Anioł śmierci (Tetmajer, 1906)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Anioł śmierci
Wydawca Gebethner & Wolff
Data wyd. 1906
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa-Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAZIMIERZ PRZERWA-TETMAJER
ANIOŁ ŚMIERCI
ROMANS
DWA TOMY W JEDNYM
WYDANIE CZWARTE
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1906



KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SP.







A za Żarnowcem na błoniu,
A za Żarnowcem na błoniu,
Jechał Jasieńko na koniu,
Jechał Jasieńko na koniu...

— Nie, to jest, jak Boga kocham, prześliczna kobieta — rzekł Tężel, przestawszy nucić i cofając się parę kroków w tył od ściany, na której wisiał portret młodej panny w ciemnej sukni. — Jak Boga kocham, prześliczna kobieta — powtórzył i jeszcze się krok cofnął. — I co to za genialna bestya z tego Romka, żeby taki portret namalować! Tycyanby się nie powstydził, ale żeby znów Tycyanowi kazał kto tak rzeźbić, jak Romek!... Nie, jak Boga kocham, to jest ultrarenesansowy łeb...
Podszedł, nucąc drugą strofkę, do okna i odwróciwszy się odeń ku portretowi, rzekł całkiem poważnie:
— Słuchaj ty, ty nie wiesz, co to Romek jest, a jeżeli wiesz, to niezupełnie. Ładna jesteś, boś ładna, ale myślisz, żeby kto o tobie za czterdzieści, albo za pięćdziesiąt lat wiedział? Piesby wiedział. A jak będziesz żoną Romka, za sto, za dwieście, za tysiąc lat będą wiedzieli, że panna Marya Tyżwiecka była żoną Romana Rdzawicza. To jest ultrarenesansowy łeb, mówię ci. A swoją drogą... Eh, aleś ty nawet na portrecie tego wiedzieć nie powinna. Tężel jest Tężel i kwita...
Gwiżdżąc trzecią strofkę, począł wielkimi krokami chodzić po pracowni, portret zaś wodził za nim uporczywie oczyma. Tężel to czuł i znowu odwrócił się ku niemu.
— Jak żywa, jak żywa — szeptał — co to za genialny łeb! I co to za śliczna kobieta!...
I jakby raz pierwszy twarz tę widział, jął się wpatrywać w przepyszne, ogromne ciemno­‑blond włosy, lokami spadłe ku ramionom, w ściągłą, szczupłą twarz o matowych rumieńcach, z wielkiemi, podłużnemi, ciemno­‑szafirowemi o złocistym blasku oczyma; o nosie prostym, cienkim i delikatnym, z płaszczyznami, jak u greckich posągów; ustach małych, wązkich, dziwnie regularnych, z górną wargą cokolwiek wzniesioną i brodzie dosyć krótkiej i klasycznie okrągłej. Głowa ta, na prześlicznej szyi, z podmalowanym poniżej, cokolwiek odsłoniętym biustem, miała dziwny wyraz: melancholii i swawoli, zuchwalstwa i smutku, dzieciństwa i powagi, sentymentalizmu i zmysłowości, a miała w sobie nieujęty jakiś wdzięk, nieodparty czar.
— Czy ona jest piękniejsza, czy bardziej czarująca? — mruczał Tężel. — Ale że ta bestya Romek nie wraca! Ja, żebym miał taką narzeczoną, toby mnie korkociągiem od niej nie wyciągnął, a ten już dwa tygodnie kaduk wie, gdzie siedzi. Zachciało mu się wystawy w Wiedniu. A te ślicznoty czekają, czekają, stokrótkom listki rwą: przyjedzie, nie przyjedzie, a jego niema. A te ślicznoty... — tu Tężlowi bardzo mocno głos zadrżał. Żachnął się: — Tfu, do dyaska!
Tężel, pomimo woli, spojrzał w lustro, zobaczył swoją kwadratową, grubociosaną twarz o wystających kościach policzkowych, małych oczach, perkatym nosie, szczeciniastych płowych włosach i również szczeciniastych płowych wąsach, i swoje zwaliste ramiona, i odwróciwszy się z niesmakiem poszedł ku oknu, obok którego stał stolik. Na stoliku leżał list w białej kwadratowej kopercie.
— To od niej — mruknął. — Psiakrew, są przecież szczęśliwi ludzie na świecie. Ale koperta nie jest taka jak zawsze...
— Tężel! Jesteś tam, stara małpo! — ozwał się w tej chwili we drzwiach dźwięczny, wesoły, męski głos o nizkim tonie i stanął w nich młody, około dwudziestu sześciu lat mężczyzna.
— Romek! — zawołał Tężel, podbiegając ku wchodzącemu z otwartemi ramionami.
— Jak się masz Jędrek — rzekł Rdzawicz — tylko mnie nie zgnieć, niedźwiedziu.
— Zdróweś, Romek?
— Zdrówem. Jak się masz? Każ mi rzeczy znieść i zapłać dryndę. A cóż Marysieńka?
I Rdzawicz, zrzucając zamaszyście podróżną torebkę z ramienia, poszedł ku przeciwległej drzwiom ścianie, pod którą na trójnożnym, wysokim stoliku stało sklejone z pokostowanych kartonów, umocowanych na deseczkach wielkie pudło. Rdzawicz podniósł je ostrożnie. Ochraniało ono modelowane w glinie popiersie młodej kobiety.
— Tężel, podobne to, co? Gdzieżeś ty? Aha!... Moje, moje śliczne, moje ty złote serdeczne. Tężel wróciłeś? Podobne to?
— Ba!
— Cóż: »ba?« Gadaj: podobne?
— Cóż się pytasz, kiedy sam wiesz, że podobne.
— Bo wiesz, dyablo trudno jest robić portret z portretu. I jeszcze z malowanego rzeźbić...
— Ale ty jej nie rzeźbisz z tego tam — odezwał się Tężel cichym i jakimś wzruszonym, a usiłującym wzruszenie pokryć głosem — ty jej nie rzeźbisz z tego tam coś namalował, tylko ze swego serca, bo ty ją masz w sercu...
Rdzawicz popatrzył nań wilgotnemi oczyma.
— Tężel, jak ty czasem ładnie mówisz — rzekł. — I jakżebym ją mógł inaczej robić? Podmalowałem portret w trzech dniach, a i to Bóg wie jak, bo przecież malarzem nie jestem, ani Buonarottim, co wszystko umiał. Nie mógłbym jej też rzeźbić, żebym jej w sercu nie miał. Mam tam jej każdy rys, każdą linijkę, każdy szczegół twarzy. Ale się też Rysia ucieszy! Jak już będę mniej więcej gotów ze szkicem, dopiero ją poproszę, żeby mi dopozowała do reszty, a potem w marmur! Czy to nie będzie piękny prezent ślubny? Co? Tężel, ty stara małpo?!
I Rdzawicz, porwawszy Tężla za ramiona, obrócił nim kilka razy po pracowni, zawadzając o krzesła, potem siadł, odetchnął i począł mówić:
— Masz wirginia. Tężel, powiadam ci, co za wystawa! Jakie Niemcy! Co za Szwedy! Co za Hiszpany! Malarze mi się daleko lepiej podobali, niż rzeźbiarze. Powiadam ci...
— Ale, ale — przerwał Tężel — jest tu list.
— Od kogo? Co?
— A od kogóżby? Od panny Maryi.
— Maryś złota! Iris moja! Dajże! Gdzie! Aha tam...
I spostrzegłszy list, zerwał się i pobiegł ku stolikowi.
— Ale cóż to, jakaś inna koperta. Zawsze są podłużne, blado­‑różowe, albo heliotrop — mówił, rozcinając pilnikiem kopertę.
— I ja to samo zauważyłem.
— Teraz cicho siedź.
— Ba — ale w tej chwili Tężel porwał się z krzesła i prawie krzyknął: Romek, Jezus Marya, co ci jest?
Rdzawicz stał się purpurowy, żyły nabrzmiały mu na czole, rozchyliły się usta i poczęły drżeć, a kark napęczniał od napływu krwi.
— Romek, co ci jest?! — wołał Tężel.
Ten zaś zbladł, a raczej zsiniał, położył list na stole, chrapnęło mu coś i jękło w gardle, zachwiał się i cofnął.
Tężel osłupiał. Patrzył na Rdzawicza i widział, że temu pierś podnosi się coraz szybciej i ciężej, jak u kogoś, co ma gwałtowny astmatyczny atak, i że oczy stają mu się coraz bardziej nieruchome, coraz szersze i jakby błędne, ciało zaś całe drży i jakby pręży się w sobie. Nie mógł nic pojąć. Zrozumiał, że Rdzawiczowi stało się coś strasznego, ale nie mógł zrozumieć co? Nakoniec Rdzawicz rzekł: Czytaj...
Tężel wziął ze stolika list i począł czytać. List brzmiał: »Wiem, że sprawię Panu wielką przykrość, może nawet boleść. Wiem, że uczucie Pana dla mnie nie jest tak silne, głębokie i trwałe, jak Ci się zdaje i jak sam w to może wierzysz, ale nie wątpię, że nie jestem ci obojętną. Pisanie tego listu i dla mnie samej jest bardzo przykrem. Pan wiedziałeś, że ja Pana nigdy istotnie nie kochałam, ja się łudziłam, brałam chwilowe wrażenie za prawdę, łudziliśmy się oboje. Dawno już walczyłam ze sobą, te dwa tygodnie pańskiej nieobecności zdecydowały mnie. Ja Ciebie nie kocham i zwracam Ci słowo. Przecież nie chcesz mi pan wiązać świata. Listy i wszystko odeszle moja ciotka, jak Pan wróci. Ja jutro wyjeżdżam. A jeśli nie możesz bezemnie żyć, to się otrujmy.

Marya Tyżwiecka.

D. 27 kwietnia 1894 r.«

Tężel, przeczytawszy ten list, opuścił ręce i zdrętwiał. Ścisnęło go coś za gardło i chwyciło coś za włosy. A potem musiała mu przelecieć przez głowę jakaś myśl, która wydała mu się wstrętną, gdyż nagle, jakby płaza zobaczył, żachnął się, splunął i mruknął: Tfy! Tężel!...
Rdzawicz zaś osunął się na kanapę twarzą w dół i leżał, oddychając, jakby braknące powietrze chwytał ustami.
— Romek — ozwał się Tężel oszołomionym głosem.
Rdzawicz nie odpowiedział; leżał nieruchomy i chwytał powietrze.
Długa chwila zbiegła, nim odjął twarz i podniósł się nieco; Tężel wzdrygnął się, tak wyglądał.
— Co to jest? — szepnął. — Co się stało?
Tężel nie wiedział, co odpowiedzieć. Rdzawicz zaś wydobył portefeuille z bocznej kieszeni ubrania, wyjął zeń list w podłużnej, blado­‑różowej kopercie i podał go Tężlowi, mówiąc: Czytaj.
Tężel począł czytać.
»Jedyny mój, najdroższy! Mój! Ty! Ti!
Okropnie cieszy, że Rom zrobił taką Dyannę! Rom jest caca. Rom jest śliczny. Niech cieszy, że cieszy. Przyjdź zaraz. Rysi jest tęskno bez swojego pana.
Całuję lewe ocko.
Mój Ty! Taką mi sprawiłeś rozkosz. Mój geniusz! Czy to może być, żebyś mnie Ty kochał? Za co mnie Ty kochasz? Jak Ty mnie możesz kochać? Czy to może być, żeby mnie tyle szczęścia spotykało? Czy ja jestem warta tego? Czy ja Ci potrafię dać szczęście? Wszystko, byleś Ty był szczęśliwy. Ja przestaję istnieć dla siebie. Jedyny mój, skarby moje, wszystko moje, życie moje! Chciałabym dla ciebie ponieść jakąś wielką ofiarę, chciałabym dla Ciebie, cierpieć, umrzeć. Czuj dla mnie, co chcesz, ja Ciebie kocham! Mój Ty! Mój Ty! Mój!
Całe miasto mówi o Twojej Dyannie. Nawet ciocia Porzelska jest wzruszona. Ja śmieję się i płaczę ze szczęścia. Całuje prawe oczko.
Nie myśl wcale, że dlatego Cię tak kocham, że tak mówią o tobie. Kocham, bo kocham. Wszak tylko taka miłość jest coś warta? Ty sam tak mówisz, prawda?
Nie lękaj się. Będziemy szczęśliwi. Kobieta kiedy kocha, świat zwali, a uszczęśliwi. A ja kocham.
Czuję się teraz lepszą, szlachetniejszą, mądrzejszą. Miłość takiego, jak Ty, człowieka, podnosi. Taka jestem dumna, że Cię kocham. Mój orle! Patrzę z góry na wszystkie inne panny. Ty mnie wybrałeś. Ty — mnie. Jedyny mój!
Nie byłeś już trzy dni — prawda, wyjeżdżałeś, po coś wyjeżdżał, Ty niedobry?! Ti — przyjdź zaraz. Czekam Cię. Twoje bobo ceka i prosi. Czy cieszy, że zobaczy? Niech cieszy, bo cieszy. Kocha?
Byłam podczas Twojej niebytności w teatrze. Nie chciałam iść, ale mnie gwałtem zabrali. Z początku strasznie mi było smutno, że Ciebie niema, ale potem byłam kontenta, bo obok siedziała jakaś śliczna panna i byłbyś się z pewnością zakochał. Jesteś taki wrażliwy.
Całuję oba oci. Ti!
Kocha, kocha, kocha, kocha, kocha —

Twoja narzeczona
Rysia.

P. S. Ma kota«.

Tężel położył list na stole.
— Z tem się nie rozstawałem — szepnął Rdzawicz, biorąc list i chowając go do portefeuille. — I ta sama kobieta!... Jak można mnie tak odrzucać! Jak można! Jak można! Jak można! Maryo! Rysiu!...
Pochwycił go płacz, który przeszedł w spazmy.
Tężel był w rozpaczy. Obejmował Rdzawicza rękoma, całował, tulił i czuł, że mu grube łzy ciekną po twarzy. Zarazem czuł, że nie wie naprawdę, co się stało, że mu się wszystko miesza w jakiś pogmatwany, potworny kłąb.
Nadszedł wieczór. Rdzawicz uspokoił się i zdawało się, że zasnął. Tężel zapalił lampę i spojrzał nań. Leżał na wznak na kanapie, ze zbielałemi, rozchylonemi ustami, blady jak trup i jak trup sztywny. Obrzmiałe, zaczerwienione powieki spoczywały na oczach bezwładnie.
— Śpi, czy nie śpi — myślał Tężel.
Zapalił papierosa i stuknął popielniczką; Rdzawicz nie ruszył się.
— Śpi — szepnął i odłożywszy papierosa, oparł przy stole czoło na rękach i począł patrzeć na leżącego.
— Śpi, chwała Bogu — szepnął znowu. — Biedny chłopak...
Nagle uczuł, że go coś ciągnie w przeciwną stronę i odwrócił głowę — to portret panny Tyżwieckiej patrzał nań swemi wielkiemi, ciemno szafirowemi, o złocistym blasku oczyma.
— Coś ty uczyniła — szepnął — coś ty uczyniła...
I porwał go na tę kobietę wściekły, szalony gniew; miałby ochotę rzucić się na jej portret i podrzeć go, poszarpać na sztuki. Portret zaś patrzał nań uporczywie. Tężel utkwił oczy w tych martwych a patrzących oczach — i spuścił swoje. Głowa opadła mu na piersi i czoło pofałdowało się w brózdy.
Po chwili powstał, podszedł ku portretowi, zdjął go ze ściany i odwrócił ku niej. Poczem usiadł znowu przy stole i włożywszy ręce w kieszenie, głowę zwiesił.
A więc Marya zerwała z Romanem... Nie, nie, nawet i teraz przed samym sobą tego nie wyzna... A zresztą i cóż?... Cóż on?... Cóż on, Tężel?... Taki Tężel.. Jeżeli było podle, że to czuł... Wszakże nie chciał czuć, tłumił się, ile mu sił starczyło... Z tej strony jest czysty... Podle było, że wogóle potrzebował nie chcieć czuć i tłumić się, ale go tak brało, tak brało... Jeżeli było podle, że to czuł pierwej, to teraz byłoby jeszcze podlej... stokroć podlej... A zresztą cóż on, taki Tężel?... On i Rdzawicz, ten genialny człowiek i on, rzemieślnik prosty, kamieniarz nie rzeźbiarz, kowal..
I co ona uczyniła, co ona uczyniła!... Rdzawicz może zdrowiem to przypłacić... Tężel wzdrygnął się, albowiem przypomniał sobie, że w rodzinie Rdzawiczów panowała pewna skłonność do melancholii.
Naprawdę on mało wie o stosunku Rdzawicza do Maryi. Cały prawie czas narzeczeństwa Rdzawicza przesiedział w Kulczy, rzeźbiąc figury apostołów do tamtejszego kościoła. Rdzawicz pisywał tylko kartki i to dość rzadko... Tężel raz jeden ją tylko widział bliżej w teatrze. Rdzawicz chciał go przedstawić, ale on nie chciał, wstydził się. Widział z krzeseł, że rozmawiają o nim w loży, że Marya patrzy nań i uśmiecha się, ale Rdzawicz musiał o nim mówić dobrze, bo uśmiechała się życzliwie. Tężel czuł, że się rumieni, był zły i było mu zarazem jakoś dziwnie, coś mu rozpierało piersi. Raz jeden spotkały się ich oczy i wtedy — wtedy Tężel uczuł coś takiego, czemu nic podobnego nigdy przedtem nie czuł i o czem wyobrażenia nie miał... I przeląkł się sam siebie, przeląkł się Rdzawicza, przeląkł się jej... Nazajutrz po przedstawieniu Rdzawicz przyniósł mu tuberozę z bukietu od Maryi, posłaną »przyjacielowi swego narzeczonego«. Tężel wziął tuberozę i nie wiedział co z nią zrobić? Cóż prostszego, jak schować kwiat od narzeczonej swego przyjaciela?... Ale... Czy on schowałby ten kwiat tylko, jako kwiat od narzeczonej swego przyjaciela?... Tak?... Nie!... Jest to podle, podle, stokroć podle i haniebnie podle, że on nad czemś podobnem się zastanawia, że mu to może wogóle myśl mącić... Chciał więc kwiat wyrzucić — ale nie mógł... Całą noc nie spał, rano zaś spalił kwiat, a popiół wsypał do papieru, zawinął i schował do pugilaresu. Potem wyjął go i schował do szuflady między listy z domu, ze wsi. Wreszcie koło południa poszedł nad Wisłę i wsypał popiół w wodę. Bo od narzeczonej swego przyjaciela można schować kwiat, ale on nie mógł tak uczynić, nie powinien był... I że mógł nie módz!... Jak to podle!... To wszystko tak niedawno było, parę tygodni temu. I pomyśleć, że się coś takiego stało...
Rdzawicz odetchnął; Tężel spojrzał na niego — spał jeszcze.
— Mój Boże, mój Boże — myślał Tężel — co to będzie? Delikatny jest i nerwowy. Jak on to przetrzyma... Żeby to choć inny człowiek... ale to szalony, dziki temperament, heliogabalowskie rozuzdanie zmysłów, impet fantazyi i pęd, a organizm stosunkowo wątły... Jak on to przetrzyma?... Gdyby nie przetrzymał... Jezus Marya!...
Tężlowi aż zawirowało na to przypuszczenie w głowie.
— Jezus Marya!...
Ośm lat przeżyli prawie nierozłącznie.
Tężel miał wówczas dwadzieścia dwa lata i ponieważ późno mógł się wziąć do roboty, kopiował dopiero w akademii sztuk pięknych antyki. Robił właśnie głowę Junony i był bardzo kontent z roboty. Zdawało mu się, że robi doskonale i że kopia jest ogromnie podobna.
Jednego dnia, w październiku przychodzi do sali szkolnej i zastaje przed swoją robotą może ośmnastoletniego szkraba. Dość wysoki, cienki, smukły, blady, o czarnych, świecących włosach, mocno falistych, nos orli z rozdętemi nozdrzami, usta dość grube, oczy dziwne, jakby stalowe, duże, świetliste, głęboko osadzone. W całej postawie coś zuchwałego i niezmiernie swobodnego, coś poprostu lotnego, ale szkrab.
Tężel patrzy na niego, a on na Tężlową glinę. Trwa tak chwilę, aż się Tężel, pewny swego pyta:
— Cóż, panie, podobne?
— Nie, panie, niepodobne — odpowiada szkrab.
Tężla aż zaświerzbiało w garści: A szkrab! A smarkacz! — Ale przedewszystkiem tak się zmieszał, że języka zapomniał w gębie.
— Tak pan sądzi? — bąknął.
— A tak — odpowiada chłopak.
— A bo to moja robota...
— A to przepraszam pana bardzo, nie wiedziałem.
— A no wiem, że pan nie wiedział. Ale się panu nie wydaje podobne?
— Przepraszam, ale nie.
— Hm, ja myślałem, że to dobre. Może pan ma i racyę.
— Widzi pan, tu jest największy feler — mówi szkrab i nie pytając, czy wolno, przejeżdża wielkim palcem po policzku Junony. Tężel zgłupiał — co to?
Było to coup de maître, dotknięcie mistrza. W tej chwili Tężel spostrzegł, że tu istotnie właśnie najwięcej chybił.
— Ma racyę — mruknął — podobne to do Junony, jak kot do malwy. A kto pan jest?
— Ja jestem Roman Rdzawicz. Zapisałem się tu na rzeźbę. Będziemy kolegowali.
— Ja się nazywam Jędrzej Tężel. Panie czyś pan się już gdzie uczył?
— Bardzo mało i prywatnie, bo musiałem kończyć gimnazyum. Ojciec nie chciał inaczej. Straciłem dużo czasu.
— Ten stracił dużo czasu... — pomyślał Tężel.
Nazajutrz Rdzawicz wziął się do pracy obok Tężla i trzech innych kolegów. Wszystko mu się paliło w rękach; zdawało się, że oczami rzeźbi, tylko spojrzy. Profesor Bronn się dziwił i powtarzał: Panie Łdzawicz, panie Łdzawicz! Pan ma głuby talent, tylko ta natuła niesfołna, oj ta natuła! Panie Łdzawicz, panie Łdzawicz!
Koledzy byli naturalnie źli, a Tężel niemiał z podziwu. Nie zbliżał się do niego, tak, jak będąc dzieckiem, w Kostrzynie we dworze, kiedy go panicze zawołali, bał się do ręki wziąć zabawki, aby nie zgnieść. Wydawał się sobie przy tym smukłym, cienkim, ośmnastoletnim chłopaku, takim grubym, ciężkim chłopem, takim chamem! Obchodził Rdzawicza, jakby to był przedmiot szklanny. Wszyscy sobie w szkole mówili »wy«, ale z Rdzawiczem był Tężel zawsze na »pan«.
— Ja tak rzeźbię, jak pies gra na drumli — myślał — ale ten...
I coraz większa opanowywała go względem Rdzawicza nieśmiałość.
Zeszło może ze dwa miesiące, a stosunek między nimi ani na krok nie postąpił, mimo, że pracowali dzień w dzień obok siebie. Tężel był nieśmiały. Rdzawicz wogóle trzymał się dosyć daleko od kolegów.
— On tu na nas patrzy, jak kawka na pasternak, ale ma do tego prawo — myślał Tężel.
Aż jednego dnia Rdzawicz zbliżył się ku niemu i rzekł:
— Panie Tężel, ja mam do pana jedną wielką prośbę.
— Czemże mogę służyć? — spytał Tężel i czuł, że się czerwieni, jak przed panną.
— Widzi pan, ojciec mi przysłał trochę pieniędzy i sprowadziłem sobie mały kawałeczek marmuru, bo chcę coś rzeźbić, ale nie mogę sam obtłuc. Czyby mi pan nie pomógł? Marmur nie jest duży, może półtorej stopy.
— Owszem, z całą chęcią. Kiedy mam przyjść?
— Kiedy pan zechce. Ale możeby najlepiej było dziś zacząć popołudniu. Ma pan czas?
— Dobrze. Mam. A cóż pan chce rzeźbić, jeżeli mogę wiedzieć?
— Anioła życia.
— Anioła życia? Cóż to ma być?
— Widzi pan, chcę zrobić coś takiego, co się rwie w górę, vers le ciel. Chcę zrobić coś — tu przestał mówić, wziął kawałek węgla ze stołu i począł rysować na ścianie. Pod ręką jego z niesłychaną szybkością rósł kształt skrzydlatej postaci en face. Skrzydła były rozpięte i wzniesione wysoko, postać jakby razem szła i zrywała się do lotu. W kilku liniach nadał twarzy anioła wyraz jakiejś młodzieńczej mocy, bujności, zachwytu i czegoś promiennego. To było rzeczywiście: Życie...
Tężel osłupiał.
— Widzi pan — mówił Rdzawicz, kładąc węgiel na stole — chcę zrobić coś takiego, co za sobą porywa świat, ludzi i niesie gdzieś w przestrzeń, w dal, w przód! Coś, co bucha zdrowiem, tryska świeżością; gdy się śmieje, to gaje drżą, gdy zawoła ku sobie, to się skały pochylą. Chcę zrobić coś takiego, w czemby się dało uczuć zieleń łąk, słoneczność, błękit wiosenny, coś takiego, żeby to czyniło wrażenie, że się z tem strumienie w górę rwą i że za tem oceany w górę polecą. Coś, rozumiesz pan, coś takiego, żeby się zdawało, że to z oczu sypie kwiaty i błyskawice, te, co w niebo biją... Coś... rozumie pan?
— Rozumiem.
— I pomoże mi pan obtłuc?
— Pomogę.
— No, to niech pan przyjdzie do mnie. Oto jest mój adres.
— Dobrze. Przyjdę zaraz popołudniu.
— Do widzenia.
— Do widzenia.
I rozpoczęli robotę. Tężel pomógł Rdzawiczowi obtłuc marmur, ten zaś wziął się do modelowania w glinie swego Anioła życia. Ale rzecz okazała się daleko trudniejsza, niż Rdzawicz przypuszczał.
— Nie idzie — mruknął raz Tężel, stając przed glinianą masą na postumencie.
— A nie idzie — odparł smutno Rdzawicz.
— Wie pan co, możeby to odłożyć na później, aż się pan więcej nauczy. Zawcześnie się pan zabrał do kompozycyi.
— Mnie się też zdaje, że ja za mało umiem.
— Przecie my dopiero figury z antyków zaczynamy robić, a pan chce komponować.
— A bo Michał Anioł przecież wie pan, zrobił, mając szesnaście lat, taki posąg, że wszyscy myśleli, że to antyk.
— No, tak, ale widzi pan...
— O, panie, aut Caesar, aut nihil — podchwycił żywo Rdzawicz.
I wziął się na nowo do lepienia, ale »nie szło«. A Tężel nucił:

Dadzom mi jom, dadzom,
Piknie odprowadzom,
Ale trzeba pocekać...

Zaprzyjaźnili się tymczasem ogromnie. Z »pana« zeszli na »wy«, z »wy« na »ty«. Rdzawicz imponował Tężlowi swoją inteligencyą, swojem wykształceniem, talentem, sferą, z której pochodził, stosunkami, ogładą towarzyską, podbijał go swoją wrażliwością, nerwowością i finezyą, czarował wyobraźnią. Natomiast gruba, rubaszna, ale zupełnie nadzwyczajna uczciwość, prawdziwie kamienny i zdrowy chłopski rozum Tężla, przywiązywały do niego Rdzawicza.

— My wyglądamy z sobą, jak kameleon z wyjcem, bo jest taki, prawda? — powiedział raz Tężel.
— A jest. Wyjec rudy.
Przyjaźń spotęgował jeszcze kilkoletni wspólny pobyt w Monachium, wśród różnych warunków, wreszcie i to, że po śmierci ojca, Rdzawicz ujrzał się równie biednym, jak Tężel, nawet biedniejszym, gdyż na Tężla wypadło w Kostrzynie jakieś półtrzecia morga roli, Rdzawicz zaś nie odziedziczył nic zgoła. Tężel nadto miał rodziców, braci, siostry i dużo blizkiej rodziny. Rdzawicz zaś, którego matka na kilka lat przed ojcem umarła, z blizkich nikogo. Z dalszą rodziną, z wyjątkiem cioteczno ciotecznego brata, Przerwica, poety, w małych zostawał stosunkach. Tężel czuł się teraz nietylko przyjacielem, ale i jakby starszym bratem i opiekunem młodszego o cztery lata od siebie chłopca.
Przybrana ta opieka nie była zresztą łatwa. Rdzawicz, którego babka była Hiszpanką, wywiezioną stamtąd do Polski, podczas wojen napoleońskich, odziedziczył po niej romańską żądzę używania życia i właściwą romańskim ludom zmysłowość i lubieżność. Przy dosyć wątłym jego organizmie, puszczenie wodzy temperamentowi było ryzykowne i tego Tężel się dla przyjaciela lękał; tymczasem Rdzawicz hamulca nie znał. Ogarnął go po prostu szał. Szedł na oślep, tracił się sam w sobie, walił w przepaść. Tężel z rozpaczą począł spostrzegać, że wyobraźnia w nim niszczeje, ambicya zamiera, a zarazem niszczeją w nim i zamierają wszystkie szlachetniejsze instynkty. Żądza użycia, grubego, brutalnego użycia, zaczęła się w nim stawać najsilniejszym popędem, zabijała w nim wszystkie inne. Zdawało się, że żyje tylko dlatego, aby szukać i znajdować, i że głównym motorem w nim jest żądza, a wszystko inne, całą resztę życia, uważa tylko za środki umożliwiające sycenie tej żądzy.
— Sztuka? Sława? — mówił do Tężla. — Wszystko to jest bajeczne głupstwo. Jeżeli chcę być sławnym, to tylko dlatego, że kobiety są tak, jak ćmy, które pomiędzy dziesięciu świecami wybiorą tę, co się pali i świeci najjaśniej. Dlatego chcę być sławnym.
— Ale takie życie cię niszczy — mruczał Tężel — a każdy ma przecie obowiązek względem siebie.
— Ja znam tylko jeden: szukać w tem przyjemności, w czem się ją znajduje, szukać jej za jakąbądź cenę, byle znaleźć. Powiedz mi, jaki może być inny cel życia, jeśli nie użycie? Wszystko inne jest głupstwo! Robić to, co się chce. Tobie robi przyjemność rzeźbić dla samego rzeźbienia? Rzeźb. Gdyby ci robiło przyjemność całymi dniami skrobać marchew lub przesypywać piasek z garnka do garnka: skrob i przesypuj. A jeszcze ta twoja sława! Cóż jest sława? Dbanie o opinię innych. Czego ja mam o nią dbać? Co mnie inni obchodzą? Ja ich nie obchodzę, dlaczego oni mają mnie obchodzić?
— Ale kiedy ty ich obchodzisz — perswadował Tężel.
— Ciekawym czemu?
— Bo masz talent.
— A tak, to znaczy: chcemy mieć lalkę do zabawy. Pfui Teufel! Zresztą, daj mi pokój! Mnie i tak prędko dyabli wezmą.
— Sam tego chcesz.
— Przecież tak długo żyć nie można...
— Widzisz...
— Nic nie widzę. Cośbym tylko chciał przedtem zrobić...
— Ale cobyś ty mógł był już do tego czasu zrobić, gdybyś był chciał!
— No to nie zrobiłem... i cóż?
— Nie żal ci? Przecie się marnujesz... Czembyś ty już mógł być!
— Nie bój się, jeszcze będę. Nie bój się, ja to wiem, że będę wielkim rzeźbiarzem...
— Jak tak mówisz...
— Zresztą mogę niczem nie być i niech to wszystko piorun trzaśnie!
Tężel był w rozpaczy. Rok za rokiem płynął, a Rdzawicz, uganiając się za kobietami, nie pracował prawie wcale i istniał jeszcze jako rzeźbiarz, tylko dzięki swemu nadzwyczajnemu talentowi. Anioł życia i wszystkie inne projektowane niegdyś kompozycye poszły w kąt, robił małe figurki na sprzedaż, byle żyć. Podejmował się robót do sklepów, rzeźbił Flory, amorów i Bismarków, od czasu do czasu tylko posyłając coś na wystawę. Krytycy nie mogli mu odmówić talentu, ale spodziewali się zrazu po nim daleko więcej. Tężel wiedział, co Rdzawicz naprawdę mógłby dać i wciskał pięści we włosy.
Wreszcie zdenerwowanego, zniszczonego, prawie zagrożonego rozwojem rodzinnej choroby mózgowej, przywiózł Rdzawicza po pięciu latach pobytu za granicą do kraju.
Rok tu już byli. Rdzawicz uhamował się trochę, głównie wskutek odmiennych warunków życia; począł więcej pracować i wystawił gipsową Dyannę półnaturalnej wielkości, która mu zdobyła wielkie pochwały. Tężel, spokojny prawie, wyjechał do Kulczy rzeźbić apostołów do tamtejszego kościoła. Po kilku tygodniach otrzymał od Rdzawicza list, że ten wyjeżdża do Kłęża w lubelskie, rzeźbić portret niejakiej pani Strzeliskiej, bogatej staruszki. Potem, w parę dni później kartkę: »Vieux singe! Jest tu panna Marya Tyżwiecka, en trois quarts cud, w profilu świat się kończy, en face anioł!« Donosił również, że jest tu wnuczka pani Strzeliskiej, Jadwiga, bardzo oryginalna, bardzo inteligentna i bardzo dziwna panna, o tak zuchwałych i rozhukanych pojęciach, że się czasem zdaje, iż ma źle w głowie. Dodał dyskretnie, że robi takie wrażenie chwilami, jakby nie była »od tego«, ale co mu tam ona wobec Maryi! O Maryi dał tylko ten szczegół Tężlowi, że jest od dziecka sierotą, że ma majątek i że się nią opiekuje pan Strzeliski, ale właściwie nie opiekuje się nią nikt, gdyż pan Strzeliski jest »tak bierny, jak laska« i tylko doskonale administruje swoim i Maryi majątkiem, jak przynajmniej zapewnia jego córka, która o nim mówi, że »ojciec jest bardzo dobry, ale możnaby nim usta płukać«.
W kilka tygodni później doniósł Rdzawicz w lakonicznych słowach, że panna Tyżwiecka jest jego narzeczoną, że on zmienia zupełnie tryb życia i zabierze się na nowo do Anioła życia, ponieważ chce być sławnym teraz. Tężel, przeczytawszy, ledwo się nie rozpłakał z radości. I oto ledwo kilka tygodni minęło, on sam przed sobą czuje się podłym, Rdzawicz zaś leży blady jak trup, z opadłemi, sinemi powiekami, może w przeddzień szaleństwa. I to wszystko uczyniła ta jedna kobieta, o cudownych ciemno­‑szafirowych oczach o złocistym blasku, której portret przed chwilą odwrócił do ściany, aby się módz czuć — mniej podłym i mniej słabym.
Rdzawicz spał już z godzinę; zrobił się wieczór. Do pracowni wpadło przez wielką szybę księżycowe światło. Tężel począł patrzeć na Anioła życia.
Po ośmiu latach przerwy i ogromnej stracie czasu, powrócił Rdzawicz do swego dawnego tematu. I w pomyśle nie zmienił nic; wziął tylko większą formę, prawie naturalnej wielkości. Rzecz była na ukończeniu, a rysy Anioła, choć męskie, przypominały żywo rysy Maryi. Rzeźba przedstawiała się wspaniale.
— Istotnie, to jest arcydzieło — myślał Tężel. — Jak Boga kocham, arcydzieło jest. Tak mi z moim talentem do Rdzawicza, jak psu do farbiarstwa. No, niech tam... stało się, co się stało... Jak to wystawi, sypną się wieńce, sypną się dziengi, otumani go to, przeboleje. Już wiem, że się zaraz weźmie do nowej rzeczy... To dziwne, jakem na niego patrzał, to mi się serce ściskało i zdawało mi się, że już wszystko dyabli biorą, a jak na tę jego robotę patrzę, prawie, że mi wesoło. Co to jest sztuka! Ba, ale taka sztuka! Że ten Anioł jest taki pełen życia, to i we mnie życie wstępuje. Bo naprawdę z nim się coś rwie w górę, jak Rdzawicz mówi. Co to jest za wyraz! Co za ruch! Te skrzydła prawie szumią... Naprawdę w tym ruchu jest coś, jakby się rzeka pierwszy raz ze źródła miała puścić. Ten anioł...
W tej chwili usłyszał Tężel szelest za sobą; obrócił się: Rdzawicz miał oczy otwarte i poruszył się. Spojrzeli na siebie; w Tężlu ścisnęło się znowu serce i znowu nie wiedział, co począć — odezwać się, czy nie?
— Spałeś? — rzekł wreszcie.
— Spałem — odrzekł Rdzawicz dość głośno. — Spałem. Jeszcze nie mogę... jeszcze mi się...
I znowu skręcił głowę twarzą ku ziemi.
Tężel zaś patrzał nań i czuł, że mu się oczy łzawią. Nakoniec Rdzawicz ozwał się przerywanym, zdławionym głosem:
— Cóż teraz będzie?...
Tężel nie wiedział, co mu odpowiedzieć.
— Cóż teraz będzie? — powtórzył Rdzawicz, a w głosie jego było tyle bólu i tyle żałości, że Tężel uczuł, iż mu kurcz gardło ściska. Cóż miał odpowiedzieć?
Rdzawicz patrzał przed siebie. Wydawało się, jakby w nim coś zamarło. Nagle porwał się z sofy, usiadł i krzyknął gwałtownie:
— Nie można tak! Nie można tak! Nie można się tak dać zarzynać. Pójdę do niej! Zaraz, w tej chwili! Każdego innego mogła odepchnąć, ale nie mnie — ona! Która godzina?... To nie może być... To był chwilowy szał, kaprys jakiś straszny... Pójdę do niej...
— Ależ jej już tu niema — przerwał mu Tężel. — List przed trzema dniami pisany, a pisze, że nazajutrz wyjeżdża.
— Pokaż.
Tężel podał mu list.
— Prawda... Ale nie, nie, ręczę ci, że ona tu jest. To jest szalony kaprys. Ręczę ci, że ona tu jest.. Pójdę do niej. Mniejsza o to, że późno, nieraz później przychodziłem. Zresztą co mi tam! Co mi tam wszystko!
Zerwał się, przebrał z gorączkowym pośpiechem z podróżnego ubrania i zarzucił paltot.
— Iść z tobą? — spytał Tężel.
— Chodź.
Przez całą drogę nie mówili do siebie ani słowa. Rdzawicz, w którym widocznie chwilowa gorączka opadła, gryzł gałkę od laski. Tężel jechał pochylony, włożywszy dłonie między kolana.
Przed bramą siedział stróż. Znał on Rdzawicza, któremu nieraz bramę otwierał, i ukłonił się.
— Czy to panna Tyżwiecka wyjechała? — spytał Rdzawicz.
— Wyjechała, proszę wielmożnego pana.
— Wiecie na pewno? — pytał dalej, usiłując opanować łamiący się głos.
— Samem rzeczy do dorożki podawał.
— Kiedy wyjechała?
— Przedwczoraj rano.
— Czy sama pojechała?
— Pani panienkę odwiozła, ale wczoraj już wróciła.
— Nie wiecie dokąd?
— Nie wiem też, proszę łaski pana.
— Poczekajcie... zaraz...
Wyjął bilet z portfelu i począł szybko pisać:
»Do Wielmożnej Pani Julii Porzelskiej. Raczy Pani wybaczyć, że ośmielam się pisać do Niej tak późno i w tej formie; przed chwilą jednak przyjechałem, a że stróż mówi mi, iż moja Narzeczona wyjechała, radbym się dowiedzieć jej adresu, o który uprzejmie proszę. Nie przychodzę sam z tą prośbą, ze względu na późną godzinę«.
— Zanieście to na górę. Będzie odpowiedź.
Tężel stał oparty na lasce pod bramą, Rdzawicz odszedł trochę trotuarem. Po chwili stróż wrócił.
— Jest odpowiedź?
— Jest, proszę łaski pana.
— Dobrze, macie na piwo.
Drżącą ręką rozdarł kopertę pod latarnią i począł czytać półgłosem:
»Szanowny Panie! Siostrzenica moja, wyjeżdżając, nie upoważniła mnie do udzielenia Panu jej adresu, oświadczyła mi jednak, że zwraca Panu słowo i że oznajmia Panu o tem w liście; dziwię się więc, że Szanowny Pan nazywa jeszcze moją kuzynkę swoją narzeczoną. Listy swoje, pozostawione przez Marynię u mnie, odbierze Pan po odesłaniu jej listów na moje ręce.

Z poważaniem
Julia Porzelska«.

Rdzawicz jęknął, zataczając się.
— Romek, Romek — szeptał Tężel błagalnie, chwytając go za rękę — Romek, cóż ty chcesz uczynić? Opamiętaj się.
— Teraz już widzę, że to nie żart, że to prawda — rzekł Rdzawicz.
Szli przed siebie bez myśli — z ulicy w ulicę, z placu na plac, bez jednego słowa. Tężel rzucał od czasu do czasu okiem na Rdzawicza, ten jednak szedł zupełnie automatycznie, z oczyma spuszczonemi w dół, widocznie nic nie widząc i tylko instynktownie wymijając ludzi.
— Zapamiętał się — myślał Tężel. Oprócz uczucia ogromnej litości, jakie miał dla Rdzawicza, przychodziło mu jeszcze ciągle na myśl, że Rdzawicz nic nie jadł po powrocie i że musiał być głodny. Powoli zaczęło go więc dręczyć to, że Rdzawicz musi być głodny, niż to, co się stało. Ośmielił się i odezwał:
— Nic nie jadłeś od przyjazdu. Chodź gdzie.
— Dobrze. Idźmy.
— Gdzie chcesz?
— Gdziebądź. Wszystko mi jedno.
Siedzieli już kilka minut w gabinecie restauracyjnym, ale Tężel nie śmiał ani mówić do Rdzawicza, ani nań spojrzeć. Lękał się. Kazał przynieść jedzenie i podać wino.
— Jakie chcesz, Romek? — spytał cicho.
— Wszystko mi jedno, Albo każ przynieść butelkę szampana.
— Dobrze.
Tężel spuścił oczy w talerz i słyszał, że Rdzawicz uderza szybko podeszwą w podłogę i palcami w stół. Odważył się i spojrzał nań ukradkiem.
Blady był, ale na twarzy miał dziwne, ceglaste rumieńce; wargi miał spieczone i jakby do wewnątrz cofnięte, skutkiem czego od kątów ust ku brodzie uczyniły się dwie nienaturalne brózdy; brwi to się ściągały gwałtownie nad oczami, to podnosiły na moment w górę i znów ściągały. Patrzał przed siebie w jeden punkt, ale tak, jakby nigdzie nie widział nic.
Przyniesiono kolacyę. Tężel prawie jej nie tknął. Rdzawicz jadł dużo, niezmiernie prędko, jakby nic nie zdając sobie zresztą z tego sprawy, co robi; pił również dużo i wkrótce butelka była próżna.
— Każ dać drugą — rzekł.
— Ale...
— Co »ale«? Chce mi się pić.
— Nie to, tylko...
— Nie masz pieniędzy?
— A nie...
— Ile masz?
— Mam wszystkiego siedm rubli i jakieś kopiejki. A ty?
— Ja mam tylko cztery ruble. Dopiero pojutrze będę miał pieniądze z Towarzystwa.
— A tu nas nawet nie znają.
Rdzawicz począł się śmiać nerwowo, a potem krzyknął:
— Garson!
Wszedł służący.
— Słuchaj, zapomnieliśmy pieniędzy. Ten łańcuszek jest wart trzydzieści pięć rubli. Przynieś tu parę butelek szampana na ten łańcuszek. Przyniesiesz?
— Przyniosę, jaśnie panie.
Gdy szampana przyniesiono, Rdzawicz nalał sobie i Tężlowi kieliszek i zawołał:
— Słuchaj, Tężel, pij za nasze zdrowie!
— Za czyje?
— Za moje i Maryni. Pij!
Tężel nie chciał go drażnić; wypili.
— A teraz dalej. Pijmy za zdrowie jej przyszłego męża.
— Romek...
— Pij! Pij, kiedy ci mówię!
— A teraz, Tężel, pijmy za zdrowie jej dzieci. Wiwat jej dzieci!
— A teraz, Tężel, za zdrowie jej familii! Niech żyje ciotka Porzelska i wszystkie babki, wuje, stryje! Evviva!
— Romek...
— A teraz, Tężel, niech żyje jej przyszły kochanek! Niech żyje ten, z którym się... Wypiłeś?
— Nie!
— To pij! Pij!
— Romek...
Rdzawicz tej chwili grzmotnął o stół kieliszkiem, potem trzema pełnemi jeszcze butelkami o podłogę i padł na stół twarzą na skrzyżowane ramiona, wybuchając szalonym płaczem. Z krzesła przegiął się, jakby w konwulsyach, i runął na ziemię bez przytomności. Tężel poskoczył ku niemu. Padł na wznak, piana poczęła mu wybiegać na usta. Tężel przeląkł się strasznie. Pobiegł ku drzwiom, aby zawołać o pomoc, i w tej chwili spotkał się z przechodzącym mimo Przerwicem.
— Pan Bóg pana przysłał — zawołał. — On tam jest w gabinecie, chory.
— Chory? Cóż mu jest? — spytał Przerwic, tem więcej zaniepokojony, że i Tężel wyglądał, jak po tyfusie.
— Zasłabł nagle. Chcę posłać po dorożkę, odwieźć go do domu.
— Ale cóż się stało?
— Albo ja wiem... Coś mu się nagle stało...
Przerwic przeraził się, wszedłszy do gabinetu: Rdzawicz leżał na wznak z rozwartemi ustami i pianą na ustach, zupełnie bezprzytomny.
Przy pomocy służby, zniósł Tężel Rdzawicza do dorożki, poczem wsiadł do niej wraz z Przerwicem.
— Lora będzie trochę niespokojna — mówił Przerwie, wsiadając — ale trudno. Nie mogę was tak puścić.
Ostre nocne powietrze poczęło Rdzawiczowi wracać przytomność. Poruszył się, otwarł oczy i czując koło siebie kogoś trzeciego w dorożce, spytał:
— Tężel, kto tu jest?
— Twój kuzyn, pan Przerwic.
— A to dobrze. Jerzy, wiesz, co się stało?
— Domyślam się.
Zamilkli. Rdzawicz, wysiadłszy z dorożki, szedł naprzód i zatrzymał się w pracowni.
Usiadł na sofie, zwiesił głowę i rzekł, jakby do siebie:
— Jak ja będę dalej żył, jak ja będę mógł żyć?...
Przerwic położył mu rękę na ramieniu, Tężel wsadził obie garści we włosy, zasłonił twarz i siedział z opartymi łokciami na stole.
— Jak ja będę dalej żył; jak ja będę mógł żyć?... — powtórzył Rdzawicz przejmująco smutnym, zdławionym głosem.
— Co ja teraz zrobię? — mówił. — Co ja teraz zrobię?... Dopiero teraz zaczynam czuć, co się stało... Pierwej wszystko mąciło mi się, jakby mi kto ukropu w mózg nalał... Teraz zaczynam widzieć jasno... Co ja teraz zrobię?...
— Romek, bój się Boga! — jęknął Tężel...
— Tak ją stracić, tak ją stracić — mówił Rdzawicz głosem cichym, spokojnym i zupełnie złamanym. — Tak ją stracić... Tak kochałem tę dziewczynę... Takiem mi wszystkiem była, była mi życiem całem, światem całym... Cóż ja prócz niej mam? Tak ją stracić...
Zwiesił głowę i oparł ją na rękach. Tężel nie odkrywał twarzy. Przerwic toczył machinalnie tam i napowrót rączką od pióra po stole.
— Wy nie wiecie, jaka ona była — mówił dalej Rdzawicz — jaka była dobra, jaka słodka, jaka miła, jaka piękna... I tak ją stracić, na zawsze, na wieki, na całą wieczność stracić... Jerzy, czy ty myślisz, że ona nie wróci do mnie?
— Któż wie — odparł Przerwic. — Wszakże między mną a Lorą było półtora roku zerwania, a jednak dziś jesteśmy swoi.
— Tak, ale Marya nie wróci do mnie, nie wróci... Ty wiesz, że ona nie wróci... To już przepadło, na zawsze, na całą wieczność przepadło...
Tężel ściskał palce we włosach.
— Pocóżem ja ją poznał? — mówił dalej Rdzawicz. — Miałem potem bardzo wiele ciężkich przejść, bardzo wiele zmartwień, upokorzeń, zgryzot, ale myślałem sobie: to wszystko nic, sto razy więcej jeszcze zniosę, byle tylko ona była moją. Choćbym miał zginąć to zginę, bo to będzie dla niej... Ale i teraz nie żałuję... jeżeli zginę, to przez nią, przez moją Maryę...
— Nie zginiesz — przerwał mu Przerwic — i mnie się tak zdawało z początku. Myślałem, że oszaleję, nadziei przecież żadnej nie miałem, gryzł mnie ból i żal, a przeciem przetrwał.
— Ale ja nie przetrwam. Ty jesteś silniejszym odemnie. We mnie już jest śmierć.
— Romek, bój się Boga! — jęknął znowu Tężel.
Rdzawicz położył się na kanapie na wznak i założył rękę pod głowę. Oczy miał obrócone na sufit, ale patrzał, jakby wewnątrz siebie. I począł mówić:
— Cztery miesiące byliśmy narzeczonymi... Marya była już w Kłężu, gdy przyjechałem. Gdym ją zobaczył, stało mi się, jakby mi słońce w piersi weszło. Stało mi się naraz tak jasno i płomień mię przeleciał od stóp do głów... A potem nagle pociemniało mi w oczach i dreszcz mię przebiegł. Marya spostrzegła to. Odrazu było między nami jakoś dziwnie, od pierwszej chwili coś zawiązało się... Od pierwszej chwili... a teraz, widzicie... Czy można w to uwierzyć... Jakże tak można było...
Głosu mu brakło i urwał, ale po chwili, jakby mówić musiał, znów zaczął:
— Panna Strzeliska robiła mi takie awanse, że nas to zmuszało trzymać się zrazu zdaleka. Zresztą ja w tym domu z moją biedą i z moim bez sławy jeszcze artyzmem, czułem się bardzo nieśmiały i bałem się, aby mię na pierwszym kroku nie uderzono w czoło. Cóż ja byłem przy tych ludziach, którzy mieli pałace, lokajów, powozy i karety?
Ale raz zdarzyło się tak. Siedzieliśmy we troje w salonie na dole. Była zimowa noc. Na polu było od księżyca niebiesko i srebrzyście, wielka przestrzeń pustych pól i z boku las. Widziałem przez okno lisa, który wyszedł z lasu i stanął chwilę. Jadwiga przyniosła stare wino, wypiliśmy trochę. To wino i ta noc, ta wielka pustka śniegowa rozmarzyły mię. Marya siedziała obok mnie na kozetce, panna Strzeliska na fotelu. Mówiłem. Czułem się jakoś dziwnie nastrojony i czułem, że mówię nie tak, jak zawsze. Mówiłem im o mojem dzieciństwie, o mojej przeszłości, o moich robotach dawnych i projektach na przyszłość. Mówiłem wszystko: ile przeszedłem bied, ile klęsk. Opowiadałem im nakoniec o tem, jak raz w Monachium, wysiadając z tramwaju, oderwałem sobie podeszwę, a nie miałem za co wziąć dorożki i pojechać do domu. Musiałem dojść z kłapiącą pod nogą podeszwą. Wtenczas stała się dziwna rzecz. Jadwiga Strzeliska zerwała się z fotelu i wybiegła z pokoju; my zostaliśmy sami. Spojrzałem na Maryę; była zaczerwieniona i miała jakieś dziwne światła w oczach. Patrzała przed siebie. Pochyliłem ku jej ramieniu głowę: nie cofnęła się. Wówczas stało mi się coś takiego, jakby mnie obejmowała słodka śmierć... Głowa opadła mi na jej ramię, wziąłem jej ręce, podniosłem je do ust i pocałowałem końce palców jej obu rąk, stulone w moich rękach. Potem sam nie wiem, jak się to stało, objąłem ją lewem ramieniem i przyciągnąłem do piersi. Nie broniła się, tylko oddychała mocno i prędko. Pocałowałem ją w czoło i w kąt ust... W tej chwili weszła Strzeliska z zaczerwienionemi oczyma. Spojrzała na nas, zbladła, zawahała się trochę, a potem wzięła moją rękę i Maryi, złączyła z sobą i trzymała je tak chwilę.
Jakoś wstaliśmy i przeszli do sąsiedniego pokoju, w którym nie było lampy, tylko tyle światła, ile dawała lampa z salonu i księżyc. Marya usiadła na wielkim fotelu pani Strzeliskiej, ja obok niej na taborecie, Jadwiga na poduszkach podnóżnych na ziemi. Nie mówiliśmy nic. Objąłem Maryi ramiona ręką, jakby już była moją. Drugą rękę trzymałem na poręczy fotelu. Nagle uczułem, że Jadwiga przyciska mi usta do wielkiego palca, a potem powiedziała mi cicho: »Pan taki rozumny, a szuka pan daleko, nie widząc, co pan ma blizko siebie«. Udałem, że nic nie czułem, a nie wiem, co naprawdę myślała.
— Szczególna panna — rzekł Przerwic.
Przesiedzieliśmy tak do wpół do czwartej rano. Czułem, że już jestem na wieki Maryi oddany i że ona jest jakby moją... To była dziwna noc...
Potem byliśmy już tak, jakby narzeczeni, choć oprócz nas trojga nikt o tem nic nie wiedział. Jadwiga opiekowała się nami. Zeszło tak kilka tygodni, jak sen. Ale ostatecznie nic zupełnie wypowiedzianego między nami nie było. Ja bałem się poprostu. Wydawało mi się czemś tak niesłychanem, żebym ja się miał chcieć żenić i jeszcze z taką panną, jak Marya, młodą, śliczną, majętną.
I byłoby może wszystko tak przeszło, jak wizya senna, bo i Marya czyniła mi czasem takie wrażenie, jakby się lękała i żałowała. Jej się także to wszystko musiało wydawać czemś tak niespodzianem, odurzającem — i wiem, że tak było. Ale raz zaziębiłem się. Zdawało mi się, że będę miał tyfus. Myślałem, że może umrę, a choć żal mi było życia, teraz zwłaszcza, i choć śmierć jest dla mnie czemś okropnem, myślałem, że możebym i zgodził się tu umrzeć, przy niej. Podczas choroby umieszczono mnie w gościnnym domku w ogrodzie, żeby było ciszej i spokojniej i na wypadek choroby zaraźliwej bezpieczniej. Chory byłem tydzień.
Jadwiga przychodziła i siadywała przy mnie całemi godzinami. Marya przysyłała mi tylko kwiaty i pisywała do mnie. Tak słodko pisywała... Ona ma w sobie tyle jakiegoś dziecinnego czaru... Nie wiem, co mi właściwie było, jakaś gorączka. Gdy przyszedłem pierwszy raz znów do pałacu, blady i mizerny, zostaliśmy po kolacyi sami w jadalnym pokoju. Marya popatrzała na mnie smutno, a potem uśmiechnęła się i powiedziała, że jej się śniło, iż wyszła z pałacu i spotkała ludzi, którzy nieśli trumnę przez ogród w stronę domku, w którym ja byłem chory. Spytała się ich, dokąd idą i dla kogo ta trumna? Ci ludzie odpowiedzieli, że ja jestem bardzo chory i że dla mnie ją niosą. Wtedy poszła za nimi i weszła do mego pokoju. Zobaczyła, że ja leżę na wznak, z pochyloną w tył głową, z zamkniętemi oczyma, blady, prawie zielony. Koło łóżka był jej wuj, babka, Jadwiga i dużo nieznanych jej ludzi. Wszyscy popatrzeli na nią. Podeszła ku łóżku i pochyliła się nademną. Ja wtedy począłem oczy otwierać i poruszyłem się, jakbym się ożywiał pod wpływem jej oddechu... Tak to doskonale pamiętam, powtarzam wam zupełnie dosłownie, co mówiła. Wziąłem ją za ręce i powiedziałem jej: może tak naprawdę będę umierał i może mię pani naprawdę ożywi — ale równocześnie zrobiło mi się dziwnie smutno i jakiś mróz mnie przeszedł. W tej chwili weszła do pokoju Jadwiga, spojrzała na nas, patrzała długo i powiedziała nam: »Kochacie się, to się pobierzcie« — i wyszła.
Ścisnąłem silniej ręce Maryi i spytałem jej się: »Czy chcesz, żebym cię wziął?« A ona jakoś opadła ciałem ku mnie i odszepnęła mi: »Weź mię...«
Rdzawicz umilkł, głos mu się zerwał w gardle, poczęło go dławić łkanie. Przerwic siedział ze spuszczoną głową. Tężel zaciskał oczy pięściami. Potem Rdzawicz, jakby musiał mówić, znów począł opowiadać:
To były nasze zaręczyny. Pierścionków nie zamienialiśmy. Na razie postanowiliśmy zachowywać tajemnicę. Ale było nam to zatrudno. Jadwiga opowiedziała ojcu i babce. Oboje zdziwili się bardzo i jakby przelękli, ale nic nie mieli przeciwko temu. Radzili tylko, żeby poczekać, aż sam dojdę do jakichś stałych dochodów, żeby nie mówiono, że się dla majątku żenię. Marya ma przeszło czterdzieści tysięcy rubli posagu; dla mnie to jest dużo. Ja sam nie chciałem inaczej. Z początku wydawało nam się wszystko takie łatwe, takie słoneczne. A we mnie istotnie coś się przerodziło czy odrodziło. Znajomi, gdy przyjechałem do Warszawy, dziwili się, co się ze mną stało? Ja sam czułem, że mi jakieś inne serce w piersiach bije, że jestem jakiś lepszy, jasny, szlachetniejszy jakiś i pogodniejszy dla świata... Miewałem takie cudowne chwile. Pamiętam raz w teatrze taka była śliczna, taka śliczna. Siedziałem za nią. Śmiała się na głos i otwierała usteczka i świeciła ząbkami. Cała była różowa i uśmiechnięta, taka jasna, taka złota, taka moja!... Wszyscy na nas patrzeli. Widziała to i pochylała się w tył ku mnie tak, że mnie prawie muskała loczkami po czole. Kokietowała mną ludzi i śmialiśmy się z tego oboje. Taka była moja własna... A drugi raz, także w teatrze, ja siedziałem w krzesłach, bo w loży nie było miejsca. Była jakaś niezdrowa, bledziutka. Oparła główkę o filar i przymknęła oczy. Była tak cudna... Tak mi się rwało do niej serce... Ja nie wiem dlaczego, może to jest źle, może nawet w tym razie podle, muszę jednak to mówić.
Otóż raz, jeszcze dawno, jeszcze w Kłężu, była między nami scena. Byłem świeżo po chorobie, szalenie rozdrażniony, nie kupili mi rzeźby na wystawie, portret pani Strzeliskiej mi nie szedł, coś złego mię opętało. Marya zrobiła mi tego dnia ogromną przykrość, gdyż swoim kuzynom Leszczyckim, którzy przyjechali do Kłęża, a o niczem nie wiedzieli, nie przedstawiła mię, jako swego narzeczonego, skutkiem czego nie uczynił tego i pan Strzeliski; babka była słaba i nie wyszła z pokoju. Miałem wielki żal do Maryi, choć tłómaczyła się, że to jeszcze nieoficyalne, więc że dlatego, że zresztą może napisać do Leszczyckich, jeżeli mi na tem zależy. Ale ja byłem zły i nie chciałem z nią mówić. Poszedłem do siebie. Wieczorem już ktoś puka i wchodzi Marya, czego nigdy nie bywało, blada i zmieszana i zaczyna mi znów tłómaczyć. Ja nie chcę o niczem słyszeć i mówię jej, że nie zależałoby mi na takich rzeczach, gdybym mógł być przez jej rodzinę chętnie widzianym, ale przecież wie, że tak być nie może. Byłem tak rozdrażniony, żem się uniósł. Wtenczas zrobiłem okropne barbarzyństwo, rzecz, której sobie do końca życia, cokolwiek będzie, nie wybaczę. Marya uklękła przedemną, złożyła ręce, spojrzała na mnie tak dziwnie i rzewnie i powiedziała tak jakoś prosząco: »mały!« — bo ona mnie tak czasem nazywała, a ja jej na to odpowiedziałem: »Niech pani wstanie, bo to na mnie żadnego wrażenia nie robi...«
— I cóż? zemdlała, czy trzasnęła ci drzwiami pod nosem i wyszła? — spytał Przerwic.
— Nie, wstała i wypiła szklankę wody.
— Tak? — rzekł Przerwic bardzo zdziwionym głosem.
Rdzawicz mówił dalej:
— Wyszła. Myślałem, że sobie w łeb palnę, że wszystko już skończone. Rzuciłem się na łóżko i zacząłem tarzać po niem, myślałem, że konwulsyj dostanę, albo że mi się coś w mózgu skruszy i spali. Do krwi sobie palce pogryzłem. Ale w pół godziny później dostałem od niej karteczkę, na której było napisane: »Jeżeli nie gniewa, to przyjdzie...« Za chwilę całowałem ją po rękach i nogach i byłbym jej duszę dał... A teraz, cóż jest przedemną? Mam takie uczucie, jakby przede mną stała śmierć.
Tężel wzdrygnął się na krześle, Przerwic zaś rzekł:
— Musisz wyjechać.
— Wyjechać? — odparł Rdzawicz. — Po co? i dokąd? Cóż to pomoże?
— Zobaczysz, jak wyjedziesz.
— Kiedy ja nie chcę żyć.
Przerwic ujął Rdzawicza za obie ręce i mówił:
— Mój drogi, mój drogi, życie bywa straszne, śmiertelnie ciężkie, ja to wiem tak dobrze, jak ty, ale znosi się więcej, niż się myśli, że się zniesie, to także wiem. Teraz nie chcesz żyć, rozumiem cię, ale nie będziesz chciał umrzeć, bądź pewny. Nie masz pieniędzy, dam ci je i wyjedziesz.
Rdzawicz wzruszył ramionami, Przerwic zaś mówił dalej:
— Wszystko obmyśliłem: ty nie masz pieniędzy, pan Tężel nie ma ich także, ja mógłbym ci dać teraz najwyżej jakieś dwieście, trzysta rubli, a to jest nic. Pożyczę dla ciebie dwa tysiące od Stosławskiego. On nawet nie będzie wiedział, komu je daje; pożyczę tak, jakbym je brał dla siebie. Oddasz mu, kiedy będziesz miał, albo poprostu odrzeźbisz. Mówił mi nawet, że chętnieby u ciebie co zamówił. Pieniądze będziesz miał jutro i pojedziesz.
W tej chwili Przerwic cofnął się w tył, albowiem Rdzawicz porwał się nagle z kanapy, chwycił za krzesło i rzucił niem z ogromnym rozmachem: Anioł życia, ugodzony w pierś, runął z łoskotem na podłogę i rozbił się w kawałki.
— Coś ty uczynił, Romek! — krzyknął, podnosząc ręce Tężel.

— Co widzisz — odparł Rdzawicz.




Tężel odebrał następującą kartkę:

»Palermo, 3 sierpnia 1894 r.

List Twój mnie doszedł. Domyślam się, że adres mój musiał Przerwicowi ktoś z Polaków stąd posłać. Nie pytasz mię o nic. Widzisz, żyję. Zatem nie kochałem jej, bo gdybym kochał, nie żyłbym. Ludzie, którzy naprawdę kochają, nie żyją po śmierci tych, których kochali. A przecież Marya dla mnie umarła.
Żyję, jestem, będę żył. Przerwic miał racyę: nie chciałem żyć, a nie chcę umrzeć. Więc żyję, żyć będę. Słońce na mnie świeci tak, jak i na wszystkich innych — dlaczego nie mam żyć? Ciepło mi jest i widno. Jeśli chcesz, to pisuj.

Twój
Roman Rdzawicz«.


»Palermo, 18 sierpnia 1894 r.

Drugą Twoją kartkę odebrałem. Żyję. Przerwic miał racyę«.

»Neapol, 27 sierpnia 1894 r.

Mój drogi! Nie kochałem jej. Gdybym był kochał, nie żyłbym. Ona musiała mieć słuszność — musieliśmy się łudzić. Ale jeżeli nie kochałem, dlaczego mi tak jest?
Mam ciągle uczucie, że mam przed sobą przepaść. Wydaje mi się, jakbym miał poza sobą jakiś las, jakiś bór straszny, ciemny, nieprzejrzany, w który się patrzeć boję, aby mi się oczy w nim nie obłąkały.
Co ja przeszedłem.
Wyleciałem od Was, jak waryat. Nie wiem nawet, gdziem był. Jechałem i jechałem. Byle dalej, byle dalej... I po co? Nie zostawia się myśli po budkach dróżniczych.
Nie mogę więcej pisać«.

»Sorrento, 8 września 1894.

Dziwnie tu jest cicho. Nie mogłem już wytrzymać w Neapolu.
W tej chwili siedzę przed otwartem oknem i patrzę. Niebo jest bardzo ciemne, a na niem pełno gwiazd. Góry mi się majaczą. Cicho jest i powietrze pachnie.
Pusto zupełnie. Wszyscy śpią. Chodziłem długo koło hotelu.
O tej porze gdzieś w ogrodzie kłężyckim, czy gdziekolwiek indziej, mogłem był tak samo chodzić z nią, z Maryą, z moją Maryą...
Nazywam ją moją, choć już wiem, że nią nie jest i nigdy nie będzie. Długo, długo nie mogłem w to uwierzyć, nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Pomyśl, przez tyle miesięcy ja mogłem o niej mówić: moja... Ja dopiero teraz wiem, co to jest stracić kobietę, czuć ją swoją, należną do siebie... I stracić... Wiesz — myśl, co chcesz, mimo, że Marya odtrąciła mnie w taki sposób, że człowiek naprawdę dumny byłby tego nigdy nie uczynił — ja pisałem do niej.
Napisałem jej, że mnie ma u nóg swoich, że jestem gotów na wszystko dla niej, że jeśli jej rodzinie wadzi mój artyzm, przysięgam, że więcej dłuta do ręki nie wezmę; że jeśli chodzi o to, że nie mam majątku, do fabryki pójdę za robotnika, a zrobię majątek... Czego ja nie napisałem! List zwróciła mi jej ciotka, odpisując, że Marya jest chora, i ona, nie znając mego pisma, otwarła list, za co przeprasza i prosi, upoważniona do tego przez Maryę, abym więcej nie pisywał, gdyż listy nie będą wcale otwierane. Od siebie zaś dziękuje mi naprzód za zastosowanie się do tego życzenia.
Myślałem, że oszaleję!
Czy ty możesz to odczuć, co ja odczułem! Marya, moja najdroższa, moja jedyna na świecie Marya, ta kobieta, która mi mało tysiąc razy powiedziała: jestem twoją, jest chora i ja nie mogę nawet wiedzieć, co jej jest?! Z dnia na dzień utracić prawo do wiedzenia o tem, co ktoś, kto był moją własnością i którego własnością ja się czułem: robi, co się z nim dzieje? Pierwszy lepszy obcy człowiek, pierwszy lepszy z tych jej salonowych adoratorów mógł się dowiedzieć o jej zdrowiu, a ja, ja, co jej ręce i nogi całowałem, ja, cobym za nią krew serdeczną dał i świat dał cały, ja nie mogłem nawet spytać, jak jej jest?!... I pomyśleć, że pierwszy lepszy obcy człowiek, o którym ona nigdy nie myśli i nigdy myśleć nie będzie, może z nią rozmawiać, może jej kwiaty dać, może ją w tańcu wpół objąć — a ja nie, a ja nie!... Piekło jest we mnie i śmierć, gdy o tem myślę; zdaje mi się, że mi się załamuje mózg i że mi coś w nim pęka i w dół opada.
I ta obca, zimna, twarda ręka, która się między nas wsunęła! Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, już ma prawo ktoś wchodzić między nas, już krewni bliżsi jej są na nowo, niż ja, ja, com był jej narzeczonym i miał być jej mężem... I to ona, ona sama daje to prawo!...
Teraz jest u was jeszcze ciepło. Ona tam konno, jeśli jest już zdrowa, jeździ na wsi lub w Warszawie na wyścigach w loży siedzi. Widzę ją i ten tłum, co ją otacza. Cóż ci ludzie mają za prawo do niej wobec mnie, wobec mnie, któremu ona dobrowolnie przysięgła, że mnie nie opuści nigdy aż do śmierci, jak ja jej przysiągłem?! I mnie, mnie teraz, gdybym tam był, nie byłoby wolno zbliżyć się do niej! Gdybym się ukłonił, możeby się nie odkłoniła — mnie, który mogłem jej ręce brać i na szyi sobie zaplatać i który mogłem jej główkę na piersi sobie opierać i czuć ją moją, moją, całą moją, całą tylko do mnie należną... Widzę ją, jak się uśmiecha, jak rozmawia, jak czaruje ludzi... Czy ona myśli jeszcze kiedy o mnie? Nie, nie może nie myśleć. Takiej przeszłości, takich chwil się nie zapomina... Księżyc wychodzi nad góry i jest tak cicho, tak cicho... Gdybym tu z nią był! Chodzilibyśmy po tem wybrzeżu, ona mi na ramieniu oparta, w półbym ją objął i za rękę trzymał. Chodzilibyśmy i nie mówili nic. Sercaby nam biły tylko i mówiły z sobą. Wszakże tak mogło być...
Czuję ją tu przy sobie... Włosy mi jej pachną. Widzę jej oczy, te cudne ciemno­‑szafirowe oczy o blasku złocistym. Słyszę jej głos. I pomyśleć, że nigdy, nigdy ona nie będzie moją, nigdy, nigdy, nigdy...
I żyć?...«

»Capri, 19 września 1894 r.

