Paryż (Zola)/Część piąta/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



KSIĘGA PIĄTA.

I.

Wilhelm chciał być obecnym przy egzekucyi Salvata, a Piotr, nie mogąc go od tego odwieść, postanowił mu towarzyszyć. Pozostał więc dziś w pracowni brata, oczekując z nim razem godziny wyjścia. Z czasów, gdy wraz z księdzem Rose zajmował się dobroczynnością w dzielnicy Charonne, zapamiętał, że z domu, w którym mieszkał deputowany Mège, można było widzieć plac wyznaczony do stawiania gilotyny. Ofiarował się więc bratu za przewodnika. Egzekucya miała się odbyć, zgodnie z przepisami prawa zaraz po wschodzie słońca, zatem obecnie, jako w pierwszych dniach maja, przypadała na godzinę wpół do piątej rano. Bracia nie pokładli się, drzemiąc, siedzieli w pracowni, od czasu do czasu wymieniając z sobą kilka słów, a gdy wybiła godzina druga, wysunęli się cicho z uśpionego domu.
Noc była cudownie piękna, cicha i jasna. Na rozległem, czystem niebie księżycowa pełnia świeciła jak srebrna lampa nad uśpionym Paryżem, niewyraźnym w swym ogromie, spokojnie zasłanym przejrzystym zmrokiem sennego oświetlenia. Paryż zdawał się być wywołanem widziadłem zaczarowanego miasta, pogrążonego w śnie głębokim. Nawet najlżejszy szmer ztamtąd nie dolatywał, miasto spało, padłszy ze znużenia. Morze słodyczy i wytchnienia rozlało się w przestrzeni, spowijając, kołysząc miasto aż do wschodu słońca, które miało je znów powołać do pracy, do wysiłku, do życia, połączonego z radością i cierpieniem. Spokój tu był zupełny, — podczas, gdy na przeciwnym krańcu miasta przygotowywano mordercze narzędzie, by ściąć głowę człowiekowi.
Przystanąwszy przed stromemi schodami ulicy Saint-Elenthère, spuszczającej się ku miastu, bracia wpatrzyli się w nocny krajobraz Paryża, uśpionego w drżących mgłach zapomnienia. Księżycowe promienie pieszczotliwie muskały miasto, ległe w rozkoszy spoczynku.
Odwróciwszy się, bracia ujrzeli potężne mury bazyliki Sacré Coeur. Gmach jeszcze pozbawiony kopuły rozsiadł się szeroko. Jasne, księżycowe oświetlenie uwydatniało wygięcia murów, rzucając w załamania czarne cienie a bieląc wypukłości i gzymsy frontonów. Na tle bladego nocnego nieba bazylika odbijała, jak kwiat potworny, żądny królowania nad miastem. Nigdy jeszcze nie wydała się Wilhelmowi tak kolosalną, wyzywającą. Jak forteca dominowała nad Paryżem, grożąc mu nawet, gdy senny spoczywał w dolinie, strzegąc go ze swej wyżyny, przygniatając ciężarem swego panowania.
To wrażenie tak silnie wstrząsnęło naprężonym umysłem Wilhelma, tak go boleśnie raniło w usposobieniu, w jakiem się teraz znajdował, iż nie mógł się powstrzymać od powiedzenia:
— Dobre wybrali miejsce dla swojej fortecy, lecz jak można było zrobić takie głupstwo, by im na to pozwolić! Trudno o większy brak poszanowania zdrowego sensu! Dozwolić, by Paryż był ukoronowany, dominowany świątynią bałwochwalstwa, zbudowaną dla uczczenia absurdu! Co za bezczelny policzek, dany rozsądkowi, pomimo tylu wieków wiedzy, walk i pracy! I właśnie po nad Paryżem, po nad jedynem miastem w świecie, które powinno było ujść takiego napiętnowania na swojem czole. W Lourdes, w Rzymie, byłoby to do wytłomaczenia, ale w Paryżu, na tem polu żniwa ludzkiej inteligencyi, na tem polu tak głęboko zoranem i mającem wydać przyszłość!, jest to rękawica rzucona, wyzwanie do boju i stwierdzenie nadziei powalenia nas i przywrócenia panowania ciemności!
Zazwyczaj Wilhelm odzywał się z pobłażliwością i obojętnością uczonego o wszystkich religiach, uważając je za przejściowe objawy życia społecznego. Czasami przyznawał nawet pewien urok niektórym legendom, lecz osławione wizye Maryi Alacoque irytowały go, wywołując w nim fizyczne obrzydzenie. Wizye Maryi Alacoque dały początek nabożeństwu szczególniejszego rodzaju i ustanowieniu Sacré Coeur. Wilhelm ze wstrętem patrzył na obrazy, przedstawiające przekrojoną i krwią cieknącą pierś Jezusa, z sercem olbrzymiem, które święta ujrzała silnie pulsujące w ranie, a Jezus, włożywszy w nie maleńkie serce kobiece, oddał je nabrzmiałe i gorejące miłością. Co za nizki i odrażający materyalizm, co za jatka rzeźnicza, pełna wnętrzności, krwi i muskułów! Wilhelm bezustannie spotykał się z rycinami, przedstawiającemi tę okropność, bo dokoła bazyliki i w sąsiednich z nią ulicach, pełno było sklepów i kramów, sprzedających jaskrawo kolorowaną pierś z sercem Jezusa. Obrazy te wszelkich rozmiarów, malowane niebiesko, żółto i czerwono, przypominały naiwną anatomię i barbarzyńskie upodobania do krzyczącej pstrokacizny.
Piotr, milcząc, patrzał na bazylikę oblaną białem księżycowem światłem i wynurzającą się z ciemności. Tak, była to olbrzymia forteca, wzniesiona, by trzymać w swej mocy miasto spokojnie teraz śpiące u stóp wzgórza. Ileż on osobiście przecierpiał w tym kościele, gdy przybywał tu dla odprawienia mszy, konając w mękach niewierzącego księdza, skazanego na bezustanne kłamstwo. Pod wrażeniem wywołanych wspomnień, rzekł:
— Oni to nazywają wotum narodowem! Ach, czemuż naród nie odpowiada im dostojniejszem wotum pracy, zdrowia, siły i ostatecznego wyzwolenia serc i umysłów! Lecz ci, którzy wznoszą ten gmach, inaczej, na swój sposób, zadanie narodu chcą rozumieć... Twierdzą, że jeżeli Francya uległa przemocy i została pokonana w nieszczęśliwej wojnie, to przez słuszny gniew i dopuszczenie Boże, na pokutę za grzechy. Zawiniła, więc powinna błagać o przebaczenie. Za co?... za wielką rewolucyę, za stuletnie trwanie w wolności sumienia, za dążność zerwania pęt, nakładanych na jej rozum, za rozsiewanie zgorszenia wolności myśli, wielkości zadań człowieka na ziemi i wiary w wiedzę. Oto są grzechy Francyi! Pokutować powinniśmy za tak ciężkie przewinienia! Odkupimy je, zapominając o prawdach zdobytych, o wiedzy z dniem każdym rozszerzającej swój zakres, o prawach człowieka na ziemi, o domaganiu się sprawiedliwości i wolności dla wszystkich ludzi w imię rzeczywistego braterstwa! Abyśmy dobrze pamiętali, czego oni od nas żądają, wznoszą ten gmach na najwyższem wzgórzu Paryża, by wszyscy mogli go dojrzeć z każdej ulicy i z każdego zaułka. Zbeszcześcili Paryż wstrętną tą zawałą, przyćmiewającą jasną chwałę naszego miasta!
Milcząc, stali jeszcze czas jakiś zapatrzeni na Paryż uśpiony w srebrzystej pościeli, a żegnając wzrokiem nocną panoramę miasta, zaczęli się spuszczać schodami ku wązkim, czarnym ulicom na których było teraz zupełnie pusto.
Aż do bulwarów wewnętrznych nie napotkali nikogo. Lecz tu, o wszelkiej porze roku i o wszelkiej godzinie, życie nie ustawało. Szynki, kawiarnie, sale balowe i koncertowe były już pozamykane, lecz rozpusta i nędza rzucały na ulicę stada ludzkich istot żyjących głównie podczas nocy. Większość z nich nie posiadała mieszkania. Najbiedniejszej kategoryi prostytutki czyhały na zdobycie przygodnego legowiska, włóczędzy zadawalniali się publicznemi ławkami, a opryszki śledzili przechodniów z zamiarem połowu w ich kieszeniach. Niewidzialne, ukryte za dnia w norach szumowiny ludności Paryża, zagarniają dla siebie jego ulice, gdy noc pogrąży je w zmroku. Lecz obok ciżby występnych, jest ciżba nędzarzy, głodomorów, pozbawionych kęsa chleba i kawałka dachu, wałęsających się bezcelowo po pustych ulicach z rozpaczą beznadziejności ratunku. Ach, jakież pomiędzy nimi spotykają się widma krańcowego opuszczenia, cierpienia, przerażenia, jakie z ich ust i piersi wydostają się jęki bolesnego konania!
Bracia szli, milcząc, ulegając jednakowemu wzruszeniu. Wszak szli ku Przedmieściu, na którem obecnie buduje się gilotyna, mająca ściąć głowę jednemu z tych nędzarzy; o wschodzie słońca wyrok, przez sprawiedliwość ludzką wydany, stanie się czynem spełnionym.
Bracia mieli już skręcić z bulwarów na ulicę des Martyrs, gdy, mijając jedną z ławek, Wilhelm wskazał Piotrowi śpiącego starca, którego bose nogi wyłaziły z rozerwanych, wykoszlawionych butów. O parę kroków Piotr również gestem zwrócił mu uwagę na młodą dziewczynę w łachmanach, osuniętą na próg jakiegoś domu i śpiącą z głową wspartą o drzwi, z ustami otwartemi. Nie wymieniając głośno swych spostrzeżeń, czuli, że jednakowa litość opływała im serca na widok takiej okropności nędzy. Od czasu do czasu rozmijali się z agentami policyjnemi, którzy, idąc zwolna po dwóch, budzili śpiących, kazali im wstawać i dalej iść przed siebie, a w razie niesposłuszeństwa zabierali ich do najbliższego cyrkułu. Opór, chwilowe zniecierpliwienie lub zapomnienie, zapędzało nędzarzy do policyjnej izby wspólnej z ujętymi złodziejami i zbrodniarzami.
Wzdłuż ulicy des Martyrs aż do Wielkich Bulwarów bracia napotykali odmienną, niż dotąd ludność nocnego Paryża. Mężczyźni szybko wracali do domów, kobiety publiczne zaczepiały ich, a niektóre biły się pomiędzy sobą, lub były bite przez wyzyskujących je kochanków. Na wielkich Bulwarach inne znów ukazywały się postacie. Wychodzono z klubów; bladzi panowie zapalali cygara, stojąc na progu domów, których okna były ciemne prócz rzęsiście oświetlonego jednego piętra. Jakaś dama w balowej tualecie i wytwornem długiem okryciu, szła powoli w towarzystwie skromniej ubranej towarzyszki. Kilka dorożek wałęsało się po pustej, szerokiej ulicy, wyczekując na możliwych zawsze klientów, inne powozy cicho stały pod drzewami, a stangreci spali, w odrętwieniu oczekując na miejscu od kilku godzin zapóźniającego się właściciela. Sceny podobne prawie niezmiennie powtarzały się wzdłuż Wielkich Bulwarów aż do placu Republiki, odkąd znów zjawiła się uliczna nędza, wzmagając swą ohydę w miarę oddalania się od środka miasta. Bracia ponownie napotykać zaczęli wyrzutków społeczeństwa, biedaków odtrąconych z szeregu ludzi, mogących zaspakajać głód i konieczność spoczynku.
Zapowiedzią zbliżającego się dziennego brzasku byli teraz zamiatacze ulic. Armia ich, zbrojna w miotły, szła w drobnych oddziałach, by uprzątnąć śmieci i oczyścić Paryż przed wschodem jutrzenki, by nie potrzebował się przed nią wstydzić plugawości nieporządku, nagromadzonego przez dzień jeden.
Przebywszy Bulwar Voltaire’a i zbliżając się ku dzielnicom de la Roquette i Charonne, bracia znaleźli się wśród domów, zamieszkiwanych przez ludność roboczą, której często zbywa na chlebie, a życie zawsze płynie wśród nadmiaru znużenia i ciężkiej niedoli. Piotr był tutaj jakby u siebie, bo każdą z tych ciemnych, długich ulic przebiegał niegdyś setki razy z poczciwym księdzem Rose, odwiedzając chorych, roznosząc jałmużny, zbierając porzucone na ziemi niemowlęta, ratując nieszczęsne istoty, staczające się w kałużę rynsztoków. Przypominał sobie ówczesne swoje życie i niezliczone dramaty, jakich bywał świadkiem. Ileż widział tutaj łez, ile słyszał krzyków rozpaczy! niektóre z tych domów pełne były rodzin, konających powolną śmiercią z bezustannego niedostatku. Ach, wszak tutaj, patrząc na to społeczne piekło, utracił nadzieję ratunku mocą jałmużny i uciekł ztąd, zanosząc się od płaczu, bo się przekonał, że miłosierdzie jest bezowocną zabawką bogaczy, ułudą pomocy, bezpotrzebnem odwlekaniem przełomowego kresu, jaki musi odmienić rzeczy aż do gruntu!
Wspomnienia goryczy tu doznanych szarpały sercem Piotra. Przypomniał sobie teraz, że w głębi tego rozpadającego się domu, ksiądz Rose odnalazł człowieka, którego ledwo mógł docucić, bo od kilku dni nie miał nic do włożenia w usta. Tędy znów niósł omdlałą dziewczynkę, którą zastali w pół umarłą przy rozkładającym się trupie matki. A wszak tę samą dziewczynę w kilka lat później spotkał, nieledwie, że na tej samej ulicy, bitą bezlitośnie przez kochanka, który żył, frymarcząc jej nierozwiniętem jeszcze ciałem. Ach, całe zastępy znał takich upośledzonych, a wszak znał zaledwie nieznaczną część bolejącego tego ludu! Czyż można ich wybawić jałmużną?... Piotr przestał wierzyć w zbawienność tego środka, ujrzawszy otchłanie nędzy na paryzkich przedmieściach. Rodzą się tutaj nędzarze, jak rodzą się kaleki, ilość tych ofiar losu zwiększa się z dniem każdym, a wszelki wysiłek ratunku zdaje się tylko rozszerzać granice wzmagającej się niedoli. Jakże tutaj odmienne, ciężkie, duszne powietrze, noc zdaje się być głębszą, a sen towarzyszem śmierci! A wśród cuchnących murów ulic błąka się bezustannie widmo głodu, jęczy widmo nieszczęścia, przybierając coraz to inne formy, niewyraźne, a jednak groźne, pomimo że zanikające w ciemnościach.
W miarę zbliżania się do placu de la Roquette, gdzie ustawiano gilotynę, bracia spotykali coraz większe grupy ludzi, dążących na zapowiedziane widowisko. Gromada tych ciekawych zbiegała się ze wszystkich stron Paryża, pchana gorączką okrucieństwa, nęcona widokiem krwi i śmierci. Tłum wzmagał się, coraz głośniejsze wrzały rozmowy, lecz w domach, wzdłuż biednych, zatęchłych ulic, było wszędzie ciemno; zamieszkująca je ludność robocza spała, położywszy się ze znużenia na nędzne swe barłogi, z których zerwie się o wschodzie słońca, by znów biedz do pracy, zapewniającej marny, zawsze uszczuplany zarobek.
Dotarłszy do placu Voltaire’a, Piotr zrozumiał, że wobec zbitego tłumu nie zdołają się przecisnąć przez ulicę de la Roquette. Wreszcie, zapewne jest ona przecięta wyżej przez agentów policyjnych, nie przepuszczających nikogo bez specyalnego upoważnienia. Skierował się więc z bratem ku ulicy Folie-Regnault, okrążającej więzienia.
Tu, rzeczywiście, było jeszcze zupełnie pusto, a wysokie mury więziennego gmachu, oświetlone skośnemi promieniami zapadającej pełni księżyca zdawały się być stosami zamarłych gruzów i kamieni, nagromadzonych i opuszczonych od lat niepamiętnych. Przeszedłszy tę ciemną i ponurą ulicę znów wpadli w zbiegowisko ruchliwego, jak fale, tłumu, niewyraźnego wśród zmroku. Zaledwie bledsze plamy oznaczały twarze.
Bracia z trudem doszli do rogu ulicy Merlin, do domu gdzie było mieszkanie deputowanego Mège’a. Spostrzegli, że okna do niego należące na czwartem piętrze, były szczelnie zamknięte i zapuszczone żaluzyami, podczas gdy we wszystkich innych otwartych oknach domu roiło się od głów ciekawie wychylonych. Na dole szynk jaśniał płonącym gazem równie jak całe pierwsze piętro z należącemi do niego salami, bawiono się tu wybornie, głośno rozmawiając i pijąc w oczekiwaniu na zbliżającą się godzinę widowiska.
— Mège zamknął się... nie śmiem go budzić, rzekł Piotr.
— Nie, nie można iść do niego — odpowiedział Wilhelm. — Ale wejdźmy tutaj. Na pierwszem piętrze jest balkon... Może ztamtąd coś będzie można dojrzeć.
W salach na pierwszem piętrze wszystkie stoliki były zajęte, a gdy bracia przesunęli się aż do balkonu, i tu zastali mnóstwo publiczności. Zdołali wszakże wcisnąć się za innymi i, stanąwszy w milczeniu, wpatrzyli się wdal, by dostrzedz plac egzekucyi. Pomiędzy małem i wielkiem de la Roquette biegła pod górę ulica, rozszerzona kwadratowym placem, ocienionym czterema klombami jaworów. Domy tam były niskie, drzewa chorobliwe, a wszystko brzydkie, ubogie, nieśmiało przypadłe do ziemi. Plac był zupełnie pusty, okrążony przez policyę, niedozwalającą przystępu tłumowi, cisnącemu się nietylko na chodnikach, ale i na ulicach sąsiednich, zkąd nic nie można było widzieć nawet z domów pięciopiętrowych, bo wszystkie stały we wklęśnięciach, lub poza występującemi murami więzień. Tłum, rozglądający się z chciwością, nic widzieć nie mógł prócz siebie i pleców policyjnych agentów, pomimo to napływał masowo, hucząc, jak wzbierające morze.
Na pogodnem niebie księżycowa pełnia, coraz chyżej opadając, ustąpiła miejsca gwiazdom teraz jaśniej świecącym. Bracia, zawsze milcząc, zaczynali coś dostrzegać na placu pomiędzy więzieniami, zwłaszcza dzięki rozmowom kobiet, obok nich stojących, a które całą noc spędziły na tem balkonie. Była teraz godzina w pół do czwartej, musiano więc już kończyć wznoszenie gilotyny. Przed więzieniem, w pobliżu jednego z klombów jaworowych, był jakiś ruch. Byli to pomocnicy kata, przytwierdzający topór. Jeden z nich nosił tu i owdzie latarnię, a pięciu czy sześciu jego towarzyszy poruszało się, jak cienie. Po za tem, plac był pusty i ciemny, jak otchłań, lecz rozlegający się szmer dowodził, że po za kordonem policyi oblegał go tłum, którego nie można było dojrzeć. Za to szynki w okolicy placu były otwarte i świeciły się jaskrawemi plamami buchającego światła u wszystkich drzwi i okien. Dalej zaś, w wązkich ulicach biednej dzielnicy cicho i ciemno było zupełnie. Lud roboczy spał twardo po ciężkiem uznojeniu, by niedługo znów podążyć do fabryk, obecnie zamkniętych. Z cegły stawiane kominy fabryczne wyraźnie rysowały się na niebie, lecz stały wystygłe, nie kłębiąc jeszcze dymu z paszczy wysokich kolumn.
— Nic ztąd nie zobaczymy — szepnął Wilhelm.
Lecz Piotr dał mu znak, by milczał. Przed chwilą poznał w młodym człowieku, wspartym tuż przed nim, deputowanego Duthil. Towarzyszył eleganckiej damie i Piotr zrazu ją wziął za księżną Rozamundę de Harn, która przyszła zobaczyć spełnienie wyroku, jaki usłyszała w sali sądowej. Wtem towarzyszka Duthil’a nieco odwróciła głowę i Piotr ze zdziwieniem poznał piękną Sylwię z profilem skromnej dzieweczki. Zapewne była trochę pijana, rozmawiała głośno i wszyscy dokoła mogli słyszeć, co mówiła, nikogo nie szczędząc, nawet siebie.
Bracia więc pomimowoli dowiedzieli się, że była dziś na kolacyi w towarzystwie barona Duvillard’a, Duthil’a i kilku innych przyjaciół, gdy wtem koło godziny pierwszej w nocy, podczas deseru, ktoś wspomniał zbliżającej się egzekucyi Salvata. Zapragnęła to zobaczyć Napróżno Duvillard błagał ją, by zaniechała tego zamiaru, a rozgniewany jej uporem wyszedł, nie chcąc jej towarzyszyć, uważając za niewłaściwe iść patrzeć na ścięcie głowy człowiekowi, który chciał jego pałac wysadzić w powietrze. Sylwia nie zadała sobie trudu zatrzymania barona, lecz, rzuciwszy się w objęcia Duthila, obiecała mu co zechce, byle ją zaprowadził na plac de la Roquette, bo ma szaloną ochotę zobaczyć zakończenie sprawy Salvat. Duthil unikał niemiłych wrażeń i wstrętnych widowisk, proszony przez księżnę de Harn odmówił jej towarzystwa, lecz uległ prośbom Sylwii, bo od tak dawna jej pożądając, myślał, że teraz stosowna chwila nadeszła.
Sylwia mówiła z nim o baronie.
— Stary nudziarz... zawsze innym chciałby przeszkodzić bawić się wesoło.. Tem gorzej dla niego, że nie przyszedł... odpokutuje on za to... Bo chociaż rzucał się ze złości i wybiegł bez pożegnania... jutro będzie plackiem leżał przedemną, bo wie, że zawinił, więc do nóg łasić mi się będzie, jak pies...
— Ale teraz żyjecie z sobą w zgodzie? — zapytał Duthil. Jest znów twoim panem i posiadaczem od chwili, gdy masz zapewniony kontrakt z teatrem Komedyi Francuzkiej.
Sylwia wybuchnęła śmiechem.
— Co? a to wyborne! myślisz, że gruchamy z sobą? że się z nim pogodziłam?... nie, mój kochany, nie, ze mną niełatwo! Baron nawet pocałunku jeszcze nie uzyskał... nie! nie! Przysięgłam, że tak będzie, dopóki nie wystąpię w roli Pauliny. Zatem ponieważ jeszcze nie debiutowałam... ale, wychodząc ze sceny... może... może przypuszczę go do łaski... zobaczymy!
Śmieli się oboje, a Duthil, pragnąc się jej przypodobać, opowiadał z jaką uprzejmością nowy minister oświaty i sztuk pięknych, otworzył przed nią teatr Komedyi Francuzkiej, nie zważając, że jego poprzednicy nie chcieli uwzględnić próśb i nalegań barona.
— Dauvergue, nasz nowy minister, jest niezmiernie miłym człowiekiem — twierdził Duthil. Ma rękę aksamitną, a to łagodzi żelazną pięść Monferrand’a. Czy wiesz, co Dauvergue odpowiedział baronowi, gdy go prosił o kontrakt dla ciebie w teatrze Komedyi Francuzkiej?... Oto bez namysłu zawołał: taka śliczna dziewczyna, jak Sylwia jest wszędzie na swojem miejscu.
Zadowolona, przytuliła się do mówiącego.
— Więc to pojutrze?... Powiedz?... wszak pojutrze mamy uroczystość w teatrze Komedyi Francuzkiej, gdzie wznawiają Poliekta jedynie z twojego powodu i dla zapewnienia ci tryumfu. Wszyscy pójdziemy, by się tobą zachwycać, gdy będziesz w pełni chwały, talentu i piękności...
— Tak, pojutrze spełni się wreszcie to, co powinno się było spełnić oddawna. Czy zauważyłeś, jak to dziwnie się składa, że mój debiut odbędzie się tego samego dnia, co i ślub córki barona. Przypuszczam, że tego samego dnia nie zbraknie na wzruszeniach temu kochanemu baronowi!
— Prawda! tego samego dnia nasz przyjaciel Gerard żeni się z panną Kamillą Duvillard. Ludzie ci będą dusić się, taki będzie ścisk w kościele Św. Magdaleny, a potem powtórzy się to samo w teatrze Komedyi Francuskiej. Tak, masz słuszność, tego dnia serca żwawo bić będą w pałacu przy ulicy Godot de-Mauroy!
Znów głośno się roześmieli i rozbawieni dowcipkowali o matce, ojcu, córce, zwłaszcza znęcając się nad Gerardem, czyniąc aluzye pełne okrucieństwa i wyuzdanej sprośności, bynajmniej nie przez nienawiść lub gniew, lecz dla żartowania z tak zwaną paryzką werwą i lekkością.
Wtem Sylwia ziewnęła, mówiąc:
— Wiesz, zaczynam się tutaj nudzić. Nic nie widzę ciekawego... chcę być bliżej placu... chcę zblizka się temu przypatrzeć. Mój kochany, zaprowadź mnie tam, tuż koło maszyny koniecznie, nieodzownie, znajdź mi tam miejsce!
Duthil był zakłopotany, nie mogąc spełnić jej życzenia, a wpadł w zły humor, gdy Sylwia, spostrzegłszy Massot, wchodzącego do szynku, zaczęła go przywoływać po nazwisku, machając przyjaźnie ręką. Dziennikarz, zatrzymany przez cisnący się tłum ludzi, odpowiedział jej i rozpoczęli z sobą rozmawiać on na chodniku, ona na balkonie.
— Massot, mój kochany, powiedz mi, wszak deputowany ma wszystkie prawa i przywileje? więc może zaprowadzić, gdzie zechce, swoją towarzyszkę?...
— Nigdy w świecie! Massot wie dobrze, iż każdy deputowany powinien przedewszystkiem żyć w poszanowaniu prawa!
Ten okrzyk Duthila objaśnił dziennikarza, że nie powinien nalegać na opuszczenie balkonu. Rzekł więc:
— Szkoda, że pani nie postarałaś się o kartę zapraszającą. Byliby pani znaleźli jakie dogodne okno w budynku więziennym... Gdyż na plac egzekucyi nigdy żadna kobieta nie bywa wpuszczaną. Niechaj się pani nie uskarża na los... ma pani wyborne miejsce na tym balkonie...
— Sam nie wiesz, co mówisz, mój biedny Massot! Nic ztąd nie widzę!
— W każdym razie, piękna Sylwio, zobaczysz więcej, niż księżna de Harn. Spotkałem jej powóz na ulicy Chemiavert i agenci nie pozwolili jej dalej jechać.
Wiadomość ta rozweseliła Sylwię, a przeraziła Duthila. Zadrżał na myśl, że mógł się tutaj spotkać z Rozamundą, która, zobaczywszy go, towarzyszącego innej kobiecie, podczas gdy jej tego odmówił, byłaby mu zrobiła scenę, grożącą zerwaniem nawiązanego z nią stosunku. Ochłonąwszy, zaczął się śmiać, a gdy Sylwia wspomniała, że umiera z pragnienia, kazał podać butelkę szampana i talerz ciastek. Gdy posługacz ustawił wreszcie przy niej mały stolik z żądanem winem, zaczęła zaraz pić uszczęśliwiona, że dopełni miary swego pijaństwa. Śmiała się, mówiąc, że teraz bawi się wybornie, bo jeszcze nigdy nie zasiadała do powtórnej kolacji w oczekiwaniu na śmierć człowieka, którego zetną w pobliżu jej balkonu.
Wilhelm i Piotr nie mogli dłużej tu wytrzymać. To, co widzieli i słyszeli, wzbudzało w nich najwyższą odrazę. By skrócić chwile nudnego oczekiwania, wszystkie osoby, zebrane na balkonie i w sali, jadły teraz i piły, posługacz nie mógł nadążyć w podawaniu piwa, win, biszkoptów i zimnych potraw mięsnych. A jednak ta publiczność składała się z ludzi wytwornych, należących do eleganckiego świata paryzkiego. Lecz trzeba przecież czemś skrócić długie godziny wyczekiwania, więc śmiano się coraz hałaśliwiej, dowcipkowano trywialnie, podbudzano w sobie sztuczną wesołość wśród dymu cygar i odkorkowywanych butelek.
W dolnej sali bracia zastali ten sam natłok hałasujących ludzi, lecz tutaj hulaszcza wrzawa była spotęgowana wybuchami głosów i śmiechów, niczem się nie krępujących, a cały rząd tęgich chłopów w bluzach stał przed stołem szynkownym, błyszczącym jak srebro, pijąc wino z litrowych butelek. W głębi sali wszystkie stoliki były zajęte, a tłum ludu kręcił się pomiędzy niemi, gasząc pragnienie najrozmaitszemi trunkani. Ach, czemże był ten tłum, jeżeli nie szumowinami wielkiego miasta! Same włóczęgi, pijacy, rabusie, stek wyrzutków społecznych, żyjących na upatrzonego, byle nie z pracy rąk własnych!
Wyszedłszy z szynku i przystanąwszy na chodniku, Wilhelm i Piotr doznali jeszcze boleśniejszego wrażenia. Tłum, odtrącony od placu, strzeżonego przez kordon policyi, był bagnem społecznem najniższej kategoryi. Prostytucya i zbrodnia miały tu najnędzniejszych swoich przedstawicieli. Zbiegli się, by patrzeć jak należy umierać. Plugawe dziewczęta z rozczochranemi włosami szły z bandami ulicznych opryszków, rozpychając się wśród ciżby, wrzeszcząc i wyjąc najohydniejsze pieśni. Grupy z kilku lub z kilkunastu takich zuchów, zatrzymywały się i stojąc kłóciły się o to jak zachowywali się koledzy którzy ponieśli już śmierć na gilotynie. Uważali ich za swoich bohaterów, a zwłaszcza jednego z tych świętych morderców mieli za typ niezrównany, godny nieśmiertelnej chwały za odwagę, jaką okazał w ostatniej chwili. Zewsząd dolatywały najwstrętniejsze słowa i zdania, bezwstydne żarty, urągania, wyzwania, brudne zuchwalstwa, cieknące krwią i błotem. A po nad tem opilstwem zbiegowiska i zbrodni unosiło się gorączkowe rozbestwienie, chuć śmierci, doprowadzająca do szału, żądza ujrzenia krwi, tryskającej z pod toporu, krwi świeżej i czerwonej, lejącej się z życiem na ziemię i nęcącej do skąpania się w tej ciepłej kałuży. Jednakże wśród dzikiej, brutalnej ciżby, jaka zbiegła tutaj patrzeć na śmierć jednego ze swoich, znajdowały się pojedyńcze postacie ludzi milczących o płomiennych oczach przebijali się oni przez tłum; spokojnie w widocznej egzaltacyi wiary, w podnieceniu chęci pomsty, w zaraźliwem szaleństwie męczeństwa.
Przypomnieli oni Wilhelmowi młodego Wiktora Mathis, gdy wtem poznał go, stojącego w pierwszym rzędzie tuż za plecami policyantów. Chudy, gołowąsy, blady, wspinał się i wydłużał, jak mógł, pragnąc coś zobaczyć pomimo swego małego wzrostu. Koło niego stała jakaś wysoka ryża dziewczyna, rozprawiająca głośno, lecz on, nie zważając na nią, milczał, pochłonięty wyczekiwaniem. Całe życie skupiło się u niego w oczach. Zaokrągliły się i błyszczały jak u nocnego ptaka, przebijającego wzrokiem ciemności. Któryś z policyantów odepchnął go kułakiem, lecz milcząc, przesycony nienawiścią, aż do zobojętnienia, wrócił na swoje miejsce, pragnąc przedewszystkiem widzieć, by gorycz jeszcze spotęgować w swem sercu.
Massot, dostrzegłszy Piotra, zbliżył się ku niemu i już nie dziwiąc się, że go spotyka w cywilnem ubraniu, rzekł ze zwykłą swobodą:
— Witam cię, kochany panie Fromont! Ciekawość aż tutaj cię przywiodła?...
— Tak, przyszedłem, by towarzyszyć bratu, lecz przypuszczam, że nie zdołamy nic zobaczyć.
— Zapewne, jeżeli macie zamiar tutaj pozostać...
I z uprzejmością człowieka, który rad się pochełpić przed znajomymi ze znaczenia, jakie mu nadaje jego wybitne stanowisko w prasie, dodał:
— Chcecie panowie, to was przeprowadzę?... Jako dziennikarz, mam wszędzie wstęp dozwolony, a ponieważ znam oficera komenderującego policyą, powiem mu, że jesteście moimi kolegami.
Nie czekając na odpowiedź, pociągnął ich za sobą, a zbliżywszy się do oficera, zaczął z nim coś szeptać. Ten zrazu oponował, lecz wreszcie machnął ręką na znak, że zezwala, bo czyż oględnem byłoby sprzeciwiać się woli tego dziennikarza, należącego do redakcyi dobrze myślącego organu?...
— Chodźcie za mną — szepnął Massot do braci.
Przeszli, zdziwieni, że tak nagle rozstąpił się przed nimi kordon policyi, i znaleźli się wśród obszernego, pustego placu. Po zgiełku rozpychającej się ciżby, uderzyła ich spokojna samotność i cisza. Noc już zbladła, a zapowiadający się brzask jutrzenki opadał z nieba, jakby przesiewanym miałkim popiołem.
Massot przeprowadził ich skośnie przez plac, a zatrzymawszy się przed więzieniem, rzekł:
— Ja tutaj wejdę, bo chcę być obecnym przy obudzeniu i ubieraniu tego biedaka. Panowie spacerujcie po placu, patrzcie, nikt się was o nic pytać nie będzie. Wreszcie ja niezadługo do was wrócę...
Wśród zmroku jeszcze gęstego, zwłaszcza pod jaworami, bracia dostrzegli rozproszone grupy ludzi. Byli to dziennikarze lub ich znajomi w liczbie około setki, lecz nie znać ich prawie było na obszernej przestrzeni placu. Od drzwi więzienia aż do gilotyny ustawiono podwójny rząd barjer, pomiędzy któremi miano prowadzić skazanego. Sporo osób już zajęło przy nich miejsca, pragnąc jaknajbliżej zobaczyć twarz Salvata. Inni z zebranych spacerowali wolnemi krokami, rozmawiając półgłosem. Bracia zbliżyli się ku gilotynie. Wzniesiono ją pod drzewami, wśród zieleni młodych, wiosennych liści. Ujrzeli ją w fałszywem świetle gazowej latarni, której płomień żółkł w miarę wzmagającego się dziennego brzasku. Dopiero co ukończono złożenie gilotyny, poprawiając tu i owdzie spojenia uderzeniami drewnianych głuchych młotów. Pomocnicy kata w surdutach i cylindrach czekali, przechadzając się cierpliwie, jak ludzie dobrze świadomi, kiedy właściwie stawić się powinni. Lecz uwagę braci pochłonęła wyłącznie tylko gilotyna. Czyniła na nich wrażenie plugawego potworu, rozpłaszczonego na ziemi ze wstydu i hańby, w obrzydzeniu nad wstrętną robotą, jaką zaraz przyjdzie mu spełnić. Jakto! więc to jest owa osławiona machina, niszcząca społeczeństwo, machina, trzymająca w karbach grozy całe zastępy zbrodniarzy, machina, wznoszona dla publicznego karcenia przestępców! A więc to jest gilotyna?... te kilka belek, leżących na gołej ziemi, z dwiema belkami stojącemi na sztorc i podtrzymującej topór na trzymetrowej wysokości. Gdzież jest owo wysokie rusztowanie, malowane na czerwono wraz z dziesięcioma stopniami, które prowadziły pod topór, osadzony na ramionach wyniosłych jak maszty i także czerwonych, krwistych, ku przerażeniu tłumu, patrzącego na karę, wymierzaną za zbrodnię. Obecnie potworną machinę zniżono, upadlając ją ostatecznie w swem podstępnem zadaniu. Sprawiedliwość ludzka, skazująca na śmierć człowieka w sali trybunału, pozbawiona jest wszelkiej godności i majestatu, lecz, ścinając mu głowę, sama się staje występną, a barbarzyńskie narzędzie, które jej ku temu służy, nawet w bydłobójni nie powinno być tolerowane, jako wstrętnie obrzydliwe.
Wilhelm i Piotr patrzeli na potworne narzędzie, ogarnięci odrazą aż do mdłości.
Dniało coraz wyraźniej. Już można było objąć wzrokiem cały obszar placu i oba więzienne gmachy, nizkie, szare, naprzeciwko siebie stojące. Zwolna ukazywała się cała biedna dzielnica, dalekie domy zajęte na dole przez szynkownie, nagrobkowych kamieniarzy i sklepy z żałobnemi wieńcami, których popyt musiał być tutaj znaczny z powodu sąsiedztwa z cmentarzem Père Lachaise. Już widać było dokładnie kordon policyi, powstrzymującej czarne tłumy ulicznej gawiedzi, okna i balkony przepełnione ludzkiemi popiersiami, nawet na dachach było mnóstwo ciekawych.
Okna w fasadzie więzienia Petit Roquette, zamieniono dziś w dyskretne trybuny dla gości uprzywilejowanych, a wśród pustej przestrzeni pomiędzy gilotyną a tłumem gwardya konna przejeżdżała stępa tam i napowrót. Tymczasem niebo stawało się coraz jaśniejsze i ciche dotąd ulice po za tłumem, zbitym w pobliżu placu, budziły się do codziennej pracy. Rozrzucone wśród pustych obszarów fabryki i warsztaty zapowiadały rychłe swe otwarcie dymem, ulatającym z lasu wysokich kominów ceglanych, które coraz liczniej występowały w głębi na tle pogodnego, jasnego nieba.
Wilhelm zauważył, iż gilotyna właściwe miała miejsce tu, w dzielnicy nędzy i pracy. Wznosiła się jak u siebie. Była końcem i groźbą, bo czyż ciemnota, ubóstwo, cierpienie, nie wiodły wprost w jej krwawe objęcia?... i czyż ilokrotnie ją wznoszono wśród tych biednych ulic nie miała ona być postrachem, trzymaniem w karbach nieszczęsnej ludności głodomorów, zrozpaczonych cierpieniem, niesprawiedliwością, a więc pohopnych do buntu. Nie widziano jej nigdy w bogatych dzielnicach Paryża, bo nie mogła być straszną dla ludzi opływających w dostatki. Byłaby tam zbyteczną, bez znaczenia i pożytku, kałem rażącym dziką swą potwornością. Jej zadaniem było wzniecanie strachu wśród nędzarzy. A dziś dopełnia ona tragicznego losu człowieka, który rzucił bombę oszalały z nędzy i straconym miał być tu na bruku nędzy i krańcowego cierpienia.
Dzień był już jasny i zaraz miała dobiedz godzina wpół do piątej. W oddalonym tłumie zawrzało, przeczuwano zbliżającą się chwilę. Dreszcz przebiegł w powietrzu.
— Zaraz go zobaczymy — rzekł Massot, który dopiero co nadszedł. — To dzielny człowiek ten biedny Salvat!
Opowiedział wejście do celi więziennej i zbudzenie skazanego. Prócz dyrektora więzienia, sędziego śledczego Amadieu i spowiednika, weszło do celi kilka osób, między któremi był Massot. Salvat spał głęboko, lecz otworzywszy oczy, zaraz wszystko zrozumiał, a panując nad sobą, wstał i zaczął się ubierać, nie potrzebując pomocy. Ksiądz, widocznie poczciwy człowiek, zaproponował mu kieliszek koniaku i papierosa, lecz Salvat odmówił, odsuwając łagodnie, ale stanowczo, krucyfiks dany mu do pocałowania. Gdy skończył się ubierać, związano mu ręce na plecach i spętano nogi luźnym sznurem, a kołnierz od koszuli odwinięto około szyi, aż na ramiona. Wszystko to odbyło się prędko, w milczeniu, a gdy zachęcano go, by nie słabł na duchu, uśmiechnął się i wyprostował, lękając się jedynie jakiej nerwowej słabości, pragnął bowiem całą siłą woli panować nad sobą i umrzeć po bohatersku, by pozostać męczennikiem wiary w prawdę i sprawiedliwość, w imię której walcząc, życie teraz oddawał.
— Obecnie spisują akt zejścia w księdze więziennej — mówił dalej Massot. — Przybliżcie się panowie do baryery, jeżeli chcecie widzieć go i blizka... Zdaje mi się, że byłem bledszy od niego i bardziej wzruszony. Ot, przypuszczałem że nic sobie z niczego nie robię, a wyznaję, że wcale nie jest wesoło patrzeć na śmierć tego człowieka. Ani wiecie ile sprężyn poruszono, by go ocalić... część prasy paryzkiej wytrwale domagała się ułaskawienia. Lecz wszystko na próżno... z góry postanowiono śmierć Salvata i wmówiono tę konieczność nawet tym, którzy uważają bezwzględną surowość za błąd najwyższy. A jednak nastręczała się niejedna okoliczność do ułaskawienia Salvata... chociażby ten wzruszający list, napisany przez Celinkę do prezydenta Republiki... Pierwszy wydrukowałem go w „Globie“. Tak, ten list Celinki przez jakiś czas nie dał mi ani chwili wytchnienia... biegałem z nim po całym Paryżu...
