<<< Dane tekstu >>>
Autor Norbert Bonczyk, Wincenty Ogrodziński (oprac.)
Tytuł Góra Chełmska
Wydawca Instytut Śląski
Data wyd. 1938
Druk Drukarnia Dziedzictwa w Cieszynie
Miejsce wyd. Katowice
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WYDAWNICTWA INSTYTUTU ŚLĄSKIEGO

NORBERT BONCZYK
GÓRA CHEŁMSKA
WYDANIE II KRYTYCZNE
OPRACOWAŁ
WINCENTY OGRODZIŃSKI
KATOWICE 1938


SKŁAD GŁÓWNY: NASZA KSIĘGARNIA — WARSZAWA

DRUKARNIA DZIEDZICTWA W CIESZYNIE


PRZEDMOWA
Po półtorarocznej przerwie ukazuje się drugi tom Pism poetyckich Bonczyka, zawierający nader rzadką już Górę Chełmską. Wydanie tekstu tego poematu nie przysparzało zbyt wielu trudności; pierwodruk książkowy z roku 1886 nie obfituje bynajmniej w miejsca wymagające poprawek. Poza przystosowaniem ortografii do norm dziś obowiązujących, poza uzupełnieniem braków w interpunkcji, w kilku zaledwie miejscach trzeba było wprowadzić poprawki, gdyż niewątpliwie mamy w nich do czynienia z myłkami druku i niedopatrzeniem korekty przez Bonczyka. Wszystko to uwydatniono w Odmianach tekstu.

Z miejsc tych usprawiedliwić tu należy: poprawę nazwiska: Rychlawski na Rychłowski (II, 130), jak naprawdę brzmiało i jak jest w rozprawce ks. Weltzla; domiewają (II, 395) i domiewa (IV, 394) na: domniewają i domniewa; skóro (VI, 73) na: skoro, bo tak brzmi to słowo gdzie indziej w poemacie i wreszcie: raj (VI, 60) na: jar, bo tego wymaga sens. Inne poprawki są zrozumiałe bez wyjaśnień.
Przy zmianie pisowni trzymano się zasady, wyrażonej w Przedmowie do wydania Starego Kościoła Miechowskiego na str. IX tj. zwracano uwagę na rytmikę, zabarwienie narzeczowe lub charakterystyczne dla Bonczyka właściwości, pozostawiając w tekście oboczności, a nawet czasami kaprysy ortograficzne autora, ale ujednostajniając pisownię rzeczowników pożyczonych z języków obcych na: —ia i —ja tam, gdzie rytmika wymagała liczenia końcówki dwuzgłoskowo, czyli pisząc je przez: —ija, —yja, a w dopełniaczu: —ii wzgl. —yi. Skutkiem tego mimo wprowadzenia nowej ortografii różnice między pisownią tekstu Starego Kościoła Miechowskiego a Góry Chełmskiej w moim wydaniu są niewielkie.
Objaśnienia wyszły przeważnie spod pióra Wincentego Ogrodzińskiego; ks. dr Emil Szramek dał krótkie życiorysy duchowieństwa świeckiego, filarów ojczyzny w pieśni II, uwagi o kaplicach kalwaryjskich i niektóre wyjaśnienia geograficzne, historyczne i liturgiczne.

Wstęp (przez W. Ogrodzińskiego) odbiega od czysto literackiego typu takich opracowań, dając przewagę pierwiastkowi wyjaśniającemu rzeczywistość nie tylko mało znanego pod tym względem Śląska, lecz także „kraju poety“, do którego trzeba pójść, aby go należycie zrozumieć.
WSTĘP
CZAS POWSTANIA POEMATU
List do ks. Weltzla

Zdawałoby się po przeczytaniu Góry Chełmskiej, że niewiele poematów nadaje się w tym stopniu co ona do zarzucenia wszelkich dociekań genetycznych i poprzestania na tym, co sama zechce nam odsłonić, bo o tej pomocy, jaką miewa zwykle badacz literacki w postaci różnorakich wynurzeń autora oraz jego współczesnych, nie ma mowy, przynajmniej w dzisiejszym stanie rzeczy. Nie wiadomo nam nic, żeby Bonczyk w czasie tworzenia tego poematu czyjejkolwiek porady zasięgał, z kimkolwiek się znosił, ale także potem ten skryty, zamknięty w sobie twórca rzadko się wypowiadał obszerniej o swojej twórczości. Własne jego świadectwo o powstaniu Góry Chełmskiej zamyka się w 2 wynurzeniach: w liście do ks. Augustyna Weltzla i w ustępie rozmowy ze Stanisławem Bełzą. W liście do ks. Augustyna Weltzla, odszukanym w jego spuściźnie przez o. Emila Drobnego, a ogłoszonym w czwartym zeszycie kwartalnika „Zaranie Śląskie“ z r. 1937, tak pisze Bonczyk 25 maja 1886 r. o genezie poematu:
„Ponieważ Stary Kościół Miechowski opiewa tylko lokalne zdarzenia, przeto postanowiłem, nabrawszy odwagi i zaufania do własnych sił, napisać coś w tym rodzaju, co by wszyscy mogli czytać. Góra św. Anny, cel dorocznych moich pielgrzymek, już dawno zajmowała moje myśli. Lecz skąd brać materiał? W Historii diecezjalnej Heynego nic nie było dla mnie, z biblioteki uniwersyteckiej otrzymałem Heneliusa, — z Góry św. Anny otrzymałem kronikę, miejscami bardzo rozwlekłą, poza tym bardzo niedokładną. O innych dziełach nic nie wiedziałem, — proszę mi wybaczyć, Czcigodny Ks. Radco, ale tak temu jest, nikt mi nie zwrócił uwagi na książeczkę, o której Wasza Wielebność wspomina. Między konfratrami nie ma nikogo, kto by mógł uchodzić za żywą kronikę. K‘ temu moje prace urzędowe! ja piszę tylko nocami. Łońskiego roku byłem od 15 czerwca do 15 lipca w Trencinie, tam napisałem pierwszą połowę niniejszej książeczki, — w lutym tego roku napisałem drugą połowę w domu. O historii nie ma w tych pisaninach ani śladu! — do romantyczności skusiła mnie Petronella — ale: romantyka i pielgrzymka — św. Anna i świat — franciszkanin i Romeo! czy to wolno łączyć w jedno? Uroczyste obchody na Górze św. Anny i rozwiązanie konwentu — było głównym przedmiotem, dalsze dodatki miały być niejako masłem na chleb, niestety, to masło czasem takie zjełczałe. Jeden egzemplarz posłałem do Kuriera Poznańskiego i czekam teraz na wyrok śmierci! Potem dopiero obdarzę moich Konfratrów. Wiele imion nawet żyjących osób, wciągnąłem w moje dziełko, słuszna stąd obawa, że teraz ich właściciele „mi oczy wydrapią“! Ale cóż, skoro mnie opęta furor scribendi — wtedy już nic nie widzę i nic nie słyszę.“

Świadectwo Bełzy

Pewne uzupełnienie tego listu, choć są i sprzeczności, stanowi następujący ustęp rozmowy z Bełzą: „Jest to rzecz mniejszej wartości…, pisana b. prędko. Wstęp czyli inwokację, którą mi pan tak chwali, napisałem dość dawno, resztę jednak dorobiłem pośpiesznie, bawiąc na kuracji u wód.“ (Stanisław Piast: Na Szląsku Polskim, Kraków 1890, str. 30). Wiadomość ta wydaje się wiarogodna, gdyż zapisał ją Bełza wnet po swej rozmowie z Bonczykiem, a od ukazania się drukiem Góry Chełmskiej do czasu rozmowy upłynęły dopiero 3 lata, ale uderza uproszczenie dat napisania poematu i uwydatnienie tylko pierwszej fazy wypoczynkowej. Można więc stwierdzić, że na pewno ów wstęp czyli 54 początkowych wierszy poematu powstało „dość dawno“, reszta zaś na dwie raty: na kuracji i w lutym 1886. Jeżeli idzie o pośpiech w dorobieniu reszty, to sprawa nie jest tak prosta, jakby się zdawało. Najpierw zaciekawia słowo: dorobiłem, jeżeli pochodzi od samego Bonczyka, co jest prawdopodobne, dalej nazwanie owych 54 wierszy początkowych wstępem czyli inwokacjinwokacją(!), bo krótko mówiąc, coś się tutaj nie zgadza ze sobą. Wszakże owe wiersze początkowe nie są w stosunku do obecnej całości inwokacją, lecz ekspozycją, gdyż inwokację stanowi 18 dalszych wierszy, a trudno przypuścić, żeby Bonczyk, którego znajomość teorii poetyckiej nie ulega wątpliwości (p. moje wydanie St. Kościoła Miechowskiego, str. LXIX—LXXI), tak nagle w rozmowie z Bełzą pomieszał pojęcia i nie pamiętał nic z tego, co przed 3 laty we własnym poemacie pisał. Następnie jeżeli dorabiał do wstępu resztę, to znowu rodzi się pytanie, czy w zamysłach pierwotnych nie zamierzał po tym wstępie dać innej treści, a wreszcie, czy to wyrażenie, że resztę u wód pośpiesznie dorobił, ma oznaczać i pomysł cały i jego wykonanie czyli ujęcie w rymy, czyli tylko drugą czynność.
Z tym łączy się inne późniejsze i pozornie nie mające z Górą Chełmską żadnego związku wynurzenie wobec Napieralskiego, że trzecia Bonczyka epopea, niestety zniszczona, była „poematem na szerokim tle polskim, który zdaniem autora miał walorem literackim przewyższyć i Stary Kościół Miechowski i Górę Chełmską“ (ks. dr Szramek: Norbert Bonczyk, Roczniki Tow. Przyj. Nauk na Śląsku, t. II, str. 36, por. Jacek Kędzior [ks. Jan Kudera]: ks. Norbert Bonczyk jako poeta, Opole 1918, str. 8). To zdanie autora o wartości trzeciej epopei wyjaśniałoby dostatecznie sąd wydany w obecności Bełzy, że Góra Chełmska jest rzeczą mniejszej wartości, ale nie w stosunku do Starego Kościoła Miechowskiego, jak to zrozumiał Bełza, tylko w stosunku do zaczętego już wówczas (1889) trzeciego poematu, a może także w stosunku do pierwotnego pomysłu samej Góry Chełmskiej, z którego „dość dawno“ urzeczywistnił się tylko wstęp, będący inwokacją do czegoś innego, niż Góra Chełmska w obecnym kształcie. Jeżeli tak się sprawa przedstawia, to Bełza skrócił i przez to zniekształcił wynurzenie Bonczykowe.
Treść poematu zestawiona ze współczesnymi jej powstaniu wydarzeniami historycznymi rzuca inne światło na znaczenie poszczególnych ustępów i wyjaśnia także, dlaczego to Bonczyk dorabiał pośpiesznie resztę do dość dawno napisanego poemaciku. Nie jest więc obojętną rzeczą, że poemat nie powstał bezpośrednio po naznaczonym w tytule roku akcji poematu tj. po 1875, lecz blisko czasu jego wydania tj. 1886 r., gdyż ciężar gatunkowy wydarzeń jednego lub drugiego roku rozstrzyga niepoślednio o tym, czy autor nie stosuje na większą skalę niż w Starym Kościele Miechowskim metody wypowiadania się między wierszami, tak właściwej naszej literaturze czasów porozbiorowych.

Wstęp a całość poematu

Zagadnienie rozpada się na dwa: 1) rok napisania 54 wierszy początkowych, 2) stosunek ich do reszty poematu. Początek ów, pt. Góra Chełmska (Św. Anna) wydrukowany w Eines alten Studenten Ferien-Geklimper (1882) i w dodatku do II wydania Starego Kościoła Miechowskiego (1883), wcielił Bonczyk, dokonawszy paru charakterystycznych, choć drobnych zmian, do Góry Chełmskiej. Najważniejsza z nich zaszła w w. 26, w którym pierwotna: Polska krew zmieniła się w: Słowian Krew. Kiedy powstał ów poemacik, dość łatwo odgadnąć z w. 28: „Przed wrogiem krwi, wiary twej szukając opieki” (tak w II wyd. Star. Kościoła Miech.), że nastąpić to musiało po r. 1872, po rozpoczęciu przez Bismarcka walki kulturnej, a z braku wzmianki o wygnaniu franciszkanów, że przed r. 1875 (p. nadto obj. I 1). Jeżeli trzeba na tej przestrzeni czasu dokonać wyboru, to wydaje mi się rok 1874, w którym władze pruskie przeciwdziałały energicznie licznym pielgrzymkom na Górę św. Anny (p. obj. I, 79) najprawdopodobniejszym, bo z niego najsilniejsze „pątnicze wspomnienia“ mógł wynieść poeta. Jeżeli poemacik ten miał już w chwili powstania według zamiaru autora charakter inwokacyjny, a przedmiotem inwokacji była Góra Chełmska, nie tyle jako pojęcie geograficzne, ile jako świętość śląska, bo siedziba kultu religijnego, to ustęp trzeci (Poki step ukraiński — Z palmą między pierwszymi na wieki zasiędzie) musi zastanowić uważnego czytelnika nie dla widocznych reminiscencyj z polskiej literatury romantycznej, a zwłaszcza z Pana Tadeusza, lecz z powodu swego charakteru ekspozycyjnego wobec inwokacyjnego 2 poprzednich ustępów. W tej ekspozycji przypuszczalnej większej całości uderza: 1) połączenie Śląska z kresami wschodnimi Polski, z których na pierwszym miejscu znalazł się step ukraiński, 2) podkreślenie łączności narodowej nie tylko przez miejsca kultu religijnego (Ostra Brama, Jasna Góra, Góra św. Anny), lecz także przez wspólność historyczną (plemię Piastów, Jagiełłów), 3) napomknięcie motywu, który wystąpi nieco zmieniony w późniejszym poemacie, że od trwałości skał bazaltowych Góry Chełmskiej zależy „koniec tej tu doczesności”, że z ich zniknięciem „umrze w męskiej dojrzałości plemię Piastów, Jagiełłów” i przeniesie się między niebian. Z lirycznych podźwięków poemaciku, z jego „wieszczego ulotu“ podzwania jakby przygrywka epickich zamierzeń, już jak gdyby mgliste obietnice przyoblekały się w wyraźne kształty, którym na ożycie każe czekać pilniejsza sprawa twórcza. Tymczasem „pątnicze wspomnienia osłodzą ci szukanie przyszłego zbawienia“. I znowu natrętne pytanie: jakiego zbawienia, czy tylko wiecznego dla duszy, czy także doczesnego „przed wrogiem krwi, wiary“, chociażby tylko w krainie poezji.
Jakiekolwiek przyjęlibyśmy wyjaśnienie, pewne tylko zostanie to, że w latach następnych wśród wytężonej pracy duszpasterskiej wyobraźnię Bonczyka zajęły inne wspomnienia i zaprzęgły jego muzę na dłuższy czas w jarzmo pracy nad Starym Kościołem Miechowskim, już wtedy zaczętym.
Czy po napisaniu Starego Kościoła Miechowskiego, a nawet po jego językowym przerobieniu do II wydania w 1883 r. nie starczyło Bonczykowi czasu na nowy poemat, czy też brakło wśród codziennych zajęć natchnienia, któż może na pewno twierdzić lub przeczyć. Nie wiemy nic prócz tej jednej wiadomości, że resztę dorobił pośpiesznie. A ta reszta nie była wcale mała; wszakże jest tego po odliczeniu 54 początkowych wierszy ponad 2700 trzynastozgłoskowców czyli mówiąc po Mickiewiczowsku, kropił Bonczyk przeciętnie co dzień jakie pół setki wierszy, odbywając przy tym kurację lub wykonywając obowiązki duszpasterskie. Czy nie było to nieco za wiele, skoro nie widać z poprzedniej jego twórczości, żeby był płodnym rymopisem? Może więc nie tylko 54 początkowych wierszy, ale i inne mniejsze czy większe partie powstały już wcześniej lub zostały z innego niewykończonego poematu przejęte, a zapewne treść sama została przed kuracją jeszcze przemyślana i z grubsza przynajmniej ustalona. Mam tu na myśli przede wszystkim liryczną partię w pieśni IV 302—387 (dumki Damiana Gaszyny) i spowiedź Damiana Gaszyny w pieśni VI 59—266, która nosi cechy jakby późniejszego skrócenia i przerobienia.
Wysuwa się tu i inna sprawa, a mianowicie należytego zrozumienia słów Bonczyka do Weltzla o „pierwszej i drugiej“ połowie poematu, czy wziąć je dosłownie i przypuszczać, że pieśni I—III powstały w lecie 1885 w Trenczynie, a IV—VI w lutym 1886 w Bytomiu, czy też dopuścić pewną swobodę i np. napisanie pieśni I i V—VI odnieść do r. 1885, innych zaś do r. 1886, względnie I i jakieś krótsze zredagowanie II—IV i V do r. 1885, nową zaś redakcję II—IV i VI do roku 1886. Dalsze moje wywody idą raczej w kierunku drugiej alternatywy, zwłaszcza co do partii II 263—326 wzgl. 328, w której szereg szczegółów wskazuje na powstanie w r. 1886 i co do obecnej postaci pieśni III i IV.

Anachronizmy w poemacie

Na to wszystko rzuca światło analiza anachronizmów poematu. Akcja jego ma się według zapowiedzi w tytule rozgrywać w r. 1875, czyli wszystkie wydarzenia późniejsze, zaznaczone w poemacie, będą wskazówkami czasu jego powstania. Takich sygnałów mamy sporo, pozostały one nieusunięte przez autora właśnie z powodu pośpiesznego dorabiania owej reszty. Bonczyk, kropiąc swoje wiersze, nie kontrolował, czy każdy szczegół w nich zgadza się z wyznaczonym przez niego czasem akcji tj. r. 1875. I znowu byłaby ciekawa, choć trudna do zbadania kwestia, czy ten brak kontroli był zamierzony czy mimowolny, jeżeli nie w chwili pisania, to w czasie przygotowywania do druku, a nawet podczas samego pośpiesznego druku i korekty. Nie zapuszczając się w te dociekania, zmierzamy do istotnego zagadnienia, jakie najpóźniejsze czasowo wypadki za znaczyły się w Górze Chełmskiej drobną chociażby o nich wzmianką.
Ustęp w pieśni II o „ojczyzny filarach“ (ww. 281—316) roi się od różnych anachronizmów, z których najjaskrawszy jest następujący: w II 301 mówi ks. Grelich rzekomo w r. 1875: Tu ksiądz Wolczyk z Byciny, teraz proboszcz w Pszowie, czyli ks. Grelichowi trzeba przypisać albo cały wiersz, albo tylko jego pierwszą część, drugą zaś ująć w klamrę jako wtręt Bonczykowy i to „teraz“ odnieść do czasu napisania Góry Chełmskiej. Jeżeli nie dałem klamry w tekście, to tylko ze względu na pierwodruk, od którego nie chciałem za daleko odstępować, ale że: teraz proboszcz w Pszowie, jest wtrętem poety, wynika ponad wszelką wątpliwość z faktu, że ks. Grelich umarł 1876 r., a Wolczyk proboszczem w Pszowie został w 1886 r. To samo da się powiedzieć o III 444—445: Lubecki, Proboszcz, niegdyś wikary miejski katowiecki, tylko że to mówi niby w 1875 r. o. Atanazy, podczas gdy Lubecki został proboszczem w Woli nad Wisłą w r. 1884.
Również II 307—309:

nuż i pedagogi:
Nerlich, Sarnes, Lubecki, którym lud ubogi
Zawdzięcza pożyteczne gazety kościelne

są anachronizmem w r. 1875, a możliwe do pomyślenia tylko w 1886, gdyż Nerlich wydaje swoje Pismo Miesięczne w latach 1883—1887, Lubecki Zdrowaś Maria w 1885—1891, a Sarnes Monikę i Anioła-Stróża w 1886—1888. Data późniejsza jest wykluczona, gdyż Góra Chełmska wyszła w maju 1886. Na ten sam rok jako terminus ante quem wskazuje II 295, w którym ks. Szulczyk wymieniony jest wśród profesorów (rzeczywiście był on profesorem religii w Pilchowicach do r. 1886, w którym został proboszczem w Wodzisławiu), i V 399—400: ksiądz wikary Zeflik Sobel, który w 1886 został proboszczem w Paczynie.
Chcąc zachować wszelką ostrożność, można by powiedzieć, że te dowody stwierdzają tylko fakt powstania ustępu o filarach ojczyzny w 1886 r., natomiast inne części poematu mogły powstać wcześniej. Jak już poprzednio zauważyłem, nie jest wykluczona i taka możliwość mimo świadectwa samego Bonczyka; w każdym razie wizja o. Atanazego w I 520—531 dowodzi, że nie mógł ten ustęp zrodzić się przed listopadem 1881 tj. przed śmiercią biskupa Förstera. Wreszcie nie mógł ks. Grelich wymieniać wśród filarów ojczyzny ani Błany (II 302), ur. w 1855 r., ani Wawrzka, wyświęconego w 1876, byli bowiem w r. 1875 i za młodzi i za mało znani, żeby już po plebaniach umieszczano ich portrety (obrazobrazy), natomiast w 1886 można już było o nich mówić jako o podporach ludu śląskiego.

Sprawa Miarki i pisarza „Katolika”

W II 315—324 raziłyby niekonsekwencje skupione w 10 wierszach, gdyby to wszystko było wypowiedziane w roku 1875. Ktokolwiek przerzuci życiorys Miarki pióra Konstantego Prusa (Em. Grim — Jan Skryba: Paweł Stalmach. Karol Miarka, Katowice-Cieszyn 1924, str. 98—106), łatwo spostrzeże, że wzmianka II 316: zawdzięcza on chorobę kozie, nie odnosi się do cukrzycy, której Miarka nabawił się i pozbył w pierwszym okresie swych więzień, lecz do choroby nogi podczas dziewięciomiesięcznego więzienia śledczego w Gliwicach 1880 do 1881, która przyczyniła się do śmierci Miarki. W r. 1875 pisarzem (redaktorem) „Katolika” był Miarka, za swoją działalność otrzymał 29 grudnia 1875 błogosławieństwo Piusa IX, w lutym 1879 wyróżnił go Leon XIII na 2 audiencjach, trudno więc pomyśleć, że Bonczyk, pochwaliwszy Miarkę w II 315—316, od razu w II 317 i 322 surowo go skrytykował lub że nie pamiętał, iż Miarka był pisarzem i redaktorem Katolika do 1881 r., w którym odstąpił go ks. Radziejewskiemu. Krytyka więc Katolika nie może się odnosić do czasu przed r. 1881; jeżeli Bonczyk nie wspomina nic o śmierci Miarki (15 sierpnia 1882), to nie stanowi to bynajmniej dowodu na nieznajomość zmian w redakcji Katolika, gdyż nie wzmiankuje także o śmierci ani Lompy, Bogedaina, Włodarskiego i Diepenbrocka, zmarłych przed lub w 1875, ani zmarłego w 1883 Filipa Kity, o którego działalności w Zabrzu mówi się w II 232 tak jak o zasługach Miarki w czasie teraźniejszym. Ale pisarzem Katolika nie jest prawdopodobnie także ks. Stanisław Radziejewski nie tylko dlatego, że nie wypadało Bonczykowi okazać się niewdzięcznym za przychylne recenzje Starego Kościoła Miechowskiego w Katoliku 1879 (jednej z nich autorem był zapewne sam Radziejewski) i nie dlatego także, że w tym Katoliku już pod redakcją Radziejewskiego drukował artykuły szereg „ojczyzny filarów“ i powierzał mu w komis swoje książki po r. 1875 (np. Szulczyk, Wątróbka, Lubecki, Korpak itd.) czyli zarzut trafiałby pośrednio także w nich, lecz przede wszystkim dlatego, że nie było rozdźwięku między Katolikiem a centrum długo jeszcze po r. 1875. Mógł mieć Bonczyk zastrzeżenia przeciw ks. Przyniczyńskiemu i jego bratu, przeciw Gazecie Górnośląskiej i jej zwolennikom[1]), ale przeciw Katolikowi zależnemu od księży centrowców nie miał powodu występować aż do r. 1886, w którym ks. Radziejewski oddał go swojej siostrze Ludwice. Wiersze więc II 317—322 wymierzone są przeciw Przyniczyńskiemu za przyszłość i przeciw następcom Radziejewskiego na przyszłość, gdyby chcieli odstąpić centrum i pójść w ślady Przyniczyńskiego. Odnosząc owe wiersze do sytuacji w r. 1886, a nie 1875, otrzymujemy w wypadkach tego roku i nieco wcześniejszych właściwy klucz do zrozumienia słów:

est modus in rebus,
Moi księża — rzekł Grelich — bo nostris diebus
Wszystko może pójść krzywo. Oni siebie sparzą,
Redaktorzy, nam piwa gorzkiego nawarzą.
Ja nie dla polityki bronię tu polszczyzny,
Tylko by dla zbawienia dusz bywał plon zyzny.

Czy te słowa miały pełne uzasadnienie w r. 1875? Skąd ten ton „proroczy“: oni siebie sparzą; redaktorzy, nam piwa gorzkiego nawarzą, czy to piwo, które księża pili w czasie walki kulturnej, było bez ich wiedzy i woli nawarzone i czy w ogóle było nawarzone przez redaktorów polskich gazet, czy w czasie walki kulturnej bronili księża polszczyzny ze względów religijnych, czy też bronili religii, posługując się polszczyzną na Górnym Śląsku jako środkiem najskuteczniejszym, a wreszcie czy owa obrona religii i pośrednio także polszczyzny nie była wtedy polityką?
Przeobrażenie się walki kulturnej w walkę z polskością[2]

Całkiem inaczej wygląda rzecz w roku 1886; od kilku lat przycichła już walka kulturna, pomyślnie układają się stosunki między rządem pruskim a duchowieństwem, na ciaśniejszym obszarze górnośląskim zanotować możemy, że wygnanie franciszkanów z klasztoru św. Anny właściwie należało już do przeszłości, skoro od końca 1881 r. siedzieli tam i opiekowali się pątnikami oo. Atanazy Kleinwächter i Dezydery Lis, nosząc wprawdzie sutanny księży świeckich, skoro mieli prócz jednego przesłuchania w 1833 spokój ze strony władz pruskich, urządzali rekolekcje dla księży i nauczycieli, pomagali od 1884 w duszpasterstwie w Porębie, krótko mówiąc, do stanu przed walką kulturną brakło tylko jawności życia zakonnego i noszenia habitu. Ale i o tym jako o rzeczy bliskiej, która się spełniła w r. 1887, snać już marzono, a więc VI 320—325 są westchnieniem częściowo już spełnionym, któremu do pełni urzeczywistnienia brak tylko klauzury klasztornej i habitów, aby „Serafickie syny wróciły w dziedzictwo Gaszyny“.
Walka kulturna złączyła na pewien czas interesy polskości i katolicyzmu niemieckiego w Prusiech, ale wymagania polityki państwowej zwłaszcza zaś reforma finansów Rzeszy w 1878 i 1879 spowodowały Bismarcka, że wyciągnął rękę do centrum. Falk, autor ustaw przeciwkościelnych, otrzymał dymisję 23 lipca 1879, od 1880 poczyna się likwidowanie przez sejm pruski ustaw antykatolickich, obsadza się w zgodzie z Watykanem stolice biskupie i w 1883 prócz arcybiskupstwa gnieźnieńskiego nastąpiło porozumienie między kościołem i rządem. Ale gdy z początkiem 1886 r. Ledóchowski zrzekł się arcybiskupstwa, prymasem Polski został w lutym t. r. Niemiec ks. Juliusz Dinder; centrum musiało być zadowolone, o zadowolenie zaś Polaków nikt się nie troszczył.
Od r. 1884 walka Prus kieruje się przeciw Polakom, sypią się rozporządzenia i ustawy, mające na celu zniszczenie polskości. Rozporządzenie z dnia 26 marca 1885 nakazywało wydalić z państwa pruskiego Polaków obcych poddanych i zaprowadziło „rugi pruskie“, które do końca 1885 r. objęły przeszło 30.000 osób i nie ustały mimo uchwalonego w parlamencie niemieckim wniosku Windthorsta, że wydalenia nie są uzasadnione i szkodzą interesom Niemiec. O tych krokach rządu wiedział Bonczyk, pisząc swój poemat, a zapewne słyszał także o przygotowywaniu dalszych dwóch ustaw przeciwpolskich i nie wątpił w ich uchwalenie. Te przewidywania spełniły się podczas druku poematu, bo dnia 26 kwietnia 1886 uchwalono ustawę kolonizacyjną, oddając 100 milionów marek na fundusz dyspozycyjny, „by przez osiedlanie niemieckich chłopów i robotników wzmocnić w prowincjach Poznańskiej i Prus Zachodnich element niemiecki przeciw dążnościom polonizacyjnym“. Ustawy z 4 i 6 maja 1886 miały przyśpieszyć germanizację ludności polskiej przez szkoły uzupełniające i przez obostrzenie kar za nieuczęszczanie dzieci do szkoły. W budżecie pruskim na rok 1886 znalazły się kwoty na cele germanizacyjne w szkolnictwie, wynoszące jednorazowo 2 miliony marek i corocznie po 900.000 marek, a przeznaczone tak dla Poznańskiego i Prus Zachodnich, jak dla Opolszczyzny. Wyszedł wreszcie dekret ministerialny, zarządzający krótko, że żaden obywatel pruski, mówiący po polsku, nie może być urzędnikiem państwowym w prowincjach wschodnich. Dekret ten obowiązywał jeszcze po przewrocie r. 1918 (Gerlach).

Znaczenie wynurzeń ks. Grelicha na tle r. 1886

Ustawy te i rozporządzenia częścią obejmowały Śląsk, częścią po zostawiały go na uboczu, stanowiąc jednak wiszącą wciąż nad jego głową groźbę, że spadną także na Ślązaków, jeżeli swoją sprawę łączyć będą ze sprawą Poznańskiego i Prus Zachodnich. Na tym tle dopiero zrozumiałe jest ostrzeżenie ks. Grelicha, jako osoby poematu: Est modus in rebus — trzeba umiaru w obronie polszczyzny, bo nostris diebus — a więc w r. 1886 rząd nie będzie się już krępował w walce z polskością względami na katolicyzm, gdyż to jest sprawa przesądzona już nominacją ks. Dindera i z tej strony zwłaszcza wobecprzewlekłej choroby biskupa wrocławskiego Roberta Herzoga nie będzie trudności, a Herzog nie jest zresztą Försterem. Otóż to wszystko, co może pójść krzywo, to rozciągnięcie ustaw przeciwpolskich także na Opolszczyznę, oni siebie sparzą, redaktorzy, nam piwa gorzkiego nawarzą — to nie jest już tylko sprawa księży-redaktorów z Poznańskiego i duchowieństwa górnośląskiego, to szerszy już zakres: oni, Polacy z Poznańskiego już się poparzyli, idzie tylko o to, żebyśmy, Górnoślązacy, nie pili zbyt gorzkiego piwa. Obrona więc nasza polszczyzny musi stać poza podejrzeniem nawet jakiejkolwiek polityki i pozostać tylko środkiem skutecznym w prowadzeniu dusz do nieba.
Taki jest sens w. II 317—322 w r. 1886, anachroniczne zaś włożenie ich w usta ks. Grelicha, zmarłego w r. 1876, ma swoje głębsze uzasadnienie. Myśli takie żywił i wypowiadał prywatnie, a czasem i publicznie niejeden z współbraci duchownych należących do centrum, ale któremuż z nich można było powierzyć rolę ich rzecznika w poemacie bez urażenia jego drażliwości, bez narażenia się na „wydrapanie oczu“? Ale wypowiadał je zapewne za swego życia i ks. Grelich, jeżeli idzie o ogólny rezultat tj. o obronę polszczyzny ściśle ograniczoną do zakresu religijnego; czy atoli zbierał wtedy ogólne pochwały, jak w poemacie, czy nie odzwierciedliło się tu raczej jego „za grobem zwycięstwo“ nad nawróconymi później do tych przekonań księżmi centrowymi? Jeżeli jednak tak jest, to czy Bonczyk wypowiada się bez reszty ustami ks. Grelicha, czy się z nim utożsamia? Zapewne, że to i owo świadczyłoby za takim ujęciem sprawy, ale zwróćmy przecież uwagę na pewne szczegóły, którym po głębszym zastanowieniu się trudno odmówić wartości rozstrzygającej. Wśród gości proboszcza leśnickiego są księża, którym walka kulturna jest ciężarem niechętnie dźwiganym, ale nie brak i goręcej kąpanych jak ks. Wojciech Widera (II 139—151), jak ks. Kleemann, proboszcz z Mysłowic (II 271—277), jak ks. Krupa (II 317—318). Czy bili oni brawo końcowemu wnioskowi Grelicha, czy poprzednim jego wywodom niekoniecznie zgodnym z zakończeniem? Ilu tych gości było? A jeśli między nimi był ks. Engel, którego kazanie (V 523—536) zawiera przecież śmielsze myśli, powtarzające się w jego przemówieniach wiecowych, to czemu nie zabrał głosu i milczał ten „mowca wieców“, ten kanclerz polski, niestrudzenie stawiający rezolucje o polską naukę religii i w Leśnicy 1879 i w Królewskiej Hucie 1883 i w Gliwicach 1885, żeby nie wspominać o późniejszych, ten twórca pierwszych statutów w 1884 r. Śląskiego Tow. bł. Czesława czyli Śląskiej Pomocy Naukowej? Ale czy tylko on jeden? Nie mówi także nic o tych sprawach ktoś inny, czy z subordynacji jako podwładny Grelicha, czy też dla zgodności w 1875 r. przekonań? Jest to ks. Walenty Riemel (Rymlowicz), który na wiecu centrowym w 1880 r. w Leśnicy „wygłosił dotąd nie słyszaną na Śląsku z ust kapłana na wskroś patriotyczną mowę na temat jedności narodowej wszystkich Polaków pod wszystkimi zaborami. Asumpt do tego wziął z listu Ojca św. Leona XIII do narodu polskiego, wydanego z okazji obchodu uroczystości świętych Cyryla i Metodego, który to proroczy list zatajono na Śląsku. Papież wzywał w nim wszystkich Polaków pod trzema zaborcami do wytrwania, bo kiedyś Pan Bóg ich wyzwoli z ucisku. Przewodniczący chciał mówcy odebrać głos, wywołał tym atoli jeden potężny zbiorowy głos protestów, któremu musiał ulec i pozwolić mówcy na dalsze przemawianie. Lud górnośląski po raz pierwszy dowiedział się prawdy o potrzebie łączności z resztą narodu polskiego i rozniósł wieść o tym po całym Górnym Śląsku“ (Bogusława Kowalczykówna: Odrodzenie narodowe Górnego Śląska od r. 1821 do r. 1902, Katowice 1937, str. 42).

Powód braku Bonczyka wśród osób poematu

Najcharakterystyczniejszy wszakże jest brak samego Bonczyka w poemacie, choć są tam dwaj inni koledzy — wikarzy z Bytomia: Klein i Mattern (III 443—444), ale nie ma też innego towarzysza i niemal przyjaciela z Bytomia, a w 1886 r. kolegi w proboszczostwie, ks. Schirmeisena. Czy dlatego, że nie było obu na fikcyjnym odpuście w r. 1875? Chyba nie, bo tym śmielej można było ich wprowadzić. Powód musi być inny: obaj proboszczowie bytomscy od r. 1886 — to dwa kierunki w centrum śląskim: Schirmeisen — niemiecki i Bonczyk — polski, oba w 1875 r. przedwczesne.

Walczy więc w poemacie niedawna przeszłość z teraźniejszością, Bonczykowi wydaje się ze względu na obiektywizm epicki rzeczą konieczną, aby sam się w tych wspomnieniach usunął w cień i nie szedł drogą obraną w Starym Kościele Miechowskim, nie wprowadzał siebie do poematu, bo wtedy musiałby zabrać głos w rozprawie u ks. Grelicha, u którego bywał, i wypowiedzieć własne zdanie. Nie tai go wprawdzie w licznych dorywczych uwagach, a zwłaszcza w IV 159—165 i V 45—54, ale to była inna sprawa niż milczeć, będąc obecnym przy tak doniosłej dyskusji. Przynależność do centrum stwarzała z niego jakby śląskiego Hamleta, który nie mógł się zdobyć na rozstrzygnięcie między matką — duchowieństwem, żyjącym w niestosownym stadle z królem — centrum, a ojcem — polskością, stwarzała jakby śląskiego hr. Henryka broniącego bez przekonania mniejszego zła z obawy przed większym, wytwarzała w poemacie atmosferę, w której odzwierciedlić się miała i „nieodbita polskość poety“ i niesamowite strony życia górnośląskiego „z taką prawdą, że aż strach bierze“. Atmosfera ta, nieodczuwana jeszcze w r. 1875 i przez kilka lat później, stała się pełną rzeczywistością w r. 1886. Ale tę duszną atmosferę przewiewa lekki podmuch wallenrodyzmu, o czym jeszcze później.
PRZEDMIOT GŁÓWNY
Pątnicze wspomnienia a duchowieństwo śląskie

Góra Chełmska została napisana w 1885 i 1886 r. i to w czasie stosunkowo krótkim, ale nie wykluczyliśmy bynajmniej możliwości, że pomysł sam zrodził się choćby częściowo wcześniej i że ta lub owa partia mogła być już gotowa przed rokiem 1885. Zapewne zamierzona całość miała od dawna gotowy tytuł: Góra Chełmska (św. Anna) i gdy wytwarzał się pierwotny pomysł, wytrysnął — być może — na razie inwokacją, ujętą w owych 54 wierszy, wydrukowanych jako poemacik liryczny w r. 1882. Ale z biegiem lat „pątnicze wspomnienia“ osnuwały się nowymi pomysłami, które krzyżowały się z nimi, wplatały się w nie i nie mogły się zespolić w jedną całość. Przejściowo „wspomnienia“ zaczęły wsiąkać i stawać się epizodami w nowym pomyśle, zakrawającym na powieść poetycką czy nawet na nową epopeę; dzieje się to zaś po 1877 r. Z kolei i ten pomysł ulega przetworzeniu czy też zredukowaniu na korzyść innego, zbliżonego do pierwotnej koncepcji, gdzieś pod koniec 1881 lub z początkiem 1882, gdy na Górę Chełmską wrócili poniekąd ukradkiem dwaj franciszkanie i poczęli się krzątać około usunięcia śladów spustoszenia z okresu walki kulturnej. Wyjaśnił się horyzont dla sprawy katolicyzmu, zaciemniał się coraz bardziej dla sprawy polskości; nurtować poczęło duszę niepokojące zagadnienie, czy łączyć nadal wygraną sprawę katolicyzmu z przegraną pozornie sprawą polską, a jeżeli łączyć, to w jakich rozmiarach, w kim lub w czym upatrywać filary ojczyzny i jakiej ojczyzny. Jeżeli filarami ojczyzny na Śląsku wydać się musiało księdzu-poecie głównie duchowieństwo, to przecież zdawał sobie sprawę, że filar ten nie jest już tak silny i pewny jak przed kilkunastu laty. Świadectwo Bełzy z r. 1889-90 (Na Szląsku polskim, str. 30—33) nie daje dostatecznej podstawy do zorientowania się w poglądach Bonczyka, sporo bowiem tutaj własnych myśli domieszał sprawozdawca, ale w braku lepszej wiadomości warto je w skróceniu przytoczyć:
„Ksiądz Bontzek zaczepił z lekka o trudne położenie księży na Górnym Śląsku. Położenie to rozumiem dobrze. Póki walka kulturna trwała, katolicyzm z zasady był nieprzejednanym wrogiem rządu i w prowincji, w której gościłem właśnie, opierał się jak o opokę o polskość, gdyż inaczej nie miałby podstawy pod nogami. Ale stary kanclerz połamał zęby na tej walce, poszedł pokornie do Kanosy, wyciągnął rękę do zgody. Wypadało więc być uprzejmym względem niego… przeto »dla miłej zgody« nie poświęcono (gdyż ten wyraz nie maluje rzeczy dokładnie), ale dyskretnie przysłonięto sobie oczy na pewne nieprawidłowości w stosunku duchowieństwa do parafian w polskich prowincjach Prus… Nieprawidłowości te… w umysłach lękliwych duszpasterzy wyrodziły błędne mniemanie, jakoby poświęcano w najwyższych kościelnych sferach polskość molochowi protestanckich Prus… Zapominając wreszcie o tym, że starcie znamion odwiecznej narodowości z wschodnich prowincyj Prus byłoby wodą na młyn protestantyzmu, który z tak niefortunnej siejby zbierałby obfite żniwo, zachwiali się niektórzy z nich w swoich zasadach, jakich byli wyznawcami jawnymi w czasie panowania sławnych praw majowych i mogąc, nie opierali się, jak należy, naciskowi z góry, mającemu na celu wbrew intencjom najwyższej władzy kościelnej i interesom całego katolicyzmu wydarcie języka milionowej ludności na Górnym Śląsku... Niektórzy fararze stanęli w jawnym przeciwieństwie z parafianami, usłyszano po raz pierwszy na Górnym Śląsku po walce kulturnej z mownicy publicznej z ust katolickiego kapłana takie słowa, że »Górny Śląsk powinien stać na dwóch nogach polskiej i pruskiej, gdyż mu jedna polska nie wystarcza« i doszło wreszcie do tego, że w pewnej parafii podłożono dynamit pod okna probostwa zajmowanego przez księdza jawnie nieprzychylnego językowi ludu górnośląskiego, co było wypadkiem rzeczywiście zdumiewającym w prowincji tak szczerze katolickiej, która podczas walki kulturnej tak dzielnie broniła interesów swoich prześladowanych wtedy duszpasterzy.
Rozmawiając z ks. Bontzkiem spostrzegłem, że bolał on bardzo nad trudnościami swojego i swoich kolegów położenia, że jakoby się wstydził pewnych postępków niektórych proboszczów na Górnym Śląsku, którzy więcej przez słabość charakteru niż ze złej woli dopuszczają się takich czynów, które bezwzględnie złe światło na nich rzucają. Ale że sam on włada dzielnie językiem polskim i pisze po polsku, że obdarzony pisarskim talentem, niezawodnie nie poprzestanie na tym, co zrobił, ale doznawszy moralnej zachęty od dalszych rodaków, pracować i nadal na niwie pisarskiej będzie, przeto rozstawałem się z nim w przekonaniu, że uosabia on prawdziwie dodatnią w Bytomiu siłę i że żadna siła nie sprowadzi go z prostej drogi, po której całe duchowieństwo górnośląskie kroczyć powinno, poczucie bowiem prawdziwego obowiązku nie rządzi się wygodnym oportunizmem i nie rachuje się ze względami chwili.
„A czyż obowiązek kapłanów na Górnym Śląsku spoczywa w czym innym jak w podtrzymywaniu wszelkimi siłami mowy jego ojców, po wyparciu się której i wiara ojców ostać się chyba w czystości nie może?“
Odtrąćmy z tych słów coś niecoś na rachunek Bełzy, który patrzył na sprawę przez własne, a może i nie własne, ale nie zawsze dokładne okulary i wysnujmy z całości niewątpliwe przekonania Bonczyka. Duchowieństwo więc miało mimo wszystko zostać filarem ojczyzny, miało znaleźć drogę do ludu, podtrzymując język ojców, a z nim także wiarę ojców. Właściwym przeto filarem ojczyzny był lud i na jego sile ducha można było tylko budować.

Jeżeli w tym groźnym roku 1886 drugi koryfeusz poezji górnośląskiej ks. Damroth, łącząc się duchowo z zagrożonym bezpośrednio Poznańskiem, rzucił jako otuchę epigram pt. Przemoc i prawo:

Sto milionów marek — to nie fraszka!
Dość, by wykupić województwo całe;
Lecz sprawa z duchem polskim nie igraszka,
By go wygubić, i Niemcy za małe!
Przemoc dusi prawo, lecz go nie zgniecie,
Bo „większy Pan Bóg niż pan Rymsza“ przecie. —

to Bonczyk, ogarniając myślą widnokrąg przeważnie tylko śląski, doszedł wcześniej do tego samego wniosku, lecz „ducha“ skonkretyzował w ludzie polskim. Jeśli zaś i jemu nasunęła się podczas pisania Góry Chełmskiej ta reminiscencja z Pana Tadeusza:

Stąd na koniec pendebat długo przed aktami
Sławny ów proces Rymszów z Dominikanami,
Aż wygrał wreszcie syndyk klasztorny ksiądz Dymsza,
Stąd jest przysłowie: większy Pan Bóg niż pan Rymsza.
(XI 332—335)

to w jego poemacie wystąpiły także gesta Dei per monachos, wyższość Boga nad Bismarckiem, okazana przez mnicha, o. Atanazego.

Obfitość wątków

W wyniku tego kształtowania się tworzywa złożyło się na nie kilka wątków, z których imiennie nazwiemy i omówimy następujące: pątnicze wspomnienia, legendę Gaszynów, sprawę pustelników na Górze Chełmskiej, wątek romansowy, historię klasztoru, udział duchowieństwa świeckiego, lud górnośląski, „panów świata“ i zagadnienia polityczne, a wreszcie przyrodę.

Stosunek Bonczyka do Kalwarii

Corocznie podobno Bonczyk bywał na odpustach na Górze Chełmskiej; potwierdza zaś tę wiadomość zarówno obfitość i szczegółowość opisów w jego poemacie, jak następująca wzmianka o. Reischa (Geschichte des St. Annaberges, str. 442—443): „Nabożeństwa kalwaryjskie były coraz lepiej zorganizowane i uroczystsze, klasztor wzmocnił się przez pomnożenie liczby ojców, pracowników nad ludem i na Kalwarii. W pierwszych latach po powrocie zakonników nie brakło szlachetnych opiekunów Kalwarii, którzy podczas głównych uroczystości naprawdę ofiarnie poświęcali się pielgrzymom. Nazwiska: Michalskiego proboszcza z Lipin, Bonczyka z Bytomia, dra Giericha ze Strzelec (potem franciszkanina o. Rocha), Matyszoka z Lublińca, Hauptstocka z Rokiczy, Christopha z Miasteczka, Thiela z Rud[3]) i innych gorliwych pomocników, którzy jeszcze żyją, zostaną niezapomniane w rocznikach Kalwarii.“ Mówi tu wprawdzie o. Reisch o czasach po walce kulturnej, a więc od r. 1882, ale pośrednio potwierdza, że i przed walką kulturną Bonczyk z pielgrzymkami bytomskimi pojawiał się corocznie na Górze Chełmskiej. Jeśli którego roku nie był, kazał sobie zdawać sprawę przewodnikowi kompanii. Z dawniejszych pielgrzymek najsilniej utkwić musiały mu w pamięci dwie: w 1864 r., gdy jako wikary piekarski przybył na jakiś okres w pięciotygodniowym odpuście z powodu stulecia Kalwarii, i w 1874 r, gdy na Podwyższenie św. Krzyża odbył się z przeszkodami ostatni odpust przed wygnaniem franciszkanów.

Jubileusz w r. 1864

Pierwszy z tych odpustów trwał od 13 sierpnia do 18 września 1864 r., a przybyły nań pielgrzymki nawet z Małopolski i Poznańskiego, uświetnił zaś jego otwarcie swoją obecnością biskup wrocławski Henryk Foerster. Dzień po dniu napływały kompanie ze swymi duszpasterzami, a do pomocy przybyli prócz księży świeckich reformaci, paulini, jezuici i augustianie z obcych klasztorów. Szczególniej uroczyście wypadły główne odpusty na Wniebowzięcie P. Maryi i na Podwyższenie św. Krzyża, piękna zaś pogoda towarzyszyła zakończeniu jubileuszu w niedzielę 18 września, na którą stawili się bardzo licznie Polacy. W czasie całego jubileuszu naliczono przeszło 400.000 pielgrzymów. Zapisał się ten jubileusz w pamięci także przez niezwykły objaw pobożności ludu. Oto budowano nową kaplicę Trzeciego Upadku i doprowadzono do jubileuszu na tyle budowę, że można było poświęcić kamień węgielny. „Wzruszający był to widok, że podczas pielgrzymki tysiące pątników: kobiet i mężczyzn, młodych i starych niosło kamienie wydobyte do budowy z Góry Oliwnej na barkach lub rękach długą, uciążliwą drogą aż na miejsce budowy. Nieraz musiał dźwigający kamienie ochotnik odpocząć i na chwilę odłożyć ciężar, nim wreszcie wyczerpany i zlany potem szczęśliwie dotarł do celu“ (Reisch, 1. c. str. 383—386). Ponieważ wspomnienie o tym objawie zaznaczyło się dość szeroko w Górze Chełmskiej III 179—187, stanowiłoby ono dowód bytności Bonczyka na jubileuszu w r. 1864.

Odpust z r. 1874

Inaczej nieco odbiły się wydarzenia z r. 1874, kiedy już w czasie odpustu niemieckiego (7—8 września) pojawił się urzędnik starostwa ze Strzelec Zachariä w towarzystwie naczelnika okręgowego i 16 zbrojnych żandarmów i zakazał procesji kalwaryjskiej, zezwalając tylko na prywatne nabożeństwa dla 4 osób najwyżej, oraz rozkazując ludowi opuścić Górę do południa. Powodem zarządzeń miała być obawa przed zawleczeniem grasującej rzekomo cholery, chociaż w tych dniach bez przeszkody odbyło się wiele licznych wieców na Górnym Śląsku. Niemcy rozeszli się wśród płaczu na wezwanie o. gwardiana Osmunda. „Na polski odpust Podwyższenia św. Krzyża, najliczniej obsyłany odpust w całym roku, poczyniono zawczasu przygotowania. W przeddzień odpustu 13 września zatrzymano w Wysokiej u stóp Góry przy pomocy żandarmów około 9000 pielgrzymów, którzy przybyli często z odległości 30—40 mil, także z Kongresówki. Wzruszający był to widok, gdy tysiące przeważnie silnych mężczyzn błagały ze łzami u wejść na miejsce święte, aby przynajmniej kościół mogli nawiedzić, a potem się oddalić. Na to nie zezwolono. Trzy dni czekali zacni pielgrzymi mimo ulewnego deszczu pod gołym niebem, aż wreszcie odeszli, straciwszy nadzieję. W dzień głównej uroczystości, na który zwykle zbierało się około 40.000 pielgrzymów, udało się bez użycia przemocy zawrócić gromady do domów“ (Reisch, 1. c. str. 393—394). Bonczyk obszedł się łaskawie z pruską żandarmerią w I 75 — 82, przenosząc część jej wyczynów na strażników rosyjskich, że oni nie przepuszczali przez granicę polskich kompanii.

Porządek odpustowy na Podwyższenie św. Krzyża

Ogólny przebieg odpustu polskiego na Podwyższenie św. Krzyża, który obchodzono przez dwa dni (14 i 15 września), wyrył się dzięki częstym wspomnieniom dokładnie w pamięci Bonczyka. Pielgrzymki z dalszych okolic przybywały już na 1—2 dni wcześniej i były witane krótką przemową i biciem w dzwony przed wejściem do kościoła klasztornego. „Podczas odpustu na Podwyższenie św. Krzyża, poświęconego głównie rozważaniom Męki Pańskiej, odwiedza się przede wszystkim stacje Jezusowe. Przez dwa wieczory bezpośrednio przed świętem odbywają się kazania. Rano w dzień święta, gdy kompanie wysłuchają mszy św. w 6 kaplicach (na polski odpust bywa ponad 40 mszy), zjawiają się pielgrzymi (na odpuście niemieckim 20—30 tysięcy, na polskim 50—60 tys.) około 8 godz. przy kaplicy Rafała jako początku drogi krzyżowej, która wiedzie od Rafała przez Porębę na Górę Oliwną, stąd przez Dolinę Józafata do wschodniej Bramy i dalej do Annasza, Kajfasza, Heroda i Piłata. Tutaj w południe następuje wypoczynek. Tysiące obozują to grupami to pojedynczo na murawie w cieniu drzew i każdy spożywa, co z sobą przyniósł. Interesujący to obraz, który mimo woli przypomina rozmnożenie chleba przez Zbawiciela. Po posiłku zaczyna się 14 stacyj u Piłata i kończy się uroczystą, imponującą procesją teoforyczną od 3 Krzyżów do kościoła klasztornego. W tym dniu 15 kazań urozmaica nabożeństwo, a mianowicie przy: Rafale, kaplicy Pożegnania, w Porębie, na Górze Oliwnej, przy Bramie, u Annasza, Kajfasza, Heroda, Piłata, przy kaplicy Serca M. B., Weroniki, Drugiego Upadku, Płaczących Niewiast, Trzeciego Upadku i przed kościołem św. Krzyża.
„Następny dzień poświęcony jest stacjom M. Boskiej, najpierw bolesnym od kościoła św. Krzyża do Domku Maryi (skąd procesji towarzyszy statua NP. w trumnie) i następnie stacjom żałosnym. Kazania są przed kościołem św. Krzyża, przy Trzecim Upadku i Domku Maryi. W Porębie składa się trumienkę M. Boskiej i pokazuje się pielgrzymom statuę Matki Boskiej Wniebowziętej. Po mszy św. zaczyna się kazaniem rozważanie chwalebnych tajemnic Matki Bożej. Idąc pod górę, odwiedza procesja poszczególne radosne kaplice, aż do zakończenia uroczystości przy kaplicy Rafała. Po kazaniu końcowym odbywa się uroczysta procesja z Najśw. Sakramentem z kaplicy Rafała do ołtarza wzniesionego i odświętnie przystrojonego przy Krzyżu, tam udziela się błogosławieństwa i wśród śpiewu: Ciebie Boże chwalimy — zdąża procesja do kościoła klasztornego“ (Reisch, l. c. str. 456 — 458).

Opowieści pustelnicze

Tak odbywały się nabożeństwa od czasu przybycia franciszkanów niemieckich i taki ich przebieg możemy śledzić na ogół w pieśniach III-V Góry Chełmskiej. Dokładność opisu Bonczyka zrodziła się nie z jednokrotnego, lecz z wielokrotnych spostrzeżeń odpustowych, zbieranych zarówno przed wypędzeniem franciszkanów jak w latach od 1882 do 1885. Warto tu zauważyć, uprzedzając rozważania co do czasu akcji poematu, że następstwo dni tygodnia w r. 1886 jest to samo co w r. 1875, w którym, jak wspomniałem, nie było odpustu w ogóle, a cóż dopiero w takim kształcie, w jakim opisuje go Bonczyk. Nie było

jednak ani w r. 1875 ani w 1874 jednego głównego wydarzenia, które poeta wpłótł w akcję i znowu wysuwa się rok 1884, jako podłoże faktyczne fabuły poematu z tym za strzeżeniem, że samo wydarzenie nie zaszło dnia 15 września, jak jest w poemacie, lecz 3 sierpnia. Jest nim śmierć pustelnika kalwaryjskiego Wincentego Biasa, który Bonczykowi dostarczył niemało i wrażeń i wiadomości o Górze Chełmskiej. Bias bowiem, który w swej pustelni przeżył lat 20 w towarzystwie żółwia, był źródłem opowieści o klasztorze i kalwarii dla swego towarzysza i następcy w pustelni Kaspra Knosały, o którym Wolfgang Wientzek (Sankt Annaberg, Habelschwerdt 1923, str. 36—37) tak opowiada: „Nie lubi on ludzi z miasta. Wywiercają mu zawsze dziury w habicie swymi pytaniami. Czy mu się nie nudzi być cały dzień pustelnikiem, czemu nie został czym innym lub nawet, ile rocznie zarabia? Wtedy uśmiecha się. — Mędrcy uśmiechają się. — Żałuje wszystkich, którzy swą duszę zaprzedali codziennemu zarobkowaniu. Zapłata jego cogodzinna za pracę: wieczysta radość i szczęśliwość. Za to lubi ludzi podobnych do niego, skłonnych do rozważań i rozmyślań. Ludzie kupczący tym samym towarem i wędrujący z takim samym tłumokiem na plecach, łatwo się porozumiewają. Takim opowiada on zbożne historie o zbożnych założycielach Kalwarii, oplecione subtelnymi, naiwnymi arabeskami i pnączami. Ludzie wchłaniają je, nastawiając uszu, tak ważne wydają się im w tych opowieściach: dlatego i wtem. Są ludzie marzący i tworzący opowieści. A pustelnik strząsa z lip kalwaryjskich coraz to nowe opowieści i bajki i legendy”. Bonczyk znał źródło pierwotne tych opowiadań tj. Biasa, skąd zaś ów „strząsał swoje opowieści ’, o to się nie troszczył, zwłaszcza że sam do nich niejedno przyczynił. Opowieści to na ogół inne, niż zapisane przez Wientzka, ale jest jeden łącznik; oto człowiekiem, odpowiadającym charakterystyce ulubieńców pustelnika, jest niewątpliwie śpiewak Spinczyk. W czasie swoich odwiedzin na Górze Chełmskiej miał Bonczyk na tyle czasu, żeby zajrzeć i do nielicznych przechowanych tam kronik klasztornych i do kroniki parafialnej w Leśnicy. Dokumenty bowiem i kroniki starsze zawędrowały bądź do archiwum reformackiego w Krakowie bądź do archiwum państwowego we Wrocławiu, skąd dopiero po latach pozbierał z nich o. Reisch wiadomości do swej książki. Zapiski wszakże kalwaryjskie i leśnickie zużytkował Bonczyk, powołując się niekiedy na nie, jak np. I 489, II 132, 215, chociaż nie bardzo był zadowolony z kroniki klasztornej, jak sam stwierdza w liście do ks. Weltzla („otrzymałem… z Góry św. Anny kronikę, miejscami bardzo rozwlekłą, poza tym bardzo niedokładną).
RZECZYWISTOŚĆ I LEGENDA GASZYNOWSKA A FABUŁA ROMANSOWA
Dawni Gaszynowie a polskość

Z Górą Chełmską wiązały się ściśle wspomnienia o fundatorach kościoła klasztornego i Kalwarii, o tym rodzie polskim, który przybywszy z ziemi wieluńskiej na Śląsk, w ciągu trzech ćwierci wieku wyrósł na przemożnych magnatów, rozkazywał jeśli nie „połowicy“, to znacznej połaci Śląska, a po upływie dalszego stulecia, dokonawszy bodaj mimowolnie dzieła niemałego dla utrwalenia polskości na Górnym Śląsku, począł zwolna spadać ku dołowi, degenerować się i wymierać. (P. obj. do I 478, Il 123; 125, 131, 135, 137, 154 i 155). Czy Bonczyka obchodził bardzo stosunek Gaszynów do polskości, trudno z obecnego kształtu Góry Chełmskiej ocenić, może brakło mu dostatecznych po temu wiadomości, może niejedną wskazówkę w r. 1886 z pierwotnego pomysłu usunął.
Gaszynowie, gorliwi katolicy, związali swój los przede wszystkim z Habsburgami, żenili się przeważnie z arystokratkami śląskimi i austriackimi, rzadziej z Polkami; jeżeli o polskości swej pamiętali, to przypominał im ją lud polski w ich posiadłościach, zamieszkałych niemal wyłącznie przez Polaków, dalej związki Opolszczyzny i Raciborszczyzny z Polską podczas zastawu tych księstw Wazom w XVII w. i podróże do Polski, podejmowane w interesie Habsburgów jak np. Jana Rudolfa Gaszyny, zmarłego w 1716 r. Największą zasługą Gaszynów dla polskości było sprowadzenie polskich reformatów na Górę Chełmską w 1655 r. przez Melchiora Ferdynanda Gaszynę, który w ten sposób przyczynił się do powstania polskiej, „górnośląskiej warty“, bo nią stali się pokorni, a dziwnie wytrwali synowie św. Franciszka. Oni to nie dali uwieść się ponęcie zwiększonych wpływów i rozgłosu, gdy Jerzy Adam Franciszek Gaszyna, spełniając życzenie stryja, wspomnianego już Melchiora, wybudował na Górze Chełmskiej kaplice kalwaryjskie i nakłaniał reformatów do objęcia ich w zarząd. Magnata mogła nęcić myśl współzawodnictwa z polskim wielmożą Mikołajem Zebrzydowskim i chęć skupiania pobożnych zastępów polskiego ludu w bliskości własnej siedziby na Kalwarii śląskiej, czym przysłużyłby się nie tylko własnej ambicji i dewocji, lecz także polityce habsburskiej, wyprzedzającej o całe dziesiątki lat pomysły Fryderyka II, aby lud górnośląski odciąć od wpływów katolicyzmu polskiego i zamknąć w granicach germanizującego państwa. Łącząc sprawę Kalwarii ze sprawą swej przynależności do małopolskiej prowincji reformackiej, od której Austria starała się ich oderwać na rzecz zniemczałej czeskiej prowincji franciszkańskiej, reformaci osięgali cel istotny tj. utrzymanie ciągłości pielgrzymek górnośląskich do miejsc cudownych w Polsce: do Częstochowy, Krakowa i na Kalwarię Zebrzydowską. Ich ważności dla utrzymania dziedzictwa wiary i narodowości nie rozumiał Gaszyna, rozumieli za to polscy zakonnicy i stawiali opór zamiarom fundatora, dopóki Śląsk należał do katolickiej Austrii, która w swych zapędach germanizacyjnych nie mogła się posunąć aż do zakazu pielgrzymek pobożnych za granicę państwową. (P. obj. do II 137.) Dopiero po przejściu Śląska pod rządy protestanckich Prus i wydaniu przez nie takiego zakazu uznali reformaci potrzebę Kalwarii i zajęli się w 1764 r. odnowionymi przez Antoniego Gaszynę kaplicami kalwaryjskimi. Dzieje tego sporu reformatów z Gaszynami zatarły się w pamięci potomnych, zapomniano o tym, że nieczynna przez pół wieku Kalwaria śląska dzięki polskim reformatom nie odciągała ludu od Polski i nawet popadła w ruinę; nie wspomniał o tym ks. Augustyn Weltzel w swych Pomnikach pobożności po ślachetnej rodzinie Hrabiów z Gaszyna w Górnym Śląskim (Towarzystwo Bożego Grobu, rocznik X, zeszyt 19 z sierpnia 1877), nic dziwnego więc, że nie wiedział nic o tym Bonczyk i w III 141 nn. przedstawił rzecz tak, jak gdyby reformaci przestali około 1715 r. odprawiać odpusty na Górze Chełmskiej. Dopiero badania o. Reischa odsłoniły ten rozdział z dziejów Kalwarii, jakkolwiek autor nie pojął istotnej przyczyny oporu zakonników.
Były jednak pomniki na samej Górze Chełmskiej, które Bonczykowi nasuwały myśl o polskich skłonnościach Gaszynów, a więc obok łacińskich i niemieckich polskie napisy na nagrobkach i portretach Gaszynów, położone często na pierwszym miejscu jak na portrecie Antoniego Gaszyny, reprodukowanym u Reischa na str. 79.
To, co często zdarzało się w polskich z pochodzenia rodzinach szlacheckich na Śląsku, że tuż przed wygaśnięciem sięgały tak lub owak w polską swoją przeszłość, powtórzyło się i u Gaszynów. Przedostatni Gaszyna w linii zstępnej wśród 4 imion: Amand Leopold Erdmann Edward miał i polskie, bo przecie Erdmann to przekład polskiego Ziemowita, ożenił się z arystokratką wielkopolską Franciszką Leszczyc-Sumińską, córkę najstarszą nazwał Wandą, synowi zaś dał imię: Mikołaj na pamiątkę pierwszego przybysza swego rodu z Polski na Śląsk, nie przeczuwając, że ten drugi Mikołaj w rodzie będzie również ostatnim. Coś z tych myśli o polskości Gaszynów musiało nurtować w drugim pomyśle Góry Chełmskiej, po którym pozostał ślad w spowiedzi Damiana, ostatniego z Bonczykowych Gaszynów:

Opuściłem — tak mówił — dumnych ojców progi,
…by świat poznać, co jak pod zasłoną
Zazdrosną spał uroczo. Z świętego Wawelu
Puściłem się w świat polski, co rycerzy wielu
Wysyłał do wszech wojen, gdziekolwiek zawrzały.

(VI, 81 — 87).
To zagadkowe nieco miejsce rzuca także odrobinę światła na pierwotną koncepcję Bonczyka co do Gaszyny, który wracał do dawniejszej i obszerniejszej kolebki swego rodu, ale o tym potem, bo sprawa ta łączy się z zagadnieniem, na jaką epokę należy położyć ową wyprawę Damiana „w świat polski“.
Legenda o ostatnich Gaszynach

Jeżeli o dawnych Gaszynach mówi Bonczyk na ogół zgodnie z historią, to przy najbliższych sobie, ostatnich posługuje się zmyśleniem, legendą może przez siebie wytworzoną, może z ludowych gawęd przejętą lub z półsłówek pustelnika Biasa wysnutą. „Coć tym ostatnim Gaszynom przeznaczenie zagrało żałośnie“, można by sparafrazować VI 80. Od początku XIX w. rozpadał się ich rodzinny majorat na coraz marniejsze okruchy: wspomniany już Amand Leopold odstąpił najbliższą Górze Chełmskiej siedzibę rodową Żyrowę bratu Ferdynandowi, którego dziwactwa i wybryki miały „szczytne plemię Gaszynów“ przyćmić w pamięci współczesnych. Ferdynand pozbył się w r. 1852 Żyrowy, którą zresztą zamierzał sprzedać już jego ojciec, w ręce Nostitzów i Hatzfeld-Schönsteinów, którzy ją z kolei sprzedali Goedeckom, a ci w 1868 r. Edwardowi Guradzemu. Ferdynand Gaszyna przeciął także ostatnie nici łączące go ze Śląskiem, odstępując bratu za odszkodowaniem praw do Kietrza i wywędrował do Austrii. Dopiero przed śmiercią wrócił na Śląsk i umarł w Rochus pod Nysą 21 stycznia 1894 r., a zwłoki jego, marnotrawnego syna, ostatniego rzeczywistego Gaszyny przytulił rodzinny grobowiec w kościele św. Krzyża na Górze Chełmskiej. Brat jego Amand i syn tegoż Mikołaj, ostatni Gaszyna w linii zstępnej, spoczęli w nowym grobowcu rodzinnym przy kościele makowskim. Prześladował ich zły los, bo nie tylko że majątkowo zubożeli, posiadając tylko Kietrz, Polski Krawarz i Maków, lecz także raz po raz spadały nieszczęścia, zaznaczane wznoszeniem pamiątkowych krzyżów, skoro nie stało już majątku na kaplice. Raz spłoszyły się konie i o mało nie pozbawiły życia Franciszki Gaszynowej blisko wzgórza między Krawarzem a Tłustomostem, co upamiętniono wystawieniem 3 pięknych wysokich krzyżów w tym miejscu, to znowu ta sama hr. Franciszka wzniosła 22 sierpnia 1877 r. w dniu urodzin syna wspaniały krzyż na krawarskim cmentarzu jako bolesną pamiątkę jego zgonu w Wiedniu 1 marca 1877. Nie dożył ów Mikołaj (ur. 1852) nawet 25 lat, a śmierć jego przypomniała Gaszynów Śląskowi i pobudziła z jednej strony ks. Weltzla do napisania wspomnianej już rozprawy, z drugiej wyobraźnię Bonczyka. W inny sposób podziałała na fantazję nauczyciela z Kietrza Teodora Groegera, który w broszurce pt. Immortellen, Głupczyce 1880, próbował pocieszyć strapioną matkę, dorabiając w rodowodzie Gaszynów fantastyczne związki.
I tradycja popularna i Bonczyk nie pamiętali, że właściwie od sekularyzacji w r. 1811 związek między Kalwarią a ubożejącymi Gaszynami stawał się coraz luźniejszy, że przez sekularyzację klasztor wraz z kościołem przeszedł na własność skarbu pruskiego, który wyzbył się potem tego wątpliwej wartości majątku na rzecz Kurii Biskupiej we Wrocławiu; pamiętano raczej o drobiazgach podtrzymujących dawne Gaszynów zasługi, a więc o datkach Franciszka Antoniego Gaszyny na utrzymanie kaznodziei kalwaryjskiego, o życzliwości dla pomysłu sprowadzenia z powrotem reformatów, a nawet na karb Gaszynów zapisano proces o spadek 5 talarów po reformacie o. Epifanim Gomolskim, zmarłym na wiązce słomy w celi klasztornej 30 maja 1815 r., podczas gdy w rzeczywistości spadek ten (4 talary) wyprocesował skarb pruski od Kurii Biskupiej (o. Reisch, l. c. str. 235). Te tradycyjne opowieści powplatał Bonczyk do swego poematu w r. 1885 i 1886 (por. I 383—389, III 276 itp.). Ludową tradycję podsycał i ożywiał widok trumien w podziemiach kościółka św. Krzyża, wśród których było wiele nie Gaszynowskich (p. o. Reisch, l. c. str. 160—163), które jednak ryczałtem Gaszynom przypisywano, a wśród nich przykuwała uwagę ogromna trumna metalowa siłacza Antoniego Gaszyny i puste miejsce, czekające na ostatnich z rodu.
Upadek świetności Gaszynów zaczął się od zniesienia po 1808 r. ordynacji rodowej i zbiegł się z różnicą paru lat z sekularyzacją klasztoru w 1810 r., mogła więc powstać i zapewne zrodziła się wtedy legenda, łącząca oba te wypadki w związek przyczynowy: póki zakonników na Górze, póty Gaszynów i na odwrót. Franciszkanie westfalscy przybyli już po wyzbyciu się Żyrowy przez Ferdynanda Gaszynę, ale znowu bliskość czasowa dwóch wydarzeń: wygnania franciszkanów z klasztoru w czasie od 7 czerwca do 27 sierpnia 1875 r. i śmierć ostatniego w linii zstępnej Gaszyny Mikołaja w kwiecie wieku w półtora roku później ożywiły jeśli nie w pamięci ogółu, to w wyobraźni Bonczyka legendarną zawisłość wzajemną losu Gaszynów i zakonu św. Franciszka na Górze Chełmskiej.

Damian Gaszyna i chronologia

Dla wieków ubiegłych dawała dość materiału historia, ale z niej Bonczyk nie zamierzał obficie korzystać, dla nowszych czasów pozostawało zmyślenie i ono pociągało więcej poetę. Działo się to zapewne w drugiej fazie kształtowania się pomysłu, gdy od „pątniczych wspomnień“ przechodził w opowieść epicką o ostatnim Gaszynie, zmyślonym Damianie. Co z tego kształtu pozostało w redakcji poematu z 1886 r., tym zajmiemy się później; tutaj wypada przedstawić tylko te ślady pierwotnego pomysłu, które każą się domyślać innego jego rozwinięcia. Metoda postulatu logicznego zastosowana do poezji jest niewątpliwie ryzykowna, lecz ryzyko zmniejsza się skutkiem tej niezwykłej właściwości poetyckich uzdolnień Bonczyka, że najsłabszą jego stroną jest mała ruchliwość wyobraźni i spora doza trzeźwości. To pozwala nam na przypuszczenia, które przy innym twórcy uchodziłyby za czcze domysły.
W świat i to nie tylko polski puszczali się Ślązacy od wielu wieków; jeśli idzie o szlachtę śląską, to ze Śląska m. in. przybyli do Polski Pretwicze, których jedna gałąź doszła potem do znaczenia w Rosji, a z początkiem XIX w. w służbę wojskową rosyjską wstąpiło i doszło do generalskiej godności 2 Ślązaków: książę Eugeniusz Wirtembersko-oleśnicki, którego pamiętniki wydano w 1862 r.

w Frankfurcie n. O. i Hans Karl Friedrich Anton Diebitsch, późniejszy hr. Zabałkanskij i niefortunny wódz rosyjski przeciw powstaniu 1830-31 r. Wojna rosyjsko-turecka w 1877 odświeżyła w pamięci Bonczyka i postać tego Ślązaka i jego dowództwo w wojnie rosyjsko-tureckiej w roku 1828. Przeciwstawiając mu Damiana Gaszynę jako wroga Moskali w końcowej redakcji Góry Chełmskiej nie przepomniał Bonczyk i jego rywala tak w wojnie rosyjsko-tureckiej jak polsko-rosyjskiej Iwana Paskiewicza:

Z nimi (z Turkami) bił Paskiewiczów, Diebiczów (VI 253)

Stąd dostał się Paskiewicz do równocześnie (1877) bodaj powstającej ks. VI Starego Kościoła Miechowskiego do wspomnień Heliny Stainertowej, „Polki czystej, choć zniemczałej“:

Nie ustąpi Paskiewicz, nie zdobywszy Pragi (w. 83),

czyli weźmie na siebie poniekąd rolę Suworowa. Połączenie Diebitscha i Paskiewicza mogło zapewne wystąpić na tle wojny rosyjsko-tureckiej z 1828-9, choć działali na różnych frontach (Paskiewicz na azjatyckim, Diebitsch na bałkańskim), ale o wiele silniej rysowało się na tle roku 1831. W obecnym kształcie Góry Chełmskiej Damian Gaszyna walczy z Moskalami po stronie Turków w 1828-9, potem, gdy upłynęły lata „w krwi strumieniach, pożarach, lecz szczęścia nie dały“, wraca na grób narzeczonej w Żytomierzu i otóż tu powstaje luka kilkoletnia do zapełnienia w zmyślonej opowieści o ostatnim Gaszynie, luka nie istniejąca prawdopodobnie w pierwotnym pomyśle. Nie na Turecczyźnie chyba upłynęły te lata „w krwi strumieniach, pożarach“. Według poematu mówi w r. 1875 o. Atanazy o br. Aleksym, niegdyś Damianie Gaszynie:

Czterdzieści lat już Kalwaryi
Poświęcił nasz staruszek. (I 152 — 153),

a więc przybycie jego na Górę Chełmską nastąpiłoby około r. 1835; jeżeli zaś owe czterdzieści lat obliczymy od daty powstania poematu, to około r. 1846. Nie chcąc zaciemniać rzeczy przypomnieniem, że w r. 1844 osiadł na Górze Chełmskiej samotnie wygnaniec spod Moskala o. Stefan Brzozowski, nie wspomniany nigdzie przez Bonczyka, choć do niego owe 40 lat przystawałoby nieźle, — musimy zadać sobie pytanie, gdzie się podziewał i co porabiał Damian Gaszyna po wojnie rosyjsko-tureckiej w 1828-29. Na to odpowiedź wypływa z owego połączenia Diebitscha i Paskiewicza. W jednej z faz kształtowania się legendy Gaszynowskiej występował prawdopodobnie udział Damiana w powstaniu r. 1830-31 i może w wielkiej emigracji. W ten sposób odtworzylibyśmy część historyczną fabuły poematu w środkowym stadium pomysłu, część jej romansowa na razie nas nie obchodzi. Aby wyczerpać wszelkie możliwości skojarzeniowe, wspomnijmy o historycznym i dość głośnym „wściekłym Giaurze“, z rodu Polaku, o Michale Czajkowskim, którego powieści były m. in. źródłem wiadomości o Ukrainie i Kozaczyźnie dla Bonczyka. Ten dwukrotny renegat przypomniał się pamięci poety swoim samobójstwem 16 stycznia 1886 r. i zapewne wpłynął na przesunięcie chronologiczne służby Damiana u Turków na czwarte i bodaj piąte dziesięciolecie XIX w. Rozrzucenie skąpymi urywkami i skrócenie pierwotnej fabuły o ostatnim Gaszynie wydaje mi się prawdopodobniejsze niż dorywcze i chaotyczne powstawanie jej w czasie pisania poematu w r. 1886. Wśród innych możliwości jest i ta, że Bonczyk wiedział o śląskim pochodzeniu rodziny Orlików i do niej zaliczał hetmana kozackiego, następcę Mazepy, Filipa Orlika, o którym p. obj. IV 302. O baronach Orlikach mówił znany Bonczykowi Henelius: Silesiographia VIII, str. 522—523.

Pustelnik Wincenty Bias

Z legendą Gaszynowską łączy się w obecnym kształcie poematu dość ściśle legenda pustelnicza, gdyż Damian Gaszyna po powrocie do kraju, nie poznany przez nikogo, zostaje pustelnikiem i tylko nieliczni jak o. Atanazy domyślają się w br. Aleksym kogoś znaczniejszego. W czasie pielgrzymek Bonczyka na Kalwarię wiódł tam rzeczywiście życie pustelnicze wspomniany już poprzednio Wincenty Bias, rodem ze Szczepanowic pod Opolem, który pod koniec r. 1863 wręczył o. gwardianowi Ambrożemu Dreimillerowi 3000 talarów z tym przeznaczeniem, aby za 2000 wybudowano nową kaplicę Trzeciego Upadku, a 1000 umieszczono na pewnej hipotece i z procentów od niego utrzymywano strażnika Kalwarii. Prosił równocześnie, aby jemu jako pierwszemu powierzono to zajęcie. Fundacja Biasa otrzymała potwierdzenie władzy duchownej i świeckiej, kaplicę Trzeciego Upadku nową wybudowano ostatecznie w r. 1866 dzięki dalszym ofiarom pątników w pieniądzach i robociźnie, o czym już mówiłem, starą zaś przeznaczono pierwotnie na pustelnię, lecz gdy okazała się zupełną ruiną, zbudowano dla pustelnika mały domek w sąsiedztwie kaplicy. Tam żył Bias, przywdziawszy w lutym 1865 habit Trzeciego Zakonu św. Franciszka, pod imieniem prawdopodobnie br. Urbana, do śmierci w dniu 3 sierpnia 1884 r. Towarzyszem jego był początkowo żółw, w ostatnich zaś czasach Kasper Knosała, który objął po nim pustelnię, a w 1888 został tercjarzem. (Por. o. Reisch, 1. c. str. 384—387.)
Zdaje się, że Bias był twórcą wielu opowieści kalwaryjskich i części legendy Gaszynowskiej, hojna zaś jego ofiara mogła wytworzyć pozory, że nie był to chłop ze Szczepanowic, lecz że pod tym nazwiskiem krył się ktoś znaczniejszy, kto mógł o Gaszynach mówić nie tylko ze słychu lub z domysłu. Bonczyk czyni bodaj do tej właśnie sprawy żartobliwą aluzję w rozważaniach Spinczyka, kimby był zagadkowy Orlik w dumkach, wręczonych mu przez br. Aleksego (IV 389—395). Stosunek Orlika, poczciwego górnika ze Stolarzowic, do Orlika z dumek jest jakby odpowiednikiem stosunku rzeczywistego pustelnika Biasa ze Szczepanowic do br. Aleksego w poemacie Bonczyka. Na związek Biasa z Damianem Gaszyną wskazuje pietyzm obu do kaplicy Trzeciego Upadku, widoczny choćby z III 466. Dlaczego Bonczyk dał swemu pustelnikowi imię Aleksego, starałem się wyjaśnić w obj. do I 142.

Petronela Korzeniowska

Do przypisywania arystokratycznego pochodzenia współczesnemu sobie pustelnikowi mogła skłaniać Bonczyka także tradycja o jego poprzednikach na Górze Chełmskiej. Co dziwniejsze, zgon pustelniczki Petroneli Korzeniowskiej w dniu 14 lipca 1811 r. rzeczywiście zbliżał się do daty wypędzenia reformatów z klasztoru św. Anny, które przeciągnęło się do lipca 1811, a nawet dłużej, jeżeli idzie o o. Epifaniego Gomolskiego. Owa Petronela Korzeniowska, szlachcianka polska z Wołynia, czy też Ukrainy, spędziła jako pustelnica lat 50 w ziemiance nad t. zw. Krowim Dołem i została pogrzebana na Górze św. Anny. W księdze zgonów parafii leśnickiej zapisano ją jako hrabiankę (die gräfliche Freule). Jeszcze bardziej uświetnił jej pochodzenie Karol Miarka w powieści z r. 1876 pt. Petronela, pustelnica z Góry św. Anny, gdyż wywodził ją z rodziny książęcej, spokrewnionej z Radziwiłłami, wyswatał zaś za oficera konfederacji barskiej i obdarzył synem, którego jej niemowlęciem skradziono, którego zaś poznała i odzyskała w chwili jego zgonu, jako księdza przybyłego na Górę św. Anny[4]. W inny sposób uświetnił jej los Teodor Groeger w wspomnianej broszurce: Immortellen, bo wyswatał ją za Franciszka Antoniego Gaszynę, zm. 1827 r., oczywiście bez najmniejszej po temu podstawy i kazał jej żyć jako pustelnicy po śmierci męża, o tym bałamuctwie p. obj. I 154i II 176. Bonczyk znał powieść Miarki i przypuszczalnie broszurę Groegera i z obu wziął pewne szczegóły.

Arystokrata pustelnikiem

Arystokratą był wcześniejszy jeszcze pustelnik ks. Ferdynand baron Trach, zamordowany dnia 16 maja 1701 r. przez rabusiów po dziewięcioletnim życiu pustelniczym; pochodził on z rodziny luterańskiej i po nawróceniu się na katolicyzm był proboszczem w Cetnawie i Łubowicach, a w końcu pustelnikiem. Pamięć jego odświeżył ks. dr Jan Chrząszcz powiastką: Pustelnik na Górze św. Anny, drukowaną w r. 1901. Czy Bonczyk wiedział o Trachu, trudno rozstrzygnąć, raczej można zaprzeczyć.
O jednym jeszcze niemal pustelniku, bo żyjącym samotnie blisko lat 8 w opustoszałym klasztorze od 1844 do 1851, o o. Stefanie Brzozowskim, który omal że nie sprowadził reformatów z powrotem do dawnej siedziby, Bonczyk w poemacie milczy uporczywie, choć wiedzieć o nim musiał, zbyt bowiem głośna była to postać i na probostwie w Leśnicy na pewno przetrwała pamięć zatargów z nim proboszcza Krebsa i kaznodziei kalwaryjskiego Jakuba Nicki.
Arystokratyczne pochodzenie stało się tradycyjnym składnikiem legendy o pustelnikach z Góry Chełmskiej, toteż i pustelnik Bonczyka musiał być arystokratą i ta Gaszyną, skoro ród ten znikał z widowni śląskiej. Przed nasuwającym się, łatwym wnioskiem, że podkładem rzeczywistym pod postać Damiana Gaszyny mógł być ostatni z rodu co do daty śmierci dziwak hr. Ferdynand choćby dlatego, iż znikł po r. 1852 ze Śląska i wyjechał w świat daleki (do Austrii), — bronić powinna ironia faktów. Trudno bowiem myśleć o tożsamości pokutującego pustelnika z tym arystokratą, którego małżeństwo w r. 1859 z aktorką Marią Amalią Bucher miało posmak skandalu.

Amore sacro e profano

Opuszczenie ojczyzny przez Damiana Gaszynę i późniejsze jego życie pustelnicze domagały się jakiegoś uzasadnienia. Księdzu-poecie nasunął się pomysł podania za przyczynę wszystkiego nieszczęśliwej miłości, ale nie w tym pospolitym znaczeniu, żeby walecznego i pięknego Damiana nie chciała lub zdradziła jakaś wybranka. Na to nie pozwalało zabarwienie poematu pozornym fatalizmem, który przejawia się w uzależnieniu od siebie losów klasztoru i doli Gaszynów, w uzależnieniu nierzeczywistym, bo przecież franciszkanie w chwili pisania poematu byli z powrotem na Górze Chełmskiej. Jeżeli więc w opowieści Bonczyka miało „żałośnie zagrać przeznaczenie“, to motyw miłosny musiał mieć podźwięk jakby tragedii antycznej, a zarazem mieścić się w ramach pieśni lub gawędy ludowej. Z drugiej strony ksiądz-poeta powodować się mógł i reminiscencjami biblijnymi i moralizatorską chęcią przeciwstawienia miłości świętej miłości grzesznej (amore sacro e profano). O tych dwóch postaciach miłości mógł Bonczyk wiedzieć coś z własnego doświadczenia, skoro sam w latach uniwersyteckich stał na rozdrożu i wahał się między miłością do Gerci (G. T.) a powołaniem duchownym, czego ślady obfite pozostały w jego początkowych lirykach polskich i niemieckich.
Nie zamierzając zapuszczać się w wyliczanie śladów tego motywu, o którym teraz będzie mowa, w podaniach i w literaturze, pominiemy jego odbłyski w mitologii greckiej, a wskażemy tylko dwa jego przejawy. W Księgach wtórych Królewskich rozdz. 13 czytamy o synu Dawidowym Amnonie, który rozmiłował się w siostrze przyrodniej Tamarze, a podstępnie posiadłszy ją i obmierziwszy sobie, nie chciał jej pojąć za żonę; tę miłość przypłacił śmiercią z rąk brata Tamary, pięknego Absaloma. Odmianę tego motywu przedstawia pieśń ludowa, znana w 3 wariantach ze Śląska (Pieśni ludowe z polskiego Śląska, wydał Jan St. Bystroń, Kraków 1934, t. I, str. 76—78), wahająca się między zamierzonym a dokonanym incestem nieznającego się dotychczas rodzeństwa. Pieśń ta była znana Bonczykowi i ze zbioru Juliusza Rogera i ze słyszenia, albowiem tekst jej z Bytomia zapisał E. Walis. W niej to dziewczyna z dobrego rodu, widocznie w dzieciństwie skradziona i sprzedana karczmarce, poznaje w przygodnym, doszłym lub niedoszłym, kochanku swego brata. W tekście Rogerowym pochodzi „z ziemi od Polski“.

Echa romantyczne

Wprowadzenie i traktowanie tak drażliwego wątku, chociaż w literaturze romantycznej wcale częste, wymagało wielkiej ostrożności i delikatności Ograniczając się do autorów, których Bonczyk niewątpliwie znał, rzucimy kilka spostrzeżeń, rozjaśniających zawiłe drogi, na których powstawał nie tyle prosty, ile do form zasadniczych ścieśniony kłębek pokrewnych wątków w fabule romansowej Bonczyka. W Narzeczonej z Messyny Schillera widzimy chęć przesłonięcia nieświadomego incestu fatalizmem ciążącym nad rodem książąt messyńskich, fatalizmem wiadomym aktorom tragedii, lecz uwodnym dzięki podwójnej wróżbie, oraz dodatkowy motyw rywalizacji dwóch niezgodnych braci. Świadomą, a niedozwoloną miłość ku siostrze czyni jedną ze sprężyn akcji Manfreda Byron, a w jego ślady Stefan Garczyński w Wacława dziejach na gruncie polskim. Subtelniejszą o wiele i skomplikowaną odmianę tej miłości wprowadził Słowacki w Horsztyńskim. Ten wszakże typ amore profano nie oddziałał na pomysł Bonczyka bodaj niczym więcej prócz utwierdzenia go w zamiarze fatalistycznego uzasadnienia fabuły.
Bardziej zbliżoną do pomysłu Bonczyka koncepcję przedstawia Narzeczona z Abydos Byrona. Zulejka i Selim uchodzą za rodzeństwo dzięki intrydze ojca Zulejki Giaffira, który zabił brata swego Abdallę, a syna jego Selima chciał wychować jako rzekomego swego syna, lecz plany jego pokrzyżował Harun, odsłaniając Selimowi tajemnicę jego pochodzenia. Do połączenia się kochanków nie dochodzi, gdyż Selim ginie z ręki Giaffira, a Zulejka z żalu po rozłączeniu się z Selimem umiera. Byron dał tu pewną odmianę zwykłej opowieści: zamierzony incest okazuje się pozornym, gdyż kochankowie nie są rodzeństwem, ale wynik — jak zwykle w tych wypadkach — fatalny.
Niesłychanie skomplikowany i romantyczny zespół kazirodczych miłości i działania fatalnych sił skupił w głośnym niegdyś romansie Ernst Theodor Amadeus Hoffmann pt. Eliksir szatański (Die Elixire des Teufels). Zawiłą tę, pełną okropności historię rodziny książąt P., toczącą się na przemian to na dworach arystokracji, to w klasztorach, wyjaśnia rozdział II cz. II pt. Pergamin starego malarza. Ciekawy jest ten ustęp nie tylko przez pomysł dania klucza do zagadkowej fabuły w postaci zapisków jednej z głównych osób romansu, lecz także przez to, że ów stary malarz, twórca czasem mimowolny wszystkich powikłań, pisze o sobie początkowo w osobie trzeciej, potem zaś w pierwszej. Inny szczegół tego romansu — to rola obrazu św. Rozalii i podobieństwo namalowanej na nim świętej do bohaterki romansu Aurelii, która ginie w dniu obłóczyn zakonnych i uchodzi u ludu za świętą.

Pseudolegenda Oświęcimów

Na gruncie polskim istniała utworzona bodaj z początkiem XIX w. legenda o niedozwolonej miłości rodzeństwa: Stanisława i Anny Oświęcimów, podtrzymywana przez ich grobowiec i portrety w kościele franciszkańskim w Krośnie. Kto tę bajkę i na jakiej podstawie wymyślił trudno dociec; rozwojowi jej nie przeszkodziła krytyka Józefa Chwaliboga (Pisma, Lwów 1849, str. 25—44), ani uczona rozprawa Karola Szajnochy: Stanisław i Anna Oświęcimowie (Dzieła, Warszawa 1876, t. I, str. 211—244), aż dopiero wydanie Diariusza Stanisława Oświęcima przez Wiktora Czermaka (Kraków 1907) skierowało uwagę w inną stronę. Do literatury polskiej, czy raczej do jej przedsionka wprowadził tę pseudolegendę krośnieńską literat lwowski Stanisław Jaszowski „powieścią w listach przypadającą około r. 1644“, drukowaną w 1826 w Rozmaitościach Lwowskich, gdzie bohater nazywa się Ferdynandem, a przedrukowaną już pt. Anna i Stanisław z Kunowej Oświęcimowie w Powieściach historycznych polskich Stanisława Jaszowskiego, Lwów 1829, t. II, str. 37—84. Powiastka ta stała się źródłem natchnienia dla Mikołaja Bołoz Antoniewicza, który napisał spory (222 stron) „poemat dramatyczny w pięciu oddziałach“ pt. Anna Oświęcimówna, Lipsk 1856. Poprawki Antoniewicza w osnowie „podania“ są wcale liczne: pomijając przeniesienie akcji do zamku odrzykońskiego, najważniejszą zmianę stanowi umoralnienie treści przez to, iż w końcu Stanisław Oświęcim okazuje się stryjeczno-stryjecznym, a nie rodzonym bratem Anny, przez co rzekoma dyspensa papieska pozbawiona została momentu sensacyjności, którą tchnęła dawniejsza opowieść bez względu na to, czy w niej Anna była rodzoną czy przyrodnią siostrą Stanisława. W dramacie Antoniewicza stopień pokrewieństwa mógł dawno i łatwo się wyświetlić, gdyby ojciec Stanisława nie był zobowiązał przysięgą zamkowego kapelana (następnie pustelnika), że nie zdradzi zamiany zmarłego wkrótce po urodzeniu brata Anny na jego syna. Tajemnicę tę pustelnik wyjawił dopiero na rozkaz Rzymu, ale nie mają z tego pociechy bohaterzy dramatu, gdyż Anna umiera. Stanisławowi na jego rozpaczny okrzyk:

To wyrok szatana.
Bóg sprawiedliwym, nie karze bez winy!

wyjaśnia pustelnik tak przyczynę kary:

Możemy grzeszyć myślą, mową, czynem,
A sądów Bożych nam droga nieznana.
Tyś zgrzeszył myślą, a w sądzie przedwiecznym
Na każdy grzech nam kara wyznaczoną. —
Chociaż jej ojciec był twemu stryjecznym,
Myśl była grzeszną — kochałeś rodzoną.