Czy ty pamiętasz ten sonet Przerwica:

Wszystko więc przeszło, wszystko przeminęło
I nigdy, nigdy, nigdy nie powstanie...
Wszystko w grobowe runęło otchłanie,
Na wieki wieków, na wieczność runęło...

Milczące, ciche, straszne śmierci dzieło...
Niczemże szczęście? Niczemże kochanie?
Niczem ból?... Niczem!... W głuchym oceanie
Ileż okrętów bez śladu zginęło!


Trzy siostry były, trzy siostry, jak Psyche
Przeczyste, jasne, trwożliwe i ciche:
Wiara, Nadzieja, Miłość — ich imiona.

Z tych dwie umarły, a trzecia nad niemi
W niemej boleści, z rękom a zwisłemi,
Miłość, stanęła, jak słup odrętwiona...

Wiesz, kiedy ten sonet był napisany? Chodząc nad morzem, długo go sobie powtarzałem wczoraj w myśli i półgłosem.
To jednak są ogromne dane być poetą. Przerwic wydał swój cykl »Umarłej« i tymi sonetami ożywił swoją umarłą. A cóż ja mogę zrobić? Jakże jej wypowiem mój ból, mój żal, moją rozpacz i moją miłość i moją śmierć bez niej — kamieniem?..«

»Rzym, 30 września.

Uciekłem z Capri. Błąkam się tu po Watykanie i Kapitolu. Jezus Marya, co za marmury! Ale patrzę na nie, jak błędny.
Wszedłem tu kiedyś do jakiegoś kościoła; nie wiem, jak się nazywa. Był zmrok. Tylko przed Chrystusem na krzyżu w bocznej nawie paliła się lampa. Doznałem dziwnego uczucia — coś mi poprostu zmieniło serce w łzę. Wydało mi się, że ten kościół ciosowy w niebo gdzieś rośnie i że to jakby moja dusza go stawia i wznosi, wznosi coraz wyżej, w otchłań wysokości. Miałem wrażenie, że się te ściany walą nademną gdzieś z pod nieba, z pod firmamentu w dół.
Stałem tam naprzeciw Chrystusa na krzyżu i myślałem, że mi serce pęknie, że w tym kościele trupem padnę.
Ludzie śpiewali jakąś pieśń nabożną. Był to niewielki chór przed jednym z ołtarzów. Chór ten szedł w strop kościoła, w falującą tam woń kadzidła, w dym i ciemność. Było w tym śpiewie tyle prośby, tyle wiary i tyle nadziei... Ja tylko jeden, osobno, na boku, o jakiś zimny, marmurowy filar oparty, bez żadnej wiary, bez żadnej nadziei, nie miałem o co prosić... To jedno, o cobym prosił, tego żaden Bóg nie spełni. Wszystko na ziemi i niebie zasłoniła mi jedna kobieta. Aż w końcu, kiedy poczęto śpiewać jakąś pieśń, podobną do naszego »Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny« i wszyscy uklękli, ukląkłem i ja, a raczej upadłem na kolana, nie z pokory, nie z czci, ale żem już ciężaru bólu utrzymać na sobie nie mógł, że mi się zdawało, że jeżeli się pod nim nie ugnę, to on mię złamie i zgniecie. Głowa pochylała mi się coraz bardziej, bardziej, aż na jakiś próg kamienny upadłem czołem — a ten kościół olbrzymi ciosowy walił się ponademną z pod nieba, ze swoim mrokiem, głuszą, dymem kadzideł, śpiewem i Chrystusem rozpiętym na krzyżu, który milczał nademną, jak noc...«

»Rzym, 5 października.

Nie wytrwam, w łeb sobie strzelę. Co ja cierpię, jak ja się męczę, nie może nikt sobie wyobrazić. Myślałem, że zwaryuję dzisiejszej nocy — i czemużem nie zwaryował?!
Wszedłem wczoraj do sklepu po cygara. Czułem się wogóle bardzo zmęczony i dosyć spokojny. Nieszczęście chciało, żem spojrzał na ścianę. Wisiało tam ogłoszenie jakiejś kawy, którą w filiżance podawała dziewczyna. Różowa była, miała ciemno­‑szafirowe oczy i blond włosy, pełne piersi i pełne biodra w przegięciu, z głową nieco w tył odwróconą. Wzdrygnąłem się, jakby mię ktoś w serce pchnął — ta malowana dziewczyna z anonsu tak mi ruchem przypomniała wszystko... Ileż razy Marya tak stanąwszy w chodzie, przechylała w tył główkę ku mnie, gdym do niej się ozwał i odwracała się nieco! Stała tak i słuchała, oprawna w swoje przepyszne biodra. Lubiła mnie tak słuchać, a gdym mówić przestawał, powtarzała: mów jeszcze...
Czy ty wiesz, co to jest mieć swoją kobietę? Jak się jej jest ot wprost wdzięcznym za to, że jest, że się urodziła. Wszędzie, zawsze robisz jej przy sobie miejsce, nie możesz sobie siebie bez niej pomyśleć. Rano widzisz obok siebie jej różową twarzyczkę, z półotwartemi usteczkami, z zamkniętemi oczętami, z czemś dziecinnem i kociem i anielskiem w sennym wyrazie. Wzięłoby się ją w ręce, na obu policzkach położyło dłonie, podniosło trochę główkę i przygniotło lekko twarz, żeby się usta wysunęły nieco, jakby się kielich kwiatu ku tobie rozchylał... W takiej chwili kobieta musi się stawać czem upragnionem do śmierci, a zarazem takiem świętem, taką łaską, zesłaną ci z nieba, takiem bogactwem nadziemskiem, takim darem Bożym niezmiernym... Oto jej potem nóżki w ręce bierzesz i całujesz i duszę byś swoją w te nóżki wtopił przez usta i oddałbyś tym nóżkom, tym dwom małym białoróżanym stopkom i tym paluszkom drobnym życie swoje, wszystko, coś miał i mieć możesz...
I ja to wszystko, wszystko mieć mogłem, byłem tak blizki tego... Ach, mój drogi, kula w łeb, czy to nie najlepszy koniec tej męki?...
Przerwałem list. Jest teraz wieczór. Cicho się robi. O takiej porze raz chodziliśmy po ogrodzie. Oparła mi głowę na ramieniu i nic nie mówiła. A potem powiedziała mi to, co mi nieraz potem powtórzyła: lękam się tylko o twoje szczęście; bylebyś ty był szczęśliwy będę szczęśliwa... Ja tego dnia rano pytałem jej się, czy się nie boi życia ze mną, czy nie lęka się, że może zrozumieć, iż mogłaby z kimś innym...«

»Wenecya, 15 października.

Jak ja tęsknię, jak ja straszliwie tęsknię! Całymi dniami pływam w gondoli i zdaje mi się, że życie ucieka ze mnie za każdym jej ruchem. Gondolierowie zauważyli, że mi coś jest: wożą mnie, nie mówiąc do mnie nic, nic nie objaśniając. Cicho, w nocy, płynę nieraz po tem cmentarnem mieście, w tej głuchej pustyni murów, a wewnątrz mi coś wyje, coś tarza się z bólu. Godzina za godziną mija, płyniemy tak milczący, zdaje mi się, że on trupa mego wiezie, ten gondolier, że ciało moje umarło, a dusza odejść nie może od ziemi i kona z rozpaczy i nie może umrzeć, ani wrócić do ciała, aby żyć...
Nie zwiedzam nic, nie obchodzi mię nic. Błąkam się po mieście całymi dniami. Pojadę stąd, ale jeszcze nie wiem dokąd. Gdybym nie był podłym tchórzem wiedziałbym dokąd iść. A jednak jedna dziewczyna przepowiedziała mi, że nie umrę normalną śmiercią. Umarła sama i nie przekonała się. Dziwna jest melancholia w jej pamięci dla mnie przez tę jej wróżbę i przez tę śmierć, nim się wróżba spełniła. Prawda, jaką wszystko, co umrze, ma w sobie spokojną melancholię, jaki cichy smutek jest w rzeczach umarłych? Ciekawym, czy Tobie przychodzą kiedy podobne myśli? Ja nieraz, zamknąwszy oczy, czytam moje własne klepsydry:

Roman Rdzawicz,
artysta rzeźbiarz,
urodzony w 1868 roku — um...«


»Wenecya, 26 października.

Byłem dziś na Lido. Jedzie się małym statkiem, zwanym vaporetto, z Riva degli Schiavoni, koło dwudziestu minut może. Na Lido masz pierwsze konie w Wenecyi, pola orne i jakieś plantacye. Poszedłem nad morze na brzeg i położyłem się na piasku. Za sobą miałem zielony wał, trawą porosły, za nim aleję drzewną; przed sobą morze i na niem daleko okręty. Morze szumiało, szło i szło pod brzeg. Zapatrzyłem się w to niebo włoskie, zasłuchałem w ten szum i doznałem dziwnego wrażenia, jakiegom nigdy przedtem nie doznawał. Piszę ci o niem dlatego właśnie. Oto wydało mi się, że może wszystko to, com przeżył, to jest sen, jakieś fantastyczne marzenie. Naprzód zaczęło mi się wydawać, że snem jest to, com przeszedł z Maryą; potem powoli wszystko, całe moje życie. Kto wie — myślałem — czy ja byłem kiedykolwiek gdzieindziej, czy ja nie jestem tutejszy, czy ja nie mieszkam tu zawsze? takem się wtopił, wsiąkł w to morze i niebo, żem się o to prawie mógł pytać. Wszystko zatem jest nieprawdą, wstanę, otrząsnę się z tego, co mi się tu na tym piasku marzyło, jak ze snu, i zacznę żyć po dawnemu, tem życiem, któregom na chwilę zapomniał, a które mi się znów po fantasmagoryach wyobraźni wraca. Ale potem już i to wrażenie straciłem; poczęło mi się wydawać, że ja może jestem wprost jakąś częścią tego pejzażu, może drzewem, czy kamieniem, któremu się śniło, że się urodził w Topieli, stracił ojca i matkę, wziął trzy konkursy, był w Monachium, łajdaczył się, nakoniec był narzeczonym... Dziwna myśl, prawda?
Był narzeczonym... Nie jestem już nim. Nie mam już narzeczonej. Jak ja sobie przypomnę, że ona mówiła mi: mój narzeczony — i o mnie mówiła: mój narzeczony; że budziła się z tą myślą i zasypiała z nią, bo tak było, wiem, że tak było, cokolwiek jest dzisiaj... Jak sobie to pomyślę — ach, Tężel, Tężel, nie mam już sił...
Jej musi mnie braknąć, nie może być inaczej. Musi i jej być pusto; tyle czasu mogła myśleć o kimś tak, jak się myśli o swoim narzeczonym. Przecież byłem nim z jej wolą, może więcej przez nią, niż przez siebie. Musiała się przyzwyczaić do tej myśli, tak jak ja się przyzwyczaiłem, musi mnie szukać w myśli, jak ja jej szukam. Prawda, zapominam, że ja ją kocham, a ona mnie nie...
Wiesz Ty, co to jest tęsknota? Kiedym tam nad morzem leżał, a już przestał marzyć jak dziecko i oprzytomniał: myślałem, że mi piersi pękną. Cóż jest, cóż się stało?! Czemuż jestem tu w jakiemś zupełnie obcem mi miejscu, nad morzem? U nas niema morza, niema tych wierzb srebrzystych, ani tych kwiatów — dlaczegoż ja tu jestem, po co? Czemu nie jestem w kraju razem z wami wszystkimi, razem z Maryą? Czemu jestem tu sam jeden pośród obcych, gdzie nikogo nie znam, gdzie nikt mnie nie zna? Dlaczego nie wiem, co Marya w tej chwili robi, gdzie jest? Dlaczego rzuciłem moją pracownię, moją robotę? Dlaczego włóczę się po tym cudzym świecie, bez celu, bez potrzeby? Co to jest, co się stało?
Tężel, ja się muszę skarżyć. Patrz na mnie, jak na dziecko, jednak będę się skarżył. Nadto mię boli. Mój ból jest jak sztylet sztuczny, który się rozszerza w ranie. Ci ludzie, którzy koło mnie chodzą, patrzą na mnie obojętnie; dlaczego ci przeklęci ludzie nie wiedzą, co we mnie jest! Powinni mi się rozstępować, powinni przy mnie mówić cicho, powinni mieć wszędzie i zawsze wzgląd dla mnie dlatego, że jestem nieszczęśliwy. A oni nie wiedzą nic, nic! Łażą, wrzeszczą, śmieją się, jakby w człowieku, który koło nich przechodzi, nie konało coś, jakbym nie niósł w sobie pomiędzy nich śmierci...

27-go.

Od rana samego jestem dziś jak z krzyża zdjęty. Łzy, wbrew woli mojej, rzucają mi się z oczu z taką siłą, jakby się nagle krater wulkanu otworzył i długo tłumioną lawę wyrzucał. Nie chcę żyć, nie mogę...
Coś dziwnego dzieje się we mnie. Ja już nie wiem prawie, kogo kochałem i kogom stracił — czuję tylko taką ogromną, szaloną potrzebę kochania. Ręce mi się wyciągają same, przy mojej piersi musi być coś, co się da owinąć ramionami, przycisnąć, spoić ze mną. Nagromadził się we mnie olbrzymi materyał miłości, nagle pozostałem z tą rozszalałą kochaniem duszą i rozszalałymi kochaniem zmysłami, sam — nie mam kogo kochać, nie mam komu mówić: kocham, kocham; nie mam czyich rąk do ust przyciskać, nie mam w czyje oczy patrzeć, czyjego głosu słuchać, czyjego oddechu chwytać i wciągać, w czyje usta się choć w myśli wgryzać. Zostałem tak, jak rozpędzony koń, któremu się nagle z pod nóg ziemia urwała i zawisł w locie nad otchłanią. Musi lecieć, a nie ma gdzie.
Z olbrzymiego mego uczucia ja nic nie wydaję: żal i tęsknota nie są kochaniem. Ja potrzebuję tarzać się w miłości, wklęsnąć w nią, wryć się w nią i przepaść w niej. Chcę kochać, chcę mówić o tem, chcę wylewać z siebie ten rozhukany ocean uczucia, inaczej pierś mi rozsadzi!
Była kiedy jaka Marya? Nie wiem i nie dbam o to. Wiem, żem się rozkochał, że każda we mnie kostka, każdy nerw, każda kropelka krwi jest kochaniem, że muszę ten nagromadzony olbrzymi materyał wydać z siebie, gdyż inaczej zabije mię, jak wrząca woda rozrywa zalutowane naczynie.
Wyciągają mi się ręce ku wszystkiemu, ku kobietom, które widzę z okna, ku niebu, ku drzewom w niedalekim mi ogrodzie, ku słońcu, ku blaskowi, ku morzu. Chciałbym objąć, objąć, objąć, cisnąć ku sobie, stapiać się z czemś innem w jedno. Czuję poprostu ból w ramionach od daremnego pragnienia, objęcia, jakiś dziwny ból na piersiach, na których niema nic, coby się w nie wgnieść chciało... Nie mogę już dłużej pisać, krew mi głowę rozsadza.
Biegałem przez kilka godzin, jak szalony, po mieście. Musiałem się wstrzymywać, aby się nie rzucić ku pierwszej lepszej kobiecie, nie paść jej do nóg i nie krzyczeć jej: kocham cię! kocham cię!
Porwałem wieczorem do gondoli jakąś Włoszkę, nie wiem nawet dobrze, jak wyglądała. Całowałem ją po końcach palców, po nogach, po bucikach, myślałem, że ją spalę oddechem, zduszę, że się z nią zmieszam w jakąś jedną płonącą masę, jak dwa metale stopione w ogniu. Szeptałem jej: amo! amo! jakby ta spotkana dziewczyna była moją kochanką, lub młodą żoną. Z początku uśmiechała się, a potem i ona zaczęła ulegać i drżeć.
A teraz ogarnia mię taki żal, głęboki, wielki, taki żal i siebie i Maryi. Wszakże to moje uczucie, ta moja potrzeba kochania, powinna była być naszą wspólną własnością. Ja powinienem ją potrzebować kochać, ona powinna czuć we mnie tę potrzebę. Czy ona może pojąć, co ona traci, ile traci?! A ja czyż nie powinienem był jej stóp tak całować, jej mówić: kocham cię, jej u nóg leżeć i zamieniać się cały w jedno wielkie, jak świat, pragnienie kochania...«

»Nicea, 8 listopada 1894 r.

Jestem tu od tygodnia. Złoto się tu toczy przez kobiety, a kobiety toczą się przez złoto. Wydaje mi się czasem, że dukaty przybierają okrągłe kształty kobiet, a kobiety złotą barwę dukatów. Gram — dotąd wygrywam, ale bardzo niewiele.
Topię się w morzu i w wirze szalonego życia, jakie się tu prowadzi. Ha! Niech to wszystko piorun trzaśnie! Mamże konać przed śmiercią dlatego, że mnie jedna panna porzuciła? Dość już tej męki! Wypaliło się we mnie wszystko, zamieniło w popiół i proch. Pisałem ci listy. Listy moje nie były nawet odbiciem tego, co się działo we mnie. Dusza mi się zamieniła w jałowy step, w step po pożarze. Nie odżyję już, wiem o tem, ale już i nie mam na to sił, aby cierpieć. Albo sobie w łeb palnąć, albo żyć!
Tak jest, żyć! Przed godziną może rozstałem się z przepyszną Włoszką, Emmą Loccatelli, potem grałem. Wygrałem dwieście franków. Jutro jadę z Emmą do Mentony. Ma wspaniałe krucze włosy i ciało jak marmur praksytelesowski. Vogué la galère!
Nie będę już tem, czem być miałem, ale chcę żyć, pókim się jeszcze w błoto nie zamienił. Cóż są ludzie? Chodzące trupy. Walka ze śmiercią, ze zniszczeniem organizmu za każdem poruszeniem szczęk, za każdym oddechem — oto życie. W każdym włosie masz zaród trupi, każdym krokiem niweczysz w sobie siłę żywotną. Wszystko jest tylko chwilowym i daremnym oporem przeciw śmierci. Umieramy ciągle, od chwili poczęcia poczynamy umierać, śmierć jest tylko ostatnim momentem całożyciowego konania. Ach! Zapomnieć o tem, przekląć tę nędzną obmierzłą dolę — — i żyć!
Cóż mi z tego przyszło, żem jednej kobiecie pod stopy rzucił talent mój, imię moje, pragnienia moje i marzenia moje, siły moje, duszę moją, życie moje, mózg i krew?! Cóż mi z tego przyszło? Zabawiła się mną i rzuciła mnie, jak śmieć!
A może, może i mnie się naprawdę zdawało, że ją kocham? Może ona miała słuszność, pisząc, żeśmy się łudzili? Może i lepiej się stało, że nie będziemy swoi, że zerwała ze mną? A zresztą czemże jest kobieta? Czy to nie jest taki sam żywy trup, jak my? Czuje się śmierć w tem rozkosznem ciele, każda kosteczka, którą czujesz w tej miękkiej formie, to szkielet. Te oczy, które ci swojem spojrzeniem zamieniają życie w raj lub piekło, patrzą na ciebie z oczodołów trupiej czaszki!
Ach! Gdyby kobiety mogły mieć wewnątrz, tam, pod skórą i tłuszczem, marmur!
Tymczasem jednak trzeba ich używać takiemi, jak są. Używać! Tarzać się w nich! Byle więcej! Byle więcej! I ja dla jednej polskiej, chciwej wrażeń i rozgłosu, a wewnątrz zimnej i pustej kokietki, mam sobie wiązać życie? Bo czemże ja byłem dla niej? Parą rękawiczek, które zsunęła z rąk, gdy jej się sprzykrzyły. Może mój następca nie będzie taki głupi, jak ja, którym jej zaraz cały do nóg grzmotnął, jak most — — idź i depcz — i przejdź i odejdź!...«

»Nicea, 17 listopada.

Spotkałem dziś pierwszy raz od wyjazdu znajome twarze. Pamiętasz Ty te dwie panny, cotośmy je widywali, będąc jednej zimy w Krakowie, blondyny, starsza wyższa ze zwalistemi plecami, jak służąca i za długim nosem, młodsza ordynarnie czerwona z nosem perkatym? Chodziły z nizką niemłodą Francuzką w jasno granatowych żakiecikach do figury. Zawsześmy się im dziwili, że mają, jakeś Ty mówił, takie »płaskomyślne enfasy«. Siedziały w Café de la Régence z matką i jakimś młodym człowiekiem i rozmawiały po polsku, ale jakem usiadł przy stoliku, zaczęły zaraz mówić po francusku, zapominając, że już gdzie, jak gdzie, ale we Francyi to nie jest żadna »dystynkcya«. Starsza poszła za mąż, za tego młodego człowieka, który był z niemi. Przypatrywałem się im i żal mi go było, bo żona dawała mu każdem słowem, każdym ruchem, każdem spojrzeniem poznać, że robi mu ogromną łaskę, że się pozwala kochać. Jeżeli mu ona urządza taką samą »królewnę«, jak są w cztery oczy, to mu winszuję. Czasby już był, żeby ktoś już raz tym polskim »królewnom«, »królewiątkom« i »ołtarzom« porządnie kurtę skroił i na właściwem miejscu je posadził i żeby im ludzie przestali podbijać bębenka. Cóż to za nadzwyczajny przymiot rybi, że ma rybią krew, skoro jest rybą? Kiedy patrzałem na ten chłód, na tę etykietalność tej kobiety wobec męża, przypomniało mi to żywo Maryę, która swoim chłodem i sztywnością wobec ludzi do rozpaczy mnie czasem doprowadzała. Bo ja, może w mojej artystycznej naiwności, jakkolwiek nie lubię, kiedy kto buduar do salonu wnosi, nie widziałem znów powodu, żebyśmy, narzeczeni, mieli być ze sobą tak, jak przeciętni znajomi ludzie. Ale kiedyśmy zostawali sami, Marya zmieniła się w mgnieniu oka w najpieszczotliwsze, najswobodniejsze i najswawolniejsze dziecko. Ona się sama upajała dźwiękiem zdrobnianych pieszczotliwych słów, frazesami uczucia. Ja to doskonale widziałem, tylko że byłem pewny, że pod tem wszystkiem jest grunt i prawda... Przeskok bywał tak nagły, że wprost uwierzyć mi trudno nieraz było, że to ta sama kobieta, która o sobie mówi bobo, a do mnie, ti, wyrazy wymawia jak dziecko i tuli się do mnie, jak dziecko: była przed chwilą tą chłodną, salonową, słynną z piękności i dystynkcyi panną Maryą Tyżwiecką; że ta sama kobieta, która mi przy ludziach etykietalnie podaje rękę: opiera mi głowę na piersiach, mogła klęknąć przedemną... A jej listy, te szalone swoją pieszczotliwością i uniesieniami listy... Któż z jej znajomych, pośród których ma opinię bardzo nieprzystępnej, uwierzyłby, że ona takie listy pisać może, że ona tak mogła czuć... Ja nieraz musiałem sam sobie powtarzać, że to jest panna Marya Tyżwiecka, ta sama, w której się pół Warszawy kocha, która króluje na wszystkich balach i za której jeden uśmiech ludzieby karku nadstawiali, a nie jakieś moje, znalezione gdzieś w puszczy dziewczątko, które żywego człowieka oprócz mnie nie widziało i które się łasi koło mnie, jak kot i w oczy mi patrzy, czy mi się podoba, ta królowa balów! Dziś rozumiem to bardzo dobrze: łasiła się nie koło mnie, tylko koło samej siebie. Nie byłem dla niej niczem innem, tylko czemś, przez co mogła się z własną swoją pieszczotą i pieszczotliwością pieścić. Zdaję sobie zupełnie sprawę, że kiedy mówiła: kocham, to dlatego, żeby to słowo powiedzieć, a nie dlatego, żeby je powiedzieć mnie. Pojmuję, że kiedy słuchała z jakimś upajająco słodkim uśmiechem, kiedym ja do niej mówił, to dlatego, że to były słowa zakochanego człowieka, ale nie dlatego, że były moje. Kiedym jej ręce całował, garnęła się nie do mnie, ale do mężczyzny, który kocha. Uklękła nie przedemną, ale przed własną wyobraźnią, przed samą sobą. Dlatego nie zemdlała i nie zerwała ze mną po tem, com jej powiedział. Ja jej nie obraziłem, ja nie byłem sobą, byłem tylko sprzętem, który uosabiał jej wyobraźnię. Ona nie pisywała do mnie — pisywała do siebie, dla siebie. Przez cały czas naszego stosunku, od pierwszej chwili, byłem reprezentantem siebie samego, reprezentantem człowieka, który kocha i którego się kocha, ale nie nim samym. Ona tylko jedno ze mną zrobiła — zerwała ze mną. Ocknęła się nagle, zobaczyła, że, idea zakochanego i kochanego mężczyzny zbliża się do tego, że będę jakimś szczególnym danym przypadkiem, bo ślub byłby położył koniec tej grze imaginacyi — i cofnęła się. Nie miała dla mnie żadnego uczucia i dlatego mogła się cofnąć tak bez żadnego na mnie względu. Cień, idea rozwiały się, a cóż ja ją obchodziłem? Teraz to wszystko widzę, pojmuję, rozumiem, wszystko mi jasne. A kiedy o tem myślę, jasne mi jest również, że przyjdzie teraz jakiś inny człowiek i powie Maryi: kocham. Czy Ty wiesz, co to jest powiedzieć kobiecie: kocham? To jest tak, jak kiedy słońce przenika światłem kwiat. Więc przyjdzie ktoś inny — a ja — ja żyć będę!... Wiem to. Będę nawet patrzał na Maryę, kochaną przez innego, będę patrzał na to, jak w nią wnika ta lotna część jestestwa człowieka, która zeń wyrywa się i przesnuwa w kochaną kobietę. Ach! gdyby mi teraz jakaś istota, któraby była tylko czułością, rozumem i dobrocią i z którąby mnie nic nie łączyło, tylko mój ból: owinęła głowę ramieniem, abym mógł nie patrzeć, nie widzieć, nie wyobrażać sobie, nie pamiętać. Nie pamiętać! Niema piekielniejszej męki nad pamięć. Ja w jednym i tym samym momencie pamiętam wszystko, każdy ruch, każde słowo, każde spojrzenie Maryi. Pamiętam każdy uścisk jej ręki i każdy wydaje mi się niedość użytym, niedość miękkim i głębokim, niedość wyzyskanym. Widzę, jak ja cenić nie umiałem bytności przy niej, jak nie wyzyskałem tych chwil. Wydawało mi się wtedy takie naturalne i takie proste, że jestem z nią. Nieraz będąc przy niej, nie zastanawiałem się nad tem, nie używałem uświadamianiem sobie tego, wpatrywaniem się w to, że jestem przy niej. Straciłem nietylko ją, ale nie umiałem użyć przy niej, zmarnowałem czas, który mi był przy niej przeznaczony, a ten czas nie wróci już nigdy, już nigdy. Jakbym ja teraz był inny wobec niej! Ale to już przepadło na wieki!«

»Nicea, 24 listopada 1894 r.

Odegrałem, com przegrał i wygrałem dotychczas trzy tysiące franków.
Wstałem dziś rano, może była szósta godzina i wyszedłem na brzeg. Było dziwnie pięknie. Morze było jakieś młode, świeże, srebrnobiałe, srebrnoszafirowe, białoszafirowe i modre i błękitnoróżowe i barwy ciemnego granatu, jak u Boecklina bywa, i złotoszmaragdowe i jasnozielone i złote, a wszędzie ogromnie świetliste, błyszczące, dziwnie spokojne. Słońce wyszło już wielkie na niebo, na niezmierny, świetlisty jak morze lazur i taki, jak ono, spokojny. Przestrzeń jakaś bezdenna, niesłychanie wielka atmosfery, widnokrąg bez granic. Góry różowiły się i złociły, złoto szło i róż po roślinach i domach — — i wszędzie ten niezmierny spokój i to boskie piękno.
Barwy na morzu mieniły się szybko, jedne gasły, drugie wybiegały na nie. Wszystko się ciągle mieniło i przeistaczało, a działo na takiej przestrzeni, że nie wiem, com stracił, patrząc ku Włochom, a nie wiem co, patrząc ku Francyi. A wyobraź sobie, co się działo o tej chwili pod Neapolem, pod Aleksandryą, na bretońskiem wybrzeżu, w norwegskich fiordach i gdzieś na biegunach i nad Lucerneńskiem jeziorem i w dębowych lasach w Kłężu — — wszędzie, wszędzie... Przyszło mi wtenczas na myśl, że chyba muszą być jakieś istoty eteryczne, nieskończenie od nas subtelniejsze i wrażliwsze, które wszystko to widzą nieskończenie lepiej i bystrzej, bo przecież oczy nasze muszą tysięcy barw nie dostrzegać, i które widzieć mogą naraz wszystko, cały świat, niebo, morze, ziemię, które żyją barwami. Wyobrażałem sobie, chodząc tam nad morzem, że takie eteryczne, powiewne duchy, takie elfy, leżą oto na tych skałach, podparte na rękach, z stopami założonemi jedna na drugą, i patrzą. Na świecie się stanowczo za wiele dzieje na ludzi — musi się to dla kogoś dziać.
Czy zastanawiałeś się kiedy nad tem, gdzie się naprzykład podziewa barwa, która znikła, wrażenie jej we wszechświecie? Bo przecież nic nie ginie. Czy zastanawiałeś się kiedy, gdzie się naprzykład podziewa spojrzenie ludzkie? Bo dobrze, ten, na kogo Ty patrzysz, odbija się w Twojem oku, ale zarazem przecież Ty w spojrzeniu swojem wydajesz coś z siebie. Co się mogło stać z tych spojrzeń, które mi dawała Marya?...
Otóż kiedy chodziłem nad morzem w tej wielkiej ciszy, w tym niezmiernym spokoju, ogarnięty tą ogromną sferą powietrza i światła, w tej olbrzymiej przestrzeni widnokręgu: zacząłem myśleć nad sobą i wszystko zaczęło mi się wydawać takie małe i nikłe. Mój kochany, cóż to jest to, co człowiek czuje, wobec tego, co się dzieje — — czy my się nie zanadto zasklepiamy w sobie, w naszych uczuciach, na koszt naszych odczuć zewnętrznych? Są przecie ludzie, dla których nie istnieje wcale świat, to, co ich otacza, tylko to, co się w nich staje. Tymczasem naokoło jest taki ogrom, w który się wprost wtopić można.
Mój drogi, moja miłość do Maryi może mnie zabić, a jednak to jest takie małe wobec tego, co ja mogę pojąć i o czem mogę myśleć. Naokoło mnie jest ten olbrzymi, przepotężny ruch wszechświata, odwieczna i wieczysta przemiana materyi, krążenie światła i ciepła, kolosalne życie istnienia. Bory rosną, walą się, gniją, nowe wyrastają ze spróchniałych pniów wśród powodzi wrzosów i paproci... Gwiazdy grzmią gdzieś w przestrzeni i huczą wirujące mgławice nierozwikłanych światów... A tu, wśród nas, co za ruch ludów, warstw społecznych, co za huragan myśli i co za zawieja czynów!... Wobec tego, czemże jest miłość? Czy nie trzeba powiedzieć: hic obiit Gustavus, natus est Conradus? Czy ty pamiętasz wiersze Mickiewicza:

Wznoszę się, lecę...
Tam na dole
Patrz, patrz — przyszłe wypadki i następne lata,
Jak drobne ptaki, gdy orła postrzegą
— Mnie, orła na niebie! —
Patrz, jak do ziemi przypadają, biegą,
Jak się stado w piasek grzebie...
Za niemi, hej za niemi, oczy me sokole!
Oczy błyskawice!
Za niemi szpony moje! Dostrzegę je, schwycę...

Mój drogi! Co musiał czuć człowiek, który mógł to pomyśleć, któremu mogło to przyjść na myśl! Rozumiesz Ty to: za niemi, hej za niemi, oczy me sokole — za czem? za czem? Oto za wirem świata, za chmurą zdarzeń, za całem jestestwem! Co to był za duch, któremu się wszystko, świat i wieki kłębiły pod nogami, który się czuł ponad bytem, jak niegdyś duch Boży ponad wodami. Cóż my?! Cóż my — karły?! Zdaje mi się, że mi się coś dźwiga w piersiach i ramionach, że mi coś zaczyna szumieć nad głową! Na Boga! W górę! Jest przecież duch! Gdyby przez tę ziemię przejść, jak wicher płomienny — zapalać, świecić i ogniami błyskać... Gdyby iść, jak głos jakiejś olbrzymiej trąby, od której oceany drżą i rzeki wstecz się piętrzą... Gdyby się otrząść ze wszystkiego, co wiąże i ku dołowi ściąga, gdyby się wzbić i lecieć — lecieć w bezmiar, jak orzeł oszalały lotem... Ha! co za przestrzeń, co za przestwór olbrzymi!... Dalej, dalej!... W nieskończoność, w wieczność... Tak żyć!...
I, mój drogi, bywają piękne śmierci. Głowa Irlandczyka, Roberta Emmeta, nieuwiędłe ma laury odcięta... Gdyby tak umrzeć... I cóż wobec tego jest moje uczucie dla Maryi, cóż jest moje nieszczęście? Tam, z wysoka, z tej wyżyny idealnych sił, idealnych uczuć i myśli i czynów, zaledwie widzę Maryę, ledwo ją dostrzegam. Czemże jest miłość kobiety wobec ogromu objęcia ludzkiego ducha? Czy nie pójdziemy tam wzwyż? Widzisz ten bezmiar i blask, słyszysz ten szum? Czy to morze się spiętrza i na fali niesie mię gdzieś precz, precz, w niezmierną dal i w zawrotną wyżynę?...«

»Wiedeń, 30 listopada.

Przegrałem wszystko. Wracam. Stoję wobec tego słowa, jak wobec otchłani. Jak ja tam wrócę? Jak ja będę tam mógł żyć teraz? Jak ja będę mógł teraz istnieć tam, gdziem żył, jako narzeczony Maryi? Jak będę mógł chodzić po tych samych ulicach, wchodzić do tych samych domów, widywać tych samych ludzi? Nie będę mógł przecież wyrwać z pamięci tego czasu i czuć i myśleć i żyć, jak przedtem, nimem poznał Maryę. Nie zastanawiałem się nad tem, że ja będę musiał wrócić. Zdawało mi się jakby, że będę już tak zawsze z moim bólem, z moją tęsknotą, z moją męką, gdzieś w świecie, daleko od niej, od was, od kraju; że tak będę wiecznie się błąkał, bez innej myśli, bez innego zajęcia, tylko z myślą o niej. Muszę wrócić, muszę na nowo pracować, jak dawniej, stykać się z ludźmi, przystosowywać się do nich i ich przystosowywać do siebie. Byłem teraz jakby na ogromnie wysokiej wieży, na którą nikt się do mnie dostać nie mógł. Nigdy nie żyłem tak wyłącznie dla siebie, tak dumnie. Wystawiłem sobie ogromny gmach z cierpienia, do którego nikt nie miał wstępu i teraz muszę wyjść z niego i zejść na dół, do ludzi, między ludzi. Com przecierpiał, nikt nie wypowie, a jednak mi jakby żal, że z tej wieży, z tego gmachu, z cierpienia mojego budowanych, muszę wyjść. Już tu mam przedsmak Warszawy, tu, gdzie chodząc przed półrokiem, prawiem kamienie na trotuarach dla Maryi wybierał, myśląc, że tu ją kiedyś oprowadzać będę. Ty nie wiesz, co to jest za rozkosz, kiedy umiłowana kobieta spojrzy ci w oczy, jak dziecko, i powie: nie wiem, powiedz mi...
Jak ja tam wrócę, tak odrzucony, tak odepchnięty, jak sprzęt?! Ile spojrzeń ironii i szyderstwa będę musiał znieść! A ci, co mi zazdrościli Maryi, którzy chcieliby byli być na mojem miejscu! Cała nędzna nikczemność, nizkość i nierozum dusz ludzkich rzucą się teraz na mnie, a jakąż ja mam broń? Nie mogę niczem odeprzeć ludzkiego szyderstwa. Rywale!... Jak łosie o samicę! Szczęśliwa miłość przysłania świat jakąś mgłą srebrno­‑błękitną i wszystko upięknia, ale nieszczęśliwa pokazuje świat w całej jego obmierzłej prawdzie.
W pierwszych chwilach po zerwaniu zdawało mi się, że nie powinienem kłaść na siebie tych samych ubrań, które nosiłem, będąc jej narzeczonym, ani brać do ręki tych samych sprzętów. Zdawało mi się, że szedłem, szedłem, szedłem, że całe życie moje dotychczas było właściwie nieświadomem, ale tylko dążeniem do tego jedynie celu: połączenia się z Maryą, z tą kobietą. Zdawało mi się, że wszystko, co się stało, dobrego i złego, wszystkie moje przykrości i satysfakcye życiowe, wszystkie choroby i wypadki, całe życie moje słowem było tylko konsekwentnem kroczeniem do jednego celu: Maryi. Kiedy sięgałem myślą w moją przeszłość, wszystko wydawało mi się tak logicznie wywiązujące się jedno z drugiego, aby mię do tego punktu doprowadzić. Moje małżeństwo z Maryą, które mię z początku prawie przerażało, wydawało mi się ostatecznie prostym rezultatem mego życia. Nagle wszystko się rwie, wszystko zawala w przepaść — i ja miałem, jak pierwej, jak dotąd, żyć, jeść, pić, spać, ubierać się, ubierać się w te same suknie, w te same buty! Pamiętam, że kiedy wyjeżdżałem, miałem jeszcze pół mydła, którego używałem przedtem, jako narzeczony. Grzmotnąłem niem o ziemię, aż się rozprysło. I byłbym tak ze wszystkiem najchętniej uczynił — i z sobą samym. Jednak, kiedy sobie przypomnę i kiedy wyraźnie sobie to przedstawiam, że Marya odeszła odemnie tak bezwzględnie, tak egoistycznie, tak bez najmniejszej uwagi na to, co się ze mną stanie, jak ja to przyjmę, jak ja to zniosę... Bo przecież ona nie mogła wiedzieć, że ja ją tak mało kocham, że nie skoczę z okna, lub nie oszaleję... Odejść tak lekko, tak bez jednego spojrzenia, bez zapytania się: co ty zrobisz z sobą? Poprostu tak kopnąć w czoło, tak splunąć na czyjąś miłość, na czyjeś serce...
Czuję, że wpadłem w wir, w jakiś odmęt, że się coś koło mnie zatacza, że się coś kotłuje koło mnie; wydaje mi się, jakby słońce raz wpadało w czeluść wodną, to znowu wydobywało się z niej na powierzchnię, mam wrażenie, że powódź wali się z hukiem, że walą się ku mnie mętne, brudne, spienione wody, a ja w środku rzeki na palu stoję. Jestem bez sił, bez myśli, bez woli, żywy trup. Jedno tylko wspomnienie uporczywie krąży mi po głowie — zapomniałem o tem prawie zupełnie. Oto raz, kiedy nie byliśmy jeszcze narzeczonymi, a dopiero się coś między nami nawiązywać poczęło, jednego wieczoru Marya była dziwnie rozdrażniona i przykra. Grała długo na fortepianie, pamiętam, preludya Chopina, a ja siedziałem bardzo zgnębiony w kącie. Nagle ucięła grę, wstała gwałtownie i powiedziała mi: źle, że na pańską drogę weszłam, ja przynoszę ludziom nieszczęście — — i wyszła z pokoju. Potem zapomniałem o tem, byłem taki szczęśliwy — — a ona przeczuwała co będzie... Bo otóż przeszła koło mnie, jak anioł śmierci...«

»Kraków, 10 grudnia.

List Twój przyszedł tu za mną. Influenca mi przeszła i jadę dalej. Delikatność Twoją, żeś nigdy ani słowem nie potrącił o moją tragedyę umiem ocenić. Nie byłbym inaczej mógł do Ciebie pisywać, a to było mi ogromną nieraz ulgą. Wracam — — wracam ten sam, a zupełnie inny. W życiu mojem coś pękło, coś się przerwało i nie naprawi już nigdy. Wiem, będę żył, jak dawniej, będę mówił, myślał i czuł, jak dawniej, a jednak życie moje jest przecięte na dwie połowy, raz na zawsze. Choroba otrzeźwiła mię ogromnie, mam takie uczucie, jakby mi kamień rozpalony z głowy wypadł, patrzę na siebie zupełnie jasno. Dotąd miałem zmartwienia i przykrości, jak wszyscy ludzie; pozostawiały po sobie smutną, bolesną czasem pamięć, ale prócz tej pamięci nic; a teraz jest coś w duszy mojej, na dnie, co w niej do końca życia tkwić będzie, we wszystkiem się odezwie, na wszystkiem zaważy. Rana moja może się zasklepić, ale nie jest uleczalną, wiem o tem. Los chciał w połowie życia złamać mi je i wybrał do tego kobietę, wybrał ją, Maryę. Tak było przeznaczone.
Tylko, kiedy patrzę w moją duszę, przypominają mi się te żórawie, którem raz jeszcze u nas w Topieli widział. Poszedłem na kaczki z naszym starym strzelcem, Bartkiem. Było to o świcie. Na skraju moczarów zobaczyliśmy trzy żórawie, które się zaraz porwały w górę, dwa bardzo szybko, trzeci jakby z trudem i w locie został za nimi. Spytałem Bartka, dlaczego ten jeden żóraw ciężej się w górę wzbił i wolniej leci, a on mi wytłómaczył, że czasem ktoś ptaka postrzeli, kula przebije skrzydło i rana się potem zagoi, ale już taki ptak nigdy nie będzie tak latał jak przedtem. Pamiętam, że powiedział: ten żóraw, paniczu, już przez morze przelecieć nie zdole. Wpadnie.
Miałem wtedy trzynaście lat i nigdy o tych żórawiach nie myślałem, a teraz widzę je tak wyraźnie i te moczary, różowiejące o świcie i posępną martwą wodę starego koryta rzeki w sitowiach i szuwarach. Widzisz, moja dusza jest tak, jak ten żóraw: na zawsze już pozostanie w niej cios. Życie moje: to morze. Przelecieć go z tem przestrzelonem skrzydłem, z tą ranną duszą, nie potrafię, nie zdolę, jak mówił Bartek — — spadnę i zginę.
Wiem to i czuję i patrzę temu wprost w oczy spokojnie. Nic losu mego nie odwróci, nic przeznaczenia nie cofnie. Może im prędzej zginę w tem morzu, tem lepiej — bo ja tak bardzo, tak bardzo kochałem tę dziewczynę... Nikt nigdy tak jej kochać nie będzie, nigdy ona ogromu tej miłości nie pojmie.
Mówię ci: spokojnie i w oczy patrzę memu losowi — — nie skarżę się, nie miotam, nie przeklinam — — spokojny jestem, tylko mi jest smutno nieskończenie, bezdennie smutno. Tak ją kochałem!...
Nie zejdę jednak w bezimienny tłum, który codzień ze świata w otchłań zstępuje. Rodzi się we mnie jakiś nowy świat wyobraźni, jakaś nowa potęga twórcza. Przed oczyma memi stają posągi, o jakich się wam nie śniło jeszcze. Drży marmur przedemną, kiedy nań patrzę. Zdaje mi się, że mógłbym w olbrzymie bloki marmuru nogą uderzyć, a z tych gór kamiennych wyskakiwałyby wykute kształty, jak Minerwa z głowy Jowisza. Czuję, jak rosnę. Mogę zginąć przedwcześnie, ale już nie zejdę w bezimienny tłum. Ręka moja ma zamach olbrzyma. Będziemy kuli kolosy. W waszą sztukę rzucę nowy prąd, porwę was za sobą, jak wicher obłoki. Wszystko, wszystko runęło mi w życiu, zostało mi tylko to jedno poczucie, to jedno najdumniejsze ze wszystkich słów: ja!

U nóg moich zaś jest grób, w który włożyłem moje serce. Nieraz mam uczucie, że mi coś umarło, że umarła mi jakaś najdroższa osoba. Prawie zdaje mi się czasem, że powinienem iść gdzieś na jakiś cmentarz, klęknąć nad jakimś grobem, modlić się za jakąś umarłą istotę — — a to jest moje własne serce umarłe pod nogami memi. Tyle nadziei moich leży w grobie — — tyle, ah tyle!... Tak kochałem tę dziewczynę, tak bardzo ją kochałem, tak źle mi żyć bez niej. Nigdy, nigdy, siedząc u jej kolan, nie wezmę jej rączek w dłonie, nie pochylę jej ku sobie i nie będę mógł jej mówić: moja... Nigdy nie usłyszę jej głosu... Mogę ją spotykać, mogę ją widywać, mogę mieszkać naprzeciw niej, ale nigdy już ona nie odezwie się do mnie, nigdy nie rozchyli warg, aby do mnie mówić. Nigdy jej nie usłyszeć... Ah! jak mi tęskno do jej głosu, do jej słów, do dźwięku powietrza na jej ząbkach... Jak mi tęskno... Oto jest tak dla mnie, jakby umarła: nigdy już nie przemówi do mnie... Nigdy, nigdy, nigdy...«




W przedpokoju we drzwiach stał Rdzawicz.
— Czemuż nie wchodzisz? — spytał Przerwic, wyciągając doń rękę.
— Nie, nie... Przyszedłem tylko do ciebie, abyś mię jako wymówił od tego obiadu u Stosławskiego. Widział mnie na ulicy, więc nie mogę udać chorego, a nie chcę iść.
— Wiesz Bisza, to Rdzawicz, poznaję go po głosie — rzekła pani Laura do siostry, nadsłuchując z sąsiedniego pokoju, — Musi mieć interes do Jerzego, ale nie chce tu wejść, skoro tam rozmawiają. Muszę go zobaczyć.
— Witam pana — rzekła, wchodząc do przedpokoju. — Czemu pan nie wchodzi?
— Niech pani wybaczy — odparł Rdzawicz, całując ją w rękę. — Nie bywam absolutnie nigdzie.
— No, ależ my jesteśmy tak blizcy krewni. Zrobiłby mi pan wielką przykrość. Tam jest tylko moja siostra.
— Z tymi cudnymi włosami i z taką pełną iskier twarzą?
— Tak.
Rozmowa potoczyła się o rzeczach obojętnych; obie panie jakby lękały się Rdzawicza czemkolwiek urazić. Po chwili Rdzawicz spytał:
— Wymówisz-że mię od tego obiadu?
— Nie, koniecznie wypada ci iść. Stosławski wie już, że ci oddał przysługę, wyglądałoby tak, jakbyś go chciał teraz unikać. Musisz iść.
— Cóż panu Stosławski za przysługę oddał? — zapytała z naiwną ciekawością pani Laura.
Przerwic zmarszczył się, ale Rdzawicz rzekł prosto:
— Pożyczył mi pieniędzy przez Jerzego, proszę pani. No więc, kiedy tak trzeba, to pójdę.
Pani Bisza miała jeszcze sprawunki w mieście i wyszła, zabierając z sobą szwagra do pomocy. Rdzawicz miał go czekać.
Pani Laura czuła się zaambarasowaną; nie wiedziała poprostu, o czem mówić z Rdzawiczem. Spokojny był zupełnie, ale zbyt była kobietą, aby nie dostrzec, że ten spokój jest pozorny i nienaturalny.
Rdzawicz milczał i obracał kapelusz w ręku, po chwili zaś zapytał:
— Czy pani Bisza ma dużo dzieci?
— Przecież pan wie, dwoje, dziewczynkę i chłopca — odparła pani Laura.
Rdzawicz widocznie chciał o czemś mówić, nie mógł się jednak zdecydować, wreszcie ozwał się:
— Chciałem panią zapytać... — urwał i spojrzał na Laurę, jakby chcąc poznać, czy już wie, o co mu chodzi. Ale pani Laura nie dorozumiewała się, dokończył więc: — Chciałem panią zapytać — — czy pani wie co — — Nawet dziwię się sam sobie, że się o to pytam... — głos mu się załamał w gardle.
Pani Laura zaś spoważniała odrazu, kiwnęła lekko głową na znak, że rozumie i odparła:
— Bardzo mało. Mamy niewielu wspólnych znajomych. Była w Warszawie, bom ją spotkała kilka razy na ulicy i w teatrze. Może nawet jest tu teraz.
Rdzawicz drgnął.
— I nic pani nie wie? — spytał znowu po chwili.
— Prawie nic. Wiem, że bywa dosyć.
— Nie wątpię, ale — — i spojrzał bystro na panią Laurę, która odczuła to spojrzenie.
— Nic nie słyszałam — odparła. — Dużo pan teraz widział świata — podjęła, aby odwrócić rozmowę.
Rdzawicz pomyślał chwilę, uśmiechnął się smutno i rzekł:
— Pani jest bardzo dobra, taki pani ma ciepły głos i takie oczy, jak majowe rano — to mówiąc, pocałował Przerwicową w rękę.
— Chciałabym być dobrą — odrzekła wzruszona trochę pani Laura.
— Jerzy musi być teraz bardzo szczęśliwy. Ma swój dom, swoje meble, swój punkt oparcia — — i swoją kochaną kobietę. Ja teraz dopiero pojąłem, że może być rozkosz, ot w takiej prostej filiżance, jak ta w jadalnym pokoju, którą stąd widać, dlatego że się ją posiada wspólnie z kochaną kobietą. Rozumiem, jak może być drogiem każde zapalenie w piecu, dlatego, że to nam obojgu będzie ciepło. Takie białe dwie ręce, które nalewają herbatę wieczorem, mogą być zupełnie czemś anielskiem. I wśród tłumu, wśród ludzi, to uczucie: moja kobieta...
Umilkł i przygryzł wargi.
— Niech pan nie wątpi — rzekła pani Laura — na każdego przyjdzie jego godzina.
— O tak, pani, na mnie już przyszła jedna, oby jak najprędzej przyszła druga.
— Co pan myśli?
— Że jestem podłym tchórzem, nic więcej. I głupcem. Lękam się tego, czego nie uniknę.
— Panie Romanie — —
— Nie mówmy o tem. Nie chcę się pani wydać ani naturalnie śmiesznym, ani niesmacznie kokietującym mojem nieszczęściem. Mówmy o czem innem. Jerzy dużo pisze?
— Dużo. A pan pracuje nad czem?
— Niedawno przyjechałem, dopiero trochę zacząłem. Być może, że będę rzeźbił grupę: Fauna i Nimfę w sitowiu.
— To raczej pomysł malarski, zdaje mi się.
— A bo ja taki jestem malarz w rzeźbie — rzekł Rdzawicz z uśmiechem. — Nawet mam jeden obraz i chcę go niedługo wystawić. Nigdy jeszcze nie wystawiałem obrazu.
— Że pan maluje, to wiem oddawna, ale żeby tak, aby aż wystawiać? — rzekła pani Laura.
— Ja maluję tak dawno, jak rzeźbię i nie wiem właściwie, dlaczego nie jestem specyalnie malarzem. Wszędzie w akademiach uczyłem się tego i tego i mówili mi, że mógłbym być tak dobrze jednym, jak drugim. Ja mam to, że ja ogromnie prędko robię; robię przeciętnie dwa razy prędzej, niż ogół moich kolegów. Dlatego miałem czas, aby się obu sztuk nauczyć.
— I co przedstawia pański obraz? — spytała pani Laura, myśląc wyciągnąć z Rdzawicza à propos tego obrazu, co się da, aby potem powtórzyć to przed mężem, jako swoje spostrzeżenia, pani Laura bowiem nie znała się nic a nic na malarstwie i bywała stąd celem jadowitych pocisków ze strony męża.
— Ten obraz ma tytuł Wampir — odrzekł Rdzawicz. — Trudno go opowiedzieć, ale jeśli pani łaskawa, to niech państwo z Jerzym przyjdą do mojej pracowni.
W tej chwili wszedł do pokoju Przerwic i kładąc rękę na ramieniu żony, rzekł:
— Bisza tu jeszcze wróci, a my chodźmy.
Pani Laura wzięła ręce mężowskie w swoje, popatrzyła nań, pokręciła główką i rzekła:
— Czy ja ci właściwie powinnam pozwalać bywać u Stosławskiego wobec tej jego Misi? Przecież to bądź co bądź jest skandal. Żyją od sześciu lat bez ślubu, jak małżeństwo, pod jednym dachem. Z wielu stron mi już robiono uwagi, żeś ty tam nie powinien bywać.
— Moja droga — odparł żywo Przerwic — jeżeli więcej cenisz opinie pierwszych lepszych filistrów, niż moją... Dobrzeby było, żeby każda żona bogatego męża miała takie serce, jak ona. W żadne naprawdę złe towarzystwo nie szedłem, choćby dlatego, żeby tobie nie ubliżyć.
— No, bo żeby ona się przynajmniej nie pokazywała, ta Misia. Niechże sobie żyją z sobą, kiedy mają ochotę, ale pocóż ta afiszerya?
— Owszem — odparł Przerwic — daleko lepiej, że mają wprost odwagę swego czynu.
— A to dlaczegóż Stosławski nie weźmie ślubu z Misią?
— Onby może i wziął, ale ona nie chce. Powiada, że może mu się kiedy sprzykrzyć, że może zechce się ożenić z jaką panną ze swego towarzystwa, bo jak wiesz, Misia jest córką modystki i tyle wie o swoich rodzicach, więc ona nie chce mu stanąć na zawadzie. Powiada, że zarazby odeszła i wstąpiła na nauczycielkę do zakładu dla upadłych dziewcząt. Ona masę umie, nauczyła się robót kobiecych, ładnie gra i śpiewa i mówi dobrze po francusku, a trochę po niemiecku i angielsku. Uczy się ciągle, no, a ma na to.
— Ależ to zupełny ideał ta Misia! — zawołała pani Laura. — Mówisz o niej z takim zapałem! — i spojrzała na męża z pełną niby pokory minką, stulając ramionka. — No, więc idźcie. Ja wiem, że ci nie powinnam pozwolić, ale jestem taka słaba dla ciebie. Ja ci ufam i rozumiem, że są różne sytuacye w życiu i że nie trzeba sądzić szablonem, ale ludzie mię męczą o to. Do widzenia z panem, a proszę o nas pamiętać, panie Romanie. Paaa, Ziuci, paaa!...
Mówiąc to, dygnęła nizko i zrobiła właściwą sobie oryginalną minkę, przy której ściągała jakoś w dół nos, stulała usta i opierała okrągły podbródek o kołnierzyk, cofając brodę.
Stosławski był bête noire całego tak zwanego towarzystwa. Bogaty, a w perspektywie spadkobierca olbrzymiej fortuny po stryju, przystojny, inteligentny, sympatyczny i męski; od sześciu lat żył na wiarę z dziewczyną, wziętą z małego magazynu mód. Wszystkie mamy, mające córki na wydaniu, i wszystkie córki, chcące bogato wyjść za mąż, zamieniały się w żmije, lemury i bazyliszki, ilekroć wspomniał kto nazwisko Stosławskiego. Na dobitkę, owa »bezwstydnica« »ta Misia«, »pani Stosławska«, była jedną z piękniejszych kobiet w mieście.
Stosławski zrazu wyjechał z Misią na dwa lata za granicę, a kiedy wrócił, dziewczyna ruszała się jak Paryżanka i ubierała jak miss z londyńskiej arystokracyi. Po powrocie otworzył dom i zaczął zapraszać na obiady, z których słynął był już przedtem. Z początku ociągano się, wahano, kto przyszedł na obiad, robił z tego wielki sekret. Stosławski się uśmiechał i zapraszał dalej. Obiady były wyśmienite, cygara i wina w najlepszym gatunku, poczęto się mniej liczyć ze skrupułami. Partya mam i córek podnosiła wprawdzie kilkakrotnie wrzawę, że Stosławski demoralizuje młodzież, że ją wciąga w towarzystwo upadłych kobiet, ale wobec znakomitej kuchni, znakomitego wina i znakomitych cygar, których można było brać do kieszeni, ile kto chciał, wrzawa ta nie zdała się na nic. Po przełamaniu pierwszych lodów Stosławski postarał się kategorycznie o pozbycie tych gości, którzy przychodzili wyłącznie dla jego kuchni, wina i cygar i na sobotnich tych obiadach poczęli się spotykać ludzie, którzy przychodzili tu dla swobodnej wymiany zdań o tem, co się na świecie robiło i pisało. Wówczas zaczął bywać i Przerwic, który nie byłby bywał, gdyby się żona była uparła, ale żona nie upierała się, ponieważ on miał ochotę bywać. Różnili się wprawdzie w »opiniach« i kłócili o nie często, ale naprawdę wszystko było dobre, co jedno albo drugie zrobiło.
Przerwic z Rdzawiczem przyszli w samą porę, miano już bowiem siadać do stołu. Osób było kilkanaście z różnych sfer, sami mężczyźni; jedyną kobietą w towarzystwie była Misia. Rdzawicz, oprócz Tężla, również na obiad zaproszonego, nie znał tam nikogo; przy stole usiadł między nim i Przerwicem. Naprzeciwko było jedno miejsce próżne.
— Drewski się spóźnia — ozwał się gruby basowy głos z końca stołu.
Rdzawicz obejrzał się ku mówiącemu: był to mężczyzna dobrze szpakowaty, ogromny, z wysokiem, wypukłem czołem, potężnym orlim nosem, krzaczystemi brwiami i wąsami, jak rozczapierzone wiechy; oczy wyłupiaste, okrągłe, siwego koloru, broda krótka i krótka szyja, wyraz twarzy bardzo nadęty i nieinteligentny, ale poczciwy: doskonały typ średnio­‑szlachecki, tak doskonały, że wykluczał wprost pytanie, czy ta twarz jest brzydka, czy piękna. Szlachcic ten miał białą kamizelkę w niebieskie kropki i w jasnej krawacie w kraty olbrzymią szpilkę z ametystu w grubej złotej oprawie.
— Kto to jest ten szlagon — spytał Przerwica Rdzawicz.
— Kapitan Hieronim Józef Tadeusz Napoleon czworga imion z Wielkich Konarzewic Konar­‑Konarzewski, herbu Prus Pierwszy. Przecież ci to musiał powiedzieć przy prezentacyi?
— Nie zdążył, bo go w tej chwili Misia zawołała.
— Jakem mu na to wszystko powiedział: Jędrzej Tężel, to się tak na mnie spojrzał, jak arbuz na kapustę — rzekł Tężel.
— To jest daleki krewny Stosławskiego, trochę jego rezydent, a trochę niby dyrektor szpitala wiejskiego i przytułku dla ubogich, który Misia urządziła w Poleszowie na Ukrainie. Nadzwyczajna figura. Służył wojskowo, był porucznikiem w dragonach u Garibaldiego, ale się go tytułuje kapitanem, on się zresztą i o pułkownika nie gniewa. Czekaj, jak się poderżnie. Gada wtenczas klasycznie głupie apostrofy wierszem.
— A! jest pan Drewski — ozwała się uprzejmie Misia — witam pana. Czekamy z zupą.
Nowoprzybyły skłonił się i usiadł; znał wszystkich oprócz Rdzawicza, naprzeciw którego wyznaczono mu miejsce.
— Pan wie, jak ja się nazywam, bo pan słyszał — ozwał się, wyciągając do Rdzawicza rękę.
— Rdzawicz.
— A, to pan jest autorem Dyany? Panie, to jest ostatnia kobieta, do którejem się palił.
— Żałuję pana, że ostatnia — rzekł Rdzawicz z uśmiechem.
— Bi, panie! — i Drewski machnął abnegacyjnie ręką.
Rdzawicz popatrzał nań: Drewski mógł mieć lat dwadzieścia pięć lub sześć, skóra i kości, prawie łysy blondyn, z zapadłemi wyblakłemi oczami nieokreślonej barwy, czoło kanciaste, nos długi, cienki, z rozstawionemi nozdrzami, spadzisty ku wargom bladym, cienkim i szeroko wzdłuż rozciętym, broda długa i spiczasta. Ręka, którą położył na stole, biorąc chleb, była wązka, z palcami niezwykle wydłużonymi, o wystających stawach, o skórze jakby wypłowiałej, której zresztą podobną miał Drewski i na twarzy.
Rdzawicz nie widział nigdy u jednego człowieka zgromadzenia w wyrazie takiej sumy wyzywającego cynizmu, lekceważącej wzgardliwości i jakiejś smutnej, niesłychanie egoistycznej apatyi; zarazem poznać było można, że organizm Drewskiego zużyty jest do ostatnich granic.
— Kto to jest? — spytał po cichu Tężla.
— Słyszę panie, że się pan pyta — ozwał się Drewski. — Ja jestem panie taki doktór, który żadnego egzaminu nie ma. Ale jak się wezmę, to jeszcze złożę, pojadę gdzie na wieś i będę sobie żył jak bydlę.
— Być może, że tak najlepiej — powiedział Rdzawicz.
— Nie: być może, panie, tylko z pewnością. Co się tam gada, to się gada, a ostatecznie człowiek jest takie samo bydlę, jak każde zwierzę, tylko trochę inne.
— To też to właśnie, że trochę inne.
— I w tem, panie, tkwi główna przyczyna tragedyi ludzkiej, a jest tak organizm skonstruowany, że się to wyperswadować nie da. Ale niema tego złego, coby na dobre nie wyszło. Inteligencya ludzka stworzyła jedną wielką rzecz.
— Jakąż?
— Możność wyjścia z gry, swobodę ruchu, samowładztwo. Patrz pan, ja mam zawsze przy sobie od wypadku to, jedno dla siebie, drugie dla amatora... — tu wyciągnął z kieszeni od kamizelki zawinięte po aptekarsku dwa proszki.
— Panie, pana musi dziwić, że ja tak z panem gadam, jakbym pana dziesięć lat znał. Ale to taki mój zwyczaj.
— Panie, mnie nigdy nic nie dziwi, to taki mój zwyczaj — odparł Rdzawicz.
Drewski popatrzył nań uważnie, potem pociągnął trochę wina z kieliszka, zmarszczył brwi i umilkł.
— Drewskiemu dziś coś jest, widocznie jest bardzo rozdrażniony — szepnął do Przerwica siedzący obok Stosławski.
— Panie Przerwic — ozwał się po chwili Drewski — pan jest poeta, jak się panu zdaje, czy tam co jest?
— Gdzie: tam?
— No: tam, z tamtej strony.
— Tam? Albo ja wiem. — —
— Bo to jest okropnie przyjemnie pomyśleć, że jak się tu fajt, to tam, jak kamień w wodę, bez śladu, ani się źdźbło w polu nie ruszy.
— Kiedy się ruszy, panie Drewski — rzekł Rdzawicz.
— Ruszy się? — spytał bezmyślnie Drewski.
— Przecie w chwili, kiedy się umrze — odparł Rdzawicz — śmierć ludzka znajdzie odezw na himalajskich szczytach tak dobrze, jak na dnie Atlantyku i wszędzie. My przecież jesteśmy tak nieoddzielną cząstką wszechcałości, że nic, co się w tej wszechcałości dzieje, nie może nie dać się nam uczuć i odwrotnie my ciągle oddziaływamy wzajemnie na nią; powiew skrzydeł motylich nad Amazonką wpłynie na kwestyę socyalną, a wojna peloponezka do dziś dnia nie przestała oddziaływać na bruk w Amsterdamie. Pan powiada, że człowiek ginie jak kamień w wodzie bez śladu — — ale kamień tak nie ginie. Tworzą się kręgi, jedne cząstki wody poruszają drugie, dojdą do brzegów, wstrząsną je i tak dalej, w nieskończoność. Ruch potem staje się dla nas zupełnie niewidocznym, ale jest, bo niema żadnego powodu, żeby musiał ustać. Jest jedno perpetuum mobile: ruch materyalny. Po naszej śmierci nie tylko źdźbło w polu drgnie, ale nawet zorza borealna.
— Pan Rdzawicz ma zupełną racyę — ozwał się siedzący nieopodal trzydziestokilkoletni mężczyzna, w okularach, na jasnych niebieskich oczach, z ładną ciemnoblond brodą. Rdzawicz znał go już trochę dawniej. Był to Jan Kowal, syn małego mieszczanina z prowincyi, botanik, człowiek cieszący się wielką europejską sławą w uczonym świecie, ale o którym publiczność prawie nic nie wiedziała i który, kiedy wymieniano »nasze gwiazdy«, a wśród nich pierwszego lepszego artystę lub autora pierwszej lepszej elukubracyi »naukowej«: nigdy do tych »gwiazd« liczony nie był. O »posadzie stabilizowanej« ten autor kilku świetnych, pisanych po polsku i angielsku, a tłómaczonych na inne języki, studyów botanicznych, nie myślał i myślećby nawet, wróg wszelkiego karyerowiczowstwa, wszelkich towarzystw wzajemnej adoracyi i adoracyj zaściankowych powag, nie mógł. W całej rozciągłości tego słowa człowiek cywilizowany, znał tylko jeden dogmat: prawdę; jeden tylko środek karyery: pracę, i z tą wziętą po Chałubińskim dewizą »prawdą a pracą«, szedł w świat, zdobywając sobie coraz szersze imię w Anglii, Francyi i Niemczech. Ustalenia się tam, przy jakimś naukowym publicznym, czy prywatnym zakładzie, nie szukał, Stosławski bowiem utworzył znaczne stypendyum przyrodnicze, z warunkiem ogłaszania prac w języku polskim i jednym ze znanych europejskich, i to ofiarował Kowalowi, pragnąc zarazem założyć w Warszawie prywatne muzeum botaniczne na wzór muzeum Dzieduszyckich we Lwowie. Obecnie powrócił był Kowal przed paru tygodniami z Brazylii, z bogatymi materyałami, nad którymi chciał pracować w kraju, aby potem znów wziąć udział w naukowej wyprawie angielskiej w głąb Afryki. — Ten mi się najlepiej udał — mówił o nim nieraz Stosławski, który mnóstwu młodym dopomógł, rywalizując w tem z suterenową dobroczynnością Misi. Dla Kowala zresztą, oprócz szczerej przyjaźni, miał nadzwyczajny respekt, jako dla »wielkiej głowy i prawdziwej sławy«.
Drewski popatrzył na Kowala i strzepnąwszy ze stołu okruszyny chleba, ozwał się:
— Naturalnie, że pan Rdzawicz ma racyę i gdyby się wogóle powinno czego wstydzić, tobym się wstydził, że mi to, taka prosta i pospolita rzecz, nie przyszło na myśl. Myślałem przecie nieraz o śmierci, bo ostatecznie jest to taki sam dobry do myślenia temat, jak każdy inny.
— Możebyśmy go zmienili — odezwał się Przerwic. — Robicie taki cmentarz przy obiedzie, aż niemiło. Przywiózł pan podobno, panie Kowal, bajeczne kwiaty z Brazylii?
— Przepraszam bardzo, państwo wybaczą — rzekł nagle Drewski, powstając od stołu. Muszę pójść na chwilę do Europejskiego hotelu dowiedzieć się, czy moja matka przyjechała? Dostałem rano wiadomość. Zaraz wrócę.
— A gdzież jest pańska matka? — spytała Misia.
— U państwa Schwalbów, u tych, co to ona Wyraj­‑Trzemeska z domu, od dwóch miesięcy za bonę do dzieci, na wsi.
Drewski powiedział to zupełnie spokojnie, ale wszyscy uczuli się za niego zaambarasowani. Ukłonił się lekko i wyszedł.
— To dziwna figura — zauważył ktoś z obecnych.
— Ach, to jest bardzo nieszczęśliwy człowiek — rzekła Misia — zniszczony, chory, a przytem bez cienia woli, bez cienia energii, szukający tylko zapomnienia o sobie i o wszystkiem po jakichś ostatnich domach... Co ja się mu już naperswadowałam, żeby się wziął do czego; wszystko napróżno. Jeżeli już nie chce egzaminu złożyć, to Tadeusz mógłby mu przecie miejsce jakieś wyrobić; niby to się zgadzał, ale rzeczywiście: niby. On się maskuje, ale ja wiem, że go to gryzie, że matka musiała iść w służbę. Ale nam nic nie powiedział, byłoby się przecież coś dla niej obmyśliło. On jest nieznośny z tem, że najmniej potrzebne swoje sprawy prywatne wywleka przed ludźmi, których pierwszy raz widzi, poprostu brawuje swoimi kłopotami i przykrościami, a tego, co trzeba i komu można, nie powie.
— Znałem, znałem Drewskich — ozwał się kapitan Konarzewski. — Mieli wieś w kutnowskiem. Ona była piękna kobieta. Ale tego młodego Drewskiego mało znam, może go trzeci raz widzę.
— Drewską odbierzemy od Schwalbów, prawda Misiu? — rzekł Stosławski.
— Naturalnie, mój drogi, zaraz. Tylko jak tu z nim o tem mówić, żeby go nie urazić...
— Pomyślimy o tem — rzekł Stosławski. — Ja tego Drewskiego lubię, bo to jest naprawdę dobry chłopiec, choć swoją drogą nie widziałem nigdy u nikogo takiego zaniku wszelkiego zmysłu moralnego, takiego braku jakiejkolwiek etyki. Przytem dziwna to jest głowa, bo on będzie państwu najsubtelniej analizował najzawilsze uczucia ludzkie, a takich słów naprzykład, jak patryotyzm, jak interes ogółu, takich najelementarniejszych uczuć tak jakby nie rozumiał. Przy tem wszystkiem on zawsze odłoży Huysmans’a, Catulle Mendés’a czy Baudelaire’a dla bajek Andersena lub Hoffmanna, a gęsiom w polu i brudnej dziewczyninie za niemi będzie się przypatrywał całemi godzinami.
— To już jest dekadent dekadentissimus — zauważył ktoś z obecnych.
— Dziwna miskulancya — mówił dalej Stosławski. — Kiedyś zabrałem go do siebie na wieś. Złapał pod jedną pachę Maeterlincka, pod drugą »Sagesse« Verlaine’a i poszedł. Czekam z obiadem, niema... Idę go szukać i znajduję zatopionego w »Les sept princesses« pod karczmą, w której się odbywa chłopskie wesele i rżną oberka, aż uszy trzeszczą. Dowodził mi, że mu właśnie ten kontrast tego rzępolenia wydobywał mnóstwo efektów i że naprzykład »Pana Tadeusza« najlepiejby się czytało przy Balladach, albo Preludyach Chopina, dla takiego samego kontrastu ducha utworów. Zresztą on się będzie wsłuchiwał w ligawkę w polu tak samo, jak w Danse macabre.
— No, a jakiż on jest syn? — spytał Kowal. — Jakże z matką?
— Ja myślę, że tak, jak we wszystkiem. O ile go znam, to on jest zdolnym do najwyższego poświęcenia w abnegacyi i pewny jestem, że chodziłby w koszuli na mrozie, byle jego matce było ciepło w jego futrze, ale nagiąć się do czegokolwiek dla niej, robić coś, tego już nie potrafi. Będzie się szarpał wewnątrz, a ręki podnieść nie zechce.
— Albo nie może — rzekł Kowal.
W tej chwili drzwi się otwarły i do sali wszedł Drewski. Bledszy był, niż przedtem i miał dziwny, błędny, sztuczny uśmiech na ustach.
— Cóżeś tak prędko wrócił? — zapytał Stosławski. — Przecież nie mogłeś dojść nawet na róg.
— Nie potrzebowałem — odparł Drewski, usiłując powiedzieć to obojętnie, z odcieniem brawującego humoru.
— Jakto?
— Widziałem matkę.
— Gdzie?
— Na koźle — rzekł Drewski tak samo, jak pierwej.
— Jakto na koźle? — spytała Misia zdziwiona.
A Drewski, siadając na dawnem miejscu, zapytał z dobrze udanym, ale wysilonym spokojem, z tym samym odcieniem brawującego humoru:
— Jak państwo myślą, czy kiedy się ma pięćdziesiąt siedm lat, to się człowiek bardzo zmęczy, przejechawszy siedm mil na koźle? Nota bene, jeżeli się nie jest z pochodzenia furmanem — ani lokajem — dodał, odpowiadając na brutalnie pogardliwe spojrzenie młodego, bogatego dorobkiewicza, uszlachconego przed kilku latami wnuka lokaja, który się wkręcił pod pozorem skuzynowania ze Stosławskim przez matkę, na jego obiady.
Nikt nic nie odpowiedział, a Drewski, powiódłszy spokojnie wzrokiem po obecnych, wypił jednym haustem duży kielich madery i rzekł:
— No, pić, to jeszcze mogę, ale co inne, to dyabli dawno wzięli. — Nalał drugi kieliszek, wypił i zwrócił się do Rdzawicza: — Panie, pan myśli. Co pan myśli o cegle, która spadnie na głowę?
— Że gdyby ten, komu spadnie, wyszedł był o sekundę pierwej z domu, albo o sekundę później, toby mu była na głowę nie spadła, tylko obok — odparł Rdzawicz.
— A widzi pan, i ja to samo myślę. Ale dlaczegóż właśnie wtedy wyszedł, a nie wcześniej lub później?
— Żeby na to odpowiedzieć, trzebaby znać najpierwszą przyczynę wszystkiego.

