Pisma Henryka Sienkiewicza tom III/Całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Pisma Henryka Sienkiewicza
Tom III
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1880
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
P ISMA

Henryka Sienkiewicza

TOM III.



Listy z podróży po Ameryce
(dokończenie).

Listy z Rzymu i Paryża.

Komedya z pomyłek.





WARSZAWA.
Nakład Gebethnera i Wolffa.


1880.



Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 Января 1880 года.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W Drukarni J. Bergera. Elektoralna Nr 14 w Warszawie.






VIII.
Szkice amerykańskie.
I.

Góry Santa-Ana, z których przesyłam list obecny, stanowią południową część ogromnego pasma ciągnącego się w rozproszonych rzutach i pod rozmaitemi nazwami, od Oregonu aż do południowéj Kalifornii i meksykańskiéj Sonory. Przybyłem tam z Anaheim-Landing, wraz z gospodarzem moim Maxem Neblungiem. Przybyliśmy późną już nocą, ale noc ta pierwsza, spędzona w okolicy dzikiéj i zupełnie bezludnéj, zostawiła mi niezatarte wrażenie. W poprzednim liście wspomniałem już, że zatrzymaliśmy się u pewnego skwatera, którego odtąd stale będę nazywał Robinsonem, żyje bowiem zupełnie samotny, mieszkając pod namiotem, a za całe towarzystwo mając tylko psa i karabin. Nowy mój Robinson jestto gentlemen już nie młody, lat koło pięćdziesięciu, wyglądający zupełnie tak, że gdybym go spotkał w któréj z moich wycieczek, bez wahania chwyciłbym za rewolwer. Ubrany był we flanelową koszulę, w spodnie ze skóry daniela, i w podarty meksykański kapelusz, którego wystrzępione kolisko zakrywało twarz zarosłą i groźną. Skoro Max poznajomił nas wzajemnie, skwater uścisnął silnie moją rękę i wyrzekłszy zwykłe: „Halo!“ odszedł zaraz do wąwozu rozniecić ognisko i przygotować dla nas wieczerzę, my zaś z Maxem zajęliśmy się rozsiodłaniem naszych mustangów, które przywiązaliśmy na długich lasso do drzewa. Konie poczęły chrupać koniczynę, obficie rosnącą pod dębami; my zaś, zapaliwszy fajki, siedliśmy pod namiotem, czekając na wieczerzę.
Począłem przyglądać się okolicy. Czarne, spiętrzone massy gór otaczały naokół kotlinę, z któréj jedyne wyjście na północ i na południe stanowiło łożysko głębokiego górskiego strumienia. Okolica wydała mi się nad wszelki wyraz dzika i ponura. Urwiska skalne zwieszały się nad kotliną w ogromnych tytanicznych złamach, narzuconych jakoby z bezładną wściekłością jedne na drugie. Zdawało się, że lada chwila wszystko to dorwie się i spadnie na dno doliny. Noc jasna powiększała jeszcze dziką fantastyczność wszystkich kształtów. Promienie księżyca obrzucały srebrnym szlakiem brzegi skał, których czarne, nieruchome sylwety rysowały się na rozświetloném tle z dziwnie twardą wyrazistością. Głosy nocne powiększały jeszcze posępny urok otoczenia. W rozpadlinach skał pokrytych drzewami, beczały złowrogo i chrapliwie dzikie koty; czasem ozwał się puchacz, czasem zachrapały konie. Pies mój nie przywykły do podobnych wzruszeń, podniósł pysk na księżyc i zaczął wyć; oswojony borsuk wdrapywał się gwałtem, jakoby ze strachu, na moje kolana, ja zaś byłem upojony i prawie zupełnie szczęśliwy. Mimo iż przegalopowałem około trzydziestu mil angielskich na niegodziwie noszącym mustangu, mimo iż nie czułem w sobie żadnéj kości, za nic nie poszedłbym za przykładem Maxa, który rozciągnąwszy przed namiotem kołdrę, położył się na niéj i usnął. Odechciało mi się i spać, i jeść, a natomiast rozmyślałem tylko, że najdawniejsze marzenia moje z lat dziecinnych zmieniły się w rzeczywistość.
Zawsze marzyłem o tém, abym kiedykolwiek w życiu mógł ujrzeć owe kraje bezludne jeszcze, w których potężne siły natury, niepohamowane ręką ludzką i rozbujałe, żyją jak chcą, tworzą co chcą, i panują absolutnie. Spojrzeć twarzą w twarz oczyma w oczy naturze zupełnie pierwotnéj, wedrzeć się w głębie dziewiczych lasów i stepów opisywanych przez Coopera, byłto ideał szczęścia, do którego wzdychałem w ukryciu oddawna. Teraz miałem to wszystko przed oczyma. Pierwotna natura otaczała mnie zewsząd, ogarnęła całego, pochłonęła moje zmysły i umysł. Mogłem się w niéj rozpuścić i zginąć jak kropla marna deszczu w oceanie.
Dziś zdaje mi się, że podróż moja rozpoczęła się naprawdę dopiéro od chwili, w któréj przybyłem w te góry; czyż bowiem można nazwać podróżą przebieganie mórz w pysznych okrętach, lub stepów w wygodnych wagonach Pulmana... — daléj zatrzymywanie się po hotelach, zwiedzanie miast i tym podobnie? Jakaż to rola takiego, ucywilizowanych stron, badacza-podróżnika? Wiozą go jak pierwszy lepszy kufer — ot i wszystko. Jedyną czynną rolą, jaka mu pozostaje, jest wydawanie pieniędzy. Ale w tych górach prawie bezludnych, a przynajmniéj leżących poza cywilizacyą, rola podróżnego odmienna i bezwarunkowo czynna. Jedynym paszportem i biletem na podróż, jest tu twój własny karabin; jedynym sposobem przenoszenia się z miejsca na miejsce, twoje własne nogi, lub nawpół dziki mustang, którego ile razy chcesz dosiąść, tyle razy musisz najprzód nawpół udusić w skrętach lasso; który nie zaniedbuje żadnéj okoliczności, aby cię wierzgnąć, chwycić zębami, i który toczy przerażoném krwawém okiem, skoro tylko do niego się zbliżysz.
Tu przytém za przewodnika służy ci twój własny instynkt, sypiasz pod gwiazdami w rozpadlinie skalnéj, którą własnemi rękoma musisz poprzednio oczyścić z skorpionów i węży; grzejesz się jeśli sam napalisz ogień, jesz co sam upolujesz; jedném okiem śpisz, drugie gubisz w ciemnościach, badając niebezpieczne ich głębie; zrywasz się na lada szelest: chwytasz za karabin, gdy pies zawarczy i zjeży sierć na karku.
Krótko mówiąc podróżujesz, jak prawdziwy mężczyzna; wszystkie pierwiastki twéj dzielności, niezmarnowane życiem miejskiém, wchodzą w grę z niebezpieczeństwem. Wszystko co się staje, staje się przez ciebie, dzięki twemu męztwu, energii i przezorności. Ani na chwilę nie możesz być biernym. A przytém jeszcze jedno: nietylko przypatrujesz się, ale odkrywasz. Przyznacie mi; że jedynie taką podróż można nazwać podróżą prawdziwą, czynną i twórczą.
Całe dni i miesiące takich podróżniczych warunków miałem teraz przed sobą, ponieważ owe góry: Tamiscal, Santa - Ana i San - Bernardino, w które przedostałem się po wielu usiłowaniach, leżą poza ucywilizowanym kalifornijskim pasem. Ów pas ciągnie się z północy na południe, brzegiem morskim od Oregonu, aż do miasta San-Diego, leżącego prawie już na granicy między właściwą Kalifornią a tak zwaną Lower-Kalifornią, półwyspową i należącą do Meksyku. Na północy, zwłaszcza koło San-Francisco, ów szlak cywilizowany szeroki jest i obejmujący cały kraj od Oceanu Spokojnego aż do grzbietów Sierra-Nevada, stanowiących granicę od złotodajnéj, ale posępnéj i pustynnéj Nevady. Kraj w tém miejscu dobrze jest zaludniony, nie gorzéj nawet niż Królestwo Polskie. Śliczne doliny, leżące między pasmami gór środkowych, jakotéż i same góry, pokryte są siedliskami ludzkiemi. Gdym kilka miesięcy temu patrzył o wschodzie słońca ze szczytu Mount-Diablo, na okolicę leżącą u nóg moich — z różowéj mgły porannéj wynurzyła się z jednéj strony szmaragdowa toń morska zatoki, z mnóstwem masztów, żagli i różnobarwnych chorągiewek; z drugiéj cały kraj budzący się ze snu, ale tak wdzięczny, że chyba i szatan nie kusił piękniejszym ze szczytu urwiska Chrystusa. W zielonych dolinach błyszczały złote i srebrne taśmy wijących się strumieni; na dolinach, miasta pełne wież, których iglice i gałki całował pierwszy promień wschodu: więc ogromne San-Francisco, mniejszy Oakland, Heywards, Benicia, kalifornijski New-York, Brooklyn, San Leandro, Sant-Mateo, Valleio, Martinez, San Pablo, z drugiéj zaś strony stołeczne Sacramento, oblane czerwonemi falami rzeki tegoż nazwiska.
Z saméj już ilości wymienionych miast, leżących w promieniu oka naokoło Mount-Diablo, możecie miarkować, jak kraj obficie w tych miejscach jest zaludniony. Gdyby nie niebo dziwnie błękitne nad moją głową, gdyby nie zbyt ciepły oddech porannego wiatru; gdyby nie kolibry i wielkie złote motyle wijące mi się nad głową: gdyby nakoniec nie Feb zbyt palący i promienny, co wszystko już wpół - zwrotnikową krainę zdradzało, mógłbym sądzić, że spoglądam np. z wieży Św. Guduli na okolice Brukselli, tak kraj był uprawny, tak podobny do jednego ogromnego ogrodu i tak gęsto zasiedlony. Między miastami farma bielała przy farmie; to znów młyny wodne, to wietrzne studnie, podobne do naszych wiatraków; to płuczkarnie złote, długie po kilka mil angielskich, a wszystko to utulone w zieleń mirtów, cyprysów i drzew gumowych; zatopione w zwojach bluszczów, ljanów, dzikiego wina, lub zdobne palmami rozpościerającemi nad ludzkiém siedliskiem, nakształt opiekuńczych ramion, swoje szerokie liście.
Ale zstępując od San-Francisco ku południowi, aż do San-Diego, ten ucywilizowany, zaludniony i uprawny szlak zwęża się coraz bardziéj. Przyczyną tego nie jest mniejsza urodzajność gleby, bo przeciwnie, brzeg morski zamieszkały, mniéj jest żyzny od pustych jeszcze canionów górskich; nie żyzności więc ziemi szuka ludność tutejsza, ale przedewszystkiem blizkości miast, zwłaszcza portowych, w których mogłaby znaleźć łatwy zbyt owoców swojéj pracy, i dlatego téż kupi się głównie koło brzegów. Najważniejszą jednak przyczyną jest mała, na ogół wziąwszy, ludność Kalifornii. Na sześć tysięcy mil kwadratowych jest tylko siedmset tysięcy mieszkańców, wobec czego nie jest rzeczą ani nienaturalną, ani dziwną, że odleglejsze ziemie, choćby nad wszelki wyraz hojne i bujne, nie są jeszcze zajęte.
Gdy, posuwając się od Anaheim na wschód, w kierunku gór, koń twój przebiegnie szerokie i piaszczyste koryto rzeki Santa-Ana, wiedz o tém, że wyjechałeś już ze stron ucywilizowanych, w których ziemia jest rozdzielona i stanowiąca prywatną własność; w których społeczeństwo żyje pod prawem Stanów Zjednoczonych, stosunki są uregulowane, a własność ziemska oznaczona. Po prawéj stronie téj rzeki zaczynają się ziemie rządowe, zrzadka zamieszkałe przez skwaterów, lub indyan, po większéj części jeszcze nie zajęte i oczekujące pionierów. Jedyném prawem, zresztą z powodu uczciwości i oświaty skwaterów nigdy nie stosowaném, jest tu straszliwe prawo lynch, dające się chyba wyrazić w słowach: nie ząb za ząb, nie oko za oko, ale za wszelki zamach, tak przeciw osobie, jak przeciw własności, jedna tylko kara: powróz.
Ziemie te podzielone są na tak zwane klemy, czyli kwadratowe cząstki, zawierające po 160 akrów. Właściwie jednak podział ten nie jest pomiarem, bo w oddalonych płoninach górskich nigdy jeszcze nie postała noga inżyniera, ale raczéj prawem dozwalającém każdemu amerykaninowi, lub kandydatowi na obywatela Stanów Zjednoczonych, brać wymienioną ilość ziemi na pożytkowanie, pod warunkiem zapłacenia rządowi w ciągu lat dziesięciu po półtora dolara za akr. Po upływie tego czasu, pożytkowanie, czyli tak zwany usus zmienia się już w bezwarunkową własność, którą można sprzedać, darować, wydzierżawić, słowem robić z nią co się podoba. Konieczność płacenia rządowi istnieje zresztą na papierze, w rzeczywistości bowiem, skwatera, który ziemię wolną zajął, obrobił i zabudował, choćby grosza za nią nie zapłacił, żadne prawo wyrugować nie jest zdolne.
Wobec tak dogodnych warunków, wobec łatwości zajmowania ziemi, przy którém nie masz żadnych prawnych kłopotów; wobec wreszcie tego, że doliny owe i hale pokryte po największéj części odwiecznemi lasami dębów, platanów i laurów, bajecznéj są prawie urodzajności: zdawałoby się że ludność skwaterska powinna się roić i mrowić, a jednak tak nie jest. Mówiłem już o głównéj przyczynie: ludzi niéma! Zbiegłaby się zapewne liczna i goła, a nie mająca nic do stracenia gawiedź emigrancka, ale na przeszkodzie temu stoją niezmierne odległości, dzielące Kalifornię od Stanów zachodnich, i przedewszystkiém to, że podróż nad brzegi Oceanu Spokojnego, już nie z Europy, ale z New-Yorku, Filadelfii, Waszyngtonu lub Bostonu, kosztuje więcéj niż dwa klemy, za które, jak wspomniałem, płaci się przez lat dziesięć.
Co zaś do amerykanów osiadłych w miastach, są to bez wyjątku tak zwani businessmeni, czyli ludzie trudniący się przemysłowemi lub handlowemi sprawami, którzy w osiedlaniu się w górach i na pustkowiach, żadnéj nie widzą korzyści materyalnéj; względy zaś poetyczne, jakoto: malowniczość położeń, samotność, niezmącony spokój i życie na łonie natury, są to rzeczy, za które prawdziwy yankes nie da i pięciu centymów.
A przytém w te śliczne doliny górskie dróg niéma. Nazwa hiszpańska canion oznacza, ściśle mówiąc, wąwóz. Gdy taki wąwóz rozszerza się nagle lub stopniowo w ten sposób, że tworzy obszerną kotlinę, otoczoną naokoło amfiteatrem gór, wówczas daje dość miejsca pod gospodarstwo pastewne, pszczelnicze, a nawet rolne. Ale najczęściéj takie polany leżą w głębi pasm, wejście zaś do nich stanowi jedynie koryto potoku. Jestto poprostu ogromna szpara, czyli jak nazywają na Ukrainie: „jar,” na dnie którego szumi po kamieniach woda, boki zaś utworzone są ze skał wznoszących się czasem na dwieście i trzysta stóp prostopadle w górę. Nic posępniejszego, jak takie gardła potoków. Na dnie panuje wieczny mrok, szczyty bowiem skał, posiadające warstwę rodzajną, pokryte są drzewami, których konary częstokroć stykając się z sobą nad potokiem, przysłaniają oku wędrowca niebo. Miejscami dziki chmiel, dzikie wino, lub liany przerzucają się z brzegu na brzeg, łączą się, plączą, duszą wzajemnie w ramionach, tworząc festony zieloności tak grube, że światło dzienne zaledwie przez nie na dół dochodzi.
Podróżnemu często zdaje się, że posuwa się naprzód jakimś podziemnym korytarzem. Tam, gdzie przez szczelinę w górze można dojrzeć błękit niebieski, tam rozweselający ten widok zmącony jest łopataniem skrzydeł sępów, kruków, orłów i posępném ich krakaniem przejmującém smutkiem i trwogą.
Z takichto rozpadlin wreszcie dolatują, po zachodzie słońca owe złowrogie beczenia i ryki, których nieprzywykłe nerwy, prawie wytrzymać nie mogą. Gdy słońce gaśnie na szczytach, wszelka dzicz górska schodzi pić wodę do potoku: więc najprzód jelenie, antylopy, daléj koziorożce z sierpiastemi, prawie końca grzbietu sięgającemi rogami, i małe, biało nakrapiane kózki górskie. Za niemi dopiéro ciągną drapieżcy tych gór: srebrny i czerwony kuguar przesuwa się cicho w mroku, niby jakiś szarawy wąż; z rozpadliny skalnéj podnosi głowę ryś-ostrowidz i toczy ognistemi oczyma. Po drzewach skrada się plebs szarawych żbików; czasem znów zdala dojdzie odgłos spadających ze zrębu skalnego kamieni: — to posępny despota tych gór — szary niedźwiedź, wlokąc ociężałe kroki, idzie zanurzyć w strumieniu uznojone żarem dziennym cielsko.
Miejscami łożyska tak są zawalone większemi i mniejszemi bryłami kamieni, że nietylko już wozem, ale i konno niepodobna przez nie przejechać, témbardziéj, że kamienie wiecznie pokryte są wilgotnym i oślizłym mchem.
Zimą, w czasie pory dżdżystéj i na wiosnę, podczas ogólnego wezbrania wód, strumienie owe zmieniają się w rwące potoki, i wówczas mieszkańcy canionów są zupełnie od reszty świata odcięci. Skutkiem tego w canionach trzeba żyć dziko; o wygodach ucywilizowanego życia i marzyć nawet nie wolno.
Prócz tego, prawda: rozszerzenia się canionów czyli doliny, śliczne są i urodzajne; łatwo je zająć, łatwo przyjść, wynaleźć kąt, w którym jeszcze człowieka może nigdy nie było, i powiedzieć sobie: to moje! Własności, jakby na bezludnéj wyspie, nikt tu nie zaprzeczy; łatwo więc wziąć ziemię, ale żyć na niéj nie łatwo. Skwater jest zwykle człowiek ubogi; pozbawiony żony, dzieci, więc samotny. Taki człowiek przychodzi w góry, wybiera canion, który mu się najlepiéj podoba, i mówi sobie: „tu osiądę.” Ale żeby osiąść, potrzeba wybudować dom; skwater prócz siekiery, piły i świdra, nie posiada zwykle innych narzędzi. Drzewa wprawdzie nie brak na chatę, ale jak tu się i wziąć do niego, gdy canion szumi jedną puszczą stuletnich drzew, o pniach na kilka stóp średnicy, i o szczytach zagubionych gdzieś w chmurach. Czarny ogromny dąb wznosi się obok białokorego platanu, daléj dąb siwy, to znowu hicoro o słojach tak twardych, że siekiera odskakuje od nich, jak od kamienia; daléj laur: wszystko to zaś tak owinięte w wężowe sploty lianów, tak powiązane ze sobą, natłoczone, że puszcza zdaje się być jedną zbitą massą, w którą możesz niemal uderzać obuchem, jak w ścianę. Wyobraźmy sobie teraz, jakie trudy musi ponosić osadnik, ażeby oczyścić jakie takie miejsce na chatę i dziedziniec; pościnać ogromne drzewa, uprzątnąć ich zawały. Daléj przy stawianiu chaty, co za olbrzymich sił potrzeba, aby, nie mając z nikąd pomocy, zaciągać jednemu człowiekowi belkę na belkę, krokiew’ na krokiew’; po cieńsze drzewa należy czasem chodzić milę lub dwie drogi, i ciągnąć je następnie po niegodziwém łożysku strumienia, dźwigając przytém na plecach ciężki karabin, bez którego ruszyć się niepodobna, raz dla obrony, a powtóre dla upolowania czegoś do pożywienia. Widzimy z tego, że samo postawienie chaty przechodzi już prawie siły ludzkie; nikomu więc nie może się wydawać dziwném, że skwaterów bardzo jest niewielu, i że na życie takowe puszczają się albo tułacze cudzoziemcy, którzy przybywszy bez znajomości języka i środków pieniężnych, a nie chcąc zgodzić się na jakąkolwiek zależność, nie mają nic innego do roboty; albo rozbitkowie z życia, ścigani prawem; albo nieszczęśliwi szukający samotności; albo nakoniec natury wyjątkowo awanturnicze, które taką dziką niezawisłość cenią nad wszystkie skarby świata.
Ale jak pasterz brakuje owce i słabsze oddala ze stada, tak życie w podobnych warunkach brakuje skwaterów. Słabsze osobistości padają w nierównéj walce: pospolicie téż skwaterowie bywają ludźmi ogromnéj siły i niepospolitego hartu ducha. Możnaby rzec, że cywilizacya wysyła swoich atletów, aby jéj torowali drogę w puszczy. Powyższe jednak przymioty skwaterów w terytoryach zamieszkałych przez dzikich indyan, przeciwważone są przez wady, które czynią z tych przodowników postępu ludzi arcy niebezpiecznych. Krwawe zajścia z czerwonoskórymi i potrzeba używania co chwila noża lub rewolweru, rozwijają w nich dzikie namiętności i okrucieństwo, a przytém szorstkość posuniętą do grubijaństwa, z niepewności zaś jutra, wyradza się lekkomyślność. Właściwie nawet mówiąc: skwater w New-Meksyku, Aryzony, Indyan-Terytoryum nie jest osadnikiem, ale trzebicielem lasów. Zebrani w oddziały po kilkudziesięciu ludzi wynoszące, skwaterowie tamtejsi wyszukują nietkniętych siekierą puszcz, i niedbając zresztą czy takowe należą do indyan, czy do rządu, czy nakoniec do prywatnych kompanii, wyrąbują je, ładują w postaci tratew i galarów na fale Red-River, Rio-Colorado, Rio-Grande i spławiają do miast najbliższych. Po sprzedaniu drzewa, skwater, czując kieszenie wyładowane złotemi dwudziestodolarówkami, oddaje się pijaństwu i absolutnemu próżniactwu w mieście lub najbliższéj wencie, dopóty, dopóki nie straci ostatniego centa, a potém dopiero, goły już jak mysz kościelna udaje się znów na pustynię.
Nie potrzebuję dodawać, że życie takie pełne jest często bardzo krwawych wypadków.
Pustynia nie jest tak bezludna, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Prócz skwaterów włóczą się po niéj traperowie, to jest ludzie robiący sobie rzemiosło z polowania i awantur; wakerosi, to jest strażnicy stad lub karawan kupieckich; prości drapichrustowie, czasém górnicy, a nakoniec, w peryodzie wędrówek bawołów, większe i mniejsze oddziały indyan polujących na te zwierzęta, a gdzie się da, i na skalpy.
Skwaterowie stykają się ustawicznie z tymi ludźmi. Czasem przyjaźnią się z nimi i piją w wentach leżących na szlakach; czasem zasię, przy sangwinicznym temperamencie i pochopności do bójki stron obu, przychodzi do formalnych bitew, staczanych z indyjską przebiegłością, a z zawziętością średniowieczną. Przytém wogóle skwater, czując się silnym, wolnym jak ptak, słowem: królem pustyni, pogardza wszystkimi innymi ludźmi, i w zetknięciu się z nimi jest zawadyaką i brutalem, z którym niepodobna się nie pobić. Wyzywa wszystkich; nie boi się nikogo i niczego, drży tylko przed jedną na świecie istotą, przed tak zwanym: „uncle lynch,” wujaszkiem lynch, jak powszechnie nazywają na pustyni straszne to prawo.
Sama nazwa: „uncle,“ wujaszek, dowodzi, że skwaterowie uosobili owo pojęcie, z humorem, ale niemal w tenże sam sposób, jak hindusowie siłę niszczącą w postaci Sziwy. Skwater choćby najzuchwalszy, czuje że „lynch,“ jakby bóg jaki, jest bezwzględnie od niego silniejszy. Jakoż najstraszliwszy ten ze wszystkich wujaszków wujaszek, jest zarazem i pobłażliwym i nieubłaganym. Pozwala on zabić skwaterowi każdego indyanina na „polu wojenném;“ pozwala zabić bezkarnie każdego w kłótni, przechodzącéj w bitwę; pozwala zabić przez zemstę za brata, swata lub pobratymca czyli brata ślubnego; pozwala uważać wszelki bezwzględnie las, za dar Boży, z którego każdy równe ma prawo korzystać; pozwala wreszcie na osobistą swawolę: ale za wszelkie zdradliwe targnięcie się tak na osobę, jak i na własność, w widokach osobistéj korzyści, karze bezwzględnie śmiercią, często zbyt nawet okrutną.
Ale jakiekolwiek ono jest to dzikie prawo, w każdym razie wypłynęło ono z poczucia solidarności między białymi ludźmi i z poczucia potrzeby sprawiedliwości, dwóch podstawowych warunków, na mocy których wszelkie społeczeństwo przechodzi ze stanu dzikiego do cywilizacyi. Wspominałem już, że gdy ziemia pusta się zaludnia, a bardziéj złożone stosunki wymagają bardziéj złożonych praw, tak karnych jak i cywilnych, lynch wnet ustępuje ogólnym kodeksom Stanów Zjednoczonych. Jednakże zdolność do samopomocy, tak jest niejako amerykańskiemu ludowi wrodzona i tak wielka, że nawet w zupełnie już urządzonych państwach, rząd i policya z trudnością wstrzymuje ludność od wymierzania w ważniejszych wypadkach saméj sobie sprawiedliwości. Każdy obywatel tak jest tu przejęty zamiłowaniem dobra publicznego, że każdy osobiście za jego stróża, a zatem za sędziego, policyanta i wykonawcę sprawiedliwości się uważa. Przykładów na to mógłbym przytoczyć mnóstwo. Gdy przed kilkunastu laty rozbójnik Joachim, meksykanin, na czele kilkunastu ludzi grasował na całéj długości Kalifornii, to nie policya, która wówczas nie była ani dość liczną, ani dość sprawną, ale ludność cała, siadłszy na koń, ścigała go z taką zaciętością po stepach, w niedostępnych puszczach, w dzikich wąwozach górskich, że mimo tych naturalnych kryjówek, któreby tysiącom ludzi mogły dać schronienie, Joachim został schwytany i powieszony, opryszkowie zaś wybici po lasach, jak wilki. Częstokroć wprawdzie czytamy o wojnach z małemi pokoleniami indyjskiemi prowadzonych tak niedołężnie, że trwają całe lata, ale wojny te prowadzą i umyślnie przewłóczą generałowie w widokach osobistych korzyści; gdy jednak zniecierpliwiona ludność chwyci za broń, wówczas biada czerwonym hajdamakom: kryjówki ich są odkryte, wigwamy zburzone, ludność wycięta, i wojna w parę dni skończona.
Słyszałem o bardzo niedawnych wypadkach, w których ludność tutejsza, bez żadnéj pomocy ze strony rządu, dawała sobie rady. Przed dwoma laty zdarzyło się, że w samém Anaheim dwóch indyan zaciągnęło do winnicy i zamordowało młodą żonę jednego z obywateli. Nazajutrz dzień, całe miasto było już na koniu w polu. Tradycya lynchu zbudziła się jak drzemiący lew, i zaszumiała nad indyjskiemi głowami, jak burza. Prawda, że kilkunastu ich zostało niewinnie zabitych, ale na resztę padł taki postrach, że sami wyszukali winowajców i oddali ich pospolitemu ruszeniu. Ale pocóż szukać takich przykładów, kiedy lada kradzież, lada krowa, owca lub koń porwany pojedyńczemu farmerowi przez meksykanów, wystarcza, aby wszyscy jego sąsiedzi porzucili najpilniejsze roboty, najpilniejsze sprawy; narazili się na stratę czasu, pieniędzy i nie wypuścili z rąk rewolwerów, póki strata nie zostanie odbitą i zwróconą.
Wobec podobnéj energii amerykanów, przy zajmowaniu naprzykład nowych terytoryów, zamieszkałych poprzednio przez warcholską ludność meksykańsko-indyjską, zawierucha trwa zwykle parę lat, to jest póty, póki się owa ludność raz i drugi dobrze nie sparzy na swych złodziejsko-rozbójniczych przedsięwzięciach. Późniéj następuje spokój taki, jakiego próżnoby szukać gdziekolwiek w Europie, i w czasie którego możesz podróżować wszędzie, nietylko bez rewolweru, ale z workiem pieniędzy na plecach. Nie wyłącza to jednak burd, które owa przyrodzona krewkość i energia czyni częstszemi jeszcze niż gdzieindziéj. Ale to inna rzecz. Gdy dwóch obywateli uzna za stosowne popodbijać sobie wzajemnie oczy kułakami, lub wyzwawszy się na pojedynek, zapolować na siebie z karabinami, ogół obywateli nie wdaje się w to wcale, mówiąc, że to ich tylko business. Daléj, w niektórych Stanach, dzikość sekt religijnych wywołuje nadużycia; w innych znowu, które przez długi czas były przez białych i czerwonych wydzierane sobie wzajemnie, zaprawiona na krwi ludność nie łatwo wyrzeka się lynchu, i nie łatwo poddaje się prawu; nakoniec namiętności polityczne występują tu ostrzéj niż gdzieindziéj, ale są to rzeczy przechodnie: taż sama energia, która je wywołuje, późniéj uśmierza je, i wezbrany potok do naturalnego koryta sprowadza.
W każdym jednak razie, gdy sobie pomyślę, jak np., prowadzone przez merów na pasku, prowincye francuzkie straciły głowę, gdy w czasie wojny od Paryża je odcięto, gdy wchodząc do naszych stosunków, przypomnę sobie, ileżto razy tworzą się u nas całkiem uorganizowane szajki złodziei, kradnących konie, a ślamazarna i niezdolna do żadnéj inicyatywy ludność, nie przedsiębierze nic i czeka zmiłowania się Bożego, ogarnia mnie smutek prawdziwy, i wolę tę yankesowską republikańską energię, razem z wszelkiemi jéj nadużyciami. Nie chodzi mi w tém rozważaniu naszéj niezaradności o pojedyńcze uczynki i szkody, ale o wnioski, które ztąd można wyciągnąć: że bujność wewnętrznego życia i samodzielność, bardzo już w staréj Europie zamarła, i że trudno tam stawiać kroki, bez jakiegokolwiek paska. W Ameryce przeciwnie: samodzielność i energia rozkwita i potężnieje coraz bardziéj. Nie można przytém powiedzieć, aby przyczyną tego rozkwitu była wolność i decentralizacya, na których urządzenie Stanów Zjednoczonych jest oparte, bo tak wolność, jak i decentralizacya, jeżeli niezawodnie do rozwoju powyższych przymiotów dzielnie się przykładają, to znowu i same tylko wobec nich są możliwe. Też same urządzenia, gdzieindziéj, może zgoła inne wydałyby owoce, ostateczna przyczyna jest więc inna, a jest nią zajmowanie ustawiczne krain dzikich, lub przez dzikie ludy tylko zamieszkałych. Oczywiście, do krain tych ludność nie przychodzi z urządzeniami społecznemi, ale musi być sama dla siebie rządem, sądem, policyą, musi być sama dla siebie wszystkiem, a przytém walczyć jeszcze z siłami natury, z krwiożerczemi plemionami, w którychto heraklesowych walkach zdolność do samorządu, wolności i decentralizacyi, jak najsilniéj się wyrabia.
Ów więc straszny „uncle lynch,“ nietylko jest fantastyczno-rozbójniczym wytworem i nietylko dla tego o nim wspominam, aby moje mniéj i więcéj wiekowe czytelniczki mogły wykrzykiwać: ach! na kanapie, okazując przytém delikatność swych nerwów i czułość serca: przedmiot to nietylko dobry, jako motyw do powieści, ale fakt godny bliższéj uwagi filozofa i historyka. Jestto Drakon, który idzie przed Solonem; jestto dyktator, który po kilku leciech rządu musi złożyć władzę, z nią pęki rózg i siekiery, i zdać nieraz ciężki rachunek ze swych rządów: nakoniec, jestto twarda szkoła, z któréj młody naród wychodzi dziwnie zahartowany, czujący swą siłę jak lew, kipiący jak puhar wina i zdolny do tych czynów męzkich a ogromnych, przed któremi.... skłonić nam głowy.
Co rzekłszy, ściągam cugle własnym myślom, i wracam do skwaterów. Owóż skwaterowie New-Meksyku, Arizony, Indyan-Terrytory, są tacy, jak „lynch” — ludzie twardzi, hartowni, burzliwi, ale dotrzymujący zawsze słowa, solidarni i brzydzący się wszelką zdradą. Skwater kalifornijski ma ich przymioty, nie mając ich wad. Tamci są trzebicielami lasów i koczownikami: on jest osadnikiem; tamci żyć muszą ustawicznie, jak gdyby na stopie wojny: w Kalifornii panuje spokój. Wszystko to daje mu pewne cechy, po których łatwo go odróżnić, nietylko od skwatera żyjącego z tamtéj strony Sierra-Nevada, ale wogóle od każdego amerykańskiego obywatela. Jestto dżentlemen zwykle potężnego wzrostu i potężnych ramion, posępny, groźny, małomówny, ale spokojny, skłonny do rozmyślań, i po największéj części religijny. Samotność, olbrzymie spiętrzone skały, potężna a dzika natura, mimowiednie wpajają mu pojęcie o majestacie i wielkości Bożéj. A przytém serce ludzkie musi coś kochać, skwater więc, nie widując często po całych miesiącach twarzy ludzkiéj, kocha kornie a głęboko, tę niewidomą a dobrą rękę, która rankiem rozciąga zorzę różaną na niebie, każe wschodzić i zachodzić słońcu, wiosną rzuca potop kwiatów na stoki górskie, a dębom i całéj puszczy każe śpiewać, jakoby nasze: Święty Boże, Święty Mocny!
W stosunkach z ludźmi skwater bywa zimny, ale do wysokiego stopnia prawy, jak zwykle bywa człowiek, który nic od nikogo nie potrzebuje i który zwykł sam sobie wystarczać. Ludzie bywają złymi z potrzeby, skwater niéma potrzeby kłamać, oszukiwać, podchodzić; jeżeli bowiem nie umie się zadowolić swojém życiem leśném, porzuca je, wraca do miasta i zakłada business; jeżeli zaś umie, to rozmaite dobra światowe, w pogoni za któremi ludzie porzucają drogę uczciwą, nie mają dla niego wartości. Nakoniec praca, ciężka nad wszelki wyraz, z toporem w puszczy, usypia w nim lub zabija te wszelkie namiętności i popędy, które w życiu miejskiém nieraz prowadzą ludzi na rozdroża.
Oczywiście są to cechy dodatnie, zebrane ogólnie. W pojedyńczych indywiduach dochodzą one do mniejszéj lub większéj potęgi, bywają często równoważone przez rozmaite nałogi i wady, albo i zgoła przez nie zabite. Skwaterowie np. meksykańscy, trudniący się, w zapadłych kątach górskich, hodowlą świń, która to hodowla nie wymaga żadnéj pracy, przejmują wiele z natury tych zwierząt; skwaterowie irlandczycy bywają zawadyakami, opojami i pieniaczami, wyszukującymi umyślnie po pustkowiach sąsiadów, aby było się z kim procesować: jednakże między amerykanami czystymi, znalazłem ludzi tak pod każdym względem wzorowych, że wyglądali mi prawie na postacie wyjęte z powieści.
Wszystkich ich razem wziętych, jest jednak bardzo mało. We dwa miesiące po przybyciu w góry, poznałem ich wraz z indyanami i meksykanami kilkudziesięciu, ale osiadłych na takiéj przestrzeni, na któréj połowa ludności gubernii Warszawskiéj, wygodnie pomieścićby się mogła. Nie mając nic lepszego do roboty, a posiadając mustanga, który wychowany w górach, umiał po nich chodzić jak koza, włóczyłem się od osady do osady; często jednak zdarzało mi się nocować przy ognisku pod gołém niebem, w jeden dzień bowiem niepodobna mi było odbyć drogi. Indyanie, którzy zresztą trzymają się po kilku, i meksykanie, zajmują się głównie hodowlą, amerykanie pszczołami. Pszczół nie trzymają w barciach, jakto u nas na Litwie, ale w ulach ramkowych, zbudowanych i urządzonych według najnowszych systemów. Gospodarstwo to pszczelne, gdyby nie trudność przewozu, przynosiłoby znaczne korzyści; jakoż i przynosi je, ale tylko w osadach, naokół których ludność jest gęstsza, drogi lepsze, i które, właściwie mówiąc, niegdyś były osadami skwaterskiemi, obecnie zaś są fermami urządzonemi na podobieństwo wszystkich innych w Ameryce.
Odleglejsi skwaterowie, lubo częstokroć w miód bogaci, z trudnością go sprzedają. Z niektórych miejsc można go przewozić we wjukach na koniach, lub mułach, z innych jednak potrzeba nosić na rękach. Swoją drogą, same tylko wschodnie stoki gór Santa-Ana, a raczéj caniony: Sant-Jago, San-Joachin, Alissa, Trabuco, Madera, lubo w przeogromnych częściach jeszcze puste, wydają setki tysięcy funtów miodu i wosku rocznie. Niéma bo téż może nigdzie na świecie stron, w którychby pszczelnictwo mogło się tak rozwijać i kwitnąć, jak owe góry. Same caniony, obszerne a zamknięte ze wszystkich stron szczytami, stanowią jakby naturalne pastwiska pszczelne, z których pracownice nie mogą rozlatywać się po świecie, rozpraszać i ginąć. Środkiem doliny płynie zwykle potok, albo jak tu nazywają „creek,” zacieniony, chłodny, kryształowy, a nie grożący topielą. Prócz głównego potoku, w pomniejszych wchodzących do canionu wąwozach i gardzielach, wije się mnóstwo strumyków, których srebrne wstążeczki brzęczą po kamieniach i skałach, tworząc to jakby maluchne w miejscach szerszych jeziorka, to znowu kaskady, tak wdzięczne, jak owe gry wodne, ręką artystów pourządzane w Wersalu. Lekki powiew wiatru, wiejący zawsze w południe, rozwiewa w mgłę te wodne warkocze, chłodząc niby deszczem upał i znój dzienny. W miesiącu lipcu, gdy żar niebieski dochodzi do stu dwudziestu i więcéj stopni Farenheita, woda w strumieniach jest tak zimna, jak gdyby płynęła z jaskiń lodowych, a dzieje się to tém, że zwykle łożysko nakryte jest zieloną kopułą utkaną z dzikiego chmielu, lianów, powojów tak gęsto, że promień słoneczny prawie wcale przez oną zasłonę nie przenika.
Są téż tam całe zielone jaskinie, tak wielkiego uroku, iż nieraz, gdym się w nie chronił przed upałem, zdawało mi się, że lada chwila zobaczę chorowód nagich nimf lub dryad, bo w głowie nie mogło mi się pomieścić, ażeby te miejsca, tak cudne, miały być puste i milczące.
Chociaż nie były jednak zupełnie milczące, bo kapela pszczelna grała mi nad uszami bez przestanku. Widziałem małe żółtawe pszczółki i większe, tak zwane włoskie, czarno-prążkowane, jak siadając na kwiatach, to powojów, to wreszcie na żółtych kwiatkach bluszczów, zamiatały nogami słodki pył i obładowane odlatywały do ulów. Czasem zalatywał kolibr mający kształt i ruchy owadu, i zwisnąwszy na skrzydłach nad pochylonym kielichem, zanurzał weń swój długi nakształt igły dziobek. Za pszczołami ciągnęły pszczołojady, spore i złe ptaki, z szarym grzbietem i zielonawą piersią; przedrzeźniacze kołysały się na prętach lianów, naśladując głosy ptaków i zwierząt: wreszcie cudne błękitne płaszcze i całe tysiące górskich kuropatw przychodziły pić wodę w strumieniu i zadzierać przytém głowy do góry, na wzór pijaków, którym napój bardzo smakuje.
Owóż więc pszczoły znajdują tu i wodę i dosyć pokarmu wszędzie, a to témbardziéj, że przytém stoki gór pokryte są w ciągu całego roku mnóstwem najpyszniejszych kwiatów. Od upału zabezpieczają skwaterowie dobytek swój, stawiając ule pod cieniem czarnych dębów. W tych wszystkich doskonałych warunkach mnoży się téż i rozrasta miododajna trzoda z niesłychaną szybkością. Zakupiwszy pięć lub sześć ulów, można dojść w ciągu kilku lat do ogromnéj pasieki. Jakoż, nietylko sprzedaż miodu i wosku, ale głównie sprzedaż ulów, stanowi źródło dochodów skwaterskich. Kupują je farmerowie zamieszkali na całéj długości między górami i oceanem. Prawda, że trzeba te ule nieraz przenosić po jednemu na plecach, ale skwater nie lęka się żadnéj pracy.
Wogóle jednak odleglejsi skwaterowie, zamieszkali po niedostępnych canionach, mają daleko więcéj miodu niż pieniędzy, to jest mają go czasem dziesięć razy tyle, ile mogą sprzedać; ale téż z drugiéj strony, potrzeby skwatera tak są ograniczone i tak mało odległe od potrzeb człowieka żyjącego dziko, że pieniądze wyłącznie prawie tylko na zakupno prochu i ołowiu przydać mu się mogą.

II.

