Kianglu czyli Chińscy rozbójnicy

>>> Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Kianglu czyli Chińscy rozbójnicy
Podtytuł (Ze wspomnień podróżnika)
Data wydania 1909
Wydawnictwo „Wieczory Rodzinne”
Drukarz L. Bogusławski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Bohuszewiczowa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Karol May



KIANGLU
czyli
Chińscy rozbójnicy.
(Ze wspomnień podróżnika).
TŁÓMACZYŁA
J. BOHUSZEWICZOWA.

WARSZAWA
Nakładem „Wieczorów Rodzinnych.”
1909.

  Druk L. Bogusławskiego Śto-Krzyska 11.  


Dziwnym, pełnym czarów i tajemnic krajem są Chiny. Gdyby można było wznieść się tak wysoko, aby jednem spojrzeniem ogarnąć cały rysunek jego granic, to wydałyby się nam one podobnemi do olbrzymiego smoka, który ogon swój kąpie w oceanie Spokojnym, jedno skrzydło wyciąga aż ku lodowym krańcom Syberyi, a drugiem otula duszne, pełne niezdrowych wyziewów, dżungle indyjskie. Potworne cielsko tego smoka legło nieruchomie na górach i dolinach, na lasach i rzekach, a łeb olbrzymi uniósł się ponad najwyższe szczyty, aby odetchnąć wichrami i śnieżnemi burzami pustyni Gobi i napić się wody z najwyższego na kuli ziemskiej, bo o 16,000 stóp nad poziom morza wyniesionego, górskiego Jeziora Manasarowar.
To też nic dziwnego, że Chiny pociągały mnie zawsze i gorąco zwiedzić je pragnąłem. Wiedziałem jednak, że kraj ten zamkniętym jest prawie dla cudzoziemców, że potężny „Syn slońca“, jak się zwykle nazywa cesarz chiński, przed którego obliczem czterysta milionów podwładnych na twarz pada, niechętnie widzi, jak stopy cudzoziemców depcą „Kwiat Wschodu“, tak bowiem Chińczycy kraj swój nazywają. Wprawdzie pochodziłem z narodu, który nigdy żadnym wrogim czynem im się nie naraził, jestem bowiem Austryakiem,. wiedziałem jednak, że Chińczycy równą niechęcią otaczają wszystkich obcych przybyszów i surowo nieraz karzą śmiałków, którzy nieopatrznie zapuszczają się poza granice dozwolonego im dla przebywania okręgu; pomimo to ciekawość moja była tak wielka, że postanowiłem skorzystać z pierwszej nadarzającej się sposobności, aby znaleźć się jaknajbliżej tego zaczarowanego kraju, o którym słyszymy i czytamy tak wiele, a znamy go tak mało.
Po krótkim pobycie na wyspach Towarzyskich, gdzie nasz wspaniały „Wicher“ stał przez jakiś czas na kotwicy, puściliśmy się w dalszą drogę i opłynąwszy kilka pomniejszych grup wysp olbrzymiego polinezyjskiego archipelagu, skierowaliśmy się ku wyspom Maryańskim, za któremi leżą wyspy Bonin, stanowiące najbliższy cel naszej podróży.
Te ostatnie przedstawiają nieliczną grupę drobnych, lecz nadzwyczaj malowniczych wysepek, które, dzięki swemu położeniu tuż przy wielkiej drodze pomiędzy Azyą i Ameryką, stały się ważnym punktem handlowym pomiędzy temi dwiema częściami świata. Niestety, razem z przybyciem ludzi, wysepki te straciły urok poetycznej samotności i stały się zwyczajnym, pokrajanym na kawałki ogrodem, wśród którego rozsiadły się wsie, miasta i osady, przepełnione przedstawicielami wszystkich krajów i narodów.
Kto kiedy przepływał ocean Spokojny, rozpościerający się pomiędzy Azyą i Ameryką, kto przez długie tygodnie i miesiące szukał znużonym wzrokiem choćby drobnego zielonego punktu, na którym mógłby zatrzymać znużone jednostajnością spojrzenie, ten zrozumie łatwo radość rosyjskiego podróżnika Liedkego, kiedy ten d. 28 maja 1828 roku ujrzał nareszcie po długiej podróży grupę wysp, których zbadanie należało do zadań jego wyprawy.
Dzielny podróżnik dostrzegł wtedy cztery grupy, złożone z pojedynczych wysepek, tak licznych i tak blisko położonych jedna obok drugiej, że wprost trudno je było policzyć.
Liedke kazał przybić do najbliższej, okrytej w głębi, poza nagiemi nadbrzeżnemi skalami bujną zielenią, z pośród której gdzieś na dalszym planie strzelał ku niebu wysoki słup dymu.
Podróżnik rosyjski przyglądał się temu zjawisku ze zdumieniem. Wiedział on, że wyspy są niezamieszkałe, że nie posiadają nawet najdrobniejszej faktoryi, czyli osady, która mogłaby usprawiedliwić ukazanie się owego dymu; zaczął Więc przypuszczać, że na wyspie znajdować się mogą tylko rozbitkowie, którym należy pośpieszyć z pomocą.
W tem mniemaniu utwierdziła go jeszcze dojrzana przez lunetę powiewająca flaga angielska. Nie namyślając się długo, kazał spuścić na morze szalupę, naładowaną pożywieniem, środkami opatrunkowymi i wzmacniającymi, które zgłodniałym prawdopodobnie i wycieńczonym przydać się mogły i popłynął w kierunku dymu.
Kiedy zbliżono się do brzegu, ujrzano prostopadle opadające w morze wysokie skały, których wierzchołki pokryte były zielonymi, pięknie kwitnącymi krzewami. Skały owe otaczały półkolem małą zatokę, W której okręt mógł śmiało stanąć na kotwicy; cokolwiek na północ pomiędzy skałami otwierało się wąskie przejście, jakoby rodzaj naturalnego kanału, które wprowadziło podróżnych do wąskiej zatoki o piaszczystych brzegach, poza którymi w oddaleniu rozpoczynał się gęsty, widocznie stary las.
Tutaj dostrzeżono na brzegu dwóch ludzi W angielskich kostyumach marynarskich, lecz bosych, którzy na widok okrętu zbiegli ze skały, gdzie rozpalali ognisko i, stojąc na brzegu, znakami wskazywali miejsce, gdzie należało wylądować. Jakież było zdziwienie załogi rosyjskiej, kiedy zamiast spodziewanych nieszczęśliwych rozbitków ujrzano dwóch ludzi zadowolonych i uprzejmie uśmiechniętych, z minami władców i gospodarzów wyspy. Starszy z nich; o długiej jasnej brodzie, był Anglikiem i od lat. trzydziestu zajmował się marynarką, nie chcąc i nie umiejąc rozstać się z ukochanem morzem. Młodszy był Norwegczykiem i równie zapalonym marynarzem. Obaj należeli do załogi „Wiliama“, wielkiego statku wielorybiego, który przed dwoma laty rozbił się tutaj o skały. Na szczęście załoga uratowała się cała i wkrótce została zabrana na pokład jakiegoś wielorybnika, który przypadkiem zajrzał w te strony i dostrzegł dających mu znaki rozbitków. Tylko Witrin i Petersen, zachęceni uroczem położeniem wyspy, uprosili, aby ich zostawiono tutaj, wśród tej cudownej natury, gdzie mogliby czas, jakiś rozkoszować się spokojnem i samotnem życiem nowożytnych Robinsonów.
Tak brzmialo opowiadanie, którem obaj marynarze odpowiedzieli na zdumione pytania przybyszów.
Po chwili gościnni gospodarze zaprosili załogę szalupy do mieszkania, które zbudowali sami i którem słusznie pysznić się mogli. Na skraju lasu, pod olbrzymiemi, niebotycznemi drzewami, których gałęzie splątane z sobą tworzyły olbrzymią, gęstą kopulę, stał niewielki domek, zbudowany z desek rozbitego „Wiliamsa.“ Wkopana obok i starannie obramowana olbrzymia beczka stanowiła studnię i nadawała domkowi pozór wiejskiej zagrody.
Wprawdzie marynarze przywieźli z sobą żywność, którą mieli ratować przypuszczalnych rozbitków, lecz obaj uprzejmi gospodarze nie pozwolili dotknąć tych zapasów i przyjęli pożądanych gości prawdziwie wspaniałą ucztą. Przedewszystkiem poszła pod nóż tłusta świnka, jedna z licznego stada, pasącego się niedaleko i oswojonego przez dzielnych samotników, potem kilka par gołębi, które natychmiast nadziano na rożen, dalej świeże, mączyste kartofle, orzeźwiające melony, których dostarczył założony przy domu ogródek, świeże figi, jagody, żółwie jaja i najrozmaiciej przyrządzone ryby. Na zakończenie podano aromatyczną herbatę, z pewnej dziko rosnącej rośliny z gatunku Lauras sassafras. Osadnicy przyzwyczaili się do niej, a i gościom smakowała bardzo. Troskliwość uprzejmych gospodarzy była tak wielką, że dostrzegłszy brak odpowiedniej ilości nakryć, wyrobili natychmiast kilka łyżek z niewielkich wklęśniętych muszli, które osadzili na twardych korzonkach palmowych liści. Widocznem było, że samotne życie dobrowolnych Robinsonów wyrobiło w nich spryt i przedsiębiorczość.
Wnętrze domku sprawiało niezmiernie miłe wrażenie. Wszędzie panował wzorowy ład i porządek. Proste meble, składające się lub wyrobione z pak okrętowych, lśniły nadzwyczajną czystością, a porozwieszane na ścianach maty dodawały wdzięku. Na półkach widać było kilka uratowanych z „Wiliamsa“ książek, których zniszczone kartki mówiły o częstem ich użyciu. Nawet światła nie brakowało dobrowolnym wygnańcom, gdyż zdołano uratować prawie wszystkie beczki z tranem wielorybim, który w improwizowanych lampach palii się doskonale. Większą część wieczoru towarzystwo spędziło przed domem, gdyż cudna noc księżycowa pozwalała spokojnie rozkoszować się czarem uroczej miejscowości. Przed świtem, korzystając z jasnego blasku księżyca, udano się na wybrzeże, gdzie zastano całe gromady żółwi, wylegujących się w ciepłym piasku i składających tutaj swoje jaja. Z nadejściem wiosny stworzenia te wyszukują zwykle jakiś brzeg piaszczysty, gdzie urządzają gniazda i spędzają prawie całe lato, poczem, po wykluciu się młodych, jesienią udają się z nimi na pełne morze.
Zadziwiająca jest doprawdy umiejętność kopania dołów przez te niezgrabne napozór i nieruchawe stworzenia. Samice kopią dość długie ukośne kanały podziemne, składają w nie jaja, jedne po drugich, poczem zasypują otwory i wyrównywują je z poziomem tak, aby żadne wzniesienie lub zagłębienie nie zdradziło, gdzie ukryte są drogocenne zalążki. W ten sposób pragną widocznie uchronić swoje przyszłe potomstwo od nienasyconego apetytu najrozmaitszych rabusiów zwierzęcych i ludzkich. Co do chciwych kruków udaje im się to nieraz, nie broni jednak przed świniami, które węchem odnajdują gniazda podziemne i długimi ryjami potrafią doskonale odkopać i wydobyć drogocenne jaja, grożąc zagładą całej nieraz kolonii żółwi.
Doprawdy trudno nawet obliczyć, ile szkody przynieść może jedno zwierzę wprowadzone w środowisko pierwotnych stworzeń. Na Nowej Zelandyi np. bezskrzydły Kiwi zaginął, nie mogąc się oprzeć prześladowaniom sprowadzonego tam psa, tak samo jak kot grozi zupełną zagładą Kakapo, miejscowej kukułce, która buduje gniazda na najniższych gałęziach drzew. Nietylko ludzie cywilizowani, ale i sprowadzone przez nich tak łagodne i nieszkodliwe zwierzęta domowe, przybywszy do krajów dzikich niosą krzywdę i zniszczenie mieszkańcom danych miejscowości, którzy nie umieją się bronić przed prześladowaniem nieznanych przybyszów. Takie — np. wielkie i silne zwierzęta, jak niektóre gatunki żółwi, obdarzone silnemi nogami i szczękami, nie umieją walczyć z człowiekiem i przewrócone na grzbiet stają się tak bezbronnymi, że wystarczy jednego uderzenia noża, aby je pozbawić życia. Jedyną ich obroną jest ucieczka do morza, gdzie ruchy ich nabierają zręczności i sprężystości.
Osadnicy nazwali wybrzeże nad zatoką portem Lloyda. Ponieważ Liedke znalazł tutaj wszystko, co mu było potrzebnem, postanowił przeto zatrzymać się dni kilka, aby dokonać pewnych drobnych, lecz koniecznych reparacyi statku. Podczas tego względnego wypoczynku podróżnik badał wyspę i otaczający go świat zwierzęcy i roślinny. Najwięcej uwagi poświęcał ptakom, których tutaj było niezmierne mnóstwo odmian, począwszy od górskich sokołów, aż do pelikanów, gnieżdżących się na skałach nadbrzeżnych. Poza tem ciekawie przyglądał się podmorskim tajemniczym potworom i zwierzokrzewom.
Niektóre miejsca wybrzeża przedstawiały widok rzeczywiście niezwykły. Poprzez kryształową powierzchnię wody widać było ławice koralowe, przedstawiające olbrzymie podwodne lasy, których czubki, pokryte żółtawym piaskiem wychylały się z wody. Wśród pojedyńczych pni widniały pstrym tłumem gwiazdy morskie, holoturye, jeże morskie niezwykłej wielkości i piękności, najwspanialsze ryby, dorydy w purpurowych sukniach z oślepiająco białym szlakiem i inne, jakby z bajki wyjęte, stworzenia. Wszystko to poruszało się w rozmaite strony, zmieniając co chwila miejsce, łącząc się i rozdzielając i tworząc obraz tak fantastyczny, jaki tylko w tych pełnych tajemnic krajach podzwrotnikowych spotkać można. Większość owych ryb stanowiła najwykwintniejszy przysmak, również jak raki i kraby, które widać było przyczepione do skał podmorskich lub rzucające się żarłocznie na mniejsze i słabsze stworzenia, a nawet na polipy koralów.
Za to wężów i płazów jadowitych na wyspie nie było wcale, a i czworonogi miały tylko nielicznych przedstawicieli, pomiędzy którymi pierwsze miejsce zajmowały szczury i pewien gatunek dużego nietoperza, zwanego latającym niedźwiedziem (Pteropus ursinus). Klimat tej cudnej wyspy był wprost idealnym, nawet w zimie osadnicy nie poczuli nigdy braku obuwia, latem zaś upał zmniejszały powiewy morskie.
Zdawało się, że natura wysiliła się, aby stworzyć dla ludzi wymarzony zakątek ziemski, i wyspy Bonin nie przedstawiałyby nic do życzenia, gdyby nie trzęsienia ziemi i straszliwe burze nawiedzające często to ustronie. Orkany, rozpoczynające się zwykle na morzach chińskiem lub japońskiem, ze straszliwą siłą przelatują nad oceanem, zaczepiając o leżące na ich drodze wyspy Bonin. Woda morska podnosi się wtedy wysoko, niby jakaś góra piany i z wściekłością rzuca się na ląd, zatapiając nadbrzeżne miejscowości.
Witrin i Petersen opuścili swoją samotnię razem z rosyjską ekspedycyą i wyspy Bonin zostały osamotnione, oddane na pastwę zdziczałym świniom i włóczącym się licznie niedźwiedziom. Wkrótce jednak dwaj przedsiębiorcy, Ryszard Milichamp z Dewonschire i Mateo Mozaro z Raguzy, zebrawszy nieliczne towarzystwo, złożone z jednego Duńczyka, dwóch Amerykanów i kilku wyspiarzy (pięciu mężczyzn i dziesięć kobiet z wysp Sandwich) utworzyli tutaj kolonię, którą powiększyła jeszcze pewna liczba majtków, zbiegłych z okrętów. Koloniści uprawiali ziemię, sadzili słodkie kartofle, tykwy, kukurydzę, pataty i banany, ananasy i rozmaite inne owoce i warzywa, które rodziły się tutaj w takiej obfitości, że nadmiar ich sprzedawano z zyskiem coraz częściej zjawiającym się tutaj okrętom.
Wkrótce kolonia otrzymała samorząd. Władza znajdowała się w rękach jednego naczelnika i dwóch radców, wybieranych na lat dwa.
Ku tym to wyspom dążyliśmy pośpiesznie, gdy nagle kapitan wydał kilka rozporządzeń, które mnie zastanowiły.
— Czy chcesz ominąć wyspy, kapitanie? — zapytałem.
Pociągnął nosem powietrze, jak wyżeł, i twarz mu spoważniała.
— Ominąć? Wcale mi się to nie uśmiecha, ale zdaje mi się, że będzie bezpieczniej jeżeli odsuniemy się cokolwiek od lądu.
— Dlaczego?
— Powąchaj pan powietrze! Czy nic cię nie uderza?
Napróżno pociągałem nosem, — powonienie moje nic mi nie mówiło.
— Nic nie czuję — rzekłem.
— I nic pan nie widzisz?
Objąłem wzrokiem horyzont. Na północowschodzie na samym krańcu widnokręgu niebo pokryło się jakby drobniuchną siateczką błyszczących, pajęczych nici, na jej najwyższym brzegu znajdował się mały, jasny, najwyżej stopę średnicy mający otwór. Wszystko to razem było tak łagodne, tak delikatnie zarysowane, że zdawaćby się mogło, iż powstało pod tchnieniem jakiejś czarodziejskiej wróżki. Nie przyszło mi więc na myśl, że tak drobna zmiana na niebie mogła wpłynąć na postanowienie kapitana, co do kierunku naszej drogi.
— Widzę tylko delikatne, zaledwie dostrzegalne, cieniuchne kreseczki tam, pomiędzy wschodem a północą.
— Zaledwie dostrzegalne? — powtórzył ironicznie kapitan. — Zapewne, tak się to musi wydawać każdemu szczurowi lądowemu, albo nawet i doświadczonemu marynarzowi, który raz pierwszy płynie po tych wodach. Ale tutejszemu niebu nie można dowierzać; ma ono zdradziecki urok, a co pod nim kryje, to pan wkrótce zobaczysz.
— Burzę?
— Burzę? Ba, żeby tylko burzę! To tak, jakby pan porównywał niedźwiedzia z myszą? Oba te stworzenia należą, jeśli się nie mylę, do jednego gatunku zwierząt dzikich, ale nie wynika z tego wcale, żeby niedźwiedzia złapać można było w pułapkę na myszy. Coś podobnego dzieje się i tutaj. Burza i to, czego możemy się spodziewać, należą do jednego rodzaju zjawisk powietrznych, ale pomiędzy uczciwą, prawidłową burzą i tajfunem jest taka sama różnica, jak pomiędzy myszą i niedźwiedziem.
— Jakto, spodziewasz się pan tajfunu? — zapytałem nawpół przerażony i nawpół zadowolony, iż uda mi się ujrzeć jedno z najstraszliwszych zjawisk przyrody na kuli ziemskiej.
— A tak, tajfunu. Za dziesięć minut będziemy go tu mieli. Jest to jedenasty, czy dwunasty, który mnie na tych wodach spotyka, znam więc jego zapaszek doskonale. Posyła on zawsze jakieś znaki, które głoszą o jego zbliżaniu się, żaden jednak z tych znaków nie jest tak strasznym, jak ta przeklęta sieć na niebie. Mówię panu, panie Charley, że za pięć minut te piękne nici zasnują cale niebo i zaczną tworzyć czarne, jak otchłań, chmury. Ten zaś jasny otworek zostanie, boć przecie tajfun musi mieć jakieś drzwi, przez które wyskoczy, to jego nora. A teraz uciekaj pan do swojej kajuty i nie pokazuj nosa, dopóki pana nie zawołam, lub dopóki nasz poczciwy „Wicher“ nie stanie na kotwicy gdzieś na dnie morza.
— To mi się wcale nie podoba, kapitanie! Czy nie mógłbym zostać na pokładzie?
— Każdego pasażera z obowiązku muszę umieścić w jaknajbezpieczniejszem miejscu. Dla pana zrobiłbym wyjątek, ale jestem pewien, że pierwszy lub drugi bałwan zmiecie pana, jak piórko.
— Trudno mi w to uwierzyć, gdyż nie po raz pierwszy odbywam podróż morską; jeśli się pan jednak obawiasz, to weź linę i przywiąż mnie do masztu lub gdziekolwiek.
— Dobrze! pod tym warunkiem mógłbyś pan może zostać; ale jeśli maszt zostanie strzaskany, to i pan zginiesz!
— Zapewne! Ale wtedy i z okrętu niewiele się już zostanie.
— Dobrze więc. Chodź pan, sam własną ręką przymocuję pana do tego masztu; mam nadzieję, że wytrzyma nacisk wichru i fali.
Wybrał najmocniejszą linę i przywiązał mnie silnie.
Na statku tymczasem panował ruch gorączkowy. Maszty i reje zostały ściągnięte; wszystko ruchome przymocowywano lub pochowano pod pokład, najmniejszy kawałek płótna został zwinięty i tylko wysoko powiewał samotny żagiel pod bocianiem gniazdem, pozostawiony jeszcze na wszelki wypadek do pomagania sterowi. Wkoło steru umocowano również linę, aby w chwili, kiedy siła ludzkich ramion okaże się zbyt słabą, nie zostawić go bezbronnym na wolę wichrów i rozhukanej fali. Wreszcie wszystkie najmniejsze nawet otwory, prowadzące do wnętrza, pozatykano starannie i statek stanął do walki z groźnym nieprzyjacielem.
Minęło właśnie owe zapowiedziane przez kapitana dziesięć minut i orkan wybuchnął z niepohamowaną silą. W jednej chwili ściemniło się zupełnie, niebo i morze pokryły się jakby czarną oponą, fale pluskały niespokojnie, a każda z nich nabierała jakiegoś okrutnego wyrazu. Zdawało się, że to czarne pantery lub bizony, zbierające siły do gwałtownego, a śmiertelnego skoku.
Ów otwór, przez który miał wyskoczyć tajfun, powiększył się teraz niby zaokrąglił i lekki czerwonawo-żółtawy dymek począł wydobywać się z niego.
Po falach przebiegał ostry syk jakiś, a jednocześnie zdaleka doleciał nas głuchy dźwięk jakiś, niby głos puzonu.
— Baczność, chłopcy, nadchodzi! — rozległ się stentorowy głos kapitana. — Trzymać się lin!
Dźwięk puzonu rozległ się głośniej i wyraźniej. Na krańcu widnokręgu ukazała się nagle jakaś olbrzymia ciemna masa, niby prostopadła ściana z wody, którą ukryty poza nią orkan pędził wprost na nas z niewypowiedzianą szybkością. W sekundę później rozległ się huk niby stu armat oblężniczych i w tejże chwili cala ta chłodno-wilgotna masa spadła na nas, grzebiąc nas w swych straszliwych objęciach.
— Wytrzymaj, mój dobry, poczciwy „Wichrze“, wytrzymaj! — szepnąłem w duchu i jakby na to wezwanie dzielny statek wysunął naprzód swój dziób, a po chwili cały wynurzył się z czarnej otchłani.
Teraz morze zmieniło swój wygląd. Olbrzymie, niebotyczne prawie bałwany przelatywały nieustannie przez pokład. Jeszcze jeden uciec nie zdołał, kiedy nadchodził drugi jeszcze groźniejszy, nie dając mi nawet możności złapania tchu. Wkoło mnie wszystko huczało, szumiało, grzmiało, świszczało w jakimś prawdziwie piekielnym chaosie i zdawało mi się, że i we mnie szaleje ten straszliwy tajfun, bo krew huczała mi w żyłach, pulsa biły jak młotem, a nerwy drgały rozprzężone.
Kapitan trzymał się jedną ręką liny, drugą zaś pochwycił tubę. Tylko za pomocą tego narzędzia mógł wydawać rozkazy, gdyż jego głos, pomimo całej swojej dźwięczności i siły, zasłaby był, aby przekrzyczeć ryk burzy.
Załoga tymczasem z całą uwagą słuchała tej komendy i z nadzwyczajnym nieraz wysiłkiem spełniała rozkazy swego dzielnego kapitana. Patrzyłem z podziwem i szacunkiem na tę gromadkę dzielnych i śmiałych ludzi, którzy bez wahania stawali do walki z rozszalałym żywiołem i rzucali się zawsze w tę stronę, skąd największe groziło niebezpieczeństwo. Nigdy dotychczas nie zdawałem sobie sprawy z ich pracy i dopiero w tej strasznej chwil poznałem, ile wymaga ona odwagi, przytomności umysłu i poświęcenia.
Trzej majtkowie stali przy sterze, pomimo jednak wszelkich wysiłków nie mogli ruszyć kierownika i musieli użyć liny.
Bałwany biły z taką silą, że zdawało się, iż lada chwila zatopią bezbronny statek. Główny maszt, do którego byłem przywiązany, chwiał się, jak wątła trzcina. Okienko na niebie zamknęło się tymczasem zupełnie, czarna nieprzejrzana noc otoczyła nas wkoło, i tylko białe piany na szczytach bałwanów odznaczały się jaśniejszemi plamami. Orkan tymczasem szalał dalej z niezmniejszającą się wcale gwałtownością.
Po raz pierwszy w życiu widziałem tak straszną walkę żywiołów i zdawało mi się wprost niepodobieństwem, aby ta drobna łupina, na której się znajdowałem, mogła wytrzymać ten straszny i nieustający napór rozszalałych bałwanów. Baryera otaczająca pokład została rozbita i porwana przez fale; znikło również wszystko, co tylko było choć cokolwiek słabiej umocowanem, statek trząsł się i chwiał na wszystkie strony. Nagle nastąpiła chwila długiej, męczącej ciszy, wśród której słyszałem tylko bicie własnego serca.
— Baczność, chłopcy! — rozległ się ostrzegający głos kapitana. — Zaraz uderzy z podwójną siłą! Zaledwie przebrzmiały te słowa, gdy straszliwa błyskawica rozdarła powietrze i piorun z ogłuszającym hukiem spadł w wodę. Jednocześnie wszystko się zakotłowało. Bałwany podniosły się nad najwyższy maszt i z niewypowiedzianą siłą uderzyły na statek, który pochylił się i zakręcił jak fryga. Krzyk rozpaczy i śmiertelnego przerażenia rozległ się wkoło, łącząc się w jeden akord z ogłuszającym trzaskiem, hukiem i zgrzytem; poczem wszystko ucichło i tylko fale uderzały niespokojnie o boki okrętu.
— Maszt złamany! — krzyknął kapitan. — Przecinajcie liny! Na miłość Boską przecinajcie liny! Prędzej!
Pod ciężarem masztu statek pochylił się na bok tak silnie, że zdawał się grozić wywróceniem. Rozległy się uderzenia siekier. Fale zalewały pokład i pracujących gorączkowo marynarzy.
— Prędzej, dzieci, prędzej, bo zginiemy! — wołał kapitan Turner.
Szybkość uderzeń podwoiła się i po chwili statek wyprostował się zwycięsko.
Jednocześnie, jakby na skinienie różdżki czarnoksięskiej, bałwany opadły i tylko drobniejsze fale z szumem i szelestem biły o boki statku.
— Hej, chłopcy, jak tam na tyle! — krzyknął Turner.
— Dobrze, kapitanie!
— Tem lepiej! Rozwijajcie żagle! Będziemy ich teraz potrzebowali, bo tajfun już przeszedł.
Kapitan zbliżył się do mnie.
— A cóż, panie Charley, żyjesz pan jeszcze?
— Troszkę!
— A więc niezupełnie? Bardzo wierzę. Musiałeś się pan porządnie nałykać słonej wody. Czy odwiązać pana?
— Tak, proszę! Czy burza przeszła już rzeczywiście?
— Naturalnie. Ten przeklęty tajfun równie szybko przechodzi, jak przychodzi. Ale tym razem dał nam porządne kopnięcie. Morze uspokoi się dopiero za kilka godzin. Utrąciliśmy maszt przedni i kierownik, ale możemy dziękować Bogu, żeśmy przynajmniej wszyscy cali i zdrowi.
Odwiązał mnie. Czułem się tak słabym i wyczerpanym, że z trudnością mogłem utrzymać się na nogach. Chmury tymczasem przerwały się w kilku miejscach, robiło się coraz widniej, aż wreszcie ukazało się wspaniale, radosne słońce.
Pokład przedstawiał obraz kompletnego zniszczenia, wśród którego uwijały się postacie przemoczonych do nitki majtków. Obaj z kapitanem zeszliśmy na dolne piętro, aby zobaczyć, czy burza nie zrobiła tam jakiej szkody. Składy przedstawiały również rozpaczliwy widok. Beczki, paki i bele w straszliwym nieładzie leżały pozrzucane jedno na drugie, tworząc prawdziwy chaos i zawalając drogę; z trudnością udało się nam odsunąć — najbliżej stojące i leżące ładunki i przedostać się do środka. Zaledwie jednak kapitan rozejrzał się wkoło, gdy nagle odsunął mnie gwałtownie i szybko pobiegł na górę.
— Co się stało?
— Woda w składzie! Zrobiła się widocznie dziura, niebezpieczna dziura!
Nie tracąc czasu, wyznaczył natychmiast do pomp ludzi, do których i ja się przyłączyłem i zaczęła się gorączkowa praca. Po chwili wypompowaliśmy wodę o tyle, że cieśla okrętowy mógł znaleźć dziurę i załatać ją jako tako.
Na górze tymczasem druga część załogi pracowała nad uprzątnięciem pokładu. Ustawiano maszty, wiązano liny i poprawiano zepsutą balustradę.
— Teraz popłyniemy wprost do portu Lloyda — rzeki kapitan.
— Czy to daleko stąd?
— Nie wiem jeszcze, gdyż nie sprawdzałem, gdzie obecnie jesteśmy. Ten przeklęty tajfun kręcił nas w kółko. Musisz pan wiedzieć, panie Charley, że ten łotrzyk nie jest w niczem podobny do porządnej burzy, która dmie w jednym kierunku; on sobie pozwala przybywać ze wszystkich stron odrazu i tak kręci i wierci, że po jego odejściu trudno mieć pojęcie, gdzie się człowiek znajduje. Tym razem zdaje mi się, że kręciliśmy się w niewielkiem kole, spodziewam się więc, że przed nocą staniemy w porcie.
— To doskonale, chociaż zdaje mi się, że wyspy Bonin podczas tajfunu nie są zbyt bezpieczne.
— Chętniebym je ominął, ale W naszych Warunkach jest to niepodobieństwem. Dziura zaledwie załatana, masztów nie mamy, wewnątrz wszystko porozbijane; — prawdopodobnie będziemy musieli zatrzymać się w porcie cokolwiek dłużej, aby doprowadzić „Wicher“ do dawnego stanu. Będzie się panu nudziło, panie Charley.
— Nie przypuszczam, kapitanie.
— Z pewnością. Niema tam ani koncertów, ani teatrów, ani bibliotek, ani nawet gazet. Polowanie nie da nam również żadnej przyjemności, gdyż niema tam wcale żadnych dzikich zwierząt. — Owszem, kapitanie, są dzikie kozy, zdziczałe świnie, żółwie i mnóstwo wodnego ptactwa.
— Czyż być może?
— Zapewniam pana, że tak jest.
— Wiwat, doskonale! W takim razie mam nadzieję, że zabiję z tuzin kóz, z mendel świń, kopę żółwi i chociaż parę setek pingwinów!
Roześmiałem się mimowoli.
— Jakto, więc pan naprawdę przypuszczasz, że w tych szerokościach znajdują się pingwiny?
— A dlaczegóżby nie, skoro bywają gdzieindziej? Te poczciwe ptaki są nadzwyczaj tłuste, a przytem tak ograniczone, że dopiero wtedy myślą o ucieczce, kiedy je już ktoś za kark trzyma.
Poczciwy kapitan Frick Turner wcale nie był zapalonym myśliwym. Nie przez tchórzostwo, broń Boże, nie bał się on ani ludzi, ani zwierząt, ale dla pewnej właściwości swojej, której pozbyć się, pomimo dobrych chęci, nie umiał. Oto pięść kapitana spadała zawsze tam, gdzie ją posyłał, kule jednak wcale słuchać go nie chciały i z pewnością, jeżeli mierzył na wschód lub południe, leciały na północ lub zachód. Nic więc dziwnego, że uśmiechało mu się polowanie na pingwiny, gdzie wobec łatwowierności tych stworzeń częściej się ma do czynienia z kijem, niż ze strzelbą, i że szczerze żałował, iż na wyspach Bonin nie ma tych ptaków, które żyją przeważnie w strefach zimnych i lodowatych.
Około wieczora ujrzeliśmy wyspę Peel, najbardziej wysuniętą na południe z całego archipelagu Bonin, na której znajdował się zarazem główny port. W pół godziny potem wpływaliśmy już do przystani. Kapitan miał zupełną racyę, twierdząc, że tajfun działa tylko na niewielkiej przestrzeni, gdyż tutaj morze było zupełnie spokojne i nie przedstawiało najmniejszych śladów jakichś wstrząśnień. Patrzyliśmy na to z zazdrością, porównywując niedawno przeżyte straszne chwile z widokiem rozkosznego spokoju, jaki przedstawiał oczom naszym port Lloyd. Nie bawiąc się w żadne formalności, zarzuciliśmy kotwicę jaknajbliżej brzegu, poczem kapitan kazał wywiesić amerykańską chorągiew i wystrzałem armatnim dać znać o swojem przybyciu. Ponieważ straciliśmy podczas burzy obiedwie szalupy, przeto kapitan udał się na ląd w małej łódce, W której zaledwie trzy, czy cztery osoby pomieścić się mogły. Nie potrzebuję chyba dodawać, że pomiędzy nimi i ja się znajdowałem.
Mieszkańcy przyjęli nas bardzo uprzejmie, zadawalając wszystkie nasze życzenia. Podczas kolacyi kapitan nie mógł powstrzymać swojej ciekawości i zwróciwszy się do jednego z wyspiarzy zapytał poważnie:
— Powiedz mi pan, jak się tutaj przedstawia sprawa polowania?
— Bardzo dobrze — brzmiała pocieszająca odpowiedź.
— Na co się więc tutaj poluje? Na pingwiny?
— Nie.
— Na foki?
— Nie.
— A więc może na lwy morskie?
— I to nie.
Kapitan za wszelką widocznie cenę pragną! mieć polowanie z kijem; widząc jednak, że to go ominie, zapytał cokolwiek zawiedziony:
— A więc cóż wy tutaj macie za zwierzynę?
— Kozy, świnie, żółwie, ptactwo i latające niedźwiedzie.
— Tam do licha, czy być może! Jakżyję, nie słyszałem jeszcze, żeby niedźwiedzie mogły fruwać w powietrzu! A może ten gatunek wygląda inaczej, niż ten, który przyzwyczailiśmy się nazywać niedźwiedziami. Ja bo znam tylko niedźwiedzie białe, szare, brunatne i czarne, ale latających nie widziałem nigdy. Hej, panie Charley, pan jesteś przecież uczonym naturalistą naszej wyprawy, powiedz mi pan, co to za dziwo?
— Pteropus ursinus — odrzekłem z powagą.
— Perotus purgilus! Co to jest? Po jakiemu się to nazywa? Język mi się na tem połamie, zanim zrozumiem.
— A więc powiem panu wyraźniej, jest to nietoperz.
— Nietoperz? Hm, to dowcipne, żeby z nietoperza robić niedźwiedzia. Jakiejże wielkości bywa ten olbrzym? — Ma osiem do dziewięciu cali długości, z rozpostartemi zaś skrzydłami do trzech stóp szerokości. Żyje przeważnie na wierzchołkach palm wachlarzowych i należy do tych nielicznych rękoskrzydłych, które śpią w nocy, a w dzień szukają pożywienia.
— Ponieważ ja czynię to samo, więc pewnie też należę do tych paroqes purgatus, czy jak ich tam pan nazywa. Z tem wszystkiem wolę trzymać się kóz, świń i żółwi. Chociaż polowanie na kozy to dziecinna zabawka, nieprawdaż, panie Charley?
— No, nie taka znów dziecinna, a chwilami nawet dosyć niebezpieczna. Przypomnij pan sobie gemzy! Tutejsze kozy są również dzikie, a skaty bardzo strome i kamieniste.
— Tak, no to stanowczo wybieram żółwie. Pan wiesz, że nie jestem amatorem wspinania się i wolę spokojnie robić pięćdziesiąt węzłów po równej powierzchni, niż trzydzieści pod górę lub z góry. Tak, jestem zupełnie zdecydowany i wybieram żółwie, które nie wymagają tyle zachodu, a nadto dadzą nam wyborną zupę, za którą smakosze płacą po restauracyach bajońskie sumy.
— To będzie cokolwiek trudno, kapitanie — zaśmiałem się wesoło.
— Jakto, dlaczego? Przecież pan sam mówiłeś, że jest tutaj ogromna masa tych zwierząt!
— Zapewne, ale nie zrobisz pan z nich powszechnie znanej zupy żółwiowej.
— No, tego to już zupełnie nie rozumiem! Wytłómacz się pan jaśniej.
— Owszem. To, co jadamy pod nazwą żółwiowej zupy, jest tylko zwyczajną imitacyą, nie mającą z żółwiami nic wspólnego, tymczasem tutaj możemy mieć tylko prawdziwą zupę żółwiową.
— Brawo, Charley! Schylam głowę przed pańską uczonością i znajomością natury i zupy żółwiowej! Żebyśmy tylko jaki porządny okaz znaleźli.
Rozmowa ta była prowadzona głośno, to też po chwili zjawił się przed nami jeden z wyspiarzy i ofiarował się zaprowadzić nas w takie miejsce, gdzie napewno znajdziemy więcej, niż jednego żółwia.
Noc była cicha, księżycowa, a tak jasna i ciepła, wonna i rozkoszna, że nie zawahaliśmy się ani minuty i poszliśmy za przewodnikiem przez palmowy lasek, kierując się ku niewielkiej samotnej zatoce.
Miejsce to, idealnie ciche, otoczone było krzakami dzikich fig i jakby stworzone do tego rodzaju polowania.
Ukryliśmy się poza krzakami i zwróciliśmy oczy na morze. Wkrótce ukazały się dwa potężne okazy, które po chwili wypełzły na brzeg i skierowały się wprost ku nam. Pozwoliliśmy im podejść stosunkowo blisko, poczem, uzbrojeni kijami, zabiegliśmy im drogę i jednem silnem uderzeniem przewróciliśmy na grzbiety. Nie było to zbyt łatwe zadanie, gdyż większe zwierzę musiało ważyć około trzystu funtów, mniejsze zaś niewiele prawdopodobnie mniej.
— Cóż teraz? — zapytał kapitan, patrząc na pokonane zwierzęta.
Wyspiarz, który zupełnie biegle władał językiem angielskim, pokręcił głową i rzeki:
— Radziłbym panu zostawić je w tej pozycyi do rana. Uciec nie mogą w żaden sposób, rano więc przyśle pan ludzi, którzy zabiorą je na statek.
— Wcale mi się to niepodoba, — odrzekł kapitan, który przy całej swojej zewnętrznej: szorstkości miał bardzo dobre i wrażliwe na cudzą niedolę serce. — W takim razie te biedne stworzenia musiałyby przebyć noc w takim męczącym strachu, jakiego nikomubym nie życzył. Wołałbym je zabić natychmiast, żeby się nie męczyły. Szkoda, że nie mamy strzelb ze sobą, możnaby im wpakować po kulce i byłby koniec.
— Można to zrobić inaczej — odrzekłem. — Czy nie masz pan noża? — zwróciłem się do przewodnika.
Wyspiarz wyciągnął długi, ostry nóż i dwoma silnemi uderzeniami pozbawił obydwa zwierzęta głów.
— Teraz zaniesiemy je na statek! — zawołał kapitan i podniósł większego z dwóch żółwi. Po dwóch krokach jednak upuścił go znowu na piasek.
— Tam do licha! — zawołał zdumiony. — Ta bestya waży więcej, niż nasza większa kotwica! Doprawdy, musimy je zostawić tutaj!
Tym razem przewodnik innego był zdania. Ostrym swoim nożem ściął kilka grubych i okrągłych gałęzi, które wyrównał i wygładził tak, że utworzyły zupełnie prawidłowe wałki. Wałki te wsunął pod skorupy żółwi i po nich zaczął z łatwością przesuwać ciężkie zwierzęta. Pomagaliśmy mu energicznie i w ten sposób wspólnemi silami dociągnęliśmy naszą zdobycz do miejsca, gdzie oczekiwała nas łódka. Ujrzawszy nas majtkowie zapalili pochodnię i wyskoczyli na brzeg, aby pomódz w holowaniu ciężaru. Przy tej pracy, kiedy podniesiono oba zwierzęta, aby je przenieść do łódki, światło pochodni upadło na ich grzbiety.
— Stój! — zawołał kapitan. — Co to jest? Ta zupa żółwiowa ma odrazu talerz na sobie!
Pochyliłem się zaciekawiony i ujrzałem na grzbiecie większego żółwia w samym środku tarczy, owalne, zupełnie prawidłowe wgłębienie o cokolwiek podniesionych brzegach, podobne rzeczywiście do talerza, a raczej do niewielkiego półmiska.
— Patrzcie! wkoło są jakieś znaki, czy litery! — zawołał kapitan, który przyglądał się temu zjawisku z nadzwyczajną ciekawością. — Ale kto zrozumie te hieroglify? No, panie Charley, rozwiąż pan tę zagadkę!
Kazałem lepiej oświetlić wgłębienie i przekonałem się, że była to miseczka z pewnego gatunku bronzu, jaki tylko Chińczycy i Japończycy wyrabiać umieją, która została wpuszczona w naciętą skorupę żółwia i tam umocowana. Co do owych znaków, były to japońskie litery, składające dwie nazwy, umieszczone jedna pod drugą.