— Trębacz z doboszem
Są sobie bracia i owszem

ozwał się poważnie z końca stołu kapitan Konarzewski.
— Widzi pan — — ale co tam o tem... — mówił dalej Drewski. — Niech pan się ze mną napije, ta madera jest doskonała. U nas także dobra bywała, jeszcze pamiętam. Wie pan co, ja jak wypiję parę kieliszków dobrego wina, albo koniaku, to jeszcze jestem jaki taki, ale zresztą to mię panie tak miłość — słowo to wymówił z tak zwanym galgenhumorem — zjadła, że mi tylko kości i skóra, jak pan widzi, zostały. Ona to, owa »z pian srebrnych wyszła Wenus złotowłosa«, jak mówi gdzieś pan Przerwic, podcięła mi nogi. A teraz to już ze mnie kpić zaczyna, jak żebym miał ośmdziesiąt lat, a mam dopiero dwadzieścia sześć... Widzi pan, moja matka przyjechała tu na koźle ze wsi od Trzemeskich, to jest siedm mil. Spotkałem powóz. Żebym był o pół minuty później albo wcześniej stąd wyszedł, nie byłbym spotkał. To było całkiem naturalne, że moja matka jechała na koźle. Pani Schwalbe i jej siostra, panna Madzia Wyraj­‑Trzemeska, siedziały u góry, dwoje dzieci na przodzie, moja matka na koźle. Przecież to całkiem naturalne. Trudno, żeby na koźle siedziała panna Madzia, albo które z dzieci; mogłoby spaść, bo są małe. Tylko — — pani Schwalbe ma ze dwa miliony majątku, dlatego poszła za swego męża, i może nie byłoby jej zrujnowało, gdyby była najęła wózek od chłopa, jeżeli nie chciała używać innych swoich koni... To kosztowałoby dwa ruble, albo trzy... Mama mi się nie wydawała nawet bardzo zmęczona — — nie, wcale nie — —

— Płot trzy lata,
Kot trzy płoty,
Człek trzy konie,
Koń trzy koty —

zanucił nagle kapitan Konarzewski, poczem zabębnił po stole swymi kolosalnymi palcami marsza, którego nazywał piemonckim. Drewski, jakby korzystając ze zwróconej na kapitana uwagi obecnych, wstał od stołu i przeszedł do sąsiedniego pokoju.
— Dlaczego on do mnie ma takie zaufanie? — myślał Rdzawicz. Jemu jest jeszcze gorzej na świecie, niż mnie... Ale może dlatego tak ze mną mówił, iż odczuł, że i mnie za życia dyabli biorą...
— Z tego Drewskiego to już i pies nic nie wyliże — mruknął Tężel. — Tymczasem ktoś z obecnych zaczął opowiadać o ostatnim dramacie Hauptmanna, który widział w Berlinie, tak, że dopiero po jakich dziesięciu minutach Misia zapytała Stosławskiego, gdzie się Drewski podział?
— Poszedł tam — odparł Stosławski, wskazując na sąsiedni pokój.
— Cóż on tam może robić? — i Misia wstała i poszła za Drewskim.
— Ten niedoszły doktór ze swojemi matkami tak zbyt tu nie był dziś potrzebny... C’est degoutant — — zauważył półgłosem, krzywiąc się, młody dorobkiewicz.
— Czy porter wydaje się panu gorszym? — rzekł żywo Przerwic i zwracając się do Rdzawicza szepnął: — Stosławski musi przyjmować tego durnia, bo to jakiś jego kuzyn, ale wiem, że go oboje z Misią znieść nie mogą.
Nagle gdzieś z dalszych pokoi dał się słyszeć przeraźliwy krzyk Misi; wszyscy zerwali się od stołu.
— Zostańcie panowie! — krzyknął Stosławski i pobiegł naprzód. Po chwili pojawił się z powrotem, blady i przestraszony, wołając: — Prędko wody! Misia zemdlała! Drewski się otruł...
Tężel chwycił karafkę z wodą i pobiegł za Stosławskim. W trzecim pokoju za salą jadalną, w gabinecie do palenia, Misia leżała na wznak na ziemi, bez przytomności, Drewski zaś siedział sztywny i siny na krześle przy stole, z rękami w kieszeniach, z głową w tył przewieszoną, z pianą wybiegłą na usta, martwy.
Misia, opryśnięta zimną wodą, przyszła wkrótce do siebie.
— Zobaczcie, czy mu jeszcze serce nie bije? — zawołała z fotelu, na którym ją Stosławski posadził. — Trzeba zaraz posłać po lekarza...
— Nie, serce już nie bije — rzekł Tężel, który położył rękę na piersiach Drewskiego.
— To jest okropne, okropne... Taka śmierć — — mówiła przerażona Misia.
Tymczasem goście i służba stłoczyli się koło trupa. Rdzawicz poznał leżący na stole papierek, który mu pokazywał Drewski.
— Tu jest także coś napisanego — rzekł, wskazując palcem na kartkę, obok papierka, w którym była trucizna. — To do pana, panie Stosławski, adres jest u góry.
Stosławski wziął i zaczął czytać głośno, drżącym z emocyi głosem: »Przepraszam bardzo, że zrobię Wam trochę ambarasu, mógłbym się równie dobrze otruć gdzieindziej, ale czuję się w tej chwili wyjątkowo dobrze do otrucia usposobionym i boję się, że mi to dobre usposobienie może minąć, a już mam dość. Bardzo dowcipnie ktoś powiedział, że życie w zasadzie jest dostatecznie podłe, aby się postanowić zabić, ale na to, żeby to zrobić trzeba mieć powód. Otóż ja doszedłem wreszcie do tego, że mam powód. Powód jest we mnie. Bądź co bądź jest mi cokolwiek zbyt niemiło, aby tak dalej było, jak teraz jest, ale byłoby mi równie niemiło, gdybym się miał zmuszać do starania o to, żeby było inaczej. Obieram więc drogę pośrednią: wypisuję się z interesu i nie narażam ani na jedno, ani na drugie. Wiesz, robicie tyle dobrego ludziom i masz tyle pieniędzy, wyznacz mojej matce dożywocia jakich trzydzieści rubli miesięcznie, choćby piętnaście, niech je suchy chleb, ale niech nie jeździ na koźle u pani z Wyraj­‑Trzemeskich Schwalbowej. Widzisz, o to cię proszę bez żadnej ceremonii. Swoją drogą jestem wdzięczny temu kozłowi, bo żeby nie on, tobym jeszcze dalej może szłapał, a moja matka możeby jeszcze kiedy z tyłu na walizie za panią z Wyraj­‑Trzemeskich Schwalbową do Warszawy przyjechała. Jadę pewny, że będziecie o mojej matce pamiętali aż do jej wyjazdu, czyli, tłómacząc się jaśniej, śmierci. Na te tysiąc dwieście rubli, którem ci winien, możesz krzyżyk położyć, inni zaś moi wierzyciele odpowiednie znaki, stosownie do wyznania. Pani Michalinie rączki całuję i dziękuję przedewszystkiem za pasek flanelowy, który mi przysłała, kiedy byłem chory, a nadto i jej polecam moją matkę. Pryskałbym stąd, jak na wesele, gdybym był pewny, że oprócz twoich pieniędzy, ona jej jeszcze da trochę swego serca. Wszystkim znajomym życzę, aby potrafili sobie tak nic nie robić ze śmierci, jak ja, kiedy im się trafi okazya. Panu Rdzawiczowi powiedz, że mi się bardzo podobał i że jemu tego przedewszystkiem życzę. On ma za głęboko osadzone oczy, aby miał źle, to jest tak zwaną naturalną śmiercią skończyć. Cóż w mojej jest nienaturalnego? Czy nie jestem taki sztywny, jak gdybym umarł na zapalenie płuc, lub tyfus? Muszę mieć trochę piany na ustach. Zarazem proszę pana Rdzawicza, aby obserwował najbliższą zorzę borealną, czy się tam moja śmierć daje odczuć? Zajmijcie się moją matką, którą opiece mojej polecił mi ojciec przed swoją emigracyą, czyli — wyraźniej mówiąc, zmianą lokalu z Krakowskiego przedmieścia do trumny. »Matka powinna być przez ciebie na świeczniku« — powiedział. Była wysoko, na kozie. Każ mnie spalić, jeżeli będzie można, choć ostatecznie wszystko mi jedno.

Tout à Vous
Ignacy Drewski«.

Zapanowało głuche milczenie. Po chwili Misia wstała z fotelu, zbliżyła się do ciała Drewskiego, uczyniła mu nad głową znak krzyża i kładąc rękę na czole, rzekła z ogromną tkliwością w głosie:
— Spij spokojnie, przysięgam ci, że twojej matce będę córką do śmierci...
Przerwic wziął ją za rękę, uścisnął serdecznie i powiedział:
— Pani jest tak dobra, jak moja żona.
Wówczas Misia przechyliła się nieco w tył, popatrzała nań chwilę, a potem rzuciła mu ramiona na szyję i przyciskając głowę do jego piersi, wołała z płaczem:
— Jakto? Pan się nie wstydzi? Nie wstydzi się pan mnie zestawiać ze swoją żoną? Nie wstydzi się pan — — mnie?...
Rdzawicz stał nad trupem Drewskiego i myślał przedewszystkiem to, że ów człowiek przed chwilą żył, a równocześnie czuł, że wszyscy myślą to samo; zarazem prawie bezwiednie zdawał sobie sprawę z tego, że ta wspólna myśl jest najpospolitsza, jaka w tej chwili do głowy przyjść mogła i wprost najnaturalniejsza. Patrzał na Drewskiego i widział jego sztywny i dziwnie cichy spokój; długi nos wydłużył mu się jeszcze bardziej, blada twarz zupełnie zbielała, piana na ustach skrzepła. Siedział na krześle z głową w tył przegiętą i rękami w kieszeniach; nikt go nie śmiał tknąć. Wszyscy mówili cicho i w jakiemś wielkiem uszanowaniu i skupieniu w sobie. Służba, która przecież musiała go mieć za nic, ponieważ się licho ubierał i zapewne nie dawał żadnych pour boire’ów, poglądała na niego również z jakimś rodzajem szacunku. Jaki on jest teraz wielki pan — myślał Rdzawicz — jak on teraz du haut de sa grandeur może mierzyć sprawy świata. Już teraz jest on wyższy nad wszystko... Albo też raczej jest wobec wszystkiego niczem...
Stosławski kazał pójść po doktora i dać znać w policyi. Zebrani goście jeden po drugim, nie żegnając się, poczęli wychodzić. Stosławski nie pozwolił ciała ruszać, aby je policya tak znalazła, jak je zastano i wyprawił służbę z pokoju. Został przy Drewskim tylko on, Misia, Przerwic z Tężlem, kapitan Konarzewski i Rdzawicz.
— Jak tu tej biednej matce dać znać? — szepnęła Misia.
— A jednak trzeba, bo się po mieście rozejdzie i jutro będzie w rannych pismach — rzekł Przerwic.
— Ale jak tu jej dać znać?... Nie mam odwagi... I potem, jakże jabym tam poszła?... W pojęciu ludzi taka kobieta, jak ja, ma matce dawać znać, że się jej syn otruł, i to — — u nas... Ja to doskonale rozumiem... Co tu robić?...
— Ja pójdę do pani Drewskiej — ozwał się kapitan Konarzewski. — Od starego znajomego łatwiej to zniesie... Widziałem matki, których dzieci zarżnięte rzucano żywcem w ogień... Pójdę do niej, będziemy razem płakali nad naszemi utraconemi dziećmi...
Stosławski mimowoli ze zdziwieniem spojrzał na kapitana, ten bowiem był nieżonaty i nigdy o żadnych utraconych dzieciach dotąd nie wspominał.
— Chodźmy stąd — rzekła Misia. — Zaczyna mi tu być straszno.
— Ja tu chwilę zostanę — rzekł Rdzawicz.
Tężel wziął go za rękę:
— Cóż chcesz robić? — szepnął. — Wyjdź.
— Nie, zostanę chwilę.
— Zdejmcie panowie maskę pośmiertną dla matki — rzekł Stosławski. — Zaraz każę przynieść gipsu. A teraz chodźmy.
Rdzawicz pozostał sam z trupem Drewskiego. W pokoju było szaro, z trzeciej dopiero sali dochodziło światło lampy. Zdjął go nerwowy lęk: już posunął się ku drzwiom, aby pójść za innymi, ale, jakby naumyślnie wbrew swej woli, drzwi przymknął.
Ściemniało prawie zupełnie; ciało Drewskiego na krześle straciło wyraźny kształt i kontur i zamieniło się w jakąś ciemną, podłużną bryłę. Rdzawicz nie śmiał się ruszyć od drzwi i trzymał klamkę. Ale, jakby znów umyślnie, wbrew swej woli, puścił ją i postąpił krok ku Drewskiemu. Uczuł zimny dreszcz i chciał uciec, równocześnie jednak rzekł do siebie: Czego ja się właściwie boję? Cóż to jest? Ludzkie ciało, tylko martwe. Czego się bać? — Zbliżył się ku otrutemu, i myśląc, że nie powinien się bać, położył mu rękę na czole. Było zimne i uczyniło mu wrażenie skostniałej skóry. Zatrzymał rękę i czuł, że między nim a tym nieżywym człowiekiem jest jakiś związek, jakaś blizkość. Przedewszystkiem wydawało mu się zbliżającem ich to, że dzieliło ich między sobą tylko życie, to jest rzecz, która w tejże chwili mogła ich przestać dzielić i to najzupełniej i wyłącznie zależnie od woli Rdzawicza. Drewski miał drugi proszek trucizny przy sobie, więc gdyby Rdzawicz chciał przestać żyć, mógł to uczynić istotnie w tej samej chwili. Oprócz więc tej tkanki pajęczej, którą lada powiew może zerwać, a która nazywa się życiem, nic ich nie dzieli. Potem, dlaczego ten człowiek specyalnie zwracał się ku niemu w swoim liście? On więc był jedną z ostatnich myśli Drewskiego przed śmiercią... I Drewski jakby przepowiadał mu podobny koniec... I nie on pierwszy to przepowiadał... Rdzawicz uczuł, że po ciele jego przeszedł jakiś lekki wprawdzie, ale niepokojący dreszcz. Dlaczego właśnie naprzeciw niego było przy stole miejsce dla Drewskiego? Inaczej nie byliby mówili ze sobą i Drewski nie byłby tego napisał, co napisał. I dlaczego właśnie dziś Drewski się zabił? Kto wie, może gdyby się był nie spotkał z nim, nie mówił o śmierci, może byłby tego nie zrobił? Był podniecony. Także, gdyby był rozmawiał z kim innym, byłby z pewnością wyszedł trochę później, lub trochę wcześniej od Stosławskiego i nie byłby spotkał matki na koźle u Schwalbowej, a to wrażenie było bądź co bądź bezpośrednią i ostateczną pobudką, że się otruł. Rdzawicz, czując, że stał się nią mimowolnie, czuł się jednak do pewnego stopnia jedną z przyczyn śmierci Drewskiego.
Nagle wydało mu się, że się trup ruszył. Porwał go taki strach, że o mało nie krzyknął i nie skoczył ku drzwiom. Ale szybko pomyślał, że to prawdopodobnie jemu samemu musiała drgnąć ręka i że to wziął za poruszenie się ciała. Teraz jednak nie mógł już dłużej trzymać ręki na czole Drewskiego; coś jakby mu ją z niego spychało. Zdjął i w tej chwili strach ogarnął go ponownie i począł ogarniać coraz potężniej. Miał takie uczucie, jakby dotąd łączyło go coś jeszcze z tym nieżywym człowiekiem, z jego niedawnem, jeszcze zupełnie świeżem życiem, teraz zaś nagle stał mu się Drewski czemś zupełnie obcem i potwornem. Cofnął się raptownie ku drzwiom, a potem pobiegł ku nim z takim lękiem, jakby go jakaś okropna, zimna i ślizga trupia ręka chciała uchwycić. Wpadł do drugiego pokoju i drzwi zatrzasnął. Tu świeciło się, a przy drzwiach stał Tężel.
— Co ty tu robisz? — spytał Rdzawicz, usiłując pokryć wrażenie strachu.
— Czekałem na ciebie. Chciałem już wejść. Byłem niespokojny.
— Nic — — chciałem się przekonać, jakich uczuć doznaje się przy umarłym. Mego ojca nie lękałem się wcale, choć byłem młodszy. Może dlatego, że był tak bardzo piękny po śmierci, tak piękny jak za życia, i że leżał w kwiatach, z uśmiechem niewypowiedzianego pokoju. Teraz przeląkłem się, przyznaję... Czy ty wychodzisz?
— Mam zdjąć maskę. Pomożesz mi?
— Nie, nie, ja tam już nie chcę wejść więcej...
— A dokąd pójdziesz?
— Nie wiem, na miasto. Czy Przerwica niema?
— Czekają z Misią na wiadomość od kapitana, lub na niego samego. Stosławski...
Tężel nie dokończył, albowiem w tej chwili usłyszeli jakiś obcy im kobiecy głos: — Gdzie on?! — i ujrzeli niemłodą kobietę o siwych włosach, w ciemnej, ubogiej sukni, opartą na ramieniu Konarzewskiego. Za nią szła Misia, Stosławski, Przerwic i kamerdyner Stosławskiego.
— Matka — szepnął Tężel.
Kobieta ta przeszła koło Tężla i Rdzawicza, nie widząc ich wcale, choć jej oczy padły na nich i zatrzymały się nawet chwilę. Oczy te były jakby szklanne, szeroko otwarte i nieruchome, jak cała jej twarz, która właściwie nie była teraz twarzą, tylko jednym wyrazem zapamiętania się w rozpaczy. Tężel otwarł drzwi — — do ciemnego pokoju padł blask lamp i oświetlił białą twarz Drewskiego i jego sztywne ciało na krześle, z przewieszoną w tył głową i rękami w kieszeniach. Pani Drewska krzyknęła przeraźliwie: Ignaś!... i runąwszy przy krześle na kolana, objęła zwłoki syna rękami i przycisnęła do nich siwą głowę i usta. Nie płakała, nie trzęsła się od szlochania, nie jęczała, tylko stężała przy trupie syna tak, jak on sam był stężały. Ból opanował jej ciało równie silnie, jak jego ciało opanowała śmierć.
Misia i Konarzewski uklękli przy pani Drewskiej, Tężel i Stosławski stali opodal bladzi, jak ściana, Przerwica nie było w pokoju. Rdzawicz zaś myślał: A jednak nie umiera... A jednak nie umiera...
Nie umiera tak samo, jak on nie umarł po stracie Maryi. Ale czy onby żył, gdyby tak klęczał przy jej trupie, czy mógłby żyć?... Na tę myśl ścisnęło się w nim coś, oddech mu się z bolesnego przerażenia zatrzymał. A przecież Marya będzie kiedyś takim samym zimnym, sztywnym i strasznym trupem... I żal nad Drewską, który go zrazu zdejmował, pomieszał mu się z okrutną jakąś żałobą i żałością i litowaniem się nad Maryą, nad którą także wisi śmierć, do której się z każdym dniem zbliża... Chciałby był biec, objąć jej głowę w ręce, tulić do piersi i powtarzać jej: jakaś ty biedna, jakaś ty biedna!... Śmierć wydała mu się jakby jakąś istotą realną, przed którą chciałby był zasłonić Maryę sobą, swoją osobą, swojem życiem, z którą chciałby się był poprostu bić o Maryę.
— Lekarz przyszedł i komisya — ozwał się półgłosem lokaj do Stosławskiego.
Rdzawicz oprzytomniał, spojrzał jeszcze raz na zdrętwiałą przy zwłokach syna panią Drewską i szybko wyszedł z pokoju, a potem na ulicę. Powietrze na razie odurzyło go; prawie czuł chwilowy zawrót głowy.
Było około ósmej wieczorem. Śnieg prószył wilgotnymi, dużymi, bardzo białymi płatkami, które trotuary i ulice zasypały już grubą, miękką warstwą tak, że obuwie w niej grzęzło. Światło latarni i dorożek z pod szyb, zawalonych lepkim śniegiem, miało matowy, niewyraźny blask. Nie było zupełnie słychać tupotu koni, ani tarcia się sanek, tylko dzwonki dźwięczały przygłuchłym dźwiękiem. Ludzie z podniesionymi kołnierzami i pod parasolami, stąpali bez szelestu. Było bardzo cicho i mglisto.
Rdzawicz szedł, nie myśląc o niczem. Przedewszystkiem czuł to, że jest na powietrzu, że jest zupełnie sam i zupełnie swobodny. Miał uczucie jakby jakiejś ulgi, a zarazem świadomość, bez wyraźnego rozróżniania szczegółów, że się po za nim coś stało i coś strasznego. Nim zdążył nanowo począć ulegać wrażeniu śmierci Drewskiego, myśl jego odwróciła się w inną stronę. Oto Przerwicowa nie wiedziała wprawdzie bezwarunkowo, czy Marya jest w Warszawie, ale przypuszczała, że jest i prawie na pewno. Być więc może, że mógłby ją spotkać... Na tę myśl ogarnęło go takie gorąco, że musiał chwycić powietrza ustami, nogi zadrżały pod nim, a serce poczęło mu bić gwałtownie szybko. Przez chwilę doznał takiego uczucia osłabienia, jakby miał zemdleć. Rozszerzonemi oczyma począł patrzeć przed siebie, wytężając wzrok. Przed nim, o jakie piętnaście kroków, szły jakieś dwie panie, zasłonięte parasolami: jedna była z figury zupełnie podobna do Maryi... Może to ona?!... Skrzyżowały się w nim równocześnie trzy namiętne chęci: uciec i nie dać się widzieć; dogonić i zwrócić na siebie uwagę; dogonić, patrzeć, ale samemu zostać niespostrzeżonym... Ale w tej chwili, na drugiej stronie ulicy, w przeciwną stronę idące ujrzał znów dwie panie, z których jedna mogła być także Maryą... Pośpieszył kilka kroków naprzód, potem zatrzymał się, zbiegł z trotuaru na ulicę, zawahał się, zawrócił i chciał wstecz iść za tamtemi i znów się zatrzymał... Koło niego przejeżdżały karety — w każdej z nich mogła być Marya; każda z pań, zatulonych w futro w przelatujących szybko saniach, mogła nią być także... Nakoniec zdecydował się: pobiegł prawie za dwiema paniami, które pierwsze zobaczył. W miarę, jak się zbliżał, serce mu biło coraz mocniej i oblewało go coraz większe gorąco, prawie pot. Dobiegł ich — chciał uciec... Przysunął się... To mogła być ona, ona, Marya, ta Marya, która była jego narzeczoną, którą przyciskał do piersi, z którą, tyle, tyle przeżyli wspólnie, Marya, która miała być jego żoną, z którą miał być spojony na wieki, z którą nic nigdy nie miało ich rozdzielić, tak umiłowana, tak upragniona... i tak stracona... Oto o krok przed nim może jest ta kobieta, po której tak tęsknił, którą tylu łzami opłakał, o której dniami całymi myślał, której nocami całemi wzywał. Oto może o krok od niego jest ta jego Rysia serdeczna, której się spytał niegdyś: Czy chcesz, abym cię wziął? — a ona opadła ku niemu ciałem i odszepnęła: Weź mię...
Ile to razy byli z sobą skroń przy skroni i serce przy sercu... I teraz może tylko jeden krok ich dzieli od siebie... i on tego kroku nie może, nie śmie przestąpić!... Ach! może to wszystko był tylko sen! Może się nigdy nie rozstawali z sobą, może on wyszedł z domu, aby się tu z nią spotkać i pójść gdzieś razem... Będą przy sobie siedzieli, osobno, na boku, i rozmawiali z sobą tak, jakby mieli jedną tylko duszę, która gra dwoma harmonijnymi tonami, i będą tacy swoi i tacy jaśni i dobrzy dla ludzi...
Ileż to razy tak siedzieli, tacy swoi i jaśni... Ona mu znów pochylać będzie od czasu do czasu ukradkiem swoją śliczną główkę ku ramieniu i poza krzesłem wyciągnie ku niemu rączkę, albo szepnie mu: Mały, ti!... Tyle razy tak było, tyle razy... Ludzie wydawali mu się wtenczas jak cienie, nie istnieli prawie dla niego, a patrzał na nich tak promiennie... Takie wielkie, szerokie serce w sobie czuł; płynęła z niej ku niemu taka jakaś szlachetna sympatya ku ludziom, płynął z niej ku niemu taki rozum wysoki i słoneczny... Mówili na pozór o rzeczach błahych, a jednak w nim się cała dusza pod temi, małemi, słodkiemi słowami Maryi przemieniała, przerabiała w sobie. Odpadały z niej plewy, opadał pył, krysztaliła się. Marya była mu jakby jakiemś duchowem wniebobraniem zarazem. Czuł, jak się w nim przy niej dusza zamienia jakby w olbrzymi kwiat niezmiernie świetnych kolorów. Czarodziejstwo czyniła z nim ta kobieta, była dla niego takiem dobrem — mogłaż go naprawdę opuścić, naprawdę?!... Tak... ale nie może być, żeby w niej nic już dla niego nie było! Gdyby teraz podszedł ku niej, wyciągnął ku niej dłoń, chwycił ją za rękę i szepnął smutno: Patrz, to ja, kocham cię jak pierwej, stokroć więcej jeszcze, tylem wycierpiał, tak tęskniłem, żyć bez ciebie nie mogę. Wszakżeś mi powiedziała: weź mię, wszakżeśmy nieraz opierali skroń o skroń i serce o serce, wszakżeś mi przysięgła, że nie opuścisz mię nigdy, cokolwiek będzie...
Wtem druga z kobiet odezwała się dość głośno: — »Janinko, lève ta robe, bo się zachlapiesz«. To nie była Marya...
Zwrócił się więc i znów już naprawdę biec zaczął za tamtemi. Chciał ją tak zobaczyć! Ale odszukać ich nie mógł. Wpadał w boczne ulice — nie wiedział: dokąd iść? Tymczasem po drugiej stronie znów wydał mu się ktoś podobny do Maryi. Mrok i gęsty śnieg nie dozwalał nawet na krótką odległość nic wyraźnie rozróżnić. Przyszło mu na myśl, że jeżeli jedną z tych pań, których odszukać nie mógł, była istotnie Marya, to może mogły iść do Porzelskiej. Skręcił się więc tam, ale minąwszy szybko bramę, poszedł dalej i zatrzymał się dopiero na rogu ulicy, skąd już naprawdę nie mógłby dojrzeć, zwłaszcza teraz, czy kto wchodzi w bramę lub nie? Bliżej stać nie chciał, nie chciał się narażać na to, aby go ktoś z rodziny Porzelskiej, ze znajomych lub służby zobaczył. Wyśmialiby go. Stał z kwadrans i dopiero zoryentował się, że właściwie nic tu nie wystoi i niczego się nie doczeka, że Marya może być Bóg wie gdzie, lub w domu u ciotki Porzelskiej, i że szukać jej po ulicach jest nonsensem.
Bardzo prędko począł iść w stronę, w którą, wyszedłszy od Stosławskiego, iść zamierzył. Szedł coraz prędzej, coraz bardziej gorączkowo, nie chcąc zwracać na nikogo uwagi. Przesunęło się mimo niego kilka kobiet, które mogły wydawać mu się w swoich długich, zacierających kształt rotundach i puszystych wysokich kołnierzach, Maryą, ale już starał się nie zważać na to. Wszedł do restauracyi i zdjąwszy futro, wybrał sobie miejsce w kącie, za jakimś rodzajem kredensu, w którym stała porcelana i szkło. Odkąd powrócił do Warszawy, w restauracyi i cukierniach starał się zawsze siadać na mniej widocznych miejscach, zdawało mu się bowiem, że ludzie, którzy go mogą znać z widzenia, będą na niego patrzyli z ironią i podrwiwającem politowaniem z powodu zerwania z nim, a raczej odrzucenia go przez Maryę. Przedewszystkiem nie zdawał sobie z tego sprawy, że kwestya ta tylko dla niego była najważniejszą na świecie. Wydawało mu się, że ciągle w mieście o tem mówią i że prawie niczem innem się nie zajmują.
W restauracyi było prawie pusto.
Rdzawicz kazał sobie podać kolacyę i wziął pierwszą z brzegu gazetę. Wtem do sali weszła gromadka młodych ludzi, widocznie rozbawionych i wracających z towarzyskiego zebrania; ubrani byli wieczorowo. Rdzawicz nie znał z nich żadnego. Wyglądali na młodzież z zamożnej i eleganckiej, tą pospolitą elegancyą bez dystynkcyi, szlachecko­‑burżuazyjnej sfery. Po większej części byli różowi, przystojni, rozczesani na pół głowy, mieli w ładnych krawatach szpilki bez gustu, ruchy swobodne i salonowe, ale bez żadnej wrodzonej wytworności, wyrazy twarzy pewne siebie, sprytne, czasem mniej lub więcej zblazowane i płasko­‑cyniczne, zdradzające dużą praktyczną znajomość życia, a żadnej oryginalnej, swojej, głębszej lub wyższej myśli. Rozsądna, płaska, zdawkowa, codzienna inteligencya i chęć ordynarnego, gminnego użycia: były najznamienniejszą cechą duchową tej młodzieży. Odbijał od nich cokolwiek otyły blondyn, lat około czterdziestu, o typie wybitnie wiejskim. Poczęli jeść i pić. Ktoś kazał podać szampana. Rozmowa zrazu urywana, poczęła się ożywiać. Mówili głośno, tak, że Rdzawicz nieopodal i niewidocznie dla nich siedząc, mógł słyszeć każde słowo.
— Przyjdziecie na przyszły wtorek? — ozwał się młody, może dwudziestoletni brunet.
— Naturalnie — odparł mu drugi brunet, trochę starszy — przynajmniej ja przyjdę. Z tych fiksów naprawdę tylko u Żymilskich jest przyjemnie.
— No, to nie — odrzekł ktoś trzeci — ale że najprzyjemniej, to pewna. Żymilska zawsze takie piękne kobiety sprasza, jak gdyby jej mąż miał ośmdziesiąt lat.
— Ej, u niego to wszystko jedno.
— No, ale przyznajcie — ozwał się drugi brunet — nasza Marynia »taki najpiękniejsza«, jak mówią na Litwie. Nieprawdaż, panie Kołolaski? — dodał, zwracając się ku otyłemu blondynowi.
— O, prawda, że ta wasza Marynia piękna, jak marzenie — odrzekł zagadnięty z westchnieniem.
— Więc niech żyje nasza Marynia!
— I niech żyje nowa jej ofiara, zacny szlagon z pod Kiecka, imci pan Walery Kołolaski!
Wszyscy zwrócili się ku otyłemu blondynowi i poczęli trącać kieliszkami o jego kieliszek, on zaś usiłował nadrabiać miną, ale się zaczerwienił i zmieszał.
— E, z tego nic — rzekł pierwszy brunet — ze wszystkimi nami musiałbyś pan mieć do czynienia. Nie damy sobie jej wydrzeć. No, dalej, niech żyje nasza Marynia!
— Wiwat jej oczy!
— Wiwat jej usta!
— Wiwat jej biust!
— Wiwat jej gust!
— A jaki ma gust? — ktoś wtrącił.
— Nie na ciebie, to pewno.
— Może na ciebie?
— Byłby w niebie!
— Tylko nie rymujcie dalej na »ebie«...
— Słuchaj, jak to mówi Merkucio o Julii?...
— Nie. O donnie Rozie, jak Bogu dobrze życzę — ozwał się głos nosowy.
— Niech żyje jej udo z przyległościami, tak?
— Niech żyją jej przyl — —
— Pst! Pan Kołolaski chce mówić.
Pan Kołolaski zaś, widocznie obawiając się, że rozmowa stanie się za swobodna, podniósł kieliszek, chrząknął i jakby chcąc jej położyć koniec, zaczął:
— Wiwat wszystko... — brakło mu konceptu i zająknął się.
— Ten toast do dna panowie! — ktoś zawołał.
Wśród głośnego śmiechu toast wypito.
Rdzawicz zasłonięty gazetą, czuł, jak mu się na przemiany robi zimno i gorąco, jak blednie i czerwieni się. Był pewny, że mówią o Maryi, choć nie wymienili jej nazwiska. Zasłonięty gazetą, ze ściśniętemi wargami, słuchał, nie zastanawiając się nad niczem, chcąc tylko wszystko chwycić, co mówią.
— Thi — ozwał się powoli, przez nos, łysy, chudy, o zblazowanym wyrazie twarzy, trzydziestokilkoletni mężczyzna, w niezmiernie wysokim kołnierzu i monoklu. — Thi, gadacie o tej pannie, jak o swojej, a tymczasem ten piękny gentleman z Ukrainy, zdmuchnie ją wam z przed nosa, jak, passez moi le mot, pies kiełbasę kotom.
— Staś Borzewski?
— A dyabli mi tam, czy on Staś, czy Jaś. Mais ma foi, jak się pieczętuję Korabiem — tu powiódł niby mimochodem oczyma po tych, którzy się widocznie niczem nie pieczętowali — ma foi, ona leci na tego Ukraińca. Choć mi to wszystko jedno, chciałbym nim być, na chwilę, jak Bogu dobrze życzę.
— A kiedy ci wszystko jedno, Piętaszku — rzekł jeden z obecnych.
— Naprzód nie nazywaj mię Piętaszkiem, bo wiesz, że tego nie lubię, chociaż właściwie to mi wszystko jedno, jak mię tam ktoś tytułuje. Ale ma foi — garson, podaj mi segaro — ona leci na tego Ukraińca. Co prawda to chłop jak świeca, na pokaz. To musi być coś tak z boku, bo w porządnych szlacheckich domach takich synów już nie miewają. Szekspir gdzieś mówi o tem, choć wolałbym, żeby to mówił lord Bacon. Ma foi, jak Bogu dobrze życzę.
— E, to jeszcze na dwoje babka wróży. Przecież ona już była narzeczoną — rzekł drugi brunet — niby się strasznie kochała, a potem fajt, kawaler wyleciał jak z procy, i po krzyku.
— Ależ to się nie liczy — odparł łysy mężczyzna w monoklu. — Słyszałem o tem, jakiś artysta, rzeźbiarz, malarz, czy ki dyabeł. Pobawiła się i basta. Ma foi, ona pójdzie za tego Ukraińca. Garson, zapal mi segaro.
Rdzawiczowi krew uderzyła tak gwałtownie do głowy, że słyszał jej puls i myślał, że mu czaszkę rozsadzi. Zasłonił się cały gazetą i zdawało mu się, że wszyscy widzą go przez nią i patrzą na niego. Usłyszał, jak przechodząc mimo garson szepnął do swego kolegi: Cóż ten tak czyta i czyta?
— On nie czyta, tylko podsłuchuje — odparł drugi.
Krew uderzyła Rdzawiczowi jeszcze silniej w kark i w mózg. Chciał wstać, wyjść, może rzucić się na rozmawiających, może dać w twarz garsonowi, ale równocześnie myślał, iż tak musi wyglądać, że się nie może pokazać i że jakaś piekielnie dręcząca ciekawość zmusza go pozostać. W głowie uczuł zamęt i jakby bolesne jakieś zamroczenie.
Rozmowa ciągnęła się dalej. Ktoś zapytał:
— Czy ten Borzewski ma duży majątek?
— Taki znów wielki nie — odparł drugi brunet — ale zawsze teraz jakie dziesięć tysięcy rubli dochodu, a po najdłuższem życiu najukochańszych rodziców jeszcze coś. Oni mają dwie wsie koło Żytomierza i dom w Kijowie. Tylko, że jest tam jeszcze dwoje małych dzieci. On u siebie w majątku chce stawiać teraz hutę szklanną na spółkę z Karolem Mojwiłłem i Konstantym Siodłowskim z Lubaczki.
Ma foi, Mojwiłłowie, to magnacki dom. Ale pocóż między takie dwa porządne nazwiska...
— Dwaj bracia Mojwiłłowie musieli wystąpić z klubu w Kijowie z powodu kart — wtrącił z satysfakcyą jeden z tych, którzy się nie pieczętowali niczem.
— Ale zawsze zostali kniaziami Mojwiłłami. Otóż skądże tam ten Siodełko?
— Jaki Siodełko? Siodłowski.
— Ależ, drogi panie, croyez moi, Siodełko. Ich jakiś pradziad, założyciel dynastyi, u ostatniego Wiśniowieckiego, Dymitra, był stajennym, i konia podawał. Dlatego go nazywali Siodełko, a jak się tam przedtem nazywał, Bóg raczy wiedzieć. Jego syn już się nazwał Siodłowskim i wkupił się gdzieś w szlachectwo. Stąd początek wielkiej familii Siodłowskich, jak Bogu dobrze życzę. No, a ileż ma panna Tyżwiecka?
— Marynia ma okrągłe czterdzieści dwa tysiące, ulokowane na sześć i pół procent na pierwszej hypotece ziemskiej; wiem to od Jasia Leszczyckiego — rzekł pierwszy brunet.
— To będą mieli razem około trzynastu tysięcy rubli rocznie — rzekł mężczyzna, zwany Piętaszkiem. — Z tem, ma foi, można jako tako już żyć. Ja straciłem prawie całą fortunę, a żyję.
— Ej, coś ty tam miał do stracenia — ktoś wtrącił.
Ma foi, że miałem. Trzy tysiące mórg ornej ziemi i trzy tysiące lasu. Jak stracę resztę, ma foi, odwrócę portrety familijne do ściany i za ladę, jak Bogu dobrze życzę. Liczę na pańską przyjaźń, panie Kufke. Tylko wymawiam sobie cebuli, bo nie mogę znieść zapachu. Garson, podaj mi wykałaczki. Jeszcze u panów w sklepie nie było Typolskiego, co? Thi!.. Ale patrzcie no, ma foi, Ukrainiec... i z kimś jeszcze... cóż to za ędiwiduum? Pijane, bo się chwieje. Quel dròle de pistolet!
Rdzawicz rzucił okiem z za gazety. Ku siedzącym przy stole szedł młody, może dwudziestoośmioletni mężczyzna, wysoki, tęgi, bardzo kształtny i bardzo piękny. Rdzawicz przypatrzył mu się bacznie. Miał ciemno­‑blond bujne, połyskujące, przedzielone z boku włosy, spadające nieco z jednej strony na czoło, duże, jasne, w pysznej oprawie niebieskie oczy, nos orli, bujne, długie, ciemnoblond tak zwane polskie wąsy, wytwornie wykrojone usta i ściągły owal. Ubrany wykwintnie, w postawie i ruchu miał coś wysoce dystyngowanego i połączonego z niejaskrawą, szlachetną brawurą. Mógł uchodzić za skończenie piękny typ polski, za jednego z tych ludzi, o których się mówi, że się robi jasno w pokoju, gdy wchodzą. Wyraz twarzy inteligentny, otwarty, wesoły, zuchowaty w dobrym i cywilizowanym tonie, w połączeniu z łagodnym sentymentalizmem oczu i zmysłową a melancholijną słodyczą ust, czyniły go od pierwszego wejrzenia pociągającym. Musiał to być jeden z tych ludzi, o których kobiety mówią, że są »niezwyciężeni«, a do których nawet ogół mężczyzn lgnie prawie bez zazdrości; jeden z tych, którzy podbijają bez starania się o to, dlatego, że się z darem podbijania porodzili. Są to artyści bezwiedni, geniusze w swoim rodzaju intuicyjni; możnaby ich nazwać geniuszami wdzięku.
— Witam panów — rzekł dźwięcznym barytonem, kłaniając się uprzejmie — pozwolą panowie usiąść obok siebie? Ale, ale, jestem tu w towarzystwie pana kapitana Konarzewskiego. Moi panowie: pan kapitan Hieronim Napoleon Konar­‑Konarzewski.
— Józef Tadeusz z Wielkich Konarzewic herbu Prus Pierwszy — dodał kapitan, kłaniając się chwiejnie.
— Mój najbliższy sąsiad z Poleszowa — ciągnął dalej Borzewski — i stary znajomy.
— Na rękach piastowałem, jak Boga kocham. Co panowie pijecie? Białe?
— Cliquot, kapitanie. Prosimy siadać.
— Cliquot? Wolę sec. Uf!
— Zaraz będzie i sec. Może pan kapitan cygaro?...
— Co za dziwne ędiwiduum! — bąknął Typolski. — Ma foi, pyszna figura. Garson, segara.
— Kapitan miał dziś wielkie zmartwienie — rzekł Borzewski, siadając i biorąc bez myśli wykałaczkę z pęczka — otruł się jego wychowanek i syn odwiecznej przyjaciółki, niejaki Drewski.
— Drewski? Kandydat na lekarza? — podchwycił pierwszy brunet. — Taki chudy? Znałem go. Czy to ten? Otruł się? Kiedyż?
— Na rękach wypiastowałem, jak Boga kocham. Matkem do chrztu trzymał. Nakładałem na niego. Sypiał u mnie w łóżku, w moich kołnierzykach chodził.
— Jakże, kiedy miał być chudy, a pan kapitan, nie wymawiając panu Bogu, cokolwiek, ma foi, o Falstafa zawadza — zauważył Typolski.
— A bo miałem dawne kołnierzyki, z czasów, kiedy się mogłem w panieński gorset zapinać — odparł kapitan.
— Ten Drewski miał matkę, była za bonę u moich kuzynów Schwalbów. Cóż stara na to? — mówił dalej brunet.
— Eh, co tam będziemy o tem gadali! — rzekł drugi brunet. — Cóż, panie Stanisławie, odprowadziłeś pan panie?
Borzewski skinął uprzejmie głową na znak, że tak.
— Marynia boska, co? — rzekł pierwszy brunet.
Borzewski przymrużył oczy, uśmiechnął się i nic nie odpowiedział.
— No, przyznaj się pan, wzięła pana. To nie wstyd, ona nas wszystkich bierze. A i na pana tam patrzą, aż miło! Myślałem, że pan spuchnie od komplementów pani Porzelskiej.
Borzewski uśmiechnął się znowu i puścił kółko dymu z cygara.
Ma foi, jak pan to pięknie robi. Gdyby na świecie było co warto robić, tobym się tego nauczył, jak Bogu dobrze życzę. Garson, zapal mi segaro.
— No, cóż Marynia, cóż? — nacierał pierwszy brunet. — Niech pan się o to nie gniewa, że pana tak przyciskamy, ale widzi pan, panna Tyżwiecka, to jest takie dziecko pułku. My wszyscy kochamy się w niej, wszyscy nosimy w butonierkach kamelie, używamy vera violetta i papierów listowych heliotrop, bo to jej ulubione perfumy i kolor. My jesteśmy jej lejbgwardya. Zawiązaliśmy to stowarzyszenie tego lata w kąpielach, gdzieśmy się bosko bawili! Przekupiliśmy badedinerkę, która nas wprowadzała na jakiś stryszek, skąd można było widzieć, jak się Marynia kąpała. Ciasno tam bywało okropnie, bo nas tam bywało naraz po trzech i czterech. Ale cośmy widzieli, to, powiadam panu — —
— Postanowiliśmy tam — przerwał drugi brunet — że jeżeli żadnego z nas nie wybierze na męża, to tylko z naszej ręki może go dostać. Musisz się pan o nasze względy starać.
— Ale, cóż znowu, panowie żartujecie — rzekł Borzewski, uśmiechając się i usiłując ukryć śmiechem niesmak, jaki mu się malował na twarzy.
— Nie, my wcale nie żartujemy. Nasza paczka zna Marynię od niedawna, bo dopiero od pół roku, przedtem nie bywała w naszem towarzystwie i znaliśmy ją tylko z widzenia i trochę z balów publicznych, ale znamy ją dobrze. Ona jest panem widocznie zajęta. Kiedy się do pana przysiadła Bronka Szczerbska — prawda co to za łobuz dziewczyna? — i ta piękna pani Notweinowa — tam, panie, tylko śmiało! — Marynia się zaczerwieniła i była taka zła, że mi naprzód o mało nie parsknęła w nos, że jestem idyota, choć zazwyczaj dosyć jest na mnie łaskawa, a potem wcale ze mną gadać nie chciała.
— A mnie poradziła, żebym zbyt nie zaniedbywał egzaminu dla fiksów — rzekł pierwszy brunet. — Jabym jej zrobił egzamin, żeby tylko chciała...
Ma foi, i mnie się coś dostało po łysinie od tej jędzy. Ale co, panie, nie macie na Ukrainie takich? Ta Tyżwiecka, to kobieta frontowa. A, a, panie Kufke, wymawiam sobie, obok cebuli, codzień po obiedzie pół godziny na Słowackiego. Jak Bogu dobrze życzę — garson, segaro jest wilgotne, inne! — lubię tego demokratycznego poetę najbardziej ze wszystkich.

Kto, mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
Gniazdo na skałach orła, ten niech umie
Spać, gdy źrenice czerwone od gromu
I słychać jęk szatanów w jodeł szumie.
Tak żyłem...

Thi! thi! jak Bogu dobrze życzę, majestat! — dodał kiwając z entuzyastycznem przekonaniem ręką.
— Cóż panie, jakżeście się pożegnali? — pytał znów pierwszy brunet Borzewskiego. — Co panu powiedziała na odchodnem? Ścisnęła panu mocno rękę, co?
— Panie Beer, pan Borzewski jest gentlemanem — rzekł łysy mężczyzna w monoklu. — Je vous demande pardon, monsieur de Borzewski, żem się odważył za pana odpowiedzieć — dodał, skłaniając się z przesadną dystynkcyą ku Borzewskiemu. — Mówiliście coś o jakimś Drewskim, który się otruł, czy rozpuścił w kwasie siarczanym? Czy to z tych dobrych Drewskich z Podlaskiego, co?
— Nie, to z innych, mniejszych — odrzekł ktoś.
— Phi! — mruknął łysy mężczyzna, machnął lekceważąco ręką i założył nogę na nogę.
Rdzawicz nie wiedział, co począć? W głowie burzyło mu się i czuł gorączkę. Czuł także, że jest obserwowanym przez służbę, którą zastanawia jego uporczywe czytanie tej samej gazety, o dwóch stronach druku i dwóch stronach anonsów. Chciał przeczekać zebrane towarzystwo, ale tam odkorkowywano coraz nowe butelki. Byłby się może zdecydował przejść mimo, bo przypuszczał, że go nikt z tych panów z widzenia nie zna, ale obawiał się, że spostrzeże go kapitan Konarzewski. Ten zaś pukając swymi olbrzymimi palcami w stół, nucił półgłosem:

Un Musulman, très brave garçon
Portait sa femme et caleçons,
On lui a dit: vous êtes chocolat —
Il leur répond: kif, kif, Allah!...

— Słyszałem to w Nicei — rzekł Typolski, kapitan zaś powtórzył:

Kif, kif, Allah!...

i uderzył w stół marsza piemonckiego, aż szkło zabrzękło.
Borzewski, tłómacząc się, że ma ból głowy, wyszedł. Wino poczęło działać. Jedni mówili przez drugich, a mówili coraz swobodniej. Mówili o różnych rzeczach, głównie jednak o Maryni Tyżwieckiej. Języki rozpuściły się... Wyrażano zachwyty, przypuszczenia, pragnienia w jak najdrastyczniejszy, choć niezupełnie nie zawoalowany sposób.
W Rdzawiczu wrzało wszystko. Mógł był wstać, mógł był któremukolwiek z tych panów rzucić kartę, lub wyzwać wszystkich naraz, winnych i niewinnych, mógł był zmusić ich do milczenia groźbą, że pierwszemu, który się odezwie nieprzyzwoicie o Maryi, butelką łeb rozbije... mógł to był uczynić, ale jakiem prawem? Prawem odrzuconego amanta, dymisyonowanego narzeczonego? Ci panowie niewątpliwie przyjęliby wyzwanie, biliby się, ale przedtem parsknęliby mu w nos śmiechem, gdyby im powiedział, kim jest. Gdyby ci panowie uwłaczali czci, dobrej sławie panny Tyżwieckiej, każdy honorowy człowiek miałby prawo stanąć w jej obronie. Ale nie, oni czci jej bynajmniej nie naruszali: mówili tylko o jej ustach i biuście, o jej ramionach i plecach, biodrach i nogach, mówili o rzeczach, o których zabronić im mówić mógł tylko człowiek, stojący wobec Maryi na jakiemś wyjątkowem stanowisku; on zaś jest jej odrzuconym amantem, jej dymisyonowanym narzeczonym. Marya, dowiedziawszy się w danym razie o wszystkiem, mogła wymówić znajomość tym panom, którzy o niej mówili, jak o pierwszej lepszej kokocie, ale zarazem mogłaby się spytać: skąd pan Rdzawicz poczuwa się w prawie stawać w roli jej rycerza? A może, może właśnie dowiedziawszy się, że on, nie zważając na nic, na nic, cokolwiek zaszło, stanął w jej obronie, stanął sam przeciw kilkunastu... Gdyby miał pojedynek, gdyby był ranny, może, może wróciłaby do niego, może przyszłaby do jego pokoju, gdzieby leżał, i nachyliła się nad nim i wyciągnęła ku niemu obie ręce i szepnęła mu: kocham... Może ów sen jej, opowiedziany w Kłężu, był właśnie przepowiednią, wróżbą tego, co się ma stać na prawdę... Może tak będzie leżał, trupio blady, prawie martwy, a ona nachyli się nad nim i ożywi go swoim oddechem, samem tem, że przy nim jest, ta Marya, ta Rysia serdeczna, umiłowana... A może zginie za nią... W takim razie pozostanie jej na zawsze w pamięci, jako smutny i cichy wyrzut, jako żal rzewny i pełen melancholii... Pójdzie za jego trumną, bardzo blada i bardzo smutna... Wykopią grób, a ona garstkę ziemi, tam, na jego trumnę rzuci... Będzie kwiaty na grób jego kładła i fotografię postawi na biurku... Pójdzie za mąż, będzie miała dzieci, ale naprawdę do końca życia należeć będzie do niego, do jego cichej, smutnej, pełnej melancholii pamięci...
Wtem, na komendę kapitana zebrani powstali nagle od stołu, śpiewając chórem:

Un Musulman, très brave garçon,
Portait sa femme et caleçons,
On lui a dit: vous êtes chocolat —
Il leur répond: Kif, kif, Allah...

i wyszli z sali.
Chwilę jeszcze pozostał tylko Kołolaski, któremu z tęczowej sturublówki niewiele reszty wydano. Rdzawicz natychmiast załatwił rachunek i wyszedł na ulicę.
Z drugiej strony ulicy dochodziło go chóralne:

On lui a dit: vous étez chocolat —
Il leur répond: Kif, kif, Allah...

Rdzawicz miał uczucie, jakby go ktoś bardzo silnie uderzył obuchem w głowę. Wypił zaledwie dwa kieliszki soternu, a szedł jak pijany, prawie że się zataczał.
Przedewszystkiem przepełniał go i dusił niepohamowany gniew na tę całą bandę, w której dla jednych matka trującego się człowieka była »starą«; drudzy śmierć tę oceniali z tego stanowiska, czy był »z tych dobrych Drewskich«, czy nie; którzy wreszcie, będąc takimi, jak są, paką płazkich, banalnych, pospolitych »szykowców«: byli »lejbgwardyą« Maryi, jej najbliższem obecnie otoczeniem, kołem jej adoratorów... Zdjął go gniew na Maryę: jak ona mogła dopuścić, aby ją takie kpy nazywały »dzieckiem pułku«?!... Jak ona mogła?!... Jak może jej wystarczać to towarzystwo, takie towarzystwo?! Jak może znajdować w niem przyjemność?!... A jeżeli w niem przyjemność znajduje... Jeżeli to jest właśnie sfera ludzi, którą najlepiej rozumie, z którą się najbardziej zestraja, w której jest jej najwygodniej umysłowo i najswobodniej?... Jeżeli... Jego Marya! Jego Marya!... A może jemu się tylko zdawało, może on ją tylko idealizował, może jej inteligencya była zupełnie tego rodzaju, jak inteligencya tych ludzi, może była prostą, zwyczajną, przeciętną panną, szablonową, jak inne, zbanalizowaną przez otoczenie, lub banalną z urodzenia, jak inne, może była taka sama pospolita, może była taka sama płaska, może była taka sama głupia!...
Tupnął nogą w śnieg z pasyą, a głowa poderwała mu się w górę tak samo dumnie, jak wtenczas, gdy będąc jeszcze bardzo młodym chłopcem i nie mając za sobą naprawdę nic, wszedł zaproszony na zgromadzenie artystyczne. Były tam stare »firmy« i młode »gwiazdy« — on jednak wchodząc podniósł głowę, jakby czuł, że zaledwie kilka lat minie, a pośród młodych »gwiazd« rzeźbiarskich będzie pierwszą, starym zaś »firmom« stanie się niebezpieczną konkurencyą.
I na tę głowę lubiła Marya ręce kłaść i gładzić ją i mówiła, że się czuje dumną, że się tej głowy dotykać może... Tak niedawno... tak niedawno...
A może naprawdę on tylko sam czynił ją tą kobietą inną, jak wszystkie, bardziej promienną w myślach i bardziej złotą w duszy... może tylko on...
Może to prawda, że idealne piękno bywa nierównie częściej w wyobraźni mężczyzny, który kocha, niż w duszy kobiety, która jest tą kochaną.
Może Marya jest taką, jak inne, przeciętną, zbanalizowaną, lub banalną z urodzenia, głupią! I on, i on!... Że do nóg jej padał, to nic, klęka się przed ładną służącą, ale kładł się jej cały do nóg, kładł jej do nóg swoją myśl, swoje uczucie, swoją fantazyę i pracę, duszę całą... I ona nie rozumiała, a udawała, że rozumie bo jest sprytna, szablonowo, pospolicie sprytna, sprytna na tyle, aby się umieć wydać inteligentną, a naprawdę jest czcza, płaska, głupia, »dziecko pułku« takich kpów, właścicielka takiej lejbgwardyi!...
Ale nie, nie! Cóż ona temu winna, że ją tacy ludzie otaczają, że ją w takie towarzystwo, jedynie dla siebie zrozumiałe, prowadzi taka ciotka Porzelska? Cóż stąd? Wszyscy ci ludzie sami oświadczyli, że żaden z nich żadnych u niej względów nie uzyskał. Uzyskał je natomiast Borzewski, a ten jakże innym jest od nich...
I Borzewski począł się przedstawiać wyobraźni Rdzawicza, jak jakiś cudowny rycerz kresowy, jakiś ideał romantyczny, o którym czasem marzą jeszcze polskie kobiety. Tylko taki człowiek mógł na siebie zwrócić uwagę Maryi, tylko takiego mogła pokochać i tylko taki był jej miłości godnym. Czemże on był wobec takiego Borzewskiego? Wobec tego zdrowia, wobec tego hartu i siły męskiej, które mu biły z całej postaci, on, wątły, nerwowy i zdenerwowany? Czemże jest jego artyzm wobec zdolności czynu Borzewskiego? Po co sławy, która jest w gruncie rzeczy do zabawy ogółu, tam, gdzie pozycyę dają majątek, stosunki i realne, rzeczywiste potrzebowanie człowieka przez społeczeństwo? Jakież stanowisko miałaby Marya w świecie z nim, a jakie z Borzewskim? On, niech dziś złamie rękę, przestanie rzeźbić, lub niech mu się zacznie mniej udawać robota, niech wyjdzie z mody: on sam nie znaczy nic, a nędza przed nim stoi otworem. Tymczasem Borzewskiego stanowisko jest od niczego niezależne i jego żony także — gdyby Borzewski nawet i umarł, zostanie fundament życia; majątek.
Zresztą, jeżeli Marya o nich dwóch myśli, jakaż różnica! Borzewski zawsze pewny jutra i swobodny, musi mieć ten miły, równy dobry humor, tę łatwość obejścia i budzące sympatyę wzięcie, które mają ludzie, nieznający przykrych myśli i przykrych sytuacyj w życiu. A on? Ileż to razy dręczył Maryę i dokuczał jej dziki, rozdrażniony, fantastyk, czasem prawie szalony w pieszczotach, czasem prawie szalony w chimerach i kaprysach. Jaka śmieszna, dziecinna, niesmaczna jest jego »artystyczna natura« wobec gentelmeńskiego wykwintu i spokoju takiego Borzewskiego, który zresztą jest tak pięknym, że żadna kobieta oprzeć mu się nie potrafi...
I Rdzawicz uczuł coś takiego wobec Borzewskiego, że gdyby go był spotkał w tej chwili, byłby mu zszedł z drogi i usunął się pokornie na bok, bo tacy Borzewscy mają zupełne prawo przechodzić z podniesioną głową środkiem ulicy wobec takich, jak on, takich zer, tem jeszcze niesmacznych, że z śmieszną i arogancką pretensyą do jakiegoś znaczenia między ludźmi... W tej chwili, gdyby można było tak zrobić, byłby wziął za rękę Maryę, przyprowadził do Borzewskiego i oddał mu ją, mówiąc: oto jest człowiek ciebie godny i dla ciebie stworzony, oddaj mu się... A dla niego samego pozostaje tylko rezygnacya. To słowo przyszło mu jak zbawienie: tak jest, powinien zrezygnować. Weźmie się do pracy, do rzeźby, całe życie w nią włoży, będzie mieszkał gdzieś cicho, na poddaszu, nieznany, nieszukany, niepamiętany przez nikogo. Będzie rzeźbił figury do kościołów i klasztorów, bo śmiesznyby był, gdyby teraz rzeźbił inne i chciał rozgłosu. Będzie miał starą posługaczkę i zakurzone szyby, maszynkę do kawy i kanarka, któremu będzie dawał okruszyny chleba i cukru, i nakoniec umrze, jak Kamionka w Lux in tenebris lucet...
W usposobieniu tem, spotkawszy po drodze psa, który zdychał pod murem z głodu i zimna, przyszedł do domu. Począł się cicho rozbierać i miał uczucie starego emeryta. Włożył pantofle, aby je tylko włożyć i z rozkoszą myślał o łóżku, choć mu się ani spać, ani leżeć nie chciało. Ułożył porządnie na stole książki i pióra, obtarł z kurzu kałamarz. Chciał, aby dokoła było cicho, ciepło i czysto, jak u starego emeryta.
A gdy układał papiery w szufladzie, trafił na pęczek kwiatów, zbieranych gdzieś nad Dunajem, podczas ostatniej podróży do Wiednia; zbierał je dla Maryi, a ona wtenczas już nosiła się z zamiarem zerwania z nim... I nie dał jej ich, już nie zdążył...
Oparł głowę na ręku i zamyślił się. Zdjął go taki żal nad tymi kwiatami, taki smutek serdeczny... Rwał je w takiej chwili, kiedy temu, coby mu był rzekł, że dla Maryi jego serca trzeba, byłby powiedział: bierz! Rwał je w takiej chwili, kiedy szalony tęsknotą, błąkał się po obcych łąkach, nad obcą rzeką i zdawało mu się, że się mu dusza po falach rozpłynie od słodkiego wzruszenia... Tak się spieszył do niej, do niej!... Nigdy, nigdy, odkąd ta rzeka szumi, nikt nad nią nie tęsknił tak bardzo, tak naprawdę serdecznie i niezmiernie...
Pełne miał usta słów o niej, dla niej, do niej... Szedł pustką taką, że mógł mówić głośno — i mówił... Wołał jej po imieniu, zdrabniał jej imię, pieścił się niem, czuł drażniącą słodycz na wargach od spieszczanego tysiąckrotnie dźwięku jej imienia... Wydawała mu się taką jakąś małą i taką wdzięczną i taką daleką... Czuł taki brak w dłoniach, że jej dłoni uścisnąć nie może... I zrywał kwiaty i mówił im o niej. Mówił im, że ją kocha i jej kochania chce, że gdyby mógł, toby ją na ręce wziął i niósł i cierni szukał, aby myśleć, że ją niesie i że ona tych cierni nie czuje; mówił im, tym kwiatom, że objąć ją chce i przycisnąć do piersi, całować w usta i szyję, i u nóg jej klęczeć i w oczy jej patrzeć, a potem krew jej w płomień zamienić, aby tak wrzała jak jego; oto mówił im, że jest jego snem pięknym, że wybudował cały świat ze złota i zieleni, z błękitu i srebrno­‑różanych barw, cały świat ciszy i spokoju, ciepła i woni, że odgrodził gdzieś czarodziejską i zaczarowaną łąkę, nieskończoną, cudowną, gdzie ją powieść chce, gdzie z nią razem chce mieszkać; mówił im, że całą swoją duszę ze wszystkiem, w co jest bogata, u stóp jej kładzie i całe serce, ze wszystkiem, co ono czuć zdolne, jej da...
To mówił tym zerwanym nad Dunajem kwiatom.
A ona?
Odwróciła twarz i odeszła...
Odeszła spokojnie, zimno, bez jednego słowa pożegnania, bez podania na to pożegnanie ręki — spokojnie, zimno, bez litości... jak głaz...
Z pewnością! Ona ma słuszność, i tak, jak uczyniła, uczyniła dobrze, rozsądnie, trzeźwo, uczciwie... przestała kochać, miałaż kłamać miłość?... Tylko odeszła tak spokojnie, tak zimno, tak bez litości... Odchodząc tak, stała się tak podobną do innych kobiet, które twarz odwracają na zawsze...
A on ją śnił taką inną od wszystkich, tak odmienną... Ze wszystkich kobiecych dusz, co najpiękniejsze wziął i w duszę jej przelał; ze wszystkich kobiecych serc, co najpiękniejsze wziął i przelał jej w serce... Uczynił z niej kobietę, przed którą się klęka nie tylko po to, aby rozkosz wyprosić...
A ona?... Czyż naprawdę najpiękniejsze jest to, co się śni?... Ona...
Ona poddawała się wrażeniu chwili, to ludzkie, to zrozumiałe; wrażenie minęło i opuściło ją — to także ludzkie, to także zrozumiałe. Miałaż się na całe życie wiązać z człowiekiem, którego nie kocha, którego nie kochała naprawdę nigdy, lub przestała kochać: dlatego, że mu niebacznie, nieoględnie, w chwili wzruszenia i niepamięci, dała słowo? Przysięgła, że cokolwiek będzie, nie zerwie z nim, nie porzuci go, ale miałyż wagę takie przysięgi, mógłże je kto za ważne brać? Przysięgi młodej, niedoświadczonej dziewczyny!
Zresztą wszystko, wszystko tłómaczy i usprawiedliwia, wszystko rozbraja to jedno: nie kocha... Niema obowiązków, niema zobowiązań, niema przysiąg i słów wobec tego słowa: »nie kocham«. Żyje się tylko raz, jedynem szczęściem na świecie jest miłość, maż się jej nie szukać wszędzie i za jakąbądź cenę, maż się wyrzekać egoizmu wobec własnego szczęścia, które jest jedynym celem życia, maż się zaprzeczać samemu sobie, aby komuś nie zaprzeczać, robić z siebie ofiarę, aby ktoś jej z siebie nie robił? A jeśli ofiara być ma, niech ją poniesie ten, kto kocha więcej, lub tylko kocha sam, temu będzie łatwiej. Ofiarować się dla kochanej istoty, może tylko piekło w niebo zamienić, ale ofiarę z siebie czynić bez miłości, może być tylko piekłem. I kimże jest, ktoby takiej ofiary żądał, taką przyjął? Tylko... tylko dlaczego Marya odeszła tak spokojnie, tak zimno, tak bez litości...
On myślał czasem — jakież myśli nie przychodzą do głowy człowiekowi, który kocha — on myślał czasem, że gdyby i stanęło coś na przeszkodzie ich małżeństwu, zawsze, zawsze pozostanie między nimi jakaś łączność, jakiś związek dusz i serc, jakaś czułość wzajemna i wspólność, powinowacenie się myśli... A tu — tak nic, tak nic, z dnia na dzień, z godziny na godzinę... Nic, nic i nic...
I oto jest na świecie znów jak na pustyni niezmiernej, jak na oceanie bezbrzeżnym, w samotnej łodzi, bez celu, bez lądu, bez szlaku, tak, jak przedtem, nim poznał Maryę... Znowu ta straszna pustka życia, w którem niema miłości, to uczucie paryasowstwa wśród wiązanego miłością ogółu; to uczucie nędzy, ubóstwa straszliwego, wstydu i upokorzenia, bo przecież wszyscy są kochani, tylko on nie! Wszyscy mogą być kochani, wszystkich kobiety chcą kochać, tylko on takiej nie ma, tylko jego kobieta kochać nie chce! Miłość wzajemna jest tak rdzenną potrzebą, tak nieodzownym warunkiem pełni życia, że on, niekochany, jest jakby niezupełnym człowiekiem, upośledzonym wobec innych, niższym od nich.
Przypomniał sobie jeden szczegół z rozmowy restauracyjnej i przeszył go taki ból, że musiał się wstrzymać, aby na głos nie jęknąć. Ileż to razy myślał o tem lecie, które miał spędzić z Maryą w górach. Ślub naznaczony był na październik i projektowali, że pojadą do Zakopanego. Marya nie była tam nigdy. Rdzawicz bywał często podczas wakacyj z Przerwicem, który z tamtych okolic pochodził. Błąkając się po pustkach górskich, on, dla którego kobieta była zawsze osią życia, a miłość największem pragnieniem i największą potrzebą, ileż godzin przeżalił się w sobie, że jest tu sam, ile przemarzył, że może będzie tu przecież kiedyś z ukochaną kobietą i jakby jemu, jakby im wtenczas było... Tu śnił ją najpiękniej, tu wyobrażał ją sobie najplastyczniej, tu prawie słyszał jej głos, czuł dotknięcie jej dłoni, widział jej spojrzenie; tu tworzył sobie ideał kobiety, którąby kochał, od której chciałby być kochanym. Na głuchych granicach nad przepaściami i w dolinach pośród szumiącej wody: miał ją przed sobą. Widmo to swojej tęskniącej wyobraźni, prawie że wiódł za rękę, prawie że przeprowadzał przez strumienie, prawie że okrywał od chłodu, i prawie że mówił mu: Patrz, patrz!... Tu kiedyś ją przyprowadzę — myślał — to jej pokażę, tam pomogę się wspiąć, tu usiądziemy przy ognisku i będziemy przy sobie, tam noc przepędzi... to moje, to moje, ten mój raj, ten mój świat... Wiedział, co będzie mówił, co będzie mu odpowiadała. Całe rozmowy tworzył i uśmiechał się sam do siebie, myśląc, jak miłość w niej do niego będzie się rozwijała i rosła, jak będzie rozkwitała i przepromieniała się w słoneczny błękit nad nimi rozpięty, bo on więcej jeszcze chciał być kochany, niż kochać. Tu chciał być kiedyś ze swoją narzeczoną i kiedy się z Maryą zaręczył, prawie że wolał, że ślub miał się odbyć dopiero w jesieni, i że marzenia te mogły się spełnić, należał bowiem do tych ludzi, którzy swoje sny kochają tak, jak rzeczywistość. Marya miała pojechać do Zakopanego ze Strzeliskimi, mieli tu również przybyć Przerwicowie, najbliżsi Rdzawiczowi, i tu miały się dwie rodziny zbliżyć, a zarazem miało się ziścić, co śnił, o czem marzył, czego pragnął. Już potem mówili wiele o tem lecie z Maryą, ona nawet zaczęła już sobie przygotowywać kostium wycieczkowy i nie mogli się zgodzić na trzewiki, bo ona twierdziła, że podbijane gwoździami muszą być lepsze, a on dowodził, że tylko na lodowce i śniegi, czego w Tatrach niema. Układali także program wycieczek, tak, »aby się twoja kuzynka nie zmęczyła«, bo Przerwicowa nie mogła się bardzo forsować pod górę. Marya o wszystkiem pamiętała: i o tem, że Przerwic lubi mleko z koniakiem i że pani Laurze ślicznie jest w białym kolorze; miała więc wziąć parę butelek doskonałego koniaku, a pani Laurze uszyć biały sukienny serdaczek, lekki, bez futra pod spodem, bramowany delikatnym złotym szlakiem. Wszystko wiedziała i o wszystkiem pamiętała. »Cóż miałabym pamiętać, jak nie to, co ciebie i twoich obchodzi? Komuż miałabym zrobić przyjemność, jak nie twoim? — mówiła. — Jesteśmy oboje sieroty i trzeba, żebyśmy sobie stworzyli kółko rodzinne, i żeby nam w niem było ciepło. A przytem, ponieważ kocham ciebie, kocham także tych, których ty kochasz, a ponieważ kocham ciebie bardzo, twoja rodzina wydaje mi się prawie bliższą niż moja własna. Zobaczysz, jak nam będzie miło i dobrze, ty ti! Ta Lora musi być cudowna, zupełnie entuzyazmuję się do niej. Boję się, że będę o nią zazdrosną. Ale byle ci było dobrze, to kochaj ją sobie więcej odemnie. Tak się cieszę, że tam będę z tobą, że ty mi pokażesz to wszystko, że przez twoje oczy będę patrzeć i przez twoją duszę czuć! Będziemy lecieli wysoko, prawda, mój drogi? Będziesz mnie brał na skrzydła i niósł w górę, przez ciebie chcę się nauczyć myśleć i widzieć. Czy może być większe szczęście, jak być z tobą, z takim człowiekiem, jak ty, daleko od codziennego życia, w takim świecie, jak tam?!...«
Tymczasem, ciągnąc za sobą swoją lejbgwardyę, pojechała w parę miesięcy później gdzieś do kąpiel, gdzie musiała się bawić, jak się w takiem towarzystwie bawić można, t. j. jak pierwsza lepsza pospolita salonowa kokietka, bo innej kobiety ci nie byliby lejbgwardyą, bo od innej, choćby była jeszcze piękniejszą, ci odbiegliby po pierwszej próbie. Zgraja pawianów... i jej lejbgwardya! On pragnął jej, pragnął jej całą szaloną zmysłowością swojej natury, pragnął jej tak, jak mężczyzna pragnie kobiety, ale ci czynili z niej... traktowali ją, jak swoją wspólną metresę!... Krew wrzała w nim i wbijał sobie w dłonie paznogcie. I ona w ich towarzystwie bawiła się, nie rozumiała tego, że poprostu...
Sam przed sobą nie chciał tego słowa powiedzieć... I może upoważniała ich do tego swojem postępowaniem, zachęcała ich... Tak było z pewnością, ale to nie była jej wina — tak ją wychowały jej ciotki Porzelskie, które jej powiedziały, że kobiecie jest naprzód wszystko wolno dlatego, że jest kobietą, że jedynym celem życia kobiety jest podobanie się jak największej liczbie mężczyzn, ku czemu każdy środek jest dobry, byle się nie zaawansować zanadto, i że kobieta powinna dążyć do tego, aby za jakąbądź cenę panować nad mężczyznami, co najłatwiej osiągnąć, drażniąc ich najniższe instynkty. I w taką to zgraję los rzucił Maryę, która miała w sobie warunki na to, żeby być jak biały posąg piękna niewieściego. I w tej kobiecie, która miała w sobie dwie dusze, jedną swoją, na świat przyniesioną, drugą, jaką jej dało wyrachowanie i otoczenie: utworzył się chaos, wir dobra i zła, mieszanina wrodzonych, szlachetnych instynktów i porywów, z błotem pojęć, jakich ją nauczono i z błotem uczuć, jakie w nią przeszczepiono z siebie, ze swoich przeciętnych, ogólnych, zwykłych dusz ludzi, którzy stanowią tło społeczeństwa, a których Heine trafnie scharakteryzował:

Doch wenn wir im Koth uns fanden,
Da verstanden wir uns gleich.