Na wspomnienie Celinki, Piotr wzruszony wyczekiwaniem na okropny widok śmierci jej ojca, uczuł, iż łzy nabiegły ma do oczu. Przypomniał sobie drobną postać dziewczynki, oraz pokorną i zbiedzoną panią Teodorę w zimnem, pustem poddaszu, do którego Salvat już nigdy nie miał powrócić. Wszak był obecny przy ostatniem pożegnaniu ojca z córką, gdy ten, szalejąc z bólu nad nędzą najbliższych sobie istot, sam wynędzniały z głodu, rozgorączkowany, wypadł na miasto, unosząc z sobą bombę, która miała wybuchnąć zaraz po zachodzie słońca, by wreszcie zaprowadzić go tu pod topór, zawieszony pomiędzy temi dwiema belkami!
Massot w dalszym ciągu opowiadał szczegóły, których był świadkiem. Doktorzy wściekali się z gniewu, bo zwątpili, by im wydano ciało ściętego natychmiast po egzekucyi. Lecz Wilhelm już nie słuchał słów dziennikarza. Wsparłszy się o drewnianą baryerę, wlepił oczy w drzwi więzienia, które jeszcze były zamknięte. Ręce mu się trzęsły, twarz miał zbolałą, jakby jego samego miano zaraz stracić. W pobliżu gilotyny ukazał się kat. Był to człowiek małego wzrostu, pospolitego wyglądu, z twarzą niezadowoloną, jak ktoś pragnący czemprędzej ukończyć nieprzyjemną robotę. W grupie mężczyzn w czarnych tużurkach, znajdował się naczelnik policyi Gascogne, spoglądał na wszystkich z góry i zimno; wprost odmiennie jak sędzia śledczy, Amadieu, który pomimo, że przybył tu o świcie słońca, ubrał się ze zwykłą wykwintną starannością, uśmiechał się i rozmawiał swobodnie z zadowoleniem, uważając się za autora dramatu, którego piąty akt miał się zaraz zakończyć. Donośny wybuch wrzawy doleciał od strony tłumu. Wilhelm, na chwilę oderwawszy oczy, spojrzał dokoła i ujrzał szare mury gmachów więziennych, wiosenną zieloność jaworów, domy przepełnione widzami a po nad tem olbrzymi obszar blado lazurowego nieba, na którym zaraz miało zajaśnieć tryumfujące słońce.
— Uważaj! oto on!
Niewiadomo kto wyrzekł te słowa. Głuchy łoskot otwierających się drzwi więzienia, odbił się bólem we wszystkich sercach. Szyje się wyciągnęły, oczy wpatrzyły, piersi oddychały z trudnością. Salvat stanął na progu. Ksiądz szedł przed nim tyłem, chcąc mu zasłonić widok gilotyny. Lecz Salvat zatrzymał się, pragnąc ją zobaczyć przed wyruszeniem w pochód ku niej. Stał z szyją obnażoną, a ściągłe rysy jego twarzy przedwcześnie zestarzałej i zniszczonej twardą nędzą życia, były przemienione nadzwyczajnością płomienia gorejącego w rozmarzonych jego oczach. Upojony egzaltacyą umierał w zachwycie, zaprzepaszczony w swem uniesieniu. Gdy pomocnicy kata zbliżyli się, by go podtrzymać, odmówił im i szedł śmiało, drobnemi krokami a szybko, o ile na to pozwalał sznur pętający mu nogi.
Wtem Wilhelm spotkał się ze wzrokiem Salvata. Zbliżywszy się, Salvat go poznał a przechodząc o jakie dwa metry, uśmiechnął się wymownie. Wilhelm odczuł to z taką siłą, iż pewnym był, że te oczy i twarz na zawsze pozostaną przed nim przytomne. Jaką on myśl chciał mu wypowiedzieć?... jaki testament chciał mu poruczyć i przekazać do spełnienia?... Piotr wyląkł się, spojrzawszy na brata, a w obawie, by nie krzyknął lub nie zemdlał, położył mu rękę na ramieniu, chcąc odwrócić jego uwagę.
— Niech żyje anarchia!
Okrzyk tan wybiegł z piersi Salvata. W głosie jego było coś rozdzierającego, strasznego. Wszyscy zbledli, a tłum stał w oddali, jakby zamarły. Wśród zaległej nagle ciszy, słychać było parsknięcie konia jednego z gwardzistów, stojących konno wśród pustego placu.
Teraz dopiero odbyła się brutalna, odrażająca scena przy gilotynie. Pomocnicy kata rzucili się na Salvata, idącego z czołem podniesionem w górę. Dwóch chwyciło go za głowę, a nie znajdując dostatecznie gęstych włosów, by mieć punkt oporu, wryło mu się palcami w czaszkę, by ją przytrzymać na desce, podczas, gdy dwaj inni szarpnęli go równocześnie za nogi, odrywając je od ziemi. Deska pochyliła się a głowa skazańca gradem kułaków skierowana została ku wklęśnięciu. Wszystko to odbyło się z gwałtownym pośpiechem, z dzikiem szamotaniem nieszczęśliwego, jakby chciano się nad nim znęcać do ostatniej chwili i co prędzej pozbyć się niebezpiecznej jego osoby.
Topór spadł uderzeniem ciężkiem, głuchem. Krew wytrysła dwoma strumieniami z przeciętych arteryi a nogi poruszyły się konwulsyjnie. I na tem koniec wszystkiego. Kat machinalnie zacierał ręce, a jeden z jego pomocników wyjął ściętą, okrwawioną głowę z małego kosza i przełożył ją do wielkiego, w który już wpadło ciało zepchnięte szarpnięciem deski.
Ach, to głuche, ciężkie opadnięcie toporu! Wilhelm słyszał, jak echem rozległo się ono po całej biednej dzielnicy, obijając się o ściany tysiącznych izb, w których teraz budzono się na barłogach, by podążyć do pracy niszczącej siły nigdy nie mające dostatecznego odżywienia i wypoczynku. Salvat, upominając się za ich wszystkich, położył dziś głowę pod topór kata, a śmierć jego głosiła o rozpaczliwości położenia wyzyskiwanego ludu. W chwili szału zerwał się do buntu przeciwko niesprawiedliwości, poniósł męczeństwo z wiarą, że krew jego przyśpieszy pożądane zwycięztwo, niosące wyzwoliny wszystkim uciśnionym i cierpiącym.
Piotr stał nieruchomie, zdrętwiały z obrzydzenia nad potwornością tego rozlewu krwi, nad ohydą tej maszyny, wyznaczonej do mordu. Wtem stanęła mu w pamięci złotowłosa dzieweczka, która padła z rozszarpanem ciałem pod bramą pałacu Duvillard i stała się niewinną ofiarą bomby przyniesionej przez Salvata. Krew lała się z jej młodego ciała, jak dziś tryskająca krew z szyi świętego. Krew za krew! Dług za dług został spłacony, w niczem nie umniejszając ludzkiego cierpienia, którego ukrócenie nigdy tą drogą otrzymanem być nie zdoła!
Po nad placem i po nad tłumem, spokojne, jasne niebo świeciło dalej. Ileż czasu trwała scena rzeźnicza około gilotyny?... może wieczność a zapewne dwie, albo trzy minuty! Zbudzono się jakby z ciężkiej zmory, z drżącemi rękoma, a blade twarze i rozszerzone źrenice wyrażały litość, obrzydzenie i przestrach.
— Jeszcze jeden, to już czwarty, którego w moich oczach ścinają! — rzekł Massot zmienionym głosem. Doprawdy, że wolę patrzeć na gody weselne... Chodźmy ztąd, już mam mój artykuł.
Bracia poszli za nim machinalnie i przeszedłszy plac, znaleźli się na rogu ulicy Merlin. Tu ujrzeli Wiktora Mathis, stojącego dotąd na tem miejscu, z płomiennemi oczyma, z twarzą śmiertelnie bladą. Stał w milczeniu, zapatrzony w dal, nic zapewne ztąd nie widział, lecz odgłos spadającego toporu musiał dotąd huczeć pod jego czaszką. Agent policyjny szarpnął go za ramię, powtarzając, by odszedł. Spojrzał na niego z nagłą wściekłością, jakby chcąc go rozszarpać, lecz oprzytomniawszy, poszedł spokojnie ulicą de la Roquette, ku widniejącej w oddali zieloności cmentarza Père-Lachaise.
Niespodziewanie bracia stali się świadkami sceny pomiędzy księżną de Horn a Duthilem. Księżna dotarła do placu wtedy, gdy widowisko już się ukończyło, rozgniewana wpadła w złość tem większą, iż ujrzała Duthila, wychodzącego z szynkowni w towarzystwie młodej kobiety.
— Ładnie się pan popisałeś względem mnie! Powozu mego nie wpuszczono tu i musiałam iść sama piechotą, przeciskając się przez tłum najwstrętniejszych ludzi, którzy mi wymyślali i popychali, bawiąc się mojem przerażeniem.
Duthil, znając księżnę, przedstawił jej natychmiast Sylwię i szepnął na ucho, że był zmuszony wyręczyć przy niej wiadomego im przyjaciela. Rozamunda oddawna pałała chęcią poznania się z piękną aktorką, rozciekawiona obiegającemi o niej pogłoskami, a zwłaszcza nadzwyczajnością jej miłosnych fantazyj. Uśmiechnęła się więc z zadowoleniem i rzekła uprzejmie:
— Jaka szkoda, że nie mogłam patrzeć na to widowisko w towarzystwie pani! Gdyż ja uwielbiam panią, jako artystkę niepospolitego talentu i szczęśliwa jestem, że mogę to pani osobiście teraz wypowiedzieć.
— Nie wiele pani straciła, przybywszy za późno. Mieliśmy miejsca na tym oto balkonie, lecz niewiele widziałam... Kilku ludzi rzuciło się na jednego i oto wszystko. Doprawdy, nie warto było się trudzić, by tu przyjść...
— Ale poznałam panią!... więc czuję się teraz szczęśliwą... bo nie wątpię, że będziemy, się widywały i że pani pozwoli, abym od dziś uważała się za jej przyjaciółkę?...
— Naturalnie, że pani na to pozwalam i dumną będę, gdy pani mi pozwoli mianować się swoją przyjaciółką!
Trzymały się za ręce, uśmiechając się z przymileniem, a chociaż Sylwia była zupełnie pijana, odnalazła swój dziewiczy, naiwny wyraz twarzy. Rozamunda pożerała ją oczyma, namiętnie rozciekawiona i pragnąca zbadać wszystkie tajniki mogące ją zbliżyć z tą kobietą.
Duthil, rozweselony pomyślnem wywinięciem się z trudnego położenia, pragnął teraz jaknajśpieszniej odwieźć Sylwię do domu, by postarać się o otrzymanie zapłaty za swoją uprzejmość. Przywołał Massota, pytając go, gdzie znajdzie najbliższą stacyę dorożek. Lecz Rozamunda przerwała, mówiąc, że własnym powozem odwiezie Sylwię a nawet deputowanego, trzeba tylko odszukać stangreta, czekającego na nią w jednej z ulic sąsiednich. Duthil był zrozpaczony uprzejmością księżnej, chcącej ich odwozić kolejno przed drzwi domów, lecz nie mógł stawiać oporu wobec gotowości Sylwii.
— Zobaczymy się jutro w kościele św. Magdaleny? — rzekł Massot, żegnając się z księżną uściskiem dłoni.
— Tak, zobaczymy się w kościele św. Magdaleny, a potem w teatrze Komedyi francuzkiej.
— Ach prawda! zawołał, biorąc rękę Sylwii, by złożyć na niej pocałunek. Uroczystość w kościele a wieczorem uroczystość w teatrze Komedyi francuzkiej! Niechajże pani wie, że stawimy się wszyscy, aby tryumf pani był wielki i stanowczy!
— Liczę, że tak będzie... Zatem do jutra.
— Do jutra!
Zbity tłum rozlewał się teraz we wszystkich kierunkach, szemrząc z niezadowoleniem. Zmęczone twarze wyrażały rozczarowanie i niesmak. Ciekawsi pozostali do końca, chcąc widzieć odjeżdżający furgon z ciałem ściętego człowieka, bandy zaś włóczęgów i prostytutek, bladych i mizernych przy świetle dziennem, szły, zwołując się przeciągłem gwizdaniem lub wstrętnemi przydomkami, wracali oni do nor swoich w oczekiwaniu powrotu ciemności. Pomocnicy kata żwawo się krzątali przy rozbieraniu gilotyny, jeszcze chwilę, a plac będzie uprzątnięty i pusty.
Piotr chciał uprowadzić ztąd Wilhelma, który, od paru godzin nie wyrzekłszy ani jednego słowa, zdawał się być przybity straszliwą sceną, jakiej był świadkiem. Nie odpowiadał na troskliwe pytania brata, który teraz zwrócił mu uwagę na szczelnie zamknięte okiennice mieszkania Mège’a, podczas, gdy inne okna domu wszystkie były otwarte. Deputowany socyalista protestował w ten sposób przeciwko karze śmierci, chociaż nienawidził anarchistów, i podczas, gdy tłum ludzi zbiegł się na plac z całego Paryża, w celu zobaczenia krwawego widowiska, Mège zamknął się w ubogiem swojem mieszkaniu i odwrócony twarzą do ściany, zapewne marzył lub śnił o nowym sposobie zmuszenia społeczeństwa do uznania doskonałości kolektywizmu, tej jedynej doktryny, mogącej uszczęśliwić ludzkość. W życiu prywatnem był on srodze dotknięty niedawną śmiercią jednego ze swych dzieci, a sam, chociaż ciężko kaszlał i wiedział o nieuleczalności swej choroby, pragnął żyć. Już przygotował argumenta nowej interpelacyi w izbie i pewnym był, że nią obali ministeryum Monferranda, a wtedy na niego przyjdzie kolej objęcia władzy, która się zamanifestuje zniesieniem prawa kary śmierci, zadekretowaniem sprawiedliwości i szczęścia ogólnego.
— Czy widzisz, Wilhelmie — szepnął Piotr z naleganiem — Mège nie roztworzył okien u siebie... to zacny i dobry człowiek, chociaż nasi przyjaciele, Bache i Morin, tak niechętnie odzywają się o nim.
Znów nie otrzymując odpowiedzi od brata, pogrążonego w czarnej zadumie, rzekł:
— Chodźmy ztąd... odprowadzę cię na Montmartre.
Skierowali się ku bulwarom zewnętrznym przez ulicę Chemin-Vert. Wschodzące słońce jasno i wesoło oświetlało roboczą dzielnicę, w długich ulicach nizkie budynki, mieszczące przeróżne zakłady przemysłowe, poczynały dyszeć tętnem rozpalanych ogni, a dym ulatujący z wysokich fabrycznych kominów, ozłocony pierwszemi promieniami światła dziennego, mienił się wdzięcznie, przybierając barwę lekko-różową. Lecz dopiero wyszedłszy na bulwar Ménilmontant, bracia spotkali się z zastępami roboczej ludności, dążącej z przedmieść ku środkowi Paryża. Idąc powoli, wymijani przez śpiesznie dążących do pracy robotników, doszli do bulwaru de Belleville. Tu, ze wszystkich ubogich ulic sąsiednich, potokami spływała ludność, ciągnąca ze wschodem słońca ku miastu, wzywającemu setki tysięcy rąk ludzkich, do rozlicznych czynności. Szły więc zastępy robotników w płóciennem niebieskiem ubraniu, w bluzach czarnych, lub białych, w szerokich spodniach z grubego aksamitu i kurtkach z tego samego materyału, w ciężkiem obuwiu, wzmocnionem gwoździami nabitemi w podeszwy, szli oni ociężałym krokiem, machając rękoma, spracowanemi przy warsztatach. Twarze ich były nabrzmiałe z niedospania, ponure, zmęczone, z budzącą się myślą o codziennej potrzebie wysiłku, o ciężkiej doli zawsze tej samej, bez innej nadziei, jak grożąca głodem przerwa w robocie. Stado zwiększało się z każdą chwilą, rosło w olbrzymią armię, podzieloną na pułki, zmieszane a jednak odróżniające się ubiorem, zależnie od rodzaju zajęcia, do którego podążały. Byli to wyłącznie robotnicy i znów jeszcze robotnicy, których Paryż codziennie pochłaniał, potrzebując ich, by żyć w zbytku i rozkoszy swego bogactwa.
Rozmijając się z tym tłumem, bracia przebyli bulwary de la Villette, de la Chapelle, oraz Rochecheuart, który ich dowiódł aż do podnóża góry Montmartre. Defilada ludu roboczego nie ustawała, zewsząd ku bulwarom ściągały nowe zastępy, by rozproszyć się po olbrzymiem mieście aż do wieczora, kiedy powrócą do ciasnych, ubogich izb, niosąc w znużonych piersiach jad goryczy i bólu.
Teraz zjawiać się zaczęły i robotnice. Szły szybko w jasnych, letnich sukniach, rzucając spojrzenia przechodniom, praca przynosiła im tak marny zarobek, że ładniejsze i młodsze często nie wracały na noc do siebie, a brzydsze i starsze żyły o chlebie i wodzie. Była już teraz godzina, o której otwierały się kantory i biura, więc po rzedniejącej rzeszy rękodzielników zaczął spuszczać się ku Paryżowi tłum niższych urzędników. Ubrani jak panowie, kryli swe ubóstwo pod przyzwoitą osłoną odzieży, szli w paltotach, lecz gryząc chleb suchy, a twarze ich wypowiadały troskę nurtujących ich myśli o materyalnym niedostatku. Zkąd wziąć na zapłacenie komornego? czem wyżywić żonę i dzieci w ostatnich dniach miesiąca? Słońce wzbijało się nad horyzontem, całe robocze mrowisko ludzkie wyległo ze swych cel, rozpoczynał się dzień pracy i znoju, wysiłku energii i cierpienia.
W żadnej epoce życia Piotr nie czuł wyraźniej, jak obecnie potrzebę pracy, jej uzdrawiające i zbawcze działanie. Po raz pierwszy ogarnęły go te myśli, gdy odwiedził Tomasza w fabryce Grandidier, a wkrótce potem osobiście je zastosował i w tem znalazł swe uleczenie. Odtąd rzekł sobie, iż praca jest koniecznem dopełnieniem życia, podstawą prawa rządzącego światem. Złą była organizacya pracy, potwornym był jej wyzysk, niesprawiedliwym podział, lecz tylko dzięki pracy na wszystkich polach można było dojść do szczęśliwszej przyszłości.
Bracia, skręciwszy z bulwarów, zaczęli się piąć po stromych uliczkach poprzecinanych piętrami schodów na szczyt wzgórza. Wtem, naprzeciwko, po nad nimi ukazała się bazylika Sacré-Coeur. Nie było to już owe księżycowe zjawisko, widziane dzisiejszej nocy, gmach rozsiadły jak forteca i czuwający nad uśpionym Paryżem z chęcią podboju. Bazylika kąpała się teraz w słońcu, jaśniała złotemi blaskami, pyszniła się zwycięzko w łunie nieśmiertelnej chwały.
Wilhelm, wciąż milcząc, zatrzymał się i zawsze pod wrażeniem ostatniego spojrzenia Salvata, nagle coś zdecydował w głębi zrospaczonego swojego serca. Długo stał wpatrzony płomiennym wzrokiem w jaśniejący gmach bazyliki, aż wydał na nią wyrok zagłady.




II.

Ślub miał się odbyć o godzinie dwunastej w południe, lecz na pół godziny wcześniej kościół już się napełnił zaproszonymi gośćmi. Wnętrze świątyni było udekorowane z nadzwyczajnym przepychem, a wśród zielonych klombów podzwrotnikowych roślin obficie rozkwitłe kwiaty przesycały powietrze przedziwną wonią zmięszanych zapachów. W głębi, wielki ołtarz jaśniał tysiącami pozapalanych świec woskowych, podczas gdy główne wejście, otwarte na rozcież, pozwalało widzieć perystyl, zamieniony w rodzaj zimowego ogrodu i zasłany dywanem, spuszczającym się po stopniach aż na ulicę Royale. Tłumy publiczności stały na placu i na ulicy, przypatrując się zajeżdżającym powozom i oczekując przybycia panny młodej.
Duthil z niestrudzoną uprzejmością przyjmował gości wchodzących do kościoła, a znalazłszy jeszcze trzy krzesła dla pań, które dopiero teraz przybyły, rzekł do Massot’a, zapisującego nazwiska w notesie:
— Jeżeli jeszcze która przyjdzie... tem gorzej dla niej... będzie musiała stać... już niema ani jednego stołka...
— Jak się nazywają te trzy ostatnio przybyłe? — zapytał dziennikarz.
— Księżna de Boisemont z dwiema córkami.
— To mi zbiór gości, aż miło!... Kwiat arystokracyi francuzkiej, świata finansowego i politycznego! Ogólne przymierze!
I rzeczywiście, wszystkie światy się tu zebrały, nieco zakłopotane spotkaniem. Rodzina Duvillard przywiodła dzierżycieli złota i ludzi stojących u władzy, a pani de Quinsac i Gerard mieli za sobą całą arystokracyę rodową. Wybór świadków łączył tę zadziwiającą mięszaninę: świadkami Gerarda byli generał de Bozonnet, jego wuj, oraz markiz de Morigny, a świadkami Kamilli, bogaty bankier Louvard, jej kuzyn i Monferrand, minister finansów, prezes gabinetu ministrów. Cały Paryż wiedział, że Monferrand był skompromitowany w sprawie afrykańskich kolei żelaznych, lecz może właśnie dlatego tryumfujący dziś minister finansów chętnie zgodził się być świadkiem córki barona Duvillard, aby publicznie przyjaźń swoją z nim zaznaczyć i zaimponować wszystkim strawnością swego sumienia. Jakby ku tem większemu zaostrzeniu ciekawości paryżan, ślub miał dawać monsignor Martha, biskup Persepolis’u, agent polityczny papieża we Francyi, apostoł ugodowy, jednający Republikę z Kościołem...
— Tak, tak, dzisiejsza ceremonia ślubna jest faktem wielkiego znaczenia — mówił Massot. — Ślub ten jest symbolem: apoteozą burżuazyi, a ostatniem zrzeczeniem się arystokracyi rodowej, która jednego ze swych synów składa na ołtarzu złotego cielca, by Bóg i żandarmi nanowo się stali władcami Francyi, zaznaczając swe panowanie wyswobodzeniem nas od tej socyalistycznej hołoty, która zaczęła się stawać niebezpieczną i wymagającą.
Po chwili poprawił się:
— Lecz prawda! niema już socyalistów, ścięto im głowy nie dalej jak wczoraj rano.
Duthil, tłomacząc słowa dziennikarza na swój sposób, śmiał się zabawiony jego dowcipem, a zniżywszy głos, rzekł poufnie:
— Czy wiesz, że mieliśmy mnóstwo trudności z tym ślubem?... Czytałeś dzisiejszy artykuł Sagniera?....
— Tak, ale wiedziałem o tem wszystkiem; wszyscy o tem wiedzieli.
Rozmawiali teraz półgłosem, rozumiejąc się od pierwszego słowa. W pałacu Duvillard odbywały się od jakiegoś czasu burzliwe sceny: Ewa tonęła we łzach, nie chcąc córce odstąpić swojego kochanka, zgodziła się nareszcie, bo pragnęła zapewnić Gerardowi przyszłość, lecz Kamillę znienawidziła ostatecznie, uważając się za pobitą przez swą rywalkę. W mieszkaniu pani de Quinsac walki były odmienne, lecz niemniej bolesne. Hrabina zgodziła się na małżeństwo syna, ulegając obawom macierzyńskiego serca, wylękłego o los i zdrowie jedynaka, a widząc niemą jej rozpacz, markiz de Morigny nie miał odwagi sprzeciwiać się jej chęciom, zgodził się nawet być świadkiem na ślubie Gerarda, czyniąc w ten sposób z siebie ofiarę w dowód najwyższego hołdu dla kobiety, którą całe życie wyłącznie miłował. Wszystkie te sprawy Sagnier opowiedział dziś w „Głosie Ludu“ pod przybranemi lecz przejrzystemi nazwiskami, dodając przytem mnóstwo szczegółów zmyślonych, jaskrawych i kłamstw najbezczelniejszych. Rad ze sposobności, wylał całą kałużę najwstrętniejszych brudów, zatruwając niemi kolumny swego dziennika, by znęcić skandalem łatwowiernych czytelników. Od chwili jak Monferrand stanął u władzy, Sagnier musiał zamilczeć o afrykańskich kolejach żelaznych, w obawie zaś by dziennik nie stracił na wziętości, skierował się natychmiast ku eksploatowaniu skandalów prywatnych. Codziennie wyszukiwał nową ich kopalnię i plugawiąc dobre imię coraz to innej rodziny, żył rozbojem, podsycającym sprzedaż dziennika.
Wtem, deputowany Chaigneux zbliżył się szybko do Massot’a. Zawsze melancholijny, zakłopotany i z poobrywanemi guzikami u wytartego tużurka, pytał gorączkowo:
— Panie Massot, cóż słychać z artykułem o Sylwii?... czy napisany?... czy przejdzie?...
Duvillard, wiedząc o ciężkiem materyalnem położeniu Chaigneux i jak zwykle chętny do posługi lokajskiej, postanowił go zużytkować na korzyść Sylwii, polecając mu zapewnić powodzenie dzisiejszego jej debiutu. W tym celu oddał go w ręce Sylwii, która wysługiwała się nim podług fantazyi, posyłając go na wszystkie krańce Paryża do wszystkich dzienników, byle przygotować sobie tryumfalne sprawozdania z pierwszego swego popisu. Chaigneux chętnie poddawał się wszystkiemu, bo dotąd najstarszej córki nie wydał za mąż, i cztery kobiety nigdy jeszcze nie ciężyły mu tak dokuczliwie, jak obecnie. Dom stał się dla niego piekłem i wiedział, że będzie obity, jeżeli na pierwszego każdego miesiąca nie przyniesie im na wydatki przynajmniej tysiąca franków.
— Mój artykuł?... nie, kochany panie, mój artykuł nie przejdzie. Fonsègne znajduje, że zbyt gorliwie chwalę piękną Sylwię i kazał mi pamiętać, że „Globe“ jest dziennikiem poważnym i szanującym swoich czytelników.
Chaigneux zbladł. Artykuł był oddawna już napisany na jego prośbę i miał na tyle zainteresować publiczność, by dobrze ją usposobić dla Sylwii, mającej dziś wystąpić w roli Pauliny w „Polieukcie“. Massot pokazał jej nawet napisane przez siebie świstki, a Sylwia uszczęśliwiona z niecierpliwością oczekiwała dnia, w którym je odczyta wydrukowane w najpoważniejszym z dzienników paryzkich.
— Wielki Boże! cóż ze mną będzie! — szepnął deputowany. Panie Massot! błagam cię, drogi panie! Trzeba! koniecznie trzeba wydrukować ten artykuł w „Globie“!
— Nie zależy to odemnie!... ja zgadzam się jaknajchętniej, lecz trzeba, żeby Fonsègne nie miał nic przeciwko temu! Patrz pan... oto Fonsègne ztąd niedaleko... stoi pomiędzy Vignonem a ministrem oświaty, uprzejmym, kochanym panem Dauvergue! Poproś go sam.
— Naturalnie, że go poproszę... tylko nie teraz... trochę później, w zakrystyi, podczas defilady... Postaram się pomówić także z Dauvergue, nasza Sylwia chce koniecznie, by dziś zajmował miejsce w loży ministeryalnej... Monferrand będzie napewno... słyszałem, jak przyrzekł to najsolenniej baronowi Duvillard.
Massot głośno się roześmiał, a przypomniawszy sobie okoliczności zaangażowania Sylwii do teatru Komedyi Francuzkiej, mruknął:
— Ministeryum Sylwii!... tak, wszyscy ci panowie powinni dziś przez wdzięczność bić jej brawo z loży oficyalnej!
Rozmowę trzech mężczyzn przerwała nadbiegająca księżna de Harn, wołając:
— Nie mam jeszcze miejsca!... chcę mieć miejsce!
Duthil w przekonaniu, że księżna chce znaleźć krzesło by usiąść, rzekł:
— Na nieszczęście niema już ani jednego krzesełka... z największym trudem wynalazłem trzy ostatnie dla księżnej de Boisemont i jej dwóch córek.
— Ja nie o tem mówię... ja chcę mieć dobre miejsce na dzisiejsze przedstawienie w teatrze... Kochani panowie, ratujcie mnie!... i znajdźcie mi miejsce w jakiej loży... Umrę, jeżeli nie znajdziecie... przecież ja muszę widzieć dziś naszą Sylwię na scenie, naszą kochaną, niezrównaną, śliczną przyjaciółkę!
Od wczoraj księżna tylko o Sylwii mówiła. Odwożąc ją do domu z placu de la Roquette, zawiązała z nią przyjaźń, posuwając swój zachwyt do ubóstwiania.
— Nie znajdzie już pani miejsca — odezwał się wyniośle Chaigneux. — Sprzedaliśmy i rozdali wszystko... przed chwilą ofiarowywano mi bezskutecznie trzysta franków za fotel na parterze.
— Tak, to prawda! nigdy nie dobijano się tak o miejsca w teatrze Komedyi Francuzkiej! — zawołał Duthil. Nawet w przejściach stać będą przystawne stołki... Najmocniej żałuję, że nie mogę wyprowadzić pani z kłopotu... jeden tylko Duvillard mógł by zaradzić złemu... Ma lożę...ofiarował mi w niej miejsce... zdaje mi się nawet, że jest nas dopiero trzech... licząc już i jego syna. Niechaj więc pani powie Hyacyntowi, by panią zaproszono do loży.
Rozamunda, która rzuciła się na szyję młodemu deputowanemu pewnego wieczora, gdy do mdłości była znudzona Hyacyntem, odczuła teraz ironię, lecz nie zważając na złośliwą intencyę, dziękowała z wybuchem uradowania:
— Prawda, zapomniałam! rzeczywiście Hyacynt nie może mi tego odmówić! Dziękuję ci, kochany panie! ocaliłeś mnie, zbawiłeś! Wiesz, lubię cię za to, że zawsze jesteś wesoły i nawet chcąc dokuczyć, robisz to z wdziękiem... rzeczy smutne, dzięki tobie, stają się wesołemi! Przypominam ci, że studya nasze nad polityką zaledwie są rozpoczęte... pragnę się wydoskonalić pod twoim kierunkiem... Chwilami zdaje mi się, że nigdy nic nie zajmowało mnie tak wyłącznie, jak polityka... polityka gotowa mnie pochłonąć...
Pożegnała się i uciekła, poruszając wszystkich z miejsca i manewrowała tak zręcznie, iż wkrótce ujrzano ją siedzącą w pierwszym rzędzie, w pobliżu wielkiego ołtarza.
— Narwana, ale poczciwa i milutka! rzucił Massot za odbiegającą księżną Rozamundą de Harn.
Chaigneux, ujrzawszy sędziego śledczego Amadieu, poszedł zapytać go z uniżoną troskliwością, czy otrzymał bilet wejścia na dzisiejsze przedstawienie w teatrze Komedyi Francuzkiej.
Massot, korzystając z odosobnienia, szepnął do Duthila:
— Powiedz, drogi panie, czy baron Duvillard rzeczywiście zamierza utworzyć kolosalne towarzystwo akcyjne kolei żelaznej przez pustynię Saharę?... Podobno będzie to olbrzymia operacya finansowa, wymagająca setek milionów franków?... Wczoraj wieczorem była o tem mowa w biurze redakcyi, Fonségne wzruszał ramionami, twierdząc, że to szaleństwo i że temu nie wierzy.
Duthil mrugnął znacząco okiem i rzekł żartobliwie:
— Mamy już kota w worku... Tak, tak, mój kochany — jest to prawdziwsze, niż przypuszczasz... Za kilka dni Fonsègne będzie olśniony i bardziej niż kiedykolwiek oddany baronowi.
Z napuszoną dobrodusznością Duthil dał do zrozumienia, iż nowa spekulacya barona Duvillard spuści złotą mannę na znaczną część prasy, na wiernych przyjaciół i wszystkich ludzi dobrej woli. Burza minęła, dawna sprawa już pogrzebana, więc czas myśleć o nowej korzystnej robocie. Duthil okazał się gadatliwy, uszczęśliwiony, pewien bogatego podarku i gotów nań zasłużyć z zapomnieniem przykrych chwil, jakie przebył z powodu afrykańskich kolei żelaznych.
— A więc teraz rozumiem, dlaczego tu tyle osób się zbiegło! — zawołał Massot. — Nęci ich nadzieja nowego obłowienia się! Wszyscy stawili się na wezwanie barona, gdyż wszyscy się spodziewają napełnić swoje kieszenie!
Wtem, organy na chórze zabrzmiały hymnem tryumfalnego powitania. Orszak ślubny wchodził do kościoła. Podczas gdy powozy zajechały i orszak począł pompatycznie kroczyć po szerokich schodach, poprzedzających perystyl, w tłumie zawrzało, wszyscy cisnęli się, chcąc widzieć, tamując przejazd dorożek i omnibusów, jadących z Wielkich Bulwarów na ulicę Royale. Wśród hucznych brzmień muzyki, odbijającej się od wyniosłych sklepień świątyni, orszak zbliżał się do wielkiego ołtarza, jarzącego się światłem, postępując zwolna, poważnie, przez wolne przejście, pozostawione pomiędzy zbitą masą zaproszonych gości. Mężczyźni znajdowali się po prawej, kobiety — po lewej stronie, a wszyscy teraz wstali, uśmiechając się ku przybyłym, patrząc na nich z gorączkową ciekawością.
Za wspaniałym i wygalowanym szwajcarem kościelnym szła Kamilla, prowadzona pod rękę przez ojca, który na ten dzień uroczysty przybrał postać tryumfującą, szczęśliwą i okazałą. Kamilla w powłóczystej sukni z plisowanego jedwabnego muślinu pod którą przeświecała druga z białego atłasu, miała welon z kosztownej koronki Alençon przytrzymany dyademem z kwiatów pomarańczowych. Uśmiechnięta, promienna zwycięztwem, była prawie ładna, a tak się wyprostowała, że nie znać było ułomnej jej figury, zaledwie, że jedno ramię było wyższe od drugiego. Za nią szedł Gerard, prowadząc swą matkę, hrabinę de Quinsac, poważną, dumną, nieprzystępną, a dziś wyjątkowo strojną w suknię koloru pawiego, haftowaną złotem i stalą. Gerard szedł swobodnie, piękny i szykowny, jak zawsze. Lecz przedewszystkiem patrzono na Ewę. Wszystkie głowy chciwie się wysunęły, gdy nadeszła prowadzona przez generała de Bozonnet, jednego ze świadków a najbliższego krewnego pana młodego. Miała na sobie suknię jedwabną „vieux rose“, przybraną kremowemi koronkami nieoszacowanej ceny, wyglądała niezwykle młodo, jasnowłosa, była czarująco ładna, chociaż jej smutne oczy mówiły o łzach, które kryła pod wymuszonym uśmiechem. W całej jej postaci znać było omdlewające znużenie, ofiarę, jaką dziś składała dla szczęścia ukochanego i ostatniego swego kochanka. Monferrand, markiz de Morigny, bankier Loovard, szli za nią, prowadząc damy, należące do rodziny. Monferrand bardzo wesoły i jakby pragnący, by to zauważono, żartował, prawie głośno rozmawiając z drobną brunetką, która, śmiejąc się, szła z nim pod rękę. Wśród licznego orszaku, wyróżniał się jeszcze brat panny młodej, Hyacynt Duvillard, ubrany we frak nieznanej dotąd mody, o połach symetrycznie i głęboko fałdowanych.
Gdy narzeczeni stanęli przed przygotowanemi dla nich klęcznikami, rodziny ich oraz świadkowie zasiedli w wielkich fotelach ze złoconego drzewa, krytych czerwonym aksamitem i rozpoczęła się uroczystość ze spodziewaną nadzwyczajną okazałością. Wielką mszę celebrował osobiście proboszcz kościoła Ś-ej Magdaleny, a do miejscowych chórów przyłączyli się dziś śpiewacy z opery, którym akompaniowały organy, brzmiące nieustającym hymnem tryumfalnym. Cały możliwy przepych świecki i kościelny roztoczono z okazyi ślubu dziedziczki z burżuazyi z przedstawicielem arystokracyi rodowej, pragnąc, by uroczystość stała się świętem publicznem, zwycięztwem, datującem dojście do zenitu klasy najpotężniejszej w narodzie. Znany w całym Paryżu potworny dramat familijny afiszowano, pokazując się w komplecie tłumowi, z uczuciem pogardy dla tego tłumu. Spokojna bezczelność, z jaką to czyniono, dochodziła do grozy w swej okropności. To nieliczenie się z niczem i z nikim, to stawianie się po nad ogół, jeszcze się stało jaskrawsze, gdy monsignor Martha stanął na stopniach ołtarza, by pobłogosławić zawierający się związek. Wysoki, piękny, jaśniejący zdrowiem, z półuśmiechem łaskawego władcy, monsignor z wdziękiem i świętobliwością wymawiał słowa sakramentalne, jako szczęśliwy kapłan, któremu przypadło w udziale pojednanie dwu wielkich mocarstw, w osobach spadkobierców których dziś łączył nierozerwalnym związkiem małżeńskim. Z niecierpliwością oczekiwano na mowę, z jaką wiedziano, że wystąpi. Okazał się w niej mistrzem, przewyższył samego siebie. Wszak w tymże kościele św. Magdaleny chrzcił nie tak dawno matkę dzisiejszej panny młodej. Sam przygotował nawrócenie pięknej, jasnowłosej żydówki, która ze wzruszeniem przystąpiła do ceremonii chrztu katolickiego, mającego ją zbliżyć do umiłowanego przez nią Gerarda. Cały Paryż był obecny przy tej ceremonii i oczy wszystkich zachodziły łzami rozczulenia, patrząc na religijne przejęcie się Ewy. Przed kilku miesiącami, tutaj, z tej oto kazalnicy, wygłosił trzy słynne konferencye o nowym duchu czasu, o rozbudzeniu się chrześcijańskiego spirytualizmu. co nazwał szczęśliwą datą pogromu wiedzy podporządkowanej odtąd władzy kościoła, by nic nie stawało na przeszkodzie ostatecznej politycznej ugodzie pomiędzy Republiką i Rzymem. Teraz, danem mu jest błogosławić związek małżeński ubogiego syna arystokratycznego rodu z pochodzącą z burżuazyi dziedziczką pięciomilionowego posagu. Wszystkie więc stany jednoczyły się w miłości Kościoła, pozostawał tylko na uboczu stan czwarty, lud, który dotąd żadnej nie odegrał roli, lud ciemny, na znojną pracę skazany. Monsignor Martha, zręcznie wymijając przeszkody, zaznaczył w swem przemówieniu położone przez siebie zasługi. Był on rzeczywiście wysłannikiem ugodowym pomiędzy papieżem a rządem republiki, jezuitą uznającym oportunizm w polityce i potrzebę pozyskania burżuazyi, dzierżącej w swej mocy władzę i pieniądze, by potężne te czynniki wyzyskać na rzecz kościoła. Zwróciwszy się ku nowożeńcom, monsignor wymienił spojrzenie z Monferrand i życzył im długiego, szczęśliwego pożycia w chrześcijańskiej pokorze i posłuszeństwie, z myślą o Bogu i jego bezgranicznej władzy, która, dzierżąc w prawicy losy świata, błogosławi dobrych, a srodze karci występnych, by sprawiedliwością utrzymać spokój na ziemi. Tu znów monsignor spojrzał na uśmiechającego się dobrodusznie ministra, a obecni, znając łączące ich stosunki i zawarcie sojuszu sekretnego, uśmiechnęli się na znak, iż zrozumieli głębokość uczynionej aluzyi.
Massot, stojąc obok Duthil’a, szepnął:
— Gdyby stary Justus Steinberger mógł dziś widzieć swoją wnuczkę, jako żonę ostatniego potomka arystokratycznego rodu de Quinsac, zabawił by się do syta!
— Pochwalam takie małżeństwa — odpowiedział młody deputowany. — Cieszyć się nam należy, że to weszło w modę. Żydzi, chrześcijanie, burżuazya i szlachta zrozumieli wreszcie swoje zadanie. Łączą się pomiędzy sobą, by wytworzyć zawsze potrzebną klasę przewodnią w narodzie, nową arystokracyę. W tem nasz ratunek! inaczej gawiedź by nas pochłonęła!