Wracam do opowiadania osobistych moich wypadków.
Siedziałem tedy przed namiotem, owéj pierwszéj nocy przyjazdu, podziwiając w milczeniu ogromną przyrodę, gdy nagle z zadumy wyrwał mnie głos gospodarza dochodzący z głębi parowu. Oba z Neblungiem podnieśliśmy się i zeszli na dół. W parowie połyskiwało ognisko z drzew laurowych, Robinson zaś zajęty był pieczeniem, a raczéj wygrzebywaniem z popiołu udźca jeleniowego, który upiekł na nasze przyjęcie, i którego pyszna woń napełniała powietrze. Reszta jelenia, a raczéj cały jeleń, pozbawiony tylko uda, wisiał opodal na drzewie, a płomień ogniska odbijał się w jego szklannych otwartych oczach. Prócz tego na węglach gotowała się w blaszaném naczyniu woda na „japan thee” (dżapan thi), czyli japońską herbatę, jakiéj powszechnie używają ubożsi ludzie w Kalifornii. Gdy pieczeń była wyjęta z popiołu i z pod odkrojonéj nożem spalonéj powierzchni wyjrzało różowe dymiące wnętrze, zasiedliśmy do uczty. Była to prawdziwie homeryczna uczta; okrwawione bowiem płaty mięsa braliśmy rękoma, rozkrawając je tylko z pomocą myśliwskich nożów, czyli tak zwanych: „bowie-knifes” (boi najf), od których indyanie przezwali białych: „długie noże.” Przytém i otoczenie mogło przypominać przedhomerowe wąwozy Pindu lub Aety. Niedaleko nóg naszych płynął z szelestem po kamieniach potok; naokół ogromne złamy kamieni, o które poopieraliśmy się plecami; w środku ognisko rzucające krwawy blask na poblizkie dęby rosnące w rozpadlinach skalnych, a daléj złowroga mroczna głąb’ puszczy.
Skwater, od czasu do czasu dorzucał suchych gałęzi laurowych, a wtedy w ognisku powstawał trzask, iskry sypały się złotym deszczem i biegły gasnąć w ciemnościach, a podsycony płomień buchał do góry i oświecał nasze twarze, nasze karabiny i nasze psy siedzące opodal i odprowadzające łakomemi oczyma każdy kawałek mięsa, który nieśliśmy do ust.
Chwilami zdawało mi się że jestem na jakiéj romantycznéj operze, w któréj sam śpiewam barytonową rolę alpejskiego rozbójnika. Zaczynało się téż istotnie dla mnie życie nowe, w którém z czasem rozmiłowałem się do tego stopnia, że jeśli przyjdzie mi późniéj zamienić je na inne, uczynię to ze smutkiem i z niechęcią.
Księżyc świecił nad naszemi głowami tak, jakby chciał z własnéj powieki wyskoczyć; promienie jego łamały się na szczytach drzew z odblaskiem ogniska; opodal szumiała puszcza; strumienie jęczały po kamieniach; z ciemności dochodziły głosy zwierząt: wszystko to było tak piękne, romantyczne i malownicze, że mimowoli czuło się skrzydła przy ramionach, i żal robiło się młodych lat marnowanych na bruku miejskim, w małém kółku zajęć, spraw, a często wśród małych ludzi.
Z początku siedzieliśmy w milczeniu. Skwater z natury był małomówny; ja nie umiałem sobie dać rady z własnemi wrażeniami, gadatliwe zaś usta Neblunga, tak były zapchane jeleniną, że niecierpliwe słowa nie miały się którędy przedostać.
Uważałem jednak, że skwater spoglądał na nas z nietajoną radością. Jakoż zrozumiałem to, gdy skończywszy jeść, rzekł:
— Dwa miesiące nie widziałem już twarzy ludzkiéj.
— Mówiłem ci, Dżak — odparł wskazując na mnie Neblung — że dżentlemen pragnie zabawić tu parę tygodni. Dżentlemen jest podróżnikiem: jeździ po świecie, a co widzi, zaraz opisuje w „Polish News-Papers” (Gazecie Polskiéj). Dżak! słyszysz? ja już jestem opisany w News-Papers. Dżak! raduje mnie to! Pilnuj dżentlemena, ażeby nie zaginął w tych górach, a i ty będziesz opisany. Dżak! będą o nas wiedzieć na drugiéj półkuli.
Skwater mniéj zdawał się być czułym na tak rozgłośną sławę, ale wyciągnął do mnie rękę, w któréj, nawiasem mówiąc, dłoń moja skryła się jak mysz w pułapce, i począł dziękować mi, że wybrałem jego sadybę, jako środkowy punkt wycieczek. Odpowiedziałem na to, aż zbyt po europejsku, że i ja również cieszę się z poznania tak dzielnego dżentlemena, ale obawiam się, abym bytnością moją nie przyczynił mu kłopotów i ciężarów.
— Kłopotów i ciężarów! — zawołał śmiejąc się Neblung. — Dżak! słyszałeś o kłopotach i ciężarach?
Mówiliśmy z dżentlemenem o tém jeszcze w Landing. Mówiłem dżentlemenowi wyraźnie: ja znam Dżaka; Dżakowi zapłaty nawet proponować nie można, bo on raczéj będzie to uważał za dobrodziejstwo.
— Zapłaty nie wziąłbym od nikogo — odparł na to skwater — a co do przybycia twego, sir, nie mogę inaczéj patrzeć na nie, jak na szczęśliwy dla mnie traf. Zaraz powiem dlaczego. Oto sprzykrzyło mi się już w namiocie. Zimą, w czasie deszczów, niezbyt to wygodnie, więc postanowiłem sobie wybudować dom. Wzniosłem już ściany prawie pod dach, ale robota to niemała. Nad każdą deską przychodzi mi po parę dni pracować. A przytém tu blizko niema innych drzew, jak po parę stóp średnicy, muszę więc dość daleko wyszukiwać pni cienkich. Pracuję po kilkanaście godzin dziennie, obok tego muszę jeszcze palić ogień, gotować dla siebie i dla psa, obrządzić moje kozy i konia, a co najgorsza chodzić na polowanie. Poprostu czasu mi brak, a jak nie idę na polowanie, nie mam co jeść. Mogę, nieruszając się z namiotu, strzelać kwels (kuropatwy), ale kwels wkrótce się przykrzą. Mam także zapasy suszonéj jeleniny, ale i to nie lepsze. Jeśli więc sir zechcesz, jak to czynią wszyscy podróżnicy, polować, to nietylko czasu mi oszczędzisz, ale będziesz mnie jeszcze karmił świeżém mięsem.
— Zresztą, inna rzecz gościnność w mieście — przerwał Neblung — a inna w canionach. W mieście daję gościowi stancyę, za którą mógłbym wziąć pieniądze, daję mu brekfest, lunch i obiad; to wszystko kosztuje, a tu? gość to dwie ręce, i jeden karabin więcéj, a przytém towarzystwo ludzkie coś warte. Dżak, jabym się tu wściekł, żyjąc tak samotnie. Jakim się to sposobem dzieje, Dżak, że ty się nie wściekniesz także?
— Przyzwyczaiłem się — odparł skwater — ale przecież czasem bywa ciężko, zwłaszcza jak przyjdzie pora dżdżysta i niéma co robić. Wszakże, sir, zabawisz w górach aż do deszczów? — spytał zwracając się do mnie.
Odpowiedziałem że nie wiem, istotnie bowiem i wówczas nie wiedziałem, i teraz nie wiem, gdzie się będę za parę miesięcy obracał. Za rok będę może w Warszawie, a może w San-Pablo. Podróżomania jest jak wszystkie inne nałogi. Pierwszy krok najtrudniejszy, a potém popycha już jakaś dziwna siła, jakby Żyda Tułacza, coraz daléj i daléj.
Ale tymczasem ugoda ze skwaterem stanęła. Potwierdziliśmy ją jeszcze kilkakrotném uściśnieniem sobie ręki, przyczem za każdym uściskiem syknąłem, a następnie wzięliśmy się do picia owéj „japan thee,” naturalnie z miodem nie z cukrem. Przypomniałem sobie, że we wjukach mego konia, obok rozmaitych innych gratów, znajdują się dwie małe baryłki, jedna z brandy, druga z winem. Przyniósłszy je do ogniska, zaprosiłem obu towarzyszów. Poobwijaliśmy się w koce, zapalili fajki i, to pykając z cybuszków, to popijając herbatę z brandy, leżeliśmy przy ognisku i gawędzili coraz weseléj. Skwater wreszcie rzekł:
— Jutro świtaniem zaprowadzę was na jelenie.
All right! — odpowiedzieliśmy oba.
Wówczas zaczął nas uczyć, jak należy się zachowywać. Lubo ludzi w canionach jest nadzwyczaj mało, zwierz zatém nie często bywa płoszony; przecież jelenie, antylopy i t. p. rogata czereda niezmiernie jest ostrożna. Tłómaczy się to tém, że prócz ludzi, polują na nią kuguary, rysie i źbiki. Napady takie zwykle odbywają się nad wodą: trzeba bowiem wiedzieć, że jeleń, wybrawszy raz sobie drogę wiodącą do źródła, schodzi już nią zawsze. Ścieżynkę taką łatwo poznać, ponieważ nietylko zarośla, mianowicie „czaporal” i „czamizal,” bywają na całéj jéj długości porozrywane, ale nawet i w miejscach gdzie te krzaki nie rosną, poobsuwany żwir, i poobsuwane większe kamienie, odznaczają ją doskonale. Otóż, polując, trzeba upatrzyć ścieżkę, potém siąść świtaniem w zaroślach po drugiéj stronie strumienia i czekać póki zwierz nie zbliży się na strzał. Polowania takie bywają nawet niebezpieczne, często bowiem dwunożny myśliwiec spotyka czworonożnego myśliwca, nader o swoje prawa zazdrosnego.
Skwater opowiadał kilka takich niebezpiecznych spotkań, w których nie wiedział czy sam polował, czy téż na niego polowano. I trudno było nie dawać tym opowiadaniom wiary, gdy rozmaite głosy dochodzące z lasu stanowiły niezaprzeczone ich prawdziwości dowody; raz zaś taki złowrogi ryk rozległ się w ciemnościach, że umilkł cały las, a i my z nim razem.
Skwater dorzucił wiązkę suchych laurów na ognisko.
— Przekleństwo na twój grzbiet i niech Bóg potępi twoją głowę! — rzekł po chwili.
— Blizko? — spytałem go, ukrywając z trudnością wrażenie i mimowoli sięgając ręką po karabin.
— Nie! Ze dwa lub trzy tysiące jardów — odparł — ale głos rozchodzi się nocą po skałach, jak gdyby to było blizko. Znam cię piekielna!
— Cóżto za bydlę ryczy?
Silver lion (puma). Biédny mój Ren!
Nalałem po raz trzeci „brandy“ do herbaty Dżakowi, sobie i Neblungowi. Potém wypytywałem o dzieje pumy i Rena.
Do you see, Jack? (Czy widzisz, Dżak?) — przerwał Neblung — jacy ci podróżnicy ciekawi. Wszystko to będzie opisane, Dżak! i twój Ren będzie opisany w News-Papers!
You are a mocking-bird (ty jesteś przedrzeźniacz) Maks — odrzekł skwater — czyniąc tém przezwiskiem przytyk do gadatliwości Neblunga. Mówię: biédny mój Ren, i nie pocieszyłbym się, chociażby „Herald” umieścił o nim artykuł. Pies ten, sir — rzekł zwracając się do mnie — przyszedł ze mną tu aż z Luizyany, zkąd jestem rodem. Byłto zacny pies: odważny i silny! Dwa tygodnie temu, ta piekielna, która dopiero co ryczała, sprzykrzywszy sobie jelenie mięso, podeszła nocą do koralla, w którym trzymam moje kozy. Ten hudlum (łobuz, nicpoń), (mówił ukazując na wielkiego brytana, siedzącego przy ogniu), zwietrzywszy ją, schował się w mech pod namiot, Ren zaś choć mniejszy, rzucił się ku niéj jak szalony. Porwałem zaraz za karabin, ale nim wybiegłem z namiotu, usłyszałem jéj ryk i krótkie skowyczenie Rena. Strzeliłem w powietrze na strach, potém biegłem mu na ratunek z rewolwerem i z „bowie-knife,” ale już było zapóźno. Puma zemknęła. Ren zaś miał wydarte wnętrzności i zgruchotany grzbiet: nogi mu tylko jeszcze drgały....
I nie wiem, czy herbata z wódką zaostrzyła żal skwatera za Renem, czy téż kochał nieboszczyka tak głęboko, ale nagle urwał opowiadanie, zacisnął pięście i jął powtarzać szybko, jakoby w napadzie szalonego gniewu:
Goddam you! goddam you, goddam!...
— Uspokój się, Dżak! — rzekł Neblung.
Jakoż Dżak uspokoił się wkrótce; ale ten milczący i poważny zwykle człowiek, rozgadawszy się raz, rozpłynął się w oceanie różnorodnych opowiadań. Bądź, że trochę wypił, bądź, że tak dawno nie widząc ludzi, milczał poprzednio przez całe miesiące, dziwił teraz nawet Maxa ową powodzią słów, tak rzadko trafiającą się u skwatera. Opowiadał, że rozmiłował się w tém swojém życiu skwaterskiém, i że nie porzuciłby go za nic na świecie, pomimo wszystkich jego kłopotów. Do największych kłopotów zaliczał szkody, jakie dzikie zwierzęta czyniły mu w jego dobytku. Niedźwiadki czerwone zachodziły nieraz nocą do jego ulów, ale prawdziwe spustoszenie czyniły mu małe zwierzątka, które nazywał: „racoons,” co, zdaje mi się, że po polsku znaczy szopy; daléj, chciał trzymać kury, ale te pierwszéj zaraz nocy padły ofiarą skunksów, gatunku kun-tchórzów, których futra znane są zresztą dobrze u nas; miał parę świń, podusiły mu je rysie ostrowidze: nakoniec kuguary i kujoty zachodziły nocami do korallu, w którym trzymał kozy angorskie. „W dzień, mówił, wszystko to, tak się pochowa, że ani śladu tego w górach, ale nocą dopiero, każde zaczyna swój „business.“ Czasem dwa i trzy razy na noc przychodzi mi brać za karabin, dlatego téż sypiam w dzień po parę godzin.
Pytałem się czy téż osobiste jego bezpieczeństwo często bywało zagrożone.
— Puma i szary niedźwiedź — opowiadał — nigdy prawie nie rzucają się na człowieka, chyba postrzelone, lub zaskoczone z nienacka; kuguar rzuca się w takim razie, ze strachu. Ale na polowaniach z zasadzki, przy których trzeba sprawiać się cicho, często się zdarzy spotkać nagle, a niespodzianie jedną z tych bestyi; wówczas przytomność, silna ręka i dobry „bowie-knife,” bywa jedynym ratunkiem.
— A karabin? — spytałem.
— Często niéma czasu strzelać.
— Jednakże z „bowie-knife” tylko, trudno wyjść bez szwanku.
— Trudno! — odrzekł krótko, i odwinąwszy rękaw od koszuli, pokazał mi niżéj łokcia mnóstwo chropowatych białawych piętn i szwów. Znać było, że w swoim czasie, muskuły w tém miejscu były potargane w straszny sposób.
— To już tu, w Kalifornii? — spytałem.
— Nie — odpowiedział — to jeszcze z Texas; to jaguar, który jest niebezpieczniejszy i od pumy i od czerwonego niedźwiedzia.
Wzmianka ta o Texasie, naprowadziła go na wspomnienia odległéj przeszłości.
Był on rodem z Luizyany, w swoim czasie był farmerem dość zamożnym; ale gdy wybuchła wojna, porzucił gospodarkę i wraz z szesnastoletnim synem zaciągnął się do armii południowéj. Następnie zaczęły go trapić nieszczęścia: syn poległ, on zaś sam dostał się w ręce północnym. Po czasie niewoli wrócił do domu, ale żona tymczasem, zbankrutowawszy na farmie, musiała ją opuścić i osiadła w małém miasteczku Berwick, nad jeziorem Chestr-Machee, w południowéj Luizyanie. Berwick, położone w okolicy błotnistéj i wilgotnéj, klimat ma prawie jeszcze niezdrowszy niż New-Orleans; wkrótce zatém tak on, jak i żona zapadli na żółtą febrę. Wówczasto, skupiwszy za resztki fortuny trochę wozów i bydła, udał się do suchego Texas, ale po drodze żona mu zmarła; karawanę napadli meksykanie i zabrali wszystko: on zaś został na stepie, prawie bez ratunku.
Nie mając co lepszego do roboty, przyłączył się do skwaterów, którzy trzebią lasy na Brazos, Colorado i Red-River. Kilka lat żył tém życiem; zebrawszy jednak trochę pieniędzy, postanowił je porzucić i udał się do Kalifornii. Przybył tam znowu prawie bez grosza, bo po drodze wydał wszystkie pieniądze; ale na szczęście w Landing, a raczéj w Anaheim spotkał takiego „good boy,” jak Neblung, który pożyczył mu trochę pieniędzy, i pomógł do założenia skwaterskiego gospodarstwa w górach. „Odtąd żyję tu, kończył, i muszę przyznać, że ani Texas, ani Luizyana nie mogą się porównać z Kalifornią.”
Przechodził więc i ten człowiek burze w życiu. Wiatr pomiatał nim jak liściem, aż nakoniec rzucił go w to leśne zacisze, w którém nie wiem już, czy praca była większa, czy spokój. Czasem samotnik ten po parę miesięcy nie widywał twarzy ludzkiéj, tak zresztą jak i inni skwaterowie. W czytaniu nie szukał rozrywki, bo jakkolwiek wykształcony na wzór innych amerykanów, nie był jednakże z książkami obyty. Było to może dla niego i lepiéj, rozwinięte bowiem życie wewnętrzne, a z niém rozpamiętywania i myśl, skłonna do zagłębiania się w zagadki wszechbytu, doprowadziłyby go zapewne do drugiego bankructwa, stokroć dotkliwszego niż poprzednie. Filozof, na jego miejscu, byłby sobie powtarzał: oto zamknąłem rachunki z życiem; zawinąłem po burzy do portu: jestem spokojny. I byłby sobie powtarzał to dopóty, dopókiby nie zmierził sobie téj myśli, nie doszedł do nudy, zniechęcenia i przekonania, że wszystko jest czczém i marném i niewartém zachodu. A już wtedy o pracy nie byłoby co i mówić. Ale ten prosty człowiek nie zapładniał sam siebie filozoficzną czczością: nie rozumował! Rankiem brał siekierę i szedł w puszczę, potém z karabinem czołgał się w górzystych gardzielach, potém gotował strawę, opatrywał dobytek; nie miał może samowiedzy swego spokoju, ale owe codzienne sprawy jego żywota, wydawały mu się dość ważnemi, aby warto było dla nich żyć. W ten sposób płynął mu dzień za dniem.
Byłto człowiek trzeźwy, jak wszyscy amerykanie, jak wreszcie wszyscy ludzie, należący do rass nieprzeżytych. Samo życie mu wystarczało, refleksye życiowe w głowie mu nie powstały. On nawet tego życia samotniczego sam nie wybrał, ale rzucił się w nie z musu, a pokochał je dopiero późniéj. Pod jednym tylko względem samotność wycisnęła nań filozoficzną pieczątkę: oto niewiele sobie cenił pieniądze.
Ale cecha to wspólna wszystkim skwaterom. Istotnie w górach, na stepach i wogóle w pustyni, gdy sięgniesz ręką do kieszeni i wyciągniesz z niéj parę białych lub żółtych krążków, nie możesz powstrzymać uśmiechu i pewnego uczucia pogardy dla téj rzeczy, którą mimowoli nauczyłeś się prawie czcić w miastach, a która tam na razie nie warta naboju prochu lub kawałka suszonego mięsa.
Drugą cechą skwatera, wspólną samotnikom, była jego pobożność. Gdy wreszcie ognisko poczęło dogasać, a sen ołowiem spadał nam na powieki, on poszedł mówić pacierz, a następnie postanowiliśmy udać się na spoczynek. Skwater chciał koniecznie ustąpić mi swój namiot, który poprostu był kawałkiem płótna rozwieszonego na gałęziach i pod którym było jedno tylko miejsce; ale ja wolałem nocować razem z Neblungem w zaczętym domku. Gospodarz przyniósł nam kilka wiązek mchu, ja zapaliłem latarkę, znajdującą się miedzy memi rzeczami, i poszliśmy słać sobie łóżka. Na podłodze domku pełno było heblowin, trocin i rozmaitych kawałków drzewa. Powiedziałem Maxowi, żeby odgarnął to wszysko na jedną stronę i zostawiwszy mu latarkę, poszedłem do juków po drugi koc, noce bowiem nad rankiem bywają chłodne. Z juków zabrałem wszystkie zapasy, które w nocy mogły być zjedzone przez kujoty lub szopy; następnie spojrzałem jeszcze na konie, czy się nie uplątały w lasso, gwizdnąłem na psa i wróciłem do domku.
Przyszedłszy zastałem Maxa powtarzającego: „goddam! goddam!” i tłukącego kolbą od karabina, skorpiona. W heblowinach znalazł ich kilka i wyrzucił przezedrzwi, ale ostatni zgniewał go swoją wielkością. Wkrótce nadszedł i skwater, a ujrzawszy co się dzieje, rzekł spokojnie:
— O, u mnie pod namiotem są także!
— A mnie aż mrowie przeszło: a może i w tym mchu są? — pytam pokazując na wiązki.
— A może! — odpowiada skwater.
— A jak który ugryzie?
— E, nie! nie ugryzie!
Jakoż istotnie nie wiem, czy to robactwo mniéj tu jest złośliwe niż gdzieindziéj, czy téż mniéj jadowite, ale wiem, że tu nie robią sobie z niém zachodów.
Ja jednak wyrzuciłem resztę heblowin i przetrząsnąłem starannie mech.
— Zachodzą tu i grzechotniki — rzekł nam na dobranoc skwater — i dlatego położyłbym naokół domu lasso, ale ponieważ macie ze sobą borsuka, więc niéma niebezpieczeństwa.
Jakoż tak i było. Skwaterowie, gdy przyjdzie nocować im pod gołém niebem, w miejscach gdzie jest dużo wężów, rozciągają na ziemi w krąg włosiane lasso, przez które grzechotnik nie może się przeczołgnąć. Ale obecność mego borsuka czyniła zbyteczną tę ostrożność, zwierzętom tym bowiem, ukąszenie wężów, choćby najjadowitszych nic nie szkodzi. Zresztą nieszczęśliwe te płazy prześladowane są przez wszystko co żyje, z niesłychaną zaciętością.
Nakoniec skwater odszedł, a my położyliśmy się spać. Max usnął odrazu, ja zaś nie mogłem. Leżąc na wznak, patrzyłem w gwiazdy, dachu bowiem na domu jeszcze nie było, i wsłuchiwałem się z niejaką obawą w głosy w puszczy. Nie jestem większym tchórzem od każdego przeciętnego mieszkańca brzegów Wisły lub Niemna, ale ta noc, dzika okolica i beczenia dochodzące z lasu, rozstroiły mi nerwy. Ktoby się chciał ironicznie uśmiechać na to szczere wyznanie, niech tu przyjedzie. Nie bałem się wreszcie wielkich zwierząt, ale co chwila zdawało mi się np. że to mech porusza się podemną: zapewne skorpion; to znów, że resztki heblowin jakoś podejrzanie wyglądają po kątach: zapewne grzechotnik. Ciągle coś podobnego! A przytém co do samych głosów nocnych: noc i cisza zbliżają je. Zdaje ci się, że te beki, miauczenia i t. p., brzmią nie daléj, jak o jakie dwadzieścia kroków; czasem słyszysz je zaraz za ścianą, czasem tuż nad uszami, a wtedy mimowoli sięgasz po karabin. Wreszcie przychodzą nerwowe rozumowania. „Dlaczegóż, (zadawałem sobie pytanie, wpatrując się w czarny skraj ściany), dlaczegóż nie miałbym za chwilę ujrzeć na tym zrębie, dwojga świecących w ciemności oczu, należących np. do pumy? Może się to przez tysiąc nocy nie zdarzyć, a jednéj może się zdarzyć. Kto mi zaręcza, czy to nie ta jedna?
Ale potém przypomniałem sobie, że puma, pierwsza nigdy nie zaczepia. „A więc i ja jéj nie będę zaczepiał, niech sobie żyje!” Rozmyślając w ten sposób, czułem się tak pokojowo usposobiony do całego rodzaju pum, że chwilami zdało mi się, iż jestem ich serdecznym sprzymierzeńcem.
Przytém pocieszało mnie to, że Max śpi zaraz przy mnie, i że niéma powodów, dla których pierwsze lepsze drapieżne stworzenie miałoby zjeść mnie, nie jego. Ten brak egoizmu unosił mnie tak daleko, że wystawiałem sobie najprzód, jakbym go żałował w podobnym wypadku.
Ale pominąwszy żarty, sam nie wiem dlaczego najwięcéj rozstrajały mnie te głosy, co do których nie byłem pewny, jakie zwierzęta je wydają. Jeden z tych głosów wołał ustawicznie na pobliskich skałach: „a ha ha!” byłem prawie pewny, że to jakiś ptak, zatém nic niebezpiecznego, a jednak to: „a ha ha!” dokuczało mi najbardziéj. Nazajutrz dowiedziałem się istotnie, że krzyczą w ten sposób we dnie i w nocy, wielkie kuropatwy górskie, zwane przez skwaterów: „mountain quels.”
Nakoniec, kto nie słyszał nigdy skomlenia kujotów, ten nie zdoła nawet pojąć, ile grobowych oddźwięków, ile jakiegoś niesłychanie ponurego smutku i żałoby brzmi w tych głosach. Nawet skwaterowie, przyzwyczajeni do wszelkich wrażeń pustyni, nie mogą się powstrzymać od klątew, słysząc te jak gdyby zagrobowe wołania i jęki. Ja również byłem już z niemi obznajmiony, bo słyszałem je wielokrotnie w Landing, a jednak przechodził mnie dreszcz od stóp do głowy.
Chwilami cały ten koncert, jakby pod uderzeniem dyrektorskiéj pałeczki, milknął nagle; psy nawet przestawały ujadać, a ciszę nocną mąciło tylko chrapanie Maxa. W takich przestankach próbowałem usnąć. Jakoż zmęczenie poczynało brać powoli górę. Gwiazdy nad głową poczynały mi się mieszać, drgać i jak gdyby podskakiwać, słuch tępiał, pojęcia, myśli i obrazy zlewały się ze sobą w sennym bezładzie: wreszcie usnąłem.
Była może północ gdym usnął, a o piątéj zbudziło mnie gwałtowne szczekanie psa. Na świecie już szarzało: gwiazdy bladły. W obawie, czy jaki niebezpieczny zwierz nie zbliżył się do koni, wziąłem karabin i wyszedłem zobaczyć co się dzieje. Rankiem nerwy bywają spokojne, przytém spałem wprawdzie krótko, ale jak kamień, zatém i wypocząłem wybornie; pełen więc ducha szedłem ku koniom. Psy czyniły ciągle straszny harmider, ale konie leżały spokojnie pod drzewami; zawróciłem tedy do domu, gdy nagle głos jakiś zawołał z pod drzewa:
Good day! sir!
Byłto mój skwater, który również wyszedł spojrzeć na konie i pasiekę.
— Dzień dobry! — odpowiedziałem — zmierzając ku drzwiom.
— Sir, jeśli chcemy iść na jelenie, to czas.
All right! Czy obudzimy Maxa?
— Niech śpi. Jemu trudno dosiedzieć spokojnie na zasadzce.
Chciało mi się jeszcze spać kannibalsko, ale wstyd mi było opuścić dla snu polowanie; opatrzyłem więc karabin, wziąłem torbę z ładunkami, następnie napiliśmy się wódki, zjedli po kawałku wczorajszéj pieczeni i ruszyli w drogę.
W tych krajach, brzask ranny, a następnie świt, trwa krócéj niż u nas; trzeba się więc było spieszyć, aby stanąć na miejscu, nim zupełnie rozednieje. Szliśmy w górę strumienia po niegodziwéj drodze, bo zawalonéj wielkiemi kamieniami, i prawie pociemku, gdyż liany rosnące na wierzchu ścian, niedopuszczały światła. Musiałem się trzymać ze wszystkich sił aby nie upaść. Nieraz woda strumienia zajmowała całą przestrzeń między ścianami, a wówczas brnęliśmy środkiem. W pierwszéj przerwie skalnéj, przez którą do naszego strumienia wpadał inny mniejszy, mignął nam szarawy wydłużony cień, zapewne dzikiego kota. Chcąc okazać moją sprawność, zmierzyłem się natychmiast, ale skwater, uderzywszy dłonią w lufę, podbił mi karabin w chwili prawie, gdy miałem strzelić. Późniéj wytłómaczył mi, że wystrzał dany niedaleko już stanowiska, mógłby zepsuć całe łowy.
Przez drogę nauczył mnie jeszcze, jak się mam zachowywać, polecając szczególniéj największą ostrożność, największą cierpliwość i niespieszenie się ze strzałem, choćby mi się zdawało, że zwierz dojrzał mnie już i pierzcha. Zapisywałem sobie to wszystko w pamięci, a tymczasem wyszliśmy na miejsce otwartsze. Zamiast ścian skalnych, z jednéj strony strumienia wznosiła się dość stromo góra, któréj brzeg schodził w wodę, z drugiéj zaś szła mała równinka, porosła zupełnie laurami. Usadowiliśmy się za dwoma najgęstszemi krzakami, z téj strony strumienia, a naprzeciwko góry. Teraz trzeba było prawie tamować oddech w piersiach. Robiło się coraz widniéj. Wreszcie pierwsze promienie zorzy powlokły porośnięty czaporalem wierzch góry, różowym szlaczkiem. Ujrzałem wtedy wyraźnie osyp żwiru i kamieni, ciągnący się przez całą długość góry od wierzchnich zarośli, aż do strumienia. Nie mogło mi się jednak w głowie pomieścić, aby zwierzę mogło zejść z tak stroméj pochyłości, nie spadłszy na głowę w dół. Wkrótce jednak przekonałem się o możliwości, gdy nagle ujrzałem wysuwającą się z czaporalu głowę jelenia. Serce zabiło mi młotem, i jak mogłem najwolniej, podniosłem kolbę karabinu do twarzy. Nie czas jednak jeszcze było strzelać, a przytém postanowiłem pokazać skwaterowi, że posiadam ten jeden z najcenniejszych przymiotów myśliwca: cierpliwość. Dzieliło mnie od owéj głowy wystającéj z zarośli, ze trzysta yardów, ale powietrze tak było przepełnione różowemi blaskami i tak przezroczyste, że widziałem ją jak na dłoni. I wtedy dopiero nabrałem pojęcia o téj niesłychanéj czujności, jaką jelenie i antylopy zachowują, przy zbliżaniu się do źródeł. Oczy zwierzęcia były otwarte szeroko, uszy nastawione, nozdrza poruszały się szybko, badając wonie poranne.
Myślałem że już nigdy nie wyjdzie z czaporalu. Upłynęło może dziesięć minut, a jeleń stał jeszcze, obracając głowę na wszystkie strony. Nareszcie za głową okazała się szyja, za szyją piersi, potém znów stanął nieruchomo. Nakoniec jednak ujrzałem to wspaniałe zwierzę, w całéj jego piękności.
Byłto samiec, mający około czterech stóp wysokości, z dużą głową, wypukłemi oczyma i rozsochatemi rogami, które, podnosząc głowę, zakładał na grzbiet. Skóra jego była jednostajnego płowego koloru, nie tak ciemna jak naszych sarn, ale również porośnięta pod brzuchem białą siercią; nogi cienkie i wysokie, a tylne prawie jeszcze wyższe od przednich. Wynurzywszy się całkowicie, przez chwilę jeszcze łowił uszyma odgłosy, a nozdrzami wonie; nakoniec: żwir i małe kamienie poczęły z szelestem staczać się na dół. Zstępował.
Kto z doświadczonych myśliwych pamięta, jakich wzruszeń doznawał na widok wychodzącego na strzał grubego zwierza, ten zrozumie, jakich musiałem doznawać ja, który byłem wówczas nowicyuszem w myśliwskim zawodzie. Strzelałem przez parę miesięcy ptastwo wodne w Sebastopolu nad Kosumnes, kuropatwy i zające w Anaheim, borsuki koło Orenge, kujoty i ptastwo morskie w Landing, ale taką grubą sztukę, przenoszącą prawie dwukrotnie naszą sarnę, przyszło mi pierwszy raz mieć przed sobą. A tymczasem żwir i kamienie z dziwnie monotonną jednostajnością spadały i spadały na dół: zwierz zatrzymywał się co krok. Wietrzył, słuchał, patrzył. Upłynęło może z pół godziny, a jeszcze nie był i na połowie drogi: nagle zwrócił się i skoczył w tył, jakby niespodzianie spłoszony.
Wytrzymałem. Skwater nie napróżno ostrzegał mnie, że jelenie używają tego manewru, dla wywabienia z zasadzki drapieżników, mogących czyhać przy wodzie. Jakoż po chwili zwierz zaczął zstępować znowu, i znowu usłyszałem spadający żwir i kamienie; ale wszystko to odbywało się wcale nie prędzéj, jak poprzednio. Dawno już cierpliwość moja nie była na tak wielką próbę wystawioną. Ręka mdlała mi od trzymania karabina: serce biło... Yardów pięćdziesiąt! czas już! szepcze niecierpliwość. Yardów czterdzieści... trzydzieści, sam skwater musi się tam już dziwić, że nie strzelam! Yardów dwadzieścia pięć! nie mogę dłużéj: pociągnąłem za cyngiel!
Huk wstrząsnął echem w skałach, niby wystrzał armatni. Trafiony stożkową kulą, zwierz stoczył się jak kamień na dno strumienia.
All right! — rzekł skwater.


IX.
Szkice amerykańskie.

Z puszczy.
I.

Rozpoczęło się więc dla mnie w kanionie górskim życie leśne, napozór jednostajne, a jednak nie pozbawione wrażeń. Wstawałem codziennie, gdy na niebie było jeszcze szaro i schodziłem do wąwozu, w którym zwykle zastawałem już rozniecone ognisko, i skwatera gotującego śniadanie. Przy śniadaniu, wątku do rozmowy dostarczyły nam wypadki nocy ubiegłéj. Więc czasem zdarzały się szkody wyrządzone przez szopy w pasiece; czasem znajdowaliśmy ślady jakich większych zwierząt w pobliżu, a wtedy układaliśmy na nie polowania i zasadzki; to znów rozmawialiśmy o zbliżającéj się porze dżdżystéj, i potrzebie porobienia tych zapasów, które nie mogły być porobione gdzieindziéj, jak w mieście, a które należało porobić wcześnie, albowiem w czasie wezbrania potoków i Santa-Ana-River, drogi między miastem a canionami są poprzecinane.
Po śniadaniu kończącém się zawsze przed wschodem słońca, skwater chwytał za topór i zabierał się do budowy chaty, ja zaś zarzucałem na plecy karabin i udawałem się ku jelenim ścieżkom. Bywały dnie, że wracałem z próżnemi rękoma, co zdarzało się zwłaszcza wówczas, gdy nie zachowałem należytéj ostrożności; częściéj jednak przynosiłem to antylopę, to koziorożca. Mięso tych zwierząt krajaliśmy na cienkie płatki i wędziliśmy w dymie, lub téż porozwieszawszy na sznurze, suszyliśmy je na słońcu. O godzinie dziesiątéj kładliśmy się obaj koło potoku na posłaniu z mchów, i do godziny dwunastéj odprawialiśmy siestę; o téj porze dnia bowiem, jest tak gorąco, że nawet w zimie, ani pracować, ani chodzić po górach niepodobna. Po południu, gdy wiatr, wiejący stale codzień od Oceanu Spokojnego, ochłodził powietrze, brałem znów strzelbę, ale już nie karabin, jeno zwyczajną do szrutu dwururkę, i szedłem strzelać ptastwo.
Zabijałem bażanty, przesiadujące zwyczajnie w kaktusach, i uciekające za zbliżeniem się strzelca piechotą, jakotéż i wielkie górskie kuropatwy, których miliony żyją na stokach i przy strumieniach. Podczas tych wycieczek, spotykałem dość często grzechotniki. Płazy te lubią wyczołgiwać się na dobrze oświecone kamienie i wygrzewać się na słońcu. Zwykle uciekały ujrzawszy mnie zdaleka, niekiedy jednak przychodziło mi staczać walkę. Pewnego razu wyszedłszy świtaniem, spostrzegłem na saméj drodze węża. Myślałem, że płaz ustąpi mi z drogi, jak się to zresztą zwykle zdarza; ale on wyprostował się do wpół ciała, i zagiąwszy głowę, począł syczeć. Mogłem mu się wtedy dobrze przypatrzeć. Sam koniec ogona jego podniesiony w górę, poruszał się na prawo i na lewo, tak szybko, że pojedyńcze drgania grzechotek, zlewały się w jeden dosyć wysoki ton. Wąż widocznie musiał być albo czémś rozdrażniony, albo najedzony do tego stopnia, że mu się nie chciało uciekać. Gdy jednak zachodziłem mu z boków, prostował się coraz bardziéj, i w miarę moich ruchów obracał głowę. Trwało to wszystko dość długo, albowiem nie widziałem w tém dla siebie żadnego niebezpieczeństwa, gdyż w ostatecznym razie łatwo mogłem uciec. Nakoniec, uciąłem za pomocą: „bowie knife,” długi pręt laurowy, i ogołociwszy go z liści, przystąpiłem bliżéj. Wąż stanął wówczas jak świeca, i już chciał rzucić się na mnie, gdy uderzenie pręta, zabiło go na miejscu.
Odciąwszy mu ogon, naliczyłem siedmnaście dzwonków, co znaczyło, że płaz miał siedmnaście lat; zatém stary był i niebezpieczny. Od owéj pory zebrałem już bardzo piękną kolekcyę ogonów, nie licząc bowiem zdobytych osobiście, dostałem ich przeszło dwadzieścia od skwaterów i indyan. Największe z nich dochodzą do jedenastu grzechotek — chociaż często zdarzają się węże daleko starsze. W San-Francisco np., w Woodwards-garden, widziałem węża o czterdziestu dzwonkach w ogonie.
Wracając do popołudniowych polowań na ptastwo — łupy z nich bywały prawie zawsze dziwnie obfite. Strzelając po całych dniach od rana do wieczora, a czasem nawet i po księżycu, nabierałem coraz większéj wprawy. Pomagało mi przytém w czynieniu onych postępów w sztuce myśliwskiéj, dziwnie szybkie doskonalenie się zmysłów wzroku i słuchu. Były wprawdzie wyborne potemu warunki hygieniczne. W Warszawie pisywałem czasem po nocach do godziny trzeciéj i czwartéj rano; tu chodziłem spać o zachodzie słońca — wstawałem o świcie. Ale główna przyczyna owego doskonalenia się zmysłów, leżała w samém tém życiu dzikiém i leśném. Konieczność ciągłego badania wzrokiem okolicy, wpatrywanie się w gęstwiny leśne, w mroczne rozpadliny skał; natężona uwaga i dokładność, z jaką to czynić należy: oto prawdziwa gimnastyka, z pomocą któréj zmysł po kilku miesiącach wzmacnia się i wyostrza jak brzytwa.
Jestto rzecz wprawy. Toż samo należy rozumieć i o słuchu. W górach, o ile noce bywają hałaśliwe, o tyle w dzień, zwłaszcza w godziny upału, w których milknie nawet i ptastwo, puszcza jest tak cicha, jak grób. Słuch przyzwyczajony do téj ciszy nie zmąconéj ani hałasem i gwarem ludzkim, ani głosami stworzeń, staje się w końcu tak delikatny i wrażliwy, jak słuch więźnia pędzącego życie w milczącéj celi. Nasłuchiwanie rozważne na polowaniach i samotność, ćwiczą go jeszcze bardziéj. Dochodzisz w końcu do tego, że według słów Mickiewicza, słyszysz: „jako się motyl kołysze na trawie, jako wąż ślizką piersią dotyka się zioła.” Naraz, gdym siedział i pisał w zaczętéj chacie, a Dżak pracował o kilkaset yardów daléj w parowie, słyszałem jak mówił do psa, a słyszałem z taką dokładnością, że mogłem powtórzyć każde słowo. Widziałem również, kiedy wracał do domu, a kiedy odchodził daléj w puszczę. Pomagała zapewne do tego i naturalna akustyka skał, która sprawia, że wystrzał karabinowy, odrzucany przez jednę skałę drugiéj, huczy tu jak grzmot, i powtarza się kilkakrotném echem, nim wreszcie rozbity o złamy, wyrwie się z parowów i uleci na bory i lasy.
Owóż więc strzelanina zabierała mi większą część dnia, ale do zwykłych zajęć moich należało i pisanie. Jakaś nieprzezwyciężona siła zmuszała mnie ustawicznie, abym dzielił się z czytelnikami tą sielanką górską, tak oryginalną, że mnie samemu zdawała się urojeniem, i jakby snem jakimś, a tak rzadko trafiającą się ludziom mego zawodu, i tak zdrową, że była mi uspokojeniem wielkiém po życiu w mieście i niby początkiem drugiéj młodości, zanim minęła pierwsza.
Łatwiéj jednak było chcieć pisać, niż przywieść ono życzenie do skutku. Pomijając, że zesztywniałe i pokaleczone częstokroć o skały moje palce, nie chciały utrzymać pióra — były i inne trudności. Przybory do pisania wożę zawsze ze sobą, miałem je tedy i wówczas w jukach; ale zato Dżak nie miał ani stołu, ani krzesła, ani żadnych podobnych rzeczy, które nam wydają się czemś niezbędném, a na które skwaterowie patrzą, jako na zbytkowne i niepotrzebne zniewieściałego życia wymysły. Dżak siadał na kamieniu w parowie, jadał na kamieniu w parowie, a na noc kładł się na mchu pod namiotem. Prawdopodobném jest, że gdyby nawet i miał krzesła, nie używałby ich nigdy. Mówił wprawdzie, że wykończywszy dom, pragnie się urządzić inaczéj, ale nie zaręczam, czy w tych zamiarach stoły i stołki grały jakową rolę.
Musiałem więc pomyśleć o urządzeniu sobie wygodnéj pracowni, ile że niewygodna nie pozwala zebrać myśli, skupić się i oddać wyłącznie pisaniu. Z próżnego szafkowego ula udało mi się, z pomocą tylko siekiery, urządzić pyszny stół, który miał nawet i szufladę chroniącą papier od zamoknięcia w czasie rosy nocnéj, z robotą zaś krzeseł poszedłem za wzorem meksykanów. Jeszcze mieszkając w Anaheim, zwiedzałem tak zwane estanszye, czyli osady pasterskie. Osady takie stoją na gołym stepie, składają się zaś z szałasu, byle jak skleconego z desek, a często i bez dachu — i z ogromnego ogrodzenia, czyli korallu, mogącego w sobie pomieścić kilkaset sztuk bydła, które dniem pasie się w stepie. Meksykanie i metysowie, zamieszkali w osadach, żyją prawie dziko. W dzień hulają konno za bydłem po stepach, wieczorem siedzą w szałasie wokół ogniska z łodyg kukurydzowych, i grają w karty, kłócąc się przytém, bijąc i pijąc. Stołów i stołków nie posiadają zarówno, jak i skwaterowie; całe zaś umeblowanie szałasu składa się z czerepów wołowych, poustawianych pod ścianami. Wieczorem wakerosi stawiają je koło ogniska, i siadają między rogami. Tak uczyniłem i ja. Wynalazłszy w parowie kilka skieletów wołowych, wybrałem największy czerep i przyniosłem go do domu; poczém przywiązawszy wiązkę mchu między rogami, miałem krzesło co się nazywa, na którém mogłem rozpierać się, jak Voltaire w swoim fotelu.
Od tego czasu zacząłem pisywać prawie codziennie, i nim pewien wypadek, o którym wspomnę późniéj, oderwał mnie od pracy, wykończyłem te wszystkie rzeczy, które wam posłałem. Tymczasem jednak spadło na mnie nowe zajęcie. Dżak Harryson, czyli mój Robinson, budował dom już parę miesięcy, a było rzeczą arcy prawdopodobną, że nim wykończy dach i zaciągnie go na ściany, upłynie jeszcze czas niemały.
Byłoby to dla mnie wszystko jedno, gdyby nie to, że noce w miarę zbliżania się jesieni, stawały się coraz chłodniejsze, nad ranem zaś padała tak obfita rosa, że wierzchni gruby koc, którym się okrywałem, bywał przemoczony jakby po dość ulewnym deszczu. Zaczęło mi to szkodzić, jako nieprzywykłemu do sypiania pod gołém niebem, a szkodziło témbardziéj, że w dzień upały dochodziły do stu i więcéj stopni Farenheita. Dżak ofiarował mi swój namiot, ale nie chciałem go przyjąć, raz że nie chciałem zabierać mu miejsca, a powtóre że namiot ten był tylko kawałkiem podziurawionego płótna, rozwieszonego na patykach, i niedającego prawie żadnéj ochrony. Pomyślałem zatém, że najlepiéj będzie pomagać Dżakowi w budowie dachu, jakoż od téj pory echo powtarzało codziennie uderzenia dwóch toporów. Robota poczęła postępować bez porównania szybciéj. Nie umiałem wprawdzie nigdy ciesiołki, i do téj pory niémam o niéj dobrego wyobrażenia, ale pomoc dwóch, choćby nieumiejętnych, choćby tylko siłę przedstawiających rąk, ma w tego rodzaju pracach nieoszacowaną wartość. Poprzednio np., Dżak musiał nosić o kilka mil angielskich po jednéj cienkiéj belce, obecnie nosiliśmy po dwie, a nawet i po trzy, związawszy je sznurami. Wpadłem na myśl zaprzęgania do cięższych belek mego mustanga, ale okazało się to niepraktyczne, albowiem jedyną drogą prowadzącą w głąb’ puszczy, było łożysko potoku, miejscami tak zawalone kamieniami, a gdzieindziéj znów tak głębokie, że nietylko koniowi, ale i człowiekowi groziło co chwila niebezpieczeństwo upadku. Nabyłem tego konia od Neblunga za ośm dolarów, co stanowiło dość wysoką cenę, od indyan bowiem i od metysów można, z pomocą zwłaszcza szklanki wódki, kupić i za pięć. Ale Max wziął go z sobą w góry wcale nie na sprzedaż, tylko z grzeczności dla mnie, i dlatego, aby wracając z gór, mógł zabrać do Landing towary zakupione w Anaheim. Tymczasem, w chwili odjazdu Maxa, naparłem się kupić owego podjezdka. Maxowi nie bardzo było to na rękę, ale wreszcie wyrachował sobie, że pod towary może nająć innego mustanga, bądź w Anaheim, bądź w pierwszéj lepszéj farmie — i ugoda przyszła do skutku.
Pokazało się jednak późniéj, że nie zrobiłem zbyt korzystnego nabytku. Byłto wprawdzie młody, bo trzyletni koń, dereszowatéj maści, dość rosły i silny, ale jak większa część mustangów, dziki i do wysokiego stopnia złośliwy. Przy kulbakach meksykańskich, wyłącznie używanych w Kalifornii, a bogdaj i w całéj Ameryce, ogromne drewniane strzemiona całkiem pokryte bywają skórą, chroniącą nogi jeźdźca przed zębami konia. Jednakże, jak tylko jeździec, zapomniawszy się choć na chwilę, popuści cugle munsztuka, natychmiast stepowy biegun odwraca głowę i stara się go pochwycić gdzie może. Mój, prócz powyższych wad, miał jeszcze tę, że nie dawał do siebie dostąpić. Gdym się do niego zbliżał, chcąc go siodłać, toczył krwawemi oczyma, stulał uszy, gryzł i kopał tak gwałtownie, że musiałem z całéj siły zaciągać koło jego szyi lasso, i dopiéro z nawpół przyduszonym, mogłem już robić co mi się podobało. Jednakże powszechnie, pierwsze tylko miesiące pożycia z koniem bywają tak przykre. Późniéj zwierz przyzwyczaja się do jedynéj istoty, która koło niego chodzi, daje mu jeść, czyści go i pilnuje. Zwolna stosunek, nie przestając być szorstkim, staje się przyjacielskim. Przez kilka pierwszych tygodni starałem się napróżno ułagodzić mego deresza; napróżno dawałem mu regularnie jęczmień, kukurydzę i koniczynę. Wyrósł, wypiękniał, ale nie przestał się płoszyć i strachać. Chwilami wpadałem już nawet w zupełne zwątpienie, czy będziemy ze sobą żyli kiedykolwiek inaczéj, jak na stopie wojennéj.
Tymczasem Dżak poradził mi, ażebym próbował jeszcze przyswoić go głodem. Jak powiedział, tak uczyniłem. Przywiązałem umyślnie lasso krótko do drzewa, ażeby koń nie mógł się paść soczystą trawą, rosnącą zwykle pod dębami, i odszedłem. W południe napoiłem go, ale nie dałem mu jeść. Wieczorem przyniosłem w blaszance trochę kukurydzy, popuściłem lasso, i stanąwszy opodal, zawołałem „pójdź!” Mustang według zwyczaju stulił uszy, szarpnął kilka razy za sznur i nie myślał się zbliżyć. Zacisnąłem sznur i odszedłem. Nazajutrz rano podobna scena. Strzygł uszami, patrzył na kukurydzę, roztwierał ku niéj chrapy, ale nie przyszedł. Tymczasem trawa na małéj przestrzeni, na której mógł ją szczypać, była już wyjedzona. Głód zaczął mu dokuczać coraz bardziéj. W południe przyszedł już do blaszanki i jadł łapczywie. Brałem go za uszy, w których szczególniéj był łechciwy, głaskałem po łysinie: nie cofał się. Odtąd przynosząc mu obrok, rozpuszczałem lasso i stawałem coraz daléj. Przychodził zawsze, a w końcu przyszło do tego, że gdym się tylko pokazał, biegł ze rżeniem ku mnie, o ile sznur na to pozwolił, wspinał się i skakał, ale już z radości, jak przywiązany na łańcuchu pies. Podczas gdy jadł, obsypywałem go pieszczotami, o które potém sam się dopominał.
Wówczas dopiéro przekonałem się, co staranna i troskliwa hodowla może z konia zrobić. Jak wszystkie mustangi, tak i ten mój miał długą wichowatą sierć, zarosłe pęciny i najeżoną grzywę. Po miesiącu starań, gdym na noc okrywał go kocem, karmił doskonale, czyścił codziennie, szyja jego zagięła się w piękny łuk, w oczach zaświecił rozum i fantazya, grzywa stała się cienką i delikatną, sierć błyszczącą, słowem: zrobił się prawie rassowy koń, na którego potém meksykanie i indyanie spoglądali z nietajoną żądzą.
Ale tak meksykanie jak i indyanie wcale nie zajmują się swemi końmi. Gdy meksykanin przyjeżdża z drogi, wówczas zdejmuje kulbakę, a konia wygania na step, jak u nas na Ukrainie czynią kozacy — i nie chce więcéj o nim wiedzieć. Nigdy nie widziałem, aby meksykanin konia czyścił lub karmił obrokiem. Koń żyje tém, co sam znajdzie. Prawda, że na wiosnę i w zimie, paszy wszędzie jest obfitość; ale latem w lipcu i sierpniu, gdy słońce spali na proch trawy, a „prerya“ wygląda jak popękane klepisko, konie mrą z głodu, i utrzymują się przy życiu tylko obgryzaniem liści wierzb i innych drzew rosnących przy wyschłych łożyskach strumieni. Łatwo zrozumieć, że żyjąc w powyższych warunkach, mustangi muszą być złe i dzikie. Przez większą część roku, żyjąc w stadzie, nie widują twarzy ludzkiéj, a gdy czasem pojawia się jeden i drugi człowiek, to tylko poto, żeby wywijać długiém lassem nad przerażoném stadem, chwytać konie, dusić je, potém dosiadać i bość takiemi ostrogami, jakie ongi, w Europie nosili średniowieczni rycerze.
Gdyby nie ta dzika, stepowa, a w rzeczy żadna hodowla, mustangi, mające w sobie krew dawnych koni hiszpańskich, wnuków owych rumaków, które wraz z arabami przybyły do Hiszpanii ze Wschodu, jeszcze w 711 roku, dałyby się wyrobić w rassę piękną i szczególniéj pod siodło przednią. Dowodem tego mustangi z południowego Texasu, umyślnie tam hodowane w niektórych miejscowościach, które na wyścigach biją najsłynniejsze folbluty z Kanady i dochodzą do cen bajecznych. W ogóle jednak, mustangi nie odznaczają się pięknością. Głowę zwykle miewają dużą, czoło wypukłe, sierć kudłatą i obrośnięte nogi. Celują jednak wytrwałością. Meksykanie nigdy inaczéj nie jeżdżą, jak galopem. Jak tylko koń poczuje na sobie jeźdźca, wyrzuca przednie nogi i wpadłszy w galop, nie zmienia chodu, choćby mu przyszło biedz dwadzieścia i trzydzieści mil (angielskich) bez przestanku. Jeździec kołysze się wówczas na siodle, jak w hamaku, kręci w galopie „cigarittas,” śpiewa: „o dolce amiga!” i tylko od czasu do czasu poprawia na głowie swoje ogromne „sombrero,” gdy mu je powiew wiatru zbyt z czoła zesunie.
Gdy koń nie chodzi w stadzie, ale służy ciągle jednemu człowiekowi, z czasem staje się pojętny i sprawny, co szczególniéj pokazuje się przy rzucaniu lassem. Gdy jeździec wypuści przed siebie sznury, wytrawny mustang zwija piorunem młynka na miejscu, i poczyna z całych sił galopować w przeciwną stronę, zciągając w ten sposób pętlicę i dusząc schwytaną zdobycz. Widziałem także u niektórych wakerosów, konie tak wytresowane, że na odgłos świstawki przybiegały natychmiast w największym pędzie ze stepu. Takowe jednak rzadkie są i wysoko cenione.
Mustangi, sprzedawane do miast, przyzwyczajają się do zaprzęgu, ale że zwykle zaprzęgają je zbyt młodo, wyglądają więc biednie i podobnie do naszych chłopskich koni. Najlepiéj jednak chodzą w jukach, który téż sposób, powszechnie w stepach, do przenoszenia mniejszych ciężarów jest używany.
Mój mustang, jako juczny koń, pełnił doskonale swoję służbę. Każda kulbaka meksykańska, oprócz wysokiéj kuli na przedzie, na około któréj nawija się lasso, opatrzona jest w sześć lub nawet ośm par troków, wyrobionych z niezmiernie silnego rzemienia. Otóż, do troków tych, nieraz podczas dłuższych wycieczek, przywiązywałem worek z kukurydzą, z mąką, jednę małą baryłkę z wódką, drugą z winem, prócz tego z tyłu koce i karabin, razem do stu i więcéj funtów ładunków, nie licząc mnie. Z takim ciężarem koń galopował po kilka mil (angielskich), jak gdyby nic, a zsiadałem z niego tylko w takich miejscach, w których obawiałem się razem z nim kark skręcić. Gdyśmy jednak z Dżakiem, urządziwszy z postronków szleje, próbowali zaprządz go do belek, począł wierzgać i rzucać się tak zapamiętale, że odprzągłem go natychmiast w obawie, aby się nie skaleczył. Odtąd przenosiliśmy belki, krokwie i deski własnoręcznie. Robota desek zajmowała nam najwięcéj czasu, albowiem w braku wielkiéj piły, trzeba je było obrabiać toporem, co najprzód długo trwało, a powtóre z całego pnia wyrabialiśmy tylko jednę deskę, tak ciężką i niezgrabną, że zaprawdę podobniejsza była do cokolwiek zcienionéj belki, niż do deski. Gdy nakoniec skielet dachu z krokwi stanął, przybijaliśmy te deski poprzecznie długiemi gwoździami. We dwa tygodnie wyrobiliśmy dziesięć szerokich łat, że zaś Dżak miał ich już przeszło dwa razy tyle przygotowanych, w tydzień więc skończyliśmy z dachem i chata była gotowa. Spoglądaliśmy z dumą i zadowoleniem na nasze dzieło, chociaż, gdyby je mierzyć mniéj pobłażliwém okiem, przedstawiałoby wiele do życzenia. Dom składał się z jednéj izby, mogącéj pomieścić dwa posłania z mchu, kilka czerepów wołowych, i moją pracownię. Drzwi zbudowaliśmy wprawdzie dość prawidłowo, z trzech krótkich desek, i przybiliśmy je na zawiasach zakupionych, wraz z inném starém żelaztwem, przez Dżaka w Anaheim, ale okien szklanych nie było wcale. Dżak nie myślał nawet starać się o nie, albowiem klimat tutejszy usuwa ich potrzebę.
W dzień otwory w tylnéj ścianie przepuszczały aż nadto światła, na noc zaś dla ciepła, zasłanialiśmy je roletami z grubego płótna. Mocny, choć niezgrabny i dostatecznie pochyły dach, bronił od deszczów, zatem i wszystko było jak należy, czyli „all right!” Ukończywszy dom, otoczyliśmy go rowem, broniącym przystępu wężom; zaczém już nie pozostawało nic więcéj, jak obsadzić go figami, pomarańczami, drzewami brzoskwiniowemi i krzakami migdałów.
Byłato jednak robota na późniéj, bo przedewszystkiem musieliśmy się zająć zgromadzaniem zapasów na porę dżdżystą. Ale tymczasem zdrowie moje poczęło cokolwiek szwankować. Ciężka i wysilona praca, na upale dochodzącym do stu stopni Farenheita, nabawiła mnie ciężkich bólów głowy; siedzenie zaś cowieczorne przy ognisku, podczas chłodnych nocy, tak silnego kataru, że podobne, chyba przed potopem istniały. Przytém w nocy, gdy psy szczekały zajadle, a większe jakie zwierzęta wyły w pobliżu, trzeba było wyłazić z ciepłego mchu, brać strzelbę i obchodzić z nią korall, pasiekę, czasem wystrzelić w powietrze, ale przedewszystkiem zaziębiać się niemiłosiernie. Pewnéj nocy, koń mój widocznie przerażony przez kujoty, począł szarpać tak silnie lassem, i tak je poplątał, chcąc zerwać, że musiałem przeszło przez godzinę rozwikływać pozaciągane węzły. Byłato godzina czwarta rano, a więc czas największego chłodu.
Zmarzłem jak sasanek, i cały następny dzień musiałem przeleżeć w mchu.
Gdyby to było w innym, nie tak niesłychanie zdrowym klimacie, byłbym dostał febry, lub zapalenia płuc. Ale o febrach nikt tu nigdy nie słyszał, moje płuca zaś, w przeciwieństwie do serca, zapalają się bardzo trudno. Swoją drogą, poczciwy Dżak, cały dzień następny gotował dla mnie: „Japan tea,” a wieczorem przyniósł mi szklankę odwaru z jakichś ziół, podobno nader skutecznych. Jakoż, na drugi dzień było mi już lepiéj, o tyle nawet lepiéj, że o świcie mogłem pójść na polowanie.
Troskliwość i przyjaźń, jakie okazywał mi Dżak, zjednały mu moje serce. Dżak byłto człowiek nie uczony, ale elementarnie wykształcony, jak każdy amerykanin, a posiadający wiele przymiotów, rzadkich nawet w najwykształceńszych ludziach. Był jednak trochę posępny i małomówny. Wieczorem przy ognisku, rozgadywał się wprawdzie; przy robocie za to w dzień, nie mówiliśmy zwykle do siebie ani słowa. Taka małomówność w człowieku ze świata, oznaczałaby zły i nieprzyjemny humor, ale u Harrysona było to tylko przyzwyczajenie, wynikłe z życia samotnego. Myślę nawet, że ludzi tak jednostajnego humoru, jak w ogóle skwaterowie, a w szczególności Dżak, niéma na kuli ziemskiéj. Zmienność usposobienia bywa zwyczajnie wypływem rozdrażnionych nerwów i niestałego zdrowia, a skwaterowie nie znają co to nerwy, zdrowi zaś są jak dęby. Przytém, ogólna, wrodzona amerykańskiemu ludowi męzkość charakteru i zupełny brak drobiazgowości, wyłącza w skwaterach dręczenie się błachostkami i poruszanie sobie żółci za lada powodem.
Powiedziałem, że brak drobiazgowości jest cechą ogólną amerykanów, i powtarzam jeszcze raz, że drugiego ludu, któryby tak łączył w sobie wszelkie wady i przymioty prawdziwie męzkiéj natury, niéma na świecie. Amerykanin nie posiada ruchliwości francuzkiéj, nie jest zapewne zdolny do uczuć tak delikatnych i poruszeń duszy tak subtelnych, jak np. francuz lub polak. Yankes bierze rzeczy z gruba: szczegóły, drobnostki i małostki nie istnieją dla niego. We wszystkiem jest to twardy mąż. Umie kochać, ale nie kwilić; umie nienawidzieć, ale nie kąsać milczkiem. Plotkami, babską gadatliwością, haftowaniem skandalicznych nowinek na kanwie czci ludzkiéj, brzydzi się. Gdy nienawidzi, burzy, ale nie podkopuje; gdy pracuje — wióry lecą: gdy wydaje pieniądze, rzuca dwudziestodolarówki, jak liście. Nie rozumie co to oszczędzać centy. Gdy się wzbogaca, robi miliony — bankrutuje, także na miliony. Szanuje kobiétę, jako najwyższy dar Boży. Często daje się jéj za nos wodzić, właśnie dlatego, że nie jest drobiazgowy, i że patrzy na nią jak rozkochany lew. Nakoniec, kocha swoje „Unajted Stets” (United States), jest z nich pyszny, dumny, i gdy Rzeczpospolita w niebezpieczeństwie, nie namyśla się, nie ogląda, ale zdejmuje swój „Kentucky rifle” z kołka, — ryczy jak buhaj, a wstaje jak jeden mąż.
Komu taka charakterystyka wyda się przesadzoną, lub zbyt ogólną, temu powiem, że nie szukałem i nie znalazłem jéj w wielkich miastach, gdzie wszystkie piersi przykrawają się na „jednaką miarę krawca;” ale tam, gdzie należy szukać prawdziwéj Ameryki, tam, gdzie leży jéj moc, jéj zdrowie, i jéj przyszłość — to jest w małych osadach wiejskich, w fermach licznych jak piasek w morzu, na pograniczach, na pobrzeżach, w górach, między ludnością miernie bogatą, a rojną, zabiegłą i bujną. O! trudno mi nawet wypowiedzieć, jaki to młody, orli, i jak pełen kipiących sił wewnętrznych jest naród — i jakbym chętnie przysłał tu po zdrowie pewne znajome mi społeczeństwo, w którém dobro społeczne jest zdawkową monetą... bez kursu, w którém wszystko zmalało, energia i praca jest frazesem, mężczyzni chorują na nerwy i bezkrwistość, a za to szermują językami, przędą i noszą swoim damom świeżo wyszłe z pieca plugawéj opinii plotki.
Co do skwaterów, są to wybitne, może zbyt wybitne nawet, ale doskonałe typy uosabiające charakter całego narodu. Osobiście jednak, mimo szorstkich pozorów, zwłaszcza skwaterowie osadnicy, są to ludzie po większéj części prawi, a bardzo łagodni; albowiem żyjąc samotnie, nie doznają rozczarowań i zwątpień, zaostrzających charakter. Taką łagodność posiadał i Dżak. Temperament jego był dość chłodny, a wrodzoną mu energię, która sama z siebie mogła kipieć, pochłaniała praca. Przytém, lubo z natury mało był skłonny do rozmyślań, jednakże, przez życie godne prawdziwie Robinsona, wyrobiło się w nim to, co wyrabia się zwykle w samotnikach, to jest przyzwyczajenie ciągłego patrzenia na siebie i rozważania siebie. W naszych poufnych wieczornych gawędkach przy ognisku, powiedział mi, iż mu się nieraz zdaje, jakoby było dwóch Dżaków: jeden, który buduje dom, rąbie drwa, gotuje jedzenie w parowie; a drugi, który nie robi nic, tylko przypatruje się pierwszemu. Powiedział to bardzo poprostu, przeplatając opowiadanie ustawicznemi wykrzykami: „by God! by God!” musiałem nawet pomagać do narodzenia się téj myśli, ale i tego było dosyć dla wyrobienia w tym charakterze pewnéj, niby filozoficznéj łagodności. Jeżeli przypuszczam, Dżak zewnętrzny rozgniewał się na jakiego kujotę lub szopa, i miał ochotę wybuchnąć, Dżak wewnętrzny spoglądał na niego spokojném okiem, uśmiechał się z politowaniem, a może i mówił: „wstydź się!” — i pod temi słowy, wszelka myśl przekroczenia zwykłych granic postępowania, gasła jak płomień świecy pod podmuchem wiatru.
Bywa jednakże, że człowiek żyjący w samotności rozmyśla nietylko za siebie, ale i za otaczającą go przyrodę. Próbowałem dowiedzieć się: zadawał-li sobie Dżak pytanie, czy jest, i jaka jest myśl w tych ogromnych skałach przerzynających skłon błękitu, w tych strumieniach narzuconych srebrną siatką na górskie rozłogi, w drzewach, w zaroślach, w świecie zwierzęcym, a wreszcie w słońcu i gwiazdach. Chciałem przekonać się: istniało-li w nim poczucie ducha natury, lub jaki pół-wid jedno-jedynéj zasady wszechbytu. Nieraz zdarzało mi się czytać o takich prostakach filozofach. Takim np. był Giliat w „Pracownikach morza,” który zaludniał w myślach powietrze niewidzialnym światem zwierzęcym, a z całą naturą tak się zjednoczył, że pokochała go i otworzyła mu swe tajniki. Ale z żalem wyznać muszę, że w Dżaku nie odkryłem nic podobnego. Jak każdy leśnik, tak i on znał swoje otoczenie; wiedział kiedy niektóre krzewy otrząsają dawne liście, aby się ubrać w nowe; znał własności lecznicze ziół i drzew; rozumiał mowę gór, gdy przysłaniając się wieczornym tumanem zwiastowały deszcz nazajutrz rano — słowem: widział objawy, i czytał je jak drukowane słowa w książce, ale żadne: „dla czego?” nie przychodziło mu jak głupcowi Heynego, do głowy. Skoro raz spróbowałem o tych rzeczach z nim rozmawiać, odpowiedział mi słowami biblii: że Pan Bóg stworzył świat, aby człowiek miał gdzie żyć i z czego korzystać.
Oczywiście, że taki pogląd, obierający jako punkt wyjścia, człowieka, wyłączał wszelkie inne dociekania. Dżak był poprostu pobożny człowiek, tak zresztą jak prawie wszyscy skwaterowie-osadnicy. Stanowiło to nawet poetyczną jego stronę. Wieczorem, gdy ognisko dogasało w parowie, odchodził zawsze trochę w górę pomiędzy kamienie, i odkrywszy głowę, wznosił oczy ku niebu, i poczynał mówić pacierz. Wydawał mi się wówczas poetycznym bardzo, tą majestatyczną poezyą siły, korzącéj się przed siłą jeszcze wyższą. Promienie księżyca padały srebrem na jego energiczną, brodatą twarz o rysach jakoby wykutych z kamienia. Myślałem czasem, że żyję w pierwszych czasach chrześciaństwa i że widzę przed sobą jakiego barbarzyńcę-cymbra, kładącego swą twardą duszę pod nogi Bogu. Obce dla ucha mego słowa modlitwy, utwierdzały mnie jeszcze bardziéj w tém złudzeniu: „Our Father, who are in heaven, hallowed be thy name” (Ojcze nasz etc.), mówił patrząc w gwiazdy Dżak... Potém ucinał głos, jak zakonnik czytając z brewiarza; a potém znów uszu moich dolatywał oderwany uroczysty frazes: „Give us this day our daily bread!” Modlitwa nie trwała zwykle długo, ale jeśli w głębiach niebieskich słucha jakie ucho głosów z ziemi, to musiało słyszeć ten głos z pustyni.
Po niejakim czasie wspólnego pożycia, zaproponował mi Dżak abym z nim został na zawsze.
— Ludzie po miastach mają daleko więcéj kłopotów — mówił do mnie — a tu jest spokojnie. Dochowamy się pszczół, ile sami będziemy chcieli; wytniemy dwa razy tyle puszczy, zasiejemy jęczmień i kukurydzę; zasiejemy tytuń; chatę obsadzimy pomarańczami, figami i krzewami białych migdałów. Przyjdzie czas, że ludzie tu osiądą, ziemia zacznie mieć cenę, a wówczas gdy mnie już nie będzie, zostaniesz właścicielem mego klemu i swojego, co razem wziąwszy, utworzy taką farmę, jakiéj, by God! by God! niéma od Oceanu aż do Suchego jeziora. W lesie żyje się spokojnie — zostań.
Była jedna mała chwila, w któréj ta pokusa uśmiechnęła mi się i oczarowała mnie, jak leśna Dziwożona. Nie nęciło mnie przyszłe dziedziczenie ziemi Dżaka. Dżak nie darowywał mi nic. Kraj tam wokoło pusty, ziemia niczyja, mogłem więc tak jak każdy brać jéj więcéj, niżbym zdołał obrobić. Alem znajdował urok w téj sielance i w życiu z naturą, i w tym porcie tak cichym, że żadne burze nad nim nie wieją. Jednakże, po niejakim czasie, ponęta zbladła. Nieznane mi jeszcze morza, lądy i ludy; szlachetny zawód podróżnika, życie, jego walki, klęski, zwycięztwa i powaby, wreszcie przyszła chwila powrotu, w któréj ztrząsnę z obuwia obcy pył u progu ojczyzny: wszystko to przemówiło daleko silniéj: — więc powiedziałem Dżakowi, że jak ptakiem przyleciałem w te góry, tak ptakiem z nich odlecę.