A o ten chaos, o ten wir, o tę mieszaninę zdruzgotało się jego życie...
Zacisnąwszy oczy pięściami, pochylił się nad stół, a w piersi wzbierał mu jakby ogromny płacz nad sobą, tak nieszczęśliwym i nad Maryą, tak marnowaną, tak inną, jak być mogła, nad tą dziewczyną, która mogła być jakby łaską największą i darem bożym niezmiernym, a była — »dzieckiem pułku« takich ludzi; której przeznaczeniem było uszczęśliwienie człowieka, a której największą ambicyą było być królową na balach publicznych! Której celem było wybłękitnianie ludzkiej duszy, a której zajęciem była kokieterya bez braku!... I to ona, ona, ona, jego Marya!
Nagle, otwierając szybko drzwi, wbrew zwyczajowi, bez pukania wszedł Tężel, czerwony od zimna, z miną, jaką się ma, kiedy się przynosi wiadomość pomyślną, a z której się z jakiegoś powodu nie wypada, lub nie powinno cieszyć.
— Przepraszam cię, że tak wchodzę — rzekł, podając Rdzawiczowi rękę — nigdziem cię znaleźć nie mógł. Wyobraź sobie...
— Widzę, że z czemś przychodzisz — przerwał mu Rdzawicz, usiłując przybrać taki wyraz twarzy, aby nie znać na niej było wrażenia poprzednich myśli.
Tężel potrząsł głową i jakby żenując się sam przed sobą tego, co ma powiedzieć, rzekł:
— Nie, wiesz, że to życie bywa dziwne... No, bo wyobraź sobie, że my, zwłaszcza ty, mamy na śmierci Drewskiego zrobić interes...
— Jakto? — spytał Rdzawicz zdumiony.
— Tak, że Stosławski chce postawić nagrobek Drewskiemu i u nas go zamawia. Możemy zarobić, ale naprawdę jakby coś odpychało od tego zarobku. Czy nie? Choć z drugiej strony niby co? To swoją drogą, a to swoją. Kochanowski przecie po śmierci córki a Treny pisał...
— Tylko za nie honoraryów nie brał. Rozumiem doskonale, co ty czujesz, ale rzeczywiście to swoją drogą, a to swoją. Cóżeś ty do tego czasu robił? Zdjąłeś maskę?
— Zdjąłem. Uh, jaka to nieprzyjemna robota! Już nigdybym nie chciał robić. Ale słuchaj. Stało się to tak. Kiedyś wyszedł, myśmy zostali około pani Drewskiej. Nie wiem, jak długo, może ze dwie godziny, klęczała ona przy ciele Drewskiego, bez jednego ruchu, bez jednego drgnięcia. Dopiero zrozumiałem skamieniałość Nioby. Myśmy wszyscy tak stali, jakeś nas zostawił, nikt nie śmiał się ruszyć, nie śmiał drgnąć. Lekarz nie potrzebował konstatować śmierci przez badanie; widział ją przecie. Popatrzyli chwilę, popisali coś i poszli. Dopiero Misia uklękła przy pani Drewskiej i zaczęła ją po rękach całować nieśmiało, a potem rozpłakała się, schyliła i zaczęła jej nogi obejmować. Dopiero ona wtenczas poruszyła się, głowa jej opadła od jego piersi ku kolanom i wybuchnęła płaczem... Powiadam ci, co to był za płacz!... Wszyscyśmy razem płakali, Stosławski aż wyjść musiał z pokoju. Myślałem, że ona tam już życie wypłacze i koło trupa syna padnie...
Przestał na chwilę mówić, jakby mu się łzy w głos wmieszały, zapalił papierosa, pociągnął, westchnął i począł mówić dalej, ciszej, niż przedtem:
— Dopiero Misia i Przerwic odprowadzili ją z podłogi na kanapę. Trochę się uspokoiła, przestała płakać i tak znów siedziała nieruchomo, aż odezwała się, to były pierwsze jej słowa: »ja nie będę za co miała nawet mu krzyża postawić na tej nieświęconej ziemi...« Taki był w jej głosie ból, iż myślałem, że nam wszystkim serca pękną. Ale Stosławski, który był znów przyszedł, podchodzi do niej, klęka przy niej i powiada: »on będzie miał krzyż, niech pani będzie spokojna...« Potem wstał i zaraz do mnie przyszedł i powiada pocichu: »panie Tężel, mnie teraz trysnęła nafta w Galicyi i mam grubsze pieniądze, chciałbym, żeby ten biedny Drewski miał ładny pomnik; choć to niech ma dla syna nieszczęśliwa kobieta. Możebyście zrobili, pan, albo Rdzawicz, albo obaj razem; obliczymy koszta i zaraz weźcie się panowie do dzieła«. Odpowiedziałem mu, że tam, gdzie jesteś do wyboru ty i ja, ślepyby tylko mnie wybrał, ale że ty się pewno zgodzisz, a ja ci będę pomagał. Oddasz mu więc dług, bo wiem, że cię to wobec niego żenuje, a parę tysięcy rubli zarobisz nadto. Pomnik ma być duży i nie potrzebujesz się niczem krępować. Wszystko zależy od twojej dyspozycyi.
— Trzeba będzie sprowadzić porządny marmur — rzekł Rdzawicz, w którym się odezwał artysta i którego wyobraźnia już pracowała.
— Jak skomponujesz, to pokażesz projekt Stosławskiemu.
— Cóż tu komponować? Na trumnę rzucę anioła, który skrzydłami trumnę ogarnie. Wszystko zależy od tego, jak się to zrobi.
— Żebyś był widział — mówił dalej Tężel — jak ta Misia chodziła koło Drewskiej! Co za delikatność w niej była, co za czułość i co za dobroć! I Stosławski jaki był dla niej! W głowę tylko zachodził, jak jej ten cios osłodzić. Kto co na Stosławskich gada, kundel jest. Słyszę to i owo i wiesz czego zrozumieć nie mogę? Oto, że ludzie przedewszystkiem rzucają się na Misię dlatego, że jest dobra. Powiadają, jak może być taka kobieta dobra! Zupełnie tak, jak żeby na to, żeby być dobrym, trzeba było gdzieś brać urzędowy patent. Misia jest dobra, raz dlatego, że się urodziła taką, a potem, że żyje z człowiekiem o takiem sercu, jak Stosławski, a z kim się kto wdaje, takim się staje. Ale ludzi kłuje to w oczy, że Stosławscy sterczą im pod włos i nie dbają o nich, a kamieniem na nich rzucić nie można, bo oprócz tego, że żyją bez ślubu, niema za co, a za to usypali już na nich kopiec i więcej się nie zmieści. Ja ich tam za wzór nikomu nie stawiam, nawet powiem z mojego chłopskiego punktu widzenia, że źle robią, nie żeniąc się, kiedy się kochają, jak Pan Bóg przykazał, ale to też powiem, że wolę dobre serce bez zasad, niż gałgana z zasadami.
— Zasady, zasady — bąknął Rdzawicz, jakby sam do siebie.
— A bo pewnie. Starsza jest ludzka dobroć, niż reguły moralne. Nie wiem, jak ty na to patrzysz: ja ci mówię, że oni nie powinni tak żyć i że to jest grzech i obraza Boska, ale przecie wolę ich takich, że robią dobrze, niż żeby wzięli ślub w samym Rzymie, a mieli w piersiach kamień dla ludzkiej niedoli. Czy nie?
— Tak, ale znowu są tacy, którym się zdaje, i zupełnie nawet szczerze, że gorzej tak żyć, jak oni żyją, niż grosza nikomu nigdy nie dać. Ludzie mają swoje pojęcie moralności, swoją etykę — rzekł Rdzawicz.
— Pojęcie moralności, etykę — powtórzył Tężel. — Etyka, to jest wielkie słowo, ale widać, można być czasem »niemoralnym« a dobrym i...
— Ale także — przerwał mu Rdzawicz — można być kpem, który tego nie rozumie, bo nic nie rozumie, ale można nie rozumieć dlatego, że coś wychodzi poza zakres rozciągłości naszej kombinacyi myślowej, co się zdarza ludziom najinteligentniejszym, albo wreszcie nie chcieć zrozumieć dla interesu swoich zasad, co jest najpospolitsze.
— Ej, co tam Stosławski o to dba! — rzekł Tężel. — Mógłby się w sodowej wodzie myć, albo i w gieshüblerze, jakby chciał. Dwom rodzajom ludzi wszystko wolno na świecie; tym, którzy są tak biedni, że się na nich nie patrzy, i tym, którzy są tak bogaci, że sami nie patrzą. Żeby go kto jednak przecie namówił do wesela, toby było dobrze. U nas na wsi, toby ich tak nie ścierpieli.
Rdzawicz zamyślił się chwilę, a potem spytał:
— Drewski się prędko zmieniał po śmierci?
— O prędko — odparł Tężel. — Wszystko, jakby się w nim zapadało. Widać, że on już tak na życiu wisiał, jak gwóźdź na nici, i sądzę, że tam trucizna nie miała wiele ambarasu.
— A został mu ten wyraz spokojnej apatyi na twarzy?
— Został.
Rdzawicz się znowu zamyślił, Tężel zaś mówił:
— Ten to już rzeczywiście tyle sobie ze śmierci robił, co ślepy z lampy. Tak poszedł do trumny, jak do łóżka po przepiciu.
— Straszliwa odwaga — szepnął półgłosem Rdzawicz.
— Odwaga? — powtórzył Tężel. — Albo straszliwe tchórzowstwo. Zresztą, mój Romku, cóż za sztuka nie bać się, jeżeli się kto nie boi i to jeszcze tak, jak on? Co mnie u niego rzeczywiście dziwi, to odwaga jego czynu wobec matki, to to, że mu nie przyszło na myśl, że ona wolałaby nietylko na koźle u pani Schwalbe jeździć, ale nawet koła u tego powozu myć, a wreszcie pod kościół iść żebrać, niż przychodzić do spokojnego bytu, dzięki samobójstwu syna, który ją polecił opiece dobrych ludzi. Naprzód mógł to był uczynić równie dobrze, nie zabijając się. Nie potrzebował się wstydzić, bo ona mogła w odpowiedni sposób pracować. Jak Boga kocham, on tam już na Boskim sądzie, ale żeby zmartwychwstał, tobym mu kazał przedewszystkiem pięćdziesiąt batów dać.
Rdzawicz uśmiechnął się lekko:
— Strasznie po prostu ludzi bierzesz — rzekł.
— A bo prawda! może go nam analizować? — odparł Tężel zirytowany. — Próżniak był i lampart, przejadł się życiem, zatarł w sobie wiarę...
— Nie zaimponował ci tym spokojem wobec śmierci? — przerwał mu Rdzawicz.
— Tfy! — fuknął Tężel. — Ty też masz źle w głowie. Pewnie, że na razie mię wzruszył, jak każda śmierć. Ale cóż za sztuka wejść do piwnicy bez paltota, jak o zimno nie dbasz? Jeżeli ktoś ma taki zanik, jak to mówią w medycynie, strachu przed śmiercią i taki zanik serca wobec rodzonej matki, jak Drewski, to go mam, światłość wiekuista niechaj mu świeci po wieki wieków, Panie mi odpuść, pół za waryata, a pół za godnego potępienia samoluba, wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie, de mortuis nil nisi bene...
Tężel urwał i obejrzał się nieco niespokojnie koło siebie... Rdzawicz zaś rysował w milczeniu kredką na kawałku papieru trumny, a na nich siedzące skrzydlate anioły.
— Ty się nie bardzo godzisz na to, co ja mówię — ozwał się Tężel po chwili.
— Bo ty bierzesz człowieka tak, jak żeby to były ot naprzykład te dwie zapałki na krzyż złożone, tym czasem każdy człowiek jest jak morze, po którem pływają okręty. Widzisz fale, które je kołyszą, możesz widzieć burzę, która je zatopi, ale dlaczego na morzu jest taki, albo inny ruch, tego nie wiesz i ostatecznie wiesz wprawdzie, dlaczego się okręt kołysał lub utonął, ale skąd się to wzięło, nie wiesz.
— Bo wiatr wiał taki, albo inny.
— A skąd się wzięła zmiana wiatru?
— Wskutek przyczyn atmosferycznych.
— A te przyczyny?
— Znowu z jakichś przyczyn.
— A te?
— Także miały swoje — rzekł Tężel, czując, że traci grunt pod nogami.
— I tak dalej, i tak dalej, i w końcu wiesz, skąd się wszystko wzięło?
— Ja wiem — odparł żywo Tężel, czując, że wybrnie. — Z Boga.
Rdzawicz popatrzył na niego, potem wziął kawałek listowego papieru z pudełka i zamaczawszy pióro, oparł głowę na ręku. Tężel zaś rzekł półgłosem raczej, jakby sam do siebie: Jeżeli się stąd wyjdzie, skąd ja wychodzę, to człowiek jest taki prosty, jak dwie zapałki na krzyż złożone — na co Rdzawicz, przykładając pióro do papieru i poczynając pisać, odparł mu również półgłosem: A ja ci powiadam, że skądkolwiek się wyjdzie, to jest taki, jak morze.
— A Konarzewski też? — mruknął Tężel nieśmiało, ale rad, że mu to przyszło na myśl.
Poczem siedzieli dłuższy czas w milczeniu, aż Rdzawicz, skończywszy list, rzekł:
— Napisałem do Łanowskiego, do Florencyi. On jest młody, ale on się na tem zna i dobrze wybierze i kupi, a przytem zaraz wyekspedyuje. A życie bądź co bądź jest wstrętne. Bo nam teraz nic innego nie wypada, tylko cieszyć się ze śmierci Drewskiego i rozpaczy jego matki, która wzruszyła Stosławskiego, jesteśmy bowiem obaj goli, jak święci tureccy, a tu nam nagle pieniądze kapią do kieszeni. Plunąć tylko na to wszystko i odwrócić się.
— Niema nic złego, coby na dobre nie wyszło — zauważył, nie zastanawiając się nad tem, co mówi Tężel. Rdzawicz uśmiechnął się i prawie mimowoli popatrzył nań z miną człowieka inteligentniejszego, który w danym momencie niższość cudzej inteligencyi uczuł i rzekł z nieco humorystycznym, lekkim odcieniem ironii w głosie:
— Śliczne przysłowie, tylkoś go może cokolwiek mal à propos użył. — Na co Tężel mocno się zmieszał, zaczerwienił, i chcąc odwrócić od siebie uwagę, nadstawił uszy i powiedział:
— Słyszysz? Coś skomli na dworze. Już trzeci raz słyszę, że skomli.
— Istotnie — powiedział Rdzawicz, nadsłuchując. — Widziałem tu jakiegoś psa pod murem, jakem wracał, może to ten. Trzeba wyjrzeć.
Otwarł okno i wyjrzał. Mieszkał na nizkiem, pierwszem piętrze, więc słyszeć mógł wyraźnie, co się na ulicy dzieje. Pod domem zobaczył człowieka, który kopaniem nogi usiłował zepchnąć nie mogącego się podnieść psa, z trotuaru na ulicę.
— Co wy tam robicie? — krzyknął Rdzawicz.
— Ja jestem stróż nocny, sprzątam psa — odpowiedział mu ochrypły, gruby, barbarzyński głos z dołu.
— Dajcież mu pokój, widzicie, że zdycha.
— To moje prawo sprzątać go. Co tu ma pod ścianą walać!
— Mówię wam, dajcie mu pokój! — krzyknął Rdzawicz porywczo, usłyszawszy, jak pies zaskomlał zamierającym głosem po nowem uderzeniu nogą.
— A pan co tu ma do rozkazowania?! — odkrzyknął mu stróż z dołu. Patrzcie, jaki mi opiekun! Nie takich my tu widzieli! — I znów psa kopnął.
Rdzawiczowi krew uderzyła do głowy. Chwycił bokser ze stołu i poskoczył ku drzwiom, ale zawrócił się, mówiąc: »to będzie prędzej« — porwał prześcieradło z łóżka i, podawszy jeden koniec Tężlowi, krzyknął: »Trzymaj to« — poczem drugi wyrzucił przez okno. Tężel, nie zastanawiając się, posłuszny rozkazowi, ścisnął w swoich stalowych łapach róg płótna, a Rdzawicz skoczył na okno, i po zwisającem wzdłuż muru prześcieradle, z błyskawiczną szybkością zsunął się na dół. Zawisł trochę nad ziemią, ale skoczył. Stróż oniemiał, cofnął się i zdjął czapkę. Tymczasem Tężel umocował, jak mógł najszybciej, prześcieradło u futryny, pociągnął, popróbował i siadł na oknie.
Rdzawicz zbliżył się ku stróżowi.
— Spróbuj pan tylko! — krzyknął stróż, wdziewając czapkę i odwijając rękę na odlew. Ale w tej chwili Tężel pociągnął jeszcze raz prześcieradło, popróbował, przełożył nogi ku ulicy i począł się zsuwać. W pół drogi węzeł się odwiązał, czy pękł i Tężel gruchnął wraz z prześcieradłem na trotuar, szczęśliwie jednak w kupę śniegu. Podniósł się, strzepnął ręce i mówiąc: — »Czekajże psiawiaro, zobacz, jak to boli« — zbliżył się do stróża, ścisnął mu rękę, którą ten nóż wydobył z kieszeni, dał pięścią w łeb, aż zahuczało, i w śnieg go cisnął.
Stróż, nie klnąc nawet, oddalił się szybko.
— Cóż teraz zrobimy? — spytał Tężel.
— Weźmy tego psa na prześcieradło i zaniesiemy do mnie. Zadzwoń. Niech przynajmniej zdechnie w cieple.
Ostrożnie wsunęli pobitego psa na prześcieradło i ku niezmiernemu zdumieniu stróżki, wnieśli go do mieszkania.
— Słuchaj, najlepiejby go było zastrzelić, niech się nie męczy — rzekł Rdzawicz.
— Tak, ale zrobi się huk, ludzie się pobudzą.
— E, nie, mój rewolwer cicho strzela, zresztą tu naokoło pusto. A gdyby i kto usłyszał, to nawet z policyi mi nic nie powiedzą, bo ja z naszym rewirowym jestem w przyjaźni. Wyrysowałem mu z fotografii portrecik dziecka, które niedawno umarło.
Wyjął rewolwer z szuflady, odciągnął kurek i wymierzył w głowę psa, ale po chwili spuścił rękę i rzekł drżącym głosem:
— Wiesz, nie mogę, może ty...
Tężel wziął od Rdzawicza rewolwer, wymierzył również, ale również spuścił rękę i także rzekł:
— Nie mogę...
A Rdzawicz, zasłaniając oczy, zawołał:
— Patrz, jak on patrzy na nas błagalnie! Zrozumiał, że go chcemy zabić... I to stworzenie, to biedne, bezdomne, kopane po ulicach stworzenie, nie chce umrzeć, chce żyć!...
— Słuchaj, możeby on się odżywił jeszcze — rzekł Tężel również drżącym ze wzruszenia głosem. — Daj mu co.
— Cóż ja mam? Może tam się jaki serdelek zawieruszył w szafie, bo tu czasem dzieci stróżki przychodzą do mnie na jedzenie. Jest?
— Jest.
— Dajże mu; je? Bo ja patrzeć na niego nie mogę.
— Nie chce jeść, nie może. Ani pić nie może. On zaraz zdechnie.
— I chce żyć! I chce żyć, choćby sekundę jeszcze chce żyć! Tak, jak ludzie najnieszczęśliwsi! A czemże jest to życie ludzkie? Ja go dziś kawał widziałem!...
W pamięci jego przesunęło się szybko ciche szczęście Przerwiców, śmierć Drewskiego, rozpacz jego matki, której życie, dzięki śmierci syna, miało się zmienić materyalnie na lepsze, scena w restauracyi, figury kapitana, łysego mężczyzny, zwanego Piętaszkiem i Borzewskiego, jego własne myśli i uczucia, wstrętny, dziki i barbarzyński stróż nocny — i wszystko razem, wraz z cichem, żałosnem skomleniem psa, zmieszało mu się w taki rozpaczliwy chaos i zamęt, że zakrył oczy pięściami i padł twarzą na poduszkę, wołając:

— Życie! życie! życie!...




Do pracowni Rdzawicza wpadało zimowe, południowe słońce, bardzo jasne i, choć od północnej strony, bardzo promienne. Jasność jakaś, jakby wykrysztalona i złocista, lała się przez szklisty blask szyb wewnątrz pracowni, czyniąc w niej wielkie światło. Przez okna widać było ogród, rodzaj parku. Kasztany, lipy i klony błyszczały w słońcu zlodniałym śniegiem i szronem, który je pokrywał i jakby wycinały się ostrym konturem na czystem, błękitnem, świetnem tle nieba, na którem płonęło ogromne, jaskrawe, płomienne słońce.
Wśród drzew była cisza. Złote słoneczne milczenie iskrzącego na ziemi śniegu i iskrzącego pośród drzew powietrza, rozwiało się po parku, jak szeroki ton dzwoniącego o srebrne sztaby kryształu. Pod błękit ciszy widnokręgu nieba, szło zadumanie się niezmierne ziemi sennej. Drzewa, rzucone na przestrzenie śniegowe, stały nieruchome, wysokie, zaśnięte, olśnione i lśniące. Niebieski mróz pełzał w cieniu po śniegach i roztapiał się w złote światła wśród widna. Wszystko miało w sobie metal i jakby dźwięk metalu.
Nad drzewami, w oddali i w górze, widniała na szafirowym w tej stronie błękicie, podobnym do ściętego w twardą taflę morza, czerwona wieża kościelna z iskrząco wysrebrzonym, stożkowatym dachem, na którym stał krzyż, jakby w czarnym dyamencie rznięty. Wieża tonęła w ukośnem ku tej stronie świetle niebieskiem, wydającem się jakby metalicznem powietrzem, przestrzenią z rozwianego metalu, który niewidoczny, jak woń, świecił, jak ona pachnie.
Spokój rozpostarł się nad parkiem i błękitna, słoneczna senność ogarnęła ziemię. Było cicho.
Był to poniedziałek. W salonie zachęty sztuk pięknych otwarto wczoraj, w niedzielę, specyalną wystawę prac Rdzawicza. Stanowił ją obraz »Wampir« i gipsowa grupa półnaturalnej wielkości »Miłosny uścisk centaurów«.
Przez cały wczorajszy dzień i dziś od rana Rdzawicz nie wychodził z domu; nawet chcąc przejść ze swego mieszkania na pierwszem piętrze do pracowni na dole, nadsłuchiwał przy uchylonych drzwiach, aby kogo nie spotkać. Kiedy rzeczy swoje ekspedyował do salonu, zdawało mu się, że wysyła tam jeśli nie arcydzieła, to przynajmniej coś blizkiego arcydzieł; potem zaś opanowało go takie do tych rzeczy zniechęcenie, że już Tężel musiał go zastąpić we wszelkich układach z zarządem wystawy, ponieważ sam tam nie chciał się pokazać. Napróżno Tężel tłómaczył mu, że komitet zachęty »otworzył gębę jak wrota« i że poważna pani bileterka »tak podskoczyła z zachwytu, aż się uderzyła piętami« i że on, Tężel, »mops jest arogancki« i »wyżeł nieokrzesany«, jeżeli to wszystko nie jest prawdą; Rdzawicz uśmiechał się z zadowolenia, usiłując się nie uśmiechać i »miał tremę«.
— Żebym jedno takie zrobił, jak Boga kocham, dziurębym w parasolu nosem wybił, a on ma tremę! — oburzał się Tężel, ale Rdzawicz był ciągle jednakowo zdenerwowany i niespokojny.
Od powrotu swego z zagranicy, Rdzawicz żył prawie, jak pustelnik. Nie bywał nigdzie, nawet u Przerwiców od owego razu w dniu śmierci Drewskiego, nie był wcale. Kolegów, między którymi a sobą czuł całą przepaść, unikał starannie. Zamknięty u siebie całymi dniami pracował gorączkowo przy pomocy Tężla, starego »finitora« Czempińskiego i kilku ludzi. Od swego przyjazdu do Warszawy do końca lutego, wymalował »Wampira«, wykończył, prawie już zresztą gotowe, z przed wyjazdu za granicę, »Centaury« i wykuł nagrobek dla Drewskiego. Zajętemu tak czas schodził niespostrzeżenie; zresztą Rdzawicz przekonał się, że jedynem lekarstwem na jego chorobę jest gorączkowa, gwałtowna praca, która całego człowieka pochłania i męczy go fizycznie tak, że na chęć, zwykłą u podobnych ludzi jak on, moralnego męczenia się, sił już po prostu niema.
Z kwadrans może Rdzawicz chodził coraz prędzej po pracowni, z rękoma w kieszeniach i cygarem ledwo tlącem się w ustach; Tężel tymczasem lepił z wosku małego dyabełka w kropielnicy. Nagle Rdzawicz wyjął z ust cygaro i przyciszonym głosem zapytał:
— Tężel, słuchaj... byłeś ty wczoraj na wystawie?
— Byłem, właśnie chciałem ci opowiedzieć, co gadali, ale latasz, jak waryat, i nie wiem, czy mam do ciebie gadać, czy nie? Jak Bogam kocham, czasem wolałbym, żebyś był mniejszy, bobym ci powiedział po prostu: — słuchaj psiakrew, kiedy do ciebie mówię! — ale jakże tu z takim grubym panem, jak ty?! Ty nawet nie wiesz, jakiś ty gruby pan!... Siedziałem wczoraj od otwarcia wystawy aż do drugiej, potem mi się jeść zachciało; zmęczyłem się od nadsłuchiwania tej hołoty, jak pudel w tańcu.
— Ale nie o to mi idzie... Widziałeś tam kogo znajomego?... Co?...
— A jakże, całą kupę. Niektórzy się tak unosili...
— Ale niech ich tam dyabli porwą z ich unoszeniem!
— Więc czegóż chcesz?
Rdzawicz stanął przed Tężlem, popatrzał nań i z widocznym wysiłkiem wstrzymując oczy od odwrócenia się w bok, lub zwrócenia ku podłodze, zapytał:
— Marya była?
Tężel zaczerwienił się jak burak, zmieszał i odpowiedział, wpatrując się pilnie w swego dyabełka, którego na nowo zaczął lepić:
— Była.
— I cóż? Widziała cię?
— Widziała.
— Kłaniałeś się jej?
— Kłaniałem.
— I... i cóż? Odkłoniła ci się?
— Odkłoniła.
— Jak?
— Tak, jakby niedobrze wiedziała, kto jestem, czy mię zna, czy nie zna? Popatrzała na mnie chwilę bez żadnego wyrazu, jak na mur, i kiwnęła mi głową, jakby jej mucha z jednej strony kapelusza siadła.
— Przypatrywała się moim robotom?
— Przypatrywała.
— Z zajęciem? Uważałeś?
— Naumyślnie stanąłem niedaleko. Na rzeźbę patrzała, ale obrazowi przypatrywała się długo.
— I cóż?...
— A cóż ja wiem? Była z panią Porzelską i z jakąś panną, dosyć szczupłą i wysoką.
— Jak była ubrana?
— Miała ciemno­‑granatowe futerko do figury, obramowane czarnym barankiem i czapeczkę z jakiegoś czegoś świecącego, także czarnego, z białym woalem.
— A suknię?
— Nie widziałem.
Rdzawicz zmarszczył się niecierpliwie.
— Był kto z nią?
— Z początku te panie były same. Potem przyszli ich znajomi.
— Kto?
— Nie znam. Naprzód przyszedł jakiś brunecik z taką pinczerkowatą twarzą, pięknie wygolony. Gadał jej coś, ale ledwo się uśmiechała. Potem jakiś łysy jegomość, w ogromnie wysokim kołnierzu, z baczkami, w monoklu. Jego słyszałem, tak mówił do niej: «Ma foi, ten pani« — — Tężel urwał i widocznie przekręcając usłyszane słowa, dokończył — ten pan Rdzawicz to utalentowana sztuka. Może kupię tego Wampira. To wcale niezła rzecz... Nie skończył, tylko kiwnął trochę brodą ku twojej nagiej kobiecie i spojrzał na Maryę, a ona zaczęła się śmiać i odwróciła się trochę czerwona.
Rdzawicz tupnął nogą i jakaś niewyraźna klątwa wybiegła mu przez ściśnięte zęby.
— Może nie chcesz, żebym mówił? Po cóż się pytasz — rzekł Tężel, spoglądając pytająco na Rdzawicza.
— Owszem, mów!
— Jak powiedział o tobie, żeś ty »utalentowana sztuka« i że twój Wampir, to »wcale niezła rzecz«, myślałem, że go trzasnę. Taki ratler podcięty, taki mops wygolony, będzie o tobie mówił, żeś ty utalentowana sztuka!
— Słuchaj, tyś nie powiedział wszystkiego. Jak on się o mnie wyraził?
— Jakto, jak on się wyraził? No tak, jak ci mówię.
— Jak?
— Pan Rdzawicz.
— Kłamiesz, Tężel. Proszę cię, powiedz mi, jak on mię nazwał?
Pod bystrem i rozkazującem spojrzeniem Rdzawicza, uczciwy i prawdomówny Tężel zmieszał się i nie znajdując wykrętu, rzekł, marszcząc brwi:
— Będzie ci przykro.
— To niech mi będzie przykro. Mów!
— Powiedział o tobie: adorator w odstawce...
Rdzawiczowi zadrgały usta i poczerwieniał. Stał nad Tężlem i wpijał w niego swoje stalowe oczy ze zbiegającemi się łukiem brwiami, kiedy je ściągnął i jakimś w tej chwili wyrazem drapieżnego ptaka. Tężel miał minę, jakby zbrodnię popełnił.
— Pocóżeś mi kazał mówić? — bąknął.
Ale Rdzawicz po chwili, jakby przygłuchłym z wewnętrznego bólu i gniewu głosem, zapytał:
— Był kto jeszcze?
— Przyszedł jeszcze jakiś bardzo piękny i bardzo ładnie ubrany blondyn z dużymi wąsami...
— To Borzewski... — szepnął Rdzawicz. — Nie mów mi już nic więcej.
Poczem odwrócił się od Tężla, podszedł do okna i oparł czoło o szybę. Stał długo bez słowa, Tężel zaś bez myśli pogniótł swego woskowego dyabełka w kropielnicy i począł go lepić na nowo, równie bezmyślnie. Po chwili Rdzawicz zapytał krótko:
— Jak wygląda Marya?
Tężel milczał chwilę, jakby nie wiedząc, czy lepiej powiedzieć, czy nie powiedzieć i rzekł wreszcie.
— A no cóż, ślicznie.
Rdzawicz jeszcze silniej przycisnął czoło do szyby i podniósł ku niemu obie dłonie, tak, że twarz zasłonił. Był tak nieruchomy, jak pani Drewska przy ciele syna.
— Czy można? — zapytał nagle miły kobiecy głos przez uchylone drzwi.
— Pani Przerwicowa — szepnął Tężel, zrywając się z paki, na której siedział.
— Można — powtórzyła pani Laura.
— Proszę, proszę — odparł Rdzawicz, usiłując pokryć wyraz swej twarzy uprzejmym uśmiechem.
— Korzystamy z pańskiego zaproszenia, choć nie zaraz — mówiła pani Laura, wchodząc pod rękę z mężem, różowa od zimna i uśmiechnięta. — Pozwoliłam sobie wziąć także Biszę.
— Bardzo się cieszę. Proszę, niech panie usiądą.
— Dobrze, zaraz. Musimy panu przedewszystkiem powinszować! Cudowna jest pańska wystawa!
— Przepyszna. Znany pan był dotąd, ale od wczoraj jest pan sławny. Wszyscy mówią o panu. Ma pan całą Warszawę otwartą — dodała z ujmującym uśmiechem pani Bisza.
— Wiesz, że te rzeczy jeszcze lepiej wyglądają na wystawie, niż tu wyglądały w pracowni — ozwał się Przerwic, podchodząc ku jednemu z obrazów.
— Tak, jak twój dramat lepiej wyszedł na scenie, niż w czytaniu. Zresztą, kiedyżeś ty u mnie był? Z miesiąc temu.
— Ale cóż to panu jest? Jakby pan był czegoś niekontent? — spytała pani Laura.
— Przeciwnie, pani, bardzo jestem kontent. Jakże mógłbym być niekontent, kiedy się moje rzeczy podobają. Każdy artysta jest kontent, kiedy go chwalą, prawda Jerzy?
Przerwic, który domyślał się bardzo dobrze, co się w duszy Rdzawicza dzieje, nic nie odpowiedział; zbliżył się tylko do nagrobka Drewskiego, stojącego pod ścianą i rzekł:
— Wiesz, że to jest coraz bajeczniejsze. I strach, jakeś prędko zrobił.
— To już prawie skończone, koło figury już mało co do roboty. Zresztą przecież pomagał mi Tężel, Czempiński i jeszcze trzech rzeźbiarzy. Inaczej nie bylibyśmy nigdy tak prędko gotowi.
Pani Laura i pani Bisza wstały z podanych sobie krzeseł i podeszły ku nagrobkowi.
— Okropniem tego była ciekawa, ale bałam się panu przeszkadzać — rzekła pani Laura.
Nagrobek Drewskiego, kuty w marmurze, Rdzawicz tak skomponował: na trumnie, bliżej stóp nieboszczyka, siedział ze schylonemi ku ziemi kolanami, złożonemi i również spuszczonemi rękoma, w trzech czwartych naturalnej wielkości, anioł w powłóczystej draperyi, o olbrzymich, rozpiętych skrzydłach, któremi jakby nakrywał i osłaniał całą trumnę od końca do końca. Głowę miał zniżoną cokolwiek ku piersi, powieki przymknięte i w twarzy wyraz nietyle smutku, ile głębokiej, niezmiernej, nieskończonej i nieskończenie milczącej zadumy.
— Wiesz, żeś jeszcze nic takiego nie zrobił — rzekł Przerwic.
— Cudowne, cudowne! — szeptały obie panie, Tężel zaś miał promienistą minę, która mówiła: »Patrzcie! to on! to Roman Rdzawicz!...«
— To jest anioł śmierci — rzekła pani Bisza.
— Nie, pani, to jest anioł tych, którzy umarli — odparł Rdzawicz.
— A co to jest? — spytała pani Laura, wskazując palcem dużą bryłę białego marmuru, w której można się było domyśleć siedzącej postaci, w ten sposób, że prawa noga opierała się na lewem kolanie.
— To jeszcze nic nie jest, to dopiero będzie »Trucicielka«.
— Jakto »Trucicielka?«
— Ja mam zwyczaj wszystkie moje kompozycye naprzód szkicować kredką na kartonach, więc jeżeli panie ciekawe, to proszę.
To mówiąc, odwrócił stojący tyłem do widzów na sztalugach wielki karton na blejtramie.
Rysunek przedstawiał młodą kobietę, z rozpuszczonymi długimi włosami, której draperya okrywała tylko nogi i zsuwała się z lewego biodra. Kobieta ta siedziała na omszonym głazie, około którego rosły paprocie i na który wspinał się młody powój: z prawą nogą opartą w przegubie kostki na lewem kolanie, trzymając w lewej ręce czarkę, a prawą wyciskając w nią sok z wilczych jagód. Pochyloną miała nieco głowę nad tą robotą, ale twarzy obejrzeć nie było można, gdyż widocznie namalowana pierwotnie, zamazana była kilku gwałtownemi pociągnięciami niebieską farbą.
— A cóż tam masz? — spytał Przerwic, podchodząc ku sporemu płótnu, naciągniętemu na blejtram, również grzbietem do widza.
— To? Mogę ci pokazać, ale ledwo naszkicowałem. Zdaje mi się, że to będzie mój najlepszy obraz.
Obrócił płótno, trzymając rękę na ramie; pani Laura spojrzawszy, krzyknęła »ach!« jak przestraszone dziecko.
Obraz przedstawiał pokój, oświetlony ogromnym kandelabrem z mnóstwem świec, których blask odbijał się i dwoił w dużem zwierciadle na ścianie. Prawie w środku pokoju, pod ciemno­‑amarantowem o brudnożółtych koronkach ciel de lit, wśród szeroko rozsuniętych kotar, stało łóżko narysowane w skróceniu, a światło świec padało nań jasne i wielkie. Obok łóżka, człowiek w szarym płaszczu, prawie padał w tył i razem na kolana, wyrywając się równocześnie piersią naprzód, jakby chciał za kimś lecieć, z rękami załamanemi na czole i oczach, rozchylonemi wargami i zaciśniętymi, jakby w straszliwym bólu zębami; po prostu widać było, że się wali z szalonej rozpaczy. Łóżko wraz z tym człowiekiem było ku prawej stronie od widza, na lewo zaś od tej strony, ku której padający zwrócony był przodem, mając wzdłuż siebie łóżko i poza sobą poduszki, ściana jakby rozwiała się i w niezmierną, otwartą przestrzeń, w jakąś blado­‑różaną o złotym odcieniu otchłań, odchodziła kobieta w białej sukni ślubnej, z welonem i kameliami we włosach, zupełnie plastyczna, a równocześnie jakby wtapiająca się w tę blado­‑różaną o złotym odcieniu rozwiej.
W ruchu tej kobiety, która mogła iść w nieskończoność, wiecznie taka rzeczywista i niknąca, taka kobieta­‑widmo i wiecznie w tej nieskończoności widzialna: była zupełna obojętność i zupełny spokój... Odchodziła w swej ślubnej sukni, z welonem i kameliami we włosach, jak cień, lub jakby od rzeczy nieżywej... Tymczasem w tym człowieku, który i lecieć chciał za nią i na kolana padał, jakby chciał za nią krzyczeć i w tył się walił: była przechodząca wszelką moc ludzką boleść, gruz rozpaczy, zdruzgotanie i zgruchotanie wszystkiego, co ludzkie... Na łóżku zaś poza nim, wśród otwartych kotar i w jasnym blasku świec, głową na poduszce, leżał udrapowany w ślubny welon szkielet kobiecy, z szyderczym wyrazem kościanych szczęk i ciemnych oczodołów. Jedną rękę miał kokieteryjnie podłożoną pod twarz, drugą rzuconą na kołdrę; nogi ginęły w cieniu.
Wrażenie było tak silne i tak niespodziewane, że Przerwicowie i pani Bisza stali bez słowa; Rdzawicz, z ręką opartą na ramie płótna, mając w swoich stalowych oczach coś orlego, podobny był w tej chwili do muzyka, który wsłuchuje się w ostatni ton swej symfonii, gdy słuchacze oniemieli z podziwu, ust jeszcze otworzyć do krzyku, ani rąk złożyć do brawa nie mogą i nie śmieją.
— Cudowne — szepnęła nakoniec pani Bisza.
— Straszne — powtórzyła również szeptem pani Laura.
Przerwic milczał, a Tężel promienisty, jak Apollo delficki, wodził kolejno po twarzach obecnych z miną tryumfującego Cezara.
— Ten obraz ma tytuł »Opuszczenie« — rzekł Rdzawicz. — Czy on się tłómaczy? Boję się, że jest zanadto literacki? Czy nie?
— Co gadasz?! — krzyknął Tężel zaperzony. — Tłómaczy się jak wół!
— Więc jak pani sobie to tłómaczy, pani Loro? — spytał Rdzawicz.
— Że ta kobieta opuściła człowieka, który ją kochał do szaleństwa, a zamiast niej, pozostała mu... nie umiem tego nazwać, może symbol opuszczenia przez nią?...
— Tak, tak — rzekł Rdzawicz nerwowo — szyderczy symbol niezajętego miejsca, pustki, zniweczonej nadziei i zmiażdżonego pragnienia, straszliwa ironia tego, co ma, zamiast tego, co mieć miał i w co wierzył, że mieć będzie; wyraz tego, co on czuć będzie. Rozumie pani wybornie, zresztą więcej w to włożyć chciałem, niż jest w naszym języku słów i sposobów wyrażenia uczucia. Możeby mi to Chopin wygrał. Cóż ty, Jerzy, mówisz na to?
— To, co ty sam wiesz — niech cię piorun trzaśnie! Oh! Przepraszam was, moje drogie! To jest zupełnie genialnie malowane.
— Ach tak! — zawołała pani Bisza. — Zupełnie genialnie! Nieprawdaż Loro?
Pani Laura skinęła potakująco głową, nie odrywając oczu od płótna, Rdzawicz zaś spojrzał na panią Biszę, uśmiechnął się i rzekł zwykłym, spokojnym głosem:
— Jaką pani ma pełną iskier twarz.
Pani Bisza roześmiała się, zarumieniła trochę i schyliła nieco głowę o ogromnej, światłej i napiętrzonej czuprynie, Przerwicowa zaś rzekła:
— Niech ją pan wymaluje.
— Nie umiem malować portretów, a w rzeźbie by te iskry nie wyszły — odparł Rdzawicz z uśmiechem.
— A tu szkic do »Wampira?«
— Tak, pani.
Szkic ten przedstawiał krajobraz jesienny. Była żółtawa, zawiędła łąka i za nią, blizko, drzewa o ciemnych liściach. Słońce zniżało się bowiem i ostatnie wielkie, złotawe smugi i plamy płomienistego pąsu świeciły na niezmiernie czystem i błękitnem niebie. Na łące leżał mężczyzna w szarym płaszczu, podobnie, jak na poprzednim obrazie; widać było tylko czoło i oczy, resztę twarzy zasłaniała naga kobieta, klęcząca przy nim i zwrócona w szalenie zuchwałym ruchu i śmiałem skróceniu bokiem do publiczności. Kobieta ta miała bujne ciemno­‑blond włosy. Po mężczyzny przymkniętych oczach poznać można było, że śpi, a po fałdach czoła, ruchu figury i skurczu palców, że we śnie straszliwie cierpi. Kobieta bowiem klęcząca przy nim, wpijała mu się ustami i zębami w gardło i wysysała zeń krew, której krople ciekły na trawę z pod jej piersi. Wśród pierwszoplanowych drzew, wśród niebieskawych o zachodzie pniów brzozowych, w czarnej draperyi, ze stalowym sierpem w ręku, ukazywała się trupia głowa śmierci z wyrazem zimnym i obojętnym. Cały nastrój obrazu miał w sobie coś niesłychanie smutnego i przygnębiającego.
— Ten szkic jest prawie skończonym obrazem — rzekł Przerwic.
— A bo ja pierwotnie ten miałem wystawić. Dopiero później namalowałem tamten, prawie dwa razy większy.
Pani Laura wodziła oczyma po obrazach i zauważyła, że między temi dwiema kobietami i Trucicielką jest coś pokrewnego.
— Bo to jest ta sama kobieta — odparł Rdzawicz. — Ta sama modelka — dodał, jakby poprawiając się.
Pani Bisza uśmiechnęła się.
— Ona jest bardzo ładna, ta dziewczyna.
— O, tak, bardzo ładna, ta dziewczyna jest ładniejsza, niż pani myśli — odparł Rdzawicz, wymawiając z naciskiem słowo »dziewczyna«. — Zresztą do figury pozuje mi kto inny.
— Jakto kto inny?
— Bo widzi pani, w »Opuszczeniu« nie widać wcale, a w »Wampirze« prawie wcale twarzy kobiety, raczej z za włosów widać jej tak mało, że wszystko jedno, jaka jest twarz; w Trucicielce zaś jeszcze nie robię głowy.
— Więc to nie ta sama będzie panu pozowała do głowy?
— Nie.
— A skądże pan model weźmie?
Rdzawicz spojrzał ze smutnem ździwieniem na panią Biszę, a potem rzekł:
— Nie mam jeszcze modelki do głowy.
I jakby mimowoli oczy padły mu na nieduże płótno, odwrócone ku ścianie, Tężel zaś rzucił na panią Biszę z boku pełne niezadowolenia spojrzenie.
W tej chwili ktoś zapukał do drzwi. Był to posłaniec z ogromnym bukietem w ręku i listem.
— Co to jest? — spytał Rdzawicz.
— Tu mi kazali oddać do pana Rdzawicza.
— Tak, to ja. Kto wam dał to?
— Czyjś lokaj.
— Przeczytajże pan list — wtrąciła pani Laura niezmiernie ciekawa, co w nim jest i skąd bukiet?
— To zaproszenie na ten dzisiejszy raut na dobroczynność.
— Zaczynasz pan być modnym.
— A te kwiaty?
— O kwiatach nic niema w liście.
— No, ale ponieważ razem przysłane, więc naturalnie z tego samego źródła. Pójdzie pan?
— Nie.
— Szkoda, będą deklamowali wiersze Jerzego. Chciałabym, aby pan je słyszał— rzekła, zasępiając się, pani Laura.
— Widzi pani... — odparł Rdzawicz. — Ja nigdzie nie bywam, niech mi pani wybaczy, pani wie, jak Jerzemu dobrze życzę, ale wchodzić w ten cały tłum, w ten gwar, w ten ścisk...
— I nawet pan nie ciekawy autorki tego bukietu? Bo ta z pewnością tam będzie — ozwała się pani Bisza.
Rdzawiczowi napłynęła krew do głowy, chwycił bukiet ze stołu i cisnął go w kąt, mówiąc:
— Ot, co mi ten bukiet!
Panie zmieszały się ogromnie, Przerwic i Tężel także; chwilę trwało niemiłe i ambarasujące milczenie, wreszcie pani Bisza, czując najwidoczniej, że się odzywa bardzo niestosownie i nie w porę, ale zarazem czując, że się ktoś odezwać musi pierwszy, rzekła z wymuszonym uśmiechem:
— Warto was kokietować bukietami! Ta pani zapewne była przekonana, że pan choć z jednym storczykiem w butonierce na raut przyjdzie...
— I zapiszę się do jej lejbgwardyi — przerwał jej półgłosem Rdzawicz, który jeszcze nie ochłonął, ale już zaczął się żenować.
Nagle pani Laura ozwała się, jak się czasem odzywa dziecko, gdy stwierdza, że się coś stało, choć wie, że wszyscy to wiedzą:
— Pan Roman zrobił scenę.
Przerwic i Rdzawicz zaczęli się śmiać, potem zaczęła się śmiać pani Laura i Bisza — i wreszcie Tężel, który stał jak skamieniały, nie wyobrażał sobie bowiem, żeby ktoś przy tak eleganckich paniach mógł co innego robić, jak pięknie mówić, i pięknie się kłaniać.
— Zrobiłem scenę i przepraszam — rzekł Rdzawicz, całując panie w ręce. — Jestem źle wychowany i dziki. Okropnie panią przepraszam, pani Elżbieto — powtórzył, całując panią Biszę ponownie w obie ręce kolejno.
— Wy wszyscy jesteście jak dzikie konie — rzekła pani Laura i dodała, wskazując na Przerwica: — Myśli pan, że nie?
Przerwic zaś począł deklamować:

»Widzę, że nie jest On tylko robaków
Bogiem i tego stworzenia, co pełza;
On lubi szumny lot olbrzymich ptaków,
A rozhukanych koni On nie kiełza!
On piórem z ognia jest dumnych szyszaków,
Wielki czyn często Go ubłaga, nie łza
Próżna, stracona przed kościoła progiem —
Przed Nim upadam na twarz. On jest Bogiem!...«

