<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Wallace
Tytuł Czerwony Krąg
Wydawca Instytut Wydawniczy „Renaissance”
Data wyd. 1928
Druk A. Dittmann, T. z o. p.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. The Crimson Circle
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
EDGAR WALLACE
Czerwony Krąg
Powieść
Z upoważnienia autora przełożył
F. MIRANDOLA
Instytut Wydawniczy Renaissance“


Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów


Copyright by Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Drukarnia  A. Dittmann, T. z o. p., Bydgoszcz
281613



PROLOG.

Gwóźdź.

Nie ulega żadnej zgoła wątpliwości, że gdyby nie rocznica urodzin pana Wiktora Palliona, w dniu 29 września nie byłoby wcale tajemnicy Czerwonego Kręgu. Kilkunastu ludzi obecnie nie żywych, żyłoby dotąd prawdopodobnie, a pozbawiony wszelkich uczuć inspektor policji nie nazwałby napewne Talji Drummond „złodziejką i wspólniczką złodziei“.
Pan Pallion ugaszczał trzech pomocników swoich w szyneczku „Pod złotym Kogutem“ w Tuluzie, a małe towarzystwo biesiadowało zgodnie i wesoło. O trzeciej rano przypomniał sobie pan Pallion, że przybył do Tuluzy w celu ścięcia pewnego, angielskiego zbrodniarza, nazwiskiem Lightman.
— Chłopcy! — rzekł poważnie, choć trochę bełkotliwie. — Już trzecia, a mamy ustawić przecież „Czerwoną Damę“.
Poszli na plac przed więzieniem, gdzie stał już od północy wóz z rozmaitemi częściami składowemi gilotyny. Wprawnie, jak to tylko uczynić mogą fachowcy, ustawili straszny przyrząd, wprowadzając nóż w przeznaczone nań wyżłobienie.
Ale największa wprawa nie ustoi się przed siłą win południowo-francuskich, toteż gdy spróbowali spuścić nóż, nie spadł w sposób należyty.
— Zaraz będzie wszystko w porządku! — oświadczył pan Pallion i wbił w ramę gwóźdź, tam właśnie, gdzie go całkiem nie było potrzeba.
Zmieszał się, gdyż żołnierze wkroczyli już na plac.
W cztery godziny później (rozwidniło się już tak, że ochoczy do pracy fotograf mógł z bliska zdjąć skazańca) wyprowadzono delikwenta z więzienia.
— Uszy do góry! — szepnął mu pan Pallion.
— Niech cię szlag trafi! — zgrzytnął nieszczęśnik, którego właśnie przywiązywano do deski.
Pan Pallion pociągnął za rękojeść, a nóż spadł... ale tylko do gwoździa.
Kat próbował trzy razy, zawsze daremnie. Niecierpliwi widzowie przerwali kordon wojska, a więźnia odprowadzono do celi.
W jednaście lat później, gwóźdź ten zabił wielu ludzi.



1.
Wstęp.

Działo się to w porze, kiedy czcigodni obywatele włażą do łóżek. Górne okna wąskich, wysokich, staromodnych kamienic połyskiwały światłem, na tle którego widać było zarysy bezlistnych drzew wiatrem kołysanych. Zimny podmuch płynął od rzeki, docierając do najdalszych i najlepiej osłonionych zakątków.
Człowiek jakiś chodził zwolna wzdłuż wysokiej kraty i drżał mimo ciepłej odzieży ze zimna, gdyż nieznajomy wyznaczył mu schadzkę, wystawionem na całą nawałę burzy.
Ułomki różnych zerwanych przedmiotów wirowały mu fantastycznie dokoła nóg, a liście i gałęzie hałaśliwie spadały z drzew. Czekający spozierał z zazdrością na miłe światło w jednem z domów, gdzieby go przyjęto ochotnie, gdyby tylko zastukał.
Zegar wydzwonił jednastą, a z ostatniem uderzeniem wjechało na plac szybko i bezgłośnie auto, zatrzymując się tuż obok niego. Latarnie świeciły mglisto, a w zamkniętym pojeździe nie było można nic zobaczyć. Po krótkiem wahaniu otwarł czekający drzwi i wsiadł. Zaledwo rozróżniał w ciemności plecy siedzącego przed nim szofera, a serce mu biło mocno na myśl o całym ryzyku tego kroku.
Ale wóz stał w miejscu, a szofer siedział bez ruchu. Cisza panowała przez chwilę. Potem ozwał się mężczyzna, który wsiadł, tonem nerwowego podraźnienia:
— I cóż?
— Czyś pan zdecydowany? — spytał szofer.
— Oczywiście, inaczej nie byłbym przychodził! — odpowiedział gość. — Nie z ciekawości to, zaprawdę, uczyniłem. Czego pan chcesz odemnie? Powiedz mi pan to, a ja postawię swoje żądania.
— Wiem, czego pan chcesz odemnie! — rzekł szofer głucho i niewyraźnie, jakby mówił poprzez zasłonę.
Człowiek, który wsiadł, nawykłszy do ciemności, rozeznał zarys czarnej jedwabnej czapki na głowie szofera.
— Stoisz pan nad brzegiem bankructwa! — oświadczył szofer. — Zużyłeś pan nie swoje pieniądze i chcesz się zabić. Ale nie bankructwo skłania pana do samobójstwa. Masz wroga, który zna hańbiący pana fakt, którymby niezawodnie zajęła się natychmiast policja.
Przed trzema dniami otrzymałeś pan od jednego z przyjaciół, współwłaściciela fabryki chemicznej śmiertelną truciznę, której nabyć nigdzie nie można, czytałeś przez tydzień o rozmaitych truciznach i jeśli nie nastąpi jakiś ratunek, otrujesz się pan w sobotę wieczór, lub w niedzielę rano. Sądzę, że raczej w niedzielę.
Słysząc poza sobą wykrzyk zdziwienia, uśmiechnął się łagodnie.
— I cóż sir? Czy gotów pan jesteś za pewnem wynagrodzeniem pracować dla mnie?
— Czegóż pan żądasz? — spytał, drżąc całem ciałem.
— Tego tylko, byś pan spełniał zlecenia, ja zaś ochronię pana przed niebezpieczeństwem i dobrze zapłacę. Gotów jestem dać znaczną kwotę na umorzenie najkonieczniejszych zobowiązań. Wzamian za to będziesz pan puszczał w obieg wszystkie nadsyłane przezemnie pieniądze, wymieniając je, w razie potrzeby na obcą walutę, zacierać ślady numerów policji znanych, sprzedawać papiery wartościowe, których ja sprzedawać nie mogę, słowem zostaniesz pan agentem moim i na żądanie — dodał z naciskiem, — będziesz płacił co zażądam.
Siedzący poza szoferem mężczyzna namyślał się długo, potem zaś spytał, z niejakiem zuchwalstwem:
— Cóż to jest „Krąg czerwony“?
— Pan nim jesteś! — odrzekł szofer.
— Ja? — wykrztusił zdumiony wielce.
— Tak, pan i setki współpracowników, z których pan żadnego nie poznasz nigdy i żaden z nich pana znać nie będzie.
— A pan?
— Ja znam wszystkich. No cóż, czy zgoda?
— Zgoda! — rzekł po chwili.
Szofer obrócił się trochę na siedzeniu i wyciągnął rękę.
— Weź pan to! — powiedział.
Była to wielka, gruba wypchana koperta, a nowy członek „Czerwonego Kręgu“ wetknął ją w kieszeń.
— Wysiądź pan teraz! — rozkazał szofer krótko, a tamten usłuchał, nie stawiąc dalszych pytań.
Zatrzasnąwszy drzwi wozu, podszedł do szofera, chcąc go zobaczyć, co miało dlań wielką wagę.
— Nie zapalaj pan tu cygara! — rzekł szofer. Inaczej muszę przypuścić, że świecenie zapałki stanowi tylko pozór. Drogi przyjacielu, wiedz, że ten, kto mnie pozna, natychmiast znajomość tę zabiera ze sobą do piekła.
Zanim mógł odpowiedzieć, wóz ruszył, a on stał z kopertą w ręku i patrzył tak długo, aż znikła czerwona lampa tylna.
Drżał całem ciałem, a zapałka użyta do cygara, trzymanego w kłapiących zębach, dygotała niezwykle.
— Więc to on! — mruknął chrypliwie, przeszedł na drugą stronę ulicy i znikł na zakręcie.
Zaledwo odszedł, wyszedł z ciemnej bramy domu ktoś ledwo widziany w ciemku i jął się skradać za pierwszym ostrożnie. Był to człowiek wysoki, barczysty, ale przeszkadzał mu w szybkim ruchu krótki oddech. Uszedłszy sto kroków, zauważył, że trzyma ciągle jeszcze w ręku silne binokle, przez które obserwował.
W ulicy głównej, nie spostrzegł już śledzonego i spodziewając się, że tak będzie nie uczuł niepokoju. Wiedział gdzie go szukać. Kto atoli siedział w aucie? Odczytał numer i mógł nazajutrz wyśledzić właściciela. Pan Feliks Marl skrzywił się uciesznie, ale nie czułby, zaprawdę, radości, gdyby do uszu jego doleciała część choćby rozmowy obserwowanych. Silniejsi od niego ugięli się przed grozą „Czerwonego Kręgu“.



2.
Człowiek, który nie płaci.

Filip Brossard płacił i żył, bowiem „Czerwony Krąg“ dotrzymywał słowa. Jakób Rieci, bankier płacił także i żył, ale wśród nieustannej trwogi. W miesiąc później zmarł naturalną śmiercią na serce. Benson, syndyk kolei drwił z pogróżek „Czerwonego Kręgu“ i znaleziono go martwym, obok własnego auta.
Pan Derrick Yale, obdarzony niezwykłemi zdolnościami, schwytał murzyna, który zakradłszy się do prywatnego wozu Bensona, zamordował go i wyrzucił oknem zwłoki. Powieszono mordercę, który nie zdradził nazwiska swego rozkazodawcy. Policja mogła drwić dowolnie z psychometrycznej wiedzy Derricka Yale... i czyniła tak nawet... ale dzięki temu właśnie, w ciągu dwu dób, został zbrodniarz przychwycony i przyznał się.
Po tem zdarzeniu wiele osób musiało płacić okup, gdyż przez czas długi nie było w dziennikach wzmianki o „Czerwonym Kręgu“. Atoli dnia pewnego znalazł James Beardmore na stole, obok zastawy lunchowej czworoboczną kopertę z kartą, zaopatrzoną w czerwone koło.
— Jacku! Interesują cię melodramaty życia, przeto przeczytaj to.
Potem rzucił przez stół kartę synowi i wziął do ręki następny list z wielkiego stosu, leżącego przy talerzu.
Jack podniósł kartę z ziemi, gdzie spadła i jął badać, chmurząc czoło. Był to zwyczajny list tylko bez adresu, a wielki, czerwony krąg, sięgający brzegów, był wyciśnięty, zda się, stemplem gumowym, gdyż farba miała nierówne plamy. Pośrodku zaś tego kręgu widniał napis drukowanemi literami.
— Sto tysięcy stanowi małą tylko część majątku pańskiego. Sumę tę wypłacisz pan posłańcowi memu w banknotach. Ogłoszeniem w „Trybunie“ zawiadomisz mnie pan o czasie najdogodniejszym do wypłaty, a to w przeciągu jednej doby. Jest to ostatnia przestroga.
Nie było podpisu.
— No i cóż?
Stary James Beardmore patrzył na syna przez okulary, a oczy jego uśmiechały się.
— „Czerwony Krąg“ — rzucił syn z przerażeniem.
Ojciec roześmiał się głośno z jego strachu.
— Tak! — powiedział. — To jest „Czerwony Krąg“. Dostałem już cztery takie epistoły.
Młodzieniec otworzył szeroko oczy.
— Cztery! Wielki Boże! Czy z tego powodu przebywa u nas Yale?
James Beardmore uśmiechnął się.
— Tak! Z tego właśnie powodu!
— Oczywiście, wiedziałem, że jest detektywem, ale nie miałem pojęcia...
— Nie troszcz się, mój drogi, tym „Czerwonym Kręgiem“! — przerwał zniecierpliwiony ojciec. — Nie zastraszy mnie on. Froyant boi się, czy go nie wciągnięto na listę. Istotnie, w czasach ostatnich narobił sobie wrogów.
James Beardmore, o twarzy wyschłej, pomarszczonej, z brodą szczecinowatą i szpakowatą, wyglądał na dziadka pięknego młodzieńca, siedzącego naprzeciw. Majątku dorobił się Beardmore z trudem wielkim. Początkowe liczne niepowodzenia, niebezpieczeństwa, troski i braki spekulanta uwieńczyło bogactwo. Nie mogły bardzo przerazić pogróżki „Czerwonego Kręgu“ człowieka tego, który walczył ze śmiercią wśród bezwodnej puszczy Kalahari, szukał nieistniejących djamentów w mule rzeki Yale, a w Klondyke utrzymał się jedynie przez wynalazek sztucznego topienia lodu. W tej chwili zajmowało go niebezpieczeństwo bliższe znacznie, a dotyczące syna.
— Drogi Jacku! — zaczął. — Ufam bardzo twemu rozsądkowi i dlatego niech cię nie obrazi to, co ci powiem. Nie wtrącałem się nigdy do twych rozrywek i nie wątpiłem w twój sąd o rzeczach... czy jednak w tym danym wypadku postępujesz rozsądnie?
Jack zrozumiał dobrze słowa ojca.
— Masz, ojcze, na myśli Miss Drummond, nieprawdaż? — spytał.
Starzec potwierdził skinieniem.
— Jest ona sekretarką Froyanta... — zaczął młodzieniec.
— Wiem, że jest sekretarką Froyanta, — rzekł ojciec, — i to jej wcale nie ubliża. Czy wiesz jednak o niej coś więcej?
Jack złożył w zadumie serwetę. Poczerwieniał i zasępił się, co bawiło widocznie tajemnie Jima.
— Lubię ją, — powiedział Jack, — jest moją przyjaciółką. Ale nigdy nie nadskakiwałem jej, ojcze, i pewny jestem, że w takim razie prysnęłaby zaraz przyjaźń nasza.
James skinął ponownie głową. Powiedziawszy co trzeba, wziął w rękę wielką kopertę i spojrzał na nią z zaciekawieniem. Jack zauważył francuskie marki i zadumał się, ktoby mógł to nadesłać.
Starzec rozerwał ją. Zawierała mnóstwo listów i drugą jeszcze, opieczętowaną kopertę. Przeczytał napis na wierzchu umieszczony i skrzywił się z niechęcią.
— Ach! — powiedział i odłożył kopertę, nie otwierając jej.
Przejrzawszy pobieżnie korespondencję, spojrzał na syna.
— Nie dowierzaj nigdy mężczyźnie, ni kobiecie, — powiedział, — dopóki się nie dowiesz o nich tego, co najgorsze. Dzisiaj odwiedzi mnie człowiek, będący wybitnym członkiem społeczeństwa. Przeszłość jego jest czarna, jak mój kapelusz, a mimoto będę z nim robił interesy, gdyż wiem o nim rzecz najgorszą!
Jack roześmiał się, a rozmowę przerwało wejście gościa.
— Dzień dobry, Yale! Spałeś pan dobrze? — zapytał starzec. — Jack, zadzwoń i każ przynieść świeżej kawy.
Odwiedziny Derricka Yale były wielką radością dla Jacka Beardmore. Jako młody, czuł pociąg do wszystkiego, co romantyczne. Najzwyklejszy detektyw był dlań osobą wielce pożądaną. Ale nimb, otaczający Derricka Yale, miał w sobie coś zgoła nadprzyrodzonego. Człowiek ten wyposażony był w zdolności niezwykłe, które go wyróżniały z pośród innych. Delikatne, estetyczne rysy, poważne, tajemnicze oczy, a nawet ruchy długich, wrażliwych rąk posiadały swoistą, odrębną cechę.
— Nigdy nie śpię naprawdę! — powiedział wesoło, rozkładając serwetę.
Wziął w palce obrączkę srebrną, w której tkwiła serweta. James Beardmore patrzył nań z rozradowaniem, a Jack z nietajonym zgoła podziwem.
— I cóż? — spytał James.
— Człowiek, który ostatni miał w ręku tę obrączkę otrzymał bardzo złe wieści. Jakiś jego krewny... może ojciec... zachorował ciężko.
Beardmore skinął głową.
— Jane Higgins, pokojówka, zastawiająca dziś rano śniadanie, otrzymała wiadomość, że matka jej spoczywa na łożu śmierci.
Jack zdumiał się.
— I to wyczułeś pan w tej obrączce? — spytał. — W jakiż sposób otrzymujesz pan te wrażenia?
Derrick Yale potrząsnął głową.
— Nie będę czynił prób wyjaśnienia! — powiedział spokojnie. — Wiem tylko, że w chwili rozkładania serwety uczułem wielką troskę. To jest wprost niesamowite.... nieprawdaż?
— Skądże panu wpadł ten krewny, ta matka?
— Wyczułem to w jakiś tajemny sposób! — odparł Yale tonem podrażnienia. — Jest to rodzaj wnioskowania podświadomego. Czy masz pan jakieś nowe wiadomości panie Beardmore?
Miast odpowiedzi podał mu James otrzymaną tego poranku kartkę.
Yale przeczytał i zważył kartkę na białej dłoni.
— Kartkę tę wrzucił do skrzynki pocztowej marynarz! — rzekł po chwili. — Człowiek ten siedział w więzieniu, a w czasach ostatnich stracił dużo pieniędzy.
Jim Beardmore zaśmiał się.
— Ja mu ich nie zwrócę napewne! — powiedział, wstając od stołu. — Czy uważasz pan to ostrzeżenie za rzecz poważną?
— Nawet bardzo! — odparł, jak zawsze, z powagą. — Jest to tak poważne, że radziłbym panu wychodzić z domu tylko w mojem towarzystwie. „Czerwony Krąg“ — dodał, uchylając gestem swoistym, niechętny sprzeciw Beardmora, — jest, co przyznaję, w metodach swych poprostu melodramatyczny. Ale spadkobierców pańskich nie pocieszy fakt, że zmarłeś w sposób teatralny.
Jim Beardmore milczał przez chwilę, a syn spoglądał nań z trwogą.
— Czemuż nie wyjedziesz, ojcze, za granicę? — spytał.
Ale starzec ofuknął go.
— Przeklęty wyjazd! Czyż mam uciekać przed bandą czarnej ręki? Postaram się o to, by się dostali do...
Nie powiedział gdzie, ale można się było tego domyśleć.



3.
Oziębła dziewczyna.

Jack Beardmore kroczył tego ranku, zamyślony głęboko przez łąkę, kierując się bezwiednie ku małej dolince, odległej o milę mniej więcej[1] od domu. Żywopłot dzielił posiadłości Beardmora i Froyanta. Ranek był cudny. Minęła burza, która ubiegłej nocy przeszła tędy, a wszystko wokół lśniło w złocistych promieniach słońca. W dali, poza warstwą zieleni, porastającą Penton Hill, widniała wielka, biała pańska rezydencja Froyanta. Młodzieniec zawahał się czy iść tam, bowiem ziemia rozmiękła, a trawa była mokra.
Przystanął pod wielkim wiązem, na skraju doliny i patrzył z niepokojem wzdłuż linji żywopłotu, aż ku niewielkiej wili letniej, wystawionej przez dawniejszych właścicieli miejscowości Tover House, bowiem Harvey Froyant nienawidzący zresztą samotności, nie pozwoliłby sobie za nic, na rozrzutność taką.
Nikogo nie było widać i młodzieńca ogarnął smutek. Po dziesięciu minutach dotarł do dziury w żywopłocie, którą sam uczynił. Przeszedł nią na drugą stronę. Dziewczyna będąca we wili musiała usłyszeć jego westchnienie ulgi, gdyż obejrzała się, wstając z niechęcią, jakoby.
Była niezwykle piękna, jasnowłosa i miała delikatną płeć. Ale podchodząc do przybyłego nie uśmiechnęła się na powitanie.
— Dzień dobry! — powiedziała chłodno.
— Dzień dobry Taljo! — odrzekł, a ona zmarszczyła czoło.
— Wolałabym, byś pan tego nie czynił! — zauważyła, on zaś wiedział, że mówi serjo.
Jej zachowanie w stosunku do niego było mu zagadką i wielką troską jednocześnie. Pewnego dnia ujrzał, jak goni zająca i patrzył zdziwiony na śmiejącą się Djanę, pędzącą drobnemi nóżkami w ślad przestraszonego zwierzęcia. Słyszał także jej śpiew wesoły, ochoczy... ale bywała także przygnębiona i smutna, jakby ją trawiła choroba.
— Czemu pani jesteś dla mnie zawsze tak chłodną i formalistyczną? — spytał z niezadowoleniem.
Lekki uśmiech zjawił się w kątach jej ust.
— Dlatego, że czytałam książki — odrzekła uroczyście — i wiem, jaki zazwyczaj bywa los biednej sekretarki, która wobec syna miljonera nie jest chłodna i formalistyczna.
Powiedziała to ze szczerością, wprawiającą w zakłopotanie.
— Zresztą niema powodu dlaczego nie miałabym być chłodną. W ten sposób traktować należy bliźnich swoich, o ile się, oczywiście, któregoś nie kocha. A ja pana nie kocham.
Wyrzekła to spokojnie, z rozwagą, a młodzian poczerwieniał silnie. Uczuł drwiny i wstydził się, że je sam wywołał.
— Chciałabym panu coś powiedzieć, panie Beardmore, — ciągnęła dalej jednostajnie, jak zawsze — coś, co panu pewnie jeszcze nie wpadło do głowy. Oto, jeśli młody człowiek i młoda dziewczyna znajdą się razem na bezludnej wyspie, jest rzeczą całkiem zrozumiałą, że młodzieniec ów uważa dziewczynę za jedyną piękność świata. Cała jego kapryśna wyobraźnia skupia się na tej jednej tylko kobiecie i idealizuje ją coraz bardziej.
Czytałam dużo historji o takich bezludnych wyspach, oraz widywałam nieraz filmy tej treści, nader interesującej. Uczucie pańskie dla mnie, w ten sposób ujmuję właśnie. Jesteś pan tu na bezludnej wyspie... zbyt wiele czasu poświęcasz królikom, ptakom i Talji Drummond. Powinien byś pan udać się do miasta i żyć trochę więcej z ludźmi swojej warstwy społecznej.
Skinęła mu głową i odwróciła się, spostrzegłszy, że nadchodzi jej chlebodawca. Zauważyła także, iż przystanął, spozierając z pod oczu i odgadła jego niezadowolenie.
— Sądziłem, że robisz pani zestawienie rachunków! — powiedział szorstko.
Był to chudy wielce człowiek, około pięćdziesięcioletni, o rysach wyrazistych i przedwczesnej łysinie. Miał niemiły zwyczaj pokazywania swych wielkich, żółtych zębów gdy pytał. Nadawało mu to taki wyraz, jakby każdą odpowiedź uważał z góry za wykręt.
— Dzień dobry, Beardmore! — mruknął na powitanie, a zwracając się ponownie do sekretarki, rzekł:
— Nie lubię, kiedy pani marnotrawi czas, miss Drummond! — zauważył.
— Nie marnotrawię, ani swego, ani pańskiego czasu! — odparła spokojnie. — Zestawienie dawno już gotowe. Oto jest — wskazała trzymaną pod pachą, zużytą tekę.
— Mogła pani przecież załatwić to w biurze, nie było zgoła potrzebne udawać się z tem w dzicz i samotność.
Potarł długi nos i przeniósł z dziewczyny spojrzenie na młodzieńca.
— Ano to dobrze! — powiedział. — Mam właśnie zamiar odwiedzić ojca pańskiego. Może mi zechcesz towarzyszyć?
Talja znikła już na drodze do Tower Hill, przeto Jack stracił wszelki pretekst pozostania tu dłużej.
— Nie zabieraj pan tyle czasu tej dziewczynie, Beardmore! Nie czyń pan tego, proszę! — rzekł Froyant gderliwie. — Nie masz pan pojęcia, ile ona ma do roboty. Przytem pewny jestem, że ojciec pański nie byłby temu rad.
Jack chciał odpowiedzieć ostro, ale powściągnął się. Nienawidził Froyanta, a w tej chwili w trójnasób jeszcze, z powodu szorstkiego traktowania Talji.
— Dziewczęta tego rodzaju... — zaczął Froyant, podczas gdy szli wzdłuż żywopłotu, ku furtce, przy końcu doliny — dziewczęta tego rodzaju... — nagle stanął skamieniały. — Któż u djaska wyłamał mi żywopłot? — spytał, pokazując laską dziurę.
— Ja! — odparł Jack gniewnie. — Zresztą jest to nasz żywopłot, a dziura oszczędza pół mili drogi. Chodźmyż tędy, panie Froyant.
Nie czyniąc już dalszych uwag, przełazi Froyant przez żywopłot i poszli razem ku wielkiemu wiązowi, z pod którego Jack rozglądał się niedawno.
Harvey Froyant kroczył w milczeniu. Trzymał się tradycji, o ile mógł z tego wyciągnąć korzyść jakąś.
Dotarli na szczyt wzgórza, gdy nagle uczuł, że Jack chwyta go z tyłu za ramię. Obejrzał się i zobaczył, że młodzieniec tkwi spojrzeniem w pniu drzewa. Skierował tam oczy i cofnął się o krok. Chorowita twarz jego pobladła bardziej jeszcze. Na pniu widniał duży czerwony krąg. Farba nie zaschnęła jeszcze.



4.
Mr. Feliks Marl.

Jack Beardmore rozejrzał się bacznie wokoło. Jedyną istotą żywą był człowiek z teką pod pachą, który się od nich oddalał powoli. Jack krzyknął, a idący obrócił się.
— Ktoś pan jest? — spytał Jack. — I czego pan tutaj szukasz?
Był to mężczyzna wysoki zażywny, zadyszany, skutkiem dźwigania ciężkiej torby. Sapał przez chwilę, zanim mógł odpowiedzieć:
— Nazywam się Marl, Feliks Marl. Sądzę, że słyszałeś pan o mnie. Jeśli się nie mylę, jesteś pan młodym Mr. Beardmore?
— Tak jest! — odrzekł Jack — czego pan tutaj chcesz? — spytał powtórnie.
— Powiedziano mi, że w ten sposób mogę sobie skrócić drogę z dworca. Ale nie jest ona tak krótka, jak mi obiecywano! — odparł Marl, dysząc co słowo. — Idę właśnie do ojca pańskiego.
— Czy byłeś pan w pobliżu tamtego drzewa? — spytał Jack, a Marl wybałuszył nań oczy.
— Czemuż miałem być wogóle w pobliżu jakiegoś drzewa? — odrzucił wyzywająco. — Powiadam panu przecież, że szedłem prosto polem.
Tymczasem zbliżył się Harvey Froyant, który znał widocznie przybysza.
— A, to Mr. Marl, znam go! Słuchajno pan, czy widziałeś kogoś w pobliżu tamtego drzewa?
Marl zaprzeczył ruchem głowy. Drzewo i jego tajemnica były to dlań widocznie sprawy niezrozumiałe.
— Nie wiedziałem wcale, że stoi tam jakieś drzewo! — odparł. — A cóż... cóż się stało?
— Nic! — powiedział Froyant ostro.
Jack wziął torbę przybysza i niebawem dotarli do domu. Rosła, zażywna postać Marla nie uczyniła na Jacku korzystnego wrażenia. Głos jego brzmiał chrypliwie, zachowanie było poufałe, tak że zachodził w głowę w jakich stosunkach zostawać może ojciec z tym, dziwnym egzemplarzem ludzkiej rasy.
Tuż pod domem wydał gruby Marl, bez żadnego, widocznego powodu, okrzyk strachu i skoczył wstecz. Był blady, wargi mu drżały i dygotał całem ciałem.
Jack patrzył nań ze zdziwieniem, a nawet Harvey Froyant objawił wielkie zainteresowanie.
— Cóż się, u djabła, dzieje z panem? — spytał z wściekłością.
Nerwy jego, napięte już bardzo silnie, doznały nowego wstrząsu, skutkiem niezaprzeczalnego przestrachu dryblasa.
— Nic... nic... — mruknął Marl chrypliwie — ja tylko...
— Upiłeś się pan, zapewne! — huknął nań Froyant.
Odprowadziwszy gościa do domu, ruszył Jack na poszukiwanie Derricka Yale. Detektyw siedział w trzcinowym fotelu, pośród krzewów, z głową opuszczoną na piersi i skrzyżowanemi rękami.
Usłyszawszy kroki młodzieńca podniósł głowę.
— Nie mogę panu powiedzieć, czego się przestraszył Marl! — rzekł Yale, zanim Jack zadał pytanie, a widząc jego zdumienie, zaśmiał się i dodał. — Wszakże o to chciałeś pan pytać?
— Przybyłem z tym zamiarem! — roześmiał się Jack także. — Dziwny z pana człowiek! Czy może spostrzegłeś pan jego przerażenie.
Yale potwierdził skinieniem. — Widziałem go tuż przed atakiem. Widać stąd całą drogę polną! — oświadczył marszcząc czoło. — Przypomina mi kogoś... — ciągnął dalej zwolna — a jednak nie mogę powiedzieć, kto to jest. Ojciec wspomniał, że przybędzie i dlatego odgadłem.
Jack potrząsnął głową.
— Widzę go poraz pierwszy! — powiedział. — Pamiętam atoli, że ojciec i Froyant mieli jakieś interesy z niejakim Marlem. Ojciec wymienił raz to nazwisko. Handluje on, o ile wiem, parcelami gruntowemi, a ojca interesuje to obecnie! — potem dodał — Prócz tego widziałem znak „Czerwonego Kręgu“! — i opisał świeżo malowany znak dostrzeżony na pniu wiązu.
Yale przestał się natychmiast zajmować Marlem.
— Gdym szedł w stronę doliny, przysiąc mogę, nie było go na tem drzewie. Ktoś go wymalował, podczas mej rozmowy... ze znajomym. Pnia tego nie widać od strony płotu, toteż mógł to uczynić ktoś niepostrzeżenie. Co oznacza ten znak, Mr. Yale?
— Oznacza to mnóstwo wielkich przykrości! — odparł detektyw.
Wstał i jął chodzić po wykładanej flizami drodze, a Jack nie przeszkadzał mu w rozmyślaniach.
Tymczasem Marl usiłował, bezskutecznie zgoła, przedstawić interes, z którym tu przybył. Był on, jak mówił Jack, spekulantem gruntowym i przyniósł nader korzystne propozycje, atoli nie był w stanie ich wyłuszczyć.
— Trudna rada, moi panowie, — powiedział dotykając poraz czwarty warg, drżącymi palcami. — Dziś rano miałem atak.
— Cóż to było?
Marl nie umiał objaśnić, potrząsał tylko bezsilnie głową.
— Nie jestem w możności omówić dziś sprawy z koniecznym spokojem! — oświadczył. — Musimy to odłożyć do jutra.
— Czy sądzisz pan, że poto przyszedłem, by słuchać takich bzdur? — rozgniewał się Froyant. — Oświadczam, że chcę dziś sprawę załatwić, a tego samego domaga się Mr. Beardmore.
Jimowi Beardmore było obojętne kiedy to nastąpi i zaśmiał się.
— Nic tak pilnego! — powiedział. — Jeśli Mr. Marl czuje się źle, pocóż go dzisiaj męczyć? Może pan chce przenocować tutaj, panie Marl? — dodał.
— Nie, nie, nie! — wykrzyknął gość niemal ze zgrozą. — Jeśli pan pozwoli, nie zostanę tutaj na noc...
— Pańska wola! — odparł Jim Beardmore obojętnie, składając papiery, przysposobione do podpisu.
Potem wyszli razem do wielkiego przedsionka, gdzie napotkali Jacka.
Pojazd Beardmora zawiózł gościa i torbę jego na dworzec, gdzie Mr. Marl postąpił zgoła dziwnie. Mianowicie nadał torbę koleją do miasta, sam zaś wysiadł na najbliższym przystanku i ruszył pieszo z powrotem dziewięć mil, aż do posiadłości Beardmora, co było wprost bohaterskim czynem dla człowieka nienawidzącego chodzenie, któremu szkodził każdy wysiłek fizyczny. Nie szedł nawet drogą najkrótszą.
Zmierzchało już, gdy wkroczył ostrożnie w zarośla, nad granicą Beardmora.
Usiadł, okryty kurzem, ale pełen odwagi usiadł, czekając, aż noc zapadnie i bawiąc się małym, szybkostrzelnym pistoletem, dobytym z kieszeni.



5.
Dziewczyna, która uciekała.

— Nie wiem czemu ten człowiek nie wrócił dziś rano? — rzekł Jim Beardmore, chmurząc czoło.
— Co za człowiek? — spytał Jack obojętnie.
— Marl, oczywiście.
— Czy to ten wysoki grubas, którego widziałem wczoraj? — spytał Derrick Yale.
Stali na terasie domu, skąd widać było całą okolicę najbliższą.
Poranny pociąg przybył i ruszył dalej. Widzieli przez chwilę białą smugę dymu, potem zaś przepadł w odległości dziewięciu mil, poza wzgórzami.
— Zatelefonuję chyba Froyantowi, by nie przychodził nadaremnie! — powiedział Jim Beardmore, trąc podbródek. — Marl jest dla mnie istną zagadką. Dzielny to człowiek, wiem jednak, że był dawniej złodziejem. Poprawił się... przynajmniej sądzę, że się poprawił. Jacku, cóż go to wzburzyło wczoraj tak dalece? Wyglądał jak śmierć w chwili, gdy wszedł do gabinetu.
— Nie mam najmniejszego pojęcia! Sądzę, że cierpi na serce, czy coś podobnego. Opowiadał, iż miewa czasem takie ataki.
Beardmore roześmiał się, wszedł do domu i wrócił z laską.
— Przejdę się trochę! — rzekł do syna. — Nie, nie chodź zemną. Chciałbym rozważyć pewne sprawy. Przyrzekam panu Yale, że nie przekroczę granic mej posiadłości, chociaż jestem pewny, że pan zbytnią wagę przywiązujesz do pogróżek tych rabusiów.
Yale potrząsnął głową.
— A znak na drzewie? — spytał.
Jim mruknął wzgardliwie.
— Trzebaby czegoś więcej, by ze mnie wydusić te sto tysięcy! —
Zszedłszy z szerokich schodów skinął im ręką na pożegnanie, oni zaś patrzyli za kroczącym zwolna przez park.
— Czy sądzisz pan, że coś poważnego zagraża memu ojcu? — spytał Jack.
Yale, patrzący jeszcze za odchodzącym, obrócił się nagle.
— Czy zagraża? — rzekł gniewnie. — Tak, w dniach najbliższych zagraża mu wielkie niebezpieczeństwo!
Jack zatroskał się bardzo.
— Pocieszam się nadzieją, że nie masz pan racji! — powiedział. — Ojciec nie bierze sprawy tak poważnie, jak pan.
— Dlatego, że ojciec pański nie doświadczył tego co ja! — odparł detektyw. — O ile wiem, pytał naczelnego inspektora Parra, a on potwierdził, że niebezpieczeństwo jest istotnie wielkie.
Jack roześmiał się, mimo swych obaw.
— Jakież może istnieć porozumienie pomiędzy lwem i jagnięciem? — powiedział Mr. Yale, — sądzę, że prezydjum policji niebardzo liczy się z człowiekiem, jakim pan jesteś.[2]
— Podziwiam Parra! — zauważył Derrick. — Pracuje powoli, ale bardzo gruntownie. Jest to, o ile wiem, najsumienniejszy człowiek całego urzędu i nie doceniono go wcale w toku sprawy ostatniej zbrodni „Czerwonego Kręgu“. Podobno ma się podać do dymisji, o ile nie zdoła przychwycić bandy.
Podczas tej rozmowy Jim Beardmore znikł w małym lasku, na skraju posiadłości swojej.
— Pracowałem z nim w tej właśnie sprawie i nie uszło mej baczności...
Urwał i obaj wytężyli słuch.
Trudno było nie poznać odgłosu. W pobliżu padł strzał, od strony lasku. Jack przeskoczył poręcz i pognał łąką, a Derrick Yale biegł za nim.
O dwadzieścia kroków od drogi leśnej, leżał twarzą do ziemi zwrócony Jim Beardmore. Nie żył już. Podczas gdy Jack spoglądał na ojca przerażony niezmiernie, z przeciwległego końca lasku wybiegła dziewczyna. Zatrzymała się na moment, by garścią trawy zetrzeć z ręki coś czerwonego i popędziła wzdłuż żywopłotu, dzielącego obie posiadłości, ku wili.
Talja Drummond nie obejrzała się, dopóki nie wpadła do wili. Twarz jej była zmieniona, blada, oddech urywany, w chwili gdy stojąc w progu skierowała ku lasowi spojrzenie. Niezwłocznie weszła do domu, uklękła na podłodze i jęła drżącemi rękami podważać jednę z desek. Dokonawszy tego ujrzała wgłębienie. Po krótkiem wahaniu rzuciła tam trzymany w ręku pistolet szybkostrzelny i nakryła otwór deską.



6.
Talja Drummond złodziejka.

Komisarz patrzył na wycinek gazety, leżący przed nim i targał nerwowo wąsy. Inspektor Parr, znający te objawy spoglądał nań ze szczególnem zainteresowaniem.
Był to niski, przysadkowaty mężczyzna. Brakło mu dużo cali do miary normalnej i dziwne było nawet, jakim sposobem mógł pod tym względem zadość uczynić wyraźnym i szczegółowym przepisom władzy policyjnej. Chociaż miał już około lat pięćdziesiąt, na twarzy jego nie było zmarszczek. Zaś twarz nie przejawiała śladu rozumu, ni wykształcenia. Krągłe wyłupiaste oczy, bez wyrazu, podobne były wolim. Duży, mięsisty nos, obwisłe policzki i napoły łysa czaszka dopełniały całości, niepozornej zgoła.
Komisarz podniósł wycinek gazety.
— Posłuchajże pan! — rzekł i przeczytał głośno. Był to artykuł wstępny dziennika „Morning Monitor“, obfitujący w docinki osobiste.
— Poraz drugi już w tym roku ogół został wstrząśnięty do żywego. Zamordowano człowieka znanego powszechnie. Szczegóły tej nowej zbrodni „Czerwonego Kręgu“ znajdą czytelnicy na innem miejscu pisma, tutaj musimy tylko podkreślić z naciskiem, że prezydjum policji jest zupełnie zda się, bezradne w stosunku do tej bandy zbrodniarzy. Inspektor Parr, od roku już wyłącznie tą sprawą zajęty, nie daje nic, prócz nieokreślonych obietnic, które się jakoś wcale nie iszczą. Prezydjum policji powinnoby zostać gruntownie przetrzebione i należałoby weń wprowadzić krew świeżą. Toteż mamy nadzieję, że czynniki odpowiedzialne za rząd kraju nie zawahają się przedsięwziąć tych środków drastycznych, a koniecznych i to jak najprędzej.
— No i cóż pan na to, panie Parr? — spytał pułkownik Morton.
Parr potarł okazały podbródek i nie rzekł nic.
— James Beardmore, — ciągnął dalej z namysłem komisarz — został zastrzelony, po ostrzeżeniu policji, tuż pod swym domem, a morderca znajduje się na wolności. — Jest to już drugi, fatalny fakt, obciążający pana inspektora i wyznaję szczerze, iż mam zamiar działać po myśli propozycji tego dziennika.
Uderzył dłonią po papierze.
— W sprawie poprzedniej dopuściłeś pan do tego, że Derrickowi Yale przypadła cała zasługa pochwycenia mordercy. Przypuszczam, że widujesz się pan z tym detektywem?
Inspektor potwierdził.
— I cóż on powiada?
Parr jął przestępować z nogi na nogę.
— Nagadał mi mnóstwo bredni o jakimś człowieku, cierpiącym na ból zębów.
— Skądże wie o tem? — zapytał komisarz porywczo.
— Rozpoznał ten szczegół na podstawie łuski naboju, znalezionej na ziemi. Nie chcę mieć nic do czynienia z tym psychometrycznym humbugiem...
Komisarz rozparł się w fotelu i westchnął.
— Wydaje mi się, że pan nie chcesz mieć nic do czynienia z żadną użyteczną rzeczą, Mr. Parr. Nie szydź pan z Derricka Yale. Człowiek ten posiada niezwykłe i swoiste zdolności, a to że ich pan nie rozumiesz, nie ujmuje im wcale wartości.
— Nie zechcesz pan chyba twierdzić, panie komisarzu, — odparł skłonny do dysputowania Parr — że człowiek jakiś może na podstawie łuski naboju określić wygląd, cechy i myśli człowieka, który miał ją w ręku. To przecież głupstwo!...
— Niema na świecie głupstw! — rzekł komisarz z powagą. Wiedza psychometryczna już od szeregu lat oddaje znaczne usługi. Istnieją ludzie wraźliwi na pewne odczucia i dokazują niesłychanych rzeczy. Jednym z takich jest właśnie Derrick Yale.
— Był niemal świadkiem mordu! — zauważył Parr. — Wraz z synem ofiary znajdywał się w odległości niespełna stu jardów, a mimo to nie schwytał zbrodniarza.
Komisarz potwierdził skinieniem.
— I panu się także nie udało! — powiedział. — Przed rokiem przedłożyłeś mi pan swój plan opanowania „Czerwonego Kręgu“ i zgodziłem się nań. Zdaje się, obydwaj przywiązywaliśmy zbyt wiele do tego nadziei. Musisz pan spróbować innej metody. Mówię to z przykrością, ale inaczej nie sposób.
Parr milczał przez chwilę. Potem, ku wielkiemu zdumieniu komisarza przysunął sobie krzesło do jego biurka, usiadł nie proszony wcale i rzekł:
— Muszę panu coś powiedzieć, pułkowniku! — oświadczył familjarnie, a z taką powagą, z tak niezwykłym u niego wyrazem twarzy, że komisarz spojrzał nań zdumiony wielce.
— „Czerwony Krąg“ może być przyłapany bardzo łatwo. Przystawię panu jednego po drugim członka tego koła. Ale to nic. Mnie idzie o samą piastę jego, a wówczas poszczególne sprychy pozbawione zostaną wszelkiego znaczenia. Ale na to potrzeba mi znacznie większych pełnomocnictw, niż te, które posiadam obecnie.
— Większych pełnomocnictw żądasz pan? — wykrzyknął komisarz, jakby piorunem rażony. — Cóż to znaczy właściwie?
— Zaraz wyjaśnię!
I wyjaśnił tak dobrze, iż po jego odejściu komisarz siedział długo, pogrążony w zadumie.
Opuściwszy Scotland Yard[3], udał się Mr. Parr przedewszystkiem do pewnego, małego biura w śródmieściu.
Na trzeciem piętrze, w małej ubikacji oczekiwał go Derrick Yale. Trudno było wyobrazić sobie większej różnicy jak ta, która cechowała obu.
Yale przedraźniony, nerwowy, wraźliwy marzyciel i Parr masywny mięsisty, z pozoru niezdolny do własnej myśli.
— Jakże wypadła rozmowa z komisarzem? — zapytał Yale.
— Nie szczególnie! — przyznał Parr ze smutkiem. On ma do mnie jakieś uprzedzenie. Nie wiesz pan z jakiego powodu?
— Nie, natomiast wiem, kim jest pański człowiek cierpiący na ból zębów — powiedział niespodzianie Yale. — Nazywa się Sibly, jest marynarzem, a widziano go nazajutrz w pobliżu domu zamordowanego. Wczoraj — wziął w rękę telegram — został aresztowany za pijaństwo i znaleziono przy nim pistolet szybkostrzelny, który, zdaniem mojem, posłużył do wykonania zamachu. Pamiętasz pan, że kula wyjęta ze zwłok, pochodziła właśnie z tego rodzaju broni.
Parr spoglądał na detektywa z nieopisanem zdumieniem.
— Jakżeś pan to zdołał spenetrować? — spytał.
Derrick Yale zaśmiał się zcicha.
— Nie bardzo ufasz pan moim wnioskom! — powiedział z odcieniem wesołości. — Ale, w chwili wzięcia do rąk łuski naboju ujrzałem przed sobą tego człowieka, jak pana widzę. Wysłałem jednego z ludzi moich na poszukiwanie i oto rezultat! — wskazał telegram.
Mr. Parr wstał, a głębokie zmarszczki zakryły w twarzy jego wszelką cechę dobroduszności.
— Schwytano go tedy, — rzekł spokojnie — radbym jednak wiedzieć, czy on to właśnie pisał.
Dobył z portfelu kawałek papieru, który usiłowano widocznie spalić, gdyż brzegi jego były szczerniałe.
Yale wziął w palce świstek.
— Gdzież pan to znalazłeś? — spytał.
— Znalazłem tę kartkę wczoraj w wiadrze na popiół w domu Beardmora.
Na kartce nagryzmolone były te wyrazy:
Ja sam
Ty sam
Blok B.
Łapówka
— Ja sam... ty sam... — czytał Yale — Blok B.... Łapówka...?
Potrząsnął głową.
— Nie rozumiem! — powiedział, trzymając kartkę na dłoni. — W dodatku ogień zniszczył aurę.
Parr schował papier starannie do portfelu.
— Chciałbym panu jeszcze coś powiedzieć, — dodał — oto był w lesie człowiek, noszący śpiczaste trzewiki i palący cygara. Znalazłem popiół w małem zagłębieniu, a odciski trzewików na grządkach ogrodu.
— W pobliżu domu? — spytał Yale zdumiony.
Grubas potwierdził skinieniem.
— Mojem zdaniem, — powiedział — ktoś chciał przestrzec Beardmora, napisał tę kartkę i po zapadnięciu mroku oddał w domu jego. Starzec przeczytał i spalił potem. Znalazłem to w miejscu, gdzie służba składa popiół.
Zastukano zlekka.
— To Jack Beardmore! — rzekł Yale, półgłosem.
Jack Beardmore znękany był bardzo przejściami dni ostatnich. Kiwnął głową Parrowi i podszedł z wyciągniętą dłonią do Derricka Yale.
— Zapewne niema nic nowego? — spytał, potem zaś zwrócony do Parra dodał: — Byłeś pan wczoraj u nas, Mr. Parr. Czy może jest jakiś ślad?
— Nic, o czemby warto mówić! — przyznał inspektor.
— Byłem u Froyanta, który przebywa w mieście, — powiedział Jack — ale odwiedziny nie dały żadnego rezultatu, bowiem znajduje on się w stanie strasznego zdenerwowania.
Nie przyznał się, że dlatego uważa wizytę za bezcelową, iż nie zastał Talji Drummond. Jeden tylko z obecnych odgadł przyczynę jego rozczarowania.
Derrick Yale opowiedział mu o aresztowaniu, będącem w związku ze zbrodnią.
— Nie sądzę, — powiedział — by można przywiązywać wielkie nadzieje do tego faktu. Jeśli nawet człowiek ten strzelił, to jest on niezawodnie jeno jednem z podrzędnych narzędzi. Dowiemy się, sądzę, jak zawsze, że źle mu się wiodło i został namówiony do morderstwa przez kierownika „Czerwonego Kręgu“. Do ostatecznego rozwiązania równie nam daleko, jak było dotąd.
Wyszli razem z biura na ulicę, oblaną jesiennem słońcem.
Jack miał się widzieć z adwokatem, prowadzącym sprawę spadkową, obaj zaś funkcjonarjusze policji postanowili iść na najbliższy dworzec, skąd chcieli jechać do uwięzionego. Przechodzili właśnie bardzo ożywioną ulicę, gdy Jack krzyknął bezwiednie. Po przeciwległej stronie znajdywał się wielki bank zastawniczy, a z bocznych drzwi, używanych przez klijentów, wyszła w tej właśnie chwili młoda panna.
— Do kroćset! — powiedział Parr bezbarwnym, jak zawsze, tonem:
— Nie widziałem jej już od lat dwu!
Jack spojrzał nań zdumiony.
— Nie widziałeś pan jej już od dwu lat? Czy masz pan na myśli tę młodą damę?
Parr skinął głową i odrzekł spokojnie:
— To jest Talja Drummond, złodziejka i wspólniczka złodziei.