II.

Było to jakoś w drugiéj połowie października. Około godziny dwunastéj w południe, taka cisza osiadła na okolicy, że góry, skały i puszcze zdawały się zaklętym snem ujęte. Żaden liść nie poruszał się na drzewie. Pisząc w chacie, słyszałem jak dojrzałe żołędzie czarnych dębów urywały się z szypułek i szeleszcząc po liściach, uderzały o ziemię. Upał był nieznośny; powietrze w domku stało się tak duszne, że po małéj chwili, nie mogąc pisać, złożyłem pióro. Serce i tętna w skroniach biły mi przyśpieszonym ruchem. Nie rozumiałem co się to dzieje: czy ja jestem chory, czy téż w naturze ma zdarzyć się coś niezwykłego. Chciałem spytać o to Dżaka, ale przed godziną poszedł się był kąpać do potoku i nie wrócił jeszcze do chaty: więc położyłem się na mchu i począłem obcierać pot, który obficie występował mi na czoło.
Tymczasem stawało się coraz duszniéj. Nie mogłem już wątpić, że to na mnie nachodzi jakaś choroba, gdy nagle usłyszałem zdala ciężki chód Harrysona. Po chwili wszedł do chaty: policzki jego były zarumienione, ale oczy jakoby przygasłe, a czoło niemniéj zroszone potem od mojego.
— Co to się z nami dzieje, Dżak? — spytałem go.
— Santa-Ana-wind! — odrzekł.
Wiedziałem już co to znaczy. Czytelnik, spojrzawszy na dokładną kartę Kalifornii, z łatwością dostrzeże dwa równoległe prawie łańcuchy gór: Santa-Ana i San-Bernardino. Mniejsze i niższe pasmo Santa-Ana ciągnie się bliżej oceanu, poważne zaś Bernardyny wznoszą się w głębi kraju, stanowiąc jakoby kość pacierzową jego południowéj części.
Owóż za témi górami, państwo Kalifornia ciągnie się jeszcze daleko na wschód, aż do rzeki Colorado, stanowiącéj granicę od Arizony. Cała ta część, jestto jedna, równa, piaszczysta pustynia, gdzieniegdzie tylko powzdymana w sypkie wzgórza, gdzieniegdzie poprzerywana bezimiennemi jeziorami, w których przez większą część roku wody brakuje. Największe z tych jezior nosi nawet nazwę: Dry-Lake, co znaczy Suche-Jezioro. Po deszczach zimowych pustynia na krótki czas zmienia się w preryę umajoną cudną zielonością, ale to jeden tylko krótki uśmiech natury na tém wielkiém cmentarzysku piaszczystych kurchanów. Rzeka Colorado, stanowiąca granicę od Arizony, nie jest wcale granicą pustyni. Wprawdzie brzegi rzeki żyzne, urodzajne i zarośnięte ciągną się, jakby zielona wstęga, aż do zatoki Trzech-Króli, ale za rzeką pustynia znowu się rozpoczyna i obejmując większą część Arizony, rozlega się na wschód, aż do niezliczonych pasm gór, zawalających środek tego Stanu, na południe zaś, aż do meksykańskiéj Sonory.
Przy rzece Gila, wpadającéj do Colorado, pustynia staje się najgłuchszą. Część ta nosi nawet nazwę Gila-Desert. Ruchome jéj piaski nigdy nie pokrywają się zielonością; niéma tam żadnych osad, ani ludzi białych, ani indyan. W części pustyni kalifornijskiéj (między St.-Bernardino a Colorado) na wiosnę, gdy jeziora pełne są wody, a trawa pokrywa wklęsłości gruntu, głusza ustępuje gwarowi życia. Czasem stado bawołów, zabłąkanych aż do gór Arizońskich, rozbija piersiami trawę, a za niém pędzą skurczeni na koniach jeźdźcy indyjscy; czasem metysowie gnają stada mustangów; czasem kupcy-wolarze ciągną do wschodnich osad pasterskich; czasem zabłąka się traper z Prescot lub Tuscon: tak dzieje się w za-bernardyńskiéj części pustyni, ale Gila zawsze jest cicha, głucha, martwa i złowroga.
A taką jak Gila, staje się po upływie wiosny cała pustynia. Nazwałem ją nie próżno złowrogą, wszystko bowiem co ztamtąd przychodzi, jest jakby tchnieniem śmierci. W tychto gorących piaskach szarańcza składa swoje jaja na zimę, a wiosną ciągnie w postaci chmur na cudne doliny Kalifornii, zostawiając po sobie bezlistne drzewa i bezwstydnie gołą ziemię; ztamtąd nareszcie, od Gila i suchych jezior wieje wiatr, zwany w Anahejmskiéj dolinie: Santa-Ana-wind.
Powinniby go raczéj nazywać: Desert-wind, lub Gila-wind. Są to prądy rozpalonego powietrza, z którego pustynia wyssała wszelką świeżość i wilgoć, a przesyciła natomiast elektrycznością. Czasem wiatr ten wieje także z południa, od strony „Lower-California,” czyli od strony meksykańskiéj, półwyspowéj Kalifornii, będącéj również pustynią. Częściéj jednak ciągnie ze wschodu od Gila. Jest on tém samém dla Kalifornii, czém Sirocco dla Sycylii, Solano dla Hiszpanii, a Samum dla Arabii. Mniéj zapewne od tamtych niebezpieczny i rzadszy, bo wieje tylko jesienią i w zimie, rozstraja jednakże nerwy ludzkie, wysusza muskuły, skręca liście na drzewach i przejmuje strachem zwierzęta. Gdy Dżak oznajmił mi jego blizkie przybycie, wyszedłem natychmiast z chaty. W całéj naturze znać było, mimo ciszy, jakąś niespokojność, a i sama cisza wydała mi się martwotą, nie spoczynkiem. Powietrze straciło swoję przezroczystość. Niby jakiś pył, niby dym unosił się w atmosferze. Światło słoneczne przechodząc przez ów tuman straciło swoją pyszną, jarzącą pozłocistość, a świeciło chorobliwie, rdzawo, smutno. Sam krąg słoneczny, pozbawiony promiennych włosów, przesłonięty, a czerwonawy, pozwalał oku bezkarnie patrzeć na się, jakoby przez zakopcone szkło. Myślałem, że to może dym rozszedł się po powietrzu.
— Dżak! — spytałem — wszakto indyanie musieli gdzieś zapalić lasy?
— Nie! — odpowiedział Dżak — ja myślę, że to pył z pustyni.
Ale Dżak mylił się, bo przecież pył nie mógł przyjść przed wiatrem. Na pytanie jednak, czy tak zawsze bywa, odpowiedział mi, że zawsze. Tymczasem dęby zadrżały nagle, zaszeleściły liściami i posypały deszczem żołędzi. Następnie Dżak poradził mi, abym rozpuścił węzły lasso, na którém uwiązany był mustang, albowiem zwierzę szarpiąc się w czasie wichru, mogłoby się zadusić. Gdym się do niego zbliżył, ujrzałem, iż sierć była na nim poszerszeniała, głowę miał spuszczoną, nozdrza przy ziemi. Rozluźniłem pętlicę aż zanadto. Wracając ujrzałem tłumy rozmaitego ptastwa, dążącego ze skłonów gór i z parowów ku puszczy: więc stada różowych synogarlic, kuropatw, zwyczajnych, kuropatw górskich, błękitnych płaszczów, przedrzeźniaczów, czarnych dzięciołów z kanarkową piersią i szkarłatną głową. Szare bażanty smyrgały na piechotę, tak nie daleko naszéj chaty, że można je było z okien strzelać. Nad lasem krążyły orły i kruki, ale zapadały co chwila w gęstwinę, siadając zapewne na dobrze okrytych liściem gałęziach. Wreszcie, ucichło wszystko: tuman zgęstniał, światło słoneczne stało się jeszcze bardziéj gorączkowe, a potém uderzył pierwszy powiew.
Zdawało mi się, że jakieś potworne płuca chuchnęły nagle na mnie gorącym oddechem. Obaj z Dżakiem schroniliśmy się natychmiast do chaty, i pozasłaniawszy kocami okna, położyliśmy się na mchu. Ale w chacie zrobiło się gorąco nie do wytrzymania. Dostałem lekkiego zawrotu głowy; krew jakby ołowiem biła mi w żyłach. Probowałem czytać i nie mogłem. Było mi duszno. Elektryczność przesycająca powietrze podziałała tak na moje nerwy, że miałem ochotę pokłócić się z Dżakiem. Próbowałem pić, ale woda stojąca w blaszance w kącie chaty, wydała mi się obrzydliwą; chciałem nakoniec palić, tytuń po kwadransie wiatru, wysechł do tego stopnia, że rozsypywał się w proch w moich palcach.
Dżak, przywykły już do tego wiatru, znosił go daleko lepiéj, a mnie tymczasem coraz było trudniéj. Pojedyńcze uderzenia powiewów zmieniły się w trwały huragan. Puszcza gięła się, dęby łopotały gałęziami; w powietrzu zaś unosiło się takie mnóstwo liści i piasku, że niepodobna było nic dojrzeć. Przeklęty ów wiatr zmienił się w końcu poprostu na żar buchający jakby z rozpalonego pieca i przepełniony czadem. Dżak przyniósł mi świeżéj wody ze strumienia, którą piłem łapczywie, ale gdy nadeszła pora posiłku, jeść nic nie mogłem. Zresztą ani w południe, ani na wieczór, nie paliliśmy w parowie ognia, albowiem wiatr rozwiałby był ognisko na cztery strony świata, a co gorzéj mógł ponieść skry na puszczę i spowodować pożar lasu.
W nocy nie mogłem zmrużyć oka. Na drugi dzień wiatr, zamiast uciszyć się, wiał jeszcze gwałtowniéj. Drzewa trzeszczały, a połamane gałęzie waliły się w potok. Przez cały ten czas nie było ani chmurki na niebie. Wychodziłem z chałupy tylko po to, aby koniowi dać jeść. Cierpiałem nieznośne męki. Ale na trzeci dzień, świtaniem, a może jeszcze w nocy ucichło wszystko.
Wyszedłszy z chaty odetchnąłem głęboko. Powietrze było chłodne, ożywcze, błękit niebieski czysty. Łagodny wietrzyk pociągał od oceanu. Na wschodzie płoniła się, jak dziewczyna, różana zorza poranna. Uśmiechało się wszystko na okół. Spojrzałem po okolicy, i... zakląłem, jak pierwszy lepszy majtek z Landing.
Nie było mojego konia.
Przy drzewie zwieszało się smutnie lasso. Koń widocznie wysunął w czasie wiatru głowę, ze zbyt obszernéj pętlicy, i uciekł.

III.

Złożyliśmy z Harrysonem wielką radę wojenną.
Koń wysunąwszy się z pętlicy, mógł zejść tylko do parowu, bo innéj drogi nie było. Natomiast parowem mógł udać się, albo na wschód ku Bernardynom, w którymto razie nie trudnoby go było odnaleźć; albowiem potok w górze jest nie do przebycia, albo na zachód ku Anaheim.
W tym ostatnim wypadku, sprawa byłaby trudniejszą, z powodu iż potok w miarę spadku rozszerza się, a canion staje się coraz obfitszy w obszerne, pokryte lasem doliny. Myślałem także przetrząsnąć puszczę, wśród któréj stała nasza chata, ale Dżak upewnił mnie, że tak wielkie zwierzę, jak koń, nigdy nie zdołałoby przeniknąć w gęstwinę równie zbitą i poplątaną lianami. Jakoż tak było w istocie.
Wogóle przychodziło wątpić, czy opłacało się szukać konia. W nocy mogły go zjeść drapieżne zwierzęta, bądź kuguary, bądź ostrowidze. Mogli go także skraść meksykanie. Szukanina wymagała wiele trudów, a pod pewnym względem, była nawet niebezpieczna. Ale przywiązałem się już do mego wierzchowca i postanowiłem, nie zważając na nic, pójść w jego ślady.
Zresztą, po skończeniu chaty, nie mieliśmy z Dżakiem wiele do roboty, zaraz więc po brekfeście zajęliśmy się przygotowaniem do wyprawy. Nie wiadomo było jak ona długo potrwa, każdy z nas więc wziął mały zapasik sucharów i suszonego mięsa, a prócz tego, każdy uzbroił się, jak gdyby na wojnę, w karabin, rewolwer i „bowie-knife” nie licząc lassa, które miało służyć do odprowadzenia konia.
Tak uzbrojeni poszliśmy przedewszystkiem pod drzewo, aby odnaleść choć jakie takie ślady. Na trawie było ich bardzo wiele: wyrobiła się z nich nawet jakby ścieżka, ale byłato tylko ścieżka, którą prowadzałem konia do wody. Oko moje nie mogło nic z niéj wyczytać, Dżak jednakże położył się na trawie i popatrzywszy na nią uważnie, wykrzyknął w krótce obyczajem indyjskim:
Hugh!
Znalazł, a przynajmniéj utrzymywał, że znalazł świeży ślad, chociaż ja nie mogłem upatrzyć w nim różnicy od starych. Koń szedł, jakeśmy to przewidywali, do potoku. Dalsze ślady, zbaczające ze ścieżki, wskazywały to wyraźnie. Koń mógł pójść w górę potoku, albo na dół ku Anaheim. Trzeba nam było się z Dżakiem rozstać.
Wybrałem kierunek ku Anaheim, bo jakkolwiek drogę tę odbyłem z Neblungiem w nocy, przecię pamiętałem ją cokolwiek. Świsnąłem na psa, i zapaliwszy fajkę, poszedłem. Ranek po wietrze był cudowny. Powiew od strony oceanu niósł ze sobą wilgoć i chłód. Ptaki śpiewały po obu stronach parowu, jak najęte. W miejscach szerszych, gdzie korytarz skalny roztwierał się, ustępując miejsca dolinom, przystępne brzegi strumienia wrzały życiem zwierzęcém. Ptaki piły wodę. Czarne wiewiórki ziemne siedziały na tylnych łapkach, chrupiąc orzeszki laurowe i poruszając wąsikami. Pies mój szczekał z radości, a echo niosło daleko szczekanie, nadając mu dziwnie potężny rozgłos. Byłato chwila poranna, chwila téj radości i rozbudzenia się natury, w któréj drzewa i kwiaty i ptaki, i wszystko co żyje zdaje się wołać: „ewoe!” radujmy się i kochajmy! W takiéj chwili, starcowi nawet przychodzi ogień życia przez zziębłe kości, a u młodego to aż kipi dusza, i prawie skrzydła wyrastają mu u ramion.
Mniéj więcéj w takiém byłem usposobieniu. Coraz nowe doliny, nowe kształty skał, nowe drzewa, migały mi przed oczyma. Cała droga, ponieważ poprzednio przebyłem ją w nocy, wydała mi się nową i nieznaną. Jedna szczególniéj miejscowość została mi w pamięci. Dolina ta, obejmująca z jakie dwie mile kwadratowe (angielskie), nie była zarośnięta tak zbitą i poplątaną puszczą, jak inne. Byłto poprostu ogród wersalski na pustyni, strojny w tak cudowne bukiety drzew i krzewów, jakby je układała ręka ogrodnika artysty. Ciemne, śliczne dąbrowy i małe rozrzucone wdzięczne gaiki platanów, pokrywały większą część przestrzeni; laury układały się w regularne klomby: pojedyńcze drzewa tworzyły jakby aleje, których końca nie mogłem dojrzeć. Niepodobna było prawie uwierzyć, aby to natura układała wszystko tak misternie i foremnie. Środek doliny, lekko zaklęsły, pokryty był trawą, o zieloności jasnéj i świeżéj, zdradzającéj wilgoć gruntu. Wysokie rosnące tam krzewy znikały zupełnie dla oka, pod skrętami dzikiego winogradu dochodzącego do olbrzymich rozmiarów. Złudzenie, że są to poprostu sztuczne altany, było tak silne, że pierzchło dopiero wówczas, gdym zbliżywszy się do jednéj z nich, dojrzał wyskakującego z pod liści szarego, czarno centkowanego żbika.
W żadnych górach europejskich niéma nic podobnego. Natura wysiliła się tu, aby stworzyć przepyszny park z całym wymagalnym doborem barw i cieniów, z misternym układem szczegółów z odpowiednią perspektywą, i z mądrym namysłem, tak łudzącym, iż mimowoli patrzyłem i szukałem, czy z pośród ciemnéj zieloności drzewnéj nie błysną mi z oddali białe marmury jakiego pałacu, ze zwierciadłami w szybach, ze strojnemi damami na gankach z jeziorem u stóp i z łabędziami na błękitnéj toni[1].
Ale okolica była bezludna, milcząca, a ciszę przerywało tylko brzęczenie wielkich złotych much, za któremi uganiały się ptaki. Oczarowany, szedłem bardzo wolno i zatrzymywałem się co chwila. A tymczasem słońce podniosło się wysoko i poczęło dogrzewać. Wyszukawszy wzgórek pokryty mchem, położyłem się pod cieniem dębu, zjadłem kawałek suchara z suszoném mięsem, a następnie, poleciwszy straż psu, usnąłem.
Spałem tak dobrze, że rozbudziłem się dopiero koło godziny czwartéj. Słońce przebiegło już większą część zwykłego łuku i kłoniło się ku zachodowi. Poznałem, że przed nocą nie będę już mógł zajść ani do osad pasterskich, leżących u stóp gór na drodze ku Anaheim, ani téż wrócić do chaty Dżaka. Wolałem jednak nocować bliżéj osad, i dlatego poszedłem naprzód. Park skończył się wkrótce, a amfiteatr czerwonych skał zacieśnił się znowu w wązką i ciemną gardziel. Przy samém wejściu do niéj spotkałem jeźdzca, starego jakiegoś meksykanina, o czarnych, podobnych do końskiéj grzywy włosach i złodziejskiéj twarzy. Zaczęliśmy ze sobą rozmowę, wedle obyczaju meksykańskiego, niezmiernie grzeczną, tytułując się, jak można najczęściéj: „usted” i „caballero.” Wypytywałem się o konia, na co „caballero,” mający, mówiąc nawiasem, minę ostatniego rzezimieszka, odpowiedział, że konia nie widział, ale że widział ślady szarego niedźwiedzia, czemu zresztą ani na chwilę nie uwierzyłem. Poczém z prawdziwie meksykańską uprzejmością, przepraszając za śmiałość „de hacer cuestion,” począł wypytywać: co robię w górach, czy mam tu jakich znajomych i gdzie mieszkam. Może chciał się wywiedzieć, czy będzie mógł bezkarnie rzucić na mnie lasso, w chwili gdy się do niego odwrócę, aby zrabować moją broń. Ale ja także dosyć już znałem meksykanów, i mimo wszelkich „usted,” trzymając palec na cynglu, gotów byłem roztłuc na kawałki czaszkę drapichrustowi, skorobym tylko spostrzegł, że poczyna odwiązywać sznury. Nie bałem się go wcale i rozmawiałem z nim poprostu drwiąco, co go nawet mieszało, byłem jednak zdecydowany nie pierwéj pójść w drogę, aż uprzejmy rycerz oddali się na kilka rzutów lasso. Ale jak tylko powiedziałem, że mieszkam u Harrysona, ostrożność stała się zbyteczną. Caballero wpadł w zachwycenie, powiedział że zna Dżaka, że jest to znakomity (considerable), a nawet wielki (grande) człowiek, a jego przyjaciele muszą być tacy sami, poczém pojechał przed siebie. Widocznie Dżak miał w górach opinię wzbudzającą poszanowanie. Ale wogóle, skłonni do rabunku meksykańscy „caballerowie,” niezmiernie boją się skwaterów, z powodu ich solidarności. Za jednego zamordowanego skwatera, inni chociażby zamieszkali bardzo daleko, ujmują się natychmiast, i póty tłuką wszystkich napotkanych indyan i meksykanów, póki ci ostatni sami nie wydadzą winnego.
O téj dziwnéj pod wieloma względami ludności, rozpiszę się późniéj obszernie; teraz zaś nadmienię, że winnemu nie tak łatwo tu ujść przed lynchem; jeżeli bowiem łotrzykowie zabijają i rabują człowieka, to nie dlatego, aby uciekać następnie na pustynię, ale aby pić i hulać w najbliższych wentach[2], gdzie ich téż zwykle straszliwy: „uncle lynch” odnajduje.
Zabójstw z tych powodów bywa niewiele, jakkolwiek rozproszenie, w jakiém żyją skwaterowie, zapewnia pozorną przestępcom bezkarność. Że jednak ostrożność najlepszym jest przewodnikiem i stróżem podróżnych, nie prędzéj tedy ruszyłem w dalszą drogę, aż uprzejmy caballero oddalił się na dobry wystrzał karabinowy. Potém dolatywała mnie tylko jego piosenka i wtór do niéj, polegający na uderzaniu trzonkiem noża w kulę kulbaki. Uszedłem jeszcze ze cztery mile (angielskie), ale wreszcie słońce zaszło; że zaś w tym klimacie zmierzch bywa bardzo krótki, więc i noc następowała szybko. Żałosne zwiastuny ciemności: kujoty, ozwały się już raz i drugi w pokrytych lasem dolinach, pies zaczął się niepokoić, trzeba zatém było myśleć o noclegu. Korzystając z resztek światła, naciąłem cztery naręcza, suchych jak pieprz krzewów, znanych pod nazwą: czaporalu i czamizalu, nazbierałem suchych, połamanych przez Santa-Ana-wind gałęzi, których pełno było w łożysku potoku, i wybrawszy stosowne miejsce, między kamieniami, roznieciłem ognisko.
Przez całą noc spałem mało, bo musiałem co chwila dorzucać gałęzi, aby podtrzymać ogień. Rozmaite głosy zwierzęce dochodziły mnie, jak zwykle nocą; ale niewiele sobie z nich robiłem, mając przed sobą jasny płomień, czujnego psa i dobry karabin. Przytém kuguar i niedźwiedź, jedyne groźne zwierzęta, nie są tu liczne, i nie napadają nigdy pierwsze na ludzi, nie było więc żadnego niebezpieczeństwa. Swoją drogą, pies odlatywał co chwila od ogniska i niknąc w ciemnościach, ujadał głośno. Świtaniem puszcza ucichła. Wówczas usnąłem jak kamień, i dopiero o godzinie dziewiątéj, puściłem się w dalszą drogę. Może o jakie kilkadziesiąt kroków od noclegu, spostrzegłem małego grzechotnika, pełznącego od jednego kamienia ku drugiemu. Grzechotka jego składała się z pięciu dzwonków. Idąc daléj, doszedłem do miejsca, w którém po obu brzegach strumienia ciągnął się pas niezmiernie delikatnego piasku, pomieszanego z żółtą miką. Raz już nad rzeką Cosumnes (Macosme), w okolicy Sacramento, oszukała mnie ta mika, albowiem spostrzegłszy całe jéj zaspy, sądziłem żem znalazł takie bogactwa, iż Rotszyldom nie pozostanie nic więcéj, jak pójść do mnie na buchalterów. Patrzyłem, pamiętam, wówczas i nie wierzyłem oczom własnym: cały brzeg rzeki lśnił się i mienił; promienie słoneczne łamały się na większych blaszkach: wszędzie było złoto i złoto. Można je było furami wywozić. Szczypałem się sam, aby się przekonać czy nie śpię i nabrawszy pełne kieszenie moich dostatków, pobiegłem do kapitana W., naszego rodaka, u którego właśnie bawiłem, aby podzielić się z nim, jako z doświadczonym górnikiem, wiadomością, wejść w spółkę i zrobić kilkadziesiąt skromnych miliardów w ciągu kilku miesięcy. Więcéj sobie wcale nie życzyłem. Czytelnik domyśli się łatwo, jaką musiałem mieć minę, gdy stary górnik rozśmiał się i potrząsając na ręku moim skarbem, rzekł krótko a węzłowato: „mika.“ Swoją drogą powiem, że choćby podróżnik, przebiegający góry i stepy Kalifornii, był nie wiem jakim filozofem, przecie myśl, że w pierwszéj lepszéj szparze ziemnéj, w pierwszym lepszym stosie kamieni, można tu znaleźć skarby, nie opuszcza go ani na chwilę. Mimowoli poglądasz, czy czasem z łożyska jasnego strumienia, lub ze szpary skalnéj, nie wyjrzy na ciebie potężna, przedpotopowa żyła żółtego kruszcu. Co więcéj: niéma w tém nic niepodobnego. Na pytanie, gdzie w Kalifornii znajduje się złoto, każdy bez wahania odpowiada: wszędzie! Prawda, miejscami jest go tak mało, że przemywanie dwakroć i trzykroć przeniosłoby wartość metalu, ale, swoją drogą, weź kilkanaście fur ziemi i puść je w płuczkarnię, a żywe srebro chwytające złoto, niezawodnie uchwyci pewną ilość jego atomów.
Ciekawy przykład owéj zmory złotéj, duszącéj tu wszystkich, miałem niedawno przed oczyma. Pewnego razu, ja, jeden mój ziomek, zegarmistrz od niedawna osiadły w Orenge, i jeden skwater, zwiedzaliśmy osadę położoną nad brzegiem niewielkiego strumienia. Po nocy spędzonéj na wozie, ziomek mój poszedł się myć do strumienia. Po chwili wrócił nagle: twarz jego była wzburzona, a na głowie nie miał kapelusza.
— Co panu jest? — pytam, sądząc, że może ujrzał jakie niebezpieczne zwierzę.
— Cicho! — odpowiada, kładąc palec na usta i przerywanym ze zmęczenia głosem:
— Cóż tedy?
— Złoto!
— Gdzie?
— Pójdź pan zobaczyć!
Poszedłem, choć nie uwierzyłem w nie ani na chwilę, gdyby się bowiem tam znajdowało, mieszkańcy osady znaleźliby je oddawna. Przybywszy na brzeg, towarzysz mój ukazał mi nie wielki okrągły kamień, na którego powierzchni połyskiwała żółta, metaliczna krésa. Wtedy uwierzyłem i ja, i daléj w radę, czy przypuścić do tajemnicy trzeciego. Stanęło, żeby przypuścić, bo człowiek był porządny, a wytrawny. Jakoż przyszedł zaraz i objaśnił nas, że owa żółta metaliczna krésa, była poprostu śladem podkutych mosiężnemi ćwiekami trzewików, jakich zwykle używają farmerowie.
Podobne rozczarowania, a szczególniéj z miką, zdarzają się codziennie, témbardzéj, że jéj tu wszędzie pełno. Widziałem jéj mnóstwo na pobrzeżach oceanu w A-Landing, Wilmington i wielu innych miejscach. Strumienie górskie powszechnie nie bardzo w nią obfitują; tam jednak, gdzie brzeg jest piaszczysty, osadza się powszechnie trochę i miki.
Ta, którą znalazłem przy strumieniu, osadzała się szczególniéj w dołkach, wytłoczonych przez nogi zwierząt. Szukałem między temi śladami śladów kopyt mego konia, ale znalazłem tylko mniéj więcéj zatarte wyciski racic jelenich i płytkie, ale szerokie tropy okrągłych stóp, należących zapewne do ostrowidzów. Zaczynałem wątpić czy koń mój przechodził tędy, i przez chwilę przyszła mi myśl wrócić się, ale dla pewności chciałem jeszcze zapytać o niego w osadzie pasterskiéj, leżącéj u stóp gór, poszedłem więc dalej. Tymczasem zaszła niespodziana okoliczność. Oto strumień, którego biegu się trzymałem, trafiał nagle na prostopadłą skałę, i rozdzielał się na dwa ramiona, tworzące z główném korytem, dokładną literę Y. Nie wiedziałem, które ramie zaprowadzi mnie teraz do podgórzy, i na drogę do Anaheim. Zdawało mi się, że lewe, wybrałem więc lewe. Ale gdym uszedł ze trzy mile, to lewe znowu rozdzieliło się na dwa. Widocznie była-to cała sieć strumieni, które obejmowały dość znaczną przestrzeń gór, a następnie, wydostawszy się z nich, biegły przez dolinę anaheimską i dalszy step, ku oceanowi. Poznałem, żem zbłądził. Wszedłem w caniony tak dzikie, milczące i głuche, iż przychodziło mi na myśl, że może noga ludzka pierwszy raz w nich postała.
Brzegi strumienia, tam gdzie nie były zaciśnięte skałami, porastały gęstym lasem. Pnące się rośliny zwieszały się aż do wody, a przerzucając się z brzegu na brzeg, tamowały mi tak drogę, że musiałem ją sobie nożem torować. Wszystko tu nosiło cechę natury arcy-pierwotnéj. Zdawało mi się nawet, iż ptaki mniéj się tu boją człowieka, niż w innych canionach. Był tam jakiś spokój, którego nie umiem ani opisać, ani wyrazić; jakaś powaga i majestat przyrodzenia nie czującego się jeszcze podbitém. Jakoż wszystkie pomniejsze caniony nie są zamieszkałe, i w wielu z nich, prawdopodobnie nikt jeszcze nie był.
Tymczasem szedłem ciągle naprzód, nie wiele troszcząc się o to, żem się zbłąkał. Wiedziałem, że każdy strumień wyprowadzi mnie koniec końcem na podgórza, a następnie na dolinę, na któréj leżą Anaheim, Santa-Ana, Orenge i t. d. Jakoż, zaraz po południu, począłem się wydostawać z labiryntu gór. Szczyty, po obu stronach strumienia, stawały się niższe i niższe; korytarz skalny zmieniał się w obszerną dolinę, krajobraz otwierał się coraz szerzéj. Wreszcie zatrzymałem się i spojrzałem przed siebie.
Góry skończyły się. Stałem jakoby na olbrzymim, wysokim, na jakie dwieście stóp, tarasie. Strumień spływał zeń po tak stroméj pochyłości, na dół, że tworzył prawie wodospad. U stóp tarasu widniał dom farmerski, bielejący wśród massy drzew gumowych[3]: tam zaczynała się dolina anaheimska, a raczéj step szeroki, powietrzny, przestronny, biegnący aż do brzegów oceanu.
Oparłszy się o karabin, patrzyłem nieruchomo z półgodziny na ową cudną dolinę. Na krańcu widnokręgu szarzała niby mgła, niby chmura jakaś sina, ale rozświecona purpurą zachodu. Był to „Pacyfik,“ ojciec oceanów i mórz wszystkich. We wzgórzach sterczących nad tumanem poznałem wyspy: Santa Catalina i Catalina-Harbor, które zwiedzałem, bawiąc jeszcze w Landing. Był zachód słońca, a nad oceanem rozlewał się drugi ocean purpury i złota na niebie. Na dolinie ubranéj w królewskie kolory, ujrzałem naprzód suche, piaszczyste a szerokie łożysko równoległéj do gór rzeki Santa-Ana[4]. Daléj, ciemne grupy drzew oznaczały Anaheim i Orenge, a mniejsze grupy farmy rozrzucone po całym stepie. Wszystko to leżało u moich nóg. Patrzyłem na wioski i miasta, jak ptak z chmur. Powietrze tak było przezroczyste, że ten ogromny szmat kraju leżał widny dla mego oka, jak na dłoni. Cisza była prawie niepokalana. Śliczny pogodny zachód zdawał się nasycać wszystko nieporównaną słodyczą i różanym spokojem. Błogosławieństwo i ukojenie wielkie unosiło się nad krajem.... Wówczas wezbrało mi serce, a na usta wybiegła mimowoli znana smutna piosnka:

„U nas, inaczéj! inaczéj! inaczéj!”

Słońce już zaszło, gdy zapukałem do drzwi domu położonego u stóp tarasu. Pokazało się, że mieszkał w nim Mitchel, właściciel stad krowich, a dobry mój znajomy jeszcze z Anaheim. Mitchel przyjął mnie gościnnie i dał wyborne łóżko, które, po nocy spędzonéj na kamieniu w górach, wydało mi się niezrównane.
Nazajutrz, skoro świt, puściłem się z powrotem w góry.

IV.

Dżak posłyszawszy że się zbliżam, wyszedł naprzeciw mnie bardzo uradowany. Koń był już z powrotem. Dżak znalazł go o dziesięć mil w bok od naszego strumienia, w bocznym canionie, gdzie była osada skwaterska niejakiego Plesenta, luizyańczyka, jak i Dżak. Dżak opowiadał mi o nim, że jestto prawdziwy król gór; trzęsie bowiem wszystkimi meksykanami, zamieszkującymi okolicę. Do wpływu takiego doszedł przez swoje bogactwa w pszczołach, trzodach, ale głównie przez żonę, rodem meksykankę, kobietę tak rozumną, że słowa jéj są wyrocznią, tak dla męża, jak i dla wszystkich czarnowłosych jéj kuzynów. Dżak zaproponował mi, abym razem z nim wybrał się do nich, na co zgodziłem się chętnie i, uważając rozmowę za skończoną, chciałem wyjść do konia. Ale Dżak widocznie miał mi jeszcze coś do powiedzenia, bo mnie zatrzymał, a potém począł gęsto pykać z fajki i mrugać figlarnie oczyma.
— Cóż tam jeszcze nowego, Dżak? — spytałem.
— Hm! hm! — mruknął.
— Chcecie mi jeszcze coś powiedzieć?
— Tak! czy bardzo czujecie się, zmęczeni?
— Trochę: a dlaczego?
— Bo do Plesenta trzebaby jeszcze dziś iść na noc.
— By God!
— Widzicie sir, jest rzecz taka. U Plesenta bawi teraz przeszło piętnastu jego krewniaków, meksykanów, a wszyscy z lassami, konno i zbrojno. Powiem wam, że wszystko to są wielkie szubrawcy (hoodlamy) i mniejszaby o nich, ale czy wiecie dlaczego się pozjeżdżali? Oto, Plesent znalazł na piasku, nad swoim strumieniem, ślad szarego niedźwiedzia, a potropiwszy go dwa dni, przekonał się, że: „uncle grizzly” obrał sobie legowisko nie daléj, jak dwie mile w górę potoku.
All right! Dżak — przerwałem pospiesznie.
— Plesent więc wysłał zaraz do meksykanów starego Ramona, aby się pozjeżdżali na wyprawę, co téż i uczynili. Przywieźli ze sobą wina, które piją bezustanku, prócz tego grają w karty i wychwalają wzajemnie swoją odwagę, choć, by God! jak przyjdzie co do czego, będą tchórzyć niezawodnie. Stary Ramon był i u mnie, ale ja właśnie tropiłem wtedy waszego konia. Oprócz nas, Plesent czeka jeszcze dwóch braci Shrewsburych. Jutro świtaniem mamy zacząć. Czy zgadzacie się iść ze mną?
Naturalnie, nietylko zgodziłem się, alem mało nie uściskał Dżaka z radości; następnie wyczyściliśmy broń, opatrzyli wszystko jak należy, i w dwie godziny późniéj ruszyliśmy w drogę.


X.
Szkice amerykańskie.

Z puszczy.
I.