Ten wiersz ostatni, przez autora drukiem rozstrzelonym wyróżniony, wyjaśnia nam także pomysł Bonczyka, który „podanie“ o Oświęcimach znał zapewne nie tylko z rozprawy Szajnochy i dramatu Antoniewicza, lecz także ze wstępu do powieści Zygmunta Kaczkowskiego: Murdelio. Bohater tej powieści — to również arystokrata litewski Ignacy Piotrowicz, bezskutecznie usiłujący się połączyć z swą krewniaczką Anną, szatański niemal półmnich w klasztorze franciszkanów w Krośnie. W przekleństwie rzuconym przez ojca Anny Wita Piotrowicza na majątek krewniaków („Bodaj diabeł wlazł w tę fortunę i rozniósł ją na cztery wiatry“. Dzieła Z. Kaczkowskiego, Warszawa 1874, t. II, str. 254) i w przyczynie przygód br. Medarda z Eliksiru szatańskiego Hoffmanna trzeba szukać wyjaśnienia zagadkowego „ducha nieszczęsnego Gaszynów“ w Górze Chełmskiej VI 248 i kilku innych jej niejasności. Podobnie wyjaśnienie gwardiana krośnieńskiego, że Murdelio „tu więcej nibyto na dewocji niżeli w konwencie… jeszcze i ślubów nie złożył“ (j. w. str. 217), pozwala nam zrozumieć w Górze Chełmskiej I 149—158, a zwłaszcza te słowa o. Atanazego:

Jest ci wolą jego
Żyć wiek u świętej Anny, lecz w służbie niczyjej.

Do Murdeliona też nadaje się doskonale owa antyteza listu Bonczyka do ks. Weltzla: „franciszkanin i Romeo“. Podanie krośnieńskie w jakieś 2 lata po wydaniu Góry Chełmskiej odżyło raz jeszcze, dla odmiany w sztuce malarskiej, a mianowicie w obrazie Stanisława Bergmanna z Krosna (1862—1930): Stanisław Oświęcim przy zwłokach Anny (oryginał w Muzeum Narodowym w Krakowie, reprodukcja w „Świecie“ krakowskim z 1889, str. 65).
Wątek miłości kazirodnej rodzeństwa powrócił w literaturze polskiej w dobie „Młodej Polski“ w dwu typach, najpierw jak gdyby Byronowskim w De Profundis Stanisława Przybyszewskiego i w Próchnie Wacława Berenta, następnie jakby w Schillerowskim w Drzewiej Władysława Orkana. Na czym polega pomysł Bonczyka, czym odróżnia się mimo pewnych związków od odmiany romantyczno-byronowskiej, która go poprzedziła, i od odmiany modernistycznej, późniejszej od niego o lat kilkanaście lub parędziesiąt? Niewątpliwie jest od obu bardziej moralny — rzecz naturalna u księdza-poety — i bardziej ludowy mimo całego szeregu kontaminacyj motywowych.

Fabuła Bonczykowa

Sądząc tylko na podstawie Góry Chełmskiej, pomysł fabuły romansowej ukształtował się około r. 1877 (raczej później niż w samym r. 1877) w następujący sposób:
Hrabia Protazy Gaszyna folgując wrodzonej krewkości, a może pod wpływem fatalizmu rodzinnego (Ate tragedii greckiej), uwiódł córkę jakiejś wieśniaczki, która mszcząc się za tę hańbę, porywa małą jego córeczkę Annę, gdy zaś ta umarła, grzebie ją obok klasztoru św. Anny, lecz dla przedłużenia zemsty ubiera w jej sukienki i w medalion z herbami rodziny powierzoną sobie pod opiekę sierotkę i oddaje ją z kolei cygance, aby jeśli kiedykolwiek odnajdzie ją rodzina w poszukiwaniu uprowadzonego dziecka, pieściła zamiast niego przybłędę. Jakoż w lat kilkanaście potem wyjeżdża częścią na poszukiwania siostry, częścią gnany głodem wrażeń młody hr. Damian i na Ukrainie u starych Podstolich spotyka piękną Annę. Zakochał się w niej, pozyskał jej wzajemność i nagle w chwili upojenia zobaczył na szyi narzeczonej medalion rodzinny. Poczynają się badania, których wynik nieubłaganie wskazuje na to, że to jest jego zaginiona siostra. Nie czuje się na siłach ani żeby przy niej zostać, ani żeby ją zawieźć do ojca i matki („myśl była grzeszna — kochał rodzoną“). Wraca złamany na zamek rodzinny i nikomu słowa nie mówi o swym odkryciu. W pierwotną ludowość pomysłu wdziera się pierwiastek literacki, uzasadnienie przyszłych fatalnych powikłań, bo gdyby był Annę zawiózł do rodziców, dalsze odkrycia dotyczące jej osoby pozwoliłyby na szczęśliwe zakończenie. Tymczasem myśląc tylko o sobie, grążąc się w swym nieszczęsnym uczuciu, sam sobie gotuje niedolę.
Wnet wraca atoli ludowy koloryt; oto wśród wędrówek po gęstych lasach napotyka w nędznej chacie konającą staruszkę. To owa mścicielka hańby swej córki i posiadaczka tajemnicy. W trwodze przedśmiertnej pełna skruchy chce widzieć hrabiego Gaszynę, aby mu wyznać prawdę i uzyskać przebaczenie. Damian przebacza w imieniu ojca, uzyskuje zezwolenie rodziców na związek z Anną i wyjeżdża na Ukrainę po przyszłą żonę… za późno. Anna bowiem wstrząśnięta do głębi pierwszym odkryciem, uciekając przed grzeszną miłością, schroniła się w klasztorze. Czy nie było w pierwotnym pomyśle Bonczyka także jakiegoś współzawodnika Damiana, trudno rozstrzygnąć, choć wolno się domyślać. Damian wiadomość o wstąpieniu Anny do klasztoru odchorował wielomiesięczną chorobą, po której dowiedział się, że ukochana przebywa w monasterze w Żytomierzu, lecz poprzysiągł, że jej spokoju nie zakłóci. Przysięgi dotrzymał, ale zbuntowany przeciw Bogu oddaje się w służbę szatana. Znowu ludowość pomysłu zamącił wpływ literatury romantycznej, aby z kolei ustąpić miejsca tłu historycznemu. Damian zaciąga się do wojska tureckiego, aby walczyć z chrześcijanami, z Moskalami jako „wściekły Giaur“, lecz w tej roli nie mógł pozostać; pomysł wszakże Bonczyka w obecnym kształcie ma niewątpliwą lukę, którą wypełnić można domysłem, że Damian bierze udział w powstaniu 1830-31, potem udaje się na emigrację, wraca do Turcji a stamtąd na Ukrainę do Żytomierza. I znowu dochodzi do głosu ludowość. Anna umarła i na jej grobie Gaszyna postanawia zostać pustelnikiem w rodzinnych stronach. Jest też nim lat czterdzieści aż do chwili zgonu, a w sercu jego przedziwnie łączy się miłość „obu Anien“: św. Anny, której wizerunek błogosławił jego dzieciństwu w sąsiedztwie rodzinnej siedziby, i tej utraconej Anny, która była szczęśliwym przebłyskiem i powodem niedoli w młodości. Tragiczna ta opowieść czerpie natchnienie przeważnie z pieśni ludowych, mieszając i zmieniając różne ich wątki aż do zostania nie tyle „księdzem w cichym klasztorze“, ile pustelnikiem przy nim i aż do „złączonej miłości, leżącej w tym grobie“, bo na to zanosiło się pierwotnie (IV, 361—363: Dwie mogiły się zgodziły — Spoczął kaptur i przyłbica).

W rezultacie nad naleciałościami literackimi przeważyła ludowa koncepcja mimo kontaminowania różnych wątków nieskomplikowana, aby uwydatnić tragiczność osnowy. Wbrew pozorom całość ukształtowała się raczej realistycznie niż romantycznie, ale już jak gdyby nastrojowo, jakby zapowiadając niewyraźnie jeszcze nie tyle modernizm polski, ile Młodą Polskę w późniejszej fazie tego prądu literackiego. Zważywszy czas powstania pomysłu i napisania poematu oraz osobę autora, trudno opędzić się myśli, że ksiądz-poeta górnośląski porwał się na zuchwały i drażliwy temat, ale umiał go utrzymać w granicach surowej aż nadto moralności i spowić w takie osłonki niedopowiedzeń, że dopiero zestawienie z pokrewnymi treściowo utworami wydobywa na jaw podstawowy jego wątek.
KLASZTOR I FARA
Z historii klasztoru

O powstaniu i rozwoju klasztoru na Górze Chełmskiej miał Bonczyk szczuplejsze niż my wiadomości. Z drukowanych źródeł mógł oprzeć się na wstępie do Nowej Jerozolimy o. Wacława Waxmańskiego, na krótkiej broszurce jubileuszowej z r. 1864 o. Władysława Schneidra i przede wszystkim na wspomnianej już rozprawie ks. Augustyna Weltzla: Pomniki pobożności po ślachetnej rodzinie Hrabiów z Gaszyna. Ze względu na znaczną ilość zbieżności uwydatnioną w komentarzu, przyjmuję znajomość rozprawy Weltzla przez Bonczyka mimo jego listu z 25 maja 1886 r., bo jakże mógł nie znać czasopisma Towarzystwo Bożego Grobu, skoro w Bytomiu prenumerowano w r. 1877 egzemplarzy 58 (p. tamże str. 463—464). Wyjaśnić sprzeczności można tym, że nazwisko Weltzla podano tylko drobnym drukiem w nagłówku numeru pt. Treść i Bonczyk go nie zauważył albo o rozprawie tej zapomniał, albo jeszcze inaczej, fałszywym wstydem Bonczyka, że Weltzla nie wymienił. Dopełniał swojej wiedzy doraźnymi studiami w kronikach i aktach, pozostałych jeszcze w klasztorze i na farze leśnickiej, oraz pilnym przypatrywaniem się obrazom w kościele. Nie rysował się stąd równie jasno cały przebieg wydarzeń: jedne wypadki, zwłaszcza początkowe lub noszące znamiona cudowności występowały dobitniej, nad innymi prześlizgiwano się po wierzchu lub naginano do poglądów późniejszych. Czasy najnowsze znał Bonczyk bądź z autopsji bądź z opowiadań franciszkanów z klasztoru św. Anny i księży świeckich.
Wiedział więc, że Góra Chełmska zwała się do XVI w. także Górą Jerzego, jakkolwiek nie wspomina nigdzie o powodzie tej nazwy, tj. o kaplicy św. Jerzego, a co więcej, wymieniając dwukrotnie tę nazwę, pisze ją nieortograficznie: Jeżego (I 480 i II 47), co w tekście poprawiłem; wiedział dalej, że z początkiem wieku XVI postawiono tam na część św. Anny kościółek drewniany i wprowadzono do niego „święte relikwie aże gdzieś z Francyi“, ale kto i skąd do nich doszedł, pomija milczeniem, chociaż o tym szeroko prawił ks. Weltzel. Tak samo nie obchodzi go nic zamiar sprowadzenia dominikanów na Górę Chełmską, gdyż wyobraźnię jego zajęła legenda, iż jeszcze przed przybyciem reformatów widziano na Górze jakby widma franciszkańskie odprawiające na niej procesje z gorejącymi świecami w ręku. Silnie utkwiły mu w pamięci osoby tych Gaszynów, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do rozrostu miejsca cudownego; dość więc szczegółowo opowiada o Melchiorze Ferdynandzie Gaszynie, który w 1655 r. sprowadził z Gliwic reformatów małopolskich, szukających na Śląsku schronienia przed nawałą szwedzką, ale datę przesuwa o lat kilka wstecz, łącząc ucieczkę reformatów z Polski z wojnami kozackimi. Wie także o sporach proboszczów leśnickich z reformatami, lecz nadaje im za wielkie rozmiary, upatrując w nich powód kilkoletniego opuszczenia Góry przez reformatów, którego w rzeczywistości nie było, ale o którym krążyły jakieś głuche wieści. Nie wie natomiast nic o sporze zakonników z Jerzym Adamem Gaszyną, pierwszym fundatorem Kalwarii, o czym już mówiłem. Zbudowanie nowego, murowanego kościoła klasztornego przenosi z Jerzego Adama na ojca jego Jana Jerzego, ale z zastrzeżeniem: „kto kronice wierzy”, gdyż z rozprawy ks. Weltzla wynikało jawnie, kto był właściwym fundatorem. Bonczyk postępuje w przedstawianiu historycznych wypadków charakterystycznie, dając stale niemal przewagę legendzie, lub przynajmniej wplatając ją w historię. Podobnie chociaż zgodnie z ks. Weltzlem, zrobił fundatorem nowego, obszernego klasztoru Jana Józefa Gaszynę, podczas gdy w rzeczywistości klasztor wznieśli reformaci przy pewnej tylko pomocy hrabie$o. Nie przepomina także o odnowicielu Kalwarii Antonim Gaszynie.
Za to stosunek Bonczyka do reformatów polskich jest na ogół co najmniej obojętny. Z długiego pocztu zasłużonych około klasztoru i Kalwarii zakonników wymienia imiennie tylko dwóch: pierwszego przełożonego, a nie gwardiana — jak go tytułuje II 129 — o. Franciszka Rychłowskiego i ostatniego zmarłego w klasztorze zakonnika o. Epifaniego Gomolskiego. A przecież byli wśród nich i ludzie wielkiej żarliwości apostolskiej i niespożytej wytrwałości obrońcy niezależności klasztoru, przecież im zawdzięczał Śląsk w XVIII w. utrzymanie nie tylko polskości, lecz także religijności pod rządami pruskimi, bo oni byli inicjatorami i gorliwymi współtwórcami dróg krzyżowych w wielu miejscowościach śląskich, o czym chyba dostatecznie mówiły wertowane przez Bonczyka kroniki. O. Reisch wyliczył 65 poświęceń dróg krzyżowych przez reformatów w latach od 1748 do 1810, coraz częstszych w ostatnich czasach. Musiały się jeszcze gdzieś po domach tułać egzemplarze Nowej Jerozolimy o. Waxmańskiego lub Kazań o. Józefa Męcińskiego, tymczasem w poemacie Bonczyka głucho o nich tak samo jak o o. Stefanie Brzozowskim i całej jego apostolskiej działalności około szerzenia wstrzemięźliwości i III Zakonu św. Franciszka. Czy Bonczyk o nich nie wiedział, czy wiedzieć nie chciał? Do o. Brzozowskiego uprzedzić go mogli zarówno proboszcz leśnicki jak sami współcześni franciszkanie, którzy w dawnych tercjarzach przyjętych do III Zakonu niegdyś przez Brzozowskiego napotykali na opór, a pośrednio może potwierdził te uprzedzenia wspomniany w III 449 „Tyburcy, cnych Paulinów głowa“ tj. o. Tyburcy Kneza, autor życiorysu ks. Wojciecha Blaszyńskiego, mający żal do o. Stefana za kazanie pogrzebowe nad trumną Blaszyńskiego. Ów Kneza, Słowak z pochodzenia, dał prawdopodobnie Bonczykowi próbki języka słowackiego w III 372 — 3174, o ile ich nie przywiózł z Trenczyna na Słowaczyźnie. Te przemilczenia są tym dziwniejsze, że obok paulina o. Tyburcego wspomniani są „księża reformaci z świętego Krakowa“ i o. Florian. Wprawdzie gwardian o. Atanazy mówi z uszanowaniem o poprzednikach na Górze Chełmskiej i jakby utożsamia się z nimi (nasz zakon I 344, staliśmy się oświaty ojcowie i stróże I 349, nasi I 503), wprawdzie sam Bonczyk potępia ks. Malornego, proboszcza leśnickiego podczas sekularyzacji w 1810-11, za nieżyczliwe stanowisko wobec reformatów (11 69—82), ale jakże ciepło mówi ustami ks. Grelicha o „kaznodziejach nagórnych“, z których znowu mdło wychodzi — nie wiadomo, dlaczego — autor pieśni nabożnych Lisowski („Ignacy, szlachcic de Liszawski“ II 212), podczas gdy „Nicko Kuba, przez lat czternaście Góry oczywista chluba“ (II 233—234) zyskał nadmierną pochwałę, choć udaremnił wcześniejsze przybycie zakonników na Górę Chełmską.

Franciszkanie westfalscy

Nie przepomina Bonczyk i krótkotrwałej gościny Alkantarynów w 1852 r., o której prowincjał franciszkański o. Grzegorz Janknecht z niewielkim pisał uznaniem (Reisch, l. c. str. 356), zachował zaś najczulsze słowa dla franciszkanów westfalskich, którzy po dłuższych rokowaniach z biskupem Henrykiem Försterem objęli wreszcie klasztor św. Anny w sierpniu 1859 r., ale radość z ich przybycia zamącił nieco fakt, że o. Ambroży Dreimiller, początkowo przełożony, a od 1861 — 1864 gwardian konwentu, nie umiał po polsku. Bonczyk dał wyraz ubolewaniu nad tym w II 241 — 242. Za o. Ambrożym przybyli dalsi księża zakonni: o. Teobald Wentzki, rodowity wrocławianin, o. Wiktor Albers i wreszcie, śdy otwarto nowicjat w 1860 r., pomnożyli liczbę zakonników dwaj księża świeccy, mówiący po polsku: Józef Kleinwächter, subregens alumnatu we Wrocławiu, w zakonie o. Atanazy i Edward Schneider, wikary z Piekar, w zakonie o. Władysław, znany później szeroko na Śląsku, gdy przebywając w Ziemi św., rozsyłał stamtąd Ślązakom wszelkiego rodzaju relikwie i pamiątki. Gdy 10 maja 1864 r. o. Ambroży został przeniesiony do Westfalii, objął rządy w klasztorze jako gwardian o. Atanazy i sprawował je aż do 21 lipca 1872 r., wikarym zaś naznaczono o. Teobalda. To ośmioletnie gwardiaństwo o. Atanazego utkwiło w pamięci Bonczyka i uwieczniło się w poemacie, jakkolwiek od r. 1872 aż do wygnania franciszkanów w 1875 r. gwardianem był już o. Osmund Laumann. Na tę pamięć gwardiaństwa o. Atanazego wpłynęły zapewne i osobiste jego zalety, ale niemniej i ta okoliczność, że powróciwszy w r. 1881, znowu był przełożonym urzędowo nieuznanego konwentu, a Bonczyk nie czynił różnicy w subtelnym stopniowaniu tytułu władzy, po prostu był to dla niego gwardian. Zresztą władcza natura o. Atanazego, długoletnie jego zasługi i popularność zapewniały mu w klasztorze znaczenie niezależnie od stanowiska.

Wygnanie w r. 1875

W r. 1870 założono w klasztorze św. Anny szkołę łacińską dla kandydatów do zakonu z całej saskiej prowincji franciszkańskiej, a kierownictwo jej objął o. Bonawentura Machuj jako lektor. Szkoła ta przetrwała do 22 maja 1875 r., gdy ją na rozkaz rejencji opolskiej zamknięto, lecz 19 jej uczniów oświadczyło gotowość wywędrowania z Ojcami do Ameryki. Ustawa z 31 maja 1875 kładła kres istnieniu zakonów na obszarze państwa pruskiego. Dnia 7 czerwca 1875 opuściła klasztor pierwsza partia zakonników złożona z 4 ojców i 4 braci. Z ojców tych wymienia Bonczyk w poemacie 3: o. Marka Thienela ówczesnego wikarego, który na podstawie dawniejszych wspomnień jest jeszcze dla niego „młodzikiem w konwencie“, o. Dezyderego Lisa io. Bonawenturę Machuja, czwartego zaś o. Sebastiana Cebulę pomija, a więc go chyba nie znał. Następnego dnia zjawiła się komisja rządowa dla śledztwa za niedozwolonymi aktami i kasami tajnych stowarzyszeń. Zakonników zamknięto po celach od godz. 8 rano do 3 po poł. pod strażą 7 żandarmów, jednego z ojców ściągnięto nawet z konfesjonału. Zabrano spisy bractw pobożnych i książki nabożne. Całe to wydarzenie opisywano po czasopismach. Ponieważ nie dzwoniono w południe na Anioł Pański z powodu rewizji, chciano nadrobić po jej zakończeniu to zaniedbanie i wywołano nieoczekiwany skutek, gdyż ludzie pospieszyli uzbrojeni w koły, widły itp. na ratunek zakonników i zaledwie udało się o. Osmundowi ich uspokoić. W końcu d. 24 lipca 1875 nakazano pozostałym zakonnikom opuścić klasztor do końca miesiąca. O. Osmund w asystencji oo. Atanazego i Wiktora odprawił 31 lipca uroczyste nabożeństwo, po którym o. Atanazy wyjechał do Wrocławia, a o. Wiktor do ks. Schoeneicha do Rudy. O. Osmund próbował z 4 braciszkami utrzymać się w klasztorze, co mu się udało do 27 sierpnia, dnia wydalenia go przez landrata ze Strzelec; następnie ukrywał się jeszcze u znajomych księży w okolicy do marca 1876 r., kiedy wyjechał do Holandii.
Opiekę nad opuszczonym klasztorem usiłował rząd narzucić proboszczowi leśnickiemu, który się bronił przed tym obowiązkiem; tymczasem opiekowali się dzwonnik Hudzik, a potem za zapłatą Jokiel. Odpusty odbywały się nadal, napływali po początkowym zakazie dość licznie pątnicy, ale brak było dostatecznej liczby duchownych do spowiedzi i nabożeństw, gdyż wiele parafij było osieroconych skutkiem walki kulturnej. Najwięcej księży świeckich zjechało się w r. 1880. Wielkie zasługi w tym czasie położyli 3 księża: Matyszok, proboszcz z Rokiczy, Olbrich, proboszcz i Ślązak, wikary z Jesiony. Ponieważ zakazu pielgrzymek nie odnowiono, przybierały one coraz większe rozmiary jak np. w 1881 r. W tym roku wrócił 17 października na Górę Chełmską o. Atanazy, a 9 listopada o. Dezydery Lis i w ubiorze księży świeckich poczęli pełnić dawne obowiązki pozostawieni na ogół w spokoju ze strony władz rządowych, aż do 6 sierpnia 1887 r., w którym ministerstwo zezwoliło na jawne osiedlenie się franciszkanów w klasztorze św. Anny. Jak widzimy Bonczyk pominął tylko jednego z ojców żyjących w klasztorze w r. 1875, natomiast wprowadził 7 z ówczesnych braciszków (Alfons, Dawid, Jacenty, Józef, Jukundy, Piotr i Wawrzyniec), z których tylko jednego Dawida, nazwiskiem Kornek, odszukałem w książce o. Reischa.

O. Atanazy i odpust, którego nie było

Nad innymi zakonnikami górował niewątpliwie o. Atanazy znajomością języka polskiego, a życzliwym stosunkiem do pielgrzymek polskich wrył się w pamięć pątników, Bonczyk zaś i zapewne inni księża świeccy łatwiej się z nim porozumiewali, bo przecież nie zawsze był on zakonnikiem, ponadto zaś jeździł od 1861—1872 na wszystkie misje ludowe i był najbardziej znany na Śląsku ze wszystkich franciszkanów chełmskich. Nic dziwnego, że przypadł do serca Bonczykowi tak dalece, iż przy opracowywaniu poematu w 1886 r. wyrósł na jego naczelną postać i usunął na drugi plan br. Aleksego, postać raczej z fantazji niż z rzeczywistości wziętą. Jak to już niejednokrotnie zaznaczałem, Bonczyk jest realistą z natury swoich uzdolnień, łatwiej przychodzi mu opiewać to, co widział i słyszał, niż to, o czym czytał i czemu musiał w swej wyobraźni dopiero nadawać kształty i życie. Do tych realnych wydarzeń i postaci dołącza nieraz coś swojego, swoje myśli im podsuwa, aby nabrały pożądanej przez niego ideologii, ale siła jego główna tkwi w trzymaniu się rzeczywistości. Otacza więc gwardiana zastępem zakonników, których istnienie w klasztorze stwierdziliśmy przeważnie dla r. 1875, ale których charakterystyka odpowiada raczej okresowi wcześniejszemu o lat kilka. Będzie to więc i kwaśny, dawniejszy wikary o. Teobald i rzeczywisty gwardian z r. 1875 o. Osmund i młodzik w konwencie, ale w latach wcześniejszych, o. Marek i o. Wiktor i rachmistrz kalwaryjski o. Dezydery i o. Bonawentura i 7 braciszków zakonnych. Z nimi powiązane są wypadki z r. 1875, o których głośno było na Górnym Śląsku prócz zasadniczego wydarzenia tj. odpustu na Podwyższenie św. Krzyża, którego w tym kształcie, w jakim go Bonczyk opisuje, nie było nie tylko w r. 1875, w którym się w ogóle ten odpust nie odbył, ale także w r. 1874, z którego wziął niejeden szczegół. Realizm wszakże Bonczyka miał swoje podstawy i nierealny odpust z r. 1875 odpowiadać musi realnemu odpustowi z innego roku lub skojarzeniu wspomnień z kilku odpustów, mających wspólne cechy z opisem Bonczyka. W rachubę wchodzić mogłyby, ale tylko teoretycznie, także odpusty na Wniebowzięcie M. Boskiej, które rywalizowały do pewnego stopnia liczebnością z uroczystością na Podwyższenie, ale w r. 1875 i tego odpustu nie było, a nadto sprzeciwia się temu przebieg odpustu w poemacie, wyraźnie oddający porządek nabożeństw z dnia 14 i 15 września. Cechą taką wspólną kilku latom jest następstwo dni tygodnia, ale i pod tym względem Bonczyk sprawę zaciemnił, czy idzie mu o rok 1874, czy też o 1875, który podał w tytule. Następstwo dni w tygodniu to samo, co w r. 1875, występowało w 1869, 1880 i 1886, takie jak w 1874 — w mało prawdopodobnym z kilku względów r. 1863, w 1868 i 1885. Wchodzić więc mogą w rachubę poza rokiem jubileuszowym 1864 odpusty w latach 1868 wzgl. 1869, 1874 i 1885. Ten rok ostatni wypadałoby odrzucić ze względu na śmierć ks. Grelicha w 1876, ks. Leopolda Markefki w 1882 i może także ks. Antoniego Soboty w r. 1885, ale — jak stwierdziliśmy poprzednio — Bonczyk nie zawsze liczył się z chronologią. Rok 1880, w którym był znaczny odpust chociaż bez franciszkanów, mógł oddziałać pobudzająco przypomnieniem dawnych odpustów z franciszkanami jako gospodarzami klasztoru, gdyż byli oni tylko jego gospodarzami, a nie właścicielami. Właścicielem klasztoru i całej Kalwarii był biskup wrocławski, ale — rzecz dziwna — na ten szczegół Bonczyk nie zwrócił uwagi i na ogół mówi o klasztorze jako własności reformatów, którzy według reguły nie mogli posiadać żadnej własności, a co więcej w I 338 („wygnać nas z naszej własności“) każe o. Teobaldowi, wikaremu klasztoru, a w I 383 („za dobra nam wzięte“) nawet o. Atanazemu dopuścić się nieznajomości zasady ubóstwa zakonnego. Jest to tylko przeoczenie, potwierdzające wiadomości o pośpiesznym tworzeniu poematu.

Goście ks. Grelicha

Galeria duchowieństwa świeckiego w Górze Chełmskiej jest nader liczna, a podzielić ją można na kilka grup: 1) goście ks. Grelicha, 2) ojczyzny filary w opowiadaniu Grelicha, 3) kaznodzieje odpustowi, 4) księża świeccy odprawiający msze na odpuście i 5) inni. Z grupy pierwszej bądź imiennie bądź według godności piastowanych poznajemy prócz gospodarza ks. Grelicha i jego wikarego ks. Walentego Riemla jeszcze 5 księży: Widerę, Cieślika, Reinholda, Kleemanna i Krupę. Czy było tych gości więcej, a mianowicie takich, których nazwiska wystąpią dopiero w ogłoszonym przez o. Atanazego porządku nabożeństw (grupa 3 i 4), poemat nie pozwala rozstrzygnąć. Wprawdzie „w sławnej farze leśnickiej przy nakrytym stole siedzą goście wielebni w obszernym półkole“ (II 83—84), co nie odpowiadałoby liczbie 7 poprzednio wymienionych, wprawdzie w II 163—164 Grelicha „wielu słucha młodych“, ale jakże pomieścić nazbyt wielką ich liczbę w pokoju „niezbyt obszernym, ale jak najgustowniej umeblowanym“ (II 99—100)? Gdyby przyjąć, że u proboszcza leśnickiego gościli wszyscy, których potem w III 421—430 i 441—462 wymienia o. Atanazy, a nadto niewymienieni tam, lecz na odpuście niewątpliwie obecni: ks. Engel i ks. Dronia, to wypadałoby nam dodać do 7 poprzednich jeszcze 38 dalszych osób. To zaś, gdyby nawet stali, jak chce Bonczyk („Goście więc zamiast siadać jakby za rozkazem stanęli“ II 105—106), spowodowałoby tłok, którego nie było, skoro Grelich „wolnym krokiem izbę mierząc, słuchał” (II 245) i skoro w tym właśnie niezbyt obszernym pokoju gospodyni nakryła stół do kawy. Na to, że u ks. Grelicha nie było zbyt wielu gości, wskazuje pośrednio fakt, że w rozmowie nie zabiera głosu ani Lubecki, ani Stabik ani Engel ani Michalski, fakt niewytłumaczalny, gdyby byli na farze. Poza tym jest to niedziela, w którą nie wszyscy mogli przyjechać i większość zapewne przybyła w poniedziałek. W świetle tych rozważań maleje znaczenie ks. Grelicha wśród postaci, występujących w Górze Chełmskiej i nie należy do jego wypowiedzeń przywiązywać tej wagi jak do słów o. Atanazego. Za gościnę u niego wypłacił mu się Bonczyk szczodrze, kładąc mu w usta objaśnienie obrazów „ojczyzny filarów“, obdarzając go biblioteką „pismy polskich geniuszów do spodu zapchaną“ i wypełniając jego opowiadaniami znaczną część pieśni drugiej. Charakterystyczną rzeczą jest, że żaden z wymienionych imiennie gości ks. Grelicha na równi z nim i Riemlem nie występuje już w dalszych pieśniach.

Wybitniejsi kaznodzieje

Jeżeli o tym stępie ks. Grelicha można by mówić jako o pewnego rodzaju aristei, to z mniejszą już słusznością dałoby się tak nazwać obszerniejsze wzmianki o innych księżach śląskich, niezbyt zresztą liczne. Najprędzej jeszcze zasługuje na to miano ustęp V 405—450 poświęcony Antoniemu Stabikowi, który już poprzednio w obrazach „ojczyzny filarów“ (11 288—292) zdobył sobie bodaj najobszerniejszą i najserdeczniejszą ze wszystkich ocenę, z którą w zawody mogłaby iść tylko wzmianka o ks. Janie Studzińskim i ks. Wątróbce, bo już niklejsze są charaktery styki Juliusza Ligonia i Karola Miarki. Niewątpliwie ks. Stabik jako nestor duchowieństwa śląskiego, częsty bywalec i przyjaciel klasztoru św. Anny, musiał w poemacie otrzymać poczesne miejsce, jako zaś bliski sąsiad Bytomia, bo od lat siedzący na probostwie w Michałkowicach, był dobrze znany Bonczykowi. Charakterystyka jego jest realistyczna, wolna od dodatków idealizujących, których poeta użył przy Grelichu; występują w niej i chęć szerzenia oświaty wśród ludu i lojalność wobec władzy świeckiej, a nawet pojmowanie swego obowiązku kapłańskiego jako służby dla króla („Król od Boga, więc jego stać się musi wóla“ V 436).
Nie wiadomo, czy na pochwałę czy na krytykę zakrawa krótsza charakterystyka ks. Michalskiego, znanego proboszcza z Lipin (IV 135—145), dzięki któremu zachował nam Bonczyk takie powiedzenia z gwary śląskiej, jak spopularyzowane po dziś dzień: chachar i kocynder, oraz wyszły prędko z obiegu: prezmut. Widocznie jednak nie chciał poeta robić przykrości konfratrowi przytaczaniem dalszych soczystości retoryki lipińskiej i zadowolił się określeniem, że dano ludowi, „co na dziś najlepszego dla pątników mają“, że Michalski był jako chrzan, który przed skosztowaniem wilży oczy i że lud płakał „szczerzej jeszcze i głośniej, gdy ksiądz jeździł na nim“. Dopiero zestawienie z opisem wrażenia, jakie wywołało kazanie Stabika, pozwala ocenić należycie, co Bonczyk mniemał o Michalskim.
Streszczenie kazania ks. Engla (V 519—536) składa piękny hołd temu najśmielszemu z centrowych bojowników o prawa języka polskiego. Mniejsze już wzmianki dostały się dwom innym kaznodziejom: ks. Sobocie (IV 119—124) i ks. Leopoldowi Markefce, lubującemu się w długich kazaniach (IV 79—80). Z innych kilkudziesięciu księży przykuł uwagę poety drugi jeszcze starzec ks. Dronia z Sławięcic, nadsłuchujący w ciszy nocnej, jak reformaci modłami i biczowaniem się święcą Podwyższenie Krzyża (IV 232—251) i na krótką chwilę ks. Zeflik (Józef) Sobel „choć młody, w doświadczeniach stary, boć w szkole Komisarza“ (V 399—401). Ta wzmianka jest ciekawa nie tyle ze względu na ks. Sobla, ile na owego Komisarza biskupiego, w którego szkole stał się starym w doświadczeniach przede wszystkim sam Bonczyk. Zaprawdę, zagadkę stanowi przemilczenie jego nazwiska i brak jego nie tylko we wspomnieniach pątniczych z roku rzekomo 1875, lecz także w obrazach filarów ojczyzny ks. Bernarda Purkopa, następcy Ficka w Piekarach. Nie tłumaczy nam tego śmierć Purkopa (10 marca 1882), prędzej może pośpiech w pisaniu mógł być przyczyną, ale w każdym razie wzmiankę o szkole Komisarza należy uznać za niewystarczającą. Prosił się zaś niejako o wymienienie go obok Ficka nie tylko jako autor artykułów, lecz także jako początkowy redaktor w 1868 r. Zwiastuna Górnośląskiego, w którym kilka wierszy umieścił Bonczyk.

Ojczyzny filary

Wśród „ojczyzny filarów“ w ogólnej liczbie 28 znalazło się tylko 4 ludzi świeckich: Lompa poczciwiec, Bienek z Miechowic, Ligoń kowal rymotwórca i kończący rejestr Miarka, resztę (24) stanowią księża, a wśród nich 4 biskupów, z których Diepenbrock i Gleich weszli tylko z powodu swej godności i wdzięczności poety za pewną życzliwość dla ludu. Inaczej przedstawia się sprawa z Bogedainem, Włodarskim, Połomskim, Fickiem i Szafrankiem ze zmarłych, Stabikiem zaś, Damrothem, Lubeckim, a przymknąwszy nieco oczy, jeszcze z Szulczykiem, Świętkiem, Wątróbką, Kanią, Kirchniawym, Sarnesem i Nehrlichem z żyjących, ale Studziński, Wolczyk, Dembończyk, Błana, Krahl, Wawrzek i Korpak dostali się w to towarzystwo tylko dzięki przyjacielskiej protekcji autora. Razi natomiast brak ze świeckich co najmniej Kosickiego, Smołki i Gajdy, z księży zaś Perzycha, Laxego, Purkopa, Kulki i Weltzla[5] Bonczyka („Czy to istotnie Wasza Wielebność czuje żal do mnie, że nie wymieniłem Was między tam wyliczonymi? O, gdybym był wiedział, że sprawię Waszej Wielebności jakąś uciechę, jak chętnie byłbym to uczynił!“ pisze Bonczyk 25 maja 1886), a Filip Robota mógłby z powodzeniem figurować zamiast Bienka. Jest więc sporo dowolności i doraźności w obrazach filarów ojczyzny, lecz wszystko to tłumaczyć się da pośpiechem, który udzielił się także czytelnikom i krytykom Góry Chełmskiej, skoro ten ustęp uznawali prawie bez wyjątku za najważniejszy i przytaczali go zazwyczaj obok ekspozycji jako najcharakterystyczniejszy.

Inni księża świeccy znaleźli się w porządku nabożeństw, ogłoszonych przez o. Atanazego w III 421—430, 441—462, gdzie nazwisk kaznodziejów doliczyć się można 12 prócz Engla i 24 odprawiających msze, z których tylko Stabik i Lubecki wymienieni byli przez ks. Grelicha. Nigdzie natomiast, jak wspomniałem, nie ma ani samego Bonczyka ani jego kolegi, również proboszcza z Bytomia Schirmeisena ani autora życiorysu Ficka ks. Karola Pressfreunda. Nieobecność obu ostatnich jak całego szeregu innych księży górnośląskich da się wyjaśnić ich niemieckością; bywalcy natomiast polskich odpustów po rok 1885, z którymi zetknął się Bonczyk, zostali przeważnie, a może nawet w komplecie, uwiecznieni w poemacie w liczbie niemal 60.
WĄTKI POBIEŻNIE ROZWINIĘTE
Zasięg pielgrzymek

Opiewać odpust u franciszkanów bez wysunięcia choćby na drugi plan pątników czyli pobożnego ludu, skazywałoby całe przedsięwzięcie na niepowodzenie. Lud więc pojawić się musiał i to ten lud, który stanowił olbrzymią większość pielgrzymów, a więc lud górnośląski, bo napływ z innych okolic był bez porównania skromniejszy. Pielgrzymowano wprawdzie do św. Anny i z dalsza, ale działo się to w małej skali i na wyjątkowe uroczystości, jak to zresztą widzieliśmy w zacytowanych z o. Reischa opisach odpustów z 1864 i 1874 r. Były to fale, poruszone jeszcze w XVIII w. przez reformatów, które dawały o sobie znać i w XIX w. coraz słabszymi kręgami. Najdalszy ich zasiąg, o ile o. Reisch nie myli się, dochodził 30—40 mil, a więc 225—300 km, co wydaje się pewną przesadą, jeżeli idzie o teren pozaśląski, zwłaszcza że o. Reisch nie wymienia imiennie tych dalszych miejscowości, z których przybywali pątnicy. Poemat Bonczyka daje nam pewne wskazówki co do zasięgu pielgrzymek, z którymi się na Górze Chełmskiej spotykał. Pierwsza z nich:

Boć od stóp Jasnej Góry i od Warty brzegów,
Od Tatru, Gór Karpackich śnieżystych szeregów
Aż do grzebietu Olbrzymów odzianych chmurami
Słowian krew, rzymska wiara stokroć tysiącami
Zadąża ku Twym progom już tak mnogie wieki (I 23-27),

jest węższa, w drugiej (II 427—434) rozszerza się nieco zakres:

Od Odry przybrzegów,
Od wód Wisły, od Tatrów niebotycznych śniegów,
Gdzie smutne Morskie Oko ku niebu wygląda,
…Od grobu Kaźmirza,
Od stolicy Wojciecha aże gdzie się zbliża
Wielkopolska córeczka do matuli łona:
Słowian, pół świata panów, dziatwa zgromadzona.

W tej wzmiance o „stolicy Wojciecha“ mamy owe 30—40 mil o. Reischa, ale „grób Kaźmirza“, jeżeli wyjaśniamy go jako grób św. Kazimierza, a nie Kazimierza W., daleko przekracza tę odległość. W obu wypadkach użycie synekdochicznych wyrażeń: Słowian krew, Słowian dziatwa zamiast: polska krew (jak to było w pierwszej redakcji I 26), dziatwa Polski, które o wiele lepiej odpowiadają geograficznemu określeniu zasięgu, wygląda doprawdy na „wieszczy ulot“, sięgający także w dziedzinę topografii (Kaźmirza grób, stolica Wojciecha, w mniejszym zaś stopniu: Warty brzegi i Wielkopolska córeczka). Konkretniej rysuje się zasiąg pielgrzymek w III 344—374, gdy do o. Atanazego przychodzą przewodnicy kompanij. Są oni wybrani po trosze przypadkowo (III 334—335), ale trudno pomyśleć, żeby o. Dezydery i br. Piotr pominęli właśnie pielgrzymki z najdalszych okolic. Są więc ludzie od Pszczyny, Hulczyna, Opola, z Głogówka, od Olesna, z Bytomia, z Wieszowy (także „większe miasto“!), od Cieszyna i Trenczyna, na którego dźwięk Gwardian dziwi się: „Aże tamstąd?“ Jedyna więc kompania od Trenczyna przyszła spoza Śląska, spoza Górnego Śląska zaś nadto od Cieszyna. Brak kompanij z Kongresówki wyjaśniono już w I 19—81, ale i one zapewne nie były z dalszych niż z nadgranicznych okolic od Zagłębia po Częstochowę.
Olbrzymia więc przewaga pątników pochodzi z Górnego Śląska i nazwanie ich „Słowian krwią“ i „Słowian dziatwą“ ma prócz retorycznego także inne, dwojakie prawdopodobnie znaczenie. Z jednej strony niektóre koła niemieckie, chcąc osłabić siłę polskości w Prusiech, nie uważały Ślązaków i Mazurów za Polaków, lecz za nieokreśloną bliżej ludność słowiańską, z drugiej strony zostało coś jeszcze z posiewu słowianofilskiego Purkyněgo w Towarzystwie Literacko-słowiańskim przy uniwersytecie wrocławskim, do którego należał Bonczyk w r. 1858. Mogło więc nurtować w Bonczyku nieco złośliwe uczucie: Nie chcecie na Śląsku Polaków? Dobrze, macie więc Słowian, panów pół świata! Czy jesteście zadowoleni? Ale i on sam odczuwał z powodu przynależności do „panów pół świata“ coś w rodzaju dumy i wahał się, czy lepiej poprzestać na „plemieniu Piastów i Jagiełłów“, czy przeskakując przez nie, zaliczać się do Słowian i wsłuchiwać się w „głosy jedzine“, płynące z owego „pół świata“, a następnie w rozliczne narzecza jednego znaku, w ową „mnogość w jedności, w języki ziemi, dar boskiej mądrości“. Na ogół jednak wystarczało mu, że „co powiat — to narzecze“ na Górnym Śląsku.

Bytomianie
Lud więc górnośląski maluje w Górze Chełmskiej, a najwyraziściej swoich parafian z Bytomia. Nie obeszło się bez powtarzania rzeczy znanych z napisanego niedawno Starego Kościoła Miechowskiego, choć starał się tego unikać kosztem obfitości szczegółów. Malowidło ludu idzie w kierunku zbiorowości, uogólniania, rzadko zaś indywidualizuje, wyszczególnia. Metodę tę zastosował do malowidła duchowieństwa śląskiego i ojczyzny filarów, ale tam nawyliczał choćby tylko po nazwisku kilkudziesięciu księży; tych wyliczeń brak w obrazie ludu, bo nawet z kapeli bytomskiej prócz Spinczyka tylko 3 muzykantów (Klik, Strzewiczek i Krotofil) dostąpiło zaszczytu imiennego nazwania. Z Bytomia również pochodzą inni po nazwisku zaznaczeni w poemacie przedstawiciele ludu: sławny Pitas i Musialik, uczestnicy astronomiczno-popularnej rozprawy w III 17—80, śmieszka Gębalina (III 28), Ziob doświadczony (III 261) i niedoszły kandydat na tamten świat Błażej Śniadek (IV 255—279). Oni też wprowadzają do poematu żywioł humorystyczny, z lekka rubaszny. „Żartów dosadnych“, których w nim dopatrywał się Piotr Chmielowski (Zarys najnowszej literatury polskiej, IV wyd., Kraków-Petersburg 1898, str. 123), trudno się tu doszukać. Nie uniknęła też zabarwienia żartobliwego postać ulubieńca Bonczykowego z ludu, Franciszka Spinczyka, o którym najwięcej i na ogół serdecznie mówi w poemacie.
Charakterystyka ludu górnośląskiego

Lud górnośląski jako zbiorowość występuje w II 15—46, 340—398, 405—416, IV 9—28, 156—166, V 1—44, 551—568. Z natury przedmiotu wynikało, że górującą cechą tej zbiorowości będzie jej pobożność, naiwna nieco, kochająca się w legendzie i w jaskrawym nawet uzmysłowieniu przedmiotu wiary, w owych krzyżach kompanijnych, ozdobionych gałązkami, wieńcami, wstęgami, szkaplerzami itp., pragnąca znaleźć się jak najbliżej feretronów i chorągwi, na klęczkach i na wyprzódki pchająca rzesze po świętych gradusach. Pobożność ta kondensuje się na pielgrzymkach kalwaryjskich, bo one pozwalają się oderwać od trosk codziennych, zepchnąć je na chwilę w podświadomość i radować się jakby odblaskiem przyszłego nieba. Nazwy nabierają wtedy realnego znaczenia, Rajski Dwór przeobraża się dla pątników w przedsionek przynajmniej do raju, miejsce odpustowe staje się ziemskim niebem i rozpaczą napełnia serca obawa, że „wnet nam zabraknie tego w świecie nieba“. Procesje zaczynają mieć symboliczną wartość jako zapowiedź owej radosnej chwili, gdy „przyłączą się do Niebian bez granic orszaku, by wielbić aż na wieki w cudnej procesyi wielmożne sprawy boskie i dobroć Maryi“. Lud ten na pielgrzymce ujawnia także inną zaletę: karność w sprawach religii, chociażby tak zewnętrznych, jak „sforność“ w ramach kompanii i bezwzględne posłuszeństwo rozkazom swego śpiewaka-przewodnika. Lud ten, przynajmniej w owym jeszcze czasie, jest lojalny wobec władzy, w czym umacnia go religia i dlatego targnięcie się na nią może ową lojalność w niwecz obrócić.

W życiu codziennym lud odznacza się pracowitością (z „niezbyt żyznej gleby“ wydobywa dla siebie dostateczną ilość pożywienia), miłością rodziny, o której nie zapomina na dłuższy czas nawet wśród uniesień kalwaryjskich, przywiązaniem do swej własności, odmalowanym przez Bonczyka realistycznie w dwu obrazkach: Błażej Śniadek żałuje, gdyby mu wypadło umrzeć, tylko „galocisków nowych“ w domu, w których jeszcze nigdy nie był, a wzdłuż dróg kalwaryjskich uzbrojeni w kije właściciele sąsiednich ról odpędzają bezskutecznie tłoczące się w zachwyceniu nabożnym tłumy pątników.
Spinczyk

Jeżeli indywidualizacja ludu w Górze Chełmskiej skupiła się przede wszystkim na postaci Spinczyka, to powodem było niewątpliwie unikanie powtórzenia rzeczy znanych już ze Starego Kościoła Miechowskiego, widoczne także w tym, że Bonczyk objął indywidualizacją teraz nie lud wiejski, lecz miejski z Bytomia. Czym dla Gaszynów jest w poemacie Damian — br. Aleksy, dla zakonników o. Atanazy, tym dla ludu w mniejszych ilościowo, lecz nie jakościowo wymiarach jest Spinczyk tak jak dla duchowieństwa świeckiego poniekąd już tylko ks. Grelich. Gdybyśmy stosunek uczuciowy poety do postaci Spinczyka chcieli określić miarą porównawczą ze Starego Kościoła Miechowskiego, to nie będzie nią pan rektór Bienek, lecz kopidół Draszczyk lub młynarz Paweł. Bonczyk wczuwa się bez żadnej ironii w dusze proste, wierzące bez książkowej mądrości, żyjące życiem ziemskim o tyle, o ile ono jest drogą do przyszłej doskonałości. Jeżeli prawdą jest, że mówienie szczegółowe o cnocie nie daje wiernego i zajmującego jej obrazu, to krótkość i zwięzłość charakterystyki Spinczyka miałaby silną podstawę. Wyczuwa to dobrze Bonczyk, dając pielgrzymce bytomskiej, jednemu z hufców owego „mężnego wiary rycerstwa, w duchu dojrzałego, choć na zewnątrz pośledniego, lecz w sercu wspaniałego“ za „jenerała w komendzie“ Spinczyka, panującego trąbą nad swoim orszakiem.

Świata panowie

Jakkolwiek poemat najchętniej opiewa chwilową przystań ciszy i ostoję „dla dusz zbolałych“, nie mógł przemilczeć odgłosów „wieku tego pełnego zbroi szczęku“, które mąciły błogość pątniczych wspomnień, nie mógł pominąć „świata panów“, pysznie rozpoczynających walkę z wiarą i językiem ludu. Lojalność kazała wyłączyć osobę króla pruskiego, a nawet centralne władze przynajmniej ustami Stabika: „oby nasz Berlin widział zgromadzenie, porzuciłby o polskim ludzie uprzedzenie“ (V 431—432), ale wnet osłabia wrażenie, potępiając zauszników królewskich: „Kto go (lud) czerni przed królem, ten kłamie bezczelny“ (V 438), tak że nieprzekonywająco brzmi zapewnienie, iż „król od Boga, więc jego stać się musi wóla“ (V 436), skoro tą wolą powoduje bezczelne kłamstwo. Nie wypadało księdzu-poecie należącemu do lojalnego centrum zachwiewać przekonaniem, głoszonym przez tylu konfratrów i opartym o św. Pawła (Do Rzym. 13, 1), że „nie masz zwierzchności jedno od Boga“, ale trudno było nie zaznaczyć niższości władzy świeckiej od Boskiej, nie oddać „co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest Bożego, Bogu“ (Mat. 22, 21).
Rzecznikiem tej myśli staje się o. Atanazy, ostrożnie najpierw podkreślając: „jeśli król wynagradza szczodrze, czy Bóg będzie łakomszym, bogacz nad bogacze?“ (V 376—377), a potem już bez ogródek w obronie symbolów religijnych atakując symbolikę świecką:

Cóż kiedy wojska zbrojne szeregami
W ogień na oślep idą, a to za drążkami,
U których wisi płatek? — A w kraju stolicy
Posągi jenerałów na sławnej ulicy —
Co to tam żołnierzowi przed posągiem chodzić,
Dniem i nocą rok rocznie parady wywodzić? (V 477—482).

Takie postawienie sprawy niewątpliwie „ma swe znaczenie“, zwłaszcza że robi to Gwardian, który „polityki w klasztorze nie lubił“, ale poza klasztorem nie zdołał powstrzymać się od oświetlenia uroszczeń świeckich.
Nie oszczędzono więc gorzkich słów Berlinowi, choćbyśmy nawet przypuścili, że „wrogie rozmowy w pierwszej kraju kanclaryi“ (V 40) nie odnoszą się do siedziby żelaznego kanclerza, lecz do wymienionych w następnych wierszach „urzędów wrocławskich, opolskich“, podrażnionych liczebnością kompanij polskich, które gotowe „spolszczyć naród górnośląski“. Pod adresem wyższych władz skierowane są także zarzuty o. Teobalda: „Co to rząd myśli zyskać przez swoje ukazy“ (I 318) i krytyka o. Atanazego, że „ten porządek ubliża powadze zwierzchności“, że „gdy się w rządy boskie człek-lichota wkrada, tu odmienia, tam psuje“ (I 320, 327—328) itd. Również wysunięcie chciwości jako powodu sekularyzacji zwracałoby się przeciw władzom centralnym. Wreszcie wyraźne wymienienie kulturkampfu i jego następstw na Śląsku (IV 201—217) z charakterystycznym zakończeniem: „Znając głos sumienia, wiedzą, co mają czynić!“ — nie przemawia za tym, że wola króla jest moralnie uzasadniona w oczach poddanych, że istnieje zgodność między prawem pisanym świeckiej ustawy, a prawem niepisanym sumienia.

Władze niższe

Otwarcie mówi się natomiast o niższych urzędach i ich roli gnębicielskiej wobec duchowieństwa i zakonów, snać Bonczyk skrupulatnie zapamiętał szereg wydarzeń z r. 1874 i 1875, skupiając je wszakże w terminie od ich zajścia późniejszym, bo we wrześniu 1875 r. Tak więc landrata strzeleckiego obciąża zakaz pochodu kompaniami na Górę Chełmską, wydany o rok wcześniej, z którym łączyło się rozpędzanie pobożnych tłumów przez policję (I 75—79), przydatkiem zaś Bonczyka jest udział strażników rosyjskich w niedopuszczaniu pielgrzymek z Kongresówki, przydatkiem o tyle — zdaje się — celowym, że łączy wspólnością postępowania dwóch zaborców. Taki sam wniosek nasuwałoby użycie określenia: ukazy dla rozporządzeń władz pruskich. Jakież stanowisko zajmują wobec tych zakazów zakonnicy, a zwłaszcza Gwardian w poemacie, a raczej jakie powinni zdaniem poety zająć, bo o rzeczywistości z r. 1875 nie ma przecież mowy? Odpowiedź prosta:

My tu nie rządcami,
Lecz sługami jesteśmy, Panią zaś nad nami
Święta Anna; w Jej sprawie trwajmy, walcząc mężnie (I 85—87).

Oczywiście, walka ma być obronna, a więc nie należy wspominać o pociągnięciu przed kratki, a raczej przed landrata o. Osmunda i o. Wiktora w dniu 26 czerwca 1875 (p. obj. I 235) wobec szerszych mas, aby ich nie podniecać jeszcze więcej. Inna władza podrzędna, odpowiadająca za zarządzenia władz wyższych w poemacie — to inspektoraty szkolne znowu z „ukazami“ w sprawie języka polskiego, którego zabrania się używać nawet w domu (II 272—274). Inne wypadki tego rodzaju z 1875 r., w poemacie uwzględnione, omówiłem w rozdziale pt. Z historii klasztoru.
Podrzędne władze symbolizuje „wąsal krnąbrnej twarzy, chciałby wszystkich zjeść okiem, co się w czole żarzy“ (V 353—354); jest on i obrońcą narzuconego świeckiego porządku rzeczy, w którym „wszystko ma swe znaczenie“, obrońcą książąt, których zwierzyńce wyrządzają szkody po chłopskich polach, obrońcą panków chciwych kamienia, którzy podkopują aż do spustoszenia Górę św. Anny, i przeciwnikiem wszystkiego, co poza ziemię wybiega, jest wyznawcą materializmu, bezwzględnym i złośliwym wykonawcą rozkazów. Jako bojownik kulturkampfu ma „grzeczność na wargach, lecz hardość w duszy“, jednym słowem „jakiś człek złowrogi“, któremu tylko nic do trupów, względem nich nie ma zadania i zdaniem jego wolno je zagrześć (V 317—318). Ten symbol urzędnika pruskiego niższych stopni — wystarczyłby sam dla ujawnienia przekonań poety o władzach pruskich. Czy jest to „polityką“ w rozumieniu Bonczyka? Zdaje się, że nie, gdyż dość wyraźnie zaznaczył, w czym jego zdaniem rzeczywiście występuje „polityka“.

„Polityka“

Klucz do zrozumienia, dlaczego ks. Grelich zastrzega się: „Ja nie dla polityki bronię tu polszczyzny“ (II 323), tkwi nie tylko w poprzedniej diatrybie przeciw redaktorom, nie tylko w wyjaśnieniu, że „kto zagładza (język polski), pracuje w swej ojczyzny zdradzie“ (II 270), lecz także i przede wszystkim tam, gdzie po czyich wynurzeniach pojawia się ostrzeżenie, że to „polityka“. Na farze leśnickiej mieliśmy już poprzednio (Il 140—151) taki znak ostrzegawczy, niby to żartobliwy. Gdy ks. Widera porównywa dawne czasy z obecnymi i przeciwstawia „naszych“ (obecnych panów świata) „owym“ (dawnym jak Gaszynowie), kończąc w ten sposób:

Owi mieli dla świata i nieba zasługi,
Nasi z swym faterlandem brną w bezdenne długi! —

to przerywa mu, „żartując z sąsiada“, milkucki proboszcz Franciszek Cieślik i wzywa go do „hamowania się“:

Jak się w twojej głowie
Zacznie mleć polityka, to słuchaczom biada! (II 147-151).

Przerwał milkucki Franciszek, nim ks. Widera zdołał przeciwstawić zasługom „owych“ dla nieba los „naszych“ pośmiertny tak, jak zasługom dla świata przeciwstawił brnięcie z faterlandem w bezdenne długi.
Ale i wnioskowanie o dalszych następstwach doczesnych postępowania „świata panów“ jest polityką, bo gdy wikary o. Teobald przepowiada, że „na wielkiego, bezbożnością i cudzym dobrem tuczonego powstanie kiedyś mały, obu sąd nie minie“, gdy jako karę za wyparcie się Boga przepowiada „epokę złowrogą“, epokę niszczycielską rewolucji warstw niższych, które za przykładem górnych wyzbyły się religii, to chociaż kończy przepowiednie obietnicą miłosierdzia Bożego i odbudowania zniszczonego świata przez „pogardzonego księżynę“ (I 406—417), — przerywa mu te wywody Gwardian, który „polityki w klasztorze nie lubi“ i wypytuje się o br. Aleksego. A więc polityką jest nazwa faterlandu i poczucie innej ojczyzny poza nim, polityką jest przewidywanie przyszłości i nieuchronnych następstw podeptania praw Bożych przez władzę świecką, ale czy to przekonanie podziela Bonczyk? Powinienby, gdyby w nim nie rebelizowało się sumienie i nie buchnęło protestem przeciw dawaniu posłuchu przez królów i cesarzy służalcom:

Podwiel wasze poddaństwo do Boga się modli
W swym języku, w swej wierze: nigdy się nie spodli,
Iżby rękę zbroiło w grzesznym uniesieniu;
Lecz kto w herostratowskim czynie, w zaślepieniu
Podkopuje, kto targa groble oceanu:
Ginie, dom swój, kraj niszczy, a przyszłemu panu
Pozostawi pustynie. (IV 159—165).

Tu sam poeta podjął przepowiednie o. Teobalda i wszedł w politykę, hamował się przecie na tyle, że bronił tylko języka i wiary. Przynależność do centrum nałożyła mu tłumik na „wieszczy ulot“ polski, który tylko dorywczo uderzał w ton, zapowiedziany przed laty kilkunastu apostrofą do „Góry Chełmskiej, piastowskich ziem stróża wieczystego“, wizją Chrobrego wypatrującego z podstawy tej Góry „drogi na Zachód do sławy“, proroctwem o „plemieniu Piastów, Jagiełłów w niebianów rzędzie z palmą między pierwszymi na wieki“ zasiadającym. Nikłe tego ulotu echa odezwą się w I 59—60:

Do Ciebie i nasz naród otoczon wrogami
Rwie się, łamiąc kajdany, a świecąc cnotami,

odezwą się w II 11 żalem do „wieszcza Wincentego“ Pola, że „Śląska, gniazda Piastowskiego“ nie opiał w pieśni ziem polskich (jakże charakterystyczna zmiana tytułu: Pieśń o ziemi naszej!), zaklęciem w II 27: „Śląsko, zostań, czym byłoś“, aluzją, zresztą nieudolną (świadomie, czy też nieświadomie) do „błogiej halickiej przeszłości,… by jaśniała na powrót” (II 430—431), inną bardziej jeszcze mglistą aluzją do wieka trumny odkrytego na moment (IV 20—21), napomknięciem Gwardiana: „Ludu, jeślić ojczyzna doczesna tak droga, w której wszystko przemija“ (jaka ojczyzna: śląska, czy polska, bo chyba nie pruski faterland) w V 55—56, odezwą się wzmianką o sercach polskich w V 445 i najjaśniej, choć bez nazwania Polski, kazaniem ks. Engla, wieszczącym ludowi, że wytrwa i zwycięży,

póki bój prowadzi
O swe prawo do życia i sam się nie zdradzi,
Póki pomny swej wielkiej i świętej przeszłości,
Słowem, czynem pokaże, iż godzien przyszłości! (V 533-6).

Te i pomniejsze inne wzmianki wskazują, że jednak poczucie polskości Bonczyka nie ogranicza się do obrony wiary i języka, choć ta jest mu najważniejsza, że związek z Polską nie kończy się na wspomnieniu wieszcza Wincentego i muzy Adama, ani nawet na półkach biblioteki pismy polskich geniuszów do spodu zapchanej w proboszczowskiej farze, ani na wpływie polskiej literatury na klasztor niemiecki takim, iż kalwaryjskiemu słudze br. Aleksemu ofiarowuje nie pisma Angelusa Silesiusa, czy inne niemieckie, tylko Kochanowskiego, Skargę, Jaroszewicza i zapewne po polsku Pismo św. i Tomasza à Kempis.

Dodajmy do tego wiadomość o owym poemacie na szerokim tle polskim, który pozostał niewykończonym, a powstawał jeżeli nie współcześnie z Górą Chełmską, to w czasach dalszego, niezmienionego stosunku Bonczyka do centrum, i rzućmy nierozstrzygnięte na razie pytanie, czy ograniczenie rozmiarów polskości w Górze Chełmskiej nie ma jakiegoś związku z tym właśnie poematem, czy dla niego nie zachowywał poeta wszystkich „skarbów polszczyzny“ swego serca i umysłu.
Przyroda w poemacie

Opowieść o Górze Chełmskiej obejmowała szerszy widnokrąg niż o Starym Kościele Miechowskim, odczuwał więc poeta potrzebę umieszczenia w niej krajobrazu całego Śląska, zwłaszcza że nie było go w znanej mu Pieśni o ziemi naszej Wincentego Pola. Ale do tego jakoś nie przyszło, luźne tylko szczegóły pojawiły się tu i ówdzie. Chuda, niezbyt żyzna gleba Śląska dwukrotnie została zaznaczona w poemacie w związku z pracowitym ludem, ale obraz ogólny ograniczył się do nazwania kraju „szczęsną ziemią kościołów, kopalń i kominów“, siół chędogimi, miast zaludnionymi i drogami jakby wstęgą z sobą połączonymi, do wzmianki o plonach skarbów śląskich słanych po rzekach i morzach do chat, miast, na trony. Więcej umie muza ks. Norberta powiedzieć o ludzie śląskim.
Sama Góra Chełmska lepiej się rysuje w ustępach jej poświęconych. Wydaje się poecie jakimś odłamem Gór Olbrzymich, oderwanym od podstawy w czasie potopu, lub dziełem uwięzionego we wnętrzu ziemi ognia przedwiecznego, który jej bazalty wysadził pod obłoki. Dalsze wieki odziały ją płaszczem piaszczystym. Istnienie jej w tym miejscu jest koniecznością i gdyby jej nie stworzyła przyroda, powstałaby usypana „z kurzu rąk pracowitych, sklejona łzą pokuty“ (I 19—22). Te łzy pokuty sklejają też górę świętą, co zewnątrz gliną, a wewnątrz kamieniem (V 523, 529). Szczyt Góry Chełmskiej wieńczy kaplica wśród zielonego sadu, a z tego punktu roztacza się widok na wsi, miasteczka, miasta i „śrebrzystą wstęgę Odry“, nad którą unosi się „druga wstęga mglista“.
Przed wiekami góra była porosła sosnowymi borami, których wyręby zarastały prędko „zrębiną, pysznymi świerkami, rozłożystą sosną, niezgodnymi ostrężynami, szukającymi kolczystą łodygą zdobyczy i siwym mchem brodatym, który jak żyd panował nad bezbronnym światem“. Dziś wszakże zbocza góry pokryły zagrody, zagródki, miedze i grządki, a tylko od strony Leśnicy ku południowi obsiadły gęste laski śliw najlepszych, bo góra barami swymi chroni „te leśnickie knieje“ przed północnymi zawiejami. Gorzej wygląda góra z innych stron, „ręka ludzka wyrąbała lasy, na ich miejscu rozpostarły się mnogie pólka chłopskie, zasiane koniczyną (krasikoniem) i owsem lub obsadzone ziemniakami. Wśród nich wiją się drogi kalwaryjskie, przy których czasem wyrasta lasek brzozowy lub rozpościera się trawniczek zielony, dar „kwiecistej urody“ (przyrody). Nieco spustoszenia narobiły niegdyś potoki „karmione źródłami gór leśnistych“, które z tęsknotą śpiesząc do Odry, pospłukiwały młode zagajniki, zasypały piaskiem ziemię i z czasem wyschły, więcej jeszcze zniszczył przyrodę człowiek, wydobywając bazalt na bruki gościńców, podkopując nawet dzieła rąk ludzkich tak, że przy klasztorze szerzyła się złowroga przepaść grożąca samemu kościołowi. Groza tych kamieniołomów ujawniła się koło r. 1886, Bonczyk przeniósł ją (III 258—287) o 11 lat wcześniej.
Nad tym krajobrazem roztacza poeta obrazy: przedwieczerza (I 267—280), kiedy to „słońce dojeżdżało do swej mety, a mali aniołkowie pozamiatali jak najchędożej niebo, pozdmuchiwali chmurki“ i nadsłuchiwali dzwonów dzwoniących na Anioł Pański, nocy na Rajskim Dworze (II 449—462) z szelestem lip nad tysiącami głów pątników i ciszą o północy, kiedy:

Tylko klasztor i lipy jakby wrosły w mroku,
W nowym się pątnikowi stawiają uroku,

przedświtowych chwil (III 1—89), kiedy niebo wisi szeroko i wyżej niż na równinach nad głową, a na nim lśnią dogasające gwiazdy, budząc ochotę do rozważań astronomiczno-nabożnych, jakby dalszego ciągu astronomii młynarza Pawła i Proboszcza ze Starego Kościoła Miechowskiego.

Dzieła rąk ludzkich

O dziełach ludzkich mniej tu mowy, zaledwie ten lub ów szczegół się nawinie oczom poety; w jakimś najogólniejszym zarysie ukaże się topografia Kalwarii w objaśnieniach bywałych pątników (II 195—201), albo wylicza się kapliczki w miarę posuwania się procesji w IV i V pieśni. W kościele klasztornym uwzględniono tylko chór za wielkim ołtarzem (urządzony za gwardiaństwa o. Ambrożego) i obrazy historyczne, w kościele św. Krzyża groby Gaszynów, dalej Dwór Rajski, schody wiodące do kościoła klasztornego z ciasną bramą, domek pustelnika wśród słoneczników, wewnętrzne urządzenie klasztoru za klauzurą (V 238—249) wraz z takim szczegółem, że każda cela była pod wezwaniem jakiegoś świętego, ale przeważnie jest tylko suche wyliczenie, z którego dowiadujemy się o kaplicy Anioła Stróża, o Bramie Rajskiej, o Domu Pańskiej Wieczerzy, o Golgocie, o Górze Oliwnej, o św. Gradusach obok Domu Piłata, a kaplicy Wzięcia Krzyża na ramiona, o Domu Maryi Panny, o Jej grobie, o kaplicy Rafała, Trzeciego Upadku i o kościele w Porębie.

W porównaniu ze Starym Kościołem Miechowskim uderza szczupłość tego zasobu, dająca się wyjaśnić i mniejszymi rozmiarami poematu i pośpiechem w jego pisaniu, a odnośnie do dzieł rąk ludzkich także ich obfitością, która w razie szczegółowych opisów spowodowałaby monotonność, a nadto przeszkadzałaby głównemu celowi. Nie przewodnik bowiem po Kalwarii, lecz „pątnicze wspomnienia“ miały wypełnić poemat.
WŚRÓD ZAGADNIEŃ KOMPOZYCYJNYCH
Czas akcji

Poeta sam oznaczył rok 1875 jako czas akcji Góry Chełmskiej czyli Świętej Anny z klasztorem O. O. Franciszkanów. Wspomnienia z roku 1875 (według pełnego tytułu poematu). Wola poety jest w zakresie jego twórczości suwerenna i jeżeli coś robi, to ma po temu powody świadome lub podświadome. Wybór roku 1875 jako czasu akcji opierał się na teoretycznym postulacie epopei, aby „opiewała wypadek wielki wynikający z usposobienia i celu całego narodu lub przynajmniej znacznej jego części, w którym wszystkie pierwiastki życia narodowego poruszone i wywołane mają udział i na jaw występują“, żeby wypadek ten był „tą sprężyną ruchu powszechnego, tą siłą czarodziejską, co wszystkie umysły do siebie zwraca i wszystkie pierwiastki społeczne w ruch wprawia i na scenę wywołuje… był głównym wątkiem osnowy epopei, około którego gromadzą się wszystkie inne wypadki, zjawiska i okoliczności“ (Cegielski-Nehring: Nauka poezji, Poznań 1879, str. LXXIV—LXXV). Wypadkiem więc głównym miało być wypędzenie franciszkanów w r. 1875 z klasztoru św. Anny jako wydarzenie niepospolicie ważne dla ludu górnośląskiego, któremu odtąd miało braknąć „tego w świecie nieba“. Stwierdza to Bonczyk w liście do ks. Weltzla z 25 maja 1886 r.: „Uroczyste obchody na górze św. Anny i rozwiązanie konwentu — było głównym przedmiotem, dalsze dodatki miały być niejako masłem na chleb, niestety, to masło czasem takie zjełczałe!“
Samo wygnanie franciszkanów, przedstawione zgodnie z przebiegiem wydarzeń i w czasie jego rzeczywistej akcji, nie dawało tylu możliwości do spełnienia postulatów teorii epickiej, ilu Bonczyk potrzebował. Wobec tego postąpił podobnie jak w Starym Kościele Miechowskim i czas akcji przesunął a zarazem zacieśnił do kilku dni z tą wszakże różnicą, że tam dokonał przesunięcia wstecz o 2 lata, tutaj naprzód o parę miesięcy. Zyskiwał przez to możność odmalowania największego polskiego odpustu na Górze Chełmskiej na Podwyższenie św. Krzyża, którego wprawdzie w r. 1875 po wygnaniu franciszkanów nie było skutkiem zakazu rządowego, lecz który właśnie z woli poety miał się odbyć w poemacie z ogromną okazałością, niewidzianą bodaj od jubileuszu w r. 1864, a na jego obraz złożyć się miały częściowo dramatyczne szczegóły z ostatniego rzeczywistego odpustu w r. 1874. Metoda ta dawała jeszcze tę ukrytą korzyść dla wymienionych w nim księży i zakonników, gdyby ich pociągano o przypisane im w poemacie wynurzenia, że mogli jak najdobitniej im zaprzeczyć, jako iż odpustu w r. 1875 nie było i oni podczas niego niczego podobnego nie mogli mówić.
Przebieg odpustu polskiego na Podwyższenie Krzyża był od lat kilkunastu ustalony: odbywał się w dniach 14 września (Kalwaria ze stacjami Męki Pańskiej) i 15 września (stacje M. Boskiej), a przybywały nań pielgrzymki z dalszych okolic o 1—2 dni wcześniej, z bliższych 14 września rano. W pamięci poety tkwiły wspomnienia odpustu z r. 1874, ostatniego przed wygnaniem franciszkanów, a nie z r. 1875, którego nie było, oraz późniejszych po r. 1881, o czym poprzednio mówiłem, w szczególności zaś z r. 1885. Pierwotnie więc zakreślał akcję na niecałe 4 dni (tyle, ile w Starym Kościele Miechowskim), ale spostrzegłszy się, że nie odpowiadałoby to następstwu dni tygodnia w r. 1875, rozdzielił wypadki dnia drugiego na dwa i zahamował przez to akcję, która w pierwszych 3 pieśniach, a zwłaszcza w II i III, płynie powolnie, nabierając żywości w 3 ostatnich, stłoczona zaś jest szczególnie i szkicowana niemal w p. IV, na której najbardziej odbił się pośpiech w tworzeniu.

Akcja w poszczególnych pieśniach

Po tym dostosowaniu fikcyjnej akcji do roku 1875 przedstawiała się ona następująco: w pieśni I odbywają się przygotowania do odpustu w klasztorze, Gwardian wydaje odpowiednie zarządzenia, a zarazem usiłuje podtrzymać wśród zakonników ducha mimo nadchodzącego prześladowania, dzieje się to wszystko w sobotę 11 września po południu i służy zarazem do podmalowania tła ogólnego; w pieśni II przybywają kompanie z dalsza do Leśnicy, tam słuchają mszy św. i kazania, spowiadają się aż do południa (to wszystko bardzo krótko opisane), potem wypoczywają, a tymczasem księża okoliczni, przybyli z pielgrzymkami, są w gościnie u ks. Grelicha, oglądają jego tusculum, słuchają jego opowiadań o Gaszynach, o kaznodziejach nagórnych, objaśnień obrazów filarów ojczyzny i pouczeń politycznych, a wreszcie pod wieczór uroczyście ruszają z pielgrzymkami do klasztoru (niedziela 12 września), akcja, jak widzimy, niewiele ruszyła naprzód; w pieśni III pielgrzymka bytomska (a podobnie inne) jeszcze przed świtem wyrusza na św. gradusy, znowu opowiadanie tym razem Spinczyka z przeszłości Kalwarii, Spinczyk odwiedza pustelnika br. Aleksego, gdy tymczasem pątnicy oglądają grobowce w kościele św. Krzyża, potem idą, każda kompania z osobna, na Kalwarię, pod wieczór zaś o. Atanazy przyjmuje przewodników kompanij, a na wieczerzy dla księży ogłasza porządek nabożeństw na dzień następny, jest to dzień trzeci akcji, poniedziałek 13 września; pieśń IV wypełnia skrócony w porównaniu z poprzednimi opisami przegląd obchodu właściwego odpustu (wtorek 14 września), ułożony z jakimś pośpiechem tak dalece, że dla osiągnięcia zwykłych rozmiarów pieśni dodał autor i wieczerzę w klasztorze i chorobę Śniadka i lekturę dumek br. Aleksego i krótkie zresztą refleksje Spinczyka[6]; w pieśni V szczegółowość opisów rośnie, dotycząc głównie uroczystości dnia drugiego (stacyj Maryi) i zadzierzgając zarazem węzły z akcją pieśni VI, którą wypełnia spowiedź br. Aleksego i początek wypędzenia franciszkanów z klasztoru (środa 15 września). Cała więc akcja rozplanowana jest na 4i pół dnia, przy czym 4 początkowe pieśni obejmują każda wydarzenia jednego dnia wzgl. popołudnia, a tylko 2 ostatnie poświęcono wypadkom dnia piątego.
Rozmiary poszczególnych pieśni wahają się między 330 wierszami (pieśń VI najkrótsza) a 572 (V najdłuższa), w sumie zaś część przygotowawcza (pieśni I—III) obejmuje 1484 wiersze wobec 1303 części właściwej (pieśni IV—VI). Te proporcje świadczą z jednej strony o coraz większym pośpiechu w pisaniu pod koniec dzieła, z drugiej o jakimś rozszerzeniu nadmiernym obecnych pieśni II i III, aby uzyskać treść dla 2 dni akcji zamiast pierwotnego jednego. Mimo tych usiłowań treść jest w obu pieśniach dość skąpa i być może pierwotnie mieściła się wraz z treścią pieśni IV nie w trzech, lecz w dwóch pieśniach. Przybycie pielgrzymki bytomskiej na dwa dni naprzód jest uzasadnione, ale niewystarczająco zarówno odległością tego miasta od Góry Chełmskiej (coś ponad 40 km) jak chęcią zwiedzenia osobno Kalwarii, którego nam poeta nie pokazał i daniem sposobności do spowiedzi pątnikom, którzy według słów samego poematu mogli ją odbyć przedtem w domu jak również w niedzielę rano w Leśnicy. Są to skutki przesunięcia akcji z r. 1874, którego wypadki jako należące do akcji wspomina się i w pieśni I i IV, na rok 1875 i dodania przez to jednego dnia, aby wyrównać następstwo dni w tygodniu od soboty do środy, zamiast od soboty do wtorku, jak było w r. 1874, Może na to wpłynęła i chęć dania 6 pieśni, cyfry bardziej zwyczajowej w epice (w której występują ilorazy 3, a więc: 6, 9, 12, 24) niż 5, która to cyfra częściej występuje w dramacie.

Miejsce akcji

Jeżeli w poprzednim ustępie stwierdziliśmy działanie zasady jedności czasu akcji epickiej (4½ dnia), uzyskane bez nadmiernego nieprawdopodobieństwa, o ile uwzględnimy wspomniane już przesunięcie czasu akcji, — to jedność miejsca była tym łatwiejsza do osiągnięcia, że akcja nigdzie w tym czasie nie przenosi się poza Górę Chełmską i Leśnicę. Oczywiście, zarówno czas jak miejsce akcji nie obejmują nielicznych epizodów związanych z osobą ostatniego Gaszyny wzgl. z legendą o św. Aleksym. Miejsce akcji nie rysuje się tak plastycznie jak w Starym Kościele Miechowskim, przyczyn zaś tego zjawiska szukać należy nie tyle w pośpiechu pisania i obfitości przedmiotów na terenie akcji, ile w braku serdecznego związania się z nimi mimo częstych odwiedzin; uczucia bowiem poety obejmowały całość Kalwarii, a nie poszczególne jej kaplice i nieliczne tylko budowle przykuły do siebie jego uwagę: grobowce Gaszynów, pustelnia, chór klasztorny, korytarz za klauzurą i parę innych pomniejszych; najczęściej wspominany Rajski Dwór zawdzięcza swój opis nie tyle szczegółom architektonicznym, ile swemu pejzażowi, bo do Bonczyka przemawia właściwie przyroda Góry Chełmskiej, a nie to, co na niej zbudowano. Poza tym w opisie miejsca posługuje się poeta generalizacją, uogólnianiem, pomijając przeważnie szczegóły. Przyroda i ludzie odwiedzający miejsce odpustowe zlewają się niemal w jedno i Bonczyk bardzo bliski jest tonu, w który kilkanaście lat później uderzył Jan Kasprowicz w Święty Boże, a nawet o niego dwukrotnie (V 85—88 i 451—458) lekko potrąca, przedsmak zaś daje w wizji o. Atanazego (I 513—515), każąc głazom poprzedzać konwent w drodze wygnańczej.

Ośrodek akcji

Jeszcze w wyższym stopniu niż w Starym Kościele Miechowskim skupia się akcja Góry Chełmskiej naokół przedmiotu martwego dla ludzi obojętnych, żywego i życiodajnego dla poety i jego ludu, naokół samej góry, która z większym uzasadnieniem niż Miechowice stanowi środek Górnego Śląska, ów „pępek ziemi“ górnośląskiej, tak jak nim były Delfy dla starożytnej Hellady, i to nie tylko ze względów uczuciowo-historycznych („Tu ma Śląsk swoję Wandę, tu swój Wawel święty“), lecz także czysto geograficznych. Niezależnie ode mnie zauważył to ks. dr Szramek w liście do mnie z sierpnia 1937: „Byłem w tych dniach w Jesionie, podziwiałem piękność okolicy i utwierdziłem się w przekonaniu, że Góra św. Anny jest centrum Górnego Śląska“.
Góra Chełmska więc staje się zgodnie z pierwotnym pomysłem Bonczyka nie tylko przedmiotem, ale i podmiotem akcji całego poematu, jego — chciałoby się rzec — biernym bohaterem tak jak w poprzednim poemacie był nim stary kościół w Miechowicach, tylko w wymiarach większych i częstszych. Miejsce święte nie było i być nie mogło dla wierzącego poety czymś martwym, dlatego obok wspomnianych już 2 prób ożywienia Góry razem z wędrującymi po niej pielgrzymkami mówi Bonczyk o niej jako o istocie żywej nie tylko w ekspozycji napisanej o kilka lat wcześniej, lecz także w II 54—66, III 15—18, 228—290, IV 364—379, V 311—326, 523—536, VI 326—330). Samej zaś Góry ośrodkiem jest klasztor franciszkański, jej strażnik wierny, osierocony dwukrotnie z swych mieszkańców, lecz nie zaprzestający nawet wtedy pełnienia swych obowiązków względem ludu czy to przez „kaznodziejów nagórnych“ czy przez zakonników przebywających w nim nieurzędowo (o. Brzozowski, o. Atanazy) czy wreszcie przez okolicznych księży świeckich.
To ośrodkowe stanowisko Góry Chełmskiej widoczne było już w początkowej fazie kszta towania się pomysłu, równowczesnej z napisaniem poemaciku pt. Góra Chełmska (Św. Anna), o którego charakterze inwokacyjnym do jakiejś większej całości mówiłem poprzednio. Jakie stanowisko wyznaczył jej poeta, gdy pomysł zaczął uwzględniać bardziej bohaterów ludzkich, a ściśle biorąc jednego bohatera tj. Damiana Gaszynę, nie da się z całą pewnością określić. Jeżeli Damian miał kończyć tak jak w obecnym, trzecim z kolei ukształtowaniu się pomysłu, jako pustelnik na Górze Chełmskiej, to i znaczenie tej góry musiało znaleźć należyty wyraz. Trzecia faza zaznaczyła się redukcją drugiej, wtórną niejako ważnością wątku pustelniczego, a pierwszorzędną sprecyzowanego już wątku pierwotnego. Nie są to bowiem już „pątnicze wspomnienia“ bez wyjątku, lecz przebrakowane i ześrodkowane około „uroczystych obchodów na Górze św. Anny i rozwiązania konwentu“; to miał być „główny przedmiot i chleb“ poematu, reszta zaś niejako „masłem czasami zjełczałym“. Ta autokrytyka złączenia i splecenia z sobą dwu wątków z dwóch faz powstawania pomysłu wymaga pewnego zastanowienia się nad nią. Gdybyśmy przyjęli, że wątek pustelniczy jest ową „romantycznością i romantyką“, o której poeta mówi w liście do ks. Weltzla, że do niej odnosi się nazwa „masła czasem takiego zjełczałego“, to „chlebem“ jest realizm opisu „uroczystych obchodów na Górze św. Anny i rozwiązanie konwentu“. Na tym wszakże nie kończyły się inne dodatki czyli wątki, których charakter jest raczej „chlebny“ niż „maślany“. To zgadza się dobrze z realizmem przeważnej części poematu, ale i romantyzm reszty nie odgrzewa przebrzmiałego prądu literackiego bezkrytycznie, lecz w zespoleniu z realizmem, wyprzedza niejako swoją epokę i zwiastuje prąd nowy, jakby reakcję przeciw obowiązującym wówczas poglądom.

Akcja spleciona z 2 wątków

Na istotną akcję poematu składają się przede wszystkim dwa wątki: 1) odpust na Podwyższenie św. Krzyża i rozwiązanie konwentu, 2) opowieść Gaszynowska, jakkolwiek poeta w tytule uwzględnił tylko pierwszy wątek. Sprzężenie obu składników dokonywa się przez pustelnicze życie ostatniego Gaszyny na Górze św. Anny i udział jego przedtem czynny, w chwili zaś akcji poematu raczej bierny w uroczystym obchodzie. Poeta nie zapomina nigdy o tym wątku, w każdej pieśni dorzuca mniejszą lub większą ilość szczegółów do niego się odnoszących, aż wreszcie w pieśni VI pozwala mu swobodnie się rozpostrzeć i zogniskować wszystko, co z niego kalejdoskopicznym sposobem pokazano w poprzednich pięciu pieśniach.
Rozwinięcie wątku Gaszynowskiego odbywa się równolegle z rozwojem akcji odpustowej. Gdy w pierwszej pieśni widzimy ekspozycję wątku zasadniczego tj. odpustu i wygnania franciszkanów, to równocześnie w skromniejszych rozmiarach dochodzą nas wieści wstępne o drugim wątku. Słychać więc o pustelniku Aleksym, który od czterdziestu lat poświęca się Kalwarii, nie będąc „w niczyjej służbie“, o związku między śmiercią ostatniego Gaszyny, który ma umrzeć w klasztorze, a losami klasztoru, o tym, że ten Gaszyna „Damian waleczny“ zaginął gdzieś w świecie, o chorobie brata Aleksego, o jego życzeniu zobaczenia się z Gwardianem i jakiejś tajemnicy, której Gwardian z obawą się domyśla. Określił wprawdzie poprzednio w rozmowie z br. Józefem przepowiednie o Gaszynach jako „gadania owczarzy i cyganek“ (I 256—257), ale tego chyba nie myślał naprawdę ani on ani autor, który z większą słusznością mógłby się do ich ojcowstwa przyznać. W pieśni drugiej niewiele, ale wcale ważnych słów rzuca ks. Grelich, przytaczając w II 169—186 zwięźle „liczne pogłoski“ o przedostatnim Gaszynie Protazym, o gorącej krwi rodu, o porwaniu Protazemu córki, o poszukiwaniu jej przez syna i jego zatraceniu się w świecie, o śmierci obojga rodziców, lecz to wszystko zajmuje tak mało miejsca, iż można się w tym dopatrywać potwierdzenia domysłu, że pierwotnie inaczej była rozłożona treść w obrębie dzisiejszych pieśni II—IV, W trzeciej pieśni wraca zwichnięta w drugiej proporcja między oboma wątkami, nie tylko bowiem odwiedziny Spinczyka u br. Aleksego (III 192—239) wraz z naświetleniem polskości pustelnika, lecz także poprzedzające ten ustęp i następujące po nim wzmianki o grobowcach Gaszynów stanowią istotne posunięcie w rozwoju tego wątku. Z tym łączy się prośba Gwardiana (III 464—471) o komunię dla Aleksego z kaplicy Trzeciego Upadku i przewidywanie bliskiej jego śmierci. Pieśń czwartą kończą pod niezupełnie trafną nazwą („Pamiętniki Aleksego“) dumki niby to ułożone w młodości przez Damiana Gaszynę, liryczna wstawka na wzór romantycznych powieści poetycznych. Poprzedzające ją i następujące po niej refleksje Spinczyka mają podkreślić kluczowy jej charakter do tajemniczej historii br. Aleksego, którego nie domyśla się Spinczyk, lecz powinien pojąć domyślny czytelnik, zwłaszcza jeśli zapamiętał III 239: „módl się corocznie na Ga… moim grobie“. W pieśni piątej mnożą się wzmianki o br. Aleksym, przerywając raz po raz opis procesji; rozwój jego choroby skłania Gwardiana do przeniesienia go do klasztoru i umieszczenia go w celi św. Aleksego, daje to sposobność do epizodu zawierającego legendę o św. Aleksym i osobliwy „obrok duchowny“ wysnuty z niej przez br. Jukunda. Tu także następuje nawiązanie do pieśni VI, odkąd pojawia się „wąsal krnąbrnej twarzy“, po raz pierwszy przy przenosinach Aleksego z pustelni do klasztoru. Pieśń szóstą — jak wspomniałem — wypełnia w całości niemal spowiedź i śmierć br. Aleksego.
Ponieważ w rozdziale o czasie akcji podałem, wprawdzie z zaznaczeniem epizodów, rozwój głównego wątku, uważam za stosowne tutaj go nie powtarzać, natomiast wolę podkreślić wynikający wyraźnie z tego przedstawienia epizodyczny charakter dalszych wątków, które poeta próbował, lecz nie zdołał ich wpleść w akcję tak dokładnie jak historię Gaszynowską. Są to dwie sprawy ściśle z sobą w ideologii Bonczyka związane: lud i duchowieństwo górnośląskie. Owe „Boże trzody“, „ludek prosty“, a zarazem „mężne wiary rycerstwo“ zajmują poczesniejsze miejsce, bo występują wcale wyraźnie we wszystkich pieśniach prócz szóstej, ale wystąpienia te mają na ogół charakter chóru nie tyle z tragedii greckiej, ile z II części Dziadów, stanowią tło akcji, a zarazem mimo zacieśnienia ich do tych granic istotny jej motor. Rola Guślarza przypada tu w pomniejszeniu Spinczykowi, moglibyśmy powiedzieć, per procuram, w zastępstwie pustelnika, któremu wola poety kazała być utajonym arystokratą i zmagać się podczas odpustu z nadchodzącą śmiercią. Mniej już miejsca i uwagi dostało się duchowieństwu świeckiemu. Główny jego występ mamy w pieśni drugiej, w dalszych (od III—V) pojawiają się jego co wybitniejsi przedstawiciele epizodycznie, tam zaś, gdzie występuje ono jako całość podczas 2 wieczerzy w klasztorze, brak uogólnienia, które by się przeciwstawiło lub poprawiło wrażenie pieśni drugiej.

Protagoniści akcji

Jeżeli idzie o ludzi podejmujących lub przeprowadzających choćby częściowo akcję poematu, to na protagonistów wyrastają niewątpliwie: o. Atanazy i br. Aleksy. Pojawiają się oni lub słychać o nich we wszystkich pieśniach, w jednych mniej, w drugich więcej, ale w każdym razie na tyle, że stanowią ilościowo i jakościowo czołowe postacie poematu. Częściej jako osoba działająca występuje o. Atanazy, ale tę przewagę daje mu i jego stanowisko przełożonego zakonu (jak widzieliśmy, nieaktualne w r. 1875) i pełnia zdrowia, podczas gdy i choroba Aleksego i skrytość wobec ludzi musiały mu nadać charakter pasywny na czas trwania akcji, choć inaczej bywało w przeszłości. Można w tym współistnieniu dwóch głównych postaci widzieć wpływ lub zbieżność z Panem Tadeuszem i ze Starym Kościołem Miechowskim (p. mój wstęp do niego str. XVI), ważniejszy wszakże jest objaw inny wiążący również Górę Chełmską z typem epopei wergiliańskiej o wiele wyraźniej niż z homerowym, a mianowicie zasadnicza pasywność występujących w tym typie osób. Różnicę między obu typami stanowi rzecz pozornie drobna i słabo uchwytna: w typie homerowym ludzie mimo wszystko są czynni, aktywni, jeśli ktoś woli słowo pożyczone, są ich czyny, dokonane mimo świadomości przeznaczenia, często wbrew niemu z własnego wyboru, w typie wergiliańskim są tylko działania, wykonane zgodnie z wolą wyższą, której się ludzie poddają, dlatego dzieła ich sprawiają wrażenie odmienne niż w epopejach typu homerowego. O. Atanazy przeważnie działa, ale czyni niewiele, stąd mimo pozorów jest postacią raczej bierną niż czynną. O tym zaś zadecydowało nie wprowadzenie przez Bonczyka pierwiastka fatalistycznego do poematu, lecz istota jego talentu, jego podłoże psychiczne. Fatalizm nie jest motorem akcji, lecz jej manometrem. Dlatego o. Atanazy, nie przyznawając się do tego, ulega psychozie panującej w klasztorze, że z losem ostatniego Gaszyny związane jest istnienie konwentu, dlatego ciekawi go tajemnicza osoba br. Aleksego tak dalece, iż dla wypróbowania prawdziwości przepowiedni czy dla przyśpieszenia jej spełnienia się, poleca przenieść go przed zgonem do klasztoru, chociaż głosi szczerze, że wierzyć należy tylko w proroctwa biblijne, że panią nad klasztorem jest św. Anna, w której służbie i sprawie trzeba mężnie wytrwać. Z tej służby rodzą się jego obowiązki względem ludu polskiego, obrona jego zwyczajów i języka, posuwająca się aż do atakowania urządzeń nie tylko państwowych, lecz nawet militarnych, uświęconych nadmiernie w państwie pruskim jak sztandary wojskowe i Siegesallee, a przecież to nie jest najistotniejszą treścią duszy o. Atanazego, lecz tylko środkiem do ważniejszego celu:

Inaczej Atanazy! On nie o spolszczeniu
Myśli, tylko o wiecznym pątników zbawieniu…

Dlategoć te śpiewania, modły, te nauki;
By zbawienie upewnić, darłby serce w sztuki,
Gdyby te skuteczniejsze dlań się okazały; —
Nimi, nie głosem polskim gromiłby świat cały (V 45-46, 51-54).