7.
Skradziony bożek.

Te słowa były ciosem dla Jacka.
Stał nie mogąc się poruszyć, ni przemówić, zaś dziewczyna, nie spostrzegłszy, że jest śledzona, wsiadła w dorożkę automobilową i odjechała.
— Czegoż tam chciała, do djaska? — zawołał Parr.
— Złodziejka i wspólniczka złodziei — powtórzył Jack mechanicznie. — Na miłość boską, gdzież pan idziesz, inspektorze? — zapytał żywo, widząc, że Mr. Parr przechodzi w poprzek ulicę.
— Chcę wybadać, co ona robiła w banku zastawniczym! — rzekł Parr.
— Pewnie jej brakło pieniędzy, ale nie jest to przecież zbrodnią! —
Mówiąc to, czuł dobrze Jack, że słabą jest obrona tego rodzaju.
Talja Drummond oszustką, a może nawet złodziejką? To niemożliwe, to nie do pojęcia! Mimoto jednak poszedł bezwolnie za inspektorem, wkroczył z nim w ciemny kurytarz i znalazł się w gabinecie dyrektora banku, w chwili, kiedy funkcjonarjusz przyniósł przedmiot, zastawiony przez młodą damę. Była to mała, złota figurka Buddy.
— Zdziwiło mnie nawet, — powiedział dyrektor, gdy mu Parr objaśnił, kim jest — zdziwiło mnie żądanie tylko dziesięciu funtów, podczas gdy przedmiot wart jest sto najmniej.
— Czem to uzasadniła? — spytał Derrick Yale, dotąd będący niemym tylko słuchaczem.
— Powiedziała, że potrzebuje pieniędzy, a ojciec posiada znaczną ilość takich osobliwości. Nie chcę jednak brać kwoty większej, by móc ten przedmiot wykupić niedługo.
— Czy zostawiła adres? Jakież podała nazwisko?
— Talja Drummond, Park Gate 29! — powiedział funkcjonarjusz.
Derrick Yale krzyknął.
— Wszakże jest to adres Harveya Froyanta!
Jack wiedział doskonale, że tam mieszka stary skąpiec i przypomniał sobie, że posiada zbiory starożytności wschodnich. Inspektor wydał pokwitowanie odbioru figurki i schował ją w kieszeń.
— Chodźmy teraz do Mr. Froyanta! — powiedział Parr, podczas gdy Jack wysilał się na wynalezienie sposobów interwencji.
— Na miłość boską, inspektorze! — prosił. — Nie narażaj jej na przykrości! Przyszła jakaś, nagła pokusa, widocznie. Jeśli można to załatwić pieniędzmi, gotów jestem na wszystko!
Derrick Yale spojrzał na młodzieńca z powagą i zrozumieniem.
— Znasz pan tedy miss Drummond? — spytał.
Jack skinął potwierdzająco. Miał w tej chwili dziecinną wprost ochotę uciec i schować się gdzieś.
— To niemożliwe! — rzekł inspektor stanowczym tonem zacietrzewionego policjanta. — Chcę wybadać Froyanta, czy przedmiot ten został zastawiony za jego przyzwoleniem.
— Idź pan tedy sam! — zawołał Jack.
Nie mógł być świadkiem upokorzenia dziewczyny. To rzecz okropna.
— Parr jest bydlę! — powiedział, gdy został sam na sam z Derrickiem Yale. — Ta dziewczyna niezdolną jest dopuścić się tak ordynarnego złodziejstwa. Biedaczka! Ach, czemuż zwróciłem na nią uwagę inspektora!
— On ją dostrzegł pierwszy! — powiedział Yale, kładąc dłoń na ramieniu Jacka i dodał — Panie Jacku, jesteś pan wzburzony. Z jakiegoż to powodu zajmuje pana Miss Drummond? Musiałeś ją często widywać, na wsi będąc, gdyż posiadłości graniczą ze sobą.
Jack skinął potwierdzająco.
— Ach, — powiedział z goryczą — gdybyś pan był tak pilnie śledził „Czerwony Krąg“, jak tę dziewczynę, biedny mój ojciec żyłby dotąd napewno.
Derrick Yale robił co mógł, by go uspokoić. Wziął go do biura i starał się myśli jego zwrócić na inne tory. Po kwadransie zadzwonił telefon. Był to Parr.
— No i cóż? — spytał Yale.
— Zaaresztowałem Talję Drummond, — rzekł krótko — a jutro wniosę skargę.
Yale odłożył słuchawkę i zwrócił się do młodzieńca.
— Została aresztowana? — spytał, odgadując treść rozmowy.
Yale potwierdził, a twarz Jacka pobielała.
— Widzisz pan, drogi Jacku, — rzekł łagodnie — omyliłeś się na równi z Froyantem. Ta dziewczyna jest złodziejką.
— Choćby była złodziejką, a nawet morderczynią, — powiedział Jack z uporem — kocham ją!



8.
Oskarżenie.

Rozmowa Parra z Froyantem trwała krótko. Na widok inspektora pobladł stary skąpiec, znał go bowiem z widzenia i wiedział o jego stosunku do sprawy Beardmora.
— I cóż? I cóż? — spytał z drżeniem, czy ci szatańscy rabusie wystąpili może z czemś nowem?
— Na razie nie, sir! — odparł Parr. — Przychodzę, by zadać panu kilka pytań. Jak długo pracuje u pana Miss Talja Drummond?
— Od trzech miesięcy jest sekretarką moją! — odrzekł podejrzliwie. — Ale czemu pan pytasz, inspektorze?
— Jaką płacisz jej pan miesięczną pensję?
Mr. Froyant wymienił kwotę zgoła nie odpowiednią, a uczynił to tonem usprawiedliwienia, jakby przepraszał na tę płacę głodową.
— Prócz tego — dodał z dumą — ma u mnie wikt i wolne wieczory!
— Czy w czasach ostatnich brakowało jej pieniędzy?
Froyant wybałuszył nań oczy. — No... tak. Wczoraj spytała, czy nie mógłbym jej dać pięć funtów zaliczki, mówiąc, że ma konieczny wydatek. Oczywiście, nie dałem... z zasady nie płacę za pracę nie wykonaną jeszcze... — dodał z miną bogobojną — to prowadzi do zubożenia.
— Słyszałem, że posiadasz pan znaczną ilość przedmiotów starożytnych, po części bardzo cennych. Czy zauważyłeś pan brak czegoś w dniach ostatnich?
Froyant zerwał się. Sama wzmianka o tem, że mógłby zostać okradziony wprawiała go zawsze w strach obłędny. Nie rzekłszy słowa wybiegł z pokoju, gdy wrócił po trzech minutach, oczy mu wystąpiły z orbit.
— Mój Budda! — jęknął. — Wart conajmniej sto funtów! Był jeszcze dziś rano...
— Poproś pan Miss Drummond — powiedział oschle inspektor.
Weszła Talja, chłodna, opanowana i stanęła przy biurku szefa, trzymając ręce za sobą. Nie spojrzała niemal na inspektora.
Rozmowa była krótka i bardzo przykra dla Froyanta, na dziewczynie zaś nie uczyniła, zdawało się, żadnego wrażenia, mimo, że lodowate spojrzenie chlebodawcy zwiastowało odkrycie kradzieży. Przez chwilę nie mógł skąpiec wykrztusić zdania.
— Pani... pani skradła mi coś! — wyrzucił w końcu skrzekliwym tonem, a podniesiona dłoń jego drżała. — Jesteś złodziejką!
— Prosiłam pana o pieniądze! — odparła chłodno. — Gdybyś pan nie był szkaradnym, starym dusigroszem, dostałabym je była dobrowolnie.
— Pani... pani... — jąkał się, a potem rzekł, zwrócony do inspektora — Oskarżam ją o kradzież! Pamiętaj to sobie moja panno... Zaraz,... zaraz, zobaczę, czyś mi nie skradła czegoś więcej jeszcze!
— Niech się pan nie trudzi! — powiedziała. — Wzięłam tylko tego, szkaradnego Buddę i nic pozatem.
— Oddaj mi panna zaraz klucze! — ryknął rozwścieczony. — Ach, pozwalałem jej otwierać swe listy! Na samą myśl rozpacz mnie porywa!
— Jeden zwłaszcza otwarłam, który nie będzie panu miłym! — powiedziała spokojnie i zaraz zobaczył, co trzyma w ręce.
Podała mu kopertę, on zaś, osłupiały, spostrzegł czerwone koło. Słowa, które były weń wpisane, zaćmiło mu przerażenie i padł z jękiem we fotel. —



9.
Talja przed sądem policyjnym.

Sędzia był człowiekiem dobrotliwym. Przenosił spojrzenie z siedzącego na ławie świadków inspektora Parra na dziewczynę, która równie niemal chłodna i opanowana jak świadek, zajęła miejsce na ławie oskarżonych.
Twarz jej, zwracająca w każdem otoczeniu uwagę, w tem ponurem środowisku urzędu policyjnego błyszczała tem większą jeszcze pięknością.
Sędzia spojrzał na leżącą przed nim skargę. Wiek Talji Drummond podano na lat dwadzieścia jeden, a zawodowo określono ją jako „sekretarkę“.
Ten człowiek prawa przeżył już nie jedno i był zahartowany na najniezwyklejsze sprawy. Potrząsnął tedy tylko rozpacznie głową.
— Czy znany jest jakiś fakt, świadczący na niekorzyść tej kobiety? — spytał, czując dobrze, jak śmiesznie brzmi w tem zastosowaniu wyraz „kobieta“.
— Sir! Od niejakiego czasu jest obserwowana przez policję, ale do tej pory nie była aresztowaną.
Sędzia spojrzał na dziewczynę przez okulary i rzekł:
— Doprawdy, pojąć nie mogę, jak mogłaś pani doprowadzić do sytuacji tego rodzaju. Posiada pani, jak widzę wykształcenie i kulturę, a obciąża panią zarzut kradzieży kilku funtów, chociaż przedmiot zabrany posiada znacznie większą wartość, niż zyskana w sposób karygodny kwota. Postępek ten przypisać trzeba chyba niezmiernej pokusie chwilowej, czy gwałtownej potrzebie pieniędzy. To jednak nie usprawiedliwia czynu. Zważywszy dotychczasową nienaganność, przyznaję pani czas do poprawy i tym razem uwalniam, udzielając jednocześnie przestrogi, byś pani nie popadła już w tego rodzaju konflikt z prawem.
Dziewczyna złożyła ukłon, opuszczając ławę oskarżonych, gdyż sądzić miano sprawę następną.
Jednocześnie wstał Harvey Froyant i wyszedł ze sali. Był to człowiek bogaty, pieniądz stanowił dlań cel i zadanie życia. Przed udaniem się na spoczynek przeliczał zawartość swych kieszeni, a w takich okolicznościach byłby zdolny aresztować matkę własną.
Czyn Talji Drummond był w jego oczach tem straszniejszym, że w ostatniej chwili doręczyła mu pogróżkę „Czerwonego Kręgu“, a z tego wrażenia nie otrząsnął się jeszcze.
Był to człowiek wysoki, chudy, pochylony nieco, do świata odnosił się z niedowierzaniem, a w tej chwili rozpierał go gniew, ponieważ żywił niewzruszalne przekonanie o świętości majątku.
— Taka kobieta stanowi niebezpieczeństwo społeczne! — żalił się Parrowi cienkim, gderliwym zawsze głosem. — Któż wie, czy nie jest w stosunkach z szantażystami i mordercami, którzy mi zagrażają? Mam im zapłacić czterdzieści tysięcy! — jęknął. Jest pańskim obowiązkiem czuwać, by mnie nie spotkało coś złego... rozumiesz pan, inspektorze... to pański obowiązek!
— Rozumiem! — odparł znudzony. Ale dziewczyna ta, napewno nie wie nic o „Czerwonym Kręgu“. Jest bardzo młoda jeszcze.
— Młoda! — burknął Froyant — właśnie najstosowniejszy czas na karę. Należy karać za młodu, by z nich uczynić przyzwoitych obywateli.
— Jest w tem dużo prawdy! — przyznał Parr z westchnieniem, a potem dodał, zgoła bez związku — Dzieci, to wielka odpowiedzialność.
Froyant mruknął coś i nie skinąwszy nawet głową na pożegnanie, poszedł szybko ku pojazdowi, czekającemu nań przed gmachem sądowym.
Inspektor patrzył nań, zlekka uśmiechnięty, a obejrzawszy się zobaczył młodego człowieka, który stał u wyjścia bocznego.
— Dzień dobry, panie Beardmore! — powiedział. — Czy pan oczekujesz młodej damy?
— Tak. Jakże długo ją będą jeszcze trzymać? — wykrzyknął nerwowo.
Mr. Parr spojrzał nań obojętnie.
— Racz pan przebaczyć, — rzekł spokojnie — ale widzę, że pan interesujesz się ową Miss Drummond więcej, niż to dobre jest dla pana.
— Co pan masz na myśli? — spytał Jack porywczo. — Cała sprawa była tylko haniebną pułapką. To bydlę Froyant...
Inspektor potrząsnął głową.
— Miss Drummond zeznała, że zabrała figurkę, prócz tego zaś widzieliśmy wszakże, jak wychodziła z banku zastawniczego. Co do tego niema żadnej wątpliwości.
— Zeznała to jeno z powodów znanych jej samej wyłącznie! — powiedział gwałtownie. — Czyż taka dziewczyna mogłaby kraść? Poco? Wszakże dałbym jej wszystko, czego tylko potrzebowała!... Coś się poza tem wszystkiem ukrywa! — dodał spokojniejszym tonem. — Coś, czego nie rozumiem, a pan, zapewne także, inspektorze.
W tej chwili stanęła w drzwiach Talja Drummond. Na widok Jacka drgnęła i pokraśniała zlekka.
— Czyż pan był na rozprawie? — spytała żywo.
Potwierdził, a ona wstrząsnęła głową.
— Nie należało tego czynić! — wybuchnęła. — Skąd pan wiedziałeś? Kto panu powiedział?
Obecności inspektora zdawała się nie dostrzegać i poraz pierwszy dopiero od aresztowania, była wzburzona. Czerwieniała, to bladła naprzemian i ciągnęła drżącym nieco głosem:
— Przykro mi bardzo, panie Beardmore, żeś pan był w sali, a bardziej jeszcze, że tutaj czekasz na mnie.
— To wszystko nie prawda?... — powiedz pani! To tylko pułapka, którą nastawiono, by cię schwytać?
Mówił błagalnie, ale ona potrząsnęła głową.
— Nie była to pułapka! — rzekła spokojnie — okradłam istotnie Mr. Froyanta.
— Ale dlaczego? — wykrzyknął rozpacznie. — Z jakiego powodu?
— Przykro mi, że nie mogę tego uzasadnić! — odrzekła z lekkim uśmiechem. — Zresztą, potrzebowałam pieniędzy, czyż nie jest to powód dostateczny?
— Nigdy nie uwierzę! — powiedział, patrząc na nią z powagą. — Nie zaliczasz się pani do osób, mających upodobanie w kradzieży.
Spojrzała nań przeciągle i zwrócona do inspektora, rzekła:
— Może pan zechce objaśnić Mr. Beardmora. Ja nie zdołam tego, widzę, uczynić.
— Dokąd pani zamierza iść? — spytał Jack.
— Do domu! — odparła. — Proszę, nie śledź mnie pan!
— Nie ma pani, wszakże, domu!
— Mam pokój umeblowany! — powiedziała z niejaką niecierpliwością.
— Jadę tedy z panią! — nalegał.
Nie opierając się już, wyszła razem z nim na ożywioną ulicę. Szli bez słowa aż do najbliższej stacji kolei podziemnej.
— Muszę jechać do domu! — powiedziała życzliwiej, niż dotąd.
— Cóż pani zamyśla robić? — zapytał. — Wobec tego strasznego oskarżenia nie znajdzie pani posady!
— Czyż to oskarżenie jest aż tak straszne? — spytała chłodno.
To rzekłszy zwróciła się ku wejściu, on zaś chwycił ją gwałtownie za ramię, wyrzucając z poza zaciśniętych zębów:
— Posłuchaj mnie pani! Kocham cię i chcę poślubić. Nie mówiłem tego dotąd, ale chyba odgadłaś, pani! Nie dopuszczę, byś znikła z życia mego! Czy pani to rozumiesz? Nie wierzę w to całe złodziejstwo...
Z całym spokojem uwolniła ramię.
— Panie Beardmore! — powiedziała zcicha. — Jesteś podniecony i nierozsądny! Powiedziałeś, że nie dopuścisz, bym znikła z pańskiego życia i chcesz się zrujnować dla złodziejki, której udowodniono tę zbrodnię. Tego ja znowu nie dopuszczę. Pozatem, że jestem ładną dziewczyną, nie wiesz pan o mnie nic. Napotkał mnie pan przypadkiem na wsi i spodobałam się, ale obowiązkiem moim jest zastąpić panu matkę i ciotkę! — w oczach jej zamigotało rozweselenie, w chwili, gdy uścisnęła wyciągniętą dłoń jego. — Spotkamy się jeszcze może, a wówczas zblednie ów romantyczny blask. Żegnam pana.
Znikła w tłoku przy kasie biletowej, zanim odzyskał zdolność wyrzeczenia słowa.



10.
Wezwanie Czerwonego Kręgu.

Talja Drummond wróciła do swego umeblowanego pokoiku, gdzie mieszkała przed objęciem posady sekretarki Froyanta. Wieść o jej przygodzie musiała dotrzeć tu już, bowiem gruba gospodyni przyjęła ją nader chłodno. Gdyby nie to, że przez czas pobytu u Froyanta płaciła czynsz, nie wpuściłaby jej zapewne.
Pokoik był skromny, ale miły bardzo, toteż nie bacząc na kwaśną minę gospodyni, weszła, zamykając drzwi za sobą. Spędziła bardzo nieprzyjemny tydzień, i odzież jej wydzielała duszny odór więzienia hollowayskiego. Holloway miało jednę atoli zaletę, której brakło więzieniu przy Lexington Street l. 14. Były tam przepyszne instalacje do kąpieli i Talja wspomniała o tem, rozbierając się.
Miała głowę pełną różności, myślała o Froyancie, o Jacku i marszcząc czoło, starała się zapomnieć o tem. Przedewszystkiem Froyant. Nienawidziła go niemal, conajmniej zaś gardziła nim. Czas spędzony w jego domu był okresem przykrym wielce. Jadała razem ze służbą, wiedząc że skąpiec, którego czek opiewać mógł na kwotę siedmiocyfrową, liczy i waży każdy kęs, jaki wkłada w usta.
— Przynajmniej nie zalecał się! — rzekła do siebie.
Istotnie, trudno było przedstawić sobie Harveya Froyant w roli zalotnika. Nie zapomniała, jak to z notatnikiem w ręce kroczyła za nim przez komnaty wielkiego domu, podczas gdy on szukał dowodów niedbalstwa służby. Dotykał politurowanych półek bibljoteki, chcąc znaleźć bodaj ślad kurzu, podnosił brzegi dywanów, oglądał srebro co tydzień, a także obliczał zapasy śpiżarni.
Przed jedzeniem odmierzał wino, chcąc się przekonać, że go nie ubyło, liczył flaszki, a nawet korki. Pysznił się tem, że potrafi zauważyć zniknięcie jednego nawet kwiatu w ogrodzie, bowiem posyłał do miasta na targ kwiaty, jarzyny i brzoskwinie, dojrzewające na murach. Biada ogrodnikowi, któryby sobie przywłaszczył jedno choćby jabłko. Froyant posiadał instynkt, tak że niezawodnie trafiłby zawsze pod okradzione drzewo.
Wspominając to uśmiechała się wzgardliwie. Zmieniwszy suknię, wyszła, zamykając drzwi, a gospodyni wiodła za nią oczyma i kiwała znacząco głową.
— Lokatorka pani wróciła? — zagadnęła ją sąsiadka.
— Wróciła! — odparła gniewnie. — Ładna osoba! Poraz pierwszy mam u siebie złodziejkę i poraz ostatni! Wypowiem jej dziś jeszcze mieszkanie.
Nie wiedząc zgoła o tym wyroku pojechała Talja do miasta omnibusem, wysiadła przy Fleet Street i weszła do biura ogłoszeń wielkiego dziennika. Wziąwszy formularz skreśliła, po namyśle, te słowa:
— Sekretarka. Młoda dama, przybyła z kolonij, poszukuje miejsca sekretarki. Mieszkanie na miejscu pożądane. Skromna pensja. Stenografja. Maszyna.
Oddała ogłoszenie przy okienku i zapłaciła należytość.
Na kolację wróciła do domu. Gospodyni przyniosła posiłek na wytartej tacy.
— Miss Drummond! — ozwała się. — Mam pani coś powiedzieć.
— Prosto z mostu! — odrzekła swobodnie.
— Począwszy od przyszłego tygodnia potrzebny mi jest ten pokój.
Talja obróciła się zwolna.
— To znaczy, że mam się wynieść?
— Tak jest. Nie mogę dopuścić, by osoby w guście pani mieszkały w uczciwym domu. Bardzo się rozczarowałam, uważając panią za uczciwą, młodą damę!
— Czyń to pani nadal! — odparła chłodno. Jestem młoda i zachowuję się jak dama.
Ale gruba gospodyni nie miała zamiaru wyrzec się wystudjowanego przemówienia.
— Jesteś pani, zaprawdę, uczciwą damą i zaszczyt przynosisz całej kamienicy! — rzekła szyderczo. — Przesiedziałaś cały tydzień w kryminale. Nie myśl pani, że nie czytam gazet.
— Jestem pewna, że pani czyta gazety! Dość tego, Mrs. Boland. W przyszłym tygodniu wyprowadzę się.
— Chciałabym jeszcze coś powiedzieć...
— Proszę to powiedzieć w kurytarzu! — przerwała Talja, podchodząc do rozwścieklonej baby, gdy zaś cofnęła się bezwiednie za próg, zamknęła drzwi.
Gdy mrok zapadł, zaświeciła lampę naftową i zajęła się manikurowaniem paznokci. Naraz usłyszała ciężkie kroki gospodyni, która zapukawszy, przyniosła pocztę wieczorną.
— Ma pani list! — powiedziała.
Talja wzięła z jej rąk kopertę.
— Proszę zawiadomić przyjaciół o zmianie adresu! — zaczęła gospodyni, nie mogąc zaprzestać sporu.
— Nie zawiadomiłam jeszcze przyjaciół, że mieszkam w tak haniebnej spelunce! — odparła i zaraz zamknęła na klucz drzwi za cofającą się ponownie sekutnicą, która nie mogła znaleźć trafnej ryposty.
Uśmiechnęła się obejrzawszy przy lampie adres, pisany drukowanemi literami. Potem, obejrzawszy marki, otwarła kopertę. Wewnątrz była czworoboczna kartka z czerwono wymalowanym kręgiem, pośrodku którego widniał napis również drukowanemi literami.
— Potrzebujemy pani. Proszę jutro, wieczór o dziesiątej, wsiąść do auta, czekającego na rogu Stayne Square.
Położywszy kartkę na stole, zapatrzyła się w nią.
Czerwony Krąg potrzebował jej.
Spodziewała się tego wezwania, ale przyszło wcześniej, niż to przewidziała.



11.
Zeznanie.

Trzy minuty przed dziesiątą następnego wieczora wjechało zamknięte auto powoli na Stayne Square, zatrzymując się na rogu Clerges Street. Zaraz potem wyszła Talja Drummond z przeciwległej ulicy. Miała czarny, długi płaszcz, a kapelusz obejmował gęsty welon, zawiązany pod brodą.
Bez chwili wahania otwarła drzwiczki wozu i wsiadła. Było zupełnie ciemno, tak, że zaledwie dostrzegała zarysy pleców szofera. Nie obrócił głowy i nie wprawiał wozu w ruch, chociaż pod nogami czuła Talja dudnienie motoru.
— Wczoraj — zaczął szofer bez wstępu — stawała pani przed sądem policyjnym, pod zarzutem kradzieży. Wczoraj popołudniu zamieściła pani ogłoszenie, podając się za przyjezdną z kolonij. Ma pani zamiar dostać posadę, umożliwiającą praktykowanie dalej złodziejstw swoich.
— To bardzo interesujące! — zauważyła, głosem zupełnie pewnym. — Nie sądzę jednak, byś mnie pan wzywał w celu powiedzenia mi tego. Otrzymawszy list, byłam pewna, że zostanę użyteczną pomocnicą. Pytam tedy, co to ma znaczyć?
— Odpowiem, gdy uznam za stosowne! — odparł szorstko.
— Oczywiście, — uśmiechnęła się — czyż jednak nie przyszło panu do głowy, że porozumię się z policją i przybędę w towarzystwie inspektora Parra, oraz Derricka Yale?
— W takim razie leżałabyś pani w tej chwili, martwa, na chodniku! — odparł spokojnie. — Miss Drummond, umożliwię pani lekki zarobek, a pozatem dam wyśmienitą posadę, nie kładąc tamy ulubionej specjalności. Rzecz główna służyć mi. Czy pani rozumie?
Skinęła głową, a wspomniawszy, że tego nie widzi, powiedziała:
— Rozumiem.
— Za wszystko będzie pani dobrze zapłacona. Jestem zawsze pod ręką, by pomagać, a także karać w razie zdrady! Czy to jasne?
— Zupełnie! — potwierdziła.
— Zajęcie pani będzie nader proste! — dodał nieznany szofer. — Jutro zgłosi się pani do banku Brabazona. On potrzebuje sekretarki.
— Ale czy mnie przyjmie? — przerwała. Może zgłosić się pod innem nazwiskiem?
— Pod własnem! — powiedział niecierpliwie. — Nie przerywaj mi pani! Za usługi będę płacił dwieście funtów miesięcznie. Tu są pieniądze!
Podał jej przez ramię dwa banknoty. Wzięła je, a dotknąwszy przypadkiem jego ramienia, uczuła coś twardego pod wełnistym płaszczem.
— Kulotrwały kaftan! — przebiegło jej przez głowę, potem zaś rzekła głośno — Co mam powiedzieć Brabazonowi o przeszłości swojej?
— Zbyteczne będzie mówić coś, czy robić. Od czasu do czasu otrzyma pani rozkazy. Na tem koniec! — zakończył zwięźle.
W kilka minut potem wsiadła Talja na zakręcie ulicy w taksówkę, która ją zawiozła na Lexington Street. W pewnej odległości sunęła za nią inna dorożka, nie prześcigając i nie mijając, nawet w chwili, gdy znalazła się pod mieszkaniem. Niewiadomo, czy otwierając bramę, wiedziała, że inspektor Parr znajduje się o kilkanaście kroków, w każdym jednak razie nie dała tego poznać po sobie.
Parr oglądał przez kilka minut kamienicę z przeciwległego trotoaru, gdy w jednem z okien piętra zabłysło światło, wrócił do czekającej nań taksówki, która go tak daleko, na wschodnią połać miasta zawiozła.
Miał właśnie wsiadać, gdy go minął szybko jakiś mężczyzna z podniesionym kołnierzem palta.
— Flush! — zawołał, poznając przechodnia, który zaraz obrócił się na obcasie.
Był to mały i czarnowłosy człowiek o zapadłych policzkach. Na widok inspektora przeraził się bardzo.
— Pan inspektor Parr! — zawołał z źle naśladowaną radością. — Któżby mógł przypuścić, że pan się znajdzie tu, na drugim końcu świata!
— Chciałbym z panem pomówić o czemś! — powiedział. — Może pan pojedzie ze mną?
Tego rodzaju niedwuznaczne zaproszenia usłyszał już raz Mr. Flush.
— Chyba nie ma mi pan nic do zarzucenia, panie inspektorze? — spytał lękliwie.
— Nie! — przyznał szczerze Parr. — Zresztą kroczysz pan teraz drogą uczciwą. Przyrzekłeś to przynajmniej, opuszczając więzienie.
— Istotnie! — odetchnął z ulgą Mr. Flush Barnet. — Pracuję na życie i mam zamiar ożenić się niedługo.
— Doprawdy! — wykrzyknął inspektor, naśladując zdumienie. — Którażto, Bella, czy Milly?
— Milly! — odparł Flush, klnąc w duchu zadziwiającą pamięć Parra. — I ona także nie chodzi krytemi drogami. Jest zajęta w sklepie.
— Mówiąc ściśle, w banku Brabazona! — powiedział inspektor i obejrzał się, jakby tknięty jakąś myślą. — Radbym wiedzieć, — mruknął — radbym wiedzieć, czy ta jest to właśnie.
— Milly — objaśnił spiesznie Mr. Flush — jest teraz skończoną damą. Jak słońce, czysta. Nie ściągnęłaby marnego zegarka, choćby szło o życie. Przykroby mi było, panie inspektorze, gdybyś ją pan uważał za osobę złą. Żyjemy teraz oboje, rzec można... uczciwie.
Spokojną twarz Parra okryły figlarne zmarszczki.
— A to dopiero nowości, Mr. Flush. Gdzie możnaby zastać Milly tymi dniami?
— Mieszka w umeblowanym pokoju po drugiej stronie rzeki! — odparł Flush z niechęcią. — Nie zechcesz pan chyba wywlekać dawnych spraw?
— Broń Boże! Radbym tylko pomówić z nią. A może... — zawahał się. — Zresztą mam czas na to. Opatrzność zrządziła, zaprawdę, że pana spotkałem!
Flush potakiwał, nie będąc jednakowoż tego samego zdania.
— A więc to jest to właśnie! — powiedział inspektor do siebie. Spotkawszy w pół godziny potem w klubie Derricka Yale nie wspomniał mu o swych podejrzeniach, co było tem dziwniejsze, że szczegółowo omawiali kwestję „Czerwonego Kręgu“. Także pominął milczeniem Talję Drummond, której rozmowy z pewną osobistością domyślił się.
Nazajutrz rano pojechali obaj do prowincjonalnego miasteczka, gdzie przebywał w więzieniu Ambroży Sibly, z zawodu marynarz, obwiniony o morderstwo. Jack Beardmore został, po usilnych prośbach dopuszczony do słuchania rozmowy obu tych panów z mrukliwym człowiekiem, który zastrzelił ojca jego.
Okazało się, że Sibly jest silnym, ordynarnym człowiekiem, napoły Szkotem i Szwedem, który nie umiał czytać, a przedtem już miał do czynienia z policją. Wybadał to Parr w oddziale daktyloskopijnym urzędu policyjnego.
Zrazu nie chciał się przyznać, ale krzyżowe pytania Derricka Yale raczej, niż wysiłki inspektora, wymogły w końcu zeznanie.
— Tak, uczyniłem to! — powiedział.
Siedzieli w celi więziennej, a stenograf urzędowy spisywał protokoł.
— Schwytano mnie, ale nie dałbym się był, gdyby nie pijaństwo. Skoro już zacząłem zeznawać, to powiem, że także zamordowałem Harveya Hobbsa. Stało się to w r. 1912 na statku „Britiania“. Raz mnie wszakże tylko powieszą! Zabiłem go, a zwłoki rzuciłem w morze. Poszło o kobietę, napotkaną w Newport News, w Ameryce. Opowiem panom, jak się to stało. Mniejwięcej przed miesiącem nie zdążyłem na czas na swój statek i poszedłem do schroniska marynarzy w Wappingu. Ale mnie wyrzucono z powodu pijaństwa, a w dodatku dostałem tydzień aresztu. Gdyby sędzia, stary cymbał, skazał mnie na miesiąc, nie znajdywałbym się tutaj. Po wypuszczeniu na wolność wałęsałem się po Ost-Endzie, całkiem wypłukany, trapiło mnie pragnienie straszne, a w dodatku do wszystkiego, rozbolały mnie zęby.
Parr rzucił spojrzenie Derrickowi Yale, który się uśmiechnął.
— Szedłem wzdłuż kanału, upatrując niedopałków i dumając jakby zdobyć jedzenie i nocleg. Zaczął padać deszcz. Czekało mnie spędzenie nocy na dworze, wśród słoty, gdy nagle ktoś zawołał tuż nad uchem — Wskakuj pan! — Obejrzałem się. Koło mnie stało auto. Nie dowierzałem uszom własnym. Siedzący w aucie człowiek, powtórzył — Wskakujże pan prędko! — Wymienił nazwisko moje. Przez czas pewien jeździliśmy w milczeniu tu i tam, on zaś, jak zauważyłem, unikał ulic oświetlonych zbyt jasno.
Na koniec stanął i jął mi opowiadać, kim jestem. Byłem piekielnie zdumiony. Znał całą moją historję. Wiedział nawet o tej sprawie z Harveyem Hobbsem. Sąd karny uwolnił mnie zresztą wówczas z braku dowodów. Potem zapytał, czy chcę zarobić sto funtów. Powiedział, że na wsi, niedaleko miasta, mieszka pewien stary jegomość, który go bardzo skrzywdził i jego właśnie chce się pozbyć. Zrazu wzbraniałem się zapalczywie, on jednak nalegał, mówiąc, że mnie wyda na śmierć z powodu zamordowania Hobbsa. Zresztą rzecz była całkiem bezpieczna, a ponadto przyrzekł mi dać rower, bym zaraz potem mógł umknąć. W końcu przystałem.
W tydzień później, spotkałem go, jak było umówione, w Stayne Square. Przyjechał autem i podał mi szczegóły. Przybyłem do posiadłości Beardmora o zmierzchu i skryłem się w lesie. Wiedziałem już, że Mr. Beardmore spaceruje tu każdego ranka, to też rozgospodarowałem się na noc. Minęła zaledwo godzina, gdy nagle przestraszył mnie jakiś ruch. Musiał to być strażnik leśny, chłopisko wielkie i grube. Ujrzałem jednak mimochodem tylko.
Oto wszystko niemal, moi panowie. Oczywiście nazajutrz, ujrzawszy spacerującego po lesie starego jegomościa, zastrzeliłem go. Nie pamiętam zresztą szczegółów, byłem pijany, gdyż zabrałem ze sobą do lasu dużą flachę wódki. Miałem jednak dość przytomności, by siąść na rower i umknąć. Na tem byłby też koniec, gdyby nie nieszczęsne pijaństwo.
— Czy to wszystko? — spytał Parr, gdy po odczytaniu protokołu Sibly podpisał go koślawym, znakiem krzyża.
— Wszystko! — potwierdził marynarz.
— A nie wiesz pan, kto ci dał zlecenie?
— Nie mam pojęcia. Jedno, atoli mógłbym panom o nim nadmienić... — dodał po chwili. — Nie jestem wykształcony, ale zauważyłem, że niektórzy ludzie mają zwyczaj powtarzać często jakieś jedno słowo, rzec można, ulubione słowo swoje. Nasz stary kapitan n. p. używał co chwila słowo: „chorobliwie“. Otóż człowiek ten powtarzał słowo, którego dotąd jeszcze nie słyszałem.
— Jakieżto słowo? — spytał Parr.
Marynarz podrapał się po głowie.
— Wypadło mi z pamięci, ale przypomnę sobie! — powiedział, oni zaś zostawili go sam na sam z myślami, które nie były liczne, ale zato zgoła nieprzyjemne.
W cztery godziny potem przyniósł Sibly’emu jedzenie dozorca więzienny. Więzień leżał na łóżku, a dozorca potrząsnął go za ramię.
— Wstaj pan! — zawołał.
Ale Ambroży Sibly nie wstał, bowiem już nie żył. Chciał on widocznie ugasić pragnienie, a w szklance z wodą znajdywało się tyle kwasu pruskiego, że starczyłoby na uśmiercenie pięćdziesięciu ludzi.
Ale trucizna nie tak zainteresowała inspektora Parra, jak mały krążek z papieru, pływający po wodzie.



12.
Śpiczaste trzewiki.

Mr. Feliks Marl siedział zamknięty na klucz w sypialni i oddawał się zajęciu, budzącemu w nim niemiłe wspomnienia.
Przed dwudziestu pięciu laty, będąc pensjonarjuszem więzienia w Tuluzie, oddawał się kunsztowi szewskiemu, toteż obeznany był z fabrykacją obuwia i naprawą jego. Wówczas jednak łatał trzewiki, teraz zaś niszczył je, tnąc nożem ostrym jak brzytwa wąskie paski z lakierów nowych, które miał dopiero trzy razy na nogach. Każdy pasek rzucał osobno w ogień.
Niektórzy ludzie żyją prędko i cierpią gwałtownie. Mr. Feliks Marl zaliczał się do tych, którzy w ciągu dnia przeżyć mogą katusze prawieków. Jedno z pism wyrwało skądś wiadomość o śladach pozostawionych na terenie posiadłości Beardmora i fakt ten obarczył jedną jeszcze obawą nieszczęsnego, a wielkiego człowieka. Pracował bez surduta, zalany kroplistym potem, gdyż ogień na kominku był silny, a w pokoju panowała temperatura tropikalna wprost.
Gdy ostatni skrawek spłonął, Marl odłożył nóż, otwarł okno, by wypuścić na świat odor palącej się skóry i umył ręce.
Dumał nad tem, że lepiej było wykonać pomysł pierwszy i klął tchórzostwo swoje, które go skłoniło do wzięcia rewolweru, miast do pióra do napełnienia atramentem. Pewny był jednak, że nikt go nie dostrzegł w chwili, gdy opuszczał posiadłość Beardmora.
U ludzi typu Marla, paniczny strach ustępuje szybko miejsca bezrozumnemu zgoła zaufaniu w bezpieczeństwo, toteż gdy schodził do małej bibljoteczki swojej, zapomniał niemal, że wogóle coś mu zagrażać może.
Nie świecąc, napisał list wielce ugodowej treści i wysłał, pewny będąc, że dojdzie według adresu. A może go wykryją? I znowu uczuł dreszcz strachu.
Zaraz jednak porzucił wszelką obawę.
Służący przyniósł posiłek wieczorny na tacy i postawił na małym stoliczku, obok biurka, przy którem siedział.
— Sir! Może pan zechce rozmówić się teraz z czekającym gościem?
— Z czekającym gościem? — spytał zdumiony wielce.
— Wszakże zameldowałem, że jakiś pan przybył i czeka.
Marl przypomniał sobie w tej chwili pracę, przerwaną mu pukaniem służącego.
— Cóż to za gość?
— Położyłem na biurku jego bilet wizytowy, sir!
— Czy wie, że byłem zajęty?
— Tak jest! Ale oświadczył, że będzie czekał, aż pan zejdzie na dół.
Służący podał mu bilet. Mr. Marl pobladł i skoczył na równe nogi.
— Inspektor Parr! — rzekł niepewnym głosem. — Czegóż on chce odemnie?
Ręce mu drżały.
— Prosić! — powiedział po chwili, z wysiłkiem.
Nie spotkał się dotąd z inspektorem ani urzędowo, ani w towarzystwie. Na pierwsze zaraz wejrzenie uspokoił się. Nie było nic groźnego w jowialnem, czerwonem obliczu tego człowieka.
— Siadajże pan, inspektorze! — powiedział. — Przykro mi, że byłem tak długo zajęty.
Mr. Marl mówił ptasim dyszkantem, jak zawsze w chwilach podniecenia.
Parr usiadł na krześle najbliższem, kładąc na kolanach twardy kapelusz.
— Czekałem, aż pan zejdziesz, Mr. Marl, — powiedział — gdyż idzie o sprawę zamordowania Beardmora.
Marl nie rzekł nic. Natomiast czynił wysiłki, by opanować drżenie ust i przybrać wyraz uprzejmego zainteresowania.
— Znałeś pan bardzo dobrze Beardmora... nieprawdaż?
— Nie tak znów bardzo dobrze. Miałem z nim interesy.
— Czy znałeś go pan już dawniej?
Marl zawahał się. Łatwo mu było kłamać i mówił zazwyczaj wprost odwrotnie, niż się sprawa przedstawiała.
— Nie! — oświadczył. — Widziałem go, coprawda przed kilkoma laty, zanim zapuścił brodę, ale to nie była znajomość.
— Gdzie był Beardmore w chwili przybycia pańskiego?
— Stał na terasie! — odparł Marl, zgoła niepotrzebnie głośno.
— I tam go pan zobaczył.
Marl potwierdził skinieniem.
— Opowiadano mi — ciągnął Parr dalej, żeś pan się, z jakiegoś powodu, przestraszył... Cóż to był za powód?
Mr. Marl wzruszył ramionami i odparł ze sztucznym uśmiechem.
— Objaśniłem to zaraz. Miałem atak sercowy, gdyż cierpię na serce.
Parr obrócił kapelusz dnem do góry i spytał, nie podnosząc oczu:
— Przecież nie przelękłeś się pan Beardmora?
— Oczywiście! — oświadczył Marl z naciskiem. — Czemużbym się miał go przestraszyć? Prowadziłem z nim ożywioną korespondencję i znałem dobrze...
— Wszakże nie miałeś pan z nim od całych lat stosunków?
— Nie! Nie widziałem go od lat! — poprawił podraźniony.
— A więc przyczyną wzburzenia pańskiego był atak sercowy? — spytał inspektor, spoglądając na Marla.
— Nic innego! — odparł tonem szczerości. — Zapomniałem już nawet o tej lekkiej przypadłości i pan mi to przywiódł dopiero na pamięć.
— Radbym uzyskać wyjaśnienia jeszcze odnośnie do innego punktu — powiedział inspektor, zapatrzony znów w kapelusz, który kręcił jak frygę. — Przybywając do posiadłości Beardmora, miałeś pan na nogach śpiczaste lakiery.
Marl zmarszczył czoło.
— Czy tak? Już zapomniałem.
— Czy pan chodziłeś którędyś jeszcze, prócz drogą ze stacji wiodącą?
— Nie.
— Nie obszedłeś pan domu, aby... aby... podziwiać architekturę?
— Nie. Tego nie uczyniłem. Zresztą pobyt mój był bardzo krótki i rychło odjechałem.
Mr. Parr wzniósł oczy na sufit.
— Czy nie pogniewa się pan, jeśli poproszę o pokazanie mi lakierków, które miałeś pan owego dnia?
— Nigdy w świecie! — zapewnił Marl i wstał rozradowany.
Za chwilę wrócił, niosąc parę śpiczastych lakierów.
Inspektor obejrzał podeszwy z wielką powagą.
— Oczywiście, — powiedział — nie są to trzewiki, które miałeś pan wówczas na nogach, bowiem — tu potarł palcem podeszwę — na tych jest pył, a zeszłego tygodnia ziemia była wilgotna.
Serce Marla zamarło.
— Te właśnie miałem trzewiki! — rzekł wyzywająco. — To, co pan zowiesz pyłem, jest wyschniętem błotem.
Parr spojrzał na swe palce i potrząsnął głową.
— Zaszła, zdaje mi się, omyłka. Ten pył jest pyłem wapiennym.
Odstawił trzewiki i podniósł się z krzesła, mówiąc na zakończenie:
— To zresztą nic ważnego!
Potem stał tak długo, zapatrzony w dywan, że Marl, mimo trwogi, uczuł zniecierpliwienie.
— Czy mogę jeszcze czemś służyć, panie inspektorze? — spytał.
— Tak. Radbym mieć adres pańskiego krawca. Może pan zechcesz napisać mi go?
— Mego krawca? — wypatrzył się nań ze zdumieniem. — Cóż u licha ma tu do czynienia mój krawiec? Inspektorze, — rzekł po chwili ze śmiechem — dziwny z pana człowiek. Ale uczynię co chcesz.
Podszedł do biurka, napisał adres, wysuszył bibułą i podał kartkę Parrowi.
— Bardzo dziękuję, Sir!
Nie spojrzawszy nawet na adres, schował w kieszeń.
— Bardzo przepraszam za fatygę, ale pojmiesz pan, że każdy, kto był w domu Beardmora w okresie jego śmierci, musi zostać przesłuchany. Czerwony Krąg...
— Czerwony Krąg!... jęknął Marl, a inspektor spojrzał nań bacznie.
— Czyż nie wiesz pan, że Czerwony Krąg winien jest tego morderstwa?
Trzeba przyznać po sprawiedliwości, że Marl tego nie wiedział. Przeczytał tylko krótką wiadomość o zastrzeleniu Beardmora. „Monitor“ wspomniał, że śmierć tę przypisać należy Czerwonemu Kręgowi, ale Marl pisma tego nie czytywał wcale. Padł drżący w fotel, mrucząc:
— Czerwony Krąg... Boże wielki... nigdybym nie przypuścił... — tu urwał.
— Czegobyś pan nie przypuścił? — zapytał Parr tonem życzliwości.
— Czerwony Krąg! — mruczał dalej Marl. — A ja myślałem, że to tylko... nie dokończył zdania.
Minęła godzina od odejścia inspektora, a Marl siedział dalej, skulony we fotelu, z głową opartą na rękach.
Czerwony Krąg!
Poraz pierwszy dopiero zetknął się pośrednio z ową bandą szantażystów, ale zaraz opanowało to wszystkie jego myśli, przecinając jednocześnie plany działania.
— Wszystko to nie podoba mi się... — szepnął, wstając z trudem i przekręcając taster elektryczny.
Resztę wieczoru poświęcił studjowamu swej księgi bankowej, a rezultat wypadł świetnie. Miał nadzieję wymusić więcej jeszcze, a potem...