Późną już nocą przybyliśmy wraz z towarzyszem moim Dżakiem do skwatera Plesenta. Nazajutrz rano miało się rozpocząć polowanie na szarego niedźwiedzia.
Miejscowość zajmowana przez Plesenta, stanowi dość obszerną dolinę, pokrytą odwiecznemi dębami; z jednéj jéj strony ciągnie się ogromném półkolem wydłużone wzgórze, ucięte równo jak mur; drugi zaś i bardzo spadzisty brzeg przeciwległy téjże doliny, utworzony jest przez potok. Za potokiem ciągnie się inna płaszczyzna znacznie niższa, zamknięta wysokiemi górami.
Całość, na którą pierwszy raz rzuciłem okiem przy świetle księżyca, przedstawiła mi się bardzo romantycznie, jak zresztą większa część siedzib skwaterskich, położonych w canionach. Dolina wyższa, niższa i następne amfiteatralne wzgórze zatoczone łukiem, tworzyły jakby olbrzymi cyrk rzymski, albo jakby rodzaj schodów. U stóp ich szumiał w korytarzu skalnym potok, stanowiący zarazem drogę do osady. Noc była już późna, ale pogodna. Księżyc zatapiał światłem cały ów amfiteatr wzgórz i arenę doliny. Wszystko to było teraz ciche i uśpione. Można było mniemać, że igrzysko skończyło się przed chwilą; Cezar opuścił miejsce, lud rozproszył się w ulicach miasta, a na arenie, na krwawym piasku leżą uśpione na wieki ciała gladyatorów. Zdala widoczne spiętrzone skały, o kształtach często dziwnie symetrycznych, wydawały się podobne przy świetle księżyca do posępnéj massy domów wielkiego miasta. Złudzenie takie sprawia czasem pyszna dekoracya teatralna; totéż chwilami znowu, zdawało mi się, że widzę ją przed sobą, najpiękniejszą ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem.
Szczekanie psów oznajmiło mieszkańcom doliny o naszém przybyciu. Wkrótce przez konary dębów ujrzałem błyszczące ognisko i oświecone czerwono ściany białego domku. Przy ognisku migały postacie ludzkie, chodzące tu i owdzie, lub siedzące obyczajem indyjskim w kuczki. Wdrapawszy się na wysoki brzeg strumienia, znaleźliśmy się w podwórzu domu. Jednocześnie gospodarz, który był wyszedł na nasze spotkanie, powitał zwykłem „halo!” mego towarzysza, a następnie poznajomił się ze mną.
Gdy zbliżyliśmy się do ogniska, przedstawił mnie swéj żonie Donnie Refugio, która z prawdziwie hiszpańską uprzejmością, porzuciwszy natychmiast przygotowania do wieczerzy, poczęła ze mną rozmawiać. Była to kobieta mogąca liczyć około lat czterdziestu, o rysach twarzy regularnych, ale zwiędłych i jakoby martwych. Jak żyję nie widziałem twarzy tak smutnéj. Gdym potém pytał o przyczynę tego smutku, powiedziano mi że Donnie Refugio umarła młoda i ukochana siostra ukąszona przez grzechotnika. Donna Refugio, bezdzietna, kochała ją nad wszystko w świecie, to téż od śmierci dzieciny nie widziano już uśmiechu na ustach osieroconéj.
Tak goście, jak i mąż Donny Refugio, umieli widocznie uszanować jéj smutek, wszyscy bowiem obchodzili się z nią ze szczególną troskliwością, starając się spełniać w lot jéj życzenia, i prawie odgadywać jéj myśli. To uszanowanie dziwiło mnie témbardziéj, że w donnie téj płynęła widocznie domieszka krwi indyjskiéj, co łatwo było poznać po kruczych a grubych jéj włosach i smagłéj cerze. Ale istoty wyższe, bez względu na swe pochodzenie, umieją zjednać sobie cześć należytą, Donna Refugio zaś, jak późniéj przekonałem się, była to kobieta niepospolicie rozumna, a nawet niepospolicie wykształcona; stanowiła téż rodzaj wyroczni w swém nawpół dzikiém otoczeniu. Przyjeżdżano do niéj po radę i pomoc z całéj okolicy: z Anaheim, Orenge, a nawet aż z Los Nietos, zkąd była rodem, i gdzie rodzice jéj posiadali znakomite obszary stepu. Wysokiego z linii męzkiéj urodzenia, co dla meksykanów stanowi niemałą wagę, była przez ojca spokrewniona ze wszystkimi meksykanami, przez matkę zaś ze wszystkimi metysami. Stosunkowo znaczne bogactwa przydawały jeszcze blasku i powagi jéj rozumowi i cnocie.
Mąż jéj, również jak i towarzysz mój Dżak, pochodził z Luizyany; przeniósł się zaś do Kalifornii po wojnie domowéj. Był to dżentleman rosły, młodszy o parę lat od żony, o poczciwych niebieskich oczach i łagodnéj, choć energicznéj twarzy. Prócz niego poznałem dwóch jeszcze skwaterów z canionu Madeira, braci Shrewsburych (Szürsbery), starszego Sama i młodszego Lucyusza. Sam czyli Samuel był to doskonały typ amerykanina-pioniera. Wzrostu miał ze sześć stóp, twarz podobną do głowy starego wilka, wejrzenie rozumne ale przebiegłe; ogromne kościste ręce, takież nogi, budowę suchą ale rozwiniętą, znamionującą potężną siłę. Chwilami twarzą i postacią przypominał mi Lincolna, który również był doskonałym typem „yankee” w swoim rodzaju. Mówiąc cokolwiek, Sam wyciągał przed siebie swoje olbrzymie nogi i głowę, i głaszcząc ręką obrosłe podgardle, poczynał zawsze od rozwlekłego „wel.” Prócz tego gryzł wiecznie tytuń i spluwał co chwila obrzydliwym czerwonym sosem. Była to także powaga swego rodzaju. Biegły bartnik, był zarazem niezrównanym myśliwym, budowniczym, stolarzem, cieślą, kowalem, mularzem: słowem wszystkiem. Takimi wszystkowiedzami są po największéj części skwaterowie. Uczy owych rzemiosł osamotnienie, potrzeba i konieczność rachowania zawsze i wszędzie wyłącznie na własne siły. Z tych warunków wypływają również różne przymioty moralne, jako to: pewność siebie, wysoka niezależność charakteru, republikański sposób myślenia i niepożyta energia, połączona dziwnym sposobem z niejaką powolnością i flegmą. Dwie te ostatnie cechy niezmiernie łatwo mogą omylić tego, ktoby chciał upatrywać w nich znamiona niedołęztwa i niezaradności. Przeciwnie, płyną one tak z zimnéj krwi, wrodzonéj anglosaksońskiéj rassie, jak i ze zwyczaju zastanawiania się głębokiego nad każdym zamierzonym celem.
Skwater myśli powoli, bada, rozważa, ale przedsięwziąwszy raz cokolwiekbądź, doprowadza, choćby niepodobne rzeczy, do skutku.
Sam uosabiał w wysokim stopniu wszystkie wspomniane cechy pionierskiego typu, dlatego téż opisałem go szerzéj. Lucyusz, młodszy o kilkanaście lat, całe życie spędzał na włóczeniu się po lasach. Miał i on swoje pszczoły, ale pilnował mu ich starszy brat, który kochał go jak syna. Mieszkali razem, Lucyuszowi bowiem nie chciało się budować domu. Czasem po kilka tygodni i miesięcy nie było go w domu. Za to, wróciwszy, przynosił zapasy skór pum, niedźwiedzi, rysiów i jeleni. Uchodził za niechybnego strzelca. W wyprawach swoich zapuszczał się przez pustynie, leżące z tamtej strony San Bernadino, aż do Arizony. Wogóle znać w nim było wesołego chłopaka, zaufanego w swój karabin i potężne muskuły, a niedbającego o jutro i rozmiłowanego w awanturach.
Goście ci, wraz z kilkunastu meksykanami, siedzieli nie w domu, dom bowiem składał się tylko z jednéj izby, którą do połowy zajmowało małżeńskie łoże Plesentów, ale obok domu, naokoło ogniska. Z powodu ciepłego klimatu, powszechnie przyjętym zwyczajem w górach jest, że mieszkańcy sypiają tylko pod dachem, siedzą zaś, gotują i jedzą na świeżém powietrzu. Moskitów, które stanowią plagę ciepłych krajów, i które wypiły tyle krwi mojéj nad oceanem Spokojnym w Anaheim, Landing, niéma tu wcale, nic więc nie staje na zawadzie temu życiu pod gwiazdami. Wreszcie, jak wszędzie, tak i u Plesentów, niedaleko domu i ogniska wznosiła się werenda, składająca się z czterech cienkich nieobciosanych pni platanowych, na których oparty był dach upleciony z liści i suchych prętów laurów. Pod tą arcy prostą budową, gospodarstwo spędzali większą część życia, pod nią także stał teraz stół, a raczéj deski, na których pani Refugio przygotowywała wieczerzę. Ogień podsycany ustawicznie przez meksykanów suchemi laurami, buzował się potężnie, strzelając czerwonemi pasmami wyżéj prawie nad dach werendy i obejmując ze wszystkich stron okopcone łono kotła, w którym gotowało się mięso antylopy wraz z czerwoną fasolą.
Obok na patelni warczały skwarząc się, kurcząc i sycząc, jak dusze potępione, kawałki słoniny, ulubionego przysmaku meksykańskiego. Japońska herbata z miodem, gotowana we wrzącéj wodzie, miała stanowić dopełnienie wieczerzy. Ognisko i zgromadzeni naokół niego ludzie, gdym, oddaliwszy się na chwilę, spojrzał na nich z ciemności, dziwnie oryginalny przedstawiali widok. Wyobraź sobie czytelniku te krwawe snopy światła sypiące deszczem iskier, wśród zatopionéj światłem księżyca atmosfery; te drzewa jednocześnie mroczne od nocy, srebrne od księżyca i różowe od blasku płomieni! Wyobraź sobie że słyszysz potok szumiący licznemi wodospadami w kamiennym korytarzu, a daléj jeszcze ciemny majestatyczny amfiteatr gór i skał, rysujących się czarno na srebrném tle nocy. Siedzące przy ognisku postacie, dodawały jeszcze romantycznego uroku krajobrazowi: rzekłbyś, że oddział zbójców Kalabryi lub kleftów w Pindus. Bardziéj jeszcze dziko od Sama, Lucyusza, Dżaka i Plesenta wyglądali meksykanie. Siedząc w kuczki przy ognisku, obyczajem indyjskim, zachowywali na twarzach zarazem indyjską powagę i hiszpańską dumę, dziwnie odbijającą od podartéj odzieży, nieokrywającéj dostatecznie nagich kolan i łokciów. Przyszły mi na myśl widywane w dziecinnych latach obozowiska cygańskie. Też same twarze z rozrzuconym włosem, też same brody czarne jak krucze pióra, też łachmany zamiast odzieży; tylko powaga większa i pycha nieporównana i poczucie godności własnéj, jakiego niemasz między cyganami.
Wszyscy ci caballerowie byli to krewni pani domu i blizcy krewni między sobą. Kiedy zapoznawano mnie z nimi, wymieniano tylko ich imiona, więc: Doroteo, Francisco, Antonio, Jesus i t. p.; nazwisko zaś mieli wspólne: Salvadores y Guerra. Byli to, jak mi mówiono późniéj, potomkowie rodziny niegdyś bogatéj i mającéj obszerne posiadłości, która jednak w miarę jak kraj zaludniał się yankesami, straciła wszystko i zeszła na koczujące dzikie życie w górach.
Jestto zresztą los znacznéj części dawnych właścicieli ziemskich pochodzenia hiszpańskiego. Sprytniejsi, pracowitsi i przemyślniejsi amerykanie północni, zabrali im zwolna grunta, bogactwa, znaczenie, tak że dumni caballerowie zeszli na miejscowy proletaryat, który albo żyje w nieosiadłych jeszcze górach, albo pasie trzody na stepach, albo wreszcie prowadzi życie wyrobnicze w osadach.
Za upadkiem fortun i znaczenia, przyszedł upadek moralny. Meksykanie parobcy są doskonałymi, bo wytrwałymi i silnymi robotnikami, ale piją jeszcze lepiéj od irlandczyków; meksykanie koniuchowie i skotarze oddają się po całych dniach szulerstwu w szałasach i sklepowych wentach: meksykanie skwaterowie są to po największéj części próżniacy, żyjący, Bóg wié jak i z czego. Niektórzy trzymają konie, handlują drzewem wycinaném w pustych canionach, wbrew zakazom rządowym: wszyscy zaś skłonni są wielce do bójek, grabieży i złodziejstwa.
Żywioł anglosaski wyrzucił ich z roli, handlu, przemysłu, wyrzucił ich zaś nie przez jakieś środki gwałtowne, przedsiębrane przez rząd, nie przez zakazy wzbraniające w czémkolwiek udziału, ale poprostu przez większą energię, zapobiegliwość i większy dar organizacyjny.
Jest wprawdzie jeszcze w Kalifornii kilkanaście rodzin meksykańskich, które utrzymały się w dawnéj zamożności i znaczeniu, ale te albo roztopią się w nowym żywiole, albo spotka je los reszty współbraci. Zbytek i duma grają niemałą, a dobrze i u nas znaną rolę między owemi „morituri”. Bogaty, choćby niezmiernie bogaty „yankee” jest to zawsze pracownik, parobek; jeśli jest kupcem, siedzi w sklepie, jeśli rolnikiem, sam sieje, orze, bronuje: słowem robi wszystko ze swymi najemnikami, z którymi razem jada. Prawie nie chce się wierzyć europejskiemu przybyszowi, że tak jest, a jednak tak jest. Szacunek i zamiłowanie niesłychane pracy: oto potęga niezwalczona, oto przyszłość świetna i światowładna yankesów. Powtarzam jeszcze raz: yankes to robotnik czasem milionowy, czasem biédny, ale zawsze robotnik; meksykanin, to drugi biegun, to antyteza yankesa.
Bogaty meksykanin, to pan, w europejskiém znaczeniu tego słowa. W Los Angelos widywałem od czasu do czasu arystokratycznie wyglądających dżentlemanów, w czarnych najnowszéj mody surdutach i świetnéj bieliźnie, odbijającéj jaskrawo od ciemnéj ich płci, w powozach, lub na dzielnych koniach, często ze służbą pieszą lub konną. Dystyngowana powierzchowność i duma malująca się w twarzach owych dżentlemanów, zwróciły moją uwagę. Uważałem, że chcąc naprzykład kupić coś, nigdy nie wchodzili do sklepu, ale zatrzymywali się na ulicy, kupiec zaś z pośpiechem wychodził pytać czegoby żądali. Pytałem kto oni są, odpowiadano mi z ironicznym uśmiechem, że to meksykanie, panowie Jorba, posiadacze ziemscy, do których przed niedawnym jeszcze czasem należały całe „caniony” w południowéj Kalifornii. Niektórzy jeszcze mają znaczne posiadłości, ale po większéj części nie sięgające dziesiątéj części tego, co posiadali dawniéj. Najbogatszego z Jorbów liczył znajomy mi kupiec Hobson, na czterdzieści do pięćdziesięciu tysięcy dolarów, ale mówiąc o tém, dodawał zawsze z nieukrywaném zadowoleniem: „to się jednak skończy wkrótce.”
— A cóż potém będzie? — pytałem.
— Potém? Potém paść będą nasze owce. Rzecz to bardzo prosta, zdaje się. Jeżeli Jorba posiadający 40,000 dolarów ma czterech synów, to każdy z tych synów odziedziczy tylko 10,000 dolarów: nieprawdaż?
„Certainly!“ to jest prawda.
— Otóż wiedz pan o tém — mówił daléj Hobson — że każdy z tych synów będzie żył tak samo jak jego ojciec, chociaż będzie posiadał czwartą część tego co ojciec. To ruina nieuchronna.
O! mój Hobsonie, myślałem sobie, ilużto ja znam Jorbów za oceanem. Masz racyę! ruina nieuchronna, ale nie wiem czy to dopuszczenie Boże, czy co? dość że Jorbom już nie mieści się w głowie tak prosta logika. Gdyby Hobson umiał po łacinie, opisałby mi Jorbów jedném słowém: „morituri.” Późniéj poznałem ich osobiście. Są to dżentlemeni w całém znaczeniu tego słowa: gościnni, dumni, uprzejmi, waleczni; słowem: rycerze, którym nie brak nawet téj cechy arystokratycznéj, że nie płacą swych sklepowych długów. Ale poznawszy ich, przekonałem się także, że przy tych wszystkich przymiotach, są to ludzie, wprawdzie bardzo dobrze wychowani, ale poprostu nieoświeceni. Są to głowy, w których zewnętrzna, prawie wrodzona ogłada, pokrywa wewnętrzny obskurantyzm, massę przesądów i brak wielu elementarnych poprostu wiadomości. Pierwszy lepszy kupiec lub robotnik amerykański, który żuje tytuń, nie nosi nigdy krawata, zakłada nogi na krzesła; słowem pierwszy lepszy amerykański, wedle naszych pojęć: gbur, umie matematyki, historyi; geografii, nauk przyrodzonych i społecznych, daleko więcéj niż elegancki pan Jorba. Za to pan Jorba często umie po francuzku. Pan Jorba mieszka w Stanach Zjednoczonych; w Stanach Zjednoczonych są dwie partye: republikańska i demokratyczna, ty czytelniku przyjeżdżasz z Polski, i nie mając dokładnego pojęcia o tych partyach, pytasz o nie pana Jorbę. Czy wiesz co się pokaże. Oto, że pan Jorba jeszcze mniéj rozumie téj rzeczy od ciebie, a jeśli będzież bardzo go nacierał, powie ci w końcu: „Vous-savez.... kłóci się jakaś kanalia o coś między sobą, ale my się w to nie mieszamy.“
Oczywiście istnieją mniéj więcéj liczne od téj zasady wyjątki. Znajdą się rodziny meksykańskie bogate między kupiectwem, albo, jak mówią kupcy, „domy solidne,“ niektórzy meksykanie piastują poważne urzędy w państwie Kalifornijskiém, ale że wogóle ludność ta marnieje pod naciskiem brata Jonathana, dowodem tego najlepszym jest wspomniane już przezemnie wywłaszczenie z ziemi wielkich posiadaczy pochodzenia hiszpańskiego. Koło Sacramento, koło San-Francisco, ogromne obszary, należące niegdyś do rozmaitych „domów,“ obecnie zasiane są farmami pozostającemi w ręku kolonistów północno-amerykańskich. Przypatrzmy się tylko nazwom miejscowości w całéj Kalifornii. Poczynając od San-Francisco, Sacramento, i idąc ku południowi, spotykamy wyłącznie nazwy hiszpańskie: więc Merced, San-Louis Obispo, Santa Barbara, Santa Monica, Los Angelos, San Diego. Wymieniam tylko znaczniejsze miejscowości, ale i nazwy drobnych miasteczek, rzek, gór, bodaj nawet i znaczniejszych farm, wszystkie są hiszpańskie. Dowodzi to, że bądź cobądź, kraj był zaludniony niegdyś przeważnie ludnością meksykańską; wiemy zresztą, że Kalifornia nie tak dawno oderwaną została od Meksyku: swoją drogą dziś w tych hiszpańskich miastach, miasteczkach, farmach, górach mieszka ludność północnoamerykańska, a dawna na północy znikła prawie już zupełnie, na południu zaś, po większéj części stanowi tylko najniższą robotniczą warstwę ludności.
Ani rządowi ani ludności Stanów Zjednoczonych, nie przychodziło nigdy do głowy amerykanizować kogokolwiek lub cokolwiek. W Kalifornii nie zmieniono ani jednéj nazwy na angielską. Zakładają kolonię niemcy, zwą ją Berlinem, zakładają francuzi, zwą ją Paryżem, polacy Warszawą, rossyanie Petersburgiem i „all right!” Niech sobie miasto nazywa się nawet Szang-hai, dla każdego amerykanina to wszystko jedno. Prócz tego niémasz w całej Ameryce (US.) wielkiego miasta, gdzieby rozmaite narodowości nie miały stowarzyszeń, pozakładanych z wyraźnym i jawnym celem podtrzymania narodowości, języka, patryotyzmu. Rząd nietylko nie sprzeciwia się podobnym stowarzyszeniom, ale zapewnia im też same przywileje i prawa, jakie przysługują stowarzyszeniom wogóle.
Nawiasowo zauważę teraz, że nie widziałem nigdzie, aby narodowości wynaradawiały się tak prędko, jak tu. Dzieci przybyłych do Stanów Zjednoczonych niemców, francuzów, polaków, rossyan, jeżeli nawet umieją jeszcze język ojczysty, wolą mówić, nawet między sobą, po angielsku. Wyjątek stanowią tylko chińczycy, których w Kalifornii jest mnóstwo, a którym osobną z czasem korrespondencyą poświęcę.
Wracam do meksykanów. Nie wynaradawiał, nie wypędzał i nie uciskał ich nikt; owszem ci, którzy utrzymali się jeszcze, a którzy pamiętają dawne czasy, otwarcie przyznają, że rząd Stanów Zjednoczonych jest lepszy niż dawny meksykański, i wcale nie okazują ochoty przyłączenia się do metropolii. Toż samo równouprawnienie i opieka, które są udziałem wszelkich narodowości, były udziałem i hiszpańskiéj, a jednak ludność ta straciła grunt pod nogami.
Między meksykanami znalazłem jeszcze jednę, im tylko właściwą cechę, to jest pychę pochodzenia i lekceważenie wszelkich innych narodowości, a zwłaszcza nie sympatycznéj im anglo-saskiéj.
Czy uwierzylibyście, że pierwszy lepszy „caballero” meksykański, któremu kolano nagie wyłazi z majtek, i który za cały majątek posiada jedną derkę, jedną koszulę, parę wspomnianych wielce uszkodzonych ineksprymabli, chudego jak Rosinanta konia, lasso i paczkę „cigarittos,“ że taki tedy caballero, dlatego tylko, że płynie w nim krew hiszpańska, do głębi duszy jest przekonany, że jest czémś lepszém od tych „yankesow,“ u których zresztą służyć musi. Znane owo porównanie: „dumny jak żebrak hiszpański,“ nigdzie może nie wydaje się tak prawdziwém, jak w zastosowaniu do téj ludności. Duma owa często może zresztą bywa sztuczną, często ukrywa pod dziurawym swym płaszczem charakter nizki, kłamliwy, chciwy zysków lub datku. Wogóle, moralność niższych warstw meksykańskich stoi tak nizko, jak i ich oświata. Wspomniałem już, że tylko energia żywiołu anglo-saskiego wstrzymuje ogół meksykańskiego gminu od grabieży, rabunków i ciągłych zaburzeń, jakich ustawiczną widownią jest Meksyk. Ale z owéj sztucznéj lub prawdziwéj dumy, z owego rzeczywistego lub pozornego poczucia własnéj godności, wyrodziła się jedna szczególniejsza cecha, wyróżniająca ten gmin od każdego innego, to jest grzeczność nadzwyczajna, posunięta aż do śmiesznéj ceremonialności. W zwyczajnéj rozmowie, jeden meksykanin nigdy inaczéj nie nazywa drugiego jak „caballero“ (rycerz); jeśli jeden drugiemu zaprzecza, czyni to z wszelkiemi zastrzeżeniami, oddając zwykle sprawiedliwość głębokiemu rozumowi przeciwnika i trafnemu na rzecz poglądowi. Pierwsi lepsi dwaj obdartusi, wchodząc naprzykład do wenty, czyli po naszemu: szynku, czynią na progu wszelkie ceremonie i spory o to, który ma wejść pierwszy; słowem, jeśli, w stosunkach z północnymi amerykanami, podróżnika przywykłego do europejskiéj ogłady razi ich zaniedbanie wszelkich form, w stosunkach z meksykanami znaleźć ich może aż zanadto.
Gdy Plesent zapoznawał mnie z Salwadorami, każdy z tych rycerzy podnosił się kolejno, uchylał kapelusza, w którym często było tyle dziur, ile w dachu żydowskiéj karczmy; następnie, składając ceremonialny ukłon, wyciągał prawicę z taką dystynkcyą, gracyą i poczuciem własnéj godności, jakich nie powstydziłby się żaden galicyjski hrabia. Zauważyłem następnie, że dżentlemani ci, jakkolwiek wszyscy krewniacy, stryjeczni lub nawet rodzeni, nie opuszczali przecie mówiąc ze sobą grzecznego: „ustet“ lub „caballero.“ Sądząc, że nie rozumiem po hiszpańsku, nie chcieli się przedstawiać grzeczniejszymi niż byli w istocie, nie było więc nic udanego w ich rozmowie. Trzymali się jednak razem i jakby w pewném oddaleniu od Shrewsburych, Dżaka a nawet i Plesenta, zachowując zresztą w stosunkach z nimi zwykłą grzeczność. Było to nawet trochę śmieszne, rubaszni bowiem amerykanie widocznie nie byli zdolni ocenić jak należy, ani téj towarzyskiéj polityki, ani owych uprzejmości, i ze swéj strony, jako bogatsi uważając się za coś lepszego, obchodzili się cokolwiek protekcyonalnie z czarnowłosymi rycerzami. Zresztą harmonia panowała między obiema stronami jaknajlepsza, témbardziéj, że nie licząc pani Refugio, żaden z meksykanów nie umiał po angielsku, skwaterowie zaś północni bardzo mało po hiszpańsku.
Nakoniec wieczerza była gotowa. Zasiedliśmy do niéj pod werendą, nie na krzesłach, ale na starych ulach, mających kształt skrzynek. Lucyusz, ciągnięty przezemnie za język począł opowiadać swoje myśliwskie przygody.
By God! — mówił — rok temu niedźwiedź miał mnie już pod sobą, i gdyby nie Sam, przysięgam na tę prawą rękę, że nie siedziałbym tu w téj chwili.
Well — odrzekł na to flegmatycznie Sam gładząc podgardle — opowiedz dżentlemanowi swoje wyprawy do Arizony.
Weszliśmy więc na Arizonę. Lucyusz znał, jak utrzymywał, każdy jéj zakątek, zwiedzał ją bowiem ze starym awanturnikiem, nazwiskiem Rub. Wypytywałem go o indyan tamtejszych, apaczów i komenczów, o których dzikości i męztwie wiele słyszałem. Ale Lucyusz nie podzielał tego zdania. Apaczowie nie są wcale w Arizonie tak dzicy, jak o nich myślą, mówił. Często zachodzą do miast tamtejszych Prescot i Tuscon za kupnem różnych towarów, które wymieniają za skóry, wogóle przytém obawiają się białych ludzi. Dawniéj było co innego: napady, grabieże i mordy zdarzały się codziennie. Nawet osady o znacznéj stosunkowo ludności bywały zagrożone. Lucyusz pamiętał jeszcze dobrze te czasy. Opowiadał mi naprzykład, że zaszedłszy raz z Rubem do dwóch górników francuzów, zastał ich obudwóch zamordowanych i skalpowanych. Lucyusz także brał niejednokrotnie udział w walkach z czerwonymi. O ich męztwie mówił z lekceważeniem i pogardą. Twierdził, że w otwartéj bitwie nigdy nie umieli dotrzymać białym, i że wszystkie napady odbywały się nocą, niespodzianie, z zasadzki. Zresztą, obecne pokolenia, żyjące w pobliżu osad, uspokoiły się już, zmuszone do tego krwawém doświadczeniem.
Przed paru laty odkryto w górach, przebiegających we wszystkich kierunkach kraj ten, obfite pokłady srebra, za którémto odkryciem nastąpiło zaraz obfite przesiedlenie się górników z Kalifornii, a w miarę zwiększania się ludności, i większe stosunkowo bezpieczeństwo. Tylko pokolenia mieszkające na stepach, w górach, zwłaszcza ku wschodowi i południowi, są jeszcze dzikie i drapieżne. Szczególniéj odznacza sie tém pokolenie Moave, mieszkające na granicy Sonory. Wypytywałem się o te szczegóły bardzo dokładnie, miałem bowiem zamiar puścić się do Arizony z pierwszą lepszą karawaną górników lub osadników szukających roli. Obecnie dosyć to łatwo doprowadzić do skutku, w całéj bowiem południowéj Kalifornii panuje dość ożywiony ruch emigracyjny w tamtę stronę. Z tém wszystkiém, mimo tego ruchu, ponieważ sama Kalifornia, na przeszło sześciu tysiącach naszych mil kwadratowych nie posiada jeszcze miliona mieszkańców, w środkowéj zaś i wschodniéj swéj części, prawie jeszcze jest pustą, więc i przyrost ludności w Arizonie nie może być znaczny. Dziś można powiedzieć, że ogromny Stan ten po największéj części jest jeszcze bezludny. Główne miasta tameczne, Prescot i Tuscon, są osadami liczącemi zaledwie po kilkaset mieszkańców, w górach gdzieniegdzie istnieją małe osady „minerskie,” w rzadkich dolinach, obfitujących w drzewo i wodę, tu i owdzie trafi się ferma lub „estancia” pasterska, a zresztą tysiące mil gór i stepów są jeszcze głuche, milczące i bezludne. Większa część osadników prowadzi dotychczas życie pionierskie, to jest z palcem na cynglu od karabina. Górnicy i nieliczni pasterze po wybrzeżach rzek Gila i Colorado, żyją pod namiotami.
Kraj nie produkuje jeszcze tyle, aby się sam mógł wyżywić, a ponieważ metalu, mianowicie srebra, jest obfitość, zapasy zaś żywności trzeba sprowadzać, albo niesłychanie trudną drogą przez pustynię, albo przez ocean, naokoło Lower-California, i zatokę Rubinową przez Colorado, drożyzna jest więc niesłychana. Funt mąki kosztuje dolara, funt kartofli cztery bity, czyli przeszło pięć naszych złotych. Podobne stosunki istniały dawniéj w Kalifornii. Górnicy posiadający mało pieniędzy a wiele srebra „in natura,” lub téż złotego piasku, płacą za wszystko najczęściéj nie pieniędzmi, ale surowym metalem. Kupcy mają z tego powodu znakomite zarobki. Wogóle jednak Lucyusz odradzał mi podróż do tego Stanu.
— Nie możesz sobie wyobrazić — mówił — co to za posępna i okropna okolica. Widziałem rozmaite pustynie. Lower-California jest pustynią, ale rosną na niéj przynajmniej kaktusy i palmety. W naszéj Kalifornii, również na drodze od Los-Angelos do St. Francisco, rozciąga się ogromna przestrzeń bezwodnego stepu, ale i ten pokryty jednym lasem palmetów, gdy tymczasem w Arizonie niéma i tego nawet.
— Cóż tedy jest w Arizonie? — pytałem.
— Co jest? — odrzekł — powiem krótko: góry, skały, kupy siwych kamieni i step; ani wody, ani trawy, ani drzew; nic i nic, tylko kupy kamieni i łyse góry. Prawda, srebro tam leży wszędzie, ale niech przeklęty będzie mój język, jeśli warto tam je zbierać.
Potém pytałem o Gila i Colorado. Lucyusz przyznał, że brzegi ich są rzeczywiście żyzne i bujnie porośnięte, ale za tym zielonym pasem, zaraz zaczyna się bezpłodna pustynia. Tam przecie rodzi się ów „Santa-Ana-Wind,” który dusi nas tu od czasu do czasu. Nakoniec co do canionów w tamtejszych górach, znam ich, mówił Lucyusz, bardzo wiele. Lasów tam niéma takich, jak w naszych: kryki mniejsze, a przytém prawie niedostępne. Wreszcie, jeśli gdzie i jest las, tam stoją wigwamy apaszów. Samemu lub w małéj liczbie towarzyszów niebezpiecznie tam chodzić.
— Niech przeklęta będzie Arizona, zakończył wreszcie Lucyusz, zakładam się, że tam nigdy ludzie nie osiądą.
Opowiadaniom jego nie miałem powodu niewierzyć, sam bowiem widziałem kraje bardzo do powyższego obrazu podobne. Napróżno starałbym się naprzykład odmalować czytelnikowi, jakie straszne, jakie przygniatające wrażenie czyni Wyoming, Utah i Newada, przez które przejeżdżałem wielką koleją dwóch oceanów. Oko nic tam nie znajdzie, prócz, to bezmiernego stepu, to dantejskich złomów i rozłomów skał, to urwisk, których nazwy same, połączone zawsze z imieniem dyabła, przejmują dreszczem, to nakoniec słonych jezior, odbijających szare posępne niebo. Na przestrzeniach tak rozległych, jak europejskie mocarstwa, nie widziałem ani jednego drzewa. Szare stadka antylop lub wielkich jeleni, migały czasem po skałach, ale czém żyją i co piją te stworzenia, to dla mnie dotychczas zagadką.
Wreszcie, nie szukając daleko, sama Kalifornia, lubo w ślicznym klimacie, lubo przeważnie urodzajna, bujna i wypieszczona przez ludzi i naturę, ma jednak miejscowości ogromne, prawie zupełnie bezwodne, stepowe, pustynne. Zwiedziłem naprzykład niedawno ogromną pustynię środkową, i poprobuję ją opisać w następnych listach, tu zaś nadmienię tylko, że także nie mogę inaczéj powiedzieć, jak: że byłem w krajach Danta, w krainie śmierci. Widziałem lasy palmetów, rosnące nakształt posępnych kolumn na piaszczystych bezbrzeżach. Posępne, dziwne jakieś gałęzie ich sterczą, jakby ramiona wyciągnięte ku niebu z rozpaczliwą prośbą o ratunek. Milczenia w takim potępionym lesie nie przerywa ani jedno żywe stworzenie, cicho i cicho! wiatr nie poruszy nawet porosłych, jakby pleśnią i kurzem przesmutnych ramion drzewnych, ani jednéj kropli wody nie znajdziesz na przestrzeni kilkudziesięciu mil kwadratowych, cienia nie dają te szeregi kolumn: ujedziesz między niemi całe dziesiątki mil, a przeraźliwa jednostajność ani na włos się nie zmieni: tenże sam piasek pod nogami, też same równe, jakby z pod cyrkla i linii, pnie kosmate, też same gałęzie zadarte w górę.
Ostateczności wreszcie takich znajdziesz mnóstwo w Kalifornii. Za doliną Yosemita, owém artystyczném marzeniem Bożém, gdzie promienne warkocze kaskad przewiązują się wstęgami tęczy, gdzie zwierciadła jezior, rzekłbyś, pochłonęły wszystek lazur niebieski, gdzie drzewa wznoszą się na czterysta stóp wysokości, a ziemia zatopiona powodzią kwiatów, o ścianę skalną zaczynają się bezpłodne i bezwodne stepy. O Arizonie słyszałem potém i inne opowiadania, w mniéj czarnych malujące się barwach, ale więcéj wierzę Lucyuszowi, ten bowiem był tam prawie wszędzie i wszystko własnemi oczyma oglądał.
Skończywszy o Arizonie, począł opowiadać dalszy ciąg swych przygód myśliwskich, przyczém rozmowa zeszła na niedźwiedzia, z którym mieliśmy rozprawiać się nazajutrz. Stary indyanin, Ramon zamieszkały u Plecentów, zabrał głos i oświadczył, że zwierz to jest „muy grande” (bardzo wielki). Dowiedziałem się jednocześnie, że właściwe kółko myśliwskie stanowią tylko dwaj Shrewsburowie, Dżak, Plesent i ja, bo przybyli meksykanie, za całą broń posiadają lassa i noże. Mieli zato pilnować obu wyjść z doliny, i wrazie, gdyby zwierz chciał się wymknąć tamtędy, rzucić na niego sznury i zatrzymać na miejscu. Starzy kalifornijczycy często wychodzą na niedźwiedzia tylko z lassami, ale niezrównana ta broń, może być skutecznie użytą wyłącznie z konia, zatém nie w urwiskach i zaroślach.
Tymczasem skończyła się wieczerza i zasiedliśmy na nowo przy ognisku. Stary Ramon wziął w usta instrument, zwany „cyotte,” i utkwiwszy oczy w niebo, jak pozujący koncertant, począł na nim brzdąkać. Zdala z ciemności dochodziły parskania meksykańskich mustangów, poprzywiązywanych lassami do drzew, i dzwonki kóz angorskich, zamkniętych w koralu położonym na pochyłości góry. Słyszałem te dzwonki potém przez całą noc, przywiązują je bowiem koniom i kozom dla odstraszenia dzikich zwierząt. Dźwięk ich przygłuszony, jakoby echowy, sprawia wrażenie smutne, ale łagodne, i skłania do marzeń.
Siedzieliśmy wszyscy przez jakiś czas w milczeniu, przerywaném tylko przez trzask palącego się drzewa i ciche tony „cyotte.” Wkrótce jednak milczenie to przerwane zostało jednym z codziennych wypadków w tych górach. Koło koralu z koźlętami zaczął szczekać pies, inne poleciały zaraz za nim, i przez chwilę wąwóz rozlegał się żarliwém ujadaniem. Plesent zapalił długą smolną szczypkę drzewa, wziął strzelbę i poszedł zobaczyć co się dzieje. Za nim poszedłem ja także i stary Ramon. Białe koźlęta beczały przeraźliwie, psy zaś zebrane pod jedném wielkiém drzewem, popodnosiły w górę paszcze i wyły. Ramon, zebrawszy kilka kamieni, począł rzucać niemi w drzewo, świszcząc przytém przeraźliwie. Przez chwilę nie poruszało się nic, ale po chwili ujrzeliśmy ciemne zwierzę wielkości średniego psa, przeskakujące tak szybko na następne drzewo, że Plesent nie zdążył za niém strzelić.
— Co to było? — spytałem.
Lynx! pomorek na jego potomstwo! — odpowiedział Plesent. Przywiązuję dobrego psa w koralu, a jednak to nie pomaga. Przeszłego roku srebrny lew wybrał mi dwanaście koźląt i starego kozła, za którego w Los-Angelos zapłaciłem siedmdziesiąt pięć dolarów gotówką.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu, przyczém oddaliłem się trochę na bok, wybierając drogę, jak mi się zdawało, krótszą, gdy nagle skwater zawołał:
— Nie tędy! nie tędy! ostrożnie, bo złapiesz się pan w żelaza.
Jakoż niewiele już do tego brakło. Dwa sąsiednie korale jeden z kozami, drugi z koźlętami, były to niby małe fortece, do których niełatwo było wedrzeć się wrogom. Ale nic téż nie nęciło tak wszelkiego rodzaju drapieżników, jak owa smakowita zdobycz. Całe życie Plesenta było ciągłą z niemi walką. Plesent, jeden z pierwszych zapewne skwaterów, wprowadził chów kóz angorskich w górach Santa-Ana i miał już z niego znakomite korzyści, wełna ich bowiem o wiele jest droższa od owczéj. Kalifornia hoduje wprawdzie setki tysięcy, a może i miliony owiec, ale hodowla ta trafia na jedną nieprzezwyciężoną jeszcze dotąd zupełnie trudność. Oto wszystkie stepy, i góry Kalifornijskie, pokryte są gatunkiem ostu, którego małe, mikroskopijne prawie szyszki, zaplątuje się w wełnę, przez co utrudniają niezmiernie jéj przędzę. Dotychczas, mimo licznych prób, nie wynaleziono jeszcze środka zaradczego, skutkiem czego i wełna niéma téj ceny, jakąby mieć mogła i powinna. Kozy angorskie mniéj są narażone na owe szyszki, sierć ich bowiem nie kędzierzawa, tak jak wełna owcza, ale długa i wisząca, i mniéj chwyta szyszki, i łatwiéj może być z nich oczyszczoną. Dlatego sądzę, że jakkolwiek chów kóz angorskich możliwy jest tylko w górach, rozwinie się on w przyszłości znakomicie i utworzy z czasem nowe a potężne źródło krajowego dochodu.
Chów ten zresztą, o ile mu się przypatrzyłem, nie przedstawia żadnych trudności. Skoro zaświta, otwierają koral, kozy wychodzą w góry, idą gdzie chcą, jedzą co chcą, na noc zaś wracają do korala. W dzień nie są narażone na napady drapieżnych zwierząt. Mimo przykrego zapachu, jaki wydają te zwierzęta, przypatrywałem im się czasem całemi godzinami. Oczy ich wielkie i łagodne, jedwabista srebrna albo blado-złotawa sierć nadają im dziwnie wdzięczną postać. Kozły zwłaszcza mają sierć tak długą, że widać im z pod niéj nogi tylko od kostek; najpiękniejsze jednak są małe koźlęta, o sierci krótkiéj, mlecznéj i ruchach gazelli. Po skałach, urwiskach, nad przepaściami, wieszają się z nieporównaną zręcznością. Kozieł, brodacz z miną starego rozpustnika, jest wodzem a przytém despotycznym władzcą całego stada. On najpierwszy wychodzi rankiem z koralu; on prowadzi całe stado, pobrzękując dzwonkiem i kiwając poważnie głową; on wybiera miejsce paszy, nie dozwala zbyt rozpraszać się małżonkom, nagradza pieszczotami posłuszne, nieposłuszne zaś karci umiarkowanemi ciosami rogów. Wogóle wydaje się rozwiązłym, ale poważnym, statecznym i pełnym ufności w siebie. Z powodu ogromnéj głowy, jeszcze większych rogów i obfitéj sierci, robi wrażenie wielkiego zwierzęcia, w rzeczywistości jednak jest mały, a gdy go ostrzygą, wygląda jak pierwszy lepszy chłystek. Z psów nic sobie nie robi. Gdy zobaczy obcego, idzie wprost na niego, wytrzeszczając głupowate oczy, kiwając brodą i spluwając głośno, jak gdyby z obrzydzenia. Jeżeli pies nie ustępuje, ale co zdarza się najczęściéj, zatrzymuje się wietrząc i przypatrując się także dziwolągowi; wówczas i kozieł zbliżywszy się o kilka kroków staje, przez chwilę patrzy, kicha jeszcze groźniéj, nakoniec zniżywszy rogi, rzuca się jak piorun na wroga.
Pies mój był ustawicznym przedmiotem podobnych napaści. Zdarza się że wojowniczy kozieł rzuca się i na swego pana, w chwili gdy ten otwiera koral, ale pan chwyta go wówczas za sierć, jedną ręką koło karku, drugą koło ogona, i bez dalszych ceremonii przerzuca przez płot o dziesięć kroków. Obrażony takiém postępowaniem sułtan, wyraża swoje oburzenie głośném plunięciem i oddala się pospiesznie.
Stary indyanin Ramon, który specyalnie zajmował się temi kozami, kochał je, jak własne dzieci. Wracając z za korala po odstraszeniu rysia, zabrałem z owym caballero bliższą znajomość. Byłto starzec siedemdziesięcioletni z białemi włosami, ale czerstwy i zdrowy. Twarz jego miała kolor bronzu. Mówiono, że nie był zupełnie czystym indyaninem, ale jeśli płynęła w nim jaka domieszka krwi białych, to musiała być bardzo nieznaczną. Parę łyków „brandy,” które ofiarowałem mu z méj manierki, otworzyły mi jego serce. Siedliśmy potém koło siebie przy ognisku i poczęli rozmawiać. Pytałem go gdzie mieszka. Odpowiedział: w górach! A gdzie jest „la casa de usted?” (dom jego?). On zaś: O! bobre Ramon! niéma wcale domu. Mieszka czasem u Plesentów, czasem u Shrewsburych, czasem w namiotach salvadorów, ale najczęściéj u Plesentów, bo to, bardzo, bardzo dobrzy ludzie. Dawniéj, ale to bardzo dawno, Ramon miał żonę i dzieci, i szałasy i stada własne. Potém.... ta nieszczęsna woda ognista.... Ot, co tu mówić: teraz Ramon „solo” ach! „solito!” powtarzał żałośnie.... „solito.” To rzekłszy, wziął swoje „cyotte” i począł znowu na niém brzdąkać, utkwiwszy oczy w ciemne, gwiaździste niebo.
Przypatrywałem się z ciekawością temu instrumentowi, nad który niéma pewno prostszego na świecie. Wszystkie prawie stoki gór pokryte są rośliną, zwaną po hiszpańsku: „cyotte” któréj angielskiéj nazwy nie mogłem się dopytać. Cyotte jest to kępa liści podobnych do liści naszych lilii lub tataraku, tylko twardszych i zakończonych kolcami. Ze środka tych liści strzela w górę długo od pięciu do ośmiu stóp biała laska, grubsza u dołu, a zwężająca się ku górze. Koniec téj laski pokrywa się na wiosnę kiściami przepysznego purpurowego kwiatu. Jestto roślina niezmiernie pożyteczna. Rdzeń laski, podobny do bzowego, lekki i wypełniający całą długość rośliny, dostarcza indyanom i meksykanom smacznego pokarmu. Jedzą także i korzeń. W czasie wycieczek myśliwskich w górach probowałem go niejednokrotnie. Ma on smak świeżego włoskiego orzecha. W czasie kwitnienia, około kiści purpurowych iskrzą się roje kolibrów i wielkich motylów, pszczół i bąków. Jesienią, gdy kwiat opadnie, a łodyga wyschnie należycie, wtedy jest przydatną do robienia instrumentów. Obcinają ją wówczas u góry i u dołu, potém przywiązują na niéj strunę podpartą z jednéj strony kijkiem i instrument gotowy. Jestto więc harfa o jednéj strunie, ale gra się na niéj inaczéj, jak na zwyczajnéj. Stary Ramon brał cieńszy koniec w usta, i palcami jednéj ręki przyciskał w rozmaitych miejscach strunę, dla wydobycia rozmaitych tonów, drugą zaś ręką ją trącał. Pomimo całego ubóstwa dźwięków, Ramon potrafił jednak wygrać rozmaite melodye meksykańskie, po największéj części melancholiczne i rzewne. Jeden z Salvadorów wtórował mu od czasu do czasu głębokim i dźwięcznym jak metal barytonem, którego pozazdrościłby mu nie jeden śpiewak operowy. Treść piosenek była po największéj części miłosna. „Gdym spał pod cieniem magnolii, śpiewał Francisco Salvador, śniłem o tobie; gdym się zbudził i nie ujrzałem ciebie, począłem tak płakać, żem usnął znowu!“.... Po takim krótkim przedśpiewie, następował przestanek; przez chwilę słychać było tylko dzwonki kóz i tony „cyotte,” a potém śpiewak kończył podniesionym głosem, wyrażającym jak najgłębszą tęsknotę: „O Julia! o Julia!“
Większe jednak jeszcze wrażenie uczyniła piosenka wyrażająca żal kochanka, po utracie narzeczonéj. „Deszcz odświeżał dla ciebie powietrze, wiatr chłodził cię, muskity uciekały od ciebie, figa pochylała ci gałęzie z owocami; gdzie stąpiłaś wyrastały kwiaty: jam ciebie kochał, o! kochał bardzo, a jednak opuściłaś mnie, dziewczyno.” Po skończeniu piosnki nastała długa chwila milczenia. Donnie Refugio przypomniała się zmarła siostra i łzy zabłysły w jéj oczach, więc chcąc je ukryć, wstała i poszła pomywać statki po wieczerzy, Lucyusz Shrewsbury posępniał jak noc, a Plesent, zwróciwszy się do mnie, począł mówić:
— Pan nie znałeś siostry mojéj żony? na imie jéj było Monika. Kochaliśmy ją oboje, jak własną córkę. Ach panie! taka była dobra, taka młoda, taka ładna, ważyła przeszło sto czterdzieści funtów! i ot, wąż ją ukąsił i umarła.
Byłem gotów domieszać łzy moje do wspólnéj łzawicy nad losami pięknéj Moniki, gdyby nie ta czysto amerykańska wzmianka o wadze stu czterdziestu funtów, która sprawiła, że musiałem przygryźć usta, aby się nie uśmiechnąć. Chcąc coś powiedzieć, spytałem czy Monika była już narzeczoną? Na to Plesent spojrzał na Lucyusza, który patrzył ponuro w ziemię i nie odrzekł nic. Potém dowiedziałem się, że nie była jeszcze narzeczoną, ale kochali się oboje z Lucyuszem. Co za tragiczne rozwiązanie sielanki! co za powtórzenie smutnych losów Pawła i Wirginii! Lucyusz wyciosał własnemi rękoma trumnę dla kochanki. Na grób jéj nanosił z siłą olbrzyma ogromnych kamieni, aby kujoty nie niepokoiły snu zmarłéj, i między kamienie nasadził dzikich róż. Widziałem potém to miejsce. Róże dzikie przez rok rozrosły się bujnie.... i gdym się zbliżył, chwytały kolcami za moje odzienie, jak gdyby zmarła dziewczyna starała się zatrzymać przechodnia, i prosić o „Zdrowaś Marya!”
Tymczasem na owych gawędkach, śpiewach i rozmyślaniach zeszła znaczna część nocy. Była północ. Kogut począł piać pod szopą, w któréj stał wóz i maszyny pszczolnicze Plesenta. Starszy Shrewsbury wyciągnął nogi, pogładził podgardle, i zwróciwszy się ku gospodarzowi, rzekł:
Well! jutro wstaniemy o świcie!
Udaliśmy się na spoczynek. Meksykanie poszli do szopy, gdzie znajdowało się trochę słomy jęczmiennéj, ale gdzie stał także odłączony od stada stary kozieł, zatruwający powietrze, Shrewsburowie zaś, ja i Dżak, pokładliśmy się koło ogniska. Mimo, że byłem niezmiernie zmęczony, a może właśnie dlatego, nie mogłem usnąć. Lucyusz, Monika, stary Ramon, jutrzejszy szary niedźwiedź, wszystko to krążyło w bezładném zwichrzeniu w méj głowie. Przytém w uszach brzmiały mi ciągle monotonne dzwonki kóz; czasem zakwiczały konie; czasem zawyły na szczytach dalszych gór zwierzęta, to znów psy zrywały się nagle i biegnąc z hałaśliwém ujadaniem, niknęły w ciemnościach; sen zamknął mi powieki dopiero koło godziny drugiéj, gdy ognisko zasuło się popiołem i wygasło prawie zupełnie.

II.

