiem wymknął się w kierunku koliby. Pańcio wykrzykiwał:
— Hospody pomyłuj, pomyłuj, pomyłuj![32] Otcze duchownyj diwku jeby, łysz ne syłuj! Swietyj duchu woznesy sy, nema ducha udusyw sy, zasmerdiw sy! Apostoły, swieti apostoły ne serit w sztany łysz w postoły! Szmaisruel![33] Lejces fyn dane tabuches! Istenen jó Istenen, baszamaty kutya, sàrga szar![34] Allah kizmet, jebemtiboga! Misericordia dio, porcoldio, ciavoldio! Szimbałe, zagadka taka; w spodzie małpia draka, w środku papa kaka, z wierzchu boża sraka. Majestat merde! viribus unitis[35] — usrawsy ne dawsy! A rich dan taten Majestät! a kosower Horb! a kitywer kiłe! a brech di kiszkes! kisz mych in tuches Majestät! Majestät tarach! Majestät mit Gott, nasermatery tot!
Nawet Cwyłyniuk zamilkł. Inni spoglądali to na Pańcia, uważnie, jakby szukali bryzgów piany na jego ustach, to znów w górę, jakby w obawie czy wściekłe słowa nie skroplą się na nich lawiną błota. Wyczerpany Pańcio pochylił głowę, potem zastygł zniemożony jakby od padaczki. Położył się na ziemi, rozglądał się podejrzliwie. Słychać było tylko ciurkanie wody z haci, a dalej w głębi lasu kos wysładzał głos nabrzmiały śmiechem: doli-doli, niedoli, boli-boli, nie boli, powoli, do woli, niech boli, co-kto-woli.
Cwyłyniuk wykrztusił:
— Za dużo języków.
Matarha pokazując na Pańcia mruczał zabobonnie:
— Baszta babilońska, językami rzyga czort i niech go zabierze.
— Wyrzygać najzdrowiej — mruknął ktoś z tłumu.
Witrołom przeżegnał się:
— Nie, to z rany ropa, módlmy się, kto wie —
— Księdza, niech wykropi — wzgardliwie wycedził Giełeta.
— Nie, ksiądz nie tyka tego, chyba Maksym, przemówki — odparł żywiej Witrołom.
Giełeta poprawił:
— Maksym za miękki.
Stały Koczerhan uspokajał:
— Wiosną budzą się duchy, potem zasną — nie drażnić!
Justynka zastygła, o języki nie dbała, głaskała Pańcia po łysinie.
— Sierota, taki sławny.
Wtem ukazała się Marijka, która przedtem znikła niepostrzeżenie. W gwałtownym ruchu nachyliła się nad Pańciem i ciężkie złote sploty włosów rozsypały się jej na czoło. Ujęła Pańcia za rękę, nie oglądając się zapytała wyraźnie:
— Kto was skrzywdził?
Pańcio ocknął się, wypalił:
— Wszyscy.
Marijka odparła twardo:
— A ja wam powiadam, wstańcie!
Pańcio z trudem wygrzebał się ze swych szmat i wstawał powoli. Foka i Cwyłyniuk ujęli go pod ramię i uprowadzili w kierunku koliby. Zabawa popsuła się nieoczekiwanie, tylko kos żegnał się wesoło z dniem.



WIERCHUSZEK WIOSNY

Na szczęście wołano do piwa. Dla ugaszenia pragnienia, dla orzeźwienia tych, których taniec wyczerpał, i wreszcie dla zagrzania, których rosa wieczorna, rosa z ciał i wilgoć z jaru ziębiła już i nawet trzęsła. Piwo, piwo, cóż bardziej było w sam raz! Znów wskrzesła Justynka. Dając budujący przykład wychylała puchar za pucharem, a równocześnie hałaśliwie czuwała aby każdy otrzymał piwo, a nieco ciszej nad sprawiedliwym rozdziałem i nad trzeźwością. Rozgadywała takich co pili milczkiem kubek za kubkiem, a innym gębę zatykała, aby nie gadali, tylko pili. Wprzęgła do pomocy, czy to dla zapraszania czy dla hamowania i pilnowania, tłuściutką wdówkę, Połahniczkę i każdą, która wpadła jej pod ręce. Znów wdowa pokazywała zęby, a Połahniczka kułaki. Koło koliby było jeszcze jasno i wcale ciepło. Zachodzące słońce igrało na falach potoku. Nietrudno było dojrzeć, że kędziory potoku podobnie złociście rozsypały się jak kosmyki Mariczki. Lecz o tym nie pamiętano.
— Nie liżcie garnuszków, tylko wychylajcie, gol-gol-gol! — krzyczała nad karkami Justynka.
Mandat gwałtownie wydmuchiwał piankę z piwa, a Matarha pouczał ważnie:
— To sama śmietanka, smakować trzeba, nie dmuchać, lizać, nie łykać.
— A wy pijaliście kiedy piwo? — pytał Mandat.
Matarha zlizując piankę chwalił się:
— Ho, ho, nakosztowałem się i nażłopałem tego piwa. Tyle już nigdy pić nie będę. Najwięcej wtedy, kiedy nasz regiment stał na Szląsku. To daleko, aż za Krakowem. Tam z wierzchu taka sama pianka najfajniejsza, to Niemcy, a zdmuchnąć troszkę, to pod spodem sami Polacy, można ich rozumieć, podobnie mówią jak my, i jak my od Niemców trochę durniejsi. Ale piwo wszystkim jednakowo leje się do gardła, na targach, w szynkach, na strzelnicach, halba koło halby stoi jak na warcie. I oni tę piankę od piwa nazywają kwiatkiem. Słusznie, trzeba sączyć do gęby jak pszczoła z kwiatka, a nie dmuchać, nie łykać jak pies.
Mandat usiłował sączyć piankę, potem wśród śmiechu wygolił cały kubek. A Justynka niezwłocznie kazała mu dolać. Matarha nadal rozwlekle i z lubością pouczał o kwiatku piwnym. Zagrzani piwem rozprawiali nieco chłodniej o sprawach dnia, a przecie Matarha, zlizując ze smakiem piankę i oglądając się ostrożnie, powracał do swojej zadziory.
— Tamtego zaczarowała, leży półmartwy, głowa mu pęknie lada chwila, a temu dziadydze rozduła ogień w głowie, że szczeka na Boga i rzyga na majestata.
Witrołom kiwał głową smętnie:
— Kto wie, może —
Mandat pociągając piwo pocieszał lekkomyślnie:
— To prędko mija, kto chce być durny, ten daje się czarom, a kto nie chce, kicha na czary.
Matarha znów się rozgrzał:
— Mija? oj człowiecze, czort nie mija.
Stojący opodal stary Koczerhan znów łagodził:
— Ludzie Boży, to nie czort, to wiosna, wszystko chce żyć, rusza się. I niech się rusza, nie bądźcie tacy zimowi.
Piwo przywracało pogodę. Przy piwie kończono chram wiosenny zabawami młodzieży, które zazwyczaj można oglądać na podwórzach cerkiewnych po nabożeństwie wielkanocnym. Ustawiono niby ruchome budowle tak zwane cerkowci. Młodzieńcy obejmujący się za plecy w kółkach po czterech i po sześciu trzymali na ramionach po dwóch i po trzech, a czasem jeszcze na ramionach tamtych jak na drugim piętrze stal jeden albo dwóch. Pokropione piwem figlarne cerkiewki rozbrykały się, fundamenty wierzgały, skakały i tańczyły, sklepienie i dach chwiały się, a kopułki spadały z krzykiem na ziemię. Znów naprawiały się cerkiewki, po czym nieco ostrożniej obchodziły jedna za drugą stół i kolibę. Następnie młodzi chłopcy razem z dziewczętami bawili się w „kuroczki“. Młodzieniec grający pana, wywijając z rozmachem laseczką dla uwydatnienia próżniactwa pańskiego, strącał wokół siebie kapelusze, następnie wychodził do lasu na przechadzkę. Drugi grający chytrego sługę, nie kto inny jak Petrycio, niezwłocznie chował kury, to jest dziewczęta. Po powrocie „pan“, nie znajdując kur okładał Petrycia laseczką, a ten wykrzywiał się, błaznował i wystawiając panu język, skakał wokół niego na czworakach. Okładany nadal przez pana gwałtował i zwoływał kury. Dziewczęta wypadały z ukrycia z gdakaniem i z piskiem, dziobały, drapały i szczypały pana, aż ten rzucając laseczkę wśród śmiechu głośnego, chronił się do lasu. Z kolei chłopcy przeskakiwali w rozmachu jeden przez drugiego, następnie Matarha obwołany „führerem“, to jest plutonowym, przywracając armii honor dopiero co nadszarpnięty przez Pańcia, gromkim głosem wzywał „Habt Acht!“ A echo z lasu odpowiadało: „Acht“. Po czym komenderował donośnie: „Doppelreihen, rechts um“.[36] A pogłos z lasu odpowiadał: „um“. Dla równowagi przypomniano zabawy dawniejsze: rzucano do celu rohatynami i od razu ustanowiono nagrody dla zwycięzców. Mieli oni prawo pocałować publicznie trzy najpiękniejsze kobiety. Od razu głosowano za pomocą fasol białych, czarnych i srokatych i po obliczeniu okazało się, że za najpiękniejszą uznano Marijkę, na drugą co do piękności obrano nieco nieoczekiwanie Justynkę Cwyłyniuczkę, a trzecią była wdowa po Guluku. Potem rzucano rohatyny wcale długo i cierpliwie, i po obliczeniu udanych rzutów pierwszą nagrodę przyznano Sawickiemu, drugą Harasymkowi, a trzecią Mandatowi. Iwanysko nie brał udziału.
— Pali się, pali się! — zakrzyczeli sędziowie.
— Pali się, pali się! — zawrzeszczał tłum.
Sawicki nie spieszył się do odebrania nagrody, lecz sędziowie wypychali go i pilnowali ściśle, aby pocałował Mariczkę w usta. Sawicki zaczerwienił się po same uszy, a Mariczka zamknęła oczy. Harasymko podszedł buńczucznie do starej Justynki, całował ją wśród ogólnego śmiechu i oklasków, a ona ciągnąc go za uszy krzyczała:
— Pusty, nie umie całować, nie bierzcie go, dziewczyny!
Harasymko poprawiając się, cmokał ustami, jakby mlaskał językiem na konia. Mandat ze śmiechem pocałował wdowę, która piszczała przepisowo jak przerażone niewiniątko. Zaledwie zwycięzcy odebrali zasłużone nagrody, gdy z zarośli rozległ się niesamowity wrzask: jach-hij! I zaraz tłum młodych odwrzasnął: jach-hij! Był to wierchuszek wiosny, znak do porywania kobiet. Połahniczka osaczona umiejętnie i opadnięta przez kilku kumpanów broniła się wbrew zwyczajowi, odmachiwała, wierzgała, kułakowała, drapała i kąsała. Lecz pokonana w końcu i niesiona przez kilku odszukała oczyma Sawickiego, wrzeszcząc wniebogłosy: „Paniczu, ratujcie!“
— No weź ją — zachęcał Foka.
— To można? — pytał Sawicki.
— To trzeba, taki zwyczaj, prędzej.
Sawicki odebrał ją z rąk kumpanów, Połahniczka niesiona przezeń, z daleka pokazywała język kumpanom. Wśród przepisowych pisków i wrzasków porywano inne kobiety, niby to unosząc je w krzaki. Lecz do Mariczki nikt nie miał śmiałości, czy ochoty, a może raczej chciano ją ukarać za wszystko. Tymczasem Foka z widocznym trudem obnosił wokół stołu ciężką Bombichę, a Cwyłyniuk uginał się pod ciężarem Giełetychy, która rozglądała się z trzeźwą nudą, gdy Cwyłyniuk to czerwieniał, to bladł od ciężaru. Iwanysko porwał własną żonę, a Harasymko pulchną wdówkę, zaś Matarha kręcił się wokół jakiejś czarniutkiej żabiówki, z tych pachnących, ale zanim coś postanowił, Jasio porwał mu ją sprzed nosa. Marijka przez cały czas siedziała sama na ławie. Wtem wyskoczył z koliby Niauczuk rozkudłany z ręcznikiem na głowie. Dysząc i sapiąc ciężko, dużymi łapami sięgnął po Marijkę i zaraz śmiech przeleciał przez tłum. Marijka popatrzyła nań chłodno, uważnie, potem skrzywiła się boleśnie i zamknęła oczy. Niauczuk unosił ją powoli wokół stołu, gdy nagle zjawił się Pańcio uśmiechając się jak gdyby zadowolony. Nie wiedząc co począć ujął Mariczkę palcami lekko i czule za postoły i dreptał za Niauczukiem, jak gdyby pomagał mu nieść. Rechot i śmiech buchnął przez tłum.
Nie trwało to długo, gdyż siedzący przy stole wójt podniósł głowę i chrząknął. Niezwłocznie chrząkano od człeka do człeka, porywanie skończyło się. Tymczasem wójt opuścił głowę, jedni sykali na drugich, spoglądali ku niemu, znieruchomieli tam gdzie byli, czekali. Wśród ciszy przemówił wójt rozważnie.
— Chram starowieczny a nowowieczny, przystojny a słobodny, czy biedny czy bogaty nie liczy się, bo każdy biedak stał się bogaczem, a nasz Foka Szumejowy choć młody, choć nieżonaty, gazdą, wielkim gazdą. A czemu?
Wójt przerwał, podniósł głowę, nie zamącone milczenie trwało. Rozglądając się i widząc, że go słuchają, ciągnął nieco prędzej głosem suchym, trzeźwo, cierpko:
— Wierchuszek wiosny — chcecie wiedzieć kiedy będzie wierchuszek wiosny? Kiedy mocny nie będzie dusić słabego i kiedy Kainów nie będzie ani na włos, ani na makowe ziarnko. Na wiosnę nawet jastrzębie nie napadają, nawet niedźwiedzie nie duszą, nie biją, zajęte weselem swoim świętują swoje gody. Wiosna idzie światem. Dlatego my żabiowcy posłaliśmy do pana cesarza prośbę grzeczną, aby zabrał od nas zimę. I widzicie co się dzieje: otworzył wrota od wiosny, posłał konstytucję. Powiał wietrzyk ciepły. Każdy dla siebie, każda gmina dla siebie, każdy kraj dla siebie. Kołomyja nie będzie dusić Kosowa, ani Kosów Żabiego, ani Żabie was innych. My żabiowcy odłączyliśmy się od dzierżawy, od urzędów, od papierów, a z cesarzem pobratymstwo trzymamy. A wy wszyscy róbcie sobie jak wam się podoba.
Wójt znów rozglądał się, nie zauważył, by ktokolwiek był czymś innym zajęty niż słuchaniem. Mówił dalej:
— Ja nie twardy ani miękki, z samej twardości ani z miękkości samej nic nie będzie. Tylko lód twardy, tylko śnieg za miękki, a drzewo z wierzchu twarde, a w środku soczyste. Wiosna ani za twarda, ani za miękka. Wy na mnie, że ja gubernator, a to śmiech, bo gubernator słucha rozkazów i rozkazuje. Ja nie rozkazuję ani nie słucham. Konstytucja tak samo ani nie rozkazuje, ani nie słucha. Konstytucja na tym stoi, abyście wierzyli jeden drugiemu. U nas wierzą. I choćby tymczasem mówili, że u nas durni, a ja wam powiadam, ja wójt wielkiego Żabiego, że za sto lat albo za dwieście wszyscy tacy będą durnie. Od początku świat na tym stoi, Kainy poszli na psy i jeszcze pójdą, a od Hioba cierpliwego, od Salomona mądrego słońce bije. Pan kowal Sawicki z Jasienowa od dawna niejednego o tym pouczył. Komuż wierzyć jak nie jemu? A wszystko inne puste mielenie, sama plewa. Nie dajcie się złapać nikomu na plewę, ani panom, ani atamanom, ani urzędom, ani księżom. Bo który z nich ziarnisty, który najlepszy, ten z nami jedna ręka. Z nami obaj metropolici, jeden i drugi, z nami pan starosta Milbauer ze Stanisławowa, z nami pan poseł Fedorowicz, z nami pan Przybyłowski stary, głowa co z każdego prawa zgodę wykroi i z nami pan luby nasz graf Skarb. Do Wiednia jeździł, a pobudował się nie we Wiedniu, tylko tu u nas nad Czeremoszem. Na granicy Żabiego przed skałą Hromową wypiszemy wielką tablicę: „Tu zaczyna się konstytucja, tutaj wietrzą człowiekowi“. To będzie ziarno dla ptaków dalekich, co najlepsi zlecą do nas. I z książek bije to samo. Mnie wierzcie, to nie kto bądź, to sam wójt z Żabiego znad Czeremoszu śmiało mówi przeciw Kainom. Tutaj na Riabyńcu powietrze czyste, widać na wskroś. Słowo fałszywe spadnie błotem na głowę temu co bresze. A słowo wierne prosto do nieba leci ptaszyną wiosenną. Toż mówię wam także, że książki co najmądrzejsze właśnie ziarno sieją takie, abyśmy wierzyli jeden drugiemu. Mędrzec potrafi, co innemu się nie przyśni, Hiob czy Salomon wierzy Bogu i ludziom, dużo nie mówi, świdruje okiem, zaświeci na ludzi i już oni u niego w kieszeni. Przypomnijcie sobie pana kowala z Jasienowa. Przecie są tacy co mówią, że ruski car najlepszy, bo prawosławny, to znaczy twardy i strasznie mocny, a inni, że Francuz, bo choć trochę miękki, sama delikacja, głowa nie żadna kapusta, a ja mówię, ja wójt Żabiego, nasz cesarz najlepszy, ani twardy, ani miękki, bo nam dowierza, daje nam borgi wielkie, daje konstytucję, to znaczy daje nam spokój. I mówi tak, wielkim pismem pisze czarno na białym, złotym na srebrze: „Ludzie, bądźcie sobie jak sami chcecie! czy wy wiary Bożej czy ludzkiej, ludzkiej czy pańskiej, chrzczonej czy żydowskiej, łacińskiej czy uniackiej, tureckiej czy bośniackiej, madiarskiej, ormiańskiej, cygańskiej, czy — jaka wam się podoba, to i mnie się podoba. Nie martwcie się waszą wiarą, ani niczyją, wiara to skóra, nikt nie winien za swoją skórę. Mnie cesarzowi wasza skóra się bardzo podoba. Temu wam dowierzam i grzecznie was proszę o to jedno: nie zróbcie wstydu cesarzowi. Wierzcie i wy jeden drugiemu, to najstarsza wiara. I róbcie dobrze, róbcie jak najlepiej, ja wiem dobrze, że potraficie. To będzie bardzo ładnie, to mi będzie bardzo przyjemnie, to będzie najsławniejsza konstytucja! Wasz Franz-Josef Apostolski, i jak kto lubi.“ — Tak pisze tato. I za to mamyż go martwić, mamy bić się, rabować, szachrować, a co najgorsze dusić silny słabego, bogaty biednego? Aby się cesarz zmartwił od tego kaiństwa i umarł z żalu? A gdzie znajdziecie takiego? Uważajcie, byście nie zmarnowali i potem nie musieli słuchać sobaczej skóry. Niech was Bóg broni! Wierzcie i wy jeden drugiemu, bo nawet zwierz w puszczy, gdy przyjdziesz do niego z sercem, nie skrzywdzi cię, tylko ogon pod siebie, a co mądrzejszy zwierz zamacha ogonem przyjaźnie. Machajmy i my ogonami, machajmy żwawo, a który jeszcze nie umie machać, niech schowa ogon pod siebie i cicho.
Wójt popatrzył bystro, chrząknął, zakończył:
— Słoboda wieje od połonin, wieje od butynu, od nas do cesarza, od cesarza do nas. Wierzmy jeden drugiemu, to najstarsza konstytucja, to wierchuszek wiosny.
Wójt zakończył, pochylił głowę. Cwyłyniuk wzdychał, Koczerhany wzdychali jeden po drugim, Justynka wzdychała najgłośniej, Harasymko zachichotał szczęśliwie-głupkowato, Matarha mruczał jak niedźwiedź, co schował ogon pod siebie, Pańcio nie pomstował, z oczu Marijki promieniowało zdziwienie, zaświeciły jak zorza, co spojrzała po raz pierwszy na świat. Żaden z przeciwników i oszczerców Żabiego ani nie pisnął, ani pary nie puścił. Nie wiedzieli co powiedzieć, milczeli wszyscy, wierchuszek wiosny. Chłodniało już, wójt opiął kożuch, ubrał serdak, wszedł powoli do koliby.
Wierchuszkiem wiosny było, że chram był przyzwoity. Zapewne, nie sarnia wierność cnocie tylko i zwyczajowi ocaliła przystojność chramu leśnego, nawet nie wyczerpanie tańcem, co raczej ostrożność rodów myśliwskich strzegących się bystrych oczu swych bliźnich. Któż bowiem lepiej od nich zauważa cienie i plamki na twarzy, kręgi pod oczyma, plamy na ubraniu, a jako że umieją mylić czujność, równie dobrze umieją rozkąsić i odgadnąć umiejętną grę, co myli czujność. My spóźnieni bajarze nauczmy się skromności z niepowodzeń tych opowiadaczy, co wiedzą zbyt wiele, więcej nawet niż obdarzeni bystrym wzrokiem i pamięcią dociekliwi, a przecie uczciwi plotkarze. Nieuczciwi i właźliwi plotkarze nie tylko chcą odsłonić wszystkie czyny ludzkie, nie tylko to co każdy człowiek wie o sobie, ale nawet to czego nie wie. Nie tylko to co chce wiedzą, lecz także wiedzą, że chce to czego nie chce. Poprzestańmy na powierzchni, która niejedno mówi i cicho wzywa do zrozumienia. My starzy wiertacze naftowi nie będziemy zbyt zarozumiali, szukamy za mazią, nie aby zasmarować siebie i innych, tylko aby ją wynieść ma powierzchnię i oczyścić. Bóg, chociaż jest tęgim wiertaczem, daje nam przykład, jest nie tylko cierpliwy i delikatny, także bardziej ludzki i bardziej skromny od wszechwiednych. Pozostawia sumieniu człowieka, aby samo szukało, samo przyznało się do swych czynów, winy w nas nie wmawia. Nie gnębi nas tym, że więcej wie od nas niż my sami. Ani plotką niebiańską ni diabelską! Wystarczy mu szczera chęć. I za tę kluczkę ciągnie nas do góry.
Słońce zaszło, pociemniało już — tonie potoku pochłonęły złote kędziory, podobne kosmykom Marijki. Fale stały się srebrne jakby posiwiały. Lecz cienie wiosenne, inaczej niż jesienią, nie spieszyły się. Zagarniały jakoś niepewnie, nieśmiało i ostrożnie wyciągały łapy i pyski wciąż otoczone uśmiechami promieni. Jakby dziwiły się, że mogą połknąć ten dzień pełen nadziei. Obejście kolibowe zaciemniało się powoli. Najdłużej z wszystkich blasków świeciły oczy i włosy Marijki. W końcu i ona ogarnęła się w czerwony serdak i weszła do koliby. Inni goście ubierali kożuchy, co starsi wchodzili do koliby, inni przeważnie młodzi pozostali przy stole. Nieznużona Justynka wciąż jeszcze napastowała ich zaproszeniami.