— Sen-to i Tsifurissima — przeczytałem.
— Co to znaczy? — zapytał zaciekawiony kapitan.
— Tsifurissima, jest to nazwa jednej z wysp japońskich, niekiedy jednak tein mianem nazywają cały archipelag Oki, składający się z siedemdziesięciu siedmiu wysp pojedynczych.
— Dobrze. A co znaczy ten drugi wyraz?
— Sen-to jest imieniem sto dwudziestego japońskiego mikada, który panował od 1780 do 1817 roku, jeżeli się nie mylę.
— A cóż mikado może mieć wspólnego z tą zupą żółwiową?
— Żółwie odznaczają się długowiecznością. Otóż, chcąc się przekonać, jak długo rzeczywiście żółw żyć może, łapią młode żółwie, znaczą im grzbiety w taki czy inny sposób i znowu puszczają wolno. Zdaje się, że żółwie lubią przedsiębrać dalekie nawet podróże, lecz powracają zwykle na stare śmiecie. Co do tego wielkoluda, to nie ulega wątpliwości, że był on kiedyś złapany na Tsifurissimie i jako datę wyryto na nim imię panującego wtedy mikada. Możesz więc pan łatwo obliczyć, ile mniej więcej lat ma ten okaz.
— Uprzejmie dziękuję. Wcale nie jestem zachwycony tą wiadomością, że mam jeść taką dziewięćdziesięcioletnią zupę. Odbiera mi to nawet apetyt, gdyż zdaje mi się, że w smaku poczuję ten wiek poważny. Rzućcie go do lodzi! Jeśli kiedy spotkam się z jakim mikado, to mu ofiaruję ten talerz.
— Ofiaruj go pan mnie, kapitanie. Z przyjemnością przyłączyłbym go jako pamiątkę do moich zbiorów.
— Chcesz pan mieć pamiątkę? po kim? po żółwiu, czy po mikadzie?
— Po jednym i drugim zarazem.
— A więc weź pan go sobie. Możesz wziąć nawet całą skorupę, gdyż mnie chodzi tylko o zupę.
Następnego dnia mieliśmy dużo roboty na „Wichrze“, gdyż uszkodzenia trzeba było reparować z obydwóch stron, t. j. z zewnątrz i z wewnątrz. Było to trudne zadanie, gdyż w porcie Lloyd doków nie było i całą pracę należało wykonywać pod wodą. Wobec tego robota postępowała wolno, ludzie bowiem nie mogli długo utrzymać się pod wodą i zmieniali się co chwila. Dziwną i trudną do wytlómaczenia jest ta okoliczność, że majtkowie, z wyjątkiem naturalnie tych, którzy kończyli szkołę marynarki, są zwykle złymi, albo nawet żadnymi pływakami. Widziałem takich, którzy na zupełnie zniszczonym i wprost gotowym do zatonięcia statku czuli się zupełnie bezpieczni, a nie mogli się zdobyć na odwagę na przebycie wpław choćby najmniejszej przestrzeni.
Przy obiedzie, który składał się przedewszystkiem z zupy żółwiowej, kapitan zrobił mi bardzo miłą propozycyę.
— Jak myślisz, panie Charley, czy te dzikie kozy warte są zachodu?
— Jestem przekonany.
— W takim razie weź strzelbę i chodźmy, musimy chociaż jednę przynieść.
— Ślicznie, kapitanie, ale nie tutaj. Zapolujemy na wyspie Stapleton.
— Dlaczego?
— Bo tam jest mniej ludzi, a znacznie więcej zwierząt.
— Więc popłyniemy tam.
— Czy weźmiemy kogo ze sobą?
— Po co; nasi chłopcy nie znają się na polowaniu i tylkoby nam wypłoszyli zwierzynę. Chodź pan, sami się z tem załatwimy.
Z czytanych nieraz opisów wiedziałem, że wyspa Stapleton należy do wysp niezmiernie górzystych i skalistych, z doświadczenia zaś, podczas licznych wycieczek w góry, przekonałem się, jak nieocenione usługi oddaje podczas tego rodzaju wypraw mocny sznur i kij góralski. To też przed wyruszeniem postanowiłem zaopatrzyć się w obie te rzeczy. Moje lasso było stokroć lepszem i mocniejszem od najmocniejszego sznura, pozostawał Więc tylko do zdobycia kij. Na szczęście znalazłem grubą łodygę bambusu, którą kazałem okuć na poczekaniu, dodając ostry szpic na zakończenie i zagięty hak u góry.
Kapitan Turner otworzył ze zdziwienia oczy, ujrzawszy mnie uzbrojonego w ten sposób.
— Co to za maskarada! panie Charley? Czy chcesz pan powrozami i kijami zabijać kozy?
— Jestem strzelcem alpejskim, kapitanie — odrzekłem z godnością.
— Strzelcem alp... nie rób pan żartów i wyrzuć cały ten ładunek za burtę!
— Ani myślę. Zobaczysz pan, jak mi się to przyda.
Z temi słowami usadowiłem się w lodzi. Kapitan poszedł za moim przykładem i w milczeniu wzięliśmy się do wioseł. Mieliśmy przed sobą czterogodzinnę drogę i musieliśmy się śpieszyć, aby nie przybyć zbyt późno. Na szczęście morze było spokojne i wiatr pomyślny, mogliśmy więc postawić żagiel, co nam niezmiernie ułatwiło wiosłowanie. Trzymaliśmy się ściśle kierunku północnego, zostawiając na boku malownicze wzgórza wysp Peel i Buckland i wylądowaliśmy nareszcie w wązkiej zatoce wrzynającej się głęboko pomiędzy skały, otaczające wybrzeża wysp Stapleton.
— Patrz pan, panie Charley, będzie napewno po dwie na każdy strzał — roześmiał się kapitan, wskazując palcem ku górze.
Rzeczywiście wierzchołki skal były literalnie pokryte dzikiemi kozami, które pasły się tutaj spokojnie, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Wyciągnęliśmy łódkę na ląd i umocowaliśmy starannie, aby nie porwały jej wody nadchodzącego przypływu, który tutaj dochodził do trzech stóp wysokości, poczem zaczęliśmy się wspinać pod górę.
Wyspa przedstawiała typowy krajobraz alpejski ze śpiczastemi, zębatemi lub prostopadłemi górami i skalami. Mój bambus oddawał mi nieocenione usługi, wdzierałem się też na wysokości dość energicznie, podczas, kiedy idący za mną kapitan musiał używać rąk i nóg, aby utrzymać należną równowagę. Nareszcie zatrzymał się wyczerpany i sapiąc jak miech kowalski, zawołał niecierpliwie:
— Zatrzymaj się panie Charley! Czy chcesz się pan dostać po tych przeklętych górach aż na księżyc? Spojrzyj pan na tę dolinę pod nami, co tam zwierzyny! Jeżeli zejdziemy, to jestem pewien, że od jednego strzału przynajmniej pięć wywróci koziołka.
— Ja też właśnie kieruję się do tej doliny.
— Do... tej... doliny? Posłuchaj, panie Charley, jeden z nas musi mieć zajączki, pan, albo ja, chociaż muszę się panu przyznać, że czuje wszystkie swoje klepki na miejscu. Jakto, więc pan chcesz zejść do doliny, drapiąc się nieustannie w górę?
Roześmiałem się mimowolnie.
— Powiedz mi, kapitanie, co pan masz zamiar robić w dolinie?
— Jakto, co mam zamiar robić? Chcę mieć dobrą kozinę na obiad!
— Bardzo pięknie! Spróbuj więc pan ją zdobyć. Dam panu dziesięć dolarów za każdą kozę, która pozwoli się panu zastrzelić.
— Chcesz pan przez to powiedzieć, że nie umiem strzelać?
— Nie, chcę tylko zwrócić uwagę pana, że masz je wszystkie pod wiatr.
— Pod wiatr? Daruj mi, panie Charley, ale doprawdy pańska znajomość przyrody zawiodła pana tym razem. Jakaś tam głupia koza ma się znać na wietrze. Bądź pan pewien, że ani myślę drapać się na tę ścianę. Niech pan robi, co chce, ale ja nie mam wcale zamiaru wracać na statek z rozbitą głową.
Zwrócił się rzeczywiście ku dolinie i puścił naprzód, sapiąc i dysząc gniewnie. Nie miałem wyboru; nie chcąc popsuć zapowiadającego się tak świetnie polowania, musiałem go zostawić własnemu jego przemysłowi, tem więcej, że mała nauczka poczciwemu kapitanowi przydać się mogła.
Nie namyślając się więc długo wdrapałem się na stromy wierzchołek, który z drugiej strony łagodnie spadał w dolinę. Za pomocą mego bambusa, który służył mi do utrzymywania równowagi na stromych pochyłościach, przedarłem się pomiędzy skalami aż do wąwozu, stanowiącego wyjście z doliny i znajdującego się wprost tego miejsca, którędy zbiegł niecierpliwy kapitan. Tutaj ukryłem się za wystającym odłamem skalnym i przygotowawszy mój ulubiony kilkunastostrzałowy sztucer, który Wziąłem zamiast dubeltówki, stanąłem na czatach.
Nie czekałem zbyt długo, gdyż w jakieś dwie minuty po przybyciu usłyszałem galopujące moją stronę stado. Niedaleko ode mnie dolina skręcała pod kątem, to też zwierzęta, nie domyślając się z tej strony niebezpieczeństwa, biegły wprost na mnie. Nie tracąc ani chwili, dałem sześć strzałów jeden po drugim i sześć kóz padło nieżywych, reszta zaś przebiegła w pełnym galopie i skryła się w głębi wąwozu. Chciąłem wyjść właśnie z kryjówki gdy nagle usłyszałem tentent, sapanie i gwizdanie, jakby dziesięciu lokomotyw, które zatrzymało się przy zabitych kozach, a jednocześnie zdumiony jakiś głos zawołał:
— Do miliona rekinów, co to jest? Kto pozabijał te kozy?
Wystąpiłem z ukrycia i, śmiejąc się serdecznie, odrzeklem:
— To ja, kapitanie, jeśli nie masz pan nic przeciwko temu.
— Pan? Skąd się pan tutaj wziąłeś?
Poczciwy kapitan tak szeroko otworzył usta, jakby ze zdumienia chciał połknąć owe tysiąc rekinów.
— Z góry, z tych skał tam wysoko — odrzekłem z uśmiechem.
— Wszak obiecałem panu dziesięć dolarów za każdą zabitą kozę. Ileż mam panu zapłacić? Twarz jego przybrała wyraz komicznego zakłopotania.
— Doprawdy, panie Charley, te stworzenia drapnęły, zanim zdążyłem wywiesić nieprzyjacielską chorągiew, rozpuściłem więc żagle i sapiąc, jak wczorajszy tajfun, popłynąłem za niemi. Czyż miałem czas biegnąc i dech chwytając, nabijać strzelbę i mierzyć i strzelać. Panu się zdaje, że marynarz powinien sześć razy tyle zrobić, co każdy inny śmiertelnik!
— Czyż ja wymagam, abyś pan miał trzydzieści sześć kóz zabitych?
— Trzydzieści sześć? Skąd pan znowu wyrwałeś tę liczbę? — Tutaj mamy sześć moich, a ponieważ, jak pan to sam powiedziałeś, wymagam od pana sześć razy tyle, co od siebie, pytam się więc o trzydzieści sześć.
— Zapewne, rachunek zgadza się doskonale — odrzekł, patrząc to na broń swoją, to na leżące kozy. — Powiedz mi pan, panie Charley, czy te zwierzęta rzeczywiście znają się cokolwiek na wietrze?
— Ależ naturalnie. Mają one węch tak delikatny, że z pewnością wprzód poczuły pana, zanim zobaczyły lub dosłyszały, chociaż jesteś pan przecie dość pokaźnej budowy, a pańskie gardło sapie tak, że je o osiem kroków słychać.
— A cóż to, mam się dla jednej głupiej kozy zadusić. To mi się wcale nie uśmiecha. Komu się moje gardło nie podoba, niech... niech...
Był tak zagniewany, że nie mógł dobrać wyrazów dostatecznie malujących jego oburzenia. Śmiałem się serdecznie, widząc jednak, że go to do większego gniewu tylko pobudza, powstrzymałem wybuch wesołości i wyciągnąłem ku niemu rękę.
— Nie gniewaj się, kapitanie, przecież to żart tylko. Mamy tutaj sześć pięknych okazów, przypuszczam więc, że nam to na dzisiaj wystarczy.
— Tak? Tak pan myślisz? A co powiedzą na statku? — rzekł, spojrzawszy ponuro. — Powiedzą, że to wszystko zabił pan Charley, a kapitan jest stary niedołęga. Niech mnie rekin połknie, jeżeli ruszę się stąd nie zabiwszy sześciu kóz, tak, najmniej sześciu. Ponieważ wiem teraz, że te zwierzęta znają się na wietrze, będę się pilnował, aby mnie nie poczuły. Czy pan zostajesz, czy pójdziesz ze mną?
— Naturalnie, że pójdę, tylko muszę pana prosić o chwilkę cierpliwości.
— Dlaczego? Ja nie mam czasu do stracenia, gdyż inaczej te głupie kozy ujdą tak daleko, że ich do końca życia nie dogonię.
Mimowolnie roześmiałem się znowu.
— Czy pan rzeczywiście przypuszcza, że kozy można dogonić? Nie, kapitanie, pomóż mi pan przenieść te kozy pod krzak i zabezpieczyć je kamieniami, a potem zaprowadzę pana w inne miejsce, gdzie będziesz mógł strzelać dowoli! Kapitan nic już nie odrzekł i w milczeniu pomógł mi przenieść zdobycz w bezpieczne miejsce. Potem zaczęliśmy się wdrapywać na wysoką górę, ażeby łatwiej rozejrzeć się w miejscowości. Droga była trudna i kapitan ustawał coraz bardziej. Nareszcie zatrzymał się i rzeki osłabłym głosem:
— Zatrzymaj się pan chwilkę, albo daj mi pan swój bambus, bo już mi sił nie staje!
— Acha, a miałem go wyrzucić za burtę?
— Ba! czyż to ja nawłóczylem się tyle, co pan po świecie, żebym miał wszystko wiedzieć, na co się co przyda? Umiem wprowadzić statek do portu, umiem nim pokierować, ale jak żyję nie widziałem jeszcze, żeby kapitan marynarki musiał umieć drapać się po skalach, jak dzika koza. Ale załoga, dalej na pokład i w drogę!
Przy pomocy bambusa wspinanie poszło teraz o wiele łatwiej i szybciej. Wkrótce dosięgliśmy wierzchołka i po drugiej stronie góry ujrzeliśmy w dolinie olbrzymie stado, skubiące spokojnie trawę. Kapitan chciał, jak poprzednio, uderzyć na nie wprost, lecz zatrzymałem go, tłómacząc niepraktyczność takiego sposobu walki.
— Poczekaj, kapitanie; w ten sposób znowu pan wszystkie wystraszysz. Zejdź pan tędy, na prawo, spadek jest bardzo łagodny i stań pod tem drzewem. Ja pójdę na lewo, uderzę na kozy i popędzę je wprost na pana. Możesz wtedy strzelać, ile dusza zapragnie.
— Dobrze, to mi się podoba. Pamiętaj pan, że w przeciągu pięciu minut muszę mieć sześć sztuk koniecznie.
— Chcesz pan dwiema kulami położyć sześć sztuk?
— Muszę! Moja lankastrówka bije znakomicie, każda więc kula musi przedziurawić trzy kozy.
— No, to będzie trochę trudno. Weź pan mój sztucer. Jest nabity i masz pan dwadzieścia pięć strzałów odrazu do rozporządzenia.
— A no, to czysty zysk. Daj mi pan to wspaniale narzędzie i naucz, jak się z niem obchodzić należy.
Objaśniłem mu budowę sztucera, poczem zabrawszy jego lichą strzelbę puściłem się w swoją drogę.
Znalazłem się na miejscu znacznie wcześniej, niż kapitan, którego szeroka postać długo jeszcze błądziła pomiędzy górami, zanim stanęła na umówionem miejscu.
Ujrzawszy go pod drzewem z bronią przygotowaną do strzału, puściłem się wprost na niedomyślające się niczego zwierzęta i strzeliłem raz po raz. Pierwszy strzał powalił jedną kozę, drugi postrzelił drugą, lecz nie zrobił jej widocznie zbyt wielkiej krzywdy, bo zerwała się natychmiast i z szybkością wdrapała się na te same skały, z których myśmy przed chwilą zeszli.
Pozostałe zwierzęta porwały się również i rzuciły się wprost w stronę mego dzielnego przyjaciela, który wyczekiwał niecierpliwie; dopuścił je na odległość czterdziestu kroków, podniósł broń, lecz ku mojemu wielkiemu zdumieniu nie strzelał. Biegnąc za kozami, dawałem mu znaki, lecz on kręcił się tylko niespokojnie, tupał niecierpliwie nogami i wykrzywiał pociesznie, to podnosząc broń, to opuszczając ją gniewnie, a na strzał zdobyć się nie mógł. Kozy tymczasem minęły go spokojnie. Wtedy dzielny kapitan odwrócił się szybko za niemi, wycelował i zaczął coś majstrować kolo sztucera. W tej chwili znalazłem się obok niego.
— Dlaczego pan nie strzelasz? — zapytałem zdumiony.
Odwrócił ku mnie twarz tak zagniewaną, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Oczy mu błyszczały, rysy się skurczyły, a głos zagrzmiał jak trąba, kiedy zawołał:
— Dlaczego nie strzelałem? W jaki sposób miałem strzelać, kiedyś pan biegł tuż za kozami? Wstydź się pan, panie Charley! To podstęp niegodny! Te poczciwe zwierzęta szły prosto na strzał, ale panu się to niepodobalo i umieściłeś się tuż za niemi, a teraz pytasz z niewinną minką, dlaczego nie strzelałem! Ciekawym, cobyś pan powiedział, gdybym tak pana zabił?!
— Mnie? — powtórzyłem coraz bardziej zdziwiony i oszołomiony tymi wyrzutami. — Ależ to byłoby niepodobieństwem, gdyż znajdowałem się najmniej o dwadzieścia pięć kroków za kozami.
— To wszystko jedno. Jestem już stary, więc wiem, że o wypadek nietrudno. Cóżby to było, gdyby kula przeleciała nad kozami i trafiła pana w głowę, co? Powinieneś mi pan być wdzięcznym za tę przezorność, ale ja mam żal do pana!
Czułem się zupełnie przybity tymi wyrzutami, wypowiadanymi z całą powagą i przekonaniem, nie chcąc jednak drażnić jeszcze bardziej poczciwego kapitana, odrzeklem tylko:
— No, dobrze, ale dlaczego pan nie strzelałeś teraz z tyłu?
— Bo nie mogłem sobie dać rady z tem dyabelskiem narzędziem. Ciągnę, naciskam, posuwam, — nic i nic! Masz pan swój idyotyczny sztucer. Na drugi raz wezmę swoją starą dubeltówkę i nie dam się skusić na żadną zmianę. Ale skąd ja teraz wezmę moje sześć kóz?
— Które miały paść od dwóch kół — dodałem ze śmiechem.
— Nie irytuj mnie pan! Proszę o moją dubeltówkę! Pewnie panu lepiej usłużyła, niż mnie pański sztucer?
— Cokolwiek. Jedno zwierzę zabiłem,, drugie zaś krwawi mocno.
— Cóż to dziwnego — odrzekł mrukliwie. — Takie biedne, delikatne stworzonko, gdyby mu pan choćby tylko zadrasnął skórę, to musi krwawić, wdrapując się na te obrzydliwe górzyska.
Nie mogłem się powstrzymać i wybuchnąłem głośnym śmiechem, wprowadziło to jednak kapitana w taką pasyę, że formalnie wyrwał mi swoją strzelbę z ręki i zawołał w uniesieniu:
— Jesteś pan barbarzyńcą! Jesteś człowiekiem złym i nieczułym! Nie chcę mieć nic z panem do czynienia, możesz sobie płynąć do Kantonu z kim chcesz, byle nie ze mną! Rzucił mi pod nogi kij i ruszył w góry, kierując się ku najwyższym szczytom. Nic mi nie pozostawało innego, jak podnieść kij i udać się na poszukiwania zranionej kozy. Ślady krwi zaprowadziły mnie na niewielkie urwisko, wiszące tuż prawie nad położonem w głębokiej kotlinie jeziorem. Na tem urwisku leżała raniona przeze mnie koza, zmęczona widocznie i upadająca na siłach. Na mój widok chciała się zerwać, ale celnym strzałem skróciłem jej cierpienia.
Zaledwie przebrzmią! głos wystrzału, gdy z głębi kotliny doleciał mnie glos jakiś. Położyłem się na ziemi, doczołgałem do samego brzegu i spojrzałem w przepaść. Urwisko było cokolwiek wysuniętem i opierało się o skałę, która prawie prostopadle spadała na samo dno kotliny, otoczonej z trzech stron stromemi skałami, a z czwartej otwierającej się na morze. Była to jakby pułapka bez wyjścia i wejścia, do której żadna istota ludzka dostać się nie mogła, gdyż ze szczytów zejście z powodu nadzwyczajnej spadzistości było niemożliwem, wejście zaś od strony morza było zagrodzone koralowemi rafami, pomiędzy któremi nietylko statek, ale najmniejsza nawet łódka przedostaćby się nie mogła. A jednak ku wielkiemu memu zdziwieniu w tej niedostępnej pułapce dostrzegłem jakąś postać ludzką, która, ujrzawszy mnie na urwisku, zaczęła dawać rozpaczliwe znaki. Odległość pomiędzy nami była tak wielką, że choć głos słyszałem, słów jednak rozróżnić nie mogłem, ze stroju tylko poznałem, że musiał to być prawdopodobnie Chińczyk. W jaki sposób człowiek ten znalazł się tutaj? Że niedobrowolnie — to pewna, ale kto go tutaj przyniósł i dlaczego zostawił? Rozmyślałem jeszcze nad tem, gdy za sobą posłyszałem sapanie i głos kapitana Turnera:
— Nareszcie jestem! Ale wolę wejść na dziesięć masztów, niż raz zejść z tej wysokości!
Poczciwiec zapomniał, że jednak będzie musiał to zrobić.
— Może chcesz pan zejść z tej strony? — zapytałem z uśmiechem, wskazując mu przepaść.
— Bardzo dziękuję! Przypuszczam, iż zbiegłbym tak prędko, że z całej postaci kapitana pozostałyby tylko bezkształtne resztki.
— A jednak musisz pan zejść!
— Ja muszę? Dlaczego, panie Charley? Przyszedłem tutaj z zupełnie inną myślą, a pan mnie znowu zaczynasz drażnić.
— Więc nie będę, ale co zrobimy z tym człowiekiem, jak go uratujemy?
— Z jakim człowiekiem? Gdzie?
— Zrób pan tak, jak ja. Połóż się, abyś nie stracił równowagi i spojrzyj pan w tę przepaść.
Kapitan wykonał polecenie i po chwili zapytał:
— To Chińczyk, nieprawdaż?
— Tak jest.
— W jaki sposób mógł się dostać do tej klatki?
— To już on nam sam powie. Tylko, jak się tu dostać do niego? Łódką nie możemy, bo ławica zamyka nam drogę; musimy się więc spuścić.
Twarz kapitana przeciągnęła się cokolwiek.
— Panie Charley, wierzysz pan chyba, że z duszy chciałbym pomódz temu biedakowi, ale nie mogę przecież skręcić karku dla niego!
— Naturalnie, to też ja postaram się zejść?
— A czyż pana nie spotka to samo? — zapytał z obawą.
— To jeszcze zobaczymy. Zejść naturalnie nie mogę, ale mam lasso, które mi pomódz może. Patrz pan, tam nad samym brzegiem rośnie faja, rodzaj górskiego bananu, stamtąd spuszczę się na tę wystającą wąską skalę, a pan schwycisz lasso, które powracając rzucę, przywiążesz je do drzewa i pomożesz mi wciągnąć się z powrotem.
Zbliżyliśmy się do faji, wkoło której silnie obwiązałem lasso, potem zrzuciłem surdut i czapkę i ostrożnie spuściłem się na znajdujący się o piętnaście stóp pode mną odłam skalny.
— Puść pan lasso, kapitanie!
— Dobrze! Ale ostrożnie, panie Charley; jeżeli pan spadniesz, to nic cię już nie uratuje!
Obwiązałem się lassem i zacząłem schodzić niżej. Droga była trudna i niebezpieczna, dla zręcznego jednak górala okazała się zupełnie możliwą do przebycia; dopiero na jakieś dwadzieścia stóp nad dnem przepaści skała stawała się znowu tak gładką i stromą, że o dalszem zejściu mowy być nie mogło. Doszedłszy do tego miejsca, stanąłem, namyślając się, co robić.
Chińczyk, który z naprężoną uwagą śledził moje ruchy, wydał okrzyk rozpaczy. Obróciłem się w jego stronę i pochyliwszy się nieco, krzyknąłem w narzeczu Kuang-hoa, które każdy wykształcony Chińczyk rozumieć powinien:
— Kto jesteś i jak się nazywasz?
— Kong-ni.
— Skąd się tutaj wziąłeś?
— Z Państwa Niebieskiego, z zachodu, licząc od morza.
— Dobrze. Z jakiego miasta i prowincyi?
— Z Kuang-tscheu-fu, z prowincyi Kuang-tong.
— W jaki sposób znalazłeś się tutaj, w tej klatce?
— Tajfun rozbił statek, na którym jechałem. Fale mnie uniosły i wyrzuciły tutaj. Muszę umrzeć, jeśli mnie nie uratujesz.
— Czy umiesz chodzić po górach? — Byłem na wszystkich szczytach w moim kraju. Oko mam pewne i nogi mocne, ale padając rozbiłem głowę o skały, więc mam teraz silny zawrót, a przytem zraniłem sobie ramię, które boli mnie bardzo.
— Jeżeli zdołasz zapanować nad cierpieniem, to mogę cię uratować.
— Dobrze, zapanuję.
— A więc owiąż się w pasie tym rzemieniem, a ja cię wciągnę na górę.
Szerokie, niewygodne ubranie chińskie i zranione ramię nie pozwalały mu pośpieszyć z wykonaniem polecenia. Nareszcie jednak zrobił to, co mu kazałem i podnosząc ku górze głowę, zawołał:
— Ale nie upuścisz mnie?
— Bądź spokojny. Odpychaj się zdrową ręką od skał i pomagaj sobie nogami, a ręczę, że się nam uda.
Posłusznie wykonał moje polecenie i w kilka chwil później stał przedemną blady i wycieńczony do najwyższego stopnia. Był to bardzo jeszcze młody, zaledwie dwudziestoczteroletni młodzieniec o sympatycznej twarzy. Podczas tej powietrznej drogi ramię musiało mu dokuczać okrutnie, bo usta miał aż do krwi pogryzione.
— Pokaż mi ramię; chcę zobaczyć, co mu jest?
— Czy jesteś doktorem? Czy znasz nasze księgi medyczne „Tschang-szii-thung“ i „Wan-ping-tsui-tschum“? — zapytał.
— Znam obie, jak również „Ju-tsuan-i-tsung-kinkian“ — odrzekłem, aby wzbudzić w nim zaufanie. — Pokaż ramię.
Wyciągnął ku mnie rękę, która po zbadaniu okazała się złamaną powyżej łokcia.
— Masz złamaną rękę, ale wyleczę cię, jak tylko opuchnięcie cokolwiek zejdzie. Czy możesz wejść na tę górę?
— Jestem bardzo osłabiony, więc się lękam, ale spróbuję, jeśli mi zechcesz pomódz.
Zaczęliśmy się wdzierać, lecz po chwili przekonałem się, że w ten sposób nigdy nie dojdziemy do celu. Trzeba było poszukać innego środka doprowadzenia biedaka do odłamu skalnego, skąd przy pomocy kapitana łatwo już będzie wciągnąć go na górę. Przyjrzałem się bacznie jego budowie. Był silnym, lecz szczupłym i nie mógł zbyt wiele ważyć.
— Czy będziesz się mógł utrzymać, jeśli wezmę cię na ramiona?
— Czyżbyś chciał rzeczywiście to uczynić?
— Tak jest.
— Ale ja nie wiem, kto jesteś i lękam się obrazić prawo, które nakazuje mi być grzecznym.
— Nie obrazisz prawa, gdyż nie jestem Chińczykiem, lecz Austryakiem, który chce ci pomódz. Chodź, spróbujemy.
Wziąłem go na ramiona w ten sposób, że siedział jak na koniu; zdrową ręką objął mnie za głowę, ja zaś przycisnąłem jego nogi do piersi i zacząłem wspinać się powoli. Próba udała się nadspodziewanie; posuwałem się jednak bardzo powoli i ostrożnie, aby nie zrobić jakiego fałszywego kroku, któryby mógł sprowadzić nieuniknioną zagładę.
Zaledwie w pół godziny dosięgliśmy wystającego odłamu, który, jak to już poprzednio zauważyłem, mógł mieć zaledwie cztery stopy szerokości i prawie tyle długości. Dalej wspinać się nie było można. Kazałem zamknąć oczy Chińczykowi i wolniutko zsunąłem go na odłam.
— Hej, kapitanie Turner!
— Jestem tutaj!
— Chwytaj pan lasso!
Nie było to rzeczą zbyt łatwą wyrzucić rzemień tak wysoko, aby kapitan mógł go pochwycić, udało mi się jednak, co poznałem po głośnym jego okrzyku. Dzielny marynarz przywiązał jeden koniec do pnia drzewa, drugim zaś obwiązałem Chińczyka w pasie.
— Stój dotąd dopóki ja się nie wdrapię — rzekłem — a potem wciągniemy ciebie. No, kapitanie, idę! Czy rzemień siedzi dobrze?
— Jeśli się nie obawiasz pęknięcia, to drap się pan, ja trzymam mocno! Pochwyciłem rzemień obiema rękami i jak małpa począłem się drapać ku górze. Po chwili stanąłem na szczycie. Kapitan uradowany wyciągnął ku mnie obie ręce.
— Witam pana, panie Charley! dokonałeś pan sztuki nielada. To nie żarty drapać się po takiej dyabelskiej drodze z Chińczykiem na karku. Kto jest ten młodzieniec, jak się nazywa, skąd pochodzi, czego chce tutaj i co panu powiedział?
— Gwałtu, kapitanie, ależ to cały ładunek pytań! Bądź pan trochę cierpliwym, odpowiem na wszystko, ale dopiero, jak i on już będzie tutaj. Nie kaźmy mu zbyt długo czekać, bo biedak ma złamaną rękę i cierpi bardzo.
— Złamaną rękę? Ach, biedaczysko! Dawaj go tu prędzej, zaraz go wykurujemy! We dwóch dawaliśmy sobie radę łatwiej i bez szwanku wydobyliśmy Chińczyka z przepaści. Pomimo to, z chwilą zniknięcia niebezpieczeństwa siła woli, która podtrzymywała go dotychczas, opuściła go widocznie, bo upadł zemdlony u naszych stóp.
— Źle z nim jakoś — zauważył kapitan. — Jeszcze nam umrze na rękach!
— Nic mu nie będzie — odrzekłem uspokajająco. — Po rozbiciu statku bałwany uniosły go i rzuciły do tej przeklętej pułapki, przyczem, naturalnie, nie obeszło się bez uderzenia; ma złamaną rękę, od wczoraj, a może dłużej, nie jadł i nie pił, więc osłabł zupełnie i po ostatnich wzruszeniach zemdlał, — to bardzo naturalne. Ale musimy skorzystać z tego zemdlenia i zanieść go w dolinę, gdzie trzeba będzie postarać się o wodę dla niego. Pan pewnie zostaniesz tutaj?
— Ja? Dlaczego?
— Ten szczyt widać daleko z morza, więc prawdopodobnie zechcesz się pan umieścić tutaj, jako nowego rodzaju latarnia morska.
— Któż panu podobnych bredni nagadał?
— Pan sam, kapitanie. Wszak powiedziałeś, że wolisz się na tysiąc masztów wdrapać, niż raz zejść z tej wysokości.
— Ach, to już taki mój sposób mówienia, panie Charley! Jakby pana jakaś rakieta uderzyła w głowę, to i pan nie myślałby o tem, co mówi. Zamiast mi to wypominać, powiedz lepiej, jak my go zniesiemy w dolinę, bo ja nie na wiele się panu przydam. Dość mam roboty ze sobą, żeby się, jak bomba, nie stoczyć W jaką dziurę.
— Ja też nie potrzebuję pańskiej pomocy; będę tylko bardzo wdzięcznym, jeżeli zechcesz pan ponieść mój sztucer.
— Postanowiłem sobie nie dotykać tego paskudnego narzędzia, ale jeśli inaczej być nie może, to dawaj go pan, cóż robić.
Pomógł mi wziąć zemdlonego na ręce i razem zeszliśmy w dolinę.
— Gdzie go pan położysz? — zapytał.
— Tutaj, nigdzie. Muszę go zanieść do strumienia, obok którego przechodziliśmy, drapiąc się za kozami.
— Prawda! A nasze kozy?
— Nie kłopoczmy się o nie — jutro każemy je przynieść.
— To dobrze. A więc w drogę.
Do strumienia było już niedaleko, wkrótce więc przybyliśmy nad brzeg czystej jak kryształ i jak kryształ chłodnej wody. Tutaj złożyłem ciągle zemdlonego Chińczyka na ziemi, odsunąłem rękaw i zastosowałem okłady z zimnej wody, aby choć cokolwiek usunąć opuchnięcie.
Biedak ocucił się tymczasem i słabym głosem poprosił pić. Napełniłem skórzany kubek i podałem mu, poczem wydobyłem nasze zapasy, którymi podzieliliśmy się sumiennie. Młody Chińczyk jadł z bezwiedną chciwością, wskazującą, że oddawna już musiał nie mieć nic w ustach.
— Powiedz mi swoje nazwisko — prosił, — abym wiedział, kogo mam błogosławić.
Spełniłem jego prośbę, lecz on pokiwał głową.
— Jeżeli ktoś wymawia jakie słowo, to w myślach słuchającego wytwarza ono jakieś pojęcie, tymczasem imię twoje jest bez duszy. Pozwól, że dam ci imię w języku, jakim mówią w ojczyźnie mojej. Jesteś Austryakiem; jaką godność nadał ci twój cesarz?
— Podróżuję po całym świecie i opisuję W książkach to, co widziałem.
— Ach, więc jesteś nietylko hieu-tsai[1] lub Kieu-jin[2], lecz Tsin-sse[3] i masz prawo do najwyższych honorów w swoim kraju. Jesteś Wielkim, silnym i rozumnym. Pozwól mi nazwać cię Kuang-si-ta-sse[4], gdyż kraj twój leży na dalekim zachodzie.
Chińczycy są niezmiernie grzeczni i pierwszy lepszy szorstki wyraz zwrócony do mieszkańca Chin stanowi tutaj śmiertelną nieledwie obrazę. Kong-ni nie stanowił wyjątku; nazwa, jaką mi nadał, była pretensyonalną i przeceniającą wszelkie moje zasługi, ponieważ jednak nie szkodziło to nikomu, a jemu sprawiało przyjemność, przeto postanowiłem ją przyjąć i odrzekłem równie uprzejmie:
— Pozwalam ci. Jak się nazywała rozbita dżonka, na której płynąłeś?
— Fu-szin-hai[5]. Tajfun zatopił ją wraz z całą załogą, ja tylko jeden ocalałem.
— Czy chcesz jechać z nami do Kuang-tscheu-fu?
— A czy masz statek, który płynie w tę stronę?
— Tak; jest on własnością tego oto człowieka, który na nim opływa wszystkie morza.
Kong-ni zwrócił się do kapitana.
— A więc jesteś Ti-tu! Jak brzmi twoje imię?
— Ten człowiek nie mówi językiem twojego kraju — odrzekłem zamiast kapitana — a więc ja będę tłomaczem pomiędzy wami. Kapitanie, ten młodzieniec nazywa się Kong-ni i pyta o twoje imię!
— Kapitan Turner — odrzekł zapytany.
— Tu-re-ne-si-ki? A więc Ti-tu Tu-re-ne-siki, czy zrobisz mi laskę i zabierzesz mnie z sobą?
Wyraz Ti-tu znaczy po chińsku admirał; uśmiechnąłem się więc i powtórzyłem jego ekscelencyi admirałowi Tu-re-ne-si-ki zapytanie młodego Chińczyka. Roześmiał się na całe gardło.
— Jakto jest „tak“ po chińsku? — zapytał.
— To zależy od rodzaju wymowy — odrzekłem, — albo tsche, albo sshe, jak pan wolisz.
— Tsche, albo ssche, mój chłopcze. Nie po to wydobyliśmy cię z jednej dziury, aby cię zostawić w drugiej. Panie Charley, nasz chory zdaje się wypoczął już dostatecznie, możemy ruszyć z powrotem.
Uwaga była słuszna; obandażowałem więc ramię Chińczyka i upewniłem się, że ma dość siły, aby odbyć tę drogę bez pomocy, poczem ruszyliśmy ku łódce. Droga odbyła się bez wypadku; łódź zastaliśmy na miejscu, spuściliśmy ją na wodę i wzięliśmy się do wioseł. Kong-ni trzymał się dzielnie i jak mógł pomagał nam swoją zdrową ręką, to też w pól godziny znaleźliśmy się na statku, gdzie natychmiast zająłem się starannem opatrzeniem i nastawieniem kości złamanej ręki młodzieńca.
Reparacye „Wichru“, które okazały się niezbędnemi, musiały potrwać dłużej, niżbyśmy sobie tego życzyć mogli.
Przeklęty tajfun, rzucając „Wichrem“ jak piłką, osłabił wszystkie spojenia, złamał dwa przednie maszty i uniósł obie szalupy, nie licząc już wielkiej dziury i rozmaitych drobniejszych uszkodzeń. Wszystkie te poprawki zatrzymały nas przeszło dwa tygodnie w porcie i dopiero po tym czasie mogliśmy bezpiecznie wyruszyć w dalszą drogę.
Ramię Kong-ni nie sprawiało mi najmniejszego kłopotu, gdyż kość zrastała się prawidłowo i chory przeszedł w stan rekonwalescencyi. Obecność młodzieńca dla mnie osobiście była bardzo miłą i pożądaną nawet. Mówił on miękim południowym dyalektem, w którym nie miałem najmniejszej wprawy, gdyż studya moje nad językiem odbywałem głównie w Tonkinie. Z tego powodu nieustannie trzymałem go kolo siebie i bez jego wiedzy prawie stałem się jego pilnym uczniem.
To trzymanie się razem z młodym Chińczykiem zwróciło uwagę kapitana, który odezwał się kiedyś z wyraźnie zaznaczoną pretensyą:
— Panie Charley — rzekł — czy ten Chińczyk jest rzeczywiście tak zajmującym, że ani na chwilę nie możesz się pan z nim rozstać? Muszę się panu przyznać, że jestem obrażony na pana, zaniedbujesz mnie w krzyczący sposób.
— Do pewnego stopnia masz racyę, kochany kapitanie, ale wybaczysz mi może, gdy ci się przyznam, że w ten sposób uczę się chińskiego języka. Nie masz pan pojęcia, ile się można nauczyć w taki praktyczny sposób.
— Acha, toś pan taki sprytny! Ja bo dawno już jeżdżę po szerokim świecie i miałem sposobność słyszenia rozmaitych języków, ale widocznie nie mam zdolności, bo nigdy się niczego nauczyć nie mogłem. Raz naprzykład przez sześć miesięcy pływałem po wodach francuskich, ocierałem się o Francuzów, ale z wiadomości językowych zdobyłem tylko tę jedną, że okręt nazywa się vaisseau. Tym razem będzie to jednak kłopot, kiedy znajdę się w Kantonie, nie umiejąc ani słówka po chińsku. Czy nie zechciałbyś pan nauczyć mnie czego?
— Ależ owszem, jeżeli to panu robi przyjemność!
— Przyjemności pewnie niewiele, a roboty dużo — odrzekł. — Słyszałem tylko, że język chiński składa się przeważnie z wyrazów jednosylabowych, nie będzie więc chyba zbyt trudnym.
Uśmiechnąłem się, lecz nie wyprowadzałem go z błędu i zabraliśmy się do nauki. Kapitan był rzeczywiście znakomitym uczniem i robił olbrzymie postępy w... zapominaniu. Z trzech słówek, które mi dzisiaj powtórzył pięćdziesiąt razy, jutro nie pamiętał ani jednego, lub używał ich w taki sposób, że mimowoli śmiałem się do łez prawie. Kiedyśmy nareszcie przybyli do Chin, poczciwy kapitan mówił językiem chińsko-angielskim, z którego nikt ani słowa zrozumieć nie mógł.
Nareszcie wynurzyły się przed nami granitowe skały, na których leży Hong-kong. Im więcej zbliżaliśmy się do brzegu, tem częściej napotykaliśmy okręty rozmaitych narodowości, śpieszące lub wracające z Wiktoryi, jak Anglicy nazywają to miasto. Bliżej brzegu otoczyły nas setki chińskich dżonek rybackich lub handlowych, które kręciły się na wszystkie strony, a ich właściciele głośno ofiarowywali swój towar i namawiali do kupna.
— Wiesz pan — rzeki kapitan, stojąc ze mną na pokładzie i przyglądając się z zaciekawieniem temu ruchowi.
— Zrobiłem pewne postanowienie.
— Jakie?
— Dotychczas nie mogłem zrozumieć, jak to można włóczyć się nieustannie po świecie po to tylko, żeby poznać kraje i ludzi, teraz jednak zrozumiałem, jaka to wielka przyjemność. Jestem człowiekiem niezależnym, „Wicher“ jest moją własnością, postanowiłem więc poddać go raz jeszcze gruntownej naprawie, a potem pod pańskim światłym kierunkiem puścić się na poznanie krajów i ludzi. Zaczniemy od Chin. Wszak weźmiesz mnie z sobą, panie Charley?