Rozbudził mnie chrzęst żelaznego stempla w lufie. Otwarłszy oczy ujrzałem w półmroku, w półświetle, ogromną postać Lucyusza, pochyloną nad długą rurą karabina. Starszy Sam nie spał już także, meksykanie ruszali się pod szopą, a w okienku Plesentów połyskiwało światło. Na niebie był dopiero pierwszy brzask. Niepojęty urok ma dla mnie zawsze ta chwila, w której Ormuzd kończy zwycięzką walkę z Arimanem. Jest coś mistycznego w naturze, gdy powietrze poczyna nasycać się zwolna bladém światłem: coraz nowe przedmioty, to skały to drzewa wychylają się stopniowo z cienia; światło określa ich kontury, bieli leciuchno linie, rysuje zwolna kształty, z początku szaro, blado, mętnie, sennie; potém coraz wyraźniéj i wypukléj; rzekłbyś, ciemność miesza ze sobą przedmioty, unicestwia i roztapia je w sobie, brzask powołuje je napowrót do życia; uśpienie owija jeszcze świat, ale już zasłona nocy podnosi się, i jawa, wraz z wrażeniami rzeczywistości, poczyna się podstawiać w fantastyczne obrazy snu. Jestto półistnienie, półnicość, pół wid a pół mara; jestto nakoniec szara granica między panteistycznym nieosobowym światem pomroki, a budzeniem się życia indywidualnego.
Wysoce tajemnicza i poetyczna chwila dla tego, kto ją umie czuć i pojąć. Zabłąkanéj w tych pustyniach leśnych, pod gorącém niebem Kalifornii, więc stęsknionéj za krajem, i rozkołysanéj duszy mojéj, wydała się ona jeszcze pełniejszą tajemniczych czarów i uroków. Tymczasem noc bladła i bladła, odległe przestrzenie z szeregami pni drzewnych, stawały się coraz widoczniejsze dla oka; ranny ptak, dzięcioł, począł pukać w drzewo, jakby chciał mówić: „puk! puk! wstawajcie, oto dzień robi się ną górach i dolinach.” Wreszcie w przerwie dwóch gór ukazały się pierwsze blaski jutrzni porannéj.
Leciuchna, przejrzysta, seledynowéj barwy smuga wyciągnęła się nakształt pasem i włókien na wschodzie. Niebo całe było jeszcze chłodne, ciemne i zimne, ale smuga rosła, rozlewała się coraz szerzéj. Zwolna górny jéj brzeg począł przemieniać się w blado-złotawy szlak. Oko nie mogło uchwycić przemiany tonów, tak nieznacznie jedna barwa topniała w drugiéj. Błękit, blade złoto i blada zieloność igrały ze sobą przez chwilę, aż wreszcie wszystkie przesłoniły się niby leciuchną mgłą różaną. Wstawała jutrzenka: „różanopalca jutrzenka,” jak ją nazywa Homer, śliczna, zapłoniona, zalewająca góry i doliny radosném światłem i zmieniająca na brylanty krople rosy wiszące na liściach dębów. Była jakaś radość prawdziwa w tym dziewiczym, młodym jeszcze świecie, budzącym się do życia z ochotą, do życia i wiarą w życie. Ptaki poczęły śpiewać, kozy beczeć, psy skakać wesoło i biegać. Na wszystkich skłonach gór ozwało się zwykłe: „o ho! ho!” kuropatnich kogutów zwołujących samice. My wszyscy byliśmy w doskonałych usposobieniach. Poważny nawet Sam śpiewał znaną pieśń amerykańską, w któréj co zwrotka powtarza się: „Hej, ho Missisipi, Missisipi river!” Wreszcie, opatrzywszy broń, ruszyliśmy na wyprawę.
Zeszedłszy do kamiennego korytarza, puściliśmy się w górę potoku. Plesent i stary Ramon, jako najświadomsi miejscowości, szli naprzód, drugą parę stanowiłem ja i Lucyusz, Sam zaś z Dżakiem zamykali pochód. Meksykanie wyruszyli jeszcze znacznie przed nami, jedni ku zachodniemu, czyli dolnemu; drudzy ku wschodniemu, czyli górnemu biegowi strumienia. Ci ostatni, część tylko drogi mogli iść łożyskiem, daléj zaś, jak to wskazywały ślady, wdarli się na brzeg, i przejechawszy wzgórze, około którego zaginał się strumień, skrócili sobie przez to znakomicie drogę. Celem ich było wedrzeć się w głąb’ gór, jak można najdaléj, aby w razie gdyby zwierz chciał ujść w górę łożyska, przeciąć mu drogę. Plan tedy wyprawy, ułożony przez Ramona i Lucyusza polegał na tém, aby kawalerya zająwszy dwa ujścia doliny, napędziła zwierza na piechotę, znajdującą się w środku. Niedźwiedź mógł wprawdzie tak dobrze starać się ujść bokami, jak i łożyskiem, ale że boki doliny utworzone były przez skłony gór dość spadziste, a widne dla oka, zrzadka bowiem tylko zarośnięte dębami, w takim więc razie, ujrzelibyśmy go z pewnością. Zresztą Ramon który był znakomitym traperem, utrzymywał, że niedźwiedź prawie napewno będzie się znajdował na jedném wzgórzu tworzącém zagięcie strumienia i wystającém niezmiernie stromo nad wodę. O trzy mile od granicy klemu Plesenta, Ramon począł uważnie przypatrywać się wązkiemu szlaczkowi piasku, pomieszanego z miką. Przez chwilę badanie to było bezskuteczne, nagle jednak stary indyanin pochylił się i wykrzyknąwszy zcicha: „hugh!” ukazał nam głęboki i wyraźny ślad. Był on tém widoczniejszy, że we wgłębieniu zebrała się obficie mika, ślad więc błyszczał jak pozłocony. Było ich trzy, z tych dwa tylko wyraźne; potém znowu nikły na kamieniach. Swoją drogą Ramon umiał je dojrzeć tam nawet, gdzieby kto inny ich nie podejrzywał. Dziwny widok przedstawiał ten starzec z bronzową twarzą, a białemi włosami, wietrzący, jak gończy pies, pochylający się co chwila, i wykrzykujący raz poraz gardłowo: „hugh.“ Wczorajszéj nocy gdy siedział w kuczki przed ogniem, z łokciami opartemi na kolanach i mleczną głową wspartą na ręku, wydawał mi się zgrzybiałym prawie; dziś nozdrza jego były rozdęte, i poruszały się szybko, jak gdyby chwytając wiatr, oczy zaś błyszczące biegały z prawdziwie indyjską ruchliwością, badając każdy złam skały przy łożysku, każdy krzak na skłonach gór i wreszcie grunt pod nogami! Zbliżając się do owego wzgórza, na którém prawdopodobnie zwierz obrał stałą siedzibę, szliśmy coraz wolniéj, a przytém tak cicho, że słyszałem doskonale szmer wody po kamieniach, pukanie dzięciołów na drzewach i nawoływanie się kuropatw górskich. Ranek był śliczny, słońce już wzeszło, powietrze, przesycone miodowym zapachem szałwii, sprawiałoby prawdziwą rozkosz płucom, gdyby nie to, że miejscami zatruwały je obrzydliwe wyziewy skunksów, czyli śmierdzieli amerykańskich, małych czarnych zwierzątek, nader obfitych w tych górach. Straszliwy zapach, jaki wydają, nie jest niczém więcéj, jak tylko nadmiarem piżma, a zatém substancyi, która w małéj ilości atomów jest nawet wonna, ale w nadmiarze poprostu dusi. Dom, pod którym ukrywa się skunks, staje się absolutnie nie do mieszkania; zapach wchodzi nosem, gardłem, przepełnia płuca, sprawia krztuszenie się i wymioty. Nie znoszą go nawet psy, kury zaś, poczuwszy go, wpadają w zupełne omdlenie.
W ciągu naszego pochodu, trzy lub cztery razy natrafialiśmy na ów zapach, tak że z największém wysileniem potrafiłem wstrzymać się od kaszlu. Doszliśmy wreszcie do owego wzgórza wystającego, jakby trójkąt, nad okrążającym je strumieniem. Nadzieja znalezienia na niém zwierza zmieniła się prawie w pewność, gdy stary Ramon ukazał nam tuż u jego stóp wielki kamień porośnięty delikatnie ślizką warstwą mchu. Zwierz widocznie wdzierał się po nim na wzgórze, i wdzierał się niedawno, mech bowiem wilgotny, widocznie świeżo był pościerany, w kresach zaś utworzonych przez ześlizgiwanie się straszliwych pazurów, błyszczała rosa nocna. Ramon wskazawszy nam te ślady, wyszepnął cicho: „orso,” i zaraz potém rozdzieliliśmy się na dwie partye. Lucyusz, Sam i Plesent, okrążyli wystający cypel, aby się wedrzeć na wzgórze z drugiego boku, my zaś poszliśmy wprost pod górę. Zarośla były tu tak gęste, że postępować naprzód można było tylko nadzwyczaj wolno. Nasza trójka, to jest Ramon, Dżak i ja, rozdzieliliśmy się także w ten sposób, że jeden od drugiego przynajmniéj o czterdzieści kroków był odległy. Teraz zaczęło się prawdziwe polowanie. Całe wzgórze ciche było jak grób; najbystrzejsze oko nie mogłoby dojrzeć nas, pełzaliśmy bowiem w zaroślach, ukryci nawet jeden przed drugim.
Od czasu do czasu tylko każdy podnosił głowę, aby po drżeniu krzaków przekonać się, gdzie są jego towarzysze. W ten sposób raz ujrzałem jasną brodę Dżaka, drugi raz pałające oczy Ramona. Upłynęło dziesięć minut, kwadrans, a zrobiliśmy zaledwie kilkadziesiąt kroków pod górę. Trafiłem na miejsce, gdzie u stóp zarośli leżał obficie żwir: małe kamyki poczęły staczać się i szeleścić, musiałem więc przyczaić się i czekać. Następnie poruszyłem się jeszcze ostrożniéj. Upłynęło wreszcie z pół godziny. Poczynałem się trochę niecierpliwić. Cisza i cisza! Podniosłszy głowę, dojrzałem na prawo i na lewo lekkiego drżenia zarośli, towarzysze widać szli naprzód. Przyszło mi do głowy, że gdybyśmy podnieśli okrzyk, zwierz, jeśli istotnie znajduje się w zaroślach, ukazałby się prędzéj. Była to prawda, ale téż jeśli się znajdował blizko wierzchołka, od którego my byliśmy jeszcze odlegli przynajmniéj na sześćset yardów, w takim razie przebyłby go i skrył się przed naszemi oczyma, zanimbyśmy zdołali uczynić połowę drogi. Zresztą niecierpliwość moja nie miała już być na zbyt długą próbę wystawiona. Upłynęło może jeszcze kilkanaście minut, gdy po drugiéj stronie cypla huknął strzał karabinowy, potém rozległ się straszliwy ryk, potém wysilony okrzyk: „take care!” „take care!” Potém drugi strzał i trzeci. Zerwaliśmy się na równe nogi i biegli na złamanie szyi do cypla. Ramon, który był go najbliżéj, dobiegł téż najpierwszy. Widziałem go zdaleka, jak dobiegłszy zatrzymał się i natychmiast przyłożył kolbę do twarzy. Potém buchnął strzał i znowu dwa jeszcze, i znowu ryk; odtąd już nie przerwany, i nawoływania: „take care!” lub „come here!” Nakoniec przybiegliśmy na skręt, ja i najbardziéj oddalony Dżak. Objąłem teraz okiem całą pochyłość drugiego boku. Wyżéj stali dwaj Shrewsburowie tuż koło siebie i nabijali na gwałt karabiny, daléj zaś nieco stał Plesent ktory mierzył spokojnie. Niedźwiedzia nie mogłem dojrzeć odrazu, po chwili jednak ujrzałem u stóp prawie wzgórza ogromną szarą massę, podobną do olbrzymiéj kuli, wdzierającą się szybko na górę. Nie rozumiałem nic co się stało. Spodziewałem się ujrzeć strzelców na dole, a niedźwiedzia u góry, tymczasem stało się przeciwnie. Ale nie było czasu na tłómaczenia, wszystko bowiem, co opisuję, liczyło się na sekundy nie na minuty. Plesent strzelił, szara massa wydała nowy rozpaczliwy ryk, ale wdzierała się daléj szybko. Wówczas wymierzyliśmy obaj z Dżakiem. Niedźwiedź zapadł na chwilę w zarośla, ale zaraz ukazał się nanowo. Wtedy strzelił Dżak. Po jego strzale zwierz porwał się na nogi, ale upadł w tył i stoczył się aż do potoku. Ogromne hurra! wyrwało się z naszych piersi. Sądziłem że to już koniec, ale twardego życia potwór, znowu się zerwał i począł, czepiając się pyskiem i pazurami krzaków, biedz na Shrewsburych. Bracia jeszcze raz dali ognia, my zaś z Dżakiem, posiadając czternasto strzałowe karabiny, zwane „Henry rifle,” posyłaliśmy kulę za kulą. W téj chwili rozległ się i tętent meksykańskich jeźdźców, którzy galopując po przeciwległym, płaskim brzegu strumienia, wyli jak dzikie zwierzęta. Dwaj z nich, dopadłszy brzegu, przedzieleni od zwierza tylko strumieniem i niewielką przestrzenią skłonu wzgórza, zakręcili nad głowami straszliwe sznury, ale nim pętlice były rzucone, nowa salwa zakończyła dramat. Zwierz stoczył się jeszcze raz do strumienia, ale już nie zerwał się więcéj. Mimo to, gdy chciałem biedz ku niemu, Dżak zatrzymał mnie grzmiącém: „stop!“ Poczęliśmy schodzić pomału, wszyscy razem i z palcami na cynglach. O dziesięć kroków, zatrzymaliśmy się gotowi do wystrzału. Zwierz leżał na brzuchu z wyciągniętemi łapami i drgał jeszcze. Z pyska wypływał mu ogromny strumień krwi, od czasu zaś do czasu dawało się słyszeć chrapanie konania. Piasek i trawa, na których leżał, poszarpane były strasznemi pazurami, okrwawione wargi i nos zwierza powalane piaskiem, za który widocznie chwytał z wściekłości zębami.
Lucyusz strzelił jeszcze raz, przyłożywszy prawie lufę swego „kentucky“ do głowy zwierzęcia, poczem drgania ustały, cielsko zaś wyprężyło się nieruchomo. „Enoungh!“ (dosyć!) rzekł flegmatyczny Sam. Poczém zaczęliśmy oglądać nieboszczyka.
Podziurawiony był jak sito. Jedna kula trafiła w głowę tuż koło ucha, druga pod oko, nie licząc ostatniéj Lucyuszowéj i tych wszystkich które miał w ciele. Nie był to zwierz tak olbrzymi, jak ten, którego widziałem w Cheyenne, na kolei dwóch oceanów, ale także jeden z największych w swoim rodzaju. Podłożywszy obie ręce pod jego dolną szczękę, zaledwie mogłem unieść trochę z ziemi ogromny łeb. Odchylałem mu także wargi, aby przypatrzyć się zębom. Siedziały na nich całe sople krwi już krzepnącéj, łapy jego przednie uzbrojone były w pazury, przy których pazury naszych litewskich białoszyjków zaledwie na nazwę pazurów zasługują.
Szary niedźwiedź amerykański, na miejscu zwany „grizly,” po łacinie zaś „ursus ferox,” jest najniebezpieczniejszém zwierzęciem z rodzaju niedźwiedziowatych. Przenosząc ogromem i siłą największe gatunki europejskie, przewyższa je także dzikością, zuchwalstwem i okrucieństwem. Na ludzi dość rzadko, lub prawie nigdy nie napada pierwszy, jednakże mało ich się obawia, i zdarza się, że nękany głodem, wdziera się gwałtem nawet do chat lub szałasów skwaterskich. Spotkawszy człowieka, poczyna sapać gniewnie, małe jego oczki świecą wściekłością; zaczepiony zaś, rzuca się natychmiast i ściga z zaciętością niesłychaną swoją ofiarę. Z powodu jednak swego ogromu i ciężkości, nie może wdzierać się na drzewa, jak to czynią niedźwiedzie europejskie. Życie jego tak jest twarde, że ugodzony kulami w głowę, może biedz jeszcze bardzo długo.
Jedném słowem, jestto spadkobierca w prostéj linii niedźwiedzia kopalnego. Skłonni do chełpliwości amerykanie, szczycą się nim, opowiadając straszne wypadki z polowań, i utrzymując stanowczo, że ani afrykańskie lwy, ani indyjskie tygrysy nie mogą z nim iść w porównanie. Jakoż sądzę, że szary niedźwiedź przewyższa siłą te olbrzymie koty stref południowych, czy zaś polowanie na te ostatnie jest niebezpieczniejsze, dotychczas nie wiem.
Po przypatrzeniu się należytém martwemu potworowi, stary Ramon pozostał wraz z meksykanami, aby zeń zedrzeć skórę i poodcinać smakowite łapy, przyczém prosiłem, aby zachowano dla mnie kły i pazury, my zaś wróciliśmy do chaty. Donna Refugio czekała już nas ze śniadaniem. Uważałem jednak, że twarz jéj nie ożywiła się ani na chwilę podczas naszych opowiadań. Opowiadania te wyjaśniły, mi niezrozumiałą okoliczność, dlaczego dobiegłszy do cypla wzgórza, ujrzałem niedźwiedzia na dole, a strzelców w górze, nie zaś przeciwnie. Była rzecz taka: Lucyusz, który pierwszy ujrzał zwierza, ujrzał go nad sobą: strzelił i ciężko ranił. Wówczas niedźwiedź rzucił się na niego natychmiast, jak burza; wówczas także usłyszeliśmy przeraźliwe wołania Sama: „take care!” Jakoż Lucyusz zdołał uskoczyć w bok, niedźwiedź zaś nie mogąc się zatrzymać, stoczył się aż do stóp góry. Na polowaniach trafia się to często. Zwierz ten, mając tylne nogi cokolwiek wyższe od przednich, z niezmierną trudnością może biedz z góry. Najczęściéj trafia się, że traci równowagę i nie zbiega, ale stacza się na głowę. Zato pod górę, koń nawet uciec przed nim nie zdoła. Ten sam wypadek zaszedł i w ostatniém spotkaniu.
W godzinę po nas wrócił Ramon i meksykanie. Po ich powrocie rozpoczął się prawdziwy koncert ujadania i wycia, psy bowiem zwietrzywszy skórę, podniosły taki gwałt, jakby ich własna skóra była zagrożoną. Tegoż dnia, który z powodu szczęśliwie ukończonéj walki uważaliśmy jako uroczysty, Salwadorowie wyprawili rodzaj niby turnieju, niby gonitew konnych. Po południu udaliśmy się wszyscy na obszerną płaszczyznę, zrzadka tylko zarośniętą dębami. Meksykanie wszyscy byli konno, w ręku zaś trzymali skręcone wkoło lassa, czyli, jak je nazywają: „rietta”. Gdy owe gonitwy rozpoczęły się, nie wiedziałem co mam więcéj podziwiać, zręczność koni, czy téż jeźdźców. Jeden z rycerzy udawał uciekającego i przytulał się do kulbaki tak, że głowa, ręce i nogi jego tworzyły jedną całość z koniem, o którą lasso nie miało się jak zahaczyć, drugi, kręcąc nad głową straszne sznury i wyjąc, gonił przeciwnika pragnąc go schwytać. Upatrzywszy stosowną chwilę, rzucał lasso, przyczém koń, lubo rozpędzony, zwracał na miejscu młyńca i poczynał galopować w przeciwną stronę. Jeśli lasso ześliznęło się nie zaczepiwszy o uciekającego, wówczas ten z kolei stawał się goniącym i usiłował w ten sam sposób schwytać przeciwnika. Najczęściéj jednak trafiało się, że sznur chwytał za głowę uciekającego. Jedynym wówczas sposobem, aby nie zostać ściągniętym z konia i zaduszonym, jest zwrócić szybko konia i galopować w ślad za tym, który lasso trzyma w ręku, doścignąć go i rozpocząć z nim walkę ręczną. Wymaga to niesłychanéj zręczności i umiejętności kierowania koniem, jeździec bowiem, który trzyma sznur, umyślnie robi niespodziane zwroty, aby ściągnąć z kulbaki schwytanego.
Najzręczniejszym i najsilniejszym z Salvadorów okazał się Jesus (Hesus), trzydziestoletni, barczysty meksykanin, z czarną brodą, i z prawdziwie orlém spojrzeniem. Rzut jego „rietty” nigdy nie był omylny, schwytany zaś doganiał przeciwnika, i zrzucał go z konia. Dał przytem dowód wielkiéj prawdziwie siły, gdy dogoniwszy brata swego Doroteo, schwycił go jedną ręką jak kawałek drzewa, ściągnął z kulbaki i przesadziwszy na swoją, puścił na ziemię dopiero u nóg naszych. Ten dowód siły obudził zazdrość Lucyusza, który, chcąc popisać się przedemną, wyzwał Jesusa, aby się z nim próbował. Jesus z początku nie chciał, wreszcie jednak zgodził się i wzięli się za bary. Po kilku sekundach młody „yankee” uniósł atletę meksykańskiego w górę, i rzucił go na ziemię, przyczém wybił mu rękę. Poprzednio jednak jeszcze odbywała się gonitwa z kogutem. Wyproszonego naumyślnie na ten cel u pani Refugio nieszczęśliwego ptaka, zakopano lekko ze związanemi nogami w ziemię, tak, aby mu widać było tylko głowę i szyję. Potém kolejno każdy z „caballerrów” odjeżdżał na kilkadziesiąt kroków, wypuszczał konia i przelatując w największym pędzie koło koguta, starał się go uchwycić za łeb i wyciągnąć z ziemi. Po kilku takich próbach, kogut zdechł, a po kilkunastu, głowa jego została w ręku któregoś z Salwadorów. Dowiedziałem się późniéj, że zabawa z kogutem należy do ulubionych zabaw meksykańskich, i że raz do roku odbywają się podobne gonitwy z wielką uroczystością pod Los Angelos. Zjeżdża wówczas na nie cała ludność meksykańska i wielu yankesów z miasta i okolicznych farm.
Wieczorem tego samego dnia przybyło do osady Plesenta trzech indyan z dzikiego jeszcze zupełnie pokolenia Cachuilla, zamieszkałego z drugiéj strony Santa-Ana. Twarze ich koloru ciemno-czerwonego, były podobne do cygańskich. Na głowach nie mieli piór ani warkoczy, ale włosy ich spadały w grubych splotach po obu stronach głowy. Ubrani byli w mokasiny ze skór jelenich, i w pewien rodzaj koszul nie osłaniających piersi. Wogóle wyglądali raczéj na żebraków niż na wojowników, i w niczém nie przypominali mi Siouxów, których kilku widziałem na kolei dwóch oceanów. Nie było w nich ani téj obojętności, ani téj energii, ani dumy. Ciała ich przytém wydawały pewien przykry zapach, który szczególnie drażnił powonienie psów naszych. Ani jeden z tych trzech nie miał strzelby, uzbrojeni byli w łuki, strzały i toporki obsadzone na rękojeściach z drzewa zwanego „hicoro.” Rozmawiałem z nimi z pomocą starego Ramona, żaden bowiem nie umiał ani po angielsku, ani po hiszpańsku. Biédacy ci powiedzieli, że głód panuje w ich wigwamach, i że idą do białych prosić, aby im dali co jeść.
— Czyż czerwoni wojownicy nie mogą zabijać jeleni i bitornów? — pytałem przez Ramona. Na to „U-wa-ka,“ starszy widać od innych odrzekł:
— Odkąd deszcze spadły w górach, jelenie nie schodzą pić do źródła, czerwoni zaś nie mogą doścignąć ich na szczytach.
— A czy nie mają krów i owiec?
— Mieli je, ale zjedli, przytém wiele owiec zdechło im z braku wody.
— Czy rozeszło się całe pokolenie?
— Nie: zostały skwawy, starcy i dzieci, młodzi zaś poszli szukać pracy u białych.
Dałem im trochę tytuniu i wódki. Kupiłem także łuk i strzały; a raczéj dostałem je wzamian za nóż. U-wa-ka pokazywał, jak się strzela z łuku, i oddaliwszy się na chwilę ze mną między dęby, przeszył strzałami kilku dzięciołów i błękitniaków. Probowałem potém i ja, ale lubo pokazało się, że potrafię naciągnąć łuk daleko silniéj od wygłodzonego indyanina, jednakże strzały, które wypuszczałem, przechodziły o kilka łokci od celu, gdy tymczasem on nie chybiał prawie nigdy. Mając zamiar pomieszkać trochę w indyjskich wigwamach, pytałem kiedy wojownicy wrócą napowrót z za gór. Odpowiedzieli mi, że za miesiąc. A czy mnie przyjmą?
— Przyjmą i cieszyć się będą. Brat biały będzie polował razem z czerwonemi w wąwozach, przyjedzie kiedy zechce, odjedzie kiedy zechce, będzie zasiadał u ogniska czerwonych, palił z nimi i nikt z pokolenia Cachuilla nie podniesie na niego ręki. Tymczasem Lucyusz, który słuchał zdaleka naszéj rozmowy, zbliżył się i pytał:
— Jakto, chcesz pan mieszkać w ich trzcinowych namiotach?
— Tak jest?
— I nie obawiasz się?
— Czyżby mieli się rzucić na mnie?
— Nie, bo gdyby który z tych czerwonych dyabłów śmiał to zrobić, roztrzaskaj mu łeb w jego własnym wigwamie.
— Z pewnością to zrobię.
All right! ale nie obronisz się pan innemu niebezpieczeństwu, to jest wszom. Ja, mówił daléj Lucyusz, znam ich z tego, i by God! gdybym miał dziś w kieszeni tyle dwódziesto-dolarówek, ile każda z tych małp ma wszy w głowie, założyłbym bank we Frysko (San-Francisko).
Wyznaję, że słowa Lucyusza ostudziły trochę moją chęć pożycia między czerwonoskórymi, a nawet na razie zmniejszyły sympatyę do nich. Swoją drogą jednak biédacy ci zasługują pod każdym względem na litość. Pokolenia zamieszkujące północne prerye Stanów, i pokolenia południowe, jako to, Apacze i Komencze, umieją się bronić przynajmniéj; mają jeszcze jaką taką siłę oporu; ale indyanie kalifornijscy dali już zupełnie za wygranę. Nikt o nich nie wie, mało kto o nich słyszał. Najlepszym tego dowodem jest, że zanim udałem się w góry, bardzo wielu kalifornijczyków zaręczało mi, że dzikich indyan wcale już niéma w Kalifornii. Jakoż są ich tylko szczątki. Ukryci w niedostępnych canionach, lub na pustych stepach, potomkowie potężnych niegdyś pokoleń wiodą życie koczujące, trochę pasterskie, więcéj myśliwskie, a potrochu także i żerujące. Nikt ich już tu nie prześladuje, bo nie zawadzają nikomu. Wpół ucywilizowani, najmują się jesienią do winobrania, a następnie kupują czerwone materye, lub przepijają zarobek w mieście; nieucywilizowani przymierają często nawet głodem, wogóle zaś żyją z dnia na dzień, Bóg wié czém, tembardziéj że z téj strony San-Bernardino niéma bawołów, stanowiących główny pokarm innych pokoleń.
Donna Refugio opatrzyła tych biedaków słoniną i fasolą, a że było już późno, odeszli więc między drzewa i pokładli się spać. Nazajutrz rano nie było ich już w osadzie.
Dzień jeszcze bawiliśmy u gościnnych Plesentów. Gospodarz pokazywał mi swoją pasiekę, która przynosiła mu znakomite dochody. Na polance, zarosłéj rzadko dębami, stało na drewnianych podstawkach dwieście przeszło uli w kształcie skrzynek malowanych na biało. W skrzynkach takich umieszczają się ramki, które pszczoły zarabiają woskiem i miodem. Ramek takich jest jedenaście. Wosku raz zrobionego nie zabierają nigdy, przez co pszczoły, nie tracąc czasu na robotę wosku, robią dwa razy tyle miodu. Ciekawym jest także sposób jakim wydobywają miód. Robi się to za pomocą umyślnie na ten cel wynalezionéj maszyny. Ramka wraz z woskiem i miodem wstawia się w cylinder i poddaje szybkiemu obrotowi, skutkiem czego miód, na mocy siły odśrodkowéj, wylatuje co do kropli. Nie gniecie się przytém ani jedna komórka woskowa. Po wypędzeniu miodu ramkę wraz z woskiem wstawiają napowrót do ula, pszczoły zaś natychmiast poczynają ją napełniać. Wydajność miodowa jest tu prawdziwie zadziwiająca: w najgorszych latach przewyższa ona pięciokrotnie wydajność, o jakiéj słyszałem u nas. Tłómaczy się to tém, że naprzód pszczoły w ciepłym klimacie są dzielniejsze, a powtóre, że podczas, gdy u nas zima trzyma je zamknięte w ulu przeszło pięć miesięcy, przyczém wychodzą ogromne zapasy miodu, tu pszczoły pracują prawie cały okrągły rok, zimą bowiem i latem stoki gór okryte są kwiatami. Miód tutejszy przewyższa także dobrocią, zapachem i przezroczystością nawet litewski lipiec.
Wogóle, gospodarstwa pasieczne są tu prowadzone wcale nie na stary barciowy sposób lub w pniach, ale z wszelkiemi ulepszeniami, jakie wynaleziono w czasach ostatnich. Utrudniony zbyt, z powodu braku dróg, nie pozwalał się jak należy rozwijać tej gałęzi gospodarstwa krajowego. Od chwili jednak gdy wszyscy skwaterowie, pasiecznicy zawiązali: „Towarzystwo kalifornijskich pszczolarzy,“ i gdy produkt swój postanowili wysyłać wprost do Liverpool bez pośrednictwa osób trzecich, ceny miodu natychmiast podniosły się, oczekują zaś, że w przyszłości będzie to jedna z najbardziéj zyskownych gałęzi gospodarstwa.


XI.
Szkice amerykańskie.

Nie pamiętam, czym opisywał już pierwszą moją podróż z San-Francisco do Los-Angelos. Upłynęło od tego czasu ze sześć miesięcy. Kolej żelazna nie była jeszcze wówczas skończona, odbywałem więc drogę oceanem Spokojnym. Statek „Mohongo,“ stary weteran, kursujący niegdyś między Chinami a Kalifornią, pełni obecnie takąż samą służbę między San-Francisco a San-Diego. Wydostawszy się z olbrzymiéj zatoki San-franciskańskiéj, przez tak zwaną Złotą Bramę (Golden-Gate) na Ocean, i przepłynąwszy koło skał Clif-Housu, słynnych z mnóstwa lwów morskich, płynęliśmy na południe, ciągle wzdłuż brzegów. Pogoda była prześliczna. Ocean Spokojny nigdy nie wydał mi się bardziéj zasługującym na swą nazwę. błękitna, a gładka jak zwierciadło toń jego zlewała się łagodnie w oddali ze sklepieniem nieba. Czasem tylko, na owych dwóch błękitach niebios i morza, zaczerniała, nakształt chmurki, smuga szarego dymu; to jakiś parowiec passażerski, przewożący ludzi i towary z wysp Sandwich do Kalifornii, wyrastał zwolna, jak gdyby z pod toni, na krańcu widnokręgu: czasem zabielał żagiel rybackiego skuneru. Czarne pobrzeżne skały wydawały się zdaleka jakby całkowicie pokryte jakiémś olbrzymiém robactwem, poruszającém się i pełznącém nakształt liszek, lśniących od wilgoci porannéj. Byłyto lwy morskie. Niektóre z nich, za zbliżeniem się statku, rzucały w wodę swe cielska, pod których ciężarem fala rozbryzgiwała się w tysiączne rzuty; inne, zwłaszcza stare samce, podnosiły głowy i, otwierając paszcze, witały nas rykiem buhajów; mniejsze o połowę samice szczekały jak stada psów. Rój szarych i białych mew unosił się nad temi ruchliwemi skałami, a wyżéj jeszcze świeciło gorące półzwrotnikowe słońce. Widziany zdala wysoki brzeg piętrzył się wyniosłemi urwiskami, z poza szczytów których wyglądały zielone wierzchołki drzew. Gdzieniegdzie strumień spadał białą jak mleko kaskadą z wysokości kilkudziesięciu stóp. Czasem mignęła chata rybacka, malutka, przylepiona jak chrząszczyk, albo jak skorupa ślimaka do skały. Słowem: byłto śliczny krajobraz morski, pełen prostoty, słońca, powietrza i wody. Podziwiało go całe nasze towarzystwo: w kajutach na dole nie było nikogo. Wszyscy siedzieli na pokładzie. Na twarzach malowało się zadowolenie. Pogoda piękna, krajobraz piękny, morskiéj choroby niéma: stary „Mohongo“ drży, jakby chciał wytrząść z siebie maszynę. Niech sobie drży! nie dbamy o to i płyniemy daléj. Takie usposobienie panuje wszędzie i na każdym statku w czasie pogody. Chorzy czują się zdrowsi, smutni weselsi. Jedziemy naprzód; za nami ciągnie się szeroki szlak zbitéj kołami statku piany, nad nami ciągną mewy. Bawimy się, rzucając im ogryzki jabłek. Za każdym ogryzkiem rzuca się ich kilkanaście w wodę, powstaje krzyk, hałas i zamieszanie: jedna porywa za ogryzek i krzyczy z radości, inne ze złości, jeszcze inne wymyślają sobie zapewne wzajemnie, aż tu nowy ogryzek zatacza łuk ku morzu i znowu toż samo, a my śmiejemy się, jakby z najdowcipniejszéj krotofili. Takie to są zabawy podróżników. Po chwili inna nowość: co to takiego? co to takiego? wołają w okręcie. Oto żółw morski zaplątał się w koła, statek zwalnia, majtkowie wyciągają nieszczęśliwego żółwia, a stewart okrętowy zapewnia, że zjemy go w wieczornej zupie. Odpowiadamy ogólném: „hurra!“ Niektórzy mają ochotę się kąpać; inni, a między nimi i ja, słuchają opowiadań podróżnika i kłamcy. Indywiduum podobne znajduje się na każdym okręcie. Ma papierowy kołnierzyk, kapelusz z wystrzępioném koliskiem i trzyma ręce w kieszeniach. Zapewnia nas, że niedługo ujrzymy latające ryby. Wezwawszy na pomoc zoologiczne wspomnienia, przerywam mu nieśmiało i pytam, czy nie sądzi, że latające ryby znajdują się tylko w wodach znacznie bliższych równików?
— Tak? — pyta niezmieszany wcale, przymrużając jedno oko — a widziałeś pan kiedy węża morskiego?
— Nie.
— To bardzo dobrze, bo i ja nie widziałem.
Wszyscy w śmiech, a bywalec odnosi nademną stanowcze zwycięztwo, ponieważ niéma już mowy o rybach latających, ale o wężu morskim, którego nie widzieliśmy obaj.
Jak żyję nie widziałem tak wesołego towarzystwa. Z lada powodu śmiejemy się wszyscy jak dzieci. Oto, np. z pod pokładu wychyla się kosooka głowa chińczyka, rozgląda się głupowato po pokładzie, i woła przez nos: „Jeh-hang!“ „Jeh-hang!“ Na pokładzie niéma żadnego Jeh-hanga, ale natychmiast wszyscy poczynają wołać: „Jeh-hang!“ na całym okręcie rozlega się Jeh-hang! na wszelkie pytania usłyszysz jedyną odpowiedź: „Jeh-hang!“ Radość ogólna. Myślę, że dostałem się do czubków, ale i sam nie jestem lepszy od innych.
Schodzimy na obiad. Dają nam rosół żółwi z pieprzem, wołowinę z pieprzem, słowem sam pieprz. Nawet amerykanom go zadużo. Jedni się śmieją, drudzy gniewają na kucharza, trzeci wołają ironicznie na stewartów, że zamało pieprzu. Tymczasem w sali zapala murzyn lampy, obiad się kończy, i wychodzimy znów na pokład.
Na pokładzie zmiana: słońce zachodzi. Niebieskie i białe światło dnia wsiąka w siebie stopniowo złoto i czerwoność: powietrze świeże, trochę słone, przejęte nawskroś zdrowym zapachem ropy morskiéj. Ocean, który przez cały dzień był bez zmarszczek, staje się jeszcze gładszy. Poprostu usypia. Nagle jednak to szklanne przezrocze zaczyna jakby pękać w długie rysy. Rysy te, w kształcie łuków lub krętych linii, to pojawiają się, to nikną; nareszcie powód wyjaśnia się: nad powierzchnią wody spostrzegam czarną trójkątną płetwę, potém drugą i trzecią. Podróżni pokazują je sobie palcami: to żarłacze (rekiny) krążą koło statku.
Wkrótce jest ich coraz więcéj. Nie wiem, igraszka li to, lub gonitwa miłosna? Czasem potworny grzbiet razem z płetwą wychyla się do połowy z wody. Widać go doskonale w czerwonych promieniach zachodu, w których krople wody, spływające ze skrzeli, wyglądają jak krople krwi. Ruchy potworów szybkie, niezmiernie ciche, nie burzą wody, płetwy rozcinają gładką powierzchnię, tworzą się rysy, które zagładzają się natychmiast i wszystko się uspakaja.
Jeden z nich przewraca się nagle na bok, nie daléj jak o trzydzieści kroków od statku. Widzę dokładnie, przez przezroczystą wodę, jego szczękę górną, znacznie wystającą naprzód, i dolną, umieszczoną jak gdyby w szyi. Na okręcie krzyczą: „dostrzegł coś i rzuca się,“ ale potwór niknie spokojnie pod wodą, a za nim kryją się po kolei i inne.
I znowu widać tylko gładką spokojną toń. Żarłacze nie oddaliły się jednak, wpłynęły tylko na złoty niezmiernie świetny szlak, usłany przez zachodzące słońce na wodzie. Na szlaku tym nie możemy ich dostrzedz, bo oczy nasze mrużą się pod nadmiarem blasku. Ale słońce zajdzie wkrótce. Promienna jego głowa już tylko do połowy wygląda z wody. Po chwili już tylko złote warkocze leżą na fali: głowa zasunęła się za toń daleką. Jeszcze minuta, słońce zaszło.
Co za cudowna chwila teraz. Szeroka smuga wody w kierunku słońca świeci jeszcze, lśni, błyszczy się, mieni i gra barwami, jakoby oświecona z pod spodu. Ta droga złocista ginie na krańcu widnokręgu w morzu z purpury. Nie umiem, nie umiem tego wszystkiego opisać! Mimowoli pytasz się, czy ta droga nie prowadzi do jakiéj krainy zaziemskiéj, gdzie wszystko jest piękne, nieśmiertelne, gdzie miłość jest wieczna, gdzie poetyczna cisza i upojenie wiecznie panują. Nie wstydzisz się marzeń i poetycznych uniesień. Chciałbyś płynąć tam, goniąc za światłem jak ptak. W owych blaskach migają jakieś wysepki.
— Co to za wysepki — pytam majtka.
— Endżel ailand (Angel Island), anielska wyspa.
I doprawdy, nietylko wyspa, ale wszystko tam było anielskie.
Co za przepych barw. Całe niebo płonie czerwono, druga zorza pali się w oceanie. Czarne skały nadbrzeżne, połyskujące wilgocią, wyglądają jakby oblane krwią. Mewy pławią się w świetle czerwoném. W tém wszystkiem tkwi ogromna jakaś prostota. Na górze niebo, w dole morze, kawał skalistego brzegu, i jeden okręt na niezmiernych przestrzeniach: jedna mała czarna łupinka, i więcéj nic. Bo też niéma nic prostszego nad majestat.
Mijamy Endżel ailand. Zorze gasną. Na purpurowe jeszcze, ale mroczące się już tło, wychodzi jedna gwiazda, druga. Na przednim maszcie rysuje się w sieci lin czarna postać majtka. Po chwili zapalają błękitną latarnię; maszyna świszcze, zawijamy do jakiegoś portu. Statek idzie bardzo powoli, ale coraz więcéj skręca ku brzegom. Tymczasem zapada noc. Jeszcze raz słychać świstanie. Skały nadbrzeżne rozstępują się nagle, tworząc obszerną, lekko pochyloną ku morzu dolinę, w któréj widać kępy drzew, jakby nasze dąbrowy; daléj białe domki, światła w oknach, śpiczastą wieżę rysującą się na mroczném tle nieba, bliżéj warf zbudowany z pali drewnianych, a na nim ludzie z latarniami. Majtkowie krzyczą zwykłe żałośne: ooo—ho! ciągnąc linę. Daje się uczuć wstrząśnienie. To statek otarł się już o palisadę. Z warfu łapią rzuconą linę i okręcają ją koło słupa. Jeszcze jedno słabsze wstrząśnienie: stajemy.
— Co to za miasto — pytam.
— Monterey.
Wagony czekające na warfie zabierają passażerów i towary. Okręt wyładował co miał wyładować, potém odpoczywamy jeszcze godzinę. Warf wyludnia się powoli; nasz pokład także. Podróżni, którzy daléj jadą, idą spać do kajut. Wkrótce zostaje na pokładzie tylko dwóch: jakiś ksiądz meksykański i ja. Ksiądz chodzi spokojnym krokiem i, poglądając na gwiazdy, mówi pacierz; ja siedzę na ławce i patrzę na światła migające zdala w oknach domów.
Skończywszy pacierze, ksiądz zbliża się do mnie.
Bonita noche! (piękna noc) — mówi zcicha, jakby się obawiał spłoszyć jéj urok.
Skłaniam głowę na znak potwierdzenia, ale nie mam ochoty do rozmowy, więc ksiądz powraca do modlitwy:
Ave stella....
— Z lądu wiatr przynosi zapach kwitnących pomarańcz i heliotropów, a woń ta miesza się z zapachem morskim. Powoli światła w oknach gasną, ksiądz idzie spać. Na pokładzie zostaje sternik, kręcący kołem na przodzie statku, dwóch majtków, i ja. Po godzinie wyruszamy naprzód. Mijamy pasmo gór leżące tuż nad brzegiem. Daléj pobrzeże rozpłaszcza się i ciągnie się ławicami piasku aż do Santa-Inez. W téj części step przeważa nad górami. O ile mogę dojrzeć w nocy, kraj jest pusty i nie widać ani drzew, ani mieszkań ludzkich. Siedzę na pokładzie bo mi się nie chce iść spać, a nie spędza mnie z mego nocnego siedliska ani wiatr, ani zimno. Noc jest cicha, ciepła, pogodna; ocean ciągle gładki. Księżyc rzuca nań jedną smugę światła, potężna gwiazda Venus drugą. Coraz ciepléj. Powoli przychodzi mi na myśl kraj rodzinny. U nas teraz zima, robi się właśnie ranek: może mroźny, ale różowy ranek. Wioski zasypane śniegiem: dachy białe, sine dymy z kominów wznoszą się prosto ku górze; po ogrodach gałęzie zasute szronem rysują się nieruchomo i milcząco; przed chałupami skrzypią zamarzłe żórawie studzienne, a stada wron łopotaniem skrzydeł i zwykłem: „kra! kra!” budzą tych, co jeszcze śpią. Obraz znany wam dobrze, ale z nad brzegu drugiego oceanu patrzy się nań przez ów wiersz Mickiewiczowski:

„........ty jesteś jak zdrowie!“

Przesiedziałem na pokładzie całą noc. Potém jeszcze upłynęła doba, i wreszcie zawinęliśmy do Santa-Monica, zkąd kolej idzie do poblizkiego Los-Angelos.

∗             ∗


Ściśle mówiąc, téj pierwszéj podróży nie miałem zamiaru opisywać, ale pióro wzięło na kieł. Właściwym jednak moim celem jest opisanie odwrotnéj drogi, to jest z Los-Angelos do San-Francisco, a raczéj do środkowéj pustyni kalifornijskiéj Mohawe.
Koléj łączącą Los-Angelos z San-Francisco skończono za mego poprzedniego pobytu na południu. Obyczajem przyjętym w Ameryce, pierwszy pociąg szedł darmo. Skorzystałem z tego, aby po drodze obejrzeć całą prawie długość Kalifornii, a zwłaszcza pomienioną pustynię. Obok Los-Angelos ciągną się też same góry Santa-Ana, które widać z Anaheim, i które już opisywałem. Kolej żelazna idzie bardzo blizko nich. Po kilkunastu milach stepu zarosłego trawą, dzikiemi słonecznikami, a czasem, na ogromnych przestrzeniach, kaktusami, bezdrzewna okolica kończy się, a zaczynają się góry. Przeszedłszy przez długi ciemny tunel, pociąg idzie tuż przy wejściach do canionów porosłych dębami, platanami, drzewem bobkowém i pomniejszą dziczyzną górską. W niektórych miejscach obfitość wody wytwarza tak wybujałą roślinność, że oko, na parę kroków w głąb’, nie zdoła jéj przeniknąć. Z okna wagonu widziałem mnóstwo rozmaitéj cennéj zwierzyny, jako to: bażantów, kuropatw, wiewiórek ziemnych i zajęcy. Ziemia naokół była pusta. Prócz nielicznych stacyi kolejowych, nigdzie ani domku ani namiotu. Caniony, jak mnie zapewniano, są tylko w połowie zajęte przez pół-dzikich skwaterów meksykańskich, hodujących bydło; co najwyżéj jednak wypada jeden skwater na cały canion ciągnący się czasem kilkanaście, a czasem i więcéj mil w głąb’ gór. Najlesistsze lub zupełnie bezleśne caniony stoją puste, służąc za przytułek tylko stadom jeleni, niedźwiedziom i kuguarom. Miejscami trafialiśmy na pyszne krajobrazy. Oto np. rzeka przecina linię kolei; oba jéj brzegi pokryte tysiącznemi drzewami w kwiecie. Wierzchołki drzew łączą się ze sobą w górze; zwoje dzikiego wina, lijany, dzikie bluszcze przeskakują z jednéj strony na drugą, tworząc zieloną galeryę nad wodą. Gdzieindziéj znów strumień spada z wysokości kilkunastu stóp, tworząc kaskadę. U stóp kaskady łąka porośnięta grupami sekwoi, które tu niezbyt olbrzymie, daléj na północ, w miejscowości zwanéj Wielko-drzewiem (Big-Trees), dochodzą do czterystu stóp wysokości a trzydziestu średnicy[5], i są najpotężniejszemi na świecie przedstawicielami świata roślinnego. Takie łąki z ich trawą wiecznie zieloną, z drzewami i żywą wodą, zdają się być stworzone na fermy rolnicze lub pasterskie, lub nawet na wille, które pięknością mogłyby rywalizować z włoskiemi. Zwolna jednak okolica staje się coraz dzikszą. Roślinność niknie stopniowo, ustępując miejsca skałom. Brak wody nie pozwala tu rozwinąć się jakiemukolwiek życiu organicznemu. Pociąg poczyna biedz wśród amfiteatrów nagich skał, które, ciągnąc się półkolami wzdłuż drogi, zdają się nie mieć końca. Widać tylko skały i niebo. Spojrzysz na prawo lub na lewo w gardło canionu, widzisz kamienną pustą galeryę, przed tobą kamienna galerya, za tobą także. Pociąg leci jakby wśród umarłych miast. Gwałtowny oddech lokomotywy, hurkot kół, zdwojony echem, są jedynemi głosami wśród panującéj tam ciszy. Tu ludzi nigdy nie będzie; niéma i żadnych innych żywych istot: pusto! głucho!
— Czy to Mohave — pytam jadącego ze mną skwatera.
— Nie — odpowiada — Mohave to pustynia.
— A toż nie pustynia?
Tymczasem upływa godzina, dwie, droga nie zmienia się. Ciągle też same amfiteatra skalne, też same półkola skał, jedne podobne do drugiego: kamień, kamień.... Porzucam więc okno wagonu, tembardziéj że poczyna być ciemno.
Nazajutrz rano, pociąg zatrzymał się na małéj stacyi, tuż nad granicą Mohave. Stacyę tę składało kilka domów stojących bez osłony na nagim stepie, więc zwykły pomalowany bronzowo domek kolejowy, pospolita buda z czerwonych desek z napisem: „Bakery!” i druga takaż sama zatytułowana: „Saloon,” co znaczy poprostu szynk. Dowiedziawszy się, że z téj właśnie stacyi można się dostać na pustynię ciągnącą się wzdłuż linii kolejowéj, wysiadłem tu z zamiarem pozostania przez dni kilka. Nie wiedziałem wprawdzie gdzie będę spał, ale spać można w tym klimacie i pod gołém niebem. Zresztą, tyle już nocy spędziłem w ten sposób, że jedna więcéj nie czyniła różnicy. Zato napisy: „Bakery“ i „Saloon“ upewniły mnie, że w najgorszym razie dostanę sucharów i piwa. Jakoż i tak było. Gdy pociąg odszedł, poznajomiłem się z urzędnikiem kolejowym, nazwiskiem Brown, który zaprosił mnie na nocleg. Powiedział mi także, że do właściwéj pustyni, a raczéj do lasu palmettów, jest jeszcze cały dzień drogi konno. Na stacyi nie było koni, ale, o parę mil daléj, mieszkał indyanin, niegdyś przewodnik kupieckich wozów przez tę część pustyni, mający kilka mustangów, które łatwo było nająć. Wskazano mi kierunek, w którym miałem szukać jego chaty, więc nie mając nic lepszego do roboty, udałem się tam niezwłocznie. Jakoż po godzinie drogi stepem, gołym zupełnie jak klepisko i popękanym, zobaczyłem małą dolinę, a raczéj wklęsłość, w środku któréj stała śpiczasta chata indyjska, i korall, w którym chodziły konie. Było w téj dolinie trochę zieloności, albowiem woda zaskórna, wydobywająca się w postaci kałuż na wierzch, pozwalała rosnąć trawie i małym krzakom, podobnym do naszych sumaków. Zresztą nie rosło ani jedno drzewo. Koło chaty sterczały łodygi kukurydzowe. W trójkątnym otworze wigwamu siedział stary indyanin, obdzierając ze skóry zabite wiewiórki ziemne, których kilka już obłupionych suszyło się na słońcu.
Nie łatwo było mi się z nim porozumieć, mówił bowiem mieszaniną poprzekręcanych wyrazów hiszpańskich, angielskich i indyjskich. Na szczęście, na wszelkie moje kwestye i pytania odpowiadał stale jednym frazesem w złéj hiszpańszczyznie: „dos pesos!“ (dwa dolary). Pytałem, jak daleko do lasu? odrzekł: „dos pesos,“ pytałem czy i sam pojedzie, czy mi tylko da konia, on znów: „dos pesos.“ Przyczém pokazywał mi dwa palce, jakby dla lepszego objaśnienia. Zgodziłem się wreszcie na „dos pesos!“ ale pod warunkiem abyśmy wyjechali natychmiast. Indyanin nie miał ochoty. Chciało mu się to spać, to jeść, dopiero gdy spostrzegł że niéma rady, począł siodłać konie mrucząc pod nosem, zapewne przekleństwa na upartą „bladą twarz.” Przygotowania do drogi trwały jednak krótko. Nowy mój przewodnik przytroczył do siodła spory worek z kukurydzą i drugi na wodę. Naczerpnął jéj nawet natychmiast, ale, że była mętna i ciepła, kazałem ją wylać, tembardziéj, że mogliśmy nabrać studziennéj na stacyi. Powstała o to między nami kłótnia. Pero (Pies, takie było imię indyanina), utrzymywał że nie mamy potrzeby jechać na stacyę, że to z drogi i t. d., ale ja miałem potrzebę, nie życząc bowiem sobie jeść jego suszonych obrzydliwych wiewiórek, chciałem zakupić sucharów i czego można było dostać.
Kłóciliśmy się zawzięcie, nie chcąc jeden drugiemu ustąpić; ale ponieważ konie były już przygotowane, siadłem więc na jednego i zwróciłem go ku stacyi, oświadczywszy Perowi, że może robić co mu się podoba. Rad nie rad musiał jechać za mną. Po drodze, gdyśmy galopowali jeden obok drugiego, wpadł w jeszcze gorszy humor, oświadczył bowiem, że muszę mu dać „mucho“ (bardzo wiele) tytuniu i wódki, ja zaś odpowiedziałem, że wcale nie muszę, i że, jeśli nie będzie robił co zechcę, nie dam nic. Musiałem tak postąpić, aby się nie pozwolić zawojować. Wiedziałem także, że Pero żałował, iż zażądał odemnie tylko dwa dolary, ale na wszelkie te żale było zapóźno.
Przybyliśmy wreszcie na stacyę. Urzędnik Brown, zobaczywszy mego Pera, powiedział mu, iż jest wielkim złodziejem, i że nikt inny, prócz niego, nie mógł ukraść połciów słoniny, które przed paru dniami zginęły. Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego Pero chciał koniecznie stacyę wyminąć. Ale prosiłem, aby dano mu pokój, tembardziéj, że nie było jawnie świadczących przeciw niemu dowodów; sam zaś Pero gorąco zapewniał, że jakkolwiek słoninę musiał zjeść „pero” (pies), ale nie „big” (wielki) Pero, tylko mały „pero” na czterech nogach. Dla zakończenia sprawy posłałem go po wodę, sam zaś poszedłem do „Bakery.“ Dostałem tam nietylko sucharów, ale tartéj szynki, a przedewszystkiém ogromny pęk bananów wiszących na grubéj łodydze. Po południu ruszyliśmy ku pustyni. Obejrzałem się w kierunku gór, przez które przejeżdżałem wczoraj. Zaledwie majaczyły na widnokręgu, jakby błękitne pasma mgły i obłoków. Przed nami rozciągał się bezbrzeżny szary step, pochylający się nieco w kierunku zachodnim ku oceanowi. Na całéj téj ogromnéj przestrzeni wzrok nie odkrywał ani jednego drzewa. Grunt nagi, szary, popękany w wielkie kręte szpary, wyglądał jakby wyschłe łożysko wód popaczone od promieni słonecznych. Nizkie téż położenie tych płaszczyzn pozwalało mi przypuszczać, że były one kiedyś dnem wód. Step miejscami zupełnie równy, miejscami znów falował się lekko w obszerne, ale ledwie widoczne dla oka wklęsłości i pagórki. We wklęsłościach rosły szare, kruche, przepalone słońcem łodygi jakichś wysokich roślin, które budzą się do życia, zapewne tylko w czasie deszczów wiosennych. Zdawało się, że cała ta okolica powinna być zupełnie martwą, jednakże tu i owdzie spostrzegałem ślady życia zwierzęcego. W kępach łodyg szeleściły małe stada ptaków o czarno-błękitnych piórach, z świetnie czerwonemi piętnami na skrzydłach. Boki owych małych wyniesień i wklęsłości gruntu, pokryte były kopcami piesków ziemnych; czarne wiewiórki smyrgały do jam przed końmi. Widocznie, ziarna owych wysokich łodyg dostarczają pokarmu tym zwierzątkom, za napój zaś służy im rosa nocna.
Przezroczystość powietrza, lub gra promieni słonecznych odbitych od gruntu, wytwarza tu majaki (fata morgana) i sprawia, że liczne drobne przedmioty, widziane z daleka, olbrzymieją w oczach. Stada wiewiórek, siedzących na tylnych łapkach, brałem za stada kujotów lub innych jakich większych zwierząt. Przejeżdżając koło kopców piesków ziemnych widzieliśmy grzechotniki wygrzewające się na słońcu, albowiem węże te i pieski trzymają się zawsze razem. Konie strzygą uszyma przechodząc koło grzechotników, nie okazują jednak wielkiéj trwogi. Przeciwnie, gdy jeździec zabije węża, rodowity mustang zatrzymuje się dobrowolnie przed każdym spotkanym następnie.
Jechaliśmy już parę godzin, a widnokrąg nie zmieniał się prawie zupełnie. Skończyła się tylko falistość gruntu, a przed nami legł step równy, szary, jednostajny, po którym błądziłem oczyma, gubiąc je w nieskończonéj dali. Była godzina czwarta po południu. Słońce piekło całą ulewą promieni. Rozpalony grunt odbijał żar słoneczny: konie spotniały. Step ten poczynał nużyć mnie i męczyć, bo to nie nasz step ukraiński z kurhanami, ze swoją tradycyą poetyczną. Na Ukrainie wiatr niesie, jakby z drugiego świata, odgłosy „Ałła” i „Jezus Marya!” i huk samopałów i rżenie koni: słowem, tam step ma swoją żywą duszę; tu cisza, martwość, bezduszność. Ten kawał ziemi, to tylko głupia i bezmyślna krzywda życiu. Tamten mówi i śpiewa cały jak szeroki i długi, ten niéma co powiedzieć; tamten buja, kołysze się, porusza, żyje; tam jeźdźcy „w trawach pławią się po pachy,“ tu bezwstydna ziemia odkrywa, nagie popękane łono. Dla oczu nic, nic dla ucha i dla wyobraźni; jedno wielkie nic, nie znajduję innego określenia.
Było coraz goręcéj. Z upragnieniem wyglądałem zachodu słońca, który miał przynieść ze sobą chłód nocny i chłodniejszy jeszcze powiew od oceanu. Zstępowało téż zwolna słońce ze szczytu niebieskiego sklepienia ku krańcom. Las palmettów do któregośmy dążyli, ani nawet poczynał majaczyć na widnokręgu, jakoż Pero zapewnił mnie, że nie dojedziemy do niego przed nocą.
— Co „blada twarz“ chce robić na Mohave? — spytał po chwili.
— Chcę ją widzieć — odrzekłem.
— Mohave bardzo zła. Tam niéma nic.
— I tu niéma nic.
— Tu są wiewiórki. „Blada-twarz“ może zabić wiewiórkę i zjeść ją. Na Mohave trzeba umrzeć z głodu.
— Czy Pero był tam już wiele razy?
— Pero bywał przewodnikiem białych przez tę część, która jest na drodze między wielkiemi miastami, ale w stronie od któréj słońce wschodzi, Pero nie był nigdy, bo tam pustynia niéma końca.
— Zkądże więc Pero wie, że pustynia niéma na wschodzie końca, jeśli tam nie był nigdy?
— Pero słyszał to od bardzo starych ludzi, którzy opowiadali mu że za „umarłym lasem“ są w stronie, w której słońce wschodzi, wielkie góry. Pero był nawet w nich, ale w inném miejscu. Są to bardzo złe góry, bo niéma w nich trawy ani zwierząt. Za górami jest taż sama pustynia i wielka woda, a za wodą znowu pustynia, która już niéma końca.
— Jak „blade twarze“ nazywają wielką wodę?
— Tulare.
Gdy potém sprawdziłem opowiadania mego przewodnika, przekonałem się, że, jak na indyanina, wcale nie był złym geografem. Pustynia zajmuje rzeczywiście cały środek Kalifornii. Stepy dotykające oceanu, biegnąc na wschód, zmieniają się zwolna w bezpłodną piaszczystą równinę. Pasmo Coast-Range, albo Maunt-Diablo, będące kością pacierzową nadbrzeżnego kraju, odcina część pustyni bliższą oceanu, do któréj właśnie zdążaliśmy, od dalszéj, ciągnącéj się ku Sierra-Nevada. Wielkie jezioro Tulare leży w téj drugiéj części, która skręcając ku południowi, omija kończyny Sierra-Nevada, przerzuca się przez pomniejsze pasma, rozrzucone daléj na wschodzie, obejmuje część stanu Nevada, Arizonę, New-Meksyk, zachodnią część Texasu, północne części trzech meksykańskich prowincyi: Sonory, Chihuahua, Cochahui i kończy się dopiero u stóp Gór Skalistych.
Tak samo jak pustynie arabskie, perskie, a nawet i Gobi są tylko przedłużeniem Sahary, tak samo Mohave, Gila, Colorado i t. d., są jednym systemem pustyń, jedném ogromném płaskowzgórzem, czasem poprzerywaném rzekami, czasem powyginanym w góry, ale jednolitém pod względem pustynnego charakteru płaszczyzn. Piaszczyste równiny, kupy kamieni, rumowiska gór, miejscami step latem goły i popękany: oto ogólny charakter tych ogromnych przestrzeni, prawie zupełnie jeszcze bezludnych a po nawiększéj części wrogich dla organicznego świata. Wiosną jednak po deszczach, jest chwila życia w tym martwym świecie. Przestrzenie piaszczyste porastają drobną trawką, rozpadliny skalne zielenią się; step zwykle nagi przystraja się tysiącami kwiatów. Trudno opisać co to za przepyszna tęczowa chwila zmartwychpowstania dla tych stepów. W marcu i kwietniu widziałem całe przestrzenie, po kilkanaście mil rozległe, porośnięte kwieciem barwy żółtéj, podobném do tulipanów. Bywa tu tak prawie zawsze, że pewna roślina, znalazłszy najodpowiedniejsze dla siebie warunki, zagłusza wszystkie inne kiełki w zarodzie, tępi je i panuje nieograniczenie. Skutkiem tego, za królestwem tulipanowém np., zaczyna się błękitne, znów kilkunastomilowe królestwo dzwonków, daléj purpurowe goździków, daléj żółte, białe, różowe, pstre lub Bóg wie jakich kwiatów. Wszelkie odcienia barw mają tu swoje przestrzenie. Są to poprostu morza kwiatów. Ale falowanie tych mórz kołysanych wiatrem krótkotrwałe. W końcu maja step zmienia już swą barwistą różnowzorą odzież na jednostajną żółtą, a raczéj żółto-zwiędłą. W czerwcu ziemia pęka. Kwiaty musiały, od marca do czerwca, urosnąć, rozkwitnąć, pokochać się, ożenić, wydać nasionka. Nadchodzi czas... zwiędnąć... Co zwiędło, pada na ziemię; nasionka zasuwają się w szpary, gdzie ciemność chroni je od spalenia, wszystko zaś co zostało na powierzchni zmienia się w proch, popiół; następnie wiatr rozgania one prochy w cztery strony świata i step staje się zupełnie nagi.
Są jednak przestrzenie, na których, nawet wiosną po deszczach, nic nie porasta. Piasek pokrywa się trawą tam tylko, gdzie zaraz pod nim leży warstwa urodzajna, ale naprzykład na Gila, piasek jest miałki, ruchliwy i niezmiernie głęboki, zatém zupełnie bezpłodny. Na stepie, miejsca pokryte drobnym żwirem także pozostają zawsze nagie, a toż samo ma miejsce gdzie ziemia jest skalista, lub jakby pociągnięta szkliwem powstałém z przepalonego od promieni słonecznych piasku. Taki grunt przeważa na Mohave, a raczéj w części jéj położonéj bliżéj oceanu. Na piaskach jednak rosną w tych miejscach tak zwane palmetty, które Pero nazwał lasem umarłym, a które mieliśmy nazajutrz świtaniem zobaczyć.
Tymczasem stanęliśmy na nocleg. Pero uwiązał konie przy zaostrzonym kołku, który zatknął w szczelinę ziemną, potem dał im pić i jeść, a gdy poczęły chrupać twarde kukuryziane ziarna, i my wzięliśmy się do naszych zapasów. Napiwszy się wody z wódką, Pero począł żuć swoje wyschłe na słońcu obrzydliwe wiewiórki, ja zaś raczyłem się bananami. Po posiłku, gdy zresztą zciemniało zupełnie, podłożywszy kulbaki pod głowy, położyliśmy się spać. Tymczasem gwiazdy weszły na widnokrąg, a wielki czerwony księżyc ukazywał się zwolna na skraju stepu. Potém, blednąc coraz bardziéj, żeglował wyżéj i wyżéj po niebie. Zrobiło się tak widno, że na kilkadziesiąt kroków mogłem dostrzedz czarną siatkę rozpadlin. Zauważyłem przytém, że w niektórych miejscach ziemia tak była zbita, twarda, że promienie księżyca odbijały się od niéj jak od polerowanéj powierzchni. Zresztą nie było na czém oprzéć wzroku ani uwagi. W dali tenże sam step. Miejscami znowu nieznaczne wklęsłości, oświecone niepewném światłem księżyca — i nakoniec takież same kępy łodyg, w których wiatr smutno szeleścił.
Ta pustka i bezprzedmiotowość ma jednak swój urok, ale to dziwny jakiś urok bez treści. Tu, mówiąc poetycznie, smutna Dyanna, a prościéj księżyc, zstępuje z jednego miejsca, wstępuje na drugie, jakby szukając pilnie jakiegokolwiek przedmiotu zatraconego w pustkowiu, jakby chcąc znaleźć coś, dla czegoby warto świecić. Czasem powracało mi wrażenie, że to, co widzę naokół, jest dno morskie, nad którém niedawno przesuwały się fale, a następnie wyschnąwszy lub uciekłszy, zostawiły po sobie pustkę. Po chwili znowu: że to nierozbudzony jeszcze do życia szmat ziemi, który wynurzywszy się z bezdni po potopie, czeka dopiero na stworzenie. Tak istotnie musiała wyglądać niegdyś ziemia, zanim strzeliły z niéj przedpotopowe paprocie i grzyby. Byłem jak gdyby cudem przeniesiony o setki tysięcy lat w tę chwilę mistycznego snu ziemi, po którym dopiero ocknęły się drzemiące jéj siły.
Ale po chwili głosy pustyni rozbudziły mnie z marzeń. Pogrzebowe płaczki stepów, kujoty, zaczęły jęczeć i skomleć w poblizkich kępach suchych łodyg. Jesteście i tu na tém pustkowiu? pomyślałem sobie ze zdziwieniem. Ale kujoty są wszędzie. W stepach żyją wiewiórkami, a wiewiórki nasieniem owych suchych roślin. Na stepach, jak i wszędzie, życie polega na tém, że silniejszy zjada słabszego, ten jeszcze słabszego i tak bez końca. Kujoty przytém kradną co mogą pastuchom, podróżnym. Spotkawszy silniejsze jakie zwierzę, jak np. niedźwiedzia lub kuguara, chodzą za nim trop w trop, licząc na resztki jego uczt. Są to stepowi pieczeniarze. Ciągną za jaśnie-wielmożnym pazurowiczem i żyją z jego łaski. Za to, gdy myśliwiec stepowy postrzeli chlebodawcę, a ten gdzieś zdechnie w skałach, kujoty zjadają go także, co w ich języku konwencyonalnym nazywa się zapewne: „uchronieniem zwłok od profanacyi.” Trafia się także, że gdy podróżny zmęczony dziennym upałem, zaśnie nocą, nie roznieciwszy ognia, wilczki owe zbliżają się do niego, obwęchują go starannie, a chociaż tchórzostwo ich nie pozwala im rzucić się nawet na śpiącego, kradną mu natomiast wszystkie zapasy nawet z pod głowy. Co do mnie, chodziło mi głównie o noc spokojną. Nasłuchałem się już wprawdzie tyle tych grobowych skomleń, że nie doznawałem jak pierwéj, uczucia jakiegoś zabobonnego strachu, zawsze jednak ogarniała mnie pod ich wrażeniem taka niewymowna nuda, taki smutek i zniechęcenie, że wolałbym sto razy słyszeć ryk kuguarów. Tym razem, jak zwykle, probowałem zasnąć i nie mogłem, więc zniecierpliwiony, wyciągnąłem z za pasa rewolwer i wystrzeliłem w powietrze. Konie szarpnęły za sznury, kujoty umilkły na chwilę, najbardziéj jednak przeraził się Pero, który poprzednio usnąwszy smacznie, zerwał się teraz na równe nogi.
— Co „blada twarz” robi? — spytał z przestrachem.
— Nie mogę zasnąć — odrzekłem — i jeśli Pero nie odpędzi kujotów, będę strzelał całą noc.
Pero ochłonąwszy, pomyślał chwilę:
— Czy „blada twarz” ma krzesiwo?
— Mam.
— Pero ma także, niechże więc „blada twarz” idzie, zapali najbliższą kępę, a Pero zapali dalsze.
Myśl wydała mi się doskonałą, natychmiast więc przystąpiliśmy do jéj spełnienia. Gdym się zbliżył do kępy, dwa kujoty wypadły pośpiesznie z łodyg i poczęły umykać co tchu w step. Skrzesałem ognia z łatwością, ale łodygi nie chciały się palić. Nałamawszy co najdrobniejszych ździebł, począłem pracować płucami. Skry chwytały łatwo za zeschnięte resztki liści, ale wypaliwszy ognisty rąbek, gasły. Tymczasem wprawniejszy Pero uwinął się daleko prędzéj. W chwili, gdym jeszcze dmuchał bez nadziei, od strony Pera zabłysło światło, a wkrótce krwawa łuna rozdarła ciemność. Obejrzawszy się, ujrzałem najprzód nasze konie, czarno rysujące się na stepie, daléj oświeconą czerwono sieć szczelin ziemnych, płonącą kępę i indyanina podobnego do szatana tańcującego koło ognia.
Rozbudzone szpaki z wrzaskiem i łopotem zlatywały się ze wszystkich stron do światła; wysokie łodygi buzowały się ogromnym płomieniem; wyschłe źdźbła trzęsły się przez chwilę w objęciach złotego płomienia i topniały w nim natychmiast. Po nad tém wszystkiém świeciło blade światło księżyca, walcząc i łamiąc się na krańcach oświeconéj przestrzeni z różowemi odblaskami ognia. Pero, wyrwawszy kilka płonących łodyg i pochyliwszy je ku wiatrowi, biegł zapalać następną kępę, a za nim biegł i gasnął w ciemnościach czerwony warkocz iskier. Zapaliłem nakoniec i ja swoję, potém dwie jeszcze poblizkie, a gdy zapłonęło ich z dziesięć, wróciliśmy do koni. Kępy zagasły wkrótce, ale mieliśmy zapewnionych parę godzin spoczynku, bo przestraszone kujoty uciekły aż poza granicę światła. Jakoż zasnęliśmy obaj natychmiast, ale zato Pero obudził mnie nazajutrz, prawie jeszcze przed brzaskiem. Przez pół śpiąc wlazłem na siodło, a gdy koń puścił się zwykłym meksykańskim regularnym i kołyszącym galopkiem, usnąłem znowu na kulbace, tak dobrze, jak w łóżku. Nie wiem jak długo spałem, ale gdym się rozbudził, był już dzień biały. Konie zwolniły biegu, a choć ruch ich był zawsze niby galopem, był jednak tak powolny, że można było nadążyć mu piechotą. Rozejrzałem się wokoło. Twardy step ze swoją siecią rozpadlin i kępami suchych łodyg znikł. Jechaliśmy teraz po gruncie pokrytym niezmiernie drobnym piaskiem, podobnym do popiołu, miękkim i ruchomym. Znikły także już poraz drugi falistości gruntu. Jak mogłem okiem sięgnąć, rozciągała się przed nami i obok nas równina szara, gładka jak stół. Sklepienie niebieskie, przechodząc na krańcach w odcienia szare i siwe, zdawało się z nią zlewać niedostrzeżenie. Naokół nie rosło ani jedno źdźło trawy, nic i nic, tylko niebo w górze, popielata, wygładzona toń piaszczysta na dole. Pero podniósł się w kulbace, zatoczył bronzową ręką łuk ogarniający widnokrąg i rzekł:
— Mohave.
Jechaliśmy jeszcze z pół godziny, niedostrzegając naokół ani jednego przedmiotu. Nicość założyła tu sobie królestwo. Nietylko zmysły ale i myśl czuje tu jakiś brak przygniatający. W krainie przedmiotów myśl, wyleciawszy z głowy, zwykła wracać jak pszczoła obładowana miodem wrażeń; tu wraca tylko zniechęcona, czcza, zmęczona i złamana. Umysł musi tu dać wszystko z siebie, od zewnątrz nie dostaje nic. Słowo: „pustynia,“ szumi w głowie a nieprzyobleka się w żadne kształty, w żadne określone wyobrażenia. Jak zabłąkany wędrowiec, konający z pragnienia woła: „wody,“ tak mdlejąca wyobraźnia woła tu ostatkiem sił: przedmiotów.
Nakoniec jednak zamajaczyło coś na północy, niby ciemny szlak, niby zgęstniała mgła, chmura, niby wstęga lasu. Owo „coś“ rysuje się coraz wyraźniéj i wyraźniéj na błękicie widnokręgu, wychyla się coraz dokładniéj ze zmąconéj oddali: zbliża się, wypełnia, zwiera się w kształty. Pero znów wyciąga bronzową rękę i mówi:
— Las umarły.
A, chwała Bogu! Umarły czy żywy, niech będzie pozdrowiony. Długie, na ćwierć łokcia, meksykańskie ostrogi, wbijam w boki mustanga; kudłaty łeb jego zaczyna kołysać się żywiéj. Pędzimy, jak gońce wojskowi; las wyrasta w oczach: jeszcze pół godziny i jesteśmy na jego krańcu.