— Boże, jacy wy jesteście niepodobni do wiejskiej szlachty! — westchnęła pani Bisza.
— Nawet ja się z braci szlachty wyrodziłem, mam krótki nos, a każdy prawy szlachcic powinien mieć nos długi, żeby mógł na jego koniec patrzeć — rzekł z humorem Przerwic, biorąc się za nos z garbkiem, ale trochę krótki. — Za to moja żona ma prawdziwy rasowy nos: i dłudi i z garbtiem — dodał, karykaturując wymowę pani Laury.
Tężel zaś patrząc na śliczną, różową i uśmiechniętą panią Laurę, myślał, że taka kobieta jest cud i że życie z taką kobietą jest cud i że taką na swej drodze powinien był spotkać Rdzawicz, i że on... bałby się koło takiej kobiety chodzić, żeby jej cienia nie przystąpić.
— Ktoś tu idzie aleją, jakiś mały człowieczek; kto to? — rzekła pani Bisza.
— To Czempiński, finitor Romka, proszę pani — rzekł Tężel, obróciwszy się ku oknu.
Za chwilę wszedł do pracowni nizki, zgarbiony człowieczyna, o rzadkich, siwych włosach, małych, zaczerwienionych oczach za okularami w rogowej oprawie, rzadkich, siwych i pożółkłych od palenia wąsach, z trzęsącą się dolną wargą i brodą, o niezmiernie poczciwym, dobrodusznym i zasklepionym w kilku myślach wyrazie pomarszczonej, pomiętej i źle ogolonej twarzy. Na szyi miał fular czarny w bronzowe centki, z nad którego wystawały rogi niekrochmalonego kołnierza, tabaczkowy surdut, długi do kolan i zapięty prawie pod gardło, wytarty i świecący, spodnie nieokreślonego koloru w kraty i buty rozklapane i stosunkowo do jego wzrostu ogromne. W rękach trzymał twardy filcowy kapelusz, zanadto do swej formy wysoki i z za dużemi rondami, niegdyś koloru czarnego, a teraz gdzieniegdzie prawie ciemno­‑zielony; laskę trzcinową, na czerwono malowaną, o kościanej, pożółkłej gałce, i pod pachą rulon zwiniętych papierów.
Bon jour signori, przy samej ziemi na tem gdzie stanęło — rzekł wszedłszy. — Przyniosłem panu pokazać, mam nowe fascimilia Leonarda da Vinci.
W tej chwili dojrzał przez swoje okulary panie i Przerwica, przestał mówić, chrząknął trochę i ukłonił się niezgrabnie i nieśmiało.
— Pan Jacek Czempiński, artysta­‑rzeźbiarz — przedstawił go Rdzawicz.
Czempiński ukłonił się po raz drugi, bąknął: »Upadam do nóg« — czy coś podobnego i uścisnął nie wypuszczając kapelusza, podaną mu przez Przerwica rękę.
— A to ja innym razem przy samej ziemi na tem gdzie stanęło — bąknął i zabrał się do odwrotu.
— Ale niechże pan przynajmniej odpocznie. Czy się pan nas tak przestraszył? — rzekła żywo i uprzejmie podchodząc ku niemu i podając mu rękę pani Laura.
Czempiński wziął tę drobną w eleganckiej rękawiczce dłoń, nie wypuszczając również kapelusza, i nie wiedział, czy ma uścisnąć ją, czy pocałować; nakoniec pocałował, poczem puścił i za pomocą dwóch ostatnich palców u prawej ręki, w której trzymał kapelusz, a trzech u lewej, w której miał laskę, spróbował wyciągnąć sobie z zadługich rękawów surduta niekrochmalone, zakrótkie i zwinięte u skraju mankiety. Stał jeszcze blizko drzwi, a potem usłyszawszy za niemi drapanie — spytał Rdzawicza:
— Okno tu przyleciał ze mną. Czy mogę go puścić?
— Puść go pan.
Czempiński otworzył drzwi i do pracowni wpadł kundel, zwyczajny i ordynarny, ale w ładnej obroży i tłusty. Rzucił się naprzód ku Rdzawiczowi i począł, skomląc z uciechy, skakać mu do twarzy, potem uczynił to samo z Tężlem, potem machnął ogonem do reszty osób, ale bardzo prędko i pobieżnie, aby zbyć, i podwinąwszy go pod siebie, począł biegać w kółko po pracowni, niesłychanie szybko i z nadzwyczajnem zacietrzewieniem, jak często psy, gdy się cieszą. Palnął się przytem raz i drugi w łeb o trumnę nagrobka Drewskiego, ale nie dbał o to i latał dalej od czasu do czasu poszczekując krótko i urywanie.
— To nasz wspólny pies, ale u pana Czempińskiego mieszka — objaśnił Rdzawicz. — Nazywa się Okno na pamiątkę, żeśmy go przez okno wyratować poszli z Tężlem. Właściwie to go Tężel wyratował i odratował. Okno! cóż ty wyprawiasz?!
Okno rozpędziwszy się, wpadł w suknię pani Biszy, zaplątał się i usiłował gwałtownie wysunąć się drugą stroną, w czem mu jednak Rdzawicz przeszkodził, chwytając go za ogon. Pies odwrócił się, złapał Rdzawicza za rękę i niby zaczął gryźć z pełnemi wesela i śmiechu oczami. Rdzawicz odciągnął go i stawiając mu nogę na karku, zakomenderował: »Siedzieć!«
Ale Okno widocznie wiedział, że wszystkie rozkazy tych panów są to strachy na lachy, wymknął się z pod nogi, pokręcił trochę po pracowni i poszedł za trumnę Drewskiego, gdzie podniósł tylną nogę, ale bardzo delikatnie, poczem położył się na brzuchu w miejscu, gdzie padało na podłogę najwięcej słońca przez szyby, wyciągnął przednie łapy, oparł na nich pysk i leżał, patrząc na stojącego vis à vis Tężla z wielką poufałością i pewną nonszalancyą, której sobie nigdy wobec Rdzawicza nie pozwalał.
— Przy samej ziemi na tem gdzie stanęło — ozwał się nieśmiało Czempiński — nie wiem, czy będę mógł dziś robić koło skrzydeł?
— E, dziś damy sobie frei — odparł mu Rdzawicz — Blaumontag. Tężlowi się też dziś nie chce robić, a ja tu chciałbym trochę sam koło Trucicielki pracować.
— Jak pan chce. To jutro przyjdę.
— Dobrze, proszę pana, panie Jacku.
Czempiński zabrał się do wyjścia, rzucił jednak przedtem okiem na karton, na którym była naszkicowana Trucicielka. Popatrzał chwilę, pokiwał głową, mlasnął cicho dwa razy wargami i ozwał się podnosząc rękę i wskazując palcem:
— O tych palcach figury na nagrobku, to już nic nie powiem, bo darmo, ale ten prawy łokieć u tej kobiety musi być cofnięty, przy samej ziemi na tem, gdzie stanęło, bo inaczej nie będzie harmonii. A ta noga żeby była miększa w ruchu i odsłoniłbym więcej biodra, bo to jest piękne w linii, przy samej ziemi na tem gdzie stanęło. Nawet możnaby trochę tyłu pokazać. Milcia...
— Dobrze, dobrze, panie Jacku — przerwał mu Rdzawicz, obawiając się, aby się zbyt fachowo nie zaczął wyrażać — ma pan najzupełniejszą racyę, widzę to.
— A widzi pan, przy samej ziemi na tem gdzie stanęło, widzi pan! — rzekł uradowany i z dumą Czempiński. — Leonarda panu zostawię, niech pan przejrzy. Upadam do nóg państwu, moje uszanowanie, przy samej ziemi na tem gdzie stanęło. Okno, pójdź! — I wyszedł, nie spojrzawszy naprawdę na nikogo, oprócz Rdzawicza i Tężla, jak zresztą przez cały czas patrzał tylko albo w ziemię, albo na nich dwóch.
Okno zerwał się, polizał po rękach Rdzawicza i Tężla, machnął tylko kilka razy ogonem ku reszcie towarzystwa i szczekając przeraźliwie, pobiegł za Czempińskim.
— Cicho, durn... — krzyknął Tężel, ale urwał, bo nie wiedział, czy przy tych paniach wypada powiedzieć psu: dureń, czy nie wypada?
— Milcia idzie — rzekł, spojrzawszy w szybę.
— U panów, jak w kalejdoskopie — zauważyła pani Bisza.
— E, to jeszcze nic. Czasem jak się tu zeszedł anioł z Drewskiego, Milcia, ten w płaszczu, kilku kamieniarzy i rzeźbiarzy, Czempiński, Okno i my dwaj, to się ledwo obrócić można było w pracowni.
— To wesoło tak — rzekła pani Bisza. — Na wsi u nas czasem tak nudno, nikogo niema.
Odprowadzona do drzwi przez Okno weszła Milcia. Była to bardzo przystojna dziewczyna, blondynka, typowa małomieszczańska uroda warszawska. Miała piękne, szare oczy, lekko orli regularny nos i bardzo szlachetny owal twarzy. Na głowie miała niebieską chustkę włóczkową, zawiązaną pod brodą, z pod której wydostawały się krótkie loczki, i na sobie zarzuconą grubą, popielatą himalaję, z ciemnym, szerokim pasem u dołu i popielatymi frendzlami, z pod której wychodziła ciemna suknia. Rękawiczki miała w ręku i widocznie przebiegała tylko z niedaleka do atelier Rdzawicza, nie ubierając się w kapelusz, ani płaszczyk, czy paltot. Musiała iść prędko, bo miała mocne rumieńce na dziwnie gładkich i delikatnej płci licach. Tryskały z niej zdrowie i siła. Miała przytem w swoich szarych oczach dużo sentymentu i tkliwości. Zobaczywszy obcych, stanęła sztywno przy drzwiach, puszczając z rąk otulającą ją chustkę; wówczas można było odgadnąć, że cała jest przepysznie zbudowana, idealny model rzeźbiarski. Ciemno­‑granatowy trykotowy stanik z białymi guziczkami, zapięty pod szyją srebrną broszką w kształcie listka z łodygą, obciskał jej krągłą, wysoką pierś i smukłą, a nie ściskaną gorsetem talię, pod ciemną spódnicą zaś rysował się łuk wspaniałych bioder. Stopy w gumowych bucikach miała nieduże i kształtne; ręce tylko były trochę grube i widocznie nie oszczędzane.
Milcia postąpiła kilka kroków naprzód, skinęła głową obecnym i przysiadła na trumnie z nagrobka.
Qu’elle est jolie, cette fille — zauważyła pani Laura.
Magnifique! — mruknęła pani Bisza, spoglądając z uśmiechem z pod oka na Rdzawicza.
— Dziwna figura ten pan Czempiński — rzekł Przerwic, rysując ołówkiem od zegarka gzygzaki na stole. — Razem z tym przysłowiem możnaby go pysznie do komedyi wsadzić.
— Ale bo ty nie wiesz, co to za pan? — rzekł żywo Rdzawicz. — On ma dwie słabości: zbieranie starych sztychów i fascimiliów z dzieł mistrzów renesansu — i balony. Wystawcie sobie państwo, wywnioskował, że najodpowiedniejszym materyałem na balon są krecie i mysie skórki. Tępił więc biedne krety i myszy, gdzie mógł, płacił za nie ostatni grosz, aż wreszcie, preparując je odpowiednio — strach, co tam za zapachy bywały w jego asilum — doszedł do odpowiedniej ilości i uszył balon. Trzeba ci wiedzieć, Jerzy, że pan Czempiński mieszka za światem, w jakiejś starej hali, czy kaplicy, czemś, co jest na jakie półtora piętra wysokie. Otóż raz, będzie temu miesiąc, czekamy i czekamy, Czempiński nie przychodzi. Posyłam po niego chłopaka kamieniarskiego. Wraca przestraszony i powiada, że pan Czempiński wisi w powietrzu i krzyczy. Nie rozumiemy, co się stało, bierzemy z Tężlem dorożkę i lecimy do niego, co koń wyskoczy. Co za widok! Oto pan Czempiński wisi pod powałą, trzymając się rękami linek od balonu, który się wzbił. Choć sytuacya była naprawdę tragiczna, jak tam dyndając pod powałą z krótkiemi nóżkami w powietrzu, zawołał: przy samej ziemi na tem, gdzie stanęło, ratujcie! — śmiech nas ogarnął. Na szczęście była drabinka, więceśmy go ściągnęli. Okazało się, że pan Jacek wydął wreszcie balon za pomocą wynalezionego przez siebie, jak powiada, przyrządu, umocował go za pomocą sznurka przy ziemi i chciał się wznieść na kilka stóp na próbę, czy go utrzyma, a potem na stole stanąć i balon ściągnąć. Ale sznurek pękł i balon z autorem pojechał w górę. Wisiał tam długo i krzyczał, nikt go jednak nie słyszał. Dobrze, żeśmy zdążyli, nim odpadł ze zmęczenia.
— Biedny pan Czempiński — rzekła pani Laura, śmiejąc się. — A będzie pan na raucie?
— Nie, pani, tego już nie mogę — odparł Rdzawicz, i zbliżywszy się do pani Laury, dodał cicho: — Ja się po prostu boję iść, bo wiem, że — Marya tu jest.
— Może pan być spokojny — odrzekła pani Laura. — Nie śmiałam o tem z panem zacząć mówić, ale spotkałam się u Loursa z naszym wspólnym znajomym, starym Korskim, i mówił mi, że dziś wyjeżdża. Ale teraz chodźmy, ma pan modelkę, będzie pan pracował.
— Co to za takie ładne panie? — spytała Milcia po wyjściu pań i Przerwica.
— To żona mojego kuzyna i jej siostra.
— Ta tęższa pani jest bardzo ładna. I musi mieć także śliczny akt. Tu, od pasa na dół, to jest tak, jak Wenus kapilotyńska, prawda, proszę pana?
— Kapitolińska — poprawił ją Tężel.
— Kapilo — — kapitolińska — powtórzyła Milcia.
Tężel wdział paltot, włożył czapkę na głowę i rzekł, wyciągając do Rdzawicza rękę.
— No, wiesz ty, ja pójdę. Jeść mi się trochę chce, robić dziś koło Drewskiego nie będziemy, a ty i tak wolisz sam być przy swojej robocie. Tylko, bój się Boga, nie przekuj marmuru! Zepsułbyś całą rzecz, a powiadam ci, furda twoja Dyana i Centaury i Drewski, to dopiero będzie chef­‑de’oeuvre rzeźbiarski! Mówię ci! Kujże ostrożnie. Ten Czempiński to jest stara latarnia, żeby ci uwagi robić co do tego łokcia. Co do palców, to istotnie jest między nimi pewna różnica, zresztą sam to widzisz, ale skoro się upierasz... Czego on jednak chce od łokcia, to nie wiem? Stara piszczałka.
— A kiedy on ma racyę.
— A ty każdemu musisz racyę przyznać! A ja ci powiadam, że nie ma racyi.
— Ale ma.
— Milcia, dobry ten łokieć?
Milcia zbliżyła się ku narysowanemu szkicowi, popatrzała chwilę z bardzo poważną i skupioną miną i rzekła:
— Zdaje mi się, że dobry, ale możeby było jeszcze lepiej, żeby tak, jak u Kagiligos — —
— Kallipigos — poprawił ją Tężel.
— Kalli-gi-pos — powtórzyła, sylabizując, Milcia. — Zresztą jest on bardzo szlachetny w ruchu.
— Szlachetny jest? — powtórzył Rdzawicz z uśmiechem.
Tężel wyszedł.
— Czy będę panu pozować? — spytała Milcia, zdejmując chustkę z głowy. — Tak mi się włosy zmierzwili, aż strach.
— Owszem — rzekł Rdzawicz — porobię trochę, ale tymczasem zrzuć himalaję i stań tam przy oknie tyłem do mnie i stój.
Milcia, przyzwyczajona do wszelkich podobnych rozkazów, zwłaszcza do fantazyj Rdzawicza, któremu pozowała od jego przyjazdu, stanęła we wskazanej pozycyi.
Rdzawicz zaś usiadł i patrzał na nią, twarz jęła mu się zachmurzać i posępnieć, poczem wstał nagle i podszedł ku Milci.
— Co? — spytała ona, odwracając głowę.
Ale Rdzawicz nie odpowiedział, objął ją tylko prawem ramieniem pod brodę i w tył przegiął. Potem położył jej usta na usta i nie odejmując ich, pociągnął ją ku szezlongowi — — Milcia poddała się. Upadli razem na szezlong i Rdzawicza ręce poczęły gorączkowo szukać ciała Milci — — po chwili jednak cofnął je gwałtownie i odsunąwszy się od niej, zakrył twarz.
— Co? — szepnęła Milcia miękko i cicho.
Ujrzawszy jednak, że przez szpary między palcami Rdzawicza ciekną łzy, podniosła się i usiadła na brzegu sofy. On leżał nieruchomy. Wówczas Milcia wstała i po cichutku wyszła z pracowni.
Rdzawicz pozostał sam.
Było mu źle do pęknięcia serca. Dziesięć już miesięcy nie widział Maryi... Dziesięć miesięcy... Dłużej już jej nie widzi, niż był z nią, prawie dwa razy dłużej... I przez ten czas nie zmieniło się w nim nic: żyje jedną tylko myślą i jednem uczuciem. I tylko coraz bardziej wzmaga się w nim świadomość straszliwej bezsilności, absolutnej niemocy wobec kwestyi jego stosunku do Maryi. Nie może zrobić nic, jest odcięty od niej murem jej woli i społecznego konwenansu i może pod tym murem zginąć, a przekroczyć go nie może. Wszystko mu wolno — przyłożyć sobie w tej chwili rewolwer do skroni i pociągnąć cyngiel, roztrzaskać głowę o ścianę, rzucić wszystko i wyjechać na zawsze, wolno mu szukać rozkoszy czy miłości, gdzie chce, tylko nie wolno mu spytać Maryi: nie przestałem cię kochać — czy nie chcesz wrócić?... I to nie tyle jej wola między niemi stoi, ile społeczny konwenans, społeczny układ, który człowieka w podobnem położeniu, jak on, wykreśla z pamięci kobiety i wpisuje w poczet dla niej umarłych ludzi. Nie może zaś chyba być, żeby on naprawdę przestał dla niej istnieć, żeby już rzeczywiście umarł dla niej... Dała mu tyle dowodów miłości — — mogła go przestać kochać, ale kochała go — — a tak, jak przestała, tak samo może go zacząć kochać na nowo... A Borzewski? Borzewski może być naprawdę dla Maryi niczem. Nieraz mówiła mu, kiedy rozmawiali ze sobą poufnie, że podejrzywano ją często o zajęcie się ludźmi, którzy jej byli w istocie najzupełniej obojętni. Lubiła flirt i przyznawała się do tego. Borzewski może być takim flirtem i w istocie niczem dla Maryi. Gdyby napisać do niej?... Napisać?... Nic łatwiejszego. Jakiejż jednak odpowiedzi może się spodziewać? Gdyby Marya chciała do niego wrócić, mogła była dać mu to do poznania w sto sposobów... Tak, ale konwenans społeczny powiada, że kobiecie w podobnych razach nie wypada robić pierwszych kroków... Można więc komuś życie złamać i sobie życie złamać, dlatego, że nie wypada czegoś zrobić. Ba! można kogoś dlatego zabić.
Gdyby był się Maryi po dwóch lub trzech tygodniach znajomości oświadczył i dostał odmowną odpowiedź: mógłby był naprzykład po dwóch lub trzech miesiącach, po roku, czy kiedykolwiek, próbę powtórzyć — — tymczasem teraz, po stu wyznaniach, stu przysięgach i stu uściskach, jest dla niej jakby umarłym człowiekiem i ma nim pozostać na zawsze, chybaby jakiś naprawdę cud go wskrzesił...
Myśli te krążyły mu jedna za drugą w głowie od kilku godzin. Zmęczyły go tak i zdenerwowały, że pierwszy objaw współczucia prostej dziewczyny, modelki, omal, że mu nie wyrwał płaczu z piersi, jak dziecku. Było mu źle, niezmiernie, bezbrzeżnie źle...
W tej chwili zapukał do drzwi, mocno, jak zwykle, Tężel, i wszedł zamaszyściej, niż zazwyczaj.
— Co tu tak ciemno? — zapytał.
— Odpoczywałem — odparł Rdzawicz.
— Dajże zapałkę, bo, zdaje się, nie mam. Mam ci coś przeczytać.
— Cóż takiego?
— Ale ho! Powiadam ci, jaką ci recenzyę wyrżnął w Kuryerze stary Bronn, który tu akurat jakby naumyślnie przyjechał do Warszawy! Powiada, że musiał poprosić redaktora o miejsce, aby powiedzieć głośno, że szczęśliwy się czuje, że właśnie teraz przybył tutaj i dumny z takiego ucznia! Powiada, że jeżeli się po tobie zawsze dużo spodziewał, to, powiada, przeszedłeś jego oczekiwania z kretesem. Pisze, że twoje Centaury przypominają najświetniejszą epokę rzeźby klasycznej, i, powiada, do bani z Francuzami przy tobie!
— Jakto? To powiada: do bani?
— No, jak powiada, to powiada, dość, że przeczytaj sam, jak cię chwali. On, mówi, niby ty, łączy w sobie harmonię, toby się Czempiński ucieszył, jak pies w jatkach, klasyczną, grecką, z prawdą natury w pojęciu współczesnego człowieka, ale, powiada, nie przesadzasz, nie szarżujesz w naturalizmie, jakkolwiek jesteś zupełnie, nawskróś oryginalny, znać w każdym calu twego marmuru umiłowanie helleńskiej rzeźby nieśmiertelnego piękna...
— Cóżeś ty się tego na pamięć nauczył?
— Powiada, że dawno nie tylko polska, ale i współczesna sztuka nie wydała nic takiego, jak Centaury, zwłaszcza, jeżeli się zważy, że autor jest młodym, dwudziestosiedmio­‑letnim człowiekiem. Wampir w zdumienie go wprawił. Krytykuje wprawdzie to i owo, powiada, że jeżeli w rysunku jesteś zupełnie doskonały, to w kolorycie możeś tu i owdzie trochę chybił, ale przedewszystkiem gębę rozdziawia wobec tego, że jeden i ten sam człowiek potrafi tak rzeźbić i malować. Nie waham się, pisze, porównać pana, a raczej teraz już Romana Rdzawicza, ze zdumiewającymi wszechstronnymi talentami epoki włoskiego renesansu.
— Wiesz Tężel, rzuć ty rzeźbę i weź się do recytatorstwa.
— Nakoniec, mówi, tylko tak dalej a będziesz miał europejską sławę... Poczciwy ten stary Bronn. Pocałowałbym go wszędzie. Zaraz jutro do niego pójdę. I Pan Bóg dobry, że go tu właśnie na tę porę przysłał. Bo i jemu przyjemnie, i tobie musi być przyjemnie, że on pierwszy o twoim pierwszym naprawdę wielkim występie pisze. A pamiętasz, jak ci nieraz mówił: panie Łdzawicz, panie Łdzawicz, pan ma głuby talent, tylko natuła, oj ta natuła; Panie Łdzawicz, panie Łdzawicz!... Pamiętasz? Poczciwe to Bronnisko, jak Boga kocham. Żeby miał tyle szczęścia, co pies pcheł. Ale, dajże zapałkę, to przeczytasz.
— Pocóż, kiedyś mi wszystko opowiedział. A w innych gazetach jest co?
Tężel rzucił na stół plik papierów i rzekł:
— Jeszcze nic. Kupiłem wszystkie gazety wieczorne w kiosku i przejrzałem pod latarnią, ale jeszcze w żadnej nic niema, tylko w tym Kuryerze. Czytałem po drodze, dobrzem oczu nie wypatrzył. Cieszysz się?
Rdzawicz nic nie odpowiedział, Tężel zaś, uderzywszy się ręką po udzie, począł śpiewać wesoło:

Dali mi jom dali
Piknie zubirali
Inom musioł pocekać...

Wynalazł zapałki, zapalił lampę i włożywszy obie ręce do kieszeni, stanął przed Rdzawiczem, mówiąc:
— Wiesz ty co, idź ty na ten raut.
— Nie chce mi się.
— Naprzód zrobisz pani Przerwicowej uciechę, a to takie miłe i kochane stworzenie. Żebyś ty taką... — urwał i trzepnął sobie mimowoli ręką po ustach. — Wiesz, jak Boga kocham, ja nie znam drugiej takiej serdecznej kobiety, jak to Przerwicątko. Misia jest dobra nadzwyczajnie, ale Misia, choć piękniejsza, bo cóż, Przerwicowa jest bardzo ładna, ale żadna piękność nie ma ani ćwierć tego wdzięku. I potem, bądź co bądź, to jest paniątko, a Misia dziewczyna edukowana. Widziałeś ty, jak to ładnie siada? A jak idzie po ulicy, powoli, nosek naprzód, i tylko się kiwa z nóżki na nóżkę.
— Cóż ty się kochasz w Lorze, że się tak rozpajęczasz?
— Nie kocham się, ale ją strasznie lubię.
— Ją wszyscy muszą lubić.
— A ta druga, jej siostra, ta pani Bisza, o, to dyabełek! To numer! No, pójdziesz na raut?
— Nie, nie chce mi się.
— Idź, mój drogi. Obetkasz się sławą, jak kot salcesonem.
— No, raześ przecie psa zluzował na odmianę. Musiałbym się ubierać...
— A cóż? Frak i basta. Jak nie masz czego, to skoczę do miasta i przyniosę ci.
— Nic nie mam. A ni krawaty, ani rękawiczek.
— No, to dymam. Oddasz mi pieniądze później. Siedm i pół, prawda? Poczciwy ten Bronn! Jak Boga kocham — gdzież moja czapka?... — takbym go...
Wypadł jak bomba z pracowni.
Natychmiast po wyjściu Tężla, Rdzawicz odłożył na bok swoją udaną nonszalancyę wobec artykułu profesora Bronna, przeczytał go uważnie raz i drugi, potem przeszukał najstaranniej inne gazety, czy istotnie nic w nich niema o jego wystawie, raz jeszcze przeczytał recenzyę Bronna i zaczął układać na stole gazety, tak, jak pierwej, aby Tężel nie poznał, że je ruszał i otwierał. Ponieważ poukładać je zupełnie tak samo było trudno, zgarnął je wszystkie ze stołu na ziemię, z wyjątkiem Kuryera, którego schował do szuflady. Wpadł w dobry humor, uczuł się nadzwyczaj pełnym energii i ochoty do wszystkiego i był zdecydowany pójść na raut. — Cóż mi to szkodzi — myślał — niechże się »obetkam tą sławą, jak kot salcesonem«. Wiecznie siedzę, dyabli wiedzą gdzie, albo w dziurze, jak tu. Pójdę, co mi tam! Cóż mi zrobią? Niech się gapią, jeżeli mają ochotę. I czy to mnie pierwszego coś podobnego spotkało? Mało tam takich będzie jak ja? I dla czegóż takby się mną mieli specyalnie zajmować ludzie? A zresztą, odi profanum vulgus et arceo. Przytem zrobię przyjemność Przerwicowej...
Rdzawicz wiedział, że jej ogromnie zależy zawsze na tem, aby on był świadkiem powodzenia Jerzego. Czuł to, że ta kobietka, jakkolwiek zbyt dobra, aby mu życzyć inaczej, jak tylko jak najlepiej, nie chciałaby, aby jego rosnące imię miało być głośniejsze kiedykolwiek, niż imię Jerzego — i bała się tego. Naprzód Rdzawicz, jako rzeźbiarz, mógł zdobyć sławę europejską, co piszącemu po polsku jest prawie niepodobieństwem; następnie, jakkolwiek Jerzy, od Rdzawicza starszy, w tej chwili więcej był od niego znanym i uznanym: nadzieje, jakie rokowano Rdzawiczowi, były nierównie większe od tych, jakie rokowano Jerzemu. Pani Laura nie chciała o tem wiedzieć i udawała, że nie wie, ale nie wiedzieć nie mogła. Wpadła raz w pasyę i nie mogąc wytrzymać, wybuchnęła przed mężem. Przerwic jednak uśmiechnął się całkiem spokojnie i powiedział jej: Moja droga, trzeba się z tem zgodzić, że takich ludzi, jak ja, rodzi się naraz dziesięciu, a tacy, jak Rdzawicz, rodzą się raz na dwieście lat. Pani Laura wpadła w taką pasyę, że tupnęła nóżką, krzyknęła: »Ziuci jest głupi!« i rozpłakała się. Przerwic sam mu o tem mówił, śmiejąc się serdecznie ze swojego »różowego maleństwa«.
Co do Maryi, to jej nie spotka, Przerwicowa go zapewniła... Spotkać może wprawdzie jej »lejbgwardyę« — — ale zbyt wiele zaszczytu dla tych durniów, gdyby sobie co z nich robił. Borzewski? Cóż jest Borzewski? Jakiś sobie majętny jegomość z Ukrainy z pięknie podczesanymi wąsami i w spiczastych lakierkach, o którym wiedzą w jego powiecie, tacy sami, jak on, i kilkadziesiąt, a choćby kilkaset osób w Warszawie, także takich samych, jak on... Cóż to jest Borzewski? Korcami możnaby zbierać takich szlachciców z pięknymi wąsami i w spiczastych lakierkach. Był las, nie było nas, będzie las, nie będzie nas. Borzewski jest podrzędnym, pierwszym lepszym z brzegu pionkiem na szachownicy świata, bo przecież na urodzie, majątku i spiczastych lakierkach świat nie stoi. Borzewskich jest mnóstwo, mnóstwo jest pospolite, pospolite nic nie znaczy, Borzewski jest nic.
Zgasił lampę, zamknął pracownię i poszedł na górę, do mieszkania, zostawiając przy klamce kartkę dla Tężla z napisem: »na górze«. Rad był, że zobaczy dużo ludzi, dużo światła, ruch, ożywienie, zabawę. Od jakże dawna nigdzie już nie był pomiędzy ludźmi! Widywał wprawdzie tłum na Corso w Neapolu, w kasynach miejskich i salach gry i koncertów w Monte Carlo, na placu świętego Marka w Wenecyi, ale ten tłum był mu zupełnie obcy i on wśród niego czuł się obcym i odbitym od swoich. Z przyjemnością też myślał, że się elegancko ubierze, że wdzieje frak, którego już blizko rok na sobie nie miał, że włoży cienkie lakierowane trzewiki i weźmie cienką chustkę od nosa.
Kończył się właśnie ubierać i oglądając się w lustrze, powiedział sobie: no, ostatecznie taki znowu strasznie brzydki nie jestem i jest we mnie »coś« — kiedy Tężel wpadł na górę, tupiąc po schodach, jak łoś po kamieńcu.
— Dobre? Co? — krzyknął zasapany, rzucając na stół rękawiczki i krawatkę.
— Doskonałe, dziękuję ci.
— Pokażże się, obróć się.
— Cóż, nieźle wyglądam?
— Lord jesteś, daj cię katu, lord! Jak Pana Boga kocham! Kobiety będą topniały.
Rdzawicz odwrócił się. Tężel zaklął na siebie w myśli, sądził bowiem, że zrobił ostatnią uwagą Rdzawiczowi przykrość i że ten się dlatego odwrócił; ale Rdzawicz odwrócił się dlatego, że się na tę uwagę Tężla mimowoli z pewnem zadowoleniem uśmiechnął, a nie chciał, aby Tężel ten uśmiech spostrzegł, bo się wstydził. Wstydził się po prostu tego, że Tężel mógłby ostatecznie pomyśleć, że go jakieś inne kobiety, oprócz Maryi, mogą interesować, i nie chciał, aby Tężel przypuścił, że on już przestaje cierpieć. Nie chciał się do tego przyznać i sam przed sobą, a jednak w tej chwili czuł, że nie jest tak złamanym, jakim się sam sądził — przez dziesięć miesięcy.
Gotów był i pojechał na raut. Tężel żałował, że nie ma fraka, bo takby był chciał widzieć tryumfy tego »ultrarenesansowego chłopaka«...
Po drodze Rdzawicz myślał o kobietach, które może spotkać. Przypomniał sobie bukiet i zaczęło go interesować, kto go mógł przysłać i czy ta osoba będzie na raucie?
— Nie przysłali mi go przecież ani koledzy, ani wierzyciele — myślał. — Skoro się taki bukiet przysyła, to daje się do myślenia... A przedewszystkiem będzie wkoło tak dużo kobiet, oczu i brylantów, kobiecego głosu i kwiatów — — to morze, ten nurt kobiecości, des Weiblichen, w który się na zebraniach publicznych zanurzyć można. Będzie dużo szelestu jedwabiu i atłasu, szelestu kwiatów we włosach i u gorsów i bransoletek na ramionach, szelestu sukien na trzewikach i szmeru trzewików na posadzce... Będzie ogród kobiet, wielki gaj, w który wejść będzie można, jak rozkochany w zapachu mirtów Faun, błędny od drzewa do drzewa. Te wszystkie spojrzenia zleją się w jedną tęczę światła, wszystkie głosy w jeden ton czarodziejskiego fletu, wszystkie ruchy i wszystkie ciała w jedną miękką, w łuki płynną falę... Tyle łon, tyle kibici, tyle ust, tyle ramion, tyle stóp... Będzie to zupełny labirynt, pośród którego błąkać się będzie można... Jak one się będą przeginały w chodzie te kobiety, co za przepyszne grupy tworzyć będą... Oto tam, ta brunetka z wypukłą piersią w tył się przechyla, i odwracając lekko poza siebie głowę, szepce — — a bije z niej pragnienie, jak z róży woń... A tam, ta blondyna cudowna, z całym błękitem nieba w oczach, jak miękko, jak ponętnie siedzi, patrząc na kształt swych nóg pod białym atłasem sukni; niby słucha, co do niej mówią, a naprawdę upaja się tych swoich nóg kształtem, rysującym się tajemniczo i czarownie, cała w nich rozkochana, rozmiłowana w sobie, rozlubieżniona sobą...
On wchodzi — — wszyscy zwracają się ku niemu, pokazują go sobie, mężczyźni usuwają mu się z drogi uprzejmie i grzecznie, kobiety chcą z nim mówić, zbliżają się, patrzą nań błyszczącemi oczyma, rozchylają usta i pochylają się blizko, blizko... Tak dawno nie był między ludźmi w kraju, opuścił go zaś w chwili dla artysty najmniej przyjemnej, kiedy dopiero zaczyna na siebie zwracać uwagę i budzi niedostępną w takich razach ironiczną nieufność filisterskiego ogółu.
Przytem ma za sobą historyę, ma nieszczęśliwą miłość, wędrówkę, tajemnicę serca... Nikt nie wie, co się z nim działo, co się w nim dzieje? co w nim jest? Odcięty, odbity od stada, oto nagle się zjawia, promienny w chwale swej twórczości i ciemny tajemnicą duszy, wyższy nad tłum i zagadkowy, Child­‑Harold drugi... Będzie mówił tak, jak żeby coś w sobie krył, no, i nie będzie kłamał, bo kryje... Za jego uśmiechem musi być znać gorycz i ból, w jego łagodnej, subtelnej, przyciszonej rozmowie wyższego człowieka: ironię zupełnej apatyi, zupełnej obojętności na to, co się wkoło dzieje, na wszystko... Nagle wzdrygnął się nerwowo w karetce, która go wiozła na raut i milczącym tym myślom swoim odpowiedział głośno i ostro: Sport! Sport! Sport będę z tego robił?! Sport z tego, co mi życie złamało?! Sport z niej?!... Ale równocześnie mówiąc tak, czuł, że naprawdę jego życie nie jest przez katastrofę z Maryą złamane i że sam w siebie chce to wkłamać, zarazem zanadto żywotny, aby chciał, żeby tak było, i zanadto romantyczny, aby stanowczo i nie chciał. Tymczasem dorożka zajechała na miejsce.
Rdzawicz wyskoczył i sam ucieszył się swoją elastycznością, jakby odzyskaną na nowo. Niby poprawiając, przekrzywił trochę szapoklak na głowie z pewną junakeryą i począł wchodzić na jasno oświetlone i strojne kwiatami schody, uderzając rękawiczkami, które trzymał w ręku, o paltot. W garderobie zauważył, że przeszła koło niego jakaś oryginalna, ruda, dosyć wysoka i blada kobieta, lat może około trzydziestu. Zauważył, że spojrzała na niego i że miała ciemne brwi i ciemne oczy.
Wszedł na salę.
Miał to być wielki raut w połączeniu z koncertem i żywymi obrazami, zupełnie oryginalnie obmyślony przez kilka dam z arystokracyi i bogatej burżuazyi. Środkiem ogromnej sali biegł między dwoma rzędami krzeseł ku estradzie, szeroki pasaż, ale krzesła nie były poustawiane regularnie, jak zazwyczaj, tylko porozrzucane w grupy koło małych, eleganckich stolików. Mnóstwo światła, mnóstwo kwiatów w festonach, girlandach, mnóstwo kwitnących w wazonach, wielkie oleandry, mirty, fikusy. Na estradzie fortepian czarny i połyskujący, i u góry, ponad nią, zaimprowizowana, wzniesiona kurtyna.
Kiedy Rdzawicz wszedł, było już pełno w sali. We drzwiach opuściła go cokolwiek pewność siebie i uczuł, że dawno nie poruszał się w tłoku i na bardzo woskowanej posadzce. Zrobiło mu się od razu duszno i uczuł, że jest stworzonym do bluzy i rzeźbiarskiego atelier, a nie do fraka i sal balowych; czuł się zarazem cokolwiek zażenowanym i cokolwiek królewskim w tej ciżbie, która wobec niego nie czuła się ani zażenowaną, ani królewską, nie chcącą na siebie zwrócić jego uwagi, ani też zwracającą na niego swoją. Odechciało mu się od razu tryumfów, a zachciało dobrych znajomych, przy których możnaby usiąść i którzyby wiedzieli, kto on jest i do czego ma prawo.
Ujrzał wreszcie Przerwiców; siedzieli po lewej stronie pasażu od wejścia, w środku sali, oni oboje, pani Bisza, przy nich jakiś stary, siwy pan z dużymi wąsami i dwie panny. Wysunął się z tłumu i podszedł ku nim.
Pani Laura, spostrzegłszy go, klasnęła końcami palców obu dłoni i zawołała prawie głośno: — Romek! — poczem zaczerwieniła się mocno i wyciągając ku niemu rękę, rzekła zmieszana:
— Przepraszam pana, ale takem się ucieszyła, że pan przyszedł. Zresztą przypuszcza pan zapewne, że o panu nie mówimy między sobą po nazwisku. Wuju Stasiu — zwróciła się ku siedzącemu obok siwemu panu — pan Roman Rdzawicz, kuzyn Jerzego; mój wuj Rosieński. Pan Rdzawicz — dodała, przedstawiając go pannom.
Rdzawicz uścisnął rękę siwego pana, skłonił się pannom i usiadł na zrobionem sobie miejscu, między panią Laurą a młodszą z panien.
— Moje kuzynki, córki wuja — mówiła pani Laura, chcąc od razu przełamać pierwsze lody — były dziś na wystawie i bardzo były pana ciekawe.
— A tak. Tak mnie chcjało sję widzjec kiedy rzezbjarza — odezwała się zupełnie prosto z mostu, mocno z litewska po białorusku, siedząca obok Rdzawicza panienka. Wszyscy uśmiechnęli się, ona zaś podobnie równie po prostu popatrzyła na około. — A pan i maluje? — zaśpiewała dalej.
— Maluję, proszę pani.
— My raz w Sorgajłach cała noc malowalim kraszanki na Swięcone. Spac chcjało sję, ale cjocja kazała malowac, tak nie można było. Bardzo sliczne były te jajka. Nawet kniaź Birkudź chwalił.
— A któż to jest kniaź Birkudź?
— A to jeden bardzo sliczny człowiek. Musji byc przyjedzie tutaj na wyścigi. Wszystkie panny sję w nim kochają na Litwie. To ideał.
— A ty, Mignon, masz swój ideał? — spytał Przerwic.
— Ja? Nie znalazłszy.
— A jakież warunki musi mieć twój ideał?
— Musji byc brunet i dumny.
— A kniaź Birkudź nie jest brunet i dumny?
— Może on i dumny, ale blondyn — odparła panna.
Rdzawicz, który dotąd przypatrywał się głównie swojej sąsiadce, ślicznej szesnastoletniej brunetce o czarnych z zielonym połyskiem źrenicach na niebieskawych białkach pod olbrzymiemi rzęsami, patrzących z zupełnie legendową naiwnością na świat, spojrzał teraz na drugą pannę Rosieńską, siedzącą między ojcem, a panią Biszą. Oczy ich spotkały się i chwilę zatrzymały na sobie, poczem panna przysłoniła swoje powiekami o równie ogromnych ciemnych rzęsach, jak u siostry.
Ta mogła mieć lat ośmnaście, była szatynką lekko bladą o szaro­‑niebieskich oczach, dużych i głębokich, a oczy te uczyniły od razu wrażenie Rdzawiczowi, że można w nie iść, jak w las; rysy miała delikatne, mniej ładne, niż u siostry, ale zwracające od razu uwagę, zwłaszcza nos miała śliczny, trochę orli, i przepyszne, wiśniowej ciemnej barwy usta, takie, o których się mówi, że są »stworzone do pocałunków«. Białą miała szyję, pełny, szlachetny biust i wązką rękę. Twarz jej bladawa i wytworna, miała w sobie jakiś smutek, jakąś w wyrazie myśl tęskną i pragnącą a tajoną, i ten wyraz był przedewszystkiem wymową jej twarzy.
— W tej dziewczynie coś się wewnątrz pali i to nie jest pierwsza lepsza z brzegu — pomyślał Rdzawicz, któremu jej uroda od razu podziałała na zmysły. — Ciekawym, czy i ona tak »przecjąga«?
I zwracając się ku niej, spytał uprzejmie:
— Jak pani znajduje tutejsze towarzystwo?
— Bardzo sympatyczne — odparła panna leciutko śpiewnym akcentem, podnosząc nań swoje duże, głębokie oczy. — Kobiety są po większej części przystojne i dobrze ubrane.
— Nigdzie się tak nie ubierają, jak w Warszawie — ozwał się pan Rosieński, siwy, lat około sześćdziesięciu.
— Kobiety się powinny ubierać jak najstaranniej. Róża jest róża, ale ładny wazon jest ładny wazon. Szkoda tylko, że nie nosi się greckich fałdzistych, nieszytych materyj — rzekł Przerwic.
— Ładniebyśmy w tem wyglądały, kuzynku — uśmiechnęła się starsza panna Rosieńska.
— Czemu-że? — ozwała się młodsza. — Jabym sobie zaraz zakazała takie u Hersa, żeby tatko pozwolił. Zadzjałabym i cóż?
— Bajeczna figura! — zawołał Przerwic, który się z niezmierną rozkoszą wpatrywał w tę pannę.
— Figura nie figura — odcięła się urażona. — Także grzeczność.
— No, że jesteś figura, Mignon, to już daruj — rzekł pan Rosieński z miną seryo.
Rdzawicz patrzał kolejno na panny Rosieńskie, obie ubrane w blado­‑zielone suknie z kwiatami, co przypominało Zosię z »Pana Tadeusza« i łąkę. Biła też od tych dziewczyn jakby woń pełnych pasiek i zagajów wsi, jakiś jakby zapach kwitnących jabłoni i młodych brzóz i zboża w słońcu.
— Przejdźmy się — rzekła, powstając, pani Laura. — Poda mi pan rękę, panie Romanie?
— Służę pani.
Pan Rosiński podał ramię pani Biszy, Przerwic zbliżył się do starszej panny Rosieńskiej, ale ta uśmiechnęła się i rzekła:
— Niech kuzynek poda ramię Różyczce, będzie się kuzynek lepiej bawił i większą ma na to ochotę, prawda?
— Zrób tak — ozwała się pani Laura, odwracając głowę. — A ty Elu chodź z nami.
— Teraz niech mi panie wytłómaczą — rzekł Rdzawicz, prowadząc panią Laurę — dlaczego jedna z pań litwinizuje tak bardzo, a druga tak mało?
— One wcale nie są Litwinki — odpowiedziała pani Laura — tylko ciocia Rosieńska jest chora na krzyż i nie mogła się zajmować ich wychowaniem, więc wychowywały się u swoich krewnych na granicy litewsko­‑białoruskiej. Ela była tam krótko i nie zdążyła się rozakcentować, ale Mignon siedziała tam z małymi wyjazdami sześć lat i śpiewa, jak żeby była przynajmniej kniaziówna Birkudziówna z domu. Ona mi mówi ciociu, ale to tylko przez zbytek szacunku dla mego wieku.
— Mignon za dwa tygodnie skończy szesnaście lat — rzekła panna Rosieńska.
— Strasznie jest naiwna. Powinnaś ją rozwijać jakoś.
— A uczy się doskonale i wszyscy powiadają, że jest bardzo zdolna. Jak ją poznasz bliżej, Lorciu, to zobaczysz, że ona jest inteligentna. Ale prawda, że robi wrażenie zupełnego dziecka. Twój mąż się nią rozkoszuje.
— Ah, Jerzy jest nią zachwycony. Powiada, że jeżeli jej nie wsadzi w najbliższą powieść, to jest »polska inwencya«.
— Cóż to znaczy? — spytała panna Rosieńska.
— Zapewne to samo, co, mówiąc po studencku, »jestem gips« — powiedział Rdzawicz.
Pani Laura zaś rzekła:
— Jerzy jest chory na to, że Polacy nie mają swojej inwencyi, że nie są nigdy w niczem oryginalni. On twierdzi, że my nawet zrobimy czasem coś lepiej, niż inni, ale wymyślili to ci inni przed nami. Na tym punkcie on ma zupełną idée fixe.
— I zdaje mi się, niestety, że ma racyę — rzekł Rdzawicz.
Panna Rosieńska zaś podniosła nań swoje szaroniebieskie oczy z pod ogromnych ciemnych rzęs i spytała:
— Czy pan zna »Pana Tadeusza«?
— Znam.
— A »Pogrzeb kapitana M.« albo »Złotą czaszkę«?
— Także znam.
— A »Farysa«?
— Znam.
— A wie pan, z czego to jest »Na moim mieczu były wtenczas wieki«?
— Wiem.
— A teraz co będzie? — spytała, przeciągając lekko, z łagodnym i dziwnie miłym, a smętnym, jak cała jej twarz uśmiechem, panna Rosieńska.
— Jerzy nie ma racyi — rzekł Rdzawicz.
Pani Laura spojrzała na niego z widocznem zadowoleniem, co dostrzegł i powiedział:
— Cieszy się pani, żem skapitulował.
— Cieszę się. Z patryotyzmu — dodała z uśmiechem. Nagle odwróciła się do Przerwica i wskazując mu głową dosyć wysoką brunetę o za dużej twarzy i nieładnym nosie, rzekła: — Patrz-no Jerzy. Pani Leokadya Sępowska.
— Kto to jest? — spytał Przerwica Rdzawicz.
— A to jest jedna pani, która opowiada o sobie, że miewa takie bicia serca, aż się doktorzy obawiają, aby jej chrząstki nie popękały, i szuka — — szczęścia. Kieszonkowe wydanie »Hrabiny Idalii« Słowackiego. Strzeż się jej, bo cię wyprowadzi w nocy w las, powie ci, że masz wnikający w duszę głos i że dla niej u mężczyzny nie istnieje nic, tylko oczy i usta, albo każe ci usiąść obok na malutkiej ławeczce i wetknie między siebie i ciebie parasolkę, »pewna«, że tej dyskretnej linii demarkacyjnej nie przekroczysz, ale zarazem »pewna«, że masz na to dyablą ochotę. Zasypie cię frazesami z Bourgeta, Lemaitre’a, Maupassanta, D’Annunzia i swoimi na tym sosie, a kiedy już nie możesz wytrzymać tej histerycznej piły, pożegna cię gorzkim śmiechem rozczarowania. Kapitalny okaz.
— Złośliwy jesteś, kuzynku — rzekła starsza panna Rosieńska, młodsza zaś spytała:
— Coże to jest histeryczna piła, wuju Jurku?
— To jest tak, jakby kto paczulą smarował chleb — odparł Przerwic.
Mignon popatrzała na niego wielkiemi oczyma, nie zrozumiała, i kiwnęła głową na znak, że rozumie.
Nagle zabrzmiał srebrzysty dzwonek od estrady i w sali poczęło się uciszać. Na estradzie ukazała się uproszona do deklamacyi aktorka, niebardzo młoda, ale jeszcze piękna, mocno dekoltowana i z ogromnymi brylantami w uszach i u gorsu.
— Twoje wiersze — szepnęła pani Laura, blednąc ze wzruszenia.
— Aha — odparł spokojnie Przerwic — zacznie od »Kolumn«.
Publiczność uciszyła się, ugrupowała, a deklamatorka rozpoczęła mówić. Po »Kolumnach Samsona« nastąpiła »Otchłań«, a kiedy oklaski były duże, artystka zadeklamowała innego już autora wiersz, zaczynający się od strofy:

»Sama nie wiem, kogo wolę,
Czy Antosia, czy też Józia?
W takim samym ambarasie
Jest na pensyi także Rózia«...

i tak dalej.
Wiersz się kończył:

Józio... Antoś... Sama nie wiem,
Bo stokrotka może kłamie — —
Nikt mi z państwa nie poradzi?
To już chyba powiem mamie...

Zerwała się po prostu szalona burza oklasków. Sala huczała od braw. Krzyczano: »bis! bis!« bez upamiętania. Wówczas deklamatorka uczyniła minę smętną i rzewnym głosem poczęła mówić wiersz drugiego z »kolegów« Przerwica. Wiersz ten rozpoczynał się od strofy:

Obrazeczek mu dała do ręki,
Uczyniła mu krzyżyk nad głową,
I pożegnał chateńkę mateńki
I w świat ruszył zieloną dąbrową...

Zapanowało głuche milczenie w sali; panie podnosiły batystowe chusteczki do ócz. Ostatnia strofa o zapłakanej u okna dziewczynie i mogile w pustej, obcej stronie, wywołała kilka głośnych szlochań. Burza oklasków była równie silna, jak poprzednio. Autorowie obu wierszy, długowłosi i poetyczni, stojąc pod ścianą, spoglądali z daleka z tryumfem i politowaniem na Przerwica.