— Z całą przyjemnością, nie wiem tylko, jak to będzie z pańską wymową.
— Nie kłopocz się pan! Język chiński jest najłatwiejszy pod słońcem. Posłuchaj pan tylko: Kan-tong, Nan-king, Hon-kong, Pe-king, Gin-seng, — wszystko kończy się na eng, ing, ong, ung, yng, to przecież dziecko zrozumie.
— Bardzo pięknie. Jak więc pan powitasz pierwszego lepszego Chińczyka?
— Bardzo zwyczajnie. Zamiast powiedzieć „dzień dobry“, powiem „dzieng dobryng“ i będzie po chińsku. Czy chcesz mnie pan dalej egzaminować?
— Nie, nie, to wystarcza — zawołałem, śmiejąc się do rozpuku. — Pozwól pan złożyć hołd pańskiej wynalazczości!
— Nic to dziwnego, każdy porządny marynarz powinien być wynalazczym, a kapitan Frik Turner nie należy przecież do gawronów. Ale muszę się oddalić. Nie mam bocmana i muszę sam zatroszczyć się o wejście do portu.
Wywiesiliśmy naszą flagę i daliśmy przepisaną liczbę strzałów, poczem „Wicher“ przedefilował majestatycznie przed wejściem i spokojnie wpłynął do portu.
Kong-ni stal przy mnie i zamyślony patrzył w stronę lądu. Pomimo codziennego obcowania, pomimo szczerych niby rozmów, młodzieniec ten przedstawiał dla mnie zagadkę. Wszelkie pytania o pochodzeniu swojem, albo stosunkach rodzinnych pokrywał milczeniem lub dawał wymijające odpowiedzi, z których nic wywnioskować nie było można.
Należał widocznie do klas wykształconych, wychowanie musiał odebrać staranne, a i rysy jego twarzy wykazywały spryt i wrodzoną inteligencyę. To mogłem wyciągnąć z własnych moich obserwacyi, poza tem nie wiedziałem nic.
— Jak długo zostaniesz w Hong-kong? — zapytał po chwili.
— Sam jeszcze nie wiem.
— A czy masz zamiar dojechać tylko do Kuang-tscheu-fu?
— Nie. Pojadę dalej.
— Nie pozwolą ci na to kuang-su, nasi urzędnicy.
— W takim razie sam sobie pozwolę.
— Nazwałem cię „Kuan-si-ta-sse“, co znaczy „doktór jasności z zachodu“ i wiem, że jesteś śmiały i rozumny, ale nie radzę zapuszczać ci się dalej. Poprzestań na tych ulicach Kantonu, które wolno zwiedzać i nie chodź dalej, gdyż nie jesteś Chińczykiem.
— A więc stanę się nim.
— To będzie trudno. Uratowałeś mi życie, chcę ci się więc odwdzięczyć. Pozwól mi dać sobie jedną radę.
— Mów!
— Czy chcesz zostać synem mandaryna?
Spojrzałem na niego zdumiony. Znałem z opisów niewypowiedzianą dumę tych najwyższych urzędników niebieskiego państwa, którzy uważają się za wybrańców narodu i ściśle przestrzegają granicy, oddzielającej ich od innych śmiertelników, więc też pytanie Kong-ni zabrzmiało mi jak żart. A jednak nie śmiałby przecież żartować ze mnie, w którego rozum 5 wierzył i któremu zawdzięcza! życie, musiała więc zatem istnieć jakaś możność podobnej adoptacyi, której, jako cudzoziemiec znać nie mogłem. Nie chcąc się niczem krępować, zapytałem z pozorną obojętnością:
— Czy to jest możliwem?
— Tak, dla ciebie mogę to zrobić, że zostaniesz synem fu-juena.
Fu-juen jest to jeden z najwyższych urzędników wice-króla chińskiego, W którego rękach leży zarząd jednej z prowincyi. Kim więc był ów Kong-ni, który z taką pewnością siebie rzucał podobne propozycye? Nie zdradzając się jednak ze zdumieniem, mówiłem dalej:
— Ależ ja mam ojca.
— Twój ojciec jest nieobecny. Nie jesteś wyznawcą Fo, ani Buddy, jesteś chrześcianinem. Czy twoja religia zabrania ci mieć drugiego ojca?
— Nie.
— A więc uczyń, jak ci radzę, gdyż tylko w ten sposób możesz zostać Chińczykiem i będziesz mógł chodzić i jeździć, gdzie ci się będzie podobało.
Propozycya taka nie była do odrzucenia, gdyż dawała pewne zabezpieczenie w tym pełnym dziwów kraju, wydawała mi się jednak tak nieprawdopodobną, że gotów byłem odrzucić ją bez zastrzeżeń. Powstrzymałem się jednak i zapytałem tylko:
— Czyż wyznawca Fo, albo Buddy zechce przyjąć za syna wyznawcę jedynego Boga?
— Dlaczegożby nie? Wasz Bóg mówi: „ja jestem tylko wasz“, nasze zaś księgi uczą, że Bóg jest ojcem wszystkich ludzi i wszyscy są jego dziećmi. Podług nas są trzy wielkie religie: nasza, wasza i mahometańska, — i wszystkie te trzy religie mają jedną wartość. Dlaczego więc nie możesz zostać synem człowieka, który twoją religię tak szanuje, jak ty jego?
Nie chciałem wdawać się w dysputy z młodym Chińczykiem, gdyż był to zbyt poważny temat, abym mógł poruszać go lekkomyślnie, powróciłem więc do założenia i zapytałem:
— Więc ów człowiek jest fu-juen?
— Tak jest.
— A zatem jednym z najwyższych urzędników?
— Jest mandarynem o czerwonych guzikach. Jest silnym, ale już starym, więc wielki cesarz pozwolił mu nosić dwa pawie pióra i odpocząć po pracy.
Był to więc dymisyonowany urzędnik pierwszej klasy, czyli jeden z owej najdumniejszej pod słońcem arystokracyi chińskiej.
— Czy ten człowiek ma syna? — dopytywałem się zaciekawiony.
— Owszem, ma jednego.
— Czy prawo pozwala przyjąć drugiego syna?
— Prawo nie pozwala, ale cesarz pozwala.
— Czy ten syn jest z nim?
— Nie, obecnie jest z tobą.
Spojrzałem na niego zdumiony.
— Ah, więc mówisz o swoim ojcu.
— Tak, czy chcesz być moim bratem? Było to coś tak niespodziewanego, tak zakrawającego na bajkę, że wprost nie umiałem się zoryentować w całej tej dziwacznej historyi, czułem tylko, że nie powinienem odrzucać tej propozycyi.
— Chcę — odrzekłem krótko.
— Umiesz mówić naszą mową. Czy umiesz pisać?
— Tylko z książki, a to niewiele.
— W takim razie podyktujesz mi, a ja za ciebie napiszę.
— Ale co?
— Napiszesz ćwiczenie, które musimy posłać do Ly-pu, czyli pewnego rodzaju komisyi egzaminacyjnej. Syn fu-juena musi być człowiekiem wykształconym, aby módz być nan, phy, hen lub kung.
— Aha; muszę więc osiągnąć jeden z tych tytułów. Będzie to mniej więcej po naszemu szlachcic, baron, hrabia, markiz lub książę. Jakiż stopień akademicki mam uzyskać?
— Jesteś bardzo rozumnym, możesz więc zostać tsin-sse. My mamy trzy stopnie, napiszesz Więc trzy ćwiczenia, które poślemy do Ly-pu. W ten sposób uzyskasz odrazu najwyższy stopień.
— Dobrze, jestem gotów, kiedyż zaczniemy pisać?
— Kiedy tylko zechcesz.
— W takim razie siadajmy do lodzi i jedźmy kupić papieru, tuszu i pędzelków.
— Czy nie zechciałbyś spełnić jednej mojej prośby?
— Słucham.
— Pozwól mi jechać samemu. Ja ci sam przywiozę wszystko, czego potrzebujesz
— Owszem — odrzeklem z uśmiechem, gdyż mimowoli przeszło mi przez myśl podejrzenie, że poczciwy Kong-ni chce się razem ze swoją wdzięcznością ulotnić jaknajszybciej. — Jak się nazywa twój ojciec?
— Phy-ming-tsu.
— Aha, to znaczy tyle, co hrabia. Gdzie mieszka?
— Wkrótce się dowiesz.
Chciałem pytać dalej, lecz usłyszałem poza sobą głos kapitana i odwróciłem się w tę stronę zaciekawiony.
Podczas rozmowy mojej z Chińczykiem „Wicher“ wpłynął do portu i zarzucił kotwicę. W tej chwili otoczyło statek mnóstwo niewielkich lodzi z wszelkiego rodzaju przedmiotami handlu, a przekupnie, głosząc na wyścigi zalety swego towaru, ofiarowywali go załodze do nabycia. Jeden z nich podsunął się tuż pod linę kotwicy i nawoływał głośno: Li-chy! Li-chy! Si-kua! Si-kua!
— Chodźno pan, panie Charley! Co on tam wykrzykuje? Co to jest li-chy?
— To są orzechy, które tam leżą w łodzi, nadzwyczaj smaczne i delikatne.
— Dobrze. A si-kua?
— Melony.
— Patrzcie państwo! Czemuż ten osieł nie mówi tego odrazu!
Przechylił się przez rampę i kiwnął na przekupnia.
— Myng kupiemyng! Proszeng przyjść na pokładang! Ponieważ jednocześnie kazał spuścić sznurową drabinę, przeto handlarz domyślił się, o co chodzi i zawiesiwszy na ramionach drążki z owocami z niezmierną zręcznością wdrapał się z nimi na górę.
— Patrzno pan, panie Charley, ten urwis doskonale mnie zrozumiał. Jednakże jest to ogromna przyjemność módz rozmówić się w obcym języku. Zawdzięczam to panu i moim niezwykłym zdolnościom. Muszę cały ten kram zakupić.
Z temi słowami zwrócił się do handlarza, który zdążył już tymczasem rozłożyć swój towar na matach, poklepał go przyjacielsko po plecach i rzekł:
— Ileng kosztujang orzechyng?
Zapytany z samej pantominy kapitana domyślił się, o co chodzi i odrzekl:
— Y tsien.
— Widzisz pan, że mnie zrozumiał. Ale widzę, że łatwiej jest mówić po chińsku, niż rozumieć? Co to znaczy y tsien?
— Jeden tsien.
— Dobrze, ale co to jest tsien?
— Jest to drobna moneta obiegowa, równająca się trzeciej części kopiejki.
— A więc za taką drobną sumę mogę otrzymać pełną garść orzechów?
— Naturalnie. Owoce są tutaj niezmiernie tanie.
— Muszę z nim jeszcze porozmawiać.
— Koniecznie — potwierdziłem, ubawiony jego chińszczyzną. Pokazał na melony i zapytał:
— Jakang cenang tych melonung?
— San tsien!
— Nie, on zupełnie nie umie mówić po chińsku! Ileż to będzie, panie Charley?
— Jakieś trzy kopiejki.
— Co? trzy takie wielkie melony za trzy kopiejki? W takim razie wszystkie kupuję!
Ruchem ręki wskazał wszystek towar i zapytał:
— Ileng płaceng?
Chińczyk policzył na sztuki i odrzekl:
— Y tszun.
— Ile to, panie Charley?
— Trzydzieści, albo trzydzieści pięć kopiejek. Nie wiem, jaki jest kurs obecnie.
— To za bezcen! Mam ochotę zrobić temu Chińczykowi przyjemność za to, że mnie tak dobrze rozumie i zakupić odrazu wszystko.
Przechylił się przez rampę i wskazując na łódkę, rzeki:
— Kupieng wszystkong! Ileng kosztujeng? Chińczyk wykrzywił twarz w radosnym uśmiechu.
— Sse tszun.
— Ach, gdybyż on tylko lepiej mówił! — westchnął żałośnie kapitan.
— Rachuj pan, panie Charley! — Będzie to cztery tszuny, czyli czterysta sapeków, co wyniesie rubla z kopiejkami.
— Ogromnie tanio! Ale skąd ja wezmę sapeków?
— Daj mu pan angielski, albo amerykański pieniądz; jestem pewien, że pozna się na nim.
Kapitan ofiarował Chińczykowi dolara i otrzymał reszty cały sznur sapeków, które handlarz nosił na szyi.
Owe sapeki stanowią jedyną monetę obiegową, gdyż złoto i srebro ceni się tylko jako surowy materyał i w razie potrzeby płaci się niem podług wagi. Sapeki biją z miedzi. Są to okrągłe blaszki z kwadratowymi otworkami w środku, tak, że można je nawłóczyć i nosić na szyi. Mają one tak małą wartość, że gdyby ktoś chciał włożyć sapeków za pięć dolarów, musiałby się dobrze namyślić, czy mu starczy siły do dźwigania takiego ciężaru.
Teraz zbliżyli się ku nam przewoźnicy, proponując wycieczkę do miasta. Kong-ni postanowił wsiąść do jednej z łódek, aby puścić się po owe materyały piśmienne. Wiedząc, że jest bez grosza, ofiarowałem się być jego tymczasowym kasyerem. Uprzejmie, lecz stanowczo odrzucił moją propozycyę.
— Jesteś dobry, ale ja nie potrzebuję nic i dam sobie radę.
Pożegnał nas grzecznie, wsiadł do łodzi i odjechał. Byłem pewien, że nie zobaczę go już nigdy i zająłem się otaczającem mnie życiem, które mimowoli zaciekawić mnie mogło. Nagle po pewnym czasie dojrzałem łódź, popychaną przez dwóch wioślarzy, która zbliżała się Wprost ku nam. Siedział w niej mandaryn piątej klasy z kryształowymi guzikami. Był to Kong-ni.
Zdziwiłem się niezmiernie nie tyle szybką zmianą, jakiej dokonał w tak krótkim czasie, ile tak wysoką godnością, do której z wieku nie mógł mieć jeszcze prawa.
Młody Chińczyk wszedł na pokład i zbliżył się ku mnie z uśmiechem.
— Teraz wiesz już, kto jest Kong-ni. Czy masz czas mi dyktować?
— Owszem. Chodźmy do kajuty.
Poszedł za mną i wydostawszy z szerokich rękawów swego kaftana materyały piśmienne, zasiadł z powagą i zapytał:
— O czem chcesz pisać na pierwszy stopień?
Zamyśliłem się na chwilę i wybrałem sobie temat geograficzny, który mógł mnie przed nieznanym aeropagiem w najlepszem przedstawić świetle.
— Wybrałem sobie tytuł „Nian-jan-kui-tse“, co znaczy: historya dyabłów z za morza zachodniego. Czy zgadzasz się na ten temat?
— Owszem, rzecz może być ciekawa i zapewnić ci sławę.
Nie namyślając się dłużej zacząłem dyktować. Kong-ni pisał szybko jak maszyna, tak, że chwilami nie mogłem nadążyć, tem więcej, że znajomość moja języka chińskiego nie była tak gruntowną, iżby mi to nie sprawiało różnicy i nieraz musiałem się uciekać do pomocy młodego mandaryna. Na drugi stopień napisałem „Pen-tsao-y-jin“ — historyę naturalną ludów obcych, t. j. nie-Chińczyków, na trzeci zaś „Hio-hian-ti“ — studyum o niebie i ziemi.
Kong-ni zdumiony był ogromem posiadanych prze zemnie wiadomości, ja zaś stałem skromnie, śmiejąc się w duszy z owych bezładnie zebranych i nawet nie powiązanych ze sobą zdań, tworzących owe wspaniałe ćwiczenia. Jestem przekonany, że każdy przeciętny Europejczyk już na dwudziestej stronicy zacząłby przypuszczać, że autor tego wiekopomnego dzieła jest już, albo w najbliższej przyszłości dostanie się do czubków.
Byliśmy właśnie zajęci składaniem kartek rękopisu, gdy wszedł kapitan.
— Pomóż mi pan, panie Charley. Prosiłeś, aby ci nie przeszkadzać, ale ja sobie nie mogę dać rady z tym urwisem.
— Z jakim urwisem?
— Nie wiem. Przyjechał przed godziną może z najrozmaitszemi paczkami i pakietami, wszedł na pokład i mówi coś, czego w żaden sposób zrozumieć nie mogę. Jeszcze raz go zapytam i zobaczysz, że prócz tych dwóch wyrazów „kwak-fu“ i „koń-ca“ nic z niego wydobyć nie można.
Wyszedłem za kapitanem. Na pokładzie stał przy burcie poważny Chińczyk i niespokojnie oglądał się dokoła.
— Czegong chceszeng tutang? — zwrócił się ku niemu kapitan.
— Kuang-fu — brzmiała krótka odpowiedź.
— Kwak-fu, słyszysz pan! — powtórzył kapitan, poczem zwrócił się znowu do Chińczyka.
— Dokong chceszeng jechang?
— Kom-tsza!
— Koń-ca! No widzisz pan, czy nie miałem racyi?
— Zapewne. Ten człowiek mówi rzeczywiście bardzo źle, ale postaram się zrozumieć jego mowę — odrzekłem, powstrzymując wybuch śmiechu. — Kwak fu, czyli kuang-fu znaczy mandaryn, widocznie więc szuka on naszego Kong-ni, który siedzi jeszcze w kajucie.
— Dobrze, a co znaczy koń-ca?
— Kom-tsza ma rozmaite znaczenie, najpospoliciej jednak używa się na oznaczenie podarunku. Najlepiej objaśni nam to sam Kong-ni, który nadchodzi właśnie.
Rzeczywiście młody mandaryn stanął w tej chwili na pokładzie. Dostrzegłszy Chińczyka dal mu znak jakiś, na który ten natychmiast spuścił się do łodzi i przyniósł stamtąd owe paczki i pakiety.
— Kuang-si-ta-sse — zwrócił się do mnie młodzieniec — uratowałeś mi życie i wyleczyłeś mi rękę, tak, że mogę nią władać znowu. Winienem ci wdzięczność. Zrób mi laskę i przyjmij ode mnie ten skromny podarunek!
Wskazał ręką na paczki, które Chińczyk położył przede mną i zwrócił się do kapitana.
— Tu-re-ne-si-ki, przyjąłeś mnie na swój statek, karmiłeś, poiłeś, nie pytając, czy ci będę mógł zapłacić. Jesteś szlachetnym i dobrym, zechciej przyjąć ten podarunek za wszystko, co dla mnie uczyniłeś!
— Dobrze! — odrzekł kapitan wzruszony. — Jesteś poczciwym chłopcem. Przyjmuję twoje podarunki, aby ci okazać, że cenię twoje dobre chęci, zrób mi tylko tę łaskę i nazwij mnie raz porządnie Frik Turner, a nie żaden Tu-ru-nu-ku-su-mu-lu. A jeśli gwałtem chcesz mnie nazywać po chińsku, to przynajmniej mów jak się należy Friking Turnering.
O mało nie wybuchnąłem śmiechem, ale kapitan mówił z taką powagą, z takiem przekonaniem o swojej gruntownej znajomości języka chińskiego, że nie miałem serca wyprowadzać go z błędu, tem więcej, że postanowiłem czuwać, aby go ta znajomość chińszczyzny nie wtrąciła w jakiś poważniejszy kłopot.
Widząc, że odmowa przyjęcia podarunków równałaby się śmiertelnej obrazie, nie robiłem najmniejszych ceremonji i serdecznie podziękowałem młodemu mandarynowi.
— Muszę teraz odjechać, — rzeki mi, — ale wrócę do ciebie.
Czy będziesz tutaj czekał?
— Kiedy wrócisz?
— Za sześć dni.
— Nie, mogę tak długo siedzieć na statku, Zrobię prawdopodobnie kilka wycieczek i pojadę do Kantonu.
— Czy sam?
— Nie, razem z kapitanem.
— W takim razie przyjmij jedną radę ode mnie: jeżeli zostaniecie w swych ubraniach, zwiedzajcie tylko te miejsca, które są dozwolone dla cudzoziemców.
— Czy groziłoby nam niebezpieczeństwo, gdybyśmy przeszli zakreślone granice?
— Tak jest: policya ma obowiązek chwytania każdego cudzoziemca i stawiania go przed sądem.
— W takim razie ubiorę się po chińsku.
— Zrób to, — odrzekł ze śmiechem, — wtedy będziesz mógł chodzić wszędzie. Mówisz naszym językiem i jeżeli będziesz miał warkocz nikt cię nie weźmie za cudzoziemca.
— Czy można dostać tutaj warkocz?
— Tyle i tak długich, jak tylko będziesz chciał. Ale pomimo to strzeż się piratów rzecznych i służby boga wojny, gdyż ci są bardzo wrogo usposobieni względem cudzoziemców.
— Piratów strzedz się mogę, ale dlaczego mam się obawiać świątyń i służby boga wojny?
— Dowiesz się później. Tymczasem abyś, nie był narażony na żadne niebezpieczeństwo do mojego powrotu, weź ten talizman i noś go na szyi. Gdybyś się dostał w ręce piratów, pokaż go im, a przyjmą cię jak przyjaciela. Z temi słowami zdjął z szyi łańcuszek wyrobiony z nizanych ziarnek jabłek, na końcu którego wisiał medaljon z pestki moreli. Była to rzecz niezmiernej wartości, dowodząca zarazem jakiejś nadludzkiej nieledwie cierpliwości chińczyków. Każde jabłkowe ziarnko przedstawiało maleńką łódkę, w której siedział jeden rycerz i dwóch wioślarzy. Z pestki morelowej cierpliwy snycerz wyrzeźbił wojenną dżonkę pod baldachimem, w której siedziało ośmiu wioślarzy i mandaryn z otwartym parasolem w ręku. Łańcuch ten, który trzymałem w ręku mógł tutaj kosztować najwyżej jakieś dwa dolary, podczas kiedy w Europie za coś podobnego zażądanoby napewno setki rubli. Dlaczego jednak znak ten miał mi być talizmanem przeciwko piratom? Wyglądało to tak, jakby młody mandaryn był w przyjaźni z tymi niebezpiecznymi ludźmi, noszącymi jako swoje godło malowaną postać smoka.
— Gdzie się spotkamy? — zapytałem, chowając drogocenny talizman.
— Tutaj przyjadę po ciebie, a tymczasem prace twoje złożę w Kaa-pau.
— Więc nie poślesz ich do Ly-pu?
— Nie. Prace twoje złożę w kao-pau, skąd je z własną oceną prześlę do Pekinu do Ly-pu. Dopiero jak wrócą stamtąd, złożę je W „pałacu prac naukowych.“
Ale ja słyszałem, że w kao-pau odbywają się tylko egzamina pamięciowe?
Zaśmiał się z lekkim przymusem.
— Nie kłopocz się o to. U nas tak wiatr wieje, jak mu każą. Ojciec mój, jako przedstawiciel władzy należy do komisyi egzaminacyjnej i uczyni, co będzie mógł, aby wszystko odbyło się jaknajlepiej. A więc do widzenia, do mojego powrotu!
— Do widzenia, — odrzekłem, podając mu rękę.
— Do widzeniang, kochanyng chlopczeng, — rzeki kapitan, wyciągając swoją prawicę. — Zawszeng mileng będziesz u nasang widzianyng!
Kiedy nareszcie łódka, uwożąca młodego mandaryna, zniknęła nam z oczu, otworzyliśmy przeznaczone dla nas paczki. Zawierały one bardzo kosztowne i starożytne wyroby z laki. Dla mnie prócz tego znajdował się całkowity strój mandaryna, któremu brakowało tylko kapelusza z guzikiem. Obok leżał niezmiernie długi i gruby warkocz.
Kiedy kapitan ujrzał tę wspaniałą chińską ozdobę, wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem.
— Winszuję, panie Charley, winszuję, — wołał, ocierając załzawione oczy, — takim warkoczem nie każda dama poszczycić się może! Czy pan to rzeczywiście masz zamiar nosić?
— Naturalnie! skoro mam być chińczykiem, muszę się przecież ubrać po chińsku. Czyż nie tak?
— A więc, gdy z panem pojadę i ja muszę się tak samo wystroić, nieprawdaż?
— Zapewne. Gdyby Kong-ni wiedział, że masz pan zamiar towarzyszyć mi, byłby się postarał o coś podobnego i dla pana. Pierwszą jednak wycieczkę zrobimy w zwyczajnych ubraniach.
— Doskonale. Czy nie moglibyśmy pojechać naprzykład, jutro rano?
— Owszem. Dzisiaj zatem nie będziemy schodzili ze statku.
— Czy broń weźmiemy?
— Nie, po co?
— To tutaj niema polowania?
— Nie. W najlepszym razie jak się zapuścimy dalej w głąb lądu, moglibyśmy zastrzelić kilka kaczek. Tymczasem jednak chcę zwiedzić Kanton. Wystarczy, jeżeli będziemy mieli noże i rewolwery, gdyż w obcym kraju trzeba się mieć na ostrożności, lecz nie zwracać na siebie uwagi.
— Dobrze, uzbroję się więc, choć nie przypuszczam, aby nam groziło jakieś niebezpieczeństwo, skoro obaj tak doskonale mówimy po chińsku.
— Zapewne, musimy być jednak przygotowani na wszystko.
Udaliśmy się wreszcie na spoczynek, gdyż postanowiliśmy wstać razem ze świtem, aby jaknajwcześniej udać się na ląd. Kapitan zasnął prawdopodobnie odrazu, ja jednak przewracałem się z boku na bok, a umysł mój przetrawiał doznane dzisiaj wrażenia. Po głębszem zastanowieniu doszedłem do przekonania, że propozycya Kong-ni nie była tak lekkomyślną, jakby się to na pierwszy rzut oka zdawało.
Cesarz chiński jest władcą nieograniczonym. Despotyzm jego trzymany jest jednak cokolwiek na wodzy przez „stowarzyszenie uczonych“, stanowiące jakby naczelną władzę, przed którą korzą się wszystkie urzędy krajowe. Cesarz nawet musiał się ugiąć i może wybierać urzędników swoich tylko z tej stosunkowo nielicznej garstki. Stowarzyszenie uczonych powstało w jedenastym wieku przed Chrystusem, właściwy jednak system egzaminów, którym każdy kandydat do służby państwowej poddać się musi, pojawił się dopiero w ósmym wieku po Chrystusie, podczas panowania dynastyi Tang. W tym czasie pod wpływem stowarzyszenia zostało wydane prawo, że każdy chińczyk, który wykaże odpowiednią zamożność, może przystąpić do owych egzaminów, — i dopiero otrzymany stopień naukowy otwiera przed nim drogę zaszczytów i godności. Z początku egzaminy owe odbywały się z wielką powagą i uroczystością i odznaczały się bezwzględną sprawiedliwością wyroków; dziś jednak czasy się zmieniły i o szanownem stowarzyszeniu wiele powiedziećby się dało. Prawo pozostało w dawnej swej czystości, zmienili się tylko jego wykonawcy. Bogatych forytowano widocznie, sprzedawano im tematy, przyjmowano zastępców, robiono wszelkie ulgi i udogodnienia; tylko do biednych stosowano prawo w całej jego bezwzględnej surowości.
Być może, iż Kong-ni w ten tam sposób otrzymał swój stopień i postanowił, że i ja przez posłów zostanę uczonym.
Prócz tego zastanawiałem się nad ostrzeżeniem, które w tak tajemniczy sposób rzucił mi młody chińczyk. Miałem się strzedz piratów rzecznych i świątyń boga wojny, ale dlaczego? Co do piratów, czyli rozbójników, łatwo to sobie było wytłomaczyć, ale co może mieć do mnie bóg wojny, którego nie miałem najmniejszego zamiaru zaczepiać?
Ten Kuang-ti, bóg wojny, przypomina nieco Marsa mitologii greckiej. Pochodzi on z prowincyi Sse-tsuen, której mieszkańcy pysznią się z tego powodu niezmiernie i żył mniej więcej W trzecim wieku po Nar. Chryst. Był to znakomity i niezwyciężony wojownik, który odnosił jedne zwycięztwa za drugiemi i dokonywał najnieprawdopodobniejszych cudów odwagi. Chińczycy mają o nim mnóstwo podań, pomiędzy któremi najważniejszem jest to, że został żywcem Wzięty do nieba i zasiada pomiędzy bogami.
Dynastya Manderu po swojem wstąpieniu na tron uroczyście przyjęła go za bóstwo opiekuńcze swego domu. Wtedy to we wszystkich prowincyach zaczęły powstawać na cześć jego świątynie, w których umieszczano jego posąg w postawie siedzącej. Obok niego siedzi syn jego Kuang-pin, uzbrojony od stóp do głów, a z prawej strony wierny giermek, wsparty na olbrzymim mieczu z miną tak przerażającą, że wystraszeni wyznawcy Kuang-ti mimowolnie korzą się przed bóstwem, które takiego giermka posiadać może. Pomimo to lud prosty niewiele troszczył się o tego bożka. Świątynie jego służą jako miejsce noclegu dla zapóźnionych wędrowców, lub za sale balowe, gdzie urządzają zebrania familijne lub towarzyskie i obecność Kuangti z uzbrojonym synem i strasznym giermkiem nie wadzi nikomu i nie psuje nastroju zabawy. Jedynie urzędnicy obowiązani są zjawiać się w określonym dniu w świątyni, padać na kolana przed obliczem urzędowego bóstwa i wypalać pewną ilość wonnego kadzidła na jego cześć. Co się tyczy piratów, to czytałem o nich bardzo wiele i wiedziałem, że są oni niezmiernie odważni na pełnem morzu, lecz stokroć odważniejsi jeszcze i przebieglejsi na rzekach, nad któremi leżą najważniejsze stolice Chin. Napadają oni na upatrzone ofiary zarówno w dzień jak w nocy, wśród największego zbiegowiska i mają stosunki nietylko w najuboższych sferach ludności, lecz i w kołach najwyższej państwowej arystokracyi. Tworzą szeroko rozgałęzione, lecz ściśle zamknięte stowarzyszenie, które ma swoje ściśle przestrzegane prawa. W Pekinie, Nankinie i Kantonie znają ich już tak dobrze i tak się obawiają, że z zupełnym spokojem wysłuchują o zniknięciu kogoś z mieszkańców i nawet nie próbują go odszukać. Czasem tylko, jeśli sprawa tyczy się cudzoziemca, konsulowie podnoszą alarm i czynią poszukiwania, które zwykle nie doprowadzają do żadnego rezultatu. Takim był stan rzeczy, to też nic dziwnego, że zasnąć nie mogłem i przewracałem się niespokojnie.
Nareszcie znużenie wzięło górę, — zasnąłem, lecz i we śnie trapiły mnie rozmaite widziadła. Zdawało mi się, że przysłany przez Kong-ni warkocz zmienił się w wielkiego węża, boa dusiciela, który opasał mnie swymi splotami i dusił aż do utraty tchu. Kapitan Turner siedział jak prawdziwy Kuang-ti na ołtarzu wielkiej pagody, rzucał na mnie ognistemi strzałami i wołał swym grzmiącym głosem: „Uciekaj, Charleyung, bong cięng zjem!“ Zacząłem uciekać, lecz pagoda zamieniła się w wielkiego smoka, który mnie dopędził i rzucił w gromadę orzechów i melonów, żyjących, i ruchliwych, które pożreć miałem. Zrobiłem mu tę przyjemność, lecz zaledwie przełknąłem ostatni owoc, gdy bóg wojny zjawił się znowu przedemną z zagniewanem obliczem, pochwycił mnie za ramię i potrząsając wołał groźnie.
— Wstawaj pan, panie Charley! Już wielki czas, a pan śpisz jak zabity!
Otworzyłem oczy i z zadowoleniem przekonałem się, że groźny Kuang-ti zamienił się W poczciwego kapitana Turnera.
— Co się stało? — zapytałem, zrywając się z łóżka.
— Co się stało? — Dzień już dawno, a pan leżysz i jęczysz i wzdychasz tak żałośnie, że kamień by się wzruszył. Co za nieszczęście przyśniło się panu?
— Śniło mi się, że pan byłeś bożkiem z pagody i chciałeś mnie połknąć.
— Ja? Pana? Miałbym też co robić, gdybym był bożkiem! Ale zabieraj się pan. Śniadanie już czeka, a po niem zaraz wyruszamy w drogę.
W kilka chwil byłem już gotów i znalazłem się na pokładzie obok kapitana, który skinieniem przyzywał jednę z łódek, kręcących się w koło statku.
— Chodź tutang! — zawołał kapitan. Skinienie ręki i spuszczona drabina tak wyraźnie wskazywały, co czynić należy, że przewoźnik przywiązał łódkę do liny i w jednej chwili wdrapał się do nas.
— Chcemyng jechać dong Kantong.
— Kanton? Kuang-tszeu-tu? — powtórzył przewoźnik. — Tsze!
— Tsze! Okropna chińszczyzna! Co on mówi? — Czyś pan zapomniał, że „tsze“ znaczy „tak“?
— Ach, prawda! Zapomniałem! Ale i tak mówię doskonale, gdyż przewoźnik zrozumiał mnie co do słowa i zupełnie logicznie odpowiedział „tak“. Czy nająć go, panie Charley?
— Owszem, nic nie mam przeciwko temu. Umów się pan z nim.
Kapitan kiwnął głową i zwrócił się do przewoźnika.
— Jedziemyng z tym panemg. Ileng chceszeng za dzieng?
Przewoźnik kiwnął głową, lecz nic nie odrzekl. Kapitan przysunął się jeszcze bliżej i powtórzył pytanie. Przewoźnik milczał.
— Panie Charley, ten człowiek zdaje się nie rozumieć własnego swego, ojczystego języka; pomów pan z nim.
— Dobrze, kapitanie; przedtem jednak muszę się zapytać pana, czy rzeczywiście chcesz tą łódką dojechać do Kantonu? Stąd do Wampoa parowcem jedzie się dzień cały, a stamtąd mamy jeszcze dwanaście mil.
— Wiem to doskonale, lecz przecież mam poznawać świat i ludzi, czyś pan o tem zapomniał? Dlatego właśnie chcę nająć taką trzcinową łódkę, żebym mógł się zatrzymać i wysiąść na ląd, kiedy będę chciał. Czasu mamy dosyć, gdyż tutaj sternik zastąpi mnie w zupełności. Zresztą, jeśli pan chcesz gwałtownie, to możemy jechać parowcem.
— I mnie na tem nic nie zależy; ale jeśli mamy razem poznawać świat i ludzi, to czemu nie zaczniemy od Hong-kong, które leży najbliżej?
— Słuszna uwaga. Najmij więc pan tego człowieka i jedźmy do Hong-kong.
Miasto Hong-kong leży na północnym brzegu górzystej wysepki, mającej około 20 mil angielskich w obwodzie. Ze zwykłą bystrością i trafnością sądu anglicy wybrali to miasto za punkt oparcia dla siebie i naturalnie zrobili wybór jak najlepszy! Naturalna, zasłonięta z trzech stron, głęboka przystań pozwoliła na zbudowanie tutaj olbrzymiego portu, do którego prowadziły dwa wejścia z dwóch stron przeciwnych, tak że przy każdym wietrze każdy statek mógł wejść bez żadnego niebezpieczeństwa. Przystań jest tak głęboka, że największe nawet okręty mogą zarzucać kotwice nieledwie tuż przy brzegu. Miękkie, piaszczyste dno doskonale trzyma kotwicę, a wody przystani są zawsze spokojne, gdyż wysokie góry zasłaniają je dostatecznie od jesiennych i zimowych burz i wichrów.
Przybywszy tutaj, kazaliśmy przewoźnikowi czekać, sami pieszo udaliśmy się na zwiedzenie miasta. Ulice chińskie są wązkie, brudne i cuchnące. Od głównych ulic rozchodzą się jeszcze brudniejsze zaułki, po których kręcą się równie niepozorni mieszkańcy. Wzdłuż ulic ciągną się przeważnie maleńkie, bambusowe domki, których dolne piętra stanowią sklepy; za nimi znajduje się kilka ciemnych komórek i wązkie schody, prowadzące na górę, gdzie się mieszczą sypialnie. Otwarte na oścież okiennice pozwalały nam zajrzeć do wnętrza tych mieszkań.
Tutaj widzieliśmy szewca, wyrabiającego jedwabne pantofle na grubych i mocnych filcowych podeszwach, tam znowu lakiernika, którego wyroby potrzebują nieraz całego roku, aby wyschnąć dostatecznie. Dalej znajdował się sklep wekslarza, który tak sprytnie umie obracać swoim suanpanem t. j. maszyną do rachowania, że potrzeba nadzwyczajnej uwagi, aby nie dać mu się oszukać. Naprzeciwko niego pracował zgięty i pochylony krawiec, a dalej cokolwiek chińska garkuchnia wystawiła na przynętę całe góry najrozmaitszych owoców, budząc apetyt w gromadzie małych obdartusów, uwijających się tutaj i patrzących łakomie na ponętną wystawę.
Kapitan zatrzymał się przed sklepem wekslarza.
— Czy będziemy potrzebowali drobnych?
— Zapewne.
— W takim razie może każemy zmienić sobie dolara?
— Dobrze. Chodźmy.
— Pozwól mi pan to załatwić. W ten sposób nabywam wprawy w języku chińskim.
Wszedł do sklepu i z dzielną miną zapytał:
— Czyng możnang zmienić pieniądzeng?
— Ile pan życzy sobie zmienić? — odrzekł chińczyk najczystszą angielszczyzną.
Kapitan Turner cofnął się zdumiony.
— Jakto! Pan mówisz po angielsku? Chińczyk po angielsku? Pocóż ja się uczyłem po chińsku? Po co ślęczałem nad temi wszystkiemi kang, kong, kyng! Nie po to chyba, żebym mówił tutaj po angielsku! Proszę nam dać drobne, bo nie mamy czasu na jakieś tam angielskie gawędy!
Wekslarz patrzył na niego zdziwiony, nie rozumiejąc zgoła, czem się mógł narazić temu gwałtownemu panu.
Kapitan tymczasem wybiegł wzburzony na ulicę i tutaj zaczekał na mnie.
— Czy widziałeś pan coś podobnego, panie Charley!?
— Co takiego?
— Żeby się ktoś uczył po chińsku i nawet w Chinach nie mógł używać tego języka?
— Nie, rzeczywiście, nic podobnego nie widziałem, — odrzekłem z uśmiechem.
— Widzisz pan. Pocóż ja mam jeździć po świecie, po co mam poznawać świat i ludzi, skoro ani sam się niczego nie nauczę, ani mogę pokazać, że tam, za morzami, żyją dzielni ludzie, którzy coś umieją! I ten łotr ośmiela się do mnie mówić po angielsku! Zdaje mi się, że nie mamy co tutaj robić, w tem idyotycznem Hong-Kong; zapuśćmy się lepiej w głąb kraju, gdzie przynajmniej będziemy mogli spożytkować to, czegośmy się nauczyli.
W godzinę później siedzieliśmy znowu w naszej łodzi i płynęliśmy pod prąd. Brzegi były tutaj bardzo wysokie i niezmiernie malownicze, powoli jednak obniżały się coraz bardziej, tworząc nizką równinę. Rzeczki i kanały przecinały się tutaj w rozmaitych kierunkach, a nad temi rzeczkami leżały wsie i miasteczka, pierwsze najczęściej z trzciny bambusowej, drugie budowane po większej części z kamienia. Kiedy rzeczki wylewały, owe wsie i miasteczka wyglądały, jak maleńkie wysepki.
Ciężkie, ładowne dżonki posuwały się wolno, niby słonie lub hipopotamy, a pomiędzy niemi uwijały się leciutkie łodzie rybackie. Kształt i budowa dżonek trąciła mocno starożytnością. Wszystkie one podobne były do starych holenderskich okrętów linjowych, pomalowanych i wyzłoconych; nad pokładem każdej unosi się ogromny dach słomiany, który ciężarem swoim jakgdyby przygniatał całą dżonkę. Maszty były grube, wyrobione z jednej sztuki drzewa i miały na wierzchołku dość szeroką rurę, przez którą przechodziła gruba lina, podtrzymująca wielki żagiel. Przednia część okrętu była po większej części zabarwiona czerwono, a z obu stron dzioba widniały jaskrawo pomalowane oczy, ukrywające w sobie okna kajut strażniczych. Od tych to oczu dżonki owe otrzymały swą nazwę Lung-yen, co znaczy „smocze oczy“. Nadawały one całemu statkowi wygląd groźny i wojowniczy i miały własność odpędzania wszystkich złych duchów, zamieszkujących państwo podwodne. Ze względu na piratów na każdej dżonce znajdowało się jedno działo małego kalibru.
Dżonki wojenne były znacznie mocniej budowane i miały na sobie po kilka armat, stojących po bokach okrętu. Załoga uzbrojona była w strzelby, lance, miecze i tarcze. Dyscyplina na takim statku była prawdziwie chińską. Trzy razy dziennie odprawiano modły do bożka wojny, przyczem rozlegały się ogłuszające wrzaski, bicie w bębny i gongi.
Łódka nasza posuwała się szybko. Lekki wietrzyk nadbrzeżny nadymał żagiel i ułatwiał wioślarzom zadanie. Wiedziałem, że pomiędzy ujściem rzeki, a znajdującym się w górze Kantonem, wznosiły się tutaj cztery wielkie pagody, miałem więc wielką ochotę zwiedzić choć jednę z nich. Namówiłem tedy kapitana, abyśmy zatrzymali się przy brzegu i zrobili małą wycieczkę pieszą. Poczciwy Turner nie miał nic przeciwko temu; kazaliśmy więc zatrzymać się przewoźnikowi i wysiedliśmy na ląd.