∗                ∗

Co to są palmetty, co mówi o nich botanika, nie wiem. Z drugiéj strony, jeśli powiem, że są to drzewa poprostu tragiczne, będzie to określenie o tyle przynajmniéj dalekie do botaniki, o ile blizkie Wiktora Hugo. A jednak nie cofam wyrażenia. Pero, prosty indyanin, pomimo, iż się na stylu nie znał, nazywał jednak ten las, lasem umarłym. Cisza, śmierć, nieruchomość: oto pierwsze wrażenia, jakie ten las sprawia. Palmetty nie są wcale podobne do innych drzew. Każde drzewo ma pień, konary, grubsze i cieńsze gałęzie, liście, słowem całą rozmaitość linii, kształtów i barw. Palmetty nie mają tego wszystkiego. Palmetto jestto jednostajny szarego koloru pień, rozdzielający się w górze na dwa, rzadko trzy, równie grube, tępo ucięte ramiona. Drzewo to wygląda poprostu jak człowiek, który wyciągnął z rozpaczą ręce do nieba. Pień od samego dołu, a ramiona aż do saméj góry pokryte są jakby grubą szczeciną, nie odstającą od kory i zbitą w jeden pokrowiec, który okrywa całe drzewo. Wszystkie kształty grube, nieruchome, niby wyciosane niezgrabnie, robią wrażenie przedmiotów kamiennych. Cały las wydaje się lasem skamieniałym, ot naprzykład lasem olbrzymich koralów, uśpionych gdzieś na dnie morskiém. Na szarym piasku, na którym rosną palmetty, nie rośnie nic więcéj, niéma nigdzie ani trawki, ani kwiatka, ani śladu wody. Nie usłyszysz tam gwaru ptastwa, żaden owad nie toczy tych pni nieruchomych. Jak okiem dojrzeć, wznosi się pień za pniem, jakby posępna kolumna za kolumną; całe szeregi martwe, milczące, bezduszne. Prawdziwie umarły las. Z każdego innego drzewa życie wypowiada się, to drganiem gałęzi, to zielonością, to kwiatem, to zapachem; znać że drzewo żyje, oddycha, roni balsam żywiczny, rozkwita, rodzi; między palmettami zaś, przesuwałem się jak wśród nagrobków sterczących na jakim wielkim cmentarzu. Błądziłem niby duch, konie zostały u brzegu, a indyanin, jak drugi duch, poważny i milczący szedł za mną. Wiatr nie wiał. Szary piasek obsuwał się bez szelestu pod naszemi stopami; słońce weszło wysoko na horyzont i sypało na nasze głowy żar ognisty. Cisza śmiertelna panowała wszędzie. Krótkie cienie kładły się na piasek od drzew, znacząc jego szarą powierzchnię czarnemi plamami. Szliśmy głębiéj i głębiéj. Mimowoli przyszedł mi na myśl wiersz Słowackiego:

„Z taką więc ciszą i z taką powagą
Wejdziemy niegdyś w elizejskie bory.”

Uroczysty ów pochód przerwał dopiero głos indyanina, mówiący cicho:

— „Blada twarz“ nie może przejść umarłego lasu.
— Czy daleko ciągnie się na wschód?
— Słońce trzy razy przeszłoby od gór do wielkiéj wody, zanimby „blada twarz“ mogła przejechać umarły las na najszybszym koniu.
— Nie chcę go téż przejść całego, ale niech Pero powie mi jeszcze, czy téż przebył go kto aż do gór dawniéj?
— Dawniéj? nie. Czerwoni nie mieszkali tu nigdy, bo na Mohave niéma wody i zwierząt. Koń i jeździec musi tu umrzeć. Czerwoni mieszkali niżéj (tu ukazał ręką w kierunku Los-Angelos) w górach, gdzie rosną drzewa, i co wiosna jeździli na bawoły na drugą stronę. Tam step pokryty jest trawą.
— A teraz nie jeżdżą już?
— Teraz ich niéma.
Nastała chwila milczenia.
— Czy to byli bracia Pera? — spytałem, po chwili.
— Nie.
— Jakże się zwali?
— Mohave.
— A bracia Pera?
— Cahuijja.
— Ci są jeszcze?
— Wigwamy ich stoją rozrzucone w górach na południu, ale niewiele jest już wigwamów. Dawniéj mieszkali aż do granic Mohavów. Tam, gdzie dziś stoją kamienne wigwamy bladych twarzy (Los Angelos), tam było wielkie pole (obóz). Ale dziś Cahuijja nie mieszkają już tam oddawna.
— Gdzie są teraz?
Bronzowa ręka poraz trzeci wyciągnęła się w kierunku gór, a głos uroczysty odrzekł:
— Tam, z duchami ojców.
Powieść była prawdziwa. Niegdyś wspomniane pokolenia żyły obok siebie, ale żyły, jak zwykle, w ciągłéj wojnie o terytorya myśliwskie. Mohavowie wyginęli prawie zupełnie w tych zapasach, a Cahuijja osłabli i prędzéj czy późniéj, także wyginą. Byłem potém w ich wigwamach, daleko na południowych kończynach Tamiscalu i Santa-Ana. Nie żyją już w jedném wielkiém obozowisku, ale rozproszeni w rozmaitych miejscowościach. W wigwamach, w których spędziłem dni parę, było wszystkiego dwadzieścia siedm głów męzkich, prócz kobiet i dzieci. Żyją bardzo nędznie, bo jakkolwiek zwierzyny wielka jest w tamtych stronach obfitość, nie mają jednak broni palnéj, albo téż taką, która jest nic nie warta. Z łuków wyrobionych z tęgiego drzewa strzelają dość celnie, ale strzały nigdy prawie nie zabijają większego zwierzęcia odrazu, na ptastwo zaś jestto polowanie trudne i mozolne. Podczas gdy myśliwy, uzbrojony w strzelbę, strzelając, np. do kuropatw żerujących po ziemi[6], zabija po kilkanaście sztuk odrazu: z łuku można zabić zawsze jednę tylko. Jedzą téż ci indyanie wszystko: wiewiórki, pieski ziemne, kujoty, dzikie koty, i co się zdarzy. Gdy zabiją niedźwiedzia lub wielkiego jelenia, jestto uroczystość dla całego obozowiska. Śmielsi wyprawiają się na ciągi bawołów, aż za San-Bernardino, zkąd czasem przywożą zapasy suszonego mięsa, ale téż często giną pomordowani przez dzikich i bitnych Apachów i Komenczów. Wogóle w Kalifornii, z powodu braku bawołów, stan indyan nie dających się nagiąć do uprawy roli, jest bardzo nędzny. W czasie winobrania wszyscy prawie dorośli mężczyźni ciągną ku brzegowi morskiemu, ku okolicom zamieszkałym i wynajmują się do robót, ale za zarobione pieniądze kupują fraszki, a przedewszystkiém wódkę. Prawo zabrania wprawdzie pod wysokiemi karami sprzedawać indyanom gorące napoje, ale prawo dość często bywa bezsilne. Liczni farmerowie, którym się wino nie opłaca, pędzą z niego, sekretnie przed akcyznikami, wódkę, i ci sprzedają ją indyanom. Byłem raz świadkiem, jak po ukończeniu robót u zamożnego farmera, nietylko pracującym indyanom nic się już nie należało, ponieważ wybrali, pod postacią napitków, wszystko naprzód, ale nie było ani jednego, któryby nie pozostał dłużnym na mniejszą lub większą kwotę pracodawcy. Tak dzieje się prawie wszędzie. Czas winobrania jest karnawałem dla indyan, po którym następuje post aż do przyszłego lata. Kredytu przytém nie mają nigdzie, ponieważ nie odznaczają się uczciwością; każdy więc farmer, wszelkie naddatki udzielone, czy to wódką, czy pieniędzmi, uważa za stracone raz na zawsze, dlatego wszyscy starają się już z góry przy układach strącić je z ceny robocizny. Bawiąc kilka dni między Cahuijjami, mogłem, patrząc na ich codzienne życie, zbadać jako tako ich charakter. Niestety, nie znalazłem w nich, prócz pozorów, ani jednego z tych szlachetnych przymiotów, jakie cechują bohaterów Coopera. Najprzód życie ich, wśród brudów nie do uwierzenia i wśród robactwa, przed którém wreszcie uciekłem, może przejąć tylko wstrętem; powtóre, w każdym ich kroku znać demoralizacyą cechującą rassy ginące. Są leniwi, wiarołomni, kłamcy, a wreszcie i tchórze. Jeśli nie kradną i nie rozbijają, to tylko dlatego, że drżą przed straszliwym linchem, z którym poznajomili ich skwaterowie.
Nieraz zdarza się, że skwater, któremu coś zginie, sam jeden przyjeżdża do obozowiska, i sam jeden wśród wszystkich mężczyzn dopełnia poszukiwań i wymierza sobie sprawiedliwość. Biédni ci pół-dzicy są przytém niezmiernie łakomi na wszystko co nie jest ich własnością. Mój „bowie-knife,“ rewolwer, strzelba, słowem: wszystko aż do psa, toporka i worków, było przedmiotem ustawicznéj ich pożądliwości. Jeden przez drugiego starał się odemnie coś wymanić. Czasem pochlebiano mi rozmaitemi nazwami, czasem ten i ów zuchwalszy, oświadczał, że „blada twarz“ musi mu darować ten lub ów przedmiot, ale jedno surowsze spojrzenie przywoływało tchórzliwego zuchwalca do porządku. Niemniéj wstrętne jest postępowanie ich z kobietami. Mężczyzna poluje tylko, a gdy nie poluje, leży przed wigwamem w śmieciach nic nie robiąc, kobieta zaś, często jeszcze z dzieckiem na plecach, zamkniętém do szyi w łubianéj kobiałce, spełnia najtrudniejsze roboty, za co otrzymuje wymysły i szturchańce. Mąż żonę, ojciec córkę oddaje tu pierwszemu lepszemu przechodniowi za byle co: za kawał drutu, scyzoryk, lub starą kamizelkę. A jednak te dziewczyny z płcią miedzianą, o czarnych, ogromnych i łagodnych oczach, bywają w chwili rozkwitu, nieraz bardzo przystojne. Trafia się, że samotni biali skwaterowie biorą je za żony, i żyją z niemi szczęśliwie. Niektóre z nich nabierają pewnej ogłady i pewnych wiadomości. W zeszłym liście wspomniałem półindyankę, Donnę Refugio, która była tak wykształcona, jak mało amerykanek średniéj klassy. Późniéj spotykałem i czyste indyanki, umiejące czytać, pisać, i posiadające daleko więcéj wiedzy od swoich białych mężów. Wszystkie przytem są doskonałemi matkami.
Los tych, które wychodzą za białych, jest, w porównaniu do losu skwaw indyjskich, prawdziwie godny zazdrości. Jakkolwiek małżeństwa takie nie bywają najczęściéj uprzednio legalizowane, stają się jednak takiemi późniéj, na mocy prawa orzekającego, że mężczyzna, który żył z kobietą wolną lat trzy, ma uważać ją jako prawnie poślubioną, że zatém nie wolno mu się żenić z drugą, że w razie opuszczenia jéj musi myśleć o jéj utrzymaniu i t. p. Wogóle, zresztą, w Ameryce formy kościelne nie mają żadnego znaczenia, urzędowe zaś daleko mniéj, w stosunku do faktów spełnionych, niż gdzieindziéj. Tu nie potrzeba pośrednictwa praw, aby mężczyzna uważał kobietę, z którą żyje, za prawowitą swą małżonkę. Przytém, trzeba być chyba tu na miejscu, aby poznać dokładnie, jak idealnym mężem jest każdy rodowity amerykanin. On w swéj żonie czci swój „home,“ t. j. swoje ognisko domowe, swoją pozycyą obywatela, ojca dzieciom, swoją godność osobistą, słowem: całego siebie, bez względu na to, czy żona jego poślubiona jest przez pośrednictwo księdza, urzędnika, lub bez pośrednictwa, czy jest biała, żółta lub miedziana. Szacunek ten dla kobiet zdaje się tkwić głęboko we krwi téj rassy, sam zaś w sobie tak jest bijący w oczy i potężny, że udziela się nawet emigrantom niemcom i irlandczykom, którzy w „Deutschlandzie“ i „Irishlandzie“ inaczéj na te stosunki patrzeć przywykli.
Wracając do Cahuijjów, kilkodniowy pobyt mój między niemi, mimo licznych ich wad, zostawił mi jednak pełne współczucia dla tych biédaków wspomnienie. Współczuję im z téj prostéj przyczyny, że są nieszczęśliwi. Wojny w Kalifornii niéma już z czerwonoskórymi, a prawdę rzekłszy, wojny wytępienia nigdy nie było, pokolenia bowiem tutejsze nie odznaczały się ani takiém męztwem, ani zaciętością, jak pokolenia terytoryów stepowych. Biali nie dopuszczają się na nich żadnych gwałtów, przeciwnie jak na północy, gdzie, w chwili gdy to piszę, wre zacięta walka, nietylko między Siouxami a białymi, albo i w Ajdaho (Idaho) między straszném pokoleniem „Przekłutych nosów“ i wdzierającemi się w ich posiadłości pionierami. Tam wodzowie „Siedzący Byk“ (Sitting bull) i „Biały Ptak“ (White bird), ubroczyli już po rękojeście swe wojenne siekiery we krwi mężczyzn, kobiet i dzieci, tam między skalpami zdartemi z głów białych, powiewa u pasa Siedzącego Byka długowłosy skalp generała Custera i wszystkich jego żołnierzy; tu o skalpach nikt nie słyszał, wszędzie cisza i spokój, a jednak nieubłagany palec cywilizacyi ściera i te spokojne pokolenia z powierzchni ziemi. Może to nieuniknione, może konieczne, a jednak, jest w głębi natury ludzkiéj jakieś poczucie głębszéj sprawiedliwości, któremu dzieje się w ten sposób krzywda; więc mimowli w imię tego uczucia pragnie się nieraz powiedzieć: „goddam!“ na ową cywilizacyą, co dla słabych i ciemnych jest takim przewodnikiem nauczycielem, jakim byłby wilk dla owiec.
Wracam do umarłego lasu. Gdy cienie palmettów zniknęły prawie zupełnie, oznaczając południe, Pero odszedł dać jeść i pić koniom, a ja zostałem sam i znowu wzrok mój błąkał się wśród szeregów umarłych pni. Badałem pokład piasku, chcąc odkryć jakiekolwiek ślady zwierząt lub ptaków, ale szara, sypka powierzchnia gładka była, jakby wczoraj jeszcze przesuwały się ponad nią wody. Szedłem coraz daléj w głąb’ tém śmieléj, że wyciski stóp moich, były niby nicią Aryadny, mogącą w każdéj chwili wyprowadzić mnie z tego labiryntu. Widok nie zmieniał się wcale: też same szeregi pni, też same rysujące się ciężko kamienne kontury i ten sam grobowy spokój. Dziwna to, szczególna pustynia, w któréj najdoskonalszym wyrazem pustki, śmierci, ciszy, jest to, co powinno ją natchnąć życiem: t. j. drzewa. Są to téż widma drzew. Doprawdy, nie wiem, czy nawet afrykańska Sahara, lub pustynie arabskie przejmują takim smutkiem i pognębieniem, czy uderzają oczy podobnemi wrażeniami martwoty i odrętwienia, jak Mohave. Tam, czasem przynajmniéj, zazieleni się oaza, czasem na piaszczystych wzgórzach zarysują się na tle zorzy wieczornéj biblijne kształty wielblądów i jeźdzców zapatrzonych w niebo; tu palmetty sterczą zawsze bezduszne, straszne, milczące.
A jednak i Mohave ma teraz swoje odgłosy przerywające wieczną ciszę. Wyszedłem właśnie na kraniec lasu do Pera i koni, gdy usłyszałem ten odgłos z pustyniowéj oddali. Z początku byłto niby szmer cichy, potém coraz głośniejszy, bliższy; stopniowo zmieniał się w łoskot, potém usłyszeliśmy bicie dzwonu, potém świst, a raczéj ryk pary. Pero wpatrzył się w dal smętnych kolumn i rzekł:
— Wielkie wozy białych.
Tymczasem odgłos zbliżył się, doszedł do zenitu, i nagle ujrzeliśmy pociąg wypadający z lasu. Dziwny to był widok na téj pustyni. Tłoki maszyny, widziane z daleka, poruszały się z szybkością, jakby nogi jakiegoś potworu; paszcza jego ziała kłębami dymu. Była w tém jakaś niepojęta siła, jakaś wściekłość: cały pociąg wydawał się jak olbrzymie zwierzę, goniące na oślep za łupem. Nie biegł, ale rwał naprzód, jak wicher albo huragan. Przeleciał nakształt jakiegoś piekielnego korowodu, dysząc, dzwoniąc i hucząc, wpadł na równiny stepowe, i leciał daléj, aż znikł wreszcie w stepach, w kierunku Los-Angelos.
— Biali nie lękają się Mohave! — ozwał się Pero.
I miał słuszność. Kto wie, co za lat kilka lub kilkanaście stanie się z temi obszarami i z samym umarłym lasem. Kto wie, czy biali nie wytną drzew i nie osiądą tu, gdzie żadne stworzenie mieszkać dotąd nie śmiało. Może olbrzymią siłą poroztrącają wschodnie góry, i wydobywszy jak Mojżesz drzemiącą w głębi skał wodę, sprowadzą o setki mil ożywcze jéj strumienie na piaszczyste obszary. A wtedy dzisiejsza pustynia kołysać się będzie falami zbóż wszelkich, palmetty ustąpią miejsca gajom prawdziwych palm, pomarańczom, figom, gwar ludzki zamąci ciszę panującą obecnie. Cóż powstrzyma tę niepohamowaną rassę „bladych twarzy,“ w jéj pochodzie naprzód, przez pustynię, stepy i lasy dziewicze? Dziś, gdy to piszę, Mohave w całéj swéj szerokości i długości przestała już być zaklętym krajem, o którym indyanin tylko podawał indyaninowi błędne wieści. Koléj południowa oceanu Spokojnego (Southern Pacific Railrod) do Los Angelos dawno już skończona. Z Los Angelos jedna linia biegnie przez Anaheim, daléj na południe ku San-Diego; druga, skręcając na wschód, przechodzi całą Mohave, przerzuca się przez góry San-Gabriel i śnieżyste San-Bernardino; za górami i za Agua-Caliente znów zstępuje na pustynię, i kończy się aż w forcie Yuma, na granicy Kalifornii, Arizony i Meksyku, niedaleko od ujścia Colorado.
Kalifornia słusznie chlubi się budową tych linii, przyrównywając trudy i zwyciężone przeszkody do trudów i przeszkód, jakie musieli łamać inżynierowie, prowadzący wielką koléj „Dwóch Oceanów.“ I słusznie. Może nawet łatwiéj było budować na chłodnych płaskowzgórzach Ajowy, Nebraski, Wyomingu i Utah, niż w tych bezwodnych pustyniach, w których żar słoneczny dochodzi do przeszło stu stopni[7], i w których przez dziesięć miesięcy w roku nie pada ani jedna kropla deszczu. W wielu miejscowościach, w których miały stanąć stacye, nie można było wcale dokopać się wody. Im posuwano się daléj, tém przeszkody stawały się większe. Miałki jak popiół piasek nie trzymał się pod pokładami: wiatry rozdmuchiwały nasypy. Za pustynią nastąpiły niebotyczne szczyty San-Bernardino, daléj jeziora suche, i znów jeszcze bezpłodniejsza pustynia. Tysiące białych i chińczyków pracowało od rana do wieczora ze zwykłym amerykańskim gorączkowym pośpiechem, który największych przedsięwzięć nie lubi na lata rozkładać. Roboty wreszcie skończono. Fort Yuma został połączony z San-Francisco, i nowe kraje tak dla górnictwa, jak i dla kolonizacyi otwarte.
Wszystko to tém godniejsze uwagi, iż koléj ta nie jest dziełem całych Stanów Zjednoczonych, ale saméj tylko Kalifornii. Wprawdzie, wszystkie koleje są tu w rękach prywatnych kompanii, ale gdy akcyonaryusze na linię „Dwóch Oceanów“ rekrutowali się istotnie od oceanu do oceanu, akcye południowéj drogi rozchodziły się przeważnie tylko w Kalifornii, mającéj sześćset tysięcy mieszkańców.
Ale tu wszystko idzie prędko. Mógłby ktoś powiedzieć, że téż wszelka przedsiębierczość prywatna, mając pod każdym względem rozwiązane tu ręce, więcéj znajduje pola niż gdzieindziéj. Z tém, jako z faktem uznanym, sprzeczać się nie będę, zauważę jednak, że tu, w Ameryce, taż sama energia, która w rozwoju swym nie znosi żadnych ograniczeń, umiałaby wyzyskać wszelkie okoliczności, aby usunąć to, coby jéj na drodze stawało.
Inne pytanie jest, czy takie koleje, prowadzone przez kraje puste, do jakichś placówek cywilizacyi, jak np. fort Yuma, opłacają się przedsiębiercom, ale i na to pytanie niepodobna inaczéj odpowiedzieć, jak twierdząco. Przedewszystkiem są to przedsięwzięcia obliczone na lata, na przyszłość. Aryzona naprzykład jest krajem dziś jeszcze prawie pustym, ale przedsiębiercy liczą na to, że przestanie być pustym, gdy koléj ułatwi do niéj drogę. Wiedzą dobrze, że bogactwa mineralne tego kraju, niewyczerpane kopalnie srebra ściągną mnóstwo górników z całych Stanów: za górnikami pójdą handlujący, za temi kolejno rolnicy; że powznoszą się miasta, powstanie przemysł, a w końcu prace i nakłady aż nadto obfity plon przyniosą.
Jedném słowem: w Ameryce koleje otwierają nowe kraje. Przytém zachodzi jeszcze jedna okoliczność. Oto, rządy stanowe, w chęci popierania tak pożytecznych przedsiębierstw, nadają kolejom ogromne przestrzenie gruntów drogom przyległych. Następnie, gdy kolonie wychodźców przybywają z Europy z zamiarem osiedlenia się w Nowym-Świecie, oczywiście wolą nabywać ziemie kolejowe niż wszelkie inne; najprzód bowiem można je nabyć tanio, a powtóre ziemie te, leżąc wzdłuż linii, mają zapewnioną łączność z wielkiemi ogniskami handlowemi, a tém samém i zbyt swoich produktów. To téż zarządy kolejowe sprzedają rok rocznie setki tysięcy akrów koloniom niemieckim, irlandzkim, duńskim, szwedzkim, norwegskim, a nawet i polskim. Koloniści, osiadając gromadnie po kilkadziesiąt i więcéj familii, śmiało zapuszczają się w nieznane strony, nie lękając się ani indyan, ani odległości, byle znaleźć ziemię urodzajną, dostatek wody i drzewa. Zczasem téż dochodzą do zamożności i prowadzą życie spokojne. W ten sposób, na pustyniach Wielkiego Zachodu powstają miasta, które przez swą odległość, stanowią jakby zawiązki państw nowych; w ten sposób także ściąga się ludność w krainy puste, a „terytorya“ zmieniają się zwolna w stany.
Stan taki rzeczy trwa do dziś dnia. Czytelnicy słyszeli zapewne o licznéj i groźnéj dla Galicyi i Poznańskiego emigracyi wieśniaków do Ameryki. Ludność ta, wieśniacza, a zatém rolnicza, narażoną bywa częstokroć po przyjeździe, na wielką nędzę po miastach; dlatego téż istnieje w niéj powszechne dążenie do osiadania na koloniach. Dążność ta objawiła się ze szczególną siłą w ostatnich czasach. Obecnie prowadzą się układy o nabycie od kolei kilkudziesięciu tysięcy akrów w Arkanzas, między rzekami Arkanzas i Missisipi, w kraju lesistym, zdatnym pod uprawę zbóż wszelkich i bawełny, a przez pół jeszcze pustym. Inna znów partya, a raczéj duchowni, stojący na jéj czele, pragną wyprowadzić swe owieczki na stepowe, bezleśne pastwiska Nebraski; obie zaś partye prowadzą z tego powodu nader zaciętą polemikę, w któréj tak jedna jak i druga strona nie przebiera zarówno w środkach, jak i w wyrażeniach.
Rozpisałem się obszernie w końcu niniejszego listu o kolejach, owa bowiem nieustraszona odwaga i przedsiębierczość z jaką są budowane, stanowi jedną z wybitniejszych cech amerykańskiego charakteru. Obecnie kto spojrzy na kartę Stanów Zjednoczonych, dostrzeże obok linii już istniejących, mnóstwo innych dopiero wytkniętych, które jednak w ciągu kilku lat zostaną ukończone. Linie te biegną, krzyżują się i łamią we wszystkie strony, pokrywając swą potężną siecią góry, pustynie, lasy i bezludne, prawie zupełnie jeszcze stepy. Są w Oregone, w Waszyngton-Terytory, w Montana, w Idaho, w Dakota, Nebrasce, Colorado, Arizonie, New-Meksyku, Texasie i Indian-Teritory, słowem w okolicach, w których przed kilku lub kilkunastu laty, prócz niezliczonych trzód bawołów i uganiających się za niemi miedzianych jeźdzców strojnych w pióra, nie było innych panów. Ale to nie dosyć! Zuchwalcze jeszcze zamiary lęgną się już podobno w głowach Yankesów. Zamało już im Stanów Zjednoczonych, więc chcieliby okuć w żelazną sieć całą tę część świata, nietylko w jéj szerokości, ale i w długości. Czy te zamiary przyjdą do skutku? doprawdy wątpić niepodobna, bo energia tego wolnego ludu, istotnie nie zna niebezpieczeństw, a jedyném prawdziwém hasłem jego jest: „Go ahead!


LIST Z RZYMU.


W Rzymie, właściwie mówiąc, są trzy miasta: nowożytne, dawne papieskie i starożytne. Topograficznie nie są od siebie oddalone. Częstokroć domy, wybudowane dziś lub wczoraj, stoją na fundamentach staro-rzymskich; między zwykłemi kamienicami wznosi się tu i owdzie wieża romańska; czoła kościołów wsparte są na starożytnych kolumnach; słowem: życie wieków średnich wyrastało, jak pleśń na zwaliskach świata pogańskiego; potém samo z kolei zapadło w gruzy, z których lepił sobie gniazdo człowiek nowożytny. Rzym jest to więc mieszanina bezładna trzech światów i w skutek tego najosobliwsze miasto na świecie. Ulic jego nie dotknęły prawie jeszcze linia i cyrkiel; domy piętrzą się jedne nad drugiemi, obniżają się, wznoszą, występują jako grupy; uliczki gną się w nieznane gdzieindziéj krzywizny, między domami widać tarasy, blanki forteczne, wieże, pałace, kościoły, zwaliska, olbrzymie skarpy rzymskich fundamentów, fontanny, krzyże, obeliski, znowu wązkie nakształ korytarzy uliczki, a na ich rogach Madonny, oświetlone nocą blaskiem lamp.
Starożytnego Rzymu widzi się na każdym kroku ślady, ale przeważnie ślady tylko. Wogóle zapadł on w ziemię, wieki pochowały go jak umarłego człowieka, i pokryły grubemi warstwami gruntu a na tym olbrzymim grobie zazieleniało nowe życie. Ale ciekawość dzisiejsza lubi odgrzebywać stare mogiły: w ten sposób odgrzebano Forum Romanum.
Począwszy od Kapitolu aż do Koloseum, ciągnie się Rzym starożytny, niepomieszany z nowym. Część ta stanowi odrębną dzielnicę, leżącą na skraju dzisiejszego miasta. Widok na nią odkrywa się prawie niespodzianie, i trudno nawet zdać sobie sprawę z wrażenia, jakiego doświadcza podróżnik, gdy, wynurzywszy się z wązkich uliczek obok Kapitolu, spostrzega odrazu to miasto zwalisk. Forum jest to dziś ogromny prostokąt, zapadły na ośm metrów w ziemię, ograniczony w swéj długości z jednéj strony Kapitolem, z drugiéj Koloseum. Po prawéj stronie leży skała Tarpejska i gruzy pałaców cezaryjańskich, po lewéj więzienie Mamertyńskie, świątynia Antonina i Faustyny, a nakoniec olbrzymie zrujnowane mury świątyni Konstantyna. Tu było ognisko i serce dawnego Rzymu, a obecnie kraniec dzisiejszego. Przez otwory w łukach i sklepieniach, przez puste okna odwiecznych zwalisk widzi się ogrody, niezabudowane pólka, a w dalekości znów zwaliska i stosy gruzów, przysłonięte błękitem oddalenia, za któremi ciągnie się smutna, rozległa równina Kampanii rzymskiéj.
Ruchu miejskiego prawie tu niéma; niesłychać turkotu wozów i dorożek. Kolumny, to stojące samotnie, to jeszcze połączone, sterczą ku górze, z powagą i martwotą pustki; wytworne linie przecinają na wszystkie strony ciemny błękit nieba i wykreślają się na niém z nieporównaną czystością i spokojem; olbrzymie sklepienia, jakby nie rękami ludzkiemi wznoszone, zwieszające się masą, niepodpieraną od wieków, zdaje się, że runą za chwilę pod własnym ciężarem; nad wszystkiem unosi się jakiś nieopisany majestat wielkich wspomnień, ciszy i śmierci. W około żyje tylko natura; na zrębach murów cezaryjskich pałaców czernieją sosny rzymskie, gdzieniegdzie palma rysuje się na wysokości nakształt wysmukłéj kolumny, zakończonéj kapitelem liści; długie trawy, powoje i mchy czepiają się wszystkich szczytów, rozpadlin, szpar i załamań; nad zwaliskami krąży w powietrzu ptastwo, i słońce zlewa potoki światła, ale wszystko, co tylko wyszło z pod ręki ludzkiéj, ciche jest, zrujnowane i martwe. Jest to poprostu miasto umarłe. Częstokroć, zwłaszcza w miesiącach letnich i na początku jesieni, gdy cudzoziemcy jeszcze się nie pozjeżdżają, żadna żywa dusza ludzka nie zakłóca tu ciszy. Gdym w godzinach popołudniowych zabłąkał się między te kolumny, zdala zaledwie dochodził szum miasta niewyraźny, zmącony, podobny do mruczenia dalekich wód; zresztą słyszałem tylko świergot ptastwa w gzymsach i sykanie świerszczów, ukrytych w szparach kamiennych. Na myśl nasunął mi się mimowoli wiersz Słowackiego[8]:

„Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie,
Przed nagrobowem pochowane słońcem,
Jakby mi chciały nakazać milczenie,
Sykają. Strasznym jest rapsodu końcem
Owo sykanie, co się w grobach słyszy,
Jest objawieniem, jest i pieśnią ciszy.“