— Jestem pobity na łeb — rzekł Przerwic z zupełnie obojętnym uśmiechem. Ja miałem succès d’estime, ale moi »koledzy« istotnie rozentuzyazmowali publiczność. Gdyby była powiedziała Evviva! byłbym jakoś wytrzymał konkurencyę; karmelkom i opłatkom tylko bomby dotrzymują u nas placu.
— Dawniej byłbyś wściekle zły — rzekł do Przerwica Rdzawicz. — Powiedz mi, skąd się w tobie teraz taka pogoda bierze.
— Stamtąd — odparł Przerwic, wskazując głową żonę.
Pani Laura jednak nie przyjęła z takim samym stoicyzmem succès d’estime swego męża: była zła i miała mars w oczach.
— Ziuci? — rzekł Przerwic z silnym wyrazem zdziwienia.
— A bo jestem zła — odpowiedziała pani Laura. — Wszyscy przecież wiedzą, że ci tamci dwaj do pięt nie dorośli!
— No to niech ci to wystarczy. A teraz słuchaj, Mattini. Patrz-no, Mignon, ten jest i brunet, i dumny; widzisz, jaką ma minę?
— Ot spiewadło jakieś. Cjocja Nascja na imieniny wujaszka sprowadziła spiewaków ze Smoleńska, to sję im jesc dało w sieni.
— Ależ to jest europejska sława!
— At! Pewnie nawet nie urodzony.
— Róziu! — rzekła starsza panna Rosieńska, zażenowana.
— Cjocja Nascja zawsze kazała się naprzód dowjedzjeć kto rodzji — odparła panna Mignon.
— Psst! — szepnęła pani Bisza. — Zaczyna.
Do burzy oklasków przyłączył się grad kwiatów. Wówczas tenor, przystojny, tęgi, jak byk, z wyrazem głupim, jak u woła, upuścił, niby przypadkiem, między szalone entuzyazmem kobiety swoje rękawiczki. Powstała formalna o nie bitwa. Wyrywając sobie, panie rozdarły je na drobne kawałeczki, a kawałeczki te przyciskały do ust i chowały za gors; on zaś stał na estradzie tryumfujący, pogramiający i bezbrzeżnie głupi.
— Przecie to chyba dureń? — szepnął do Przerwica Rdzawicz.
— A dureń — ten odparł.
— Ale ciebie z twoją poezyą, a mnie z moimi Centaurami i Wampirem zgasił zupełnie.
— To zawsze tak bywa. Similia similibus. Jeszcze tego nie wiesz?
Wtem Rdzawicz, zobaczywszy przed sobą olbrzymiego, szpakowatego już mężczyznę, zawołał:
— Patrz-no co to za chłop! Żebym takiego dostał za model! Husarz czysty!
— Z twarzą kretyna, przypatrz się. To jest tak zwany hrabia Miś, z Galicyi. Ten nieszczęśliwy człowiek ma na rok trzysta sześćdziesiąt pięć posiedzeń autonomicznych i trzysta sześćdziesiąt pięć polowań z naganką. Trzysta sześćdziesiąt cztery dni poluje, a o trzysta sześćdziesiątym piątym pisze się w »ich organie«, że poświęcił przyjemność polowania dla służby publicznej. W roku przestępnym przypada na to dzień trzysta sześćdziesiąty szósty.
Nastąpiła pauza w koncercie i promenada. Panowie podawali paniom ręce, a te promienne brylantami, kwietne od kwiatów, twarze różowe od gorąca chłodziły wachlarzami z piór puszystych i opierając się na towarzyszach, rozmawiały żywo, pełne śmiechu, humoru, podrażnione same i drażniące. Fala głów, grająca barwami włosów, pereł, kwiatów, dyademów złotych i brylantowych trzęsących się gwiazd, kołysała się nad falą białych, obnażonych ramion i białych obnażonych pleców. Tłum kobiet zamienił się w jakąś jedną płynną i płynącą masę, pełną światła, krągłych linij i szerokich płaszczyzn, pełną wyzywających ponęt i oszałamiających podrażnień.
— Pamiętasz, co w Don Juanie napisał Byron o Briareusie? — szepnął do Rdzawicza Przerwic.
Rdzawicz zaś spoglądał na pannę Elę Rosieńską z coraz większem zajęciem. Przedewszystkiem uderzało go w niej to, że była niesłychanie czysta; głębokie oczy i jej pogodne, równo sklepione czoło, czyniły wrażenie, jakby przez nie nigdy nie przechodziła żadna myśl brudna, nizka i niegodna, gdy natomiast usta wołały: pragnę!... Ta dziewczyna wydawała mu się, jakby kwiat o świcie, kiedy jeszcze mgły poranne wiszą nad ziemią, ale już perleją i przezłacają się w słonecznym wschodzie i kiedy krople rosy na kwiatach poczynają brać w siebie blask i świecić. O tej porze kwiaty są tak czyste, jak nigdy, i woń mają świeżą i śliczną, choć kolory jeszcze nie rozbudzone i jakby trwożne. Są przy tem jakieś smutne i dziwnie ciche.
Rdzawicz czuł, że jakaś żądza przylgnięcia do tej dziewczyny ogarnia go coraz silniej. Uczucie, jakiego doznawał, było dlań całkiem nowe, bo jeżeli z jednej strony pożądał jej zmysłami, to z drugiej szedł od niej ku niemu jakiś spokój duchowy i czystość jej myśli jakby przelewała mu się od niej w duszę. Był to czar, jakiego nie znał dotąd: czar łąki, pełnej słodkich zapachów i łagodnych barw, czar przyrody zupełnie takiej, jak jest, żywiołowej, prostej i tą prostotą jakby świętej.
Żadnej kokieteryi, żadnej sztuki nie widział w pannie Rosieńskiej: zdawało mu się, kiedy patrzał na jej usta, że ona lada chwila mogłaby wyciągnąć do kogoś ręce, założyć mu je na szyję i powiedzieć głośno wśród całego tego tłumu: kocham, bo mi to jest wrodzone... — gdy patrząc na jej oczy i czoło, widział wstyd kobiecy i dumę, które w niej wyrobiła cywilizacya i które w niej musiały być bardzo silne.
Stała ze schyloną trochę głową, dotykając ust skrajem wachlarza, podobna razem do Charyty i Dyany. Rdzawicz uczuł, jak mu się coś wewnątrz, w piersiach pochyla ku tej dziewczynie; spojrzał na nią, a równocześnie ona podniosła nań z pod wielkich rzęs swoje głębokie oczy. Ciepło ogarnęło Rdzawicza, albowiem przez jedno ledwo dostrzegalne mgnienie te oczy coś mu chciały powiedzieć, poczem znów stały się ciche, łagodne i smętne i przysłoniły się powiekami o ogromnych rzęsach. Cicha i dumna czystość spała niebudzona na czole panny Rosieńskiej, zaś jej wiśniowe i jakby do pocałunków stworzone usta, wołały: pragnę!...
Rdzawicz dostrzegł, że pani Laura spojrzała na niego i na Elę bardzo dyskretnie jakimś, jakby wilgotnym od wzruszenia wzrokiem, a równocześnie zdało mu się, że obejmuje go sen, i że głowa jego jakby skłania się, aby się oprzeć. Wtem zbliżył się lat około trzydziestu siedmiu mężczyzna, wysoki i chudy, zupełnie ogolony, z długimi płowymi włosami, długim, zagiętym w dół nosem, dwiema długiemi brózdami od kości policzkowych ku brodzie i pewnem zaniedbaniem w zawiązaniu krawata i począł się witać poufale i po przyjacielsku z panem Rosieńskim i pannami, oraz cokolwiek etykietalniej, ale bardzo mało, z Przerwicami i panią Biszą. Rdzawicz zauważył, że z Elą uścisnęli sobie ręce niezwykle serdecznie i mimowoli, szybko, jak myśl, kąty ust ściągnęły mu się na wewnątrz ku dołowi, brwi drgnęły nad oczami, z mózgu zaś do ust błysł mu jak płomień wyraz: »Moja jest!...« Zaćmiło mu się wszystko i czuł że gotów jest, nie zastanawiając się nad niczem, krzyknąć: »kocham!«, jeżeli za ten krzyk utrzyma się przy wyrazie: »Moja jest!...« W tej chwili chudy i wysoki człowiek, spostrzegłszy, że Rdzawicz należy do towarzystwa, zbliżył się ku niemu i podając mu rękę, rzekł ze swobodną grzecznością światowego człowieka: Leon Morski.
Rdzawicz nazwisko to, zresztą arystokratyczne, znał od dawna: Morski, który mieszkał stale za granicą, miał sławę ogromnego talentu muzycznego i równie sławną opinię ogromnego dziwaka. Jemu zaś także widocznie nie było nieznane nazwisko Rdzawicza, uśmiechnął się bowiem życzliwie i potrząsając silnie jego ręką, począł mówić ogromnie prędko i niedbale, mieszając wszystko razem.
— Bardzo się cieszę, że pana poznaję. Odkądże to panny Rosieńskie bywają w tak porządnem towarzystwie? Opowiedziały już panu o tem, jak się sadzi, czy tam sieje, czy tam może i sadzi buraki, ile jajek kury znoszą, co zjadł Miluś na śniadanie, i że pan Kalasanty Wątróbski ma nową szpilkę w krawacie, a pan Antyfanty Wiejskogłupski cztery nowe kuce do wolanta?
— Nie, panie, jeszcze mi tego panny Rosieńskie nie opowiedziały — odparł Rdzawicz, usiłując odpowiedzieć nie niegrzecznie.
— No, to panu opowiedzą, czekaj pan. Bardzo się cieszę, że was tu spotkałem, moi państwo. Przed trzema godzinami przyjechałem z Londynu. Chlapanina tam, aż strach. Cóż tu robią na tym raucie? Ten osioł Mattini tam stoi. Śpiewał? Bo dopiero co przyszedłem. Mignon, nie gap się tak na tego oficera. Jakże urodzaje panie Stanisławie? Ślicznie pani wygląda, pani Lauro, okropnie dawno pani nie widziałem. Słyszałem Paderewskiego w Nowym Yorku. Powiadam wam, świat się kończy i nie zaczyna, ale nie rozumiem, jak można tak grać na zawołanie? Mignon, podnieś nos. Rozumiem grać wtedy, kiedy się chce, ale nie wtedy, kiedy się zapowiedziało. Cieszę się, mocno się cieszę, że was tu widzę. Pani Elżbieta przytyła na ostrze noża. Cóż ja tak gadam i gadam. Niechże kto co powie. Przepyszne są pańskie rzeczy, panie Rdzawicz. Dostałbyś pan złoty medal w Salonie, albo w Glaspalaście. Słowo daję, że my Polacy jesteśmy ludzie zdolni i jeszcze się nie damy. Nie wie pan, gdzie jest teraz Menter? Ale, prawda, cóż to pana może obchodzić? No, chodźmy stąd. Któż nie ma pary?
— Ja — rzekła pani Laura, wsuwając rękę pod ramię Morskiego. — Dotąd korzystałyśmy obie z Elą z grzeczności pana Rdzawicza.
— Bardzo się cieszę — odrzekł Morski. — Nie miałbym co lepszego do roboty, jak oprowadzać po sali te siedm cnót głównych i cztery kardynalne. Mignon, uczep się pana Przerwica i jazda naprzód. My z panią Przerwicową za nimi, pan Rdzawicz z Elą, Mignon, nie kręć się na piętach, a pan Stanisław z panią Elżbietą w aryergardzie. Strój się! Marsz! Tratatata!
— Hrabia Morski jest wart pana Czempińskiego, prawda? — rzekła panna Rosieńska. — Oryginał, jakich mało. Ciekawam, czy długo tu zabawi? My wszyscy znamy go dawno i bardzo go lubimy.
— Bardzo sympatyczny — powiedział, aby coś powiedzieć, Rdzawicz, który przedewszystkiem czuł, że ta dziewczyna opiera się na jego ramieniu i jest mu tak blizko, i który chwytał oczyma na jej ustach dźwięk słów, prawie nie rozumiejąc co one znaczą, ale widząc, jak poruszają wiśniowemi wargami Eli i słysząc ich dźwięk smętny i słodko zmysłowy. Nie mógł się oprzeć pokusie i chciał przycisnąć mocniej ramię Eli do siebie, ona jednak, jakby przeczuwając to może bezwiednie, spojrzała nań i choć w tem spojrzeniu nie było nic, tylko cicha głębia i czystość, Rdzawicz nie uczynił, co chciał. Ale usta jej wołały: pragnę!...
Rdzawicz patrzał na tę twarz i pił ją oczyma, zapomniawszy o tem, że trzeba rozmawiać. Czuł, jakby jakieś nowe życie w niego wchodziło i jakby mu się otwierał jakiś nowy horyzont życia. Przedewszystkiem jednak niosły go zmysły; »Śliczna! śliczna! śliczna! — mówił jej drganiem ust. — »Pójdź, pójdź!...« Czuł, jakby coś omdlewało w nim z pragnienia i równocześnie przędło koło Eli jakąś sieć palącą. Przepalał jej ubiór i ją samą wskróś, opłomieniał ją i zdawało mu się, że widzi swoje pragnienie, jako niesłychanie subtelną płomienisto­‑błękitną substancyę, którą Ela jest owiana cała, od stóp do głowy i ponad nią. Zarazem chciałby był wziąć w dłonie jej duszę i wyobrażał sobie, że wyglądałaby jak róża, zupełnie biała, która w jego dłoniach i pod jego wzrokiem przemieniałaby się powoli w ciemnopurpurową, o tak mocnej woni, ażby odurzony nią padł bezprzytomnie... Nigdy nie doznawał równie silnego uniesienia; czuł, że dochodzi do granicy, gdzie miesza się bez pamięci i samemu ich w danej chwili nie odróżniając, słowa: »kocham« i »pragnę«; zdolny był jednakże obejmować to myślą, że ta kobieta, która pobudza go do najwyższej ekstazy zmysłów, jaką czuł kiedykolwiek, jest zarazem najczyściejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał.
Co ona myślała i czuła: nie wiedział. Szli stosunkowo dosyć już długą chwilę w milczeniu, ona oparta lekko na jego ramieniu, dotykając sobie ust skrajem wachlarza, który trzymała w drugiej ręce. Twarz jej wydawała się Rdzawiczowi jakby weselszą, niż kiedy ją w pierwszej chwili zobaczył i razem jakby smętniejszą; zdawało mu się, że spotykają się na niej dwie nowe myśli, których tam pierwej nie było, a z których jedna rodzi się z jakiejś przyczyny jasnej, gdy druga właśnie stąd budzi jakiś niepokój. Nagle Ela podniosła nań swe duże, głębokie oczy i zaczęła mówić:
— Pan Morski jest naszym sąsiadem, to jest jego majątek leży obok naszego, bo on sam, teraz zwłaszcza, rzadko tam bywa. Dawniej przyjeżdżał częściej i zostawał czasem po kilka miesięcy. Nasze rodziny są z dawien dawna w przyjaźni, nawet są jakieś powinowactwa. Zna nas od dzieci, a Rózię trzymał do chrztu, dlatego nam mówi »ty«. Zresztą on prawie wszystkim pannom mówi »ty«.
— Przerwic to także lubi robić — wtrącił Rdzawicz.
— Tak, mnie za drugim razem, a Rózi od pierwszej chwili zaczął mówić »ty«, ale prawda, że Lorcia jest naszą blizką kuzynką.
— A dlaczegóż pan Morski nie mieszka w kraju? — spytał Rdzawicz, którego drażniło to, że Morski zna Elę od dawna i lepiej od niego, i chcąc dowiedzieć się, co ona o nim wie, a stąd wywnioskować, jaki jest między nimi stosunek.
— On ogromnie lubi podróżować, jak każdy zresztą podobno artysta, a przytem powiada, że nie może wytrzymać w kraju dla mnóstwa rzeczy, a przedewszystkiem dla swojej rodziny.
— On musi być bardzo arystokratycznie spokrewniony?
— O, bardzo, najwyżej, jak można. Niemożliwe rzeczy opowiada o swoich kuzynach. Oni mu się też odwdzięczają.
— Bogaty jest?
— Tatko, którego prosił o nadzór nad administracyą majątku, powiada, że ma dwa miliony.
— I to bardzo interesujący człowiek i sympatyczny.
— Bardzo.
— O ile wiem, on rzadko kiedy wydaje swoje kompozycye, ale podobno są śliczne. Przytem podobno ślicznie gra.
— Cudownie. Niczyja muzyka nie robi na mnie takiego wrażenia.
— Pani jest muzykalna?
— O, tak, my obie z Rózią gramy i śpiewamy. Ile razy pan Leon przyjedzie z zagranicy, odkąd jestem w domu, biorę od niego lekcye. Od niego można w godzinę więcej skorzystać, niż od najlepszych metrów przez całe miesiące. A to dlatego, że kiedy on gra, to jakby mu dusza spływała przez palce w fortepian.
— Przerwic-by pani pozazdrościł — rzekł Rdzawicz, zniżając mimowoli głos, jak kiedy się chce powiedzieć coś przykrego, ale w tejże chwili człowiek zawaha się, czy trzeba i czy można.
— Czego? — spytała nie oryentując się panna Rosieńska.
Rdzawicz chciał odpowiedzieć podobnym tonem, jak pierwej: »tego frazesu« — spojrzawszy jednak na duże, smutne i w tej chwili pytające oczy Eli, uczuł na siebie gniew, a nad nią żal, i powiedział łagodnie:
— Pani tak ładnie to powiedziała, że panu Morskiemu spływa dusza przez palce w fortepian. Nam także czasem dusza spływa przez palce w marmur albo płótno. Ale to jest daleko mniej poetyczne i kobiety to daleko mniej interesuje — dokończył, zmieniwszy już znowu usposobienie względem Eli i wydymając lekko dolną wargę, z pewnem niby skrywanem, ale naumyślnie źle, lekceważeniem. Widział, że Ela to dostrzegła i że się cokolwiek zmieszała, i zły na siebie, że jej dokuczył, a zarazem czując w tem jakąś bolącą przyjemność, dodał: — Muzyka jest daleko przystępniejsza, niż malarstwo i rzeźba. Między Michałem Aniołem a Chopinem jest jednak różnica.
— Zapomina pan o Beethovenie.
— Tak, ale »Mondscheinsonatte« gra pierwsza lepsza Lieschen, czy Aenchen i płacze nad nią, a niech pani zaprowadzi ją do kaplicy Sykstyńskiej.
Powiedział to tonem szorstkim i sądził, że panna Rosieńska albo się obrazi albo zacznie z nim dysputować, albo zrobi »naiwną« i zechce go rozbroić czemś naprzykład w rodzaju: »Czemu mi pan dokucza?« albo spojrzeniem, które mówi: »Co ja ci zrobiłam?« — ale Ela podniosła tylko na niego smutne, zdziwione oczy. On zaś uczuł chęć pochwycić jej ręce i przycisnąć do ust, zamiast czego wydął znowu cokolwiek dolną wargę i zrobił lekki ruch lekceważenia ramieniem, na którem się opierała. Pewny był, że odpowie na to w jakikolwiek sposób, bo nie uczuć i nie zrozumieć nie mogła, czekał tego, ale Ela dotknęła znów skrajem wachlarza ust i milczała, patrząc przed siebie. Wtenczas Rdzawicz powiedział sobie, że do tej kobiety nie ma już najmniejszego pociągu, spojrzał na nią z góry, z pewnem pobłażliwem politowaniem, jak na zwykłe »panieńskie cielę«, i spytał dość niedbale:
— Państwo mają dużo sąsiedztw?
— Dużo — odpowiedziała uprzejmie.
— Jest doskonale wychowana — pomyślał i mówił dalej: — Szlachta w okolicy musi mieć dobre konie?
— Wyborne.
— A do wolantów czy tam się używają kuce?
Przeląkł się i chciałby był cofnąć to, co powiedział, bo uczuł, że było grube, ale ona powiedziała mu równie uprzejmie jak pierwej:
— Czasem, ale u nas mało wogóle kucami jeżdżą, chyba dzieci. Rózia ma parę węgierskich, bardzo ładnych.
— Pobiła mnie — pomyślał, i ozwał się prosto: — Pani jest nadzwyczajnie wychowana i nadzwyczajnie mądra.
Ela uśmiechnęła się, spojrzała nań przyjaźnie i widocznie wiedząc, dlaczego on to mówi, spytała:
— Z czego pan tak sądzi?
— Z tego, że pani mnie umiała przyprowadzić do porządku tak prędko i tak łatwo. Przepraszam panią. Zawrzyjmy pokój. Chcę być pani przyjacielem.
Chciał to powiedzieć serdecznie tak, aby ją ująć, ale powiedział tak serdecznie, że przedewszystkiem ujął sam siebie, a że mu przyszło na myśl, że może tylko siebie i że się może zaawansował, uczuł się znowu zły; lecz ona uśmiechnęła się mile i odpowiedziała:
— Pokoju niema po co zawierać, bo nie było wojny i nie wiem za co mnie pan przeprasza, ale w każdym razie, bądźmy w przyjaźni.
— Za gładka — pomyślał Rdzawicz. — Nie jest to żadne panieńskie cielę, ale może być panieński lis, który spostrzegł się, że mnie »bierze« i teraz sobie wewnątrz drwi ze mnie. Zmieńmy ton. Czy pani nie wie, co teraz będzie w programie? — zapytał głośno.
Ona jednak uśmiechnęła się znowu i odpowiedziała:
— Owszem, wiem. Żywe obrazy. Ale pan skacze z tematu na temat, jak konik polny. Nie zdążę.
— Drwi! — pomyślał Rdzawicz. — Trzeba od razu uciąć. — Jednak brakło mu na razie konceptu, jej zaś usta w uśmiechu były tak ponętne i rumieniec, który ją trochę pokrasił, tak ładny, że znowu uczuł się pod urokiem, a inteligencya zmysłów krzyknęła nań: nie psuj! — rzekł więc wprost to, co w tej chwili myślał najszczerzej: — Przez swoje wychowanie i przez swój rozum pani zrobiła mi przykrość.
— Dlaczego? Nie rozumiem.
— Rozumie pani. Gdyby pani nie była udała, że pani nie wie, za co panią przepraszam, stosunek nasz stałby się był od razu prostszy i szczerszy.
— A więc przepraszam pana za to i przyjmuję pańskie przeproszenie. Pokój zawarty i nie będzie mi pan dawał do zrozumienia, że jestem niemądra.
— Ależ...
— No, już o tem niema mowy. Może komu innemu nie dałabym sobie tak od pierwszego razu dokuczać, ale pana nie mogę brać tak, jak innych.
— Dlaczego?
— Naprzód dlatego, że pan jest artystą.
— Czy mam jeszcze jakie inne prawa do pobłażliwego obchodzenia się ze mną?
Ela spojrzała na niego i nie mówiąc widocznie tego, lub przynajmniej nie wszystko, co pomyślała, rzekła:
— Tak, bo jest pan jeszcze krewnym męża Lorci, którą bardzo kocham.
Przechodzili właśnie koło urządzonego w sąsiedniej sali bufetu, gdzie kręciło się trochę osób. Morski pochylił się ku młodszej pannie Rosieńskiej i spytał:
— Mignon, aniele, nie chce się tobie jeść?
— Chce się — odpowiedziała panna Mignon.
— A cóżbyś zjadła?
— Kromka chleba z powidłami.
— No, tego to nie wiem, czy tam dostaniesz, ale może znajdziemy co innego. Czy państwo nic nie mają przeciw temu, abyśmy weszli do bufetu? — spytał, obracając się ku dwom następnym parom.
— Owszem, chodźmy — odpowiedziała pani Bisza.
— O, tam jest pyszny stół w drugim rogu w kącie — rzekł Przerwic, który wszedł z Mignon pierwszy. — Będziemy zupełnie swobodni. Mignon, prędko, żeby nam kto nie zajął.
Mignon puściła się wraz z Przerwicem pędem przez salę i dobiegłszy stołu, usiadła z takim rozmachem, aż krzesło zgrzytnęło.
— Doskonale — rzekł Morski, przechodząc z panią Laurą — ale patrzcie, jak te hrabiny, unterhrabiny i mieszczki patrzą na was zgorszone. Gdyby to zrobił mój brat stryjeczny, Wicio Morski, który ma tyle szpilek do krawatów, że go na komorze przytrzymali, bo myśleli, że przemyca, z księżniczką Izą Zasławską, toby te wszystkie baby krzyczały: jaka miła swoboda! — a że zrobił »niejaki« pan Przerwic z »niejaką« panną Rosieńską, to będą wrzeszczeć: co za zachowanie! Ale siadajmy.
Pan Rosieński ukłonił się od stołu i rzekł do Morskiego.
— Hrabina Wyczewska.
— Aha, kochana ciocia Femcia! Muszę się z nią przywitać. Zaraz wrócę, tylko jej powiem jaką impertynencyę. Ze trzy lata jej nie widziałem.
— Już — rzekł po chwili, wróciwszy i siadając na dawnem miejscu.
— Cóż pan powiedział? — spytała pani Bisza.
— Wyraziła najłaskawszą ochotę poznania panów, panie Jerzy i panie Rdzawicz. Gdyby to była zrobiła, jak cywilizowana kobieta, to naturalnie nic prostszego, byłbym panów prosił o to i przedstawił, ale ponieważ powiedziała: »Pokażno mi zblizka tego poetę i tego rzeźbiarza«, więc jej odpowiedziałem: »Niech ciocia podejdzie bliżej, to im się ciocia przypatrzy«.
— Cóż ona na to?
— Powiedziała mi, że jestem śmieszny, a ja jej, że to dziwna rzecz, bo mię przecież uważają za wyrodka z rodziny. U nas się psuje dwie rzeczy: arystokracyę i kobiety, bo się o nich za dużo mówi. Patrzcie-no, jak ta mieszczka tam siada przy Wyczewskiej, zupełnie, jak żeby była z serwskiej porcelany. Dalibóg dziwny sposób okazywania komuś szacunku przez delikatność dla własnej skóry. Ale obie są zadowolone: i ciocia Femcia i porcelana tej pani.
W tej chwili, pośród tłumu, Przerwic spostrzegł Kowala, który z za swoich okularów rozglądał się naokoło dosyć przestraszonemi oczyma: za zgodą pań poszedł ku niemu i zaprosił go do towarzystwa, uprzedziwszy pannę Mignon, że to jest uczony człowiek, skutkiem czego patrzała na Kowala, jak kot na wielkiego chrząszcza. Kowalowi widocznie podobały się te panny, gdyż się ożywił i mówił dużo i przyjemnie. Obaj z Morskim widzieli masę świata, Morski miast, a Kowal puszcz, i opowiadali o tem kolejno. Rdzawicz, siedząc koło Eli, posuwał paznogciem okruszyny chleba po obrusie i milczał.
Nie wątpił, że Ela przyznała mu »wyjątkowe prawa« nie tylko dlatego, że jest artystą i że jest kuzynem męża Lory, ale także dlatego, że musiała wiedzieć o wszystkiem, i że ma dobre i delikatne serce. Przerwicowa nic mu nie wspominała wogóle o pannach Rosieńskich, ani o tem, że mają być na raucie, ale z rozmowy dowiedział się, że bawią w Warszawie z ojcem od dwóch tygodni; dowiedział się także, że pan Rosieński zostawi je u Przerwiców na kilka miesięcy, sam bowiem musi z żoną wyjechać do kąpiel. Ta ostatnia wiadomość zelektryzowała Rdzawicza.
A Marya, a Marya... — szeptał mu jakiś głos w duszy, ale na to odpowiedział sam sobie: Ach, mam już dość... Męczę się blizko rok i cóż wymęczyłem? Czy dla tego, żem kochał, nie mogę już być nigdy ani spokojny, ani szczęśliwy? Marya nie dba o mnie, nie wie może, że żyję, cóż ja mam ciągle tylko nią i nią żyć? Czy wszelka teorya wierności nie jest głupstwem? Zresztą, jeźli uczuję, że mogę ją przestać kochać, a inną zacząć, to byłbym waryatem, gdybym dla jakiejś teoryi przy tamtej miłości się upierał, a tej bronił do siebie przystępu.
Zapewne, tak kochać Eli, jak kochał Maryę, tak bardzo, tak szalenie, tak ogromnie, nie potrafi nigdy; tej przedewszystkiem pragnie, dlatego to uczucie w nim względem tej kobiety jest tak niesłychanie silne i dla tego przesila wszystko inne, co wobec kobiety czuć można. Maryi nie pragnął mniej, ale ponieważ tam w grę wchodziła także cała jego istota psychiczna, jedne więc czynniki miłości równoważyły drugie, a zarazem tworzyły w nim olbrzymi rozwój harmonii miłości. Eli nie kocha jeszcze, ale czuje, że mógłby się dać ogarnąć temu uczuciu; fizycznie już niem jest ogarnięty, a od pragnienia fizycznego do obudzenia się instynktów psychicznych przejście jest nieuchwytne i łatwe, ponieważ naprawdę nawet jedne instynkta bez drugich działać odrębnie nie mogą i nie działają nigdy, może być tylko między nimi łudząca nierównowaga.
Eli nie kocha jeszcze, ale kochać ją może. Uczuciem względem Maryi jest zmęczony i naprawdę to uczucie nie może się już uplastycznić w naturalnej formie kochania, ale tylko w drugorzędnych i nienormalnych formach tęsknoty i żalu. Prawda, że jest do tych jego form szalenie przywiązany; prawda, że droższe mu są teraz jeszcze tęsknota i żal w stosunku do Maryi, niż gdyby mu Ela zarzuciła ręce na szyję, ale to może się zmienić, zwłaszcza, gdy będzie chciał. Nic tak nie leczy z dawnej miłości, jak nowa. W miarę, jak Ela będzie wypełniała jego istotę, musi z niej ustępować Marya, po prostu z czysto fizycznych przyczyn, dla braku miejsca. Chodzi tylko o to, żeby Eli pomagać, a Maryę wypędzać...
Ale kiedy pomyślał to słowo, kiedy uświadomił sobie, że do Maryi zastosował wyraz »wypędzać«, ogarnął go taki żal nad nią, uczuł się wobec niej tak winnym, że ledwo się nie porwał i nie wybiegł od stołu, aby gdzieś paść twarzą ku ziemi i wołać: przebacz mi, przebacz mi ty biedna, ty nieszczęśliwa, ty wypędzana!... Miał to uczucie, jakby na śnieg i mróz w nocy wypędzał dziecko, albo jakieś małe biedne zwierzątko... W tej chwili jednak otrzeźwiał, albowiem przed oczami jego przeszedł przez salę pięknie wygolony, w ogromnym wysokim kołnierzu i z monoklem w oku, jedząc tartynkę z kawiorem, Korab Typolski.
— Lejbgwardya! — pomyślał Rdzawicz i o mało się z siebie nie roześmiał. — O głupcze, o głupcze — mówił do siebie — o głupcze bez dna, granic i brzegu!...
Podrażnionej i zirytowanej jego imaginacyi przyszła teraz inna myśl: oto, że Maryą mógłby kokietować Elę. Że jest dobra, tkliwa, czuła, zdolna do współczucia i bardzo wrażliwa, to miała napisane na twarzy; że jest naturą romantyczną i marzycielską także. Czy może być na taką dziewczynę lepsza wędka, jak uczynić ją powiernicą swojego nieszczęścia, jak szukanie u niej pocieszenia, ukojenia, odetchnięcia... I to jeszcze kto przychodzi? Genialny artysta, bo wiedział, że o nim tak mówią, kuzyn kochanej kuzynki i bardzo przez tę kuzynkę lubiony, co także wiedział, wreszcie człowiek młody i nie niezajmujący już choćby przez tę cichą tragedyę, którą w piersiach nosi. Cudby był, gdyby taka dziewczyna, jak Ela, w takich warunkach nie dała się opętać...
Opętać?... Spojrzał na nią: siedziała ze schyloną nieco głową, słuchając, co mówił Kowal, który opowiadał o polowaniu na bezgrzywne lwy amerykańskie, ale widocznie myśląc o czem innem. Była w tej chwili tak cicha i tak czysta, że Rdzawiczowi zrobiło się przykro, iż mógł pomyśleć o niej ten wyraz »opętać«.
— »Opętywać« taką dziewczynę, jak Ela, i to kokietując, bądź co bądź w taki sposób — myślał. — Zaczynam być wstrętny i podły. Tę chcieć opętać? Czy nie lepiej po prostu oto zastanowić się, obrachować: możesz Maryę przestać kochać? mogę, albo nie. Chcesz Maryę przestać kochać? chcę, albo nie. Chcesz i możesz zacząć kochać pannę Elę Rosieńską?... Chcę i mogę, albo nie.
Jeżeli może i chce zapomnieć o Maryi, a chce i może zacząć kochać pannę Elę Rosieńską, to do takiej panny Eli Rosieńskiej trzeba iść prosto, tak, jak się prosto wyciąga rękę po to, żeby zerwać kwiat. Jestem także »gips« i »polska inwencya«, jeżeli mi w tem nie pomoże Przerwicowa — pomyślał, czując, że myśli sprytnie.
Nie wiedział dlaczego, nie mógłby tego umotywować, był jednak pewny, żeby tak było i gotów był nawet podejrzewać, że go pani Laura na raut nie tylko dla wierszy chciała sprowadzić. Że o nim mówiła przedtem, nim się na raucie spotkali, najlepszy dowód w tem, że Ela wiedziała o istnieniu Czempińskiego, jeżeli zaś wiedziała o istnieniu takiego Czempińskiego i o tem, że Czempiński jest oryginał, to Przerwicowa musiała z nią mówić bardzo szczegółowo. Sto przecież rzeczy było wprzód ważniejszych do powiedzenia niż to, że Czempiński jest oryginał. A jeżeli Lora mówiła tak szczegółowo, to musiała chcieć, żeby Ela o nim dużo wiedziała, a gdyby to nie miało za sobą jakiejś jeszcze dalszej myśli, to pocóżby tego chciała? To więc są wiersze Ziuciego?! — pomyślał. — Zresztą chciałaś »przemiła pani Loro«, przy jednym ogniu upiec dwie pieczenie: żebym słyszał, jak Jerzemu klaszczą, i żebym poznał pannę Elę. Jesteś intrygantka, alebym cię za tę intrygę pocałował w twoje obie pulchne, z klasycznemi poduszeczkami na palcach, białe łapki. — Przygryzł lekko wargi, jak się zwykle robi, kiedy się pomyśli: »aha! mam cię!« i spojrzał na Przerwicową: różowa i uśmiechnięta słuchała, jak Morski, myląc się co piętnaście słów, deklamował »Zapadłe jeziora« Jerzego, pod które także chciał podkładać muzykę.
Zrobiło się Rdzawiczowi na duszy jakoś jasno. Zakocha się w Eli, a ona w nim. A jeżeli co przy niej znajdzie, to wielką czystość, to wielką pewność, wielką szlachetność i dobroć, a przytem, jak jest ponętna, ach! jak!...
Zapomniał jednak o jednem, o Morskim, o którego stosunku względem Eli nic się ostatecznie nie dowiedział, jak wogóle nie wiedział o niej nic. Nie wydawało się, aby ona była zajęta Morskim, albo Morski nią, ale równie dobrze, jak mogła być nim zajęta, mogła być zajęta kim innym.
Ciekawość dowiedzenia się bliższych szczegółów o Eli ogarnęła go tak gwałtownie, że wstał, chwycił za pierwsze z brzegu krzesło, usiadł za panią Laurą i z ogromnym impetem szepnął półgłosem:
— Pani Loro!
— Co? — spytała również półgłosem, odwracając się szybko pani Laura.
— Wiersze Jerzego są śliczne.
Pani Laura uśmiechnęła się.
— I miłe?
— Jak cień w lesie.
— Nie żałuje pan, że pan przyszedł?
— Nie. Ale pani jest intrygantka.
— Ja? Dlaczego?
— Bo pani chciała, żebym ja nie tylko dla panien Rosieńskich tu przyszedł.
— Ale także?
— Dla wierszy Jerzego.
— Które są?
— Śliczne i miłe.
Pani Laura zarumieniła się lekko, jak dobrzy ludzie rumienią się, kiedy ujrzą coś dobrego w swoich rękach, i rzekła:
— Bardzo się cieszę, bo bardzo lubię te wiersze. A pan mi robi takie wrażenie, jak żeby pan odtajał.
— Jakoś mi jest świeżo w duszy. Ale ja zapomniałem, po co tu przyszedłem. Kto to jest pan Morski?
Z kolei teraz pani Laura zrobiła minę, »aha! mam cię!« i odparła w zwykłym tonie rozmowy:
— Hrabia, milioner, muzyk, człowiek przystojny i znany, bardzo zacny i szlachetny, choć dziwak...
— Ale nie o to mi idzie, to wiem — przerwał jej Rdzawicz. — Czy pan Rosieński bardzo go lubi?
— O, bardzo, ma nadzór nad jego majątkiem.
— Także wiem. Czy Morski długo tu teraz zostanie?
— Dlaczego się pan pyta?
— Bo on podobno ślicznie gra?
— Chciałby go pan usłyszeć?
— Yhym.
— O, to bardzo łatwo. Zaproszę kiedy panów na herbatę i poprosimy go, to zagra, bo on tylko na koncertach nie chce grywać, a u mnie zawsze bardzo chętnie. Powiada, że mam doskonały fortepian.
— A, to będzie dobrze. A dlaczegóż on tu teraz przyjechał?
— Tak, odwiedzić znajomych i podpisać jakieś konktrakty na kupno lasów w sąsiedztwie.
— Swojem i pana Rosieńskiego?
— Tak.
— Pani Lauro...
— Co?
— Nic. Tak się tylko pytam, wie pani... Nawet nie wiem, dlaczego jestem ciekawy, bo cóż mnie tam...
— Nic a nic?
— Nic.
— Pan jest bardzo dobry rzeźbiarz, prawda?
— Tak mówią.
— A ja jestem bardzo sprytna kobieta.
— Co ty się tam chwalisz, Ziuci? — spytał Przerwic, który dosłyszał ostatnie słowa.
— Że jestem sprytna. Czy nie?
— Jesteś, ale à propos czego?
— Tak sobie mówimy z panem Romanem.
Przerwic nachylił się ku pani Laurze i Rdzawiczowi i szepnął:
— Prawda, Romku, że to ładne dziewczyny? Powiedziałem im kiedyś, że mi robią wrażenie koloru różowo­‑zielonego i różowo­‑błękitnego; Rózia jest jak łąka z kwiatami, a Ela jak wschód.
— A ja jakiego jestem koloru? — spytała pani Laura, wysuwając niby pretensyonalnie nosek i usta naprzód.
— Ty jesteś niebo i malec.
— Wie pani, że mi się zdaje, że jest jakaś wiosna koło nas — rzekł Rdzawicz. — Takie mam uczucie, jak żeby mnie młody, rzeźwy wiatr owiewał. Czy pani jest naprawdę taka sprytna?
— O, bardzo. Ale cokolwiekbądź, pan nie jest niekontent, że pan przyszedł.
— Nawet jestem ogromnie kontent i ogromnie pani wdzięczny... — odparł Rdzawicz, całując ją w rękę.
— Za co?
— Eh, co tam będziemy grać w słowa. Za to, że pani ma taką śliczną i miłą pannę Elę. Pani się cieszy.
— A cieszę się.
— Z czego?
— Z tego, że nam dobrze.
— Wie pani, że naprawdę mnie przynajmniej jest prawie tak, jak dobrze. Ale ja wiem, że to mi się zdaje tylko.
— Dlaczego? Trzeba tylko chcieć, aby było dobrze. Możebyśmy już wstali? — rzekła głośno do całego towarzystwa. — Elu, opadły ci włosy. Chodź do garderoby, to ci poprawię.
W sali już, w parę minut później, Rdzawicz ujrzał zbliżające się panią Laurę i Elę, w towarzystwie dosyć wysokiej kobiety, o włosach rudych, ciemnych brwiach i oczach, z przepysznymi brylantami w uszach, dyademem z pereł i brylantową gwiazdą we włosach, z olbrzymim brylantem między koronkami u gorsu i olbrzymiemi brylantowemi spinkami na ramionach, które w oryginalny sposób niby spinały tam krótkie naramienniki wygorsowanej sukni srebrzystego koloru. U gorsu miała pęczek storczyków.
Rdzawicz poznał, że była to ta sama ruda kobieta o ciemnych brwiach i ciemnych oczach, którą spotkał u wejścia.
— Panie Romanie — rzekła pani Laura — baronowa Heimerth, dama komitetowa dzisiejszego rautu, życzyła sobie pana poznać, ma do pana interes. Pan Rdzawicz — przedstawiła go baronowej.
— Mój interes jest prośbą — ozwała się z bladym uśmiechem i trochę melodramatycznym tonem baronowa, wsuwając długą i wązką rękę w glansowanej rękawiczce w dłoń Rdzawicza zarazem bardzo lekko i bardzo głęboko.
— Czem pani mogę służyć? — spytał Rdzawicz.
— Drobnostką, jeżeli pan tak grzeczny. Urządzamy żywe obrazy. Gdyśmy się dowiedziały, że pan tu jest, a mówią o tem — wtrąciła z podkreślającym półuśmiechem — postanowiłyśmy natychmiast pana poprosić do pomocy i mamy nadzieję, że nam pan nie odmówi?
Długa i wązka ręka baronowej Heimerth utonęła powtórnie lekko i głęboko w dłoni Rdzawicza — niepodobna było odmówić, ale Rdzawicz rzucił ukradkiem pełne irytacyi spojrzenie ku pani Laurze. Ta odpowiedziała podniesieniem brwi, które znaczyło: cóż robić? — potem mrugnęła znacząco: wszystko dobrze.
Rdzawicz spojrzał na Elę i spotkał jej duże, głębokie i smutne oczy na sobie: chwilę patrzeli na siebie i Rdzawicz uczuł, że te oczy znów mu chcą coś powiedzieć, a czyniły to dłużej i wyraźniej, niż za pierwszym razem. Mówiły coś niesłychanie prostego i ujmującego, o tym większym uroku, że ponad tem było takie czyste, ciche i dumne czoło.
Odpowiedział oczami: ty!... a powieki panny Eli schyliły się i przejrzysty rumieniec na twarz jej wyszedł. Poczem podał ramię pani Heimerthowej i udał się z nią w stronę salonu, w którym komitet rautu przygotowywał żywe obrazy.
— Kto jest ta pani? — spytał Morski pani Laury.
— Baronowa Heimerth, z domu Ołęcka; należy do wszystkich możliwych komitetów i stąd ją znam.
— Musi być bogata, jak Vanderbildt, sądząc po toalecie.
— Ah, ogromnie bogata. Liczą ich przeszło na milion dochodu.
— Fiu! fiu! połowę naszej arystokratycznej »todte Hand« schowaliby w kieszeń. Czy to nie Niemiec ten Heimerth?
— Pół Niemiec, pół Polak, bardzo tęgi i rozumny człowiek.
— Mają dzieci?
— Nie. Wiem, że miało coś być, ale ona namiętnie konno jeździ i zaszkodziła sobie. Podobno już nigdy mieć nie będą. Nie potrzebują też odkładać, bo nie mają dla kogo i to jest zupełna feerya, jak ona żyje. Byłam u niej parę razy: czysta Szeherezada.
— Świeci też od brylantów, jak lampa — wtrącił Przerwic. — Na froncie musiała mieć z pół miliona.
— Cjocja Nascja też ma piękne brylanty — wmieszała się do rozmowy panna Mignon. — Rano włoży buty po kolana, zakasa suknię, weźmie szpicrut w ręce, sjądzje na koń i jezdzji po folwarkach, a potem wezmie aksamity, kładnie kolczyki i ręce w białych rękawiczkach na podołek i sjedzji.
— Na tym koniu? — spytał Morski.
— Nje! W salonje. Przyjmuje.
Pani Laura skinęła na siostrę i odszedłszy z nią parę kroków na bok, rzekła:
— Widzisz Bisza, zdaje mi się, że mi się uda.
— Co? — spytała pani Bisza.
— Pamiętasz, co mówiłam, kiedy to Romek był u nas w dzień tego okropnego wypadku z Drewskim?
— Nie pamiętam; co?
— Mówiłam wam, że go wyleczę i zdaje mi się, że mi się uda. Nie śmiałam go prosić, żeby przyszedł na raut, ale w tem cudownie dopomógł mi ktoś, co mu zaproszenie przesłał. Takem chciała, żeby się tu niby przypadkiem spotkali na neutralnym gruncie. Tak się dobrze zaczyna, jak żeby kto zamówił, i chyba wszystko pójdzie jak z płatka.
— Cóż ty myślisz? — spytała zdziwiona pani Bisza.
— Myślę o Rdzawiczu i o Eli — odparła pani Laura.
Pani Bisza zdumiała się jeszcze bardziej, a potem rzekła:
— Być może, żeby to było dobrze i ja osobiście byłabym bardzo za tem, ale pamiętaj, że w takich sprawach, zwłaszcza w takiej sytuacyi, w jakiej on jest, nie można być nigdy dosyć delikatną i ostrożną.
— Bądź spokojna, nie pójdę przecież do niego i nie powiem mu: najlepiejby było, żebyś się ożenił; ani się go nie spytam, czyby się nie chciał ożenić z Elą? Widziałam jednak, że Ela mu się podoba, choćby był nawet nie mówił o tem; a że on jej, także wiem.
— Czyś ty co mówiła z Elą?
— Tak. Ona jest tak niepodobna do ogółu naszych panien. Ja ją naumyślnie wyprowadziłam do garderoby, żeby z nią pomówić, bo włosy mogły tak zostać, jak były. Spytałam się jej wprost: — Podoba ci się Rdzawicz?
— I cóż ona?
— Zaczerwieniło się biedactwo, jak piwonia i nic nie odpowiedziała, ale widziałam, że ma ochotę przytulić się do mnie. Ona się w nim już kocha, choć sama jeszcze o tem nie wie.
— Żeby tylko z tego co złego nie wynikło. Z takim Rdzawiczem nigdy niczego nie możesz być pewną.
— Wiem o tem, ale taka Ela, taka śliczna, miła dziewczyna, musi go sobą zająć. Jakiś czas będzie w nim walczyć dawne uczucie z nowem, ale ile razy się zastanowi i zobaczy, że z tamtego płynie samo złe, a z nowego samo dobre, musi tamto wreszcie odepchnąć, a Eli chwycić się oburącz, jak zbawienia. Tyżwieckiej nie widział dziesięć miesięcy i na szczęście wyjechała teraz podobno na dłużej; wie zresztą chyba, że ona o niego tyle dba teraz, co o pierwszego lepszego z brzegu, a to zraża. Jerzy wiedział, że ja po zerwaniu z nim nie bywałam nigdzie i nie chciałam się bawić. Tymczasem tak się doskonale składa, że Elę mogę zatrzymać teraz u siebie, będzie ją więc mógł widywać, kiedy zechce i to się musi zrobić.
— Czyś mówiła o tem z Jerzym?
— Ach, ten do tego akurat! Podrapałby się w spód nosa wielkim palcem i powiedziałby: — Ziuci jest mały, albo: — Ziuci jest to — i tylebym się dowiedziała. To nie żadne »Zapadłe jeziora«, których nikt nigdzie nie widział, tylko poważna rzecz, małżeństwo. Rdzawicz musi ulec, jeżeli się tylko Ela w nim zakocha, bo jest miękki i wrażliwy, a ona się już kocha, dałabym sobie rękę za to uciąć. Niech się jeszcze trzy razy zobaczą i porozmawiają ze sobą swobodnie, a żyć bez siebie nie będą mogli. Moja droga, ty wiesz, że ja się na tem znam trochę.
— Zawsześ się na tem lepiej znała odemnie. Ale cóż, myślisz, powie na to wuj Stanisław?
— Ręczę ci, że się zgodzi. Rdzawicz teraz dużo zarabia, więc kwestya majątkowa nie wchodzi w grę, a przy Eli ośmdziesięciu tysiącach posagu mogą stać wcale nieźle. Ty jesteś przyzwyczajona do zbytków, ale my z Jerzym miewamy rocznie najwyżej cztery do pięciu tysięcy rubli i jest nam dobrze.
— Bo nie macie dzieci.
— Wuj przytem zupełnie szczerze mówi, że chciałby jak najprędzej obie wydać za mąż, a Władzia, jak tylko dojdzie do lat piętnastu, wyszle za granicę do szkoły handlowej, ciotka Zofia bowiem ma się coraz gorzej i wuj powiada, że musi zupełnie życie i dom do niej zastosować. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z nim o tem. Mówił, że jest tak zmęczony tem, że musi myśleć za siebie i za ciotkę o dzieciach, że pierwsi porządni ludzie, byle się tylko dziewczętom podobali, niech biorą.
Qui vivra verra, ale żeby do ciebie żalu nie było. Niech się przedewszystkiem samo robi. Jak się ma zrobić, to będzie.
Qui vivra verra, ma chêre, ale bardzo w to wierzę, że Opatrzność czuwa nad dobrymi zamiarami, a że to byłoby najlepsze, coby w danym razie być mogło, to z pewnością. Onby się przy niej ustatkował i uhamował, a ona mogłaby kochać go bez miary, bo on jest z tych ludzi, którzy się dadzą bez miary kochać, a to jest główną potrzebą jej natury.
— Jerzy — zwróciła się pani Bisza do Przerwica.
— Co, kochanko? — spytał ten z przyjaznem spojrzeniem, jak zawsze, kiedy mówił do pani Biszy, którą ogromnie lubił.
— Jak stąd wyjdziemy, to pocałuj Lorę w obie ręce.
— Bo ładne?
— Nie, bo dobre.
— Ręce pani Laury? Przedewszystkiem, ja to zaraz zrobię — ozwał się Morski, biorąc obie ręce Przerwicowej w swoje i całując naprzód lewą, potem prawą. — Widziałem pannę Laurę Arkowską pierwszy raz lat temu pięć na publicznym balu, i zaraz sobie pomyślałem, że w tych białych tiulach anielstwo siedzi. Że świat psuł, słyszałem, no i nie dziwię mu się, ale zepsuć nie potrafił, bo grunt był za dobry. Z was nic takiego nie będzie, bębny jedne — rzekł, obracając się ku pannom Rosieńskim, które stojąc obok w swoich bladozielonych sukniach z kwiatami, ciągnęły ku sobie oczy tłumu nadzwyczajnym wdziękiem i urodą.
— Nasze panny królują na raucie — szepnęła do pana Rosieńskiego pani Bisza.
Prowadzony przez panią Heimerthową do komitetowego salonu, Rdzawicz wymyślał sobie, że się dał zabrać, i tej »podłej babie«, która go zabrała. Ale kiedy spojrzał na nią, spostrzegł, że można ją przezywać, jak się chce, tylko nie »babą«, bo nią nie jest. Wydała mu się teraz młodszą, niż w pierwszej chwili, kiedy ją zobaczył w garderobie. Mogła mieć lat najwyżej dwadzieścia siedm i twarz miała niepospolitą i subtelną, której główną ozdobą były, przy rudych włosach i białej i delikatnej cerze, duże, ciemne brwi, i duże, ciemne oczy, oraz długi, lekko zagięty nos o cienkich nozdrzach. Wysoka była i wiotka, nie za szczupła jednak, a przytem w ruchu miała dystynkcyę angielskiej damy dobrego towarzystwa; z tem wszystkiem było w niej coś takiego, że Rdzawiczowi, kiedy spojrzał na nią, mimowoli przyszło na myśl słowo: »literatura«.
Zły, że go odciągnęła od Eli, odpowiadał Heimerthowej grzecznie, ale tak krótko, że odezwała się doń z uśmiechem:
— Przepraszam pana, żem pana zabrała, niech pan się jednak nie lęka. Uwolnię pana zaraz od obowiązków. Zresztą, powiem panu szczerze, to był tylko pretekst. Miałam ogromną ochotę pana poznać... od »Wampira«.
— Cieszę się, żem go namalował.
Patrząc na storczyki, które Heimerthowa miała u gorsu, Rdzawicz myślał, że nikt inny, tylko ona bukiet mu przysłała i rzekł głośno:
— Jeżeli się mylę, powie mi pani, że jestem śmieszny; pani należy się odemnie podziękowanie za kwiaty, które mi pani raczyła przysłać wraz z zaproszeniem na dzisiejszy raut, wszak tak?
Heimerthowa zmieszała się cokolwiek, ale na jedną sekundę i odpowiedziała, imitując doskonale prostotę prostoty:
— Tak, to ja. Myślałam, że panu tem zrobię przyjemność, a chciałam ją zrobić. Byłam zupełnie zamagnetyzowana pańskim »Wampirem«, koniecznie potrzebowałam wypowiedzieć jakoś mój entuzyazm. Ale z czego się pan domyślił? Muszą pana przecież ludzie zasypywać kwiatami?
— Nikt mnie nigdy niczem nie zasypuje, pani, a poznałem po storczykach, które pani ma u gorsu.
Heimerthowa rzuciła okiem na butonierkę Rdzawicza przy fraku i rzekła:
— Myślałam, że pan tak dużo dostaje kwiatów, że nie chcąc nikomu robić przykrości, z niczyjego pan nie wybrał.
— Nie, pani, tylko nie wiedziałem od kogo bukiet.
— A teraz... ale to byłoby za mieszczańskie, o cobym się pana była spytała.
— A ja pani odpowiem bardzo niegrzecznie, ale tak, jak jest: i teraz nie byłbym wziął, bo się nosi między ludzi kwiat albo kupiony od ogrodnika, albo z ręki, którą się kocha.
Heimerthowa zamyśliła się trochę i rzekła sentymentalnie:
— Tak, ma pan racyę. Kwiat dzisiaj jest rodzajem tego, czem była niegdyś rękawiczka u hełmu.
W salonie komitetowym było pełno: w kostyumach z dworu Ludwika XV rozmawiali ze sobą poprzebierani mężczyźni i kobiety, a wśród nich kręcili się ci, którzy ubierać się mającym wystąpić w obrazach pomagali.
— Pani nie występuje? — spytał Rdzawicz Heimerthowej.
— Nie.
W tem jakiś młody, ostry kobiecy głos, wymawiający r z francuska, ozwał się około ucha Rdzawicza:
— Jak tu gorąco, to może szlak trafić! Pani Posianowska, podepnij pani sobie suknię, bo zjedzie z pani.
Vous dites, princesse? — zawołała, podbiegając prawie pani Posianowska z rozanielonym uśmiechem.
— To księżna Zasławska, wielki cudak, a ta panna obok, to jej siostra, księżniczka Izabella — objaśniała Rdzawicza Heimerthowa.
— Ogon się pani wlecze — mówiła dalej księżna. — Uff! Jak tu gorąco. Pani Braunberger, niema tam gdzie wody, albo limoniady?
— Księżna pozwoli, że każę podać — podsunęła się pani Posianowska.
— Już kazałam — ubiegła ją pani Braunberger.
— Dziękuję.
Mais vous vous fatiguez trop, princesse — mówiła pani Posianowska.
Vraiment, princesse, vous êtes si fatiguée — nie dała się podbić pani Braunberger.
— Ale nie, tylko mówię wam, że tu szlak może trafić od gorąca. Cóż u licha, gdzież ta woda?
— Prawda, gdzież ta woda? — powtórzyła, patrząc z góry na panią Braunberger pani Posianowska.
— Już niosą — odparła pani Braunberger, podsuwając pani Posianowskiej pod nos ucho ze znacznie większym brylantem, niż jej.
— Ah, kochana baronowa! — rzekła księżna, spostrzegając Heimerthową. — Spójrz-no pani, czy dobrze wyglądam z tyłu? Któż jest ten pan? — spytała, prawie nie zniżając głosu, spojrzawszy na Rdzawicza.
— Pan Roman Rdzawicz, artysta.
— Czy pan gra?
— Nie, rzeźbię i maluję.
— A, to dobrze. Mój panie, coś mi tak źle siedzi we włosach, możebyś mi pan poprawił.
Permettez, princesse — Podsunęła się pani Posianowska.
Princesse permettez — nachyliła się pani Braunbergerowa.
— Dziękuję wam, ten pan jest artysta, to on to lepiej zrobi. Już. Dziękuję. Pan jest zręczny. Ale pan nie jest ten sam, co to ptaki wypycha? Bo takie samo nazwisko. Wszak pan Rawicz?
— Rdzawicz.
— Aha, prawda, przepraszam. Powiadam panu, jak wypycha ptaki! Kiedyś mi czaplę wypchał, jak żywa! Widziałaś pani u mnie, pani Posianowska?
Ah, admirablement! A merveille! — krzyknęła pani Posianowska, spoglądając z pełną przekąsu wyższością na panią Braunberger, która widocznie u księżny musiała nie bywać i która w ostatecznej potrzebie, czując, że jest pokonywaną, zatrzęsła pani Posianowskiej pod nos swoją piękną kitką brylantową we włosach, w których pani Posianowska miała jakiś lichy dyademik i to z fałszywymi kamieniami.
Księżna mówiła dalej:
— Powiadam panu, panie Rdzawicz, jak Rawicz wypycha ptaka, to kompletna satysfakcya patrzeć. Mais tiens! Morski! Patrzno Iza. Dzień dobry panu, skądże się tu pan wziął?
— Witam księżnę. Cóż tam wypychamy? — rzekł Morski, który wszedł na chwilę do salonu.
— Kto pana tu puścił? Tylko komitet ma prawo tu wejść — spytała księżniczka Izabella.
— Przecież to u nas, u nas, panno Belu; powiedziałem komuś przy drzwiach, że jestem Morski, zaraz mi je tak roztworzył, że myślałem, że mnie w nos palnie. Panie Rdzawicz, niech pan mnie przedstawi pani baronowej — zwrócił się do Rdzawicza. — Byłem ciekawy — mówił dalej do księżniczki — jakeście się zmienili od ostatniego razu, kiedym was widział, ale widzę, że jesteście tacy sami. »Kochana« gromadka.
— I pan jest równie »sympatyczny« — odcięła mu księżniczka Izabella.
Heimerthowa zapoznała Rdzawicza z obecnymi: panie z miasta witały się z nim uprzejmie, panie z arystokracyi niektóre z chłodną grzecznością, niektóre nadzwyczajnie grzecznie i z komplementami, natomiast panie z półarystokracyi, ćwierćarystokracyi i półćwierci arystokracyi ledwo mu kiwały głową. Mężczyźni wogóle przyjęli go z pokrywaną światową formą niechęcią, zwłaszcza zaś trzej jego koledzy malarze, których zaproszono do urządzania żywych obrazów.
Malarzy tych Rdzawicz znał z lat dawniejszych: jeden gruby, tęgi i pospolity, blagier i reklamista w najgorszym gatunku, zawracał t. zw. »inteligencyi« głowę wielkimi obrazami, obliczonymi na najbardziej płaski i tani efekt, dlatego też nigdy nie chybiał celu. Uwielbiano go za jego idealizm, patryotyzm i religijność, które afektował i z których zrobił sobie wygodny kostyum, myśląc, że nie potrzebuje się męczyć sianiem głupców naokoło, bo sami wschodzą, i że płótno jest równie cierpliwe, jak papier. »Mistrzowi Kapistranowi« jednak nie wystarczała sama tylko malarska sława: sięgnął i po poetyckie laury i wydał tom pierwszy, w których przyrównywał się do Dawida, lwa, hyacentu i orła, i tu spotkał go fatalny wypadek, albowiem w wierszu: »ja, do orła podobny, wbiegłem pod niebiosy« — wskutek nieuwagi korektora, wydrukowano: »ja do osła podobny, wbiegłem pod niebiosy«, co ktoś w książce zakreślił i posłał mu z dopiskiem: »masz racyę, mistrzu«.
Drugi chudy, wysoki i jakby wypłowiały, malował suchotniczki w jarmużu, zupełnie niebieskie drzewa, na których nic zupełnie nie było widać, nosił zawsze żałobne ubranie, trupią główkę przy czarnej tasiemce od zegarka, w butonierce więdnące tuberozy o »woni trupiej«, pił absynt i chciał bić, jeżeli mu ktoś powiedział, że nie jest neurastenikiem i że mu nie grozi obłęd. Uwielbiały go panny z miasta i najmłodsi poeci.
Trzeci, który miał przy mankietach podwójne spinki, z jednej strony złotą podkowę z brylancikami, z drugiej szpicrucik, z brylantem, spięte złotem wędzidłem: malował sceny sportowe, a oprócz tego miał zawsze przy sobie photographies abscènes i sławnie gwizdał. Dzięki swemu rodzajowi i tym dwom przymiotom, był przyjmowany wszędzie i czasem pokazywał fotografie panom, a gwizdał paniom, a czasem naodwrót. Jeżeli zaś przypadkiem zapomniał fotografij, albo nie chciał gwizdać to mu się mówiło: pocóżeś tu przyszedł, mój kochany? Księżnie Zasławskiej wymalował ślicznie szczygła na szybie i za to dostał właśnie od niej spinki, które miał przy mankietach.
Czwarty wreście, który i pomagał w ugrupowaniu obrazu i sam w nim brał udział, jako markiz, był także Rdzawiczowi znajomy; był to młody, wielki pan, bardzo blady, w specyalnie za szerokim kołnierzu, z umyślnie zawsze półodwiązaną krawatą i włosami, przyczesanymi na nieład nad czołem, »poeta«, który »nie dbał o to, żeby był znany«, wiecznie z Mussetem w kieszeni i z czarnym pierścionkiem z dyamentem na palcu, któremu nie można było zrobić większej przyjemności, jak stosując do niego z Rolli: Jacques était, grand, loyal, intrepide et superbe, i który damom wpisywał na wachlarzach: j’aime et pour un baiser je donne mon génie, albo ...le bonheur suprème, aprés qu’on a vaincu, c’est d’avoir désarmé — w sztambuchy zaś całą piątą strofę z Namouny. Panie z arystokracyi, swoje kuzynki i znajome trochę nudził, ale marzyły o nim mussecistki z »inteligencyi«, zwłaszcza te, które miały tylko dobre chęci być »vaincues«.
— A tom się dostał w kompanię! — myślał Rdzawicz, któremu nie pozostało nic innego, jak tylko wraz z tymi czterema panami zająć się ustawianiem menueta na estradzie za zapuszczoną kurtyną. Zauważył też, że wcale nie jest tu traktowany jak artysta, ale jak perukarz, tapicer, szewc, krawiec, szwaczka i metr tańca. Był tak zły, że kiedy go pani Posianowska nudziła o to, aby ją ustawił bliżej księżny Zasławskiej, powiedział jej, że w menuecie nie było zwyczaju nosić za księżnemi ogonów, co dosłyszała pani Braunbergowa i zaprosiła go do siebie na piątki. Księżna, ustawiając się w pozie, rozmawiała z nim dość dużo »o tym poczciwym Ludwiku XV, który mówił l’etat c’est moi, chciał jednak, aby każdy jego poddany miał codzień na obiad kurę w garnku«. Swoją drogą, ona jedna ze swoim suchym i jakby dłutowanym profilem, maleńką nóżeczką i wykwintną budową ciała mogła wyglądać na jedną z dam dworu Ludwika. Inne panie przypominały ich garderobiane, albo garderobiane ich garderobianych.
— Rasowy babsztyl i dobry, tylko strasznie niemądry — szepnął do Rdzawicza Morski, patrząc na księżnę z pod drzwi salonu komitetowego. — W każdym razie wolę ją sto razy od cioci Femci, która słyszy, jak trawa rośnie i sprzedałaby nas wszystkich, ale ma duszę w swoim rodzaju z inkwizycyi hiszpańskiej.
Siedząca obok na fotelu baronowa Heimerthowa, która podczas przygotowania obrazu okazała, że ma bardzo dużo smaku i wykształcenia, starała się, jak mogła, Rdzawiczowi uprzyjemnić pobyt w tem obcem mu pod każdym względem towarzystwie; on jednak był zły i nie bardzo się z tem krył. Żal mu było Eli i więcej go do niej ciągnęło, niżby był nawet sam przypuszczał, odchodząc od niej, drażniło go to, że została tam, wśród tłumu, że może ludzie na nią zbyt z blizka patrzą, a może zbliżyli się do niej i inni znajomi mężczyźni.
Wyobrażało mu się ciągle, iż stoi przy niej jakiś młody blondyn, i że jej się bardzo podoba. Irytował go także Kowal, ten Kowal ze swoim wiecznym spokojem i sławą uczonego. Sława Kowala — uśmiechał się pogardliwie. — Któż o nim wie? Pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu ludzi... I znów uśmiechnął się wzgardliwie, czując, że robi to wbrew przekonaniu, i że naprawdę sława Kowala więcej jest warta od jego, bo każdy z tych pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu ludzi, którzy o Kowalu wiedzą, jest człowiekiem, o którego opinię dbać warto, bo jego sława nie jest sławą arlekina, jaką jest w mało cywilizowanych społeczeństwach, sława artysty. Ja z moimi »Centaurami« i »Wampirem« — myślał — muszę tu babom fałdy układać, a on tam ze swoim zielnikiem i mikroskopem spokojnie sobie z Elą siedzi i rozmawia. I znowu czuł ochotę krzyknąć: moja jest!... i krzyknąć: kocham!... jeżeliby tego słowa było potrzeba, aby się mógł utrzymać przy słowach: moja jest. Coś zaborczego w nim się porwało: chciałby był biec i wbić w Elę palce, ażeby mu jej krwią opłynęły: chciałby ją był wijącą się z boleści garnąć ku sobie, gdyby cisnęła się ku niemu z pragnienia i razem wydzierała mu się z bólu. Nie chciał tego słowa myśleć, czuł, że jakaś zapora stoi między tem słowem a nim, jednakże upajał się dźwiękiem: kocham, kocham...
Tymczasem Heimerthowa opowiadała mu o swej galeryi i prosiła go bardzo, aby zechciał jej opowiedzieć, czy jeden z jej Rubensów jest oryginałem, czy kopią, która byłaby arcydziełem w swoim rodzaju. Przyrzekł jej, że będzie u niej w piątek, zapominając o danem na ten dzień i na tę samą godzinę przyrzeczeniu pani Braunbergowej, i nie czekając odsłonięcia po raz trzeci kurtyny, wysunął się z salonu na salę. Idąc szybko w stronę, gdzie spodziewał się znaleźć Przerwiców i Elę, myślał, że kiedy go tam tak ciągnie, to dyabli wiedzą, co mu jest i chyba naprawdę jest na drodze do zakochania się w Eli. Wspomnienie Maryi odpędzał i zdawało mu się, że jakaś niechęć w nim ku niej rośnie. Źlem trafił i basta — mówił sobie w myśli — teraz może trafię lepiej. Chcę kochać, potrzebuję kochać, chcę być kochanym i ty mnie będziesz kochać, Elu moja. Moja, moja — powtarzał, pieścił się tem powtarzaniem. Był zdecydowany. Tamto było waryactwo, szaleństwo, od samego poczęcia jakieś dziwne, wypaczone, z góry przeznaczone na zły koniec. Tu, jeżeli tylko Ela go nie odtrąci, a nie odtrąci go, mówią mu to jej oczy i Przerwicowa, będzie się starał najformalniej i najnormalniej, jak każdy porządny człowiek, oświadczy się pannie, potem o pannę ojcu; zaręczyny, muszą być oficyalne zaręczyny, są zwyczaje, które trzeba szanować, odbędą się albo u Przerwiców, albo wszyscy pojadą na wieś do państwa Rosieńskich. Tężel także, ah! jaki będzie zabawny we fraku, z białym kwiatem na klapie! Może się zakocha w Mignon, a wtedy on mu powie: Tężel, farbuj łeb, musisz być brunet; zrobi portret pani Rosieńskiej w terrakocie, pójdzie przed ślubem do spowiedzi i będą w domu z Elą pościli w piątki dla przykładu... — w tej chwili dostrzegł Przerwiców, Rosieńskich i Kowala, stojących na lewo od pasażu. Zbliżył się do nich wesoło i wołał z daleka, nie zważając na obcych:
— Ah! przecieżem się wyrwał. Tak mi do państwa było tęskno. Niech ich tam! Myślałem, że się urwę. Jeszcze jak mnie ta baronowa zaczęła piłować Rubensem; nie wiem nawet, com jej gadał...
— Opowiedzże nam pan, coś pan tam widział — rzekła pani Bisza.
Ale Rdzawicz przedewszystkiem utonął w oczach Eli, które, kiedy się zbliżył, podniosły się nań duże i głębokie i powiedziały mu coś takiego, że jej blada twarzyczka powlekła się przejrzystym rumieńcem. Kowal rozmawiał z panią Laurą, ona zaś stała sama i Rdzawicz widział, że coś jasnego wyszło na jej twarz, kiedy się zbliżył. Więc... chyba go nie odtrąci.
— Panno Elu — rzekł do niej tonem, jak żeby to krótkie niewidzenie się posunęło ogromnie naprzód ich znajomość. — Panno Elu, ja nawet nie wiedziałem... — zatrzymał się i zastanowił, że może to, co chciał powiedzieć, byłoby jeszcze za śmiałe, ale potem machnął ręką, uczuł bowiem w sobie wielką fantazyę nie znalazłszy przy Eli żadnego blondyna, i dokończył: — Ja nawet nie wiedziałem, że mi się tak będzie śpieszyło do państwa.
— Pan bardzo lubi Lorę, prawda? — rzekła Ela.
— Bardzo, ale teraz jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek.
— Dlaczego?
— Bo jeżeli może będę szczęśliwy, to dzięki jej i przez nią.
Czy Ela zrozumiała, co miał na myśli, czy nie, nie mógł wiedzieć, ale odpowiedziała:
— Bardzobym chciała, żeby pan był szczęśliwy.
— A czy, gdyby było potrzeba dorzucić jedną cegiełkę do mego szczęścia, dorzuciłaby pani? — spytał, czując, że mu trochę drga głos.
— Tak — odrzekła Ela, zniżając powieki.
— Czy dlatego, że pani jest dobra i że pani uczyniłaby to dla każdego.
Powieki Eli opadły jeszcze niżej i te usta, których rzeźba wołała: pragnę!... także zadrgały nieco, jak jemu głos. Wówczas on czuł, że go opanowywa dziwne wzruszenie i dziwna śmiałość i korzystając, że suknie pani Biszy i Laury osłaniały ich sobą, nieznacznym ruchem wyciągnął dłoń ku opuszczonej wzdłuż biodra ręce Eli z wachlarzem i ujął ją razem trwożnie i namiętnie.
Na twarz panny Rosieńskiej uderzyła cała fala krwi i szarpnęła ręką, aby się wyrwać, ale on przytrzymał ją, poczem ręka ta spoczęła w jego dłoni, jakby wysilona, omdlała i bezwładna. Puścił ją i spojrzał na Elę: na twarzy jej nie było ani oburzenia, ani gniewu lub niechęci, tylko obudzony ogromny wstyd... Rdzawicz uczuł głęboki żal, że go obudził. Ona już nie jest tem, czem była — pomyślał, mając to wrażenie, jakby coś zniszczył lub zepsuł. Szukał jej oczu i wreszcie, jakby zamagnetyzowana, Ela podniosła je na niego: były smutne, wilgotne i bardzo wzruszone, ale nie odpychały, owszem, jakby oddawały mu ją całą spojrzeniem. Rdzawicz zrozumiał, że ta dziewczyna wierzy, że kobietę tak za rękę może wziąć tylko mężczyzna, który ją kocha, i że kobieta, która pozwoli zatrzymać dłoń swoją w dłoni mężczyzny, powinna i musi do niego należeć. Moje święte dziecko — myślał z rozrzewnieniem, doznając uczucia, jak żeby mu się kwiat rozwijał w dłoniach. Nie czuł też w tej chwili względem Eli nic, tylko niezmierną rzewność i dobrą wolę, oraz wielkie i święte zobowiązanie, rycerski i konieczny obowiązek, a w sobie czuł niezmierną błogość. Moje święte dziecko — powtarzał w myśli — anielstwo moje, moje ty biedne, małe, moje ty ti... za ten jeden uścisk całe moje życie ci dam!... Czuł, że powiedzieć w tej chwili cokolwiek, byłoby to zepsuć czar, jakiemu równego nie znał; milczał więc, ona zaś pod wpływem jego spojrzenia, jakby pochylała się ku niemu, i czuł, że jest jego...
Wtem spostrzegł, że pani Laura, która odwróciła się ku Morskiemu, nadchodzącemu właśnie z boku pasażu, stała się nagle cała ponsowa, i usłyszał, jak Morski odezwał się do niej:
— Cóż to za śliczna osoba? Któż to jest?
Obejrzał się i, o jakie ośm, lub dziesięć kroków od siebie, w pasażu, ujrzał stojącego Borzewskiego i panią Porzelską, obok zaś Kołolaskiego, pannę Strzeliską i Maryę. Uczyniło mu się ciemno i oddech mu się zaparł, a w mózgu, jakby w czarnej jakiejś otchłani, zawirowały mu nagle płomieniste zygzaki: To ona!... Marya... moja narzeczona... ona... tak dawno jej nie widziałem... to ona...
Nie wiedział, dlaczego nie pada i dlaczego wszystko nie zapada się wokoło... Kiedy otworzył oczy, czy na nowo przejrzał, bo sam sobie sprawy z tego nie zdawał, zobaczył, że Marya, stojąc doń cokolwiek bokiem i nie widząc go, rozmawia żywo i kokieteryjnie z Kołolaskim, równocześnie rzucając spojrzenia na Borzewskiego; w tyle dostrzegł dwóch brunetów z »leibgwardyi«.
Jak szybko wzrok jego biegł po twarzy Maryi, sam nie mógł pojąć. W jednej sekundzie zobaczył, że miała te same ogromne, jedwabiste, ciemno­‑blond włosy, upięte w bujną fryzurę, tę samą ściągłą, szczupłą twarz o matowych rumieńcach, z wielkiemi, podłużnemi, ciemno­‑szafirowemi oczyma, o złocistym blasku; ten sam nos prosty, cienki, delikatny, z płaszczyznami, jak u greckich posągów, te same usta małe, wązkie, dziwnie regularne, z górną wargą cokolwiek wzniesioną i brodą dosyć krótką i klasycznie okrągłą; tę samą prześliczną szyję i prześliczne ramiona i ten sam nieujęty wdzięk, nieodparty czar...
— To ona!...
W tej chwili oczy jego spotkały się z oczyma panny Strzeliskiej, która naprzód podniosła brwi, jakby zdumiona, a potem spojrzała, jakby z wielkiem współczuciem i skinęła mu głową smutno i poważnie, a w tymże momencie Marya, widocznie ciekawa, komu się Jadwiga kłania, spostrzegła go, zwróciwszy ku niemu głowę.
Na twarzy jej zapalił się rumieniec i drgnęła w tył ciałem; jemu zaś serce chciało pierś rozsadzić.
Stali naprzeciw siebie, zaskoczeni nawzajem swoim widokiem, ona, która przysięgała mu, że go nigdy nie opuści i pozwalała się cisnąć do piersi, i on, który na przysięgi te odpowiadał przysięgami, brał jej stopy w ręce i całował je i miał ją mieć swoją na zawsze. Czuł, że słabnie i jeżeli nie zapanuje nad sobą, albo nie oprze się na kimś, padnie.
Morski, który na pytanie swoje nie otrzymał żadnej odpowiedzi, zrozumiał, że tu się coś dzieje, popatrzył na obecnych i zdziwił się niezmiernie: pani Laura czerwona była, jakby jej cała krew z nóg do głowy buchnęła, Przerwic i pani Bisza stali ogromnie zmieszani, Rdzawicz zaś, blady, jak trup, czynił wrażenie człowieka, któremu przed sekundą powiedziano, że go zetną. Morski zdumiał się jeszcze bardziej i popatrzył z kolei na pana Rosieńskiego i panny, którzy widocznie tak samo spostrzegli, że się coś dzieje i tak samo nie rozumieli co, a gdy zobaczył, że i owa śliczna panna i jej towarzyszki są pomieszane, począł odgadywać, że się tu ktoś z kimś spotkał niepotrzebnie, a jak łatwo mógł się domyśleć, nikt inny, tylko Rdzawicz z ową śliczną panną.
Wtem ona odwróciła się szybko i biorąc pod rękę starszą panią, która rozmawiała z wysokim, pięknym blondynem z dużymi wąsami, posunęła się szybko w przeciwną stronę, a za nią poszła reszta towarzystwa, duża, szczupła panna, piękny, wysoki blondyn, drugi blondyn starszy, dosyć otyły i dwóch młodych brunetów. Śliczna panna szła ku estradzie, coraz dalej, szybko, jakby uciekała. Z daleka tylko widział Morski jej głowę, strojną w białe kwiaty, i obok pięknie rozczesaną głowę wysokiego blondyna.
Qu’est ce? — pomyślał.
Nagle Rdzawicz, jeszcze prawie bledszy, niż był poprzednio, nie mówiąc do nikogo słowa, zwrócił się i odszedł, idąc tak, jakby nad każdym krokiem musiał panować z nerwowym wysiłkiem. Poszedł w stronę bufetu i znikł we drzwiach.
Pani Laura spojrzała na Przerwica i na panią Biszę przerażonemi oczyma, a w tem Rózia odezwała się:
— Musji być słabo stało się panu Rdzawiczowi. Może mu się głowa rozbolała.
Pani Bisza zaś, widząc pytające i zdumione oczy Morskiego, rzekła doń półgłosem:
— Rdzawicz spotkał się z swoją dawną narzeczoną, która z nim zerwała. Lora była pewna, że jej niema w Warszawie. Okropnie źle się stało.
— Kto to jest? — zapytał również półgłosem Morski.
— Panna Marya Tyżwiecka.
Pani Laura patrzała to na męża, to na siostrę, jakby szukała u nich rady, wreszcie odezwała się przestraszonym głosem:
— Gdzież on poszedł? Jerzy, idź za nim...
— Nie, najlepiej go zostawić samego — odparł Przerwic. — Może zresztą chce wyjść z rautu.
— Elu, czego ty jesteś taka blada? — spytał Morski z cicha starszej panny Rosieńskiej, widząc, że tej dziewczynie coś się dzieje.
— Nic mi nie jest — odpowiedziała, usiłując opanować głos i uśmiechnąć się.
— Zmęczyłaś się, już późno. Najlepiej zrobicie, jak pójdziecie do domu — mówił Morski.
— Wolałabym zostać...
— Nie, rzeczywiście, chodźmy już, ja sam jestem zmęczony — rzekł pan Rosieński, któremu pani Bisza szepnęła, żeby zabrał córki. — Nic już nie będzie i raut się zaraz skończy.
— Rozpacz! — szepnęła pani Laura do siostry. — Ja także idę! Skąd mogłam przewidzieć?... Ale sądzę, że to tylko pierwsze wrażenie tak silne... Nigdy sobie nie daruję, bo to przezemnie... Gdybym go była nie namawiała, nie byłby przyszedł... Trzeba było właśnie teraz... Jestem pewna jednak, że to tylko pierwsza chwila...
Rdzawicz poszedł do bufetu, aby gdzieś pójść, aby gdzieś odłączyć się, zejść z oczu i być samym. Skronie pulsowały mu i na wargi wystąpiła spiekota: czuł razem gorączkę i zimne dreszcze. Miał wrażenie, jak w pierwszych chwilach po zerwaniu: że wszystko runęło dokoła i że on sam runął w otchłań.
Siedział z czołem opartem na rękach, zapomniawszy, gdzie się znajduje; ocknął się dopiero, kiedy garson zapytał go, czy każe sobie co podać? Starał się ogarnąć, owładnąć i związać myśli, które wirowały mu w głowie, jakby mózg jego rozprysł się na sztuki.
— Zobaczyć ją!... Jeszcze ją zobaczyć!... To ona!...
Chciał wstać, ale napowrót usiadł: brakło mu odwagi, bał się sam siebie, wrażenia, którego miał doznać. Siedział znów chwilę, a w głowie rosło mu coraz bardziej pragnienie: Zobaczyć ją!... Jeszcze ją zobaczyć!...
Zresztą, jeżeli się tak zmieszała, ujrzawszy go, to widocznie nie zapomniała, widocznie pamięta... Takiej przeszłości, takich chwil nie mogła zapomnieć... Musi się czuć z nim związaną na zawsze... Może jutro da mu znać, że chce go widzieć, że chce, aby on wrócił do niej... Może potrzeba było właśnie tej chwili spotkania, aby wszystko, co upadło, powstało z gruzów na nowo... Ona jest tam!... Ona!.. Ona!... Ona!...
Wszedł na salę. Dosyć długą chwilę błądził po niej, nim wreszcie ujrzał Maryę, nieopodal estrady, w tem samem towarzystwie, co poprzednio, tylko jeszcze jakiś młody człowiek stał przed nią, a ona rozmawiała z nim tak, jakby go na całe życie zdobyć sobie chciała, gdy on widocznie tonął w niej zupełnie, opętany nieodpartym czarem tej kobiety. Rdzawicz uczuł, jak mu się kąty ust ściągają w dół na wewnątrz i podsunął się, nie zważając na nic, ślepy na skierowane ku sobie spojrzenia pani Porzelskiej i panny Strzeliskiej. Marya spostrzegła go: ani na twarzy jej, ani w oczach nie odbiło się już teraz żadne wrażenie; mówiła dalej, nie patrząc więcej w jego stronę. Wówczas on czuł ból, jakby mu ptak drapieżny wbił szpon w serce, w wargach zadrgało mu: Ja nie istnieję dla niej! — i wyszedł z sali prawie nieprzytomny.
Ubrał się, wydostał na ulicę i wsiadł w dorożkę, nie wiedząc, kiedy to czyni — nie myślał nic i nic nie czuł — spadła nań zupełna ciemność. Nagle znalazł się przed drzwiami swego domu: wszedł nie do mieszkania, lecz do pracowni i zapalił wszystkie lampy i świece, jakie tam były. Pracownia stanęła w świetle, które padło na nagrobek Drewskiego, na »Trucicielkę«, na szkic do »Wampira« i »Opuszczenie«, odwrócone na sztalugach frontem. Wówczas cisnął szapoklak o ziemię i kopnął go w kąt pokoju, zrzucił na podłogę paltot i podniósł pięść w górę, jakby groził. Straszliwy gniew, straszliwa chęć zemsty, straszliwe uniesienie i poczucie własnej siły porwało go. Z zaciśniętych zębów wydobyła mu się na usta piana, a pierś oddychała gwałtownie i głośno. Chwycił ze ściany portret Maryi, rzucił go na ziemię i nogą uderzył. Zarazem w głowie szumiało mu i huczało i czuł, że w nim coś potwornego rodzi ból, gniew i chęć zemsty. Nagle, jakby mu skrzydła wydarły się z ramion i rozpętały nad głową... Pochwycił blejtram z naklejonym świeżo kartonem, oparł na sztalugach i począł rysować. Pod ręką jego rósł kształt z niesłychaną szybkością. Na ziemi leżał mężczyzna w płaszczu, z zasłoniętą twarzą, tak jak w »Wampirze«, nad nim zaś stała kobieta, oparta jedną nogą na jego piersiach, drugą występująca naprzód i obu rękami odsłaniająca z draperyi nagi przód ciała, w ruchu wyzywającym hetery, jakby mówiła: dalej! dalej!... Twarz jej była twarzą Maryi, narysowaną z pamięci, ale zrobioną jakby w halucynacyi i tak podobną, jakby leżący na ziemi portret. Pod spodem podpisał wielkiemi literami:

ANIOŁ ŚMIERCI.
Poczem doznał dziwnego wrażenia, jakiego nigdy jeszcze nie doznawał: oto na moment stracił zupełnie świadomość siebie, nie tak jednak, jak się traci pod zbyt silnem wrażeniem, ale tak, jakby mózg przestawał istnieć w człowieku; wzdrygnął się i przeląkł, omdlenie to bowiem mózgowe miało w sobie coś strasznego i złowrogiego, podobnego do żywej śmierci, do śmierci duszy w żywem ciele — i wysilony, zmęczony, ale jakiś szalenie, dziko tryumfujący, padł na szezlong.
Przed oczyma jego zamajaczyła blada twarz Eli Rosieńskiej, o oczach dużych, głębokich i smutnych, pod ogromnemi rzęsami, i o wiśniowych ustach, które wołały: pragnę... Rozśmiał się wzgardliwie i opuszczając ręce w dół ku ziemi, przymknął powieki.




