Jana Długosza Dziejów Polskich ksiąg dwanaście/Księga czwarta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Długosz
Tytuł Jana Długosza Dziejów Polskich ksiąg dwanaście
Data wyd. 1867–1870
Druk Drukarnia „Czasu“ W. Kirchmayera
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Karol Mecherzyński
Tytuł orygin. Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
JANA DŁUGOSZA
DZIEJÓW POLSKICH
KSIĘGA CZWARTA.

Rok Pański 1082.
Władysław Herman, brat Bolesława króla Polskiego wygnańca, wyniesiony na stolicę Polską, uwalnia królestwo od ciążącej nad niém klątwy, i biskupstwo Krakowskie osadza.
G
dy w opisywaniu dziejów krajowych przechodzę z kolei od królów do książąt, pióro samo przez się ociężałe tępieje i umysł boleścią przenikniony niezwykle chromać poczyna. Od czasu bowiem dokonania zabójstwa na mężu świętym Stanisławie, biskupie Krakowskim, ręką niezbożną Bolesława króla Polskiego i jego rycerstwa, straciła Polska godność królewską, a rozdrobniona na mnogie dzielnice, prawem następstwa spadłe na dziedzicznych książąt, przestała być ciałem jedném i potężném, zszedłszy do stanu niedoli i podległości. Skoro bowiem Bolesław król Polski, czy-to powodowany bojaźnią, czy zgryzotą sumienia, z przyczyny popełnionego na mężu świętym morderstwa, ustąpił do Węgier, prałaci i panowie Polscy, zająwszy się urządzeniem nowém rzeczypospolitej, wszyscy zgodnemi głosy w miejsce jego obrali Władysława Hermana, pozostałego syna króla Kazimierza, a brata rodzonego Bolesława. Który aczkolwiek uznany początkowo za króla, cześć królewską odbierał, i od wszystkich królem był nazywany, sam jednakże nie śmiał przywłaszczać sobie nazwy i godności królewskiej, bądź-to że nie był obyczajem przodków koronowany i namaszczony, (biskupi bowiem, obawiający się przestąpić zakaz stolicy Apostolskiej, nie chcieli udzielić mu namaszczenia), bądź, że się spodziewał, iż brat jego Bolesław kiedykolwiek powróci: nie mienił się królem, ale tylko książęciem i dziedzicem królestwa Polskiego, jakoby majestat i godność królestwa przywiązane były do osoby, a nie do kraju. Osięgnąwszy zaś za zgodną wszystkich wolą zwierzchnie nad Polską panowanie, jako mąż pełen ducha religii i pobożności, za pierwszą wziął sobie powinność postarać się o uwolnienie królestwa Polskiego od klątwy, włożonej nań za popełnione zabójstwo na świętym biskupie, a kościołowi Krakowskiemu skrócić stan jego wdowi i sierocy, w jakim aż do tej chwili zostawał, gdy po najchwalebniejszym mężu Ś. Stanisławie nikt nie śmiał przyjąć następstwa, w tak burzliwém zwłaszcza rzeczy zamieszaniu. A ponieważ kara klątwy wymierzoną była z rozkazu stolicy Apostolskiej, wyprawił do Rzymu do papieża Grzegorza VII uroczyste poselstwo, złożone z osób duchownych i świeckich. Papież Grzegorz VII, wzruszony ich pokornemi i nalegającemi prośbami, przekonawszy się dowodnie, że król Bolesław, zabójca męża świętego, ustąpił z Polski na wygnanie, a rządy po nim objął brat jego Władysław, monarcha rzadkiej pobożności, uwolnił kościół Polski od dotychczasowego interdyktu, i Lamberta Polaka, wybranego tajemnemi głosy przez kapitułę, szlachcica z domu i rodziny Habdank, kanonika Krakowskiego, od wielu lat sobie znanego, a z sprawami kuryi Rzymskiej należycie obeznanego, na biskupstwie Krakowskim osadził. Zaczął Władysław i pod innemi względami rządy roztropnie sprawować, ubezpieczając drogi publiczne, i stawiąc się obrońcą słabszych przeciw uciskającej przemocy gwałtowników, odwołując wreszcie albo łagodząc niektóre nakazy i postanowienia Bolesława, swego rodzonego brata.

W wojnie toczącej się między książętami Czeskimi a margrabią Austryackim zwycięztwo dostaje się Czechom.
Tegoż roku toczyła się walka w Morawie między Wratysławem książęciem Czeskim i braćmi jego Konradem i Ottonem z jednej, a Leopoldem margrabią Austryackim z drugiej strony, z powodu krzywd od Austryaków wyrządzonych Morawcom zostającym pod władzą Konrada i Ottona. W walce tej wielu było z obu stron zabitych i rannych; zwycięztwo odniósł Wratysław książę Czeski z braćmi swoimi Konradem i Ottonem, poczém obciążony łupami na nieprzyjaciołach zdobytemi do swego kraju powrócił.

Rok Pański 1083.
Władysław książę Polski łączy się pierwszym ślubem małżeństwa z Judytą córką Bolesława książęcia Czeskiego.

Gdy z rodu królów Polskich jeden już tylko Władysław książę Polski pozostał, na prośby więc i przełożenia wszystkich prałatów i panów Polskich, obawiających się, iżby ten dom starodawny i sławny do szczętu nie wygasł, książę Władysław postanowił zawrzeć śluby małżeńskie. Stosując się we wszystkiém do zdania panów radnych, pojął za żonę znakomitą dziewicę Judytę, nie tylko z nadobnej postaci i zacnego rodu, ale nadto z cnót i chwalebnych obyczajów głośno słynącą, córkę książęcia Czeskiego Wratysława, zrodzoną z pierwszej żony Adelaidy, córki Andrzeja króla Węgierskiego: do których-to związków namawiała niemniej brata swego rodzonego, Władysława książęcia Polskiego, Świętochna, księżna Czeska, wtóra małżonka książęcia Wratysława, znająca dobrze z pożycia domowego zacność obyczajów dziewicy Judyty, własnej swojej wychowanki. Tę gdy stryjowie Konrad i Otto, książęta Morawscy, z gronem znakomitych panów Czeskich do Krakowa odprowadzili, gody weselne odprawiono z wielką uroczystością. Znajdujemy podania, że przez cześć dla Władysława książęcia Polskiego, i ojca jej Wratysława książęcia Czeskiego, niemniej rzadkich a przedziwnych cnót Judyty, tak w potocznej mowie jako i w pismach nazywano ją królową. Świadczą o niej dzieje, że tak dalece umiłowała naród i królestwo Polskie, i tak zabiegała o jego wzrost i podźwignienie, że zdawała się zrodzoną i wychowaną nie w Czechach ale w samej Polsce.

Wszewołod książę Kijowski umiera. Syn jego Włodzimierz obawiając się, aby mu Świętopełk, syn Zasława niegdy książęcia Kijowskiego, wojny o stolicę Kijowską nie wydał, sam dobrowolnie mu jej ustępuje.

W Ruskich krajach mór straszliwy wiele ludu obojej płci wytępił. Umarł także tą zarazą dotknięty Wszewołod, syn Jarosława, a wnuk Włodzimierza książęcia Kijowskiego, dnia 13 miesiąca Kwietnia; pochowany w kościele Ś. Zofii w Kijowie przez synów pozostałych, Włodzimierza i Rościsława; miłośnik wielki ubogich i duchownych. Ojciec jego Jarosław przy śmierci błogosławił mu, oceniając w nim cnotę pokory. Po zejściu zaś Wszewołoda, Włodzimierz syn jego starszy tak sobie w duchu rozmyślał: „Jeżeli przyjmę księstwo Kujawskie, stolicę ojca mojego, trzeba mi będzie wojnę toczyć z Światopełkiem, synem Zasława“, była to bowiem ojca jego stolica. A po takich rozmysłach wyprawił posłów po Światopełka, którego sprowadziwszy ustąpił mu stolicy Kijowskiej, sam zaś przeniósł się do Czerniechowa, a brat jego Rościsław do Pereasławia. Przybył Światopełk w oktawie świąt Wielkanocnych do Kijowa, gdzie przyjęty ze czcią od Kijowian niosących mu na powitanie podarki, osiadł zaraz na stolicy ojca i stryja swego.

Rok Pański 1084.
Władysław książę Polski przywołuje do kraju Mieczysława syna Bolesława i innych Polaków wysiadujących w Węgrzech na wygnaniu.

Władysław książę Polski, poczytując to za hańbę sobie, domowi swemu i rodzinie, iżby bratanek jego Mieczysław, syn brata jego Bolesława króla Polskiego, zabójcy Ś. Stanisława, tułał się jak wygnaniec za granicą, wyprawił posłów do Węgier, do męża świętego Władysława, celem sprowadzenia do Polski nie tylko rzeczonego bratanka Mieczysława, ale i innych rycerzy przebywających z nim razem na wygnaniu. Książę Mieczysław, który już od lat dwóch po oddaleniu się ojca przesiadywał u wuja swego, świętego męża Władysława, króla Węgierskiego, przymiotami swemi, tak wrodzonemi jak i nabytemi, taką był zaskarbił sobie łaskę i przychylność Ś. Władysława i braci jego Geizy i Lamberta, że jak syn własny chowany był w domu królewskim. Urodną przytém postacią i krzepkiemi siły tak dalece przewyższał nie tylko rówienników, ale i starszych od siebie Polaków i Węgrów, że u wszystkich zjednał sobie miłość i uwielbienie, i kędy tylko się obrócił, wszędzie znajdował serca dla siebie przychylne i wylane. Ale wszystkie te, tak ściśle z Węgrami wiążące go węzły, przemogła wrodzona i silniejsza nad nie miłość kraju, żądza wrócenia do ojczyzny. Skoro zatém posłowie stryja jego Władysława książęcia Polskiego przybyli w celu zabrania go i odprowadzenia do Polski, natychmiast porzuciwszy społeczeństwo Węgrów, połączył się z posłami, i jął usilnemi prośby nalegać na wuja i wychowawcę swego Władysława króla Węgierskiego, któremu go był ojciec Bolesław poruczył, i który aż do tej chwili najtroskliwiej nad nim czuwał, aby z tąż samą dlań przychylnością zezwolił na jego odjazd. A lubo Władysławowi przykro było rozłączać się z młodzieńcem podziwienia godnych cnót i zdolności, a zwłaszcza tak blisko z sobą spokrewnionym, przecież zważywszy, jak gorąco pragnął powrotu, odesłał go do stryja Władysława książęcia Polskiego, opatrzywszy go końmi, rynsztunkiem wojennym, szatami i klejnotami. Wrócili razem z Mieczysławem do Polski: Borzywój syn Msty, Zbilut (Sbilith), Dobrogost, Paweł, Zema, Odolan, Andrzej, i inni rycerze, którzy z królem Bolesławem do Węgier się byli schronili. Tym Władysław książę Polski wszystkie dobra nieruchome, wyrokiem powszechnym za zbrodnią zabójstwa popełnioną na Ś. Stanisławie i za zbiegostwo na rzecz skarbu książęcego zajęte, zwrócił w całości.
Henryk król Rzymski, z małżonką swoją Beatą, w dzień świąteczny Zmartwychwstania Pańskiego, przez papieża Klemensa, którego tenże Henryk wyniósł na stolicę papieską, namaszczony został na cesarza, mimo sprzeciwiania się wygnanego Hildebranda, prawdziwego papieża. Który-to Klemens, zwany dawniej Gwibertem, był arcybiskupem Raweńskim.

Rok Pański 1085.
Ślub uczyniony przez Władysława książęcia Polskiego i jego małżonkę dla uproszenia u Boga potomstwa, z pociechą rodziców osięga skutek.

Władysław książę Polski, naprawiwszy i uporządkowawszy ile mógł sprawy publiczne, przez zabicie Ś. Stanisława biskupa i ucieczkę króla Bolesława zamącone i w nieład popchnięte, trapić się począł swą bezdzietnością. Mniemał bowiem, że małżonka jego, księżna Judyta, od dawna niepłodna, na zawsze bezpotomną zostanie, a tak ród jego królewski na nim wygaśnie. Księżna zatém Judyta, pragnąc uwolnić się od dotkliwego zarzutu niepłodności, poświęciła się wszystka uczynkom pobożnym; kościołom, ubogim, sierotom i wdowom, pielgrzymom i wszelakiego rodzaju cierpiącym hojne rozdawała jałmużny; a w codziennych modłach, połączonych z płaczem i wzdychaniem, zanosiła prośby do Boga, aby jej pobłogosławić raczył owocem dobrego siewu, upragnionym potomkiem płci męzkiej. Lambert biskup Krakowski, rodem Francuz, chcąc zaradzić tym wspólnym płaczom i troskom.: „Ma, rzecze, Francya w ziemi Prowanckiej na południe leżącej, niedaleko Marsylii, gdzie Rodan wpada do Oceanu, ciało uwielbione Ś. Idziego Wyznawcy, w klasztorze jego imieniu poświęconym, w którym mieszka liczne zgromadzenie mnichów zakonu Ś. Benedykta. Miejsce to przed oblicznością Boga tak osobliwszemi słynie łaskami, że nigdy jeszcze w swych prośbach nie doznał zawodu, ktokolwiek w imię Świętego prosił o rzecz słuszną i zbawienną. Obiecuję wam tedy i zaręczam uroczyście, że jeżeli z ufnością i wiarą udacie się do niego, on modłami swemi wyjedna wam upragnioną królowej płodność i potomstwo.“ Pocieszeni tą radą i nadzieją, postać dziecięcia urobioną ze złota, kielich szczerozłoty rzadkiej wielkości i misterstwa, tudzież posąg złoty Ś. Idziego, naczynia złote i srebrne, szaty tkane z lamy złotej i purpury, i wiele innych rzeczy, za poradą Lamberta biskupa Krakowskiego zebrawszy i sporządziwszy, przez znakomitych mężów, ze stanu duchownego i świeckiego wybranych, między którymi przodkował Piotr kanonik Krakowski, posyłają do Prowancyi, dla złożenia ich ku czci męża Bożego klasztorowi Ś. Idziego. Ci gdy na miejsce przeznaczone szczęśliwie przybyli, i z najgłębszą pokorą złożywszy opatowi klasztoru, tudzież braciom zakonnym, dary od Władysława książęcia Polskiego i Judyty małżonki jego do grobu Ś. Idziego przysłane, opowiedzieli ich prośby, życzenia i śluby; Opat nakazał zakonnikom trzydniowy post, w czasie którego błagać mieli Boga gorącemi modły, aby dla rozsławienia między obcemi i odległemi narody cnót i zasług Ś. Idziego, swego Wyznawcy, a pomnożenia przez to czci i chwały swego imienia, wysłuchać raczył próśb Polaków, którzy tak daleką trudzili się podróżą, a z szczodrej łaski i miłosierdzia swego zapłodnił żywot księżny Judyty potomkiem płci męzkiej. Aliści, nim jeszcze trzy dni postu naznaczonego na umartwienie ducha pokutniczą pokorą upłynęły, jednemu z zakonników, celującemu nad innych pobożnością i życiem świątobliwém, zwiastowało Boże objawienie, że Ś. Idzi na jego prośbę oddalił wadę niepłodności i wyjednał potomstwo książęciu Władysławowi i żonie jego Judycie. A tak posłowie Polscy z ust Opata najpewniejszą powzięli otuchę, że nieba wypełnią łaskawie wszystko, o co przybyli prosić Ś. Idziego. Jakoż gdy uradowani tak pewną i pożądaną odpowiedzią wrócili do domu, dowiedzieli się, że wyrok obwieszczony im przez Opata sprawdził się i urzeczywistnił, księżna bowiem Judyta poczęła, i składała już uroczyste dzięki Bogu i Ś. Idziemu za użyczenie jej płodności.

Połowy porażają w boju Światopełka książęcia Kijowskiego, któremu Rościsław i Włodzimierz książęta Ruscy napróżno nieść pomoc usiłują. Rościsław w przeprawie przez rzekę Stunię porwany wirem tonie.

Połowce barbarzyńcy, najzawziętsi nieprzyjaciele Rusi, gdy się dowiedzieli, że po śmierci Wszewołoda syn Zasława Światopełk objął Kijowskie księstwo, zebrawszy liczne wojsko, postanowili Ruś spustoszyć. Wprzódy jednak wyprawili do Światopełka posłów z upomnieniem: „aby ojczystym zwyczajem pokój z nimi zachował i z zaniedbanego uiścił się haraczu.“ Światopełk oburzony ich poselstwem, wysłanników uwięzić kazał. Co gdy się do Połowców doniosło, gniewem zapaleni jęli pustoszyć ziemię Ruską; Światopełk też pomiarkowawszy się, że niesłusznie Połowieckich więził posłów, uwolnił ich i odesłał prosząc o pokój, którym wprzódy pogardził. Ale gdy mu go odmówiono, gromadził i uzbrajał wojsko, chcąc walną stoczyć bitwę z Połowcami. A lubo mniej roztropni z rycerzy pochwalali jego przedsięwzięcie, inni przecież głębiej zważający rzeczy odmiennego byli zdania, utrzymując, że gdyby im nawet ośm tysięcy wojska przybyło, jeszczeby walka z Połowcami była niebezpieczna. Za radą więc rycerstwa Światopełk śle do Włodzimierza Czerniechowskiego, i Rościsława Pereasławskiego książęcia gońców, z prośbą o posiłki. Ci złączywszy swoje zbrojne siły, przybywają do Kijowa, wyrzucając książęciu Światopełkowi, że przeciw prawu narodów znieważył Połowieckich posłów. Ale na przełożenia radców, przedstawiających, że gdy Połowcy niszczyli bezprzestannie ziemię Ruską, należało wymówki odłożyć na czas inny, a zająć się raczej obroną kraju, wyprowadzają wojska w pole, a stanąwszy pierwszym obozem pod Otropolem (Kotropol), przybywają nad rzekę Stunię (Stuhnya). Tu badają naprzód chęci rycerstwa, azali gotowém się czuło do walki; że zaś głosy były niezgodne, książę Włodzimierz wniósł na radzie, aby przebywszy rzekę układać się o pokój z nieprzyjacielem. A lubo wielu pochwalało to zdanie, i sami tylko przeciwni mu byli Kijowianie, nie chcący wchodzić w żadne układy z Połowcami, w końcu przychylili się do niego wszyscy, i przekroczywszy rzekę Stunię, która na ów czas była wylała, wystąpili w szyku bojowym przeciw nieprzyjaciołom. Rościsław stanął na lewem, Światopełk na prawem skrzydle, Włodzimierz zajął środek między nimi; i w tym porządku stoczono bitwę dnia 26 Maja. Połowcy wysławszy przed sobą łuczników, uderzyli na wojsko Ruskie ustawione między dwoma okopami. Przedewszystkiem zaś natarli na Światopełka i wojsko jego stanowiące prawe skrzydło; które gdy poszło w rozsypkę, sam Światopełk umknął za niém w popłochu. Poczém Połowcy rzucili się na Włodzimierza i Rościsława, i zmusili ich równie do ucieczki. Obadwaj książęta pierzchali z niedobitkami. Rościsława w przeprawie przez rzekę Stunię porwały jej prądy; Władymir, chcąc go ratować, ledwo co sam nie zginął. A gdy Rościsław z wielu żołnierzami utonął, Włodzimierz z małą liczbą swoich przebywszy wpław rzekę, stanął na drugim brzegu i opłakiwał los Rościsława, tudzież rycerstwa, które już-to w bitwie, już z nim razem zginęło. Ztamtąd Światopełk zemknął do Otropola, gdzie zatrzymał się aż do wieczora; pod zasłoną dopiero nocy następnej przybył do Kijowa. Ciało Rościsława znalezione w wodzie odniesiono do Kijowa i pochowano w grobie ojczystym, w kościele Ś. Zofii. Połowcy po otrzymaném zwycięztwie rozszerzyli jak tylko mogli najdalej swoje grabieże i zamek Torcz oblegli. A gdy głód począł dojmować oblężeńcom, prosili Światopełka o pomoc, oświadczając, że jeśli nie przyjdzie na odsiecz, klęski tej długo nie wytrzymają. A lubo Światopełk podesłał im potrzebną żywność, nie można przecież było wprowadzić jej do zamku, bowiem nieprzyjaciel zewsząd poobsaczał drogi. Przez dni piętnaście oblegali Połowcy twierdzę Torcz dwoma ramionami; poczém jeden oddział wojsk ruszył ku Kijowu, drugi pozostał przy oblężeniu. Wyszedł więc Światopełk przeciw Połowcom, a po krwawém spotkaniu, lubo z obu stron wielu poległo, Połowcy jednak przemogli, Światopełk samotrzeci schronił się do zamku Kijowskiego, wojsko zaś jego częścią wyginęło, częścią dostało się do niewoli. Wrócili zatém Połowcy do Torczy z łupami Rusinów i brańcami. Wtedy dopiero powstał płacz wielki między oblężeńcami, którzy z ukazanych im jeńców domyślili się, że Światopełk został pobity, a nie mogąc dłużej się opierać z przyczyny głodu, gdy zwłaszcza żadnej nie spodziewali się pomocy, poddali zamek Połowcom, który zająwszy Połowcy podpalili i wiele Ruskiego ludu uprowadzili w niewolą. Tam znaczna liczba wymarła z powodu straszliwego zimna, reszta wlokła życie w odarciu i nędzy. Jeńcy Ruscy wypytując się wzajem, z jakiego który był rodu, z jakich stron lub jakiej wioski, opłakiwali swój stan i nad niewolą swoją gorzkie rozwodzili żale. Dnia 16 Listopada umarł Rościsław, syn Mścisława, a wnuk Zasława, i pochowany został w kościele ŚMaryi w Desietynowie.

Rok Pański 1086.
Judyta księżna Polska wydaje na świat syna, którego nazwano Bolesławem; sama zaś wkrótce umiera. W Krakowie założony kościół Św. Idziego, a wiele innych kościołów dochodami opatrzono.

Przez wszystek zaś czas, w którym Judyta księżna Polska była brzemienną płodem poczętym z łaski Bożej przez zasługi Ś. Idziego, zajęta postami, bogomyślnością i modlitwą, na uproszenie sobie szczęśliwego rozwiązania, powiększoną w dwójnasób hojnością obdarzała kościoły, księży, ubogich i wszelakiego stanu cierpiących. Jakoż nie były przed oblicznością nieba daremnemi tak pokorne i pobożne modły księżny Judyty; albowiem dnia 20 Sierpnia porodziwszy syna przedziwnej urody, spełniła przepowiednią zakonników Ś. Idziego i dostąpiła nagrody za swoje jałmużny i dobre uczynki. Na te pożądane i tak cudowne narodziny pospieszyli w liczném gronie sproszeni prałaci i panowie, a dziecię ochrzczone przez Lamberta biskupa Krakowskiego otrzymało imię pradziada swego Bolesława. Zastawiono przytem uczty okazałe, i wyprawiono z wielkim przepychem igrzyska, które goszczących i biesiadników przez dni kilka zabawiały. Od tego czasu zaczęto w Polsce czcić z wielkiém nabożeństwem Ś. Idziego, osobliwie zaś wzywały go w swoich modlitwach niewiasty niepłodne dla uproszenia sobie potomstwa. Zaczém i Władysław książę Polski, zawdzięczając pobożnie uzyskaną pociechę w nowonarodzonym synu, wystawił mu w mieście Krakowie kościół, i nadał uposażenie na pewną liczbę kanoników; a później w całém królestwie Polskiém po miastach, miasteczkach, wsiach i folwarkach, jako to: w Tarszku, Pkanowie, Kłodawie, Kcyni, Krobi, Czyrnielowie, Giebułtowie i Zborowi biskupim, pozakładane zostały przez Władysława książęcia i jego rycerstwo kościoły, które dotychczas jeszcze istnieją. Księżna zaś Judyta, wychowująca z najczulszą troskliwością syna, przeżywszy nader krótko, w samą wilią Narodzenia Pańskiego umarła, i osięgła żywot wieczny, jak z cnót jej i świątobliwych uczynków pobożnie wnosić można. Śmierć Judyty nie tylko małżonka jej Władysława książęcia Polskiego, ale i innych mężów, tak duchownych jako i świeckich, którzy ją wielce miłowali, dotkliwym przejęła żalem. Jakoż Władysław książę Polski, po stracie tak rozumnej i ukochanej małżonki, sam nie wiedział, czy wolałby być ojcem, czy cieszyć się dłuższém z nią pożyciem. Syna zaś z niej narodzonego postanowił z tém większą pielęgnować troskliwością, że w nim widział dar oczywisty niebios, z niepłodnej otrzymany małżonki. Za prośbą i wstawieniem się tej świątobliwej niewiasty, kasztelania (comitatus) Kropie (Chropi), w ziemi Sieradzkiej, zwana dziś Pabianice, nadana została wiecznemi czasy kanonikom kościoła Krakowskiego, klasztorowi Tynieckiemu zapisana wieś Książnice (Xangnicze), a kościołowi katedralnemu Włocławskiemu kasztelania Łagowska w ziemi Sandomierskiej z przyległościami wieczyście darowana. A tak cudowna łaska i opatrzność Boska zesłała Judytę królową Polską, nie mniej pragnącą oglądania oblicza Pańskiego, jak owa królowa południowej strony pragnęła widzenia Salomona. Ona z przejrzenia i łaski nieba wspomagała kościół Polski wielorakiemi dobrodziejstwy. Tamta bowiem przybyła z daleka, aby poznać Salomona i mądre rządy ziemskie: ta pobożnie zgłębiając tajemnice niebios, zasłużyła na ich oglądanie i na wieniec nagrody za swe dobre uczynki. Niepomna blasku i chwały ojczystego domu, a polegająca jedynie na radach i przestrogach Ewangelii, cokolwiek miała, to wszystko szczodrze poświęciła na przyozdobienie domu Bożego, i przybytki Pańskie bogatemi uświetniła dary. Kanonikom bowiem kościoła Krakowskiego, jak wyżej wspomnieliśmy, nadała kasztelanią Kropską (Chropi) z należącą do niej gromadą chłopów niewolniczych czyli poddanych (homines ascripticii) którzy od lat trzydziestu zostawali w poddaństwie, tudzież siodłaków, stale i dobrowolnie do roli przywiązanych (glebae adstricti), i zrodzonych w poddaństwie (originarii), którzy plemiennie zrośli się z miejscowymi. Odkazała im przytém robocizny i daniny, składające się z zboża, miodu, futer wiewiórczych i kunich. Wspomniana zatém Judyta szczodrotą tak pobożną w zasiłkach doczesnych zasłużyła na to, aby ustawicznemi modły polecać ją miłosierdziu Boga. Jakoż rzeczeni kanonicy, pamiętni pobożności tej królowej, odprawiają godzinki na cześć Przenajchwalebniejszej Maryi Panny. Klasztorowi zaś Tynieckiemu taż Judyta nadała Książnice z przyległościami, to jest wsiami nad rzeką Wisłoką położonemi, i gromadą poddanych, tak niewolnych jak i zrodzonych w poddaństwie (ascripticii et originarii), tudzież zwykłą w robociznach i daninach należnością. A biskupowi Kujawskiemu nadała kasztelanią Łagowską z jej służebnościami. Temi więc i podobnemi ofiarami wspomagając rozmaite w Polsce kościoły, cokolwiek z ojcowizny i posagu swego miała złota, srebra, klejnotów i innych ozdób kosztownych, to wszystko litościwą ręką rozdała na pobożne uczynki i jałmużny dla ubogich, sierot i innych nieszczęśliwych. A tak przez swą dobroczynność i sprawy miłości pełne uzyskała skarb niepożyty w ojczyznie niebieskiej, i zasłużyła na to, aby wezwaną była na wiekuiste Chrystusa gody. Jakoż dnia 24 Grudnia, w wigilią Narodzenia Pańskiego, uwolniona z więzów ciała, i powołana do lepszego życia, zeszła chwalebnie ze świata, i w błogim spoczywając pokoju, w błogiej nadziei dostąpienia roskoszy niebieskich, oczekuje nagrody wiecznego uszczęśliwienia.

Światopełk książę Kijowski, zawarłszy przymierze z Połowcami, bierze w małżeństwo córkę książęcia Połowieckiego; Oleh zaś książę Ruski, przy pomocy Połowców, najeżdża zamek Czerniechów i jego okolice, a nareszcie z Włodzimierzem Wszewołodowiczem książęciem Czerniechowskim pokój zawiera.

Światopełk książę Kijowski, chcąc poniesioną w dwóch bitwach klęskę jakokolwiek zmniejszyć, zawarł chociaż za późno, a ztąd mniej korzystnie, z Połowcami przymierze, a dla jego utrwalenia pojął w małżeństwo córkę Tuhortkana Połowieckiego książęcia. Oleh książę Ruski, wsparty posiłkami uzyskanemi od Połowców, napada na zamek Czerniechowski i jego okolicę; a gdy Włodzimierz książę Czerniechowski trzyma się samej obrony twierdzy, Oleh tymczasem wszystkie klasztory i kościoły, wsie i włości do koła ogniem pustoszy. Widząc się wreszcie Włodzimierz ostatecznie ściśniętym, śle od siebie posłów i zawiera pokój z Olehem, który opuściwszy zamek Czerniechowski wraca do Pereasławia. Mimo tego jednak Połowcy, za zezwoleniem Oleha, nie przestali niszczyć ziemi Czerniechowskiej, przyczém wielu zginęło Rusinów, wielu poimanych poszło w łyka Połowców. Na domiar nieszczęścia, szarańcza wielką ćmą padłszy na Ruskie ziemie, pożarła i zniszczyła wszystkie plony. A tak Ruska kraina jednocześnie dwie poniosła klęski, ztąd niszczący napad barbarzyńskiej dziczy, ztąd zgubne spustoszenie szarańczy.

Rok Pański 1087.
Dobrogniewa, matka Bolesława króla wygnańca i Władysława książęcia Polskiego, umiera.

Królowa Polska Dobrogniewa, inaczej Marya, wdowa po Kazimierzu I, dawniejszym królu Polskim, a matka Bolesława i książęcia Władysława, która do tego czasu jeszcze żyła, ale w podeszłym już była wieku, już-to latami strawiona, już upadkiem i niesławą syna swego Bolesława króla Polskiego, zabójcy Ś. Stanisława, i własném wygnaniem styrana, umarła i pochowaną została w kościele Krakowskim przez książęcia Władysława, który matce obchód żałobny z należną uczciwością wyprawił.

Po Teodorze I biskupie Poznańskim wstępuje na stolicę Dyonizy I.

Teodor I, biskup Poznański, przesiedziawszy lat dwadzieścia i dwa na stolicy Poznańskiej, dostał zimnicy trzeciaczki, powolnej wprawdzie ale długo trwającej, którą strawiony umarł, i pochowany został w kościele Poznańskim. Po nim nastąpił Dyonizy I, rodem Włoch, ale świadomy języka Greckiego, naznaczony od papieża Urbana II, mimo wielokrotnego oporu ze strony kapituły Poznańskiej i książęcia Władysława, monarchy Polskiego, których życzeniém było, aby porzuciwszy dawny zwyczaj, wynieść na stolicę nie Włocha ale Polaka.

Czesi uzyskują koronę.

Gdy w tym roku Henryk IV, cesarz Rzymski, odbywał przez dni kilkanaście walną radę z książętami w Moguncyi, udał się do niego Wratysław książę Czeski, i złożywszy mu podarki wielkiej wartości w złocie i srebrze, naczyniach misternej roboty i drogich kamieniach, uznany został królem Czeskim i uwieńczony koroną królewską. Z rozkazu rzeczonego Henryka cesarza, Engelbert, arcybiskup Trewirski, przybył do Pragi, namaścił i koronował w kościele Praskim 16 Maja Wratysława I, króla Czeskiego, i małżonkę jego Świętochnę, córkę Kazimierza króla Polskiego, pierwszą królową, koronami przyznanemi im od cesarza Henryka, wśród licznego i nader uroczystego zebrania Czechów, uradowanych pomyślnością swego narodu, i wyśpiewujących rozmaite pieśni. A tak prawie jednocześnie Czechy zaczęły a Polska przestała mienić się królestwem, jakoby los zazdrosny nie dopuszczał narodom spólnego szczepu trwać razem i postępować w zaszczycie.

Po Marku biskupie Płockim wstępuje na stolicę Stefan.

Ósmego Sierpnia, po zejściu Marka, który przez lat 19 był biskupem Płockim, a umarł na wyrzuty, nastąpił Stefan I, rodem Polak, proboszcz kościoła Płockiego, obrany przez kapitułę z usunięciem Włochów, aczkolwiek papież Wiktor III wzbraniał się przez czas niejaki potwierdzenia tego wyboru, pragnąc raczej osadzić na biskupstwie Włocha, w końcu jednak uległ wielokrotnym prośbom piśmiennym książęcia i monarchy Polskiego Władysława.

Jaromir, biskup Praski, łączy z Praskiém biskupstwo Ołomunieckie.

Pod tenże sam czas, Jaromir biskup Praski, za wstawieniem się brata swego rodzonego Wratysława, wyjednał u cesarza Henryka przywrócenie i wcielenie biskupstwa Ołomunieckiego, które po śmierci biskupa Jana było osierocone, do swego biskupstwa Praskiego, jakkolwiek dawniej Wratysław sam przeciwny był temu połączeniu: co tak dalece podżegło jego pychę, że w obecności króla nie chciał bywać na nabożeństwie.
Jędrzej I biskup Kruszwicki, przesiedziawszy na stolicy lat blisko siedm, umiera; pochowano go w kościele Kruszwickim. Po nim nastąpił Baptysta, rodem Rzymianin, wyniesiony na biskupstwo od Grzegorza VII papieża. Rok ten dla biskupów Polskich wielce był nieszczęśliwy.

Henryk IV cesarz uniża się z pokorą przed papieżem Grzegorzem VII, błagając przebaczenia, i podnosi wyprawę krzyżową przeciw Saracenom. Nareszcie Grzegorz umiera i zaczyna słynąć cudami. Po nim wstępuje na stolicę Wiktor III.

Po długich papieża Grzegorza VII z Henrykiem IV cesarzem walkach, w których jeden drugiego na zwoływanych soborach składał z stolicy, cesarz poczuwszy się wreszcie do winy, wyznał posłuszeństwo swoje Grzegorzowi, gdy właśnie Gwibert, którego był zrobił fałszywym papieżem, ze swemi stronnikami nędzną zginął śmiercią. Przybywszy więc cesarz Henryk do Włoch, do papieża Grzegorza, stał przez kilka dni boso na śniegu i na mrozie, i tym sposobem przebaczenie uzyskał. Podniósł potém krzyż przeciw Saracenom, chcąc w ten sposób zadosyć uczynić kościołowi, który najzuchwalej znieważał. Grzegorz zaś, przesiedziawszy na stolicy lat dziesięć, umarł w Salernie, i tam pochowany słynie cudami. Po jego zejściu, wyborem prawnym wyniesiony został Wiktor III, opat Kassyński, zwany wprzód Dezyderyuszem. Za jego rządów powstał zakon Kartuzów pod ojcem Brunonem. Inni utrzymują, co podobniejszém jest do prawdy, że Henryk cesarz pogodził się wprawdzie z papieżem Grzegorzem, ale wkrótce potém powstał znowu przeciw niemu, i swego Gwiberta na papiestwo sprowadził. Przeto Grzegorz VII, w Salernie na wygnaniu umierając, miał powiedzieć: „Miłowałem sprawiedliwość, a nieprzyjacielem byłem nieprawości, dlatego umieram wygnańcem.“ Większe potém zawichrzenie powstało w kościele, gdy po śmierci Grzegorza Gwibert przemocą wdarł się na stolicę Rzymską.

Rok Pański 1088.
Władysław książę Polski, powtórnie, Mieczysław zaś syn Bolesława wygnańca po raz pierwszy, zawierają śluby małżeńskie.

Owdowiały i niepocieszony po stracie ukochanej małżonki Judyty, Władysław książę Polski nie miał chęci do powtórnych związków małżeńskich. Skłoniony jednak ustawicznemi namowy prałatów i panów, gdy Św. Władysław król Węgierski, krewny jego, podobnegoż był zdania, że to będzie z korzyścią dla niego i dla rzeczypospolitej, pojął za żonę Zofią albo Zofonią, królową Węgierską, wdowę po Salomonie królu Węgierskim, córkę cesarza Henryka III, a siostrę Henryka IV pod ów czas panującego. Ta została była w Węgrzech, kiedy król Salomon po nieszczęśliwej bitwie, którą był przy pomocy Kunnów stoczył z książęciem Kustkiem, udał się naprzód do Bulgaryi, a potém do Istryi. Św. Władysław król Węgierski zachował dla niej wszelakie względy, i utrzymał ją jak najsumienniej przy posagu i wszystkich posiadłościach, które miała od króla Salomona, ze względu na jej stan i wysoki ród królewski. Zobowiązana więc takiém dobrodziejstwem Ś. Władysława króla Węgierskiego, bez oporu weszła w śluby małżeńskie z Władysławem książęciem Polskim, zwłaszcza że on król święty sam te związki kojarzył. Sprowadzona do Polski z licznym i znakomitym orszakiem, przywiozła z sobą znaczną ilość sprzętów kosztownych i klejnotów. A lubo rzeczona królowa Zofia, małżonka Władysława książęcia Polskiego, za pierwszym mężem swoim królem Salomonem była bezdzietną, z Władysławem przecież książęciem Polskim stała się matką i porodziła za czasem trzy córki. W tej porze i Mieczysław królewic, syn Bolesława króla Polskiego, doszedłszy już nieco dojrzalszego wieku, pojął za małżonkę Eudoxyą, siostrę rodzoną Światopełka książęcia Kijowskiego, a to z woli stryja, Władysława książęcia Polskiego, ażeby kraje Ruskie, które ojciec jego był podbił, przez ten związek tém więcej utwierdziły się w wierności i posłuszeństwie. W Krakowie odbył się wielki zjazd książąt i panów, gdy i Władysław i Mieczysław, książęta Polscy, z powodu zawarcia dwojakiego małżeństwa świetne odprawiali uroczystości.

Wiktor III papież ginie od zadanej mu w napoju trucizny. Następca jego Urban II, zwany wprzódy Ottonem, przy pomocy Krzyżaków odzyskuje Ziemię świętą.
Wiktor III, biskup Rzymski, przesiedziawszy na stolicy rok jeden, miesięcy cztery i dni siedm, umarł z zadanej sobie w kielichu od przyjacioł Henryka cesarza trucizny, od której dostał niszczącej biegunki. Po nim nastąpił Oddo, naprzód mnich Kluniacki, potém kardynał biskup Ostyeński, przezwany Urbanem II. Ten udawszy się do Francyi, i zwoławszy kilka soborów, skłonił książąt Francuzkich, Hiszpańskich, Angielskich, Normanckich, Flandryjskich, i wielu wiernych chrześcian, do podniesienia krzyża przeciw Saracenom, w celu odzyskania zajętej przez nich Ziemi świętej; jakoż za jego rządów odzyskano szczęśliwie Ziemię świętą. Ale po wyniesieniu Urbana odnowiły się gorszące spory pomiędzy nim a cesarzem Henrykiem od Grzegorza VII z tronu złożonym, i Gwibertem antypapieżem, gdy jeden drugiego wyklinał i znieważał. Srogie wtedy zawichrzenia miotały kościołem Bożym, kiedy duchowni, a co sromotniejsza, biskupią godnością zaszczyceni, nawzajem się prześladowali, i w namiętnych, zawzięcie prowadzonych sporach, chodzili z sobą w zapasy. Żaden węzeł duchownej zgody nie mógł się wtedy utrzymać między podrzędnymi zwierzchnikami Włoskich kościołów. Tenże Urban II, na soborze Klermontskim postanowił, ażeby na cześć N. Maryi Panny odmawiano pacierze codzienne, godzinki zaś w dzień Sobotny, takie bowiem zlecenie objawiła Najświętsza Panna zakonnikom w Kartuzyi.

Rok Pański 1089.
Przeniesienie ciała Ś. Stanisława do kościoła katedralnego Krakowskiego.

Dziesiąty już rok upływał, jak błogosławiony Męczennik, biskup Stanisław, głowa duchowieństwa Polskiego, pod ciosem Bolesława króla przelał krew niewinną; a chociaż duchowni i świeccy owego czasu widzieli na własne oczy jego męczeństwo, znali wysokie i święte jego cnoty, i wiedzieli dobrze o cudach za życia i po śmierci przezeń zdziałanych, dopuścili jednak przez swoję niedbałość, aby ciało Świętego przede drzwiami kościoła Ś. Michała na Skałce poniewierało się w tym prochu, w którym najpierwej było pochowane: aż sam Święty Boży Stanisław rozkazał cześć sobie należną wyrządzać. Gdy bowiem pewna niewiasta szlachetna i pobożna, imieniem Świętosława, mająca dla wielkich zasług Ś. Stanisława osobliwsze do niego nabożeństwo, często w noc późną czuwała na modlitwach u grobu, kędy był pochowany, i już kilka kroć doznała skutku prośb swoich, jednej nocy, którą tam prawie całą strawiła na modłach i błaganiach, o świcie cudownie zachwycona, wchodzi do kościoła Ś. Michała na Skałce, jaśniejącego łuną rzęsistą świec i lamp płonących, aby uroczystego słuchać nabożeństwa. A wtém przybywa do kościoła czcigodny, jak jej się zdało, biskup Stanisław, w stroju biskupim, otoczony liczném i poważném gronem duchownych, którzy z nim razem święty rozpoczęli obrządek, snadź jakąś wielką obchodząc uroczystość. A gdy się wszystko nabożeństwo skończyło, dał się słyszeć taki głos biskupa do onej niewiasty: „Obrazą to jest Wszechmocnego i zelżywością w oczach jego Majestatu, że nie wyrządzono mi czci należnej, i kości moje już od lat dziesięciu walają się zapomniane w nikczemnym prochu. Powstań tedy córko, Bogu i mnie pobożnie służąca, idź śmiało do Lamberta biskupa Krakowskiego, mego następcy, i do kanoników braci moich, a opowiedziawszy im wiernie wszystko coś tu widziała, zaleć im, aby niezwłocznie ciało moje przenieśli do głównego kościoła.“ Lambert biskup Krakowski wysłuchawszy o tém sprawy, nakazał wraz z kanonikami wszystkim w mieście kościołom w uroczystej wystąpić procesyi, i przeprowadził ciało święte do kościoła katedralnego, poświęconego Św. Wacławowi; a sporządziwszy na środku kościoła grobowiec wspaniały, przyozdobiony złotem i drogiemi kamieniami, w którym złożono popioły i kości Świętego, położył na nim napis wielkiemi głoskami w złocie rytemi:
„Grób ten pokrywa popioły Świętego Stanisława, który, że bezbożności króla Bolesława nie chciał folgować, męczeńską śmiercią przeniósł się do przybytku niebios. Szczęśliwy, komu Bóg nagrodą, a mieszkaniem niebo.“
Ale Władysław książę Polski zaniedbał i umyślnie nawet omieszkał starać się o kanonizacyą Świętego Stanisława, chociaż widział, jak wielkiemi jaśniał cudami; pokrywał raczej milczeniem dzieła Męża Bożego, ażeby sobie i domowi swemu oszczędził sromoty, którąby przy kanonizacyi trzeba było odświeżyć, wspominając ohydny czyn Bolesława.

Mieczysław, syn Bolesława króla wygnańca, umiera, zostawiając u Polaków wielki żal po sobie. Matka jego także w ciężkiej po nim żałości, zaledwo krótki czas go przeżywszy, zstępuje za synem do grobu.
W kilka dni po tém przeniesieniu umarł królewic Mieczysław, syn Bolesława króla Polskiego, zabójcy Ś. Stanisława, nie zostawiwszy żadnego potomstwa z żony, którą był od roku poślubił. A tak, z nim wygasł ród króla Polskiego Bolesława zabójcy, aby się spełniło proroctwo świętego męża Stanisława, który trwającemu w zbrodni zapowiedział bezdzietność i zatracenie jego plemienia. Pochłoniony cieniami nagłej i niespodziewanej śmierci, krótkiego życia swego innej nie zostawił pamiątki prócz nauki: iż młodzieniec w kwiecie wieku nie jest pewniejszym życia, niż sędziwy i latami pochylony starzec. Niektórzy dziejopisarze twierdzą, że wspomniany Mieczysław był otruty przez zawistnych sobie panów Polskich, mianowicie tych, za których wpływem i podżeganiem, jak nie tajno było, Bolesław król Polski ustąpić musiał na wygnanie. Albowiem, gdy nad wiek swój wyższemi celował umysłu przymiotami i szczodrotą wspaniałą, równie jak dzielnością i pochopnością do spraw rycerskich, a uprzejmą dla wszystkich przystępnością, zdawał się ojca swego wyobrażać, owi niepoczciwi panowie, obawiając się, aby kiedyś w dojrzalszym wieku nie chciał pomścić się za krzywdy ojca, mieli zdradziecko podstawić mu truciznę, od której nie on sam tylko, ale i niektórzy z jego przyjacioł i domowników, bądź do razu zginęli, bądź długiej nabawieni choroby nędzne prowadzili życie. Chodziły też i takie wieści, że Władysław stryj miał go był w podejrzeniu, jakoby zamyślał o przywłaszczeniu sobie rządów, i że wiedząc o wzrastającej ku niemu w całym narodzie przychylności, tém obojętniej patrzał na jego zgon, i nie kwapił się by najmniej z ukaraniem tych, którzy mu śmierć przyspieszyli. Ale któż bacząc rzeczy roztropnie mógłby wątpić, że zgon książęcia Mieczysława, tak żałosny i opłakany, był dziełem Boskiej sprawiedliwości, karzącej zbrodnie aż do czwartego pokolenia, i wymierzającej pomstę na synu, której nie spełniła do reszty na ojcu występnym? że za zbrodnią przeciw Stanisławowi mężowi Bożemu popełnioną, nie dozwolił mu umrzeć śmiercią przyrodzoną i zaszczytną, ale dopuścił nań zagłady przedwczesnej, morderczej i niesławnej, za to, że ojciec jego świętemu Stanisławowi Biskupowi niesłusznie wydarł życie? Co i sam wypadek rzeczy poświadcza, gdy w tymże czasie schodzi ze świata jedyny potomek Bolesława, w którym wierni wyznawcy imię i zasługi Stanisława, męczennika Bożego, zaszczytném zwłok przeniesieniem i czcią powszechniejszą zaczęli sławić i uwielbiać. Przedwczesna zaś śmierć królewica gdy się rozgłosiła po miastach, miasteczkach i wieśniaczych siołach, żal bolesny ogarnął serca wszystkich niemal Polaków, którzy stratę młodzieńca rzewnie opłakiwali. Wspominając mnogie ojca jego Bolesława króla zwycięztwa, wyliczając podbite przezeń kraje, opisując jego dzielną postawę, kiedy szyki swoje sprawiał do boju, wyprowadzał w pole i rycerską zagrzewał w nich ochotę, wysławiając wreszcie jego wspaniałość, rzezkość, bystrość umysłu, obrotność, i inne godne króla cnoty, które jak się spodziewali, syn jego Mieczysław z większą jeszcze chwałą niżli ojciec miał wskrzesić i odświeżyć; nie mogli się wstrzymać od łez, od smutku i żałości; ubolewali nad swoim losem i dolą rzeczypospolitej, którą, jak omylnie tuszyli, Mieczysław miał cnoty swemi podźwignąć i ustalić; troskali się, i z obawą w jego zgonie swoje upatrywali nieszczęście. Zaczém na pogrzeb jego, odbywający się w kościele Krakowskim, zebrało się wielkie mnóstwo nie tylko rycerstwa, ale i wieśniaków i rzemieślników, którzy prac swoich odbieżeli, a postępując za marami, na których niesiono zwłoki martwe Mieczysława, okropne z płaczem wydawali jęki. Biedna matka zmarłego królewica, Wisława, żona Bolesława króla Polskiego, najwięcej bolała, dotknięta żalem nie tylko osobistym ale i publicznym na pogrzebie syna okazanym. Dwojaka uciskała ją troska: wygnanie męża, sławnego niegdyś króla Bolesława, i zgon syna, który tak boleśnie uczuła, że kiedy spuszczono do grobu jego zwłoki, omdlała i na pół martwa, w otoczeniu poważnych niewiast, które ją czas niejaki utrzymywały na łonie, wyniesioną została z kościoła, i zaledwie przez biskupów obecnych przy tym obrzędzie i skrapiających wodą twarz królowej, długo leżącej prawie bez duszy, strzeźwiona, przytomność odzyskała. Nie małe bowiem Mieczysław wzbudzał w Polakach nadzieje, rokując przez swoje cnoty, że będzie królem wielkim i sprawiedliwym; i gdyby dłużej był pożył, pewnie królestwo Polskie do dawnej byłby przywrócił świetności. A im godniejszym był żal, tém więcej śmierć jego zdawała się podejrzaną, i tém skorsze czyniono domysły, że zginął zdradzieckim podstępem panów, którzy go zgładzili trucizną, z obawy, aby kiedyś nie stał się groźnym samowładcą. Matka jego, nie przyjmująca od nikogo żadnej pociechy, smutna i żałosna w całém życiu, bo dwojaką udręczona troską, wygnaniem małżonka i zgonem syna, nie zdjęła już żałoby przywdzianej na pogrzebie Mieczysława, i niezadługo potém jedenastego Marca umarła.

Książęta Włodzimierz Pereasławski i Świętopełk Kijowski porażają w boju Połowców, ale ci niezadługo do nowej wojny występują.

Kiedy Połowcy wszystkie niemal Ruskie kraje złupili i książąt ich zwojowali, krom samego tylko Włodzimierza książęcia Pereasławskiego, jemu wreszcie pod naczelnikami swemi Kitanim i Itlarem wojnę wydali. Włodzimierz zatém wysyła posłów, aby uprzedzić niechybne spustoszenie kraju, i pokój acz pod uciążliwemi warunkami zawiera, obowięzując się Połowcom roczny haracz opłacać, a nadto dać im w zakład własnego syna Światosława, inaczej bowiem nie byłoby przyszło do zgody. Tym czasem rycerstwo Włodzimierza książęcia Pereasławskiego, wraz z Sławętą bojarem Kijowskim, który do niego od Światopełka Kijowskiego przysłany był z pewném poleceniem, namawiają go, aby na Połowców spokojnie siedzących i tu owdzie rozpierzchnionych napadł i wytępił ich orężem. Długo się wzbraniał Włodzimierz, mówiąc, że tego nie dopuszcza jego wiara i dobra sława, ale w końcu uległ namowom, i zdał sprawę na Sławętę i innych rycerzy. Ten wykradłszy naprzód Światosława zakładnika, syna Włodzimierzowego, który od Połowców niedbale był strzeżony, zabija jednego z ich wodzów Kitani, z całą drużyną otaczających go rycerzy. Drugiego wodza Połowców, Itlara, który bawił pod ów czas w gościnie u jednego z bojarów Ruskich, nazwiskiem Ratybora, Włodzimierz nasławszy zbrojnych ludzi, podobnież z wszystkiém rycerstwem jego wytępia. Spełniwszy to morderstwo Światopełk książę Kijowski i Włodzimierz Pereasławski, zbierają jak tylko mogą największe wojska; wzywają nadto książęcia Oleha, aby im dał pomoc przeciw Połowcom. Ten gdy im posiłki obiecał, co innego zdradziecko postanowiwszy, Światopełk i Włodzimierz napadają na stanowiska Połowców nie obawiających się żadnej napaści, i ubiwszy wielu, którzy śmieli stawić im opór, resztę niezdolnych do oręża, kobiety, dzieci, tudzież trzody, wielbłądy, bydło i konie zabierają w zdobyczy. A oburzeni przeciw książęciu Olhowi, że zmienny w obietnicy nie dał im przyrzeczonego posiłku, i w spólném omieszkał przybyć niebezpieczeństwie, wyprawiają do niego posłów z temi wyrzutami, domagając się razem, aby im wydał albo zabił syna jednego z wodzów Połowieckich, Itlara, którego miał u siebie. Lecz gdy ten odpowiedział, że ani jednego ani drugiego nie uczyni, wzbudził przeciw sobie gniew srogi książąt i rycerzy Ruskich. Nie przepuścili mu tego bezkarnie Połowcy, ale zebrawszy nowe siły, przez całe lato oblegali Urow (Uhrow) zamek książęcia Światopełka, i byliby go zdobyli, gdyby Światopełk posłaniem znakomitych darów Połowcom nie był ich przebłagał i do odstąpienia nie nakłonił. Po Połowcach wystąpili Prusacy, którzy z wielką potęgą dnia 28 Sierpnia najechawszy ziemie Ruskie, roznieśli po nich spustoszenia i klęski. A gdy Dawid Światosławic, książę Nowogrodzki, z Nowogrodu uszedł do Smoleńska, Mścisław Włodzimierzowicz na wezwanie Nowogrodzan przybył z Rostowa i opanował księstwo Nowogrodzkie.

Rok Pański 1090.
Rusini wyłamują się Polakom z pod władzy.

Od czasu jak Bolesław król Polski ustąpił był do Węgier, zmienne i chwiejące się w wierności kraje Ruskie, które i spadkiem dziedzicznym i prawem oręża za panowania tegoż króla Bolesława przeszły pod władztwo królestwa Polskiego, korzystając z zmian zaszłych w témże królestwie już podnosiły się do buntu; tém śmielej przeto, gdy między Rusinami rozgłosiła się wieść o śmierci królewica Mieczysława, do którego te kraje należały i z prawa małżonki niedawno pojętej, i z prawa dziedzictwa po ojcu i matce, jawnym wybuchnęły rokoszem, oświadczając głośno, że się stały wolnemi od poddaństwa i służebności, do jakiej mogły być obowiązane bądź–to Bolesławowi królowi Polskiemu, bądź synowi jego Mieczysławowi. Zaczém wziąwszy się do oręża Rusini, poczęli rugować i wypędzać starostów i kasztelanów Polskich z zamków i warowni Ruskich, które stosownemi nie były opatrzone załogami; innych przekupiwszy pieniędzmi, albo ścisnąwszy głodem, przymuszali do ustąpienia z miejsc obronnych. Poczém i ci, którzy ani zdradą, ani przekupstwem nie dali się pokonać, znużeni długiém Rusinów oblężeniem, gdy Władysław książę Polski, czy-to z pozornej obojętności i niedbalstwa, czy z powodu innych wojen i spraw krajowych nie przysyłał im pomocy, pooddawali dobrowolnie zamki i twierdze Rusinom. A tak w przeciągu jednego roku ziemie Ruskie, słuszném prawem od dawna posiadane, przez gnusność panującego oderwały się od Polski, gdy im Polaków panowanie, nie tak dla zdzierstwa i niesprawiedliwości rządów, jako raczej dla różnicy wiary wielce było nieznośne.

Między Wratysławem królem Czeskim a bratem jego Jaromirem wszczynają się na nowo zatargi, ale wnet ze śmiercią Jaromira ustają.

Tymczasem, między Wratysławem królem Czeskim, a bratem jego rodzonym Jaromirem czyli Gebhardem biskupem Praskim, z wzrastających coraz więcej niesnasek, podżeganych przez pochlebców, na których panującym nigdy nie zbywa, zajęła się na nowo niezgoda, już uśpiona, o kościół Ołomuniecki. Zdawał się bowiem Wratysławowi Czeskiemu książęciu Jaromir biskup Praski we wszystkich sprawach i przedsięwzięciach nazbyt przeciwnym, opornym i zuchwałym. Najpierwej tedy, jemu na przekorę i obelżenie, założył kościół Wyszogrodzki, poddając go wyłącznemu i bezpośredniemu zwierzchnictwu Apostolskiej stolicy; a na biskupstwie Ołomunieckiém, rozerwanem samowolnie przez króla Wratysława, osadził nadwornego kapłana królewskiego nazwiskiem Wecha. Jaromir biskup Praski, chcąc odeprzeć krzywdę i obelgę sobie wyrządzoną, wybrał się do papieża, a po drodze wstąpił do Władysława króla Węgierskiego, męża świętego, ażeby ten wstawieniem się i pośrednictwem swojém poparł jego sprawę. Zastał go właśnie w Granie (Strigonium), ale nagle zasłabłszy, gdy choroba bardziej się wzmogła, niezadługo umarł; poczém, za staraniem króla Wratysława tém łatwiejszém stało się rozłączenie kościołów Praskiego i Ołomunieckiego. W miejsce jednego Jaromira, biskupa Praskiego, dwóch nastąpiło, Andrzej na Ołomunieckie, Kosmas na Praskie biskupstwo.

Rok Pański 1091.
Władysław książę Polski poskramia orężem buntujących się Pomorzan i Prusaków.

Oderwanie się zbuntowanej Rusi, znoszone cierpliwie acz nie bez ohydy przez Władysława książęcia Polskiego, było powodem, że Pomorzanie i Prusacy podobnież oderwać się umyślili. Jakoż, wyłamawszy się z pod posłuszeństwa, odmówili Polakom płacenia do skarbu książęcego zwyczajnej daniny, a nadto tych kasztelanów i starostów, którzy się z nimi łączyć nie chcieli, częścią pozabijali, częścią znieważonych srodze powypędzali. Taką krzywdą Władysław książę Polski słusznie oburzony, zapowiada wyprawę przeciw Prusakom i Pomorzanom, i nakazuje zbierać się z wszystkich powiatów wojskom na granicach w dzień Ś. Jana Chrzciciela, które gdy według zalecenia zgromadziły się, wkracza z niemi na Pomorze, zdobywa liczne zamki i twierdze, pustoszy i ogniem niszczy okoliczne wsie i miasteczka. Pomorzanie, złączeni z barbarzyńskiemi Prusakami, postanawiają miasto uniżenia się z pokorą i prośbą swemu prawemu i dziedzicznemu panu, wojnę z nim toczyć; a zebrawszy potężne siły, zachodzą książęciu Władysławowi drogę około Retzen (Rzeczen) w święto Wniebowzięcia N. P. Maryi, i z sprawionemi do boju szyki uderzają na wojsko książęcia Władysława, który z powodu uroczystości świątecznej nie chciał tego dnia staczać bitwy. Koniecznością więc zmuszony książę Władysław, widząc się w największém niebezpieczeństwie, rozkazuje swoim wziąć się natychmiast do oręża. Wszczyna się sroga walka; Pomorzan bowiem i Prusaków zapalała chęć zuchwała oderwania się od Polski, Polaków zaś niegodziwość buntu. Już bitwa trwała przeszło pół dnia, i obie strony z zaciętością wydzierały sobie nawzajem zwycięztwo, kiedy szyki Pomorzan i Prusaków poczęły się przerzedzać, potém tu i owdzie ustępować, aż niezadługo w zupełnym popłochu pierzchnęły. Polacy ścigali długo uciekających, a zapaleni gniewem wielką między nimi rzeź sprawili. Resztę dnia książę Władysław i rycerstwo jego spędzili radośnie, przyznając wszystko to zwycięztwo nad nieprzyjacielem przyczynie Najświętszej Bogarodzicy. Pomorzanie i Prusacy, pokonani w tej bitwie, wrócili do podległości, poddając siebie i wszystko co mieli książęciu Władysławowi, i prosząc o przebaczenie, którego im też Władysław nie odmówił, spodziewając się, że nadal pozostaną wiernymi. Celniejsze jednak warownie i zamki wyłączył z pod ich władzy i zarządu, a powierzył je swoim, doświadczonym w wierze rycerzom; niektóre zaś, a zwłaszcza te, które stały na pograniczu, kazał zburzyć albo popalić, ażeby Pomorzanom i Prusakom odjąć wszelką sposobność do nowego rokoszu. A uporządkowawszy jak należało wszystkie sprawy, wrócił z swém wojskiem zwycięzko i bez szkody do domu.

Wratysław król Czeski podnosi oręż przeciw Ottonowi i Konradowi braciom swoim: lecz po zgonie Ottona, Konrad godzi się z Wratysławem, który potém naznacza go swoim następcą, pominąwszy syna własnego Brzetysława wysiadującego w Węgrzech.

Wratysław król Czeski, oburzony i zagniewany na braci swych rodzonych, Konrada i Ottona, których miał w podejrzeniu, że po jego śmierci królestwo Czeskie gotowi byli opanować z wyłączeniem jego syna, wkracza zbrojno do ich dzielnicy, Morawy, zdobywa miasto Ołomuniec i inne miasteczka należące do Ottona, i powierza je synowi swemu Brzetysławowi. A gdy w czasie tej walki zmarł Otto, zostawiwszy dwóch synów, Światopełka i Ottona, z tém większą srogością gniew swój wywarł na drugiego brata Konrada, i Berno, dzielnicę jego, obledz pospieszył. Tymczasem syn jego Brzetysław, zaprosiwszy w gościnę Zderada, jednego z starszych panów (baro major), którego król Wratysław w wojnach najwięcej używał pomocy, zabił go zdradziecko, za to, iż króla żartobliwie raczej niż poważnemi słowy prosił o wyznaczenie sobie stanowiska blisko wody, w której zwykł dla igraszki zażywać kąpieli, ku czemu Konrad, stryj jego, podburzył młodzieńca już z przyrodzenia na zbyt porywczego. Popełniwszy tę zbrodnię, gdy postrzegł, że ojciec mocno się nań rozgniewał, przeniósł obóz swój na drugą stronę rzeki, i znaczną część wojska za sobą pociągnął. A lubo nastąpiła wnet zgoda między ojcem i synem za staraniem Wirtpurgi żony Konrada, Brzetysław jednak, nie bardzo dowierzając ojcu, pomknął się ku Gradkowi, czém więcej jeszcze ojca obraził. Starał się wprawdzie przez brata Konrada, wstawiającego się za swym bratankiem, gniew jego przebłagać; straciwszy jednak ufność ku niemu, szukał schronienia u Ś. Władysława króla Węgierskiego, i aż do śmierci ojca przebywał w Węgrzech, blisko Trenczyna, w powiecie Banow skim (Banow). Król zaś Wratysław, wymierzając karę na synu, postanowił, aby brat jego Konrad objął po nim rządy królestwa.

Po Piotrze biskupie Wrocławskim wstępuje na stolicę Żyrosław I.

Piotr I biskup Wrocławski, przesiedziawszy na stolicy lat dwadzieścia dziewięć, umarł w sędziwym wieku; pochowano go w kościele Wrocławskim. Po nim nastąpił Żyrosław I, proboszcz Wrocławski, szlachcic z domu Różyców, z ziemi Krakowskiej, obrany przez tajemne głosowanie. Na ten wybór zezwolił chętnie Władysław Herman, książę i monarcha Polski, syn Kazimierza a brat Bolesława królów Polskich. Potwierdził go na biskupstwie w roku następnym Marcin I arcybiskup Gnieźnieński, od którego tenże Żyrosław w Kaliszu brał święcenia.

Boje rozliczne książąt Ruskich z Połowcami i przeniewierczym książęciem Ruskim Olehem.