Jakoż, przy towarzyszeniu téj pieśni, zeszedłem do owego grobowca, który zarazem wydał mi się jakby ostatnią, zaklętą w kamień i marmur księgą wielkiego epos. Dziwne myśli przychodzą do głowy podróżnikowi, gdy się raz tu znajdzie i stanie, jakby oko w oko, z przeszłością. Wszystkie wspomnienia, wszystko, co wie o dziejach Rzymu, co o nich czytał, a co, mimo całéj zdolności do odtwarzania wyobraźnią, wydawało mu się mimowoli czémś oderwaném, poprostu jakąś teoryą historyczną, tu przybiera kształty dotykalne i występuje, jako istotna rzeczywistość. Można na to patrzeć i dotykać ręką. Nie jest to zmiana wątpliwości na pewność, bo któż wątpił? ale ostateczne sprawdzenie słów faktami. I jest w tém jakaś dziwna rozkosz, gdy się pomyśli: ja tu jestem, ja to widzę! rozkosz, mająca swe źródło w większéj wyrazistości, z jaką przemawiają fakta, i w ciekawości, jaką budzi świat umarły już, a tak od naszego odmienny.
Tymczasem oko ześlizguje się po otaczających przedmiotach, jakby przelękłe ich wielkością i ruiną. Wszystko tu zniszczone. Żelazna ręka Roberta Guiscard’a zburzyła do reszty to, co przetrwało napady gotów i wandalów, i całe Forum wygląda jak wielki zrujnowany cmentarz, na którym bezład grobowców dopełnia dzieła śmierci. Kolumny, jedne połamane w górnéj części, drugie u podstaw, oznaczają jeszcze granice świątyń, ale trzony wielu z tych kolumn leżą już bezładnie na ziemi w różnych kierunkach; gdzieniegdzie sterczą tylko cokóły, gdzieniegdzie noga depcze korynckie lub jońskie nagłowniki, nawpół zagłębione w ziemi i porastające mchem w ozdobieniach. Trawa wydobywa się ze szpar pomiędzy kamiennemi płytami, któremi całe Forum było wyłożone. Mnóstwo podstaw posągów, ale bez posągów to stoi, to pochyla się ku upadkowi, to leży już w dzikiém nagromadzeniu. Oko odkrywa jeszcze na nich wpół czytelne napisy, w których wyraz Divo powtarza się co chwila. Boskim i ubóstwionym ludziom wznoszone były za cesarstwa te posągi, a teraz często marmurowe członki owych „boskich” leżą w kupach rupieci i w pyle zczerniałe, pokryte pleśnią, zapomniane. Cała przestrzeń zasłana jest szczątkami posągów. Tu widać nagi tułów kobiecy bez głowy, rąk i nóg, piękny jeszcze w swych kształtach miękkich i zaokrąglonych; daléj: ręce męskie z muskułami, jak węzły, potężne uda bohatérskie, głowy bez nosów, nogi, torsy, to olbrzymie, to zwykłéj wielkości, poprzewracane obok siebie, przy sobie, na sobie: smętne okruchy, wśród których sykają „koniec rapsodu” świerszcze.
Chwilami zdaje się zwiedzającemu, że jest w jakiéjś olbrzymiéj pracowni rzeźbiarskiéj. Mimowoli przychodzi na myśl, jak żywotną sztuką była rzeźba dla starożytnego świata, i niepodobna nie zgodzić się z Taine’m, że czas jéj minął. W dawnych, rozkochanych w plastyce czasach, była ona zaspokojeniem istotnéj potrzeby, którą odczuwał cały naród; dziś jest sztuczną rośliną, hodowaną gwoli wykwintnemu smakowi. Pogański artysta tworzył, dzisiejszy tylko odtwarza, wedle reguł; pogański czerpał ze swego otoczenia, ze współczesnych zamiłowań, z żyjących wyobrażeń i pojęć, bądź religijnych, bądź poetycznych: słowem był szczery; dzisiejszy nie zwraca się do swego świata, nie czerpie z niego, ale musi szukać treści w dziejach przeszłych, umarłych i nieodczuwanych przez nikogo. Nowsze téż czasy wytworzyły swoją własną poezyę, malarstwo, muzykę i budownictwo, w rzeźbie nie wyszliśmy z koła bogów, faunów, nimf i bohaterów greckich. A jednak, ta najmniéj dziś żywotna ze sztuk pięknych była niegdyś najżywotniejszą. Poza mrówczém codzienném życiem dawnego klasycznego miasta, świątynia, a w niéj szeregi posągów, były prawdziwą „arką przymierza między dawnemi a nowemi laty,“ i słowo w słowo można powtórzyć z poetą, że w nie „lud składał broń swego rycerza, swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty,“ swoją religię, swoją ufność w potęgę i opiekę bogów. Służyły one, jako ogniwo dotykalne, wiążące przeszłość z przyszłością, rzeczywistość z ideałem, człowieka z bóstwem. Więc téż Forum było całym ludem posągów. Barbarzyńcy niszczyli je, kruszyła i pokrywała pleśnią wilgoć, czas zasypywał ziemią, grabiły późniejsze muzea, a jednak jeszcze dziś przestrzeń przy via Sacra i na całém Forum prawie jest brukowana ich odłamami.
W miarę jak „między kolumny, na niebie się kreśląc,“ zbliżamy się do Kapitolu, nadlatują wspomnienia historyczne, a litery S. P. Q. R., ryte na przecznicach, napędzają do głowy szeregi obrazów. Tu „sub tutela inviolati templi,” wśród tego lasu kolumn i posągów zbierały się komicya. Wyżéj na górze zasiadał senat z trybunami w progu, których wnioski przejmowały gniewem i drżeniem „patres conscriptos.” Tu tacy Mirabeau’wie dawnych czasów, jak Canuleius, a późniéj Licinius Stolo, wśród wrzawy, wśród zmarszczonych brwi i zaciśniętych ust arystokratów, powtarzali swoje brzemienne w następstwie: „ut alterum ex plebe consulem fieri liceret,“ a potém aedilem,“censorem.“ Tędy na via Sacra przesuwały się wozy tryumfatorów, za niemi w pętach królowie barbarzyńców, zadumani o puszczach rodzinnych, smętni, ogromni; naokół nich liktorzy z pękami rózg i siekierami, daléj legiony, łupy, orły i radosny lud. W chwilach nieszczęść tu ginęli senatorowie z ręki Gallów Brennusa, potém Gracchowie z rąk Rzymian. Na Kapitolu bladł senat, a Sulla się śmiał, gdy jęki mordowanych dochodziły z poblizkich więzień Mamertyńskich. W tychże więzieniach, wśród ciszy nocnéj, Cicero świecił latarką w oczy trupom wspólników Katyliny i powtarzał, jakby dzisiejszy mieszczanin drżący przed rewolucyą, swoje pamiętne: „jam non vivunt!” z murów Kapitolu wreszcie powiewała posępnie skrwawiona toga Cezara, a w dole lud wył o zemstę.
Wszystko to było, żyło, działało i przeszło. Pokolenia kładły się do grobów i tylko lud posągów mnożył się na Forum. Z Kapitolu został zrąb muru, na którym Michał Anioł zbudował pałac w stylu odrodzenia; na Forum z czasów rzeczypospolitéj nie pozostało prawie nic, tak, że już żelazny Guiscard burzył tylko pomniki cesarstwa. Ale dziś i tych niewiele. Sam tylko łuk Septima Sewera przetrwał. Wandale i normandowie poogryzali go u podstaw, tak jakby wilki poogryzały kość mammuta, ale skruszyć potężnych zworów nie mogli. Nagłówniki kolumn ostrzygły nożyce czasu, marmur zżółkł, płaskorzeźby zatarły się i w części pokryły plamami, budowla zapadła się w ziemię na jakie dwa piętra, ale trwa potężnie. Zresztą, nie licząc daléj stojących łuków Tytusa i Konstantyna, jedyny to pomnik czysto rzymskiego budownictwa na Forum. Wszystkie inne to dzieci Hellady.
Zachowała się jeszcze kolumna Fokasa, ośm kolumn świątyni Jowisza, trzy Kastora i Polluksa i kilka mniejszych Saturna. Przeważnie szczyty ich są połączone jeszcze przecznicami naczelnemi, na których widać resztki napisów. Porządek koryncki przemaga we wszystkich, t. j. większość kolumn kończy się bujnym, wysokim, rozkwitłym w liście i kwiaty nagłównikiem; jońskich z pozawijanemi rogami widziałem kilka tylko; często zdarzają się mieszane, jońsko-korynckie; gładkich doryckich, zakończonych pierścieniem i prostym bez ozdób czworokątem, niéma wcale. Gdym patrzył na te, które stoją na Forum, zwolna wspomnienia historyczne ustępowały przed wrażeniem piękna. Ład tego budownictwa działa poprostu kojąco. Podobnego wrażenia doświadczyłem na widok Wenus Milo w Luwrze i Apolina Belwederskiego na Watykanie. Podróżny nie wzdryga się w greko-rzymskich świątyniach, tak jak w posępnych ciemnych nawach gotyckich; umysłu jego nie ugniata rozszalała fantazya np. pagody indyjskiéj; uwagi nie rozprasza zbytek ozdób nowszych barokowych budowli. Czar zawarty w słowie ład, działa inaczéj: polega on na zupełnéj równowadze wszystkich władz duszy i wrażeń, na poczuciu pewnego spokoju wewnętrznego, w stosunku do doskonałości wymiarów, do jedności i wyśmienitéj prostoty. Pogodne wrażenia rodzą pogodę w duszy, człowiek czuje, że mu jest dobrze. W budowlach klassycznych, jak i w starożytnych posągach, niéma żadnéj poszczególnéj myśli, jeśli się godzi tak wyrazić: literackiéj, któraby podporządkowywała inne i starała się wyłącznie przemówić; jest tylko jedna ogólna myśl boskiego ładu, w stosunku do człowieka i natury.
Powtarzam: i natury, albowiem te kolumny, nagłówniki, przecznice, zlewają się również w pełną ładu całość i z krajobrazem, i z niebem, i ze słońcem. Zielone podesłanie równiny podnosi ich lekkość i wysokość, błękitne tło nieba uwydatnia białość i jakby roztapia w słodki sposób linie zarysów; słońce wreszcie rozświeca je, ożywia, wydobywa wszystko, co wydobyć należy, cieniuje i dopełnia rzeźbienia. Tym jońskim lub korynckim kolumnom potrzeba greckiego lub włoskiego błękitu, greckiego lub włoskiego słońca. Budowniczy rachował na pomoc tych czynników. Przeniesione w mgły północne i pod chmurne niebo, owe wdzięczne kwiaty skurczyłyby się, zmalały, zwiędły.
Co widać także z klassycznych budowli, to niezmierną wiarę ludzi starożytnych w życie doczesne, w jego znaczenie i w jego szczęście. Rozumiemy Achillesa, gdy mówił nawpół ze smutkiem: „Słuchaj boski Odysseju! wolałbym być parobkiem i żyć na ziemi, niż błąkać się jak cień po polach Elizejskich.” Jakoż szczęścia, rozkoszy, celów, jakie człowiek sobie zakłada szukano tu na ziemi. Ztąd i ochota do wysileń życiowych, do dopełnienia życia ładem poezyi, malarstwa, rzeźby, muzyki i budownictwa. Sztuki piękne są dla nas zapomnieniem życia i ucieczką od niego, dla nich były jego bukietem. Średniowieczny mnich, patrzący na ziemię, jak na padół nędzy, nie mógł wznosić świątyń podobnych. Kościół jego wyrywał się ku niebu strzelistemi więzami, jak wyrywała się dusza… Średnie wieki straciły wiarę w życie doczesne… nowsze tracą je w przyszłe… Doprawdy przychodzi ochota zapytać, dlaczego i czém wreszcie żyć będziemy?
Ale to troska przyszłości. Inne jeszcze i mniéj gorzkie myśli budzi widok klassycznych świątyń. Oto, odwróciwszy się od ponurego łuku Septima Sewera, zwolna na tem Forum rzymskiém zapominasz, że jesteś w Rzymie, a zdaje ci się, że otacza cię Grecya. Toż te kolumny korynckie i jońskie, te nagłówniki, przecznice i posągi, to kwiaty ducha greckiego, to rodzone jego dzieci, ideały. Tu, w zaborczym Rzymie, zabrana Grecya wystawiła sobie pomnik nieśmiertelny. Rzym rozumiał tylko i popierał wielką ideę państwową, poświęcił jéj zupełnie jednostkę, wytworzył najsilniejszy rząd w świecie, podbił cały krąg ziemski, ogarnął go, opanował, wyzyskał, zaprowadził wszędzie państwo rzymskie. Grecya pozwoliła rozwijać się jednostce, nie umiała się zdobyć na wielką syntezę państwową, ale dziejami swemi wewnętrznemi uświęciła przepyszny rozwój indywidualny człowieka, i Rzym runął pod własnym ciężarem, a Grecya nietylko odrodziła się w państwie bizanckiém, ale w samym Rzymie przeżyła Rzym. Ateńczyku dzisiejszy! Ateńczyku „żwawy,” „potęsknij, podumaj nad pomnikiem sławy.” Zwłaszcza podumaj! Co za dziwne losy i koleje! Dumania o nich niepowinny być zbyt gorzkie.
Przez łuk Tytusa, obok zwalisk pałaców cezaryańskich, przechodzi się do Koloseum. Łuk ten, to najpiękniejszy zabytek czysto rzymskiego budownictwa; jakoż wyśmienite jego wymiary i pyszne rzeźby wyróżniają go od pobliskiego łuku Konstantyna, stojącego na drodze do łaźni Karakalli. Na wewnętrznéj wklęsłéj jego stronie płaskorzeźba wyobraża pochód tryumfalny Tytusowych legionów, obciążonych łupami zburzonéj Jerozolimy. Między innemi przedmiotami widać tam sławny świecznik ze świątyni Salomona. Żydzi tutejsi z Ghetto omijają zdaleka tę bramę strasznych dla nich wspomnień. Za łukiem jest się już w zakresie Koloseum. Tu panuje i przemawia wyłącznie cesarstwo, a na myśl nasuwają się przedewszystkiém, jakby kute z kamienia, słowa Tacyta: „Ruerunt in servitutem patres, senatores, equites, plebs.” Ale na cesarstwo można także patrzeć, jak na reakcyę ducha ludzkiego przeciw pochłaniającéj wszystko idei państwa. Świat już był podbity, a obywatel, zepsuty tryumfami męczył się tą ustawiczną potrzebą poświęcenia wszystkich sił ducha i ciała dla państwa. Z drugiéj strony, człowiek zapragnął żyć jako jednostka, nie ginąć bez śladu w nirwanie państwowéj, poświęcić się poezyi, sztukom, rozkoszom; więc całą tę olbrzymią pracę rządzenia złożył w ręce jednego cezara; sam zaś odpoczywał, bawił się i rozweselał. Wprawdzie: ruerunt in servitutem, ale zato cezar Wespazyan wzniósł im takie Koloseum, a Tytus kazał się mordować w niém tysiącom ludzi i zwierząt. Jakoż lud był zadowolony. Cezarowie kąpali go w łaźniach, rozdawali zboże na rynkach, pieścili. Lud kochał nawet i Nerona, który był dlań zarazem intendentem i najstarszym błaznem. Wysokie tylko głowy obcinano do ogólnego poziomu, ale spodlałéj czerni tego rodzaju równość płaciła właśnie za wolność. Płaciły jednak przedewszystkiém igrzyska. Tu z „Kunikulów” w Koloseum odzywały się nocami przeciągłe ryki lwów. Dziś olbrzymia ruina świeci pustemi oknami, ale dawniéj wśród ryku zwierząt i chrapania konających, dziewięćdziesiąt tysięcy gardzieli wyło: „macte!” klaskały dłonie, palce podnosiły się ku górze lub na dół, gladyatorowie wykrzykiwali: Ave Caesar! Morituri te salutant; na arenie przesuwali się giermanowie, gallowie, bastarny, olbrzymi dakowie, ludzie tak osobliwi jak te zwierzęta, których dosyłała Afryka. Tu także konali cicho chrześcianie. Potém ten piekielny chorał krzyków i jęków dzikich i wściekłych, rozpaczliwych lub pokornych, umilkł raz na zawsze, a na przesiąkłéj krwią arenie rozciągnął, w głuchém milczeniu, ramiona krzyż.
Dziś niéma krzyża. Władze świeckie kazały go uprzątnąć. Zresztą wznosił się on już wśród zwalisk. Olbrzymi gmach zaczął sam przez się rozpadać się w gruzy; Normand Guiscard zburzył go w części, resztę dokonał czas i chciwość ludzka. Quod non fecerunt barbari fecere Barberini! Pałace Barberinich i Farnezów budowane są z cegły, grabionéj w Koloseum; potém przez całe wieki okradał je kto chciał. Dopiero za czasów Napoleona zaczęto niby odbudowywać gmach, i wzniesiono, a raczéj odnowiono, kilkanaście sklepień, ale próby owe były i pozostały, w stosunku do całości, kroplą w morzu. Całość sterczy do dziś dnia potworna, zczerniała, połamana, obumarła i prawie niepodobna do dzieła rąk ludzkich. Widziałem ją w blaskach słońca i przy księżycu. W nocy jest prawie straszna swoim ogromem, ruiną i pustką. Zamieszkują ją teraz skorpiony, nietoperze i zniszczenie.
Pod sklepieniem łuku Konstantyna przechodzi droga do łaźni Karakalli. Droga to prześliczna, wśród ogrodów i wądołów, których szczyty pokryte są sosnami kształtu parasoli, stoki zaś porastają winogradem i wysoką kukurydzą. Naprawo i nalewo, razwraz po nad masą zieleni, wznoszą się jakieś zwaliska i szczątki. Krajobraz jest włoski, pełen słodyczy, światła, lazuru, a oko leci daleko w przezroczy powietrznéj. Cichość przerywają tylko ćwierkania wróbli na drzewach, bo zresztą dziwnie jest mało ruchu w téj okolicy. Idąc spotkałem tylko jeden wóz wysoki, ładowny, zaprzężony w muły, poobwieszane dzwonkami; prócz niego ani żywéj duszy. Droga, objęta murami, zwęża się i zakręca tak, że do łaźni dochodzi się prawie niespodzianie. Zapłaciwszy franka u wejścia, wszedłem w środek, a wszedłszy, począłem się rozglądać na wszystkie strony i mimowoli pytałem siebie gdzie jestem? Koloseum w porównaniu z temi zwaliskami jest poprostu małe. Żaden gmach nowożytny nie daje nam wyobrażenia o wielkości łaźni. Olbrzymie milczące komnaty otwierają się jedna za drugą. Z przedsionka wchodzi się do frigidarium, dalej do tepidarium i callidarium.
Podnosim oczy do nieba, którego krąg ogromny widać z każdéj komnaty, potem do stropu opustoszałych murów — i te ściany z cegłą zeszkloną przez wieki, wyniosłe, poszczerbione na szczytach, pokryte pękami zieleni, a ciche, wydają się skałami, otaczającemi jakąś dolinę górską. Stada kawek, przelatujące z wrzaskiem z jednego grzbietu muru na drugi, dopełniają złudzenia. Szczątki sklepień, przerzucanych ze ściany na ścianę, lub zwieszonych w powietrze, ogromne złamy kamienia porozpraszane bezładnie, przypominają fantazyę przyrodzenia. Chwilami zdawało mi się, że jestem w górach, w jakimś kanionie amerykańskim. Głucho tu téż także, jak w górach, przestrono i pusto, kawki tylko krzyczą, ale szum miasta nie dochodzi wcale. Jednakże to dzieło rąk ludzkich! to łaźnie Karakalli! W kątach murów leżą jeszcze szczątki posągów, tułowy i głowy, a tam, gdzie trawa i wrzos nie pokrywają gruntu, odsłania się oczom najpyszniejsza mozaikowa posadzka, układana w kwiaty, zwierzęta i ludzi. Obszedłem wszystkie komnaty; po jakichś szczątkach schodów wydostałem się na zrąb wewnętrznéj ściany, zkąd oczyma mogłem ogarnąć lepiéj całość. Ogrom jéj przechodzi stanowczo nasze pojęcia o budowlach ludzkich; dzieło to zupełnie przyrody! naokoło skały i skały! Ale okruchy cegieł poczęły się wysuwać z szelestem z pod nóg moich; trzeba było zejść, tembardziéj, że i słońce jęło zachodzić. Ostatnie jego promienie rzucały złote blaski na owe szczyty sterczące; stada kawek poszły spać, niebo czerwieniło się coraz więcéj; wreszcie głos stróża, rozlegający się echem wywołał mnie ze zwalisk. Doszedłszy do skrętu drogi, raz jeszcze rzuciłem na nie oczyma. W świetle zorzy były takie czerwone jak krew. Wydostałem się wreszcie na drogę, wiodącą do łuku Konstantyna. W dzień była pusta, teraz zaś gromady chłopców i dziewcząt wracały od roboty, zapewne z winnic i pól kukurydzowych, a wracając zawodziły chórem pieśni. Świeże i wdzięczne głosy rozlegały się poetycznie wśród ciszy wieczornéj. Tymczasem ciemniało coraz bardziéj, i nakoniec zrobiła się noc, ale noc włoska, ciepła, gwiaździsta. Księżyc roztoczył już na Forum i Koloseum czarodziejstwo bladych promieni. Śpiewające gromady długo jeszcze szły razem ze mną i stopniały dopiero w labiryncie wązkich uliczek, otaczających Kapitol.





Z WENECYI.


„Może jest rzeczą nieroztropną spisywać pierwsze wrażenia, ale czemuż ich nie spisać, skoro się ich doznaje?” Biorę za punkt wyjścia te słowa Taine’a i bez innych wstępów, posyłam wam list z Wenecyi. Życie włoskie, a etnograficznie biorąc, i Włochy, zaczynają się już od Tryestu. Pociąg, który cały dzień przebiegał wężowatą linią góry illyrskie i dalmackie, pokryte winnicami lub siwoperłowym kamieniem, staje w Tryeście o godzinie dziesiątéj w nocy. Kto chce jechać daléj, musi zaraz dotrzeć do portu. Możnaby daléj jechać i koleją, ale po kilkodniowém trzęsieniu w ciasnych wagonach, miléj jest pokołysać się na falach Adryatyku. Widzi się więc miasto w przelocie, ale jednego rzutu oka dosyć, aby się przekonać, że tu już życie od północnego odmienne. Miasto wielkie, o szerokich, dobrze oświetlonych ulicach, wyłożonych nie brukiem, ale płytami kamienia; domy wysokie błyszczą, jak marmurowe, w blasku lamp; otwarte kawiarnie zalewają ulice światłem; przed kawiarniami oleandry w wazonach i marmurowe stoliki, przy których roją się tłumy ludzi. Nosi to już charakter południowy. Ludność widocznie wysypuje się rojnie na ulicę dopiero wieczorem, gdy upał dzienny przejdzie. Wówczas to wszystko, co żyje, bawi się, przechadza, spotyka i rozmawia. Między tłumem widać strojnych mężczyzn i strojne kobiety o czarnych oczach, przy których gasną lampy. Ulice ze swemi płytami marmuru i kamienia zamiast bruku, z mnóstwem świateł, z oleandrami i z publicznością, wystrojoną świątecznie, robią zupełnie inne wrażenie, niż ulice miast północnych: jest to raczéj portyk, służący jako miejsce spotkań. Dodajmy do tego przepyszny wieczór, miliony gwiazd na niebie, drganie słodkiego języka w ustach kobiecych, a zrozumiemy, dlaczego Tryest daje jakoby przedsmak Włoch.
Ale wszystko to widzi się, jak wspomniałem, w przelocie; trzeba bowiem śpieszyć się do portu. Zegary miejskie biją na różne tony jedenastą. Świeży powiew morski wskazuje, w którą stronę należy się kierować. Po kilkuset krokach pod nogami nie czuje się już kamienia, ale deski. To już dyga portowa. Szeregi świateł, połyskujących w dali we wszytkich kierunkach, nie rozświecają ciemności, na któréj tle rysują się ciemniejsze jeszcze sylwetki kominów i masztów. Czasem snop iskier buchnie z takiéj sylwetki i rozsypie się w deszcz złoty, którego krople gasną cicho; czasem panującą tu ciszę przerwie świst parowca: zresztą, z powodu późnéj godziny, pusto tu, i w porównaniu z szumem miasta głucho. Niéma się nawet kogo spytać, gdzie szukać parowca. Jednakże oświetlone budki wskazują co kilkaset kroków drogę; w jednéj z nich, stojącéj otworem kupuje się bilety do Wenecyi.
Czarne zarysy statku wykreślają się posępnemi liniami tuż za budką. Zawieszona na przednim maszcie błękitna lampka zdaje się tkwić w powietrzu i rozświeca banderę Lloyda. Na pomoście widać ludzi z latarkami. Pół godziny pozostaje jeszcze do wyruszenia, tymczasem zwolna schodzą się podróżni. Jeśli noc jest piękna, najlepiéj podróżować na pokładzie, a także i najtaniéj, albowiem przejazd kosztuje tylko trzy guldeny. Ułożywszy węzełek z rzeczami na wystającym z pokładu pomoście, pokrytym żaglowém płótnem, wyciągnąłem swobodnie skurczone długą jazdą w wagonie członki. Panujący tu mrok słabo tylko rozświecają jeszcze wejścia do kajut i okno, przez które widać potężne polerowne członki maszyny, zginające się zwolna w swoich mosiężnych stawach, jakby dla nabrania rozpędu. Podróżnych schodzi się coraz więcéj; bieganie ludzi z latarkami staje się szybsze, śruba poczyna burzyć wodę, i wreszcie wyjeżdżamy. Chłodny powiew dolatuje teraz z szerokich przestrzeni morskich. Tryest, z szeregami domów i świateł zdaje się oddalać, jakby zasuwać pod wodę, przesłaniać się mgłą, a nakoniec niknąć w oddaleniu i ciemności. Noc jest przepyszna, cicha, ciepła, gwiaździsta; statek nie kołysze się prawie, bo toń morska wygląda jak nieprzejrzane zwierciadło bez jednéj skazy. Razem z myślą, że jestem na klassycznym Adryatyku, przed oczyma przesuwają mi się różne obrazy: to dumnych flot weneckich, to łodzi uskoków, które kołysały się niegdyś na tych falach. Potomkowie, a przynajmniéj pobratymcy tychże uskoków, dalmaccy rybacy, leżą oto w téj chwili przy mnie na pomoście. W ciemności mogę zaledwie odróżnić ich postacie, ale słyszę prowadzoną półgłosem rozmowę, którą prawie zupełnie rozumiem, mnóstwo bowiem w niéj wyrazów do polskich podobnych. Ten blizki naszemu język, słyszany w nocy na falach Adryatyku, dziwne sprawia wrażenie i dziwne myśli napędza do głowy. Cóżto za olbrzymie przestrzenie między Bałtykiem, morzem Czarném i Adryatyckiem, zamieszkane przez ludy jednego szczepu! Mimowoli czuje się w tém jakąś przyszłość, bez określonych jeszcze kształtów, ale tak ogromną, że pod jéj tchnieniem myśl zwija skrzydła. Niegdyś te południowe szczepy patrzyły w gwiazdę Warneńczyka, jak w gwiazdę zbawienia. ............ Pytałem towarzyszów, dalmatów, w jakim celu jadą do „Mlecina.“ Odpowiedź nasunęła mi na myśl wiersz Mickiewiczowski, pod tytułem: „Morlach w Wenecyi.“

Gdym ostatniego cekina postradał
I gdy mnie chytra zdradziła niewiasta,
Życie mi zbrzydło, a Włoch mi powiadał:
Dymitry! pójdźmy do morskiego miasta!

Jechali za zarobkiem. Biédny lud! Owe góry, pokryte siwo-płowym kamieniem, nie rodzą widocznie zbytku chleba. Nie wiedzieli jednak zapewne, że w Wenecyi trudniéj dziś o chleb niż w Tryeście. Na pogawędce z nimi uchodziła noc. Brzask rozświetlił rosłe ich postacie o szerokich ramionach i rzymskich głowach, przybranych w czerwone, podobne do frygijskich, czapki, ale zarazem zwrócił moją uwagę gdzieindziéj. Tyle razy już widziałem: „Kiedy ranne wstają zorze“ na różnych morzach, że podobne zjawiska nie powinnyby na mnie robić wrażenia, ale świt na Adryatyku szczególnie jest uroczysty. Zaczyna się on od wody. Gładka toń marszczy się z lekka jakby w łuskę, która stopniowo zaczyna srebrzyć się i blednąć. Woda staje się zwolna jaśniejszą od nieba; coraz więcéj blasku wsiąka w ciemności, z tą bladą czystością linii określanych srebrnemi refleksami. Wierzchnia warstwa wody rozświetla się coraz mocniéj, a odbicia jéj padają i na twarze ludzkie. Dal morska odsłania się stopniowo, zupełnie jakby kto podnosił z niéj zasłonę. Tu i owdzie na horyzoncie widać już trójkątne żagle łacińskie. Lekki powiew który dochodzi z przestrzeni, zdaje się przynosić ze sobą błękit i blaski. Widnieje! widnieje! Świtanie wygląda jak uśmiech blady i smętny, ale nadzwyczaj łagodny i poprostu niepokalany. Potém, od strony Tryestu, pojawia się różaność, złoto i cała cudna gra kolorów porannych, światło tryska, rozlewa się, obejmuje cały widnokrąg, a z przeciwnéj strony wynurza się z wody, w tych blaskach i majestacie: Wenecya, „la Bella.“
Dziwne miasto! Czwarty tydzień upływa, jak kręcę się między placem Św. Marka, Canale Grande, Giudeca i Riva dei Schiavoni, a zawsze ma dla mnie coś nowego. Ale nie obawiajcie się: nie chcę stawać do współzawodnictwa z Bedekierem i opisywać osobliwości tutejszych: zawartości kościołów, starych pałaców, muzeów i galeryi; są to rzeczy znane i nie można mówić o nich, by zarazem nie przyszedł na myśl typ rudego turysty-anglika, z zadartą głową i czerwoną książką w ręku, a zarazem i drugi typ włoskiego „cicerone,“ który, oprowadzając „his lordship,“ po salach pałacu dożów, recytuje jednym tchem nazwy malarzy weneckich począwszy od Giovaniego Bellini, Tycyana, Veroneza a skończywszy na Canalettim. Jest już w tém coś konwencyonalnego, a zresztą, opis dzieł sztuki albo ma być gruntowném studyum znawcy, albo niech go nie będzie. Wolę więc mówić o ogólném wrażeniu jakie robi Wenecya, i o życiu, jak się ono odrazu przedstawia oku przejeżdżającego. Ilużto w kraju słyszałem mówiących o Wenecyi z rozczarowaniem. Ktoś, komu z dzieciństwa mówiono o pałacach weneckich, i kto przybywszy tu spodziewał się ujrzeć w najgorszym razie tak porządne kamienice, jak w głównych ulicach Warszawy, świeże, wymalowane, wybielone, o trzech-szybowych oknach: doznaje zawodu. Tu w ciche wody Canale grande zsuwają się mury pałaców zczerniałe, popaczone, osiadłe; miejscami wilgoć popstrzyła je w plamy przypominające grzbiet jaszczurki, i potworzyły się pasma czarnéj pleśni. U stóp, gdzie woda obejmuje kamień, osiadły zielone włókna ślizkich mchów, porostów i rzęsy; miejscami tynk poopadał w spojeniach; kamienne koronki nad ostremi łukami maurytańskich okien wybladły od deszczów, lub w załamaniach poczerniały od dymu. Mijamy domy Desdemony, Barberinich, Foscarich, Pesarów, Calerdżich, Tiepolich, Cornarów, a wreszcie potężną arkadę Rialto; wszędzie toż samo. Tradycya rodów potężnych, a wygasłych lub zbiedniałych, wieje od tych pałaców. Okna ich pozamykane na głucho okiennicami; w bramach rzadko ukaże się twarz domownika. Mury to dumne i poważne, ale posępne i jakby zapatrzone w przeszłość. Za to, jakże pełne charakteru, jak różne od tych budowli, które można widzieć w innych miastach! Z wyjątkiem kilku gmachów w stylu odrodzenia, w przeważnéj liczbie, myśl architektoniczna wenecka, biorąca początek w gotyku, pomieszała się z maurytańską. Okna wązkie, wysokie, zakończone ostrym łukiem powycinanym w liść koniczyny, stoją tuż przy sobie, poprzedzielane tylko kolumnami. Ale te kolumny, to nie gotyckie pęki strzał, rozchodzące się bezpośrednio w sklepienia, to raczéj kolumny bizantyjskie o rozkwitłym nadmiarę kapitelu. Spodnią część okien obejmują małe i ciasne balkony. Od wielkich drzwi wschodowych, szerokie schody spuszczają się wprost w wodę; przed schodami zaś sterczą pochyłe pale, służące do przywiązywania gondoli.
Wszystko wygląda jakby spało. Na rogach tylko, przy ujściach bocznych kanałów, widać trochę więcéj życia. Na załamaniach murów tu i owdzie powznoszono tarasy pokryte roślinnością. Dzikie wino, powoje i klassyczny bluszcz zwieszają się w festonach, pokrywając ostre zarysy muru i szczerby; czasem figa wygląda z zakamiennéj ściany, czasem dolatują ztamtąd głosy ludzkie lub dźwięki jakiego instrumentu. Ale wogóle na Canale Grande, w porównaniu z innemi częściami miasta mało jest ruchu. Przesuwające się gondole nie mącą ciszy i na krótko tylko fałdują gładką toń, która po brzegach odbija spokojnie i czysto szeregi uśpionych pałaców, wszystkie kolumny, zagięcia, rzeźbienia, środkiem zaś błękit nieba.
Przez którykolwiek z bocznych kanałów można się dostać z téj Wenecyi uśpionéj, historycznéj, do Wenecyi ludowéj. Jestto cała sieć uliczek, z których jedne są kanałami, drugie powycinane w stałym gruncie, i tu jednakże nie znajdziesz kamienic budowanych wedle wyobrażeń filistrów dziewiętnastego wieku. Bóg wie kiedy powznoszono te budowle, dziś popaczone, obdrapane, które, wszystkie razem wzięte, sprawiają wrażenie rudery. Ale właśnie w tém ich wdzięk i artystyczny charakter. Uliczki po większéj części tak są wązkie, że między szeregami domów niepodobna rąk rozpostrzeć. Mieszkańcy domów stojących na przeciw siebie mogą nietylko rozmawiać, lecz i szeptać sobie do ucha. Co za pole do romantycznych zdarzeń i miłosnych westchnień, do których usposabia to zresztą wszystko. Młoda twarz, ujęta w starożytną spękaną ramę okna, wygląda jak artystyczny obraz; mrok panujący na uliczce rzuca na nią tajemnicze półświatła i cienie, zczerwieniałe mury podnoszą białość płci.
Zapewne téż wiele miłosnych scen rozgrywa się tu między doniczkami kwiatów na trzecich i czwartych piętrach, w pogodne wieczory tutejsze. W dzień roi się w labiryncie tych korytarzy życie ludowe. W otwartych sklepach sprzedają południowe owoce, ryby, kraby, ostrygi, pająki morskie i wogóle wszystko, co zwie się: „frutti di mare.“ Rybacy o bronzowych twarzach, z koszami na głowach, nawołują potężnym głosem do kupna swego towaru; polenta dymi na straganach; okrzyki: „aqua fresca“ lub „langurie! langurie!“ mieszają się z nawoływaniami rybaków. Pół-nagie dzieciaki, czarne, jak cyganięta i zamorusane, gryzą chleb św. Jana, grają po kątach w morę lub żebrzą, a na cokułach mostków śpią w cieniu robotnicy, powyciągawszy malowniczo swoje potężne członki. Wszystko odbywa się na ulicy. Tu gotują w żelaznym piecyku obiad, tam piorą bieliznę; na progach domów siedzą kobiety z obnażonemi piersiami, karmiąc dzieci; na placykach, przy studniach, gawędzą i chychoczą młode dziewczyny: wszystko to rozmawia głośno, giestykuluje i z żywością Włochom wrodzoną i mimowoli pozuje jakby od obrazu.
Przeszedłszy setkami mostów i uliczek całą długość miasta, kierujemy się od środka ku brzegowi i wydostajemy się na sam koniec Riva dei Schiavoni. Z jednéj strony kończy miasto wązki cypel, na którym założono ogród ludowy, z drugiéj widać wejście do Canale Grande. Riva Dei Schiavoni, to próg Wenecyi od zatoki. Szereg zatoczonych łagodnym łukiem domów i obszerny kamienny taras, pospinany w przerwach mostami zajmują cały brzeg. Podróżnik, wjeżdżający statkiem, ogarnia jednym ruchem oka większą część miasta, od ogrodu królewskiego Piazetty i Palazzo Ducale, aż do ogrodu Ludowego. Eks-królowa mórz ukazuje się z téj strony w całym majestacie. Błękitna fala zatoki obmywa jéj stopy i kołysze gondole, stojące przy tarasie. Większa część cudzoziemców umieszcza się w hotelach na Rivie; z okien ich bowiem wzrok ogarnia budowle arsenału, wszystkie okręty stojące w porcie, flagi różnych narodów, łodzie rybackie i dalekie mgliste wieże Lido, zdające się wytryskać wprost z pod wody, a wreszcie gubi się w błękitach morza i nieba. Wieczorem, gdy słońce zachodzi, niema tak smutnych barw w świecie, któremiby nie mieniła się zatoka. Złoto, purpura, opal, rubiny i szafiry grają naprzemian na fali i migocą w tysiącznych odblaskach. Gdy się zciemni, widok się zmienia: księżyc oblewa wówczas białém światłem kościół Santa-Maria della Salute, pałac książęcy, i ściele długie srebrne gościńce na wodzie. Okręty wywieszają na masztach kolorowe lampki, tysiące światełek, poprzywiązywanych do gondoli uwija się po zatoce; wówczas majtkowie i rybacy gromadzą się, po całodziennym trudzie, na tarasie Riwy i śpiewają chóralnie do późnéj nocy.
Tłumy, rozśpiewane i rozkołysane bezświadomie urokiem nocy i miasta, krążą od ogrodu do Piazetty. Piazetta, to znowu przedsionek placu św. Marka. Jeden jéj bok stanowi wsparta na kolumnach i arkadach ściana pałacu Dożów, drugi: nowa prokuratorya; u wejścia zaś wznoszą się dwa ogromne słupy, wycięte każdy z jednéj sztuki granitu: stojący na prawo dźwiga na sobie skrzydlatego lwa weneckiego, na lewo: św. Teodora. Powtarzam, że Piazetta jest przedsionkiem do największego w świecie salonu, jakim jest plac św. Marka. Trzy ściany salonu stanowią prokuratorye, czwarty najozdobniejszy: ta dziwna bizantyjska budowla, złożona z marmurów i mozaik, która zwie się kościołem św. Marka. Wysoka na piętnaście piętr wieża dzwonniczna czyli, tak zwana „campanilla“ wznosi się na rogu bliżéj Piazetty.
Trudnoby znaleźć drugi plac w Europie, któryby wytrzymał porównanie, pod pewnemi względami, z owym Piazza di San Marco. Szlachetna prostota prokuratoryi znajduje tu równoważenie w barwnéj dekoracyjnéj budowie kościoła, a oko, zmęczone prostemi liniami, chętnie spoczywa na powyginanych łukach, złoconych zagłębieniach i wypukłych wieżach świątyni, któréj bogactwo, w inném otoczeniu, zbytby może było rażące. Równie odrębnym i szczególnym jest charakter placu. Niéma tu kurzu miejskiego, pojazdów, dorożek, koni, turkotu, a znaczna część przestrzeni, przytykającéj do arkad, zastawiona jest stolikami, przy których siedzi się zupełnie, jak w salonie. Wieczorem plac jest miejscem rendez-vous dla całego pięknego świata weneckiego. Kto nie chce siedzieć w domu, ten stanowczo nie może być gdzieindziéj. Tu słucha się muzyki, tu pije się ochładzające napoje, tu się przechadza, przypatruje publiczności, towarzyszy kobietom, spotyka, kogo się chce spotkać, robi znajomość, słowem: jest się jak na balu publicznym. Dźwięki muzyki, szelest wachlarzy, ogniste spojrzenia oczu włoskich, mnóstwo światła, wyfrakowana służba, roznosząca napitki, strojne kobiety, które zamiast kapeluszy przypinają koronki do włosów, potęgują jeszcze wrażenie balu; tylko, gdy wzrok podniesie się do góry i na czarném tle nieba ujrzy tysiące migocących gwiazd, wówczas przypomina sobie człowiek, że nie jest w jakiéjś olbrzymiéj sali, ale na ulicy.
Podczas dnia mniéj tu ruchu. Widać tylko stada gołębi, tak oswojonych, że bez najmniejszéj obawy siadają na ramionach i rękach karmiącym je osobom, i cudzoziemców z książkami w ręku, zwiedzających kościół lub pałac Dożów. Ostatnia ta budowla w stylu maurytańskim, to kamienna kronika Wenecyi. Cicerone wprowadza podróżnika we wspaniałe podwórza, ukazuje miejsce, gdzie dawniéj była lwia paszcza do wrzucania denuncyacyi, wiedzie przez schody olbrzymów w krużganki, nakoniec okazuje cały szereg olbrzymich sal, zdobnych portretami i obrazami mistrzów weneckich: przeważnie Weroneza i Tintoreta. Każda z tych sal, to arcydzieło i pamiątka zarazem. Tu zasiadał senat patrycyuszów, tam przyjmowano ambasadorów, tu zbierała się straszna rada dziesięciu, tam, straszniejsza jeszcze: trzech. Z sali obrad trzech, przez tajne drzwiczki, korytarze, przez złowrogi Ponte dei Sospiri schodzi się do więzień.
Przewodnik zapala pochodnię i po wąskich schodkach spuszcza się ku czarnym, jak noc, sklepieniom, od których wieje wilgocią i stęchlizną. Jakiś ciężar ugniata piersi, gdy się widzi te kamienne nory o nizkich wchodowych otworach, bez okien, bez światła i powietrza. Czas i postęp opróżnił je z ofiar, ale nie starł z nich piętna okropności i zgrozy. Blaski pochodni zdają się rozświecać na czarnych ścianach plamy krwi, a przytłumiony głos przewodnika, budzi posępne echa historyczne. Tu siedział Foscarini, tu Marino Falieri, tu go ścięto, tam spowiadano ofiary, tamtym otworem, umyślnie wyżłobionym w kamieniu, spływała krew w wodę kanału. Podróżnikowi zdaje się, że to sen, lub jakaś sensacyjna dekoracya z dramatu Wiktora Hugo, a jednak to rzeczywistość, do któréj przechodzi się wprost ze złoconych komnat pałacu. Czujesz wówczas, że dosyć masz wszystkiego: i sal, i więzień, i całego gmachu, a w duszy mówisz sobie: błogosławiony niech będzie postęp, który raz na zawsze zamknął tę krwawą księgę toporów, katów, krwi i panowania oligarchii kupieckiéj. Historya nie zna straszniejszych władzców od kupców-oligarchów. Okrucieństwa pojedyńczych tyranów greckich lub średniowiecznych książąt były nadużyciem, okrucieństwa kupieckich archontów: systemem. Dzieje wewnętrzne Kartaginy i młodszéj jéj siostry, Wenecyi, są jednakie. Na myśl, mimowoli, nasuwa się porównanie i podobieństwo między temi dwiema rzeczpospolitemi, które w chwilach rozkwitu doszły do takiéj potęgi, a które nie zostawiły po sobie żadnéj idei błogosławionéj.
Patrząc na salę pałacu Dożów, na szeregi kolumn, na złocenia, mozaiki i marmury, na arcydzieła Weronezów i Tintoretów, na portrety Dożów, poubierane w aksamit i strusie pióra, napróżno pytasz się siebie: do czego to służyło? czem było dla ludzkości? jaka wyższa ogólno-ludzka idea wiodła tych kupców.... i nie znajdujesz odpowiedzi. Ze zmroku dziejów wychyla się twarz téj rzeczypospolitéj marmurowa, dumna, potężna, ze lwiemi zmarszczkami na czole, ale jakby gniewna, zła, okrwawiona, bezduszna i bez gwiazdy-idei nad głową. Z jakąż otuchą myśl wówczas leci daleko, nad ciemne bory sosnowe i szare pola; z jakąż ulgą rozpatruje się w tych dziejach tak innych, nierządnych wprawdzie i gwarnych, ale tak prawdziwie ludzkich. Spytajcie kogokolwiek, gdzieby chciał żyć, gdyby się urodził w wiekach średnich? Tam, gdzie nie było lwich paszcz do wrzucania denuncyacyi, ani rady dziesięciu, ani rady trzech, ani mostów westchnień, ani czarnych nor nad kanałami! Było wprawdzie mniéj kolumn, mozaik i strusich piór, ale była idea, która niosła, jak archanioł, skrzydlate zastępy na Niemców w obronie Słowian, na Turków w obronie Niemców....
Dziś wprawdzie moda inaczéj patrzeć na te dzieje. Dziś marmurowym postaciom śpiącym od wieków w słodkim majestacie, zarzucają i z katedry, że nie umiały być Ludwikami XI; ale ja, wędrowiec, gdym w pysznym pałacu Dożów myślał i porównywał, mimowoli podnosiłem z dumą głowę do góry a na pamięć nasuwał mi się wpół zapomniany wiersz Klemensa Janickiego:

„Jać nie boleję, żem sarmackie dziecię...





Z PARYŻA.


Obok tego Paryża, który się bawi, świeci jak wąż stubarwny, szumi, hałasuje i łaknie rozkoszy, jest drugi, który się uczy i myśli. Zamierający w czasie upałów letnich ruch umysłowy ożywia się za nadejściem chłodów i jesiennéj niepogody. Akademie rozpoczynają swoje posiedzenia i prace, wystawy księgarskie zdobią się coraz nowemi książkami, kolegia ściągają rozproszonych słuchaczy. Pracowite mrówki naukowe znoszą ze wszystkich stron źdźbła wiedzy i składają je do wspólnego mrowiska; zawiązują się naukowe spory i rozprawy, i w ten sposób, życiem wewnętrzném, życiem ducha i idei, dopełnia się zewnętrzne goniące tylko za użyciem, za bogactwem, za zabawą i zbytkiem, słowem, wyłącznie za chlebem i igrzyskiem.
W owymto zimowym okresie panowania muz, uwaga publiczna nastraja się także poważniéj i zajmuje się, nietylko dniową polityką, nietylko hossą i bessą giełdową albo anegdotami o publicznych ludziach, ale interesuje się również żywo tém, co się dzieje w łonie towarzystw naukowych, co nowego odkryto, powiedziano, gdzie jaki professor wykłada i jak swój przedmiot traktuje. Jest to może charakterystyczną cechą Francyi i Paryża, że tu uczeni nie stanowili nigdy, nakształt średniowiecznych Różokrzyżowców, bractw zamkniętych. Mszę przy ołtarzu nauki odprawiają wprawdzie tylko kapłani, ale słucha owéj mszy cała publiczność. Z ostatecznych przyczyn i zasad, ogół nie umie sobie zapewne zdać sprawy, tak jak większość ludzi, chodzących po Avenue de l’Opéra, nie rozumie dlaczego lampy elektryczne palą się i rzucają blask tak jasny. Nie przeszkadza to jednak, że wszyscy korzystają z ich światła. Takie popularyzowane nauki, takie dopuszczanie, z pomocą Sorbony, Collège de France i innych zakładów, szerszéj publiczności do udziału w ruchu naukowym, a nawet i sądu o nim, sprawia, że nauka i płynące z niéj nowe idee nie są tu niczém pargaminowém, zżółkłém, zwiędłém, jakąś wyłączną arendą uczonych professorów, ale czemś żywém, wchodzącém natychmiast w krew i cały organizm ogółu.
Temuto może przypisać należy, że lud ten, nieskładający się przecież z jednostek bezwarunkowo najbystrzejszych i najwięcéj umysłowo uzdolnionych, wiedzie jednak poniekąd rej cywilizacyjny i daje początkowanie wszelkim nowym ideom. Nie twierdzę, że powód to wyłączny, ale zapewne jeden z wielu. Nowe idee wytwarzane bywają przez uczonych lub przez społeczne warunki, ale odczuwa je i daje im popęd lud; lud zaś może je tém łatwiej i potężniéj odczuwać, im szerszą drogą go dochodzą.
Obecnie, jednym z faktów, najwięcéj zwracających na siebie uwagę myślącego ogółu, jest otwarcie w Collège de France wykładów literatury francuzkiéj nowożytnéj. Rozpoczął je professor Paweł Albert, wobec ogromnego natłoku rozciekawionéj do wysokiego stopnia publiczności. Z biegiem wykładów professorowi przyjdzie zapewne mówić i o czasach najnowszych i o ludziach, żyjących jeszcze, o dzisiejszych kierunkach, dzisiejszych walkach i drogach, po których kroczy obecnie twórczość francuzka. Ztąd ten żywy interes i gorączkowa ciekawość publiczności, która przychodzi tam po sprawdzian własnych przekonań, po utwierdzenie się w sądach i estetycznych instynktach. Czy istnieje, a jeśli istnieje, to zdrowyż-li kierunek obecny? dokąd idziemy? gdzie i jaka jest synteza dzisiejszych objawów twórczości, tak rozmaitych i rozstrzelonych, że zwykłe oko widzi w nich chaos i rozprzężenie? Co usłyszymy, i co nam powiedzą? czy pozwolą czcić dotychczasowe bóstwa, czy może zapadnie wyrok, jaki kiedyś Klodwig usłyszał: „Sigambrze, pal, coś czcił, a czcij, coś palił?“ Oto pytania, które sobie każdy zadaje, a na które czeka odpowiedzi od nowopowołanego professora.
Katedra literatury w Collège de France była po wszystkie czasy bardzo ważną, była bowiem niejako pośrednikiem między obozem ściśle literackim z jednéj, publicznością z drugiéj strony, a więc rodzajem sternika sądu ogółu. Rolę tę wypadało jéj szczególnie grać koło roku 1820, w czasie walki klassyków z romantykami, podczas któréj cały Paryż rozdzielił się na dwa obozy.
Nigdzie może nieprowadzono walki tak zaciętéj i na tak szeroką skalę, o sprawę, nikogo bezpośrednio nietyczącą. Koleje walki i stanowisko względem niéj katedry kreśli P. Albert w pierwszym swoim wykładzie. Między dwoma temi wojującemi kościołami wahała się massa, raz chętna nowościom, to znów przerażona zuchwalstwem apostołów, a mająca jednak przechyleniem się swojém zapewnić zwycięztwo. Oczy tysiąców zwracały się wówczas na katedrę, i tysiączne głosy zdawały się pytać: „gdzie iść, mistrzu?“ Ówczesny mistrz Andrieux nie dawał wprost odpowiedzi, pomimo iż w gruncie rzeczy duszą i ciałem należał do „peruk.“ Sam poeta, w walce zatém interesowany, z natury słodki, łagodny, ceniący formę spokojną i w karby ujętą, bał się téj nowéj romantycznéj burzy, więc romantykiem być nie chciał i nie mógł. Też same jednak przymioty nie uspasabiały go i do walki. Prowadził wprawdzie wojnę z nową szkołą, ale sobie taką małą wojenkę aluzyi, ostrożnych epigramatów, które zachwycały niektórych, klassycznie wykwintnych słuchaczów, ale niezaspakajały ogółu. Publiczność spodziewała się czegoś innego. Wołano wówczas o sąd, o wyrok potężny jak grom, stanowczy, jak papieska encyklika.
W takich czasach przewrotu, gdy idzie o przeciągnięcie mass, o śmierć lub życie; gdy każdy, kto się do solidarności poczuwa, macha piórem, jak cepem: takie stanowisko ostrożne, takie wojowanie ołowianą szabelką docinków, nie wystarcza. Trzeba wówczas przycisnąć przeciwnika do muru i wsadzić mu kulę w ucho, inaczéj on to zrobi. Andrieux nie był do tego stworzony, skończyło się więc, że publiczność czuła tylko zawód, a przeciwnik, biorąc szturmem pozycyę po pozycyi, odpowiadał uczonemu i jego obozowi krwawemi słowy:

„Vieillard va-t’en donner mesure au fossoyeur...
Vieillard stupide!“...

(Hernani).