Massot nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się ironicznie, zabawiony na myśl o starym Justusie Steinberger, dziadku młodej hrabiny de Quinsac. Krążyły wieści, że stary bankier, który zerwał stosunki z Ewą od dnia jej nawrócenia się na religię katolicką, nie przestał interesować się swoją córką i chętnie wywiadywał się o najdrobniejsze szczegóły jej postępowania. Cieszył się nią, uważając ją za plagę, niszczącą go dostatecznie, za porażkę, jakiej doznał, zawiódłszy się w swoich obliczeniach. Dał ją za żonę spadkobiercy bankierskiej firmy Duvillard w przekonaniu, iż tym sposobem zagarnie cały interes w swoje posiadanie, rzucił ją pomiędzy chrześcijan, marząc o zniweczeniu nagromadzonych przez nich bogactw. Lecz gdy ten cel go zawiódł, pocieszał się, widząc zniszczenie krwi rodu Duvillard wskutek przymieszki jego krwi odmiennej. Wszak dzieci Ewy nie wydadzą już zdrowego potomstwa, a więc pomsta w odmiennej formie, ale jest zupełna. Ewa stała się przyczyną upadku jednej z tych rodzin, które utrudniają podbój świata przez żydów.
Jeszcze jeden hymn tryumfalny rozległ się z chóru, majestatycznie kończąc ceremonię zaślubin. Familie nowożeńców i świadkowie przeszli do zakrystyi dla podpisania aktów. Prawie równocześnie rozpoczęła się wielka defilada znajomych, składających życzenia.
W wysokiej sali, nieco ciemnej, wyłożonej dębowem drzewem, państwo młodzi stanęli obok siebie. Kamilla promieniała radością. A więc już odniosła decydujące zwycięztwo, zdobyła dla siebie to piękne nazwisko, tego pięknego mężczyznę, którego z takim trudem wyrwała z objęć innych kobiet, a przedewszystkiem z objęć swej rodzonej matki. Szczęście dodawało jej urody, i ta brzydka, śniada, chuda, mała i garbata dziewczyna, była prawie ładna i prosta, przyjmując życzenia, składane przez tłum defilujących kobiet, przyjaciółek, znajomych, z których każda siliła się na serdeczne uściśnienie, pocałowanie, na słowa wyszukanego pochlebstwa i zachwytu. Gerard, któremu dyadem żony zaledwie sięgał do ramienia, przyjmował uściśnienia i życzenia z uprzejmym uśmiechem, a chociaż przywykły do hołdów, czuł się szczęśliwym, widząc ogólne zadowolenie, którego był przyczyną, poddawszy się wpływom przez wrodzoną dobroć i słabość charakteru. Obie familie stały na równej linii lecz oddzielnie, w dwóch niemieszających się z sobą grupach, pomimo tłumu, jaki je oblegał, wciąż przepływając z wyciągniętemi do uścisku rękoma. Duvillard patrzał na wszystkich, jak król zadowolony ze swojego ludu, podczas gdy Ewa siliła się, by do ostatniej chwili zachwycać wdziękiem i uśmiechem, lecz pomimo energii, jakiej dawała dowód, drżała od łez, rozsadzających jej serce. Po drugiej stronie stała hrabina de Quinsac pomiędzy generałem de Bozonnet i markizem de Morigny. Ze spokojnym, nieco wyniosłym uśmiechem dziękowała za życzynia, lekko skłaniając głowę, a drobną, suchą swą rączkę podawała tylko dobrym znajomym. Przepływający przez zakrystyę tłum gości był jej przeważnie nieznany, a gdy nadciągały fale głów o piętnujących je przebiegłych oczach, chciwym wyrazie twarzy, hrabina wymieniała z markizem spojrzenie bezgranicznego smutku i moralnego znużenia. Defilada trwała blizko przez pół godziny. Państwo młodzi oraz obie familie miały zwichnięte ramiona od nieskończonej ilości zamienionych uścisków dłoni.
Bliżsi znajomi pozostawali w zakrystyi, tworząc grupy, rozmawiając i śmiejąc się ochoczo. Monferrand otoczony był całym orszakiem dworaków. Massot ciekawie to śledził, zwłaszcza gdy adwokat jeneralny, Lehmann, zbliżył się do ministra z uniżoną czołobitnością. Zaraz za nim podążył sędzia śledczy Amadieu, a nawet wice-prezydent trybunału pan de Larombière, dotychczasowo stroniący od figur oficyalnych, jako wierny legitymista i przyjaciel rodziny de Quinsac. Coraz jawniej i liczniej panowie z trybunału godzili się z republiką i schlebiali jej przedstawicielom, jako władcom, od których zależy awans lub dymisya. Twierdzono, iż Lehmann oddał niedawno wielką usługę ministrowi Monferrand, niszcząc cały stos papierów, odnoszących się do sprawy afrykańskich kolei żelaznych. Zasługi Amadieu wszystkim były wiadome, wszak ten wesoły, czystej krwi paryżanin uwolnił stolicę od grożącego jej niebezpieczeństwa, śląc Salvata pod topór na placu de la Roquette.
Massot, patrząc na te trzy postacie dostojników z pałacu sprawiedliwości, rzekł do Duthila:
— Stanęli przed ministrem, oczekując podziękowania za głowę, która wczoraj spadła z gilotyny. Lecz Monferrand powinienby błogosławić Salvata... ileż to razy zabrnąwszy, wyjechał na nim z ciężkiego położenia! Wszak bomba rzucona uratowała ministeryum od upadku, a potem wykierowała go na prezesa gabinetu, gdy nasza izba, opętana strachem, postanowiła postawić u władzy człowieka o żelaznej pięści, dość silnej, by zdusić anarchistów. Ztąd mieliśmy wspaniały obraz walki, w której Monferrand z całym swoim sztabem i armią ciurów stanął dzielnie do boju z Salvatem, idącym na przebój, ale pojedynczo. Musiało skończyć się zwycięztwem. Pojmanemu nieprzyjacielowi ścięto głowę. Należało tak uczynić, ta odcięta głowa przywróciła wielu sen i apetyt... oni mówią o Salvacie...
Panie stojące w pobliżu grupy, otaczającej wszechpotężnego ministra, wiedząc, jaką rolę ci trzej panowie z trybunału odegrali w procesie Salvata, zaczęły się dopytywać o szczegóły odnoszące się do wczorajszej egzekucyi, ciekawe o ile dzienniki zgodne były z prawdą. Amadieu, który z urzędu był obecny przy ścięciu Salvata, odpowiadał ochoczo na pytania strojnych dam, szczęśliwy, że ma sposobność popisywania się i błyszczenia pomiędzy niemi. Twierdził, że należy wyplenić tworzącą się legendę o bohaterskiej odwadze, z jaką Salvat wczoraj umarł. Jako naoczny świadek przeczy temu stanowczo, zbrodniarz był tchórzem, trzymała go na nogach duma a nie odwaga, blady był, trząsł się z przerażenia i stracił przytomność, a może nawet umarł ze strachu, wpierw nim mu głowę położono pod topór.
— Tak! prawda! zawołał Duthil. Byłem tam, więc mogę śmiało potwierdzić słowa pana sędziego!
Massot oburzył się, jakkolwiek był przekonany, iż wszystko mu jest obojętne. Potrząsnął więc za ramię Duthila, mówiąc:
— Źle widziałeś, mój kochany, a raczej nic nie widziałeś, bo wiem gdzie byłeś. Ale ja ci ręczę, że Salvat umarł odważnie i był przytomny do ostatniej chwili. Po co szerzyć oszczerstwa o tym nieszczęśliwym?... po co znęcać się nad nim nawet po śmierci?...
Lecz słów dziennikarza nie słuchano, gdyż wszystkim było przyjemnie powtarzać i wierzyć, że Salvat był tchórzem w całem znaczeniu tego wyrazu. Puszczaniem takiej pogłoski składano nowy hołd u stóp Monferranda, wiedząc, że tym sposobem można mu się przypodobać. Słuchał pobłażliwie, uśmiechając się z prostodusznością, z miną poczciwego, dobrego człowieka, który dopuścił się wymiaru surowej kary, zmuszony naglącemi okolicznościami i jedynie z konieczności. Był niezwykle uprzejmy w rozmowie z panami z trybunału, chcąc im od siebie podziękować, iż tak dzielnie się wywiązali z przykrego obowiązku. Wszak dzięki wydanemu przez nich wyrokowi, pozyskał w izbie olbrzymią większość głosów, przeprowadzając z nienacka jeden z drażliwych wniosków. Ugruntował nim swoją przewagę i mógł teraz powiedzieć, że ład i spokój panują we Francyi, gdyż wszystko przez czas jakiś dziać się będzie podług jego tylko woli. Wtem zbliżył się do niego Vignon, który chciał, by widziano, że nie ma urazy do swego politycznego zwycięzcy. Monferrand zatrzymał go przy sobie, serdecznie witając, skarbiąc sobie łaski tego, zawsze niebezpiecznego na przyszłość, współzawodnika, który, obdarzony niepospolitą inteligencyą, oraz sprytem i taktem, prędzej czy później wypłynie, aby dotrzeć do pierwszorzędnego stanowiska. Rozmawiali z sobą, gdy ktoś ze wspólnych znajomych przyniósł im wiadomość, że stan zdrowia Barrouxa nagle się pogorszył i doktorzy zwątpili o uratowaniu go. Obadwaj zaczęli ubolewać. Biedny Barroux! od dnia pamiętnego posiedzenia izby, gdy ministeryum jego obalono, ciężko zaniemógł i już nie odzyskał zdrowia, konając powoli z bólu pod ciężarem niesłusznego oskarżenia. Uczciwy i szlachetny życie swe całe poświęcił dobru Republiki, ugiął się więc pod obelgą zarzutu kradzieży i przekupstwa. Po cóż się przyznał? — powtarzał Monferrand. — Publiczność takich rzeczy nie jest w stanie zrozumieć i usprawiedliwić.
Duvillard, porzucając rolę ojca, odłączył się od rodzinnego kółka, przyjmującego w dalszym ciągu życzenia przyjaciół i stanął obok Monferrand, podnosząc swą obecnością tryumf ministra. Nie byłże on władcą najwyższym i najpotężniejszym?... Pieniądz dawał mu stanowisko wyjątkowe, trwałe i niewzruszone, podczas, gdy władza dzierżona przez ministrów była przemijająca, przechodziła z rąk do rąk wraz z teką. Dziś panował Monferrand, jutro panować będzie Vignon, i oto obadwaj ci ludzie cisną się do stóp jego, wiedząc, że ich władza o tyle może mieć znaczenia, o ile on wesprzeć ją zechce siłą posiadanych milionów. Jedynym rzeczywistym tryumfatorem był on i nic ostać się nie może jego woli. Dziś za cenę pięciu milionów kupił swej córce męża o arystokratycznym tytule i nazwisku, i kupić może co zechce, jest królem wszechwładnym, panem i kierownikiem publicznego bogactwa, przedstawicielem i wcieleniem potęgi, oraz znaczenia burżuazyi, będącej czołem narodu. I niczego się nie lęka, nawet bomb rzucanych przez głodomorów, którym nie rzuci okruchów ze swego stołu, by się o więcej dopominać nie poczęli.
Duvillard czuł się dziś w pełni swej potęgi. Sprawa afrykańskich kolei żelaznych była już pogrzebana, za pomocą wysadzonej umiejętnie komisyi. Wszyscy oskarżeni o przekupstwo odetchnęli swobodnie, śmiejąc się radośnie po przebytym strachu a tryumfując wraz z baronem pełnymi byli otuchy na przyszłość. Żelazna pięść Monferranda zbawiła ich, więc pełni wdzięczności wierzyli w dobroczynną jej skuteczność, egzaltując sławę ministra. Nawet Sagnier stracił obecnie dawną doniosłość, wydrukowany przez niego dziś rano artykuł w „Głosie ludu“ przyjęto obojętnie, wzruszając pogardliwie ramionami. Publiczność, przesycona skandalami odwracała z obrzydzeniem od tego wiecznie lejącego się potoku brudów i zgnilizny. Zjawiła się natomiast nowa gorączką. Mówiono z zachwytem o spodziewanej finansowej operacyi barona, o wypuszczeniu wkrótce złotodajnych papierów kolei żelaznej przez Saharę, o setkach milionów franków jakie się poruszą, by spaść błogosławioną manną na cały kraj a zwłaszcza na ludzi dobrej woli, wierzących w przyszłość przygotowanego interesu.
Podczas, gdy Duvillard wiódł przyjacielską rozmowę z ministrem Monferrand, przyłączył się do nich Dauvergue, minister oświaty i sztuk pięknych. Massot, odszukawszy swego naczelnego redaktora Fonsègne’a, rzekł do niego półgłosem:
— Duthil zapewnił mnie, że wszystko już mają gotowe i temi dniami przedstawią w izbie projekt kolei przez Saharę. Są pewni, że sprawa weźmie obrót pomyślny.
Fonsègne potrząsnął głową z niedowierzaniem.
— Nie przypuszczam, by tak było... nie będą śmieli... to byłoby zawcześnie... odłożą to na później...
Jednakże zamyślił się głęboko. Fonsègne był jeszcze pod wrażeniem niedawno przebytego strachu z powodu afrykańskich kolei żelaznych. Wyrzucał sobie, że postąpił wówczas nieoględnie i postanawiał być ostrożniejszym przy zdarzonej w przyszłości okazyi. Lecz teraz lękał się być zanadto ostrożnym. Byle się nie opóźnić z przyklaśnięciem! Trzeba tę rzecz zbadać, trzeba się stać nieodzownie koniecznym, i drzeć łyka, nie pomijając żadnej ku temu okazyi.
Stanąwszy na boku, patrzał na Duvillarda rozmawiającego z dwoma ministrami, podczas, gdy Chaigneux pilnie pracował wśród osób zebranych w zakrystyi, chcąc zapewnić jak najokazalszy tryumf Sylwii. Stał się wymowny, korzył się przed jej pięknością, podniecał ciekawość dobranemi półsłówkami, zapowiadał olbrzymie powodzenie, jakie ją dziś spotka. Zbliżywszy się do ministra oświaty i sztuk pięknych, zgiął się przed nim we dwoje, mówiąc;
— Drogi panie ministrze, mam do pana wielką prośbę w imieniu najpiękniejszej z naszych paryżanek, która gotowa się rozchorować z rozpaczy, jeżeli nie zechcesz być świadkiem dzisiejszego jej zwycięztwa.
Dauvergue przysłuchiwał się tym słowom z widocznem zadowoleniem, zabawiony i jeszcze nie oswojony ze swą rolą ministra. Jakkolwiek nie był przygotowany do piastowania tego urzędu i nie znał, chociażby pobieżnie, organizacji uniwersyteckiej, ogólnie się podobał i szybko zyskał powodzenie. Był rodem z Dijon, lecz życie całe spędził w Paryżu i wiedział, czem zdobywa się popularność. Wydawał świetne przyjęcia, w czem dopomagała mu śliczna, młoda jego żona, i mienił się wielbicielem pisarzy i artystów. Pierwszym jego czynem było zaangażowanie Sylwii do teatru Komedyi francuzkiej, może byłoby to zgubiło każdego innego ministra, lecz ze strony przystojnego, światowego, bogatego pana Dauvergue, uznano ten szczególniejszy wybór na właściwy a nawet trafny. Sylwia, występująca na pierwszorzędnej scenie francuzkiej! Było w tem coś niespodziewanego i zabawnego, więc wszyscy byli zadowoleni.
Gdy Dauvergue zrozumiał, że Chaigneux prosi go wprost tylko o pokazanie się w loży ministeryum w teatrze Komedyi francuzkiej, rzekł z tem większą uprzejmością:
— Będę... upewniam cię, kochany panie deputowany, że będę dziś wieczorem w teatrze. Gdy się proteguje tak śliczną osobę, jak Sylwia, nie opuszcza się jej w chwili najważniejszej!
Monferrand, słysząc to, odwrócił się w stronę Chaigneuxa, mówiąc:
— Powiedz jej pan, że i ja się stawię... zatem zamiast jednego przyjaciela więcej, będzie miała dwóch...
Duvillard uszczęśliwiony, spojrzał na ministrów wzrokiem dziękczynnym i ukłonił się, jakby na znak, że zaciąga wobec nich wielki dług wdzięczności za łaskę, jaką mu wyświadczają.
Chaigneux, złożywszy ministrom żarliwe podziękowania, odszedł, a spostrzegłszy Fonsègne’a uprowadził go na stronę, mówiąc gorączkowo:
— Drogi kolego, trzeba koniecznie, aby sprawa była załatwiona. Uważam to za rzecz najwyższej doniosłości.
— Co takiego?... — spytał Fonsègne’a ze zdziwieniem.
— Jakto?... nie domyślasz się, że mówię o artykule Massota... podobno nie chcesz go przepuścić?
Naczelny redaktor „Globu“ rzekł stanowczo, że artykuł ów nie może być przez niego drukowany. „Glob“ jest dziennikiem poważnym i szanowanym, ma wyrobioną opinię moralności i surowości poglądów, zatem nie może umieszczać w swych szpaltach pochwał jakiejś dziewczyny, która jest tylko ładną dziewczyną. Byłoby to potwornem, wprost przeciwnem zasadom stałych czytelników „Globu“. Uśmiechnąwszy się, dodał, że osobiście nic nie ma przeciwko pięknej Sylwii, i gdyby jej przyszła ochota pokazać się gołą na scenie, chętnieby poszedł rozerwać oczy tym widokiem. Lecz „Glob“ to co innego, jest on świętością, którą należy uszanować.
Chaigneux był zrozpaczony, zbolały, nie przestawał jednak nalegać.
— Drogi kolego, zrób to dla mnie, błagam cię, zrób wyjątek, zrób mi ustępstwo! Jeżeli artykuł nie przejdzie, Duvillard pomyśli, że to z mojej winy. A wiesz, jak bardzo jego potrzebuję, ślub mojej córki został odłożony; doprawdy, głowę tracę, gdy o tem pomyślę!
Widząc, że Fonsègne obojętnie słucha osobistych jego utyskiwań, dodał:
— Dla siebie samego powinieneś zrobić to małe ustępstwo.. Bo Duvillard czytał ów artykuł, a znając jego treść, tembardziej pragnie go odczytać powtórnie w twoim dzienniku. Wierzaj mi, że nie powinieneś odmawiać tej przyjemności baronowi, gotów z tobą zerwać z tego powodu!
Fonsègne namyślał się przez chwilę, milcząc, widocznie się wahał. Zapewne przypomniał sobie o nowym projekcie Duvillarda przeprowadzenia linii kolei żelaznej przez Saharę, która ma poruszyć setki milionów franków. Nie w porę byłoby narażać się temu człowiekowi, napewnoby się zemścił i pominął go przy rozdzielaniu darów wiernym przyjaciołom. Wszakże Fonsègne zdecydował, że należy być ostrożnym, a w tym celu zająć stanowisko wyczekujące. Poważnie i zimno spojrzawszy na Chaigneuxa, rzekł:
— Nie mogę! stanowczo nie mogę! jest to kwestya sumienia.
Życzenia państwu młodym składano w dalszym ciągu, cały Paryż zdawał się przed nimi defilować, wciąż zamieniano te same słowa, te same rozczulone uśmiechy i uściski dłoni. Państwo młodzi, wraz ze swemi rodzinami, przyparci teraz do ścian zakrystyi, stali, nie mogąc dalej postępować i siląc się na zachowanie uszczęśliwionego wyrazu twarzy, pomimo zmęczenia, wynikłego z przedłużającej się ceremonii. Coraz goręcej było i duszniej a tumany drobnego kurzu unosiły się w powietrzu, jakby po przejściu pędzonego stada.
Księżna Rozamunda de Harn nadbiegła, zapóźniwszy się niewiadomo gdzie i dlaczego, rzuciła się natychmiast na szyję Kamilli, ucałowała nawet Ewę, a dłoń Gerarda zatrzymała w obu swych rękach, składając życzenia wybuchem egzaltowanej czułości. Spostrzegłszy Hyacynta, odprowadziła go w kąt zakrystyi, mówiąc:
— Mam do ciebie prośbę, mój drogi, musisz to dla mnie zrobić.
Hyacynt był dziś milczący. Dzień małżeństwa siostry uważał za uciążliwą chwilę do przebycia. Zdaniem jego, ceremonia zaślubin była czemś poniżającem, pospolitem, wstrętnem. Jeszcze jedna, jeszcze jeden, którzy się poddają plugawym wymaganiom natury, przyczyniając się do przedłużenia bytu ludzi na ziemi i utrwalania praw odrażającej niedorzeczności. Postanowił więc zamknąć się w milczeniu, by swojem zachowaniem zaznaczyć głębokość tego protestu.
Spojrzał na Rozamundę z przerażeniem, gdyż czuł się szczęśliwym, zerwawszy z nią swój stosunek, a teraz chwyciła go obawa, że może przyszła jej fantazya odnowienia z nim miłosnych doświadczeń. Zdecydował się więc poraz pierwszy dziś otworzyć usta:
— Żądaj, czego chcesz, ale tylko w imię koleżeńskich stosunków...
Roześmiała się zabawiona i uspokoiła go, mówiąc że pragnie dziś wieczorem być w teatrze, by widzieć Sylwię, którą kocha i wielbi do ubóstwienia. Umrze więc, jeżeli nie zobaczy jej dziś na scenie, a dotąd nie ma zapewnionego miejsca, w sali, prosi go zatem, by wymógł na ojcu zaproszenie jej do loży, gdyż wie, że mają w niej jeszcze jedno miejsce nie zajęte.
Uśmiechnął się łaskawie. Zawiązujący się stosunek pomiędzy Sylwią a Rozamundą, uwolni go od tej ostatniej, będzie to symboliczny i wielce estetyczny koniec ich miłości, miejsce jego zajmie Sylwia! Te dwie kobiety będą ucieleśnieniem niepłodnej miłości, a w imię piękna był zwolennikiem jednopłciowego małżeństwa, wyzwolonego z poniżających funkcyi, narzuconych przez naturę.
— Z chęcią... z przyjemnością załatwię twoje polecenie, zaraz powiem o tem ojcu i możesz liczyć na miejsce w jego loży.
Wreszcie mniej już teraz napływało gości do zakrystyi, więc państwo młodzi i towarzyszące im dwie rodziny, podążyli do wyjścia, przeciskając się wśród tłumu, wyczekującego na nich w kościele, by raz jeszcze ich zobaczyć i nic nie stracić z widowiska, jakie tu przyszli oglądać.
Gerard i Kamilla zaraz po śniadaniu mieli odjechać do dóbr, które Duvillard posiadał w departamencie Eure. Śniadanie było przygotowane o parę kroków od kościoła św. Magdaleny w królewskim pałacu barona przy ulicy Godot-de-Mauroy. Sala jadalna na pierwszem piętrze była zamieniona w rodzaj bufetu, zastawionego z zadziwiającym przepychem i obfitością. Wielki salon czerwony, mały salonik niebiesko srebrny, oraz całe szeregi innych komnat umeblowanych zbytkownie pełne były gości. Jakkolwiek było zapowiedziane, że przyjęcie będzie tylko dla najbliższych krewnych i przyjaciół, zebrało się przeszło trzysta osób. Monferrand i Dauvergue wymówili się od przyjścia nawałem pilnych do załatwienia spraw publicznych. Lecz dziennikarze, deputowani nadpłynęli falą z zakrystyi do pałacu, pragnąc pochlebstwem przypodobać się potężnemu gospodarzowi domu, by nie zapomniał o nich, gdy zamierzy nowy połów, mający ich wszystkich wzbogacić. Zachowywali się swobodnie a nawet zaborczo, jak ludzie przywykli do czatowania na łupy. Garstka przyjaciół hrabiny de Quinsac czuła się tu nie u siebie i zebrała się dokoła matki Gerarda, którą generał de Bozonnet i markiz de Morigny usadzili na kanapie w wielkiej sali czerwonej.
Ewa, upadając ze znużenia, wyczerpana z sił, zajęła miejsce w saloniku srebrno-niebieskim, zamienionym w rodzaj olbrzymiego bukietu róż, tyle w nim kwitło kwiatów. Siłą woli trzymała się wyprostowana, postanawiając uśmiechać się, chociażby ziemia pod nią miała się zapaść, a pomimo szarpiących wzruszeń i cierpienia, była piękną i czarowała wdziękiem każdego, kto się do niej zbliżył. Niespodziewanie nadciągnęła jej pomoc. Monsignor Martha, który raczył zaszczycić przyjęcie swoją obecnością, usiadł w fotelu tuż przy niej i zaczął z nią rozmowę ze zwykłą świątobliwą uprzejmością. Musiał on dokładnie zdawać sobie sprawę z okropnego dramatu, rozdzierającego serce tej uśmiechniętej kobiety, był więc dla niej z ojcowską tkliwością i pobłażliwością. Pocieszał ją i dodawał otuchy, ona zaś uskarżała się, jak znękana żalem wdowa, pragnąca odtąd żyć zdala od świata, z myślą zwróconą wyłącznie do Boga, który jeden jej tylko pozostał. Monsignor, chcąc odwrócić jej uwagę od goryczy dnia dzisiejszego, wspomniał o założonej przez nią instytucji przytułku dla inwalidów pracy. Ewa oświadczyła, że teraz postanawia z całą gorliwością poświęcić się roli prezydentki, w czem dotąd wyręczała się innemi.
— Wielebny ojcze, pozwól, że cię poproszę o radę... Potrzebuję mieć kogoś do pomocy, więc zamierzam wziąć, jako sekretarza, znajomego nam młodego księdza, którego niezmiernie cenię i uwielbiam za niezrównaną dobroczynność i pobożność! Zapewne domyślasz się, mój ojcze, że tym świętym kapłanem jest ksiądz Piotr Fromont...
Twarz monsignora nagle spoważniała, był zakłopotany i szukał zręcznego sposobu zawiadomienia Ewy a zmianie zaszłej w życiu Piotra, gdy księżna de Harn, przechodząc w pobliżu i usłyszawszy ostatnie słowa baronowej, roześmiała się i zatrzymawszy Duthila, który szedł z nią pod rękę, zawołała:
— Droga pani nie wie o ostatniej przemianie księdza Piotra Fromont? Spotykam go w cywilnem ubraniu, a nie dalej jak onegdaj widzieliśmy go na bicyklu w towarzystwie jakiejś dziewczyny... Duthil może to potwierdzić, gdyż widział to wraz ze mną.
Duthil ukłonił się z uśmiechem, potwierdzając słowa Rozamundy, a Ewa, przerażona tak niespodziewaną wiadomością, złożyła ręce, mówiąc:
— Czy być może? ależ on tyle miał wiary, miłości chrześcijańskiej i zapału apostolskiego!
Monsignor uznał za potrzebne odezwać się.
— Tak, tak... Kościół bywa często nawiedzany przykremi ciosami... Takie wykolejenie się księdza jest jednem z najcięższych smutków dla nas, na to patrzących. Gdy się dowiedziałem o szalonym czynie osoby, o której mówimy; napisałem do niego list, lecz pozostał bez odpowiedzi. Pragnąłem zapobiedz okropności tego skandalu, lecz ani ja, ani w arcybiskupstwie, nie mogli złemu zaradzić... Są siły, które trudno nam zwyciężyć... Trzeba więc, aby pani kogoś innego wybrała..
Lecz Ewa prawie nie słyszała słów monsignora. Wpatrzyła się się w Rozamundę i Duthila, pragnąc a w tej chwili nie mogąc zadać im mnóstwa pytań. Milczała, starając się odgadnąć, jaką mogła być owa dziewczyna, która uwiodła tak świętego księdza. Zapewne jakaś bezwstydnica, jedna z tych istot żyjących w wyuzdanych obyczajach, w rozpuście sprzedajnego swego ciała. Postępek Piotra wydał jej się zbrodnią i uczuła, jakby sroższe jeszcze rozgoryczenie własnych swoich nieszczęść.
Osunąwszy się w tył fotelu i powiódłszy od niechcenia wzrokiem po przepychu, jaki ją otaczał, po ludziach, którzy się tu zbiegli w nadziei złotej manny spaść na nich mającej, szepnęła, nie domyślając się całej doniosłości prawdy i znaczenia słów swoich:
— Ach, wszystko jest tylko zepsuciem i na nikogo liczyć nie należy!
W tej chwili właśnie Kamilla znajdowała się w swoim pokoju i kończyła przebierać się w suknię podróżną, mając niezwłocznie jechać z Gerardem na dworzec kolei żelaznej. Do panieńskiego pokoju wszedł jej brat, Hyacynt.
— Jesteś, mój mały... bardzo to uprzejmie z twojej strony... Pocałuj mnie na pożegnanie.. bo zaraz ztąd uciekam... ach, uciekam uszczęśliwiona!
Pocałował ją i rzekł z powagą:
— Wiesz, myślałem, że masz silniejszą głowę. Razi mnie twoja dzisiejsza wesołość, i z obrzydzeniem patrzę na twoją uciechę...
Spojrzała na niego pogardliwie i z politowaniem ruszyła ramionami. On zaś mówił dalej:
— Twojego Gerarda, którego pożerasz oczyma, nie utrzymasz przy sobie... Ona ci go odbierze, przy lada okazyi...
Kamilla zbladła a oczy jej zabłysły gniewem. Zacisnąwszy pięści, zbliżyła się do brata:
— Doprawdy! Ty twierdzisz, że ona mi go odbierze!
Oboje mówili w ten sposób o swojej matce.
— Otóż mylisz się, mój kochany, bo zabiłabym ją pierwej! słyszysz?... O, nie radzę jej wtrącać się do spraw moich... niech się powstrzyma od rozpustnych swoich zamiarów, ponieważ męża wzięłam dla siebie... tylko dla siebie i potrafię go upilnować. A ty, mój drogi, zaprzestań mnie dręczyć swojemi żarcikami... Znam cię lepiej, aniżeli przypuszczasz... jesteś głupcem i sprośnym niedołęgą...
Hyacynt cofnął się, jakby przed zbliżającą się żmiją, a lękając się jadowitego jej ukąszenia, wyszedł z pokoju, nie rzekłszy już ani słowa.
Podczas gdy ciżba pozostających jeszcze gości raczyła się przy wspaniale zastawionym bufecie w sali jadalnej, państwo młodzi zaczęli się żegnać z rodziną. Generał de Bozonnet, znalazłszy grupę powolnych słuchaczów, wypowiadał przed nimi swe rozpaczliwe obawy z powodu prawa obowiązkowej dla wszystkich służby wojskowej, i ledwie że go oderwał od tego tematu markiz de Morigny, wyszukawszy go wśród tłumu nieznajomych osób, by sprowadzić do salonu, w którym odbywało się teraz uroczyste pożegnanie. Hrabina de Quinsac pocałowała swojego syna i swoją synowę, a ręce tak silnie jej drżały, że markiz de Morigny w przyjaznej troskliwości podał jej ramię w obawie, by nie padła z nadmiaru wzruszenia. Hyacynt wybiegł w poszukiwaniu ojca, którego nigdzie nie mógł znaleźć, wreszcie odkrył go w odległym saloniku we framudze okna, gdzie zapalczywie gromił struchlałego ze strachu deputowanego Chaigneux, jemu przypisując winę, że w dzisiejszym numerze „Globu“ Fonségne nie wydrukował artykułu Massota, napisanego o Sylwii. Wściekły z gniewu Duvillard drwił ze skrupułów sumienia naczelnego redaktora „Globu“. W rzeczywistości zaś lękał się bardzo tego, że Fonségne uporem swoim może wywołać niezadowolenie Sylwii która gotowa się zemścić i zamknąć drzwi, sypialni, mającej dziś otworzyć się przed nim. Obawa podobnej kary miotała truchlejącem sercem barona, gdy nadszedł poszukujący go Hyacynt. Natychmiast wypogodził twarz i pobiegł pożegnać córkę pocałunkiem, złożonym na czole, zięciowi zaś, ściskając dłonie, życzył szczęśliwej podróży i przyjemnego pobytu na wsi. Teraz z kolei Ewa żegnała państwa młodych. Monsignor Martha stał przy niej, krzepiąc jej siły pogodą swego uśmiechu. Ewa wytrwała z rozczulającą odwagą w trudnej swej roli. Piękna jej twarz przybrała wyraz macierzyński, a nawet wesoły. Podała rękę Gerardowi i nie zważając na jego zakłopotanie, zatrzymała jego dłoń przez chwilę i z bohaterskiem zrzeczeniem się, z wielką dobrocią rzekła:
— Do widzenia, Gerardzie! Bądź zdrów i bądź szczęśliwy!
Odwróciwszy się w stronę córki, pocałowała ją w obadwa policzki, podczas gdy monsignor patrzał na nie z ojcowskiem rozczuleniem.
— Do widzenia, moja córko.
— Do widzenia, mamo.
Głosy obudwóch kobiet drżały, spojrzenia ich skrzyżowały się z odblaskiem mieczy, a pod zamienionym pocałunkiem odczuły zgrzyt zębów, chcących kąsać. Kamilla z nienawiścią patrzała na piękność matki, na tę urodę, której ani lata, ani łzy nie zniszczyły dotąd. A Ewa zazdrościła córce młodości, którą zdobyć dla siebie zdołała Gerarda, zabierając jej wszystko, co miała najdroższego, ogałacając ją nazawsze z rozkoszy życia, z miłości! Pałały wzajemną ku sobie nienawiścią bez nadziei w możliwość pojednania, czuły, że nawet po śmierci, gdy legną we wspólnym, familijnym grobie, jeszcze i wtedy chęć pomsty unosić się będzie nad niemi!
Wieczorem, baronowa Duvillard oświadczyła, że czując się zmęczoną, nie może jechać do teatru na przedstawienie Polieukta. Położywszy się wcześnie, ukryła twarz w poduszkę i przez noc całą zalewała się łzami. Zatem w loży państwa Duvillard w teatrze Komedyi francuzkiej znaleźli się tylko baron, Hyacynt, Duthil i księżna Rozamunda de Harn.
O godzinie dziewiątej sala już była przepełniona publicznością, tą specyalną publicznością, zbiegającą się na wszystkie wyjątkowo uroczyste przedstawienia w pierwszorzędnych teatrach paryzkich. Ten sam „tout Paris“, który asystował dziś w kościele Św. Magdaleny podczas ceremonii ślubnej, zebrał się teraz w sali teatralnej z tą samą gorączkową ciekawością i żądzą zobaczenia czegoś niespodziewanego, nadzwyczajnego. Te same twarze kobiet, witających się temi samemi uśmiechami, zamieniały z sobą dyskretne oznaki porozumienia, ci sami mężczyźni, rozumiejący swe półsłówka, wiedli z sobą dalszy ciąg rozpoczętej rano rozmowy. Wszyscy i wszystkie stawili się ochoczo w strojach balowych, z obnażonemi ramionami, z kwiatami w butonierkach, z żądzą zabawienia się i użycia wrażeń przy nadarzającej się wyjątkowej sposobności. Fonsègne zasiadł w loży „Globu“ w towarzystwie zaproszonych przyjaciół, Massot stał przed zwykle zajmowanem przez siebie krzesłem na parterze, również jak sędzia śledczy Amadieu, zapalony miłośnik teatru Komedyi Francuzkiej, a niedaleko niego można była widzieć generała de Bozonnet, oraz kilka najwyższych figur z pałacu sprawiedliwości. Lecz szczególniejszą uwagę zwracał Sagnier, z powodu swego skandalicznego i okolicznościowego artykułu, jaki wydrukował dziś rano na pierwszej stronicy „Głosu ludu“; otyły, apoplektyczny, twarz miał czerwoną i obrzękłą, a rozglądał się po sali, jakby dla połowu ofiar, na jakie rzucić się ma niebawem. Chaigneaux zatrzymał dla siebie skromne miejsce na dodatkowym stołku, ale tymczasem rozbijał się po korytarzach, niecąc zapał wśród przybywających osób, szeptanemi na ucho wiadomościami. Gdy w wielkiej loży pierwszego piętra naprzeciwko loży barona Duvillard, ukazał się Monferrand, a za nim Dauvergue, zauważono ich natychmiast i cała sala uśmiechnęła się znacząco, wszyscy bowiem dobrze wiedzieli, że przeważnie tym dwóm ministrom debiutantka zawdzięcza swój występ na scenie teatru Komedyi Francuzkiej.
Jeszcze wczoraj, a nawet dzisiaj prasa niechętnie szemrała, zapowiadając obecne przedstawienie. Sagnier ze zwykłą brutalnością wręcz twierdził, że zaangażowanie Sylwii, znanej całemu miastu prostytutki, było publicznym skandalem, a wyznaczenie jej roli Pauliny było pośmiewiskiem i obrazą moralności. Sylwia, pragnąca się ukazać na scenie w postaci jednej z najszlachetniejszych bohaterek, od dawna wywoływała niechętne przycinki dziennikarzy, uważających tę fantazyę ładnej dziewczyny za nieuzasadnioną i wprost oburzającą. Lecz sprawa ciągnęła się już od sześciu miesięcy, więc Paryż do niej przywykł, a dziś zbiegł się cały w nadziei zabawienia się i śmiechu. Jeszcze przed odsłonięciem kurtyny bawiono się wybornie i złośliwość ustępowała miejsca wesołości. Każdy był gotów bić brawo, byle dalej podtrzymać przyjemny nastrój, unoszący się w powietrzu pragnącej się bawić sali.
Zjawienie się Sylwii na scenie wywarło nadspodziewane wrażenie. W pierwszym akcie skromnie i wdzięcznie udrapowana, zadziwiła salę czystością owalu swej dziewiczej twarzy, niewinnością ust, oczyma niewypowiedzianej szczerości. Sposób, w jaki pojęła rolę, zrazu wywołał zdumienie, a następnie zachwycił i ujął wszystkich. Stworzyła ona z Pauliny postać mistyczną, uniesioną w nadziemskich marzeniach, rodzaj świętej z kościelnego mitrażu. Było to niezgodne z prawdą, z rozsądkiem, lecz tem większy sprawiło efekt, pociągając nowością, a zarazem panującą modą oraz kontrastem pomiędzy tą dziewiczą lilią, a rzeczywistą Sylwią znaną z krańcowego zepsucia. Powodzenie wzrastało z każdym aktem, a gdy pod koniec odezwało się lekkie gwizdnięcie, które przypisano apoplektycznemu Sagnier, zagrzmiały tak silne oklaski, że zwycięztwo debiutantki stało się tryumfem. W dziennikach czytano następnie, że Monferrand i Dauvergue pierwsi dawali sygnał do bicia oklasków, a wtórowała im cała sala. Tak więc cały Paryż klaskał ochoczo, płacąc z wdzięcznością za nadspodziewaną przyjemność, a może także po części przez ironię, po części zaś dla milionów barona Duvillard i dla żelaznej pięści ministeryum Sylwii, z którego żartowano podczas antraktów.
Do loży barona tłoczono się, rozpychano, każdy chciał być przez niego widziany, każdy chciał wypowiedzieć mu swój zachwyt i nieledwie, że wdzięczność.
Wtem Duthil, wróciwszy do loży, rzekł:
— Wie pan, ów sławny krytyk, którego sprowadziłem na pamiętną kolacyę, wścieka się ze złości! Rozprawia bez końca, że Sylwia źle zrozumiała rolę, bo Paulina jest prostą dziewczyną średniego stanu i dopiero pod koniec, wzruszona cudem, wpada w natchnioną egzaltacyę... zatem robić z niej świętą zaraz od pierwszego aktu jest niewłaściwie, zabijająco dla ostatecznego wrażenia.
— I owszem... niechaj się nasz krytyk złości! zawołał Duvillard rozpromieniony. Będą tem dłużej rozpisywali się jutro w dziennikach. Ale bardziej niż kiedykolwiek chcę, aby artykuł Massota był wydrukowany w jutrzejszym numerze „Globu“.
Urzeczywistnienie tego życzenia napotykało nieprzeparte trudności. Chaigneux, który wracał z loży Fonségne’a przyniósł ztamtąd złe wiadomości, bo Fonségne opierał się pomimo odniesionego przez Sylwię zwycięztwa, i drwił z aktorki, nazywając ją idyotką, nie rozumiejącą założenia poety. Baron nachmurzył się i rzekł:
— Idź raz jeszcze do Fonségne’a i powiedz mu, że chcę, aby wydrukował artykuł Massota, bo w przeciwnym razie nigdy mu tego nie zapomnę!
Rozamunda, wstawszy z miejsca, kręciła się w głębi obszernej loży, wypowiadając swój najwyższy zachwyt, a ująwszy ramię Hyacynta, zaczęła prosić:
— Mój drogi, zaprowadź mnie do Sylwii... nie mogę dłużej wytrzymać... chcę ją zaraz zobaczyć... chcę ją uściskać... muszę ją zaraz widzieć...
— Wszyscy do niej pójdziemy — zawołał Duvillard, usłyszawszy prośbę księżnej.