To wierne trwanie w służbie św. Anny daje mu moc działania w obliczu nadchodzącej katastrofy zakonu, którą nie tylko przeczuwa, lecz także nieustraszenie przyjmuje, wie bowiem, że to wszystko jest tylko pianą na głębokim nurcie wydarzeń, którego bieg znany jest przede wszystkim Bogu. Za łaskę okazaną temu najwierniejszemu słudze uznać należy i wieszczbę z lotu bocianów i wizję śmierci biskupa Förstera i wreszcie spokojną wyższość w starciu z symbolem machiny państwowej, z „wąsalem krnąbrnej twarzy“. Działalność o. Atanazego wypływa mniej z jego woli i walki stoczonej z samym sobą, więcej z niezwykłej łaski, z owej gratia gratis data.
Mniej tej łaski, choć za nią nie szczędzi dziękczynienia, doznał br. Aleksy, Damian Gaszyna; dopłynął do cichej przystani u św. Anny, ale z burzy życiowej przyniósł z sobą niepokojące pierwiastki, których nie zdołała usunąć „święta, ostra pokuta“. Bardzo ludzki charakter ma jego udręka, choć „znalazł pokój boży“ według własnego mniemania. W duszy jego tęsknota do „obu Anien“ (Anny przez zły los mu wziętej i Anny świętej) nie ustanie aż do zgonu, z nią łączy się pamięć przeznaczenia, że śmierć jego jest zapowiedzią wygnania tych zakonników, którzy nie szczędzili mu opieki w starości i chwilach przedzgonnych, dopełnia zaś miary świadomość tego, co się dzieje poza celą św. Aleksego, że tam złowrogi goniec, wołający na niego dzikim głosem, rozpoczął już spełniać swoje posłannictwo; jest to niewątpliwie „wąsal krnąbrnej twarzy“, chociaż żadnym słowem nie zdradza Aleksy, co za związek w przeszłości czy teraźniejszości zachodzi między nim, a organami wykonawczymi państwa pruskiego. Tajemnicy uchyla nieco zachowanie się wąsala wobec trupa Aleksego: „Nic nam do waszych trupów; według zdania mego wolno zagrześć“ (VI 317—318). W związku z poprzednimi słowami wąsala: „ale ani drobnostki z sobą nie wezmiecie“ (VI 307), nabiera ta łaskawość innego znaczenia: zostawić możecie tu także trupy, które nic powiedzieć nie zdołają, bo o to właśnie idzie, żeby na tej ziemi wymarło wszystko, co jest żywe lub życia użycza polskości. Butny materializm, przemawiający ustami wąsala, nie przypuszcza, że trupy mogą przemawiać potężniej od żywych.
Zaznaczyliśmy już, że o. Atanazy jest przedstawicielem duchowieństwa zakonnego i jego roli w życiu Górnego Śląska; kogóż więc przedstawia br. Aleksy? Odpowiedź prosta: szlachtę górnośląską, czującą jeszcze łączność z ludem, a więc mającą w głębi duszy jakieś ostatnie iskry polskości — wydać się może zbyt łatwą i nieco anachroniczną, choćbyśmy powoływali się na przykład Karola Kosickiego, zmarłego w r. 1863. Symbolika, użyta przez Bonczyka w malowidle br. Aleksego, pozwala nam odpowiedź rozszerzyć, że w owym legendarnym pustelniku odbija się cała przeszłość Śląska, gdy jeszcze miał w swej polskiej strukturze społecznej wszystkie stany, przeszłość żyjąca już tylko w legendzie, podtrzymującej polskość w ostatnim filarze ojczyzny tj. w ludzie. Legenda i Bonczyk nie mylą się i popełniają niewielki tylko anachronizm, o którym kiedyś przy innej sposobności obszerniej pomówię, tutaj odwołam się tylko do pewnej zbieżności w pojmowaniu woli suwerennej poety, która kazała Słowackiemu w liście dedykacyjnym do Balladyny napisać do Krasińskiego: „niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy; a jeśli to wszystko ma wnętrzną siłę żywota, jeżeli stworzyło się w głowie poety według praw Boskich, jeżeli natchnienie nie było gorączką, ale skutkiem dziwnej władzy, która szepce do ucha nigdy wprzód niesłyszane wyrazy, a oczom pokazuje nigdy, we śnie nawet, niewidziane istoty, jeżeli instynkt poetyczny był lepszym od rozsądku, który nieraz tę lub ową rzecz potępił: to Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską, a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości“. W ten sposób legendarny Damian Gaszyna będzie ostatnim przedstawicielem nie tylko swego rodu i całej szlachty górnośląskiej, która dopóki była polską, miała mimo błędów swoje „dla świata i nieba zasługi“, lecz także polskiej przeszłości Śląska, anachronizm zaś na swój sposób „roztwiera mgłę dziejów przeszłości“.

Deuteragoniści akcji

Mniej wyraźnie rysuje się w poemacie rola duchowieństwa świeckiego. Bonczyk nie sięga tak daleko w jego historię jak przy dziejach klasztoru, ogranicza się wyłącznie do w. XIX, w którym wyolbrzymił znaczenie „kaznodziejów nagórnych“ nawet, jeśli idzie tylko o odpusty na Górze Chełmskiej, i okazał zbytnią wdzięczność wobec kard. Diepenbrocka, zaliczając go do „ojczyzny filarów“ za zdawkowy frazes wypowiedziany w Piekarach. Znane są już nam powody, dla których ks. Grelich otrzymał swoją aristeię w poemacie i wyrósł jakby na rzecznika całego duchowieństwa śląskiego w pieśni drugiej. Realizm Bonczyka kazał mu ten obraz poprawić i zróżniczkować przez wprowadzenie innych jeszcze księży jak: Droni, Michalskiego, Stabika, Engla itd., w usta zaś samego Grelicha włożył sporo sprzeczności, godzących się jakoś w duszy takich jak on duszpasterzy ówczesnych, których było bardzo wielu. Istota rzeczy polega na tym, że Grelich pozostanie postacią drugoplanową, deuteragonistą poematu, inni zaś jego konfratrzy, nawet Stabik, chociaż ich wystąpienia zarówno ze stanowiska polskiego jak ze względów czysto literackich przedstawiają większą wartość, schodzą na plan trzeci, nie otrzymują aristej, lecz muszą się zadowolić tylko epizodami. W tym objawia się również właściwe Bonczykowi poczucie rzeczywistości górnośląskiej w trzeciej ćwierci w. XIX.

Gdyby nie rozrzucenie członów w pieśni III i IV, można by mówić o aristei Spinczyka, najwyraźniejszego przedstawiciela ludu miejskiego górnośląskiego. Jest to również deuteragonista poematu; może dostałaby mu się pokaźniejsza rola, gdyby Bonczyk nie śpieszył się z napisaniem Góry Chełmskiej i opracowując ją czas dłuższy, doprowadził do rozmiarów Starego Kościoła Miechowskiego (większego od niej o 2/3), ale już i w obecnym kształcie da się zauważyć, że ani on ani inni przewodnicy kompanij nie ziszczą przepowiedni Grelicha: „Byśmy wszyscy dbali, lud zdrowo strawi nowe, a stare ocali“ (II 279—280).
„Stare“ i „nowe“

Instynkt realistyczny Bonczyka, będący najcenniejszym bodaj składnikiem jego postawy poetyckiej wobec ludzi i rzeczy, wyraził się w tej przepowiedni z taką prawdą, że aż strach bierze. Ten sam Grelich, który w II 268—270 zacieśnił obowiązek duchowieństwa wobec ludu polskiego do rozkrzewiania języka polskiego, a nawet, aby nie urazić księży niemieckich, zgodziłby się tylko na jego obronę przed zagładą, który potem (II 323—324) powołuje się na troskę o zbawienie dusz jako na cel i uzasadnienie obrony polszczyzny, — rzucił bardzo zagadkową pociechę: Byśmy wszyscy dbali, lud zdrowo strawi nowe, a stare ocali. Sam więc Grelich nie wierzy, żeby wszyscy księża chcieli dbać o tę obronę języka polskiego, z której wyniknąć miało zachowanie przez lud „starego“ i strawienie „nowego“. Ale cóż to jest to „stare“ i „nowe“? Polszczyzna i niemczyzna, czy wiara i walka kulturna, czy inna kombinacja tych 4 pojęć, a więc wiara i niemczyzna lub polszczyzna i walka kulturna? Jeżeli jednak wyłączy się jedno z tych pojęć, do którego z trudnością da się dostosować czasownik: strawić, a więc walkę kulturną, cóż pozostanie z tej przepowiedni, o cóż dbać mają wszyscy księża? Nie cofając się przed najokrutniejszym przypuszczeniem, dojdziemy do wniosku, że Grelich myślał o strawieniu przez lud niemczyzny a ocaleniu wiary, w najlepszym zaś razie o jakimś dwujęzycznym przyszłym ludzie śląskim. Nie jest więc myślowo daleki temu księdzu, nienazwanemu przez Bełzę, który ludowi śląskiemu chciał dać dwie nogi: polską i pruską. W ten sposób nie tyle my, ile instynkt Bonczyka demaskuje tego chwalcę „ojczyzny filarów“. Iluż jemu podobnych miało się pojawić w przyszłości i jak długo wypadło czekać na spadkobierców ks. Engla, głoszących z większym jeszcze zapałem prawo ludu do boju o swoje życie, o przyszłość godną świętej przeszłości! Spinczyk o tym boju nie myśli, z natury swego usposobienia skłonny jest do kontemplacji i oporu biernego raczej niż do walki, ale w serca swej kompanii wszczepiać będzie tylko miłość „starego“, a ku „nowemu“ nie da się skusić. Wie, czy nie wie, dlaczego będzie to robił, szczerze jednak zapewnia o. Atanazego, że „podwiele żyjem, powiodem jóm (wielkom kompanijem), tym tylko w życiu móm uciechem“. Możemy mu wierzyć, że ten niewielki, ale jakże owocny obowiązek pełnić będzie sumiennie i radośnie. Wtóruje mu jeszcze wyraźniej olbrzymi przewodnik pielgrzymki od Pszczyny: „Katolickie sioła, chcą nas jakoś przerobić, nie uda się zgoła!“ (III 352—353). Ćwierć wieku przedtem zauważył to samo o ludzie spod Pszczyny o. Karol Antoniewicz (p. moje Związki duchowe Śląska z Krakowem, str. 31). Przedstawiciele ludu nie potwierdzają przepowiedni Grelicha, nie chcą trawić niczego nowego, ocalą zaś stare bez względu na to, czy wszyscy księża będą dbali, czy też tylko niektórzy. Jeżeli zaś z tego oporu wyrośnie coś nowego, jeżeli do ocalonych starych skarbów wiary i języka przybędzie nowy, to właśnie będzie nim to, przed czym bronił się Grelich, będzie to w jego rozumieniu „polityka“, poczucie narodowe polskie.
Czy Bonczyk taki wynik przeczuwał, nie da się z poematu przytoczyć na to dowodu. Lud oczom jego przedstawia się jako masa jeszcze nieukształtowana, tająca w sobie możliwości, ale wymagająca nadania jej kierunku; stąd zrodził się pomysł „ojczyzny filarów“, stąd płyną zaklęcia w kazaniu ks. Engla. Krytycy piszący o Górze Chełmskiej poszli za daleko za jedną z dwóch alternatyw: Bonczyk jest polskim patriotą i na to jako dowód zgromadzili wszystko, co mówi o polskim języku, polskim ludzie itd., albo jest centrowcem, a w najlepszym razie regionalistą śląskim, jako Polak nieuświadomionym w porównaniu z Damrothem i na to znowu jako dowód utożsamianie go przeważnie z Grelichem. Na to wszystko trzeba powtórzyć z Grelichem słowa Horacego, ale już w całości:

Est modus in rebus, sunt certi denique fines
quos ultra citraque nequit consistere rectum (Sat. I 106-107).

i oprzeć je na poprzednim ostrzeżeniu Horacego, że nie wolno przeciwieństw zbyt ostro sobie przeciwstawiać, a więc w Bonczyku tkwi i centrowiec, którym powoduje rozsądek i rozwaga, i Polak nie gorszy od Damrotha, gdy nim owładnie instynkt poetycki, instynkt niewątpliwie już polski, przeciw któremu rozsądek wierzgać usiłuje jakby przeciw biblijnemu ościeniowi. Która z tych sił przeważa, to inna już sprawa, do której wypadnie jeszcze powrócić.
OD ZAMIARU DO WYKONANIA
Zamiar epicki i przeszkody

Z listu Bonczyka do ks. Weltzla poznajemy dość wyraźnie, jak się poecie przedstawiała dotychczasowa jego twórczość epicka w r. 1886: „Gdy lat temu około 15 mój pierwszy nauczyciel, weteran Paweł Bienek w Miechowicach jubileusz pięćdziesięcioletni obchodził, napisałem z okazji tej uroczystości kilka polskich wierszyków[7], które ze strony towarzystwa biorącego udział w obchodzie jubileuszowym zostały bardzo przychylnie przyjęte i ta okoliczność wzbudziła we mnie myśl napisania o moim miejscu rodzinnym jakiegoś obszerniejszego dziełka, w którym by główne role odgrywali znakomitsi przedstawiciele społeczeństwa miejscowego jak proboszczowie, nauczyciele, sołtysi. Zabrałem się więc do pracy, a materiał rozrastał mi się pod ręką, bo któryż też chłopak wiejski, osobliwie jeżeli przez długie lata pasał naprzód gęsi, potem świnie a ostatecznie krowy, nie miałby wiele do opowiadania o każdej drodze, każdej ścieżce, o każdym drzewie »swego wielkiego a oczywiście najpiękniejszego zakątka rodzinnego«! Tak powstał Stary Kościół Miechowski, obliczony li tylko dla miechowian, ale żeby się druk opłacał, wyszło spod prasy 500 egzemplarzy… Ponieważ Stary Kościół Miechowski opiewa tylko lokalne zdarzenia, przeto postanowiłem nabrawszy odwagi i zaufania do własnych sił, napisać coś w tym rodzaju, co by wszyscy mogli czytać, Góra św. Anny, cel dorocznych moich pielgrzymek, już dawno zajmowała moje myśli… O historii nie ma w tych pisaninach ani śladu! — do romantyzmu skusiła mnie Petronella — ale: romantyka i pielgrzymka — św. Anna i świat, franciszkanin i Romeo! czy to wolno łączyć w jedno? Uroczyste obchody na Górze św. Anny i rozwiązanie konwentu — było głównym przedmiotem, dalsze dodatki miały być niejako masłem na chleb, niestety, to masło czasem takie zjełczałe.“
Nie wchodząc w kwestię, czy ocena Bonczyka własnych utworów jest szczera czy tylko dostosowana do adresata, czy naprawdę Stary Kościół Miechowski przeznaczał pierwotnie tylko dla swej miejscowości rodzinnej, czy nie odgrywa roli w takim ujęciu sprawy wrodzona poecie skrytość i bojaźliwość, którą zauważył już Chłapowski (Roczniki Tow. Przyj. Nauk na Śląsku II, str. 16), — podkreślimy, że Bonczyk ocenia znaczenie obu swoich większych poematów inaczej w r. 1886 niż w 3 lata później, jeżeli Bełza dokładnie oddał swoją z nim rozmowę („Rzecz to mniejszej wartości“, mówi tam o Górze Chełmskiej). Jeżeli Bonczyk w istocie po 3 latach nabrał innego przekonania, to niemniej pisząc Górę Chełmską, zamierzał dać rzecz, którą nie tyle mogliby czytać wszyscy, bo mogli wszyscy czytać także Stary Kościół Miechowski, ile czytaliby z serdecznym przejęciem się i zrozumieniem, że tu idzie o szerszy widnokrąg i sprawę ważniejszą.
Tak więc musiała Góra Chełmska i to, co się na niej odbywało, zająć w poemacie główne miejsce, to była dla nich ojczyzna na poły ziemska, na poły niebieska, ich „to w świecie niebo“, a nie tylko „kraj lat dziecinnych“. Pewne zacieśnienie się do widnokręgu górnośląskiego nie wychodziło na złe koncepcji poematu; wprawdzie tylko urzędnikom pruskim wkłada w usta Bonczyk termin: „naród górnośląski“ (V 43) i tylko w ustach ks. Grelicha pojęcie ojczyzny ogranicza się wyraźnie do obszaru śląskiego, ale jeżeli idzie o utartą teorię epicką, nie da się zaprzeczyć, iż w r. 1875 można było zgodnie z rzeczywistością pojmować lud górnośląski jako całość odpowiadającą epickiemu pojęciu narodu. Był to okres przełomowy, w którym związki tego ludu z narodem polskim, jeżeli idzie o przeszłość, były silnie nadwerężone, niemal przerwane, a jeszcze nienawiązane, jeżeli idzie o przyszłość. Podobnie jak w Starym Kościele Miechowskim poeta stał na przesmyku dziejowym, którego tłem był ważny wypadek historyczny: walka kulturna, ale w Górze Chełmskiej uwydatnił silniej tło historyczne i moment przełomowy wybrał doraźniej wpływający na dzieje Górnego Śląska niż w tamtym poemacie. Niechęć do powtarzania się i trafny instynkt kazały mu uwzględnić tym razem nie tyle lud wiejski, który jest, choć się rozpływa w masie pielgrzymów, ile lud miejski, o którego duszę miała się przede wszystkim stoczyć najbliższa walka. Że lud ten przedstawiają w pierwszym rzędzie parafianie Bonczyka z Bytomia, wynika to nie tylko z pewnego rodzaju egocentryzmu i wygody poety, ponieważ znał ich najlepiej, lecz także z rzeczywistego, ówczesnego znaczenia Bytomia, w którym wychodził i Katolik i Gazeta Górnoszląska ks. Przyniczyńskiego. Walka o polskość miast górnośląskich ani podczas walki kulturnej ani w kilkanaście jeszcze lat później nie wydawała się na pewno wygraną, wszakże o wiele silniej od Bonczyka uświadomiony narodowo o. Euzebiusz Stateczny jeszcze w r. 1896 w Urywkach o Śląsku uważał miasta za groźbę dla narodowości i oświaty polskiej na Górnym Śląsku. Jeżeli stało się inaczej, to zadecydował o tym nowy typ w życiu tych miast, robotnik polski; odmalowani przez Bonczyka mieszczanie, rzemieślnicy głównie, polscy są „ostatnimi“, pokoleniem schodzącym z widowni.
Porywał się Bonczyk na rzecz niemałą, chcąc w poemat epicki wcielić to, co nadawało się raczej do rozważań politycznych lub historiozoficznych, co w poezji mimo epickich momentów prosiło o formę raczej dramatyczną, jeżeli nie miało się skończyć na opisie, zamiast na szerokiej opowieści. Ratując się przed groźbą opisowości podparł poeta akcję legendą Gaszynowską zawierającą raczej pierwiastki tragiczne niż epiczne i dlatego przepoił ją, jak mu się zdawało, romantycznością. Odczuwał pewną niewspółmierność obu głównych wątków i zadawał sobie pytanie, czy wolno je łączyć w jedno, formułując przeciwieństwa doraźnie: romantyka i pielgrzymka, święta Anna i świat, franciszkanin i Romeo. Ostatnie przeciwstawienie mniej udało się Bonczykowi, ale sformułował je tak ze względu na adresata, któremu chciał jakimś znanym pojęciem uzmysłowić istotę przeciwieństwa; gdyby przypuszczał znajomość literatury polskiej u ks. Weltzla, byłby wskazał na Murdeliona Kaczkowskiego albo na Jacka Soplicę i ks. Robaka, czy nawet Gustawa i pustelnika, bo ci o wiele są bliżsi Damiana Gaszyny i br. Aleksego niż franciszkanin i Romeo. Drugie przeciwieństwo było koniecznością, inaczej bowiem trudno było o uwydatnienie błogości panującej pod opieką św. Anny, zwłaszcza skoro świat przez „panów świata“ coraz więcej ją zakłócał. Romantyka pod piórem Bonczyka, jak wskazałem poprzednio, przechodziła w ludowość, która wprawdzie była niegdyś znamiennym składnikiem i romantyzmu polskiego i w mniejszym już stopniu niemieckiego, która jednak poza romantyzmem istniała i mogła przybierać obcą mu postać. Jeżeli wyraźnych znamion tej obcości nie ma w Górze Chełmskiej, to powodem była epoka, w której Bonczyk tworzył. Romantyczne natomiast jest mierzenie sił na zamiary, jeżeli idzie o wykonanie pomysłu.

Epos czy powieść poetycka

Zamiar Bonczyka, aby w formie epickiej przedstawić przeobrażenia, które się dokonały skutkiem walki kulturnej w życiu polskości na Górnym Śląsku, ukazać nie tylko ich zaczątki, lecz także w ogólnym zarysie wpływ na przyszłość, bo tylko w takich ramach mogło należycie wystąpić malowidło odpustów na Górze św. Anny i rozwiązanie konwentu, — prosił o formę epopei, a nie powieści poetyckiej, ku której skłaniała się legenda Gaszynowska. Złączenie obu nie mogło przeważyć szali na stronę powieści i w poemacie wystąpiło to przechylenie się ku epopei szeregiem zewnętrznych objawów, z których część już wymieniono. Dalszymi są początki pieśni, jak ekspozycja i inwokacja do św. Anny wyraźnie epopeiczna, a nie epicka tylko, w pieśni I, apostrofa do Śląska w II 9—28, powtórna inwokacja do św. Anny w IV 1—28, apostrofa do serca ludzkiego w V 9—26. Brak tych znamion w ks. III i VI da się wyjaśnić innym może pierwotnym rozłożeniem treści na poszczególne pieśni, ale trudno nie zauważyć nie przypadkowej chyba symetryczności w obecnym układzie: w pieśni I i IV inwokacje, w II i V apostrofy, w III i VI brak jednych i drugich. O innych objawach zakroju poematu na epopeę pomówimy przy technice poetyckiej.
Skoro jednak u kolebki Góry Chełmskiej stały różne sprzeczności: opis czy opowieść, epopea czy powieść poetycka, skoro te sprzeczności ważyły się i w ciągu jej tworzenia, jasną jest rzeczą, że zatarcie ich mogło nastąpić — że tak powiem — drogą fizyczną lub chemiczną, drogą stopu lub skojarzenia się pierwiastków. W drugim wypadku nastąpić musiała eliminacja zbędnych pierwiastków, które pozostałyby jako materiał do nowego utworu lub zostałyby odrzucone zupełnie. To, co się stało w Górze Chełmskiej, określić trzeba jako drogę pośrednią i zauważyć zarazem, że brakło czasu na zupełny przebieg procesu twórczego. Miał go Bonczyk dosyć, jak się zdaje, jeżeli szło o pomysł, nie miał na przelanie go w widoczne dla czytelnika kształty. Na to nie wystarczał sam tylko dostateczny czas, musiałyby także zwiększyć się rozmiary a rozlewność epicka popłynąć szerokim korytem. Tymczasem tej rozlewności poza pieśnią pierwszą i częściowo piątą w poemacie nie ma, gdyż nie jest nią zastój akcji w pieśni II, w której wszystkie opowieści Grelicha mają znamiona szkiców, a nie obrazów.
Poeta widocznie spieszy się i z napisaniem i z wydaniem poematu, nie zamierza bynajmniej liczyć się z radą Horacego: nonum prematur in annum i zaledwie w lutym 1886 r. ukończył poemat, już go oddał do druku, skoro około 20 maja rozsyła jego egzemplarze. Druk musiał ponaglać, bo w ówczesnych stosunkach drukarskich, uwzględniając czas na przepisanie brulionu i przesyłkę korekt, poszło wszystko wcale szybko. Powód pośpiechu jest nam znany, a mianowicie wydarzenia r. 1885 i 1886, na które „pokrzepienie serc” miał przynieść poemat, pokrzepienie doraźne, gdyż Bonczyk nie zamyślał strzaskać lutni, lecz zapewne już wtedy nosił się z trzecim z kolei poematem na szerokim tle polskim, który mógł swobodnie już wykończyć i pokazać, do czego wzbić się potrafi w „wieszczym ulocie“. Dlatego w Górze Chełmskiej nie rozwinął wszystkich swoich sił, poddał się konieczności wypływającej z braku czasu i do niej dostosował techniczną stronę poematu.

Wzory: Homer

We Wstępie do Starego Kościoła Miechowskiego omówiłem obszerniej wpływ wielkich epopei przeszłości na Bonczyka, dlatego, mówiąc o nim obecnie w zastosowaniu do Góry Chełmskiej, niejedno pominę. Z wzorów wymienionych tam nie oddziaływa niczym już Hermann und Dorothea Goethego prócz krótkości całego poematu, natomiast silnie zaznacza się nadal wpływ Homera, Wergilego i Mickiewicza, przybywają zaś dalsze wpływy literatury polskiej, a mianowicie: Malczewskiego i Pola, oraz w pewnym ograniczonym zakresie Zaleskiego. Idzie tu głównie o technikę poetycką, mniej zaś o pewne szczegóły związane z treścią, o których zresztą mówiłem już w rozdziale o legendzie Gaszynowskiej.
Zaczynając od wpływu Homera, stwierdzamy, że technika t. zw. aristei czyli dłuższych ustępów poświęconych drugorzędnym bohaterom ma w Górze Chełmskiej małe zastosowanie z tej prostej przyczyny, że takich postaci w poemacie jest mało. Wyraźnym okazem aristei jest pieśń II, w całości niemal poświęcona ks. Grelichowi, mniej wyraźnym i rozczłonkowanym na ustępy — rzecz odnosząca się do Spinczyka. Analiza aristei Grelichowej wykazuje nam dwie jej strony: jedną czynną tam, gdzie proboszcz leśnicki wypowiada swoje przekonania i wskazówki dla duchowieństwa, drugą raczej reprodukcyjną, gdzie opowiada o Gaszynach lub objaśnia obrazy „kaznodziejów nagórnych“ i „ojczyzny filarów“. Można by tu zastanawiać się nad tym, skąd Bonczyk wziął do nich wzór. Na pierwszy rzut oka nasuwałaby się analogia do Pana Tadeusza I 56 — 68, tylko że w nim takie obrazy są nieliczne, lecz za to szerzej opisane. Jedna właściwość wspólna jest im i obrazom Bonczykowym tj. ich prowincjonalizm. W bawialni soplicowskiej wiszą wyłącznie portrety bohaterów rodem z dawnej Litwy: Kościuszki, Rejtana, Jasińskiego i Korsaka (w pierwotnej redakcji Pana Tadeusza zamiast 2 ostatnich był portret ks. Józefa Poniatowskiego), w tusculum Grelicha są tylko obrazki znakomitości śląskich. Można by myśleć także o Eneidy I 455—493, gdzie obrazy w świątyni Junony w Kartaginie przedstawiają dzieje walk trojańskich lub o VI 20—33 szkicujących przygody Dedala. Od tych 2 wzorów różni się Bonczyk obfitością obrazów a zarazem pobieżnością objaśnień i podziałem ich na 3 cykle. To każe nam przypomnieć sobie technikę II ks. Starego Kościoła Miechowskiego i szkicowość katalogu gospodarstw miechowskich, który wywiedliśmy z katalogu okrętów w II ks. Iliady. Otóż, do pewnego stopnia niesłusznie nazywa się drugą część II ks. Iliady katalogiem okrętów, skoro jest tam katalog przede wszystkim wojsk, a wtórnie tylko przy armii Agamemnona także okrętów, właściwie zaś katalog wodzów tak achajskich jak trojańskich oraz sprzymierzeńczych, przedzielony opowieścią epicką. Powtarza się ten środek techniczny w Eneidzie VII 641—817 jako katalog wodzów italskich idących w bój przeciw Eneaszowi, z pewną zaś odmianą w VI 756—887, gdy Eneaszowi pokazuje Anchizes przyszłe znakomitości z jego rodu. Obok więc wpływu Pana Tadeusza i Eneidy przyjąć musimy jako podstawę techniczną obrazów Gaszynów, kaznodziejów nagórnych i ojczyzny filarów wzór II ks. Iliady i własny Bonczyka z II ks. Starego Kościoła Miechowskiego. Trzy cykle obrazów stanowią pewną całość: katalog znakomitości górnośląskich XVII—XIX w.
Innym środkiem technicznym Homera, przejętym na znaczną skalę i na serio stosowanym, są powtórzenia całych zwrotów, często kilkowierszowych, określających niemal hieratycznie jakąś czynność lub rys charakterystyczny. Powtórzenia te widzieliśmy już w Starym Kościele Miechowskim, ale tam używał ich Bonczyk czasem ironicznie, w Górze Chełmskiej natomiast zupełnie poważnie. O homeryckim ich pochodzeniu świadczy jedno z nich (III 132 i 404). Po homerowsku łaknienie wygnali. Jest ich poczet spory, wyliczony przeze mnie w objaśnieniach do I 99 i 161—162, a wyróżniają się z niego dwa: Il 343—346 i V 301—304 o Spinczyku nakazującym zatrąbienie intrady, związane z porównaniem do generała komenderującego i zwrot przez częstość powtarzania nabierający znaczenia symbolicznego (V 205—206, 215—216, 353—354, 467—470 i VI 300—304) o wąsalu krnąbrnej twarzy, który świat łyka (wzgl. chciałby zjeść, pochłania) okiem, co się w czole żarzy, zwrot rozszerzony o nowy składnik w 2 ostatnich wypadkach. Na uwagę zasługuje fakt, że środek ten stosuje Bonczyk głównie w pieśni I, V i VI, rzadki natomiast jest w innych pieśniach, w IV zaś całkiem go nie ma. Może ma to jakiś związek z czasem powstania tych pieśni. Wpływ Homera na dobór epitetów, figur i tropów dałby sposobność do obszernych zestawień, tutaj zadowolimy się wskazaniem na: sławną farę (II83) i ziemię lud żywiącą (V 318).

Wergili

O wpływie techniki wergiliuszowej rzuciliśmy przygodnie kilka uwag; uzupełnimy je tutaj przytoczeniem motywu wróżby z lotu ptaków: w Eneidzie I 390—400 Wenus wróży Eneaszowi z lotu łabędzia powrót jego floty i towarzyszy, w Górze Chełmskiej I 294—307 o. Atanazy wróży z lecących ku południu bocianów, które wnet powrócą, że błogowrogą dla klasztoru będzie ich jazda. Inny środek techniczny: wiersze podpórkowe, t. zw. tibicines Wergilego, stosuje Bonczyk w Górze Chełmskiej dwukrotnie: III 165 i IV 217. Za wpływem wergiliuszowym, a nie X ks. Pana Tadeusza przemawia ich brak w spowiedzi Gaszyny, której podobieństwo do spowiedzi Jacka Soplicy kazałoby się ich tutaj spodziewać. Ważniejszą jeszcze rzeczą jest przejęcie się Bonczyka nie tylko nastrojem zbożności i poddania się siłom wyższym, nastrojem dominującym w Eneidzie, bliskim wprawdzie tendencjom romantycznym, ale na poetę górnośląskiego oddziaływającym właśnie z lektury epopei rzymskiej, lecz także techniką epicką Wergilego, którą prof. Tadeusz Sinko (Wstęp do Eneidy w przekładzie ks. T. Karyłowskiego, Kraków 1924, str. XVIII—XIX) tak charakteryzuje: „Dla nowego gatunku postarał się o nowy styl. Cechą tego stylu jest dążenie do efektów dramatycznych i patetycznych z pomijaniem szczegółów nieefektownych. Aby zdumieć czytelnika, rezygnuje poeta z wygodnej obszerności epicznej i prowadzi akcję do pewnych punktów szczytowych o silnej zawartości uczuciowej. Z tym pośpiechem w prowadzeniu akcji łączy się fakt, że Wergiliusz nie powtarza za Homerem większych ustępów,… chętnie za to zatrzymuje się tam, gdzie nastręcza się sposobność do efektów malarskich… Jest to technika epylliów, a tę technikę widać także w tym, że ważne zdarzenia zbywa krótko lub nawet przemilcza… Różni go też od Homera zerwanie z długim oddechem opowieści i rozczłonkowanie jej na części w sobie zamknięte… Styl Eneidy jest silnie retoryczny… posługuje się obficie wszelkimi środkami z arsenału szkół retorycznych.“ Wpływ techniki wergiliuszowej na Stary Kościół Miechowski (p. mój Wstęp do niego str. XXXVIII i LXII) był skromniejszy niż na Górę Chełmską, w której wyliczone przez prof. Sinkę właściwości owego stylu wergiliuszowego możemy śledzić w pełni. Nie kładąc kropek nad wszystkimi i, zwrócimy przykładowo uwagę, że pieśni II i VI w zupełności, a w mniejszym nieco stopniu I i V Góry Chełmskiej stanowią takie na wzór Wergilego zamknięte w sobie całości. Nie jest wszakże Bonczyk niewolniczym naśladowcą Wergilego i stosując efekty jego techniki, domiesza nieraz nieco ironii nowoczesnego człowieka, np. po opowieści Grelicha o Gaszynach zabiera głos ks. Widera i w patetycznej, pełnej antytez diatrybie na temat: owinasi doprowadza już swoje oburzenie do punktu szczytowego, gdy przerywa mu ks. Cieślik:

Hamujże się, Wojciechu, boś to nie w Wieszowie,
Nie na wsi, ale w mieście! Jak się w twojej głowie
Zacznie mleć polityka, to słuchaczom biada! (II 149-151).

Ostrzeżenie to posługuje się również antytezą: boś to nie w Wieszowie, nie na wsi, ale w mieście, antytezą humorystyczną, skoro różnica między miastem (Leśnicą), a wsią (Wieszową) jest bardzo mała. Bonczyk pamiętał o krzywdzie, jakiej mogliby się w tych wierszach dopatrywać proboszcz wieszowski i jego trzoda, toteż w III 368—369 naprawia reputację Wieszowej w sposób żartobliwy, zaliczając jej przewodnika między śpiewaków „miast większych“ (III 334), lecz kładąc mu w usta „cudną, piękną rachubę“: „Nos tu bandzie choć piańcset z Wieszowy, nie rachując ercpristra, ale biołegłowy“.
Nie od Wergilego pochodzą te żarciki w patetycznych miejscach, ale za jego podszeptem przemilczano przeważnie przebieg pielgrzymki po stacjach Męki Pańskiej, która nie nadawała się w tym stopniu do wprowadzenia „punktów szczytowych o silnej zawartości uczuciowej“ co stacje Maryjne, gdyż Mękę Pańską zasadniczo znali już wszyscy ze stacyj po kościołach i opis ich nie dawałby zupełnie nowych wzruszeń, a nadto w razie ich uwzględnienia powstałaby konieczność powtarzania się w opisie stacyj Maryjnych. Przeniósł tedy Bonczyk za wzorem Wergilego rzeczy mniej znane nad znane dobrze i dążył w ich przedstawieniu do silnych efektów, z których jednym jest uporczywe towarzystwo „wasala krnąbrnej twarzy“, odzywającego się głosem poziomego rozsądku w chwilach największego napięcia pobożności. Opuszczenie stacyj Męki Pańskiej jest typowym przykładem, jak Bonczyk „ważne zdarzenia zbywa krótko“, bo przecie na odpuście Podwyższenia św. Krzyża te stacje, a nie Maryjne stanowiły główną część uroczystości. Podkreśliłem już dramatyczność treści Góry Chełmskiej, która znalazła swój wyraz w dramatycznym jej przedstawieniu zarówno w pieśni I o znacznej przewadze dialogów jak w pieśni VI. O retorycznym zabarwieniu stylu mówić będziemy jeszcze w rozdziale o wysłowieniu (str. CXVI i nast.).

Mickiewicz

Wpływ Pana Tadeusza na Górę Chełmską skupił w kilku ośrodkach, nie rozlewając się po całym poemacie, jak to było w Starym Kościele Miechowskim. Pierwszym takim punktem jest początek pieśni I, w którym dwukrotnie zaznaczył się wpływ inwokacji Pana Tadeusza, a mianowicie w w. 33—41 i 55—72, w których nie trudno zauważyć, że „Królowa Polski z Ostrobramskiej wieży Litwie, a Jasna Góra Lachom w pomoc“ biegnąca — to refleks „Panny świętej, co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie“, ale trzeci człon: „co śród zamkowy nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem“ — przybrał zgodnie z tłem śląskim nowy wygląd: jest to święta Anna z Chełmskiej Góry szczytu, królowa górnośląskiej warty. Stąd w dalszej konsekwencji Bonczyk traktuje Śląsk jako równorzędny człon z Koroną i Litwą, zgodnie zresztą z przeszłością historyczną. Rzuca to także światło na sprawę wyłączności regionalnej czyli t. zw. separatyzmu śląskiego nie tylko u twórcy Góry Chełmskiej, lecz także u innych Górnoślązaków. O związku między portretami w bawialni soplicowskiej a obrazami „ojczyzny filarów“ w tusculum ks. Grelicha była już mowa. Jednym z drobniejszych refleksów Pana Tadeusza jest także Góra Chełmska III 67—70:

za nimi (gwiazdami) na wozie wspaniałym
Krąży Michał Archanioł, którymkolwiek śmiałym

Napaściom złego ducha grożąc już z daleka —
Święty pokój na niebie, Lucyper ucieka, —

Mieści się tu poprawka, zrobiona już poprzednio w St. Kościele Miechowskim V 289—293, wersji Mickiewiczowskiej w P. Tadeuszu VIII 81—86. Podobne drobniejsze objawy można pominąć wobec najobszerniejszego dowodu wpływu Pana Tadeusza, jakim jest spowiedź Damiana Gaszyny w VI pieśni Góry Chełmskiej, odpowiednik spowiedzi Jacka Soplicy. (P. mój artykuł: Pod urokiem Pana Tadeusza w Szkole Śląskiej 1934, str. 177—180). Być może, że ta zależność Bonczyka od wzoru wystąpiła dobitniej dlatego, iż tu poeta skracał obszerniejszy pomysł swej opowieści o ostatnim Gaszynie. Różnicę ważną stanowi ze względu na słuchacza spowiedzi zmiana w umieszczeniu zasadniczego wyznania. Ks. Robak zaczyna spowiedź od słów: Jam jest Jacek Soplica, br. Aleksy swoją tajemnicę odsłania w dokumencie pergaminowym, znalezionym przy jego zwłokach: Jam jest Damian hrabia Gaszyna z Gaszynów itd. Ta zmiana wpłynęła i na technikę samej spowiedzi, która w ustach br. Aleksego jest jakby spowiedzią w spowiedzi, wyznaniem tajemnicy niby kogoś trzeciego. Na zależność czy zbieżność tej techniki z rękopisem starego malarza w Eliksirze szatańskim E. T. A. Hoffmanna zwróciłem uwagę poprzednio. Jest w tej spowiedzi jeszcze ślad innego dzieła Mickiewiczowego: IV części Dziadów, o czym szczegółowiej w obj. do VI 116 i 231—233; ten rys zapożyczony z dramatu nieszczęsnego kochanka Gustawa wyjaśnia nam, dlaczego Bonczykowi w liście do ks. Weltzla nasunęła się metonimia w antytezie: Romeo i franciszkanin, zamiast Gustaw i pustelnik, która byłaby bliższa istoty rzeczy. Ostatnią wreszcie uwagę poświęcimy podobieństwu tytułu Góry Chełmskiej do Pana Tadeusza: mamy tu trójczłonowy tytuł zawierający spojrzenie z dwu stanowisk na treść poematu i określenie gatunkowe, skromniejsze od zamiaru. To samo widzieliśmy już w Starym Kościele Miechowskim o tytule dwuczłonowym, tutaj tytuły odpowiadają sobie dokładniej: Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie, Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 — Góra Chełmska czyli Święta Anna z klasztorem O. O. Franciszkanów. Wspomnienia z roku 1875, a więc aż do oznaczenia czasu.
A. Malczewski

Marię Malczewskiego znał Bonczyk co najmniej od lat studiów wrocławskich, ale ślady jej znajomości są nieliczne. Najdawniejszy da się wyśledzić w przekładzie Rozstania się Hektora z Andromachą Schillera (miecz zardzały w zapomnieniu leży) i w wierszyku erotycznym: Gerciu, drogie życie moje, stanowi go zaś niezrozumiałe w stosunkach śląskich XIX w. wezwanie do kochanki, gdy chce wyruszać na wojnę:

Daj zardzałą karabelę,
Dziadów ręczą broń!

Ta zardzała karabela w ręku Bonczyka jest dalekim echem zardzałych zbroi z Marii w. 177. Wyrazu: zardzały słowniki jęz. polskiego nie znają, nie mogę więc sprawdzić, czy nie ma go u innych autorów poza Malczewskim i Bonczykiem.
W St. Kościele Miechowskim IV 166—168 stary Bonczyk ginie we wspomnieniach „jak w swej Ukrainie koń i jeździec“, oczywiste to przypomnienie Marii I 47—50. Ten obraz jeźdźca powtórzy się w Górze Chełmskiej VI 204—211, przywołując na pamięć nie tyle obraz pędzącego kozaka z Marii 15—18 i 47—50, ile Wacława spieszącego po zwycięstwie do żony (w. 1201—1206) z podobnym następstwem wypadków: Wacław zastaje Marię martwą, Damian pustą komnatę Anny. Mimo znacznych sprzeczności należy postać „wąsala krnąbrnej twarzy“ jako uosobienie grożącego nieszczęścia połączyć z tajemniczym pacholęciem w II pieśni Marii. To pozornie dziwne skojarzenie jest uzasadnione uwagą Malczewskiego (w. 1422—1424), a zwłaszcza pozostawieniem bez odpowiedzi wątpliwości, kim jest pacholę dla Wacława: „czy duchem jego losu? aniołem? szatanem?“ Bonczyk uświadamia czytelnika przynajmniej z grubsza, kim jest wąsal, i w ten sposób ściera częściowo romantyczne zabarwienie. Najsilniej wszakże w pamięci poety utkwiło zakończenie Marii (w. 1466 — 1467, a w związku z nimi 640), dając powracające niby refren, niby motyw przewodni nastroju w Górze Chełmskiej IV 384—387 i VI 326—331. Jest to najwyraźniejsza reminiscencja z Marii, stwierdzająca jak gdyby pieczęć pod dokumentem wpływ poematu o Ukrainie na nastrój i technikę Góry Chełmskiej. W metryce charakteru Damiana Gaszyny obok innych ojców chrzestnych (Jacek Soplica, Gustaw, Murdelio, Giaur, br. Medard, Stanisław Oświęcim z poematu Antoniewicza) zapisać trzeba także Wacława.

Pol i Zaleski

W dalszym rzędzie tej metryki znaleźć się musi miejsce i dla Mohorta Wincentego Pola. Do tego rapsodu rycerskiego wiedzie nas pierwsza wyprawa Damiana Gaszyny w świat polski, obejmująca wprawdzie na szlaku podróżnym więcej nazw miejscowości niż marszruta Ksawerego Krasickiego, ale w ogólnym zarysie przypominająca tamtą. Można by się spierać, czy ów „świat za ciasny” podczas pierwszej wyprawy Gaszyny (VI 148) jest bezpośrednio rodem z Pana Tadeusza X 516: świat był mnie otwarty, czy pośrednio z Mohorta: Ale od Lwowa stał już świat otwarty, natomiast bezpośrednio, zdaje się, z rapsodu Pola wywodzi się pomysł VI 107—108 i 226—227 (p. obj. do VI 107—108), a mianowicie, że śmierć bohatera oznajmia hałas, na którego głos biegną rzeczywiście (w Mohorcie) lub przypuszczalnie (w Górze Chełmskiej) bracia zakonni. Coś także z długoletniej, rycerskopustelniczej, twardej służby Mohorta, z jego wiernej tęsknoty za utraconą narzeczoną odbiło się w losach i wytrwałości Damiana Gaszyny.
Z Polem i po części z Bohdanem Zaleskim łączy się wkładka liryczna w postaci 7 dumek w IV 302—387. Zasadnicza ich forma: czterowiersz trochaiczny ośmiozgłoskowy o rymach parzysto biegnących jest pospolity w dumkach tak Zaleskiego jak późniejszych poetów. Użył go Bonczyk w 1 i 7 dumce. Zaleski chętniej wprawdzie posługuje się w tej zwrotce rymem przeplatanym lub klamrowym (np. Rusałki, Śpiew poety), ale mamy przykłady i tamtej formy w Przygrawce do nowej poezji i sporadycznie w Kalinowym moście. Podobnie postępuje Pol w całym szeregu swoich lirycznych utworów, stosując różne rodzaje rymów, często w tym samym poemaciku; tak np. w dumie Hetman Złotobrody zaczyna od rymów parzystych, potem zaś przechodzi do przeplatanych. Najbardziej wszakże ciekawi nas ze względu na Bonczyka wspomniana w Górze Chełmskiej Pieśń o ziemi naszej, zbudowana z ośmiozgłoskowców zazwyczaj parzysto rymowanych, często wszakże przechodzących w rym wewnętrzny jak np. znany początek:

A czy znasz ty bracie młody,
Twoje ziemie, twoje wody?
Z czego słyną, kędy giną,
W jakim kraju i dunaju?

Rymem wewnętrznym posługiwał się często Zaleski, posługiwali się też inni poeci, ale najbliższy Bonczykowi sposób jego użycia spotykamy właśnie u Pola. Budowę tę samą co w przytoczonym początku Pieśni o ziemi naszej widać w dumce 6 z tą tylko różnicą, że graficznie przedstawia się ona jako sześciowiersz złożony z 2 ośmio— i 4 czterozgłoskowców. Cztery inne dumki (2—5), wywodząc się zasadniczo z czterowiersza ośmiozgłoskowego, przez rozmieszczenie rymów zmieniają się w pięciowierszowce o 2 rymach, mające 2 odmiany: 8 aa 4 bb 8 a lub 8 aa 4 bb 8 b. Zdaje się, że poza Polem i Zaleskim zarówno pod względem formy jak sposobu ujęcia treści nie miał Bonczyk innych wzorów do swoich 7 dumek, które jako twór poety z najdalszego na zachód krańca Polski są znamiennym zjawiskiem w historii tego gatunku lirycznego.

Samorodność poezji Bonczyka
Drobiazgowe, a często pozornie za pochopne wywody poprzednie nie miały na celu samego tylko śledzenia cudzych wpływów na Bonczyka, przeciwnie zamiarem moim było wykazać, że ogłoszenie go poetą samorodnym nie jest zależne od znikomości śladów lektury, lecz właśnie na tle ich obfitości uwypukla się należycie. Dlatego notowałem skrzętnie, czym Bonczyk uzupełnia lub zmienia technikę swego wzoru, a osobno jeszcze nakreślę rozmiary jego samodzielnych kroków na polu techniki epickiej. Zaznaczam jednak już tutaj, że samorodność poezji Bonczyka wypływa głównie z treści jego poematów, z jego spojrzenia na świat zjawisk, objętych dziełem poetyckim, mniej zaś z użytej przez niego techniki. Samorodność pod tym względem jest możliwa tylko teoretycznie, jeżeli twórca z literaturą w ogóle się nie zetknął albo o lekturze własnej na czas tworzenia zapomniał. Bonczyk do takich szczęśliwych czy nieszczęśliwych autorów nie należał, lektury swej nie zapominał łatwo, przeciwnie w ulubionych autorach widocznie się rozczytywał dokładnie i urabiał sobie własny styl, po którym łacno go wśród tysiąca nawet poetów można rozpoznać, dotyczy to zaś zarówno jego języka jak stosunku do opiewanych przedmiotów. Uwzględnienie więc zależności jego od twórców poprzedzających go nie może wpłynąć ujemnie na ocenę jego spadku poetyckiego, nadaje mu raczej nową wartość, że wybrał własną drogę nie skutkiem nieznajomości innych dróg lub znajomości ograniczonej do niewielu szlaków, lecz po dokładnym zaznajomieniu się z właściwym kierunkiem.
WYSŁOWIENIE
Język „Góry Chełmskiej“

Pod względem językowym nie różni się drugi wielki poemat Bonczyka zbytnio od pierwszego zwłaszcza w wydaniu II i mógłby z tą samą słusznością co tamten uchodzić za napisany „w narzeczu górnośląskim“. Jeżeli Bonczyk określenia tego zaniechał, to uczynił to widocznie dlatego, że zabarwienie narzeczowe nie odbiera poematowi zasadniczej cechy, iż jest napisany po polsku, i że to zabarwienie utrzymało się w granicach, do których wolno dojść każdemu autorowi piszącemu literacką polszczyzną. Pod tym względem nie różni się od autorów Młodej Polski, którzy w podobnych rozmiarach zabarwiali swój język narzeczem rodzinnej miejscowości czy okolicy; Bonczyk robi to od nich wcześniej. Ubocznie działać mógł także wzgląd na pozorną tendencję separatystyczną poematu, na której korzyść tłumaczyliby niejedni dopisek w tytule: w narzeczu górnośląskim, gdyby go autor umieścił; brak właśnie tego oznaczenia każe i na treść spojrzeć z większą ostrożnością.
Narzecze w formie surowej wprowadził Bonczyk do Góry Chełmskiej obficiej niż do Starego Kościoła Miechowskiego; tam użył go tylko raz w III 67, tu trzykrotnie: III 25—32, IV 264—265 i 276—277 dla ożywienia opowieści humorystyczną paplaniną jakiejś kumoski bytomskiej lub „zdrowymi odpowiedziami“ Śniadka i III 350—374, gdzie poważnie daje się próbki gwar śląskich i słowackiej, nie zawsze udatne może z powodu uproszczonej transkrypcji. Mamy więc tu zdania w narzeczu: spod Pszczyny, Hulczyna, Opola, Głogówka, Olesna, Bytomia, Wieszowy, Cieszyna i Trenczyna, ale w pewnej ich części narzeczowość ogranicza się do jakiegoś charakterystycznego wyrazu, gdzie indziej przejął zdania z książki nabożnej. Za narzeczowe uznać można tylko wypowiedzi śpiewaków w III 356, 360—361, 363, 364—366, 368—369 i 370. Nie wchodząc w dokładność oddania cech wymowy, zaznaczyć musimy pewną jakby sprzeczność czy przeoczenie poety. Przewodnikiem kompanii bytomskiej jest Spinczyk, który w poemacie do swoich krajanów przemawia językiem literackim, a w III 364—366 do o. Atanazego mówi narzeczowo. Wprawdzie Bonczyk zaznacza tu doborem liter tylko wymowę, ale pozostaje zawsze pytanie, dlaczego to zrobił. Odpowiedź, że ze względu na specjalny charakter tego ustępu, mnie przynajmniej nie zadowala i sądzę, że także w tym wypadku Bonczyk oddał rzeczywistość. Spinczyk, przemawiając do podwładnej sobie kompanii, idzie za przykładem księży i stara się o literackie wysłowienie, wobec o. Atanazego następuje odprężenie i powrót do potocznego języka.

Objawy fonetyczne

Poza tymi 3 miejscami język poematu ma tylko naleciałości narzeczowe, które wypada pokrótce rozpatrzeć. W zakresie głosowni nader nieliczne są objawy mazurzenia lub mylnego jego unikania. Rzecz ogranicza się do wyrazu: zyzny (p. obj. II 17) i niezyzny (p. obj. V 324), ale w VI 62 mamy: użyźnione. Rzekome mazurzenie usunięto w wyrazie: szkarbona (III 338), tak jak to było już w St. Kościele Miech. II 283. Obficie występuje ó tam, gdzie go nie ma w literackim języku, ale w zakresie tych objawów brak podobnie jak w St. Kościele Miech. konsekwencji, powstają często oboczności i to w tym samym wyrazie jak np.: owoż (III 40, VI 117) obok owóż (V 256, 410). Mamy więc: przeniósły, podnióśli, stósuje, ółtarz, ółtarzem, chłódnych, w chłódku, chłódził, ale chłodna (III 480), tór, chłónęły, pochłónęło, przywióźli, rozwiózli, mógło, dróga, drógi, drógo, dródze, ale drogę (11 404), jakóżeś, jakóż, papióry, szkólne, klasztór, gróbek, wóla (V 436 dla rymu), obok tego zaś: tłomacze, tłomaczenie, tłomoczki, nożki, spolnie itd. W zakresie nosówek zauważyłem tylko: głęb (I 423 i V 78) zamiast: głąb. Oboczność: -a- zamiast -e- zachodzi w wyrazach: dzisiajszy (III 116, V 60) i tutajszy (III 350), na odwrót zaś: w dziele zamiast w dziale (I 497). Zamiast -y- mamy -e- w: ceniany = cynowy (I 112).
Zmiękczenia odmienne od języka literackiego, współczesnego Bonczykowi, przejawiają się w takich tworach jak: śrebra, śrebrne, śrebrzyste, śrebrnodźwięczne (ale w III 339: srebra), śpiegują, śpieg, Frańciszka, oraz: jedzine (III 375), maniewrujące (V 371). Osobno wspomnieć należy o chwiejności zmiękczenia w wyrazie: gorzeć, gdyż obok: gorał (VI 251), wygorało (LII 218), gore (IV 360) mamy: gorzały (I 508); chwiejność ta pojawiła się już w St. Kościele Miech.
Wymienione poprzednio objawy rzucają światło na wymowę Bonczyka, którą sam utrwalił graficznie, obok tego jednak należy zwrócić uwagę na jego rymy, z których wynika, że wymowa jego: -e- i czasem -ę- zbliżała się do wymowy: -y-; widać to nie tylko na takich rymach jak: podwyższenie — słynie, ponalewaj — powzywaj, wyżenie — księżynie, kazaniem — na nim, wzdycha — echa, praktyka — zwleka, lecz także: wieczystym — gęstym, będzie — obejdzie, płynęły — łączyły, odpoczęły — były, usłyszał — zamięszał, a nawet spoczął — zboczył.

Objawy morfologiczne i składniowe

W zakresie słowotwórstwa zauważymy kilka objawów, częścią znanych nam już ze Starego Kościoła Miechowskiego, częścią nowych, na odwrót zaś brak jest nie których dawnych, do których użycia bądź nie było sposobności, bądź autor nie miał już skłonności. Pozostaje więc w użyciu przyrostek: -ątko w 2 wyrazach już znanych tj. duszątko i łaszątko. Z przyrostkiem: -ina utworzy Bonczyk nowy rzeczownik na oznaczenie lasku brzozowego: brzozowina. Nie wystarcza mu szczenię ani psina, wysunie więc zdrobniały wyraz rodz. nij.: psię, który u innych autorów występuje tylko w liczbie mnogiej. Czasem użyje rzeczownika z innym od zwykłego zakończeniem, np.: kłębo zam. kłąb, lub przekąsek zam. przekąska. Objawem działania analogii będą takie twory jak: trumnienka (V 297), przypominająca dopełn. l. mn.: trumnien (St. K. M. VI 705) i leśnisty (V 314). Częstsze niż poprzednio są przymiotniki z przyrostkiem: -ochny, a więc: szerokochny i wielochny, odrębny zaś twór przedstawia: hrabiański (III 202) obok: hrabski (V 133). Przymiotniki od nazw miejscowości tworzy Bonczyk tak jak w narzeczu śląskim od tematu krótszego; nie ma więc różnicy między: ujezdzki od Ujazdu lub czarnowąski od Czarnowąsów, a brzosławski od Brzosławic, bogucki od Bogucic, milkucki od Mikulczyc, mysłowski od Mysłowic, poniszowski od Poniszowic, sławięcki od Sławięcic i tarnowski od Tarnowskich Gór, a raczej Tarnowic; raz tylko zamiast katowski, dla rymu pojawia się: katowiecki od Katowic. Liczby rzadkich form przymiotnikowych dopełniają: ceniany = cynowy (I 112), rzęsny = rzęsisty (IV 273, V 449), takusinki (III 8) i rozmiły. Użycie przymiotników z przedrostkiem: prze- jest umiarkowańsze niż w St. Kościele Miech. i ogranicza się do pospolitszych tworów tego rodzaju jak: przedrogi, przebłogi i prześwięty. Nowość w Górze Chełmskiej stanowią przymiotniki złożone: śrebrnodźwięczny, stokroćbarwny, kroćtysięczny, mnogokształtny, mnogowieżny, błogowrogi i błogocześnie, z których najciekawsze znaczeniowo są: błogowrogi = będący dobrą wróżbą i błogocześnie = w błogi czas, w dobrą porę. Przedrostki nadają często słowom złożonym odmienne znaczenie niż w języku literackim: zadążać = podążać, zniepokoić = zaniepokoić, wskazać się = ukazać się, zagrześć = pogrzebać, zamięszać = zmieszać, zatłaczać = wtłaczać, zeznać się = przyznać się, zeżyć lub zżyć = przeżyć itp. Bardzo częstym przedrostkiem jest: u-, a więc: ubogacać, upiękniać, upewniać = zapewniać, usiąść = osiąść, a nawet: ulot = polot (I 49) i uroda = przyroda (V 326, 356).
W odmianie rzeczowników mamy kilka znanych nam już ze St. Kośc. Miech. objawów, a więc: 1) dopełn. l. poj. rzeczowników żeńskich na: -e, użyte dla rymu: z chwile, do Leśnice; 2) bezspójkowe narzędniki l. mn. jak: sandałmi, ustmi, latmi, krzyżmi; 3) narzędniki l. mn. na: -y także w rzeczownikach żeńskich obok nijakich: z tajemnicy wyższymi (I 293), pismy (II 102), godziny dwiema (IV 96), barwy stokrotnymi (V 83); 4) wahania w mian. l. mn.: franciszkani (I 283) ‖ franciszkanie (III 141); 5) dwukrotnie użytą formę: tydnia; 6) tak samo formę: domie w wołaczu (III 55) i w miejscowniku (V 69); 7) dla rytmu użyty dopełniacz l. mn.: wszelkich rozkosz (V 122); 8) wahania zależne od tego, czy forma użyta jest dla rymu, czy nie, w celown. l. poj. po przyimku: ku, a więc albo: ku klasztoru (II 258), ku stoliku (V 167), albo dla rymu: ku niebie (II 453) i ku zrębie (V 383). Dorzucić tu można jeszcze onomatopeiczny: ruch (VI 106) i mian. l. mn.: równie (I 44) do równia lub rownia.
Do odmiany przymiotników prowadzi nas kapryśna nieco odmiana imion własnych: Atanazy, Aleksy, Protazy i Jukundy. Mieszają się tu formy przymiotnikowe z rzeczownikowymi: z Jukundym (V 250) i z Jukundem (V 274), Atanazem (V 467, VI 300), Protazem (III 61), Jukunda (IV 122), ale Jukundemu (V 172), a nawet: o Protazie (II 166) dla rymu. Objaw znany ze St. Kośc. Miech. (p. obj. I 591) stanowią sporadyczne formy celownika na -ymu: Atanazymu (I 302), Aleksymu (V 192), ku małymu (V 282) i ku nimu (I 199). Mamy także 3 okazy użycia przymiotników l. mn. w znaczeniu rzeczownikowym: mężni = mężowie (III 383), klasztorni = zakonnicy (VI 318) i zakonni = zakonnicy (I 232, 512, II 227, VI 108).
W odmianie zaimków zauważymy bierniki l. poj. rodz. żeńskiego na -ę: swoję (I 29) i twoję (II 26). W liczebnikach forma: dwiema służy także rodzajowi nijakiemu: dwiema oknami, a nadto: dwie a dwie światła (III 59). Dla oznaczenia dwu osób różnej płci występują formy męskie: dwóch ludzi popełniło (III 170), obu (V 274, 292), dwaj szczęśliwi (VI 128). Objawem, znanym nam ze St. Kościoła Miech., jest brak odmiany liczebnika jak np.: z sto rzek wody (V 75).
Czasowniki na ogół niewiele wykazują odstępstw od form ogólnopolskich. Czas ter. od: dawać, stawać i złożonych z nimi brzmi: dawa, udawa, nastawa, ustawa; podobnym tworem są: domniewa (IV 394) i domniewają (II 395), krywali się (I 437). Analogię widać w formach: szeptnął (I 242, V 509), weźm (III, 236, IV 398) i tęsknąc (VI 288), Narzeczowo brzmią: usuty, zrośniony, chowie, znaje się, archaizmem trącą bezokoliczniki: grześć (II 80) i zagrześć (VI 318), oraz 3 os. l. mn.: porzą (V 380). Dość rozbieżne są formy od znaleźć: znalazę (VI 259), znależą (I 366) i znajdzione (V 409). Dopełniają tych form czasownikowych imiesłowy przeszłe od słów niedokonanych: miawszy (III 439), słyszawszy (V 276) i szanowawszy (V 322).
Z zakresu przysłówków wymienimy: łatwie i zbytnie, a na odwrót: dumno, baczno i pilno, najprzód (I 408), dości (II 54, 96, IV 192), niegdyś w znaczeniu: kiedyś (np. II 28). Z przyimków wyróżnia się raz użyte: skiż (I 395), które zachowujemy w pisowni Bonczykowej zamiast etymologicznej: skirz.
Wzmacnianie znaczenia wyrazów za pomocą wyrazków jest niemniej częste, niż w St. Kościele Miech., mamy więc: cudnać, którać, dusza-ć, toć, źle-ć, śpiewamy-ć, tegoć, toć, aleć, takci, wszakci, dlategoć, alić, trudnoć, boć, dokądź, wolnoż-li, którymż, ba-li, miejmyż, tenż itd.
Składniowo ciekawe są takie wyrażenia jak: bądź twej służby gotowym (I 134), mną się litować (VI 163), łaknąc do słów błogich (IV 132), po puszczy bezdroża (V 461) itp. Zdania czasowe zaczynają się często od: nim = kiedy, np. III 49, 79, 390, 482, IV 174, V 117, 503; gdyż = skoro (I 64, 67, III 431, IV 9); podwiel, podwiele = dopóki np. I 245, III 365, IV 159; niż = nim np. IV 142, V 442, VI 238.

Słownictwo

Słownictwo Bonczyka w Górze Chełmskiej nie wykazuje zbyt wielu zmian w porównaniu z St. Kościołem Miech., pewne wyrazy wprawdzie znikają, inne pojawiają się po raz pierwszy, ale te objawy, związane są na ogół z odmienną treścią. Najlepiej może widać to na rzadkich czy to pod względem użycia czy też znaczenia wyrazach obcych. W Górze Chełmskiej jest ich o wiele mniej niż w Starym Kościele Miechowskim i najczęściej występują jako terminy charakterystyczne; pochodzą przeważnie z języka niemieckiego lub łacińskiego, czasem z języków innych, a wtedy zwykle za pośrednictwem niemieckim jak np. altana i bandalerz z włoskiego, galociska z francuskiego, kocynder z angielskiego. Z niemieckiego wprost wzięto: ercprister, faterland, ganek, mustrować, obszacować, prezmut i szulinspektorowski, z łaciny: cingulum, cyboryum = kielich z komunikantami, śradusy, mizera i paterek, z włoskiego: intrada, z francuskiego: lamować, z czeskiego zapewne: chachar.
Tylko u Bonczyka występują z nich: bandalerz, cingulum, ercprister, faterland, prezmut i szulinspektorowski, o ile na zbadanie tej sprawy pozwalają dotychczasowe słowniki jęz. polskiego. Inne wyrazy właściwe tylko Bonczykowi, wzgl. przez niego wprowadzone do literatury, czy to ze względu na brzmienie czy na znaczenie są: baj (z gwary głogowskiej), błogocześnie, błogowrogi, brzozowina, ceniany, dobrocizna, duszątko, hrabiański, jękać = jęczeć, jutrni, łaszątko, nieszpornik, nie w nos w komu, opusta, pamiętać = ocucić, podzimowy, poić = spajać, półkoło = półkole, przybrzeg, szczele = szczelina, szkarbona, ulot = polot, uroda = przyroda, zalecanie dusz, zrębina = zarośla po wyciętym lesie, zwietrzać = przelatywać, zyzny. Niektóre występowały już w St. Kościele Miechowskim. Jest także nieco archaizmów, z których jako najważniejsze wspomnimy: młodziec (VI 79), rodzaj = pokolenie (II 82, 182), wradzać (II 15), wzdy (I 246, V 369). Typ podobny do skróconego ze szczeliny: szczele przedstawiają mniej skrócone i stąd wyraźniejsze co do swego pochodzenia: kanclaryja zam. kancelarii (V 40), mizera zam. mizerii (II 140), czworbok (III 54) obok: czworobok (V 239) i uniżnie (III 415) obok: uniżenie (III 464).
Na charakterystyczne zabarwienie języka Bonczykowego składają się prócz wymienionych wyżej objawów używane stosunkowo często takie wyrazy jak: tamstąd zam. stamtąd, tustąd zam. stąd, tedy = wtedy, zaś = znowu, nuż = teraz, już. Są to rzeczy znane przeważnie ze St. Kościoła Miechowskiego. Ograniczone za to jest użycie przysłówkowego wyrażenia: niedziw, które w St. Kościele Miech. w I wyd. występowało 11 razy, w II zaś wyd. pozostało tylko w 5 miejscach, a w Górze Chełmskiej pojawia się tylko raz (II 392): Dróga się pod ciężarem ludu niedziw łamie, ale wypadek ten jest o tyle ciekawy, że w podobnym wyrażeniu (St. Kośc. Miech. VI 283): brama… w natłoku ludu aż się niedziw łamie, w II wyd. niedziw zastąpiono przez: prawie. Po 3 latach Bonczyk wrócił znowu do: niedziw. Za to: możno nie pojawia się w Górze Chełmskiej ani raz, choć było miejsce, które prosiło o nie przez analogię do St. Kośc. Miech. VII 587: Suchodolski... lecz skąd, nie wiem, możno z Polski (w II wyd. poprawiono na: może); otóż w Górze Chełm. I 385: ojciec Gomolski… rodem może z Polski, dostosował się Bonczyk do literackiego języka. W St. Kościele Miech. I 286—295 pokpiwała gromada miechowska z używania, czy nadużywania przez Forbaszkę wyrazu: aż = bardzo, całkiem, tymczasem w Górze Chełmskiej takie użycie pojawia się kilkakrotnie i to nie żartobliwie, lecz zupełnie na serio np. V 328 (p. obj.), 543.
W języku więc Bonczyka znać pewną powolną ewolucję, w której równoważy się usuwanie jednych elementów narzeczowych na korzyść literackości wyrażenia z wprowadzaniem nowych, poprzednio nieużywanych, przy czym pozostaje trzon zasadniczy, świadczący wyraźnie o jego skłonności do narzeczowego zabarwienia języka. Szczegółowsze i obfitsze, ale rozproszone uwagi o języku Bonczyka znajdują się w objaśnieniach, tutaj daję tylko najogólniejszy zarys. Słownictwo będzie można śledzić dokładniej na materiale, który zawarty będzie w Słowniczku na końcu III tomu Pism poetyckich Bonczyka.

Zabarwienie retoryczne

We wstępie do Starego Kościoła Miechowskiego omówiłem obszernie sprawę zabarwienia retorycznego tego poematu, przytaczając tylko z 2 pierwszych ksiąg przykłady najrozmaitszych figur i tropów, użytych tam przez Bonczyka. Jeżeli idzie o Górę Chełmską, uważam tak szczegółowe rozpatrywanie zagadnienia za mało celowe, zwłaszcza że łatwo byłoby przeoczyć las, zwracając uwagę na drzewa.
Wystarczy przyjrzeć się początkowi I pieśni Góry Chełmskiej lub któremukolwiek z patetyczniejszych miejsc jak np. I 468—520, II 9—82, 399—462, III 140—187, 204—239, 300—325, IV 1—116, 156—186, V 9—20, 75—116, 302—345, 523—572 i całej niemal pieśni VI, aby spostrzec, jak obficie posłużył się poeta aparatem tropów i figur retorycznych, jak niektóre z tych środków poetyckich doprowadził do pokaźnych rozmiarów, np. apostrofy i porównania. Pod tym względem jest on pojętnym uczniem Wergilego, chociaż stara się także przejmować środki retoryczne od Homera i poetów polskich w. XIX. Ogólne wrażenie Bonczykowej retoryki nie jest zbyt silne, gdyż z większością jej kolorów i dźwięków wykształcony literacko czytelnik oswoił się już przy lekturze autorów klasycznych i Pisma św., głównych źródeł i wzorów poetyckiej wymowy Bonczyka. Tkwi w nim przekonanie, wpojone bodaj jeszcze na ławie gimnazjalnej, że dobroć środków retorycznych zależy od udokumentowania ich przykładem mistrzów; ta zasada dotyczyła głównie przenośni i rzeczywiście Bonczyk okazuje w przenośniach najmniej samodzielności. Dzięki tej zależności od wzorów zabarwienie retoryczne Bonczyka zatrąca silnie klasycyzmem z pewną przymieszką stylu biblijnego, nadającą się doskonale do poematu, którego treść obraca się około zagadnień religijnych. Ten klasyczny aparat retoryczny w pierwszej chwili zadziwia czytelnika, który nie spodziewa się spotkać z nim pod koniec XIX w. w poemacie poniekąd ludowym. opiewającym wydarzenia niemal współczesne. Nie mógł Bonczyk wyzwolić się od tej spuścizny szkolnego wykształcenia i języka zawodowego; poezja klasyczna starożytna podczas nauki gimnazjalnej przemawiała najpełniej do jego serca i umysłu i utrwaliła swój wpływ na stałe, skoro przeciwdziałanie lektury poetów polskich XIX w. nie szło przez szkołę i nie wrażało się w pamięć dzień po dniu jak tamta. Słaby, a nawet, jeśli idzie o polskie poematy Bonczyka, niemal żaden jest wpływ wysłowienia nowszej poezji niemieckiej, widocznie nic nie było w jej skarbach dla poety górnośląskiego. Wpływ klasyczności utrwalali polscy pisarze dawniejsi jak Kochanowski i Skarga, najbliżsi duchowo nie tylko br. Aleksemu, lecz także jego piewcy. Te okoliczności tłumaczą nam dostatecznie klasyczność wysłowienia Bonczykowego, klasyczność często twardą i surową, nie mającą nic wspólnego z gładkością pseudoklasyczną, skoro poeta niejednokrotnie sam sobie torował w polszczyźnie drogę. Bonczyk nie wysila się na swój styl, nie miał zresztą na to przy pisaniu Góry Chełmskiej czasu, wspomniane zabarwienie retoryczne jest stałą częścią składową jego stylu, należy niejako do dobrodziejstw inwentarza. Aby te stwierdzenia nie wydawały się komuś gołosłowne, warto zanalizować pierwszy lepszy ustęp, nie zawierający szczytowego punktu, np. V 491—522. Spostrzeżemy tam szereg tropów i figur dość obfity jak na 32 wiersze: 2 wyraźniejsze asyndeta (V 497—499, 514—517), aposiopesis („Tu krótkie pożegnanie“), figurę etymologiczną („dzielnie dzieli tłum ludów“), stopniowanie („zawarł oczy, zbladł, ostatnie siły wychudłe ciało jakby opuściły, byłby upadł na ziemię“), epanaforę („Nie odejdę, nie mogę“). Czasem w jednym wyrażeniu mieszczą się 2 środki retoryczne np. wykrzyk i metonimia: „Któreżby serca go nie znały“, lub w przytoczonym już stopniowaniu także asyndeton. Uderza w tym ustępie obfitość nie tyle epitetów ozdobnych, ile skojarzeń rzeczownika z odpowiednio przystającym do niego, czasem spospolitowanym w użyciu przymiotnikiem: świat boży, wojska ukochane, szczęśliwy zgon, ostatnie siły, wychudłe ciało, czułe objęcia, twarda pościel, powierny sługa, święta służba, proboszcz śmiały, sławny Engel, czuła pamięć, wdzięczna ludność.

Znamienne środki poetyckie

Jeżeli idzie o całość poematu, to zamierzony jego charakter przejawia się najwyraźniej prócz epitetów ozdobnych i powtórzeń tych samych wyrażeń na modłę Homerową, przede wszystkim w personifikacjach i apostrofach, oraz w większych porównaniach. Personifikacja jest środkiem zrozumiałym w poemacie, którego właściwym bohaterem jest przedmiot martwy: Góra Chełmska z klasztorem św. Anny i kalwarią. Przybiera ona różne formy, a więc przypuszczalnej przyszłości (I 41—44), wizji (I 513—514), rzeczywistości dla spojrzenia poetyckiego (II 54—66), współdziałania z ludźmi (V 452—458). Oczywiście, za przykładem góry ożywiają się także inne szczegóły krajobrazu jak np. wyschłe koryto rzeczne (V 313—326), formalnie wszakże przybierając kształt apostrofy. Apostrofy w poemacie są dwojakiego rodzaju: jedne niejako pierwszorzędne, obszerne, spełniające rolę jakby zastępczą inwokacji poszczególnych pieśni, drugie krótsze, ograniczone do celów czysto retorycznych. Pierwszy gatunek to apostrofa do Śląska (II 9—28) i do serca ludzkiego (V 9—26), a poniekąd także zdetronizowana z pierwotnego, inwokacyjnego stanowiska apostrofa do Góry Chełmskiej (I 1—32). Mniejsze znaczenie mają takie apostrofy jak do „szczytnego plemienia Gaszynów“ (I 478—481), do Leśnicy (II 75—82) włączona w personifikację klasztoru, do Dworu Rajskiego (II 399—408), do stacyj Męki Pańskiej (IV 108—113) i najciekawsza z nich, bo ubrana w formę streszczonego kazania, apostrofa ks. Engla do Góry św. Anny (V 523—536), oraz kończąca poemat apostrofa do kościoła klasztornego (VI 321—323), przechodząca w pytania retoryczne i wykrzyk.
Obok krótkich lub tkwiących jeszcze jakby w zarodku porównań posługuje się Bonczyk porównaniami obszernymi o wykształconych należycie i epicko rozlewnych członach: takimi są zwłaszcza porównanie morza zlanego ze stu rzek i gromad ludzkich kroczących w pobożnym zapale (V 75—92), oraz obłoków na niebie i pochodu pielgrzymów (V 331—342). Mniejsze rozmiarami porównania to: czynności wodza w bitwie i przewodnika kompanii pątniczej (II 103—110), hojności Józefa patriarchy i św. Anny (IV 35—40), Mojżesza i o. Atanazego (V 109 — 116), głosu z oddali i dźwięku harfy eolskiej (V 569—570), zespolenia się kropel i serc (VI 27—28). Większość tych porównań znajduje się w pieśni V, stanowiącej punkt szczytowy opowieści o Górze św. Anny i uroczystych na niej obchodach. W pieśni I natomiast obok porównań krótkich, np. domku pustelniczego br. Aleksego z gniazdkiem wśród kwiecia (I 154), pałacu i szkoły klasztornej (I 369—371), są porównania nierozwinięte i formalnie jako takie niezaznaczone np. trwałości klasztoru i Góry Chełmskiej (I 244—246, 254—255) czy dawnych wyśnań zakonu i grożącego mu obecnie (I 339—353), różańca z krzyżem i oręża (I 355—357, por. VI 103—104), lub obrazy analogiczne, przetworzone z porównania istniejącego we wzorze tj. u Wergilego (I 294—306).
Na uwagę szczególną zasługuje trzykrotnie powtórzone (II 344—346, 384—386, V 302—304) porównanie Spinczyka jako kapelmistrza z komenderującym jenerałem, porównanie na pierwszy rzut oka przesadne i jakby z lekka ironiczne, lecz po skonfrontowaniu z innymi częstymi w poemacie wyrażeniami stanowiące ważne w całości ogniwo. W całym bowiem poemacie podzwania jakby nuta militarna, jakby niedomówione porównanie wszystkiego, co się w nim dzieje, z akcją wojskową. Pomijając nawet wcześniej napisany wstęp (I 1—54), z tonem tym spotykamy się już w inwokacji nie tylko w wzmiance o łamaniu kajdan przez nasz naród, lecz także w przeciwstawieniu „wieku tego pełnego zbroi szczęku“ pokojowi potrzebnemu lutni do opiewania Góry św. Anny. Wnet potem Gwardian sławi ludek prosty jako mężne wiary rycerstwo, dojrzałe w duchu, choć na zewnątrz poślednie, lecz w sercu wspaniałe (I 204—206), różaniec z krzyżem jest niezawodną bronią zakonnika (I 355—357). Kompanie przybyłe na odpust formują się w „trzy hufce“ (II 341), na czele jednego z nich staje Spinczyk „jak jenerał w komendzie“, cała zaś procesja w przenośni zmienia się w armię i wojska (II 355—356). Gdy poeta chce zobrazować przedostanie się kompanii bytomskiej przez św. Gradusy, nasuwa mu się porównanie z bitwą, do której wódz uzbroił siebie i swoich wszechmogącym Bogiem (III 103—110). Krzyże kalwaryjskie są świętymi sztandarami (IV 55), o. Atanazy nowym wodzem ludu, Mojżeszem (V 109—116), prowadzącym go w niezmierne osiadłości, procesja wydaje się nie tylko jemu, lecz także poecie i pustelnikowi Aleksemu wojskiem stubarwnym czy ukochanym (V 118, 339, 494); jeszcze wyraźniej zaznacza się ta analogia w rozprawie o. Atanazego z wąsalem krnąbrnej twarzy o znaczeniu symbolów religijnych i wojskowych (V 471—484), a jak gdyby snop światła stanowi przemówienie ks. Engla (V 523—536), głoszące walkę za wiarę, za życie dusz i niechybne zwycięstwo ludu w boju „o swe prawo do życia“, jeżeli sam siebie nie zdradzi i „póki pomny swej wielkiej i świętej przeszłości słowem, czynem pokaże, iż godzien przyszłości“.

Nie jest to już środek tylko retoryczny, lecz świadomie w nim zamknięta idea przewodnia poematu, że potędze wiary ulec muszą najlepiej zorganizowane moce ziemskie. Pozostaje tylko jeszcze zastanowić się, czy wiara ta obejmuje tylko życie religijne, czy także narodowe.
Wierszowanie

Zanim wszakże przejdziemy do tendencji poematu, trzeba jeszcze uzupełnić wywody o wysłowieniu króciutkim ustępem o formie wiersza w poemacie. Jest on napisany prócz kilkudziesięciu wierszy trzynastozgłoskowcem epickim rymowanym na ogół parzysto. Trzynastozgłoskowiec ten dzieli się zwykle na 2 cząstki przez średniówkę położoną po siódmej zgłosce, średniówkę niejako mechaniczną dla nadania jednostajnego rytmu, pokrywającą się przeważnie z średniówką myślową. Czasami jednak średniówka myślowa wypada w innym miejscu i wtedy wytwarza się średniówka poboczna po 7 zgłosce obok średniówki głównej, oddzielającej od siebie odrębne myśli lub zrozumiałe cząstki tej samej myśli. Dla przykładu wystarczy kilka przytoczeń z pieśni I: w w. 105 dalszy ciąg zdania wtrąconego z poprzedniego wiersza: „haftowały je ręce hrabianek“ ma wprawdzie po 7 zgłosce miejsce na przestanek, ale prawdziwa średniówka wypada dopiero po 10 zgłosce; podobnie w. 368: „Dałem rękę, otwarłem drzwi“ wyraźnie wyznacza przerwę po 8 zgłosce, w. 370: „Nie byłyby tak drogim gniazdem“ po 9 zgłosce, w w. 434 zaś: „Więc wyszedłem!“ trudno gdzie indziej umieścić średniówkę niż po 4 zgłosce.
Do rymu nie przywiązuje Bonczyk większej wagi w Górze Chełmskiej niż w Starym Kościele Miechowskim, nigdy się nań nie wysila, do czego zapewne przyczynił się pośpiech w pisaniu. Rymy to pospolite, często gramatyczne, lecz na ogół czystsze niż w Starym Kościele Miechowskim, zwłaszcza jeżeli uwzględnimy wymowę narzeczową poety. Do asonansów ucieka się tylko 7 razy (p. obj. II 119—120), rymów zaś wadliwych unika. Rzadkie są także wiersze podpórkowe (tibicines), bo tylko 2 w całym poemacie, i powtórzenia tego samego wyrazu na końcu dwóch lub więcej następujących po sobie wierszy w celu emfatycznym: wesoło (I 300—301), padała (III 28—31) i znaczenie (V 483—484).

Z techniki powieści poetyckich przejęta jest wstawka liryczna w IV 302—387, której jedna zwrotka, nieco zmieniona, powtarza się na końcu poematu (VI 326—330). Formę tej wstawki omówiliśmy już poprzednio pod koniec rozdziału o wzorach. Prawdopodobnie wstawka ta powstała w innym czasie niż całość poematu, a więc wcześniej i należała do tej fazy pomysłu, kiedy skupiał się on około osoby ostatniego z Gaszynów i zakrawał raczej na powieść poetycką. Treściowo łączy się ona dość ściśle z pieśnią VI, która znowu wygląda na jakiś skrót pierwotnego, może niewykończonego opracowania.
UWAGI KOŃCOWE
Wymowne motto poematu

W liście do ks. Weltzla z 25 maja 1886 r. mówi Bonczyk wcale obszernie o genezie, stronie kompozycyjnej i przedmiocie Góry Chełmskiej, mniej zaś wyraźnie o tym, co chciał przez swój poemat powiedzieć. To, co pisze Weltzlowi, wygląda na chęć użycia go jako świadka w sprawie tendencji poematu: „Jeden egzemplarz posłałem do Kuriera Poznańskiego i czekam teraz na wyrok śmierci! Potem dopiero obdarzę moich Konfratrów. Wiele imion nawet żyjących osób wciągnąłem w moje dziełko, słuszna stąd obawa, że teraz ich właściciele »mi oczy wydrapią!« Ale cóż, skoro mnie opęta furor scribendi — wtedy już nic nie widzę i nic nie słyszę.“ Łączy się to usprawiedliwienie z mottem poematu zapożyczonym z Horacego Satyr I 3, 139—140: et mihi dulces ignoscent, si quid peccaro stultus, amici. Jakież to błędy głupoty mieli mu wybaczyć słodcy przyjaciele, przed którymi odczuwał obawę, że mu mogą oczy wydrapać, i usprawiedliwiał się za pośrednictwem Weltzla, że w szale pisania traci przytomność? Oczywiście nie zbłądził przez charakterystyki przyjaciół, lecz przez to, co im włożył w usta w swoim poemacie, a może w oczach niejednego z nich i przez to, że go w ogóle do poematu wprowadził. Ks. Weltzel czuł się pokrzywdzony przez to, że go Bonczyk przemilczał, ale byli tacy, którzy odczuwali jako tym większą krzywdę, im szerzej się nimi zajął. Wydaje mi się nieprawdopodobne, żeby Bonczyk zmyślił czyjekolwiek wynurzenia, zwłaszcza osób żyjących jeszcze w r. 1886, ale niejeden z konfratrów radby był, żeby o tym, co dawniej mówił, gruntownie zapomniano. Mógł się więc poeta obawiać zarzutów, że zawinił brakiem rozumu politycznego i wywlekaniem na szersze forum tego, co powinno było zostać w ściślejszym gronie duchowieństwa, niejako in camera caritatis. Jeszcze jeden punkt wymaga objaśnienia; jak wynika z listu, Bonczyk nie rozsyłał poematu konfratrom, czekając na recenzję Kuriera Poznańskiego i na zdanie ks. Weltzla, którym posłał przede wszystkim pierwsze egzemplarze. Miały to być dla niego jakby wyroki śmierci lub życia, ale dlaczego właśnie stąd ich Bonczyk oczekiwał. Okoliczność, że w Kurierze Poznańskim oceniono przychylnie Stary Kościół Miechowski, nie mogła być powodem wyróżnienia tego czasopisma, bo niemniej życzliwości okazał Katolik, lecz najwidoczniej ze zdaniem tego katolickiego dziennika pozaśląskiego liczono się najwięcej w sferach duchowieństwa śląskiego, na których poecie zależało. Oba sądy: Weltzla i Kuriera Poznańskiego, miały zabezpieczyć autora przed krytyką dalszą z czyjejkolwiek strony: polskiej czy centrowej. Katolik nie miał w r. 1886 tej powagi co w 1879 i widocznie zdanie redaktora Wielkopolanina w gazecie śląskiej mniej znaczyło, niż zdanie Wielkopolanina w gazecie poznańskiej, chociaż i ta i tamta były gazetą polską. Subtelna to, ale niewątpliwa różnica.

Znamienne obawy

W jakiejże sprawie zapaść miał ów rozstrzygający wyrok Kuriera Poznańskiego, czy co do wartości literackiej poematu? Z recenzji nie odnosimy tego wrażenia i jeżeli wolno przypuszczać, że recenzent wyczuwał, o co autorowi idzie, to najważniejszą rzeczą dla niego było stwierdzenie polskiego uczucia w utworze. Jeśli tego sobie Bonczyk życzył, to pragnienie jego zaspokojono aż nadto. Niestety, nie wiemy, co napisał ks. Weltzel po przeczytaniu na gorąco, zaraz po otrzymaniu Góry Chełmskiej; wytykał jakieś usterki historyczne, ale o całości wypowiedział zdanie „szczere i otwarte… doprawdy rzeczowe i trafne i… miłe“ tak dalece, że Bonczyk nie zawahał się posłać mu z prośbą o taką samą ocenę swoich niemieckich poezyj erotycznych (Gudrunlieder). Musiał więc dobrze wniknąć w zamiary autora, co było dla tego o tyle niespodzianką, że „pierwsze dziełko“, a więc chyba Stary Kościół Miechowski spotkał ze strony „kilku konfratrów“ taki los, iż gratisowej „przesyłki pocztowej nie przyjęli, a jeden z tamtejszej okolicy odesłał po roku z powrotem nieotwartą, dołączywszy książeczkę o Ćwiczeniach duchownych jako admonitio fraterna!“
Mógł więc Bonczyk powoływać się na przykład ks. Weltzla, który żalił się z powodu pominięcia go w poemacie, gdyby ktoś skarżył się na umieszczenie. Ponadto uspokoić mógł przesadne obawy konfratrów przed odpowiedzialnością za przypisane im zdania prostym stwierdzeniem, że przecież w poemacie przedstawiono odpust, który się nigdy nie odbył i że w pierwszym rzędzie za myśli odpowiada autor. Myśli zaś były tak różnorodne i splątane jak chodniki w labiryncie, że trudno było z nich wybrnąć bez jakiejś nitki Ariadny. Przecież autor ograniczył wzmianki o Polsce i polskości do tego stopnia, że nawet w jednym miejscu zastąpił: polską krew — Słowian krwią, przecież ustami ks. Grelicha odżegnał się od Katolika i Gazety Górnośląskiej, wśród filarów ojczyzny nie wymienił ani jednego Polaka spoza Śląska, a przyznał natomiast miejsce Niemcowi pozaśląskiemu kard. Diepenbrockowi, nie mówiąc nic o tych Ślązakach, z których poczuciem narodowym różnie bywało, a jednak miał powody do obawy, że znowu ktoś mu da admonitionem fraternam w postaci Ćwiczeń duchownych, a nawet nie za erotykę, lecz za politykę zaproponuje posłanie go na Kapellenberg pod Prudnik, do domu księży demerytów na pokutę.

Tendencja poematu

Faktem bowiem było, że w poemacie postąpił Bonczek podobnie jak w życiu „anioł-stróż Śląska“ ks. Ficek, który dla okazania lojalności wobec władzy pruskiej odczytywał jej rozporządzenia z odkrytą głową, ale niemniej sprowadzał z Krakowa polskich zakonników, drukował w Piekarach na lekturę dla ludu dzieła Skargi i Jaroszewicza, ukrywał na plebanii emisariuszów demokracji polskiej tak, że w r. 1846 roztoczyła nad nim czujną opiekę żandarmeria pruska (p. moje Związki duchowe Śląska z Krakowem, str. 33—34). Różnica między Fickiem a Bonczykiem była taka, że Bonczyk do Krakowa nie jeździł, na zewnątrz poddał się dyscyplinie centrowej, której za czasów Ficka nie było, ale też uszanowania nadmiernego władzy świeckiej nie okazywał, bo z nią starł się niejednokrotnie podczas walki kulturnej. Zasadniczą różnicę między nim a większością konfratrów i niegdyś towarzyszy broni stanowiło to, że on niczego nie zapomniał z niedawnych lat i nauczył się widzieć analogie i konsekwencje przebytej walki w teraźniejszości, oni zaś wszystko zapomnieli, a niczego się nie nauczyli.
Samodzielność jego spojrzenia na sytuację polegała na tym, że nie zrywał z centrum, aby związać sprawę polskości na Śląsku z Wielkopolską, bo to — jego zdaniem — mogło jej tylko zaszkodzić, zadanie zaś duchowieństwa śląskiego widział w tym, żeby trzymając się centrum, zużywać jego wpływy na korzyść ludu polskiego na Śląsku. Trzeba więc było przekonywać centrum o konieczności utrzymania języka i odwiecznego obyczaju polskiego na Śląsku jako jedynej podstawy katolicyzmu w tym kraju i w tym przekonaniu był Bonczyk niewątpliwie szczery bez żadnej ubocznej myśli, lecz z drugiej strony duchowieństwo miało dbać o to, żeby ludowi nie rzucać kłód pod nogi w drodze do przyszłości, która wynikała z jego przeszłości. Wierzył w to, że Silesia fara da se, że Śląsk sam sobie da radę i trafi do Polski, zwłaszcza że krzepić go będzie poczucie związku nie tylko z Polakami, lecz także ze „Słowianami, panami pół świata“ i „pamięć wielkiej i świętej przeszłości“. Kiedy to i jak nastąpi, nie chciał i nie zamyślał prorokować, wystarczało przeświadczenie moralne, że pruskie pogwałcenie prawa przez siłę nie może pozostać bez kary, i ambitne przekonanie o niezłomnej sile ludu śląskiego, któremu zbędna, a nawet szkodliwa może być pomoc ze strony Wielkopolan. Nie przeszkadzało mu to kochać i cenić rodaków z innych dzielnic, ale pierwsza miłość należała do Śląska. W takim postawieniu sprawy i określeniu zadań duchowieństwa śląskiego tkwiło to, co nazwałem lekkim tchem wallenrodyzmu w Górze Chełmskiej, z którego Bonczyk niezupełnie może zdawał sobie sprawę. Wiara bowiem w lud śląski, że pozostanie sobą i zwycięży w walce o swe prawo do życia, łączyła się z niewiarą w duchowieństwo, czy ono dorośnie do swego zadania, czy okaże się dobrym i ofiarnym pasterzem, czy nie znęci go łatwiejsze rozwiązanie trudności, że byle lud pozostał katolickim, to obojętne jest, czy zbawienie osiągnie drogą polską, czy niemiecką. W tym punkcie rozstawał się Bonczyk mimo wszystko z centrum, chociaż do niego nadal należał, uważając to za korzystne w śląskich warunkach.
Tylko takie zrozumienie przewodniej myśli Góry Chełmskiej wyjaśnia nam, dlaczego się z jej napisaniem i drukiem spieszył i na co potrzebne mu były zdanie ks. Weltzla i ocena w Kurierze Poznańskim. Rzucał bowiem poematem swoim w przełomowym roku 1886 ostrzeżenie duchowieństwu śląskiemu, że walka kulturna się nie skończyła, tylko zmieniła swoją postać na bardziej niebezpieczną, podstępniejszą. Przypominając im chlubne zwycięstwo w pierwszej fazie walki, zapytywał współbraci duchownych, czy chcą na nim poprzestać i stracić zdobyte już owoce przez niedbałość, nieopatrzność i małoduszność. Stawiając im przed oczy groźny rok 1875, w którym:

Aże twarze pobladły, drżą od przerażenia;
Nie boją się dla siebie, znają głos sumienia,
Wiedzą, co mają czynić! (IV 215—217)

wywoływał widmo niedawnej przeszłości, aby ich pouczyć, że jak wtedy r. 1872 poprzedził 1875, tak teraz 1886 jest zapowiedzią cięższych przejść, że tylko głupi i tchórzliwi przypuszczać mogą, iż rząd pruski, protestancki zaprzestanie walki z katolicyzmem, gdy mu się uda zniszczyć jego najsilniejsze przedmurze: polskość. Co więcej, symbolizując w postaci wąsala krnąbrnej twarzy aparat administracyjny Prus, wykazywał, że z katolicyzmem walczyć będzie racjonalizm już nie protestancki, lecz materialistyczny.
Po to więc Bonczyk przypominał duchowieństwu „młodość górną i chmurną“, po to „strzelał grzmiącymi słowy do serc współbraci“, aby górnie przeżyli nie jedną tylko niegdyś chwilę, ale całe już życie, po to wreszcie obok imion zmarłych wodzów i towarzyszy wymieniał ich wszystkich imiennie: I ty byłeś tam wtedy z nami, nie odłączaj się i nie wypieraj się teraz! Wtedy zrozumiały staje się Bonczyka pośpiech, poświęcenie nie tylko artystycznej strony, ale także niejednej cennej rzeczy z pierwotnego pomysłu, gdyż czas naglił i nie wolno było spóźnić się z wezwaniem. Jeżeli to orędzie poetyckie Bonczyka będzie ktoś uważał za objaw już nie trój- lecz czwórlojalizmu, to musi przyznać mu tę samą przynajmniej wartość co realizmowi politycznemu pod innymi zaborami, a na korzyść poety śląskiego policzyć: ostrą krytykę militaryzmu pruskiego, zapowiedź rewolucji, wywołanej przez stosowanie niemoralności w polityce ze strony rządzących wobec rządzonych, i wiarę w lud, że znajdzie swoją drogę z duchowieństwem czy bez duchowieństwa. Poeta chciał, żeby z duchowieństwem, ale wymagał także coś od niego.
Ta myśl przewodnia poematu padła na razie w próżnię, nie została wysłuchana ani nawet posłyszana przez współczesnych, trafiła do uczucia raczej niż do rozumu następnego dopiero pokolenia duchowieństwa śląskiego, którego już Bonczyk nie oglądał. Innymi drogami, niż on pragnął, podążał Górny Śląsk do Ziemi obiecanej, ale jeżeli nie można powiedzieć, że poemat ten wiódł lud po puszczy bezdrożach, to przynajmniej go na nich pokrzepił.