13.
Mr. Marl wymusza więcej jeszcze.

Inny agent Czerwonego Kręgu znalazł przyjemną schronę. Talja została przez Brabazona przyjęta bez rozpytywania, widocznie tedy wpływy człowieka w aucie były bardzo wielkie.
Dziwiło ją to, ale bardziej jeszcze fakt, że dni mijały a ona nie otrzymywała słowa od tajemniczego chlebodawcy swego. Sądziła, że zaraz stanie do służby, atoli spędziła blisko miesiąc w banku Brabazona (dawniej Tellera) zanim dostała wiadomość. Znalazła ją pewnego dnia na pulcie biura. Adres był wypisany drukowanemi literami, a list bez znaku Czerwonego Kręgu brzmiał jak następuje:
— Proszę się zaznajomić z Marlem, zbadać, z jakiego powodu ma tak wielką władzę nad Brabazonem, podać wysokość konta jego w banku, oraz zawiadomić, gdy je zamknie. Chcę także wiedzieć, czy Parr, albo Derrick Yale byli w banku. Proszę telegrafować Johnson 23 Mildred Street City.
Wypełniła punktualnie wszystkie zlecenia, chociaż upłynęło dni kilka, zanim mogła zobaczyć się z Marlem.
Derrick Yale raz tylko przyszedł do banku. Widziała go już poprzednio, gdy przebywał u Beardmora, ale poznałaby go i bez tego, bowiem wszystkie dzienniki zamieściły portret słynnego detektywa.
Nie mogła się dowiedzieć, czego chciał. Z małego swego biura sekretarki widziała, że rozmawia z urzędnikiem przy okienku i zaraz doniosła Czerwonemu Kręgowi.
Inspektor Parr nie przybył, ani też Jack. Nie chciała zbyt często myśleć o Jacku, gdyż sprawiało jej to przykrość.

W chwilach wielkiego wzburzenia popadał John Brabazon, potężny prezes banku tellerowskiego w dziwną nawyczkę. Białemi rękami sięgał do bujnych loków z tyłu głowy, motał je na palce i ciągnął przez całą łysinę aż na czoło. Z tak pochyloną głową i palcami na czole wyglądał jak zamodlony głęboko.
Gość, siedzący w pięknym gabinecie, nie miał żadnych zgoła nawyczek. Był to wysoki, gruby jegomość, oddychający bezgłośnie, zaspany potrosze, skutkiem wygodnego życia, a palce jego nie drgały nerwowo, spoczywając złożone na kamizelce.
— Drogi Marlu, — mówił bankier łagodnie, pieszczotliwie niemal — czasem wystawiasz pan cierpliwość naszą na próbę, nie mówiąc już o pretensjach natury materjalnej.
Grubas roześmiał się.
— Ależ Brab... daję ci przecież pokrycie, doskonałe pokrycie stary skąpcze. Nie możesz pan chyba zaprzeczyć.
Palce Mr. Brabazona wygrywały jakąś melodję po brzegu biurka.
— Przychodzisz pan zawsze z najniemożliwszemi propozycjami, które dotąd, w głupocie swojej, finansowałem. Musi się to jednak skończyć. Nie potrzeba panu pomocy. Należytość pańska w tym jednym banku wynosi około stu tysięcy funtów.
Marl obejrzał się na drzwi i rzekł zcicha, pochylony ku bankierowi:
— Opowiem panu historyjkę o pewnym, młodym urzędniczku, który nie posiadając grosza poślubił wdowę po właścicielu banku tellerowskiego. Była stara i mogłaby mu matkować. Bardzo niedługo zmarła nagłą śmiercią... w Szwajcarji. Spadła w przepaść. Wiem to dobrze, gdyż szczególnym trafem byłem właśnie w górach z aparatem fotograficznym i zdjąłem ów przedziwny widok.
Wszakże pokazywałem panu zdjęcie owego, nieszczęśliwego wypadku. Jesteś pan na płycie, mimo że sędziemu śledczemu oświadczyłeś wyraźnie, iż znajdywałeś się o kilkanaście mil w tym czasie.
Mr. Brabazon patrzył na biurko. Nie drgnął ani jeden mięsień jego twarzy.
— Możesz pan zresztą otrzymać tę fotografję! — dodał Marl swobodnym tonem. Chcesz pan wejść w nowe związki, zdaje mi się... tak mówią przynajmniej.
Brabazon popatrzył nań, marszcząc brwi.
— Cóż to znaczy? — spytał.
Mr. Marla bawiło to wielce. Klepiąc się dłonią po kolanie dawał w śmiechu upust wesołości swojej.
— A może ma to coś wspólnego z ową osobą, którą spotkałeś pan niedawno przy Stayne Square... tą w zamkniętem aucie?... Nie przecz pan... widziałem... śliczny, mały wóz.
Poraz pierwszy wzburzenie ogarnęło Brabazona. Twarz mu się wykrzywiła i poszarzała, a oczy zapadły bardziej jeszcze w głąb.
— Dam panu tę pożyczkę! — powiedział.
Zadowolenie Marla było wielkie. Nagle zapukano do drzwi i weszła osoba, która pochłonęła całą jego uwagę.
Sekretarka wzięła arkusz papieru i położyła przed chlebodawcą. Była to, zda się, notatka rozmowy telefonicznej.
— Biało, złoto, różowa, błysnęło Marlowi. Olśniewającej bieli zęby, delikatna płeć, purpurowe usta, a włosy złote, jak dojrzałe zboże. Bawił go potrosze zdecydowany profil i podbródek, gdyż lubił kobiety łagodne i podatne w jego rękach, ale piękność ust, nosa i czoła zdumiały go.
Jął oddychać szybciej i głośniej. Po rozmowie prowadzonej szeptem, dziewczyna wyszła, a Marl westchnął.
— Istna królowa! — powiedział. — Gdzieś ją już widziałem. Jak się nazywa?
— Talja Drummond! — odrzekł Brabazon chłodno.
— Talja Drummond... — powtórzył Marl powoli. — Wszakże była ona u Froyanta? Zadurzyłeś się pan w niej, Brabazonie, nieprawdaż?
Bankier spojrzał nań surowo.
— Mr. Marl — powiedział — nie mam zwyczaju „durzyć się“ w podwładnych swoich! Miss Drummond jest siłą pierwszorzędną, a tego tylko żądam od personalu.
Marl wstał uśmiechnięty.
— Jutro rano pomówimy o wiadomej sprawie! — powiedział.
— O pół do jednastej! — odparł Brabazon, nie uśmiechając się wcale i odprowadzając gościa do drzwi. — Albo lepiej może o jednastej! — dodał.
— Dobrze, zatem o jednastej.
— Do widzenia! — rzekł bankier, nie podając mu ręki.
Zaledwo drzwi zapadły, podszedł żywo do biurka, dobył z portfelu zwykłą białą kartkę, zrobił piórem zamaczanem w czerwonem atramencie małe kółko i napisał pod spodem:
— Feliks Marl widział nasze spotkanie przy Stayne Square. Mieszka Marisburg Place 79.
Włożył kartkę do koperty i zaadresował:
— Mr. Johnson, Mildred Street 23, City.



14.
Talja otrzymuje zaproszenie.

Mr. Marl musiał przejść przez bank. Spozierał po szeregu pultów, nigdzie jednak dostrzec nie mógł osoby, której szukał. Przy końcu sali było niewielkie, oddzielne zaszalowanie, opatrzone drzwiami z matową szybą, tak że ten, kto tam siedział, nie był wprost widoczny. Ale drzwi stały otworem. Podszedł bez namysłu i zobaczył siedzącą przy maszynie sekretarkę, która go obserwowała z zaciekawieniem.
— Czy pani bardzo zajęta, Miss Drummond?
— Bardzo! — odparła, nie oburzona zgoła natarczywością.
— Nie bardzo tu wesoło, zdaje się? — spytał.
— Istotnie, niebardzo! — rzekła, taksując go, niejako oczyma.
— A coby pani powiedziała tak n. p. o kolacyjce w czasie najbliższym, potem zaś przedstawieniu teatralnem?
Zmierzyła go od farbowanych włosów, aż po starannie wyczyszczone trzewiki.
— Jesteś pan, widzę, starym hulaką, ale kolacyjki takie lubię pasjami.
Rozpromienił się, a w oczach zamigotał triumf zwycięzcy.
— Może tedy „Moulin gris“? — zaproponował, pewny, że ten lokal zaimponuje jej w pełni. Ale skrzywiła wzgardliwie usta.
— Czemuż tedy nie restauracja Fried-Fish, gdzie uczęszczają wagabundy? — odrzekła. — Nie, dla mnie istnieje tylko Carlton Ritza, albo nic.
Mr. Marl zdumiał się, ale był uradowany.
— Pani jest, widzę, księżniczką! — powiedział, promieniejąc. — Tam istotnie jedzenie niezrównane. A możeby tak zaraz dziś wieczór?
Skinęła na zgodę.
— Proszę tedy przyjechać do mnie o pół do ósmej. Mieszkam Marisbury Place 79, Bayswater Road. Na drzwiach jest moja tabliczka.
Umilkł na chwilę, spodziewając się protestu, ale o dziwo, skinęła znowu głową.
— Do widzenia, ukochana! — rzucił jej od ust całusa.
— Proszę zamknąć drzwi! — poleciła, biorąc się do roboty.
Przerwano jej jednak zaraz. Tym razem weszła przystojna dziewczyna, której ramiona, aż po łokcie tkwiły w skórzanych mankietach. Stenotypistka śledziła bacznie Marla przez cały czas rozmowy.
Talja rozparła się w krześle, a przybyła, zamknąwszy starannie drzwi siadła na drugiem.
— Co cię korci, Macroy? — spytała Talja po prostacku, co nie licowało wcale z jej zwyczajnym sposobem wyrażania się.
— Kto jest ten stary puchacz? — spytała, nie po raz pierwszy, spoglądając z podziwem na koleżankę.
— Wielbiciel! — odparła spokojnie.
— Przyciągasz pani mężczyzn, ani słowa! — zauważyła Milly Macroy z zazdrością i umilkła.
— I cóż? — spytała Talja. — Nie przyszłaś pani chyba rozmawiać o miłostkach?
Milly uśmiechnęła się chytrze.
— Istotnie nie w tym celu, Drummond. Chcę z panią pomówić szczerze.
— Szczerość to moja pasja! — odparła. — Wal pani z góry!
— Wszak pamiętasz pani, że zeszłego piątku posłaliśmy listem rekomendowanym pieniądze do korporacji Sellingera?
Talja skinęła potakująco.
— Otóż, jak pani chyba już wiadomo, firma ta twierdzi, że otrzymała sam tylko papier.
— Co pani powiada? Pan Brabazon nie wspomniał mi o tem wcale! — odrzekła Talja, wytrzymując bez mrugnięcia powiek przenikliwe spojrzenie Milly.
— Włożyłam pieniądze w kopertę, a pani miałaś je przeliczyć raz jeszcze! — powiedziała Milly zwolna. — Pani tylko i ja tkwimy w tej sprawie, Miss Drummond, ja zaś mogę przysięgać, że nie ściągnęłam floty.
— A więc ja ją musiałam ściągnąć? — powiedziała Talja z niewinnym uśmiechem. — Macroy, jest to bardzo poważny zarzut, jaki pani rzucasz na niewinną, jak ja, istotę.
Podziw Milly wzrósł jeszcze bardziej.
— Jesteś pani „kuta na cztery kopyta“! — rzekła z uznaniem. — Ano, koleżanko, wyłóżmy karty na stół. Przed miesiącem, zaraz po objęciu przez panią posady, brakło w okienku dewiz zagranicznych banknotu stufuntowego.
— I cóż? — spytała Talja.
— Wiem, przypadkowo, że pani go miałaś i że banknot ten został zmieniony u Bilburego na Strandzie. Jeśli pani chcesz, mogę wymienić numer.
Talja namarszczyła brwi:
— Kogóż mam przed sobą? — spytała, udając przerażenie. — Agentkę policji kryminalnej? Źle ze mną, w takim razie!
Wyraźne szyderstwo w tych słowach zawarte, zmieszało Milly.
— Mózg pani zamarzł chyba! — powiedziała, kładąc dłoń na ramieniu Talji. — Ta sprawka z Sellingerem może mieć jeszcze niemiłe skutki i trzeba pani będzie pomocy życzliwych osób.
— I pani nie najlepiej wyjdziesz na tem! — odparła Talja chłodno. — Miałaś przecież pieniądze w ręku.
— Ale pani je wzięłaś! — oświadczyła Milly niedbale. — Zresztą nie spierajmy się. Idąc ręka w rękę, zatuszujemy rzecz. Ja gotowa jestem przysięgać, że w moich oczach została zalakowana koperta i że były w niej pieniądze.
Talja uśmiechnęła się wesoło.
— Zgoda, nie mówmy już o tem! Ale sądzę, że wyratowawszy mnie z toni, zechcesz czegoś wzamian. Co do tych pieniędzy, mogę panią uspokoić. Znalazłam na nie doskonałe miejsce. Potrzebuję często pieniędzy, a na poczcie mnożą się, wszakże, kradzieże. Przed kilku dopiero dniami czytałam długi artykuł na ten temat. Ano więc, mów pani, czego chcesz?
Milly Macroy, w dość bliskich stosunkach z klasą złoczyńców zostająca, spojrzała z większym jeszcze podziwem na Talję.
— Jesteś pani „kuta“. Ale trzeba dać pokój drobnym manipulacjom, gdyż to może popsuć rzecz naprawdę wielką, a tego ścierpieć nie mogę. Jeśli pani chcesz otrzymać udział w wielkiej flocie, powinnaś się zwąchać z ludźmi, co pracują en gros.
— Oczywiście — przyznała Talja — a jacyż to są współpracownicy pani?
Milly, nie zrozumiawszy dobrze słów Talji, odparła tajemniczo:
— Znam pewnego pana...
— Powiedzmy... człowieka! — przerwała Talja. — Słowo: pan, przypomina ogłoszenie krawca.
— Ano dobrze, — zgodziła się cierpliwa Milly — otóż znam pewnego człowieka, przyjaciela mego, który panią od pewnego czasu obserwuje i on oświadczył, że dzielna z pani dziewczyna, któraby mogła zarabiać dużo. Chciałby się z panią poznać.
— Jeszcze jeden wielbiciel? — spytała Talja, wznosząc brwi, a Milly zasępiła się zaraz.
— Nic z tego, Drummond! — rzekła stanowczo. — Rozumiesz pani! Człowiek ten jest, jak się to mówi, moim narzeczonym.
— Niechże mnie Bóg strzeże, bym miała rozdzielać dwa kochające serca! — zawołała Talja z niewinną miną.
— Nie kpijże pani! — odparła Milly czerwieniejąc. — Powtarzam, nie jest to skrobanie patyka tępym kozikiem, ale prawdziwy interes en gros!
Talja rzekła, bawiąc się nożykiem do otwierania kopert.
— A jeślibym nie przystała do waszej kompanji?
Milly spojrzała na nią podejrzliwie.
— Wyjdziemy razem po służbie i zjemy kolację.
— Same zaproszenia na kolację! — mruknęła Talja, a Milly zorjentowawszy się rzekła:
— A więc ten stary piernik zaprosił panią? A to dopiero szczęście!
Zagwizdała z podziwu, potem zaś widocznem było, że się chce z czemś wywnętrzyć, ale dała pokój.
— Zarobił on dużo przez pożyczanie na lichwę. Założyłabym się, moja droga, że za jakieś dwa tygodnie będziesz paradowała w brylantach!
Talja wyprostowała się, ujmując pióro.
— Przepadam za perłami! — odrzekła. — Dobrze Macroy, spotkamy się dziś wieczór! — potem wzięła się do roboty.
Milly stała przez chwilę jeszcze. — Proszę pamiętać, że ten pan nie śmie wiedzieć, iż wspomniałam o narzeczeństwie!
— Brab dzwoni! — zawołała Talja, biorąc notatnik stenograficzny. — O nie! Nie wspomnę o tem nawet. Nie lubię bajek.
Milly Macroy patrzyła za odchodzącą, z wyrazem zgoła nie przyjacielskim.
Mr. Brabazon siedział przy biurku, a gdy weszła podał jej kopertę zapieczętowaną lakiem.
— Proszę to doręczyć osobiście! — powiedział.
Talja skinęła głową, a spojrzawszy na adres, jęła patrzeć na bankiera z wielkiem zainteresowaniem. Czerwony Krąg miał wielu współpracowników, wśród przeróżnych sfer.



15.
Talja zostaje członkinią bandy.

Talja wyszła tego wieczoru ostatnia niemal z biura. Stała na stopniach przed domem i rozglądała się, wdziewając rękawiczki. Jeśli spostrzegła mężczyznę, obserwującego ją z przeciwległego chodnika, to nie zdradziła się z tem wcale. Po chwili ujrzała Milly, czekającą o kilka kroków i podeszła ku niej.
— Jakże to długo trwało! — mruknęła Milly. — Przyjaciel mój nie lubi wyczekiwać.
— Tak? Niechże się tedy przyzwyczai. Gdy idzie o mężczyzn, nie zwykłam trzymać się rozkładu jazdy.
Przeszła wraz z Milly około sto yardów ożywioną ulicą, potem zaś skręciły w Reeder Street.
Restauracje tej ulicy nosiły nazwy, naśladujące paryskie przybytki wesela. „Moulin gris“ był to mały, czworokątny lokalik, w którym przy pomocy zwierciadeł stworzono coś, co miało wyobrażać przepych.
Stoły nakryte do kolacji były jeszcze puste, gdyż za dwie godziny dopiero miano podawać, a zwyczaj five o’clock’u nie był tu, widać, znany. Dziewczęta poszły wąskimi schodami na piętro, do innej sali. Mężczyzna siedzący przy jednym ze stolików, na ich widok wstał i podszedł ku nim. Był to smagły młodzieniec, o włosach odczesanych z czoła mocno nasmarowanym pomadą, zaś ubranie, niezbyt modne, odpowiadało widocznie jego upodobaniom.
Słaby zapach origanu, miękka, duża dłoń i jasne nieruchome oczy, takie odniosła pierwsze wrażenia Talja.
— Proszę siadać, Miss Drummond! — rzekł wesoło.
— Kelner, herbaty!
— To jest Talja Drummond! — powiedziała Milly, zgoła bezpotrzebnie.
— Nie potrzebujemy przedstawienia! — roześmiał się młodzieniec. — Dużo słyszałem o pani. Nazywam się Barnet.
— Flush Barnet! — podkreśliła, on zaś zdziwił się, ale nie był mile dotknięty.
— Słyszała pani o mnie, zapewne?
— Ona wie wszystko! — rzekła Milly, a co więcej zna Marla i idzie dziś z nim na kolację.
Barnet spojrzał po kolei na obie, potem zaś zapytał groźnie Milly:
— Czy jej coś mówiłaś?
— Nie potrzebujesz jej nic opowiadać! Ona wie wszystko.
— Czy mówiłaś? — powtórzył.
— O Marlu? Nie! Sądziłam, że powiesz sam.
Kelner przyniósł herbatę i dopóki nie odszedł, milczeli.
— Lubię mówić prosto z mostu! — rzekł Flush Barnet. — Czy wie pani, jak ją nazywam?
— Bardzom ciekawa! — rzekła, nie spuszczając zeń oczu.
— Zowię panią „kutą Talją“. A co, czy nie dobrze? — spytał, obserwując ją. — Jesteś pani złą dziewczyną! Byłem niedawno na rozprawie, kiedy to stary Froyant oskarżał panią o kradzież.
Uczyniła swawolny gest głową.
— Ma pan mnóstwo informacji z zeszłorocznego kalendarza! — odparła chłodno. — Sądzę, że nie zaprosiłeś mnie pan tu, by mi prawić komplementy!
— Oczywiście, że nie poto! — przyznał, a zazdrosna Milly spostrzegła po pewnych oznakach, że Talja zajęła jej kochanka. — Zaprosiłem panią dla pomówienia o interesach. Jesteśmy wszyscy troje przyjaciółmi i mamy tesame interesy. Odrazu powiem, że nie zaliczam się do marnych złodziei, którzy biedują. Mam za sobą ludzi, którzy położą na stole każdą kwotę, byleby interes był dobry, ale pani właśnie przeszkadzasz mi.
— Przeszkadzam? — zdziwiła się. — Przypuśćmy nawet, że jestem tem, za co mnie pan uważasz, w jakiż sposób mogę przeszkadzać?
Barnet pokiwał głową.
— Moja panienko! — rzekł z dobrotliwym wyrzutem. — Czy pani sądzi, że długo można wojować, wpychając miast pieniędzy papier do koperty. Gdyby przyjaciel mój, Brabazon, nie uroił sobie, że kradzież zaszła na poczcie, dawnobyś pani miała w biurze policję. Jeśli mówię, że Brabazon jest przyjacielem moim, to wcale nie przesadzam...
Przesadził widocznie, ale nie mógł jakoś pominąć kwestji przyjaźni swej z bankierem. Naciskany, byłby zapewne powiedział więcej, ale Talja nie uczyniła tego.
— Otóż powiem pani — rzekł zcicha, pochylając się przez stół, — że oboje z Milly obrabiamy bank od dwu już miesięcy. Można tam złapać dużo pieniędzy, ale nie w samym banku, mimo przyjaźni mej z Brabazonem... tylko interes ten da się załatwić z człowiekiem, który ma tam największą należytość, to jest z Marlem.
Talja skrzywiła usta uśmiechem.
— Mylisz się pan bardzo! — powiedziała spokojnie. — Za należytość Marla nie można kupić garści bobu.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, potem zaś marszcząc brwi wbił oczy w Milly.
— Wszakże powiedziałaś mi, że ma blisko sto tysięcy do odebrania.
— I tak jest rzeczywiście! — potwierdziła dziewczyna.
— Tak było — rzekła Talja — ale dziś popołudniu Brabazon pojechał... zdaje się, do Banku Angielskiego, bo banknoty były nowe. Zawezwał mnie. Na biurku leżały całe sterty. Powiedział, że zamyka konto Marla i nie chce mieć za klienta człowieka takiego, jak on. Potem zabrał pieniądze i pojechał, jak myślę do Marla, gdy bowiem wrócił, tuż przed zamknięciem biura, oddał mi jego pokwitowanie.
— Załatwiłem to konto! — powiedział. — Sądzę, że ten szantażysta nie wejdzie nam już w drogę.
— Czy wiedział, że Marl zaprosił panią na kolację? — spytała Milly, a Talja zaprzeczyła ruchem głowy.
Mr. Barnet milczał, siedząc rozparty w fotelu i gładząc podbródek. Był myślami daleko.
— Ile to wynosiło? — spytał.
— Sześćdziesiąt dwa tysiące! — odparła Milly.
— I on ma w domu tę sumę! — powiedział Barnet, zaróżowiony ze wzruszenia. — Słyszysz, Milly? Sześćdziesiąt dwa tysiące! A pani, Miss Drummond, będziesz dziś z nim na kolacji... No, cóż pani na to? — zakończył z naciskiem.
Wytrzymała jego spojrzenie bez drgnienia.
— Cóż mam powiedzieć?
— To okazja, jaka się może nie nadarzyć przez całe życie! — powiedział chrypliwie. — Pójdziesz pani do niego, trzeba tedy trochę powodzić za nos starego durnia.
Milczała.
— Znam dom, — objaśnił Barnet — jest to jeden z tych małych specjalnych budynków Kensingtonu, gdzie płacić trzeba sumy za najem. Marisbury Place, Bayswater Road.
— Znam ten adres! — przyznała.
— Ma trzech służących, ale ile razy przyjmuje kobiety, zwalnia ich na cały wieczór. Pani rozumie?
— Nie będzie mnie gościł w domu.
— To nic! Po teatrze można wstąpić na małą przekąskę. Jeśli zaprosi, zgodzi się pani. Zaręczam, że nikogo ze służby nie będzie. Znam Marla na wylot.
— I cóż mam robić? Obrabować go? — spytała. — Czy podsunąć mu pod nos rewolwer i kazać sobie wydać pieniądze?
— Nie gadajże pani bredni! — oświadczył Barnet, wypadając z roli gentlemena. — Ma pani tylko coś przekąsić i odejść. Trzeba go podochocić, rozśmieszyć. Nie bój się pani. Niedługo po waszym powrocie będę tam i gdyby się stawał zbyt natarczywym, pospieszę z pomocą.
Talja bawiła się łyżeczką, patrząc na obrus.
— A jeśli nie odprawi służby?
— Bądź pani pewna! — zawołał. — U wszystkich djabłów! Nie zdarzyła mi się jeszcze tak przepyszna sposobność! Działajmyż razem!
Talja potrząsnęła głową.
— To rzecz za wielka dla mnie. Masz pan pewnie rację i wrobię się do tego z czasem, ale dotąd specjalność moja, to drobne kradzieże.
— Ba! — rzekł wzgardliwie. — Zwarjowałaś pani chyba! Teraz masz, panienko, żniwo przed sobą. Policja nie zna pani, jak mnie, który zawsze stoję w pełnem świetle. No cóż, chcesz pani, czy nie?
Znowu spuściła oczy na obrus i jęła się bawić łyżeczką.
— Zgoda! — zadecydowała w końcu, wzruszając ramionami. — Powieszą mnie taksamo za owcę, jak za jagnię.
— Albo za dobry udział w sześćdziesięciu tysiącach! — powiedział Barnet wesoło i skinął na płatniczego.
Talja wyszła, kierując się w stronę domu. Zmuszona przechodzić koło banku, nie wzięła taksówki, gdyż bystre oczy Brabazona mogły wyśledzić tę rozrzutność. Szła z falą przechodniów i nagle, muśnięta zlekka ramieniem obróciła się.
Obok niej kroczył młodzieniec, nie darzący jej uśmiechem, jak inni w Regent Street. Nie spytał także, czy idą w jednym kierunku.
— Taljo! — rozebrzmiało koło niej.
Na dźwięk tego głosu obróciła się, tracąc na moment panowanie nad sobą.
— Mr. Beardmore! — szepnęła. Jack zarumienił się z zakłopotania.
— Chciałbym przez chwilę tylko pomówić z panią. Przez cały tydzień czekałem daremnie na sposobność! — rzekł spiesznie.
— Wiesz pan tedy, że pracuję u Brabazona... kto powiedział?
— Inspektor Parr — odparł po krótkiem wahaniu. — Stary Parr, to naprawdę zacny człowiek. Nie powiedział już potem o pani jednego, złego słowa.
— Już potem? — zdziwiła się. — Czyż zależy na tem wogóle coś jeszcze? A teraz, Mr. Beardmore, muszę spieszyć na pewne spotkanie.
Przytrzymał ją za ramię.
— Taljo! proszę mi powiedzieć, czemu pani to robi? — spytał spokojnie. — Ktoś jest za panią, czuję to dobrze.
Roześmiała się.
— Cóż za powód skłania panią do przebywania w tak niezwykłem towarzystwie? — powiedział.
— Niezwykłem towarzystwie? — zdziwiła się.
— Wyszła pani z restauracji, — zauważył — gdzie miało miejsce spotkanie z Flushem Barnetem, znanym złodziejem, który odsiedział długą karę więzienia, oraz z Milly Macroy, jego pomocnicą, karaną również za współudział w kradzieży kooperatywy Darlingtona. Zajęta jest obecnie w banku Brabazona.
— I cóż z tego? — spytała.
— Nie zna pani pewnie tych ludzi.
— A skąd pan ich zna? — rzekła spokojnie. — Sądzę, że nie sam jeden czyniłeś pan te spostrzeżenia. Musiał być gdzieś w pobliżu podziwienia godny inspektor Parr. Oczywiście. Panie Beardmore, kształcisz się pan, widzę, na urzędnika policyjnego.
Jack był zdumiony.
— Obowiązkiem Parra — powiedział — jest zawiadomić chlebodawców pani, o przestawaniu z ludźmi tego rodzaju. Na miłość boską, Taljo! Pomyśl pani w końcu rozsądnie, jaką sobie stwarzasz sytuację!
Talja śmiała się.
— Nie chcę wkraczać w pełne odpowiedzialności obowiązki urzędnika policyjnego, wolałabym jednak, by tego nie czynił. Byłby to znak jego łaskawości. Nie mam nic przeciw policji, o ile mnie nakłania do normalnego trybu życia, ale chlebodawca, któryby się uwziął nawracać zbłąkaną owieczkę, byłby bardzo nudny... nieprawdaż?
Roześmiał się, chociaż nie był w wesołym nastroju.
— Taljo! — powiedział. — Jest pani zbyt rozumną, by wieść takie życie... i zmierzać do katastrofy — dodał po chwili z powagą. — Nie mam prawa mieszać się w to, ale mógłbym może dopomóc. Może coś zaszło, co panią oddało w ręce tej pary?
Podała mu z uśmiechem dłoń mówiąc serdecznie.
— Do widzenia!
Został sam w ulicy, jak głupi.
Talja przeszła szybko arkady Burlingtonu, w kierunku Piccadilly i wzięła tam auto. Wysiadła przed domem przy Marylebone Road, co stanowiło w porównaniu do Lexington Street wielką poprawę.
Portjer w uniformie zaprowadził ją do windy i weszła do kosztownie umeblowanego mieszkania na trzeciem piętrze.
Na odgłos dzwonka weszła stateczna kobieta w średnim wieku.
— Marto! — powiedziała. — Dzisiaj nie będę na kolacji w domu. Proszę przysposobić niebieską suknię wieczorową, i zatelefonować do garażu Welthama, by przysłano auto, punktualnie dwadzieścia pięć minut po siódmej.
Pensja Miss Drummond w banku wynosiła dokładnie cztery funty tygodniowo.



16.
Mrs. Marl wychodzi.

— A więc przyszła pani! — zawołał Marl wstając na powitanie. Wyglądasz ślicznie, droga moja!
Ująwszy ją za obie ręce wprowadził do małego saloniku, biało i złoto urządzonego.
— Wprost prześlicznie! — powtórzył ciszej. — Wyznam szczerze, iż bałem się iść z panią do Carltonu. Wszak nie masz pani za złe, że to mówię? A może papierosa?
Dobył z poły fraka złotą papierośnicę i podał.
— Sądziłeś pan, że przyjdę ubrana w suknię za sześć guinei od firmy Morne & Gillingsworth! — zaśmiała się, paląc.
— Tak myślałem, droga pani. Niejedno mam za sobą doświadczenie! — rzekł siadając. — Wiem, w jak dziwnych toaletach mogą przybywać kobiety.
— A więc przyjmujesz pan młode kobietki! — odparła siadając wygodnie u kominka i patrząc nań przymrużonemi oczyma.
— A no, — powiedział, zacierając ręce z zadowoleniem — nie jestem jeszcze tak stary, by mi nie sprawiało przyjemności towarzystwo dam. Prześlicznie pani wygląda!
Miał czerwoną twarz, ciemne włosy i niezwykle regularne zęby. Tego wieczoru nie był także nienaturalnie opasły.
— Naprzód zjemy coś, potem zaś pójdziemy do teatru na przedstawienie „Chłopców i dziewcząt“..., a po teatrze — dodał z wahaniem — przekąsimy jeszcze coś.
— Przekąsimy? — zdziwiła się. — Nie jadam nigdy o tak późnej godzinie. Zresztą wszystko będzie już zamknięte o tej porze.
— Możemy wrócić do mnie. Nie jesteś pani, chyba skromnisią?
— O nie! — przyznała.
— Odwiozę panią własnem autem do domu.
— Dziękuję! Mój wóz czeka przed bramą! — powiedziała.
Mr. Marl wytrzeszczył oczy i zaczął się śmiać, zrazu cicho, potem zaś coraz głośniej, aż zakończył napadem astmy.
— Szelma z pani! — wyjęknął wreszcie z trudem.
Wieczór ten zainteresował Talję bardzo, zwłaszcza że ujrzała w wielkiej hali hotelu Mr. Flusha Barneta.
Po przedstawieniu, stojąc w hali teatralnej i czekając na auto, okazała Talja pewne wahanie, ale wymowny Mr. Marl przezwyciężył rychło jej opór i punktualnie o pół do dwunastej weszli do mieszkania jego. Spostrzegła zaraz, że nie zadzwonił na służbę, ale otwarł drzwi własnoręcznie.
W jadalni o boazerji z różanego drzewa zastawiono przekąskę.
— Pomogę pani rozebrać się! — rzekł Marl. — Zbyteczna nam jest usługa... nieprawdaż?
Potrząsnęła głową.
— Nie będę nic jadła i najlepiej uczynię, jadąc do domu.
— Zaraz... zaraz — prosił. — Chciałbym pomówić jeszcze o szefie pani. Mogą we firmie, to znaczy w banku, oddać znaczne przysługi. Kto pani wymyślił imię Talja?
— Moi chrzestni rodzice, pan N. i pani N. — odparła uroczyście, a Marla rozradował jej humor.
Stanął poza nią i udał, że sięga do zastawy, by wziąć przekąskę i gdyby nie nagły gest, byłby ją pocałował w kark.
— Jadę do domu! — oświadczyła stanowczo.
— Głupstwo! — burknął, wypadając z roli dobrze wychowanego człowieka, do czego miał pretensję. — Chodź pani tu i usiądź przy mnie.
Spojrzała nań przeciągle, potem nagle podeszła do drzwi, naciskając klamkę. Były zamknięte na klucz.
— Lepiejby było otworzyć, Mr. Marl! — powiedziała spokojnie.
— Ja sądzę, że nie! — rzekł wesoło. — No, droga Taljo, bądźże pani ową słodką dziewczynką, za jaką panią uważam.
— Nie lubię niweczyć urojeń odnośnie do mego charakteru! — powiedziała chłodno. — Proszę, zechciej pan otworzyć.
— Dobrze!
To rzekłszy przystąpił do drzwi, szukając w kieszeni klucza, zanim tego jednak dokonał, wziął ją w ramiona. Był o głowę wyższy i silny, toteż nie mogła się wyswobodzić z żelaznego uścisku.
— Puść mnie pan! — rzekła spokojnie, opanowana całkiem i nie okazując strachu.
Nagle uczuła, że mięśnie jej osłabły, on zaś zwyciężył.
Dysząc ciężko, puścił broniącą się dziewczynę.
— Teraz przekąszę coś! — powiedziała, a Marl rozpromienił się.
— Kochana Taljo! Teraz jesteś ową słodką dziewczynką, o jakiej marzyłem. Ach!... Cóż to znaczy? — wykrzyknął znagła.
Podeszła do stołu i wzięła torbeczkę swoją z brokatu. Pewny był, że szuka chustki do nosa. Ona zaś ujęła w dłoń mały, czarny przedmiot, kształtu jaja i wysunęła zeń małą igłę, rzucając ją na stół. Marl poznał odrazu małą śmiertelnie działającą bombę Milla.
— Połóż to pani! — jęknął. — Proszę zaraz włożyć z powrotem igłę! Nierozsądna dziewczyno... połóż to pani zaraz!
— Nie bój się pan! — oświadczyła chłodno. — Mam w torebce jedną jeszcze igłę. Proszę otworzyć drzwi!
Drżącą ręką przekręcił klucz, a potem obejrzał się za nią.
— Bomba Milla! — mruknął, oparty o boazerję ściany.
Potwierdziła gestem i wyszła niosąc morderczy przedmiot, on zaś zamknął za nią i dygocąc jeszcze, udał się do sypialni na górze.
Flush Barnet stał ukryty za szafą z ubraniem. Mr. Marl wszedł do siebie, zamknął drzwi i zasunął rygiel.
W domu ucichło wszystko. Przez grube drzwi sypialni nie przenikał najmniejszy szelest. Ponad drzwiami nie było jak zazwyczaj okienka i tylko odblask światła na suficie padającego przez wentylator świadczył o obecności Marla.
Dom, czasu wojny służył za schronisko chorym oficerom i wprowadzono weń pewne higjeniczne urządzenia, bardziej pożyteczne, niż piękne.
Flush podszedł cicho pod drzwi i jął nadsłuchiwać. Marl mówił sam do siebie. Flush rozejrzał się za czemś, coby mu umożliwiło zajrzeć do pokoju. Dostrzegł mały dębowy stolik, podstawił go pod ścianę, wszedł i zobaczył, że Marl chodzi bez surduta po sypialni, czemś bardzo zaniepokojony. Zaraz posłyszał koło siebie szmer stóp po dywanie. Coprędzej zeszedł ze stolika i wysunął się do kurytarza, stając tuż nad schodami.
Ciemno było zupełnie, tak że tylko domyślać się mógł czyjejś obecności. Nie wiedział, czy jest to kobieta, czy mężczyzna. Może wrócił pokryjomu któryś ze służących, bowiem, wiadomo, że służący nie zawsze korzystają z urlopu. Czekał, ale ponieważ nikt nie przeszedł koło niego, wrócił pod sypialnię. Mogąc nawet wyważyć drzwi, nic by na tem nie zyskał. Ponieważ tedy sypialnię trzeba było wyłączyć z planu, postanowił zoperować małą kasę w bibljotece.
Pracował przez całe dwie godziny z wprawą wielką i posługując się doskonałemi narzędziami. Ale wynik był smętny, nie znalazł bowiem dużej kwoty. Noc postąpiła już zbyt daleko, by móc ryzykować napad na sypialnię. Spakował tedy narzędzia i zdobycz i wylazł ponownie na stolik. W sypialni panowała cisza, ale świeciło się ciągle jeszcze. Zajrzał przez dziurkę, ale klucz tkwił w zamku. Marl mógł mieć pieniądze przy sobie, albo w żelaznej szkatułce, gdzieś w pobliżu. I to przewidział Flush.
Przeszedł cicho przedsionek, śpiżarnię i wydostał się drzwiami bocznemi, gdzie zostawił trzewiki, gdyż chodził w skarpetkach przez cały czas, płaszcz, oraz cylinder, bowiem był we fraku. Następnie minął chyłkiem kryty chodnik, wiodący wzdłuż domu i wyszedł małą furtką do ogrodu. W tej chwili ktoś go dotknął zlekka, a Flush obejrzał się.
— Potrzebuję pana! — zaszemrał znany głos. — Jestem inspektor Parr. Pan pamiętasz mnie zapewne.
— Parr! — jęknął, wyrwał się, zaklął i przeskoczył furtkę ogrodową. Ale wpadł zaraz w objęcia trzech policjantów i pełen troski, został odprowadzony na najbliższy posterunek.
Tymczasem Parr przeszukał dom na własną rękę. W towarzystwie detektywa minął kurytarz i schody.
— To jest jedyny, widocznie, zamieszkany pokój! — powiedział pukając do drzwi sypialni.
Nikt się nie ozwał.
— Proszę obudzić służbę! — polecił.
Ale policjant wrócił z dziwną wieścią, że służby w domu niema.
— Ktoś jest jednak wewnątrz! — zauważył inspektor i poświeciwszy lampką kieszonkową zobaczył stolik. Nad podziw zręcznie wskoczył nań i zajrzał przez wentylator.
— Ktoś tu śpi! — zawiadomił. — He, he! Zbudź się pan! — zawołał, ale odpowiedzi nie było.
Dobijanie się nie dało także żadnego rezultatu.
— Proszę wyszukać gdzieś siekierę! — polecił. — Wyłamiemy drzwi. Nie podoba mi się to wszystko.
Siekiery nie znaleziono, natomiast jednak spory młotek.
— Proszę poświecić tu, panie inspektorze! — rzekł detektyw, a Parr skierował lampkę na drzwi. — Były białe, a pośrodku widniało kółko czerwone, wybite stemplem gumowym.
— Wyłam pan drzwi! — powiedział inspektor, dysząc ciężko.
Przez pięć minut musieli tłuc w drzwi, zanim kwatera poddała się. Śpiący nie dawał znaku życia.
Parr wsunął przez otwór rękę, przekręcił klucz i odsunął z trudem rygiel. Światło oblewało twarz mężczyzny, który leżał na wznak, lekko skrzywiony i martwy.