Korytarze były przepełnione publicznością, tłoczono się aż na scenę. Doszli wreszcie do loży Sylwii, lecz zastali drzwi zamknięte. Baron zapukał, a garderobiana, wysunąwszy głowę, oświadczyła, że wejść nie można, bo pani się przebiera, zatem niechaj panowie zechcą poczekać.
— O, ja jestem kobietą, więc mogę wejść — rzekła Rozamunda, wsuwając się do loży. — Hyacyncie, chodź ze mną, twoja obecność zawsze jest dozwolona.
Sylwia stała prawie naga, bo dopiero co kazała, by jej wytarto ciało z powodu gorąca. W porywie uniesienia Rozamunda rzuciła się na nią, okrywając ją pocałunkami. Rozmawiały z sobą szeptem, prawie usta w usta, splecione uściskiem w dusznem powietrzu niewielkiej loży, jaskrawo oświetlonej gazem, wonnej zapachem kwiatów, zapełniających wszystkie kąty. Z dolatujących słów miłośnie szeptanych, Hyacynt zrozumiał, że umawiają się, by módz się spotkać po skończonem przedstawieniu, wreszcie Sylwia głośno zaprosiła Rozamundę do siebie na filiżankę herbaty. Uśmiechnął się i rzekł do ubierającej się aktorki:
— Twój powóz zapewne czeka na ciebie na rogu ulicy Monpensier?.. Zatem odprowadzę tam księżnę i pojedziecie razem... tak będzie najpraktyczniej i najprzyjemniej...
— Milutkie z ciebie stworzonko! — zawołała ucieszona Rozamunda. Więc liczę na ciebie... odprowadzisz mnie do powozu naszej drogiej Sylwii!
Wreszcie otworzono drzwi i weszli mężczyźni, składając gorące powinszowania. Lecz antrakt już mijał, zaraz miał się rozpocząć akt piąty. Skończył się on tryumfalnie, cała sala trzęsła się od niemilknących oklasków. Zwłaszcza ostatni wiersz roli „Je vois, je sais, je crois, je suis désabusée“, zadeklamowany z przejęciem, wywołał ogólny entuzyazm. Sylwia rzuciła te słowa z twarzą natchnioną świętej męczennicy, unoszącej się w ekstazie ku niebu. Była tylko duszą, przeczystą duszą, wyzwoloną z obsłonek ciała. Publiczność powtórnie przywołała artystów na scenę i Paryż z owacyą witał dzisiejszą debiutantkę, opromienioną chwałą tryumfu, podczas gdy Sagnier, wychodząc ze swej loży, śmiał się, mówiąc, że Sylwia jest również biegłą prostytutką na paryzkim bruku, jak przeczystą dziewicą na scenie pierwszorzędnej.
Natychmiast po skończonem przedstawieniu Duvillard i Duthil poszli po Sylwię, a Hyacynt odprowadził Rozamundę do powozu, czekającego na rogu ulicy Montpensier. Pożegnawszy księżnę, przystanął o kilka kroków na chodniku, zabawiony myślą czekania tu aż do odjazdu obudwóch kobiet. Spostrzegł niedługo ojca, prowadzącego Sylwię. Gdy chciał wsiadać za nią do powozu, zatrzymała go, mówiąc:
— Nie, mój drogi... nie dzisiaj... mam wieczór zajęty z jedną z moich przyjaciółek.
W tejże chwili ukazała się w oknie karety śmiejąca się twarzyczka księżnej Rozamundy de Harn. Duvillard oniemiał, a konie, ruszywszy, uniosły powóz, uwożący dwie przyjaciółki. Patrzał za niemi osłupiałym wzrokiem. Zatem wszystko napróżno! Tyle poniósł trudu, tyle zmógł przeciwności, i jeszcze nie został dopuszczony do łaski!
— Cóż chcesz — tłomaczył Hyacynt stojącemu przy nim Duthilowi — miałem ją wyżej głowy, więc rzuciłem ją w objęcia Sylwii!
Duvillard jeszcze nieprzytomny stał jak wryty na tem samem miejscu, gdy poznał go Chaigneux, ze znużenia wlokący się powoli przez pustą galeryę. Spostrzegłszy barona, nagle nabrał sił i uszczęśliwiony podbiegł ku niemu z oznajmieniem, że Fonsègne namyślił się i przyrzekł wydrukować artykuł Massota w jutrzejszym numerze „Globu“. Na zmianę decyzyi Fonsègne’a wpłynęły zasłyszane przez niego wieści o kolei żelaznej przez Saharę, o której gorączkowo mówiono dziś na korytarzach podczas każdego antraktu.
Hyacynt namówił ojca, by wrócił z nim do domu. Jak starszy i rozsądniejszy kolega pocieszał go i dodawał otuchy, mówiąc, że osobiście uważa kobietę za potworne i nieczyste bydlę, którego strzedz się należy.
— Chodź spać... Jutro rano pójdziesz do niej z wydrukowanym artykułem, może ci to roztworzy drzwi jej sypialni.
W dalszym ciągu opiekując się ojcem, Hyacynt zaproponował, by iść do domu piechotą. Skierowali się więc obadwaj ku Wielkim bulwarom, idąc przez szeroką aleję Opery, o tej godzinie pustą i prawie głuchą. Paląc cygara, szli prawie w milczeniu, podczas gdy nad uśpionym Paryżem unosił się jakby przyciszony wielki jęk jednego z konających światów.




III.

Od dnia męczeńskiej śmierci Salvata Wilhelm był smutny i milczący. Pogrążony w dumaniach był jakby nieobecny. Część dnia spędzał w pracowni nad fabrykowaniem materjału wybuchowego, którego formułę wynalazł i trzymał w tak ścisłej tajemnicy, że nawet nikogo ze swoich nie chciał dopuścić do pomocy w robocie. Następnie wychodził na długie samotne przechadzki, z których wracał znużony, wyczerpany, jednakże w domowem otoczeniu silił się na uśmiech i dawną słodycz w obejściu. W rozmowie nie brał prawie żadnego udziału, a gdy kto odezwał się wprost do niego, odpowiadał dopiero po chwili, jakby nagle zbudzony i powracający zdaleka.
Widząc stan brata, Piotr wyobraził sobie, że jest mimowolną tego przyczyną, zdawało mu się, że Wilhelm nie może opanować bólu, spowodowanego wyrzeczeniem się Maryi. Zapewne myśl o złamanem z nią szczęściu nie przestaje mu dokuczać, a ból coraz sroższy ogarnia mu serce z powodu zbliżającej się daty ślubu Maryi nie z nim, lecz z innym. Wobec tych przypuszczeń Piotr postanowił raz jeszcze zaproponować bratu swój wyjazd, lecz gdy wieczorem zdobył się na odwagę, by mu to powiedzieć, Wilhelm porwał się ze słowami:
— Ach, drogi bracie, jakże niesłusznie mnie posądzasz! Kocham was oboje i ani na chwilę nie żałuję tego, co zrobiłem... Miłość wasza jest osłodą mojego życia... patrząc na was, jestem mężniejszy... wierzaj mi, że jestem szczęśliwy waszem szczęściem... Nic mi właściwie nie jest i nic mi nie dolega, a jeżeli jestem teraz bardziej milczący, to należy przypisać różnym myślom, odnoszącym się do moich fachowych zatrudnień.
Dla uspokojenia rodziny przemógł się i był przez cały wieczór rozmowny i wesoły. Podczas obiadu zapytał się, czy tapicer już zaczął przygotowywać dwa pokoje na górze dla młodego małżeństwa. Marya roześmiała się i zaczęła opowiadać swoje życzenia. Chciała, by jeden z pokoi był wybity czerwonym andrynoplem, z dywanem na całej podłodze, bo dywan taki w jej przekonaniu był nietylko krańcowym zbytkiem, ale wielką przyjemnością. Sprzęty chciała mieć z drzewa sosnowego, wprost werniksowane, bo tym sposobem będzie miała wrażenie wiejskiego mieszkania. Rozbawiona projektami swojego nowego gospodarstwa, śmiała się swobodnie, a Wilhelm wtórował jej, dodając konceptów. Piotr wsłuchiwał się w ich rozmowę, a nie mogąc nic innego dostrzedz nad ojcowską troskliwość ze strony Wilhelma, uspokoił się i nabrał przekonania, że się rzeczywiście omylił.
Lecz nazajutrz Wilhelm znów się pogrążył w złowrogie milczenie. Piotr tem więcej zaczął się niepokoić, że babka była od pewnego czasu coraz cichszą i poważniejszą. Nie śmiał się jej zapytać, lecz zaczął badać chłopców. Ale ani Tomasz, ani Franciszek, ani Antoni nic nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli. Zdawało się im, że nie powinni pragnąć zbadania tajemnicy, jeżeli była jaka. Kochali ojca i to im wystarczało. Każdy z nich miał swoje zajęcie, szczęśliwymi się czuli, pracując pod opieką ojca, a jednak z całkowitą osobistą swobodą. Nigdy nie przyszło im na myśl, by zapytać go o cel jego pracy i wynalazków, znajdowali bowiem, że wszystko, co zamierza czynić i co robi, musi być dobre i szlachetne, a w każdej chwili czuli się gotowymi do wykonania jego rozkazów, bez wahania. Lecz Wilhelm nigdy się przed nimi nie zwierzał, może nie chcąc ich narażać na niebezpieczeństwo i jedyną jego powiernicą była babka, którą czcił, której się radził, a może nawet i często słuchał. Piotr pragnął się zastosować do przykładu, dawanego mu przez synowców, lecz nie mógł. Powaga babki zatrważała go, tem więcej, iż zauważył, że Wilhelm coraz częściej zamyka się z nią na górze i prowadzi długie, tajemne narady. Pokój babki był obok dwóch małych pokoików, zajmowanych przez Maryę, lecz rozmowy babki z Wilhelmem tak były ciche, że najlżejszy odgłos nie dolatywał przez ścianę.
Któregoś dnia Piotr ujrzał Wilhelma, wychodzącego ztamtąd z małą lecz ciężką walizką w ręku. Równocześnie przypomniał sobie zwierzenie się przed nim brata, że funt materyału wybuchowego wystarczy by wysadzić w powietrze, chociażby największy gmach w Paryżu. Jakże więc potężnym w skutki był dar, jaki Wilhelm zamierzał złożyć Francyi ze swego wynalazku, by mogła królować nad innemi narodami, wyzwalając je w imię braterstwa ludów! Wilhelm tylko jemu i babce dotąd się zwierzył, a skład niebezpiecznego materyału wybuchowego był w jej pokoju, w kryjówce, trudnej do odkrycia nawet podczas rewizyi policyjnej. Dlaczego Wilhelm wynosił dziś z domu cały zapas sfabrykowanego materyału wybuchowego?... Wystraszony, zapytał nagle brata:
— Czy masz jakie obawy?... Pamiętaj, że możesz, co chcesz, złożyć u mnie w Neuilly... tam napewno nikt nie przyjedzie szukać niepotrzebnie.
Wilhelm zdziwiony utkwił w nim wzrok i wreszcie rzekł:
— Tak... nieco się obawiam... Od czasu jak ścięli tego nieszczęśliwego, nanowo rozpoczęły się rewizye i aresztowania, widocznie obawiają się by go kto nie pomścił. Wreszcie po cóż mam was wszystkich narażać na niebezpieczeństwo, trzymając tak groźne materyały wybuchowe w domu?... Wolę je złożyć w miejscu spokojnem i pewnem... Ale nie w Neuilly... nie mam ochoty na zrobienie ci podarku tego rodzaju...
Mówił spokojnie, zaledwie że parę razy głos mu lekko zadrżał...
— A więc wszystko masz przygotowane i niedługo oddasz swój wynalazek w ręce ministra wojny...
Szczere oczy Wilhelma wyraziły pewne wahanie, chciał skłamać, lecz zaniechawszy tego, odpowiedział.
— Nie. Zmieniłem zamiar. Teraz mam coś innego na myśli.
Rzekł szorstko i tak stanowczym tonem, że Piotr nie śmiał go się zapytać, co właściwie zamierzał teraz uczynić. Ale od tego dnia Piotr w bezustannej był trwodze, milczące twarze babki i Wilhelma przerażały go gromem tajemniczości. Zdawało mu się, że zakiełkowała jakaś rzecz nadzwyczajnej doniosłości, że ta rzecz rozrośnie się i spotwornieje, rozlewając się na cały obszar Paryża.
Któregoś dnia, gdy Tomasz miał iść po południu do fabryki Grandidier, nadeszła wiadomość, że stary Toussaint został rażony nowym atakiem paraliżu. Tomasz natychmiast postanowił wstąpić do chorego, by się dowiedzieć bliższych szczegółów, lubił bowiem starego robotnika i chętnie chciał mu być pomocny w razie potrzeby Piotr zapragnął mu towarzyszyć i około godziny czwartej wyszli razem z domu.
Małżonkowie Toussaint zajmowali jeden tylko pokój, w którym jedli i spali. Piotr i Tomasz zastali chorego mechanika, siedzącego nieruchomo na nizkiem krześle przy stole. Miał całą prawą stronę ciała sparaliżowaną, choroba zagarnęła mu nawet część twarzy, tak, iż odjętą miał mowę. Od czasu do czasu usiłował coś powiedzieć, ale wydawał tylko przykre, niezrozumałe charkanie. Usta mu się wykrzywiły poczciwa, okrągła twarz o pomarszczonej skórze, była teraz maską wyrażającą bolesne zaniepokojenie. Miał dopiero lat pięćdziesiąt, ale praca wyżarła mu muskuły a choroba skręciła członki. Z każdym dniem stawał się coraz bardziej nezdolnym do jakiejkolwiek pracy. Od jakiegoś czasu niegolona broda wyrosła mu siwemi kłakami; stał się odrazu zgrzybiałym starcem i tylko oczy w nim żyły. Wodził niemi po izbie, zatrzymując wzrok na tej lub innej osobie. Pomimo zmartwienia, pani Toussaint zawsze tłusta i rumiana, kręciła się około męża z chęcią niesienia mu jakiejkolwiek ulgi.
Powitawszy wchodzących, rzekła:
— Mężu... mamy miłych gości... pan Tomasz, przyszedł cię odwiedzić... i ksiądz Piotr Fromont...
Wtem spostrzegłszy się, poprawiła się natychmiast:
— I pan Piotr Fromont, jego stryj... Widzisz, jeszcze ludzie o nas wiedzą... i nie opuszczają w nieszczęściu.
Toussamt chciał przemówić, lecz próżno się wysilał, i tylko dwie wielkie łzy spłynęły mu z oczu. Popatrzył na przybyłych, jakby chciał prosić ich i wołać o ratunek, a wargi mu się trzęsły, wykrzywiając się boleśnie.
— Uspokój się, mój stary, rzekła znów do niego żona. Doktór powiedział, żeś powinien wystrzegać się wzruszeń.
Wchodząc tu, Piotr zauważył, że dwie osoby cofnęły się w głąb izby, a teraz poznał w nich panią Teodorę i Celinkę. Obie były porządnie, czysto ubrane, twarze ich wyrażały spokój i zadowolenie. Przyszły odwiedzić chorego, który był bratem jednej a wujem drugiej, i ze współczuciem na niego spoglądały, jak istoty znające srogie prześladowania losu. Obecnie miały z czego żyć, gdyż z chwilą jak Salvat został ścięty, mnóstwo osób zaczęło okazywać wiele sympatyi pozostałej po nim córce. Chciano ją nawet adoptować, lecz ostatecznie pozostała pod opieką jednego z dawnych przyjaciół ojca, który posyłał ją do szkoły, mając zamiar dać jej następnie jakie rzemiosło do rąk. Nawet dla pani Teodory znaleziono zajęcie w domu zdrowia, gdzie teraz pilnowała chorych. Były więc wyratowane z najcięższej nędzy, ocalone.
Gdy Piotr zbliżył się, chcąc pocałować Celinkę, pani Teodora rzekła do niej, że powinna na zawsze pozostać wdzięczną księdzu dobrodziejowi. Pomimo świeckiego ubrania Piotra, przez uszanowanie, tytułowała go dalej księdzem.
— Ja często Celince o tem powtarzam, — mówiła — że ksiądz dobrodziej szczęście nam przyniósł. Takich rzeczy nigdy się nie zapomina... i pamięta się nawet przy mówieniu pacierza!
Piotr, kiwnąwszy życzliwie głową, nic nie odpowiedział starej kobiecie, tylko rzekł do Celinki:
— Więc chodzisz teraz do szkoły?...
— Tak, chodzę do szkoły, uczę się, i jestem kontenta... bardzo kontenta... bo już nie jesteśmy w biedzie... mamy wszystko, czego nam potrzeba...
Wtem zamilkła, chwycona nagłem wzruszeniem a po chwili dodała głosem zdławionym od łez:
— Ach żeby biedny mój ojciec mógł nas teraz widzieć!...
Pani Teodora, nie chcąc się okazać natrętną, zaczęła żegnać się z panią Toussaint:
— Do widzenia, moja kochana, idziemy już, ale niedługo znów nas zobaczysz... Serce boli patrzeć na nieszczęście, jakie was spotkało... więc dla okazania wam przyjaźni zaraz przyszłyśmy i będziemy was odwiedzały... Ale okrutna to bieda, bo chociaż masz głowę na karku, ciężko ci będzie, roboty nijak tobie nie znaleźć... Celinko, pocałuj wuja... a ja tobie, mój bracie, życzę, abyś conajprędzej odzyskał władzę w nogach.
Pocałowawszy paralityka w oba policzki, odeszły, a Toussaint patrzał za niemi błyszczącemi oczyma, jakby zazdroszcząc, że mogą swobodnie poruszać członkami, żyć i pracować.
Pani Toussaint zrozumiała wyraz oczu męża i chociaż była dobrą kobietą, na równi z nim zazdrościła szczęśliwego losu pani Teodorze i Celince. Poprawiając więc poduszki, o które chory wspierał się plecami, rzekła do niego:
— Tak, tak mój stary, te dwie mają teraz chleb gotowy... nie tak jak my! Od czasu jak ścięli głowę temu waryatowi Salvatowi, wszystko się wiedzie Teodorze i Celince. Mogą ręce założyć i całemi dniami próżnować a jeszcze im groszy nie zbraknie.
Zwróciwszy się w stronę Piotra i Tomasza, dodała:
— Nie tak jak nam!... oj, bo z nami to całkiem źle!... zaleźliśmy w biedę i dalibóg nie widzę sposobu wygramolenia się kiedy na wierzch!... już dla nas wszystko przepadło... wszystko się skończyło... Zdechniemy z głodu i kwita... moje mężysko nie poniosło głowy pod gilotynę... całe życie pracował bez wytchnienia, więc ma teraz za to nagrodę... zdechniemy z głodu, jakby jakie bydlęta, niezdatne już do żadnego użytku...
Podała gościom krzesła i odpowiadała na ich współczujące pytania. Doktór był już dwa razy i obiecywał, że chory odzyska mowę a może nawet będzie mógł utrzymać się na nogach przy pomocy kija. Lecz nie było nadziei, aby kiedykolwiek mógł pracować. Więc cóż warte życie w takich warunkach?... Oczy paralityka wyraźnie mówiły, że wolałby zaraz umrzeć i nie być nikomu ciężarem. Gdy robotnik zniedołężnieje i nie może zapracować na chleb dla żony i dla siebie, czas mu położyć się do trumny.
— Wielu przypuszcza, żeśmy sobie uciułali trochę pieniędzy, mówiła dalej, ale nie mamy ani grosza... Prawda, żeśmy mieli blizko tysiąc franków w kasie oszczędności, lecz wszystko to rozeszło się podczas pierwszej choroby męża... Ach!... a ileż to naskąpiliśmy sobie, żeby zebrać owe tysiąc franków, przez siłę człowiek odkładał, bo przecież każdemu by się chciało coś użyć na tym świecie... ledwie że czasami dawaliśmy sobie trochę folgi, i zjadło się coś lepszego na obiad... ale rzadko pozwalaliśmy sobie na takie festyny... A gdy mój stary zapadł na pierwszy atak i przez pięć miesięcy siedział w domu, nie mogąc iść do fabryki, to nasz tysiączek wyczerpał się w kasie oszczędności... wszystko poszło na lekarstwa i codzienne potrzeby, bo doktór kazał mu jeść mięso pieczone, pić wino... a przecież to drogo kosztują takie przysmaki... A teraz co będzie?... nie wiem, bo nie mamy ani na lekarstwo, ani na wino, ani na smarzone krwiste bifsztyki...
Z natury łakoma pani Toussaint, kładła nacisk na te słowa i w głosie jej drżał żal za przeszłością połączony z obawą o jutro. Poczciwa jej twarz wyrażała przerażenie, byłby to bowiem dla niej koniec świata, gdyby nie mogła utrzymać ładu w swojem gospodarstwie, pilnować obiadu, wyczekując powrotu męża i gwarząc całemi godzinami z kumoszkami z sąsiedztwa. Innego życia nie rozumiała dla siebie, a jeżeli stało się to niemożliwem, to niechajby zaraz ich oboje uśmiercono, oszczędzając im nędznych dni o żebranym chlebie.
Tomasz odezwał się:
— Zapewne pani wie, że istnieje przytułek dla inwalidów pracy?... trzebaby się postarać o miejsce w nim dla męża pani... Zdaje mi się, że powinni go tam chętnie przyjąć...
— Ani myśleć! — zawołała kobieta. — Mówiono mi o tym przytułku, więc poszłam na zwiady... tam nie chcą przyjmować ludzi chorych; odpowiedzieli mi, że dla chorych są szpitale.
Piotr skinął smutnie głowę na znak, że tak jest rzeczywiście. Przypomniał sobie jak przed kilku miesiącami z powoda starego Laveuve, cały dzień biegał po Paryżu od baronowej Duvillard, prezydentki, do Fonsègne’a, naczelnego administratora przytułku, a gdy nareszcie zdołał uzyskać miejsce, ksiądz Rose go zawiadomił, że Laveuve już umarł.
Wtem, w bocznej alkowie, w której przez długie lata sypiał młody Karol Toussaint, odezwał się płacz dziecka. Pani Toussaint, poszedłszy tam, prawie zaraz wróciła, niosąc na ręku blizko dwuletniego chłopca, a widząc zdziwienie gości, rzekła: Cóż było zrobić z tem biedactwem, to syn naszego Karola. Wzięliśmy go i sypia w dawnem łóżku swojego ojca. Wszystko się na nas razem zwaliło, bo malca tego zabrałam od niańki w środę, właśnie w wigilię dnia, w którym mój stary na nowo zaniemógł, a musiałam go zabrać, gdyż Karol źle się teraz prowadzić przestał płacić kobiecie, u której dziecko, więc też ona zniecierpliwiona nie chciała dłużej je żywić i groziła, że je wyrzuci na ulicę. Więc ja wtedy mówię sobie: mój stary znów pracuje, wszak niewiele nam ubędzie, gdy weźmiemy malca na swoje utrzymanie. Pojechałam, zabrałam, a tu w domu spadło na drugi dzień takie straszne nieszczęście. Lecz cóż, przecież nie mogę rzucić dzieciaka ze śmieciami na ulicę...
Mówiąc, huśtała wnuka, tuliła go, chcąc go uspokoić. I znów ponowiła opowiadanie głupiej przygody swego syna Karola, który wdał się w niepotrzebny stosunek ze służącą z pobliskiej szynkowni i spłodził z nią dziecko, które mu ona zostawiła w prezencie, uciekłszy z innym, jak jakaś ostatnia z ostatnich. Jeszcze byłoby pół biedy, gdyby Karol pozostał porządnym robotnikiem, jakim był przed służbą wojskową. Wtedy ani godziny nigdy nie zmarnował, pracował chętnie i wszystkie pieniądze przynosił matce do domu. Ale koszary popsuły go. Przywykł tam do próżniactwa, nauczył się rozprawiać i teraz coraz częściej wałęsa się po mieście zamiast iść do warsztatu. Nie jest on taki jak Salvat i nie rzuca jeszcze bomb pod pałace, ale ciągle przebywa w towarzystwie socyalistów, anarchistów, którzy mu przewracają w głowie. Wyraźnie szuka guza, i znajdzie go, łącząc się z takimi ludźmi, a szkoda, bo był tęgi i dzielny z niego robotnik. Straszne wieści zaczynały coraz gęściej krążyć o tem wszystkiem po całej dzielnicy roboczej. Podobno, że z każdym dniem większe jest zniechęcenie się młodych do pracy, i to najlepsi, najrozsądniejsi z nich takie bunty podnoszą. Gdy się zbiorą, to krzyczą, że dość ich ojcowie nacierpieli się, pracując jak bydlęta, więc oni nie dadzą się wyzyskiwać bogaczom, bo praca nie powinna być nad siły jak dotąd... robotnik powinien więcej zarabiać i mieć starość zabezpieczoną, chcą się tego wszystkiego domagać, a jeżeli rząd im nie da, to grożą zwaleniem i zniszczeniem całego dobytku bogaczy.
— Ach, tak — mówiła dalej — synowie wyradzają się od ojców! Ci młodzi nie będą mieli cierpliwości, jaką miał chociażby mój mąż tu oto przed nami siedzący. Dla niego byle miał robotę to o resztę nie pytał i nigdy nie narzekał, ale też nic dobrego nie wysłużył sobie, sterał przedwcześnie siły, praca mu wyżarła całą moc z kości... i cóż z niego zostało?... niedołęztwo i wieczne kalectwo... Karol, gdy przyszedł wieczorem i zobaczył ojca w tym stanie, zaczął się rozbijać po izbie, wrzeszczał mu nad głową, że przez całe życie był tylko bydlęciem... bo gdyby był człowiekiem, oddawna byłby się zbuntował i nie chciał tracić siły na wzbogacanie swoją pracą burżuazów, którzy o tyle dbają o robotników, o ile z nich korzyść dla siebie ciągną ale jeżeli który przy pracy padnie, wyrzucają go na bruk i więcej nie chcą o nim słyszeć... Straszne rzeczy wygadywał, a ponieważ ma dobre serce i szczerze kocha ojca, więc w końca rozbeczał się z żalu nad jego chorobą i pocieszał nas, jak na dobrego syna przystało.
Dziecko się utuliło, lecz pani Toussaint dalej chodziła tam i napowrót po izbie, kołysząc je i spoglądając na uśpionego wnuka, co jej nie przeszkadzało dalej opowiadać o wszystkich swoich kłopotach. Syn jej, Karol, pomimo szczerych chęci, nie będzie mógł skutecznie przyjść im z pomocą, zaledwie od czasu do czasu przyniesie kilka franków, ale tego nie starczy jej chociażby na zaspokojenie rachunku piekarza. Była kiedyś bieliźniarką, lecz odwykła od szycia, a teraz zapóźno wracać do dawnego zajęcia. Mogłaby się postarać o miejsce do posługi, lecz czyż może opuścić dom chociażby na parę godzin, mając małe dziecko i drugie stare dziecko do ciągłego doglądania?... Więc cóż z nimi będzie?... co poczną wszyscy troje?... Przystawała, patrząc z rozpaczą na przybyłych, drżąc z obawy o jutrzejszy kawałek chleba.
Piotr i Tomasz nie znajdowali słów, by ją pocieszyć i wzruszonym wzrokiem wodzili po ubogiej ale czystej jeszcze izbie, lecz serce im drgnęło z litości, gdy spostrzegli, że po twarzy sparaliżowanego Toussaint, który wszystko słyszał i rozumiał, spływały ciężkie łzy bólu. Spoglądał na żonę i na śpiącego u niej na ręku wnuka, a nie mogąc wypowiedzieć swej zgryzoty, płakał nad goryczą losu swego, i swoich. Zapewne myślał o życiu swem, spędzonem przy pracy w wiecznem ubóstwie i znużeniu, oraz nad okropną niesprawiedliwością takiego końca. Więc tyle wysiłku i pokornego poddania się jarzmu, nie zabezpieczyło ich od przepaści nędzy na starość! Spadła choroba i unieszczęśliwiła ich wszystkich, jego niemoc była niemocą i tych niewinnych ofiar, jego cierpienie było i ich cierpieniem, jego śmierć pociągnie za sobą i śmierć tych dwojga. Ach, starość robotnika, choroba ojca rodziny jest groźniejszą nad śmierć, a los człowieka gorszym jest od losu zwierzęcia!... Toussaint czuł całą tego potworność i wrzał w nim teraz bunt, który kipiącemi słowy byłby pragnął krzyczeć jak świat szeroki, lecz niemoc zakneblowała mu usta i rozpacz wypowiadał łzami, charkając i dysząc jak bydlę w ostatnich chwilach konania.
— Nie wysilaj się, mój stary — rzekła do niego żona. Mowę jeszcze odzyskasz i będziesz mógł się wygadać ze swego bólu... Ale sobie nie dokuczaj myślami, bo jeszcze ci będzie gorzej...
Poszła do alkowy, by ułożyć dziecko na łóżka, a Tomasz i Piotr chcieli jeszcze z nią pomówić o panu Grandidier, w którego fabryce Toussaint pracował przez długie lata. Wtem nadeszli nowi goście, więc rozmowa została odłożona.
Weszła pani Chrétiennot, żona urzędnika a siostra Toussaint, młodsza od niego o lat osiemnaście. Piękna Hortensya, dowiedziawszy się o nieszczęściu brata, przyszła go odwiedzić, chociaż mąż wymógł na niej, że prawie zerwała stosunki z familią, której on wstydził się przed swoimi kolegami z biura. Miała na sobie suknię jedwabną wprawdzie, ale bardzo zniszczoną, a na głowie kapelusz z makami czerwonemi, przerobiony przynajmniej po raz trzeci. Wyglądała strojnie, lecz, przypatrzywszy się zblizka, czuć było w tych strojach ciężki niedostatek, skrywaną nędzę. Stąpała ostrożnie, nie chcąc pokazać swoich dziurawych trzewików. Twarz miała zwiędłą, wogóle bardzo zbrzydła po ostatniem poronieniu, delikatna uroda blondynki znikła prawie bez śladu.
Zaraz od progu przeraziła się, spojrzawszy na sparaliżowanego brata, siedzącego wśród ubogiej izby przy prostym drewnianym stole. Pocałowała go, mówiąc, że mu bardzo współczuje, a zasiadłszy zaczęła zaraz narzekać na ciężkie materyalne położenie swego męża, w obawie, by nie zapotrzebowano od niej pomocy.
— Ach, moja droga — rzekła do bratowej, bardzo was żałuję, bo jesteście w ciężkiem położeniu. Lecz gdybyście znali moje kłopoty!... ach, każdy ma swoją biedę!... Jestem zmuszona ubierać się przyzwoicie i nosić kapelusze z kwiatami, bo tego wymaga pozycya mojego męża... ale pomimo to grosz grosza u nas nie dopędza i ciągle łamię sobie głowę jak związać koniec z końcem. Pensya mojego męża wynosi trzy tysiące franków, lecz doprawdy nie wiele nam pozostaje na opędzenie wszystkich potrzeb, gdy się odejmie od tego siedemset franków na komorne. Powiecie, że moglibyśmy mieć skromniejsze mieszkanie, ale mylisz się, moja droga, bo muszę mieć salon do przyjmowania osób, z któremi podtrzymujemy stosunki towarzyskie. Więc zastanówcie się, co to kosztuje!... A moje dwie córki! przecież muszę im dać odpowiednie wykształcenie... Lucynka bierze lekcye muzyki, a Marcelka ma zdolności do rysunku, więc nie godzi się tego zaniedbywać... Byłabym je z sobą przyprowadziła... ale lękałam się dla nich zbyt silnego wrażenia. Wszak nie weźmiecie mi tego za złe?...
Opowiadała cały szereg przykrości, jakie przebyła ze strony męża z powodu Salvata. Nieszczęśliwy koniec tego waryata, ostatecznie rozgoryczył pana Chrétiennot przeciwko familii żony. Uważał sobie za ujmę, za rodzaj hańby, że ktoś, należący do jej familii, został ścięty na gilotynie. Był teraz dla niej szorstki i pełen gorzkich wymówek, na nią zwalając winę złamanego swego życia, swoją biedę i powolny awans w służbie rządowej. Kłótnie były u nich zawsze na porządku dziennym, lecz dawniej żona stawiała mu czoło, przypominając, że nie on jeden starał się o jej względy, wszak gdy była panną sklepową w cukierni przy ulicy de Martyrs, kochał się w niej doktór i chciał się z nią żenić, zachwycony jej urodą. Ale od czasu śmierci Salvata nie śmiała występować z mężem do walki, i znosiła coraz to nieznośniejsze sceny domowe. Wskutek choroby i ciągłych zmartwień, widziała, że zbrzydła, a mąż nieomieszkał i z tego skorzystać, by jej dokuczać. Niczego więc dobrego już nie może się spodziewać w życiu, bo nawet gdyby pensya jej męża doszła do marzonych przez nich czterech tysięcy franków, będzie im ciężko, bo to ich zmusi do wystawniejszego życia. Tak więc przyjemność, że jest panią, noszącą jedwabne suknie i że ma męża urzędnika, chodzącego codziennie w cylindrze, zdobywają oni, walcząc z dokuczliwą czarną nędzą, gorszą aniżeli ubóstwo, nieodłączne od doli robotników.
Pani Toussaint, znudzona narzekaniem bratowej, przerwała jej, mówiąc:
— W każdym razie udało ci się wykręcić od trzeciego dziecka!
Hortensya odetchnęła, jakby jej nanowo spadła wielka ulga z serca.
— Ach, tak... bo, doprawdy nie wiem, jakbyśmy podołali, mając na barkach aż troje dzieci... A przytem mąż wymyślał mi od pierwszej chwili, gdy się dowiedział, że znów jestem w ciąży... Twierdził, że postarałam się o to po za domem, bo on pewien jest siebie że potrafił się złego ustrzedz, więc krzyczał codziennie, że jeżeli będę miała dziecko, to mnie opuści i nigdy o mnie nie będzie chciał wiedzieć. A czy wiesz, że o mało co nie umarłam, zdecydowawszy się na poronienie.. okropnie byłam chora i zapewne już nigdy nie wrócę do zdrowia. Doktór przepisał mi lekarstwo i polecił jeść pożywne potrawy, ale pozostało to tylko na papierze... nie mamy na wydatki nadzwyczajne. Lecz mniejsza z tem, trzymam się na nogach, a co pozbyłam się kłopotu, to się pozbyłam, i gdy o tem wspomnę, aż mi weselej.
— Rzecz prosta, że jesteś zadowolona, wszak tylko tego pragnęłaś, by uniknąć trzeciego dziecka.
— Tak, zapewne... tylko tego pragnęlibyśmy oboje... Mój mąż powtarzał, że zatańczy z radości, gdy już złe przeminie... A jednakże... jednakże...
Nagle głos Hortensyi zadrżał z rozczulenia.
— Gdy doktór, po obejrzeniu, powiedział nam, że to był chłopiec, taka mnie ogarnęła żałość, że aż serce pękało mi ze zmartwienia; spostrzegłam, że mojemu mężowi było nieweselej, odwrócił się, bym nie widziała jego twarzy. Mamy dwie córki... miło byłoby mieć i syna.
Łzy nabiegły jej do oczu, a po chwili dodała.
— Cóż robić!... nie stać nas na trzecie dziecko!... więc lepiej, że się nam syn zmarnował przedwcześnie... Byłaby nam i jemu bieda na świecie, a tak wrócił zkąd przyszedł... Ale doprawdy, że ciężkie bywają konieczności w życiu i częściej jest powód do łez niż do śmiechu.
Wstała, chcąc odejść i na pożegnanie pocałowała sparaliżowanego brata, spieszyła się z powrotem do domu, lękając się wymówek męża, gdyby jej nie zastał, wróciwszy z biura. Lecz już przy drzwiach znów się zatrzymała, mówiąc, że spotkała panią Teodorę z Celinką, obie były porządnie ubrane i zadowolone z teraźniejszego swego losu. Zazdrość przebijała się w jej słowach, a skończyła, mówiąc:
— Mój mąż codziennie chodzi do biura i zabija się pracą... ten napewno nic takiego nie zrobi, jak Salvat... umrze spokojnie na swojem łóżku, więc też nikt nie wyposaży naszych córek, nikt nam nie dopomoże, chociażbyśmy umierali z głodu. Każdy ma swój los, moja droga... nie trać jednak odwagi... trzeba mieć nadzieję, że twój mąż wróci do zdrowia...
Piotr i Tomasz wstali po jej odejściu, i przed pójściem do fabryki chcieli się dowiedzieć, czy też pan Grandidier, zawiadomiony o nieszczęściu starego Toussaint, obiecał przyjść z pomocą. Okazało się, że jeszcze do niczego nie zobowiązał się stanowczo. Postanowili więc przemówić do jego serca, przypominając, że Toussaint był mechanikiem w teraźniejszej jego fabryce przeszło od lat dwudziestu pięciu, i że kiedyś był projekt urządzenia kasy wsparcia, a nawet dawania emerytury wysłużonym robotnikom, lecz myśl ta została zagubiona w czasie upadku poprzedniego właściciela. Istnienie podobnej kasy byłoby zabezpieczyło utrzymanie staremu Toussaint, chroniąc go przynajmniej od głodowej śmierci; lecz czy po za tem nie istnieje poczucie sprawiedliwości, nakładające obowiązki na właściciela wobec robotnika, dotkniętego chorobą?... Piotr i Tomasz nie wątpili, iż Grandidier, jeżeli nie przez sprawiedliwość, to przez dobroć serca okaże się miłosiernym.
Dziecko znów się obudziło i zaczęło płakać, więc pani Toussaint przyniosła je z alkowy i chodząc po izbie, uspakajała malca pieszczotą. Tomasz zbliżył się do paralityka i ująwszy jego rękę w obie dłonie, rzekł:
— Przyszliśmy dziś i będziemy ciebie odwiedzać... bądź spokojny, nie opuścimy cię w smutnem położeniu. Wszyscy w fabryce ciebie kochali, bo zawsze byłeś zacnym i pracowitym człowiekiem. Bądź dobrej myśli i licz na nas, zrobimy co tylko będzie można, żebyś nie cierpiał niedostatku.
Wyszli z ubogiej izby, pozostawiając chorego z twarzą zalaną łzami, przerażonego oczekiwaniem smutnego losu, a niemniej wylękła jego żona pieszczotliwie huśtała głośno płaczące dziecko, które od pierwszej chwili pojawienia się na świecie było ciężarem dla całej swej rodziny, by dorósłszy zamrzeć z nadmiaru pracy, z nędzy, jako jeszcze jedna ofiara więcej niesprawiedliwego ustroju społecznego.
Tomasz i Piotr odnaleźli w fabryce Grandidiera pracę rękodzielniczą, huczącą i ziejącą wysiłkiem setek ludzkich jednostek. Cienkie metalowe rury, stercząc po nad dachami budynków, rytmicznie buchały parą, jakby normując oddech wrzącej tu roboty. We wszystkich wydziałach zakładu warczały koła i sunęły po nich pasy, a zastępy robotników uwijały się, kując, piłując, śrubując i wiercąc, podczas gdy rozliczne warsztaty puszczane w ruch, napełniały powietrze łoskotem przeszywającym powietrze. Dzień roboczy dobiegał końca, spieszono się gorączkowo, by dopędzić do zamierzonego kresu roboty jeszcze przed odezwaniem się dzwonu, zwiastującego godzinę rozejścia się do domów.
Gdy Tomasz zapytał o pana Grandidier, odpowiedziano mu, że nie pokazał się w fabryce od południowego śniadania. Domyślił się, że musiało zajść coś niespodziewanego w ubocznym pawilonie, gdzie pan Grandidier zamieszkiwał wraz z młodą żoną, która od lat dwóch cierpiała na pomieszanie zmysłów i od czasu do czasu miewała straszliwe ataki. Mimo to pozostała piękną a rozkochany w niej mąż pielęgnował ją osobiście, nie mogąc na sobie wymódz, by się z nią rozłączyć i osadzić ją pod obcą opieką w domu zdrowia. Z małej pracowni, oddanej do dyspozycyi Tomasza, — dokąd teraz wszedł wraz z Piotrem, by poczekać na właściciela fabryki, było widać pawilon zamieszkiwany przez państwa Grandidier. Wznosił się on wśród ogrodu pełnego kwitnących bzów i widokiem swym wywoływał myśl o spokojnie uśmiechniętem szczęściu domowem, o dzieciach bawiących się wśród ulic wysypanych piaskiem. Przez otwarte okno pracowni doleciał ztamtąd nagle przeciągły krzyk a potem jęk okropny, nieludzki, przypominający konanie zarzynanego bydlęcia. Jęki i wycia nieszczęsnej chorej istoty mieszały się z rytmicznem buchaniem pary, z turkotem i wrzeniem pracy w fabryce. Interesa fabryki szły coraz pomyślniej. Tegoroczne dochody podwoiły się prawie i Grandidier był w trakcie dojścia do znacznego majątku, dzięki forsownej dostawie bicykli do magazynu „Bon Marché“, gdzie brat jego był jednym z administratorów. Popłacał zwłaszcza wzięty bardzo typ bicykla „Lisette“, w cenie stu pięćdziesięciu franków, sprzedawanego w olbrzymich ilościach, lecz Grandidier liczył przedewszystkiem, że wkrótce rozpowszechni się użycie samochodów, które go niezawodnie więcej zbogacą, gdy udoskonali budowę małych motorów. Pracował nad tem od kilku miesięcy, chcąc wynaleźć coś zupełnie nowego, rywalizując w tem z Tomaszem, który ze swej strony był już prawie pewnym stworzonego przez siebie modelu. Przyszłość fabryki zapowiadała się świetnie, lecz materyalne powodzenie jej właściciela nie ujmowało mu męczarni, spowodowanej dramatem domowym.