GOŚĆ Z ROZDROŻA

Do tego gwaru jeszcze za dnia przyczłapał na wychudłym bułanym koniu właściciel karczmy na Rozdrożu w Żabiem — Joseńko. Za nim z rozszerzonymi od oparzeń w kroku nogami, jak figurka zdjęta z konia dreptał z trudem woźny sądowy Biłej. Nieco dalej młody zwiędły parobek wiódł dwa konie. Foka zaprosił Joseńka zawczasu na leśny chram, lecz ten wykorzystując pogodę wybrał się ze swoimi sprawami poprzez Czarnohorę na Węgry do Ruskiej Polany i teraz w powrocie, niewiele zbaczając z drogi, dopiero na wieczór zdążył na Riabyniec.
Poczerniały od wiatru i słońca, w wielkim czarnym kapeluszu z kresami, z kabłąkowatym nadmiernie wyciągniętym nosem, co wysterczał spod kapelusza, znużony drogą zsiadał z konia z trudem. Zostawił konia parobkowi, prostował długie nogi. Zjawił się jak ptak dziki i obcy i od razu obecnością swą oziębił wielu, jakby duchnął zimnem. Z początku rzucał spojrzenia niespokojne, podejrzliwe czy nawet przerażone. Lecz zaraz witał się z Foką szczególnie serdecznie, jakby zabiegająco, uśmiechnął się kwaśno do Cwyłyniuka. Innych zaledwie zauważył. Na grzeczne, nazbyt grzeczne powitania młodych żabiowców, którzy za porządkiem pchali swe dłonie do jego dłoni, odpowiadał niedbale, wyniośle, podając rękę zwiędłe. Co prawda, mimo że już usiadł obok Foki, gdy dostrzegł starego Koczerhana na drugim końcu stołu, wstał, podbiegł żywo i zdobył się na ciepłe powitanie.
— Niech mówią co chcą, a tam gdzie jest Tanasij Koczerhan, tam musi być „recht“.
Koczerhan rozmarszczył się, pomrukiwał coś przyjaźnie, a Joseńko pospiesznie wrócił na miejsce. Cienkie, długie nogi jego, w grubych niegdyś białych, teraz brudnych pończochach, kobiecymi ruchami migały spod długiego chałata. Zwalił się na ławkę, zdjął kapelusz, i poprawiając jarmułkę odsłonił długie jasne pejsy wcale nie posiwiałe. Ręce drżały mu ze zmęczenia czy z poruszenia, a długie, kręcone i złociste pejsy kiwały się nieustannie. Nie mówił, wzniósł oczy jakby się rozmarzył.
— Aleś poczerniał od wiosny i od wierchów, Joseńku — mówił Foka.
Karczmarz uśmiechnął się gorzko, odpowiadał skąpo lecz z naciskiem:
— Z wiosennych kłopotów. A ty także wyschłeś, Foko, czyś nie chory?
Foka machnął ręką, pytał dalej:
— Wiosna szczytami?
— Biało a gorąco, chucha jak z pieca, trochę za prędko.
— Śniegi zapadziste?
— Skądże!? Pod nogami istny kamień, śnieg twardy jak chodnik w Czerniowcach, a powietrze gorące.
— A na zboczach już czarno?
Joseńko skrzywił się:
— Mało, nawet na mojej Wesnarce jałowiec i ciemięrzyca zaledwie wyłażą spod śniegu.
— A po lasach?
Joseńko ożywił się:
— Różnie, bywają zjazdy takie miękkie i śliskie, że hej! Właśnie na Pohorylcu mój koń zjechał razem ze mną rozkraczony po kłodzie, tak jak chłopaki okrakiem się zsuwają. Wyglądało że koniec. — Joseńko zaśmiał się niedbale.
— I nic? — pytał Foka zaciekawiony. Joseńko wydął wargi wzgardliwie:
— Nie taki koń, praktyk, za to pan woźny nałykał się strachu. Coś im tam strąciłem na głowę. — Joseńko zaśmiał się głośno.
Woźny Biłej, chudziutki wąsacz, nie miał ochoty do śmiechu. Piszczał wyczerpanym głosem:
— Drobnostka, koń potrącił zasowę śniegu, przeczesała nas trochę, dobrze, że boczkiem, mogło być gorzej.
Joseńko skrzywił się:
— Jaka tam zasowa, parę łokci śniegu.
Woźny prawował się bezbronnie:
— Panie dzieju, nie każdy taki raptowny junak jak Joseńko. A najgorzej tam na górze, na Radule, w tej jamie zbójeckiej. Od łoskotu, od wichru strach oblatywał mnie i parobka. A Joseńkowi to nic, sam po lesie chodził, zbierał chrust na watrę. To nie dla mnie, pandzieju.
Parobek potwierdzał ze śmiechem:
— Joseńkowi wszystkie Czarnohory — macha!
Woźny potwierdzał jeszcze:
— Raptowny junak, pandzieju, ale zanadto.
Parobek śmiał się z ulgą:
— Teraz dobrze mówić, a tam strach się sypał na nas krok w krok, jak cienie od chmur na śnieg.
Woźny zalepiotał niechętnie:
— Pewnie że strach, gdzie jaki ślad na śniegu zakarbujesz, panie dzieju, wiatr w mig zalepi. Droga otwarta, a do nieba najprędzej. Za to, junactwo — woźny rozkaszlał się.
Joseńko przymrużywszy oczy, odgarniając z twarzy złotawe pejsy, uśmiechał się smętnie:
— E, co komu z junactwa, nie płaci nawet własnych kosztów.
— Nie zwierno po lasach? — pytał dalej Foka.
— Nie taki czas, może niedźwiedź już gdzieś się zbudził, ale słaby jeszcze, śladów nie widać. Ludzie gorsi od zwierza —
— A cóż tam? — pytał Foka ostrożnie.
Joseńko westchnął, mówił wstrzemięźliwie lecz z naciskiem:
— Cóż? mój honor kupiecki dbać o gości, a honor gości płacić — czy nie tak?
— No tak — powtórzył Foka.
— Kredytowałem — mówił dalej Joseńko coraz prędzej, gorączkując się nieco — a nawet sam nosiłem tym z Polan aż na górę na Ruski, kiedy pracowali u pana w butynie. Dawałem, co sami chcieli. Zarobili sporo. I co? Uciekli za góry, przyczaili się. Na listy nie odpowiadają, biedaki, czytać nie umieją. Także sądowych skarg nie umieją czytać... Musiałem fantować z panem woźnym. I cóż? Tymczasem nowe kłopoty, nowe koszta sądowe, nowe opłaty, a pieniędzy jeszcze nie widać. Odechce się.
Woźny potakiwał smętnie, rozmawiali ciszej. Siedzący nieco dalej żabiowcy szeptali jeszcze ciszej. Tomaszewski mówił:
— Nos jak u sępa, pewnikiem dziobał akuratnie tych z węgierskiego boku.
Giżycki odszeptał trzeźwo:
— Cóż robić, kiedy bez pieniędzy ciągną na kredyt?
— To po co dawał i jeszcze wpychał?
— A któż ma dawać, ksiądz? — odparł Giżycki.
— Przypatrz się dobrze, całkiem podobny do Marijki Szestunówny — szeptał Tomaszewski.
Kumpany zarechotali, Giżycki ofuknął ze śmiechem:
— Idź, starego pejsacza równać do takiej krasawicy.
— Przyjrzyj się — doszeptywał Tomaszewski — oczy bohomolne, pejsy, czyste złoto, całkiem jak u miej, a nos tak samo dziobie. I tak samo nikt go nie lubi, nawet Żydzi. O! jak śmieje się krzywo, patrz, tak samo!
Giżycki odpowiadał spokojnie:
— Smutno mu, praca jego przepada, pomocy żadnej, syn Ajzyk pojechał do Czerniowiec. W dodatku obciął chałat, ogolił pejsy, już nie bohomolny.
Tomaszewski mówił nieco głośniej i poważniej:
— Jakżeż nie bohomolny, tamtego lata widziałem Ajzyka jak szedł z kupą książek pod pachą.
Giżycki tłumaczył:
— Co ty tam wiesz jakie książki, stary uczy się z bohomolnych, a tamten z przeciwnych. Dla starego to zgryzota.
— Boża kara — orzekł półgłosem Gucyniuk — za ludzkie grunta, za procesy.
— Co za kara? — śmiał się Giżycki — pijaki lekkoduchy nabierają towaru, przepijają i nie płacą. Mój ojciec mówi, Joseńko trochę twardy, ale w prawie. I bohomolny.
— Bohomolny — zachichotał Tomaszewski — kiwa się całymi wieczorami nad rachunkami, trajkocze i jęczy do Boga: „Wej mir, Iwan mnie winien, Petro mnie winien, Harasym mnie winien, wej mir, proces daj Boże, licytację daj Boże, daj Boże przywłaszczenie gruntu“.
Głośny śmiech kumpanów przeszedł przez stół. Foka rzucił chyże spojrzenie z końca stołu. Szepty i śmiechy umilkły. Z drugiej strony stołu bystreczanie pomrukiwali na inną modłę. Witrołom ze współczuciem dla Joseńka:
— Macie! tych ludzi zza gór! Bez sumienia, mówiłem od razu. Tyle dobra nabrali, mąki, krup, skóry, wódki, soli — i bach! sczeźli.
Bomba bormotał:
— Ot, żydowska dola nieszczęsna. Ja nie dałbym takim na borg ani za grosz.
Mandat poprawił:
— Powiedzcie lepiej żydowska durnota, łandać i latać wierchami przez takie pustkowia za kilku guldenami. Znam Raduł od dziecka, tam włos dęba staje.
Giełeta cedził:
— Lepiej dla niego teraz, że pustkowie i nie ma waszych Czornyszów, Mandatów, boby zbóje do serca przycisnęli żydowskiego zbója jak niegdyś Ormian.
— Ja mówię jak człowiek o ludziach, a wy zaraz tniecie jak osa. — Mandat wstał obrażony, wszedł do koliby.
Justynka już zaalarmowała kolibę i już Petrycio wraz z Pańciem, znosząc miski krzątali się około przyjęcia nowych gości. Joseńko, wciąż jakby rozmarzony oglądał butyn szeroko otwartymi oczyma. Patrzał ku haci, ku mygłom, ku ryzom.
— Po gospodarsku — mówił z uznaniem — ale nam sąsiadom nie zanadto dajecie zarabiać.
Foka usprawiedliwiał się:
— Jeśli kupujemy to dużo naraz, głównie w Kutach, czasem w Kosowie, nawet w Czerniowcach, ale to co wy macie na składzie zawsze nam się przyda. Ot i teraz kupiliśmy u was wódkę i piwo.
Joseńko uśmiechał się dwuznacznie:
— A może wasz główny dostawca to Nykoła Purszega, ten z Hryniawy, co go nazywają Poperecznyk? On do Żydów największy poperecznyk, poprzysiągł sobie, że naszych z handlu wykurzy z całego powiatu.
Foka odpowiadał:
— Sam wiesz, że z tymi kupcami, których naraił Nykoła nic nie wyszło, a właśnie twoi kupcy wygrali u nas. Chyba zapłacili ci coś za to?
— Zapłacili — potwierdził Joseńko — a targowali się zawzięcie jak o własne dzieci. Mówili, że ty jesteś twardy, to i oni muszą być twardzi.
— Jakiż tam twardy — śmiał się Foka — chcieli mi wsadzić swego nadzorcę. W moim lesie ja sam nadzorca. No i pogodziliśmy się. Gdzież tu twardość?
Pańcio krzątając się koło stołu oglądał Joseńka zaczepnie, złośliwie, pokazując szczerby. Joseńko zauważył go, zdziwił się wyniośle:
— Aa! Pańcio się odnalazł. A po Żabiu smutek powiał, że może pogrzebiony. Zbierali się już płakać, żabiowcy litościwi. A on tutaj się zagrzebał.
Pańcio otworzył usta, jak pies co zbiera się chwycić.
— Po-pogrzebiony, nie po-pogrzebiony, ale was jeszcze głębiej za-zagrzebią, tam na wierchach, gdy będziecie się włóczyć za waszą lichwą.
Joseńko spuścił z wyniosłości, gorączkował się:
— Co za lichwa, jaka lichwa, gdybym wam dał na kredyt mąkę, skórę, to zapłacilibyście chyba, czy jak?
Pańcio wydął wargi:
— Nie przyjdę do was, choćbyście mnie prosili.
Joseńko odpalił:
— Wielka mi szkoda. Za te zarobki z łatania garnków nie można dużo brać na kredyt.
— Nie dbam o wasz kredyt.
— A ja nie płaczę za takimi gośćmi.
Pańcio przeżuwał w milczeniu, potem otworzył usta, odsłonił szczerby i zapytał gładko:
— Ja nie tutejszy, a powiedzcie, czemu tu w górach mówią, że Żyd tylko pieczony smaczny?
— O księżach mówią tak samo — odciął już spokojnie Joseńko — a żaden z jegomościów o takie dureństwa nie dba.
— A wy dbacie o jegomościów? — wyszczerzał się dalej Pańcio.
— O kogóż mam dbać? Pewno, że dbam, to sąsiedzi, służą Bogu, uczą ludzi.
Pańcio nie odczepił się:
— A może wychrzcicie się? tak wam będzie jeszcze lepiej durzyć ludzi.
Joseńko syknął, jakby go kto uraził w ranę. Znów gorączkował się:
— Cóż to za gadanie? To wasze durzenie, że Żyd i ksiądz jeszcze za mało pieczeni, a ja wam powiem, że wy nawet całkiem pieczony wcale nie jesteście smaczny i kto by się na was łakomił. Co wam zrobiłem? Czepiacie się na gładkiej drodze.
— Nie bójcie się — dziaukał Pańcio pospiesznie, jakby w obawie aby mu kto nie przerwał — jeszcze nie tak, do was się przyczepią, ale nie na gładkiej drodze, tylko tam na wierchach. Ci, z których drzecie skórę, tak się was uczepią, że już waszej skóry nikt nie załata.
Foka przerwał twardo:
— Co z wami dziś, Pańcio, dość tego!
Pańcio wstrząsnął się jakby się obudził, odwrócił się aby odejść, Joseńko wstrząsnął głową, pejsy zakołysały mu się. Opanował się i westchnął:
— Taka fajna połonina u Szumejów, a przecie musi być pokrzywa.
Pańcio odgryzał się odchodząc:
— Nie bierzcie na język, to nie popiecze.
Foka zawołał aa Pańciem:
— Joseńko jest moim gościem proszonym, to znaczy waszym też, zawołajcie Petrycia, podajcie gościom co potrzeba.
Pańcio spojrzał zezem na Fokę, poszedł pospiesznie do koliby, po czym obaj z Petryciem przynieśli mleko i bryndzę dla Joseńka, a banysz i pierogi dla jego towarzyszy. Potem wyciągnął swój własny chleb z besahów. Pańcio znów szczerzył szczerby, ale Joseńko odwrócił się, udając, że go nie zauważa. Posilali się w milczeniu. Tymczasem zmierzchało się powoli, wchodzono do koliby, stamtąd było słychać gwar, potem granie i śpiew. Joseńko z Foką pozostali sami przy stole. Gwiazdy wyłaniały się z głębi nieba, Joseńko patrzał w górę i szeptał:
— Ty także może myślisz, że mnie te parszywe guldeny u Polańskich chapunów ciągną za Górę?
Foka zdziwił się:
— Cóż jeszcze?
— Wiosna — wytchnął Joseńko. Czekał, Foka nie pytał, a Joseńko odsłaniał się powoli. — Uciekam od zmartwień, od piekła.
— Cóż to ma do wiosny? — zdziwił się znów Foka. —
Joseńko nachylił się do Foki, mówił przyciszonym głosem:
— Uczyłem syna Ajzyka od małego na takiej książce, z której wiosna idzie. Rozumiesz, nauka taka, że wszystko ma być na nowo, że człowiek ma się odnowić. Nie był wtedy czarny jak teraz, włosy miał jak ja, całkiem jasne. I tam w książce, rabi Nachman — fyn Bracław poucza, że Pan Bóg to niańka, co wciąż chowa się przed dzieckiem, a ciągle woła na to, aby dziecko szukało, aby uczyło się chodzić. To Ajzyk mały z jasną głową chodził naokoło domu, szukał za węgłem i mówił: „Znów się schował“. A ja mu mówiłem: „Szukaj, szukaj“. To on wciąż szukał. A kiedy wracałem z połoniny, świdrował mnie oczyma, piszczał z uciechy, pytał o wierchy, pytał o wiosnę — Może pamiętasz, jaki był wtedy?
— Pamiętam dobrze, tak jakoś świecił oczyma.
Joseńko rozjaśnił głos:
— Tak właśnie, recht: świecił. I co ja sobie wtedy z tego układałem? Co ja myślałem, tego największy dureń nie pomyśli. Że mój Ajzyk — będzie wielki! Tuż obok rabi Nachmana, a on —
Joseńko przeciął ręką powietrze jakby odrąbał, zaciął się, czekał. Milczeli obaj, Joseńko nie wytrzymał, wytchnął chrapliwie jakby charknął:
— Odpadł. —
Milczeli znów, Foka przerwał milczenie:
— Przeszedł na chrześcijaństwo czy jak?
Joseńko zniecierpliwił się, uderzył ręką o stół:
— Gdzie tam przeszedł! Na żadne nie przeszedł, na starość przeszedł, całkiem przeciw wiośnie! Stary, zimny jak któryś kamień w tej norze zbójeckiej na Radule. Nie, nieprawda! Kamień cieplejszy, bo w grubych mchach. — Joseńko zamilkł, czekał.
— Widać, jakoś nie nabożny — szepnął ostrożnie Foka.
— Co znaczy nie nabożny? Całkiem przeciwny! Sam czort — Tfu! — Joseńko splunął delikatnie raz i drugi. — Nie, sam tamten czarny mniej przeciwny Bogu niż mój Ajzyk. Dla niego ja i taki jak ja, to stary tchórz, bo ze strachu zagląda do Boga, a sam rabi Nachman to także tchórz, nie, jeszcze gorszy, bo bez bojaźni zagląda do Boga. Dla mego Ajzyka rabi Nachman fyn Bracław to głupek pomylony na rozumie, beczka bez klepek, a książka o wiośnie, to stary papier do zawijania śledzia.
Joseńko podniósł kułak, potem ręka mu opadła bezwładnie, stuknęła o stół. Foka przyglądał mu się uważnie: wzniesione do gwiazd oczy Joseńka jarzyły się mściwie, twarz zapadła. Foka szepnął:
— Były kłótnie?
Joseńko ocknął się:
— Nie. U nas po słowie, po dwa słowa, to wystarczy i jeszcze gorzej.
Foka podniósł głos śmielej:
— Powiadają wszyscy, że Ajzyk dobry chłopiec, dobry syn, pieniędzy od ciebie nie chce, sam zarabia, uczy chłopców w mieście, dba tylko o naukę, o książki.
Joseńko wybuchnął:
— Niech złamie kark z taką dobrocią i niech go pokręci. A tych co rozpowiadają także! Niech szlag trafi taką naukę i takie książki też. To one przydatne do zawijania śledzi i do chrzanu. To, co dwaj starzy brodacze wyrzygali na papier, to mój śliczny synek smakuje, wylizuje do kropelki. Dla kogoż zbijałem pieniądze? Po co trzaskałem sobą po połoninach, po lasach, po butynach, po sądach, po adwokatach i do kontraktów? Aby uczył chłopców? Aby był dobry? Aby dreptał z uliczki na uliczkę? Nie głową zarabia, nie kombinacją tylko dreptaniem. A po tym wszystkim mnie pokazuje, nie mówi wyraźnie, ale pokazuje, tak naokoło poprzez popową kukurydzę, coś tak jakby ten pomylony Pańcio, że to wszystko co ja robię, to lichwa. A kwacze mi tak: „Po co Bóg potrzebny i komu? To wódka na szabas i na pejsach[37], dla własnego brzucha, dla przyjemności. A co z tego ludziom? Co biednym? Co światu?“ A potem jeszcze fajniej zaciąga, syczy jak gaz śmierdzący spod ziemi tam w Czarnym Potoku. Nie, on tak jak gęsior nadęty, co naprzód podziobie kukurydzę, a potem wyciąga szyję, aby uszczypnąć. I syczy mi tak: „Dobry nie potrzebuje Boga, tylko rozbójnik“. Rozbójnik! Słyszysz? A to on sam rozbójnik akuratny, gorszy od tych, co panów Ormian napadali z tej jamy na Radule. Tamci mnie nie dosięgli, ani nie próbowali, a on mnie zniszczył. Rozbójnicy lepsi, bo nastawiają zuchwałe głowy przeciw strzelbom i do szubienicy. A on co? W śmierdzącej uliczce, w betach leży, między pluskwami i spod pierzyny palcem kiwa przeciw Bogu. A niechby przenocował jedną nockę tam na Radule, we wietrze! Toby mu przez jedną noc czarny włos znów wyjaśniał, toby pobielał ze strachu przed samą nocą! Gęsior nadęty, a śmierdzący tchórz! Kiedy był wyrostkiem brałem go konno na połoniny, pokazywałem mu świat z połonin. I pokazywałem mu tam na Wesnarce kiedrę starą, najwyższą, opaloną przez grom: „Widzisz jak się sama nastawia?“ A on choć malec jeszcze, powiadał mądrze: „Tak trzeba.“ Taki był! A teraz co? Powiadam mu: „Ajzyk jedźmy na Wesnarkę, to nasze, to twoje.“ — A on na bo kwęka: „To nie mój kraj, to nie mój świat.“ — A któryż to jego kraj? jego świat? Uliczki w Czerniowcach? Lubił dawniej czytać po nocach i kiedy przyjechał założyłem mu w ścianie lichtarz ruchomy ze świecą — taki jak są lampy w dworze w Krzyworówni. I położyłem na stoliku książkę o wiośnie. Może zaglądnie, może sama książka do niego zakrzyczy? I co? Świeca nawet nie zapalona. To któż on? Szczur z uliczki. Po prostu nikt!
Joseńko opuścił głowę, szeptał wyczerpany:
— Nie mogę już, byłem u twego ojca, byłem u tamtego białego Maksyma na Jaworzu. A to obaj milczkowie, twój ojciec gładzi wąsy i patrzy w stół, a tamten biały uśmiecha się, słucha czegoś, tylko nie mnie, i także milczy. Chciałem pójść do starego księdza Buraczyńskiego, to żywy człowiek. Ale czyż ja wiem? Będą głupie plotki, a może naprawdę tamten zaciąga mnie do zdrady?
— Kto taki? — pytał Foka.
Joseńko wypalił:
— Czort! Tak nie wolno mówić, ale niech będzie: Czort! To mój luby synek wypędza mi spod wątroby takie śliczne słowo, tfu! — Joseńko splunął delikatnie.
— A do rabinów? — pytał Foka.
— Słuchaj co mi pozostało, jestem w takiej dziurze, w piwnicy i co z niej widać? Nic tylko guldeny i procesy. Jak kot pryskam na durnych chapaczy, na naciągaczy, na pijaków, procesuję się. A to na nic, co połknę guldena, to jakby przez rany w gardle, co wygram proces, to w brzuchu mnie pali. Mój rabi Nachman umarł dawno i umarł młodo, Pan Bóg ochronił go od starości. Moja żona także młodo umarła, a teraz widzę, że dobrze, zawczasu uciekła od płaczu do grobu. A ja dokąd mam uciec? Do rabinów mówisz? Nie rozumieją, nie zrozumieją, jeden jak drugi mówią, że herezja. No i teraz nawet z samej książki nie wiosna bije, tylko wyrzuty i rany. Z każdej strony wyrzut. Nie udało się — nic. — Głos drgał mu, zadyszał się, zamilkł.
— I cóż dalej? — szeptał Foka.
Joseńko szeptał także:
— Posłuchaj, tam u Nachmana jest takie słowo, jedna furtka taka, że trzeba choć raz w życiu powiedzieć komuś wszyściutko, przepraszam, nawet co w łóżku z własną żoną. Aby narodzić się na nowo, aby była wiosna. Rozumiesz?
Foka szepnął:
— Spowiedź.
Joseńko syknął:
— Właśnie! dlatego to dla tamtych herezja, a to nie herezja żadna, broń mnie Boże, to serce samo. Prawdy chce, tylko prawdy. Wy sobie na pewno myślicie, że ja o was zabiegam, bo wy Foka Szumejowy, taki sam dziedzic jak z Jasienowa, jak z Krzyworówni i nie gorszy od pani księżnej ze Stanisławowa. A może wy myślicie że dlatego, bo wy obracacie teraz wielkimi tysiączkami? To trochę prawda, nie przeczę, bo ja widzę, że wy umiecie robić, nie tylko tańczyć i grzecznie mówić. Ale nie o to chodzi, ja dawno sobie was upatrzyłem.
— Joseńku — żachnął się Foka — starszyś ode mnie o trzydzieści lat, od dziecka mówisz mi ty, a teraz ni z tego ni z owego: wy?
Joseńko ożywił się, zachłystywał się:
— Potem znów będę mówić ty, a teraz wy, bo potrzebuję starszego, takiego przez którego ręce ja podaję do Boga.
Foka zerwał się:
— Człowiecze. Skądżeż ja do tego? To niesamowite.
Joseńko szeptał błagalnie:
— Uspokój się, uspokójcie się, ratujcie, ja powiem wszystko.
Foka oglądnął się naokoło, przysunął się do Joseńka, mruknął:
— Mówcie.
Joseńko mówił:
— Wyście człowiek! Wy wyżej i przez to starszy, i ja chcę przez wasze ręce podać na ręce Wiosny. Słuchajcie, od kiedy to piekło z synem, przypomniałem sobie, co nam przekazał pierwszy Żyd bohomolny, który przyszedł w góry, Jekele Prostak, ten z Jasienowa; że tam na Radule, gdzie las się kończy, jest takie miejsce, dół między skałami, na ścianach gruby mech, tak jakby dom z kamieni i mchów. A tam były później zasadzki. I tam na wiosnę, raz krzyczy z drzew, raz słychać rozmowy...
— Ormian pozabijanych przez starego Mandata?
— Różnie, tam spotykają się wiosną głosy. Wiecie, to tak jak kiedy przejść koło kogoś, a od niego zaleci dymem z fajki, albo cebulą. I tam słyszałem tamtej wiosny wyraźne rozmowy. I teraz właśnie jeździłem znów słuchać, a to na nic.
— Nie słychać już?
— Same porwane krzyki, bo nie usłuchałem głosu — Joseńko zatrzymał się, mówił wolniej — to znaczy, nie ciekawiłem się, nie szukałem jak usłuchać. A tam, tamtej wiosny wyraźnie słyszałem, jak Matka Mesjasza rozmawiała ze swoim Synem, bo to doleciało do Niej —
— Kto taki? — przerwał Foka.
— Matka Mesjasza. Wiecie kto Mesjasz?
— Wiem. Jezus.
Joseńko syknął, oglądnął się szybko.
— Cicho, cicho, mnie nie wolno — ale wy posłuchajcie. Mówiła tak: „Patrz na Rozdroże, tam dwie rzeki, patrz pod Czerniowce, tam dwie rzeki rozeszły się, to niech się zejdą. Tam nad Czeremoszem jest dziewczyna, jagnię, ale nie Żydówka. To niech sprowadzi obie rzeki. To będzie aboda — to znaczy ofiara — to będą dwie ofiary.“ Naprzód nikt nie odpowiadał. Ona czekała i ja czekałem, aż kamienie w jamie pod mchami się paliły. Potem znów powiedziała wyraźnie: „Miłosierdzie-wiosna“, a na to bardzo wielki głos zagrzmiał: „Stanie się.“ A na to dużo głosów zahuczało: „Stanie się.“ Ale ja nie usłuchałem i dlatego tej wiosny zamilkło. Teraz wy jeden wiecie, to znów dobrze, rozmarznie, wiosna pryśnie.
Joseńko odetchnął głęboko, Foka pytał:
— Z powietrza dolatuje?
— Skądże z powietrza. Nie! W powietrzu straszny huk, wiatr, a Ona szeptała poprzez wiatr, i to zalatuje całkiem cicho od tego dołu powyżej lasu. Wiosną...
Foka pytał szeptem:
— Poprzez huk a słychać? Co?
Joseńko zadyszał się:
— Zegar szeptany, raz jasno, raz ciemno. Tak jak na Radule samym, śnieg jak lustro, raz wiatr gna chmury, z chmur cienie, raz słońce uderzy, w oczy błysk aż boli. Promień za promieniem, cień za cieniem, przegonią, wiatr huczy i tyle. Wiosna...
Joseńko skoczył jak opętany.
— Niech szlag trafi wszystkie pieniądze, niech szlag trafi mego syna, byleby tylko wiosna. — A to na nic! Musi być ofiara, pojednanie. No i cóż wy na to? Sądźcie.
— Wiesz, jak ja myślę? — odezwał się cicho Foka — niech sobie idzie.
— Jak, jak? — chwytał Joseńko chciwie.
— Ty sobie, on sobie, dwie rzeki. Poddać się.
Joseńko gorączkował się:
— A głosy, a szepty Matki, a wielkie rozmowy z Giłgułu?
— Nie możesz usłuchać, to niechaj każdy sobie. Dola.
Joseńko znów zerwał się.
— Nie ma doli żadnej. Prawo, proces —
— Z kim proces? — przerwał Foka.
Joseńko zamilkł, zwalił się na ławkę, szeptał zniemożony:
— Nie mam już siły, podajcie mi rękę — wyciągnął wychudłą zwiędłą dłoń, Foka ujął ją, szeptał także:
— Dola. Nie proces. Poddać się całkiem.
Joseńko wyrwał rękę z dłoni Foki, zerwał się i krzyknął:
— Chejrem! — bełkotał niezrozumiale, doszeptał gasnącym głosem — Przeklinam —
Foka ujął go za rękę, posadził na ławie, podniósł głos:
— Człowiecze, na Boga! Opamiętaj się, powiadam ci: dola!
Joseńko powtórzył słabo:
— Dola całkiem na dole, w mokrej piwnicy.
Pociemniało zupełnie, zaledwie widać było zarysy twarzy i postaci.
— Ciemno i chłodno, chodźmy do koliby — rzekł Foka.