Rdzawiczowi zdawało się, że jakiś ogromny dzwon począł bić w przestrzeni, a za każdem brzmieniem jakby olbrzymia kula miedziana pękała od uderzenia młotem z mosiądzu. Wokoło była ciemność, gdzieś w dole szum morza, szum głuchy, a tak potężny, jakby się wszystkie oceany razem przetaczały jedne przez drugie. On zaś w owej ciemności i nad owym szumem głuchym i ciemnym wstępował w górę po krużgankach, przebłyskujących czasem jak szklisty szafir, coraz wyżej i wyżej, krętą drogą w głąb. Poza nim zostało wszystko; ziemię strząsnął z siebie, jak proch — opadła. Czuł się zupełnym duchem i szedł coraz wyżej i wyżej... Nagle krużganki znikły mu pod nogami i uczyniła się pod niemi pustka. Grzmot dzwonu ostatni i kolosalny pękł, szum oceanu ucichł, a on runął w przestrzeń ciemną, w otchłań bez dna i kresu. Lecąc wytężał ręce, aby chwycić się czegoś lub oprzeć, ale wszędzie była jedna próżnia. Leciał czując, że nie leci ani w dół, ani do góry, ale w bezmiar. Ogarnęła go rozpacz, czuł, że wolałby się roztrzaskać o skały, lub utonąć w oceanie, niż tak lecieć w nieskończoności, której jego ludzka natura znieść nie mogła. To uczucie, że otacza go coś przeciwnego jego człowieczeństwu, było boleśniejszem, niż strach. Począł kołować ramionami, jak człowiek tonący i wołać z rozpaczą: Granic! brzegu! granic!...
Nagle uczuł, że dotknął czołem czegoś, co jest miękkie i ciepłe: spojrzał, zobaczył jasność, a nad sobą jakby jakąś znajomą postać kobiecą, nachyloną blizko, z ręką na jego czole.
Potem jakiś głos zapytał cicho, prawie szeptem:
— Poznaje mnie pan?
Jemu przeleciał przez głowę wyraz: Heimerthowa — poruszył wargami i na nowo otoczyła go ciemność, w której jednak już nic nie widział i nie czuł.
W jakiś czas znów zobaczył jasność, słońce na szybach okien i za niemi zielone drzewa.
— Park — rzekł.
— Park — powtórzył po nim ten sam głos, co pierwej.
Usiłował zebrać myśli. Naprzód począł rozróżniać pojedyncze gałęzie, które widział przez okno, potem układ szyb w oknie, poznał, że jest w swej pracowni, wreszcie spostrzegł ludzi. Skupił się we wzroku i rozróżnił ich: byli to Przerwicowa, baronowa Heimerth i Tężel. Siedzieli do niego bokiem i nie mogli zauważyć, że ma oczy otwarte. Przerwicowa wyszywała coś na kanwie, Heimerthowa czytała książkę, a Tężel dłubał ołówkiem w ramie od okna. Rdzawicz uczuł w sobie jakąś siłę i radość, ucieszył się, że widział Lorę i Tężla, nawet, że widzi Heimerthową i zdziwił się, skąd się tu u niego w pracowni wzięły te panie, a potem skąd się tu wzięło łóżko z jego pokoju i on sam na niem? Nie mógł nic zrozumieć i czuł, że ma głowę odurzoną, jak po mocnem winie. Przypuszczał także, że może mu się śni. Ale nie, bo kiedy odezwał się półgłosem: pani Loro — ona zerwała się i odwróciła ku niemu z twarzą bardzo jasną, a równocześnie zwrócili się ku niemu i tamci. Przez chwilę patrzeli na niego wszyscy z wielką tkliwością w oczach, a potem zbliżyli się ku łóżku.
— Poznajesz nas? — spytał Tężel głosem drżącym ze wzruszenia.
— Poznaje nas pan? — powtórzyła Heimerthowa z ujmującym uśmiechem.
— Tak, prawda? Chwała Bogu! — rzekła pani Laura.
Rdzawicz zdziwił się: dlaczego nie miałby ich po znać i dlaczego oni pytają go o to i spytał:
— Co się stało?
— Byłeś pan chory? — odpowiedziała pani Laura. — Ale niech się pan nie męczy mówieniem.
On jednak czuł się silnym, nie mógł tylko powiązać myśli, przypomnieć sobie i zrozumieć, co się stało w istocie?... Dziwiło go najbardziej to, że drzewa są zielone, kiedy powinny być jeszcze bez liści. Skoro jednak drzewa zdążyły się zazielenić, to musiał długo chorować. Nie przypominał sobie przecież zupełnie początku choroby, nie pamiętał, żeby był zasłabł na cokolwiek, żeby się musiał kłaść do łóżka i co więcej, żeby to łóżko przenoszono dla niego, lub też z nim z jego mieszkania do pracowni. Co mu się mogło stać i kiedy?
— Byłem chory? — powtórzył do Przerwicowej.
— Tak.
— Długo?
— Blizko cztery tygodnie.
Niesłychane zdumienie nań spadło.
— Cztery tygodnie?! — powtórzył. — A cóż mi było? Bo ja nic nie wiem?...
Spostrzegł, że Przerwicowa zamieniła z Heimerthową spojrzenie, jakby pytając się, czy może mu odpowiedzieć, poczem rzekła:
— To nic dziwnego, że pan nic nie wie. Miałeś pan gorączkę.
— Ale na cóż chorowałem?
— Z wysiłku — odezwała się Heimerthowa, zastępując panią Laurę. — Przepracował się pan. Chorowałeś pan na nerwy. Ale teraz już wszystko dobrze.
— Myślałem, że już z tobą źle będzie — rzekł Tężel, biorąc jego rękę w swoją szeroką dłoń i ściskając delikatnie a serdecznie.
Rdzawicz zauważył, że jego ręka wobec Tężlowej jest dziwnie biała i chuda.
— Ale jakże to może być, żebym nic nie pamiętał i nic nie wiedział? Kiedyż zachorowałem?
— Pan nie powinien dużo mówić, bo się pan męczy — powiedziała Heimerthowa. — Potem, powoli wszystko panu opowiemy.
— Dobrze, potem, powoli, wszystko mi panie opowiedzą — powtórzył, czując, że najłatwiej mu za kimś myśleć, i że siła ucieka mu z myśli i członków.
Znów poczęło mu się zwolna stawać ciemno w oczach i poczęła go ogarniać bezwładność i niemoc. Obudził się w nocy. W rogu pokoju na stole paliła się lampa, w fotelu zaś siedział Tężel ze zwieszoną głową na piersi i spał, lub drzemał, ale był ubrany.
Rdzawicz czuł się teraz o wiele silniejszym, niż poprzednio: dźwignął się tak, że prawie usiadł na łóżku i zawołał: Tężel!
Tężel drgnął, mruknął coś przez zęby: »Okno, pudzież!« — czy coś takiego, potem nagle bardzo gwałtownie otwarł oczy jak mógł najszerzej i spytał: Co? co?
— Spałeś?
— Aha, niby, coś... Zasnąłem trochę. Przepraszam cię. Jakże się czujesz? Trzeba ci co?
— Nie, nic. Czy to już noc?
— A noc.
— Powiedz mi, czy ja naprawdę chorowałem prawie cztery tygodnie?
— A naprawdę.
— A cóż mi było do dyabła? Heimerthowa mówiła, żem się przepracował? Musiałem być chory na mózg? Tak?
Tężel potrząsł głową przecząco i rzekł:
— Przepracowałeś się, prawda. Ale teraz już jesteś zdrów no, i nic. Niedługo wstaniesz.
Rdzawicz zamyślił się: musiał chorować na mózg i nie chcą z nim o tem mówić, aby go nie przerażać. Wzdrygnął się, przypomniał sobie bowiem, że w ich rodzinie skłonność do chorób mózgowych jest dziedziczną, a zarazem jakby pod wpływem tego przypomnienia i uświadomienia, stało mu się nagle zupełnie widno w głowie i uczuł, że się opamiętał zupełnie.
— Tężel — rzekł — czegóż taisz przedemną? Miałem zapalenie mózgu, czy tak?
Tężel zakręcił się trochę, jakby zaambarasowany i odpowiedział:
— Nie, niby coś ci było trochę ze zmęczenia, ale żadne znowu zapalenie...
— Nie miałem przytomności całe cztery tygodnie?
— Trochę niezupełną czasem, ale to nic. Każdemu się to może zdarzyć, jak się przemęczy.
Rdzawiczowi ujawniło się teraz wszystko: oto robił był w glinie »Anioła śmierci« przez trzy tygodnie przeszło z niesłychanem wytężeniem i jakby w hallucynacyi, nie wychodząc prawie wcale z domu i nie widując się z nikim; podczas roboty kilka razy tracił na moment świadomość siebie, tak, jak ją stracił na moment podczas rzucania szkicu na karton, i czuł bóle w mózgu. I to musiał być początek choroby. Jednego dnia, była to środa w pierwszych dniach kwietnia, zrobiło mu się jakoś dziwnie niedobrze. Położył się na kanapie w pracowni, było koło godziny czwartej po południu, i od tego czasu nic nie pamiętał.
— Tężel — rzekł po chwili.
— Co? — spytał Tężel.
— Kto mnie leczył?
— Kraus i Magnuszewski.
— A kto bywał u mnie, prócz ciebie?
— Wszyscy: Przerwicowa i Przerwic, pani Elżbieta, o ile była w Warszawie, Heimerthowa, Stosławski, Morski, Łanowski...
— To Łanowski przyjechał z Florencyi?
— Przyjechał. Milcia przychodziła, Czempiński, ale Okna musiał zostawić w domu, bo jak przyszedł, to chciał włazić do ciebie, a jak się go wyrzuciło za drzwi to wrzeszczał; no i ja.
— A skądże się tu wzięła Heimerthowa?
— Jak się tylko rozniosło o twojej chorobie, przyjechała i przywiozła Magnuszewskiego, bo z początku był tylko sam Kraus. To dobra kobieta, pielęgnowała cię jak siostra.
Rdzawicz począł się rozglądać po pracowni.
Obrazy poobracano frontem do sztalug, rzeźby poprzykrywane były materyami na draperye, w rogu pokoju zaś stało wielkie pudło z kartonów, pod którem musiał być model gliniany »Anioła śmierci«.
— Tyś to zrobił? — zapytał Tężla, wskazując pudło.
— Ja.
Portretu Maryi na ścianie nie szukał: pamiętał, że go zamknął w ostatniej szufladzie komody na dole, twarzą ku ziemi. Uczuł w tej chwili gwałtowną chęć popatrzenia nań, jak również zapytania o Maryę, ale wstydził się Tężla... Po takiem upokorzeniu...
Stanęła mu w pamięci żywo walka, jaką toczył ze sobą, lepiąc w glinie »Anioła śmierci«. Wykończył był obie figury, tylko twarzy kobiety nie robił. Ile razy podniósł rękę, aby rozpocząć modelowanie twarzy, tyle razy opadała mu w dół. Karton, na którym narysował w pierwszej chwili twarz Maryi, podarł nazajutrz i spalił. »Trucicielce« postanowił dać twarz fantastyczną, w »Wampirze« zakrył ją prawie zupełnie włosami, w »Opuszczeniu« odwrócił kobietę tyłem, ale tu zakryć nie mógł, musiał ją pokazać, a również, jak fantastycznej twarzy dać nie mógł, nie mógł dać i prawdziwej — Maryi. Pamiętał, że w szalonem rozdrażnieniu rzucał się na sofę, jak w konwulsyach, ale porywał się, aby całą robotę zepchnąć z postumentu na ziemię, ale wtedy stawał wobec swego dzieła, jak urzeczony. Cudowne linie ciała kobiety, które idealizował z Milci na kształt, jaki odgadywał u Maryi, czarowały go i dalej wywoływał je z nicości, opętany przez ich złowrogie piękno. Podczas roboty, zamknięty w pracowni, nie puszczał do niej nikogo, prócz modeli, oraz Czempińskiego i Tężla, którzy wykończali nagrobek Drewskiego. Ale na ich pytania, co robi, odpowiadał, że nie wie jeszcze, jaki da tytuł rzeźbie, i że będzie to rzecz zupełnie fantastyczna. Tężel, który rozumiał doskonale, że jest to dalszy ciąg cyklu, zaczętego »Wampirem«, zachodził w głowę, jakie Rdzawicz da rysy tej kobiecie, albo czy też może twarz tę zasłoni draperyą, przez co zepsućby musiał efekt prawie zupełnie; Czempińskiemu zaś o nic nie chodziło, tylko o to, żeby między twarzą a składem głowy tej kobiety była harmonia.
Przez te trzy tygodnie modelowania grupy, Rdzawicz nie widział nikogo ze znajomych i nie pytał nikogo o Maryę. Nie wychodził wcale na miasto, aby się z kimś lub z nią nie spotkać. Był ciągle w stanie anormalnym, jakiegoś gorączkowego podniecenia, które dochodziło prawie do hallucynacyj, a w którem kilka razy doznał owej chwilowej, zupełnej utraty świadomości. Czuł, że się wyczerpuje i że się w nim coś po prostu obala ze znużenia i wewnętrznej trawiącej go gorączki i wreszcie uległ jej, jak mu powiedziano, aż na cztery tygodnie. Teraz przypominał sobie cokolwiek swoją chorobę. Była to powódź chaotycznych wizyj, taki ich nawał, że zdawało mu się, że go zgniotą, jak druzgocące się i obalające na człowieka piramidy, kościoły i obeliski. Potworne kłęby obrazów tłoczyły się na niego, larwy czerwone i wstrętne i białe marmurowe boginie, lemury i upiory, olbrzymy z maczugami i straszliwe widma o głowie ptasiej, z oczami, jak karbunkuły, z błonami olbrzymich nietoperzy u ramion, na suchych pawich nogach, wydające przeraźliwy pisk i zaduch gnijącego ciała. Spadały nań odcięte głowy Meduzy, których pęki żmij zdychały mu na twarzy, zimne, oślizgłe, albo zbliżały się doń ku twarzy na pół ogniłe trupy i usta do ust mu przykładały.
Była to jedna straszliwa męka, aż wreszcie ocknął się wśród ostatniej wizyi — bezmiaru.
— Czy pytał się kto o mnie z miasta?
— Owszem, parę osób zapytywało listownie.
Rdzawicz spojrzał na wskazane mu przez Tężla listy i kartki i kurcz ścisnął mu serce. Przypomniał sobie swoją chorobę w Kłężu i te karteczki, które Jadwiga Strzeliska przynosiła mu od Maryi do domku w ogrodzie, w którym go umieszczono. Raz pisała: »Proszę nie pić tak dużo limonady, bo zaszkodzi, ale za to zjeść kawałek białego mięsa z pulardy«. Innym razem: »Czy pan prędko przyjdzie? Bardzo tu babci pana brak«. Nazajutrz: »Bardzo z babcią prosimy nie wychodzić za wcześnie, ale babcia mówi, że jakby się pan ciepło ubrał, to panu nie zaszkodzi. Poślemy panu futro wuja, to duże, do podróży«. Potem: »To ciastko w środku, co jest takie nieudane i ma na wierzchu sok malinowy, to ja dla pana upiekłam. Przepraszam, że jest brzydkie, ale to się dopiero na patelni tak skrzywiło; przedtem było bardzo ładne i miało kraik w ząbki. Proszę koniecznie zjeść to najpierwsze, ale jakby było niedobre, to niech pan nie je. Nawet koniecznie niech pan nie je, bo będzie zakalec. Ale takby mi było miło, żeby pan je zjadł pierwsze. A przynajmniej sok z wierzchu«.
Drobne te karteczki umiał na pamięć. Potem, na żądanie rodziny Maryi, kiedy jemu zwrócono jego listy, odesłał je wraz z listami. Teraz zdawało mu się, że wszystkie te kartki i listy pamięta dosłownie. Począł je sobie przypominać i kolejno powtarzać, z datami i męcząc się, aby żadnego nie opuścić i powtórzyć dosłownie. To był jego skarb największy; po Maryi ze wszystkiego na świecie najbardziej kochał te kartki i listy w blado­‑różowych, albo heliotrop podłużnych kopertach.
— Sen, sen — mówił sam do siebie. A Marya jawiła mu się w wyobraźni i pamięci kolejno w swoich jasnych i ciemnych sukniach, kapeluszach i czapeczkach, w najrozmaitszych porach dnia i w najrozmaitszych pozycyach, przypominały mu się jej słowa, jej uśmiechy i spojrzenia, wszystko to, co z nią przeszedł, wszystko to, czem żył od jej poznania, aż do chwili, kiedy stracił przytomność, cztery tygodnie temu. — Na zawsze, na zawsze... — powtarzał w duszy. I nagle, w tym bólu i w tym żalu porwała się w nim myśl, aby zniweczyć kompozycyę »Anioła śmierci« i ogarnęło go przerażenie, że może ją kto widział i choć nie było twarzy, domyślił się, kogo ma przedstawiać kobieta, depcąca człowieka i obnażająca się wyzywającym ruchem hetery.
— Tężel! — zawołał gorączkowo. — Czy widział kto ostatnią moją robotę?
— Nie; nimeśmy cię tu przynieśli z pokoju, gdzieś najpierw leżał, przykryłem ją pudłem.
— Przysuń to tu i odsłoń.
Tężel przysunął postument i zdjął pudło.
Rdzawicz począł się wpatrywać w swoją pracę. Powoli znikała mu z przed oczu idea, a poczęła go czarować sztuka. Wtapiał się w szczegóły wykonania artystycznego: szukał błędów i nie mógł ich znaleźć.
— Słuchaj — rzekł do Tężla — czy to ja zrobiłem?
— Jakto: czy ty? — spytał Tężel zdziwiony.
— Bo, zdaje mi się, że gdyby to robił Grek, nie mógłby lepiej zrobić; prawda?
— Ba! — rzekł Tężel z najmocniejszem przekonaniem. — Sam Myron byłby kontent.
— Czy czujesz tu cokolwiek innego, prócz ciała i draperyi? A przedewszystkiem, czy czujesz tu robotę?
Tężel nic nie odpowiedział, tylko patrzył na glinę okiem znawcy i rozentuzyazmowanego czciciela sztuki, Rdzawicz zaś wpatrywał się w swoje dzieło długo, nakoniec rzekł:
— Przykryj to i odsuń. Zdaje mi się, że zrobiłem tak, jakby zrobił Grek z piątego albo czwartego wieku przed Chrystusem w końcu dziewiętnastego wieku po Chrystusie. Poślemy to do »Salonu«. Jeżeli tam będzie lepsza rzeźba, pozwolę się powiesić. Poślę wszystko: »Dyannę«, »Centaury«, »Wampira«, skończę »Opuszczenie« i to. »Trucicielkę« odłożę na później, a »Drewski« jest za ciężki i masęby kosztował transport. Jeżeli nie dostanę wielkiego medalu złotego, nie biorę więcej dłuta do ręki, ani pędzla.
— Dadzą ci legię — rzekł Tężel znowu z najmocniejszem przekonaniem.
— »Anioła śmierci« można będzie zaraz odlać w gipsie. Dobrze, żem go skończył. Myślałem, że mnie dyabli wezmą, alem wytrzymał do ostatniego dotknięcia.
— To to się nazywa »Anioł śmierci«? — spytał Tężel, pozwalając sobie być zdumionym.
— Tak... może jeszcze dam inny tytuł... Bo ten rzeczywiście się nie tłómaczy... nie mów, że to tak nazwałem. Ale jest dobre, prawda?
— Dostaniesz legię, zobaczysz — powtórzył, jak pierwej, Tężel.
Rekonwalescencya trwała długo i Rdzawicz bardzo powoli do sił przychodził. Przerwicowa i Heimerthowa otaczały go taką opieką, iż tłómaczył im, że go na nic rozpieszczą. Zwłaszcza Heimerthowa, której środki pozwalały na to, obsypywała go kwiatami, sprowadzała mu ilustrowane dzieła za jakieś bajeczne sumy i czytywała mu całemi godzinami. Dowodziła mu przytem, że robi jej prawdziwą łaskę chorując, bo ma o kim myśleć i czem się zająć. Rdzawicz nie chciał jej zrobić przykrości i nie zapytywał się o męża, dowiedział się jednak, że bawi od dwóch miesięcy przeszło za granicą, w Londynie, Hamburgu i innych handlowych punktach Europy. O niej zaś powziął przekonanie, że jest ogromnie egzaltowaną.
Przychodził także często Łanowski, młody, dwudziestodwuletni rzeźbiarz, który przyjechał z Włoch, ładny, wiotki blondyn, o sentymentalnych, jasno­‑niebieskich oczach, zawsze bardzo smutny i bardzo cichy, tak melancholijny, że go pani Heimerthowa nazywała »pan cyprys«, albo »pan nenufar«. Zakochał się on zupełnie w Rdzawiczu, wpatrywał się w niego, jak w tęczę i mówił do niego »mistrzu«, czując się najszczęśliwszym, kiedy mógł mu podać wody do mycia, albo filiżankę z herbatą. Stworzyło się kółko, które codzień przed wieczorem zbierało się w dużej i odpowiednio urządzonej pracowni: Heimerthowa nazywała to causeries romaines od imienia Rdzawicza, a na wzór »Wieczorów florenckich«. Dni płynęły Rdzawiczowi cicho i ogromnie spokojnie: nie potrzebował się o nic troszczyć, o niczem myśleć i o nic starać. Czarodziejskie ręce pani Laury i baronowej Heimerthowej słały mu, jak mówił, »życie kwiatami«.
Przerwic, Morski i Kowal, który odłożył swój wyjazd do Australii, wpadali także często, a od powrotu ze wsi i Stosławski. Dysputowano i rozmawiano, a Rdzawicz z pewnem przerażeniem myślał o tem, że wkońcu powróci do zdrowia zupełnie, i że będzie musiał na nowo o sobie sam myśleć, a zarazem, że będzie się musiał przestać czuć osią pewnego kółka ludzi, jaką był teraz, jako chory. Ale wówczas rozglądał się po swojej pracowni i myślał, że przecież jednak zawsze pozostanie czemś, na co się patrzy, o czem się mówi, o co się i dba, i co ma swoje wyjątkowe prawa.
Unikano wszelkich drażliwych tematów, nic więc nie wiedział o Maryi; natomiast Przerwicowa opowiadała mu, że Rózia Rosieńska bardzo się często dowiaduje ze wsi (dokąd pojechała przed paru tygodniami, gdyż Ela nie chciała zostać dłużej): »czy panu Rdzawiczowi boli jeszcze głowa«, że Ela była trochę niezdrowa, ale teraz ma się już dobrze, i że pan Rosieński zaprasza ich do siebie, a wraz z nimi i Rdzawicza, jeżeliby mu lekarze kazali wyjechać gdzie na świeże wiejskie powietrze. Pani Rosieńskiej zrobiło się lepiej i wyjazd jej do kąpiel odłożono do jesieni. Rdzawicz polecił podziękować panu Rosieńskiemu, ale na propozycyę tę nie dał żadnej odpowiedzi. Uczuł pewną obawę spotkania Eli, o której nie mógł myśleć bez jakiejś przykrości i bez uczucia wielkiego niezadowolenia z samego siebie. Wrażenia, że uczynił tej dziewczynie jakąś krzywdę, że coś w niej splamił i czegoś w niej nadużył, nie mógł się pozbyć. Urok, jaki miała dla niego chwilowo, przeminął zupełnie; pamiętał, że była ładna, i że mu się podobała przez godzinę. O tem, co między nimi zaszło, musiał niewiedzieć nikt, Ela nie musiała nic mówić. Gdyby była mówiła źle, pan Rosieński nie byłby go zapraszał, a Lora dałaby mu to poznać. Ale swoją drogą nie mógł sobie wyobrazić, jakby spojrzał na tę pannę? Stu innym byłby spojrzał prosto w oczy, ale w tej czuł jakąś inną naturę, jak w stu innych, i to, co wobec innych wydawałoby mu się głupstwem, tu wydawało mu się krzywdą.
Pani Laura cieszyła się jak dziecko z tego, że będą jeździli konno i wózkami, pływali po jeziorze i bawili się z psami, których jest tam mnóstwo; dowodziła przytem pani Biszy, która wpadła na jeden dzień do Warszawy, że na wsi nastąpi niezawodnie porozumienie między Elą a Rdzawiczem, na co pani Bisza odpowiedziała jej, że ma na tym punkcie ćwieka w głowie i że z wyjazdu Rdzawicza do Rosieńskich może się wykłuć co, z czego nikt nie będzie kontent.
— Ale kiedy go sami zapraszają i ja wiem, że nie mieliby nic przeciwko temu — broniła się pani Laura.
— A ty się zaczynasz widocznie starzeć, kiedy ci takie miłe swatostwo.
— Moja droga — odpowiedziała pani Laura — każda z nas musi się czemś jeszcze zająć poza mężem. Ty masz dwoje dzieci, za pół roku będziesz miała trzecie, a ja nic. Wiesz, jak Jerzego kocham, ale przecież całego życia mi nie wypełnia, tak, jak ja jemu go nie wypełniam. On pisze i zdobywa sławę, a ja chciałabym zrobić coś dobrego. Robi się ludziom dobrze nie tylko ręką i nie tylko tym potrzeba ludzkiej pomocy, którzy nie mają co jeść. Rdzawicz w swojem porządnem ubraniu jest nieszczęśliwszy od wielu takich, co mieszkają po suterenach, albo nigdzie. Trzeba brać ludzi podług ich miary. Moja droga, to nie jest żadna chęć swatania ale zrobić kogoś szczęśliwym, to przecież jest miło; a jeżeli można, to jest obowiązek.
Pani Bisza pokręciła głową i powiedziała, że wszystko to jest bardzo piękne, ale że radzi, jak zawsze, być więcej ostrożną.
Tymczasem Rdzawicz, kiedy uczuł się już jako tako na siłach, pomimo zakazu lekarzy i perswazyj znajomych, począł pracować. Kazał odlać w gipsie »Anioła śmierci«, tak, jak był, z naznaczoną tylko twarzą kobiety, a nadto z forsownym pośpiechem wykończał »Opuszczenie«. Męczyło go to i wysilało, ale na wszelkie przełożenia, że może się rozchorować na nowo, nie zwracał uwagi. Jedna tylko Heimerthowa nie wstrzymywała go od roboty; owszem uważał, że ilekroć spotkał się z nią z potem na czole i wypiekami na twarzy, zdenerwowany i rozdrażniony, ona patrzy na niego z niezwykłem zajęciem i jakby z jakimś rodzajem entuzyazmu.
Raz powiedziała mu:
— Pan tworzy swojem życiem, jak Rafael, jak Byron, jak Chopin i Słowacki.
— Wszyscy młodo pomarli — odrzekł.
— Tak, ale to są najpoetyczniejsze postacie w sztuce.
— Kochankowie bogów umierają młodo — uśmiechnął się.
— Pan jesteś takim kochankiem bogów — rzekła z nieco melodramatycznem spojrzeniem.
— Życzy mi pani wczesnej śmierci?
Ona nic nie odpowiedziała, tylko otuliła się w cienki jak muślin, szal turecki i oparłszy głowę o poręcz fotelu, zapatrzyła się w niebo.
Forsowna praca nie doprowadziła wprawdzie do recydywy, ale rozdrażniła go do najwyższego stopnia. Począł nie znosić ludzi. Irytacyę potęgowało to, że wysłał był do secesyi monachijskiej oba swoje obrazy i wszystkie rzeźby, z wyjątkiem tylko nieskończonej »Trucicielki« i odlewu »Anioła śmierci«. Z rzeczami temi pojechał do Monachium Tężel, który nie chciał ich samych puścić, a nadto ciekawy był ostatniego ruchu secesyonistów. Rdzawicz nie cierpiał teraz niczyjego towarzystwa, z wyjątkiem Heimerthowej i Łanowskiego; zdawało mu się, że wszyscy inni nie rozumieją go, chcą z niego zrobić »filistra« i chcą go traktować, jak żeby był »urzędnikiem z banku dla handlu i przemysłu« albo »współwłaścicielem firmy korzennej«. Dostawało się za oczami nawet pani Laurze. W Heimerthowej miało dla niego urok to, że odgadywała w lot jego najdziksze fantazye i nie dziwiła się i nie sprzeciwiała żadnej. Nawet jej egzaltacya, która go z początku raziła trochę, zaczęła mu się podobać, jako przeciwieństwo do »filisterskiego rozsądku«. Łanowski zaś zastępował mu Tężla, mając dla niego to samo uwielbienie co tamten, tylko w daleko wytworniejszej formie.
O wyjeździe do Rosieńskich słyszeć teraz nie chciał i zapowiedział, że się nie ruszy, dopóki wiadomości z Monachium nie otrzyma, i że wogóle wątpi, aby na tę wieś pojechał. Przedewszystkiem szarpało nim to, że nie wiedział nic o Maryi; ostatniem z nią spotkaniem się, tem niespojrzeniem na niego, tą absolutną względem niego obojętnością, czuł się tak upokorzonym, że nie mógł się zdobyć na to, aby się o nią spytać. Zaczął wtedy przypuszczać, że jeźli miłość może być wielka, jak świat, to miłość własna może być jeszcze większa, i że jeżeli można przestać kochać, to się nigdy nie zapomni upokorzenia. Czy kochał jeszcze teraz Maryę? nie umiałby sobie był sam odpowiedzieć. Chwilami zdawało mu się, że tak, chwilami, że nie. O tem, że się przez nią uczuł upokorzonym, pamiętał ciągle i ciągle jednakowo. I zdawało mu się, że gdyby mogła tu być mowa o wybaczeniu, prędzej wybaczyłby jej to, że go rzuciła, niż to, że dała mu poznać, iż jest dla niej niczem. Teraz już upokarzało go to przed nim samym, że on o niej myśli i pamięta, ale zarazem czuł, że gdyby mu chciano tę myśl i pamięć wydrzeć, musianoby je z jego żył razem z krwią wytoczyć i razem z życiem mu je odebrać. Czy ją kochał jeszcze, nie wiedział; ale czuł, że do tej myśli i do tej pamięci, wżytej w jego istotę, jak część składowa jego organizmu, przywiązany jest najbardziej na świecie.
Wydobył portret Maryi z szuflady i kiedy był sam, wpatrywał się weń całemi godzinami, poczem na nowo chował go jak pierwej. Po każdem takiem patrzeniu rosła w nim tęsknota do niej i żal za nią. Z początku bronił się był uczuciom, odpędzał je, przypominał sobie spotkanie; ale teraz Marya stawała mu coraz częściej przed oczyma w tej pierwszej chwili, z ogniem na twarzy i zamarłem słowem na ustach, kiedy go pierwszy raz spostrzegła na raucie. Poddał się tęsknocie i żalowi.
Godzinami patrzał, zamknięty na klucz w pracowni, na swego »Anioła śmierci«, na blok marmuru, w którym go miał kuć, a który sprowadził, sprzedawszy Stosławskiemu naprzód »Trucicielkę«, i na portret Maryi, podług którego miał niegdyś modelować jej popiersie. I wydawało mu się, że życie jego całe ze wszystkiem, co w niem zaszło, od chwili poznania Maryi, to sen, że się zbudzi i odnajdzie takim, jak pierwej, kiedy rzeźbił »Dyannę« i »Miłosny uścisk centaurów«, uganiał się za ulicznemi pięknościami i kłócił z Tężlem, który go namawiał do umiarkowanego życia.
Co do Maryi przypuszczał, że prawdopodobnie jest już przynajmniej po słowie z Borzewskim; gdyby była po ślubie, niepodobieństwem było, aby się był o tem w jakikolwiek sposób nie dowiedział, mimo, że nie mówił z nikim o niej i nie czytał gazet, aby przypadkiem nie wyczytać ogłoszenia o jej zaręczynach, albo ślubie. Czuł jednak, że dłużej bez wiadomości żadnej po prostu nie wytrzyma. Ze swoich znajomych nie chciał mówić z nikim; jedyna osoba, z którą zdecydowałby się mówić, była Jadwiga Strzeliska. Ona jedna znała całą ich przeszłość, ona doprowadziła do tego, że dali sobie słowo, spojrzała nań wreszcie na raucie z takiem jakiemś rozumiejącem współczuciem. Nie zwlekał dłużej. Jeżeli jest w Kłężu, napisze do niej, jeżeli w Warszawie, będzie się chciał zobaczyć. Na szczęście dla jego gorączkowej niecierpliwości Strzeliska była w Warszawie, a na listowną prośbę, że chciałby się z nią koniecznie widzieć, odpowiedziała, że przyjdzie do niego do pracowni nazajutrz rano, i że zapewne będzie mu swobodniej mówić, jeżeli nikogo w niej nie zastanie, ale, że ona zresztą o to nie dba; dodała zarazem, że jest ciągle w Warszawie i dopytywała się o jego zdrowie, a nawet byłaby chętnie przychodziła go dozorować tak, jak inne panie, ale bała się drażnić go swoim widokiem, a przytem najpewniej dla tych samych względów byliby jej do niego nie dopuścili.
O tem, że Strzeliska dowiadywała się o niego w czasie choroby, nie mówiono mu naumyślnie nic, z zupełnie zrozumiałych przyczyn, ale wiadomość ta ujęła go bardzo; przyszło mu nawet na myśl, że może prosiła ją o to Marya i znów począł myśleć, że nie może być, aby w Maryi już nic dla niego nie pozostało, nie może być pomimo wszystko. Chęć Strzeliskiej przyjścia do pracowni nie zdziwiła go; pamiętał ją, że była gotową na wszystko, zuchwałą do zaawanturowania się, i że największą satysfakcyę sprawiało jej brawowanie opinii ludzkiej.
Oczekiwanie Strzeliskiej wprawiło go w stan ogromnego rozgorączkowania. Przez to, że miał się spotkać tak blizko z kimś tak blizkim Maryi i tego, co między nimi zaszło, uczuł się na nowo tak zbliżonym do swej przeszłości, że miał wrażenie, jakby cały okres po zerwaniu znikł w jego życiu. Wszystko, co dotyczyło jego i Maryi, poczęło występować z nadzwyczajną siłą i świeżością barwy w jego pamięci; zupełnie, jak żeby ktoś stary obraz z pyłu i prochu ocierał. Już teraz przypominał sobie nie tylko tualety Maryi, ale każdy nieledwie deseń na jej sukni; widział nie tylko jej spojrzenie, ale odróżniał prawie rzęsy nad jej oczami i zdawało mu się, że ją pamięta każdy włosek osobno; nietylko pamiętał jej ruchy, ale zdawało mu się, że widzi każde drgnięcie jej palca, jakie kiedykolwiek mógł spostrzec. Stanęła mu w oczach tak żywa, tak świeża, jak nigdy, nawet wtedy, kiedy za nią najbardziej tęsknił i kiedy wszystką moc duszy wtłaczał w pamięć i w wyobraźnię, aby ją sobie z daleka i straconą na zawsze, jak najżywszą odtworzyć. Widział puszek na jej twarzy i drobne błękitne żyłki na skroniach i biegnące ku szyi; tony kolorów na jej ręce i migdałki jej długich wązkich paznogci... zdawało mu się, że naprawdę mógłby ręce wyciągnąć, aby ją objąć i że mógłby malować, lub rzeźbić jej portret zupełnie tak, jak z żywej.
— Ty jej nie rzeźbisz z tego tam, ty ją masz w duszy... — powiedział mu niegdyś Tężel... tak dawno, tak dawno... kiedy Marya była jeszcze jego i kiedy mógł przysięgać, że nigdy niczyją inną nie będzie...
Anioła śmierci osłonił draperyą, portret zaś to chował, to wydobywał napowrót. Nie mógł się zdecydować, czy zostawić go przy Strzeliskiej, czy nie? Wyglądałoby to tak, jakby chciał, aby Strzeliska portret ten zobaczyła i powiedziała o nim Maryi, że wisi na ścianie, jako »dowód niewygasłej miłości«. Na ten frazes z tysiąca i jednego romansów, wzdrygał się z obrzydzenia. Czy jednak portret będzie wisiał, czy nie, wszystko jedno, bo najlepszym »dowodem niewygasłej miłości« jest to, że chce ze Strzeliską mówić o Maryi. Zresztą owszem, niech zobaczy ten portret na ścianie i niech opowie o nim; czy on ma się wstydzić tego, że kocha, on, który miał Maryę u swych kolan i któremu się do piersi cisnęła? Niech Marya wie o tem, że jej nie przestał kochać, jak przysiągł, że nie przestanie nigdy. Myśląc tak, choć sam do tego nie przyznawał się przed sobą, czuł, że jeżeli z jednej strony zależy mu na tem, aby wiedziała, że jej kochać nie przestał, to z drugiej strony sprawia mu satysfakcyę to, iż Marya będzie musiała uczuć wobec niego swoją niższość, swoją bądź co bądź, po czyjejkojwiek stronie faktyczna klęska, przegraną w tej kampanii. Można czasem zginąć, a zwyciężyć — właśnie tem, że się ginie.
Strzeliska zapowiedziała swoje przyjście do pracowni na godzinę dziesiątą rano; wstał o ósmej i przez cały ten czas usiłował się czemś zająć, aby czas skrócić i aby się uspokoić. Przemęczył się myślą, że będzie mówił o Maryi i nagle zaczęła się w nim budzić reakcya. Zaczęło mu się wydawać to wszystko przesadzone i niepotrzebne. Właściwie po co on się ze Strzeliską chce zobaczyć? Cokolwiekbądź Marya robi: nie jest dla niego, ani z myślą o nim. Czy jest już narzeczoną Borzewskiego, czy nie, ostatecznie nie wpłynie wcale na to, że jego narzeczoną być przestała, a w końcu rozpytywać się, czy panna, która mu rok temu zwróciła słowo, idzie za mąż, albo nie, i za kogo: jest nawet trochę śmieszne. Możeby jeszcze rewolwer położył na stole. Strzeliska jest waryatka, zawsze nią była i jest kontenta, że zdarza jej się zrobić coś tak pod włos konwenansowi, jak pójście panny samej jednej do prywatnego mieszkania młodego człowieka, bo pracownia, czy nie pracownia, zawsze to jest jego prywatne mieszkanie. Będzie to dla niej nowy dowód, że jest esprit fort, którym nie omieszka bryzgać w oczy światu przy każdej sposobności. Przytem nowa okazya »odgrywania roli w życiu wybitnych ludzi«, co było w jej stosunku do niego zawsze dosyć źle i niezręcznie ukrywaną intencyą i słabością; nakoniec wyższe, bo nieinteresowane osobiście stanowisko między dwojgiem, co zawsze lubiła. Że pocałowała go w palec, kiedy siedział u stóp Maryi, to jest fakt, ale że potem roztaczała nad nimi z góry opiekuńcze skrzydła z ogromną satysfakcyą właśnie dlatego, że z góry, to także fakt.
Cała ta Jadwiga Strzeliska razem ze swojem espriforstwem jest niesmaczna. Z pewnością mogła w stu innych miejscach oznaczyć mu rendez­‑vous, nie właśnie w jego pracowni o dziesiątej rano, a najstosowniejby zrobiła, żeby mu była odpisała, że wcale nie widzi powodu, dla którego mieliby z sobą mówić. Wszystko, co ona robi, robi dla pozy i dlatego, żeby o niej gadali, byłaby przychodziła go dozorować podczas choroby. Najlepiejby było, żeby wcale teraz nie przyszła. Możnaby do niej napisać, aby się wstrzymała ze swoją wizytą w jego atelier o dziesiątej rano. I ten portret na ścianie, ta cała afiszerya... wszystko to razem jest przedewszystkiem śmieszne. Przeprosi Strzeliską, że pisał do niej w rozdrażnieniu, że właściwie nie ma się o co jej pytać, i wytłómaczy, że wskutek choroby i zmęczenia, czasem nie zdaje sobie jeszcze dobrze sprawy z tego, co robi. Sięgnął ku ścianie, aby zdjąć portret i schować go; ale kiedy położył go na stole, ciemno­‑szafirowe o złocistym blasku oczy Maryi spojrzały nań — i opadł na krzesło, opierając czoło na ściśniętych pięściach. Oczy Maryi spojrzały mu w głąb duszy, w której odezwał się ból silniejszy, niż wszystko.
W tej chwili usłyszał pukanie: zerwał się i odwrócił portret twarzą do stołu. Czuł, jak oblewa go gorąco.
W ciemnej sukni i w ciemnym kapeluszu, dosyć wysoka i szczupła, weszła Jadwiga Strzeliska, nieco bledsza niż zwykle.
Rdzawicz skłonił się jej, podszedł ku niej i podali sobie ręce, a Jadwiga dała mu w swoim delikatnym uścisku tyle serdecznego ciepła, że ujęty od razu ścisnął jej rękę raz drugi, z całem wylaniem człowieka, który się czuje słabszy i któremu okazują współczucie.
Powiedzieli sobie wszystko: wiedział, że Jadwiga nie potrzebuje się pytać, po co przyszła?
Usiadła na podanem krześle i rzuciła okiem po pracowni; Rdzawicz widział, że mimo całego wrodzonego zuchwalstwa i pasyi do brawury, czuje się cokolwiek zażenowaną. Trwało to jednak bardzo krótko: z zupełną swobodą zapytała go:
— Jakże się pan ma?
Odpowiedział jej, że teraz już prawie zupełnie dobrze, tylko, że się czuje zmęczonym.
— Ładnie tu jest — mówiła dalej. — Pana może dziwi, że wybrałam pańską pracownię, ale zdawało mi się, że tu będzie najswobodniej, zresztą dlaczegóż mieliśmy szukać innego punktu, kiedy mieliśmy ten. Nikt mnie nawet nie widział, jakem tu szła, a gdyby i widział, to mi wszystko jedno. Babcia, która jest w Warszawie, jest przekonana, że poszłam do kościoła i jest zachwycona. Powiem jej, że byłam na całej mszy i że modliłam się specyalnie do świętej Teresy, bo to jej ulubiona święta.
Rdzawiczowi wydały się i ten ton, jakim Strzeliska mówiła, za pospolicie cyniczny, i to, co mówiła, niesmaczne; być może jednak, że po prostu chciała zrobić jakikolwiek wstęp do rozmowy. Jemu zaś wszystko, o co chciał pytać, uwięzło w gardle.
— Co pan tam ma? — spytała, wskazując głową odkrytego Anioła śmierci.
Jemu błysnęła nagle myśl, że tak będzie najlepiej: wstał i odsłonił grupę.
Jadwiga podniosła się z krzesła, podeszła i poczęła patrzeć.
— Rozumiem tak, jak rozumiałam Wampira — powiedziała smutno i ze współczuciem.
— Niechże mi teraz pani powie — — rzekł Rdzawicz, przysuwając jej krzesło.
— Jest narzeczoną.
Rdzawicz uczuł, że ogień uderza mu w głowę, ale zarazem zdziwił się, pierwsze uczucie bowiem nie było bolesne, ale przeciwnie, jakby przynoszące ulgę po długiem cierpieniu. W jednej sekundzie przemknęły mu myśli: a więc skończyło się, zapadło i trzeba skończyć... Jakby odetchnął po zrzuceniu z ramion wielkiego ciężaru i jakby jakieś dawne swobodne życie znów otwierało się przed nim. Bądź co bądź, przecież jest dno w tej przepaści. Blada i czysta twarz Eli Rosieńskiej zamajaczyła mu w oczach.
— Borzewskiego — rzekł prawie swobodnie.
— Nie, Kołolaskiego — odparła Strzeliska.
Rdzawicz cofnął się. Nie mógł zrozumieć.
— Co? co? — zapytał.
— Kołolaskiego — powtórzyła.
— Jakto? Tego grubego, niemłodego blondyna z pod Klecka?
— Tak. Tego.
— Jakże się to stało? Kiedy?
— Przed dwoma tygodniami.
— A cóż Borzewski?
— Niema go teraz w Warszawie.
— Wszakże on się kochał w niej?
— Tak, nawet bardzo.
— Przecież i ona w nim?
— Tak, i jeszcze się kocha.
— No, więc dlaczegóż się tak stało?
— Bo nie mogło być inaczej. Zresztą to ja zrobiłam — rzekła spokojnie Strzeliska.
— Pani?! Ale dlaczegóż?
— Mówię panu, że nie mogło być inaczej. Borzewski zbankrutował ze szczętem.
Rdzawicz doznał jakiegoś wrażenia satysfakcyi i przyjemności.
— Jak pan zapewne słyszał — mówiła dalej Strzeliska — założył on hutę szklaną do spółki z Siodłowskim z Ukrainy i kniaziem Mojwiłłem. Spółka była tego rodzaju, że Borzewski i Siodłowski dawali pieniądze, a Mojwiłł, który oprócz tytułu kniaziowskiego, nic nie ma, ale się specyalnie kształcił za granicą, miał być dyrektorem technicznym. Tymczasem Siodłowskiemu, który jest milioner i fantastyk, odechciało się nagle huty szklanej, w której przyszłość przestał wierzyć, pokłócił się z Borzewskim i skorzystawszy z jakiegoś punktu rozwiązalności kontraktu, podobno nawet niezupełnie formalnie pieniądze wycofał. Borzewski pozostał sam, z mocno zachwianem zaufaniem u ludzi do całego interesu. Zaczął forsować i zaangażował majątek swojej rodziny, na który zaciągnął dług. Nagle stary papa Borzewski, który jest ramolciowaty, wpadł ni stąd ni zowąd na pomysł spróbowania szczęścia na giełdzie w Kijowie, aby synowi dopomóc, i w przeciągu trzech dni uwinął się z siedmdziesięciu tysiącami rubli. Borzewskiemu usunęła się teraz ziemia pod nogami i postąpił lekkomyślnie nad wszelki wyraz: zaangażował w przedsiębiorstwo kapitał trzech swoich małoletnich sióstr stryjecznych, którym zawiadywał w zastępstwie ojca: sto dwadzieścia tysięcy.
— Pani to nazywa lekkomyślnością? — wtrącił Rdzawicz trochę zdziwiony. — Przecież to kryminałem pachnie.
— On był pewny, że wyratuje tymi pieniędzmi siebie i cały majątek i zwróci wszystko. Byłby był może i wybrnął, gdyby był siedział na Ukrainie i pilnował interesu, ale on siedział w Warszawie, bo się kochał w Maryni, a tymczasem Mojwiłł, który, jak się pokazało, nie wiele się różni od swoich kuzynów, tych, co to ich wyprosili z klubu w Kijowie, pieniądze te częścią przegrał i przehulał, a w części znikły; zdaje się, po prostu schował je do kieszeni. Zdaje się, że miarkował, skąd te pieniądze pochodzą i że trudno będzie bardzo się o nie upominać; Borzewski mu naturalnie wytoczyć procesu nie mógł, bo musiałby się zdemaskować. Ostatecznie, sprzedawszy wszystko, co mieli, zdołał dziewięćdziesiąt tysięcy swoim siostrom stryjecznym zwrócić, ale poza tem pozostał literalnie bez grosza. Ziemia poszła na licytacyę, oba zaś domy w Kijowie i wybudowaną już hutę szklanną nabył milioner kijowski, ochrzczony przed dwunastu laty Salomon Goldfeld.
— Kiedyż się to wszystko stało?
— W przeciągu ostatniego pół roku. Kiedy Borzewski poznał Maryę, już interesy jego majątkowe były nadwerężone, bo to było podczas wycofywania się Siodłowskiego, choć o tem jeszcze nie wiedziano, Siodłowski bowiem zgodził się, aby nie podkopywać od razu sprawy, do czasu z rozgłoszeniem swego cofnięcia się wstrzymać. Ojcu mojemu mówili znajomi prawnicy, że Borzewski mógł właściwie Siodłowskiego do utrzymania kontraktu procesem zmusić, ale on nie miał wtenczas do tego głowy, bo się kochał w Maryni. Podobno włosy na głowie stają, jak on to wszystko prowadził, z jaką szaloną rozrzutnością, lekkomyślnością, łatwowiernością i zupełnie bajeczną nieznajomością rzeczy. Przytem oni podobno żyli szalenie nad stan i jak mówią, połowa tego, co wydawali, szła z kapitału i z pożyczek. Tak więc, pewnego pięknego poranku, piękny i »niezwyciężony« Borzewski znalazł się bez grosza, pod grozą kryminalnego procesu za sprzeniewierzenie trzydziestu tysięcy z sumy małoletnich.
Rdzawicz zauważył, że Strzeliska wymawia ostatnie słowa z pewną, niezupełnie skrywaną satysfakcyą.
— Czy był już po słowie z Maryą? — spytał.
— Na szczęście dla niej po cichem, tak, że o tem, prócz mnie, nikt nie wiedział... Chciał się uroczyście oświadczyć dopiero wtedy, kiedyby mówiono, że panna Tyżwiecka idzie za milionera, bo, jak twierdził, ona tylko za milionera iść powinna, a potem zaraz w kilka tygodni miał być ślub. On projektował ślub na październik.
— Jakże, tak w paru miesiącach chciał zrobić miliony?
— Nie, ale do tego czasu fabryka miała już dawać wszelką gwarancyę, że je zrobi. On był tego najpewniejszy, nawet po wycofaniu się Siodłowskiego, dopóki ojciec nie przegrał na giełdzie.
— No tak, ale jeszcze z tego wszystkiego nie rozumiem, dlaczego Marya jest narzeczoną Kołolaskiego?
— Niechże pan czeka. Borzewski oświadczył się Maryi w sekrecie na owym raucie, na którym pan nas spotkał, a na którym uprosił, żebyśmy były, bo miałyśmy tego dnia wyjechać. Na tym samym raucie oświadczył się jej także Kołolaski, któremu odmówiła, nic jednak nie mówiąc mu o Borzewskim. Marya nie chciała już wyjeżdżać, wynalazła powód, że jest niezdrowa i została u ciotki Porzelskiej, a ja z nią. W trzy tygodnie może po owym raucie, Borzewski, który w dziesięć dni po oświadczeniu się wyjechał, wraca do Warszawy, wpada do nas mocno pomieszany i prosi mnie, bo pierwszą mnie spotkał, że chce koniecznie mówić z Maryą na osobności. Domyśliłam się, że coś złego, bo o jego finansowych stosunkach mówiono coraz gorzej i nawet ciotka Porzelska przestała już o nim mówić: pan Stanisław, tylko: pan Borzewski, — i czując, że mogę być potrzebną, usiadłam w drugim pokoju, obok salonu, do którego go wpuściłam. Ciotki nie było w domu. Nie wiem, czy zamienili piętnaście słów z Maryą, kiedy Borzewski wypada, wołając: wody! — bo Marya zemdlała. Otrzeźwiliśmy ją i otóż co się stało: Borzewski przyszedł z rewolwerem w kieszeni pożegnać się z nią, postanowił sobie bowiem w łeb palnąć.
— Ten świetny Borzewski? — rzekł Rdzawicz przypominając sobie pięknego blondyna z dużymi wąsami.
— Ten świetny Borzewski — powtórzyła Strzeliska. — Wtenczas Marya zrobiła to, co była zrobić powinna: padła przed nim na kolana i zaklęła go na wszystkie świętości, aby przyjął jej posag, który miał być przecież za kilka miesięcy jego własnością, i pokrył z niego to, czego brak w sumie jego sióstr małoletnich. On z początku o tem słyszeć nie chciał, potem, pod grozą, że jeżeli nie przyjmie, to ona się otruje, zgodził się.
Rdzawicza począł wstrząsać nerwowy dreszcz i kurcz ścisnął mu gardło: zdjął go niewypowiedziany żal nad Maryą, a zarazem niewypowiedziany żal, że tyle miłości i tyle poświęcenia z jej strony odbierał kto inny, nie on; względem Borzewskiego zaś burzyła się w nim niechęć, gniew, że Marya przez niego cierpi, i zazdrość, silniejsza, niż wszystkie inne uczucia.
— Było to jednak łatwiej przyrzec, niż zrobić — mówiła dalej Strzeliska — gdyż Marya nie jest jeszcze pełnoletnią, a ojciec mój, do którego uproszona przez nią pisałam, a który administruje jej majątkiem, oświadczył mi wręcz, że odda powierzony sobie posag Maryi albo jej, kiedy dojdzie do pełnoletności, to jest za czternaście miesięcy, albo jej mężowi, jeżeli przedtem za mąż pójdzie.
Pytał się także, dlaczego Marynia chce podjąć tak znaczną część posagu, a my naturalnie nie mogłyśmy powiedzieć, żeby Borzewskiego nie kompromitować. Tymczasem zachodziła obawa, że rada familijna, opiekująca się jego siostrami stryjecznemi, lada dzień się zbierze i jako od bankruta zażąda zwrotu powierzonych mu stu dwudziestu tysięcy. Mnie się zaś zdaje po prostu, że rada familijna wiedziała, co się stało i nie zbierała się naumyślnie dla uniknienia skandalu w rodzinie, mając nadzieję, że Borzewski jakoś tę rzecz załata. Wszyscy wiedzieli, że on ma nieodparty czar dla kobiet, i że przy swoich warunkach, może się jeszcze, mimo bankructwa, majętnie ożenić. Zrobiło się głośno, że szalenie się w nim kocha córka owego Goldfelda, o którym panu wspominałam, za którą ojciec dawał gotówką coś dwakroć, czy trzykroć, a marzył o tem, żeby poszła za szlachcica i mówił wprost, że jego córka jest taka »świrża«, że tylko może pójść za »zbankrutowane ski« i on jest na to przygotowany. Cała familia zaczęła teraz Borzewskiego przeć do tego, aby się ożenił z Goldfeldówną; co on im tam mówił, nie wiem, ale nam przysięgał, że się z nią nigdy i za nic nie ożeni, i że bądź co bądź musi sobie w łeb palnąć, bo tego, żeby mu wytoczono kryminalny proces i nazwano złodziejem, nie przeżyje, a Marya już i tak dla niego stracona, więc nie ma po co żyć i tym podobne.
— A Marya? — zapytał Rdzawicz, którego twarz piekła, jak w gorączce.
— Marynia rozpaczała. Iść za Borzewskiego, który miał na głowie teraz utrzymanie siebie i całej rodziny zrujnowanej do ostatniego i zostać, po zapłaceniu owego deficytu trzydziestu tysięcy, z jakimiś dwunastu tysiącami, to znaczyło skazać się na ostatnią nędzę. Borzewski zaczął się wprawdzie zaraz starać o posadę, ale on kończył wydział historyczno­‑literacki w Berlinie i o niczem praktycznem pojęcia nie ma. Nigdzie nic znaleźć nie mógł, jedynie Goldfeld ofiarował mu posadę swego sekretarza, z pensyą dwóch tysięcy rocznie: ofiarowała mu ją raczej panna Goldfeldówna, która krzesze ojcu, zupełnie ordynarnemu żydowi, kołki na głowie. Naturalnie Borzewski, ożeniony z panną Tyżwiecką, tej posady nie byłby dostał. Wtenczas ja postanowiłam ująć wszystko w rękę. Wystawiłam Maryni, że skazać się dobrowolnie na nędzę, byłoby ostatniem głupstwem z jej strony. Ona z początku wołała, że woli suchy chleb z Borzewskim, niż z innym miliony, ale powoli zaczęła się tej nędzy bać. Wtedy ja poddałam jej plan następujący: zmuś Borzewskiego, żeby się ożenił z Goldfeldówną, przez co wyratuje nie tylko siebie, ale swoją opinię i całą swoją rodzinę, ty zaś idź za Kołolaskiego. Innej drogi niema przed wami. Będziecie mogli wtenczas robić, co się wam spodoba. Kołolaski jest niemłody i ogromnie głupi, nie spostrzeże, a choćby spostrzegł, nie uwierzy. Każdy inny człowiekby cię krępował; on zaś jest jak stworzony na to, co go czeka. Borzewski zaś jest dosyć sprytny, aby swojej żydówce oczy zamydlić.
— Ależ to jest potworne! — krzyknął Rdzawicz, który doznał takiego uczucia wstrętu względem Strzeliskiej, że ledwo się wstrzymał, aby jej nie porwać za ramiona i za drzwi nie wyrzucić. — To jest potworne! Pani chyba nie wie, co pani radziła Maryi! I ona chyba tego nie rozumie!
— Owszem, panie — odpowiedziała Strzeliska — i ja wiem i ona rozumiała. Przedewszystkiem zapomina pan o tem, albo pan nigdy tego nie spostrzegł, że Marynia naprawdę nie kocha nikogo i nic, tylko swoją urodę i to, że się ludzie w tej urodzie kochają. Poza tem są w niej tylko nerwy. Byłaby oddała bez wątpienia swój posag Borzewskiemu, ale to nie serce ją to do tego popchnęło, tylko nerwy.
— Dlaczego pani o niej tak mówi? — przerwał jej Rdzawicz, zewnętrznie oburzony, wewnętrznie jednak czując, że Strzeliska ma racyę.
— Bo ją znam. Marynia wahała się czas jakiś, ale jakem jej wystawiła, że to ona właściwie zgubiła Borzewskiego, kokietując go i włócząc z rautu na raut, z balu na bal, zamiast kazać mu pilnować interesów, i że zmarnuje go do reszty, albo zmusi do odebrania sobie życia, przystała na to, żeby się ożenił z Goldfeldówną. Tylko o swojem małżeństwie z Kołolaskim słyszeć nie chciała. Oświadczyła, że zostanie starą panną. Ledwo jej wyperswadowałam, że lepiej z siebie zrobić tę małą ofiarę i pójść za Kołolaskiego, który, między nami mówiąc, jest bardzo dobry człowiek i ma wadę sercową, niż narazić się na skandal, albo, co gorzej, zmarnować życie; że zaś lepszego męża w danej sytuacyi ze świecą nie znajdzie. Ostatecznie przekonałam ją.
— Zgodziła się? — spytał Rdzawicz głosem tak głuchym, jakiego u siebie nie słyszał nigdy, i mając uczucie, jak żeby mu w piersiach woda ostre głazy przewracała.
— Zgodziła. Marynia jest nerwowa, wrażliwa, rządzi się chwilą, ale nie jest głupia. Tylko z nim była straszna bieda. Wołał, że sobie w łeb palnie i Marya musiała go znów na klęczkach prosić, aby zrobił, co rozsądek każe i co jest jedynym ratunkiem dla niego, a jedyną drogą wyjścia dla obojga. Ja mu tłómaczyłam, że ponieważ nikt nie wie o tem, że byli z Marynią po słowie, a Kołolaski kręcił się koło niej równie jak on, i nawet dawniej, więc to nie spadnie z nieba, wyda się zaś całkiem naturalnem, że panna ze średnim posagiem woli iść za człowieka majętnego, niż bankruta, a jeszcze naturalniejszem, że się ktoś zbankrutowany ratuje bogatym maryażem, tem bardziej, gdy jest taka pyszna odpowiedź, że się ulega presyi ze strony rodziny i poświęca dla niej. Wyjdziesz pan jeszcze na bohatera — powiedziałam Borzewskiemu, któremu teraz przedewszystkiem o to chodziło, co ludzie powiedzą, którzy wiedzieli, że się kocha w Maryni. Co do niej, gdy się raz zdecydowała, to jak u niej zawsze, trzeba ją było wstrzymywać od pośpiechu, aby uniknąć jakichś podejrzeń. Kołolaski, po odmowie przestał bywać, trzeba go więc było na nowo ściągnąć, cośmy z ciotką Porzelską zrobiły bardzo prędko, rozgłosiwszy przedtem szeroko, że się już raz oświadczał, a Marynia podczas pierwszej wizyty powiedziała mu, że się namyśliła i jest gotowa pójść za niego za mąż, byle zaraz.
— A cóż Borzewski?
— Wyprawiłyśmy go do Kijowa do Goldfeldów, nie był bowiem pewny i od czasu do czasu odgrażał się, że naprzód zastrzeli Kołolaskiego, a potem siebie.
— A Kołolaski?
— Padł Maryni do nóg i rozpłakał się, a potem ciotce Porzelskiej do nóg, mnie do nóg, myślałam, że nakoniec i służącą uhonoruje. Pytał się o Borzewskiego, o którym był przekonany, że Marynia jest nim zajęta i że dlatego mu odmówiła — każdy mężczyzna jest głupi — ale ja odpowiedziałam mu za nią, że istotnie podobał jej się z urody, ale że dowiedziała się o nim, że jest lekkomyślny i to ją do niego zraziło, a nadto że rodzina prze go do bogatego maryażu dla ratowania sytuacyi majątkowej, więc Marynia, gdyby nawet kochała — o czem niema mowy — cofnęłaby się przed wolą familii. Niech pan sobie wyobrazi, że ten głupiec padł znowu wszystkim trzem do nóg i nazwał nas aniołami. Na pytanie zaś jego o Borzewskiego, w którego miłość dla Maryni mocno wierzył, odpowiedziała bardzo sprytnie ciotka Porzelska, że właśnie to Marynię przedewszystkiem do niego zraziło, że się dowiedziała, iż namyśla się między nią a Goldfeldówną.
Rdzawicz tupnął nogą i krzyknął z oburzeniem:
— A cóż Marya na te wszystkie kłamstwa i oszustwa?!
Strzeliska, którą rozgrzało długie mówienie, pobladła nieco i powiedziała z wyrozumiewającą i pobłażliwą godnością osoby wyżej rozwiniętej, niż ten, który mógłby ją obrazić, ale jej nie obraża:
— Używa pan za drastycznych wyrażeń, albo je pan nie dobrze rozumie. To są rzeczy codzienne w życiu.
— Przepraszam panią — rzekł zimno Rdzawicz, który chciał się wszystkiego do końca dowiedzieć. — Więc cóż Marya?
— Marynia po wyjściu Kołolaskiego dostała serdecznego śmiechu, w którym nie można jej było uspokoić, i wkońcu spazmów. Ona jest za nerwowa.
— Państwo ją zabijacie, tę biedną Marynię.
— Nie panie, serdeczny śmiech i spazmy nie są rzadkością u panien z jej usposobieniem. Nie była nawet wtedy zupełnie zdrowa, wie pan... Pamięta pan, że ona koło dwudziestego piątego bywa zawsze rozdrażniona... Stała się potem jeszcze awantura. Oto ni stąd ni zowąd, już po zaręczynach Maryni z Kołolaskim, po zamienieniu pierścionków, zjawia się Borzewski i mówi, że on się w żaden sposób na to nie zgodzi, że Kołolaskiego zastrzeli, Maryę, Goldfeldównę, wszystkich. Jak dziki człowiek. Zerwał Maryni obrączkę zaręczynową z palca, a ona, na którą on istotnie ogromne wywiera wrażenie, ze swoją naturą wrażliwą i poddającą się łatwo, już na jego rozkaz wzięła pióro, aby napisać do Kołolaskiego, że wraca słowo. Dopiero ja powstałam na Borzewskiego. Powiedziałam mu, że co on sobie myśli z tem wszystkiem? Czy może chce, żeby Marynia była jego kochanką i naraziła się przez niego na skandal? Czy też ma iść do klasztoru i z za kraty wyglądać, jak pan Borzewski jedzie w powozie obok pani Borzewskiej née Goldfeld i rozgląda się za ładnemi dziewczętami? Wtenczas on porwał się za głowę i zaczął krzyczeć, że pójdzie do Kołolaskiego w służbę, że może go do czyszczenia butów przyjmie, ale że on go zabije, że nie dopuści do tego, żeby Marynia była tamtego żoną — no, co gadał, trudno nawet powtórzyć, zupełny waryat, jak wy wszyscy zresztą jesteście. Marynia znowu zemdlała; przeląkł się strasznie, a ja zaczęłam mu wprost w oczy wyrzucać, że chce tę dziewczynę zabić, że ją zadręcza, że ona dość z siebie ofiary robi, idąc za Kołolaskiego, bo przecież ze swoją urodą mogłaby iść inaczej za mąż, najświetniej, tylko wtedy mogłoby jemu być trudniej z tej urody korzystać, że powinien to umieć ocenić i uszanować.
— Niech pani przynajmniej tych słów nie używa — przerwał jej Rdzawicz. — Teraz ja pani powiem, ze ich pani nie rozumie chyba.
Strzeliska popatrzyła nań uważnie, potem uśmiechnęła się dobrotliwie i rzekła:
— Panie Romanie, jakie pan jest jeszcze dziecko.
On zmieszał się: spokój, pewność siebie Strzeliskiej i ten ton wyższości, jaki wobec niego przybierała, kiedy się ścierali w zdaniu, zbiły go z tropu. Ona zaś patrzała na niego ciągle z tym samym uśmiechem, jak na dziecko, które już jest w tym wieku, że powinno coś zrozumieć, a nie rozumie i przez to jest zabawne
— Chce pan, żebym panu dalej mówiła? — spytała po chwili. — Choć właściwie historya już skończona.
— Cóż wtedy Borzewski?
— Wyleciał, jak waryat, podobno prosto na kolej i napisał w tydzień do Maryi z Kijowa, że jest po słowie z panną Goldfeldówną, że teść na uregulowanie interesów przedślubnych dał mu piętnaście tysięcy rubli, z czego on dziesięć zaraz dołączył do nadwerężonej sumy nieletnich, a dwadzieścia udało mu się pożyczyć, jako przyszłemu zięciowi Goldfelda, tak, że już nic nie jest winien i nic mu nie grozi, ale że czuje się tak nieszczęśliwym, że nie ma ochoty żyć, że w miłość jej dla siebie nie wierzy, i że najlepiejby było, gdyby sobie życie odebrał. Marynia rozpłakała się nad tym listem tak, że jej utulić nie mogłam, i odtelegrafowała: Wierz mi. Tylko dla ciebie, dla nas obojga, robię to, co robię. — Ja jej podyktowałam.
— Ona go jednak szalenie kocha — rzekł jakby do siebie Rdzawicz.
— Marynia? Ona kocha swoją urodę i swoją przyjemność i urodę Borzewskiego.
Wtenczas Rdzawicz popatrzył uważnie na Strzeliską; miała widocznie satysfakcyę w tem wszystkiem, co mówiła, jak mówiła i że mówiła to właśnie jemu.
— Jest przedewszystkiem zazdrosna o Maryę — pomyślał — zazdrosna o jej piękność, o jej szczęście do ludzi, powodzenie i tryumfy i może sama sobie nie chce tego powiedzieć, ale cieszy ją ten bądź co bądź straszliwy upadek Maryi. Sama zresztą kierowała ją do tego.
— Co pan myśli? — spytała Jadwiga, którą widocznie zastanowił sposób, w jaki Rdzawicz patrzał na nią, spoglądając mu bystro w oczy.
— Myślę, że pani jest bardzo mądra — odpowiedział.
— Nieraz mi to pan mówił... dawniej.
— Tak, mówiłem pani. Kiedyśmy jednak zaczęli mówić o rzeczach dawnych, niech pani mi powie, co znaczyły owe słowa pani, że ja szukam daleko, nie widząc, co mam blizko siebie? Pamięta pani?
Jadwiga zaczerwieniła się, ale nie tracąc zwykłego spokoju i pewności siebie, spytała:
— Czy pan przypuszczał, że Marya kiedykolwiek pana kochała naprawdę?
— Łudziłem się. Wiem od dawna, że nie kochała mnie nigdy.
— Tak. Pan ją zajął tak swoją artystyczną naturą, jak Borzewski swoją urodą i wdziękiem. Być może nawet, że gdybyście się byli nie rozeszli i pan znalazł się jakimś cudem w sytuacyi Borzewskiego, zrobiłaby dla pana to samo, co dla niego.
— To jest?
— Poszłaby za Kołolaskiego i gotowaby była ofiarować panu swój posag.
Rdzawicz wzdrygnął się.
— Niech pani nawet nie mówi o tem! To jest więcej, niż wstrętne! Czy pani przypuszcza, że jabym się tak samo w tej sprawie zachował jak Borzewski? Że naprzód sięgnąłbym do kasy małoletnich, potem sprzedał się za pieniądze, a nakoniec, korona wszystkiego, zgodziłbym się na to, aby kochana przezemnie kobieta szła za mąż za niedołęgę dlatego, żeby mi w stosunku z nią nikt nie przeszkadzał?! Marya jest słaba i bierna, ale Borzewski jest podły i to wszystko jest ohydne.
— Piękny i »niezwyciężony« Borzewski — bąknęła półgłosem Strzeliska.
— Borzewski jest podły! — powtórzył Rdzawicz. — Żaden porządny człowiek nie powinien mu ręki podać. I dla takiego człowieka, dla takiego szubrawca, taka kobieta, jak Marya zaczyna życie od zbrodni!
— Deklamacye — wzruszyła ramionami Strzeliska.
— Może w innym wypadku nazwałbym to inaczej, w tym nazywam to zbrodnią, słyszy pani?!
— Bo pan kocha Marynię.
— Borzewski się był powinien jej zrzec!
— Kiedy ona się go zrzec nie chciała. Panie Romanie, dla jakichś zasad, przesądów i względów moralnych, zrzekać się człowieka, którego się kocha i jedynej prawie satysfakcyi w życiu? Nie, to byłoby za wiele, przyznasz pan.
Spokój i pewność siebie Strzeliskiej zachwiały znów Rdzawiczem; zresztą ona mówiła tylko to, o co on sam sto razy kłócił się z twardo moralnym Tężlem.
— Więc co miało to znaczyć, co mi pani wtenczas powiedziała? — spytał, aby odwrócić rozmowę, brakło mu bowiem odpowiedzi.
Strzeliska uśmiechnęła się, spoglądając nań z góry i rzekła:
— Oto to, że pan szukałeś miłości w Maryni, w której jej pan nie mogłeś znaleźć i ja już wtenczas wiedziałam, że pan nie znajdziesz, a nie chciałeś pan widzieć, że przy panu jest kobieta, która miała dla pana prawdziwą, szczerą przyjaźń.
Rdzawicz miał ochotę powiedzieć: A ja wiem, że tej kobiecie chodziło przedewszystkiem o to, że ja jestem u stóp jej kuzynki, a nie jej — ale się wstrzymał. Jadwiga byłaby wtedy z pewnością wyszła, a on chciał z nią jeszcze mówić. Pominął więc tę kwestyę milczeniem i spytał:
— Dlaczego nas pani zbliżyła do siebie i powiedziała nam wkońcu, abyśmy się pobrali, kiedy się kochamy?
— Mnie samej zdawało się wtedy na chwilę, że Marya pana kocha. To był mój fałszywy krok.
— Wszak z panią musiała mówić o mnie?
— Mówiła, że pana kocha, a najczęściej, że jej się tak przynajmniej zdaje.
Rdzawicz umilkł na chwilę, potem spytał:
— Niech pani mi powie, co się z nią działo po zerwaniu ze mną?
— Pyta pan o to na końcu, a wszakże, żeby się tego dowiedzieć, chciał się pan widzieć ze mną; czy nie? Wy wszyscy jesteście zawsze najciekawsi, co się działo poza waszemi plecami z kobietą, którą wyście porzucili, albo która was porzuciła. Marya była przez pewien czas ciężko strapiona. Wyrzucała sobie, że pana skrzywdziła, że postąpiła sobie z panem niegodnie, że pan jej nigdy nie powinien i nie może wybaczyć...
— Dlaczego ona ze mną właściwie naprawdę zerwała? — przerwał jej Rdzawicz.
— Przedewszystkiem i najbardziej dlatego, że jej się przestało zdawać, że pana kocha. Później, jeżeli pan ciekawy, zaczęła się uspokajać, w parę miesięcy jeszcze się czasem zastanawiała: »co może robić ten biedny Rdzawicz?« — a w pół roku zdaje mi się, że już niedobrze pamiętała pańskie nazwisko. Widzę, że panu jest bardzo przykro, ale mówię panu szczerze, tak, jak pan tego przecież chce odemnie.
— Tak, dziękuję pani — odparł Rdzawicz, usiłując opanować dotkliwy ból. — Wiedziałem zresztą, że tak było, że nie mogło być inaczej. Ale niech pani mi powie jeszcze, czy ona z Borzewskim była taka sama jak ze mną?
— Nie, bo on był inny. Pan jest artysta, a on jest człowiek światowy, niemający najmniejszego pojęcia o tych subtelnościach w uczuciu, jak pan, ale mogący się daleko więcej podobać kobiecie.
— Marya go o wiele więcej kochała, niż mnie kiedykolwiek kochała, prawda?
— Marya Borzewskiego kocha o tyle, o ile tylko wogóle ona kochać potrafi. Na nią działa przedewszystkiem u mężczyzny świetność prezencyi, a on to ma w najwyższym stopniu. Przytem ona musi być brana z góry i Borzewski to ma w stosunku do kobiet, choć przed niemi pada na kolana, a pan traktowałeś Marynię na równi z sobą, albo owszem sam jej się poddawałeś.
— Robiło mi to taką satysfakcyę, bo czułem, że jest słabsza.
— Ale kobiety są słabsze i chcą to czuć w stosunku do mężczyzn. One panują tem, że się je traktuje jako słabsze. Kobieta lubi rozkazać prośbą, ale prosić rozkazem, to jest wasza rzecz. Ona zawsze powinna mieć głowę trochę niżej; jeżeli ją ma na równi, zaczyna się rozglądać, bo jej nic nie zasłania, a jeżeli wyżej, zaczyna czuć, że niema na co patrzeć. Kobieta potrafi patrzeć z góry tylko wtenczas, kiedy patrzy z dołu. Im więcej jest kobietą, tem jest wobec nas silniejsza, bo nasza kobiecość jest dla was tem, czem dla nas wasza męzkość, a sama natura dała jej wzrost niższy. Pan postępowałeś źle z Marynią; byłeś rozstrojony i zgnębiony przeciwnościami, przestałeś jej imponować, a z chwilą, kiedyś jej przestał imponować, wyrok na pana był podpisany. Sława pańska była wtenczas dopiero w zawiązku, a nadto jest to rzecz, która takiej kobiecie, jak Marynia, spowszednieje; świetność towarzyska Borzewskiego nie przestaje jej imponować nigdy i nigdy nie powszednieje. Takiej kobiecie, w której jest więcej ciała, niż duszy, trzeba przedewszystkiem podobać się z powierzchowności i trzeba to rozumieć, że u nas Polek salon więcej znaczy, niż pokój sypialny, jadalny i gabinet do czytania, a świetność domu więcej, niż szczęście w nim.
— Zdaje mi się, że pani ma racyę — rzekł Rdzawicz, którego szybkie i duże mówienie Strzeliskiej poczęło ogromnie nużyć, a myśl o Maryi coraz bardziej szarpała i odurzała. — To też najlepiej jest ich unikać dla ludzi nie tak świetnych, jak Borzewski.
Strzeliska popatrzyła nań z uśmiechem, który miał w sobie coś z uśmiechu zuchwałego, przeżytego cynika, i rzekła:
— Kto, jak kto, ale pan nie powinien się o to wszystko tak irytować. Kobieta, która ma jednego kochanka, ma ich potem najczęściej dwóch i trzech.
Urwała, gdyż Rdzawicz blady, ze ściągniętemi brwiami i cofniętemi na wewnątrz kątami ust, postąpił ku niej krok, wpijając w nią swoje stalowe oczy.
— Jak pani śmie tak mówić?! — ozwał się przez ściśnięte zęby. — Jak pani śmie?!
Ona jednak odzyskała w sekundzie zimną krew i wzruszywszy ramionami z efektacyą nieprzyjemnego zdziwienia, odpowiedziała:
— Widzę, że można być wielkim artystą, a przytem patrzeć na życie, jak pensyonarka.
On także opanował się: bądź co bądź, Strzeliska była kobietą i była u niego w domu. Ujął najbliższe krzesło za poręcz i rzucając się na nie, jak człowiek bardzo zmęczony, powiedział:
— Przepraszam panią, ale zrobiła mi pani ogromną przykrość. Niech się pani nie obrazi o to, co pani powiem, zaczynam jednak przypuszczać, że pani, jak ludzie bardzo zepsuci, lubuje się w deprawowaniu i deprawacyi innych.
Strzeliska przybrała smutny wyraz twarzy osoby niesłusznie krzywdzonej i odparła:
— Więc to, że uratowałam Borzewskiego od samobójstwa, albo od hańby, a Marynię od zmarnowania życia, albo od zabicia sobie opinii, nazywa pan deprawowaniem innych? Cóż miałam robić? Czekać, aż Borzewski w łeb sobie palnie, albo aż mu wytoczą proces kryminalny o sprzeniewierzenie? Wyobraź pan sobie, coby się wtedy z Marynią działo, która czy sercem, czy nerwami, ale go kocha, jego jedynego na świecie?
— Nie — przerwał Rdzawicz — że pani Borzewskiego nakłoniła do małżeństwa z Goldfeldówną w takiej sytuacyi, w jakiej był, to jeszcze rozumiem, ale żeby Marynię pchnąć do Kołolaskiego...
— Cóż więc miałam robić?
— Czekać. Sama pani mówi, że Marya kocha Borzewskiego więcej nerwami, niż sercem. Byłaby przetrzymała. A w tem, że pani ją nakłania do zamążpójścia dlatego, aby jej łatwo było prowadzić romans, w tem leży owa żądza pani deprawowania drugich, że zaś nadzieja zdeprawowania Maryi sprawia pani satysfakcyę, aż nadto po pani widać. Jaki cel pani ma, nie wiem. Powiem pani wprost, że najprędzej przypuszczam u pani chorobę moralną i to dla pani byłoby najlepiej: ale czy pani Maryę popycha w błoto dlatego, że pani jest chora, czy dlatego, że pani jest zła: wiem, że się to pani nie uda, bo ona nie upadnie! Albo nie pójdzie za Kołolaskiego i odwróci się od tego wszystkiego, albo jeżeli za niego teraz już i pójdzie, to nie po to, żeby być kochanką Borzewskiego na trzeci dzień po ślubie.
Rdzawicz, mówiąc, patrzał na Strzeliską i widział, że się mieniła cała z gniewu, nie wybuchnęła jednak, lecz uśmiechając się z cyniczną ironią, odparła, już widocznie, żeby go drażnić:
— Na trzeci dzień nie, bo na pierwsze dwa tygodnie wyjedzie na wieś do Kołolaskiego, więc dopiero najprędzej na trzeci tydzień. Jestem potwór moralny, prawda? Ale pan jest dziecko — dokończyła, zamieniając ironiczny uśmiech na wzgardliwe lekceważenie. — Teraz widzę, że Marynia doskonale zrobiła, zrywając z panem. Byłbyś jej pan świat zawiązał swoją parafiańską moralnością. Jej nie wolnoby było na nikogo nawet spojrzeć, ale pan, jakbyś miał jej już dosyć, mógłbyś się rozbijać między modelkami i paniami, któreby u pana portrety zamawiały? Ładne życie byś jej pan był urządził. Prawda? Dla kobiet jest inna moralność, dla mężczyzn inna. Kobieta powinna być »czystym aniołem«, a wy świat do góry nogami przewracajcie. Pan Rdzawicz zdradziłby dla panny Tyżwieckiej sto kobiet, gdyby go tylko chciała, ale pannie Tyżwieckiej nie wolno dla swojej satysfakcyi zdradzać jednego niedołęgi, jakim jest Kołolaski, prawda? Gdyby jednak na miejscu pana Borzewskiego był pan Rdzawicz?...
Sposób, w jaki Strzeliska podkreśliła słowa: »gdyby go tylko chciała«, dotknął Rdzawicza do żywego; doznał wrażenia, jak żeby mu kto dał policzek; prócz tego uczuł, że ona ma słuszność, że niema takich węzłów, którychby u niej nie chciał zerwać dla siebie.
— Gdyby mnie tylko chciała — rzucił sobie sam w myśli, czując żółć w ustach. Osłabł. Na jego nadwerężone po chorobie siły było tego wszystkiego za wiele; chłodny pot wystąpił mu na czoło. Strzeliska musiała spostrzedz, że mu się robiło słabo, przestała bowiem mówić i zaczęła nań badawczo patrzeć.
— Czy panu co jest? — spytała po chwili.
Jemu zaś poczęło się stawać ciemno w oczach i czuł, że jeżeli się nie wstrzyma siłą, zemdleje. Strzeliska wstała, zbliżyła się ku niemu, położyła mu rękę na czole i na pulsach skroni, poczem spytała, czy niema w domu eteru? Zaprzeczył jej głową, nie mógł bowiem mówić; wtenczas ona podsunęła mu stół, aby się oparł i wyszła, a po chwili wróciła, mówiąc:
— Posłałam stróża do apteki. Zmęczyłam pana, przepraszam. Nic panu nie będzie, ale zawsze lepiej, żeby pan miał środki trzeźwiące w domu. Pan powinien na siebie teraz bardzo uważać, zapomniałam o tem. A jeżeliby pan był niezdrów, proszę mi dać znać. Ja jestem urodzona na szarytkę i pewno na tem skończę.
Pomimo całego osłabienia, Rdzawicz uśmiechnął się; powołanie Strzeliskiej na siostrę miłosierdzia z jej pojęciami, było przedewszystkiem bardzo grubym i zabawnym kontrastem. Kiedy jednak przypomniał sobie troskliwość i zawsze jednakową serdeczną ochotę, z jaką go pielęgnowała podczas gorączki w Kłężu, i uwielbienie, z jakiem o niej mówili chłopi, których leczyła sama i dozorowała w najzaraźliwszych epidemicznych chorobach, z poświęceniem i odwagą zupełnie zdumiewającą, pomyślał, że ona jednak ma dobre i niepospolite serce.
— Zdemoralizowałaby pani cały zakon — ozwał się, czując, że przychodzi do siebie i że gniew jego, wobec Jadwigi, która nań patrzała zaniepokojona, opada. W tej chwili uczuł dla niej mimowoli znów dawną życzliwość; ujęła go tem, że widział w niej prawdziwą i szczerą o siebie troskę.
— Może pan wstać? — spytała.
— Mogę.
— No to niech pan wstanie.
Rdzawicz wstał i przeszedł kilka kroków po pokoju...
— Nic panu nie jest, tylko pan jest jeszcze osłabiony — rzekła Strzeliska. — Nie trzeba się tak przejmować wszystkiem i tak wszystkiego brać do serca. Powinien pan wyjechać. Ja już pójdę, bo późno. Doprawdy cieszę się, że się panu zrobiło słabo, bo inaczej bylibyśmy się źle rozstali. Niech pan pamięta, że pan ma we mnie zawsze bardzo życzliwą duszę. Niech pan teraz wyjdzie na miasto i ożywi się. Tylko się pan strzeż Heimerthowej; im pan będzie gorzej wyglądał, tem z większem roznimfieniem będzie się ona na pana patrzeć. Wiem o tem, bo wszyscy o tem opowiadają. Do widzenia.
— Boże! — krzyknął Rdzawicz niecierpliwie. — Ma też pani o czem mówić! Niech pani mi powie jedno jeszcze, czy Marya mówiła kiedy o mnie z Borzewskim?
— Ja się jej sama o to spytałam, bo byłam ciekawa. Powiedziała mu, że była z panem zaręczoną, sama nie wie dlaczego, bo się jej jakiś krótki czas zdawało, że pana kocha, a potem, że nie zrywała z panem tylko dlatego tak długo, że jej żal pana było, ale, że na seryo nigdy o tem nie myślała, żeby pójść za pana. On ma o tem pojęcie, że to był taki sobie półdziecinny wyskok panny, która się nudzi i która sobie za wiele pozwalała, bo wie, że jej wszystko ujdzie. Dużo w tem jest i prawdy.
Rdzawicz zagryzł wargi.
— On miał dla pana wiele sympatyi i żal mu pana było. Raz przy mnie mówił Maryni, że to jednak niedobrze, że pana bałamuciła, ale ona mu przerwała, bo była wtedy rozdokazywana, żeby jej nie rozczulał, bo u niej tego nie kupić, żeby z nim zerwała, a wróciła do pana. Wie pan, jak ona się lubi pasyami przekomarzać.
Rdzawicz uczuł, że go względem Maryi ogarnęło nagłe zimno i radby się był dowiedzieć coś takiego, o czemby mógł myśleć, że jej przykrość robi, spytał więc:
— Cóż jednak na tę zmianę frontu od pana Borzewskiego do pana Kołolaskiego, mówią ojciec pani, babka i inni krewni?
— Krewni? — powtórzyła Strzeliska. — Przypuszcza pan, że nikt się dziwić nie będzie, iż Marynia nie chce iść za bankruta, a wszyscy będą kontenci, że pójdzie za Kołolaskiego, który ma około trzechkroć majątku i opinię człowieka statecznego i bardzo uczciwego. Przytem już wszyscy mieli dosyć tego, że się musieli Maryą opiekować i że ojciec mój za dobrze pilnował jej posagu, aby się co z niego dało uszczknąć, więc oskoma była próżna.
— Oczernia pani ludzi.
— Każdy zakochany myśli, że krewni jego bogdanki są inni, jak wszyscy ludzie, dlatego, że krewni. Najlepiejby było, gdyby sobie pan Marynię wybił z głowy.
— Ja też sobie ją dawno wybiłem — odparł Rdzawicz, który w tej chwili czuł, że nie wiąże go z Maryą nic. — Byłem tylko ciekawy.
Strzeliska nie mogła ukryć uśmiechu, a potem, wyciągając ku niemu rękę, rzekła serdecznie:
— Do widzenia. Niech się pan nie zmarnuje i niech pan szuka kobiet, które pana rozumieją takim, jakim pan jest i szanują za to, co w panu jest. Do widzenia.
Po wyjściu Jadwigi, Rdzawicz uczuł się tak znużonym, rozbitym i zgniecionym, że doznał wrażenia, jakby mu się coś w głowie zataczało i wywracało. Nad tem wszystkiem, co ona mówiła, nie chciał się zastanawiać, nie chciał sobie nic z tego przypominać, bał się. Bał się, że jeżeli dopuści do siebie myśl o Maryi, oszaleje, albo porwie się na coś szalonego, a przedewszystkiem był zmęczony i chciał odpocząć. Na nic nie miał sił, nawet na postradanie zmysłów. — Innego powietrza, innej atmosfery! Wyrwać się! Otrząść! — westchnął sam do siebie półgłosem, opierając się głową o ścianę przy drzwiach, do których odprowadził Strzeliską. I wtedy zamajaczyła mu znów przed oczami czysta twarz Eli Rosieńskiej, jakby wśród zieleni i słońca. Chwycił za kapelusz, wybiegł z pracowni i wskoczył do doróżki; w parę minut później zadzwonił do mieszkania Przerwiców. Pani Laura była w domu.
— Pani — rzekł wchodząc szybko — jeżeli się państwo wybierają do państwa Rosieńskich, a ja mogę naprawdę korzystać z zaproszenia, to pojadę.
— Sprawi im pan prawdziwą przyjemność, to tacy dobrzy ludzie — odpowiedziała pani Laura. — Nie wiem jeszcze kiedy pojedziemy, ale omówimy to z Jerzym, który zaraz przyjdzie. Niech pan usiądzie, każę dla pana nakryć; zje pan z nami śniadanie.
Wyszła do jadalnego pokoju, a Rdzawicz, patrząc na nią, jak szła w białym, powłóczystym negliżu, szepnął z ogromnym, rozpaczliwym żalem:

— Jaka ona czysta! Jaka ona biała!...