Z ogrodu, od pawilonu ze szczelnie zapuszczonemu żaluzyami, dolatywały na przemiany krzyk i jęki. Piotr i Tomasz zbledli, słuchając i spoglądali na siebie, drżąc ze wzruszenia. Nagle wszystko ucichło i zamarło. Tomasz rzekł wtedy półgłosem:
— Jest ona zazwyczaj podobno bardzo spokojna i łagodna. Całemi dniami siedzi na ziemi, na dywanie i bawi się jak małe dziecko. Mąż spędza z nią cały czas wolny od zajęć w fabryce, sam ją ubiera i rozbiera, dogadza jej we wszystkiem, stara się ją rozerwać, rozweselić. Co za smutne życie!... Rzadko, lecz z nienacka, niespodziewanie chwyta ją atak, a wtedy w napadzie wściekłości chce gryźć, rzuca się o ściany i oddawna byłaby się już zabiła, gdyby nie jego obecność. Wtedy walczy z nią siłą, chwyta ją w objęcia i uspokaja, jak małą dziecinę. Ale atak dzisiejszy był, zdaje się, dłuższy od poprzednich... Okropności... A tem smutniejsza okropność, że niema nadziei, by kiedykolwiek wróciła jej przytomność umysłu.
Już od kwadransu panowała zupełna cisza w pawilonie, gdy wyszedł z niego z obnażoną głową Grandidier i blady, jak trup, skierował się ku fabryce. Przechodząc w pobliżu pracowni Tomasza, spostrzegł go, wszedł więc do niej i oparł się, milcząc, o wystające ramię tokarni, jak człowiek blizki zemdlenia i uginający się pod zmorą najdokuczliwszego nieszczęścia. Łagodna, lecz energiczna twarz jego była teraz boleśnie wykrzywioną maską serdecznego cierpienia i najwyższego niepokoju. Koło lewego ucha występowały mu krople krwi, miał w tem miejscu skórę silnie startą, zapewne przy pasowaniu się z biedną chorą.
Po chwili zapanował nad sobą i pragnąc zapomnieć o bólu, chciał go zwalczyć zanurzeniem myśli w codzienny nawał zajęć w fabryce.
— Rad jestem, żeś przyszedł, kochany Tomaszu. Myślałem nad tem, coś mi powiedział o naszym małym motorze, ale pragnę jeszcze o tem pomówić z tobą.
Patrząc na zbolałą twarz mówiącego, Tomasz pomyślał, że może ulgą dla niego będzie, gdy się przekona, że inni ludzie także cierpią i rozpaczają.
— Tak, przyszedłem w celu pomówienia z panem w tej kwestyi, lecz pierwej chciałbym przedstawić nieszczęśliwe położenie starego Toussaint. Byliśmy u niego i wprost ztamtąd przychodzimy. Serca nas rozbolały, patrząc na niedolę tego sparaliżowanego człowieka, będącego bez środków do życia. Po tylu latach pracy padł nagle rażony niemocą, a teraz on i jego stara żona są w nędzy i pod grozą głodowej śmierci.
Przypomniał, że Toussaint pracował bez przerwy przez dwadzieścia pięć lat przy tym samym warsztacie, należało zatem wynagrodzić mu tak długi wysiłek i zapewnić resztę dni temu poczciwemu człowiekowi. Fabryka powinna mu dopomódz w imię sprawiedliwości, a chociażby w imię obowiązkowego politowania dla wysłużonych sług swoich.
Piotr odważył się dodać ze swej strony:
— Ach, panie, chciałbym, abyś tam poszedł i zobaczył, chociaż przez chwilę, ubogą izbę tego nieszczęśliwego, który, chwycony niemocą, nagle zniedołężniały, zużyty, stracił nawet mowę, by wypowiedzieć swoje cierpienia. Czyż może być ból większy, jak tego człowieka, który całe życie spędził uczciwie i przy pracy, a teraz znalazł się odrazu nad przepaścią nędzy i bez nadziei w jakąkolwiek skuteczną pomoc. Gorycz tych myśli nie przestanie towarzyszyć mu do śmierci i umrze, tonąc w morzu rozpaczy, wątpiąc w dobroć i sprawiedliwość ludzką.
Grandidier, milcząc, słuchał ich opowiadania. Z nieprzepartą siłą łzy nabiegały mu do oczu i rzekł cicho głosem drżącym z hamowanego wzruszenia:
— Ach, gorycz myśli... morze rozpaczy... któż je zna, jeśli nie zgłębił nieszczęścia innych?... Tak, biedny Toussaint, biedny; smutno jest na starość ujrzeć się w nędzy bez kawałka chleba na dzień jutrzejszy. Lecz znam większą jeszcze niedolę: trucizny szarpiące serce i łamiące życie człowieka... Ach, chleb! to rzecz ważna, lecz nieprawdą jest, niedorzecznością twierdzić, że na świecie raj będzie, gdy każdy człowiek będzie syty, ubrany i mieć własny dach nad głową. Są nieszczęścia, którym nic zapobiedz nigdy nie zdoła!
Słowa Grandidiera sączyły się bólem dramatu, wypełniającego mu życie od lat paru. Był właścicielem fabryki, panem niezależnego stanowiska, człowiekiem majętnym i w trakcie dobicia się do milionowej fortuny posiadaczem kapitału budzącego zazdrość; ludzie i maszyny pracowały na niego a on zgarniał zyski, przynoszone z podwójnego ich wysiłku, a pomimo pozornej tej szczęśliwości i powodzenia, był najnieszczęśliwszym z ludzi. Serce jego bez wytchnienia konało z bólu. Od lat paru nie miał nigdy ani jednego dnia, ani jednej godziny ulgi w męczarni, jaką wszędzie z sobą nosił. Pragnął zgubić swe myśli, oddając się z wytężeniem pracy, lecz ból silniejszy był nad jego wolę i odzywał się jękiem katuszy, a gdy po całym dniu znużenia wracał do domu, oczekiwała go tam okrutna nędza zwichniętej miłości! Powodzenie majątkowe opłacał najboleśniejszym haraczem. Worki złota mnożyły się w jego kasie, każdy rok obiecywał przynosić coraz obfitsze zyski, lecz wzrastające bogactwo nie mogło być dla niego ukojeniem bólu i patrząc na ukochaną kobietę beznadziejnie chorą, szlochał w rozpaczy, bezsilnie załamując dłonie.
Mówił teraz o Touisaint’ie ze współczuciem i obiecał, że przyjdzie mu z pomocą. Lecz cóż mógł właściwie dla niego uczynić? Stałej pensyi mu nie wyznaczy, bo nie chce dawać szkodliwego przykładu, niezgodnego z dzisiejszemi prawomocnemi zasadami i stosunkiem pracodawcy względem zarobkujących.
Twierdził, że wobec wciąż wzmagającej się konkurencyi musi bronić praw swoich, nie ustępując od nich w niczem ani na piędź jedną, jakkolwiek wyznaje, że nie jest zwolennikiem systemu istniejącego, a którego strzedz czuł się obowiązany. Nie był wszakże reformatorem, a więc, jako właściciel fabryki, powinien wszystkich sił dokładać, by roboty szły, przynosiły zyski i wzbogacały go sposobami dozwolonemi przez uczciwość. Żałował, że robotnicy w jego fabryce porzucili dawno myśl utworzenia kasy wsparcia i emerytury i dał do zrozumienia, iż postara się nanowo rozbudzić w nich chęć do urzeczywistnienia tak pożytecznego założenia.
W miarę tego jak mówił, ożywiał się, bladość ustąpiła mu z twarzy i z widocznem zajęciem rzekł do Tomasza:
— Chciałem ci powiedzieć z powodu naszego motoru...
Wdał się teraz w długą techniczną rozmowę z młodym mechanikiem, a Piotr, czekając na bratanka, zamyślił się o potrzebie szczęścia i ogólnym pościgu za tem najwyższem dobrem. Od czasu do czasu dolatywały go zrozumiałe frazesy lub słowa, wynurzając się z powodzi wyrażeń czysto technicznych. Kiedyś fabryka wyrabiała małe parowe motory, lecz w wielu razach były one niepraktyczne w zastosowaniu i należało znaleźć nową jakąś siłę poruszającą. Elektryczność, która jutro będzie królować, dziś potrzebowała jeszcze zbyt ciężkich przyrządów, zatem pozostawała tylko nafta, lecz tyle przy jej użyciu było stron ujemnych, że stało się koniecznością szukać czego innego. Sławę i majątek pozyska ten szczęśliwy wynalazca, który zbuduje mały motor poruszany nową jaką siłą, lecz właśnie tę nową siłę trudno jest wynaleźć. Całość zadania w tem mieściła się właśnie, aby wynaleźć i zastosować.
— Coraz mi więcej na tem zależy — rzekł Grandidier z wielkiem ożywieniem. Dotąd czekałem, nie nagląc cię i nie zadając ci niedyskretnych pytań. Lecz wiedz o tem, że trzeba jaknajprędzej coś wynaleźć.
Tomasz, uśmiechnąwszy się, odparł:
— Proszę, niech pan zechce być jeszcze trochę cierpliwy.. zdaje mi się, że jestem na dobrej drodze i niezadługo osiągnę zadawalniający rezultat.
Grandidier, uścisnąwszy na pożegnanie dłonie Tomaszowi i Piotrowi, poszedł obejść fabrykę, jak to czynił zwykle przed uderzeniem dzwonu, obwieszczającego zawieszenie roboty. Przez chwilę Piotr i Tomasz wpatrywali się w cichy pawilon o zapuszczonych żaluzyach, dokąd każdego wieczoru powracał Grandidier, by zamknąć się przy swojej chorej i cierpieć nad nieuleczalnością swej katuszy. Szczelnie zamknięty pawilon stał głucho wśród zieloności i bzów wonnie kwitnących, kryjąc w swem wnętrzu tajemnicę złamanego życia bogatego właściciela fabryki.
Już światło dzienne było na schyłku, gdy Piotr z Tomaszem, powróciwszy na szczyt wzgórza Montmartre, skierowali się ku olbrzymiej, oszklonej pracowni, jaką urządził rzeźbiarz Jahan w pobliżu bazyliki, dla wykonania anioła kolosalnych rozmiarów, podług szkicu zatwierdzonego nareszcie w arcybiskupstwie. Dokoła budującej się bazyliki Sacré Coeur wznosiło się całe miasteczko tymczasowych budynków, składów, pracowni i warsztatów. Rozrzucone one były w nieładzie wśród rozległego pustego gruntu, leżącego dotąd odłogiem, a teraz zawalonego materyałami nagromadzonemi dla budowy kościoła. Pomiędzy stosami belek, desek i drągów, pomiędzy złomami kamieni dopasowywanych na miejscu, pomiędzy górami cegieł i wszelkiego rodzaju maszyn wiły się rozkopy, schody prowadzące do różnych punktów podziemi, zagrodzone przejścia, drzwi zabite deskami, wszystko to oczekiwało ostatecznego ukończenia bazyliki, by ustąpić miejsca projektowanym balustradom i ogrodom.
— Stryju, wszak tyś nigdy nie zwiedzał podziemnych fundamentów bazyliki? Są one ciekawe i wprost zdumiewające swoim ogromem. Wiesz zapewne, że dziesiątki milionów wpakowali w ziemię przed rozpoczęciem widzialnych nad nią murów. Musieli sięgnąć aż na dno wzgórza, chcąc dojść do twardego gruntu, wykopali więc przeszło ośmdziesiąt studni, wypełnili je betonem i na tych ośmdziesięciu sztucznych podziemnych kolumnach zaczęli budować bazylikę. Nie widać tych potężnych kolumn, lecz to one dźwigają gmach, który swojem mianem, oraz przeznaczeniem urąga nam wszystkim, a stojąc na najwyższem wzgórzu, policzkuje Paryż, dozwalający na podobną niedorzeczność.
Piotr zbliżył się do ogrodzenia zbitego z desek i zapatrzył się w czarną jamę, prowadzącą tymczasowemi schodami do podziemia. Marzył o tych kolumnach niewidzialnych i upartej energii, która je stworzyła dla ugruntowania gmachu, ciążącego jak wyrzut, zagrażającego jarzmem i urągającego całemu miastu.
Tomasz wyrwał go z zadumy, mówiąc:
— Spieszmy się, bo już ściemnia się, gotowiśmy przyjść zapóźno, by módz obejrzyć pracę Jahan’a.
Antoni miał ich oczekiwać w pracowni Jahan’a, który chciał im pokazać świeżo wykończony model posągu. Gdy weszli, zastali dwóch specyalistów kamieniarzy, pracujących na drabinach przy obciosywaniu z grubszego symetrycznych skrzydeł kolosalnego anioła. Jahan zaś, z zawiniętemi po za łokcie rękawami koszuli, siedział na nizkim stołku i przypatrywał się figurze wysokości metra, nad którą przed chwilą pracował.
— A to wy! — zawołał do wchodzących, Antoni czeka na was blizko od godziny. Zdaje mi się, że wyszedł teraz z Lizą patrzeć na słońce zachodzące nad Paryżem. Niezadługo powrócą.
Zamilkł i siedząc nieruchomo, patrzał na swoje dzieło.
Była to figura, przedstawiająca nagą kobietę, stojącą, wysoką, a tak wzniosle majestatyczną i piękną prostotą linij, że wydawała się być olbrzymią. Obfite włosy miała rozwiane na ramionach i dokoła twarzy, która jaśniała pięknością jak słońce wśród promieni. Ciało podane zlekka naprzód, odchylało się torsem nieco w tył, wabiąc i oddając się. Ramiona, wyciągnięte ku miłosnym uściskom, pociągały ruchem, a dłonie były otwarte, nie odpychając od siebie nikogo.
Jahan zaczął mówić powoli, jakby z głębi swego marzenia:
— Pamiętacie, mówiłem wam, że chcę stworzyć statuę, będącą siostrą „Płodności“, którą wówczas wam pokazywałem. Pamiętacie jej rozwinięte łono, mogące wydać z siebie cały zastęp zdrowej i silnej potomności... Któryś z was dostrzegł wtedy w kącie pracowni posąg „Miłosierdzia“, lecz nie chciałem, byście nań patrzyli, bo nie lubiłem tej mojej roboty, była ona banalna, podobna do byle jakiej figury ulepionej przez ucznia pamiętnego na przepisy sztuki rzeźbiarskiej narzucanej nam w szkole. „Miłosierdzie“ odstawiłem na bok, glina zaczęła schnąć, kruszyć się i pękać. Natomiast przyszła mi wtedy myśl ulepienia statuy „Sprawiedliwości“. Ale miecze i wagi nie przemawiały do mojego przekonania. Taka „Sprawiedliwość“, chodząca w todze i w birecie, nie mogła rozpalić mojej wyobraźni. Opanowała mnie żądza stworzenia „Sprawiedliwości“ mojego pomysłu... takiej, któraby rzeczywiście dostępną była pojęciu każdego człowieka, nie wykluczając nikogo. „Sprawiedliwość“ darząca szczęściem, „Sprawiedliwość“ jedyna, hojna równomierną miłością. Wszak miłosna rozkosz wszystkich nas czyni równymi w imię tego samego prawa natury. Więc ujrzałem ją taką, jak oto widzicie... nagą, pełną prostoty, majestatycznie wielką w nieskończoności swej ujmującej dobroci. Jest ona słońcem, słońcem piękności, harmonii i siły, bo słońce jest jedyną sprawiedliwością. Pała na niebie dla całego świata. Promienie jego, będące źródłem wszelakiego życia, dają światło i ciepło z równie wspaniałą hojnością każdemu bez wyjątku — cieszy się niemi bogacz, niemniej jak i ostatni z nędzarzy. Więc moja „Sprawiedliwość“, jak widzicie, wyciąga ku wszystkim swoje ramiona, gotową jest przyjąć na swe łono każdego, by obdarzyć go nieśmiertelnością życia w nieśmiertelnej piękności. Ach, być pięknym, być silnym, być sprawiedliwym, czyż to nie jest najwyższe marzenie?...
Zapaliwszy fajkę, roześmiał się z radości i znów patrząc na swoje dzieło, spytał:
— Cóż, trzyma się kobiecina?... Mówcież, czy się wam podoba?
Obadwaj przybyli wypowiedzieli szczery swój zachwyt. Piotr ze wzruszeniem odnalazł pokrewieństwo własnych myśli z marzeniami artysty, wszak od tak dawna pragnął nadejścia ery sprawiedliwości, a chociażby jej świtania na gruzach starego walącego się świata, którego po tylowiekowem doświadczeniu Miłosierdzie nie zdołało uchronić od zguby.
Jahan, porzuciwszy robotę, rozmawiał ochoczo ze swojemi gośćmi i objaśnił ich, że tutaj, w tej pracowni ulepił szkic „Sprawiedliwości“ dla pocieszenia się, że musi dla zarobku robić na obstalunek anioła do bazyliki, tego szpetnego anioła, podług narzuconego mu banalnego szablonu. Przed kilku dniami zrobiono mu uwagę co do fałd sukni, które zbyt wyraźnie uwydatniały uda, musiał więc znów zmienić całą draperyę!
— Niech rozkazują i zmieniają, wszystko mi jedno! — zawołał. Ten anioł nie jest mojem dziełem, robię go na obstalunek, jak murarz stawia mur. Sztuka religijna już oddawna przepadła, brak wiary i głupota zabiły ją... Teraz oczekiwać należy odrodzenia się sztuki na gruncie społecznym, czysto ludzkim... Ach, gdyby mnie danem było być jednym z pierwszych jej zwiastunów!
Przerwał sobie pytaniem:
— Gdzież się podziały te dzieciska, Antoni i Liza?
Otworzył wielkie drzwi pracowni, wychodzące na dziki stok wzgórza. O kilkadziesiąt kroków wśród pustkowia, zawalonego materyałami budowlanemi, stał Antoni odwrócony profilem, a obok wysokiej, zgrabnej jego postaci, Liza, wsparta o niego, wydawała się jeszcze szczuplejszą i drobniejszą. Sylwetki ich rysowały się wyraźnie po nad obszarem Paryża ozłoconego ostatniemi promieniami gasnącego słońca. Silne ramię Antoniego podtrzymywało z czułością wiotką kibić Lizy, która z jego pomocą odbywała teraz dość długie przechadzki, nie czując zmęczenia. Wsparta na nim z ufnością, przytuliła się z wdziękiem i patrząc mu w oczy, uśmiechała się do niego, jakby chcąc mu wypowiedzieć nieskończoność swej wdzięczności i miłosnego przywiązania.
Otóż są, zaraz ich tutaj będziemy mieli... Wiecie, że cud jest zupełny: Liza jest zdrowa i codzień silniejsza... Nie mogę się nacieszyć tem niespodziewanem szczęściem... Tyle lat rozpaczałem nad jej niedołęztwem, myślałem, że nigdy się nie rozwinie... nawet przestałem uczyć ją czytać, całemi dniami siedziała w kącie pracowni, nie ruszając się prawie i nic nie mówiąc. Wtem zjawił się tutaj Antoni i dokonał cudu. Zaczął z nią rozmawiać, słuchała go i rozmawiała, nauczył ją czytać i pisać, rozwinął jej umysł — Liza jest teraz rozmowną a nawet wesołą. Nie umiała chodzić, była mała, jak karlica i bezustannie cierpiąca. Antoni, nie chcąc, by zostawała sama w mieszkaniu, brał ją na ręce i przynosił tutaj jak małe dziecko. Namawiał ją, by chodziła, wspierając się na nim, wprawiał ją codziennie w ten sposób i dziś Liza chodzi o własnych siłach. W przeciągu kilku miesięcy wyrosła, wyładniała i śliczna z niej teraz dziewczyna. Bywają chwile, że oczom własnym nie wierzę... przemieniła się całkowicie, jakby się na nowo urodziła. Patrzcie na nią, na twórcę i na dzieło jego...
Antoni i Liza szli wolno, zbliżając się ku drzwiom pracowni. Szli, skąpani ożywczym powiewem wieczornego wiatru, biegnącego od miasta jaśniejącego w cieple zachodzącego słońca. Nigdzie Antoni nie byłby znalazł wspanialszego horyzontu dla rozbudzenia umysłu biednej chorej, tu wszystko mu dopomagało, by wyrwać jej duszę z odrętwienia. A młodość ich obojga sprzyjała roznieceniu się miłości, kochanek ożywił i stworzył kochankę. Gdy ją poznał, była cała w uśpieniu, bez ruchu i myśli. Zbudził ją, stworzył, pokochał, by nawzajem być przez nią kochanym. Stała się ona jego dziełem, dalszym ciągiem jego samego.
— Siostrzyczko, nie jesteś zmęczona? — spytał Jahan, gdy wreszcie nadeszli.
Odpowiedziała zwolna z boskim uśmiechem:
— O nie!... tak mi dobrze, tak błogo, jak nigdy. Czy może być większa rozkosz, jak taki spacer. Zdaje mi się, że z Antonim mogłabym pójść na koniec świata bez żadnego zmęczenia.
Szczerość i prostota tego wyznania rozweseliły wszystkich, a Jahan, śmiejąc się, zawołał:
— Miejmy nadzieję, że Antoni nie zaprowadzi ciebie tak daleko. Ale jeżeli macie ochotę na taki spacer, nie będę wam przeszkadzać, a tymczasem zostańcie z nami!
Antoni zatrzymał się przed statuą „Sprawiedliwości“, która drgała życiem, stojąc w świetle, wpadającem do pracowni przez drzwi wychodzące na zachód. Wrażliwa natura Antoniego i tkliwy nastrój jego serca wywołały w nim głębokie wzruszenie. Szepnął ze łzami w oczach:
— Ach, boska prostoto! boska piękności!
Przed paru dniami ukończył dawno rozpoczęty drzeworyt, przedstawiający Lizę z książką w ręku, powziął myśl do niego wraz z chwilą, gdy dziewczyna zbudzona przez niego do życia, ozdrowiała ciałem i umysłem. Podniecony rodzącą się dla niej miłością, stworzył arcydzieło pod względem prawdy i uczucia. Tym razem urzeczywistnił dawne swoje pragnienie i ciął drzewo, patrząc wprost na model. Próba się powiodła, więc był szczęśliwy, marzył o tworzeniu dzieł wielkich i oryginalnych, w których nazawsze zaklnie życie swej epoki.
Tomasz ostrzegł, że pora wracać do domu. Uścisnęli więc dłoń rzeźbiarza, który także zaczął się szykować do wyjścia, by powrócić z Lizą do siebie do mieszkania, jakie zajmowali w pobliżu przy ulicy du Calvaire.
— Lizo, do jutra! — rzekł Antoni, nachylając się ku niej, aby ją pocałować.
Liza, oparłszy się dłońmi o jego ramiona i wspinając się, przykładała mu do ust kolejno swoje oczy, któremi nauczył ją patrzeć i widzieć.
— Do jutra! do jutra! — szepnęła.
Zmrok już zapadał, lecz pomimo szarzejącego światła dziennego, Piotr, który szedł o parę kroków naprzód, dostrzegł coś dla siebie zupełnie niezrozumiałego. Brat jego Wilhelm wysunął się z ciemnej jamy wiodącej do podziemi bazyliki, a przesadziwszy palisadę, stanął na ulicy Lamarck i zaczął się rozglądać, jakby wypadkowo się tutaj znalazłszy. Gdy ujrzał Piotra i swoich synów, ucieszył się ze spotkania, mówiąc, że powraca z Paryża. Piotr doznawał wrażenia, jakby był we śnie, tak dalece to wszystko wydawało mu się niezgodnem z rzeczywistością, lecz gdy Wilhelm spojrzał na niego zaniepokojony, przekonał się, że to, co widział, nie było złudzeniem. Naraz roje myśli obiegły Piotra: dlaczego Wilhelm był w podziemiach?... Dlaczego teraz kłamał, on, co nigdy nie uciekał się do wykrętów. Zaniepokojenie Piotra zamieniło się w trwogę, gdy pomyślał, że może niechcący wpadł teraz na trop czegoś straszliwego, tego czegoś nieodgadnionego, co od pewnego czasu mąciło spokój i wesołość w dworku jego brata.
Gdy Wilhelm, Piotr i dwaj chłopcy weszli do pracowni, było w niej zupełnie ciemno i cicho, jeszcze nie zapalono w niej lamp wieczornych.
— Pusto! niema nikogo! — zawołał Wilhelm.
Wtem z cienia odezwał się spokojnie basowy głos Franciszka:
— Owszem, ja tu jestem!
Siedział on przy swoim stole, a nie mogąc już czytać z powodu braku światła, odwrócił głowę w stronę Paryża i podparłszy twarz ręką, zamyślił się, patrząc na miasto tonące w ciemnościach. Przez całe popołudnie pracował on bez przerwy. Zbliżały się teraz egzamina, więc żył w bezustannem naprężeniu mózgu, przyzwawszy cały zasób energii.
— Jakto? jeszcze pracujesz? — spytał troskliwie ojciec. Dlaczego nie zapaliłeś sobie lampy?
— Wypoczywałem, patrząc na Paryż — odrzekł Franciszek. Rzecz dziwna, z jaką inteligencyą noc stopniowo zapada nad Paryżem. Wszystkie dzielnice już spoczywają pogrążone w ciemnościach, podczas gdy góra świętej Genowefy i całe płaskowzgórze dokoła Panteonu jeszcze odbijają promienie słońca. A czyż to nie jest słuszne?... wszak tam była kolebka wiedzy i tam dziś jeszcze biegniemy czerpać wieści o nowych jej zdobyczach. Więc szkoły, biblioteki, laboratorya jeszcze złocą się promieniami zachodzącego słońca, podczas gdy spoczywające w dolinie dzielnice przemysłowe zapadły w ciemny zmrok wieczoru. Nie chcę twierdzić, że słońce umiłowało wyłącznie Szkołę Normalną, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności promienie jego błyszczą i zatrzymują się na naszych dachach dłużej niż na reszcie miasta.
Roześmiał się ze swojego żartu, a jednak wynikał on z głębokiej wiary, jaką pokładał w znaczenie i siły wiedzy. Życie swe złożył jej w ofierze, mając przekonanie, że tylko wysiłkiem umysłowym można przyczynić się do rozszerzenia zakresu prawd już zdobytych, a tem samem do przyspieszenia zapanowania ich wśród ludzi.
Milcząc, spoglądali teraz wszyscy na Paryż, zapadający w tajemnicze ciemności nocy, podczas gdy coraz liczniejsze gwiazdy ukazywały się na niebie.
Znów Franciszek odezwał się:
— Już na ulicach i w domach pozapalano światła. Chwilowo zawieszona praca rozpocznie się nanowo.
Wilhelm, jakby naglony biegiem nurtującej go myśli, zawołał:
— Praca! piękną jest praca, lecz aby mogła wydać całą bujność swoich plonów, trzeba ją zapłodnić wyższą jeszcze wolą. Jest coś doskonalszego nad pracę...
Synowie zaciekawieni spojrzeli na ojca, a Franciszek, tak w swojem, jak i braci imieniu, zapytał:
— Cóż takiego?... powiedz nam, ojcze.
— Praca jest wysiłkiem przygotowawczym, a po nad nią czyn.
Przez chwilę nikt się nie odezwał, znów stali w milczeniu zapatrzeni w ciemniejący ocean domów olbrzymiego miasta. Było coś uroczystego w tej godzinie przełomu dnia z nocą. Wtem, jeden z synów, niewiadomo który, rzekł:
— Czyn jest tylko dalszym ciągiem pracy.
Po tej krótkiej przerywanej rozmowie Piotr uczuł się jeszcze silniej zaniepokojonym. Opanowywała go coraz dokuczliwsza trwoga o Wilhelma, nie mógł bowiem podzielać ślepej ufności, jaką w nim pokładali trzej dorośli jego synowie. Zdawało mu się, że stanął wobec straszliwej zagadki, którą napróżno silił się zbadać i wyjaśnić. W milczeniu i bolesnej zadumie patrzał na Paryż zalany ciemnością, na pojawiające się tysiącami drobne światełka latarni gazowych, a niepokój i trwoga rosły w jego umyśle i sercu, przeszywając go dreszczem przerażenia.




IV.

Dnia dzisiejszego miała się odbyć wielka uroczystość w bazylice Sacré-Coeur. Opowiadano, że dziesięć tysięcy pątników przybyło z prowincyi, by się pochylić pod błogosławieństwem Przenajświętszego Sakramentu, jakie zostanie udzielone wiernym o godzinie czwartej po południu. Już od samego rana cały swój szczyt wzgórza Montmartre roił się zbitemi masami ludu, kramy ze świętościami nie mogły nastarczyć towaru, tylu było kupujących, a we wszystkich szynkowniach i tymczasowych garnkuchniach tłoczono się, pijąc i jedząc bezustannie, bawiąc się i śmiejąc jak na jarmarku. Olbrzymi dzwon „la Savoyarde“ miał być puszczony w ruch i wyczekiwano tego z ciekawością, jako jednej z głównych przynęt dzisiejszej uroczystości.
Piotr przybył, jak zwykle, do pracowni Wilhelma od samego rana. Zastał drzwi otwarte, a gdy próg przestąpił, spostrzegł brata rozmawiającego sam na sam z babką. Pomimo woli, usłyszawszy kilka pierwszych słów, zatrzymał się i korzystając z tego, że go nie spostrzegli, poczuł się w obowiązku podsłuchania ich rozmowy. Ukryty po za wysokiemi półkami okręcającej się biblioteki, widział babkę siedzącą z robotą w ręku na zwykłem miejscu przy oszklonej ścianie, podczas gdy Wilhelm, stojąc przed nią, mówił z cicha:
— Babko, wszystko gotowe, i dziś się spełni.
Robota wypadła z rąk staruszki, zbladła, i podniósłszy oczy, rzekła:
— Więc tak?... jesteś zdecydowany?...
— Tak, nieodwołalnie, tak. Będę tam o godzinie czwartej i położę koniec wszystkiemu.
— Rób, jak chcesz... jesteś panem swojej woli.
Zapadło głuche, ponure milczenie. Piotr zauważył, że głos Wilhelma miał inne brzmienie, nadbiegał jakby zdaleka, już z poza teraźniejszego istnienia. Musiał być niezłomny w swojem postanowieniu, zdawał się być cały pochłonięty tragiczną działalnością, jaką sobie wyznaczył, chociaż twarz miał spokojną, widocznie zżył się już z ideą męczeństwa, która oddawna skrystalizowała się w jego umyśle. Babka patrzała na niego swojemi blademi oczyma starej kobiety silnej i odważnej, która przez całe życie nigdy się nie uchyliła od ciężkich obowiązków, jakie na nią spadały. Zawsze była abnegacyą, czerpiąc siłę w krzepieniu innych. Znała projekt Wilhelma i sama mu dopomogła do przygotowania wszystkich szczegółów, a chociaż z poczucia sprawiedliwości przyznawała słuszność chęci wymierzenia kary za tyle bezczelnych nadużyć, jednakże była przeciwną skracaniu życia, bo jakkolwiek ono jest ciężkie, powinno być mężnie znoszone do końca, a wtedy dopiero śmierć ma dobroczynne i właściwe sobie znaczenie.
— Mój synu, — rzekła łagodnie — byłam obecną przy dojrzewania twojego projektu, ani mnie on zadziwił, ani oburzył, przyjęłam o nim wiadomość jako zapowiedź spodziewanego piorunu, mającego uderzyć w gniazdo, skazane na zagładę. Ani na chwilę nie zachwiałam się i byłam ci pomocną, bo chciałam pozostać twojem sumieniem i twoją wolą... Lecz pozwól, bym ci raz jeszcze powtórzyła, że nie godzi się tchórzyć przed ciężarem życia.
— Babko, próżne twoje słowa. Życie poświęciłem temu celowi i już nie cofnę się... Babko, czy nie chcesz być moją wolą i gdy mnie nie będzie, zastąpić mnie we wszystkiem?...
Zamiast odpowiedzieć, sama postawiła pytanie:
— Więc nie warto, bym ci mówiła o twoich synach, o mnie, o całym domu... Zastanowiłeś się i nie cofniesz swojego postanowienia?...
Odpowiedział skinieniem głowy i słowem: tak. Mówiła więc w dalszym ciągu:
— Niechaj zatem stanie się twoja wola; masz zupełne prawo rozporządzania swoją osobą. Ja po tobie zostanę i spełnię, co powinnam. Bądź spokojny, twój testament poruczyłeś w dobre ręce. Wszystko, cośmy razem postanowili, będzie spełnione.
Znów zamilkli. Po chwili spytała go:
— Więc to się stanie o godzinie czwartej?... w chwili udzielania błogosławieństwa?
— Tak, o godzinie czwartej.
Staruszka siedziała wyprostowana, łagodnie i smutnie wpatrzona w twarz Wilhelma. Promieniała z jej twarzy nadludzka siła ducha, a szczupła jej postać w prostej, wełnianej, czarnej sukni, była bohaterską, olbrzymią. Majestat jej wzruszył serce Wilhelma, wyciągnął ku niej ręce, prosząc:
— Babko, czy zechcesz mnie uściskać?...
— Z całego serca, moje kochane dziecko! Twój obowiązek, twój cel jest niezgodny z mojemi poglądami, lecz widzisz, że szanuję wolność twojego sumienia... a chociaż inne mamy ideały, kocham ciebie, jak najdroższego syna!
Ucałowali się, a Piotr wysunął się z ukrycia, jakby dopiero co nadszedł. Ze zdumieniem spostrzegł, że babka już spokojnie szyła porzuconą dotąd robotę, a Wilhelm krzątał się jak zwykle przy swoim stole i półkach, zawalonych specyalnemi przyrządami do robienia chemicznych doświadczeń.
Nadszedł czas drugiego śniadania, już była godzina dwunasta w południe, lecz postanowiono zaczekać na Tomasza, który opóźnił się z przybyciem na właściwą porę. Franciszek i Antoni byli już w domu i śmiejąc się, gniewali się na brata, mówiąc, że z jego powodu umierają z głodu. Marya zrobiła dziś na deser krem i utrzymywała, że udał się wybornie, lecz że Tomasz nie dostanie go za karę. Gdy wreszcie nadszedł, przyjęto go gwizdaniem, żartobliwemi drwinami i śmiechem.
— Nie z mojej winy się spóźniłem — mówił, tłomacząc się. Traf chciał, że dla skrócenia drogi poszedłem przez ulicę la Barre, zapomiawszy o pątnikach. Otóż trudno sobie wyobrazić w jaki tłum i ścisk wpadłem. Chyba owe całe dziesięć tysięcy pobożnych pielgrzymów rozbiło tam właśnie swoje obozowisko. Mówiono mi, że wszystkie hotele i gospody Montmartre są przepełnione, lecz widocznie dla wielu nie znaleziono miejsca i rozlokowano ich pod gołem niebem... A teraz wszystko to je i pije wśród rozrzuconych manatków... Wszędzie aż się roi od tłumu... Ci, co niedospali swego, leżą pokotem na ulicy i na chodnikach... niema gdzie nogi postawić, tak się roztasowali na ulicy la Barre... co chwila myślałem, że kogo zgniotę więc nic dziwnego, że w takich warunkach nie mogłem przyjść na czas...
Przy śniadaniu panowała wesołość i ciągłe wybuchy dobrego humoru, tylko Piotr i babka zachowywali się milcząco. Piotr znajdował, że było coś sztucznego w tej ogólnej wesołości. Jednakże synowie i Marya nic wiedzieć nie mogli o straszliwej katastrofie, która miała się spełnić za kilka godzin, i kirem przysłonić słońce, jasno, pogodnie świecące w tym dniu czerwcowym. Ogólną rozmowę i śmiechy przerywały krótkie ale nagłe chwile milczenia. Czyżby prawda się wtedy jawiła, zsyłając jakieś nieokreślone przeczucia?... Może te kochające serca obiegała niewiadoma trwoga, zapowiadająca im żałobę?... Wilhelm miał twarz zupełnie pogodną i uśmiechał się z tkliwością do swej zebranej rodziny, może był tylko nieco blady i głos miał serdeczniej rzewny. Babka była poważniejszą niż kiedykolwiek, lecz nikt nie śmiał spytać się jej o przyczynę, cześć, jaką wzbudzała, nakazywała szanować jej milczenie.
Krem, zrobiony przez Maryę, wywołał ogólne zadowolenie; obsypano ją za to pochwałami, tak, iż wreszcie zarumieniła się, co sprawiło wielką uciechę chłopcom, lecz pomimo tej wesołości jeszcze przed końcem deseru znów powiał martwy chłód i twarze obecnych zbladły, bez żadnej widocznej przyczyny.
— Ach, ten dzwon! — zawołał Franciszek — aż głowa puchnie od tego ich hałasu!
„La Savoyarde“ od południa dzwonił poważnemi, miarowemi uderzeniami, których przeciągłe brzmienie rozlegało się, hucząc, aż na odległe końce olbrzymiego Paryża. Rozmowa przy stole ucichła, wszyscy słuchali.
— Czy oni tak będą dzwonić aż do godziny czwartej?.. — spytała Marya.
— O czwartej, moja droga, usłyszysz jeszcze co innego — odpowiedział Tomasz. Wtedy puszczą dzwon na dobre, by podczas błogosławieństwa wtórował hymnem radości i tryumfu!
Wilhelm, uśmiechnąwszy się, zauważył:
— Tak... tak... brzmi donośnie... i nic nie pomoże zamknięcie okien i zatkanie uszów... Nikt w Paryżu nie może się uchronić od słyszenia Savoyardy! Mówiono mi, że nawet przy Panteonie słychać ją wybornie!
Każdy coś powiedział i choćby słowo dorzucił, tylko babka milczała i była obojętna na ponure, przeciągłe huczenie potężnego dzwonu. Antoni oburzał się przedewszystkiem na odrażająco szpetne obrazy i obrazki religijne, sprzedawane dziś w niezliczonej ilości, Pątnicy rozchwytywali zwłaszcza bonbonierkowego Jezusa z piersią przekrojoną i ukazującego swe krwawe serce. Przyjęty ten szablon miał niesłychane powodzenie pomiędzy pobożnymi pielgrzymami, chociaż wstrętny był barbarzyństwem kolorytu i nizkim materyalizmem pojęcia artystycznego.
Wstano od stołu, rozmawiając coraz głośniej, bo huczący bezustannie dzwon nie dozwalał się słyszeć. Wszyscy powrócili do pracy. Babka szyła w pobliżu oszklonej ściany, Marya tuż przy niej haftowała. Trzej chłopcy pracowali, milcząc i zaledwie od czasu do czasu który z nich podniósł głowę, by opuścić ją natychmiast. Aż do godziny w pół do trzeciej nie zamieniono ani jednego słowa, nawet Wilhelm zdawał się być cały oddany robocie. Tylko Piotr nie mógł się opanować i wylękły, strwożony, zdrętwiały, siedział w zamyśleniu i spoglądał na nich wszystkich, jakby z głębi sennego widzenia. Podczas śniadania powiedział, że czuje się niedomagającym, by tym sposobem wytłomaczyć się, że nie bierze udziału w ogólnej wesołości. Teraz, w oczekiwaniu czegoś okropnego a nieuniknionego, był nieledwie że chory z nadmiaru wzruszenia. Czekał, patrzał, słuchał i z każdą chwilą wzrastała w nim dokuczliwa trwoga.
Była już blizko godzina trzecia, gdy Wilhelm, spojrzawszy na zegar, wziął do ręki kapelusz i rzekł zwykłym głosem:
— A teraz wyjdę!...
Synowie, babka i Marya spojrzeli na niego.
— Tak, wyjdę...
Pomimo, że dwukrotnie to oznajmił, stał na miejscu. Piotr zdawał sobie sprawę z wewnętrznej walki, jaką musiał teraz z sobą staczać siląc się na spokojny ton głosu i pogodny wyraz twarzy. Ach, jakże musiał on cierpieć! Odmówił sobie nawet ostatniego uścisku z tymi, których kochał! Nie mógł pocałować synów, nie chcąc w nich budzić podejrzeń, bo to mogłoby uniemożliwić wykonanie powziętego zamiaru. Niechaj się nie domyślają, że ich ojciec idzie na śmierć! Przemógł się i zmierzając ku drzwiom, rzekł:
— Do widzenia, moje dzieci.