PRZEMIANA

Gdy weszli do nagrzanej i jasnej koliby, Mandat wstał zaraz i ustąpił Joseńkowi miejsca obok watry. Joseńko przywitał się z wójtem siedzącym obok watry, potem kiwał głową na wszystkie strony. Przeniknięty chłodem, wstrząsając się od ziąbu, usiadł, przysunął się bliżej watry i grzał się. Watra nałożona obficie buchając szczególnie wesoło, przybliżała obecność, wieś do wsi, człowieka do człowieka. Siedzący obok watry wciąż jeszcze przypatrywali się uważnie wójtowi, szeptali z podziwem jednomyślnym, z podziwem dla szeptanych wieści, kiwali głowami, rozpamiętywali powiedzenia wójta. Siedzący najbliżej watry zsuwali się, aby zrobić miejsce, a Marijka Szestunówna wstała nagle, by ustąpić miejsca Foce. Watra rozgorzała i oczy Marijki rozpłomieniły się jak lustra. Oczy obecnych oderwały się od wójta i skupiły się na Marijce. Foka i Marijka usiedli obok siebie w milczeniu. Tymczasem w prawym kącie bystreczanie kończyli swoją rozmowę. Mandat stojąc obok watry lecz odwrócony ku prawemu kątowi mówił ze śmiechem:
— Ależ wysypie się dzieci po chramie, tyle co trawy.
— Bękartów więcej — dodał Giełeta z kąta.
— Bękart też człowiek — bronił Witrołom — nieraz dużo lepszy, udany, bo z ochoty spłodzony wiosną, nie z nudów.
Matarha kiwał głową:
— Nie bójcie się, jest dość takich, co przysiadają ręce nawet po ślubie cerkiewnym, a bez tego piją także rdzę, wywar z fajki, gotują zioła, nietoperza i co chcecie. Wiedzą, jak zawczasu płód zawiązać i jak się go pozbyć.
Gucyniuk westchnął z drugiego kąta:
— Cóż chcecie? Sypią się dzieciska i potem umierają — Hospody.
— A czyż to źle, że umierają, czymżeż je karmić? — pytał Kraszewski.
— A czy to dobrze, że umierają? — ośmielił się Łesio Karawańczuk z prawego kąta.
— Nie po gospodarsku — odbełkotał Bomba.
— Dobrze czy nie dobrze — mówił Witrołom z troską — to jedno niedobre, że męczą się biedniątka niewinne, najgorzej gdy marnieją ze słabego jedzenia, ale umrzeć? Ha, dola.
— To prawda — mówił Cwyłyniuk — ale odtąd będzie całkiem inaczej. Jak grzyby po deszczu wyskoczą butyny, każdy zechce być Foką. I dobrze tak. Będzie co jeść dla wszystkich i pieniędzy starczy na przemówników, na doktorów czy na lekarstwa.
Fyrkaluk znad Dolnej Rzeki także urozmownił się od święta:
— Pewnie, że dobrze, im więcej ludzi, tym praca łatwiejsza, bo rozdzielona. Ja to wiem najlepiej, jak to ciężko było piłować samemu, kiedy nikt nie chciał brać się do piły.
Cwyłyniuk kiwał głową przecząco:
— To lepiej gdy dużo naraz bierze się do dzieła? Nie! Jest takie pańskie gadanie: gdzie kucharzy sześć, tam nie ma co jeść. I słusznie. Niech każdy majster sam za swoją robotę odpowiada. Ale niech wszyscy mają co jeść, dzieci niech nie umierają, ludzi dużo, wesołych, sytych, z dolą wesołą —
Gucyniuk odparł z lewego kąta:
— Oj nie, to niedobrze. Będzie za dużo ludzi i jest przepowieść, że z tego będzie koniec świata.
Cwyłyniuk potwierdził:
— Jest przepowieść, to prawda, że kiedy będzie przy płotku płotek, dach przy dachu i kur nie będzie gdzie wypędzić, to świat się skończy. Ale u nas daleko do tego.
Joseńko zagrzał się widocznie, zadrzemał siedząc, kiwał się w drzemce, a Witrołom podszedł do watry po węgiel i mówił:
— Kiedy dzieci za dużo, umiera za dużo i jak je ratować, jak leczyć od choroby na szyję? Z wieczora chapnie, przez noc zadusi, tylko oczy mu wylezą. Żal.
Pańcio zaskrzeczał z najciemniejszego kąta:
— Nie ma czego żałować, komuś zechce się napłodzić szczeniąt, a ty żałuj.
Witrołom odwrócił się do kąta:
— Co tracicie żałując?
Pańcio wciąż w cieniu, pominął pytanie.
— Żałowanie na nic, lepiej nie płodzić wcale, zamknąć na klucz.
Siedzący blisko watry stary Koczerhan otwierając szeroko usta mówił wyraźnie:
— Kto o dzieci dba, o świat dba, nie o siebie. Ale napocić się musi, po nocach czuwać, i pieniędzy nie żałować, po lekarstwa pobiegnąć choćby do samych Kut. Jest taki, co zasiada rękę aby nie płodzić, ale jest taki, co nie dba o dzieci, a mówią nawet, że i taki jest, co odetchnie kiedy mu dziecko umrze. Ale czy to prawda?
— Prawda, prawda — potwierdził Witrołom — są tacy, puste próżniaki bez sumienia.
— Próżniaki? — dziaukał Pańcio — a co ma robić taki co ani próżniak, ani durny, poci się, nie śpi, a w nędzy wciąż i z tego zły. Nie ma czasu żałować. I nie ma co żałować, dzieci to — z niego.
— Z kogo? — pytał Petrycio, czyszcząc kocioł.
— Chie-chie-chie. Chie-chie-chie — popatrzcie na takiego bękarta co ledwie kilka godzin ma czy kilka dni, jak się wykrzywia, jak wrzeszczy, jak pieni się ze złości, to zaraz zrozumiecie z kogo.
— To podług was dzieci z czorta? — pytał Gucyniuk.
— Ależ nie z czorta — żywo sprzeciwiał się Petrycio — tylko te co podmienione z czorta, co je diablica wymienia na swoje.
Cwyłyniuk zwracając na się uwagę wywodził:
— Podmienione? Ha, może, ale to trudno wiedzieć na pewno. Za to list z nieba czarno na białym zabrania płodzić dzieci w któryś z piątków wrażych i urocznych, tych w które działy się największe grzechy. Nawet zbliżać się do żony w taki piątek zabrania, bo z tego rodzić się będą dzieci należne — jemu.
Pańcio zaśmiał się, upierał się dalej.
— Podmiana to mało, ba, ileż tej podmiany? A i piątków onych nie tak dużo, wszystkiego dwanaście. Nie! To z rodu wszystko i od razu złe, wrzeszczące, z pianą w pyskach.
Petrycio wypalił:
— To Marijka Szestunówna też z czorta?
Ten i ów zaśmiał się grubo, inni chichotali. Foka oglądał się surowo, śmiech urwał się. Pańcio nie odpowiadał. Petrycio wyszedł na środek koliby i pytał go:
— Odpowiedzcie, Pańciu, odpowiedzcie, to warto wiedzieć.
Pańcio znów pominął pytanie:
— Najlepiej takiemu, co się wcale nie urodził i taki najlepszy.
— A gdzież jest taki, pokażcie mi — spytał ważnie wójt z Żabiego.
Znów głośny śmiech przeleciał i urwał się, a Petrycio przybliżając się ku Pańciowi nalegał:
— Nie o to pytam, tylko czy nasza Mariczka także z czorta, powiedzcie śmiało.
Znów śmiech jeszcze głośniejszy zerwał się, a Foka wstał i rozsierdzoną miną gasił śmiech. Oczy Mariczki zapłonęły nagle światłem figlarnym, usta jej wydały się kuszące. Liczne oczy spoglądały na nią tylko, jakby nie było wójta, Pańcia ani Petrycia. Pańcio wysunął łysą głowę z cienia, opuścił wargę bezbronnie, przyciskany przez Petrycia biedził się:
— Wy-wygląda, że jest także odwrotna odmiana.
— Od kogo, od kogo? — nalegał Petrycio, jakby czyhał.
Pańcio nie odpowiadał, Petrycio nie ustępował, inni nie śmiali się już, spoglądając to na Mariczkę, to na Pańcia nalegali licznymi głosami: Powiedzcie, powiedzcie.
Pańcio lepiotał słabiutko:
— Ha, od tych tam — Foka opowiadał w burzę zimową te bajki, a tamten Maksym z Jaworza także.
— Od Rachmanów? tak? — pytał Petrycio szczególnie głośno.
Joseńko obudził się nagle i słuchał. Petrycio powtarzał pytanie, nalegał:
— Powiedzcież, odezwijcie się, Pańciu.
Lecz Pańcio machnął ręką, cofnął łysinę w cień, zakrył oczy dłońmi, jak gdyby drzemał. Zniechęcony Petrycio wrócił do watry, zniecierpliwił się, ciskał smolne polanka do ognia jedno za drugim. Watra buchnęła nagle szczególnie jasno. W blasku watry wyprostowana Mariczka z wzniesionymi oczyma rozbłysnęła jak zjawa nieziemska, jak obietnica i wyrzut. Watra ją wyniosła, nie pozwoliła jej spać ani zgasnąć, nie pozwoliła jej ulecieć całkiem z chłopskiego świata. W milczeniu patrzyli długo na nią. Także Foka odwrócił się i patrzył. Słychać było tylko rześki trzask watry. Niektórzy wzdychali. Justynka odchrząknęła, chciała coś powiedzieć lecz Cwyłyniuk pośpieszył się chytrze, pocieszając:
— Ha, odmiana nie odmiana, a Koczerhany bez żadnej odmiany zasypali całą Dolną Rzekę. Co drugi człowiek to Koczerhan, a pokażcie mi choć jednego między nimi brechuna, albo łajdaka. I zdrowi i czemni.
Petrycio westchnął:
— Ha, gdyby wszyscy byli Koczerhanami.
W silnym blasku watry na czole starego Koczerhana zagrały zmarszczki i cienie.
— Ludzie — wołał — nie chwalcie pusto nikogo. Z wczesnej chwalby jak z wczesnego słońca owoc robaczywy, urzeczony od razu, nijaczy się, od ciągłej chwalby gorzej niż od ciągłej słoty nadyma się, gnije, pęka. A sam ten, co innych chwali i urzeka, wykręca się: ja z innego rodu, nie mnie być rzetelnym. Pan kowal Sawicki nikogo nie chwalił ani nie ganił. „Ręki wciąż pilnuj“ uczył nas pan kowal nieboszczyk, carstwo mu niebiesne. — Na święte Zwiastowanie Hospod Boh wkłada głowę do ziemi, aby płodziła, i trzyma głowę w ziemi aż do Juria. A my przygarnijmy i piastujmy to chuchanie Boże, bo aż do Juria co nocy o północy przemiana się dzieje, a w takie święto jak dziś najwięcej.
Umilkli wszyscy, znów zapraszali gospodarze, aby jadł kto chce. Koliba była bitkiem natłoczona aż strach brał by nie rozsadził jej tłok narodu. Ludzie siedzieli po kątach, albo chowali się jeden za drugiego, jeść już nie mogli. Nie pomagały napomnienia Justynki, co przygłuszały huk watry. I trudno było dojrzeć po kątach i w cieniu, i naprawdę jedzenia mieli dość i za dużo. Kobiety wymykały się chyłkiem do swoich szałasów, Justynka i Petrycio odprowadzali je z łuczywem, niektórzy siedzieli do północy, gwarzyli w małych gronach lub drzemali. O północy znów odezwał się Koczerhan:
— Foko, weźcie kromkę chleba i garnuszek i chodźmy.
Umilkli wszyscy, drzemiący budzili się. Foka wziął kawał chleba i kubek, w ciemności bez łuczywa poszli do potoku. Trzymając Fokę mocno za rękę Koczerhan zanurzył chleb w potoku, mówił szeptem:
— Nie chleb kąpie się w wodzie tylko ja, tylko my dwaj, w zdrowiu i w sile. — Potem zaczerpnął wody i szeptał:
— Nie wodę czerpię, tylko mleko i miód.
Potok szumiał łagodnie, las milczał. Wracali w milczeniu do koliby, Koczerhan szeptał:
— Dla całego pokolenia co ma się począć, teraz najlepsza godzina.
Foka odszeptał:
— U nas w Jasienowie tak samo się świętuje, ale w noc przed Nowym Rokiem.
Koczerhan pouczał szeptem:
— Od początku świata Nowy Rok jest na wiosnę przed Juriem. To od Boga. A ten zimowy to ustanowa od ludzi.
Zbliżali się w ciemności do koliby, słyszeli gęsty gwar. Gdy weszli zamilkli wszyscy, Koczerhan zaczynając od wójta dawał wszystkim kosztować zamoczonego w wodzie chleba i popić wody. Wstawali, kosztowali, także Joseńko skosztował wody.
— Przemiana się dzieje — ogłosił Koczerhan donośnie.
Długo milczeli stojąc. Foka westchnął:
— Proszę was goście lubi, jeśli łaska — spać.
Rozchodzili się, układali się, chram leśny się zakończył.