Gdyby ktoś chciał sądzić o pobożności chińczyków z liczby ich świątyń, musiałby przypuścić, iż są oni najpobożniejszym ludem na kuli ziemskiej, tyle posiadają pagod, rozrzuconych po calem państwie. W każdej najlichszej wioseczce, w każdej osadzie musi być taka świątynia. W samym Pekinie i jego okolicach liczą ich do dziesięciu tysięcy. Architektura ich bywa najrozmaitszą. Niekiedy nie różnią się wcale od domków mieszkalnych, niekiedy tworzą małe kapliczki, lub nawet nisze tylko z jednym ołtarzem, na którym siedzi bóstwo i przed którym stoją najprostsze kadzielnice do ofiar. Niekiedy jednak mają olbrzymie rozmiary i imponują swą niezwykłą architekturą. Taka właśnie była pagoda, którą zamierzaliśmy zwiedzić.
Udaliśmy się prosto ku wsi, po za którą wznosiła się świątynia. Przypuszczałem, że mieszkańcy przyjmą nas z pewną niechętną ciekawością i zgóry postanowiłem trzymać wybryki poczciwego kapitana na wodzy, aby nie narazić się niczem wrogo może usposobionej ludności; zdziwiłem się jednak niepomiernie, widząc, że obecność nasza nie wywołuje żadnego wrażenia i że tylko gromadka małych chińczyków przygląda się nam ze zwykłą dziecinną ciekawością i biegnie za nami, wykrzykując od czasu do czasu: „Bifste! Bifste!“
— Czego chce od nas ta hałastra? — zapytał kapitan.
— Mają nas za anglików, których ną całym świecie ochrzcili jednakowo szlachetnem imieniem „befsztyków“. Możesz pan zrobić tutaj ciekawe etnograficzne odkrycie, a mianowicie, że pomiędzy małymi urwisami całego świata istnieje wyraźne duchowe powinowactwo myśli zwyczajów i obyczajów.
Po za wsią droga wznosiła się cokolwiek w górę, starannie utrzymana i obsadzona po bokach drzewami i krzewami. Skręciliśmy na nią i po chwili znaleźliśmy się przed pagodą. Kapitan przyglądał się z podziwem temu wspaniałemu budynkowi z ciemno-bronzowej cegły, spajanej białym cementem, który w ten sposób zdaleka tworzył białą kratkę i ożywiał ciemną sylwetkę pagody.
— Ośm pięter! Patrzno pan! Na co oni takie wysokie wieże budują? — zapytał kapitan.
— Indyjskie podanie mówi, że ciało Buddy zostało spalone, a popioły podzielone na ośm części i zamknięte w ośmiu urnach. Dla przechowania tych popiołów zbudowano ośmiokątną i ośmio-piętrową wieżę, w której na każdem piętrze umieszczono na ołtarzu jedną z urn w ten sposób, że popioły nóg spoczywały na najniższem piętrze, a popioły głowy na najwyższem. Na wzór owej pagody budują wszystkie inne.
— Bardzo piękne, zobaczmyż więc przedewszystkiem część najniższą, — postanowił Turner.
Przed wejściem do pagody rozłożył się stary przekupień, sprzedający owoce i tanie chińskie cygara w słomkach. Za kilka kopiejek kupiłem od niego cały koszyk owoców, które poleciłem mu podzielić pomiędzy małych chińczyków, obserwujących nas dokoła. Ta niespodziana uprzejmość z naszej strony wywołała powszechny okrzyk radości. Malcy zaprzestali swoich niezbyt przyjemnych żartów i uszczęśliwieni pobiegli do wsi pochwalić się przed rodzicami.
Weszliśmy do środka pagody. Parter przedstawiał olbrzymią ośmiokątną salę, oświetloną kilkoma wązkiemi, podobneni do strzelnic, oknami. Na prawo wązkie schody prowadziły na górę. Przed nami, w głębi, stał posąg Buddy w postawie siedzącej. Był to niezmiernie otyły jegomość, gdyż otyłość jest jednym z kardynalnych warunków piękności w pojęciu chińczyków. Z tłustej, obwisłej twarzy patrzyły na nas małe, skośne oczki, cała postać miała wyraz raczej pewnej dobroduszności i wesołości najedzonego żołdaka, niż powagi i skupienia, jakie należałoby przypisywać tak znakomitemu bożkowi. Zdziwiło mnie tylko, że nos posągu rzeźbiony był widocznie podług typu kaukaskiej rasy, co zdawałoby się wskazywać na zachodnie pochodzenie Tien-hio, czyli świętej nauki.
Z obu stron Buddy stały dwa niewielkie posążki jego towarzyszów, których twarze wykrzywione były w najokropniejszy sposób. Przed nimi stały naczynia do kadzenia, a prócz tego u stóp Buddy leżały rozmaitej wielkości bukiety, do których jego wykrzywieni towarzysze żadnej widocznie pretensyi rościć nie mogli.
Na schodach dały się słyszeć kroki i po chwili ukazał się nam jakiś człowiek, schodzący z góry, z cygarem w ustach.
— Kto to taki? — zapytał kapitan.
— Ho-szang, t. j. kapłan i stróż zarazem tej pagody. Cudzoziemcy nazywają ich bonzami, lecz Chińczycy nie znają tego wyrazu i nazywają ich Ho-szang lub sing.
W tej chwili bonza dojrzał nas także i kiwnął przyjacielsko swoim papierowym wachlarzem.
— Tszing-tszing — powitał nas uprzejmie, podając każdemu rękę.
— Pang jest sing tej pagodang? — zapytał kapitan.
— Sing-tsze! — potwierdził bonza.
— Patrz pan, jak on mnie rozumie! — rzeki Turner zadowolony.
— Ten kapłan musi być bardzo, wykształconym człowiekiem, z przyjemnością też porozmawiam z nim trochę.
— Ktong jest teng staryng pang? — zwrócił się do bonzy, wskazując mu posąg Buddy.
— Fo! — odrzekl krótko zapytany.
— Fo? Co to jest, panie Charley?
— To Budda, którego w Chinach nazywają Fo — objaśniłem.
— A cing dwang panowieng? — dopytywał się dalej, wskazując na boczne figurki.
Z ruchu ręki — bonza domyślił się o co kapitanowi chodziło, zbliżył się więc do ołtarza i, wskazując to na jedną, to na drugą figurkę, rzekł objaśniające:
— Phu-za i O-mi-to.
— Dziwna rzecz, że w tym kraju nawet wykształceni ludzie tak źle mówią po chińsku. Czy pan co rozumiesz?
— Cokolwiek. Phu-za jest to imię jednego z patriarchów buddaizmu, znanego również pod imieniem Budizatwa, którego ta figurka ma wyobrażać. O-mi-to zaś jest to japońskie imię Buddy.
— Bardzo dobrze, ale kto jest właściwie ów Budda? — Budda jest to wyraz sanskrycki i oznacza „mędrzec.“ Żył on na tysiąc lat przed Chrystusem i nauczał religii swojej, którą utworzył błądząc samotnie w górach i po pustyni. Był synem Sud-hodana, króla prowincyi Mogadha, zwanej dzisiaj Behar. Jego właściwe imię brzmiało Saramana Gautama; zwano go jednak i Sakja Muni i...
— Dosyć, dosyć, panie Charley! — zawołał kapitan, zatykając uszy. — Jeżeli jeszcze przez chwilę będziesz mnie pan zarzucał podobnemi imionami, wszystkie moje klepki mózgowe rozlecą się napewno. Uf! wołałbym walczyć przeciwko najstraszniejszym wichrom, niż być ogłuszonym przez orkan takich waryackich nazw i wyrazów. Chodźmy lepiej obejrzeć ten ciekawy budynek.
Nie czekając na moją odpowiedź, zwrócił się do bonzy i zapytał:
— Możnang zobaczyng?
Bonza uprzejmie wskazał nam drogę, lecz już na drugiem piętrze kapitan zaczął sapać niespokojnie.
— Ależ to gorsze jeszcze, niż łażenie za kozami! Wiesz pan co, panie Charley, idź pan sam na górę, a ja wydycham się tutaj i zaczekam na pana.
Poszedłem za moim przewodnikiem. Gdybym oczekiwał czegoś nadzwyczajnego, byłbym z pewnością musiał odczuć całą gorycz zawodu, gdyż górne piętra przedstawiały najzupełniej puste sale. Jedynie tylko piękny i rozległy widok z okien mógł choć w części wynagrodzić męczące wdrapywanie się po wąskich i niewygodnych schodach.
Nasz bonza był to sobie tylko bonza. Cała jego wiedza polegała na czysto mechanicznej umiejętności składania ofiar i nawet nie wiedział dokładnie imion bóstw, do których się modlił.
Bonzowie są to po większej części ludzie zupełnie prości i ciemni; utrzymują się głównie z miłosierdzia publicznego lub z darów, które składają im grzesznicy, aby za tę cenę przyjęli na siebie ich grzechy i pobożnem życiem starali się przebłagać zagniewane bóstwo. Ponieważ żyją bezżenni i dzieci nie mają, przeto kupują sobie zwykle jakiegoś chłopca, syna biednych rodziców, którego wychowują na swego następcę, uczą go składania ofiar i kilku króciutkich modlitw, stanowiących całą ich umiejętność.
— Wszak nie jesteś wyznawcą Buddy? — zapytał mnie bonza.
— Nie, jestem chrześcianinem — odrzekłem.
— W takim razie dziwisz się pewno, że Wolno ci wejść do tej świątyni?
— Nie, gdyż i do naszych kościołów wolno wejść każdemu, a więc i wyznawcom Buddy.
— Czy wy tak samo modlicie się do waszego Boga?
— Tak.
— I modlicie się dźwiękami dzwonów i gongów?
— Nasze dzwony i nasza muzyka są o wiele piękniejsze, niż wasze.
— Czyż to być może? Jesteście przecież barbarzyńcami, nie macie więc muzyki!
— Naszemu Bogu dajemy w ofierze taką muzykę, jakiej nie macie ani wy, ani tybetańczycy, ani mandżurowie, ani mongołowie. Wasza muzyka jest łatwą, nasza zaś tak trudną, że żaden Chińczyk zagraćby jej nie umiał.
— Trudno mi w to uwierzyć.
— Możesz wierzyć lub nie, jak ci się podoba.
— Jakie jest twoje imię?
— Kuang-si-ta-sse.
— O, to wielkie imię. Czy znasz nasze, instrumenty muzyczne?
— Znam je.
— Ale nie umiałbyś grać na nich?
— Nie miałem ich nigdy w ręku, ale jestem pewien, że potrafiłbym zagrać.
Zaśmiał się niedowierzająco.
— Na gongu?
— Tak.
— Na gamelangu? Wiedziałem, że jest to rodzaj metalowych cymbałków, odrzekłem więc twierdząco.
— I na anklongu? — dopytywał się dalej bonza.
— Tak. Ale pytasz o więcej, niż powinieneś, wszak wiesz, że anklong (rodzaj wielkiej bambusowej piszczałki, ważącej do pięćdziesięciu funtów) i gamelang nie są instrumentami chińskimi, lecz malajskimi.
Mój zarzut zmieszał go widocznie, ale nadrabiając miną, pytał dalej:
— A czy znasz pi-pa lub kiu? Są to bardzo trudne instrumenty, najtrudniejsze ze wszystkich instrumentów na świecie.
— Znam. Widziałem je, chociaż nigdy na nich nie grałem, jestem jednak pewien, że dla chrześcianina taka muzyka nie byłaby zbyt trudną. My mamy takie instrumenty, na których trzeba przez lat dwadzieścia ćwiczyć się codziennie, żeby umieć grać na nich. Wy nic podobnego nie posiadacie.
— Jesteś bardzo śmiałym, dowodząc, że potrafisz grać na pi-pa i kiu. Czy możesz mi dowieść tego? Mam oba te instrumenty w domu.
— Dobrze.
Mina jego zdradzała pewność zwycięstwa. Nie tracąc czasu, zaczął schodzić, prosząc mnie, abym poszedł za jego przykładem.
Na drugiem piętrze czekał na nas zniecierpliwiony kapitan.
— Toś pan siedział! — zawołał — myślałem, że zasnę. Jakże tam na górze, co?
— Wysoko, kapitanie.
— Ba, to wiem i bez pana. Cóż teraz będziemy robili? — Pójdziemy do mieszkania bonzy i będziemy grali na pi-pa i na kiu.
— Co znowu? Na jakim tam pipa? To pan będziesz grał na pi-pa, bo ja umiem tylko na kiju. Nie życzę im jednak, aby spróbowali tej muzyki!
— Nie bądź tak groźnym, kapitanie — zaśmiałem się ubawiony. — Pi-pa jest to rodzaj gitary, a kiu — najzwyczajniejsze skrzypce. Co to panu szkodzi pobrzdąkać trochę na gitarze.
— Ja? za nic na świecie! Jak żyję nie miałem w ręku żadnego brzękadła, nie chcę się wystawiać na dudka. Panie Charley, ja i panu radzę, niech się pan lepiej nie kompromituje wobec tych Chińczyków. Co innego zapolować, zastrzelić jakąś zwierzynę, a co innego grać-na kiju.
— Nie obawiaj się, kapitanie, zobaczysz że zbiorę jeszcze oklaski.
Podczas naszej rozmowy bonza zamienił kilka słów z handlarzem owoców, który szybko skierował się ku wsi. Byłem pewien, że posłał po jaknajwiększą liczbę gości, aby upokorzenie moje uczynić tem jawniejszem i głośniejszem.
Nie zdradziłem się jednak z tem podejrzeniem i najspokojniej skierowałem się na wąską dróżkę, prowadzącą od pagody do małego domku, gdzie mieszkał bonza.
Na spotkanie nasze wyszedł młody chłopiec, wychowaniec kapłana, któremu tenże szepnął słów parę. Po chwili zjawił się znowu z tacą w ręku, na której stały maleńkie filiżaneczki herbaty bez cukru i mleka.
— Cudowna moda! — mruczał kapitan. — Gdybym wypił ze dwieście takich naparstków, to jeszczebym nie poczuł i obejrzał się za prawdziwą herbatą. Ale kiedyż on przyniesie ten swój pam-pum?
— Zaraz, zaraz, kapitanie! Publiczność schodzić się zaczyna, trochę cierpliwości! Rzeczywiście od strony wsi widać było tłum mężczyzn, kobiet i dzieci z bukietami w ręku. Zbliżywszy się do domku, przybyli skłonili się nam nisko i ofiarowali kwiaty w zamian za owoce, którymi obdarowałem ich malców. Chińczycy są bardzo wdzięczni, drobna więc uprzejmość, jaką okazałem dzieciom, zjednała mi serca wszystkich ojców i matek.
— Cóż my zrobimy z tą masą kwiatów, której nawet udźwignąć nie jesteśmy w stanie? — zapytał kapitan.
— Weźmiemy sobie kilka gałązek, a resztę zostawimy bonzie.
— Ale musimy im przecież podziękować.
— Rozumie się.
— Pozwól mi pan to zrobić.
— Z całą przyjemnością. Niech im pan tylko powie coś wzruszającego.
— Dobrze, dobrze, niech się pan nie obawia!
Kapitan stanął wyprostowany w pozie bohatera i rozpoczął rzeczywiście wzruszającą przemowę, zaczynającą się od słów:
„Mężczyzning, kobietyng, dziecing!“
Mówił im o swej życzliwości, o wdzięczności za poczciwe przyjęcie i o miłości, która łączyć powinna wszystkich ludzi. Rzecz prosta, że nikt nie zrozumiał ani słowa, wszyscy jednak odczuli zamiar poczciwego kapitana i podziękowali mu głośnym okrzykiem.
— Widzisz pan, że mnie doskonale zrozumieli — rzeki dumny z siebie kapitan. — Życzę panu, aby pańskie próby z owem papu i kijem wypadły również pomyślnie, jak moja mowa.
Kiedy się wszyscy uspokoili, bonza wyniósł z sąsiedniego pokoju oba wspomniane instrumenty i podał mi je z tryumfującą miną. Ja jednak zwróciłem mu je natychmiast i rzeklem z powagą:
— Mówiłem ci, że dotychczas nie miałem tych instrumentów w ręku. Musisz mi pokazać, jak na nich grać należy.
Uśmiechnął się jak ktoś, który się tego właśnie spodziewał i rzeki z przekonaniem:
— Jestem pewien, że chociaż ci pokażę, nie potrafisz nic zagrać.
Przedewszystkiem sięgnął po skrzypce, które nie wiele różniły się od naszych, lecz były straszliwie rozstrojone. Smyczek za to był ciężki, niezgrabny i wygięty.
Bonza ujął skrzypce z namaszczeniem i począł grać. Właściwie trudno to było nazwać muzyką, gdyż melodyi w tein nie było żadnej, tylko proste miarowe wydobywanie tonów, to pojedynczych, to łącznych, a niekiedy i wszystkich czterech razem.
Na twarzach obecnych znać było skupienie i jakby zachwyt dla talentu bonzy, którego widocznie uważali za wielkiego artystę.
Nareszcie kapłan odłożył smyczek i rzeki z poważną dumą:
— Tak grać żaden chrześcianin nie potrafi...
— Czy nie słyszałeś nigdy muzyki Francuzów lub Anglików w Hong-kong? — zapytałem.
— Nie, to są barbarzyńcy i nic przecież umieć nie mogą.
— Dobrze. Nauczyłeś mnie grać na kiu, naucz mnie teraz na pi-pa.
Bez słówka odpowiedzi wziął do ręki gitarę, przypominającą kształtem starożytne cytry i zaczął brzdąkać równie pięknie jak na skrzypcach, co jednak równy wywołało zachwyt.
— A teraz spróbuj ty — rzeki, podając mi gitarę.
Ująłem ją silniej, nastroiłem jak mogłem i zagrałem szybkiego walca, w którym bas równie był trudnym jak wiolin. Widziałem, że twarze moich słuchaczów mienić się poczęły ze zdumienia, dodało mi więc to otuchy i wprowadziło w nastrój.
— Wspaniale! — zawołał Turner, kiedy zakończyłem wreszcie głośnym akordem. — Ależ pan jesteś znakomitym wirtuozem na tem papu, czy dingdu, czy jak się to tam nazywa. Dlaczegoś mi pan o tem nie mówił?
— Chciałem zrobić panu niespodziankę — roześmiałem się ubawiony. Poczem nastroiłem znowu instrument i na zakończenie popisu zagrałem im hiszpańskie fandango. Chińczycy siedzieli jak zahipnotyzowani, bonza zaś cofnął się ku drzwiom i stamtąd patrzył na mnie szeroko otwartemi ze zdumienia oczami.
— Panie Charley! — zawołał kapitan, który rozsiadł się na niziutkiem krzesełku. — Jest mi tutaj tak dobrze, że ani myślę się ruszyć. Graj pan dalej.
Teraz wziąłem do ręki skrzypce, nastroiłem je również i zagrałem najpierw jakiś chorał, potem pieśń bez słów, aż wreszcie jakiegoś mazura, który tak się podobał kapitanowi, że aż mimowoli wybijał takt ręką i przytupywał z animuszem.
— Pysznie, doskonale, nieporównanie! — wołał przytem rozochocony. — To mi koncert, aż mnie zazdrość bierze, że nie mogę w nim przyjąć udziału.
— Owszem, możesz pan.
— Ja? W jaki sposób?
— Czy nie śpiewasz pan przypadkiem?
— Śpiewać? Tak, ale tylko jedną jedyną piosenkę. Za to śpiewam ją doskonale. Powiadam panu, że jak zacznę, to statek drży, maszty skrzypią, a moi chłopcy niemieją z zachwytu.
— Doskonale. Co to jest?
— To nasz narodowy hymn amerykański „yankee doodle.“
— Pysznie. Śpiewamy więc.
Wziąłem znowu gitarę, uderzyłem kilka akordów, poddając ton kapitanowi. Zaczął się śpiew, na opisanie którego słów mi nie staje; było to coś pośredniego pomiędzy rykiem lwa zgłodniałego i wyciem szalejącej burzy, jakieś nadzwyczajne skoki głosowe, które mogłyby zadziwić najmniej nawet wyrobione ucho. Kiedyśmy skończyli, rozległ się równie rozdzierający uszy chór pochwal i zachwytów.
Kapitan aż poczerwieniał z wysiłku, lecz oczy błyszczały mu zadowoleniem.
— To było zaśpiewane, co, panie Charley?
— Znakomicie, kapitanie.
— Możebyśmy tak jeszcze raz powtórzyli?
— Nie! dosyć. Nie należy szafować talentami.
— Prawda! I tak chyba do końca życia nie zapomną tej chwili, kiedy kapitan Turner śpiewał im swój hymn narodowy.
— No — zwróciłem się do bonzy — czy wierzysz teraz, że chrześcianie umieją grać?
— Twoja muzyka jest o wiele piękniejszą, ale i trudniejszą, niż nasza. Powiedz mi tylko, czy rzeczywiście poraz pierwszy grasz na pi-pa i kiu?
— Rzeczywiście; tylko w naszym kraju mamy instrumenty bardzo podobne do tych i dlatego wiedziałem, jak się z nimi obchodzić należy.
— Czy jesteś z pochodzenia Anglikiem?
— Nie, jestem Austriakiem.
— To dobrze, gdyż nienawidzimy anglików i yankesów, którzy zabrali nam nasze miasta i chcą się zbogacić naszym kosztem. O austryjakach nic nie słyszałem, ale muszą być dobrzy, bo ty jesteś dobry. Czy jedziecie do Kuang-tszeu-fu?
— Tak. Wysiedliśmy na ląd po to tylko aby zobaczyć twoją świątynię. Czy zechcesz przyjąć od nas mały podarunek?
— Żyję tylko z tego, co mi kto ofiarować zechce, przyjmę więc z wdzięcznością wszystko, co mi dać raczysz.
Sięgnąłem do kieszeni, lecz kapitan, który domyślił się, o co chodzi, zatrzymał moją rękę.
— Pozwól mi pan zapłacić temu człowiekowi. Wprawdzie nie zwiedzałem wieży, lecz usłyszałem pańską grę na jego pumpo; chcę mu się za to odwdzięczyć.
Z temi słowami wyjął z kieszeni trzy dolary, z których dwa ofiarował bonzie, trzeciego zaś jego pomocnikowi.
Na widok tak hojnego datku, chińczyk nie mógł ukryć swojej radości. Dla biedaka, żyjącego z groszowej jałmużny, był to już poważny kapitalik, to też biegał jak szalony, skakał, klaskał w ręce, pokazywał obecnym obie sztuki złota i gorącemi słowami wyrażał wdzięczność dla nas. Wreszcie pochwyci! mnie za rękę i odciągnął nabok.
— Chcesz jechać do Kuang-tszeu-fu. Czy zechcesz posłuchać dobrej rady?
— Proszę.
— Strzeż się Lung-yin i świątyń bożka wojny.
Przestroga ta zdziwiła mnie nadzwyczajnie; było to ostrzeżenie, które mi rzucił przed odjazdem Kong-ni, a które musialo zawierać jakąś tajemniczą groźbę.
Nie zdradzając jednak niczem zdziwienia zapytałem krótko:
— Dlaczego?
— Tego ci nie mogę powiedzieć, ale sam wiesz chyba, że Lung-yin chętnie chwytają cudzoziemców, aby zdobyć okup.
— Wiem. Niedalej, jak przedwczoraj zniknęła żona portugalskiego kupca z Makao i wszystko naprowadza na ślad, że została porwana przez piratów. Ale ja nie jestem kobietą i nie lękam się ich wcale.
— Bo ich nie znasz. Niema nic gorszego, jak wpaść w ich ręce. Gdybym mógł, dałbym ci talizman, któryby cię obronił przed nimi.
— A czyż są takie talizmany?
— Są. Ja sam go noszę.
— Jak on wygląda?
— Tego ci nie mogę powiedzieć.
Sięgnąłem ku szyi i wyciągnąłem medalion z pestki morelowej. Zaledwie bonza dostrzegł ten drobny przedmiot, skrzyżował ręce na piersi i ukłonił mi się do samej ziemi prawie.
— Daruj mi, panie. Nie wiedziałem, że jesteś naczelnikiem Lung-yin.
— Po czem to poznałeś?
To pytanie zdziwiło go widocznie.
— Jakto, panie, nosisz talizman i nie wiesz, że dla każdego stopnia jest innym? A możeś ty go nie zasłużył, lecz znalazłeś tylko? To byłoby strasznem, gdyż w takim razie musiałbyś umrzeć.
Nie uważałem za stosowne objaśniać mu pochodzenia talizmanu. Uderzyło mnie jednak, że szanowny bonza zbyt dokładnie znał zwyczaje i prawa piratów. Najprawdopodobniej miałem do czynienia z jednym z członków szlachetnego stowarzyszenia. Chcąc wydobyć z niego jakąś wiadomość bardziej szczegółową i dokładną, rzekłem chłodno na pozór:
— Nie znalazłem go. Pokaż mi swój talizman.
— Mam go w domu. Ale po filiżankach mogłeś poznać, że należę do was.
Aha, więc to był znak umówiony! Na szczęście zwróciłem uwagę na szczególny sposób, w jaki brał filiżankę czubkami wielkiego, wskazującego i czwartego palców, podczas kiedy dwa pozostałe trzymał wyprostowane sztywno. Musiałem koniecznie poznać wszystko.
— Czy znasz jeszcze inne znaki?
— Tylko oba powitania, ale to zna każdy: „Tszing-tszing” i „Tszing-lea-o”. Teraz wiesz już bez talizmanu, że należę do was. Ale tyś mi nie powiedział prawdy; nie jesteś cudzoziemcem, gdyż inaczej nie mógłbyś być członkiem, a przedewszystkiem naczelnikiem stowarzyszenia.
Dowiedziałem się więc, że akcent i podział wyrazów powitania się jest również umówionym znakiem. Że zamiast tszing-tszing należy mówić tszing-tszi-ng, a zamiast tszing-leao tszing-lea-o: Było to już bardzo wiele i mogło mi się przydać.
— Ja nie kłamię nigdy — odrzekłem dumnie na jego zarzuty, — a pomimo to talizman jest moją własnością. Ale tobie muszę zwrócić uwagę, że jesteś bardzo nieostrożny.
— Dlaczego? Obaj należymy do stowarzyszenia, Więc możemy mówić o jego sprawach.
— Ale przed chwilą nie wiedziałeś, że ja do niego należę; nie dałem ci żadnego znaku, a jednak ostrzegałeś mnie przed towarzyszami smoka. Czy wiesz, jaka cię za to czeka kara?
— Śmierć, gdybym nie był kapłanem; kapłanowi tylko cesarz ma prawo odebrać życie, gdyż on jest zarazem i najwyższym kapłanem. Byłeś dla mnie dobrym i miłosiernym, więc jako cudzoziemca chciałem cię ostrzedz przed niebezpieczeństwem.
— Dlaczego ostrzegasz mnie przed Kuang-ti miao, t. j. świątyniami?
— Tego nie mogę ci powiedzieć. Sam wiesz zresztą.
— A więc żegnam cię. Tszing-lea-o!
— I lu fung sing! Niech cię prowadzi szczęśliwa gwiazda twoja, — odrzekł mi uprzejmie.
Oddaliliśmy się, żegnani ukłonami wszystkich zebranych. Dochodząc do wybrzeża, ujrzeliśmy małą łódkę, stojącą obok naszej łodzi i jakiegoś człowieka, rozmawiającego z przewoźnikiem. Dostrzegłszy nas, człowiek ów zakończył rozmowę, odbił od brzegu i skierował się na przeciwną stronę rzeki. Uderzyło mnie to, zapytałem więc przewoźnika.
— Co to za człowiek?
— Jakiś rybak, który odpoczywał tutaj przez chwilę.
— Czy go znasz?
— Nie, pierwszy raz widziałem.
— O czem rozmawialiście?
— O niczem.
Gdyby taką odpowiedź dal mi milczący anglik, zadowolniłbym się nią najzupełniej, ale chińczycy są nadzwyczaj ruchliwi i gadatliwi, wiedziałem więc, że nasz przewoźnik nie chce mi powiedzieć prawdy. Postanowiłem mieć się na baczności.
— Czy do Wam-poa daleko jeszcze? — zapytałem.
— Dzisiaj w żaden sposób nie dojedziemy.
— W takim razie musimy gdzieś przenocować. Czy znasz takie miejsce, gdzieby to można uczynić?
— Owszem, Wszędzie jest pełno zajazdów dla cudzoziemców, ale najlepsze są cokolwiek dalej na prawym brzegu rzeki.
— Jak daleko stąd?
— Piętnaście li. Jeżeli wiatr się nie zmieni, to za godzinę możemy tam już być.
— Ależ to będzie już ciemno!
— Nic nie szkodzi. Zobaczysz, Jak piękną jest nasza rzeka w nocy, — wszyscy cudzoziemcy zachwycają się nią. Czy mam tam jechać, czy też zawrócimy gdzieindziej?
— Jedźmy, — odrzekłem!
Przewoźnik wywiesił kolorową papierową latarnię i ruszyliśmy w drogę. Na rzece pełno było łodzi, a latarnie ich, niby barwne gwiazdki migotały na wszystkie strony.
Nagle jakaś duża łódź o wysokich masztach pojawiła się za nami. Dziesięciu Wioślarzy siedziało po bokach i wiosłowało energicznie. Zdawało mi się, że łódź owa chce nas minąć szybko i poleciłem nawet przewoźnikowi usunąć się na stronę, lecz w tej samej chwili łódź zrównała się z nami.
— Kiang! — rozległ się okrzyk od strony przybyszów.
— Lu! — odpowiedział przewoźnik.
W tej chwili wszystkie latarnie zgasły i coś ciężkiego i ciemnego spadło na dno naszej łodzi. Jednocześnie jakiś nadzwyczaj silny i odurzający zapach rozszedł się wokoło i prawie momentalnie straciłem przytomność. Jak przez mgłę tylko dostrzegłem, że przewodnik nasz rzucił się w wodę.
Kiedy odzyskałem zmysły ujrzałem się związanym na dnie wielkiej łodzi. Obok mnie leżał poczciwy kapitan również związany. Zakneblowane usta nie pozwalały mi mówić, lecz nie przeszkadzały myśleć i rozglądać się dokoła. Przedewszystkiem dojrzałem sternika, na którego twarz padało właśnie światło latarni. Był to ów rybak, który odpoczywał obok naszej lodzi i tak szybko zniknął kiedyśmy się zbliżyli; należał on widocznie do bandy, która, jak już wspominałem miała stosunki we wszystkich warstwach społecznych. Znajdowaliśmy się widocznie w rękach piratów, którzy potrafili wciągnąć nas w pułapkę, przysyłając swoich ludzi, jako mniemanych przewoźników. „Kiang-lu” było hasłem za pomocą którego opryszkowie poznawali się wzajemnie. Nie przeczułem żadnej obawy. W podróżach moich spotykałem się z bandytami różnych narodowości i byłem nawet ciekawy, jak wyglądają rozbójnicy chińscy. Nie otwierając zupełnie oczu, aby nie zwrócić na siebie uwagi, począłem rozglądać się na wszystkie strony. W łodzi znajdowało się trzynastu ludzi: dziesięciu wioślarzy, sternik i dwóch starszych widocznie, którzy, usunąwszy się na stronę, rozmawiali z zajęciem. Przed nimi stały gliniane naczynia, zawierające zapewne ów płyn pachnący, którym odurzano napadniętych. Ponieważ uważano nas za cudzoziemców, nie rozumiejących miejscowego języka, przeto naczelnicy nie wystrzegali się nas zbytecznie i rozmawiali dość swobodnie.
— Kto są ci ludzie? — zapytał jeden z nich.
— Ten cieńszy austryak, a ten gruby, zdaje się, jankes. Obaj muszą być bogaci, gdyż statek do nich należy.
— Czy masz zamiar oddać ich dżiahurowi?
— Tak. Weźmiemy połowę ich wykupu, a połowę oddamy do podziału Kiang-lu.
— Ileż oni zapłacą?
— Nie wiem. To już określi dżiahur.
— Gdzie mu ich oddasz?
— W Kuang-ti-miao.
— Czy aby będzie tam jeszcze miejsce dla nich.
— Tam teraz nikogo niema, prócz żony tego por-tu-ki, którą porwaliśmy wczoraj. Jacy to głupi ludzie ci barbarzyńcy! Zdaje im się, że kobieta ma duszę i dbają o nią tak, jak o siebie. Dla nas tem lepiej, bo otrzymamy porządny wykup i cała sprawa opłaci się nam doskonale. Zawiadomimy męża zaraz, jak tylko umieścimy tych dwóch.
Były to dla nas bardzo pocieszające wiadomości! Mieliśmy być zatem uwięzieni, dopóki bandyci nie otrzymają wykupu, na który liczą z taką pewnością i który prawdopodobnie nie będzie małym. Kapitan ma pieniądze, łatwo mu więc będzie zaspokoić ich żądania, ale środki moje nie wystarczały na tak niespodziewany wydatek. Jeżeli nie chcę czerpać z kasy kapitana, to muszę wymyślić jakiś sposób wydobycia się ze szponów tych łotrów.
Teraz rozumiałem już przestrogi Kong-ni i bonzy, którzy ostrzegali mnie przed Kuang-ti-miao. Widocznie świątynie te służyły jako schronienie rozbójnikom, którzy tam urządzali nawet więzienia dla pojmanych jeńców.
— Płynęliśmy jeszcze z godzinę w górę rzeki, poczem skręciliśmy w jeden z kanałów, które gęstą siecią pokrywają całą nizinną część państwa chińskiego. I tutaj jednakże panował, ruch i życie. Wioślarze pracowali energicznie, skręcali w coraz to nowe kanały, tak że zupełnie straciłem możność orjentowania się w kierunku, aż wreszcie zatrzymali się w jakiemś zupełnie pustem miejscu.
Przed nami, na brzegu wznosiły się ciemne mury jakiejś świątyni, czy budynku, nie mogłem dobrze poznać, gdyż w tej chwili zawiązano nam oczy. Jednocześnie zdjęto nam pęta z nóg i kazano wstać. Dwóch ludzi ujęło nas pod ramiona, poczem poprowadzono po jakichś wąskich schodach, przez jakieś korytarze i podwórza, aż wreszcie znaleźliśmy się w zamkniętej przestrzeni. Tutaj zdjęto nam opaski z oczu i pozwolono rozejrzeć się wokoło. Nie zaniedbałem naturalnie uczynić tego i przekonałem się, że jesteśmy zamknięci w świątyni bożka wojny, którego posąg z nieodstępnym synem z jednej strony i groźnym giermkiem z drugiej wznosił się na ołtarzu. Salę oświetlało kilkanaście lamp papierowych. Przy ich przyćmionem świetle ujrzałem ze dwudziestu ludzi siedzących lub leżących na ziemi, uzbrojonych w luki, strzały, niemożliwych rozmiarów pistolety, noże, sztylety, miecze i szable. Niektórzy z nich mieli prócz tego długie zardzewiałe wiatrówki z kolbami pokręconemi jak grajcarki. Wszyscy oni starali się przybrać jaknajgroźniejsze miny, które jednak na mnie żadnego nie wywierały wrażenia. Owszem, patrząc na te skośne oczy, spłaszczone nosy i wystające kości policzkowe, zdawało mi się, że jestem na jakiejś prowincyonalnej scenie, gdzie odgrywam rolę jeńca wśród śmiesznie przybranych statystów-rozbójników. Kapitan Turner musiał odczuwać coś podobnego, bo mrugał na mnie i patrzył z takim wyrazem, jakby go trochę dłonie swędziły i miał ochotę spróbować ich siły na tych urwisach, jak mu je tylko uwolnią z więzów. Chińczycy są sprytni i podstępni, lecz jednocześnie dość tchórzliwi i siła fizyczna imponuje im bardzo; pomimo to nie życzyłem sobie żadnej walki, gdyż prócz pięści nie mieliśmy innej broni, a to przeciwko dwudziestu uzbrojonym nieprzyjaciołom wystarczyć nie mogło. Nareszcie zdjęto nam z ust kneble i na migi kazano usiąść. Wybrałem sobie miejsce pomiędzy kolanami bożka, gdyż było tam nietylko najwygodniej, lecz i plecy miałem osłonięte, tak, że wszelki napad mógł mnie zaskoczyć tylko z przodu. Kapitan umieścił się przy giermku, którego olbrzymi miecz widocznie przyciągał jego uwagę.
— Słuchajno, panie Charley — rzeki wreszcie — czy ten miecz jest naprawdę ze stali?
— Wątpię bardzo. Zdaleka widać, że to żelazo.
— Z takim porządnym kawałem żelaza możnaby wiele zrobić. Mam ochotę pokazać temu urwisowi, jak to porządni ludzie umieją machać choćby nawet żelaznym mieczem. A może pan wolisz zostać w tej pułapce?
— Tak długo jak pan będziesz tutaj i ja zostanę napewno. Dobrzy towarzysze nie mogą się rozdzielać.
— A więc przebijemy się przez tę gromadę? — Czyś pan rozciął już sobie więzy na rękach?
— Prawda, zapomniałem o tem! W takim razie puśćmy W ruch nogi.
— Nie czyń pan tego, kapitanie. W tej sali mamy dwudziestu ludzi, nas przywiozło trzynastu, to razem czyni trzydziestu trzech. Jest to zbyt poważna liczba, abyśmy mogli narażać się lekkomyślnie. Gdybyśmy mieli nasze rewolwery, to co innego, ale po pierwsze nie mamy ich, a po drugie mamy skrępowane ręce. Wszak znasz pan przysłowie, że kilka psów równa się śmierci zająca.
— Tak, jeśli ktoś jest zającem.
— Znasz mnie chyba dość dobrze, kapitanie, i wiesz, że nie jestem tchórzem. Odwaga jednak a szaleństwo, to zupełnie dwie różne rzeczy.
— Dobrze więc. Rób pan, co uważasz za stosowne.
— Pomówię z tymi ludźmi, a gdybym im nie mógł trafić do rozumu, to zawsze będzie czas przedsięwziąć coś energiczniejszego.
— Dobrze, tylko nie pan, a ja z nimi pomówię. Ja im pokażę, jak z nimi należy mówić, ja ich nauczę! Czy mogę zacząć?
— Poczekaj pan chwileczkę. Zdaje się, że i oni doszli do jakiegoś postanowienia. Zobaczymy, co nam powiedzą. Rzeczywiście rozbójnicy skupili się w gromadkę i rozprawiali o czemś półgłosem, poczerń jeden z nich zbliżył się ku nam i zapytał łamaną angielszczyzną:
— Kto jesteście?
— Kto jesteśmy? Hm... ludzie, naturalnie — odrzekł mrukliwie kapitan.
— Czem jesteście?
— Zabawne pytanie, także ludźmi przedewszystkiem.
— Jak się nazywacie?
— To do ciebie nie należy, mój chłopcze.
— Mów, kiedy się ciebie pytam, bo inaczej nauczę cię mówić!
— Musiałbyś się sam długo jeszcze uczyć, ty spłaszczony nosie!
Nazwa „spłaszczonego nosa“ nie podobała się Chińczykowi, który przysunął się jeszcze bliżej i, podniósłszy pięść do góry, zawołał groźnie:
— Milcz, albo cię uderzę!
Na tę groźbę brwi kapitana ściągnęły się momentalnie, z oczu strzeliły błyskawice, a głos zabrzmiał niby huk piorunu, kiedy krzyknął jeden tylko wyraz:
— Prrrecz!
Chińczyk drgnął przerażony i odskoczy! o parę kroków w tył.
— Przyjdź tu, ty łotrze, — ryczał kapitan, — podejdź bliżej, a zobaczysz, co cię spotka! Ani będziesz wiedział, kiedy się znajdziesz w powietrzu, ty płaskodzioby żółtaku!
Kapitan był widocznie w wojowniczym usposobieniu i byłby dalej wyładowywał swoje groźby i obietnice, gdyby nagle tuż za ścianą, przy której stały posągi, nie odezwał się jakiś głos kobiecy:
— Na pomoc, ratujcie mnie, na pomoc! Wyrazy były nawpół portugalskie, nawpół angielskie.
Widocznie zamknięta tam kobieta dosłyszała nasze głosy i postanowiła w ten sposób dać znać o sobie.
— Słyszałeś pan? Kto to być może? — zapytał zdziwiony kapitan.
— To żona owego portugalskiego kupca którą porwano wczoraj.
— Czy ona jest tutaj?
— Napewno. Słyszałem, jak piraci mówili o tem.
— W takim razie trzeba ją ratować. Porwę temu lewiatanowi jego miecz i posiekam ich na mięso!
— A masz pan wolne ręce!
— Ach, prawda! Cóż my teraz zrobimy?
— Poczekamy;
— Na co, żeby nas do innej jakiej dziury przesadzili?
— No, nie tak to się prędko odbywa. Zresztą możemy spróbować naszych sił. Ci chińczycy nie umieją nawet porządnie związać człowieka! Patrz pan, przytroczyli nam do ciała ramiona, a dłonie zostawili wolne. Gdybyś pan mógł przez minutę utrzymać się przede mną, to spróbowałbym rozwiązać panu więzy.
— Ba, dla tego celu gotów jestem stać nawet przez cały dzień przed panem.
— Poczekajmy, ci łotrzy najwidoczniej nowy jakiś zamiar powzięli. Zaraz się dowiemy co postanowili.
Chińczycy zaczęli znowu naradzać się poczem tłomacz zbliżył się ku nam w towarzystwie dwóch piratów uzbrojonych w grube bambusowe laski.
— Jeszcze raz zadaję wam te same pytania, a jeśli nie zechcecie odpowiadać, to was zmusimy do tego.
— Czy jesteś jankesem? — zwrócił się przedewszystkiem do kapitana.
— Odejdź, mówię ci, — odrzekł Turner. — Dopóki będziemy związani, nie będziemy rozmawiać z wami.
— A jednak musicie być związani, dopóki was nie oswobodzą. Gdyby zaś nie chcieli was oswobodzić, to wrzucimy was w wodę. A więc czy jesteś jankesem?