— Do widzenia, ojcze! A wrócisz niedługo?...
— Tak, tak... Bądźcie o mnie spokojni, pracujcie i niechaj praca wam się darzy!
Babka trzymała robotę w ręku, ale nie spuszczała oczów z Wilhelma. Lecz z nią już się pożegnał, ona jedna wszystko dokładnie wiedziała. Rzucił na nią wzrokiem i spojrzenia ich spotkały się, milcząc, powtórzyli sobie złożone przyrzeczenia i nieskończoność wzajemnej ku sobie ufności.
Wtem Marya odezwała się z uprzejmym uśmiechem.
— Wilhelmie, może będziesz przechodził przez ulicę des Martyrs?... a w takim razie czy mogę cię o coś poprosić?...
— I owszem, mów.
— Zechciej wstąpić do mojej szwaczki i powiedz jej, że dopiero jutro rano przyjdę przymierzyć moją suknię.
Marya oddała szwaczce do zrobienia swoją suknię ślubną z popielatej jedwabnej materyi, a ponieważ podobny zbytek zdarzał się jej po raz pierwszy w życiu, więc szydziła sama z siebie jako z nieoględnej strojnisi. Wszyscy razem z nią żartowali na ten temat i dość było wspomnieć o jedwabnej sukni, by wywołać ogólną wesołość i śmiechy.
— Postaram się być u szwaczki — rzekł Wilhelm rozweselony. Ona ani się domyśla, jak ważny strój szyje i jaki to drogocenny jedwab i koronki! Tylko nasza królewna może mieć coś tak wyszukanego, bo chce być najpiękniejszą i najszczęśliwszą z kobiet! Wierzę, że tak będzie i z całego serca jej tego życzę!
Rzecz dziwna, nikt się nie roześmiał i nikt nie dorzucił ani wyrazu do żartobliwych słów Wilhelma. Znów zapadło głuche milczenie, jakby śmierć przeleciała, wionąc skrzydłami zimno grobowe, które ścięło mrozem serca całej rodziny, zebranej w słonecznej pracowni.
— No, teraz naprawdę już idę... — rzekł Wilhelm głosem zniżonym. Do widzenia, moje dzieci!
Wyszedł i nawet się nie odwrócił. Wśród milczenia, słychać było odgłos szybkich jego kroków, zanikających stopniowo na żwirze ogrodu przed pracownią.
Piotr pod pozorem koniecznego wyjścia na miasto puścił się za nim prawie natychmiast. Nie potrzebował śledzić jego kroków, bo wiedział dotąd Wilhelm podążał, przeczucie mówiło mu, że go odnajdzie za palisadą przy ciemnych schodach, wiodących do podziemi bazyliki. Wszak widział go, wychodzącego ztamtąd nie dalej jak onegdaj. Zbrojny tą pewnością, Piotr nie silił się na odnalezienie brata wśród tłumu pątników, zalegających wszystkie ulice i zaułki w sąsiedztwie z kościołem, przyspieszył tylko kroku i stanął koło pracowni Jahan’a. Okazało się, że nadszedł we właściwą chwilę, bo Wilhelm znikał właśnie za palisadą. Korzystając ze zbiegowiska pobożnego tłumu, wałęsającego się bezładnie, Piotr wsunął się niepostrzeżenie za ogrodzenie, lecz Wilhelma już tu nie było. Domyślając się, że spuszcza się on teraz po schodach, Piotr przystanął, by tchu załapać, dusił się, tak mu serce biło.
Tymczasem schody, spuszczające się do podziemi, były spadziste i Piotr zauważył, że zaraz niżej były najzupełniej ciemne. W miarę, jak się niemi spuszczał, stąpał ostrożniej, nogi stawiał powoli, by najlżejszym odgłosem nie zdradzić swej obecności. Ręką sunął wzdłuż muru, by módz się lepiej kierować, spuszczał się, jak do studni. Po paru zakrętach uczuł równy grunt pod nogami, więc zatrzymał się, nie wiedząc w którą stronę iść mu należało. Ciemności były tak czarne, że aż wydawały się gęstemi, a cisza tak posępna, jak na dnie opuszczonej kopalni. Ani szelestu, ani jednego tchnienia. Jak i gdzie miał się skierować?... Wahał się, gdy wtem o jakie dwadzieścia kroków przed nim błysła iskra pocieranej zapałki. Był to Wilhelm, zapalający świecę. Piotr postanowił iść za nim w tem samem oddaleniu. Puścił się więc za światełkiem, niesionem przez brata. Przebywali korytarze o murowanych ścianach i sklepieniach, a podróż wydawała się niesłychanie długą i od niepamiętnych czasów rozpoczętą i trwającą. Piotr usiłował odgadywać kierunek i był prawie pewny, że idą ku północy, pod nawą bazyliki.
Nagle światełko się zatrzymało. Piotr wszakże szedł dalej naprzód, starając się pozostać w cieniu lecz pragnąc przypatrzeć się wszystkiemu. Korytarz rozszerzał się tutaj w nizką rotondę. Wilhelm, stanąwszy pośrodku, obsadził świecę na ziemi i ukląkłszy, odwalił kamienną płytę, która zdawała się zakrywać pusty otwór. Podziemia, w których znajdowali się dwaj bracia, dawały przystęp do fundamentów bazyliki, do owych studni, wypełnionych betonem, a podtrzymujących gmach widzialny na szczycie wzgórza. Kolumny ich widniały w pobliżu, a Wilhelm pochylony nad przygotowanym wykopem, przypatrywał się założonej przez siebie minie, której lont dość było zapalić, by nastąpiła straszliwa katastrofa. Piotr odgadł teraz wszystko. Brat jego tutaj znosił i nagromadzał materyał wybuchowy swojego wynalazku, zapełnił nim głęboką czeluść, stanowiącą teraz minę nieobliczonej potęgi. Materyał wybuchowy musiał zapełniać otwór aż po brzegi pod kamienną płytą, którą, przyszedłszy, odwalił, a pod którą pracował może od miesiąca. Wszystko było teraz gotowe i dość było rzucić płonącą zapałkę, by cały szczyt wzgórza wysadzić w powietrze.
Uprzytomniwszy sobie całą okropność położenia, Piotr zdrętwiał z przerażenia. Nie byłby teraz w stanie ruszyć się z miejsca ani głosu wydostać z gardła. Zdawało mu się, że widzi dziesięciotysięczny tłum pątników, zgromadzony pod wysokiemi nawami bazyliki i wyczekujący uroczystego błogosławieństwa, podczas gdy Lavoyarda wstrząsała powietrze przeciągłem huczącem brzmieniem, dzwoniąc coraz to donośniej i towarzysząc śpiewom radosnego hymnu rozmodlonych pątników. Wspaniałość kościelnej uroczyści nagle zostanie zerwaną. Uderzy w nich wszystkich piorun, zakołysze się ziemia i otworzy się wulkan, który pochłonie kościół i całym tłumem wiernych! Siła wybuchu zniszczy najpierw kolumny, podtrzymujące bazylikę, rozerwie sklepienia i zwali gmach, którego fasada runie po spadzistym stoku wzgórza ku Paryżowi, a środek i absydyum, zamienione w gruzy, pozostaną na miejscu zapełniając sobą przepaść wulkanu, piętrząc się wśród płomieni i dymu. Co za przerażający kataklizm! Las rusztowań spadnie ognistym deszczem na sąsiednie dzielnice, a tysiące rozpalonych brył kamiennych toczyć się będzie z impetem burzy, spadając na domy u stóp wzgórza położone! Ileż zniszczenia wywoła to przerażające wstrząśnienie! Cała dzielnica Montmartre jest zagrożona i może za godzinę będzie już tylko olbrzymiem rumowiskiem!
Wilhelm podniósł się i stanął, pozostawiając płonącą świecę na ziemi. Prosty i wysoki jej płomień oświetlił postać Wilhelma, rzucając po za nim własny jego cień tak wielki, iż zdawał się zapełniać podziemie, a jednak wśród tych ciemności światełko było blade, jak nieruchoma gwiazda, smutna i niepewna. Wilhelm wyjął zegarek z kieszeni od kamizelki i pochylił się do światła, by zobaczyć która godzina. Było pięć minut po godzinie trzeciej. Miał więc przed sobą blizko godzinę, bo postanowił się nie spieszyć i wszystko wykonać podług planu, jaki sobie zakreślił. Usiadł na kamieniu i nieruchomie, ze spokojną cierpliwością, czekał. Światło płonącej świecy padało mu wprost na twarz, na wysokie jak wieża czoło, ukoronowane bujną czupryną srebrno siwych włosów, na energiczne rysy o płomiennych oczach i czarnych dużych wąsach, które nadawały mu coś młodzieńczego. Twarz miał teraz spokojną i patrzył w przestrzeń, przed siebie. W tej ostatniej godzinie, jakie myśli snuły się pod jego czaszką?... Z twarzy jego nie nie można było wyczytać, była nieruchoma i głucha jak noc, która go otaczała, jak milczenie i cisza podziemia.
Wtedy Piotr, opanowawszy nawał wzruszeń, zbliżył się. Posłyszawszy kroki, Wilhelm zerwał się, jakby chcąc się rzucić na przybywającego śmiałka. Lecz odrazu poznał brata i nie zdziwił się jego obecnością.
— Ach, to ty! wyśledziłeś mnie... Czułem, że odgadłeś moją tajemnicę. I wierzaj, że sprawia mi to przykrość, zwłaszcza iż nadużywasz jej, przychodząc tu za mną, tropiąc mnie niepotrzebnie... Doprawdy mogłeś się był powstrzymać i nie narażać siebie i mnie na ból ostatni...
Piotr, złożywszy drżące dłonie, zaczął go błagać:
— Bracie! bracie!...
— Nie mów tak... jeżeli chcesz koniecznie, to później powiesz, co uznajesz za potrzebne, a teraz najpierw posłuchaj mnie. Mamy przed sobą blizko godzinę, zatem jest czas na dłuższą rozmowę. Ale pragnę, byś zrozumiał całą bezużyteczność tego, co chcesz mi powiedzieć. Moje postanowienie jest nieodwołalne, długo się nad niem zastanawiałem i wiem, co robię. Każdy ma prawo postępować zgodnie ze swoim rozumem i sumieniem.
Spokojnie, chłodno, zaczął bratu opowiadać cały przebieg myśli, które go doprowadziły do powzięcia zamiaru. Długo się wahał nad wyborem gmachu, który miał wysadzić w powietrze. Najpierw obrał operę, lecz kogóż on tam dosięgnie swoją pomstą?... tłum, niemający określanego znaczenia i bezmyślnie używający rozkoszy posiadanych bogactw. Czyn jego będzie zatem przypisany zazdrości z zupełnem pominięciem właściwego celu ogólniejszej a zarazem wyższe natury. Następnie myśl jego zatrzymała się na giełdzie. Tutaj byłby piorunem raził możnowładców pieniężnych, kapitał zmonopolizowany i jarzmem ciążący na całej warstwie społeczeństwa. Lecz i tu zakres i znaczenie kary było zbyt ciasne. Niejednokrotnie powracała mu ochota zburzenia pałacu sprawiedliwości, będącego siedzibą ludzkiej przewrotności, niewolniczych praw, nadużyć, fałszywych oskarżeń i wyroków. Podminowany gmach runął by na głowy wszystkich tych nieomylnych sędziów i wszystkich tych zaciekawionych przelotnych przybyszów, którzy przepełniają sądową salę dla zabicia czasu, dla pustej rozrywki. Wybuchający wulkan byłby z dziką ironią pochłonął tych i tamtych, nie rozróżniając, nie zatrzymując się na szczegółach, wymierzając sprawiedliwość z pierwotnem okrucieństwem natury. Przez dłuższy czas zastanawiał się, czy nie najlepiej będzie skazać na zagładę Wielki Łuk Tryumfalny. Wszak był to pomnik, uświęcający wojnę, zatem nienawiść pomiędzy narodami, fałszywą chwałę i sławę, okupioną mordem i pożogą. Niech runie ten kolos, wzniesiony na cześć wielkich zdobywców i wielkich rzezi, które wytoczyły tyle krwi, niosąc łzy i rozpacz osieroconym! Wilhelm z przyjemnością zatrzymywał się na tej myśli, bo nęciła go okoliczność, że otwierając otchłań pod Łukiem Tryumfalnym, byłby tylko sam jeden swoje życie poświęcił i legł pod gruzami, zmiażdżony kamiennym olbrzymem. Grób miałby wspaniały a pamięć czynu byłaby wiekopomna i bogata plonami rozmyślań!
— Musiałem odstąpić od tego zamiaru — mówił dalej — bo dostęp okazał się utrudniony. Niema tam ani piwnic, ani żadnych podziemnych korytarzy. A wreszcie, chociażbym chciał tylko własne swoje życie poświęcić, zastanowiłem się, że czyn mój tem większe będzie miał znaczenie, im większa ilość padnie rażonych ofiar. Będzie to okrutną i krwawą lekcyą ta niesprawiedliwa śmierć niewinnego tłumu, tysięcy nieznanych istot, anonimowych męczenników! Maszynerya naszego ustroju społecznego z nieubłaganą srogością śle na śmierć zastępy ofiar ginących z niesprawiedliwości, z wyzysku i nędzy, potrzeba więc, by zamach, przezemnie przygotowany, odezwał się szeroko po świecie, by echem swym zbudził wszystkie sumienia! Piorun już gotów i padnie zaraz, rażąc tysiącami śmierci, miażdżąc jak stopa człowieka zanurzająca się w rojne mrowisko.
Oburzony Piotr, krzyknął gorączkowo, protestując sercem i umysłem:
— Bracie! bracie! czyż to twoje usta wypowiadają takie słowa?
Wilhelm, jakby nie słysząc, mówił dalej:
— Ostateczny mój wybór padł na bazylikę Sacré Coeur. Miałem ją tuż pod ręką i była najłatwiejszą do zburzenia. A przytem oddawna gniewał mnie ten gmach, obrażający wszystkie moje uczucia. Nieraz ci o tem wspominałem. Bezczelną i obelżywą jest ta świątynia absurdu, wzniesiona na najwyższem paryzkiem wzgórzu. Paryż! nasz Paryż miałby dozwolić, by go ukoronowano w tę czapkę błazeńską?... Paryż, stolica prawd, zdobywanych wysiłkiem mózgów tylu pokoleń! Paryż, jaśniejący nad światem, jak pochodnia wiedzy! Paryż! Paryż miałby nosić na sobie takie piętno, taką zniewagę, taki tryumf ciemnoty nad światłem, głupoty nad rozumem! Nie! nie! Paryż nie ugnie się pod jarzmem ich złowrogiem! Paryż nie ukorzy się w pokucie! Paryż zna swoją misyę i zmiecie wszystko, co staje mu na przeszkodzie do spełnienia wielkiego swego przeznaczenia! Paryż wiódł dotąd i nadal wieść będzie ludzkość ku prawdzie, sprawiedliwości i zerwaniu pęt opóźniających pożądane wyzwolenie wszystkich serc i umysłów! A więc niech pada świątynia, wzniesiona kłamliwemu bóstwu, ziejącemu upodlenie i pokorę ducha! niechaj gruzy tych murów przywalą i zasypią zbiegłe tłumy wiernych, by katastrofa huknęła przeciągłym rykiem po całym obszarze ziemi, wstrząsając ludzkość i i wzywając ją ku odrodzeniu i odmianie wszystkiego!
— Bracie! bracie! — zaczął Piotr wołać z przejęciem, — czyż to ty do mnie mówisz?... Więc na takie bezdroża zaszedłeś?... Ty uczony i zastanawiający się nad wszystkiem! i to, pomimo światłego twego umysłu i szlachetności twego serca?... Jakaż burza wre w tobie, byś miotał się w takiem szaleństwie i gnał, ulegając jego podmuchom?... Czyż nie zdajesz sobie sprawy z okropności słów swoich?... Bracie mój, przypomnij sobie wieczór naszej wzajemnej spowiedzi i zawarcia sojuszu serc naszych. Odkryłeś wtedy przedemną swoje marzenia idealnej anarchii, tej najwyższej, najpiękniejszej harmonii życia, które swobodnie rozwijając się podług praw naturalnych, stworzyłoby szczęście, krępowane dzisiaj tysiącznemi pętami. Lecz wtedy, bracie, brzydziłeś się anarchią uwzględniającą rabunek, odtrącałeś z pogardą potrzebę mordu, buntowałeś się przeciwko gwałtowności czynów i zaledwie mogłeś się zdobyć na wyrozumiałość i uwzględnienie zapalczywości niektórych szaleńców pędzonych gorączką, zrozpaczonych nędzą. Bracie! czemu mam przypisać zaszłą w tobie odmianę, dlaczego z dziedziny myśli wytrąciłeś samego siebie i z wyżyn, na których stałeś, zeszedł do czynu z pragnieniem rzucenia straszliwej klęski?
Wilhelm odpowiedział spokojnie i z wielką prostotą:
— Salvat zginął pod nożem gilotyny, a gdy szedł na śmierć, wyczytałem w jego oczach testament, jaki mi pozostawił do spełnienia... Jestem tylko wykonawcą. Oto jest właściwa przyczyna zaszłej we mnie odmiany. Od kilku miesięcy nie przestawałem cierpieć i rozpaczać nad złem, w jakiem jesteśmy pogrążeni... Czas było kres temu położyć... i chwilę odmiany przyspieszyć... I oto zaraz uderzy wielka godzina!... hasło oczekiwanego odrodzenia!
Obadwaj zamilkli. Stali naprzeciwko siebie i pomimo ciemności, pragnęli przeszyć się wzrokiem aż do głębi. Nagle Piotr zrozumiał Wilhelma, tego dzisiejszego Wilhelma, doprowadzonego do obłędu zaraźliwą gorączką rewolucyjną, jaka obiegała po nad ludnością Paryża. Dwojaka natura Wilhelma wytrącała go z równowagi, manifestując się w zatrważających objawach. Był on nie tylko człowiekiem wiedzy stwierdzonej, doświadczonej, logiki rozważnej i obserwującej naturę, lecz zarazem i marzycielem spragnionym dobra społecznego, braterstwa, równości, sprawiedliwości i zdobyczy szczęścia dla ogółu istot na ziemi. Palony żądzą tkliwego swego serca, stworzył teoryę idealnego anarchizmu, łącząc wiedzę z chimerą. Społeczeństwo powierzał prawu harmonii rządzącej światem i widział każdą ludzką jednostkę w pełni swej wolności, stowarzyszoną ze wszystkiemi innemi, dzięki wyłącznie miłości. Teofil Morin, zwolennik Proudhon’a i Augusta Comte’a, Bache, zwolennik Saint Simona i Fourier’a, nie mogli go zadowolić, bo żądał absolutu. Wszystkie systemata posiadały swoją chaotyczność i ułomność, a prócz tego ścierały się z sobą z taką zażartością, iż dobytek tymczasowy z nich był prawie żaden, ciężar życia uginał dźwigające je barki, nie orzeźwiając serc nadzieją w niezawodność ulgi. Zdarzało się, że poglądy Janzen’a spływały się w jedno z poglądami Wilhelma. Niektóre, wspólne im porywy, przekraczając aż po za horyzont, czyniły z nich zaborców wszystkiego dla wszystkich. Nic nie było podług nich zbyt wspaniałego dla zabezpieczeniu szczęśliwego bytu człowieka na ziemi. Rozbujałe marzenia Wilhelma wtrącały go w otchłanie rozpaczy, gdy napotykał w życiu codziennem niedolę i nędzę ubogiej ludności przedmieść Paryża, a tragiczna historya Salvata stała się fermentem buntu, jakim wrzał od dnia wyroku śmierci i krwawego epilogu na placu de la Roquette, Wypadkowo wplątany w tę sprawę od samego początku, Wilhelm nie przestawał wywoływać całości jej przebiegu. Był naocznym świadkiem zamachu, widział Salvata wchodzącego pod bramę pałacu Duvillard dla podłożenia bomby, rzucił się za nim, lecz było już zapóźno, wybuch nastąpił, kalecząc go i odosobniając na długie tygodnie w samotnym dworku Piotra, odzyskanego niespodziewanie brata. Tam go odwiedził Salvat, tam Wilhelm czytał w dziennikach niedorzeczne sprawozdania, ztamtąd wyszedł po chorobie na pierwszą dłuższą przechadzkę i stał się świadkiem obławy po lasku Bulońskim, obławy, ścigającej człowieka, jak dzikie, drapieżne zwierzę. Ach, a ta postać pojmanego Salvata, umierającego ze znużenia i z głodu! Salvata otoczonego zbirami, dumnymi z rezultatu kampanii paruset ludzi przeciwko jednemu! a potem sąd przysięgłych, sędziowie, żandarmi, świadkowie, Francya cała domagająca się głowy nieszczęśliwego, który stał się kozłem ofiarnym, mającym odkupić zbrodnię ich wszystkich! Piotr przypomniał sobie przygnębienie i wściekłą, niemą rozpacz Wilhelma na widok gilotyny, tego potwornego miecza ludzkiej sprawiedliwości. Od owego poranku, w którym ujrzał Salvata prowadzonego na ścięcie, nastąpił gwałtowny przewrót w jego umyśle. Pozbawiony został spokoju i owładnięty do szału ideą wymierzenia sprawiedliwości czynem tak potężnym, by zło raz nazawsze zostało wyplenione na korzyść dobra, które nieomieszka je zastąpić. Salvat, zamieniając z nim ostatnie spojrzenie, zaraził go swoim szałem męczennika, umierającego w imię idei. Odtąd marzył tylko o śmierci, o oddaniu swego życia, wysączeniu swej krwi aż do ostatniej kropli, o unicestwieniu tysięcy innych ludzkich ofiar, by społeczeństwo, przerażone ogromem kataklizmu, opamiętało się i zawyrokowało powstanie nowej ery, złotej epoki ogólnej szczęśliwości.
Piotr, uprzytomniwszy sobie to wszystko, zrozumiał wyrobienie sobie postanowienia Wilhelma i uląkł się, że nie zwalczy nieprzytomnego jego zaślepienia. Przerażony, rzekł, o ile mógł najspokojniej:
— Bracie! wpadłeś w szaleństwo! oni ciebie do szaleństwa doprowadzili! Zemsta, i to zemsta pojmowana w ten sposób, jest niegodną człowieka twojej miary. Prawda, że bezlitosne prześladowania mogły rozjątrzyć wiele umysłów i że powiał teraz złowrogi duch okrucieństwa... lecz zło nie da się wykorzenić złem... zemsta wywołuje zemstę, oddala możność ukojenia bólów i pożądanego pobratania się serc i umysłów. Bracie! zeszedłeś z właściwej tobie drogi... wkroczyłeś na manowce takiego Salvata... czyż chcesz się teraz łączyć z tymi, którzy zabijają, z tymi, którzy kradną?... Bergaz usprawiedliwia, a może nawet szczyci się rabunkiem pałacu księżnej de Harn. A czy pamiętasz niewinną ofiarę zamachu Salvata, tę młodziutką, jasnowłosą dziewczynę, zmiażdżoną wybuchem pod bramą pałacu barona Duvillarda. Bracie! bracie! opamiętaj się! Błagam cię i zaklinam, nie krzywdź samego siebie, nie krzywdź nas wszystkich, którzyśmy tobie ufali, miłując cię i wielbiąc!
Wilhelm machnął ręką z lekceważeniem. Cóż to wszystko może go obchodzić, jego, będącego już jakby po za życiem, w przedsionku śmierci?... Czyn, który zaraz spełni, odbierze życie tysiącom istot ludzkich, lecz wszakże on razem z nimi legnie w tym samym grobie! Każdy przewrót społeczny miał swoje ofiary, więc nie może być teraz z tego powodu obezwładniającego wahania i co postanowił i obmyślił, spełni z jak największą ścisłością.
Pragnąc uratować brata, Piotr przypomniał mu ważność jego obowiązków:
— Wilhelmie, a gdzież są dawne twoje wielkie zamiary?... Tobie niewolno od nich odstępować!
Gorączkowo, z uniesieniem zaczął rozbudzać w nim dumę uczonego, genialnego wynalazcy. Mówił o tajemnicy, jaką mu powierzył — o maszynach wojennych, mogących znieść olbrzymie armie, zniszczyć miasta obronne, zrujnować całe prowincye. Wszak chciał swoim wynalazkiem uzbroić Francyę, by, zwycięzka w przyszłej wojnie, rządziła całym światem, darząc jego ludy wolnością i braterstwem. Czyż odstąpił od tak wspaniałego zamysłu?... czyż wynalazek swój, przeznaczony do tak wielkiego celu, zbezcześci, wysadzając w powietrze tysiące niewinnych istot wraz z kościołem, który niebawem zostałby odbudowany, by stać się miejscem pielgrzymki do grobu męczenników?
Wilhelm uśmiechnął się ironicznie, mówiąc:
— Nie zaniechałem zamiaru, który ci zwierzyłem, ale go przeistoczyłem. Przypominasz sobie, że wahałem się wtedy... staczałem z sobą walki pełne goryczy... Ach, bo okropnem jest położenie człowieka, który zeznaje, że trzyma losy świata w swej dłoni! Chwytały mnie obawy, drżałem, pytając sam siebie, czy zdołam uczynić dobry wybór i czy właściwą uzbroję rękę. Paryż nie jest bez zmazy, a wypadki, jakich od kilku miesięcy byliśmy świadkami, dowodzą, że jeszcze nie dojrzał do roli przewodnika, jaką mu pragnąłem nadać. Czyż miałem powierzyć mój wynalazek narodowi nie umiejącemu się rządzić i domagać się przynależnej mu wolności?... czyż miałem ryzykować, że z wynalazku mojego skorzysta jaki dyktator, może zdobywca, który zapragnie wojny zaborczej i steroryzuje ludy, by narzucić im wspólne i cięższe, niż dotąd, jarzmo... Nie! ja tego nie chcę! wojna jest złem, które wytępię! które zabiję!
Ściśle i jasno przedstawił Piotrowi nowy swój projekt. Od dziesiątków lat narody europejskie stoją pod bronią i nie można przewidzieć epoki ogólnego rozbrojenia, jakkolwiek stan obecny ciąży na budżetach, wymagając miliardów i grożąc nieuniknionem bankructwem. Strach przed wojną powstrzymuje wojnę, lecz armie wciąż wzrastają liczebnie, każdy naród wysiłkiem pieniężnym okupuje swoje bezpieczeństwo. Jakiż radosny okrzyk zadowolenia wyrwie się z piersi wszystkich ludów, gdy ukaże się broń tak potężna, iż wojna stanie się niemożliwą! Ludy odetchną wtedy i żyć będą odtąd w spokoju, budżet wojny zostanie wszędzie zniesiony, wojna znaną będzie tylko z historyi, ustaną raz nazawsze olbrzymie rzezie, rozwijające najgorsze instynkta. Wilhelm zaczął się zapalać, mówiąc o tem nowem swojem marzeniu, które niebawem zostanie urzeczywistnione.
— Bo wszystko jest ku temu przygotowane, dodał, patrząc na brata. Umrę, zniknę, lecz tym sposobem zapewnię tryumf mojej idei! Zapewne musiałeś zauważyć, że ostatniemi czasy często zamykałem się z babką w jej pokoju na górze?... Otóż klasyfikowałem z nią dokumenta i naradzałem się z tą moją jedyną powiernicą. Wiem, że ona w całości spełni moje polecenia i wykona moją wolę, chociażby miała życiem to przypłacić... zobowiązała się, więc umrę spokojny. Skoro tylko nastąpi przygotowany wybuch, zasypując mnie gruzami bazyliki, babka zostanie jedyną posiadaczką moich papierów, formuły mojego wynalazku, opisu i rysunków broni, bomb i specyalnej armaty i prześle pozostawione ich kopie wszystkim pierwszorzędnym państwom świata. Tak więc, zamiast obdarzyć Francyę, składam wszystkim narodom dar z mojego wynalazku, a tem samem rozbrajając je równomiernie, usuwam możność wojny przez okropność wojny!
Piotr stał czas jakiś w niemym podziwie. Plan Wilhelma przywalił go swym ogromem, w którym naiwność łączyła się z genialnością. Wreszcie, zapytał go przyciszonym głosem:
— Bracie, jeżeli darzysz wszystkie narody swoim potężnym wynalazkiem, dlaczego chcesz wysadzić w powietrze bazylikę, dlaczego masz umierać?...
— Dlaczego?... By mi uwierzono!
Okrzyk ten wyrwał się z piersi Wilhelma z siłą niezłomnego przekonania, a po chwili dodał:
— Koniecznem jest, by ten gmach runął i zagrzebał mnie w swoich gruzach, bo jeżeli doświadczenie nie poprze i nie stwierdzi moich dokumentów, jeżeli Paryż i świat nie zadrży ze zgrozy nad siłą wynalezionego przezemnie prochu, zaliczony zostanę do liczby szarlatanów, utopistów, marzycieli, których plany nie mogą być brane na seryo. Tak, potrzeba, by tysiące ludzi poniosło śmierć, trzeba, by rzeka krwi popłynęła, bo tylko za tę cenę okupić zdołam to, czego pragnę! Śmierć moja i tysiące istot, które w tej oto chwili żyją ponad naszemi głowami, stanowić będzie wieczystą tamę przeciwko wojnom, których rzezie broczą krwią historyę wszystkich narodów!
Zamilkł, a po chwili dodał z odcieniem smutku:
— Spełnię, co postanowiłem, bo Salvat przekazał mi po sobie spuściznę domagania się sprawiedliwości. Rozszerzyłem jej zakres, nadałem wyższe znaczenie, bo umysł mój do tego się nadawał. Rozważałem i wydało mi się pożądanym celem przykrócić możność wojny. Lecz czyż można wiedzieć, o ile z tego wypłynie dobro?.. A może lepiej byłoby, gdyby mój wynalazek był własnością prostaczego umysłu i został spożytkowany bez osnutych naprzód planów? niechajby wybuchł jak wulkan, zmieniający nagle wygląd okolicy, które to spustoszenie trwać nie może długo, bo życie zaraz na nowo obejmuje ją w posiadanie i urabia podług harmonijnych swoich prawideł.
Ogarek świecy dopalał się. Wilhelm podniósł się z kamienia, na którym dotąd siedział i spojrzał na zegarek. Jeszcze dziesięć minut. Płomień świecy, zachwiany poruszeniem się Wilhelma, mniejsze dawał światło, ciemność podziemia stała się groźniejszą, unosząc się nad otwartem podminowaniem. Dość było rzucić tam jedną iskrę, by natychmiast nastąpił wybuch.
— Godzina się zbliża... Braciszku, uściskaj mnie i odejdź... Wiesz, jak serdecznie ciebie kocham, jaką tkliwość uczuć dla ciebie odnalazłem w mojem starem sercu... Kochaj mnie pamięcią, a teraz zaczerpnij sił w swojem przywiązaniu, by mnie pożegnać spokojnie i pozostawić mojemu losowi... Umrę z radością, spełniając swój obowiązek... tak, jak tego pragnąłem... Więc uściskaj mnie i idź sobie... idź, nie odwracając głowy.
Piotr odrzekł z twarzą zalaną łzami:
— Nie mogę odejść... nie mogę... nie przekonałeś mnie... a właśnie, dlatego, że kocham ciebie z całego serca, nie odejdę ztąd, bracie...
A z nagłą siłą i oburzeniem dodał:
— Wilhelmie! Tobie nie wolno umierać, jak szaleńcowi i samobójcy!
— Dlaczego?... czyż mi niewolno rozporządzać sobą? Nie mam żadnych obowiązków, zadanie moje spełnione, wszystko uregulowane. Moi synowie są dorosłymi ludźmi i nie potrzebują już mojej opieki. Miałem zobowiązania względem Maryi, lecz Maryę tobie oddałem.
Piotr nagle uchwycił się tego argumentu, postanawiając spożytkować go i wyzyskać.
— A więc postanawiasz umrzeć, nie widząc dla siebie możności życia bez Maryi! Bracie! wyznaj! Ty umierasz z rozpaczy, ty ją kochasz więcej, niż kiedykolwiek!
— Nie! nie! — zaprzeczył Wilhelm. Już nie jestem w niej zakochany, przysięgam, że miłość wygasła w mojem sercu. Maryę oddałem tobie i odtąd jest ona tylko moją siostrą, moją córką.
— Nie wierzę... a raczej wierzę, że tak było, gdyś się jej zrzekł dla mnie, lecz miłość znów ciebie opanowała. Na wspomnienie o Maryi zadrżałeś, podczas, gdyś zupełnie spokojnie mówił o przerażającej katastrofie, którą przygotowałeś. Bracie, pozostaję w przekonaniu, że chcesz umrzeć, bo żyć nie możesz bez Maryi!
Wzruszony, zachwiany Wilhelm, zaczął badać sam siebie, mówiąc urywanemi zdaniami:
— To być nie może... nie... ja pracuję dla celów ogólnych! miłosne udręczenia nic z tem nie mają wspólnego. Czyn, który zaraz spełnię, postanowiłem z całą trzeźwością umysłu... i nie w celach osobistych, lecz dla dobra sprawy, w imię sprawiedliwości, przeciwko wojnie i przeciwko nędzy!
Głos jego przycichł i dodał z rzewnością:
— Braciszku... zatruwasz mi niepotrzebnie ostatnie moje chwile. Popsułeś mi spodziewaną radość śmierci!... Wszystko po za sobą zostawiłem w szczęściu... los każdego z was, moich blizkich, był zdecydowany, jasny, nikomu nie byłem potrzebny... szedłem na śmierć z weselem, z promienną myślą spełnienia wielkiego dzieła... Dlaczego przyszedłeś zmącić mi tę chwilę?... Po co zacząłeś wywoływać wspomnienia Maryi, kiedy powinieneś mieć pewność, że szczerze jej się rzekłem i szczerze pragnę szczęścia was obojga.
Mówił głosem drżącym, lękał się, czy sam przed sobą nie kłamie. Wtem opanował się i rzekł ostro:.
— Dość tego... godzina dobiega. Piotrze, odejdź. Po raz ostatni mówię ci: odejdź, chcę tego i rozkazuję, odejdź!
— A ja nie mogę ci być posłuszny, mój bracie. Pozostanę z tobą. Rzecz prosta, ponieważ jesteś głuchy na wszystko, co powiedziałem i uwziąłeś się trwać w swojem szaleństwie, zatem umrę wraz z tobą. Możesz podłożyć ogień pod minę!
— Braciszku! Ty chcesz umrzeć? dlaczego?... Tobie niewolno! masz obowiązki, nie jesteś już sam jeden na świecie!
— To mnie nie powstrzyma. Przysięgam ci, że chcę umrzeć z tobą. Rzeknij słowo, a natychmiast rzucę tę zapaloną świecę w otwartą czeluść i zginiemy razem!
Z ruchu Piotra widząc gotowość, Wilhelm chwycił go za rękę, którą sięgał po ogień i rzekł stanowczo:
— Nie chcę, byś umierał. Byłoby to wprost niedorzecznem. Niech inni umierają, ich poświęciłem, lecz ty, po co?.. niema w tem żadnego celu, więc dlaczego rozszerzać zakres potworności?... Braciszku, jeżeli rzeczywiście mnie kochasz, oddal się ztąd i pozostaw mi wolność działania. Nie rozdzieraj mi dłużej serca! uchodź ztąd! uchodź co prędzej!
Lecz nowa myśl owładnęła jego umysłem. Pod jej wrażeniem zawołał gniewnie:
— Ach! ty mnie wystawiasz na próby! Ty udawałeś, że chcesz rzucić ogień w otwartą przed nami minę! Ty chciałeś wprost zgasić tylko świecę! obliczyłeś, że nie będę miał odwagi powtórnie jej zapalić! Złym bratem dla mnie jesteś, złym przyjacielem!
Piotr odparł z równą gwałtownością:
— Masz słuszność, utrzymując, że użyję wszystkich środków, by cię powstrzymać od spełnienia szalonego, okrutnego, głupiego czynu!
— Ty mnie chcesz powstrzymać?...
— Tak. Powstrzymam chociażbym miał cię związać mojemi ramionami, chociażbym miał wpić się w twoje ręce i sparaliżować twoje ruchy!
— Ach, tak?... Ty mnie powstrzymasz! Ty! ty! niegodziwy bracie! Otóż mylisz się! nic ze mną nie podołasz!
Uniesiony gniewem, wściekły, pochwycił Piotra i ścisnął mu żebra swemi silnemi ramionami. Obadwaj, przeszywając się wzrokiem w milczeniu, wodzili się za bary po ciemnem podziemiu, a ruchome ich cienie rosły za nimi, napełniając ten loch więzienny dzikim tańcem fantastycznych widziadeł. Bezprzytomnie oddalili się od światła i walczyli z sobą wśród gęstej, czarnej piwnicznej ciemności. Zdawało się im, że cała ziemia ciąży nad niemi. Wtem doleciał głuchy odgłos dzwonu i powietrze zadrżało przeciągłą potężną nutą, płynącą zdaleka ponurem, pogrzebowem echem.
— Słyszysz! — syknął Wilhelm. — Słyszysz ich dzwon?... Godzina nadeszła! Co poprzysiągłem, spełnię! Twój opór jest zbyteczny!
— Nie spełnisz! Póki żyw jestem, spełnić ci nie dozwolę!
— Pókiś żyw, spełnić mi nie dozwolisz?... nie wiesz, co mówisz!
„Sawoyarda“ dzwoniła coraz donośniej, tryumfująco i Wilhelm oczami wyobraźni widział bazylikę przepełnioną tłumem pątników korzących się przed jaśniejącemi ołtarzami, porwanych religijną ekstazą na widok promiennej złotej monstrancyi, ukazującej się w tumanach wonnych dymów, ulatujących z kołysanych miarowo kadzielnic. Wrzący w nim szał gniewu wybuchnął teraz burzą. Był wściekły wobec tej niespodziewanej przeszkody w postaci Piotra, który śmiał mu nie dozwalać i przeszkadzać w spełnieniu oddawna postanowionego czynu. Dysząc, powtarzał w bezprzytomnem uniesieniu:
— Ty mi nie dozwolisz! ty!... ty!... Pókiś żyw nie dozwolisz!... Śmierć ci więc, niegodziwy bracie!...
Myśl bratobójstwa błysnęła mu w oczach. Schylił się i ująwszy w obie dłonie leżącą na ziemi cegłę, uniósł ją wysoko po nad głową, a grożąc nią, jak maczugą, godził prosto w brata:
— Bronić się nie będę — rzekł Piotr. Zabij mnie! tak, zabij najpierw rodzonego brata, a potem ich wszystkich!
Wilhelm rzucił kamieniem w Piotra, lecz źle wymierzył i zamiast w głowę, trafił tylko w ramię. Cios powalił wszakże Piotra na ziemię. Wśród ciemności Wilhelm był przekonany, że go zabił. Zdrętwiał z przerażenia. Co się stało?... co zaszło pomiędzy nimi?... Stał nieruchomy z oczyma utkwionemi w nieruchomą postać brata. Wydało mu się, że ma dłonie krwi pełne. Przemógł się, spojrzał na ręce, a potem schwycił się za głowę, czuł w skroniach szalony ból, jakby mu z pod czaszki wyrywano myśli wraz z mózgiem. Nagle osunął się na ziemię, upadł z rykiem na pierś Piotra i, płacząc, jęczał:
— Braciszku!... braciszku!... jestem potworem... daruj mi, ach, daruj, co ja uczyniłem!
Piotr przycisnął go z czułością, mówiąc:
— Uspokój się! nic mi nie będzie! uspokój się, wierzaj mi, że nic złego mi nie zrobiłeś. Ach, ty płaczesz! co za szczęście, że płaczesz; to ciebie uratuje... już niczego się nie obawiam, kiedyś się mógł rozpłakać!... Jakto dobrze, iż rozgniewałeś się na mnie! Patrz! ten wybuch złości uleczył cię! i nazawsze uniósł twoje okropne zamiary!
— Nie mów do mnie tak serdecznie! jestem niegodny twojego serca! jestem potworem! chciałem ciebie zabić! ciebie! ukochanego mojego brata! i tamtych wszystkich... wszystkich... całe tysiące ludzi... Ach, zimno mi teraz... zimno...
Drżał całem ciałem i szczękał głośno zębami, czuł się jakby w lodowej kąpieli, a w miarę powracającej przytomności ogarniał go lęk przed zbrodnią, jaką chciał popełnić. Pod naciskiem tego wrażenia ujrzał całą niedorzeczność szalonego czynu, wypiastowanego w swym umyśle. Chciał wysadzić w powietrze bazylikę! on! czyż to być może! On chciał być mordercą tysięcy ludzkich istot! w końcu nawet brata swojego chciał zabić! Zdawało mu się, że przebył jakiś sen potworny. Pochylony nad Piotrem szeptał:
— Ciebie... tak, ciebie chciałem zabić!... nigdy sobie tego nie daruję... Życie moje skończone... już nie mam odwagi żyć dłużej.