Sprawa trzeciej epopei

Zwracaliśmy już uwagę na to, że w Górze Chełmskiej niejedna wzmianka o Polsce, niejeden szcze gół mogący podkreślić polskość poematu pozostały niejako pod progiem świadomości, nie wynurzyły się na powierzchnię, aby zajaśnieć pełnym blaskiem. Dwa mogły być powody tego stanu rzeczy: jeden, aby poemat uczynić strawniejszym dla współbraci centrowych wśród duchowieństwa śląskiego, drugi, że dla tej właśnie sprawy odpowiedniejsze miejsce przewidywał poeta w trzeciej, zapewne już wtedy obmyślanej epopei. Chodziły o niej różne wieści, które zanotowali ks. Kudera i ks. dr Szramek. Pierwszy z nich (Ks. Norbert Bonczyk jako poeta, str. 8) opowiada, że Bonczyk podczas ostatniej choroby opowiadał komuś „z zapałem, iż w ostatnich latach napisał wielki poemat na szerokim tle polskim“, że „życzył sobie bardzo i pragnął, aby go mógł oddać jak najprędzej do druku“, ale śmierć temu przeszkodziła, że wreszcie wykonawca ostatniej woli ks. Schirmeisen, Niemiec, „ostatni ten, może najcenniejszy utwór swojego konfratra gdzieś zaprzepaścił“. Drugi (Ks. Norbert Bonczyk, życiorys, Opole 1918, str. 25—26 uwaga i Roczniki Tow. Przyjaciół Nauk na Śląsku, II, str. 36—37) uzupełnia i prostuje wiadomość ks. Kudery o tyle, że wymieniając imiennie Napieralskiego, mówi o kilku osobach, którym Bonczyk o poemacie tym wspominał, ale że „nikt ani tytułu się nie dowiedział, ani rękopisu nie zobaczył“, że „najprawdopodobniej ks. Bonczyk… ten niewykończony utwór wobec zbliżającej się śmierci kazał spalić. Zdaje mi się, że źródłem wiadomości dla obu autorów był Napieralski, ale nie przypuszczam, żeby Bonczyk mimo całej skrytości swej natury ograniczył się wobec Napieralskiego tylko do ogólników o tle i wartości poematu; mógł tytułu nie wymieniać, bo się jeszcze nie zdecydował nań, ale żeby gołosłownie się chwalił, iż to będzie literacko najlepszy jego poemat, nie mówiąc nic nikomu o jego treści, nie odczytując z niego żadnego urywku, to wydaje mi się wobec przykładów z Weltzlem i Chłapowskim wręcz niemożliwe. Jeżeli zaś Napieralski znał choćby w zarysie treść poematu, to nasuwa się przypuszczenie, które jednak trudno przemilczeć, że redaktor Katolika z pomysłu tego skorzystał w powieści pt. Hrabia Damian, Bytom 1901. Korzystał z niego pełną dłonią tak samo, jak bez skrupułów przepisywał całe strony, z podaniem źródła lub bez tego, z Rzewuskiego, Bodzantowicza i innych. Mógłby wszakże ktoś zarzucić, że Napieralski przejął swój pomysł z Góry Chełmskiej i przełożył go w epokę konfederacji barskiej za wzorem już utartym przez Miarkę w Petroneli, a więc zbędne jest uciekanie się do trzeciego poematu Bonczyka, żeby odnaleźć główne źródło Hrabiego Damiana. Jest to oczywiście także możliwe, choć mniej prawdopodobne, gdyż są tam szczegóły zupełnie nowe, zgodne z zasadniczymi liniami fabuły i gdyby miały pochodzić od Napieralskiego, musielibyśmy przypisać mu za wiele zdolności kombinacyjnych w zakresie literackim, których nigdy poza tym nie okazał. Natomiast w razie przyjęcia takiego przypuszczenia, jakie wysunąłem poprzednio, otrzymamy logiczny łańcuch wniosków.
Bonczyk, pisząc pospiesznie w czerwcu i lipcu 1885 oraz w lutym 1886 r. Górę Chełmską, zmuszony był ograniczyć, a nawet częściowo zdruzgotać pomysł opowieści o ostatnim Gaszynie, który najtragiczniejsze wypadki życia przeżył w Polsce. Tak ze względu na ustalony przedmiot nowego poematu, jak na jego ukrytą między wierszami tendencję ograniczał także wzmianki o Polsce zapewne w tej nadziei, że o niej szeroko i swobodnie będzie mówił w trzecim z kolei wielkim poemacie. Wykazałem, że w historii br. Aleksego zupełnym milczeniem pominięto kilka lub kilkanaście lat jego życia, a przede wszystkim to, co robił w r. 1830-31, kiedy wszystko niemal nakazuje, żeby hr. Damian wziął udział w powstaniu, jeżeli walczył przedtem w wojnie rosyjsko-tureckiej, a jako pustelnik osiadł na Górze św. Anny w kilka lat co najmniej po roku 1831. Czyż jest możliwe do pomyślenia szersze tło polskie niż powstanie 1830-31 lub w ogóle walka zbrojna o Polskę? Znając przy tym właściwości wyobraźni Bonczyka, trudno jest pomyśleć, że zdobywszy się na tak wielki wysiłek jak pomysł z Gaszynami, mógł go w pół drogi rzucić i tylko cząstkę z niego spożytkować. Jeżeli w Starym Kościele Miechowskim wrócił do zarodkowych koncepcyj Kazania Stołowego i Pamiętników Szkolarza Miechowskiego, jeżeli w obu większych poematach dotychczasowych odtwarzał głównie to, na co przeważnie patrzył własnymi oczyma, to trudno przypuścić, że w trzecim poemacie poszedł w tym samym kierunku i dał znowu jakiś „obrazek“, czy „wspomnienia“ na „szerokim tle polskim“, którego własnymi oczyma nie oglądał, a natomiast porzucił na zawsze efektowny pomysł, do którego robił zapewne jakieś studia, jak to wynika ze wzmianki o Diebitschu i Paskiewiczu i z osadzenia Anny w klasztorze unickim w Żytomierzu. Sądzę więc, że Bonczyk nie poprzestał na ubocznym niejako zużytkowaniu pomysłu o Gaszynach w Górze Chełmskiej, lecz z kolei uczynił go głównym przedmiotem trzeciego wielkiego poematu, w którym miejsce poczesne zajęły wypadki r. 1830-31. Hrabia Damian Napieralskiego nasuwa wszakże jeszcze jedno przypuszczenie. Może poemat Bonczyka za wzorem Gudruny obejmował historię 2 lub 3 pokoleń Gaszynów, jednego podczas konfederacji barskiej, drugiego w czasie powstania 1830-31 i Napieralski zużytkował tylko pierwszą część tego pomysłu, czując się lepiej w epoce, którą przeorali znakomicie powieściami swymi Rzewuski, Grabowski i Bodzantowicz, nie mówiąc nic o Miarce, niż w r. 1831, o którym do końca XIX w. nie było jeszcze głośniejszych powieści. Te wszystkie wywody — to tylko rachunek prawdopodobieństwa, oparty na zbyt małej ilości wiadomych, aby można było przyjąć jedno tylko rozwiązanie, lecz nie wolno tego przypuszczenia przemilczać, jeśli idzie o wyjaśnienie, dlaczego w Górze Chełmskiej ilość wzmianek o Polsce i sprawach polskich jest stosunkowo szczupła, bo ten punkt staje się jasnym, jeżeli przyjmiemy, że to wszystko już w chwili pisania Góry Chełmskiej było przeznaczone do trzeciego poematu na szerokim tle polskim, który „zdaniem autora miał walorem literackim przewyższyć“ oba poprzednie. Epopeja z r. 1830-31, czy nawet wieloczłonowa z walk o niepodległość od konfederacji barskiej do r. 1831 z romantycznym bohaterem Ślązakiem, czy może z paru bohaterami, z bogatą fabułą romansową — to była naprawdę rzecz godna dumy autora. Czy poemat był dokończony, jakby wynikało z wiadomości ks. Kudery, czy niewykończony, jak przyjmuje ks. dr Szramek, trudno dziś dociec; wystarczy podkreślić pewną zależność obu kwestyj: jeżeli poemat był dokończony, nie mógł go zniszczyć autor, jeżeli był niewykończony, to zniszczenie go przez twórcę jest tylko jedną z możliwości, lecz niczym więcej.
Jeżeli idzie o moje osobiste przypuszczenie, to nie przekonywa mnie argument ks. dra Szramka, że Bonczyk kazał niewykończony utwór „spalić może dlatego, że nie miał przyjaciela kongenialnego, któremu byłby mógł spokojnie i w zaufaniu powierzyć manuskrypt tak cenny, choć nie gotowy“. Jeżeli Bonczyk powierzył kiedyś gotowy już, ba nawet wydrukowany w pierwszym wydaniu Stary Kościół Miechowski do poprawy dr Chłapowskiemu, którego nie uważał chyba za kongenialnego, to nie widzę powodu do przypuszczenia, żeby na łożu śmierci szukał i nie mógł się wśród swych znajomych dopatrzeć „kongenialnego przyjaciela“. Wszakże żyli jeszcze w r. 1893 z „ojczyzny filarów“ — nie mówiąc już o Damrocie, którego może nie brał w rachubę z powodu choroby i z innych względów — Szulczyk, Świętek, Studziński, Wolczyk, Błana, Krahl, Nehrlich, Kirchniawy, Wawrzek i Korpak, z których kilku (Błana, Nehrlich, Wawrzek i Korpak) przebywało niedaleko od Bytomia. Z świeckich był pod ręką Napieralski, a w Opolu Koraszewski. Ale w przypuszczeniu ks. Szramka mieści się także sprzeczność z zapewnieniem samego Bonczyka o wysokim walorze literackim ostatniego poematu. Nie przypisując poecie nadmiernej skromności, trudno go posądzać i o zarozumiałość i o lekceważenie poprzedniej własnej twórczości, gdyby poematowi niegotowemu nadawał a priori taką wartość. Wolę więc konfratrów centrowych podejrzewać o zaprzepaszczenie trzeciego poematu, niż wergilianistę śląskiego o skuteczne naśladownictwo ostatniej woli swego mistrza co do Eneidy.

Kartka z dziejów pośmiertnych Bonczyka

Centrowcy-księża mieli wszakże dość kłopotu z erotycznymi poezjami , które sam wydał Bonczyka za życia, żeby chcieli po jego śmierci zachwiewać także pod względem politycznym prawowiernością centrową jednego z swych najwybitniejszych członków; jeżeli zaś moje przypuszczenie o łączności treściowej trzeciego poematu z Górą Chełmską jest trafne, to trudno było wymagać od Schirmeisena czy kogokolwiek z centrowców, żeby szedł na rękę polskiemu ruchowi narodowemu wydaniem takiego poematu i krzepił poczucie polskie ludu górnośląskiego.
Metodę zatajania prawdy umiano stosować w sferach duchowieństwa niemieckiego na Śląsku; na poparcie tego twierdzenia tylko jeden przykład związany z Górą Chełmską. Na jubileusz 200-letni Kalwarii chełmskiej przygotował o. Chrysogonus Reisch wspomnianą już Geschichte des St. Annaberges, z której popularny wyciąg pt. Gedenkblatt zum 200-jdhrigen Bestehen der Kalvarie St. Annaberg wydał o rok wcześniej we Wrocławiu 1909. Ten wyciąg przełożył na język polski J. Bednorz pt. Pamiątka 200-letniego istnienia Kalwaryi na Górze św. Anny, Wrocław 1909. Bednorz korzystał miejscami także z rękopisu większej pracy, a więc to, co zrobił w swoim przekładzie, robił na pewno z wiedzą, a nawet na polecenie przełożonych zakonnych. Otóż w przekładzie jego są charakterystyczne opuszczenia i uzupełnienia. Opuszczono więc w przekładzie polskim cały ustęp o walce władz austriackich i pruskich przeciw przynależności klasztoru św. Anny do prowincji małopolskiej (str. 45—47 niemieckiej broszury), oraz mniejszy ustęp o niedopuszczeniu 9000 polskich pielgrzymów w r. 1874 przez żandarmerię pruską (str. 88 niem. broszury). Widocznie było niedopuszczalne dla polskich czytelników to, co mogli czytać bez obawy niemieccy. Dodano za to na końcu książeczki wiersze V 555—570 i I 49—54 Góry Chełmskiej, oraz sparafrazowano słowami zapożyczonymi od Bonczyka przekład początku broszury (str. 1—2), który w niemieckim tekście nie wykazuje wyraźnie tej łączności. Nie wspomniano za to ani słóweczkiem, skąd wzięto wiersze kończące książeczkę, a nadto dokonano kilku „poprawek“ w ich tekście: w V 555 zmieniono: „Bóg pobłogosławiwszy, wraca do kościoła, na: Lud, by wracać do domu, wychodzi z kościoła, w V 557: jeszcze na: ludzie, 559: Kłębo na: Tłumy, 560: Stawa się na Stawają się; z naruszeniem rytmiki, 561: hufce na: procesyje, z jeszcze większym naruszeniem wersyfikacji, 563: w Rajskim Dworze na: w rajskim placu, 567: kutej, tej kaplicy na: kutej i tej kaplicy, znowu wbrew rytmice. To chyba wystarcza na scharakteryzowanie stosunku duchowieństwa niemieckiego do polskości i do Bonczyka, który przecież nie był byle kim wobec klasztoru św. Anny, tylko „szlachetnym opiekunem Kalwarii“ (Geschichte des St. Annaberges, str. 442). O tym wszakże można było pisać w niemieckiej książce naukowej, w polskiej popularnej przemilczało się tę okoliczność bez najmniejszego skrupułu, obdzierało się „szlachetnego opiekuna” z własności jego literackiej, zatajając nazwisko autora i zniekształcając nawet tekst urywku, byle tylko polski pątnik nie dowiedział się, że o tej Kalwarii ma polski poemat górnośląskiego księdza-poety. W r. 1909 zakonnicy niemieccy byli rządcami nie tylko w klasztorze św. Anny, lecz nawet w cudzej własności literackiej.

Dysproporcje

Wywody dotychczasowe uwydatniły charakter Góry Chełmskiej jako poematu pełnego dysproporcji. Obmyślany długo i zmieniany dość często pod względem zawartości treściowej, został napisany pospiesznie pod wpływem współczesnych wypadków i zabarwiony tendencją zamkniętą w niedomówieniach, a nawet poszczególnych sprzecznościach. Zakrojony w zamysłach na wielką ogólnośląską epopeję w przeciwieństwie do lokalnego raczej Starego Kościoła Miechowskiego pozostał poemat torsem epopei, rapsodem o cichym bojowaniu ludu górnośląskiego o swe prawo do życia, o wiarę, język i obyczaj ojców. Sam lud nie wysunął się nigdzie niema! na plan pierwszy, choć wypełnia sobą istotną treść utworu, pozostał rycerzem na zewnątrz poślednim, lecz w sercu wspaniałym. Odczuł to ks. Kudera: „Rycerstwo górnośląskie doczekało się swojej epopei w utworach ks. Bonczyka. Powiadam: rycerstwo! Bo któż zachował Górnemu Śląskowi jego polski charakter, któż walczył i walczy o te najdroższe skarby człowieka: język i wiarę? Nie szlachta, bo ona się prędko zniemczyła, nie księża, bo największa ich część kierowała się dyplomatycznymi względami kurii wrocławskiej, nie tak zwany średni stan, bo i tego nam aż do najnowszych czasów brakowało, lecz chłopek górnośląski. Chłopstwo górnośląskie — to nasi rycerze i bohaterzy!“ (l. c. str. 28), W Górze Chełmskiej jednak ludem tym są nie tylko chłopi, lecz także, a nawet przede wszystkim małomieszczanie polscy z Bytomia itd., uchwyceni w tym charakterze na krótko przed swoim zanikiem. Pierwsze miejsce w poemacie zajęli: przedstawiciel szlachty śląskiej jako pokutnik i przedstawiciel duchowieństwa zakonnego, ostatni niejako spadkobierca polskich reformatów.
Nadmiar wątków nie wyszedł na pożytek poematowi pospiesznie przelewanemu w słowa; dwa tylko z nich zdołały się jako tako zespolić i to takie, które nie uwydatniały roli głównego filaru ojczyzny tj. ludu, inne zaś dochodziły do głosu sporadycznie jakby na świadectwo pierwotnych, o wiele wspanialszych zamiarów. Sam Bonczyk, spoglądając na gotowe już dzieło, podkreślił w liście do ks. Weltzla, że w zamysłach jego spierały się z sobą motywy sprzeczne, że usiłował je połączyć, nie będąc pewien dopuszczalności tego postępowania, że ostatecznie pozostawił je jakby masło na chlebie głównego tematu: uroczystych obchodów na Górze św. Anny i rozwiązania konwentu, stwierdzał jednak tylko to, co stało się w ostatniej fazie urzeczywistnienia pomysłu.
Zastosowana w Górze Chełmskiej technika epicka Wergilego pozwalała na takie traktowanie treści, ale wykańczana przez wiele lat Eneida dała pełnię pomysłu poetyckiego, tworzony zaś pospiesznie utwór Bonczyka wykazuje wyraźne luki, których zapełnienie wymagałoby dalszych może 6 pieśni. Przystępując do pisania poeta spodziewał się widocznie, że tworzenie pójdzie mu łatwo i szybko, toteż niektóre rzeczy rozplanował bardzo szeroko, ale wykonać zamiar zdołał tylko w I i częściowo w V pieśni. Powolność, a raczej brak niemal akcji w pieśni II tłumaczy się najlepiej jeszcze przypuszczeniem, że powstała ona w lutym 1886 i była uzupełnieniem podjętym ze względu na duchowieństwo świeckie. Pieśń VI jest oczywistym skrótem większej całości, może nawet częściowo już napisanej, natomiast pieśni III i IV wydają się wynikiem rozbicia i uzupełnienia nowymi przydatkami jednej pierwotnie pieśni. Być może, że wskutek tego zniknęła istniejąca przynajmniej w zamyśle osobna pieśń poświęcona stacjom Męki Pańskiej, której treść zbiegała się w niejednym punkcie z treścią pieśni V, a więc pozostawienie obu osłabiałoby ich wrażenie, poeta więc poświęcił jedną z nich. Poemat obszerny w pomyśle i zamiarze skurczył swe rozmiary w ciągu pisania.
Tendencja poematu i nakazany przez okoliczności pośpiech w jego wydaniu nie pozwoliły na zastosowanie rady Horacego o przechowaniu w tece przez 9 lat i szczegółowe wykończenie, trzeba było puścić go w świat, jakim był i opatrzeć określeniem gatunkowym: wspomnienia z roku 1875.
Ten sam pośpiech zaciążył na stronie formalnej poematu: dwie inwokacje, trzy obszerne apostrofy, kilka pokaźnych porównań, spora ilość epitetów ozdobnych, obfitość tropów i figur retorycznych świadczą, że poeta chciał poemat wyposażyć pod względem retorycznym jak najbardziej, nie wszędzie jednak zdołał te skarby porozsypywać, zwłaszcza tam, gdzie spiesząc się, musiał często uciekać się do prostego tylko wyliczania, jak w 3 pieśniach środkowych. Pośpiech ten odbił się także na rymowaniu, chociaż na nie Bonczyk zwykle mało zważał. Retoryczne zabarwienie, obracające się w zakresie klasycznym, stanowiło dysproporcję wobec nowożytności opiewanych wypadków i romantyczności opowieści Gaszynowskiej, a niemniej wobec narzeczowego podłoża języka Bonczykowego i ludowości tkwiącej choćby w tym środowisku, do którego poemat miał dotrzeć. Ta dysproporcja jednak nadaje swoisty urok utworowi jako dowód niepowszedniego „ulotu“ twórczego.

Prekursoryczność

Myliłby się jednak ten, kto w Górze Chełmskiej dopatrywałby się niewolniczego naśladownictwa przebrzmiałych wzorów, nie zwracając uwagi na fakt, że takie naśladownictwo idzie zwykle w parze z hołdowaniem jakiejś modzie literackiej. Mówienie o niej przy Bonczyku zakrawałoby na żart, realizm jego wypływał z chłopskiej jego natury, utrwalał się zaś na wzorze epopei homerowych i Pana Tadeusza, nie wyszukiwał pospolitych stron życia, chociaż ich nie unikał, zawsze jednak umiał obok nich uwydatnić i wzniosłe. Jeżeli idzie o związek ze współczesną Bonczykowi poezją polską, to jest on nikły, natomiast utwory jego stanowią osobne ogniwo między poezją naszą narodową drugiej ćwierci XIX w., a Młodą Polską, do której Górę Chełmską zwłaszcza zbliża język o bogatym narzeczowym zabarwieniu, tematyka, niejeden pomysł artystyczny, jak np. zespolenie przyrody z ludźmi, a przede wszystkim wspaniały opis odpustu i procesji, który każe nam myśleć o opisach Reymonta. Jeżeli nawet na ten opis w V pieśni Góry Chełmskiej wpłynął Sienkiewicz, którego Potop od r. 1885 drukowano w odcinkach Kuriera Poznańskiego, a jest to dość wątpliwe, skoro według wszelkiego prawdopodobieństwa pieśń V powstała w lipcu 1885 r., to przecież samodzielność Bonczyka jest tak wyraźna, a wykonanie tak ożywione prawdą i poezją, iż do tej pieśni najsłuszniej można zastosować powiedzenie Kraszewskiego, iż tu życie samo przelało się w poemat. Mniej świetna na zewnątrz, ale również pierwszorzędna w rozłożeniu treści, w uchwyceniu życia klasztornego, w celowości środków poetyckich, jest pieśń I.
Nie stała się Góra Chełmska epopeją śląską w pełnym tego słowa znaczeniu, nie jest jednak ani kroniką epicką ani poetyckim reportażem mimo swego realizmu, stanowi poniekąd gatunek odrębny, któremu Bonczyk nadał miano wspomnień, choć ich w tym poemacie jest mniej niż w Starym Kościele Miechowskim i charakteru realnych przypomnień przeważnie nie posiadają.
Nad Starym Kościołem Miechowskim góruje Góra Chełmska szerokością pomysłu, widnokręgiem ideowym, bardzo często wysłowieniem, a głównie poziomem artystycznym pieśni I i V, które stanowią najwyższy punkt w spuściźnie dochowanej Bonczyka, ustępuje zaś mu pod względem spójności całości, charakterystyki osób i szczegółowości wykończenia. Do niej przede wszystkim odnieść da się to, co ks. Kudera mówi o nastroju poezji Bonczykowej: „Budzą się w sercu naszym jakieś dziwne myśli, jakaś tęsknota, ale też równocześnie jakaś otucha, jakiś smutek połączony z goryczą, ale też jakaś duma, jakieś żale, ale też jakaś nadzieja. A myśli te nie nasuwają się nam w natrętny sposób, ale działają jak to światło słoneczne, które wszędzie jest, a jednak reklamy nie robi“ (l. c. str. 19—20). Bonczyk zna sztukę wywoływania nastroju, której nauczył się u Wergilego, ale przepuszczając ją przez duszę nowoczesnego człowieka, wytworzył środek poetycki, który dopiero za jakiś dziesiątek lat upowszechnił się w literaturze polskiej, gdy nie było już komu przypomnieć odosobnionego poprzednika.

Ocena poematu u współczesnych

Pierwszy głos o poemacie odezwał się tam, gdzie go Bonczyk z niecierpliwością oczekiwał, a mianowicie w Kurierze Poznańskim nr 134 i 135 z 15 i 16 czerwca 1886 r. W dwu odcinkach felietonowych zdał recenzent, podpisany S. B., sprawę z treści poematu, ilustrując streszczenie obszernymi i licznymi wyjątkami, głównie takimi, które podkreślają polskość poematu. W tym kierunku nawet czasami za daleko się zapędzał, aby zachęcić do nabywania utworu, który powinien „się znajdować w każdej biblioteczce polskiej“, bo „ten piękny poemat górnośląskiego kapłana, który obok swej ściślejszej ojcowizny tak gorąco i tak serdecznie ukochał całą polską przeszłość, jest najpiękniejszym i najwymowniejszym dowodem, że pod siermięgą górnośląską, pokrytą lekkim pyłem obcej narodowości, silnym tętnem bije to samo życie, co w reszcie ojczyzny naszej.“
Następni krytycy Góry Chełmskiej różnią się od S. B. w ocenie polskości poematu, idąc znowu za daleko w kierunku przeciwnym. Zaczyna ich szereg Melania Parczewska: Z poezji górnośląskiej (Przegląd Literacki Kraju, nr 23 z 1890, str. 6—8). Parczewska pierwsza zauważyła szereg zależności Starego Kościoła Miechowskiego od Pana Tadeusza, ale wyżej od niego stawiała pod względem poetycznym i wykończenia Górę Chełmską. W niej również zauważyła podobieństwo br. Aleksego do ks. Robaka, ale bohatera epopei śląskiej stawia niżej: „Ksiądz Robak kocha ojców ziemię, dla niej poświęca życie, wtedy gdy poturczony Gaszyna kocha jedynie klasztor św. Anny, w którego murach, oddany modlitwie i pokucie, pragnie zmazać grzechy młodości“. Jest to dość powierzchowne mimo pozorów słuszności ujęcie sprawy tak samo jak zarzut separatyzmu śląskiego postawiony Bonczykowi, który jakoby wszystko widział ze stanowiska przede wszystkim religijnego.

Po śmierci Bonczyka do r. 1900

Tak samo przekonany jest o separatyzmie Bonczyka M. (J. K. Maćkowski): Dwaj szląscy poeci (Dziennik Poznański, nr 297 z 28 XII 1895, 1, 314 z 1, 415 I 1896), który zestawiając Bonczyka z Damrothem widzi w piewcy Góry Chełmskiej centrowca o dopiero co przebudzonym duchu polskim. Maćkowski oceniał Bonczyka przede wszystkim ze stanowiska politycznego, toteż nie mógł zapomnieć jego wystąpień publicznych jako centrowca i to wpływało na zrozumienie jego poezji. Podobnie jak Parczewska stawia wyżej pod względem literackim Górę Chełmską, pod względem językowym Stary Kościół Miechowski. Za Parczewską zaznacza wpływ Pana Tadeusza na oba poematy, a literaturze przypisuje rozbudzenie w nim sumienia i wywołania walki wewnętrznej, gdyż z wychowania był Prusakiem i tylko serce jego rwało się do polskości. Ta uwaga jest o tyle słuszna, że Bonczyk był Prusakiem, ale owym Bartkiem Prusakiem z Pana Tadeusza, mającym swój własny, niezależny od gromady sąd o rzeczach. Dla Maćkowskiego wstęp do Góry Chełmskiej nie jest miarodajny, łowi w nim odgłosy partykularyzmu śląskiego np. w wyrażeniu: Tu ma Szląsk swoją Wandę, tu jest Wawel święty (tak bowiem ten wiersze przekształca), a rzeczywistych przekonań autora dopatruje się w wywodach ks. Grelicha, z którym się autor utożsamia, wstęp zaś zawiera tylko „chwilowe uniesienia sercowe“. Jednostronny pogląd Maćkowskiego utorował sobie drogę i tożsamość przekonań Grelicha i Bonczyka stanowi dla niejednego pewnik.
Sądu Bronisława Koraszewskiego: O języku i poezji Górnoślązaków (Wędrowiec 1900, str. 598) o Górze Chełmskiej nie znamy w całości, gdyż w druku wypuszczono dłuższy ustęp. Według Koraszewskiego poeta charakteryzuje zręcznie różne odmiany narzecza śląskiego, a na dowód przytacza III 350 — 389. Stanisław Bełza dwukrotnie mówi o Górze Chełmskiej. Pierwszy raz (Na Śląsku polskim, str. 27 i 30) stawia o wiele niżej ten poemat od Starego Kościoła Miechowskiego, robiąc wyjątek dla „tak pięknego początku“, że nie może się powstrzymać od przytoczenia kilkunastu jego wierszy (I 1-16), oraz powołuje się na sąd samego Bonczyka, jakoby to była „rzecz mniejszej wartości“, drugi raz (Przeszłość, Teraźniejszość i Przyszłość Śląska Górnego, Warszawa 1922, str. 28) bałamuci i miesza fakty, twierdząc, że o Górze Chełmskiej napisał recenzję Kraszewski, a ona jednak ustępuje „innym(!) większym poematom“ Bonczyka, którego o wiele przewyższają utwory Damrotha.
Piotr Chmielowski (Zarys najnowszej literatury polskiej, wyd. IV, Kraków-Petersburg 1898, str. 124) dopatrzył się, że w Górze Chełmskiej poważny nastrój przeplata autor nieraz dosadnymi żartami, po czym cytuje ustęp o ojczyzny filarach tj. II 281—316, Antoni Potocki (Polska literatura współczesna, Warszawa 1911, t. I, str. 304—305) wziął swoją wiedzę z drugiej ręki, z Chmielowskiego.

Ks. Kudera i ks. Szramek

Po roku 1900 jest przez kilkanaście lat na ogół głucho o Bonczyku i jego poematach, tylko Górę Chełmską przedrukowała Gazeta Katolicka w r. 1903—1904 (Kudera, l. c. str. 8). Dopiero w r. 1918 w 25. rocznicę zgonu pojawiły się 2 broszury już cytowane o Bonczyku, anonimowa ks. dra Szramka, przerobiona po 12 latach i rozszerzona w Rocznikach Tow. Przyj. Nauk na Śląsku, t. III, str, 1—62 i w osobnej odbitce, oraz ks. Jana Kudery pod pseudonimem Jacka Kędziora. Pierwszy zajmuje się przede wszystkim życiorysem Bonczyka oraz tłem jego poematów, przenosząc rolę komentatora nad krytyka. Podziela on zdanie Maćkowskiego, że słowa Grelicha w poemacie odzwierciedlają przekonania samego Bonczyka i stara się słuszność tych wynurzeń Grelicha udowodnić. W sądzie o wartości Góry Chełmskiej różni się z Parczewską i Maćkowskim, przyznawając, że „obfituje ten utwór w piękne obrazy i wizje i posiada trwałą wartość jako literacki pomnik z okresu walki tzw. kulturnej, której problemy wszystkie porusza“ (Rocznik T. P. N. Śl. II, str. 19).
Ks. Kudera rozpatrzył wartość obu epopei ze stanowiska wymagań epiki, polskości i śląskiej swojszczyzny, nie szczędząc cytatów. Spostrzeżenia jego są zwykle trafne, jak to widzieliśmy na 2 przykładach, ale cel, który sobie w rozprawie wytknął, nie pozwolił mu oddzielnie traktować każdego poematu tak, że wypada jednolita charakterystyka dla obu, przeznaczona głównie dla czytelnika śląskiego. W tym samym r. 1918 umieścił w Głosach z nad Odry (str. 58—62) krótki, popularny artykuł ks. Józef Niedziela.

Głosy ostatnie

Zaznaczymy dalej, że o Bonczyku i jego poezji mówią krótko w doraźnych zarysach lub antologiach piśmiennictwa śląskiego: Alfons Parczewski: O literaturze ludowej Szląska pruskiego i Łużyc z r. 1894, Kazimierz Ligoń: Poeci Górnego Śląska z 1920, Paweł Musioł: Rzut oka na literaturę śląsko-polską 1930, (ks. Szramek): Wyznanie narodowe Śląska z 1919 i Edward Rybarz w 2 artykułach w książce pt. Górny Śląsk z 1934; są tam rzeczy znane i przeważnie cudze. Podobnie ma się sprawa w artykułach dziennikarskich jak: Ludwika Łakomego w Polonii nr 3107 z 4 VI 1933, Wacława Śledzińskiego w Kurierze Literacko-Naukowym (dodatku do I. K. C.) nr 47 z 1936, W. T.(arnawskiego) w Warszawskim Dzienniku Narodowym nr 328 z 29 XI 1936, z tym nadto zastrzeżeniem, że zajmują się niemal wyłącznie Starym Kościołem Miechowskim.
Z artykułu dziennikarskiego w Gazecie Polskiej z 23 sierpnia 1936 r. wyrósł ustęp pt. Homer Śląska Zielonego w książce Stanisława Wasylewskiego: Na Śląsku Opolskim, Katowice 1937, str. 120—127. Również Wasylewski ma sentyment szczególny do Starego Kościoła Miechowskiego. Góra Chełmska jest dla niego „szczegółowym, trochę rozwlekłym i utykającym opisem odpustu… Pod naporem akcji rządu Bismarcka, który po zwycięstwie roku 1870 jął usuwać resztki polszczyzny, tułające się jeszcze w administracji, i nałożył kagańce ambonom polskim i urzędom parafialnym — Bonczyk wychodzi z impasu i akcentuje bardzo dobitnie nierozerwalność narodową Śląska z resztą Polski… Jak przedtem na szarych okolicznościach wiejskich, tak teraz na kanwie historii klasztoru ponaszywał tysiące perełek, spostrzeżeń doskonałego obserwatora, samorodnego epika, chętnie przy tym ze wzorów korzystającego. Szkoda tylko, że brak poematowi czynnej postawy i wyraźnego protestu przeciw polityce Bismarcka.“ Polemikę z uwagami Wasylewskiego pozostawiam czytelnikowi, zaznaczając, że doraźnie poruszyłem parę kwestyj odnoszących się do Góry Chełmskiej w 2 rozprawach: Pod urokiem Pana Tadeusza (Szkoła Śląska 1934, str. 118—119 i 177—180), oraz Bonczyk a polskość (Zaranie Śląskie 1937, str. 1—7).
Przedmiot poematu, Góra Chełmska z klasztorem św. Anny, znalazł się poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej, polskie obchody na nim są o wiele skromniejsze, niż były nawet w najgorszych okolicznościach za czasów Bonczyka, lecz pamięć o tym, czym była ta „góra święta, łzami pokuty uklejona dla narodu pobożnego… co corocznie na jej jasnym szczycie uczy się walki za wiarę, dusz życie“, utrwalona została w najciekawszym mimo niemałych usterek artystycznych poemacie, jaki wydała literatura polska w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Niezwykłość jego polega nie tylko na temacie wziętym z niezwykłego wówczas środowiska śląskiego, na malowidle nader rzadkim a tak obszernym odpustu polskiego, na zespoleniu bodaj nigdy nie powtarzającym się w tym stopniu pierwiastków religijnych i polskich, lecz także na niezwykłej w tej epoce postawie poetyckiej wobec przedmiotu i problemów przezeń wysuniętych, oraz na prekursorycznej poniekąd roli w rozwoju ogólnopolskiej poezji.

GÓRA CHEŁMSKA
I
Góra Chełmska. Klasztor św. Anny. Nieszpory sobotnie. Obawy O. O. Franciszkanów wobec niepokojących wieści. Przestrogi O. Gwardiana. Proroctwa o św. górze; rekreacje Ojców; ich rozmowy o dawnych zakonu powodzeniach. Brat Aleksy. Jutrznia. O. Gwardian i widzenia jego.

Góro Chełmska, piastowskich ziem stróżu wieczysty,[8]
Czy cię strasznej powodzi grom, jak w płaszcz piaszczysty
Odzianą, w dzień potopu urwawszy od skały
Gór Olbrzymich, aż krańce grzesznej ziemi drżały,

Zapędził w te płaszczyzny, aby z twej podstawy

Wypatrzył Chrobry drogę na Zachód, do sławy?
Czy ogień uwięziony we wnętrznościach ziemi,
Szukający swobody, siły piekielnymi
Wysadził twe bazalty aże pod obłoki,[9]

10 
Abyś dumnie patrzała na okręg głęboki?

Czy cię woda wylęgła, czy ognie przedwieczne:
Góro, teraz-eś święte miejsce i bezpieczne!
Boć to Michał Archanioł, po zwycięskim boju
Z szatanem, na zadatek wiecznego pokoju,

15 
Na wysokim twym szczycie hełm rycerski złożył;[10]

Nań patrząc, wyje piekło, świat w ufności ożył.

Góro, szczycie siół naszych, co stąd w świecie słyną,

Iż, orząc ziemię chudą, krwawym potem płyną:
By cię Bóg nie był zasiał na odwiecznej skale,

20 
Skąd patrzysz w północ dumno[11], a na wschód wspaniale,

Stałby tam jednak kopiec, lecz z kurzu usuty[12],
Z kurzu rąk pracowitych, sklejon łzą pokuty;
Boć od stóp Jasnej Góry i od Warty brzegów[13],
Od Tatru[14], Gór Karpackich śnieżystych szeregów

25 
Aż do grzbietu Olbrzymów[15] odzianych chmurami,

Słowian krew[16], rzymska wiara stokroć tysiącami
Zadąża[17] ku twym progom już tak mnogie wieki,
Twej przed wrogiem krwi, wiary[18], szukając opieki.
Tu ma Śląsk swoję Wandę, tu swój Wawel święty[19];

30 
A choć w boju żelazny, choć w trudach niezgięty,

Tu kornie bije czołem, pomny, że pokorze
I szczerej skrusze Bóg sam oprzeć się nie może.

Póki step ukraiński rzewne dumki stroi,
Póki się wolnej Polski car moskiewski boi,

35 
Póki Wisła dziewicza do Bałtyku łona

Spieszy, mężnego ludu wdzięcznością pieszczona,
Póki Królowa Polski z Ostrobramskiej wieży
Litwie, a Jasna Góra Lachom w pomoc bieży:[20]
Dotąd też Święta Anna z Chełmskiej Góry szczytu

40 
Śląsku[21] pobłogosławi i błogiego bytu

Będzie mu upewnieniem! Skoro zaś te skały
Stałe jak stal i szare (boć świat ten niestały[22])
Runęłyby w przepaści, alboby się w inne
Przeniósły[23] równie kraju, wdzięczniejsze, gościnne,

45 
Już też koniec nastanie tej tu doczesności[24]:

Tedy dopiero umrze w męskiej dojrzałości
Plemię Piastów, Jagiełłów[25], lecz w niebianów rzędzie
Z palmą między pierwszymi na wieki zasiędzie.

Dokądż[26] lecisz, mój duchu, jak w wieszczym ulocie?

50 
Marząc o sferach niebios, toniesz niemal w błocie,

Nie ku niebu ulatuj! Spiesz ku Chełmskiej Górze!
Tam w pobożnych, wieśniaczych procesyi chórze
Błagaj Boga o litość, pątnicze wspomnienia[27]
Osłodzą ci szukanie przyszłego zbawienia.

55 
Święta Anno! Królowo górnośląskiej warty[28][29],

Berłem łaski słynąca w świat na wskroś otwarty,
Święta Anno, do Ciebie w swej doczesnej męce
Dźwiga rzymski bez granic kościół w modłach ręce;
Do Ciebie i nasz naród otoczon wrogami,

60 
Rwie się, łamiąc kajdany, a świecąc cnotami;

Do Ciebie z siół chudobnych i z grodów wspaniałych
Płyną rzesze bez liku, wszak dla dusz zbolałych
Upraśnione lekarstwo tam, gdzie serc wylanie!
Gdyż[30] u Ciebie Syn Boży raczył mieć mieszkanie,

65 
Toć i Ewy prawnuki spieszą w Twe objęcia.

O Babko najszczęśliwsza Maryi Dziecięcia,
Gdyż[30] hojnie wszystkim dajesz, mnie też Twą opieką
Wzbogać, co się wybieram w podróż tak daleką!
Bo, choć wola, myśl silna, lecz lutnia bez dźwięku;

70 
Ty ją nastrój! Gdyż[30] wiek ten pełen zbroi szczęku[31],

Racz ją natchnąć pokojem! Twa niech pomoc sprawi,
Bym godnie opiał górę[32], która Ciebie sławi!

Skończyły się nieszpory. Ojca Gwardyjana
Wywołano ku bramie; tam wieść niesłychana

75 
Wszystkich zniepokoiła[33]: „Pan radca ziemiański[34]

Wielkich Strzelec zabrania na ten to rok pański
Pątnikom iść na Górę[32] z krzyżem, z chorągwiami;
Policyja rozpędza tłumy, co z pieśniami
Dążą na święte miejsce, a z polskiej dzielnicy[35]

80 
Kompanije nie przyjdą, rosyjscy strażnicy

Dopuszczają się gwałtów! Ucisk wrogi wszędzie,
Jakoż tedy z odpustem na Święty Krzyż[36] będzie?“
„Dość, dość“, — rzekł ksiądz Gwardyjan,
Ojciec Atanazy[37], —
„Znam ja jeszcze surowsze zwierzchników rozkazy,

85 
Aleć, na co się martwić? My tu nie rządcami,

Lecz sługami jesteśmy, Panią zaś nad nami
Święta Anna; w Jej sprawie trwajmy, walcząc mężnie;
Nas zaś Ona niech broni przed Wnukiem potężnie[38]!
Co do mnie, jestem gotów nieść, co Bóg przeznaczy,

90 
Nawet jeść na wygnaniu gorzki chleb tułaczy;

Ale czyńmy powinność: Krzyża Podwyższenie
Święćmy najuroczyściej, z tego klasztor słynie[39]!
Nie trwóż się, bracie Piotrze! Weźm[40] klucze od bramy,
A przyjdź choć za godzinę — teraz czwartą mamy —

95 
Z bratem Wawrzyńcem[41] z kuchni, wołaj gospodarza

Brata Józefa[42]; wszyscy mi do refektarza
Przyjdźcie, dam dla odpustu potrzebne zlecenia,
By się w chwili nabożeństw nie martwić z spóźnienia!“

Piotr z obedyjencyi cingulum całuje[43],

100 
Spieszy; Ojciec Gwardyjan w myśli swej stósuje[44],

Co rozkazać, co czynić. Wszedł do zakrystyi;
Tam braciszek Alfonzy[45], bliski profesyi,
Otwiera szafy śnieżnej bielizny: ornaty
Złote, śrebrne, przegląda, (przed mnogimi laty

105 
Haftowały je ręce hrabianek![46]) z wstęgami

Mszały nowe i stare, z złotymi brzegami,
Zapełniły rząd długi. Tam ampułki szklane,

Monstrancyja, kielichy suto pozłacane,
Cyboryum[47] ze śrebra olbrzymiej wielkości,

110 
Na złotym bandelarzu[48] przez tłumy ludności

Noszone, głośno śpiewa o mnóstwach spowiedzi.
Inne znowu naczenia ceniane[49] i z miedzi,
Czyściuteńkie, po listwach chędogiej framugi[50]
Niecierpliwie czekają na boże usługi.

115 
Z wszystkiego ucieszony, więc wesołej twarzy,

Co to we świecie żyje, a o niebie marzy,
Mówi Ojciec Gwardyjan: „Bóg ci zapłać, bracie!
Ale prócz zakrystyi czeka jeszcze na cię
Rajski Dwór[51] i Krzyż Święty, i Upadek Trzeci.

120 
Czyń co możesz dla dobrych Świętej Anny dzieci,

Bo ich mnóstwo przybędzie! Gdzież się podziać mają
Z duchownymi potrzeby? W domu unikają[52]
Księdza nie mającego od Boga urzędu,
Tylko sam się narzucił. Ze słusznego względu

125 
Na te trzody sierotki może ze czterdziestu

Księży zdąży na pomoc. Dla słuchalnic[53] jest tu
W Rajskim Dworze wygodnie: słońce, deszcz nie szkodzi,
Pojednawszy się z Bogiem, tłum ludu odchodzi
Bez przeszkody, a modły i prześliczne pienie

130 
Pątników żywi święte kapłanów natchnienie.

W Rajskim Dworze więc krzeseł dwadzieścia postawisz,
Kilkanaście po gankach klasztoru, objawisz
Spowiednikom godziny rekreacyj[54], słowem:
Bądź dla wszystkich ze wszystkim twej służby gotowym!

135 
Wiem, że mnogie twe prace, to je niech osłodzi

Że hojnie święta Anna w niebie wynagrodzi!“

Alfonzy w posłuszeństwie cingulum całuje,
Lecz pokornym pytaniem tak się informuje[55]:
„Wszystko według rozkazu Ojca Gwardyjana,

140 
Lecz do Świętego Krzyża, gdzie bywa śpiewana

Suma i do kościoła Upadku Trzeciego
Raczył Ojciec Gwardyjan brata Aleksego[56]
Syłać do usług księży; poczciwiec Stokowy[57]
Zawsze, jak dotąd było, pomagać gotowy,

145 
Latoś także pomoże; czy Ojciec pozwoli?“


„Wiesz“, — rzekł Ojciec Gwardyjan, — „że się nie niewoli
Ludzi obcych, nie naszych. Lecz niechaj tak będzie.
U Trzeciego Upadku dwóch księży zasiędzie,
Trzech u Świętego Krzyża. Brata Aleksego

150 
Nie uwiążę do pracy. Jest ci wolą jego

Zżyć wiek u świętej Anny[58], lecz w służbie niczyjej;
Niech się spełni! Czterdzieści lat już kalwaryi
Poświęcił nasz staruszek; nic nie wie o świecie,
Domek ten przy Upadku[59] jak gniazdeczko w kwiecie —

155 
Cały jego majątek. Kto on, skąd, dlaczego

Tu usiadł, nie usłyszał jeszcze nikt od niego.
Nie badaj, nic nie żądaj, on czyni, co może,
Byś nam go jak najdłużej jeszcze dał, o Boże!“

To rzekłszy, podał krzyżyk do ucałowania,

160 
Nakrył głowę kapturem, przed Bogiem się kłania,

Mijając główny ółtarz[60]; ociężałe nogi[61]
Sandałmi[62] bruszą myte kamienie podłogi.
Skoro wstąpił w refektarz, bracia się kłaniają,
Milcząc, z winną pokorą na rozkaz czekają.

165 
Ojciec Gwardyjan usiadł, urzędem[63] zmęczony,

I rzekł: „Wiecie, że w odpust bywa odmieniony

Dzienny domu porządek względem brewijarza,
Bo obchód kalwaryi zatrudnień przysparza;
Toć też latoś[64] tak będzie: Pacierze po pracy!

170 
Zaś w robocie domowej bywajcież mi tacy,

Jak się godzi dla braci! Pod twoim dozorem,
Piotrze, będą kwatery. Niechże mi są wzorem
Przystojności, porządku! Zwiedź dziś jeszcze owe
Bezwzględnych wyzyskiwań domy zarobkowe[65],

175 
Proś i gróź! Ale jutro, wiesz, iż od południa

Już się kompanijami nasz klasztor zaludnia,
Nie odstąpisz mi bramy! Na głos melodyi
Wstępujących po wschodach wszelkich procesyi
Dowiesz się od śpiewaków[66]: skąd i jako liczne;

180 
Spisz; Ojciec Dezydery będzie miał publiczne

Witania w Rajskim Dworze i pobłogosławi
Przenajświętszym! O wszystkim, cokolwiek się zjawi
U bramy, uwiadomisz mnie rychło; po sobie
Nie okazuj bojaźni; patrz, lecz milcz jak w grobie!“

185 
Piotr z obedyjencyi cingulum całuje

I na znak Gwardyjana skromnie występuje[67].
„Ciebie, bracie Wawrzyńcze“, — westchnął Atanazy, —
„Mniej ważne, ale trudne dotyczą rozkazy.
Najprzewielebniejszy nasz książę Biskup raczył[68]

190 
Tęż samą sumę, którą corocznie przeznaczył

Dla gości utrzymania, dać też latoś, a ty
Wiedz, iż pilny pracownik godzien swej zapłaty!
Trudnoć wszystkim wygodzić, szczególnie, że wszelkie
Potrzeby musisz znosić z Leśnicy[69], skąd wielkie

195 
Przykrości następują, bo góra wysoka.

Lecz wiem, że ty ze zleceń mych nie spuszczasz oka!“
To rzekłszy, podał krzyżyk do ucałowania,
Brat Wawrzyniec, odchodząc, pokornie się kłania.

Został gospodarz Józef; ku nimu[70] zwrócony

200 
Westchnął Ojciec Gwardyjan i rzekł rozczulony:

„Cóż damy ludkom naszym? O, te drogie trzody[71],
Niemające w podróży najmniejszej wygody!
Kiedy przyjdą strapione niespaniem i postem,
Każdy nimi pogardza jako ludkiem prostym.

205 
Mężne wiary rycerstwo, ty w duchu dojrzałe,

Choć na zewnątrz poślednie[72], lecz w sercu wspaniałe,
Ciebie Bóg sam ugości. Kto Ciebie urazi,
Splami swoje urzędy, imię swoje skazi!
Gospodarzu Józefie, studnia, w jakimż stanie? —“

210 
„W dobrym“, — rzecze brat Józef, — „ale obracanie

Wału bardzo powolne. Z takiej głębokości
Wodę czerpać wiadrami, ile to trudności,
Stąd poznać, że sam łańcuch pięć centnarów waży!
Choćby tak obracano, aż korba dłoń parzy,

215 
Za kwadrans nie wyciągniesz jak dwie konwie wody,

Jakoż tylu tysiącom dostarczyć ochłody?“ —

„Józefie, ilekolwiek w klasztorze jest kadzi,
Beczek, zberów[73] i koryt, — ludzie będą radzi,
Widząc je zawsze pełne, — wodą ponalewaj;

220 
Zwykłych twych pomocników jeszcze dziś powzywaj,

Niechby jedni po drugich ciągli[74] dniem i nocą,
Lejąc w kadzie rynnami; za boską pomocą
Podołają zadaniu. Wszystkie zaś trawniki,
Ganki[75] i korytarze i wszelkie kąciki

225 
Powymiatać, wyczyścić, aby boskie trzody

Choć w krótkim nocnym spaniu miały coś wygody.
Użyj bracie do dzieła twego rąk i głowy,
A bądź, jak brat Aleksy[76] z wszystkim wczas gotowy!“

Tu milczał Atanazy, lecz po chwili nowy

230 
Wychylił się interes ze stroskanej głowy:

„Gdybyś słyszał od ludzi o prześladowaniu
Wiary, lub nas zakonnych[77], nie zdradzaj w gadaniu
Myśli twoich, milcz stale; gdzie nasienie padnie,
Jaki owoc przyniesie, tego nikt nie zgadnie!

235 
Wszak wiesz, że ksiądz Osmundus i nasz Wiktor miły[78]

Już stali przed kratkami, lecz ich wypuściły
Szpony już zaostrzone żarłocznego wilka.
Teraz burza; zaświeci słońce za chwil kilka!“

Zamilkł Ojciec Gwardyjan. Józef jeszcze stoi,

240 
Chciałby o coś zapytać, lecz się słusznie boi

Mówić o sprawach obcych; ośmielił się przecie
I szeptnął[79]: „Jakież też to proroctwa po świecie[80]
Krążą!“ Milczy Gwardyjan. Józef nieproszony
Ciągnie dalej: „Nie będzie klasztor nasz zniesiony,

245 
Podwiel[81] stoi ta skała! A to skała zdrowa

Jeszcze jeden świat taki przeżyć wzdy gotowa!“

Józef milczy. Czy Ojciec Gwardyjan nie słyszał?
W proroctwa się ni słowem ni gestem nie wmieszał.
Józef niezadowolnion[82] po wtóre zaczyna:

250 
„A zaś drugie proroctwo dotyczy Gaszyna:[80][83]

Jak ostatni z Gaszynów umrze tu w klasztorze,
Spełni się dla tej góry przeznaczenie boże“.

Widocznie zniechęcony Ojciec Atanazy
Rzecze: „Bracie, sam mówisz, iż tej góry głazy

255 
Nieprzeżyte; i cóż się obawiać wygnania?

Nam w proroctwa biblijne wierzyć, nie w gadania
Owczarzy i cyganek. — Wanda nie ma synów[84]
Takich jak Gaszynowie! Ostatni z Gaszynów
Dawno już gdzieś zaginął, Damijan waleczny[85];

260 
Corocznie się modlimy dlań o spokój wieczny!“

„Zginął! — ale czy umarł?“ — rzekł Józef nieśmiało —
Lecz dalszych już nie czynił uwag, bo się zdało,
Że za wiele powiedział. Gwardyjan niebawem
Przeżegnał go i siebie; z spojrzeniem łaskawym

265 
Wychodzi z refektarza; ociężałe nogi

Sandałami bruszą czyste kamienie podłogi.

A na dworze tak ślicznie! Wszystko wskazywało,
Że wie, iż dziś sobota. Słońce dojeżdżało
Wesoło do swej mety. Aniołkowie mali

270 
Niebo jak najchędożej już pozamiatali,

Pozdmuchiwali chmurki i ziemskie życzenia,
Co, niegodne wysłuchań, chyba pod sklepienia
Niebios dojdą, nie dalej. Właśnie dokończyli,
I twarzyczki pobożnie ku ziemi schylili,

275 
By słuchać, jak zadzwonią wszystkie święte dzwony

Aniół Pański[86]. Lecz wieczór gdzieś przez coś spóźniony
Nie nadchodził. Tak słonko, korzystając z chwile[87],
Na ogród świętej Anny pogląda przemile,
W nim na najwyższym szczycie Chełmskiej Góry stoi

280 
Kaplica, tę dokoła sad zielony stroi.

Iż stąd wygląd przepyszny na boży świat w koło,
Tu chwile rekreacyj spędzali wesoło
Ojcowie Franciszkani[88], jeśli nie w kościele —
Tu rozmyślać lubili, nie mówili wiele.

285 
Tuż na samiutkim kraju kopca skalistego

Stoi Ojciec Gwardyjan; oka myślącego
Nie spuszcza z wyżyn niebios, nie myśli o ziemi,
Co mu do nóg się ściele z pięknościami swymi:
Wsi, miasteczka, tam miasta, tam Odry śrebrzysta

290 
Wstęga, nad nią się wznosi druga wstęga mglista,

Wszystko wabi i woła Ojca Gwardyjana,
By pamiętał o ziemi. Ale dusza zlana
Z tajemnicy wyższymi[89], ku niebu się wzbija,
Myśli, duma. Tu nad nim dziwnie się uwija[90]

295 
Liczne stado bocianów w porządku wieczystym —

Naprzód jeden, dwaj za nim, a w trójkącie gęstym[91]
Procesyja cudowna! Nad samym klasztorem
Odmieniły porządek; przewodnika wzorem
Zwinęły się w krążące na kształt gniazda koło

300 
I znów się rozwinęły, leciały wesoło

Gdzieś w dal, ku południowi — leciały wesoło…
Dziwno Atanazymu[92] w duszy się zrobiło:
Czoło, dotąd posępne, się rozpogodziło,
Westchnął: „Idźcie! Wrócicie w ulubione gniazda

305 
Błogowrogą[93] niech będzie nam ta wasza jazda,

Was ten sam Bóg prowadzi!“ — Przeżegnał bociany
I wrócił do klasztoru jakby na znak dany.

Po chłódnych domu gankach[94] używał swobody
Ksiądz wikary Teobald[95] niestary, niemłody,

310 
Pochyły, zawsze kwaśny, dziś zaś wyjątkowo

Ilekroć mija okno, mile, nie surowo
W świat poziera. Zoczywszy Ojca Gwardyjana,
Tak przemawia twarz jego w słodkości ubrana:
„Co za prześliczny wieczór! Widocznie nim nasza

315 
Matka Anna pątników do siebie zaprasza,

Bo właśnie dzisiaj rano puszczają się w drogę.
Ojcze, ja tego objąć rozumem nie mogę,
Co to rząd myśli zyskać przez swoje ukazy?“[96]
„Tak ci to i ja myślę“, — odrzekł Atanazy, —

320 
„Ten porządek ubliża powadze zwierzchności,

Lud rozjątrza, narobi nieszczęsnych przykrości,

Tu postraszy, tam zbije, nareszcie ustanie.
Procesyje rozganiać jest ci to, mój Panie,
To samo co wiatr wiązać, by nie wiał po błoni,

325 
A on wieje do woli, nikt go nie dogoni.

Jakoż śliczny świat, gdy nim Pan Bóg tylko włada!
Lecz gdy się w rządy boskie człek-lichota[97] wkrada,
Tu odmienia, tam psuje, wnet tyle nabroi,
Iż ran, które dziś zadał, sto lat nie zagoi.

330 
Któż wie, co się z tych świętych murów jeszcze stanie!“


Zaś księdza wikarego takie obawianie
Zwykle wielce wzruszało; na samo wspomnienie,
Iżby światu służyły te święte kamienie,
Zmarszczył twarz, zwiesił głowę, ogień ciska okiem,

335 
Draźni po gankach echo częstym, ciężkim krokiem;

Nagle stanął i pyta głosem niemal drżącym:
„Ileż to razy jakimś pankom wszechmogącym
Podobało się wygnać nas z naszej własności?“

„Księże!“ — odrzekł Gwardyjan, — „boskiej opatrzności

340 
Zawdzięczamy te losy, Bóg tu nami rządzi,

On nas tu przyprowadził, a gdy rozporządzi:
„Wydalić się!“, pójdziemy; gdy pozwoli wracać,
Będziem nową czynnością Jemu się odpłacać.
Dwa razy już nasz zakon opuszczał te progi.

345 
Naprzód zaraz z początku, kiedy w czasie trwogi[98]

Krew i pracę zakonu śród wojny Kozaków[99]
Rozbryzgiwała Polska. Tedy od rodaków
Uciekając, proszeni tu na Chełmskiej Górze
Staliśmy się oświaty ojcowie i stróże.

350 
Aleć księże z Leśnicą nieporozumienia

Nabroiły tam i sam wiele rozjątrzenia

Lecz, chwała świętej Annie, kilka latek potem
Pocieszyliśmy górę spokojnym powrotem.“

To rzekłszy, milczą usta, ale myśl i ręka,

355 
Jak zwyczaj, szuka krzyża, co z różańcem brzęka,

Długo wisząc u boku, to broń zakonnika,
Jej się ciągle trzymając, zbija przeciwnika.
Tej się chwycił Gwardyjan, spostrzegłszy, że bieży
Ojciec Bonawentura[100], instruktor młodzieży,

360 
W południe powziął wieść od Ojca Gwardyjana

Że instante momento[101] ma być rozwiązana
Szkoła łacińska, którą on spłodził w boleści,
Lecz w uczniach widząc przyszłych współzakonnych[102], pieści.

„I cóż, Bonawenturo?“ — pyta Atanazy.

365 
„Bardzo dobrze, mój ojcze; opolskie rozkazy

Znależą[103] posłuszeństwo, jak się dla nas godzi,
Lecz od nas nie oderwią rezolutnej młodzi.
Dałem rękę, otwarłem drzwi, wołam: „in pace!“[104]
Aleć moim robaczkom królewskie pałace

370 
Nie byłyby tak drogim gniazdem, jak ta skała,

Jak ten klasztor[105], w którym młódź nasz zakon poznała:
Pójdą z nami, chociażby na sam koniec świata!“

Atanazy całuje krzyżyk, potem wplata
W różaniec lewą rękę, prawą nakrył oczy,

375 
By zataić łzę, która w radości się toczy,

Udając obojętność, mówi wikaremu:

„A powodem naszemu odejściu wtóremu[106]
Sekularyzacyja w wstępie wieku tego.
Świat się dość nakosztował dobra kościelnego

380 
I choruje aż dotąd; mówią: na suchoty.

Zepsuł żołądek, musi wziąć coś na wymioty!
Nasi więc kalwaryją i to miejsce święte
Opuścili. Urzędy za dobra nam wzięte
Dozwoliły jedynie, by ojciec Gomolski,

385 
Staruszek Epifani[107], rodem może z Polski,

Został w celi do śmierci. Ledwo zawarł oczy:
O jego pięć talarów — a to fakt ochoczy —
Wszczął się sąd długoletni rządu z Gaszynami,
Aż znikł cały majątek gdzieś między aktami.“

390 
Tu nadszedł ojciec Marek, najmłodszy w konwencie[108].

Jego o rzeczach świata naiwne pojęcie
Włożyło mu na język szczere zapytanie:
„A mógłby to ktoś zabrać, Ojcze Gwardyjanie,
Co klasztorom należy?” „Marku! — rzekł wikary, —

395 
Wszak ci to skiż[109] majątków spór we świecie stary.

Świat mówi: »Wszystko moje! Kościół, gdy posiada,
Oczywiście, że ukradł!« bierze więc i zjada.
Pokaż mu ty najstarsze, święte dokumenta,
On na palcach dowiedzie, że powinność święta

400 
Wziąć dobra i dokument; nareszcie wyżenie —

Co światu po klasztorach, co mu po księżynie!“

„Ojcze! co też mówicie!“ — westchnął Marek, — — „przecie
Już dla samej spowiedzi trzeba księży w świecie!“
Głośno się wszyscy śmiali na takie pojęcie

405 
Spraw światowych Markusia, młodzika w konwencie;

A wikary rzekł „Nosił wilk owce lat kilka,
Wreszcie, mówi przysłowie, poniosą i wilka;
Co znaczy: najprzód biorą wielcy; na wielkiego,
Bezbożnością i cudzym dobrem tuczonego,

410 
Powstanie niegdyś[110] mały: obu sąd nie minie,

Zatruwszy się wzajemnie, jeden z drugim ginie.
Którego się dziad wyparł, tego nie zna Boga
Wnuk i prawnuk, panuje epoka złowroga.
Ugorem leżą błonie, aż zarosną lasem.

415 
Z miłosierdzia bożego nadejdzie za czasem

Pogardzony księżyna i głuche pustynie
Zamieni w sioła szczęsne i boże świątynie!“

Polityki w klasztorze Gwardyjan nie lubi!
Gdy się kwaśny wikary w tych wycieczkach gubi,

420 
On pyta księdza Marka, czy o Aleksego

Zdrowiu ma jakąś pewność. „Ot wracam od niego, —
Odrzekł Marek, — „przyznaję, że lica wybladłe,
Oczy kalne[111] i jakoś w głęb[112] głowy już wpadłe
W obawę mnie wprawiły, że śmierć jego bliska.

425 
Uchwycił mnie za rękę i tak tkliwie ściska,

Jak dotąd jeszcze nigdy; potem rozrzewniony
Dodał: »Mój drogi Marku, już krzyż podwyższony!
Zrobiłem, co powinność!« Po ciężkim westchnieniu
Pyta: »Ojciec Gwardyjan w wielkim zatrudnieniu…

430 
Może dla mnie nie miałby… czasu… choć… godziny?

Lecz, proszę, nie fatyguj go dla mojej winy;
My rozmówim się jeszcze.« Potem stulił wargi,
By najmniejszej przede mną nie zdradziły skargi,
Więc wyszedłem.“ Na takie księdza Marka wieści

435 
Zadrżał Ojciec Gwardyjan w niezwykłej boleści

I rzekł do księży braci: „Starca Aleksego
Tajemnicza osob[113]a i choroba jego
Tak mnie męczy, jak gdyby…“ Tu dzwonek domowy
Wołał księży do chóru; skończyli rozmowy.

440 
W klasztorze za ółtarzem[114] w ścisłym oddzieleniu

Od publicznej świątyni, a jednak w złączeniu

Z Przenajświętszym[115], tam księża konwentu swe liczne
Codzienne odmawiają modły kanoniczne.
Tam w obszernym półkole[116] krzesła ustawione

445 
Biegłej sztuki rzeźbiarskiej, każde przeznaczone

Tej lub owej godności; w środku przed krzesłami
Wielki pulpit lektora z wielkimi księgami.
Wstąpili w długim rzędzie, na kolana klęka
Każdy i z głębi serca: „adoro Te“[117] jęka.

450 
Skoro usiadł Gwardyjan, ustało[118] milczenie

Chwilowe tylko; potem uroczyste pienie
Jutrzni[119] słowem: „aperi“ hymn i melodyje,
Dziewięć psalmów, śród których właściwe lekcye,
Każda z nich przez innego ojca odśpiewana,

455 
Potem znowu pięć psalmów na pochwałę Pana,

Po hymnie Benedictus w tak ślicznym porządku,
Iż się ludzie krywali[120] w klasztornym zakątku,
By się śpiewu nasłuchać! Iż psalmy śpiewano
W dwóch przeciwnych oddziałach, dlatego nazwano

460 
Śpiewanie brewijarza: „to dysputy księże!“

(Często wieki to przetrwa, co głupi wylęże.)
W końcu intonowano pieśń: Salve Regina.
Dawno na wieży siódma wybiła godzina.
Ciche wszędzie milczenie. Już jeden po drugim

465 
Wyszedł z chóru po wschodach; wierzchnim gankiem[121] długim

Dążą do swoich celi. Modły a milczenie
U ojców Franciszkanów dziennych spraw kończenie.

Widocznie sprawa jakaś Gwardyjana męczy:
Jeszcze z chóru nie wyszedł; nisko schylon klęczy,

470 
Jakby oczu wznieść nie śmiał ku Przenajświętszemu,

Za to serce ściśnione wzbija się ku Niemu.
Wciąż powtarza pytanie: „jakoż będzie z nami?“

Co przez lata — codziennie — miewał przed oczami,
Dziś jak pierwszy raz widzi: na odwrotnej stronie

475 
Ołtarza: święta Anna z Dzieciątkiem na łonie,

U spodu Góry Chełmskiej klasztor, kalwaryja
I początków konwentu świetna historyja.
Szczytne plemię Gaszynów[122], choć-eś już wymarło,
Lecz do sławy wieczystej sobieś tór otwarło,

480 
Gdyś przed trzema wiekami na górze Jerzego[123]

Fundamenta łożyło dla domu bożego.
Stał kościółek drewniany śród głębokich lasów,
Lecz mało odwiedzany. Zaś od owych czasów,
Gdy święte relikwije aże gdzieś z Francyi

485 
Wprowadzono na górę w wielkiej procesyi,

Zasłynęła w dalekie święta Anna strony,
Bóg okazał cudami, że chce być wielbiony
Na tym miejscu. Częstokroć w nocy widywano[124]
I sumiennie w Leśnickich aktach spisywano:

490 
Jakieś duchy w habitach Ojców Reformatów

Z tej strony, gdzie obecnie stoi dom Piłatów[125],
Z gorejącymi świecmi w długim, jasnym chórze
Unoszą się w powietrzu ku wysokiej górze.
Otóż obraz szlachetnych, starodawnych czynów[126]

495 
Melchijora Fernanda Gaszyny z Gaszynów

Który z Gliwic uprosił Ojców Franciszkanów
Na stróżów świętej Anny w dziele Leśniczanów[127].
Przybyli Reformaci, jak kronika niesie,
I zabrzmiały modlitwy i hymny po lesie. —

500 
W ten to obraz się wpatrzał ojciec Atanazy,

A chociaż go widywał niezliczone razy,
Nigdy tego nie myślał, co dziś patrząc, myśli:
„Z wolą boską — chwalebnie — nasi pierwsi przyszli[128],
Zaś odeszli, zaś przyszli; później rozpędzeni,

505 
Za pięćdziesiąt lat smutnych wszechstronnie proszeni

Pracujemy dla Boga, dla bliźnich zbawienia!“

Cichuteńko w kościele, ale śród milczenia
Wszystko jakby ożyło: Świeczniki gorzały,
Postacie na obrazach jakby się ruszały,

510 
Przybywało ich ciągle — aże w procesyi

Uroczyście święcono odpust kalwaryi.
A śród mnóstwa zakonnych[129] poznał Atanazy
Siebie i cały konwent; nagie wzgórza głazy
Jęły się z ziemi toczyć gdzieś w odległe strony,

515 
A za nimi i konwent. Sługa uzbrojony

Wydał rozkaz! Osmundus[130] daje pożegnanie
I wysyła dwóch braci, pięciu zaś zostanie,
Choć po wtóre wygnani, gdzieś w góry ochronie.
Polecają się świętej Patronki obronie.

520 
Znów i tamstąd[131] wychodzą, z dopuszczeniem bożym,

Czego nie ma w ojczyźnie — szukać gdzieś za morzem[132]

Świece jeszcze goreją, milczenie w kościele.
Ktoś nadchodzi, na ółtarz czarne sukna ściele,
Aż tu trumna — otwarta! — leżącego trupa[133]

525 
To rysy niegdyś piękne Henryka biskupa[134]!

Nie wie Ojciec Gwardyjan, czy czuwa, czy marzy,
Nie mógł oczu oderwać od nadobnej twarzy.
Przebudził się umarły — książę-Biskup wstawa,
Znakiem krzyża rozkazy do powrotu dawa;

530 
Spieszy Ojciec Gwardyjan, Dawid, Dezydery[135];

Na górze powitanie i uścisk tak szczery,
Aże zadrżał Gwardyjan. Jakby z snu zburdany[136]
Ogląda się — cichutko — pokój nieprzerwany —
Świeca jego zagasła, nie widać postaci

535 
Na obrazie ołtarza[137]; ale ani z braci

Nie spostrzegł Atanazy żadnego już w chórze. —
Westchnął, zawarł brewijarz, skrył głowę w kapturze
A szeptając pacierze, szedł do skromnej celi,
By w śnie krótkim sił nabrać dla jutrniej niedzieli[138].




II
Górne Śląsko i mieszkańce jego. Walne wybieranie się do św. Anny. Leśnica. Ks. proboszcz Grelich; obiad na farze. Obrazy Gaszynów. Kaznodzieje kalwaryjscy. Ks. Rymel. Obrazy pisarzy śląskich. Pochód ku św. Górze. Trzeci upadek. Przywitanie na Rajskim Dworze. Pierwszy wieczór u św. Anny.

Tymczasem na głos wszystkich górnośląskich wieży
Lud pobożny bez liku do swych świątyń bieży.
W ciągu tydnia[139] codziennie spowiedzi słuchano[140]
Według dawnych, a dobrych porządków. W czas rano

Trzeciego dnia[141] przed świętem Krzyża Podwyższenia

Wybierano się w drogę, nie dla ucieszenia,
Ale w skrusze i w duchu pokuty za grzechy
Szukać u Św. Anny dla duszy pociechy.
Szczęsna ziemio kościołów, kopalń i kominów,

10 
Szczytna[142] między ziemiami z córek twych i synów,

Śląsko, gniazdo Piastowskie! Choć cię wieszcz Wincenty[143]
Sławny z pieśni Ziem polskich nie opiał, ty święty
Jesteś wiary przytułek, ty twych skarbów plony
Ślesz po rzekach i morzach do chat, miast, na trony.

15 
Ty wradzasz[144] w dzieci twoje skarb wiary i męstwa,

Twoim synom zawdzięcza ojczyzna zwycięstwa[145].
Pilna dłoń twego chłopka w niezbyt zyznej[146] glebie
Tyle płodzi, że tyje na żarnowym chlebie[147];
Twoje sioła chędogie, miasta zaludnione,

20 
Drogami jakby wstęgą z sobą połączone,

A niewiasty wstydliwe, a zdrowa młódź strojna:
Ziemio, dokąd twój język kochasz, bądź spokojna[148],
Nikt ci wiary nie wydrze ani świętej cnoty,
Ni szczerości praojców, ni do prac ochoty!

25 
Iżeś skarbem prześwietnym[149]: cesarze, królowie

Koronę twoję[150] nosić chcieli na swej głowie.
Śląsko, zostań, czym byłoś, tak cię w świecie wsławi
Święta Anna, a niegdyś[151] śród Świętych postawi!

Ten to Śląsk do wzajemnej wysyłał dziś Matki[152]

30 
Pobożnych swych pątników, męże, żony, dziatki,

Boć iść do św. Anny choć jednemu z gniazda,
To jak Amen w kościele. Pobożnych nie jazda,
Ale nogi tam niosły. Więc w płachty chędogie
Wkładano chleby, masła, sery i ubogie

35 
Uściskane pieniążki[153], już to na ofiary

Lub na dusz zalecania[154]. To wziąwszy na bary
Z modlitwą i pieśniami przez cne Pyskowice
Zdążano dnia drugiego rano do Leśnice[155].
Latoś dniem tym niedziela[156]. Być więc na kazaniu

40 
I na Mszy świętej stoi w boskim przykazaniu.

Zaległy procesyje rynek i ulice;
Już kapłani zasiedli wszystkie spowiednice[157],
Każdy swoich słuchając; a rozkaz wydano,
Iżby po nabożeństwie poobiadowano;

45 
Nie spieszyć do klasztoru aże wszyscy razem!

A trzody się kierują pasterzy rozkazem.

U stóp kopca Jerzego[158] czyli chełmskiej góry,
Przed wieki otoczonej sosnowymi bory,
Wylęgła się Leśnica, w tym tylko podobna

50 
Arcydziełom malarstwa, iże jest nadobna,

Gdy ją zdala podziwiasz; złośliwe ludziska,

Nadto jej pochlebiając, twierdzą, że i z bliska
Można u niej wypatrzeć niezwykłe piękności.
A któryżby niegrzeczny wątpił o tym? Dości,

55 
Że góra, nie mająca czasu do Leśnicy

Udać się, z dala tylko na tej to dziewicy
Poiła swoje oczy[159] i zawsze chwaliła.
A zaś wdzięczna mieścina jej się wypłaciła
Nieodstępną wiernością. Nadto swe zagrody

60 
Zagródki, miedze, grządki nie tak dla ochłody

Lub dla zysku marnego, co to ludzi mami,
Lecz dla góry ozdoby gęstymi laskami
Śliw najlepszych obsiała. Tym to wieńcem w lecie
Miasto górę krasiło, góra zaś w odwecie

65 
W zimie bary rozstawi, by w leśnickie knieje

Mroźnej śmierci nie dęły północne zawieje.

A tak mógło być zawsze, ludzie byli radzi
Górze, którać nikomu, proszę, nie zawadzi —
Aż tu proboszcz Malorny[160] spostrzegł: „Reformaci

70 
Mają zysk z mej Leśnicy — snadnie są bogaci!“

Więc po wojnie francuskiej, gdy krajowe kasy
Chłónęły[161] dobra święte, wsi, folwarki, lasy,
Mówiono Franciszkanom, żeby poszli sobie —
Poszli; nastała cisza na górze jak w grobie.

75 
Klasztor westchnął: „Leśnico, wyrodna niecnoto[162],

Jak ja, tak ty bez księży będziesz raz sierotą;
Będziesz płakać, podnosić do mej góry ręce,
A nikt cię nie wspomoże w długoletniej męce.
Będziesz żebrać chleb duszy w kościołach pobliża,

80 
Będziesz grześć[163] twoje trupy bez dzwonów, bez krzyża,

Mchem twój kościół zarośnie — dopiero, gdy trzeci
Rodzaj[164] wymrze, nastąpi pokój dla twych dzieci!“

W sławnej farze leśnickiej[165] przy nakrytym stole
Siedzą goście wielebni w obszernym półkole[166];

85 
Stoją misy, talerze, tace i butelki —

Wszyscy biorą dowolnie, a porządek wielki,
Bo stary proboszcz Grelich[167] nie lubi szastania,
U niego: „zjeść i wypić, potem pogadania[168]
Pożyteczne, poważne przy lulce i kawie“.

90 
A ksiądz proboszcz leśnicki w niepośledniej sławie:

Pan na dobrach rycerskich[169] — pustelnik w Leśnicy,
Lecz gdy goście zajadą, nie zamknie piwnicy.
Po obiedzie, modlitwie rozdawano fajki.
Powstał ksiądz proboszcz i rzekł: „Zamiast gadać bajki,

95 
Albo bliźnich obmawiać, proszę miłych gości

Odwiedzić me Tusculum[170] — mamy czasu dości.
A ludziska zmęczone niech odpoczną z nami!
Dość, gdy przyjdziem na górę coś przed nieszporami.“

Otwarł drzwi do pokoju niezbyt obszernego,

100 
Ale jak najgustowniej umeblowanego:

Kwiecie[171], śrebra i półki szklane, zawierane,
Pismy polskich geniuszów[172] do spodu zapchane,
A po ścianach popiersia, a w takim rozkładzie,
Jakby była myśl wspólna w każdej ich gromadzie.

105 
Goście więc zamiast siadać, jakby za rozkazem

Stanęli przed największym olejnym obrazem
I widocznie czekają, aż im wytłomaczy
Wielebny ksiądz gospodarz, co ten obraz znaczy.
Z powagą otwarł okno i rzekł: „Wielebności,

110 
Proszę wyjrzeć, w jakiej ja żyję przyjemności!“

Pozierają przez okno jakby w zachwyceniu:
Góra Chełmska! z klasztorem! a w złotym promieniu
Słońca południowego! Tam i sam rzucane
Kaplice kalwaryi, wszystko lamowane[173]

115 
Laskiem, sadzonym w rzędy, niebem tej jasności,

Co to pragnie pokazać światu swe piękności.
„Jakoż śliczne widoki!“ — tam i sam szeptano,
„Cudnać to okolica!“ — głośno powtarzano;
Znów milczą, wyglądają jakby w uniesieniu;

120 
Zaś ksiądz proboszcz leśnicki mówi po swojemu[174]:


„Otóż to święta Anna! Otóż to dom boży,
Kalwaryja, a to zaś sławni fundatorzy!
Pierwszy hrabia Mikołaj Gaszyna z Gaszynów[175]
Z małżonką Magdaleną z Klemów. Z jego synów

125 
Najsławniejszy Melchior Ferdynand z Skalowną

Małgorzatą[176]. Ten to mąż zasłużył na główną
Wdzięczność Górnego Śląska. Księża Reformaci
Na jego prośby z Gliwic dwudziestu swych braci
Tu na górę wysłali; pierwszym gwardyjanem

130 
Był Franciszek Rychłowski[177]. W klasztorku drzewianym

Mieszkano dobre sto lat[178]. Trzeci, to Jan Jerzy
Z Anną Oppersdorfczanką: Kto kronice wierzy,
Utrzymuje, że kościół, który wonczas z lasów
Wieżą tylko wyglądał, już za jego czasów

135 
Budowano; po Jerzym następuje drugi[179]

Jerzy Adam Franciszek, którego zasługi
Wielkie, on wyfundował świętą kalwaryją[180].
Pobożna to rodzina! Dawno już nie żyją!
Ale żyje ich sława!“ Tu rzekł ksiądz Widera[181]:

140 
„Porównując z owymi nasz czas, toć mizera[182].

Tamci stawiali domy, nasi[183] rozwalają,
Owi Bogu dawali, nasi wydzierają;
Ów czas, Boga się bojąc, z każdym żył jak z bratem
Teraz Boga nie znając, drży przed lada chwatem.

145 
Owi chętnie dawali, nasi chciwie biorą,

Tamci mieli swe dobra, nasi kieszeń chorą;

Owi mieli dla świata i nieba zasługi,
Nasi z swym faterlandem[184] brną w bezdenne długi!“
„Hamujże się, Wojciechu, boś to nie w Wieszowie,

150 
Nie na wsi, ale w mieście! Jak się w twojej głowie

Zacznie mleć polityka, to słuchaczom biada!“
Rzekł milkucki[185] Franciszek, żartując z sąsiada.
Ale ksiądz proboszcz Grelich tak dalej wspomina:
„Przy kościele zbudował Józefus Gaszyna[186]

155 
Obecny wielki klasztór, a hrabia Antoni[187]

Odnowił kalwaryją. Któryż tak, jak oni,
Przysłużył się ojczyźnie[188]? A zasług kroniki
Nie Gaszynom, lecz ludziom stawiają pomniki[189],
Którzy tym może tylko w świecie się wsławili,

160 
Iż w wojnie i pokoju ludzką krew toczyli.“

„Lepiej o tym nie mówić” — westchnął jakoś z grozą
Paweł, proboszcz brzosławski[190], bo się już znał z kozą.
Zaś proboszcz Grelich, widząc, iż go wielu słucha
Młodych, nie chciał rozpalać drażliwego ducha,

165 
Dodał więc, jakby kończył: „Na spodnim obrazie[191]

To ostatni Gaszyna! O pięknym Protazie[192]
Liczną idą pogłoski!“ „Prosim je powiedzieć!“ —
Nalega proboszcz Klemann[193]. „Trzeba księżom wiedzieć“, —
Rzecze dalej ksiądz Grelich, — „że to krew Gaszynów

170 
Była niecoś gorąca, często ich do czynów,

Których chwalić nie można, jako jeńców gnała.
Dla matek cór urodnych obawa niemała,
Bo wszyscy Gaszynowie wsławili się siłą[194]
I rycerską postacią, twarzą nader miłą.

175 
Za wszystkich pokutował Protazy Gaszyna.

Umarł, niby bezdzietny, bez córki, bez syna[195]!“
„Jakto, niby bezdzietny?“ — ciekawie pytano;
„Ha! śliczną mu córeczkę w dzieciństwie porwano;
Szedł syn jedynak, dziedzic herbu i imienia,

180 
Siostry nie znalazł, zginął bez śladu, bez cienia.

Tak to, mówi przysłowie, pokutują dzieci
Za praojców niecnoty aże w rodzaj trzeci.
Nastąpiły dni smutne dla zamku w Żyrowie,
Umarł hrabia Protazy, a nikt nie opowie,

185 
Ile matka cierpiała — aż zgasła! W wzajemnym[196],

Z mężem grobie ma pokój po życiu tak zmiennym.“

Podczas tych opowiadań wyszedł ciszkiem z fary[197]
Ksiądz Walenty Rymlowicz[198], leśnicki wikary,
Jemu też te szczegóły nowiną nie były.

190 
Z częstych wspomnień proboszcza w pamięć mu się wryły!

Szedł, zobaczyć lud boży, jak się pokrzepiają[199],
Jak im obiad smakuje, jako spoczywają
W cieniu śliwin leśnickich. Tu niektórzy spali,
Inni, wskazując górę, tym opowiadali,

195 
Którzy przyszli raz pierwszy: „Kaplica Rafała[200]!“

„Święta Góra Oliwna!“ „Gdzie wieżyczka mała,
Domek Panny Maryi[201]!“ — „Tam święta dolina
Józafata; a tam zaś, gdzie niska sośnina,
Odprawia się południe[202]; potem dróga krzyża,

200 
Którą się procesyja aż ku górze zbliża,

Gdzie jest Trzeci Upadek!“ Tak myśli mieszkały[203]
Tam, dokąd ciężkie nogi dopiero iść miały.
Wikary, widząc wszędzie skromność w spoczywaniu
Wrócił znowu do swoich. Tam w opowiadaniu

205 
Historyi o górze wspomniał proboszcz czasy,

Gdy znów były bez księży kaplice[204] i lasy.
Ale lud ciągle chodził jak dotąd przez wieki.
By więc dusze nie były bez winnej opieki,
Zsyłał urząd biskupi przez pół sta lat pono

210 
Doświadczonych wikarych, lub, jako mówiono,

Kaznodziei nagórnych[205]. Otóż ich obrazki:

„Zaraz pierwszy: Ignacy, szlachcic de Liszawski[206],
Ale o nim dobrego klasztór mało głosi,
Choć kazał lat jednaście. Za nim się podnosi

215 
Himmel Florek[207], Bensz po nim; choć o nich kronika

Nic nie mówi, stąd jeszcze, proszę, nie wynika,
Iżby nie pracowali, nie mając ochoty.
Byłoć za nich lepiej jak za Jana Janoty[208].
On księży Reformatów cne biblijoteki

220 
Wywiózł z góry[209]! — przepadły — można rzec — na wieki!

Gimnazyum opolskie pod rządem Piechaczka[210]
Wpakowało je w półki — poszła nieboraczka[211]
I wzdycha do wolności. Któż tam księgi czyta,
Któż tam aby o imię tych pisarzy pyta,

225 
Co z niezrównaną sztuką te księgi pisali? —

Często, co wielcy stworzą, nędznie gubią mali!
Iż nie zdoła wyrównać świat zakonnych[212] pracy,
Niszczy, co zbudowali, woła, że próżniacy!
Słusznieć po takich przodkach nastąpił Mizera[213],

230 
Który jakoś nieśmiało na księży poziera —

Po nim Szyndler[214], Halama, sławny Filip Kita,
Ten sam, pod którym Zabrze, jak wiecie, zakwita.
Po Kicie przyszedł Franke, po nim Nicko Kuba[215],
Przez lat czternaście góry oczywista chluba.

235 
Wreszcie Cyran Antoni[216]. Otóż to epoka

Babilońskiej niewoli, pół wieku szeroka.
Zabłysło życie nowe, gdy po krótkim bycie
Księży Alkantarynów[217] znów na chełmskim szczycie
Reformaci[218] zasiedli. Gwardyjan Ambroży

240 
Był pierwszy, z Westfalii, prawdziwy mąż boży,

Ale cóż kiedy Niemiec, a tu w polskiej ziemi

Trzeba polskich[219], by mogli rozmawiać z naszymi.
Dał Bóg Atanazego, — by na długie lata! —
Istotna dobrocizna[220], kocham go jak brata!“

245 
To rzekłszy, wolnym krokiem izbę mierząc, słuchał,

Co kto powie, a z fajki wielkie kłęby dmuchał
Smędu aż pachnącego[221], bo tytuń z Turcyi.
Takim tylko częstuje gości kalwaryi.
Spostrzegłszy wikarego, rzekł: „Księże Walenty,

250 
Cóż tam ludek porabia? Czy już zbiera pięty[222]?“


„Bardzo dobrze! A ludu po mieście aż czarno“, —
Odrzekł ksiądz Rymel, — „ale na dworze zbyt parno,
Lepiej jeszcze zaczekać; jednak przywitanie
Dopiero po nieszporach. Czekać, to me zdanie.“

255 
Tu ksiądz proboszcz po gościach rzędem oko wodzi;

Naglić ich, toć szczególnie jemu się nie godzi.
Otwarł drzwi, gwizdnął; otóż chuda gospodyni,
Czego jeszcze potrzeba, korne zwiady czyni.
On dał rozkaz, drzwi zawarł, ku gościom zwrócony

260 
Rzekł: „Moi księża bracia, wielce zaszczycony

Jestem z tej obecności, chciałbym ją przedłużyć,
Wolnoż-li[223] przed odejściem jeszcze kawą służyć?“

„Owszem, owszem, prosimy! Nim zaś gospodyni
Winne w tym względzie prace oględnie poczyni,

265 
Niechże nam ksiądz te jeszcze obrazy tłomaczy!“

„Ha!“ — rzekł proboszcz, — „tak może unudzę słuchaczy,
Choć to ważny interes[224]. Któż tu w Górnym Śląsku
Język polski rozkrzewiać ma w swym obowiązku?
Ba, nie mówię, rozkrzewiać, lecz bronić zagładzie?

270 
Kto zagładza[225], pracuje w swej ojczyzny zdradzie.“

Tu chmurne podniósł czoło ksiądz proboszcz Mysłowski[226]
I rzekł: „Oj źle-ć w tej sprawie! Szulinspektorowski
Ukaz[227], toć jako ukaz; ale gdy już komu
Nie w nos[228] mówić po polsku w własnym nawet domu,

275 
To już woła o pomstę. Takich ojców dzieci

Ni to Niemce ni Polki[229] — rzeczywiste śmieci.
Jakiż chleb z takiej mąki?“ „Mój księże Klemanie“ —
Odparł Grelich — „zważywszy rzecz, takie mam zdanie:
Od nas wszystko zależy[230]. Byśmy wszyscy dbali[231]:

280 
Lud zdrowo strawi nowe, a stare ocali.

Patrzcie: otóż obrazy ojczyzny filarów[232],
Tych co ustmi[233] i piórem udzielali darów,
Które mieli od Boga: oni lud kształcili,
Bo mówili do serca. Otóż, moi mili,

285 
Biskupi-Sufragani: Bogedain[234], Włodarski[235],

Śród nich książę-kardynał! wie to lud Piekarski,
Co powiedział Diepenbrock[236] o tej naszej mowie.
Tu biskup Gleich[237], Połomski[238]; zaś w Stabika[239] głowie
Wiecie jakie tam skarby »żarte i nie żarte«.

290 
To czoło, oko jasne, dla ludu otwarte,

Ileż ono patrzało dla naszych oświaty;
Teraz ciemne! Tu Ficek[240], brat pomiędzy braty,
Nasz Alojzy, stróż-aniół Śląska! Tu Szafranek[241]
Jędrny mówca, w Berlinie niemiły bratanek,

295 
Dalej Lompa[242] poczciwiec i profesorowie:

Damroth[243], Szulczyk[244], a Świentek[245] w Czarnowąskiej głowie
Nosi skarby polszczyzny. W jego ślady stąpa,
Jaś Studziński[246]: lecz teka jego nader skąpa,
Zawarta publiczności, choć, jak idą wieści

300 
Wiarogodne, ksiąg wiele w swym ukryciu mieści.

Tu ksiądz Wolczyk[247] z Byciny, teraz proboszcz w Pszowie,
Ksiądz Dembończyk[248], ksiądz Błana[249], drobny, ale w głowie
Ciężar nauk; Wontrobka[250], którego Dębianie
Wdzięczni na rękach noszą, bo jego kazanie

305 
Mlekiem płynie i miodem. Tu ksiądz Krahl[251], wikary

W Raciborzu, profesor polszczyzny; tu stary
Nasz Kania[252] Poniszowski; nuż i pedagogi:
Nerlich[253], Sarnes[254], Lubecki[255], którym lud ubogi
Zawdzięcza pożyteczne gazety kościelne[256];

310 
Tu ksiądz proboszcz Kirchniawy[257]; katechezy dzielne

Wsławiły go po szkołach; tu Wawrzek Tarnowski[258],
Korpak Szymon[259], a z świeckich pan Bienek Miechowski[260];
Tuż u spodu, to Ligoń[261], kowal rymotworca,
Nigdy nie zwijający przed wrogiem proporca.

315 
Rejestr kończy się Miarką[262]; jego czystej prozie

Język zdrowie zawdzięcza, on chorobę kozie!“
„Gdzież pisarz »Katolika«[263]? O polskiej »gazecie«[264]
Pyta ksiądz proboszcz Krupa[265], — „nic nam nie powiecie?“
„Ja się trzymam przysłowia: est modus in rebus[266],

320 
Moi księża“, — rzekł Grelich, — „bo nostris diebus[267]

Wszystko może pójść krzywo. Oni siebie sparzą,
Redaktorzy, nam piwa gorzkiego nawarzą[268].
Ja nie dla polityki bronię tu polszczyzny,
Tylko by dla zbawienia dusz bywał zbiór zyzny!“

325 
„Brawo! brawo!“ — wołając wszyscy, proboszczowi

Serdecznie się kłaniają. On księdzu Rymlowi

Okiem jakiś znak dawa. — Wyszedł i niebawem
Zjawia się gospodyni, obrusem żółtawym
Stół nakrywa, serwetki w trójkątki składane,

330 
Drobniuteńkie, żółtawe, do kawy dobrane,

Przy porcyjkach[269] rozkłada… Po króciutkiej pracy
Wnosi pachnącą kawę na ogromnej tacy.
Mówią gwarnie o szkołach, o śpiewie kościelnym,
Lecz choć wrzawa w probostwie jak w ogrodzie pszczelnym —

335 
Wnet nastało milczenie. Braterskim ukłonem

Dziękują za przyjęcie. Głośno z wieży dzwonem
Dano znak: „zgromadzać się!“, księża adorują[270];
Wystąpiwszy z kościoła[271], szeregi formują,
By iść w świętym porządku, jak się godzi we dnie:

340 
„Naprzód miasta, z muzyką; przy nich wsi sąsiednie!“

Wnet stanęły trzy hufce[272]: Bytom i Gliwice
I Pszczyna; spustoszały miasteczka ulice.
Śpiewak Spinczyk[273] rzekł swoim: „Zatrąbcie intradę[274]!“

Jak jenerał w komendzie[275] wydobywa szpadę,

345 
Czego słowem nie może, rozkazując znakiem,

Tak on trąbą panował nad swoim orszakiem.
Jak zadął Klik na trąbie, Strzewiczek uderzył[276]
W kotły, aż grzmotni odgłos ku górze się szerzył;
Jak zagrała muzyka, serca aże drżały,

350 
A gdy pieśń zaśpiewano, już oczy płakały!

A śpiewano: „Niechaj się, co chce ze mną dzieje[277],
Ja w Tobie, Anno święta, będę miał nadzieję!“
Wszystko śpiewa, ci grają, tamten w kotły bije,
Stobarwna jak bez końca śród zagród się wije

355 
Armija wprost ku górze, której mury jasne

Widocznie dla wojsk tylu wskażą się[278] za ciasne.