Kapitan milczał. Tlomacz spojrzał na niego, poczem dał znak obu ludziom. Zanim ci jednak przystąpili do wykonania groźby, dzielny kapitan porwał się z miejsca i spadł jak huragan na niespodziewającego się nic podobnego tłomacza, który upadł jak długi, poczem jednem kopnięciem w brzuch pozbawił przytomności drugiego. Trzeci stał naprzeciwko mnie uzbrojony nietylko laską, ale długim nożem, który mu sterczał z za pasa. Na ten nóż zwróciłem uwagę i postanowiłem go zdobyć. Ponieważ dłonie miałem wolne, skorzystałem ze zmieszania się mego stróża, który na widok upadku swoich towarzyszów stracił na razie przytomność i zerwawszy się z miejsca, jednym skokiem dopadłem do niego, wyciągnąłem mu sztylet i silnem uderzeniem moich podkutych marynarskich butów odrzuciłem o kilka kroków.
— Pochyl się, kapitanie!
— Dobrze, ale prędko!
Kapitan pochylił się przede mną, a ja jednem pociągnięciem ostrego sztyletu przeciąłem mu sznury i poddałem plecy, aby i mnie ze swej strony oddal tę samą przysługę.
Wszystko to odbyło się tak szybko, że nim zdumieni takim obrotem rzeczy chińczycy zdołali opamiętać się, już staliśmy z powrotem na swoich miejscach.


Kapitan dwoma uderzeniami pięści utrącił rękę boskiego giermka i pochwycił jego długi i ciężki miecz.
Ja miałem tylko sztylet, lecz wsunąłem się głębiej między kolana bożka i w ten sposób osłoniłem sobie plecy i boki. Z nieprzyjacielem, nacierającym z przodu łatwiej mi było dać sobie radę. Pomimo to sztylet był zbyt nieznaczącą bronią, abym mógł długo walczyć nią przeciw gromadzie nacierających zajadle chińczyków, którzy widocznie więcej mieli respektu dla długiego miecza mego przyjaciela, niż dla sztyletu, gdyż zwartym tłumem rzucili się W moją stronę. Nagle wzrok mój padł na stojące u stóp posągu kadzielnice. Mogły to być doskonale pociski, a tak ciężkie, że były wstanie zmiażdżyć najtwardszą nawet czaszkę, lub conajmniej ogłuszyć na długo. Nie namyślając się więc zbytnio, pochwyciłem pierwszą z brzegu i celnym rzutem puściłem w głowę najbliżej stojącego chińczyka, który z jękiem zwalił się na podłogę.
— Wolni, lecz oblężeni, kapitanie, — zaśmiałem się głośno, patrząc na groźne miny strzelców, którzy celowali do mnie ze swych pokręconych wiatrówek.
— Ba, te łupiny orzechowe nie mogą się przecie równać z takimi porządnymi trójmasztowcami, jak my. Naprzód, panie Charley, musimy ich posłać na dno!
— Czy pański miecz nie jest zbyt długi?
— Im dłuższy, tem lepszy! Chciałbym, żeby był tak długi jak główny maszt naszego „Wichru!” Kapitan ujął miecz w obie ręce i machając nim zawzięcie, wysunął się na czoło. Ja urządziłem najprzód kanonadę z pozostałych naczyń, które trafiały zawsze w cel przeznaczony, poczem zająłem centrum improwizowanej armii. Brakowało nam wprawdzie jednego skrzydła, nie mogliśmy jednak nic na to poradzić, gdyż było nas dwóch tylko.
Nieprzyjacielska linia cofnęła się tymczasem o kilka kroków, co tak podnieciło odwagę kapitana, że oparł się na mieczu i w postawie starożytnego bohatera zaczął grzmieć swoim stentorowym głosem:
— Rabusieng, piratyng, mordercyng! Tu stoi kapitang Turnering i jego przyjaciel Charleng, któryng gromił indyaneng, zabijał Iwowing i tygrysang! Jeżeling za chwileng nie rzucicieng orężang, to zginiecieng marnieng!
Wspaniała ta mowa nie przeszłaby prawdopodobnie bez wrażenia, gdyby tłomacz nie był się odezwał niefortunnie:
— Ten jankes jest szalony; chce mówić naszym językiem, a nie — rozumie ani słowa. Dalej na niego! — Myśmy jednak otrzymali z za ściany takie samo podniecające wezwanie:
— Maten à los carajos!
— Co ona mówi? — zapytał kapitan.
— Radzi nam, abyśmy się zabrali do tych łotrów.
— My też tak robimy. Jesteśmy rycerzami tej damy i musimy ją za wszelką cenę uratować. —
Niezupełnie zgadzałem się ze zdaniem „rycerskiego” kapitana, gdyż bez względu na tchórzostwo chińczyków, była ich tak przeważająca liczba, że w każdej chwili mogli nas zdusić, gdyby tylko znalazł się ktoś, ktoby umiał ich poprowadzić. Nie czekając więc na dalsze próby, postanowiłem uciec się do mego talizmanu i już sięgałem po sznurek, gdy drzwi sali otworzyły się nagle i wszedł nowy jegomość tak olbrzymiego wzrostu, że o głowę przewyższał nawet mnie, który zaliczałem się do ludzi wysokich. Reszta jego ciała była proporcyonalną do tej wysokości i znamionowała siłę.
— Dżiahur! — rozległo się wkoło.
Chińczycy cofnęli się z szacunkiem, jakby chcieli pokazać, że on jedynie jest tutaj panem naszego losu.
A więc to był jeden z naczelników sławnej bandy Kian-lu! Nie widać w nim było ani śladu właściwego chińczykom tchórzostwa, ale też i pochodzenie jego nie było czysto chińskiem. Dżiahurowie stanowią odłam mongolskiego plemienia, są olbrzymiego wzrostu, odważni i silni, ale jednocześnie prawie zupełnie dzicy, chciwi i mściwi. Rabunek uważanym jest u nich jako jeden ze sportów i oddają mu się z zamiłowaniem. Dżiahur na nogach miał rzadko spotykane tutaj wysokie mongolskie buty, a cienkie, długie, starannie utrzymane wąsy spadały mu do pasa nieledwie.
Ostrem, przenikliwem spojrzeniem swych małych, świdrujących, zimnych jak stal oczu objął całe stowarzyszenie, poczem przywołał skinieniem dwóch rozbójników i kazał sobie widocznie opowiedzieć wszystko, co się tutaj działo. Podczas tego opowiadania czoło, jego chmurzyło się coraz bardziej, rzucił pogardliwie-groźne spojrzenie na swoich podwładnych, poczem zbliżył się wprost do kapitana.
— Precz z bronią! — zawołał po chińsku.
Kapitan, rzecz prosta nie zrozumiał tego rozkazu, domyślił się go tylko z ruchu ręki, pomimo to nie myślał go wykonać i otworzył już usta do dania godnej odpowiedzi, gdy dziahur podniósł nagle pięść do góry i uderzył nią kapitana w głowę tak silnie, że ten wypuścił miecz z ręki i runął nieprzytomny na ziemię.
Zacisnąłem mimowolnie pięście, lecz nie ruszyłem się z miejsca i czekałem napozór spokojnie. Walki na pięście nie obawiałem się wcale, gdyż chociaż dżiahur przewyższał mnie silą i wzrostem, nie mógł jednak dorównać w zręczności, która w takiej walce stanowi przedewszystkiem o wygranej.
Rzeczywiście zwrócił się ku mnie.
— Precz z naczyniami! — zawołał.
Nie poruszyłem się wcale. Wtedy on podniósł pięść do góry, aby zadać mi takie samo uderzenie, lecz w tej chwili wydał mimowolny okrzyk bólu i cofnął się o krok. Zręcznem podstawieniem pięści odparowałem jego cios i wybiłem mu dłoń ze stawów. Ból jednak doprowadził go do wściekłości, bo chwycił lewą ręką długi sztylet i skierował go ku mojej szyi.
Rzecz prosta, że nie czekałem na wykonanie tego zamiaru, lecz lewą ręką uderzyłem go z dołu w podbródek, a jednocześnie prawą zaaplikowałem mu taki cios w skroń, że runął na ziemię obok kapitana.
Tego jednak było już za wiele nawet dla tej bandy tchórzów. Ujrzawszy swego naczelnika na ziemi, cala ta szajka z wyciem rzuciła się ku mnie. Wyciągnąłem talizman i podnosząc go w górę, zawołałem grzmiącym głosem:
— Kto śmie walczyć przeciwko temu znakowi!
Złoczyńcy stanęli jak skamieniali.
— Yeu-ki! — jęknęli. O cały stopień wyższy od dżiahura, który jest tylko tiu-siu!
Te słowa wskazały mi, że bandyci dla naczelników swoich wprowadzili wojskowe stopnie, gdyż yeu-ki znaczy tyle co pułkownik, tiu-siu zaś tyle, co kapitan.
— Tak! — zawołałem — jednego z waszych yeu-ki ośmieliliście się porwać, związać i zakneblować mu usta tak, że nie mógł się dać wam poznać. Zabraliście mi wszystko, ale trzeba było lepiej poszukać, bylibyście znaleźli znak!
— Przebacz nam, o panie! — zawołał jeden, — tylko ci są winni, którzy cię schwytali! Lecz obaj winowajcy wystąpili ze środka i zawołali z pokorą:
— Winien jest o panie twój przewoźnik, który powiedział nam, że jesteś niemcem, a twój towarzysz yankesem. Jechałeś zwyczajną łódką, nie mogliśmy więc wiedzieć, że jesteś jednym z naszych. Gdybyś wziął łódź ze smokiem i kazał wywiesić swoją latarnię, bylibyśmy wiedzieli, z kim mamy do czynienia.
— Co! ośmielacie się nakazywać mi, co mam czynić! Dżiahur chciał mnie uderzyć bez wysłuchania. Wiążcie go!
— Nie śmiemy, panie!
— Czyńcie, co rozkazuję! Podczas, kiedy spełniali mój rozkaz, kapitan zaczął przychodzić do siebie. Straszliwe uderzenie olbrzyma byłoby każdego innego o śmierć przyprawiło, dzielnego jednak kapitana ogłuszyło tylko na chwilę.
— Charley! — odezwał się, otwierając oczy.
— Co, kapitanie?
— Do licha! Gdzie ja jestem? Co to tak szumi wkoło mnie? Aha, wiem, przypominam sobie!
Zerwał się na nogi i obejrzał wkoło.
— Do wszystkich rekinów! ten łotr już leży! Czyś to pan go tak poczęstował?
— Tak jest, — odrzekłem, poczem dodałem ciszej: Ci bandyci mają mnie za jednego ze swoich naczelników, nie trzeba ich wyprowadzać z błędu.
— Co? Jak? Aha, dobrze, tem lepiej. W takim razie rozpuszczajmy żagle i wypływajmy na pełne morze.
— Jakto bez owej portugalki?
— Ach, prawda, zapomniałem o niej! Naturalnie, że bierzemy ją na pokład.
— Przedewszystkiem jednak bądź pan tak dobry i wsadź swoją chustkę w usta tego olbrzyma.
— Po co? przecież jest związany.
— To nic. Otrzeźwieje niedługo, a nie trzeba, aby mówił, gdyż mogłoby to nam zaszkodzić.
Kapitan pochylił się nad leżącym, aby mu zakneblować usta, ja zaś zwróciłem się do bandy:
— Macie tutaj porwaną kobietę.
— Tak, żonę pewnego por-tu-ki.
— Przyprowadźcie ją tutaj.
— Jeden z bandytów zniknął za posągiem bóstwa. Posłyszałem zgrzyt otwieranych drzwi i po chwili stanęła przed nami przysadzista jejmość w szerokiej spódnicy i luźnym kaftanie. Ujrzawszy nas, ujęła w obie ręce suknię i dygnęła nizko.
— Dzień dobry, panom, — rzekla, łącząc hiszpańskie wyrazy z angielskimi.
— Dzień dobry pani, — odrzekłem po holendersku. Wszak jeśli się nie mylę, pochodzisz pani z Holandyi?
Kapitan wytrzeszczył na mnie zdziwione oczy. Ja jednak spojrzawszy na tłustą jejmość, na jej niebieskie źrenice, na duże ręce i nogi i typową twarz, nie mogłem w żaden sposób wziąć jej za portugalską delikatną damę i zacząłem mimowoli przypuszczać jakąś pomyłkę. Na zapytanie moje dama uśmiechnęła się radośnie i odrzekła tym samym językiem.
— Czy i pan jesteś holendrem?
— Nie, jestem wiedeńczykiem.
— Wiedeńczykiem? O, i ja byłam w Wiedniu przez dwa lata i trzy tygodnie!
— W jaki sposób zawędrowałaś pani z Wiednia aż tutaj do Chin?
— Do Wiednia przybyłam z Amsterdamu z rodziną pewnego bankiera, u którego byłam za kucharkę. Po pewnym czasie bankier ów wyjechał do Afryki, ja zaś przeszłam do służby do pewnego portugalskiego kupca, który zabrał mnie z sobą do Makao.
— Zwiedziłaś pani ładny kawał świata! — zauważył kapitan. Czy byłaś u owego kupca do ostatniej chwili?
— Tak jest, do przedwczoraj.
— W jaki sposób znalazłaś się pani tutaj?
— Pojechałyśmy z moją panią na spacer, gdy nagle napadli nas rozbójnicy, porwali mnie i przyprowadzili tutaj.
— A co się stało z pani chlebodawczynią?
— Nie zwrócili na nią nawet uwagi, więc pewnie wróciła ho domu.
Teraz zrozumiałem wszystko. Piraci postanowili porwać żonę bogatego Portugalczyka, której jednak nie znali z powierzchowności. Ponieważ dla chińczyków piękność kobieca polega na obfitości tłuszczu, przeto wyobrazili sobie, że żoną Portugalczyka może być tylko ta piękna dama, której czerwona, pulchna twarz i korpulentna postać mogły zachwycić najbardziej nawet wybrednego chińczyka i na nią też jedynie zwrócili uwagę, pozwalając drobnej, szczupłej kobiecie wrócić spokojnie do domu.
— Jak się nazywa pani chlebodawca?
— Petro Gonjuis.
— Kiedy napad ten miał miejsce?
— Przed samym wieczorem. Było już prawie ciemno i pani kazała zawracać. Nagle przyskoczyło do nas kilku ludzi, zarzucili mi grubą chustkę na głowę i uprowadzili ze sobą. Potem wsadzili mnie na łódkę i przywieźli tutaj. Było mi bardzo źle. Nie dali mi jeść, ani pić, zamknęli w jakiejś ciemnej komórce i wcale nie zajrzeli nawet, co się ze mną dzieje. Chciałam zasnąć, ale nie mogłam, tak mi było niedobrze.
Żal mi było tej biednej tłuściochy, której z głodu słabo się robiło. Nie miałem jednak nic, aby ją nakarmić, pytałem więc dalej:
— Czy jesteś pani zamężną?
— Nie. Nie mam nikogo na świecie. Bracia i siostry pomarli dawno, a dalsza rodzina nie troszczy się o mnie.
— W takim razie weźmiemy panią z sobą i odprowadzimy, lub każemy odprowadzić do jej państwa.
Podczas tej rozmowy dżiahur odzyskał zmysły i nie mogąc mówić patrzył na mnie wzrokiem, w którym malowała się cała jego nienawiść. W każdym razie był to wróg, z którym liczyć się należało. Nie chcąc zbytnio przeciągać struny, zwróciłem się do bandytów i rzekłem:
— Ta kobieta nie jest żoną por-tu-ki, jest tylko jego służącą i jej pan nie zapłaci wam za nią ani jednego li. Wezmę ją ze sobą i zwrócę jej wolność.
Lekki szmer niezadowolenia przebiegi przez szeregi piratów i jeden z nich ośmielił się zawołać głośniej:
— Ta kobieta jest naszą własnością i nikt nie powinien nam jej zabierać. Jest ona napewno żoną po-rtu-ki, gdyż jest piękniejszą niż tamta, która z nią była!
Poczułem, że chcąc utrzymać nad nimi przewagę, choćby chwilową, nie powinienem pozwolić na najmniejszy nawet opór. Spojrzałem więc groźnie na malkontenta i zbliżywszy się ku niemu, rzekłem surowo:
— Widzę po twojej twarzy i po twoich krzywych nogach, że nie jesteś chińczykiem lecz tatarem. Czy myślisz, że pozwolę pierwszemu lepszemu tatarowi zarzucać sobie kłamstwo? lub że trudniej mi będzie zwyciężyć ciebie niż dżiahura, który jest o dwie głowy wyższy?
Z temi słowy pochwyciłem go jedną ręką za kark, drugą za pas, podniosłem do góry i z całej siły rzuciłem o przeciwległą ścianę, gdzie pozostał bez ruchu.
— Dobrze, Charley, — pochwalił mnie zadowolony kapitan.
— Czy mam panu pomódz? I mnie po uderzeniu tego wielkoluda przydałaby się taka rozrywka.
— Nie trzeba, kapitanie, popsułoby to efekt — odrzekłem. Zbliżcie się tutaj, — dodałem, zwracając się do przewoźników, — czy wasza łódź stoi jeszcze przed Kuang-ti-miao?
— Tak jest.
— Jak długo zostaniecie tutaj?
— Chcesz nas doświadczyć, panie. Wszak wiesz, że w każdem Kuang-ti-miao tylko cztery dni zostawać możemy.
— Dobrze. Przygotujcie wszystko. Ponieważ przerwaliście naszą podróż, przeto teraz zawieziecie nas do Kuang-tszeu-fu.
— Będziemy posłuszni.
Wziąłem jedną z latarni w rękę i zajrzałem za posągi. Znalazłem tutaj drzwi, prowadzące do ciemnej komórki, służącej za skład przedmiotów potrzebnych do nabożeństwa, a jednocześnie będącej chwilowem więzieniem dla porwanych przez piratów ofiar.
— Kapitanie, przynieś-no pan związanych, trzeba ich tutaj zamknąć, aby się nie znalazła jaka litościwa dusza, coby ich uwolnić zechciała.
Kapitan przyciągnął dżiahura i tatara, wepchnęliśmy ich do komórki, którą zamknęliśmy starannie i klucz schowałem do kieszeni.
Rozbójnicy patrzyli na to w milczeniu, wreszcie jeden z nich wystąpił ze środka i zapytał:
— Co rozkażesz uczynić z dżiahurem i kto ma zawiadomić Kiang-lu o jego aresztowaniu? Jestem porucznikiem naszego oddziału i muszę go doprowadzić do Li-ting, jeżeli ty tam nie pojedziesz.
Li-ting jestto male miasteczko, niedaleko Pekinu, słynne z połowu złotych rybek. Tam więc należało szukać Kiang-lu.
— Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie, — odrzekłem. Dżiahur zostanie tutaj do rana, a potem odwieziesz go związanego do Kiang-lu.
— Czy przybędziesz tam również? Głównodowodzący nasz wymaga punktualności.
— Nie potrzebujesz mnie uczyć! Zrób tylko to, co ci kazałem!
— W takim razie daj mi klucz.
To proste żądanie, wypływające zupełnie logicznie z moich rozkazów, nie podobało mi się wcale i wzbudziło mimowolne podejrzenie. Nie miałem jednak drogi wyjścia, podałem mu więc klucz, zastrzegając raz jeszcze, aby przypadkiem nie chciał mnie nie posłuchać, gdyż wtedy zrzucę na niego wszelką odpowiedzialność za to, co się stanie.
— Jak mam cię nazwać przed głównodowodzącym?
— Kuang-si-ta-sse, — odrzekłem, używając stale imienia, nadanego mi przez Kong-ni.
— Twoje imię jest piękne, piękniejsze niż moje; będę ci posłusznym we wszystkiem.
— W takim razie postaraj się, żeby było coś do jedzenia na statku. Zostawiliście kobietę bez pożywienia i picia, czy tak nakazuje głównodowodzący?
— Ty sam wiesz, panie, jak należy postępować z jeńcami. Głodem i pragnieniem zmuszamy ich do ustępstw.
— Czy pan prędko skończysz swoją rozmowę? — wtrącił się zniecierpliwiony kapitan. — Mówicie takim okropnym językiem, że ani słówka zrozumieć nie mogę!
— Już jestem gotów; możemy iść.
— Dobrze, ale muszę się z nimi odpowiednio pożegnać.
— Jakto jest żegnam po chińsku?
— Tsing-leao, — odrzekłem.
— Tsing-leao, — powtórzył. Dobrze, nie zapomnę tego.
Z temi słowy stanął w pozycyi i rzeki głośno:
— Bandycing i szubienicznicyng! Widzicieng, że jesteśmyng waszyming dowódcaming. Przekonaliścieng się saming... Tsing-leao, — powtórzył po cichu, poczem ciągnął dalej: ...Że jesteśmyng odważning i nie boimyng się takich djablung jak wy. Pan Charling jest waszym pułkownikiemg, ja zaś zmasakrujeng każdegong, kto mi się sprzeciwing sprobujeng. Tsing-leao, dobrang-nocyng!
Bandyci wysłuchali tej przemowy z należytym szacunkiem, nawet tłomacz nie zaśmiał się tym razem.
— Idziemy, — rzekłem. Yng-pa tsung, ty wiesz, co ci kazałem. Pozdrów ode mnie Kianglu!
Wyszliśmy ze świątyni i skierowaliśmy się ku wybrzeżu, gdzie czekały na nas łodzie bandytów. Wsiedliśmy do tej samej, która nas tutaj przywiozła i ci sami ludzie odwozili nas teraz z powrotem.
Porucznik spełnił wiernie mój rozkaz; na dnie łodzi znaleźliśmy przygotowane zapasy, składające się ze słodkiej wody i owoców, biedna więc holenderka mogła zaspokoić cokolwiek głód i pragnienie.
— Szkoda, że niema szynki, lub kawałka pieczonego mięsa, — szepnęła z westchnieniem, ale cóż robić, dziękuję Bogu i za to.
Nasza towarzyszka była widocznie osobą zasadniczą, bo w przeciągu dziesięciu minut wszystkie zapasy zniknęły w przepaścistych głębinach jej ogromnego żołądka. Po zaspokojeniu pierwszego głodu szlachetna dama stała się o wiele rozmowniejszą i oznajmiła nam, że nazywa się Hanje Kelder. Wydawała się bardzo zdziwioną tem, że nietylko chińczycy, ale i opinia powszechna wzięła ją za żonę kupca, oponowała przeciwko temu bardzo gorąco i postanowiła postarać się o ukaranie bandytów.
Ta groźba kazała i mnie zastanowić się nad tem, jak powinienem postąpić w całej tej sprawie. Właściwie powinienbym dać znać policyi, wiedziałem jednak, że pociągnie to za sobą niezliczone przykrości i stać się może nawet niebezpiecznem dla mnie. Przytem byłoby to do pewnego stopnia zdradą względem Kong-ni, który okazał się tak wdzięcznym. Z zamyślenia wyrwał mnie głos kapitana.
— Panie Charley, czy nie słyszysz pan plusku wioseł za nami?
Zacząłem się wsłuchiwać uważnie i rzeczywiście dosłyszałem lekki plusk, jaki wydają wiosła, uderzając o wodę.
— Jakaś łódź płynie za nami, kapitanie!
— Pięknie, ale co za łódź? Zdaje mi się, że nie stracimy na tem, jeśli będziemy się mieli na baczności!
— Naturalnie. Kto wie, czy porucznik nie wypuścił dżiahura, który w takim razie nieomieszkałby nas gonić. — Cóż będziemy robili, panie Charley?
— Musimy wygrać na czasie. Weźmy się przedewszystkiem do wioseł; jesteśmy silniejsi niż chińczycy.
— Dobrze, pokażemy im przy tej sposobności, jak to porządna łódka mknąć umie.
Kazałem wioślarzom naciskać silniej, poczem obaj z kapitanem zasiedliśmy do Wioseł.
Łódka pomknęła jak ptak. Po pewnym czasie kazałem skręcić w jeden z bocznych kanałów i przybić do brzegu.
— Wysiadajcie, — rozkazałem surowo.
— Dlaczego, panie? — zapytał sternik.
— Masz słuchać, a nie pytać, — odrzekłem. Wysiadajcie!
Usłuchali z widoczną niechęcią.
— Zostańcie tutaj i zachowujcie się cicho, dopóki po was nie przyjadę, — rzekłem, poczem szybko odbiłem od brzegu i skierowałem się na przeciwną stronę kanału.
— To było sprytnie zrobione, — zawołał kapitan. W razie czego nie będziemy mieli przynajmniej tych łotrów na karku. Ale słuchaj pan!
— Kiang! — rozległo się od strony głównego kanału.
— Lu! — odezwali się nasi ludzie, pomimo, iż nakazałem im zachowywać się cicho.
Łódź, która nas goniła, stanęła na skrzyżowaniu się kanałów i rzuciła hasło, aby się przekonać, gdzie jesteśmy.
— Ci łotrzy zdradzili nas. Co teraz mamy robić? — zapytał niespokojnie kapitan.
— Prędzej na brzeg. Tam zobaczymy z kim mamy do czynienia.
Wyskoczyliśmy na brzeg i przywiązaliśmy łódź do krzaka bawełny, który stał nad samą prawie wodą.
— Czy niebezpieczeństwo jest groźne? — zapytała holenderka szeptem.
— To się dopiero okaże, — odrzekłem.
— Ja się nie boję. Dajcie mi panowie jaki kij, albo wiosło, pomogę wam bronić się przeciwko tym łotrom. Rozbiję im łby na jajecznicę!
Była to naprawdę dzielna niewiasta. Inna na jej miejscu byłaby już ze trzy razy zemdlała.
— Brawo, panno Kelder! — rzekłem. — Wiosła tam leżą; weź pani jedno i jeśli chcesz nam rzeczywiście pomódz, to mierz zawsze w głowę!
— Nie lękaj się pan! Pokażę im, że holenderki mają silne ramiona i dzielne serca!
Plusk wioseł zbliżał się coraz bardziej.
— Kiang! — rozległo się znowu:
— Lu! — odpowiedziano z przeciwległego brzegu.
— Gdzie wasza łódź? — zapytał jakiś głos, po którym poznałem dżiahura.
— Na przeciwnym brzegu.
— A duży człowiek z kobietą i towarzyszem swoim?
— Także tam.
— Dlaczegoście zostawili łódź?
— Yeu-ki nam kazał.
— Ten człowiek nie jest Yeu-ki. On ukradł znak i dlatego musi go najprzód oddać, a potem umrzeć.
Łódka zbliżała się szybko. O ucieczce nie można było nawet marzyć, gdyż nie znaliśmy wcale miejscowości i nie mieliśmy pojęcia, w którą się obrócić stronę. Postanowiłem stawić czoło niebezpieczeństwu i drogo sprzedać życie.
— Stójcie! — zawołałem. — Tutaj nie wylądujecie!
— To on! — krzyknął w tej chwili dżiahur. — Chwytajcie go!
W tej chwili łódka przybiła do brzegu i kilku ludzi wyskoczyło na ląd. Trzech z nich rzuciło się mnie. Podniosłem wiosło i z całej siły uderzyłem pierwszego, lecz nim zdołałem zadać cios drugi, dwaj pozostali rzucili się na umie i zadawszy cios w lewe ramię, pochwycili z obu stron za ręce.
— Trzymajcie go mocno! — krzyknął dżiahur, który jednym susem wyskoczył na ląd i biegł ku mnie. Szarpnąłem się z całych sił i odrzuciłem obu trzymających mnie bandytów, lecz w tej samej chwili ujrzałem nóż błyszczący w lewej ręce dżiahura, zaledwie miałem tyle przytomności umysłu, że uchyliłem się na bok, gdy nóż ze świstem przeszył powietrze tuż koło mojego ucha. Schwyciłem mongoła za gardło, lecz w tej chwili zostałem osaczony przez kilku bandytów, na dobitkę potknąłem się o leżące na ziemi wiosło i runąłem jak długi. Już widziałem wznoszący się nademną nóż mongoła, gdy nagle spadło na niego silne uderzenie wiosłem, co dało mi możność porwania się na nogi.
— Czy się panu nic nie stało? — zapytał mnie zaniepokojony głos holenderki.
— Charley, na pomoc! — krzyknął w tej chwili kapitan obejrzałem się i dostrzegłem, że leży na ziemi i z trudnością broni się przed napastnikami. Przedewszystkiem jednak rzuciłem się na dżiahura, który po raz drugi chciał skoczyć ku mnie, lecz potknął się i wpadł w wodę. Odrzuciłem na bok dwóch zagradzających mi drogę chińczyków i pobiegłem na pomoc kapitanowi.
— Ostrożnie, baczność, panowie! — zawołała nagle holenderka, — w wodzie się coś rusza!
W tej chwili uwolniłem kapitana, który zerwał się na nogi, lecz jednocześnie sam otrzymałem tak silne uderzenie wiosłem w głowę, że na chwilę straciłem świadomość. Jak przez sen widziałem jakieś postacie, wyskakujące z wody, widziałem kapitana, rozdającego wściekle ciosy na prawo i lewo i naszą energiczną holenderkę żwawo wymachującą wiosłem. Chciałem im przyjść z pomocą, lecz ponieważ wiosło było mi zbyt ciężkiem, wyciągnąłem rewolwer i strzeliłem w najgęściejszą kupę bandytów.
Na odgłos strzału kapitan odrzucił wiosło i pochwyciwszy swój rewolwer, zawołał z zapałem:
— Do wszystkich rekinów, zapomniałem o tem cacku!
Dwanaście strzałów — to dwanaście trupów? Zobaczycie łotry! Z temi słowami począł strzelać raz za razem. Wątpię, aby nasze strzały trafiały zawsze, gdyż mnie ręce drżały z osłabienia, kapitana zaś, jak wiemy, kule słuchać nie chciały; w każdym razie efekt był znakomity, gdyż chińczycy cofnęli się w popłochu i zniknęli w cieniach nocy.
— Dokąd tak spiesznie, wy tchórze nikczemni! — wołał za nimi rozgorączkowany kapitan. — Poczekajcie mam jeszcze coś dla was w zapasie! — Pomimo tak uprzejmego zaproszenia nikt się jednak nie zjawiał i kanał był pusty i cichy.
— Uciekli, — rzekła holenderka z westchnieniem ulgi. — Jakże się pan czuje?
— Niebardzo, — odrzekłem z trudnością, obracając językiem. Dostałem... wcale nieprzyjemne... uderzenie w głowę.
— Co się z panem stało? Bełkocesz tak, że cię trudno zrozumieć. Czy ten łotr uderzył pana z tyłu?
— Tak właśnie.
— O, to źle. Z przodu w czoło i w czaszkę mogą mnie bić, ile zechcą, ale z tylu mieści się życie, tak jak ster na okręcie. Jeżeli go się uszkodzi, to już nie może być mowy o dobrej jeździe. Czy nie potrzebujesz pan czego?
— Tylko spokoju i ochłody.
— Tego panu nie zbraknie. Wody jest poddostatkiem, a ponieważ do rana ruszyć się stąd nie możemy, przeto będziesz pan mógł i wypocząć.
Woda w kanałach dochodziła do samego brzegu, wygrzebałem więc w piasku niewielkie wgłębienie, które natychmiast wypełniło się wodą i położywszy się na wznak umieściłem w niem zbolałą głowę.
— Patrzcie, jaki pan praktyczny! W ten sposób urządziłeś pan sobie stały okład. — Czy mogę panu w czem pomódz? — zapytała holenderka.
— Dziękuję! pani samej brak również wszelkich wygód.
— To nic, to można jeszcze wytrzymać. Położę się na ziemi i spróbuję zasnąć.
Kapitan zerwał trochę gałązek wierzby i podłożył jej pod głowę. Dzielna niewiasta wyciągnęła się na gołej ziemi i po chwili rozległo się chrapanie potężne, które mówiło wyraźnie o spokoju sumienia tej energicznej duszy.
— Czy nie byłoby lepiej, żebyśmy wyszukali sobie innego miejsca dla wypoczynku, — rzeki kapitan.
— Dlaczego?
— Gdyż boję się, że bandyci powrócą.
— Oho, nie ośmielą się.
— Tak pan myślisz? W takim razie i ja sobie coś podłożę i prześpię się trochę.
— Dobrze, ja będę czuwać.
— Ale czy będziesz pan miał siły potemu? W stanie takiego osłabienia możesz pan bardzo szybko i nieświadomie zasnąć.
— Nie obawiaj się pan, woda mnie będzie trzeźwić.
— To dobrze. Obudź mnie pan za godzinę. Dobranoc.
— Dobranoc kapitanie.
W dwie minuty później chrapiący monolog holenderki zmienił się w imponujący duet zdolny odstraszyć nawet chińskich piratów.
Nademną łagodnie błyszczały gwiazdy południa, a w duszy mojej powoli rozpościerał się błogi spokój i jakieś ciche, radosne zachwycenie i zdawało mi się, że czuję na sobie pełne miłosierdzia oko Niebieskiego Ojca, które czuwało nad biednymi samotnikami, porzuconymi na jakiemś pustkowiu, wśród wrogiej, barbarzyńskiej ludności. Powieki ciężyły mi coraz bardziej i nie wiedząc nawet kiedy, zasnąłem...
Dzień już był biały kiedy obudziłem się wreszcie. Byłbym spał może dłużej, gdyby nie to, że przy jakiemś poruszeniu całą twarz umaczałem w wodzie. Otrzeźwiło mnie to w jednej chwili i podniosłem się z ziemi. Czułem się rzeźkim i silnym, jak nigdy. Na miękim piasku widać było odciśnięcia licznych stóp, ale były to jedyne ślady nocnej walki. Pomimo starannego przeszukania nie znalazłem nigdzie najmniejszej kropli krwi, któraby mi wskazała, że choć jedna z naszych kul trafiła W miejsce przeznaczenia.
W północnej stronie widać było zarysy Kuang-ti-miao, nad południową widniała mgła, wskazująca jak daleko oddaliliśmy się od ujścia rzeki. Mieliśmy przed sobą najmniej pół godziny drogi, gdybyśmy tam dojść chcieli.
Zacząłem budzić kapitana.
— Hej, kapitanie, okręt!
Zerwał się na równe nogi.
— Co okręt? „Wicher”? Ach, to pan? Gdzie jesteśmy?
— Wsadź pan głowę do mego talerza z wodą, to panu przywróci pamięć i rozsądek.
— Już nie potrzeba! Oto tam świątynia, z tej strony rzeka, a tutaj leży holenderska niewiasta, która dwa kosze melonów i orzechów połyka.
— Ale za to dzielnie wywija wiosłem!
— Co prawda, to prawda; wspaniała kobieta! Czy mam ją obudzić?
— Przypuszczam, że już czas.
Kapitan zbliżył się do śpiącej.
— Pani, proszę pani! Niech pani będzie łaskawa otworzyć oczy. Słońce już dawno wstało.
Obudziła się natychmiast.
— Dzień dobry panom! Czy długo spałam?
— Nie i ja dopiero przed chwilą rozpuściłem żagle.
— Jakże głowa? zapytała troskliwie, zwracając się ku mnie.
— Dziękuję. Czuję się zupełnie dobrze. Chodźmy, kapitanie.
— Chodźmy, nie mamy już co robić tutaj.
— Najgorszem ze wszystkiego jest to, że straciliśmy wszystkie nasze pakunki i łódź.
— Ale uratowaliśmy panią, to starczy chyba jedno za drugie, a przytem doświadczyliśmy ciekawych przygód i nauczyliśmy się doskonale chińskiego języka, który jest chyba najtrudniejszym na kuli ziemskiej. Zdaje mi się, że teraz i ja potrafiłbym pisać takie same książki, jak pan.
— No język chiński nie jest znowu tak bardzo trudnym.
— Ale znamy go też doskonale. Wyobrażam sobie zdumienie wszystkich, kiedy po powrocie do kraju zacznę do kogoś mówić po chińsku.
— O tak, i ja jestem przekonany, że zdumienie słuchaczów będzie wprost olbrzymiem. Ale chodźmy, kapitanie siedzenie tutaj niema żadnego celu.
— Ogromniebym chciał wrócić jeszcze do tej świątyni i pogadać po swojemu z tymi łotrami.
— Bardzo być może, że się spełnią twoje życzenia, kapitanie. Pierwszy spotkany okręt poprosimy o pomoc.
Rzeczywiście zaledwieśmy stanęli na brzegu rzeki, ujrzeliśmy holenderski statek, płynący z biegiem wody. Krzyknęliśmy z całych sil. Widocznie usłyszano nas, gdyż po chwili statek zbliżył się do brzegu.
— Dokąd jedziecie? — zapytał kapitan.
— Do Makao. Statek „De valk” z Amsterdamu.
— Czy zechcecie wyświadczyć nam pewną grzeczność?
— Jaką?
— Jest tutaj z nami pewna dama z Makao, którą uwolniliśmy z rąk bandytów. Czy zechcecie przyjąć ją na pokład?
— Czy holenderka?
— Tak. Bardzo dzielna kobieta, mogę panów zapewnić.
— Dobrze. Zabierzemy ją.
— A przejazd? Chciałbym to odrazu uregulować.
— Kto pan jesteś.
— Kapitan Turner z „Wichru”, z New-Yorku.
— Niech się pan nie kłopocze o przejazd. Nic nie weźmiemy, — to przecież rodaczka.
— Jesteście dzielni ludzie. Kłaniajcie się odemnie kapitanowi.
— A panowie nie wsiądą?
— Nie, wy płyniecie z prądem, a my musimy pod górę.
— A więc z Bogiem, kapitanie.
— Z Bogiem!
Nasza dzielna amazonka długo nie mogła rozstać się z nami. Statek był już na środku rzeki, a jej podziękowania i błogosławieństwa jeszcze dolatywały do nas.
Teraz nie pozostawało nam nic innego tylko czekać na brzegu. Na szczęście niedługo to trwało, gdyż wkrótce ujrzeliśmy nowy statek, płynący w naszą stronę.
Przywołaliśmy go tak samo jak pierwszy.
— Czego chcecie? — zapytał kapitan pochylając się nad burtę.
— Dokąd jedziecie?
— Do Wampoa i Kantonu.
— Pojechalibyśmy z wami, gdybyście z godzinkę zechcieli zatrzymać się tutaj.
— Dlaczego?
— Zobaczycie później. Teraz spuszczajcie nam linę? W chwilę później staliśmy na pokładzie obok kapitana.
— Sądząc z wymowy jesteś pan amerykaninem? — rzekł ten ostatni, zwracając się do kapitana.
— Tak, sir. Kapitan „Wichru” — Turner z New-Yorku. Na kotwicy w Hong-kong.
— Widziałem statek. A ten pan?
— Mój przyjaciel, doskonały chłopiec; podróżuje po całym świecie, aby poznać kraje i ludzi. Dotychczas zdawało mi się, że to nie warte funta kłaków, teraz jednak przekonałem się, że nie jest to rzecz do pogardzenia.
— I chcecie panowie jechać do Kantonu?
— Tak jest. Przedtem jednak prosilibyśmy pana, abyś nam zechciał dać kilku ludzi z załogi, którzy pomogliby nam schwytać bandę rabusiów, znajdujących się bardzo blisko stąd.
— Może ludzi smoka?
— Właśnie, kapitanie. Napadli na nas wczoraj, odurzyli, obezwładnili i zamknęli w świątyni, w której pewnie jeszcze siedzą.
— Dobrze. Nie mogę wprawdzie zostawić statku bez opieki, ale mogę panom dać dwunastu ludzi.
— To więcej, niż potrzeba, kapitanie.
— Czy to daleko stąd?
— Pół godziny drogi.
— Moi chłopcy umieją wiosłować.
— Ślicznie. Ale kapitanie pospieszmy się, żeby nam ptaszki nie uleciały.
— Natychmiast. Zanim jednak spuszczą łódź, chodźcie panowie do kajuty i posilcie się cokolwiek. Jestem Tom Halwerstone z Clyde, właściciel najszybszego parowca.
— Dziękujemy i przyjmujemy. Śniadanie dla człowieka jest tem, czem maszyna dla parowca. Bez obu trudno się puszczać w drogę.
Poszliśmy za kapitanem do kajuty, gdzie przygotowano nam obfity posiłek. Tymczasem załoga śpuściła łódź na wodę, uzbroiła się i przygotowała wiosła.
— Kto jest naczelnikiem owej bandy? — zapytał Tom Halwerstone.
— Jakiś olbrzymi mongoł z plemienia dżiahurów.
— Prawdopodobnie jestto banda, należąca do rozbójniczego stowarzyszenia Kiang-lu. Mam nadzieję, że zastaniemy ich jeszcze.
— Ja zaś wątpię. Po tem, co było w nocy, musieli zmienić miejsce swego pobytu, mogli się bowiem spodziewać, że przyjdziemy ich tam poszukać.
— Opowiedzcie mi panowie tę przygodę, — prosił angielski kapitan, kiedyśmy już zasiedli w lodzi, która jak ptak pomknęła naprzód. Turner nie dał sobie tego dwa razy powtarzać i podczas kiedy ja wskazywałem wioślarzom kierunek, opowiedział wszystkie szczegóły naszej nocnej przygody.
W pół godziny potem przybiliśmy do brzegu w tem samem miejscu, gdzie wczoraj zatrzymali się bandyci.
Wczoraj po ciemku trudno mi było zoryentować się w kierunku, dziś jednak rano doskonale widziałem świątynię i drogę ku niej, nie obawiałem się więc pomyłki.
Ku wielkiemu mojemu zdumieniu przed drzwiami stało dwóch — ludzi z bukietami i laseczkami kadzidła w ręku. — Tsing-tsing! — powitałem ich uprzejmie, — czy można wejść do świątyni?
— Wejście otwartem jest dla każdego, kto słudze boskiemu ofiaruje dar jakiś i bogom ofiarę złoży.
— Gdzież jest ów boski sługa i na czem polega ofiara? — zapytałem.