17.
Bańki mydlane.

Dobrze już po północy siedział Derrick Yale w ładnej, małej pracowni swojej, skąd widać było park. Nagle zapukano i wszedł inspektor Parr.
Opowiedział wydarzenie nocne.
— Czemuż nie zawiadomiłeś mnie pan? — spytał Derrick z wyrzutem, potem zaś roześmiał się. — Przykro mi, naprawdę, że ciągle wtrącam się w pańskie sprawy. Ale jakże zdołał umknąć morderca? Przecież przez całe dwie godziny dom był obstawiony policją! Czy dziewczyna wyszła?
— Tak jest. Wyszła i odjechała do domu.
— I nikt nie wszedł?
— Za to nie ręczę! — rzekł Parr. — Ale jeśli ktoś tam był, musiał się dostać przed powrotem Marla z teatru. Wybadałem zresztą, że istnieje wejście przez garaż, poza domem. Mówiąc, iż dom był obstawiony, przesadziłem. Było, jak się okazało, wejście od tyłu, przez ogród, o czem nie wiedziałem, nie domyślając się nawet, że istnieje ogród. Musiał umknąć tamtędy właśnie.
— Czy pan podejrzywa Miss Drummond?
Inspektor zaprzeczył.
— Czemuż atoli obstawiłeś pan wogóle mieszkanie Marla? — zapytał Derrick z powagą.
Odpowiedź była zgoła niespodziewana.
— Policja śledziła Marla od chwili powrotu jego do Londynu. Zwiększyłem nadzór, od czasu znalezienia części jego listu, którego autorstwo stwierdziłem w ten sposób, że poprosiłem go o adres krawca. Pismo było to samo.
— A więc Marl? — powiedział Yale z niedowierzaniem.
Inspektor skinął potwierdzająco.
— Nie wiem, co zaszło pomiędzy starym Beardmorem a Marlem i dlaczego człowiek ten przybył do domu zamordowanego. Próbowałem zrekonstruować sobie tę scenę. Wszakże pamiętasz pan przestrach Marla w chwili przybycia do Beardmora.
— Tak, przypominam sobie! — potwierdził detektyw. — Jack Beardmore opowiadał mi o tem. I cóż?
— Nie chciał zostać u niego na noc i wrócił do miasta! — ciągnął Parr dalej. — Ale faktycznie dojechał tylko do Kingside, stacji oddalonej o kilka tylko mil. Torbę wysłał do Londynu i wrócił pieszo. Jego to zapewne widział morderca w lesie. Czemuż atoli wrócił, skoro przestraszywszy się, umknął zrazu? Czemuż także napisał list, doręczony nocą, skoro mógł opowiedzieć wszystko Beardmorowi za dnia, osobiście.
Nastało długie milczenie.
— W jaki sposób został zamordowany Marl? — spytał Yale.
Inspektor potrząsnął głową.
— Jest to dla mnie tajemnicą. Morderca nie mógł się dostać do sypialni. Mówiłem z Barnetem, który nie wie jeszcze o morderstwie. Przyznał, że włamał się w celach rabunkowych. Słyszał, że ktoś chodzi po domu i ukrył się, oczywiście. Doleciał go także jakiś syk, podobny do odgłosu rury, z której wypuszczano powietrze. Drugi fakt, to krągła, mokra plama, tuż przy ręce nieboszczyka. Zrazu myślałem, że jest to znak Czerwonego Kręgu, ale odnalazłem drugą taką plamę na kołdrze. Lekarz nie mógł stwierdzić przyczyny śmierci. Bankier Brabazon, z którym mówiłem telefonicznie, oświadczył, że Marl podniósł wczoraj znaczną kwotę, którą konto jego zostało zamknięte. Posprzeczali się o coś. Kasę otworzył, oczywiście, Flush Barnet, ale podczas rewizji nie znaleziono przy nim gotówki. Były tam tylko drobiazgi. Kto atoli wziął pieniądze, niewiadomo!
Derrick Yale przeszedł się po pokoju, mając ręce na plecach, a brodę zwieszoną na piersi.
— Czy wiesz pan coś o Brabazonie? — spytał.
— Wiem tyle tylko, że jest bankierem i prowadzi interesy z zagranicą.
— Czy jest wypłacalny? — rzekł Yale wprost, a inspektor podniósł nań zamglone oczy.
— Nie, — odparł — mamy nawet parę zażaleń odnośnie do jego postępowania.
— Czy Marl i Brabazon byli dobrymi przyjaciółmi?
— Dość dobrymi! — oświadczył Parr z wahaniem. — O ile wywnioskować mogłem z urzędowych relacji, posiadał Marl jakąś władzę nad Brabazonem.
— A więc Brabazon nie jest wypłacalny! — powiedział Derrick z zadumą. — Marl zamyka konto swoje. W jakich warunkach? Czy był w banku?
Inspektor opowiedział pokrótce, co zaszło, a znane mu było, widocznie, wszystko, co się tam dzieje.
Derrick Yale nabrał szacunku dla tego człowieka, którego uważał dotąd za ograniczonego.
— Czy mógłbym tej jeszcze nocy być w domu Marla?
— To właśnie chciałem panu zaproponować. Mam nawet auto pod bramą.
Przez cały czas jazdy do Bayswater nie rzekł Yale słowa, dopiero w przedsionku domu przy Marisbury Place, powiedział niespodzianie.
— Gdzieś musi być cylinder stalowy.
Będący na posterunku policjant, zasalutowawszy, oświadczył.
— W garażu znaleźliśmy flaszkę żelazną.
— Ach! — wykrzyknął triumfalnie Derrick. — Właśnie o tem myślałem.
Pobiegł na schody, wyprzedzając wszystkich i zatrzymał się w oświetlonym teraz kurytarzu. Przyklęknąwszy, jął wąchać, zakrztusił się, a twarz mu poczerwieniała.
— Proszę mi przynieść cylinder stalowy! — polecił.
Policjant opisał przyrząd dokładniej. Była to istotnie flaszka żelazna, opatrzona u wylotu małą rurką z zatrzaskiem.
— Musi być gdzieś jeszcze filiżanka, albo flaszka szklanna! — powiedział Yale.
— Obok tej żelaznej flaszki leżała istotnie flaszeczka szklanna, ale jest rozbita! — zameldował policjant.
— To nic! — oświadczył Yale. — Sądzę, że zostało w niej trochę bodaj płynu.
Grubaśny Parr patrzył nań ponuro.
— Cóż to znaczy? — spytał, a detektyw roześmiał się.
— Nowy sposób dokonania mordu, drogi inspektorze! — rzekł niedbale. — A teraz chodźmy do sypialni.
Ciało Marla, przykryte prześcieradłem, leżało na łóżku, a plama nie wyschła dotąd. Okna były otwarte i wiatr poruszał firanki.
— Teraz nie czuć, oczywiście, nic! — rzekł Yale, jakby do siebie i znowu przyklęknął nad dywanem. Zakaszlał i wstał spiesznie.
Tymczasem policjant wrócił z dolną częścią flaszki. Było tam na dnie kilka kropel płynu, który Yale wylał sobie na dłoń.
— Woda z mydłem! — powiedział. — Oczekiwałem tego. A teraz mogę powiedzieć, w jaki sposób został zamordowany Marl. Oto złodziej pański, Flush Barnet, słyszał syk. Był to odgłos trującego gazu, który wypuszczono z flaszki żelaznej. Było tam dość, chyba, materjału na kilku ludzi. Gaz ten unosi się jeszcze nad podłogą, jest ciężki, przeto opada.
— Jakże tem zdołano zamordować Marla? Czyż mu pompowano to na głowę?
Derrick Yale potrząsnął głową.
— Czerwony Krąg posiada metody prostsze i skuteczniejsze! — powiedział spokojnie. — Puszczano bańki mydlane.
— Bańki mydlane?
— Koniec flaszki, jak pan to może do tej pory stwierdzić, zanurzono w roztwór mydła w wodzie i przetknięto przez wylot wentylatora. Po uchyleniu zatrzasku utworzyła się bańka, którą strzepnięto na śpiącego. Kilka tych baniek pękło na stole, kołdrze i ścianie, gdzie dotąd są plamy. Ale sądzę, że nastąpiło to już po jego śmierci, bowiem bańki musiały też paść mu na twarz, a w takim razie skon nastąpił natychmiast.
Parr słuchał z otwartemi ustami.
— Wszystko to skombinowałem sobie, jadąc tu! Krągła plama na poduszce obudziła wspomnienia młodości, kiedy to puszczałem bańki mydlane, a posłyszawszy o owym syku, byłem już pewny swego.
— Wszedłszy do pokoju nie poczuł pan wszakże gazu? — zarzucił Parr.
— Wiatr go musiał zwiać, ale jako ciężki opadł na posadzkę i zalał ją jednolitą warstwą. Spójrz pan, proszę!
Potarł zapałkę i zaczekawszy, aż roztleje, zbliżył ją do dywana. W odległości cala zapałka zgasła nagle.
— Teraz rozumiem! zgodził się inspektor.
— Może wartoby przetrząsnąć mieszkanie? — spytał Yale, ale oferta jego nie została mile przyjętą.
Rozumiała uczucia inspektora mała grupka policjantów, którzy z całym szacunkiem słuchali wywodów detektywa. Zrozumiał to zaraz i on i uśmiechnąwszy się, odszedł do domu. Są chwile, kiedy policję trzeba zostawić samej sobie. Wiedział to doskonale Derrick Yale.



18.
Opowieść Flusha Barneta.

Dokonawszy rewizji mieszkania Marla, wrócił inspektor, by przesłuchać Flusha Barneta.
Był on przygnębiony wielce i nie mógł dać wielkiej wagi informacji.
Cały łup leżał na stole. Było tam kilka pierścionków, zegarków, srebrna flaszeczka kieszonkowa, oraz książka bankowa, nie przedstawiająca dlań żadnej wartości. Co dziwniejsze jednak, znaleziono w kieszeni Flusha dwa, całkiem nowe stu funtowe banknoty, odnośnie do których twierdził, że są jego własnością.
Włamywacze typu takiego są to ludzie nierozumni i nie „pracują“ wcale, czując w kieszeni dwieście funtów.
— Powiadam, że są to pieniądze moje! — upierał się. — Pocóżbym miał kłamać?
— Oczywiście, nie miałoby to wcale sensu! — przyświadczył inspektor Parr chłodno. — Skądże je pan masz?
— Dostałem od przyjaciela.
— Z jakiego powodu rozpaliłeś pan w bibljotece ogień na kominku? — spytał niespodzianie, a Flush drgnął.
— Było mi zimno! — rzekł po chwili.
— Hm... — mruknął inspektor, jakby do siebie — ma dwieście funtów, włamuje się, rozbija kasę i pali na kominku. Oczywiście, chciałeś pan coś spalić... nieprawdaż?
Flush milczał, wijąc się atoli na dźwięk tych słów.
— Zapłacono panu, byś się włamał i spalił coś, co było w kasie... nieprawdaż?
— Niechbym umarł w tej chwili...
— Poszedłbyś pan prosto do piekła! — zauważył spokojnie inspektor. — Tam siedzą wszyscy kłamcy! Barnet! Kto był owym przyjacielem? Lepiej powiedz mi pan, gdyż nie wiem, czy nie obwinić cię o morderstwo?
— Morderstwo? — wrzasnął Barnet, zrywając się. — Cóż to znaczy? Nie popełniłem wcale morderstwa!
— Marl nie żyje. Znaleziono go martwym w łóżku.
Opuścił więźnia w stanie wielkiego przygnębienia, a gdy nazajutrz rano wrócił, celem dokończenia przesłuchania, Flush opowiedział wszystko.
— Nie wiem nic o Czerwonym Kręgu, panie inspektorze! — zaręczył dodając pod adresem Opatrzności wezwanie, by go ostro ukarała, jeśli kłamie. — Znam tylko pewną młodą damę z banku Brabazona. Pewnego dnia czekałem na nią, a było już późno. W tem z drzwi bocznych wyszedł człowiek, na widok którego omal nie padłem trupem, gdyż poznałem go, on zaś zawołał mnie po nazwisku.
— Czy to był Brabazon?
— Tak jest. Poprosił mnie do biura swego... sądziłem, że ma coś przeciw Milly...
— Dalej, dalej — zachęcał inspektor, gdy urwał.
— Otóż najlepiej będzie, jeśli dla własnego ratunku powiem wszystko. Brabazon oświadczył, że Marl dopuszcza się na nim ciągłych wymuszań, gdyż ma w kasie kompromitujące go dokumenty, on zaś dałby tysiąc funtów, gdybym mu je dostarczył. To jest pełna prawda. Ponadto dał mi do poznania, że Marl przechowuje w domu bardzo dużo pieniędzy. Wiedział, żem siedział za włamanie i zasięgnąwszy informacji uznał, że mu jestem potrzebny.
Przyjrzałem się tedy dobrze, ale sprawa była trudna, gdyż plątało się po mieszkaniu ciągle trzech służących. Marl odprawiał ich tylko wówczas, gdy przyjmował kobiety. Chciałem już zrezygnować, ale Marl oszalał nagle dla pewnej panny, pracującej w banku.
— Dla Miss Talji Drummond?
— Tak, panie inspektorze! Było to istotnie zrządzenie Opatrzności. Dowiedziawszy się, że ją zaprosił na kolację, uznałem rzecz za znakomitą sposobność, a gdy mi powiedziano jeszcze, że zamknął swe konto w banku i ma całą gotówkę w domu, miałem wrażenie, że pracuję za darmo poprostu dla Brabazona.
Otwarłem kasę, co poszło łatwo, ale nie było w niej dokumentów, tylko fotografja. Wyobrażała na tle wysokich gór, jakby gdzieś zagranicą, mężczyznę i kobietę. Mężczyzna spychał ją w przepaść, ona zaś trzymała się małego drzewka.
— Rozumiem! — rzekł inspektor. — I na tem koniec?
— Tak jest! Pieniędzy nie znalazłem.
O siódmej rano, mając rozkaz aresztowania w kieszeni, złożył inspektor i dwaj detektywi wizytę Brabazonowi.
Służący w bieliźnie nocnej wskazał im sypialnię bankiera. Parr wyłamał zamknięte drzwi, ale pokój był pusty. Otwarte okno i żelazne schody, używane w razie pożaru, wskazały drogę ucieczki. Nietknięte łóżko i brak wszelkiego nieładu, świadczyły, że znikł kilka godzin przed przybyciem policji.
Przy łóżku był telefon i Parr zadzwonił.
— Czy może pan zbadać, kto rozmawiał w ciągu nocy z tym numerem? — zapytał. — Jestem inspektor Parr z prezydjum policji.
— Dwie były rozmowy! — powiedział urzędnik i ja sam łączyłem. Jedna z Bayswater...
— To moja, a jakaż druga?
— Z Western Exchange... o pół do trzeciej.
— Bardzo dziękuję! — powiedział ze złością, odkładając słuchawkę.
Popatrzył na towarzyszy, potarł z podraźnieniem wielki nos i powiedział:
— Talja Drummond otrzyma nową posadę.



19.
Talja przyjmuje ofertę.

Przez cały tydzień trwały przygotowania do ogłoszenia upadłości Brabazona. Potem Talja opuściła bank, mając w torebce tygodniową pensję swoją i żadnych widoków na inną jakąś posadę.
Mówiąc do niej wobec licznych słuchaczy, nie obwijał inspektor Parr niczego w bawełnę.
— Tylko ta okoliczność, że wyszłaś pani z domu Marla, a on sam, jak to widziałem, zamknął drzwi, chroni panią przed ciężkiem oskarżeniem!
— Szkoda, że nie ochroniło mnie także przed kazaniem! — zauważyła chłodno.
Gdy opuściła biuro, spytał inspektor Derricka Yale:
— Cóż z nią zrobić teraz?
— Jest mi ona istną i coraz to większą zagadką! — odparł detektyw. — Macroy zeznała, że dopuszczała się w ciągu pobytu w biurze drobnych kradzieży, zresztą niema na to dowodów, a jedynym świadkiem mógłby tu być nasz nieobecny przyjaciel Brabazon. Czemu nie wziąłeś jej pan za świadka w sprawie Barneta?
— W tym wypadku — odparł inspektor, potrząsając głową — tylko zeznanie Barneta przeciwstawićby by[4] można jej świadectwu. A zresztą, sprawa Barneta jest nad wyraz jasna, gdyż sam widziałem wszystko.
Yale zachmurzył się.
— Radbym wiedzieć... — zaczął.
— Co takiego? — podchwycił Parr.
— Radbym wiedzieć, czy ta dziewczyna może nam powiedzieć coś bliższego o Czerwonym Kręgu! Mam zamiar wziąć ją do swego biura.
Parr mruknął coś.
— Wiem, że pan mnie uważasz za szaleńca, ale w tem tkwi metoda. U mnie nic skraść nie może, natomiast, jeśli jest na służbie Czerwonego Kręgu, zostając pod moim bezpośrednim nadzorem, zdradzi się niezawodnie. Pozatem interesuje mnie bardzo.
— Czemuż pomagasz jej pan?
— Bo mnie interesuje! — uśmiechnął się Yale. — Czuję poza nią jakąś tajemniczą siłę... Ona nie działa samoistnie... Poza nią jest...
— Czerwony Krąg? — dokończył Parr szyderczo.
— Bardzo możliwe! — odparł Yale z powagą. — W każdym razie pomówię z nią o tem.
Jeszcze tego samego popołudnia odwiedził ją w mieszkaniu. Służąca wprowadziła go do ślicznego, małego saloniku, a zaraz potem zjawiła się uśmiechnięta Talja.
— Panie Yale! — spytała. — Czy przybywasz pan, by mnie obdarować kilku dobremi radami?
— O nie! — rzekł ze śmiechem. — Przyjeżdżam ofiarować pani posadę u siebie.
Uniosła brwi.
— Potrzebujesz pan pomocnicy? — spytała ironicznie. — Czy wychodzisz pan z zasady, że szczury łapie się na myszy? A może też chcesz mnie pan poprawić? Znam ludzi, którzy się tem łudzą.
Usiadłszy przy fortepianie, założyła ręce na plecy, on zaś uczuł wyraźnie, że mu urąga.
— Dlaczego kradniesz pani, Miss Drummond.
— Jest to moją naturą! — odparła bez wahania. — Czemużby kleptomanja miała być przywilejem samych jeno bogaczy?
— Czy daje to pani pewne zadowolenie? Pytam nie z ciekawości, ale jako baczny badacz natury ludzkiej.
Gestem wskazała mieszkanie.
— Mam przytulne mieszkanko, dobrą służącą i nadzieję, że nie zginę z głodu. Wszystko to daje mi zadowolenie. A teraz proszę mi coś powiedzieć o posadzie. Czy mam zostać agentką policyjną?
— O nie! — odrzekł z uśmiechem. — Potrzebuję zaufanej sekretarki. Roboty coraz to więcej i nie mogę podołać korespondencji. Dodaję, że w biurze mojem mało znajdzie pani sposobności do oddawania się umiłowanemu sportowi! — rzucił wesoło. — Ale to ryzyko biorę na siebie.
Patrzyła nań przez chwilę bacznie.
— Jeśli pan przyjmujesz ryzyko, to i ja zaryzykuję! — odparła po chwili. Gdzie jest biuro pańskie?
Podał adres.
— Przybędę jutro o dziesiątej! — powiedziała. — Schowaj pan książkę czekową i drobne pieniądze.
— Dziwna dziewczyna! — myślał, wracając do siebie.
Mówiąc Parrowi, że jest dlań zagadką, był całkiem szczery. Znał przecież najróżniejsze typy zbrodniarzy, nierównie lepiej od inspektora.
Jął dumać teraz o owym nieszczęśniku, który popadł w niełaskę. Trzecie niepowodzenie z Czerwonym Kręgiem musiało silnie zachwiać jego karjerę i pewnie nie długo pobędzie w prezydjum policji.
Inspektor rozstrząsał tegoż wieczora tę samą kwestję. Znalazł w biurze krótką urzędową wiadomość, a czuł, że coś gorszego jeszcze niebawem nastąpi.
Nazajutrz wezwano go do Froyanta, gdzie zastał już Derricka Yale.
Mimo łączących ich stosunków, sprawa Czerwonego Kręgu przeistoczyła się w pojedynek. W prasie wiedziano, że bliską dymisję Parra przypisać należy nie tyle jego niepowodzeniu w śledzeniu tych straszliwych zbrodni, ile niezwykłym zdolnościom nieoficjalnego rywala. Przyznać jednak trzeba po sprawiedliwości, że Yale starał się na każdym kroku rozwiać tę opinję, ale nie dużo to pomagało.
Froyant oddał sprawę swą Derrickowi, mimo skąpstwa i wielkiego honorarjum detektywa i to zaraz po otrzymaniu ostrzeżenia. Zwątpił całkiem w policję i nie ukrywał tego wcale.
— Pan Froyant postanowił zapłacić! — oświadczył detektyw na wstępie.
— Oczywiście! — sarknął wzburzony Froyant.
Parr zauważył, że w dniach ostatnich postarzał o lat dziesięć. Twarz mu wychudła jeszcze i stała się węższą a cała postać była, jakby złamana.
— Jeśli prezydjum pozwala tym zbrodniarzom zagrażać uczciwym ludziom, nie gwarantując im nawet życia, nie mam innego wyjścia prócz zapłaty. Przyjaciel mój Pindle zapłacił. Nie mogę znieść dłużej tego niepokoju.
Zaczął jak szalony biegać po bibljotece.
— Pan Froyant zapłaci! — powiedział Yale zwolna. — Ale tym razem sądzę, Czerwony Krąg posunął się zbyt daleko.
— Co masz pan na myśli? — spytał Parr.
— Poproszę o ten list, Sir! — rzekł detektyw, a Froyant wysunął szufladę i gestem wściekłości cisnął kartkę na biurko.
— Kiedy nadszedł? — spytał Parr, biorąc list w rękę.
— Dziś rano, pierwszą pocztą.
Inspektor przeczytał słowa wpisane w czerwone kółko.
— W piątek, o pół do czwartej przybędziemy po pieniądze do biura Mr. Derricka Yale. Banknoty nie mogą opiewać całemi serjami. Jeśli gotówki nie będzie, umrzesz pan tej nocy jeszcze.
Inspektor westchnął.
— To rzecz bardzo upraszcza! — powiedział. — Oczywiście nie przyjdą wcale.
— Ja sądzę, że przyjdą! — oświadczył detektyw spokojnie. — Ale będę ich oczekiwał i chciałbym mieć pana w pobliżu, inspektorze.
— Bardzo dobrze! — zgodził się flegmatyczny Parr. — Jestem atoli pewny, że nie przyjdą.
— Nie godzę się z panem. Ktokolwiek jest kierownikiem Czerwonego Kręgu, męstwa mu nie brak. Pozatem zastaniesz pan w mem biurze dawną znajomą! — dodał ciszej.
Parr zauważył wesołość detektywa.
— Drummond? — spytał.
Yale skinął głową.
— Przyjąłeś ją pan?
— Interesuje mnie, a ponadto sądzę, że nam dopomoże w odkryciu tajemnicy Czerwonego Kręgu.
W tej chwili wrócił Froyant i rozmowa zeszła na inne tory.



20.
Klucz od domu nad rzeką.

Postanowiono, że Froyant podejmie we czwartek rano pieniądze w banku i wręczy je Derrickowi Yale, tenże zaś uda się do Parra i wrócą razem poczynić przygotowania na przyjęcie gości.
Parr musiał, w drodze do prezydjum policji przechodzić około wielkiego, samotnego obecnie domu, gdzie mieszkał Jack Beardmore.
Wydarzenia ostatnich tygodni zmieniły młodzieńca, nagle w dojrzałego męża, pełnego spokoju i świadomości. Odziedziczywszy wielki majątek, utracił część dawnej energji i inicjatywy. Nie mógł się też wyzbyć myśli o Talji i miał ją zawsze przed sobą, na jawie, czy we śnie. Przezywał się sam błaznem, usiłował wybić to sobie z głowy, ale wszystkie względy rozumowe pierzchały przed jej obrazem.
Dziwna przyjaźń złączyła go z inspektorem. Chwilami nienawidził wprost małego grubaska, ale te względy uczuciowe nie mogły być podstawą oceny działalności urzędnika policyjnego.
Parr zatrzymał się przed domem, mając już zamiar iść dalej, ale powolny impulsowi wszedł i zadzwonił. Liczna służba podkreślała jeszcze samotność.
Jack siedział przy spóźnionem śniadaniu.
— A to pan, inspektorze! — rzekł wstając na przyjęcie. — Proszę siadać! Od kilku godzin nic pan nie miał, zapewne, w ustach. Co nowego słychać?
— Nic, prócz tego, że Froyant godzi się zapłacić.
— Tak? — spytał Jack i roześmiał się poraz pierwszy od dawna. — Nie chciałbym być wobec tego, w skórze Czerwonego Kręgu!
— Czemużto? — rzucił pytanie, także rozweselony, gdyż przeczuwał odpowiedź.
— Biedny ojciec mój mawiał często, że Froyant nie spocznie dopóki nie odzyska każdego straconego grosza. Gdy się pozbędzie niepokoju, zacznie niewątpliwie śledzić i wydrze, z pod ziemi bodaj każdy wymuszony banknot.
— To możliwe. Ale oni nie mają jeszcze pieniędzy.
Opowiedział Jackowi o liście, jaki Froyant otrzymał, a młodzieniec zdziwił się wielce.
— Ryzykują nie mało! — rzekł — któż się zdoła zmierzyć z takim Derrickiem Yale?
— I ja tak sądzę! — przyznał inspektor, zakładając nogę na nogę. — Mam wielką cześć i podziw dla jego przedziwnych zdolności.
— Na przykład dla jego psychometrji? — uśmiechnął się Jack, ale inspektor zaprzeczył.
— Nie znam się na tem tak dobrze, bym mógł wyrazić sąd. Mimoto, że zresztą rozumiem je potrosze, myślę o czemś innem zgoła.
Umilkł nagle i Jack zauważył jego przygnębienie.
— Nie miłe przeżywasz pan chyba chwile w prezydjum policji! — zauważył Jack. — Coraz to nowe zbrodnie Czerwonego Kręgu muszą tych panów wyprowadzić z równowagi.
Parr potwierdził skinieniem.
— Nie śpię obecnie na różach! — przyznał. — Ale mniejsza z tem! Wie pan, — spytał, bacznie patrząc na Jacka — że przyjaciółka pańska ma nową posadę?
Jack drgnął.
— Moja przyjaciółka, powiadasz pan... czy może Miss...
— Tak właśnie, Miss Drummond. — Derrick Yale umieścił ją w biurze swojem! — odparł, rozweselony zdumieniem młodzieńca.
— Pan chyba żartuje! — powiedział.
— Ja także wziąłem za żart, gdy mi to oznajmił. Ale Yale to dziwny człowiek.
— Wielu twierdzi, że powinienby być w prezydjum policji! — wyrwało się Jackowi.
Ale inspektor Parr nie okazał urazy.
— Nie każdego przyjmują! — zauważył z uśmiechem, co było u niego rzadkością. — Inaczej wzięlibyśmy niezawodnie pana. Yale jest dzielny, niezawodnie. Prezydjum nie lubi zasadniczo tak zwanych detektywów-amatorów, ale Yale jest niezaprzeczalnie bardzo zdolny.
Podeszli obaj do okna, spoglądając w spokojną ulicę, przy której stał dom Beardmora.
— O, tam... — powiedział Jack nagle — wszakże to Miss Drummond?
Parr spostrzegł ją wcześniej. Patrzyła z przeciwległego chodnika po numerach domów, potem zaś przeszła ulicę w poprzek.
— Tutaj zmierza! — powiedział Jack, zdumiony. — Ciekawym co... —
Nie dokończywszy pospieszył do drzwi wchodowych i otwarł w chwili, kiedy miała dotknąć dzwonka.
— Jakże się cieszę, Miss Taljo! — zawołał, ujmując serdecznie jej dłoń. — Proszę, proszę, zastanie pani w jadalni dawnego znajomego!
Uniosła brwi.
— Wszakże chyba nie inspektora Parra?
— Odgadła pani świetnie! — powiedział, zamykając za nią. — Ale może pani chce pomówić ze mną bez świadków? — spytał nagle.
Potrząsnęła przecząco głową.
— Mam tylko wykonać zlecenie pana Yale, który prosi o użyczenie mu klucza od pańskiego domu nad rzeką.
Rozmawiając zaszli do jadalni, a Talja skinęła chłodno głową inspektorowi.
Widocznie go nie lubi, pomyślał Jack i objaśnił zaraz powód tych odwiedzin.
— Biedny ojciec mój miał opuszczoną od całych lat posiadłość nad rzeką, w połowie dom mieszkalny, a w połowie magazyn, jak to bywało w czasach dawnych, kiedy przemysłowiec i kupiec mieścił się tuż obok swych zapasów. Dom grozi zawaleniem, ale rzeczoznawcy ocenili, że koszt przebudowy równałby się pełnej wartości. Yale przypuszcza, że mógł się tam schronić Brabazon, który przez czas pewien administrował częścią majątku ojca mego.
Inspektor nastawił grube swe wargi i łypnął oczyma.
— Tyle tylko wiem, że dotąd nie przekroczył granic kraju! — oświadczył. — Wątpię, czy kryłby się w miejscu, które musi przecież zostać zrewidowane. A jednak wszystko możliwe! Zapewne posiada klucz od tego domu.
Jack wysunął szufladę biurka i podał Talji jeden z rozlicznych kluczy, opatrzonych tabliczkami. — Jakże się pani podoba nowa posada? — spytał.
— Jest interesująca! — oświadczyła z uśmiechem. — Ale ponieważ ją objęłam dziś rano dopiero, nie mogę nic powiedzieć jeszcze. Panie inspektorze, — zwróciła się do Parra — nie będę pana chyba fatygować. Jedynym przedmiotem niejakiej wartości w biurze jest srebrny przycisk do listów. W dodatku, niestety, nie noszę nawet listów na pocztę! — dodała drwiąco. — Dom posiada urządzenia amerykańskie, tak że listy wrzucone w biurze, automatycznie dostają się do skrzynki pocztowej w hallu. To mnie bardzo rozczarowało!
Mimo poważnego tonu, oczy jej błyskały swawolnie.
— Miss Drummond! — zauważył inspektor. — Jesteś pani osobą dziwną, sądzę atoli, że tkwi w pani coś dobrego.
Ta uwaga rozradowała ją tak, że ze śmiechu łzy jęły jej spływać po twarzy, a Jack śmiał się także.
Jeden tylko Parr nie objawiał wesołości.
— Bądź pani ostrożną! — powiedział, a rysy jej przybrały zaraz wyraz powagi.
— Proszę wierzyć, inspektorze, iż będę bardzo ostrożna, — powiedziała — a w razie jakiejś przeciwności zwrócę się do pana niezwłocznie.
— Mam nadzieję! — odparł. — Chociaż żywię także wątpliwości.



21.
Dom nad wodą.

Talja wróciła zaraz do biura i zastała Derricka Yale nad stosem niezałatwionej korespondencji.
— Czy to ten klucz? — powiedział. — Dziękuję. Proszę go ot tam położyć. Będzie pani zmuszona sama odpowiedzieć na większość tych listów. Jest tu dużo prośb ze strony różnych młokosów, chcących się kształcić na detektywów. Znajdzie pani szemat na odpowiedzi i proszę je podpisać. A tutaj, — podał jej jeden list, — zechce pani donieść tej damie, że jestem narazie przepracowany i nie biorę nowych zleceń.
Wziąwszy klucz, patrzył nań przez chwilę, a potem spytał:
— Wszak pani widziała się z inspektorem Parrem?
— Panie Yale! — odparła ze śmiechem. — Jesteś pan wprost straszny człowiek. Skądże ta wiadomość?
— To nic! — powiedział. — Rzecz nader łatwa i nie jestem zarozumiały na tę zdolność, podobnie jak pani na swą piękną postać, oraz talent... powiedzmy... chwytania, co się nawinie pod rękę.
— O, ja się już poprawiłam! — oświadczyła po chwili z powagą.
— Sądzę, że z czasem poprawi się pani istotnie... Interesuje mnie pani i to nawet bardzo! — dodał, odprawiając ją skinieniem głowy.
Kiedy z całym zapałem bębniła na maszynie, zjawił się w drzwiach biura.
— Proszę postarać się o połączenie z Mr. Parrem! — rzekł. — Jego numer znajdzie pani w spisie.
Inspektora Parra nie było w biurze, ale pół godziny potem uzyskała połączenie.
— Parr, to pan?
Słyszała głos telefonującego przez uchylone drzwi.
— Chcę jechać do posiadłości Beardmora nad rzeką i zrobić rewizję. Mam wrażenie, że tam się ukrywa Brabazon... A więc po śniadaniu... dobrze? Proszę przybyć o pół do trzeciej...
Talja zanotowała to na podkładce znakami stenograficznymi.
O pół do trzeciej przybył Parr, ale go nie widziała, gdyż do biura detektywa wiodły drzwi drugie, wprost z kurytarza. Dochodziły ją tylko głosy obu mężczyzn, którzy niebawem wyszli.
Gdy kroki przebrzmiały, wzięła formularz telegraficzny i napisała do Johnsona, Mildred Street 23 City:
— Derrick Yale pojechał rewidować dom Beardmora nad rzeką.
Można było dużo zarzucić Talji Drummond, ale nie zaniedbywała nigdy obowiązków swoich.

Dom stał obok niewielkiego debarkaderu, był opuszczony i zaniedbany. Kamienny cokół rozpadał się, barjera nad brzegiem popękała, a zielska i wysokie osty zastąpiły im drogę dziką gęstwą, gdy otwarli bramę.
Ongiś mogło to wyglądać malowniczo, ale teraz powybijane okna parteru, zniszczone belkowanie i odrapane ściany dawały całokształt rozpadu zupełnego.
Z boku był połączony z domem magazyn, tuż nad wodą. Podczas wojny, bomba z aeroplanu rzucona, urwała kawałek ściany i dachu, tak że teraz widać było nie zakryte niczem wnętrze.
— Miłe to, zaiste, miejsce! — powiedział Yale. — Trudno tu sobie wyobrazić eleganckiego Brabazona!
Kurytarz pokrywała gruba warstwa kurzu, ze stropów zwisała pajęczyna, a dom przepajało milczenie i bezruch. Przeszli prędko pokoje, nie znajdując nigdzie śladu zbiega.
— Jest tu jeszcze poddasze! — powiedział Yale, wskazując schody, wznoszące się pod powałą.
Skoczył na nie, uniósł drzwi zapadające się i znikł. Po chwili wrócił, mówiąc:
— Tam niema nikogo.
— Nie miałem zgoła nadziei, byś go pan tu mógł odnaleźć! — powiedział Parr, gdy wyszli.
Kroczyli ku bramie poprzez zielsko, a zakurzonem okienkiem mansardy patrzył na nich człowiek o bladej twarzy. Zarost jego świadczył, że od tygodnia, conajmniej, nie golił się, tak iż najbliżsi przyjaciele nie poznaliby bankiera Brabazona.



22.
Posłaniec Czerwonego Kręgu.

— Jesteś pan błazen, idjota! Omyliłem się, sądząc, że jesteś pan dzielnym detektywem!
Mr. Froyant dyszał pasją, patrząc na stosy banknotów, leżących na biurku.
Poczucie, że takie mnóstwo dobrych pieniędzy zostanie mu zabrane, sprawiało mu ból nieznośny, a nie mógł oderwać od nich oczu.
Derrick Yale nie obrażał się o byle co.
— Być może! — odparł. — Ma pan zapewne rację, ale ja muszę prowadzić interes wedle pewnych zasad. Nabywszy raz przekonania, że ta dziewczyna zaprowadzi mnie do Czerwonego Kręgu, musiałem ją wziąć do biura.
— Pamiętaj pan co mówię! — ozwał się Froyant, machając mu pod nosem palcem. — Ta dziewczyna jest wspólniczką morderców i ona to właśnie będzie posłańcem, który zabierze pieniądze.
— Zaaresztuję ją w takim razie natychmiast! Proszę być pewnym, panie Froyant, że nie stracę z oczu tych pieniędzy, choćby je wziął Czerwony Krąg. Moja tu odpowiedzialność, a wszakże, ratując pana od śmierci, na siebie samego ściągam zemstę tych ludzi.
— Doskonale, doskonale! — przyznał żywo. — Tak właśnie trzeba traktować sprawę. Widzę, że jesteś pan mądrzejszy niż przypuszczałem. Postępuj pan tedy wedle swego uznania.
Pogłaskał miłośnie banknoty, wetknął je do ogromnej koperty i oddał z niechęcią detektywowi, który ten pakiet schował w kieszeń.
— O Brabazonie ani słychu! — powiedział Froyant. — Ten łotr okradł mnie na więcej niż dwa tysiące funtów, które włożył, jak dureń, w głupie interesy Marla.
— Czy wie pan coś bliższego o Marlu? — spytał Yale, stojąc już w drzwiach.
— Tyle tylko, że był szantażystą.
— Ale coś może mniej znanego? — badał detektyw cierpliwie. — Skąd się wziął tutaj na przykład?
— Przybył, zdaje się, z Francji. Mało wiem o tym człowieku, z którym zresztą zapoznał mnie stary Beardmore. Podobno siedział za matactwa parcelami gruntowemi w więzieniu. Ale mniejsza o plotki. Mnie był on użyteczny i osięgnąłem nawet zysk znaczny z obrotów, jakie czynił moim kapitałem.
Yale uśmiechnął się. W takim razie mógł obrzydliwy skąpiec spokojnie przebaczyć Marlowi tę drobną stratę.
W biurze zastał Parra i Jacka Beardmore, który to ostatni przybył widocznie dla Talji. To też uzasadnił jej nieobecność tem, że może dojść do scen gwałtownych.
— Jesteś pan chyba na to przysposobiony? — spytał, patrząc ostro na młodzieńca.
— Oczywiście! — odparł Jack, wesoło niemal.
— Jaki tedy plan? — informował się inspektor.
— Na kilka minut przed spodziewanem przybyciem posłańca pójdę do swego pokoju, zamykając zewnątrz oboje drzwi. Klucze zostaną po stronie panów i poproszę, byście mnie zamknęli sami. W ten sposób chcę uniknąć zaskoczenia. W chwili, gdy przybysz zapuka, a ja wstanę, by go wpuścić trzeciemi drzwiami, panowie ustawicie się w kurytarzu.
Parr skinął głową.
— Dość tego będzie chyba!
Rzekłszy to, podszedł do okna i powiał chustką.
— Widzę, że podjąłeś pan środki bezpieczeństwa! — rzekł Yale z uśmiechem. — Ilu masz pan ludzi?
— Około ośmdziesięciu. Otoczą plac.
Yale pochwalił skinieniem.
— Musimy się liczyć z tem, że Czerwony Krąg przyśle zwyczajnego posłańca publicznego. W takim razie trzeba go będzie śledzić. Chcę, by pieniądze dostały się do rąk przywódcy bandy. To rzecz najważniejsza.
— Oczywiście! — rzekł Parr. — Ale mam przeczucie, że ta osobistość główna sama nie przybędzie. Czy mogę obejrzeć biuro?
Wszedł i jął obszukiwać pokój o jednem oknie. W rogu stała szafa, nie zawierająca nic, oprócz płaszcza.
— Jeśli pan pozwoli, — rzekł Parr, pokornie niemal, — radbym, by pan zatrzymał się przez chwilę w biurze zewnętrznem. Dziękuję, zamknę za panem. Przeszkadza mi zawsze, gdy ktoś drugi patrzy na to co robię.
Yale wyszedł, uśmiechając się, a Parr zamknął za nim. Potem otwarł drzwi na kurytarz wiodące i wyjrzał. Za chwilę usłyszeli, jak je zamyka.
— Proszę wejść! — powiedział. — Widziałem już wszystko co trzeba.
Biuro Yalego było urządzone z prostotą, ale wygodnie. W wielkim kominie, mimo chłodu, nie było ognia.
— Nie spodziewam się, by posłaniec umknął przez komin! — rzekł Yale wesoło, patrząc na badanie inspektora. — Nigdy nie każę palić w tem biurze, bowiem zaliczam się do istot ciepłokrwistych, którym zimno nie dokucza wcale.
Jack, zainteresowany wielce badaniem, wziął w rękę mały rewolwer, leżący na biurku detektywa.
— Ostrożnie! — rzekł Yale. — Kurek łatwo spada.
Dobył pakiet z banknotami i położył obok rewolweru. Potem spojrzał na zegarek.
— Teraz, dla wszelkiej pewności, pójdziemy do biura zewnętrznego i zamkniemy drzwi.
Mówiąc to, zamknął drzwi kurytarzowe.
— To podnieca niezgorzej! — szepnął Jack, któremu się wydało, że należy szeptem mówić w takiej sytuacji.
— Nie doznaję tego uczucia! — odparł Yale.
Parr i Jack zamknęli Derricka w biurze zewnętrznem i usiedli, Jack zajął krzesło Talji, co stwierdził po chwili dopiero.
Myślał, czy istotnie jest ona wspólniczką Czerwonego Kręgu. Zagryzł usta, nie chcąc wierzyć świadectwu własnych oczu i zdrowego rozsądku. Wpływ jej na niego wzrósł jeszcze. Była istotą niezwykłą, a gdyby nawet dopuściła się przestępstwa...
Spojrzał na Parra, który patrzył nań bacznie.
— Nie jestem psychometrą, — powiedział inspektor, — ale sądzę, że myślałeś pan o Talji Drummond?
— Tak! — przyznał. — Czy sądzisz pan, że jest tak złą, jak się wydaje?
— Pyta pan, czy wierzę, iż skradła Froyantowi posążek Buddy? Jeśli o to idzie, nie mam potrzeby wierzyć, gdyż wiem bez wątpliwości.
Jack umilkł, nie mając nadziei przekonać tego upartego człowieka o niewinności dziewczyny. Sam zresztą czuł, że jest szaleńcem, wobec jej własnego zeznania.
— Ciszej... ciszej! — zabrzmiał głos Yalego, oni zaś siedzieli już bez słowa.
Yale poruszał się zrazu, potem wszystko ucichło, gdyż nadszedł czas oznaczony. Parr spojrzał na zegarek. Teraz musiał przybyć posłaniec. Ale z pokoju nie dochodził odgłos walki.
Nagle rozległ się jakiś łoskot głuchy, jakby Yale padł w fotel ciężko.
Parr skoczył na równe nogi.
— Co się stało?
— Wszystko w porządku! — odrzekł Yale. — Potknąłem się tylko. Bądźcież cicho!
Przesiedzieli jeszcze pięć minut, potem spytał Parr:
— Yale, czy wszystko w porządku?
Nie było odpowiedzi.
— Yale! — krzyknął głośniej jeszcze. — Czy słyszysz mnie pan?
Znowu cisza. Parr przyskoczył do drzwi, otwarł i wszedł, a Jack za nim.
Widok, jaki mieli przed oczyma, obezwładniłby, istotnie, najdoświadczeńszego funkcjonarjusza policji.
Yale leżał na ziemi w kajdankach na rękach, ze skrępowanemi nogami i chustką na twarzy. Okno stało otworem, a silny odor eteru i chloroformu przesycał powietrze. Znikł pakiet, leżący na biurku. W trzy minuty później budynek, pilnowany przez policję, opuścił stary listonosz, dźwigający wypchaną torbę i został bez przeszkód wypuszczony.