Książęta Światopełk Kijowski i Włodzimierz Czerniechowski, chcąc zapobiedz klęskom i spustoszeniom, jakich ziemie Ruskie doznały od barbarzyńskich książąt Połowców, uchwalają zjazd walny w Kijowie; i wyprawiwszy posłów do książęcia Oleha, zapraszają go, aby i on przybył do Kijowa, dla naradzenia się wspólnego z biskupami, zakonnikami i bojarami, o obronie Rusi przeciw Połowcom. Ten z szyderstwem przyjąwszy posłów, hardo odpowiedział: „Nie skłonicie mnie do tego, abym głowę nachylił pod rozkazy biskupów, czerńców i innych osób nikczemnych.“ Książęta Światopełk i Włodzimierz obrażeni tą odpowiedzią, nim wyruszyli na Połowców, zwrócili się wprzód zbrojno przeciw Olehowi, który przed ich zemstą uciekłszy z Czerniechowa, schronił się do Staroduba, i tam obsaczony i zamknięty przez książąt Światopełka i Włodzimierza, wytrzymywał oblężenie przez dni trzydzieści dwa: ale w końcu ściśniony głodem, który i jemu i spółoblężonym doskwierał, zmuszony był prosić o pokój, przyrzekając, że się poddaje władzy książąt Światopełka i Włodzimierza. W ten sposób uzyskał przebaczenie i łaskę; książęta odstąpili od oblężenia, i zalecili mu, aby Dawida brata swego rodzonego odprowadził do Kijowa. Jakoż nie tylko oświadczył swoję gotowość, ale nawet przysięgą i ucałowaniem krzyża zobowiązał się do wypełnienia rozkazu. Tymczasem wódz Maniak z Połowcami ruszył ku Kijowu, i dopuszczając się mnogich łupiestw i zaborów, spalił zamek książęcy w Berestowie. Tuhortkan także, drugi wódz Połowców, a teść Światopełka, godził z Połowcami na Pereasław. Ale gdy Światopełk i Włodzimierz przyszli na odsiecz, dnia 19 Lipca stoczono bitwę nad rzeką Trubieszą (Trubosza), gdzie Połowcy klęskę ponieśli, sam nawet ich wódz Tuhortkan i synowie jego polegli. Nieustraszeni atoli tą porażką barbarzyńcy, zebrawszy nowe siły, tak cichym pochodem podstąpili pod Kijów, że mało brakowało, iżby zamek Kijowski niedbale strzeżony byli ubiegli. Omyleni przecież w nadziejach, niszczyli ogniem kościoły, klasztory i włości. Książę Oleh, złamawszy przysięgę, i nie stawiwszy się na zjeździe książęcym, zebrał wojsko i najechał księstwo Muromosz, dzierżone przez Izasława, syna Włodzimierza książęcia Kijowskiego, twierdząc, iż prawem dziedziczném spadło nań jako ojcowizna. Ale szóstego dnia Września Izasław wyszedłszy z wojskiem swojém przeciw Olehowi, stoczył bitwę, w której lubo obaj przeciwnicy z równém męztwem walczyli, Izasław jednak poległ, a Oleh otrzymał zwycięztwo. Wojsko Izasława rozpierzchło się w różne strony, książęciu Olehowi sami Muromoszanie otwarli bramy; już też zwycięzca opanował i zamek Rostow, gdy mu podobnież Rostowianie poddali się i nałożoną daninę zapłacili. Tymczasem Mścisław, drugi syn Włodzimierza, a rodzony brat poległego Izasława, który stolicę miał w Nowogrodzie, obawiając się potęgi i srogości Oleha, wyprawia do niego posłów, przez których oświadcza mu swoję przyjaźń i obiecuje zgodzić go z ojcem swoim Włodzimierzem książęciem Kijowskim, pomimo tego iż zabił syna Włodzimierza i brata swego Izasława, gdy często się zdarza, że giną w ten sposób nie tylko książęta ale królowie i cesarze. Oleh atoli, pragnący opanować stolicę Nowogrodzką, i spodziewający się, że z łatwością wyzuje z niej Mścisława, odprawiwszy posłów jego bez odpowiedzi, wkracza zbrojno do ziemi Nowogrodzkiej, brata swego Jarosława wysyła przodem na wzwiady, sam zaś z wojskiem stawa w Turowie. Ale Jarosław na wzwiadach zapuściwszy się zbyt daleko, wpada w ręce Mścisława i jego rycerstwa. Przerażony tym wypadkiem Oleh cofa się do Rostowa, dokąd Mścisław idzie za nim w pogoń, zdobywa zamek Susdan (Szuszdan) i w perzynę obraca, Oleh zaś dla ostrożności chroni się do twierdzy Muromosz. Wtedy Mścisław wysyła do niego posłów, zawiera pokój, i rozpuszcza swoje wojsko, w nadziei, że swém pomiarkowaniem ułagodzi jego umysł okrutny i do rozlewu krwi skory. Lecz Oleh dowiedziawszy się, że Mścisław swoje wojsko zwinął, z pogwałceniem przymierza ciągnie przeciw niemu zbrojno. Uszedł przed tą napaścią Mścisław, ale wnet wezwawszy swe rycerstwo do broni, wychodzi przeciw Olehowi i ścigającym go nieprzyjaciołom. Cztery dni jednak, zamknięty w obozie, zwlekał bitwę, czekając na Kijowian i Połowców, i na brata Więcsława, wysłanych mu na pomoc przez ojca Włodzimierza, o których zbliżaniu się już był otrzymał wiadomość. Dopiero gdy nadciągnęli, wojska Mścisława rozpoczęły walkę; piechota uderzyła na Olha, bój z obu stron powstał zawzięty, z którego wreszcie Mścisław wyszedł zwycięzcą. Oleh pokonany uciekł do Muromosz, a tam za namową rycerstwa pojednał się z książęciem Mieczysławem, swoim zwycięzcą; nie sądząc się jednak bezpiecznym na Rusi, gdzie tylokrotnej dopuścił się zdrady, z drużyną wybranych rycerzy umknął do Rezan. Książę Mścisław poszedłszy za nim w pogoń, przemówił do rycerstwa, które mu towarzyszyło, i do samego Oleha słowy uprzejmemi i pełnemi najlepszej nadziei: „Ohydą jest (rzekł) dla ciebie, ohydą dla nas braci twoich, i dla rycerstwa twego, że postanawiasz nędznie tułać się po cudzych krajach, wydany na obmowę nieprzyjacioł, i tych nawet, między którymi masz przebywać. Wracaj więc do ziemi Ruskiej, gdzie bezpiecznie możesz mieszkać. Nie tak źli są bracia twoi, książęta Ruscy, aby ci nie mieli przebaczyć wszystkich krzywd, jakie im i ich krajom wyrządziłeś, bylebyś twoich przestępstw żałował.“ Taką namową ująwszy go i uspokoiwszy, cofnął z drogi Olha wraz z jego rycerstwem. A tak za łaską i zezwoleniem Mścisława wrócił książę i siadł spokojnie w zamku Nowogrodzkim.

Rok Pański 1092.
Władysław książę Polski buntujące się powtórnie Pomorze pustoszy; a gdy już obciążony łupami wraca do Polski, dogania go z tyłu nieprzyjaciel, z którym zacięta i długo wątpliwa ponawia się walka, aż nareszcie Pomorzanie za nadejściem nocy pierzchają.

Po uśmierzeniu rozruchów Pomorskich i Pruskich, tuszył Władysław książę Polski, że w tym roku swobodnie odetchnie; aliżci odbiera nagle wiadomość, że Pomorzanie i Prusacy, zbuntowawszy się na nowo i groźniej jeszcze powstawszy, starostów swoich i rządców częścią wymordowali, częścią na srogie wskazali kaźnie, i małą tylko liczbę tych zostawili przy życiu, którzy się z nimi łaskawiej obchodzili. Zuchwałością takowego bezprawia oburzony Władysław książę Polski, wielkim się zapalił gniewem; a postanowiwszy pomścić się niewinnej śmierci swoich, i zbuntowanych Pomorzan i Prusaków ukorzyć, z małą ale ćwiczoną w boju garstką rycerzy (gdy innych nie czas było ściągać) w miesiącu Lutym śmiało ruszył na Pomorze; a podzieliwszy wojsko na dwa zastępy, z Sieciechem wojewodą i najwyższym wodzem (palatinus et princeps militiae) spiesznym pochodem przebiega całe Pomorze i Prusy, nakazując rycerstwu ogniem i grabieżą wszystkie wsie i miasteczka pustoszyć. Strawiwszy na tém cały prawie post, którego rycerstwo nie przestrzegało przepisów, ani zachowało wstrzemięźliwości, mając wielką ilość zabranego bydła i rozmaitej zdobyczy, gdy Prusacy i Pomorzanie ukrywali się po lasach i miejscach bezdrożnych, i nie chcieli do walki wystąpić, z Pomorza wracał do Polski. Już był doszedł do miejsca, które krajowcy Drzeniem zowią, a które rzeka Nakiel oblewa, gdy mu straż tylna donosi, że znaczna siła Pomorzan i Prusaków nadciąga, i nie więcej jak pięć mil nad obozem wisi książęcym. Zmiarkowali bowiem Prusacy i Pomorzanie szczupłość wojska książęcego, która ich ośmieliła pochwycić mężnie za broń, łupy zagarnione odebrać, i uderzyć na Władysława, gdy nigdzie łatwiej nie było im go pokonać. Długo Władysław wahał się w namysłach i naradzał z dowódzcami rycerstwa, czy miał stoczyć bitwę z nieprzyjacielem, znacznie liczbą przewyższającym jego wojsko, czy się na sposobniejszą porę zachować. Różni różnie (jak to bywa) doradzali; aż nakoniec przemogło to zdanie: „że lepiej walczyć z chwałą i zginąć, niż haniebnie uciekać i powracać z sromotą.“ Stoczono więc walkę, zostawiwszy przy taborach i zdobyczach wojennych pośledniejszą drużynę na straży. Wszczęła się między obiema przeciwniki rzeź mordercza. Obie strony nie ustępowały sobie pola w uporczywej bitwie, tak iż trudno było przewidzieć, czy Polakom czyli też Pomorzanom dostanie się zwycięztwo. Pomorzanie bowiem, gdziekolwiek widzieli niebezpieczeństwo, miejsca słabiejących lub rannych zapełniając świeżym ludem, odnawiali walkę, tu i mnogością wojska tuszyli otrzymać przewagę: Polacy zaś sprawnością wyćwiczonego żołnierza, gotowi umrzeć z odwagą, odpierali zapędy nieprzyjaciół. Wielu zapewnie poczytają to za niepodobne do wiary, ale wszyscy dziejopisowie jednozgodnie twierdzą, że obie strony z takim zapałem wydzierały sobie chwałę zwycięztwa, iż walka trwała ciągle od pacierzy zwanych tercyą (hora tertiarum) aż do zmroku. Gdy się już zmierzchało, wojsko Połowców[1] zwyciężone poczęło ustępować; Polacy jednak uchodzących nie ścigali, wszyscy bowiem albo ranieni byli albo trudem złamani. W tej tak długiej i zaciętej walce więcej ludzi zginęło niż dostało się do niewoli. Polacy mieli sobie za zwycięztwo, że przeciwnikom nie ustąpili pola, i zdobycz zabraną utrzymali.

Władysław książę Polski w trzeciej na Pomorzany wyprawie zamek Nakło oblężeniem ściska; Polacy zaś, przestraszeni jakiemiś w nocy widziadły, porzucają swoje obozy i wystawiają je na łup nieprzyjacioł: a tak nic nie sprawiwszy wracają do kraju.

Po stoczeniu tej pamiętnej bitwy, Władysław książę Polski długo zatrzymał się na pobojowisku, naradzając się z swoimi, coby dalej czynić wypadało, wrócić-li do Polski, jak zamierzył, czy pójść powtórnie na Pomorze, i wsiąśdź na karki Pomorzanom strwożonym i pierzchającym w popłochu, nie dając im czasu do wytchnienia a nawet powzięcia jakiejkolwiek rady. Lubo wszystkim podobało się to drugie zdanie, bydło jednak na nieprzyjaciołach zdobyte i inne mnogie łupy, wielka liczba rannych, a szczupłe siły rycerstwa, nadchodząca wreszcie uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, i czas do wojny niesposobny, spowodowały powrót do Polski. Zabawiwszy Władysław w stolicy swej książęcej tyle tylko czasu, ile potrzeba było do zebrania większych sił i zaciągnienia pewnej liczby Czechów, ruszył z ogromném i potężném wojskiem na Pomorze, aby poprzednią z tak wielkiém niebezpieczeństwem stoczoną ponowić i uświetnić walkę, gdyby Pomorzanie i Prusacy ośmielili się stawić czoło, zwłaszcza że nie swoje tylko ale i obce miał rycerstwo w zaciągu; wiele bowiem żołnierzy z Czech za pieniądze ściągnionych przybyło mu w pomoc, tak iż opuszczony od niebios ufał ludzkiej potędze. Ale że Pomorzanie chowali się w miejscach ukrytych, i zatrwożeni poprzednią klęską unikali spotkania z świeżém i nowo zaciężném wojskiem; przeto Władysław książę Polski, nie wiedząc, jakimby rodzajem wojny walczyć z nieprzyjacielem, już bowiem w zniszczonych przez obie strony bliższych i odleglejszych okolicach Pomorza i nie było co pustoszyć, oblega zamek Nakło (Nakel) w którym zebrała się, jak mu doniesiono, znaczna liczba Pomorzan, już-to dla obrony twierdzy, już dla przedsiębrania wycieczek na Polskę. W czasie tego oblężenia, wojsko Polskie prawie każdej nocy musiało porywać się do oręża, łudzone jakiemiś widziadły podobnemi do zbrojnych zastępów; żołnierzom nagle ze snu zbudzonym wydawało się, jakoby pełno do koła było nieprzyjacioł: strach i pomroka nocna nie dozwalały im dociec przyczyny takowego złudzenia; a czego umysł się lękał, to oko w przytomnej wyobrażało postaci, bojaźń tworzyła jakby widome mary. Ja tak mniemam, że blask księżyca, który wtedy był w pełni, albo jaśniał połową tarczy, i ćmy nocne potworném rozrzedzał światłem, uderzając z tyłu na rycerstwo Polskie, tworzył długie przed nimi cienie; złudzeni przeto tém czczém mamidłem, nie badając rzeczy ani zgłębiając pozoru, uroili sobie, że owe cienie, które sami sobą sprawiali, były-to hufce nieprzyjacioł, już z bliska na ich obóz godzących. Taką przerażeni trwogą, kwapili się do zbroi, do łuków, mieczów, strzał i oszczepów, jakoby w tęż chwilę stoczyć mieli bój z nieprzyjacielem. A kiedy przez czas długi takiego doznawali złudzenia, jednej nocy podobną zbudzeni trwogą pogonili za mniemanym wrogiem, aby się przekonać, co ich rzeczywiście łudziło; a ruszywszy hurmem z obozu, i zapędziwszy się nieco dalej, niż oblegającym należało, poznali nakoniec, że cienie tylko i próżne ścigali mary. Aliści, podczas tej nieobacznej wycieczki, nieprzyjaciel na obóz opuszczony wypadł z zamku Nakielskiego, popodpalał leże i namioty, zrobione po największej części ze słomy i suchej darniny, i sprawił pożar gwałtowny, w którym wiele ludzi i rzeczy odbieżanych zginęło. Uszkodzenia zrządzone w narzędziach i statkach do dobywania zamku potrzebnych, nie dozwalały ich odtąd skutecznie używać. Gdy nadto zima, w owych stronach wcześniejsza i zbyt ostra następowała, a Czechom głód z zimnem dokuczał; książę Władysław zaniechawszy oblężenia zamku Nakła, którego Pomorzanie wybornie bronili, i nic w wojnie nie wskórawszy, wrócił do Gniezna. Wiele ztąd Pomorzanom przybyło otuchy; tém bardziej przeto shardzieli i raz zrzuconego nie myśleli już przyjmować jarzma. Ten zaś niesławny koniec wojny, jak niektórzy pobożni mężowie twierdzili z objawienia niebios, miał być karą Boską za złamanie czterdziestodniowego postu, w czasie którego Polacy nie zachowali wstrzemięźliwości, pożywając z łakomstwem mięso i mleczywo.

Po Piotrze arcybiskupie Gnieźnieńskim wstępuje na stolicę Marcin I.
Dnia 19 Sierpnia umarł Piotr arcybiskup Gnieźnieński, pochowany w kościele Gnieźnieńskim, którym rządził przez lat 24. Człek słabego umysłu i w sprawach nieskory. Po nim nastąpił Marcin I, mąż rodu szlachetnego i pobożnością znakomity, wyborem prawnym za wstawieniem się Władysława książęcia i monarchy Polskiego, na stolicę wyniesiony, i potwierdzony przez Urbana papieża.

Wratysław król Czeski umiera. Wstępuje po nim na tron brat jego Konrad; po którego znowu rychłej śmierci obejmuje rządy syn Wratysława Brzetysław.

Wratysław król Czeski, zapadłszy mocno na zimnicę, dnia 14 Stycznia zakończył życie w Pradze, i pochowany został w kościele Wyszegrodzkim, którego pierwotnym był założycielem. Inni twierdzą, że nie na febrę umarł, ale z przypadku; namiętny bowiem miłośnik łowów, goniąc za zwierzyną spaśdź miał z konia i kark skręcić. Według rozporządzenia Wratysława jeszcze za życia wydanego, brat jego rodzony Konrad za zgodą biskupów i panów, z oddaleniem od niej syna Brzetysława, który na wygnaniu w Węgrzech przebywał, przyjął koronę. Aleć i ten po siedmiu miesiącach i ośmnastu dniach panowania zszedł ze świata. Brzetysław zatém dowiedziawszy się o śmierci obydwóch, to jest ojca i stryja, opuścił Węgry i przybył do Pragi, gdzie od duchowieństwa i ludu z należną czcią przyjęty, dnia 24 Października rządy królestwa objął, nie był jednakże na króla koronowany. Z szczególną gorliwością pielęgnował on religią katolicką, wytępiając wszelakie obrządki i zabobony pogańskie, wszystkich wróżków, wieszczbiarzów i wyroczników, których za panowania ojca jego Wratysława było w Czechach wielkie mnóstwo.

Rok Pański 1093.
Władysław książę Polski po czwarty raz wkroczywszy na Pomorze, kraj cały napełnia mordem i pożogą, i znowu Pomorzan do posłuszeństwa przymusza.

Władysław książę Polski, zebrawszy ze wszystkich części kraju silne wojsko konne i piesze, z początkiem lata ruszył znowu na Pomorze, a nie bawiąc się nad zdobywaniem zamków i warowni, wsie tylko i zabudowania, które od ludzi opuszczone albo pełne były zasobów, ogniem niszczyć rozkazał. Zbieżawszy w ten sposób całe Pomorze, zwrócił oręż na Prusaków, sprzymierzeńców Pomorza, i podobném nawiedził ich spustoszeniem, przyczém wielką liczbę jeńców i stadami bydła uprowadził od nich w zdobyczy. Tym najazdem Pomorzanie i Prusacy ogołoceni z dostatków, przy których hardo wierzgali, tak dalece zostali upokorzeni i na sercach upadli, że wyprawiwszy posłów do książęcia Władysława, oświadczyli mu gotowość wszelką do uległości i poddaństwa, byleby im winy przebaczył. Książę Polski Władysław odpowiedziawszy ich poselstwu łaskawie, wszystkim, którzy nie mieli udziału w rokoszu, kazał oddalić wszelką obawę, i stawić się przed nim dla utwierdzenia związków przyjaznych między nimi a panem ich i prawym dziedzicem. Którzy gdy przybyć nie omieszkali, wszystkich nawzajem wichrzycieli i przewódzców rokoszu pokarał już to śmiercią, już zasłaniem do innych części kraju; resztę pospolitego gminu ułaskawił.

Brzetysław książę Czeski wtargnąwszy niespodzianie do Polski, kraj mieczem i grabieżą pustoszy.

Tymczasem Brzetysław książę Czeski, dowiedziawszy się, że Władysław książę Polski zajęty wojną Pomorską z całém wojskiem swojém oddalił się w głąb Prus, zebrał największe jak tylko mógł siły, i na jechał zbrojno królestwo Polskie, kędy prawe i dziedziczne jego ziemie, graniczące z rzeką Łabą, ogniem i grabieżą pustoszył. Zastawszy je prawie bez obrony (Władysław bowiem książę Polski, nie przewidując z jego strony żadnego niebezpieczeństwa, ze wszystkich krajów swoich ściągnął rycerstwo na wojnę Pomorską) pląsał w nich swobodnie, od zamku Grecz nad Łabą położonego, który należał do Polski, aż po samę Odrę szerząc spustoszenia i klęski. Wojnę tę prowadził pod zmyślonym pozorem, jakoby kraj ten nie zapłacił mu jakiejś należnej daniny; rzeczywiście zaś, chciał upatrzywszy sposobną porę nasycić własne i ludu swego łakomstwo, złupieniem okolicy pod ów czas obfitującej w wielkie stada bydła.

Rok Pański 1094.
Wojsko Polskie wyprawia się do Czech, a Bolesław, syn książęcia Polskiego Władysława, napiera się iść razem na wojnę. Czechy wystawione na grabież i zniszczenie. Bolesław młodziuchny książę daje w tej wojnie zadziwiające dowody męztwa, wróżby swojej przyszłej dzielności.

Władysław książę Polski, oburzony zuchwałą i niesprawiedliwą na Polskę napaścią Brzetysława książęcia Czeskiego, jakiej się w roku przeszłym dopuścił, zbiera ze wszystkich swoich krajów wojska, zaciąga nadto posiłki z nieprzyjaznych Brzetysławowi Węgrów i Czechów. Aliżci, gdy się tą wojną zajmuje, i inną większą jeszcze w myśli układa, którą tego lata miał wydać Morawcom i Czechom, zapada nagle w chorobę. Nie ostygając przecież z chęci pomszczenia się na Brzetysławie, Sieciecha, wojewodę Krakowskiego i głowę rycerstwa, męża na ów czas w sztuce wojennej i w wszelakich sprawach rzeczypospolitej na podziw biegłego, z wojskiem konném i pieszem, w stosownej liczbie zebraném, wysyła do Morawy, ta bowiem i bliższa i przystępniejsza była dla grabieży. Zaleca przeto Władysław książę Polski wodzowi Sieciechowi, aby zaniechawszy dobywania miast i zamków, wszystko co mu się nadarzy palił i niszczył. Gdy od książęcia Władysława Sieciech takie odbierał rozkazy, obecnym był syn książęcy Bolesław, który z bystrzejszą nad wiek swój bacznością uważał wszystkie ojcowskie rozporządzenia. A nie mogąc powściągnąć w sobie zapału do wojny, który, acz w latach tak młodziuchnych, serce jego ogarnął, począł błagać ojca, żeby go wysłał wraz z Sieciechem na wyprawę Morawską. Ojciec wzbraniał się na to zezwolić, był to bowiem syn jedyny i wielce ukochany; gdy mu więc przekładał trudy i niebezpieczeństwa wojny, do których wytrzymania dojrzalszego potrzeba wieku, odpowiedział: „Mam ja dosyć lat i siły (a było mu wtedy lat dziewięć) bylebyś ty kochany ojcze pozwolił.“ Tak wdzięczną odpowiedzią zniewolony ojciec przyrzekł mu, że go pośle na wyprawę Morawską z Sieciechem. W której-to wojnie tyle ów młodzieńczyk okazał męztwa, tyle chęci ćwiczenia się w wojenném rzemiośle, że nie tylko Sieciecha, którego pieczy był powierzony, ale i wszystkiego rycerstwa zwracał na siebie uwagę. Często między strażami, wytrwały na bezsenność i trudy, przez całe nocy na czatach czuwał; a jeśli go czasem sen zmorzył, rzucał na gołą ziemię słabe swoje członki, przykrywszy się tylko płaszczem żołnierskim. Kiedy zaś trzeba było albo odpierać nieprzyjaciela, albo wstępnym bojem uderzać, wydzierał się do najpierwszych szyków, wstrzymywany jedynie od Sieciecha, i chciał uczestnikiem być boju, którego nie godziło mu się nawet jeszcze być świadkiem. Sieciech, tak jak mu Władysław książę Polski był rozkazał, całe Morawy ogniem i łupieżą zniszczył, i ogromną zabrawszy zdobycz, tudzież znaczną liczbę jeńców (w kilku bowiem bitwach nad Morawcami odniósł zwycięztwo) wrócił do Polski z młodziuchnym ochotnikiem Bolesławem, którego początkowy zawód wszystko wojsko uwielbiało. I nie tylko w ów czas, ale i w pierwszej zaraz młodości, zajaśniały w Bolesławie książęce i królewskie cnoty, i już widocznie okazywał przyszłą swoję sprawność w dziełach domowych i wojennych. Umysł dzielny i bohaterski nie mógł się już wtedy acz w małém dziecku utaić. A skoro wyszedł z lat dziecinnych, przywdział zaraz zbroję i do trudów przylgnął Marsowych, ażeby prawe Polaków panowanie rozszerzył i chwalebnemi rządy uświetnił; tak zaś słowa, czyny i myśli swoje zawzdy miarkował, jakoby ojca swego widział przed sobą przytomnym.

Mór straszliwy i bezprzykładny nawiedził w tym roku Niemcy, tak się po wszystkich rozszerzywszy krajach, że wiele miast, wsi, osad i miasteczek, ogołoconych z ludności, pustkami zaległo. Przecież ta zaraza z łaski Najwyższego nie dosięgła Polaków ani krajów Polskich.

Książęta Ruscy odprawują zjazd walny i zawierają między sobą sojusz, który wzajemną stwierdzają przysięgą. To przymierze gwałci Światopełk książę Kijowski, kazawszy kniaziowi Wasilkowi oczy wyłupić. Znowu więc wszczynają się rozmaite zatargi i boje.

Chcąc urządzić obronę krajów Ruskich, ustawicznie gnębionych od dziczy Połowieckiej, Światopełk Kijowski, Włodzimierz Hrehorowic, Wasilko Rościsławic, Dawid Światosławic, i brat jego Oleh, książęta Ruscy, zjechawszy się w Lubiczu, i zganiwszy sobie wzajemnie żądzę pychy i próżności, dla której rozerwani między sobą i w domową uwikłani wojnę, wystawiali się na łup dzikich Połowców, zgodną postanowili wolą, aby każdy przestał na swym dziale ojczystym, a nie sięgał po własność drugiego. Uchwalili nadto, że Światopełk dzierżyć miał Kijów, Włodzimierz z bratem swoim Izasławem Włodzimierz, Dawid Światosławowic i brat jego Oleh Pereasław, Dawid Hrehorowic i Wasilko Rościsławic Przemyśl i Trembowlę. Na zasadzie takiej uchwały zawarli między sobą przymierze, i obostrzyli przysięgą, że któryby przeciw niemu wykroczył, za wspólnego uważany będzie nieprzyjaciela. Rycerstwo Ruskie dowiedziawszy się z wielką radością, że książęta w tak zgodne i sprawiedliwe weszli z sobą związki, powracało do domu, ale szatan natychmiast wzniecił między temiż książęty nowych zarzewie niezgód. Światopełk bowiem książę Kijowski mając w podejrzeniu Wasilka Rościsławica, spiknął się przeciw niemu z Dawidem Hrehorowicem, i przybyłego w najlepszej wierze do Kijowa znienacka uwięzić kazał, a gdy się długo nasłańcom Światopełkowym opierał, zaprowadzonego do Zwinigrodu na oba oczy oślepił, w przekonaniu, że dopóki Wasilko zdrów był i cały, ani on ani synowie jego nie mogli spokojnie dzierżyć Kijowa. Włodzimierz boleśnie opłakiwał nieszczęście brata, twierdząc, że nigdy u Rusinów tak straszliwej nie popełniono zbrodni. Nakoniec zmówiwszy się z Dawidem i Olehem Światosławicem, wyprawił do Światopełka książęcia Kijowskiego poselstwo z tém oświadczeniem: „Nie wątpimy, że sam uznajesz, jak wielką i sromotną popełniłeś zbrodnię, pozbawiając wzroku brata naszego i twojego razem Wasilka; który chociażby był największej przeciw tobie dopuścił się winy, bylibyśmy go przekonanego o występek pociągnęli do odpowiedzi i zadosyćuczynienia.“ On zmyśliwszy powód fałszywy na swoje usprawiedliwienie, twierdził, że mu z pewnych i niewątpliwych źródeł było wiadomo, iż Wasilko na życie jego i opanowanie Kijowskiego księstwa czynił zamachy. Ta odpowiedź więcej oburzyła niż zaspokoiła Włodzimierza, Oleha i Dawida; ruszyli zatém z wojskami swemi przeciw Światopełkowi i ciągnęli pod Kijów. Nie byłby doczekiwał ich przyjścia Światopełk, strwożony zwłaszcza zgryzotami sumienia i już zamyślający uciekać do Połowców, gdyby mu nie byli dodali otuchy metropolita i znakomitsi Kijowianie; którzy wyszedłszy przeciw Włodzimierzowi, Dawidowi i Olehowi książętom i ich wojsku, błagali pokornie, aby złożyli oręż, a przebaczyli Światopełkowi i Dawidowi, i zaniechali własnej krwi rozlewu. Wzruszeni i zniewoleni książęta ich pokornemi prośbami, zawierają na nowo przymierze z Światopełkiem i z wojskiem odstępują. Ale Dawid Hrehorowic, nie przestawszy na oślepieniu Wasilka, zamierzył opanować jego księstwo; gdy się jednak dowiedział, że Wołodar brat Wasilka czynił nań zasadzki, chcąc go złowić gdyby się był podsunął, schronił się do Buska, gdzie niebawem od książęcia Wołodara oblężony został. Wyrzucał mu Wołodar, iż dopuściwszy się zbrodni przeciw swemu bratu, nie uczuł w duszy słusznej skruchy, lecz nową jeszcze zamierzał zbrodnię; a lubo Dawid całą winę zwalał na Światopełka, pogroził mu zemstą, jeżeli brata jego Wasilka, którego oślepił, z więzów nie uwolni. Przystał na to Dawid, i uwolniwszy Wasilka pojednał się z Włodzimierzem. Osiadł zatém Wasilko w Trembowli, a Dawid udał się do Włodzimierza. Atoli zaraz z wiosną ruszył Wołodar z bratem swoim ślepym Wasilkiem do ziemi Wołyńskiej przeciw Dawidowi, a zdobywszy i spaliwszy zamek Wszewołos, za zbrodnię popełnioną na Wasilku wielką liczbę ludu okrutnie wymordowali. Odprowadzili potém wojsko pod zamek Włodzimierz, a obległszy go posłali do Włodzimierzan z oświadczeniem, że oszczędzą niewinnego ludu i odstąpią od oblężenia, jeżeli im Wasilka i Łazarza wydadzą. Gdy oblężeńcy warunek ten przyjęli i wypełnili, Dawid i Wasilko zaniechali oblężenia, a Wasilka i Łazarza powieszonych wysoko, wypuszczonemi gęsto strzałami stracili, za to, iż mieli być sprawcami ośle pienia Wasilka. Światopełk zaś książę Kijowski, chcąc się pomścić na Dawidzie, który go oskarżył przed Wołodarem, Olehem i Dawidem książęty o pozbawienie wzroku Wasilka, udał się do Brześcia, i od rycerstwa i panów Polskich stojących załogą w Brześciu żądał pomocy przeciw Dawidowi. Ci zrobiwszy mu dobrą nadzieję, zatrzymali go przy sobie w Brześciu, a tymczasem posłali do Władysława książęcia Polskiego z zapytaniem, coby czynić mieli. Aliści książę Dawid, przeciwnik Światopełka, chcąc go uprzedzić w pozyskaniu wsparcia Polaków, pospieszył jak mógł najprędzej do Władysława książęcia Polskiego, a złożywszy mu w darze znaczną ilość złota, błagał pokornie, aby mu książę Władysław i Polacy użyczyli pomocy przeciw Światopełkowi. Władysław książę Polski, wahający się i wątpliwy, komuby z dwóch spór wiodących przeciwników udzielić miał posiłków, zebrawszy czoło rycerstwa pociągnął pod Brześć, wiodąc z sobą książęcia Dawida, w nadziei, że go pogodzi z książęciem Światopełkiem. Stał tymczasem Światopełk w zamku Brzeskim, kiedy Władysław książę Polski, zatrzymawszy się z wojskiem u rzeki Bugu, usiłował skłonić do zgody Światopełka z Dawidem przez układy w tajemnych prowadzone rozmowach. Czego gdy dokonać nie mógł (wrzała bowiem w zjątrzonym umyśle Światopełka nieubłagana ku Dawidowi nienawiść), uczczony wielkiemi od Światopełka podarkami wrócił do Polski, nie chcąc żadnemu z spierających się książąt udzielić pomocy. Niebawem więc Światopełk Dawida w zamku Włodzimierskim oblegać i dobywać zaczął. Ten lubo oblężenie przez siedm tygodni wytrzymał, spodziewając się nadejścia posiłków od Władysława książęcia Polskiego, w końcu jednak poddał Światopełkowi zamek, a sam schronił się do Władysława książęcia Polskiego, który go łaskawie przyjął i podejmował. Zdobywszy Światopełk książę Kijowski zamek Włodzimierski, poprowadził wojsko przeciw Wołodarowi i Wasilkowi, którzy też nie zwlekali walki, lecz sprawiwszy swoje hufce, postanowili spotkać się z nim co prędzej. Gdy z obojej strony wojska wystąpiły do boju, Wasilko wyprawił posłów do Światopełka z temi słowy: „Czy nie dosyć ci na tém, żeś mnie wzroku pozbawił, chciałbyś jeszcze duszę mi wydrzeć z ciała?“ Nie dał na to Światopełk żadnej odpowiedzi; zwarły się zatém obadwa wojska, a po zaciętej walce, w której wiele ludu z obojej strony poległo, Wasilkowi i Wołodarowi dostało się zwycięztwo. Światopełk z dwoma synami swemi, tudzież synami książęcia Jaropełka, Światosławem synem Dawida Światosławica i inném rycerstwem, które go w boju najdzielniej wspierało, pospieszył do Włodzimierza, dokąd go już Wołodar i Wasilko z swém wojskiem nie ścigali, obawiając się zasadzek. Zostawiwszy potém Mścisława, syna z pobocznego łoża, w Włodzimierzu, wysłał Jarosława drugiego syna do Węgier, z żądaniem pomocy przeciw Wołodarowi i Wasilkowi, sam zaś udał się do Kijowa, aby nowe zgromadzić siły. Koloman książę Węgierski, ujęty prośbami i obietnicami Jarosława, syna Światopełka, przybył w ośm tysięcy wojska, mając z sobą dwóch biskupów; a stanąwszy obozem nad rzeką Wiar, począł oblegać i zdobywać zamek Przemyski, do którego się Wołodar był schronił. Pod tenże sam czas Dawid wróciwszy z Polski od książęcia Władysława, u którego z żoną i rodziną dotąd gościł, i zostawiwszy żonę u Wołodara w Przemyślu, udał się do Połowców, celem wyjednania u nich przeciw Światopełkowi posiłków, których mu Polacy odmówili. Szczęśliwém zdarzeniem napotkał w drodze oddział Połowców pod wodzem Boniakiem, poprowadził ich zatém na pomoc Wołodarowi i zamkniętym od Węgrów oblężeńcom w Przemyślu. Stanąwszy obozem niedaleko Przemyśla Boniak wódz Połowców, wstał o północy i udał się do pobliskich zarośli i lasów, kędy zawył na wilki, a gdy wilki ozwały się wzajemném wyciem i zbiegły, Boniak wrócił do swoich i kazał im chwytać za broń, upewniając ich z pomyślnej wróżby t. j. wycia wilków o zwycięztwie. Zaraz więc nazajutrz podzielił wojsko swoje na trzy części, i jednym zastępem uderzył na obóz Węgierski, zostawiwszy resztę sił w odwodzie. Ten za pierwszém natarciem, namówiony przez wodza Boniaka, udał się zwyciężonym i pierzchnął, a wojsko Węgierskie uwierzywszy w jego porażkę, zapędziło się za nim zbyt daleko w pogoni. Wtedy dopiero Boniak z książętami Ruskiemi i Połowieckiemi i odwodowym oddziałem Połowców wpadł z tyłu na Węgrów i pobił ich na głowę. Wielu z Węgrów poległo lub utonęło w rzece Wiar, inni rozpierzchli się po lasach i górach, gdzie od Rusinów i Połowców przez dwa dni ścigani, częścią wyginęli częścią dostali się w niewolą; między nimi jeden biskup Węgierski, nazwiskiem Kupran, z wielu znakomitemi rycerzami legł zabity. Książę Koloman uszedł niebezpieczeństwa, ale cztery tysiące Węgrów w pierwszym dniu, drugie tyle zginąć miało w następnym. Rusini i Połowcy zdobyli obóz Węgierski; Jarosław syn Światopełka z małym pocztem umknąwszy schronił się do Polaków stojących w Brześciu, gdy między Węgrami nie sądził się w ów czas bezpiecznym. Książę zaś Dawid po tém zwycięztwie nabrawszy otuchy, poszedł odzyskać swój zamek Włodzimierski i obsaczył go swojém wojskiem. Tam gdy między oblegającemi i oblężonemi częste zachodziły utarczki, Mścisław syn Światopełka, któremu był ojciec obronę zamku Włodzimirskiego powierzył, wypuszczając z twierdzy strzałę na nieprzyjaciela, sam ugodzony strzałą niżej szczęki, zginął. O którego śmierci przez cztery dni tajonej gdy się piątego dnia dowiedziano, oblężeńcy postanowili zamek poddać Dawidowi, i głodem dłużej się już nie niszczyć. Obawiając się jednak, aby Światopełk nie karał ich za to surowo, wyprawili do niego gońców z doniesieniem, w jak wielkiém zostawali niebezpieczeństwie z przyczyny zgonu syna jego Mścisława i braku potrzebnej żywności, oświadczając, że zamek nieprzyjaciołom poddadzą, jeżeli im spiesznej nie przyśle pomocy. Światopełk dowiedziawszy się o ich niebezpieczeństwie, posyła im na odsiecz wojewodę i wodza swego Putatę. Ten przybył z wojskiem pod Włodzimierz w towarzystwie Świętosza, syna innego książęcia Dawida, który zobowiązał się zawiadomić wcześnie Dawida o wszystkiém co się działo w obozie Światopełka; a stanąwszy z wojskiem blisko zamku, drugiego dnia w cichości wszedł do twierdzy i z wielką natarczywością uderzył na wojsko Dawida spokojnie stojące i nieprzytomne, przełamał je, zdobył zajęte przezeń stanowiska, i zamek od oblężenia uwolnił. Poczém ustanowiwszy starostą Bazylego, Putata do Kijowa, Świętosz powrócił do Łucka. Dawid zaś uciekając przebrał się do Połowców, od których uzyskał posiłki, i z Boniakiem wodzem Połowców obległ w Łucku Świętosza, który swojém podejściem spowodował jego klęskę. Ten głodem przymuszony, ustąpiwszy z zamku Łuckiego, udał się do ojca swego do Czerniechowa. Dawid i Boniak ruszyli w dalszy pochód celem zdobycia Włodzimierza; których zbliżeniem się przerażony Bazyli starosta Włodzimierski, nie czekając ich przyjścia, opuścił zamek i uciekł, a Dawid z nie wielkim trudem tak Włodzimierski jako i Łucki zamek opanował.

Początek zakonu Cystersów.

Zakon Cystersów początek swój wiedzie od Roberta opata i jego następcy Alberyka, którzy zdają się jakby późniejszymi przetwórcami zakonu Ś. Benedykta, jego bowiem regułę przyjęli, i według niej obrali sobie żywot ostry i wstrzemieźliwy, porzuciwszy światowość i wszelkie zbytki; w krótkim czasie zakon ten znakomicie wzrósł i zakwitnął. Trzecim jego opatem był Stefan, który przyjął Ś. Bernarda z braćmi.

Rok Pański 1095.
Pomorzanie biorą znowu zamek Międzyrzecz. Młody książę prosi ojca swego Władysława, aby go posłał na Pomorzany w celu odzyskania Międzyrzecza który też wkrótce zdobywa i wielkie o sobie na przyszłość wzbudza nadzieje.

Młody książę Bolesław, przećwiczony już w żołnierce i obeznany z pierwszemi powinnościami służby wojennej przy Sieciechu wojewodzie Krakowskim i wodzu rycerstwa Polskiego na wyprawie Morawskiej, gdy doniesiono, że łotrzyki jakieś Pomorskie, opanowawszy zamek Międzyrzecz leżący ku granicy Saskiej, przyległą okolicę trapili rozbojami i łupieztwy, prosił ojca swego Władysława książęcia Polskiego, ażeby go posłał z wojskiem na odzyskanie rzeczonego zamku, nie już jak prostego towarzysza, ale jako dowódzcę. Długo ojciec nie chciał na to zezwolić, uległ nakoniec wielokrotnym prośbom i naleganiom, i posłał go na tę wyprawę, kazał mu jednakże słuchać wodza Sieciecha, aby płochość wiekowi właściwa nie uniosła go w sprawie, która się rozstrzygała orężem. Gdy rycerstwo swą przychylnością wspierało początkowy zawód młodego wodza, Międzyrzecz wkrótce oblężony został. Który lubo z przyrodzenia nader był obronny, bardziej go jeszcze Pomorzanie w nim zamknięci ku odparciu grożącego zamachu obwarowali. Z rozkazu zatém Sieciecha, a pod wodzą Bolesława zagrzewającego rycerstwo, obsadzono zamek wojskiem do koła, zwarto zasiekami i ogromnemi kłody, podsuniono wreszcie wieże drewniane z kuszami i taranami, któremi tłukąc nieustannie w ściany zamkowe, zrobiono w kilku miejscach wyłomy, a w szerzących się coraz więcej obaliskach wielu obrońców twierdzy ubito albo raniono. Gdy wreszcie w oblegających z każdym dniem wzrastała nadzieja zdobycia zamku, w oblężonych zaś rozpacz, Pomorzanie zmuszeni koniecznością i mniej już dbając na własną niesławę, umyślili pod dać zamek dobrowolnie. Wysłali zatém do książęcia Bolesława i wodza Sieciecha posłów, i ułożyli się w ten sposób, iż Pomorzanom wolno było wyjść bezpiecznie z końmi, taborami i wszelakim sprzętem wojennym. Po odzyskaniu zamku Międzyrzecza i uspokojeniu całej okolicy, wrócił z wojskiem książę Bolesław, przyjęty radośnie od ojca Władysława, który podziwiał w synu tak wzniosłe i godne męża przymioty. Miłując go bowiem serdecznie, uwielbiał w młodzieńcu rozwijający się geniusz bohatera, i często o tém rozmyślał, czego kiedyś przy takich zdolnościach mógł dokazać. Jakoż świeciły już wcześnie w Bolesławie te wielkie umysłu dary, któremi później odznaczył się w sprawach wojennych, zasłynąwszy rzadką w sztuce rycerskiej biegłością, sprawnością i przemysłem. I już w owym wieku uważano, jak żywym był i ognistym, jak umysł jego pełen wspaniałości ubiegał się za tém wszystkiém, co było ślachetném i wzniosłém. Wzrastały z wiekiem siły, i krzepił się w Bolesławie duch wojenny, zapał do spraw rycerskich i innych chwalebnych czynów.

Po zejściu Ś. Władysława króla Węgierskiego, Koloman syn Gejzy, porzuciwszy biskupstwo Waradyńskie, wstępuje na stolicę królewską.

Dnia dwudziestego dziewiątego Lipca umarł Ś. Władysław król Węgierski, który w Węgrzech lat ośmnaście sprawiedliwie i nader świątobliwie panował i wielu dzieł pobożnych i cnotliwych dokonał. On przyłączył do Węgier dwa królestwa, Dalmackie i Kroackie, które dwoistém prawem spadły nań dziedzicznie. Ostatni bowiem ich król Zaromar, krewny i powinowaty Władysława, zszedłszy bezpotomnie, odkazał rzeczone kraje Ś. Władysławowi dziedziczną spuścizną. Nadto rodzona siostra Ś. Władysława, żona Zaromara, która po zejściu męża zarządzała temi królestwy, zapisała je przy śmierci swojemu bratu. Pochowano króla Władysława w kościele Waradyńskim z wielką okazałością, a w jego miejsce obrany został Koloman, syn króla Gejzy, po zrzeczeniu się biskupstwa Waradyńskiego, na które był wyświęcony. Gdy bowiem Ś. Władysław nie zostawił żadnego potomstwa, a inni bracia jego pomarli, za uzyskaném od papieża rozgrzeszeniem Koloman objął rządy.

Rok Pański 1096.
Wrocław, od Polskich zbiegów opanowany, starosta zamkowy wydaje mnichowi Zbigniewowi.

Na Władysława książęcia Polskiego, który dotychczas panował szczęśliwie, kwitnąc rozrodzoném potomstwem, życiem długiém i potęgą, a słynąc wielką liczbą rycerstwa i świetnemi w bojach zwycięztwy, niespodziewane spadło nieszczęście. Miał on syna spłodzonego z nałożnicy, wprzódy jeszcze, nim mu Judyta porodziła prawego syna Bolesława. Dano mu imię Zbigniew, które znaczyło unikającego gniewu, przeto iż księżna Judyta, oburzona występkiem i wszetecznością męża, gniewała się na nałożnicę i jej potomstwo: dla uniknienia zatém słusznego gniewu macochy, chował się w ustroniu i w tajemnicy. Po śmierci księżny Judyty oddano go do Krakowa na nauki, w których gdy nieco postąpił, już-to dla pokrycia hańby nieprawego urodzenia, już dla usunięcia go od wspólności dziedzictwa ojcowskiego z prawym synem Bolesławem, zawieziono go do Saxonii, postrzyżono na mnicha i oddano do klasztoru, aby wydalony za granicę i zakryty szatą zakonną oszczędził ojcu niesławy, a po śmierci jego nie zawadzał i nie bróździł prawemu następcy Bolesławowi w odziedziczeniu królestwa. Było nadto w Czechach wielu z rycerstwa Polskiego zbiegów i wygnańców, bądź za długi albo zbrodnie sądowo skazanych, bądź unikających zawiści i prześladowania Sieciecha wojewody Krakowskiego, który pod ów czas u Władysława wielkiej używając wziętości, i górując nad innymi władzą, rozpierał się dumnie i zuchwale, i wielu z szlachty będących mu na zawadzie niesprawiedliwemi wyrokami obciążał albo z majątków wyzuwał. Tych Brzetysław książę Czeski nastrajając chytrze na zgubę Polski już-to namową, już hojnemi upominki, radził im (a nie trudno było podmówić umysły rozjątrzone i gniewne) „aby Zbigniewa, syna Władysława książęcia Polskiego, zamkniętego w klasztorze, nie z własnej woli, ale z rozkazu ojca, któremu się nie śmiał sprzeciwić, wyprowadzili na świat, i wodzem go swoim obrawszy, przyległą Czechom ziemię Wrocławską opanowali“, upewniając, że z strony Czechów nie doznają żadnej przeszkody, ale owszem wierną i skuteczną w swych zamysłach pomoc mieć będą. Ułudzeni owi zbiegowie i wygnańcy chytrą i pozorną radą Brzetysława, pochodzącą z zawiści jego ku Polakom, a niemniej zgubną dla samego doradcy (mniemał bowiem Brzetysław, że nie zdoła inaczej pomścić się na Polakach, jak zapaleniem u nich wojny domowej) chwycili się tej rady z ufnością. A pospieszywszy do klasztoru, w którym Zbigniew mieszkał, uprowadzili go z klauzury, mimo sprzeciwiania się mnichów, i jak Brzetysław radził, ruszyli do Wrocławia. Zarządzał wtedy grodem i ziemią Wrocławską z ramienia książęcia Władysława starosta (comes) nazwiskiem Magnus z załogą rycerstwa: mąż rodem i zacnością między Polakami znakomity, ale porywczy i namiętny. Żywił on w sercu zawziętą niechęć przeciw wojewodzie Sieciechowi, z przyczyny sporów i zatargów, które z dawna między nimi tlały. Ślą więc do niego owi zbiegowie i wygnańcy, już z Zbigniewem połączeni, posłów, z stosowną do okoliczności odezwą w tych słowach: „Wiemy starosto Magnusie, że rodu znakomitością i cnót zacnych ozdobą znacznie przewyższasz Sieciecha, i że wiele bez winy wycierpiałeś od tego człowieka, który i naszej sprawcą jest nędzy i tułaczki, a więcej jeszcze czeka cię prześladowania, jeżeli sobie i nam, i całemu narodowi Polskiemu, tylu krzywdami i tak ciężką od Sieciecha uciśnionemu przemocą, nie zaradzisz. Mamy między sobą syna książęcego Zbigniewa, i tego kraju którym zarządzasz, i innych ziem Polski, po ojcu już sędziwym i dogorywającym suchotniku dziedzica i następcę. Tego wraz z nami racz, prosimy, przyjąć do zamku, i użyczyć nam twej opieki, abyśmy nie postarzeli się na tém wygnaniu, albo w rozpaczy, gdyby nas nie przyjęto, nie chwycili się ostatecznych środków, z hańbą własnego rodu i ojczyzny. A jeżeli cię nasza nie wzrusza niedola, miej litość przynajmniej nad losem książęcia Zbigniewa, który także za sprawą Sieciecha wtrącony do klasztoru, nie mniej od nas cierpi i zelżywe ponosi wygnanie. Jeżeli go teraz w początkowym zawodzie wesprzesz, możesz z jego łaski zostać wywyższonym, i przodkować między starszyzną. A i Sieciecha, którego słusznie masz w nienawiści, nie inaczej zdołasz ukrócić i odeprzeć jego złośliwe a codzień wzrastające na poczciwych ludzi zamachy, jak tylko przez przyjęcie razem z nami Zbigniewa.“ Takie odebrawszy poselstwo od zbiegów i wygnańców, między którymi wielu było bliskiemi z nim połączonych związkami, Magnus starosta Wrocławski długo namyślał się i wahał, co miał uczynić: z jednej strony podżegała go nadzieja i żądza zemsty, z drugiej wstrzymywała wierność i uczciwość. W tej zatém wewnętrznej walce wezwał na radę znakomitszych panów ziemi Wrocławskiej, dla zasiągnienia ich zdania. Mieli oni także własne urazy do Sieciecha, i pragnęli wielce zachwiać obecny stan rzeczy; obawiali się nadto, aby Zbigniew z wychodniami i wygnańcami nie użył przeciw nim gwałtu i przemocy: uchwalili zatém jednozgodnie przyjąć go do zamku z całą rzeszą jego zwolenników, pod przysięgą jednak że przeciw ojcu i ojczyznie żadnego nie poważą się zamachu. Taką uchwałą spowodowany starosta Magnus, mąż z inąd niepokalanej wierności i poczciwości, i wielu zacnemi przymiotami ozdobiony, częścią własne, częścią ojczyzny mając dobro na względzie, wpuścił Zbigniewa do miasta wraz z zbiegami i wygnańcami, przyjął go z należném książęciu uszanowaniem, i w zamku Wrocławskim umieścił, a mimo skąpstwa, o które go obwiniano, jemu i wszystkim wraz przybyłym hojnie dostarczał żywności: tak dalece nierozważną uniósł się zawiścią przeciw Sieciechowi.

Władysław książę Polski wyprawia posła do Wrocławia, z naganą, że Zbigniewa i zbiegów Polskich do miasta i zamku wpuścili.

Skoro o tém przyjęciu Zbigniewa przez Magnusa starostę Wrocławskiego dowiedział się książę Władysław, wielce się nań rozżalił, za ciężką w obec narodu uważając sobie zniewagę, że mu przychodziło wojnę toczyć domową z synem nieprawym i hałastrą zbiegów i wygnańców, połączonych z jego nieprzyjaciołmi Czechami. Ale skorszy nierównie zawrzał gniew w sercu Sieciecha wojewody Krakowskiego, który wiedział dobrze, iż ów rokosz Wrocławski powstał z zawiści i mściwości ku niemu wielu obywateli, bądź zbiegłych z ojczyzny, bądź wywołanych. Obawiał on się za swoje sprawy niecne, już dokonane i nadal zamierzone, przy wzrastającej słusznie przeciw niemu niechęci, obszerniejszego zamachu i upadku swojej władzy. Śle więc do Wrocławia od książęcia Władysława posła, aby zgromił przeniewierstwo starosty Magnusa, szlachty i panów Wrocławskich, że ważyli się przyjąć do zamku Zbigniewa, zbiegów i wygnańców, a nawzajem żeby usprawiedliwił Sieciecha. Ten zabrawszy głos w obec licznego zgromadzenia Wrocławian, mówił: „Dziwi się książę Władysław, a bardziej jeszcze ubolewa, żeście nieprzyjacioł jego, to jest syna Zbigniewa zasłanego do obcej ziemi, tudzież zbiegów i wygnańców, za jego niemal sprawy potępionych, przyjęli do swego miasta i zamku, nie opowiedziawszy się swemu prawemu i dziedzicznemu panu, któregoście odstąpili dla połączenia się z występnemi. Chce tedy wiedzieć książę i zapytuje, jako ma was uważać? czy za buntowników i zdrajców ojczyzny, spiknionych na jej zgubę z jawnemi nieprzyjaciołmi Czechami, czy za wiernych i przychylnych poddanych?“ Odpowiedział poselstwu książęcemu Magnus starosta Wrocławski: „że nie z zuchwalstwa ani w zamiarach buntowniczych, ani dla wydania zdradziecko ojczyzny w ręce Czechów, których chytrość i nienawiść ku narodowi Polskiemu jako bliżsi sąsiedzi dobrze znali, ale z słusznych pobudek przyjęli do swego społeczeństwa i miasta Zbigniewa, pobocznego syna książęcia, a z nim wychodźców i wygnańców Polskich; nie iżby po nieprzyjacielsku knowali przeciw książęciu i ojczyznie zamachy, ale żeby w powszechnej nawałności, którą wzburzył Sieciech, nie byli zmuszeni z ohydą kraju i imienia Polskiego żebrać wsparcia u obcych; że nie wyłamują się bynajmniej z wierności i posłuszeństwa swemu książęciu Władysławowi i synowi jego przesławnemu Bolesławowi; lecz nie mogą dłużej znosić pychy i przewrotności Sieciecha, który nieprawością swoją czyni zakałę rządom i sprawom swego książęcia, i nadal lękać się każe swego gorszącego wpływu.“ Chciał poseł książęcy, jak mu rozkazano, obszernemi słowy uniewinniać sprawy Sieciecha, ale lud z nienawiści ku niemu taką uniósł się zapalczywością, że byłby onego posła ubił na miejscu, bo już porwał się do kamieni, gdyby starosta Magnus z znakomitszemi panami nie byli się za nim wstawili.

Władysław książę Polski karci zuchwalstwo zbiegów, a wodza ich Zbigniewa, swego pobocznego syna, chwyta i osadza w więzieniu.
Gdy za powrotem z Wrocławia oznajmił poseł książęciu rzecz całą, jakiego doznał obejścia i jaką dał odpowiedź starosta Magnus, panowie i pospólstwo; Władysław, lubo obciążony już laty, trudami wojennemi i domowemi złamany, zachowujący jednak w słabém ciele umysł czerstwy i silny, uznawszy, iż nie należało bynajmniej tracić czasu, wziął się natychmiast do oręża, i powołał rycerstwo na wyprawę, aby szerzące się coraz więcej powstanie wygnańców i zbiegów stanowczym ciosem potłumić. Zostawiwszy potém syna Bolesława w Krakowie, wyruszył do Wrocławia. Wszystkie w okolicy tego miasta zamki i warownie i ich załogi pospieszyły zaraz na wyścigi z oświadczeniem książęciu swemu Władysławowi wierności i posłuszeństwa. A gdy książę zbliżał się do Wrocławia, wyszedł przeciw niemu biskup Wrocławski Żyrosław na czele całego duchowieństwa, urzędników i zebranego tłumu wszystkich stanów, witając go jako prawego książęcia, dziedzica i pana, i z uczciwością należną wprowadził do miasta. Otwarto razem i bramy zamku, który zajmował starosta Magnus; zaczém wszedł do niego książę Władysław z całém rycerstwem swojém, od tegoż starosty przyjęty z największą czcią i pokorą. Zbigniew i połączeni z nim zbiegowie i wygnańcy, obawiając się nie tak Władysława książęcia, którego znali łaskawe i skłonne do litości serce, jako raczej srogości i zemsty Sieciecha, widząc się przytém opuszczonemi od wszystkich, nawet od starosty Magnusa, uciekli nazajutrz do miasta Kruszwicy, zaludnionego w ów czas wielką liczbą obywateli i gminu, i zamek wraz z miastem opanowali. Władysław książę, naganiwszy łagodnie Magnusa starostę, szlachtę i obywateli Wrocławskich, że bez jego zezwolenia wpuścili do miasta Zbigniewa, wychodźców i wygnańców, odebrał Magnusowi za karę rząd miasta i ziemi Wrocławskiej, a poruczył je w straż i dozór synowi swemu Bolesławowi i jego ochmistrzowi Wojsławowi. Sam zaś krótko w Wrocławiu zabawiwszy, zabrał wojsko i ruszył spiesznym pochodem do Kruszwicy celem uskromienia buntowników. Tymczasem Zbigniew ściągnął na pomoc Pomorzan, którzy jako zawsze książęciu Władysławowi nienawistni, a przytém pełni przekonania, że ta sprawa zarazem ich dotykała, nie tylko sami pospieszyli, ale nadto Prusaków i innych pogan sprowadzili do Kruszwicy. Zaufany Zbigniew w tak mnogiej zgrai, która wojsku jego ojca liczbą niemal wyrównywała, pewne sobie nad nim rokował zwycięztwo. Zaczem bez żadnej zwłoki, z siedmią hufcami wychodźców i zbiegów, i połączonemi tłumy Pomorzan i Prusaków, wyszedł przeciwko ojcu, i nad jeziorem Gopłem w bliskości miasta Kruszwicy bitwę stoczył. Z wielką zaciętością zbiegowie owi i wygnańcy dobijali się zwycięztwa; tyle więc krwi w tej walce wytoczono, że zarumienione nią jezioro i ciałami poległych zarażone, ani wody do picia, ani ryb do jedzenia zdatnych przez długi czas dostarczać nie mogło. Z wojska książęcia Władysława nie wielu było zabitych, a znaczna liczba rannych; w Zbigniewa zaś wojsku sprawiona rzeź okropna, która je wytępiła prawie do szczętu. Sam Zbigniew z małą garstką niedobitków uciekł do zamku Kruszwickiego, gdzie poimany dostał się żywcem w ręce ojca, miasto zaś Kruszwica za sprzyjanie Zbigniewowi oddane na łup żołnierstwu. Od tego czasu to miasto obrane z bogactw i ozdób, nic prócz imienia z dawnej świetności nie zachowało. Z Kruszwicy książę Władysław udał się do Mazowsza; Zbigniewa syna osadziwszy w zamku w więzieniu, oddał pod straż wojewody Krakowskiego Sieciecha, a to za zdaniem wielu panów radnych, którzy w ten sposób zapobiedz chcieli, ażeby najpodlejszy i najgorszych obyczajów wyrodek nie bratał się z prawym synem monarchy. Wielce bowiem miłował ojciec Bolesława, nie mniej kochali go wszyscy znakomitsi panowie i dostojnicy, przewidując, że w swoim czasie wielkim będzie i sławnym w ojczyznie i u obcych narodów mężem. Jakoż przy niezwykłej żywości umysłu, zalecał on się siłą i czerstwością ciała; wytrwały na zimno równie jak na skwary, pochopny do wojny czy-to zaczepnej czy odpornej, i pogardzający śmiercią, śmiało nadstawiał żywot, narażając się na ciosy i blizny.

Brzetysław książę Czeski najeżdża Polskę, bierze przemocą zamek Bardo, a inny wystawia i daje mu nazwisko Kamieńca. Wróciwszy potém do kraju, wypędza z Czech rodzinę Rawitów, za to, iż Polakom zawsze sprzyjała.
Brzetysław książę Czeski, korzystając z sposobnej pory, jako był przyrzekł wychodniom i wygnańcom Polskim, ruszył zbrojno ku ziemi Wrocławskiej, i wtedy właśnie, gdy pod Kruszwicą toczyła się walka między ojcem i synem, najechawszy część królestwa Polskiego leżącą nad rzeką Neissą, łupił włości i palił; zamek tudzież Bardo na brzegu Nissy położony, i żadną nie opatrzony załogą, opanował i ogniem zniszczył. Upatrzywszy zaś poniżej nad tąż rzeką Neissą skałę ze wszech stron przepaścistą i nakształt wieży sterczącą, która u podnóża szersza, ku wierzchołkowi coraz więcej się zwężała, przedstawiając jakby grodziec ręką przyrody zbudowany, umocnił ją lepiej jeszcze ostrokołami, i wystawił na niej zamek, nazwany Kamieńcem, dlatego że na kamiennej stanął posadzie, które nazwisko po dziś dzień zachowuje. A umieściwszy w nim załogę, wrócił do Czech. Oddał później ten zamek Polakom przez szacunek dla Bolesława, syna Władysława książęcia Polskiego. Miejsce to sławne jest liczném zgromadzeniem mnichów zakonu Ś. Benedykta, których tam Bolesław Wysoki, książę Wrocławski, Lignicki i Głogowski, pierwszy założyciel klasztoru, dla chwały Bożej osadził, i nadaniem obszernych posiadłości, miasteczek, wsi i folwarków, hojnie uposażył. Powróciwszy Brzetysław do Czech, wygnał z kraju Mączynę i Kojatę, z rodu Werszowców (Urszovicenses), którzy u Polaków Rawitami się zowią, obwinionych, jakoby przeciw Czechom zawsze Polakom służyli, a zwłaszcza w ostatniej wojnie, którą prowadził z Władysławem książęciem Polskim, skrycie im sprzyjali, i zamiary jego zdradziecko Polakom wyjawili. Zabrał im nadto wszystkie majątki ruchome i nieruchome, i do skarbu książęcego przydzielił. Ci gdy ze wszystkiego wyzuci, odarci i nadzy prawie do Polski przybyli, Władysław książę Polski przyjął ich łaskawie i z uprzejmością podejmował, a na opatrzenie ich potrzeb tak im obydwom jako i ich rodzinie nadał obszerne włości.

Rok Pański 1097.
W czasie poświęcenia kościoła Gnieźnieńskiego, z wielką obchodzonego uroczystością, Pomorzanie ubiegają zamek Santok: ale w nocy strwożeni osobliwszém widziadłem, pierzchają haniebnie i w ucieczce do szczętu wytępieni giną.

Marcin arcybiskup Gnieźnieński, ubolewający z dawna, że kościół jego metropolitalny jeszcze po ten czas nie był poświęcony, przeznaczył dzień pierwszy Maja na tę uroczystość; którą żeby tém więcej uświetnić, zaprosił Władysława książęcia Polskiego, księżnę Zofię, Bolesława syna książęcego, wszystkich niemal biskupów, panów i dostojników królestwa, aby ją obecnością swoją zaszczycili. Pomorzanie, doświadczywszy tylekroć, że jawnemi siłami niczego dokazać nie mogli, z zwykłą sobie chytrością postanowili korzystać z pory, nad którą sposobniejsza nigdyby się może nie wydarzyła, i w przeddzień poświęcenia kościoła, kiedy wiedzieli iż książę Władysław i wszyscy prawie panowie Polscy zajęci byli uroczystością, pokusili się o opanowanie zamku Santoka. Już bowiem wielu Polaków w nim zamieszkałych przekupiwszy pieniędzmi, skłonili do poddania twierdzy w dniu na to przeznaczonym. O późnej więc nocy, cicho i w milczeniu podstąpili pod zamek, a za umówionym znakiem, przy pomocy onych zdrajców, po spuszczonych linach dostali się do twierdzy. Aliżci gdy się radują że już zamek mają w swej mocy, i chcą posuwać się dalej w głąb twierdzy, aby imać straże zdradzone przez swych towarzyszów, z nagła strach ich zdjął okropny, tak iż wszyscy niemal skamienieli. Ukazał im się bowiem rycerz na białym koniu, mający w prawej ręce miecz, którym wywijał, grożąc pewnym ciosem każdemu, który przed nim nie ustępował. Rozpierzchnęli się zatém przelękli Pomorzanie, błądząc w pomroce i utykając po nieznanych zakątkach, kędy którego przygoda niosła przed dosięgającym jego karku mieczem: każdemu bowiem zdawało się, że ów rycerz na niego osobiście nacierał. Rozruch i zgiełk sprawiony przez uciekających zbudził nawet drzymiących rycerzy straży zamkowej, którzy sami ledwo ochłonąwszy ze strachu, poczęli ścigać nieprzyjacioł spłoszonych oném widmem cudowném, i większą część trupem położyli, resztę poimali w niewolą. Ocalenie wtedy zamku i życia zagrożonego takiem niebezpieczeństwem przypisywali słusznie Boskiej opatrzności za przyczyną Ś. Wojciecha biskupa i męczennika. I on-to miał być owym jeźdźcem na białym koniu, który spłoszył Pomorzan wdzierających się do zamku, jak z niewątpliwych znamion mogli się domyślać. Odprawili zatém nabożeństwo ku czci i chwale tego Świętego, składając mu korne dzięki za ocalenie im życia i zamku, i głosili przed światem wielkie jego zasługi u Boga, za którego łaską użyczył w owej nocy tak zbawiennej dla Polaków i skutecznej opieki kościołowi poświęconemu jego imieniu.

Władysław książę Polski Zbigniewa z więzów uwalnia, i za życia obu synom dziedzictwa wyznacza.

Po odbytej uroczystości poświęcenia kościoła, Władysław książę Polski, za wstawieniem się i usilnemi prośbami Marcina biskupa Gnieźnieńskiego, tudzież wszystkich biskupów i panów Polskich, którzy temu obrządkowi byli przytomni, Zbigniewa przyrzekającego, że ojcu będzie odtąd wiernym i uległym, uwolnił z więzienia, i obydwóch synów, dawszy im liczne wojsko, wysłał na Pomorze. Lecz gdy ci, z powodu wszczętych między nimi sporów o pierwszeństwo i władzę, nic ważnego nie zdziaławszy do domu wrócili, ojciec, zmartwiony tą gorszącą braci niezgodą, obawiając się, aby po jego śmierci do większych swarów nie przyszło, podzielił między nich królestwo Polskie w ten sposób, że Bolesławowi jako prawemu synowi przeznaczył ziemię Krakowską, Wrocławską, Sandomierską, Sieradzką, i co przedniejszą spuściznę; Zbigniewowi zaś Pomorze, część Wielkiej Polski, Łęczycę, Kujawy i Mazowsze; rząd wszakże nad temi wszystkiemi powiatami, i dochody z nich czerpane, zatrzymał przy sobie aż do śmierci, po której dopiero miał każdy z synów bez sprzeczki objąć przeznaczoną sobie dzielnicę.

Książęta Ruscy z Świętopełkiem książęciem Kijowskim zawierają pokój i zgodę.

Włodzimierz, Dawid i Oleh, książęta Rusi, zamierzywszy najechać i złupić księstwo Kijowskie, wyprowadzili swoje wojska do boju; które gdy pod Horodcem stanęły obozem, zaszedł im drogę Światopełk książę Kijowski, i postanowił z odwagą sprobować szczęścia. Za pośrednictwem atoli przedniejszych panów, ułożono wzajemną między książętami zgodę, poczém każdy do swego kraju wrócił spokojnie.

Czwartego dnia Października ukazała się na zachodniej nieba stronie kometa z miotłą ognistą. Nadzwyczajne powodzie przeszkodziły zasiewom jesiennym, zkąd powszechny nastąpił nieurodzaj.

Po Baptyście biskupie Włocławskim wstępuje na stolicę Paulin.

Baptysta I, biskup Kruszwicki czyli Włocławski, po piętnastoletnim zarządzie kościoła Kruszwickiego, umarł, i w tymże kościele pochowany został. W jego miejsce postanowiony od Urbana II papieża Paulin I, rodem Włoch.