ŚWIĄTEK I PÓŁŚWIĄTEK

Nazajutrz wszyscy spali dłużej prócz Foki, Petrycia i Justynki. Oni troje zerwali się o świcie w trosce o nakarmienie gości przed daleką drogą. Także Sawicki wstał wcześnie, ale nie z myślą o gościach. Uważając że święta dość i za dużo, ściągał po szałasach i po kolibach co młodszych butynarów i pognał z nimi do ryzy na Pohorylec.
Jednak święto nie skończyło się. A prawdę mówiąc nawet nie święto prawdziwe cerkiewne to było, lecz jak je nazywają „Sietce“ to znaczy świątek, a tylko liczni goście, gościnność i wiosna tak je podkarmiły, że zgrubiało, rozrosło się w tęgie święto i jeszcze przerzuciło się na dzień następny. Bo chociaż po chramie liczy się tylko półświątek, a przecie święto. Niechęć do ciężkiej pracy po wesołym próżnowaniu czy raczej opór do powrotu z upojenia w trzeźwość. Z rytmu w który wprawia muzyka i taniec, tak jakby woda niosła, w wysiłek nie tylko ramion, ale troskę myśli wobec każdej kłody inną? Niełatwo to rozstrzygnąć. Bo ten sam człowiek co z żalem wraca z żywiołu świątecznego do codziennego dreptania i wydaje się znużony, naraz chętnie rozpali się gościnnością i pobiegnie z ochotą po masło lub bryndzę na sam wierch do stai pasterskiej, dokąd inny wybiera się długo, jak gdyby na wyprawę.
Gościnność nie skończyła się o północy, przeto goście wybierali się do domu niechętnie. Jeszcze byli tu, jeszcze szumieli, jeszcze czuli się gośćmi, jeszcze zapraszano ich do stołu, jeszcze odurzano się serdecznością. Było święto.
Chmurzyło się gwałtownie, przeto goście zajadając przy stole powoli, rozglądali się bardzo długo i z troską po niebie. Na tym pośpiech się kończył. Po posiłku modlili się niezmącenie, dziękowali stołowi, dziękowali gospodarzom, niektórzy dziękowali szczególnie wymownie, niewymowni z zajęciem słuchali wymownych, a wszyscy całowali się. Odchodzili osiedlami, podług sąsiedztwa, lub rodzinami, czekając jeszcze na tego i owego. Jeszcze z lasu, słychać było ich okrzyki: dzięki, daj Boże myrno! Potem wiwkali, a gdy oddalili się, grali jeszcze na fłojerach. Było święto.
Około południa odjechał wójt Żabiego, wraz z nim hurmą żabiowcy, wśród nich Joseńko ze swoją świtą. Ci butynary, którzy nie poszli na roboty, odprowadzali aż do potoku głowę Żabiego. Dzięki niemu i dzięki najazdowi kobiet żabiowskich Żabie po raz pierwszy górowało na butynie. Wójt nie przemawiał często, za to w stosownej chwili, przeto pamiętnie. Słuchali go wszyscy, wójt zasępił się, ważył coś, potem niespodzianie zadzwonił głosem:
— Foka gazda wielki i nawet ksiądz z dolnej parafii równał go na kazaniu do świętego Pantalejmona. Ale to nie koniec. Teraz my zobaczyliśmy butyn na własne oczy. Żadna plotka nad Żabie nie wzleci, dopóki ja wójtem, ale to nie koniec. O waszym chramie, o butynie Fokowym pieśni śpiewać będą nad Białą i nad Czarną Rzeką, jakem wójt. Niech śpiewają, niech pamiętają, dopóki ten Riabyniec szumi. Ja minę się, dziesiąty wójt po mnie minie, a o Foce będą śpiewać pieśni, amen.
Wszyscy jak jeden wznosili okrzyki na cześć Foki, Szumejów i wójta, tylko Gucyniuk czując się śmielszy w obecności swoich, bąknął krzywiąc się:
— W oczy śpiewają, a poza oczy —
Głowa Żabiego prostował się i wyrósł z oburzenia, po raz pierwszy rozgrzał się naprawdę.
— Obmowa? Nie powiadajcie byle czego, to nieprawda, przenigdy w świecie.
Gucyniuk krzywił się jeszcze:
— Obmowa nie obmowa, ale zapomną, powiedzą: nie było żadnego Foki, przyśniło się.
Wójt nie poddał się, skupił się, rozwijał myśl wyższą:
— Niech będzie sen, nie narzekajcie na sny, sny z wyższego miejsca idą niż codzienne żurby i troski.
Cwyłyniuk godził z uśmiechem:
— Kto z rewaszem żyje, nie zapomni, a kto przepije zarobki woli zapomnieć.
Joseńko potwierdził:
— Niejeden zapomni, jest taki nawet co zapomni zapłacić za to co wypił.
Śmiali się głośno, lecz Gucyniuk zarzucił jeszcze:
— To nie trzeba dawać.
Joseńko przygotowany na takie powiedzenie westchnął i odpowiedział wyniośle:
— Nie dawać? A co? Mam kamienie tłuc przy nowej drodze? Może by to i lepiej, alem już za stary. A wiecie sami dobrze, że w mojej karczmie nikomu nie dam się upić choćby prosił i groził.
— To prawda — przytwierdził Cwyłyniuk.
— To prawda — zgodził się Gucyniuk.
Joseńko kończył:
— Na starość nauczyłem się przynajmniej jednego: nic na kredyt.
— Nauka kosztuje, kosztuje — żartował Cwyłyniuk.
— Kosztuje — zgodził się Joseńko — nawet nie wiecie ile.
Machnął ręką niecierpliwie, żegnał się z Foką.
— Bądź zdrów, Foko, i nie zapomnij.
— Pamiętaj i ty — odparł Foka.
Patrzyli na siebie, Joseńko wstrząsnął się, skrzywił się boleśnie. Z żabiowcami odchodzili jeszcze córka starego Koczerhana i Marijka Szestunówna. Marijka przystąpiła do Foki, szeptała ledwie dosłyszalnie:
— Ojciec wraca za tydzień, zajdźcie.
Foka stropił się, opanował się zaraz, dziękował.
— Po spławaczce, wracając z Kut zajdę, dziękuję wam, dziękujemy.
Nie wiadomo skąd nagle Pańcio skoczył ku Mariczce i zapytał:
— A ja mogę przyjść do was?
Mariczka rozjaśniła się wdzięcznie, że wybawił ją z zawstydzenia; powiedziała głośno:
— Przyjdźcie, przyjdźcie, prosimy.
Po raz ostatni oczy jej rozpłomieniły się tym jedynym błyskiem, po raz ostatni oświeciły Riabyniec i butyn. Dzięki Pańciowi skorzystali wszyscy.
Odchodził także Iwanysko wraz z żoną, a z nim Kuźma Gotycz zwany Niauczukiem. Iwanysko wsadził leciutko żonę na konia, żegnał się uśmiechając się nieznacznie, jakby nieuchwytna złośliwość nie przestawała zeń promieniować. Nie miał już zamiaru wracać na butyn, obiecał na swoje miejsce przysłać Dmytrijczuka-Zełenczuka.
— Źle wam tutaj? Smutno? — pytał Foka.
Na pożegnanie Iwanysko wydarł z siebie prawie tyle słów, co po ucieczce spod lawiny w święto Odokii. Odparł:
— Wcale nie źle, nie smutno, ale teraz miasto zrobiło się tu, rojno. I niech Dmytrejczuk zarobi, ma pięcioro dzieci.
Foka zatrzymywał nieśmiało:
— Poczekalibyście przynajmniej na pieniądze.
— Nie spieszno, odeślecie kiedy łaska.
Niauczuk obiecał, że wróci wkrótce z Dmytrijczukiem. Foka raz jeszcze zwrócił się do Iwanyska:
— Mówiliście raz, że ludzie lasowi mają dużo czasu i nie zapominają, czy tak?
— Tak wychodzi — odparł Iwanysko.
— No to nie wspominajcie źle nikogo z nas!
Iwanysko patrzył pytająco, a Foka wyjaśniał:
— Jakaś taka myśl może dosięgnąć, ugodzić, w butynie najbardziej.
Iwanysko zgasił uśmiech, patrzył nieruchomo, przenikliwie. Foka poprawił się:
— Ja wiem, wiem wszystko, wyście bezcierniowy.
Patrzyli na siebie, pocałowali się obaj w ręce jak dawni starzy ludzie. Foka żartował żegnając się z żoną Iwanyska:
— Szkoda, że nie macie młodszej siostry, takiej jak wy.
Żona Iwanyska zarumieniła się. Iwanysko dziękował szeptem. Zaledwie odchodzący przebrnęli przez potok, z lasu wynurzył się na koniu spóźniony Andrijko Płytka. Przepraszał Fokę za spóźnienie, tłumaczył:
— Wiosna strasznie zaciąga, jednym machem dowiosnowałem.
— A nie boicie się, że się zmarnuje, że za wcześnie? — pytał Foka.
Andrijko oglądał chmury:
— Wola Hospodnia, ale co tu mówić, wiosna nęci. Jeszcze w Krzyworówni, kiedy byłem dzieciakiem, tam wysoko na Tarnoczce nasz dziad po matce, stary Slipeńczuk tak mówił: „Niczym człowiek się tak nie zmarnuje jak wiosną, razem z ziarnem siebie w ziemię grzebie. Ale warto! Dowiosnuj, choćbyś zginął, dociągnij“. Andrijko przerwał, przyglądał się uważnie Foce:
— Cóżeście tak zmarnieli, skóra i kości, czyście chorzy?
Foka machnął ręką.
— Jest z czego, ale to rychło przejdzie, na darabie, na wodach.
Andrijko oglądał go ze współczuciem, szeptał:
— Zanadto zmarnieliście, was nie tylko wiosna ssie, was jesień i zima już przedtem wyssała. Butyn niszczy las, a człowieka także, obiecuje za dużo i z tego — Andrijko westchnął.
Foka uśmiechnął się dwuznacznie:
— Pstrąg nie od wielkiej przynęty ginie, ino od niepozornej. Chodźcie do koliby zakąsić.
Andrijko nie był głodny, odmówił. Po rozsiodłaniu i wytarciu kobyły pospieszyli do mygły. W ostatnich dniach przed chramem naryzowano stosy drzewa, zakradł się bezład. Foka pomagał robotnikom mygłować, a gość Andrijko także.
Butyn udał się jak dotychczas, ale dopiero od chramu, jak kto inny od wielkiego wesela, Foka zasłynął jako gazda. Gromady z kilku wsi oglądnęły go dokładnie tak jak głównego muzykanta, takiego, który na kilku instrumentach się zna, a całość muzyki też umie zestawić, takiego, którego się poznaje dopiero na wielkim weselu. Przejście od pracy do świętowania i ponownie do pracy to także osobliwa a niełatwa władza nad instrumentami. Wiadomo to i nietrudno zrozumieć, że w dawność naprawdę wielkim gazdą ten był, kto najzdrowszy, najsilniejszy i najwytrwalszy, to jest twardy wobec siebie. Gazdę poznać po tym, że nikomu nic nie zawdzięcza, i stąd od dawna za wielkiego gazdę uważa się takiego, któremu wszyscy coś zawdzięczają. Dlatego oprócz wielu innych niepisanych przepisów stara prawda głosi także, że podczas święta, nawet podczas chramu, co najmniej pod koniec chramu, sami gazdowie powinni usługiwać służbie i najmitom. Chociaż na butynie wszyscy uważali się za wspólników, nikt nie zapomniał, że Foka jest nie tylko zawidcą, lecz gazdą i że wraz z nim Petrycio i Sawicki są założycielami butynu. Co do rębaczy bystreckich miano wątpliwości, ale o tym nie mówiono. I z tego wynikało, że ci byli najbliżsi stanowi najmitów, „dziadkowie“ jak ich zwano, najbardziej przybliżyli się do stanu gości z prawami gości. „Dziadkowie“ byli zresztą niekoniecznie starzy, nawet wyrostków liczono do nich, słowem tych wszystkich, co z butynową robotą nie obeznani, za słabi do niej, niektórzy nawet ułomni, pracowali jako pomocnicy, ścinając wierzchołki drzew, korując je, zsuwając kłody i układając je na portaszach, wartując przy ryzach, najwięcej zaś przydatni dla drobnych posług, posyłek i wyręki, przeto widziani mile przez wszystkich, bo posłuszni. Zrozumiałe, że w półświątek nie wzywano do roboty żadnego z dziadków co starszych, chyba najmłodszych, bo cóż by to był za świat, gdyby młodziaki rozsiadali się cały dzień przy stole i ziewali, gdy Koczerhany o świcie poszli do roboty, a Cwyłyniuk i sam Gazda od południa.
Dziadkowie dosiedzieli z gośćmi przy stole, a potem doświątkowali w kolibie. Im gorętszą gościnność, tym więcej zmęczą się goście. Więcej niż robotą domową. Odpoczywają dłużej po święcie i po przyjęciach niż po dniu roboczym. Cóż dopiero gazdowie? Nie tylko nauwijają się przed chramem, lecz jeszcze więcej podczas chramu, ponadto jeszcze, gdy dużo ludzi i trudno każdemu dogodzić, muszą z czystej gościnności naokoło siebie szczerzyć zęby jak pies, co ubiega się o kęsek, i brak im tylko ogonów, aby merdali z gościnności. Najwięcej muszą zabiegać o biedniejszych, o obraźliwych, o niemądrych. Wysilając się, pilnują tak jak strażnicy prochowni czuwający nad tym, aby coś gdzieś nie zaciekło, nie zamokło i broń Boże nie wybuchło. Ale gazdom nie uchodzi, nie wolno przyznać się do zmęczenia. Petrycio był najmniej wytrzymały ze wszystkich, bo najsłabszy, przeto zmęczył się najprędzej. Gdy uporał się z myciem kotłów i naczynia, prosił dziadków, aby czuwali nad watrą, by przygotowali wodę na kuleszę, a sam walnął się na posłanie i usnął z miejsca. Dziadkowie rozsiedli się w kolibie, sami swoi bez świadków, bez duków i bez gazdów butynu. Ten i ów dokładał polan, potem nosił wodę leniwie, nie przerywając pogawędki. Watra buszowała, woda śpiewała niecierpliwie czekając na mąkę, a oni nie nadwyrężali się i w stanie półgości półświątecznych gwarzyli nadal świątecznie. Dojadali jeszcze czasem, smakowali z tego co im zostawił i zachwalał Petrycio. Wśród nich znajdowali się także starzy butynary Gucyniuk, Pechkało i ich sąsiedzi z Puszkara, również najbliżsi stanowi najmitów.
Jak zazwyczaj po chramie wypływały powoli na wierzch wspomnienia zdarzeń najbliższych, różne niesmaki, niechęci, osady pamięci. Przewalały się powoli przez języki, wcielały się w szepty, a z szeptów stawały się słowami. Ostatecznie nikt się nie upił, ani nie pokłócił się nikt, ani nie przemówił się nieprzystojnie. Nie! Nie widać też było, aby któraś para młoda poszła na boczki do zarośli. Nie, nie widać. Chyba to i owo małżeństwo siedziało sobie gdzie chciało. To ich rzecz. Ale czyż naprawdę nie zdarzył się na chramie żaden wstyd? Jeden wstyd: Marijka zaczarowała Niauczuka, bo z czegoż rzygał po tańcu i chorował? Ale przecież potem wyskoczył z koliby podczas porywania i nosił Marijkę na rękach! Któż wie, może to inaczej, może nie bardzo? Drugi wstyd: Pańcio wywrzaskiwał coś tam po pańsku. Wstyd czy nie wstyd? Trudno zrozumieć, poza tym on z innego stanu i biedak, jakby żebrak i trochę pomylony. Może to jakiś powiatowy wstyd, ale dla chramu nie bardzo. Zdaje się w końcu, że tylko jeden wstyd, bardzo głęboko ukryty, ale wstyd: że Marijka zaczarowała także Fokę. Popatrzeć, jak on wygląda, a któż potrafi jak nie ona.
Czy tak myśleli czy inaczej, nikt się nie dowiedział na pewno, ale w ich rozmowach słówko szukało słówka i poznając siebie wzajemnie jak łyse konie, wąchając z daleka, jak pszczoły z tego samego ula, słówko wiązało się ze słówkiem. Wcale stary dziadowina, Hordejczuk, z Puszkara na Żabiem, nie z tych zamożnych, ale ich krewny, taki, co od dawna najmował się do pracy, choć miał grunt i krowę, chrypiał cicho do Pechkała:
— Całą zimę strzegli się leśnych dziewek, własnego cienia się bali, a tu przyszła taka, nie leśna tylko wsiowa i co tu mówić, kochanka pańska, i już!
— Dobrze, że krótko, że już koniec, choć kto wie? — odparł jego sąsiad również stary Sołomijczuk, jak mówiono z tych brechływych. Pechkało odburknął:
— Nie w tym główny wstyd, główny wstyd od dawna nabierał jak wrzód. I może pęknie. Dobrze, że ten łełyk cacany cichołazy zabrał się już. Lżej odetchnąć, choć kto wie.
Hordejczuk odpowiadał wymijająco:
— No tak, ta para, Iwanysko z żoną nie bardzo rozmowni, nie gładko z nimi, trochę niesamowicie.
Pechkało wydął wargi ważnie, dał czekać na odpowiedź:
— Pech! mówią czy nie mówią, nie to ważne, ale co robią?
Gucyniuk przypomniał sobie:
— Co on ma z tymi wilkami?
— Może sam — wyrwał się Pechkało i zamilkł.
— Co takiego, sam? — podchwycił Gucyniuk.
Hordejczuk pospieszył się, politycznie zakręcał na swoją koleinę:
— Co mamy mówić o tym czego nie widać, patrzmy na to co widać, że od tej wiedźmy cacanej Kuźma jeszcze więcej się rozkudłał, a temu połatajce staremu rozpaliło się w głowie, spaskudził chram gorzej, niżby na stół narzygał. — Hordejczuk przytłumił głos: — No i nasz gazda od kiedy przy niej usiadł koło watry, ha — przypatrzcie mu się dobrze.
— Dawniej tego nie było, z wiedźmami robili porządek, stara czy młoda — dodał Sołomijczuk.
Hordejczuk skrzywił się, odpowiadał roztropnie:
— Porządek? U nas niewielki. Stareńki Herdega, jakimś stryjem mi się liczy, nie to co ja, bogacz i bywalec wielki, macnął kiedyś jakiegoś haukacza bardką po głowie. Za to zajechał aż do Stanisławowa, do głównego kryminału. Mówią po cichu, że był jeszcze dalej na samym czubku, w najgłówniejszym kryminale, ale nie przyznaje się. To pewne, że latami nie było go w chacie, nasłuchał się w świecie niejednej nowiny i mądrości. Powiada sam Herdega, że tam w mądrym świecie z pierwowieku piekli wiedźmy żelazem raz koło razu tak dokładnie, że przyznawały się i pokazywały dokładnie, gdzie spały z czortem i jak się z nim gziły. Ale potem bezbożność powiała i zaprzestali tego. Trudno. A u nas co? Chyba tylko na wodzie gdzieś czasem którąś troszkę pławili, a kiedy zaczęła tonąć, zaraz wyłowili i przepraszali. Naszym czort nic nie szkodzi, z wiedźmy podśmiewają się zamiast przypiekać. Nasz naród z pierwowieku bezbożny.
Gucyniuk wzdychał z troską:
— Oj tak, i kto wie co z tego teraz będzie; słusznie mówicie, gazda poczerniał, po prostu zgasł, a bez niego butyn zgaśnie i my przepadliśmy.
— Jest rewasz przecie — mruknął Sołomijczuk.
— Rewasz bez człowieka? Sami wiecie co warty — martwił się Gucyniuk.
Hordejczuk oburzał się dalej:
— Niech sobie czaruje paniczów, Ormian, Żydów, i tak im nic nie zaszkodzi, ale od naszych wara, gadzina!
Dmytro Kaliczyna, przezwany tak bo ułomny, usiłował brać w obronę Marijkę:
— Mówicie wiedźma, a to by się przecież już dawniej było pokazało, ale dotąd nikt nie słyszał. U nas była inna, prawdziwa, taka, że kiedy rozjuszyła się na kogo, a popatrzyła na pole jęczmienia, to tak równo jak jej oczy przejechały po jęczmieniu, jęczmień sechł i czerniał. No, jęczmień nie może się bronić, a człowiek może, któż go zmusza, by tańczył z wiedźmą albo siadał koło niej.
Hordejczuk pospieszył się:
— Wiem dobrze o tamtej, łatwo ją było złapać, jucha sucha i zła, choć potem się już strzegła. Ale co zrobić z taką jak ta, gładziutką i słodką. Sądy trzymają z wiedźmami, powiedzieć, że wiedźma, to sędzia śmieje się, jakby nie wiem jaka zabawa. Bezbożność.
Pechkało mruknął niedbale:
— Bezbożność? Cóż wam do głowy przychodzi uganiać się za wiedźmami, podnosić wieś na nogi i może jeszcze grzech brać na plecy? Nie! Świadomy człowiek sam sobie daje radę. Kto na niego czorta puści, to on zaraz odrzuci obertyn i zakarbuje go bez topora, napiętnuje bez ognia. — Pechkało spojrzał ku swoim garnuszkom.
Sołomijczuk zabiegając o Pechkała i zgadując mówił odważniej:
— A co oni mają ze sobą ten cichy strzelec i tamten kudłaty z wypulonymi oczyma co go zowią Niauczuk?
Pechkało pomilczał ważnie i mruknął:
— Spytajcie Birysza, on nie kłamie, widział na własne oczy, a stary Buliga też.
— Co widzieli?
Pechkało szeptał:
— Raz Niauczuk zaszedł na Żabie do dolnej parafii i nagle ptaki ze wszystkich stron zleciały, obsiadły go i tak dziobały w oczy, w nos, w usta, że musiał uciec do Buligowej chaty. No?