Gdziekolwiek podle drógi krzyże, lub obrazy,
Klękają procesyje, bijąc pierś trzy razy,
Powtarzają: „O któryś cierpiał za nas rany…“

360 
W wszystkim stary obyczaj bywał zachowany.

Lecz u stóp przykrej góry, gdzie Upadek Trzeci[279],
Coraz ciszej śpiewają, a płaczą jak dzieci:
„O ty góro wysoka, o smutna Golgoto,
Zbawicielu, obciążon mych grzechów sromotą!

365 
Już — nareszcie — stanęli — przy sławnym kościele,

Tam jak niegdyś Syn Boży, na ziemię się ściele
Cała rzesza i płaczą. Tu, jak zwykle bywa,
Spińczyk śpiewak do swych się ludzi tak odzywa:

„Moi złoci ludkowie, otóż tu płaczemy,

370 
Bo, czy jeszcze do naszych powrócim, nie wiemy.

Tam, daleko za nami nasz Bytom; przed nami
Święta Anna, a może gniewnymi oczami
Patrzy na nas, nas grzesznych! Aby ją przeprosić,
Nie dość ziemię nieczułą czczymi łzami rosić,

375 
Tu przebaczyć musimy tym, co nas skrzywdzili.

Byście mi się ku górze z gniewem nie puścili!
Kto więc nie chce się zgodzić, niech wraca do domu!“
(Tu grożąc, gesty czynił, jakoby dla sromu.)
„I ja was obraziłem, jak to w drodze“ — prosi

380 
Płaczliwie śpiewak Spinczyk i ręce podnosi —

„Przebaczcież mi!“ Tu lud w płacz! Sąsiedzi się schodzą
Szczerą dawając rękę, wszyscy współ się godzą.

„Teraz pójdźmy na górę! Zatrąbcie intradę!“
Jak jenerał w komendzie wydobywa szpadę,

385 
Czego słowem nie może, rozkazując znakiem,

Tak on trąbą panował nad swoim orszakiem.

Lżej im było — po zgodzie — i w góry bliskości,
Już stanęli u celu! Śpiewają z radości:
„Ciebie Boże wielbimy!“ Otóż kościół Krzyża, —

390 
Tu Helena[280], tu skały, już się wolno zbliża

Ogromna procesyja ku wschodom[281], ku bramie,
Dróga się pod ciężarem ludu niedziw[282] łamie,
Zaś na wschodach[283] wspaniałych z kapturem na głowie
Stał Ojciec Dezydery. Co on w rzewnej mowie

395 
Mówić raczył, nie słyszą, lecz się domniewają[284]

Serca polskie i w skrusze płacząc, aż szlochają.
Po krótkiej, ciężkiej męce w dość ciasnym otworze[285]
Stanęła procesyja tuż na Rajskim Dworze[286].

Dworze Rajski! w pokucie zroszon łez rzekami,

400 
Któż cię godnie opisze z twoimi. lipami,

W których cieniu wieczystym owe mury święte,
Co to dla dobra ludu niby z nieba zdjęte,
Tulą do swego łona i pokojem darzą.
Serca ludzkie, aż drogę do zbawienia wskażą!

405 
Otóż lud ten strapiony znów u ciebie spoczął,

Choć może w pracy krwawej z boskiej drogi zboczył[287],
Ty go przyjm, o ty popieść, ta podróż podjęta
Niech mu wskaże, że w świecie Bóg o nim pamięta!

Nie objęła świątynia wszystkich swoich dzieci,

410 
Lecz i w zewnątrz klęczących ducha skruchy nieci;

Płacząc, śpiewają, proszą za swoich i siebie.
Aleć czas już pomyśleć o innej potrzebie,
Lud z rodziny swej gronem niejakoś[288] zrośniony
Gdy, choć kilka dni tylko od niej oddalony,

415 
W obcym się widzi świecie, swojego śpiewaka

Trzyma się jak cień wierny; dobra sforność[289] taka.
On więc głosi porządek: „Jak dotąd bywało,

Wiecie, iż się czym prędzej noclegu szukało.
Umówiłem dla wszystkich miejsce niezbyt drogie

420 
Lecz bezpieczne, wygodne i wielce chędogie.

Zanieście tam tłomoczki! Wnet was zawołamy,
Przyjdźcie; tu wraz stacyje męki odśpiewamy.
Jutro święte gradusy[290] o wczesnej godzinie.
Używajcie chwil drogich, bo nasz czas wnet minie!“

425 
Ludek, słysząc: „gradusy“, myśli o spowiedzi,

Przy licznych spowiednicach[291] klęczy, stoi, siedzi.
Któż tych ludzi tu zwołał? Od Odry przybrzegów[292],
Od wód Wisły, od Tatrów niebotycznych śniegów,
Gdzie smutne Morskie Oko ku niebu wygląda,

430 
Błogą halicką przeszłość[293] pamiętając, żąda,

By jaśniała na powrót! Od grobu Kaźmirza[294],
Od stolicy Wojciecha, aże gdzie się zbliża
Wielkopolska córeczka do matuli łona:
Słowian, pół świata panów, dziatwa zgromadzona;

435 
Jakież stroje, narzecza! a w tej samej twarzy

Taż miłość do ojczyzny[295], taże myśl się żarzy!
Któż tych ludzi tu zwołał? któż trzyma w karności,
Że wszystko opuściwszy nie dla przyjemności
Pną się tu po tych górach, po ostrych kamieniach?

440 
A śladu odurzenia[296] ani w ich spojrzeniach

Nie dostrzeżesz — jak w ulu zawsze brzęk i praca,
Każdy wie, po co przyszedł, jak znaleźć; nie zwraca
Na doczesność uwagi! Wiaro wszystkomożna,
Ty to sprawiasz! O trzodo, gdyś szczerze pobożna,

445 
Ileż ty skarbów siły, życia, mieścisz w sobie —

A tu świata mocarze myślą o twym grobie[297]!
Już dawno zaszło słońce, lecz na Rajskim Dworze
Jeszcze modły, śpiewania, bo godziny boże[298]
Innym słońcom posłuszne. Przed każdą stacyją

450 
Krzyż i śpiewak z klęczącą swoją procesyją.

Każdy w swej melodyi śpiewa jak dla siebie,
A jednak głosy w zgodzie wznoszą się ku niebie[299].
Im wtóruje lip szelest nad głów tysiącami.
Aż około północy między pątnikami

455 
Z każdą chwilą przestrzeniej. Nuż cisza nastawa;

Dusza-ć silna, lecz ciało mdłe, chce swego prawa.
Ustępują, odchodzą; choć gdzieniegdzie pienie —
Wnet panuje ogólne dokoła milczenie.
Tylko klasztor i lipy jakby wrosły w mroku,

460 
W nowym się pątnikowi stawiają uroku;

Jeszcze o nich rozmyśla, aż powoli zaśnie:
Tak świeca dogorywa i cichuśko zgaśnie.




III
Astronomia Spińczykowa. Walny pochód z góry ku św. gradusom; Śniadanie; wspomnienia z czasów spustoszenia Kalwarii. Spińczyka odwiedziny u brata Aleksego, pustelnika; obecne podkopywanie św. góry. Nabożeństwa; nowe procesje z wszech stron Śląska. Wieczerza księży gości w klasztorze i ich zadania na pierwszy dzień Kalwarii.

Jeszcze słońcu o rannym ani myśleć wstaniu,
A ludzie dawno wstali i w lżejszym ubraniu
Schodzą się u kaplicy świętego Rafała[300].
Lecz poranek zbyt chłodny, a więc się ściskała

Miła rzesza; by jednak nie mówić o ziemi,

Karmiono się wzajemnie słowy zbawiennymi.
Tu rzekł Pitas[301], podnosząc gdzieś ku gwiazdom oko:
„Takusinkie[302] jak u nas! Lecz niebo szeroko
Jakoś wisi nad ziemią, nawet by się zdało,

10 
Iż tu stoi zbyt wyżej, jak w Bytomiu stało.

Myśmy teraz wysoko, ono też się dźwigło[303],
Ale jakożby niebo w górę tak wyśmigło[303]?“
Śpiewak zaś doświadczony tak poucza swoich:
„Nie wiem, co pomyślicie o wykładach moich,

15 
Ale mnie tak uczono: Góry szczyt, on znaczy[304]

Doskonałość. Kogo nią Bóg obdarzyć raczy:
W niezmyślonej pokorze ma się za człowieka
Tak grzesznego, aż niebo od niego ucieka.
Kto zaś, ziemię kochając, w dobrym się nie ćwiczy.

20 
Tego zły duch jak swego między kozły liczy:

By go złudzić, stawia mu niebo coraz niżej,
Aże się taki święty do bram piekła zbliży.“

Na te wywody jakaś babina się śmiała;
To spostrzegłszy, sąsiadka nieomal trętwiała;

25 
Ganiąc, mówi: „Pocós tu na łodpusty chodzi[305],

A śmieje się, tu się śmiać żodnymu nie godzi!“
„Jochcić się, moiściewy, bynomni nie śmiała,
To Gębalino! Pado, izech coś padała,
Alech jo nie padała, bo cózbych padała,

30 
Izech ji coś padała, kiedych nie padała,

Jenoch ji przyganiała, bo łona padała,
Izeby się jus rada do nieba dostała!“

„Mnie“, — rzekł Pitas, — „ze wszystkich gór niebo wysokie[306]!“
„Dobrze“, — odparł mu Spińczyk, — „lecz równie głębokie[307]

35 
Inne jeszcze znaczenie mają wielkie góry:

Są obrazem tej pychy, co to aż pod chmury
Czoło dźwiga, aż wreszcie nie chce w Boga wierzyć.
Uczeni, co umieli przestrzeń świata mierzyć,
Mówią, że w wysokości niebo jakby czarne,

40 
Ziemia zaś tamstąd[308] jasna! owoż mamy marne

Grzesznej pychy owoce: »Ludzie, nie ma nieba,
Ale ziemia tak śliczna, jej się trzymać trzeba!«
„E“ — chwiał głowę Musialik, — „wątpić tam o niebie,
Wszak go widzę! To tylko, jeśli mnie do siebie

45 
Przyjąć raczy.“ „Śpiewamyć: niech się, co chce dzieje“, —

Odrzekł Spińczyk, — „ja w świętej Annie mam nadzieję.

Miejmyż więc tę nadzieję! — Niebo takie śliczne!
Spojrzyjmy na te świazdy jako piasek liczne;
Nie próżnują ci one: Nim my śpimy w nocy[309],

50 
One posłuszne boskiej, niepojętej mocy

Od wschodu do zachodu idą w procesyi
Przed tron Boski w kierunku królowy Maryi!

„Otóż znak jej na niebie przecudnej piękności:
Cztery świazdy w czworboku[310], trzy zaś w szerokości,

55 
O których masz w Godzinkach: Domie Bogu miły,

Który złoty stół i siedm kolumn ozdobiły.
Owa zaś gwiazd kupeczka[311] na niebios przestrzeni
To pięć panien z lampami; o nich wzmiankę czyni
Pismo święte. Gdziekolwiek dwie a dwie[312] spojone

60 
Jasne światła, to dla tych Świętych wystrojone,

Jak Kosmas z Damijanem[313], Gerwazy z Protazem[314],
I Jan z Pawłem[315], bo oni umierali razem.
Wszystkie idą za krzyżem[316], który z drugiej strony
Ziemi dla całych niebios złoty wystawiony.

65 
Za nim i za Maryi szczytnym domem złotym

Czynią służbę chwalebną corocznym obrotem
Wszystkie gwiazdy; za nimi na wozie wspaniałym[317]
Krąży Michał Archanioł, którymkolwiek śmiałym
Napaściom złego ducha grożąc już z daleka —

70 
Święty pokój na niebie, Lucyper ucieka.“


„Prawda-li to Spińczyku, że się gwiazdy czyszczą[318]?
Często się bowiem zdarza, iż na niebie błyszczą,
Aże nagle się urwią.“ Na to śpiewak rzecze:
„Na cóż by się czyściły, mój miły człowiecze?

75 
Co jest gwiazdą, już nigdy niczym się nie splami;

Co upada, to mógło niegdyś być gwiazdami,

Lecz się stało niegodnym, z niebios więc strącone,
Jak człek pychą nadęty, bywa potępione!“

Nim[319] Spińczyk z Musialikiem i sławnym Pitasem

80 
Rozmawiają o gwiazdach, ludzie już tymczasem

Zebrali się. Wódz, widząc gotowe korpusy[320],
Woła: „Teraz ludkowie, na święte Gradusy[321]!“
Żegnając się, śpiewają: Anioł Pański; dalej
Godzinki Maryjańskie. Gdy ludzie śpiewali,

85 
Zatlił śpiewak latarkę[322]: światełka się mnożą,

Drógą krętą bezpiecznie wiodą trzodę bożą.

Właśnie złota Jutrzenka niebo ozdobiła
Swoim oczkiem, kiedy się w dolinę spuściła
Kompanija pątników: już latarki gasną,

90 
Bo im wodza przestrogi czynią drogę jasną:

„Ludzie, otóż widzicie Gradusy w bliskości;
By się ktoś nie poważył ku takiej świętości
Bez spowiedzi przystąpić! Widzę, moi mili,
Żeśmy mimo pospiechu przecie się spóźnili:

95 
Patrzcie, jak święte miejsce już zapchane ludem!

Nie staniemy na wschodach[323] chyba jakim cudem.
Tu zezujcie obuwia[324], tylko kolanami
Dotykajcie Gradusy, całując wargami —
Nie wspierać się rękami! — Teraz w imię Boga,

100 
Niech was, widząc te mnóstwa, nie ogarnia trwoga;

Przecie jakoś zwyciężym. Potem u Piłata[325]
Będziemy się czekali jak po inne lata!“

Tak to wódz, gdy już myśli potykać się z wrogiem,
Uzbraja swych i siebie wszechmogącym Bogiem

105 
Stawia śmierć i zwycięstwo rycerzom przed oczy,

Hańbę zdrajcy, jeżeli z szeregu wykroczy:

„Tam, waleczni! tam chwała, choć niebezpieczeństwo!“…
Już waleczny osięgnął palmę i zwycięstwo:
Przebrnął odważny nurek przeciwne nawały!

110 
Zwycięskie hufce wodza u Piłata stały.


Na trawniku w szerokiej pobliskiej dolinie,
Przy chlebie z gorzką kawą lub pieprznej wędlinie[326],
Po walce śród natłoku swe waleczne czyny
Opiewają pobożnie chłopce i dziewczyny.

115 
Śpiewak, chwaląc uległość, którą okazano,

Rzekł: „Krzepcie się, bo chłodne to dzisiajsze[327] rano,
Będzie dzionek pogodny! Dzisiaj odprawimy
Kalwaryją dla siebie, jak zwykle czynimy.
Pójdziemy do klasztoru; w drodze wam ogłoszę[328],

120 
Co z przeszłości miejsc świętych w mej pamięci noszę.“


A on nosił niemało: tak u krawców bywa,
Bo on, śpiewając szyje, albo, szyjąc śpiewa.
Był kościelnym, dom boży dość sił jego użył,
Bo on jemu sumiennie całe życie służył.

125 
Podawał chrzcielną wodę, położnicom świece,

Bieliznę składał zgrabnie jak ręce kobiece,
Dzwaniał, sługiwał do Mszy, chodził z pogrzebami,
Teraz słodko spoczywa między kolegami.
Iż był wodzem na Górę niemal całe życie,

130 
Znał dokładnie jej błogie lecz i smutne bycie[329].


Zawitało prześliczne podzimowe[330] rano!
Po homerowsku ze strzew łaknienie wygnano[331]
Przekąskiem[332] nader smacznym, chociaż nie był drogi,
I żegnając się krzyżem, wstawają na nogi,

135 
Śpiewają litanije o krzyżowej męce[333],

Idąc, mają kaplice tuż po prawej ręce:

Impositio crucis, Dom pańskiej wieczerzy,
Aż zdążyli w dolinę, która u stóp leży
Gołej góry z Trzeciego Upadku kaplicą[334].

140 
„Patrzcie tam“, — rzecze Spińczyk, wskazując prawicą[335], —

„To wszystko było lasem. Ojce Franciszkanie
Przed sto siedmdziesiąt latmi[336] — tak niesie podanie —
Poprzestali po górze odprawiać odpusty,
Stała się Kalwaryja zakątem rozpusty:

145 
Kaplice bez drzwi, okien, spustoszone stały,

W nich trzody Leśniczanów swe schronienie miały.
Noga ludzka po świętych miejscach nie chodziła,
Więc się gęsta zrębina[337] dobrze rozgościła.
Pobratał się świerk pyszny z rozłożystą sosną,

150 
W ich zaś cieniu niezgodne ostrężyny rosną,

Szukające kolczystą łodygą zdobyczy,
Iż się chyba wąż gładki przez tę sieć przesmyczy[338];
Skała w gąszczu porosła siwym mchem brodatym,
Który jak żyd panował nad bezbronnym światem[339].

155 
»Jako tam z Kalwaryją?« myślą Reformaci

Niegdyś[340] więc opuściło klasztór kilku braci
Z pieskiem, by znów odwiedzić zakątek tak drogi,
Lecz przez zrąb[341], ostrężyny i zazdrosne głogi
Darmo przebrnąć! Wracają smutni z doświadczenia.

160 
Aż tu słyszeć żałosne szczenięcia skomlenia —

Łasi się, wyje, szczeka, ku gęstwinie bieży…
Bracia idą za pieskiem. — W łonie zrębu[341] leży
Posąg: Trzeci Upadek, w twarzy oszpecona
Figura Zbawiciela, od ludzi wzgardzona —

165 
Psu niememu[342] miluchna!

Zapach świeżych fijołków wsławił miejsce owe[343].
Najpokorniej uczczono obraz: fijołkowe

Wonności długo jeszcze na miejscu zostały,
Aż gdy tam w późne lata występek zuchwały

170 
Dwóch ludzi, jak bydlęta nieme popełniło[344],

Na zawsze się pachnienie fijołków straciło.“

Tu miłczał tkliwy śpiewak. Ludziom się zda wało,
Że słyszą, widzą jeszcze, jak to psię skomlało.
Ta ludzka zatwardziałość, to psie litowanie

175 
Tak im serca rozdarło jak głośne kazanie:

A gdy przyszli na górę, figurę zoczyli:
Śród uścisków, całowań, łez ją otoczyli,
By nagrodzić grzech ojców! Zaś śpiewak powiada:
„Oweż zdarzenie ludzkim umysłem tak włada,

180 
Że gdy w setną rocznicę świętej Kalwaryi[345]

Oneż opowiadano każdej procesyi,
Prosząc o wspomożenie dla kaplic budowy,
Niespodzianie się tedy okazał cud nowy:
Każdy pątnik wniósł kamień ku górze z doliny:

185 
Owóż kościół wspaniały! — przedtem rozwaliny

Tęskno w świat pozierały. Bóg pobłogosławił
I to miejsce pokuty czynem skruchy wsławił.“

Jeszcze raz progi święte rzewnie całowali,
Nuż na znak swego wodza pokornie powstali,

190 
By do Świętego Krzyża, gdzie Gaszyni leżą,

Pójść, ich wita kościołek niewysoką wieżą.
Tu rzekł Spińczyk coś z cicha: „Domek pustelnika!
Odwiedzę go na chwilę. Wiecie, iż unika
Ludzi, szczególnie niewiast, ale my się znamy;

195 
Idźcież, w kościele Krzyża znowu się spotkamy.“

W maleńkim już dojrzałych słoneczników lesie[346],
Żółtym, co to, jak dawne doświadczenie niesie,

Tam patrzą, gdzie ich słońce, jeszcze mniejszy stoi
Domeczek pustelnika, bo się świata boi.

200 
Dwiema patrzy oknami[347], jednym ku wschodowi,

Drugim zaś ku Żyrowie, gdzie panowie nowi[348].
Dawniej tam Gaszynowie z hrabiańskiej stolicy[349]
Rozkazy dyktowali Śląska połowicy.

Wstąpił śpiewak: „Niech będzie na wieki chwalony!“

205 
Pozdrawia i powinne tam czyni ukłony,

Gdzie spostrzegł pustelnika. Na skromnej pościeli
Leży starzec: włos głowy i broda się bieli,
Pełno zmarszczków na twarzy, bystre niegdyś oko
Gęstą brwią zasłonione już w głowie głęboko.

210 
Wyciąga chudą rękę albo raczej kości,

I wskazuje na ławę — tak przyjmuje gości.

Ciągle milczenie… Wreszcie brat Aleksy rzecze:
„Ostatni raz się widzim, mój dobry człowiecze.
Już się swoje zrobiło[350]!“ Gość chce coś powiedzieć,

215 
Lecz nic nie wie… milczenie… czyby wstać, czy siedzieć?

„Tęskno mi już do swoich..“ — śpiewak spuścił oczy,
Ale milczy i płacze… „I jam był ochoczy…
Do ludzi i do świata… wszystko… wygorało[351]
Bogu dzięki.. za wszystko.. Tu mi się dostało..

220 
Zarabiać na zbawienie… Po mnie nikt nie płacze,

Bo ja zbytnie płakałem.. Kończę dni tułacze..
Wygasł ogień, co niegdyś gotów był świat spalić;
Bóg powoli.. zalewał.. tak.. raczył.. ocalić.
Po długim rozdzieleniu.. złączenie na.. wieki[352].“

225 
Przywarł oczy, łza trysła przez ciężkie powieki.

„Chcesz pamiątki, Franciszku? Sięgnij tam z framugi[353]

Tomik z skarbów doczesnych — będzie z końca drugi!“
Śpiewak, płacząc, nie widzi, gdzie i jako maca.
„Nie ten — to pismo święte — to Tomasz[354]“ — znów wraca.

230 
„To treny Czarnoleskie[355] — o treny! To Skarga —

To Matka Świętych Polska[356]… już się tomik targa,
Podaj go!“ Znalazł śpiewak; niosąc, drży mu ręka.
Wszczęła się w świętym starcu jakaś wnętrzna[357] męka..
Zwyciężył... otwarł szpargał, wyjął coś i podał[358],

235 
Obtarł oczy, a szczęśliw, iż zwyciężył, dodał:

„Stare z świata pamiątki, weźm je, w dalsze lata
Może pojmiesz, czym były dla starego grata.
Idź już.. do twoich.. nic mi po.. czyjej.. żałobie..
Idź, a módl się corocznie na Ga.. moim grobie[359]!“

240 
Jako wziął, jak dziękował, jako wyszedł z domu,

Sam Spińczyk nie pamięta, nie mówił nikomu;
Wyszedł, a w drodze płakał, aż go ciężkie nogi
Jak na pamięć zaniosły przed kościoła progi.
Tam według danych zleceń jego ludzie stali,

245 
A przez kraty podłogi do grobów wglądali,

Gdzie wielochne kamienne trumny[360] liczne stały,
Gaszynów odpocznienia miejsce wskazywały.
„Patrzcie, tam fundatorzy“.. tak sobie szeptano..
„Tam fundator kościoła.. klasztoru[361]“.. gadano.

250 
„Fundator kalwaryi[362].. a tam zaś z Gaszynów

Ostatni spoczywają[363]; te miejsca dla synów
Jeszcze nie zapełnione.. ostatni śdzieś w dali
Zginął, zmarli ojcowie.. zbyt go żałowali..“
Spińczyk słucha, nie mówi, a tajemnie płacze,

255 
Tu go już opuściły biegłości tłomacze.

Nie bawiono się długo, bo śpiewak nie gada,
Na wszelkie zapytania krótko odpowiada.
W dródze więc ku klasztoru, gdy nad brzegiem stali
Tej przepaści złowrogiej[364], którą wykopali

260 
Ludzie chciwi kamienia[365], rzekł Ziob doświadczony:

„Otóż szczyt Góry Chełmskiej już z szat obnażony.
Rozwióźli[366] płytką skibę ziemi, co chowała
Skarb swój wieczny, rozwióźli — otwarła się skała,
Bo któraż się to siła oprze człowiekowi?

265 
Skoro bazalt zoczyli, już byli gotowi

Zabrać choćby przemocą. Prochem i żelazem
Walczono! Wydobytym z ziem wnętrzności głazem
Brukują te gościńce po naszym powiecie[367],
Którymi, jak wiadomo, najcięższe we świecie

270 
Ciężary się rozwożą. Ten kamień, iż twardy —

Najohydniejszej w świecie doczekał się wzgardy,
Bo zamiast być podnóżkiem tej to Anny świętej,
Zamiast nosić lud, nieba szukaniem zajęty,
Nosi konie i wozy! Biskup przewielebny

275 
Prosił, bronił, przestrzegał! »Nam kamień potrzebny« —

Szydzą świata panowie[368].. »To mnie dał Gaszyna[369]
Oni z śmiechem: »Co chce mieć, niech kupi księżyna[370]
Nawet już i w ogrodzie klasztornym śpiegują[371]
Co za chciwość bezwzględna! Księża perswadują:

280 
»Skorobyście kamienie tak blisko łamali —

Nie utrzyma się klasztor, kościół się obali!«
Oni na to: »Tegoć to bez ogródki chcemy,
Bo tam kamień najlepszy; — klasztor zbudujemy
W dolinie; tam bezpiecznie, tam nie ma kamienia,

285 
A z doliny taż sama dróga do zbawienia!«

Tak się góra rozchodzi, obawiać się trzeba,
Iże wnet nam zabraknie tego w świecie nieba[372]!“

„Co? rozchodzi się góra? Proroctwo istnieje..
Iż się z górą zakończą Kalwaryi dzieje!

290 
I nabożeństw i drogich Ojców Franciszkanów!“

A niejeden pomyślał: oraz Żyrowianów[373]!
W tym proroctw tłomaczeniu doszli bez strudzenia
Do klasztoru. Już śpiewak z swego zamyślenia
Zburdany[374], rzekł: „Więc ludzie, teraz suma będzie

295 
W klasztorze, więc kto może, a kto nie, niech siędzie

W chłódku na Rajskim Dworze; zaś po nabożeństwie
Pójdziem na kalwaryją, lecz nie w koleżeństwie
Z innymi, tylko dla nas; ledwo przed wieczorem
Będziem znowu w kwaterach[375], po obchodzie sporym;

300 
A pilnujcie spowiedzi!“ Coć ludu przybywa!

Słońce, ciekawo patrząc, jak to często bywa
W sprawach ważnych, nie baczy, iż to w wrześniu grzeje,
Iż już dawno minęli lata dobrodzieje,
Iż zwycięzca upałów już minął Wawrzyniec[376];

305 
Słońce więc zapomniawszy, iż nadszedł podzimiec[377],

Ciska ogniem jak w lecie, z wszech stron świata wabi
Procesyje pątników, co choć w drodze słabi,
Skoro staną pod górą, a wieże zobaczą,
Odrodzeni na siłach, na trudy nie baczą.

310 
Skąd się ludu nabrało! Z krzyżem, z chorągwiami

Idą, idą bez końca, pełnymi bramami
Leje się strumień żywy, leje się, a śpiewa,
Aż się odgłos tysiączny po górze rozlewa!
A w klasztorze nieciasno, bo to pszczółek wzorem,

315 
Co w ul jeden dzień cały troistym otworem,

Brzęcząc, spieszą, tak sobie jednak radę dadzą,
Iż jedne drugim w drodze nigdy nie zawadzą.
Tak tu u świętej Anny w dzień przed Kalwaryją,
Po kaplicach, kościołach z świętą konfesyją[378]

320 
Niestrudzeni kapłani; zaś na Rajskim Dworze

Jedno z drugim się styka ludzkich głosów morze.
Kiedyż oni odpoczną, kiedyż trud uczują,
Którymż oni się w modłach zegarkiem kierują[379]?
Aleć i w wiecznym niebie świętość po świętości,

325 
Cóż dopiero tu w naszej krótkiej doczesności.


Musiał wieczór nastąpić, musiało zajść słońce,
Donoszą z wszech stron góry rozstawieni gońce
Swe raporty do bramy. Ojciec Dezydery
Już przy szóstce postawił aże zera cztery,

330 
Już sześćdziesiąt tysięcy! a zwykle sąsiedzi

Przyjdą dopiero jutro! — Spieszy! — Z odpowiedzi
Pocieszon rozporządza ojciec Atanazy[380],
A to z ważnych powodów, by na przyszłe razy
Śpiewaków choć miast większych jemu przedstawiono.

335 
„Można spełnić i dzisiaj, jeśliby życzono,

Mam tu kilka pod ręką; Piotr czym prędzej zwoła.“
Zgadza się śwardyjana twarz drobna, wesoła.
Nim przybędą, on spieszy do świętej szkarbony[381]
(Lecz tam nie chowie[382] srebra lub złotej mamony

340 
Tylko święte różańce, szkaplerze, krzyżyki,

Obrazki Świętych Pańskich, ale nie Van Dyki[383])
Nabiera hojnie, szczerze, by dzieci obdarzyć;
Wielką jemu rozkoszą, kiedy tak szafarzyć
Może darem zbawiennym. Już do zakrystyi

345 
Wgląda postać olbrzymia; — pierś goła — na szyi

Gołej wznosi się gładka twarz, a nader miła,
Z której oczu wygląda otwartość i siła.

„Czymże służyć wielebny Ojcze Gwardyjanie?“
Zawsze trafi do serca serca przemawianie —

350 
„Skądżeście, mój kochanku?“ „Tutajszy[384], od Pszczyny!“

„A czy tam wszyscy tacy jak Wy, wiary syny?“
Z grzecznym ukłonem mówi: „Katolickie sioła —
Chcą nas jakoś przerobić, nie uda się zgoła!“
„A wy skąd?” pyta Ojciec człeka szczuplejszego —

355 
„Paterku, od Hulczyna ołomunieckiego[385]!“

„A trzeci skąd?“ „A mychmy łod Łopolo[386] miasta.“
Rozmowność Gwardyjana z zapytaniem wzrasta —
„Co powiat — to narzecze!“ Takie mając zdanie,
Z jakąś miłą chciwością powtarza pytanie,

360 
Mówiąc: „A wy?“ „A ja baj[387] jestem baj z Głogówka,

A przyszło nos baj wielu w ta święto węndrówka[388]!“
„Dobrze tak moje dzieci! Wy skąd, przyjacielu?“
„Joch psysoł łod Łolesna[389], a nos tys tu wielu.“
„Dalej Wy!” „Ja przywiódłem wielkom kompanijem[390]

365 
Z Bytómia górniczego, a podwiele[391] żyjem,

Powiodem jóm[392], tym tylko w życiu móm uciechem!“
„Pięknie, dobrze!“ — rzekł z miłym Gwardyjan uśmiechem;
„Jakoż Wy?“ — „Nos tu bandzie choć piańćset[393] z Wieszowy,
Nie rachując ercpristra[394], ale biołegłowy“. —

370 
„Cudna, piękna rachuba!“ śmieje się księżyna,

„Czo se lubi, fararu[395]? mymy od Cieszyna!“
„Či mńa znáś diet’a moje? poruczam se Panu[396]!“
„To góral od Tręcina? Aże tamstąd?“ „Anu!
A já člověk smrtedlny, vslyš mne hospodine!“

375 
Jakaż w słowach muzyka — toć głosy jedzine[397]!

Dalszych pytań nie czyni, jemu w sercu miło; —
To dziwne rozmawianie tak go rozrzewniło,
Iż rozdawał swe dary, a myślał o niebie:
„Jakoż tam pięknie będzie, o Matko, u Ciebie,

380 
Kiedy przez bram dwanaście z wszystkich części świata

Popłyną procesyją bez względu na lata,
Na stan, na płeć, na rysy i na barwę twarzy
Z wszech narodów, języków, dzieci, mężni[398], starzy,
Choć w rozlicznych narzeczach, ale w jednym znaku

385 
Przyłączą się do Niebian bez granic orszaku,

By wielbić aż na wieki w cudnej procesyi
Wielmożne sprawy boskie i dobroć Maryi.
O wieczna Kalwaryjo, mnogości w jedności,
Ziemio! święć twe języki, dar boskiej mądrości!“

390 
Nim[399] tak Ojciec Gwardyjan w sercach prostych ludzi

Męstwo w wiary wyznaniu, cnotę w sercach budzi,
Chodził Dawid tercyjarz[400] z małym dzwonkiem w ręku
Po konfesyjonałach; na znak tegoż dźwięku
Wstawają księża, stułę kładąc w słuchalnicy[401]

395 
Na znak, że jeszcze wrócą; tak więc pokutnicy

Stoją w miejscu jak wryci. Za stół refektarza[402]
Siedli księża, by przyjąć, czym kuchcik obdarza.
Wstępuje Atanazy. Witania, ukłony
Radosne, szczere czyni tuż na wszystkie strony.

400 
Zajadają wesoło, praca osłodziła,

Co szczerość[403] sprowadziwszy, na stół postawiła,
Wszyscy w duchu szczęśliwi, bo w boskiej winnicy
Upał słońca znosili dobrzy pracownicy.

Już z strzew po homerowsku łaknienie wygnali[404]

405 
Wieczerzą smaczną, jaką dobrzy bracia dali,

Siedzą jeszcze, bo Ojciec Gwardyjan tak raczy:
Nuż ogłasza porządek, z którego zobaczy
Każdy urząd[405] na święto Podwyższenia Krzyża,

Którego wielka praca na jutro się zbliża.

410 
Powstał Ojciec Gwardyjan i tak mówi: „Moi

Wielebni księża bracia, z którymi mnie poi[406]
Dawna przyjaźń, już z listów wcześnie rozesłanych
Wiecie, o czym kazania do ludów zebranych
Jutro macie powiedzieć, dziś tylko przeczytam

415 
Imiona kaznodziei i uniżnie[407] pytam,

Czy się księża zgadzają z tym rozporządzeniem.
Początek u Rafała, a zaś z zakończeniem
Staniemy przy kościółku przeświętego Krzyża,
Takci zawsze bywało, zwyczaj nie ubliża.

420 
Kazać będą w tym rzędzie[408] moi przyjaciele,

Księża: Dziadek Konstanty[409], Olbrich[410], słów niewiele,
Ksiądz Matyszok[411], nuż Zoedler[412], zaś Stabik Antoni[413]
Jako po wszystkie lata na oliwnej błoni:
Po nich Schoeneich[414], a potem Markefka bogucki[415].

425 
Nuż nadejdzie południe, a żołądek ludzki

Będzie żądał posiłku. Staniem pół godziny.
Nuż nastąpi Henciński ze Siemianowiny[416],
Po nich Ślęzak[417] i Fiegel[418], i proboszcz Sobota[419];
Kazaniem Michalskiego[420] skończy się robota.

430 
Proszę braci, czy księża porządek przyjmują?“

„Owszem! z podziękowaniem!“ „Gdyż[421] nie protestują,
Bóg zapłać, księża bracia!“ — mówi Atanazy. —
„Dalsze ważne ogłaszam bez czyjejś urazy
Porządki względem świętych Mszy celebrowania:

435 
Księża, którzy mieć będą na górze kazania,

Niech odprawią ofiarę, kiedy czas dać raczy[422],
By tylko rychło przyszli nauczać słuchaczy;
Zaś księża spowiednicy w klasztorze zostaną,
Słuchając ciągle, miawszy[423] Mszę świętą śpiewaną;

440 
Msze święte się rozpoczną o piątej godzinie;

Niech, proszę, nikt ścisłego porządku nie minie;

W klasztorze: Gierich[424], Krysztof[425], Lukaszczyk[426], a wreszcie
Siwy młodzian Materny[427], ów w Bytomiu mieście,
Zaś u Anioła Stróża: Świder[428], Klein, Lubecki

445 
Proboszcz, niegdyś wikary miejski katowiecki[429];

U Trzeciego Upadku: ksiądz dziekan Filipin[430],
Potem janiołek Szpendlik[431], wikaryjusz z Lipin,
I księża Reformaci z świętego Krakowa,
Ksiądz Floryjan, Tiburcy[432], cnych Paulinów głowa.

450 
Ksiądz Rother[433], Katolicki Kempa i Słaniowski[434],

Rostek[435], Sklarzyk[436], Ohl[437], Wańdzioch[438] i Sobel Miechowski[439],
Ksiądz Morawiec[440] z Olesna, wikary Zwierzyna[441]
Będą mieli Msze ciche, a tego przyczyna,
Żeby szczędzić sił, czasu, dla mnogich spowiedzi;

455 
Kto stoi na ambonie, kto słucha spowiedzi,

W jednym jarzmie pracują — tam i tu pierś zdrowa,
Niechaj Bóś ją wspomaga! Księża, rzecz nie nowa,
Że u Krzyża świętego trzy ołtarze! Z rana
O piątej będzie pierwsza Msza święta śpiewana

460 
Przez księdza Stehra[442], po nim nastąpi wikary

Gańczarski[443], Hertel[444], Korus[445], nareszcie nasz stary
Dobrodziej ksiądz Hofrichter[446] i ksiądz dziekan Hruby[447],
Obyśmy mieli wszyscy stąd powód do chluby,
Że był wszędzie porządek. Proszę uniżenie

465 
Dla brata Aleksego mieć to uwzględnienie:

Po pierwszej sumie jemu z Upadku Trzeciego[448]
Dać świętą Komuniję, krótkie życie jego!“

„Co! Aleksy choruje?“ Wszczęły się pytania,
Bo któż nie znał staruszka! Byli tego zdania,

470 
Że on wszystkich przeżyje. — Świeca dogorywa,

On się zejścia rychłego ze świata spodziewa.

„Księża bracia wielebni“, — dalej Ojciec prawi,
— „Ważę się prosić jeszcze, bo księża łaskawi,
Jeszcze choć do dziewiątej słuchajmy spowiedzi,

475 
Lecz dłużej — dla porządku — niech żaden nie siedzi;

Są dla księży wielebnych po celach mieszkania;
Niech nas Bóg dziś i zawsze swą łaską zasłania!“
Rzekł; powstali już wszyscy, krzyżem się żegnają.
Ludzie nieunudzeni hufcami czekają

480 
Na święte rozgrzeszenie. Chłodna noc nadchodzi,

Na niebiosa gwiazd złotych wieczną trzodę wwodzi
A nim ludzie, mdłe członki kładąc, słodko zasną,
Sławią gwiazdy cześć Boga procesyją jasną.




IV
Uroczystość Podwyższenia św. Krzyża. Poranek. Po mszach św. ogólna procesja na Kalwarią. Kazania. Południe; dalsze nauki zakończone kazaniem ks. Michalskiego; potem błogosławieństwo. Wieczerza w klasztorze, ogłoszenie porządku nabożeństw na drugi dzień Kalwarii. Dyscypliny. Śniadek chory. Pamiętniki Aleksego.

Święta Anno! Już nadszedł dzień tak pożądany!
Boży świat w krwawy kolor męczeństwa ubrany,
Bo to Krzyża Pańskiego szczytne Podwyższenie[449],
Dzięki czyniąc, spogląda na niebios sklepienie,

Jak gdyby to już dzisiaj znak ten w swojej chwale

Myślał stanąć na niebie wszechmocno wspaniale[450].
Ku niebiosom wskazuje, a na ziemi walczy
Tym mężniej, im otwarciej natarł duch zuchwalczy[451].
Święta Anno, gdyż święci dzień tak pożądany

10 
Lud z siół niepoliczonych w świętą jedność zlany,

Któż ich wesprze, kto spełni wszelkie serc życzenia?
Kto zaniesie przed Boga trudy, umartwienia,
Których chętnie się podjął, by tu w tym zebraniu
Choć raz Bogu się oddać w całym dusz znękaniu?

15 
Wszak go świat zowie[452] gnuśnym, gdy do modlitw klęka,

Uporczywym, gdy w mnóstwie prześladowań jęka,
Zniewieściałym, gdy w ziemi struł młodzieńcze siły[453].
Tu na górze te rzesze na nowo ożyły,
Tu przy Bogu się bawią, od jarzma daleko,

20 
Tu wolno oddechają, bo ich trumny wieko

Odkryło się na moment. O Anno, Twym okiem
Ty uszczęśliw tę trzodę, prowadź równym tokiem
Z tej doczesnej Twej góry do gór Twego Wnuka[454],
Niech twej możnej pomocy daremno nie szuka!

25 
Tym zaś, co tylko z rozmów coś o Tobie wiedzą,

A w więzach nieprawości, w cieniu śmierci siedzą:
Pokaż im w tych „wspomnieniach[455]“ jak to lud Cię prosi,
Jak uniża swe ciało, jak duszę podnosi!

Brama rajska[456], otwarta przed Jutrzenki wstaniem,

30 
Już zabrzmiała stokrotnym Godzinek śpiewaniem,

Bo trzech dzwonów klasztornych głosy śrebrnodźwięczne
Nie zwołały — witają rzesze kroćtysięczne,
Co się lały w Dwór Rajski, klasztor i kaplice;
Rozpoczęły się ofiar święte tajemnice.

35 
Jako Józef Egipski, skoro słońce wstało

I na nędzą wychudłe postacie patrzało,
Otwarł wrota swych gumien, stodół, swe sypania[457],
Egipt, ziemię Kanaan przed śmiercią zasłania:
Tak tuli święta Anna tłumy czekające

40 
Do ołtarzy i karmi na duszy łaknące.


U Trzeciego Upadku, u Krzyża, na Dworze
Rajskim, skoro się zjawił dzień przez ranne zorze,
Posuwa się śród stróżów silnych ze świecami
Kapłan z Przenajświętszymi Boga Postaciami[458],

45 
Chodzi wkoło, wdłuż[459], poprzek, pokornie schylony;

Gdy na siłach ustawa, bywa wyręczony
Przez zastępcę. Przyjąwszy, do ziemi się korzą,

Bo któż godne da dzięki za jałmużnę bożą?
Wnet się zaczną kazania. Bramą do Rafała

50 
Stokroćbarwna pątników powódź się wylała.

Łączą się do swych swoi, z dala rozróżniają
Swój krzyż od krzyżów obcych, bo go ozdabiają
To gałązką zieloną, to wieńcem, wstęgami
Szkaplerzami, różańcem. Między tysiącami

55 
Pozna każdy swą świętość. Te święte sztandary

Już setkami dziś zdobią nagórne obszary[460]!
„Patrzcie tylko na krzyże!“ — wodze przestrzegają,
(Choćby w tłumie zbłądzili, wszakci swoje znają
Miejsca zebrań wzajemnych[461]) „tak, w imieniu Boga

60 
Za krzyżem kalwaryjskim!“ Choć szeroka dróga,

On o ćwierć mili naprzód; po skale i trawie
Idzie pochód, a Bóg nań spogląda łaskawie.
Gdy wyszli — ile krzyżów, tyle melodyi[462],
Aleć już przy najpierwszej kazania stacyi

65 
Nastał inny porządek. Tam to przy kapłanie

Stoi śpiewak nagórny[463] (takie ma zadanie),
Dał laską kalwaryjską wszystkim znak milczenia,
Przepowiadał słowami i nutą swe pienia,
Które tylu tysięcy głosem powtórzone

70 
Szumią w niebo jak morze księżycem burzone[464].

Teraz milczy. Nuż kapłan ludzi błogosławi
I, co Bóg mu wlał w serce, sercom ludzi prawi.
Skoro Amen powiedział, morze w skrusze wzdycha,
Z dolin wznoszą się w górę tysiąckrotne echa.

75 
Natychmiast wodze, z ludem odpustne pacierze

Odmawiając, ćwiczą się w pokucie i wierze.
Wszyscy płyną na dalszych stacyi kazania,
Nowy szum wałów morskich ku niebu się wzbrania!

Drugie, trzecie kazanie! Już proboszcz Bogucki[465],

80 
Długo każąc, zakończył, nuż żołądek ludzki

Zaczął duszy zazdrościć tej paszy odpustnej[466],
I wzdychał choć do małej, ale paszy ustnej[467].
Duszątko[468] więc, by grzechu nie stać się przyczyną,
Postanawia ukoić strzewa[469] okruszyną.

85 
W niwie zamku Piłata[470] procesyje siedzą,

Trawiąc pokarm duchowny, chleb cielesny jedzą[471].
Impositio crucis[472] łączy kaznodziei.
Tam braciszek z swych skarbów dawa po kolei
Małowiele, przysłowie mawia, iże venter[473],

90 
Si comedit nimium, non studet libenter.

Słonko zaś, iż nie jada, za chmurę się skryło,
Bo wytrzeszczać[474] przy stole niegrzecznie by było.
Ludzie jedząc, kazania chwalą i pogodę,
A ze rzeki Cedronu czerpią dłonią wodę.

95 
Lecz w służbie bożej nigdy odpoczynku nie ma:

Nim zegar z popołudnia brzmiał godziny dwiema[475],
Znowu śpiewak nagórny[476] stanął na ambonie,
Laską swą kalwaryjską uzbroiwszy dłonie,
Znowu pieśń przepowiadał nutą i słowami.

100 
A ludzie wtórowali świeżymi głosami.

Jak słońce Bogu służy, jego idąc drogą,
Tak dziś rzesze dzień święcą, idąc, jako mogą
To w górę, to w doliny, to w słońca upały,
A chociaż mdłe nóg siły jakoś spocząć chciały,

105 
Widząc trawnik chędogi w brzozowiny cieniu[477],

Nie usiadły, bo mierzą odpust po strapieniu:
Trud im większy, tym większa dla nieba zasługa.

O drógo krzyża Pana, jakóżeś ty długa!

A tu nieść krzyż tak ciężki, tu głęboka rana

110 
Na ramionach niewinnych jakby wyorana!

Być niewinnym Barankiem — a na śmierć skazanym,
Za winnych dać się zabić, a nie być poznanym,
Pałać ogniem miłości, a być pogardzonym,
Od uczni najwierniejszych nawet opuszczonym,

115 
Tyle nieść — a zwyciężyć — Jeden tylko zdołał —

On, który dziś w swe ślady swoje trzody zwołał.
O tym myśląc, wytęża każdy resztki siły,
Przecie się na Golgotę procesyje wzbiły
I słuchają kazania proboszcza Soboty[478],

120 
Który wie, jak ugodzić w umysł tej prostoty.

Łzą i potem skrapiają Golgoty szczyt goły;
Jeszcze ich dziś czekają rozliczne mozoły,
Ale znają przysłowie: „cierp, cierp, moje ciało
Kiedy ci się nie w raju, lecz w świecie żyć chciało!“

125 
Skończyło się kazanie. U Świętego Krzyża

Dzwonią: dotąd się wojsko kalwaryjskie zbliża.
Tam się kończy dzień pierwszy; podgórze zielone,
Stąd widok na pół świata: kapliczki skupione,
Krzyż Pański śród dwóch łotrów, lip chłodzące cienie,

130 
A na klasztor przedrogi tak lube spojrzenie,

Że, ktoby dziś i nogą nie zwiedził miejsc drogich,
Tu by przecie się stawił, łaknąc do słów błogich.
A ludek już przeczuwa, że jemu tu dają,
Co na dziś najlepszego dla pątników mają.

135 
Z dala już poglądają: „kto na kazalnicy?“ —

Przebaczmyż tej prostocie, wszyscyśmy grzesznicy!
„Proboszcz z Lipin! Michalski[479]! to młot na chachary[480],
Na kocendry, prezmuty, na ludzi bez wiary,
Złym i dobrym znajomy; których nie słów gradem,

140 
Tych naucza wzorowym swej trzody przykładem!“

Jako chrzan, jeśli dobry, już to nos i oczy
Wprzód, niż go skosztowano, łzy grubymi moczy:
Tak lud płakał, a szczerze, jeszcze przed kazaniem,
Szczerzej jeszcze i głośniej, gdy ksiądz jeździł na nim.

145 
Oj coć gadał, coć groził! ale skończył przecie,

Z wszech stron ludek się garnie, niemal się zagniecie,
Bo już chwila najświętsza! W komży, w nieszporniku[481]
I z monstrancyją w ręku do ludu bez liku
Z kościółka występuje w kaznodziei gronie

150 
Atanazy gwardyjan; stanął na ambonie,

Intonując hymn polski: „Święty Boże mocny,
A nieśmiertelny!“ Ludzie, jakby duch wszechmocny
Nimi władał, padając na kolana, klęczą,
I w największej pokorze słowa hymnu jęczą[482];

155 
Już moment przenajświętszy całodniowej pracy!


Cóż, że króle, cesarze warownych pałacy
Nie opuszczą, by widzieć te uroczystości,
O których im służalcy kłamią bezdrożności[483]?!
Podwiel[484] wasze poddaństwo do Boga się modli

160 
W swym języku, w swej wierze: nigdy się nie spodli,

Iżby rękę zbroiło w grzesznym uniesieniu;
Lecz kto w herostratowskim[485] czynie, w zaślepieniu
Podkopuje, kto targa groble oceanu:
Ginie, dom swój, kraj niszczy, a przyszłemu panu

165 
Pozostawi pustynie. Tam na długie lata

Ani pałac nie stanie ani nędzna chata.

Gdy najświętsze Imiona[486] wzywano pieśniami,
Panowało milczenie ponad tysiącami.
Kapłan, podnosząc ręce, pokornie z ambony

170 
Bogiem świat błogosławi, zwrócon w cztery strony.

Cichuteńkie milczenie — kapłan intonuje:
„Bądź pochwalon na wieki[487]!“ — a jemu wtóruje
Cała góra; powstały znowu szumy morza.
Nim[488] tą pieśnią dzień kończy, klęcząc, dziatwa boża,

175 
Spoczął boski majestat w ubogim mieszkaniu;

Rozpływały się rzesze. W szczerym pożegnaniu
Zabłysło jeszcze słońce ku górze, prowadzi
Lud w pobliskie kwatery[489] i w przyjaźni radzi,
By już spoczął. Aleć tu Rajski Dwór tak bliski!

180 
Wielu czyni do niego pobożne umizgi.

Tam tak dobrze się modli! tam się śpiewa łatwie
Tam tak słodko przy Bogu zgromadzonej dziatwie!
Już to pełny Dwór Rajski! Modlą się, śpiewają.
Lipy jakby rękami, szumiąc, zasłaniają,

185 
By wiatr ludu nie chłódził, a niebios oczęta

Patrzą na śpiewające, choć mdłe niebożęta.
W refektarzu klasztornym gości liczne grono:
Z powodu Kalwaryi w południe poszczono.
Teraz więc będzie coena[490], już wołają zęby:

190 
„Młócącemu wołowi nie zawięzuj gęby[491].“

Ksiądz Gwardyjan przeżeśnał stół, siebie i gości
Jedzą, jak się należy, smakuje im dości[492];
A wszystkim tak wesoło! Ojciec Atanazy
Aże w głos się uśmiecha, ale bez urazy

195 
Przystojności[493], on szczęśliw, iże tak wspaniale

Dzień święcono, przy takim pół świata udziale.
Co dwa, trzy mówi słowa, świętą Annę[494] chwali:
„Coć dobra święta Anna!“ Goście zaś się śmiali,
Widząc skarb serdeczności w niewinnej dziecinie.

200 
Pamięć takich odpustów w sercach nie wyginie.

Tu, niestety, ktoś wyrzekł kulturkampfu[495] słowo,
Jakby dalej rozmawiać już było niezdrowo,
Zamilkli! Na pytania tylko to gadano,
Co koniecznie potrzebne; wreszcie zapytano:

205 
„Czy tam zaś co nowego[496]?“ „A! dosyć na starym“ —

Odbąknął ktoś, — „takim nas niech nie dręczą darem!
Z Bytomia, z Mikołowa i z Królewskiej Huty
Szkólne siostry[497] wygnano, a łańcuch ukuty[498]
Czeka na ofiar więcej; Jezuici w Rudzie[499]

210 
Już się z domem rozstali, darmo płaczą ludzie!“

Znowu mówił ktoś, ale głosem przytłumionym:
„Wiecie już, iż nasz Biskup widział się zmuszonym[500]
Bez namyślań opuścić pruską swą stolicę?“
Jakby piorun uderzył w klasztorną dzwonnicę,

215 
Aże twarze pobladły, drżą od przerażenia;

Nie boją się dla siebie, znając głos sumienia,
Wiedzą, co mają czynić! —[501]
Ksiądz Gwardyjan powstawszy przerywa milczenie,
Mówiąc: „Składam za dzisiaj me dzięki! Pełnienie

220 
Obowiązków dla jutra niech, bracia Wielebni,

Stanie się Wam tak łatwe jak dzisiaj, a pewni[502]
Bądźmy boskiej nagrody. W tym jak dzisiaj rzędzie[503]
Kazanie po kazaniu jutro się odbędzie,
Początek u Upadku, koniec u Rafała,

225 
Tam pobłogosławienie[504], to już kolej stała.“


I smutno się rozeszli, co przyszli weseli!
Tak się smutek i radość w życie człeka dzieli[505].
Płacze, kiedy się rodzi, jęka, gdy umiera.
Choć się słońce niekiedy przez chmur tłum przedziera,

230 
Nikt nie powie, długo-li jeszcze będzie jasno,

Nikt nie pewien, czy gromy w dom jego nie trzasną.

W celi staruszek Dronia[506] siedzi na pościeli,
Od lat i prac nie małych głowa mu się bieli,
Zwiesił ją ku kolanom, a nim sen nadbieży,

235 
Pilnuje różańcowych jak zwykle pacierzy.

Cichuteńko w klasztorze, światła zgasły dawno,
Że więc i Reformaci[507] śpią, już wszystkim jawno.
Aż tu, czy w bliskiej celi, czy gdzieś w oddaleniu
Słyszeć częste jękania jakby w przesileniu.

240 
Słucha — znowu dosłyszał — a taki głos bieżał,

Jakbyś płaskim rzemieniem w gołość plec uderzał.
Aż mdło jemu na duszy, ale jeszcze słucha;
Jęk, bicze, słowa psalmu doszły jego ucha;
„Miserere… secundum[508]“.. tu głos długi jęka —

245 
„Tibi soli peccavi[509]“… znów uderza ręka!

„Cor mundum crea in me[510]“… już dalej nie słucha,
Tęskna jakaś lecz słodka w nim ożyła skrucha,
Że Ojce Reformaci Podwyższenie Krzyża,
Tak na ciele swym święcą! I on się uniża,

250 
Uklęknął na kolana, a łzą kropiąc łoże,

Wzdycha w imieniu wszystkich: „Bądź miłościw Boże!“

Tymczasem śpiewak Spińczyk w niemałym strapieniu:
Właśnie myślał o krótkim na sianie spocznieniu,
Aż tu bieży babina, ręką perswaduje[511],

255 
Że stary Błażej Śniadek naprawdę choruje.

Co robić? Czy po księdza? Teraz? Do stodoły? —
Ale cóż — gdyby umarł! Słusznie niewesoły
Ubiera się na nowo i z wizytą bieży,
Myśląc: ciśnie starego po hojnej wieczerzy!

260 
Błażej w koszuli leży na kłębo[512] skurczony,

Spińczyk czyni pytania jak lekarz uczony:
„Pokaż język! ha! wielki!“ — teraz rękę maca, —

„Aleć chuda!“ — do pytań więc lekarskich wraca:
„Coście jedli?“ — „Anu nic, ale konew wody

265 
Spiłem na kalwaryi.“ Spińczyk dał dowody,

Że się znaje[513] na rzeczy. Teraz więc o duszy
Błażka myśląc, choremu tak przemawia w uszy:
„A macie-li na sercu jeszcze co ważnego?“
„Warzonego nic, Franku, nie jadłem dnia tego,

270 
Ale owies mam grzany na brzuchu, bo baby

Mówiły, iż na poty coś ciepłego trza-by.“
Spińczyk już niecierpliwy rzecze: „Ja nie o tym
Mówię, bo ja nie leczę duszy rzęsnym potem[514],
Pytam tylko, czy, gdyby umrzeć wypadało,

275 
Serce wasze tu w świecie czego żałowało?“

„Ja toć, Franku! Mam w doma galociska nowe[515],
Jeszczem nigdy w nich nie był!“ „Odpowiedzi zdrowe!
Niewątpliwie!“ — rzekł Spińczyk; — „powstanie on rano!“
Niósł się więc bez obawy na usłane siano.

280 
Aleć tam czeka darmo, aż sen pożądany,

Co tu siły odnawia i uśmierza rany,
Sklei mdłe jego oczy; na tę, owę stronę
Przekłada chude nogi chodzeniem strapione,
Rozbiera, rozmyślając uczynki i słowa,

285 
Nic nie znalazł, za co by godność śpiewakowa

Sądu miała się lękać. Tu się przypomina
Smutna z starym Aleksym rozstania godzina,
Cóż to dał na pamiątkę? Nie odwłócząc, wstawa,
Aby znaleźć i czytać — będzie to zabawa

290 
Milsza, jak snu wyglądać nielitościwego.

Znalazł już papiór[516] zżółkły; rozwija; tu z niego
Sypią się jakieś prochy; były to ostatki

Listeczków suchych (może były niegdyś kwiatki);
Potem jakieś pisania... W wielkim niepokoju,

295 
Co tam będzie, zapala krótką świeczkę z łoju,

Udawa się do kąta, gdzie nie było siana,
Serce bije jak młotem — lecz choćby do rana
Miało potrwać czytanie, on na to nie zważy:
Drżącą ręką papióry[517] przybliża ku twarzy,

300 
Czyta słowa, a może za młodu pisane,

Bo litery wyraźnie i zgrabnie stawiane:


Orlik[519] chciał, by skrzydeł siły
Het, po stepie go nosiły,
Bo mu w gnieździe duszno, ciasno,

305 
A na stepie to tak jasno!

Znasz ty, orle, twoje łoże?
Aleć inne Zaporoże!
A kurenni[520] nie żartują,
Po kozacku zaczatują[521]!

310 
Ej, Koszowy, Atamanie!

Pohulaj przy teorbanie;
A ty orle, ty sokole,
Zwietrzaj[522] stepy i Podole!


2

Błogo, huczno w Ukrainie,

315 
Szczęście, nigdy tam nie minie,

Jeździec ładny,
Konik składny,
Już to leci, gdzie on skinie.
Ej, Kozaku, coć tak spiesznie,

320 
Co ci bujać tak uciesznie?

Gdzie ci śpiewa
Czarnobrewa?
A czy zdążysz błogocześnie[523]?


3

Co za szyja, co za lica,

325 
Jak rusałka krasawica!

A jagody —
Szczyt urody.
Hej, koniku, het na gody!
Co mi ojciec, co mi matka,

330 
Co mi ciasna domu klatka!

Konik hula,
Uszy stula:
Już pałacyk, już zazula[524].
Sypcież obrok konikowi,

335 
Bo nie zarży ku domowi,

Aż po mowie,
Aż po słowie;
Wszak i porwać my gotowi!


4

Znalazł orlik w górze szczele[525],

340 
Ale gniazda nie uściele;

A orlica —
Krasawica
W ciasnych murach i popiele[526].
Co tam mury, co tam kraty:

345 
W niebo strzeli mój skrzydlaty,

A spostrzeże
I wybierze
Swoje perły i bławaty.

Oj, spostrzeże, nie wybierze!

350 
Lecz wyskubie swoje pierze

I uściele
Się w popiele
I popłacze długo, szczerze…


5

Kto marnieje w ciemnym murze[527]?

355 
Kto tam wzdycha w tym kapturze?

Mdleje ręka,
Serce pęka;
Kogóż nie ma dzisiaj w chórze?
Gdzie to orlik, gdzie orlica?

360 
Komuż gore[528] ta gromnica?

Dwie mogiły
Się zgodziły —
Spoczął kaptur i przyłbica[529]!


6

Chcesz-li, piękna, święta góro,

365 
„Po orliku jedno pióro?

Gdy uściele
Swe piszczele
W twym parkanie[530]
I kurhanie?

370 
Stare orły gniazdo szerzą,

Już orlęta nie odbieżą
W Ukrainie[531]
I rodzinie[532]
Proch i śmieci

375 
Z pięknych dzieci.
7

Nie opuszczaj twego szczepu[533],
A nie wzdychaj mi do stepu,
Bo on smętny, choć rozmiły[534],
Ma on pieśni, ma mogiły!

380 
Święta Anna z małej wieży

Woła ludzi do pacierzy,
Szczęścia nie ma w Ukrainie! —
A czy będzie w tej dolinie[535]?
Cicho, smutno w Ukrainie,

385 
Cicho jak, gdy szczęście minie,

Woła wieża do pacierza,
Ale pusto w Żyrowinie[536].


Śpiewak[537] czyta i duma, aleć ani słowa
Nie zrozumiał; wie tylko, iże tu jest mowa

390 
O Orliku. Znał ci on człeka z Stolarzowic[538],

Co się pisał Orlikiem, chadzał do Miechowic,
Lecz nie z pierzem. Był sobie poczciwym górnikiem,
W ziemi na chleb zarabiał prochem i perlikiem[539],
Nie strzelał jak ów, w nieba; tak się więc domniewa,

395 
Że nie tego Orlika owa pieśń opiewa.

Lecz po co głowę łamać? Potrzeba jej będzie[540]
Jutro, pono bez głowy nikt się nie obejdzie.
Nadto mówił Aleksy: „Weźm to, w dalsze lata…[541]
Może pojmiesz, czym było… dla starego grata…“

400 
Zgasił światło, ale się do snu nie rozbiera,

Kiedyć środa podobno już na świat poziera[542].




V
Drugi dzień Kalwarii; dróżki Najśw. Panny. Przygotowania. Obawy ze strony Rządu. Stacje u Trzeciego Upadku. Domek Maryi. Przeprowadzenie chorego pustelnika Aleksego do celi św. Aleksego w klasztorze. Procesja ku dolinie Józefata. Nabożeństwo w Porębie. Zakończenie u św. Rafała. Błogosławieństwo ostatnie. Tłumy ludu rozstawają się z świętymi miejscami.

Zawitał dzień ostatni świętej Kalwaryi!
Rozmyślane dziś będą stacyje Maryi.
Aleć dziwne te myśli, z którymi weseli
Pątnicy się podnoszą ze skromnej pościeli:

„Dziś znów obchód! nauki! kaznodzieje nowi,

Wniebowzięcie Maryi — potem — ku domowi!“
To słowo: „Ku domowi“ tak w sercu zabłysło,
Że przy samym wspomnieniu parę łez wytrysło.

O serce, cóżeś dziwne[543]! Niedawno płakano,

10 
Kiedy górę, cel westchnień, z daleka widziano,

A dziś — własnego domu milsze już wspomnienie,
Przy dłuższych nabożeństwach pewne odurzenie[544].
I cóż to za pobożność? A więc głos rodziny
Słodszy jak uroczystych nabożeństw godziny?

15 
O serce, arcydzieło twórczej Boga ręki,

Właśnie w tej to tęsknocie objawiasz twe wdzięki:
Nic cię nie zaspokoi, dla Bogaś stworzone,
Twe pragnienie nie będzie niczym zasycone,
Tylko Bogiem! Iż wzdychasz do własnego grona,

20 
Mimowolnie dowodzisz, duszo, żeś stworzona

Dla rodziny, lecz dla tej, co się nie odmienia,
Gdzie nieszczęścia, gorzkości nie ma ani cienia,
Gdzie Bóg będzie twym Ojcem w wieki nieskończone:
Tam się nikt nie narodzi, nie umrze; spełnione

25 
Będą wszelkie życzenia przy Matce Maryi,

Nikomu się nie zecnie[545] w wiecznej procesyi.

„Ku domowi!“ tak myślą śród modlitw pątnicy!
„Nasi wnet już powrócą!“ — mówią domownicy.
Ale nie w słowach tylko z przyjścia swych się cieszą:

30 
Choć ich przestrzeń przedziela, już z pomocą spieszą.

Już gospodarz wytoczył wóz z obszernej szopy,
Mustruje[546] koła, osi smaruje i snopy
Suchej słomy zatłacza w wygodne półkoszki.
Konie zgadły myśl pana, już stawiają nożki

35 
Niecierpliwie, snać pyszne z tego, że są godne

Jechać po gospodynią i córki urodne.
Z ich powrotem wieś zabrzmi, aż gdzieś za zapłotki
Odezwią się podarki: piszczałki, kokotki[547]!

Aleć o tej to samej świętej Kalwaryi

40 
Wrogie rozmowy w pierwszej kraju kanclaryi[548],

Bo te tłumy, a śród nich kompanije polskie[549]
Draźnią na się urzędy wrocławskie, opolskie[550]:
„Oni spolszczyć gotowi naród górnośląski; —
Na to przystać nie mogą nasze obowiązki[551]!“

45 
Inaczej Atanazy! On nie o spolszczeniu

Myśli, tylko o wiecznym pątników zbawieniu.
Dlatego on wybierał z wielkiej mówców rzeszy
Takich, których przemowa i trwoży i cieszy,
Obala i buduje i serca porywa,

50 
Gdyż się w języku ludu do ludu odzywa.

Dlategoć te śpiewania, modły, te nauki;
By zbawienie upewnić[552], darłby serce w sztuki.
Gdyby te skuteczniejsze dlań się okazały —
Nimi, nie głosem polskim gromiłby świat cały.

55 
„Ludu, jeślić ojczyzna doczesna tak droga,

W której wszystko przemija, o ileż u Boga
Droższą musi być wieczność! Z doczesnej piękności
Ucz się kochać niebieską!“ Niebo dla swych gości
Chciałby zbliżyć Gwardyjan. Tym ożywion duchem

60 
Wyglądał chwil dzisiajszych[553] sercem, okiem, słuchem.


Już Msza św. ostatnia! Z wieży dzwonek dźwięczny
Zwołuje do porządku ludek kroćtysięczny.
Już w ruchu cała góra, do Świętego Krzyża,
Do Trzeciego Upadku wojsko się przybliża.

65 
Tu spieszy z pustelniczej Aleksego celi

Poseł do Gwardyjana; tłum ludu się dzieli[554];
Zdążył — przemawia z cicha — na klasztór wskazuje…
Zbladł ojciec Atanazy, poselstwo zgaduje:
„Zanieście do klasztoru: w domie[555] świętej Anny

70 
Tam niech ma odpocznienie i dozór staranny! —

„Pierwsze na dziś gorzkości[556]“ — westchnął Atanazy —
„Któreż będą ostatnie?“ Lecz smutne obrazy,
Co mu w głowie się roją, z ducha wytężeniem
Precz oddala, wszak nowym zatrudnion strapieniem.

75 
Jak z sto rzek wody, w jedno wielkie morze zlane,

Cicho stoją olbrzymią groblą opasane,

A powierzchnia, — spokojne, błękitne zwierciadło, —
Nie zdradza, ile kropel w głęb[557] przepaści spadło;
Lecz kto w brzegu choć bramę maleńką otworzy,

80 
Syczy, wyje, rwie tamy, w przemocy się sroży,

Wylewa swe niezmierne zapasy gniewliwe,
Pustosząc sioła, miasta, błonie nieszczęśliwe —
Tak ten lud kroćtysięczny. Barwy stokrotnymi
Krasi górę, gdy stoi, słowami dusznymi

85 
Karmion. Ale gdy Amen zakończy kazanie:

Góra dotąd spokojna, nuż groźna, powstanie,
Swe ciężary w dolinę żywą rzeką zsyła
I drugą by swym prądem górę obaliła.
Biada, gdyby niepewne ktoś, stawiając kroki,

90 
Upadł! toczyłby ciało w szczelin rów głęboki,

A za nim stąpający, spiesząc mimowolnie…
Śród modlitw i śpiewania ginęliby spolnie[558].

By groźnej klęsce wcześnie zapobiec, zwołuje
Wszystkie krzyże, chorągwie naprzód, tak formuje

95 
Z sześciuset mężów silnych w przodzie ustawionych

Opustę[559] najmocniejszą, której z rozpuszczonych
Procesyi bez liku żadna nie przerwała.
Za lasem znaków, krzyżów wolno zstępowała
Ku dolinie, wciąż jeszcze trzymana krzykami:

100 
„Wolno, baczno zstępujcie! Zwolna, za krzyżami!

Pilno patrzeć na drogę! Zamiast wzajemnego[560]
Śpiewu czyńcie ofiarę z pacierza cichego —
A na nogi uważać!“ O muzo Adama[561] —!
Choć ty wszystko umiałaś, ale tu ty sama

105 
Zachwycona widokiem milczeć byś wołała

Niż słowami opiewać, jako się tu lała
Szerokochna[562] głów rzeka! Dolina zalana —
Drugą górę już barwi głów powódź wezbrana.
Jak Mojżesz, prowadzący przez czerwone morze

110 
Izraela, wskazywał święte kraje boże

I Sinai[563] i mannę — tak w wiecznym zapale
Stał Ojciec Atanazy, pogślądając stale
W nieprzejrzany tłum; westchnął: „O ty Izraelu,
Jakoż wielki dom boży, synów twoich wielu!

115 
I niezmierne jest miejsce osiadłości jego

Rozległe i bez końca kraje berła twego!“[564]

Nim[565], tak dumając, poi zmysły zachwycone,
Płynie wojsko stobarwne, mądrze prowadzone
Krzyżmi[566] kalwaryjskimi, do Domku Maryi[567].

120 
Tam na skromnej pościeli, śród asystencyi

Apostołów i matron Matka Chrystusowa,
Żegna się z doczesnością[568], umierać gotowa.
Podczas nauk o boskim czwartym przykazaniu
Jęki ludu — łez strumień. Po tym serc wylaniu

125 
Poprowadzą Perełkę[569] najcenniejszą świata

Do jej grobu w dolinie ślicznej Józafata.

Tymczasem od klasztoru przez tłumy żebraków,
Śród koszów śliw i jabłek, pątniczych przysmaków,
I ogórków kiszonych z pospiechem nurtują[570]

130 
Braciszkowie klasztorni. Czy gdzie przewidują

Nieszczęście? Bo na drążkach zgrabnych, malowanych
Oparte niosą krzesło, z niegdyś darowanych
Hrabskich sprzętów ostatni; lat dziesiątki przeżył!
Gdzie chodnik przykry, ostry ku pustyni mierzył,

135 
Gdzie w lasku słoneczników domeczek się czaił,

Jakby przed grzesznym światem święte skarby taił,
Tam nosze postawili. Braciszek Jacenty
Doświadczaniem lektyki[571] sumiennie zajęty
Bada, czy drążki zdrowe, czy krzesła poręcze

140 
Nie niskie, nie wysokie; nawet i obręcze

Jakieś stósownie wiąże do drabinki, zmiata
Pyłek z krzesła i czeka na Jukunda brata.

Ten zaś skromnie stąpając z pokorą we twarzy
Wszedł w celę Aleksego, który błogo marzy

145 
O świętym wijatyku[572], który wczoraj pożył.

Braciszek się doń zbliża, lekko dłoń położył
Na śniadym[573] czole starca i schylon ku niemu,
Rzecze: „Aleksy, pokój domowi twojemu!“
„Pokój“ szeptnął Aleksy. „Z ojca gwardyjana

150 
Zleceniem tu przybyłem. Doszła go dziś z rana

Wieść o twojej niemocy; prosi, byś w klasztorze
Wyglądał zdrowia, jeśli te wyroki boże.
Będzie tam coś wygodniej, a w wolniejszej chwili
I braciszek odwiedzi i słówkiem posili!“

155 
„Wygody“ — rzekł Aleksy — „moje zwiędłe ciało

Nigdy, śmiele rzec mogę, tu nie wyglądało,
Ani chwil wesołości. Grobu ja szukałem
I znalazłem w tym domku. W nim tu pogrzebałem
Bujną przeszłość; przyszłości szczęśliwszej nasienie

160 
Tu zasiałem, mam ufność, że moje więzienie

Dobrowolne, gdy mi się… dziś może… otworzy,
Plon okaże obfity i wskaże kraj boży.
A więc chodźmy, jeżeli rozkaz gwardyjana. —
Laetatus sum[574], iż pójdę dziś do domu Pana!“

165 
Tu podniosły się kości skórą powleczone,

Posuwały się nogi pokutą strudzone
Ku stoliku[575] przy oknie. Przed krzyżem drewnianym
Uklęknąwszy staruszek, okiem łzą zalanym
Spojrzał, westchnął i ręce ku niebu podnosi,

170 
Skłonił głowę. Czyż w skrusze, czy w radości prosi?

Długo klęczał schylony, wreszcie powstał, siada,
Zwrócon ku Jukundemu[576] tak mu opowiada:
„Synu! Otóż opuszczam to gniazdo na zawsze,
Bogu dzięki za jego dary najłaskawsze!

175 
Modliłem się, płakałem, karciłem to ciało,

Kiedy wyrokom boskim sprzeciwiać się chciało,
Aże wreszcie umilkło. Ledwo kiedyś jeszcze
Lat młodzieńczych wspomnienia w starym sercu pieszczę —
Duch w kraj obcy ucieka — szuka — gdzieś uwiśnie,

180 
Buja, walczy, aż serce drgające coś ściśnie.

Powoli się pamiętam[577], hardy duch się kruszy…
Tam moi przyjaciele, tam lekarstwo duszy!“
Tu wskazał na rząd książek w niewielkiej framudze[578],
„Klasztór kalwaryjskiemu podarował słudze;

185 
Zostawiam klasztorowi. Lecz co moje własne,

To zabiorę ze sobą, nie wydam, aż zasnę[579].
Synu, odsuń tę deskę! Pod nią w tajnym kątku
Moje skarby w skórzanym znajdziesz zawiniątku,
Spodnią deskę… framugi[580]… tam…“ Jukundy klęka,

190 
Odsuwa deskę, wgląda.. domacała ręka..

Wyciąga paczkę w skórę zbutwiałą wwiniętą[581]
Podaje Aleksymu. Jak pamiątkę świętą
Bierze z uszanowaniem staruszek, rozkłada,
Wyjął zżółkły pergamin, krótkim wzrokiem bada,

195 
Czy ma to, czego żądał. Jakóż zbladł na twarzy!

Ukrywając w zanadrze tajemnice, marzy.
Znów powstał, głowę podniósł, żegna w cztery strony
Nieme ściany, a duchem jakby wieszczym tchniony
Woła: „Koniec pokuty mej! Niechaj w te progi

200 
Nie zajrzy czatujący z wszech stron duch złowrogi[582];

Już dał dekret[583], już kopie, ziemię świętą orze,
Alić[584] dalej nie dojdzie jak pod mury boże…

Chodźmyż synu!“ To rzekłszy, gałązkę z konopi
Macza w święconej wodzie, dom i siebie kropi.

205 
Idą. Przed domkiem stoi wąsal krnąbrnej twarzy[585],

Milcząc, łyka świat okiem, co się w czole żarzy.
Czy śpieg[586] jaki przebrany? Aleć go minęli;
Usiadł starzec na krześle, już bracia dźwignęli,
Niosą wolno ku górze. Starzec zamknął oczy,

210 
Nie wabi go gwar głosów ani świat uroczy,

Wszak to dróga ostatnia. Przez tłumy żebraków
Śród koszów śliwek, gruszek, pątniczych przysmaków,
I ogórków kiszonych ciężko wleką nogi
Braciszkowie. To stoi ktoś w pośrodku drogi,

215 
Jakby chciał coś zakazać; wąsal krnąbrnej twarzy

Milcząc, łyka świat okiem, co się w czole żarzy —
Wnet by myśli wyczytał! Aleć go minęli[587];
Ciężko westchnął Aleksy, lecz milczał. Zdążyli
Szczęśliwie aż ku bramie. Furtyjan gorliwy

220 
Piotr, skoro braci spostrzegł, otwiera szczęśliwy

Bramę Rajskiego Dworu. Lipy zaszumiały,
Jakby pana zacnego w stolicę[588] wołały;
Wyciągają konary, a co czynią gestem,
Potwierdzają rozmiłym[589] listeczków szelestem.

225 
Otwarł oczy Aleksy, łza się wytoczyła,

Lica blade, a wiekiem zmarszczone zwilżyła.
U drzwi klasztoru stoi wąsal krnąbrnej twarzy,
Milcząc, łyka świat okiem, co się w czole żarzy.
Czy śledziciel[590] przebrany? — Lecz i te przykrości

230 
Zwyciężyli. Przywitał klasztór swoich gości,

Którzy czyniąc ukłony przed Bogiem w ołtarzu,
Niosą starca gankami. Tam przy refektarzu
Schody w górę wiodące, czyste, wydeptane,
Tylko braci zakonnej i duchownym znane,

235 
Którzy tu na odpusty przychodzą corocznie;

Nie stanęła tam noga niewieścia! Widocznie
Obserwują klasztorni klauzurę[591] sumiennie.

Tu panują przepisy niezmienne. Codziennie
Modły, praca, milczenie. W długim czworoboku

240 
Tylko święte przedmioty stawiają się oku.

Stacyje męki pańskiej, tu wielkie obrazy
Patryjarchy Frańciszka[592]; pisane rozkazy[593]
Osobistych urzędów; wielki krzyż drzewiany;
Zegar z dwiema dzwonkami, zatrudnień odmiany

245 
Cogodzinnie głoszący; zaś po każdej stronie

Ganku[594] drzwi skromnych celi, będących w obronie
Znanych świętych zakonu. Ich imiona sławne
Napisane nad drzwiami; wszystko starodawne.
Gdzie napis: „Alexius confessor[595]“ nad drzwiami,

250 
Tam Jacenty z Jukundym, strudzeni noszami,

Prowadzą Aleksego. On dumając, czyta,
O zasługi i cnoty patrona ich pyta.

„Tyle wiem“, — rzekł Jukundy, — „że przed wielu laty[596]
Ba-li[597] przed kilku stami, żył w Włoszech bogaty

255 
Szlachcic wielkiej fortuny, miał syna jednego

Owóż tego, o którym mówim, Aleksego.
Ten, poznawszy dziewicę przecudnej urody,
Wybiera się z ojcami na małżeńskie gody.
Alić[598] pierwszej już nocy opuszcza nietkniętą

260 
Małżonkę i uchodzi tajnie w Ziemię Świętą[599].

Długoletnią pielgrzymką na ciele zniszczony[600]
Wraca w progi ojcowskie — żebrak nieznajomy,
Znalazł w zamku przytułek, dopiero przed zgonem
Dowiódł dokumentami, że jest synem onym,

265 
Którego opłakiwał rodzic, matka, żona.

Ta jego wstrzemięźliwość, pokora wsławiona
Wyniósła[601] imię jego aż pod firmamenta!
Trudnoć wszystko pochwalić, sprawa niepojęta[602]:
Żenić się, dziewczę wiązać, a potem uchodzić —

270 
Aleć kościół nie zganił, trzeba się więc zgodzić.

Liczne drogi do nieba! Jeśli to natchnienie
Pochodziło od Boga, miejmyż upewnienie,
Że tenż Bóg[603] i małżonce nie szczędził swej łaski:
Obu[604] sławią jak świętych kościelne obrazki!

275 
Wszak to samo stało się w galilejskiej Kanie —

Po ślubie oblubieniec, słyszawszy[605] kazanie
Zbawiciela, bezzwłocznie stał się uczniem jego,
Żonę włączyła Panna do grona swojego[606]!“

Gdy tak frater[607] wywodził swe o ślubach zdania,

280 
Mdlał nieomal staruszek na siłach, ukłania

Głowy[608] przed braciszkami, chciałby sam być — prosi,
Jacenty więc z Jukundem[609] z celi się wynosi,
Obiecując, że wrócą wnet, aby zobaczyć,
Jak się ma, i posiłkiem klasztornym uraczyć.

285 
Lecz nie myśl o posiłku trapi pustelnika!

O żebraku on myśli, to mu pierś przenika.
Oparty na pościeli, podniósł łzą zalane
Oczy w niebo, bo rany nikomu nieznane
Rozdarły się na nowo! Rozwarł jak krzyż ręce,

290 
Ciężko wzdycha w bolesnej, a ostatniej męce:

„Aleksy — o Aleksy! Bóg nie szczędził łaski…
Obu, obu za świętych sławią dziś obrazki!
Anno, ty święta Anno, nie szczędź Twej opieki,
Bym i ja serce otwarł[610], nim zawrę powieki!“

295 
Zatem w Domku Maryi skończono kazanie,

Czarno ubrane panny Ujezdzkie[611] i panie
Otoczyły trumnienkę[612] Maryi. Pokornych
Z ubioru i postawy sześć braci klasztornych
Podniósli[613] święte ciało, a ludzkich głów morze

300 
Lało się za krzyżami w dalsze drogi boże,

Śpiewak Spińczyk zawołał: „Zagrajcie intradę!“[614]
Jak jenerał w komendzie wydobywa szpadę,
Czego słowem nie może, rozkazując znakiem:
Tak on trąbą panował nad swoim orszakiem.

305 
Klik, Krotofil, Strzewiczek z bytomskiej kapeli[615][616]

Gdy komendę Spińczyka głośną usłyszeli,
Zadęli w instrumenta, aż powietrze drżało;
Ktoby w dęciu ich przebrał, takich w świecie mało;
Za trąbami grzmią kotły i morze wezbrane

310 
Głosów bez liku w jednę melodyją zlane.


U stóp góry, śród górek wije się zielona
Łąka jak wstęga, kwieciem świeżym ubarwiona.
Może rzeka tu nieśdyś karmiona źródłami
Gór leśnistych[617], nękana krętymi brzegami

315 
Pomrukiwała sobie, albo i z tęsknoty

Do matuli swej Odry, jęła się roboty
Niepomyślnej[618]: spokojne podpłukawszy laski,
Na ziemię lud żywiącą[619] rozmuliła piaski,
Ba, kamienie łamała, unosiła w pędzie,

320 
Hucząc groźno: mnie tędy spieszyć wolno będzie!

Oj, swawolna dziecino dobrodzieja lasu:
Ojca nie szanowawszy[620], nie przeżyjesz czasu
Jemu przeznaczonego: z nim ty zginiesz razem,
Twe koryto niezyznym[621] zapełnione głazem

325 
Przyszłym wiekom ogłosi: Bywała tu woda! —

Nuż głaz przykryła ziemia, a z ziemią uroda[622].

Ta uroda kwiecista, trawniczek zielony —
W nim chłodzi bose nogi ludek aż zmęczony[623],
Bo w tę kwieciem usłaną drogę skierowana

330 
Podąża trzoda boska wspólną myślą słana.

Jak na niebios pogodnym tle obłoki jasne
Występując, bo kraje snać już im za ciasne,
Mnogokształtną swą postać przez przestrzeń suwają,
To się szerzą, skupiają, a w drodze zbierają

335 
Mniejszych chmurek bławatki i sąsiednie stada,

Aż w pochodzie wzajemnym roztropna gromada
Napowietrzny tam obóz poważnie rozłoży,
Gdzie przez błękit sklepienia powiewał duch boży:
Tak się pielgrzymów wojsko w pochodzie rozwija,

340 
To zbiera mniejsze kupki, to stojące mija,

A na tej wciąż płynącej głów pątniczych fali:
Jak korab trumna Panny! — Z wszech stron otaczali
Silne męże te skarby, by bronić śród tłoku,
Całą dolinę zakrył kurz na kształt obłoku.

345 
Gdzie z drogą kalwaryjską sąsiednio graniczy

Krasikoń[624] albo owies, tam się z szkodą liczy
Uzbrojony właściciel, kijem grożąc, woła[625]:
„By nie deptać po roli!“ — nikt nie zważa zgoła.
Nie depc! a tu nie patrzy nikt na nogi własne,

350 
Nie stąpa — tłum go niesie, bo drogi za ciasne!

Zmrużył oczy Gwardyjan, w modłach składa ręce
Za ziemniaki i owsy i strawy bydlęce[626].
„Boże nagródź!“ Tu stanął wąsal krnąbrnej twarzy,
Chciałby wszystkich zjeść okiem, co się w czole żarzy,

355 
I rzekł Atanazemu: „Ile też to szkody

Nabroi ta pobożność! Już i tak urody[627]
Mało na świętej górze; któż to wynagrodzi?
Dary boskie tak niszczyć! czyli się to godzi?“

Zbladł Gwardyjan, te słysząc obłudnika skargi;

360 
Chce milczeć, gwałtem stula modlące się wargi,

Wreszcie odrzekł z gorzkością[628]: „Jak pogłoska niesie,
Bardzo wiele dziczyzny po sławięckim lesie[629]
Ileż ludek stąd cierpi! Czego wieprz[630] nie zryje
I maciora z swym stadem, to inne bestyje

365 
Zniszczą, statrzą[631] jelenie, to wygryzie sarna,

Spodziewaj się tu chłopie z roli w jesień ziarna!
A biada, gdy strzelając, broniłby ktoś roli:
W długiej pokutowałby więzienia niewoli!“
„O!“ — rzekł wąsal, — „te szkody książę wzdy[632] zapłaci!“

370 
„Potem“, — rzecze Gwardyjan, — „gdy król na szych braci

Woła do rocznych ćwiczeń, toć maniewrujące[633]
Regimenta nie mogą na pola kwitnące
Lub na żniwo uważać, choć król rozkazuje,
By nie niszczyć swawolnie!“ „To się obszacuje[634]“ —

375 
Odrzekł wąsal, — „a szkodę król zapłaci dobrze[635]!“

„Proszę Pana, jeśli król wynagradza szczodrze,
Czy Bóg będzie łakomszym, bogacz nad bogacze?
Nikt tu u świętej Anny na Boga nie płacze,
Lecz na tych panków płaczą, co chciwi kamienia

380 
Porzą[636] łono tej góry aż do spustoszenia!“

Zamilkł wąsal; Gwardyjan pociągnął kaptura
Aż na czoło, żegna się. Procesyi chmura
Doszła już ku małymu przy gradusach zrębie[637];
Tustąd[638] w lewą prowadzi droga ku Porębie.

385 
Tam w piaszczystej nizinie otoczon górami

Kościółek starodawny, strzegący murami
Gróbek[639] Panny Maryi; tam się trumnę wstawi,
Nuż Msza święta ostatnia lud pobłogosławi.
Tu klęka procesyja, siada, odpoczywa,

390 
W tysiącznych modłach, pieśniach, Matkę Boską wzywa.

Tu drógi, górki, góry nie trawą zielone,
Lecz tłumów nieprzejrzanych barwą upięknione
Aż do łez rozrzewniają przecudnym widokiem;
Tu jak w nieba zachwycon, kiedy zmierzysz okiem

395 
Te rzesze niezliczone, klęczące, siedzące, —

Pojmiesz w cząstce ostatni sąd prorokujące
Przepowiednie, że wszyscy zejdziem się w dolinie
Józafata, a potem świat doczesny zginie.

Czystym głosem odśpiewał Sumę ksiądz wikary

400 
Zeflik Sobel[640], choć młody, w doświadczeniach stary,

Boć w szkole Komisarza[641]! Słoneczko aż piecze,
Łza pokuty, pot trudu po wszech licach[642] ciecze,
A gdzie tam jeszcze koniec! „Jeszcze dwa kazania!
Lecz któż tu będzie mówił?“ Takie to pytania

405 
Rzesza rzeszy podawa. Jakaś siwa głowa

Schylona na ambonie, a gwardyjanowa
Osóbka w tyle za nią; śpiewak kalwaryi[643]
Ostatnich sił dobywa z ochrapiałej szyi,
Wskazując książki, krzyże, szkaplerze znajdzione[644],

410 
By się po nie zgłaszano. Owóż załatwione

I te sprawy. Żegna się, głośno intonuje
Rzewną pieśń o Maryi, jemu lud wtóruje.
Dwa wiersze odśpiewano, alić[645] siwa głowa
Jeszcze się nie podnosi; czy jej trudna mowa?

415 
Pociągnął Atanazy za komżę Stabika,

Ten go łzami zalanym spojrzeniem przenika,
Wzdychając: „Ojcze, ojcze, ja mam mieć kazanie?
O te rzesze pobożne, kiedy spojrzę na nie,
Łez powstrzymać nie mogę. Otóż obraz nieba!

420 
Jakichżby tu słów dla nich dobierać potrzeba!

Tu się ziszcza, co mówi do nas pismo święte:
»A Jezus stanął w polu, mnóstwo niepojęte[646]
Ludu z wszech ziem żydowskich, z Tyru i pomorza,
Co przybyli go słuchać i aby moc boża

425 
Leczyła ich niemocy, szli za nim; On mile

Spojrzawszy, podniósł ręce, w Bóstwa swego sile
Głosem wielkim zawołał: O błogosławieni
Wy ubodzy na duchu, będziecie zbawieni.
Weselcie się, wzgardzeni, dręczeni od świata,

430 
Bo wielka będzie wasza w niebiesiech zapłata!«

Ojcze! oby nasz Berlin[647] widział zgromadzenie,
Porzuciłby o polskim ludu uprzedzenie.
Czyż ten lud jego wrogiem? tegoż mu się lękać?
O, kto się nie oduczył, w Boga wierząc, klękać,

435 
Nie podniesie zbrodniczej prawicy na króla!

Król od Boga, więc jego stać musi wóla.
Ten lud kraju nieszczęściem? — To kamień węgielny,
Kto go czerni przed królem, ten kłamie bezczelny!“

„Takieć i ja mam zdanie, drogi księże bracie;

440 
Lecz jeśli taką miłość do tych ludzi macie,

Choć słów kilka przemówcie, boć o Waszym chlebie
Zmierzą drogi dalekie, niż będą u siebie[648].“
Podniósł głowę ksiądz Stabik, podniósł serce, oczy,
Jemu strumień słów słodkich z polskich ust się toczy

445 
W serca polskie, językiem wszystkim zrozumiałym

Wrył się w sumienia ludzkie, a swoim zapałem
Rozpaliwszy słuchacze, z ich się duchem spoił,
Sercom rany zadawał, a zadane goił.
A gdy głosu zabrakło, rzęsne łzy[649] płynęły,

450 
Z nimi łzy i westchnienia ludu się łączyły.

Gdy skończył, lud przeżeśnał, gdy dzwonkiem znak dano
Do pochodu ku górze, a kiedy powstano,
Z rowów, miedz, gór, pagórków, zdało się, że ziemi[650]
Powierzchnia razem wstawa i idzie za swymi.

455 
Wszystko w ruchu; gdzie spojrzysz: tylko twarze, głowy…

Gdzie posłuchasz: tam pieśni — twojej — obcej — mowy…
Idzie lud jakby obłok barwny blaskiem słońca,
Nie wiesz, gdzie się poczyna i nie widzisz końca.
A nad barwnym obłokiem wznosi się jak wieża

460 
Posąg Panny Maryi: to skrzynia przymierza,

Przez kapłany niesiona po puszczy bezdroża,
A za nią jak za Matką wierna trzoda boża.
Maryja zmartwychwstała, do niebios wstępuje,
Wszystko ciągnie za sobą, co tu ją miłuje.