— Kapłan jest w świątyni, a bogom należy ofiarować kadzidło, które spalisz przed ołtarzem.
Zrozumiałem, o co chodzi i ofiarowałem im trochę drobnej monety, którą natychmiast podzielili pomiędzy siebie.
— Czy jest kto z wyznawców w świątyni? — zapytałem.
— Nie, teraz niema nikogo.
— A wy tutaj dawno stoicie?
— Od wschodu słońca.
— Czy w nocy również odprawiają się ofiary?
— W nocy przychodzą tylko ci, którzy nie boją się szatanów, z którymi walczy Kuang-si.
— Czy te złe duchy co noc tutaj przychodzą?
— Nie, dziś jednak były, gdyż zabrały miecz — wiernemu giermkowi bożka, potężny jednak Kuang-ti wypędził ich mocą swoją.
— Co on tam i po jakiemu baje? — zapytał kapitan.
— Powiada, że dzisiejszej nocy świątynię nawiedziły złe duchy, które zabrały miecz giermkowi, lecz zostały wypędzone przez Kuang-ti.
— Czy bandyci są jeszcze tutaj?
— Niema nikogo.
— W takim razie możemy obejrzeć tę budę? Weszliśmy na niewielkie podwórze W kształcie prostokąta. Po obu wązkich stronach jego stały dwie niewielkie ośmiokątne pagody. Przez drugie drzwi przeszliśmy na inne podwórze, gdzie stały dwie kaplice otwarte ze wszystkich stron, a za nimi wejście do głównej świątyni, w której byliśmy wczoraj. Za posągami bogów drzwi prowadzące do komórki były otwarte, z boków zaś głównej sali prowadziły dwa wyjścia na tylne podwórze, gdzie znajdowały się dwie czworokątne studnie. Wszystko to razem tworzyło prostokąt, otoczony grubym kamiennym murem.
Zaledwieśmy weszli na ostatnie podwórze, ujrzeliśmy szukanego kapłana, w którym ze zdumieniem poznaliśmy jednego z wczorajszych strzelców, tak groźnie manewrujących pokręconemi wiatrówkami. Teraz miał na sobie zwykłą szatę bonzów i skromny wygląd kapłana.
— Czy to jeden z bandytów? — zapytał Halwerstone, dostrzegłszy nasze miny.
— Tak jest, choć widocznie udaje nieświadomego.
— Nic nie szkodzi. Potrafimy go zmusić do mówienia.
Na odgłos naszych kroków podniósł głowę i cień przestrachu przeleciał mu po twarzy, lecz natychmiast przybrał maskę zupełnej obojętności.
— Czy jesteś singiem przy tej świątyni?
— Nie, odrzekł dumnie.
— A więc ho-szangiem?
— Tak.
— Czy można zwiedzić świątynię.
— Każdy może wejść tutaj, kto złoży bóstwu ofiarę i o słudze jego nie zapomni.
— Nie zapomnimy o tobie. Ale zdaje się, że wpuściłeś tutaj ludzi, którzy nietylko nic twojemu bóstwu nie ofiarowali, lecz owszem okazali się wrogo względem niego usposobieni.
— Z czego to wnosisz?
— Widziałem, że zabrano miecz jednemu z bogów.
— To szatan.
— Szatan? A cóż on miał tutaj do czynienia?
— Czyż nie wiesz, że jest on odwiecznym wrogiem bogów i zmusza ich do walki z sobą. Ale bogowie są silniejsi i pomimo, że zabrał jednemu z nich miecz, pobili go i wypędzili do piekła.
— Czy widziałeś tę walkę?
— Nie, kapłan, któryby zobaczył coś podobnego, musiałby umrzeć.
— A więc nigdy nie widziałeś szatana? W takim razie ja ci go pokażę. Spojrzyj w tę stronę, — rzekłem, odsłaniając i wskazując na kapitana. Oto jest szatan, który zabrał miecz twojemu bóstwu.
— Nie rozumiem cię.
— Widzę, że twoja pamięć jest bardzo krótka, muszę jej przyjść z pomocą. Gdzie jest dżiahur?
— Nie znam go. Kto jest dżiahur?
— Jakto, nie wiesz, kto jest dżiahur?
— Tylko wielki Fo jest wszystkowiedzącym, człowiek nie może wszystkiego wiedzieć.
— Jesteś Hoszangiem, wychowałeś się w klasztorze, przeczytałeś wszystkie święte księgi i nie wiesz, co to jest dżiahur? Muszę ci dać lekarstwo na wzmocnienie pamięci.
— Owszem, daj mi je, — uśmiechnął się lekceważąco.
— Dobrze, natychmiast, — odrzekłem i uśmiechnąłem się również. Poczem zwróciłem się do majtków, stojących za mną i dodałem: „Za ołtarzem, w komórce leżą bambusowe kije. Weźcie je i wymierzcie po pięć kijów temu łotrowi.
Majtkowie uśmiechnęli się wesoło, zabawka ta podobała im się niezmiernie. Dwóch z nich przyniosło kije, pozostali zaś otoczyli bonzę i rozciągnęli go na ziemi.
— Czy ośmielicie się uderzyć bonzę! Wielki Fo ukarze was za to i przyśle szatana, który was porwie do piekła.
— Szatan jest tutaj i nie ma nic przeciwko temu, żebyś otrzymał kilka kijów, — odrzekłem z zimną krwią.
— W takim razie zaskarżę was do sądu!
— Owszem. Zapominasz tylko, że nie jesteśmy chińczykami i nie lękamy się twoich sądów. Czy znasz dżiahura?
— Nie.
— Zaczynajcie chłopcy!
Przy pierwszem uderzeniu chińczyk wydał przeraźliwy okrzyk. Przy drugiem jednak siła woli opuściła go nagle i zawołał:
— Stójcie, znam go!
Dałem znak marynarzom, którzy posłusznie zatrzymali kije w powietrzu.
— Gdzie jest dżiahur?
— Pojechał, jak tylko wrócił z kanałów
— Gdzie są inni?
— Pojechali razem z nim.
— Dokąd?
— Nie wiem. Nie mówili mi dokąd.
— Widzę, że twoja pamięć jest zbyt krótką, muszę znowu kazać ci ją przedłużyć.
— Nie czyń tego, wszak jestem kapłanem.
— Jesteś zwyczajnym lung-yinem, bandytą.
— Nie wiem, co to jest lung-yin.
— Ej, twoja pamięć coraz się krótszą staje. Przydłużcie mu ją, chłopcy.
Już po jednem uderzeniu chińczyk zawołał znowu:
— Dosyć, wiem gdzie on jest!
— Gdzie więc?
— U Tsiang-ki-um w Li-ting.
— Jak on się nazywa?
— Nie wiem.
— Czy mam użyć znowu mego środka?
— Twój środek na nic się nie przyda, gdyż nikt z nas nie zna nazwisk naczelników. Tylko głównodowodzący znać je może.
Tym razem mówił prawdę, pytałem więc dalej:
— Tamci nie pojechali z nim razem.
Dokąd się więc udali?
— Do Kuang-tszeu-fu.
— Gdzie ich tam można znaleźć?
— W Szam-pan-su. W bliskości faktoryi angielskich leży oberża zwana oberżą „dziesięciu panów“. Tam się zwykle zatrzymują ludzie smoka.
— Czy zbieracie się we wszystkich Kuang-ti-miao?
— Nie, tylko w tych, które znajdują się blisko wybrzeży.
— Czy znasz kogo z wczorajszych gości?
— Ani jednego. Poznajemy się tylko po hasłach i znakach.
— Dobrze, przekonam się, czy mówisz prawdę. Gdybyś kłamał, wrócę i ukarzę cię strasznie.
— I cóż? — zapytał kapitan. Gdzież są rabusie?
— Częścią w Kantonie, a częścią jeszcze dalej, — odrzekłem.
— Można się było tego spodziewać, — dodał Halwerstone. Byliby bardzo ograniczeni, gdyby siedzieli tutaj i czekali na nas. Nie mamy tu co robić, wracajmy na statek.
— Ja myślę, że wartoby temu ananasowi odliczyć całą porcyę, — rzekł kapitan Turner.
— Nie, kapitanie. To byłaby bezużyteczna surowość.
— W takim razie zabiorę chyba ów miecz na wieczną rzeczy pamiątkę.
— I to nie, kapitanie. Byłaby to kradzież, któraby nam bardzo mogła się dać we znaki i sprowadzić na nas wiele przykrości.
— No dobrze, już dobrze, nie ruszę tego miecza, ale jak spotkam którego z tych łotrów, to mu to na sucho nie ujdzie, możecie być pewni!
Zacząłem się poważnie zastanawiać, co mam zrobić z bonzą. Był tak już zgnębionym, że nie warto było karać go dłużej, zemsty osobistej nie szukałem, a skarżyć się nie miałem przed kim. Zresztą cała ta przygoda nie kosztowała mnie tak wiele, abym koniecznie musiał szukać porachunku z nimi, to też wahałem się i rozmyślałem, nie wiedząc, co ostatecznie postanowić.
— Co pan myślisz zrobić z cala tą historyą? — zapytał mnie Halwerstone.
— Nic zupełnie. Jestem przekonany, że do tego rozbójniczego stowarzyszenia należą najwyżsi dostojnicy państwowi, że wobec tego jesteśmy zupełnie bezsilni i najlepiej zrobimy, jeśli pozostawimy rzeczy ich własnemu biegowi.
— Zapewne, jest w tem część racyi, ale trudno jest przecie narażać swoją wolność, a może nawet życie bez żadnej walki, lub choćby próby ukarania tych złoczyńców. Jabym się udał do którego z przedstawicieli państw europejskich, lub do pańskiego własnego konsulatu.
— Ach, ci przedstawiciele mają tyle kłopotu z własnemi swemi osobami, aby im wobec panujących tutaj porządków zapewnić jakie takie bezpieczeństwo, że doprawdy nie będą mieli ani chęci, ani możności zatroszczenia się o nas. Zresztą czyż pan przypuszczasz, że np. Stany Zjednoczone wydadzą Chinom wojnę, gdyby się panu Turnerowi, jakakolwiek bądź krzywda stała?
— No nie, — zaśmiał się Halwerstone. Tak daleko przypuszczenia moje nie sięgają, ale gniewa mnie to, że nie można nic przeciwko tym łotrom przedsięwziąć.
— Nic? Zdaje mi się, że daliśmy się im porządnie we znaki i mam nadzieję, że jeszcze coś nie coś o nas posłyszą.
— Nie powinniście się jednak panowie narażać. Pamiętajcie, że setki ludzi zniknęły już bez śladu.
— Czyż my wyglądamy na takich, którzy znikają bez śladu? — zapytał kapitan Turner.
— O nie, tego w żadnym razie powiedzieć nie można, — odrzekł Halwerstone.
— W takim razie możemy sobie tylko życzyć, abyśmy się z nimi raz jeszcze spotkali, gdyż wtedy skwitujemy się ostatecznie.
— Słuchaj, — zwróciłem się tymczasem do bonzy, — obiecałem, że nie zapomnę o tobie i dotrzymałem słowa, choć w cokolwiek inny sposób niż sobie wyobrażałeś. Idę teraz, ale jeśli się okaże, że okłamałeś mnie w czemkolwiek, — wrócę i ukarzę cię bardzo surowo.
— Nie wrócisz panie, bo powiedziałem ci szczerą prawdę — Tsing-lea-o, panie.
Łódka poniosła nas z powrotem do statku, który całą siłą pary popłynął w dół rzeki ku Wampoa, które odgrywało taką rolę względem Kantonu, jak Cuxhawen względem Hamburga. Nadzwyczaj niski poziom wody nie pozwalał tutaj dochodzić większym okrętom i musiano stale przeładowywać towary na łodzie i rozmaitego rodzaju dżonki, które je dopiero dowoziły do wybrzeża.
Stąd do Kantonu było zaledwie dwanaście mil morskich, które nasz statek przebył w przeciągu nadzwyczaj krótkiego czasu. Od strony rzeki prawie wcale nie było widać miasta, gdyż widok zasłaniała niezliczona ilość bambusowych chatek, zbudowanych częścią na palach, częścią na łodziach lub dżonkach, najuboższe zaś na tratwach. Takie nawodne mieszkania chińczycy nazywają sam-pan. W tem nawodnem miasteczku istnieją ulice, utworzone przez szeregi chatek i specyalna policya pilnuje tutaj porządku. Jeżeli jedna z chatek usuwa się z szeregu, miejsce jej zajmuje natychmiast inna. Owe sam-pany kręcą się również na wszystkie strony, gdyż mieszkańcy ich zajmują się przeważnie połowem ryb i muszą nieustannie zmieniać miejsce swego pobytu. Na dziobie takiej lodzi stoi zwykle kobieta i kieruje nią za pomocą przyrządu podobnego do olbrzymiego rybiego ogona. Z drugiej strony stoi sam rybak i łowi ryby wielką siecią, wiązaną z cienkich włókien trzcinowych lub kokosowych, pośrodku znajduje się chatka, w której siedzą zwykle starsze dzieci, gdyż najmłodsze dźwiga zwykle matka lub starsza siostra, przywiązane na plecach, aby nie utrudniały ruchu rąk i nie przeszkadzały w pracy.
W każdej chatce znajduje się ołtarz, przed którym stale pali się ofiarna lampka.
Najbogatsi urządzają mieszkania na starych zniszczonych dżonkach, które niekiedy posiadają kajuty i tworzą w ten sposób o jedno piętro więcej. Tutaj przed drzwiami stoją niekiedy olbrzymie krzewy doniczkowe, tworząc klomby lub altanki.
Faktorye angielskie znajdują się na niewielkiej przestrzeni, kupionej od chińczyków i zabudowanej już na sposób europejski. Środek zajmuje zwykle niewielki kościółek i mały, lecz starannie utrzymany ogródek, stanowiący miejsce zebrań i spacerów dla cudzoziemców.
Od brzegu idą w wodę dość gęsto wbite grube i mocne pale, tworząc rodzaj zamkniętego portu z jednem tylko wejściem dla łodzi. Urządzenie to zarówno jak i grube mury i rozrzucone wszędzie podobne do strzelnic wieżyczki wskazują, że europejczycy nauczyli się już niedowierzać chińczykom.
Halwerstone przeprosił nas, iż nie może nam towarzyszyć dalej, gdyż obowiązki służbowe nakazują mu zatrzymać się tutaj. Podziękowaliśmy mu uprzejmie i postanowiliśmy natychmiast opuścić statek.
Dzielny człowiek nie chciał nic od nas przyjąć za przejazd, Turner jednak znalazł się bardzo dowcipnie, gdyż ofiarował załodze niezwykle hojny napiwek.
Pożegnawszy raz jeszcze kapitana, wsiedliśmy do łódki i popłynęliśmy do brzegu. Tutaj otoczyła nas ćma agentów i wszelkiego rodzaju faktorów, którzy na wyścigi, kłócąc się i popychając wzajemnie, chwytając nas za ręce i ramiona, za poły naszych ubrań, starali się przemocą zawładnąć naszemi osobami.
Stałem pośrodku tego ruchliwego i krzykliwego tłumu. Przypuszczając, że rozstąpi się on sam przez się, skoro się przekona, że nic od niego nie chcemy i nie potrzebujemy, kapitan jednak nie mógł wytrzymać w spokoju i zaczął na prawo i lewo rozdawać kułaki, krzycząc przytem swym potężnym głosem:
— Precz, łajdaking! Nic od was nie potrzebujemyng! Precz, mówieng, bo was poślęng do piekłang!
Przez nieustanne poruszanie się w tym natrętnym tłumie ubranie rozpięło się mi na piersiach i znak Lun-yin wysunął się nazewnątrz.
W tej chwili jeden z faktorów przysunął się bliżej i szepnął mi do ucha:
— Kiang!
— Lu! — odrzekłem równie cicho.
Skinął głową, przecisnął się przez tłum i usunąwszy się na stronę, czekał na nas.
— Naprzód, kapitanie! Musimy rozerwać tę blokadę! — zawołałem.
— Owszem, nie mam nic przeciwko temu! Użyliśmy teraz naprawdę pięści i łokci i cala ta pstra falanga poruszyła się i rozleciała jak stado spłoszonych wróbli. Byliśmy nareszcie wolni i skierowaliśmy się ku oczekującemu na nas chińczykowi.
— Dlaczego, panie, nosisz suknie cudzoziemców? — zapytał.
— Gdyż byłem zdala od Chin.
— W interesach naszego stowarzyszenia?
— Jakto, ośmielasz się badać jednego z yeu-ki?
— Wybacz panie, ale nie widziałem dotychczas żadnego lung-yina w cudzoziemskiem ubraniu.
— Dlaczego skinąłeś na mnie?
— Gdyż mam zawiadomić każdego ze stowarzyszonych, że mają stawić się w Wanho-tien.
— Kiedy?
— Dzisiaj o północy.
— Czy nie wiesz dlaczego?
— Dziś mają przyjechać dwaj ludzie, dwaj wrogowie, których mamy schwytać.
— Co to za ludzie?
— Nie wiem. Naczelnicy nie wszystko nam powiedzieli.
— Kto wydal rozkaz? Czy nie pewien Tiu-siu?
— Tak jest.
— A więc to dżiahur, który dziś właśnie przyjechał do Wan-ho-tien.
— Panie, teraz wierzę, że jesteś prawdziwym yeu-ki, gdyż wiesz, co robią twoi podwładni.
— Dlaczego nie wierzyłeś przedtem.
— Nosisz obce suknie; nie masz warkocza, a ponieważ niektóre nasze znaki wiadome są wrogom, przeto nie byłem pewien, czy i w tym wypadku niema zdrady.
— Czy wiesz o tem, że masz ślepo słuchać swego oficera?
— Wiem to.
— A więc zakazuję ci najsurowiej wspominać dżiahurowi o mojem przybyciu do Chin. Masz zamilczeć, żeś się spotkał ze mną.
— Będę posłusznym.
— Zobaczymy się zatem o północy. Tszing-lea-o!
— Lea-o!
Oddalił się z ukłonem, a ja zwróciłem się do kapitana, który patrzył na mnie zdumionym wzrokiem.
— Przyznaj się pan, że byłeś już kiedyś w Chinach?
— Ja? Nie. Skąd takie przypuszczenie?
— Bo czujesz się tutaj, jak w domu, witasz z pierwszym lepszym i prowadzisz z nim godzinne rozmowy.
— To mój podwładny.
— Podwładny?
— Tak. Zapomniałeś pan, że uchodzę za jednego z naczelników Lung-yin.
— Więc to był bandyta! Czemuś mnie pan nie ostrzegł, wszak przysiągłem, że każdemu spotkanemu piratowi zostawię jakąś pamiątkę.
— Tym razem dziękuję Bogu, że się tak nie stało, ale więcej nie będę panu przeszkadzał. Ten urwis dał mi cenną wskazówkę gdzie mogę znaleźć dżiahura.
— To pysznie. Gdzież więc i kiedy możemy go znaleźć?
— Dzisiaj o północy w oberży dziesięciu panów.
— A więc idziemy tam. Mam coś do powiedzenia temu długonogiemu mongołowi.
— Ale ich tam będzie cala gromada.
— I cóż z tego? Czy pan się boisz tych łotrów?
— Nie jestem ja tak bardzo tchórzliwy ale nie zapominam o tem, że jesteśmy w obcym kraju, gdzie panują dziwne bardzo stosunki, że łotrów będzie kilkudziesięciu, a może kilkuset i że na naszym „Wichrze” oczekują nas z niecierpliwością.
Ten ostatni argument najsilniej trafił do przekonania kapitana, gdyż ostygł w zapale i zapytał spokojniej:
— Cóż więc masz pan zamiar robić?
— Nic nie wiem. Do północy jeszcze daleko, a przez ten czas może zajść coś takiego, co nam nasunie takie lub inne postanowienie. Tymczasem wiem to tylko, że za napad na nas zapłaciliśmy im z nasypką i że Chiny ostatecznie zbyt mało nas interesują, abyśmy mieli narażać życie dla zdemaskowania bandy rabusiów, których miejscowi mieszkańcy zdają się bardzo łaskawie tolerować. Gdybyśmy się nawet zwrócili do władz naszych, to wzruszą one tylko ramionami i nie będą chciały mieszać się w wewnętrzne sprawy obcego, a nawet wrogiego państwa, tem więcej, że wiedzą napewno, iż najwyżsi dostojnicy należą do tej strasznej bandy.
— Wszystko to brzmi bardzo niepocieszająco, a jednak dałbym dużo, gdybym mógł tej przeklętej bandzie wypłatać jakiego porządnego figla.
— I ja się chętnie piszę na to z warunkiem, że nie obróci się to na naszą szkodę.
— Dobrze więc, pomyślimy o tem, a teraz co będziemy robili?
— Możemy sobie obejrzeć miasto z zewnątrz, gdyż środkowa część jest zamkniętą dla cudzoziemców.
— Jakto, więc nie możemy wejść do środka miasta?
— Właściwie nie. Ale zobaczymy, co się da zrobić.
Ujęliśmy się pod ręce i poszliśmy wzdłuż wybrzeża, kierując się ku miastu i zwracając sobie wzajemnie uwagę na rzeczy ciekawsze i godniejsze widzenia.
Na wąskich ulicach od strony wybrzeża panował ruch i ścisk nie do opisania. Chcąc się jako tako posuwać naprzód, musieliśmy się rozdzielić i pomagać sobie nawet rękami i łokciami.
Kapitan zatrzymał się przed jakimś sklepem z zabitem ptactwem i zapytał:
— Co to za ptaki, panie Charley?
— Bekasy i czaple.
— Ślicznie wyglądają, aż mnie apetyt bierze. Możebyśmy wstąpili gdzie i posilili się cokolwiek?
— Owszem, nie mam nic przeciwko temu.
— W takim razie mam honor prosić pana na obiad do jakiej przyzwoitej restauracyi, którą jednak musisz mi pan wskazać. Prócz tego musisz mi pan pomódz zadysponować obiad, w którym nie będzie ani jednego dania z glist lub robaków, czem się podobno chińczycy zajadają.
— Nie obawiaj się pan, nie jest znowu tak źle z tutejszą kuchnią.
— A jednak tak mówią i piszą.
— Bardzo wierzę, ale nie wszystko jest prawdą. Plotą ludzie rozmaite rzeczy, ponieważ sposób przyrządzenia potraw i sposób jedzenia chińczyków różni się bardzo od naszego.
— Nie zaprzeczysz pan jednak, że jedzą gniazda jaskółcze i wodorosty morskie.
— Zapewne, ale wodorosty są bardzo pożywnemi roślinami, a z gniazd jaskółczych gotują znakomite zupy i sosy, które nie zasługują wcale na pogardę.
— Jedzą młode psy!
— I cóż z tego? Dlaczego młody pies ma być gorszym od młodej kozy naprzykład? Że jedzą płetwy rekinów, nie możemy się im dziwić, bo i my zjadamy rozmaite brzydactwa, w postaci sera naprzykład, który powstaje z zepsutego mleka, cielęcych mózgów lub zielonych żabek. Wierz mi pan, że chińczycy wcale się gorzej od nas nie żywią.
— Pocieszyłeś mnie pan trochę. Szukajmy więc restauracyi!
— Patrz pan, oto niedaleko jest już jedna i z angielskim szyldem, na którym widnieje zdaleka zachęcający napis: „Hotel wszystkich dobrych rzeczy”.
We drzwiach restauracyi przyjął nas chiński kelner, który z wyszukaną grzecznością oddał nas w ręce drugiego, ten zaś zapytał nas o nazwiska i z należytą atencyą wywołał je głośno, aby wszyscy wiedzieli, jak znakomici goście odwiedzają ten zakład. Potem podprowadził nas do oddzielnego stolika, pokrytego jedwabną serwetą i podał nam dwie szklaneczki nadzwyczaj słodkiej i mocnej wódki ryżowej.
Teraz zbliżył się ku nam oberkelner i przedstawił tak długi spis potraw, że olbrzymia jedwabna karta zapisana była od góry do dołu.
Nakryć żadnych, noży, widelcy lub łyżek nie podawano wcale, do nabierania jedzenia służyły dwie cienkie pałeczki ze słoniowej kości, któremi chińczycy doskonale radzić sobie umieją.
Coraz głośniejsze mruczenie kapitana wywołało mi uśmiech na usta.
— Czego się pan śmiejesz? — zapytał gniewnie.
— A pan czego mruczy? — odrzekłem.
— Jakże mam nie mruczeć? Czy to kto widział, żeby takiemi igłami pakować coś do ust. Pukam nimi i pukam, jak ten bocian po płaskim talerzu, a pan sobie manewrujesz nimi jakbyś od urodzenia nie jadał inaczej.
— Wprawiłem się w ten sposób jedzenia.
— Gdzie?
— Na pańskim statku, kapitanie. Zrobiłem sobie takie dwa druty i kazałem kucharzowi codziennie podawać mi talerz ryżu.
— To jest zdrada, to podstęp, panie Charley! Nie spodziewałem się tego po panu. Powinieneś pan był wtajemniczyć i mnie w te wprawki, byłbym się i ja nauczył jeść po chińsku.
— Albo rzucił mi sztabkami w głowę.
— Bardzo mi się to niepodoba. Przecież ja tutaj do jutra będę siedział i wyławiał te głupie ziarnka ryżu. Każ pan podać porządny kawał chleba.
Otrzymawszy żądany przedmiot, kapitan wyjął z kieszeni swój nóż i wykrajał nim z chleba łyżkę. Po spożyciu niezliczonej liczby potraw otrzymaliśmy po filiżance doskonalej herbaty.
— Czy można dostać tutaj cygara? — zapytał kapitan.
— Na powtórzone przeze mnie pytanie, kelner przyniósł nam doskonale Manila, które niezmiernie smakowały kapitanowi, wybrednemu znawcy cygar. Co do mnie, to wołałem spróbować chińskiej fajki, napełnionej niezłym lecz mocnym, słodkawym tytoniem.
— Zapytaj go pan, ile mu się należy? — rzeki kapitan po wypaleniu cygara.
Przywołałem kelnera i powtórzyłem mu pytanie.
Zbliżył się do stolika z maszyną do rachowania, poczem napisał pendzelkiem i tuszem elegancki rachunek, który podał nam z uprzejmym uśmiechem.
— Co mają oznaczać te hieroglify? — zapytał Turner.
Wymieniłem sumę, która była tak małą, że kapitan nie mógł wyjść z podziwienia.
— Przez cały czas naszego pobytu w Kantonie będziemy się tutaj stołowali; muszę tylko sprawić sobie łyżkę. Czy przyjmują tutaj napiwki?
— O, z przyjemnością, zapewniam pana.
— W takim razie będą zadowoleni ze mnie. Hej, wszyscy kelnerzy, chodźcie tutaj! Musiałem przetłomaczyć to życzenie i po chwili cała służba hotelu „Wszystkich dobrych rzeczy” stała przed nami. Po zadowolonych minach i ukłonach poznałem, że byli bardzo kontenci, że zatem kapitan okazał się nadspodziewanie hojnym.
Podnieśliśmy się do wyjścia, lecz oberkelner zatrzymał nas jeszcze, poczem stanął na krześle i uroczystym głosem zaczął wyliczać wszystkie zalety znakomitych gości. Musiałem wszystko tłomaczyć kapitanowi, który był zachwycony taką uprzejmością. — To bardzo porządni ludzie, ci chińczycy, — rzekł, kiedyśmy wyszli nareszcie z restauracyi, — mają tylko tę jedną wadę, że własnym swoim rodowitym językiem tak źle mówią.
Poszliśmy dalej. Zewnętrzne miasto oddziela się od wewnętrznego grubym murein z wieżyczkami. Szeroka brama łączy obie te części. Ulice były tak przepełnione, że robiły na nas wrażenie jakiegoś nieustającego jarmarku. Z trudnością przeciskaliśmy się przez tłum, chwilami nawet musieliśmy przystawać, aby przepuścić jakąś bardziej zwartą gromadę, ale wtedy zbierali się wkoło nas ciekawi i oglądali jak jakieś nadzwyczajne okazy.
Zmęczyło to wreszcie kapitana, który zaproponował mi wypoczynek.
— Dobrze, ale gdzie? — zapytałem.
— W jakiejś restauracyi naturalnie, — odrzekł. Ale nie tutaj, chcę przejść do wewnętrznej części miasta.
— Nie czyń tego, kapitanie. Gdybyśmy mieli na sobie chińskie ubrania, byłoby to łatwo, ale tak, możemy ściągnąć na siebie wiele nieprzyjemności. Przyjdziemy tutaj później.
— Później? Ani myślę! Kiedy chińczycy przyjeżdżają do New-Yorku lub Nowego Orleanu, mogą spacerować, gdzie im się podoba; uważam, że i mnie przysługuje to samo prawo. Chodźmy.
— Kapitanie, ja za nic nie odpowiadam!
— A ja za wszystko. Chodźmy!
Poszedł energicznie naprzód, zmuszając mnie w ten sposób do pójścia za nim.
Zaraz na pierwszej ulicy otoczyła nas gromadka wyrostków i pobiegła za nami. Na następnej spotkaliśmy kondukt pogrzebowy. Na przodzie postępowało kilku ludzi z barwnemi chorągwiami i sztandarami w ręku, za nimi na trzech noszach niesiono posągi bóstw, za któremi postępowała orkiestra, bijąc w kotły i gongi i dmąc w piszczałki, co razem tworzyło ogłuszający chałas. Za orkiestrą szła gromadka ludzi z kadzielnicami i fajerwerkami, które puszczali bez względu na to, że bambusowe domy łatwo zapalić się mogły. Dalej postępowały nosze z umocowaną na nich, spowiniętą w jedwabny całun trumną, a za nią szedł bonza i gromadka żałobników.
Odsunęliśmy się na bok i przycisnęli do muru. Pomimo to, idący rzucali na nas ponure i nieprzyjazne spojrzenia. Bonza zatrzymał się tuż przed nami i świdrując nas swemi małemi oczkami, zapytał surowo:
— Jesteście barbarzyńcy. Czego szukacie tutaj?
— Co on mówi? — podchwycił kapitan.
— Pyta się, czego chcemy tutaj?
Kapitan wyciągnął z kieszeni cygaro i podając je bonzie, rzeki uprzejmie:
— Przyszliśmy, aby ci ofiarować to cygarko.
Bonza pochwycił cygaro i w milczeniu udał się za konduktem.
O kilka ulic dalej usłyszeliśmy muzykę, dochodzącą nas z jakiegoś otwartego domu, nad którym widniał olbrzymi szyld z napisem.
— Co to jest? — zapytał kapitan.
— Jo-szi-siang — dom muzyki i śpiewu.
— Aha, więc tutaj grają i śpiewają. Wejdźmy na chwilę.
— Wołałbym iść dalej. Niewiadomo co za publiczność zastaniemy.
— A cóż mnie publiczność obchodzi? Ja się nie boję publiczności. Chodźmy.
Kapitan nie chciał słuchać moich przedstawień i zbliżył się ku wejściu. Owiało nas w progu tak zepsute powietrze, że już to samo powinno nas było skłonić do odwrotu, ale kapitan postanowił nie zwracać na nic uwagi z dzielną miną wszedł do środka.
Ujrzeliśmy dość obszerną nizką salę, niewypowiedzianie brudną i zakopconą. Na podartych matach i nizkich niemalowanych ławkach siedziało kilkunastu ludzi, słuchających wrzaskliwej, szarpiącej nerwy muzyki. Przed każdym z nich stała filiżanka herbaty, ale specyalny słodkawy zapach, jaki przenikał tutaj z sąsiedniej sali, mówił mi wyraźnie, że jestto ukryta palarnia opium.
Na nasz widok muzyka zamilkła i wszystkie spojrzenia utkwiły w nas niechętnie i pytająco. Turner zajął miejsce przy jednym ze stolików z miną stałego gościa, ja skromnie usiadłem przy nim. Jakaś podejrzanie wyglądająca postać zbliżyła się ku nam i zapytała, czego chcemy.
— Czegoś do picia, — odrzekłem.
— Ale czego?
— Co macie?
— Tylko herbatę! Czy chcecie przytem palić?
— Nie.
Przyniesiono nam dwie filiżanki tak brudnej herbaty, że trudno się było zdobyć na odwagę, aby ją do ust ponieść.
— Jeżeli to jest herbata, to nasze pomyje na „Wichrze” są najprzedniejszym arakiem, — rzeki kapitan.
— Zapłaćmy i chodźmy.
— Jeszcze czego! Pomyśleliby, że się ich boimy i ze strachu uciekamy!
Goście tymczasem podnieśli się z miejsc i zbliżyli do gospodarza.
— Nie powinieneś przyjmować u siebie żadnego yankesa, żadnego z tych morskich dyabłów!
— Dom mój otwarty jest dla każdego. Wpuszczono tych yankesów do miasta, dlaczegóż więc ja mam ich wypędzać?
— Ukarzą nas i ciebie, jeżeli ich tutaj znajdą. Wypędź ich, albo my wyjdziemy!
— Czyż nie widzicie, że są to silni mężczyźni. Będą się bronili i narobią mi wiele szkody.
— Pomożemy ci. Wypędź ich!
— Sami to zróbcie, mnie ci cudzoziemcy nie przeszkadzają wcale.
— Dobrze, więc my ich wyrzucimy! Kapitan dostrzegł, że cały ten ruch nas dotyczeć musi, zapytał więc ciekawie:
— Czego się oni awanturują, panie Charley?
— Chcą nas wyrzucić.
— Co, wyrzucić nas! Te szczury chcą wyrzucić mnie?! Niech spróbują!
— Chodźmy lepiej, kapitanie.
— To idź pan, jeśli się boisz. Ja chcę posłuchać śpiewu i ciekawy jestem, kto mi tego zabroni.
— W takim razie i ja zostaję.
— Bardzo słusznie. Kto chce poznać świat i ludzi, musi też wiedzieć, co się w takiej budzie dzieje.
Goście tymczasem obstąpili nas dokoła z dość groźnemi minami i ten sam, co wystąpił do gospodarza, zwrócił się ku nam z zapytaniem:
— Czy jesteście anglikami?
— Nie, tylko amerykanami, — odrzekłem, rozumiejąc, że milczenie byłoby w tym wypadku gorszem od pierwszej lepszej odpowiedzi.
— To wszystko jedno, — odparł zawzięcie chińczyk, — jedni gorsi od drugich. Ta herbaciarnia jest dla nas, nie dla was. Wynoście się, albo was wyrzucimy!
Gdyby mi to powiedziano w innym kraju, wyrzuciłbym obrażającego poprostu za drzwi; tutaj jednak w danych warunkach musiałem być ostrożnym i rozważnym, rzekłem więc tylko:
— Chińczycy, kiedy przyjeżdżają do naszego kraju, mogą czynić, co im się podoba. Jesteśmy dla nich dobrzy i przyjacielscy, więc i wy powinniście być takimi dla nas.
— Nieprawda! Amerykanie są zdrajcy, którzy podstępem przyciągają chińczyków do swojego kraju i tam każą im zbierać guano, dopóki biedacy nie umrą zdala od swojej ziemi i swoich przodków. Wynoście się! Myśmy was nie ciągnęli, my was nie chcemy!
Niestety chińczyk miał trochę racyi. Było rzeczywiście kilku nieuczciwych spekulantów, którzy zabierali chińczyków pod pozorem dostarczenia im pracy przy budowie domów lub kolei, a potem wysyłali je na wyspy, gdzie zbierać musieli guano i gdzie rzeczywiście po kilku miesiącach umierali. Ciała ich chowano na miejscu bez należytego nawet pogrzebu, co dla chińczyka jest najstraszniejszą karą. Pomimo to próbowałem jeszcze drogi rozumowania.
— Czy możesz nam dowieść, że to byłem ja lub mój towarzysz?
— Tak to byliście wy, gdyż należycie do narodu, który umie tylko krzywdzić. Wynoście się, albo poczujecie siłę naszych pięści!
— Nie boimy się waszych pięści i jeśli rozpoczniecie walkę, przekonacie się, że jesteśmy silniejsi. Radzę wam wrócić na miejsca, a my posiedzimy chwilę i zaraz wyjdziemy.
— Nie, nie chcemy was znieść ani chwili!
Z temi słowami starał się pochwycić kapitana, który był cokolwiek niższy ode mnie. Turner jednak schwycił go za piersi i obróciwszy się do mnie, zapytał:
— Czy oni na seryo zaczynają?
— Tak jest.
— W takim razie mogę sobie pozwolić na zabawę!
Nie czekając dłużej, dzielny kapitan rzucił chińczykiem jak piłką W sam środek gromady.
Natychmiast porwano ławki, zbudowane z bambusowych drążków i rzucono się ku nam. Zaczęła się formalna bijatyka, podczas której kapitan rozdawał razy pięścią, nie pytając wcale o kije przeciwników, które odrzucał jak patyczki. Rzecz prosta, że ośmiu czy dziesięciu chudych, wątłych, źle odżywionych ludzi, nie podtrzymywanych przez gospodarza i jego służbę, którzy przezornie usunęli się na bok, nie mogło sprostać dwum silnym wygimnastykowanym marynarzom, jakimi byliśmy my.
Krótka ta walka nie obeszła się bez hałasu, który sprowadził nam na kark policyę. Na widok czerwonych mundurów z białymi wyłogami i niebieskich bawełnianych spodni, chińczycy uspokoili się w oka mgnieniu. Nie była to właściwa policya, lecz żołnierze uzbrojeni w łuki, strzały i krótkie laski. Na piersiach i ramionach mieli wypisany jeden tylko wyraz „Ping”, co znaczy „żołnierz”.
— Kto jesteście? — zapytał dowódca, zwracając się ku nam.
— O co on pyta? — szepnął Turner.
— Pyta, kto my jesteśmy?
— Powiedz mu, panie Charley. Ale dodaj, że dostanie basarunek, jeśli nie będzie grzecznym.
— Kto jesteście? — powtórzył dowódca groźniej.
— Ten pan jest amerykaninem, ja zaś austryakiem.
— Jesteście cudzoziemcy i barbarzyńcy i ośmieliliście się wtargnąć do Kuang-tszeu-fu?
— Bądź ostrożniejszym w słowach; w naszym kraju wyraz barbarzyńca oznacza obelgę.
— A jednak jesteście barbarzyńcami, gdyż rozpoczęliście bójkę.
— To chińczycy są barbarzyńcami, gdyż to oni zaczęli z nami.
— Kłamstwo! To dobrzy i spokojni ludzie, oni wam nic nie zrobili.
Położyłem mu rękę na ramieniu tak silnie, że się skurczył.
— Słuchaj, — rzekłem poważnie, — jeżeli jeszcze raz wspomnisz mi o kłamstwie, to ci tak plecy zamaluję, że ci kolor nieba przypomną.
— Co? grozisz mi? Czy wiesz, co to znaczy?
— Nic nie znaczy, czego chcesz od nas?
— Aresztuję was i zaprowadzę do sędziego.
— Nic nie mam przeciwko temu, lecz musisz aresztować i tych ludzi.
— Oni są niewinni.
— To już sędzia zbada. Skąd możesz wiedzieć, kto jest winien, a kto nie winien, skoro nikogo nie pytałeś, co i jak było?
— To was nic nie obchodzi. Płaćcie rachunek i chodźcie.
— Czy to policyant? — zapytał kapitan, który uważnie przyglądał się całej scenie.
— Tak, chce nas aresztować.
— Dobrze, odsuń się pan, muszę mu napędzić trochę rozumu do głowy.
— Nie, kapitanie, toby nam bardzo zaszkodzić mogło. Kiedyśmy wpadli w wodę, to płyńmyż z prądem.
— Czy to ma być wymówka?
— Nie. Przyszedłem razem, mogę być razem aresztowanym, ale nie mam ochoty być razem z panem powieszonym i dlatego zrób mi pan tę laskę i pozwól się spokojnie aresztować.
— Ha, muszę się zgodzić na pańskie żądanie, chociaż mi to nie w smak, — mruknął.
— Ile się należy za herbatę? — zapytałem gospodarza.
— Jedna fena, — odrzekł.
Dałem mu dziesięć fen i zwróciłem się do policyantów:
— Jesteśmy gotowi, ale nie pójdziemy przecież pieszo, musisz nam sprowadzić palankin. Oto pieniądze, — dodałem, podając mu dolara.
— Czy mam ci dać resztę? — zapytał naiwnie.
— Nie.
— Zaraz każę sprowadzić lektykę.
— Ale wymagam, aby ci ludzie poszli również, gdyż oni to rozpoczęli bójkę. Gospodarz niech idzie jako świadek.
— Dobrze, wszystko się stanie podług twojej woli.
Dolar wywarł widocznie swój wpływ na surowego policyanta i dowiódł mu wyraźnie, że nie byliśmy barbarzyńcami. Palankin stał już przed domem, wsiedliśmy więc do niego, goście zaś herbaciarni razem z jej gospodarzem postępowali za nami pod strażą policyantów.
W ten sposób przybyliśmy przed gmach sądowy.
Był to dość okazały budynek, ozdobiony drewnianą kolumnadą. W pierwszym podwórcu ujrzeliśmy gromadę żołnierzy w takich samych uniformach, jak nasi przewodnicy. Tutaj wysiedliśmy z palankinu, przyczem jeszcze jeden dolar utonął w ręku dowódcy.
— Nie jesteście zwyczajnymi ludźmi, postaram się więc, abyście nie czekali pomiędzy tłumem, lecz w pokoju, przeznaczonym dla znakomitszych osób.
Skinął na jednego z młodszych oficerów, któremu szepnął coś do ucha, poczem ten ostatni poprowadził nas na górne piętro do jakiegoś elegancko umeblowanego pokoju.
— Poczekajcie tutaj, — rzekł.
Oddalił się na chwilę i wrócił z dwiema filiżankami herbaty, które nam ofiarował. Rzecz prosta, że nowy dolar wyleciał kapitanowi z kieszeni.