23.
Kobieta w szafie.

Parr zerwał przepojoną chloroformem chustkę z twarzy detektywa, a Yale otwarł oczy i spojrzał wokoło oszołomiony.
— Co się stało? — spytał.
Ale inspektor milczał, zdejmując z rąk jego kajdanki, a Jack rozwiązywał drżącemi rękami nogi jego.
Potem zaprowadzili go do fotelu, w który padł ciężko, przecierając dłonią oczy.
— Co się stało? — powtórzył.
— Chciałbym to wiedzieć właśnie! — odrzekł inspektor. — W jakim kierunku zemknęli?
Detektyw potrząsnął głową.
— Nie wiem! Nie pamiętam! — powiedział. — Czy drzwi zamknięte?
Jack podbiegł. Były zamknięte od wnętrza. Tędy nie mogli ujść napastnicy. Ale okno stało otworem i Parr zauważył to odrazu. Podszedł i wyjrzał. Przed sobą miał przepaść ośmdziesięciu stóp i ani śladu drabiny, któraby mogła posłużyć do ucieczki.
— Nie wiem, co się stało! — rzekł Yale po chwili. — Siedziałem w fotelu, gdy nagle zarzucono mi na twarz chustkę i silne, nadludzko wprost silne ramiona pochwyciły mnie, tak że nie mogłem stawić oporu. Zanim zdołałem krzyknąć, utraciłem widocznie przytomność.
— Wołałem! Czyś pan słyszał?
Yale zaprzeczył.
— Ależ panie Yale, — rzekł Jack, — usłyszawszy łoskot, jakby upadku, inspektor spytał, a paneś odpowiedział, że wszystko w porządku i żeś się pan tylko potknął o coś.
— To nie ja odpowiedziałem! — rzekł detektyw. — Od chwili zarzucenia chustki na twarz, aż do czasu, kiedyście mnie znaleźli, nic a nic nie pamiętam.
Inspektor zamykał i otwierał okno, potem obejrzał deskę okienną, a kiedy się zwrócił ku pokojowi, na twarzy miał uśmiech podziwu.
— Jest to najzręczniejszy figiel, jaki widziałem w życiu! — oświadczył.
Jack uczuł nawrót dawnej niechęci do Parra i rzekł:
— Ładny figiel! Omal nie zamordowali Yalego i uciekli.
— To figiel niezrównany! — upierał się inspektor. — Teraz rozmówię się z ludźmi, pilnującymi domu.
Ale nie podali oni żadnego szczegółu. Z wyjątkiem starego listonosza nie wypuszczono nikogo.
— Z wyjątkiem listonosza? — rzekł zadumany. — Ależ oczywiście... — i dodał — Sierżancie, proszę odprawić ludzi.
Potem, wsiadłszy do windy, znalazł się z powrotem w biurze Derricka Yale.
— Pieniądze znikły! — powiedział. — Możemy tylko zawiadomić prezydjum policji.
Yale przyszedł już do siebie. Siedział przy biurku, oparłszy na rękach głowę.
— Tym razem ja jestem winny, — przyznał, — ale trudno mnie potępiać, inspektorze! Staram się wymiarkować, w jaki sposób zdołali wejść oknem i napaść mnie bez żadnego szmeru.
— Pan siedziałeś tyłem do okna?
— Tak jest! Nie pomyślałem o tem oknie. Miałem na oczach drzwi.
— Plecami byłeś pan tedy zwrócony do kominka?
— Tamtędy wejść nie mogli! — zaprzeczył. — O tak, to rzecz najdziwniejsza, jaką przeżyłem i niczem jest wobec niej sam nawet Czerwony Krąg. Muszę wszystko opowiedzieć Froyantowi, — dodał wstając, — a proszę panów, byście zechcieli towarzyszyć mi celem moralnego poparcia. Będzie się pewnie wściekał stary dusigrosz.
Wściekłość, było to wyrażenie bardzo słabe wobec szału, jaki ogarnął Froyanta.
— Przyrzekłeś mi pan nieledwie, że pieniądze będą zwrócone, — zaryczał, — a teraz prawisz bajdy, że pana oszołomiono? Gdzież pan byłeś, inspektorze?
— W pokoju sąsiednim! — odparł. — Wszystko co Mr. Yale opowiada, jest prawdą bezwzględną.
Nagle nastąpiła zupełna zmiana w nastroju Froyanta, i to z szybkością niepojętą.
— Ano trudno! — powiedział. — Niema rady. Czerwony Krąg dostał pieniądze i awantura skończona. Bardzo dziękuję, Mr. Yale. Proszę mi przysłać rachunek.
To rzekłszy, pożegnał ich, a oni wyszli do Jacka, czekającego w ulicy.
— Dziwna rzecz, jak nagle zgasła wściekłość jego. Zauważyłeś to pan?
Yale skinął głową, zadumany wielce.
W chwili, gdy Froyant zmienił swe zachowanie, błysnęła mu myśl wielka, podejrzenie dziwne, któreby przerazić musiało każdego.
— A teraz zechciej mi pan, Mr. Yale, odwzajemnić przysługę! — rzekł inspektor. — W prezydjum policji nie jestem już persona grata. Chodź pan i opowiedz, co się stało.

Biuro Derricka Yale było ciche i opuszczone. Po dziesięciu minutach, gdy umilkł szmer liftu, rozległo się ciche skrzypnięcie, uchylono drzwi wielkiej szafy i wyszła z niej Talja Drummond. Zamknęła szafę i obejrzała pokój przelotnie, potem kluczem, dobytym z kieszeni, otwarła drzwi na kurytarz, wyszła i zamknęła z powrotem.
Nie zadzwoniła na lift. W końcu kurytarza były schody, wiodące do stróża domu. Zeszła nimi i dostawszy się na podwórze, wsiąkła w tłum ludzi, snujących się o tej porze wszędzie.



24.
10.000 funtów nagrody.

— Associated Merchants Bank jest upoważniony wypłacić 10.000 funtów tytułem nagrody temu, kto złoży dowody, pozwalające na uchwycenie i ukaranie przywódcy bandy szantażystów i morderców, zwących się „Czerwonym Kręgiem“. Prócz tego minister spraw wewnętrznych zobowiązuje się zwolnić z kary każdego członka tej bandy, o ile nie zostanie mu udowodnione rozmyślne morderstwo, pod warunkiem, że dostarczy wspomnianych powyżej dowodów.
Ogłoszenie to zjawiło się na wszystkich tablicach plakatowych, w każdem oknie urzędu pocztowego oraz na czarnych deskach, mieszczących obwieszczenia policji.
Derrick Yale przeczytał to, wracając do biura i zadumał się nad kwestją, jakie może wywołać wrażenie na drobniejszych agentów bandy.
Talja odczytała także ogłoszenie z omnibusu, który stanął właśnie obok tablicy i uśmiechnęła się. Ale najbardziej wzruszony był Harvey Froyant, a twarz jego oblał rumieniec młodzieńczy. Miast jechać do biura, wrócił do domu i dobył z szuflady biurka listę numerów zrabowanych mu banknotów, którą zestawił z wielką starannością, z umiłowaniem niemal.
Własnoręcznie odpisał ją, co mu zajęło czas niemal do białego rana. Skończywszy, wystosował list do pewnego biura adwokackiego, zajmującego się wyszukiwaniem skradzionych i zgubionych rzeczy, włożył weń listę i sam zaniósł na pocztę.
Biuro Heggittsów oddało mu już nieraz znaczne usługi. Nazajutrz rano przybył senior, szef Mr. James Heggitts we własnej osobie, mały, sucherlawy człowieczek, pociągający nieustannie nosem.
Firma Heggittsów nie cieszyła się wielkim szacunkiem, ani też uznaniem współkolegów, ale miała mnóstwo roboty, a chociaż klijenci znajdowali się przeważnie w konflikcie z prawem, nieraz także ludzie uczciwi udawali się tu, celem odzyskania cennych rzeczy, „ściągniętych“ przez długopalcowych specjalistów. Dziwnym zbiegiem okoliczności udawało się bardzo często Heggittsom, położyć dłoń na ramieniu tego, czy owego, który „słyszał“ o rzeczy straconej i w większości wypadków, odzyskiwali właściciele... za pewną opłatą... swą własność.
— Otrzymałem pańskie zawiadomienie — rzekł mały adwokat — i odrazu mogę powiedzieć, że żaden z tych banknotów nie pójdzie drogą normalną! — tu przerwał śliniąc wargi i patrząc ponad głowę Froyanta. — Największy paser zniknął!
— Któż to taki?
— Brabazon! — odrzekł znienacka adwokat, a Froyant spojrzał nań, zdumiony wielce.
— Czy masz pan na myśli właściciela banku? — spytał.
— Tak! — potwierdził Heggitts. — Robił on największe w mieście obroty skradzionymi pieniędzmi. Przez bank jego przechodziły, bez zwrócenia uwagi, ogromne sumy, gdyż miał stosunki z zagranicą i nieustannie zmieniał pieniądze dla celów eksportu, tak że wyśledzenie było wprost niemożliwością. Wiedzieliśmy o tem! To znaczy, mieliśmy pewne podejrzenie. Mając pewność, jako adwokaci, zawiadomilibyśmy, oczywiście, władze. Przybywam z wieścią, że będzie bardzo trudno odzyskać te pieniądze. Większość skradzionych banknotów zmienia się na placach wyścigowych, ale bardzo dużo wędruje za granicę, gdzie łatwiej zmienić, skutkiem niedostatecznej kontroli. Powiadasz pan, że to sprawka „Czerwonego Kręgu“?
— Czy znasz pan tę bandę?
Adwokat potrząsnął głową.
— Nie miałem z tymi ludźmi nigdy do czynienia, — odparł — ale słyszałem i wiem, co to za ziółka. Jest możliwe, że Brabazon pracował dla nich świadomie, lub nie wiedząc o tem, a w takim razie będą oni mieli wielką trudność w wyszukaniu innego pasera. Cóż mam uczynić, jeśli natrafię na ślad banknotów i człowieka, który je puszcza w obieg?
— Proszę mnie niezwłocznie zawiadomić, nie wspominając o tem nikomu! — powiedział Froyant. — Idzie tu, jak pan wie, o życie, bowiem jeśli „Czerwony Krąg“ dowie się, że chcę odzyskać pieniądze, może być ze mną źle.
Adwokat potwierdził.
Czerwony Krąg zainteresował go widocznie, gdyż pozostał przy tym temacie, zadając pytania, a Mr. Froyant nie spostrzegł, że go wzięto na spytki.
— To zupełna nowość w świecie zbrodniarzy! — powiedział. — Nie dziwi mnie, że we Włoszech czyni wymuszenia pod grozą śmierci „Czarna Ręka“, ale nie przypuszczałem, by coś takiego było możliwe u nas. Najdziwniejsze, iż Czerwony Krąg jest niedosięgalny. Sądzę, że całą t. zw. bandę stanowi jeden tylko człowiek, któremu służą liczni pomocnicy, nie znający się wzajem. Spełniają oni częściowe zlecenia. Inaczej dawnoby wszystko wyszło na jaw. To, że się nie znają, daje trwałość bandzie.
Wziął kapelusz.
— Czy znał pan Feliksa Marla? — spytał jeszcze adwokat. — Jeden z klijentów naszych obwiniony jest o włamanie do niego. To Mr. Barnet. Musiałeś pan słyszeć o nim.
Froyant nie słyszał o Barnecie, ale Marl interesował go tak niemal, jak Czerwony Krąg adwokata.
— Znałem Marla! — rzekł. — Dlaczegóż pan pytasz?
Adwokat uśmiechnął się.
— Dziwny to był człowiek, wprost zdumiewający w niektórych wypadkach. Jako członek bandy okradał banki francuskie. Był u mnie dziś jego adwokat. Zgłosiła się jakaś pani Marl po spadek i opowiedziała całą historję. On i niejaki Lightman zrobili we Francji majątek, zanim ich przyłapano. Marl poszedłby był pod gilotynę, ale zdradziwszy wspólnika, zeznawał po myśli prokuratora i to go ocaliło. Lightman, o ile wiem, został ścięty.
— Pyszny był tedy człowiek Mr. Marl! — uśmiechnął się Froyant z ironją.
— Wszyscy jesteśmy jemu podobni, — powiedział adwokat — gdy z życia naszego spadnie maska.
Ale Mr. Froyant oświadczył, że jego życie jest otwartą księgą.
Brabazon był tedy paserem kradzionych pieniędzy, a Marl skazanym na śmierć mordercą. Froyant dziwił się, że Marl przetrzymał długie, a ciężkie więzienie, jednocześnie wielce rozradowany, iż interesy jego z nieboszczykiem nie wypadły gorzej.
Pojechał do klubu na posiłek wieczorny i oto nagle, w świetle latarni własnego auta ujrzał ponownie ogłoszenie, przypominające, że jest obecnie uboższym o 50 000 funtów, niż mu się to wydawało rano.
— Dziesięć tysięcy nagrody! — mruknął. — Ba! Któż zechce świadczyć w tej sprawie? Nawet Brabazon, sądzę, nie śmiałby tego uczynić.
Ale nie znał dobrze Brabazona.



25.
Mieszkaniec domu nad wodą.

Brabazon siedział na poddaszu domu nad rzeką, jedząc chciwie duży kawał chleba ze serem. Był jeszcze we fraku, gdyż tak zaskoczyło go ostrzeżenie i dziwnie teraz wyglądał, brudny, okryty kurzem. Biała koszula poszarzała, nie miał kołnierzyka, a szczecina nie golonego zarostu okrywała mu policzki i brodę.
Posiliwszy się, uchylił ostrożnie okienko i wyrzucił okruszyny. Potem zeszedł do dużej kuchni, położonej w tylnej części domu. A chociaż mu brakło mydła i ręcznika, umył się, przy pomocy zabranych dwu chustek do nosa. Z wyjątkiem ubrania, jakie miał na sobie, płaszcza i miękkiego kapelusza, pochwyconego spiesznie w chwili ucieczki, nie był zgoła w nic wyposażony na tego rodzaju przygodę.
Zjadł już wszystko niemal z zapasów, które mu przyniósł nocą człowiek tajemniczy, a nawet, pod wrażeniem strachu przez całą dobę nie miał nic w ustach i zdziwił się na widok kosza z wiktuałami. Nerwy jego były w zupełności zszarpane. Świadomość, że go policja szuka i ma przed sobą długoletnie więzienie, a także tydzień zupełnej samotności i nieustanne oczekiwanie rewizji, zmieniły go nie do poznania.
Podczas gdy detektyw chodził po całym domu, Brabazon siedział skulony w zagródce strychu. Przypuszczenie odwiedzin Derricka Yale przejmowało go dreszczem.
Teraz siedział, drzemiąc w wielkim fotelu, przyniesionym z dołu, w którym miał spędzić noc. Nagle usłyszał zgrzyt klucza i skoczył na równe nogi. Podchodząc do drzwi zapadłych uniósł je. W tej chwili zahuczał z dołu tętniący głos przybysza.
— Zejdź pan na dół! — a on usłuchał.
Poprzednia rozmowa miała miejsce w ciemnym kurytarzu. Brabazon, nawykłszy już do mroku, zeszedł śmiało po schodach.
— Zostań pan, gdzie jesteś! — rozkazał nieznajomy. — Przyniosłem jedzenie, ubranie i wszystko, czego narazie potrzeba. Ogol się pan, byś wyglądał przyzwoicie.
— Gdzie się podzieję? — spytał.
— Kupiłem panu miejsce na parowcu, który jutro wyrusza z Victoria-Docku do Nowej Zelandji. W torebce jest paszport i bilet. A teraz słuchaj pan. Trzeba zostawić wąsy, a zgolić brwi, gdyż to jest dla pana najcharakterystyczniejsze.
Brabazon zdziwił się, ale podniósłszy rękę do brwi, musiał przyznać rację.
— Nie przyniosłem pieniędzy! — ciągnął dalej przybysz. Masz pan przy sobie sześćdziesiąt tysięcy Marla. Zamknąłeś pan jego konto i sfałszowałeś podpis na kwicie w nadziei, że ja z nim załatwię porachunki. I tak się też stało.
— Któż pan jest? — zapytał.
— Jestem Czerwony Krąg! — odparł nieznajomy. — Pocóż to pytanie? Wszakże widywaliśmy się już nieraz.
— Oczywiście! — mruknął bankier. — To miejsce doprowadza mnie do szaleństwa. Kiedy mogę stąd wyjść?
Jutro o zmierzchu. Statek wyrusza, ściśle biorąc, dopiero pojutrze, ale już wieczór możesz pan być na pokładzie.
— Będą pilnować statku! — wyjęknął. — Jest to rzecz niebezpieczna!
— Dla pana niebezpieczeństwa niema już! — brzmiała odpowiedź. A teraz daj mi pan swe pieniądze!
— Moje pieniądze? — spytał pobladły.
— Tak jest — zatętniło rozgłośnie w ciemni, a drżący Brabazon usłuchał.
Dwie duże paczki przeszły w okrytą rękawiczką dłoń przybysza.
— Bierz pan to! — powiedział.
Jedna i to dużo cieńsza paczka przeszła w rękę Brabazona, który uczuł zaraz, że banknoty są całkiem nowe.
— Zmienisz pan to zagranicą!
— Czy mógłbym już dziś wieczór wyjść stąd? — spytał Brabazon, szczękając zębami. — Oszaleję chyba!
Po chwili dopiero usłyszał odpowiedź.
— Owszem, ale niebezpieczeństwo dziś jest znacznie większe! A teraz wracaj pan na górę!
Rozkaz był surowy i dobitny, toteż Brabazon wykonał go bez słowa.
Usłyszał zamykanie drzwi a przez zakurzone okienko dostrzegł na ścieżce ciemną postać, która zaraz znikła. Potem zatrzaśnięto furtkę. Nieznajomy odszedł.
Bankier odnalazł w ciemku torebkę i zaniósł ją na górę, gdzie mógł bez niebezpieczeństwa zaświecić ogarek świecy, znaleziony w kuchni.
Nieznajomy nie przesadził wcale. W torebce było wszystko co trzeba. Przedewszystkiem jednak zbadał pieniądze otrzymane. Były to banknoty różnych serji i numerów, całkiem nowe. Jego pieniądze były także nowe, ale wszystkie jednej serji. Patrzył z zaciekawieniem. Pieniądze te wymuszono pewnie na kimś. Wiedział, że nowe banknoty nie łatwo odrazu zmienić i dlatego właśnie dał mu je nieznajomy. Położył je na boku i zaczął się przebierać!
W godzinę potem wyświeżony bankier wyszedł ostrożnie furtką niosąc torebkę. Zgolone brwi zmieniły go tak bardzo, że minął kilku znajomych szukających go funkcjonarjuszów policji, bez zwrócenia ich uwagi.
Zajął mały pokoik w pobliżu dworca Euston i legł spać. Była to od tygodnia pierwsza noc spokojna.
Dzień spędził w pokoju, a wieczór, po samotnej wieczerzy, wyszedł zaczerpnąć powietrza. Zaufanie jego wzrastało coraz bardziej i miał teraz nadzieję ujścia oczu detektywów na pokładzie statku. Krocząc mniej ruchliwemi ulicami zobaczył ogłoszenie i stanął, by je przeczytać.
Powziął pewną myśl. Dziesięć tysięcy funtów i bezkarność! Niepewny, czy mu się nazajutrz uda uciec, jął rozważać, czem będzie odtąd życie jego. Ciągle ścigany, jak pies wściekły nie miał nawet przeświadczenia, że zdoła skorzystać z posiadanych pieniędzy. Dziesięć tysięcy i wolność! W dodatku, nikt nie wiedział, na ile oszukał spadkobierców Feliksa Marla. Postanowił, że rano umieści w skrytce, a potem uda się wprost do prezydjum policji i złoży zeznanie, które niewątpliwie zniweczy Czerwony Krąg.
— Tak uczynię! — powiedział głośno.
— Bardzo rozsądna decyzja! — rzekł ktoś tuż obok niego.
— Inspektor Parr! — zawołał na widok przysadkowatego mężczyzny, który kroczył za nim bezgłośnie, ubrany w trzewiki o podeszwach gumowych.
— Tak, to ja! — przyświadczył urzędnik. — Chodźmy się trochę przejść i nie rób pan trudności.
Gdy podeszli pod posterunek policji, wyszła właśnie z drzwi młoda kobieta, ale przerażony bankier nie poznał swej byłej sekretarki.
— Możesz pan sobie oszczędzić mnóstwa przykrości, — rzekł Parr — jeśli powiesz całą prawdę. Wiem, gdzie pan mieszkasz... w hotelu Brighta, przy Euston Road. Przybył pan tam wczoraj późnym wieczorem, a jedziesz pan jutro rano statkiem „Itinga“, wyruszającym z Victoria Docku pod nazwiskiem Thomsona!
— Boże wielki! — powiedział zdumiony Brabazon. — Skądże pan to wiesz?
Inspektor nie dał wyjaśnień.
Bankier, nie kłamiąc wcale, powiedział wszystko, co mu było wiadome, począwszy od otrzymania przestrogi, aż do aresztowania.
— Byłeś pan tedy przez cały czas w domu nad rzeką? — spytał inspektor w zadumie. — Yale miał znowu rację! Jakże uszedłeś pan jego oku?
— Czy to był Yale? Myślałem, że to pan. Schowałem się za przegrodę strychu w magazynie, omal nie umarłszy ze strachu.
— Tak, tak! Cóż pan teraz uczynisz?
— Powiem wszystko, co może doprowadzić do ujęcia bandy. Ale musisz pan być chytry, inspektorze!
W tonie bankiera była resztka dawniejszej bufonady.
— Powiedziałem już, że człowiek nieznany zamienił ze mną banknoty i pewny jestem, że uczynił to nie mając odwagi zmieniać tych pieniędzy. Bał się, że są zanotowane. Moje banknoty opiewały wszystkie na serję E. 19 i mogę podać każdy numer. Jego zaś pieniądze są rozmaite.
— Zdaje mi się, że może to być własność Froyanta! — zauważył Parr. — Ale mów pan dalej.
— Otóż tych nie zmieniłby, natomiast moje zmieni napewno. Widzi więc pan, inspektorze, jaka się tu nadarza sposobność.
Inspektor nie był pewny, ale po zamknięciu w celi Brabazona, zatelefonował zaraz do Froyanta i powiedział mu tyle, ile należało.
— Masz pan pieniądze? — spytał żarłocznie. — Proszę zaraz przyjechać!
— Chętniebym to uczynił, — odpowiedział — ale podkreślam, że te pieniądze nie są już własnością pańską, mimo że stanowią banknoty, wypłacone do rąk Czerwonego Kręgu.
Potem wyjaśnił rzecz osobiście, a rozczarowany skąpiec długo nie mógł zrozumieć, dlaczego nie oddadzą mu jego oczywistej własności. Z wielkim mozołem przekonał go inspektor, że idzie o życie jego, potem zaś spytał skąpiec nagle:
— Czy masz pan numery banknotów, oddanych owemu, nieznajomemu przez Brabazona?
— Łatwo sobie przypomnę! — odrzekł Parr. — Wszystkie są z jednej serji!
Jął wymieniać numery, a Froyant notował je na podkładce biurka.



26.
Flaszka chloroformu.

Talja pisała właśnie list, gdy weszła Milly Macroy, której nie oczekiwała wcale. Dziewczyna była blada, jak schorowana, mimo to jednak rozglądnęła się ciekawie po pięknym saloniku. Służąca odeszła już na noc do siebie.
— Ależ to pałac, moja droga! — wykrzyknęła, patrząc na Talję z niechętnym podziwem. — Wiesz pani lepiej co robić, niż biedny Flush.
— Jakże się powodzi eleganckiemu Flushowi? — spytała Talja chłodno.
Milly nasrożyła się.
— Moja pani! — wykrzyknęła. — Nie chcę, byś mówiła w ten sposób o Flushu. Jest tam, gdzie pani siedzieć powinnaś. Wszakże, byliście w spółce!
— Nie bądźże głupia, Miss Milly. Proszę zdjąć kapelusz i usiąść. Przypomina mi to dawne czasy.
Dziewczyna burknęła coś, ale przyjęła zaproszenie.
— Chciałabym pomówić o Flushu! — rzekła. — Słyszałam, że chcą weń wmówić zamordowanie Marla, a pani wiesz chyba, że tak nie było.
— Ja? Skądże mam to wiedzieć? — zdziwiła się Talja. — Dopiero w porannych dziennikach wyczytałam, że wogóle był tam Flush. Istotnie, podziwiam te, zawsze jak bułki świeże wiadomości prasy!
Milly nie przyszła w celu podziwiania prasy i skierowała rozmowę, co było do przewidzenia, na uwięzionego Flusha.
— Drummond! — rzekła po dawnemu. — Nie chcę się z panią kłócić!
— Cieszy mnie to! — odparła. — Niema zresztą żadnego powodu do kłótni.
— Tak? — spytała Milly z ironją. — Zresztą mniejsza. Chcę wiedzieć, co pani zamierzasz uczynić dla Flusha? Znasz pani ludzi z lepszych sfer i pracujesz u tego przeklętego Yale! — syknęła przez zęby. — To właśnie Yale naprowadził Parra na tę sprawę przy Marisburg-Place, gdyż ten safanduła nigdyby się nie domyślił. Czy przez cały czas pracowałaś pani razem z Yalem?
— Śmieszne rzeczy! — odparła Talja wzgardliwie. — Ja piszę dla Yala tylko listy i trzymam w porządku biuro. Nie pracuję wcale razem z nim, ani też nie znam t. zw. ludzi „lepszych sfer“. Cóżbym zresztą uczynić mogła dla Flusha?
— Mogłabyś pani opowiedzieć inspektorowi historyjkę, którą wymyśliłam. Oto, zakochany w pani, Flush, pod wpływem zazdrości, wszedł do Marla i nie mógł się już wydostać.
— A cóż się stanie ze czcią moją i dobrą opinją? — spytała chłodno. — Nie, Milly Macroy! Musisz sobie pani wymyśleć coś piękniejszego. Chociaż nie zachodzi wcale obawa oskarżenia Flusha o morderstwo. Wywnioskowałam to ze słów Derricka Yale.
Wstała i założywszy ręce na plecy, przeszła się po pokoju.
— Pozatem z jakiegoż powodu ma mnie interesować ten młody człowiek?
— Zaraz powiem! — rzekła szorstko Milly, biorąc się pod boki. — Oto podczas rozprawy Brabazona nic mi nie przeszkodzi zeznać, co wiem o sprawkach Miss Talji, podczas jej urzędowania w banku!
— Jakto? Czyż uwięziono Brabazona? — spytała spokojnie.
— Tak jest! — oświadczyła Milly z triumfem. — Złapał go stary Parr. Byłam właśnie na posterunku policji po pieniądze, złożone dla mnie przez Flusha i dowiedziałam się.
— Biedny, biedny Brab w więzieniu! — rzekła Talja powoli.
Milly patrzyła na nią z pod oka. Zawsze niechętna Talji, teraz nienawidziła jej wprost, bojąc się jednocześnie dziwnego chłodu oraz panowania nad sobą.
Nagle rzekła Talja:
— Uczynię co się da dla tego biednego Flusha! Nie ze strachu przed zeznaniem pani Macroy, gdyż ręczę, że w tej części rozprawy będziesz się czuła bardzo nieswojo, ale dlatego, że ten szubrawiec istotnie jest niewinny.
Milly przełknęła gorzką pigułkę, słysząc tę nazwę, daną kochankowi.
— Pomówię zaraz jutro z Yalem. Nie ręczę wprawdzie za skutek, ale skorzystam ze sposobności, gdy się nadarzy tylko.
— Dziękuję bardzo! — powiedziała Milly życzliwiej nieco, potem zaś, chodząc z Talją z pokoju do pokoju, podziwiała mieszkanie.
— A co tu jest?
— Kuchnia! — odparła Talja, nie zabierając się do otwierania. Dziewczyna spojrzała podejrzliwie.
— Czy ukrywasz tam pani przyjaciela? — spytała, biorąc za klamkę, zanim Talja mogła przeszkodzić.
Kuchnia była mała, pusta i oświetlona elektrycznie.
Talja uśmiechnęła się na widok rozczarowania Milly. Ale zaraz zmienił się jej wyraz, gdy Milly, podszedłszy do zlewu, podniosła w górę sporą flaszkę.
— Cóż to jest? — spytała, czytając etykietę.
Nie było potrzeby wyjmować korka. Przezroczysty płyn oznaczony był, jako mieszanina eteru i chloroformu.
— Cóż pani robiłaś z tem? — spytała Milly.
Talja osłupiała na moment, potem zaś rzekła, przeciągając wyrazy.
— Ilekroć wspomnę sobie biednego Flusha Barneta w więzieniu brixtońskiem, muszę coś powąchać dla orzeźwienia.
Milly stuknęła flaszką w stół.
— Taljo Drummond! Źle się to skończy, i pewnego dnia zbudzą panią pytaniem, co chcesz jeszcze powiedzieć przyjaciołom swoim.
— Ja zaś powiem, — odparła Talja uprzejmie — Pochowajcie mnie obok słynnego zbrodniarza Flusha Barneta!
Milly znalazła stosowną odpowiedź dopiero w Marylebone Road i zaraz uświadomiła sobie z niepokojem, że nie uzyskała od Talji właściwie żadnego przyrzeczenia.



27.
Matka inspektora Parra.

Dowiedziawszy się o uwięzieniu Brabazona, pojechał Jack zaraz do prezydjum policji, by się zobaczyć z Parrem, ale powiedziano mu, że inspektor poszedł do domu.
— Jeśli to coś ważnego, Mr. Beardmore, — zawiadomił go dyżurny funkcjonarjusz, — zastanie go pan w prywatnem mieszkaniu przy Stamford Avenue.
Prócz zainteresowania Czerwonym Kręgiem miał Jack coś jeszcze do samego inspektora. Derrick Yale doniósł mu o całem zajściu telefonicznie.
— Inspektor Parr sądzi, że dobędzie z więźnia nader ważne zeznania! — powiedział. — Nie widziałem dotąd Brabazona, ale wybiorę się jutro z Parrem do niego.
Yale był także niewidzialny. Zaznaczył tylko, że zaproszono go na wieczór do teatru. To też Jack skierował się ku domowi pieszo, chcąc zażyć ruchu. By skrócić drogę, ruszył przez park i przyszło mu na myśl nagle, jakie jest życie domowe Parra. Nie wspomniał nigdy o rodzinie, a co robił poza urzędowaniem, stanowiło taką wielką niemal tajemnicę, jak ta, którą usiłował odkryć.
Jack nie wiedział wcale, gdzie jest Stamford Avenue. Dotarł właśnie do odległej części parku, gdy mu się wydało, że słyszy za sobą kroki. Nie był wcale nerwowy, i fakt taki nie obszedłby go nawet w normalnych okolicznościach. Ścieżka ujęta była w gęstwę rododendronów. Nie dostrzegł nikogo i ruszył śpieszniej.
Już nie słyszał kroków, natomiast ujrzał, obejrzawszy się, postać jakąś, kroczącą trawnikiem obok ścieżki. Przystanął, a nieznajomy uczynił tosamo. Zakłopotał się, co czynić. Nie mógł bez śmieszności zawołać na tego człowieka, gdyż każdemu obywatelowi wolno było przecież spacerować późnym wieczorem po parku.
W tej chwili, ujrzał idącego naprzeciw człowieka, i rozpoznawszy po kroku policjanta, doznał wielkiej ulgi. Postać zniknęła. Był to człowieczek mały, tak że wziął go zrazu za wyrostka. Może biedak jakiś chciał go prosić o pieniądze na nocleg? Wydało mu się to głupie, ale rozradowało go, gdy wkroczył na jasno oświetloną ulicę.
Zapytał policjanta.
— Stamford Avenue? Może pan dojechać tamtym oto omnibusem, albo taksówką w ciągu dziesięciu minut.
Długo się namyślał, czy jechać. Inspektor mógł mu słusznie wziąć za złe wciskanie się do domu, a cóż miał na usprawiedliwienie swego postępku? Nagle zdecydowany wsiadł w auto. Dojeżdżając, znowu uczuł te same skrupuły.
Parr otwarł drzwi sam.
— Proszę, proszę! — powiedział. — Dopiero co wróciłem i właśnie jestem przy kolacji. Myślę, że pan dawno już jadł i coś przekąsi.
— Nie chcę przeszkadzać, inspektorze! — odparł Jack. — Dowiedziałem się o aresztowaniu Brabazona i dlatego przybyłem.
Inspektor wziął go pod rękę, chcąc zaprowadzić do jadalni, ale nagle stanął, wydając okrzyk:
— Boże wielki!
Jack zdumiał się, gdyż po raz pierwszy spostrzegł zakłopotanie u Parra.
— Proszę, racz pan tu chwilkę zaczekać! — powiedział inspektor. — Muszę uprzedzić ciotkę, która u mnie mieszka, o wizycie pańskiej. Nie widuje nikogo w domu. Jestem jak pan wie może, wdowcem, a ciotka prowadzi mi gospodarstwo.
Wszedł do jadalni, zamykając za sobą drzwi, a Jack widział dobrze jego zmieszanie.
W jadalni powstał ruch, krzątanina jakaś, a w kilka minut potem inspektor wrócił.
— Proszę bardzo! — powiedział, czerwieńszy, niż zazwyczaj. — Racz pan usiąść i przebaczyć zwłokę.
Pokój był urządzony ze smakiem, a Jack zdziwił się, że mógł oczekiwać czegoś innego.
Ciotka inspektora była starą, roztargnioną damą, co Parra kłopotało wyraźnie. Nie spuszczał z niej oka, gdy chodziła po pokoju i przerywał, gdy tylko zaczynała mówić, coprawda grzecznie, ale z niezadowoleniem.
Kończył właśnie jeść, w chwili przybycia gościa.
— Raczy pan przebaczyć nieporządek... panie... eh!
— Beardmore! — poddał Jack.
— Nie zapamięta napewne! — mruknął inspektor.
— Nie umiem utrzymywać domu w takim ładzie, jak matka! — powiedziała dama.
— Oczywiście, cioteczko! — przerwał śpiesznie, dodając zcicha — Jest nieco roztargniona! I cóż pan chce wiedzieć?
Jack usprawiedliwił z uśmiechem swe przybycie.
— Czerwony Krąg, to rzecz tak skomplikowana, że każdego agenta można uważać za osobę główną! — powiedział. — Czy z Brabazona będzie można wyciągnąć coś poważnego?
— Nie wiem, czy nam wiele pomoże! — odparł. — Na wszelki jednak wypadek posłałem ludzi swoich, nakazując, by dozorca pod żadnym warunkiem nie wchodził do celi.
— Masz pan na myśli marynarza Sibly, którego struto?
Parr potwierdził skinieniem.
— Przyznasz pan chyba, — rzekł z naciskiem, — że tamto było jedną z największych tajemnic Czerwonego Kręgu!
W oczach jego zamigotał błysk.
— Śmiejesz się pan? — spytał Jack. — I ja także tamtą sprawę uważam za nader tajemniczą.
— Nie ulega kwestji, że otrucie Sibla będzie nierównie ważniejszym czynnikiem w schwytaniu bandy, niż wszystko, co może powiedzieć Brabazon.
— Ach! — powiedziała stara dama. — Czemuż ciągle mówicie panowie o zbrodniach i złoczyńcach! To mnie strasznie denerwuje. Matka byłaby natomiast bardzo zadowolona...
— Oczywiście, cioteczko! Przykro mi, że jej tu niema!
Stara dama wyszła z pokoju, a Jack powiedział z uśmiechem:
— Matka pańska jest, widzę, pod każdym względem wzorowa.
W tej chwili uczuł, że popełnił faux pas, ale uspokoił go zaraz uśmiech inspektora.
— Istotnie, jest wzorowa! Na razie nie mieszka tutaj.
— Czy to istotnie matka pańska? — wyrwało się Jackowi bezwiednie.
— Nie! — odparł Parr! — To moja babka!
Jack wytrzeszczył oczy, zdziwiony bardzo.



28.
Strzał wśród nocy.

Inspektor miał około pięćdziesiątki, ileż tedy lat liczyć mogła babka jego? Jakimże dziwnym sposobem okazywała jeszcze zainteresowanie kryminalistyką, utrzymując jednocześnie dom w tak wielkim porządku?
— Musi być bardzo stara, — powiedział Jack. — Pewny jestem, że bardzo by ją zajęła sprawa Czerwonego Kręgu.
— Zajęłaby, powiadasz pan? Ach, gdyby ona posiadała takie jak ja pełnomocnictwa, wszyscy członkowie bandy siedzieliby już dziś zamknięci w więzieniu! Ale tak nie jest! — dodał z wahaniem.
Przez cały ciąg rozmowy doznawał Jack dziwnego uczucia. W pokoju panował porządek, ale jakiś dorywczy, tak że czynił wrażenie nieładu. Nie mógł atoli snuć dalej myśli, gdyż inspektor był wyjątkowo rozmowny. Powiedział nawet kilka zgoła niepotrzebnych rzeczy na temat przykrości, jakie miał w prezydjum.
— Oni się niecierpliwią, rzecz prosta, z powodu coraz to nowych morderstw. Od lat pięćdziesięciu nie przeżywaliśmy czegoś takiego. Sam nawet Kuba Rozpruwacz nie dokonał tylu zbrodni w tak krótkim czasie. Zainteresuje pana pewnie, jeśli powiem, że Czerwony Krąg jest pierwszą naprawdę zorganizowaną bandą. Zazwyczaj tego rodzaju spiski są dość luźne i oparte o to, co ogólnie zowie się honorem zbrodniarza, czego ja atoli nie odkryłem w ciągu całej działalności swojej. Czerwony Krąg jest niewątpliwie jednym tylko człowiekiem, który nikomu nie dowierza. Nikt go nie zdradza, bowiem uczynić tego nie może. Nawet podrzędni agenci nie zdradzają się wzajem, gdyż nie znają się i nie znają „wodza“, ani z widzenia, ani z nazwiska.
Jął rozpowiadać o różnych nader ciekawych sprawach, w których pracował i było już pół do dwunastej, gdy Jack wstał, by odejść.
— Odprowadzę pana do bramy! — rzekł Parr. — Auto pańskie czeka, zapewne?
— Nie! Przyjechałem taksówką.
— Hm... — powiedział inspektor. — Mam wrażenie, że przed bramą stoi auto. Pewnie przyjechał do kogoś lekarz. W pobliżu niema stacji taksówek.
Otwarł bramę i rzeczywiście, tuż pod domem czekało auto.
— Widziałem już ten wóz! — zauważył inspektor, stojąc w ulicy.
W tej chwili, z ciemnego wnętrza auta buchnął płomień i rozległ się strzał ogłuszający. Inspektor padł w ramiona Jacka. Auto ruszyło z miejsca w szalonem tempie. Latarnie były pogaszone. Znikło na zakręcie ulicy, w chwili kiedy w bramie ukazali się przestraszeni mieszkańcy domu.
Podbiegł policjant. Razem z Jackiem zanieśli inspektora z powrotem do jadalni. Na szczęście ciotka spała już i nie dosłyszała strzału.
Parr otwarł po chwili oczy.
— To była niezbyt przyjemna chwila! — powiedział, a twarz drgnęła mu boleśnie. Obmacał starannie kamizelkę i dobył spłaszczoną kulę ołowianą. — Dzięki Bogu strzelał ze zwykłego rewolweru, a nie z browninga! — dodał patrząc na zdumionego Jacka. — Ten pan z Czerwonego Kręgu jest jednym z trzech osób, noszących stalową koszulkę ochronną. Ja jestem drugim, a trzecią jest, jak to wybadałem... Talja Drummond.
Milczał przez chwilę, potem poprosił:
— Racz pan zadzwonić do Derricka Yale! Będzie zdumiony, sądzę.
Przewidywanie to sprawdziło się istotnie.
W pół godziny potem przyjechał detektyw i to tak spiesznie, że musiał chyba wdziać ubranie na nocną pidżamę. Wysłuchawszy opowieści, zauważył:
— Nie chcę być niegrzecznym, ale zamach na człowieka, jak pan, uważam za rzecz wprost niepojętą!
— Dziękuję uprzejmie! — odparł inspektor, przykładając ostrożnie watę do rany tłuczonej.
— Nie twierdzę, — objaśnił — by pana nie warto było uśmiercać, ale właśnie podkreślam zuchwalstwo wobec policji dokonane — nachmurzony ciągnął dalej, jakby do samego siebie. — Nie wiem dlaczego o to pytała? Mam na myśli Talję Drummond. Dziś rano chciała się dowiedzieć adresu pańskiego. O ile wiem, niema go ani w spisie telefonów, ani w książce adresowej.
— Cóżeś pan odpowiedział?
— Wyminąłem to jakoś, dziwiąc się jednocześnie, że pyta, bowiem ma przecież mój prywatny wykaz adresów.
Jack westchnął, niby znudzony tą rozmową.
— Nie sądzisz pan, chyba — powiedział — że Talja Drummond strzelała. Przypuszczenie takie byłoby wprost śmieszne! Powiesz pan, wiem o tem, że jest zła i dopuściła się kilku drobnych przewinień, ale nie czyni jej to jeszcze morderczynią!
— Racja! — odrzekł Yale po chwili. — Jestem niesprawiedliwy wobec niej i źle postępuję, chcąc ją poprawić. Pozatem chciałem się i tak widzieć dziś wieczór z panem, inspektorze. Cóż pan powie na taką bezczelność?
Dobył z kieszeni kartkę ze znanym znakiem i podał Parrowi.
— Kiedyż nadeszła?
— Znalazłem ją w skrzynce listowej w chwili, gdym wybiegł zawołać auto, by jechać do pana. To przekracza już chyba wszystko!
Na kartce, wokoło czerwonego kręgu widniał napis.
— Pracujesz pan na rzecz strony przegrywającej. Pracując dla nas, osięgniesz pan zysk dziesięciokrotny. Jeśli działalność pańska nie ustanie, śmierć nastąpi czwartego, przyszłego miesiąca.
— To znaczy niespełna dziesięć dni! — rzekł z powagą inspektor i pobladł, jakby z bólu. — Dziesięć dni tylko...
— Oczywiście, zbagatelizuję tę pogróżkę, — powiedział detektyw — ale po niemiłych doświadczeniach w biurze muszę przyznać, że Talja posiada zdolności wprost nadludzkie.
— Dziesięć dni... — powtórzył inspektor. — Czy masz pan plan jakiś? Gdzie zamierzasz pan być czwartego następnego miesiąca?
— Dziwi mnie, że pan pytasz o to, — odrzekł Yale — istotnie umyśliłem wyjechać do Deal i łowić ryby. Pewien znajomy przyrzekł mi łódź motorową. Chcę noc spędzić na wodzie. Poczyniłem nawet kroki, by wyruszyć niebawem na odpoczynek.
— Czyń pan co chcesz, — oświadczył Parr z naciskiem — sam atoli nie pojedziesz! Dzięki Bogu, cioteczka nie zbudziła się a matki niema! — dodał, zwrócony do Jacka, który przyjął te słowa uśmiechem porozumienia.