Wreszcie przeciwnik zdobył i katedrę, w osobie M. Ampère, który był już zdecydowanym romantykiem. Przypadło to na najgorętsze czasy walki, zawiści i nietolerancyi, posuniętéj do najwyższego stopnia! W Niemczech, Anglii, we Włoszech i w Polsce mury były już rozbite, przeszkody zdruzgotane; nowe arcydzieła, jakby nowe słońca, okazywały się co dzień; nowy świat jakiś przewiewał umysły z jednego końca Europy na drugi, Francya jedna tylko nie chciała jeszcze wiedzieć nic o sąsiadach, nie znała ich prac, wygwizdywała Szekspira; ciągnięta za uszy i włosy, nie chciała jednak wyjść ze swego XVII wieku, wypierając się własnych dawniejszych tradycyi i otaczając, jakby murem chińskim odosobnienia. Ampère uderzył w ten mur. Tradycye średniowieczne, z których rodził się romantyzm, wiązały Francyę z Niemcami, Włochami i Hiszpanią; Ampère jest więc tam wszędzie, bada nowy kierunek na wszystkich zapoznawanych dotąd polach, szuka słowa zagadki wszędzie, choćby mu w Skandynawii i Meksyku szukać przyszło, i wreszcie pierwszy kładzie naukową pieczęć pod nowém wyznaniem poetycznéj wiary, pierwszy mówi z katedry tym wszystkim, którzy aż dotąd nieśmiało tylko wierzyli: możecie wierzyć otwarcie, albowiem rozum i nauka są po waszéj stronie.
Po Loménie, znakomitym krytyku, i po krótkotrwałych wykładach p. Feugère, wyjątkowo poświęconych wiekowi XVII. Paul Albert jest czwartym z kolei professorem, który o romantyzmie mówić będzie. Dziwnym zbiegiem okoliczności, jakkolwiek walka z klassykami, jak wszędzie tak i we Francyi, została raz na zawsze ukończoną i o zawrocie do czasów pseudoklassycznych mowy nawet być niemoże, przecie sprawa racyi samego romantyzmu mniéj została rozstrzygniętą, zatém więcéj do dziś interesującą.
U nas romantyzm, oprócz średniowiecznych tradycyi, wchłonąwszy w siebie utwory wyobraźni ludowéj, wsparł się na bardzo szerokiéj podstawie, a przytém, przez swój zwrot potężny ku całemu ogółowi, zmienił do wysokiego stopnia swój charakter, uprawnił się niejako, związał z życiem, stał się istotną i prawdziwą poezyą ogółu. Niéma wątpliwości, że miał i u nas wiele złych stron. Bezwątpienia, rozluźnił do wysokiego stopnia formę artystyczną i wprowadził pewną swawolę językową, zadawalającą się przewagą mnóstwa słów nad treścią. Również kazał się często zapalać na zimno do rozmaitych gminnych, do nie bywałych istot i bohaterów, do bogów, dawnych bożków litewskich lub pomorskich, w czém niebyło żadnéj szczerości, bo inna sprawa, jeśli poeta takie rzeczy od ludu i w imię ludu maluje, a inna gdy udaje, że sam w nie wierzy, i czytelnikom każe wierzyć. Wprowadzało to pewną modę, pozbawioną wszelkiego rozsądku i prawdy. Z drugiéj strony w najwspanialszym nawet swym zwrocie, w tym właśnie, który go związał z życiem i prawdą uczuć całego ogółu, nowy kierunek gdy jako Gustavus obiit, a, jako Conradus natus est, popadł w mistycyzm, nastroił chorobliwie uczucia i wyobraźnie, uchrystusował i ubóstwił wszystko; zdjął z ogółu wszelką odpowiedzialność, zatém zamknął oczy na potrzebę rachowania się i odradzania z win. To wszystko było także winą ale ze stanowiska społecznego, na którém zatrzymywać się dłużéj nie chcę. Swoją drogą zwrot był dokonany: z Gustawa zrodził się Konrad, a przezeń jedna więcéj, zdrowa, życiowa i prawdziwa zasada została zapewniona.
Nic podobnego w znaczeniu ogólném nie stało się we Francyi. Warunki tu były inne. Romantyzm francuzki nie mógł być i nie był czémś tak z wnętrzności narodu francuzkiego płynącém i nigdy nie stał się bezpośrednio patryotycznym. Z drugiéj strony nie oparł się także na podstawie ludowéj, z téj prostéj przyczyny, że podstawy téj brakło w samym ludzie. Fantazya ludów słowiańskich, to prawdziwie przezroczysta powierzchnia jeziora, w któréj odbija się wszystko: ziemia, pola, lasy, stepy, słońce i gwiazdy. Co więcéj, odbicie to nie jest tylko bierném. Z połączeń owych różnych pierwiastków przyrody, z owego popędu dopatrywania w nich żyjącéj duszy, z pewnéj wrodzonéj tym ludom skłonności do mistycyzmu, powstają tysiące nowych postaci: wil, dziwożon, rusałek, świtezianek, upiorów! Wobec nich porównanie fantazyi do toni jeziora już nie wystarcza. Jest ona raczéj zwierciadłem czarnoksięzkiém, w którém odbija się nietylko krajobraz, ale jego dusza odgadnięta i w tysiącu kształtów upostaciowana, w którém zmartwychwstaje przeszłość, a nawet przyszłość zarysowywa się w mglistych obrazach.
Weźmy klechdy i bajki polskie, dumy ruskie, epiczne pieśni serbskie lub niedawno wynalezione bułgarskie! Czyż nie przesuną one przed naszemi oczyma kraju, historyi, hufców, zbrojnych rycerzy ze skrzydłami, kozaków, pławiących się w trawach po pachy, junaków serbskich, turków, tatarów, jakichś postaci królewskich, nawpół w przeszłości i bajce rozpłyniętych, a przez wyższe siły wspomaganych? Są to poprostu całe światy wskrzeszone, odgadnięte lub wyśnione. A kto i kiedy te pieśni tworzył? Gdzie są ich autorowie? Doprawdy, mimowoli nasuwa się porównanie, że, jako na piaskach drogowych w czasie ciszy i letniego upału zaczyna się czasem niztąd nizowąd kręcić i powstawać ku górze zwichrzony słup pyłu, tak i nad równiną głów ludzkich na Słowiańszczyźnie zrywa się czasem nagle i wystrzela ku niebu pieśń gminna, ta „arka przymierza między dawnemi i nowemi laty.“
Bez wszelkiéj z góry powziętéj chełpliwości powiedzieć można, że mało szczepów odznacza się taką szczególną i twórczą zdolnością poetyczną a przedewszystkiém nie odznacza się nią lud francuzki. Jedni tylko bretonowie coś tworzą, ale to i język, i tradycya, i nastrój duchowy, bardzo odrębny. Prowancya, owa „Ruś francuzka,“ jak ją niektórzy nazywają, ma swoją wspaniałą pierwotną literaturę, któraby mogła posłużyć, jako dowód przeciwny, gdyby nie to, że po uważniejszym rzucie oka, łatwo przekonać się można, że literatura ta nigdy nie była gminną. Wszystkie jéj utwory są dziełami literackiemi, czego sama ich forma i sztuczne układanie rymów, w assonancye dowodzi. Śpiewali pieśni te trubadurowie, chodząc od zamku do zamku, za przedmiot uczuć biorąc piękne kasztelanowe, za przedmiot pieśni, uczucia. Życia gminnego, jego doli, jego prostoty i wierzeń, niéma w nich zupełnie. Pytałem o charakter téj literatury, ludzi wyłącznie się jéj poświęcających, i przekonałem się, że żaden z nich nie przyznawał jéj charakteru ludowego. O reszcie Francyi mniéj jeszcze można powiedzieć. U nas, fantazya i poezya ludowa zasila książkową, tu odwrotnie: książkowa ludową. Na dowód mógłbym przytoczyć pieśni, które sam słyszałem w Normandyi a których znakomita większość literackiego jest pochodzenia. W święta i uroczystości, dziewczyny tworzące korowód, śpiewają tam utwory Ronsarda, nierozumiejąc częstokroć ich znaczenia.
Romantyzmowi francuzkiemu brakło więc téj drugiéj podstawy żywotnéj, jaką zdobył sobie u nas. Pieśni obrzędowe, łączące bezpośrednio poezyę z życiem, wyobrażenia poetyczne gminne, nie podsyciły go tu pierwiastkami prawdy realnéj. U nas nadużywano niewątpliwie całego tego aparatu gminnego, mimo tego jednak nie przestał on być ogniwem, wiążącém lud z poezyą, zatém życiową cechą téj ostatniéj. We Francyi nowy kierunek nie zwrócił się wcale do ludu. Cóż mu więc pozostało? Oto średniowieczna tradycya, jéj zamki, klasztory, rycerze jéj, wybujały indywidualizm, uosobiony w postaciach istotnie romantycznych aż do zdziczenia, a następnie tworzenie wedle tych wzorów nowszych już postaci, równie zdziczałych, równie wyjątkowo przeciwstawiających się społeczeństwu, niby dla niego zawielkich, a w gruncie rzeczy chorych na potworny rozrost własnego ja, wspaniałych, gdy się je bierze z dobrą wiarą, śmiesznych, gdy wionie na nie wiatr sceptycyzmu.
Jeślić teraz zgodzimy się, że poezya szczera i prawdziwa ma przyłożyć ucho do piersi narodowéj, podsłuchać bicia serca ludu, pochwycić jego uczucia, porywy i tęsknotę ku temu, co na tym świecie lichym, płaskim, powszednim jest lepszem; jeślić zadaniem jéj jest dosięgnąć to, co nie jest dośpiewane i z rozproszonych w całym narodzie pajęczych nici marzeń i myśli utkać wielką a śliczną tkaninę poezyi, to trudno zaprzeczyć, że romantyzm francuzki nie spełnił tego zadania. Był on niewątpliwie postępem, bo wywalczył swobodę dla ducha, rozkuł poezyę z kajdan przepisów, i wreszcie, wprowadził do niéj treść nową, o tyle wyższą od dawnéj, że ta średniowieczna tradycya była, bądźcobądź francuzką, nie zaś grecką albo rzymską. Ale, z drugiéj strony, rewolucya wykopała przepaść między temi czasami a dzisiejszym wiekiem. Zmieniły się pojęcia, wyobrażenia, zmienił się duch narodu do tego stopnia, że te postacie mnichów i rycerzy, pobudki ich uczuć, powody postępków stały się poprostu niezrozumiałemi. Rycerz średniowieczny ze swoją naiwną wiarą w świętych i czarowników, ze swoim ślepym zapałem do życia, ze swemi pojęciami o honorze, zemście, miłości i nienawiści i t. p., jest dziś postacią równie obcą jak każdy klassyczny bohater.
Hernani jest anachronizmem. Dziś trzeba się do takich istot sztucznie nastrajać. Próba zatém tłómaczenia dzisiejszych uczuć i popędów poetycznych, za pomocą tradycyi średniowiecznéj, nie udała się zupełnie. Jednocześnie, wybujały egotyzm tak zwanych dusz dzikich, jak również zapoznanych i zbolałych, bohaterów, których romantyzm tysiącami na tle nowszego już życia napłodził, nie mógł ostać się wobec ogólnego sceptycyzmu. Wszystko to, razem wzięte, sprawiło, że romantyzm francuzki nie uczynił zadosyć poetycznym potrzebom wieku i narodu. Był i pozostał tylko kierunkiem, i daléj nie jakąś pieśnią z dwóch niewyczerpanych źródlisk: serca i prawdy, płynącą, ale przedmiotową sztuką, mającą swe przepisy, i ograniczenia. Za wskazówkę, że tak jest, może posłużyć i to, że gdy nasz romantyzm, na szerszych, jak wspomniałem, podstawach oparty i bardziéj przenarodowiony, chwytał przeważnie za formę liryczną, jako najbardziéj popularną, francuzki brał szturmem głównie teatr. Po zaciętéj walce zwyciężył, ale niezapanował i obecnie coraz silniejszą budzi reakcyę.
Jest nią naturalizm czyli zwrot do zwyczajnego codziennego życia, do realnych charakterów i do rzeczywistych stosunków. Zauważono, że życie, takie jak jest, podpatrzone tylko nieco głębiéj, dość ma w sobie zagadnień i swoich: „być albo nie być!“ aby nad niemi było się warto zastanawiać. Sądzono, że sztuka, jeśli zwróci się w tę stronę, nie utraci ani jednego ze swoich efektownych środków działania, a użyszcze nowy, nieodparty: prawdę. Powstała więc nowa szkoła, która w literaturze jest poniekąd tém, czém była flamandzka w malarstwie. Fantazja poszła w niéj, już nietylko pod straż prawdopodobieństwa i prawdy, ale poprostu rzeczywistości. Autorom chodziło i chodzi o to, aby przedewszystkiém malować wiernie, by łapać życie na gorącym niejako uczynku, a zadanie to wydało się tak pierwszorzędném, że wobec niego pomysł, to jest zestawienie faktów i osób, czyli tak zwana bajka wraz ze swoim sensem moralnym, musiała ustąpić pierwszego pola wykonaniu. Niestawiano wprawdzie tego, jako warunku, ale w rzeczywistości w rozwoju dalszym tak wypadło. Zwrot ten uwydatnił się szczególniéj w powieściopisarstwie, w którém téż, począwszy od Balzaka i Stendala, a skończywszy na Zoli i Dodecie, potężnych liczy przedstawicieli. Czy jednak klucz do Sezamu został przez to wynaleziony, a nowy wspaniały widnokrąg dla literatury odkryty? Trudno powiedzieć: tak! również jak trudno byłoby twierdzić, że poza powszedniém życiem niéma już prawdy.
Dla powieści naturalizm był w zasadzie znakomitym, niezbędnym i może jedynym krokiem naprzód. Ale sama treść nadająca się do jednéj formy, nie nadaje się do drugiéj. Co jest odpowiedniém dla powieści, może nie być odpowiedniém dla poezyi. Jakoż niepodobna zaprzeczyć, że istnieje pewien rozbrat między treścią realnego życia, a formą poezyi, pewien dyssonans, dający się objaśnić tém, że sama forma poezyi, wiersz, rytm, rym, jest już czémś wyżéj nastrojoném, niezwykłém i w stosunku do codziennego życia, egzaltowaném. Ludzie w zwykłych życiowych warunkach nie mówią rytmicznie, chcieć więc mieć ich rzeczywistymi, a zarazem mówiącymi wierszem, jest takąż samą sprzecznością formy z treścią, jaką widzimy w operze, gdy naprzykład spiskowcy, zamiast szeptać, śpiewają. Dla poezyi więc nowy zwrot musiał być w najlepszym razie wskazówką, zasiłkiem, nigdy odrodzeniem i wstąpieniem na nową drogę! „Ty, łabędziu, lataj pod niebem!“ mówił kiedyś do Pindara i o Pindarze Horacy. Jest przytém w masach ludzkich pewna summa dążeń i pragnień oderwania się od rzeczywistego życia, zapomnienia o niém. Doprawdy, pesymiści bardzo zbrzydzili ten świat, a rzeczywistość dopomaga codzień ich filozofii. Ta straszna rozterka między pragnieniem niepohamowaném szczęścia a konieczną niedolą, między wysileniami życia a nieuchronną śmiercią, rodzi ogólny nastrój, w którym człowiek, zmęczony aż nadto życiem, radby, niech na chwilę, o niém zapomnieć i choć w poezyi znaleźć jakieś pierwiastki wieczne, a błogie i kojące. Tymto wołaniom dusz umęczonych, tym dążeniom i potrzebom, bardzo przecie naturalnym, bo wrodzonym, naturalizm literacki nie czyni zadość.
Co więcéj, nie wiem, dlaczego tak jest; ale tak jest: raz stanąwszy na gruncie rzeczywistości, stacza się łatwo, jakby po równi pochyłéj, aż tam, gdzie rzeczywistość staje się płaskością, zaczyna wstydzić się każdego uniesienia i każdego porywu. Młodość, jéj egzaltowane słowo, jéj rumieniec zapału, bijący na twarz, jéj skry w oku wydają mu się przesadą. Doprowadzony do krańców, a doprowadzony bywa wszędzie przez jakąś fatalną konieczność, staje się bardziéj powszednim, i sromotniejszym niż życie samo. Zatraca się wówczas stopniowo trafny rzut oka na to, co jest prawdą piękną, a co obrzydliwą i ogólny poziom literatury spada coraz niżéj.
Tak stało się we Francyi. Romantyzm jéj był zbyt jednostronnym, a naturalizm, o który dziś Figaro“ wydrapuje oczy panu Zoli, przebrał miarę estetyczną, zacieśnił dobrowolnie swoje granice i obniżył własne znaczenie. Weźmy powieść dzisiejszą francuzką! Co za brak w niéj rzeczywiście wszelkich wyższych idei, podnioślejszych myśli, szerszych pragnień: słowem wszystkiego z czego się składa poważne i rozwinięte życie. Wojna, miecz, ogień sroży się nad krajem, a w powieści przyjaciel żonę mężowi bałamuci; cesarstwo rozpada się w gruzy, a przyjaciel żonę bałamuci; nastaje rzeczpospolita, walka partyi, korab’ narodowy, bity wichrami, chwieje się, przechyla, skrzypi, a przyjaciel żonę bałamuci. Wieczny temat! wiecznie toż samo nędzne, tuzinkowe życie! wiecznie ciż sami bohaterowie, z których każdy taki sobie pierwszy lepszy frant, dziesięć razy mniéj wart nawet od swego autora, i wiarołomna dama i rogaty mąż. O ile wyborna i pewna siebie faktura, o tyle uderzające ubóstwo myśli. Miłość, to odwieczne prawo, to siła życiowa, to dobroczynny gieniusz naszego globu: zgoda! Przez nią chaos stał się porządkiem, przez nią kwitną kwiaty, zielenią się drzewa, utrzymują gatunki, rozwija ludzkość, promienieją sztuki piękne, rozegrywa się życie: ani słowa. To najsilniejsze i najstarsze z praw natury, może złamać wszystkie inne, wszystkie sztuczne więzy i przeszkody. Można przeciw téj sile mówić, ale oprzeć się jéj niepodobna; ona usprawiedliwia i okupuje wszystko, ale to tylko wielka i dogrobowa i niezłamana miłość. Tak ją uważać i uświęcać sztuka i literatura ma prawo. Ale w literaturze francuzkiéj jéj niéma. Istnieje tylko romans. Bohaterowi powieściowemu do głowy nawet nie przychodzi powiedzieć uwiedzionéj kobiecie: jeśli mnie kochasz, to bądź moją na zawsze, zerwij z mężem, ze światem, ze wszystkiem i pójdź za mną! Jeśli się komu zdarzy szczęście rozkochać kobietę, a nieszczęście, że ta kobieta jest cudzą żoną, taki człowiek uczciwiéj zapewne robi i prawdziwiéj kocha, gdy zajrzawszy mężowi w białka oczu, powiada mu: kocham pańską żonę, zatém nie mogę być pańskim przyjacielem! Miłość idzie wtedy na cenę życia, zatem jest uczuciem prawdziwie drogiém, silném, jak burza, zatém usprawiedliwiającem. Mniejsza jak się dramat skończy, ale dramat dramatem. Że jednak w życiu tak się niedzieje, że wygodniéj jest kochać się w sekrecie, potém się sobie sprzykrzyć i pójść „każde w swoją drogę“ bez hałaśliwych zajść z mężem, że to się częściéj zdarza, a przeciwne postępowanie byłoby egzaltacyą; więc powieść francuzka realna przyjmuje tylko romans, pisuje i wysławia tylko romans.
Jakże niesłychanie mało jest wyjątków od tego ogólnego prawidła, jakże mało kto wychodzi z tego lichego i płaskiego kółka stosunków, towarzyskich i konwencyonalnych, w których rozegrywa się głównie wiarołomstwo! Do nikogo z równą słusznością, jak do większości autorów francuzkich, niemożnaby przystosować słów:

„Jego myślą, jego mową
Nie odetchnie pierś szeroka;
Nie pomyśli jego głowa:
Skier nie weźmie z jego oka.”

Mówią o owém wiarołomstwie i jego marném tle, że jest to umyślne kładzenie palca na ranę społeczną. Nieprawda! Jest to lubowanie się w kwestyi. Cóż u licha! czy niéma już o czém lepszém do mówienia? W społeczeństwie więcéj jest ran ważniejszych, o których się nie wspomina, a o téj mówi każda powieść, bo ten jałowy grunt dostarcza pola do opisów, do uderzających realizmem opowiadań, do łapania trafnego charakterów i temperamentów. Odrodzone dziś do pewnego stopnia stronnictwo republikańskie, lepsze jest pod tym względem od swéj literatury, bo w niém są przecież, prócz uwiedzionych lub uwieść się mających mężatek, jeszcze i inne kobiety, a przedewszystkiém jeszcze i inne idee. Jest oto zaraz głuche jakieś przekonanie, że poezya i powieść muszą się zmienić: pierwsza stać się pieśnią narodu, druga wyleźć raz przecie z pod małżeńskiego łóżka; jest jakieś instynktowe poczucie potrzeby, aby cała literatura piękna, zatém cała literatura twórcza weszła na inne drogi, wzięła rozbrat ze zdziczałém egotyzmem, z romansem, a wsiąknęła w siebie nowe myśli i nowe idee, wielkie, a godne odradzającego się narodu. Tyle przecie nowych pojęć politycznych, społecznych i filozoficznych krąży w powietrzu. Pojmuje je razem i ztąd rodzi się nauka, ale odczuwa serce, i z tych uczuć może wykwitnąć odrodzona literatura. Jak się to stanie i kiedy? trudno powiedzieć. Czują jednak, ludzie, że to, co jest, nie wystarcza. Jedni sądzą, że tę reformę zbawienną przeprowadzi właśnie powrócony na szlachetne drogi naturalizm, i w Zoli, który więcéj od innych zwrócił się do społecznych zagadnień, widzą, jeśli nie odkupiciela, to przynajmniéj poprzednika, prostującego drogi Pańskie. Inni nic nie wiedzą; wszyscy czekają czegoś, a tymczasem biegną, gdzie można słowo nowe usłyszeć, oblegają katedrę filozoficzną p. Caro i literacką Alberta; zajmują się sprawami literackiemi, spierają się sami, wołają o światło.
Wśród tego zamętu nieskrystalizowanych pojęć, wśród tych zapytań: gdzie iść? i tego gwaru gonitwy za nieoznaczonym jeszcze ideałem, białowłosy ojciec romantyzmu, osiwiały bard z Guernesey, kładzie od czasu do czasu krzepnące palce na harfę. Słuchają go! Palce stare, i harfa może zastara, ale on jeden przynajmniéj nie bał się nigdy wielkich idei.


KOMEDYA Z POMYŁEK.


KOMEDYA Z POMYŁEK.
Szkic z życia amerykańskiego.

WSTĘP.

Wypadek, który posłużył mi za przedmiot do niniejszego szkicu, miał podobno istotnie miejsce w jedném z amerykańskich miasteczek. Czy zdarzył się on na wschodzie czy na zachodzie, nie mogłem się dopytać, i naprawdę, nic nikomu na tém nie zależy. Być może także, że jaki nowelista amerykański lub niemiecki skorzystał już z niego poprzednio, co, według mego zdania, powinno być równie obojętne dla czytelników, jak i kwestya miejscowości.
Korzystając ze swobody autorskiéj, opowiadam rzecz, jakoby się działa w Kalifornii; przytém będę się starał podać kilka charakterystycznych rysów z tutejszego małomiejskiego życia.


Zdarzyło się przed pięciu lub sześciu laty, że w hrabstwie Marypoza odkryto w pewnéj miejscowości źródła nafty. Ogromne zyski, jakie kopalnie podobne przynoszą w Newadzie i w innych Stanach, skłoniły zaraz kilku przedsiębierców do zawiązania towarzystwa z celem wyzyskiwania nowo-odkrytych źródeł. Sprowadzono rozmaite maszyny, pompy, dźwignie, drabiny, beczki i beczułki, świdry i kotły; pobudowano domy dla robotników, ochrzczono miejscowość Struck Oil, i, po niejakim czasie, w okolicy pustéj i bezludnéj, którą przed rokiem zamieszkiwały tylko kujoty, stanęła osada złożona z kilkudziesięciu domów, i zamieszkana przez kilkuset robotników.

W dwa lata późniéj, Struck Oil, nazywało się już: Struck Oil city. Jakoż było to już: „city” w całém znaczeniu tego wyrazu. Proszę zauważyć, że mieszkał tu już szewc, krawiec, cieśla, kowal, rzeźnik i doktor francuz, który, w swoim czasie, we Francyi brody golił, ale zresztą człowiek „uczony” i nieszkodliwy, co już w amerykańskim doktorze znaczy bardzo wiele.
Doktor, jak się najczęściéj zdarza po małych miasteczkach, trzymał zarazem aptekę i pocztę; miał więc potrójną praktykę. Aptekarzem był równie nieszkodliwym, jak doktorem, albowiem w aptece jego można było dostać tylko dwóch lekarstw: syropu cukrowego i leroa. Cichy ten i łagodny staruszek mawiał zwykle swoim pacyentom:
— Nie obawiajcie się nigdy moich lekarstw. Mam zwyczaj, że gdy choremu daję lekarstwo, sam zawsze zażywam taką samą dozę, bo rozumuję sobie, że jeśli ono mnie zdrowemu nie zaszkodzi, to nie zaszkodzi i choremu. Czy nieprawda?
— Prawda! — odpowiadali zaspokojeni obywatele, którym nie przychodziło jakoś na myśl, że obowiązkiem doktora jest, nietylko nie zaszkodzić choremu, ale pomódz.
Pan Dasonville — tak się nazywał doktor — wierzył jednak szczególniéj w cudowne skutki leroa. Nieraz, na mityngach, zdejmował kapelusz z głowy, i zwracając się do publiczności, mówił: — Panowie i panie! przekonajcie się co to jest leroa! Mam lat siedemdziesiąt; czterdzieści lat, jak zażywam codzień leroa i patrzcie: nie mam ani jednego siwego włosa na głowie.
Panie i panowie mogliby znowu zauważyć, że doktor nie miał wprawdzie ani jednego włosa siwego, ale nie miał téż żadnego, bo głowa jego była łysa, jak klosz lampy. Ale, że uwagi podobne w niczém nie przyczyniłyby się do wzrostu Struck Oil city, nie robiono więc ich wcale.
Tymczasem, Struck Oil city rosło i rosło. Po upływie dwóch lat, przeprowadzono do niego odnogę kolei żelaznéj. Miasto już miało swoich urzędników wybieralnych. Doktor, którego lubiono powszechnie, został, jako przedstawiciel inteligencyi, sędzią; szewc, żyd polski, mister Devis (Dawid) szeryfem, to jest naczelnikiem policyi, która składała się z szeryfa i z nikogo więcéj; pobudowano szkołę, któréj kierunek objęła umyślnie sprowadzona „School Ma’am” przedwieczna dziewica, mająca wieczną fluksyę; nakoniec stanął pierwszy hotel pod nazwą: United States Hotel.
„Business” ożywił się także niezmiernie. Wywóz nafty przynosił piękne zyski. Zauważono, że mister Devis kazał pobudować przed swoim składem wystawkę szklanną, podobną do tych, jakie zdobią sklepy szewskie w San-Francisco. Na następnym mityngu, obywatele złożyli publiczne podziękowanie panu Devis za tę „nową ozdobę miasta,” na które mister Devis odpowiedział ze skromnością wielkiego obywatela: „Thank you! thank you! Oj wej!
Gdzie jest sędzia i szeryf, tam bywają sprawy. Wymaga to pisaniny i papieru, zatem, na rogu Cojotes street i 1-széj, powstało „stationery,” to jest skład papieru, w którym sprzedawano także dzienniki polityczne i karykatury, przedstawiające Granta, w postaci chłopca dojącego krowę, która z kolei miała przedstawiać Stany Zjednoczone. Obowiązki szeryfa nie nakazywały mu wcale zabraniać sprzedaży podobnych rycin, bo to do policyi nie należy.
Ale nie koniec jeszcze na tém. Miasto amerykańskie nie może żyć bez dziennika; po upływie więc roku drugiego, powstało pismo, pod tytułem: Saturday Weekly Review” (Przegląd Sobotni-Tygodniowy), liczące tylu prenumeratorów, ile było mieszkańców w Struck Oil city. Redaktor tego dziennika był zarazem jego wydawcą, drukarzem, administratorem i roznosicielem. Ten ostatni obowiązek przychodził mu tém łatwiéj, że, prócz tego, trzymał krowy i każdego rana musiał roznosić mléko po domach. Nie przeszkadzało mu to zresztą wcale rozpoczynać wstępnych artykułów politycznych od słów: „Gdyby nasz podły prezydent Stanów Zjednoczonych poszedł za radą, któréj udzieliliśmy mu w zeszłym numerze i t. d.“
Nie brakło więc, jak widzimy, niczego w błogosławioném Struck Oil city. Prócz tego, ponieważ górnicy, trudniący się wydobywaniem nafty, nie odznaczają się ani gwałtownością, ani grubemi obyczajami, cechującemi poszukiwaczy złota, było więc w mieście spokojnie. Nikt z nikim się nie pobił, o „lynchu“ ani było słychać; życie płynęło spokojnie, jeden dzień był podobny do drugiego, jak dwie krople wody. Rankiem każdy zajmował się „businessem,“ wieczorem obywatele palili śmiecie na ulicach, i, jeśli nie było mityngu, szli spać, wiedząc, że jutro także będą palić śmiecie wieczorem.
Jedynym kłopotem szeryfa było to, że nie mógł oduczyć obywateli od strzelania z karabinów do dzikich gęsi przelatujących wieczorami nad miastem. Prawa miejskie zabraniają strzelać na ulicach: „Żeby to była jaka parszywa mieścina, mawiał szeryf, no! to nie mówię; ale w takiém wielkiém mieście: pif! paf! pif! paf! to jest bardzo nie pięknie.“
Obywatele słuchali, kiwali głowami, odpowiadali: „o yes!“ ale gdy wieczorem na zarumienioném niebie pojawiły się białe i szare sznury, ciągnące z gór nad Ocean, każdy zapominał o przyrzeczeniu, porywał karabin, i strzelanina rozpoczynała się na dobre.
Pan Devis mógł wprawdzie zaprowadzić każdego winnego do sędziego, a sędzia mógł go ukarać pieniężnie; ale nie trzeba zapominać, że winni byli zarazem w razie choroby pacyentami doktora, a w razie podarcia trzewików, gośćmi szeryfa; że zaś ręka rękę myje, więc ręka ręce nie robi krzywdy.
Było więc spokojnie w Struck Oil city, jak w niebie; nagle jednak skończyły się te piękne dni.
Grocernik zapłonął śmiertelną nienawiścią do grocerniczki, a grocerniczka do grocernika.
Tu potrzeba może objaśnić, co w Ameryce nazywa się: „grocery.“ Grocery tedy, czyli grocernia, jest to sklep sprzedający wszystko. Można tam dostać mąki, kapeluszów, cygar, mioteł, guzików, ryżu, sardynek, koszul, słoniny, nasion, bluz, spodni, szkieł do lamp, siekier, sucharków, talerzy, papierowych kołnierzyków, suszonych ryb: słowem wszystkiego, czego człowiek może zapotrzebować. Z początku, była tylko jedna grocernia w Struck Oil city. Trzymał ją niemiec, imieniem Hans Kasche. Byłto sobie flegmatyczny niemiec rodem z Prus: miał lat trzydzieści pięć i wyłupiaste oczy; nie był otyły, ale dość zażywny; chodził zawsze bez surduta, i fajki nigdy nie wypuszczał z zębów. Po angielsku umiał tyle, ile potrzeba było do „businessu:zresztą ani w ząb. Handel jednak prowadził dobrze, tak że po roku mówiono już w Struck Oil city, że „był wart“ kilka tysięcy dolarów.
Nagle jednak pojawiła się druga grocernia.
I, dziwna rzecz! Pierwszą trzymał niemiec, drugą założyła niemka. Kunegunde und Eduard, Eduard und Kunegunde! Zaraz tedy rozpoczęła się między obiema stronami wojna, rozpoczęła się od tego, że panna Neuman, czyli, jak się sama nazywała „Niumen,“ dała na powitalny „lunch” placki, pieczone z mąki pomieszanéj z sodą i ałunem. Byłaby tém zaszkodziła najwięcéj saméj sobie w opinii obywateli, gdyby nie to, iż, i sama utrzymywała i stawiała świadków, że ponieważ jéj mąka nie była jeszcze rozpakowana, więc tę kupiła od Hansa Kasche. Wyszło więc na to, że Hansy Kasche jest zazdrośnik i nikczemnik, który zaraz z początku chciał zgubić swoję rywalkę w opinii publicznéj. Zresztą było do przewidzenia, że dwie grocernie będą rywalizować ze sobą, ale nikt nie przewidywał, że rywalizacya przejdzie w straszną nienawiść osobistą. Nienawiść ta posunęła się wkrótce do tego stopnia, że Hans palił śmiecie tylko wtedy, gdy wiatr wwiewał dym do sklepu jego przeciwniczki; przeciwniczka zaś nie nazywała inaczéj Hansa, jak „Doczmen“ (Niemiec), co tenże poczytywał sobie za największą obelgę. Z początku mieszkańcy śmieli się z obojga, tém bardziéj, że żadne nie umiało po angielsku; powoli jednak, skutkiem codziennych stosunków z grocerniami, wytworzyły się w mieście dwie partye: Hansistów i Neumanistów, które poczęły patrzeć na siebie krzywém okiem, co mogło zaszkodzić szczęściu i spokojności rzeczypospolitéj Struck Oil city i sprowadzić groźne na przyszłość zawikłania. Głęboki polityk, mr. Devis, pragnął leczyć złe u źródła, więc starał się pogodzić niemkę z niemcem. Bywało nieraz, stanie na środku ulicy, i mówi do nich ich rodowitym językiem:
— No! co się będziecie kłócić? Czyto nie u jednego szewca kupujecie trzewiki? Mam teraz takie, że w całém San-Francisco niema lepszych.
— Próżno chwalić trzewiki przed tym, który niedługo będzie bez butów chodził — przerywała kwaśno panna Neuman.
— Ja nie robię sobie kredytu nogami — odpowiadał flegmatycznie Hans.
A trzeba było wiedzieć, że panna Neuman, chociaż niemka, miała istotnie piękne nogi; więc takie przycinki napełniały jéj serce śmiertelnym gniewem.
W mieście, dwie partye poczęły już i na mityngach poruszać sprawę Hansa i panny Neuman; ponieważ jednak w Ameryce nikt w sprawie z kobietą nie znajdzie sprawiedliwości, większość więc przechyliła się na stronę panny Neuman.
Wkrótce Hans obejrzał się, że jego grocernia zaledwie mu się opłaca.
Ale i panna Neuman nie robiła zbyt świetnych interesów, bo znowu wszystkie kobiety z miasta trzymały stronę Hansa; zauważyły bowiem, że ich mężowie zbyt często robią sprawunki u pięknéj niemki, i za każdym sprawunkiem siedzą zadługo.
Gdy nikogo nie było w żadnym ze sklepów, Hans i panna Neuman stawali we drzwiach, jedno naprzeciw drugiego, rzucając sobie wzajem spojrzenia pełne zajadłości. Panna Neuman śpiewała wówczas sobie pod nosem na nutę: mein lieber Augustin:
Doczmen, Doczmen, Do—Doczmen, Do—Doczmen—men!
Pan Hans patrzył na jéj nogi, potém na figurę, potém na twarz, z takim wyrazem, z jakimby patrzył naprzykład na zabitego przed miesiącem kujotę; potém, wybuchnąwszy piekielnym śmiechem, wykrzykiwał:
By God!
Nienawiść w tym flegmatycznym człowieku doszła do tego stopnia, że, gdy rano ukazał się przed drzwiami, a panny Neuman nie było, kręcił się, jakby mu czego brakło.
Dawno już miałyby miejsce między nimi pewne zajścia czynne, gdyby nie to, iż Hans był pewny przegranéj w każdéj urzędowéj sprawie, a to tém bardziéj, że panna Neuman miała za sobą redaktora „Saturday Weekly Review.“ Hans przekonał się o tém, gdy rozpuścił wieść, że panna Neuman nosi biust sztuczny. Było to nawet prawdopodobne, bo w Ameryce zwyczaj to powszechny. Na następny tydzień jednak w „Saturday Weekly Review“ pojawił się piorunujący artykuł, w którym redaktor, mówiąc ogólnie o potwarzach „Doczmenów,“ kończył zapewnieniem uroczystém, jako „dobrze poinformowany,“ że biust pewnéj spotwarzonéj lady, jest prawdziwy.
Odtąd pan Hans pijał co rano czarną kawę zamiast białéj, nie chciał bowiem brać już mléka od redaktora, ale zato panna Neuman brała stale dwie porcye. Prócz tego, kazała sobie uszyć krawcowi suknię, któréj forma stanika przekonała ostatecznie wszystkich, że Hans był potwarcą.
Hans, wobec chytrości niewieściéj, uczuł się bezbronnym; a tymczasem niemka, stając przed sklepem każdego ranka, śpiewywała coraz głośniéj:
Doczmen, Doczmen, Do—Doczmen, Do—Doczmen—men.
— Co ja jéj mogę zrobić? myślał Hans. Mam zatrutą pszenicę na szczury, choćbym téż jéj kury wytruł? Nie! Każą mi zapłacić! Ale wiem co zrobię!
I wieczorem, panna Neuman, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, spostrzegła pana Hansa, znoszącego pęki dzikich słoneczników i układającego je, jakoby w ścieżkę pod zakratowaném okienkiem piwnicy. „Ciekawam co to będzie?“ myślała sobie. „Pewno coś przeciw mnie!“ A tymczasem ściemniło się. Pan Hans ułożył słoneczniki w dwie linie, tak, że środkiem tylko zostawała wolna droga do okienka piwnicy; potém wyniósł jakiś przedmiot okryty płótnem, obrócił się plecami do panny Neuman, płótno z tajemniczego przedmiotu zdjął, pokrył go liśćmi ze słoneczników, następnie zbliżył się do muru, i począł kreślić na nim jakieś litery.
Panna Neuman umierała z ciekawości.
— Pewno na mnie coś pisze, myślała; ale niech tylko wszyscy spać pójdą, pójdę zobaczyć, choćbym miała skonać.
Hans skończywszy robotę, poszedł na górę, i wkrótce zgasił światło. Wówczas panna Neuman zarzuciła naprędce na siebie szlafroczek, wdziała pantofle na gołe nogi i dalejże przez ulicę. Doszedłszy do słoneczników, szła prosto ścieżką do okienka, chcąc przeczytać napis na ścianie. Nagle oczy jéj wyszły na wierzch, rzuciła się wierzchnią połową ciała wstecz, a z ust wyrwało jéj się najprzód bolesne: „Aj! aj!” potém zaś rozpaczliwy okrzyk: „Ratunku! ratunku!!!“
Okno na górze podniosło się do góry.
Was ist das? — rozległ się spokojnie głos Hansa. Wer ist da?
— Doczmenie przeklęty! — wrzeszczała panna — zamordowałeś mnie, zgubiłeś! Jutro będziesz wisiał. Ratunku! ratunku!
— Zaraz schodzę — rzekł Hans.
Jakoż po chwili ukazał się ze świecą w ręku. Spojrzał na pannę Neuman, która stała jak przygwożdżona do ziemi, poczém wziął się pod boki i począł się śmiać:
— Coto? To panna Neuman? Ha! ha! ha! Dobry wieczór pannie! Ha! ha! ha! Zastawiłem żelaza na skunksy, a złapałem pannę! Po coś panna przyszła zaglądać do mojéj piwnicy? Umyślnie napisałem na ścianie ostrzeżenie, żeby się nie zbliżać. Krzycz teraz panna; niech się ludzie zlecą: niech wszyscy widzą, że nocami przychodzisz zaglądać do piwnicy Doczmena. O mein Gott! krzycz, ale postój sobie aż do rana. Dobranoc pannie, dobranoc!
Położenie panny Neuman było okropne. Krzyczeć? ludzie się zlecą: kompromitacya! nie krzyczeć? stać całą noc złapana w żelaza, a na drugi dzień dać z siebie widowisko?... A tu noga boli coraz bardziéj... W głowie jéj się zakręciło, gwiazdy pomieszały się ze sobą, księżyc ze złowrogą twarzą pana Hansa: zemdlała.
Herr je! — wykrzyknął do siebie Hans — jeśli umrze, to jutro „zlynczują mnie bez sądu.“
I włosy powstały mu na głowie ze strachu.
Nie było rady. Hans poszukał czemprędzéj klucza, aby otworzyć żelazo, ale niełatwo było otworzyć, bo przeszkadzał mu szlafrok panny Neuman. Trzeba było go trochę zawinąć i... mimo całéj nienawiści i strachu, Hans nie mógł się wstrzymać od rzucania oczyma na piękne, jak gdyby marmurowe, nóżki swéj nieprzyjaciółki, oświecone blaskiem czerwonego miesiąca.
Mógłby ktoś powiedzieć, że w nienawiści jego była teraz litość. Otworzył prędko żelazo, a że panna nie poruszała się jeszcze, więc wziął ją na ręce i zaniósł prędko do jéj mieszkania. Po drodze znów czuł litość. Potém wrócił do siebie, i całą noc nie mógł oka zmrużyć.
Nazajutrz panna Neuman nie pojawiła się przed swoją grocernią dla śpiewania: Doczmen, Doczmen, Do—Doczmen. Może się wstydziła, a może knuła w milczeniu zemstę.
Pokazało się, że knuła zemstę. Wieczorem tegoż jeszcze dnia, redaktor S. W. Review wyzwał Hansa na kułaki i, zaraz na początku walki podbił mu oko. Hans jednak przywiedziony do rozpaczy, zadał mu tyle straszliwych ciosów, że, po krótkim daremnym oporze, redaktor padł jak długi, wołając: „enough! enough!“ (dosyć! dosyć)!
Nie wiadomo jakim sposobem, bo nie przez Hansa, całe miasto dowiedziało się o wypadku nocnym panny Neuman. Po walce z redaktorem, w sercu Hansa znowu zniknęła litość dla nieprzyjaciółki, a pozostała tylko nienawiść.
Hans przeczuwał, że go spotka jaki niespodziany cios z nienawistnéj ręki, jakoż niedługo nań czekał. Właściciele grocerni przylepiają często przed sklepami ogłoszenia o rozmaitych towarach, zatytułowane zwykle: „Notice.“ Z drugiéj strony trzeba wiedzieć, że grocernie sprzedają zwykle szynkom lód, bez którego żaden amerykanin nie pije ani whisky, ani piwa. Otóż nagle Hans zauważył, że przestano brać u niego lód zupełnie. Ogromne kawały, jakie sprowadził koleją, złożone w piwnicy, stopniały: szkody było na kilkanaście dolarów. Dlaczego? jak? co? Hans widział, że nawet jego stronnicy brali codziennie lód u panny Neuman; nie rozumiał więc co się to znaczy, tém mniéj, że się z żadnym szynkarzem nie pogniewał.
Postanowił tę rzecz wyjaśnić.
— Dlaczego nie bierzecie odemnie lodu? — spytał łamaną angielszczyzną szynkarza Petersa, który właśnie przechodził koło jego sklepu.
— Bo go nie trzymacie.
— Jakto nie trzymam?
— No, bo ja wiem.
Aber ja trzymam lód.
— A to co? — rzekł szynkarz, ukazując palcem na ogłoszenie przylepione na domu.
Hans spojrzał i zzieleniał ze złości. W jego ogłoszeniu, ktoś w wyrazie „Notice“ wydrapał: t ze środka, skutkiem czego z „Notice,“ zrobiło się „No ice,“ co po angielsku znaczy: niéma lodu.
Donnerwetter! — wykrzyknął Hans — i cały siny i drżący wpadł do sklepu panny Neuman.
— To jest nikczemność! — krzyczał zapieniony. Czemuś mi panna wydrapała literę ze środka?
— Com panu wydrapała ze środka? — spytała zgłupia-frant panna Neuman.
— Literę mówię: t mówię! Wydrapałaś mi panna t! Aber goddam! to nie może być dłużéj. Panna mi musisz zapłacić za lód! Goddam! goddam!
I straciwszy zwykłą zimną krew, począł wrzeszczéć jak opętany; na to panna Neuman w krzyk: ludzi się nazlatywało:
— Ratujcie! — wołała panna Neuman — Doczmen zwaryował! mówi, żem mu coś wydrapała ze środka, a ja mu nic nie wydrapałam. Com mu miała wydrapać? nic nie wydrapałam! O! na Boga wydrapałabym mu oczy, żebym mogła, ale nic więcéj. Ja biédna kobieta, sama! on mnie tu zabije, zamorduje!
Tak krzycząc, zalała się rzewnemi łzami. Amerykanie niezrozumieli wprawdzie o co chodzi, ale amerykanie nie znoszą łez kobiecych, więc niemca za łeb i za drzwi. Chciał się opierać: gdzietam! wyleciał jak z procy, przeleciał przez ulicę, wleciał we własne drzwi i upadł jak długi.
W tydzień potém, nad sklepem jego wisiał ogromny malowniczy szyld. Szyld przedstawiał małpę, ubraną w pasiastą sukienkę, biały fartuszek z naramiennikami: słowem zupełnie jak panna Neuman. Pod spodem stał napis wielkiemi żółtemi literami:
„Grocernja pod małpą.“
Ludzi naschodziło się oglądać. Śmiechy wywabiły pannę Neuman przededrzwi. Wyszła, spojrzała, zbladła, ale niestraciwszy przytomności, zawołała zaraz:
— Grocernia pod małpą? Nic dziwnego, bo pan Kasche mieszka nad grocernią. Ha!
Cios jednak trafił ją w serce. W południe słyszała, jak tłumy dzieci, przechodząc koło sklepów ze szkoły, zatrzymały się przed szyldem, wołając:
O! that’s miss Neuman! Good evening miss Neuman!
Tego było zanadto. Wieczorem, gdy przyszedł do niéj redaktor, rzekła mu:
— Ta małpa, to ja! wiem, że ja, ale nie daruję swego. Musi on zdjąć i zlizać tę małpę własnym językiem przy mnie.
— Co panna chcesz robić?
— Idę zaraz do sędziego.
— Jakto zaraz?
— Jutro.
Rankiem wyszła, i zbliżywszy się do Hansa, rzekła:
— Słuchaj, panie Doczmenie! wiem, że ta małpa, to ja, ale pójdźno ze mną do sędziego. Zobaczymy co on na to powie.
— Powie, że wolno mi wymalować nad moim sklepem co mi się podoba.
— Zobaczymy to zaraz.
Panna Neuman ledwo mogła oddychać.
— A zkąd panna wie, że ta małpa to panna?
— Sumienie mi to mówi. Pójdź, pójdź do sędziego, a nie, to cię szeryf w kajdanach zaprowadzi.
— Dobrze! pójdę — rzekł Hans, pewny wygranéj.
Poprzymykali sklepy i poszli, wymyślając sobie po drodze. Dopiero przy samych drzwiach sędziego Dasonvilla, przypomnieli sobie, że oboje nie umieją dość po angielsku, aby sprawę wytłómaczyć. Co tu robić?! Ot szeryf, jako żyd polski, umie i po niemiecku i po angielsku. Dalejże do szeryfa.
Ale szeryf siedział właśnie na wozie i zabierał się do wyjazdu.
— Idźcie do devil! — krzyknął prędko. — Całe miasto przez was niespokojne! Chodzicie w jednych trzewikach po całych latach! Ja jadę po „lumber,“ Good bye!
I pojechał.
Hans wziął się pod boki.
— Musisz panna czekać do jutra — rzekł flegmatycznie.
— Ja mam czekać? Pierwéj umrę. Chyba że zdejmiesz pan małpę!
— Nie zdejmę małpy.
— To będziesz pan wisiał! Będziesz wisiał Doczmenie! Obejdzie się i bez szeryfa. Sędzia i tak wie, o co nam chodzi.
— A to pójdźmy i bez szeryfa — rzekł niemiec.
Panna Neuman myliła się jednak. Jeden tylko sędzia w całém mieście nie wiedział ani słowa o ich kłótniach. Bogu ducha winien staruszek przyrządzał swoje leroa, i zdawało mu się, że świat zbawia.
Przyjął ich, jak zwykle przyjmował każdego, z dobrocią i grzecznie:
— Pokażcie języki, moje dzieci!.. — rzekł. Zapiszę wam tu zaraz....
Oboje poczęli machać rękoma na znak, że nie chcą lekarstw. Panna Neuman powtarzała:
— Nie tego potrzeba, nie tego!
— Więc czego?
Gadali jedno przez drugie. Co Hans słowo, to panna dziesięć. Nareszcie niemka wpadła na koncept pokazać na serce, na znak, że je pan Hans przebił siedmioma mieczami.
— Rozumiem! rozumiem teraz! — rzekł doktor.
Poczém otworzył książkę i jął pisać. Spytał Hansa ile ma lat? — Trzydzieści sześć. Spytał panny — nie pamiętała dokładnie: tak, coś koło dwudziestu pięciu. All right! Jakie są ich imiona? — Hans — Lora. All right! Czém się trudnią? — mają grocernie. All right. — Potém jeszcze jakieś pytania. Nie zrozumieli oboje, ale odpowiadali: yes! Doktor kiwnął głową. Wszystko skończone.
Skończywszy pisać, wstał, i nagle, ku wielkiemu zdziwieniu Lory, objął ją w pół i pocałował.
Wzięła to sobie za dobrą wróżbę, i pełna różowych nadziei poszła do domu.
Po drodze powiada do Hansa:
— Ja panu pokażę.
— Pokażesz panna komu innemu! — odparł spokojnie niemiec.
Nazajutrz rano przyszedł szeryf przed sklepy. Oboje stali przededrzwiami. Hans pykał fajkę, panna śpiewała:
Doczmen, Doczmen, Do—Doczmen, Do—Doczmen—men.
— Chcecie iść do sędziego? — spytał szeryf.
— Jużeśmy byli.
— No i co?
— Mój szeryfku! mój panie Devisku! — zawołała panna — pójdźcie się dowiedzieć. Potrzebuję właśnie trzewików. A przemówicie tam za mną słówko do sędziego. Widzicie, ja biédna dziewczyna.... sama....
Szeryf poszedł i w kwadrans wrócił. Ale niewiadomo dlaczego wrócił otoczony tłumem ludzi.
— No co? no jak? — poczęli wypytywać oboje.
— Wsistko dobrze, oh! — rzekł szeryf.
— No, co sędzia zrobił?......
— Ny? co miał złego zrobić? On was pożenił.
— Pożenił?!!!!!
— Albo to się ludzie nie żenią?
Żeby piorun nagle trzasł, Hans i panna Neuman nie przeraziliby się do tego stopnia. Hans wytrzeszczył oczy, otworzył usta, wywiesił język i spoglądał jak głupi na pannę Neuman, a panna Neuman wytrzeszczyła oczy, otworzyła usta, wywiesiła język i spoglądała jak głupia na pana Hansa. Osłupieli, skamienieli. Potém oboje w krzyk.
— Ja mam być jego żoną!?
— Ja mam być jéj mężem!?
— Gwałtu! gwałtu! Nigdy! Zaraz do rozwodu! Ja nie chcę!
— Nie, to ja nie chcę!
— Pierwéj umrzeć! gwałtu! Rozwód, rozwód, rozwodu! Co to się dzieje!
— Moi kochani — rzekł spokojnie szeryf — co tu pomoże krzyk?... Sędzia daje ślub, ale sędzia nie daje rozwodu. Na co krzyczeć? Czy to wy milionarze ze San-Francisco, żebyście brali rozwód? Czy wy niewiecie co to kosztuje? Aj! Co tu krzyczeć? Mam piękne trzewiki dziecinne; tanio sprzedaję! Good bye!
To rzekłszy, odszedł. Ludzie śmiejąc się, porozchodzili się także! nowożeńcy pozostali sami.
— To ten Francuz — wykrzyknęła panna-mężatka — naumyślnie nam tak zrobił, bośmy niemcy!
Richtig — odpowiedział Hans.
— Ale pójdziemy do rozwodu!
— Ja pierwszy! pannaś mi wydrapała t ze środka!
— Nie! ja pierwsza! paneś mnie w żelaza złapał.
— Ja panny nie chcę.
— Ja pana nie cierpię.
Porozchodzili się i pozamykali sklepy. Ona siedziała u siebie, rozmyślając cały dzień, on u siebie. Przyszła noc. Noc przynosi spokój. Oboje jednak nie mogli myśleć o śnie. Położyli się, ale oczy im się nie kleiły. On myślał: „Tam śpi moja żona.“ Ona: „Tam śpi mój mąż!“ I dziwne jakieś uczucia rodziły im się w sercach. Była to nienawiść, gniew, w połączeniu z poczuciem samotności. Prócz tego, pan Hans myślał o swojéj małpie nad sklepem. Jak ją tu trzymać, kiedy to teraz karykatura jego żony? I wydało mu się, że zrobił bardzo brzydką rzecz, kazawszy wymalować tę małpę. Ale znowu ta panna Neuman! Przecie on jéj nienawidzi. To przez nią lód jego stopniał. On ją przecie złapał po księżycu w żelaza. Tu znowu na myśl przyszły mu owe kształty, widziane przy blasku księżyca. „No, co prawda, to ona tęga dziewczyna (myślał). Ale ona mnie nie cierpi i ja jéj.“ Oto położenie! Ach! Herr Gott! Ożenił się? I z kim? Z panną Neuman. A tu rozwód tyle kosztuje! cała grocernia niestarczy!
— Ja jestem żoną tego Doczmena — mówiła sobie panna Neuman. Ja już nie panna.... t. j. chciałam powiedzieć: panna, ale poszłam zamąż! Za kogo? Za Kaschego, który mnie złapał w żelaza. Prawda i to... że wziął mnie w pół i odniósł na górę. A jaki mocny! Ot! tak sobie wziął mnie w pół... Co to jest? tu jakiś szelest?
Szelestu nie było żadnego, ale panna Neuman poczęła się bać, choć poprzednio nigdy się nie bała.
— Gdyby on jednak ośmielił się teraz... Boże! Potém jednak, dodała głosem, w którym brzmiała dziwna jakaś nuta rozczarowania....
— Ale on się nie ośmieli. On!...
Z tém wszystkiém bojaźń jéj wzmagała się. „To tak zawsze kobiecie saméj! myślała daléj. Gdyby tu był jaki mężczyzna, byłoby bezpieczniéj. Słyszałam o jakichś zabójstwach w okolicy (o zabójstwach panna Neuman nie słyszała). Przysięgam, że mnie tu kiedy zabiją. Ach, ten Kasche! ten Kasche! zamknął mi drogę. Trzeba jednak naradzić się o rozwodzie.“
Tak myśląc, przewracała się bezsennie po szerokiém amerykańskiém łożu i istotnie czuła się bardzo samotną. Nagle zerwała się znowu. Tym razem przestrach jéj miał powód rzeczywisty. W ciszy nocnéj słychać było wyraźne stukanie młotka.
— Jezus! — krzyknęła panna — dobierają się do mojéj grocerni!
To rzekłszy, wyskoczyła z łóżka i pobiegła do okna, ale, spojrzawszy w nie, uspokoiła się zaraz. Przy świetle księżyca widać było drabinę, a na niéj okrągłe białe kształty Hansa, odbijającego młotkiem gwoździe podtrzymujące szyld z małpą.
Panna Neuman otworzyła zcicha okno.
— Jednak zdejmuje małpę, to poczciwie z jego strony! — pomyślała.
I czuła nagle, jakby jéj coś topniało koło serca.
Hans wyciągnął powoli gwoździe. Blacha z brzękiem upadła na ziemię: wówczas zlazł, odbił ramy, zwinął blachę w trąbkę w żylastych rękach, i począł odstawiać drabinę.
Panna śledziła go oczyma.... Noc była cicha, ciepła....
— Panie Hans — szepnęła nagle dziewica.
— To panna nie śpi — odszeptał równie cicho Hans.
— Nie! Dobry wieczór panu!
— Dobry wieczór pannie.
— Co pan robi?
— Zdejmuję małpę.
— Dziękuje panu, panie Hans.
Chwila milczenia.
— Panie Hans! — zaszemrał znowu głos panieński.
— Co? panno Loro.
— Musimy naradzić się o rozwodzie.
— Tak, panno Loro.
— Jutro?
— Jutro.
Chwila milczenia, księżyc się śmieje, psy nie szczekają.
— Panie Hans!
— Co? panno Loro.
— Bo mnieby pilno wziąć ten rozwód...
Głos panny brzmiał melancholicznie.
— I mnie, panno Loro!
Głos Hansa był smutny.
— Bo to, widzi pan, żeby niezwłóczyć....
— Najlepiéj niezwłóczyć.
— Imby się prędzéj naradzić, temby lepiéj.
— Tém lepiéj, panno Loro.
— To możemy się zaraz naradzić....
— Jeśli panna pozwoli....
— To pan przyjdzie do mnie?
— Tylko się ubiorę.
— Nie trzeba ceremonii.
Drzwi na dole otworzyły się, pan Hans znikł w ciemnościach, a po chwili znalazł się w panieńskim pokoiku cichym, ciepłym, schludnym. Panna Lora miała biały szlafroczek i była zachwycająca.
— Słucham panny — rzekł Hans złamanym, miękkim głosem.
— Ale, bo to widzi pan, jabym bardzo chciała wziąć rozwód, ale.... boję się, żeby nas kto z ulicy nie zobaczył.
— Wszak ciemno w oknach... — rzekł Hans.
— Ach! prawda! — odparła panna....
Wówczasto zaczęła się narada o rozwodzie, która już do opowiadania nie należy.
Spokój powrócił do Struck Oil city.


Koniec tomu trzeciego.




  1. Późniéj dowiedziałem się, że śliczna ta miejscowość, jakkolwiek jeszcze bezludna, ma już swoją nazwę, nazywa się zaś: „Pic-nic-Place,” albowiem mieszkańcy Anaheim, Orenge, Santa-Ana, wraz z okolicznemi farmerami, zjeżdżają się tu raz do roku na wielką zabawę. Ziemia Pic-nic-Place, również nie należy już do rządu, ale do jednéj z licznych w Kalifornii Land-company, posiadających ogromne, a zupełnie jeszcze dzikie i bezludne obszary. Od Pic-nic-Place zaczynają się terytorya niezajęte, rządowe.
  2. Wenta znaczy: karczma, tienda zaś to, co nasza restauracya.
  3. Eukaliptów.
  4. Nazwa ta Santa-Ana powtarza się w téj okolicy z dziwną obfitością. Prócz Anaheim jest tu Santa-Ana rzeka, miasto, góry i wiatr.
  5. Drzewo zwane Father of the forest ma 450 stóp długości, a 112 obwodu. Inne: The Grizzled Giant 30 stóp średnicy.
  6. Kalifornijskie kurki strzela się siedzące a nie w lot.
  7. Farenheita.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Fragment Grobu Agamemnona





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.