— Nie bójcie się, — pocieszał nas oficer, — nasz sędzia jest bardzo potężnym, ale kocha sprawiedliwość i złoto. Jesteście bardzo uprzejmi, więc z pewnością wygracie sprawę.
Było to tak wyraźnie powiedziane, że musiałem uprzedzić kapitana, aby się miał na baczności i nie okazał się czasem zbyt hojnym.
— A więc on kocha sprawiedliwość i złoto, — powtórzył Turner. W takim razie nie dostanie ode mnie nic.
— A pan, czy dasz mu co?
— Ani grosza.
— Bardzo dobrze. Wszak my należymy do naszego konsulatu.
— Nie omieszkam mu tego przypomnieć.
— Czy nie gniewasz się pan, że cię wpakowałem w tę kabałę?
— Nie, kapitanie. Sprawa jest więcej zabawną niż groźną.
Wszedł ten sam policyant, który nas aresztował.
— Przekonałem się, że jesteście niewinni. Zaraz zamelduję sprawę sędziemu.
Wszedł do sąsiedniego pokoju i po chwili wezwał nas tam za sobą.
Zastaliśmy tam chińczyka, którego twarz nie budziła najmniejszego zaufania. Skłoniliśmy się W milczeniu.
— Jeden z was jest austryakiem, drugi amerykaninem. Który jest amerykaninem?
Wskazałem na kapitana.
— A więc ty jesteś austryakiem i mówisz po chińsku, czy tak?
— Tak jest.
— To mnie nie dziwi. Anglicy i amerykanie kochają tylko swój język i nie chcą znać innego, austryacy zaś są poważni i rozumni; uczą się chętnie i nie pogardzają nikim. Lubię ich. Jakiego jesteś wyznania?
— Jestem chrześcianinem.
— To dobrze. Ja jestem mongołem, a mongołowie i chińczycy wyznają jednego pana.
— Bóg stworzył ludzi dobrymi, lecz ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem.
— To samo mówi nam nasza religia.
— Niezupełnie. Wasza religia mówi, że człowiek był z początku szczęśliwym, ale nie uczy, jak to szczęście napowrót odzyskać.
— Bo człowiek nigdy już nie odzyska swojej pierwotnej doskonałości.
— Tak mówi twoja religia. Moja zaś uczy, że przez pobożność, miłość bliźniego i uczciwość człowiek może się stać świętym i błogosławionym.
— Tak mówi twoja religia? No to nic, jestto tylko jedno zdanie, które jeszcze nie daje jej pierwszeństwa nad naszą wiarą.
— Muszę ci zaprzeczyć. Wszak przyznasz, że największem nieszczęściem dla ludzi jest utrata szczęścia, jakie było ich udziałem w raju?
— Tak.
— A zatem największem szczęściem jest odzyskanie tego szczęścia.
— Tak jest. To zupełnie słuszne.
— Twoja religia odmawia im możności odzyskania tego szczęścia, moja je obiecuje. Któraż jest lepsza?
— Chcesz dowieść, że twoja religia jest lepsza, niż moja. Nie jesteś zbyt grzecznym i powinienem się obrazić. Ja ci jednak odpowiem, że moja stoi wyżej i będziemy skwitowani. A teraz powiedz mi, czem jesteś?
— Jestem doktorem od pióra.
— Aha, jesteś moa-sse. Po co przyjechałeś do Chin?
— Aby poznać kraj i jego mieszkańców i napisać o nich potem książkę.
— W takim razie musisz być bogatym człowiekiem?
— Przeciwnie jestem zupełnie ubogim. Ale musisz wiedzieć, że w naszym kraju każdemu autorowi płacą, podczas kiedy wasi moasse piszą zadarmo.
— Dziwni z was ludzie. Powiedz mi, czem jest yankes?
— Marynarzem.
— Czy ma swój statek?
— Tak; stoi na kotwicy w Hong-Kong.
— Po co przyjechał do Chin?
— Gdyż jest moim przyjacielem i nie chciał mnie puścić samego.
— Czy jego statek jest okrętem wojennym?
— Nie, to zwyczajny statek handlowy.
— Wielkie to szczęście dla niego, gdyż inaczej musiałbym się bardzo surowo obejść z wami. Dlaczego nie zostaliście na przedmieściu, lecz weszliście do miasta?
— Nie przypuszczaliśmy, że zastaniemy tam tak źle wychowanych ludzi.
— Czy napiszesz o nich w swojej książce?
— Naturalnie.
— I o tem, żeś był u mnie i jak cię przyjąłem?
— Wszystko napiszę.
— I to będą czytali wszyscy austryacy?
— Nietylko austryacy, ale i yankesi i anglicy i francuzi i rosyanie i hiszpanie i Portugalczycy, gdyż książka zostanie wydana we wszystkich językach.
Przesadzałem umyślnie, chcąc wywołać większe wrażenie, co też udało mi się po części.
— Siadaj, — rzekł sędzia, — i zobacz, jak wymierzam sprawiedliwość.
Zasiadł na kanapie i zadzwonił. We drzwiach ukazał się żołnierz.
— Przyprowadź tu aresztowanych!
— Okropnie mówicie, — szepnął mi tymczasem kapitan, — nie zrozumiałem ani słówka. Co z nami będzie?
— Przypuszczam, że nic, owszem tamci zostaną ukarani.
— Skąd taka zmiana, czyżby przez tę krótką chwilę nabrali rozumu?
— Nie, tylko boją się opinii. Powiedziałem im, że piszę książki, które rozchodzą się po całym świecie; boją się więc, abym ich czasem nie opisał.
— To było bardzo politycznie, panie Charley. Jestem ciekawy, jak się to wszystko odbędzie.
Do sali weszli nasi przeciwnicy i miejscowym zwyczajem upadli na kolana. Twarz sędziego zmieniła się odrazu. Czoło pofałdowało mu się w głębokie zmarszczki, a małe oczki patrzyły niewypowiedzianie gniewnie.
— Co! — zawołał — ośmielacie się klęczeć przedemną? Na brzuchy się kładźcie i czołami bijcie o ziemię! Który z was jest właścicielem herbaciarni?
— Ja, najniższy twój sługa, — wybełkotał właściciel, nie podnosząc głowy od ziemi.
— Czy ci panowie rozpoczęli bójkę?
— Nie, oni zachowywali się zupełnie spokojnie.
— A jednak wyście ich bili! Gdyby poszli do swego konsula, musielibyście umrzeć, oni jednak są miłosierni i złożyli sprawę w moje ręce. Otóż pójdziecie za to na trzy lata do więzienia.
— Ja jestem niewinny, ekscelencyo. Ja ostrzegałem tych ludzi, aby nie bili panów, ośmielił się wyrzec gospodarz.
— Powinieneś był przeszkodzić, ale może panowie zmiłują się nad tobą i uwolnią cię od kary!
Biedak przyczołgał się ku naszym stopom i bijąc czołem o ziemię, zawołał:
— Jesteście wielcy i potężni, zmiłujcie się nade mną!
Zwróciłem się do sędziego z prośbą, aby zechciał ułaskawić zupełnie gospodarza, który był rzeczywiście niewinnym.
— Dobrze, — odrzekł, — spełnię waszą prośbę. Wstań psie i idź do domu, abyś chwalił sprawiedliwość moją i miłosierdzie tych panów! Ty zaś, — zwrócił się do policyanta, który stanął we drzwiach, — wyprowadź tych ludzi i zapisz mi ich nazwiska!
Skazani jak raki wysunęli się tyłem za drzwi.
Kara była surowa, ale ponieważ z jednej strony nic to nie szkodziło, że nauczą się trochę grzeczności dla cudzoziemców, z drugiej zaś nie dowierzałem sędziemu i podejrzewałem mocno, że po oddaleniu się naszem wypuści ich na wolność, przeto powstrzymałem się od wszelkiej prośby za nimi.
— Czy jesteście zadowoleni ze mnie? — zapytał sędzia, kiedyśmy zostali sami.
— Najzupełniej. Dziękujemy ci. Imię twoje sławić będziemy, gdziekolwiek się tylko znajdziemy.
— W takim razie spełnijcie moją prośbę i nie chodźcie do środka miasta. Nasz cesarz zabrania tego cudzoziemcom, a my, sługi jego, musimy czuwać, aby wola jego spełnioną została. Jak długo zostaniecie w Kuang-tszeu-fu?
— Tylko przez dzisiaj, a może i przez jutro.
— Czy jesteście tutaj u rodziny lub znajomych?
— Nie, zatrzymaliśmy się w hotelu.
— Na to nie pozwolę nigdy. Bądźcie moimi gośćmi. Chodźcie za mną!
Poprowadził nas na drugą stronę domu, gdzie otworzył dwoje drzwi i rzekł:
— Oto dwa pokoje, gdzie zwykle zatrzymują się moi przyjaciele, kiedy mnie odwiedzają. Bądźcie moimi gośćmi i zostańcie u mnie.
Było to bardzo pochlebne zaproszenie, ale podług etykiety chińskiej powinniśmy je byli odrzucić. Tylko zaproszenia piśmienne traktowane są na seryo, wszelkie zaproszenia ustne są tylko zdawkową formą grzeczności, którą ta sama grzeczność odrzucić nakazuje.
Jeżeli chińczyk postawi przed kim filiżankę herbaty, to należy ją koniecznie przyjąć, jeżeli zaś powie: Zostań i wypij ze mną filiżankę herbaty, to należy ją odrzucić. Tego wymaga etykieta i gdyby ktoś dał się złapać na tego rodzaju zaprosiny, naraziłby się na przykrość. Gościnny gospodarz każe wtedy głośno przynieść herbatę, lecz nikt go nie słucha. Gość siedzi i czeka, a jeśli ośmieli się przypomnieć o swej herbacie, otrzymuje odpowiedź: — Czego chcesz ode mnie? Byłem tak grzeczny, że ofiarowałem ci herbatę, tobie zaś zabrakło grzeczności, aby ją odrzucić! Czyż jesteś barbarzyńcą, kirgizem lub hunghuzem i utopiłeś rozum w wódce?
Tutaj jednak nie pomogły nasze wymówki. Sędzia wrócił do swego biura, napisał dwa imienne zaproszenia i wręczył je nam uroczyście.
— Widzicie, że pragnę tego poważnie, czy chcecie mnie obrazić?
— Jeżeli tak rozkazujesz, musimy być posłuszni.
— A więc rozkazuję. Wejdźcie i bądźcie panami mego domu. Zaraz wam przyślę służącego, który spełni wszystkie wasze życzenia.
Obydwa salony były urządzone po chińsku, ale ze smakiem i zdawały się być przeznaczone tylko dla wybranych i znakomitych gości.
— Bardzo mi się tutaj podoba, — rzeki kapitan, rozglądając się wkoło. Bądź co bądź, jestto ogromna wygrana podróżować i zwiedzać kraje i poznawać ludzi w towarzystwie człowieka, piszącego książki. Każdy się boi, aby czegoś o nim nie napisał i stara mu się przypodobać. Tak, tak, literaci są to niebezpieczni ludzie. Czy on wie, czem ja jestem?
— Tak, ale nie wie, jak się nazywamy. Przez grzeczność nie pytał o nasze nazwiska.
— Powiedz mi pan, jak też zostali ukarani ci chińscy napastnicy?
— Na trzy lata więzienia.
— To bardzo surowa kara.
— Tutaj nie tak bardzo, gdyż w Chinach niema więzień i tak zwane więzienie ogranicza się do deportacyi do środkowych prowincyi. Skazani udają się tam z całą swoją rodziną i dobytkiem.
W tej chwili wszedł służący z piękną latarnią w ręku, którą zawiesił u sufitu, gdyż zmrok już począł zapadać, potem przygotował nam kąpiel i przyniósł wygodne chińskie szlafroki do przebrania.
Aby nam się nie nudziło przeprowadzono nas do biblioteki pana domu, pełnej książek, rękopisów i ciekawych prawdziwie sztychów. Turnera, rzecz prosta, przedewszystkiem interesowały obrazki, ja zaś przeglądałem oryginalne chińskie dzieła, które mnie naprawdę zaciekawiły.
Wieczorem otrzymaliśmy zaproszenie na kolacyę do której zasiadł sam tylko sędzia z nami; mimowolnie przeszło mi przez myśl, że prawdopodobnie ukrywa przed światem, że gości u siebie dwóch barbarzyńców.
Kolacya była tak wspaniała, potrawy tak dobrane, że przeszły wszelkie nasze oczekiwania. Z napojów podawano przedewszystkiem herbatę i arak, na deser tylko pojawiła się butelka wina szampańskiego niezbyt wysokiej marki, ale możliwego do picia.
Kapitana ujęła przedewszystkiem uprzejmość gospodarza, który obok chińskich pałeczek kazał nam położyć europejskie nakrycia.
— Ależ to doskonały człowiek! — rzekł Turner. Wogóle chińczycy bardzo mi się podobają, mają tylko tę jedną wadę, że bardzo źle po chińsku mówią.
— A jednak ja ich rozumiem.
— To też nie mogę wyjść z podziwienia, jak pan sobie daje z nimi radę. Ja widocznie mam już tę wadę, że choć umiem mówić, nie mogę nic zrozumieć.
Przy każdem nowem daniu Tsza-juan pytał mnie, jak się dana potrawa nazywa po niemiecku i dziwił się moim wiadomościom. Tsza-juan był więcej oczytanym, niż możnaby się spodziewać po chińczyku i wogóle interesował się wszystkiem. wreszcie rzekł:
— Jesteś tak doskonale obznajmiony z naszymi stosunkami, że chyba żadna przygoda nie spotka cię w Chinach. My, chińczycy, jesteśmy zbyt trwożliwi na to.
— A jednak spotkała mnie przygoda niezwykła i dość ciekawa.
— Czy nie zechciałbyś mi jej opowiedzieć? Jesteś tak niedawno tutaj i już zdarzyło ci się coś, co mnie rodowitemu mieszkańcowi tego kraju, nie zdarzy się prawdopodobnie nigdy.
— Mówisz, że mieszkańcy tego kraju są zbyt nieśmiali, aby coś niezwykłego wytworzyć; zapominasz jednak o Luug-yinach. Wszak to ciekawe stowarzyszenie budzi powszechną obawę.
— Lung-yin? Czy spotkałeś tych bandytów? Twarz jego przybrała dziwny wyraz, jakby pewnego wyczekiwania.
— Tak jest.
— Kiedy?
— Wczoraj.
— I gdzie?
— Na rzece. Porwali mnie i mego przyjaciela, związali i zawieźli do Kuang-ti-miao.
— Jakto, i wypuścili was?
— Byli zmuszeni do tego.
— To chyba niemożliwe!
— Ale prawdziwe, skoro nas widzisz tutaj.
— To dziwne, to bardzo dziwne! Lung-yinowie nie wypuszczają nigdy swoich więźniów bez okupu.
— Myśmy wzięli od nich okup, gdyż zabraliśmy ze sobą porwaną przez nich holenderkę, którą również trzymali w świątyni.
— Iluż ich było? — Ze trzydziestu.
— W takim razie sama siła nic tu pomódz nie mogła. Musieliście mieć jakiś talizman, który wam pomógł. Budzisz moją ciekawość. Czy nie będziesz tak dobry powiedzieć mi swego imienia?
— Kuang-si-ta-sse.
— Kuang-si-ta sse! Czy znasz Nian-yan-kui-dse, Pen-tsao-y-jin lub Hio-hian-ti?
Osłupiałem. Były to tytuły owych trzech prac, które podyktowałem Kong-ni. Skąd ten człowiek mógł to wiedzieć? Kim był ten sędzia, kochający sprawiedliwość i złoto? Jakie stosunki łączyły go z młodym chińczykiem?
Pytania te stanęły mi momentalnie w myśli, wiedziałem jednak, że chcąc się czegoś dowiedzieć, nie należy okazywać ciekawości, odrzekłem więc napozór obojętnie:
— Znam je wszystkie.
— I to ty napisałeś te dzieła?
— Tak, to ja.
— W takim razie wiem, dlaczego mogłeś tak łatwo uciec od Lung-yin. Talizman, który ci dal Kong-ni, wyprowadził cię z więzienia.
Zdziwienie moje potęgowało się coraz bardziej.
— Czy znasz Kong-ni?
— Znam. Zaraz po przyjeździe opowiadał mi o tem i dał twoje prace do przeczytania. Musiałem je przejrzeć, gdyż należę do sędziów-egzaminatorów.
— Czy wszyscy już je przeglądali?
— Ja tylko i jeszcze jeden sędzia.
— Czy będą miały powodzenie?
Uśmiechnął się lekko.
— Takie właśnie, jakie ci obiecał Kongni. Ojciec jego jest bardzo wpływowym, pomimo, iż cesarz pozwolił mu odpoczywać; jest przytem głównym sędzią i może wydawać stopnie, nie pytając się Ly-pu. Jeżeli będziesz posłusznym, zrobi cię wielkim i sławnym Tsia-sse, czyli doktorem.
— W czem mam mu być posłusznym?
— To ci sam już powie, ja mogę tylko powtórzyć, że ma on moc uczynienia cię sławnym, wielkim i tak szczęśliwym, że nie zapragniesz nigdy powrotu do twej ojczyzny, gdzie musisz pisać książki, żeby nie umrzeć z głodu.
Ta rozmowa zdziwiła mnie bardzo, gdyż wiedziałem, że tak znakomita osoba jak nasz sędzia, należący do klasy mandarynów z niebieskimi guzikami, nie może kłamać i że rzeczywiście mogę otrzymać stopień akademicki. Wszystko to razem było bardzo dziwnem, a przedewszystkiem dziwnym był pośpiech, z jakim działano w kierunku mojej adoptacyi, gdyż pośpiech wogóle sprzeciwia się naturze chińskiej. Przytem miałem być jeszcze posłusznym ojcu Kong-ni, kiedy ten będzie czegoś ode mnie wymagał i mimowoli myślałem nad tem, co to być może.
— Czy Kong-ni już wyjechał od ciebie?
— Tak, pojechał do Ming-tsu, który jest jego ojcem.
— Gdzie on mieszka?
— W Li-ting. Czy Kong-ni nie powiedział ci tego?
— Nie.
Ach więc ojciec Kong-ni mieszka w Li-ting, w tem samem miejscu, gdzie przebywa tajemniczy główny naczelny dowódca bandy opryszków. Przeczuwałem, że stoją oni ze sobą w jakimś stosunku i że obaj mają na mnie jakieś zamiary, których domyśleć się nie byłem w stanie.
— Czy wolno chińskiemu hrabiemu adoptować cudzoziemca?
— Wszystko jest wolno, co kto chce.
Było to bardzo oryginalne zdanie w ustach sędziego.
— A więc wolno jest i Lung-yinom rabować i porywać ludzi?
— Sami sobie pozwalają, więc wolno im to robić.
— A sprawiedliwość?
— Ukarze ich, jeśli będą tak nierozsądni i pozwolą się złapać.
— Jesteś sędzią, jesteś przedstawicielem sprawiedliwości, powinieneś więc starać się wyłapać tę bandę.
— Ja też to zrobię, jeśli prawo mi to nakaże, ale dotychczas nikt mi jeszcze nic o nich nie powiedział.
— W takim razie ja ci dam sposobność uczynienia tego.
— Ty?
— Tak. W Wan-ho-tien zbierają się dziś o północy bandyci na naradę, w jaki sposób mają mnie zamordować. Możesz ich łatwo schwytać i ukarać.
Uśmiechnął się szczególnie.
— Dobrze, uczynię to, skoro tego żądasz. A więc to ciebie chcą dostać w swoje ręce?
— Tak jest.
— Czy dowodził nimi wysoki człowiek, dżiahur?
— Tak jest. Czy znasz go?
— Jestem sędzią, znam więc wszystkich, których kiedyś będę zmuszony ukarać. Czy sędziowie twojego kraju nie są tacy mądrzy?
— O tak. Ale oni nie czekają, aż im kto zaskarży przestępcę, lecz dowiedziawszy się o zbrodni sami szukają zbrodniarza.
— W takim razie muszą mieć dużo wolnego czasu skoro się takimi drobiazgami zajmują. Ale skoro wiesz, że dżiahur jest w Wanho-tien, to spróbuję się tam zjawić.
— Czy mogę ci towarzyszyć?
— Nie. Prawo zabrania mi brać ze sobą cudzoziemca, a zresztą jesteś moim gościem, którego nie powinienem narażać na niebezpieczeństwo. Postaram się nawet, aby Lung-yinowie nie byli tak wrogo względem ciebie usposobieni.
— Czy jest to w twojej mocy?
— Tak. Jak długo możecie zostawać zdala od swego statku?
— Jak długo nam się podoba. Chciałbym być tylko na nim, kiedy Kong-ni przyjedzie.
— To niepotrzebne, gdyż jutro rano pojedziesz do Kong-ni, do Li-ting. Możecie odbyć drogę w palankinach lub na dżonce, jak wolicie.
— My wolimy przedewszystkiem sami wybierać dokąd pójść, czy pojechać mamy.
— Jesteście wolni zupełnie. Ale po namyśle przyznasz, że wam dobrze życzę. Chcecie poznać Chiny, nasze zwyczaje i obyczaje, najłatwiej wam więc będzie spełnić swoje zadanie, idąc za moją propozycyą. Brat mój i Kong-ni winni są wam wdzięczność, uczynią więc dla was wszystko, co tylko będą mogli. Nie masz tutaj ubrania, które ci ofiarował syn mego brata, pozwól więc, że przyślę wam całkowite chińskie ubranie i kapelusze mandarynów.
— Czy możesz rozdąwać tak wysokie znaki godności?
— Pozwalam sobie na to. Zresztą mówisz tak dobrze po chińsku, że się napewno nie zdradzisz.
Czułem, że wpadamy w nową awanturę, ale ciekawość moja była tak podniecona, że przyjąłem propozycyę uprzejmego gospodarza, postanawiając pomówić natychmiast z kapitanem.
— Czy chcesz zostać mandarynem, kapitanie?
— Dlaczego nie? Będzie to wesoły żart, jeżeli tylko nie jest niebezpiecznym.
— Nasz gospodarz ofiaruje nam chińskie ubrania i chce odesłać do Kong-ni, który obecnie jest u hrabiego, swego ojca.
— Bardzo dobrze. Skoro jego ojciec jest hrabią, to można mieć nadzieję, że dzisiejsza uczta będzie miała nowe wydanie. Tylko niech to wszystko zbyt długo nie trwa, gdyż czekają nas na „Wichrze”.
— A więc postanowione, — rzekł gospodarz, kiedy powtórzyłem mu zgodę kapitana. Zrobię dla was wszystko, jakbyście byli moimi braćmi.
Podnieśliśmy się od stołu i przeszliśmy do swoich pokojów, gdzie służący przyniósł nam tytuń i wyborne cygara. Ponieważ było jeszcze dość wcześnie, zasiedliśmy do pogawędki, gdy nagle zameldowano nam, że jakiś człowiek pragnie nas widzieć koniecznie.
Był to właściciel sklepu z ubraniem, który wymierzył długość i szerokość naszych postaci i w kwadrans przysłał nam całkowite ubrania chińskie z warkoczami, wachlarzami i kapeluszami mandarynów. Na jednym z nich widniał duży złocony guzik, na drugim zaś kryształowy. Pierwszy oznaczał mandaryna dziewiątej klasy i przeznaczonym był dla Turnera, drugi miał zdobić moją głowę, jako mandaryna klasy piątej.
— Przymierzmy te cudactwa, — zaproponował wesoło kapitan.
— Owszem. Mamy jeszcze czas.
Włożyliśmy na siebie długie chińskie szaty, przymocowaliśmy fałszywe warkocze i stanęliśmy przed lustrem. Niepowstrzymanym wybuchem śmiechu powitaliśmy nasze postacie, które robiły wrażenie jakichś komicznych maryonetek.
— Wspaniale wyglądamy! — zawołał kapitan, trzymając się za boki, — jeszczem takich cudaków nie widział. Ale nasze brody nie pasują do tego ubrania. Cóż my z nimi zrobimy?
— Masz pan tutaj cały przyrząd do golenia.
— Dobrze. A co będzie z naszemi ubraniami?
— Oddamy je Tsza-juanowi, który je odstawi do Hong-Kong.
— To będzie najlepiej. A teraz chodźmy spać, skoro mamy jechać rano.
Położyliśmy się natychmiast prawie i znowu, jak w Hong-Kong przez cala noc dręczyły mnie najrozmaitsze męczące widziadła: Cala gromada Lung-yinów w postaciach krokodylów z mandaryńskimi kapeluszami na głowach, sunęła ku mnie z otwartemi paszczami; Kong-ni miał kopyta, rogi i ogon i chciał mnie koniecznie schwytać w swe szpony. Kiang-lu podonym był do olbrzymiego rekina ze smoczemi skrzydłami; ten potwór rzucił się na mnie i połknął. W chwili, kiedy przechodziłem mu przez gardło usłyszałem głos panny Hanie Kelder, który wołał pocieszająco: „Nie obawiaj się pan, rekin pana zaraz wyrzuci”.
Obudziłem się zmęczony tymi snami i zerwałem natychmiast, obawiając spóźnienia. Było jeszcze dość wcześnie i z sąsiedniego pokoju dochodziło mnie równomierne chrapanie kapitana. Na podwórzu stały już przygotowane dwa palankiny i gromadka ludzi kręciła się, przygotowując do drogi. Obudziłem Turnera i zaczęliśmy się ubierać. Po chwili zjawił się służący, który poprosił nas na śniadanie. Sędzia czekał już na nas. Uznał, że w strojach naszych wyglądamy bardzo pięknie, ofiarował nam obfite i posilne śniadanie i zmusił mnie do przyjęcia dwóch sztabek srebra na koszta podróży.
Pożegnaliśmy się z nim uprzejmie, zachowując wszystkie formy surowej i wymagającej etykiety chińskiej.
Starałem się trzymać wachlarz i parasol z możliwą gracyą i brawurą, kapitan jednak oparł parasol na ramieniu jak karabin, a wachlarz trzymał w zaciśniętej pięści, jakby to był kawałek prostego drzewa.
Świta nasza składała się z trzydziestu mniej więcej ludzi, którzy przy pojawieniu się naszem pokornie padli na twarze. Wsiedliśmy do palankinów i po ostatniem pożegnaniu, ruszyliśmy W drogę.
Na przedzie biegło czterech ludzi z bambusowemi laskami w rękach, którzy usuwali na bok wszystkich spotkanych, niegodnych oglądać oblicza dwóch tak wielkich dostojników. Za nimi szło ośmiu żołnierzy, uzbrojonych w stare, zardzewiałe strzelby, potem postępowało czterech tragarzy, mających stanowić zmianę i nareszcie uniósł się mój palankin, niesiony również przez czterech ludzi, za którym szedł, stękając, zarządzający tym oryginalnym pochodem. Dalej z takiemi samemi ceremoniami i w takim samym porządku sunął palankin kapitana, z tą tylko różnicą, że na końcu zamiast zarządzającego szło ośmiu żołnierzy, zbrojnych w łuki i strzały. Cały ten pochód robił imponujące wrażenie, tem więcej, że za nim utworzył się tłum uliczników, którzy głośno dopominali się „tsien” i „kom-tsza”. Nasza aryegarda rozdawała obficie dosadne „tsieny” i głośne, a bolesne „kom-tsza”, lecz to zwiększało tylko wrzask niesfornego tłumu. Dopiero, kiedyśmy daleko zostawili za sobą miasto, ten głośny i krzykliwy ogon zaczął się potrochu rozpraszać.
Tragarze w Chinach stanowią zupełnie oddzielną klasę, — jest w nich coś nieludzkiego prawie. Zawsze biegnący, zziajani, oblani potem, zdają się jednak być niespożytymi. Dla nich nie istnieją dobre lub złe drogi, deszcze lub susze, chłody lub upały.
Odziani w krótkie pantalony, z których wysuwają się gołe nogi, obute, w sandały z ryżowej słomy, w równie krótkich i obszernych kaftanach, stoją gotowi nieść każdego, kto im zapłaci. A płącą im bajecznie tanio, bo zaledwie jakieś trzy kopiejki od mili.
Po raz pierwszy podróżowałem w palankinie i nie powiem, aby mi ten sposób lokomocyi trafiał do gustu. Zdawało mi się, że jestem zamknięty w obszernej i dusznej trumnie i wzdychałem mimowolnie do konia. Były to jednak próżne marzenia, gdyż w południowych Chinach konie są niezmierną rzadkością.
Dopiero około południa zatrzymaliśmy się na popas. Znaleźliśmy się w jakiejś wiosce, gdzie z trudnością zaledwie znaleźliśmy oberżę, w której spożyliśmy skromne śniadanie i wypoczęliśmy cokolwiek.
— Jak się panu podoba podróż w palankinie? — zapytał kapitan.
— Nie bardzo.
— A mnie wcale. Wolę stokroć łódkę.
— A ja konia.
— Do konia nie mam zbyt wielkiego zaufania. Co mi to za zwierzę, z którego się co dwadzieścia kroków spada. Ale powiedz mi pan, czy i tutaj, w prowincyi Pe-Kiang są również bandyci?
— Naturalnie. Wszak mówiłem panu, że główny ich naczelnik mieszka w Li-ting.
— Aha, więc znaczy się, że zobaczymy tego łotra. To dobrze.
— I dżiahur tam przybędzie. On tylko przez nas zatrzymał się dłużej w Kantonie.
— Jeszcze lepiej! Z tym potańczymy trochę. Na szczęście mamy nasze rewolwery schowane w tych nieskończenie szerokich rękawach. Ale, prawda, powiedz mi pan, na co my dźwigamy te wachlarze i parasole?
— Wachlarzem mamy się chłodzić, parasol zaś służy chińczykom do najrozmaitszego użytku: od słońca, od wiatru i deszczu, jako laska przy chodzeniu i jako broń nawet, którą wcale porządne razy zadawać można.
— No, ten ostatni wzgląd godzi mnie cokolwiek z tem głupiem narzędziem. Jak mi słońce będzie dopiekało, to rozepnę szlafrok, zrzucę ten idyotyczny warkocz i zaraz mi się chłodniej zrobi, deszcz zaś i tak mnie głębiej niż do skóry nie przemoczy.
— Wszystko jedno, kapitanie, i tak musisz oba te przedmioty zatrzymać, jeśli chcesz uchodzić za mandaryna.
— Dobrze, ale w takim razie nazywaj mnie pan mandarynung Turnering.
— Nie mogę, gdyż chińczycy nie znają wyrazu mandaryn i używają stale tytułu kuang-fu. Mogę więc nazywać pana kuang-fu Turnering.
— Dobrze, a ja pana?
— Kuang-fu Kuang-si-ta-sse!
— Tam do licha! Dwa razy „kuang”, to trudno spamiętać. Napisz mi pan to na kawałku papieru, a ja nauczę się tego, siedząc w tym przeklętym palankinie.
Spełniłem jego prośbę, poczem dałem znak do wyruszenia. Zajęliśmy znowu nasze miejsca i pochód ruszył dalej. Droga szła ciągle brzegiem rzeki. Po obiedzie zatrzymaliśmy się znowu na chwilę i wypiliśmy po filiżance herbaty, a w dwie godziny później, przed samym zachodem słońca ujrzeliśmy nareszcie Li-ting.
Było to niewielkie miasteczko z ładnymi domami przedzielanymi jeden od drugiego starannie utrzymanymi ogrodami. Gdzie niegdzie wśród zieleni połyskiwały tafle srebrzystych stawów, w których hodowano złote rybki, stanowiące tu poważny przedmiot handlu.
Niedaleko od jednego z takich stawów ujrzałem wysoki, okazały budynek, wśród mniejszych domków, otoczony ze wszystkich stron murem. Na dalszym planie wznosiły się wysokie skały z wierzchołkami błyszczącymi w świetle zachodzącego słońca. Na polach widać było tylko ryż, trzcinę cukrową i bambus, które lekki wietrzyk falował jak morze.
Pochód nasz przeszedł przez miasto i skierował się wprost ku owemu wspaniałemu budynkowi. Tutaj brama otworzyła się natychmiast i jakiś stary chińczyk wyszedł na nasze spotkanie. Ujrzawszy palankiny, klasnął w ręce i zawołał:
— Tsza-juan! Hej, służba, pomóżcie jasnym panom wysiąść!
Kapitan nie czekał na pojawienie się służby, sam sobie otworzył palankin i wysiadł, trzymając parasol pod pachą. Ja jednak nie ruszyłem się z miejsca. Jako mandaryn piątej klasy nie mogłem się tak pospolitować i spokojnie czekałem, aż mnie wysadzą.
Stary chińczyk znał widocznie palankiny i wziął nas za sędziów, pomocników brata jego pana.
Podczas kiedy płaciłem zarządzającego pochodem i rozdawałem napiwki, usłyszałem głos kapitana, dolatujący z domu:
— Do Wszystkich rekinów, toż to Kong-ni, któregośmy wyciągnęli z pułapki! Jak się masz, chłopcze!
— Pan tutaj, kapitanie? A pański przyjaciel? Skąd zjawiliście się W Li-ting.
— Charley, a właściwie Kung-su-kung-lu-kung-fu siedzi jeszcze w swojem pudle, jak kura na jajach.
Kong-ni znalazł się W jednej chwili przy mnie i witał mnie z radością. Był widocznie zdziwiony naszem pojawieniem się tutaj, lecz nie pytał o nic. Poprosił mnie tylko do domu i wprowadził na szerokie wygodne schody, na najwyższym stopniu których stał jakiś poważny chińczyk.
Podobieństwo jego do sędziego uderzyło mnie odrazu i powiedziało, że mam przed sobą ojca Kong-ni.
— Kuang-si-ta-sse! — rzeki syn.
Twarz chińczyka wyraziła zdziwienie, opamiętał się wszakże natychmiast i powitał serdecznie.
— Bądź pozdrowiony zbawco mego syna, — rzekł. Mój dom jest twoim domem; rozkaż, a wszyscy słuchać cię będą!
Podałem mu list sędziego. Rozłamał pieczątkę i przeczytał, poczem skinął, abyśmy poszli za nim.
Na korytarzu wskazał nam dwa kosztownie umeblowane pokoje, mówiąc uprzejmie:
— Pokój na prawo należy do ciebie, na lewo do twego przyjaciela. Wejdźcie i rozgośćcie się, a potem pozwól mi z tobą pomówić.
Jednocześnie prawie zjawił się służący, który podał mi wodę do mycia i świeże ubranie, gdyż tamto pokryte było kurzem.
Odświeżywszy się i oczyściwszy z kurzu i potu, zbliżyłem się do okna, wychodzącego na wspaniały i olbrzymi ogród.
Po chwili wszedł służący z kosztowną lampą w ręku, w której paliła się wonna oliwa.
— Pan mój zapytuje, czy nie zechciałbyś widzieć się z nim?
— Gdzież go znajdę?
— W pierwszym pokoju, na dole.
Poszedłem zaciekawiony ową rozmową i owemi wymaganiami, które mi miał postawić ten człowiek, o których wspominał mi już sędzia.
Korytarz był wspaniale oświetlony, jak również wszystkie pokoje, urządzone z niezwykłym przepychem. W obszernej sali czekał już na mnie Phy z synem. Nakryty stół uginał się formalnie pod mnóstwem najwyszukańszych dań i przekąsek.
Prawie jednocześnie ze mną zjawił się w sali i kapitan.
Na jego widok mimowolnie parsknąłem śmiechem i dostrzegłem, że uśmiech przeleciał również po ustach chińczyków. Ale bo też poczciwy kapitan wyglądał naprawdę pociesznie. Długi warkocz przekrzywił mu się na bok, pod pachą sterczał mu parasol, wachlarzem zaś machał z taką energią, że zdawał się chcieć wywołać nowy jakiś tajfun.
Zasiedliśmy do stołu. Turner odwinął rękawy aż po ramiona i zabrał się odrazu do konfitur, które mu podawał Kong-ni. Kolacya była tak wykwintną i tak elegancko podaną, służba tak cicha i wytresowana, że na chwilę można było zapomnieć, że znajdujemy się w kraju nawpół dzikim.
— Panie Charley, popełniłeś pan jeden wielki błąd, — rzekł po chwili kapitan.
— Jaki?
— Zapomniałeś pan parasola.
— Tutaj? w pokoju? Czyż tamci chodzą też z parasolami?
— Gospodarze ich nie potrzebują, ale my, goście, powinniśmy je mieć zawsze przy sobie. Jestto błąd nie do darowania.
— Pan też nie jesteś bez zarzutu. Znowu wymieniłeś moje nazwisko, choć umówiliśmy się, że nazywać się będziemy po chińsku.
— Prawda, panie Kang-fu-king-wu-tu, ale już się to więcej nie zdarzy.
Chińczycy przez grzeczność nie pytali nas o nasze przygody i dopiero pod koniec zagadnął Kong-ni:
— Tsza-juan pisze nam, że mój talizman przydał ci się bardzo. Czy możesz opowiedzieć, jak to było?
Nie potrzebowałem robić z niczego tajemnicy, opowiedziałem więc wszystko, co nam się od chwili naszego rozstania zdarzyło. Słuchał uważnie, nie przerywając ani słówkiem i dopiero po wysłuchaniu wszystkiego zapytał z odcieniem niepokoju w głosie:
— Więc przypuszczasz, że Kiang-lu przebywa tutaj?
— Z tego, co słyszałem, sądzę, że tak.
— W takim razie prawdopodobnie zechcesz zawiadomić o tem policyę?
— Ani myślę. Nie jestem agentem tajnej policyi pekińskiej.
— Mówisz rozumnie, gdyż takie zawiadomienie mogłoby stać się przyczyną twojej śmierci. Jak długo myślisz zostać w Chinach?
— Jak długo mi się będzie podobało.
— Postaramy się, aby ci się podobało i abyś został u nas nazawsze, — wtrącił Phy. Twoje prace otwierają ci drogę do najwyższych godności.
— Kiedy otrzymam ocenę moich prac?
— Kiedy tylko zechcesz, — zaśmiał się wesoło. — Jeśli ci na tem zależy, możesz ją otrzymać jutro rano.
— W takim razie proszę cię o to.
— Życzenie twoje zostanie spełnionem. Ale patrzcie, jaki cudowny wieczór. Możebyśmy się przeszli?
— Bardzo chętnie.
Ogród był to właściwie wielki park, piękny i rozległy, starannie i z wielkim nakładem utrzymany. Kong-ni rozmawiał z kapitanem i coraz bardziej zostawał w tyle, mnie zaś bawił Phy i nieznacznie pociągał naprzód, dopóki nie doszliśmy do sztucznych skał, gdzie zatrzymał się nareszcie i usiadł na jakimś odłamie.
Przez cały czas naszego spaceru wypytywał się o moją przeszłość, o stosunki rodzinne, o stosunki materyalne, o prace moje, aż zakończył pytaniem, które mnie zdziwiło niepomiernie:
— A więc nie masz jeszcze żony?
— Nie.
— Ani narzeczonej?
— Nie.
— Czy lubisz Kong-ni?
— Bardzo.
— Wszak powiedział ci, że chce mieć w tobie brata? Czy zgodzisz się zostać moim synem?
— Czy tylko z imienia, czy też rzeczywistym? — zapytałem, broniąc się instynktownie przed daniem stanowczej odpowiedzi.
— Rzeczywistym, ze wszystkiemi prawami i... obowiązkami.
— Powiedz mi, dlaczego chcesz to zrobić?
— Kong-ni kocha cię i chce się odwdzięczyć za uratowanie mu życia, a ja zgadzam się z tem najzupełniej. Będę cię publicznie adoptował.
— Ale czy możesz to zrobić?
— Dla Phy i Fu-yena niema nic niemożliwego.
— Ale ja mam rodziców w kraju.
— To też tam zostaniesz ich synem. Zgódź się na to, podobasz mi się bardzo.
— Taki barbarzyńca, jak ja, — bez majątku i tytułu nie może się na nic zgodzić. Przedewszystkiem rozpatrzcie moje prace, a jeśli mi tytuł zdobędą, to wtedy dopiero pomówimy w tej sprawie.
— Jesteś dumny, — odrzekl Phy, — ale to mi się w tobie podoba. Gdzie nauczyłeś się po chińsku?
— W Ameryce. Tam jest wielu chińczyków, z którymi obcowałem nieustannie i w ten sposób nauczyłem się waszego języka.
— Musisz lubić studya?
— O bardzo!
— W takim razie pozwól mi pokazać sobie bibliotekę; znajdziesz tam wiele ciekawych i cennych rzeczy.
Wracaliśmy znowu przez ogród, który przy świetle księżyca robił prawdziwie czarodziejskie wrażenie. Wyraziłem mój zachwyt gospodarzowi, któremu pochlebiło to widocznie.
Po powrocie do domu wprowadził mnie do wielkiej sali, pełnej ksiąg i rękopisów.
— Przejrzyj wszystko, — rzekł uprzejmie, — niema tutaj nic zamkniętego, a mnie pozwól odejść, gdyż mam jeszcze wiele do pisania.
Pożegnaliśmy się jak starzy przyjaciele i po chwili zostałem sam. Zasiadłem wygodnie pod lampą i zacząłem przerzucać rzeczywiście ciekawe rękopisy.
Po chwili zagłębiłem się W czytaniu jakiegoś fantastycznego opisu, zapominając zupełnie o otoczeniu, rozkoszując się tylko wrażeniem czegoś bardzo świeżego i oryginalnego, co powiało ku mnie z tej chińskiej książki. Kiedy skończyłem dany ustęp, było już dosyć późno, zamknąłem więc książkę i udałem się na spoczynek. Już miałem wchodzić do mego pokoju, gdy drzwi naprzeciwko uchyliły się nieco i ukazał się w nich kapitan z tajemniczą miną.
— Panie Charley, — szepnął.
— Znowu Charley, — rzuciłem z wymówką.
— Wszystko jedno, teraz nie o to chodzi. Czy chcesz go pan schwytać?