29.
Czerwony Krąg.

Harvey Froyant chlubił się tem, że nie dowierza nikomu i tak było rzeczywiście w stosunku do adwokata, oraz wielu niepewnych ludzi.
W dwa dni po zamachu na inspektora Parra zjawił się adwokat u swego klijenta, drżąc od wzburzenia, bowiem wyszperał jeden z banknotów, odebranych przez Czerwony Krąg, Brabazonowi.
— Mamy teraz doskonały punkt wyjścia do dalszej akcji! — powiedział. — Jeśli będziemy się trzymali tego tropu, wymiarkujemy niedługo, kto pierwszy zmieniał pieniądze.
Harvey Froyant, jako człowiek konsekwentny, nie miał zamiaru oddawać całej sprawy w ręce tego człowieka. Firma Heggittsów oddała mu zrazu pewną przysługę, atoli resztę postanowił załatwić sam i to w sposób odmienny zgoła. Powiedział to krótko i węzłowato adwokatowi.
— Bardzo mi przykro, że nie mogę działać dalej, — powiedział, rozczarowany wielce Heggitt — bowiem zaręczam, iż pomiędzy człowiekiem, którego wyśledziłem, a rzeczywistym sprawcą jest bardzo mało stopni.
Froyant wiedział to również dobrze jak adwokat.
Miał rację Jack, mówiąc, że skąpiec nie spocznie, dopóki będzie miał jakąkolwiek szansę odzyskania pieniędzy. Ta strata podniecała go, spać nie dając.
Miał teraz pole działania. Zgromadził duży, „siedmioliczbowy“ majątek, szachrując parcelami gruntowemi w różnych krajach. Nie siedział w biurze, zdając się na swych urzędników, ale podobnie jak stary Beardmore, odbył mnóstwo uciążliwych podróży, celem zaznajomienia się ze sprawą na miejscu.
Wziął się ostro do rzeczy. Łatwo mu przyszło, idąc śladem Heggitta, wymyszkować jeszcze dwa dalsze banknoty. Jeden z nich został zmieniony w wielkim banku, którego filja zawiadywała jego kapitałami.
Przez trzy dni, badając księgi, doszedł do pewnego wniosku i zaraz nazajutrz wyjechał do Francji.
W Paryżu zabawił tylko dwie godziny i ruszył dalej, do Tuluzy, gdzie szczęśliwym trafem natknął się na pewnego urzędnika miejskiego, który był swego czasu agentem sprzedaży parcel gruntowych.
Mr. Brossard powitał go radośnie, sądząc, że nadarza się sposobność nowego interesu. Zaraz jednak doznał rozczarowania.
— Nie wdaję się w sprawy kryminalne! — powiedział muskając brodę. — Pamiętam doskonale Marla i innego jeszcze człowieka, który był, zdaje się, Anglikiem.
— Nazwiskiem Lightman?
— Tak, rzeczywiście! Boże wielki! — wykrzyknął z odrazą. — Rzecz jest znana ogólnie. Obaj z Marlem byli szubrawcami. Któryś z nich zastrzelił kasjera i stróża banku w Nimes. Pozatem popełnili na spółkę dwa jeszcze morderstwa. Pamiętam to dobrze... a w dodatku to straszne wydarzenie...
— Co za wydarzenie? — spytał Froyant z zaciekawieniem.
— Zaprowadzono Lightmana na plac stracenia. Kat musiał być pijany, bowiem nóż gilotyny nie spadł jak trzeba. Trzy razy dotknął jeno karku delikwenta. Wmieszali się w sprawę widzowie. Wiesz pan jak pobudliwą jest publiczność francuska. Toteż, celem uniknięcia ruchawki, odprowadzono zbrodniarza do więzienia. W ten sposób uniknął śmierci Czerwony Krąg.
Froyant, który pił właśnie kawę, skoczył na równe nogi.
— Kto? — spytał porywczo.
Mr. Brossard otworzył ze zdumienia usta.
— Cóż to panu? — powiedział, spoglądając na splamiony kawą obrus.
— Czerwony Krąg? — wrzasnął Froyant, drżąc całem ciałem.
— Tak zwano ogólnie Lightmana! — oświadczył Brossard, ponownie zdumiony wrażeniem słów swoich. — Ja osobiście nie interesowałem się tą sprawą, ale jeden z moich funkcjonarjuszów był ogromnie tą sprawą zajęty.
Nacisnął dzwonek i zaraz wszedł starszy jegomość.
— Panie Juljuszu! — spytał. — Czy przypomina pan sobie sprawę Czerwonego Kręgu?
— Oczywiście, panie szefie! — potwierdził urzędnik. — Było to wprost straszne! Asystowałem przy nie udanem ścięciu.
— Czemuż tego zbrodniarza nazywano Czerwonym Kręgiem?
— Miał znamię w kształcie czerwonego paska, wokoło szyi i długo przed straceniem mówiono, że nie tknie go nóż gilotyny, bowiem jest to znak czarodziejski. Ja jednak przypisuję to pijaństwu kata, który źle nastawił przyrząd.
Froyant dyszał ciężko. Teraz zrozumiał rzecz całą.
— Cóż się potem stało z Czerwonym Kręgiem? — spytał.
— Dokładnie nie wiem! — odparł urzędnik. — Zesłano go podobno na jakąś wyspę, natomiast Marl został uwolniony, bowiem zdradziwszy wspólnika, zeznawał po myśli prokuratora. — Słyszałem, że Lightman uciekł z zesłania, ale ile w tem prawdy, niewiadomo.
Froyant odgadł dawno, że zbrodniarz musiał uciec. Cały dzień spędził na poszukiwaniu dowodów, był u prokuratora i u dyrektora więzienia, gdzie mu pokazano fotografje.
Po tej żmudnej pracy legł z wielkiem zadowoleniem do łóżka w „Hotel Anglais“, dumny ze swych sukcesów, które zapędziły w kozi róg londyńską policję. Tajemnica Czerwonego Kręgu została wyświetlona.



30.
W jaki sposób zmuszony został
Froyant do milczenia.

Wyjazd Froyanta do Francji doszedł rychło do wiadomości Parra i Derricka Yale. Dowiedział się także o tem Czerwony Krąg z telegramu Talji Drummond.
Te właśnie wiadomości przez nią posyłane, dziwnym trafem powodowały zawsze wizyty Derricka Yale w prezydjum policji. Przybył tam także w sam dzień triumfalnego powrotu Froyanta.
Parr zastał go w swem biurze. Siedział przy maszynie, zdumiewając zebranych policjantów swą przedziwną wiedzą psychometryczną.
Było to wprost zdumiewające. Na podstawie wręczonego pierścionka opowiedział nietylko wszystko o nim, ale także, ku wielkiemu przerażeniu właściciela, tajemne jego sprawki.
Gdy Parr wszedł, wręczył mu urzędnik zapieczętowaną kopertę. Adres był pisany maszyną. Inspektor położył list, nie otwierając go, na dłoni detektywa.
— Powiedz mi pan, kto to pisał?
— Mały człowieczek z rudą brodą! — odpowiedział Yale z uśmiechem. — Mówi przez nos i ma sklep. Nie jest to atoli psychometrja, — dodał zaraz, — wiem bowiem, że list wysłał Johnson, zamieszkały przy Mildred Street.
Roześmiał się, widząc zdumienie inspektora i objaśnił, gdy zostali sami.
— Dowiedziałem się przypadkowo, żeś pan wymyszkował, gdzie przesyłane są listy, adresowane do Czerwonego Kręgu. Ja dawno już wiem o tem i czytuję każdą tego rodzaju wiadomość.
— A więc wiedziałeś pan to przez cały czas? — spytał z naciskiem Parr.
Derrick Yale potwierdził.
— Wiedziałem, że listy skierowane do Czerwonego Kręgu zostają oddawane w tej małej firmie reklamowej i że je odnosi każdego wieczoru pewien wyrostek. Natomiast wyznaję z upokorzeniem, iż nie udało mi się zbadać, kto mu wypróżnia kieszenie.
— Wypróżnia kieszenie? — zdumiał się inspektor.
— Chłopiec, — powiedział dumny z nowości Yale, — ma rozkaz, wkładać listy w kieszenie surduta i chodzić po bardzo ożywionej High Street. Podczas tej przechadzki ktoś mu zabiera listy, o czem on nie wie zgoła.
Inspektor opadł ciężko na krzesło i jął trzeć podbródek.
— Pan jesteś wprost zdumiewający! — powiedział.
— Od dawna podejrzywałem także, iż Talja Drummond jest w bliskich stosunkach z Czerwonym Kręgiem i wszystko mu donosi.
Parr zaprzeczył gestem głowy.
— Cóż pan zamierzasz teraz? — spytał.
— Nieraz mówiłem panu, że ona właśnie doprowadzi nas do tej bandy! — ciągnął dalej detektyw spokojnie. — Przepowiednia moja ziści się niedługo. Minęło dwa miesiące, od kiedy przekonałem Johnsona, właściciela małego zakładu reklamy, że powinienem czytać listy doń skierowane. Jak każdy człowiek uczciwy, popełnił zdradę zaufania, gdy mu wmówiłem, że służy w ten sposób sprawiedliwości. Powiedziałem mu zresztą, że jestem urzędnikiem policji, co pan raczy łaskawie przebaczyć.
— Dawno już mam przekonanie, — powiedział Parr, — że pan powinienbyś zostać wysokim dygnitarzem policji! Sądzisz pan tedy, iż Talja Drummond jest wspólniczką Czerwonego Kręgu?
— Oczywiście, zatrzymam ją u siebie, — odrzekł Yale, — bowiem im bliżej ją mam, tem jest mniej niebezpieczna.
— Poco wyjeżdżał Froyant za granicę?
Yale wzruszył ramionami.
— Ma tam rozliczne interesy i pewnie mu się znowu coś trafiło. Posiada, o ile wiem, poza kapitałami jednę trzecią winnic szampańskich. Czerwony Krąg oszacował go zbyt nisko.
Obydwaj umilkli, a inspektor dumał nad tem, poco Froyant jeździł aż do Tuluzy.
— Skąd pan wiesz, że jeździł do Tuluzy? — spytał znagła Yale.
Pytanie to, będące dalszym ciągiem myśli inspektora, porwało go na równe nogi.
— Na miły Bóg! — wykrzyknął. — Pan czytasz ludzkie myśli!
— Czasem... — odparł Yale z uśmiechem. — Sądziłem atoli, że był tylko w Paryżu.
— Był w Tuluzie! — oświadczył Parr, nadmieniając, skąd wie o tem.
Oszołomiło go to bardziej, niż wszystkie dotychczasowe dowody dziwnych zdolności detektywa.
Po chwili zadzwonił telefon.
— Czy to pan, inspektorze? — spytał Froyant. — Proszę przybyć do mnie niezwłocznie i zabrać ze sobą Yalego. Mam nader ważne wiadomości.
Parr odłożył słuchawkę, zadumany wielce.

Talja zajęła się po kolacji cerowaniem pończoch, jednocześnie oddalając od siebie myśl o Jacku Beardmore, co nie było zgoła rzeczą łatwą.
Nagle zapukano i messenger-boy wręczył jej pudełko, wyglądające tak, jakby zeń dobyto przed chwilą parę trzewików.
Otworzyła przesyłkę w sypialni.
— Zna pani, — wyczytała drukowanemi literami, — wejście do domu Froyanta przez sklepione podziemie aż do pracowni. Proszę tam zaczekać z zawartością pudełka, aż dam dalsze zlecenia.
W pudełku była leworęczna rękawica szoferska, sięgająca jej do łokcia i sztylet, ostry jak brzytwa, o krągłej gardzie.
Spróbowała porozumieć się telefonicznie, ale powiedziano jej, że niema nikogo.
Nie było dużo czasu. Włożyła przesłane przedmioty do torebki i wyszła.
W pół godziny potem przybyli do Froyanta Yale i Parr. Uderzyło obu, że cały dom był jaskrawo oświetlony, co stało w wielkiej sprzeczności ze skąpstwem gospodarza.
Froyant przyjął gości siedząc w fotelu, a mimo znużenia był rozpromieniony i zacierał ręce.
— Łaskawi panowie! — powiedział. — Powiem wam coś zdumiewającego. W tej chwili zadzwoniłem do komisarza. W takim razie trzeba być całkiem pewnym siebie. Każdemu z panów może się w drodze powrotnej coś przydarzyć, przeto należy wtajemniczyć możliwie dużo ludzi. Rozbierzcież się, proszę, bo opowieść moja potrwa dość długo.
W tej chwili ozwał się telefon, a oni obserwowali twarz rozmawiającego Froyanta.
— Tak, pułkowniku! Mam ważną dla pana wiadomość. Zadzwonię za jakieś dwie minuty... dobrze?
Odłożył słuchawkę, niepewny, co czynić. Po chwili zaś powiedział gościom:
— Panowie, podczas mej rozmowy z pułkownikiem bądźcie łaskawi czekać w przyległym pokoju i zamknąć drzwi, nie chcę bowiem uprzedzać sensacji, jaką przysposobiłem.
— Doskonale! — powiedział Parr i wyszedł, a Yale zawahał się na moment.
— Czy to dotyczy Czerwonego Kręgu? — spytał.
— Powiem to panu potem. Zanim upłynie pięć minut, przeżyjecie obaj wstrząsającą sensację! — powiedział Froyant.
— Dużo trzeba, by mną wstrząsnąć! — zauważył Derrick.
Wyszedł, ale w progu obrócił się, dodając:
— A potem ja ze swej strony opowiem coś o wspólnej naszej znajomej Miss Drummond. Wiem, że ona sama pana, panie Froyant, niezbyt interesuje, to jednak co powiem, zaciekawi napewne.
Parr spostrzegł, że się uśmiecha i usłyszał, że Froyant mruknął coś niepochlebnego o Talji.
Derrick zamknął powoli drzwi.
— Radbym wiedzieć, inspektorze, co to za sensacja i co ma Froyant do gadania z pańskim pułkownikiem.
Znaleźli się w salonie, oświetlonym rzęsiście.
— To coś niezwykłego, Steeve! — zwrócił się Yale do znanego sobie lokaja.
— Tak, sir, istotnie! — odparł Steeve. — Mr. Froyant ma zwyczaj szczędzić prądu. Dziś jednak kazał zaświecić wszystkie lampy, dla uniknięcia niebezpieczeństwa. Niewiadomo co to znaczy. Nie zdarzyło mi się to jeszcze w życiu. A także dziwi mnie wielce, iż ma w kieszeniach dwa rewolwery nabite. Zazwyczaj nie cierpi broni palnej.
— Skąd pan wiesz, że są to rewolwery? — spytał Parr.
— Sam je nabijałem! — odrzekł służący. — Służyłem ongiś w kawalerji i znam się na broni. Jeden z tych rewolwerów jest nawet moją własnością.
Derrick Yale gwizdnął i spojrzał na inspektora.
— Zdaje się, że zna doskonale Czerwony Krąg, a nawet oczekuje jego wizyty. Sądzę, że masz pan kilku ludzi pod ręką?
Parr potwierdził.
— Mam kilku detektywów w ulicy na wszelki wypadek.
Nie mogli słyszeć głosu Froyanta, rozmawiającego przez telefon, gdyż dom był zbudowany fundamentalnie i miał grube ściany.
Minęło pół godziny i Yale zaniepokoił się.
— Steeve, — powiedział, — proszę wejść do gabinetu i spytać, co mamy robić.
Stary służący potrząsnął głową.
— Nie wolno mi tego uczynić, sir! Może któryś z panów zajrzy. Nie wchodzę nigdy, zanim zadzwoni.
Parr uchylił drzwi. Lampy świeciły. W fotelu siedział skulony dziwnie Froyant, i inspektor dorozumiał się zaraz, że nie żyje.
Z lewej jego piersi sterczała mająca kształt talerza rękojeść noża, a na wąskiem biurku leżała zakrwawiona rękawica szoferska.
Na okrzyk Parra wszedł Derrick Yale. Patrzyli obaj na zamordowanego, bladzi, bez słowa.
— Zwołaj pan ludzi moich! — rzekł wreszcie Parr. — Nie wolno nikomu opuścić domu. Niech lokaj zgromadzi wszystkich domowników w kuchni.
Rozejrzał się bacznie po gabinecie. Wielkie okna, wychodzące na mały trawnik, w głębi zasłonięte były ciężkiemi portjerami. Odsunął jednę i zobaczył grubą okiennicę.
W jakiż sposób zamordowano Harveya Froyanta?
Biurko stało naprzeciw kominka. Było bardzo wąskie i pochodziło z epoki jakobińskiej. Każdego innego wąskość jego raziłaby niezawodnie, ale Froyant był przywiązany do tego mebla.
Z którejże strony podszedł doń morderca? Może od tyłu? Nóż pchnięty został z góry w dół, co jednak wcale nie dowodziło, by napastnik mógł zbliżyć się bez szmeru. Cóż miała za znaczenie rękawiczka? Inspektor obejrzał ją ostrożnie. Była to rękawiczka o długim manszecie, jakich zwykle używają szoferzy i dość już podniszczona.
Inspektor zwrócił się telefonicznie do komisarza. Jak było do przewidzenia, pułkownik czekał na dzwonek Froyanta.
— Nie wezwał pana?
— Nie!
Parr opowiedział co zaszło i wysłuchał bez wrażenia wybuchu wściekłości przełożonego, potem udał się do przedsionka, gdzie czekali już zebrani funkcjonarjusze policji.
— Muszę przetrząsnąć każdy z osobna pokój! — powiedział.
W pół godziny potem wrócił do czekającego nań Derricka.
— I cóż? — spytał zaciekawiony detektyw.
Parr potrząsnął głową.
— Nic! Nie było tu nikogo obcego. W jakiż więc sposób dostał się morderca. W przedsionku był ciągle ktoś, z wyjątkiem chwili, gdy stary Steeve przyszedł do salonu.
— Muszą istnieć w posadzce drzwi tajemne! — zauważył Yale.
— Skądżeby się wzięły drzwi tajemne w podłodze gmachu najbogatszej dzielnicy Londynu! — rzekł Parr wzgardliwie.
Ale przeprowadzone badanie dało wynik zadziwiający.
Podniósłszy skraj dywanu, ujrzeli małe drzwi zapadnie, a służący objaśnił, że w czasie wojny, wobec częstych rajdów aeroplanowych, Froyant kazał sobie wybudować w piwnicy z winem bezpieczną od bomb kryjówkę. Wiodły do niej drzwi zapadnie i schody wprost z gabinetu.
Parr zszedł z płonącą świecą i znalazł się w małej celce wybetonowanej, opatrzonej zamkniętemi drzwiami. W kieszeniach Froyanta znaleziono klucze do tych drzwi i drugich jeszcze z grubej stali, wiodących na zewnątrz.
Ten dom i sąsiedni miały wspólny pas trawnika.
— Bardzo łatwo dostać się tędy z ulicy i pewny jestem, że morderca użył tego właśnie przejścia.
Oświecił podłogę lampką ręczną i przykląkł zaraz.
— Mamy oto całkiem świeży ślad! — powiedział. — I to ślad kobiecego trzewika.
Parr patrzył z góry.
— Oczywiście, jest całkiem świeży! — przyznał.
Potem cofnął się.
— Boże! — jęknął. — Cóż za szatański plan!
Nasunęło mu się przypuszczenie, że może to być ślad trzewika Talji Drummond.



31.
Talja odpowiada na kilka pytań.

Derrick Yale siedział z głową opartą na dłoni, czytając i odrzucając mnóstwo dzienników, jeden po drugim.
— W oczach policji! — czytał. — Bezsilność prezydjum policji! — potrząsnął głową. — Nic dobrego nie ma prasa do powiedzenia o biednym, naszym inspektorze! A przecież nie mógł zapobiec zbrodni, równie dobrze jak n. p. pani, Miss Drummond!
Wyglądała tego dnia niezbyt dobrze, oczy były podkrążone, a cała postać dawała wrażenie wyczerpania i znużenia, co kontrastowało ze zwyczajną rzeźkością.
— W takim interesie trzeba być przygotowanym zawsze na kilka kułaków! — odparła chłodno. — Policja nie może dokonać wszystkiego!
Spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Jest pani, widzę, wielbicielką policji? — rzekł powoli.
— Nie bardzo! — powiedziała, kładąc przed nim stos listów. — Nie mam zamiaru wystawiać prezydjum policji świadectwa niezwykłego uzdolnienia.
Zaśmiał się spokojnie.
— Dziwna z pani osoba! — powiedział. — Czasem mam wrażenie, że pani niezdolna jest do współczucia. Wszakże dawniej byłaś pani zajęta u Froyanta?
— Tak! — rzekła krótko.
— Mieszkałaś pani dość długo w jego domu.
— Tak! — potwierdziła, wytrzymując jego spojrzenie.
— Zapewne wiadomo pani było, że istnieją drzwi w podłodze gabinetu i schody do piwnicy? — rzucił niedbałe.
— Oczywiście wiedziałam o tem! Biedny Mr. Froyant nie krył się wcale z brakiem odwagi. Nieraz mi mówił ile to „kosztowało“! — dodała z uśmiechem.
Yale spytał po chwili:
— Gdzie były zazwyczaj klucze od tego podziemnego schowku?
— W jego biurku! — odrzekła. — Widzę, że mnie pan podejrzywa o to morderstwo, Mr. Yale?
Roześmiał się.
— Nie podejrzywam wcale, tylko pytam, pewny że jako mieszkanka domu wiesz pani niejedno, co mnie interesuje. Radbym n. p. wiedzieć, czy te drzwi zapadnie można podnieść, bez wywołania szmeru.
— Tak jest! — odparła stanowczo. — Obracają się na precyzyjnych łożyskach kulkowych. Czy mam odpowiedzieć na te listy?
Odsunął stos korespondencji.
— Jak spędziłaś pani, Miss Taljo, wieczór wczorajszy?
— Byłam w domu! — odparła, a ramiona jej cofnęły się wstecz, co wywołało pewne zesztywnienie, które zauważył.
— Przez cały wieczór?
Nie odpowiedziała.
— Wszakże o pół do dziewiątej wyszłaś pani, niosąc torebkę ręczną?
Znowu milczała.
— Jeden z moich ludzi widział panią przelotnie, a potem stracił z oczu. Gdzie spędziłaś pani ten czas aż do jednastej mniej więcej, kiedy nastąpił powrót do domu?
— Spacerowałam! — rzekła chłodno. — Jeśli ma pan pod ręką plan Londynu, wskażę odbytą drogę.
— Przypuśćmy, że śledzono panią...
Przymknęła oczy.
— W takim razie zbyteczne jest dla mnie mówić o tem.
— Posłuchaj mnie pani! — powiedział przez biurko. — Mam pewność zupełną, że w głębi serca nie jesteś morderczynią. Straszne to słowo... nieprawdaż? Ale wieczór wczorajszy budzi pewne wątpliwości, których nie opowiedziałem jeszcze Parrowi.
— Podejrzenie, to mój chleb codzienny! — odrzekła. — Ponieważ zaś wiesz pan już tyle, nie mam potrzeby opowiadać reszty.
Patrzył na nią przez chwilę, ona zaś nie mrugnęła nawet okiem. Potem Yale wzruszył ramionami i rzekł:
— Zresztą rzecz obojętna, gdzie pani byłaś wczoraj.
— Zupełna racja! — odparła urągliwie, wracając do swojej maszyny.
— Dziwna osoba! — pomyślał.
Kobiety nie interesowały go zazwyczaj, ale Talja Drummond stanowiła wyjątek. Nie wrażliwy zgoła na jej piękność, wiedział że tak jest, podobnie jak wiedział, że drzwi jego pokoju są brunatne, a marka za jednego penny ma kolor czerwony.
Zagłębił się ponownie w gazety, stwierdzające niemoc policji, gdy nadszedł Parr. Był ożywiony i padł we fotel.
— Komisarz prosił, bym się podał do dymisji! — rzekł dziwnie wesoło. — Doskonale! Chciałem to uczynić jeszcze przed trzema laty, gdy zmarły brat zostawił mi wcale pokaźny mająteczek.
Poraz pierwszy dowiedział się Yale, że inspektor jest człowiekiem względnie zamożnym.
— Cóż pan uczynisz? — spytał.
— Oczywiście spełnię życzenie władzy. Ale ustąpię ze służby dopiero z końcem przyszłego miesiąca, by chronić pana wedle możności.
— Mnie? — spytał Yale zdumiony. — Ach, masz pan na myśli tę głupią pogróżkę? Hm... zostaje mi tedy tylko dwa czy trzy dni do życia! — zaśmiał się ironicznie, spoglądając na kalendarz. Niedługo pan będziesz tedy czekał. Ale mówiąc serjo poco podawać o dymisję. Możebym ja powiedział coś komisarzowi...
— Nie zwróci na to większej uwagi jak na ziarno bobu! — odparł inspektor. — Zresztą nie odbiera mi aż do odejścia sprawy Czerwonego Kręgu, a panu to właśnie zawdzięczam.
— Jakto mnie?
— Wyjaśniłem mu, że życie pańskie jest nader cenne dla całego państwa i że muszę strzec go, aż poza złowrogą datę.
W tej chwili weszła Talja Drummond ze stosem listów, a inspektor spojrzał na nią bacznie.
— Czytałam dziś dużo o panu! — rzekła chłodno. — Istotnie stajesz się pan wielce popularną osobistością komiczną.
— Ach! Czegóż człowiek nie robi dla miłej reklamy! — odparł bez gniewu. — Ja zaś przeciwnie, dawno już nie znajduję w dziennikach nazwiska pani!
Ta wzmianka o rozprawie policyjnej rozradowała ją widocznie.
— Przyjdzie czas, że i ja stanę się osobą znaną! — rzekła. — Jakież są najświeższe wiadomości o Czerwonym Kręgu?
— Najnowsza wiadomość — odparł spokojnie — jest, że cała korespondencja, wysyłana dotąd na Mildred Street, będzie teraz miała inny adres.
Zauważył błyskawiczną zmianę w jej twarzy i zadowolniło go to bardzo.
— Czy Czerwony Krąg otwiera biura w śródmieściu? — spytała, opanowując się prędko. — Rzecz zupełnie zrozumiała. Wszakże panowie ci robią, co tylko chcą. Możliwe jest tedy, że najmą wielki lokal i urządzą na dachu reklamę świetlną... — zresztą nie, tego chyba nie uczynią, gdyż reklamę świetlną dostrzegłaby nawet policja!
— Sarkazm u młodej damy jest nietylko rzeczą niewłaściwą, ale także niemoralną.
Yale przysłuchiwał się tej sprzeczce z uśmiechem. Tym razem dziwował się nietylko Talji, ale także Parrowi. Ten grubas zdobywał się chwilami na wielką złośliwość.
— Gdzie pani była wczoraj wieczór, Miss Drummond? — spytał inspektor spoglądając na podłogę.
— W łóżku... śniłam rozkosznie!
— Przez sen tedy spacerowała pani około pół do dziesiątej pod domem Froyanta?
— A, oto panu idzie? Zapewne znalazły się tam odciski moich misternych nóżek. Mr. Yale nadmienił mi już coś w tym guście. Tak, tak, spacerowałam istotnie. Samotność działa tak kojąco!
Parr nie odrywał oczu od dywana.
— Łaskawa pani, — rzekł — następnym razem zechciej pani trzymać się w pewnej odległości od Jacka Beardmore. Ostatnio przestraszył się wielce, spostrzegłszy panią za sobą.
Trafił w samo sedno. Zaczerwieniła się, ściągnęła brwi i odparła:
— Pan Beardmore nie jest tak bardzo płochliwy, a zresztą... zresztą...
Obróciła się porywczo i wyszła. Gdy inspektor w kilka minut później przechodził przez jej biuro, spojrzała nań z niechęcią.
— Chwilami nienawidzę pana, inspektorze! — rzekła gniewnie.
— Zadziwia mnie pani! — odrzekł mimochodem.



32.
Wycieczka na wieś.

Ciężkie nastały czasy dla prezydjum policji. Dzienniki zamieszczały całe szpalty o ostatniej tragedji, w parlamencie jawiły się ciągle interpelacje, odbywano ciągłe[5] tajemne konferencje, a znajomi stronili od nieszczęsnego Parra.
Każde niemal pismo drukowało długą listę zbrodni Czerwonego Kręgu, czyniąc ostre uwagi i podkreślając złośliwie, że inspektor Parr miał od samego początku działalności bandy wszystko w swem ręku.
Wziął on urlop celem poszukiwań we Francji, a w ciągu kilkodniowej zaledwo nieobecności naznaczono mu następcę. Miał w całem prezydjum jednego tylko przyjaciela, a był nim, niewiadomo dlaczego, właśnie pułkownik Morton, komisarz, prowadzący jego wydział.
Trzymał stale stronę Parra, wiedząc, że jest to nadaremne, a pomagał mu w tem Derrick Yale, który zjawił się w urzędzie i złożył bardzo szczegółowe zeznanie, odciążające.
— Sam fakt — podkreślił z naciskiem, że byłem na miejscu i miałem za zadanie chronić Froyanta zdejmuje znaczną część odpowiedzialności z inspektora Parra.
Komisarz rozparł się w fotelu, skrzyżował ramiona i rzekł:
— Panie Yale, nie chcę pana dotknąć, ale zauważyć muszę, że urzędowo nie istniejesz dla mnie zgoła, toteż to wszystko, co pan mówisz na korzyść inspektora, nic a nic mu nie pomoże. Miał wielkie pole do okazania swych zdolności i... zawiódł, niestety.
Gdy Yale zabierał się do odejścia, skinął nań, a detektyw zajął z powrotem krzesło.
— Radbym zasięgnąć zdania pańskiego w jednej sprawie. Wszakże pamięta pan marynarza Sibly, mordercę Beardmora? Któż był obecny w celi, gdyś pan przesłuchiwał tego człowieka?
— Ja sam, inspektor Parr i oficjalny stenograf.
— Mężczyzna, czy kobieta?
— Mężczyzna. A nawet, zdaje mi się, funkcjonarjusz panów. Pozatem nie było nikogo. Kilka razy wchodził coprawda dozorca, który przyniósł wodę, w której potem odkryto truciznę.
Komisarz otwarł tekę i wziął z niej arkusz papieru.
— Tutaj, oto jest zeznanie dozorcy. Pomijam wstęp. — Wsadził okulary i jął czytać. — Więzień siedział na łóżku, pan inspektor Parr naprzeciw niego, a Mr. Yale stał, oparty plecami o drzwi, które nie były zamknięte. Natoczyłem z wodociągu pół kubka blaszanego, zmuszony przerwać, gdyż zadzwoniono na mnie z innej celi. O ile wiem, nic się z tym kubkiem stać nie mogło, mimo że drzwi na podwórze były otwarte. Gdym wrócił do celi Siblyego z wodą, pan inspektor Parr wziął mi kubek z ręki, postawił go na paczce w pobliżu drzwi i rozkazał, bym już nie wchodził bez zawołania wyraźnego.
Skończywszy zauważył:
— W całem zeznaniu tem niema wzmianki o stenografie. Czy pan jest pewny tego człowieka?
— Wiem napewne niemal, że jest to funkcjonarjusz prezydjum.
— Muszę zapytać Parra! — oświadczył Morton.
Parr, który właśnie wrócił z Francji, przyznał telefonicznie, że przyjął po zasięgnięciu informacji stenografa, który pochodzi z małego miasteczka. Wśród zamętu, wywołanego otruciem więźnia, nie śledził dalej tego człowieka. Otrzymał pisane na maszynie zeznanie Siblyego i pamięta, że stenografowi za pracę sam zapłacił. Tyle tylko dowiedział się komisarz, a wiadomości jego nie zostały wcale wzbogacone.
Derrick Yale poznał z samej miny komisarza, że nic nie uzyskał.
— Czy pan może pamięta tego człowieka? — spytał.
Yale potrząsnął głową.
— Siedział przez cały czas obok Parra, zwrócony do mnie plecami.
Komisarz mruknął coś na temat karygodnego niedbalstwa, potem zaś oświadczył:
— Nie dziwiłoby mnie wcale, gdyby ów stenograf był agentem bandy. Nie mogę darować Parrowi niedbalstwa! Jakże angażować człowieka, którego personalja stwierdzić się potem nie dają? O tak, Parr zawiódł zupełnie! — westchnął. — Lubię go bardzo osobiście, jest to dzielny urzędnik starszej szkoły i sprawował się dobrze, mimo niezbyt wielkich zdolności. Ale teraz koniec... musi odejść. Mówię to panu, co już dałem do poznania inspektorowi. Przykro mi bardzo, ale tak się stanie.
Yale wiedział to doskonale, na równi z wszystkimi funkcjonarjuszami prezydjum.
Najmniejsze wrażenie odniósł sam Parr. Pełnił dalej skrupulatnie obowiązki swoje, niebaczny na rychłą, wielką zmianę, a powitał wprost wesoło, następcę swego, który przybył obejrzeć biuro.
Pewnego dnia napotkał w parku Jacka, którego zdumiało rozradowanie grubaska.
— No cóż, inspektorze? — spytał. — Czy zbliżamy się do rozwiązania?
Skinął głową.
— O tak, coraz bliżej mego rozwiązania. Odchodzę!
— Niemożliwe! — wykrzyknął Jack, który poraz pierwszy dopiero otrzymał wiadomość realną. — Wszakże masz pan wszystkie nici w ręku? Jakimże sposobem odmawiasz pan usług w takiej właśnie chwili? Chyba niema już zgoła nadziei schwytania zbrodniarza?
Parrowi przyszło na myśl, że tylko prezydjum straciło tę nadzieję, ale zmilczał.
Jack miał zamiar jechać do swej posiadłości wiejskiej, gdzie nie był od śmierci ojca. Było to potrzebne dla zmiany niektórych kontraktów z dzierżawcami pól. Nie mogąc sprawy załatwić w mieście, umyślił spędzić jednę noc w domu, który oprócz tragedji ojca krył inne także przykre wspomnienia.
— Jedziesz pan tedy i to sam? — spytał inspektor w zadumie.
— Tak! — odparł, zaraz atoli chwytając w lot myśli Parra, dorzucił: — A może pan pojechać raczysz zemną? Bardzo bym rad, mieć pana u siebie, o ile ten przeklęty Czerwony Krąg nie zmusza do pobytu w stolicy!
— Zdaje mi się, że oni sobie dadzą radę bezemnie! — zauważył z goryczą. — Dobrzeby było jechać z panem. Nie byłem w tym domu od śmierci biednego ojca pańskiego i radbym raz jeszcze obejrzeć wszystko starannie.
Przedłużył o dwa dni swój urlop, na co dostał łatwo przyzwolenie ze strony prezydjum.
Jack chciał jechać tegoż jeszcze wieczoru, przeto inspektor wrócił do domu, spakował podręczną torebkę i spotkali się na dworcu.
Ani pogoda, ani stan dróg nie zachęcały do dłuższej jazdy autem, toteż obrali tę wygodniejszą lokomocję.
Komisarz zostawił dla Derricka Yale zawiadomienie o miejscu swego pobytu, zakończone takiemi słowy:
— Może zajść coś, co będzie wymagało mego powrotu do miasta. W takim razie racz pan donieść mi o tem niezwłocznie.
Dalsza działalność inspektora nie była wcale dziwną, jeśli uwzględnimy przytoczony dopisek.



33.
Plakaty.

Niebardzo miłym był inspektor towarzyszem podróży. Przeglądał troskliwie stos dzienników, szukając wzmianek o Czerwonym Kręgu, a Jack, który widział co czyta, zdumiewał się wielce, że może go interesować mnóstwo arcyniepochlebnych wzmianek pod jego adresem. Powiedział mu to wprost.
— Nigdy krytyka nie zaszkodziła nikomu jeszcze! — odparł. — Tylko świadomość, że się nie ma racji, może przeszkadzać. Ja wiem, że rację mam, przeto wszyscy mogą sobie gadać co im się podoba.
— A więc masz pan rację? — spytał zaciekawiony Jack.
Ale inspektor nie chciał dać na to odpowiedzi.
Wysiedli na małej stacyjce i dojechali powozem do posiadłości.
Zaraz w progu podał inspektorowi zaufany służący Jacka zamknięty telegram.
— Jak długo leżał tu?
— Messenger na rowerze przywiózł go przed pięciu minutami ze wsi.
Inspektor rozerwał kopertę i przeczytał depeszę, podpisaną nazwiskiem Derricka Yale.
— Wracać natychmiast, ważne nowości.
Podał Jackowi depeszę bez słowa.
— Musi pan oczywiście jechać! Niestety, aż do dziewiątej niema pociągu.
Jack był niemile dotknięty utraceniem towarzysza.
— Nie pojadę! — rzekł Parr spokojnie. — Nikt na świecie nie zmusi mnie, bym ponownie odbył dzisiaj jazdę koleją. Niech zaczekają.
Takie postępowanie, wobec naglącego wezwania nie licowało zgoła z charakterem inspektora. Jack uczuł rozczarowanie, chociaż jednocześnie rad był, że nie spędzi sam pierwszej nocy w niesamowitym dlań teraz domu.
Parr obejrzał raz jeszcze telegram.
— Nadano go w niespełna pół godziny po naszym odjeździe! — zauważył. — Wszakże masz pan telefon?
Jack potwierdził, a inspektor zgłosił zaraz rozmowę zamiejscową. Dopiero po kwadransie dano sygnał dokonanego połączenia.
Jack słyszał głos inspektora z przedsionka i zaraz potem wrócił tenże.
— Telegram, jak to przeczułem, został sfałszowany. Mówiłem z Yalem.
— A więc pan to odgadł.
Inspektor potwierdził.
— Czasem odgaduję różności, jak nasz cudotworny przyjaciel.
Wieczór spędził na uczeniu młodzieńca kunsztu gry w pikieta, w czem był mistrzem. Pikiet jest istotnie najbardziej zajmującą grą dla dwu osób. Toteż Jack zdumiał się wielce, spojrzawszy na zegarek.
Inspektor dostał na noc pokój nieboszczyka Beardmora, wielki, bardzo wysoki, o trzech oknach, oświetlony, jak cały dom, acetylenem.
— A gdzie pan śpi? — spytał w chwili rozstania z gospodarzem.
— Tuż obok! — odparł Jack, i rozeszli się.
Inspektor zamknął się na klucz i usłyszał, że to samo czyni młodzieniec. Potem zdjął część ubrania, dobył z wytartej torebki stary, jedwabny szlafrok, pogasił światła i podciągnął w górę żaluzje wszystkich trzech okien.
Noc była dość jasna, tak że trafił do łóżka i naciągnął na siebie puchową kołdrę. Drzemał przez chwilę, ale zaraz po północy wstał, uchylił okna i wyjrzał.
Wśród ciszy nocnej doleciało go lekkie brzęczenie idącego normalnie motoru automobilowego. Po chwili ucichło. Podszedłszy do umywalni, przetarł twarz zimną wodą, potem wrócił do okna i usiadł na krześle w ten sposób, że widział całą drogę aż do bramy wjazdowej.
Przeczekawszy około pół godziny, ujrzał ciemną postać, wyłaniającą się z gęstwy drzew. Trwało to moment tylko, poczem postać wsiąkła w cień, padający od domu.
Inspektor wyszedł cicho z pokoju i zstąpił ze schodów. Brama była zamknięta i upłynęła chwila, zanim znalazł i poodsuwał rygle. Wyszedłszy, nie znalazł nikogo. Obszedł ostrożnie dom wokoło, nie odkrywszy nigdzie przybysza. W chwili, gdy dotarł z powrotem pod bramę, zabrzęczało auto. Gość nocny odjechał.
Zamknął i zaryglował bramę, potem zaś wrócił do swego pokoju. Dziwiła go nieznana osobistość, pewny był jednak, że przybysz nie widział go i nie spostrzegł, że był obserwowany.
Rano, gdy zeszedł na śniadanie, wiedziano już o tych odwiedzinach.
Jack stał przy kominku z pogniecionym papierem w ręku, a inspektor domyślił się niezwłocznie, że jest sprawka Czerwonego Kręgu.
— Cóż pan na to? — powiedział Jack, podając mu kartkę. — Sześć takich ogłoszeń znaleziono na drzewach parku, a jedno pod mojem oknem.
Inspektor przeczytał.
— Dług ojca pańskiego nie został dotąd wyrównany. Możesz go pan nie płacić, o ile zdołasz nakłonić przyjaciół swych, inspektora Parra oraz Derricka Yalego, by zaprzestali swej działalności.
Pod spodem widniał dopisek mniejszymi literami:
— Nie będziemy już stawiać żądań osobom prywatnym.
— Więc to on pozawieszał ogłoszenia! — zauważył Parr w zadumie. — Dziwiłem się, dlaczego odjechał tak szybko.
— Widziałeś go pan?
— Przelotnie tylko! Spodziewałem się go zresztą, sądząc atoli, że wyniknie z tego coś więcej.
Milczał przez cały ciąg śniadania, odpowiadając tylko bardzo oschle na pytania Jacka. Gdy wyszli potem do ogrodu, spytał znienacka:
— Czy on wie o pańskiej sympatji dla Talji Drummond?
Jack poczerwieniał.
— Z jakiegoż powodu pytasz pan? — powiedział z zakłopotaniem. — Czyż zachodzi obawa zemsty na niej z jego strony?
— Nie zawahałby się na chwilę, gdyby mu to było potrzebne! — oświadczył, zawracając ku domowi. — Dość mi tego.
— Myślałem, że zechcesz pan przejrzeć całą drogę, jaką Marl przeszedł owego ranka?
Parr wstrząsnął głowę.
— Nie! — powiedział. — Chciałem tylko stwierdzić, w jaki sposób zbliżył się do domu. Czy możesz mi pan pokazać miejsce, gdzie doznał tak wielkiego przestrachu?
— Oczywiście! — zgodził się ze zdziwieniem. — Było to nieco bliżej. Pamiętam, że uskoczywszy, nastąpił na młody pęd róży, łamiąc go. W tem miejscu zasadził ogrodnik drzewko.
Parr skinął kilka razy głową.
— To bardzo ważne! — powiedział, oglądając starannie to miejsce. — Byłem z góry pewny, że skłamał! — dodał zcicha. — Nie widać stąd wcale terasy, a Marl powiedział mi, że ujrzał ojca pańskiego na terasie w chwili, kiedy dostał napadu sercowego. W pierwszej chwili sądziłem, że ten właśnie widok spowodował zasłabnięcie.
Opowiedział szczegółowo swą ostatnią rozmowę z Marlem.
— Tę rzecz ja mogłem sprostować! — oświadczył Jack. — Ojciec spędził cały ranek w bibljotece i wyszedł dopiero, gdyśmy stanęli w przedsionku.
Parr sporządził pobieżny szkic sytuacyjny.
— Wszędzie tu dużo krzewów! — rzekł Jack. — Ojciec[6] lubił z powodu, że dają cień i spędzał pośród nich długie nieraz godziny.
Parr rozglądał się długo, w końcu zaś oświadczył:
— Obejrzałem już, zdaje się, wszystko co trzeba!
Gdy byli pod domem, wspomniał o nocnym gościu i rzekł znienacka:
— To był jedyny krok fałszywy Czerwonego Kręgu. Pewny jestem, że go uczyniono pod wrażeniem chwili, bez wielkiej rozwagi.
Siadł na stopniach terasy, spoglądając w dal. Jack zauważył, że nie dobrze wygląda w tem romantycznem środowisku ów człowiek gruby, czerwony, spokojny, zgoła nie podobny do typu wybitnych kryminologów.
— Już wiem! — powiedział Parr. — Pierwsza moja idea była słuszna. Przybył, by wymusić pieniądze, które ojciec nie chciał zapłacić. Ale w drodze przyszedł mu pomysł, zawarty w dopisku. Zdecydował się na jakąś rzecz w wielkim stylu. Chce poprostu wyłączyć mnie i Yala ze sprawy, chociaż wie dobrze, iż to jest niemożliwe. Pokaż mi pan, proszę, ogłoszenie.
Rozpostarł na kamiennym stopniu przyniesiony przez Jacka papier.
— Tak! — przytaknął sobie samemu. — To było pisane w pośpiechu, zapewne w aucie, zamiast zawiadomienia pierwotnego, jakie przywiózł ze sobą! Jakiż to nowy plan?
Miał się o tem zaraz dowiedzieć, gdy nadbiegły spiesznie służący zawiadomił, że telefon w bibljotece dzwoni natarczywie, od pięciu już minut.
— Proszę pana! — rzekł Jack, podając inspektorowi słuchawkę.
Mr. Parr poznał niezwłocznie głos pułkownika Mortona.
— Wracaj pan natychmiast! Dziś popołudniu weźmiesz pan udział w posiedzeniu nadzwyczajnem gabinetu.
— Cóż się stało? — spytał Jack.
— Wchodzę do gabinetu! — odrzekł, śmiejąc się, jak nigdy dotąd jeszcze.



34.
Usiłowane wymuszenie na rządzie.

Gdy przybyli do Londynu, wszystkie dzienniki okrzykiwały niezwykłą nowinę.
Czerwony Krąg uczynił istotnie krok stanowczy.
Krótki komunikat przesłany prasie brzmiał następująco:
— Dziś rano otrzymali wszyscy ministrowie dokument pisany maszyną, bez adresu i oznaczenia, od kogo pochodzi, poza czerwonem kółkiem, wybitem u góry:

Każdy wysiłek oficjalnej czy prywatnej policji, zarówno genjusz Mr. Derricka Yale, jak i niesłychanie gorliwe i sumienne badania starszego inspektora Mr. Parra pozostały bez rezultatu i nic nie zdołało zatamować działalności Naszej. Istotna historja powodzeń Naszych jest zupełną tajemnicą. Bardzo przykrym obowiązkiem Naszym było usunięcie z drogi pewnej liczby osób, a stało się to nie tyle przez zemstę, ile dla zbawiennego ostrzeżenia innych. Jeszcze dziś rano musieliśmy, niestety, unieszkodliwić adwokata Mr. Samuela Heggitta, który pracując dla Mr. Froyanta, zbliżył się zanadto do osoby naszej.
Uczynił to osobiście i dlatego nie firma jego, ale sam został ukarany. Zwłoki znaleźć można obok toru kolejowego, pomiędzy stacjami Brixton a Marsden.
Policja nie jest w stanie przeszkodzić nam i uznała Czerwony Krąg za wielkie niebezpieczeństwo społeczne. Godząc się w pełni z tą opinją władzy, objawiamy zamiar zaprzestania Naszej akcji pod warunkiem, że Wysoki Rząd wyasygnuje 1.000.000 funtów, która to gotówka zostanie przez nas podjęta, a to w sposób, jaki w swoim czasie określimy. Jednocześnie Wysoki Rząd ogłosi amnestję ogólną dla całej organizacji Naszej, tak byśmy się mogli w razie stwierdzenia identyczności osób Naszych skutecznie powołać na ten dokument urzędowy.
Nie zastosowanie się do żądań Naszych pociągnie fatalne skutki. W zakończeniu niniejszego pisma wymieniamy dwunastu członków gabinetu, których bierzemy za zakładników i jeśli do końca bieżącego tygodnia Wysoki Rząd nie poweźmie prawomocnej uchwały, pierwszy z tych zakładników zostanie usunięty.