BURZA I DOWODY

Drzwi skrzypnęły, Witrołom wszedł do koliby. Przez otwierane drzwi ujrzeli błyskawice, po czym usłyszeli jak odległy grom przechadzał się górami. To święty Jurij odmykał wrota od wiosny. Za Witrołomem pospiesznie wchodzili rębacze bystreccy wracający od mygły i od haci. Od razu święto zmieszało się z roboczym dniem, chram z pracowitym butynem, jak ciepłe powietrze z zimnym. Rębacze byli zmęczeni podwójnie, chramem i robotą, dziadkowie baraszkowali. Z rozpędu świątecznego Sołomijczuk paplał nadal głośno i nieostrożnie:
— U nas na Puszkarze wszystko wiadomo. Nasi chodzą na Gadżyn za skarbami i na wypasy także. Kuźma Gotycz to syn drugiej żony Danyły, co się zowie Solimona, a któż ona? Ochrzczona niauka, powiadają także, że wiedźma. Z niej Niauczuk, dlatego ptaki z nim się wadzą, węszą sowi ród i dziobią.
Leżący już po różnych kątach koliby bystreczanie zarechotali głośnio. Ucichli prawie, a jeszcze Mandat rechotał jakby z wyzwaniem. Sołomijczuk zwiesił głowę pokornie, dziadkowie onieśmielili się, święto się skończyło. Pechkało żachnął się jakby obrażony, lecz naprowadzał niezbyt zaczepnie.
— Śmiejecie się głupio. Może nieprawda, że Danyło po śmierci żony przeniósł się ze starej chaty, stamtąd gdzie Gadżyn i Kizia się spływają, w las nad Psaryk? Ożenił się z Solimoną i z tego wszystko.
Rębacze śmieli się głośno, ten i ów podnosił się z posłania, spoglądając spode łba, a Witrołom wyjaśnił cierpko.
— Człowiecze jeden z drugim, to plotki z wiatru i tyle. Kuźma Wichrynka, tak zwany od dawna, bo ciska się jakoś, nie jest synem Solimony, tylko pierwszej żony Danyły, a Solimona nie żadna niauka, to śmiech, tylko rodem z Prociuków z Bystreca. Ma tylko jednego, małego chłopca, czarniutkiego Petrunia. A czy wiedźma? Nie słyszałem. Po co kłamać?
Pechkało zamilkł niechętnie, potem poderwał się jak przygasła watra, wybuchnął nie do rzeczy:
— A ja mówię, tamten cichy strzelec przemienia się, znika nagle i znów się zjawia.
— W co się przemienia? — pytał Witrołom.
Pechkało przemilczał, tymczasem Petrycio zbudzony hałasem podniósł się z posłania i słuchał ciekawie. Nie otrzymując odpowiedzi, Witrołom poderwał się także.
— A ja mówię: hańba takiemu, kto plotką z wiatru piętnuje innych.
Pechkało wstał, wyszedł ku drzwiom, otworzył je, na dworze ciemniało gwałtownie. Przez drzwi błyskało raz za razem. Sawicki wraz z Tomaszewskim i z jego kumpanami, umykając przed burzą wsypali się do koliby. W gronie swoich Pechkało poczuł się mocniejszy, znów po świątecznemu stawiał się.
— Mówicie, że kłamstwo, a nie bójcie się, my dobrze śledziliśmy go przez całą zimę. Strzelba na ramieniu, a potem karmi wilki przed samą kolibą. Niech inni poświadczą.
Witrołom zakłopotał się, mówił smętnie:
— Iwanysko żałuje biedne dychanie, on taki.
Giełeta pospieszył się.
— Zamiast psów, wilki napędzają mu zwierzynę.
Umilkli. Wtem Kraszewski odwrócił się z kąta i wypalił:
— Wilkołak bystrecki.
Błyskawice krzyczące wypełniały ciemne szpary koliby, zbliżała się burza, lecz jeszcze przed burzą pochramowe powietrze stawało się duszne. Mandat wskoczył, jakby chciał rzucić się na Kraszewskiego, powstrzymany przez Giełetę uspokoił się, a sam Giełeta cedził groźnie.
— Chłopcze, za takie gadanie biją, kości łamią, a płakać nie dają. To u was same wilkołaki, nocą przejść nie dają chrześcijaninowi.
Kraszewski słuchał bez ruchu, a Matarha roztętnił się:
— U nas na Bystrecu puszcza, zwierno, a drzwi od chaty ledwie przymknięte, na Żabiem grażdy, zamki-zawory, a wieczny niepokój.
Kraszewski znów się wyrwał:
— Same żebraki, nie mają co zamykać.
Giełeta zajechał mu wzgardliwie:
— Żebraki ci, co na najmitów przystają.
Pechkało wścibił zjadliwie:
— A może Fudor Giełeta także rodem z Żabiego?
— A może Mandaty są z Żabiego? — odezwał się nagle Kimejczuk.
Giełeta i Mandat wstali, po nich inni rębacze bystreccy, a Tomaszewski ośmielony i jakby pokrzepiony niedawnym pobytem żabiowców na chramie stawał do oczu rębaczom:
— Zobaczymy kto będzie płakać. Fudorom i tym z Raduła droga do kryminału zawsze otwarta.
Matarha jednym skokiem z głębi koliby znalazł się obok Tomaszewskiego, wysuwając mu pod nos ogromną pięść.
— A może ze mną?
Witrołom odsunął Matarhę, a Tomaszewski urągał niedbale lecz śmiało:
— Byk tęższy od człowieka, a idzie na mięso. Żabiowcy nie takich biją, ilu chcą i gdzie chcą.
Matarha trącił Jasia aż ten się zatoczył, a Witrołom pchnął Matarhę, że upadł. Krzyczał:
— Nie śmiejcie bójek wszczynać, bo zawołam gazdę.
Tymczasem Petrycio już przedtem miarkując co się święci poskoczył ku mygle. Niezwłocznie wlecieli samoczwarć do koliby, Foka, Andrijko, Płytka, Cwyłyniuk i Petrycio. Bardzo znużony i mniej cierpliwy niż zazwyczaj Foka rzucił się między skłóconych z pałającymi oczyma.
— Jeszcze jedno szturknięcie, a rozbiję butyn. Rewasz do dziś ważny, a od jutra zawieszę, niechaj kupcy obejmują butyn.
Z chramowym animuszem krzyczał Pechkało wśród zamieszania:
— I dobrze! dość tego! Wiedzcie sobie, że jeśli który tu zginie od kłody czy od wody, to będzie pamiątka po tym cichołazie. Kto wie co już nam nasypał.
— Wstydźcie się i milczcie! — krzyczał Foka.
Pechkało uległ lecz odgryzał się żałośnie:
— Wielka mi sztuka na biedaków wrzeszczeć.
Giełeta klął półgłosem z wściekłością:
— Psiawiara, wiejska huzycia śmie podszczekiwać na gazdę!
Foka odpowiadał Pechkałowi:
— Nie na biednych krzyczę, tylko na swarliwych.
Witrołom przyznał:
— To prawda, wszystkie baby zgodliwsze od was.
Pechkało nie stawiał się już do Foki, kłócił się z Witrołomem.
— Dopóki wy nie weszliście do koliby była zgoda.
Witrołom uniósł się:
— Zgoda? To plotka was pojednała, aby wam za to języki pokręciło!
Tomaszewski znów się zerwał:
— Cóż za plotka? Sam Łesio Karawaniuk powiedział wtedy zimą: alboż to wilki, kto wie czy wilki? — Słyszałem.
— Co za plotka — żołądkował się nadal chramowo wyruszony z roboczej doli Pechkało — przypomnijcie sobie jak Niauczuk wczoraj łypał oczyma po tańcu. Nie ręcznik mokry trzeba mu było dawać na głowę, tylko poczekać chwileczkę aż załopoce i huknie: „uhu!“ Ale Iwanysko wiedział po co ręcznik.
Od gorliwej przesady Pechkała posypał się śmiech. On zaś cietrzewił się nadal lecz jak cietrzew zraniony.
— Co tu się śmiać, to wcale nie do śmiechu.
Także stary Koczerhan wstał.
— Prawdę mówicie, nie do śmiechu, ale urągać takiemu biedakowi jak Kuźma jeszcze mniej do śmiechu.
Pechkało ciskał się jeszcze, a stary Koczerhan osadził go twardo:
— Nie zapominajcie kto tu gazda, a wy, Foko, nie prawujcie się, tylko rozkazujcie.
Uspokoiło się nieco, gdy między stojące naprzeciw siebie szeregi wsunął się Łesio Karawaniuk. Mrużąc oczy, jak zazwyczaj, mówił spokojnie:
— Posłuchajcie ludzie dobrzy. Powtarzacie co powiedziałem zimą o wilkach. Posłuchajcie: chata nasza leśna zapadła, jedna trzecia już w ziemi, mchem obrosła. Jak stary grzyb. Ja nie strzelec ani nikt z naszego rodu. Dziecko puszczowe, człowiek puszczowy. Od dziecka podsłuchuję, podsłuchałem niejedno. Śledziłem nieraz cierpliwie od rana do wieczora. I ich obydwóch także, Iwanyska i Kuźmę. Nie bajki to żadne, pod przysięgą gromową wam mówię. Kto nie wierzy niech założy się ze mną o krowę. Krówka ładna, warta. I niech leci zaraz jutro do Krzyworówni spytać księdza Buraczyńskiego. Ten wie wszystko, niech zakład rozsądzi czyja krowa.
Przez rozluźnione szpary koliby błyskało, grom trzaskał coraz weselej. Łesio zbliżył się do watry, ośmielił się, mówił z uśmiechem.
— Mieszacie groch z kapustą, a nikt nie wie tego, co ja wiem. Abym się z tego miejsca nie ruszył! Aby grom święty mnie zaraz poraził! A kto nie wierzy, niech mi powie zaraz do oczu.
Łesio otworzył śmiało oczy, tupnął nogą jak nieświadoma młoda sarenka, gdy spotka po raz pierwszy strzelca. Wszyscy słuchali w milczeniu, Łesio mówił:
— Szepcą sobie na Iwanyska, że łełyk, że cichołaz, molfar, że praktykuje zasadzki bezbożne. To brechnia. Z jednego brechliwego jajka dużo brechni. A dobrze powiedział o nim gazda: to człowiek bezcierniowy. Ale nic nie gada. Cóż zrobić, nawet jakoś za mało mówi, pytałem go nieraz o to i o tamto, nieraz nic nie odpowiedział, a po miesiącu powiada mi: „patrz sam“. A jeszcze za miesiąc odpowie: „słuchaj“. A potem znów za miesiąc: „zgaduj“. I cóż z nim zrobić? Bo to on sam właśnie patrzy, słucha, zgaduje. A czemuż to z wilkami? Powiada Giełeta: jelenie mu napędzają. To możliwe, ale jeszcze coś możliwe. To może wcale nie wilki. Bo bywa taki, co zmienił się w wilka i zaraz wtedy ucieka od ludzi, od swojej wsi, od swojej rodziny, od swoich dzieci, aby nie pogryźć, nie poszarpać swoich. Sam przed sobą ucieka, przed siebie w pustkowie. Tam głoduje, błądzi. Pędzi przed siebie. A czasem jeszcze na chwilkę zaświta mu pamięć człowiecza. Iwanysko ma to na oku. Żałuje. — Pechkało przerwał:
— Żałuje i z litości jelenie wybija.
Łesio rąbnął twardo:
— Nieprawda, nie wybija, nie rozumiecie. Odstrzela te, co i tak padną, gdy biją się między sobą i albo od razu zdechną, albo będą się włóczyć po puszczy z rozprutym brzuchem, z wypuszczonymi kiszkami i potem zdechną. Iwanysko jeszcze mniej ich odstrzela niż trzeba. Dla kraśnych rogów jeszcze nigdy ani jednego jelenia nie ustrzelił, bo taki rogaty najkraśniejszy, najmocniejszy, potrzebny dla łań, dla małych też, dla ochrony rodu jak gazda. Strzela tylko dla słoniny, takiego co spasły, leniwy, niezdarny. Iwanysko ma gruntu słabo, a chudoby skąpo. On jest od tego. — Łesio przerwał, zbierał myśli, mówił dalej: — Posłuchajcie, on jeszcze jest do czegoś postawiony. Przygrywa — tym leśnym, zjawom tym, na fłojerze, tam w skałach nad jeziorem.
Tomaszewski zaśmiał się:
— Przez kogo postawiony? Przez czorta?
Pechkało wyrwał się:
— Słyszycie? Prawda wychodzi na wierzch.
— Kto słyszał? Gdzie świadki? — pytał spokojnie Giżycki.
Łesio opędzał się ręką od pytań.
— Byli tacy co słyszeli, a przez kogo postawiony zobaczycie. Powiadam, gra im na fłojerze.
— A czemu w kolibie ani razu nie zagrał? — zagadnął Fyrkaluk.
Łesio odpowiedział z miejsca:
— A po co ma sprowadzać biedę jakąś do takiego lasu co czysty. Sam umie się sprawić z takimi, a inni chyba nie.
Pechkało mruknął mściwie:
— Nie wierzę mu jak psu.
Matarha odpalił:
— To wściekły pies nie wierzy człowiekowi takiemu, co go chce ratować.
Foka pytał spokojnie Pechkała:
— Korczuku, czegoż wy właściwie chcecie od Iwanyska? Co wam złego zrobił? Tak po prawdzie, na sumienie.
Zaskoczony Pechkało zastanawiał się chwilę, odpowiedział żałośnie:
— Nie wiadomo czy zrobił co, może nie, bo i ja także mam sposoby. A strach największy, że jeszcze coś zrobi. Kiedy go zobaczyłem, od razu mnie przeciął strach. Patrzcie tylko, jak on się bez ustanku śmieje.
Foka odparł.
— Żadne prawo nikogo za śmiech nie sądzi, a człowiek sumienny ma prawo śmiać się. —
Fyrkaluk przypomniał Łesiowi:
— I na tym koniec waszego gadania?
Łesio uśmiechnął się cierpliwie:
— Nie, to dopiero początek. Kuźma Gotycz Danyluk, co go od dawna zwą Wichrynką, a po cichu Niauczukiem, to człek nieszczęsny, choć niezły, nawet sumienny. Żona go od dawna porzuciła, poszła za kochankiem do innej wsi, a on mieszka sam. I miewa swój czas, przemienia się.
— No widzicie! — pospieszył się Pechkało.
— Czekajcie, gazdo — uśmiechał się Łesio — ani w wilka nie przemienia się, ani w wilkołaka, przemienia się od środka, nurtuje go tuha.
— Jakaż tuha?
— Musi iść do puszczy. Szuka tych leśnych, tych zjaw. Chodzi nocami, aż znajdzie je i nabywa się z nimi. A Iwanysko go nie opuszcza.
Pechkało wyprostował się, chrząknął, zaśmiał się z cicha, popatrzył na Birysza, znów zwrócił się do Łesia:
— Mój młodziaczku, wy coś tam wiecie, ale nie to.
Inni zakrzyczeli na Pechkała lecz Łesio uspokajał:
— Zostawcie, niech Korczuk wygada swoje.
Także Pechkało uspokoił się, mówił powoli, dobitnie:
— My we wsi widzieliśmy coś takiego, czego w waszej puszczy nie widać, a czemu? Wiadomo, że Kuźma chodzi nocami i rzadko go kto widuje za dnia. Raz i drugi burza, ulewa nie dała mu wyjść z Żabiego nocą, przeczekał noc i dzień i wyszedł jakoś przed wieczorem, a tu wypogodziło się, było dość jasno. Idzie Kuźma chyłkiem w górę Rzeki, a tu nagle jak zafurczy w powietrzu. Chmara ptactwa rzuciła mu się do głowy i dalej ćwierkać, świstać, dziobać i świdrować, najwięcej w oczy, a po trosze w uszy i w usta. Nie tylko drozdy, kosy, szczygły, wrony, sroki, sojki, dzięcioły, nawet wróble, nawet pośmieciuszki z ulicy nań naleciały. Odpędzał się jak mógł, zasłaniał oczy, a tu ptaki jak na wojnę, jedne zwołują drugie, czarno naokoło niego. Kuźma zawrzeszczał i buch, uciekł do chaty Buligi. Nocą jakoś wymknął się do domu.
Bystreczanie poruszyli się, szeptali między sobą, pokazywali palcami, tylko Matarha ryknął:
— Zatkać tę gębę brechliwą!
Czując swą przewagę Pechkało zwrócił się spokojnie do Birysza:
— No, powiedzcie, czy nie widzieliście na własne oczy? Po cóż niesprawiedliwie zadawać kłamstwo. Powiedzcie.
Birysz odwrócił się od watry, znów się zwrócił, jąkał się:
— Słowo w słowo — to — prawda —
— Śmiało powiedzcie co widzieliście — zachęcał Pechkało.
— Widziałem jak uciekał przed hurmą ptaków do chaty Buligi.
Milczeli wszyscy, tylko Mandat zapytał:
— A czemuż tutaj go nie napadają?
Pechkało uśmiechał się zwycięsko:
— Tutaj nie sztuka, ptaków mało, prawie nie ma, teraz zajęte wiosnowaniem goręcej niż ludzie, jastrzębie nie wojują z sowami, a sowy nie wojują ze swoim rodem. I co tu mówić? Przeciw wszystkiemu są zastawy, są tacy co chronią. —
— Kto chroni? — szepnął Mandat.
— Garnuszki — mruknął Giełeta.
Śmiech prysnął naokoło, lecz Pechkało mówił dalej spokojnie:
— Przypomnijcie sobie co było zimą, przed wielką burzą śniegową. Ptaki chmarą uciekały przed burzą, a on przed ptakami zemknął do koliby. No? —
Spoglądali po sobie, przypominali, Witrołom przyznał:
— Uciekał, tak, ale kto wie dlaczego.
— Jakżeż nie wiedzieć i nie poznać — piał zadowolony Pechkało — że ma sowę czy puchacza w głowie.
Matarha znów ruszył się, lecz zaraz uspokoił się, inni bystreczanie szeptali niespokojnie, a Pechkało ciągnął dalej:
— Popatrzcie dobrze na jego oczy. Strzelcy to wiedzą doskonale, że kiedy chcą przywabić ptaki, dużo ptaków na strzał, muszą przywiązać i to we dnie, puchacza gdzieś na dachu albo na słupie. I wtedy zleci się taka kupa, strzelaj ile chcesz.
— Alboż to prawda? — wytchnął zasmucony Matarha.
Pechkało ożywił się, dobijał do swego:
— Wypytajcie dokładnie Birysza, spytajcie starego Buligę, obaj na pewno nie kłamią, nie zmyślają ani złości żadnej do Kuźmy nie mają. I z tego widać, co on robi w lesie.
— Paruje się z sową — wypalił Tomaszewski.
Matarha nie wytrzymał:
— To wy parowalibyście się z suką, gdyby dała.
Tomaszewski zwrócił się ze skargą do Foki:
— Patrzcie gazdo, jak ta sobacza załupa huka na mnie za darmo.
Foka krzyknął:
— Ludzie, nie bądźcie Syrojidami! Nie dotrzymać mi z wami, dość! — zwrócił się do Pechkała — Kończcie wasze!
Pechkało ciągnął spokojnie, z powagą:
— Dobrze mówicie, niech jeden skończy a potem drugi. Powiada Łesio, że Kuźma ucieka do lasu. I któż nie widział co wczoraj z nim się działo, jak wyłaziły mu oczy. I poszedł.
— Wiosna — mruknął stary Koczerhan.
— Oj, tak, wiosna — powtarzali jeden za drugim bracia Koczerhany.
Kraszewski wyrwał się:
— Poszedł płodzić sowie jaja.
— Wiosna wiosną — godził się Pechkało — przeto puchacza ciągnie do sowy, a któż wie co są te niby-niawki? Sowy pohane czy jeszcze gorzej, półsowy, sowie czorty?
Znów rodacy Kuźmy zaczęli się burzyć przeciw Pechkałowi, a stary Koczerhan przemawiał mu do rozumu:
— Zastanówcie się sumiennie, Korczuku, czemu wam strasznie. Robotę znacie dobrze, tak, ale lasu nie znacie. Nie czort was straszy, tylko wasz własny strach.
— No teraz niech Łesio zakończy — zachęcał Foka.
Inni także zachęcali głośno, a Łesio uśmiechając się nieznacznie, zapytał grzecznie Pechkała:
— A wy już skończyliście swoje, gazdo?
Pechkało wzruszył ramionami:
— Tego by nigdy nie skończył. Więcej nie wiem, prawda, ale więcej nie trzeba.
— Powiedziałem wam już — mówił Łesio rozumnie — że Iwanysko umie obchodzić się z tymi tam w lesie. —
— Jakżeż obchodzi się? — pytał Pechkało.
— Gdy przygrywa, żadnej z nich nie dotknie, nie zapyta, ani nawet nie ruszy się ku niej. One zrzucają chuściny do tańca, zostawiając je na boczku, tańczą goluśkie. To się podoba niejednemu, może nie? A któż wie, czy Iwanyskowi podoba się czy nie. Gra i na tym koniec. No i teraz przychodzi główne — Łesio zawahał się, burza oddalała się, błyskawice słabiej świeciły przez szpary, krople deszczu wsączały się do koliby, kapały równomiernie.
— Co przychodzi, gadajcie — zachęcał Mandat.
Łesio mówił ciszej:
— Kuźma spragniony kobiety narobił głupstw, naruszył... Podsłuchiwał grę Iwanyska. To jeszcze nic. Podglądał gołe dziewuszki, niech mu będzie, inny też będzie podglądać, ale zakąsi wargi do krwi, ukąsi się nawet w kolano, aby się nie ruszyć, ukąsi się w rękę, aby nie chwytała, zamilknie, nawet nie drgnie, skamienieje. A Kuźmie uderzyło do głowy jak wódka. Upodobał sobie którąś i porwał jej chuścinę. Inne zaraz prysnęły, chwyciły swoje chuściny, znikły jak mgły, a ta jedna bez chuściny nie może się ruszyć. I zaraz Kuźma bierze się do niej, obejmuje, chwyta cycki. Amen, już on jej, ona jego, odwiązać się nie mogą. Opętanie i brzemię. Żona żyje, a tu wygląda, że Kuźma chce się żenić z tamtą. A jakżeż się żenić z taką, nawet pytać jej nie wolno. Kuźma wywraca świat. Iwanysko chodzi za jego śladem i gra im na zabawę, ale jej wtedy nie widać, tylko słychać jak śmieje się, jak cieszy się, jak całuje się z Kuźmą. A kiedy się rozchodzą, płacze ona i on także.
Witrołom westchnął głęboko, inni wzdychali po kolei.
— Jakie dowody, gdzie świadki? — zapytał pospiesznie Giżycki.
— I cóż z tego będzie? — jęknął Birysz.
Łesio odpowiadał nieco głośniej:
— Kto wie, któż może wiedzieć? Dobrego chyba nie będzie. — Łesio podniósł głos: — Ale Hospod miłosierny, i wy na miłosierdzie Hospoda, bądźcie miłosierni, nie rozpowiadajcie, nie plotkujcie, nie rozdziobujcie go, on i tak przepadł, a wyście nie wrony, nie sojki, nie ptachy.
— Niech Bóg go strzeże — westchnął Birysz.
— Daj Boże — westchnął Witrołom.
— Daj mu Boże — przeszumiało szumem przez kolibę.
— A cóż stary ksiądz na to? — pytał Witrołom.
— Cóż — odpowiadał cicho Łesio — wie, dokładnie wie, ale nie pomoże, bo Kuźma opętany.
— I nie wykropi, nie wyświęci? — pytał jeszcze Witrołom.
— Jak wykropić takiego, co sam nie chce.
— Nieczysta siła — wymamrotał nagle Pechkało. — Sięgnął po garnuszek jeden i drugi, upił nieco wody, potem niby młynek zatrajkotał swoje przemówki. Chichot wyskoczył tu i tam z ciszy, lecz Łesio odprowadzał śmiech na inną koleinę.
— To jeszcze nie wszystko — mówił Łesio — pokazała się także ślubna żona aż lubo. Sama uciekła z lubasem, a gdy dowiedziała się o plotkach, poleciała do księdza, zrobiła rejwach na całą rezydencję, pyskowała, aby ksiądz wyklął Kuźmę na kazaniu, groziła księdzu, aż ją musieli wyrzucić z plebanii. Poleciała na Bystrec, śledziła wciąż Kuźnię w lesie, a potem zrobiła mu wstyd publiczny, na chramie nad Rzeką odkryła zapaskę przy ludziach pokazała Kuźmie gołą huzycię. Gdzie może, prześladuje go dalej i macie go teraz, między tymi cyckami z puszczy a tamtą huzycią ze wsi.
Zdawało się, że głośny śmiech przepędził nieczystą siłę. Pechkało przestał trajkotać i słuchał, a Łesio odpowiadał mu:
— Czy czysta siła czy nieczysta nie wiem, ale tykać nie trzeba, naruszać nie wolno. Iwanysko nic nie winien, nie narusza.
Pechkało znów zatrajkotał, po czym splunął trzy razy na bok, a stary Koczerhan przyglądając mu się uważnie zapytał:
— Powiedzcie, Korczuku, wy boicie się Iwanyska?
Pechkało otworzył usta:
— A któż by go się nie bał.
Koczerhan wołał:
— Nikt go się nie boi, nawet wilki go się nie boją. A wy opamiętajcie się, i tak już poszedł sobie, nie wróci.
Pechkało stropił się:
— To wyście pewni, że nam tutaj niczego nie nasypał?
— Pewny jestem, przestańcie się bać, ze strachu wrogość najgorsza i wojna także.
— To wy naprawdę myślicie, że już nic nam więcej nie naszle żadnych prądów ani czarów? Czy jak?
Giełeta zgrzytnął zębami:
— Huzycia wsiowa zna się tak na prądach jak świnia na strunach.
Pechkało nie dosłyszał obrazy, a Koczerhan walił się w piersi, opamiętywał go nadal:
— Jeśli naszle, to tylko coś dobrego, nie żadne czary, a samo dobro!
— Samo dobro — powtórzyli jeden po drugim bracia Koczerhany.
Foka dodał:
— To jedno pewne.
Pechkało przecierał oczy, oglądał się wokoło. Przez szpary znów łyskało silnie, potem trzaskało tu i tam. Pechkało szeptał do Koczerhana.
— Mówią, że grom wiosenny wybija czorty i mary, to chyba nasłania i prądy także? Powiedzcież!
— Nie wiadomo co wybija, ale ziemią wstrząsa, a mary przepędza i strachy także.
— Oj wstrząsa! — powtórzył średni Koczerhan.
— Oj przepędza! — powtórzył najmłodszy Koczerhan.
Jasio Tomaszewski mówił ze śmiechem i do rzeczy:
— Ale czyż to wszystko możliwe z tymi niawkami? Aby rozbierały się i tańczyły i aby je obejmował? Gdzież to jest wszystko? To nieprawda, to brechnia. Po prostu sowę w głowie ciągnie do sowy.
— Słuchajcie, Jasiu — tłumaczył cierpliwie Łesio — czyż to możliwe, aby taki tęgi ptak mieścił się w głowie? Cóż będzie jadł? Udusi się od razu.
— Ależ to pewne, to prawdziwe — odparł Jasio — że ptaki za nim gonią jak za puchaczem i dziobią jego sowie oczy. Czemuż?
— Któż wie? Może za leśnymi myślami gonią? Może dlatego, że sam wciąż chowa się, stracha się, ucieka jak spłoszona ptacha. Może z jego głowy wieje coś takiego, że zaciąga do dziobania?
Błyskało coraz jaśniej, nadciągała nowa burza i nowa ulewa. Jakiś silniejszy grom uderzył niezbyt daleko. Pańcio co znikł w kącie i zaniemiał, zerwał się nagle. Gorączkowo szperał po kątach, zajął się swoim szarym mieszkiem. Wyszarpał zeń jakiś zmiętoszony i bardziej zasmolony lecz obszerny worek, naciągnął go przez głowę na ciało, odszukał otwór odsłaniający oczy, przepchał przez mniejszy otwór z boku rękę i z drugim workiem w ręku przeciskał się przez tłum ku watrze, tak jakby oklapły worek kroczył. Nie zwracano na to uwagi, lecz szastający się worek przybliżył się ku watrze, potem ręka Pańcia wyciągnęła się naprzód. Żegnał się z Foką:
— By-bywajcie zdrowi — uciekać —
— Co takiego? — zdziwił się Foka.
— Pa-pali i tu, dziękuję wam, gazdo — Pańcio zbierał się do wyjścia.
Foka nie wierzył oczom.
— Co z wami, co pali?
Pańcio wybuchnął z worka:
— Mo-mo-można zwariować, kąt cichutki, na końcu świata, a tutaj też wariacja. Fort! Fort![38]
Foka wstał pospiesznie, zagrodził mu drogę, ktoś krzyknął:
— Pańcio ucieka!
— Nie puścić, nie puścić! — zahuczała koliba.
Obstępowali stojący worek coraz gęściej, inni krzyczeli z tyłu:
— Nie puścić!
Stojący przy kotłach Petrycio z podziwem oglądał stojący dnem do góry worek. Uspokajał drwiąco:
— Poczekajcie, Pańciu, za tydzień zjedziecie sobie na darabie do Krzyworówni, tego wam potrzeba.
Zakutany i utopiony w worku Pańcio nie słuchał, nie chciał patrzeć, wyrywał się gwałtownie, jakby chciał się bić. Matarha chwycił zbyt obszerny worek i z trudem szukając ręką ciała Pańcia, klął:
— Gdzież dziad się podział? — uchopił go wreszcie nazbyt krzepko, Pańcio jęknął, a Matarha krzyczał ze złością: — Dziadu nieszczęsny! Noc! Ulewa! Trzaskanie! to dopiero wariacja puszczać się w drogę.
Cwyłyniuk zaglądał ciekawie przez otwór w worku w oczy Pańciowi, paplał dobrotliwie:
— Panoczku — pobratymie, wasza wola, a jeśli łaska podumajcie przecie: od wiosny uciekać? Gdzież takie pstrągi?
Pańcio drgnął, uniósł od wewnątrz ręką spadający mu na oczy worek, błysnął oczyma przez otwór, ocknął się:
— Pstrągi? Oj tak — przestał się szarpać, uspokoił się nagle. Foka uspokoił się także:
— No widzicie, bracie, siadajcie. Wariacji wam strach? A wiecie, jak mnie się wydaje? Że bez wariacji świat nie ma smaku.
Pańcio nadal trzymany krzepko przez butynarów, foszkał z worka:
— Smak sma-smakiem, ano spróbujcie żyć samym sma-smakiem, solą albo śledziem, to zobaczycie.
Foka poprawił się:
— Nie o smak chodzi, o ruch, bez wariacji nie ma ruchu, a bez ruchu świat od samego spokoju zastygnie. Butyn najprędzej.
Pańcio otoczony tłokiem ludzi, stojąc spokojnie w worku, narzekał cicho:
— A niechbym już zastygł! Ileż lat stygnę od ruchu, to niech już będzie spokój. — Ściągnął worek z głowy, oglądał otaczających go ludzi, zdziwił się, zadowolony niemal i ożywiony machał ręką żywo. — No dobrze, już zostawcie i niech wam będzie, przynajmniej niech każdy sam ukręci swój własny stryczek dla siebie, swoją wariację. Tak najlepiej i tyle dobrego.
Foka roześmiał się:
— No widzicie, choć tyle dobrego.
Petrycio kpił od kotłów:
— Wielkie szczęście, Pańcio znalazł nareszcie coś dobrego.
Pańcio rozglądał się po ludziach uważnie, z niewyraźnym uśmiechem zdziwienia i zadowolenia, jakby odzyskał co już stracił. Cisnął niedbale oba worki do kąta. Uśmiechał się nieustannie. Siadali wszyscy. Młody Giżycki uparcie wracał do poprzedniej rozmowy:
— Wypadki przychodzą różne, a człowiek jest wciąż jak w ciemnicy. Gdybyż to wiedzieć co prawda. Mój ojciec choć nie zanadto biedny, tak średni sobie gazda, a przecie z pańskich szewców, widział świat, powiada tak: o niawkach tych dużo gadania, a gdyby szukać świadków pod przysięgą sądu albo dowodów, to na nic, pokaże się, że puste gadanie.
Andrijko Płytka chrząknął, rozglądał się uważnie.
— Nie mówcie tak, świadkowie są różni, a są też dowody bez świadków, rozbite okno, odrębana głowa czy choćby ślad krwi.
— Ależ i na to muszą być świadki, musi być komisja — upierał się Giżycki.
Andrijko mówił twardo:
— Posłuchajcie młodziaczku. Biedzie opętanej urągać i hańbić najłatwiej, ale to bezbożniej niż ściąć bezbronnego, takiego co na klęczkach błaga o życie. I za to będzie kara. Gorzej niż puchacz wpełznie takiemu pod skórę i do głowy, stare niedźwiedzisko w niego wejdzie z paszczą surową, z oczyma zabiegłymi juchą. Ryś co światłem ze ślepiów mrozi i wilk z pianą w pysku. I wtedy będzie haukać na sąsiadów i szarpać zębami własnego ojca, i matce skoczy do gardła. A za to, na niego nagonka, cała wieś rzuci się z pałkami, z rohatynami. Dopiero wtedy dobrze zbity zbudzi się opętaniec i zawyje: „Tatu!“ I zaskowyczy: „Ludzie dobrzy, darujcie życie!“ i będzie wzywać Chrystusa na świadka, na dowód. Ale to na nic! Zbiją go na czerwone mięso, zatłuką i zagrzebią gdzieś, jak psa wściekłego, na to, aby wścieklizna się nie rozniosła. — Andrijko przerwał, spoglądał spode łba, mówił dalej: — Któż nie zna wataha z Hołów, tego bez dłoni u prawej ręki. Po co mówić który — każdy wie. A skąd to? Może także miał puchacza w głowie, czy że miał rysie pazury u ręki? Nie, to z opętania. Sam był, wiecznie sam, kolibami w lesie, zymarkami jesienią i zimą. To jeszcze dobrze. Ale coś w nim było, coś go rozrywało, coś go pędziło. Dowodów nie było, aż wiosna odkryła. Raz wyszedł połoniną wiosną, pognał go gorący wiatr. Zrobiło mu się zanadto gorąco, zanadto dobrze. Miód, jeszcze przed miodobraniem. Miód ciekł ze wszystkiego, z ziemi, ze słońca i gwiazd. I przychodziła do niego ona nocą, grzała go. Z tego wszystkiego za dnia robiło mu się chłodno, nawet zimno, ziębiło go, nie mógł doczekać nocy. Wieczorem trzęsło go najgorzej, szczękał zębami i kiedy chudobę zagnał i napoił, grzał się nad żarem, nad węglami w kolibie. Czekał tak, przychodziła co nocy, grzała znów, grzała. I tak szedł dzień i noc, każdy dzień mroźny, każda noc gorąca. I raz spóźniła się, dopiero wtedy trząsł się niespamiętanie. Przychodzi ona jednak, ale późno po północy, inna jakaś, odmieniona, chłodna. „Ogrzej mnie“ — prosi watah — „przytul się“. Ona przecina oczyma, mrozi. Skomli on jak pies na mrozie: „Ogrzej mnie!“ Powiada mu ona: „Dotknij mych oczu, mych ust, mych piersi!“ — I dotknął: mroźne. Powiada znów ona: „Dotknij brzucha.“ Dotknął, mrozi. „Dotknij przyrodzenia“ — powiada. Dotknął, i to mroźne. „Ogrzej mnie teraz ty“ — powiada ona — „za to znów cię ogarnę ramionami, ogrzeję nogami.“ — „Jak ogrzać?“ — pyta watah. „Włóż rękę do żaru“ — powiada ona — „to będzie nasz ślub“. — Dołożył do ogniska, spalił dłoń do kości, skwierczała skóra i mięso, trzaskały kości jak polanka smolne, on ryczał z bólu, a trzymał. Palce i dłoń zwęgliły się, musiał je odrąbać siekierą. A ona znikła. Odtąd mu już nie zimno, nie ryczał już, ani chłodu nie zaznał ani miodu. Czy potrzebny lepszy dowód? Któż nie widział ręki wataha. Może by i żaden pan sędzia nie odmówił protokółu. Ala gdzież szukać jej, gdzież świadki? Cóż mu z sądu? Cierp człowiecze, może ktoś pokaże, może wiosna? A ktoś drugi tyle samo wierzy co nie wierzy, jak i każdej innej niemej żywocinie. Jaki dowód, że boli? Gdzie świadki? Boli. Dowodu nie ma. Bo bywa taki umiejętny, że aby wykręcić się od wojska, pokręci się jakoś i puszczą go do domu, a on śmieje się w kułak, a jest taki co choć mu palec odrąbią i żarem pieką pięty, nie skrzywi się. Opowiadali, że w mandatorii w Kutach, już przy samym końcu, kiedy pan cesarz patentem skasował to łajdactwo, bili czymś takim namoczonym, co parzyło najwięcej bez żadnego znaku. Jakiż dowód? I jest gdzieś taki człowiek, biedny, niemowny, z nieszczęsną gębą taką, co panowie nazywają morda. Czemu morda, nie wiadomo, przecież nikogo nie morduje. No i śpi taki biedak, gdzieś na trawie, zmęczony czy głodny, i tę zmordowaną gębę do słońca wystawia. A idzie sobie obok mudrahełyk pyszny, widzi go i powiada: „Ta morda urąga słoneczku świętemu!“ I buch go pałką po mordzie! No i chyba boli ta morda zamordowana? I cóż? Gdzież jest dowód, że urągał słoneczku, a jaki dowód, że nie urągał? A jaki dowód, że od pałki bolała i łupała morda tego nieszczęśnika? Taki sam dowód jak ma chudoba, jak mają krówki. Może gdzieś jest taki mordownik co je morduje, jak mandatoria mordowała ludzi, ale krówki do sądu nie pozywają, do pana adwokata w Stanisławowie nie biegną. Nie ma co urągać opętaniu, taka dola. —
Andrijko zakończył, machnął ręką. Koczerhan otworzył usta do odpowiedzi, tymczasem Witrołom chwalił Andrijka gorąco:
— Andrijko doprowadził nasz botej do kosziery, zdjął brzemię. Daj mu Boże.
— Daj Boże — powtórzył cicho Birysz.
— Daj Boże — mruknął Pechkało.
— Daj Boże — powtarzali inni głośniej.
Tylko Giżycki niezupełnie uspokojony pytał jeszcze Łesia.
— Powiedzcież czy Kuźma widzi je, czy nie widzi.
Łesio odpowiadał niechętnie.
— Chyba widzi, podglądał je, a tę swoją obejmował, za cycki ściskał, potem tęsknił, i bredził o jakichś oczach jeziorowych. Jego wciąż pędzi, wszędzie widzi to, czego nie potrzeba i z tego taki przerażony.
Giżycki pytał jeszcze:
— A Iwanysko, to przecie zdrowa głowa, czy widzi co?
Łesio zaśmiał się głośno.
— Ano spróbujcie, wy albo który inny, wyciągnąć coś od Iwanyska, tam w chacie on jeszcze twardszy milczek niż na butynie. W ciągu trzech miesięcy wyciągnąłem od niego trzy słowa. Ale ja przecie swoje miarkuję.
Giżycki opuścił ręce, oglądał dłonie, jakby się dziwił że puste, wahał się i zapytał cicho:
— A wy sami, Łesiu, co widzieliście naprawdę?
Łesio żachnął się obrażony:
— To co słyszeliście! Przysiągłem, nie kłamię, ksiądz wam potwierdzi, ale w sądzie nie byłem od urodzenia, ani nikt z mego rodu. Świadkować nie będę, za nic w świecie, i nikt mnie na to nie złapie.
Giżycki opuścił głowę, a Mandat wyrwał się z kąta wesoło:
— Przestańcie już o tym, dobrze, że Andrijko z nami w lesie, z nim zawsze najweselej, jesienią, zimą czy wiosną.
Andrijko skrzywił się i splunął:
— Tfu, ta wesołość co ode mnie? Śmiech! Grom święty rozweselił was, burza zdjęła brzemię, Boża siła.
Gdy gadali tak jeden przez drugiego, stary Koczerhan chwytając stosowną chwilę, pospieszył się:
— Dowody czy świadki to nie wszystko, bo jest taki sędzia i sąd taki, który wie jak boli. I jemu krówki na święte Narodzenie skarżą się cicho, bez pana adwokata.
Cwyłyniuk znów się ożywił:
— Nie pogniewajcie się, gazdo, a przypomnę wam, co mówił wasz ojciec, wielki rogaty Koczerhan, że na rewaszu sąd stoi. Nas także Maksym Szumej raz tak pouczył w wielkie święto rachmańskie: „Czyjąś skórę karbują, to i moją, pieką kogoś, to i mnie, wtedy ja człowiek prawdziwy, kiedy z tym rewaszem.“ I ja także tak miarkuję, może nie breszę, że taki co nie patrzy, nie słucha i nie zgaduje, a tylko sobie stoi z kraju, z boczku, i niech tamtego karbują i pieką, to nie człowiek, a wciąż w ciemnicy i jakby za kratami i w kryminale. To głuchman i ślepiec. Rewasz z człowieka, a człowiek z rewaszu, to ja wam mówię, czyż nie tak jest, nasz gazdo, Foko?
Foka mimo że niewyspany i wyczerpany, nie okazując zmęczenia, słuchał przez cały czas uważnie. Odpowiedział Cwyłyniukowi:
— A czyż wiecie może, że człowiek co dnia ślepnie i głuchnie?
— Oj, głuchnie — potwierdził głośno stary Koczerhan.
— Oj, głuchnie — powtórzył jak dwa echa obaj bracia Koczerhany.
— No dobrze — mówił Foka — a na czyją szkodę najbardziej?
— Na swoją własną — odparł w porywie stary Koczerhan.
— Oj na swoją — pojękiwali jeden za drugim bracia Koczerhany.
Foka uśmiechhął się.
— Słusznie mówicie, bo kiedy ma oko i ucho dla tego co boli drugiego, dla zgryzoty drugiego, to wtedy jego własne brzemię leciutkie. I on sam lekki uleci, jak gdyby zrzucił z pleców ciężką kłodę na mygłę.
— A cóż to za wiara jakaś, jak się nazywa? — z kąta zapytał obudzony Pańcio.
— Po naszemu z dawien dawna rachmańska. To może znaczy chrześcijańska? A wy zwijcie sobie jak chcecie, to ważne aby była — odparł Foka.
Druga burza wytrzaskała się, deszcz zaledwie sączył, przez rozluźnione szpary krople kapały równomiernie jak zegar.
Foka zakończył:
— Już druga północ mija, dziękuję wam za świątek i za półświątek, teraz spać.
Stary Koczerhan ogłosił:
— Dziękujemy wam, gazdo, abyście byli tak głośni jak ten grom, aby was tak słyszeli w świecie, abyście byli tak weseli jak świątek i tak żwawi jak półświątek.
Koliba usnęła w zgodzie.