Rok Pański 1098.
Bolesław i Zbigniew, synowie książęcia Polskiego Władysława, układają spisek przeciw Sieciechowi wojewodzie Krakowskiemu.

Podzieliwszy królestwo Polskie między synów swoich, Bolesława prawego, i Zbigniewa z pobocznego łoża, wrócił książę Władysław do Mazowsza; ta bowiem okolica z położenia swego zdawała mu się do mieszkania nad wszystkie inne przyjemniejsza. Tymczasem przybiega spiesznie goniec z doniesieniem, że Brzetysław książę Czeski zgromadza wojska, mając zamiar najechać niespodzianie Polskę, a naprzód ziemię Wrocławską. O czém gdy Władysław książę ostrzegł syna swego Bolesława, zarządzającego z woli ojca Wrocławiem i ziemią okoliczną, polecając mu zarazem, aby się wziął do broni dla stawienia Czechom odporu; wnet Bolesław wykonał rozkaz ojca, i ruszył z wojskiem na granice królestwa. Ale skoro wojsko postrzegło, że Wojsław ochmistrz książęcy nie znajdował się na wyprawie, zaraz wielkie powstało podejrzenie, a potém szemrania między rycerstwem, które nakoniec w głośne wybuchnęły krzyki; wszczęte domysły podejrzliwe każdy z osobna powiększał, wnioskując i rozprawiając: że nie bez przyczyny Wojsław uchylił się od boku książęcia, i wychowańca swego w tak niebezpiecznym razie odstąpił; wszyscy przypuszczali jednozgodnie, że porzuciwszy Bolesława przystał do Sieciecha wojewody Krakowskiego, i za tych obu zdradą i namową nakazał Władysław wyprawę przeciw Czechom, u których, jak szpiegowie zeznawali przed Bolesławem, żadnego nie było poruszenia; chcieli bowiem w ten sposób Sieciech z Wojsławem narazić książęcia na śmierć lub poimanie w niewolą. Nienawidził bowiem Sieciech obu synów książęcych, i stał im po nieprzyjacielsku na zdradzie, osobliwie Bolesławowi, którego nadzwyczajna sprawność we wszystkiem cokolwiek zamierzył, groziła mu kiedyś po śmierci panującego monarchy upadkiem. Nawzajem obaj książęta nie lubili Sieciecha jako osobistego nieprzyjaciela, który wszystkie prawie zamki i warownie w dzielnicach królestwa Polskiego im przeznaczonych, za zezwoleniem książęcia Władysława częścią sam trzymając, częścią oddając w posiadanie swoim krewnym albo stronnikom, przemyślał o zgładzeniu obydwóch książąt i ogarnieniu rządów królestwa, jak o tém powszechne chodziły pogłoski, czy to z nienawiści ku Sieciechowi, czy z przyczyny podejrzeń, które ściągnęła jego chytrość i przewrotność; spiknęli się więc obadwaj bracia, Bolesław i Zbigniew, na zniweczenie jego zamiarów, i przysięgli nawzajem pomagać sobie wiernie i życzliwie. Zaczém gdy rycerstwo nie przestawało szemrać i wyrzekać, że je wraz z Bolesławem powołano do broni, nie dla prowadzenia wojny, ale dla wystawienia go na niebezpieczeństwo, uchwalono porzucić wyprawę i uniknąć zdradziecko wymierzonych ciosów, a do wspólnej rady i pomocy przyzwać Zbigniewa. Który gdy według umowy natychmiast przybył, ruszyli obaj książęta spiesznym pochodem do Wrocławia, żeby go Sieciech lub jego stronnicy nie ubiegli. Tu zgromadziwszy wszystkich obywateli miasta i ziemi Wrocławskiej, Bolesław książę przemówił do nich temi słowy: „Do czego zmierza, i jak daleko zapędza się chytra przewrotność i pycha Sieciecha wojewody Krakowskiego, nikomu z was jak mniemam nie tajno. Oto owładawszy i zupełnie prawie podbiwszy umysł naszego ojca, który bądź-to osłabiony wiekiem, bądź obłudą i przebiegami Sieciecha omamiony, we wszystkiém stał mu się powolnym i uległym, dumne roi zamiary, aby po śmierci jego panowanie sobie przywłaszczył, i już tym celem wszystkie zamki i warownie w królestwie Polskiém pod swoję zagarnął zwierzchność i władzę. Nam zaś, czego bez żalu i oburzenia wyrzec nie mogę, a mówią to raczej te łzy, które widzicie, wyciśnione boleścią i goryczą (tu książę rzewnie zapłakał), nam obydwom, zrodzonym i wychowanym do panowania, zgubę chytrze gotuje, i głowy nasze, jakoby najsroższych wrogów i barbarzyńców, na targ siepaczom wystawia. Ostatnia nadzieja nasza w tém mieście, którego nie dosięgło jeszcze i nie skaziło wszechwładztwo Sieciechowe, a na którego prawej i z dawna doświadczonej wierności śmiało polegać możemy. Do was się zatém udajemy, waszej poruczamy się wierze i przychylności; zewsząd prawie wygnani, tu chcemy przetrwać burzę wznieconą zuchwalstwem Sieciecha, nie śmiejąc powierzyć się żadnej innej stolicy, z bojaźni uknowanego na życie nasze zamachu. A jeżeli nam, dziedzicom królestwa, i wy w tém mieście nie dozwolicie schronienia, pójdziem w świat na dobrowolne wygnanie, aby ocalić przynajmniej życie, na które godzi chytrość i przewrotność Sieciecha.“ Wzruszyły się wszystkich serca nad niedolą synów książęcych, i częścią z litości nad młodzieńcami, częścią z nienawiści ku Sieciechowi, takiém zawrzały uniesieniem, że z głośnemi okrzyki poprzysięgli tę wierność i posłuszeństwo, które dotąd winni byli książęciu Władysławowi, ku nim zwrócić, i poświęcić dla ich dobra. Prosili zatém, aby żadnej nie czyniąc zwłoki, wojska, jakie wyprowadzić przystało przeciw Czechom, nowemi jeszcze poczty zwiększywszy, poprowadzili w to miejsce, kędy ojciec ich przebywał, dla zniweczenia zuchwałych zamysłów Sieciecha, wprzód nimby Władysław zszedł ze świata.
Gdy się to dzieje w Wrocławiu, przybywa Wojsław ochmistrz Bolesława, a nie wiedząc o niczém, żąda wstępu do miasta dla zajęcia się swym obowiązkiem przy boku książęcia. Nie wpuszczono go atoli z tej przyczyny, że jako bliski krewny Sieciecha stał się był podejrzanym o knowanie z nim spisku na życie Bolesława. Chciał Wojsław oczyścić się z potwarzy, zarzekając się, że z Sieciechem żadnego nie miał porozumienia, i nie zagładę ale raczej dobro i sławę jak największą wychowańca swego miał na celu: lecz z nienawiści ku Sieciechowi słuchać go nawet nie chciano, i nie dozwolono mu, mimo jego usiłowania, połączyć się z wojskiem idącém do Żarnowca, gdzie książę Władysław, jak wieść niosła, przebywał. Bolało wielce Wojsława to podejrzenie o spisek, do którego się bynajmniej nie poczuwał, utrata zaufania i czci należnej jego zasługom, dla urojonej zbrodni, która nigdy w myśli jego nie powstała.

Książęta Bolesław i Zbigniew, po wielu sporach i zatargach, wypędzają z kraju Sieciecha wojewodę Krakowskiego, czemu ojciec Władysław napróżno przeszkodzić usiłuje.

Zgromadzone wojsko, z Wrocławia ruszywszy do Mazowsza pod dowództwem Bolesława i Zbigniewa, stanęło obozem pod Żarnowcem, lichém miasteczkiem, gdzie książę Władysław z dworem swoim przemieszkiwał. Zaczęła się rozprawa między ojcem a synami, nie orężem, bo wszyscy brzydzili się taką zbrodnią, ale wzajemném do zgody pośrednictwem. Wiedzieli, że wszystek spór o to się toczył, aby książę Władysław ojciec oddalił od siebie wojewodę Krakowskiego Sieciecha, żeby mu odjął wszystkie zamki i warownie zwierzchnictwu jego poruczone, gdy zlane nań zbyt hojną ręką dobrodziejstwa podnosiły go w pychę i zuchwałość, ubliżającą godności monarchy, a zagrażającą jego synom niebezpieczeństwem i zgubą. „Nie podnosimy ręki (mówili książęta) przeciw naszemu ojcu, któremu owszem chcemy zawzdy publicznie i prywatnie cześć powinną oddawać, ale zamierzyliśmy tylko ukarać naszego wroga, który nie mogąc nas zgładzić jawnie orężem, przekupił i nasadził na życie nasze siepaczów. Błagali ojca, żeby obłudy i przewrotności Sieciecha, która rzeczpospolitą pochyliła prawie do upadku, nie ważył więcej nad wierność i przychylność synów i wszystkich zacnych obywateli, a straż i dozór zamków poruczył raczej synom, swoim następcom, niż Sieciechowi.“ Do tych sprawiedliwych żądań, za usilną namową biskupów i innych duchownych, którzy dla zagodzenia owego sporu razem się byli zgromadzili, skłonił się książę Władysław i postanowił natychmiast oddalić Sieciecha, zobowiązawszy się nadto przysięgą, że go nigdy do władzy i dostojności, jaką posiadał, nie przywróci. Zaczém książęta, broń złożywszy, udali się do ojca, i z korném czołem a należną mu uczciwością wzajemnie się pojednali. We dwa dni potém, gdy Sieciech wojewoda ustępował do zamku, który był sam zbudował i obwarował mocno wałami i okopami, a od imienia swego Sieciechowem nazwał, spodziewając się, że w nim może mieszkać bezpiecznie, Bolesław i Zbigniew poszli za nim z licznemi poczty rycerstwa, aby go poimać, a przynajmniej, jeśliby to się nie udało, wypędzić z kraju. Nie chciał tego dopuścić książę Władysław; aby przeto takowemu zamiarowi synów i wszystkiego rycerstwa przeszkodzić, a Sieciecha od grożącego zasłonić niebezpieczeństwa, przebrawszy się i zmieniwszy zupełnie swoję postać, o północy, kiedy mniemano, że spoczywał spokojnie w obozie synów i w swoim książęcym namiocie, z trzema tylko zaufanymi sługami siadł w łódkę, i Wisłą, która w tych miejscach znaczną już ma obszerność, popłynął do Sieciecha. Postępek ten książęcia Władysława wielce pomieszał Bolesława i jego rycerstwo. Naradzał się Bolesław, czyli gonić dalej Sieciecha, czyli miał się zatrzymać. Po długiém wahaniu się, postanowił wreszcie za powszechném zdaniem rycerstwa, w dzielnicach od ojca obu synom naznaczonych poosadzać główne miasta i zamki, które Bolesław i Zbigniew mając w swém posiadaniu mniejby już obawiali się Sieciecha, gdyby po śmierci ich ojca knować chciał jakie zdradzieckie zamiary. Natychmiast więc Bolesław zajął i osadził Kraków, Sandomierz, Sieradz i inne zamki w dzielnicy swojej. Ale Zbigniew odpędzony sromotnie od zamku Płockiego, który osadzony był silną wojska załogą, już bowiem i książę Władysław do niego był powrócił, nie śmiał kusić się o inne warownie. Połączywszy potém swoje wojska Bolesław i Zbigniew, otaczają miasto i zamek Płocki, domagając się koniecznie rozłączenia ojca z Sieciechem. Tymczasem przybył do Płocka Marcin arcybiskup Gnieźnieński, lubo obciążony laty, ale jeszcze czerstwy i przytomny starzec, chcąc pośrednictwem swojém pojednać ojca z synem, aby z onych zatargów domowych straszniejsza dla całego królestwa nie wybuchnęła burza. Jakoż nakłonił Władysława, że pierwsze przyrzeczenie swoje oddalenia na zawsze Sieciecha mocniejszém zobowiązaniem a nawet przysięgą potwierdził. Uśmierzyły się zatém z obu stron gniewy i niechęci: a gdy Władysław dotrzymał słowa, wrócił pokój żądany. Książęta wypędzili z kraju Sieciecha, który na Ruś ustąpił, a Bolesław oddał ojcu pozajmowane przez siebie miasta i zamki. Natuławszy się ów Sieciech na wygnaniu przez lat kilka, za łaską dopiero Bolesława, a wstawieniem się biskupów i panów, odwołanym został z wygnania; ale nie odzyskał już dawnej potęgi i znaczenia, jakiego za książęcia Władysława aż do zazdrości innych panów używał. Pochodził on z rodu Toporczyków, mąż bystrego dowcipu, obrotny i do wszystkiego sprawny; miał za sobą przewagę licznych braci, krewnych i powinowatych, wielkie przytém posiadłości, z łaski książęcia Władysława jemu i jego rodzinie ponadawane. Czy–to pychy własnej, czy zazdrości cudzej było dziełem, popadł on w podejrzenie, jakoby zmierzał do przywłaszczenia sobie rządów królestwa. Powszechną zaś jest to zasadą i najważniejszą rękojmią bezpieczeństwa każdej monarchii, ażeby nikogo nie robić nazbyt wielkim.

Urban II papież składa z stolicy cesarskiej Henryka IV, po którym obrany syn jego Henryk ojca własnego osadza w więzieniu.

Urban II papież, pragnąc zasłonić kościół od prześladowań, jakie wymierzał nań Henryk IV cesarz, wyzuł go z wszelkich zaszczytów i władzy cesarskiej, zaleciwszy elektorom państwa, aby wybrali na tron syna jego Henryka, wiernego i nader powolnego kościołowi i stolicy Apostolskiej; którzy gdy według zalecenia papieża dopełnili wyboru, nowo wybrany Henryk, syn cesarza Henryka, chcąc usunąć zgorszenia, jakich się ojciec jego przeciw kościołowi dopuszczał, i nadal jeszcze lękać kazał, widząc przytém, że w obec żyjącego ojca wybór jego zdawał się wcale śmiesznym, poimał ojca i osadził w więzieniu.

Światopełk książę Kijowski odzyskuje zamek Włodzimierz, a kniaź Dawid ucieka do Polski i u książęcia Władysława szuka schronienia.
Światopełk książę Kijowski, postanowiwszy odzyskać zamek Włodzimierz i ziemię Wołyńską przez książęcia Dawida opanowaną, zaraz z wiosny ruszył z wojskiem złożoném z konnicy i piechoty, i szedł ku Włodzimierzowi. Zbliżaniem się jego strwożony książę Dawid, gdy i drużynie swojej, z niestatecznej wiary dobrze sobie znanej, nie wiele ufał, opuściwszy obóz umknął do Władysława książęcia Polskiego, z żoną i całym ruchomym dobytkiem. Światopełk zaś opanował zamek Włodzimierz; później wielkiego doznał ciosu, straciwszy syna Światosława, zabitego od swoich dnia 12 Czerwca.

Rok Pański 1099.
Bolesław wypędza Pomorzan z zamku Santoka, a Brzetysław książę Czeski, chcąc uczcić tak rzadkie przymioty dzielności i bohaterstwa w Bolesławie, składa mu dary znakomite.

Pomorzanie, naród niespokojny, a gotowy zawsze do napaści na Polskę, aczkolwiek dawniejsze nie powiodły im się wycieczki, nowemi przecież poczęli nań godzić ciosy. Zebrawszy wojska konne i piesze, podstąpili pod zamek Santok, który naprzód zdradą i przemysłem, a gdy ich nadzieja zawiodła, jawną siłą i przemocą zdobyć usiłowali. Bezskutecznemi okazały się obadwa środki, albowiem Santok, uważany niejako za port i wrota królestwa Polskiego, osadzony był silną rycerstwa załogą, a obok tej obronności miał jeszcze inne ubezpieczenie w samém położeniu miejsca. Nie zrażeni jednak Pomorzanie takowém niepowodzeniem, wybudowali naprzeciw tego zamku, (czego im Polacy z swej warowni wzbronić nie zdołali) drugi zamek z balów dębowych i innych materyałów, jakich im samo miejsce dostarczyło, i umocnili go wałami i wądołami, a to w takiej bliskości, że w obu zamkach rozmawiający wzajemnie słyszeć się mogli. Nader wiele obiecywali sobie Pomorzanie z opanowania tak ważnej u Polaków twierdzy, z której snadno było im w każdym czasie czynić wycieczki i najazdy na Polskę. O tak nie bezpiecznym zamachu dowiedziawszy się książę Władysław, rozkazał Zbigniewowi, do którego dzielnicy ta część królestwa należała, aby wziąwszy się do oręża pospieszył przeciw Pomorzanom, twierdzę nowo przez nich zbudowaną zburzył, i załodze oblężonej w Santoku czémprędzej podesłał posiłki. Wyszedł Zbigniew dla wypełnienia rozkazów ojca z wojskiem wprawdzie dostateczném, ale nie sprawił się z taką jak należało gorliwością, i nic nie dokazawszy powrócił, przez co upadli na sercu oblężeni w Santoku, a Pomorzanie hardo głowy podnieśli. Posłyszawszy o tém książę Bolesław, prawy syn książęcia Władysława, młodzieniec dzielnego umysłu i doświadczonej już w bojach odwagi, pobiegł tam acz z małym pocztem, aby zatrzeć niesławę brata swego, a oblężeńcom Santockim i ojczyznie spiesznej udzielić pomocy. Jakoż mimo szczupłe siły wielkich wkrótce dokazał rzeczy. Gdy bowiem Pomorzanie, widząc tak nieliczne wojsko, wysunęli się przeciw niemu, jedném natarciem pogromił ich i rozproszonych gnał aż do samych bram twierdzy, tak iż za uciekającemi o mało nie wpadł do zamku. Potém zburzywszy, a w części podpaliwszy most wystawiony przez Pomorzan, ścisnął wzajemnie oblężeniem i zatrwożył nieprzyjacioł, którzy niedawno zamek Polski oblegali. Dzielność tę i zapał Bolesława, nieletniego jeszcze młodziana, wielbili sami Pomorzanie, głośno powtarzając, że jemu piastować przystało oręż i zbroję, Zbigniewa zaś gnuśnego i niewieściucha odrzeć z ozdób rycerskich i postrzydz raczej na mnicha. Z obawy zatém, iżby nie byli zmuszeni ustąpić z zamku, który świeżo byli zbudowali, podpaliwszy go w nocy uciekli. Brzetysław książę Czeski, wuj rodzony Bolesława, słysząc z pociechą o nadzwyczajnej młodzieńca tego waleczności, zaprosił go do siebie przez wyprawione w tym celu posły, przyjął ze czcią i najczulszą przychylnością, a wracającemu oddał wzięty przez siebie zamek Kamieniec, zbudowany nad rzeką Neissą. A tak Bolesław jedną wyprawą dwóch pokonał nieprzyjacioł; Pomorzan startych orężem, a Czechów zdumionych jego sławą rycerską. Obdarzył nadto Brzetysław siostrzeńca swego licznemi upominkami, już-to z osobliwszego ku niemu przywiązania, już z uwagi na jego piękne przymioty, z których przewidywał, że będzie kiedyś sławnym w ojczyznie i u obcych książęciem. Przy odjeździe, odprowadzając go daleko, polecał mu stateczną dla siebie, jako wuja, i dla narodu Czeskiego przychylność, i wyrażał niewątpliwą nadzieję, że mu wzajemnej chęci nie odmówi. Odpowiedział Bolesław z powagą i uprzejmością; wróciwszy zaś do Polski, wszystkie podarunki, które był przyjął od wuja Brzetysława, rozdał między rycerstwo.

Po Stefanie biskupie Płockim wstępuje na stolicę Filip.

Stefan biskup Płocki, przeżywszy na tej stolicy lat jedenaście, umarł; pochowano go w kościele Płockim. Nastąpił po nim Filip dziekan Płocki, szlachcic z rodu Doliwczyków, obrany prawnie przez tajemne głosowanie, mąż dojrzałego wieku i rozumu, którego na prośbę Władysława książęcia i monarchy Polskiego papież Paschalis II potwierdził.

Książęta Ruscy przywołują z Polski Dawida, i wyznaczają mu część własnych posiadłości i dochodów.

Czterej książęta Ruscy, Światopełk, Dawid, Oleh i Wołodar, zwoławszy zjazd powszechny na dzień 10 Sierpnia w Wietyczach (Wyethicze), złożyli z swemi bojarami radę, a po rozmaitych namysłach i układach, umówili wzajemny między sobą pokój i zgodę. Na ten zjazd przybył z Polski wezwany od nich książę Dawid, a zabrawszy głos dopytywał się po co był przywołany, oświadczając zarazem, że każdemu, ktoby miał do niego jakie zażalenie, chętnie się usprawiedliwi. Książęta odpowiedzieli mu przez Włodzimierza: „Ty sam przez wyprawionego posła żądałeś, aby ci pozwolono na naszym zjeździe być obecnym, i użalić się na krzywdy których doznajesz. Otóż zasiedliśmy, gotowi sprawiedliwém uchem skarg twoich wysłuchać: mów zatém, czego żądasz.“ Gdy Dawid wniósł zażalenie, że go pozbawiono jego dziedzictwa, to jest księztwa Włodzimierskiego, książęta zeszli w osobną radę, i po wzajemnej namowie wysłali do Dawida posłów, ze strony Światopełka Putatę, z strony Włodzimierza Ratybora, od Dawida zaś i Oleha Torczyna, którzy przed nim poselstwo temi odprawiali słowy: „Nie myślą bynajmniej książęta Ruscy wrócić ci twej Włodzimierskiej stolicy, dlatego iż po nieprzyjacielsku, z orężem w ręku, często kraje Ruskie napastowałeś, czego przed tobą żaden za pamięci ludzkiej książę nie czynił. Nie chcą cię karać śmiercią ani więzieniem, ani żadnej przeciw tobie układają zemsty, dosyć mając na przebaczeniu winy; przydają jeszcze to dobrodziejstwo, że książę Światopełk z swej strony wyznacza ci Ostróg, Dubin i Czartorysk; Włodzimierz z swojej sto grzywien, Dawid i Oleh podobnież z swoich działów sto grzywien rocznego zasiłku, ażebyś między obcemi nie tułał się jako zbieg i wygnaniec z własną i ich ohydą.“ Przyjąwszy Dawid takowy układ, siadł spokojnie w swoim Bożesku. Światopełk do pomienionych posiadłości przydał mu jeszcze później Drohobuż, gdzie Dawid życie zakończył. Słano także z owego zjazdu posłów do Wołodara z zaleceniem, aby wziął do siebie ślepego Wasilka i sprawował z nim razem władzę książęcą w Przemyślu. Ale żądania tego obadwaj książęta nie przyjęli.

Rok Pański 1100.
Po odniesioném przez Bolesława książęcia walném i chwały pełném nad Pomorzanami zwycięztwie, ojciec jego książę Władysław pasuje go uroczyście na rycerza.

Władysław książę Polski, chcąc uwieńczyć bohaterskie czyny i zasługi syna swego Bolesława, wsławiającego się już głośno nawet u postronnych narodów, i roznieść blask tej wschodzącej z lędźwi swoich gwiazdy, która świetniejszą jeszcze rokowała przyszłość w pięknych i podziwu godnych przymiotach, młodzieńca mającego wtedy lat piętnaście umyślił ozdobić pasem rycerskim, w przekonaniu, że żaden zaszczyt nie mógł więcej podsycić i ukrzepić w nim szlachetnej żądzy sławy. Na dopełnienie więc tego rycerskiego obrzędu naznaczył dzień uroczysty Wniebowzięcia N. Maryi Panny, miasto Płock i tameczny kościół, który także tej Błogosławionej Dziewicy jest poświęcony. Zapowiedział zjazd wielki u dworu, i wszystkich biskupów, panów i dostojników Polskich na tę uroczystość zaprosił. Już się zbliżał dzień naznaczony, już przybywało wiele osób zaproszonych na mające się odprawiać ku czci monarchy i jego syna z wielkim przepychem i wspaniałością igrzyska, gdy z nagła doniesiono, że Pomorzanie, zawsze chytrzy i czyhający na sposobną okoliczność, i teraz korzystając z pory, zamek Santok licznemi tłumy oblegli, i znowu z całém wysileniem i właściwemi sobie sposoby kusili się o jego zdobycie. Spodziewali się bowiem, że Polacy w dniu przeznaczonym na obrządek pasowania Bolesława na rycerza, jako i w dwóch następnych, zajęci uroczystością i oddani powszechnej ochocie, nie pomyślą o bezpieczeństwie królestwa ani o obronie zamku, że snadno zatém będzie opanować wtedy zamek. Zuchwały ten acz dobrze pomyślany zamiar Pomorzan waleczność Bolesława zniweczyła. Odłożywszy bowiem na inny czas ów obrząd, w którym tak znakomitego miał dostąpić zaszczytu, ażeby go później nowemi czyny uświetnił, mimo odradzania biskupów dosiadł natychmiast rączego konia, i zabrawszy z sobą rycerstwo pod ów czas zgromadzone w Płocku, ruszył pod Santok, i na Pomorzan spoczywających w obozie i snem ujętych uderzył o samym świcie, a w popłochu sprawionym niespodziewaną napaścią łatwo ich pokonał, rozgromił, wyścinał, i w krótkim przeciągu czasu zniósł wszystkie wojska Pomorskie, których część legła pod mieczem, część przemocą w łyka zabrana; mała ledwo liczba ratowała się ucieczką. A tak, zbroczony krwią nieprzyjacielską, prowadząc za sobą liczne tłumy jeńców, wrócił do Płocka, gdzie go oczekiwał ojciec wraz z biskupami, starszyzną panów i wysłużeńców wojennych, zajmujący się uroczystością na cześć rycerstwa rozpoczętą. Gdy Bolesław złożył przed ojcem łupy świeżo zdobyte, sędziwy książę naprzód jemu, jako wybrańcowi swemu, przypasał miecz i przysięgę rycerską od niego odebrał, a potém pasował na rycerzy wielu z młodzieńców wolno urodzonych, rówienników Bolesława, i broni jego towarzyszów. Resztę dnia tego, jako i dni następne, strawiono na zabawach i wesołej ochocie, z podwójną i słusznie ożywiającą wszystkich radością. Bolesław, nad wiek swój i prawie nad miarę chciwy sławy, nie wzdrygał się żadnych trudów, żadnej nie unikał przygody, dla dobra i pokoju ojczyzny, dla jej pomnożenia i zaszczytu, gardząc wszelakiemi niebezpieczeństwy.

Myśliwiec przekupiony od Werszowców zabija zdradziecko na polowaniu Brzetysława książęcia Czeskiego, po którym brat jego wstępuje na stolicę.

Brzetysław książę Czeski dnia 21 Grudnia tegoż roku nędzną i niesławną zginął śmiercią. Gdy bowiem powracał z łowów, któremi się przez czas jakiś był zabawiał, i zatrzymał się w bliskości wioski Stebny, myśliwiec jego Wawrzyniec zwany Lorek, przekupiony hojną nagrodą i obietnicami Bożeja i Mutyny, szlachty z rodu Werszowców czyli Rawitów, którzy od Brzetysława z wszelakich dóbr ruchomych i nieruchomych wyzuci i na wygnanie skazani schronili się byli do Polski, oszczepem który miał w ręku, ugodził zdradziecko książęcia Brzetysława, i przeszył mu wnętrzności tak zabójczym ciosem, że książę trzeciego dnia z tej rany śmiertelnej umarł. Po nim brat jego rodzony, a z kolei młodszy, objął rządy.

Początek zakonu Templaryuszów.

Pod te czasy powstał zakon Templaryuszów, którzy najpierwej płaszcze białe a potem krzyż czerwony na nich wyszyty nosili. Pierwszymi założycielami tego zakonu byli Hugo i Gamfred, a Ś. Bernard ułożyć miał dla niego przepisy.

Po Urbanie II papieżu wstępuje na stolicę Paschalis II.

Urban II, papież, przesiedziawszy na stolicy lat dwanaście, miesięcy sześć i dni piętnaście, umarł w Rzymie i w kościele Ś. Piotra wspaniale pochowany został. Po nim nastąpił Paschalis II, Toskańczyk, z rodziny Bledów (de Bleda), zwany wprzód Rajnerem (Reginherius), kardynał tytułu Ś. Klemensa, który trzech papieżów–samozwańców, Alberta, Arnolfa i Teodoryka przemógł.

Światopełk książę Kijowski zwycięża i bierze w niewolą książęcia Jarosława.

Książę Jarosław Jaropełczyc wydał wojnę Światopełkowi książęciu Kijowskiemu; ale w stoczonej bitwie zwyciężony, dostał się w ręce Światopełka, który go związać kazawszy, zaprowadził do Kijowa i wtrącił do więzienia. Dopiero na usilne prośby metropolity Kijowskiego i duchowieństwa, gdy przyrzekł, że odtąd nie poważy się targnąć na Światopełka, wypuszczony został na wolność.

Dnia 15 Września książęta Ruscy, Światopełk, Włodzimierz, Dawid, Oleh i Jarosław, odprawiwszy zjazd z Połowieckimi książęty w Stakowie, zawarli wzajemny między sobą sojusz, który aby tém pewniej obwarować, dano z obojej strony zakładników. Czternastego dnia Kwietnia Wszesław książę Połocki zszedł ze świata.

Rok Pański 1101.
Ruskich książąt, po splądrowaniu Polski, wracających do kraju z wielkiemi łupy i mnogim gminem jeńców, Bolesław książę Polski dogania i na głowę poraża.

Nowego zaciągu rycerz, książę Bolesław, z nowym i nieznanym dotąd nieprzyjacielem wystąpił do walki. Ruscy bowiem książęta, Włodzimierz Nowogrodzki, Dawid z Olehem Pereasławscy, Wołodar Przemyski i Jarosław Jaropełczyc, połączeni na wspólną wyprawę, do której sam tylko Światopełk książę Kijowski nie chciał należeć, pragnąc pomścić się za klęski w poprzednich wojnach od królów Polskich doznane, i pokazać swą potęgę do tego stopnia urosłą, że nie oni Polakow, ale ich raczej Polacy bać się byli powinni, z wielką siłą zebranego rycerstwa wtargnęli do Polski. A podzieliwszy się na cztery oddziały, aby snadniej w porządku utrzymać się mogli, a mnogością wojska i trwogę większą sprawili w Polakach, i grabieże po kraju tém szerzej rozpostarli, poczęli z mściwą zajadłością ziemie Polskie łupić, pustoszyć i rozlicznemi trapić klęskami. Jakoż przeciągnąwszy z tą nawałą przez znaczną część królestwa, nabrawszy siła jeńców i rozmaitej zdobyczy, oparli się aż o brzegi Wisły. Już więc hardzi z zwycięztwa, pędząc przed sobą tłumy brańców i stada zabranego bydła, wolnym krokiem na Ruś powracali, gdy książę Bolesław, który przez wszystek czas najazdu Rusinów ściągał i uzbrajał wojska na obronę, spada na nich niespodzianie, doścignionych już za granicami królestwa, a pysznych i radujących się z odbytej tak pomyślnie wyprawy. A lubo wiedział i z osobistych podjazdów, i z doniesień które mu czyniono, że nieprzyjaciel znacznie siłami go przewyższał, i że rycerstwo Polskie znużone spiesznym pochodem, nie bardzo sposobném było do walki, postanowił przecież korzystać z czasu, w tém zaufaniu, że jeśli Ruś przeważała liczbą, wojsko jego z łaski Boga górowało męztwem, zapałem i świadomością boju. Nie chciał żadnej dopuszczać zwłoki, aby Rusini nie wymknęli mu się z granic królestwa i nie schronili do swoich zamków; z tej przyczyny umyślił bój przyspieszyć, tusząc, że im rychlej uderzy, tém mniej gotowemi znajdzie ich do walki. W nocy więc, z Soboty na Niedzielę, gdy go upewniono, że Rusini spokojnie w obozie pozasypiali, wpadł na nich z wielką nagłością, kazawszy wojsku głośnemi huknąć okrzyki. Potrwożeni jak zwykle bywa w podobnych razach Rusini, z których mała tylko część usiłowała stawić opór, widząc, że ich książęta ratują się ucieczką, jedni za drugimi poczęli pierzchać z obozu. Tych Bolesław w pogoni gromi, płoszy, rozprasza. Nie mało do tej porażki przyłożyli się jeńcy Polscy przez Rusinów zabrani. Po tak krwawém zwycięztwie wrócił Bolesław do ojca obciążony zdobyczą, wiodąc z sobą tłum wielki brańców oswobodzonych z niewoli. Lud obojej płci witał go z uwielbieniem, wysławiali wieśniacy których z więzów uwolnił, i żołnierze których tak wielkiemi łupami ubogacił, wykrzykując z radością: „Szczęśliwa będzie Polska pod takim książęciem! szczęśliwy naród, nad którym ma panować! szczęśliwe czasy, w których starodawna chwała, wielkość i ozdoba wróci królestwu Polskiemu! szczęśliwa i błogosławiona matka, która tak dzielnego wydała na świat wojownika!“

Borzywoj, syn Wratysława książęcia Czeskiego, po odniesioném zwycięztwie nad Oldrzychem, obejmuje w Czechach panowanie.

O zwierzchnicze nad Czechami rządy, które był w roku zeszłym Borzywój, syn Wratysława, urodzony z Świętochny córki Kazimierza króla Polskiego, odziedziczył, między tymże Borzywojem a Oldrzychem synem Konrada niegdyś książęcia Czeskiego, żwawe wytoczyły się zawiści i spory, z których do jawnej przyszło wojny. Rzeczony bowiem Oldrzych (Odalricus) sobie, jako starszemu, przywłaszczając księstwo Czeskie, i mając nawet sobie przyznane od cesarza Henryka, z którym się był zjechał w Ratysbonie, wsparty jego pomocą, z garstką Niemieckiego wojska wkroczył do Czech, w spodziewaniu, że znaczną liczbę Czechów na swoję stronę przeciągnie. Ale gdy Borzywoj z większą nierównie siłą zastąpił mu w bliskości rzeczki Wizplicy, a Czesi bynajmniej się z nim nie łączyli, opuścił go on oddział Niemców, którzy nie chcieli na jawne narażać się niebezpieczeństwo, i wyrzucali mu lekkomyślność. Borzywój, nowy władca, odwoławszy z Polski Bożeja i Mutynę, zabójców swego rodzonego brata, przywrócił im miasteczka do nich należące Bożej, Sac, Mutynę i Lutomierz.

Po Lambercie biskupie Krakowskim wstępuje na stolicę Baldwin.

Dnia 25 Lipca umarł Lambert biskup Krakowski, który zwłoki Ś. Stanisława przeniósł ze Skałki do katedralnego kościoła. Rządził biskupstwem przez lat dwadzieścia. Pochowano go w kościele Krakowskim. Po nim nastąpił Baldwin I, rodem Francuz, od papieża Paschalisa II wyniesiony na biskupstwo Krakowskie, którém zarządzał lat siedm; nie zaraz jednak po Lambercie objął stolicę, przez trzy lata bowiem posiadał ją Czesław (Czyaslavus) mąż zacny i uczciwy, naznaczony od Władysława książęcia Polskiego. Był rzeczony Baldwin kanonikiem Stobnickim, i wspierał swą pomocą Bolesława książęcia i monarchę Polskiego w wielkiej potrzebie, za jego przeto wstawieniem na stolicę Krakowską wyniesionym został.
Konrad, syn cesarza Henryka, zmarł w Florencyi, a roku następnego Henryk przyjął koronę cesarską z rąk papieża Paschalisa, którego niezadługo potém z wielu prałatami duchownemi poimał i w więzieniu osadził, ale wnet papież wydobył się na wolność.

Rok Pański 1102.
Władysław książę Polski, z wielkim panów koronnych ale większym nierównie syna Bolesława żalem, umiera.

Władysław książę Polski, zwany Herman, licząc wieku swego rok pięćdziesiąty dziewiąty, w cięższą zapadł niemoc, którą długo dręczony i z sił do reszty wyniszczony, dnia 4 Czerwca ducha wyzionął. Książę Bolesław przez wszystek czas choroby ojca nie odstępował jego łoża, chyba kiedy chorego opatrywano. Był przy zgonie książęcia Władysława obecnym Marcin arcybiskup, który umierającego sam opatrzył Najświętszym Sakramentem Ciała Chrystusowego i ostatniém namaszczeniem. Z pogrzebem zaś zatrzymał się aż do dnia piątego, póki nań nie przybyli synowie, biskupi, panowie i rycerstwo Polskie. Niektórzy dziejopisowie krajowi twierdzą, że książę Władysław nie zwyczajną śmiercią zszedł ze świata, ale zgładzony zdradziecko przez Zbigniewa, syna z nieprawego łoża, którego Polacy przezywali niekiedy Zbiegiem. Ten, gdy się obadwaj synowie stawili na pogrzeb ojca, nie zajmował się wymierzeniem mu czci i ostatniej posługi, ale skarbami, które po nim zostały. Zwykłym sobie uniesiony szałem, wszczął kłótnię ohydną i gorszącą z bratem swoim Bolesławem, zalewającym się łzami i pogrążonym w smutku. Pod pozorem albowiem, że zamek Płocki należał do niego z prawa i ojcowskiego podziału, przywłaszczał sobie i skarb książęcy, który tam na ów czas był złożony. Po uśmierzeniu dopiero tej zwady za wdaniem się Marcina arcybiskupa Gnieźnieńskiego z innemi biskupy i panami Polskimi, odprawiono pogrzeb, który trwał przez dni kilka. Zwłoki zmarłego książęcia Władysława złożone zostały z czcią należną w chórze kościoła Płockiego, nie bez wielkiego żalu Bolesława, syna prawego, tudzież przytomnych prałatów i panów. Skarb wszystek książęcy, jak Marcin arcybiskup i inni biskupi Polscy uchwalili, między obu braci, Bolesława i Zbigniewa, równo rozdzielono. Acz ustawy krajowe (jus municipale) tego nie zastrzegają, a prawo cesarskie i powszechne prawo narodów wyraźnie zakazuje, aby synowie nieprawego łoża przypuszczani byli do udziału dziedzictwa; Zbigniew przecież utrzymał się przy Mazowszu i Płocku, jako dzielnicy nań przypadłej, a Bolesław wrócił do wyznaczonych sobie od ojca posiadłości. Pierwszy raz wtedy królestwo Polskie poczęło się dzielić i rozrywać na części. Taką zaś miłość ku zmarłemu ojcu okazał książę Bolesław, jako prawy i zacny potomek, że zgon jego codziennie rzewnemi łzami opłakiwał, i przez pięć lat ciągle w żałobie po nim chodził, a nadto nosił na szyi blachę złotą z wyrytym na niej wizerunkiem i imieniem ojca, której nie zdejmował we dnie ani w nocy, aby patrzał zawsze jakoby na obecnego i w każdej sprawie oczekiwał niejako jego sądu. Krzepił się tym sposobem w cnotliwych postępkach, powtarzając z westchnieniem przestrogi, które mu owa blacha złota szeptała do ucha: „Mowę twoję, nim ją z ust wypuścisz, miarkuj i powściągaj, aby była czystą i uczciwą: ojciec twój bowiem słucha jej. Czyny twoje, aby tchnęły zawzdy prawdą i sprawiedliwością (ojciec bowiem patrzy na każdą sprawę twoję), kieruj na drogę prawą. Cokolwiek będziesz czynił, mówił albo myślał, pomniej ze czcią na przytomnego przed sobą ojca, a w każdej myśli napełniaj się miłością Boga, którego bojaźń jest początkiem mądrości.“ Takiemi budując się przestrogami Bolesław, którego serce samo przez się tchnęło cnotą, wkrótce za łaską Zbawiciela wykształcił się na męża osobliwszą celującego bystrością umysłu i przezornością. Zręczny do oręża i do konia, w pracy na podziw wytrwały, w mówieniu pełen wdzięku i krasy, a nadewszystko zalecający się pobożnością i na schwał umiejętném sprawowaniem rządów, w wojnach przeważny i zawsze szczęśliwy zwycięzca. Obok przymiotów bohaterskich jaśniały w nim i inne cnoty: rzetelność, sprawność, roztropność, serce dla wszystkich życzliwe, a dla ubogich i nieszczęśliwych zawsze skłonne do litości i miłosierdzia. Nieodrodny od ojca, przewyższał go znacznie biegłością w sztuce wojennej, potęgą siły zbrojnej, bogactwem ozdób i rynsztunków, ćwiczeńszym rozumem, wspaniałością umysłu, ludzkością i dowcipem.

Rok Pański 1103.
Bolesław książę Polski pojmuje w małżeństwo Zbisławę, córkę Światopełka książęcia Ruskiego. Pod tenże czas Zbigniew z Czechami zamierzają wtargnąć do Polski.

Przystępującemu teraz do najważniejszej części naszego dzieła, do której przy pomocy Boskiej doszło się jako tako, niech mi się godzi powiedzieć z góry, co u wielu dziejopisów znajdowałem jak pamiętam na wstępie opowiadania. Kreślić mam sławne panowanie i wojny najdzielniejszego i najszczęśliwszego monarchy, książęcia Polskiego Bolesława: którego umysł tak skorym był w przedsięwzięciach, tak w ich popieraniu silnym i wytrwałym, tak szybkim w wykonaniu; taką przytém odznaczał się szczodrotą i wspaniałością, tak liczne i okazałe dał dowody bystrego i przenikliwego rozumu, pomiarkowania w zwycięztwach, ludzkości dla cierpiących i nieszczęśliwych, gościnności dla obcych, sprawiedliwości i przychylności dla poddanych (jak-to wielu pisarzy dzieła poświadczają), że pomiędzy królmi i książętami Polskimi nie było ani zacniejszego męża, ani wodza bieglejszego w prowadzeniu wojny, ani waleczniejszego rycerza, ani szczęśliwszego zwycięzcy, gorliwszego miłośnika ojczyzny i sprawiedliwszego sędziego. Czterdzieści i siedm bitew, jak wiadomo, wstępnym bojem stoczył, a we wszystkich tak roztropnie i dzielnie się sprawił, że sam prawie był w każdej zwycięzcą. Miał on usta po jednej stronie nieco skrzywione, zkąd zwano go Krzywoustym; nie szpeciło to jednak jego twarzy, dodawało jej owszem jakiegoś wdzięku. Te tak znakomite Bolesława przymioty jedna ćmiła wada łatwowierności, której w rzeczach nawet niewątpliwych i na doświadczeniu opartych z taką słabością podlegał, że owym wielkim i przesławnym czynom niekiedy cecha lekkomyślności albo zawstydzenie ubliżało. We dwa lata po śmierci ojca, na nalegania prałatów i panów Polskich, którym napróżno opierał się, przedstawiając im wiek swój zbyt młody i niedojrzały, pojął w małżeństwo córkę Wielkiego książęcia Rusi, Światopełka Kijowskiego, imieniem Zbisławę, dziewicę urodą i zacnemi przymiotami ozdobioną, acz bliską mu czwartym stopniem pokrewieństwa: obawiali się bowiem owi panowie radni, aby ród tak znakomity nie wygasł bezpotomnie. Na obrzęd zaślubin, mający się odbyć dnia 16 Listopada, zaprosił brata pobocznego Zbigniewa, którego bardziej kochał niż gdyby był rodzonym jego bratem, i ku któremu zwrócił wszystkę miłość i poszanowanie, jakie miał niegdy dla ojca. Ten, lubo przyrzekł obecnością swoją uczcić gody braterskie, czémprędzej atoli wziąwszy z sobą pieniędzy do Czech pospieszył, i równie Czeskiego książęcia Borzywoja, jako i synowca jego Światopełka, częścią darem pieniężnym, częścią obietnicami nakłonił, aby przeciw Bolesławowi wzięli się do broni, i państwo jego najechali, przekładając, że nie było do tego sposobniejszej pory, jak w ów czas, kiedy Bolesław miał się zajmować weselem. Ściągnęły już wojska Czeskie do Grecz, gdy nagle powstały szemrania i niechęci między Czechami, narzekającemi, że ich do niesprawiedliwej wciągano wojny, z której sami tylko książęta korzyści i obłowu, naród zaś pewnej oczekiwać mógł straty. Zaczém Borzywoj i Światopełk z obawy rokoszu, porzuciwszy sromotnie Zbigniewa, łudzonego pozorną obietnicą, że mu w sposobniejszym czasie usłużą, wrócili z wojskiem do Czech. Uwolniony w ten sposób Bolesław od przeszkody i napaści, którą nań zawistny umysł brata uzbrajał, odprawił uroczystość weselną z wielkim nakładem i przepychem. Szesnaście dni trwały te gody, w czasie których między biesiadników i gości wspaniałe i godne siebie rozdawał upominki. Przeszkodę zaś zachodzącą z powodu bliskiego pokrewieństwa Bolesława z jego oblubienicą uchylił papież Paschalis II władzą swej Apostolskiej stolicy, za staraniem Baldwina biskupa Krakowskiego. Zawiedziony Zbigniew w spodziewanej pomocy od Czechów, w inną stronę zwrócił swoje usiłowania, i jął znowu podburzać Pomorzan i Prusaków, aby się wzięli przeciw Bolesławowi do broni. Tlała, albowiem w Zbigniewie żądza opanowania całego królestwa i zawiść ku Bolesławowi książęciu. Znając się zrodzonym z nałożnicy, zazdrościł mu prawego pochodzenia; bolało go to, że Polacy dziwnie kochali i poważali Bolesława, jemu zaś okazywali niechęć i pogardę. Gdy więc stracił nadzieję, aby innym sposobem jak zdradą i zbrodnią dostąpić mógł panowania, wytężył na nie wszystkie siły, i potargawszy ohydnie węzły braterstwa, nie tylko już skrytym podstępcą, ale jawnym stał się złoczyńcą i łotrem, we dnie i w nocy czyhającym na zgubę Bolesława. Chytry z przyrodzenia i zuchwały Zbigniew, im podlejszym widział ród swój macierzyński, tém bardziej wysilał się na zdrady i zamachy przeciw Bolesławowi, mniemając, że nie inaczej jak tylko śmiercią brata zatrzeć zdoła rodu swego ohydę. Widząc nadto, jak silny był Bolesław otaczającą go czcią powszechną i przychylnością, nadzieję osiągnienia królestwa sam już tylko w zbrodni pokładał, i wszystkie ku niej myśli i starania wymierzył. Ani rozum ani obawa niebezpieczeństwa nie zdołały powściągnąć w nim tego szału; wszetecznie spłodzony nikczemnik, który powinien był wstydzić się pochodzenia swego z matki nałożnicy, darł się zuchwale do najwyższej władzy.

Wszyscy książęta Ruscy wiążą się z sobą przeciw Połowcom i najeżdżają ich ziemię; a stoczywszy z nimi bitwę, w której dwudziestu ich wodzów poległo, porażają na głowę barbarzyńców.

Przeciw Połowcom, łamiącym zawarte z książętami Ruskimi sojusze, i nawiedzającym ustawicznie kraje Ruskie grabieżą i łupiestwy, książęta rzeczeni złożywszy dnia ósmego Kwietnia zjazd w Kijowie, uchwalili wyprawić się zbrojno nie czekając nawet lata. Aczkolwiek rycerstwo Ruskie przedstawiało, że pora zimowa nie była dlań sposobną do prowadzenia wojny, i utyskiwało wielce na tę wyprawę; gdy atoli Światopełk książę Kijowski przemówił do swoich: „że wojnę z tym nieprzyjacielem prowadzić mają, który nie zważając na żadną porę ustawicznie ich najeżdża i trapi, i którego raz na zawsze ukrócić trzeba“, wyprawę jednomyślnie uchwalono. Ponieważ wojna ta miała się toczyć wspólnemi siłami całej Rusi, wezwano przeto z innemi książęty Dawida i Oleha, którzy nie byli obecnymi na zjeździe. Dawid uczynił zadość wezwaniu, Oleh zaś pod pozorem zmyślonej słabości odmówił przybycia. Ruszyli więc za Włodzimierzem, który prowadził naprzód swoje wojska, Światopełk książę Kijowski, Dawid Światosławic, Dawid Wszesławic, Mścisław synowiec Hrehora, Więcsław Jaropełczyc i Jaropełk Włodzimierzowicz książęta, każdy z swoim ludem wyprawionym konno i na okrętach. Wysadzeni potém na ląd, wsiedli na konie i w bojowym szyku zdążyli do Szuten (Schuten). A skoro u Połowców gruchnęła wieść o ich przybyciu, zgromadzili się wielkiemi tłumami barbarzyńcy, zamierzający bój stoczyć z Rusinami, których już mieli za pobitych i zwyciężonych. Radził im wtedy jeden z książąt Połowieckich, nazwiskiem Ruszoba, aby poniechawszy walki, układali się raczej o pokój, który sami pogwałcili napaścią, zwłaszcza, że Rusini w wielkiej wystąpili sile. Ale chociaż zbawienna była jego rada, pomówiono Ruszobę o gnusność i bojaźń; inni nie chcieli go wcale słuchać, odkazując się śmiało, że nie tylko Rusinów, którzy przeciw nim wystąpili, pokonają, ale i ziemie ich i warownie opanują. Rusini posłyszawszy o tak hardych i zuchwałych przegróżkach, na uproszenie od Boga zwycięztwa gorące podnosili modły i wielu kościołom i klasztorom hojne ślubowali ofiary. Wtém Altonoga, wojownik dzielny i śmiały, z znacznym pocztem wysłany od Połowców na wzwiady, pochwyconym został przez Ruskie czaty, i z wszystkimi towarzyszami, z których żaden umknąć nie zdołał, padł pod mieczem. Wielka ztąd otucha jakoby pewnego już zwycięztwa podniosła serca Rusinów. Gdy więc Połowcy wylegli niezmiernemi tłumy, których Rusini ani okiem zmierzyć, ani potęgi ich obliczyć nie byli w stanie, puściła Opatrzność między nich trwogę i taki popłoch, że nim przyszło do spotkania się z Rusią, nie tylko oni sami, ale i konie ich drżeć i chwiać się poczęły, jakby postrachane przeczuciem klęski: Rusini przeciwnie, w najlepszym porządku, żwawo i ochoczo wysunęli się do walki, harcując na koniach rżeniem wesołém dodających odwagi. Na sam ich widok Połowcy strwożeni i upadli na sercu, nie śmieli bitwy staczać, lecz zabrali się do odwrotu. Nastąpiła zatém, nie już bitwa, ale rzeź mordercza w pogoni za pierzchającemi Połowcy. Dwudziestu książąt Połowieckich padło w tej rozprawie na placu, jako to: Ruszoba, Kocza, Harslonopa, Kiktalopa, Kumana, Azupa, Kurtaka, Czeniehrepa, Surbor i wielu innych. Wiele tysięcy wycięto, wiele poimano w niewolą. Rusini opanowawszy obóz Połowców, zabrali niezmierne bogactwa w złocie, srebrze, klejnotach, stadach bydła, wielbłądach i rozmaitych sprzętach wojennych. A tak wojsko Ruskie zbogacone dostatkiem i mnogiemi obciążone łupami, wiodąc z sobą gmin nader liczny brańców, zwycięzko powróciło do kraju. Sprawił Bóg zastępów w tym dniu wielką radość ocalonej Rusi, wydawszy jej do rąk srogich i najzaciętszych wrogów, Połowców. Ale w następnym czasie ziemie Ruskie doznały zniszczenia od Prusaków i Litwy.

Mniemanie niektórych o książęciu Mieczysławie, synu Bolesława niegdy króla wygnańca.

Utrzymują niektórzy latopisarze Polscy, że w tym roku dopiero, a nie w 1069, jak to opowiedzieliśmy wyżej, Mieczysław książę, syn Bolesława króla Polskiego, po zatwierdzeniu w Kruszwicy, kędy była stolica jego, nadania klasztorowi Mogilnickiemu, założonemu przez jego ojca, wraz z żoną swoją Eudoxyą, dnia 14 Marca zgładzony trucizną, którą oboje w jednym dniu połknęli, umarł. Którego-to potwierdzenia przywilej pierwotny, na pergaminie spisany, w Mogilnickim klasztorze ja sam oglądałem, czytałem i rozważałem.

Rok Pański 1104.
Bolesław książę Polski wysyła zbrojne siły do Czech i na książąt Borzywoja i Konrada zemstę wymierza.

Bolesław książę Polski urażony na książąt Czeskich Borzywoja i Konrada (?), którzy acz bliscy jego krewni, z poduszczenia brata jego Zbigniewa wymierzyli nań zdradziecko napaść w czasie przygotowań do ślubnej uroczystości, i nie tyle nawet zagniewany na podżegacza Zbigniewa, ile na Konrada (ten bowiem do wydania wojny Bolesławowi najgorliwiej namawiał uchylającego się od niej książęcia Borzywoja), wybór rycerstwa i doświadczonej w bojach drużyny powołał do broni. A zebrawszy potężne siły z własnych tylko zaciągów, postawił na ich czele starostę (comitem) Zelisława, jako głowę rycerstwa (principem militiae) i do Moraw, na ów czas dzielnicy Światopełka, zbrojno wyprawił. Tak niecierpliwą zaś pałał żądzą pomszczenia się na Światopełku, że nie czekając stosowniejszej pory do wojny, w ciągu trwającego postu ruszyć kazał wojsku do boju; sam nawet chciał iść na tę wyprawę, i ledwo panowie radni odwiedli go swemi prośby od tego przedsięwzięcia. Wkroczył zatém wódz naczelny Zelisław trzema oddziałami do Moraw (tak bowiem książę Bolesław był rozkazał naczelnemu wojsk wodzowi) i rozniósł zaraz po całym kraju łupiestwa i pożogi, któremi nie tylko w czasie postu ale i po świętach Wielkiejnocy lud Morawski srodze gnębił. Przemierzywszy w ten sposób całą prawie Morawę, gdzie żadnego prawie nie napotkał oporu, z wielką liczbą brańców i mnogiemi łupy wracał do Polski, i już bliskim był granicy, która Morawę od Polski przedziela, gdy od podjazdów i szpiegów otrzymał doniesienie, że Światopełk dogania go z liczném wojskiem, więcej z piechoty niż konnicy złożoném, i nie dalej jak o mil dwie ściele się za nim obozem. Wstrzymał natychmiast swój pochód Zelisław, a wyprawiwszy naprzód słabsze oddziały z choremi, jeńcami i zdobyczą, żeby mu w czasie rozprawy nie zawadzały, i sprawiwszy swoje szyki do boju, przemówił do rycerstwa krótkiemi słowy, z upomnieniem: „aby wezwawszy Boga na pomoc mężnie walczyli“, i na tém samém stanowisku, które w dniu poprzednim zajmował, czekał z całém wojskiem Polskiém na przyjęcie Światopełka. Zbliżył się Światopełk książę Morawski, a pełen gniewu i oburzenia na sprawców klęski swojej ziemi, stoczył bój z zaciętością, zaufany w własnej i rycerstwa swego odwadze, jakby z przeciwnej strony nie było męztwa i waleczności; i z taką pewnością tuszył o zwycięztwie, że nawet nie przypuszczał żadnego niebezpieczeństwa. Zwarły się natarczywie oba wojska i trwała bitwa od godziny dziewiątej rannej (a tertiis) aż do wieczora z wzmagającym się zapałem; obie strony wydzierały sobie nawzajem zwycięztwo, z jednej i z drugiej wiele krwi wylano, wielu raniono albo położono na placu. Nareszcie bez stanowczego rozstrzygnienia walki, ustąpiły oba wojska z pola, i ci do Polski, tamci wrócili do Moraw, nie dokończywszy tej nieszczęśliwej wojny. Jednakże Światopełk i Morawcy, prócz straty jaką w poległych ponieśli, ucierpieli jeszcze ten cios bolesny, że nie zdołali odbić zabranej przez Polaków zdobyczy. W tym boju Zelisław, głowa rycerstwa, pełniący razem powinność wodza i żołnierza, gdy w kilku miejscach usiłował podtrzymać walkę, utraciwszy rękę prawą, natychmiast lewą zabił nieprzyjaciela, który go tamtej pozbawił. Książę Bolesław z zwykłą sobie hojnością nagrodził mu jego stratę: chcąc bowiem cnotę godném uczcić świadectwem, nie tylko obszerne nadał mu włości, ale nadto za utraconą posłał mu w darze rękę z złota ulaną, która jako znamię dzielności zaszczytne osłaniając kalectwo, więcej go jeszcze odznaczała niżeli prawdziwa ręka. Wielu nadto Polaków w tej bitwie albo poległo albo odniosło rany; utrzymywano zaś, że Polacy za to doznali takiej klęski, że post czterdziestodniowy złamali pożywaniem mlecznej strawy, a w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego popełniali bezprawia. I w rzeczy samej rycerstwo Polskie więcej wyniosło z tego zwycięztwa chwały niżli pociechy i korzyści. Za sprawiedliwe zaś i godne siebie świadectwo uznał książę Bolesław uczczenie wodza Zelisława ręką z złota ulaną, w miejsce tej, którą z rozkazu jego walcząc tak dzielnie utracił.
Wszystkich zaś dochodów swoich książęcych używał Bolesław, nie jak drudzy, na zbytki i roskosze, ale na konie, zbroje i inne wodzowi i rycerzowi potrzebne rynsztunki, ćwicząc się w rzemiośle wojennym z taką usilnością, z takim zapałem i poświęceniem, że go od tej zabawy żadne inne nie odwołało zatrudnienie, żadna nie odstręczała powinność, żaden trud i niewczas nie odraził. Przeto też Polacy pod żadnym innym wodzem śmielej na największe nie odważali się niebezpieczeństwa.

Bolesław powtórnie wkroczywszy do Czech, kraj srodze orężem pustoszy.

Nie przestając książę Bolesław na tém, co Zelisław i wojsko jemu powierzone zdziałało, postanowił wznowić wyprawę na Światopełka książęcia vMorawskieg}}o. Zebrawszy zatém nowe i liczniejsze nierównie siły, wkracza do Moraw przez pograniczne Alpy, którędy gdy po te czasy trudna była przeprawa, on pierwszy drogę ogniem i żelazem otworzył. Na wieść o jego zbliżeniu się, wieśniacy pouciekawszy, częścią w warowniach, częścią w miejscach ukrytych pochowali się z swemi trzodami i dobytkami. Pojmowali bowiem, że książę ich Światopełk, osłabiony wojną poprzednią, Bolesławowi książęciu Polskiemu, który z świeżém i liczniejszém wojskiem nadciągał i pragnął sprobować się z nim w boju, w żaden sposób czoła stawić nie zdoła. Zaczém Bolesław, splądrowawszy całe Morawy i sroższą jeszcze utrapiwszy je pożogą, zwłaszcza że nigdzie nie znajdował oporu, z wojskiem bynajmniej nie uszkodzoném, owszem zbogaconém łupami wrócił do Polski.

Legat papieski przybywszy do Polski dwóch biskupów składa z stolicy.

Po powrocie Bolesława z wyprawy Morawskiej przybył do Polski Gwaldo biskup Bellowaceński, legat papieża Paschalisa wtórego z władzą namiestniczą (legatus de latere): który od Bolesława książęcia przyjęty z uczciwością, zwiedził według nakazu Stolicy Apostolskiej Polskę, i dwóch dyecezyi Gnieźnieńskiej biskupów, rościągnieniem na nich kary kościelnej jako na przestępców, przy pomocy nalegającego o to książęcia Bolesława, potępił i złożył z dostojeństwa. Którzy-to atoli i jakich kościołów byli biskupi, mimo usilnego szperania po różnych rocznikach, nie pomnę abym się doczytał. Domyślano się jednakże z niejaką pewnością, że jeden z złożonych biskupów był ów Czasław, który dzierżył biskupstwo Krakowskie bez potwierdzenia papieża, ale z daru jedynie książęcia Polskiego Władysława.

Bolesławowi książęciu Polskiemu rodzi się syn Władysław.

Księżna Zbisława, żona Bolesława, porodziła w końcu tegoż roku syna wdzięcznej urody, którego rzeczony Gwaldo biskup Bellowaceński z innymi biskupami chrztem świętym obmył. Z woli ojca otrzymał nowonarodzony imię dziada swego Władysław.

Rok Pański 1105.
Bolesław książę Polski wkroczywszy na Pomorze, dobywa Kołobrzegu, lecz dla niesforności rycerstwa przymuszony porzucić oblężenie, wraca do kraju obciążony zdobyczą.

Przeciw Pomorzanom, królestwo Polskie ustawnie najeżdżającym, których Zbigniew skrytemi namowami podburzał i obietnicami zachęcał, Bolesław książę Polski postanowił tajemną i niespodziewaną uczynić wyprawę. Nikomu, prócz kilku zaufanych, nie powierzając swego zamiaru, zgromadził same konne półki pod Głogowem, a dla omamienia Zbigniewa i Pomorzan puścił wieść, jakoby wybierał się przeciw Czechom. Zaopatrzywszy się nareszcie we wszystko co do tej wyprawy było potrzebne, prowadził wojsko przez pięć dni ciemnemi po lasach i wzgórzach manowcami, ku Kołobrzegowi (Cholberk), miastu pod ów czas sławnemu z zamożności. A gdy szóstego dnia nie o podal od tego miasta stanął obozem, rycerstwu znużonemu pochodem dawszy nieco wytchnienia, kazał najpierwej ducha pokrzepić przyjęciem świętego Sakramentu ołtarza, a potém ciało krótkim wczasem posilić. Dnia siódmego, który przypadał w sobotę, o świcie odprawiwszy godzinki do Najświętszej Panny, szczególniejsze bowiem miał do niej nabożeństwo, podstąpił nagle pod Kołobrzeg, aby na nieprzygotowanych nieprzyjacioł uderzyć. Poczém przez rzekę płynącą pod samém miastem, która wtedy niezwykle nad brzegi wylała, nie kładąc na niej żadnych pomostów, iżby od przeciwnika nie był dostrzeżonym, z całém wojskiem wpław przebrnął: a podzieliwszy je na trzy hufce, i dwa z nich zostawiwszy na odwodzie dla zabezpieczenia się z tyłu od Pomorzan, trzecim z wielką nagłością uderzył na miasto i dobywać je począł. Już część rycerstwa wyłamawszy bramy otwarła wstęp innym do wtargnienia; lecz gdy większa liczba, zamiast popierania szturmu, rozsypała się po przedmieściach dla grabieży, mieszczanie, widząc mały poczet tych, którzy wdarli się już byli do miasta, zastąpili im tłumem, i zmusili ich do odwrotu, nie bez wielkiego cofających się niebezpieczeństwa. Książę Pomorski, który pod ów czas znajdował się w Kołobrzegu, umknął w pośród tego rozruchu, bojąc się wpaśdź żywcem w ręce Bolesława. Poczém z wielkiém wytężeniem książę Bolesław, podbiegając z wielu stron do miasta, usiłował zdobyć je i opanować, ukarawszy żołnierzy, którzy dla nikczemnej chciwości zaniedbali chwilę najsposobniejszą do zwycięztwa. Przystawiając świeże poczty w miejsce zmordowanych albo rannych, od rana do wieczora trudził się dobywaniem miasta, ale napróżno, bo mieszczanie bronili walecznie swoich murów. Nakoniec zważywszy, że rycerstwo jego, już nad miarę znużone, nie mogło nic dokazać, i że zamachy wszystkie stały się bezskutecznemi, dał znak do odwrotu i zwinął oblężenie: ale wtedy dopiero dozwolił wojsku łupieży po przedmieściach, które w wielu miejscach popalono, i gmin wielki jeńców zabrano; poczém wrócił Bolesław do swego kraju, w przekonaniu, że zawistne jakieś przeznaczenie wydarło mu z rąk miasto Kołobrzeg.

Bolesław książę Polski wyswobadza z niewoli wziętego od Pomorzan hołdownika swego Swatybora.

Mniemano, że książę tego lata żadnej już nie przedsięweźmie wojny; lecz on, po powrocie z wyprawy Kołobrzeskiej, dozwoliwszy rycerstwu tyle tylko spoczynku, ile go potrzeba było do odzyskania sił i uzbrojenia się na nowo, ruszył z témże samém wojskiem na Pomorze. Powodem do tej drugiej wyprawy był Swatybor, sprawujący zwierzchność w krainie nadmorskiej, książęcia Bolesława hołdownik i pokrewny, którego Pomorzanie wtrącili byli do więzienia. (Rycerstwo bowiem i poddani, zmierziwszy sobie uciążliwe jego rządy, złożyli go z zwierzchnictwa, i skrępowanego wydali Pomorzanom, głównym jego nieprzyjaciołom, w spodziewaniu, że wkrótce u nich życia pozbawionym będzie). Ten tedy Swatybor, długiém nękany więzieniem, słał częste i usilne prośby do Bolesława: „aby się nad nim zmiłował, i przez wzgląd na pokrewieństwo nie dopuszczał mu w więzach tak zelżywych umierać.“ Bolesław, lubo dobrze pamiętał, że tak Swatybor, jak i przodkowie jego i wszystka rodzina, nie byli nigdy jemu i poprzednim książętom przychylnemi, ale chwiali się zawsze w wierze lub chytre knowali zdrady; wszelako mając własne urazy przeciw Pomorzanom, w zamiarze niby oswobodzenia hołdownika swego Swatybora, wkracza zbrojno na Pomorze, grożąc im przez wyprawionych posłów wojną, jeżeli natychmiast Swatybora nie wydadzą. Pomorzanie, nie już groźbą ale nagłém i niespodziewaném najściem Bolesława strwożeni, zapobiegając klęskom i zniszczeniu swojej ziemi, uwalniają niebawem Swatybora, i sami go aż do obozu Polskiego odprowadzają. W czułej podzięce Swatybor wynurzywszy Bolesławowi wdzięczność za łaskę tak wspaniałą, ocalenie mu życia i przywrócenie wolności, trwał już odtąd statecznie w wierze i posłuszeństwie.