465 
Jakoż śliczny ten pochód, o coć dzionek błogi[651]!


Ktoś ludziom pozazdrościł: jakiś człek złowrogi
Stanął przed Atanazem, wąsal krnąbrnej twarzy,
Pochłaniając świat okiem, co się w czole żarzy,
A z grzecznością na wargach, a z trucizną w duszy

470 
To przecedził przez zęby w Gwardyjana uszy:


„Tu pono jak u pogan, bo jakaż różnica?
Drzewo w szatę ubrane, malowane lica,
A to lud tak ubóstwia. Po co ludzi zwodzić?
Poco w takim triumfie za tą lalką[652] chodzić?“

475 
Aż drżał Gwardyjan! Milczy. — Lecz, aby milczenie

Nie znaczyło bojaźni, taił swe zmartwienie
I rzekł: „Cóż kiedy wojska zbrojne szeregami[653]
W ogień, na oślep idą, a to za drążkami,
U których wisi płatek[654]? — A w kraju stolicy

480 
Posągi jenerałów na sławnej ulicy[655]

Co to tam żołnierzowi przed posągiem chodzić,
Dniem i nocą rok rocznie parady wywodzić?“
„Mój księże gwardyjanie, to ma swe znaczenie[656]!“
„Proszę Pana — a u nas wszystko ma znaczenie!“

485 
Znikł gdzieś wąsal; różańcem ojciec Atanazy

Nagrodził Pannie Panien zadane urazy.
Z pieśniami, modlitwami już się to zbliżała
Pobożna procesyja do wyżyn Rafała,
Tam będzie zakończenie, tam w celu kazania

490 
Ambonka, którą drzewek młodych cień zasłania.

W tę to stronę klasztoru okno otworzone;
Aleksego staruszka oczy łzą zamglone
Spoglądają w świat boży na rzesze rozlane:
„Jeszcze raz was oglądam wojska ukochane[657]

495 
Obyśmy się widzieli u Maryi tronu!

Matko broń nas aż do dnia szczęśliwego zgonu!“
To rzekłszy, zawarł oczy, zbladł, ostatnie siły
Wychudłe ciało jakby nagle opuściły,
Byłby upadł na ziemię, lecz właśnie do celi

500 
Braciszkowie, co jego westchnienia słyszeli,

Wbiegli; czułym objęciem powstrzymawszy ciało,
Niośli[658] na twardą pościel, aby spoczywało.
Nim[659] Jacenty środkami, jak radzi praktyka,
Aleksego pamięta[660], Jukundy nie zwleka:

505 
Dzielnie dzieli[661] tłum ludów i Atanazemu

Zwiastuje, co się właśnie stało Aleksemu.

Zwiesił głowę Gwardyjan i dumał w boleści,
Jakby nieszczęście jakieś wynikało z wieści.
Potem szeptnął[662] do ucha powiernemu słudze:

510 
„Opowiedz bratu, jak ja w służbie mej się trudzę;

Nie odejdę, nie mogę przed błogosławieństwem;
Onego obliguję[663] świętym posłuszeństwem

Nie umrzeć, niż przybędę! Zaś do zakrystyi
Daj znać, że przy ostatniej jesteśmy stacyi.

515 
Tu krótkie pożegnanie — Alfons[664] niech zwołuje —

Procesyją z Najświętszym[665] rychło uszykuje.
Spiesz się, zrób!“ tak rozdawszy swe rozporządzenia,
Świętej służby pilnuje, nie zdradza wzruszenia,
Co go opanowało. Zatem proboszcz śmiały

520 
Sławny Engel[666] (któreżby serca go nie znały,

Mówcę wieców!) do ludu miał ostatnie słowa,
Które w czułej pamięci wdzięczna ludność chowa[667]:

„Góro święta, pokuty łzami uklejona[668]!
Mrze plemię za plemieniem, przyszłości zasłona

525 
Może wojny, męczeństwa okaże i klęski;

Oby wszystko to przetrwał pobożny, zwycięski
Naród ten, co corocznie na twym jasnym szczycie
Świętej uczy się walki za wiarę, dusz życie!
Góro, coś zewnątrz gliną, a wewnątrz kamieniem,

530 
Udaruj odchodzący lud tym upewnieniem[669]:

Że i w jego mdłym ciele duch jak lita skała,
Którego ni wróg chytry ni nieszczęść nawała
Nie złamie, nie rozkruszy, póki bój prowadzi
O swe prawo do życia i sam się nie zdradzi;

535 
Póki pomny swej wielkiej i świętej przeszłości

Słowem, czynem pokaże, iż godzien przyszłości!“

Już to chwilę ksiądz mówi na wzgórzu Rafała,
A lud jeszcze nie wszystek, choć pokryta cała
Góra procesyjami, wciąż nowe korpusy[670]

540 
Jak z ziemi występują, odtąd gdzie gradusy,

I od Góry Oliwnej, z dolin Józafata —
Święta Anno, jakżeś dziś nadzwyczaj bogata!
A to wszystko się skupia aż w ogromnym rzędzie
Jeden znak, jedno hasło, jedna wola będzie.

545 
Właśnie teraz, jak na świat z niebieskiego dworu,

Zstępuje święty poczet na dół z bram klasztoru,
Za krzyżem szereg panien białych ze świecami;
Nuż[671] kapłani w komeżkach, z stułą, z pochodniami,
Dalej pod baldachimem Pan niebios i ziemi,

550 
Ludom zwiastowan dzwonków głosami dźwięcznymi.

Cichuteńko na górze… Lud i ziemia klęczy…
Nuż, gdy dzwonek uderzył, w pierś się bijąc, jęczy,
A po ciszy, jak gdyby zaszumiało morze:
W hymnie „Święty i mocny, nieśmiertelny Boże!“

555 
Bóg pobłogosławiwszy, wraca do kościoła;

Z wieży dzwon głosem rzewnym: „Idźcie z Bogiem!“ woła.
Jeszcze na twarz padają i ziemię całują,
Że źle czasu użyli, serdecznie żałują.
Kłębo[672] jeszcze przed chwilą ogromne, nuż mniejsze

560 
Stawa się, bo co moment liczne i liczniejsze

Odłączają się hufce w wszystkie świata strony;
Z świętych miejsc się rozlewa lud błogosławiony.
Przed krzyżem w Rajskim Dworze jeszcze uklękują,
Potem swoi do swoich z płaczem się zwołują.

565 
Kapela za kapelą, kotły za trąbami

Idą z pieśnią i płaczem przykrymi ścieżkami,
Jeszcze raz się obejrzą ku tej, tej kaplicy[673],
Już się wolno spuszczają drogą ku Leśnicy.
Zabrzmi jeszcze niekiedy słaby głos z daleka,

570 
Jak gdy wietrzyk zawieje w struny harfy z lekka,

Potem pusto na górze, jak gdy szczęście minie[674],
Cichuteńko w kaplicach i świętej dolinie!




VI
Pustelnik Aleksy. Opowiadanie jego o ostatnim z Gaszynów. Zakończenie.

Taż to cisza panuje w celi Aleksego,
Poszeptują w klasztorze: nie będzie nic z niego!
Na skromniutkiej pościeli wynędzniałe ciało
Oddechem zdradza tylko — jeszcze nie skonało.

Przy nim Ojciec Gwardyjan. Weń wlepiwszy oko,

Rzecze starzec, westchnąwszy ciężko i głęboko:
„Ojcze mój Gwardyjanie! pięknyście dzień mieli,
A jednak wam się serce jakoś nie weseli,
Któryż powód? Czyż i wy o proroctwach wiecie,

10 
Które lud nierozsądnie rozgłasza po świecie?“


„Wiem i nie wiem, nie wierzę!“ — odrzekł Atanazy, —
„Mówią, iż opuścimy to miejsce, gdy głazy[675]
Góry chełmskiej po całym Śląsku się rozłożą.
Stało się, bo kamienie tej skały wywożą,

15 
Nimi drogi brukując, na wszystkie powiaty,

A my jeszcze tu bawim; oby moje graty
Tu w ziemi świętej Anny niegdyś[676] odpoczęły!“
„Lecz mówią, że proroctwa inne jeszcze były[677]?“
„Owszem mówią, o jakimś ostatnim Gaszynie,

20 
Że tu umrze; lecz o nim wiarygodna słynie

Wieść, że dawno gdzieś umarł, a nasz klasztór stoi,

Niebezpieczeństw grożących słusznie się nie boi.“

Znowu cisza nastała; starzec ją przerywa,
Do Ojca Gwardyjana z cicha się odzywa:

25 
„Czy wiecie, iże umarł? Znałem go jak brata,

Z nim zeżyłem[678] i płoche i stateczne lata.
Jak kropla kroplę znajdzie, gdy śnieg taje w wiośnie,
Tak się w toku doświadczeń serce z sercem zrośnie!“

„Czyliż hrabia Damijan, boć to imię nosił

30 
Syn ostatni Gaszynów, przed tobą się zgłosił[679]

Z tym dla domu naszego nieszczęsnym znaczeniem?“
„Bynajmniej! Los wszech rzeczy — boskim dopuszczeniem!“
„Tak myślmy, mój Aleksy! Za pradawnych czasów
Zakwitnął tu nasz zakon w cieniu gęstych lasów,

35 
Jak drzewko zagraniczne w pięknym sadzie bożym;

My sobie powodzenia innego nie wróżym
Jak tego, co dawniejsze zakony miewały:
Wyrosły z woli Boga, dla niego istniały,
A skończywszy robotę, na jego skinienie

40 
Zwiędły, uschły! I nasze tustąd[680] wydalenie

W ręku boskim. Z wszystkich już krajów wyganiano
Jezuitów — a żyją! Dręcząc ich, rozsiano
To nasionko w świat cały! I z nami tak będzie,
Bogu tylko żyć chcemy, Boga mamy wszędzie!“

45 
Milczą. Po chwili Ojciec Gwardyjan zaczyna

Snuć rozmowę na nowo: „Ostatniego syna
Wysłał hrabia Gaszyna, gdy córka zginęła;
Nikt nie wrócił, jakby ich ziemia pochłónęła[681].“

„Tego to właśnie syna poznałem przed laty“, —

50 
Rzekł Aleksy, — „los jego w gorzkości bogaty

Tak mi utkwił w pamięci, żebym mógł powtórzyć
Słowo w słowo, co mówił, czego musiał dożyć.

„Powodzenie Gaszynów wielce mnie obchodzi,
Proszę wszystko powiedzieć, jeżeli się godzi!“

55 
Tu mierzył Atanazy starca znawcy okiem,

Który siły czerpając[682] westchnieniem głębokim,
A podparłszy siennikiem twardym ciężką głowę,
Gaszynowskich tajemnic tę rozwarł osnowę:
„A więc raz jeszcze duch mój w działy[683] starej Polski

60 
Ulatując, pozdrawia jar Dniestru, Podolski[684],

Zaporoże, Wołyński[685], które krwi rzekami
Użyznione, karmione rzewnymi dumkami
Z niebem się pobratały. Niebo hojnie daje
I pogody i rosy i wdzięków, a kraje

65 
Rozpieszczone tym względem[686], w szmaragdy się stroją

I w pszenicę jak złoto, swym urokiem poją
Bisurmana, Kozaka i Tatara Chana.
Ziemio, jako raj piękna, wszystkim pożądana,
Tyś niegdyś tylko szczęsnych, bo wolnych rodziła,

70 
Jeden tylko tam płakał[687], jak szczęścia mogiła.

Siedział nad brzegiem Dniestru, a szumiące wały[688],
Jakby z jego nieszczęścia szydząc, urągały;
Byłby może zakończył w nurtach gorzkie życie,
Ale moje w tej chwili ku niemu przybycie,

75 
Moje dzikie spojrzenie, twarz pełna rozpaczy,

Wdarły się w ducha jego. Serca dwóch tułaczy
Zlały się jedno w drugie; po krótkim wahaniu
Znów ożyły w wzajemnym powodzeń wyznaniu[689].
To był wasz pan, Gaszyna, młodziec[690] w życia wiośnie,

80 
Coć jemu przeznaczenie zagrało żałośnie!

»Opuściłem«, — tak mówił — »dumnych ojców progi,
Znaleźć, który się stracił, upominek drogi:

Siostrę w dziecinnych leciech[691] z domu wykradzioną.
Lub raczej, by świat poznać, co jak pod zasłoną

85 
Zazdrosną spał uroczo. Z świętego Wawelu

Puściłem się w świat polski, co rycerzy wielu
Wysyłał do wszech wojen[692], gdziekolwiek zawrzały.
Zwiedziłem śnieżne Tatry i zamojskie wały,
Oraz Lwów mnogowieżny, uczony Krzemieniec,

90 
Bitny Zbaraż[693], Tarnopol, podolski Kamieniec,

Wreszcie łany bez granic, w których oko ginie[694],
W bujnej, śpiewnej, płaczliwej, jednej Ukrainie.
Tam to w dobrach Potockich — widzę rząd topoli
I pałacyk drewniany[695] — tam mieszkał Podstoli,

95 
Mąż i żona bezdzietni, lecz pod ich opieką

Dziewoja niby z raju, kryjąca powieką
Oko pełne tajemnic; kiedy nim zaświeci,
Gromi, walczy, zwycięża i pożar roznieci.«
Takim opowiadaniem zbyt Aleksy nudził[696]

100 
Ojca Atanazego, siebie zaś tak strudził,

Iż coś musiał odpocząć; milcząc, ciężko jęka[697].
Z milczenia korzystając, Atanazy klęka,
Wziąwszy w rękę różaniec (to broń zakonnika
Walna, palna, zwycięska, niebiosa przenika),

105 
Patrzy oknem w świat wielki, a ku niebu w duchu,

Aż tu gruch[698] niezwyczajny dobiegł jego słuchu,
Jakby ktoś nagle zatrzasł drzwi odległej celi,
Potem jakby krużgankiem zakonni bieżeli[699]
Potem cicho jak w grobie. Czyżby pójść, zobaczyć?

110 
Lecz Aleksy! coć cierpi! Jakoż się tłomaczyć?

Spojrzał jemu w twarz bladą, aleć jeszcze żywa,
Uchwycił Gwardyjana i tak się odzywa:

„Jeszcześmy nie u celu. Ojcze Gwardyjanie,
Jeszcze dano chwil kilka, podziękujmyż za nie,

115 
Bo powodzeń[700] Gaszyny pasmo jeszcze długie.

Jeszcze jedno nastąpi przerwanie i drugie[701]
Potem!.. Owoż, wielebny Ojcze Gwardyjanie!
Trudnym było dla państwa Podstolich zadanie
Sprzeciwiać się dwóm młodym[702]! wnet się pokochali;

120 
Uczucia, których dotąd ni z marzeń nie znali,

Owładnęły ich serca, jedno w drugim żyło,
Jedno drugiemu skarbem wszelkich rozkosz[703] było…
Już wzajemne zabawy[704]… poufalsze słowa…
Już to o zaręczynach… już o ślubach mowa…

125 
Aż tu chwila nieszczęsna — jedyne spojrzenie

Wniwecz wszystko obraca; płacz i spustoszenie
I burza tam nastawa, gdzie tej jeszcze chwili
Dwaj szczęśliwi[705] marzenia przyszłości pieścili:
Dostrzegł młody Gaszyna — przekonać się boi —

130 
Ale dostrzegł — na szyi — swej ślicznej dziewoi

Na złotym medaliku poznał... swej rodziny[706]
Herby własne! Gaszynów! też same ryciny,
Te pióra[707], hełm rycerski, zgrozo! bez wątpienia:
Nie swą lubą — lecz siostrę — krew swego imienia

135 
Piastował w drżącym sercu! Jego gwiazda zgasła,

Z firmamentu błękitów w ciemną przepaść trzasła!
Głucho jęknął Gaszyna jak w strasznym konaniu —
Krzeszą, budzą, wołają… po długim badaniu
Wynurzył swe domysły! Nuż poszukiwania

140 
Po archiwach, kościołach, rodzinach, podania

Tych, co dziewczę przywiódli[708] — oraz jej wspomnienia
Zgadzały się, niestety, aż do upewnienia[709]:
To Anna Gaszynówna! Pomijam, znękany
Jak Damijan, to w rozpacz, to w miłość miotany,

145 
To na coś czekający, to znów bez nadziei

Opuszcza ulubiony pałac Dobrodziei,

Wraca w grono rodzinne. Lecz nie jak przed czasem[710],
Gdy mu świat był za ciasny, jedzie tylko lasem!
Co mu widzieć wesołość, radość w ludzkiej twarzy?

150 
Życie, co i żebraka szczęściem jakimś darzy,

Jemu wszystko wydarło… nawet dla rodzica
Nie miał słów serdeczności… wynędzniałe lica
Zdradzają domownikom zwiędłe życia kwiecie.
„Jakiś ciężar wewnętrzny[711] Damijana gniecie!«

155 
Nie zeznał się[712] rodzinie z smutną tajemnicą,

Gardził domem ojczystym, gardził okolicą.

Tak istotny odludek, codziennie gdzieś gnany
W tajnie najgęstszych lasów, niegdyś zabłąkany
Stanął — tu — patrzy — chata, raczej nędzna jama

160 
Wstąpił; w kąciku leży — tuż jedyna sama

Staruszka, by w konaniu[713]. Spostrzegłszy go, wznosi
Drżące ręce ku niemu.. o usługę prosi:
»Czyś duch, czy człowiek, niech mną litować się raczy[714],
Bo nie umrę, aż hrabia Gaszyna przebaczy!«

165 
Damijan stał jak wryty. »A który Gaszyna?« —

»Co za córką straconą w świat wyprawił syna!
Jam wykradła.. hrabia mi… jedynaczkę[715] — Boże,
Jedynaczkę! przebaczam, dawno się nie srożę,
Choć mi zwiędła ma córka!« — znowu łkając, wznosi

170 
Drżącą rękę ku niemu, o usługę prosi:

»Bo nie umrę, aż hrabia Gaszyna przebaczy!«
Strumieniami łzy leje z żalu i rozpaczy. —
»A gdzież córka skradziona?« »Umarła! umarła!
Przy klasztorze jej grobek[716]! Lecz abym zatarła

175 
Wszelkie ślady mej zbrodni… córeczkę sąsiada

Sierotę mej opieki[717] ubrałam… o biada…
Biada nędznej grzesznicy, ubrałam w łaszątko[718]
Hrabianki Anny, dałam — z zemsty — niebożątko

Cygance, którą hrabia także w czymś uraził!

180 
Niewinnam śmierci Anny, lecz mą córkę skaził[719]

Możny hrabia Gaszyna! ale niech przebaczy,
Niech umrę, z żalu umrę, ale nie z rozpaczy!«

Na głowie Damijana aż się włosy jeżą!
Kiedy gromy niebieskie w hardy dąb uderzą

185 
I rozszczepią od wierzchu aże do korzenia,

Mniej nim wstrząsną, jak wstrząsły staruszki wspomnienia
Damijanem! Duch jego błyskawicą leci
W Ukrainę przez stepy jak wichru zamieci;
Tam Podstoli, tam Anna — jego narzeczona —

190 
Już nie siostra! nuż kłamstwa zazdrosna zasłona[720]

Sama spada, a za nią — w przebłogiej[721] bliskości
Szczep Gaszynów — z małżonką — siew nowej przyszłości!

Więc nie w gniewie, lecz szczęsny, chyli się ku twarzy
Konającej, jeszcze się w oku życie żarzy,

195 
I rzekł: »Babko, zaręczam, przebaczy Gaszyna,

Przebaczy przez błagania ostatniego syna,
Jeżeli poprzysięgniesz, żeś prawdę mówiła!«
Na tę wieść się staruszki twarz rozpromieniła,
Pod przysięgą najświętszą wyjaśniwszy wszelkie

200 
Czynu okoliczności, umarła. Nuż wielkie

Nastąpiły odmiany w Gaszynów stolicy[722]:
Hrabia Damijan w drodze do oblubienicy:
Już daleko od zamku; z wysokiej altany[723]
Żegnają go rodzice.. już ledwo tumany[724]

205 
Kurzu drogę wskazują, którą hrabia strzelił.

Jakóż niegdyś posępny bór się rozweselił!

Wszystko jakby we wiośnie, jakoż się weseli,
Cały świat się z nim cieszy, jego radość dzieli.
Miga się szczęsny jeździec — tam — tam go widzieli,

210 
Tędy jechał.. tam w nocy słyszano kopyta,

Jechał ktoś, dokądś, ale po co — któż dopyta? —

Trzeci koń upadł pod nim.. wreszcie.. rząd topoli[725],
Tam pałacyk drzewiany, tam mieszka Podstoli,
Mąż i żona; bezdzietni, lecz pod ich opieką

215 
Dziewoja niby z raju, kryjąca powieką

Oko pełne tajemnic; kiedy nim zaświeci,
Gromi, walczy, zwycięża i pożar roznieci.
Jak grom wpadł do komnaty, szuka swej dziewoi
Sercem, okiem.. nie widzi! już się niepokoi,

220 
Lecz niepokój odgania. »Jako narzeczony

Wracam, już nie do siostry, lecz do przyszłej żony —
Wyjaśniło się wszystko! — gdzież ma — Anna! — Boże!«
Smutno rzecze Podstoli: »Od roku w klasztorze!«

Tu odpoczął Aleksy. Atanazy w duchu

225 
Rozstrząsa całą sprawę, aż tu jego słuchu

Doszedł łoskot: ktoś zatrzasł drzwi pobocznej celi[726]
Znowu, jakby zakonni krużgankiem bieżeli..
Potem cicho jak w grobie. Aleksy się zrywa
Z pościeli i ostatnich z piersi sił dobywa,

230 
By skończyć, co rozpoczął. „Ojcze Atanazy!“

Rzecze, patrząc jak widmo, — „otóż już dwa razy[727]
Wołał na mnie głos dziki — to złowrogi goniec[728];
Nim raz trzeci zawoła.. opowiadań koniec.

»Już od roku w klasztorze!« Ledwo to usłyszał,

235 
Upadł, jakby wir straszny duszę mu zamięszał,

Upadł, ale nie umarł, żył — tylko na ciele[729].
Upłynęło tygodni i miesięcy wiele,
Niż znów wiedział[730], iż żyje… pyta się o Annie.
Pan Podstoli unika tych pytań starannie,

240 
Nie chce zdradzić, gdzie ona — niechże jest szczęśliwą,

Myśląc, że inna droga dla niej niemożliwą!
Damijan się na Boga i niebo ślubuje[731],
Że w niczym sługi bożej szczęścia nie zatruje,
Tylko widzieć ją pragnie! Dano, czego żądał:

245 
W żytomirskiej ją cerkwi[732] z ukrycia oglądał. —

Oby nie był oglądał! — Poznał, ile stracił!
Jakóż byłby tą perłą życie ubogacił!

Duch nieszczęsny Gaszynów[733] porwał Damijana:
„Obrałaś-li ty Boga[734], tedy ja szatana!«

250 
Ryknął młody Gaszyna, pędzi jak szalony,

Bo mu w wrzącej krwi gorał[735] żar nieprzytłumiony!
Turkom zaprzedał życie i duszne zbawienie[736];
Z nimi bił Paskiewiczów[737], Diebiczów[738], sumienie
Giaura wściekłego spało[739]; tak lata płynęły,

255 
Czerstwość, młodość Gaszyny srodze pochłonęły

W krwi strumieniach, pożarach, lecz szczęścia nie dały! —
Miałże-li w boju takim zniszczyć wiek swój cały?
»Jeszcze raz pójdę do niej! — gdziem nabrał wściekłości,
Może pokój znalazę[740] dla cichej przyszłości…

260 
Do niej — do niej po pokój!« Tymi pojąc słowy

Chorą duszę… i już był do drogi gotowy.
Znowu powitał miasto, cerkwi złote wieże,
Lecz Anna już nie chodzi z swymi na pacierze,
Jego Anna już w grobie… Do skromnej mogiły

265 
Damijana wychudłe ręce się czepiły,

W oczy łza wystąpiła i leje się — leje…“

To wyrzekłszy, staruszek Aleksy — czy mdleje?
Czy umiera? — nie dycha! Wklęsłe dotąd oko[741],
Jakby kogoś witało — otwarte szeroko — —

270 
Zerwał się Atanazy — Najświętsze Imiona[742]

Wymawia, aby dusza nimi uzbrojona
Zwyciężyła ciemności.. rozgrzesza — nuż lekki
Oddech.. uśmiech.. w konaniu zwarły się powieki!
„Wieczny mu odpoczynek racz już dać, o Panie“, —

275 
Jęknął Ojciec Gwardyjan, — „niech mu nie przestanie

Świecić jasność niebieska!“ Modli się i klęka,
De profundis clamavi[743]: za zmarłego jęka.
Długo klęczał, w milczeniu ojciec Atanazy,
Przeprasza, jeśli zmarły jakieśby urazy

280 
Miał do niego, na serce kładzie drżącą rękę,

Czy istotnie już przeszło przez doczesną mękę..
Domacał pod habitem pergamin zbutwiały[744].
Wydobył — myśli trwożne — w głowie zaszumiały —
Czyby czytać — czy spalić? Choć się jeszcze pyta,

285 
Już rozłożył pergamin i z zdumieniem czyta:

„Jam jest Damijan hrabia Gaszyna z Gaszynów!
Opuściłem ojczyznę, ostatni z ich synów;
Długo tęsknąc do Anny przez zły los mi wziętej,
Pracowałem na niebo tuż u Anny świętej.

290 
Znalazłem pokój boży, kończę wiek tułaczy,

Niech mnie do obu Anien[745] Bóg powołać raczy.
Pogrzebcie śród rodziców grzeszne moje ciało,
Aby przy nich choć w śmierci mile spoczywało!“

Aż osłupiał Gwardyjan! potem, drżąc z boleści,

295 
Zimne członki staruszka Aleksego pieści,

Klęczy w modłach i skrusze, uwielbiając w duchu
Świętą ostrą pokutę. Nagle jego słuchu
Doszedł łoskot — drzwi skrzypły — jakiś człek złowrogi,
Z niezwykłym pozdrowieniem przestąpiwszy progi,

300 
Stanął przed Atanazem, wąsal krnąbrnej twarzy[746],

Pochłaniając go okiem, co się w czole żarzy;
A z grzecznością na wargach, lecz z hardością w duszy
To przecedził przez zęby w Gwardyjana uszy:

„Mój panie Atanazy, to pismo wskazuje,

305 
Że już Wielebność Wasza tutaj nie panuje;

W przeciągu tego tydnia[747] stąd się wyniesiecie,
Ale ani drobnostki z sobą nie weźmiecie!
Wszyscy Wasi współbracia już o wszystkim wiedzą[748].
By się nie sprzeciwiali, w celach w straży[749] siedzą.

310 
Otóż pieczęć, podpisy! Co Pan na to powie?“ —

Co ksiądz Gwardyjan myślał, któż się o tym dowie?
Miecz mu serce przebijał; łza zabłysła w oku,
Całuje krzyż różańca, co mu wisiał z boku,
A zmysły odzyskawszy, to czyni pytanie:

315 
„Czy i względem zmarłego masz tu pan zadanie?“

Wskazał na marmurowe rysy Aleksego.
„Nic nam do Waszych trupów; według zdania mego
Wolno zagrześć[750].“ I wyszedł. — Z świętej Anny wieży
Dźwięczny dzwonek zwołuje ludzi do pacierzy,

320 
Ale cicho w klasztorze, a w chórze jak w grobie.

Świątynio Pańska, kiedyż zabrzmi znowu w Tobie
Chwała boża, śpiew ludów? Serafickie syny[751]
Czy już nigdy nie wrócą w dziedzictwo Gaszyny[752]?

Boże, Ty nas doświadczasz, wymagasz poprawy;

325 
Otwórz nam raj zawarty dla większej Twej sławy!

Góra smutna, a w dolinie[753]
Cicho, jak gdy szczęście minie,
Woła wieża
Do pacierza,

330 
Ale pusto w Żyrowinie.
ODMIANY TEKSTU

Tekst oparto na: „Góra Chełmska czyli Św. Anna z klasztorem OO. Franciszkanów. Wspomnienia z r. 1875. napisał ks. Norbert w Bytomiu G. S.“, Wrocław. Drukarnia Gazety Szląskiej Ludowej (R. Reid), 1886, str. 131 + 1 nlb. = G, nadto dla wierszy I 1—54 uwzględniono utwór „Góra Chełmska (Św. Anna)“, wydrukowany w „Eines alten Studenten Feriengeklimper“, Wrocław (1882) i w II wydaniu „Starego Kościoła Miechowskiego“, Wrocław 1883, str. 257—258 = W. Zwykłych błędów ortograficznych i braków interpunkcji zazwyczaj nie uwzględniam w poniższych odmianach tekstu.
Pieśń I w. 7 wnętrznościach, W. wnętrzościach; w. 9 bazalty G. W. bażalty; w. 18 orząc ziemię chudą, W. nie zyzne, lecz chłodne; w. 26 Słowian, W. Polska; w. 28 Twej przed wrogiem krwi, wiary, W. Przed wrogiem krwi wiary, twej; w. 36 pieszczona, W. zdobiona; w. 37 Polski, W. polska; w. 39 Dotąd też, W. Pokąd to; w. 41 Skoro, W. Skóro; w. 75 radca, G. radzca; w. 85 rządcami, G. rządzcami; w. 484 Francyi, G. Francyj; w. 485 procesyi, G. procesyj.
Pieśń II w. 85 misy, G. mise; w. 130 Rychlowski, G. Rychlawski; w. 343 Spińczyk, G. Szpinczyk (ale zwykle Spinczyk); w. 395 domniewają, G. domiewają.
Pieśń III w. 163 Upadek, G. Upadak; w. 173 widzą, G. widzę; w. 179 umysłem, G. umysłym; w. 253 Zginął, G. Zgninął; w. 285 bazalt, G. bażalt; w. 356 Łopolo, G. Łopoloł.
Pieśń IV w. 74 Skoro, G. Skóro (zwykle gdzie indziej: skoro); w. 273 rzęsnym, G. żęsnym; w. 278 niewątpliwie, G. niwątpliwie; w. 287 Aleksym, G. Alexem; w. 333 zazula, G. zuzula; w. 372 W Ukrainie, G. W Ukraine; w. 394 domniewa, G. domiewa.
Pieśń V Streszcz. rozstawają, G. rozstawiają; w. 38 odezwią, G. oderwią; w. 219 Furtyjan, G. Fortyan; w. 296 Ujezdzkie, G. Ujezdkie; w. 513 przybędę, G. przybędą.

Pieśń VI w. 60 jar, G. raj; w. 332 Serafickie, G. Zerafickie.
WYKAZ OSÓB I MIEJSCOWOŚCI WYMIENIONYCH W POEMACIE.
(Cyfry rzymskie oznaczają księgę, arabskie wiersz.)

Adam p. Mickiewicz

Albers p. o. Wiktor

Aleksy br. I tr., 142, 149, 128, 420, 436; III tr., 212, 465, 468; IV tr., 287, 398; V tr., 65, 68, 144, 148, 149, 155, 192, 218, 225, 251, 291, 492, 504, 506; VI tr., 1, 33, 50, 99, 110, 224, 228, 267, 295, 316; jako starzec w ks. V, jako pustelnik III 192, 206; patrz nadto Gaszyna Damian

Aleksy św. V tr., 249, 256, 291

Alfonzy (Alfons) br. I 102, 137, V 515

O. Ambroży (Dreimiller) II 239

Anioła Stróża kaplica III 444

Św. Anna I 39, 55, 57, 66, 87, 120, 136, 151, 278, 315, 352, 475; 486, 497; II tr., 8, 28, 31, 121, 352, 372; III 46, 272, 318; IV 1, 21, 39, 197, 198, 380; V 69, 291, 378, 542; VI 17, 289, 291, 318

Anna, narzeczona Damiana Gaszyny VI 96, 189, (215-218), 222, 238, 263, 264, 288, 291,

O. Atanazy (Józef Kleinwächter) I 83, 187, 229, 253, 302, 319, 364, 373, 500, 512, 536, II 243-4; III 332, 398, 432; IV 150, 193; V 45, 69, 71, 355, 415; 467, 485, 505; VI 11, 55, 100, 102, 224, 230, 270, 278, 300, 304, nadto jako Gwardian.

Bałtyk I 35

Bensz ks. (Bensch) II 215

Berlin V 431

Bienek (Paweł) II 312

Błana ks. (Jan) II 302-3

Bogedain (Bernard) bp II 285

Bogucki proboszcz III 424, IV 79 (p. ks. Markefka Leopold)

Bolesław Chrobry I 6

O. Bonawentura (Machuj) I 359, 364

Brama rajska IV 29

Brzosławski proboszcz II 162 (ks. Reinhold Paul)

Byczyna (Bycina) II 301

Bytom II 341, 371; III 10, 443; IV 207; Bytómia III 365

Cedron (potok) IV 94

Christoph ks., p. Krystof ks. Cieszyn III 371

Cieślik Franciszek ks. p. milkucki proboszcz

Cyran Antoni ks. II 225

Czarnowąska głowa (od Czarnowąsów) II 296

Damian św. III 61

Damian, p. Gaszyna Damian

Damroth Konstanty II 296

Dawid tercjarz (br. Dawid Kornek) I 530, III 392

Dembończyk ks. (Józef) II 302

O. Dezydery (Lis) I 180, 530; II 394; III 328

Dębianie II 303

Diebicz (Diebitsch-Zabałkański Hans) VI 253

Diepenbrock (Melchior kard.) II 286-7

Dniestr VI 71; Dniestru jar VI 60

Dolina Józefata, p. Józefata Dolina.

Dom Pańskiej Wieczerzy (kaplica) III 137

Dreimiller, p. o. Ambroży

Dronia ks. (Amand) IV 232

Dwór Rajski, p. Rajski Dwór

Van Dyck III 341

Dziadek Konstanty ks. III 421

Engel ks. (Robert) V 520

Ewa pramatka I 65

Ficek Alojzy ks. II 292-3

Fiegel (Jan) ks. III 428

Filipin (Filippi Antoni) ks. III 446

O. Florian reformat III 449

Förster Henryk bp I 525, 528; (IV 212)

Św. Franciszek V 242

Franke ks. II 233

Gańczarski (Wiktor) ks. III 461

Gaszyna Antoni II 155—156

Gaszyna Damian I 259; II 176—180; (III 239); VI tr., 19, 29—30, 79, 115, 129, 137, 144, 154, 183, 187, 202, 242, 248, 250, 255, 265, 286; p. nadto br. Aleksy

Gaszyna Jan Jerzy II 131, 135

Gaszyna Jerzy Adam Franciszek II 136—137

Gaszyna Józef II 154—155

Gaszyna Melchior Ferdynand (Fernand) I 495; II 125-128

Gaszyna Mikołaj II 123

Gaszyna Protazy Il 166, 175, 184; VI 47, 164, 165, 171, 181, 195

Gaszynowa z Oppersdorfów Anna II 132

Gaszynowa z Klemów Magdalena II 124

Gaszynowa z Skalów Małgorzata II 125—126

Gaszynowie I 250, 251, 258, 388, 478, 495; II tr., 158, 169, 173; II 190, 202, 247, 250, 276; VI 53, 58, 132, 192, 201, 248, 286, 323

Gaszynówna Anna II 176—180, VI 47, 83, 134, 143, (173), 178, 180

Gerwazy św. III 61

Gębalina III 28

Gierich (Paweł) ks. III 442 Gleich Herman bp II 288

Gliwice I 496; II 341

Głogówek III 360

Golgota II 363; IV 118, 121

O. Gomolski Epifani I 384-5

Góra lub Góra św. = Góra Chełmska I 77, 518, 531; II tr., 205, 218; III tr., 129, 286, 288, 289, 308, 327; IV 18, 364; V 10, 86, 311, 523, 529; VI 326

Góra Chełmska I tr., 1, 12, 17, 39, 51, 279, 348, 476; II 6-7, 112, 238; III 261; VI 11

Góra (Kopiec) Jerzego I 480; II 47

Góra Oliwna II 196

Góry Karpackie I 24

Góry Olbrzymie I 4, 25

Gradusy św. II 423, 425; III tr., 82, 91, 98; V 383, 540

Grelich (Grölich Jan) ks. II tr., 87, 153, 163, 169, 278, 320

Halama Konstanty ks. II 231

Halicka przeszłość II 430

Helena (kaplica) II 390

Henciński (August) ks. III 427

Henryk biskup, p. Förster Henryk

Hertel (Jan) ks. III 461

Himmel Florian ks. II 215

Hofrichter (Fryderyk) ks. III 462

Hruby (Jan) ks. dziekan III 462

Hulczyn III 355

Impositio Crucis (kaplica) III 137; IV 87

Izrael V 110, 113

Jacenty br. V 137, 250, 282, 503

Jagiełłowie I 47

Jan św. III 62

Janota Jan ks. II 218

(Jaroszewicz Florian o.) III 231

Jasna Góra I 23, 38

Jerzego Góra, p. Góra Jerzego

Jezus V 421

Józef br. gospodarz I 96, 199, 209, 210, 217, 239, 243, 247, 261

Józef patriarcha IV 35

Józefata Dolina II 198; V tr., 126, 398, 541

Jukundy br. V 142, 172, 189, 250, 253, 282, 504

Kamieniec Podolski VI 90

Kania (Michał) ks. II 307

Karpackie Góry I 24

Katowiecki wikary III 445

Kaźmirza (św.) grób II 431

Kempa (Antoni) ks. katolicki III 450

Kirchniawy Franciszek ks. II 310—311

Kita Filip ks. II 231—232.

Klein (Franciszek) ks. III 444

Kleinwächter, p. o. Atanazy

Kleman (Kleemann Edward) ks. II 168, 271, 277

Klemówna Magdalena, p. Gaszynowa Magdalena

Klik trębacz II 347; V 305

Knyza, p. o. Tyburcy

(Kochanowski Jan) III 230

Kornek, p. Dawid tercjarz

Korpak Szymon ks. II 312

Korus (Emil) ks. III 461

Kosmas św. III 61 Krahl (Jan Nep.) ks. II 305—306

Kraków święty III 448

Krotofil muzykant V 305

Królewska Huta IV 207

Krupa (Karol) ks. II 318

Krystof (Christoph Teodor) ks. III 442

Krzemieniec uczony VI 89

Krzyż Święty (kościół) I 119, 140, 149; II 389; III 190, 195, 418, 458; IV 41, 125; V 63

Lachy I 39

Laumann, p. o. Osmundus

Leśnica I 194, 350; II tr., 49, 55, 70, 91; V 568; do Leśnice II 38

Leśnicka fara II 83; leśnicki proboszcz II 90, 120; leśnickie akty I 489; leśnickie knieje II 65; śliwiny leśnickie II 193.

Leśniczanie II 497; III 146

Ligoń Juliusz II 313—314

Lipiny III 447; IV 137

Lis, p. o. Dezydery

Liszawski (Lisowski) Ignacy ks. II 212—214

Lompa Józef II 295

Lubecki (Rudolf) ks. II 308; III 444

Lucyfer III 70

Lukaszczyk (Łukaszczyk Paweł) ks. III 442

Lwów mnogowieżny VI 89

Machuj, p. o. Bonawentura

Malorny, proboszcz leśnicki II 69

O. Marek (Thienel) I 390, 394, 402, 405, 420, 422, 427, 434

Maria NP. I 66; III 52, 65, 379, 387; V 6, 25, 121, 278, 297, 342, 390, 412, 460, 463, 495

Domek Maryi Panny V tr., 2

Gróbek P. Maryi V 387

Markefka (Leopold) ks. II 424; (IV 79)

Materny (Mattern Robert) ks. III 443

Matyszok (Józef) ks. III 422

Miarka Karol II 315—316

Michalski (Józef) ks. III 429; IV tr., 137

Michał archanioł I 13, III 68

(Mickiewicz) Adam V 103

Miechowice IV 391

miechowski II 312, III 451

Mikołów IV 207

Milkucki proboszcz (= ks. Fr. Cieślik z Mikulczyc) II 152

Mizera ks. II 229—230

Mojżesz V 109

Morawiec (Walenty) ks. III 452

Morskie Oko II 439

Musialik z Bytomia III 43, 79

Mysłowski (Mysłowice) proboszcz, p. ks. Klemann

Nerlich (Karol) ks. II 308

Nicko Kuba (Jakub) ks. II 233—234

Odra I 289, 427; V 316

Ohl (Hugo) ks. III 451

Olbrich (Juliusz) ks. III 421

Olbrzymy, p. Góry Olbrzymie

Olesno (Łolesno) III 363, 452

Oliwna błoń III 423

Oliwna Góra V 541

Ołomuniecki III 355

Opole III 356 Opolskie gimnazjum II 221; urzędy V 42

Oppersdorfczanka Anna, p. Gaszynowa Anna

Orlik ze Stolarzowic IV 392, 391, 395

O. Osmundus (Laumann) I 235, 516

Ostrobramska Wieża I 38

Paskiewicz (Iwan) VI 253

Paweł św. III 62

Piastowice I 47

Piechaczek, dyrektor gimn. II 221

Piekarski lud II 286

Piłatów dom, Piłat, zamek Piłata I 491; III 101, 110; IV 85

Br. Piotr I 93, 99, 172, 185; III 336; V 220

Pitas III 7, 33, 79

Podolski jar VI 60

(Pol) Wincenty wieszcz II 11

Połomski (Józef) ks. II 288

Poniszowski ks. proboszcz, p. Kania ks.

Poręba V tr., 384

Potoccy VI 93

Protazy św. III 61

Pszczyna II 342; III 350

Pszów II 301

Pyskowice II 37

Racibórz II 306

Rafała kaplica II 195; III 3, 417; IV 49, 224; V tr., 488, 537

Rajski Dwór lub Dwór Rajski I 119, 127, 131, 181; II tr., 398—399, 447; III 296, 320; IV 33, 41, 179, 183; V 221, 563

Reinhold Paweł ks., p. brzosławski proboszcz

Riemel, p. Rymel

Rostek (Józef) ks. III 451

Rother (Juliusz) ks. III 450,

Ruda IV 209

O. Rychłowski Franciszek II 130

Rymel, Rymlowicz = ks. Riemel Walenty II tr., 188, 249, 249, 252, 326

Sarnes (Antoni) ks. II 308

Schoeneich (Teofil) ks. III 424

Siemianowina = Siemianowice III 427

Skalówna Małgorzata, p. Gaszynowa Małgorzata

Skarga Piotr III 230

Sklarzyk (Jan) ks. III 451

Słaniowski (Jan) ks. III 450

Sławięcki las V 362

Sobel Józef ks. (Zeflik, Miechowski) III 451; V 400

Sobota (Antoni) ks. III 428; IV 119

(Spendel Ignacy ks.) = Szpendlik „aniołek“ III 447

Spinczyk Franciszek II 343, 368, 380; III tr., 34, 46, 71, 79, 140, 192, 226, 241, 254; IV 252, 261, 265, 269, 276, 278; V 301, 306; także śpiewak i śpiewak nagórny III 13, 115, 172, 178, 204, 216, 256, IV 388

Stabik Antoni ks. II 288—292; II 422; V 415, 443

Stehr (Ryszard) ks. III 460

Stokowy I 143

Stolarzowice IV 390 Strzelce I 76

Strzewiczek dobosz II 347; V 305

Studziński Jan ks. II 298—300

Szafranek Józef II 193—294

Szpendlik, p. Spendel Ignacy

Szulczyk (Emanuel) ks. II 296

Szyndler (Schindler Juliusz) ks. II 231

Ślęzak (Jan) ks. III 428

Śniadek Błażej pątnik IV tr., 255, 260, 267

Świder (Andrzej) ks. III 444

Świentek (Augustyn) ks. II 296

Tarnopol VI 90

Tarnowski, p. ks. Wawrzek II 311

Tatry VI 88; Tatrów II 428; Tatru I 24

O. Teobald (Wentzki) wikary klasztoru I 309, 376, 394, 406, 419

Thienel, p. o. Marek

Tomasz a Kempis III 239

Trenczyn (Tręcin) III 373

Trzeci Upadek V tr., p. także Upadek Trzeci

Tusculum leśnickie II 96

O. Tyburcy (Knyza) paulin III 449

Ujezdzkie panny V 296

Ukraina IV 314, 472, 382, 384; VI 92, 188

Upadek Trzeci (kaplica) I 119, 141, 148; II tr., 201, 361; III 139, 163, 446, 466; IV 41, 224; V tr., 64; Upadek I 154