DYM PRZED OGNIEM

Tymczasem my wybiegnijmy poza kolibę, poza święto, poza butyn Fokowy, poza całe nasze opowiadanie, jak dym co strzela w górę niesiony wichrem, wyprzedzając ogień. Wylećmy w przyszłość, która już wtedy ciągnęła ku sobie, choć nikt jej nie znał, a mało kto przeczuwał. My późno urodzeni, mądrzejsi jesteśmy od przodków za tanie pieniądze albo za darmochę. O ich nadziejach mówimy z pobłażaniem i że tak być musiało, taka dola. Przeprowadzamy czasem dowód przed sądem dziejów — dziejów powiatu czy ludzkości — w nieobecności podsądnych, czasem bez świadków, czasem wybieramy świadków na sędziów, a czasem siebie samych na świadków i na sędziów. Na szczęście swoich własnych nadziei nie wyrzekamy się, wierząc uparcie, że ani tak ani owak być nie musi. Doli do kart wcale nie zaglądamy i tak jest dobrze. Tylko najlepsi, ci, co wiosnują choćby ostatkiem sił, zdają się na dolę jak na wiosnę górską. Nieodgadniona ona, zdawałoby się grymaśna bardzo, ale wiosna.
Iwanysko Cwyriuk przeżył wszystkich rębaczy i butynarów. Gdy z bystreckimi rębaczami niespodzianie stało się to co powiemy później, tłumaczono, że Cwyriuk zwąchał co grozi, zaprzestał na czas zwady z lasem, bo go ostrzegły leśne szepty, a on usłuchał i dlatego opuścił butyn. Chyba nikt tego nie słyszał od samego Iwanyska? Jego przodkowie byli leśnymi ludźmi i on do końca życia strzelał jelenie. Ale dla dzieci swoich wyrobił z lasu carynki i ogrody, nauczył ich karczunku i gazdostwa, podchował też dla nich więcej chudoby. Do lasu ich ze sobą nie brał i zakazał, aby do lasu ze strzelbą nie chodziły. Dzieci były posłuszne, nie pchały się do lasu.
Iwanysko umarł wiosną pięćdziesiąt lat po naszym butynie. Umarł trochę za wcześnie, ale był dość sterany lasem i coraz chudszy. Kiedy go niesiono z Koszieryszcza na cmentarz nad Bystrec, zbiegło się dużo luda spod Czarnohory, z Dietuła, z Ruskiego, spod Kostryczy i znad Rzeki. Gdy doszli do cmentarza, zauważyli, że także jelenie od strony Czarnohory przyszły się gapić. Zeszły poniżej Krzesła Doboszowego, stanęły sobie na pagórku, patrzyły spokojnie. Śmiech głośny lecz bezcierniowy rozładował się wśród pospólstwa idącego za trumną, a któryś z gości pogrzebowych krzyknął: „Cwyriuku, wstawaj, twoja chudoba!“ — Proboszcz Krzyworówni ksiądz Wolański, mąż wnuczki starego księdza Buraczyńskiego nie widział jeszcze w życiu takiego pogrzebu. Sam nie wiedział czy także ma się śmiać, czy też krzyczeć na ludzi. Udał, że nie słyszy, zaśpiewał tym głośniej: „Wicznaja pamiat!“[39] Ludzie wtórowali księdzu, a między sobą szeptali, że to znak. Znak dobry, że dusza Iwanyska za pazuchą u Boga, bo chudoba leśna przyszła na pogrzeb, a cały naród zamiast płakać, śmieje się przyjaźnie.
Iwanysko był cichy, nikt o nim pieśni nie śpiewał. Pamięć o nim wraca wraz z wiosną nad Bystrec. Niechaj ci, którzy go nie znali, zobaczą wody Bystreca jak rozmarznięte i roziskrzone błyskają na wiosnę. Czyż tak samo złośliwie uśmiechają się jak sądzono o Iwanysku? Promieniują każdą kroplą:

Patrz sam! Słuchaj! Zgaduj!






  1. Rozkaz (austr.).
  2. Porządek.
  3. Kompania liniowa.
  4. Sierżant szef.
  5. Porządek musi być.
  6. Pstrąg (z niemieckiego).
  7. A bas le roi (franc.) — Precz z królem.
  8. Abbé (franc.) — ksiądz (tytuł używany przy zwracaniu się do duchownych).
  9. Muzyka pułkowa (austr.).
  10. Krajsamt — urząd powiatowy, starostwo.
  11. Kreishauptman — starosta powiatowy.
  12. Baczność!
  13. Konst ty, tist ty (jidysz). — Jak możesz, to robisz.
  14. Wołanie na jagnięta; tak jak się nawołuje kury: cip-cip.
  15. Odmaszerować! (austr.)
  16. A ty mnie nie kochasz, / Ja ciebie kocham, / Cztery razy po ciebie sługi posyłam.
  17. Pływaj sobie, Petrusyku, / Od brzegu do brzegu, / Ażebyś wiedział jak kochać / Tę wielmożną panią.
  18. Aby panowie poznawali, / Że to mój kochanek.
  19. Oj nakazywał ją karmić / Chlebem pszenicznym, / I kazał ją poić / Miodem słodziutkim. / A ona ją karmiła / Żabą-gadem, / A ona ją poiła / Gorzkim piołunem. / Jak zaczęły się gady / Koło serca wić, / A nie dały Katerynce / Na tym świecie żyć.
  20. Rozstąp się, surowa ziemio / Niech w tobie utonę.
  21. A ja pójdę na połoninkę / A na tę Beryję [nazwa połoniny], / Śpiewaneczki zaśpiewam, / Bo umiem śpiewać. / Jakąż słychać nowinkę? / Nie można powiedzieć, / Poszedł Sztoła z towarzystwem / Ze wsiami wojować. / Będą wiosenki nastawać, / Kukułki kukać, / A my będziemy z Myronykiem / Przeciw panom wojować, / Będą jaskółki szczebiotać, / Będą wiatry grać, / A my będziemy z Myronem-Sztołą / Po górach pędzić, gnać.
  22. Gdzież ty myślałeś, Myronku / Latem przebywać? / Gdzież ty myślałeś / Zimkę przezimować? / A ja myślałem spędzać lato / Przy zielonych stołach, / A ja myślałem zimować, / Gdzie by mi Pan Bóg dopomógł.
  23. Oj upadł twój honor / Jak na zimę, pod zimę kwiatki, / Proś Boga o skorą śmierć, / A po śmierci świeczki.
  24. Zakukała kukułka / Ot tam nad Wyszenką, / Tam ustawili szubieniczkę / Dla Sztoły nowiutką.
  25. A wy honorowi panowie / Całujcie w tyłek!
  26. Na wysokiej połoninie / Baranek od mamy / Zabłąkał się, zagubił się / I poszedł światami.
  27. Świat — obczyzna, brat ni siostrzyczka, nikt nie wzywa, / Nie ma z kim żyć, pędzić — tęsknić z wami, wiatrowie!
  28. Jakżeś mogła moja mateńko / Sierotkę zostawić? / Do kogoż pójdę płakać, / Komu się pożalić? / A gdzież ciebie znaleźć / Na szczytach kamiennych? / A jak ciebie wyśledzić w rosie — za chatą? / A gdzież ciebie wypatrywać / W sadeczku — w listeczku? / A jak ciebie budzić / W ciemnym grobie?
  29. Chybaby tobie, baranku, / Nóżki poobcinać. / Nie szukałbyś, nie biedowałbyś / Od chaty do chaty. / Chybaby tobie, baranku, / Oczy wykłuć, / Abyś nie płakał ciągłe do słońca, / Zastygł w wiecznej nocy. / Jakżeż zagasić w tobie / Tę gromką tęsknotę? / Chyba język wypalić, / Zwęglić na węgiel? / Może ci lepiej, baranku, / Serce wykroić, / Byś nie tęsknił po kryjomu, / Żeś jest sam na świecie.
  30. Jego Cesarska Mość.
  31. Porządek! Na rozkaz! Baczność! Stul pysk! Do szeregu! Rozkaz! Baczność! Uwaga! Za Boga i cesarza! Gówno! Baczność!... Zabronione w imię Jego Cesarskiej Mości! Won, gówno, mam gdzieś... (następuje niemal nieprzetłumaczalna seria przekleństw, gry słów itp. po niemiecku, węgiersku, rumuńsku i ukraińsku, tj. w głównych językach monarchii austro-węgierskiej).
  32. Panie, zmiłuj się (cytat z kanonu Mszy św. w obrządku grecko-katolickim; następuje seria bluźnierstw i przekleństw).
  33. Słuchaj, Izraelu (Szma Izrael) — początek modlitwy żydowskiej.
  34. Boże mój, dobry mój Boże, pies cię j..., żółte gówno (po węgiersku).
  35. Wspólnymi siłami (dewiza monarchii habsburskiej).
  36. Dwuszeregiem w prawo zwrot.
  37. Pejsach (żyd.) — Pascha.
  38. Uciekać!
  39. Wieczny odpoczynek!





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.