Wojna między ojcem i synem, cesarzami, o panowanie; z których ostatni, przekupiwszy znaczniejszych w obozie ojca panów i rycerzy, zwycięztwo odnosi.

Henryk V król Rzymski, wyniesiony na tron po złożeniu Henryka IV cesarza, z rozporządzenia papieża Paschalisa II, za targnienie się przeciw stolicy Apostolskiej, zgromadziwszy licznych z całego państwa wojowników, wkracza do Saxonii, zagarniają pod swoje władztwo, i wielu książąt, biskupów i panów Niemieckich, oderwanych od posłuszeństwa ojcu swemu Henrykowi cesarzowi, na swoję stronę przeciąga, sprzeciwiających się zaś wyzuwa z godności i wypędza. Ku czemu w odporze gdy Henryk cesarz drugie wojsko przeciw synowi wyprowadził, i całe Niemcy rozerwane wewnątrz pod plagą miecza i pożogi jęknęły, obadwaj przeciwnicy, ojciec i syn, do ojcobójczej uzbrojeni wojny, na brzegach rzeki Renu zetknęli swoje obozy. Zważając wtedy król Henryk, że główna potęga jego ojca Henryka cesarza polegała na Czeskim książęciu Borzywoju i margrabi Leopoldzie, znacznemi darami i obietnicami skłonił obudwu do opuszczenia ojca, a przechylenia się na jego stronę. Którzy gdy go odstąpili, porzucił i Henryk cesarz zamiar dalszego prowadzenia wojny; rozpuściwszy więc wojsko, osadził resztę sił po zamkach, i od tego czasu przechyliło się szczęście na stronę syna, ojcu zaś coraz gorzej się powodziło.

Konrad książę Morawski, postanowiwszy strącić Borzywoja z stolicy Czeskiej, hardy i nadęty, że Czechów przeciągnął na swoję stronę, podstępuje pod Pragę: alić zastawszy w niej silną załogę, zmuszony jest do odwrotu.

Konrad książę Morawski, syn Ottona, a wnuk króla Wratysława I, pragnąc chciwie osięgnienia w Czechach władzy książęcej, postanowił wyzuć stryja swego rodzonego Borzywoja z dziedziny prawem zgodnych układów nabytej, do czego pobudzała go nie tylko duma osobista, ale i rady przewrotne niektórych panów Czeskich, życzących sobie nowego rzeczy stanu. Zebrawszy zatém znaczne wojsko, wkracza do Czech, gdzie wielu obywateli odstąpiło zaraz Borzywoja a przyłączyło się do jego strony. Tą Czechów przychylnością podniesiony w pychę, i już tuszący o osiągnieniu zwierzchnictwa nad całemi Czechami, spiesznym pochodem dążył do opanowania stolicy Czeskiej. I byłaby nadzieja jego niezawodny odniosła skutek, gdyby Borzywoj nie był wcześniej podubiegł Pragi, gdzie silną osadziwszy załogę, a zamek Wyszogrodzki poruczywszy wiernej obronie Hermana biskupa Praskiego, do razu się ubezpieczył. Chociaż bowiem Światopełk z sześciu pułkami podstąpił pod Pragę, mieszczanie atoli Prascy zamknęli przed nim bramy; przeto nic nie wskórawszy wrócił do Moraw. Mógł go Borzywój ustępującego ścigać w odwrocie, mając zwłaszcza wojsko przeważniejsze liczbą; nie dowierzał wszelako Czechom, i obawiał się, aby opuszczony od nich nie dostał się w ręce bratanka.

Rok Pański 1106.
Wojsko polskie pod dowództwem Skarbimira po dwa kroć nawiedza klęskami ziemię Pomorską; książę zaś Bolesław w czasie pokoju zabawiając się łowami, wpada w niebezpieczne zasadzki Pomorzan, z których niesłychaną tylko odwagą i walecznością wyszedłszy niemal zwycięzko, wysyła znów wojsko na Pomorze i mści się doznanej zdrady.

Panowie radni wstrzymywali Bolesława książęcia Polskiego od wojny, aby dać wypocząć rycerstwu; on atoli sam pozostawszy w kraju, dla załatwienia spraw świeckich kościoła, Skarbimira, męża walecznego i w boju doświadczonego, który mianowany był głową rycerstwa (princeps militiae), wysłał na Pomorze. Ten za pierwszém wtargnieniem zdobywszy niektóre grody i mniej znaczne warowne jednak miasteczka, i wielką liczbę brańców z mnóstwem łupów wojennych odprowadziwszy do Polski, tą samą drogą pospieszył znów na Pomorze, dobył zamku Bytomia przeważném rycerstwa swego męztwem, wiele włości złupił i popalił; a gdy nieprzyjaciel nigdzie nie stawił mu oporu, wrócił powtórnie z bogatą zdobyczą do Polski. Stawił się zatém przed książęciem swoim Bolesławem w towarzystwie wybrańszych wojowników, tych zwłaszcza którzy byli dowódzcami pułków, dla dania mu sprawy o wycieczce uczynionej na Pomorzany. Zastał był Bolesława w domu pewnego rycerza, u którego właśnie biesiadował, zaproszony na uroczystość poświęcenia w jego wsi kościoła, a razem odbywające się gody weselne. Bolesław, uradowany szczęśliwym powrotem Skarbimira i jego rycerstwa, wstawszy od stołu i zostawiwszy przy uczcie samych ludzi sędziwych, sam z Skarbimirem i stu młodymi towarzyszami, aby męztwo w spoczynku nie gnuśniało, wybrał się na łowy do lasów, w których miało się znajdować bardzo wiele zwierzyny. Znalazł w nich atoli sroższych od zwierząt Pomorzan: po ustąpieniu bowiem Skarbimira wkradli się byli kryjomo w granice królestwa Polskiego, a łotrując kupami chwytali nieostrożnych Polaków. Byłby zatém Bolesław wpadł mimo wiedzy w ich zgraję, gdyby szczęściem nie poznano ich wcześniej po znakach wojskowych i koniach. Na te tłumy straszliwe, mające wnet błysnąć tylu dobytemi szablami, spojrzał bohatér niezmrużoném okiem, nie okazawszy w twarzy żadnego nawet poruszenia. Sam wprawdzie wódz i żołnierz niezwyciężony nie wiedział co miał czynić, cofnąć-li kroku, czy z tak wielką nawałą bój stoczyć. Ale wnet w duszy wielkomyślnej zawrzało uczucie szlachetnej dumy: postanowiwszy więc raczej zginąć, niż sromotną ratować się ucieczką, i przemówiwszy do swoich spokojnie i krótkiemi słowy, „aby go w tak ciężkiej przygodzie nie opuszczali, i wraz z nim gotowi ponieść śmierć chwalebną, nie dopuszczali przynajmniej wydrzeć sobie życia bezkarnie;“ sam na czele swojej drużyny wpadł na ów gmin Pomorzan z trzech tysięcy ludzi złożony, a rąbiąc i ścieląc sobie mieczem tór krwawy, przebił się zwycięzko przez całą ćmę barbarzyńców. Odwaga niepodobna do wiary! która miasto pozyskania chwały, wydałaby się raczej zuchwałém junactwem, gdyby jej było nie posłużyło szczęście. Wrócił się jeszcze powtórnym zawodem, pędząc na przebój i jak lew rozjuszony kładąc na pował gęste koło siebie trupy; a gdy po trzeci raz zamierzał podobną przeprawę, a już tylko pięciu miał przy sobie rycerzy, inni bowiem częścią posłabli, częścią rozbili się na różne strony; jeden z owych pozostałych, widząc wlokące się po ziemi trzewa z przebitego pod nim konia: „Nie chciej, rzekł, Miłościwy Książę, nie już siebie tylko, ale Polski całej na tak jawne narażać niebezpieczeństwo; zachowaj się raczej na lepszą porę. Pamiętaj o sobie, pamiętaj o ojczyznie, którą ocalisz od zguby, jeżeli własnego życia oszczędzisz. Oto koń pode mną zdrowy, wsiadaj na niego, a uchyl się od ciosów tak jawnie grożących; mniejsza o to, że ja polegnę, byleś ty, gwiazdo ojczyzny, w którym żywot wszystkich Polaków zawarty, ocalał.“ Gdy rycerz te słowa domawiał, upadający koń książęcy zsadził z siebie lekuchno przesławnego jeźdźca, książęcia Bolesława, jakoby znał kogo nosił. Dosiadłszy książę konia, którego mu on towarzysz podstawił, zboczył z wolna do trzydziestu innych rycerzy, po jednemu do niego garnących się i broczących ranami. Spotkał wtedy i wodza Skarbimira, bez oka prawego, które w boju utracił, i pławiącego się prawie we krwi własnej. Z tymi więc wracał do miejsca, w którém bawił gościną, wrąc jeszcze żądzą boju i zgrzytając zemstą na Pomorzan, z zdumieniem patrzących za nim i nie śmiejących ścigać go w odwrocie. W połowie drogi złączyła się z nim gromada godowników, którzy byli zostali przy biesiadzie, a dopiero posłyszawszy o onej przygodzie, porwali się do broni i spieszyli na pomoc książęciu. Z niewysłowioną radością witając ocalonego monarchę, o którym myśleli, że już poległ albo dostał się do niewoli, odprowadzili go do rzeczonej gościny. A tak lekkomyślną śmiałość uwieńczyło zwycięztwo, a wypadek szczęśliwy z niebezpieczeństwa zrodził chwałę. Gdy wieść o tej przerażającej przygodzie, jak zazwyczaj prawdę mieszająca z baśniami, gruchnęła po kraju, zjeżdżały się ze wsząd osoby wszelakiego stanu dla oglądania monarchy i okazania mu radości z jego ocalenia. Wszyscy zarówno naganiali płochą porywczość, a widząc na hełmie jego, mieczu i zbroi niezliczonych ciosów ślady, rysy, szczerby, zagięcia, a na ciele gęste szramy, z których wnosić można było o wielkości niebezpieczeństwa, w jakiém się książę znajdował, chociaż sam o niém mało mówił, użalali się nań temi słowy: „Ujmę czynisz męztwu twemu, miłościwy książę, dozwalając je uważać za zuchwałe junactwo, i marnując w lekkomyślnych harcach, które ci żadnej nie mogą zjednać chwały; gdybyś w nich poległ, zostawiłbyś tylko pamiątkę mniej godnej ciebie zuchwałości.“ Odpowiedział Bolesław: „Będziecie mieli inny czas do łajania mnie i czynienia mi wyrzutów: teraz zaś, jeżeli was rany i poniesione kalectwa i śmierć moich towarzyszów, a waszych braci, poruszają, nie tylko wzywam was wszystkich, ale proszę i błagam, abyście jak najprędzej wziąwszy się do oręża, na Pomorze wraz ze mną pospieszyli, i tym barbarzyńcom, jeżeli tryumfują z pobicia moich rycerzy, pociechę tę przy pomocy Boskiej skrócili i wydarli.“ Po takiej odezwie rozjechali się wszyscy do domów dla uzbrojenia się na wojnę, a w kilka dni stanęły liczne hufce tak konnego jak i pieszego żołnierza w miejscu od Bolesława naznaczoném, mając wyruszyć na Pomorze. Tymczasem wieść dochodzi, że Czesi z swoim książęciem Światopełkiem, który przy pomocy panów Czeskich strącił był z tronu Borzywoja, stryja swego, a prawego książęcia, i stolicę jego opanował, zamierzają najechać Polskę, i już tym celem ściągnęli wojska tak piesze jak i konne, i stanęli pod Kłockiem. Borzywój bowiem, książę Czeski, wygnany od synowca swego Światopełka, tusząc, że najbezpieczniejsze znajdzie schronienie w Polsce, udał się do książęcia Polskiego Bolesława, który go wraz z całą drużyną jego towarzyszów łaskawie przyjął, ale przez to obraził Czechów i Światopełka, tak dalece, że się na nim orężem zemścić postanowili. Wahał się w swym umyśle Bolesław, na któregoby wprzódy uderzyć miał przeciwnika; ani bowiem odkładać chciał zemsty swej nad Pomorzany, ani Czechom podawać sposobności do najazdu na Polskę. Nareszcie, obie razem uchwaliwszy wyprawy, wojsko swoje na dwie części podzielił. Jednę poruczył Skarbimirowi i wysłał na Pomorzan, z drugą sam ruszył do Czech przez lasy oddzielające Czechy od Polski, Hercyńskiemi zwane. Ale Czesi dowiedziawszy się, że Bolesław z wojskiem nadciąga, porzucili swoje obozy i rozeszli się do domów; Pomorzan zaś Skarbimir ukarał surowo za ich najazd na Polskę łupiestwy i pożogami, któremi ich trapił przez kilka tygodni.

Po Dyonizym biskupie Poznańskim wstępuje na stolicę Wawrzyniec.

Dyonizy biskup, ośmnaście lat przesiedziawszy na stolicy Poznańskiej, zszedł ze świata. Nastąpił po nim Wawrzyniec I, proboszcz Poznański, na naleganie kapituły Poznańskiej i Bolesława książęcia Polskiego, ażeby koniecznie krajowca obrano; od Marcina arcybiskupa Gnieźnieńskiego mianowany, potwierdzony i poświęcony. Ten Wawrzyniec rodem był Polak, z niskiego stanu wieśniakow, ale cnota i nieskazitelność życia podniosły go do godności szlacheckiej.

Henryk V za zezwoleniem wreszcie ojca obrany cesarzem.

Na zjeździe walnym książąt Niemieckich w Moguncyi, odbytym w dzień Narodzenia Pańskiego, na którym obecnymi byli i nuncyuszowie Apostolscy, Henryk IV cesarz, dla oddalenia i utłumienia odszczepieństwa, rozrywającego kościół z jego przyczyny, postanowił ustąpić z tronu i zdać rządy królewskie synowi. Twierdzą niektórzy, że za tę skruchę nie potępienie ale raczej błogosławieństwo uzyskał, a przez uczynki miłosierne zasłużył na to, aby zdrożne panowania jego postępki doczesną karą były zgładzone. Znamiona cesarskie legaci stolicy Apostolskiej złożyli na głowę Henryka, a wybór ponowili jednocześnie książęta Niemieccy.

Połowcom odbita zdobycz z Ruskiej ziemi.
Przeciw Połowcom, którzy do ziem Ruskich skryte i zdradzieckie czynili wycieczki, i okolicę zwaną Zarzeczsko pustoszyli, Światopełk książę Kijowski wojska z swoich ludów zebrane, pod dowództwem Jana czyli Iwanka Zacharzyca i Koszaryny, wyprawił. Ci doścignąwszy ich nad Dunajem, odbili wprawdzie zdobycz zabraną pod Zarzeczskiem, z Połowcami jednak nie przyszli do rozprawy.

Zbigniew za pośrednictwem Światopełka książęcia Kijowskiego godzi się z Bolesławem książęciem Polskim. Bolesławowi rodzi się córka Swiętosława.

Tymczasem Zbigniew, brat poboczny Bolesława książęcia Polskiego, z przyczyny zdrad i spisków, których się przeciw niemu dopuszczał, uchodząc przed Bolesławem, przybył do Kijowa, w nadziei, że za pośrednictwem książęcia Światopełka, jako zięcia Bolesława, zdoła się z nim pojednać. Jakoż, zabawiwszy czas niejaki w Kijowie, na prośbę Światopełka otrzymał od Bolesława przebaczenie. Ale wnet nadużył jego łaski, udawszy się do Czech, aby nowemi spiski i namowy Czechów przeciw bratu podburzał.
W tymże roku Zbisława, małżonka książęcia Bolesława, dnia 12 Kwietnia powiła córkę, którą ochrzczono w kościele Krakowskim, i nazwano Świętosławą.

Rok Pański 1107.
Bolesław książę Polski dobywa z wielką usilnością Białogrodu na Pomorzu, a wziąwszy go przemocą, wielce łaskawie obchodzi się z zwyciężonemi.

Gdy już wszystkie miasta, zamki i warownie Pomorskie skłonne były do poddania się książęciu Polskiemu Bolesławowi, a sami tylko Albanie, których i Białogrodzanami (Byelagradenses) zwano, opierali się zuchwale i innych namawiali do oporu, Bolesław książę Polski, zebrawszy zbrojne siły tak konnicy jako i piechoty, ruszył z niemi na Pomorze, i zwyczajem swoim rozkazawszy palić domostwa i włości pustoszyć, podstąpił potém z wojskiem pod Białogród, i ścisnął go oblężeniem, aby hardość i pychę ufających w swoje dostatki Białogrodzan (było–to bo wiem miasto wielkiemi bogactwy słynące) ująć nieco w kleszcze i orężem ukrócić. Tusząc wszelako, że oblężonych do poddania się nakłonić zdoła, posłał do nich z upomnieniem, „aby się nie narażali na ostateczne niebezpieczeństwo, i nie zmuszali go do tej konieczności, iżby krwią swoich rycerzy zdobywszy miasto, wzajemnie krew ich rozlewał.“ Przyczém kazał im przez woźnych obozowych podać dwie tarcze, czerwoną i białą, aby wybierali którą wolą: jedna oznaczała śmierć ich i zniszczenie miasta, druga pokój i łaskę zwycięzcy. Białogrodzanie nieustraszeni temi pogróżkami posłów, zaciąwszy się z większą jeszcze hardością, rozkazali im z miasta ustąpić, z tą odpowiedzią, że żadnej nie obierają tarczy, ale obiedwie uważają za swoje godło; biała znaczyć ma odparcie Bolesława od murów miasta, a czerwona rzeź krwawą w jego wojsku, jeśli przedłużać zechce oblężenie. Tak zuchwałą odpowiedzią Bolesław rozgniewany, począł natychmiast sporządzać szopy, podsuwać wieże i taranami tłuc mury miejskie i baszty, a wądoły zawalać faszyną. A gdy wszystko przygotowane było do szturmu, podprowadził wojsko, i przez wyłomy potłuczonych murów wdzierać się kazał do miasta, rozstawiwszy w okół łuczników, aby nacierających zasłaniali. Dla dania zaś przykładu i zachęty ociągającym się i mniej odważnym, sam na czele swoich zastępów poskoczył do głównej bramy, a przebywszy wały i okopy, tarczą tylko zasłoniony od ciosów, z niesłychaną i prawie nadludzką w jednym człowieku siłą, począł wyrąbywać wrota, i do wspólnej roboty zagrzewać swoich towarzyszów. Nie odstraszyły go staczane z góry głazy i opoki, ani strzał gęstych wypuszczane groty, ani chmary broniących się mężnie oblężeńców i zlewających im głowy smołą wrzącą i ukropem; nie wzruszyły jęki i konania upadających, ciała martwe pobitych. Póty z tak niebezpiecznego miejsca nie ustąpił, póki nie wyłamał bramy, którą dopiero cały krwią zbroczony wpadł do miasta torując drogę swemu wojsku. Wtedy Białogrodzan, usiłujących stawić mu opór, jednych rozpędza, drugich trupem ściele. Musieli wreszcie oblężeńcy ustąpić, przywitani gęstemi pociskami; a nawet i ci, którzy murów bronili, nie mogli się dłużej utrzymać, zgruchotano bowiem taranami mur potrójny i otwarto zwycięzcom wstęp do miasta. Byłaby nastąpiła rzeź niechybna między wszystkiemi obojej płci mieszkańcami, gdyby nie rada roztropna Białogrodzan, którzy przerażeni potęgą Bolesława, rzucając broń i ścieląc się do nóg zwycięzcy z żonami i dziećmi, błagali jego litości, nie dla siebie, bo sami wyznawali, że swą zuchwałą odpowiedzią zasłużyli raczej na karę krzyża, ale dla swych małżonek, dziatek i tylu niewinnych ofiar. Tak pokorném wyznaniem winy snadno przejednali gniew Bolesława, który darował im życie. A lubo wszystko rycerstwo i panowie Polscy domagali się koniecznie, aby wyciąć w pień wszystkich mieszkańców, a miasto w gruzach zagrzebać, dla pomszczenia się towarzyszów przy jego dobywaniu poległych; Bolesław przecież postanowił okazać się dla nich łaskawym i wspaniałym, za najgodniejszą siebie zemstę uznawszy miłosierdzie. Wszystkim zatém Białogrodzanom, nawet swym najzaciętszym nieprzyjaciołom, winę przebaczył, darował im życie, wolność i majątki, które już dostały się były w ręce zwycięzców; co większa, zakazał swoim żołnierzom, aby żadnemu z mieszkańców Białogrodu nie czynili najmniejszego gwałtu ani szkody. Tą wielkomyślną dla zwyciężonych łaskawością więcej na Pomorzu miast zdobył niżli orężem. Gdy się bowiem rozeszła wieść o tak litościwém Bolesława obejściu się z Białogrodzanami, pospieszyli do niego starostowie i panowie przedniejsi Kołobrzegu (Golibregensium), Kamienia, Wielina, Koźlina (Cossominensium?) i innych miast nadmorskich, niosąc mu wspaniałe dary i błagając przebaczenia; które z łatwością otrzymawszy, poddawali mu się z pokorą, i przysięgali trwać wiernie w posłuszeństwie i uległości.

Po Filipie biskupie Płockim wstępuje na stolicę Szymon.

Filip biskup Płocki, który przez siedm lat stolicą swoją zarządzał, strawiony febrą trzeciaczką umarł, pochowany w kościele Płockim. Po nim nastąpił Szymon archidyakon Płocki, rodem Polak, z szlacheckiego domu Gozdawitów, obrany przez tajemne głosowanie, a za zezwoleniem Bolesława książęcia i monarchy Polskiego, potwierdzony i poświęcony przez arcybiskupa Gnieźnieńskiego Marcina. Jak zacnym i świątobliwym był rzeczony biskup Szymon, świadczy Wincenty syn Kadłubka z wsi Karwowa, biskup Krakowski, w kronice dziejów Polskich, wymownym stylem napisanej, gdzie temi słowy mówi: „Gorliwość o dom Boży, godna zapisania piórem złotém, uzbroiła Szymona i Alexandra Płockich biskupów, którzy dwojakiego nieprzyjaciela usiłowali odeprzeć od przybytku Pańskiego.“ A dalej powiada: „Wielkim był wprawdzie Alexander biskup Płocki, ale większym, jak uważam, Szymon od Alexandra, który zagrzewając Polaków do wojny przeciw barbarzyńcom, i w samym upale bitwy modląc się gorąco za nimi, dopóki nieprzyjaciel nie został zniesiony do szczętu, wyraził na sobie obraz patryarchy Abrahama i prawodawcy Mojżesza.“ A niżej nieco: „Oto biskup Szymon, infułą i przepaską pasterską ozdobiony, który nie tak łzy jako raczej prośby i głosy powszechne mając na względzie, woła: W jednym tylko maluczkim jest nadzieja zwycięztwa, a nie w mnogim tłumie; ani przystoi lękać się śmierci, gdy idzie o dobro bliźnich, bowiem śmierć ciała nie zabija człowieka, ale zbliża mu nagrodę cnoty. Co wyrzekłszy, swoich odprowadził do walki, sam zaś oddał się modlitwie, której póty nie poprzestał, póki wszystek on gmin najezdzców nie legł pod mieczem, wyjąwszy małą liczbę ratujących się ucieczką.“

Bolesław książę Polski naprawia zamek Koźle przypadkowym pożarem zniszczony; Zbigniew odmawia mu hardo i nieuczciwie żądanej do tego dzieła pomocy.

Koźle, zamek leżący blisko granicy Morawskiej, położeniem swojém więcej niżeli sztuką umocniony, Odra bowiem rzeka i przyległe bagna czynią go niedostępnym, temi czasy zgorzał przypadkiem. Gdy się o tém Bolesław książę Polski dowiedział, powziął podejrzenie, że go Czesi umyślnie podpalili, aby go łatwiej opanować mogli: natychmiast więc w to miejsce pospieszył z garstką rycerstwa, i zamek z gruntu nowy budować począł, nie szczędząc ku temu usilności i pracy. Obawiając się zaś napaści Czechów w miejscu pożarem opustoszoném i mniej bezpieczném, posłał do brata Zbigniewa z żądaniem, aby mu przyprowadził na obronę albo przynajmniej przysłał kilka hufców swego rycerstwa; nie zdawało mu się bowiem rzeczą przyzwoitą, do tak małej posługi trudzić swoich żołnierzy, znużonych świeżo dobywaniem Białogrodu i Pomorską wyprawą. Ale Zbigniew już wtedy pałający zawiścią ku Bolesławowi, i zazdroszczący mu głośnej w świecie sławy i powodzenia, dawszy mu hardą odpowiedź, nawet posłów jego, niepomny na prawa narodów, nieludzkiém obejściem znieważył, i wyzionąwszy na brata najzłośliwsze obelgi, o kęs srożej nie pokrzywdził. Zniósł Bolesław cierpliwie tę posłom swoim i sobie wyrządzoną zniewagę, pokrył urazę obojętnością, a pospieszył z odbudowaniem zamku Koźle, umyślnie podłożonym ogniem spalonego. Zbigniew albowiem, widząc rosnącą ku bratu swemu, Bolesławowi książęciu, cześć powszechną i przychylność między Polakami, ku sobie zaś nienawiść i pogardę, nawet w tych, którzy jego rządom byli powierzeni; słysząc wreszcie szczypiące go zewsząd przymówki, że był bękartem podłej nałożnicy, i w niczém do ojca niepodobny, uznał, iż nie miał innego środka do potłumienia tej zniewagi, na jaką był wystawiony, i osiągnienia najwyższej władzy, jak tylko w zbrodni; wszystkie więc ku temu obrócił myśli, ażeby Bolesława skrytym zgubić podstępem.

Sieciech, cześnik Bolesława, zaniedbujący spowiedzi świętej, odbiera od Ś. Idziego we śnie upomnienie; potém na polowaniu raniony śmiertelnie od dzika, za przyczyną Ś. Idziego odzyskuje zdrowie.
Pod on czas, kiedy Bolesław, książę i monarcha Polski, szczególniejszy czciciel Ś. Idziego (za którego przyczyną i zasługami urodził się był z rodziców długo niepłodnych) Pomorzan pod swoję i narodu Polskiego władzę podbijał, obległ także wojskiem swojém zamek i miasto Pomorskie Szczecin, które po długiém dobywaniu nakoniec przy pomocy Boskiej i Ś. Idziego opanował. Znajdował się w obozie jego rycerz jeden nazwiskiem Sieciech, młodzieniec krzepki, wymowy raźnej, i w drużynie towarzyszów jego rzadką odznaczający się dzielnością, który na dworze jego urząd cześnika sprawował. Ten gdy w pierwszym dniu poczętego szturmu, po wielu harcach i potyczkach, pod murami miasta w oczach Bolesława książęcia stoczonych, wieczorem do obozu powrócił, z nagła przerażony jakiemś trwożném przeczuciem, jakoby nazajutrz przy dobywaniu miasta od miecza nieprzyjacielskiego miał zginąć, temi słowy, nie potajemnie ale jawnie do towarzyszów swoich mówił: „że nie pójdzie do walki, póki się wprzódy grzechów swoich nie wyspowiada.“ Ale dnia następnego, kiedy Bolesław wyprowadzał rycerstwo swoje do dobywania zamku i miasta, cześnik ów Sieciech, odzyskawszy męztwo, nie pomyślał już o wypełnieniu swego ślubu, i poszedł z drugimi towarzyszami do walki. Za powrotem znowu go tenże sam strach ogarnął i taż napadła niemoc, że ponowił swój ślub i postanowienie spowiedzi; i tak było ciągle przez dni kilka; po każdém zejściu z pola, bojaźń dręcząca odwodziła go od dalszych harców, a napełniała skruchą i chęcią oczyszczenia się z grzechów, a z dniem następnym znowu nikły te trwogi, i spowiedź odkładana szła w zaniedbanie. Tak bowiem czynił ów rycerz Sieciech, jak to i inni mają w zwyczaju, że kiedy na nich przychodzi strach jakiś i przygoda, obiecują wtedy poprawę, a za pomyślniejszą rzeczy zmianą znowu wracają do dawnej pychy i grzeszą po swojemu. Po zdobyciu wreszcie zamku i miasta, zwalczeniu nieprzyjaciół i wzięciu celniejszych obywateli za zakładników, gdy rycerstwo Polskie wracało do swego kraju, rzeczony cześnik Sieciech, lekceważąc cierpliwość i miłosierdzie przewłaczającego karę Boga, począł chełpić się przed towarzyszami, że nie stracił nic na tém iż zaniedbał spowiedzi i pokuty, przez to bowiem zaniedbanie ocalił życie, które byłby utracił przez spieszne ślubu wypełnienie. Tym płochym jego przechwałkom poklaskiwali niektórzy z młodszej drużyny, skłonni do podobnego zuchwalstwa: mężowie jednak roztropniejsi i żywiący w sercach bojaźń Boga brzydzili się takowém zaślepieniem i ganili je karcącą przestrogą. Aliżci gdy Sieciech następnej nocy spokojnie używa wczasu, pokazuje mu się Święty Idzi opat, w poważnej starca postaci, którego chociaż Sieciech nigdy wprzód nie widział, z natchnienia jednak Bożego zaraz go poznał w przytomnym mężu, który rzekł: „Ty się chełpisz, Sieciechu, że odłożeniem spowiedzi i pokuty uniknąłeś śmierci, a ja ci oznajmiam, że śmierć tuż jest przed tobą.“ Po wyrzeczeniu tych słów znikła postać szanowna, a Sieciech, jakkolwiek jej widzeniem i wieszczbą przerażony, nawet w członkach swych uczuł niemoc i drżenie, nie poprawił się przecież, i z Bolesławem książęciem, który w pięć dni potém wybrał się był na łowy do lasów Usosińskich (Vsosin) gdzie mnóstwo było żubrów, pobiegł użyć myślistwa. A gdy książę Bolesław ubiwszy wiele zwierząt, żubra jednego nadzwyczajnej wielkości i siły, odłączającego się od swej gromady pojedynka, którego w języku właściwym zowią odyńcem, wypłoszył z kniei, w której się ukrywał, a zwierz zalękniony uciekając przed szczekaniem psów i grotami myśliwych, wyrwał się z zastawionej do koła obławy, i przypadkiem wbiegł na stojącego mu na drodze cześnika Sieciecha; ten za rzecz sromotną uznawszy kryć się albo uciekać, w obec książęcia Bolesława i innych patrzących nań towarzyszów, zeskoczył z konia i ugodzić chciał tura oszczepem, ale chybiwszy, rzucił się na ziemię, aby wściekłości zwierza tym przynajmniej uniknąć sposobem. Tym czasem ów żubr, który przyrodzonym sobie obyczajem na leżących najsrożej się pastwi, Sieciecha naprzód rapciami uderzywszy, a potém wziąwszy na rogi, podrzucił w górę i kilka kroć w ten sposób jak piłkę wysadzał i miotał, nakoniec powalonego w krzaki i ciernie bez duszy prawie zostawił. Dopiero gdy odbiegł, towarzysze podźwignęli z ziemi rycerza, a owinąwszy go i spowiwszy płatami sukiennemi, odnieśli do pobliskiego miasta. Nie mógł odzyskać sił ani przytomności umysłu, z tylokrotnego miotania i wyrzucania w powietrze dostawszy odurzenia i zawrotu, a znajomi i przyjaciele płakali nad nim widząc go bliskim śmierci. Aliści w ostatecznym już zgonie ukazał mu się Ś. Idzi, podobną mający postać w jakiej wprzódy przedstawił mu się był na jawie, i łagodnemi słowy karcąc jego zatwardziałość i zaniedbanie spowiedzi, rzekł: „Jeżeli mnie nie wezwiesz na pomoc, czeka cię śmierć nieuchronna.“ A Sieciech na męża Bożego patrząc jak na znajomego sobie i przyjaciela, i wielką pokładając w nim nadzieję, rzekł: „Błagam cię pokornie, mężu Boży, uproś mi naprzód u Boga siły i zdrowie, a potém staw się za mną przyczyńcą i orędownikiem, przyrzekając, że żywot mój, postępki i obyczaje poprawię, a za popełniony grzech pokutować będę, nakoniec popioły twoje i grobowiec pieszo jak najrychlej nawiedzę.“ Na co odpowie Święty: „Jać na prośbę twoję wstawię się modłami memi do Najwyższego, który niczyjej zguby, ale raczej zbawienia wszystkich żąda; i już ci z łaski Wszechmocnego zdrowie zupełne przywracam. Ale strzeż się, abyś czynów twych nie pokaził, i nowemi przestępstwy nie przydał wagi dawnym, przez co pogrążyłbyś się w przepaści i ściągnął surową karę niebios.“ Cud trudny do uwierzenia! ledwo znikło widzenie, cześnik Sieciech w członkach swych poranionych, pobitych i pogruchotanych, bez żadnej ludzkiej pomocy uczuł się natychmiast, uzdrowionym. Opowiedziawszy więc z powszechném zdumieniem tę cudowną łaskę nieba wszystkim znajomym i przyjaciołom, wybrał się pieszą pielgrzymką do klasztoru Ś. Idziego w Prowancyi, gdzie ciało Ś. Idziego spoczywa, i złożywszy u jego grobu szczodre ofiary, uczcił pokornemi dzięki swojego zbawcę i opiekuna; a za powrotem do ojczyzny, brzydząc się sprosnotą swoich dawnych występków, pokutował za nie w żalu i głębokiej serca skrusze.

Gdy Zbigniew dla zbytniej powolności Bolesława coraz większych dopuszczał się zdrad i przestępstw, i gdy z przejętych listów pokazało się, że Czechów i Pomorzan przeciw bratu swemu podmawiał; Bolesław zawarłszy wprzód zgodę z Czechami, wybrał się zbrojno na Pomorze, i opanował Gniezno wraz z innemi posiadłościami Zbigniewa, który przed nim umknął na Mazowsze. Poszedł za przeciwnikiem swoim Bolesław, atoli panowie Polscy starali się pojednać go z Zbigniewem; nie dał mu jednak Bolesław w posiadanie nic więcej okrom Mazowsza.

Bolesław książę Polski, obrażony słusznie zniewagą wyrządzoną swoim posłom, przez których żądał był od Zbigniewa obrony w czasie naprawy zamku Koźla, nie zaspał swojej krzywdy, lecz zaraz po odbudowaniu twierdzy złożył radę starszyzny, przed którą użalał się na swego brata pobocznego Zbigniewa, że nie pierwsza-to była krzywda, jakiej od niego doświadczył, miał bowiem i inne, cięższe przeciw niemu urazy. Jakoż wiedzieli wszyscy, i głośno wszędy o tém mówiono, że Zbigniew podburzał Czechów, Pomorzan i Prusaków przeciw bratu swemu Bolesławowi, i nie tylko namową i łudzącemi obietnicami, ale nawet układaniem z nimi tajemnych związków, podsuwaniem pieniędzy, żywności, podarunków i rozmaitych zobowiązań, podżegał ich do najazdów na Polskę. Chodziły wieści, że kiedy Pomorzanie wtargnęli do krajów Bolesława, Zbigniew dawał im skrycie posiłki, obmyślał stanowiska, porozumiewał się z nimi, łączył, a nawet wspólnie działał i spiskował; że wszystkich jeńców Bolesława Pomorzanie sprzedawali, a przeciwnie tych, którzy pochodzili z dzielnicy Zbigniewa i przypadkiem dostali się w niewolą, na każde jego zgłoszenie się albo piśmienne świadectwo oddawali wraz z rzeczami i wszystką ich własnością. Biegali też ustawicznie gońcy od Zbigniewa do Pomorzan, udzielających sobie nawzajem doniesień, co Bolesław robi, gdzie się znajduje, i co przeciw Pomorzanom zamyśla. Słał niemniej Zbigniew Pomorzanom, a oni jemu wzajemnie upominki, i dzielili się z nim barbarzyńcy łupami zabranemi w krajach Bolesława. Ile razy zaś Pomorzanie lub inni nieprzyjaciele najechali ziemie Bolesława, zaraz Zbigniew spieszył do Czechów albo Prusaków, równie Polakom nieprzyjaznych, albo przez posły i listy namawiał ich i podżegał, aby z drugiej strony uderzyli na Polskę; nakoniec zbrodnicze z Czechami, Morawą, Pomorzany, Sasami i innemi ościennikami knował spiski przeciw Bolesławowi, aby go wyzuć z władzy książęcej, która-to chytrość i podstępy stały się niemal nałogiem i konieczném zatrudnieniem Zbigniewa; tém zaś śmielej zdrajca i częściej się ich dopuszczał, im więcej znajdował otuchy w pobłażaniu brata Bolesława, który, aczkolwiek spraw jego niecnych świadomy, dozwalał mu broić bezkarnie, i prawie sposobność do zbrodni nastręczał. Bolesław bowiem książę Polski, gdy mu o tych sprawkach donoszono, zwykł je był karze Boskiej zostawiać. Wszelako wszyscy radcy książęcia Bolesława obruszyli się na tak zdrożne Zbigniewa postępki, i do tych, które w krótkich słowach Bolesław im przedstawił, większe jeszcze i daleko cięższe przydali obwinienia. Uchwalili więc jednozgodnie: „że nie można było dłużej cierpieć Zbigniewa w ojczyznie, którą tyle kroć zdradzał i wydawał nieprzyjaciołom, ale jak nieprzyjaciela powszechnego i wroga wyrzucić z kraju, wypędzić i na krańce świata wyścigać, odebrawszy mu wszystkie ziemie i dzierżawy, które z łaski ojca posiadał. “ Wtém dochodzi wieść, że Zbigniew podmawia Czechów, Pomorzan i innych nieprzyjacioł przeciw Bolesławowi i jego państwu; podchwytują i gońców Zbigniewa z listami, z których, podobnie jak z treści otrzymanych doniesień, ukazywały się skryte jego przeciw bratu zmowy i zamachy. Co wszystko że w jednym czasie przypadło, pomieszały się wielce rady Bolesława książęcia i jego panów. Sam bowiem nie wiedział, w którą stronę pilniej obrócić miał oręż, przeciw Czechom czy przeciw Pomorzanom, czy wreszcie przeciw samemu Zbigniewowi. Niebawem jednak wyprawił posłów do Rusi i Węgier, celem zaciągnienia posiłków z żołnierzy płatnych i ochotników. Dał znać i zięciowi swemu Światopełkowi książęciu Kijowskiemu, w jak wielkiém zostawał niebezpieczeństwie, zagrożonym będąc od potrójnego nieprzyjaciela, i prosił, aby mu osobiście z jak najliczniejszém wojskiem przybył na pomoc. Najroztropniej zaś poradził sobie wyprawiwszy posłów do rycerstwa Czeskiego i namówiwszy je do powrotu. Ruszył więc przeciw samym Pomorzanom: którzy zatrwożeni jego przybyciem, zaraz wszyscy pierzchnęli. Zadrżał w duchu i Zbigniew, a poczuwając się do zbyt wielkiej i jawnej winy, i nie mogąc już wcale od Bolesława spodziewać się przebaczenia, ustąpił z Wielkiej Polski (gdzie miał zebrane siły przeciw bratu) i jako winowajca zbiegł do Mazowsza, tusząc, że przynajmniej od zemsty Bolesława będzie bezpieczny. Bolesław zaś stolicę władztwa i posiadłości Zbigniewa, miasto Gniezno wraz z zamkiem w kilka dni opanował, potém zamki Spicymierz i Łęczycę, należące do dzielnicy Zbigniewa, odebrał, i w nich swoich rządców i starostów osadził. Tymczasem nadciągnęły posiłki z Rusi i Węgier, z któremi przeszedłszy Wisłę udał się na Mazowsze, aby wypędzić ztamtąd Zbigniewa, jako swojego wroga i przeciwnika, który się w tamtych stronach ukrywał. Dopiero wtedy Zbigniew zwątpił o sobie, gdy nie już o panowaniu ale myśleć trzeba było o ocaleniu życia. Stanęli z obojej strony, jako pośrednicy między Zbigniewem a Bolesławem, Baldwin biskup Krakowski z celniejszymi panami, i przyprowadzono samego Zbigniewa. A gdy Bolesław wymówił mu w oczy wszystkie przestępstwa, których się przeciw niemu dopuszczał, Zbigniew upokorzony błagać począł: „aby zmiłowawszy się nad nim, życie mu i cząstkę jaką działu ojczystego darował, składając ręce i przysięgając, że nigdy przeciw niemu nic działać ani knować nie będzie, ale we wszystkiém okaże się uległym jak rycerz swemu książęciu i panu.“ Zmiękczony Bolesław jego prośbami i łzami, oddał mu ziemię Mazowiecką, aby go trzymać o podal od Pomorzan i Czechów: co Zbigniew za największe w ów czas poczytał sobie dobrodziejstwo. Po zjednaniu się w ten sposób obu braci, wojska Ruskie i Węgierskie powróciły do swoich krajów. Mimo tego rozgadywał Zbigniew między swoimi, z tą chytrością, która mu była wrodzona, „że gdyby go tylko wysłuchać chciano, byłby się z wszelkich, jakie mu czyniono, zarzutów oczyścił.“ Ale chociaż śmiało i bezczelnie mówił, widział iż mu nie dawano wiary; do kogokolwiek zwrócił swoje kłamstwa i wykręty, wszędy się jak o skałę rozbijały. Znano go jako zmiennika, którego zwyczajem było na różnych stołkach siadać, uważano za zbiega pełnego obłudy i zdradziectwa, zwajcę i szalonego prawie zuchwalca, szczwanego w wybiegach i łotrostwach, a rycerza dzielnej siły i wymowy.

Pomorzanie, chcąc zabrać w niewolą arcybiskupa Gnieźnieńskiego, chwytają archidyakona: ale straszną chorobą dotknięci, wracają go, i oddają razem naczynia święte które pobrali.

Marcin arcybiskup Gnieźnieński, przejeżdżając z Mikołajem archidyakonem Gnieźnieńskim przez wieś Spicymierz (Spiczomerz), wstąpił do kościoła parafialnego tejże dyecezyi, i zwyczajem biskupim z kapłanem idącym do mszy konfessyą powszechną odmawiał, ostrzegli go z nagła słudzy kościelni, że Pomorzanie na ową wieś napadli. Dowiedziawszy się bowiem od szpiegów, że Marcin arcybiskup w to miejsce przybył, pospieszyli barbarzyńcy z zamków pobliższych celem schwycenia go i porwania, za to, iż ich przymuszał do porzucenia bałwochwalstwa, a wyznawania jawnego wiary katolickiej, i oddawania kościołowi pierwiastków każdego plonu i dziesięcin. Przelękły arcybiskup nie wiedząc co miał czynić, widział bowiem że czeladź jego i towarzysze nie sprostaliby licznej zgrai Pomorzan, gdy by przyszło do walki, i już nawet na sam widok nieprzyjacioł rozpierzchli się i pokryli, sam jeden pozostał w kościele; gdy go i archidyakon Mikołaj, modlącego się i płaczem raczej niżeli prośbą wzywającego z niebios zmiłowania, opuścił, i ratując się wybiegł z kościoła. Tego Pomorzanie wziąwszy za arcybiskupa, miał bowiem na sobie strój bogaty i świetny, przytrzymują w ucieczce, i z wielką radością i tryumfem, nie bez poszanowania jednak na kibitkę wsadzają. Wpadłszy potém do kościoła, szukają jego towarzysza; lecz gdy nikogo nie znaleźli, czémprędzej z onego kościoła Spicymierskiego, po zabraniu z niego świętości, dosyć mając na osiągnieniu celu, cofają się i uciekają, żeby sami nie wpadli Polakom do matni. Arcybiskup Gnieźnieński Marcin, którego zwątlone wiekiem siły strach był pokrzepił, korzystając z pory, kiedy Pomorzanie gonili za archidyakonem, wylazł na szczyt kościoła i skrył się pod belkami wiązania; kapłan zaś, który miał mszą odprawiać, wtulił się poza ołtarz od zewnętrznej ściany. A tak Pomorzanie, nie przepatrzywszy wszystkich zakątów kościoła, albo raczej, jak pobożnie wierzyć można, na prośby i gorące modły Marcina arcybiskupa olsnąwszy, dozwolili mu za łaską Bożą ujść niewoli. Cud zaiste podziwienia godny! ale któremu nie godzi się uwłaczać wiary, stwierdzają go bowiem głośno świadectwa wielu poważnych pisarzy. Ci z Pomorzan, którzy naczyń kościoła Spicymirskiego dotykali się, bądź na podłe przeznaczyli je użytki, wszyscy poszaleli albo dostali wielkiej choroby; i nie tylko oni sami, ale żony ich nawet, dzieci, krewni i powinowaci podobnego doznali obłąkania, że jak szaleńcy i opętani kaleczyli się wzajemnie żelazem, rzucali na siebie kamieniami, krewnych i przyjacioł z domów wyganiali: a kiedy drugim szkodzić nie mogli, sami się zębami kąsali i szarpali pazurami; wielu z nich w takim stanie szaleństwa pomarło. Przerażeni tą przygodą, poznali, nakoniec, że to była kara Boska za zbrodnię świętokradztwa i obelgę mężowi Bożemu wyrządzoną; zaczém wszystkie niemal naczynia święte oddawszy do rąk archidyakona, porzucili swoje bałwochwalstwo, przyjęli wiarę świętą, i rzeczonemu archidyakonowi zdrowo i swobodnie do ojczyzny wrócić pozwolili. Nadto dziesięciny i pierwiastki swoich plonów, których dotąd upornie odmawiali, przyrzekli jak najchętniej składać i uiszczać. A tak sprawy Pomorskie szczęśliwie zakończyły się w tym roku. Podwójny więc tryumf odniesiono nad Pomorzany, ale ostatni wydaje mi się nierównie świetniejszym: jeden orężem Bolesława, drugi prośbami pobożnemi arcybiskupa, który dopóty w owym kościele trwał na modlitwie, wzdychając i łkając, póki archidyakon z naczyniami świętemi zdrowo nie powrócił.

Borzywój wygnany z Czech, w Polsce szukając schronienia, stolicę utraconą odzyskać próżno usiłuje.
Za Borzywojem książęciem Czeskim, przez Światopełka i niektórych panów Czeskich niesprawiedliwie z swego księztwa wyzutym, i przesiadującym w Polsce na wygnaniu, brat jego rodzony Sobiesław, wielu oraz panów i szlachty Czeskiej, oburzonych takiém wydzierstwem, zjechało się do Polski. Tych wszystkich Bolesław książę Polski z wielką przyjąwszy łaskawością, której się nawet nieprzyjaciele jego dziwili, i pokrzepiwszy ich dobrą nadzieją, uczciwie i z książęcą wspaniałością podejmował. Potém książę Czeski Borzywój, zasilony od niego pieniędzmi i szczodrze we wszystko opatrzony, zostawiwszy w Polsce brata swego Sobiesława, w towarzystwie niektórych roztropniejszych panów udał się z Polski do cesarza Henryka: którego napotkawszy w Saxonii, przedstawia mu swoje krzywdy, jako niesprawiedliwie wyzuty z księstwa Czeskiego, słuszném posiadanego prawem, zelżywe ponosi wygnanie, i nie tylko on, ale i brat jego Sobiesław, i wielu panów Czeskich, wygnanych przez Światopełka, jałmużną i żebraczym w Polsce chlebem żyją. Takiém użaleniem się i skargą i przyłączonemi razem obietnicami snadno cesarza Henryka ujął i do litości nakłonił. Wysyła zatém cesarz jednego z swoich rycerzy, wzywając do siebie Światopełka, który, że poczuwał się do niesprawiedliwego zaboru, i nie chciał takowemu wezwaniu dowierzać, zebrawszy wojska i poruczywszy je dowództwu brata Ottona, pojechał dopiero do cesarza. Alić, jak tylko przybył, natychmiast cesarz kazał go związać, i Borzywojowi do Czech odesłał, przykazując Czechom, którzy w ów czas Światopełkowi towarzyszyli, aby temu a nie komu innemu, jako prawemu książęciu podlegali. Tymczasem gdy Borzywój z swoją drużyną i Niemcami zbliżał się do zamku Donina i dążył ku Pradze, Otto, brat Światopełka, już zawiadomiony o jego uwięzieniu, zachodzi drogę Borzywojowi z wojskiem które miał pod swojemi rozkazy, i zamek Donin oblega. Poczém Borzywój, przychylnością jedynie Czechów zasłoniony, i wraz z rycerstwem wypuszczony bez szkody, uszedł do Polski i tym sposobem wymknął się z rąk Ottona. Światopełk zaś, wypłaciwszy cesarzowi obiecane dziesięć tysięcy grzywien srebra, przyrzekłszy nadto, że wybierającemu się na Węgry przeciw Kolomanowi, dla shołdowania tegoż pod władztwo cesarza, przyprowadzi wszystkie wojska swoje w posiłku, uwolniony został z więzienia, i zmuszony dać cesarzowi brata swego Ottona za zakładnika. Ale i ten, z umysłu mniej dozornie strzeżony, umknął i do Czech niezadługo powrócił. Dla uiszczenia zaś cesarzowi owych dziesięciu tysięcy grzywien srebra, musiał Światopełk i skarb książęcy wyniszczyć, i kościoły Czeskie obrać z naczyń świętych i klejnotów, a na duchowieństwo i lud podatek nałożyć.

Bolesław książę Polski zdobywa zamek warowny Czarnków.

Bolesław książę Polski, nie przestając na tém, że Białogród i inne części ziemi Pomorskiej pod swoje władztwo podbił, w jesieni tegoż roku obległ zamek i miasto Czarnków, zostające jeszcze w posiadaniu Pomorzan, a zbudowawszy cztery wieże przewyższające wyniosłością swoją mury miasta i twierdzy, tak ich przeważnie i usilnie dobywał, że oblężeni wysłali nakoniec posłów z poddaniem miasta i grodu. Po których zajęciu Bolesław książę Polski pana i dziedzica zamku Czarnkowa, imieniem Gniewomira, z wszystkiemi poddanemi jego, którzy jeszcze wiary świętej nie byli poznali, ochrzcić kazał, i sam Gniewomira do chrztu trzymał; a na znak takowego z nim spowinowacenia i dla zobowiązania go do tém stalszej wierności, wrócił mu zamek i miasto Czarnków, z własnej szczodrobliwości na nowo dany i zapisany.

Książęta Ruscy zadają morderczą klęskę Połowcom.
Połowcy, chcąc wetować szkód zrządzonych sobie przez Rusinów i ich książąt, najechali ziemie Ruskie wielkiemi tłumy, pod wodzą Boniaka Sarukana i innych książąt Połowieckich, i stanęli obozem w bliskości Lubni. Przeciw którym wyszli z potężnemi siły Światopełk książę Kijowski, Włodzimierz, Oleh, Światosław, Mścisław, Więcsław i Jaropełk, Ruscy książęta, a przeprawiwszy się przez rzekę Sulę, na Połowców i ich stanowiska dwunastego dnia Sierpnia niespodzianie natarli. Ci zmieszani nagłym popłochem, nie zdążyli już ani pozbierać się w osobne hufce, ani sprawić do boju, ani nawet w szyku porządnym postępować; ale jedni dopadłszy koni, jakie się w tym zgiełku nadarzyły, drudzy pieszo z obozu do pobliskich lasów uciekali. Rusini pędząc za pierzchającemi w pogoni, zadali im okropną klęskę, jakiej tak wielka liczba nie zdawała się dopuszczać; wielu Połowców zagarnęli w niewolą, których aż do Choreli ścigali. Brat rodzony wodza Boniaka, książę Tasza, z wielu innemi poległ. Po opanowaniu zatém obozów Połowieckich, i zabraniu znacznej zdobyczy, wrócili Rusini do swoich siedlisk z wielką radością i chwałą.

Henryk IV cesarz, przez syna swego wyzuty z władzy, umiera w Liége.

Henryk IV cesarz, odstąpiwszy korony synowi swemu Henrykowi, z możnego i potężnego władcy przeistoczony w ubogiego i nędzarza, na przykład straszny i naukę śmiertelnym, udał się naprzód do Kolonii a potém do Liége (Leodium). Oba te miasta przyjęły go ze czcią, nie jak wygnańca ale jako cesarza, a Henryk użalał się przed niemi, że go zdradą i nieprawością zmuszono do złożenia najwyższej władzy. Poszedł za nim syn z zebraném wojskiem i stanął nad Mozą; ale odparty przez Henryka książęcia Belgów, zajął się uzbrajaniem nowych i potężniejszych zaciągów. A w tém ojciec Henryk umarł w Liége, zkąd go do Spiry przeniesiono, i obok ojca i dziada pochowano. Henryk zatém V, od śmierci ojca już swobodnie panujący, Francyą i Niemcy wojnami domowemi zawichrzone uspokoił, i wielu biskupów, którzy w czasie odszczepieństwa poustępowali z swoich stolic, przywrócił. Jeden z celniejszych baronów Niemieckich, Henryka IV przeciwnik, podczas biesiady napadniony od wielkiej zgrai myszy, które go przez ogień i wodę ścigały, a żadną siłą nie dały się powstrzymać, nędznie od nich zjedzony został. To zdarzenie dlatego tu zapisuję, że przez podobieństwo swoje z podaniem, jakie w tych księgach wyżej o książęciu Popielu zamieściliśmy, może służyć do jego potwierdzenia. Rzeczony Henryk, dzielny wojownik, w tak krótkim czasie całe państwo shołdował, że wszyscy poddani jarzmo jego cierpliwie znosili, a sąsiednie ludy, bojąc się jego przewagi, nie śmiały zaczepiać go orężem.

Rok Pański 1108.
Bolesław książę Polski przyrzeka Kolomanowi królowi Węgierskiemu posiłki zbrojne przeciw cesarzowi, czego inni uczynić nie śmieli.

Koloman król Węgierski, wiedząc o nieprzyjacielskich przeciw sobie zamiarach Henryka cesarza (głośne bowiem chodziły wieści, i przychylni królowi ostrzegali go o tém w licznych doniesieniach, że Henryk cesarz potężne z krajów Niemieckich zebrał wojska, zaciągnąwszy prócz tego posiłki od Świętopełka książęcia Czeskiego i innych sąsiednich książąt) nawzajem z swej strony uzbrajał Węgry, aby się cesarzowi skutecznie mógł oprzeć. Wojna ta, którą Henryk cesarz przeciw Kolomanowi królowi Węgierskiemu podnosił, miała słuszne powody. Wielu bowiem krzyżowników Niemieckich, ciągnących przez Pannonią na obronę ziemi świętej, Węgrzy szarpali, obdzierali, krzywdzili rozmaitemi gwałtami i obelgami, a nawet zabijali. Chciał nadto cesarz przywrócić na tron Alma, brata Kolomana, który przezeń wygnany z Węgier udał się był do Henryka V z prośbą o pomoc. Z tych więc przyczyn wybierał się cesarz przeciw Węgrom. Zabiegał wzajemnie i Koloman król Węgierski o obce posiłki przeciw groźnej potędze cesarza: ale gdy na niczyją pomoc rachować nie mógł, bo wszyscy lękali się wystąpić przeciw cesarzowi, aby podobnej jak Węgrzy nie ściągnęli na siebie wojny; prałaci i baronowie Węgierscy, zaradzając tak trudnym okolicznościom uchwalili zażądać pomocy od Polaków, w nadziei, że ci narodowi Węgierskiemu zawsze przychylni, szczerzy i stateczni w wierze, pewnie ich w złym razie nie opuszczą. Zgodził się na to chętnie król Węgierski Koloman, a podjechawszy ku granicy Polskiej, posłał do książęcia Bolesława z zaproszeniem do wspólnej rozmowy, poczém obaj monarchowie spotkali się z sobą w ziemi Spiskiej. Przełożył król Koloman książęciu Bolesławowi cel żądanego zjazdu, i dopraszał się o posiłki przeciw cesarzowi, przyrzekając mu wzajemną w podobnym przypadku usługę. Po długiém naradzaniu się panów obojej strony, król Koloman z książęciem Bolesławem zawarli przymierze, mocą którego zobowiązali się przeciw wszelkiemu nieprzyjacielowi wzajemnie sobie pomagać, a przymierze to utwierdzili węzłem ściślejszym powinowactwa. Koloman bowiem król Węgierski zaręczył syna swego najstarszego Stefana z Judytą córką książęcia Bolesława, której ojciec wyznaczył w posagu ziemię Spiską, należącą wtedy do Polski, a w znacznej części do Krakowskiej ziemi. Od tego czasu ziemia Spiska oderwana od Polski stała się własnością i dziedziną Węgier.

Zbigniew, syn Władysława z nieprawego łoża, a brat Bolesława książęcia, z kraju wygnany.

Wróciwszy książę Bolesław z tego zjazdu, umówił niebawem przez posłów podobny zjazd z bratem Zbigniewem. Na który gdy obadwaj książęta z starszyzną duchownych i radcami państwa pospołu się zebrali, zarzucał Bolesław Zbigniewowi rozmaite zdrady i spiski na nowo przeciw niemu knowane. Usiłował Zbigniew oczyścić się z winy, to zapierając się, to usprawiedliwiając swoje postępki; ale próżne były wykręty, tak się w nich bowiem poplątał, że go posądzano o większe jeszcze bezprawia od tych, które mu były zarzucane. A gdy wszyscy panowie radni wnosili i nalegali, ażeby pozbyć się raz tej gadziny, nie mogącej powściągnąć swego jadowitego żądła, Bolesław, zniecierpliwiony zbyt długiém już pobłażaniem przewrotności Zbigniewa, odebrał mu Mazowsze nie dawno od niego wyżebrane, i z królestwa, które wtedy dopiero odzyskało swoję całość, wywołał, wypędził, wyścigał, ażeby tém skuteczniej pomagać mógł Kolomanowi królowi Węgierskiemu, według danego mu przyrzeczenia. Chciał Bolesław zabezpieczyć się od chytrych podstępów Zbigniewa, które go ciągle niepokoiły w domu, i swobodnie rozwijać swoje siły tak w obecnej jak w innych wyniknąć mogących wojnach.

Henryk V cesarz Rzymski wraz z Czeskim książęciem Węgry orężem pustoszy, a tymczasem Bolesław najeżdża Morawy i Czechy; Światopełk zaś książę Czeski przypadkiem nabawia się ślepoty.

Henryk cesarz, zamierzywszy Pannonią pod swoje i cesarstwa swego zagarnąć panowanie, z liczném, z rozmaitych narodów złożoném wojskiem, wkroczył do Węgier. Przybył mu w posiłku i Światopełk książę Czeski, stosownie do obietnicy utwierdzonej przysięgą, zleciwszy rządy państwa dwom panom znakomitszym, Wackowi i Mutynie, na których wierze i przychylności najwięcej polegał. Unikał Koloman król Węgierski wstępnego spotkania, lecz w dogodniejszych tylko dla siebie miejscach wojska cesarskie urywał i trapił, cesarz zatém przystąpił do oblężenia Presburga: ale strawiwszy wiele czasu na bezskuteczném dobywaniu miasta, dzielnie od załogi Węgierskiej bronionego, rozesłał na różne strony wojska, i kazał kraj ogniem i mieczem pustoszyć, tak iż cały obszar Węgier między rzekami Dunajem i Wagiem w pustynię zamienił. Niczego jednak więcej nie dokazawszy, i poniosłszy znaczną w ludziach stratę, którym Węgrzyni srodze z zasadzek dawali się we znaki, wrócił do Niemiec. Tymczasem Bolesław król Polski, stosownie do zawartej z Kolomanem królem Węgierskim umowy, posłał mu do Węgier liczne wyborowego rycerstwa posiłki, a sam ruszył do Czech z sprawném i ćwiczoném wojskiem, mając w swym poczcie książąt Czeskich Borzywoja i Sobiesława, braci rodzonych, tudzież wielu panów i dostojników Czeskich, którzy przed srogością wdziercy Światopełka schronili się byli do Polski. Postanowił bowiem król Bolesław ukarać Światopełka za wygnanie z ojczyzny własnych stryjów, prawych książąt Czeskich, i wspieranie swemi posiłkami cesarza Henryka w wojnie zaczepnej przeciw Kolomanowi królowi Węgierskiemu, krewnemu i sprzymierzeńcowi Bolesława. Zaszli mu drogę Wacko i Mutyna, rządcy Czech, na granicach księstwa w lasach, które Polskę od Czech przedzielają; lecz w stoczonej nieszczęśliwie bitwie porażeni na głowę cofnęli się do Pragi. Bolesław książę Polski w pogoni za uciekającymi posuwając się w głąb kraju, opanował niektóre zamki i miasta, a spustoszywszy znaczną część ziemi Czeskiej, i zagarnąwszy wiele zdobyczy, wrócił do Polski z Borzywojem i Sobiesławem, oraz wierniejszymi z pomiędzy Czechów, którzy ich odstąpić nie chcieli. Przerażony otrzymaną o tém wiadomością Światopełk, bojąc się, aby całe Czechy nie przeszły pod panowanie jego przeciwników, porzucił natychmiast cesarza w Węgrzech, a spieszył do Czech dla stawienia Bolesławowi odporu. Cesarz Henryk uraził się wielce na Bolesława książęcia, i stroskanego pocieszając Światopełka, przyrzekł mu, a nawet przysięgą zaręczył pomścić się jego krzywdy na Polakach i ich książęciu Bolesławie. Wróciwszy z wyprawy Węgierskiej Światopełk, rozżalony klęskami i spustoszeniem kraju, obruszał się nie tak już na Polaków jako raczej na swoich namiestników Wacka i Mutynę; a gdy Wacko winę całą na Mutynę zwalił, kazał go natychmiast ująć Światopełk, jako sprawcę i przyczynę wszystkiego złego, i bez wysłuchania nawet sprawy śmiercią ukarał. Unisława nadto i Domasława, obu synów Mutyny, tudzież Bożeja wraz z synem jego Borsakiem (Borszach), (był-to ród Ursowiczów) naprzód do więzienia wtrącił, a potém stracić rozkazał. Inni z rodziny Ursowiczów, (wszystkich bowiem wytępić postanowił, przeznaczywszy majątki ich na nagrodę zabójcom) pouciekali do Polski, gdzie w Bolesławie książęciu znalazłszy łaskawego i wspaniałego pana, urośli z czasem w dom możny i znakomity, posiedli obszerne włości, miasta i zamki, a porzuciwszy dawne nazwisko Ursowiczów, przezwali się Rawitami. Gdy cesarz Henryk z Węgier ustąpił, król Koloman pragnąc pomścić się nad książęciem Czeskim Światopełkiem, wtargnął z wojskiem do Moraw, a srogim obostrzony gniewem, kazał rozszerzyć po kraju spustoszenie, i wszystko zniszczyć pożogą. Na obronę Morawców od tak zgubnej i okropnej klęski, wyprowadził wojska swoje Światopełk; ale gdy nieszczęśliwą przygodą, przez las jeden przechodząc, uderzony gałęzią w oko wzrok utracił, przymuszony był wrócić z wyprawy. A tak Morawy, zostawione bez obrony, tém sroższe i dłuższe z ręki Kolomana wytrzymały ciosy.

Gdy Bolesław książę Polski zatrudniony jest wyprawą Czeską, Pomorzanie ubiegają zamek Uście, który jednak niebawem Bolesław odzyskuje, poraziwszy na głowę Pomorczyków, a zdrajcę Zbigniewa, brata z nieprawego łoża, wypędziwszy z kraju.