Wanda I 29; z Gaszynów Wanda Henckel-Donnersmarckowa I 257

Wańdzioch (Ludwik) ks. III 451

Warta I 23

Wawel I 29; VI 85

Wawrzek Karol ks. II 311

Wawrzyniec św. III 304

Wawrzyniec br. kucharz I 95, 187, 198

Wentzki, p. o. Teobald

Westfalia II 240

Widera Wojciech ks. II 139, 149

Wieszowa II 149; III 363

O. Wiktor (Albers) I 235

Wincenty wieszcz, p. Pol Wincenty

Wisła I 34; II 428

Włodarski (Adrian) bp II 285

Wojciecha grób II 432

Wolczyk (Augustyn) ks. II 301

Wołyński jar VI 61

Wontrobka (Wątróbka Karol) ks. 303—305

Wrocławskie urzędy V 42

Zabrze II 232

Zamojskie wały VI 88

Zaporoże IV 307; VI 61

Zbaraż bitny VI 90

Ziob III 260

Zoedler (Zedler) August III 422

Zwierzyna (Antoni) ks. III 452

Żyrowa II 183; III 201 = Żyrowina IV 387; VI 330

Żyrowianie (= Gaszynowie) III 291

Żytomirska cerkiew VI 245




  1. Nie była i z ks. Przyniczyńskim sprawa tak groźna dla centrum, jak początkowo myślano; i on się z czasem oswoił tak, że Bełza (Na Szląsku Polskim, str. 61) zalicza w przeciwieństwie do Katolika i Nowin Raciborskich jego organ Opiekuna Katolickiego na równi z Gwiazdą Piekarską do pism mających tyle tylko wspólnego z polskością, że są pisane po polsku. Ten sąd podpowiedział Bełzie zapewne Koraszewski, pracujący wówczas w Katoliku, ale niemniej ma on swoje znaczenie.
  2. Por. Józef Buzek: Historia polityki narodowościowej rządu pruskiego wobec Polaków, Lwów 1909, str. 181—210; Helmut von Gerlach: Der Zusammenbruch der Deutschen Polenpolitik, Berlin (1919), str. 6—9.
  3. W poemacie Bonczyka występują z wymienionych tu księży tylko 3: Michalski (III 429, IV 127 nn.), Gierich (III 442) i Christoph (Krystof III 442), brak Hauptstocka i Thiela, którzy czynni byli zapewne na odpustach niemieckich.
  4. Do powieści Miarki — moim zdaniem — odnoszą się w liście Bonczyka do ks. Weltzla z 25 maja 1886 r. te słowa: „O historii nie ma w tych pisaninach ani śladu! — do romantyczności skusiła mnie Petronella — ale romantyka i pielgrzymka — św. Anna i świat — franciszkanin i Romeo! czy to wolno łączyć w jedno?“ Miarka dawał przykład, że złączyć można było.
  5. Tu powracam jeszcze do sprawy znajomości przez Bonczyka rozprawy Weltzla o Gaszynach. Wśród „filarów ojczyzny“ znalazł się o wiele młodszy i mniej zasłużony od Weltzla ks. Szymon Korpak, redaktor od r. 1879 czasopisma: Towarzystwo Bożego Grobu, w którym Weltzel umieścił i rozprawę o Gaszynach i drugą o błog. Eufemii w r. 1879 (str. 477—492). Korpak zapewne za zredagowanie tego czasopisma i ze względu na osobistą znajomość dostał się między „ojczyzny filary“. Weltzla osobiście Bonczyk nie znał („Mój kochany, dobry acz nieznany Ks. Radco“ pisze w swym liście przed zapytaniem się, czy rzeczywiście czuje żal do niego), uważał go może za Niemca, gdyż podczas polskich odpustów z nim się nic zetknął, i dlatego opuścił go w Górze Chełmskiej. Jakże było można usprawiedliwić się z pominięcia go, przyznawając się równocześnie do znajomości rozprawy o Gaszynach? Na korzyść Bonczyka, który się o to pominięcie upomniał w liście do przytoczyć można tylko to, co już zaznaczyłem, że rozprawa ta jako Weltzlowa była zaznaczona drobnym drukiem w naczółku treści numeru, a więc Bonczyk nazwiska autora nie zauważył i znowu wstyd było mu przyznać się do tego przeoczenia. Podobnie pokrzywdzony został przemilczeniem i o. Władysław Schneider, którego wprawdzie od lat w klasztorze nie było, ale który choćby jako poprzednik Bonczyka w Piekarach i autor kilku książeczek zasługiwał na pamięć. Bonczyk znał chyba jego artykuły w Schlesisches Kirchenblatt z 1863: 1) Urkundliche Nachrichten über St. Annaberg in Oberschlesien (str. 409—413), 2) Nachrichten über das Gnadenbild zu St. Annaberg (str. 413-417) i 3) Historische Nachrichten über die Griindung der Calwarienkapellen usw. (str. 445—449 i 457—461). Czasopismo znajdowało się w każdej parafialnej kancelarii.
  6. O nadmiernym rozszerzeniu pieśni III, która może pierwotnie w rozmiarach o wiele mniejszych wchodziła w skład pieśni II i IV, świadczyłby i ten szczegół, że Spinczyk nosi się 1 i pół dnia z rękopisem br. Aleksego, zanim znalazł czas na jego lekturę, podczas gdy naturalny przebieg wypadków wymagałby, żeby te dumki przeczytał wieczorem tego samego dnia, w którym je otrzymał, zwłaszcza że i tak wieczorem dnia trzeciego (koniec obecnej pieśni III) nie ma nic do roboty. Widocznie więc pierwotnie akcja była pomyślana na 3 i pół, a nie na 4 i pół dnia.
  7. Znamy tylko jeden poemacik Bonczyka na jubileusz Bienka, tj. Pamiętniki Szkolarza Miechowskiego z 20 sierpnia 1872. Nie przesądza to istnienia innych, może niedrukowanych.
  8. W. 1—54 stanowiące jakby ekspozycję do „Góry Chełmskiej“, odpowiednik poniekąd początkowych wierszy „Pana Tadeusza“, w rzeczywistości powstały o wiele wcześniej od samego poematu. Wiersze te pt. Góra Chełmska (św. Anna) wydrukował Bonczyk w cyklu: Chwasty z własnej zagrody zarówno w Eines alten Studenten Feriengeklimper, Wrocław (1882), jak w dodatku do II wydania Starego Kościoła Miechowskiego, Wrocław 1883. Sąsiedztwo z Wielkim Piątkiem, Opoką Piotrową i Do Papieża, drukowanymi w „Zwiastunie Górnośląskim“ z lat 1868—1870, oraz ww. 51—54 i 28 wskazują na powstanie tego utworu po r. 1872, a w każdym razie przed 1875, tj. przed powtórnym wygnaniem franciszkanów z klasztoru św. Anny, gdyż wypadek ten niewątpliwie zaznaczyłby się tu jakimś echem. Przyjmuję więc rok 1874 (p. Wstęp).
    Przy wcielaniu urywku w większy poemat poczynił poeta kilka zmian, z których najistotniejsza występuje w w. 26, a mianowicie przemiana pierwotnego: Polska krew na: Słowian krew.
  9. w. 9. bazalty — od Uralu począwszy wychodzi bazalt po raz pierwszy w Górze Chełmskiej ponad powierzchnię ziemi. „Jak wachlarze palm bliskość Morza Śródziemnego, tak zwiastują snopy bazaltowych słupów Góry Chełmskiej wejście do urozmaiconej Europy środkowej.“ (Partsch.)
  10. w. 15. hełm rycerski — poeta korzysta tu z tego samego brzmienia wyrazów: chełm (szczyt góry) i hełm (szyszak), aby nazwę Góry Chełmskiej uzasadnić poetyckim pomysłem, że na niej złożył Michał Archanioł swój hełm na znak triumfu nad szatanem. Michał Archanioł pojawi się w poezji Bonczyka jeszcze dwukrotnie, a mianowicie w St. Kośc. Miech. V 289—308 w opowiadaniu młynarza Pawła o Wozie Michała czyli o Wielkiej Niedźwiedzicy i w Górze Chełm. III 67—70, gdzie śpiewak Spinczyk przypomina znowu tę samą legendę o konstelacji.
  11. w. 20. dumno — Bonczyk używa często przysłówków zakończonych na — o zamiast na — ‘e, np. w St. Kośc. Miech.: niebezpieczno, smutno, nudno IV 387, daremno III 242, równo IV 239, w Górze Chełm.: baczno V 100, pilno V 101, na odwrót: zbytnie III 221 i łatwie IV 181 użyte dla rymu.
  12. w. 21. usuty — usypany. Podobnie w St. Kośc. Miech. II 331: drogę piaskiem posutą, VII 160: z ust suł się… potok słów, VII 219: suje gdzieś w suknisko, VII 319: (łopatą) proszki sują.
  13. w. 23—25 — zawiera określenie zasięgu geograficznego pielgrzymek na Górę Chełmską, który niewiele przekracza granice Śląska. W związku z tym określeniem pozostają ww. III 331—375, w których Bonczyk opisuje przyjęcie przewodników kompanij przez o. Atanazego. Wśród nich spoza Śląska pochodzi jedynie Słowak spod Trenczyna, nazwany tam góralem. Wprawdzie pisząc pierwszy poemacik o Górze św. Anny (I 1—54), myślał Bonczyk o liczniejszych pielgrzymkach, niż rzekomo w r. 1875, w którym według I 79—81 nie przybyły kompanie z dawnej Kongresówki, ale też nie myślał wtedy prawdopodobnie o góralach spod Trenczyna, gdyż w w. 26 położył wówczas tylko: Polska krew, a nie Słowian krew. Przez brzegi Warty należy tu rozumieć raczej jej bieg górny niż średni i dolny, a więc trudno myśleć o pielgrzymkach z Poznańskiego.
  14. w. 24 Od Tatru — forma wyjątkowa, występująca tylko w tym miejscu; w II 428: od Tatrów niebotycznych śniegów i VI 88: śnieżne Tatry, mamy formy utworzone w liczbie mnogiej. Pozostawienie formy niezwykłej liczby poj., chociaż w pierwotnym brzmieniu ww. I 1—54 dokonał Bonczyk kilku poprawek, da się wyjaśnić jedynie pewnego rodzaju uporem poety w zachowywaniu zabarwienia językowego, bądź narzeczowego, bądź osobistego.
  15. w. 25 Od Grzbietu Olbrzymów — od grzbietu Gór Olbrzymich, na pograniczu Śląska i Czech. Poprzednio w I 4 nazwał je poeta zwykłą nazwą Gór Olbrzymich, w Starym zaś Kościele Miechowskim III 83: olbrzymią górą.
  16. w. 26 Słowian krew — zmiana pierwotnego wyrażenia: polska krew, wskazuje na jakiś spóźniony refleks słowianofilstwa u Bonczyka, wyrażający się także w dumaniach o. Atanazego w III 375—389. Że odżyły wtedy jakieś wspomnienia z lat 1858—1861 i przynależność wówczas Bonczyka do Towarzystwa Literacko-Słowiańskiego przy uniwersytecie wrocławskim, które założył Jan Ew. Purkyně — można nie bez powodu przypuszczać.
  17. w. 27 zadąża — zdąża, podąża; podobnie z przedrostkiem za- za miast po, wzgl. z-, w-, używa Bonczyk zagrześć (G. Ch. VI 318), zalecania dusz — wspominki za zmarłych (G. Ch. II 36), zamięszany (S. K. M. V 347), zamięszał (G. Ch. VI 235), zasilać (S. K. M. V 32), zatłaczać (G. Ch. V 33).
  18. w. 28. przed wrogiem krwi, wiary — przed Niemcami, rządem pruskim; wyrażenie to kazałoby powstanie w. 1—54 przenieść na r. 1872 co najwcześniej, tj. na początek walki „kulturnej“; pozostaje ono w pewnej sprzeczności z lojalizmem Bonczyka, którym powodował się zwykle w życiu politycznym. W związku z tym patrz objaśnienie do w. I 33—38.
  19. w. 29. swoję Wandę, tu swój Wawel święty — Bonczyk uważa Górę Chełmską za Wawel śląski przesadnie, skoro znaczenie Gaszynów było ściśle lokalne, nie rozciągające się nawet na cały Śląsk, z czego zdaje sobie dobrze sprawę w III 102—203:
    Dawniej tam Gaszynowie z hrabiańskiej stolicy
    Rozkazy dyktowali Śląska połowicy.
    Wstawienie Wandy nie ma właściwie żadnego uzasadnienia, trudno bowiem przypuścić, żeby za nią uważał Bonczyk, pogrzebaną w kościele św. Krzyża pustelnicę Petronelę Korzeniowską, o której w poemacie wcale nie wspomina. Wątpić także wypada, żeby pisząc ten poemacik myślał o ostatniej z Gaszynów Wandzie, zamężnej za hr. Hugonem Hencklem-Donnersmarckiem, do której raczej, niż do mitycznej Wandy odnieść należy I 257-8: Wanda nie ma synów takich, jak Gaszynowie. Swoję — formy biernika l. poj. na -ę od zaimków i liczchników używa Bonczyk niejednokrotnie jak np. w G. Ch. II 26: twoję, S. K. M. IV 72: jednę, na nię VI 280, swoję VII 289.
  20. w. 33—38 — są reminiscencją z lektury polskich poetów, zwłaszcza z „Pana Tadeusza“, uzasadnioną poprzednim wyrażeniem o „wrogu krwi i wiary“ (p. obj. do w. 28).
  21. w. 40. Śląsku, — forma ta celownika utworzona jest od mianownika: Śląsko, którego Bonczyk używa niekiedy obok częstszej formy Śląsk, np. II treść, II 11,27.
  22. w. 42. boć ten świat niestały — tę wtrąconą uwagę antytetyczną pozornie z poprzednim epitetem skał Góry Chełmskiej: stałe jak stal, trzeba łączyć z treścią całego zdania, a wtedy myśl poety wystąpi jasno: szare bazaltowe skały Góry Chełmskiej są stałe jak stal, a jednak wobec niestałości całego świata doczesnego mogą runąć w przepaść albo przenieść się gdzie indziej i w ten sposób zaznaczyć nicość najtrwalszych rzeczy na świecie.
  23. w. 44. przeniósły — podobne formy z przegłosem narzeczowym -o- na -ó- występują nadto w Górze Chełmskiej: stósuje I 100, ółtarz I 161, 513, ółtarzem I 440, Aniół I 276, tór I 479, chłónęły II 72, pochłónęła VI 48, mógło II 67, wyniósła V 287, dróga II 199, 392, III 285, V 211, w dródze III 258, drógo IV 108, drógi 357, V 391, ale drogę II 404, w chłódku III 296, chłódził IV 158, chłódnych I 3o8, ale chłodna III 480, jakóżeś IV 108, jakóż V 195, VI 247, szkólne IV 208, klasztór III 156, V 67, 184, gróbek V 387, wóla V 436, dla rymu itd. Por. również wstęp do mego wydania St. Kościoła Miechowskiego, str. LIII—LIV.
  24. w. 45. tej tu doczesności — tego świata doczesnego; por. niebios oczęta wabią nas z doczesności (V 182), Oby też i nasz marny pobyt w doczesności był zadatkiem korony w szczęśliwej wieczności (St. K. Miech. IX 2); Cóż dopiero tu w naszej krótkiej doczesności (G. Ch. III 325), Matka Chrystusowa żegna się z doczesnością (G. Ch. V 122).
  25. w. 47. Plemię Piastów, Jagiełłów — naród polski. Antonomasia ta zgodna jest z charakterem wierszy 33—48 i zależnością ich od literatury patriotycznej polskiej. Bonczyk nie myślał tutaj o ludzie śląskim, dla którego zbyt obszerne byłoby określenie jako plemienia Jagiełłów.
  26. w. 48. dokądż — o wzmacnianiu przez Bonczyka wyrazów przyczepkami, por. Wstęp do mego wydania Starego Kościoła Miechowskiego str. LIX. W Górze Chełmskiej przytoczyć można jako dalsze przykłady: wolnoż II 262, którymż III 323, miejmyż V 272 i tenż V 273.
  27. w. 53. pątnicze wspomnienia — to wyrażenie stało się później określeniem gatunkowym całego poematu: wspomnienia z r. 1875, słusznym w odniesieniu do przeważnej części treści, obejmującym zaś z mniejszym uzasadnieniem opowieść o pustelniku Aleksym, ostatnim Gaszynie.
  28. w. 55—72 — są inwokacją całego poematu, zamierzonego na większą skalę, niż występująca w obecnym jego kształcie. Jest to widoczne zwłaszcza wobec braku inwokacji w Starym Kościele Miechowskim i wobec stosunkowo niewielkich rozmiarów inwokacyj o poematach epickich, których wzorem powodował się poeta. Wpłynęło może na to przejęcie poprzednio napisanego utworu, jako pozornej ekspozycji (ww. 1—54).
  29. w. 55. Królowo górnośląskiej warty — zrozumienie tego wyrażenia zależy od tego, czy górnośląskiej pojmiemy podmiotowo czy przedmiotowo. W pierwszym wypadku myśl będzie taka, że Górny Śląsk jest wartą, której króluje św. Anna, w drugim, że Góra św. Anny jest strażnicą Górnego Śląska. Dalsze wiersze wskazują raczej na pojmowanie Górnego Śląska jako pozornej ekspozycji (ww. 1—54).
    Do Ciebie i nasz naród, otoczon wrogami
    Rwie się, łamiąc kajdany, a świecąc cnotami.
    Nie można zacieśniać tu wyrażenia: nasz naród do ludu śląskiego, gdyż wtedy następne wyrażenie: łamiąc kajdany, zawisłoby w próżni; Bonczyk bowiem o walkach wyzwoleńczych ludu śląskiego z przeszłości nie wiedział, a w współczesnych stosunkach nie mógł ich nawet przypuszczać, natomiast znane mu powstania polskie dostatecznie uzasadniały wzmiankę o łamaniu kajdan. W zestawieniu z ww. 33—48 rzucają te wiersze światło na pierwotne zamiary Bonczyka, z których w dalszym ciągu przeważnie zrezygnował, zacieśniając się do widnokręgów górnośląskich.
  30. 30,0 30,1 30,2 w. 64, 67, 70. gdyż — ma tu znaczenie literackiego: skoro, podobnie używa Bonczyk tego spójnika w S. K. M. I 457, VI 617, VIII 137, G. Ch. III 431, IV 9.
  31. w. 70 pełen zbroi szczęku — pełen szczęku oręża. Zbroja użyta tu w znaczeniu broni zarówno zaczepnej jak odpornej.
  32. 32,0 32,1 w. 72 i 76. górę, na Górę — Bonczyk obok nazwy Góra Chełmska, względnie jej odpowiedników, jak Góra Jerzego, Góra św. Anny, używa także krótszych określeń, jako znanych ogólnie, a więc św. góra lub po prostu Góra wzgl. góra; por. nadto I 518, 531, II tr., 205, 218, III tr., 129, 286, 288, 289, 308, 327, IV 18, 364, V 10, 86, 311, 523, 529, VI 326.
  33. zniepokoiła — zaniepokoiła. Podobnie złożone: zdrażnić Do G. T. 54; zmądrować S. K. M. II 279; zsyłać St. K. Miech. II 97, V 176, VI 548, G. Ch. II 209, V 87.
  34. w. 75 radca ziemiański — landrat, starosta. Góra św. Anny znajduje się w powiecie strzeleckim (Strzelce — Gr. Strehlitz).
  35. w. 79 Z polskiej dzielnicy — zamiast Królestwa Polskiego Kongresowego, gdyż na Śląsku nazywano tę dzielnicę przede wszystkim polską. Sam Bonczyk w I 385 mówi o Epifanim Gomolskim, ostatnim reformacie w klasztorze św. Anny po sekularyzacji w r. 1811: rodem może z Polski, jakoż większość sekularyzowanych w tym czasie zakonników pochodziła z południowego obszaru późniejszej Kongresówki, a nawet kaznodzieja niemiecki o. Sylwerius Gomoński (P. Chr. Reisch: Geschichte des St. Anna berges in Oberschlesien, Breslau 1910, s. 186). Pątników z Kogresówki nie dopuścili na odpust w r. 1874 żandarmi pruscy (p. Reisch, l. c. str. 394).
  36. w. 82 Święty Krzyż — uroczystość Podwyższenia Krzyża św. (14 IX). Jest to największy odpust na Górze św. Anny, na który przybywa zwykle kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów (rocznica uroczystego rozpoczęcia obchodów kalwaryjskich d. 14 IX 1764).
  37. w. 83 Ojciec Atanazy — ks. Józef Kleinwächter (1826—1892), kilkakrotny (1864—72, 1884—1892) gwardian na Górze św. Anny. Była to wspaniała postać kapłańska. Pochodzący z rodziny i okolicy całkiem niemieckiej (Zieder pow. Landeshut na Śląsku Dolnym), nauczył się jako akademik z wielkim trudem, a z czystego idealizmu po polsku. Święcenia otrzymał 22 VI 1850. Był naprzód wikarym w Sycowie, a potem w Opolu, gdzie proboszczem był ks. dr Gleich, a radcą szkolnym ks. Bernard Bogedain, wiadomo, że obaj później byli biskupami sufraganami we Wrocławiu (ks. Bogedain 1858—1860, a ks. Gleich 1875—1900). I ks. Kleinwächtera powołano do Wrocławia (1850), a to w charakterze subregensa do seminarium duchownego. Udzielał alumnom lekcyj polskich i wydał po niemiecku Drogę Krzyżową ks. Antoniewicza Karola. Kiedy w r. 1859 przez Wrocław przejeżdżali niemieccy franciszkanie z Westfalii, by objąć Górę św. Anny, na której 1860 otworzyli nowicjat, zgłosił się ks. Józef Kleinwächter do zakonu i był pierwszym nowicjuszem franciszkańskim na Śląsku. Jako imię zakonne przyjął: Atanazy. R. 1861 zamieniono rezydencję na Górze św. Anny na konwent. Podczas walki kulturnej uszedł o. Atanazy do Holandii, skąd jednak wrócił 1881 na Górę św. Anny, tymczasem w ubraniu ks. świeckiego (do 1887). Klasztor franciszkański otworzono na nowo 1887. Atanazy umarł na Górze św. Anny 9 IV 1892 i pochowany jest w Kaplicy Trzeciego Upadku.
  38. w. 88. broni przed Wnukiem potężnie — słowa te o. Gwardiana łączą się z myślami inwokacji w w. 64 — 66.
  39. w. 91—92. Rym: podwyższenie — słynie — odpowiada wymowie Bonczyka, podobnie jak I 219—220: ponalewaj-powzywaj, I 147—248 słyszał-wmieszał, I 400—401 wyżenie-księżynie, III 57—58 przestrzeni-czyni, IV 73—74: wzdycha-echa, V 503—504 praktyka-zwleka, oraz cały szereg podobnych w innych utworach Bonczyka. Nie odbiegają one od praktyki innych poetów polskich, dlatego wystarczy wzmianka w tym miejscu.
  40. w. 93. Weźm — formy tej zamiast literackiej: weź użył Bonczyk jeszcze III 236 i IV 398.
  41. w. 95. bracie Wawrzyńcze — brat Wawrzyniec, kucharz klasztorny, wspomniany nadto I 187, nie pojawia się w poemacie po I 198.
  42. w. 96. wspomniany tu brat Józef, gospodarz klasztoru, występuje jeszcze w I 199, 207, 210, 217, 239, 243, 247, 261.
  43. w. 99. z obedyjencyi cingulum całuje — całuje na znak posłuszeństwa: pasek, a raczej sznurek z węzłami, którym Gwardian był przepasany. Sznurek ten należy do ubioru zakonników reguły Św. Franciszka. Wrażenie: z obedyjencyi cingulum całuje, powtarza się jeszcze w w. I 185, z pewną zaś zmianą: w posłuszeństwie cingulum całuje I 137. Jest to częste w G. Ch. naśladowanie maniery homerowej. B. Piotr furtian klasztoru św. Anny, wymieniony jest jeszcze I 178, 185, III 336, V 220.
  44. w. 100 stósuje — o przegłosie — o — p. objaśn. do I 44.
  45. w. 102 braciszek Alfonzy — jest to zakrystian klasztorny, wspomniany nadto I 137, V 515 (Alfons). Jest on jeszcze nowicjuszem (bliski profesji).
  46. w. 104—105 przed mnogimi laty haftowały je ręce hrabianek — jest w tym wyrażeniu pewna swoboda poetycka, gdyż haftowane przez hrabianki z rodu Gaszynów ornaty uległy konfiskacie w czasie sekularyzacji w r. 1811; czy odzyskał coś klasztor po przybyciu franciszkanów w r. 1859, nie wiadomo.
  47. w. 109. Cyboryjum — kielich z komunikantami dla wiernych.
  48. w. 110. na złotym bandalerzu — Aby przy rozdzielaniu tłumom Komunii św. nie zemdlała kapłanowi ręka, nosi on przy wielkich odpustach olbrzymie cyborium w ten sposób, że ma trzymającą je lewą rękę opartą na pewnego rodzaju temblaku, podobnym do złożonej stuły.
  49. w. 112. naczenie ceniane — naczynie cynowe, w obu wyrazach zwykła na Śląsku oboczność wymowy: — y — || — e —; por. J. Bock: Nauka Domowa w. 130 i 291.
  50. w. 113. po listwach chędogiej framugi — na półkach czystej wnęki w ścianie.
  51. w. 119. Rajski Dwór — Wolny plac przed głównym portalem kościelnym; t. zw. Rajski Dwór, kiedyś używany był jako cmentarz, a od r. 1768 otoczony kolumnadą i zaopatrzony w masywną kaplicę, służy przy wielkich odpustach do odciążenia kościoła klasztornego np. do rozdzielenia komunii św. Krzyż Święty i Upadek Trzeci — kaplice kalwaryjskie.
  52. w. 123. Podczas walki kulturalnej ustało normalne urzędowanie Kurii Biskupiej we Wrocławiu, która od 1875 była zamknięta. Jeśli umarł proboszcz, musiała parafia pozostać osieroconą, ponieważ prawo kanoniczne zastrzega obsadzenie parafij władzy kościelnej. Zdarzyło się jednak w kilku wypadkach, zwłaszcza koło Góry Chełmskiej (Koźle, Rudno, Strzelce, Kielcza, a później i Leśnica), że jakiś ksiądz państwowy pozwolił się wprowadzić na probostwo przez władzę państwową z pominięciem władzy kościelnej. Taka inwestytura była oczywiście nieważna. Lud pouczony o tym w sąsiednich kościołach przez duszpasterzy prawowitych, nie uznawał takich intruzów i żadnego sakramentu od nich nie przyjmował. Proboszczowie „państwowi“ byli pasterzami bez trzody, „Ohnevolk-Pfarrer.“
  53. w. 126. dla słuchalnic — dla konfesjonałów prowizorycznych (p. I 131—132). Określenia: słuchalnica (S. K. M. V 679 oraz G. Ch. III 394) używa Bonczyk obok spowiednica (St. K. M. VI 601 i G. Ch. II 420, 426) i konfesjonał (G. Ch. III 393).
  54. w. 133. godziny rekreacyj — czas wypoczynku, przerwy w czasie słuchania spowiedzi.
  55. w. 138. tak się informuje — zasięga pouczenia.
  56. w. 142. brata Aleksego — tu występuje po raz pierwszy główna w zasadzie postać „Góry Chełmskiej“ pustelnik Aleksy, nazywany zwyczajowo bratem, chociaż właściwych ślubów zakonnych nie złożył, jak o tym świadczą dalsze wiersze (I 150—158). Odtąd wzmianki o nim i słaby zresztą udział jego w akcji poematu są dość częste (I 149, 228, 420, 436; III tr. 212, 465, 468; IV tr., 287, 398; V tr., 65, 68, 144, 148, 149, 155, 192, 218, 225, 251, 291, 492, 504, 506; VI tr., 1, 33, 50, 99, 110, 224, 228, 267, 295, 316), czasem także mowa o nim, jako o pustelniku (np. III 192, 206), lub jako o starcu w ks. V. Przyćmił tę postać w poemacie o. Atanazy (p. obj. I 83 i Wykaz osób i miejscowości), zwany częściej i przedstawiony przez Bonczyka jako gwardian, którym w roku rzekomej akcji, t. j. 1875 od trzech lat nie był. Tajemniczość brata Aleksego odsłania się zwolna, jak zwłaszcza w III 239 i w ks. VI, przede wszystkim w. 286. Ma nim być zmyślony hr. Damian, ostatni z Gaszynów, któremu nie odpowiada bynajmniej rzeczywisty ostatni Gaszyna, głośny dziwak hr. Ferdynand, ur. 7 sierpnia 1827 w Żyrowie, zmarły zaś 21 stycznia 1894 w Rochus pod Nysą. Można by raczej myśleć o jego bratanku ostatnim Gaszynie, jeśli idzie o zstępność rodu, hr. Mikołaju, który młodo umarł we Wiedniu 1 marca 1877. Był to syn hr. Amanda, ur. 1815, zmarłego we Wrocławiu 1866. Zdaje się, że imię Amanda, — powtarzające się już przedtem w rodzie: Amand (zm. 1777) i syn jego Leopold Amand Jan (ur. 1769, zm. 1848) ojciec wspomnianego już Amanda (zm. 1866), ostatni Gaszyna, pogrzebany przed napisaniem poematu w grobowcu rodzinnym w kościołku św. Krzyża na Górze św. Anny, — nasunęło Bonczykowi przemianę na Damian. Na wybór imienia Aleksego wpłynęła pamięć świętobliwego franciszkanina Aleksego z Bytomia, zmarłego w sędziwym wieku i pogrzebanego w r. 1528 w Bytomiu, wsławionego zaś po śmierci kilku cudami. O nim pisze pod dniem 25 maja Florian Jaroszewicz w Matce świętych Polsce, dziele znanym Bonczykowi, choćby z wydania Heneczkowego w Piekarach 1850. Pewne rysy mogą być przejęte także z życiorysów Jaroszewiczowych: karmelity bosego o. Aleksego Jeżowicza (9 stycznia) i św. Aleksego, metropolity kijowskiego (12 lutego).
  57. w. 143. Stokowy — nazwisko chlubnie wymieniane podczas walki kulturalnej. Nazywał się tak kupiec i wierny radca parafialny w Strzelcach.
  58. w. 151. zżyć wiek u świętej Anny — przeżyć życie przy klasztorze świętej Anny. Zżyć, lub zeżyć używa Bonczyk często: St. K. M. II 170, IV 53, IX 48; G. Ch. VI 26; Dzień 2 października w. 82, 88 (zeżytych chwil, zeżyłem najpiękniejsze lata).
  59. w. 154. Domek tam przy Upadku — przy kaplicy Trzeciego Upadku. Domek pustelnika, a zarazem dozorcy całej Kalwarii, istniał rzeczywiście i był poniekąd całym majątkiem ówczesnego pustelnika, który jednak nie mógł się pochlubić ani tak arystokratycznym pochodzeniem, ani tak długą służbą, jak to mu przypisuje Bonczyk. Pod koniec 1863 zgłosił się u gwardiana ówczesnego o. Ambrożego niejaki Wincenty Bias ze Szczepanowic, który ofiarował 2000 talarów na odnowienie Kaplicy Trzeciego Upadku, a 1000 talarów na fundację dla stałego strażnika Kalwarii. Z tej ofiary i ze składek wybudowano nową kaplicę, w starej zaś miał zamieszkać w r. 1866 Bias, który przywdział w r. 1865 habit III Zakonu św. Franciszka, lecz okazało się, że w tej ruinie nie da się już mieszkać. Wtedy zbudowano w r. 1866 pustelnię, w której Bias mieszkał aż do śmierci 3 sierpnia 1884 r., mając za towarzysza w ostatnich latach Kaspra Knosałę, swego następcę. W r. 1901 pustelnikiem był br. Paweł, niegdyś Jan Łazisk. Atoli już w dawniejszych czasach istnieli pustelnicy na Górze św. Anny. Pierwszym znanym nam był Ferdynand baron Trach, zamordowany po dziewięcioletnim życiu pustelniczym 16 maja 1701 przez rabusiów, któremu ks. Jan Chrząszcz poświęcił powiastkę pt. Pustelnik na Górze św. Anny, wydrukowaną w r. 1901. Z szlacheckiej rodziny pochodziła również pustelnica Petronela Korzeniowska z Ukrainy, która przeżyła 50 lat w pustelni nad Krowim Dołem, istniejącej jeszcze w r. 1860, i umarła 14 lipca 1811 r. W akcie jej zgonu nadano jej tytuł hrabianki (die gräfliche Freule). Wnet powstała o niej legenda, którą rozbudował: zabarwił patriotycznie Karol Miarka w powieści z r. 1876 pt. Petronela pustelnica z Góry św. Anny. Nauczyciel z Kietrza Th. Groeger w broszurze pt. Immortellen, Głupczyce 1880, zrobił Korzeniowską wdową po hr. Franciszku Antonim Gaszynie, zmarłym w r. 1827, a więc w 16 lat po Petroneli. Pamięć Tracha i Korzeniowskiej, a więc bądź w rzeczywistości, bądź w legendzie arystokratów, oraz hojna ofiara Biasa mogła przyczynić się do mniemania, że i ten pustelnik nie jest chłopem z Szczepanowic, lecz pod jego nazwiskiem kryje się ktoś z wysokiego rodu. Patrz także objaśnienia III 466. Podane przez Bonczyka w w. 152 objaśnienie: czterdzieści lat już Kalwarii poświęcił nasz staruszek, każe myśleć o r. 1835 jako o dacie osiedlenia się br. Aleksego na Górze św. Anny. Wtedy jednak nikogo na Górze Chełmskiej nie było, później dopiero osiadł w klasztorze głośny misjonarz trzeźwości o. Stefan Brzozowski w latach 1844—1851, o którym — rzecz dziwna — Bonczyk ani razu nie wspomina. (P. także ustęp Wstępu pt. Pustelnicy na Górze Chełmskiej.)
  60. w. 161. ółtarz — patrz obj. I 44.
  61. w. 161—2. ociężałe nogi itd. — powtarzanie stałych zwrotów na określenie jakiejś czynności stosuje Bonczyk częściej i bardziej serio niż w Starym Kościele Miechowskim. Jest to niewątpliwie naśladownictwo Homera. Zwrot tutaj omawiany powtarza się I 265—6. Inne powtórzenie omówiłem w obj. I 99, dalsze mamy w I 159—60 i 197—8; II 343—346 i V 301—304; III 132 i 404; V 205—06, 215—16, 353—4, 467—8, oraz VI 300—304; V 127—9 i 211—13; VI 96—8 i 215—17; VI 107—8 i 226—7. Por. obj. St. K. M. III 41—42.
  62. w. 162 i 166. Sandałmi — narzędniki l. mnogiej bezspójnikowe na -mi są częste w poezji Bonczyka; użyte w Starym Kościele Miechowskim podałem we Wstępie str. LVI: latmi, kijmi, drzewmi, gwiazdmi, kroćmi, doktormi, fletmi, oraz strumieńmi, w Górze Chełmskiej obok sandałmi mamy jeszcze: świecmi I 492, ustmi II 282, latmi III 142 i krzyżmi V 119.
  63. w. 165. urzędem — urzędowaniem, wydawaniem zarządzeń.
  64. w. 169. latoś — tego roku, wyrażenie użyte w St. K. M. I 316, w Górze Chełmskiej czterokrotnie (I 145, 169, 191, II 39).
  65. w. 174. bezwzględnych wyzyskiwań domy zarobkowe — domy prywatne, w których wynajmowano kwatery pątnikom, wyzyskując ich bezwzględnie w razie większego napływu.
  66. w. 179. od śpiewaków — przewodników pielgrzymek, którzy przepowiadali pątnikom tekst i melodie pieśni odpustowych. Takim śpiewakiem jest występujący często w poemacie Spinczyk; innego niemal zawodowego przewodnika odpustowego z początku XIX w. maluje Bonczyk ustami ojca Walka w St. K. M. IV 135—144. Był to niejaki Hatlapa z Rokitnicy, „rodzony śpiewak“. Wyjątkowym przewodnikiem był ów nieznany chłop, napotkany w r. 1824 na Górze Chełmskiej przez ks. Thalherra (por. W. Ogrodziński Związki duchowe Śląska z Krakowem, str. 7).
  67. w. 186. występuje — odchodzi, p. Góra Chełmska II 338, p. obj. St. K. M. I 577.
  68. w. 189—191. Datek pieniężny księcia biskupa wrocławskiego na pokrycie utrzymania księży świeckich, pomagających w czasie odpustów, był zapewniony punktem 6 pisma ks. biskupa Henryka Förstera z dnia 28 grudnia 1860 do o. Ambrożego, ówczesnego przełożonego klasztoru.
  69. w. 194. Leśnica — miasteczko u stóp Góry św. Anny, wymienione nadto I 350, II 38, 49, 55, 75, 91 i V 568.
  70. w. 199. ku nimu — formy celownika l. poj. na -imu trafiają się w G. Ch. niemniej często, niż w St. K. M. a mianowicie Atanazymu I 302, Aleksymu V 192, małymu V 383, por. obj. do St. K. M. I 591.
  71. w. 201—208. Rozczulenie o. Gwardiana nad ludem wiejskim i pochwała jego wiary ma odpowiednik zarówno w St. K. M. VII 611—14, VIII 41—8, 170—6, jak w G. Ch. II 22—4, V 417—38, 526—36.
  72. w. 206. na zewnątrz poślednie — z wyglądu niepokaźne, ostatnie. W innym znaczeniu użył Bonczyk wyrazu: pośledni w St. K. M. VII 79: ksiądz ledwo zjadł po mszy św. poślednie śniadanie.
  73. w. 218. zberów — cebrów, naczyń drewnianych okrągłych.
  74. w. 221. ciągli — forma skrócona czasu przeszłego, do której Bonczyk ma na ogół upodobanie. Por. Wstęp do St. K. M., str. LVIII.
  75. w. 224. ganki — krużganki, przejścia kryte dachem, otwarte z jednej strony, lub korytarze; w tym znaczeniu używa tego wyrazu Bonczyk w G. Ch. jeszcze I 308, 375, 465, V 232, 246, podczas gdy w St. K. M. nadawał mu znaczenie: ścieżka (V 667, VI 383, VII 371, IX 26) lub: nawa kościoła (V 382); por. obj. St. K. M. V 382.
  76. w. 228. jak brat Aleksy — widocznie wg pierwotnej koncepcji autora br. Aleksy na ochotnika wykonywał część funkcyj gospodarza klasztornego, a jak wynika z I 140—143 i 149—157, także inne posługi w czasie odpustowym.
  77. w. 232. zakonnych — zakonników. Bonczyk obok rzeczownika zakonnik np. I 356, używa dość często przymiotnika: zakonny zwłaszcza w liczbie mnogiej: I 512, II 227, VI 108, 226, a nawet klasztorni V 237 i współzakonni I 363.
  78. w. 235. ksiądz Osmundus i nasz Wiktor miły — o. Osmundus Laumann był gwardianem klasztoru od r. 1872—75 i położył znaczne zasługi w uspokajaniu wzburzonej ludności podczas drugiej sekularyzacji klasztoru w r. 1875. Bonczyk zepchnął go w poemacie na tylny plan, wysuwając naprzód postać jego poprzednika na urzędzie gwardiana o. Atanazego (Józefa Kleinwächtera) tak, że drugi raz wymienia go tylko w I 516, gdzie jednak uwydatnia się jego ówczesne stanowisko w zakonie. O. Wiktor Albers, od r. 1859 osiadły w klasztorze św. Anny, stawał 26 czerwca 1875 z gwardianem o. Osmundem przed landratem w Strzelcach, który ich przesłuchiwał od godz. 9 rano do 6 wieczór w sprawie III zakonu, bractw religijnych itp. groźnych dla państwa działań. Do tego przesłuchania odnoszą się następne słowa o. Atanazego, nieścisłe o tyle, że obaj zakonnicy nie stawali w sądzie (przed kratkami), lecz tylko przed landratem. (P. Reisch, l. c. str. 401.)
  79. w. 242. szeptnął — forma ta wywołana analogią do szept, szeptać, powtarza się V 509. Podobnym tworem analogicznym jest: wrzasknie w St. K. M. IV 487, chociaż wnet po tym w w. 507 mamy: wrzasnął. Por. obj. St. K. M. IV 487.
  80. 80,0 80,1 w. 242—246 i 250—261. — Proroctwa o upadku klasztoru, nie wiadomo czy autentyczne czy utworzone przez Bonczyka. Dla akcji poematu mają znaczenie wtórego punktu zaczepienia, podczas gdy pierwszym były w. I 150—156. Por. I 142.
  81. w. 245. Podwiel — dopóki; wyraz ten występuje 7 razy w St. K. M. (por. tamże obj. I 207), oraz nadto w Górze Chełmskiej 2 razy: III 365 (podwiele) i IV 159 i dwukrotnie w przekładzie „Żalu Cerery“ Schillera w. 69 i 71.
  82. w. 249. niezadowolnion — niezadowolony, por. zadowolnion St. K. M. III 75.
  83. w. 250. dotyczy Gaszyna — dopełn. l. poj.: Gaszyna zamiast zwykłego Gaszyny od mian.: Gaszyna, występuje tu dla rymu.
  84. w. 257. Wanda nie ma synów — Wandą jest tu siostra Mikołaja Gaszyny, zamężna za Hugonem hr. Henckel-Donnersmarckiem z Siemianowic; por. obj. I 29.
  85. w. 259. Damijan waleczny — w genealogii Gaszynów imię Damiana nie występuje w ogóle. Bonczyk wymyślił je na podstawie imienia Amanda Jana, por. obj. do I 142. Zmyślony Damian wzmiankowany jest nadto w poemacie: II 176—180, III 239, VI tr., 19, 29—30, 79, 115, 129, 137, 144, 159, 183, 187; 202, 242, 248, 250, 255, 265, 286, aż w tym wierszu ostatecznie odsłania się tożsamość jego i br. Aleksego.
  86. w. 276. Aniół Pański — o przegłosie w wyrazie Anioł p. obj. I 44.
  87. w. 277. z chwile — dopełn. l. poj. archaiczny i narzeczowy zam. chwili użyty tutaj dla rymu, podobnie w II 38: do Leśnice. Wypadki w St. K. M. omówiono w obj. do niego (III 159).
  88. w. 283. Franciszkani — lecz III 141 zwykła forma mian. l. mn.: Franciszkanie.
  89. w. 292—293 dusza zlana z tajemnicy wyższymi — dusza zatopiona w tajemnicach wyższych. Prawdopodobnie wyrażenie to zawdzięcza Bonczyk Krasińskiemu (Ułamek, naśladowany z glozy św. Teresy): Przed chwilą byłam w wieczności rozlana; I, choć ru-m w dole, takem z Tobą zlana. Formy narz. l. mn. na -y zamiast na -ami od rzeczowników żeńskich zdarzają się u Bonczyka wyjątkowo np. IV 96: godziny dwiema.
  90. w. 294—306. Wróżba z lotu bocianów (błogowrogą niech będzie nam ta wasza jazda) zawdzięcza powstanie swoje prawdopodobnie reminiscencji z Wergilego Eneidy I 390—401, ale łabędzie zastąpiono bocianami.
  91. w. 295—296. Rym: wieczystym — gęstym — należy do tej samej kategorii, co spoczął — zboczył (II 404—405), będzie — obejdzie (IV 396—397), płynęły — łączyły (V 449—450), odpoczęły — były (VI 17—18), usłyszał — zamięszał (VI 235—236), oraz wyliczone w obj. do St. K. M. II 244—245. Również i te rymy oddają gwarową wymowę poety.
  92. w. 302. Atanazymu — o formie celownika l. poj. na -ymu — zamiast -emu patrz obj. I 199. Odmiana imienia Atanazy u Bonczyka jest dość dowolna, gdyż obok form przymiotnikowych spotykamy także rzeczownikowe: Atanazem V 467, VI 300, które nie są wyjątkiem, albowiem podobną niekonsekwencję spotykamy w odmianie imienia Jukundy (IV 122, V 172, 250 i 282), oraz Protazy (II 166, III 61).
  93. w. 305 błogowrogą — przymiotnik, będący nowotworem Bonczykowym, ma oznaczać przeciwieństwo do złowrogi, a więc będący dobrą wróżbą. Podobnie utworzony jest przysłówek: błogocześnie IV 323; Bonczyk tworzy chętnie przymiotniki złożone dopiero w Górze Chełmskiej: wszystkomożna II 443, srebrnodźwięczne IV 31, stokroćbarwna IV 50, kroćtysięczny V 62, 83, mnogokształtny V 333, mnogowieżny VI 89, w innych utworach jest ich brak.
  94. w. 308. Po chłódnych domu gankach — p. obj. I 44 i I 224.
  95. w. 309. ksiądz wikary Teobald — o. Teobald Wentzki, rodem z Wrocławia, osiadł na Górze Chełmskiej w r. 1859, wikarym został wybrany w r. 1864 razem z o. Atanazym Kleinwächterem jako gwardianem. W r. 1875 nie było już odpustu u św. Anny na Podwyższenie św. Krzyża, wikarym zaś ostatnio był o. Marek Thienel, lecz Bonczyk wspomnienia swoje oparł na wydarzeniach z odpustów w r. 1874 i 1864, dlatego też i o. Teobald pojawia się w jego poemacie, jako wikary klasztoru tak tutaj, jak jeszcze I 376, 394, 406 i 419.
  96. w. 318. przez swoje ukazy — w odniesieniu do rządu pruskiego wyrażenie: ukazy ma zaznaczyć niesprawiedliwość zarządzeń. Dlatego też Bonczyk posłużył się terminem, używanym dla określenia zarządzeń rosyjskich.
  97. w. 326. człek — lichota — marność człowieka wobec rządów boskich podkreślona tu jest tym wyrażeniem; podobnie jak w St. K. M. IV 389—400 ustami Wyplera przeciwstawił Bonczyk ludzi przyrodzie (lasowi).
  98. w. 345—354. Podczas wojen szwedzkich, kiedy konwenty franciszkańskie we Lwowie i Krakowie uległy zniszczeniu (1655), znalazła wielka część zakonników schronienie w klasztorze franciszkańskim w Gliwicach. Na prośbę hr. Melchiora Ferdynanda Gaszyny, pana na Żyrowie, do którego należała i Góra św. Anny, objęli polscy synowie św. Franciszka chętnie Górę św. Anny. Ponieważ jednak kościół św. Anny na Górze od r. 1516 najwyraźniej podlegał proboszczowi Leśnicy, podniósł ówczesny proboszcz tego miasteczka ks. dr iur. utr. Konstanty Iwanicki, który był równocześnie prałatem (dziekanem) kolegiaty opolskiej, przeciwko zakonnikom pewne zastrzeżenia, które w żyrowskiej ugodzie z dnia 5 sierpnia 1656 zostały na zawsze załatwione. Że franciszkanie dla „księżych z Leśnicą nieporozumień“ opuścić mieli św. Górę na czas nawet krótki, jest legendą. Dłużej trwały nieporozumienia w zakonie samym, mianowicie między prowincją małopolską, a prowincją czeską. Generalna kapituła franciszkańska odbyta w Toledo 1658, przydzieliła ostatecznie Górę św. Anny prowincji małopolskiej. Lecz jeszcze 1717 były w Wiedniu przez czeskich franciszkanów spowodowane trudności z wizytacją przez wizytatorów zagranicznych, których nawet specjalny delegat prowincji małopolskiej nie zdołał w zupełności uchylić.
  99. w. 346. śród wojny Kozaków — Bonczyk myśli tu o wojnach polsko-kozackich od r. 1648, lecz myśl wyraził nieporadnie, jakoby Polska rozbryzgiwała krew i pracę zakonu reformackiego, podczas gdy chciał mówić o wojnie, jako o przyczynie nieszczęść zakonu i osiedlenia się jego na Śląsku, najpierw w Gliwicach, a potem na Górze Chełmskiej. Do tej miejscowości zaprosił reformatów już w r. 1652 hr. Melchior Ferdynand Gaszyna i uzyskał na to zezwolenie biskupa wrocławskiego i płockiego Karola Ferdynanda Wazy, lecz rzecz doszła do skutku dopiero w r. 1656. Nieporozumienia z probostwem w Leśnicy, do którego należała kaplica na górze, przewidywał już bp Karol Ferdynand Waza i zarządził, aby leśnickiemu proboszczowi wypłacono odszkodowanie w kwocie 1000 talarów. Reisch l. c., str. 20—28.
  100. w. 359. Ojciec Bonawentura — o. Bonawentura Machuj, lektor kolegium dla nowicjuszów franciszkańskich, założonego w r. 1870 na Górze Chełmskiej. Na ten zakład klasztorny zwrócił uwagę prezydent prowincji śląskiej w r. 1874, a dnia 1 maja 1875 poleciła rejencja opolska szkołę klasztorną zamknąć. Dnia 22 maja musieli nowicjusze klasztor opuścić, lecz 19 z nich wyraziło gotowość wywędrowania z zakonnikami do Ameryki. (P. Reisch l. c. str. 389—390, 395). Do tych wydarzeń odnoszą się wiersze I 361—372. O. Bonawentura wspomniany nadto I 364.
  101. w. 361. instante momento — natychmiast.
  102. w. 363. współzakonnych — współbraci w zakonie, por. obj. I 232.
  103. w. 366. znależą — znajdą, podobnie 1 os. l. poj.: znalezę VI 259; dalsze formy: znajdzione V 409 i znajdziono St. K. M. VII 555.
  104. w. 368. in pace — domyślne ite — idźcie w pokoju.
  105. w. 371. klasztór — p. obj. I 44.
  106. w. 377—379. Mowa tu o sekularyzacji klasztorów w Prusiech, zarządzonej w r. 1810, a przeprowadzonej z początkiem r. 1811. Było to pierwsze rzeczywiste odejście reformatów z Góry Chełmskiej, chociaż Bonczyk nazywa je wtórym, gdyż poprzednio zanosiło się tylko na nie od r. 1754, kiedy władze pruskie zmierzały do oderwania klasztorów w Gliwicach i św. Anny od prowincji małopolskiej, a następnie do wyludnienia ich przez zakaz dopływu zakonników z Polski. (P. Reisch l. c. str. 110—136).
  107. w. 385. staruszek Epifani — o. Epifani Gomolski um. na Górze św. Anny 30 V 1815, pozostawiając 4 talary, które kuria wrocławska musiała po sześcioletnich pertraktacjach oddać fiskusowi pruskiemu.
  108. w. 390. ojciec Marek najmłodszy w konwencie — o. Marek Thienel był właśnie wikarym klasztoru w r. 1875. Nazwanie go najmłodszym w konwencie i zdrobniale Markusiem (I 405), oraz przedstawienie go jako naiwnego zakonnika polega na wspomnieniach Bonczyka z lat wcześniejszych; por. obj. I 309. O. Marek wymieniony nadto I 394, 402, 405, 420, 422, 427 i 434.
  109. w. 395. skiż — dla, z powodu; przyimek: skiż użyty tylko tutaj, może jako charakterystyczny dla języka o. Teobalda Wentzkiego. Zachowano tu pisownię Bonczyka: skiż zamiast etymologicznej: skirz.
  110. w. 410. niegdyś — kiedyś; w tym znaczeniu nadto: II 28, III 156, VI 158, przekład Pieśni o życiu Mathissona w. 10, Trzy cnoty w. 18, w zwykłym znaczeniu Góra Chełmska IV 293. Por. także: za czasem I 415.
  111. w. 423. Oczy kalne — oczy mętne; por. Bock: Nauka domowa w. 98.
  112. w. 423. w głęb — w głąb; przykłady oboczności -ę- i -ą- w języku Bonczyka omówiłem we Wstępie do Starego Kościoła Miechowskiego str. LIV.
  113. w. 437. tajemnicza osoba — por. obj. I 142.
  114. w. 440. za ółtarzem — por. obj. I 44.
  115. w. 442. Z Przenajświętszym — z Najświętszym Sakramentem, a raczej z głównym ołtarzem — por. także: z Najświętszym V 516.
  116. w. 444. tam w obszernym półkole — forma miejscownika od: półkoło, a nie półkole, podobnie II 84.
  117. w. 449. adoro Te — Wielbię Cię.
  118. w. 450. ustało — nastało, ustaliło się.
  119. w. 452. Jutrznia — Matutinium czyli pierwsza i najdłuższa z 7 części brewiarza.
  120. w. 457. krywali się — kryli się; podobnie: krywał się w St. K. M. III 157.
  121. w. 465. Po wschodach, wierchnim gankiem — po schodach, gankiem na piętrze. Bonczyk używa wyrazu: schód tylko w liczbie poj., natomiast w l. mn. wschody por. II 391, p. obj. St. K. M. II 401.
  122. w. 478. Szczytne plemię Gaszynów — może to nazwanie rodu Gaszynów jest amplifikacją tytułu rozprawy ks. A. Weltzla: Pomniki pobożności po ślachetnej rodzinie Hrabiów z Gaszyna w Górnym Śląsku (Towarzystwo Bożego Grobu, rocznik X z r. 1877, str. 417—439), będącej może źródłem wiadomości Bonczyka o rodzie Gaszynów prócz ustnych wiadomości i książki o. Waxmańskiego: Nowa Jerozolima itd., Wrocław 1767. Z rozprawy wszakże Weltzla powinien był Bonczyk wiedzieć, że w r. 1875, t.j. w roku akcji poematu, żyło jeszcze z Gaszynów po mieczu: Ferdynand (zm. 1894) i Mikołaj (zm. 1877). Ferdynanda ignorował już poniekąd Weltzel w tytule rozprawy, jako nie mającego wówczas związków ze Śląskiem i bezdzietnego, Bonczyk zaś pisząc poemat, nie pamiętał dobrze daty Śmierci Mikołaja. Dla orientacji w genealogii Gaszynów podaję tu tabelę ułożoną na podstawie Reischa: Geschichte des St. Annaberges, Weltzla: Pomników pobożności, Th. Grögera: Immortellen, Leobschütz 1880, E. H. Kneschkego: Neues Allgem. Deutsches Adels-Lexicon, Leipzig 1861, III Bd. 447—450 i J. Siebmachers: Grosses und allgem. Wappenbuch. Neue Aufl. VI Bd. 8 Abt. 3 Teil, bearbeitet von C. Blażek, Nürnberg 1894, s. 132—133, przy czym w razie różności dat idę za Weltzlem ze względu na przypuszczalną znajomość tej rozprawy przez Bonczyka, względnie za Reischem i Blażkiem ze względu na poziom naukowy opracowania. Gröger mało ogółem wchodzi w rachubę, Kneschke nie jest również zbyt wiarogodny, gdyż chętnie powtarza genealogiczne opowieści bez ich sprawdzenia. Z wiadomości Kneschkego na uwagę zasługuje tradycja, według której Klemmowie wyszli również z Gaszyna, gdyż w takim razie ożenek Mikołaja Gaszyny z Magdaleną Klemówną świadczyłby, że spoistość rodowa działała bez usterki mimo zmiany przynależności państwowej. Gaszynowie — że ich tak nazwiemy — górnośląscy mieli na Śląsku utorowaną drogę, gdyż według Blażka już przed Mikołajem Gaszyną występowali w Księstwie Oleśnickim Gaszynowie jako panowie na Wałczynie; w jakim związku zostawali oni z późniejszą rodziną hrabiowską, nie wiadomo. Jeśli idzie o związki z polskimi rodami, Gaszynowie, piszący się pierwotnie z Gaszyna i Wierzchlesia w ziemi wieluńskiej, byliby krewniakami Gaszyńskich i Wierzchlejskich hr. Berszten II. Na Śląsku osiadłszy od 1557, pisali się najpierw panami na Kietrzu i Sudole.
    Aby nie wprowadzać tytułów rodowych do genealogii, podaję tu daty z kariery arystokratycznej Gaszynów. Baronostwo uzyskał Melchior 4 kwietnia 1621, czeskimi magnatami zostali Gaszynowie w r. 1632, dziedzicznymi hrabiami austriackimi z przydomkiem von Rosenberg (z Oleśna) 7 stycznia 1633, czeskie potwierdzenie tego tytułu otrzymali 22 stycznia 1635, hrabstwo Rzeszy w Ratysbonie 24 lipca 1653. Ordynatów znaczę liczbami rzymskimi. Posiadłości Gaszynów obejmowały m. in.: Olesno, Bodzanowice, Wojciechów (Albrechtsdorf) w pow. oleskim, Górę św. Anny, Wysoką, Żyrowę, Kadłubiec, Gogolin, Jesionę, Krępę, Oleskę i Porębę w pow. strzeleckim, Toszek, Pyskowice, Dąbrówkę, Lgotę, Łączkę, Oracze, Pisarzowice, Skal w pow. gliwickim, Woźniki w pow. lublinieckim, Kietrz w pow. głupczyckim, Cisek, Cisową, Polską Cerkiew, Przewóz, Wronin, Zakrzów w pow. kozielskim, Hulczyn, Polskie Krawarze i Maków w pow. raciborskim. Ordynację zmienił Franciszek Antoni przez sprzedaż Olesna i Woźnik, a zakupno Toszka, następnie odstąpił w r. 1808 Żyrowę, a 1814 Toszek Leopoldowi Amandowi, który z kolei majorat częściowo rozsprzedał, częściowo podzielił między synów tak, że należy go uważać za ostatniego ordynata. Z synów tych Ferdynand sprzedał swoją część, a Amand Leopold przekazał swoją (Maków, Krawarze i Kietrz) synowi Mikołajowi, po którym odziedziczyła je ostatnia z Gaszynów Wanda Henckel-Donnersmarckowa.
    Poza tą genealogią wymienia o. Waxmański jeszcze Protazego de Gaschin, biskupa ołomunieckiego, Wojciecha Roderyka de Gaschin, dziekana krakowskiego i Jana de Gaschin, infułata sternbergskiego.
  123. w. 480. Zanim się tam zaczął od pocz. XVI w. kult św. Anny, nazywała się Góra Chełmska Górą św. Jerzego, od stojącej na niej kaplicy.
  124. w. 488—493. O tym cudzie pisze ks. Weltzel, l. c. s. 421—422: „jeszcze jedna rzecz dziwna pomnożyła pobożne odwiedzanie onego św. miejsca, bo stróżowie leśniccy, jako i inni mieszkańcy okolicy czasem w północ widzieli światło przyjemne kościółek oświetlające, nawet promienie na rozmaitych miejscach górzystego lasu się pokazujące i franciszkanów w płaszczykach i ze świecami w ręku w procesji na górę wstępujących“.
  125. w. 491. Dom Piłatów — kaplica z pierwszą stacją obchodów kalwaryjskich.
  126. w. 494—499. O sprowadzeniu reformatów pisze ks. Weltzel l. c. 422—424: „Melchior hr. z Gaszyna postanowił wypełnienie obowiązków duchownych powierzyć gorliwym w służbie bożej Ojcom Reformatom, to jest Franciszkanom ostrej reguły, którzy już jeden klasztor w Szląsku, a to w Gliwicach zajmowali. Tam dnia 19 października r. 1655 przełożeni przystali na przyjęcie klasztoru na górze, chwaląc Opatrzność boską, która im nowe miejsce ucieczki łaskawie podała, gdy Szwedzi w Polsce wiele klasztorów, a najprzód krakowski byli spustoszyli… To miejsce było bardzo sposobne do założenia klasztoru, bo kto stoi na górze, ten łatwiej może wszystkie myśli zwrócić ku niebu i serce podnieść ku Bogu… Od zgiełku świata oddaleni Reformaci byli bliżsi nieba, a tym, którzy naokoło w dolinach i płaszczyznach mieszkają, widok na św. górę pociesza serca“. Obszerniej zabiegi około założenia klasztoru przedstawia o. Reisch l. c. s. 19—34. Hr. Melchior Ferdynand (p. tabelę genealogiczną, obj. I 478) dla rytmu nazwany Melchiorem Fernandem z hiszpańska.
  127. w. 497. W dziele Leśniczanów — na obszarze należącym do mieszkańców Leśnicy. Wyrazu dział=dzielnica, udział użył Bonczyk jeszcze VI 59: w działy dawnej Polski, oraz poprawiając w II wyd. St. Koś. Miech. V 210 pierwotne: w parcie Winklerowym na: w dziele Winklerowym. Czy znaczenie wyrazu: dział w tym miejscu należy łączyć ze znaczeniem tego wyrazu na obszarze osadnictwa wałaskiego i przypuszczać, że dotarło ono na G. Śląsk, nie chcę rozstrzygać.
  128. w. 503—505. Wiersze te odnoszą się do okresu 1811—1859, w którym nie brakło starań o przywrócenie zakonu na Górze Chełmskiej. Pomijając pośrednie raczej działanie Leopolda Gaszyny po sekularyzacji, wyszczególnić należy prośby duchowieństwa śląskiego z r. 1835, a zwłaszcza memoriał księży z dziekanatu oleskiego z dziekanem ks. Dehnischem na czele w r. 1850. Ks. Dehnisch i ks. Miller działali w porozumieniu z o. Stefanem Brzozowskim, reformatem polskim, który mieszkał w klasztorze od 1844—1851 i pozyskał sobie wielką popularność swymi misjami za wstrzemięźliwością. Celem tych starań było sprowadzenie reformatów z Małopolski. Przez kilka miesięcy r. 1852 byli czynni na Górze św. Anny Alkantaryni, odłam zakonu św. Franciszka, lecz wnet przenieśli się do klasztoru św. Józefa pod Prudnikiem. Nowe starania podjęli proboszczowie z Otmuchowa i Goldbergu, tym razem o franciszkanów westfalskich w r. 1854, aż wreszcie 13 sierpnia 1859 przybyli oni na Górę Chełmską. (P. Reisch l. c., str. 318—331, 354—374).
    Wiersze te nie zawierają żadnej wzmianki o 8-letniej działalności o. Stefana Brzozowskiego, o którym także w całym poemacie nic nie słyszymy. Jaki był powód tego milczenia, trudno rozstrzygnąć; o tym polskim misjonarzu nie wspomina wprawdzie Weltzel, główne źródło Bonczyka do dziejów Góry św. Anny, ale wszakże pisano o nim dość wiele w Schlesisches Kirchenblatt z r. 1844 i 1846, a czasopismo to Bonczyk niewątpliwie znał, chociaż może dopiero z lat późniejszych.
  129. w. 512. zakonnych — zakonników por. obj. I 232. Wizja o. Atanazego odnosi się do wydarzeń, opisanych w ks. V i VI.
  130. w. 516. Osmundus daje pożegnanie — zaznaczono tu właściwe stanowisko o. Osmunda (p. obj. I 235) w zakonie, jako faktycznego gwardiana w r. 1875. W rzeczywistości wysłał o. Osmundus 7 czerwca 1875 nie dwóch braci, ale 4 ojców i 4 braciszków; list pożegnalny do bpa Förstera podpisany również przez o. Atanazego Kleinwächtera i o. Wiktora Albersa wystosował dnia 24 lipca 1875. OO. Atanazy i Wiktor opuścili Górę Chełmską 31 lipca, sam zaś Osmundus wytrwał z 4 braciszkami do 27 sierpnia w klasztorze i ustąpił przed siłą państwową w osobie samego landrata ze Strzelec. (Por. Reisch l. c., s. 397—406.) Osmundus ukrywał się w okolicy do marca 1876 r., stąd wyrażenie w. 518: gdzieś w góry ochronie.
  131. w. 520. tamstąd — stamtąd, wyraz użyty w St. K. M. (P. obj. II 168) sześciokrotnie, w Górze Chełmskiej trzykrotnie (nadto III 40, 373).
  132. w. 521. szukać gdzieś za morzem — wygnani z Góry Chełmskiej franciszkanie osiedli częścią w Holandii, częścią w Ameryce, skąd wrócili do dawnej siedziby w r. 1881, nosząc początkowo ubiór księży świeckich, a od r. 1887 zakonny. Na czele ich stał o. Atanazy, od r. 1884 jako przełożony, a od roku 1888—1892 jako gwardian.
  133. w. 524—532. Wizja przyszłego powrotu i śmierci bpa Förstera 20 X 1881 wnet po powrocie o. Atanazego (dn. 14 X 1881).
  134. w. 525. Henryk Biskup — Henryk Förster, który umarł 20 X 1881, a więc nie żył już, gdy ks. Bonczyk te wiersze pisał. Förster był biskupem wygnańcem, bo odsądzony przez pruski trybunał od urzędu (1875), kierował diecezją potajemnie z Johannesberg w austriackiej części biskupstwa. Żegnając się 1875 z franciszkanami, kiedy opuszczali św. Górę, pisał: „Góra św. Anny należy do was i znowu was przyjmie, skoro miną czasy nawiedzenia“.
  135. w. 530. Dawid, Dezydery — br. Dawid Kornek, który został uwięziony w r. 1874 za zbieranie jałmużny i skazany na 3 dni więzienia w Strzelcach, wspomniany nadto III 392, jako Dawid tercjarz; o. Dezydery Lis, opuścił klasztor w pierwszej partii 4 ojców i 4 braci 7 czerwca 1875, powrócił jedyny z nich na Górę św. Anny 9 listopada 1881, był gwardianem 1894—1896; wspomniany w poemacie już I 180, a następnie II 394, III 328, witał na Kalwarii przybywające pielgrzymki.
  136. w. 532. jakby z snu zburdany — zbudzony ze snu (por. obj. St. K. M. VI 15), powtórnie w G. Ch. III 294.
  137. w. 535. ołtarza — ale ółtarz I 161 i 523, za ółtarzem I 440.
  138. w. 539. dla jutrniej niedzieli — na jutrzejszą niedzielę. Wyraz gwarowy: jutrni użyty tylko w tym miejscu. Wprowadzona tu jako termin niedziela, wskazuje raczej na rok 1874, niż na rok 1875, jako czas akcji poematu. Odpust bowiem polski odbywał się 14 września, w roku zaś 1875 dzień 14 września przypadał na wtorek, czyli niedziela przypadałaby na 2 dni przed odpustem, tymczasem II 5 w zestawieniu z II 38 każe liczyć tylko 4 dni na całość pielgrzymki. Potem jednak Bonczyk dolicza się 5 dni. Na rok 1874 wskazuje także IV 207—210.
  139. w. 3. w ciągu tygodnia — przez cały tydzień przedtem. Bonczyk używa stale dopełniacza l. poj.: tydnia (ST. K. M. III 60, G. Ch. VI 306). W miejscowniku dopuszcza dwie formy: w tygodniu (St. K. M. III 61) i w tydniu (St. K. M. VII 95).
  140. w. 3—4. Aby oszczędzić ludziom długogodzinnego czekania na spowiedź na Górze św. Anny, daje im się sposobność do spowiedzi już w domu przed wyruszeniem na pąć, czyli na pielgrzymkę.
  141. w. 5. Trzeciego dnia — rachuba ta obejmuje tak dzień wyruszenia pielgrzymki, jak samo święto Podwyższenia Krzyża. Zgodnie więc z obj. I 539 dniem wyruszenia pątników, a zarazem dniem akcji ks. I jest sobota, drugim dniem niedziela, trzecim Święto Podwyższenia Krzyża. Rachuba ta odpowiada porządkowi w r. 1874, a nie 1875, lecz Bonczyk potem dostosował akcję do r. 1875 i rozbił na 5 dni.
  142. w. 10. Szczytna — sławna, górująca nad innymi, por.: Szczytne plemię Gaszynów (I 478).
  143. w. 11. wieszcz Wincenty — Wincenty Pol, jako autor „Pieśni o ziemi naszej“. Żal Bonczyka do Pola jest o tyle nieuzasadniony, że w „Pieśni o ziemi naszej“ tylko kresy wschodnie i góralszczyzna doczekały się zróżniczkowania i wyrazistej charakterystyki, natomiast ziemie Polski gniazdowej potraktowano łącznie i nieco schematycznie. Bonczyk nie wiedział, że o Śląsku napisał obszerny poemat: „Śląsk, podróż malownicza“ G. Stęczyński, gdyż utwór ten pozostał w rękopisie (Obecnie w Bibl. Pol. Akad. Umiej. w Krakowie). W latach ostatnich opiewali Śląsk: Roman Zawiliński (Nowa pieśń o ziemi naszej), Jan Nowak (Pieśń nad Odrą), Emil Zegadłowicz (Pieśń o Śląsku) i in. Bonczyk jakby wynagradzając zaniedbanie Pola, zamienia ww. 9—28 w apostrofę do Śląska i dyspozycję nienapisanej pieśni o Śląsku.
  144. w. 15. wradzasz — wszczepiasz przy urodzeniu. W słowniku Troca jest: Bóg wrodził człowiekowi towarzyskość.
  145. w. 16. Twoim synom zawdzięcza Ojczyzna zwycięstwa — Bonczyk myśli tu zapewne o średniowiecznych zwycięstwach oręża polskiego na Śląsku; o oblężeniu Niemczy i Głogowa, o bitwie na Psim Polu, może także o Piotrze Właście, wątpić zaś wypada, czy zaliczył tu i Bernarda Pretwica, syna Śląska.
  146. w. 17. zyznej — żyznej. Bonczyk używa stale przymiotnika żyzny w brzmieniu zyzny (St. K. M. VII 526, G. Ch. II 17, 324, V 324, przekład Obchodu zwycięstwa 24, Żalu Cerery 389, Echo z więzienia 56).
  147. w. 18. na żarnowym chlebie — na razowym chlebie, na chlebie z mąki zmełtej na żarnach.
  148. w. 22—24. por. obj. I 208, Podkreślenie związku przyczynowego między zachowaniem języka a wytrwaniem w wierze katolickiej przez lud śląski mniej wyraźne napotykamy jeszcze w St. K. M. VII 198—201 i G. Ch. II 323—324.
  149. w. 25. prześwietnym — jeden w rzadszych w G. Ch. (por. IV 130, VI 191) niż w St. K. M. (por. obj. I 1) przykładów skłonności Bonczyka do używania przymiotników złożonych z przedrostkiem: prze-.
  150. w. 26 twoję — p.obj. I 29.
  151. w. 28. niegdyś — p. obj. I 410.
  152. w. 29. do wzajemnej… Matki — do wspólnej Matki św. Anny. Wzajemny w znaczeniu: wspólny używa Bonczyk często (St. K. M. II 348, VI 702, 709, G. Ch. II 29, 185, III 59, V 101, 336, VI 123), p. obj. St. K. M. II 348.
  153. w. 35. Uściskane pieniążki — uciułane pieniądze.
  154. w. 36. na dusze zalecania — t. zw. wspominki za dusze. Wyrażenia: zalecenie dusz nie ma ogółem w słownikach.
  155. w. 38. do Leśnice — do Leśnicy p. obj. I. 277.
  156. w. 39. latoś dniem tym niedziela — tego roku dniem tym t.j. drugim od wyruszenia z domu jest niedziela. Latoś — p. obj. I 169, co do rachuby dni obj. II 5.
  157. w. 42. spowiednice — konfesjonały, p. obj. I 126.
  158. w. 47. Kopiec Jerzego — dawna nazwa Góry św. Anny, p. obj. I 480.
  159. w. 57. poiła swoje oczy — napawała oczy widokiem, w podobnym znaczeniu: poić zmysły V 117, urokiem poją Bisurmana VI 66, pojąc słowy duszę VI 260 i postać twa nadobna miłością mnie poi. Do G. T. 18, natomiast w G. Ch. III 411: z którymi mnie poi dawna przyjaźń, występuje znaczenie inne: spaja, łączy.
  160. w. 69. Malorny — proboszcz Leśnicy w czasie sekularyzacji, oświadczył się za odebraniem Góry Chełmskiej franciszkanom, kiedy hr. Leopold Gaszyna usilnie starał się, aby ich tam zatrzymać.
  161. w. 71—72. po wojnie francuskiej, gdy krajowe kasy chłonęły — po wojnach napoleońskich w r. 1806 i 1809 skarb pruski, a więc kasy państwowe zasilały się funduszami z sekularyzacji zakonów w r. 1810. Chłónęły p. obj. I 44.
  162. w. 75. Vaticinium ex post — Kiedy bowiem Góra św. Anny była bez zakonników, to i Leśnica była parafią osieroconą i nie miała prawowitego duszpasterza. Wszak siedział tam od 1876—1886 najbardziej energiczny proboszcz państwowy Konstanty Sterba. Leśniczanie chodzili wtedy do kościołów sąsiednich, przeważnie do Jesiony.
  163. w. 80. grześć — grzebać, forma narzeczowa i archaiczna, p. zagrześć VI 318.
  164. w. 82. rodzaj — pokolenie, por. II 182; z biblijnego wyrażenia o pokucie aż do trzeciego pokolenia, a także dla rymu pojawił się tu rodzaj trzeci, nieuzasadniony rzeczowo dziesięcioletnim zajmowaniem probostwa leśnickiego przez księdza rządowego Sterbę (p. obj. II 75).
  165. w. 83. W sławnej farze leśnickiej — wyrażenie powtórzone za St. K. M. III 359, naśladowane z Homera, tutaj więcej uzasadnione wobec probostwa leśnickiego, niż tam wobec dawnego miechowskiego.
  166. w. 84. w obszernym półkole — półkolu, p. obj. I 444.
  167. w. 87. Ks. Jan Grelich, ur. 1816 w Głogówku, wyśw. 1844, był od 1862 aż do śmierci (1876) proboszczem w Leśnicy. Umarł krótko po opuszczeniu Góry św. Anny przez franciszkanów. Jego postać w G. Ch. wyidealizowana.
  168. w. 86. pogadania — pogawędka.
  169. w. 91. pan na dobrach rycerskich — proboszcz leśnicki wykonywał prawa dziedzica nad 14 mieszczanami leśnickimi i w majątku Krasowa.
  170. w. 96. Tusculum — ulubione miejsce przytulne. Nazwa pochodzi stąd, że Cyceron miał w górach Albańskich willę w pobliżu starożytnego miasta Tusculum.
  171. w. 101. kwiecie — kwiaty.
  172. w. 102. pismy polskich geniuszów — dziełami polskich poetów; tu zapewne Bonczyk pisał o swej bibliotece.
  173. w. 114. lamowane — obramowane, podobnie jak w St. K. M. II 331 i V 692. P. obj. St. K. M. II 331.
  174. w. 119—120. w uniesieniu — po swojemu — asonans zamiast rymu; dalsze asonanse w Górze Chełmskiej: wzajemnym — zmiennym II 185—186, Wawrzyniec — podzimiec III 304—305, bliski — umizgi IV 179—180, wielebni — pewni IV 220—221, zniszczony — nieznajomy V 261—262, dobrze — szczodrze V 375—376. Asonanse w St. K. M. zestawione tamże, obj. III 155—156.
  175. w. 123. Pierwszy hrabia Mikołaj Gaszyna — Mikołaj Gaszyński na Wierzchlesiu przybył pierwszy na Śląsk z ziemi wieluńskiej, a ożeniwszy się z Magdaleną, córką Mikołaja Klemy, pana na połowie Kietrza i na Sudole, odziedziczył po nim r. 1557 jego posiadłości. Mikołaj Gaszyna nie był nigdy hrabią, tytuł ten otrzymali dopiero jego wnukowie. P. obj. I 478.
  176. w. 125. Najsławniejszy Melchior Ferdynand z Skalówną Małgorzatą — w rzeczywistości Małgorzata Skala była matką, a nie żoną bezżennego Melchiora Ferdynanda, który z braćmi: Mikołajem Karolem, Joachimem Ludwikiem i Janem Jerzym uzyskał 7 stycznia 1633 tytuł hrabiowski od cesarza Ferdynanda II, podczas gdy ojciec jego Melchior otrzymał dziedziczne baronostwo 4 kwietnia 1621. Melchior Ferdynand został w r. 1625 radcą cesarskim i kanclerzem księstw opolskiego i raciborskiego, w rok potem starostą pow. oleskiego, a w r. 1636 starostą krajowym. D. 13 marca 1631 kupił od cesarza za 24.000 talarów dobra żyrowskie (Żyrowa, Krępa, Jesiona i Oleśka), wnet do nich dokupił sąsiednie wsi: Porębę, Gogolin i Strzebniów, w r. 1641 zaś za 70.000 talarów dobra Polską Cerkiew (13 wsi), a wreszcie miasteczko Woźniki z kilku wsiami. Urząd starosty księstw Opolskiego i Raciborskiego, zastawionych Polsce (1645—1661), piastował po r. 1649, a w końcu został prezesem komory śląskiej we Wrocławiu. Melchior Ferdynand otrzymał z Porębą Górę Chełmską, na której szczycie z początkiem XVI w. wybudowano kościółek św. ANNY. Do niego darowała Anna Maria z Maltitzów baronowa Kochcicka, żona Mikołaja, w początku wieku XVII statuę św. Anny Samotrzeciej z relikwiami, które w posiadanie Malticzów dostały się z daru Jerzego Brodatego, księcia Saskiego. Pierwotnie mieli na górze przy kościółku wybudować klasztor dominikanie, gdy zaś tego nie uczynili, Melchior Ferdynand postanowił sprowadzić reformatów, którzy przybyli tam około WW. Świętych 1655 w liczbie 22 z o. Franciszkiem Rychłowskim, o. Norbertem Michałowiczem i diakonem Ludwikiem Różyckim na czele.
  177. w. 130. Franciszek Rychłowski — ur. 1618, początkowo franciszkanin, potem reformat, był przełożonym różnych klasztorów, prowincjonałem małopolskim przez lat 11, zasłynął wymową i dysputami z arianami. Prócz kazań okolicznościowych zostawił po sobie 3 zbiory kazań: 1. Kazania na niedziele całego roku, Kraków 1666, 2. Kazania na święta całego roku, Kraków 1667 i 3. Kazania na święta Panny Przenajświętszej, Kraków 1667. Umarł 1680. Górą św. Anny rządził jako przełożony 1655—1658, nie był gwardianem ani on ani jego następca o. Bernardyn Wilczek, gdyż do r. 1659 klasztor był rezydencją tylko, a nie konwentem. Pierwszym gwardianem został o. Piotr z Opola w r. 1659. W wydaniu Góry Chełmskiej z r. 1886 nazwany jest Rychlawskim, może przez pomyłkę druku, gdyż ks. Weltzel podaje nazwisko poprawnie.
  178. w. 131. dobre sto lat — liczba lat zaokrąglona, gdyż w klasztorze drewnianym, zbudowanym 1657, mieszkali reformaci co
  179. w. 135. po Jerzym następuje drugi — ten drugi Jerzy Adam Franciszek Gaszyna, wspomniany wyżej, nastąpił jako ordynat po stryju Melchiorze Ferdynandzie, a nie po ojcu, który Żyrowy nie posiadał.
  180. w. 137. on wyfundował świętą kalwaryją — rzeczywiście Jerzy Adam Gaszyna począł wykonywać plan urządzenia kalwarii na Górze św. Anny, lecz wbrew jego nadziejom reformaci nie chcieli podjąć się opieki nad tą fundacją. O kalwarii tej myślał już Melchior Ferdynand Gaszyna, naśladując wzór dany w Polsce przez Mikołaja Zebrzydowskiego i zobowiązał testament dziedziców majoratu do wykonania tego dzieła. Jerzy Adam uzyskał od biskupa wrocławskiego w 1700 r. zezwolenie na budowę 3 większych i 30 mniejszych kaplic na Górze Chełmskiej, których budowę powierzył Włochowi Dominikowi Sichno z Opola. Skończono te budowle 24 lipca 1709, ale nie było nikogo, kto by objął ich zarząd. Proboszcz z Leśnicy żądał szeregu wikarych, płatnych przez ordynację żyrowską, reformaci nie chcieli, zasłaniając się brakiem ludzi, oraz olbrzymimi wydatkami, na które ich zdaniem nie wystarczyłyby zasoby fundatora. W klasztorze musiałoby mieszkać 20—30 ojców, a dla nich utrzymania nie dałoby się znaleźć. Chcąc tym obowiązkom podołać, musieliby wbrew regule przyjmować pieniądze. Obiecywali więc swoją pomoc, ale od zarządu Kalwarii uchylali się stanowczo. Właściwym powodem oporu reformatów była sprawa zakazu wizytacji klasztoru przez prowincjała małopolskiego, który to zakaz wydał Wiedeń za sprawą prowincji czeskiej, ale w Krakowie przypuszczano, że w tym palce umoczył Gaszyna.
    Przez dziesięć lat od ukończenia Kalwarii aż do śmierci Jerzego Adama Gaszyny trwały daremne pertraktacje z reformatami o przyjęcie nadzoru nad Kalwarią. Następni ordynaci nie dbali o nią, wpływ niszczycielskiej przyrody i złych ludzi doprowadził ją wnet do ruiny, zarosły ścieżki, pokradziono drzwi, rozpadły się dachy i okna, niszczały posągi i obrazy tak, że wreszcie sterczały tylko nagie mury. Dopiero w r. 1753 zaszło zdarzenie, omówione przez Bonczyka w ks. III 141—165, które kazało reformatom zwrócić uwagę na zrujnowaną Kalwarię. Tak wygląda rzecz w przedstawieniu o. Reischa na podstawie korespondencji Gaszyny z reformatami i zapisków klasztornych, ale to są przyczyny raczej zewnętrzne, istotną przyczyną była walka o polskość nie tyle klasztoru, o czym reformaci wspominali od czasu do czasu, ile o polskość Górnego Śląska. Rozumieli chyba aż za dobrze, że taka Kalwaria na Górze św. Anny odwiodłaby lud od pielgrzymek do Częstochowy, Krakowa, na Kalwarię Zebrzydowską itd., ich samych wciągnęłaby w tryby uzależnionego od dworu cesarskiego duchowieństwa, lud zaś usunęłaby spod wpływów katolicyzmu, działającego żywym przykładem w Polsce, który trudno było zastąpić, choćby najbardziej wzruszającymi naukami na miejscu. W grze tej o duszę ludu okazali się reformaci dobrymi dyplomatami, wywalczyli sobie drobne ustępstwa w germanizacyjnej polityce Wiednia, a więc prawo wizytacyj z Małopolski na krótki czas i umocnienie swojej pozycji na Górze św. Anny wobec Gaszynów. Bez przyjęcia tego wyjaśnienia całe ich pertraktacje z Adamem Jerzym Gaszyną byłyby jakimś niezrozumiałym przekomarzaniem się; upór przeciw łączeniu budowy klasztoru z budową Kalwarii, gdy przecież po kilkunastu latach z wielkim wysiłkiem klasztor sami poczęli wznosić, zakrawałby na robienie swojemu dobrodziejowi przykrości, gdyby nie przyświecał mu cel wyższy, który daremnie tłumaczyliby zaustriaczałemu Gaszynie. W tym leży także powód posądzenia go o współudział w zakazie wizytacji, bo musieli sądzić, że kto celom polityki austriackiej w zakresie religijnym idzie na rękę przez wybudowanie Kalwarii, ten także nie zawahał się przed drobniejszą sprawą służącą tym samym celom. Po latach przeszło trzydziestu sytuacja zmieniła się gruntownie skutkiem zaboru Śląska przez Fryderyka II, musieli więc i reformaci zmienić swoje stanowisko. Trzeba było już i można było polskości bronić tylko na miejscu wobec zabronienia pielgrzymek zagranicznych.
  181. w. 139. Ks. Widera Wojciech, ur. 1827 w Tułach (pow. oleski), wyśw. 1851, potem wikary w Rudach, a od r. 1864 aż do śmierci 1906 proboszcz w Wieszowie (pow. tarnogórski) i do r. 1872 inspektor szkolny na II okręg bytomski, a od 1872 dziekan dziekanatu Pyskowice. Należał do stałych korespondentów „Katolika“, co dowodzi żywego zainteresowania sprawami publicznymi.
  182. w. 140. toć mizera — to mizeria, nędza; wyraz mizera w tym znaczeniu nieznany słownikom jęz. polskiego, jest przekształceniem dla rymu wyrazu: mizeria.
  183. w. 141—148. nasi — powtarzane w tych wierszach określenie: nasi, w przeciwieństwie do: tamci, owi, odnosi się nie tylko do Ferdynanda Gaszyny, sprzedawcy Żyrowy, lecz także ogółem do szlachty śląskiej i arystokracji pruskiej i w tym związku tylko zrozumiałe są w. 148 i 151 z aluzją do polityki.
  184. w. 148. z swym faterlandem — ze swoją „ojczyzną“, Bonczyk umyślnie kładzie w usta politykującego ks. Widery pogardliwe określenie faterland, jako ocenę wartości „ojczyzny“ nowoczesnej arystokracji śląskiej.
  185. w. 152. Milkucki Franciszek — proboszcz Mikulczyc pod Bytomiem Franciszek Cieślik.
  186. w. 154. Józefus Gaszyna — p. obj. II 131 i tablicę genealogiczną. Józef Gaszyna um. w Wiedniu 6 czerwca 1738; na Górze św. Anny pogrzebano tylko jego serce w srebrnej puszce w r. 1741.
  187. w. 155. a hrabia Antoni — Antoni Gaszyna, zwany Mocnym, człowiek olbrzymiej postawy i siły, ur. 9 stycznia 1726 w Opawie, umarł 14 stycznia 1796 w Polskiej Cerekwi i został pogrzebany 18 stycznia t. r. w krótko przedtem zbudowanej kaplicy Marii Magdaleny. Po 10 latach 30 marca 1806 przeniesiono metalową trumnę z jego zwłokami do kościoła św. Krzyża. Był on odnowicielem Kalwarii, założonej przez Jerzego Adama Franciszka, którą podźwignął z ruiny i uzupełnił 4 kaplicami w latach 1763-1764; następnie zaś w latach 1783—1790 dobudował jeszcze dwie kaplice (św. Weroniki i Marii Magdaleny), przebudował kilka dawnych, a przede wszystkim św. schody (gradusy).
  188. w. 157. przysłużył się ojczyźnie — słowo: ojczyzna w ustach ks. Grelicha ma szczególniejsze znaczenie (por. II 278, 281), dość wąskie, bo określające tylko Śląsk. Zasług kroniki — zapiski historyczne o zasłużonych ludziach.
  189. w. 158. stawiają pomniki — przekazują pamięć; por. St. K. M. II 143: zostały w wspomnieniu pomniki i VII 403: jedyneć to miechowskich początków pomniki. W zwykłym znaczeniu użył tego wyrażenia Bonczyk w St. K. M. VI 252: pewnie pomnik pierwszego miechowskiego dłuta, przenośnie zaś tamże IX 56: starych Miechowic żywe, najstarsze pomniki.
  190. w. 162. Paweł, proboszcz brzosławski — ks. Reinhold Paul, który był od 1864 proboszczem w Brzosławicach.
  191. w. 165. na spodnim obrazie — na dolnym obrazie, a może u dołu obrazu, por. G. Ch. V 189: spodnią deskę framugi, St. K. M. VI 669: spodnia szczęka.
  192. w. 166. O pięknym Protazie — Protazy Gaszyna podobnie jak Damian są postaciami zmyślonymi przez Bonczyka. Przydomek: piękny, dostał się tej postaci zapewne na wzór: mocny, który miał Antoni Gaszyna. Imię Protazy jest genealogii Gaszynów śląskich zupełnie nieznane, natomiast o. Wacław Waxmański w przedmowie do Nowej Jerozolimy itd., Wrocław 1767, wymienia Protazego de Gaschin, biskupa ołomunieckiego, być więc może, że stąd wziął Bonczyk to imię. Odmiana rzeczownika: Protazy, widoczna w tym miejscu, ma odpowiedniki w odmianie imienia Atanazy przez Bonczyka, por. obj. do I 302.
  193. w. 168. ks Edward Kleemann, ur. 1825 w Raciborzu, wyśw. 1852, był 1868—1889 proboszczem Mysłowic, gdzie rozpoczął budowę nowego kościoła, założył 1871 w mieście, a 1888 w Brzezince kółko katolickie, przesiedział w czasie walki kulturnej kilka tygodni w więzieniu za rzekome poniżenie autorytetu państwowego. Pozostawił po sobie pamięć dzielnego i godnego kapłana.
  194. w. 173. wszyscy Gaszynowie wsławili się siłą — wiemy to tylko o Antonim Gaszynie.
  195. w. 176. umarł niby bezdzietny, bez córki, bez syna — te szczegóły o pozornej bezdzietności Protazego każą poszukiwać odpowiednika tej zmyślonej postaci wśród Gaszynów XVIII i XIX w. Bezpotomnie zmarł odnowiciel Kalwarii Antoni Gaszyna zwany Mocnym, przeżyła go zaś żona Józefa Udricka. Bezpotomnie zmarł również Franciszek Adam Gaszyna ur. 1727, zm. 1799, brat Antoniego oraz Franciszek Antoni, bratanek obu poprzednich, ur. 15 I 1766, zm. 1827, a więc istotnie żyjący w epoce, w której umieszcza Protazego Bonczyk. Ożenił się ów Franciszek z Antoniną Renardówną w r. 1790, ale już w następnym roku zmarła ona w 5 dni po połogu, licząc lat 17, a w dzień po niej zmarł jej synek Amand i został razem z matką pogrzebany w krypcie kościoła klasztornego. Franciszek Antoni był ostatnim panem całego majoratu, z którego w porozumieniu z bratem sprzedał dwie części ordynacji, a zachował tylko trzecią na pewien czas. Brat jego i następca w uszczuplonym majoracie Leopold Amand Jan pozostawił 2 synów i 2 córki, umarł zaś 15 XI 1848 i o nim napisał ks. Weltzel: „Nad jego trumną zamknęła się na zawsze dziedziczna pieczara na Górze“. Gdyby więc on miał być Damianem, to Protazym byłby ojciec jego Amand ur. 1731, zm. 11 grudnia 1777, którego żona Karolina z Reiswitzów przeżyła o lat 35. Amand wszakże pozostawił 3 synów i córkę. Ks. Weltzel zawcześnie zawyrokował o ostatecznym zamknięciu się pieczary dziedzicznej na górze, gdyż pogrzebano w niej jeszcze w r. 1894 ostatniego z Gaszynów Ferdynanda słynnego dziwaka, zmarłego 21 stycznia 1894 w Rochus pod Nysą. Jeśli zaś przekroczymy epokę zakreśloną przez poemat Bonczyka, to Protazemu odpowiadałby najwięcej Amand Leopold Erdman (Ziemowit) Edward Gaszyna, ur. 1815, zm. 1866, żonaty z Franciszką Leszczyc-Sumińską, a Damianowi syn jego Mikołaj, zmarły jako 25-letni młodzieniec 1 III 1877 w Wiedniu. Żałoba matki po synu trwała długo i upamiętnił ją w Immortellen, Głupczyce 1880, Teodor Groeger. Amand Leopold i Mikołaj Gaszynowie nie posiadali jednak Żyrowy, a pogrzebani zostali przy kościele w Makowie. Jeśli Bonczyk znał broszurę Groegera, a nadto widział trumienkę sześciodniowego Amanda, syna Franciszka Antoniego, w grobach Gaszynów na Górze św. Anny, to jasne jest przesunięcie ostatniego z Gaszynów w linii zstępnej Mikołaja w przeszłość i podsunięcie mu ojca, odpowiadającego okresem życia Franciszkowi Antoniemu, którego Groeger fantazyjnie skojarzył z rzeczywistą pustelnicą z Góry św. Anny Petronelą Korzeniowską. Na znajomość broszury Groegera przecz Bonczyka wskazywałyby wiersze 184—186 tej pieśni, których podstawą byłyby słowa Groegera: „Spoczywa on ze swoją żoną Petronelą z hr. Karzinowskich na Górze św. Anny. Żona, której zwłoki przechowały się do dzisiaj nienaruszone, żyła długi czas po owdowieniu, jako pustelnica na Górze św. Anny“. W rzeczywistości Petronela Korzeniowska zmarła na 16 lat przed Franciszkiem Gaszyną, którego żoną nigdy nie była, Franciszka zaś Antoniego wbrew twierdzeniu ks. Weltzla nie wymienia o. Reisch wśród Gaszynów, pogrzebanych na Górze św. Anny, tylko Franciszka Adama, zm. 2 III 1799, którego żona Anna Barbara z Garnierów, zmarła 11 II 1804, została pogrzebana w Kotorzu. Tyle dla omówienia zmyślenia Bonczykowego.
  196. w. 185—186. Zamiast rymu łączy te dwa wiersze asonans: wzajemnym zmiennym. P. także obj. II 119—120. W wzajemnym grobie — we wspólnym grobie, p. obj. II 29.
  197. w. 187. ciszkiem z fary — po cichu z plebanii; co do znaczenia wyrazu fara u Bonczyka p. obj. do St. K. M. II 47.
  198. w. 188. Ks. Walenty Rymlowicz — ks. Walenty Riemel, ur. 1834 w Rudzicku, jako akademik członek Tow. Literacko-Słowiańskiego, wyśw. 1859, był kapelanem czyli wikarym w Leśnicy, a umarł jako proboszcz w Włochach (Wallendorf) 1896.
  199. w. 191. lud boży, jak się pokrzepiają — Bonczyk zastosował orzeczenie w liczbie mnogiej do podmiotu, będącego rzeczownikiem zbiorowym, zapewne pod wpływem częstego użycia takiej konstrukcji logicznej zamiast ściśle gramatycznej w jęz. łacińskim.
  200. w. 195. Kaplica Rafała — pierwsza stacja kalwaryjska drogi krzyżowej. Tu się wzywa archanioła Rafała, jako patrona podróżujących, aby chronił pątników od wszelkiego wypadku, a także od roztargnienia podczas obchodów kalwaryjskich.
  201. w. 197. Domek Panny Maryi — kaplica zaśnięcia Matki Boskiej.
  202. w. 199. odprawia się południe — jest odpoczynek południowy.
  203. w. 201. myśli mieszkały — myśli przebywały, przenosiły się.
  204. w. 206. gdy znów były bez księży kaplice — po sekularyzacji klasztoru w r. 1810-11.
  205. w. 211. kaznodzieje nagórni — pozostawając pod nadzorem proboszcza Leśnicy, przewodniczyli pielgrzymkom przy obchodach kalwaryjskich. Utrzymywał ich hr. Gaszyna.
  206. w. 212. Ignacy Liszawski — kaznodzieja kalwaryjski od 1811 do 1822, ks. Kudera podaje jego nazwisko: Lisowski, o. Reisch: von Lichowski. Lisowski był autorem pieśni nabożnych.
  207. w. 215. Himmel Florek — został 1826 proboszczem Ziemięcic. Jego następcą na Górze św. Anny był ks. Bensch z Białej (Zülz), który dla ciągłego nieporozumienia z proboszczem leśnickim mógł pozostać tam tylko trzy lata.
  208. w. 218. W r. 1829 zadekretowano na Górze św. Anny ks. Jana Janotę, który musiał po 6 latach odejść dla braku kwalifikacyj, bo okazał się lichym kaznodzieją i lekkomyślnym kapłanem.
  209. w. 220. z góry — z Góry Chełmskiej.
  210. w. 221. Piechaczek — dyrektor gimnazjum w Opolu.
  211. w. 223. nieboraczka — biblioteka klasztorna.
  212. w. 227. zakonnych — zakonników, p. obj. I 232.
  213. w. 229. Ks. Mizera, wikary leśnicki, umarł 1837 na cholerę.
  214. w. 231. Ks. Juliusza Szindlera, zadekretowanego 1838, musiano niebawem odwołać, bo miał słaby głos. Niechętnie pracował na Górze św. Anny następca jego ks. Konstanty Halama (1838—41). Przyszedł dzielny ks. Filip Kita, lecz po trzech latach popadłszy w konflikt z proboszczem w Leśnicy, ustąpił i przyjął probostwo w Rokiczy (1844), skąd 1850 poszedł do Zabrza. Tam pracował wśród najtrudniejszych warunków przez 33 lata i umarł 1883.
  215. w. 233. W latach 1844-47 był kaznodzieją kalwaryjskim ks. Franke, dotychczasowy wikary w Czarnowąsach.
    Ks. Jakub Nicko, ur. 1816 w Dziedzicach, wyśw. 1845, był kaznodzieją kalwaryjskim od 1847—1860, w którym to roku odszedł na probostwo do Walców (Walzen, pow. prudnicki).
  216. w. 235. Po ks. Nicce był jeszcze przez króciutki czas kaznodzieją kalwaryjskim ks. Antoni Cyran, z Bytomia rodem.
  217. w. 238. Księża Alkantaryni — franciszkanie ostrej obserwancji, nazwani tak po wzorze swoim, św. Piotrze z Alkantary w Hiszpanii (zm. 1562). Na prośbę ks. kardynała Diepenbrocka osiedliło się 1852 około 10 Alkantarynów niemieckich na Górze św. Anny, zamiast iść do diecezji Hildesheim, dla której byli właściwie przeznaczeni. Lecz w tym samym roku 1852 opuścili Górę św. Anny i obrali więcej zaciszne miejsce pod Prudnikiem (Neustadt).
  218. w. 239. reformaci — gałęź zakonu franciszkańskiego, która przyjęła pewną reformę z r. 1532. Na prośbę ks. biskupa Henryka Förstera, który w 1857 odwiedził Górę św. Anny, uchwaliła saska prowincja franciszkańska (1858) obsadzić Górę św. Anny swoimi zakonnikami, tymczasem niemieckimi, ażeby się zakon dochował t. zw. utrakwistów, tj. kapłanów obojęzycznych. Pierwszym gwardianem był o. Ambroży Dreimüller, który 1859 objął klasztor. Brak języka polskiego musiał tymczasem wyrównywać kaznodzieja kalwaryjski ks. Jakub Nicko.
  219. w. 242. trzeba polskich — dlatego też hr. Melchior Ferdynand Gaszyna powołał na Górę św. Anny reformatów polskich z prowincji małopolskiej, którzy mimo zazdrości franciszkanów czeskich, a potem nalegań pruskich, trzymali się tam nie tylko do utworzenia osobnej kustodii śląskiej w r. 1805, lecz aż do sekularyzacji 1810, która na Górze św. Anny zastała samych zakonników polskich. Po sekularyzacji, czyli w t. zw. „epoce babilońskiej niewoli“ (1810—1859) podtrzymał nadzieję uzyskania Góry św. Anny przez prowincję małopolską wybitny o. Stefan Brzozowski, który jako uchodźca z Chełmszczyzny znalazł przytułek najprzód w Piekarach 1843 a uruchomiwszy z ks. kanonikiem Fickiem ogromną w rozmiarach, a w skutkach przedziwną akcję szerzenia wstrzemięźliwości na G. Śląsku, zamieszkał w r. 1844 za zgodą kurii wrocławskiej jako komorant na Górze św. Anny. Stąd prowadził przez 8 lat bardzo błogą działalność misjonarską, zakładając w całym szeregu parafij obok towarzystw wstrzemięźliwości, także III zakon franciszkański, zanim jeszcze tercjarstwo było tu oficjalnie znane i dopuszczone. Taka inicjatywa nie znalazła jednak zrozumienia, ani u proboszcza Leśnicy ks. Krebsa, który o. Brzozowskiego już w r. 1847 w brzydki sposób a bezpodstawnie zadenuncjował u władzy duchownej, ani kaznodziei kalwaryjskiego ks. Nicki, który jak reszta kleru nie znając instytucji III zakonu, nie mógł sobie gorliwości o. Brzozowskiego inaczej tłumaczyć, jak skrytymi pobudkami narodowo-politycznymi i tak też doniósł do kurii wrocławskiej. To też ks. kardynał Diepenbrock, który już był korespondował z kurią tarnowską (a nie krakowską!) w sprawie sprowadzenia franciszkanów małopolskich na Górę św. Anny, otrzymawszy nader życzliwą dla o. Brzozowskiego petycję dekanatu oleskiego o ponowne obsadzenie Góry św. Anny franciszkanami, kazał o. Brzozowskiemu opuścić diecezję wrocławską i ofiarował Górę św. Anny niemieckim Alkantarynom (cfr. II, 238), mniemając, że i oni będą apostołami Górnoślązaków, zanim się jeszcze ich językiem do nich odezwą, bo „habit św. Franciszka przemawia wszystkimi językami“. Tak przynajmniej pisał do króla pruskiego. Najgłębszą przyczyną wydalenia tak zasłużonego o. Brzozowskiego i odrzucenia reformatów polskich był widocznie wzgląd narodowy na rząd pruski i obawa, że w razie dopuszczenia podejrzanych z góry o polityczne tendencje zakonników polskich, wskrzeszone będą zarzuty z niedawnego okresu ruchu niemiecko-katolickiego, że mianowicie hierarchia rzymska gnębi naród niemiecki i działa na jego szkodę. Decyzja wrocławskiego kardynała nabiera wyrazistości na tle chronicznego braku w diecezji t. zw. utrakwistów, tj. kapłanów obojęzycznych. Brak księży biegłych w języku polskim był tak dotkliwy, że proboszcz bytomski ks. Szafranek podał 1856 wniosek do kurii, by w pustym znowu po odejściu Alkantarynów klasztorze na Górze św. Anny utworzyła seminarium, lub zakład dla kształcenia kleru dwujęzycznego. Książę-biskup Förster nie zrealizował tego planu wprost, lecz pośrednio. Pozyskał bowiem dla Góry św. Anny reformatów niemieckich z Westfalii (1859), którzy ze swej strony otworzyli na Górze św. Anny zaraz (1860) nowicjat dla kandydatów ze znajomością języka polskiego. Istotnym aniołem zbawienia stał się wtedy dla franciszkanów westfalskich prawdziwie apostolski pierwszy ich nowicjusz polski ks. Józef Kleinwächter, który potem jako o. Atanazy i długoletni gwardian na Górze św. Anny od razu podbił sobie i pozyskał dla zakonu serca ludu i kleru śląskiego.
  220. w. 245. istotna dobrocizna — istotne wcielenie dobroci.
  221. w. 247 smędu aż pachnącego — dymu b. pachnącego, por. obj. do St. K. M. IV 476.
  222. w. 250. czy już zbiera pięty — czy już zbiera nogi, podnosi się do pójścia.
  223. w. 262. Wolnoż-li — charakterystyczne dla Bonczyka wzmocnienie znaczenia zasadniczego słowa; por. obj. I 49.
  224. w. 266. ważny interes — ważna sprawa; o różnych znaczeniach wyrazu: interes w poematach Bonczyka p. obj. St. K. M. I 399 i VI 404.
  225. w. 270. kto zagładza — domyślne język — kto język polski usuwa, pracuje nad jego zagładą, ten zdradza ojczyznę, dla Grelicha śląską.
  226. w. 271. ks. proboszcz Mysłowski — ks. Kleemann; p.obj. II 168.
  227. w. 272. szulinspektorowski ukaz — zarządzenie inspektora szkolnego, użycie obu wyrazów (co do ukazu p. obj. I 318) wskazuje na wzgardę dla zarządzeń, nie tyle ze strony Kleemanna, ile samego Bonczyka.
  228. w. 273. nie w nos — nie po nosie, źle pachnie, nie podoba się.
  229. w. 276. Ni to Niemce ni Polki — Ten wiersz, skierowany pod adresem nierozsądnych rodziców, trzeba zestawić z napiętnowaniem nowoczesnej szkoły pruskiej w St. K. M. VIII 201 słowami: dziwne szkoły — w nich się Polska przerabia na niemieckie woły!
  230. w. 279. od nas wszystko zależy — tymi słowami, które trzeba myślowo powiązać z wierszami 323—324: ja nie dla polityki bronię tu polszczyzny, tylko by dla zbawienia dusz bywał zbiór zyzny! — obarcza ks. Bonczyk odpowiedzialnością kapłanów za brak pietyzmu dla języka ojczystego u rodziców. Jest wprawdzie zasadą katolicką, że wszystkie decyzje co do wychowania i wykształcenia dzieci należą z prawa natury przede wszystkim do rodziców, ale niemniej prawdą jest, że duszpasterstwo obejmuje także rodziców, których sumienie należy formować zgodnie z normami obiektywnymi. Oczywiście żaden kapłan nie zmusi rodziców ani do chrztu dzieci, ani do wychowywania ich w języku ojczystym, który zresztą może być wątpliwy w małżeństwach narodowo mieszanych.
  231. w. 279. Byśmy wszyscy dbali — jeżeli wszyscy będziemy o to dbali.
  232. w. 281. obrazy ojczyzny filarów — Ojczyzna = Śląsk.
  233. w. 282. ustmi — żywym słowem; podkreślił tu Bonczyk znaczenie żywego słowa z kazalnicy, aby uzasadnić umieszczenie wielu księży wśród filarów ojczyzny. O formie: ustmi p. obj. do I 162.
  234. w. 285. Bernard Bogedain, ur. 1810 we Wróblinie pod Głogowem, wychował się u stryja cystersa w klasztorze w Obrze w Wielkopolsce; żyjąc dłuższy czas z Polakami, pracując w zawodzie duchownym w Grodzisku i Bydgoszczy, następnie jako katecheta w seminarium w Paradyżu, wreszcie od r. 1844—1848 jako radca szkolny rejencji w Poznaniu, nabrał szacunku i miłości dla ludu i języka polskiego. W 1848 przeniesiony został do Opola, a równocześnie posłował do sejmu pruskiego. W zakresie szkolnictwa powszechnego na Górnym Śląsku zaznaczył się zaprowadzeniem języka polskiego i dbałością o wykształcenie nauczycieli polskich. Dla ludu polskiego wydawał 1849-50 „Gazetę Wiejską“, oraz wspólnie z J. Nachbarem śpiewnik kościelny pt. Chorał, Berlin 1856. W r. 1858 został biskupem sufraganem wrocławskim, umarł 1860 podczas wizytacji w Pszczynie, gdzie leży na cmentarzu, obok kościółka św. Anny.
  235. Adrian Włodarski — ur. 1807 w Hajdukach, był 1830-32 wikarym w Lublińcu, potem administratorem, proboszczem i od 1835 dziekanem w Pyskowicach. Popierał akcję wstrzemięźliwości i pisał wiersze o tej tendencji. W 1854 został
    kanonikiem wrocławskim, w 1860 biskupem sufraganem. Umarł 1875.
  236. w. 286—7. Melchior Diepenbrock, kardynał i książę biskup wrocławski, ur. 1798 w Bocholt w Westfalii, początkowo był wojskowym, zostawszy księdzem, działał w diecezji ratysbońskiej. Jako biskup wrocławski odznaczał się energią, której nie zawsze używał przychylnie dla księży polskich, np. w stosunku do o. Brzozowskiego lub ks. Szafranka, którego na kilka dni zasuspendował. W Piekarach podczas poświęcenia nowego kościoła odezwał się do pobożnych tłumów, że dałby sobie uciąć palec ręki, gdyby mógł do nich po polsku przemówić. W 1850 został kardynałem. Umarł 1853 w Johannesberg.
  237. w. 288. Herman Gleich — ur. 1815 w Laskowicach pod Wrocławiem, był wikarym w Namysłowie, potem w Opolu, od r. 1842 proboszczem w Tylowicach pod Niemodlinem, ostatnim proboszczem mówiącym kazania po polsku. W 1862 został kanonikiem wrocławskim, w 1875 biskupem sufraganem, um. 1900. Na złoty jego jubileusz 1838 wydał Bonczyk jego życiorys, zakończony wierszem polskim, który ukaże się w 3 tomie Pism poetyckich.
  238. Józef Połomski, — ur. 1812 w Piecach, pow. rybnicki, był najpierw wikarym w Grzędzinie i Brzegu, od 1839 proboszczem w Biestrzykowicach w pow. namysłowskim, w 1845 dziekanem, w 1958 po Bogedainie radcą szkolnym przy rejencji opolskiej, aż do śmierci 1870.
  239. w. 288—292. Antoni Stabik — ur. 1807 w Mikołowie, był wikarym w Pilchowicach 1833, prebendarzem w Mikołowie, proboszczem w Łące pod Pszczyną, a wreszcie od 1848-87 do śmierci proboszczem w Michałkowicach. Wydawał kalendarze polskie, broszury popularne, treści religijnej, pisywał artykuły do gazet i wiersze okolicznościowe, których część wydał pt. Żarty nie żarty w r. 1848. Pod koniec życia zaniewidział, stąd mowa o oku teraz ciemnym.
  240. w. 292—293. Jan Alojzy Ficek — ur. 1790 w W. Dobrzniu pod Opolem, odbył studia teologiczne we Wrocławiu i u ks. ks. Misjonarzy w Krakowie. Początkowo sprawował obowiązki duszpasterza w Czeladzi, potem w Ziemięcicach, a w końcu w Piekarach, gdzie wybudował ze składek dobrowolnych obecny kościół. Był widoczną głową ruchu trzeźwościowego, urządzał misje, wydawał książki religijne, w 1848—50 Tygodnik Katolicki. Jako komisarz biskupi i kanonik honorowy zajmował stanowisko naczelne wśród duchowieństwa górnośląskiego, umocnił je świątobliwością życia, dlatego Bonczyk obdarza go tylu epitetami: brat pomiędzy braty, nasz Alojzy, stróż-anioł Śląska. Um. 1862.
  241. w. 293—294. Józef Szafranek — ur. 1808 w Gościęcinie, był kolejno wikarym w Grzędzinie, administratorem w Raciborzu, a od 1840 proboszczem w Bytomiu. Umarł 1874, następcą jego był Bonczyk. W r. 1848 posłował do pruskiego zgromadzenia narodowego i wsławił się wytrwałą obroną praw języka polskiego, dlatego „w Berlinie niemiły bratanek“. Wydawał kalendarze polskie i niemieckie itp.
  242. w. 295. Józef Lompa, ur. 1797 w Oleśnie, był nauczycielem ludowym w Ciesznie, w Łomnicy, w Lublińcu, a wreszcie od 1851 w Lubszy. Pozbawiony posady osiadł w Woźnikach, gdzie umarł 1863. Pisał bardzo wiele po polsku i niemiecku, wydawał kilka czasopism, a jako działacz oświatowy polski położył wielkie zasługi. Szkoda, że Bonczyk nie uzasadnił bliżej dodanego mu epitetu: poczciwiec.
  243. w. 295. Konstanty Damrot — ur. 1841 w Lublińcu, skończył gimnazjum w Opolu, teologię i filozofię we Wrocławiu, gdzie z Lubeckim założył Towarzystwo Polskich Górnoślązaków. Po kilku miesiącach pracy duszpasterskiej przeszedł do szkolnictwa, był katechetą 1867—1870 w Pilchowicach, potem dyrektorem seminarium w Kościerzynie na Pomorzu, w Opolu i Pruszkowie do r. 1891. Jako emeryt chory na płuca osiadł u Braci Miłosiernych w Pilchowicach, gdzie umarł 1895. Z licznych pism Damrota największe znaczenie mają jego poezje (3 wydania, ostatnie w Mikołowie 1922), Szkice z ziemi i historii Prus Królewskich 1886 (skonfiskowane), Die älteren Ortsnamen Schlesiens, 1896.
  244. w. 295. Emanuel Szulczyk — ur. 1839 w Rybniku, członek Tow. Polskich Górnoślązaków, był katechetą w Pilchowicach, proboszczem od 1886 w Wodzisławiu, od 1892 w Biedrzychowicach, gdzie umarł 1895. Napisał kilka książeczek katechetycznych, bardzo pożytecznych w czasie walki kulturnej.
  245. w. 295. Augustyn Świętek — dr teol., ur. 1828 w Skrzyszowie, skończył gimnazjum w Gliwicach, teologię we Wrocławiu, pracował jako administrator w Kluczborku, a 1872—1894 jako proboszcz w Czarnowąsach. Umarł jako emeryt w r. 1903 we Wrocławiu. Ogłaszał rozprawy historyczne i kazania po niemiecku, przełożył także niektóre kazania Piotra Skargi.
  246. w. 298. Jaś Studziński — ur. 1841 w Bytomiu, był we Wrocławiu jako akademik członkiem Tow. Liter.-Słow. i Tow. Polskich Górnoślązaków, w którym po odejściu Damrotha był prezesem 1866-68 i wydał pierwszy polski śpiewnik akademicki 1868. Jako wikariusz pracował w Miechowicach i Pszowie. Proboszczem był od 1887 w Rydułtowach, a od 1892 w Lubomi, gdzie umarł 1897. Był to dobry znajomy ks. Bonczyka o żywym zainteresowaniu naukowym, ale bez żyłki literackiej.
  247. w. 301. Wolczyk Augustyn — ur. 1835 w Trynku pod Gliwicami, wyśw. 1859, był wikarym w Pszowie u sławnego proboszcza Skwary, z którym razem wydał kronikę parafii pszowskiej w jęz. niemieckim 1861. Od 1871 był kuratem w Byczynie i wydał własnym nakładem 2 broszurki religijne (Znak Krzyża Św., Kluczborek 1871 — i „Krótka nauka o Mszy Św.“, Byczyna 1879). Na pogrzebie ks. Skwary w Pszowie (1886) pilnował, aby według ostatniej woli zmarłego śpiewano tylko po polsku; wywołał wielką wrzawę, nie dopuszczając szkoły ze śpiewem niemieckim. Następcą ks. Skwary w Pszowie był on sam. Należał do kapłanów narodowo uświadomionych i był znany jako chętny, a nieustraszony obrońca ludu, zwłaszcza odkąd był posłem na sejm pruski. Umarł 25 I 1898 i jeszcze po śmierci wywołał wrzawę niezwykłą. Gdy bowiem Katolik w sprawozdaniu pogrzebowym i w związku z serdecznym przemówieniem polskim ks. proboszcza Ringa z Jedłownika zaznaczył, że lud polski nie ma wielu takich księży, jakim był ks. Wolczyk, i że modlić się trzeba, aby przykład jego znalazł jak najwięcej naśladowców zwłaszcza między kapłanami młodszymi, — zarzucił ks. radca Schirmeisen Napieralskiemu w Schlesische Volkszeitung karygodne podburzanie ludu przeciw duszpasterzom i zainicjował wspólnie z ks. radcą Łukaszczykiem z Król. Huty i ks. dziekanem Schmidtem z Katowic zbiorową akcję kleru przeciw Katolikowi, która uzyskała aż 256 podpisów. Wyrównanie złego wrażenia tej nierozważnej akcji nastąpiło pod wpływem ks. kardynała Koppa w marcu roku następnego (1899) solidarną petycją całego duchowieństwa górnośląskiego do pruskiego ministerstwa oświaty i kultu o przywrócenie polskiej nauki religii i nauki czytania i pisania polskiego dla szkół górnośląskich.
  248. w. 302. Józef Dembończyk — ur. 1847 w Kobylicy, członek Tow. Polsk. Górnoślązaków, 1884 wikary w Rozdzieniu, administrator 1887 w Bojszowach, proboszcz 1888 w Brzeźcach, 1900 w Marklowicach, umarł 1911. Był Polakiem uświadomionym.
  249. w. 302. Jan Błana — ur. 1855 w Łonach, członek Tow. Polsk. Górnoślązaków, od 1884 kapelan w Rudach, od 1887 katecheta w gimnazjum w Król. Hucie, potem w seminarium w Pilchowicach, w Koziejszyi, 1898 dyrektor seminarium w Liebenthal, gdzie umarł 1913. Wymienienie go wśród filarów ojczyzny w r. 1875 jest anachronizmem.
  250. w. 303—305. Karol Wątrobka — ur. 1834 w Opolu, był kapelanem w Oleśnie, oraz Rybniku, od 1867 administratorem, a następnie proboszczem w Dębiu pod Opolem, gdzie umarł 1888. Napisał historię swej parafii pt. Dobrodębie w 1879 i kilka broszur, był korespondentem Katolika.
  251. w. 305—306. Jan Nep. Krahl — ur. 1858 w Bytomiu, kolega uniwersytecki Bonczyka, był wikarym w Ujeździe i Raciborzu, aż do śmierci 1910. W gimnazjum raciborskim uczył jęz. polskiego 1872—1875, w r. 1881 wydał książeczkę jubileuszową, przełożoną z niemieckiego.