Piotr pochwycił go w swe braterskie ramiona i zawołał z przejęciem:
— Drogi Wilhelmie! co mówisz! ja nie chcę, abyś się poddawał takim myślom! Wiesz, podług mnie, dzień dzisiejszy jeszcze zacieśni serdeczność naszej przyjaźni... Wszak ja ciebie uratowałem dzisiaj, jak ty mnie uratowałeś przed kilku miesiącami! Czy nie pamiętasz owego wieczoru w Neuilly, gdyś mnie tulił na swojem sercu, pocieszając w niemocy strapienia. Otóż teraz oddaję ci tylko to, czem mnie wtedy obdarzyłeś. Wilhelmie, pamiętasz moją spowiedź przed tobą?... zwierzyłem ci wtedy całą moją nędzę, otchłań zwątpienia, w którą runąłem... a ty mi kazałeś żyć i kochać.. Bracie! ty więcej jeszcze zrobiłeś dla uleczenia mnie z gorzkiej rozpaczy zwątpienia, wyrwałeś ze swego serca miłość, która opromieniała ci życie i dałeś mi ją w darze, pragnąc mojego szczęścia. Poświęciłeś się dla mnie z bezgraniczną wspaniałomyślnością, wyratowałeś mnie, uzdrowiłeś, kosztem własnego szczęścia... Błogością więc jest dla mnie módz ci się, chociażby w drobnej cząstce, wywdzięczyć i pocieszyć cię w chwili przełomu targającego ci serce.. Dziś na mnie przyszła kolej obudzić w twem sercu potrzebę życia.
— Próżne czynisz wysiłki. Krew twoją rozlałem i ślady tej zbrodni nie zatrą się w mojej pamięci... Już dla mnie wszystko skończone... beznadziejnie skończone!
— Nie! nie! Masz jeszcze przed sobą długie lata życia, które spędzisz, kochając i pracując! Powtórzę ci własne twoje słowa, że nigdy nie trzeba tracić nadziei w dobro i potrzebę życia!
Bracia, zwarci w serdecznym uścisku, długo z sobą rozmawiali szeptem przerywanym łzami. Świeca się dopaliła i nagle zgasła, lecz nie spostrzegli, że znajdują się teraz w zupełnej ciemności. Wśród czarnej nocy i głuchej ciszy, serca ich wyspowiadały się do głębi, a strumienie łez przyniosły im ulgę, kojąc gwałtowność przebytych wzruszeń. Serce Piotra napełniło się radością. Czuł się szczęśliwym, iż danem mu było spłacić dług wdzięczności i wyratować brata od zguby. Wilhelm zaś, który łączył w sobie dwoiste cechy: umysł uczonego i serce dziecka, płakał ze wzruszenia, przerażony tem, na jakie manowce wywiodły go chimeryczne marzenia. On, pałający miłością ludzkości, on, żądny panowania sprawiedliwości na ziemi, chciał przyspieszyć tę erę, popełniając najokropniejszą zbrodnię, zadając śmierć tysiącom niewinnych ofiar! Teraz dopiero przewidział i jasno ujrzał całą niedorzeczność swojego planu. Serdeczne słowa, łzy i uściski braci wzmacniały dotychczasową ich przyjaźń, czuli się zjednoczonymi wspólnością protestu przeciwko nędzy i cierpieniu, wspólnością pragnień reformy, mogącej dać ulgę niedoli, wynikłej ze społecznej niesprawiedliwości.
Orzeźwieni rozmową czuli się teraz silnymi. Piotr ujął rękę Wilhelma i trzymając się muru, wyprowadził go z ciemnego podziemia, założywszy na dawne miejsce odwaloną płytę kamienną, na której dotąd siedzieli przed otwartą miną.
W pracowni w dworku Wilhelma, babka, nie poruszywszy się po jego odejściu z miejsca, siedziała w pobliżu oszklenia z robotą w ręku. W oczekiwaniu godziny czwartej często podnosiła oczy na wielki zegar, wiszący na ścianie, następnie wzrok jej biegł ku bazylice, którą widziała dobrze, nie poruszając się ze swojego fotelu. Twarz babki była spokojna lecz niezwykle blada. Przezwyciężając wewnętrzny niepokój, szyła uważnie, starając się o równość ściegów. Marya haftowała tuż w pobliżu, ale co chwila wstawała od krosien, rwała nitki, niecierpliwiła się, dziwiąc się dlaczego bez przyczyny jest rozdrażnioną, zdenerwowaną.
— Dokucza mi jakiś niepokój — mówiła. — Czuję, jakby kamień na sercu.
Gorączkowe rozdrażnienie Maryi podzielali wszyscy trzej synowie Wilhelma. Zrywali się od roboty, spoglądali na siebie niespokojnym wzrokiem, i starając się przemódz bezpodstawną trwogę, powracali do porzuconego zajęcia. Tomasz opiłowywał metalową blaszkę, Franciszek silił się, by znaleźć rozwiązanie matematycznego zadania, Antoni rysował wiązankę maków, leżącą przed nim na stole. Napróżno wszakże starali się przykuć uwagę do wykonywanej roboty. Najlżejszy szelest niepokoił ich, podnosili głowy, pytając się wzajemnie wzrokiem. Co im było?... czemu mieli przypisać to dziwne rozdrażnienie?... Czego się lękali?... jaka mogła być przyczyna spadłej na nich obawy?... Jasno, wesoło świecące słońce i pogodne niebo nie zapowiadało burzy, a jednak rozdrażnieni pracowali ze znużeniem. Co chwila któryś z nich wstawał, przeciągał się i znów siadał na swojem miejscu. Wszyscy trzej milczeli, nie śmiąc mówić o trwożnem usposobieniu, jakiemu ulegali. Panująca cisza stawała się coraz dokuczliwszą, ciążąc ze wzmagającą siłą.
Godzina czwarta miała już za kilka minut uderzyć, gdy babka opuściła robotę na kolana, jakby ulegając nieprzepartemu zmęczeniu. Wzrok zatrzymała na wielkiej wskazówce zegara, a po chwili powiodła oczyma w stronę bazyliki. Wzruszenie było silniejsze nad jej wolę. Czuła, że nie zdoła już oderwać wzroku od tych potężnych murów, zasłoniętych w połowie lasem rusztowań. Niedokończony gmach kościoła odbijał się tryumfująco na tle jasnego, tryumfującego nieba. Patrzała spokojnie z postanowieniem nieokazywania swego wewnętrznego wzruszenia, a jednak gdy Sawoyarda donośnie brzmieć zaczęła, babka osunęła się w głąb fotelu, drżąc jak w paroksyzmie febry. Potężny odgłos dzwonu oznajmiał, że nadeszła chwila błogosławieństwa, po jakie zbiegł się dziesięciotysięczny tłum pątników. Zatem już niebawem wybije godzina czwarta. Podniecona myślą o katastrofie, jaka niebawem zajść miała, o straszliwym wybuchu, którego ona jedna się spodziewała, babka zerwała się z miejsca i stanąwszy, zapatrzona w bazylikę, złożyła ręce w oczekiwaniu spodziewanej okropności.
— Babko! co tobie?... — zawołał Tomasz, patrząc na nią z niepokojem. Babko, dlaczego drżysz?... Powiedz... ach, powiedz!...
Franciszek i Antoni podbiegli ku staruszce, pytając:
— Babciu! czy jesteś chora?... Babcia, dlaczego drżysz i bledniesz?... Babciu, czy się czego obawiasz?... Ty, taka odważna...
Nie odpowiadała na ich pytania i pieszczoty. Ach, bodajby siła wybuchu była dość potężną, by rozdarta ziemia mogła pochłonąć ich wszystkich! Niechajby ogień wulkanu dosięgnął i ten dworek i zburzył go wraz z bazyliką, skazaną na zagładę! Ach, tak! pragnęła umrzeć z Wilhelmem i jego trzema synami i nie widzieć katastrofy, która tyle łez będzie kosztować. Milczała, pogrążona w gorączkowych myślach, drżąca i zapatrzona w gmach, który lada chwila runie, rozsadzony wybuchem, mrocząc niebo chmurą pocisków i dymu.
— Babciu! babciu! — wołała Marya — odezwij się do nas! Babciu, przerażasz nas swojem milczeniem! Ach, powiedz nam dlaczego jesteś wdal zapatrzona?... Dlaczego tak patrzysz, jakbyś widziała straszne nieszczęście, cwałujące ku nam i grożące nam wszystkim?...
Wtem, równocześnie, Tomasz, Franciszek i Antoni krzyknęli, szarpnięci jednakową obawą:
— Ojciec jest w niebezpieczeństwie! Ojcu śmierć zagraża!
Na czemże opierali oni swe przeczucie? Tomasz zauważył, iż ojciec od jakiegoś czasu fabrykował znaczne zapasy materyału wybuchowego swego pomysłu. Lecz nawet z braćmi strzegł się o tem mówić. Wszyscy trzej znali poglądy ojca i gorące jego pragnienia zmiany ustroju społecznego, domyślali się buntów, jakie wstrząsać musiały jego sercem i umysłem, lecz żaden z nich nie byłby się odważył na postawienie mu pytań w tej kwestyi. Czcią przejęci wyczekiwali słów, jakie zechce im powiedzieć, z góry zgadzając się na wszystkie jego postanowienia i czyny. Lecz oto teraz jednakowa ogarnęła ich myśl i bolesna trwoga, Ojciec musiał być w niebezpieczeństwie utraty życia! Tak, groziła mu jakaś nieznana katastrofa! Temu należało przypisać dzisiejsze rozdrażnienie ich wszystkich! Wszak nie mówiąc z sobą o niepohamowanej trwodze, jaka ich owładnęła, ulegali jej równocześnie, przemódz nie mogąc zdenerwowania, które nie dozwalało im pracować.
— Ojciec nasz umiera! Ojciec nasz umiera!
Jednakowym chwyceni bólem, zwarli się wszyscy trzej w rozpaczliwym uścisku, lecz żądza dowiedzenia się, rzuciła ich ku babce. Gdzie ojciec?... Gdzie i jakie grozi mu niebezpieczeństwo?... Pragnęli biedz i zasłonić go pancerzem młodych, silnych ciał swoich.
Czwarta godzina uderzyła na zegarze w pracowni. Babka wciąż stała, i milcząc wyciągnąwszy ręce w dal. Wreszcie ozwała się zmienionym, głuchym, jakby martwym głosem:
— Ojciec wasz umrze. Ocalić go może tylko obowiązek życia.
Trzej chłopcy, chłonąc chciwie słowa babki, rzucić się chcieli, nie wiedząc sami gdzie, by skruszyć przeszkody, zwyciężyć nieznane. Drżeli z niecierpliwości, rzucali się z gniewu nad swoją niemocą, a rozpacz, wrząc w ich sercach, podniecała ból, doprowadzając ich do szału. Babka ulitowała się nad nimi, mówiąc:
— Ojciec wasz chciał umrzeć. Obrał godzinę i rodzaj swojej śmierci.
Zamilkli pod ogromem tego ciosu. W niemej rozpaczy hartowali się teraz, by doróść bohaterskiego postanowienia: losu ojca. Upływały minuty, godziny i mrożący chłód grobu zdawał się ustępować. Bazylika stała na szczycie wzgórza i ziemia nie rozstępowała się, by ją pochłonąć. Srogi niepokój łagodniał, a w sercach rodziny Wilhelma jaśnieć poczynała nadzieja, ta odwieczna pocieszycielka strapionych.
Gdy wreszcie Wilhelm stanął na progu pracowni w towarzystwie Piotra, krzyk uciechy ze zmartwychpowstania wyrwał się z piersi wszystkich:
— Ojciec!
Powitalne uściski i łzy wyczerpały resztę sił Wilhelma. Usiadł i nanowo objął spojrzeniem w posiadanie wszystko, czego już się był wyrzekł wraz z życiem. Patrzał dokoła z rozpaczą człowieka, zmuszonego do życia, którego nie pragnął. Babka zrozumiała gorycz jego myśli i chwilowy zanik energii, zbliżywszy się więc uścisnęła mu dłonie, a słodyczą uśmiechu i spojrzenia wypowiedziała swoją radość z jego powrotu, pochwaliła odstępstwo, które uczynił od swoich zamiarów, bo zdaniem jej nikt nie ma prawa gardzenia życiem i porzucania obowiązków, jakie ono nakłada. Lecz Wilhelm jeszcze nie mógł się opanować, cierpiał moralnie, a fizycznie był znużony, wyczerpany. Nikt go o nic nie pytał w milczeniu cieszono się jego widokiem. Nie wchodząc w szczegóły, wskazał ręką na Piotra, i z tkliwością nazwał go swoim zbawcą.
Marya rzuciła się w objęcia Piotra i całując go, rzekła wśród łez:
— Drogi mój! jeszcze nigdy ciebie nie pocałowałam... Jakże niewymownem szczęściem jest dla nas obojga, że pierwszy nasz pocałunek pochodzi z tak ważnej przyczyny!... Kocham ciebie, drogi Piotrze! kocham z całego serca i wdzięczną ci będę nazawsze!
W parę godzin później, o zmierzchu, Wilhelm pozostał sam na sam z Piotrem w wielkiej, cichej pracowni. Trzej chłopcy wyszli na miasto wraz z Maryą, a babka wybierała bieliznę w pokojach na górze, chcąc dać pani Mathis zwykłą tygodniową robotę. Matka Wiktora, oczekując na węzełek z bielizną do reperacji, siadła w najciemniejszym kącie pracowni, a dwaj bracia, rozmawiając z sobą półgłosem, zapomnieli o jej obecności.
Niespodzianie nadszedł Janzen. Zdawał się być silnie wzruszony, a chuda, Chrystusowa jego twarz bledszą była, niż zwykle. Zjawiał tu się rzadko i nigdy go nie pytano zkąd przybywa, szanując tajemniczość, jaką się otaczał. Czasami mijały miesiące bez żadnej o nim wieści, gdy nagle występował z ukrycia, odwiedzał znajomych i znów jakby zapadał pod ziemię. Oswojono się z dziwactwem jego obejścia, o nic go nie pytano, odgadując wszakże, iż przebywał niezwykłe koleje życia.
— Dziś opuszczam Paryż — rzekł szczególniejszym głosem, tnącym, jak ostrze miecza.
— Powracasz do kraju?... do Rosyi?... — zapytał Wilhelm, chcąc się okazać uprzejmym wobec gościa, którego cenił, znając go z poglądów, jakie w paru słowach rzucał podczas długich, wieczornych posiedzeń.
Janzen uśmiechnął się wzgardliwie, odpowiadając:
— Moja ojczyzna jest wszędzie... nie jestem rosyaninem... jestem członkiem wszechświatowej rodziny całego społeczeństwa.
W urywanych zdaniach wypowiadał, że nie uznaje istniejących narodowych nienawiści. Wszyscy ludzie są braćmi i wszyscy mają jednakowe całe wyswobodzenia się z pęt, jakie ich krępują. Z niektórych słów Janzena bracia wywnioskowali, że obecnie zamierza jechać do Hiszpanii. Towarzysze oczekują go tam, przywołując do wspólnej roboty. Tonem zimnym, oderwanym, dodał, przeskakując na inny temat rozmowy:
— Czy wiecie, że rzucono bombę w kawiarni „de l’Univers“ na wielkich bulwarach? Trzech burżuazów legło na miejscu.
Przerażeni wieścią, Wilhelm i Piotr zaczęli go wypytywać o szczegóły. Opowiedział, że zdarzyło się tak właśnie, iż był w pobliżu owej kawiarni, słyszał wybuch i widział, jak szyby wyleciały z okien. Na podłodze w sali znaleziono trzech ludzi zabitych, dwóch panów nieznanych, zapewne przechodniów, którzy tu wstąpili przypadkowo, trzeci zaś był stałym gościem, mieszkał w sąsiedztwie i przychodził codziennie na wieczorną partyę domina. Sala uległa zupełnemu zniszczeniu, gwałtowność wybuchu porozbijała wszystkie sprzęty, łamiąc marmurowe stoliki, skręcając bronzowe lampy, tłukąc szkła, siejąc kule w zwierciadlanych ścianach i malowanym suficie. Od razu powstało zbiegowisko ludzi, tłoczono się do uduszenia. Sprawca zamachu został ujęty. Pochwycono go prawie natychmiast, na skręcie ulicy Caumartin, którą obrał do ucieczki.
— Nie wiem dlaczego dopiero teraz wam o tem mówię, — rzekł Janzen — bo wprost z bulwarów zaszedłem tutaj, by was zawiadomić. O takich sprawach lepiej jest wiedzieć możliwie najprędzej.
Piotr, wiedziony nieokreślonem przeczuciem, zapytał go, czy nie wie kto jest sprawcą zamachu. Janzen odpowiedział, ociągając się:
— W tem jest całe złe, że go znacie... Sprawcą zamachu jest Wiktor Mathis.
Piotr byłby teraz pragnął nigdy nie słyszeć nazwiska pochwyconego sprawcy zbrodni, przypomniał bowiem sobie o obecności matki Wiktora. Była tu przed chwilą, zapewne więc jest jeszcze i słyszy wszystko z kąta, w którym siedzi, oczekując na przyjście babki. A może wyszła?... Piotr nie śmiał sprawdzić, stał przykuty na miejscu, wywołując w pamięci postać Wiktora, tego młodzieniaszka o puszczającym się zaledwie zaroście, o prostem, upartem czole i szarych, niezwykle inteligentnych oczach. Nos miał suchy, orli, a usta o cienkich wargach, stanowcze, okrutne, nie umiejące wymawiać słów przebaczenia. Ten nie pochodził z ludu, jak Salvat, nie przemawiała na jego korzyść nieświadomość i chęć zemsty za doznane cierpienia. Wiktor Mathis był synem burżuazyi, otrzymał wykształcenie, był kandydatem do szkoły Normalnej. Cóż go popchnęło do buntu przeciwko społeczeństwu?... Wszak nie namiętności polityczne, nie miłość ludzkości, ani męczarnie głodowej nędzy. Drogą rezonowania, zimnem naginaniem naukowych teoryj, Wiktor Mathis uwzględniał zbrodnię, uważając środki gwałtowne za konieczne dla przyśpieszenia ewolucyi społecznej. Mając w sobie wrodzony popęd destrukcyjny, całą energię zużywał na tworzenie krwawych planów zniszczenia, które mogłyby mu zapewnić nieśmiertelność, chociażby ku niej miał podążyć, zostawiając głowę pod nożem gilotyny.
— Ach, to Wiktor Mathis!... — szepnął Wilhelm. — Nie przypuszczałem, by się zdobył na coś podobnego!
Piotr, odczuwając głębię wzruszenia brata, uścisnął mu rękę z gorącą serdecznością, a jakkolwiek sam był wzburzony, w imię ludzkiej solidarności mówił sobie, iż wiadomość ta ostatecznie wstrząśnie umysłem i sercem Wilhelma, przyspieszając jego uzdrowienie.
Bracia przypuszczali, że Janzen był wspólnikiem zbrodni Wiktora Mathis. Właśnie zaczął dowodzić, że Wiktor od chwili śmierci Salvata nie przestawał marzyć o sposobach pomszczenia go, gdy z ciemnego kąta pracowni ozwało się jękliwe westchnienie, a wkrótce potem łoskot ciężaru, upadającego na ziemię. Zemdlała i osunęła się z krzesła nieszczęsna pani Mathis, matka, przypadkowo słuchająca opowiadania o zbrodni dopiero co popełnionej przez ukochanego syna. Padła nieprzytomna, jakby rażona gromem. Właśnie w tejże chwili nadeszła babka, trzymając w ręku zapaloną lampę. Wszyscy pośpieszyli ratować zemdloną kobietę. Leżała, jak martwa, z twarzą trupiej bladości.
Piotr patrzał na nią ze ściśniętem sercem, przypominając sobie wieczór, gdy ujrzał ją po raz pierwszy w ubogiem mieszkaniu starego księdza Rose. Wysłuchał wtedy opowieści smutnego jej życia. Pochodziła z majętnej rodziny, mieszkającej na prowincyi, zakochała się i uciekła do Paryża z wybranym przez siebie mężczyzną. Młodą parę ścigało bezustanne prześladowanie losu, a po kilku latach miłosnego pożycia, mąż nagle umarł, pozostawiając żonę z bardzo szczupłym funduszem. Wdowa zamknęła się w ciszy skromnego mieszkania i z troskliwością wychowywała jedynego syna. Przed paru laty straciła znaczną część posiadanego niewielkiego kapitału; pozostał jej tylko syn, w którym złożyła całą swoją wiarę i miłość. Wiktor od jakiegoś czasu nie mieszkał z matką, pod pozorem pracy odwiedzał ją rzadko, lecz matka z ufnością wyczekiwała dnia, w którym jej oznajmi, że wreszcie zdobył świetne stanowisko, odpowiadające jego zdolnościom. Aż oto nagle wszystko ją zawiodło! Niespodzianie usłyszała, że ten syn, przez nią ubóstwiany, jest zbrodniarzem, że rzucił bombę, która zabiła trzy niewinne ofiary!
Gdy pani Mathis, dzięki troskliwym zabiegom babki, odzyskała przytomność, powróciła jej pamięć: zaczęła płakać, jęcząc tak okropnie z bólu, iż ramiona Wilhelma i Piotra oplotły się wzajemnie i bracia w wielkim, serdecznym uścisku wypowiedzieli sobie ogrom swego wzruszenia, jednającego ich ostatecznie w tym dniu, nazawsze dla nich pamiętnym.




V.

W piętnaście miesięcy póżniej, we wrześniu, w dzień pogodny i słoneczny, Bache i Teofil Morin byli na śniadaniu w dworku Wilhelma i siedząc w pobliżu oszklonej ściany w ulubionej pracowni, rozkoszowali się pięknością widoku na Paryż, płonący w złocie południowego oświetlenia.
W pobliżu jadalnego stołu bieliła się kołyska, w której po za muślinowemi firankami spał Jaś, czteromiesięczny syn Piotra i Maryi. Ze względu na dziecko, poddali się ceremonii ślubu cywilnego i ulegalizowali swój związek w zarządzie gminy Montmartre. Formalność ta odbyła się legalnie, jakkolwiek przypuszczali, że mer nie zechce zapisać małżeństwa byłego księdza. W razie jego oporu mieli zamiar obejść się bez ślubu.
Dla dogodzenia życzeniom Wilhelma, młode małżeństwo zamieszkiwało parę pokoi na górze w jego dworku, pozostawiając rodzinny dom w Neuilly, pod opieką starej Zofji, przywiązanej służącej, która od lat trzydziestu zżyła się z jego ścianami. Od czternastu miesięcy Piotr i Marya należeli do siebie i życie płynęło im szczęśliwie wśród spokojnej pracy i serdecznego stosunku całej rodziny.
Franciszek ukończył szkołę Normalną, a otrzymawszy wszystkie dyplomy i stopnie, wybierał się na zachód Francyi, dla objęcia katedry w liceum na prowincyi. Miał zamiar być profesorem przez lat kilka, a następnie oddać się wyłącznie pracom naukowym. Antoni pozyskał sławę w swoim zawodzie, urządziwszy wystawę drzeworytów, przedstawiających widoki Paryża i był obecnie narzeczonym Lizy Jahan, którą miał poślubić na wiosnę w siedemnastą rocznicę jej urodzin. Lecz z trzech synów Wilhelma, głównym tryumfatorem był Tomasz, nareszcie bowiem zbudował mały motor własnego pomysłu, urodzonego pod wpływem genialnej idei ojca. Mniej więcej przed rokiem, Wilhelm, zastanawiając się nad rozpryśnięciem swoich olbrzymich planów, które w całości porzucił, uznawszy je za chimeryczne, wpadł na myśl spożytkowania wynalezionego przez siebie materyału wybuchowego, używając go za siłę poruszającą. Pierwsze zastosowanie postanowił wypróbować przy motorze swojego syna, który pracował nad udoskonaleniem samochodów petrolowych w fabryce Grandidier. Naradziwszy się z Tomaszem, wziął się z nim do wspólnej pracy i po długich usiłowaniach, licznych próbach, wymyślili nowy mechanizm, dający pożądany rezultat. Ojciec i syn stali się twórcami udoskonalonego motoru, poruszanego nieznaną dotąd siłą, a wykonany przez nich model stał całkowicie wykończony na dębowym postumencie, gotów do biegu i szerokiego, praktycznego zastosowania.
Kilkanaście miesięcy, spędzonych w szczęściu i powodzeniu, ożywiło radosnem tchnieniem cały dworek, leżący na szczycie wzgórza, w pobliżu bazyliki. Babka, pomimo podeszłego wieku, pozostała tu czynną panią i królową, a chociaż zawsze była milcząca, kochano ją i słuchano we wszystkiem. Zdawało się, że wszędzie była obecna, chociaż rzadko opuszczała fotel, stojący w pobliżu oszklonej ściany w pracowni. Pielęgnowała z troskliwością małego Jasia, twierdząc, że go wychowa, jak wychowała Tomasza, Franciszka i Antoniego. Wierzyła, iż nie umrze, dopóki będzie użyteczną swej rodzinie, dopóki kto z jej najbliższego otoczenia potrzebować będzie jej opieki, doświadczenia i miłości. Marya z radością patrzała na przywiązanie babki do nowonarodzonego wnuka, a chociaż bywała często zmęczona karmieniem, zachowała dawną wesołość i zdrowie. Jaś miał więc przy sobie dwie kochające matki, nieodstępujące jego kołyski. Piotr pracował w dalszym ciągu przy boku Tomasza, nabywał wprawy w rzemiośle i szczycił się, że był już prawie skończonym mechanikiem.
Dzisiejsze śniadanie urozmaiciła obecność Bache’a i Teofila Morin. Stół jadalny był już sprzątnięty i podano czarną kawę, gdy nadszedł dziesięcioletni chłopiec, syn stróża z ulicy Cortot, chcąc się widzieć z panem Piotrem Fromont. Nieśmiało opowiedział, że ksiądz Rose jest bardzo chory, umierający i prosi, by pan Piotr Fromont przyszedł do niego, jak można najprędzej, natychmiast.
Piotr, wzruszony i zaniepokojony, zerwał się i poszedł z chłopcem. W kilka minut był już na ulicy Cortot. Wszedł spiesznie do dobrze znanego sobie mieszkania na dole, z oknami wychodzącemi na niewielki ogródek. Ksiądz Rose dogorywał na łóżku, lecz zachował przytomność umysłu, ujmującą słodycz i uśmiech. Obecna przy nim zakonnica spojrzała z niezadowoleniem na przybyłego gościa, zdawała się być nawet zaniepokojoną przyjściem tego nieznanego jej człowieka. Piotr odgadł, że była postawiona na straży i że ksiądz Rose w tajemnicy przed nią kazał go przywołać. Ksiądz Rose z łagodną powagą poprosił swą opiekunkę, by go pozostawiła sam na sam z gościem. Nie śmiała stawić oporu woli umierającego i ociągając się, wyszła z pokoju.
— Ach, moje dziecko, jakże pragnąłem rozmowy z tobą! Usiądź przy mnie jak najbliżej, żebyś mógł słyszeć moje słowa... bo za kilka godzin już mnie nie będzie... umrę przed wieczorem... a mam tak ważne zlecenia... tak ważne prośby do ciebie...
Piotr z bólem widział zmianę zaszłą na twarzy przyjaciela. Już tylko iskierka życia tlała w drobnej postaci starego księdza, lecz chudą, bladą twarz ożywiały oczy płonące egzaltowaną dobrocią i niewinnością serdecznych uczuć.
— Ojcze, dlaczego mnie nie wzywałeś, jeżeli pragnąłeś widzieć się zemną? Byłbym zawsze przybiegł z ochotą, wszak wątpić o tem nie możesz! Ojcze! powiedz, może nie mogłeś?... może pilnowano ciebie?...
Na łagodnej twarzy umierającego pojawił się uśmiech zawstydzenia i wyznania winy.
— Moje drogie dziecko, wiedz, że to było koniecznością. Musiano mnie pilnować, bo byłem niepoprawny i zawsze skory do niedorzecznych uczynków. Dawałem jałmużnę ludziom potrzebującym... lecz przełożeni moi przekonali się o niegodziwości tych, których wspomagałem. Tak, moje dziecko, popadłem w dawne grzechy, więc wezwano mnie do zarządu arcybiskupiego i zostałem wyłajany, powiedziano mi, że kompromituję naszą świętą religię. Stałem się powodem skandalu pomiędzy duchowieństwem. Odtąd pilnowano mnie surowiej, niż kiedykolwiek. A gdy rozeszła się wieść o mojej chorobie, osadzono przy mnie tę zakonnicę, którą tu widziałeś... Wiem, że to wszystko jest czynione dla mojego dobra... pilnująca mnie zakonnica często mi powtarza, że gdyby nie jej opieka, umarłbym na gołej podłodze, bo oddałbym łóżko i pościel biednym, których los zbyt żywo, jak się okazuje, biorę do serca..
Głosu mu zabrakło, umilkł, a po chwilowym odpoczynku, mówił dalej:
— Moje dziecko, proszę, żebyś rozumiał tę rzecz, jak należy... Siostra jest świętą kobietą, dogląda mnie w chorobie i spełnia obowiązek, który jej polecono, pilnując mnie, abym do końca nie popełniał głupstw, za jakie tylokrotnie mnie karcono. Otóż. moje dziecko, znów wobec niej zawiniłem, bo pokryjomu posłałem po ciebie. Jest to grzech, lecz mam nadzieję, że Bóg zechce mi przebaczyć. Potrzebowałem z tobą pomówić, mam tylu biedaków... cóż z nimi będzie, gdy mnie zabraknie, pragnąłem ciebie zapytać...
Znów zamilkł, patrząc na Piotra, który prosił ze łzami w oczach:
— Mów, ojcze! mów! zrobię wszystko, co będzie w mojej możności!
— Wiem, wiem, moje drogie dziecko. Dlatego ciebie wezwałem. Dlatego z całą ufnością tobie ich polecę. Bo pomimo wszystkiego, co zaszło w twojem życiu, tylko tobie ufam w zupełności. Ty jeden mnie zrozumiesz i spełnisz moją prośbę, a to będzie dla mnie najwyższą ulgą. Umrę spokojnie.
Ksiądz Rose tylko tą aluzyą przypomniał Piotrowi o przyczynach, które spowodowały rozerwanie ich blizkiego stosunku. Po raz ostatni widział Piotra, gdy go spotkał w cywilnem ubraniu w pobliżu bazyliki; miał z nim wtedy długą rozmowę, bolejąc nad zbuntowanym synem Kościoła. Dowiedział się następnie o małżeństwie Piotra i ostatecznem zerwaniu z religią. Teraz wszakże, w chwili skonu, wszystkie te szczegóły wydały mu się nic nieznaczącemi drobiazgami, pomnym był jedynie na gorące serce swojego dawnego towarzysza, z którym przez lat kilka szedł w parze, by nieść dobroczynną pomoc biednym mieszkańcom najuboższych dzielnic Paryża.
— Zatem, kiedy pozwalasz, — rzekł umierający, siląc się na uśmiech — mianuję cię moim spadkobiercą. Dar nie jest wspaniały, daję ci moich biednych, bo nic innego nad nich nie posiadam!
Wśród licznych nędzarzy, których wspomagał, przedewszystkiem obchodził go los trzech istot. Od chwili, jak zachorował, nie przestawał się kłopotać, co z niemi będzie, gdy im zabraknie skromnego wsparcia, jakie od niego otrzymywali i z którego żyli. A więc najpierw „ten wielki stary“, którego kiedyś napróżno chcieli wynaleźć w przytułku nocnym i umieścić zamiast zmarłego Laveuve w instytucyi inwalidów pracy. Dostał się on tam później, ale po trzech dniach pobytu uciekł, nie chcąc się nagiąć do regulaminu. Dziki, gwałtowny, nieznośnego charakteru, z nikim nie pozostawał w zgodzie, jednak nie można go było z tych powodów opuścić i skazać na śmierć głodową? W każdą sobotę ksiądz Rose dawał mu franka i te kilka groszy wystarczały mu na całotygodniowe utrzymanie. W równie wyjątkowej nędzy była sparaliżowana staruszka, mieszkająca w kącie walącej się rudery przy ulicy Mont-Cenis. Żyła chlebem, przynoszonym jej codziennie z sąsiedniej piekarni, za który ksiądz Rose płacił pierwszego każdego miesiąca. Lecz najsmutniejsze, najcięższe było położenie młodej suchotnicy, nieślubnej matki, tak chorej, że nie była w stanie szukać zarobku. Wiedziała, że wkrótce musi umrzeć i rozpaczała na myśl, że pozostawi swą małą córeczkę na bruku, bez żadnej opieki. Tutaj zatem ciężar był podwójny — potrzeba było wspierać matkę aż do śmierci, a następnie zająć się biedną małą sierotką, żeby ją umieścić w ochronie.
— Wybacz mi, moje dziecko, że pozostawię ci po sobie tyle kłopotów... Chciałem chociażby w części ulżyć ci ciężaru i w tym celu naradzałem się z siostrą, która mnie dogląda, lecz, na samo wspomnienie o „wielkim starym“, przeżegnała się z przerażenia. Taka sama odmowa spotkała mnie ze strony mojego dawnego znajomego księdza Taverniera... jest to najzacniejszy człowiek, ale nie zgadzamy się z sobą w różnych kwestyach. Tak więc jesteś zmuszony objąć całość mojej spuścizny... wiem, że spełnisz moją prośbę, którą zleciwszy tobie, umrę spokojnie, błogosławiąc cię, jak syna.
Piotr, płacząc, zawołał:
— Ach, ojcze! bądź spokojny, spełnię wszystko... Twoja wola jest dla mnie świętą!
— Dziękuję ci! dziękuję. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! Zatem będziesz pamiętać?... co sobotę trzeba dać franka staremu, dopilnować piekarza, by zanosił codziennie chleb sparaliżowanej kobiecie i odwiedzać chorą młodą suchotnicę, a po jej śmierci zająć się losem małej jej córeczki. Drogie moje dziecko... dziękuję ci... zdjąłeś mi kamień z serca... Jestem teraz spokojny i powitam śmierć bez trwogi... Może mnie zabrać, chociażby natychmiast...
Blada, poczciwa twarz księdza Rose zajaśniała słodką radością. Uścisnął on dłoń Piotra, którą trzymał dotąd w ręku, pragnąc go mieć jak najbliżej siebie, a wzrokiem wypowiadał mu serdeczność swoich uczuć. Głos umierającego słabł z każdą chwilą, lecz chciał jeszcze coś powiedzieć, więc Piotr pochylił nad nim głowę, by nie stracić ani słowa z szeptanego ostatniego zwierzenia:
— Rad jestem, że już przyszła na mnie kolej. Ciężko mi było... bardzo ciężko... Dawałem, co mogłem, lecz to przecież żadnej nie przynosiło ulgi. Czułem, że należałoby dawać bezustannie i coraz to więcej. Ach, jak niezmiernie bywało mi smutno, gdy dochodziłem do wniosku, że dobroczynność jest bezsilną wobec nędzy!... Często traciłem nadzieję, by módz tą drogą dojść do celu i ukrócić cierpienie... Buntowałem się przeciwko tej niemocy, lecz poza dobroczynnością żadnego leku dopatrzeć się nie zdołałem. Pamiętasz nasze wędrówki po najbiedniejszych ulicach Paryża? Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Powiedziałem ci, że pomimo wszystkiego, co zaszło, kochać się będziemy w miłości bliźnich... i widzisz... odgadłem, a raczej dałem dowód, że dobrze poznałem twoje serce, bo po tak długiem niewidzeniu się, po tych zmianach, zaszłych w twojem życiu... przybiegłeś na moje wezwanie i odnajduję cię takim samym, jak byłeś, dobrym, serdecznym, współczującym ludzkiej niedoli... Jestem spokojny o moich biednych, których ci powierzam. Ale co do mnie, to wolę już odejść z tego świata, wolę... było mi za ciężko, nie mogłem podołać zadaniu... Za wiele widziałem nędzy, której nie mogłem przyjść z pomocą, a jednak... wszak wiesz... robiłem wszelkie wysiłki... narażałem się na niezadowolenie moich przełożonych, ganili mnie i karcili, dowodząc, że jestem niedorzecznym, że skandalizuję wiernych mojem postępowaniem i że narażam na szwank naszą świętą religię... Czas więc, by mnie śmierć zabrała... bo pomimo wszystkiego, tylko coraz cięższą widziałem niedolę. Nędza wzmaga się i nie widzę na nią ratunku.. Synu mój! teraz pożegnajmy się z sobą.. Serce mam zbolałe życiem, a dłonie bezsilne, zwyciężone.
Piotr ucałował go z synowską miłością i wyszedł z twarzą zalaną łzami, niewymownie wzruszony ostatecznem rozstaniem się ze starym przyjacielem i kilkoletnim towarzyszem swego życia. Jakże bolesnym był ten krzyk beznadziejny, krzyk serca umierającego księdza Rose! Więc nawet to naiwne, stare dziecko zwątpiło w zaradność miłosierdzia! Umierał zbolały myślą o wzmagającej się nędzy, nieposkromnionej hojnością jałmużny serc współczujących! Pragnął śmierci, chcąc ujść okrutnego widoku tylu cierpień, na które nie znalazł ratunku, konał wylękły, iż są one związane nazawsze z losem człowieka na ziemi!
Gdy Piotr stanął z powrotem w pracowni, stół jadalny był już oddawna uprzątnięty, Bache i Teofil Morin rozmawiali z Wilhelmem, podczas gdy każdy z jego trzech synów powrócił do swego zajęcia. Marya haftowała pochylona nad krosnami na zwykłem swojem miejscu w pobliżu babki, lecz od czasu do czasu biegła do kołyski, by spojrzeć na Jasia i upewnić się, czy śpi spokojnie, złożywszy na piersiach obie piąstki. Piotr, nic nie rzekłszy o wzruszeniu, jakiem opływało mu serce, pocałował włosy żony, pochyliwszy się z nią nad uśpionym synem i zaraz włożył fartuch roboczy, by pomagać Tomaszowi przy ostatecznem regulowaniu ukończonego już małego motoru.
Piotr, pogrążony w myślach, zapomniał o miejscu, w jakiem się znajdował; przestał słyszeć i widzieć osoby, które go otaczały. Słodycz pocałunku złożonego na głowie Maryi pozostała mu na ustach, lecz myślą oddał się cały wspomnieniom przeszłości wywołanym wizytą, jaką złożył przy łóżku księdza Rose. Jakże już dalekim był ów zimowy poranek, gdy wyszedłszy z bazyliki Sacré Coeur, spotkał wyczekującego nań starego księdza Rose, który wylękły, by go nie widziano, powierzył mu parę franków do zaniesienia Laveuve, opuszczonemu starcowi, zmarłemu w kilkanaście godzin później na przegniłym barłogu zimnego poddasza. Jakże rozpaczliwie smutnym był dla Piotra ów poranek, ile w nim wrzało walk i katuszy i jakie niespodziewane miało w nim zajść odrodzenie! Dopiero co odszedł od ołtarza, odprawiwszy jedną z ostatnich swoich mszy, a nigdy może głębiej nie odczuł okropności swego położenia. Był księdzem niewierzącym, zwątpił w pożyteczność swej, misyi, czuł się nad otwartą otchłanią nicości i nie widział dla siebie żadnego ratunku. Wszak poprzednio doświadczał siebie dwukrotnie, pragnąc wskrzesić zanikającą w sercu wiarę. Lecz z obu prób wyszedł ciężej, niż poprzednio, złamany. W Lourdes, ujrzawszy odrażającą gloryfikacyę absurdu, wyrzekł się chęci powrotu w tył ku pierwotnym wierzeniom, gdy ciemny tłum korzył się pochylony w jarzmie nieświadomości. W Rzymie przekonał się, jak dalece spróchniałym jest wielki gmach kościoła i jak próżnym wysiłkiem byłoby jego odnowienie. Kościół Rzymski zapadał się wśród mnogich innych ruin, by niezadługo rozpaść się w proch na grobowiskach innych wymarłych religij. Powróciwszy do Paryża ze swej pielgrzymki do Rzymu, Piotr szukał ratunku w wierze w miłosierdzie. Lecz i tu wkrótce napotkał się z bankructwem swoich usiłowań. Zwątpił, by można było zbawić ludzkość drogą jałmużny, nie przynosiła ona pożądanego leku na ogrom nędzy i cierpienia. Przerażony strupieszałością instytucyj społecznych, nie widział sposobu ich naprawy i zrozpaczony, zaczął wyczekiwać katastrofy, któraby we krwi i pożodze zniszczyła świat stary, zbrodniczy i niegodny istnienia. Rzuciwszy taki wyrok, Piotr skazał samego siebie na nicość i żył zamknięty w sobie, złożywszy swą dumę w ścisłem spełnianiu przyjętego obowiązku. Był księdzem niewierzącym, lecz uczciwie czuwał nad wiarą innych. Wtem niespodziewane spotkanie się z Wilhelmem nadało odmienny kierunek dotyczasowemu jego życiu. Zdarł ze swych ramion kłamliwą odzież księdza i stał się człowiekiem, odzyskawszy prawo do życia, do jego uciech i pracy krzepiącej zdrowie i dającej siły.