Kiedy książę Polski Bolesław powracał z wojny Czeskiej, dowiedział się w drodze o dwóch nieszczęśliwych wypadkach, które go ciężko zasmuciły: księżna bowiem Zbisława małżonka jego umarła, a Pomorzanie opanowali zamek Uście, a to zdradą owego Gniewomira, którego był Bolesław do chrztu trzymał, a po zdobyciu zamku Czarnkowa ułaskawił, i zamek ten wspaniałą hojnością w posiadanie mu oddał, zmiennikowi, umiejącemu snadź lepiej mówić niż wiary dotrzymywać. Chytrzy bowiem Pomorzanie dostrzegłszy, że wspomniona twierdza niedbale była strzeżoną od Polaków zostawionych na załodze, którym w nieobecności książęcia Bolesława zachciało się biegać za własnemi sprawami do domów, upatrzyli w niej zdobycz do opanowania łatwą, i zachęcając jedni drugich tłumnie ją oblegli. A kiedy szczupła garstka oblężonych, przy wzrastającém niebezpieczeństwie, czuła się za słabą do dania odporu, powiększył jeszcze trwogę sam wspomniany Gniewomir, który przez nastrojonego zdradziecko gońca rzucił im jakby radę z boku: „aby uporczywą a próżną obroną zamku nie narażali się na niechybną zgubę; wiedział bowiem od naocznego świadka, że wojsko Polskie w Czechach do szczętu zniesione, a książę ich Bolesław w niewolą wzięty i cesarzowi Henrykowi wydany został.“ Tém chytrém zmyśleniem przerażeni oblężeńcy skłonili się do poddania zamku Uścia Pomorzanom, zawarowawszy sobie tylko całość życia i majątków. Niesłychanie rozgniewany o to Bolesław, zaraz w celu odzyskania zamku ruszył najkrótszą drogą do Czech, wziąwszy z sobą mały tylko poczet ochotników, reszta bowiem rycerstwa znużonego wyprawą Czeską rozeszła się była do domów. A lubo wiedział, że zdobycie zamku tak szczupłemi siły było trudne, a nawet niepodobne, paląc jednak Pomorskie wsie i miasteczka, i zagarniając wielką liczbę brańców, popiołami zgorzelisk, o których przyległe okolice świadczyły, i rozgłosem o przygodzie tych, którzy dostali się w jego ręce, pokazać chciał, że ani zwyciężonym był ani poimanym, ale wrócił raczej swobodnym i zwycięzcą, i że wkrótce na Pomorzan srogą wymierzy karę. Po niedługim więc czasie, w którym dał wypocząć strudzonemu wojsku, nie odkładając bynajmniej zemsty nad Pomorzany za zuchwałe nań targnienie się w jego nieobecności, wraca Bolesław na Pomorze, mając w swym poczcie brata Zbigniewa, garstkę Mazowszan prowadzącego mu osobiście w posiłku. Ale pominąwszy zamek Uście, świeżo przez Pomorzan opanowany (wiedział bowiem, że go mocną uzbroili załogą), uderzył na zamek Wielen, dokąd się był schronił Gniewomir, i z całém sił wytężeniem dobywał go dniem i nocą. W czasie oblężenia Pomorzanie, za podmową Zbigniewa, który z nimi tajemnie się porozumiewał, spiesząc na odsiecz oblężonym, podstąpili w nocy pod obóz Bolesława z samym Zbigniewem na czele, aby go napaśdź niespodzianie. Poczém gdy na wojsko Polskie z wielkim pędem natarli, Bolesław, który podług zwyczaju w porze mocnej objeżdżał straże, dojrzawszy nieprzyjacioł i uderzywszy na nich z tyłu, pogromił ich, rozproszył, część zagarnął w niewolą, część do ucieczki zniewolił. Pomiędzy jeńcami znalazł się Zbigniew, którego poznano po zdjęciu mu z głowy szyszaku, a który zatrzymany pod strażą do dnia następnego, gotował się przez ten czas i silił na wykręty, jakiemiby osłonić mógł swoję zbrodnię, i usprawiedliwić czyn niegodziwy, zbyt już jawny i po obozach rozgłoszony. Nazajutrz więc zwołano koło rycerskie dla przekonania wszystkich o zdradzie i przewrotności Zbigniewa, i orzeczenia, na jaką karę za nie zasłużył. Sieciech wojewoda Krakowski, wezwany aby zdanie swoje otworzył, temi słowy przemawiał: „Nie możecie bynajmniej wątpić, Miłościwy książę, i wy zacni mężowie, o niecnej zdradzie Zbigniewa, i zamachu przezeń czynionym na naszą i wojska wszystkiego i twoję Monarcho zgubę. Chociażbym ja milczał, sam czyn wyświeca najoczywiściej jego zbrodnię, od której ciosów jedynie Opatrznością Boską i czujnością naszego książęcia jesteśmy dziś ocaleni. Gdy bowiem w porze nocnej używaliśmy spokojnie wczasu, on wiedząc o tém, wyszedł potajemnie z obozu, namówił i sprowadził na karki nasze nieprzyjacioł; sam poprzedził ich zgraję i tym celem przemienił szaty, oręż i konia, aby w razie ich zwycięztwa, sobie jako wodzowi i przewodnikowi przywłaszczył chwałę, a w przypadku przegranej, albo uchodzić mógł niepoznany, albo dostawszy się w niewolą, udawać chytrze i kłamać, jak to pewnie zamyśla, że chciał uprzedzić nieprzyjacioł i ostrzedz nas o ich napadzie. Tę przewrotność wziętą z przyrodzenia i ze krwi podłej nałożnicy, podżegła w nim pobłażająca dobroć ojca i zbyt wolne wychowanie, a ośmieliła cierpliwość nasza do tego stopnia, że kłamstwem i chytremi zdradziectwy śmie chełpić się bezczelnie jakby najzacniejszemi przymiotami, i barwić pozornie najczarniejsze swoje zbrodnie. Lecz jeżeli na ród jego i żywot cały zwrócimy uwagę, ujrzymy w nim stek wszystkich przywar i występków. Urodzony bowiem z nałożnicy, a wychowany pomiędzy Czechami i Niemcami, napoił się wcześnie i tak dalece przejął trucizną niechęci i przewrotności, że naprzód przeciw ojcu zelżywych dopuszczał się czynów, a potém na zgubę brata Bolesława, w nadziei osięgnienia po nim rządów, po wiele kroć podmawiał Czechów, Niemców, Pomorzan i Prusaków, snując od pierwszej młodości pasmo ohydnych zbrodni i występków. Czego zaiste wiele mamy dowodów, a za wszystkie starczy dzień dzisiejszy. Jeżeli znosiliśmy cierpliwie dawniejsze jego przestępstwa, niechże nas obecne przynajmniej poruszy; nie oszczędzajmy dłużej między sobą tej potwory, która nie wprzódy zapewnie złość swą uśmierzy, aż gdy się zguby naszej doczeka, i krwią rodaków bezkarne nasyci żądze.“ A gdy wszyscy zgodnemi potwierdzili okrzyki, „że takiego zdrajcę nie tylko żelazem zgładzić i posiekać w kawałki, ale zębami rozszarpać należało“, zkąd w zgromadzeniu powstał zgiełk i rozruch, który Bolesław zaledwo uśmierzyć zdołał, przekładając, że nie godziło się karać człowieka bez wysłuchania sprawy; wezwany do tłumaczenia się Zbigniew, najchytrzejszemi wykręty usiłował zbrodnię swoję osłaniać, usprawiedliwiać się i oczyszczać z winy: „że z nieprzyjaciołmi Pomorzany ani miał porozumienia, ani razem do obozu wtargnął, ale jedynie uprzedził ich, aby ostrzedz Polaków o ich napadzie“; upominał radę rycerską, błagał i zaklinał, „aby na zmyślone i potwarcze wieści, na rozgłoszone niewcześnie zarzuty i oskarżenia, które on zbić i odeprzeć gotów, nie obciążano go niesłusznym wyrokiem, nie wydawano na sromotę i niedolę wygnania.“ Wielu nadto innych a nader zręcznych używał fałszów i obrotów, które go okazywały człowiekiem dziwnie przebiegłym, szczwanym i w chytre wykręty płodnym. Wtedy Sieciech wojewoda temi do niego przemówił słowy: „Dopókiż więc Zbigniewie nadużywać będziesz cierpliwości naszej? pókiż nas uwodzić twojém zdradziectwem i podstępami? długoż miotać się będzie na nas twoja wyuzdana zuchwałość? Więcże gwałty twoje, łupiestwa i klęski, któremi nas obarczasz, mają ci zawzdy uchodzić bezkarnie? Takli łaskę wspaniałą brata twego, najdostojniejszego książęcia, i naszą zawdzięczasz przychylność? Zważ, jak cię ten książę, potomka nieprawego łoża, złoczyńcę i wichrzyciela, żadną nie zalecającego się cnotą, wydającego w swych czynach sromotę matki, podłego rodu plemię, nałogiem ustawicznych zbrodni i szałem przewrotności podniecanego do spisków i zamachów na zgubę narodu Polskiego, na zagładę ojczyzny naszej, nie tylko surowo jak zasłużyłeś nie karał, ani jak wyrodka i zdrajcę na krańce świata nie wyścigał, ale nawet do wspólności i uczestnictwa rządów przypuścił.“ Lubo nikt nie wątpił, że Zbigniew kłamstwem się tylko od winy wybiegał, nie ukarano go przecież śmiercią, na którą zasłużył, ale wskazano na wygnanie. Ustąpił zatém do Czech. Znużeni nakoniec ciągłą obroną i do rozpaczy przywiedzeni oblężeńcy Wieleńscy, widząc coraz znaczniejszy sił swoich ubytek w zabitych i rannych, gdy i posiłki, o które do starszyzny panów Pomorskich posyłali, nie nadeszły, poddali się dobrowolnie i otwarli bramy Bolesławowi, a na znak otrzymanej łaski i wyjednanego sobie bezpieczeństwa żądali rękawicy z prawej ręki zwycięzcy. Gdy chorągwie rycerskie z rozkazu Bolesława wnoszono do zamku, i obwoływano nakaz książęcia, „aby poddającym się Pomorzanom żadnej nie czyniono krzywdy“, poczęli sarkać na to żołnierze, a potém głośno wyrzekać: „że nie godziło się wcale, za krew przelaną tylu ich towarzyszów, poległych i rannych, za tyle wojennych trudów i zimą i latem podejmowanych, odmawiać im zasłużonej nagrody zwycięztwa; a Pomorzanom odpuszczać bezkarnie ich przeniewierstwo, zdrady i pogwałcenie sojuszów.“ Rzucili się zatém na Pomorzan, i wszystkich, co ich było w Wieleniu, mszcząc się niewinnej śmierci swych towarzyszów, wymordowali. Sam Bolesław nie mógł powściągnąć ich zapalczywości, potężniejszej wtedy nad wszelką zwierzchność i władzę. Chciał Bolesław książę Polski w zwykłej sobie dobroci okazać się wspaniałym dla zwyciężonych, ale trudno mu było wstrzymać rozjuszone w swojej zemście, poniekąd słusznej, rycerstwo. Z przyrodzenia ludzki, przez zdradziectwo buntowników okazał się mściwym i okrutnym. Z zajęciem zamku Wielenia dostał się w ręce Polakom Gniewomir, który książęciu i jego rycerstwu podwoił radość z otrzymanego zwycięztwa. Za przeniewierstwo i chytre namowy, któremi Pomorzan odwiódł od posłuszeństwa Bolesławowi, kazał mu książę w swojej i całego wojska obecności kijem głowę zgruchotać. Tak zginął człek ten nikczemny, u którego mało ważyły kłamstwa, chytrości i zdradziectwa.

Rok Pański 1109.
Henryk cesarz z wielką potęgą wkracza do Polski. Bolesław książę Polski zręcznemi podjazdami osłabia go i zwycięża.

Henryk cesarz, po niepomyślnej do Węgier wyprawie, zwalając winę całą na Bolesława książęcia Polskiego, że Kolomanowi królowi Węgierskiemu wojsk swoich dostarczył w posiłku, i Węgrom tak skutecznie dopomógł, sam zaś obróciwszy oręż na Czechy, srogiemi je klęskami utrapił, a nadto książąt Czeskich Borzywoja i Sobiesława, przyjętych u siebie w gościnę, wbrew prawom majestatu cesarskiego zamierzył przywrócić na państwo Czeskie, i tym celem wspierał ich swemi ludźmi i pieniędzmi: urażony wielce, a przytém pałający srogą nienawiścią ku Bolesławowi i całemu narodowi Polskiemu, celem pomszczenia się takowych krzywd i zniewag, nakazał zbrojną wyprawę Sasom, Bawarom, Szwabom, Turyngom, Frankom, Miśniakom i innym ludom. Jątrzyli jeszcze bardziej gniew cesarza przeciw Bolesławowi różnemi podmowy Światopełk książę Czeski, i Zbigniew brat poboczny książęcia Bolesława, którego Światopełk na przekór Bolesławowi u siebie przechowywał. Upewniał i Zbigniew cesarza, że wielu z Polaków snadno do niego, jako prawego dziedzica, przystanie, i że ich zamki i warownie bez trudności mu się poddadzą. Zaraz więc na początku lata, zebrawszy potężne wojsko, które znacznemi poczty tak piechoty jak konnicy pomnożył Światopełk książę Czeski, już-to przez przychylność dla cesarza, już z nienawiści ku Bolesławowi, wtargnął Henryk cesarz do Polski, i tę część kraju, która się teraz Szlązkiem i Saxonią zowie, począł niszczyć łupiestwy i pożogami. A naprzód obległ zamek Lubusz, pod ów czas wielki i mocny, ten bowiem najpierwej mu się idącemu z Niemiec nadarzył; ale przekonawszy się, że dla warownego położenia i silnej obrony trudnym był do zdobycia, zaniechał oblężenia (lubo niektórzy utrzymują, że zdobywszy Lubusz darował go na wieczne czasy arcybiskupowi Magdeburskiemu), i brnąc dalej w głąb Polski, ciągłym pochodem zdążył w okolice Bytomia. Tu nie śmiejąc kusić się o zdobycie miasta Bytomia, obwarowanego więcej sztuką niż położeniem miejsca, usiłował oblężonych do poddania się zniewolić. Lecz gdy załoga Polska ciągłemi podjazdami i wycieczkami wielce utrudzała wojsko cesarskie, zdziwiony cesarz dzielnym Polaków odporem, rzekł marszcząc gniewne czoło do Zbigniewa: „Także-to iszczą się obietnice twoje, że miasta, ludy i zamki Polskie, byleś się tylko pokazał, poddadzą się mojej władzy? Wszakże ja widzę, że tu wszyscy nam nieprzyjaźni, a bratu twojemu Bolesławowi sprzyjają z najrzetelniejszą wiarą i przychylnością.“ Od tego czasu stracił Zbigniew względy u cesarza. Jakkolwiek Bolesław książę Polski nie małe z swego kraju zgromadził wojsko, do którego przyłączyli się także wychodźcy Czescy, stronnicy Borzywoja; wszelako siły cesarskie zdały mu się nierównie potężniejsze, tak iż trudno było mierzyć się z niemi w boju bez widocznego niebezpieczeństwa. Nie raz atoli Bolesław nie zważając na los wątpliwej walki, i nie pytając o liczbę nieprzyjacioł ani swego rycerstwa, zapalał się do bitwy, a żołnierze sami wstrzymywali go i przestrzegali ostremi pogróżki, „że w razie przegranej, pobicia albo rozproszenia rycerstwa, wyda Polskę pod obce jarzmo.“ Nie mógł przecież Bolesław, mąż dzielnej i bohaterskiej duszy, pozostać w bezczynności, ale dniem i nocą trudził wojska cesarskie, odkąd wstąpiły na ziemię Polską, konnemi podjazdami wybiegając na nieprzyjacioł, którzy za grabieżą albo wyszukaniem żywności odłączali się od swych obozów, płosząc ich, wycinając, albo biorąc w niewolą. Często sam książę, wyminąwszy cichaczem albo sprzątnąwszy czaty nieprzyjacielskie, podsuwał się nocną porą pod obóz cesarski, a gdy udało się ubić co z nienacka albo urwać jeńcem, rzucał taki popłoch na całe wojsko, że cesarz przymuszony był podwoić liczbę straży. Na oddziały wojsk cesarskich, ile kroć za dostawą żywności nieco dalej się zapuściły, wypadając z zasadzek, ścigał je i płoszył pod sam obóz cesarski, nie przestając na samej porażce ani wstrzymując pogoni, póki nie poruszył całego wojska, które przeciw niemu występowało do broni: Wtedy dopiero cofając się wiadomemi sobie wracał uchyłkami. Takie często powtarzając wycieczki, wojsku cesarskiemu wielkie wyrządzał szkody. Na pojedynczych nawet żołnierzy w nocy nastrajał czaty, które wybiegających z obozu dla wypróżnienia żołądka chwytały i zabierały. I tymto sposobem wojowania tak dalece wojsko cesarskie trapił i niepokoił, że nikt nie śmiał wyruszyć się ani za żywnością, ani dla przyrodzonej potrzeby, nikt wysunąć dalej z obozu bez zasłony licznego pocztu i zbrojnego ubezpieczenia. Każdy lasek, gąszczyk i krzewina podejrzane były o zasadzkę. W każdym ciemnym i ustronnym zakątku zdawało się czyhać widmo Bolesława, i wszyscy żołnierze cesarscy, wysyłani za służbą lub sprowadzeniem żywności, lękali się co krok jego napadu. I nie było-to wcale przywidzenie: bo ile razy tylko dojrzał Bolesław wysuwające się jakowe poczty z obozów cesarskich, natychmiast wypadał na nie, bił, porażał, albo zmuszał do haniebnego odwrotu. Temi dorywczemi a częstemi napady większy sprawiał popłoch i większą sobie zjednał sławę, niż gdyby wstępnym był walczył bojem. Albowiem w wojsku cesarskiem dla niedostatku żywności wiele umierało ludzi, wiele koni padało. O tak chwalebnych i dzielnych sprawach książęcia Polskiego sami Niemcy wyśpiewywali głośno w obozie cesarskim pieśni, złożone na chwałę Bolesława a na obelgę i upokorzenie cesarza. Powtarzano je wszędy po wsiach i miastach, głosząc sławę bohatera męztwem i dzielnością zdobytą, pokąd cesarz nie zakazał ich śpiewania pod gardłem i utratą majątku. Brzmiało jednak i w piosnkach żołnierzy i w rozmowach potocznych imię Bolesława; wszyscy wielbili go z uniesieniem i wychwalali jego waleczność. I nie dziw; umiał bowiem samych nieprzyjacioł serca sobie podbijać, umiał podchodzić ich zdradą, zręcznemi wybiegi i przemysłem, urywać podjazdami, wycieńczać grabieżą, niczego nie zaniedbując, co przyłożyć się mogło do zwalczenia tak potężnego przeciwnika.

Henryk V cesarz oblega Głogów, który wreszcie poddaje się i przyrzeka stawić zakładników. Z przyczyny niedotrzymania umowy, cesarz powtórnie go dobywa, lecz w końcu zmuszonym się widzi porzucić oblężenie.

Przemierzywszy zbrojno i spustoszywszy większą część Szlązka, zdobywszy niektóre mniej silne warownie, i zamek Recen (Reczen) mocą wzięty spaliwszy, Henryk cesarz podstąpił z wojskiem w dzień Ś. Bartłomieja pod miasto Głogów, które Odra, jedna z znakomitszych rzek w Polsce oblewa. A lubo Bolesław rzekę tę i jej brzegi rozstawionemi poczty wszędzie obwarował, aby przeprawy wzbronić nieprzyjacielowi, cesarz jednak znalazłszy pod murami miasta bród, o którym Głogowianie sami nie wiedzieli, Odrę niespodzianie przebył, i siła ludzi zagarnionych w niewolą, między niemi rycerzy niektórych Bolesława, którzy się byli powydalali z obozu, i wielką ilość bydła w zdobyczy uprowadził. Wnet miasto Głogów ścisnął oblężeniem, i rzucaniem z kusz pocisków jął burzyć i słabić niskie pod ów czas i nie dość obronne mury, wieże i warownie miasta. Głogowianie bojąc się wpaśdź w ręce nieprzyjacioł, i narazić siebie i miasto na pewną zgubę, gdyby przyszło uledz przemocy, wyprawili poselstwo do cesarza z oświadczeniem, iż gotowi są poddać się pod pewnemi warunkami, jeżeli w przeciągu pięciu dni Bolesław nie przybędzie na odsiecz. Cesarz upewniony w sobie, że Bolesław książę Polski nie ośmieli się stoczyć z nim otwartego boju, odpowiedział, że nie tylko pięciu dni ale dłuszego nawet dozwoli im czasu, byleby dla pewności umowy dali w zakład synów najcelniejszych obywateli Głogowa. Zmuszeni koniecznością oblężeńcy, wydali zakładników, a cesarz zapewniwszy sobie poddanie miasta zaprzestał go do bywać. Tymczasem Głogowianie wysyłają do książęcia i pana swego Bolesława gońców z doniesieniem: „w jakiém zostają niebezpieczeństwie, i jaką z cesarzem związali się umową, błagając pokornie, ażeby raczył albo przybyć spiesznie na odsiecz i uwolnić ich pd oblężenia, albo stwierdzić umowę i na jej wypełnienie zezwolić.“ Ale już Bolesław wzmocniony był zebraném w większej liczbie wojskiem, ściągnęły bowiem do niego liczne hufce piechoty i konnicy z Mazowieckiej, Sandomierskiej i Lubelskiej ziemi; przybyło i posiłkowe wojsko Rusinów. Zaufany przeto w swojej sile, czekał tylko sposobnej pory do spotkania się z nieprzyjacielem. Pochwaliwszy Głogowian, „że roztropnością swoją usunęli grożące niebezpieczeństwo i miasto aż dotąd utrzymali“, zakazał najsurowiej, „aby warunkom zawartej z cesarzem umowy bynajmniej nie czynili zadosyć, i raczej synów swoich, niżeli siebie i ojczyznę poddawali w niewolą.“ Przyrzekł, „że w stosownym czasie przybędzie i da im pomoc żądaną.“ Aby zaś tém większą uzbroić ich wytrwałością, zaklął się, „że gdyby mimo zakazu jego miasto cesarzowi poddali, wszystkich wraz z ich synami w pień wyciąć każe, skoro nieprzyjaciół odpędzi.“ Gdy posłowie miejscy wrócili od Bolesława książęcia z taką odpowiedzią, przerażeni Głogowianie sami nie wiedzieli co począć: z jednej strony bojaźń i miłość rodzicielska, z drugiej obywatelska powinność występowały do walki. Przemogło nakoniec dobro powszechne nad względami osobistemi, i wszyscy postanowili stać wiernie przy swym książęciu Bolesławie, obierając raczej śmierć niżli poddanie się cesarzowi. Nie twożyła ich już potęga wiszącego nad karkiem nieprzyjaciela, nie zrażały ciężkie trudy oporu i walki, ani wzruszała litość nad losem własnych synów: wszystkich jeden ożywiał duch, jeden zapał i poświęcenia pełne postanowienie, aby nie szczędzić krwi w obronie miasta i ojczyzny. Ruszyli więc wszyscy co żywo do naprawy warowni, i z taką gorliwością, z tak usilném staraniem pracowali nad podźwignieniem rozwalonych murów, że dwoma dniami pierwej, nim upłynął czas naznaczony do rozejmu, ukończyli wszystko co potrzebne było do obrony miasta. Piątego dnia cesarz wezwał Głogowian, aby według umowy poddali się i wpuścili jego wojsko do miasta, nie wątpiąc, że mu natychmiast otworzą bramy. Lecz gdy nadspodziewanie inaczej się stało, Głogowianie bowiem, których miał już za zdobytych, pokrzepieni nadzieją, jak-to zwykle u ludzi zmienia się umysł ze zmianą powodzenia, stawiwszy się obronnie i po nieprzyjacielsku, przeciwną dali mu odpowiedź; cesarz rozgniewany niedotrzymaniem umowy, rozkazał natychmiast szturm przypuścić do miasta, rozumiejąc że je łatwo zdobędzie, i już układając kary zasłużone na przeniewierców. Niemcy i Czesi pod okiem samego cesarza, który odwagę w nich osobiście zagrzewał, dzielnie nacierali, ale i Głogowianie nie mniej silny dawali odpór. Mniemając cesarz, że oblężeni przez miłość ku swym dzieciom nie odważą się rzucać na nieprzyjaciół pocisków, i że ich tą miłością snadniej niżli orężem pokona; kazał owych zakładników powystawiać na komorach urządzonych z tarcic, które rycerzy idących do szturmu zwykle zasłaniają, i dlatego tak są zwane. Lecz gdy Głogowianie ani tym widokiem nie dali się zmiękczyć, ale bez względu na własnych synów miotali z twierdzy drągi i pociski i staczali na dół gęste kłody, tak iż z Niemców śmielej podstępujących bardzo wiele ginęło; cesarz zdjęty litością nad niewinnemi pacholęty, kazał zaniechać tego okrutnego i ohydnego sposobu wojowania, a żołnierzom podbiegać pod mury i wieże, na których zdobywaniu dzień cały zeszedł bezskutecznie. Z obojej strony walczono z wielką zaciętością: cesarskich bowiem zapalało do zemsty niedotrzymanie umowy, i padanie gęste zabitych i rannych, których miejsce świeżym i zdrowym ludem zapełniać musieli; oblężonym rozpacz sama dodawała siły. Tak zaś jedni i drudzy gorliwie krzątali się w swojej sprawie, ci w obronie, tamci w dobywaniu miasta, że żadnego nie zaniedbano środka z strony oblegających i oblężonych. Niemców i Czechów odważniej wdzierających się na mury rażono z góry kamieniami, polewano smołą wrzącą i ukropem; tych, którzy leźli po przystawionych drabinach, spychano na łeb do przykopów; wielu tym sposobem w oczach przytomnego cesarza śmierć połknęło. Głogowianie dali w tym razie dowód serdecznego przywiązania do Bolesława, i tak stateczną, tak bohaterską okazali odwagę i wierność, że woleli siebie i dzieci własne na największe narazić niebezpieczeństwo, niżeli uledz sromotnie i poddać miasto nieprzyjacielowi: przeto chwała ich w narodzie osobliwszym zaszczytem dotąd kwitnie. Po kilkodniowém dobywaniu miasta, i ponawianych z obu stron walkach, w których wielu panów Saskich i Bawarskich poległo, cesarz przerażony stratą tylu znakomitych rycerzy, odstąpił od oblężenia, żeby wojska swego na większe nie naraził szkody. Ciała poległych Niemców odwieźć kazał do Bawaryi i Saxonii, aby przez ich rodziny uczciwie były pochowane; Czechów zaś, którzy zginęli w tej potrzebie, pogrzebano w polu niedaleko obozu. Tymczasem rycerstwo Polskie nalegało prośbami na Bolesława książęcia, „ażeby je prowadził do walki z cesarzem, w zaufaniu, że wszystkich sił użyją do pokonania nieprzyjaciela; że przystało im raczej dobijać się zwycięztwa albo umrzeć chwalebnie, niżli patrzeć z upokorzeniem na łupiestwa i pożogi tylu domów i majątków.“ Bolesław pochwaliwszy ten zapał i żądzę chwalebną zwycięztwa, kazał każdemu z rycerzy swojej pilnować służby, a czekać cierpliwie czasu sposobnego do walki, który gdy przyjdzie, obwieści go książęce hasło. „Nie mam zwyczaju (mówił) rzucać się do walki porywczo, ale zawsze z namysłem i rozwagą; skoro więc upatrzę porę i miejsce po temu, nie zaniedbam z sposobności korzystać.“

Rycerz Polski zabija Światopełka książęcia Czeskiego w namiocie cesarskim i do swoich wraca szczęśliwie.

W czasie oblężenia Głogowa żaden dzień nie upłynął na próżno; Bolesław książę Polski, to z tej, to z owej strony, we dnie zarówno jak i w nocy, ustawicznemi harcami i podjazdy trudził i niepokoił wojska cesarskie. Z tej przyczyny nie mógł nigdy cesarz siłą uderzyć na miasto, ale część większą rycerstwa zostawiać musiał w odwodzie i pod bronią, aby Bolesław z tyłu na obóz nie napadł; wiedział bowiem, że bez takiego zabezpieczenia pewna go czekała przygoda. Zwykle zaś powierzał straż takową Czechom połączonym z Niemcami, i na przypadek bitwy dowództwo nad niemi poruczał Światopełkowi. Tymczasem, kiedy wszystko cesarzowi zdawało się iść pomyślnie i wojsko jego cieszyło się powodzeniem wojenném, spadł na nie grom niespodziany, który długo ważył w swych ręku Bolesław książę Polski, i tém skuteczniej zachwiał potęgę cesarza. Nie tusząc bowiem tenże Bolesław, aby mógł sprostać w boju tak licznym wojskom cesarskim i Czeskim, zwrócił najpierwej swą zemstę na Światopełka książęcia Czeskiego, w którym przeciwniejszego sobie uważał wroga niżli w cesarzu. Postanowił zgubić go jakimkolwiek bądź sposobem, użyć do podejścia Światopełka i jego rycerzy własnego przemysłu albo zdrady, gdyby mu się w otwartym boju nie powiodło. Miał zaś słuszne powody do takiej zawziętości: on bowiem wygnał z kraju własnych stryjów, prawych książąt Czeskich, i dziedzictwa ich sobie przywłaszczył; a co większa, przeciw niemu, bez względu na pokrewieństwo (był bowiem Bolesław z księżniczki Czeskiej urodzony) i przeciw narodowi Polskiemu, plemieniu jednego prawie języka i rodu, podniósł oręż i pomagał Niemcom w obecnej wojnie. Często na tę nieprawość Światopełka książęcia Czeskiego utyskując między swoimi, obiecywał wielką nagrodę temu, któryby go zgładził ze świata; a gdy wielu nastręczało się do tej posługi, pragnących zguby nieprzyjaciela ojczyzny, uprzedził wszystkich Jan, syn Czystego, rycerz krwi szlacheckiej, z domu Werszowców inaczej Rawitów. Wiedzieli Polacy o wszystkich zamiarach, które cesarz z książęciem Czeskim i swemi Niemcami knował; wiedzieli dobrze od szpiegów i niektórych z obozu cesarskiego Czechów, którzy wszystkie ich sprawy i poruszenia Bolesławowi skrycie wyjawiali, jaki był stan wojska i zamierzone obroty nieprzyjaciela. Upatrzywszy zatém sposobną porę, Jan Czysty wszedł do obozu cesarskiego, i udając towarzysza z Czeskiej chorągwi Światopełka (miał bowiem w jego wojsku wielu krewnych i rodaków) czyhał na zagładę książęcia. Dnia 21 Września, gdy Światopełk książę Czeski stał w namiocie cesarskim, rzeczony rycerz Jan pchnął go ostrym dzirytem tak gwałtownie, że mu obadwa boki na wylot przeszył, a książę padł na ziemię, i słowa nie wymówiwszy natychmiast skonał. Po dokonaniu morderstwa, Jan rycerz wymknął się zaraz z namiotu, i przygotowanego raźno dosiadłszy konia uciekać począł. A chociaż wielu Czechów puściło się za nim w pogoń, on wszelako jednych, którzy bliżej docierali, ubił, innych poobcinał, i do książęcia swego Bolesława zdrów i bezranny powrócił. W nagrodę za czyn tak śmiały i z taką szybkością wykonany, ponadawał mu książę liczne zamki, miasteczka i dzierżawy, które rodzina jego aż po dziś dzień posiada. Zwłoki zabitego Światopełka żołnierze Czescy z namiotu cesarskiego przenieśli do Czeskiego obozu i złożyli w namiocie książęcym. Powstał natenczas rozruch wielki i gwar w całém wojsku cesarskiém; rozkazał cesarz wszystkiemu rycerstwu stanąć pod bronią, a strażom gęsto rozstawionym czuwać z pilnością przez noc całą: utrzymywali bowiem Niemcy za rzecz pewną, że Bolesław książę Polski w nocy z swojém wojskiem nadciągnie, i zechce szczęścia doświadczać. Ów rycerz Jan syn Czystego za popełnione na Światopełku morderstwo, podobnie jak niegdyś Mucius Scewola Rzymian, wielkie u swoich i obcych uzyskał pochwały, i głośno go wszędy wysławiano.

Czesi po obraniu nowego książęcia porzucają obóz cesarski. Zbigniew wraz z nimi ustępuje.

Po zgładzeniu Światopełka książęcia Czeskiego powstał między Czechami nocy następnej płacz wielki, niewiadomo prawdziwy-li czy udany. Nazajutrz Henryk król Rzymski udawszy się do namiotu, w którym leżały zwłoki Światopełka, okazał smutek i żal nad zgonem książęcia tak niespodziewanym i niesławnym. Aby zaś tę stratę Czechom jakokolwiek osłodzić, pozwolił, iżby jednego z pozostałych synów, Henryka albo Wacława, któregoby chcieli, osadzili na stolicy ojcowskiej, przyrzekając, że wszelki nawet inny wybór z przychylności ku nim uzna i potwierdzi. Atoli panowie Czescy, obu synów Światopełka pominąwszy, obrali książęciem Ottona, młodszego brata Światopełka, wbrew przysiędze, którą się byli zobowiązali, że po śmierci Światopełka nie kogo innego jak tylko Władysława, trzeciego syna Wratysława, urodzonego z Swantawy, a brata Borzywoja, wezmą do rządów. A tak, z żałobą pogrzebową połączyli radość z obrania nowego książęcia. Ten aczkolwiek od Henryka cesarza uzyskał potwierdzenie i Pragę już objął w posiadanie, w kilka dni jednak ustąpić musiał, wszyscy bowiem Czesi odrzuciwszy Ottona, wzięli na księstwo rzeczonego Władysława, który snadno i bez przeszkody zasiadł na stolicy Czeskiej. Wojsko zaś Czeskie po zabiciu książęcia Światopełka zażądało usilnie powrotu do swego kraju, z obawy, iżby książęta Czescy Borzywój i Sobiesław, wygnańcy, nie podnieśli w Czechach rokoszu. Henryk król Rzymski zakłopotany takowém oddaleniem się Czechów, chciał ich wszelkiemi sposobami zatrzymać, i radził, aby niektórzy tylko z panów Czeskich odprowadzili do Pragi zwłoki zabitego Światopełka, inni zaś wszyscy aby pozostali w obozie, a nie opuszczali go w tej chwili, kiedy zamierzał wyprawę przeciw Polakom, przedstawiając, jak wielkie czekały go najazdy i napaści z strony takiego przeciwnika, który mu we dnie i w nocy pewnie nie da pokoju. Ale Czesi wyrzekając na tę nieszczęśliwą wyprawę, w której im książęcia zgładzono, odpowiedzieli, że nie chcą dalej prowadzić wojny bez wodza swego i pana: zaczém cesarz musiał na ich powrot zezwolić. Gdy zaś wojska Czeskie wychodziły, Zbigniew, brat poboczny Bolesława książęcia Polskiego, bojąc się pozostać w obozie (wiedział bowiem, że mu wszyscy panowie Niemieccy, jako i sam cesarz Henryk, byli nieprzyjazni) zabrał się razem z Czechami, zasmucony, że przez zgładzenie książęcia Światopełka sprawa jego wielce zachwiała się i osłabła.

Czyn wspaniały posła polskiego u Henryka cesarza, i początek herbu Habdank.

Po zgładzeniu w ten sposób, jak się wyżej powiedziało, książęcia Czeskiego Światopełka, wojsko Czeskie ruszyło z powrotem do Czech, a Henryk cesarz zwoławszy radę wojenną, zasięgał jej zdania, azali trwać miał dłużej przy oblężeniu Głogowa, czyli też wrócić do Niemiec. Ale wszyscy radzili jednomyślnie, aby porzucić to oblężenie, w którém więcej klęsk i straty niżeli pomyślności doznawali, i wojny nawet tak nieszczęśliwie poczętej całkiem zaniechać. Tymczasem posłowie Bolesława książęcia Polskiego (który spodziewając się, że po zabiciu Światopełka skłonniejszym będzie cesarz do zawarcia pokoju, wyprawił ich z tą myślą do cesarza) przybywają i wnoszą: „aby król Rzymski odstąpił od oblężenia Głogowa i wojska swoje z krajów Polskich wyprowadził; że książę Bolesław bez żadnej z strony swojej zaczepki widzi podniesiony na siebie oręż cesarza, którym nie prześladować go i po nieprzyjacielsku napastować, ale wspieraćby raczej swą pomocą powinien w ciągłych z niewierném pogaństwem wojnach.“ Odpowiedział cesarz posłom Bolesława: „że jeżeli Polacy i ich książę Bolesław uznać się zechcą hołdownikami cesarstwa i zobowiążą do płacenia daniny, a Zbigniewowi dzielnicę ojcowską powrócą, przychyli się do ich żądania.“ Lecz gdy posłowie oświadczyli, „że książę ich Bolesław i Polacy nigdy do tego się nie skłonią, aby cesarzowi hołdować i daninę opłacać mieli, ani też Zbigniewa, tak niebezpiecznego dla Polski wroga, od którego nowych tylko klęsk i nieszczęść spodziewaćby się mogli, do kraju nie przyjmą,“ cesarz Henryk począł szeroko przed posłami rozwodzić się o potędze i bogactwach cesarstwa, a potém okazał im skarb, który miał z sobą w obozie, naczynia i klejnoty złotem i kamieniami drogiemi ozdobione, a wielce dla chciwości ponętne, i rzekł chełpliwie, „że to zapewnie wystarczy do shołdowania książęcia i całego narodu.“ Był na czele poselstwa tego szlachcic i pan znakomity, Skarbek, (mający w herbie trzy krokiewki łamane, na podobieństwo gwiazdy u astronomów zwanej Kassiopea (Gasapia), który chcąc upokorzyć cesarza chełpiącego się swoją potęgą i zaufanego w bogactwach, zdjął pierścień złoty z palca i wrzucił do skarbu cesarskiego, mówiąc: „przydajmy złoto do złota.“ Henryk zaś król, z przyrodzenia przytomny i przenikliwy, domyśliwszy się, że poseł oném wrzuceniem pierścienia i wymówionemi dumnie słowy okazać chciał pogardę, z jaką patrzał na jego bogactwa, na odpór wzajemny tej pogardy rzekł niemieckim wyrazem habdank, co znaczy dziękuję, jakby temi krótkiemi słowy dawał mu do zrozumienia: „Chociaż ty pogardzasz tym skarbem i dla tém większej wzgardy przyrzucasz do niego odrobinę złota, ja i tę z podziękowaniem przyjmuję.“ Posłowie książęcia Bolesława wróciwszy z niczém od cesarza, opowiedzieli wiernie, jaką z nim mieli rozmowę; a ów poseł i wszyscy potomkowie jego przybrali słowo habdank za nazwisko herbu i domu swego, które po dziś dzień zachowują. Po odłączeniu się wojska Czeskiego wzmagała się coraz większą trwoga w obozie cesarskim, podwojono w namiocie głównym straże, a przyjaciele cesarza radzili mu odwrót i zaniechanie wojny, aby i jego Bolesław podobną nie podszedł zdradą. Dał się snadno namówić cesarz, któremu więcej niżli kto mniemał rozleżała się w głowie przygoda Światopełka książęcia Czeskiego. Narzekał na Czechów, że nie z potrzeby, ale z przychylności raczej dla Polaków, odstąpili jego sprawy, i w przykrzejszém przez to zostawili go położeniu, niż gdyby mu z razu odmówili byli posiłków.

Henryk V cesarz odstąpiwszy od oblężenia Głogowa ciągnie pod Wrocław. Bolesław odnosi nad nim walne na Psiém polu zwycięztwo.

Po odprawieniu posłów książęcia Polskiego Bolesława, napróżno żądających pokoju, cesarz kilka dni jeszcze zatrzymawszy się pod murami Głogowa, zniewolony radą i naleganiem starszyzny, odstąpił od oblężenia i ruszył z wojskiem pod Wrocław, chcąc doświadczyć szczęścia, azaliby mu w dobywaniu tego miasta lepiej się nie powiodło. Lecz gdy o milę od Wrocławia stanął obozem, Bolesław książę Polski, ściągnąwszy najspieszniej jak tylko mógł z całego państwa swojego siły, sporządziwszy hufce, i gmin nawet chłopstwa (ażeby wojsko na pozór wydawało się tém liczniejsze) zebrawszy i wyprowadziwszy obławą, biegł raczej niżli zwyczajnym postępował pochodem, ścigając cesarza z taką nagłością, że strudzonemu dzienną podróżą wojsku w nocy nawet nie dozwalał spoczynku; dognać bowiem Henryka Rzymskiego króla i stoczyć z nim walną bitwę postanowił. Gdy więc dopędził go stojącego obozem (jako się rzekło) o milę tylko od Wrocławia, sprawiwszy szyki do boju, przemówił do rycerzy krótkiemi słowy: „ażeby pomni na własną i narodu swego sławę, za ojczyznę i wolność dzielnie walczyli; a gdy cesarza, władcę świata, który im starodawne usiłuje wydrzeć swobody, a swoimi ich dannikami i hołdownikami uczynić, pokonają, i pomszczą się na nim klęsk i spustoszenia swego kraju, wieczną okryją się chwałą, i potomkom swoim niepożyte prześlą zaszczyty. Dzień dzisiejszy (mówił) pokaże, jakim kto z was jest rycerzem.“ Po tej przemowie, zwarły się obadwa wojska z wielkim zapałem i okrzykiem, obie strony walczyły na zabój wydzierając sobie zwycięztwo; trwała bitwa uparta od rana do południa. Siła ludzi padło z obojej strony, a cesarskie wojsko przeważniejsze liczbą często brało górę nad przeciwnikiem. Już się hufce Polskie chwiać nawet poczynały, już wielu z Polaków zabierało się do ucieczki, ale czynny Bolesław, obiegając wszędy z przezornością, w miejsce strudzonych świeże podstawiając szyki, krzepiąc odwagę rycerstwa, i wstrzymując natarcia nieprzyjaciela, poparł słabiejące siły i bliską ukończenia odnowił walkę. W zapale wreszcie najgorętszej rozprawy, wysunąwszy roty Szlązaków, które był postawił w odwodzie, uderzył niemi z boku na wojsko cesarskie z największą natarczywością, i złamał szeregi Niemców, a tym klinem otworzył drogę do środka innym hufcom i przeważył szalę zwycięztwa. Zdumieni bowiem Niemcy tak niespodziewanym obrotem zaraz upadli na sercu, a Polacy stanowczo wzięli przewagę, do czego i ów gmin wieśniaków nie mało się przyczynił. Jak tylko cesarz postrzegł, że jego szyki pierzchają, natychmiast zrzuciwszy z siebie szaty i oznaki dostojeństwa, umknął z pola bitwy. Poczém nie już bitwa, ale rzeź powstała mordercza. Uciekali na wszystkie strony Niemcy, których wielką liczbę Bolesław pobrał jeńcem; kazał jednakże obchodzić się z nimi uczciwie, i sam okazywał zwyciężonym wielką wspaniałość i ludzkość. Tak zaś liczne na pobojowisku zaległy stosy trupów, że z całej okolicy zbiegały się psów gromady na pastwę do onych ciał martwych, i długo dla podróżnych niebezpieczno było przebywać tamtędy w małym poczcie. Samo zaś miejsce nazwane Psiem polem, po dziś dzień zachowując to nazwisko, świadczy o sławném zwycięztwie Bolesława nad cesarzem. Lubo klęska tak wielka sromotną była dla Niemców, wszelako po tém zwycięztwie i u nich i u innych narodów sąsiedzkich uwielbiano głośno Bolesława książęcia Polskiego, jak niegdyś Marka Marcella po zawojowaniu Syrakuz i zburzeniu Noli, albo Hannibala po bitwie nad jeziorem Trazymeńskiém i pod Kannami: zkąd zaiste pokazuje się, że nic nie ma zaszczytniejszego u ludzi, nic chlubniejszego nad męztwo. Jakoż czyn ten sławny rozniósł szeroko po świecie i imię Bolesława i chwałę narodu Polskiego; głoszono wszędy z uwielbieniem jego bohaterskie dzieła; za osobliwszą poczytano mu sprawę, że w jednymże czasie dwóch przeciwników, cesarza orężem, a Czechów przemysłem swoim pokonał. Na podziw swoim i obcym słynął Bolesław książę Polski swą bohaterską odwagą, przezornością, biegłością w sprawie rycerskiej, karnością obozową i porządkiem; swoi zarówno jak i nieprzyjaciele przyznawali to zgodnemi głosy, że nie było nadeń większego wodza i książęcia. Ale po tém zwycięztwie głośniej niżeli wprzódy zabrzmiała jego sława: i słusznie, jeśli z szczerością i bez uprzedzenia uważym, że w tej jednej bitwie zwalczył on nie tylko wojsko cesarskie, ale wszystkie razem Niemieckie ludy.

Po Baldwinie biskupie Krakowskim wstępuje na stolicę Maur.
Dnia 7 miesiąca Września umarł Baldwin biskup Krakowski, rodem Francuz, i pochowany został w kościele Krakowskim, którym rządził lat siedm. W jego miejsce papież Paschalis naznaczył Maura, a według innych Gelazyusza, rodem Włocha, Rzymianina, z szlachetnego domu, na którego wybór Bolesław książę Polski zezwolił.

Rok Pański 1110.
Bolesław książę Polski jedzie do Henryka cesarza i pokój z nim układa, prosząc go zarazem dla siebie i syna swego o żonę: co uzyskawszy wraca do kraju.

Nie mógł się Henryk król Rzymski uspokoić po doznanej w Polsce na Psiém polu klęsce; ale chociaż zamyślał o powtórnej wojnie z Polakami, dla zatarcia tak wielkiej dla Niemców sromoty, stały mu jednak na przeszkodzie wewnętrzne sprawy państwa, i podróż zamierzona w roku następnym do Rzymu na koronacyą; doświadczywszy nadto oręża Polskiego, przewidywał, że albo stawi mu czoło Bolesław i śmiało się z nim zmierzy, albo, przy mniejszych siłach unikając otwartej walki, trapić będzie jego wojsko skrytemi wycieczki, zdradami i podjazdami. Obawiał się prócz tego, aby w jego nieobecności Bolesław książę Polski, mszcząc się za podniesioną przeciw sobie wojnę, nie najechał krajów cesarstwa i swoich dziedzicznych, przyległych Polsce, i nie spustoszył po nieprzyjacielsku orężem i pożogą. Bolało go wreszcie i to, że wielu znakomitych rycerzy, których w ostatniej wojnie Polacy zabrali w niewolą, dźwigali więzy Bolesława; pragnął więc oswobodzić ich przed odjazdem swoim do Rzymu, ażeby dłużej na nim nie ciężała taka sromota. Do wyjścia z tylu kłopotów najpewniejszą i najkrótszą obrał drogę, postanowiwszy za radą swej starszyzny przychylić się do zawarcia pokoju z Polską, którego był Bolesławowi w roku zeszłym odmówił. Co aby bez ujmy sobie mógł uskutecznić, kazał mu oświadczyć przez swych pośredników: „że rzucając dawne niechęci, przestaje być nieprzyjacielem Bolesława, i byleby przybył osobiście do Bamberga, pokoju i przyjaźni, i czegoby sprawiedliwie żądał, odmówić mu nie zechce.“ Długo się nad tém namyślał Bolesław książę Polski; zważywszy jednak korzyści, jakie z takowych odwiedzin dla niego i dla państwa wyniknąć mogły, wybrał się z okazałym pocztem do Bamberga, gdzie poważnie a uprzejmemi słowy przełożył cesarzowi gotowość swoję do zawarcia pokoju, a to pod warunkami, któreby jemu i narodowi Polskiemu bynajmniej nie ubliżały, ale owszem zaszczyt i chwałę przynosiły. „Jestem (mówił) potomkiem królów Polskich, równym każdemu królowi, chociaż tego tytułu nie używam. Wiem, że nigdy Polska, ani jej królowie i książęta nie hołdowali nikomu, lecz od najdawniejszych czasów aż do dnia dzisiejszego szczycili się niepodległością. Dla jej–to utrzymania przymuszony byłem podnieść oręż i walczyć z wojskiem cesarskiém, i rychlej wszystko poświęcę, choćby przyszło naród na najsroższe wystawić klęski, niżli dopuszczę, abym został czyim dannikiem, a Polska służebną i hołdowniczą. Przekonany jestem, cesarzu, że i ty nie byłbyś obecnej podnosił przeciw mnie wojny, gdyby nie chytre podmowy książęcia Czeskiego Światopełka i brata mojego Zbigniewa; żadnym bowiem czynem nie obraziłem twego cesarstwa Rzymskiego.“ Prosił nakoniec cesarza, aby go chciał mieć raczej sprzymierzeńcem niż nieprzyjacielem swego państwa. Henryk król odpowiedział Bolesławowi z uprzejmością: „iż wszelkie urazy, które z cudzego tylko poduszczenia pochodziły, chętnie puszcza w niepamięć, i że kładąc Bolesława ze czcią w rzędzie książąt chrześciańskich, uznaje go za swego przyjaciela i sprzymierzeńca cesarstwa, gotów nawzajem uczynić wszystko, czegoby tylko uczciwie od niego żądał.“ Ujęty Bolesław tak przychylném i wspaniałém oświadczeniem, prosił cesarza, aby mu dał siostrę swoję za żonę, synowi zaś jego Władysławowi, z Ruskiej księżniczki urodzonemu, córkę swoję Krystynę, nadobnej urody dziewicę. Na co wszystko król Henryk bez wahania się zezwolił. Po odprawioném weselu w Bambergu, wrócił książę Bolesław do Polski w orszaku towarzyszących mu rycerzy cesarskich z nowo zaślubioną siostrą cesarza, tudzież narzeczoną Władysława syna swego, Krystyną, panienką w pierwszym wieku kwiecie, bo jeszcze nie letnią, i wyznaczonym dla nich dwoistym posagiem. Wszystkich brańców Niemieckich, poimanych w ostatniej wojnie, natychmiast Henrykowi królowi Rzymskiemu odesłał. I panował od tego czasu miły pokój i zgoda, i zobopólna przyjaźń między cesarzem a książęciem i ich poddanymi. Henryk król Rzymski zrzekł się zdobytych w Polsce zamków i powiatów, a mianowicie zamku Lubusza, który odstąpił wieczystém prawem arcybiskupowi Magdeburskiemu.

Borzywój przy pomocy Polaków osięga stolicę Czeską; ale przyzwany do cesarza, dostaje się nagle do więzienia.
Książę Borzywój, młodszy syn Wratysława I króla Czeskiego, urodzony z królowej Swantawy, który z bratem swoim Sobiesławem i wielu panami Czeskimi w Polsce u Bolesława książęcia na wygnaniu mieszkał, dowiedziawszy się, że Czesi brata jego młodszego Władysława, po morderczej śmierci Światopełka wsadzili na księstwo Czeskie (które nikomu innemu jak tylko jemu słuszném prawem należało) a usunęli Ottona, brata Światopełka; prosił Bolesława książęcia Polskiego, aby mu do odzyskania jego księstwa udzielił pomocy, i albo osobiście poszedł z nim na wyprawę, albo posłał mu zbrojne poczty rycerstwa w posiłku. Bolesław książę Polski, ulitowawszy się nad smutnym losem książęcia Borzywoja, poprowadził go sam do Czech z silnym zastępem swoich rycerzy, i orszakiem licznym panów Czeskich, którzy z nim razem przebywali na wygnaniu, i wszystkie wyprawy tej podejmował nakłady; Sobiesława zaś, drugiego brata, w Polsce zostawił. A gdy już zbliżali się do granicy Czeskiej i lasów Hercyńskich, które przedzielają Polskę od Czech, panowie Czescy dowiedziawszy się o przybyciu książęcia Borzywoja, wyszli na jego przyjęcie, powitali go z radością, i prosili: „aby książę Polski Bolesław wrócił z wojskiem do swego kraju, upewniając, że da sobie radę Borzywoj, i bez podniesienia broni księstwo Czeskie posiędzie.“ Skłoniony Bolesław książę Polski prośbami rycerstwa Czeskiego i samego nawet książęcia Borzywoja, cofnął się z powrotem do Polski, zostawił wszelako Borzywojowi znaczny hufiec swoich rycerzy. Wchodzi zatém Borzywoj w towarzystwie przybyłych panów Czeskich do Pragi, gdzie go uroczyście w wielkiém zebraniu ludu przyjmowano. Niebawem zajął w posiadanie i zamek Wyszegrad, brat jego bowiem w Pilznie pod ów czas przebywał; Hermana zaś, biskupa Praskiego, kazał schwytać i wtrącić do więzienia. Fabian, starosta Wyszegradzki, wyśliznąwszy się z rąk Borzywoja, odbiegł wszystkiego i uciekł. Wielu także innych obywateli Praskich, którzy się poczuwali do winy, jako zwolennicy przeciwnej strony, poporzucali żony, dzieci i majątki, i zbiegli w sąsiedzkie kraje. Powstało zatém wielkie w Czechach zaburzenie, rozszerzyły się po wsiach i miasteczkach łupiestwa i pożogi. Otto, brat Światopełka, z Wackiem, jednym z możniejszych panów Czeskich, zebrawszy wojska, pokusili się opanować Pragę; ale odparci przez Borzywoja, oblegli zamek Wyszegrad. Władysław zaś zmartwiony, że Borzywoj zajął Pragę stolicę z Wyszegradem, pospieszył zbrojno do Pragi, lecz mimo żądania nie chciano go wpuścić do miasta. Wyprawił więc posłów z skargą do Henryka cesarza, prosząc, „aby go władzą swoją cesarską przywrócił na państwo.“ Natychmiast posłał cesarz do Czech dwóch od dworu swego książąt, Dypolda i Berengara z rozkazem: „aby spierający się z sobą o władzę książęta Czescy zaprzestali boju, a stawili się osobiście przed cesarzem, który w ich sprawie ostatecznie wyrzecze.“ Którzy gdy do niego przybyli, cesarz przysądziwszy księstwo Czeskie Władysławowi, brata jego Borzywoja do więzienia wtrącił. Takowym Henryka króla Rzymskiego wyrokiem Władysław odzyskawszy księstwo Czeskie, wielu panów i szlachty Czeskiej, tudzież mieszczan Pragi, o których wiedział że byli stronnikami brata jego Borzywoja, wskazał na rozmaite kary, więzienia i katownie; a mając w podejrzeniu stryja rodzonego Ottona, że czyhał na jego władzę, sprowadził go chytrze do Sacka (Saczko) i uwięziwszy, naprzód w zamku Wyszegradzkim, a potém w Krzywokładzie przez trzy lata trzymał, a to z poduszczenia owego Wacka, który go do wszystkiego namówił.

Rok Pański 1111.
Bolesław książę Polski pychę Władysława książęcia Czeskiego wielką klęską upokarza.

Bolesław książę Polski, tknięty nieszczęściem świekra swego Borzywoja książęcia Czeskiego, którego losem się opiekował, a który przez wdziercę Władysława pozbawiony księstwa i w więzieniu osadzony został, zebrawszy potężne wojsko, z Sobiesławem książęciem Czeskim, bratem książęcia Borzywoja, który u niego w Polsce na wygnaniu przebywał, około dnia Ś. Michała wkroczył do Czech, w zamiarze pogodzenia braci słusznym należytości wymiarem, a wydobycia w ten sposób książęcia Borzywoja z więzienia. Zapraszał po wiele kroć przez posły i listy Władysława książęcia, aby do niego przybył, zaręczając mu wszelkie bezpieczeństwo, i oświadczając, że spory o księstwo Czeskie między nim a braćmi Borzywojem i Sobiesławem toczące się stanowczo chce zagodzić, jako wspólny ich brat i pośrednik: ale Władysław nie przyjął tego wezwania, i pod pozorem nieufności, jakoby w tém zaproszeniu lękał się ukrytej zdrady, odprawił posłów z pogardą, i na wojsko Bolesława książęcia Polskiego uderzyć postanowił. O czém gdy się Bolesław dowiedział, całą okolicę ponad rzeką Elbą ogniem i grabieżą spustoszyć kazał, a spotkawszy się z wojskiem Władysława, stoczył bój dnia 8 Października nad rzeką Cydliną, kędy go pobił na głowę, wielu panów Czeskich położył na placu albo poimał w niewolą, i Władysława zmusił do cofnięcia się pod Pragę: potém złupiwszy jeszcze i popaliwszy wiele włości Czeskich, z Sobiesławem książęciem Czeskim i swojém zwycięzkiém wojskiem, a przytém wielkiemi zdobyczami wrócił do Polski. O której-to klęsce, w ów czas Czechom od Polaków zadanej, nawet z kronik Czeskich przekonać się mogą ci, którzyby ją podawać chcieli w wątpliwość.

Władysława i Sobiesława książąt Czeskich matka wiedzie do pojednania i zgody.

Swantawa, królowa Czeska, wdowa po Wratysławie I królu Czeskim, a córka Bolesława niegdyś króla Polskiego, ubolewając wielce nad niezgodą synów swoich, Borzywoja, Władysława i Sobiesława, z których jednego w więzieniu, drugiego na wygnaniu, trzeciego od Polaków widziała zwyciężonym, obrała się między nimi za pośredniczkę; a przełożywszy synowi Władysławowi w sposób rozsądny i przekonywający, że niesłusznie krzywdził i prześladował braci Borzywoja i Sobiesława, mających równe prawo do księstwa Czeskiego, aby skrócić gorszące spory, skłoniła go do zgody z książęciem Sobiesławem, który w Polsce na wygnaniu przebywał. Zawezwany Sobiesław przez posły i listy równie od matki jako i brata Władysława, przybył do Czech, i stosownie do rozporządzenia matki Swantawy objął w posiadanie dziedziczne miasto Zatec (Zacen) z okręgiem i ziemią do niego należącą.

Po Paulinie biskupie Włocławskim wstępuje na stolicę Baldwin.

Paulin, biskup Włocławski czyli Kruszwicki, w wieku sędziwym wypłacił dług śmiertelności, i pochowany został w kościele Kruszwickim, którym lat dwanaście zarządzał. Na jego miejsce obrany Baldwin Francuz, na wniosek Bolesława książęcia Polskiego, jako zwierzchniego opiekuna.

Połowców dzicz barbarzyńską książęta Ruscy po dwa kroć gromią orężem.

Po zwycięztwach odniesionych nad Połowcami, nabrawszy serca książęta Ruscy, którzy w innych wojnach podołać im nie mogli, wzięli się znowu do broni przeciw Połowcom. Ściągają więc zbrojno na wyprawę, Światopełk książę Kijowski z synem Jarosławem, Włodzimierz z swemi synami, Dawid także z synem jedynakiem, a położywszy nadzieję w samym Bogu i jego Aniołach świętych, drugiej Niedzieli postu wojska piesze i konne wyprowadzają na wojnę. Przeprawili się naprzód przez rzekę Sułę i stanęli w Choroli, gdzie zatoczywszy swoje tabory, urządzili i po wojennemu rozprawili hufce. Ztamtąd ruszyli nad rzekę Oltę, a po kilkodniowym spoczynku posunęli się ku innej równie wielkiej rzece Worskli. Przebywszy wreszcie te wszystkie rzeki, zdążyli z wojskiem nad Don (po łacinie zwany Tanais), który osobliwszą wielkością swoją tamte rzeki przewyższa; i ztąd, przywdziawszy zbroje, z rozwiniętemi chorągwiami i w szyku bojowym, jakby już przed sobą mieli nieprzyjaciela, postępowali. Zbliżyli się potém do zamku Rukanie, a ugoszczeni od mieszkańców tamecznych winem i rybami, pociągnęli dalej pod zamek Suwrow (Szuwrow), który spaliwszy wrócili znowu nad rzekę Don. Połowcy nie zdolni dłużej cierpieć takiego pustoszenia swoich krajów, zachodzą drogę książętom Ruskim i bitwę z nimi staczają. Przyjęli ich mężnie Rusini, którzy wzajemnie zachęcając się do boju, i postanawiając raczej umrzeć niżli haniebnie opuścić pole, wnet przełamali naczelne szyki, poczém wahająca się reszta Połowców pierzchnęła. Po kilku dniach Połowcy, z nowych zaciągów zebrawszy nowe i liczniejsze wojska, chcieli jeszcze doświadczyć szczęścia, i uderzyli na Rusinów, ale nie z większém jak wprzódy powodzeniem: książęta bowiem Ruscy pobili ich na głowę, a uciekających ścigali przez cztery dni o mil kilkanaście; złupiwszy wreszcie ich obozy, zabrawszy konie, bydło, wielbłądy, statki wojenne, tudzież żony i dzieci, po odniesioném podwójném zwycięztwie wrócili do kraju, gdzie ich z wielką czcią i radością przyjmowano.

Rok Pański 1112.
Pomorzanie i Prusacy najeżdżający Mazowsze klęskę wielką ponoszą.

W czasie, kiedy Bolesław zatrudniony był wojnami z sąsiednim nieprzyjacielem, Pomorzanie i Prusacy nie mogąc osiedzieć się spokojnie, składali tajne rady i namowy, z którejby strony Polskę śmiało najechać można. A ponieważ Bolesław książę Polski w Poznańskiém i Kujawskiém najczęściej wtedy przebywał, a na Pomorzu miał liczne pod swą władzą zamki, silnemi poosadzane załogami, przeto Pomorzanie, którym on jak piorun był postrachem, umyślili na odleglejsze Polski uderzyć powiaty, dokąd nie dochodziły jeszcze ich najazdy. Zdradziecko więc i niespodzianie, bez poprzedniego wypowiedzenia wojny, wpadli do Mazowsza, i rozsypani kupami po włościach, wsiach i miasteczkach, poczęli szerzyć łupiestwa i pożogi, spodziewając się, że pierwej nim Bolesław książę dowie się o ich napadzie, oni z łupami do swych koczowisk powrócą. Ale omyliła ich nadzieja. Rządził bowiem pod ów czas ziemią Mazowiecką starosta Magnus, który, jak się wyżej mówiło, był wprzódy starostą Wrocławskim. Ten skoro się dowiedział o wtargnieniu Pomorzan i Prusaków do ziemi jego rządom i opiece powierzonej, nie dopuścił im długo szerzyć łotrostw i pożogi, ani unieść bezkarnie złupionej na Mazowszu zdobyczy: lecz natychmiast uzbroiwszy szlachtę i chłopów, ile ich zebrać można było na prędce, zastąpił drogę barbarzyńcom pomykającym się coraz dalej z łupami; a zdybawszy ich na spoczynku, kiedy upewnieni przez szpiegów, że z nikąd nie było obawy, spokojnie używali wczasu, uderzył na nich o świcie, i spłoszonym ze snu tak ciężką zadał klęskę, że część znaczna legła pod mieczem, część poimana w niewolą, mała tylko liczba ratowała się ucieczką. Nagłym albowiem i niespodzianym przerażeni napadem, nie zdołali barbarzyńcy ani zebrać myśli, ani stawić się zbrojno do odporu: bezbronnych zatém i prawie nagich rzezano jako bydlęta. Sześćset w tej bitwie miało ich zostać na placu, a tysiąc dwieście dostać się do niewoli. Zwycięztwo to nad Prusakami i Pomorzanami przyznawano szczególniej Szymonowi biskupowi Płockiemu, mężowi wielkiej cnoty i pobożności, który przez wszystek czas trwającego najazdu barbarzyńców nie przestawał modlić się wraz z duchowieństwem, prośbami gorącemi, postami i płaczem błagając miłosierdzia Boskiego nad Polakami, póki mu nie doniesiono, że Magnus starosta z swemi Mazowszanami zupełne nad nieprzyjaciołmi odniósł zwycięztwo. Tak zaś wielki był pogrom i trwoga rzucona na Prusaków i Pomorzan, że rozbiegłych i ukrywających się po lasach przez wiele dni potém chwytano, i nie tylko mężczyzni, ale niewiasty nawet i dziewczęta zbierające grzyby zajmowały ich, rozbrajały, i z związanemi w tył rękoma przyprowadzały zwycięzcy. Podobnie poszczęściło się i Ślązakom, którzy pustoszących bezkarnie ich ziemię rycerzy i towarzyszów Zbigniewa pokonawszy w stanowczej bitwie, częścią wymordowali, częścią na dolegliwe wskazali pęta.

Henryk cesarz wtrąca do więzienia papieża Paschalisa, który mu potém wkłada koronę.

Henryk król Rzymski, między cesarzami czwarty, z Henryków zaś piąty, wkroczywszy do Toskanii z potężném, trzydzieści tysięcy ludzi wynoszącém wojskiem, w celu przywdziania korony cesarskiej, wyprawił posłów do Paschalisa II papieża z oświadczeniem, iż zrzeka się na zawsze prawa do inwestytury biskupów; wiedział bowiem, że papież nie byłby inaczej przyzwolił na koronacyą. Przybywszy potém do Rzymu, przyjmowany był uroczyście i z czcią wielką od całego duchowieństwa; sam papież Paschalis z kardynałami wyszedł na jego spotkanie, odprowadził go do Srebrnej bramy i daném mu pocałowaniem uznał za cesarza. Ale gdy się zbliżyli do Roty porfirowej (Porphyrica Rota), a papież zażądał od Henryka przysięgi na zrzeczenie się inwestytur biskupich, Henryk król za namową swoich radców kazał papieża Paschalisa z wszystkimi kardynałami i całym dworem papieskim uwięzić, a Ulrykowi patryarsze Akwilejskiemu oddał go pod straż, i przez dwa miesiące, póki nie odwołał swego żądania, trzymał go w więzieniu. Z którego wyzwolony papież, w dzień Wielkiejnocy Henrykowi przywdział koronę, ale odjeżdżającemu do Niemiec nową zagroził karą duchowną, nalegając, aby się zrzekł prawa mianowania biskupów. Dopókąd wszakże żył Paschalis papież, Henryk cesarz trwał zacięcie w swoim uporze. Powiadają, że uwięzienie papieża doradził był cesarzowi Albert rodem Lotaryńczyk, który był potém arcybiskupem Mogunckim, a pod ów czas kanclerzem królewskim, a którego król po swym powrocie uwięzić i rozmaitemi kaźniami a zwłaszcza głodem straszliwie umęczyć kazał. A tak ów Albert z najprzyjaźniejszego zwolennika stał się największym cesarzowi wrogiem, i słusznie z jego ręki Bóg przepuścił nań taką chłostę. Niektórzy także bezbożni z pomiędzy duchowieństwa Rzymskiego, uwiedzeni przez cesarza, po wypuszczeniu z więzienia Paschalisa poważyli się obrać papieżami trzech herezyarchów, Alberta, Arnulfa i Teodoryka, którzy acz wiele papieżowi Paschalisowi sprawili kłopotu, w końcu jednakże pokonani, uledz jego władzy musieli.

Światopełk książę Kijowski umiera. Po nim brat jego Włodzimierz wstępuje na stolicę księstwa.