— Ale kogo?
— No tego Dżi... dża..., tego mongoła, co to nas więził w kaplicy.
— Dżiahura?
— Tak, tak!
— Gdzież on jest?
— Tutaj. Zgasiłem przed położeniem się lampę i zacząłem sobie wyglądać na miasto, bo wiesz, że moje okna wychodzą na tamtą stronę. Wtem patrzę, idzie ten mongoł, skręca na rogu i wchodzi do ogrodu. Mamy go więc w pułapce. Powiedz mi pan, czy mam mu strzelić w łeb?
— Poczekaj pan, aż wrócę.
— A co pan chcesz zrobić?
— Muszę pójść zrekognoskować plac boju, a pan tymczasem stój przy oknie i uważaj, czy czasem podczas mojej nieobecności nie będzie wracał.
Wszedł do swego pokoju, ja zaś cichutko zszedłem po schodach. Drzwi były zamknięte, otworzyłem więc okno, znajdujące się najbardziej w cieniu i wyskoczyłem do ogrodu. Tutaj zatrzymałem się na chwilę, aby się zoryentować, dokąd iść należy. Park był tak obszerny i tak zadrzewiony, że pułk żołnierzy możnaby w nim ukryć swobodnie, — jakże więc trudno będzie znaleźć jednego człowieka. Pomimo to nie traciłem nadziei i postanowiłem rozpocząć poszukiwania od tego miejsca, przez które dostał się do ogrodu. Bez szmeru więc, pełzając więcej, niż idąc i unikając starannie miejsc oświetlonych, posuwałem się naprzód, badając uważnie ścieżki i aleje, czy gdzie nie znajdę jakich śladów, któreby mnie naprowadziły na trop nocnego gościa. Po pewnym czasie starania moje zostały uwieńczone dobrym skutkiem, gdyż dostrzegłem wyraźne ślady męskiego obuwia, które prowadziły do muru okalającego ogród. Z tej strony stał w tym punkcie krzak bambusowy, który musiał posłużyć mongołowi do przedostania się na drugą stronę. Cofnąłem się w cień i zaszedłem z drugiej strony krzaku, gdzie rozpoczynał się gęsty bambusowy zagajnik. Tutaj wszyłem się w największą gęstwinę i położyłem na czatach.
Leżałem długo, lecz cierpliwość moja została nagrodzoną: usłyszałem kroki dwóch mężczyzn. Obaj przeszli na tę stronę i stanęli wprost prawie przede mną. W jednym z nich poznałem Phy, drugi był równie wysokim i szerokim jak dżiahur, lecz nie był to wróg, którego szukałem.
— Czy ci się to tylko uda? — zapytał nieznajomy chińczyka.
— Musi, — odparł tenże.
— A więc napisz dyplom jeszcze tej nocy. Pamiętaj, że jeśli ci się nie uda, Kong-ni musi zaślubić moją córkę. Jeden z twoich synów musi być moim zięciem, inaczej zginiesz!
— Więc tobie jest wszystko jedno który?
— Najzupełniej. Miałeś tylko jednego syna, więc go wybrałem, ale skoro chcesz mieć drugiego, to wszystko się zmienia. Kto wie, czy nie wolę nawet austryaka niż twego Kong-ni. Ten jest dzielniejszym i silniejszym. Ale skąd twój syn wpadł na tego cudzoziemca?
— Bardzo go lubi i chciałby go zatrzymać tutaj. Czy tao-dse będzie mógł zobaczyć twoją córkę, zanim z nim pomówię?
— Jestem mongołem, a mongołowie nie zamykają swoich żon i córek. Przyprowadź go jutro, a może lepiej, żebym przysłał zaproszenie.
— Przyślij, będzie to lepiej wyglądało.
— Dobrze, otrzymasz je. A teraz czyń to, co ci poleciłem i pamiętaj, że Kiang-lu nie pozwoli pokrzyżować swoich planów.
— A jeżeli on nie zechce?
— To nam pozostanie Kong-ni.
— Czy to twoje ostatnie słowo?
— Ostatnie, jeśli nie chcesz być do tego zmuszonym.
— Zmuszonym? W jaki sposób?
— Zapomniałeś o Lung-ken-siang, gdzie ludzie nabierają rozumu.
— Ale jak go tam zaprowadzisz?
— To drobiazg. A wtedy głód i pragnienie zrobią swoje. Do widzenia.
Dwoma skokami stanął za murem, poczem usłyszałem oddalające się kroki. Phy stał jeszcze przez chwilę zamyślony, aż wreszcie skierował się ku domowi, skąd doszedł mnie zgrzyt otwieranych drzwi.
Zaczekałem jeszcze kilka chwil, dopóki nie uciszyło się wszystko i ostrożnie przekradłem się do okna.
Kapitan oczekiwał mnie z niecierpliwością.
— Gdzieś pan siedział? Tamten już dawno poszedł!
— Wiem.
— Wiesz pan i nie zatrzymałeś go?
— To nie był dżiahur. Wiesz pan, kto to był? Nie domyślisz się nigdy! To był Kiang-lu!
— Co, główny naczelnik piratów?
— Tak, we własnej osobie.
— Jaka szkoda, że mnie tam nie było! Byłbym z nim potańcowal.
— Nie, nie uczyniłbyś pan tego! Tutaj, w obcym kraju, otoczeni wrogami i zdrajcami, musimy być bardzo ostrożni, aby te mury nie zwaliły się nam na głowę.
— Wrogami i zdrajcami, powiadasz pan? Czyż mamy z takimi do czynienia?
— Naturalnie.
— Któż taki naprzykład?
— Wszyscy.
— Jakto wszyscy? Wytłomacz się pan!
— Ja mam zaślubić córkę Kiang-lu, inaczej...
— Zaślubić córkę?... Charl... czy pan jesteś przy zdrowych zmysłach?
— Najzupełniej, i powtarzam panu: mam zaślubić córkę Kiang-lu, gdyż inaczej zapakują nas do takiej dziury, gdzie z głodu pomrzemy.
— Nie wiesz pan, jak się ta dziura nazywa?
— Lung-ken-sian, co znaczy „pawilon ludzi smoka”.
— Piękny pawilon! I dlaczego masz ją pan zaślubić?
— Tego nie wiem, ale się dowiem. Dotychczas dowiedziałem się tylko tyle, że zmuszano do tego Kong-ni, a ponieważ on nie ma ochoty, więc upatrzono mnie na zastępcę.
— A to łotr!
— Nie mam tego za złe Kong-ni, chociaż cokolwiek obłudnie postępuje ze mną i nie przypuszczam też, aby mi źle życzył. Musi być jakaś przyczyna, że Kiang-lu tak gwałtownie pragnie spokrewnić się z rodziną Phy, musi mieć przytem silę jakąś, przez którą może go zmusić do tego. Z drugiej strony musi istnieć jakiś powód, dla którego Kong-ni nie chce się zgodzić na proponowane mu małżeństwo i mnie wysuwa na zastępcę.
— Nie mam ochoty łamać sobie nad tem głowy. Co pan masz zamiar robić?
— Przedewszystkiem zobaczyć, co oni z nami będą chcieli uczynić, a potem zobaczymy.
— Dobrze, więc poczekamy.
— Uprzedzam pana, że jutro dostaniemy zaproszenie do Kiang-lu.
— Pyszna rzecz! Doprawdy, to bardzo zajmujące badanie krajów i ludzi. Trochę może niebezpieczne, ale bardzo ciekawe! A teraz chodźmy spać, bo późno. Dobranoc.
— Dobranoc, kapitanie.
Następnego rana zasypiałem jeszcze smacznie, kiedy kapitan wszedł już ubrany do mego pokoju z oznajmieniem, że gościnni gospodarze czekają na nas ze śniadaniem. Ubrałem się spiesznie i w kilka minut wchodziliśmy już do jadalni, gdzie nas czekali Phy i Kong-ni.
Podano nam tylko herbatę i obwarzanki. Phy usprawiedliwiał to skromne śniadanie tem, że otrzymał zaproszenie dla siebie i dla nas i że należy się przygotować do drogi.
— Od kogo masz pan zaproszenie? — zapytałem.
— Od jednego z moich przyjaciół, bardzo możnego i wpływowego dygnitarza, mandaryna z cyzelowanym koralowym guzikiem. Przeczytał on twoje prace i właściwie dzięki jemu mogę ci dzisiaj wręczyć potrzebne papiery.
Domyśliłem się, że byt to ów dyplom, o którym wczoraj rozmawiali. Rozwinąwszy papier, przekonałem się, że rzeczywiście było to formalne przyznanie mi tytułu Tsin-sse.
— Dziękuję ci i jemu podziękuję, — rzekłem krótko.
Więc ten papier ma pewne znaczenie?
— Stwierdzony jest pieczęcią cesarską.
— Jak się nazywa ten dostojnik, do którego mamy jechać?
— Jestto dowodzący wojskami. Nazywa się Kin-tsu-fo. Kiedy chcecie jechać?
— Jest jeszcze bardzo wcześnie, ale mam trochę roboty, może więc na godzinę przed obiadem.
Takiem powiedzeniem dałem im jednocześnie do zrozumienia, że nie pragnę ich towarzystwa. Nie było to zbyt grzecznie, ale musiałem tak zrobić, aby mi nie przeszkadzano. Wyczekawszy dogodnej chwili, kiedy na schodach nie było nikogo, wysunąłem się do ogrodu. Tutaj spotkałem jednego z robotników, którego zapytałem, gdzie leży miejscowość, zwana Lung-ken-siang. Pokiwał głową na znak, że nie wie; po oczach jednak poznałem, że kłamie, tem więcej, że, odwróciwszy się niespodzianie, dostrzegłem spojrzenie pełne nienawiści i groźby, jakie rzucił za mną.
Na końcu ogrodu znajdowała się furtka, prowadząca na pole, które rozciągało się u stóp gór. Wznosiły się one prawie stromo i zdawały się być niepodobnemi do przejścia, a jednak tam prawdopodobnie miał się rozstrzygnąć mój los; musiałem znaleźć ten „smoczy pawilon”, który ukrywał jakieś okropne tajemnice. Zamyślony szedłem dalej, gdy nagle ujrzałem na drodze małego chłopca, prowadzącego na sznurku kozę.
— Powiedz mi, chłopcze, zwróciłem się do niego, gdzie leży tutaj „smoczy pawilon”.
— Nie wiem, panie, — odrzekł, rzucając się na ziemię.
— A może ty nie znasz tych gór?
— Owszem, panie. Cały prawie dzień spędzam tam z moją kozą.
— W takim razie musiałeś widzieć skalę, podobną do małego domku lub wieżyczki?
— O wiem, wiem! — zawołał radośnie.
— Czy pan chce ją też zobaczyć?
— Tak, właśnie. Czy to daleko stąd?
— Najwyżej pięć minut drogi; ale dostać się tam trudno.
— Nic nie szkodzi, prowadź mnie.
Chłopiec nie dał sobie dwa razy powtórzyć tego. Uwiązał kozę u drzewa i wesoło poskoczyl naprzód.
— Czy znasz Phy-ming-tsu lub Kin-tsu-fo?
— Tak. Są to najwięksi panowie w calem mieście.
— Czy rozmawiałeś kiedy z nimi?
— Nie. Tacy panowie nie rozmawiają z biednym chłopcem.
— To może znasz kogo ze służby?
— Nie panie. Wiem, jak wyglądają, znam ich nazwiska, ale żaden z nich nie rozmawiał ze mną.
— To może z twoim ojcem?
— Ojciec mój nie żyje, — mam tylko matkę.
Uspokoiłem się, gdyż mogłem być prawie pewnym, że żaden z wielkich bandytów nie dowie się o mojej wycieczce do smoczego pawilonu.
Poszliśmy dalej i wkrótce ujrzałem trzy wąwozy, prowadzące W głąb gór. Chłopiec zapuścił się w środkowy i po chwili wskazał palcem do góry.
— Patrz pan, oto tam wznosi się skała podobna do domku lub wieżyczki, ale wdrapać się na nią nie można.
Na samym końcu wąwozu wznosiła się dość stroma skała, u boku której zwieszał się odłam podobny do wielkiego sześcianu. Skała była dość stroma, lecz dla zręcznego górala nie przedstawiała zbyt wielkich trudności. Postanowiłem wdrapać się na nią, lecz wprzód musiałem pozbyć się niepotrzebnego świadka.
— Ha, — rzekłem, — skoro się nie można wedrzeć, to i ja się wrócę, ale nie potrzebujesz czekać na mnie, gdyż teraz znam już drogę.
Z temi słowy podałem chłopcu dwadzieścia sapeków, które wprawiły go w taki zachwyt, że rzucił się na ziemię, ucałował skraj mojej szaty i, nie czekając na przypomnienie, pobiegł jak strzała z powrotem.
Doszedłem do końca wąwozu i po długiem, mozolnem wspinaniu, znalazłem się wreszcie na szczycie góry, dźwigającej smoczy pawilon. Z drugiej strony skały otwierała się głęboka przepaść, otoczona ze wszystkich stron skałami, podobna do długiej szyi, w którą prawdopodobnie wrzucano ofiary zbrodni.
Obejrzałem szczyt dokładnie i dostrzegłem w jednem miejscu umocowane w skale dwa haki, zupełnie podobne do tych, jakich używają do zawieszania drabin sznurowych.
Jeżeli tak było, jak przypuszczałem, to i drabina musiała się znajdować blisko. Po długich bezowocnych poszukiwaniach znalazłem ją wreszcie ukrytą pod kupą kamieni. Nie wahałem się ani chwili, zawiesiłem ją na hakach i spuściłem się w przepaść. Drabina dochodziła do wystającego odłamu, podobnego do dość wązkiego gzymsu, na którym jednakże wygodnie można się było utrzymać. Oparłszy się mocno nogami, zdjąłem drabinę z pierwszych haków i zawiesiłem na drugich, które dostrzegłem tuż pod mojemi nogami. Drabina doprowadziła mnie wprost na wystający sześcienny odłam, w samym środku którego znajdował się otwór, podobny do wylotu studni. Chcąc się przekonać, jak tam było głęboko, rzuciłem weń kamień, lecz zamiast zwykłego odgłosu uderzenia tępego i twardego ciała o kamień, usłyszałem nagle wydobywający się z głębi słaby głos ludzki.
— Przychodzisz więc znowu? — wołał ów głos słabo. — Poczekaj, jeszcze nie umarłam, ale cierpię!
— Kto tam jest? — zawołałem.
Zamiast odpowiedzi, głos ciągnął dalej:
— Nie zmusisz mnie do odstępstwa! Wolę umrzeć z głodu, niż zaprzeć się Boga prawdziwego, w Trójcy Świętej Jedynego. Nic nie poradzisz przeciwko Niemu i jeśli taką będzie wola Jego święta, włos mi z głowy nie spadnie!
Zawołałem raz, drugi i trzeci, ale odpowiedzi nie było. Widocznie nieszczęśliwa była tak wyczerpaną, że mówić już nie mogła. Należało ją ratować jaknajprędzej, w dzień jednak nic nie było można przedsięwziąć; — trzeba koniecznie poczekać do wieczora, kiedy cień nocy będzie nam mógł służyć za sprzymierzeńca. Tymczasem nie miałem nic do roboty, wróciłem Więc na szczyt skały, schowałem drabinę na dawne miejsce i poszedłem do domu.
— Gdzieś pan tak długo bawił? — zapytał mnie kapitan. Czy nie na rzece przypadkiem?
— Może, — odrzekłem, nie chcąc się zdradzać przed czasem.
— W takim razie trzeba mnie było wziąć ze sobą. Pan wiesz, że tęsknię bez wody.
Kong-ni czekał już na nas.
— Czy mam ci przynieść wachlarz? — zapytał.
— Wszak pierwszy lepszy służący może to zrobić, — odrzekłem ździwiony.
— A więc chodźmy. Ojciec mój poszedł już dawno.
W obejściu się młodego chińczyka było coś, czego nie zauważyłem dawniej, jakiś chłód i przymus. Był tak młodym jeszcze, że nie umiał ukryć swoich uczuć; zrozumiałem też, że stało się coś niespodziewanego.
W drodze zatrzymał się na chwilę przy jakimś krzaku i, puściwszy kapitana naprzód, zwrócił się ku mnie:
— Dziś rano rozmawiałeś w ogrodzie z jakimś człowiekiem? — zapytał.
— Tak.
— Pytałeś go o Lung-ken-siang?
— Tak.
— Co to jest Lung-ken-siang?
— Alboż ty nie wiesz?
— Nie, — odrzekł, ale oczy jego zdradzały kłamstwo.
— Musisz znać przecież tajemnice Lung-yinów, skoro ofiarowałeś mi talizman.
— Nie znam ich. Znak otrzymałem od przyjaciela tak, jak tyś go otrzymał odemnie.
— W takim razie nic ci nie powiem, gdyż byłoby to zdradą.
Odpowiedź ta podobała mu się widocznie.
W kilka minut później stanęliśmy przed domem naczelnika bandytów.
Olbrzym powitał nas uprzejmie, na co odpowiedziałem zwykłem, ceremonialnem powitaniem.
— Czy mogę was prosić, abyście raczyli przestąpić progi mego domu?
— Wprzód pozwól sobie przedstawić mego przyjaciela, kuang-fu-Turnering, — odrzeklem etykietalnie.
Kapitan zrozumiał, o co chodzi; jedną ręką przycisnął parasol do piersi, drugą zaś podniósł do kapelusza, salutując po wojskowemu.
— Ja zaś prezentujeng drogiegong masterang Kung-ki-fung ki-mung-ki-lung-ki.
Mongoł nie zrozumiał tego fantastycznego języka i nazwiska, Kong-ni zaś z trudnością utrzymał poważny wyraz twarzy.
Wprowadzono nas do bawialni, gdzie zastaliśmy córkę gospodarza, młodziutką, szczupłą panienkę o smutnym wyrazie twarzy. Obok niej siedział gość, w którym ze zdumieniem poznaliśmy dżiahura. Poczęstowano nas najprzód herbatą i oryginalnemi chińskiemi ciastkami, poczem zaproszono do ogrodu, który był o wiele mniejszym i zupełnie inaczej utrzymanym, niż ogród Phy. Przedewszystkiem było tutaj bardzo wiele kwiatów, których odurzający zapach rozchodził się dokoła. Z ogrodu przeszliśmy na obszerne podwórze. Zdziwiło mnie to bardzo, gdyż chińczycy nie trzymają zwykle inwentarza i z tego powodu, nie potrzebując dla nich miejsca, budują się ciasno. Przestałem się jednak dziwić, gdy gospodarz otworzył drzwi od stajni, która natychmiast ściągnęła moją uwagę.
Chińczycy posiadają najgorsze na świecie konie, byłem więc ciekawy, co nam ten sławetny Si-fan pokaże. Na znak pana domu stajenny wyprowadził ze stajni dwa osiodłane konie, należące do rasy mongolskiej, niewielkie, niepokaźne, lecz odznaczające się niezwykłemi zaletami i nadzwyczajną wytrzymałością i dla tego dość wysokiej ceny.
— Czy umiesz pan jeździć konno? — zapytał mongoł kapitana.
Powtórzyłem to pytanie Turnerowi.
— Na takich małych kreaturkach, tak, — odrzekł marynarz.
— Ale ja pana ostrzegam.
— Ba, pan wiesz doskonale, że na rosłym koniu czuję się jak na wulkanie, ale te bolońskie pieski nie przerażają mnie ani odrobiny. Powiedz mu, że jeżdżę.
Na moją potwierdzającą odpowiedź mongoł zaproponował kapitanowi wypróbowanie konia, co znowu musialem przetłomaczyć. Turner nie dal sobie dwa razy tego powtarzać; nie wypuszczając z ręki nieodstępnego wachlarza i parasola, wgramolił się na konia i w tryumfie przejechał stępa wkoło podwórza.
— No, jakże? — zapytał z tryumfem.
— Bardzo dobrze, — pochwaliłem go szczerze.
Po nim wsiadali kolejno Sin-fan i dżiahur i pokazywali nam mongolską szkołę jazdy, aż piana wystąpiła na zmęczone zwierzęta.
— Zwiedziłeś prawie cały świat, — rzekł Sin-fan, zsiadając z konia tuż przedemną, — powiedz mi, jaki naród jeździ najlepiej?
— Mongołowie, — odrzekłem z poważną miną.
— Wiedziałem o tem, — uśmiechnął się zarozumiale. Czy nie zechciałbyś teraz sam spróbować?
— Twoje konie są zbyt słabe dla mnie. Z pewnością nie ruszą się z miejsca.
— Nie jesteś przecież cięższym ode mnie, — spróbuj!
Położyłem rękę na siodle i jednym susem skoczyłem na konia. Dla mnie, który ujeżdżałem dzikie mustangi, poprowadzenie zmęczonego zwierzęcia i uczynienie z niego powolnego narzędzia dla moich celów nie przedstawiało najmniejszej trudności. Biedny koń to ciągnął się naprzód, to cofał w tył, lecz właściwie nie ruszał się z miejsca, aż wreszcie drgnął i upadł pode mną.
— Widzisz, że nie może mnie unieść, — rzekłem. Ty jesteś lepszym jeźdźcem, ale ja jestem cięższym.
Mongołowie są zapalonymi jeźdźcami, to też oczy mu zabłysły.
— Pokażę ci konia, dla którego nie będziesz zbyt ciężkim. Kazałem go sobie sprowadzić z za gór, ale nikt go dosiąść nie może.
— Pokaż mi go.
— Przedewszystkiem odsuńcie się wszyscy! Dobrze, zaraz go każę wypuścić, ale jeśli stanie się jakieś nieszczęście, nie miej do mnie żalu.
Skinąłem głową i usunąłem się cokolwiek. Stajenny otworzył drugie drzwi, z których wyskoczył wspaniały rumak kaszgarskiej rasy. Oczy jego błyszczały jak dwa ogniki, z nozdrzy buchała para, delikatna skóra drgała przy najmniejszym ruchu. Było to rzeczywiście tak piękne zwierzę, że bez wahania zamieniłbym go na najlepszego mustanga.
— Jestem pewien, że jeśli wsiądziesz na niego, to jeszcze prędzej znajdziesz się na ziemi, — rzeki Sin-fan.
— A jeśli nie spadnę, jeżeli w przeciągu godziny w mojem ręku złagodnieje, jak baranek?
— Będzie twoim.
— Dobrze. Od tej chwili uważam go za swoją własność.
Wyszedłem na podwórze.
— Daj pokój, — niebezpieczeństwo jest zbyt wielkie! — ostrzegał mongoł.
Nie zważałem na te przestrogi. Zdjąłem z siebie wierzchnie, kosztowne ubranie i złożyłem jak chustkę. Dziki rumak rzucał się po podwórzu jak szalony, kwicząc i wyrzucając kopytami. Upatrzywszy stosowną chwilę, kiedy przebiegał obok mnie, zarzuciłem mu improwizowaną chustkę na głowę. Koń rzucił się jeszcze kilka kroków naprzód i stanął, potrząsając łbem i starając się zrzucić przeszkadzające mu nakrycie. Skorzystałem z tej chwili, aby lewą ręką pochwycić go za grzywę, prawą zaś, a właściwie dwoma palcami prawej, ścisnąć mu silnie nozdrza. Rzucił się rozszalały i chciał stanąć dęba, lecz trzymałem go mocno. Najbardziej wrażliwem i delikatnem miejscem u konia są nozdrza; ból więc, jaki mu sprawiałem ściskaniem, oddawał go w moc moją całkowicie. Teraz zacząłem go ujarzmiać: to podnosiłem mu głowę do góry, zmuszając go do stawania na tylnych nogach, to znowu opuszczałem ją na dół. Sztukę tę powtórzyłem kilka razy, poczem poklepałem go po szyi, po piersiach i przednich nogach, przemawiając jednocześnie do niego silnym, przenikliwym głosem, w końcu szybkim ruchem wskoczyłem mu na grzbiet. Koń wspiął się na tylne nogi, lecz głos mój doprowadził go do porządku; stanął, drżący całem ciałem i jakby plączący za utraconą swobodą, lecz ułagodzony zupełnie i posłuszny najmniejszemu memu skinieniu. Jeszcze raz poklepałem go po szyi, poczem wolno objechałem podwórze kilka razy.
Stanąwszy przed mongołem, rzekłem z uśmiechem:
— Powiedziałem, że mori-mori będzie mój!
— Znasz tę rasę? — zapytał zdziwiony.
— Jestem przecież jeźdźcem.
— Tak, widzę to. Ale koń nie jest jeszcze twoim. Powiedziałem, że ci go dam, ale nie powiedziałem, kiedy.
— A więc powiedz.
— Phy pomówi z tobą o tem.
Przyjąłem tę zapowiedź spokojnie, gdyż wiedziałem, że w ten, czy inny sposób wspaniały wierzchowiec stanie się moją własnością.
Zdjąłem z kółka uzdę, założyłem mu ją i zaprowadziłem do stajni, gdzie nasypałem mu owsa do żłobu. Wychodząc ze stajni, obejrzałem starannie zamki i zasuwy u obojga drzwi.
Z podwórza przeszliśmy z powrotem do pokojów, gdzie Sin-fan polecił córce, aby mnie zabawiła rozmową. Podeszła ku mnie poważna i zamyślona, z wyrazem smutku w oczach. Odsunąłem się na bok, aby nie słyszano naszej rozmowy i odezwałem się uprzejmie:
— Czy wolno ci ukazywać się tak swobodnie w towarzystwie?
— Tak jest. Nie jestem chinką, nie obrażam więc zwyczajów przyjętych.
— Dlaczego jesteś tak smutna?
— Bo jestem sama i sierota. Nie mam matki.
— Czy dawno umarła?
— Nie umarła, lecz zniknęła. Matka moja była chrześcijanką, ojciec zaś nienawidził jej za to, więc zniknęła.
Drgnąłem mimowolnie. Taką więc była tajemnica przepaści! Ten straszny człowiek Wtrącił tam swoją żonę, aby umarła z głodu.
— Mam nadzieję, że ją zobaczysz znowu, — rzekłem. Pan Bóg jest miłosiernym, nie opuści jej więc.
— Tak, ja wiem, że Bóg chrześcijan jest wielkim, większym niż Fo. Jeżeli zwróci mi matkę, będę mu służyła do końca życia. Czy powiesz mojemu ojcu, że nie chcesz mnie za żonę?
— Powiem. Ty nie wiesz, dlaczego nie chcę mieć z nim nic wspólnego, ale ja wiem i on wie.
— Tak, wiem! — odezwał się surowy głos, po za mną.
Kiang-lu stanął pomiędzy mną i córką.
— Toś ty pytał o Lung-ken-siang?
— Ja.
— Dlaczego? Obejrzałem się wkoło i odrzekłem:
— Ponieważ wczoraj słyszałem twoją rozmowę z Phy.
— Ach! Opuść mój dom! Wszystko między nami zerwane. Idź!
— Dobrze, ale ty idź pierwszy!
— Ach, boisz się! — zaśmiał się szyderczo Sin-fan, — dobrze, idź więc za mną.
Wyszliśmy z pokoju na korytarz i na schody. Wszędzie było pusto, zdawało mi się więc, że nie potrzebuję się lękać żadnej napaści. Już miałem schodzić ze schodów, gdy nagle drzwi jakieś skrzypnęły poza mną i dwie silne ręce pochwyciły mnie i powaliły na ziemię. W tej chwili poczułem znowu ów straszny zapach i straciłem przytomność.
Kiedy odzyskałem zmysły, leżałem skrępowany, z zakneblowanemi ustami na ziemi, a obok mnie w takim samym stanie leżał kapitan. Wkoło panowały ciemności, nie wiedziałem więc, gdzie się znajdujemy. Leżeliśmy tak długo, bardzo długo, aż wreszcie skrzypnęły jakieś drzwi i do pokoju wszedł Kiang-lu, a za nim dżiahur z latarnią w ręku.
Naczelnik bandy pochylił się nade mną.
— Podsłuchałeś nas, — rzekł, — więc wiesz wszystko. Czy uczynisz to, czego od ciebie żądam?
Pokręciłem przecząco głową.
— Namyśl się dobrze. Inaczej będę zmuszony wrzucić was do Lung-ken-siang, gdzie zginiecie z głodu. Pamiętaj, że kto się tam raz dostanie, ten już przepadł na wieki.
Nowe przeczące skinienie było jedyną moją odpowiedzią.
— A więc niech cię porwą złe duchy i zaniosą na ofiarę szatanowi! — krzyknął.
Włożył dwa palce w usta i wydal przeraźliwy świst.
Na ten znak wpadło kilku ludzi, którzy pochwycili nas, jak dwa pakunki, wynieśli na podwórze, gdzie stały już dwa przygotowane palankiny i wsadziwszy nas w nie, ponieśli w kierunku przepaści. Przy świetle księżyca dostrzegłem, że oprócz naszych tragarzy jeszcze sześciu ludzi stanowiło naszą eskortę. Tragarze nasi musieli być bardzo silni, gdyż bardzo zręcznie wspinali się z nami na skały i po chwili stanęli u stóp „rozbójniczego pawilonu”.
Mongoł zbliżył się ku nam i ze zwierzęcem zadowoleniem kopnął mnie i kapitana kilka razy, poczem dał znak i wciągnięto nas na dach pawilonu.
Tutaj wyjął mi knebel z ust i rzeki:
— Po raz ostatni zapytuję się, czy będziesz mi posłusznym?
— Nie, — odparłem surowo, — nietylko nie będę ci posłusznym, lecz owszem postaram się ukarać cię za wszystkie twoje zbrodnie.
— Mnie ukarać? — zaśmiał się zjadliwie mongoł. A więc idź tam, gdzie ci powiedzą, co to znaczy sprzeciwiać się Kiang-lu! Spuszczajcie go!
Spuszczono mnie w przepaść, poczem linę wciągnięto z powrotem.
— Kto tu? — odezwał się obok mnie słaby głos kobiecy.
— Ofiara twego męża Kin-tsu-fo, — odrzekłem. Mam tutaj umierać z głodu tak, jak ty. Czy chcesz uratować siebie, mnie i twoją córkę?
— Czyż potrafię? — jęknęła.
— Wszak rzuciłem ci dzisiaj nóż. Weź go i przetnij mi więzy!
Zrobiła to drżącemi rękami i zanim jeszcze spuszczono kapitana, byłem już wolny. Klęknąłem na wązkiej, wolnej przestrzeni i zacząłem badać miejscowość. Był to loch, ciągnący się w górę naksztalt komina, o zupełnie prostopadłych ścianach, tak jednak szeroki i długi, że jeden człowiek nie mógł się po nim wspinać. Ta właśnie okoliczność dawała Kianglu pewność, że nikt się stamtąd wymknąć nie zdoła.
W tej chwili i kapitan znalazł się na dnie przepaści.
Nie tracąc ani chwili czasu, poprzecinałem mu więzy i szepnąłem:
— Dalej kapitanie, wdrapujemy się z powrotem.
— Tam do licha, pozwól mi pan odsapnąć. W jaki sposób masz pan zamiar wdrapać się przez ten komin?
— Widzi pan, na jednego jest on za szeroki, we dwóch jednak damy sobie radę. Przyciśniemy się do siebie plecami, a potem równiutko rękami i nogami będziemy się wspinali!
— Pyszna myśl! Chwytam oddech i jazda, panie Charley, zanim się tam opamiętają!
— Chcecie się wydostać stąd? Czy nie zapomnicie o mnie?
— Nie, bądź spokojna. Wydostaniemy cię za chwilę.
— Teraz cichutko, — szepnąłem, kiedyśmy byli na jakieś trzy stopy od górnego wylotu przepaści.
Bez szmeru prawie uchwyciliśmy się ostrych brzegów i stanęliśmy na dachu pawilonu. Kiang-lu stał przed nami, obrócony plecami w naszą stronę, przyglądający się leżącej po drugiej stronie przepaści.
— Zepchnijmy go, — szepnął kapitan.
— Nie. Byłoby to podstępne morderstwo. Tu leży lina, zwiążmy go, a potem zaskarżymy do sądu. Musimy wprzód jednak wyciągnąć jego żonę.
— Jakto, więc tam w przepaści, to była jego żona?
— Niestety.
— A więc ten łotr zasługuje na straszną karę, — rzekł kapitan, tupnąwszy mimowolnie nogą.
Na ten szelest mongoł odwrócił się ku nam i wyraz nagłego przerażenia odbił się na jego twarzy.
— Czy nie mówiłem ci, że przyjdziemy cię ukarać, — rzekłem poważnie.
— Jakeście się tutaj dostali? Czyście duchy, czy ludzie?
— Ludzie tylko, lecz lepsi i rozumniejsi od ciebie. Jesteś więźniem!
Zamiast odpowiedzi wydal przeraźliwy świst, na który z dołu odpowiedziano mu okrzykiem.
— Więźniem? — zawołał szyderczo. — To wy jesteście moimi więźniami! Czy nie słyszycie, że wracają?
— Zanim przyjdą, będziesz już moim, — rzekłem.
Z temi słowy posunąłem się ku niemu, lecz on rzucił się na mnie całem ciałem i natknął się na moje wystawione naprzód pięści, które go odrzuciły w tył; jednocześnie kapitan uderzył go w głowę tak silnie, że zachwiał się i straciwszy równowagę, runął w przepaść.
Słuchaliśmy bez tchu prawie, lecz tylko głuchy odgłos spadającego ciała doleciał do naszych uszu. Straszny dowódca bandytów przedstawiał już tylko bezkształtną masę na dnie tej samej przepaści, która była widownią tylu jego zbrodni.
— Charley!
— Kapitanie!
— On spadł.
Kapitan był tak przerażony, jakby popełnił najstraszliwszą zbrodnię.
— Tak, kapitanie, spadł, lecz nie powinniśmy się tem tak trapić, gdyż po pierwsze nie uczyniliśmy tego rozmyślnie, a powtóre był to tak szkodliwy i niepoprawny zbrodniarz, że doprawdy, zgładzając go, oddaliśmy ludzkości przysługę.
— Wszystko to prawda, ale zawsze to nieprzyjemne uczucie... brrr...
— Nie myślmy o tem kapitanie. Patrz pan, tam na dole stoi sześciu bandytów z dżiahurem na czele. Nie mogą się do nas dostać, bo Kiang-lu wciągnął za sobą drabinę, ale stoją i czekają.
— A więc jesteśmy oblężeni?
— Nic nie szkodzi. Najprzód wydostaniemy z przepaści kobietę.
— W jaki sposób?
— Spuszczę pana na linie, potem wyciągnę najprzód ją, a potem pana.
— Dobrze. Chodźmy.
Wszystko odbyło się jak należy. Biedna kobieta była tak osłabiona, że kiedy ją wydobyłem, nie mogła się utrzymać na nogach.
— Kto jesteście? — zapytała, kiedy i kapitan znalazł się na platformie.
— Chrześcijanie, jak i ty — odrzekłem.
— Gdzie mój mąż?
— Niema go tutaj, niema i w domu. Pojechał daleko i nie ujrzysz go już nigdy.
Biedaczka nie mogła znieść tylu wzruszeń i wpadła w omdlenie. Zostawiłem ją tymczasem w spokoju i zająłem się czekającymi na dole bandytami.
— Kiang! — doleciał mnie głos dżiahura.
— Lu! — odrzekłem.
— Czego chcesz, panie?
Widocznem było, że wziął mnie za mongoła. Skorzystałem z tego i naśladując, o ile możności, głos Sin-fana, — odrzekłem:
— Ja? Nic od was nie chcę. Kto to tam krzyknął w górach?
— To nie ty, panie?
— Nie! Musiał być to jednak ktoś z naszych. Zobaczcie, co to takiego!
— Napewno żadne niebezpieczeństwo, gdyż krzyknąłby po raz drugi.
— Zapewne. Czy pamiętasz mój rozkaz?
— Pamiętam, panie.
Odszedł wraz z innymi, a ja zwróciłem się do zemdlonej i wziąłem ją na ręce i ostrożnie zacząłem schodzić po drabinie, którą kapitan zawiesił na hakach. W ten sposób dostaliśmy się na gzems, a stamtąd do stóp skały. Tutaj schowałem drabinę pod stos kamieni i poszliśmy dalej.
— Dokąd mnie niesiecie? — zapytała kobieta, która właśnie odzyskała przytomność.
— Do twego domu, do biednej Kiung, która bardzo płakała i tęskniła za tobą.
— Czy znasz moją córkę?
— Znam.
— I zaprowadzisz mnie do niej? O, Bóg ci to wynagrodzi!
— Czy możesz iść? — zapytałem po chwili.
— Nie, jestem zbyt słaba, — odrzekła cicho.
— W takim razie poniesiemy cię.
Na szczęście niedaleko stały jeszcze owe dwa palankiny, w których nas przyniesiono. Złożyliśmy biedaczkę w jednym z nich, kapitan ujął za drążki z przodu, ja z tylu i poszliśmy szybkim krokiem. Kiedyśmy mijali miasto, na drodze stanął przed nami jakiś człowiek.
— Kto idzie? — zapytał i nagle głos zamarł mu w gardle, a twarz wyraziła przestrach; szybkim ruchem rzucił się w nadbrzeżne krzaki. Był to Phy-ming-tsu.
— Możebyśmy się puścili za nim? — zapytał kapitan.
— Nie, kapitanie, nie mamy na to czasu.
Przyspieszyliśmy jeszcze kroku i w parę chwil później kołataliśmy do domu Sin-fana. Otworzyła nam sama Kiung, w której ramiona złożyliśmy osłabioną ze wzruszenia matkę.
— Gdzieście ją znaleźli? — pytała, promieniejąca szczęściem dziewczyna.
— Powiedziałem ci, że Bóg nasz jest wielkim i potężnym i ocali ją od złego, — odrzekłem. Resztę opowie ci sama.
— Czyście się pogniewali z ojcem, że wyszliście tak prędko? — dopytywała się dalej Kiung.
— Wszystkiego dowiesz się później. Tymczasem daj matce jeść i pić i zaprowadź nas do pokoju ojca.
— Możecie iść sami. Znajduje się obok bawialni, gdzie siedzieliście z nami i jest dotychczas oświetlony.
Wbiegliśmy na schody i w chwilę później znaleźliśmy się w gabinecie mongoła. Tutaj, na stole leżały wszystkie nasze rzeczy, które naturalnie zabraliśmy z powrotem.
Podczas tego zajęcia usłyszałem głos dżiahura, który pytał niespokojnie:
— Kto przybył w tym palankinie?
— Moja matka.
— A kto ją przyniósł tutaj?
— Ci dwaj kuang-fu, którzy byli zaproszeni dzisiaj.
— Oni zabili twego ojca; uwolnili siebie i twoją matkę, a jego wrzucili w przepaść. Gdzie oni są?
— Na górze.
Usłyszeliśmy kroki na schodach, prócz tego od strony ulicy zbliżał się tłum ludzi, prowadzony przez Phy-ming tsu. Rozmawiającym był dżiahur.
— Kapitanie, musimy uciekać; wali na nas cała banda opryszków, której się nie oprzemy! Prędzej, kapitanie, póki czas.
— Jakże mamy uciekać? Ja nie wyskoczę przez okno!
— Spuszczę pana po prześcieradle, tylko prędzej!
Zatrzasnąłem drzwi, zgasiłem lampę, porwałem jakieś długie płótno, spuściłem kapitana, poczem wyskoczyłem sam.
— Dokąd teraz? — zapytał dzielny marynarz.
— Na podwórze, tam jeszcze niema nikogo. Wsiądziemy na konie i uciekniemy.
— Tylko mnie daj pan tego mniejszego, na którym jeździłem dzisiaj, — zastrzegał kapitan.
Jednem szarpnięciem otworzyłem drzwi stajni i wyprowadziłem wierzchowca kapitana. Mój mori-mori poznał mój głos, ale z powodu ciemności nie chciał wyjść ze stajni. Nareszcie zmusiłem go do posłuszeństwa, lecz w tej samej chwili brama, prowadząca na podwórze została wyważona i nasi prześladowcy z dżiahurem na czele rzucili się ku nam.
W tej chwili błysnęło coś w ręku kapitana i dżiahur zwalił się na ziemię. Tłum cofnął się przerażony i to nam dało możność wskoczenia na konie.
— Naprzód, kapitanie! Za mną na lewo ku rzece, prędzej!
— Dobrze, dobrze, zobaczysz pan, jaki ze mnie jeździec!


∗             ∗

Dopiero po południu stanęliśmy W Kantonie, skąd bez zatrzymywania się prawie pojechaliśmy dalej i następnego wieczora znaleźliśmy się nareszcie na naszym kochanym „Wichrze”. Tutaj dopiero wypoczęliśmy naprawdę.
— No, tym razem poznaliśmy kraj i ludzi co się nazywa, — rzeki ze śmiechem kapitan, kiedyśmy leżąc wygodnie, opowiadali sobie wszystkie przebyte wrażenia. Cóż dalej zrobimy, panie Charley, czy podamy skargę?
— Ja myślę, że porozumiemy się z naszym konsulem i zrobimy tak, jak on nam poradzi, — odrzekłem.
— Dobrze mój kochany King-lu-kang-li-kong-la-to. A potem pojedziemy wprost do Makao. Wszak nie masz pan nic przeciwko temu.
— A co pan tam będziesz robił?
— Co będę robił? Odwiedzę naturalnie portugalczyków i naszą dzielną wspóltowarzyszkę niedoli.
— Ślicznie, jadę z panem. Podziękujemy jej raz jeszcze za pomoc i zapytamy, co robić ze skargą, gdyż i ona ma w tym wypadku coś do powiedzenia.

KONIEC.

Przypisy

  1. Doktór.
  2. Uczony
  3. Doktór wszystkich umiejętności.
  4. Błyszczącem światłem zachodu.
  5. Szybki wiatr.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Jadwiga Bohuszewiczowa, Karol May.