Dumania Piotra przerwał Tomasz zażądaniem potrzebnego mu narzędzia, po które musiał iść na drugi koniec pracowni. Idąc tam, usłyszał wyraźnie głos Bache’a, który mówił:
— Gabinet ministrów podał się dziś rano do dymisyi... Vignon miał już tego dosyć... Nie chcąc się zużyć, wolał się wycofać, pewien, że znów na niego przyjdzie kolej.
— Piastował swój urząd przeszło od roku — wtrącił Morin. — Jak na obecne czasy, to tak bardzo długo...
Zaraz po zamachu Wiktora Mathis, który natychmiast był pochwycony, a w trzy tygodnie potem osądzony i ścięty na placu de la Roquette, ministeryum Monferand zostało obalone, Izba bowiem uznała, że niewarto ulegać despotycznej władzy człowieka, który nie zdołał zabezpieczyć kraju od anarchistów rzucających bomby. Monferrand usunięty został od władzy olbrzymią większością głosów, przeraziwszy kolegów łapczywością swego apetytu. Wszystko zagarniał dla siebie, pozostawiając innym tylko okruchy. Tym razem Vignon z łatwością objął po nim spuściznę, pomimo swego programu reform, których oddawna obawiano się aż dotąd. Vignon pragnął szczerze wprowadzić w życie postawiany przez siebie program, lecz usiłowania młodego prezesa ministrów napotykały trudności, które uzbezwładniły wszystkie jego przygotowawcze zabiegi. Nikt nie powątpiewał o jego uczciwości, lecz miał on skrępowane ręce niewidzialnemi więzami i wkrótce poddał się temu, rządząc odtąd na wzór wszystkich innych swoich poprzedników. Ze zdziwieniem, lecz ku zadowoleniu większości ujrzano, iż program Vignona był tylko pozornie odmienny od innych.
— Zapewne Monferrand powróci do władzy — rzekł Wilhelm.
— Tak, prawdopodobnie, że tak... Szanse są znów po jego stronie, a poplecznicy jego zaczynają się żwawo krzątać.
Bache, zawsze chętnie drwiący z taktyki Mège’a, zaczął opowiadać ostatnią jego kampanię w Izbie, nie różniącą się niczem od poprzednich. Przedstawiciel kolektywizmu pierwszy dawał hasło do obalenia ministeryum, lecz zwyciężywszy, nigdy nie otrzymywał spodziewanej nagrody, łudził się wiecznie i stawał się tylko narzędziem w rękach tej lub innej koteryi.
— Niechajże pożerają się wzajemnie! — rzucił Wilhelm. — Walczą na rzecz tej lub innej osobistości w marnej ambicyi dotarcia do władzy, do szafowania pieniędzmi lub dysponowania urzędami. Lecz po za drobiazgowością walk osobistych, staczanych w Izbie przez wybrańców, a raczej uzurpatorów woli narodu, ewolucya społeczna wciąż posuwa się naprzód, idee narzucają się umysłom, przyspieszając zamanifestowanie się czynów. Ludzkość nie zatrzymuje się w swoim pochodzie!
Słowa te zastanowiły Piotra. Znów przestał słuchać dalszego ciągu rozmowy, pogrążył się we wspomnieniach i wiązał je w całość. Wydawało mu się, że Paryż ze swą milionową ludnością był olbrzymią kadzią, w której warzyło się i mieszało wszystko, co było najlepszego i najgorszego w społeczeństwie, lecz z tego kotła czarownic, zawierającego najdrogocenniejsze i najbardziej odrażające produkta, wyleje się z czasem na świat nieoceniony lek uzdrowienia, zapewniający mu nową erę młodości i szczęścia. Piotr pochylił się nad pełną po brzegi kadzią i chciwie począł śledzić jej zawartość. Na powierzchni, jak piana, burzył się świat polityczny. Monferrand wypływał na grzbiecie powalonego przez siebie Barroux, ujarzmiał przekupstwem chciwych i hulaszczych, jak Fonsègne lub Duthil, posługiwał się poczciwcami, jak Taboureau i Dauvergne, umiał wyzyskać nawet zapaleńców, i sekciarzy takich, jak Mège, oraz ludzi inteligentnych i ambitnych, jak Vignon. Pod szumowinami świata politycznego ukazała się zatruwająca warstwa sprzedajnego złota; głośna sprawa kolei żelaznych afrykańskich, której gnijące wyziewy rzuciły zarazę w parlamencie, ustępowała miejsce nowym kombinacyom finansowym, zrodzonym w przemysłowym mózgu barona Duvillard, tego przedstawiciela tryumfującej burżuazyi, pasożyta żyjącego krwią ssaną z całości społecznego organizmu. Postać barona Dovillard przypomniała Piotrowi jego rodzinę i najbliższe otoczenie: gorszącą miłosną awanturę Ewy, tej matki broniącej swego kochanka, a wreszcie odstępującej go znienawidzonej rywalce, córce swej Kamilli, podczas, gdy syn Hyacynt, zwyrodniały ostatni potomek rodu Duvillard, znudzony swą kochanką, księżną de Harn, rzucił ją w objęcia Sylwii, publicznej dziewczyny, ubóstwianej przez jego ojca i poniżającej go publicznie. Po za nimi rysowały się blade postacie zamierającej arystokracyi, pani de Quinsac, syna jej Gerarda i starego przyjaciela rodziny, markiza de Morigny. Generał de Bozonnet, przedstawiciel tradycyjnego ducha armii, wiódł pogrzebowy jego orszak, podczas gdy sędzia Amadieu dawał przykład swoim kolegom. jak uległością wobec rządu zdobywa się karyerę. Prokurator trybunału Lehmann rozumiał to również dokładnie, spisując wnioski pod natchnieniem ministra rozporządzającego awansami. Ach, a cała prasa ileż przedstawiała jaskrawych plam i dwulicowości! żyła kłamstwem i szerzeniem skandalicznych opowieści, płynęła rzeką plotek i kału poruszanego przez wiecznie bryzgającego nim Sagnier’a, lub też bawiła publiczność bezczelną wesołością takiego Massota, który, nie znając skrupułów, mówił o wszystkiem i gardził wszystkiem, albo też bronił wszystkiego.
Po za rysującemi się wyraźnie postaciami, Piotr widział w olbrzymiej kadzi Paryża niezliczoną ciżbę ścierających się ze sobą zapaśników o podnieconym apetycie i niehamowanych żądzach. Jak owady, gdy napotkają chromającego towarzysza, rzucają się nań i tuczą się jego ciałem, tak i oni, ujrzawszy powalonego na ziemię nieszczęśliwego Salvata, obsiedli dokoła wychudły kadłub szaleńca i rwali go na sztuki, wyjąc z radości, w przekonaniu, że zagrażał bezpieczeństwu opasłego ich ogółu. Kadź była teraz w pełnym fermencie. Różnorodna mieszanina przewalała się i burzyła zaciekłością żądz, rozpasaniem woli i nadużyć, lecz Piotr nie powątpiewał o przyszłości i wierzył, iż ztąd popłynie zdrój czystego wina, niosącego zdrowie i pożądane pokrzepienie.
Wtem głosy przyjaciół rozmawiających w pracowni zabrzmiały donośniej i wyrwały Piotra z zadumy. Bache i Morin opowiadali Wilhelmowi o Janzenie. Zdaniem ich, był on teraz powtórnie skompromitowany w wypadkach zaszłych w Barcelonie i po chwilowem zniknięciu z Paryża znów się ukazał, Bache bowiem był pewien, że go poznał wczoraj na jednej z ludniejszych ulic. Ubolewali, że Janzen, człowiek obdarzony wyższą inteligencyą i żelazną wolą, marnuje te dary na rzecz propagandy czynnej, budzącej w nich odrazę.
Powoli mówiący Morin, rzekł:
— Jakże odmienną drogę ku wolności widzi chociażby nasz kochany Barthès, ten wieczny więzień albo wygnaniec! Miewam od niego wieści z Brukselli. Mieszka w ubogiej izdebce, lecz jest bogatszy niż kiedykolwiek w nadzieję zbliżającego się panowania szczęścia na ziemi. Barthès całe życie walczył za wolność, lecz ani jedną kroplą krwi rąk swoich nie skalał! Poświęciłby własną wolność, aby się przyczynić do okupienia przyszłej wolności narodów!
Bache wzruszył lekko ramionami, mówiąc:
— Wolność... wolność... niezawodnie, że jej pragniemy! Lecz wolność nic nie znaczy, nic nie jest warta bez należytego zorganizowania.
To dało początek do wznowienia wiecznie trwającej dyskusyi. Bache bronił Saint-Simona i Fouriera, podczas gdy Morin wierzył w naukę Proudhona i Augusta Comte’a. Bache, były członek rządu za czasów komuny, a dziś radca miejski Paryża, odczuwał potrzebę wiary przynoszącej mu pociechę, zaś profesor Morin, dawny żołnierz Garibaldiego, nie odstępował od przekonania, iż świat może być zbawionym tylko dzięki wiedzy, która go matematycznie pcha ku coraz doskonalszemu rozwojowi.
Z religijnem przejęciem Bache zaczął opowiadać o uroczystości, jaka odbyła się przed paru dniami w celu uczczenia pamięci i zasług Fourniera: wszyscy wierni uczniowie mistrza zebrali się około grobu, zasypując go kwiatami, wypowiadając mowy, w których iście z wiarą apostołów twierdzili, iż dzięki tylko rozpowszechnieniu jego doktryny, ludzkość wkroczy na właściwą drogę, wiodącą ku szczęśliwej przyszłości. Gdy Bache zamilkł, Morin w odpowiedzi wypróżnił kieszenie, wiecznie pełne broszur i manifestów komitetu, zajmującego się propagandą pozytywizmu. Zwolennicy nauki Augusta Comte’a apoteozowali w nich mistrza i jego doktrynę, a na pytania dawali rozstrzygające odpowiedzi, dowodząc, iż pozytywizm jest jedyną podstawą, na której może się oprzeć spodziewana nowa religia ludzkości.
Piotr, słuchając rozmowy przyjaciół, przypomniał sobie te same ich debaty przy łóżku chorego Wilhelma w dworku rodzinnym w Neuilly. Słuchał ich wtedy gorączkowo, pragnąc znaleźć jakąś pewność i wyjść z bolesnego zwątpienia, w jakiem był pogrążony. Pod wrażeniem toczonych rozpraw, postanowił rozpatrzeć się bliżej w ideach, głoszonych przez najnowsze szkoły filozoficzne, lecz, zestawiwszy ich bilans, ujrzał sprzeczność ich nauki. Fourier był jakby spadkobiercą Saint-Simona, lecz w wielu razach wyrzekał się go najzupełniej. Rodzaj zmysłowego mistycyzmu ubezwładnił doktrynę Saint-Simona, zaś doktryna Fouriera odstręczała kodeksem, chcącym całe społeczeństwo podzielić na pułki, spisywane i komenderowane z rachunkową ścisłością. Proudhon wszystko obalał, nic natomiast nie budując. Comte, twórca metody, stawiającej wiedzę na właściwem miejscu najwyższem i decydujący, nie przewidywał grożącego zewsząd przełomu społecznego, którego gwałtowny wybuch mógł unieść i pominąć wszystkie założenia teoretyczne, niecierpliwie domagając się czynu. Metoda Comte’a pozostała martwą literą, on zaś pod koniec życia porwany miłosnym szałem, umarł, nie dopowiedziawszy swych myśli, zwalczony, pochłonięty ubóstwieniem kobiety.
Przez pewien czas Piotr czuł się przywalony ogromem nagromadzonych myśli, wypowiedzianych przez tych czterech społecznych mesyaszy, których doktryny ścierały się z sobą, walczyły, zaciemniając horyzont prawd, zdobytych wspólnym wysiłkiem. Lecz obecnie, sam przebywszy powolną ewolucyę i przekształciwszy się w innego człowieka, zdołał jasno dopatrzeć się prawd, które były im wspólne, prawd niezaprzeczonych i górujących po nad waśniami stronnictw, gubiących się w rozpatrywaniu szczegółów. Wśród chaosu krzyżujących się twierdzeń samych mistrzów, ewangelie przez nich głoszone wiązały się z sobą wspólnem dążeniem obrony ujarzmionych, wyzyskiwanych i głodnych. Reformatorzy jednomyślnie domagali się przemiany stosunków społecznych, nowego podziału dóbr ziemskich, równowagi, opartej na pracy i zasłudze, a zadowalającej potrzeby każdej ludzkiej jednostki. W tych zasadniczych prawdach nie było różnicy zapatrywań, jednomyślnie jaśniały one w doktrynach genialnych zwiastunów jutrzejszych warunków bytu, zatem czyż nie należy je uważać za podstawy przyszłej religii, której zaczątek wiek nasz odda w spuściźnie nadchodzącemu wiekowi, by ją dopełnił i ustanowił jako kult ludzkości, solidarnie i w spokoju rządzącej się prawami braterskiej ogólnej miłości?...
Nagłym zwrotem Piotr przerzucił się do chwili, gdy w kościele świętej Magdaleny słuchał monsignora Martha, zapowiadającego z kazalnicy, że nowy duch ożywił serce Paryża, budzącego się z niebezpiecznego letargu; według słów monsignora, Paryż powraca na ojcowskie łono katolickiego kościoła, a zbrojny w wiarę stanie się stolicą świata, dzięki modłom, płonącym w bazylice Sacré Coeur. Nie! nieprawdą było, co ten ksiądz głosił we własnem swojem imieniu! Paryż króluje wolnością i wiedzą! Kłamstwem jest, by chylił czoło przed krzyżem, samowolnie zatkniętym na najwyższem wzgórzu miasta i by ulegał mistycznemu szaleństwu czci krwawego serca, widzianego w chorobliwej ekstazie Maryi Alacoque. Próżne czynią wysiłki ci wysłannicy Rzymu, pragnący podbić Paryż i skruszyć wiedzę, narzucając przebrzmiałe ideały religijne. Nie zatamują oni postępu wieku wkrótce rozpocząć się mającego! Wiedza usunie resztę dogorywającego ich panowania, a bazylikę zmiecie wiatr prawdy, oczyszczając zatrute przez nich powietrze. Doświadczenie dowiodło nam, że ewangelia Jezusa jest zwichniętym kodeksem, a mądrość narodów zachowa z niego zaledwie niektóre moralne maksymy. Przestarzały katolicyzm w proch się rozsypuje, a Rzym katolicki jest już tylko rumowiskiem, ciekawem dla badaczy przeszłości. Ludy odwracają się od niego, żądne innej religii, religii życia a nie śmierci. Katolicyzm był odpowiednim dla ludów, żyjących w niewoli, nie widzących nadziei ratunku, więc chętnie wybiegających myślą ku niebu, gdzie spotka ich nagroda za doznane na ziemi cierpienia. Lecz wiedza zburzyła baśnie o niebie, i kłamliwe obietnice szczęśliwości pozagrobowej, a w ucisku żyjący lud prosty, zmęczony nieustannem wyczekiwaniem śmierci dla otrzymania szczęśliwości, coraz donośniejszym głosem wymaga sprawiedliwości i prawa równego dla wszystkich bytu na ziemi. Przez osiemnaście wieków łudzony, poniżany jałmużną chrześcijańskich uczynków, odtrąca fałszywe bogi i kipi ożywczą nadzieją urzeczywistnienia innych ideałów!
Ach, za jakie lat tysiąc, gdy katolicyzm będzie już oddawna w rzędzie innych przestarzałych zabobonów, jakże dziwnem wyda się potomności, iż mogliśmy przez tak długie wieki cierpliwie znosić dręczące jarzmo religii, tak pełnej okrucieństw i nicości! Wierzyć w Boga, mściwego kata, wyrzekać się rozkoszy życia, boskich uciech miłości, pogardzać naturą i pragnąć śmierci, jako jedynej wyswobodzicielki! Przez dwa tysiące lat ludzkość krępowaną była w swym pochodzie, uległszy potwornej idei, iż należy tępić w człowieku wszystko, co w nim jest człowieczego, a więc wszystkie porywy, zapały, żądze, dążenia ku świadomości i rozwojowi rozumu. Wola i czyn, cała wartość i potęga człowieka, skarlały w potwornym ucisku. Ocknięto się nareszcie i już nas dolatuje pobudka radosna, zwiastująca odrodzenie! Już dostrzegamy znaki przyszłych naszych wyzwolin, gdy człowiek rozwijać się będzie w całej pełni swej natury, czcząc miłość, płodność, pracę i życie, życie, źródło wszystkich jego rozkoszy i całej jego twórczości!
Dumania Piotra przerwał lekki krzyk dziecka, krzyk budzącego się w kołysce Jasia, jego syna. Serce Piotra zawrzało wielką, głęboką radością. To odezwanie się jego dziecka uprzytomniło mu własne zbawienie. Wszak on już siebie wyratował, znajdując się teraz po za kłamstwem, po za udręczeniami zwątpienia, po za katuszą tyloletnich rozpaczy; wyszedł z walki zwycięzko i żył podług dobrego i zdrowego prawa natury. Dreszcz przerażenia obiegł go całego na wspomnienie przeszłości, gdy sądził, że jest bezpowrotnie zgubiony, usunięty od życia, pogrążony w nicości przepisów, narzuconych w imię okrutnego Boga. Cudem braterskiej miłości został ocalony i ręką brata pchnięty na właściwe szlaki życia. Miłość kobiety dała mu pokrzepienie i on, który już zwątpił w swe siły życiowe, spłodził z nią dziecko, to dziecko kochane, silne, uśmiechnięte i z niego zrodzone. Potrójne przebywał w swem życiu próby, zawiódł się w Lourdes i w Rzymie, wynosząc ztamtąd gorycz i bóle, aż wreszcie w Paryżu olśniła go prawda i odtąd ogrzewała go, promieniejąc jak słońce. Zapoznał się z potrzebą i obowiązkiem pracy i chociaż w wieku spóźnionym nauczył się rzemiosła. Długie godziny codziennie spędzane nad pracą ręczną dawały mu pożądany spokój i poczucie pożytku przyjętego zadania, bo życie składa się z pracy, świat by nie mógł istnieć bez spełnianego bezustannie wysiłku. Lecz ostateczne zbawienie dała mu miłość kobiety i dziecko. Jakże długo napróżno kołował, by dojść do tak naturalnego i prostego rozwiązania zadania, ileż przecierpiał, ile rozniecił w sobie błędnych zapatrywań, buntów, aż wreszcie ujrzał przed sobą cel, ku któremu od razu powinna dążyć każda ludzka jednostka. Gdy uczuciowość jego natury skierowaną była ku fałszywym ideałom, nie znajdował zadowolenia, będąc w ciągłej rozterce z rozumem. Chciał wtedy wytępić w sobie odradzające się bunty i pragnąc wierzyć i kochać, podążył przed grotę, słynącą cudami, lecz boleśnie zrażony napotkanym tam absurdem, zwrócił się po uzdrowienie do Rzymu. Pycha cuchnącego pleśnią Watykanu jeszcze mu dotkliwiej serce zmroziła i myślał, że mu już ono w piersi zamarło. Ale mylił się. Mając serce człowieka, człowieczych uczuć potrzebował do normalnego życia i teraz dopiero, będąc mężem kochanej kobiety i ojcem jej dziecka, dnie całe spędzając przy pracy, czuł się uzdrowionym i szczęśliwym.
Bache i Morin, pożegnawszy się ze wszystkimi, wyszli, obiecując, że przyjdą za kilka dni wieczorem, by znów pogawędzić o kwestyach przyszłości, w której szczęśliwe rozwiązanie wierzyli z zapałem apostołów.
Jaś krzyczał coraz głośniej. Marya wyjęła go z kołyski i położywszy na kolanach, zaczęła rozpinać stanik, by go nakarmić.
— Maleństwo... kochane maleństwo — mówiła, uśmiechając się do syna. Jak ono pamięta o swojej godzinie i jak gwałtownie się dopomina o to, co mu się należy... Piotrze... chodź, zobacz.. mnie się wydaje, że on urósł od wczoraj...
Śmiała się. Piotr zbliżył się również z uśmiechem i pocałował dziecko, a patrząc na matkę, nie mógł się powstrzymać od ucałowania jej samej, chwycony nieprzepartem rozczuleniem na widok tej małej, różowej istotki, łapczywie czerpiącej pokarm z pięknej kobiecej piersi, wezbranej mlekiem. Czuł się odurzony zdrowym zapachem życia i upajał się szczęśliwością chwili.
— On ciebie połknie — rzekł żartobliwie. — Żarłok z niego... niepoczciwy żarłok...
— Tem lepiej... zdrowiej nam wyrośnie.
Babka, ta zwykle poważna i milcząca kobieta, chętnie brała udział w rozmowie, gdy chodziło o Jasia. Z twarzą rozjaśnioną uśmiechem rzekła:
— Zważyłam go dziś rano... znów mu przybyło sto gramów... A jaki był milutki i spokojny, gdy go położyłam na wadze! Powiadam wam, że będzie z niego niezwykle rozumny chłopak... Taki, jakich lubię... Jak skończy lat pięć, sama go nauczę liter, a gdy będzie miał lat piętnaście otoczę go swą przyjaźnią, jak dorosłego człowieka... Będę dla niego tem, czem byłam dla ciebie, Tomaszu, dla ciebie, Antoni, dla ciebie, Franciszku! Chłopcy, wszak dobrze pamiętacie, o czem chcę mówić?...
Wszyscy trzej dorośli synowie Wilhelma spojrzeli na babkę z niewymownem przywiązaniem i wdzięcznością, nie powątpiewając, że życie się jej przedłuży jeszcze o lat dwadzieścia, by mogła wychować Jasia, jak wychowała ich wszystkich.
Piotr stał przed Maryą, zapatrzony w nią i w syna, gdy uczuł po za sobą obecność Wilhelma, który, zbliżywszy się, położył mu dłonie na ramionach. Odwrócił się i ujrzał twarz brata, rozpromienioną ich szczęściem. Widok ten spotęgował słodkie wzruszenie Piotra. Miał pewność, iż brat jego jest uleczony i że ściany jego dworku są spokojnem siedliskiem pracy, miłości i zdrowia.
— Braciszku... kochany braciszku, — szepnął Wilhelm łagodnie — czy pamiętasz, że ci kiedyś mówiłem, iż twoja rozpacz wypływała z walki, jaką toczył rozum z sercem?... Upewniałem ciebie, że odzyskasz spokój, gdy pokochasz to, co będziesz mógł rozumieć. Odziedziczyłeś naturę naszego ojca i naszej matki... i oni w tobie przedłużali walkę, jaką ranili się za życia... lecz obecnie pogodziłeś ich i w zgodzie będą spoczywać snem wiecznym, bo zawarłeś sam z sobą wieczyste przymierze...
Pod wrażeniem tych słów twarz Piotra zapłonęła wielkiem wewnętrznem uradowaniem. Łączył on w sobie rzeczywiście podobieństwo do obojga rodziców: miał wyniosłe, rozumne czoło ojca, a oczy i usta łagodne matki. Charakter jego posiadał tę samą dwoistość. Potrzebował kochać i dotychczas życie mu zbiegło na szukaniu zaspokojenia nienasyconej żądzy miłości, zwalczanej przez rozum, nakazujący mu trzeźwo badać przyczyny. Rozum pozostawał zawsze zwycięzki kosztem serca obumierającego w rozpaczliwej miłości. Lecz oto teraz zdobył dla siebie spokój, wszedłszy na właściwą drogę życia. Żył, pracując i kochając, czuł się więc normalną ludzką istotą, silnym jak dąb wyrosły swobodnie i dominujący nad innemi drzewami rozłożystością wyniosłych konarów.
Wilhelm mówił dalej, objąwszy go ramieniem:
— Ach, bracie, jakże się raduję z odmiany, zaszłej w twojem życiu!... Widzę cię szczęśliwym i nas wszystkich sobą uszczęśliwiasz... a cienie drogich naszych rodziców zakończyły bój wiedziony z sobą i odpoczywają w spokoju w murach naszego rodzinnego dworku w Neuilly. Należał im się ten wypoczynek po długoletnich niesnaskach... Niechajże się radują spokojem, jaki w tobie odnaleźli. Zostawmy ich w ciszy samotnego dworku, strzeżonego przez poczciwą starą Zofię... Egoizmem powodowany uprosiłem was, byście zamieszkiwali pod moim dachem... chciałem się radować waszym widokiem... ale Jaś, gdy dorośnie, zamieszka w rodzinnym dworku w Neuilly, by młodością swoją ożywić opuszczone gniazdo...
Piotr oddał uścisk bratu i patrząc mu w oczy spytał:
— A ty czy jesteś szczęśliwy?...
— Tak, jestem szczęśliwy, a nawet szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Szczęśliwy, kochając ciebie, tak, jak ja ciebie kocham, szczęśliwy, będąc kochanym przez ciebie tak, jak ty mnie kochasz.
Wzruszone ich serca spłynęły się w tem wypowiedzeniu najczulszej miłości braterskiej, ucałowali się serdecznie, podczas gdy Marya, karmiąc dziecko, patrzała na nich uśmiechnięta, wesoła, chociaż oczy nabiegły jej łzami.
Tomasz, który dotąd krzątał się około ukończonego nowego motoru, puścił go w ruch po raz pierwszy. Wymyślona przez niego maszynerya była arcydziełem prostoty i dokładności, a waga jej była prawie żadna, zważywszy na produkowaną siłę, która wydzielała się łagodnie, bez hałasu i swędu. Cała rodzina zebrała się w pobliżu, by rozkoszować się zwycięztwem Tomasza, gdy wszedł do pracowni Bertheroy, Wilhelm bowiem zaprosił swego starego mistrza, by zechciał być obecnym przy pierwszem puszczeniu w ruch małego motoru.
Chemik obejrzał mechanizm, a przekonawszy się, iż motor funkcyonuje wskutek zastosowania materyału wybuchowego, uradowany uściskał Wilhelma i Tomasza, bo wprowadzili oni w czyn ideę, którą szerzył oddawna, zachęcając dotąd napróżno do poszukiwań w tym kierunku.
— Stworzyliście cudo, moi drodzy! — wołał, zapalając się w podziwie. Zastosowanie tego systemu będzie miało nieobliczone znaczenie społeczne! Tak, tak, możecie mi wierzyć! W oczekiwaniu na udoskonalony, uproszczony motor elektryczny, wasz wynalazek urzeczywistnia ideał, napróżno dotąd szukany. Wasz motor da siłę pociągową wozom wszelkiego rodzaju, ułatwi rozwiązanie żeglugi powietrznej i znajdzie szerokie zastosowanie w drobnych warsztatach wszelkiego rodzaju. Każdy będzie mógł mieć siłę poruszającą na swoje usługi! Jest to olbrzymi krok naprzód w pogoni za ułatwieniem dobrobytu społecznego, zaoszczędzenie sił ludzkich, skrócenie przestrzeni, otwarcie dróg dotąd zamkniętych, przyspieszenie braterstwa ludów! Złożyliście piękny dar ludzkości i śmiało można was nazwać dobroczyńcami świata!
Uściskawszy raz jeszcze ojca i syna, zaczął robić żartobliwe aluzye, wspominając o prochu wynalezionym przez Wilhelma, o formułę którego napróżno się dopytywał, opatrując mu zranioną rękę. Domyślał się, że siła tego nowego materyału wybuchowego jest olbrzymia, cieszył się zatem, iż zastosowaną została ku ogólnemu dobru.
— Wyobraź sobie, Wilhelmie, — rzekł, śmiejąc się — że przez czas jakiś posądzałem cię, iż masz zamiar wysadzić Paryż w powietrze!
Wilhelm spoważniał, zbladł i wyznał szczerze:
— Rzeczywiście, była chwila, gdy miałem do tego ochotę.
— A więc możesz sobie powinszować, żeś zmienił zdanie. Płodniejszą w skutki jest praca wzmagająca dobrobyt ludzkości. Tak, ów proch, który miał zgładzić tyle istot ludzkich, przyczyni się do zabezpieczenia im wygód życia! Nie omyliłem się, wierząc w ciebie, bo osiągnięty przez cię rezultat, przewyższył moje nadzieje!
Wyrozumiała, wyższa dobroć uczonego starego mistrza rozrzewniła Wilhelma. Rzekł on prawdę, mówiąc, iż to, co miało spowodować zniszczenie, zamieniało się obecnie w dobroczynną siłę postępu. Wulkan, który miał wstrząsnąć światem, stał się narzędziem pracy, pokoju i cywilizacyi. Wilhelm zaniechał nawet planu ofiarowania państwom europejskim broni mającej uniemożliwić wojnę, a całe swe zadowolenie złożył w ostatnio dokonanym wynalazku, który, przynosząc ulgę pracy sił ludzkich, zmniejszając zmęczenie, czynił łatwiejszemi dotychczasowe warunki bytu. Oczy Wilhelma padły na bazylikę Sacré Coeur widniejącą po za oszkloną ścianą pracowni. Nie rozumiał już teraz, jak mógł uledz niedorzecznej, szalonej myśli zburzenia tego gmachu. Zapewne dał się porwać gorączkowej chęci zemsty za tyle nędzy i niesprawiedliwości, jakich był świadkiem.
Lecz jakże chorobliwe było jego zaślepienie! Jak mógł, chociażby chwilowo, dać się owładnąć myśli, iż mordem i pożogą można przygotować grunt dla nowej i lepszej przyszłości! Wszelka przemoc jest zbrodnią, a oddziaływanie jej jest zgubne nawet na tych, w obronie których została popełnioną. Wreszcie solidarność tłumu zawsze będzie wrogo usposobiona względem pojedynczego człowieka, działającego na ochotnika w imieniu sprawiedliwości. Wulkanem wybuchającym, siejącym zniszczenie, powinien być lud cały, lud przygotowany odpowiednio, ufny w swe siły, iż zburzywszy stare społeczeństwo, zdoła odtworzyć nowe, zgodne z piastowanym w duszy ideałem. Pojedynczy zaś akt zbrodniczy, chociażby w najszlachetniejszym celu dokonany i okupiony męczeństwem, będzie zawsze tylko zbrodnią i złym zasiewem przyszłości, chociażby przez wywołanie mścicieli. Wiktor Mathis urodził się zbrodniarzem, patrząc na śmierć Salvata, pomścił go, zabijając innych, a czyn jego jeszcze niedorzeczniejszy i potworniejszy od poprzedniego zamachu, wywołał ogólne oburzenie, przynosząc tylko szkodę postępowi bronionej sprawy.
Wilhelm czuł się obecnie zupełnie wyleczonym i uspokojonym. Roześmiał się więc wesoło i rzekł:
— Wszystkie moje plany wzięły inny obrót, niż zamierzałem. Lecz masz słuszność, mistrzu, gdy mówisz, że z konieczności wszystko dąży ku prawdzie i sprawiedliwości. Ach, tylko że tysięcy lat na to potrzeba! Lecz bunty ducha mego minęły. Oto teraz zajmę się puszczeniem w świat mojego wynalazku. Znalazłem zastosowanie, niechajże inni z tego korzystają i wzbogacają się tą nową siłą. Odkrycie moje staje się od dziś własnością ogółu, a przytem wyrzekam się nazawsze działalności rewolucyjnej.
Bertheroy zaprotestował:
— Mylisz się, mój kochany, bo właśnie, zastosowaniem swego wynalazku, wszedłeś na właściwą drogę rewolucyjną!
Pomimo lat siedmdziesięciu, pomimo iż piastował niezliczoną ilość urzędowych godności, tytułów i orderów, Bertheroy z zapałem młodzieńczym, wskazując na puszczony w ruch mały motor, dowodził:
— Takie cacka, a nie głupie bomby zbliżają erę rewolucyi społecznej! Zamachy zbrodnicze, burzenie jest cofaniem się, a twórczość jest postępem. Zawsze ci to mówiłem, a dziś raz jeszcze twierdzę, iż wiedza jest najpotężniejszą dźwignią ludzkości, będąc sama przez się rewolucyjną. Wiedza nie zważa na małostkowość politycznych wypadków, na próżne utarczki sekciarzy i chciwców, wiedza, nie zatrzymując się ani na chwilę w swym rozwoju, pracuje nad jutrem całego społeczeństwa, nad przygotowaniem prawdy, sprawiedliwości i braterstwa! Więc, jeżeli chcesz rzeczywiście na świecie odmiany, nie wychodź ze swej pracowni, bo tylko wiedza może przyczynić ludziom dary, zapewniające coraz to szczęśliwsze życie na ziemi!
Bartheroy był wesołego usposobienia, lecz nawet gdy żartował, widoczną była w nim pogarda lub obojętność dla wszystkiego, co nie miało bezpośredniej styczności z wiedzą. Nie zdziwił się ani jednem słowem, gdy Piotr zrzucił sutannę, obecnie widział go w pracowni Wilhelma jako pomocnika Tomasza, a przytem męża Maryi oraz ojca, lecz nie dopytując się o nic, wysłuchał, co mu Wilhelm rzekł w kilku słowach o zaszłych zmianach i zawsze z równą serdecznością zachowywał się względem obudwóch braci.
Motor, postawiony w pośrodu pracowni, poruszał się z niesłychaną szybkością, prawie bez hałasu, brzęcząc zaledwie, jak mucha kołysząca się na słońcu. Zebrana dokoła rodzina nie mogła się napatrzeć i nacieszyć z odniesionego zwycięztwa. Wtem Jaś, maleńki Jaś, nakarmiwszy się do syta, ujrzał maszynę, a odwróciwszy główkę od matczynej piersi, wpatrzył się w zabawkę kręcącą żwawo kółkami. Oczy mu zabłyszczały, w policzkach ukazały się dołki i wyciągnął rączki, pokrzykując wesoło.
Marja, skończywszy zapinać stanik, wzięła syna za rękę i poniosła bliżej, aby mógł się lepiej przypatrzeć radującej ich wszystkich zabawce.
— Patrz, mój mały, — mówiła — patrz, jakie to śliczne i mądre, i mocne... i żyjące...
Dziecko śmiało się, jakby chcąc podzielać radość ich wszystkich, a Bertheroy rzekł:
— Tak, to żyjące i mocne, jak słońce, jak to wielkie, piękne słońce, które tam wysoko jaśnieje ponad Paryżem, by plony ludzkiego wysiłku dojrzewały. Paryż jest także motorem, Paryż jest olbrzymim kotłem, w którym wre przyszłość świata, a my, uczeni, jesteśmy strażnikami ognia i podsycamy nieśmiertelność jego płomieni... Dziś, mój Wilhelmie, święty ten ogień, dzięki tobie, nowym trysnął płomieniem, dzielnie spełniłeś zadanie, wzmagając jego siłę... Tak, stworzyłeś cud, który, wzbogacając ludzkość, przysporzy sławy naszemu Paryżowi.
Słysząc te słowa, Piotr przypomniał sobie własne marzenia, podczas których porównywał Paryż do olbrzymiej kadzi otwartej aż po brzegi horyzontu i pełnej wszystkiego co najlepsze i najgorsze, fermentującego razem, by wydać z siebie wiek nowy, wkrótce narodzić się mający. Lecz teraz obraz ten był pochwytniejszym dla niego. Po za wirującemi w kadzi żądzami, moralnym i fizycznym upadkiem, pogonią spotworniałych ambicyj, Piotr widział promienne piękno pracy, pracy potężnej w głębi fabryk, zakładów przemysłowych i pracy cichej, jeszcze szlachetniejszej w laboratoryach, w bibliotekach, pracy przygotowawczej w szkołach, gdzie młodzież, poznając zdobycze poprzednich pokoleń, płonie chęcią rozszerzenia odziedziczonej spuścizny. Tą wieloraką i bezustanną pracą swej ludności Paryż był wielki i dźwigał w swem łonie cały zasób niezrównanych zadatków, zapewniających mu przyszłość jasną jak zorza. Starożytność miała niegdyś Rzym, dzisiaj już konający, a miejsce jego zajął wobec świata Paryż, Paryż — środowisko myśli wszystkich narodów! Paryż na skrajnym zachodzie Europy leżący i wytworzony biegiem cywilizacji, która jak słońce podąża ze wschodu ku zachodowi. Wieki się na to złożyły, by przygotować Paryż do zajęcia przewodniego stanowiska we współczesnych dziejach ludzkości i do stania się stolicą po nad stolicami w imię cywilizacyi oraz zapoczątkowania ery wolności. Wczoraj Paryż głosił narodom prawa człowieka i podawał hasła do walki, zapowiadającej wielkie wyzwoliny a jutro tenże Paryż nada ludzkości wyczekiwaną wiedzy, prawdy i sprawiedliwości. Paryż jest zarazem dobrocią, wesołością i uprzejmością, a jeżeli jest żądny wszystko zbadać i wszystko wiedzieć, to we wspaniałomyślnej hojności obdarzania bogactwem zdobytej wiedzy. Paryż, ognisko oświaty, wciąż widział odnawiane hufce swoich pracowników, ciągnących nieustannym pochodem z ludnych przedmieść i wiosek, będących nie dającą się wyczerpać rezerwą przyszłości. Oczy świata wpatrzone w Paryż, jako w przewodnią pochodnię światła, z Paryża czerpią otuchę i natchnienie. Wszystkie narody ziemi nadsłuchują dolatującego tętna życia promiennego miasta, pewne, iż tylko Paryż wydać z siebie może nową ustawę, głoszącą odrodzenie dotychczasowych stosunków społecznych.
Marya, zwróciwszy się ku oszklonej ścianie pracowni, krzyknęła zachwycona i ukazując Paryż, zawołała:
— Patrzcie! patrzcie! cały Paryż jest w złocie! cały Paryż jest jakby wielkiem żniwem złotego plonu!
Wszyscy spojrzeli ku Paryżowi i czas jakiś stali w milczeniu, olśnieni nadzwyczajną jego pięknością. Powtarzał się w tej chwili efekt światła już niegdyś zauważony przez Piotra. Promienie słońca, ukośnie padając na olbrzymi obszar miasta, zalewały go złotemi pyłami, lecz inaczej niż wtedy, gdy Piotrowi się wydało, że chaotycznie rzucone domy i gmachy Paryża są świeżo zoranym gruntem, na który pada boski zasiew ziarna, rzucanego dłonią olbrzyma niewidzialnego. Nie było to również miasto, występujące z szarych oparów z wyraźnie zaznaczonemi swemi dzielnicami, ze szkołami, bibliotekami na południu z pałacami bogaczy na zachodzie i z labiryntu ciemnych, handlowych ulic po środku. W chwili obecnej zdawało się, że cały Paryż jednem pulsuje życiem, że się zharmonizował w jednolitą całość, w rozległe pole, nie mające granic i pokryte dojrzałym, złocistym plonem. Bogate łany zboża ciągnęły się w nieskończoność, kołysząc się i falując aż po brzegi horyzontu. Zboże! złociste zboże! wykłoszone i dojrzałe mówiło o żywności gruntu i plenności zasiewu! Słońce, kąpiąc cały Paryż w złocie swoich promieni, zamieniło miasto w życiodajny łan zboża, zapowiadającego obfite żniwo, mogące nakarmić wszystkich zgłodniałych!
— Ach, patrzcie! patrzcie! — odezwała się znów Marya — niema ani jednego nieurodzajnego zakątka, wszędzie, na najbiedniejszych dachach kołyszą się kłosy złote bogatych przyszłych zbiorów! Cała ta ziemia równostajną jaśnieje płodnością, jakby wszystkich żeńców chciała pojednać braterskim podziałem swych bogactw! Jasiu, mój maleńki Jasiu, patrz, jakie to piękne, dobre i wspaniałe!
Piotr zbliżył się do żony i dziecka, a przytuliwszy ich ku sobie, patrzał z zachwytem na czarujący widok złotych łanów Paryża. Babka i Bertheroy uśmiechali się pogodnie ku tym plonom, których zakosztować nie będzie im dane, a Wilhelm i trzej dorośli jego synowie spoglądali poważnie, gotowi jąć się pracy, mnożącej bogactwo spodziewanych zbiorów.
Marya w zapale uniosła w obu dłoniach Jasia w górę, jak mogła najwyżej i składając go w darze wielkości obietnic Paryża, zawołała z przejęciem:
— Jasiu! ty będziesz żniwiarzem tych dojrzewających łanów! Ty znosić będziesz do spichlerzy ziarno, zapewniające szczęście wszystkim ludziom na ziemi!
Paryż płonął, zalany światłem boskiego słońca, które, promieniejąc w swej chwale, przyśpiesza przyszłe żniwo prawdy i sprawiedliwości.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.