Dnia szesnastego miesiąca Kwietnia Światopełk książę Kijowski, a świekr Bolesława książęcia Polskiego umarł w Kijowie, i pochowany został w kościele Ś. Michała, który dwoma laty wprzódy z wielką wspaniałością zbudował i złocistym szczytem przyozdobił. Po jego śmierci Kijowianie wyprawili posłów do Włodzimierza, brata rodzonego Światopełka, z ostrzeżeniem: „aby pospieszył jak najrychlej i stolicę Kijowską z ojca i dziada nań spadającą objął.“ Ale gdy ten żałobnemi zajęty obrzędami przybycie zwłacza, żołnierstwo wyłamawszy się z karności i posłuszeństwa, napadło na dwór wojewody Kijowskiego Putaty, największego pod ów czas bogacza, a potém jedne po drugich domy Żydów w Kijowie zamieszkałych poczęło plądrować i łupić. Powtórnie zatém ślą Kijowianie do Włodzimierza poselstwo, aby się nie ociągał, oznajmując, jakie łotrostwa, jakie klęski nawiedziły Kijów, i wyrażając obawę, aby rozhełznane w swej swawoli żołdactwo nie rzuciło się wreszcie na kościoły i klasztory albo książęce domy. Tknięty tą wiadomością Włodzimierz przybywa spiesznie do Kijowa, a przyjęty ze czcią od mieszkańców stolicy, wnet swawolę żołnierzy swoją obecnością powściąga i ukraca. Jarosław tymczasem, książę Włodzimierski, syn Światopełka niegdy książęcia Kijowskiego, a brat rodzony Zbisławy księżny Polskiej, wraca do swego księstwa Włodzimierskiego, zamierzywszy wyprawę przeciw Jadźwingom, którzy częstemi napadami srodze dokuczali Rusi. Jakoż spustoszywszy orężem znaczną część ich kraju, i w stoczonej bitwie pogromiwszy hordy barbarzyńskie, wrócił chlubny zwycięztwem, i pod ów czas, dnia 12 Maja, zaślubił sobie córkę Mścisława a bratankę Włodzimierza. Wspomniany naród Jadźwingów pochodzeniem swojém, językiem, religią, zwyczajami i obyczajami do Litwinów, Prusaków i Żmudzinów wielce podobny, żył także w bałwochwalstwie, a główném ich siadłem i stolicą był zamek i miasto Drohiczyn.

Rok Pański 1113.
Bolesław książę Polski, przez Anioła zaprowadzony na Pomorze, ciężką zadaje klęskę barbarzyńcom, zdobywa zamek Nakło i daje go w zarząd Świętopełkowi.
Bolesław książę Polski, rozgniewany na Pomorzan i Prusaków o zdradziecki ich najazd na Mazowsze, widząc, że za swoje zuchwalstwo nie dość ukarani byli przez Magnusa starostę Mazowieckiej ziemi, przedsięwziął nową wyprawę na Pomorze. Ściągnąwszy zatém wojska konne i piesze, przybył z niemi pod miasto Kruszwicę; zkąd gdy w dalszy pochód wyruszano obozy, ukazał się w obec całego rycerstwa na wierzchołku kościołka Ś. Wita, który stoi w Kruszwicy, młodzieniec ślicznej urody, oświecający cudowną jasnością nie tylko miasto ale i całą okolicę, z podziwieniem wszystkich a zwłaszcza książęcia Bolesława. Skoro wojsko, przypatrujące się z zadumieniem takowemu zjawisku, ruszyło ze swych stanowisk, spuścił się ów młodzieniec z wierzchołka i poprzedzał hufce, prowadząc je prostą drogą ku Nakłu, do którego zbliżywszy się, jabłko złote, które widziano w jego ręku, rzucił na miasto i zniknął: czém w rycerstwie wzbudził otuchę niechybnego zdobycia miasta. Ożywiony i uradowany Bolesław tak pomyślną wróżbą, obległ miasto Nakło, które pod ów czas dzierżyli Pomorzanie, a z którego najczęstsze na królestwo Polskie wymierzali najazdy i spustoszenia; poczém szturm przypuściwszy, kazał podsunąć wieże i z kusz gęste miotać pociski, a mury tłuc taranami; czém najgłówniejsze twierdzy i miasta zapory zwątlił lub pogruchotał. Gdy więc oblężeńcy widzieli, że Bolesław wojsko pod mury podsuwa, i że w mieście i zamku długo się nie utrzymają, posiłki bowiem od książąt Pomorskich spodziewane nie nadciągały; w obawie, iżby po zdobyciu miasta nie byli wystawieni na ostateczne niebezpieczeństwo, znużeni i pogrążeni w rozpaczy, posłali do Bolesława z prośbą o zawieszenie broni, oświadczając, że jeśli w przeciągu dni 15 zamówione posiłki nie przybędą na odsiecz, miasto i zamek dobrowolnie poddadzą. Przyjęto warunki i stanął w ten sposób rozejm; szturm do miasta i zamku wstrzymano. Wysłani z pośpiechem gońcy do naczelnika Pomorzan i Prusaków zastali już wojsko zebrane i mające wkrótce ciągnąć na pomoc: ale gdy opowiedzieli z swej strony, w jakiém zostawali niebezpieczeństwie, i jaki z Bolesławem zrobili układ o poddanie zamku miasta, jeżeli im spieszna pomoc udzieloną nie będzie, wielka między Pomorzanami powstała trwoga, wielki żal i oburzenie, że miasto i warownia tak ważna i użyteczna miały się dostać w ręce Polaków, i że ich utrata zbyt dla Pomorzan dotkliwa, Polakom znaczne obiecywała korzyści. Słuszna była ta żałość: miasto bowiem Nakło pod ów czas uważane było za główne i stołeczne u Pomorzan, wzięcie zatém i oderwanie stolicy pociągało za sobą wielki uszczerbek i sromotę. Temi i innemi powodowani względami, postanowili bronić go do upadłej. Aby zaś zwycięztwo było tém pewniejsze, zebrawszy niezmierne tłumy młodzieży, nie tylko z rycerstwa ale i chłopów, zaklęli się powszechną między sobą przysięgą, że walcząc o niepodległość ojczyzny nie wprzódy zejdą z pola bitwy, aż gdy nieprzyjaciel ulegnie. Odprawiwszy zatém gońców, i uczyniwszy oblężeńcom nadzieję, że nim dni piętnaście upłynie, podeślą im zbrojną pomoc na odsiecz, sami naradzać się poczęli o sposobie prowadzenia wojny z Bolesławem. A lubo z obliczonych sił wojennych pokazało się, że mieli w swym obozie pięćdziesiąt tysięcy ludzi z górą, świadomi jednak męztwa i dzielności Bolesława, który w tylu bitwach tak szczęśliwie z niemi wojował, nie śmieli ufać samej liczbie, ale w zdradzie, podejściach i przemyśle większą pokładali otuchę, i temi środkami raczej niżli orężem walczyć postanowili z nieprzyjacielem tak szczęśliwym, ćwiczonym w boju i odważnym. Najlepszą zdało się radą, spiesznie i tajemnie ubiedz pole, stanąć zbrojno i zaczepnie, nad wszelkie spodziewanie przeciwnika, tak iżby go z nienacka napaśdź i pogromić. Konie wszystkie zostawić doma, aby ich rżeniem nie słać zawcześnie pobudki do obozu, a pieszo tylko wystąpić do walki, gdzie równe dla wszystkich niebezpieczeństwo, odejmując wszelką nadzieję ratowania się ucieczką, tém raźniejsze w boju i wytrwalsze miało doradzać męztwo. Za danym przeto znakiem, o północy, w cichości największej i milczeniu, ruszyli z swych obozów Pomorzanie, a pomijając wszystkie pola otwarte i gościńce, przebierali się przez lasy i bory, aż podstąpili pod samo Nakło, tak kryjomo i niespodzianie, że potrafili obejść czaty i straże Polskie, acz z wielką czuwające pilnością, korzystając z ciemności, gwiazdy bowiem nie świeciły owej nocy. Śmiałe to przedsięwzięcie lubo nie osięgło celu, nie było jednak zupełnie bezskuteczne. Przypadała właśnie uroczystość Ś. Wawrzyńca męczennika, którą Polacy z wielkiém nabożeństwem obchodzić zwykli. Książę Bolesław i wszystko rycerstwo, zaufani w rozejmie, i nie przewidujący żadnej z strony nieprzyjaciela napaści, słuchali nabożeństwa poskładawszy oręże, gdy z nagła, po odebraném błogosławieństwie wracając do namiotów, postrzegli raczej Pomorzan niż dowiedzieli się o ich nadejściu. Tak niespodziewane zjawienie się nieprzyjaciela zatrwożyło wielu Polaków; porwali jednak czém prędzej za broń na skinienie książęcia Bolesława. Zapewnie Pomorzanie byliby wtedy otrzymali zwycięztwo, gdyby z równym pośpiechem, jak sobie z razu poczęli, natarli byli na obóz Bolesława. Lecz oni, chcąc lepiej jeszcze ubezpieczyć swe stanowisko, w miejscu dogodném i obronném, które sobie obrali, poczęli je umacniać rowami i okopami, z przodu i z boków ogradzając się kolczystemi i wysokiemi ostrokoły, które w ogniu opalone gęsto zabijali w ziemię, aby wojsko ich od nagłego chroniły napadu. Gdy więc tą robotą się zajmowali, miał czas Bolesław hufce swoje doraźnie raczej niż rozmyślnie sporządzić i ustawić; poczém rycerstwo, bynajmniej liczbą nie wyrównywające nieprzyjaciołom, na dwa podzieliwszy zastępy, jeden poruczył Skarbimirowi wojewodzie Krakowskiemu, który pod ten czas był wodzem najwyższym rycerstwa, a nad drugim sam objął dowództwo; innych w znacznej także liczbie żołnierzy zostawił na straży przy taborach, sprzętach wojennych i obozie, aby oblężeńcy w czasie toczącej się walki z twierdzy nań nie wypadli. Krótkiemi wreszcie słowy, ile taka nagłość dozwalała, zagrzał swoje rycerstwo, mówiąc: „Nie czas po temu rycerze, ażebym prowadząc was do boju, obszerniej zwyczajem moim do was przemawiał. Obecny w oczach waszych nieprzyjaciel, którego tyle kroć zwyciężyliście, mówić mi nie pozwala. Odwagi w tej chwili a nie słów nam potrzeba, jeżeli chcemy być zwycięzcami; mowa moja na nicby się nie zdała, gdyby was duch zwykłej odwagi miał odstąpić. Ale ja świadomy waszej dzielności zdawna mi znanej i doświadczonej, pewny jestem zwycięztwa, które wydrzeć nieprzyjacielowi, zaufanemu w swych tłumach i zuchwałej srogości, nakazuje sama miłość ojczyzny i konieczność. Chcemy-li oglądać ojczyznę naszą, progi domowe, żony, świątynie, dzieci i cokolwiek nam najdroższego, trzeba nam tę ziemię, na której stoimy, zbroczyć krwią Pomorzan i Prusaków, najsroższych nieprzyjacioł naszych. Nadzieję wszystkę w pomocy Boga i błogosławionego Wawrzyńca Męczennika, którego dziś obchodzimy uroczystość, a nakoniec w męztwie naszém połóżmy. Ja przy łasce Bożej i za przyczyną Ś. Wawrzyńca najchwalebniejszą dzisiaj i najpiękniejszą śmiercią za was polegnę, albo jeżeli mi pomódz zechcecie, sławne i na wieki pamiętne nad dumnemi pogany odniosę zwycięztwo.“ Gdy wszyscy wykrzyknęli, że postanawiają umrzeć albo zwyciężyć, i odmówili pobożnie rozmaite modlitwy, wzywając pomocy Ś. Wawrzyńca, Bolesław poprowadził ich na nieprzyjaciela. A ujrzawszy obóz Pomorzan umocniony wałem silnym i przekopami, pod zasłoną gęstej grodzy ostrokołów, dzid i oszczepów, tylcami utkwionych w ziemi, a ostrzami kończystemi od góry nasrożonych, nim zbliżył się na rzut strzały, kazał zwolnić nieco kroku i stanąć, aby nie narazić wojska na strzały łuków, w których nieprzyjaciele najwięcej pokładali ufności; a sam z małym pocztem rycerzy ruszył konno na objazd, upatrując, azaliby z której strony przebić można owe tłumy skupionej i gęsto natłoczonej czerni. Wielkie i widoczne groziło niebezpieczeństwo, gdyby przyszło na nieprzyjaciela z czoła albo z boku uderzyć; ale dostrzegł Bolesław, że w tyle mniej był obóz ubezpieczony ostrokołami, spisami i dardami, i z tej strony zdawał się przystępniejszym. Uradowany więc takiém odkryciem, rozkazał Skarbimirowi z powierzonym mu oddziałem rycerstwa wpaśdź z tyłu na nieprzyjaciela: „Gdy ja, rzekł, z przodu na pierwszy Pomorzan uderzę zastęp, i będziesz widział, że bój żwawo się już toczy, wtedy i ty także natrzej z tyłu i wdzieraj się śmiało między zamieszane tłumy; ujrzysz bowiem rozpierzchnionych w nieładzie albo gnuśnie drzymiących, a nie wielu z gotowym w ręku orężem: zanim się więc postrzegą i zbiorą przytomność, bij i ściel ich trupem w popłochu; niechaj krwią przypłacą swój najazd zuchwały.“ Poczém z swoim hufcem podstąpił Bolesław pod obóz, udając, jakoby walkę chciał stoczyć z przeciwnikiem, a rzeczywiście, aby odciągnąć uwagę jego od Skarbimira. Ten, wierny danym sobie rozkazom, z zadziwiającą szybkością obszedłszy nieprzyjaciela, uderzył natarczywie na tylne straże, jednym pędem przesadził wały i okopy, i rum czyniąc sobie orężem, gromił i płoszył zamieszanych w obozie, gdy tymczasem Bolesław zatrudniał ich z przodu i odwracał w przeciwną stronę pociski. Powstał zatém krzyk okropny między zgrają rozbitą od Skarbimira, i wszystkich Pomorzan i Prusaków, którzy na Bolesława z przodu nacierającego wyrzucali strzały, niesłychaną przeraził trwogą, tak iż chwilę zastanowili się nawet w boju, wątpliwi i niepewni, co im czynić wypadało, w którą stronę zwrócić się mieli, czy porażonym biedz na pomoc, czy zza wałów i okopów przeciw Bolesławowi wystąpić. Skarbimir tymczasem rozszerzył w obozie rzeź morderczą, tnąc i ścieląc na pował Pomorzan i Prusaków, w trwodze i zamieszaniu niezdolnych do oporu i raczej zawadzających sobie nawzajem. A tak, w krótkim przeciągu czasu osięgniony był cel żądany; z tyłu bowiem obozu stał gmin odwodowy słabszych i nieświadomych boju zaciągów, z przednich zaś stanowisk wojsko nie śmiało i nie mogło się ruszyć dla dania im pomocy. Gdy już Skarbimir większą część nieprzyjacioł pobił i zwyciężył, Bolesław niecierpliwy zwłoki, i zazdroszczący Skarbimirowi, że do jego walki nie mógł należeć, spiąwszy konia ostrogami, bez względu na niebezpieczeństwo, na groźne zapory ostrokołów, dzid i oszczepów, z przodu na nieprzyjaciela uderza. Długo i nie bez straty walczono z temi przeszkodami; wielu znakomitych rycerzy i wodzów Bolesława legło pod ciosami nieprzyjaciół, którzy z tych niedostępów walili ich drągami albo spisami przebijali; wiele pod jazdą pobito i pokaleczono koni: zaczém jezdcy przymuszeni byli pieszo walczyć. Ale gdy w miejsce poległych wystąpiły świeże posiłki i wszelkie zawady przełamane zostały, gdy na obóz ściśniony z przodu i z tyłu uderzono z natarczywością, Pomorzanie i Prusacy nie mogąc sprostać przemagającemu orężowi Polaków, nie pomni już swoich przysiąg i ślubów, pierzchnęli i na wszystkie strony, kędy który mógł, rozsypali się w popłochu. Wszystkich jeden tylko zajął cel i żądanie, aby dopaśdź pobliskich lasów i życie gdzie w kącie utaić. Gonili ich Polacy i po lasach nawet trapili w ucieczce, wiele doścignionych zasiekli i wymordowali: nie mała jednak część, zwłaszcza tych, którzy świadomi byli miejsca, ocalała pod zasłoną leśnych gęstwin i zarośli. Czterdzieści tysięcy Pomorzan i Prusaków legło, a dwa tysiące zabrano jeńców w tym dniu uroczystym Ś. Wawrzyńca. Niektórzy potonęli w bagnach, jeziorach i trzęsawiskach, lękając się dostać w ręce zwycięzców. Trupy poległych zgarnione w jedno miejsce przywalając piaskiem, aby nie zarażały powietrza, usypano ogromną mogiłę, pamiątkę tak wielkiej klęski nieprzyjaciół a sławnego zwycięztwa Polaków. Trwa ona po dziś dzień, ukazując miejsce bitwy i przypominając przeważne jej skutki. Zwycięztwo to przyznawano łasce Bożej i przyczynie Ś. Wawrzyńca Męczennika, na którego cześć wszystko rycerstwo wyśpiewywało z radością pobożne pieśni, dziękując za wybawienie z przygody i chwałę tak wielkiego zwycięztwa. Oblężeńcy Nakielscy, widząc że wszystka ich potęga upadła, poddali się niezwłocznie wraz z zamkiem i miastem książęciu Bolesławowi; podobnie uczynili mieszkańcy sześciu miasteczek pobliższych, którzy posłyszawszy o klęsce Pomorzan wyprawili poselstwo z poddaniem zupełném swoich miast i zamków Bolesławowi i Polakom. Te sześć miasteczek, wraz z zamkiem i miastem Nakłem, poruczył Bolesław radcy swemu królewskiemu Świętopełkowi, jednemu z przedniejszych panów Polskich, który najprzychylniejszą był mu pomocą, w namiestniczy zarząd i opiekę, spodziewając się, że monarsze swemu i krajowi nieskażoną zachowa wiarę. Celował bowiem Świętopełk między innemi nie tylko urodzeniem wysokiém i bogactwy, ale zręcznym w sprawach obrotem, wiernością i przeważnemi czyny. Jakoż pochodził on z starożytnego w Polsce domu i rodziny Gryfitów; mąż prawy, wymowny i dzielny, odznaczający się wielu znakomitemi przymiotami, osobliwie zaś męztwem i biegłością w sztuce wojennej, których liczne dał dowody w bojach i rycerskich harcach; ztąd i Bolesław wielce go poważał i miłował. Nie można było żadnej przypuszczać obłudy i chytrości w tak szlachetnym i zacnie urodzonym mężu, w którym tyle cnót i pięknych łączyło się razem przymiotów. Ale wkrótce ukazała się w nim zbyt chciwa panowania żądza, niezgodna ani z urodzeniem jego, ani stanem, ani obyczajami poprzedniego życia; począł bowiem dumnie podnosić głowę, i rozmaite wyszukiwać środki do zrzucenia z siebie jarzma podległości, i przywłaszczenia sobie rządów, nie chcąc już ani uznawać ani podzielać czyjejkolwiek władzy.

Sobiesław książę Czeski uszedłszy z Czech szuka w Polsce schronienia.

Sobiesław książę Czeski, przestrzeżony od wielu przychylnych sobie Czechów, że brat jego Władysław książę Czeski, któremu pod ów czas zwierzchnią nad Czechami przyznawano władzę, skryte ku niemu żywił niechęci, i za radą i chytremi namowami Wacka zamyślał wtrącić go do więzienia, usadziwszy się zdradziecko, zamordował tegoż Wacka; a obawiając się za popełnione zabójstwo zemsty książęcia Władysława, chciał z całą drużyną swoich zwolenników przez Serbią uciec do Polski. Ale zaproszony w gościnę przez Ekemberta, starostę zamku Donina, którym tenże z ramienia cesarza pod ów czas zawiadywał, wpadł w zastawione sidła, skrępowano go bowiem i odwieziono do Saxonii, towarzysze zaś jego umknęli do Polski. W miesiąc potém wyrwał się przecież z więzienia i przybył także do Polski, gdzie go Bolesław książę Polski łaskawie przyjął, i z wielką wspaniałością podejmował.
Tegoż roku umarł Michał, rodem Polak, z domu Habdank, mąż rzadkiej pobożności i gorliwości o wiarę chrześciańską, założyciel klasztoru Ś. Benedykta w Lubinie, który dochodami z dóbr własnych uposażył; pochowany w tymże klasztorze. Tego roku także klasztor ten trwale wykończony został.

Rok Pański 1114.
Bolesław książę Polski zamierza Sobiesława książęcia przywrócić na stolicę Czeską; atoli nic nie sprawiwszy, okrom spustoszenia Czech i spalenia zamku Kłocka, wraca do Polski.

Bolesław książę Polski, którego umysł niespracowany żadnego nie cierpiał spoczynku, i od spraw domowych rad przenosił się do zewnętrznych, lubo domowe z konieczności tylko, zewnętrzne z ochoty podejmował, poskromiwszy Pomorzan i Prusaków zadaną im klęską w ostatniej wyprawie, zwrócił oręż swój przeciw Czechom, chcąc krewnego swego Sobiesława, książęcia Czeskiego, własną potęgą, nakładem i wolą przywrócić na księstwo Czeskie, z którego wyzuł go był Władysław, brat jego młodszy ale obrotniejszy, i większą posiadający miłość u rycerstwa i ludu Czeskiego. Zebrawszy więc hufce bitnego i najsprawniejszego w boju żołnierza, w towarzystwie Sobiesława książęcia Czeskiego i wszystkich wychodźców Czeskich, wkroczył do Czech. Do Władysława zaś książęcia Czeskiego wyprawił posłów, żądając i nalegając, „aby się pojednał z bratem Sobiesławem, i oddał mu dzielnicę jego, prawem dziedzictwa spadającą nań po ojcu.“ Odpowiedział książę Czeski Władysław: „że dosyć już łaski wyświadczył Sobiesławowi, której on szanować nie umiał; nadał mu bowiem obszerną dzielnicę, i żadnej nie czynił krzywdy: lecz on zrzekł się sam i stał niegodnym jego łask i względów, zwabiwszy do siebie dla wspólnej niby rozmowy i zamordowawszy zdradziecko jednego z celniejszych jego radców i baronów, i ze wspólnikami swojej zbrodni uciekł do Polski.“ Posłowie Bolesława książęcia Polskiego, wedle danego sobie zlecenia, usprawiedliwiali postępek Sobiesława, mówiąc: „że i owszem Sobiesław na większą jeszcze niżli wprzódy zasłużył łaskę i przychylność, przeto iż w zapale słusznego gniewu zgładził człowieka, który między braćmi zasiewał kąkol niezgody, i jednego przeciw drugiemu ustawicznemi namowy podburzał.“ Na co odpowiedział Władysław: „że rad wróci do łaski i względów swoich brata Sobiesława, jeżeli i Bolesław książę Polski w podobny sposób pogodzi się z bratem swym pobocznym Zbigniewem, który u niego w Czechach tuła się obecnie na wygnaniu. Dzielić się zaś księstwem Czeskiém z bratem Sobiesławem nie może bez pozwolenia cesarza.“ Taką Bolesław odebrawszy odpowiedź, z której okazywało się, że Władysław książę Czeski żadnej bratu słuszności wymierzyć nie chciał, poprowadził wojsko w głąb kraju Czeskiego, i kazał niszczyć go orężem, palić wsie, dwory i miasta, mimo prośby Sobiesława, który wstawiał się za swą ojczyzną, aby od takiej nie ginęła pożogi. Książę zaś Czeski Władysław chcąc zasłonić swoje państwo od dalszego zniszczenia, wyprowadził także swoje wojska do boju, i stanął z niemi niedaleko obozów Bolesława. Przyszłoby było zaraz do walnej między obiema wojskami rozprawy, gdyby ich nie przedzielała rzeka Czybina, mająca łoże błotniste. Chcieli bowiem Polacy przebrnąć ją pieszo, szukając to wyżej to niżej sposobnego brodu; ale Czesi, którzy im towarzyszyli, przestrzegali ich o wielkiej głębokości rzeki. A tak, jedni i drudzy trafili na zawadę, której bez widocznego niebezpieczeństwa przebyć nie mogli. Żądał potém Bolesław książę Polski od Władysława książęcia Czeskiego przez wyprawionych do niego gońców: „żeby albo on nie przeszkadzał przeprawić się spokojnie przez rzekę hufcom Polskim, albo sam z wojskiem swojém z podobnej korzystał przeprawy.“ Lecz gdy książę Władysław na to oboje nie przystał, Bolesław książę Polski ruszył z swém rycerstwem ku Łabie (Elbie) i w pobliżu tej rzeki przeszedłszy strumień Cydlinę bez szkody, wracał spiesznie ku owym miejscom, kędy stały Czeskie obozy. Ale już ich nie zastał na tém stanowisku, ślady tylko obozów i ognisk w miejscu Czechów, którzy korzystając z pomroki sprawionej nadzwyczajną burzą z grzmotami i piorunami, nieznacznie się ztamtąd wynieśli. Nie wiadomo, co spowodowało Władysława książęcia do opuszczenia swego stanowiska: zamierzał-li tym niespodziewanym obrotem groźniej na nieprzyjaciela wystąpić, czyli też dla zwykłej sobie niestateczności umysłu, raz wojny, drugi raz pragnąc pokoju, cofnął swoje wojska z obawą. Naradzał się zatém Bolesław, co miał czynić: wrócić do Polski, albo ścigać Czechów i pustoszyć ich ziemię? Różniły się w tej mierze zdania: starsi radzili, aby po zniszczeniu już tylu powiatów Czeskich, gdy nieprzyjaciel wyzywany do walki starannie jej unikał, skończyć raczej wyprawę; młodsi przeciwnie, nie chcieli wracać aż po zwojowaniu i zgnębieniu nieprzyjaciela, a spustoszeniu całych Czech, po samę stolicę Pragę. Bolesław zdawał się trzymać z młodszém kołem radców, ale gdy mu oznajmiono, że już w obozie wyczerpane były wszystkie zapasy, które z sobą wzięto, skłonił się do zdania starszych. Postanowiwszy zatém wracać do Polski, wydany poprzednio na prośbę Sobiesława zakaz palenia domostw i pustoszenia włości uchylił, a nakazał owszem rozszerzyć po kraju jak najsroższe łupiestwa i pożogi. Gdy zaś z wojskiem przybył pod Kłock, a mieszczanie zamknęli przed nim bramy, kazał Bolesław podpalić przedmieścia, zkąd gdy wiatr przeniósł pożar do miasta, całe Kłocko zgorzało, choć już mieszkańcy poddali się zwycięzcy; reszta wydana na pastwę żołnierzy. Często Bolesław książę Polski dozwalał podobnych grabieży swemu wojsku, któremi przy zwykłej sobie hojności i uprzejmości tak wszystkich rycerzy serca sobie zobowiązał, że najżywszą pałali żądzą walczenia pod jego dowództwem, a największe trudy i niebezpieczeństwa chętnie i z odwagą podejmowali.

Bolesław książę Polski, pobiwszy wojska Władysława książęcia Czeskiego, powtórnie Czechy orężem pustoszy.

Spaliwszy Kłocko z okolicznemi wsiami i miasteczkami, wracało wojsko prostą drogą do Polski, nie przestając grabieży i spustoszenia, które roznosili po włościach żołnierze pod zasłoną osobnej dla ich bezpieczeństwa straży. Już wchodzili do lasów zwanych wielką puszczą, Czechy od Polski przedzielających (ta bowiem droga, którą Bolesław wkraczał do Czech, i wszystkie inne drzewami podciętemi były zawalone); wtém nagle w cichości nocnej, kiedy książę według zwyczaju odmawiał swoje modlitwy, powstał krzyk w obozie, ostrzegający, że nieprzyjaciel nadciąga: wołaniem jednego żołnierza poruszone całe wojsko, w trwodze i popłochu gotowało się do niezwłocznej bitwy. Natychmiast wyskoczył Bolesław z namiotu, w którym odprawiał swoje nabożeństwo, i dla uśmierzenia niewczesnego rozruchu, wbiegłszy na miejsce nieco wynioślejsze, iżby od wszystkich mógł być słyszany, przemówił do rycerstwa z upomnieniem: „aby byli spokojni, i nie trwożyli się lada wieścią, płonną zapewnie i fałszywą, a mężnym i statecznym umysłem oczekiwali mogącego się zdarzyć czy teraz czy później spotkania z nieprzyjacielem.“ A tak, śmiałą i roztropną mową wszczynający się popłoch uśmierzył. Skoro dzień zajaśniał, i powzięto wiadomość równie z podjazdów jak i od szpiegów, że Czesi poobsadzali w lasach różne stanowiska sobie dogodne a dla Polaków niebezpieczne, zkąd przechodzących łatwo razić mogli; Bolesław książę Polski kazał w obec wojska uroczyste odprawić nabożeństwo z mszą śpiewaną i kazaniem w języku krajowym, a wielu z rycerzy, jakoby do pewnej w dniu następnym gotując się walki, wyspowiadali się swoich grzechów i przyjęli ciało Pańskie. Poczém książę Bolesław zagrzał jeszcze rycerstwo temi słowy: „Nie tajno wam, jak mniemam, rycerze, z jakich przyczyn, domowe nawet porzuciwszy sprawy, wyszedłem z wami na tę wojnę Czeską: oto iżby Sobiesław, obecny tu wśród nas książę Czeski, z dzielnicy swojej książęcej wygnany, moją i waszą pomocą mógł ją odzyskać, i abyśmy hardą zuchwałość Czechów, za podmową Zbigniewa brata mego, ojczyzny naszej ustawicznego wroga, kraje Polski ustawicznie najeżdżających, raz przecież ukrócili i starli. Prawdę mówiąc, teraźniejsze do Czech wtargnienie nasze, spustoszenie kraju, popalenie miast i włości (chociażby dawne, któreśmy tu prowadzili wojny, nie były im dosyć pamiętne), starczy na odwet za mnogie krzywdy i klęski, w tylokrotnych najazdach na ziemię Polską nam wyrządzone. Albowiem, rozgościwszy się szeroko w ich ziemi, złupiliśmy i popalili w wielu powiatach wsie i miasta; a nawet szukaliśmy ich i wzywali do otwartej walki, której oni przyjąć nie śmieli. Teraz dopiero, jak słychać, zastępują nam zdradziecko w lasach, które przebywać mamy, chcąc doświadczać z nami boju w miejscach dla nas niedogodnych. Wzywam was zatem, rycerze, abyście wszyscy z odwagą, bez wahania się, bez opieszałości, bez trwogi, ale raźno, dzielnie, ochotnie podnieśli oręż do walki, żadnego nie wzdrygając się niebezpieczeństwa. Czesi w samém tylko niemęztwie waszém nadzieję pokładają zwycięstwa: dzień dzisiejszy pokaże, która strona w słuszniejszej wojuje sprawie. Pomścimy się za łaską Bożą tylokrotnych najazdów na nas i przodków naszych po nieprzyjacielsku wymierzanych; ukarzemy tę hardą pychę, nienawiść i zelżywość, któremi nam Czesi odpłacają naszą przychylność, ludzkość, rzetelność i wiarę. Pamiętajcie wśród boju i stawcie to sobie przed oczyma, jakiemi kraj nasz krzywdzili nie raz zaborami: jak srodze złupili kościół Gnieźnieński, tę matkę naszą i stolicę, z jakich odarli go ozdób i bogactw, ilu brańców uprowadzili w niewolą, jak sromotnie gwałcili nasze niewiasty i dziewice; ile razy, gdyśmy z obcemi walczyli nieprzyjaciołmi, podchodzili nas z tyłu, zdradzali, napadali. To wszystko przytomne mając w pamięci, tém dzielniej i odważniej uderzać będziecie na nienawistnego wroga, i chlubne nad nim odniesiecie zwycięztwo, albo polegniecie z chwałą“. Taką Bolesław do swoich uczyniwszy odezwę, gorzką wprawdzie i dotkliwą Sobiesławowi książęciu i goszczącym w Polsce Czechom, zapaliwszy w sercach odwagę i gotowość na wszelkie niebezpieczeństwa, i żądzę zemsty za krzywdy tylokrotnie od Czechów poniesione, ruszył z wojskiem w głąb lasów. Szedł przodem główny zastęp rycerstwa, mając z czoła i w tylnej straży najdzielniejszych żołnierzy, w środku słabszych niedorostków i tabory wojenne; reszta wojska postępowała odwodem w pewnej odległości; lewe skrzydło Skarbimierz wojewoda Krakowski, wódz najwyższy, zasłaniał wybranym pocztem rycerstwa, prawe zaś sam Bolesław, z przedniejszą także drużyną waleczników. Gdy w ten sposób przebyto znaczną część lasu, zatrzymał się w pochodzie pułk jeden Gnieźnieńskim zwany (że się składał z rycerstwa ziemi Gnieźnieńskiej) i odpoczywał na równinie, oczekując nadejścia Bolesława, który zbliżywszy się do tego miejsca, w mniemaniu, że napotkał nieprzyjaciela, tylko co nie uderzył na swoich; ale szczęściem, poznano ich po znakach. Nie wiele już zostawało do przebycia puszczy, gdy Czesi rozumiejąc, że przy wynurzeniu się z lasów Polacy mniej już czujni postępować będą bez porządku i ostrożności, z różnych stron wypadli obławą, i wraz na Skarbimira i Bolesława hufce, i na straż która je poprzedzała, natarli gwałtownie, i wszędzie bój żwawy rozpoczęli. Walczono z obu stron z zaciętością; a lubo Skarbimir nie wiedział, co się działo z Bolesławem i główném jego wojskiem, a ten wzajemnie nie wiedział o Skarbimirze, obadwaj jednak z zapałem dobijali się zwycięztwa. Bolesław sam wyprzedziwszy swoich, poskoczył przeciw jednemu z Czechów, który z nim pierwszy na harc wystąpił, i przebił go oszczepem. Cześnik książęcy, Dzierżysław, za przykładem swego pana podobnież wybiegłszy z szyku, innego Czecha zwalił z konia i ubił. Co widząc rycerstwo tak się zapaliło do boju, że wnet przełamano z odwagą pierwsze i najdzielniejsze Czechów zastępy, a hufiec Bolesława otworzył innym drogę do zwycięztwa. Gdy bowiem przytomny w tej bitwie Władysław książę Czeski postrzegł, że jego lud pod gęstym ciosem upada, nie chcąc reszty wojska narażać na podobną klęskę, dał rozkaz do odwrotu. Który posłyszawszy Czesi, poczęli uciekać raczej na wszystkie strony, niżeli cofać się z pola bitwy. Polacy zaś mniemając, że nieprzyjaciel nie z trwogi ale z umysłu ustępuje, i ucieczkę biorąc za cofanie się podstępne, zwłaszcza że przedzielający oba wojska wzgórek podejrzanym czynił ten odwrót, nie śmieli z razu następować w pogoni: potém dopiero, gdy się przekonano, że Czesi rzeczywiście pierzchnęli, poskoczyły za nimi przednie szyki rycerstwa, i wsiadłszy im na karki, kładły trupem albo zabierały w niewolą, zwłaszcza tych, którym konie poustawały, i nie mogli zdążyć za drugimi. Wymknął się wtedy i Zbigniew, zdrajca ojczyzny, brat poboczny Bolesława książęcia, który przybył Czechom ku pomocy, wraz z spólnikami swoich płochych i zuchwałych zamiarów, ostrząc oręż na zgubę i zagładę Polaków. Książę także Czeski Władysław z rycerstwem swojém i panami umknął z placu boju i ratował się ucieczką. Po tém zwycięztwie Bolesław, zabrawszy z sobą rannych, wrócił do Czech, i ponowił jeszcze najsroższe łupiestwa i pożogi; nareszcie obciążony zdobyczą, i dumny z poskromienia zuchwałych nieprzyjaciół, wiodąc gmin niezliczony brańców, i wyśpiewując radośnie z całém wojskiem pieśń dziękczynną Bogu za odniesione zwycięztwo, powrócił z Sobiesławem książęciem Czeskim do Polski.

Koloman król Węgierski umiera. Po nim obejmuje rządy syn jego Stefan.

Dnia trzeciego Lutego umarł Koloman król Węgierski, i w Białogrodzie stołecznym ze czcią pochowany został. Ten, jak twierdzą, takim miał być okrutnikiem, że złączonego z sobą bliskiém pokrewieństwem książęcia Alma zamierzywszy zgładzić ze świata, gdy mu się nie udał jego zamach, a rzeczony książę umknął do Polski, kazał syna jego Belę, wydarte z łona matki niemowlę w pierwiastku życia, wzroku pozbawić, aby nie przeszkadzał kiedyś jego synom w następstwie na królestwo Węgierskie, i jako kaleka niezdolnym był do piastowania korony. Po nim objął rządy syn jego Stefan, zięć Bolesława książęcia Polskiego, mający za żonę córkę tegoż Bolesława Judytę, z pierwszej małżonki zrodzoną. Koronacya jego i królowej Judyty odbyła się w Białogrodzie stołecznym, któremu-to obrzędowi przewodniczył arcybiskup Strygoński Wawrzyniec, wraz z innemi Węgierskiemi biskupy i pany.

Rok Pański 1115.
Bolesław książę Polski godzi Sobiesława i Władysława książąt Czeskich.

Bolesław książę Polski zapowiedział rycerstwu nową wyprawę przeciw Czeskiemu książęciu Władysławowi, postanowiwszy póty nie składać oręża, pókiby Sobiesława, drugiego książęcia Czeskiego, który u niego w Polsce na wygnaniu przebywał, nie osadził na wspólnej dzielnicy, słuszném prawem jemu należnej. O czém gdy się Władysław książę Czeski dowiedział (nie mogły się bowiem utaić przygotowania do tej wojny, gdy wielu Czechów przesiadywało pod ów czas w Polsce na wygnaniu) wyprawił do Bolesława książęcia Polskiego posłów, z prośbą o pokój na sprawiedliwych ułożony warunkach, i obietnicą przyjęcia brata Sobiesława do udziału pewnej części księstwa Czeskiego; przyczém żądał wypuszczenia z niewoli brańców Czeskich, poimanych w bitwie ostatniej, stoczonej w lasach. Bolesław, książę Polski, naradziwszy się z Sobiesławem książęciem Czeskim i drużyną Czechów, jego stronników, odpowiedział: „że pokój chętnie przyjmuje, i jeńców Czeskich uwolni, byleby pewną mógł mieć rękojmię, że Sobiesław książę Czeski dziedziczną część swojej ojcowizny odzyska.“ Co aby snadniej przyszło do skutku, wyprawił nawzajem Bolesław poselstwo do Władysława książęcia Czeskiego, dla ułożenia warunków żądanego pokoju. Miłe było Władysławowi książęciu przybycie Polskich posłów; przyjąwszy ich zatém z wielką uczciwością, ugodę pokoju zawarł, i przyrzekł pod obowiązkiem przysięgi, że Sobiesławowi należącą mu część państwa wydzieli, a wszelkie urazy, krzywdy i niechęci w wieczną puści niepamięć. Do wypełnienia rzeczonego układu naznaczono z obu stron czas i miejsce, i w dzień Ś. Prokopa Władysław książę Czeski z Bolesławem książęciem Polskim zjechawszy się nad rzeką Nissą, pokój umówiony zawarli, potwierdzili, i uroczystą uświęcili przysięgą. Otrzymał wtedy Sobiesław książę Czeski jako przypadającą nań dzielnicę miasto Hradec z czterema zamkami i obwodem do niego należącym w Czechach, a ziemię Ołomuniecką z jej stolicą w Morawie. Obchodzono potém uroczyście zawartych sojuszów związki, wypuszczono jeńców na wolność, wychodźców odwołano z wygnania, książęta obdarzyli się nawzajem upominkami i uradowani miłą zgodą powrócili do domu. Ale bohater wojennego ducha, Bolesław, rzadko kiedy, chyba tylko w zimie, i to na czas krótki zawieszał oręż dla spoczynku; nie znał on żadnej innej roskoszy prócz wojny, tak iż do spraw rycerskich zdawał się być wyłącznie zrodzony.

Bolesław książę Polski niszczy ogniem i grabieżą wszystek kraj Pruski, nie doznając nigdzie oporu.

Aby więc po zawartym z Czechami pokoju rycerstwo Polskie nie gnuśniało, Bolesław książę Polski w zimowej porze tegoż roku wtargnął z lekką jazdą do ziemi Pruskiej, dokąd latem trudny był przystęp dla licznych jezior, bagnisk i mokradli. Zapuściwszy naprzód zagony w pograniczne okolice, kazał je ogniem i grabieżą pustoszyć; potém posunąwszy się w głąb kraju, trzymał wojsko w obozie, pewnej spodziewając się walki z Prusakami, przygotowanemi jak słyszał do obrony. Ale gdy całe Prusy przeszedł z wojskiem, a Prusacy, czując się słabszemi w siłach, i ustępując w lasy, góry i bezdrożne manowce, starannie unikali boju, którego Bolesław najmocniej pragnął; książę, zmieniwszy sposób wojowania, kazał szeroko rozpostrzeć w kraju spustoszenia, paląc i niszcząc grabieżą miasteczka, wsie i osady Pruskie. Gdy przecież i temi klęskami nie mógł Prusaków ani do walki ani do poddania się przymusić, kazał nie tylko bydło ale i ludzi w plen zabierać; których tłumy obojej płci do obozu zgarnąwszy, zniszczywszy ogniem prawie wszystkie miasta, wsie, sioła Pruskie, wrócił szczęśliwie do Polski z niezmierną w ludziach i trzodach bydlęcych zdobyczą. Brańców Pruskich porozsyłał wtedy na osady, i przeznaczył do uprawy roli; tym sposobem zaludnił Prusakami wiele wsi, które od nich wziąwszy nazwiska po dziś dzień je zatrzymują.
Cesarz Rzymski Henryk V, po koronacyi swojej opuściwszy Włochy, a następnie wkroczywszy z wojskiem do Belgii, hrabię Rajnalda w zamku Barra długiém ściśnionego oblężeniem do poddania się przymusił; Lotaryusza zaś książęcia Saskiego, z pokorą i boso ścielącego mu się u nóg, do łaski cesarskiej przywrócił. Złożywszy potém zjazd u dworu w Moguncyi, Matyldę dziewicę, córkę Henryka króla Angielskiego, pojął w małżeństwo, i z królewskim przepychem obrząd ślubny tamże odprawił.

Rok Pański 1116.
Zbigniew wraca do Polski z dumą i urąganiem, ale wnet śmiercią je pieczętuje.

Zbigniew, brat poboczny Bolesława książęcia Polskiego, widząc, że wszelkie w orężu pokładane nadzieje odzyskania jakiej cząstki dziedzictwa w Polsce upadły; że przymierze w roku przeszłym zawarte z Władysławem książęciem Czeskim nad rzeką Neissą, przecięło dlań sposobność wymierzania na Polskę napadów z Czech, kędy na ów czas przebywał, i zasięgania pomocy od Czechów, w których cała jego spoczywała otucha; słysząc prócz tego, że i Pomorzanie od Bolesława zwojowani ciężką klęskę ponieśli; zawiedziony we wszystkich swoich zamiarach i knowaniach, uznał nareszcie, że jedyna pozostała mu nadzieja w łasce i miłosierdziu brata, książęcia Polskiego Bolesława. Wyprawił zatém do niego posłów z prośbą o przebaczenie i łaskę; którzy gdy otrzymali posłuchanie, przedstawiwszy książęciu ostateczną niedolę i nędzę, jaką Zbigniew ponosił przez wszystek czas swego sprawiedliwego wygnania, nie bez ciężkiej dla niego i dla samego Bolesława książęcia sromoty, prosili pokornie: „aby książę uczynił koniec jego cierpieniom, i odwoławszy go z wygnania, przeznaczył mu z samej litości, łaski i przywiązania braterskiego jaką cząstkę dziedzictwa w Polsce, iżby dłużej jak tułacz, w nędzy, w uciśnieniu, w niedoli, nie poniewierał się na obcej ziemi.“ Przyczém obiecywali, „że Zbigniew odtąd z stateczną wiernością, pokorą i posłuszeństwem służyć będzie Bolesławowi książęciu Polskiemu, jako swemu panu i dobroczyńcy.“ Książę Bolesław w zaufaniu, że przyrzeczenia przez posłów czynione były rzetelne i uczciwe, z łatwością skłonił się do litości; a wymieniwszy posłom wielokrotne zdrady, podstępy i przeniewierstwa, których się Zbigniew przeciw niemu i ojczyznie dopuszczał, nadużywając tyle kroć jego łaski, mimo przeciwnego zdania radców, i wtedy naganiających książęciu jego zbytnią powolność, oświadczył iż mu przebaczy, i część pewną w posiadanie wydzieli, byleby żalu swego i pokory, szczerego pojednania się i miłości rzetelne dał dowody. Z tą nadzieją posłowie odprawieni, Zbigniewa upewnionego o łasce Bolesława książęcia do Polski odprowadzają. Który gdy się na jego spotkanie przybliżał, czy–to z wrodzonej sobie przewrotności, czy z poduszczenia złośliwych ludzi, wszystkiego zapomniawszy co był przez posłów swoich przyrzekał, zuchwałą nadęty pychą, wstępował do stolicy buczno i okazale. Niesiono przed nim miecz, a dalej postępowała drużyna śpiewaków i grajków, nucących uroczyste pieśni i przygrywających na surmach, szałamajach (organis), kotłach i innych narzędziach muzycznych, aby snadź z tej wystawności wnoszono, że nie odwołany z wygnania, ale przebłagany w tryumfie wracał; nie ukarany ale przywrócony do swoich praw, nie w pokorze lecz w hardém urąganiu, nie iżby służyć miał lecz rozkazywać, nie ulegać ale raczej panować i rządzić; że nie na prośbę jego, ale z konieczności przywołany był do Polski; że wreszcie tej zawiści i przeniewierstwu, któremi dał się Polsce we znaki, teraz śmielej niż przedtém rozpuścić myślał wodze. Cała postać jego i ruchy wydawały nie już niewdzięcznika tylko, ale szaleńca i bezkarnego zuchwalca. Bolesław przecież roztropném umiarkowaniem pokryć usiłując tę głupią zarozumiałość Zbigniewa, przyjął go łaskawie i z uprzejmością: ale zaraz trapić się w duszy i żałować począł, że człowieka tak przewrotnego, zawistnika i wroga, który czyhał ustawicznie na jego życie i zdrowie, i którego chytrości tyle razy doświadczył, niewcześnie przywrócił do łaski. Radcy i panowie Polscy, którym odwołanie Zbigniewa z wygnania wielce było niemiłe i złowrogie, oburzeni przeciw niemu, jątrzyli bardziej jeszcze serce zranione Bolesława, biorąc pochop z owej dumy i zuchwałości, jaką Zbigniew okazał przy swym powrocie. „Otoż owoc twej książę łatwowierności i zbytniego pobłażania. Mimo przeciwne rady nasze, przywołałeś do Polski Zbigniewa, którego należało raczej wypędzić gdzie na koniec świata, jako podnietę wszystkich niezgód domowych, zdradziectw, zatargów i bojów; który nałogowo przywykły do chytrości, fałszu i podstępu, wyćwiczony w matactwach i obłudzie, póki żyw, ostrzyć będzie dawne przeciw nam niechęci i złości. Mniemasz-li, że poniecha występków, któremi tak się dotąd odznaczał? że powściągnie w sobie żądzę łupiestw, knowań i podstępów, tak zgubnych dla kraju, i z tylu osobistemi krzywdami połączonych? że się wyzuje z swej przewrotności, wlanej mu prawie z przyrodzenia, kiedy nawet w tej chwili, gdy mu jako wygnańcowi uwolnionemu z tułactwa przystało jak największą okazywać pokorę, nie mógł swego zuchwalstwa w sobie utłumić? Możesz-li tuszyć, że zwierzchność i panowanie twoje spokojnie znosić będzie ten, który wspólnictwa panowania nie znosił? Czyliż on, od młodości samej karmiąc nadzieję zuchwałą ogarnienia całego królestwa Polskiego, mógłby w wieku podeszłym cierpieć w tobie zwierzchnika i pana? Na cóż on z czasem się nie odważy, gdy pycha jego bezkarna jeszcze wyżej głowę podniesie, gdy wszystkich przewrotnych i złośliwych ku sobie pociągnie? Nie mogąc działać jawnie, wymierzy tajemne ciosy na twoję i synów twoich zgubę, ażeby sam jeden owładnął po tobie rządy; nasadzi lada nikczemnika, ujętego obietnicą sowitych nagród, żeby cię żelazem albo trucizną zgładził. Zgoła, czego nie mógł orężem i przemocą, to zdradzieckiém mytem będzie usiłował dokonać. Trudno wypowiedzieć i określić słowy, ile zbrodniczych zamiarów, ile zdrad i ciosów przeciw ojczyznie i tobie waży Zbigniew w swym przewrotnym umyśle. Trzeba więc tę klęskę, jaką on na ciebie i na nas wszystkich od tak dawna wymierza, zwrócić raczej na jego głowę; skarcić stanowczo nie już zawistnego brata, ale najsroższego nieprzyjaciela, plagę i zarazę niszczącą, jędzę zgubną i potworę, nim jej złośliwe zamachy nas samych obarczą. Czas pomścić się, miłościwy książę, za tyle krzywd tobie i ojczyznie wyrządzonych, czas dotknąć słuszną karą zbrodniarza, i życie twe przed jego ciosami zasłonić. Zgładź i uprzątniej nieprzyjaciela wszystkich cnotliwych, wroga ojczyzny, łotra i przeniewiercę; usuń tę klęskę nad głowami naszemi wiszącą; a spiesz, nie zwlekaj, aby wyśliznąwszy się z rąk naszych sroższym nie stał się dla nas przeciwnikiem. Pomniéj, że nie jawnego tylko mamy w nim nieprzyjaciela, ale zdrajcę i skrytego mordercę, który na podwójną zasłużył karę: trudniej bowiem tajemnego niż otwartego ustrzedz się niebezpieczeństwa, i chytry zdrajca gorszy jest niż jawny nieprzyjaciel.“ Taką namową zjątrzony i podburzony Bolesław książę Polski, gdy w nim gniew nakoniec przezwyciężył litość, od żalu przeszedłszy do nienawiści, w zapale i oburzeniu niezwykłém zgodził się z radą swej starszyzny, i wydał na Zbigniewa wyrok, który długo odwlekał: uznał albowiem, że póty kraj nie mógł być spokojnym i bezpiecznym, póki żyw był ten potwór srogi i zjadliwy; że umysł jego przewrotny, chytry i burzliwy żadnej nie obiecywał poprawy, i nie przestałby nigdy skrytém kalać się przeniewierstwem. Chociaż więc niektórzy pobożni i litościwi panowie Polscy błagali za nim Bolesława, ażeby pomny na słabość i ułomność ludzką powściągnął gniew swój i oburzenie, i przebaczył bratu, słuchając raczej głosu miłości niżeli zemsty, i urazę poświęcając przyrodzonym krwi i braterstwa związkom; chociaż byli i tacy, którzy oburzając się na zbrodnię bratobójstwa, radzili, aby zasłać Zbigniewa w najodleglejsze jakie kraje na wygnanie, kędyby go los własny dokonał: rycerze wszelako, którym Bolesław dał był to zlecenie, upatrzywszy czas sposobny i miejsce, naszli zbrojno Zbigniewa, a po wyrzuceniu mu na oczy wszystkich zbrodni i niegodziwości, jakich się przeciw Polsce dopuszczał, w wznieconej z tego powodu kłótni, zdrajcę, napróżno wzywającego ratunku i litości książęcia Bolesława, zamordowali. Kronikarze niektórzy piszą, że Zbigniew nie zabity ale tylko wzroku był pozbawiony, i nędzę ślepoty w sieroctwie i opuszczeniu od wszystkich przez długie lata ponosił. Po zamordowaniu Zbigniewa trapił się ciężko w duszy Bolesław, że wszystek żywot swój poprzedni i swoje chwalebne sprawy splamił nie lada zbrodnią, której długo unikał; czuł to bowiem, o ile byłby szczęśliwszym, gdyby brzydząc się bratobójstwem, zachował był ręce wolne od takiej zmazy. Jakoż zezwolenie na czym tak srogi i okrutny zdaje się niezgodne z ludzkością i łaskawością tak wspaniałego z inąd i dobrotliwego monarchy.

Zjazd Stefana króla Węgierskiego z książęty Czeskimi, na którym miasto pokoju wzajemna zapala się niezgoda i wojna.
Nad rzeką Olsen (Olszen), Węgry od Moraw przedzielającą, zjechali się byli według umowy Stefan król Węgierski z jednej, a Władysław, Sobiesław i Otto książęta Czescy, z drugiej strony, w celu załatwienia sporów między ich poddanymi z różnych przyczyn wynikłych, i ustalenia wzajemnego pokoju. Aliści z rozpoczęciem między posły układówi gdy za poddmuchem czarta, w żwawych a dumnie nastrojonych słowach jedna strona drugiej nie folgowała, porwano się nagle do broni, i z taką wybuchnięto zapalczywością, jakby nie dla ułożenia zgody ale raczej stoczenia walki owi książęta przybyli. Wszczął się zatém bój krwawy, w którym z obojej strony wiele ludzi poległo. Władysław książę Czeski pobity od Węgrów umknął do Czech; ale Sobiesław i Otto, w innej stronie walczący, poparli dzielnie sprawę, i poraziwszy Węgrów zmusili ich do ucieczki, a obóz z całą zdobyczą zabrali. Stefan król Węgierski, ocalony jedynie przychylnością swego arcybiskupa Strygońskiego, Wawrzyńca, wrócił szczęśliwie do Węgier.

Rok Pański 1117.
Skarbimir wojewoda Krakowski za podniesienie rokoszu przeciw książęciu Bolesławowi ukarany ślepotą, a dostojność wojewody zniżona odtąd i upośledzona.

Po zwojowaniu Pomorzan i Prusaków wszczęła się między samemi zwycięzcami wojna. Skarbimir bowiem, wojewoda Krakowski, głowa rycerstwa Polskiego, nad którego pod ów czas nie było między panami wyższego urodzeniem, radą, przemysłem i dzielnością ducha, hardy z dwóch znakomitych zwycięztw, nad Czechami w lasach Hercyńskich (Silva magna) i nad Pomorzanami pod Nakłem, acz pod wodzą samego książęcia Bolesława odniesionych, w taką urósł pychę i zuchwałość, że począł stawiać się w oporze i nieposłuszeństwie swemu książęciu i panu, szarpiąc w pokątnych szemraniach jego sławę, przywłaszczając sobie samemu owe zwycięztwa, i roztrębując chełpliwie, że gdyby nie on, nigdyby Bolesław nie zdołał był pokonać Pomorzan i Prusaków. Puszczał to z razu Bolesław książę Polski mimo uszu; lecz gdy Skarbimir wojewoda, nie przestając na zaocznych obmowach, jął częstemi przygryzki szczypać i w obec znieważać książęcia, przyszło do jawnej między nimi różnicy, niechęci i zawiści. Ta zaślepiona pycha i zuchwałość Skarbimira do tego stopnia wygórowała, że zaufany w potędze swych przyjacioł, braci, krewnych i osobistych stronników, których licznemi zobowiązał sobie dobrodziejstwy, jawny i zbrojny podniósł rokosz przeciw Bolesławowi swemu panu, postanowiwszy z pomocną sobie drużyną zwolenników targnąć się nań orężem, gdyby książę surowo chciał z nim poczynać. Ale Bolesław, unikając domowej walki, kazał go schwytać, okuć w pęta, a wtrąconego do więzienia po kilku dniach wzroku pozbawić. Tym sposobem utłumił w prędce pożar, który swojém knowaniem Skarbimir wzniecić usiłował. Pozbawiwszy go zaś urzędu i dostojeństwa wojewody Krakowskiego, za zbrodnię obrażonego majestatu, stopień i godność wojewody, który pierwej przodkował przed kasztelanem, zniżył i podrzędnym uczynił.

Po Maurze biskupie Krakowskim wstępuje na stolicę Radost.

Dnia 5 Marca umarł Maur biskup Krakowski; pochowano go w kościele Krakowskim, którym rządził lat siedm. Po nim nastąpił Radost, rodem Polak, naznaczony przez Paschalisa II papieża. Biskup ten kościołowi i klasztorowi Jędrzejowskiemu, nie mającemu jeszcze nadania ani opatrzonemu dochodami, ale już zbudowanemu, przy poświęceniu kościoła, którego sam dopełnił, odkazał dziesięciny snopowe do stołu biskupiego należące, w wsiach Marowicach, Przeniesławiu (Przenezlawye), Konarach, Michowie i Węglowie.

Bolesław godzi książąt Czeskich Borzywoja i Władysława, dzieląc między nich księstwo Czeskie.

Borzywój książę Czeski, uwolniony z więzienia, w którém u Henryka cesarza przez lat ośm wysiadywał, brata młodszego Władysława, przywłaściciela rządów Czeskich, a sprawcę jego niedoli, wielkim strachem przeraził, aby przy pomocy Bolesława książęcia Polskiego i brata Sobiesława panującego w Morawie, nie wyzuł go z księstwa Czeskiego, i na podobne, jakie on mu zgotował, nie wskazał więzy. Do załatwienia przeto między nimi sporów wybrany z obojej strony Bolesław książę Polski, podzielił ich księstwem Czeskiém tak, iż Władysławowi dostała się część północna kraju rościągająca się nad Łabą, reszta zaś Czech przyznana Borzywojowi. W ten sposób stanęła zgoda między braćmi.

Spory i rozterki między książętami Rusi.
Włodzimierz książę Ruski, który po zejściu brata rodzonego Światopełka książęcia Kijowskiego zasiadł był na stolicy Kijowskiej, obawiając się Jarosława, syna Światopełka, a swego rodzonego synowca, aby od niego z stolicy Kijowskiej nie był zepchnięty, postanowił jak najrychlej użyć nań gwałtu i przemocy. Wsparty posiłkami książąt Dawida Wasilka, Rościsława Wołodorowicza i synów Oleha, ruszył zbrojno przeciw Jarosławowi, który nie tusząc aby sprostał tylu książętom, zamknął się w zamku Włodzimierskim. Lecz Jarosław nie poczuwając się do żadnej winy, bezbronny pospieszył z zamku do książęcia Włodzimierza i innych książąt Rusi, a przemówiwszy do nich przyjaznemi słowy, Włodzimierza, podburzonego fałszywą pochlebców namową, snadno przejednał i do zgody nakłonił. Jakoż Włodzimierz odstąpił zaraz od oblężenia i wrócił do Kijowa, nie oszczędziwszy Jarosławowi surowych wprzódy upomnień i wyrzutów.

Rok Pański 1118.
Słoty i nadzwyczajne niepogody wstrzymują Bolesława książęcia Polskiego od zamierzonej wyprawy.

Bolesław książę Polski gotował nową wyprawę przeciw Pomorzanom, poznawszy, że Świętopełk, którego rządom powierzony był zamek Nakło z sześcią miastami i warowniami, chwiać się począł na nowo w zaprzysiężonej wierności. Ale stanęły na przeszkodzie ustawiczne deszcze i słoty, które począwszy się z wiosną przez całe lato nie ustawały. Te ciągłe ulewy i powodzie nie tylko w Polsce ale i w okolicznych krajach wielkie poczyniły szkody, zatopiwszy całą niemal ziemię, a ztąd przeszkodziwszy zasiewom i zbiorom. Najwięcej jednak ucierpiały okolice leżące nad większemi rzekami, które nadzwyczaj powzbierały i z brzegów powystępowały. Tego także roku zdarzyło się, że całe niebo przez trzy godziny krwawą czerwieniało łuną, tak iż zdawało się, jakoby ogniem i płomieniem gorzało: które-to zjawisko, u wielu za cud poczytane, miało być wróżbą jakiegoś wielkiego wydarzenia. Wkrótce potém takie spadły ulewy i nawalnice, a z nich tak gwałtowne powstały wód wylewy, że niektórzy lękać się zaczęli powtórnego potopu.

Po Marcinie arcybiskupie Gnieźnieńskim wstępuje na stolicę Jakób I.

Marcin I, metropolita kościoła Polskiego, arcybiskup Gnieźnieński, zszedł ze świata i pochowany został w kościele Gnieźnieńskim, którym rządził lat dwadzieścia sześć. Po nim nastąpił Jakób I, urodzony w mieście Zninie (Zneyna), z rodziców szlacheckiego stanu, naznaczony od Kalixta II papieża.

Jarosław książę Włodzimierski szuka schronienia u Bolesława książęcia Polskiego.

Włodzimierz książę Kijowski, poduszczony przez nieprzyjacioł Jarosława książęcia Włodzimierskiego chytremi obmowy, jakoby godził na jego życie i strącenie go z stolicy Kijowskiej, srogim przeciw niemu zapaliwszy się gniewem, postanowił zwabić go do Kijowa, i słał tym celem nalegające listy i posły. Jarosław odpowiedział, że nie pierwej przybędzie, aż gdy Włodzimierz zapewni go osobistą przysięgą, że mu żadnej krzywdy nie uczyni. Ale chociaż Włodzimierz, dla większego upewnienia Jarosława, nie wahał się takowej dać rękojmi z swej godności książęcej, wszelako Jarosław, ostrzeżony od radców i rycerzy Włodzimierza książęcia Kijowskiego (nie wiadomo, szczerze-li czy podstępnie), że nań zdradzieckie zastawiano sidła, nie chciał przybyć do Kijowa. A wnet namówiony chytrze od swoich, poruczywszy rycerstwu straż i obronę Włodzimierskiego zamku, z żoną, synami, całym wreszcie zasobem i mieniem, umknął do Polski, na dwór Bolesława książęcia Polskiego, niegdyś małżonka siostry swojej Zbisławy; od którego łaskawie i z ludzkością przyjęty, przez lat cztery w Polsce mieszkał, opatrywany hojnie we wszystko od książęcia Bolesława. Tymczasem żołnierze Jarosława, osadzeni w zamku Włodzimierskim, poddali go Włodzimierzowi książęciu Kijowskiemu: a gdy Rusini obawiali się, aby zamku tego nie opanowali Polacy, zlecił w nim dowództwo Włodzimierz synowi swemu Romanowi; po zejściu zaś jego w dniu 14 Stycznia, posłał drugiego syna Andrzeja na objęcie rządów w Włodzimierzu.
Cesarz Henryk wróciwszy do Włoch, w nieobecności Paschalisa papieża wkracza do Rzymu, gdzie chociaż lud wszystek miał po sobie, panowie jednak przedniejsi sprzeciwili się jego koronacyi: wezwał zatém Maurycego arcybiskupa, który stronnikiem był cesarskim, i kazał mu się koronować.

Rok Pański 1119.
Pomorzanie pobici i starci ostateczną klęską poddają się Bolesławowi książęciu Polskiemu.

Bolesław książę Polski, przywodząc do skutku odłożoną w roku przeszłym wyprawę na Pomorzan, mimo burze gwałtowne, które i tego lata wichrzyć poczęły, tak iż w wielu miejscach zrywały i wywracały domy, ściągnął swoje rycerstwo, i z odpowiednią siłą ruszył na Pomorze, gdzie rozkazał zburzyć albo zniszczyć pożogą cokolwiek jeszcze ocalało, lub co było naprawione. Pomorzanie nawzajem i Prusacy zebrali potężne wojsko, a uzbroiwszy młódź wszystkę do wojny zdatną, spędziwszy nawet gmin ludzi wiejskich, wyszli przeciw Bolesławowi, aby z nim sprobować szczęścia. Bolesław, skory zawsze do boju, nie chciał go długo odwlekać, lecz jak tylko pokazały się zbrojne szyki Pomorzan i Prusaków, kazał wytrąbić hasło i hufce swoje poprowadził na nieprzyjacioł. Starły się obadwa wojska mężnie i z zapałem, i przez niejaki czas z równém szczęściem walczyły. Ale wnet Polacy uniesieni gniewem i do wściekłości prawie w walce pobudzeni, złamawszy przednie Pomorzan szyki, i dobrawszy się do środka, gdzie wątłe stały młodzieży poczty, poczęli górę brać nad słabiejącym i do odwrotu skłonnym przeciwnikiem. Co gdy postrzegł Bolesław, świeżym zastępem uderzył na potrwożone tłuszcze, i żwawo nacierając zmieszał wojsko Pomorzan, które niebawem poszło w rozsypkę. Nie kazał zabijać uciekających ale brać do niewoli, a oszczędzać młodzieży i chłopów, aby nie zbywało rąk do uprawy roli. Poimano więc znaczną liczbę jeńców, którzy przyprowadzeni do Bolesława, zaraz doznali jego łaskawości, wielu z nich bowiem wypuścić a nawet odzieżą opatrzyć kazał. Po tym nieszczęśliwym dla Pomorzan i Prusaków boju, w którym ostatecznie prawie pokonani, rozpacz tylko i trwogę przypuszczali do serca (cokolwiek bowiem siły, co nadziei mieli w młodém swojém rycerstwie, wszystko na raz było stracone) poddali się Bolesławowi książęciu Polskiemu; i już odtąd nie śmieli wierzgać zuchwale, ani podnosić przeciw niemu broni. I od tego czasu książę Polski dzierżył spokojnie aż do zgonu obadwa kraje, to jest Pruski i Pomorski.

Świętopełk przeniewierca, ściśniony oblężeniem w Nakle, daje nareszcie syna swego za zakładnika, i w ten sposób się uwalnia.