Pierwszą osobą, którą Parr spotkał po przybyciu do White-Hall[7], był Derrick Yale, zatroskany jak nigdy dotąd.
— Obawiałem się czegoś w tym rodzaju! — powiedział. — Dziwne, że zwrot nastąpił właśnie w chwili, kiedy miałem położyć rękę na głównym zdawało się sprawcy.
Ująwszy dłoń inspektora, jął z nim spacerować po ciemnym kurytarzu.
— Przepadło rybołóstwo moje... — dodał, a Parr przypomniał sobie:
— Oczywiście! Dziś jest dzień pańskiej śmierci, sądzę jednak, że obejmuje pana amnestja ogólna Czerwonego Kręgu.
Yale roześmiał się i rzekł:
— Zanim pójdziemy na to posiedzenie, radbym byś pan wiedział, że jestem bez żadnych zastrzeżeń na pańskie usługi. Cały gabinet życzy sobie, bym otrzymał stanowisko urzędowe i wziął sprawę w rękę. Odmówiłem stanowczo, oświadczając, że pan jesteś osobą najodpowiedniejszą i że jeśli mam pracować, to tylko pod pańskiem zwierzchnictwem.
— Dziękuję serdecznie! — rzekł inspektor. — Ale może gabinet będzie miał inne zapatrywanie?
Posiedzenie gabinetu odbywało się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Naprzód przybyli członkowie rządu, a potem dopiero wezwano innych uczestników.
Yale zabawił w sali kwadrans, poczem wpuszczono Parra.
Inspektor znał wszystkich niemal członków świetnego grona, ale nie miał dla żadnego specjalnej sympatji, czując doskonale nastrój wrogi, a ledwo dostrzegalne skinienie głowy siwobrodego premjera wzmogło jeszcze to wrażenie.
— Mr. Parr! — ozwał się dostojnik lodowato. — Omawiamy sprawę t. zw. Czerwonego Kręgu, która stała się niemal narodowym problemem. Niebezpieczny charakter tej organizacji stwierdzony został świeżo przez pogróżkę, wystosowaną do członków rządu. Musiałeś pan to czytać pewnie w dziennikach?
— Tak jest, sir! — odrzekł inspektor.
— Nie ukrywamy wszyscy niezadowolenia z powodu działalności pańskiej w tej sprawie. Wszakże mając takie pełnomocnictwa... — tu spojrzał na leżący przed nim papier.
— Sir! — przerwał inspektor stanowczo. — Nie radbym by to czcigodne zebranie znało pełnomocnictwa moje, a także specjalne przywileje, udzielone mi przez pana ministra spraw wewnętrznych.
Premjer zdumiał się.
— Dobrze! — powiedział. — Dodam tylko, że mimo takiej władzy i mimo, że kilka razy byłeś pan niemal świadkiem zbrodni, nie zdołałeś pan oddać sprawcy w ręce sądu.
Inspektor potwierdził skinieniem.
Umyśliliśmy zgodnie oddać rzecz w ręce Mr. Derricka Yale, który dwu morderców zdołał wyśledzić, chociaż głównego sprawcy także nie oddał w ręce sprawiedliwości. Ale Mr. Yale nie godzi się pracować, o ile pan nie zatrzymasz kierownictwa sprawy. Na to zgodziliśmy się wszyscy. Zgłosiłeś pan dymisję i została formalnie udzieloną, ale należy się z tem wstrzymać. Pomyśl pan, panie inspektorze, — ciągnął premjer z naciskiem, — iż nie wolno nam pod żadnym warunkiem zgodzić się na żądanie Czerwonego Kręgu. Równałoby się to przecież zniweczeniu wszelkiego prawa i zupełnej utracie całego autorytetu państwa. Ufamy panu, że zdołasz uchronić każdego z zagrożonych na życiu członków gabinetu, do czego jako obywatele mają prawo. Wspomnij pan, że cała zasługa i karjera pańska od tego zawisła.
Pożegnany w ten sposób inspektor powstał zwolna i rzekł:
— O ile Czerwony Krąg dotrzyma słowa, gwarantuję zupełną nietykalność wszystkich członków gabinetu. Czy zdołam jednak pochwycić człowieka, zwącego się Czerwonym Kręgiem, za to ręczyć nie mogę.
— Czy istotnie został zamordowany ten nieszczęsny Heggitt? — spytał premjer.
— Tak jest, sir! — odparł Yale. — Zwłoki jego znaleziono dziś rano. Mieszkał w Marsden, dokąd wczoraj wyjechał pociągiem. Zbrodni dokonano w drodze.
— Straszne to, straszne! — potrząsnął premjer głową. — Orgja mordów, wymuszeń, a niewiadomo, jak to długo potrwa!
Gdy wyszli z White-Hallu, otoczył ich tłum ludzi, którzy zbiegli się na wieść o nadzwyczajnej sesji gabinetu. Yale był witany okrzykami uznania, na Parra zaś nie spojrzał nikt, z czego zresztą inspektor był zadowolony.
Czerwony Krąg stał się sensacją dnia, niektóre pisma wyszły zaopatrzone w ten znak tajemniczy, a ogólnie twierdzono, że szatańska banda zdolna jest wykonać zuchwałą pogróżkę swoją.
Yale zastał swą sekretarkę nad stosem gazet, które czytała wiersz za wierszem z uwagą wielką. Z pewnem zakłopotaniem odłożyła dziennik na jego widok.
— Miss Drummond, cóż pani powie o tem ostatniem wystąpieniu.
— Jest niesłychane! Podziw budzi!
Spojrzał na nią z powagą.
— Nie wiem, co tu może budzić podziw? Ma pani szczególny pogląd na rzeczy?
Nie odrzekła nic i wstała, by pójść do swej maszyny.
— Szczęściem dla pani, — dodał — Mr. Johnson, przy Mildred Street, nie otrzymuje już jej interesujących zawiadomień.
Nie rzekła słowa.
Po chwili zajrzał do niej.
— Zdaje się, otworzę biuro w prezydjum policji, — powiedział, — ponieważ atoli atmosfera ta nie sprzyjałaby pani, przeto zostawię panią tutaj, dla załatwiania normalnych spraw bieżących.
— Czy podjąłeś pan odpowiedzialność za schwytanie Czerwonego Kręgu? — spytała chłodno.
— Nie! Inspektor Parr zatrzymuje nadal kierownictwo, a ja będę pracował pod jego rozkazami.
Zajął się korespondencją, potem wyszedł na lunch, w końcu dawszy informacje co do listów, jakie wysłać należało, zawiadomił, że już nie wróci do biura.
Zaraz po jego odejściu zadzwonił telefon i poznała zaraz, kto mówi.
— Tak, to ja, panie Beardmore! Dzień dobry!
— Czy jest Yale?
— Wyszedł, mówiąc, że już dziś nie wróci. Ale jeśli coś ważnego, poszukam go! — powiedziała, siląc się na spokojny ton.
— Sam nie wiem. Przeglądając papiery ojca, natrafiłem na sporą paczkę informacji o Marlu.
— O Marlu?
— Tak jest. Biedny ojciec mój wiedział o nim znacznie więcej, niż chciał mówić. Francuskie biuro informacyjne stwierdziło, że był to człowiek zły, siedział nawet w więzieniu i dziwi mnie, iż ojciec miał z nim interesy. W papierach jest też zapieczętowana przez to biuro koperta z napisem: „Fotografja ściętego“. Ojciec nie otworzył jej, gdyż mierziły go takie okropności.
— Jacku, czyś pan otworzył tę kopertę?
— Nie! — odparł. — Ale czemu pani tak krzyknęła na mnie?
— Niech mi pan zrobi przysługę!
— Oczywiście... oczywiście, Taljo! — powiedział, zdziwiony, że nazywa po imieniu. — Cóż mam uczynić?
— Nie otwieraj pan, proszę bardzo, tej koperty. Schowaj pan wszystko, co tyczy Marla, w miejscu bezpiecznem. Czy przyrzekasz to?
— Przyrzekam solennie, chociaż dziwi mnie to żądanie.
— Czy mówiłeś pan o tem z kimś?
— Doniosłem inspektorowi!
Usłyszał okrzyk gniewny.
— Przyrzeknij mi pan, nie mówić o tem nikomu... nikomu... zwłaszcza o fotografji!
— Ależ naturalnie, Taljo! Jeśli pani chce, mogę ją zaraz posłać?
— Nie, nie, nie czyń pan tego! — wykrzyknęła, przerywając rozmowę.
Siedziała długo, dysząc ciężko, potem włożywszy kapelusz wyszła na lunch.



35.
Talja biesiaduje w towarzystwie ministra.

Minął czwarty dzień miesiąca, a Derrick Yale żył dalej.
Przypomniał to, wchodząc do biura, które obecnie dzielił z Parrem.
— I tak nadaremnie przepadło mi rybołówstwo!
— Lepiej, — mruknął inspektor — że przepadło rybołówstwo, niż życie, gdyż pewny jestem, nie wróciłbyś pan już.
— Wierzysz pan, widzę, ślepo w Czerwony Krąg? — zaśmiał się.
— Istotnie... do pewnego zresztą tylko stopnia! — przyznał, nie przerywając pisania listu.
— Brabazon złożył podobno zeznanie?
— Tak! Nie wiele to znaczy. W każdym razie wiemy już, że od długiego czasu wymieniał pieniądze, wyduszone przez Czerwony Krąg na ofiarach, zrazu nieświadomie, potem już jako agent bandy.
— Czy zamierzasz go pan obwinić o zamordowanie Marla?
Inspektor zaprzeczył.
— Nie mam na to dostatecznych dowodów!
Potem wysuszył list i włożył w kopertę.
— Cóżeś pan wymiarkował we Francji? Nie mówiliśmy o tem jeszcze.
— Mniej więcej to samo, co Froyant! — rzekł Parr, zapalając fajkę. Szło mi głównie o Marla. Wiadomo panu może, iż był on tam członkiem bandy zbrodniczej i został razem z przyjacielem swym... zdaje mi się, niejakim Lightmanem... skazany na śmierć. Lightmana położono pod gilotynę, ale skutkiem jakiegoś zaniedbania kata, nóż nie spadł, powstała mała rewolta wśród widzów i delikwenta zesłano na Wyspę Djabelską, do Kayenny, czy innej kolonji karnej, gdzie zmarł.
— Lightman uciekł! — oświadczył Yale spokojnie.
— Jakże, u licha, dokonał tego! — zawołał Parr, podnosząc głowę. — Zresztą szło mi nie tyle o Lightmana, co o Marla.
— Czy mówisz pan po francusku? — spytał znienacka Yale.
— Płynnie! Ale czemuż pan pyta.
— Ot tak sobie. Chciałem wiedzieć, jak panu szły badania.
— Mówię dobrze nawet po francusku! — potwierdził inspektor, chcąc zmienić temat.
— Lightman uciekł! — powtórzył Yale. — Chciałbym wiedzieć, gdzie jest teraz?
— Ta kwestja nie wiele mnie interesuje! — rzekł Parr z wyraźnem zniecierpliwieniem.
— Nie pan jeden interesujesz się Marlem. Na biurku pańskiem widziałem zawiadomienie Beardmora, że znalazł w papierach ojca informacje o nim. Stary James był człowiekiem ostrożnym. —
Yale został zaproszony przez Mortona na lunch, a inspektor nie. Ale nie dotknęło go to wcale. Miał teraz mnóstwo roboty, by każdemu z zagrożonych ministrów wyszukać osobnego anioła stróża, a tego rodzaju śniadanka nudziły go tylko.
Byłby im zresztą przeszkadzał w poufnej rozmowie. Pod koniec rzucił Yale bombę sensacji, a oszołomiony komisarz padł we fotel.
— Ktoś z samego prezydjum? — powiedział z niedowierzaniem. — To niemożliwe, Mr. Yale!
Derrick potrząsnął głową.
— Wszystko jest możliwe, panie komisarzu! — powiedział. — Proszę wziąć pod uwagę, że ile razy chcemy schwytać Czerwony Krąg, ktoś nas zawsze uprzedza. Ktoś, kto miał dostęp do celi Siblyego, otruł go! Musiał to uczynić ktoś z polecenia prezydjum. A n. p. w wypadku Froyanta... dom obstawiony był przecież policją...
Komisarz odzyskał potrosze równowagę.
— Mówmy szczerze! — powiedział. — Czy obwiniasz pan Parra?
Derrick potrząsnął głową ze śmiechem.
— Ach nie! Któżby mógł u Parra przypuścić zbrodnicze instynkty? Jeśli jednak bliżej sprawę weźmiemy na oko — zniżył głos — i uwzględnimy szczegóły tych morderstw, musi zwrócić uwagę, że w głębi tkwi osobistość, posiadająca znaczny autorytet.
— A więc Parr chyba?
— Parr sam nie działa, jestem tego pewny, — rzekł Yale zagryzając wargi — ale może on być ofiarą któregoś z podwładnych, któremu ufa. Proszę mi wierzyć, pułkowniku, — dodał spiesznie — że nie zawahałbym się oskarżyć Parra, ani nawet pana samego w razie posiadania jakichkolwiek dowodów.
Komisarz skulił się.
— Ręczę panu, że nic nie wiem o Czerwonym Kręgu! — powiedział i zaraz roześmiał się, czując, że powiedział głupstwo.
— Cóż to za dziewczyna? — spytał, pokazując parę, siedzącą w kącie sali. — Spogląda nieustannie w pańską stronę.
— Ta dziewczyna, — odparł Yale — to niejaka Talja Drummond, a towarzysz jej, jeśli się nie mylę, to Honourable Rafael Willings, członek gabinetu ministerjalnego, jeden z członków rządu zagrożonych przez Czerwony Krąg.
— Talja Drummond? — gwizdnął komisarz przez zęby. — O ile pamiętam, niedawno przeskrobała coś. Wszakże była sekretarką Froyanta?
Yale potwierdził.
— Dla mnie jest zagadką! — przyznał. — Nie mogę zwłaszcza pojąć jej zimnej krwi. W tej chwili powinnaby siedzieć w biurze mojem, odpowiadać na telefon i załatwiać listy.
— Ma ją pan u siebie? — spytał komisarz, potem zaś dodał z uśmiechem — Istotnie jest zuchwała, w jakiż atoli sposób doszła do poufałości z ministrem?
Derrick Yale nie umiał, czy nie chciał tego objaśnić.
Siedząc dalej zauważył, że dziewczyna wstała i ruszyła zwolna wraz z towarzyszem przez salę. Przechodząc obok ich stolika wytrzymała spojrzenie chlebodawcy, z lekkim uśmiechem i rzuciła coś przez ramię idącemu za nią mężczyźnie w średnim wieku.
— Cóż pan na to, pułkowniku? — spytał Yale.
— No cóż? Zmyj jej pan głowę i koniec!
Tak też postanowił uczynić tym razem.
W chwili, gdy wchodził do biura, Talja wieszała właśnie kapelusz.
— Proszę pani na słówko! — powiedział. Czemuż opuściłaś pani biuro w porze lunchu? Wszakże prosiłem wyraźnie o pozostanie!
— A Mr. Willings prosił mnie wyraźniej jeszcze, bym z nim poszła na śniadanie! — odrzekła z niewinnym uśmiechem. — Jest on członkiem rządu, tedy nie mogłam go obrażać dla samego pańskiego dobra.
— W jaki sposób zapoznałaś się pani z nim?
— W różne sposoby poznaje się mężczyzn! — odparła. — Można zamieścić ofertę małżeńską, można spotkać się w parku, a także można zostać przedstawioną. Ja zostałam przedstawioną.
— Kiedy?
— Ubiegłej nocy, około drugiej. Chodzę czasem tańczyć do Merro-Clubu, bo tej rozrywki wymaga zdrowie moje! — objaśniła. — Tam właśnie poznaliśmy się.
Yale sięgnął do kieszeni i położył przed nią na biurku pieniądze.
— Oto pensja tygodniowa, Miss Drummond! — powiedział nie zdradzając oburzenia. — Od tej chwili nie będę korzystał z usług pani.
Podniosła brwi.
— Wszakże chciałeś mnie pan poprawić? — spytała z taką powagą, że zrazu zdumiony, roześmiał się.
— Pani poprawić nie sposób! — rzekł swobodnie już. — Przebaczyłbym, gdyby brakło dużo nawet w kasie na portorja listów, ale przebaczyć nie mogę, że wychodzisz pani z biura, gdy dałem polecenie przeciwne.
Policzyła pieniądze.
— Ściśle tyle, co się należy! — powiedziała szyderczo. — Panie Yale, musisz pan chyba pochodzić ze Szkocji.
— Jeden tylko istnieje sposób, by panią poprawić, Taljo Drummond! — powiedział z powagą, szukając odpowiednich wyrażeń.
— Jakiżto?
— Ożenić się z panią. Ja sam nawet skłonny byłbym do takiego eksperymentu.
Przysiadła na skraju biurka, wybuchając rozgłośnym śmiechem.
— Jakiż z pana komik! — powiedziała po chwili. — Ale widzę także, że jest pan życzliwy ludziom! — potem dorzuciła poważnie — Przyznaj pan, że nie masz dla mnie więcej skłonności, niż dla tej wielkiej muchy na ścianie.
— Nie jestem w pani zakochany, oczywiście.
— Tak mi się wydawało! Ano więc przyjmuję zapłatę, wypowiedzenie, oraz dziękuję za sposobność pracowania dla genjusza, jakim pan jesteś.
Yale przerwał rozmowy tonem czysto kupieckim, jakby szło o nieprzyjętą ofertę, mruknął coś o liście polecającym i na tem się skończyło. Wyszedł do swego biura, nawet drzwi nie zamykając.
Wypowiedzenie było dla Talji sprawą o wiele ważniejszą, niż to okazała. Yale podejrzywał ją, albo w sposób chytry snuł plan jakiś, by ją zgubić.
Wracając dumała także nad wzmianką o Johnsonie przy Mildred Street. Kryć się w tem mogło co więcej jeszcze, niż jej stosunek z Czerwonym Kręgiem, co dawał do poznania.
W domu zastała list. Wódz bandy był widocznie pilnym korespondentem. W sypialni, przy zamkniętych drzwiach, przeczytała.
— Bardzo dobrze. Jestem zadowolniony z precyzyjnego wykonania zleceń. Zapoznanie z Willingsem było doskonale zainscenizowane i jak przewidywałem, poszło gładko. Proszę poznać tego człowieka na wskroś, wybadać jego słabostki i donieść, co sądzi osobiście o zapatrywaniu gabinetu na propozycję moją. Suknia pani podczas lunchu była zbyt skromna. Proszę nie szczędzić na toalety. Derrick wypowie pani dziś, ale to nic. Niema już potrzeby wysiadywać w biurze. Dziś wieczór spędzi pani z Willingsem, wielkim kobieciarzem. Proszę przyjąć zaproszenie do domu i obejrzeć zbiór starych mieczów, z którego jest wielce dumny. Umożliwi to pani poznać rozkład domu.
Koperta zawierała dwa nowe stu funtowe banknoty, które wzięła, przybierając poważny wyraz twarzy.



36.
Zebranie Czerwonego Kręgu.

Mr. Rafael Willings był wytworem swojej epoki. Chociaż zaczął dopiero czterdziestkę, dzięki wytrwałości, dostał się do gabinetu, nie bardzo zresztą lubiany przez kolegów i cały kraj. Ale oceniano jego sprawność i wielki dar krasomówstwa, a chociaż nie budził na ogół zaufania, miał za sobą spory poczet zwolenników i wyborców niezawodnych.
Koledzy mieli o nim dość niewyraźne zdanie, o włos że nie został wmieszany w skandaliczny proces rozwodowy, a policja, chcąc skompromitować lekkoducha, zrobiła Merro-Klubie i w drugim jeszcze lokalu nocnym, gdzie stale bywał, wielką obławę. Ten postępek policji spowodowała żona jednego z kolegów, a Willings dowiedziawszy się o tem, napadł w sposób tak brutalny w pismach na nieszczęsnego męża zazdrośnicy, że tenże musiał się podać do dymisji.
Był barczysty, niemal korpulentny, łysawy, a zresztą prezentował się świetnie. Sądził, że sam nader zręcznie zmotał znajomość z Talją Drummond i padłby chyba trupem dowiedziawszy się, że ta dama tegoż jeszcze ranka otrzymała odnośne zlecenie od Czerwonego Kręgu.
Organizacja ta miała setki agentów w różnych sferach, buchalterów, lekarza, jednego dyrektora kolei i trzech zarządców hotelowych. Płacono ich dobrze, a obowiązki nie były ciężkie. Często, jak tu n. p. szło tylko o zapoznanie dwu osób. Rozkazy otrzymywali wszyscy w tej samej zawsze formie.
Czerwony Krąg miał przewyborny węch i w sposób iście niesamowity trafiał tam, gdzie była zbrodnia, nędza czy nieszczęście, często nawet uprzedzając te wypadki. Powoli wzrastała liczba agentów, którzy nie znając się wzajem nie znali także wodza swego. Każdy spełniał, co mu polecono, a funkcje podrzędnych współpracowników były śmiesznie błache.
Gdy w początkach organizacji kilku strachajłów zgłosiło się do policji z donosem, wyszło na jaw, że Czerwony Krąg żąda jeno rzeczy prostych i zgoła niewinnych.
Strach zapewniał wierność znacznej większości, a system szpiegowania musiał być świetny, skoro tegoż dnia, kiedy Derrick Yale był na lunchu z Mortonem, zwołał Czerwony Krąg zebranie, wykluczając wszystkich niepewnych i niezadowolonych, tak jakby im to wyczytał z twarzy. Wybrańcy otrzymali wskazówki, w jakiej mają przybyć odzieży i co czynić, by nie zostać poznanymi przez współpracowników.
Zebranie to stało się dla Talji najbardziej interesującem wspomnieniem z całego czasu trwania jej stosunku z Czerwonym Kręgiem.
W City jest sporo starych kościołów, ale za najdawniejszy uważają powszechnie kościół Św. Agnieszki przy Powsler Hill. Ocalawszy po wielkim pożarze, zaduszony został przez ruchliwe miasto, które go otoczyło dokoła wysokimi magazynami, tak że tylko szczyt wieży sterczał ponad dachy. Gmina wiernych nie przekraczała dwudziestu osób, ale miała swego kapelana, który wygłaszał w niedzielę kazanie. Płacono mu rzec można zato, by się zobaczyć na nabożeństwie ze znajomymi. Magazyny pochłonęły także rozległy dawniej, zadrzewiony cmentarz, kości zmarłych przeniesiono na inne miejsce.
Dostęp był z wąskiej, ciemnej bocznicy, tak że wieczór nie rozróżniano idących tędy, którzy tonęli w czeluści, czarnej, jak noc bramy.
Tutaj odbyło się pierwsze, a zarazem ostatnie zebranie Czerwonego Kręgu.
I przy tej także sposobności okazało się, jak precyzyjną była organizacja. Każdy członek otrzymał ścisłą wskazówkę, o której minucie ma przybyć, tak że nigdy dwie osoby nie zetknęły się przed bramą. Talja domyślać się jeno mogła, w jaki sposób naczelnik uzyskał klucz i jak obliczył początek i koniec zebrania, by wypadło pomiędzy dwoma rontami policji miejskiej.
Przybyła punktualnie w uliczkę i podeszła dwa stopnie do bramy, a brama otwarła się i zamknęła zaraz. Wewnątrz nie było światła, a tylko przez witraże górą mrzyły latarnie ulicy.
— Iść prosto! — szepnął głos jakiś. — Siadać obok drugiego konfesjonału po prawej.
W kościele było sporo ludzi, rozróżniała ich zarysy. Na każdej kwaterze ławy siedziało po dwoje, tajemniczo, cicho, bez słowa. Niebawem przybył człowiek, który ją wpuścił i stanął u barjery ołtarza. Od pierwszych zaraz słów zrozumieli słudzy Czerwonego Kręgu, że stoją w obliczu pana.
Głos jego brzmiał głęboko i głucho. Musiał mieć na twarzy welon, jak pierwszej nocy, gdy się spotkali.
— Przyjaciele! — zaczął wyraziście. — Nastał czas rozwiązania naszej organizacji. Czytaliście w dziennikach mą propozycję. Otóż dwadzieścia, conajmniej, procent tej sumy, którą mi rząd dać musi ostatecznie, rozdzielę pośród was, którzyście mi wiernie służyli.
Jeśli by się ktoś bał, że nas tu zaskoczą, niech wie, iż ront policji przejdzie dopiero za kwadrans, a głosu mego nie słychać z ulicy.
Jął mówić głośniej i twardziej:
— Ci, którzy sądzą, że takie zebranie będzie moją zgubą, a nawet może knują zdradę, niech wiedzą, iż aresztowanie mnie tej nocy jest wprost wykluczone.
Przyjaciele, wyznaję, złe nastały czasy i zagraża nam wszystkim niebezpieczeństwo wielkie. Ujawniono nieomal dwa fakty, któreby dały policji możność stwierdzenia mej osobistości. Ściga mnie zaciekły Yale i nader sumienny, a wytrwały Parr.
W tej wielkiej chwili musicie mi pospieszyć z pomocą. Jutro otrzyma każdy bardzo szczegółowe zlecenia i wskazówki. Pamiętajcież przyjaciele o dwu rzeczach, mianowicie, że jesteście tak bardzo jak i ja zagrożeni i że wynagrodzenie wasze przekroczy najśmielsze marzenia.
A teraz zechcecie opuścić ten kościół pojedyńczo, w odstępach po pół minuty. Pierwsi dwaj od prawej zaczną, potem dwójka od lewej i tak dalej, aż do końca. Dalejże, zaczynać!
W przepisanych odstępach czasu wysuwały się ciemne postacie.
Mistrz czekał, aż się kościół opróżni, zamknął bramę, schował klucz, a przywoławszy auto, ruszył w stronę zachodnią.
Wcześniej już pojechała w tę samą stronę Talja i zaraz nastąpiła zupełna zmiana w jej wyglądzie zewnętrznym. Znikł czarny płaszcz gumowy i kapelusz z welonem a ukazała się jasna, jedwabna narzutka, kryjąca toaletę balową, o głębokim dekolcie.
Poprawiła jak mogła włosy, wysiadła przed jasno oświetlonym klubem nocnym, a podając portjerowi niewielką torebkę, promieniała całym blaskiem urody.
Tak przynajmniej przedstawiła się oczom Jacka Beardmora, który tego wieczoru, zaciągnięty wbrew upodobaniom przez przyjaciół, siedział u stolika. Spojrzał zawistnie na jej towarzysza.
— Któż to jest? — spytano.
— Damy nie znam, — odpowiedział któryś — ale kawalerem jej jest Rafael Willings, bardzo wpływowy minister.
Talja zobaczyła także Jacka i w zakłopotaniu puszczała mimo uszu słowa ministra. Dopiero znany już frazes uderzył ją, przywracając równowagę.
— Starożytna broń! — powiedziała. — Ach, mówiono mi, że pan posiadasz zbiór niezwykły!
— Czy panią to interesuje? — spytał z uśmiechem.
— Bardzo nawet!
— Czy mogę mieć nadzieję, że pani raczy przybyć któregoś dnia popołudniu obejrzeć to? — Kobiety rzadko zajmuje tego rodzaju kolekcja. Może n. p. jutro?
— Nie jutro, — odrzekła — ale pojutrze.
Talja widziała, że Jack wychodzi, nie spojrzawszy w jej stronę nawet i zabolało ją to bardzo. Radaby była zamienić z nim słów kilka i miała nadzieję, że się zbliży.
Mr. Willings uparł się odwieść ją do domu własnem autem. Pożegnała go z westchnieniem ulgi, gdyż psuł jej dziś cały nastrój.
Zostawiwszy w ulicy wielbiciela (który nie taił zgoła uczuć swoich) podeszła do ciemnego całkiem wnęku bramy, gdzie, jak miała przeczucie, czekał na nią człowiek nieznajomy. Powiedział jej szeptem słów kilka, a ona odrzekła w ten sam sposób.
Nieznany mężczyzna obrócił się po chwili i odszedł bez słowa pożegnania, zaś Talja wróciła do siebie.
Mężczyzna szedł spiesznie, wiedząc, że jest śledzony. Czekał przez kilka minut w ciemnym wnęku i dostrzegł na przeciwległym chodniku postać przyczajoną pod zamkniętym sklepem.
Człowieka tego czuł teraz poza sobą, a wiedział, że go prześcignie, by spojrzeć w twarz. Zboczył tedy w ciemnawą przecznicę i zwolnił kroku. W chwili, gdy szpieg podszedł doń pod latarnią, skoczył nań, zanim zdołał krzyknąć, ścisnął mu gardło żelaznym uściskiem i rzucił na chodnik. Nagle, jak z pod ziemi wybrnęli trzej ludzie i zaczęli bić leżącego. Potem postawili go na nogi.
Oszołomiony przez chwilę, spojrzał wreszcie przytomnie na człowieka, którego śledził i rzekł głucho, z jękiem:
— Boże wielki! Poznaję pana!
Szpiegowany roześmiał się.
— Przyjacielu! — powiedział. — Nie będziesz miał czasu spożytkować tej znajomości.



37.
Zobaczymy się... o ile będziesz pan żył.

Jack Beardmore wrócił wściekły z żalu, sercem rozdartem. Talja była jego ideałem, a jednocześnie wiedział, że zdolną jest do rzeczy najgorszej. Chodząc po bibljotece czuł dobrze, iż jest skończonym głupcem i szaleńcem. Potem przesiedział z godzinę w fotelu i wstał znowu.
Z zamczystej kasy dobył plik dokumentów, rzucił je na stół. Zapieczętowana koperta z adresem ojca interesowała go najbardziej. Zapragnął, jak dziecko, otworzyć ją na złość Talji.
Czemuż tak się bała, by nie zobaczył zawartej tam fotografji? Czyż interesował ją Marl aż do tego stopnia? Wspomniał, że z nim to właśnie tuż przed zamordowaniem spędziła cały wieczór.
Zabrał papiery i zaniósł do sypialni, ale ogarnęło go takie znużenie, że stracił ochotę badania tajemniczej koperty i jął się rozbierać.
Sądził, że spać nie zdoła, ale mimo udręki, był młody i ulegając prawom młodości, zasnął natychmiast. Miał sny niemiłe. Widział Talję w szponach potwora o rysach inspektora, to znowu jawił mu się Marl i jakiś stwór będący w związku z ową „matką“ czy „babką“ Parra, której się bał poprostu.
Nagle zbudził go odblask światła, padający na stolik nocny. Gdy usiadł w łóżku, światło zgasło, ale czuł że ktoś świecił. Błyskawica była o tej porze roku niemożliwą.
— Kto tam? — spytał, sięgając po lampkę elektryczną, ale przekonał się, że ją zabrano.
Wyskoczył z łóżka.
Ktoś zmierzał ku drzwiom. Jack rzucił się w tym kierunku i chwycił silnie intruza, który wił się i bronił. Jack zmacał w końcu włącznik i pokój zalała światłość. Zobaczył przed sobą Talję, drżącą całem ciałem.
Trzymała coś ukrytego na plecach, spoglądając boleśnie i wyzywająco zarazem.
— Taljo! — jęknął, opadając we fotel. — Pocóż przyszłaś pani? I co ukrywasz przedemną?
— Czemuż zabrałeś pan te papiery do sypialni? — spytała gniewnie. — Trzeba je było zostawić w bibljotece, lub nie wyjmować z kasy.
Zauważył, że Talja trzyma w ręku kopertę z fotografją.
— Ależ Taljo... nie rozumiem — mruczał. — Czemuż nie powiedziałaś pani...?
— Prosiłam, byś pan nie oglądał tej fotografji. Pojęcia nie miałam, że ją pan aż tu przyniesiesz! Oni byli tu w nocy i szukali.
Była bliską płaczu.
— Byli tu w nocy? — spytał przeciągle. — Kto był?
— Czerwony Krąg! Wiedzieli, że ją pan masz i włamali się do bibljoteki. Uprzedziłam ich i błagałam Boga... błagałam, by znaleźli kopertę nie otwieraną! A teraz... — załamała ręce — teraz pewni są, żeś pan widział fotografię! O, czemuż tak się stało?
Wdział szlafrok, spostrzegłszy teraz dopiero, jak jest niedostatecznie odziany i uczuł się zaraz pewniejszym siebie, we fałdach ciepłego okrycia.
— Nic dotąd nie rozumiem, prócz tego, że włamano się do mnie. Trzeba to zobaczyć.
Zeszli do bibljoteki. Tak było istotnie. Drzwi kasy wisiały krzywo na zawiasach, wycięto dziurę w okiennicy i otwarto ją. Zawartość szaf leżała na posadce, wydarto szuflady biurka i poprzerzucano papiery, wysypując nawet kosz.
— Nie wiem, co to znaczy! — powiedział zasłaniając okno ciężką firanką.
— Kiedyś pan to zrozumie! — oświadczyła z powagą. — A teraz proszę wziąć ćwiartkę papieru i pisać, co podyktuję!
— Do kogo? — spytał zaskoczony.
— Do inspektora Parra. Pisz pan. Szanowny inspektorze! Załączam fotografję, którą otrzymał ojciec mój w dniu śmierci. Nie otwierałem koperty, ale może to pana zainteresuje.
Posłusznie skreślił te wyrazy i podpisawszy list włożył go wraz z kopertą w większą kopertę.
— A teraz adres! — poleciła. — W górnym rogu proszę napisać... Wysyła Jack Beardmore... pod tem zaś... Fotografja... Pilne.
Wziąwszy list, ruszyła ku drzwiom.
— Zobaczymy się jutro, — powiedziała — o ile pan będziesz żył.
Omal się nie roześmiał na te słowa, gdyż wyraz cierpienia w jej rysach i drżenie rąk przeszkodziło mu w tem.



38.
Talja w więzieniu.

Minęło siedm dni od nadzwyczajnego posiedzenia gabinetu, a rząd ani myślał spełnić żądanie Czerwonego Kręgu. Przeciwnie, w sposób zgoła nie dwuznaczny podkreślono, że mowy niema o jakichś tego rodzaju pertraktacjach.
Tegoż dnia popołudniu spodziewał się Mr. Rafael Willings upragnionego gościa. Dom jego w Onslow Gardens był istotnie jedną z osobliwości kraju, a kolekcja starożytnych zbroic, broni, szlifowanych misternie kamieni, oraz miedziorytów była wprost niezrównana.
Tego dnia jednak nie myślał o tem wcale, a mimo że otrzymał anonimowe ostrzeżenie z zawiadomieniem, że Talja Drummond jest niebezpieczną złodziejką, nie czuł zgoła strachu, ale raczej tem większy pociąg.
Niechby mu wzięła pierwszy lepszy miecz wschodni, drogocenny kamień, czy drzeworyt, byle się tylko okazała łaskawą i uległą.
Talję wpuścił służący o cudzoziemskim wyglądzie i przypomniała sobie zaraz, że minister ma w domu wyłącznie włoską służbę.
Rozglądnęła się bacznie po pokoju, gdzie ją wprowadzono. Po obu stronach były okna otwarte, co ją zdziwiło potrosze. Spodziewała się także zastać stolik zastawiony do miłego tête à tête. Ale nie było go tu. Na ścianach widniały przepyszne okazy broni, co jej zaraz wpadło w oko.
Willings zjawił się za chwilę i powitał ją z wielką serdecznością.
— Jedzmy, pijmy i weselmy się, gdyż jutro, lub dziś jeszcze umrzeć możemy! — powiedział patetycznie. — Czy słyszała pani nowinę?
Potrząsnęła głową.
— Czerwony Krąg mnie sobie wybrał właśnie na najbliższą ofiarę. Z dzienników wie pani zapewnie coś o tej miłej bandzie morderców! — zaśmiał się. — Dano mi pierwszeństwo przed innymi kolegami — pour encourager les autres...
Zdziwiła się, że w tych warunkach może być tak wesoły.
— Tragedja ma nastąpić w tym domu w ciągu dzisiejszego właśnie popołudnia... Toteż prosiłbym bardzo...
Zapukano, wszedł służący i coś powiedział po włosku.
Rafael skinął głową.
— Auto czeka, — powiedział — może mi pani uczyni zaszczyt wypicia herbaty w mojej wili wiejskiej. Będziemy w pół godziny na miejscu.
Takiego zwrotu nie oczekiwała wcale.
— Gdzież jest ta wila pańska?
Objaśnił, że na przestrzeni pomiędzy Barnet a Matfielden i rozwodził się nad pięknością okolic Hartfordshiru.
— Wolałabym tutaj wypić herbatę! — powiedziała.
— Proszę wierzyć, że ja także! — oświadczył. — Onslaw Gardens jest rajem, zwłaszcza z tak uroczym jak pani gościem, ale była tu niedawno policja i przekreślono ten mój plan. Powiedziałem, że oczekuję przyjaciela na herbatę. Radzili mi obrać miejsce bardziej publiczne, ale w końcu zgodzili się, bym jechał na wieś. Miss Taljo, nie zechce pani chyba popsuć tak miłego popołudnia. Bardzo by mi była przykrą odmowa. Wysłałem już dwu służących dla poczynienia przygotowań i mam nadzieję pokazać pani domek najpiękniejszy w promieniu stu mil od Londynu.
Zgodziła się, mówiąc:
— Dobrze! — gdy zaś wyszedł, obejrzała z zachwytem broń rozwieszoną po ścianach.
Wróciwszy ubrany w płaszcz, zastał ją przed zbiorem najprzedziwniejszych mieczów i sztyletów wschodnich.
— Prawda, że piękne? — powiedział. — Szkoda tylko, iż nie mogę pani opowiedzieć dziś ich historji... Któż to zabrał sztylet asyryjski? — zdziwił się nagle.
Istotnie, na ścianie widniało puste miejsce, a mała etykietka zwracała uwagę na stratę.
— Zauważyłam już sama, że tu czegoś brak! — rzekła.
Mr. Willings zmarszczył brwi.
— Może go wziął do wyczyszczenia któryś ze służących? — powiedział. — Chociaż poleciłem wyraźnie czynić to tylko w mojej obecności. Zbadam to po powrocie! — dodał po chwili wahania i zaprowadził ją do wozu.
Strata nie przestawała go niepokoić i znaczna część rozradowania znikła.
— Pojąć nie mogę! — powiedział, gdy jechali przez Barnet. — Wiem napewne, że sztylet tam był wczoraj jeszcze. Pokazywałem go Sir Tomaszowi Summers, którego bardzo interesują tego rodzaju wyroby ze stali. Nikt ze służby tknąćby go nie śmiał.
— Był może ktoś obcy w pokoju? — spytała.
Potrząsnął głową.
— Tylko urzędnik z prezydjum policji, a on go nie zabrał napewne. Tkwi w tem jakaś drobna tajemnica. Ale odłóżmy ją na potem.
Przez resztę drogi był uprzejmy, grzeczny, a nawet wesoły niemal, nie objawiając uczuć innych niż te, jakie wzbudzić może uczciwa dziewczyna w dobrze wychowanym mężczyźnie.
Nie przesadził wcale mówiąc o piękności swego małego domku, który był położony w odległości trzech mil od gościńca, wśród drzew i gęstwy krzewów.
— Jesteśmy więc na miejscu! — powiedział, wprowadzając przez kasetonowany przedsionek do przedziwnie urządzonego salonu.
Stolik do herbaty był w pogotowiu, ale ani śladu służby.
— Na koniec, droga moja, jesteśmy sami! — ozwał się innym zgoła tonem, a Talja wiedziała, że nadchodzi moment krytyczny. Ale ręka jej nie drżała w chwili nalewania herbaty. Postawiła przed nim filiżankę, on pochylił się, pocałował i nagle znalazła się w jego ramionach.
Nie stawiała oporu, rzekła tylko, patrząc mu odważnie w oczy:
— Chciałabym coś powiedzieć!
— Mów co chcesz! — oświadczył zakochany Willings, nie puszczając jej.
Jednak mówić nie mogła, gdyż przywarł ustami do jej ust. Spróbowała wcisnąć ramię pomiędzy niego a siebie, broniąc się chwytem japońskim. Ale znał go i odparował zaraz.
Zaraz po wejściu spostrzegła wykusz w rogu pokoju, przysłonięty portjerą. Tam ją niósł. Nie krzyknęła, on zaś rad był, że jest powolniejszą, niż przypuszczał. Dwa razy próbowała przemówić i dwa razy nie dopuścił do tego. Dopiero w pobliżu portjery zaczęła się bronić rozpacznie.
Dwaj służący włoscy, zajęci w kuchni odległej znacznie od salonu, usłyszeli krzyk przeraźliwy. Wbiegli przez przedsionek. Drzwi salonu nie były zamknięte, otworzyli je tedy.
W pobliżu portjery leżał Rafael Willings twarzą ku ziemi, a w plecach jego sterczał sztylet asyryjski. Obok stała blada jak ściana dziewczyna, spoglądając w osłupieniu.
Jeden ze służących wydobył sztylet z rany i dźwignął z trudem na otomanę pana swego, drugi zaś pobiegł do telefonu. Usiłując zatamować krew mówił coś służący do stojącej po włosku, z czego nie rozumiała słowa.
Jakby we śnie wyszła przez przedsionek na wolną przestrzeń.
Opodal bramy stało auto ministra, a szofer odszedł.
Rozglądnęła się. Nie było nikogo widać. Uczuwszy powrót energji, wskoczyła, naciskając coprędzej popęd. Motor zadzwonił i pojechała w szalonem tempie. Ale zaraz natrafiła na zamkniętą kratę parku. Pamiętała, że szofer wysiadł, by ją otworzyć, gdy wjeżdżali. Nie było chwili do stracenia. Cofnęła wóz, wzięła cały rozpęd i uderzyła w bramę.
Zabrzękło szkło, trzasnęło żelazo, ale ona była już na gościńcu, z uszkodzonym radjatorem i zwisającemi w strzępach blachami wachlarzy. Mimoto jednak znakomity wóz pędził dalej w kierunku Londynu.
Portjer domu nie poznał jej, tak dziko wyglądała i tak była zmieniona.
— Czy pani chora, Miss? — spytał wioząc ją liftem.
Potrząsnęła głową.
Dotarłszy do siebie, pobiegła niezwłocznie do telefonu i podała urzędnikowi numer.
Potem zaczęła rzucać zdania bez związku, przerywane łkaniem, tak że słuchający z trudem jeno pojął, co się stało.
— Już koniec... koniec z tem! — jęczała. — Nic więcej uczynić nie mogę. To straszne... straszne!
Odłożywszy słuchawkę poszła, zataczając się do sypialni. Musiała czynić nadludzkie wysiłki, by nie upaść. Po kilku dopiero godzinach odzyskała równowagę.
Derrick Yale, który przybył z wizytą wieczór, zastał Talję Drummond spokojną i zuchwałą, jak zawsze.
— Zaszczyt to dla mnie wielki! — powiedziała witając go. — Kogóż to pan przywiozłeś ze sobą? — rzuciła pytanie, spoglądając na towarzysza detektywa.
— Taljo Drummond! — oświadczył Yale z powagą. — Mam rozkaz uwięzić panią.
Podniosła brwi.
— A więc jestem, widzę, stale w rękach policji? — zdumiała się. — O cóż mnie obwiniacie?
— O usiłowane morderstwo Rafaela Willingsa. Ostrzegam, że od tej chwili każde słowo zostanie zapisane i może posłużyć jako dowód przeciw pani.
Człowiek przybyły z Yalem ujął ją pod ramię.
Talja spędziła noc w celi posterunku policji.