  252. w. 306—307. Michał Kania — ur. 1805 w Kobiorze, był wikarym w Ujeździe, a potem 1834—1891 do śmierci proboszczem w Poniszowicach. Został też komisarzem biskupim i kanonikiem honorowym, napisał katechizm polski dla diecezji wrocławskiej i cieszył się wielką powagą.
  253. w. 308. Karol Nerlich — ur. 1843 w Raszowie pod Opolem, praocował podczas walki kulturnej w Opolu, w r. 1884 został proboszczem w Popielowie, a od 1895 po śmierci brata swego Leopolda proboszczem w Piekarach, gdzie zmarł 1900. Wydawał Pismo miesięczne na cześć Przen. Sakr. Ołtarza 1883—1887. Nadto napisał kilka broszur religijnych i kronikę Popielowa po niemiecku. Cała działalność pisarska przypada po r. 1875.
  254. w. 308. Antoni Sarnes — ur. 1842 w Zabierzowie, w pow. prudnickim, był kapelanem w Rozkochowie i Mysłowicach, od 1886 proboszczem w Kurnicy pod Prudnikiem. Umarł 1890. Wydawał 1886—1888 w Katowicach Monikę i Anioła-Stróża.
  255. w. 308. Rudolf Lubecki — ur. 1844 w Niemieckiej Wiśle, ukończył gimnazjum w Gliwicach, należał do założycieli Towarzystwa Pol. Górnoślązaków we Wrocławiu, następnie był kapelanem w Biskupicach, Bieńkowicach, od 1871 w Katowicach, od 1884 proboszczem w Woli nad Wisłą, 1887 w Wielkim Kotorzu, umarł na tyfus 1891. Jako pisarz był bardzo ruchliwy, pisywał korespondencje do gazet polskich, redagował dorywczo, podczas walki kulturnej Katolika, wydał sporo broszurek religijnych, w r. 1885—1891 redagował miesięcznik Zdrowaś Maryja.
  256. w. 307—309. są anachronizmem w r. 1875 i w ustach ks. Grelicha, zm. 1876, podobnie jak poprzednio II 301, 302. Widoczne z nich natomiast jest, że powstały w r. 1886, w którym zapewne Bonczyk napisał cały poemat w kształcie ostatecznym. Jak z poprzedniego objaśnienia wynika, Nerlich, Sarnes i Lubecki „pedagogami, którym lud ubogi zawdzięcza pożyteczne gazety kościelne“, stali się w latach 1883, 1885, 1886, czyli dopiero w r. 1886 można było objąć ich wspólnym mianem wychowawców ludu przez czasopisma religijne.
  257. w. 310—311. Franciszek Kirchniawy — ur. 1843 w Witosławicach, ukończył gimnazjum w Raciborzu i Głupczycach, teologię we Wrocławiu, był członkiem Towarzystwa Polskich Górnoślązaków. Wyświęcony 1871 był kapelanem u ks. Widery w Wieszowie i siedział 3 tygodnie w więzieniu za rozszerzanie książek religijnych. W r. 1885 został proboszczem w Ziemięcicach, a 1886 proboszczem w Staniszczach, gdzie zmarł 1911. Bronił praw języka polskiego w nauczaniu i w 1880 wydał świetny katechizm dla dzieci, który miał 31 wydań i rozszedł się w setkach tysięcy egzemplarzy.
  258. w. 311. Karol Wawrzek — ur. 1852 w Gliwicach, członek Tow. Polskich Górnoślązaków, wyświęcony 1876 był kapelanem w Tarnowskich Górach, stąd Tarnowski, jak Kleemann Mysłowski, Cieślik Milkucki itd. Proboszczem został w 1887 w Kochanowicach, 1895 w Dębiu pod Opolem. Umarł jako emeryt 1925. Wsławił się, oddając otwarcie głos na polskich kandydatów przy jawnych wyborach do sejmu pruskiego. W r. 1875 anachronicznie umieszczony wśród ojczyzny filarów.
  259. w. 312. Szymon Korpak — ur. 1848 w Radzionkowie, członek Tow. Polskich Górnoślązaków, wyświęcony 1873, pracował jako ksiądz nierządowy potajemnie w Lipinach i Radzionkowie, potem był kapelanem nadwornym w Reisewitz pod Grotkowem. Do Radzionkowa wrócił 1881, był tam wikarym do 1887, kiedy został proboszczem w Rybnej, Umarł 1909.
  260. w. 312. Paweł Bieniek — ur. 1803 w Kujawach w pow. prudnickim, ukończył seminarium w Głogówku, był nauczycielem pomocniczym w Mochowie, od 1825—1876 nauczycielem w Miechowicach, do 1886 pisarzem gminnym, a do Śmierci w 1888 kościelnym i organistą. Zaliczając go do „ojczyzny filarów“, wynagradzał mu Bonczyk traktowanie w St. K. M., ale awans ten miał tylko uczuciowe uzasadnienie, w towarzystwie Ligonia i Miarki jest istnym Piłatem w Credo.
  261. w. 313—314. Juliusz Ligoń — ur. 1823 w Prądach, ukończył szkołę ludową w Strzebiniu, został kowalem i pracował w hucie w Zawadzkiem. Zwolniony z pracy jako zdecydowany Polak, wrócił do Królewskiej Huty, lecz i tu zwolniony z pracy, wywalczył sobie po długim procesie rentę. Umarł 1389. Jako poeta jest dość nieporadny, ale niezłomny w szerzeniu idei narodowej, charakterystyka jego przez Bonczyka: „kowal-rymotwórca, nigdy nie zwijający przed wrogiem proporca“ jest najudatniejsza ze wszystkich, podanych w tym ustępie.
  262. w. 315—316, Karol Miarka ur. 1824 w Pielgrzymowicach, ukończył seminarium nauczycielskie w Głogówku, był nauczycielem w Lędzinach, Urbanowicach, Piotrowicach, a od 1850 w Pielgrzymowicach. Pod wpływem ks. Bogedaina i Stalmacha nabrał uświadomienia narodowego i napisał szereg powieści ludowych. Od r. 1868 redagował „Zwiastuna Górnośląskiego“, w 1869 porzucił posadę nauczycielską, a nabywszy od Chociszewskiego Katolika, przeniósł go do Król. Huty i uczynił organem ruchu polskiego. Prześladowany więzieniem i grzywnami, sprzedał pod koniec 1880 Katolika ks. Radziejewskiemu przeniósł się do Cieszyna, gdzie umarł na skutek amputacji nogi 1882. Charakterystyka jego w tym miejscu jest powierzchowna i nie oddaje znaczenia Miarki dla Górnego Śląska. Anachronizmy co do niego nie są tak widoczne, jak co do innych postaci, ale w 1875 r., gdy był on jeszcze właścicielem Katolika, nie mógłby Grelich występować tak silnie przeciw pisarzowi Katolika i „redaktorom“, gdyż brakłoby konsekwencji wobec świeżej pochwały Miarki.
  263. w. 317. PisarzKatolika“ — ks. Stanisław Radziejewski, Wielkopolanin, a może dopiero jego następca po r. 1886.
  264. Polskagazeta“ — Gazeta Górnośląska, redagowana przez ks. Franciszka Przyniczyńskiego, również Wielkopolanina. Że ks. Bonczyk ich nie wymienia imiennie, jest faktem znamiennym, który dowodzi niechęci wśród kleru do wnoszenia na Śląsk politycznej myśli polskiej od zewnątrz. Jest tylko kwestia, do jakiego czasu należy odnieść ten fakt. O tym obszerniej we Wstępie, str. XX—XXI.
  265. w. 318. Ks. Karol Krupa — ur. 1839 w Chropaczowie, wyśw. 1863, od 1875 proboszcz w Woźnikach, gdzie umarł 1898.
  266. w. 319. est modus in rebus — istnieje we wszystkim miara, jest granica działania.
  267. w. 321. Nostris diebus — obecnie, w naszym czasie.
  268. w. 322. nam piwa gorzkiego nawarzą — księża nie chcieli się sparzyć na idei wielkopolskiej. Por. także uwagi we Wstępie o chwili powstania poematu.
  269. w. 331. przy porcyjkach — przy zastawach.
  270. w. 337. adorują — odprawiają adorację.
  271. w. 338. wystąpiwszy z kościoła — wyszedłszy z kościoła. Por. obj. I 186.
  272. w. 340. trzy hufce — trzy kompanie pielgrzymie; Bonczyk w Górze Chełmskiej chętnie używa terminologii wojskowej dla określenia czynności procesji; przygotował zaś na to czytelnika w I 205—206.
  273. w. 343. Spinczyk — Franciszek Spinczyk, krawiec z Bytomia, był przewodnikiem (śpiewakiem) pielgrzymek bytomskich na Górę św. Anny, dyrygentem kapeli kościelnej i kościelnym (III 121—131).
  274. w. 343. zatrąbcie intradę — zatrąbcie marsz do rozpoczęcia pochodu.
  275. w. 344. jenerał w komendzie — generał komenderujący. Porównanie przewodnika kompanii z generałem powtarza się kilkakrotnie, skutkiem tego ww. II 343—346 znajdujemy jeszcze II 383—386, V 301—304.
  276. w. 347. Klik, Strzewiczek i wymieniony dopiero V 305 Krotofil, stanowili ze Spinczykiem muzykę, towarzyszącą pielgrzymce bytomskiej na Kalwarię.
  277. w. 351. niechaj się co chce, ze mną dzieje — refren znanej pieśni do św. Anny: Ja sobie wybrałem na obronę babkę Chrystusa Pana.
  278. w. 356. wskażą się — okażą się.
  279. w. 361. Upadek Trzeci — por. obj. I 119.
  280. w. 390. Helena — kaplica św. Heleny, matki cesarza Konstantyna Wielkiego, która odprawiwszy pielgrzymkę do Jerozolimy, znalazła tam Święty Krzyż i wielce Go uczciła.
  281. w. 391. ku wschodom — ku schodom, por. obj. I 465.
  282. w. 392. niedziw — niemal, prawie że; wyrazu: niedziw użyto kilkanaście razy w St. K. M., a w G. Ch. występuje tylko raz jeden w tym miejscu.
  283. w. 393. na wschodach — na schodach, por. obj. I 465.
  284. w. 395. domniewają — domyślają się, p. IV 394.
  285. w. 397. po krótkiej ciężkiej męce w dość ciasnym otworze — namęczywszy się krótko, ale mocno w ciasnym przejściu.
  286. w. 398 i 399. Rajski Dwór — p.obj. I 119.
  287. w. 405—406 rymy: spoczął-zboczył odpowiadają wymowie Bonczyka, p. obj. I 295—296.
  288. w. 413. niejakoś — niejako, jakby.
  289. w. 416. sforność — karność, spójność.
  290. w. 423. święte gradusy — schody o 28 stopniach, zbudowane na wzór schodów, wiodących do pałacu Piłata, po których Pan Jezus 6 razy przeszedł, prowadzony: 1) od Kajfasza do Piłata, 2) od Piłata do Heroda, 3) od Heroda do Piłata, 4) od kolumny biczowania, 5) na Ecce Homo, 6) na śmierć.
    Św. Helena przeniosła św. schody z Jerozolimy do Rzymu, gdzie jako Scala Santa stoją tuż przy bazylice laterańskiej. Po gradusach wstępuje się tylko na klęczkach.
  291. w. 426. przy licznych spowiednicach — konfesjonałach, p. obj. I 126.
  292. w. 427. od Odry przybrzegów — od nadbrzeży Odry.
  293. w. 430. błogą halicką przeszłość — tu zawiodła Bonczyka znajomość historii polskiej, Morskie Oko nie miało nic wspólnego z przeszłością krótkotrwałą państwa halickiego, o której trudno też orzec, jakoby była błogą nawet za czasów św. Salomei, bo na pewno jej wspomnienie nasunęło Bonczykowi tę przydawkę.
  294. w. 431—434. Od grobu św. Kazimierza w Wilnie, od Gniezna, jako stolicy św. Wojciecha, która jest metropolią Wielkopolski, zeszło się potomstwo Słowian, panów połowy świata. W tych wyrażeniach jest sporo przesady i jakieś podźwięki słowianofilstwa, wyniesionego może z Tow. Liter.-Słow. we Wrocławiu. Przesada tkwi w wyliczeniu pielgrzymek z Litwy, Wielkopolski i Podhala, których na Górze św. Anny nie bywało. Powód tej przesady omawiam we Wstępie, str. LXVI—LXVIII.
  295. w. 436. miłość do ojczyzny — ojczyzny tej Bonczyk bliżej nie określa, czy nią miała być Polska, czy Słowiańszczyzna, czy ojczyzna niebieska, która najlepiej zgadza się z następnymi wierszami.
  296. w. 440. śladu odurzenia — śladu nieprzytomności ze zmęczenia.
  297. w. 445. o twym grobie — grobie trzody pobożnej, ludu polskiego.
  298. w. 448. godziny boże — godziny poświęcone nabożeństwu, zależne od Boga, por. St. K. M. II 135: suwał zegar godziny światowe i boże.
  299. w. 453. ku niebie — ku niebu. Celowniki na -ie — od rzeczowników męskich i nijakich dla rymu tworzy Bonczyk kilkakrotnie: ku dworze (St. K. M. II 124), ku wschodzie (St. K. M. V 261), ku zrębie (G. Ch. V 383), ku niebie (Wielki Piątek 34).
  300. w. 3. u kaplicy św. Rafała — p. obj. II 195.
  301. w. 7. Pitas — uczestnik pielgrzymki z Bytomia, nazwany w III 79: sławnym.
  302. w. 9. takusinkie — gwarowe, w literackim języku: takusieńki, lub takuchny.
  303. 303,0 303,1 w. 11 i 12. dźwigło i wyśmigło — formy krótsze czasu przeszłego, do których używania Bonczyk ma wyraźną skłonność, p. St. K. M., str. LVIII.
  304. w. 15—22. W tych „wykładach“ (wywodach) Spinczyka tkwi echo i uzupełnienie myśli ks. Weltzla (l. c., str. 424), o wyborze Góry Chełmskiej na klasztor: „To miejsce było bardzo sposobne do założenia klasztoru, bo kto stoi na górze, ten łatwiej może myśli zwrócić ku niebu i serce podnosić do Boga… Od zgiełku świata oddaleni byli Reformaci bliżsi nieba, a tym, którzy naokoło w dolinach i płaszczyznach mieszkają, widok na św. Górę pociesza serce. Już Psalmista mówi: Podnosiłem serce moje na góry, skąd mnie przyjdzie pomoc, pomoc moja od Pana, który stworzył niebo i ziemię (Psalm 120).“
  305. w. 25—32. Próba wprowadzenia gwary bytomskiej ma prawem kontrastu rozweselić czytelnika po górnych wywodach Spinczyka. Miejsce to w literackim języku brzmiałoby: Pocóż tu na odpusty chodzi, a śmieje się, tu się śmiać nikomu nie godzi. Jam ci się, moiściewy, bynajmniej nie śmiała, To Gębalina! Powiada, iżem coś powiadała (mówiła), alem ja nie mówiła, bo cóżbym mówiła, iżem jej coś mówiła, kiedym nie mówiła, jeno jej przyganiałam, bo ona mówiła, iżby się już chętnie do nieba dostała.
  306. w. 33. ze wszystkich gór niebo tylko wysokie — naprawdę wysokie ze wszystkich gór jest tylko niebo. Podobnie IV 22—23: prowadź równym tokiem z tej doczesnej Twojej Góry do gór Twego Wnuka.
  307. w. 34—78. Cała ta rozmowa Spinczyka z Pitasem i Musialikiem, nie wszędzie dostosowana do ich poziomu umysłowego, oddaje w ten sposób uproszczony myśli samego autora i jego zainteresowanie się astronomią. Aby uzasadnić włożenie w usta Spinczyka ww. 38—42 i 63—64, Bonczyk w II 121 przypisuje mu bardzo pojemną pamięć. Astronomia Spinczyka nawiązuje do astronomii młynarza Pawła ze St. K. M. V 210—318 i Proboszcza VIII 268—297, częściowo podając nowe szczegóły, częściowo powtarzając w skróceniu obszerniejsze wyjaśnienia Starego Kościoła Miechowskiego.
  308. w. 40. tamstąd — stamtąd, por. obj. I 520.
  309. w. 49. Nim my śpimy — gdy my śpimy. Podobnie jak w St. K. M. używa Bonczyk wyrazu: nim przeważnie w znaczeniu: gdy, por. nadto III 79, 338, 390, 482, IV 174, V 117, 503; raz tylko V 294 występuje nim w znaczeniu literackim. Por. obj. do St. K. M. I 296.
  310. w. 54. w czworboku — w czworoboku; dom N. P. Maryi ze złotym stołem i 7 kolumnami odpowiada konstelacji Małej Niedźwiedzicy. W V 239 regularna forma: w czworoboku.
  311. w. 57. Owa zaś gwiazd kupeczka — zapewne konstelacja Kasiopei.
  312. w. 59. dwie a dwie — forma dualisu, używana przez Bonczyka przy rzeczownikach rodzaju męskiego i nijakiego, najczęściej w narzędniku, np. dwiema oknami III 200, oraz w St. K. M.: dwiema palcami I 574, z dwiema rowami I 646.
  313. w. 61. Kosmas, lekarz z Damijanem — bliźnięta za Dioklecjana ścięci za wiarę w Cylicji (303). Wymienia ich się codziennie w kanonie mszalnym.
  314. Gerwazego z Protazym — również bliźnięta, pierwsi męczennicy chrześcijańscy Mediolanu (IT wiek). Wymienia się ich w Litanii do Wszystkich Świętych.
  315. w. 62. Jan z Pawłem — bracia, którzy byli urzędnikami pałacu cesarskiego, a na rozkaz Juliana Apostaty ponieśli śmierć męczeńską za wiarę 362 r. Wymienia się ich codziennie w kanonie mszalnym.
  316. w. 63. za Krzyżem — za konstelacją Krzyża Południowego.
  317. w. 67. na wozie wspaniałym — por. obj. St. K. M. V 289; jest to Konstelacja Wielkiej Niedźwiedzicy.
  318. w. 71. że się gwiazdy czyszczą — zapytanie Musialika, odzwierciedlające ludowe mniemanie o powstawaniu meteorytów, nawiązuje do St. K. M. VIII 168 — 297, gdzie Proboszcz wyjaśnił to zjawisko wszechstronniej.
  319. w. 79. Nim — gdy, p. obj. III 49.
  320. w. 81. gotowe korpusy — gotowe oddziały pielgrzymów; o używaniu przez Bonczyka terminów wojskowych dla opisania gromady pielgrzymów i jej ruchów, p. obj. II 340.
  321. w. 82. na święte Gradusy — p. obj. II 423.
  322. w. 85. zatlił śpiewak latarkę — zaświecił Spinczyk latarkę.
  323. w. 96. na wschodach — p. obj. I 465.
  324. w. 97. obuwia — liczba mnoga zamiast zwykłej przy tym rzeczowniku pojedynczej, aby oddać mnogość uczestników pielgrzymki, podobnie nieco dalej (w. 100): te mnóstwa.
  325. w. 101. u Piłata — przed kapliczką, zwaną Domem lub Zamkiem Piłata, stojącą naprzeciw górnego wylotu Gradusów, czyli Świętych Schodów.
  326. w. 112. przy pieprznej wędlinie — wędlina była nie tyle pieprzna, ile dobrze wymarynowana w saletrze i angielskim zielu, zwanym także pieprzem angielskim.
  327. w. 116. dzisiajsze — dzisiejsze, w tym brzmieniu nadto V 60.
  328. w. 119. ogłoszę — wygłoszę, opowiem.
  329. w. 130. bycie — byt, dzieje.
  330. w. 131. podzimowe — bliskie zimie, jesienne.
  331. w. 132. Po homerowsku ze strzew łaknienie wygnano — wyrażenie to powtarza się jeszcze III 404; Bonczyk określa apetyt pielgrzymów i proste jego zaspokojenie powołaniem się na Homera, aby swemu wzorowi złożyć w ten sposób hołd. Nie spotykamy u Bonczyka wyrazu trzewia, lecz strzewa: St. K. M. VII 314, G. Ch. III 132, 404, IV 84.
  332. w. 133. Przekąskiem — zwykle mówimy: przekąską.
  333. w. 135. Impositio crucis — kaplica, odpowiadająca II stacji Drogi Krzyżowej: Chrystus bierze krzyż na ramiona; Dom Pańskiej Wieczerzy — kaplica zwana zwykle Wieczernikien.
  334. w. 139. z Trzeciego Upadku kaplicą — kaplica, odpowiadająca IX stacji Drogi Krzyżowej.
  335. w. 140—165. Opowiadanie Spinczyka oparte jest przeważnie na zapiskach kroniki klasztornej, które o. Chr. Reisch (l. c. 77—78) tak powtarza: „Za gwardiaństwa o. Franciszka Sachakowskiego ok. 1753 wyszło pewnego dnia wiosennego kilku ojców do lasu otaczającego klasztor i Kalwarię i próbowało odszukać poszczególne kaplice w zaroślach. W niektórych nie znaleźli zupełnie obrazów i figur, w innych niemal zniszczone i spróchniałe tak, że nie można było poznać co mają przedstawiać. Usiłowali więc znaleźć 14 lepiej im znanych stacyj Drogi Krzyżowej, zaczynających się przy Piłacie, aby zobaczyć, ile z nich pozostało. Mimo długiego i gorliwego poszukiwania w gąszczu leśnym nie mogli odszukać IX stacji Trzeciego Upadku Chrystusa. Znużeni bezskuteczną tułaczką, chcieli wracać do klasztoru, gdy spostrzegli brak psa, który z nimi poszedł. Nawołując go, posłyszeli w oddali żałosny skowyt. Przypuszczając, że psa ukąsiła żmija i że z bolu skomli, pobiegli za jego głosem i ze zdziwieniem ujrzeli zwierzę w kaplicy Trzeciego Upadku przed figurą naturalnej wielkości upadającego po raz trzeci Zbawiciela, jak się przed nią schyliło niby klęcząc i już to skomliło, już to lizało twarz lub ręce statuy. Wzruszeni tym widokiem do łez ojcowie, na próżno usiłowali wierne zwierzę odwołać głosem i pieszczotami, a gdy je gwałtem odciągnęli i próbowali na rękach zanieść do domu, zachowywało się ono niespokojnie, wyrywało się i biegło do statuy, przy której znów skomliło. Wreszcie udało się im przemocą zaprowadzić psa do domu, gdzie opowiedzieli wszystko przełożonym. Wieść o tym niezwykłym wydarzeniu rozeszła się między ludem. Przez usunięcie drzew utorowano dostęp i wielu ludzi odwiedzało pobocznie kaplicę, która stała się ulubionym celem pielgrzymów. Podobny wypadek przełożył o. gwardian Kapistran Danielowicz.“ O. Sachakowski był gwardianem od 2 lipca 1752 do 13 czerwca 1754, a o. Danielowicz od 23 czerwca 1754 do 23 czerwca 1755.
  336. w. 142. Przed sto siedmdziesiąt latmi — a więc w r. 1705, licząc od podanego przez Bonczyka czasu akcji poematu, względnie 1716, licząc od napisania poematu. Budowę Kalwarii ukończył Jerzy Adam Gaszyna w r. 1709, ale odpustów na niej nie odprawiano żadnych, p. obj. do II 137. Widocznie w czasach Bonczyka nie pamiętano już przebiegu wydarzeń sprzed półtora wieku i mniemano, że nieznany powód przyczynił się do zaniechania nabożeństw. Tak też przedstawił tę sprawę ks. Weltzel (l. c., 432—433), pisząc o Antonim Gaszynie: „Na większą jeszcze pochwałę zasłużył przez to, że pamiętny na pobożność przodków, kazał odnowić stare kaplice na Górze, które w przeciągu lat pięćdziesięciu na pół były zapadły w ruinę. On nie żałował znacznych kosztów; drzewa, które były na przeszkodzie kazał powycinać i od jednej stacji do drugiej zrobić drogi, kaplice porozwalane na nowo powystawiać, splugawione zaś pomalować i do dawniejszych 33 jeszcze kilka dodać.“ Bonczyk zaznacza charakter legendarny słowami: tak niesie podanie, ale w taki sposób, że można je odnieść albo do daty, albo do faktu.
  337. w. 148. gęsta zrębina — zarośla na wyrębie.
  338. w. 152. przesmyczy się — przesmyknie się, przepełznie; podobnie używa Bonczyk wyrazu: smyczyć lub smykać w znaczeniu wlec, dźwigać w St. K. M. II 286, V 16, VII 265.
  339. w. 154. jak żyd panował nad bezbronnym światem — obok St. K. M. VII 36 i VIII 95—96 (p. obj. do tych miejsc), wyraz niechęci do żydów, tu o tyle charakterystyczny, że użyty w porównaniu za wzorem zapewne Mickiewicza w Panu Tadeszu VIII 670 (Zosia krzyczała… jak dziecko od żydów kłóte igiełkami). Ma ten wiersz także związek z Kalwarią, której zagrażał żyd, dzierżawca kamieniołomu Guradzego, Dawid Zernik (p. obj. III 259).
  340. w. 156. niegdyś — pewnego razu, p. obj. I 410.
  341. 341,0 341,1 w. 158. i 162. zrąb — wyrąb w lesie, pniaki po wyrąbanych drzewach, albo także zarośla na wyrębie; por. St. K. M. IV 235, V 75-78, Pam. Szkol. Miech. 22, Góra Chełmska, V 383.
  342. w. 165. psu niememu — raczej nieumiejącemu mówić, nie mającemu rozumu, pozbawionemu głosu, por. II 170, jak bydlęta nieme. Wiersz sam jest niedokończony, podpórkowy na wzór Wergiliuszowych tibicines; Bonczyk posłużył się nim jeszcze w G. Ch. IV 217, w St. K. M. zaś 5 razy, por. obj. tamże II 53.
  343. w. 166—171. O wtórym cudzie z fiołkami nie znalazłem wzmianki ani u ks. Weltzla, ani u Reischa, ani u Wolfganga Wientzek‘a: Sankt Annaberg, Oberschlesische Geschichten und Erinnerungen, Habelschwerdt 1923, II wyd. b. r. w serii Für stille Stunden Bd. IV: Unser Heiliger Berg, der Annaberg.
  344. w. 170. Dwóch ludzi jak bydlęta nieme popełniło — być może, że zwrot ten nasunęła Bonczykowi lektura H. Rzewuskiego: Pamiątek IMćp, Seweryna Soplicy (XIV Pan Leszczyc: „przywabił synowicę do swego domu i sam siebie dyspensujący, zaczął z nią mieszkać po bydlęcemu“).
  345. w. 180. Gdy w setną rocznicę świętej Kalwarii — w rocznicę uroczystego otwarcia Kalwarii 1764, a więc 1864. Wzniesienie nowej kaplicy Trzeciego Upadku kosztem 4000 talarów nastąpiło częścią z fundacji Wincentego Biasa (p. obj. I 154), częścią z ofiar, którzy przyniosły 2672 talary, a wreszcie z dobrowolnej i bezpłatnej pomocy pątników, którzy kamienie nosili na plecach z kamieniołomu przy Górze Oliwnej. Budowę kaplicy na miejscu nieco wyższym od dawnej zaczęto 1864, a ukończono w 1866.
  346. w. 196—199. Mieszkaniem pustelnika miała być pierwotnie dawna kaplica Trzeciego Upadku, odpowiednio przebudowana, ale ponieważ okazała się zupełną ruiną, zbudowano obecną pustelnię. W niej żył Bias, mając podobno początkowo żółwia za towarzysza. Według opisu Wientzka (Sankt Annaberg, s. 32—37) domek pustelnika stoi wśród lip i obrosły jest bluszczem. Pustelnik znany Wientzkowi, Knosała opowiadał pielgrzymom pobożne powieści o założycielach Kalwarii, przeplatane naiwnymi zmyśleniami; może je odziedziczył po Biasie. Bonczyk słyszał ich sporo od Biasa, tak jak Spinczyk w poemacie.
  347. w. 200. dwiema oknami — o użyciu formy dwiema p. obj. III 59.
  348. w. 201. panowie nowi — ubożejący Gaszynowie wyzbywali się w w. XIX stopniowo swych posiadłości, zwłaszcza że od r. 1808 wolno było w Prusiech znosić majoraty na podstawie ugody między zainteresowanymi w ich dziedziczeniu. W ten sposób sprzedano Olesno i Woźniki, potem dalsze drobniejsze posiadłości, np. Porębę, wreszcie Leopold Gaszyna zamyślał sprzedać Żyrowę, gdy zaś sprzedaż nie doszła do skutku, odstąpił układem z dnia 24 lutego 1848 posiadłość synowi swemu Amandowi, a ten już 20 maja 1848 pozbył się notarialnie aktem sprzedaży Żyrowy na rzecz brata Ferdynanda. Ferdynand Gaszyna, pozostając w długach, starał się o nabywców i dnia 19 listopada 1852 sprzedał majątek żyrowski ambasadorowi pruskiemu w Paryżu Maksymilianowi Franciszkowi hr. Hatzfeld-Schönstein i generałowi Augustowi Ferdynandowi hr. Nostitzowi. W roku 1864 kupili Żyrowę bracia Juliusz, Gustaw i Herman Goedecke, którzy sprzedali ją 1868 Edwardowi Guradze’mu.
  349. w. 202. z hrabiańskiej stolicy — z siedziby swej hrabiowskiej; wyrażenia stolicy użył Bonczyk dla zaznaczenia dawnej potęgi Gaszynów, jest ono przesadne podobnie, jak następny zwrot o dyktowaniu przez Gaszynów rozkazów połowie Śląska. Przymiotnik: hrabiański, zamiast hrabski lub hrabiowski, był zapewne używany w czasach Bonczyka, sam słyszałem od zniemczałej Górnoślązaczki z średnim wykształceniem inną jego formę: hrabarski. Bonczyk znał jednak także literacką jego formę: hrabski, której użył V 133: hrabskich darów.
  350. w. 214. już się swoje zrobiło — już zrobiłem, co miałem do wykonania na świecie.
  351. w. 218. wygorało — wygorzało, wypaliło się; Bonczyk używa czasownika gorzeć częściej w formach z -r-, niż z -rz-, np. gore St. K. M. IV 517, VI 36, 45, VII 202, G. Ch. IV 360, gorał G. Ch. VI 251, natomiast: gorzało St. K. M. VI 37 i gorzały G. Ch. I 508.
  352. w. 224. Po długim rozdzieleniu… złączenie na… wieki — po długim rozdzieleniu się z rodziną, złączenie się z nią na wieki w grobie, wiersz ten odsłania poniekąd tajemnicę br. Aleksego, ostatniego rzekomo Gaszyny. Wyraźniej jeszcze widać to w w. 239.
  353. w. 226. z framugi — z wnęki w ścianie, p. obj. I 113.
  354. w. 229. Tomasz — Tomasz a Kempis: O naśladowaniu Chrystusa.
  355. w. 230. Treny Czarnoleskie — Treny Jana Kochanowskiego.
  356. w. 231. Matka Świętych Polska — tytuł Żywotów Świętych błogosławionych itd. Polaków i Polek, spisanych przez ks. Floriana Jaroszewicza z Zakonu Franciszkanów-Reformatów. Pierwsze wydanie 1767, drugie u Teodora Heneczka w Piekarach 1850.
  357. w. 233. wnętrzna — wewnętrzna; podobnie w St. K. M.: wnętrznych ziemi chodników I 456, wnętrzna część domu III 268, wnętrzne światełko VIII 248, wnętrzny ból i gorączka, Echo z więzienia 3.
  358. w. 234. wyjął coś i podał — owo coś, to stare z świata pamiątki, poezje Gaszyny z czasów młodości, ze świeckiego życia, stanowiące wiersze IV 302—387.
  359. w. 239. na Ga… moim grobie — niedomówione Gaszyny.
  360. w. 246. wielochne kamienne trumny — bardzo wielkie; wielochny i szerokochny V 107, są tworami Bonczyka, zamiast znanego Słownikowi Gwar Polskich: wielachny. Wielochny także w Pam. Szkol. Miech. 166. Może działała tu analogia do rzeczownika: wieloch. W St. K. M. IV 436 jest tak samo utworzony przymiotnik: wysokochny. Trumny Gaszynów były przeważnie metalowe, nie kamienne. W podziemiach kościoła św. Krzyża spoczywali nie tylko Gaszynowie, lecz także i przedstawiciele innych rodów szlacheckich, np. Kalinowskich, Nawów, Lagnasców, Dembińskich itd, wyliczeni częściowo u Reischa (l. c. 160—163).
  361. w. 249. Tam fundator kościoła… klasztoru — fundator kościoła i pierwotnego drewnianego klasztoru, Melchior Ferdynand Gaszyna pogrzebany został pod kaplicą św. Krzyża w kościele dominikańskim w Raciborzu, gdzie był początkowo grobowiec rodzinny, p. obj. II 125. Nie tyle fundatorem klasztoru murowanego, ile hojnym na niego ofiarodawcą był Jan Józef Gaszyna zm. 1738, który również nie spoczywał na Górze św. Anny, lecz w Wiedniu, a tylko jego serce w srebrnej puszce pochowano w drugim grobowcu rodzinnym pod kościółkiem św. Krzyża.
  362. w. 250. Fundator Kalwaryi — właściwym fundatorem był Jerzy Adam Gaszyna (p. obj. II 137), którego tylko serce w srebrnej puszce pogrzebano na Górze św. Anny. Dopiero odnowiciel Kalwarii Antoni Gaszyna (p. obj. II 155) spoczął na Górze Chełmskiej w olbrzymiej trumnie metalowej.
  363. w. 251. Ostatni spoczywają — sprawę ostatnich Gaszynów, a mianowicie odpowiedników w rzeczywistości Protazego Gaszyny i jego żony omówiłem w obj. do II 176. W roku 1875, czy 1886, ostatnim Gaszyną, pochowanym pod kościółkiem św. Krzyża, był Leopold Gaszyna, zm. 1848, dziadek Mikołaja, ostatniego z linii zstępnej, a ojciec Fernanda, najpóźniej (1894) zmarłego z Gaszynów. Na niego czekało miejsce w grobowej pieczarze na Górze Chełmskiej. Dwaj inni ostatni Gaszynowie, a mianowicie brat Amand Leopold i wspomniany bratanek Mikołaj, zostali pochowani w trzecim z kolei grobowcu przy kościele w Makowie.
  364. w. 259. Tej przepaści złowrogiej — kamieniołomy bazaltu istniały już przed r. 1830, ale kaplicom poczęły zagrażać później; pierwszy taki kamieniołom urządził Tomasz Spruch blisko kaplicy Rafała w r. 1849, podczas eksploatacji zagrożono wielkiemu krzyżowi; groźniejszy był jeszcze kamieniołom, otwarty przez nowonabywców Goedecków, w ślad za nimi począł łamać bazalt na swej posiadłości w r. 1867 Gliński, ale największe niebezpieczeństwo zaczęło zagrażać Kalwarii, gdy Guradze wydzierżawił kamieniołom żydowi Dawidowi Zernikowi z Gliwic, który począł bezwzględnie teren eksploatować, odnosząc się do zakonników, jak do pozbawionych prawa osobników (por. III 154). Obrona terenu kalwaryjskiego przed podkopaniem uwikłała Kurię Biskupią w długi spór z Guradzem, który przegrała w r. 1873. Roboty te pouszkadzały drogę kalwaryjską. W 1876 otworzyli nowy kamieniołom Mulkowie, a w rezultacie potworzyły się przepaści i zawalił się mur ogrodu klasztornego, aż wreszcie w r. 1879 począł kamieniołom zagrażać samemu klasztorowi. Kres tym pustoszącym robotom położyło wykupienie kamieniołomu Guradzego przez Kurię Biskupią w r. 1884, dalszych zaś w r. 1889. Największe doły istniały na dziedzińcu kościelnym i koło wielkich schodów wejściowych; dół ten szeroki na 50 m, długi zaś na 110 m, zasypano w r. 1888, poprzednie zaś w 1886. Obraz spustoszenia odnosi się raczej do fazy końcowej, a więc do r. 1886, niż do r. 1875.
  365. w. 260. Ludzie chciwi kamienia — właściciele bazaltowych terenów, sąsiadujących z Kalwarią, którzy podsunęli kamieniołomy swoje niemal pod same mury i pod sam płot klasztornego ogrodu.
  366. w. 262 i 263. rozwióźli — rozwieźli; forma ta jest wynikiem podwójnego procesu przegłoszenia, najpierw na rozwioźli, a potem na rozwióźli. Por. obj. I 44.
  367. w. 268. po naszym powiecie — po powiecie bytomskim.
  368. w. 276. świata panowie — odnosi się to powiedzenie nie tylko do Guradzego, asesora sądowego w Toszku, nowonabywcy Żyrowy i jego dzierżawcy Zernika, ale także do władz pruskich, które zwłaszcza podczas walki kulturnej odnosiły się nieprzychylnie do wszelkich zażaleń Kurii Biskupiej w sprawie kamieniołomów (p. obj. do III 259). Mściło się także zaniedbanie przez poprzednich biskupów wrocławskich sprawy wykupienia terenu kalwaryjskiego i zadowolenie się prawem używalności dróżek kalwaryjskich.
  369. w. 276. To mnie dał Gaszyna — sprawa własności nie była tak prostą, jak ją przedstawiają w tym miejscu pątnicy. Gaszynowie, fundując kościół i klasztor, zapisali je nie reformatom, bo ci własności posiadać nie mogli według swej reguły, lecz papieżowi. Na tym opierając się, skarb pruski po sekularyzacji w r. 1810 zagarnął tę część dóbr kościelnych i po procesach z Leopoldem Gaszyną utrzymał się w r. 1824 ostatecznie przy prawie własności. Kalwaria atoli pozostała własnością Gaszynów. Gdy jednak szło o utrzymanie budynków w stanie używalności, a ofiary ze składek pątników były za małe, odstąpił skarb pruski rozporządzeniem ministerialnym z 4 stycznia 1832 klasztor, kościół i ogród Kurii Biskupiej w takim stanie, w jakim były. Przejęcie nastąpiło 31 marca 1832. Sprawa ta wyłoniła się jeszcze raz w r. 1852, aż wreszcie na podstawie postanowienia gabinetowego z dnia 7 kwietnia 1858 za cenę 1600 talarów przeszła Góra św. Anny na własność księcia biskupa wrocławskiego w marcu 1859. W tym także roku uregulowano sprawę dróg kalwaryjskich, w następnym zaś (1860) rozpoczęto z Nostitzem rokowania o własność kaplic na Kalwarii, w zamian za skreślenie z ksiąg hipotecznych zapisów obciążających Żyrowę. Atoli oprócz właścicieli Żyrowy byli jeszcze inni posiadacze zainteresowani w tej sprawie i dopiero w maju 1863 przeszła Kalwaria na własność księcia-biskupa.
  370. w. 277. niech kupi księżyna — rzeczywiście od r. 1855 ciągną się pertraktacje o wykupno kamieniołomów, najpierw Spruchowskiego, potem i innych, ale Kuria Biskupia przekładała nad zakupno zawodne procesy. Dopiero kilka przegranych procesów i niebezpieczeństwo, grożące samemu klasztorowi, skłoniły bisku pa Roberta Herzoga do wykupienia kamieniołomów należących do Guradzego za 60.000 marek w r. 1884. Inne przedsiębiorstwa mniejsze zakupiono w r. 1889 i 1897. Bonczyk wyprzedza więc niejako bieg wypadków, ale tym samym wskazuje, kiedy poemat powstał.
  371. w. 278. śpiegują — narzeczowe, zamiast szpiegują.
  372. w. 287. tego w świecie nieba — tego niebiańskiego miejsca na ziemi.
  373. w. 291. Żyrowianów — Gaszynów, a nie współczesnych, czy to w 1875, czy 1886 właścicieli Żyrowy, tj. Edwarda Guradzego.
  374. w. 294. zburdany — zbudzony; por. obj. I 532.
  375. w. 299. w kwaterach — w domach noclegowych.
  376. w. 304. Wawrzyniec — dzień św. Wawrzyńca (5 września); o asonansie zamiast rymu: Wawrzyniec-podzimiec, por. obj. II 119—120.
  377. w. 305. Podzimiec — jesień; zestawienie Wawrzyńca i podzimca przejął Bonczyk z przysłowia: Na święty Wawrzyniec pierwszy podzimiec.
  378. w. 318. z świętą konfesyją — słuchając św. spowiedzi.
  379. w. 322. Którymż oni się w modłach zegarkiem kierują — czy powodują się czasem w swoich modłach; dla zrozumienia tej myśli należy sobie przypomnieć II 447—449:
    Już dawno zaszło słońce, lecz na Rajskim Dworze
    Jeszcze modły, śpiewania, bo godziny boże
    Innym słońcom posłuszne.
  380. w. 332—334. Wiersze te zostawił Bonczyk chyba przez przeoczenie, gdyż wobec rozmów franciszkanów i wizji o. Atanazego w pieśni I wydaje się bezpodstawne zarządzenie gwardiana, aby na przyszłość przedstawiano mu przewodników pielgrzymek z większych choćby miast. Również domysły co do ważniejszych powodów w tym związku są bezcelowe; jedynie można przypuszczać, że o. Atanazy chce ukryć przed Dezyderym, który nie brał udziału we wspomnianych rozmowach, swoje przeczucie rychłego wygnania albo chce go spowodować do pochwalenia się, iż może spełnić natychmiast to życzenie, jak to się w następnych wierszach dzieje. Ważne powody, tj. chęć utrwalenia pielgrzymów w pobożności, (por. III 391) istniałyby wtedy, gdyby Gwardian chciał widzieć od razu przewodników. W każdym razie trudno uznać to miejsce, jako połączenie następującego epizodu z akcją, za udatne.
  381. w. 338. szkarbony — skarbony, skrzyneczki; tak samo w St. K. M. II 283: chodziłeś z szkarboną.
  382. w. 339. chowie — chowa; formy chowie używa często Bonczyk np. w St. K. M. VII 408, schowie tamże VIII 220, pochowie tamże IX 8, chowiesz, przekład An. Grüna Nad morzem 11. Regularna forma: chowa Góra Chełmska V 522.
  383. w. 341. nie Van Dyki — nie arcydzieła, jakie malował Van Dyk.
  384. w. 350. tutajszy — tutejszy; podobne twory: dzisiajsze III 116, oraz dzisiajszych V 60.
  385. w. 355. Paterku, od Hulczyna ołomunieckiego — Ojcze (ojczulku), od Hulczyna, który należał do biskupstwa ołomunieckiego.
  386. w. 356. łod Łopolo — od Opola; Bonczyk zaznacza przez ł- nagłosowe przydech, podobnie w w. 363: łod Łolesna.
  387. w. 360. baj — przysłówkowe wyrażenie gwarowe spod Głogówka, powstało z ba i.
  388. w. 361. w ta święto węndrowka — w tę świętą podróż; gwarowa forma biernika l. poj. rodzaju żeńskiego.
  389. w. 363. Joch psysoł łod Łolesna — ja przyszedłem od Olesna.
  390. w. 364. wielkom kompanijem — Bonczyk próbuje odmienną transkrypcją literacką zaznaczyć różnicę wymowy podbytomskiej od wieszowskiej, np. w w. 368.
  391. w. 365. podwiele — dopokąd; p. obj. I 245.
  392. w. 366. jóm — ją.
  393. w. 368. Nos tu bandzie choć piańcset — odmienna, niż w. 364 transkrypcja wymowy nosówki gwarowej.
  394. w. 369. ercpristra — ks. dziekana Widery (cfr. II 139).
  395. w. 371. fararu — fararzu, proboszczu; próbka gwary cieszyńskiej, mniej udana.
  396. w. 372 i 374. próby gwary słowackiej spod Trenczyna, przeważnie frazesy z modlitwy (Czy mnie znasz dziecię moje? Oddaje się Panu. Ano! A ja człowiek śmiertelny; usłysz mnie Panie!)
  397. w. 375. jedzine — jedyne, wyraz staropolski i narzeczowy, użyty przez Bonczyka tylko jeden raz w tym miejscu.
  398. w. 383. mężni — mężowie; przymiotnik zamiast rzeczownika, podobnie jak zakonni (I 232 itd.) zamiast zakonnicy.
  399. w. 390. nim — podczas gdy; p. obj. III 49.
  400. w. 392. Dawid tercyjarz — br. Dawid Kornek: p. obj. I 530.
  401. w. 394: w słuchalnicy — w konfesjonale; p. obj. I 126.
  402. w. 396. refektarza — sali jadalnej w klasztorze.
  403. w. 400. szczerość — szczere chęci.
  404. w. 404—405. Wiersze powtórzone z pewną zmianą z III 132—133; o manierze powtarzań p. obj. I 99, 161-2.
  405. w. 408. urząd — obowiązek swój, zajęcie.
  406. w. 411. poi — spaja, łączy; gdzie indziej forma: poi ma odpowiednik w literackim: upaja, p. obj. II 57.
  407. w. 415. uniżnie — uniżenie; w tej skróconej formie użył Bonczyk tego przysłówka w St. K. M. III 365, VI 416, ale obok tego: uniżenie np. G. Ch. III 464.
  408. w. 420. w tym rzędzie — w tym porządku; por. w. III 430.
  409. w. 421. Dziadek Konstanty — ur. 1837 w Wierzchu (Dt. Müllmen, pow. prudnicki), wyśw. 1863, kapelan a od 1886 proboszcz w Ujeździe, gdzie umarł jako dziekan 1903.
  410. w. 421. Olbrich Juliusz — ur. 1835 w Karlsruh (pow. opolski), wyśw. 1860, był od 1867 proboszczem w Jesionie pod Górą św. Anny, gdzie podczas walki kulturnej zaskarbił sobie wielkie zasługi. Kiedy 1881 wróciło kilku franciszkanów, figurowali urzędowo jako komoranci Jesiony. W 1887 było trzech takich komorantów: Atanazy Kleinwächter, Dezydery Lis i Hilary Scholz. 1888—95 był Olbrich proboszczem w Dębiu pod Opolem. Pochował w 1895 w Pilchowicach przyjaciela swego ks. Konstantego Damrotha, nad którego grobem ślicznie przemówił po niemiecku, odsłaniając przy tym tajemnicę pseudonimu Czesława Lubińskiego. W 1895 poszedł jako proboszcz do Mechnicy (pow. kozielski). Tam pozostał aż do złotego jubileuszu kapłaństwa (1910). Potem żył jako emeryt z tytułem honorowego dziekana i radcy duchownego w Karlsruh, gdzie umarł 1923.
  411. w. 422. Matyszok Józef — ur. 1841 w Kluczborku, jest 1863 chlubnie zapisany w księgach Tow. Polskich Górnoślązaków we Wrocławiu, jako „odnowiciel“ tej wczesnej organizacji akademickiej, nad którą jako właściwa forma unosił się duch Damrotha. Wyśw. 1865, był 1873—1886 proboszczem w Rokiczy pod Górą św. Anny i szachował stąd działalność rządowego księdza, proboszcza w Leśnicy ks. Konstantego Sterby. 1886 przeniósł się na probostwo w Kochłowicach, gdzie umarł 1892.
  412. w. 422. Zedler August — ur. 1843 w Frankenstein, wyśw. 1867, był 1874 kapelanem w Piekarach, 1883 w Katowicach, a 1884 w Dzieckowicach, 1887 figuruje jako administrator lokalii Ruderswald pod Boguminem, skąd się dostał do Kamienia (pow. strzelecki) jako fundatysta. W tym samym roku otrzymał probostwo Przychód (pow. prudnicki), gdzie umarł 1905.
  413. w. 422. Stabik Antoni — p. obj. II 288—92.
  414. w. 424. Schoeneich Teofil — ur. 1833 w Krapkowicach, wyśw. 1861, był kapelanem 1863 w Raciborzu, potem przez parę lat komorantem w miasteczku rodzinnym, 1876 kapelanem w Biskupicach, a 1887 kuratusem w Rudzie, skąd 1888 poszedł jako pierwszy proboszcz do Zaborza. 1870 został dziekanem dekanatu zabrskiego, a 1910 kanonikiem honorowym Wrocławia. Od 1913 żył jako komorant w Warcie, gdzie umarł 1922.
  415. w. 424. Markefka bogucki — Markefka Leopold, ur. 1813 w Tarn. Górach, wyśw. 1839, od 1843 proboszcz w Bogucicach, a od 1868 dziekan (pierwszy) dekanatu mysłowickiego, ufundował w Bogucicach (1857) sierociniec, a 1871—74 szpital Bonifratrów. Um. 1882. — Przydomek bogucki odróżnia go od starszego, lecz mniej wybitnego brata ks. Markefki Ludwika, który 1836—39 był wprawdzie poprzednikiem jego w Bogucicach, lecz poszedł stąd do Mysłowic, gdzie umarł jako proboszcz 1859.
  416. w. 427. Henciński z Siemianowiny — ze Siemianowic. Henciński August, ur. 1843 w Borkach Małych (pow. oleski), wyśw. 1870, był przecz długie lata kapelanem w Siemianowicach, a potem wikarym powiatowym w Leśnicy i administratorem tej parafii, w której wciąż siedział jeszcze „państwowy“ proboszcz ks. Konstanty Sterba, mimo że w r. 1884 zrezygnował był z używania kościoła. Ks. Henciński objął nową parafię w Świętochłowicach, gdzie jako pierwszy jej proboszcz umarł 1910.
  417. w. 428. Ślęzak Jan — ur. 1844 w Strzeleczkach, wyśw. 1870, odznaczył się w czasie walki kulturnej jako wikary ks. Olbricha w Jesionie gorliwością bohaterską. Był też inspiratorem i doradcą w wydawnictwie dzieł religijnych Karola Boehma na Górze św. Anny, przejrzał, poprawił i przedmową poprzedził książkę: Najsłodsze Serce Jezusa (1884). Od 1886 był proboszczem w Brożcach (Broschütz), pow. prudnicki, gdzie umarł 1922 jako radca duchowny.
  418. w. 428. Fiegel Jan — ur. 1852 w Turzu, wyśw. 1875, był kapelanem w Piekarach, potem (1887) administratorem w Zaborzu, od 1888 proboszczem najprzód w Steinscifersdorf, od 1892 w Peterswaldau (pow. Reichenbach na Śląsku Średnim), a od 1905 w Bielicy (pow. niemodliński), gdzie umarł 1910.
  419. w. 428. Sobota Antoni — ur. 1836 w Brzosławicach, wyśw. 1858, był kapelanem w Michałkowicach i Raciborzu, od 1863 proboszczem w Reptach, a od 1883 w Piekarach, gdzie umarł 1885.
  420. w. 429. Michalski Józef — ur. 1834 w Nakle pod Tarnowskimi Górami, był synem ubogiego górnika. Po wczesnej śmierci rodzica, znalazł ojcowskiego opiekuna w ks. kanoniku Ficku w Piekarach. Nauki gimnazjalne odbył w Gliwicach i we Wrocławiu, gdzie też studiował teologię i otrzymał 1863 święcenia kapłańskie. W praktycznym duszpasterstwie był dzielnym wikarym ks. radcy Delocha w Król. Hucie, który go 1872 wysunął na pierwszego proboszcza Lipin. Po 20 latach został dziekanem, lecz krótko potem umarł w Lipinach 23 VI 1893. Ks. Michalski, pełen zapału i temperamentu porywczego, był kapłanem nader gorliwym; ze szczególnym zamiłowaniem propagował nabożeństwo do Najśw. Serca Jezusowego. Krewkość charakteru łagodził dobrocią serdeczną. Lipiny wyrosły pod jego ojcowską, chociaż czasem twardą ręką na parafię wzorową. Z kazań, które były popularne i nieraz drastyczne, lecz zawsze żarliwe, słynął na całą diecezję. Miał polskie kazanie przy pogrzebie ks. Bonczyka. Pamięć ks. Michalskiego wciąż żyje wśród ludu i kleru, czego dowodzą pełne pietyzmu i wdzięczności wspomnienia w gazetach polskich i niemieckich w 40. rocznicę jego śmierci.
  421. w. 431. gdyż — skoro; por. obj. I 64.
  422. w. 436. czas dać raczy — czas pozwoli.
  423. w. 439. miawszy — form imiesłowu czynnego cz. przeszłego od słów niedokonanych używa Bonczyk dość często: np. St. K. M. I 349: bywszy, IV 520: czytawszy, VI 536 i G. Ch. V 176: słyszawszy, G. Ch. V 522: szanowawszy.
  424. w. 442. Gierich Paweł — ur. 1843 w Rybniku, odbył studia gimnazjalne w Nysie, teologiczne we Wrocławiu i Rzymie (Germanicum), gdzie uzyskał doktorat filozofii i teologii, 1869 także święcenia kapłańskie. Na Soborze Watykańskim fungował jako stenograf. Wróciwszy potem 1871 do diecezji był wikarym w Strzelcach, trzymał się tam podczas walki kulturnej bohatersko i wstąpił do franciszkanów 1891. Jako o. Roch, pracował dużo między uchodźcami polskimi w Saksonii i w Westfalii. Um. 1907 w Karłowicach pod Wrocławiem.
  425. w. 442. Christof Teodor — ur. 1839 w zniemczonej wsi Zottwitz pod Brzegiem, wyśw. 1867, nauczył się poprawnie mówić po polsku i był od 1871 lokalistą w Miasteczku pod Tarn. Górami, gdzie pracował wzorowo aż do świątobliwej śmierci 1893. Na wdzięczność całego ludu śląskiego zasłużył sobie bezinteresownym przysposabianiem mnóstwa biednych, lecz zdolnych chłopców do wyższych klas gimnazjalnych.
  426. w. 442. Łukaszczyk Paweł — ur. 1842 w Wachowie, pow. oleski, wyśw. 1867, był długo wikarym, potem (1883) administratorem, a od 1896 proboszczem u św. Barbary w Król. Hucie. Będąc od 1896 radcą duchownym, umarł 1905.
  427. w. 443. Materny — Mattern Robert, ur. 1841 w Oleśnie, wyśw. 1867, był kapelanem w Rybniku i Bytomiu, a od 1886 proboszczem w Szobiszowicach pod Gliwicami. Umarł 1895.
  428. w. 444. Świder Andrzej — ur. 1844 w Piekarach, wyśw. 1873, był kapelanem, a od 1886 proboszczem w Siemianowicach, gdzie umarł 1895.
  429. w. 445. katowiecki — forma użyta dla rymu z: Lubecki zamiast zwykłej narzeczowej: katowski wzgl. czysto literackiej: katowicki.
  430. w. 446. ksiądz dziekan Filipin — Philippi Antoni, ur. 1827 w Zabrzu, wyśw. 1852, był wikarym w Rudach, od 1858 proboszczem w Łące pod Pszczyną, od 1882 dziekanem dekanatu, a od 1904 biskupim komisarzem komisariatu pszczyńskiego. Umarł w Łące 1910, jako radca duchowny i prałat domowy J. Św.
  431. w 447. Szpendlik — Spendel Ignacy, ur. 1842 w Stanowicach, wyśw. 1869, był kapelanem w Król. Hucie, następnie w Lipinach, a od 1886 proboszczem w Biskupicach, gdzie umarł 1897.
  432. w. 449. Tiburcy — o. Tiburcy Kneza, Słowak z pochodzenia, przeor paulinów krakowskich, autor książeczki o ks. Blaszyńskim.
  433. w. 450. Rother Juliusz — ur. 1848 w Krapkowicach, wyśw. 1872, był kapelanem w Rudzie, a potem w Michałkowicach, gdzie po śmierci ks. Stabika (1887) został proboszczem i umarł 1898.
  434. w. 450. Katolicki Kempa — Kempa Antoni, ur. 1837 w Izbicku, wyśw. 1866, miał dla szczególnej pobożności już od studenckich czasów przydomek „katolicki“. Był wikarym w Pruszkowie, od 1876 fundatystą w Wielkim Kamieniu, 1884—86 administratorem w Lasowicach, potem proboszczem w Miasteczku pod Gliwicami, a od 1906 dziekanem gliwickim. Um. 1907. Równocześnie z Kempą „katolickim“ otrzymał 1866 święcenia kapłańskie pochodzący z Roźmierki Kempa Emanuel, który jako kapelan raciborski pomagał 1874—78 w redakcji centrowej „Ratibor-Leobschützer Zeitung“, a od 1886 był proboszczem w Wojnowicach.
  435. w. 451. Rostek Józef — ur. 1829 w Sudole, wyśw. 1860, był kapelanem w Sławikowie, od 1868 proboszczem najpierw w Rogowach, od 1872 w Zakrzowie, a od 1887 w Zawadzie Raciborskiej, gdzie umarł 1894.
  436. w. 451. Sklarzyk Jan — ur. 1832 w Oleśnie, wyśw. 1855, był kapelanem w Jesionie, Biskupicach i Piekarach, od 1873 proboszczem naprzód w Gorzycach, a od 1888 w Lubomi, gdzie umarł 1892.
  437. w. 451. Ohl Hugon — ur. 1846 w Boronowie, wyśw. 1871, wikary, a od 1886 proboszcz w Pszczynie, słynął z erudycji, wymowy i dowcipu. Umarł 1905, jako radca duchowny.
  438. w. 451. Wańdzioch Ludwik — ur. 1838 w Karlsgrund, wyśw. 1865, był kapelanem w Szczedrzyku, a od 1869 w Michałkowicach, administrował od 1880 Brzeźce pod Pszczyną, gdzie został 1886 proboszczem, lecz niebawem poszedł do Starych Tarnowic. Ale i tam nie został, gdyż w r. 1895 objął probostwo w Mikulczycach. Przy tym stawiano mu czynny opór na tle przesadnego przywiązania do dotychczasowego proboszcza ks. Burka. Doszło nawet do krwawych zajść, które skończyły się sensacyjnym procesem i dotkliwymi karami. W r. 1903 opuścił Wańdzioch Mikulczyce i osiadł jako komorant w Lasach (Hüttendorf) w parafii Krasiejów (pow. opolski), gdzie umarł 1905.
  439. w. 451. Sobel Józef — ur. 1836 w Gliwicach, wyśw. 1861, był kapelanem w Rozmierzu, Falkowicach (1869), Ruptawie (1871), a potem do 1886 w Miechowicach, skąd poszedł na probostwo do Paczyny. Zrezygnowawszy z probostwa 1909 osiadł w Rybniku, gdzie umarł 1913, mając tytuł dziekana honorowego. Wspomina o nim Bonczyk jeszcze V 400.
  440. w. 452. Morawiec Walenty — ur. 1835 w Strzelcach, wyśw. 1861, był kapelanem w Michałkowicach. Wziąwszy udział w wojnie 1866, stał się proboszczem cywilnym i wojskowym w Kołobrzegu, a wziąwszy udział także w wojnie 1870—71, poszedł na probostwo do Olesna, gdzie umarł 1890.
  441. w. 452. Zwierzyna Antoni — ur. 1845 w Raciborzu, wyśw. 1869, był kapelanem w Ostrogu i Rybniku, od 1886 proboszczem najpierw w Pyskowicach, od 1890 w Łonach; od 1906 był dziekanem dekanatu łońskiego, od 1910 biskupim komisarzem komisariatu raciborskiego. Umarł 1915.
  442. w. 460. Stehr Ryszard — ur. 1840 w Głogówku, brał udział w wojnie 1866, wyśw. 1868, był kapelanem w Chorzowie, od 1886 proboszczem w Mokrem, a od 1904 dziekanem dekanatu mikołowskiego. Umarł 1912.
  443. w. 461. Ganczarski Wiktor — ur. 1849 w Wodzisławiu, wyśw. 1873, był wikarym w Biskupicach, od 1886 proboszczem w Wysoce (pow. oleski), potem od 1898 w Dobrodzieniu, od 1904 dziekanem dekanatu lublinieckiego. Umarł 1912.
  444. w. 461. Hertel Jan — ur. 1843 w Oraczu pod Toszkiem, wyśw. 1868, był kapelanem w Łączniku, Król. Hucie (1871), Biskupicach (1876) i Rudzie (1984), a potem ojcem duchownym w szpitalu św. Wojciecha w Opolu, gdzie umarł 1908.
  445. w. 461. Korus Emil — ur. 1838 w Nysie, wyśw. 1862, był kapelanem w Król. Hucie, od 1871 kuratusem, a od 1887 pierwszym proboszczem w Zgodzie. Od 1901 był dziekanem dekanatu bytomskiego. Umarł 1910.
  446. w. 462. Hofrichter Fryderyk — ur. 1830 w Wielkich Hoszycach pod Opawą, wyśw. 1856, był kapelanem w Biskupicach, a od 1866 kuratusem z tytułem proboszcza w Goduli. Od 1890 był dziekanem dekanatu bytomskiego. Umarł 1901.
  447. w. 462. Hruby Jan — ur. 1829 w Hulczynie, wyśw. 1853, pracował jako wikary w Rybniku, Mikulczycach i Michałkowicach, był 1858 proboszczem Bielszowic, a od 1871 dziekanem dekanatu bytomskiego. Słynął jako znakomity prawnik. Umarł 1890.
  448. w. 466. z Upadku Trzeciego — z kaplicy Trzeciego Upadku; uwzględnienie to jest zrozumiałe, jeśli przyjmiemy za pierwowzór br. Aleksego pustelnika Biasa, który tak hojnie przyczynił się do zbudowania nowej kaplicy. P. obj. III 180.
  449. w. 3. Krzyża Pańskiego szczytne Podwyższenie — dzień 14 września.
  450. w. 6. wszechmocno wspaniale — przysłówek podwójny, wskazuje m. in. na skłonność Bonczyka w czasie pisania Góry Chełmskiej do tworzenia słów złożonych.
  451. w. 8. duch zuchwalczy — duch zuchwalstwa; przymiotnik: zuchwalczy utworzono od rzeczownika: zuchwalec.
  452. w. 15. Wszak go świat zowie — wszak ludzie, tworzący opinię świata, zowią lud, wymieniony w w. 10, gnuśnym.
  453. w. 17. gdy w ziemi struł młodzieńcze siły — gdy uprawiając ziemię, strawił, wyczerpał siłę młodości. Podobnie Trzy Cnoty 2: Duch swój pokój często struje, natomiast w G. Ch. IV 86: trawiąc pokarm duchowy, chleb cielesny jedzą.
  454. w. 23. do gór Twego Wnuka — do nieba, por. powiedzenie Pitasa III 33: Mnie ze wszystkich gór niebo wysokie.
  455. w. 28. w tych „wspomnieniach“ — cały poemat w tytule określony jest, jako wspomnienia z r. 1875.
  456. w. 29. Brama rajska — brama prowadząca na Rajski Dwór tj. plac przed kościołem, p. obj. I 119.
  457. w. 37. sypania — sąsieki, spichrze; wyrazu tego użył Bonczyk dwukrotnie w St. K. M. II 332 i III 389.
  458. w. 44. z Przenajświętszymi Boga Postaciami — z komunikantami.
  459. w. 45. wdłuż — wzdłuż; forma ta występuje w St. K. M. I 323 i VI 251.
  460. w. 56. nagórne obszary — przestrzenie leżące na górze. Przymiotnik: nagórny jako oznaczający rzecz, albo osobę, mającą związek z Górą św. Anny, występuje w II 211 w odniesieniu do kaznodziei, a IV 66 i 67 do śpiewaka, przewodnika kalwaryjskiego.
  461. w. 59. miejsca zebrań wzajemnych — wspólnych, punkty zborne.
  462. w. 63. ile krzyżów, tyle melodyj — każda bowiem kompania ma swój krzyż i śpiewa w pochodzie odmienne pieśni nabożne.
  463. w. 66. śpiewak nagórny — śpiewak, a raczej przewodnik, przepowiadający kompaniom słowa i melodie do ogólnego odśpiewania.
  464. w. 70. jak morze księżycem burzone — może być, że to porównanie ludu z morzem burzonym przez księżyc zawdzięcza Bonczyk Ujejskiemu (Ojcze nasz w Skargach Jeremiego: Niech światło twej łaski lud wzniesie zdeptany, Jak księżyc, co morze podnosi.)
  465. w. 79. Bogucki — proboszcz Bogucic, ks. Markefka, p. obj. II 424.
  466. w. 81. paszy odpustnej — pokarmu dla duszy uzyskanego w odpuście.
  467. w. 82. paszy ustnej — pokarmu dla ust.
  468. w. 83. duszątko — duszyczka, dusza; wyrazy zdrobniałe utworzone za pomocą przyrostka: -ątko od rzeczowników męskich i żeńskich są własnością Bonczyka, są to: trusiątko St. K. M. IV 236, łaszątko — St. K. M. VI 6; i G. Ch. VI 177, oraz duszątko St. K. M. VII 315 i tutaj.
  469. w. 84. strzewa — wnętrzności, żołądek; por. obj. III 132.
  470. w. 85. w niwie zamku Piłata — na łące wokół Domu Piłata.
  471. w. 86. Trawiąc pokarm duchowny, chleb cielesny jedzą — antyteza przygotowana poprzednio w w. 80—82.
  472. w. 87. Impositio crucis — kaplica jako II stacja drogi kalwaryjskiej (por. obj. III 135), była miejscem posiłku dla kaznodziejów.
  473. w. 89—90. Przysłowie łacińskie, oznaczające: Jeśli żołądek za wiele otrzymuje pokarmu, nie oddaje się chętnie nauce, ma uzasadniać skromny posiłek duchowieństwa (dawa po kolei małowiele).
  474. w. 92. wytrzeszczać — (domyślnie oczy), patrzeć łakomie.
  475. w. 96. brzmiał godziny dwiema — wybił godzinę drugą, o formie narzędnika l. mn. godziny, por. obj. I 292—293: z tajemnicy wyższymi.
  476. w. 97. śpiewak nagórny — por. obj. IV 56 i 66.
  477. w. 105. w brzozowiny cieniu — w cieniu lasku brzozowego; wyraz: brzozowina nieznany słownikom jęz. polskiego.
  478. w. 97. śpiewak nagórny — por. obj. IV 56 i 66.
  479. w. 137. Michalski — por. obj. III 429; słynął z energii słowa i czynu. Jako pierwszy proboszcz nowej osady przemysłowej: Lipiny, miał ks. Michalski wszelką zbieraninę społeczną, w której nie brakowało i szumowin. Jego oryginalna metoda duszpasterska, nacechowana nie tylko powagą patriarchalną i dobrocią, ale także energią ojcowską, była zwłaszcza z początku bardzo skuteczna, by przyzwyczaić zgromadzonych z różnych stron parafian do jarzma dyscypliny chrześcijańskiej.
  480. w. 137—138. na chachary, na kocendry, prezmuty — te wyzwiska przejęte przez ks. Michalskiego ze słownika robotników przemysłowych, wprowadza Bonczyk do literatury. Chachar, zapewne przejęty z języka czeskiego, oznacza włóczęgę, powsinogę, człowieka niskiego pochodzenia, kocender wyraz pochodzenia angielskiego, przejęty za pośrednictwem niemieckiego: Kokszinder, oznacza odpadki przy koksowaniu, w przenośni zaś wyrzutka społeczeństwa. Oba te wyrazy stały się bardzo popularne na Śląsku i niemal charakterystyczne dla gwary śląskiej na równi z pieronem; trzeci wyraz: prezmut zniknął i bodaj w G. Ch. został po nim jedyny ślad; pochodzi prawdopodobnie z niemieckiego: Pressmut, którego w słownikach niemieckich nie znalazłem, a oznaczał zabijakę i awanturnika. Takich wyrażeń musiało być sporo w kazaniach ks. Michalskiego, skoro Bonczyk w w. 139 mówi o „gradzie słów“, a w 144 o jeżdżeniu po ludziach.
  481. w. 147. w nieszporniku — w kapie; por. obj. St. K. M. VI rot.
  482. w. 154. jęczą — jąkają, wymawiają z jękiem i trudem; podobnie w St. K. M. VI 642: ludzie pieśń z nimi jęczą, VI 670: lud milczy, płacze, cicho jęka; w G. Ch. I 449: (każdy) z głębi serca: adoro Te, jęka, IV 16: (lud) w mnóstwie prześladowań jąka; IV 239: słyszeć częste jękania; IV 244: tu głos długi jęka: Tibi soli peccavi; V 552: w pierś się bijąc jęczy; VI 277: de profundis clamavi za zmarłego jęka.
  483. w. 158. bezdrożności — nieprawdopodobne bajki.
  484. w. 159. Podwiel — dopóki; por. obj. I 245.
  485. w. 162. Herostratos — zniszczył w r. 356 przez Chr. świątynię Artemidy w Efezie po to tylko, by sobie zjednać sławę.
  486. w. 167. najświętsze Imiona — imiona: Boga, Pana Jezusa, Najśw. Panny Maryi.
  487. w. 172. „Bądź pochwalon na wieki“ — właściwie: „niechaj będzie pochwalony“.
  488. w. 174. nim — podczas gdy; por. obj. III 49.
  489. w. 178. w pobliskie kwatery — do pobliskich miejsc noclegowych; por. obj. III 299.
  490. w. 189. coena — raczej cena, główny posiłek dzienny.
  491. w. 190. jest cytatem z ks. V Mojżesza (Deuteronomium) 25, 4: Nie zawiążesz gęby wołowi trącemu na pobojowisku zboże twoje, według listów św. Pawła I Do Koryntian 9, 9 i I Do Tymoteusza 5, 18: Nie zawiążesz gęby wołowi młócącemu.
  492. w. 192. dości — dość; por. obj. II 54.
  493. w. 195. przystojności — przyzwoitości, dobrego zachowania się.
  494. w. 198. Coć dobra święta Anna — Coś ci dobra św. Anna, wzgl. Widzicie, jaka dobra św. Anna.
  495. w. 201. Kulturkampf — wyraz, wzięty z odezwy przedwyborczej berlińskiego profesora medycyny Rudolfa Virchow’a z r. 1873, a potem używany na oznaczenie wszelkiej walki wytoczonej przez połączony z liberałami rząd pruski z Bismarckiem na czele, przeciwko Kościołowi katolickiemu (1872—1886). Chodziło przede wszystkim o prawo obsadzania parafij i stolic biskupich i o prawo nauczania religii, przy czym dużą rolę odgrywały germanizacyjne tendencje pruskie. Arcybiskup poznański Ledóchowski dostał się do więzienia, a wrocławski książę-biskup Förster uszedł podobnego losu tylko przez przeniesienie się do austriackiej części diecezji (1875).
  496. w. 205. Czy tam zaś co nowego? — czy tam znów coś nowego. Zaś w znaczeniu znowu użył Bonczyk także w St. K. M. II 355 i III 310, oraz w G. Ch. I 504: zaś odeszli, zaś przyszli.
  497. w. 208. Szkolne siostry — Arme Schwestern de Notre Dame, które miały swój śląski dom macierzysty we Wrocławiu, przy sierocińcu ad Matrem Dolorosam. Ich zakłady zamknięto w r. 1874.
  498. w. 208. Szkolne siostry — Arme Schwestern de Notre Dame, które miały swój śląski dom macierzysty we Wrocławiu, przy sierocińcu ad Matrem Dolorosam. Ich zakłady zamknięto w r. 1874.
  499. w. 209. Jezuici w Rudzie — Ruda należała pierwotnie do parafii Biskupice. 1869 wybudował hr. Ballestrem kościół w Rudzie, przy którym duszpasterstwo aż do r. 1874 sprawowali oo. jezuici.
  500. w. 212. p. obj. do IV 201.
  501. w. 217. Jest wierszem podpórkowym na wzór Wergiliuszowych tibicines w Eneidzie; por. obj. III 165.
  502. w. 220—221. wielebni — pewni — jest asonansem zamiast rymu; por. obj. II 119—120.
  503. w. 222. w tym jak dzisiaj rzędzie — w tym jak dzisiaj porządku; por. obj. III 420.
  504. w. 225. pobłogosławienie — błogosławieństwo na drogę.
  505. w. 227. Tak się smutek i radość w życie człeka dzieli — tak się smutek i radość rozdziela, miesza w życiu ludzkim.
  506. w. 232. staruszek Dronia — Dronia Amand, ur. r. 1806 w Lenartowicach (pow. gliwickiego), wyśw. 1832, był 1851 proboszczem w Sławięcicach, gdzie umarł 1886, jako dziekan dekanatu ujezdzkiego i radca duchowny.
  507. w. 235. Reformaci — franciszkanie, bo tej nazwy używali współcześni akcji poematu zakonnicy niemieccy. Użycie terminu, przysługującego dawnym mieszkańcom klasztoru, ma uzasadnienie w wieku ks. Droni, który jako dziecko słyszał o reformatach, a potem znał o. Brzozowskiego.
  508. w. 244. Miserere… secundum — domyślne: magnam misericordiam tuam — Zmiłuj się (nade mną, Boże,) według (wielkiego miłosierdzia Twego). Psalm L, 1.
  509. w. 245. Tibi soli peccavi — Tobiem samemu zgrzeszył (i uczyniłem złość przed Tobą). Psalm L, 6.
  510. w. 246. Cor mundum in me crea — Serce czyste stwórz we mnie. Psalm L, 12.
  511. w. 254. ręką perswaduje — gestykuluje rękami celem wyjaśnienia.
  512. w. 260. na kłębo — w kłębek, w kłąb; wyrazu tego narzeczowego użył Bonczyk jeszcze raz V 559.
  513. w. 266. znaje — zna się, forma narzeczowa użyta w opowiadaniu dla podkreślenia ludowego lecznictwa Spinczyka.
  514. w. 273. rzęsnym potem — rzęsistym potem; przymiotnika: rzęsny = rzęsisty, znanego w tym znaczeniu u Goszczyńskiego, użył Bonczyk jeszcze V 449.
  515. w. 276. Ja toć Franku! Mam w domu galociska nowe — znowu wiersz w narzeczu — A jakże, to ci (wiadomo) — Franku! Mam w domu spodnie nowe; w doma — przyimek zbyteczny,galociska — galoty.
  516. w. 291. papiór — papier; Bonczyk używa formy: papiór, obok: papier bez różnicy; w St. K. M. (p. obj. tamże III 35), w Pam. Szkol. Miech. 166 jest tylko papier, a w G. Ch. w tym miejscu i IV 299 papiór i papióry.
  517. w. 299. papióry — zob. obj. poprzednie.
  518. w. 302—387. stanowią według treści pieśni IV: Pamiętniki Aleksego, a raczej są jego poezjami (dumkami), napisanymi w młodości. Wzór wprowadzenia pieśni lirycznych do poematu epicznego mógł Bonczyk znaleźć w literaturze polskiej w Konradzie Wallenrodzie Mickiewicza, w Żmiji Słowackiego, w Zamku Kaniowskim Goszczyńskiego itp. a najpewniej w Marii Malczewskiego ww. 681—712, 733—779, 1312—1329. Forma wszakże dumek Bonczyka zbliża go do wstawki lirycznej w Zamku Kaniowskim cz. III ust. 4 (Wypłyń, wypłyń, zza obłoku), a jeszcze więcej przypomina niektóre dumki Zaleskiego i lirykę Pola, o czym była już mowa we Wstępie.
  519. w. 302. Orlik — bohater tego ustępu, a więc Damian Gaszyna. Nazwa ta może oznaczać młodego orła, równoznacznik młodego junaka, ale Bonczyk użył jej także (por. IV 390) jako imienia własnego. W takim razie nasuwa się analogia z Orliką bohaterką Zamku Kaniowskiego, oraz prawdopodobieństwo, że Bonczyk czytał gdzieś o Filipie Orliku (zm. 1728). następcy Mazepy, hetmanie kozackim, stojącym po stronie Turcji. Domysł ten popierają wiersze IV 310—313 i VI 252—256. O rodzie baronów śląskich Orlików czytał Bonczyk w Heneliusa Silesiographia VIII 522—523. Niektórzy Orlikowie osiedlili się w Polsce i przez dwa pokolenia dzierżawili ruskie żupy solne. Filip Orlik pisał wiersze polskie.
  520. w. 308. kurenni — kozacy należący do jednego kurenia (obozu).
  521. w. 309. zaczatują — zaczają się, rozstawią czaty; nowotwór Bonczyka.
  522. w. 313. zwietrzaj — przelatuj jak wiatr; zwykłe znaczenie: węszyć, w tym miejscu nieodpowiednie.
  523. w. 323. błogocześnie — szczęśliwie na czas; o złożonych przymiotnikach w G. Ch., p. obj. I 305.
  524. w. 333. Już pałacyk, już zazula — szerzej ten szczegół rozprowadzony w opowiadaniu przedśmiertnym br. Aleksego (VI 93—98).
  525. w. 339. szczele — szczelinę, nowotwór Bonczyka dla rymu.
  526. w. 343—344. W tych wierszach krótko zaznaczona treść VI 234—249.
  527. w. 354—356. Odpowiednikiem tych 2 zwrotek są w opowiadaniu br. Aleksego ww. VI 155—268 i 286—293.
  528. w. 360. gore — pali się; por. obj. III 218.
  529. w. 363. kaptur i przyłbica — kaptur mnisi Anny i przyłbica rycerska Damiana.
  530. w. 368—369. W twym parkanie i kurhanie — za twoim ogrodzeniem w mogile. Kurhan zamiast grobowiec w podziemiach kościółka św. Krzyża pojawia się ze względu na obraną formę dumki.
  531. w. 372. W Ukrainie — na Ukrainie.
  532. w. 373—375. stanowią przeciwstawienie do 370—372; myśl tej zwrotki jest taka: że choć starzy Gaszynowie rozszerzają swoją siedzibę, żeby młodzi nie odbiegli od nich na Ukrainę, to przecież rodzina będzie miała z pięknej pary tylko proch i śmieci.
  533. w. 376. twego szczepu — twej rodziny.
  534. w. 378. rozmiły — bardzo miły, często także roztomiły.
  535. w. 384—387. Ta zwrotka nawiązuje do zakończenia Marii Malczewskiego:
    I cicho — gdzie trzy mogił w posępnej drużynie;
    I pusto — smutno — tęskno w bujnej Ukrainie.
  536. w. 387. w Żyrowinie — w Żyrowie, nazwa zmieniona dla rymu, podobnie, jak Siemianowice w III 427 na: Siemianowinę.
  537. w. 388. Śpiewak — Spinczyk.
  538. w. 390—394. W wierszach tych występuje ironia Bonczyka; przecież jego br. Aleksy powstał z wzoru pospolitego, z Wincentego Biasa ze Szczepanowic, który również nie strzelał, jak ów w niebo i był tylko poczciwym pustelnikiem.
  539. w. 393. prochem i perlikiem — rozsadzał w kopalni prochem kruszec i odbijał go od skały perlikiem, tj. młotkiem górniczym.
  540. w. 396—397. Rym: będzie — obejdzie — oddaje wymowę gwarową Bonczyka; por. obj. I 295—296.
  541. w. 398—399. są powtórzeniem III 236—237.
  542. w. 401. Kiedy środa podobno już na świat spoziera — Bonczyk, presuwając akcję odpustu na Podwyższenie Krzyża z r. 1874 na 1875 (p. obj. I 539 i II 5), pomylił prawdopodobnie rachubę dni tygodnia i przeskoczył 1 dzień. W r. 1875 dzień Podwyższenia Krzyża św. przypadał na wtorek. O czasie tworzenia akcji szerzej we Wstępie.
  543. w. 9. cóżeś dziwne — jakżeż, cóż ty za dziwne jesteś.
  544. w. 12. odurzenie — brak przytomności, uwagi.
  545. w. 26. nie zecnie — nie będzie tęskno, nudno.
  546. w. 32. mustruje — przegląda, ogląda badawczo.
  547. w. 38. kokotki — piejące piszczałki blaszane, lub gliniane w formie koguta.
  548. w. 40. kanclaryi — kancelarii, wyraz skrócony dla rytmu.
  549. w. 41. kompanije polskie — w tym miejscu przede wszystkim kompanie z Kongresówki (Polski w ściślejszym znaczeniu).
  550. w. 42. urzędy wrocławskie, opolskie — rejencja w Opolu i zarząd prowincjonalny we Wrocławiu.
  551. w. 44. nasze obowiązki — nasze powinności, jako urzędników.
  552. w. 52. upewnić — zapewnić.
  553. w. 60. dzisiajszych — dzisiejszych, por. obj. III 116 i obj. III 350.
  554. w. 67. tłum ludu się dzieli — rozdziela się, rozstępuje; por. obj. IV 227.
  555. w. 70. w domie — w domu, a ściśle w samym klasztorze.
  556. w. 71. gorzkość — gorycze; Bonczyk odróżnia znaczenie wyrazów: gorycz i gorzkość najwyraźniej w St. K. M. VI 566. Gorzkość = liter. gorycz; gorycz — upał, gorąco; por. G. Ch. V 22, 361, VI 50, St. K. M. III 163, V 454.
  557. w. 78. w głęb — w głąb; por. obj. I 423.
  558. w. 92. spolnie — wspólnie, pospołu. Obok formy: spolnie mamy także i literackie: wspólny, np. wspólną V 330.
  559. w. 96. opustę — zaporę; w St. K. M. I 32 i 42 słowo to znaczy rów odpływowy, jaz.
  560. w. 101. wzajemnego — wspólnego, ogólnego; por. obj. II 29.
  561. w. 103. O muzo Adama — o muzo (sztuko poetycka) Mickiewicza.
  562. w. 107. szerokochna — bardzo szeroka; por. wielochne (obj. III 246).
  563. w. 111. Sinai — Synaj, trzygłoskowo ze wzgl. na rytmikę.
  564. Baruch 3, 24.
  565. w. 117. Nim — gdy; por. obj. III 49.
  566. w. 119. krzyżmi — krzyżami. Formy te narzędnika występują obocznie (p. V 100), zależnie od potrzeby rytmu.
  567. w. 119. Domek Marii — kaplica Zaśnięcia Matki Boskiej.
  568. w. 122. z doczesnością — z życiem doczesnym, z tym światem; p. obj. I 45.
  569. w. 125. Perełkę — Matkę Boską.
  570. w. 129. nurtują — nurkują, przerzynają tłum, jakby płynąc.
  571. w. 138. lektyki — krzesła na drążkach, p. poprz. wiersze (131—133).
  572. w. 145. wijatyk — zaopatrzenie na drogę wieczności, komunia.
  573. w. 147. śniadym — ciemnym, smagłym, por. St. K. M. II 231, oraz IV 28; chleb śniady, śniady kołacz.
  574. w. 164. Laetatus sum — uradowałem się.
  575. w. 167. ku stoliku — zwykła u Bonczyka w połączeniu z przyimkiem forma celownika na: -u-; p. Wstęp do St. K. M. LIV.
  576. w. 172. ku Jukundemu — odmiana imienia Jukundus w tym miejscu i w w w. 189, 250, 253 i 504 przymiotnikowa, poprzednio (w. 172) i nast. w. 282 rzeczownikowa.
  577. w. 181. powoli się pamiętam — opamiętuję się, przytomnieję, podobnie St. K. M. III 126, VI 145.
  578. w. 183. w niewielkiej framudze — w niewielkiej wnęce; por. obj, I 113.
  579. w. 186. nie wydam, aż zasnę — nie wydam, dopóki nie umrę.
  580. w. 189. spodnią deskę framugi — dolną zasuwę; por. obj. II 165 i I 113.
  581. w. 191. paczkę… wwiniętą — paczkę zawiniętą.
  582. w. 200. Duch złowrogi — materializm właściciela Żyrowy Guradzego i żydowskiego dzierżawcy kamieniołomów Zernika. Albowiem łakomiąc się na tak cenny na G. Śląsku bazalt z Góry św. Anny, wydobywano kamień tuż pod drogą kalwaryjską i tuż pod zabudowaniami klasztornymi.
  583. w. 201. dekret — wyrok najwyższego trybunału w Berlinie w r. 1873, oddalający skargę wrocławskiej stolicy biskupiej, która jako właścicielka Kalwarii i klasztoru domagała się ochrony sądowej.
  584. w. 202. Alić — aliści, jednak, podobnie V 259, 413, częściej: aleć np. III 324, IV 64, 388, V 216, 270.
  585. w. 205—206. Wiersze te Bonczyk powtarza kilkakrotnie, zmieniając stosownie do treści początkowe słowa, a mianowicie: V 2115—216, 353—354, 467—468, VI 300—304.
  586. w. 207. śpieg — szpieg, tak samo w III 278: śpiegują; obraz szpiega pruskiego namalowany jakby na wzór ludożercy Cyklopa.
  587. w. 217—218. Rym: minęli — zdążyli — odpowiada wymowie autora; por. obj. I 295—296.
  588. w. 222. w stolicę — na miejsce panowania; por. III 202: Dawniej tam Gaszynowie z hrabiańskiej stolicy itd. i VI 201: w Gaszynów stolicy.
  589. w. 224. rozmiłym — bardzo miłym; por. obj. IV 378.
  590. w. 229. śledziciel — szpieg; p. poprzednio w. 207.
  591. w. 237. klasztorni klauzurę — zakonnicy przepisy o zamknięciu klasztornym. Klasztorni por. I 232.
  592. w. 242. Patryjarchy Franciszka — św. Franciszka z Asyżu, ojca (patriarchy) całego szeregu zakonów franciszkańskich (franciszkanów, reformatów, bernardynów itd.).
  593. w. 242—243. pisane rozkazy osobistych urzędów — napisy z wyszczególnieniem obowiązków każdego z ojców i braci w klasztorze według powierzonych im godności.
  594. w. 246. Ganku — krużganku, korzytarza; por. obj. I 224; w obronie — pod opieką.
  595. w. 249. Alexius Confessor — święty wyznawca Aleksy, syn rzymskiego patrycjusza, który opuścił narzuconą mu przez rodziców małżonkę zaraz w nocy poślubnej i żył odtąd z jałmużny, a to przez ostatnie 17 lat swego życia nie poznany — pod schodami domu ojcowskiego. Dopiero po śmierci poznano go z zapisków, jakie zostawił. Umarł 417 r.
  596. w. 253—267. Opowieść o św. Aleksym w redakcji Bonczyka nie opiera się ani o średniowieczną legendę, ani o żywot tego świętego napisany przez Skargę w Żywotach Świętych pod 17 lipca. Podobnie „obrok duchowny“, podany przez br. Jukundego w ww. 268—278, nie ma punktów stycznych z obrokiem duchownym ks. Skargi.
  597. w. 254. Ba — li — ba nawet.
  598. w. 259. Alić — aliści, por. obj. V 202.
  599. w. 260. w Ziemię Świętą — w żywocie Skargi do Edessy.
  600. w. 261—262. Asonans: zniszczony — nieznajomy — zastępuje tutaj rym; por. obj. II 119—120.
  601. w. 267. wyniósła — wyniosła; o formach z przegłoszonym -o- por. obj. I 44.
  602. w. 268—271. Nauka, jaką wyciąga br. Jukundus z legendy o św. Aleksym, że „trudno wszystko pochwalić… aleć kościół nie zganił“ kryje myśl samego Bonczyka, który przebywszy w młodości walkę między uczuciem miłości do T. G., a powołaniem duchownym, walkę, odzwierciedloną w szeregu wierszy w „Chwastach własnej zagrody“, mógł się pocieszać myślą, że szczęśliwie uniknął losu, by „dziewczę wiązać, a potem uchodzić.“
  603. w. 273. Tenż Bóg — ten sam Bóg, który kazał Aleksemu żonę opuścić, opiekował się i nią, bo została świętą. Szczegół ten o kanonizacji żony Aleksego, jak również dopełnienie opowieści o Kanie Galilejskiej są dodatkami prawdopodobnie Bonczykowymi. O wzmacnianiu wyrazów przez przyrostek -ż-, p. obj. I 49.
  604. w. 274. Obu — oboje; Bonczyk oznacza dwie osoby różnych płci liczebnikami męskimi, np. dwóch ludzi popełniło (III 170), lub dwaj szczęśliwi (VI 128) i obu za świętych sławią (V 292).
  605. w. 276. słyszawszy — por. obj. III 439.
  606. w. 278. Żonę włączyła Panna do grona swojego — o apokryficzności tego szczegółu por. wyżej obj. V 273.
  607. w. 279. frater — braciszek zakonny.
  608. w. 280. ukłania głowy — schyla głowę.
  609. w. 282. z Jukundem — forma rzeczownikowa narzędnika od nieużywanego przez Bonczyka mianownika: Jukund, zgodna z dopełniaczem Jukunda (IV 122), sprzeczna natomiast z co dopiero (V 250) użytym narzędnikiem: z Jukundym i celownikiem: Jukundemu (V 172). O wahaniach się Bonczyka w odmianie imion własnych na -y- por. obj. V 172 i I 302.
  610. w. 294. Bym i ja serce otwarł — abym i ja wyjawił moją tajemnicę. To życzenie br. Aleksego spełni się w pieśni VI.
  611. w. 296. panny Ujezdzkie — panny z Ujazdu.
  612. w. 297. trumnienkę — trumienkę. Podobną formą ze zbędnym pierwszym -n- jest dopełn. l. mn.: trumnien w St. K. M. VI 705, choć zwykle (czterokrotnie) użył Bonczyk regularnej formy: trumn.
  613. w. 299. podnióśli — podnieśli, p. obj. I 44 i V 267.
  614. w. 301—304. Wiersze te są powtórzeniem II 344.
  615. w. 305. Zob. III 340.
  616. w. 305. z bytomskiej kapeli — widocznie ta muzyka kościelna z Bytomia nie cała wyruszyła na pielgrzymkę, bo słyszymy tylko o 4, tj. o Spinczyku, przewodniku kompanii, o Kliku i Strzewiczku, których wymienił już II 347, a teraz przybywa czwarte nazwisko Krotofila. Bonczyk zapomina, że już w II 347: „Strzewiczek uderzył w kotły“ i każe mu razem z 3 innymi dąć w instrumenta.
  617. w. 314. leśnistych — lesistych; wyraz ten utworzony z -n- pod wpływem: leśny.
  618. w. 316. niepomyślnej — niedobrej w wyniku, przeciwnej zamiarowi, laski — młode lasy.
  619. w. 317. na ziemię lud żywiącą — wyrażenie przejęte od Homera, np. Iliada III 89.
  620. w. 322. szanowawszy — zob. obj. III 439.
  621. w. 324. niezyznym — nieżyznym. W wyrazie: zyzny, niezyzny —Bonczyk stale mazurzy; por. obj. II 17, ale użyznione VI 62.
  622. w. 326 i 327. uroda — przyroda, roślinność, podobnie V 356: już i tak urody mało na świętej Górze.
  623. w. 328. ludek aż zmęczony — ludek całkiem zmęczony; por. St. K. M. I 287—295, gdzie to znaczenie słowa: aż, aże występuje humorystycznie, bo przesadnie w języku kaczmarki Forbaszki. Sam wszakże Bonczyk w G. Ch. często się nim posługuje.
  624. w. 346. krasikoń — koniczyna.
  625. w. 347—350. Wiersze te poruszają jedną z bolączek kalwaryjskich, która dała się załatwić jedynie przez wykupno całego, terenu, na którym wznosiły się kaplice kalwaryjskie, lecz ks. biskup Förster w r. 1859 zadowolił się tylko przyznaniem prawa do dróg, które wytyczono w różnej szerokości 12—29 prętów (50 do 120 m), choć zdawał sobie sprawę, że liczniejszy napływ pielgrzymów musi rozlać się daleko poza drogę. Nie sprawiało to dawniej trudności, póki górę porastał las, ale właśnie ok. połowy XIX w. lasy wytrzebiono, a grunt rozparcelowano na małe pola. Nabywcy ich starali się posiadłość swoją powiększyć przez zaorywanie drogi i ustawicznie przychodziło do starć między nimi a pielgrzymami. Kuria biskupia starała się utrzymać pierwotną szerokość dróg przez ułożenie kamieni granicznych, czym zajął się gorliwie ks. Nicko, ale, jak widzimy z tych wierszy, nie położono kresu zatargom. (P. Reisch, Geschichte des St. Annaberges, str. 346—347).
  626. w. 353 i nast. Pojawienie się wąsala krnąbrnej twarzy, słowami powtórzonymi z w. V 205—206, wskazuje na ukryte znaczenie tej postaci, jako uosobienia policyjnych metod władzy pruskiej. Zapowiedź jego wystąpienia jest już w I 515. Wąsal staje przewrotnie po stronie właścicieli pól, aby tylko w imię rzekomego humanitaryzmu wystąpić przeciw religijności.
  627. w. 356. urody — przyrody, roślinności, por. wyżej obj. V 326.
  628. w. 361. z gorzkością — goryczą; por. obj. V 71.
  629. w. 362. po sławięckim lesie — po zwierzyńcu należącym do majątku Sławięcice, własności książąt Hohenlohe.
  630. w. 363 i 364. wieprz i maciora — dziki.
  631. w. 365. statrzą — zgniotą, zmiotą.
  632. w. 369. książę wzdy — książę (Hohenlohe, p. wyż. obj. V 362) przecież zapłaci. Wzdy użył Bonczyk jeszcze I 246.
  633. w. 371. maniewrujące — odbywające manewry, ćwiczenia polowe. Zmiękczenie -n- w wyrazie: maniewrujące jest narzeczowe.
  634. w. 374. obszacuje — oszacuje, oceni szkodę.
  635. w. 375—376. dobrze — szczodrze — asonans zamiast rymu, zob. obj. II 119—120.
  636. w. 380. porzą — prują, rozdzierają.
  637. w. 383. ku małymu przy gradusach zrębie — ku małemu zrębowi przy świętych schodach. O formie: małymu por. obj. I 199 i St. K. M. I 591, o formie: zrębie por. obj. II 453.
  638. w. 384. tustąd — stąd; tustąd odpowiednik formy tamstąd, pojawia się w G. Ch. jeszcze VI 40, w St. K. M. II 330, 470, V 632.
  639. w. 387. Gróbek — grobek, o przegłosie p. obj. I 44.
  640. w. 400. Zeflik Sobel — Józef Sobel, por. obj. III 451. Ks. Sobel nie był zbyt młody, nawet w r. 1875, gdyż miał wtedy 39 lat, w 1886 zaś 50, był o rok starszy od Bonczyka.
  641. w. 401. Komisarza — Komisarza biskupiego. Taki tytuł mieli zawiadowcy dekanatów, w tym wypadku dekanatu pszczyńsko-bytomskiego. Komisarzem tu wzmiankowanym był może ks. Bernard Purkop, proboszcz piekarski, w którego szkole wykształcił się sam Bonczyk.
  642. w. 402. po wszech licach — po licach wszystkich; podobnie w St. K. M. VIII 160: wszech szkolarzy, G. Ch. VI 87, do wszech wojen.
  643. w. 407. śpiewak Kalwaryi — poprzednio V 66, 97: śpiewak nagórny.
  644. w. 409. znajdzione — znalezione; p. obj. I 366.
  645. w. 413. alić — aliści, atoli; por. obj. V 202.
  646. w. 422—430. Są parafrazą poetycką Ewangelii św. Łukasza 6, 17-20, 23 i Mateusza 4, 25 i 5, 31 i 12.
  647. w. 431. nasz Berlin — niespodziewana ta przydawka przy Berlinie nie jest prawdopodobnie ironią Bonczyka, lecz wiernym oddaniem lojalności Stabika, którego poczucie narodowe nie było zbyt pewne i stałe.
  648. w. 442. niż będą u siebie — nim będą w domu; niż w znaczeniu nim, używa Bonczyk kilkakrotnie (w St. K. M. I 210, 363, V 346, VI 553, G. Ch. IV 142, V 513 i VI 238); nim natomiast znaczy zwykle u niego: gdy, podczas gdy, a znaczenie takie jak w języku literackim ma tylko: St. K. M. II 25, III 204, VI 271, VII 501, G. Ch. V 294.
  649. w. 449. rzęsne łzy — rzęsiste łzy; por. obj. IV 273.
  650. w. 453—458. Obraz tu przez Bonczyka nakreślony, jakby w zarysie, przybrał pod piórem Jana Kasprowicza gigantyczne rozmiary w Święty Boże, Święty, Mocny:
    A ci się wloką,
    Świetlistą mgieł sierpniowych owiani powłoką…
    całe rżyskami zaścielone łany
    oderwały się w tej dobie
    od macierzystej ziemi,
    i niby olbrzymie ściany,
    wzniosły się w górę i płyną…
  651. w. 465. o coć dzionek błogi — o cóż ci to za błogi dzionek, por. obj. IV 198: Coć dobra Święta Anna. Jako przeciwstawienie nastroju, jakby „zgrzyt żelaza po szkle“ wraca powtórzenie w. V 295—296 w następnych zaraz wierszach.
  652. w. 474. za tą lalką — tak krnąbrny wąsal, uosobienie buty pruskiej, nazywa posąg Maryi Panny (p. wyżej w. 460—464).
  653. w. 477—482. Odpowiedź Gwardiana na bluźnierstwa krnąbrnego wąsala daleka jest od lojalności Stabikowej (ww. 431—438) i jest zapewne wyrazem myśli samego Bonczyka w chwilach buntu przeciw prześladowaniom rządowym, mniej natomiast odpowiada nastrojowi Niemca o. Atanazego Kleinwächtera. Cios wymierzony jest w symbole pruskiego honoru wojskowego.
  654. w. 479. płatek — kawałek płótna.
  655. w. 480. na sławnej ulicy — Siegesallee w Berlinie.
  656. w. 483—484. Powtórzenie w dwóch następnych wierszach tego samego wyrazu: znaczenie zamiast rymu jest jednym ze środków wersyfikacyjnych Bonczyka, użytym przez niego w St. K. M. I 570—71, II 266—67, 353—54, IV 457—58, VI 161—62 i w G. Ch. dwukrotnie III 28—31 (padała), w tym miejscu i związane z rymem: koło w I 300—301: wesoło.
  657. w. 494. wojska ukochane — o użyciu przenośni wojskowych por. obj. II 340 i 344.
  658. w. 502. niośli — zanieśli; jeżeli z tą formą porównamy: podnióśli (V 299) widzimy jakby brak konsekwencji u Bonczyka w stosowaniu przegłosu, widoczny także w innych wypadkach. Trudno go złożyć na karb niedokładnej tylko korekty.
  659. w. 503. Nim — podczas gdy; por. obj. III 49; praktyka — doświadczenie pielęgniarskie.
  660. w. 504. pamięta — cuci, do przytomności przywraca; por. obj. V 181.
  661. w. 505. Dzielnie dzieli — zastosowana tutaj figura etymologiczna należy do wcale częstych środków poetyckich Bonczyka; por. Wstęp do St. K. M. LXII.
  662. w. 509. szeptnął — szepnął: por. obj. I 242; powiernemu — wiernemu i zaufanemu.
  663. w. 512. Onego obliguję — jego zobowiązuję. Użycie formy: onego zamiast jego jest narzeczowe.
  664. w. 515. Alfons — brat zakrystian, o którym p. obj. I 102 (Alfonzy).
  665. w. 516. z Najświętszym — z Najświętszym Sakramentem; por. obj. I 442.
  666. w. 520. sławny Engel — ks. Engel Robert, ur. 1838 w Solcu (pow. prudnicki), wyśw. 1861, był wikariuszem w Wodzisławiu (1861—68), potem fundatystą w Głogówku, brał w charakterze księdza wojskowego udział w wojnie francuskiej (1870) i objął 1873 parafię Wierzch (Dt. Müllmen), a 1894 parafię w rodzinnym miasteczku Solec (Alt-Zülz), gdzie umarł 1900. Był to pełen idealizmu kapłan o charakterze bojowym, jedna z najświatlejszych postaci z czasów walki kulturnej na G. Śląsku. Ze szczególnym zapałem i konsekwencją ujmował się za polską nauką religii dla dziatwy polskiej. Od tego ceterum censeo miał przydomek polskiego kanclerza. Po jego śmierci powstało w Bytomiu Towarzystwo dla szerzenia elementarzy polskich na Śląsku im. ks. Engla.
  667. w. 522. chowa — dla rymu forma literacka, obok niej występuje często narzeczowa: chowie; por. obj. III 339.
  668. w. 523. uklejona — sklejona, spojona; Bonczyk tworzy często wyrazy złożone za pomocą przyrostka: -u- z odmiennym od literackiego znaczeniem: np. ubogacać — wzbogacać, uciąć — naciąć, ulot — polot, upewnić — zapewnić, uroda — przyroda, uroić się — wyroić się, urzeka — narzeka, usiąść — osiąść, uwdzięczyć — otaczać wdziękiem. Por. obj. do St. K. M. IV 394.
  669. w. 530—537. wyglądają na reminiscencję innej przemowy na Górze św. Anny, a mianowicie ks. Riemla (Rymla, wzgl. Rymlowicza II 18, 249, 252, 326), który na wiecu centrowym na odpuście Podniesienia św. Krzyża w 1880 wygłosił mimo przerywań przez przewodniczącego patriotyczną przemowę, opierając się na liście papieża Leona XIII z okazji jubileuszu św. św. Cyryla i Metodego. W tym liście, zatajonym na Śląsku, wzywał papież Leon XIII Polaków pod trzema zaborami do wytrwania, gdyż ich kiedyś Bóg wyzwoli z ucisku. (P. Bogusława Kowalczykówna: Odrodzenie narodowe G. Śląska od 1821—1903. Katowice 1937, str. 42).
  670. w. 539. korpusy — oddziały wojska, tu kompanie pielgrzymie; por. obj. II 340.
  671. w. 548. Nuż — teraz, następnie; por. V 326, 552 i 559.
  672. w. 559. Kłębo — kłąb, tłum; por. obj. IV 260.
  673. w. 567. ku tej, tej kaplicy — ku tej lub innej kaplicy.
  674. w. 571—572. Są przetworzeniem wierszy IV 382—385, a zarazem reminiscencją końcowych 2 wierszy Marii Malczewskiego.
  675. w. 12—16. Jeszcze jedna wersja proroctwa, nie wiadomo, czy autentycznego, które nieco zmienione słyszeliśmy w I 244—246 i III 288—291.
  676. w. 17. Niegdyś — kiedyś, por. obj. I 410.
  677. w. 18—20. I tu także przytacza Gwardian nieautentyczne proroctwo, znane już z I 250—252, III 290.
  678. w. 26. Z nim zeżyłem — z nim przeżyłem; czasownik ten występuje u Bonczyka w obocznej formie: zżyć, zeżyć; p. obj. I 151.
  679. w. 30. przed tobą się zgłosił — tobie się zwierzył.
  680. w. 40. tustąd — stąd; por. obj. V 384.
  681. w. 48. pochłónęła — pochłonęła; por. obj. I 44.
  682. w. 56. czerpając — czerpiąc; imiesłów utworzony zgodnie z odmianą: czerpa; por. obj. St. K. M. IV 414.
  683. w. 59. w działy — w dzielnice; por. obj. I 497.
  684. w. 60. jar Dniestru, Podolski — jar Dniestrowy i Podolski.
  685. w. 61. Wołyński — domyślne: jar.
  686. w. 65. tym względem — tymi względami, łaskawością.
  687. w. 70. Jeden tylko tam płakał — Damian Gaszyna.
  688. w. 71. wały — fale.
  689. w. 78. w wzajemnym powodzeń wyznaniu — w zwierzeniu sobie nawzajem kolei życia. Wyrazu: powodzenie w znaczeniu: dola, koleje życia, użył Bonczyk w St. K. M. II 498, IV 80, V 529, G. Ch. I streszcz., VI 36, 53 i 115.
  690. w. 79. młodziec — młodzieniec; wyraz staropolski, występujący w Psałterzu Floriańskim 148, 12 i w Biblii Szarospatackiej.
  691. w. 83. w dziecinnych leciech — forma archaiczna, zam. latach, być może nasunęła się Bonczykowi w związku z użytym poprzednio staropolskim młodźcem.
  692. w. 87. do wszech wojen — na wszelkie wojny; por. obj. V 402.
  693. w. 90. Bitny Zbaraż — przydomek Zbaraża świadczyłby, że Bonczyk niedawno przeczytał Ogniem i mieczem Sienkiewicza, albo Szkice Historyczne Kubali.
  694. w. 91—92. Jeszcze jeden refleks lektury Marii Malczewskiego, a raczej jej zakończenia.
  695. w. 94. pałacyk drewniany — por. obj. IV 333.
  696. w. 99. nudził — zdaje się, że dla rymu zamiast: nużył.
  697. w. 101. jęka — jęczy; w tym znaczeniu używa Bonczyk wyrazu: jęka dość często: St. K. M. VI 670, G. Ch. I 449, IV 16, 238, 239, 244, VI 277.
  698. w. 106. gruch — gruchot, łoskot; wyrazu onomatopeicznego: gruch użył Bonczyk przedtem w St. K. M. VI 135.
  699. w. 108. zakonni bieżeli — zakonnicy; por. obj. I 232; ww. 107-108 powt. VI 226—227. Sam motyw przepowiedni śmierci Aleksego w VI 107—108 i 226—227 przypomina znaki śmierci Mohorta w poemacie Wincentego Pola:
    Aż dnia jednego przed samą wieczerzą,
    Strwożeni bracia korytarzem bieżą…
  700. w. 115. powodzeń — raczej niepowodzeń, kolei życia; por. obj. VI 78.
  701. w. 116. Jeszcze jedno nastąpi przerwanie i drugie — br. Aleksy przepowiada tutaj dwa jeszcze zakłócenia spokoju klasztornego w czasie wyznania swej tajemnicy: jedno nastąpi podczas opowiadania (VI 226—227), drugie po jego śmierci i po odczytaniu notatki, którą zabrał z celi pustelniczej (V 187—196), dlatego o tej drugie przerwie mówi: „i drugie… Potem!…“ Technika tego ustępu przypomina nie tylko spowiedź Jacka Soplicy z X ks. Pana Tadeusza, lecz także opowiadanie Gustawa z IV cz. Dziadów, podzielone podług godzin i wypalających się trzech świec (ww. 141, 709—10, 1123—1127, 1139—1140).
  702. w. 119. dwóm młodym — dwojgu młodym, tj. Damianowi i Annie, por. obj. V 274.
  703. w. 122. rozkosz — dopełn. l. mn. zamiast rozkoszy ze względu na ilość zgłosek w wierszu.
  704. w. 123. wzajemne zabawy — wspólne zabawy; por. obj. II 29.
  705. w. 128. Dwaj szczęśliwi — dwoje szczęśliwych; por. obj. V 274.
  706. w. 132. ryciny — godło herbowe.
  707. w. 133. pióra — pióropusz nad herbem, armatura.
  708. w. 141. przywiódli — przywiedli; por. obj. I 44.
  709. w. 143. aż do upewnienia — do nabrania pewności.
  710. w. 147. przed czasem — poprzednio, w dawniejszym czasie; podobnie w St. K. M. IV 209: swoków dom przed czasem bywał rajem dla dzieci.
  711. w. 154. wewnętrzny — wyraz ten występuje u Bonczyka rzadziej, niż zwykły u niego: wnętrzny; por. obj. III 233.
  712. w. 155. nie zeznał się — nie przyznał się, nie zwierzył się.
  713. w. 161. by w konaniu — jakby konając.
  714. w. 163. niech mną litować się raczy — niech się nade mną ulituje.
  715. w. 167. hrabia mi… jedynaczkę — należy uzupełnić, jak w w. 180, skaził (zhańbił).
  716. w. 174. grobek — ale V 387 gróbek.
  717. w. 176. sierotę mej opieki — sierotę pod moją opiekę.
  718. w. 177. ubrałam w łaszątko — ubrałam w sukienkę; łaszątko wyraz zdrobniały od łach, użyty także w St. K. M. VI 63.
  719. w. 180. skaził — zhańbił, uwiódł.
  720. w. 190. nuż kłamstwa zasłona — teraz zasłona pomyłki.
  721. w. 191. w przebłogiej — w bardzo błogiej, o przymiotnikach z przedrostkiem -prze- por. obj. II 25.
  722. w. 201. w Gaszynów stolicy — w siedzibie Gaszynów; por. obj. II 202 i V 222.
  723. w. 203. z wysokiej altany — z wysokiego ganku, balkonu; w tym znaczeniu także St. K. M. II 341 (obj.) i V 470.
  724. w. 204—211. Opis jazdy Damiana powstał pod wpływem Marii Malczewskiego, w. 15—18, 47—50, 1201—1208, 1425.
  725. w. 212—217. są powtórzeniem VI 93—98.
  726. w. 226—227. są powtórzeniem ww. VI 107—108, zaznaczają one drugą przerwę w opowieści br. Aleksego, zapowiedzianą w. VI 116.
  727. w. 231—233. nawiązują i poprawiają poniekąd zapowiedź z w. 116.
  728. w. 232. głos dziki — to złowrogi goniec — goniec śmierci, lecz ów głos dziki nie jest chyba głosem potępienia, gdyż temu sprzeciwia się myśl ww. VI 295—297. Raczej byłby to głos z przeszłości, głos „owego ducha nieszczęsnego Gaszynów“ z w. VI 248.
  729. w. 236. żył tylko na ciele — żył tylko ciałem, fizycznie.
  730. w. 238. niż znów wiedział — nim znów poznał; por. obj. V 442; pyta się o Annie, składnia zmieniona dla rymu zamiast: pyta się o Annę.
  731. w. 242. Damijan się… ślubuje — Damian się zaklina, przysięga.
  732. w. 242. w żytomierskiej cerkwi — Bonczyk umieszcza Annę w klasztorze obrządku wschodniego, gdyż tak bywało w powieściach i poematach, z których czerpał swą wiedzę o Ukrainie. Wie zapewne o klasztorach unickich, choćby z Polowego Moborta:
    Choć Litwin srogi, choć unita hardy,
    Choć jak diament, był katolik twardy.
  733. w. 248. Duch nieszczęsny Gaszynów — opowieść Bonczyka nie pozwala na bliższe określenie, na czym polegał ów nieszczęsny duch Gaszynów. Zbyt nikłe jest światełko, bijące ze słów ks. Grelicha (II 169—174), o krwi Gaszynów, niecoś gorącej, gnającej ich jako jeńców do czynów, których chwalić nie można, o ich sile i rycerskiej postaci, która obawą niemałą napełniała matki cór urodnych. W miejscu obecnie omawianym duch ten pchnął Damiana do bluźnierstwa, do którego Gaszynowie nie okazywali skłonności, przeciwnie byli pobożni, Patrz ustęp Wstępu pt. Amore sacro e profano.
  734. w. 249. Obrałaś-li ty Boga — jeśliś ty obrała Boga, bo wstąpiłaś do klasztoru.
  735. w. 251. gorał — gorzał; por. obj. III 218.
  736. w. 252. Turkom zaprzedał życie i duszne zbawienie — poszedł w służbę wojskową do Turków; Bonczyk mimo sympatii dla swego bohatera surowo ocenia jego krok, zarówno ze względu na przekonania religijne, jak na skłonności słowianofilskie. Może na to wpłynęły także wiadomości o losie Michała Czajkowskiego, autora znanych mu powieści na tle ukraińskim, który po podwójnym renegactwie zakończył samobójstwem życie 16 stycznia 1886 w Borkach w gub. czernichowskiej. Wydaje mi się wątpliwą rzeczą, aby według koncepcji Bonczyka Damian Gaszyna miał przyjąć religię mahometańską, sprzeciwia się temu przydomek Giaura wściekłego (por. niżej, w. 254).
  737. w. 253. Iwan Fedorowicz Paskiewicz — (ur. 1782, zm. 1856), ks. warszawski, wódz rosyjski, służył w wojsku od młodych lat i doszedł po zdobyciu Erzerum 1829 do godności feldmarszałka. Dowodził w wojnie perskiej 1826, podbił Armenię i zdobył szturmem Eriwan, w wojnie tureckiej 1828 odniósł szereg zwycięstw, a 1831 objął po Diebitschu naczelne dowództwo przeciw powstańcom polskim i zajął Warszawę, po czym został namiestnikiem Królestwa. W 1849 dowodził armią rosyjską przeciw Węgrom, w 1854 w wojnie krymskiej, w której poniósł kilka klęsk. W czasie swego namiestnictwa wywierał presję na rząd pruski, aby zaprzestał łagodnej polityki wobec Polaków. Bonczyk wspomniał go już w St. K. M. VI 83—84.
  738. w. 253. Hans Karl Friedrich Anton von Diebitsch-Zabalkanskij — ur. 3 maja 1783 w Lipie (Gr. Leipe) w pow. trzebnickim, jako najmłodszy syn Eberharda Diebitscha niegdyś oficera pruskiego pod Fryderykiem II, a potem generała-majora rosyjskiego. Hans Diebitsch, wychowany w korpusie kadeckim w Berlinie, wstąpił jako chorąży do siemionowskiego pułku gwardii w Rosji i przebył szybko stopnie kariery wojskowej, gdyż w r. 1812 awansował na generała. W 1827 łagodził spory między Paskiewiczem a Jermołowem, w 1828 był szefem sztabu gen. w wojnie tureckiej, został hrabią, a w 1829 jako wódz naczelny w miejsce Wittgensteina kierował wojną przeciw Turkom, dotarł do Adrianopola, za co otrzymał przydomek Zabałkański, a po wojnie godność generała-feldmarszałka. Jako wódz przeciw powstaniu polskiemu 1830 r. nie odnosił spodziewanych zwycięstw i po bitwie ostrołęckiej miał utracić dowództwo na rzecz rdzennego Rosjanina Paskiewicza. Od tej przykrej konieczności wybawiła go śmierć na cholerę 9 VI 1831. Może pamięć tego ambitnego intryganta i karierowicza śląskiego na rosyjskim gruncie pobudziła Bonczyka do przeciwstawienia mu zmyślonego Gaszyny, jako Ślązaka, który bił Paskiewiczów i Diebitschów. Diebitsch nie był jedynym Niemcem śląskim w wojsku rosyjskim, prócz Prittwitzów służył współcześnie z nim Eugeniusz ks. Wirtemberski, odwieziony jako młodzieniec jesienią 1800 przez Diebitscha ojca do Petersburga.
  739. w. 253—254. sumienie Giaura wściekłego spało — powód przejścia Gaszyny do Turków nie występuje jasno u Bonczyka, stąd też niezrozumiały jest wyrzut, że sumienie jego, jako wojownika tureckiego, spało. Niepokój sumienia usprawiedliwiałoby jedynie bluźnierstwo: Obrałaś-li ty Boga, tedy ja szatana (w. 249) i do tego motywu przechodzi poeta w następnych wierszach.
  740. w. 259. znalazę — znajdę; por. obj. I 366.
  741. w. 268. wklęsłe dotąd oko — zapadłe pod powiekami oko.
  742. w. 270. Najświętsze Imiona — Jezus, Maria, Józef! nieco inaczej, niż IV 167.
  743. w. 277. De profundis clamavi — Z głębokości k‘Tobie wołam o Panie; początek Psalmu 129.
  744. w. 282. pergamin zbutwiały — ten sam „zżółkły pergamin“, który br. Aleksy zabrał z pustelniczej celi.
  745. w. 291. do obu Anien — do św. Anny i narzeczonej.
  746. w. 300—304. są powtórzeniem czwartym z rzędu V 205—206.
  747. w. 305. ty dnia — tygodnia; por. obj. II 3.
  748. w. 308—309. Wyjaśniają przyczynę hałasów, wspomnianych w VI 106—108 i 226—227.
  749. w. 309. w straży — pod strażą.
  750. w. 318. zagrześć — pogrzebać; por. obj. II 80.
  751. w. 322. Serafickie syny — synowie św. Franciszka z Assyżu, zwanego Serafickim, od ukazania mu się Serafa przy stygmatyzacji. Westchnienie to Bonczyka jest w chwili pisania poematu właściwie spóźnione, gdyż o. Atanazy Kleinwächter wrócił na Górę św. Anny 17 października 1881, w 3 tygodnie później przybył o. Dezydery Lis, po czym w ubraniu księży świeckich, sprawowali czynności duszpasterskie na Kalwarii i w Porębie. Urzędowo wszakże dopiero ustawą 30 kwietnia 1887 dopuszczone zostały zakony w państwie pruskim, a 9 sierpnia zezwoliło ministerstwo na osiedlenie się franciszkanów na Górze św. Anny. Dnia 1 października 1887 przywdziali bracia habity św. Franciszka, czyli tylko wzgląd na poprzedni ubiór księży świeckich i brak urzędowego zezwolenia na pobyt franciszkanów uzasadnia pytanie Bonczyka.
  752. w. 323. w dziedzictwo Gaszyny — do posiadłości niegdyś Gaszynowskich, tj. na Górę Chełmską.
  753. w. 326—331. są zmienionym na początku powtórzeniem IV 384—386 a zarazem reminiscencją zakończenia Marii Malczewskiego, odpowiednią poematowi śląskiemu, w który wplotły się motywy ukraińskie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Norbert Bonczyk, Wincenty Ogrodziński.