Zawojowawszy w ten sposób, podbiwszy i zagarnąwszy pod swoje panowanie Pomorzan i Prusaków, ruszył Bolesław pod Nakło, celem ukarania Świętopełka, znanego i ohydzonego z swoich zbrodni zuchwalca, którego nie tylko Bolesław książę, ale i wszyscy panowie Polscy mieli w nienawiści, przeto iż on podburzał Pomorzan do podniesienia oręża przeciw Polsce. Obległszy twierdzę i miasto Nakło, w którém zamknął razem Świętopełka, dobywał go począwszy od święta Narodzenia N. Maryi aż do świąt Narodzenia Pańskiego, mimo dokuczających wojsku mrozów i śniegów. Lecz jakkolwiek Bolesław wytężył swoje siły, nie mógł wszelako przez tak długi czas zdobyć Nakła, bronionego mężnie przez Świętopełka, który dowiedziawszy się o klęsce Pomorzan i Prusaków, jako zmiennik i krzywoprzysięzca, poczuwający się do tak znacznej winy przed Bolesławem, opatrzył był rzeczony zamek i miasto więcej niż na rok jeden w broń, żołnierzy i żywność. Mimo tego wszystkiego, nie czuł się Świętopełk ani spokojnym ani bezpiecznym, ale dzień i noc rozmyślał sobie i trapił się obawą, żeby go Bolesław jakim sposobem w zamku nie dostał, i nie ukarał śmiercią za zdradę i przeniewierstwo, którego się przeciw panu i dobroczyńcy swemu dopuścił. Słał przeto do Bolesława częste i naprzykrzone prośby, aby mu raczył przebaczyć, obiecując zbrodnię swoję szczerszą na potém zagładzić wiernością, dać z swojej strony zakładników, i wyliczyć karę pieniężną, jakiejby Bolesław żądał. Odrzucał przecież Bolesław książę Polski wielokrotnie jego prośby, odpowiadając, że nie czuł się bynajmniej skłonnym do litości, gdy jej sam Świętopełk okazał się niegodnym. Pragnął gorąco Bolesław ukarać i zetrzeć tego zdrajcę, a podniecała w nim tém bardziej żądzę zemsty rana, którą był od strzały z miasta wypuszczonej odebrał. Ale gdy nadzieja zdobycia zamku i miasta coraz upadała, (bronili bowiem dzielnie murów i warowni Pomorzanie, a próżnym było trudem i mozołem zataczać kusze i inne statki wojenne w okolicy bagnistej, pełnej moczar i trzęsawisk, które zwłaszcza w zimowej porze jeszcze bardziej oślizgły), gdy już i żołnierze szemrali, że nie tylko przez lato całe, ale i zimą trzymani w boju, wielkie ponosili trudy i niewczasy; nie dość bowiem było na pracy oblężenia, dokuczały im więcej natężone po całych dniach i nocach, a zwłaszcza w mroźnej porze czuwania: skłonił się wreszcie Bolesław do prośb Świętopełka obiecującego poprawę, a raczej uległ sarkaniom rycerstwa nie chcącego dłużej trwać na wojnie; przebaczył Świętopełkowi, a wziąwszy winę pieniężną, na którą go był za jego zbrodnie skazał, a nadto syna jego za zakładnika, odstąpił od oblężenia.

Paschalis papież umiera. Po nim wstępuje na stolicę Gelazyusz, który przez rok tylko jeden rządzi kościołem.
Tegoż roku umarł papież Paschalis II, który siedział na stolicy lat ośmnaście, miesięcy pięć i dni dziesięć; pochowany w kościele Lateraneńskim. Miał on trzech przeciwników, wdzierców na stolicę papieską, Alberta, Arnulfa i Teodoryka, którzy różnemi czasy ubiegali się o rządy kościoła, a potém nieszczęśliwą zginęli śmiercią. Po nim nastąpił Jan kardynał Gaetański, rodem z Kampanii, obrany przez kardynałów i Gelazyuszem II nazwany. Ten obawiając się prześladowania Henryka cesarza (który urażony, że wybór ten bez jego wiedzy i zezwolenia nastąpił, obecnym pod ów czas będąc we Włoszech chciał go unieważnić i kogo innego obrać papieżem) schronił się do Gaety. O czém dowiedziawszy się Henryk cesarz, większym jeszcze obostrzony gniewem, Hiszpana pewnego nazwiskiem Burdina naznaczył na papiestwo i nazwał Grzegorzem, acz inni mienili go anti – papieżem. Gdy więc o tém Gelazyusz posłyszał, siadł w Gaecie z gronem kardynałów na okręt i puścił się do Francyi, a przybywszy do klasztoru Kluniackiego zachorował i umarł, i tamże pochowany został. Siedział na stolicy rok tylko jeden i dni pięć.

Rok Pański 1120.
Świętopełk powtórnie w Nakle oblężony, a potém ujęty i na zawsze do więzienia wtrącony; jego także potomkowie od wszelkiego przełożeństwa nad miastami i zamkami odsądzeni.

Nie dotrzymał Świętopełk książę Pomorski i starosta Nakielski umowy, którą był zaprzysiągł, dawszy własnego syna w zakład wierności. Obrażony książę Bolesław tylokrotném jego zmiennictwem i krzywoprzysięstwem, ruszył znowu tego lata z wojskiem na Pomorze, ażeby go ukarał. Znając zaś słabe siły przeciwnika, który od Pomorzan już zwalczonych i shołdowanych nie mógł się spodziewać pomocy, przebrakowawszy wojsko, i odprawiwszy do domów drużyny słabsze i źle ubrane, z wyborem tylko rycerstwa ćwiczonych w boju wysłużeńców, ruszył w celu odebrania miast, warowni i zamków, które był Świętopełkowi powierzył. Najpierwej podstąpił pod Wyszogrod, miasto umocnione warownią, które przez dni szesnaście tłukąc taranami i rozmaitym rodzajem narzędzi wojennych, zdobył przemocą i pod swoje objął zwierzchnictwo. Poczém przez ośm dni dozwoliwszy spocząć strudzonemu rycerstwu, i zostawiwszy silną załogę w Wyszogrodzie, poszedł dalej odbierać inne miasta, zamki i warownie; przedewszystkiem opasał miasto i zamek Nakło, którego w roku przeszłym zdobyć był nie mógł. Zaraz świtaniem począł je ściskać ze wszech stron i pod mury podbiegać, rozumiejąc, że mieszczanie i załoga zamkowa, przerażeni trwogą, poddadzą mu się dobrowolnie. Ale mężniejszy znalazł odpór Bolesław, niżeli się spodziewał; kiedy bowiem żołnierze z zaciętością bronili murów, niewiasty podawały im rozmaitego rodzaju pociski, kamienie i smołę wrzącą z ukropem. Próżno więc kuszono się o zdobycie twierdzy. W wielu miejscach pozataczano kusze wielkie, któremi tłuczono mury i strażnice; ale Naklanie nie zaniedbali niczego, co służyć mogło do skutecznej obrony, to naprawiając spiesznie rozwalone mury, to nagłemi wycieczki wpadając na okopy i stanowiska Polaków. Rozkazał zatém Bolesław przystawić wyższe nad mury wieże, pozawalawszy wprzód przekopy ziemią i kłodziną: a miecąc z nich gęste strzały na nieprzyjaciół, i nie dozwalając im utrzymać się na murach, usiłował wedrzeć się do miasta i zamku. Broniący ich żołnierze i mieszczanie, zagrzewani przez Świętopełka, aby żywo przynajmniej nie oddawali się w ręce Bolesława, dla odparcia grożącego niebezpieczeństwa poznosili pod one wieżyce stosy drzewa smolnego sosnowego, a namiotawszy w nie słoniny, smoły, masła i innych rzeczy palnych, podłożyli ogień. Gdy się te tłustości zajęły, rozgorzał pożar, którego Polacy w żaden sposób stłumić nie mogli; a tak one wieże spłonęły. Nowe zatém, w miejsce spalonych, z wielką usilnością i pośpiechem zbudowano wieże, które przecież Naklanie, podobném jak i pierwsze staraniem i przemysłem spalili. Gdy po trzeci raz jeszcze, z nie mniejszą jak tamta szybkością zbudowane wieże Pomorzanie ogniem zniszczyli, kazał Bolesław czwarte, ale tak blisko murów przystawić, że oblężeńcy musieli wręcz ścinać się i walczyć z dobywającemi. Wszczęła się zatém z obojej strony zacięta i przez cały dzień ponawiana walka, w której Pomorzanie ustawicznie ogień pod owe wieże podkładali, a Polacy starannie pożar gasili. Padało codziennie między Polakami wielu zabitych i rannych, ale większe były straty Pomorzan, którzy tak uporczywie się bronili, że więcej na sile ręcznej niż na zasłonie murów polegali. Nakoniec oblężeńcy posłali do Bolesława z prośbą o pokój, pod tym warunkiem, aby im wolno było wyjść zdrowo i bezpiecznie: czego gdy im odmówiono, żądali potém usilnie rozejmu na dni kilka; lecz gdy Bolesław jeszcze twardszym okazał się w oporze, a Pomorzanom brakowało już i sił, i wojennego zasobu i żywności, nadewszystko zaś odwagi w obec wytrwałego męztwa Bolesława, przywiedzeni do ostatniej rozpaczy wyprawili posłów z prośbą pokorną, aby Bolesław przynajmniej im życie darował. Co gdy im przyrzeczono, poddali się zwycięzcy. Świętopełk dostawszy się żywcem w ręce zwycięzców, na wieczne więzienie skazanym został. Nakło opanowane, inne miasta i zamki popoddawały się dobrowolnie. Postanowiono wtedy, żeby ani Świętopełkowi ani synom jego, jako zmiennikom chytrym i podstępnym, żadnych nie poruczać miast ani warowni lub zamków. Od tego czasu rycerstwo Polskie mocniej jeszcze przywiązało się do Bolesława książęcia Polskiego, widząc jak nieulękłym był w każdej przygodzie, jak wytrwałym na wszelkie trudy i wojenne znoje, jaką w każdej sprawie okazywał cierpliwość, jak bystry umysł w przewidywaniu rzeczy, jak szybki w wykonaniu.

Borzywoj książę Czeski szuka schronienia w Polsce, zkąd udaje się potém do Węgier, i tam umiera.

Niedługo trwała zgoda między Borzywojem a Władysławem książęciem Czeskim, rodzonemi braćmi, którzy księstwo Czeskie podzielili byli między sobą, w ten sposób jednak, iż zwierzchnie rządy zostały przy Borzywoju jako starszym. Przyszło znowu do podobnych jak dawniej sporów, kłótni i niechęci, gdy Czesi sami, to pochlebstwami, to poduszczeniem złośliwém, jątrzyli waśnie między bracią. Nakoniec Borzywoj, upewniony o groźnej Władysława brata ku sobie nienawiści, obawiając się, iżby za namową swoich stronników nie uczynił nań jakiego zamachu, opuścił Czechy, i w dawnej gościnie swojej Polsce u Bolesława książęcia szukał schronienia. Przyjęty z uprzejmością przebywał tam przez czas niejaki; potém dla rozrywki wyjechawszy do Węgier, tamże umarł.

Po Gelazyuszu papieżu wstępuje na stolicę Kalixt II.

Po zejściu Gelazyusza papieża, który tylko rok jeden i dni pięć na stolicy siedział, na uroczystém zebraniu kardynałów w Kluniaku obrany został papieżem Gwido, Burgundskiego rodu, syn hrabiego Burgundyi, arcybiskup Wienneński, nazwany Kalixtem II: który powszechny mając głos za sobą, gdy z Kluniaku do Rzymu zjeżdżał, Burdyna mieniącego się papieżem w Sutri poimać kazał, a wsadziwszy go na mulicę twarzą do ogona, który mu podano do rąk miasto uzdy, wprowadził do Rzymu, potém osadził w wieży, i w ciężkiem więzieniu aż do śmierci trzymał. Mąż ten dzielnego umysłu, ludzki i przystępny, a ztąd powszechnie miłowany, cesarza Henryka mieszającego się do inwestytur biskupich powtórną obłożył klątwą. Cesarz widząc, że dla wielkiej ku niemu przychylności ludu zwyciężyć go nie zdoła, postanowił zrzec się na zawsze prawa mianowania biskupów, i tym celem zwołał do Wormacyi zjazd walny książąt Niemieckich. Obawiając się zaś, aby z powodu ciążącej na sobie klątwy nie utracił władzy cesarskiej (już był bowiem posłyszał, że wielu z książąt knowało przeciw niemu spiski) zrażony przykładem ojca, na żądanie legata papieskiego Lamberta, który potém usiadł na stolicy pod imieniem Honoryusza, zrzekł się inwestytur biskupich, i zaraz przez tegoż legata od klątwy uwolniony został.

Żyrosław biskup wrocławski umiera. Po nim wstępuje na biskupstwo Heymo.
Żyrosław biskup Wrocławski, spłacając dług śmiertelności umarł w Wrocławiu; pochowano go w kościele Wrocławskim, którym przez lat dwadzieścia ośm roztropnie i chwalebnie rządził. Po nim nastąpił Haimo (Heymo), inaczej Imisław, rodem Polak, herbu Leszczyc albo Bróg, naznaczony od Kalixta II, za wstawieniem się książęcia Polskiego Bolesława, który sam jeden go popierał i słał za nim listy i posły do papieża.

Początek zakonu Premonstrateńskiego i Ś. Jana Chrzciciela Jerozolimskiego.

Tegoż roku zaprowadzono zakon Premonstrateński, którego ustanowicielem pierwszym był Ś. Norbert Lotaryńczyk, mąż świątobliwy, szlachetnego rodu. Zakon ten w początkach wielką kwitnący pobożnością, miał wielu znakomitych mężów, którzy go wspierali i rozkrzewiali: ale po owym nagłym wzroście chylić się z czasem począł, aż wreszcie, jako dziś widzimy, a zwłaszcza w Polsce, wielce podupadł i znikczemniał. W tym czasie także powstał zakon Ś. Jana Chrzciciela Jerozolimskiego, ustanowiony przez czcigodnego męża Rajmunda, miłośnika ludzkości, wylanego na dobre uczynki: który to zakon w krótkim czasie znakomicie zakwitnął.

Rok Pański 1121.
Władysław, syn Bolesława książęcia Polskiego, zaślubia Krystynę córkę cesarza Henryka.

Gdy Krystyna, córka Henryka IV, a według niektórych V, cesarza, którą był Bolesław książę Polski Władysławowi najstarszemu synowi swemu z pierwszego małżeństwa zaręczył, i z Niemiec sprowadzoną do Polski od lat dziesięciu wychowywał, doszła już lat sposobnych do zamęścia, Bolesław naznaczywszy dzień ślubu, na uroczystość weselną zaprosił przez posły i listy Stefana króla Węgierskiego, zięcia swego, z wielu panami i baronami Węgierskiemi, Jarosława książęcia Włodzimierskiego, szwagra swego, i innych książąt Rusi, swoich także prałatów, dostojników i panów. Którzy gdy nader licznie zjechali się do Krakowa, Bolesław chcąc wystąpić z całym okazem swej wspaniałości, potęgi i szczodroty, gody weselne przedłużył do dni kilkunastu, każdego z gości hojnie i z uczciwością podejmował, a za otrzymane upominki godnie się odwzajemniał. Nadto, dla uczczenia i zabawienia goszczących, wyprawiał rozmaite igrzyska, a zwłaszcza rycerskie z szablami i kopijami, a dla zwycięzców powyznaczał nagrody. Uroczystości te odbyły się z wielką uciechą i wesołością. Rzeczona zaś księżniczka Krystyna tak była dumna i wyniosła, że z pogardy ku Polakom przestawać z nimi nie chciała, nawet do stołu swego i społeczeństwa ich nie przypuszczała, otaczając się samymi Niemcami, których rada używała do wszelakich posług, a z zelżywością twierdziła o Polakach, że byli nieschludni i zawzdy cuchnęli. Stroju i obyczajów Polskich cierpieć nie mogła. Duchownych Polskich, zarówno jak świeckich, miała w nienawiści, a ztąd żadnej czci, żadnego nie okazywała im poszanowania.
Nadzwyczajne susze i upały przez trzy miesiące, to jest Marzec, Kwiecień i Maj trwające, tak spiekły ziemię, że nie tylko jare zasiewy ale i oziminy przypalone zniszczały; przeto ciężki był ten rok dla Polaków z przyczyny nieurodzaju i drożyzny. Sąsiedzkie także ziemie i okolice podobną posuchą i nieurodzajem dotknięte cierpiały przez czas niejaki głód i niedostatek.

Rok Pański 1122.
Bolesławowi książęciu Polskiemu rodzi się z żony Adelaidy syn Kazimierz.

Po odbytych godach weselnych najstarszego syna Władysława, obchodził wkrótce Bolesław nową uroczystość, która uwieńczyła a raczej podwoiła jego radość: księżna bowiem Adelaida, małżonka Bolesława, córka Henryka IV, a siostra Henryka V, cesarzów, po dziesięcioletniej niepłodności, powiła syna we środę przed świętem Wniebowzięcia N. Bogarodzicy Maryi. Z przyjścia jego na świat uradowany Bolesław, zaprosiwszy na obrząd chrztu do Krakowa wielu prałatów i panów, odbył go z wielką wspaniałością i przepychem. Radost biskup Krakowski, w obec licznego zebrania panów i ludu, ochrzcił w kościele Krakowskim nowonarodzone dziecię, któremu książę, wybierając między swojém a dziada swego imieniem, nadał imię Kazimierz.

Wołodar książę Przemyski najeżdżający ziemie Polskie dostaje się do rąk rycerstwu Polskiemu, i ledwo potém wielkim okupem wydobywa się z niewoli.

Wołodar książę Przemyski, wypadając niekiedy z swego zamku Przemyśla, najeżdżał granice Polskie i grabieżą pustoszył: przeto książę Polski Bolesław wyprawił posłów do książęcia Włodzimierza i innych książąt Rusi, z użaleniem na krzywdy, które od niego Polacy ponosili. Ale gdy książęta Ruscy na tę skargę okazali się obojętnymi, wydał rozkazy do swego rycerstwa i starostów, ażeby napaści Wołodara nie przepuszczali odtąd bezkarnie. Skoro więc Wołodar począł nowym najazdem granice Polski pustoszyć, rycerze Polscy, stosownie do wydanych sobie rozkazów, zastąpili drogę Wołodarowi, a stoczywszy z nim bitwę, w której wielu znakomitych wojowników poległo, porazili go na głowę, zdobycz uniesioną z Polski odbili, samego Wołodara w ucieczce dogoniwszy pod Wysokiém poimali i w więzach do Krakowa do Bolesława książęcia Polskiego odprowadzili, gdzie przez czas niejaki wysiadywał niewolą. Ale później przybyli do Krakowa posłowie od Wasilka książęcia Przemyskiego, i z książęciem Bolesławem, który za uwolnienie jego z niewoli żądał ośmdziesiąt tysięcy grzywien srebra, umówili się na dwadzieścia tysięcy, i zaraz dwanaście tysięcy grzywien wypłacili, na zapewnienie zaś reszty dali syna Jarosława za zakładnika. Niezadługo potém uiścili się z całkowitej należytości, przywiozłszy pięćdziesiąt naczyń srebrnych, jako to mis, dzbanów i kubków greckiej roboty. Wołodar zatém z więzów uwolniony pojednał się z książęciem Polskim Bolesławem, a zawarłszy i zaprzysiągłszy tak z nim jako i z Kolomanem, bratem króla Węgierskiego, przymierze, wrócił do Przemyśla dnia 22 miesiąca Lipca.

Rok Pański 1123.
Sobiesław książę Morawski, zwyciężony od brata Władysława książęcia Czeskiego, i z kraju wygnany, naprzód w Niemczech a potém w Polsce szuka schronienia.

W Czechach wszczęły się między książętami Władysławem i Sobiesławem, rodzonemi braćmi, żwawe spory, z których do srogiej przyszło wojny. Gdy bowiem Sobiesław, dzierżący w posiadaniu Morawę, Władysławowi panującemu w Czechach podlegać nie chciał, a nadto częstemi naprzykrzał się skargami, wyrzucając mu hardo i zelżywie, że sprawcą był wygnania drugiego brata Borzywoja, który już wtedy starzał się na tułactwie; wzniecone z obu stron waśnie w otwartą wybuchnęły wojnę. Porwali się zatém obadwaj do oręża, i zbrojnemi siły, jak najzaciętsi nieprzyjaciele, stoczyli bój krwawy, w którym wiele ludzi zginęło. Sobiesław zwyciężony i zmuszony do ucieczki utracił Morawę, której część oddał Władysław Leutoldowi, synowi Konrada, starszego i pierworodnego brata Wratysława niegdyś króla Czeskiego, część Ottonowi i Światopełkowi, synom Ottona, brata rzeczonego Wratysława; żonę zaś Sobiesława brata na większą jego ohydę i ukaranie z kraju wypędził. Sam Sobiesław po odniesionej w boju klęsce uciekł do Niemiec, do Henryka V cesarza, u którego szukał pomocy w swojém nieszczęściu. Ale gdy widział, że prośby jego często ponawiane cesarz zbywał z pogardą, i obawiać się począł, aby go tenże cesarz z przychylności ku Władysławowi, bratu jego i nieprzyjacielowi, nie przytrzymał, opuściwszy Niemcy udał się z całą drużyną swoją do Polski, do Bolesława książęcia Polskiego. Przyjął nieszczęśliwego wygnańca Bolesław z uprzejmością, opatrzył go wraz z przybyłemi towarzyszami hojnie we wszystko, upadłego pocieszył, wątpiącego i pogrążonego w rozpaczy ożywił nadzieją rychłej pomocy. Jaką się zaś Sobiesław odpłacił niewdzięcznością, za te tak wielkie dobrodziejstwa jemu i bratu jego Borzywojowi w największej niedoli wyświadczone, niżej opowiemy. Żona Sobiesława, imieniem Alma (Almusa), wygnana przez Władysława, jako krewna Stefana króla Węgierskiego, ustąpiła do Węgier, i tam przez wszystek czas wygnania swego zamieszkała.

Bolesław książę Polski odprowadza Jarosława książęcia Włodzimierskiego na stolicę księstwa.

Bolesław książę Polski, zamierzywszy przywrócić na państwo Włodzimierskie krewnego swego książęcia Jarosława, który od lat blisko czterech w Polsce przemieszkiwał, ruszył z wojskiem z krajowców zebraném na Ruś i stanął obozem pod Przemyślem, dokąd przybył także z znacznemi siły Koloman brat króla Węgierskiego, mający posiłkować Jarosława przeciw Włodzimierzowi książęciu Kijowskiemu. Przyprowadzili nadto swoje wojska na pomoc książęta Ruscy Wołodar i Wasilko, tudzież Włodzimierz Wołodorowicz, i połączyli się z Kolomanem Węgierskim i Bolesławem Polskim książęciem. Dano zatém Jarosławowi książęciu Włodzimierskiemu siedm tysięcy konnego żołnierza z Węgrów i Polaków, z któremi szedł naprzód, a za nim postępowali Koloman i Bolesław z wojskiem obciążoném wozami i taborami. Oblężono po drodze Bełz, Czerwień, Włodzimierz i inne zamki, Jarosławowi przez Włodzimierza odebrane, które nie mogąc wytrzymać oblężenia po kilku dniach poddały się jego władzy. Po odzyskaniu rzeczonych zamków, ruszono z całém wojskiem przeciw Włodzimierzowi do stolicy Ruskiej Kijowa. A gdy Jarosław książę z powierzonym sobie oddziałem w pochodzie pod Kijów Kolomana i Bolesława kilku dniami poprzedził, zastąpiła mu drogę piechota wysłana przeciw niemu z Kijowa, z którą natychmiast bój stoczył, a otrzymawszy zwycięztwo, gnał uciekających aż do bramy nazwanej Polską, tnąc ich i ścieląc trupem albo imając w niewolą. Nadciągnęły atoli w miejsce straconych świeże i nierównie liczniejsze pułki piechoty, a w ponowionej walce wielu Polaków i Węgrów z zastępu Jarosława poległo; pod samym Jarosławem ubito konia, który mnogich nie mogąc wytrzymać ciosów, powalił się z swoim jeźdzcem na ziemię. A gdy Rusini pochwycić go w niewolą, Polacy zaś i grzy z niebezpieczeństwa wyrwać usiłują, powstała walka zacięta, w której już-to Polacy już Węgrzyni biorąc stopniami górę, odparli w końcu Kijowian, przymuszonych ustąpić z pola i cofnąć się do zamku. Lubo książę Jarosław osłabiony wielu ranami w kilka dni umarł, Koloman jednak Węgierski z Bolesławem książęciem Polskim popierali oblężenie zamku Kijowskiego: aż nareszcie Andrzej, któremu rząd i obronę Kijowskiego zamku powierzył był Włodzimierz, nie śmiejąc w nim pozostać, przed nadciągnieniem Kolomana i Bolesława wyszedł z zamku i z pokorą prosił o pokój. Za pośrednictwem więc Wołodara i Wasilka, książąt Przemyskich, zgodzili się nań Koloman i Bolesław, tém łatwiej, że już nie żył książę Jarosław, z którego przyczyny wojna ta była rozpoczętą. Stanęło przymierze między Kolomanem Węgierskim i Bolesławem Polskim książęciem z jednej, a Wołodarem, Wasilkiem i innemi Ruskiemi książęty z drugiej strony, mocą którego przyrzeczono sobie w każdym razie pomoc wzajemną. Nareszcie Koloman do Węgier a książę Bolesław wrócił do Polski.
Około tego czasu, z dopuszczenia Boskiego, wynurzyli się Tatarzy jak mniemano z wnątrza góry jakowejś, w której od wieków zamknięci siedzieli w głodzie i nędzy; naród nikczemny i ladaco.

Rok Pański 1124.
Bolesław książę Polski jedzie do Danii, zkąd przywozi do Polski skarby królewskie. Początek rodziny herbu Łabędź.

Trzy lata odtąd używała Polska domowego pokoju, poskromiwszy lub shołdowawszy okoliczne narody: ale Bolesław książę Polski, który wszystkę gorliwość swoję, wszystkie siły i zdolności zwracał ku zabawom rycerskim, i w nich największą roskosz pokładał, mając sobie i rycerstwu swemu za sromotę gnuśnieć długo w pokoju i bezczynności, zebrał znaczną liczbę okrętów pod Gdańskiem i w innych miastach nadmorskich, i siadłszy na nie z wybranemi poczty rycerzy, puścił się za pomyślnym wiatrem do Danii, dokąd z całą flotą szczęśliwie i bez szkody zawinął. Nie żądza dumna zawojowania cudzego królestwa, ani chciwość łupu lub czyjejkolwiek krzywdy, lecz słuszny i użyteczny zamiar pobudką był do tej wyprawy. Gdy bowiem sława zwycięztw Bolesława, i wrodzona jego dla wszystkich a zwłaszcza cudzoziemców uprzejmość, ludzkość i wspaniałość, nie tylko u sąsiednich ale i najodleglejszych narodów głośnym i wziętym go uczyniła, tak iż wielu rycerzy z dalekich stron świata ściągało do Polski dla nabycia chwały i znajomości wojennej sztuki; przybył między innemi z Danii (Dacia) młodzieniec celujący wśród swoich urodą, bogactwami, zacnością i dowcipem, imieniem Piotr, jednego z najprzedniejszych panów, który pod ten czas jako zwierzchnik i głowa rządu stał u stéru wszystkich spraw Danii, syn jedyny i wielce ukochany. Przywiózł on listy zalecające od swego króla do Bolesława książęcia Polskiego, z prośbą, aby go książę przy boku swoim umieścił. Z wielką uprzejmością przyjął go Bolesław, tak przez wzgląd na wstawiającego się za nim króla, jako i na osobiste przymioty Piotra, który skromną i układną obyczajów przystojnością, więcej niż pochlebnemi słowy, umiał się podobać Bolesławowi; a wnet siłą i odwagą rycerską w różnych sprawach okazaną, roztropnością prawie nad lata wyższą, uprzejmém i miłém ze wszystkiemi obejściem, zjednał sobie miłość i poważanie nie tylko u samego książęcia, ale i całego dworu i towarzyszów oręża, wszystkich dostojników i panów Polskich, co rzadko zdarza się na dworach a zwłaszcza obcym przybyszom. Z taką zaś pilnością przyłożył się do nauki języka polskiego, tak ochoczym i łatwym się okazywał do każdej posługi, tyle dał dowodów przywiązania do kraju Polskiego w wielu innych i trudnych sprawach, że nie z Danii przychodniem ale rodzonym zdawał się być Polakiem. Książę Bolesław, chcąc go tém więcej przywiązać do Polski, żeby własnej zapomniawszy ojczyzny stale już w niej zamieszkał, nadał mu wieczném dziedzictwem wiele zamków, miast, ziem i wiosek, między innemi miasto Skrzynno (Skrzin) z włościami przyległemi, i całém państwem (comitatus) Skrzyńskiém; a nakoniec świetném ożenieniem z Maryą księżniczką Ruską, pierwszej żony swojej bliską pokrewną, zaszczycił go, uzacnił i wywyższył. Zdarzył się tymczasem smutny w Danii wypadek, że Henryka króla Duńskiego brat rodzony Abel, dla przywłaszczenia sobie królestwa, wielu razami morderczo poraniwszy ze świata zgładził. Pozostał po tym królu skarb ogromny, przez dawniejszych królów Duńskich długiemi czasy uzbierany, o którym sam tylko ojciec Piotra z niektóremi wiedząc powiernikami, zatrzymał go w swoich ręku i tajemnie przechował. A gdy już był starym i czuł się bliskim śmierci, obawiając się, aby po jego zgonie skarb tak wielki nie przeszedł w ręce tyrana i bratobójcy Abla, który po zamordowaniu brata Henryka królestwo sobie przywłaszczył, wysłał kryjomo do Polski zaufanego powiernika z oznajmieniem synowi, że ów skarb był w jego posiadaniu, i że go nikomu nie odda tylko jemu samemu; żądał zatém, aby przybył do Danii jak najrychlej, ale z dostateczną siłą, tak iżby zabezpieczyć się mógł od króla przywłaściciela, i skarb przez ojca sobie odkazany przywieźć do Polski. Piotr widząc niepodobieństwo wykonania tak trudnego przedsięwzięcia bez pomocy Bolesława książęcia Polskiego, począł sobie w tej mierze z roztropnością: przełożył książęciu rzecz całą, prosząc pokornie, „aby nie opuszczał sposobności i chwały przysporzenia znacznego dobra nie tylko sobie samemu ale i całemu królestwu.“ Pochlebnie i nader rzetelnie brzmiało to oświadczenie, snadno więc ponęciło książęcia Bolesława. Jakoż zebrawszy pieniądze na zaciągnienie rycerstwa, które miał z sobą przewieźć do Danii, i na przygotowanie całej morskiej wyprawy, zajął się nią starannie i z wielką gorliwością, już sam przez się, już przez swoich starostów. I zaraz z wiosną, jak tylko otwarła się pora sposobna do żeglugi, zabrawszy z sobą Piotra, kwoli któremu, jako się wyżej rzekło, cała wyprawa była przedsięwziętą, wsadził wojsko na okręty pod Gdańskiem, miastem swojém książęcém, i ruszył w podróż tę równie kosztowną, jak tęskną i uciążliwą dla siebie, nie przywykłego bynajmniej do morskich przewozów: a nie wzdrygając się żadnych trudów i niebezpieczeństw dla zbogacenia i uświetnienia swojej ojczyzny, zawinął szczęśliwie do Danii. Aby zaś tém łatwiej zamierzonego przedsięwzięcia dokonać, nie obudzając przybyciem swojém podejrzeń, a garnąc do siebie przychylność i serca Duńczyków, puścił wieść pozorną, że zamiarem jego było pomścić się śmierci zgładzonego niewinnie króla, przyjaciela swego, czém wszystek naród prawie pobudził do oręża przeciw mordercy i przywłaścicielowi tronu brata, i z łatwością go na swoję stronę przeciągnął. Zaczém ów tyran bratobójca, od swoich opuszczony, lękając się, aby żywo nie wpadł w ręce Bolesława, porzucił z rozpaczą królestwo, które był rozlewem krwi braterskiej osięgnął. Bolesław zaś książę Polski, wszystkie zamki Duńskie opanowawszy, oddał je pod rząd i władzę przedniejszych panów Danii, z tą radą i namową, aby sobie innego pana, prawego i roztropnego obrali. Poczém wszystek skarb pozostały po ojcu Piotra, dla którego rzeczywiście wyprawiał się do Danii, i rodzinę jego całą zabrawszy, wrócił do Polski pełen chwały, i dwojaką uradował serca pociechą, szczęśliwém przybyciem i sprowadzeniem tak znacznego skarbu. Za te pieniądze ów Piotr Duńczyk (Dacus), inaczej Piotrek, który potém wielkim żupanem albo wojewodą (magnus palatinus et comes) był nazwany, siedmdziesiąt siedm kościołów z gładkiego ciosowego kamienia zbudował, dla umniejszenia niesławy Polsce, w której pod ów czas nie wiele było kościołów murowanych. Założył nadto dwa klasztory: jeden w Strzelnie, dla mniszek zakonu Premonstrateńskiego, który po dziś dzień tamże oglądamy. Pierwotnie, jak wiadomo, zbudował go był we wsi Chalinie blisko Izdbicy (Gistbicza) w dyecezyi Włocławskiej, kędy i kościół pod wezwaniem Maryi Magdaleny, dotąd się utrzymujący, z dużego ciosowego kamienia wystawił; ale że okolica ta była płonną i bezludną, przeniósł potém rzeczony klasztor z Chaliny do Strzelna, położonego w tejże samej dyecezyi, w miejscu nierównie żyzniejszém i więcej zamieszkałém. Drugi za dozwoleniem książęcia Polskiego Bolesława na przedmieściu Wrocławskiém, pod wezwaniem Ś. Wincentego, także z ciosowego kamienia, dla mnichów zakonu Premonstrateńskiego (który pod ów czas, jako nowo ustanowiony, wielkie miał poważanie) wspaniale i znacznym zbudowany nakładem, hojnie uposażył. Kwitnie po dziś dzień ród i potomstwo Piotra, mające za herb Łabędzia w polu czerwoném. Rozkrzewione z niego liczne domy i rodziny samemi imionami i nazwiskami dowodzą, że ich głową pierwotną był Piotr, i że pochodzą z Danii. Ale pod ów czas miał on w herbie łabędzia ponad hełmem, a na tarczy białej znak podobny do dużej głoski K z trzema poprzecznemi kresami od strony zewnętrznej, tym kształtem jak tu jest wyrażony: Opisany powyżej znak..

Wołodar książę Przemyski w nieobecności książęcia Bolesława Polskę pustoszy.

Wołodar książę Przemyski, dowiedziawszy się, że Bolesław książę Polski popłynął do Danii, niepomny na przymierze, które był z tymże Bolesławem zawarł i zaprzysiągł, syna swojego Włodzimierza wysłał z wojskiem na złupienie i splądrowanie Polski. Jakoż Włodzimierz najechawszy ją niespodzianie i bez poprzedniego wypowiedzenia wojny, rozniósł po kraju grabieże i pożogi aż pod miasto Biecz, a gdy nigdzie nie napotkał oporu, z wielką zdobyczą, zwłaszcza licznemi stadami bydła, na Ruś powrócił.

Rok Pański 1125.
Miasto Kraków pożarem płonie.

Smutne zdarzenie, zwyczajną szczęścia ludzkiego odmianą, przerwało pasmo pomyślności, którą królestwo Polskie pod rządem Bolesława książęcia kwitnęło, wśród domowej ciszy i ubezpieczonego zewnątrz i wewnątrz pokoju. Pożar bowiem przypadkowo wszczęty w Krakowie, zniszczył miasto całe, wielu gmachami drewnianemi wprawdzie lecz ozdobnemi zabudowane, a bogactwy i mnóstwem towarów, które tu z okolicznych krain zwożono, zamożne i sławne, pochłonąwszy liczne domy, kościoły i świątynie, i pogrążywszy je na czas długi w nikczemności i ubostwie. Niektórzy twierdzą, że ogień ten nie był przypadkowy, ale że Czesi podbiegłszy zdradziecko zapalili miasto Kraków i zniszczyli je pożarem, mszcząc się na Bolesławie książęciu Polskim, że nieprzyjaciela ich książęcia Sobiesława, wygnanego z Czech i wszędy odepchnionego z pogardą, któremu nawet Henryk cesarz odmówił w swoich państwach przytułku, przyjął u siebie w gościnę.

Sobiesław wraca do Czech, i po śmierci brata Władysława usiada na stolicy księstwa.

W czasie długiej choroby Władysława książęcia Czeskiego, brat jego rodzony Sobiesław, który jak wyżej mówiliśmy, w Polsce u Bolesława książęcia na wygnaniu przebywał, z pomocą i wojskiem tegoż Bolesława do Czech powrócił. Wtedy matka Swantawa, zmartwiona nie zgodą synów, i pragnąca między nimi pokoju, zagodziła roztropnością swoją trwające od lat wielu kłótnie i nienawiści; za jej więc pośrednictwem nastąpiło szczere pojednanie braci, tém łatwiej, że Władysław książę Czeski czuł się bliskim już zgonu. Który, gdy po ciężkiej chorobie dnia dwunastego Kwietnia umarł, a w rodzie książąt Czeskich nie było nikogo wiekiem starszego, Sobiesław, za zezwoleniem panów i ludu, prawem dziedzictwa wstąpił dnia ośmnastego Kwietnia na państwo Czeskie, mimo przeszkód i zabiegów czynionych z strony Ottona, starszego synowca Ottonowego, który wdzierał się usilnie do rządów.

Bolesław książę Polski wymierza pomstę na Wołodarze książęciu Przemyskim, zniosłszy wojska jego do szczętu i splądrowawszy kraje Ruskie.

Bolesław książę Polski, mszcząc się w sprawiedliwym gniewie za pogwałcenie przymierza i spustoszenie swego kraju przez Wołodara i syna jego Włodzimierza, wkroczył z całą potęgą swoją do księstwa Przemyskiego, i rozszerzył jak tylko mógł najdalej łupiestwa i pożogi, niszcząc ogniem miasta, wsie i osady. Wyszedł przeciw niemu książę Wołodar z swojém i innych książąt Ruskich wojskiem, i zastąpił mu w miejscu zwaném Wilichow, gdzie natychmiast stoczył bitwę; ale od licznych wojsk Polskich zniesiony i jak plewa rozwiany, zostawiwszy na placu mnóstwo Rusinów, pierzchnął i obóz wszystek wydał na łup zwycięzców. Polegli wtedy z innemi dwaj znakomici i dzielni w boju rycerze, Nawrotnik i Zaszczytnik, nie małą liczbę jeńców zagarniono w niewolą. Książę Wołodar, nie mogąc swoich zatrzymać w ucieczce, sam nareszcie umknął i nie oparł się aż w Haliczu, kędy zbierał nowe siły, chcąc powtórnie zmierzyć się z Bolesławem książęciem Polskim, który po otrzymaném zwycięztwie niszczył ogniem i mieczem wszystkie kraje Ruskie.
Zima w tym roku nadzwyczaj ostra była i ciężka. Wiele z przeziębienia upadło bydła i wyginęło ludzi. Powymarzały i zasiewy, zkąd potém nastąpił głód w krajach Polskich.

Rok Pański 1126.
Bolesław książę Polski przyozdabia kościół Krakowski wybudowaniem dwóch wież, i przydaje mu dwudziestu kanoników.

Bolesław książę Polski, poczuwając się do wdzięczności Bogu, z którego łaski tak liczne otrzymał dobrodziejstwa, tyle znakomitych i sławnych odniósł zwycięztw, pokonał i shołdował tyle narodów, z chwałą i wywyższeniem swego królestwa; i pragnąc wdzięczność tę według przemożenia ludzkiego jakimkolwiek wynurzyć gorliwości swojej okazem; postanowił dźwignąć wspanialej i nad inne kościoły Polskie uświetnić kościół katedralny Krakowski, który z szczególniejszém nabożeństwem umiłował. Naprzód więc mury tego kościoła, dotąd niskie i nikczemne, podwyższył, i dwie wieże z posad samych wybudowane do niego przyłączył. Obdarzył go potém kielichami, ornatami, krzyżami z złota i srebra urobionemi, i wielu sprzętów bogactwem przyozdobił. Dla większej zaś powagi jego i wspaniałości, kanoników i prebendarzów Krakowskich, których poczet był dotąd nader szczupły i ubogi, za radą duchownych i zezwoleniem Radosta biskupa Krakowskiego, pomnożył do liczby dwudziestu, przydawszy im do dziesięcin snopowych, ustąpionych przez rzeczonego biskupa Radosta, znaczne uposażenie w wioskach i innych posiadłościach z szczodroty swej książęcej nadanych. Trwa dotąd i wiecznie trwać będzie pamięć wdzięczna wspaniałości tego książęcia, i dobrodziejstw kościołowi Krakowskiemu przez niego wyświadczonych. Moc również udzielania tych kanonij i prebend, przez siebie i Radosta biskupa ustanowionych i uposażonych, i zwierzchnie nad niemi prawo nadawstwa i opieki odkazał wieczyście Radostowi i następcom jego biskupom Krakowskim.

Wołodar książę Przemyski i Włodzimierz książę Kijowski schodzą ze świata.

Dnia dziewiętnastego Marca umarł Wołodar książę Przemyski, pochowany w Przemyślu w kościele Ś. Jana, który sam był założył i nadał. Pozostali dwaj synowie Włodzimierz i Rościsław uczynili między sobą podział w ten sposób, że Włodzimierzowi Zwinigród, Rościsławowi zaś Przemyśl dostał się spadkiem dziedzicznym. Książęta ci, połączywszy zebrane jakie takie wojska, acz sami nie śmieli stanąć na czele, posłali je do Polski, aby kraj ten spustoszyć i splądrować. Ale i wojsko nie więcej odważne, zaledwo dotknąwszy granic Polskich, i spaliwszy kilka wiosek nad rzeką Wisłoką, powróciło z wyprawy. Dnia dziesiątego Maja umarł Włodzimierz książę Kijowski i w kościele Ś. Zofii w Kijowie obok ojca popiołów pochowany został. Syn jego starszy Mścisław nastąpił po nim i usiadł na stolicy Kijowskiej; drugi zaś, brat tegoż księcia Jaropełk, zatrzymał rząd zwierzchni nad Pereasławiem. Połowcy zaś dowiedziawszy się o śmierci Włodzimierza, wtargnęli zbrojno do ziemi Ruskiej; ale od Jaropełka książęcia Pereasławskiego, który nie czekając na posiłki braci bitwę z niemi stoczył, pokonani i nagnani do wody, w znacznej liczbie potonęli.
Kalixt II papież, przesiedziawszy na stolicy lat pięć, miesięcy dziesięć i dni sześć, umarł w Rzymie i w kościele Lateraneńskim pochowany został. Po nim, zgodnemi głosy kardynałów wybrany Honoryusz II, rodem Bonończyk, przed wyniesieniem na papiestwo zwany Lambertem, Ostyeński biskup kardynał.

Henryk V cesarz umiera. Po nim obejmuje rządy państwa Lotaryusz.

Po zejściu Kalixta papieża nastąpiła wkrótce śmierć cesarza Henryka, który gdy w mieście Utrechcie (Trajectum) w Fryzyi w czasie Zielonych Świątek miał zjazd wielki u dworu, nagle zachorowawszy, dnia dwudziestego szóstego Maja umarł, żadnego nie zostawiając syna następcy. Ta jego bezpotomność uważaną była za słuszną karę Boską, zesłaną nań za to, iż ojca swego Henryka cesarza, którego według przykazania Bożego czcić był powinien, wtrącił do więzienia, i trzymał w niém aż do śmierci. Na tym Henryku V cesarzu wygasł do szczętu ród Henryków z domu Saskiego. O śmierci jego dowiedziawszy się papież Honoryusz, wyprawił do Niemiec posłów, aby zgromadzonym w Moguncyi celem obrania nowego cesarza elektorom zalecili zgodę i jednomyślność, radząc im wybrać do rządów pana roztropnego, pobożnego i przychylnego kościołowi. Zgodnemi przeto głosy wyborców wyniesiony został na tron Lotaryusz książę Saski, od Fryderyka arcybiskupa Kolońskiego pobłogosławiony i namaszczony. Zwłoki cesarza Henryka V, sprowadzone przez Kolonią nad Renem, w mieście Francuskiém Spirze, przy zwłokach ojca, dziada i pradziada cesarzów, złożono i pochowano. Lotaryusz zaś, skoro tylko wstąpił na państwo Rzymskie, zaraz pozostałych krewnych Henryka prześladować począł, i wszystek ród jego poniżył, zkąd wielu srogich doznało cierpień na duszy i na ciele.

Po Heymonie biskupie Wrocławskim wstępuje na stolicę Robert.

Umarł także biskup Wrocławski Haimo, który rządził kościołem Wrocławskim lat sześć. W jego miejsce nastąpił, za przychylném zezwoleniem Bolesława książęcia Polskiego, tajnemi głosy wybrany od kapituły Robert czyli Rupert (Ropertus), kustosz Wrocławski, rodem Polak, z szlachetnego domu Korabitów. Zgodził się na jego wybór Bolesław książę Polski panujący, a Jakób I arcybiskup Gnieźnieński potwierdził go w Opatowie i w kościele Kaliskim poświęcił.

Sobiesław książę Czeski wypędza z Moraw Ottona, który potem, mimo uzyskaną pomoc od cesarza, w bitwie stoczonej ginie.

Między książętami Czeskiemi Sobiesławem i Ottonem wzmagały się z każdym dniem niechęci i zawiści o państwo Czeskie; nareszcie Sobiesław wtargnąwszy zbrojno do Moraw, wyzuł Ottona z posiadanej przezeń dzielnicy w Morawach, i dał ją Wratysławowi, synowi Oldrzycha. Otto uciekając przed Sobiesławem udał się do Lotaryusza króla Rzymskiego z prośbą o pomoc, którą uzyskawszy, wrócił do Czech, i wraz z tymże Lotaryuszem królem Rzymskim, towarzyszem wyprawy, stoczył bitwę pod miasteczkiem Chlumek, gdzie nie tylko zwyciężony ale i zabity został. Wielu Niemców w bitwie poległo bądź dostało się w niewolą. Sam Lotaryusz król Rzymski, widząc rzeź okropną w swoim obozie, przymuszony był umknąć z pola. A tak początki swego panowania skaził sromotną klęską i ucieczką.

Rok Pański 1127.
Bolesławowi rodzi się z Adelaidy syn Bolesław Kędzierzawy.

Adelaida, żona Bolesława książęcia Polskiego, a siostra rodzona zmarłego niedawno Henryka V cesarza, powiła małżonkowi swemu drugiego syna, którego przyjście na świat ukoiło nieco żal sprawiony zgonem brata jej cesarza Henryka. Z rozkazu Bolesława, syn ten nowonarodzony otrzymał na chrzcie imię ojca i dziada swego, Bolesław. A że z dzieciństwa i od urodzenia samego miał włos kędzierzawy, przeto ztąd i w dalszym czasie rzeczony był Bolesławem Kędzierzawym.

Podniesienie kości Ś. Wojciecha, dotąd spoczywających w ukryciu.

Spoczywały dotąd w kościele Gnieźnieńskim zwłoki Ś. Wojciecha Męczennika, niegdyś biskupa Praskiego, a potém arcybiskupa Gnieźnieńskiego, w tajemném ukryciu, o którém mógł tylko wiedzieć arcybiskup tameczny z niektórymi prałatami i kanonikami, troskliwie i w wielkiej tajemnicy przechowywane, z ostrożności, aby ich Czesi lub inni jacy cudzoziemcy nie zabrali. Dopiero Jakób arcybiskup Gnieźnieński z natchnienia Bożego umyślił nie trzymać ich dłużej w ukryciu; przeto naradziwszy się z prałatami swemi i kanonikami, podniósł z owej ochrony naprzód głowę a potém wszystkie kości Ś. Męczennika, i jakby po raz pierwszy znalezione, dla pociechy królestwa Polskiego i wszystkich Polaków, wyjawił, ukazał, i ku czci powszechnej prawowiernych wystawił.

Po Wawrzyńcu I biskupie Poznańskim wstępuje na stolicę Marcin I.

Umarł tegoż roku sędziwy i wiekiem strawiony Wawrzyniec biskup Poznański, który rządził kościołem lat dwadzieścia jeden; pochowano go w kościele Poznańskim. Następcą jego był Marcin dziekan Poznański, rodem Polak, niskiego rodu, od kapituły zgodnemi głosy obrany, którego za zezwoleniem Bolesława książęcia Polskiego i monarchy Jakób I arcybiskup Gnieźnieński w Łęczycy potwierdził i na biskupa wyświęcił.

Włodzimierz i Rościsław, bracia, synowie Wołodara książęcia Przemyskiego, w wzajemnych zatargach i wojnie.

Skryte niechęci i zawiści, wszczęte między bracią rodzonymi Włodzimierzem i Rościsławem, synami Wołodara niegdyś Przemyskiego książęcia, w tak srogie i gorszące wybuchnęły prześladowania, że niszcząc wzajemnie swoje dzierżawy, jeden na drugiego zgubę a nawet życie zdradziecko godził. Aby więc snadniej swe zamysły przywieśdź do skutku, szukali obadwaj pomocy u obcych, Włodzimierz u Węgrów, Rościsław zaś u Rusi. Ale gdy Węgry z żądanym posiłkiem nie zaraz do Włodzimierza pospieszyli, a Rościsław zyskał niebawem pomoc Rusinów, to jest Mścisława książęcia Kijowskiego, Grzegorza i Iwana Wasilkowicza, przeto ruszył zbrojno przeciw Włodzimierzowi. Chcieli pośredniczyć między bracią panowie i rycerstwo, i w celu pojednania ich zjechali do Szczyrzyc (Sczirzec); ale dni kilka strawiwszy na płonnych układach, nie zdołali przywrócić zgody. Znowu więc wzięto się do oręża. Rościsław książę Przemyski, zaufany w potędze swoich sprzymierzeńców, zamek brata swego Zwinigród oblężeniem opasał i zdobywać począł, tusząc iż go z łatwością opanuje. Lecz gdy zamek rzeczony miał osadzoną przez Włodzimierza trzechtysięczną załogę, która go mężnie broniła, Rościsław, straciwszy znaczną liczbę swoich, odstąpić musiał oblężenia. A lubo później z większém jeszcze usiłowaniem ponowił swoje zamachy, gdy jednakże nadzieja powtórnie go zawiodła, albowiem oblężeńcy częstemi Włodzimierza wycieczkami z twierdzy wielkie w wojsku jego zrządzili klęski, porzucił stanowczo oblężenie.

Rok Pański 1128.
Cesarz Lotaryusz wdzierającego się do berła Konrada gromi orężem.

Wybór na dostojność cesarską Lotaryusza, książęcia Saskiego, poprzednio za staraniem i wpływem papieża Honoryusza II zgodnie dokonany, niezadługo potém niektórzy z elektorów chcąc unieważnić, ogłosili królem Rzymskim Konrada książęcia Szwabskiego, siostrzeńca cesarza Henryka V, i spokojne Niemcy zakłócili wojną domową; znaleźli się bowiem między książętami i baronami Niemieckiemi stronnicy jego, którzy to rozdwojenie popierali. Alić Lotaryusz król, oburzony krzywdą i obelgą sobie tak niesłusznie wyrządzoną, ściągnąwszy z wszystkich berłu swemu podległych krajów wojska i wzmocniwszy je posiłkami książąt sprzymierzonych, przeciw spółzawodnikowi swemu Konradowi zbrojno wyruszył w pole. Nie uchylał się i Konrad od walki, który wiedząc o wojennych przygotowaniach Lotaryusza, pozbierał znaczne siły z przychylnych sobie książąt i stronników i stanął do rozprawy. Stoczono z wielką zaciętością bitwę, w której wiele rycerzy i znakomitych wojowników z obojej strony poległo; ale w końcu przemógł Lotaryusz, Konrada zmusił do ucieczki, i znaczną liczbę jego żołnierzy zabrawszy do niewoli, świetne nad swym przeciwnikiem odniósł zwycięztwo, do którego mu sam Bóg obrońca słusznej sprawy dopomógł. Tą klęską ponękany Konrad już się więcej praw swoich nie domagał, ale za sprawą zobopólnych rozjemców pogodził się z Lotaryuszem. Pośrednikiem głównym do tej zgody miał być, jak piszą niektórzy, Ś. Bernard opat w Clairvaux.

Sobiesław książę Czeski bratanków swoich srodze prześladuje.

Sobiesław książę Czeski, po osiągnieniu władzy książęcej i otrzymaniu zwycięztwa nad Lotaryuszem królem Rzymskim, stawszy się dumnym i srogim samowładcą, począł prześladować synowców swoich; a naprzód Konrada, syna Leutolda a brata Oldrzycha, skazawszy na więzy, osadził w zamku Wyszegradzkim; potém na Sobiesława i Brzetysława, braci rodzonych, a synów Konrada, starszego niegdyś brata Wratysława I, książęcia Czeskiego, chociaż ani czynem, ani słówkiem najmniejszém przeciw niemu nie zawinili, dla samego tylko podejrzenia srogość swoję wywarł, kazał albowiem obudwóch uwięzić i osadzić w zamku Donin.

Bolesław synowi swemu zaślubia córkę króla Duńskiego.

Bolesław książę Polski pod te czasy przybyłe do niego poselstwo z Danii przyjmował uroczyście w Wielinie (Wyelyn), kędy Periesława za występne knowania i rozboje spalić kazał na stosie, a córkę króla Duńskiego, sprowadzoną do Polski z bogatém wianem przez znakomitych panów Danii, synowi swemu dał za żonę, i gody weselne z wielkim wyprawiwszy przepychem, posłów owych, którzy narzeczoną przywiedli, hojnemi obdarzonych upominkami do Danii odesłał.
Włodzimierz książę Zwinigrodzki, oburzony na Rościsława książęcia Przemyskiego, że napastniczym orężem często go zaczepiał i po nieprzyjacielsku nań napadał, udał się z żoną i rodziną swoją do Węgier, aby przeciw temuż bratu Rościsławowi wszelakim sposobem i przemysłem starać się u Węgrów wyjednać posiłki.

Po Baldwinie biskupie Kruszwickim wstępuje na stolicę Swidger.
Po śmierci Baldwina biskupa Kruszwickiego objął stolicę Kruszwicką Swidger I, rodem Niemiec, mąż łagodnego umysłu, ludzki i uprzejmy, naznaczony od papieża Honoryusza II.

Rok Pański 1129.
Bolesław odprawując pokutę za popełnione przez siebie niektóre zdrożności, nawiedza z wielką pobożnością ciało Ś. Idziego we Francyi.

Aczkolwiek Bolesław książę Polski zbrodnię zabójstwa popełnionego na bracie pobocznym Zbigniewie, i pozbawienia wzroku Skarbimira wojewody Krakowskiego, wedle rady i nakazu spowiednika swego zgładził już duchowną pokutą, a biskupi, opaci, zakonnicy i kapłani we wszystkich prawie kościołach królestwa odprawili zaspokojne ofiary i modły, na uproszenie mu odpuszczenia grzechów; wszelako książę, pragnąc przebłagać Boga surowszém zadosyćuczynieniem, przedsięwziął odbyć pobożną pielgrzymkę do grobu Ś. Idziego we Francyi. Pomny bowiem, że niegdyś przez zasługi tego Świętego przyszedł na świat z niepłodnej matki, tuszył również za jego przyczyną, w której największą pokładał ufność, zyskać odpuszczenie grzechów. Aby zaś skrucha jego i dobrowolnie podjęta pielgrzymka tém milszą Bogu i skuteczniejszą była, przez cały post czterdziestodniowy zachował ścisłą wstrzemięźliwość, jak najmniej używając pokarmu, susząc o chlebie i wodzie, a ciało pokrywając ostrą włosiennicą. W takiej odzieży nocy bezsenne na modlitwach trawił, zmorzony snem legał w popiele, rozdawał szczodre jałmużny, karmił ubogich, pielgrzymom i nędzarzom nogi umywał, tak twardą ducha i ciało trapiąc pokutą, że wielu wprawiał w podziwienie. Potém przybrawszy się w odzież pospolitą, aby od nikogo nie był poznany, i wziąwszy z sobą kilku kapłanów i kleryków, tudzież świeckich, znanych z pobożności mężów, za towarzyszów podróży, o której wiedzieli niektórzy tylko z panów, zaraz po Świętach Wielkanocnych ruszył do Francyi, do patrona i opiekuna swego Św. Idziego. Nie zwolnił bynajmniej i w podróży tej ostrości pokuty, lecz ciągle jednaką a nawet coraz ściślejszą starał się zachować wstrzemięźliwość. Każdego dnia wychodząc boso z gospody, odmawiał pobożnie pacierze kapłańskie i godzinki o N. Maryi Pannie, potém psalmy pokutne, często i modlitwy za dusze zmarłych; i póty nie wdziewał obówia, póki tego wszystkiego nabożeństwa nie odprawił. Wylany na pobożne uczynki, otwartą zawsze miał rękę dla ubóstwa; żadnego kościoła katedralnego, opackiego, zakonnego, ani kollegiackiego nie pominął, żeby mu nie złożył jakiej znakomitej w złocie lub srebrze ofiary; żadnego szpitala ani żebraka nie zostawił bez pociechy i szczodrej jałmużny. Gdy się zbliżał do klasztoru Św. Idziego, opat miejscowy, już wcześnie o jego przybyciu zawiadomiony, wyszedł przeciw niemu z processyą i przyjął go z oznakami czci należnej, których książę radby był wcale uniknął. Wprowadzony potém do klasztoru albo raczej do kościoła przed grób Ś. Idziego, padł na twarz łzami zalany, składając pobożnie patronowi swemu dzięki, że przez jego święte zasługi na świat przyszedł, za jego przyczyną wsławił się tylu zwycięztwami w bojach, i żyw tak długo, doczekał tej pociechy, iż mógł nawiedzić błogosławione jego popioły. Piętnaście dni zabawił w rzeczonym klasztorze, spędzając wszystek ten czas na nabożeństwie i ostrém umartwieniu ciała, którém mnichów samych przewyższył, podejmowany przez opata klasztoru i braci zakonnych z wielką miłością i gościnnością. Poczém, złożywszy ku czci Ś. Idziego klasztorowi i kościołowi jego znakomite ofiary, wracał tym samym obyczajem jak wprzódy, zajmując się po drodze nabożeństwem i rozdawaniem hojném jałmużny; aż wreszcie zawitał szczęśliwie do Polski, kędy z wielką radością przyjmowali go duchowni i świeccy, ciesząc się, że książę wypełniwszy swoje pobożne śluby, z tak dalekiej pielgrzymki zdrowo powrócił.
Tego czasu zszedł ze świata Mścisław książę Kijowski, po którym objął rządy Kijowskiego księstwa Jaropełk książę Pereasławski; sami Kijowianie wyprawili po niego posłów, i przyjęli go z wielką czcią i radością. Władysławowi, pierworodnemu synowi Bolesława książęcia Polskiego, narodził się z małżonki jego księżny Krystyny syn, któremu dano imię Władysław, a z przyczyny że był nadzwyczaj wysmukłych goleni, nazywano go także Laskonogim.

Po Szymonie biskupie Płockim wstępuje na stolicę Alexander.

Dnia siódmego Maja umarł Szymon biskup Płocki z długiego cierpienia na wątrobę; pochowano go w kościele Płockim, którym rządził lat dwadzieścia i jeden. Nastąpił po nim mąż równie zacny Alexander, pochodzeniem Polak, rodu szlacheckiego, herbu Dołęga, obrany prawnie przez głosowanie, za wpływem i zezwoleniem Bolesława książęcia i monarchy Polskiego, od Jakóba arcybiskupa Gnieźnieńskiego potwierdzony i wyświęcony na biskupstwo Płockie. Wspomina o nim kronika Wincentego z wielkiemi pochwałami, mówiąc: „Mazowsze celuje radą, wyborem rycerstwa i majestatu powagą. Między przedniejszymi zaś mężami tej ziemi, największego podziwu godnym sądzę Alexandra biskupa Płockiego, który tak rozlicznym i ważnym sprawom skutecznie mógł podołać: i jagnię razem i lew, i wilk i pasterz, i biskup i rycerz zbrojny, i kapłan takiej pobożności, że nawet wśród ustawicznych trudów i niewczasów obozowych nie zaniedbywał obowiązków swego powołania. Wielki był wprawdzie w wojnach Alexander król Macedoński, ale większy w służbie Bożej Alexander Płocki biskup. Bo iż zamilczę zbudowane przez niego aż do zazdrości innych kościoły, możnaż odmówić temu pobożności, kto tak znakomity kościół P. Maryi z samych posad zbudował, i nie tylko wewnątrz zbogacił go i uposażył rozmaitemi sprzętami i ozdobami, ale nawet zewnętrznie ubezpieczył i obronną strażą zewsząd obwarował?“

Rok Pański 1130.
Bolesław książę Polski po powrocie z Francyi nawiedza grób Ś. Stefana w Białogrodzie, a potém ciało Ś. Wojciecha w Gnieznie, na którego uczczenie składa wielkie ofiary.

Dopełniwszy książę Bolesław ślubów pielgrzymki do grobu Ś. Idziego we Francyi, przedsięwziął zaraz drugą wędrówkę, aby podejmując trudy po trudach, za grzechy swoje tém ostrzej odpokutował. Ruszył więc pieszo do miasta Białogrodu stołecznego w Węgrzech w dyecezyi Wesprymskiej, gdzie zwłoki Ś. Stefana spoczywają. Towarzyszył mu liczny orszak duchowieństwa i rycerzy Polskich; żywność zaś i rzeczy książęce wieziono na wozach i kibitkach; już bowiem nie w skromném utajeniu jak pierwej, ale jawnie odbywał tę podróż. Stefan król Węgierski, dla uczczenia teścia swego i gościa tak znakomitego, wysłał naprzeciw niemu znaczny poczet rycerstwa, sług i dworzan, aby mu w drodze obmyślali gospody, i dostarczali wszystkiego tak książęciu jak i jego drużynie; sam zaś z Bolesławem spotkawszy się w Budzie, przyjął go z wielką uczciwością jako teścia swojego i odprowadził aż do Białogrodu, gdzie złożył książęciu godne siebie i teścia upominki, wszystkich towarzyszów podróży jego hojnie udarował, i nowych naznaczył sprawników, którzyby go w powrocie z podobnąż podejmowali usługą i wygodą. Bolesław zaś książę Polski, po odwiedzeniu i uczczeniu zwłok Ś. Stefana, udarowawszy szczodrze i z książęcą wspaniałością kościół Białogrodzki, jako też inne kościoły katedralne, kolegiackie i zakonne, które spotykał po drodze, wracał do Polski, a biskupi i panowie Węgierscy, przez których majątki droga mu przypadała, zapraszali go do siebie w gościnę. Nie mógł książę bez uchybienia przyzwoitości uprzejmym odmawiać prośbom, wstępował zatém do ich domów, i odbierając wszędy najwystawniejszej czci okazy, w których oni biskupi i panowie na wyścigi się przesadzali, a które Bolesław nie rad przyjmował w pielgrzymce przedsięwziętej dla pokuty i umartwienia ciała. Wróciwszy do Krakowa, jakkolwiek znużony i ledwo oddychający, wybrał się zaraz do Gniezna, aby nawiedzić także i uczcić grób Ś. Wojciecha, chwalebnego biskupa i Męczennika, patrona swego królestwa: dokąd zbliżywszy się, szedł boso, w korném milczeniu, z nabożeństwem i płaczem rzewnym. A skoro przybył na miejsce, przez dni kilkanaście u grobu Błogosławionego Wojciecha padając na twarz i gorącym oddając się modlitwom, błagał ze łzami odpuszczenia grzechów. Dał potém ośmdziesiąt grzywien czystego złota, tudzież mnóstwo drogich i rzadkiej wielkości kamieni na ulanie i ozdobienie trumny mającej mieścić zwłoki święte. Biskupom, także kanonikom, kapłanom, niemniej drużynie rycerstwa i panom, którzy go wtenczas otaczali, porozdawał kosztowne szaty; wszystkich nakoniec księży kościoła Gnieźnieńskiego, nie zapominając nawet o sługach kościelnych, hojnie obdarzywszy, odjechał.

Sobiesław książę Czeski przyjacioł swoich i dworzan srodze prześladuje.

Sobiesław, książę Czeski, wielu pod te czasy panów Czeskich, zwłaszcza z rodu Ursowiczów, niektórych także z przyjacioł i ulubionych dworzan swoich, oskarżonych, jakoby na życie jego knowali spiski, a to z poduszczenia synowca jego Brzetysława, syna Konrada, którego był uwięził i pod strażą trzymał, już-to śmiercią pokarał, już na rozmaite poskazywał kaźnie; samego zaś Brzetysława książęcia, synowca swego, nielitościwie wzroku pozbawił. Tak daleko zaś doszły jego podejrzenia, że nawet Menarda biskupa Praskiego i niektórych kapłanów dosięgły.

Rok Pański 1131.
Bolesławowi książęciu Polskiemu umiera syn Kazimierz, a rodzi się Mieczysław.
Pierworodny syn Bolesława książęcia Polskiego, Kazimierz, z Niemki urodzony, z dawna słabowity, zapadł w chorobę stopniami wzmagającą się i umarł, zkąd Bolesław ojciec wielki uczuł żal i zmartwienie. Ale pocieszyli się nieco w swoim smutku rodzice, gdy rzeczona księżna, córka króla Rzymskiego, powiła w tymże samym roku drugiego syna, któremu z woli ojca dano na chrzcie imię Mieczysław. Książę ten z wzrastającym wiekiem taką okazywał roztropność, że wielu podziwiało w młodzieńcu szczególniejszy statek, dojrzałość zdań i powagę, zkąd dla starego niby rozumu Starym go nazwano.