39.
Więzienny wikt.

— Muszę dopiero wymiarkować, co się właściwie stało! — powiedział Yale do zamyślonego, milczącego Parra. — Przybyłem do Onslow Gardens wkrótce po odjeździe Willingsa z dziewczyną. Służący, którzy zrazu odmawiali wyjaśnień, powiedzieli mi w końcu pod naciskiem groźby, że Willings zabrał ją do swej wili wiejskiej. Które z nich dwojga powzięło ten plan, trzeba wybadać dopiero. Może pojechała wbrew woli swojej. Od dawna już podejrzywam ją, że jest czemś więcej, niż służebnicą Czerwonego Kręgu.
Przeraziło mnie to oczywiście i pojechałem do Thetfield, gdziem przybył bezpośrednio po jej odjeździe. Umknęła autem Willingsa, rozwalając po drodze bramę parku. Niesłychanie zimną krew i odwagę posiada ta dziewczyna.
— Jak się ma Willings?
— Wyzdrowieje. Rana jest powierzchowna, ale ważną rzecz stanowi fakt, że zamach został wykonany z premedytacją. Willings zostawił dziewczynę na małą chwilę samą w zbrojowni, a po powrocie zauważył brak sztyletu, którym potem został zraniony. Schowała go prawdopodobnie w zarękawek. Nie może mi podać wszystkich szczegółów, poprzedzających bezpośrednio zamach.
— Hm... — powiedział Parr. — Jakże wyglądał pokój, gdzie dokonano zamachu?
— Był to mały, ładny salonik z wnękiem przysłoniętym portjerą, gdzie stała otomana. Przypuszczam, że przed zamachem musiała się tam rozegrać mniej lub więcej drastyczna scena, gdyż Willings ma nieszczególną opinję. Padł tuż obok tej właśnie portjery.
Mr. Parr zamyślił się tak głęboko, że towarzysz jego sądził, że śpi. Ale nie spał, natomiast dumał nad dziwnym faktem, że każda nowa zbrodnia Czerwonego Kręgu okrywa sławą kolegę.
Potem rzekł nagle, bez związku niejako z bieżącą sprawą:
— Każdy, najlepszy nawet zbrodniarz, pada ofiarą małego błędu w obliczeniach.
Yale uśmiechnął się.
— Istotnie, w tym wypadku ów mały błąd polegał na tem, że Willings nie został zabity. Nie cieszy się wielkiem uznaniem i obeszłoby się bez niego w gabinecie. Ja jednak rad jestem, że te szatany go nie dostały.
— Nie mam wcale na myśli Willingsa! — odparł Parr, wstając powoli. — Mówię o drobnem kłamstwie, którego się dopuścił człowiek, zdolny do czegoś nierównie lepszego.
Wyrzekłszy te tajemnicze słowa, poszedł inspektor zanieść nowinę Jackowi Beardmore.
Szczególne to było, że usłyszawszy o aresztowaniu Talji, w pierwszym rzędzie pomyślał o Jacku właśnie. Był on doń bardziej, niż się zdawało, przywiązany i wiedział jak na nim zacięży nowy występek Talji.
Jack przeczytał to już w wieczornych pismach i był w stanie okropnej rozpaczy.
— Trzeba jej dać najlepszego w stolicy adwokata! — oświadczył stanowczo. — Nie wiem, czy mam być szczery z panem, inspektorze? Wszak będziesz pan stał po stronie przeciwnej?
— Naturalnie! — odparł. — Mimoto mam wielki szacunek dla Talji Drummond.
— Pan? — zawołał zdumiony.
— Jestem człowiekiem. Zbrodniarza uważam jako objekt zawodu mego, a nie żywię dlań osobistej nienawiści. Truland, którego wysłałem na galery, był najmilszym w świecie człowiekiem i lubiłem go bardzo.
Jack zadrżał.
— Nie łącz pan bezpośrednio truciciela z Talją! — powiedział gniewnie. — Czy ją pan uważasz istotnie za kierowniczkę Czerwonego Kręgu?
Parr ściągnął usta.
— Gdyby mi ktoś powiedział, że na czele stoi arcybiskup Londynu, nie zdziwiłbym się wcale. Jestem pewny, że wyświetlenie tej tajemnicy będzie dla wszystkich wielką niespodzianką. Zacząłem śledztwo od przypuszczenia, że Czerwonym Kręgiem jest pan, Marl, Morton, Derrick Yale, Talja, lub ktoś inny jeszcze.
— I trzymasz się pan dotąd tego zapatrywania? W takim razie pan sam także mógłbyś nim być?
Mr. Parr nie zaprzeczył wcale.
— Matka sądzi... — zaczął, a Jack roześmiał się w głos.
— Przedziwna to osoba, ta pańska matka, czy babka! Czy ma ona także jakiś pogląd na istotę Czerwonego Kręgu?
Inspektor skinął głową z przekonaniem.
— Tak jest! — rzekł. — Za pierwszym zaraz mordem wskazała punkt właściwy. I tak bywało zawsze... Najlepsze moje natchnienia jej zawdzięczam... właściwie wszystkie nawet...
Jack był rozweselony, ale pełen troski jednocześnie. Ten człowiek, tak źle z natury przysposobiony do swego zawodu, musiał wytrwałym jeno mozołem dobić się wysokiego stosunkowo stanowiska. W innych urzędach awans zawisł od lat służby raczej, niż zdolności. I oto w chwili, gdy najdzielniejsi silą się, by dotrzeć do źródła strasznej klęski, ten grubas mówi na serjo o radach, otrzymywanych od babki swojej?
— Muszę przyjść do pana i odnowić znajomość z ciotką! — powiedział Jack.
— Przebywa teraz na wsi. Jestem sam, a tylko posługaczka przychodzi sprzątać. To też mieszkanie nie czyni wcale miłego wrażenia.
Jack uczuł ulgę, mogąc mówić o drobiazgach w chwili takiego rozbicia duchowego. Jeden wieczór, spędzony w domu inspektora w towarzystwie owej ciotki, matki czy babki, byłby dlań kojącym balsamem.
Ale Parr skierował zaraz rozmowę na poważniejsze tory.
— Talja zostanie jutro przesłuchana, zatrzymam ją nadal w więzieniu! — powiedział.
— Czy nie możnaby jej wypuścić za kaucją?
Parr zaprzeczył.
— Nie. Umieszczę ją w więzieniu Holloway! — oświadczył srogo, jak się wydało Jackowi. — Będzie jej tam dobrze. To najlepsze więzienie w całym kraju i odpocznie sobie doskonale.
— Czemuż ją aresztował Yale? Wszakże to pańska rzecz?
— Dałem mu zlecenie. On jest teraz urzędnikiem policji, ponieważ zaś rozpoczął tę robotę już rano, przeto lepiej było, zostawić mu ją nadal.
Istotnie, nazajutrz sędzia śledczy urzędu policyjnego przesłuchał tylko świadków, a Talja została nadal dla celu dalszych zeznań.
Salę i ulice przylegające do gmachu, zapełnił tłum ludzi, zaciekawionych niezwykłem wydarzeniem.
Willings stanąć nie mógł, ale odzyskał siły na tyle, że na skutek pisemnej wzmianki porywczego w słowach premjera, wzniósł prośbę o dymisję.
Tak czy owak stał się niemożliwym, a nawet politycznych zwolenników oburzył jego postępek bardzo. Wziął nieznaną sobie niemal dziewczynę na wieś, usiłował ją zgwałcić i został zraniony sztyletem. Ta nader przykra przygoda miała wstrętny posmak i sam Willings klął głupotę własną.
Parr odwiedził raz tylko uwięzioną. Nie chciała z nim rozmawiać w celi, tylko w poczekalni więziennej, wobec dozorczyni, motywując to słowami:
— Racz pan przebaczyć, panie inspektorze, że nie przyjmuję pana u siebie, ale wielu już młodych, rokujących wielkie nadzieje funkcjonarjuszów Czerwonego Kręgu zaskoczyła przedwczesna śmierć, wskutek rozmowy w celi z urzędnikami policji.
— O ile wiem, jedynym był Sibly! — odparł.
— Który stanowi jaskrawy przykład braku roztropności.
Uśmiechnęła się.
— Czegóż pan tedy chcesz odemnie?
— Chciałbym usłyszeć, co się działo w czasie odwiedzin pani w Onslow Gardens?
Z całą prawdomównością opowiedziała cały przebieg rzeczy.
— Kiedyż zauważyłaś pani brak sztyletu?
— W chwili oglądania zbioru, gdy Mr. Willings poszedł po płaszcz. Jakże się ma?
— Dobrze. Niedługo odzyska zupełnie zdrowie. A czy Willings zauważył także wówczas, że niema tej broni?
Skinęła głową.
— Czy miała pani zarękawek?
— Tak jest! Tam więc ukryłam, zdaniem pańskiem, swą broń morderczą?
— Czy miałaś pani w ręku ten zarękawek, wchodząc do wili w Hatfield?
— Miałam! — odparła po namyśle.
Inspektor wstał.
— Dostajesz pani, sądzę, pożywienie?
— Tak jest. Wikt więzienny. Jestem całkiem zadowolona i nie chcę, by ktoś z wielkiej życzliwości przysyłał mi jedzenie, co wolno zresztą więźniom w śledztwie zostającym.
Potarł podbródek.
— Masz pani, zdaje się, słuszność zupełną! — powiedział.



40.
Ucieczka.

Zamach na Rafaela Willingsa wywołał panikę w gabinecie.
Dowiedział się o tem Parr, wróciwszy do biura. Premjer był zaniepokojony zupełnie słusznie, gdyż Czerwony Krąg nie zapowiedział dotąd, kiedy i kogo wybierze na następną ofiarę.
Inspektor został wezwany do premjera i rozmowa ich trwała dwie godziny. Poraz pierwszy miał on osobistą naradę z prezydentem rządu, poczem nastąpiło tajne omówienie sprawy w gronie ministrów.
Wydarzenie to roztrąbiły zaraz dzienniki, twierdząc, że życie premjera jest zagrożone, a wieści tych nie potwierdzono, ani też nie zdementowano urzędownie.
Wróciwszy wieczór do domu, zastał Yale u drzwi swych czekającego nań inspektora.
— Czy jest coś nowego?
— Trzeba mi pańskiej pomocy... — zauważył Parr, gdy zaś usiedli przy płonącym kominku, jął mówić — Jak panu wiadomo, muszę odejść, a premjer rozważa nawet, czy nie lepiejby było, odprawić mnie prędzej. Gabinet wybrał komisję dla zbadania metod prezydjum policji, zaś komisarz polecił mi przybyć na nieobowiązującą rozmowę jutro wieczór do premjera.
— W jakim celu? — spytał Yale.
— Mam wygłosić wykład, — rzekł ponuro, — i przedstawić członkom gabinetu sposoby, jakich używałem dotąd w walce z Czerwonym Kręgiem. Wiesz pan, że otrzymałem wielkie pełnomocnictwa, a rząd nie kazał mi powiedzieć wszystkiego co wiem. Ale chcę to uczynić we czwartek wieczór i dlatego właśnie trzeba mi pomocy pańskiej.
— Drogi przyjacielu! Z miłą chęcią! — zawołał Yale serdecznie.
— Mnóstwo atoli punktów ciemnych, które dopiero zestawiam z trudem. W tej chwili mam wrażenie, że tym łotrom pomaga ktoś z łona prezydjum policji.
— I ja tak sądzę! — rzekł Yale spiesznie. — Ale skądże myśl taka?
— Dam panu przykład! — powiedział inspektor powoli. — Młody Beardmore znalazł pośród papierów ojca zapieczętowaną fotografję i przysłał mi ją, nie otwierając. Gdym atoli otwarł, znalazłem kartkę czystego papieru. Powiedział mi, że fotografję tę wręczył Talji Drummond, by ją wraz z listem wrzuciła do skrzynki pocztowej. Przysięga, że stojąc na stopniach swego domu, widział, jak wrzuciła po drugiej stronie ulicy. Jeśli tak jest, to z kopertą coś się stać musiało już po nadejściu do prezydjum.
— Cóż to za fotografja? — spytał Yale.
— Musiało to być zdjęcie egzekucji albo portret skazanego Lightmana, gdyż sądzę, że sporządzono tę fotografję przy sposobności nieudałego ścięcia. Stary Beardmore otrzymał to tuż przed śmiercią, a Jack znalazł i przysłał mi...
— Przez Talję Drummond! — dodał Yale z naciskiem. — Sądzę jednak, że ktoś z prezydjum mógłby tę dziewczynę oczyścić z tego podejrzenia. Ona tkwi głębiej w aferze, niż pan sądzisz. Przeszukałem dziś wieczór jej mieszkanie i znalazłem ot to.
Wyszedł do przedpokoju i wrócił z pakietem w brunatnym papierze. Gdy go otworzył, zdrętwiał inspektor ze zdumienia.
Na stole leżała długa rękawica szoferska i również długi, szeroki nóż o talerzowatej gardzie.
— Jest to druga rękawica, stanowiąca parę ze znalezioną w gabinecie Froyanta. Nóż także zupełnie do tamtego podobny.
Parr obejrzał rękawicę.
— Tak. Jest z ręki prawej, a tamta z lewej. To jest rękawica, jakich używają motocykliści. Kto był jej właścicielem? Spróbuj pan psychometrji swojej.
— Już próbowałem, — odparł, — ale przeszła widocznie przez wielu ludzi, tak że nie widzę niczego wyraźnie. Ten przedmiot świadczy jednak dowodnie, że Talja tkwi powyżej uszu w tej sprawie.
Zawinął wszystko z powrotem w papier i rzekł:
— Służę panu tedy z całą gotowością wszystkiem co wiem.
— Radbym uzupełnić punkty nieznane mi! — potrząsnął głową. — Ach, szkoda, że niema tu matki.
— Matki? — zdumiał się Yale.
— Babki raczej! — odparł spokojnie inspektor. — Poza panem i mną, powiedzmy... jest to jedyny zdolny detektyw stolicy.
Poraz pierwszy w życiu miał Derrick Yale powód sądzić, że albo Parr oszalał, albo posiada wybitny dowcip.

Był to czasokres ogólnego podniecenia. Wszyscy mówili o Czerwonym Kręgu, a jedna sensacja goniła drugą. Ale nic takiego wrażenia nie wywarło chyba na Derricku Yale jak wieść, którą wyczytał w porannych dziennikach, leżąc w łóżku i pijąc kawę.
Talja Drummond uciekła!
Zdarza się w romansach, że ludzie uciekają z więzienia, nawet przez czas pewien uciekali naprawdę ze strasznego Dortmooru, ale od kiedy istniało więzienie Holloway, nie uciekł zeń nikt, zwłaszcza kobieta. A jednak dozorczyni, otworzywszy rano celę Talji Drummond, zastała ją pustą.
Nie łatwo było wstrząsnąć Derrickiem Yale, ale tym razem piorun weń uderzył. Czytał historję ucieczki słowo po słowie kilka razy, a zawsze było mu to zagadką.
Tymczasem dzienniki zawierały komunikat rządowy, spiesznie podany prasie.
— Z uwagi na niezwykłe znaczenie, jakie miała uwięziona dla sprawy Czerwonego Kręgu, oraz z racji ciężkiego oskarżenia, przedsięwzięto środki ostrożności, posunięte daleko. Chodzące zawsze po tym oddziale patrole zostały zdwojone, a miast cogodzinnych kontroli zaprowadzono pół godzinne, dyżurnych urzędniczek. Zazwyczaj nie zaglądają one do każdej celi, dziś jednak o trzeciej nad ranem, dozorczyni Miss Hardy zajrzała do celi Talji Drummond przez okno ponad drzwiami i uwięziona spała smacznie. Gdy o szóstej otwarto drzwi, cela była pusta. Krata w oknach i drzwi nietknięte.
Przeszukano okolice więzienia, nie znajdując żadnego śladu stóp, to też jest zgoła wykluczone, by uciec mogła w normalny sposób. Musiałaby się przedostać przez sześć różnych drzwi, z których żadne nie zostały otwarte przemocą, a w końcu minąć celę klucznicy, zawsze obsadzoną przez dzień i noc.
Ten nowy dowód wszechmocy Czerwonego Kręgu napełnia wielkim niepokojem, zwłaszcza że jednocześnie śmierć zagraża członkom gabinetu.
Yale spojrzał na zegarek. Było pół do dwunastej. Z nagłówka dziennika przekonał się w dodatku, że mu doręczono wczorajsze jeszcze wydanie wieczorne. W oka mgnieniu wyskoczył z łóżka i bez śniadania pognał do prezydjum, gdzie zastał inspektora w bardzo wesołem usposobieniu.
— Rzecz nie do wiary! — wykrzyknął. — Ona i w więzieniu musi mieć przyjaciół!
— Oczywiście! — przyznał Parr. — To samo powiedziałem komisarzowi. Jakżeby inaczej mogła umknąć?
Yale spojrzał nań podejrzliwie. Nie była to chwila stosowna do lekkomyślnej gadaniny, a Parr gadał istotnie lekkomyślnie.



41.
Kto jest Czerwonym Kręgiem?

Nie dowiedziawszy się nic ponad to, co przeczytał, wsiadł Yale w auto i ruszył do swego biura, gdzie nie był już od dwu dni.
Ucieczka Talji była sprawą nierównie ważniejszą, niż się to wydawało inspektorowi. Parr? Straszliwa myśl powstała w głowie Derricka. John Parr, ten spokojny człowiek o głupkowatej minie?... Nie, to niemożliwe! Potrząsnął głową, ale zaraz jął zestawiać w jeden ciąg wszystkie wydarzenia, w których brał udział inspektor, w końcu jednak powiedział — ...Nie, niemożliwe!
Przyjechawszy, wkroczył zwolna na schody do biura wiodące, nie biorąc liftu.
W pierwszej zaraz chwili po otwarciu drzwi zauważył, że skrzynka listowa jest pusta. Była wielka, o patentowanej klapie, uniemożliwiającej kradzież listów z zewnątrz. Siatka druciana sięgała do posadzki niemal, a ponadto listy spadały przez aluminjowe lamele kręcące się, co czyniło wszystkie wysiłki daremnymi. A jednak nie zawierała nawet świstka reklamowego.
Zaledwo stąpił na próg swego biura, stanął osłupiały. Szuflady były wyważone, żelazna kasa w murze, zasłonięta boazerją rozpruta, specjalna skrzynka stalowa pod biurkiem, gdzie chował najważniejsze dokumenty, związane z Czerwonym Kręgiem, o konstrukcji dostępnej znawcy tylko, została również otwarta przemocą.
— Długo siedział w fotelu, patrząc przez okno, uświadamiając sobie dobrze, kto był owym „mistrzem“. Mimoto spytał dla formalności chłopca liftowego i tenże udzielił mu szczegółów.
— Tak jest, Sir! Sekretarka pańska, ta ładna panienka, była dziś rano. Przyszła wcześnie. Zabawiła mniej więcej godzinę i odeszła.
— Czy miała torebkę ręczną?
— Tak, Sir!
— Dziękuję! — powiedział i wrócił do gmachu prezydjum, by opowiedzieć flegmatycznemu Parrowi historję włamania i kradzieży dokumentów.
— A teraz powiem panu coś, — ciągnął dalej — coś, o czem nie mówiłem z nikim, nawet z komisarzem! Przyjmujemy za fakt, że na czele Czerwonego Kręgu stoi mężczyzna. Wiem przypadkowo, że ta dziewczyna miała raz spotkanie z pewnym mężczyzną w aucie, który ją wtajemniczył w arkana Czerwonego Kręgu, poddając może nawet myśl, ale dziś człowiek ten nie jest wcale punktem centralnym całej organizacji, tylko ona sama właśnie.
— Wielki Boże! — zawołał inspektor.
— Dziwiłeś się pan, dlaczego ją trzymam w biurze, ja zaś twierdziłem zawsze, iż doprowadzi nas do tej bandy i miałem rację.
— A czemuż ją pan oddaliłeś potem?
— Gdyż dopuściła się czegoś, co zasługiwało na wydalenie, a gdybym tego nie był uczynił, domyśliłaby się niezawodnie, z jakiego ją trzymam powodu! Ale mogłem sobie oszczędzić trudu! — dodał. — To, co się dziś stało, świadczy, że wiedziała dobrze, o co mi idzie! — Delikatna, szczupła twarz jego zasępiła się i dodał ostrym tonem. — Gdy pan opowiesz dziś wieczór swoją historję premjerowi i jego przyjaciołom, ja ze swej strony opowiem także coś, co pana zaskoczy niewątpliwie.
— Żadna rewelacja pańska zaskoczyć mnie nie zdoła! — odrzekł Parr.
Wróciwszy do mieszkania zastał Yale trzecią już dnia tego niespodziankę. Służącego nie było wcale, a kobieta, pomocnica nie sypiała tu wprawdzie, ale powinna była przebywać w mieszkaniu do dziewiątej. Tymczasem, wróciwszy o szóstej, zastał Yale mieszkanie ciemne i puste.
Zaświeciwszy obszedł pokoje. Naruszony był tylko gabinet, ale robota wykonaną została z całą precyzją i gorliwością. Oboje służących wywabiono pod jakimś pozorem, a Talja mogła gospodarować zupełnie spokojnie.
— Kuta na cztery nogi! — mruknął z uznaniem, bez gniewu. Nie straciła czasu. W ciągu dwunastu godzin niespełna uciekła z więzienia i splądrowała biuro, oraz mieszkanie, zabierając cały materjał Czerwonego Kręgu.
Ubrał się bez pośpiechu, dumając, co z tego wyniknie. Siebie był pewny całkiem. W ciągu doby Parr zostanie zdruzgotany. Dobył ze szuflady w biurze niewielki rewolwer i schował w kieszeń. Sprawa Czerwonego Kręgu miała zostać zakończona w sposób zgoła nieoczekiwany.
W wielkiej hali pałacu premjera spotkał gościa, którego obecności nie przypuszczał wcale. Jack Beardmore ucierpiał coprawda skutkiem działalności Czerwonego Kręgu, ale w wydarzeniach późniejszych nie miał żadnego udziału.
— Dziwi pana zapewne obecność moja? — roześmiał się młodzieniec, witając detektywa. — Ja także dziwuję się wielce, że zostałem tu zaproszony.
— Kto pana zaprosił? Czy może Parr?
— Mówiąc ściśle, sekretarz premjera, ale myślę, że Parr to spowodował. Czy nie czuje się pan nieswojo w tem towarzystwie?
— Potrosze! — uśmiechnął się Yale, kładąc przyjaźnie dłoń na ramieniu Jacka.
Wszedł spiesznie młody sekretarz prywatny i wprowadził obu do świetnego salonu, gdzie około tuzina osobistości rozmawiało, stojąc w dwu grupach.
Premjer podszedł, witając detektywa.
— Inspektor Parr nie przybył jeszcze! — rzekł i objął Jacka pytającem spojrzeniem. — To pewnie pan Jack Beardmore? — powiedział. — Inspektor prosił mnie specjalnie, bym pana zaprosił. Sądzę, że pragnie oświetlić lepiej jeszcze śmierć biednego ojca pańskiego... którego zresztą znałem dobrze.
W tej chwili wszedł inspektor, przybrany w przenoszony frak i krawatkę dość dziwnie zawiązaną, co, razem wziąwszy, niebardzo było stosowne w takiem otoczeniu. Za nim kroczył komisarz o wielkich, siwych wąsach, którego odprowadził premjer na bok.
Mówili szeptem przez chwilę, potem zaś zwrócił się komisarz do Derricka.
— Czy domyślasz się pan może jakiego to rodzaju będzie wykład Parra? — zapytał niecierpliwie. — Sądziłem, że złoży tylko relację, ale ze słów premjera widzę, iż będzie to cała historja Czerwonego Kręgu. Myślę, że się nie zbłaźni.
— O nie, Sir, niema najmniejszej obawy! — odpowiedział znienacka Jack, komisarz spojrzał nań ze zdziwieniem, a Yale przedstawił ich sobie wzajem.
— Jestem tego zdania, co pan Beardmore! — powiedział. — Parr nietylko się nie zbłaźni, ale cowięcej zdoła uzupełnić dużo punktów niejasnych, ja zaś ze swej strony uczynię to samo.
Wszyscy usiedli, a premjer skinął na inspektora, by się zbliżył.
— Ekscelencjo! — powiedział Parr. — Niech mi będzie wolno mówić stąd, gdzie stoję, nie jestem bowiem krasomówcą i opowiem tylko prostą historję.
Odkrząknął i zaczął mówić, zrazu niepewnie, szukając wyrazów, ale potem coraz wyraźniej i szybciej.
— Czcigodni panowie! Czerwony Krąg jest to człowiek, nazwiskiem Lightman, który popełnił we Francji liczne morderstwa, a skazany na śmierć, ocalał jedynie dzięki przypadkowi, to jest skutkiem nieprawidłowego funkcjonowania gilotyny. Pełne jego imię i nazwisko brzmi: Ferdynand Walter Lightman, a w dniu, kiedy miał zostać ścięty, liczył lat dwadzieścia trzy i cztery miesiące. Zesłany do Kajenny umknął, zamordowawszy dozorcę, prawdopodobnie do Australji.
Człowiek takiego samego rysopisu, ale innego nazwiska rzekomo, pracował przez ośmnaście miesięcy dla pewnego kupca w Melbourne, a potem przez dwa lata i pięć miesięcy dla pewnego osadnika, Macdonalda. Opuścił Australję bardzo spiesznie, pod grozą aresztowania przez miejscową policję za wymuszenia, dokonywane na swoim chlebodawcy.
Co się z nim działo później, niewiadomo, aż do chwili, gdy w Anglji zjawił się nieznany, tajemniczy szantażysta, noszący miano Czerwonego Kręgu, który z wielkim talentem organizacyjnym i cierpliwością zgromadził koło siebie znaczną liczbę pomocników, nie znających się wzajem między sobą.
Metodą jego było, że wyszukiwał stale osoby na stanowiskach odpowiedzialnych, które potrzebowały pieniędzy, albo zagrożone były ciężką karą za jakieś przestępstwo i wchodził z nimi w stosunki dopiero po zasięgnięciu szczegółowych informacji.
Spotkanie odbywało się z reguły w zamkniętym automobilu, prowadzonym przez niego samego. Zazwyczaj obierał place śródmieścia, posiadające kilka wyjazdów, a jak wiadomo, z reguły w samej metropolji, bardzo źle oświetlonej.
Inną klasą ulubionych pomocników Czerwonego Kręgu byli zbrodniarze, uwolnieni z braku dowodów, lub tacy, którzy odsiedzieli karę. W ten n. p. sposób został zwerbowany marynarz Sibly, człowiek upośledzony na umyśle, w ten sposób pozyskał Czerwony Krąg Talję Drummond... — zawahał się — złodziejkę i przyjaciółkę złodziei, w ten dalej sposób znalazł murzyna, który zamordował dyrektora kolei, zobowiązał sobie bankiera Brabazona. Byłby to uczynił także z Feliksem Marlem, ale niestety, byli wspólnikami pewnej zbrodni, za którą Lightman omal nie stracił życia. Większem jeszcze nieszczęściem dla Marla było, że poznał on dawnego kompanjona, gdy się spotkali w Anglji. Dlatego też Marl zginął i to śmiercią obmyśloną wprost genjalnie!
Możecie sobie wyobrazić, czcigodni panowie, — ciągnął dalej wśród ogromnego napięcia słuchaczy — że Czerwony Krąg...
— Dlaczego nazwał się Czerwonym Kręgiem? — spytał znienacka Yale.
— Nazwał się tak, — odparł po chwili z naciskiem inspektor, gdyż imię to nadali mu współwięźniowie. Wokoło szyi jego był krągły, czerwony pas, znamię macierzyste... stój drabie spokojnie, bo strzelam!
Dużego kalibru pistolet webleyowski dotknął piersi oniemiałego detektywa.
— Ręce do góry! — krzyknął Parr, potem szarpnął znienacka kołnierzyk Derricka i rozerwał koszulę.
Wszyscy zdrętwiali.
Czerwony, krwisty pas, jakby namalowany farbą, okrążał szyję Derricka Yale.



42.
Matka.

W salonie zjawili się w sposób tajemniczy trzej mężczyźni, ci sami, którzy trzy noce temu zaaresztowali szpiega. W jednej chwili został Yale skrępowany, odebrano mu rewolwer i zarzuciwszy worek na głowę, wyprowadzono ze sali.
Inspektor otarł z czoła pot perlisty i stał przed zdziwionymi słuchaczami.
— Czcigodni panowie, — powiedział głosem wzburzonym nieco, — raczcie mnie zwolnić na dziś, a jutro dokończę opowiadania.
Obstąpili go, zarzucając pytaniami, ale on potrząsał tylko głową.
— Przeszedł straszne rzeczy w czasach ostatnich! Nikt tego nie wie lepiej odemnie! — powiedział komisarz. — Radbym, ekscelencjo, byś pan przychylił się do prośby inspektora i odłożyć raczył zakończenie na jutro.
— A więc proszę pana inspektora zjawić się jutro na lunch! — rzekł premjer, a komisarz przyjął to zaproszenie imieniem Parra.
Ująwszy Jacka pod ramię, opuścił inspektor salon. W ulicy czekało auto. Wepchnął w nie młodzieńca, który powiedział po długiej dopiero chwili:
— Wydaje mi się to snem... Derrick Yale? Niemożliwe... a jednak...
— To całkiem możliwe! — roześmiał się Parr.
— Ale w takim razie Talja działała wraz z nim?
— Oczywiście!
— Jakżeś pan, inspektorze, odgadł tę całą historję?
— To matka odgadła, nie ja! — zabrzmiała cudaczna odpowiedź. — Nie masz pan wyobrażenia, co to za dzielna osoba. Powiedziała mi dziś popołudniu...
— A więc wróciła?
— Tak, wróciła! — potwierdził. — Chciałbym was zapoznać. Jest ona trochę za dogmatyczna i ma upodobanie do kłótni, ale pod tym względem nie krępuję jej nigdy.
— Możesz pan być pewny, że i ja nie myślę wdawać się w dyskusję! — zaśmiał się bezwiednie, chociaż nie był zgoła wesoło usposobiony. — Czy sądzisz pan istotnie, że to ona wykryła tajemnicę Czerwonego Kręgu?
— Jestem tego tak pewny, jak że pana widzę w tem aucie!
Jack zamilkł aż do chwili, gdy skręcili w ulicę, gdzie mieszkał Parr.
— W takim jednak razie opinja Talji jest jeszcze gorszą i człowiek ten w czasie rozprawy szczędzić jej nie będzie!
— Jestem tego pewny! — odrzekł inspektor. — Ale po jakiegoż licha trapisz się pan Talją Drummond?
— Głupcze! Dlatego, że ją kocham! — wrzasnął Jack, ale zaraz jął przepraszać za uniesienie.
— Wiem, że jestem głupiec, — roześmiał się cynicznie, — ale chyba nie jedyny w Londynie, Mr. Beardmore! Usłuchaj pan mojej rady, zapomnij całkiem o Talji, a natomiast zostaw trochę serca dla matki.
Jack miał już coś szkaradnego pod adresem tej matki, czy babki inspektora, ale opanował się.
Inspektor wkroczył na schody i pierwszy stanął w progu mieszkania.
— Halo, matko! — zawołał. — Przywiozłem Jacka Beardmore, byście się zapoznali.
Jack usłyszał okrzyk.
— Proszę, proszę, wejdź pan, matka czeka na pana! — zaprosił Parr.
Jack wszedł i skamieniał. Przed nim stała dziewczyna uśmiechnięta, trochę blada i znużona, ale... jeśli nie śnił, lub nie zwarjował... była to Talja Drummond we własnej osobie.
Uścisnęła mu dłoń i powiodła do stołu, nakrytego na troje.
— Ojcze, powiedziałeś, że przywieziesz komisarza! — powiedziała z wyrzutem.
— Ojcze? — wyjęknął Jack. — Ależ pan mi powiedziałeś, że to pańska babka!
Uderzyła go po dłoni.
— Ojciec miewa czasem dziwny sposób żartowania. — W domu zowią mnie matką, od kiedy zmarła matka prawdziwa, a to dlatego, że mu matkuję. A ta facecja o babce jest już absurdem, który proszę przebaczyć.
— To ojciec pani? — spytał.
Talja skinęła głową.
— Nazywam się Talja Drummond Parr. Dzięki Bogu nie jesteś pan wzorowym sędzią śledczym, gdyż bardzo rychło wykryłbyś straszną tajemnicę moją. Ale teraz bierz się pan do jedzenia, które przyrządziłam własnoręcznie.
Nie mógł jeść, ni pić, pragnąc tylko dowiedzieć się czegoś więcej, przeto zaczęła rzecz wyjaśniać.
— Kiedy pojawiły się pierwsze morderstwa Czerwonego Kręgu, a ojcu to oddano, wiedziałam odrazu, że będzie to praca ogromna, która może się wcale nie udać. Ojciec ma wielu niechętnych w prezydjum, a nasz komisarz odradzał mu to nawet jako rzecz nader uciążliwą. Musisz pan wiedzieć, że komisarz jest moim ojcem chrzestnym, — dodała z uśmiechem, — i oczywiście interesują go sprawy nasze. Ojciec uparł się, chociaż sądzę, że pożałował niedługo. Sprawy kryminalne miały zdawien dawna urok dla mnie, toteż gdy ojciec wyszperał zasadę organizacji i metody tej bandy, zdecydowałam się rozpocząć karjerę zbrodniarki.
Ojciec pański otrzymał pogróżkę trzy miesiące przed wykonaniem. W kilka dni po jej otrzymaniu przyjęłam posadę sekretarki u Froyanta dlatego, że posiadłości te graniczą ze sobą, a chciałam być blisko. Starałam się nawet o taką posadę u ojca pańskiego, ale bez skutku.
Straszniejsze jeszcze było to, że w chwili morderstwa znajdywałam się w lesie. Nie widząc kto strzelił, poskoczyłam jednak do leżącego, poto atoli tylko, by stwierdzić, że nie żyje. Spostrzegłam poprzez drzewa, że pan biegnie i postanowiłam uciec, a to tem więcej, że miałam w ręku pistolet szybkostrzelny. Jakiś podejrzany człowiek włóczył się w pobliżu, przeto wyszłam zbadać, co to znaczy.
Po śmierci ojca pańskiego nie było już potrzeby zostawać dłużej u Froyanta. Chcąc zbliżyć się do Czerwonego Kręgu, postanowiłam zwrócić na siebie uwagę przez rozpoczęcie karjery zbrodniczej. Skradłam złotego bożka, a ojciec tak wszystko urządził, że zaraz wyszło to na jaw. Nazwał mnie złodziejką i przyjaciółką złodziei po to, by wytworzyć odpowiednią atmosferę i oddziałać na Derricka Yale, czyli Ferdynanda Waltera Lightmana. Nie groziło mi, oczywiście, więzienie, ale zyskałam opinję złodziejki i zaraz też Czerwony Krąg przysłał mi wezwanie. Spotkałam go w aucie na Steyne Square, a ojciec obserwował to i szedł za mną aż do samego domu. Kochany ojczulek zawsze był w pobliżu.
— Tylko nie w Barnet! — potrząsnął głową. — To też bałem się bardzo.
— Jako członkini Czerwonego Kręgu objęłam posadę u Brabazona, bowiem system Derricka Yale polegał na szpiegowaniu jednych przez drugich. Brabazon był mi zagadką. Nie wiedziałam nigdy na serjo, czy postępuje uczciwie, czy nie i zrazu, oczywiście, nie miałam pojęcia, że jest członkiem bandy.
Chcąc zachować charakter złodziejki, musiałam znowu kraść. Przyniosło mi to naganę ze strony mego tajemniczego szefa, ale zbliżyłam się przez to do szajki złodziejskiej i byłam przy Marisburg Place, tuż przed śmiercią Marla.
Yale wziął mnie za sekretarkę, w celu odwrócenia od siebie podejrzeń. Pozatem przysposobił mi wcale miły koniec życia. Polecił mi mianowicie, być w pobliżu domu Froyanta z rękawicą i nożem, z rzeczami zupełnie podobnymi do tych, jakie mu posłużyły do wykonania morderstwa.
— Jakżeś pani uciekła z więzienia? — spytał nagle Jack.
Spojrzała nań wesoło.
— Ejże chłopcze! Czyż mogłabym tego dokazać? Wyprowadził mnie nocą sam dyrektor, a towarzyszył mi aż do domu pewien czcigodny inspektor policji.
— Był to nacisk, wywarty na Derricka Yale! — objaśnił Parr. — Na wieść o tej ucieczce zaraz zaczął czynić przygotowania do ucieczki z kraju. Spostrzegłszy włamanie do swego biura, poznał, że Talja Drummond jest czemś więcej, niż członkinią Czerwonego Kręgu.



43.
Zakończenie opowieści.

Nazajutrz poszedł Jack na lunch do premjera, a także Talja, jako wybitna działaczka w tej sprawie, głośna bohaterka dnia.
Po śniadaniu skończył inspektor opowieść.
— Łaskawi panowie! Zwracam uwagę na fakt, że nazwisko Derricka Yale nie istniało aż do pierwszego morderstwa Czerwonego Kręgu. Założył on, coprawda, biuro w śródmieściu i rozsyłał cyrkularze, sławiące jego zdolności psychometryczne, ale nie miał zgoła powodzenia. Nie potrzebował tego zresztą, bowiem przysposabiał cios główny. Zaraz po pierwszym mordzie został Derrick Yale przyjęty do pewnego dziennika celem psychometrycznego badania faktu.
Nikt lepiej odeń nie znał mordercy ani sposobu dokonania zbrodni. Wiemy wszyscy, jak umiał odbudować rzecz całą, dotknąwszy tylko broni. Skutkiem tego został aresztowany murzyn i to dokładnie w miejscu, które podał. Sława Derricka Yale wzrosła. A tego właśnie chciał. Wiedział dokładnie, komu zagraża Czerwony Krąg i wiedział dokładnie, że będzie wezwany na pomoc. Przybywszy do ofiary swojej i zdobywszy jej zaufanie, działał w ten sposób, że wymuszał kwoty pieniężne, których żądał, oczywiście, gdyby nie zapłacono, mordował swoje ofiary.
Froyant byłby nigdy nie umarł, gdyby nie był skąpcem, który żałował pieniędzy i gdyby nie był pojechał do Tuluzy celem odzyskania pieniędzy.
Derrick Yale czyli Lightman został stwierdzony jako jedyna osobistość dowodem tego, że bał się. Froyant, wziął dwa nabite rewolwery do kieszeni, chociaż zwykle bał się broni.
Oficjalny protokoł komisarza brzmi w ten sposób: Froyant czekał zawołania telefonicznego, którego nie było, i Yale skorzystał z tego. Chodziło o to, żeby mnie wywołać z gabinetu. Wyszedłem, a on schował rękę w kieszeń, na ręce jego była rękawica szoferska i nóż, którym Froyanta zabił.
— Dlaczego miał tę rękawicę na ręku? — pyta premjer.
— Dlatego, ponieważ musiał mieć rękę czystą. Z chwilą, kiedy zabił Froyanta, ugodziwszy go w serce, położył rękawicę na biurku, aby mieć rękę czystą. Obróciłem się, a on mówił tak, jakby był żywym człowiekiem mimo że nie żył.
Wiedziałem dokładnie, że wywabi moją córkę, aby ją oskarżyć o zbrodnię morderstwa, jednakowoż udała się do ogrodu, a przewidziawszy jego plan, poszła do domu.
Uprzedziłem wypadki. James Beardmore, spekulant parcelami gruntowemi, który znał ludzi dobrych i złych, czekał na przybycie Marla. Nie znał właściwego nazwiska Derricka Yale, nie wiedział, że jest to jego wspólnik z Tuluzy.
Derrick Yale stał w pobliżu krzewów i Marl go zobaczył w chwili, gdy miał wrócić do Londynu.
Pod wpływem strachu chciał zastrzelić Lightmana, ale odwaga mu nie dopisała mimo, że człowiek ten zdradzał go aż do samej śmierci. Napisał list, który rzucił przez okno.
List ten spalił częściowo Lightman. Co zawierał ten list, nie wiem, możliwe, że było to wspomnienie z więzienia w Tuluzie, możliwe, że było to wezwanie, ażeby go zostawił w spokoju, co on wobec tego też uczynił. Block B. znaczyło wspomnienie z więzienia.
Od tej chwili był Marl człowiekiem straconym. Wymusił jeszcze pewną sumę na Brabazonie Czerwonego Kręgu, a Yale otworzył jako detektyw biuro w śródmieściu, do którego to biura były adresowane wszystkie listy. Każdy list był mu wiadomy, albowiem jego przyjaciel pokazał mu je.
Było zamiarem Brabazona, aby się sprzeciwić po śmierci Marla naciskowi Czerwonego Kręgu, i w tym celu zamknął konto jego na sześćdziesiąt i dwa tysiące funtów szterlingów i ukrył się w domu nad rzeką.
Komisarz zaśmiał się.
— Jeśli mówię o tem, żeśmy tam byli, to jest nieprawdą. Derrick Yale poszedł sam do domu, i wróciwszy powiedział, że wszystko jest w porządku.
Komisarz roześmiał się.
— Chciałbym, — powiedział premjer, — dowiedzieć się, co było z tem chloroformowaniem się w jego biurze?
— To było bardzo ładnie urządzone. Yale założył sobie kajdanki na ręce, skrępował się powrozem, rzucił pieniądze w kopercie do puszki, a miał na dole zaufanego człowieka, który zabrał je. Panowie pamiętacie, że śledztwo wykazało, iż w parę minut po fakcie wyszedł z biura stary listonosz. Całe nieszczęście polegało na tem, że córka moja była w szafie i widziała całą awanturę.
Ostatni wypadek Mr. Rafaela Willingsa wypada w ten sposób, że dzięki córce mojej zachował życie. Ogarnięty miłością niepotrzebną do mojej córki, niósł ją celem zgwałcenia jej. W chwili gdy go odrzuciła, padł cios sztyletu, inaczej byłby zginął. Oczywiście, Yale był zawsze pod ręką, ażeby wykryć zbrodnię.
Czcigodni panowie, zauważcie niezwykłą zręczność tego mordercy! Został pierwszorzędnym i głównym detektywem prywatnym, a nawet urzędnikiem prezydjum policji i to na moje własne żądanie.
W ręce jego wchodziły dokumenty bardzo ważne — niektóre nie były tak ważne, jak sądził. Lecz to uratowało życie młodemu Beardmore, albowiem nie widział jego fotografji.
Czcigodni panowie, każdy najgenjalniejszy morderca ginie skutkiem małego błędu.
Yale powiedział mi, że był w domu Willingsa po odejściu Talji Drummond i że służący powiedział mu, gdzie pojechali.
To wystarczyło, aby go skazać.
— Pytam się w tej chwili tylko, — powiedział premjer, — jaką nagrodę mam wyznaczyć córce pańskiej, Mr. Parr. Oczywiście, awans pański załatwiony, mam miejsce komisarza. Ale chciałbym jeszcze poza 10.000 funtów szterlingów... chciałbym jeszcze coś dla niej zrobić, jako osoby, która wykryła spisek, zagrażający życiu obywateli.
Na to odezwał się głos chrypliwy. Sam Jack nie wiedział, że to jest jego głos.
— Nie potrzeba dbać o Miss Parr, albowiem nasz ślub nastąpi niedługo.
Ucichły powinszowania, a inspektor zwrócił się do córki:
— Kochana, nie powiedziałaś mi tego.
— On mi sam nie powiedział, ale myślałam, że to jednakże nastąpi.

Lightman czyli Yale był więźniem wzorowym, jedynie zarzucał niemieckim władzom kryminalnym, że mu nie dali palić papierosów w drodze pod gilotynę.
— We Francji dużo lepiej traktują skazańców. Kiedy ostatni raz byłem stracony...
Wobec księdza wyrażał się z ogromnem uznaniem dla Talji Drummond.
— Wyjdzie za Beardmore... szczęśliwy chłopiec... Osobiście kobiety wcale mnie nie interesują, i dlatego zdaje mi się, życie tak mi się powiodło. Gdybym był mężczyzną pełnym życia, innej kobiety bym nie wziął jak ona.
Lubił tego księdza, albowiem był facecjonista i bywalec.
Pewnego marcowego poranka związali mu ręce i nogi.
— Panie kacie, czy pan znał pana Palliona? To był kolega pański.
Kat nic nie odpowiedział, albowiem nie wolno mu było mówić z straceńcami, tylko na temat zbawienia duszy.
— Szanowny panie, niech pan czerpie doświadczenie następujące: Nie pij pan nic, pijaństwo było mojem nieszczęściem. Gdyby pan Pallion nie pił, nie byłbym tutaj.
Myśl ta rzeźwiła go aż do szafotu. Położony pod gilotynę, wykrzyknął:
— To chyba pójdzie gładko!
Były to ostatnie słowa Czerwonego Kręgu.

KONIEC






  1. Wszędzie, mile angielskie = 1609 metrów — przyp. tł.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Prawdopodobnie błąd w tłumaczeniu. Akapit powinien brzmieć: — Jakież może istnieć porozumienie pomiędzy lwem i jagnięciem? — spytał, — sądzę, że prezydjum policji niebardzo liczy się z człowiekiem, jakim pan jesteś, Mr. Yale.
  3. Nazwa prezydjum policji państwowej.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędna partykuła by lub zamiast niej winno być było.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Jest możliwe, że zamiast ciągłe powinno być ciągle.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Wydaje się, że po słowie ojciec lub lubił brakuje zaimka je.
  7. Biały dom. — Gmach Min. Spraw Wewn.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edgar Wallace i tłumacza: Franciszek Mirandola.