Po Stefanie królu Węgierskim obejmuje rządy Bela ślepy.

Stefan król Węgierski, syn Kolomana, a zięć Bolesława książęcia Polskiego, po latach ośmnastu i pięciu miesiącach panowania umarł i w Waradynie pochowany został. W jego miejsce Węgrzyni, pominąwszy synów tegoż Stefana, sprawiedliwą karą niebios, za zbrodnię dziada ich Kolomana, na dziecinie małej popełnioną, Belę ślepego, syna Alma, którego rzeczony król Koloman z obawy, iżby kiedyś z krzywdą jego synów i wnuków nie odziedziczył po nim królestwa, w niemowlęctwie porwanego z łona matki oślepić kazał, obrali królem i sprowadziwszy do Białogrodu stołecznego, dnia dwudziestego siódmego Kwietnia ukoronowali. Ten później za namową żony swojej Heleny, córki cesarza Konstantynopolitańskiego, z którą miał czterech synów, Gejzę, Władysława, Stefana i Alma, skazał na śmierć sześciudziesiąt ośmiu panów i szlachty, za to, iż doradzić mieli Kolomanowi i zezwolić, ażeby go wzroku pozbawił; rodziny zaś ich wywołał z kraju, a zabrane po nich majątki kościołom katedralnym rozdarował.

Honoryusz papież, przesiedziawszy na stolicy lat pięć, miesięcy dwa i dni trzy, umarł, i w kościele Ś. Jana na Lateranie, inaczej zwanym bazyliką Konstantyna W. (Constantiana), ze czcią pochowany został. Po jego śmierci wielkie w kościele Bożym było zamieszanie z przyczyny nie zgodnej kardynałów elekcyi. Większa bowiem część i starszyzna obrała papieżem Innocentego II, syna Jana, rodem Rzymianina; mniejsza zaś Piotra, syna Leona, który się zwać kazał Anakletem. Ale że Piotr syn Leona przeważniejszy był siłą, gdy i Rzymianie w większej liczbie i Roger książę Sycylii stronę jego popierali, przeto Innocenty chroniąc się prześladowania Piotra zamknął się z swemi kardynałami w domach rodziny Frangipanich w Koliseum. Widząc wreszcie wzrastającą przewagę wdziercy, który z kościoła Ś. Piotra uniósł krzyż szczerozłoty, dwanaście koron i wszystek skarb zabrał, inne także kościoły poobdzierał, i obawiając się, aby przezeń nie został uwięziony, wsiadł na okręt i wraz z kardynałami na dwóch statkach popłynął do Francyi, gdzie na zwołanym zjeździe duchownym w Clairmont i Reims Piotra syna Leona potępił; wnet i Lotaryusz król Rzymski oświadczył się gotowym do udzielenia mu żądanej pomocy, o której papieża Innocentego przez uroczyste poselstwo, to jest Konrada Wiwameńskiego i Ekiberta Minsterskiego biskupów upewnił.

Rok Pański 1132.
Bolesław książę Polski, pragnąc synom Stefana króla Węgierskiego przywrócić ich ojczyste dziedziny, wyprawia się zbrojno do Węgier; lecz po otrzymaném zwycięztwie, gdy już zmierza do stolicy Budy, dowiedziawszy się, że Sobiesław książę Czeski wpadł do Polski i ziemie jej pustoszy, wraca spiesznie na obronę kraju.

Po koronacyi ślepego Beli, synowie Stefana króla Węgierskiego wyłączeni od tronu, obawiając się, aby ich los ostateczny nie spotkał, z matką swoją Judytą, córką Bolesława książęcia Polskiego, i niektóre mi z przychylniejszych im Węgrzynów, udali się do dziada swego Bolesława książęcia Polskiego, ratując życie przynajmniej od zagłady. Bolesław wzruszony nad sieroctwem wygnańców, postanowiwszy wziąć ich w opiekę i przywrócić na królestwo ojcowskie, gotował się z wyprawą na Węgry, a to tém snadniej, że z stron sąsiedzkich żadnej pod ów czas nie mógł przewidywać napaści: ale na tej rachubie wielce się zawiódł. Bela bo wiem król Węgierski, lękając się potęgi Bolesława książęcia Polskiego, wszedł przeciw niemu w przymierze z Sobiesławem Czeskim książęciem: do którego–to przymierza tém łatwiej dali się wciągnąć Czesi z Sobiesławem, że z dawna pałali żądzą podniesienia oręża przeciw Polsce. Bolesław książę Polski nie wiedząc, co nań chytrze knowano, z znacznemi siły wtargnął do Węgier, i począł kraj grabieżą i pożogami pustoszyć. Dla zabieżenia tej niszczącej klęsce, wysłał przeciw niemu król Bela wojska Węgierskie, które wsparte obecnością i posiłkami Alberta margrabi Austryi, spotkały go na Spiżu (Sczepusz), gdzie zaraz żwawą stoczono walkę, i Bolesław książę Polski odniósł zwycięztwo, acz drogo krwią opłacone. Za wzajemném bowiem spotkaniem poczęły się mieszać Węgierskie i Niemieckie pułki; a skoro pierwsze przełamano szyki, pierzchnęła wnet i reszta, której nawet Bolesław ścigać nie kazał. Ciągnął zatém zwycięzca pod Budę, i już niemal w połowie był drogi, gdy mu doniesiono, że Sobiesław książę Czeski, niepomny na doznaną gościnność i na związki powinowactwa, którém z Bolesławem książęciem był połączony, a wierny przymierzu zawartemu z królem Węgierskim, wkroczył do Polski, i okolicę Wrocławską ogniem i mieczem pustoszył. O tak niespodziewanym wypadku dowiedziawszy się w Węgrzech Bolesław, długo namyślał się i wahał, dokąd miał kroki swoje zwrócić. Ale przemogły bliższe i ważniejsze względy, gdy i Polacy sami wołali, że radniej było swoje niżli cudze proso oganiać. Ustąpił zatém Bolesław z Węgier, nie bez żalu wielkiego i strapienia synów króla Stefana, którzy już wtedy z swym dziadem w jednym walczyli obozie. Opuściwszy Węgry, przymuszony był przeciw książęciu Sobiesławowi najkrótszą spieszyć drogą. Ale obciążone taborami wojsko, w długim pochodzie przez tak wielką ziemi przestrzeń, dosyć zostawiło czasu Sobiesławowi książęciu Czeskiemu do nasycenia się grabieżą i powrócenia z łupami do swego kraju.
Jaropełk książę Kijowski z książętami Ruskimi Izasławem i Andrzejem, oblegającymi zamek Kijow, przez wzajemne układy i wysadzonych z obojej strony posłów zawarł pokój, mocą którego Andrzejowi Pereasław, Izasławowi Światosławicowi oddał w posiadanie Włodzimierz.
Księżna Polska, żona Bolesława, powiła i w tym roku syna, który na cześć i pamiątkę dziada Henryka, i wuja rodzonego także Henryka cesarza Rzymskiego, nazwany został Henrykiem I; a wprowadzono w ów czas to imię po raz pierwszy do rodziny królów i książąt Polskich dlatego, aby domu cesarzów Rzymskich Henryków pamięć do szczętu nie wygasła.

Rok Pański 1133.
Bolesław wkracza powtórnie z wojskiem do Węgier, a Sobiesław tymczasem na Szlązku i w Polsce do trzechset wsi niszczy pożogą: za co mszcząc się Bolesław, wpada do Moraw, i szeroko rozpostarłszy grabieże, wraca obciążony łupami do Polski.

Książę Polski Bolesław, w słuszném na Czechów oburzeniu sposobił groźną przeciw nim wyprawę; atoli synowie króla Węgierskiego Stefana, i niektórzy z panów Węgierskich i szlachty, którzy opuściwszy króla Belę przylgnęli byli do synów króla Stefana, potrafili skłonić usilnemi prośbami Bolesława, aby z wojskiem przeznaczoném na wyprawę Czeską do Węgier raczej pospieszył. Zostawiwszy zatém w ziemi Wrocławskiej dostateczne siły do odparcia Czechów, gdyby powtórnie najechać ją usiłowali, ruszył Bolesław zbrojno do Węgier. Za jego przybyciem wiele rycerstwa Węgierskiego, opuszczając Belę, przechodziło na stronę synów króla Stefana; a gdy siły ich w ten sposób wzrastały, Bela zamknął się w zamku Wyszegradzkim, sposobiąc się do wytrzymania długiego oblężenia. Sobiesław tymczasem, zebrawszy z Czech i Moraw wszystkie siły zbrojne, wkracza do Polski, nie wstrzymany bynajmniej od załogi Wrocławskiej rycerstwa, która widząc, iż przewadze tak znacznej sprostać nie zdoła, cofnęło się do zamku. Ów książę Czeski Sobiesław, którego wtedy wygnańca i tułacza, chroniącego się przed gniewem brata Władysława książęcia Czeskiego, przyjął Bolesław książę Polski i w nieszczęściu ratował, godniej jeszcze wywdzięczając się swemu dobroczyńcy, jął palić wszędy klasztory i kościoły, i więcej jak trzysta wsi wraz z świątyniami na Szląsku i w okolicy Wrocławskiej z dymem puściwszy, zagarnąwszy stada bydła i siła innej zdobyczy, do Czech powrócił. O tak srogiém ziemi swojej spustoszeniu gdy się Bolesław książę Polski dowiedział, porzuca znowu wyprawę Węgierską, ciągnie z wojskiem do Moraw, i znaczną część kraju ogniem i mieczem niemiłosiernie pustoszy; poczém tłumy niewolników i stada bydła zabranego w zdobyczy z sobą uprowadza. Po odejściu zawczesném Bolesława z Węgier, upadła niemal zupełnie sprawa synów króla Stefana, a ślepy król Bela, wspierany opatrzną Boga łaską, umocnił się na swoim tronie. Nie mógł już bowiem Bolesław książę Polski udzielić im rychłej pomocy, sam ustawicznemi zatrudniony wojnami, gdy nie tylko obawiać się musiał Sobiesława książęcia Czeskiego, ale nadto króla Rzymskiego Lotaryusza, który od Beli zjednany przez posłów, mających na swojém czele Piotra proboszcza Belgradzkiego, i wielkiemi podarkami ujęty, przyrzekł mu pomoc zbrojną przeciw Bolesławowi książęciu Polskiemu i wnukom jego, synom króla Stefana.

Założenie klasztoru zakonu Premonstrateńskiego w Strzelnie.

Piotr Duńczyk (Dacus) z Skrzynna zakłada klasztor i stawia z ciosowego kamienia kościół dla mnichów zakonu Premonstrateńskiego we wsi swojej Strzelnie, w dyecezyi Kruszwickiej, nadając temuż klasztorowi rzeczoną wieś Strzelno wraz z wielu innemi posagiem, a to w uroczystość poświęcenia kościoła, dnia piętnastego Marca. Dopełnił tego obrzędu, w obecności Bernarda biskupa Lubuskiego i wspomnionego Piotra żupana (comitis), Swidger biskup Kruszwicki, który poświęcił kościół rzeczonego klasztoru na cześć Krzyża Św. i N. Maryi Panny.

Rok Pański 1134.
Bolesław splądrowawszy większą część kraju Czeskiego, gdy nigdzie Czechów nie mógł wywabić do bitwy, wraca do Polski; a Sobiesław dąży spiesznie za nim, i na granicach Polskich szerzy grabieże.

Podwójnego najazdu na królestwo Polskie nie mógł Bolesław książę Polski przebaczyć Sobiesławowi książęciu Czeskiemu, który za tyle odebranych dobrodziejstw tak niewdzięcznym mu się okazał. Ściągnąwszy za tém zbrojne siły ze wszystkich krajów swoich, i wzmocniwszy je nadto licznemi posiłkami Rusi, wtargnął z wielką potęgą do Czech, i rozszerzył w kraju spustoszenie, paląc i niszcząc wszystko orężem aż po rzekę Elbę. A lubo Sobiesław książę Czeski kusił się po wiele kroć stoczyć bój z Bolesławem, i wstrzymać te niszczące grabieże i pożogi, ale bacząc że zaszczupłe miał siły, aby niemi mógł sprostać przeważniejszej Polaków liczbie, nie śmiał stawić mu czoła i narażać się na niechybną klęskę; z zasadzek więc tylko i w sposobnej porze urywał mu wojska, czatując zwłaszcza na czeladź wychodzącą z końmi na paszę, albo żołnierzy snujących się o podal od obozu. Bolesław zaś książę Polski, znając z doświadczenia przebiegi Czechów, wiedząc, że nieprzyjaciel dopadkami tylko podsuwał się, aby mu szkodzić, postępował z wielką ostrożnością, i trzymał w skupieniu swoje wojsko, a w pochodzie palił wsie, miasta i drobniejsze osady, szerząc jak tylko mógł najdalej pożogi i spustoszenia. Zniszczywszy w ten sposób i splądrowawszy Bolesław większą część kraju, gdy ani ogniem ani grabieżą nie mógł wywabić Czechów do walki, z łupami i gromadą brańców wrócił szczęśliwie do Polski. Dopiero gdy po skończonej wyprawie wojsko Polskie rozeszło się do domów i w różne strony rozpierzchło, Sobiesław książę Czeski, mszcząc się zniewagi i spustoszenia swego kraju, z zebraném w jak największej liczbie z Czech i Moraw wojskiem wtargnął nagle do Polski, i niektóre włości i okolice przyleglejsze granicy Czeskiej, ponad rzeką Odrą, najezdniczym raczej niżli wojennym obyczajem (obawiał się bowiem powrotu Bolesława) złupił i spustoszył. Nie mógł już Bolesław zapobiedz tej klęsce, bo i wojsko rozpuszczone już było zwinęło obozy, i pora zimowa nastawała.

Jaropełk książę Kijowski zamierza zbrojny rokosz, ale Piotr Włoszczowicz chwyta go zdradziecko i prowadzi do Bolesława: w ten sposób zapobieżono buntowi.
Tymczasem książęta Ruscy, za podmową Jaropełka Włodzimirzowicza książęcia Kijowskiego, w tajemnych zjazdach i rokowaniach naradzali się często między sobą, w jakiby sposób zrzucić mogli jarzmo, w którém ich dotąd Bolesław i Polacy niewolniczo trzymali. Główny działacz i przywódzca w sprawie odzyskania swobody, książę Jaropełk Włodzimierzowicz, temi słowy do nich przemawiał: „Uciążliwe jarzmo, które dotychczas dźwigaliśmy, i które wiecznie w synach i wnukach naszych dźwigać będziemy, jeżeli teraz w jakikolwiek sposób sobie nie zaradzim, wielką nas i wszystek naród Ruski okrywa hańbą. Wolni niegdyś i swobodni staliśmy się służebnikami, gdy i daniny Polakom płacić, i wojny w zaściennych krajach z Węgrami i Czechami, z narażeniem życia własnego, o podal od domów i ojczyzny prowadzić przymuszeni jesteśmy, pod znakami i wodzą obcego książęcia, narodu innych obyczajów i wiary, nie bez ciężkiej dla nas ohydy i sromoty. A lubo dawniejszym czasem trudno się było odjąć tej niesławie, z obawy, iżby Bolesław i Polacy sroższą nie ucisnęli nas niedolą, teraz wszelako, gdy ciemięzcy nasi Czeską i Węgierską zaprzątnieni wojną, z przodu i z tyłu groźnych mają nieprzyjacioł, nadarza się nam z dawna upragniona a nader łatwa sposobność otrząśnienia z karków tego jarzma i wydobycia siebie i ojczyzny na wolność, jeżeli tylko korzystać z pory, a na ród nasz i swobody dawne po rycersku pomnieć zechcemy. Bo zaprawdę ani przypuszczać można, aby Bolesław książę Polski trzem wojnom na raz podołał, gdy z Czeską i Węgierską nasza się wojna połączy, a Bolesław z trwogą ujrzy, że Rusini, przy których pomocy Czechom i Węgrom dotychczas strasznym bywał, przeciwko niemu powstali, i z sprzymierzeńców stali się jego nieprzyjaciołmi. Powstańcie więc, i łączcie się pod mojemi znakami do odzyskania sobie, dzieciom i potomkom, i ojczyznie waszej wolności straconej; nie dopuszczajcie, abyśmy zrodzeni do swobód i swobodni niegdyś, postarzeli się w więzach i niewoli, i tę sromotę potomkom naszym odkazali.“ Ta mowa gdy wszystkim panom przypadła do serca, uchwalają zgodnie, aby w sposobnej chwili podnieść rokosz, a tymczasem przysięgają sobie na zachowanie tajemnicy. Nie dotrzymano jednak wiernie przysięgi, i wnet Bolesław książę Polski dowiedział się o tym spisku i całym jego układzie: Rusini bowiem niestałego są umysłu, łatwo odmieniają swoje zdanie, i rzadko między nimi tajemnica zachowaną być może. Wiadomość ta żywo obeszła Bolesława, i nie małą przeraziła obawą, aby jednocześnie w kilka wplątany wojen nie wydał się na jawne niebezpieczeństwo. Natychmiast przeto zwoławszy radców, badał ich rozumienia, coby w tak trudnych wypadało począć okolicznościach. Rozmaite były ich zdania, wszyscy jednak zgadzali się na to, że jeśli spisek Rusinów nie będzie stłumiony w samym zarodzie, wielkie zadać może klęski rzeczypospolitej. Był na ów czas między panami Polskimi mąż celujący w radzie książęcej rozumem i światłem, Piotr Włoszczowicz pan na Książu (Xansch). Ten zapytany o zdanie, rzekł: „Nie obalisz drzewa, obłamując tylko gałęzie i prątki, jeżeli pnia i korzenia nie podetniesz; ani osuszyć można wody, pókąd źródło z góry bijące podsycać jej nie przestanie. Daremną byłoby rzeczą z Rusinami zamyślającemi o rokoszu przedsiębrać wojny, jeżeli podżegacza tego spisku i rokoszu, sprawcę i sprężynę wszystkiego złego, książęcia Jarosława Włodzimierzowicza nie zgnębimy do szczętu, bo wtedy dopiero wszystkie zamachy Rusinów upadną.“ Ta rada gdy wszystkim się spodobała, włożono wykonanie dzieła na samego Piotra, ku czemu Bolesław książę Polski nie szczędził pomocy i nakładu. Do uskutecznienia tak trudnego przedsięwzięcia niepospolitej trzeba było zręczności i przemysłu. Za czém Piotr Włoszczowicz pan na Książu wziąwszy z sobą kilku towarzyszów zaufanych, którym jednak zamiaru swego nie powierzył, udał się do Włodzimierza książęcia, i stawił się przed nim z smutną twarzą i postawą, która zdawała się wyrażać jakieś skryte cierpienie. Gdy książę Jaropełk zapytał go ciekawie o przyczynę jego przybycia: „Jestem, rzecze, tułaczem, ściganym niełaską i wielorakiemi krzywdy Bolesława książęcia Polskiego. Z obawy, iżby mnie los ostateczny nie spotkał, obrałem dobrowolne wygnanie, udając się do monarchy, znanego z ludzkości i łaskawości, z prośbą o przytułek i opiekę.“ Pożądane było Jaropełkowi książęciu Ruskiemu, przygodne wielce i Rusinom, zabierającym się właśnie do powstania, przybycie Piotra Włoszczowicza, który w sam czas zdawał się im jakby z nieba zesłany. Tuszyli, że to przybycie znaczną pomocą będzie ich sprawie, i że rokosz zamierzony tém rychlej przywiodą do skutku. Za radą więc i przewodem Piotra Włoszczowicza, mniemanego wygnańca i wroga Bolesława książęcia Polskiego, obiecują tegoż Bolesława i Polaków pokonać. A gdy towarzysze Piotra Włoszczowicza często dopytywali się go o przyczynę ucieczki, która im wcale nie była wiadoma, upominał ich, „aby byli spokojni i żadnemi w tej mierze nie nagabali go więcej pytaniami, ale raczej w milczeniu i cierpliwości oczekiwali końca, a gdy przyjdzie czas działania, aby byli gotowi zbrojno i z odwagą wystąpić.“ Zaczém upatrzywszy czas sposobny, kiedy książę Jaropełk Włodzimierzowicz z nieliczném gronem domowników siadł do obiadu, zawołał Piotr swych towarzyszów do broni, i z wierną sobie drużyną wpadł do komnaty, w której książę biesiadował, stawił mu się nie gościem już ale wrogiem, broniącego się powalił na ziemię, a związawszy odesłał spiesznie do Polski, dokąd po drodze na wszystkich rzekach gotowe już były przewozy, i znakomitego jeńca Bolesławowi książęciu Polskiemu przystawił. Wychwalał Bolesław przed radcami swemi i w kołach rycerskich ten walny czyn Piotra, który z narażeniem własnej tylko głowy wielką i niebezpieczną wojnę odwrócił od Polski; za co potém znacznemi dobrami i upominkami nagrodził tegoż Piotra Włoszczowicza; poimanie zaś książęcia Jaropełka, i wyjawienie się spisku, którego główni sprawcy ukarani zostali, utrzymało innych książąt i panów Ruskich w wierności, i wojnę już niemal wybuchłą wstrzymało.

Rok Pański 1135.
Cesarz Lotaryusz nie mogąc skleić pokoju między książętami Polskim i Czeskim, układa trzechletni rozejm.
Wybierał się Bolesław książę Polski z liczném wojskiem i niezwykłą potęgą do Czech, dla pomszczenia się krzywd sobie wyrządzonych, gdy nadjechali posłowie od króla Lotaryusza z listami, w których tenże zapraszał Bolesława uprzejmie, „aby zaniechawszy wojny Czeskiej do niego osobiście raczył przybyć,“ obiecując swoje pośrednictwo do ułożenia między nim a Sobiesławem książęciem Czeskim na sprawiedliwych warunkach pokoju. Zamierzał pod te czasy Lotaryusz król Rzymski podróż do Włoch, dla urządzenia zawichrzonych spraw kościoła, i przywdziania cesarskiej korony: nalegał nań zatém Sobiesław książę Czeski, aby wprzódy utłumił pożar zawziętej między nim a Polakami wojny; w przeciwnym bowiem razie nie mógłby Lotaryuszowi należnych z państw swoich dostawić posiłków, będąc sam wojną sąsiedzką zatrudnionym. Bolesław zaś książę Polski, uprzejmém Lotaryusza króla Rzymskiego ujęty zaproszeniem, skłoniony nadto radą wielu Polaków, pojechał z licznym i świetnym orszakiem do Lotaryusza króla znajdującego się pod ów czas w Bambergu w Niemczech. Dokąd gdy jednocześnie i Sobiesław książę Czeski przybył, długo za pośrednim wpływem Lotaryusza targowano się o zgodę między Bolesławem Polskim a Sobiesławem Czeskim książęciem; ale daremne były usiłowania, nie dał się skleić pokój na słusznych oparty warunkach, gdy obie strony przesadzały w żądaném za krzywdy swoje zadosyćuczynieniu. Żeby jednak książęta, miasto podania sobie ręki, wzajemnemi obostrzeni wymówkami, w gorszej nie rozjechali się zawziętości, sam zaś Lotaryusz nie postradał przez to posiłków Czeskich, jął się tenże król skuteczniejszej rady; prośbami bowiem i usilną namową starał się wymódz na książęciu Polskim Bolesławie, aby wojnę zamierzoną odłożył aż do powrotu jego z Włoch, zawieszając oręż na trzy lata. Jakoż skłoniwszy się Bolesław książę Polski do żądania Lotaryusza króla, przystał na rozejm trzechletni, zaręczony powagą tegoż Lotaryusza.

Bolesław książę Polski jedzie do cesarza, a tymczasem syn Jaropełka nasadza pewnego zdrajcę Węgrzyna, który był zbiegł do Bolesława: ten wpadłszy zbrojno do Wiślicy, miasto podpala, a wszystkich mieszkańców w pień wycina.

Chytry podstęp Piotra Włoszczowicza pana na Książu, który poimaniem zdradzieckiém książęcia Jaropełka Włodzimierzowicza zapewnić miał pokój i bezpieczeństwo Polsce, im korzystniejszym zdawał się dla kraju, tém większe później ściągnął nań klęski i utrapienia, jako słuszną karę za zgwałcenie gościnności i prawa narodów, którego się niegodnie tenże Piotr pan na Książu za radą niektórych panów starszych dopuścił. Wasilko bowiem, syn Jaropełka książęcia Kijowskiego, pragnąc skrócić niedolą ojca i wyswobodzić go z niewoli, zebrał co tylko miał pieniędzy i skarbów, i zapłaciwszy jaką Bolesławowi podobało się naznaczyć cenę, wykupił go z więzów, pełen skrytej żądzy pomszczenia się za swoje i ojca krzywdy. Czego gdy jawną przemocą dokazać nie mógł, użył podobnej zdrady i podejścia, jakiem ojca jego złowiono, przenająwszy pewnego Węgrzyna, znakomitego między swoimi rodem i dostojeństwem, przeto iż na niego jako cudzoziemca mniej padać mogło podejrzenie, gdy przeciwnie w każdym Rusinie łatwo domyślonoby się zdrady. Tego więc znacznemi darami, a powabniejszemi jeszcze obietnicami ujął i na książęcia nasadził. Zbiegłszy wrzekomo ów Węgrzyn do Bolesława książęcia Polskiego, udał, jakoby od Beli króla Węgierskiego, za wierne sprzyjanie wnukom jego a synom króla niegdyś Stefana, prześladowany i z wszelakiego majątku, jaki na Węgrzech posiadał, wyzuty, a nawet śmiercią zagrożony, gdyby przed niebezpieczeństwem rychłą nie ratował się ucieczką, schronienia szukał u Bolesława, jako dziada i opiekuna synów króla Stefana, z których przyczyny w takie popadł nieszczęście, zwłaszcza że inne kraje sąsiednie obawiając się potęgi króla Beli przyjąćby go nie chciały. Bolesław książę Polski nie domyślając się w jego słowach żadnej zdrady, tém bardziej, że pamiętano, jak w czasie wyprawy Węgierskiej Bolesława, popierającego sprawę synów króla Stefana, stawał gorliwie po ich stronie, uwierzył Węgrzynowi, jak by w mowie jego najszczersza mieściła się prawda, i przyjął go w gościnę. Starał się zdrajca pozyskać u Bolesława książęcia w małych rzeczach zaufanie, z tą chytrze układaną myślą, aby upatrzywszy sposobność, w większej i ważniejszej okoliczności tém snadniej go zdradził i pognębił. Jakoż Bolesław nie tylko do łask swoich i względów, ale do stołu go nawet swego i tajemnic najskrytszych przypuścił; trudno bowiem było przeniknąć jego obłudę, pokrywającą się zręcznie barwionemi słowy i ochoczą do każdej wysługi gotowością. Dał mu nadto w dzierżawę, na odpowiednie jego stanowi utrzymanie, Wiślicę z włościami przyległemi, miasto pod ów czas ludne i kwitnące, samém położeniem swojém na podziw warowne, na skale bowiem jakby w wieniec zabudowane, a oblane rzeką Nidą, już w tém miejscu znacznie szeroką, bo rzek innych spławem powiększoną, bagnistą, i niemal jeziorem stojącą; zgoła gród możny, i od samej przyrody przeciw wszelkiej napaści nieprzyjacielskiej jak najmocniej ubezpieczony. Żal się Boże! rozumiał Bolesław i panowie Polscy, że serce jego tak było szczere, jak usta pochlebne udawały. Kiedy więc Bolesław książę Polski wybrał się był do Niemiec, do Lotaryusza króla Rzymskiego, celem odnowienia pokoju, jakośmy wyżej powiedzieli, zdała się onemu Węgrzynowi ta chwila najsposobniejszą do wykonania zamierzonej zdrady, którą w następujący sposób znowu uknował. Rozgłosił naprzód: „jakoby ostrzeżonym był przez listy i wysłane gońce, że książęta Ruscy podniósłszy jawny rokosz, z całą wojsk swoich potęgą wtargnęli do Polski i posuwając się szybko zabijali lud i uprowadzali w niewolą.“ Wydał zatém rozkaz: „aby wszystka szlachta i włościanie okoliczni, z majątkami swemi i szacowniejszą iścizną, chronili się do miasta Wiślicy, jako twierdzy bezpiecznej.“ A iżby to zalecenie tém skuteczniej obostrzyć, przydał groźbę, „że ktokolwiek go nie posłucha, wszystek majątek zabrany mu będzie na skarb książęcy.“ I najazdem przeto nieprzyjacielskim i karą zagrożeni mieszkańcy owej ludnej okolicy nad Nidą, stosownie do rozkazu, bez żadnego omieszkania i zwłoki, zbiegli się mnogiemi tłumy do miasta Wiślicy, zgromadziwszy z sobą wszystkie dostatki swoje, rodziny, i cokolwiek miał kto najdroższego. Gdy już wszystko zdrajca, co do wykonania zamiaru jego było potrzebne, widział dopełnioném, śle tajemnie gońca do Jaropełka książęcia i jego syna, „aby co prędzej z wojskiem, jak może być najliczniejszém, przybywali pod miasto Wiślicę, które im na dzień ósmy Lutego wydać obiecuje z wszystkim ludem zgromadzonym i jego dobytkami.“ Przybiegł z wielkim pośpiechem książę Jaropełk, a w nocy, kiedy wszyscy spali, otwarłszy zdrajca cichaczem bramy, wpuścił do niego książęcia Jaropełka wraz z synem i całą potęgą zbrojną. Opanowawszy Jaropełk Wiślicę, rzucił się nań z wściekłością, i nie szczędząc ani wieku, ani stanu, ani płci, wszystkich mieszkańców miasta, i tych którzy się do niego schronili, wymordował albo zabrał w niewolą: zaledwo mała liczba w tém zamieszaniu ratować się mogła ucieczką przez rzekę Nidę. Złupiwszy wreszcie i spaliwszy miasto, bez żadnej przeszkody i oporu, zbroczony krwią Polaków, wrócił na Ruś z mnogim plonem dostatków, bydła i innej zdobyczy, i zabranych z sobą jeńców. A tak zdrada Piotra Włoszczowicza podobnym przez onego Węgra pomszczona odwetem, równą a nawet straszniejszą na Polaków ściągnęła klęskę. Książę zaś Ruski Jaropełk nagrodził jej sprawcę sowiciej jeszcze niżli obiecał: kazał mu bowiem język urznąć i oczy obadwa wyłupić; a iżby nie rozpleniał się ród zdrajców, otrzebić i męzkiej dzielności pozbawić. Bolesław książę Polski dowiedziawszy się o Wiślickiej klęsce, uczuł ją boleśnie; przejęła go zgrozą chytra obłuda i przewrotność Węgrzyna, który mimo tylu wyświadczonych sobie dobrodziejstw, jemu i Polsce tak zawistnym okazał się wrogiem. I wtedy dopiero poznał Bolesław, jak mało ufać można było Węgrom, zawsze niewiernym i fałszywym.

Rok Pański 1136.
Bolesław książę Polski, po zdradzieckim napadzie na miasto Wiślicę, Ruś całą pustoszy i wielką z niej zdobycz do Polski uprowadza.

Pragnąc pomścić się godnie onej klęski Wiślickiej, chytrém zdradziectwem przez Jaropełka Włodzimierzowicza dokonanej, powołał Bolesław do broni nie tylko młódź rycerską, ale i gmin pospolity i wieśniaków, i wtargnął zbrojno do ziemi Ruskiej, srogim rozsierdzony gniewem, i gotowy wszelkie wytężyć siły na ukaranie Jaropełka książęcia i jego syna za popełniony czyn tak okrutny. Jaropełk trapiony zgryzotą sumienia i lękając się gniewu Bolesława książęcia Polskiego, opuścił zamki swoje i warownie, acz silnie ubezpieczone, i ustąpił na ostatnie krańce Rusi, kędy w lasach i puszczach, bagnistych i niedostępnych miejscach, szukał schronienia. Bolesław zaś, mszcząc się krwi swoich niewinnie przelanej, kazał Ruś całą napełnić rzezią i morderstwem. Zabijano wszystkich bez miłosierdzia, tak starszych jak i nieletnich, pastwiąc się nawet na nieczułych domostwach i mieszkaniach. Więcej wtedy ludzi gniew pobił, niżeli ich na wojnach ginąć zwykło. Nikomu bowiem nie przebaczano, za żadną głowę nie godziło się największego nawet przyjąć okupu. A w odwet za spalenie Wiślicy, wszystkę ziemię Włodzimierską wraz z przyległemi okolicami zniszczono mieczem i pożogą, zagarniono gmin wielki ludu obojej płci w niewolą, i mnogie stada bydła uprowadzono do Polski.
W cztery lata od czasu, jak wdzierca Piotr, syn Leona, siadł na opanowanej przemocą stolicy Rzymskiej, Innocenty II papież, czczony i poważany od królów Francyi i Anglii, opatrzywszy się we wszystko co mniemał potrzebném do obalenia samowładzy Piotra, fałszywego papieża, wkroczył do Włoch. Spotkał go na granicy Lombardyi król Rzymski Lotaryusz z liczném gronem arcybiskupów i biskupów, i z największą czcią aż do bram Rzymu odprowadził. Wszedłszy potém z wojskiem do tej stolicy, i wypłoszywszy z niej Piotra, syna Leona, przywrócił na tron papieski Innocentego, i przyjął z rąk jego koronę cesarską w kościele Ś. Zbawiciela, który się inaczej bazyliką Konstantyna zowie; kościół bowiem Ś. Piotra zajęty był przez Piotra syna Leona i nasrożony umieszczoną przy nim załogą. A po wytępieniu w Rzymie wszystkich stronników tegoż Piotra, fałszywego papieża, tudzież pokonaniu Rogera, usiłującego opanować Sycylią, upewnił pokój kościołowi i do Niemiec powrócił. Z Niemiec udawszy się potém do Saxonii, zbierał na nowo wojska na wyprawę Włoską. Zjechał się z nim Bolesław książę Polski w Bambergu, i uczcił go wspaniałém przyjęciem i hojnemi upominkami, które cesarz wdzięcznie przyjąwszy, żądał, aby Bolesław złożył mu hołd lenności z ziem przezeń posiadanych Rugii i Pomorza, i daninę mu zapłacił. Ale gdy książę Bolesław wykazał, że Rugia i Pomorze były rodzimemi częściami Polski, i nigdy do cesarstwa ale do Polski należały, odstąpił cesarz swego żądania.

Rok Pański 1137.
Po upadku i klęsce Rusinów, Jarosław książę Halicki ucieka do Bolesława książęcia Polskiego: który gdy chytremi ułudzony namowy Rusinów i Węgrów usiłuje go przywrócić na stolicę, wpada w zastawione sidła i ledwo uchodzi z pogromu. W samym zapale bitwy, pewien wojewoda z znacznym Polaków zastępem pierzcha z placu, a potém wiesza się z rozpaczy.
Sroga i zgrozą przenikająca pomsta na Rusinach za onę klęskę Wiślicką, rozjątrzyła i do wściekłości prawie pobudziła książąt i panów Ruskich, tkniętych do żywego takiem kraju swego zniszczeniem. Zjechawszy się więc w Włodzimierzu, radzili niemal wszyscy, aby wojnę wydać Bolesławowi i Polakom: ale Jaropełk Włodzimierzowicz książę Kijowski, dojrzalszy wiekiem i rozsądkiem, odmiennego był zdania, nie tusząc, iżby Rusinom wojna otwarta z Bolesławem mogła się udać pomyślnie. „Inaczéj, mówił, z Bolesławem wojować trzeba, jeżeli go pokonać chcemy; nie ma na niego i na Polaków innego środka tylko podejście i zdrada. Przestańcie więc myśleć o wojnie z Bolesławem, a zdajcie na mnie to staranie, które mnie właściwiej niż komu innemu przynależy; kiedykolwiek zaś co rozkażę, bądźcie posłuszni i gotowi.“ Gdy wszyscy książęta przyrzekli mu swoję pomoc, jeden tylko książę Halicki Jarosław nie chciał trzymać z niemi; osądziwszy więc, że o wszystkiém donosiłby pewnie Bolesławowi, strącili go ze stolicy Halickiej i z kraju wypędzili. Uległ Jarosław ich przemocy, a nie mogąc gdzieindziej, szukał schronienia u Bolesława, od którego przyjęty łaskawie, otrzymał znaczne na utrzymanie swoje dzierżawy. Po niejakim czasie przybyli do Polski do książęcia Bolesława posłowie Haliccy, nastrojeni chytrze przez Jaropełka, z prośbą: „aby im książęcia ich Jarosława do kraju odesłał, a dla uczynienia powrotu jego tém świetniejszym i zaszczytniejszym, aby go sam odprowadził do Halicza, gdzie żadnego nie ma się obawiać niebezpieczeństwa; przeciwnicy bowiem jego strwożeni pokryli się jak dzikie zwierzęta po kniejach, i w księstwie Halickiém cicho jest i spokojnie.“ Naostatek dziękowali Bolesławowi książęciu Polskiemu z wielką uprzejmością, „że książęcia ich raczył do siebie przyjąć i tak łaskawie podejmować“, oświadczając, „że te względy jego starać się będą zawdzięczyć jak największą z swej strony czcią i przychylnością.“ Jeszcze posłowie Ruscy nie odebrali żadnej stanowczej odpowiedzi, kiedy w tęż porę przybyli niektórzy z znakomitszej szlachty i panów Węgierskich, pograniczni i sąsiedzi Haliczan, którzy należeli do spisku uknowanego na zgubę Bolesława. Powtarzali oni toż samo co posłowie Ruscy, prosząc usilnie, „aby Bolesław z książęciem Halickim nie zwłaczał udać się do Halicza, gdy i oni gotowi byli wszystkiemi siły swojemi pomagać mu do przywrócenia Jarosława.“ Nie przenikał Bolesław chytrej zdrady Rusinów i Węgrów, którym potęga jego zarówno uciążliwa była i groźna. Książę ten, jaśniejący wielu chwalebnemi przymiotami, za nadto był łatwowiernym; wszystkiemu co posłyszał, dawał wiarę, z skorszém niżli roztropność i powaga książęca wymagała zaufaniem: przeto ów bohatér niezwyciężony orężem, często dla swej lekkowierności ulegał zdradom i podstępom. Pochwaliwszy więc tę gorliwość Rusinom i Węgrzynom, jakby cnotę najchwalebniejszą, oświadcza: „że Jarosława książęcia przywróci, i sam z nim osobiście na dzień umówiony przybędzie.“ Jakoż, obadwa te poselstwa poczytując za szczere i prawdziwe, w towarzystwie Jarosława wygnańca udaje się do Halicza z znakomitym orszakiem rycerstwa, jakoby na uczty i gody, i w dniu umówionym stawa w Ruskiej stolicy. Wystąpiły na przyjęcie jego hufce Węgierskie; aliści niebawem poczęły w tył zachodzić i zmieszały się z szeregami w ostatnim idącemi zastępie. Przepiknęło to Bolesława, w którym zaraz złowrogie obudziło się podejrzenie. Kiedy potém liczniejsze pułki Haliczan, ciągnąc z dala na jego spotkanie z udaną czcią i przychylnością, zwróciły się podobnież i zajęły z tyłu toż samo co Węgry stanowisko, przekonał się Bolesław książę Polski, że z swém rycerstwem wciągniony był w zasadzkę, i że potrzeba było męztwem i probowaniem szczęścia wydobyć się z przygody. Przywoławszy zatém Wszebora wojewodę Krakowskiego i wodza rycerstwa: „Czy nie postrzegasz, rzecze, zdrady, której ja się domyślam?“ A gdy Wszebor dopytywał się ciekawie, jakąby książę upatrywał zdradę: „Azaliż nie widzisz, rzekł, że wszystkie hufce tak Rusinów jako i Węgrów, które tu niby dla powitania nas ściągnięto, dopełniwszy zdradzieckiej powinności, pozachodziły nam w tył, i umyślnie zajęły to stanowisko, żeby za nadejściem nowych hufców (a przeczuwam, że niebawem je przed sobą ujrzymy) wzięły nas z przodu i z tyłu w kleszcze, i jak bydlęta wymordowały. Zanim więc przyjdzie ta ostateczność, mniemam, że należy nam wydobyć się z toni. Nie czekajmy przybycia liczniejszych i potężniejszych nieprzyjaciół, ale doświadczajmy szczęścia, i drogę do powrotu męztwem i orężem sobie otwórzmy.“ Jakoż gdy się przekonał, że zdrajcy co innego udawali a co innego czynili, chociaż nierówny im liczbą i potęgą, uznał, że w takiém niebezpieczeństwie nie było innej rady, jak sprobować szczęścia w boju, i z szczupłą ludzi garstką, upomniawszy ich nieco krótkiemi ale ożywiającemi słowy, uderzyć na nieprzyjaciela i uprzedzić jego ciosy. Zachęcał zatém swoich: „aby raczej krew przelali chwalebnie, niżli w sromotną poddawali się niewolą.“ Jeszcze mówić nie skończył, gdy z nagła ukazał się zastęp najliczniejszy Rusinów, z którym Jaropełk książę Kijowski spiesznie nadciągał. Już więc dłużej nie mogąc odwlekać walki, gdy nieprzyjaciel stał przed oczyma, jeszcze raz przemówił krótko do swej drużyny: „aby pomnieli iż są mężami, i nie dozwalali życia wydrzeć sobie bezkarnie“; a lubo zewsząd groziło mu niebezpieczeństwo, bohaterską jednak uzbrojony odwagą i pałający żądzą zwycięztwa, nie zważając na godzące nań z czoła i z tyłu zamachy, uderza najprzód na ten oddział nieprzyjaciół, który z przodu przybywał; a gdy usiłowanie jego wsparł hufiec po stawiony na skrzydle, wsiadł żwawo Rusinom na karki i znaczną ich liczbę trupem położył. Tnąc potém w pień co się nawinęło, przełamał pierwsze szyki; a chociaż nieprzyjaciel parł na niego z przodu i z tyłu, nie tracił wcale otuchy, i z taką walczył odwagą, że wszystkie dawniejsze czyny swoje w tej walce przewyższył. Nie uległ niepewności losu, ani dozwolił mu nad swym bohaterskim umysłem przewagi; ale dopóki szczęście dawało się użyć, biegł śmiało do zwycięztwa, chwytając się ostatniego środka obrony, rozpaczy, którą zagrzany siał pogrom na wszystkie strony, żeby przynajmniej nie ginął bez zemsty. Walczyli jedni i drudzy z zaciętością, a w miarę przedłużającego się boju szala zwycięztwa za łaską Bożą poczęła się chylić na stronę Polaków. Jakkolwiek Bolesław książę Polski widział się ze wszech stron otoczonym, mógłby był wyjść zwycięzko, i nadzieja jego byłaby wkrótce spełnioną, gdyby nie tchórzliwość jednego z wodzów Bolesława, wojewody (palatinus baro), którego imie, ród i znaczenie wszyscy kronikarze Polscy nie wiedzieć dla czego obojętnie przemilczeli. Ten postawiony na czele swoich hufców nie wytrwał z odwagą, ale haniebnie pierzchnąwszy z pola bitwy, większą część wojska za sobą pociągnął i nieprzyjaciołom Węgrom i Rusinom drogę do zwycięztwa otworzył. Wtedy dopiero Bolesław uznał się raczej zwyciężonym niżeli zwycięzcą; nie opuścił jednakże rąk wraz z tymi, którzy mu placu dotrzymali, ale słał jeszcze koło siebie gęsto trupa; aż gdy wreszcie sam tylko jeden pozostał, a chmury pocisków wyrzuconych z dala, z bliska zaś wymierzone miecze i groty ubiły pod nim konia, zwalony na ziemię o kęs życia nie postradał. Opierał się przecież ciosom to z przodu to z tyłu nacierającym, póki nie wybawił go z przygody rycerz niejaki, szeregowiec prosty, który poznawszy książęcia pieszo ścinającego się z nieprzyjacielem, i zadrżawszy na ten widok, żeby z klęską i ohydą całego kraju nie legł pod mieczem albo żywcem nie był poimany, czemprędzej zeskoczył z konia, i wsadził nań Bolesława wśród świszczących do koła strzał i wymierzonych z bliska orężów, ratując w ten sposób życie monarchy z narażeniem własnego, i nalegając głośném wołaniem: „Wsiadaj, książę Miłościwy, na tego konia, chociaż utrudzonego, a chroń od zguby nie już tylko siebie, ale nas i naród wszystek, ażebyś zgonem twoim albo niewolą nie powiększył obecnej klęski, a nieprzyjaciołom, którzy tak zdradziecko i niegodziwie oręż na nas podnieśli, nie przydał tryumfu. Mnie zaś zachowaj w pamięci, który jak widzisz twoje zdrowie nad własne przeniosłem. Nie zapominaj i tego dnia i tej godziny; zbyt ważna to bowiem i wielka chwila, abyś ją miał zapomnieć, gdy do królestwa zdrowo i szczęśliwie powrócisz.“ Żołnierz ten, acz niskiego rodu, dzielnemi jednak czyny, któremi w tej bitwie się odznaczył, i wierną ku książęciu swemu w niebezpiecznym razie przychylnością, odwagą wreszcie i szlachetnością duszy nad stan swój wyższy, wielu rycerzom zacnie urodzonym, którzy w owej bitwie książęcia swego porzuciwszy haniebnie pierzchnęli, może swą zaletą przodkować. Gdy więc Bolesław dosiadł konia podstawionego sobie od owego rycerza, widząc, że do wznowienia walki nie podołałby już nic ani orężem ani głową, że zdobywszy się na dzieła nadzwyczajnej odwagi, które nieprzyjaciół samych w podziwienie wprawiły, i utraciwszy tylu dzielnych rycerzy, bądź poległych w boju, bądź poimanych w niewolą, zaledwo sam cudem Boskim ocalał, smutny i żałosny po tak ciężkiej klęsce wrócił do Polski. Niebawem owemu wojewodzie, który uciekł był z pola bitwy, i większą część wojska za sobą do ucieczki pociągnął, w nagrodę jego tchórzostwa posłał trzy upominki: skórkę zajęczą, kądziel i wrzeciono, wyrażając przez kądziel niewieściucha, przez skórkę zajęczą nikczemnego tchórza, a przez wrzeciono mydłka umiejącego ze wszystkiego się wykręcić. Ta sromota nad śmierć stała się dla niego sroższą: znośniej bowiem rycerzowi zgon ponieść niżli niesławę. Otóż ów nędznik odebrawszy rzeczone dary, których znaczenia snadno się domyślił, chociaż mu ich nikt nie tłumaczył, w taką wpadł zgryzotę, że się sam w dzwonnicy swego kościoła powiesił, i w ten sposób życie zakończył: mąż szlachetnie urodzony i zacnych przodków potomek, który jednak swoim zgonem sromotnym zaszczyt swego szlachectwa i spółcześnie i u potomnych skaził, i stał się domu swego obrzydłą zakałą, obrawszy w tak ohydnej śmierci zelżywą acz godną siebie karę. Już tej śmierci haniebnej wróżbę mieściły w sobie owe dary od Bolesława posłane: kądziel oznaczała szubienicę, wrzeciono z przędziwem powróz, a zając pierzchliwego ducha, który marnie z ciała jego uleciał. Owego zaś rycerza, który także z placu bitwy uszedł szczęśliwie, Bolesław za wyświadczone sobie dobrodziejstwo szlachectwem nadał, zbogacił i zaszczytami ozdobił, z najzacniejszemi mężami porównał, i nie tylko wsiami i dzierżawami, ale i urzędy dostojnemi obdarzył, z stanu niskiego i ubogiego wyniósł z całym rodem i potomstwem do znaczenia i dostatków, wylewając nań hojnie swoję łaskę książęcą. Na okup jeńców, lubo wszelakie, dawniejsze nawet skarby książąt i królów Polskich wyczerpał, nie mógł jednak wszystkich Polaków wykupić; przeto wielu rycerzów i szlachty znakomitej, których zwycięzcy z przyczyny ubóstwa skarbu publicznego sprzedali barbarzyńcom, w więzach i niedoli skończyć życie musieli. Trapił się wielkomyślny monarcha tą nieszczęśliwą klęską, poniesioną przez zdradę Węgrów i Rusinów, niepokoiła go taka szczęścia odmiana. Z żalem ciężkim i wzdychaniem przeklinał ustawicznie wojewodę, chociaż już za swój niecny postępek własną ręką uduszonego, który przez niewczesne opuszczenie bitwy tyle hufców Polskich na morderczą naraził klęskę. Wstydził się, że odbywszy szczęśliwie tyle wypraw, pokonawszy tak wiele wojsk potężnych, i wsławiwszy się tylu świetnemi zwycięztwy, uwiedziony chytrém podejściem raczej podłych zmienników niż nieprzyjacioł, nie orężem ale zdradą dał się pokonać. Wyrzekał na los, który tak długo mu przyjazny, zachował go wreszcie na tak ciężki i sromotny upadek. Dopiero bowiem po raz pierwszy doznał odmienności szczęścia, jak zwykle niestatecznego, które chwałę tak wielkich i pamiętnych czynów i pasmo najświetniejszych powodzeń zatarło i przerwało. Jakoż nieszczęśliwa ta bitwa zostawiła wątpliwość, czy odwaga czy szczęście daje zwycięztwo w boju. Ustawiczną przeto troską biedził się i dręczył ów ślachetny i niezłomny umysł bohatera, że po odniesionych w boju czterdziestu siedmiu zwycięztwach, w klęsce tej poniósł jakby ostateczną ranę, nie bacząc na śliskość i odmienność szczęścia, które Juliusza Cezara, Hektora, Hannibala, Scypiona, po tyle kroć zwycięzców, na ostatku przecież zdradziło.

Bolesław, dla snadniejszego działania przeciw Rusi, zawiera pokój z Sobiesławem.

Nim trzechletni upłynął rozejm między Bolesławem Polskim a Sobiesławem Czeskim książęciem, za pośrednictwem Lotaryusza króla Rzymskiego zawarty, panowie Polscy i Czescy naradzali się wzajemnie o ułożeniu wieczystego sojuszu między ich państwami i książęty. A że obie strony pragnęły szczerze pokoju, uchwalono, aby obadwaj książęta zjechali się osobiście w mieście Kłocku. Dokąd gdy niezadługo przybyli, Bolesław książę Polski, w obec zgromadzonych panów tak Polskich jako i Czeskich, wyrzucał Sobiesławowi książęciu Czeskiemu niewdzięczność za wyświadczone sobie tylekroć dobrodziejstwa. Sobiesław nawzajem odpierając zarzuty, wywodził przed Bolesławem książęciem Polskim swoje krzywdy i urazy. Za wstawieniem się dopiero panów obojej strony, umorzono wszystkie dawniejsze niechęci, zagodzono wszystkie spory, skargi i urazy, uchwalono szkód wzajemnych wynagrodzenie, i stanął pokój wieczysty między obu książętami i ich mocarstwy. Był obecnym przy tych układach syn najstarszy Bolesława książęcia Polskiego, Władysław, który na znak wiernego przymierza, syna Sobiesława książęcia Czeskiego, imieniem Wacława, do chrztu trzymał. Wiedziano dobrze, że Bolesław książę Polski dlatego z taką łatwością na ten pokój zezwolił, aby uspokoiwszy się z strony Czech, i zabezpieczywszy Szlązk od ich napadu, mógł tém potężniej uderzyć na Rusinów, i pomścić się ileby mu sił stało klęski zdradziecko sobie zadanej. Tak dalece bowiem tej klęski się sromał, tak się nią gryzł i trapił, że bolejąc nad stratą rycerzy poległych i zabranych w niewolą, a prawie unikając wszelakiego społeczeństwa i rozmowy, szukał zawsze samotności, pogrążał się w milczeniu, i nie chciał od przyjacioł przyjmować żadnej pociechy, na którą uszy sobie zatykał. Nie było to oznaką słabości ducha i zwątpienia, ale tlejącej w zarzewiu strasznej zemsty, która dojrzewała w tym uniesionym i bohaterskim umyśle. Ze wszystkich bowiem królów i monarchów Polskich żaden nie miał tyle rycerskiego zapału, i żaden z poprzedników w boju mu nie wyrównał. Odznaczali się inni świetnością stroju i okazałym dworzan orszakiem, upodobaniem w myślistwie lub wytwornych stołach, oddawali się radzi wczasom i rozrywkom, urządzaniu spraw domowych, albo zbieraniu bogactw: Bolesław wojną tylko oddychał i walecznością celował; tęsknił za rycerską zabawą, ile kroć odpornej lub zaczepnej nie prowadził wojny, a ożywiał się i podnosił w duchu kiedy oręż imał do walki. Wytrwały na głód, zimno i niewczasy, w męzkiej dzielności i ochocie, sprawności i obrotności rozumu, sile i zręczności ciała nikomu nie ustępował, odwagą wszystkich przewyższał.
Lotaryusz IV, cesarz Rzymski, po latach jedenastu panowania słynnego ludzkością i łagodnością, i które zakończył szczęśliwem uspokojeniem Włoch i Sycylii, gdy jesienną porą wracał z wyprawy Włoskiej, zachorowawszy w Trydencie, umarł z wielką pobożnością w zamku swoim Rotburgu, i w Brunświku pochowany został. Śmierć jego zawczesna wielce bolesną była tak dla duchowieństwa jako i panów świeckich. Tuszyli bowiem, że przy jego cnocie i roztropności państwo na nowo zakwitnie i wróci do dawnej świetności i chwały. Utrzymują niektórzy, że nie w Brunświku, ale w Saxonii w klasztorze Luter, który za życia był wystawił, pochowano jego zwłoki. Sprawy cesarza Lotaryusza, wypisane na blachach ołowianych, aby ich żaden czas nie zatarł w pamięci, złożono przy nim w grobie.

Rok Pański 1138.
Bolesławowi rodzi się syn Kazimierz: ta jednakże pociecha nie wystarcza mu do nagrodzenia świeżo poniesionej klęski.

Księżna Polska, małżonka Bolesława książęcia, powiła nowym połogiem syna, którego na chrzcie nazwano Kazimierzem. Ale i ta świeża pociecha nie zdołała ukoić trosk Bolesława, aż do zbytku bolejącego nad klęską poniesioną pod Haliczem; usychał bowiem z smutku i trawił się wewnętrznym żalem nad stratą rycerzy poległych w boju i poimanych w niewolą, których serdecznie był miłował; zwłaszcza, że dla sędziwego już wieku, i ubytku rycerstwa przerzedzonego ową klęską, tudzież wyczerpania skarbu książęcego, nie łatwo mu już było zebrać tak silną, jakiej pragnął, potęgę, z którą mógłby wyruszyć przeciw Węgrom i Rusinom, i pomścić się należycie za doznane krzywdy.
Na stolicę cesarską, osieroconą po śmierci Lotaryusza, zgodnemi głosy książąt zgromadzonych w Koblenz (Confluentia) w połowie postu, obrany został Konrad II książę Szwabski, dziewięćdziesiąty trzeci po Auguście. Był zaś ten Konrad, drugi jako cesarz, a trzeci jako król, siostrzeńcem rodzonym Henryka V, po którym też majątek osobisty prawem spuścizny odziedziczył, gdy Henryk żadnego płci męzkiej potomka nie zostawił. Podług innych, był on ośmdziesiątym piątym po Auguście. W początkach panowania Lotaryusza IV ubiegał się z nim o władztwo Rzymskie. Zgodna elekcya nastąpiła za sprawą Teodwina biskupa kardynała, wysłanego od papieża Innocentego II do Koblenz. Konrad przybywszy do Akwisgranu otrzymał namaszczenie królewskie z rąk rzeczonego kardynała Teodwina (arcybiskup bowiem Koloński, do którego ta powinność należała, nowo-mianowany, nie miał jeszcze palliusza): towarzyszyli obrzędowi Moguncki, Trewirski i inni biskupi. A lubo zdawało się, że Henryk książę Saski i Bawarski, zięć cesarza Lotaryusza, przy swych bogactwach, w jakie obfitował, i przeważnej potędze, stawi opór Konradowi, wszelako opuszczony od wszystkich, i od Konrada króla na wygnanie skazany, wyzuty nakoniec z swej dziedziny książęcej w Goslar, doznał większego nad wszelkie mniemanie upokorzenia.

Rok Pański 1139.
Bolesław książę Polski, podzieliwszy państwo między pięciu synów, z których jeden tylko Kazimierz, w niemowlęcym na ów czas wieku, żadnego nie otrzymał udziału, umiera; pochowano go w kościele Płockim. Był on zwany Krzywoustym, mąż, z którym żaden z królów poprzednich równać się nie może.

Bolesław książę Polski, nieukojony w troskach po doznanej pod Haliczem porażce, on wojownik wyniosłego umysłu i do powodzeń ciągłych nawykły, tak żywo czuł sromotę zadanej sobie chytrym podstępem klęski, że nie przypuszczając do serca żadnej przyjemności i pociechy, i mimo rady przyjaciół, aby się ustawicznemu nie oddawał zmartwieniu, nie odpychając ale zwiększając jeszcze swoje troski, więdnął stopniami i słabiał, aż wreszcie w ciężką zapadł niemoc. A chociaż ta przez użycie środków lekarskich dałaby się była uleczyć, że jednak Bolesław książę ze wstrętem odrzucał wszystkie leki, wielce zawzięła się i wzmogła. Gdy więc przez rok niemal cały Bolesław zwiększającą się chorobą do łoża przykuty czuł się bliskim śmierci, zwołał do siebie starszyznę przedniejszych prałatów i panów. A oznajmiwszy im o zbliżającym się dni swoich kresie, błagał: „aby po jego zgonie zachowali między sobą jedność i zgodę, a nie dopuszczali, iżby kraj przez ich rozerwanie zdążył do upadku i zguby.“ Pięciu żyjących zostawiając synów, przewidywał podobno przyszłe kraju nieszczęścia, które i wielu Polaków wróżyło, nie tusząc, aby między tylu książęty długo utrzymać się mogła zgoda; co się potém ziściło, jak to następnie opowiemy. Dla zabieżenia przeto domowym wojnom, zwadom i rozterkom, mogącym po jego zgonie wybuchnąć, królestwo Polskie, którego dotąd sam jeden książęciem był i monarchą, między synów swoich podzielił w ten sposób, że najstarszemu Władysławowi zrodzonemu z Rusinki odkazał ziemię Krakowską, Sieradzką, Łęczycką, Szlązk i Pomorze, zalecając, aby przy nim jako pierworodnym zostało prawo starszeństwa, zwierzchnia władza i powaga, i aby mu wszyscy bracia z powolnością ulegali: twierdził bowiem, że w Polsce, gdyby nie było żadnego zwierzchnictwa i głowy rządu, wnetby się wszystko rozchwiało i upadło. Bolesławowi zaś Kędzierzawemu naznaczył ziemię Mazowiecką, Dobrzyńską, Kujawską i Chełmińską; Mieczysławowi Staremu Gnieźnieńską, Poznańską i Kaliską, a Henrykowi I Sandomierską i Lubelską, wraz z ich powiatami i przynależnościami. Miał jeszcze Bolesław piątego syna Kazimierza, narodzonego w roku zeszłym, niemowlę w kolebce, któremu przy rozdziale ziem i prowincyj między czterech synów żadnej nie wyznaczył dzielnicy. Zdawało się wszystkim, którzy temu rozporządzeniu byli obecni, że książę długą chorobą mając osłabioną pamięć, zabaczył o Kazimierzu; przypomnieli mu więc imię i sieroctwo piątego syna, z prośbą, ażeby jemu także przez wzgląd na stan jego niemowlęcy równą część dziedzizny w spadku zostawił. Na co Bolesław: „Już dawno, rzecze, obmyśliłem mu dziedzictwo.“ A gdy wszyscy zdziwieni dopytywali się, któraby-to była piąta dzielnica: „Alboż nie zważacie, rzekł, że między czterema kołami spoczywa w środku piąta i najcelniejsza część wozu, siedzenie, które po polsku zowią właściwie wasągiem. Tak i to dziecię między czterema bracią współdziedzicami odkazaną ma spuściznę, która będzie większą i poważniejszą niżeli ich dzielnice. Przestańcie zatém troskać się o tę sierotę, ani mi przyganiajcie, żem ją w mojém rozporządzeniu pominął: trzeba staranie o niej zostawić opiekunom.“ Przeczuwał podobno, że niektórzy z synów nie pożyją długo; i rzeczywiście nie zawiódł się w przeczuciu. Czyli zaś te słowa z wieszczego mówił natchnienia, czy w obłędzie i nieprzytomności umysłu, jak to bywa przy zgonie, czy wreszcie lękał się większego jeszcze rozdzielenia królestwa, trudno odgadnąć, i my nie chcemy sądem naszym rozstrzygać. Opatrzony potém ŚŚ. Sakramentami, przesławny ten książę, miłośnik i gorliwy obrońca ojczyzny, życie zakończył, strawiony raczej smutkiem i zgryzotą, niżeli chorobą ciała, przeżywszy lat blisko sześćdziesiąt. Łagodność jego i wspaniałość wtedy najbardziej uwielbiać poczęto. Zgon Bolesława długo opłakiwał naród wszystek. Zwłoki przewiezione do miasta Płocka z czcią należytą pochowano w kościele Płockim i złożono obok popiołów ojca. Umarł zaś w roku panowania trzydziestym szóstym, a wieku swego pięćdziesiątym czwartym. Niezawodną jest rzeczą, że śmierć jego przyspieszył żal i smutek po doznanej przez zdradę klęsce pod Haliczem, mógłby był bowiem żyć nierównie dłużej. Dzielny ten z przyrodzenia i wielkiego ducha wojownik często zaczepne prowadził boje dla popisania się z walecznością. Od młodzieńczych lat wćwiczony w wojny, żadnym ich rodzajem nie nużył się ani zrażał. Największe przygody i niebezpieczeństwa podejmował z odwagą, chciwy zaszczytu i sławy, w trudach i pracach nie raz siły jego przewyższających wytrwały i niezłomny. W ubiorze skromny, rad na mierności przestawał. Wadę miał łatwowierności, dla której każdemu doniesieniu ucho podawał, i zdawał się być raczej lekkomyślnym niżeli przezornym i roztropnym. Równie skory do gniewu, jak do łaskawości skłonny, w zapale łajał, gromił i karał, a udobruchawszy się nagradzał i obsypywał darami. Do spraw rycerskich z młodu zaprawiony, budową ciała silny, żywy, czerstwy i tęgi rębacz, rwał się ochoczem sercem do walki, i wytrzymywał ją z odwagą i statecznością. Z przyrodzenia porywczy do boju i zapędny, w łaskawości wylany i wspaniały, tę jednę miał przywarę, że cokolwiek mu doniesiono, łatwowiernie przyjmował za prawdę. Mąż śmiałego i bohaterskiego ducha, co dzieła jego rycerskie i wojny tak liczne poświadczają, w innych sprawach okazywał się uprzejmym i łagodnym. W samym dniu nieszczęsnym jego zgonu, rycerstwo zgromadzone w znacznej liczbie uwielbiało go wielkiemi pochwałami, wyznając, że nie mieli nigdy Polacy między swemi książęty równego mu wojownika, waleczniejszego żołnierza, i tylu zwycięztwy wsławionego wodza. Czterdzieści bowiem i siedm bitew wstępnym stoczył bojem, i z każdej wyszedł zwycięzcą. Nazywano go zaś Krzywoustym, co w polskiej mowie znaczyło że miał nakrzywione usta; w młodym bowiem wieku wrzód nieco mu był wargi nakrzywił i przyszpecił, zkąd poszło to nazwisko. W licznych z nieprzyjaciołmi bojach dokazywał cudów odwagi, zawsze zwycięzca chwalebny i szczęśliwy, wyjąwszy w ostatniej bitwie, w której zdradą był pokonany.
Ten-to książę Bolesław uposażył swoją hojnością i wspaniałością klasztor Sieciechowski zakonników Ś. Benedykta nad Wisłą położony, nadawszy mu wiele miast i przywilejów, i mnogiemi obdarzywszy go upominkami: za co klasztor ten obchodzi coroczném nabożeństwem pamiątkę swego dobroczyńcy.

Jaropełk, książę Kijowski, po nieszczęśliwej z Olhowicami bitwie, prosi o zgodę i pokój zawiera.

Synowie Oleha książęcia Rusi, uzyskawszy posiłki u Połowców, wtargnęli do ziem Ruskich w bliskości rzeki Suli, i poniszczyli ogniem okoliczne wsie i miasteczka. Pomknąwszy się potém pod Pereasław, rozszerzyli po kraju rzezie i rozmaite klęski, spalili Uście, i dotarli aż do Supon (Szupon). Wyszedł przeciw nim zbrojno Jaropełk książę Kijowski z braćmi swoimi, synami Włodzimierza, i stoczył walną bitwę, w której z obu stron wiele ludzi poległo; synowie Oleha zwyciężeni, Połowcy pierzchnęli, a Rusini ścigając ich w popłochu siła nazabijali i nabrali w niewolą. Lecz gdy z pogoni wracali na pobojowisko, uderzyli na nich Olhowice i ciężką zadali im klęskę. Sam Jaropełk książę Kijowski i Wasilko bratanek jego z wielu bojarami dostał się do niewoli. Uszedł z niej wprawdzie Jaropełk i pospieszył do Kijowa, gdzie nowe pościągał siły; ale wnet oblężony od Olhowiców, nie śmiał ponawiać walki: przyszło więc do układów, i stanął pokój z Olhowicami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan Długosz i tłumacza: Karol Mecherzyński.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Pomorzan