Mały kot, zupełnie biały, z różowym nosem i zielonemi oczami, był w wielkim ambarasie. Poza sobą na ścieżce miał żórawia, którego się bał niezmiernie, koło siebie, po obu stronach ścieżki, mokrą trawę gazonów, w którąby za nic nie wszedł, przed nim zaś stał niewzruszony, potężny turkuć podjadek, kiwając od czasu do czasu straszną głową. Ilekroć turkuć kiwnął głową, mały kot drgał i cokolwiek się cofał, poczem znów posuwał się naprzód, ze względu na żórawia, którego miał za sobą. Wreszcie usiadł i nie spuszczając oka z turkucia, polizał naprzód lewą łapkę przednią i przemył sobie pyszczek, poczem podniósł wyżej głowy prawą tylną i polizał się kilka razy po niej i znów przybrał nieruchomą pozycyę naprzeciw nieruchomego turkucia. Nakoniec, kiedy turkuć długi czas głową nie poruszał, zdobył się na odwagę i wyciągnął ku niemu ostrożnie łapkę, jakby chcąc go usunąć z drogi, ale natychmiast ją cofnął z wielkim strachem. Spróbował drugi i trzeci raz, ale zawsze się cofał bardzo prędko. Wtem żóraw uczynił dwa kroki naprzód; wtedy mały kot, biorąc to widocznie za atak wymierzony na swoją osobę dał olbrzymiego susa na bakier ponad turkuciem, tak, że go w powietrzu łukiem z rozczapierzonemi łapami i wyciągniętym ogonem obleciał i spadłszy o jakie pół metra poza nim, począł pędzić po ścieżce. Tu jednak nowa spotkała go przygoda, albowiem dwa szczenięta ogarzycy, która leżała z niemi na trawie, odbiły się od stada i zastąpiły mu drogę, stając do niego na ścieżce frontem z podniesioną jedną łapką i pootwieranemi pyszczkami, rozbawione, wesołe, wszystkiego ciekawe i zuchwałe.
Mały kot nie bał się ogarzycy, którą znał od urodzenia, wobec szczeniąt jednak czuł pewien wstręt arystokratyczny, a nawet, mimowoli wprawdzie, ale cokolwiek obawy. Były grube i czarne, z obwisłemi uszami. Mały kot stanął i począł się namyślać. Obejrzał się: żóraw był daleko i coś dziobał w trawie; turkuć gdzieś znikł. Może być, że nawet żóraw zjadł turkucia. Mały kot zrobił na chwilę minę »a widzisz psiakrew!«, ale na krótko, trzeba się było bowiem zastanowić nad szczeniętami. Można je było przeskoczyć, lecz poza niemi wyszło z trawy naprzód jedno, potem drugie, potem trzecie, tak, że ich było razem pięć, i przeskoczywszy dwa pierwsze, można było wpaść między tamte trzy w sam środek. Tyle było szczęścia, że mały kot nic a nic się nie bał suki, która lizała najspokojniej szóste szczenię.
Tymczasem dwa pierwsze poczęły się ku niemu zbliżać; wówczas mały kot wygiął grzbiet i zrobił się groźny, aby je przerazić samem wejrzeniem. Ale one z głupowatemi minami szły ku niemu, trochę się go bojąc, a więcej jeszcze ciekawe. O krok stanęły i wybałuszyły na niego ślepie. Wtenczas małemu kotowi przyszło na myśl, że możnaby z niemi spróbować wejść w stosunki. Widywał je już od jakich dwóch miesięcy i nieraz uważał, że się bardzo wesoło bawią, ordynarnie, bez żadnej dystynkcyi i żadnego wdzięku, ale nie można zaprzeczyć, że przyjemnie. Mały kot nie miał żadnego odpowiedniego towarzystwa we dworze i miał nieraz ochotę przyłączyć się do nich; zachęcała go nawet do tego ogarzyca, liżąc go, ile razy przechodził koło niej. Mały kot zastanowił się, że mogłaby być teraz dobra chwila do zawiązania stosunków i zmienił pozycyę groźną na uprzejmą. Szczenięta zbliżyły się i poczęły go wąchać, wyciągając ku niemu ostrożnie łebki, kiedy jednak jedno ośmielone i ujęte jego grzecznością, chciało mu polizać nos, mały kot dał mu w twarz, poczem przesadził jego rodzeństwo, potem mokrą trawę, która w tem miejscu podchodziła wązkim pasem pod okno i wskoczył na nie. Tu był pewny siebie: spojrzał z góry na zdumione szczenięta, które popodnosiły łebki, jak za ptakiem, kiedy im się z pod nóg porwał, oblizał sobie trochę zmoczone łapki i wpadłszy w doskonały humor, począł nadzwyczaj misternie podbijać i chwytać sznurek od story.
— Kyci! — zawołał od drugiego okna Rdzawicz, który wyglądał w ogród i przypatrywał się małemu kotowi; mały kot wysunął łebek z za framugi, zobaczył, że to znajomy, miauknął i zeskoczywszy, podszedł ku Rdzawiczowi, gdzie został wzięty na ręce, posadzony na drugiem oknie, pogłaskany i upoważniony do zabawy z dewizką od zegarka.
Rdzawicz w Zagórzu u Rosieńskich był już od pięciu dni. Wyjechał z Warszawy z Przerwicami dopiero w dwa tygodnie po rozmowie z Jadwigą, gdyż Przerwic przedtem chciał skończyć jakąś robotę literacką; przez ten czas wychodził bardzo mało z domu, aby nie spotkać Maryi, kogo z jej rodziny lub Kołolaskiego. Te dwa tygodnie były dla niego okropne i nie mógł się doczekać chwili, kiedy opuści Warszawę.
Wrzało w nim wszystko. Chwilami zrywał się i chciał biec do Maryi, rzucić się przed nią na kolana i zakląć ją na wszystko, aby nie szła za Kołolaskiego; chwilami wpadał w rozpaczliwą apatyę, lub zaczynał sam ze siebie drwić. Czy nie jest dowodem ostatniej głupoty rozbijać się o to, że kobieta, która kogoś innego kocha, jeszcze za kogo innego idzie? Czy tak, czy tak, cóż on ma w tem? Czy Marya obejmie szyję Borzewskiego, czy Kołolaskiego, czy będzie obejmowała kolejno i naprzemian szyje ich obu: w żadnym razie on tam swojej nie ma poco nadstawiać. Więc jest skończonym osłem, że sobie życie truje zastanawianiem się nad kwestyą jej zamążpójścia. Chyba... chyba, że Strzeliska ma racyę, mówiąc, że kobieta, która ma jednego kochanka, ma ich potem najczęściej dwóch i trzech.
Na tę myśl czasem ogarniała go wściekłość na Strzeliską i na siebie, czasem pewna cyniczna satysfakcya, a czasem uczucie upokorzenia, wstydu i zawiści, bo wtedy Marya mogłaby jego odtrącić. Niekiedy zapominał się już do tego stopnia, że wprost się zastanawiał, czy próbowałby w danym razie zbliżyć się do Maryi i w jakiby to zrobił sposób? Zupełnie, jakby była już osławioną kobietą. I znów ogarniał go żal nad nią i gniew na siebie i chciałby był do nóg jej paść i przepraszać i prosić przebaczenia. W tem wszystkiem dominującą i najboleśniejszą myślą było to, że on sam jest dla Maryi niczem, że teraz, kiedy w jej głowie musi się po prostu wichrzyć i kłębić, jego nazwisko, jego istnienie nie nasuwa jej się nawet. Uczucia jakie miał teraz dla niej, nie umiałby nazwać: ciągły, wielki, jednostajny ból i to przeświadczenie, że on o tej kobiecie musi myśleć, cokolwiekbądź będzie, musi; że jego myśl jest z nią związana raz na zawsze i oderwać się od niej aniby mogła, ani potrafiła, choćby nawet chciał tego.
Marya stała mu się jakąś częścią krwi, częścią organizmu. Na tym punkcie owładnęła go rezygnacya. Rozumiał doskonale, że łamie sobie życie i zgodził się z tą myślą, jak namiętny alkoholik zgadza się z tem, że go alkohol, którego używać nie przestanie, zabije. Widziadło zguby przez Maryę stawało mu w oczach, a patrzał na nie, jak człowiek skazany na śmierć, przyjąwszy wyrok, patrzy z rezygnacyą na powoli wznoszone przed jego oknami rusztowanie. To, co go spotka, będzie straszne, ale — niech się stanie.
Począł się też robić, wskutek podrażnienia nerwowego, przesądnym i zabobonnym. Przypominały mu się najróżniejsze wypadki z czasów jego stosunku z Maryą i wszystko na złe wróżyło, choć sobie wówczas z tego sprawy nie zdawał. Nawet potem, po zerwaniu, pił zdrowie jej kochanka i kazał je pić Tężlowi, jakby przeczuwał, co będzie. Od tego czasu minął już rok i upływa połowa drugiego roku... Czy nie marnuje życia?... Czy nie będzie musiał powiedzieć kiedyś, jak Balzac i z takim, jak on żalem: »zdaje mi się, że przeszedłem koło mojego życia?«... Twarz Eli Rosieńskiej, cicha i czysta, o wiśniowych ustach, jakby do pocałunku stworzonych, które wołały: pragnę! — majaczyła mu czasem w oczach, jak wspomnienie przeżytego gdzieś kiedyś, jakiegoś lipcowego rana, które pośród innych chwil utrwaliło się w pamięci i czasem wraca.
Przedewszystkiem jednak czuł, że atmosfera, w jakiej jego myśl krąży, jest brudna. Wszystko to, co zrobił Borzewski i ludzie z nim, wszystko to, co miało się stać z Kołolaskim, rodziny Borzewskiego i Maryi, Strzeliska: wszystko to było brudne. Względem Maryi słowa tego użyć nie chciał, nie mógł i nie śmiał i kiedy pomyślał o tem, starał się o niej nie myśleć. Bronił jej sam przed sobą: przedewszystkiem jest nieszczęśliwa, bardzo, bardzo nieszczęśliwa, tem więcej, że ma wszelkie warunki i w tak ogromnej mierze, aby być jedną z najszczęśliwszych, i że to wie i czuje. Z natury bierna, łatwo ulegająca wpływom, a wychowywana pod wpływami najgorszymi takich ciotek Porzelskich i takich kuzynek, jak Jadwiga Strzeliska, psuta przez ludzi, upojona powodzeniem i swoją urodą, ona sama nie wie, co jest złe, a co dobre, co się godzi, a co się nie godzi? Jaki w niej jest grunt, jakąby mogła być i jaką być powinna, najlepiej świadczy gotowość, z jaką ofiarowała Borzewskiemu swój posag na pokrycie deficytu w sumie małoletnich, prawie cały, a byłaby dała do ostatniego grosza, gdyby tego była potrzeba. Że pojmowała, czem są pieniądze, i znała ich wartość dla siebie, wiedział, bo nieraz jeszcze, jako narzeczona, mówiła mu z pewną goryczą, że rozumie doskonale, iż rodzina nie lekceważy jej tylko dlatego, bo coś ma i może się kiedyś komu przydać. Mówiła nawet, iż wie doskonale, że ciotka Porzelska chciałaby ją bogato wydać za mąż, aby potem jej mąż podpisał jej mężowi gruby weksel, albo wprost z ręki do ręki pożyczył; naturalnie, tak, czy tak, byłby to w formie pożyczki prezent kuzynowski. »Ciotkaby mnie za pierwszego z brzegu wydała, byle miał pieniądze, i byle była nadzieja, że pożyczy« — powiedziała mu raz w chwili rozżalenia i smutku.
Do małżeństwa z Kołolaskim musi ją teraz pchać gwałtem. Kołolaski jest jak wymarzony: głupi, dobry, bogaty i da się sam wyzyskiwać, a ponieważ ma wadę sercową, może niedługo umrzeć, wtenczas zaś właściwie ciotka Porzelska, wraz ze swoim mężem i swoim synem, owdowieją i odziedziczą po Kołolaskim. Że pani Porzelska tak rozumuje, byłby przysiągł i nie miał wcale uczucia, że tę kobietę krzywdzi, przypuszczając o niej coś podobnego. W tej całej zgrai Borzewskich, Strzeliskich, Porzelskich, Mojwiłłów, Goldfeldów e tutti quanti, Marya była tylko biedną, bardzo biedną młodą dziewczyną, osieroconą dzieckiem i rzuconą w świat, jak na pastwę złym instynktom ludzkim. Było mu jej żal tak serdecznie, iż zdawało mu się, że krwiby swojej utoczył, byle ją z pośród tej zgrai wyrwać; ale sam czuł, że się po prostu dusi, i że jeżeli się nie wyrwie z Warszawy, nie przetrzyma. Mógł był wprawdzie wyjechać gdziekolwiekbądź, za granicę, czy w kraju, czuł jednak ogromną ochotę odetchnięcia wsią polską, a przytem chciał choć czas jakiś przeżyć w towarzystwie ludzi, jak mówił sobie, »czystych«. Przerwicowa wystawiała mu rodzinę Rosieńskich w idealnych barwach i gdyby nie nieuleczalna i ciężka choroba pani Rosieńskiej, byłby to zupełny Eden wiejski.
Jedno, co go cokolwiek niepokoiło, to była myśl spotkania Eli.
Taka Ela do końca życia będzie czuła względem niego pewien wstyd, a prawdopodobnie i żal... — nadużył jej, poddał ją sobie, przesilił. Byłoby to dla niej zawsze wstydliwem, ale miłem wspomnieniem, tylko wtenczas, gdyby tę rękę, którą jej samowolnie wziął i w swojej ubezwładnił, oddała mu na zawsze, ale o tem nie może być mowy. Gdyby go ona nawet pokochała, gdyby rodzice zgodzili się, on sam nie mógł teraz prawie zrozumieć, jak mógł przez krótką nawet chwilę ulec złudzeniu, że budzi się w nim dla niej jakieś uczucie. Marya zasłoniła mu znowu świat cały; nie jasno, jak kiedy była jego narzeczoną, nie krwawo, jak w pierwszych miesiącach po zerwaniu, ale ciemno, ponuro i wróżebnie. Wrażenie, jakie na nim zrobiła Ela Rosieńska, rozwiało się tak szybko i nagle, jak szybko i nagle powstało. Jeżeli go niepokoiła myśl spotkania z nią, to dlatego, że się czuł wobec tej dziewczyny winnym. Bądź co bądź okazał jej, że nie jest mu obojętną, albo też... obszedł się z nią, jak z salonową kokotką. Jeżeli ona, do czego ma prawo, poszuka w jego oczach tego, co w nim widziała, kiedy ją brał za rękę, i nie znajdzie; będzie musiała uczuć, że ją potraktował, jak kokotę, choć może tego słowa nawet nie znać. Wobec każdej innej byłby machnął lekceważąco ręką; wobec Eli nietylko nie mógł tego zrobić, ale nawet nie chciał. Dosyć śmiały, żeby pierwszy raz widząc tę pannę i od razu zrozumiawszy, jaką jest, mimo tego posunąć się wobec niej do zuchwalstwa; lękał się teraz jej spojrzenia, kiedy go zobaczy. Próbował wybadać panią Laurę, która o niczem, co między nimi zaszło, nie wiedziała; zapytał jej wprost, czy Ela nie będzie nierada z jego przyjazdu? Przerwicowa odpowiedziała, że oboje państwo Rosieńscy bardzo go uprzejmie zapraszają, jako blizkiego kuzyna Jerzego, którego bardzo lubią, że panny naturalnie nie odzywają się w tej kwestyi, nie rozumie jednak, dlaczego Ela miałaby być nierada, skoro podczas rautu nie robiła wrażenia, żeby się jej Rdzawicz wydał niesympatyczny. Spotkanie z Maryą na raucie musiała jej i im wszystkim wytłómaczyć; inaczej nie mogliby byli pojąć jego zachowania się. Rozmawiała zresztą potem z Elą niewiele, bo Ela na drugi dzień zasłabła i przez dwa dni leżała w łóżku w hotelu, na trzeci zaś dzień przyszła wiadomość, że matce jest gorzej i dlatego projekt zostania parę tygodni w Warszawie upadł. Mają przyjechać w jesieni, jak rodzice do wód wyjadą.
Rdzawicz uważał, że pani Laura mówiła z nim o Eli poważnie i z pewną rezerwą, nierównie mniej swobodnie, niż kiedy o niej pierwszy raz rozmawiali. — »Albo nie chce, żebym sobie panną, albo pannie sobą głowę zawracał — pomyślał — albo też nie chce się w to mieszać sama i daje mi to do poznania. Ale chyba po tem, co widziała, o nic mnie podejrzewać nie może i nie powinna«.
Swoją drogą jednak czuł, że w miarę, jak się dzień terminu wyjazdu do Zagórza zbliżał, ogarnia go pewien niepokój. Jeszcze w przeddzień wyjazdu miał ochotę napisać do Przerwicowej, że nie jedzie. Gdy zajeżdżali, począł go ogarniać pewien lekki dreszcz i musiał się usiłować opanować, aby się nie wydać zmieszanym. Pierwsza naprzeciw nich wybiegła Rózia i o mało się, po pani Laurze, Przerwicowi i jemu, nie rzuciła na szyję, potem wyszedł pan Rosieński i przywitał go ogromnie kordyalnie, dziękując Przerwicom, że go przywieźli i jemu, że się dał zabrać. Pani Rosieńska, którą wytoczono do jadalnego pokoju w fotelu, przyjęła go również uprzejmie i z wyszukaną grzecznością, prosząc, aby się tu nie czuł obcym. We wszystkiem tem było coś szczerze serdecznego i ujmującego. Ela była gdzieś na wsi i siadano już do stołu gdy przyszła. Wszedłszy, zarumieniła się jak szkarłat, ale nikt na to nie zwrócił uwagi, ponieważ młode panny rumienią się przy lada okazyi; z Rdzawiczem przywitała się bardzo grzecznie, widział jednak, że jest pod silnem wrażeniem i że stara się, aby tego po niej nie było znać. Prócz niego też, i, jak mu się przynajmniej zdawało, pani Laury, nie spostrzegł tego nikt; on sam zaś czuł się zmieszanym i umyślnie kilka razy podnosił, jak dłuższa jazda koleją męczy, zwłaszcza gdy jest ciepło.
Z Elą, obok której pan Rosieński wskazał mu miejsce, rozmawiał niewiele; ani ona nie szukała z nim rozmowy, ani on z nią. Pewny był, że i ona widzi, że był względem niej nieswój.
Następne dni ubiegły bez żadnej zmiany w ich stosunku; widział, że Ela jest ładna i ponętna, o tem jednak, że mu się zdawało kiedyś, iż ta dziewczyna może go zająć sobą, prawie, że nie pamiętał. Myśl o Maryi nie opuszczała go i nie przestawała dręczyć, było mu tylko ulgą, że był dalej, i że poczęła go garnąć ku sobie natura i działać nań; zaczął mu się snuć po głowie pomysł wyrzeźbienia dziewczyny, która znalazła kwiat paproci, i drugiej, którą porywa z wody wynurzony do pół świteź.
Przerwicowie i Rózia bawili się jak dzieci, Ela zaś była trochę zamyślona i nadzwyczajnie dla Rdzawicza, który nie mógł opanować czasem smutku, uprzedzająca, delikatna i dobra. Przeczuwała jakby to, czego chce, i coby mu było niemiłe. Ile razy jednak złożyło się tak, że zostawali sami we dwoje, starała się pod jakimś pretekstem odejść na tak długo, dopóki nie znaleźli się znów w otoczeniu, lub jeżeli takiego pretekstu znaleźć nie było można, mówiła dużo o rzeczach najobojętniejszych, widocznie forsując, bo ani duże mówienie nie było jej wrodzonem, ani też rozmowa o rzeczach obojętnych nie musiała jej robić przyjemności, nie mówiła bowiem o nich z nikim innym, tylko z nim. On zaś wypoczywał i czuł, że mu przy tej dziewczynie dobrze. Nieraz miał ochotę bez żadnego zmysłowego wrażenia, oprzeć czoło o jej piersi i zasłonić sobie nią oczy. Byłażby to ta — myślał — o której pisał z Włoch Tężlowi, że chciałby się na piersi jakiejś czułej i rozumnej kobiety wyskarżyć i wyżalić?...
Uczucie palącego pragnienia względem Eli, którego doznał, kiedy się pierwszy raz z nią zetknął, nie chwytało go teraz; z obojętną przyjemnością patrzył na jej twarz i na jej kształty, raczej, jak rzeźbiarz na dzieło sztuki, niż młody człowiek na młodą kobietę.
Zdarzyło się jednak piątego dnia po przyjeździe, że Ela, wybrawszy się na daleki spacer, zapomniała się przebrać i wróciła do domu z drogi. Tymczasem Przerwicowej, która dobrze znała Zagórze, przyszło na myśl, aby pójść w przeciwną stronę, jak był pierwotnie projekt. Eli trzeba było dać znać i Rdzawicz wrócił po nią. Spotkał ją już spieszącą za nimi. Miała białą, miękką sukienkę ze złotym paskiem, biały, miękki bonecik na głowie i czerwoną parasolkę, którą trzymała w ręku. Szła szybko i cała była różowa, a na widok Rdzawicza najwidoczniej mimowolnie dziwnie miły uśmiech wybiegł na jej usta, poczem jeszcze się więcej zarumieniła.
— Pan wraca? — spytała.
— Po panią, bo pani Laura zmieniła projekt spaceru. Niech pani się tak nie spieszy, bo pani cała zmęczona.
Skręcili na drogę polną, między łany, i szli dosyć powoli. Przed nimi były wzgórza i las, wokoło zaś, jak okiem sięgnąć, zboża i zboża. Była godzina jedenasta rano i słońce silnie już świeciło i wydobywało z ziemi, z łanów pszenicznych i żytnich i kwiatów polnych, mocny, narkotyczny, ciepły zapach. Szli obok siebie, nie rozmawiając, tylko jej biały, miękki bonecik zsunął się trochę w tył na włosy i lekki wiatr modelował i gubił kształt jej nóg w białej i miękkiej sukni. Wokoło była wiosna w całym rozkwicie i z całym swoim wszechistotnym popędem rozrodczym; wówczas głowy Rdzawicza i Eli pochyliły się ku sobie na jedną krótką chwilę i jakby mimowiednie.
Ona zaczęła zaraz potem mówić o Przerwicach, on zaś uczuł, że mimo wszystko, co w nim jest i co się w nim dzieje, chwyta go pragnienie tej dziewczyny. Spojrzał na nią; schylił się, zerwał parę bławatków i zwinąwszy bukiecik, podał go jej; skinęła mu uprzejmie głową i włożyła za pasek.
— Wyrzuci pani, gdy zwiędną? — spytał, czując, że źle robi i że robi jej przykrość tem pytaniem.
Istotnie Ela spojrzała na niego jakby z obawą i pewnym żalem; odpowiedziała jednak spokojnie, a wymijająco:
— Nie. Od takich ludzi, jak pan, albo kuzyn Jerzy, kwiatów się nie wyrzuca.
Odpowiedź ta tak była nie w jej stylu, że Rdzawicz ruszył głową trochę niecierpliwie i rzekł:
— Dlaczego pani to mówi, co powinnaby powiedzieć pani Heimerthowa, albo pierwsza lepsza kobieta i z czemby im było do twarzy, ale nie pani?
— Naprzód pani Heimerthowa, o ile wiem, nie jest pierwsza lepsza, a potem dlaczego mnie niema być z tem do twarzy, z czem będzie takiej pierwszej lepszej? — odparła.
— Bo pani taką nie jest.
— Za mało mnie pan zna, aby pan mógł jakkolwiek o mnie sądzić, źle, czy dobrze.
— Na tyle dosyć. Mogłaby mi się pani spytać dlaczego chcę wiedzieć, czy pani wyrzuci te kwiaty, czy nie, kiedy to jest taka błaha rzecz i właściwie niema o czem nawet mówić. Ja sam nie wiem nawet, po co się pani spytałem.
— Więc mówmy o czem innem — rzekła szybko Ela, jakby chcąc skorzystać z jego ostatnich słów i zwrócić rozmowę. — Niech pan mi jednak wierzy, że powiedziałam zupełnie szczerze, że od takich ludzi, jak panowie, każda kobieta z przyjemnością schowa pamiątkę, choćby dlatego, żeby się pochwalić — dodała z uśmiechem.
On zaś, party do tego jakimś wewnętrznym popędem, odrzekł:
— A jabym panią prosił, żeby pani tych kwiatów nie wyrzucała, bo one były pani życzliwie dane.
— W takim razie tem więcej je schowam — odparła Ela, rumieniąc się lekko i dorzuciła szybko:
— Czy pan nie widzi gdzie Rózi i Przerwiców?
W tej chwili, nie rozumiejąc dlaczego, Rdzawicz uczuł jakąś potrzebę mówienia o tem, co zaszło między nimi; wiedział, że zrobi Eli wielką przykrość, ale nie mógł się oprzeć. Czuł jakąś chęć roznamiętnienia jej, która jednak nie odezwała się w formie prostej podziałania jej na zmysły.
— Pani musi mieć do mnie wielki żal? — rzekł.
— Ja? O co? — spytała Ela, mieszając się mocno.
Począł doznawać względem niej znowu uczucia drapieżnego ptaka: spojrzał na Elę z pod brwi bystro, prosto w oczy, i rzekł, umyślnie wybierając ten wyraz:
— O to, com sobie względem pani pozwolił zrobić.
Ela zbladła i popatrzała nań z bolesnym wyrzutem.
— Dlaczego pani nie odpowiada? — spytał, czując, że go ogarnia jakaś zmysłowa chęć pastwienia się nad nią.
— Bo nie mam co odpowiedzieć — odparła Ela, usiłując widocznie zachować spokój.
— Pani jest za grzeczna, żeby pani mi powiedziała impertynencyę. Przytem jestem pani gościem. Zresztą pani jest wogóle bardzo względna i uprzejma — dokończył z zuchwałą i wyzywającą złośliwością w wyrazie twarzy i głosie.
Ela zrozumiała; na twarz jej buchnęła krew całą falą, on zaś mówił dalej z drwiącą obojętnością:
— Naprzód bardzo pani jest to do twarzy z tym rumieńcem oburzenia, przypomina pani Dyannę z Nowej Dejaniry, a potem myślałem, że się niektórych rzeczy tak łatwo nie zapomina. Wydaje się pani, że to już nadto, prawda?
Ela nie odpowiedziała, tylko odwróciła się i poczęła iść w stronę, z której przyszli. Rdzawicz stanął i patrzał na nią: zobaczył, że płacze.
W pierwszej chwili doznał znowu jakiejś wielkiej chorobliwej satysfakcyi zmiażdżenia i zgniecenia, do której szukania są skłonni wszyscy ludzie, sami w życiu miażdżeni i gnieceni; ale potem zrobiło mu się jej żal i uczuł potrzebę uniewinnienia się, a zarazem uczuł w tej chwili sam bardzo silnie swoje nieszczęście. Pobiegł za Elą i wyciągając ku niej dłoń, tak, że prawie ją ujął za rękę, odezwał się serdecznie:
— Panno Elu, przepraszam. Ja teraz jestem tak, że sam nie wiem, co mówię i robię. Gdyby pani wiedziała, co we mnie jest, nie gniewałaby się pani, zrozumiałaby pani, że się czasem nie włada sobą. Niech pani nie płacze, niech pani wróci...
Przez chwilę Ela pasowała się z sobą, potem otarła oczy i nie odpowiadając słowa, z zaciśniętemi ustami, zawróciła i poczęła iść szybko naprzód. Rdzawicz widział, że idąc naumyślnie prędko, chce się zadyszeć i zaczerwienić, aby po niej znać nie było, że płakała i że po prostu ucieka przed nim i od niego. Było mu jej żal. Tę dziewczynę, jeżeli bolało co, to ją bolało głęboko i naprawdę. To zrozumiał doskonale; nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego w nim tkwi ta żądza drażnienia i dręczenia, ten popęd do brutalnego bryzgania w twarz tem, co najwięcej zaboli i w sposób zupełnie brutalny; dlaczego z tą Elą ładną, miłą i tak dla niego dobrą, obszedł się bez żadnego powodu tak, że się to już naprawić nie da? Dlaczego zraża sobie stworzenie, które widocznie szło naprzeciw niemu z ciepłem sercem?
— Nie pozostaje mi nic innego, tylko wyjechać — pomyślał. — Nie mogę tu przecież po tem dłużej siedzieć. Pojadę do Warszawy i niech się tam już ze mną co chce dzieje...
Wtem Ela ujrzała na wzgórzu Przerwiców i Rózię, którzy czekali na nich; machnęła parasolką i poczęła iść jeszcze prędzej.
— Czekamy! — wołała pani Laura. — Ale nie leć tak, bo ci tchu braknie!
Ela doszedłszy do wzgórza, upadła na trawę istotnie prawie bez tchu. Pani Laura poczęła ją strofować, że niema sensu tak biegać; czerwona jest jak rak, aż jej oczy poczerwieniały.
Ela usiłowała być swobodną i wesołą; Rdzawicz jednak widział, że wytęża wszystkie siły, aby nie zwrócić na siebie niczem uwagi; kilka razy przecież zadrżał jej głos i jakby łzę połknęła. Nie mówili do siebie; jego milczenie jednak nie dziwiło nikogo; wogóle starano się tu z nim zawsze tak postępować, aby nie czuł niczyjego oka na sobie.
Było mu żal tej biednej Eli, z którą postąpił tak po barbarzyńsku, i żal mu było, że ją sobie zraził. Z drugiej strony sam się tak rozdrażnił, że trudno mu było iść dłużej w towarzystwie i powoli idąc coraz bardziej z tyłu, został sam. Położył się na trawie twarzą ku niebu, na którem stało olbrzymie promieniejące słońce. Było południe. Teraz u pani Porzelskiej siadają do śniadania, obok Maryi jej narzeczony, pan Kołolaski. Albo też wszyscy są u Loursa, bo ciotka Porzelska ogromnie lubiła, około dwunastej, najeść się ciastek; Kołolaski siedzi przy stoliku koło Maryi, znajomi kiwają mu znacząco głową z uśmiechem, nieznajomi wpatrują się w tę śliczną, pannę, nie mogąc zrozumieć, jakim sposobem ten podtatusiały pulchny blondyn zachowuje się wobec niej, jak narzeczony? Musi być bardzo bogaty, mówią sobie. Będzie się miał z pyszna — dodają, uśmiechając się do siebie pod wąsem. Zresztą każdy garson objaśni, że to jest panna Tyżwiecka, która idzie za tego pana; ciotka Porzelska brała tak często cukierki i ciastka na rachunek swojej kuzynki, często nawet bez jej wiedzy.
— Wiesz, Marynieczko, jest tam mały rachuneczek u Loursa — mówiło się potem. Takie rachuneczki bywały zresztą od czasu do czasu i u kapeluszników i u rękawiczników, raz nawet u szewca męskiego, »bo wuja noga bolała«, a musiała go noga boleć od dłuższego czasu, gdyż Marya zapłaciła wtedy przeszło czterdzieści rubli.
Z tem wszystkiem wybuchnęła raz przed nim kiedy posprzeczały się z ciotką właśnie o niego, któremu ciotka była zacięcie przeciwną.
Wtenczas Marya owinęła mu szyję ramieniem, byli bowiem sami w pokoju, gdyż Jadwiga Strzeliska zostawiła ich samych, i powiedziała:
— Ty tylko jesteś mój. Zerwę z nimi wszystkimi, nikogo nie chcę znać. Będę miała twoją rodzinę i ta mi wystarczy. Zresztą któż mi będzie potrzebny, jak ty będziesz moim?
Miała wtedy na sobie różową lekką suknię w jasne paski, której nie lubił.
Tymczasem teraz ciotka Porzelska jest najszczęśliwszą w świecie. Kołolaski będzie jak ul, ona jak bartnik. Niezawodnie też poradzi Maryi poufnie, aby wymogła na Kołolaskim zapis całego majątku przed ślubem; jeżeli to sama nie chce zrobić, to niech upoważni do tego ją i jej męża, oni to już wszystko uskutecznią. Kołolaski nie jest bardzo młody, ma skłonność do wady sercowej, można z tem sto lat żyć, ale nigdy się nie jest pewnym, lepiej się zabezpieczyć.
Marya tego, co mówi ciotka Porzelska, nie będzie chciała słuchać; ona zna tę kobietę i pogardza nią w gruncie, ale i wobec niej jest bierna, tem więcej, że dużo lat dzieciństwa spędziła u niej.
Schadzki z Borzewskim ułatwiać im będzie Jadwiga; ona jest jakby na to stworzona i będzie to robiła z ogromną satysfakcyą, raz, że podchodzić będzie sprytnie takiego głupca, jak Kołolaski, powtóre, że wszelkie zbliżanie Maryi do mężczyzn widocznie na nią samą działało zmysłowo i drażniąco, potem, że będzie to w wysokim stopniu niemoralne nadzwyczajnie fin de siècle, nakoniec, że będzie znowu tą trzecią w trojgu, i osobiście nieinteresowaną, stroną i ulubioną więc patrzącą na rzecz z góry, co było jej słabą rolą. Lubiła »matkować«, jak mówiła.
Zgnębiony i rozbity, począł iść ku domowi.
Zastał u siebie list przysłany za nim z Warszawy, od Tężla, który dotąd z Monachium raz tylko doniósł, że wszystko przyjęte na wystawę przez »jury« z aplauzem niebywałym, teraz zaś pisał:
»Kochany Romku! Zwycięstwo na całej linii! Panie Łdzawicz, oj panie Łdzawicz! Mimo swojej »niesfołnej natuły«, zasłużyłeś na dyplom honorowy, najwięcej, co ci dać mogą te podłe szwaby, ale niech ich tam, i uznany jesteś na przyszłość hors concours. Prześlej mi na gwałt twoją fotografię, bo cię chcą portretować w pismach; kilka, bo z kilku stron proszą. Wysyłam ci tymczasem całą pakę świetnych krytyk. Niemcy, są Niemcy, co zresztą nic nowego, ale się znają na rzeczy. Pobiłeś tu wszystkich. Powiedz Łanowskiemu, że cię teraz może tytułować wielkim mistrzem, albo arcymistrzem, bo mistrzem byłeś już dawno. Jeden Holender mi dowodził, że od czasów Berniniego nie było takiego rzeźbiarskiego talentu. Dyplom zaraz ci poślą, a ja sam niedługo stąd wyjeżdżam, bo już nie mam pieniędzy. Tutejsi nasi malarze wyekspedyują ci wszystko z powrotem. Wysyłamy stąd telegram do Kuryera.
Ściskam cię, i możesz sobie wyobrazić, że się cieszę, jak pies dywanem. Vivat!Tężel«.
Rdzawicz w pierwszej chwili doznał uczucia tryumfu, które go całego odurzyło i opanowało. Przeczytawszy list, wyprostował się, podniósł głowę i podgarnął włosy z czoła. Uczuł się sławnym.
To wrażenie zatarło w nim chwilowo wszystkie inne: upajał się niem. Stał przy oknie i patrzał w ogród, myśląc o swojej sławie i nie widząc prawie ani drzew, ani deszczu, który przez parę minut rzęsiście padał; od sławy uwagę jego dopiero odwrócił mały, biały kot, którego zobaczył na ścieżce ostrożnie obchodzącego chowanego żórawia, a potem w ambarasującej pozycyi między żórawiem a turkuciem podjadkiem.
Głaszcząc kota z różowym nosem i zielonemi oczami, Rdzawicz czuł, że wszystko maleje mu w oczach: Marya ze wszystkiem, co jej dotyczyło, wydała mu się mniejsza i dalsza; zajście z Elą wydało mu się zupełnem niczem... był teraz przedewszystkiem sławny.
Kiedy go zawołano do obiadu, w pierwszej chwili miał ochotę opowiedzieć o liście od Tężla, ale gdy wszedł i pomyślał, że to jednak wszystko są ludzie obcy, mniej lub więcej mu życzliwi, ale obcy, ogarnął go smutek i żal i usiadł milcząc na zwykłem miejscu, między panią Laurą i Elą Rosieńską.
Czuł potrzebę rozgłoszenia swego tryumfu, przedtem jednak chciałby był powiedzieć to komuś takiemu, kogoby wyjątkowo obchodził i ktoby jego obchodził wyjątkowo, nim wiadomość stanie się własnością ogółu, spospolituje się i straci czar. Jest jedną z najmilszych rzeczy wiedzieć coś dobrego tylko z tymi, których się kocha.
Ela?... Tak, może być, że on obchodzi Elę, ale ona dla niego jest niczem. Smutek i żal zamieniły się w bolesny gniew. Jakto?! Na całym świecie, jak długi i szeroki, niema nikogo?! Na cóż mieć talent, jeżeli się nie może nawet tyle zdobyć, żeby się miało komu powiedzieć o tem?! Przerwic ma swoją Lorę, każdy prawie artysta ma taką swoją Lorę, tylko on... pannę Tyżwiecką, która idzie za pana Kołolaskiego, aby mieć stosunek z panem Borzewskim...
Przeklęte życie!...
Po obiedzie, który wogóle był cały milczący, bo panny i Przerwicowie byli zmęczeni spacerem, wyszedł w pole i długo chodził, aż do zachodu, łapiąc małe zielone żabki, które skakały mu z ręki w wodę i bawiąc się z młodym wyżłem, który wyleciał za nim z dworu i upędzał się za wróblami, albo usiłował mu obgryźć spodnie i zjeść buty na nodze.
Była niedziela: państwo Rosieńscy, jak zwykle w niedzielę, spodziewali się gości. Trzeba było wrócić, przebrać się i wejść między tych ludzi, którzy go będą traktowali jak »pana Rdzawicza, mniej więcej znanego artystę«, nie wiedząc, że jego nazwisko może będzie niedługo powtarzanem w Europie, jak nazwisko Klingera, lub Stucka, jako nazwisko »nowej gwiazdy«.
Na ganku spotkał Rózię, która poczęła wołać:
— Panie Romanie, wie pan kto jest? przyjechali państwo Twardowieccy z Pęcina, oni oboje, obaj ich synowie, jeden sję kocha w Eli, i córka, panna Matyldzja. Mówią, że widzjeli z daleka powóz pani Emilii Zręmbskiej, pewno także tu zjedzje. A pan nie przybrany. Proszę włożyć ten piękny krawat biały w szafirowe cętki, dobrze?
— Dobrze...
— Naprawdę, pan jest taki dobry. Jabym pana o jedno spytała...
— No, o cóż takiego?
— Pan sję śmiać będzje. Czy pan ma do mnie sympatyę?
— Nawet dużą.
— To dobrze, bo ja do pana toże, a to tak miło mieć sympatyę. Niechże pan zawdzjeje biały krawat w szafirowe cętki i prędko przychodzi. Wszyscy na ganku od ogrodu.
Rdzawicz, rozbawiony trochę Rózią, poszedł do siebie i przebrawszy się, wyszedł na ganek.
Na ganku, pod oplecieniem dzikiego wina, rozpiętem na słupach i krokwiach, przy dwóch lampach, pani Rosieńska na swoim fotelu z kółkami, blada i schorowana, w białych koronkach na siwiejących przedwcześnie włosach, rozmawiała z panią Twardowiecką, osobą niemłodą, pokaźnej tuszy i ubraną z pewną pretensyą, obok zaś siedzieli panowie Rosieński i Twardowiecki, jeden pykając z fajki na długim cybuchu, drugi paląc cygaro z obrączką z pozłacanego czerwonego papieru. Trochę w rogu siedziała młodzież. Ela miała tę samą białą, miękką suknię ze złotym paskiem; panna Matylda Twardowiecka, lat około dwudziestu ośmiu, z widoczną intencyą, żeby być piękną, w istocie nie brzydka, tylko dziwnie niesmaczna od pierwszego wejrzenia, oparta z wymuszoną gracyą na łokciu, patrzała na koniec swego szpiczastego bucika; dwaj młodzi panowie Twardowieccy siedzieli z obu stron Eli. Jeden starszy, bardzo przystojny, imieniem Edward, ubrany podług ostatniej mody, miał widoczną cechę tego, co się nazywa »panicz«; drugi, Wiktor, o wiele mniej elegancki, trącił od razu »wsiostwem«. Przerwicowie siedzieli obok siebie, ona bardzo ładna, w ciemno­‑granatowej sukni, z żółtym koronkowym kołnierzem. Rdzawicz usiadł przy niej.
— Dziwię się — mówiła pani Twardowiecka, która widocznie »zagajała« — że Zręmbskiej jeszcze niema. Widzieliśmy jej powóz na zakręcie około kościoła, powinienby już być od pięciu minut.
— Tak, jeżeli ją państwo tam widzieli, to już powinnaby być dawno — powiedział pan Rosieński, puściwszy ogromny kłąb dymu i odganiając go ręką na ogród. — Ale słyszę, że ktoś zajeżdża; może właśnie ona? — Wyszedł i za chwilę wrócił, prowadząc przed sobą młodą jeszcze osobę, wykwintnie, ale trochę błyskotliwie ubraną, za którą szedł Morski i około lat trzydziestu mężczyzna, podobny do niej, z bardzo smutną twarzą.
— Czy to jest pani Zręmbska? — szepnął Rdzawicz do Przerwicowej.
— Tak; a to jest jej brat, Bolesław Łukowicz, Oboje owdowieli, ona przed trzema laty, on przed rokiem, i teraz razem mieszkają.
Ah! cher comte! — rzekła pani Twardowiecka, witając Morskiego ze słodkim uśmiechem.
Panna Matylda wlepiła w niego długie spojrzenie z pod brwi i podała mu rękę bardzo poufale i tak, aby to było widać.
— Wyobraźcie sobie — mówiła prędko pani Zręmbska, nim się jeszcze ze wszystkimi przywitała — że Morski, który jechał z nami odemnie, nie mógł znaleźć w kieszeni czegoś, co tu wiózł i musieliśmy stać na drodze, aż się przekona, czy ma, bo inaczej chciał wracać po to do Spleszewa.
— Pozwoli sobie szanowna sąsiadka przedstawić kuzyna Lorci, który bawi u nas — ozwał się pan Rosieński, podprowadzając ku niej Rdzawicza.
Pani Zręmbska przyłożyła szybko i mimowolnie do oczu binokle na długiej rączce z srebrną cyfrą, ruchem, jaki zwykle mają osoby krótkowzroczne, i podając mu rękę, rzekła:
— A! Wszak panu należy się powinszowanie za wielki tryumf, jaki pan odniósł w Monachium?
Rdzawicz uczuł, że wszyscy spojrzeli na niego i oblało go gorąco; skłonił się i odpowiedział krótko:
— Tak. Dziękuję pani.
— Cóż się stało? Nic nie wiemy? — zapytały prawie równocześnie pani Rosieńska i pani Przerwicowa.
— Dostałem dyplom — odrzekł.
— Dyplom honorowy i ogłoszenie hors concours; bardzo się cieszę, że pana poznaję — dodała pani Zręmbska, ściskając mu mocno rękę. — Było już w »Kuryerze«.
— A w naszych pismach jeszcze nic — rzekła pani Rosieńska.
Wszyscy, jedni z ochoty, drudzy z obowiązku grzeczności poczęli mu mówić komplimenty. Pani Rosieńska wymawiała, że skoro wiedział o tem, nic im nie mówił; było jej bardzo przykro; natomiast panu Rosieńskiemu podobała się jego skromność. Pani Laura widocznie była przez pół kontenta, przez pół zmartwiona, że to nie »Ziuci«. Morski i Przerwie uściskali go serdecznie, zaś pan Edward Twardowiecki miał minę: »dobre i to, jak nie można być mną«, a pan Wiktor wybałuszył na niego oczy, czyniąc wrażenie, jakby nie bardzo rozumiał o co chodzi. Ela zbliżyła się ku niemu ostatnia, trochę nieśmiało, z mocnymi rumieńcami na policzkach i widocznie bardzo wzruszona.
— Przyjmie pan i odemnie powinszowanie? — rzekła cicho, wyciągając ku niemu na pół rękę.
Rdzawicz uścisnął jej drobną dłoń, odpowiedzieć jednak nie mógł, gdyż naokoło stali za blizko Edward Twardowiecki i Rózia.
Wszystko to byli ludzie obcy, lub więcej, niż obcy... Marya już o tem wie; przeczytała w »Kuryerze« tak, jakby przeczytała o odznaczeniu jakiegoś Szweda, czy Hiszpana...
W tej chwili pani Twardowiecka spytała go, dlaczego swoich dzieł do Włoch nie posyła? Odparł jej że tam teraz niema centrum europejskiej sztuki, tylko w Niemczech i Francyi.
— Ach! Włochy, to taki cudny kraj — poczęła deklamować pani Twardowiecka. — Kiedyśmy przed rokiem byli na wiosnę we Włoszech, myślałam, że się rozpłynę.
— Z zachwytu, czy z gorąca? — spytał Morski.
— Pan wie, że panu wszystko wolno — rzekła pani Twardowiecka, grożąc mu kokieteryjnie wachlarzem.
— Dlatego, że jestem artystą, czy dla innych moich przymiotów? — spytał znowu Morski.
— Dlatego, że pan jesteś takim, jak jesteś — odrzekła pani Twardowiecka, robiąc przytem »dobrą minę przy złej grze«.
— Włochy są rzeczywiście pięknym krajem — odezwał się pan Twardowiecki, gruby szlachcic z pospolitą twarzą — ale to szelmy Włochy wszystko od nas pobrały. Bo proszę: szparagi »asparagi«, szpinak »spinace«, figa »fiko«.
— Byle nie ficca — wtrącił Morski.
— No, bo że cały kraj nazywa się Italia — mówił dalej pan Twardowiecki — to i po francusku jest Italie, nietylko u nas.
— Bardzo głęboka uwaga — rzekł Morski.
— Widzi hrabia — przychwalił sobie pan Twardowiecki i pociągnął cygaro z pozłacanym papierkiem.
Pani Twardowiecka, panna Matylda i pan Edward, byli czerwoni po uszy; natomiast pan Wiktor, który trzymał nieruchomo wlepione oczy w Przerwicową, zdawał się nic nie słyszeć, albo nic nie rozumieć z tego, co mówił ojciec.
— Porobiliśmy bardzo dystyngowane konneksye — »zagaiła« pani Twardowiecka — zwłaszcza na Capri, gdzie staliśmy w Quisisanie. Jedyny hotel możliwy; wprawdzie kosztowała nas około piętnastu franków dziennie pensya od osoby, ale przy stole obok Matyldzi siedział naprzód młody lord Palmerston, a potem hrabia Seczeny, porucznik od huzarów węgierskich.
— Podporucznik — poprawiła ją panna Matylda.
— Hrabia Seczeny bardzo asystował Matyldzi — ciągnęła pani Twardowiecka — ale ją rwało do kraju. — To mówiąc spojrzała wymownie na Morskiego, który szepnął dosyć głośno do pani Zręmbskiej:
— Gdzie niema głupich.
— W istocie, Włochy mają piękne kawałki — zauważył pan Edward z nonszolancyą wielkiego bywalca.
— Wywieźliśmy stamtąd wszyscy ogromnie wiele wrażeń — dodała pani Twardowiecka.
— Pamięta mama jedną z tych dziewek, co to tańcowały tarantulę koło salta Tymbaryuszowego? — spytał pan Wiktor Twardowiecki.
— Wiciu, jak ty się wyrażasz? — szepnęła zgorszona pani Twardowiecka.
— Tyberyusza — poprawiła go panna Matylda. — Po kapryjsku mówi się: salto di Timberio. Rzeczywiście tarantella jest oryginalnym tańcem.
— Jedna była, niech ją kury zdziob... — zaczął i urwał pan Wiktor spiorunowany spojrzeniem matki, brata i panny Matyldy; pan Twardowiecki ojciec zaś puścił kłąb dymu z cygara i rzekł:
— Wicio ma racyę, ładna była.
— My się z tatkiem na tem znamy — bąknął pod nosem, ośmielony nieco tem poparciem pan Wiktor.
— Ale rękawiczki w Wenecyi wcale nieszczególne — rzekła panna Matylda. — Tyle się o nich nasłuchałam. Ani porównania do tych, które kupiłam w Nicei.
— W Rzymie byłyśmy na mszy papieskiej, dzięki protekcyi jednej austryackiej hrabiny, którą poznałyśmy przez Seczeny’ego i widziałyśmy królowę na Monte Pincio. Jechał z nią, jak nam mówiono, młody książę Colonna — opowiadała pani Twardowiecka.
— Doria — poprawił ją pan Edward.
— Nie, mama ma słuszność, Colonna — potwierdziła panna Matylda. — Sam Seczeny tak mówił, a on ich zna przecież. Ah! masę wrażeń z Włoch wywieźliśmy!... Masę!...
— Bardzo miły człowiek, ten Seczeny, nawet zapowiedział, że nas przyjedzie odwiedzić — rzekła pani Twardowiecka, poczem obie z panną Matyldą spojrzały badawczo na Morskiego, który udawał, że nic nie rozumie.
Przed samą prawie kolacyą przyjechali jeszcze państwo Zawilscy, kilkoletnie małżeństwo, on człowiek sympatyczny i niezmiernie widocznie w niej zakochany, ona z ruchliwemi oczami i wydekoltowana cokolwiek za głęboko. Przy kolacyi posadzono panią Zawilską między Rdzawiczem i panem Wiktorem Twardowieckim. Zawilska znalazła się wkrótce jakoś za blizko Rdzawicza i »zatelegrafowałała« końcem bucika. Uczuł, nie odpowiedział, ale nie cofnął nogi. Wówczas Zawilska »zatelegrafowała« drugi raz. Rdzawicz spojrzał na nią umyślnie zupełnie jawnie zdziwiony i cofnął nogę. Zawilska zarumieniła się lekko i przeniosła się o ile mógł sądzić, ku Wiktorowi Twardowieckiemu, który widocznie przyjął ją wdzięczniej, nie spuszczając równocześnie oka z Przerwicowej. Siedzący obok pani Laury Zawilski raz wraz zwracał zakochane oczy na swoją żonę, tak sprytnie manewrującą swojemi, że zawsze na czas zdążyły wrócić z »wyprawy«, aby się spotkać z jego oczami. Z Rdzawiczem rozmawiała dużo i ogromnie uprzejmie, pochylając ku niemu tem więcej głowę i lewe ramię, im więcej przesuwała się resztą ciała na drugą stronę krzesła. Łukowicz mienił się cały patrząc na Przerwicową i przymykał oczy, jak człowiek, którego chwyta rozpacz; natomiast pani Zręmbska, między Przerwicem i Morskim, wybuchała często pustym, wesołym śmiechem, albo opowiadała im po cichu coś takiego, z czego oni się znów ogromnie śmiali. Raz nie mogła wytrzymać, wstała i mówiąc: »Moja droga pani, muszę to i pani opowiedzieć«, poczęła szeptać do ucha pani Laurze, przyczem pani Laura zaczerwieniła się jak piwonia i bardzo zabawnie usiłowała udać, że się wcale nie żenuje. Pani Twardowiecka patrzała na panią Zręmbską z prawdziwą abominacyą, a panna Matylda z niesłychaną nienawiścią i zawiścią. Obok Eli siedział pan Edward Twardowiecki, wtapiając w nią od czasu do czasu swoje piękne, niebieskie oczy i emablując ją z miną zakochanego Don Juana.
Z całego tego towarzystwa interesował Rdzawicza tylko Łukowicz. Śmierć żony widocznie złamała go na zawsze. Czynił wrażenie, że je i rozmawia raczej jak automat, niż jak człowiek żywy; myślą musiał być ciągle przy śmiertelnem łożu żony, przy jej trumnie, albo przy pierwszej godzinie, kiedy ją ujrzał, przy pierwszem »kocham«, przy pierwszym pocałunku. Straszno pomyśleć, że się już nigdy, nigdy nie ujrzy tej kobiety, wracać do pustego mieszkania, zasypiać bez niej, czuć ją straconą na zawsze. Z tem żyć... Rdzawicz myślał, że gdyby on tak Maryę stracił, chybaby żyć nie potrafił. Wgryzłby się w jej grób, czołemby ziemię przebił do trumny, piersiami by ją przepalił, dłońmi rozdarł... Nie mógłby żyć... Przyszłyby letnie noce księżycowe, a jej niema, aby ją oprzeć o siebie i w pole z nią wyjść; przyszedłby chłodny wieczór jesienny, a jej niema, aby tuliła główkę ku niemu... Nie mógłby żyć, gdyby tak Maryę utracił...
Łukowicz, jakby odgadując, co Rdzawicz myśli, a może czując w tym człowieku pokrewieństwo złej doli i cierpienia, podniósł na niego smutne swoje oczy i patrzał nań przez chwilę.
Siedzącemu obok Zawilskiej Wiktorowi Twardowieckiemu spadła już po raz trzeci serweta pod stół, co wywoływało uśmiech na usta pani Zrębskiej, a lekki rumieniec na twarz Zawilskiej; nie przeszkadzało to, że, ile razy nie miał głowy pod stołem, wpatrywał się jak w tęczę w panią Laurę, która dziś istotnie wyglądała ładnie i ponętnie. Uroda jej ogromnie zmienna i zależna od dnia, jak bywa u osób delikatnych, miała dziś »swój dobry dzień«.
Rdzawicz widział, że Przerwie zauważył to wpatrywanie się w Laurę młodego Twardowieckiego i że poczynają mu drgać brwi z tłumionej irytacyi. Co jednak miał zrobić? Wstać i krzyknąć: »Mój panie, nie patrz się pan na moją żonę, bo ja tego nie lubię!?«
Ją także żenowało to i odebrało jej zupełnie swobodę i dobry humor: ale ona także nic na to nie mogła poradzić.
Rdzawicz myślał znowu, że gdyby Marya była jego żoną i gdyby się ktoś tak jej przyglądał, nie mógłby znieść tego. Jeszcze Marya ze swoją cudną pięknością i chęcią podobania się wszystkim naokoło... Jerzy przynajmniej może być Lory pewnym, ale...
Przycisnął usta i nie chciał wiedzieć tego, co pomyślał, że Maryi nie możnaby być pewnym, gdyby nawet poszła za mąż z miłości, bo ta miłość mogła w niej pewnego dnia tak się gdzieś podziać, jak się podziała »szalona miłość« do niego.
Być może, że Kołolaski jest tak głupi, że się nie spostrzeże, jak się nie spostrzega spoglądający na swoją żonę z najwyższą adoracyą Zawilski, ale onby się spostrzegł, a wtenczas...
Razem zaćmiło mu się i zakrwawiło w oczach i przejął go taki gniew na Maryę, jakby była jego żoną i jakby już dawała mu powody do zazdrości. Byłby najnieszczęśliwszym z nią człowiekiem. Nigdy nie miałby do niej zaufania, aniby go mieć nie mógł. Nie zasługiwałaby na nie! Byłaby to jedna wielka męka. Ach! dlatego samego może lepiej, że nie będzie jego żoną. Kobieta, którą się kocha, powinna być, jak biały posąg czystości. Naturalnie, wszędzie znajdą się bydlęta, jak Wiktor Twardowiecki, na to niema rady, powinno się jednak każdej kochanej kobiecie módz tak ufać, jak Przerwic może ufać Laurze, że przez jej głowę nawet jedna myśl nie przejdzie, którejby jemu powiedzieć nie mogła. Tymczasem Marya...
Marya idzie zawsze za impulsem fizycznym. Zajmuje się i przestaje dbać o ludzi, z chwilą, kiedy jej się przestają podobać. Pod tym względem nie krępuje się niczem, a w dążeniu do satysfakcyi nie wybiera środków, czego daje teraz dowód. Chce użyć tak, jak jest ukształtowana jej chęć użycia...
Chce użyć, to jest, chce tego samego dla siebie, czego dla siebie chce i on...
Tak samo, jak on, żyje, takie samo ma ciało i krew, tak samo jest człowiekiem, jak on, takie same ma pragnienia i żądze; z jakąż więc sprawiedliwością onby sobie przyznawał to prawo do użycia, a jej nie?... Tak, ale ona do tego użycia dąży drogą niegodną... A on?... Czy, gdyby Marya szła za Kołolaskiego, aby nie z Borzewskim, ale z nim mieć stosunek, poszedłby do niej i powiedziałby jej kazanie na temat moralności?... Prawdopodobnie nie.
Tak, ale Marya jest kobietą...
I takim samym człowiekiem jak on.
Jest więc niewinną?...
Chce użyć w życiu, tak samo, jak on...
Nagle Morski, od dłuższego czasu zajęty czemś pod stołem, puścił przed Rózią olbrzymiego bąka, na którym siedząca z czerwonego pluszu małpa na drucikach, wyprawiała podczas wirowania najkomiczniejsze ruchy.
— Przywiozłem to dla ciebie z Bostonu — wołał.
Pani Zręmbska zaś wśród śmiechu opowiedziała, że Morskiemu zdawało się, iż zapomniał tego u niej i że ten bzik chciał po to wracać.
Bąk huczał, brzęczał, kołował, aż nareszcie, uderzywszy się raz i drugi o salaterkę, upadł na bok.
Pani Twardowiecka i panna Matylda śmiały się półgębkiem, a pan Wiktor, zapomniawszy się zupełnie, pokrzykiwał:
— A to ci komika, jak Boga kocham! Co za śmieszna bestya! Muszę sobie to sprawić! Jak puszczę między dziewk...!
Umilkł, spiorunowany znowu spojrzeniami matki, siostry i brata.
Rózia jednak obraziła się; łzy zakręciły się jej w oczach i zwróciła się do Morskiego, że ona nie jest żadne dziecko, żeby się miała bawić bąkami, że nie potrzebuje ani jego, ani jego bąków, że niech się sam tem bawi, jeżeli go to bawi. Prawie jej się na płacz zebrało. Morski zaś, uszczęśliwiony z efektu, jaki zrobił, tłómaczył jej, że ten bąk nietylko się kręci, ale że można jeszcze na nim gwizdać i grać, jak na organkach i że jest zupełnie taki, jakiego dostał najmłodszy synek jednego z Vanderbildtów. Ta ostatnia wiadomość dobiła Rózię, która z pasyą poczęła tłómaczyć Morskiemu, że ona jest panną Różą Rosieńską, a nie żadnym najmłodszym synkiem żadnego Vanderbildta!
Morski pokładał się od śmiechu.
Spacer po parku urządzony po kolacyi, nie trwał długo, ponieważ pora i miejsce usposabiały do tego, aby mówić to, co się czuje, tymczasem jedni albo nie czuli nic względem drugich, albo nie byli blizko nich.
Przed odjazdem, Morski, który lubił grać na fortepianie państwa Rosieńskich, usiadł przy nim i zaczął uderzać w klawisze jednym palcem, a potem wypukiwać jakieś melodyjki. Powoli fizyognomia zmieniła mu się, trochę przybladł i stracił swój zwykły wyraz niedbałego, bezceremonialnego i wesołego światowca. Z melodyek przeszedł w melodye, zaczął grać. Pani Twardowiecka dawała od ust znaki, aby się uciszono.
Wtem Morski wziął akord, potem drugi silniejszy i z pod jego palców poczęły wybiegać tony, jak światła i zapachy. Rozdzwonił i rozkołysał klawisze i począł rzucać na przestrzeń ogromne łuki muzyki, które splatał ze sobą w rozety i girlandy, zwijał we wstęgi i rozbryzgiwał jak girlandy. Nagle uderzył akord długi i potężny, jak grzmot.
— Burza — szepnęła pani Twardowiecka.
— Nie, to groch przesypują — odparł Morski, nie przestając grać.
Potem począł otwierać głębie ogromne. Coś tajemniczego i trwożącego wybiegło z fortepianu. Otwierał jakieś pieczary i dna jezior, na których się kołysały kwiaty podwodne. Nagle jakby wiosła zaplusły i zachybotała się na fali łódź, a potem rozległ się śpiew pełen słodyczy, namiętności i tęsknoty.
— To miłość — szepnęła półgłosem panna Matylda.
— Flet — rzekł Morski, uderzając w tony coraz wyższe, że zdawało się, iż gra jak wiatr górski na szybie lodu i w szczelinach skalnych.
— Ah! ah! — westchnęły razem pani Twardowiecka i panna Matylda, ale Morski już nic nie odpowiedział; porwała go muzyka i niosła wzwyż. Zdawało się, że gwiazdami rzuca i rozpryskuje je w tęcze na powierzchni morza. Jakieś pieśni, jakby syren bajecznych, rozczarował nad ledwo szemrzącem morzem i zawiesił ponad niem, jak obłok.
— Chopin — szepnęła pani Twardowiecka.
— Mozart — rzekła półgłosem panna Matylda.
Ale Morski nie słyszał. Rozlał olbrzymią melodyę, jak jasność słońca, które świeci w południe; coraz dalej i dalej, coraz szerzej szła w bezbrzeż i w bezmiar, aż gdzieś w nieskończonej najwyższej ciszy utonęła, urwana w echu.
— Boskie! — krzyknęła pani Twardowiecka, panna Matylda zaś ocierała batystową chusteczką łzy niby prędko, tak, aby nikt nie spostrzegł, ale w istocie bardzo powoli.
Morskiemu w tej chwili zmieniła się twarz i szepnął do Rdzawicza, który stał niedaleko.
— Patrzno pan, czy ona płacze gumą arabską, że się to odlepić nie da?
Wtem pani Twardowiecka, w nagłym paroksyzmie entuzyazmu, przyskoczyła ku niemu i chwytając go za ręce krzyknęła:
— Geniuszu!
Morski ukłonił się grzecznie.
— A pochwalić nie można, bo zawsze farceur. Cóż mi pan odpowiedział z tym grochem?
— Nie, jak panią szanuję, chciałem sobie wygrać moje gospodarstwo w Przychówku — powiedział Morski niby zupełnie po prostu i naiwnie.
Pani Twardowiecka zmusiła się do rozśmiania i rzekła z manierą osoby z wielkiego świata.
— Niech pan nam tylko tak dalej groch przesypuje, a my panu głowę laurami przysypiemy. A nasz fortepian dawno już tęsknił za panem, niedobry — dokończyła z ujmującym grymasem.
— Wyjeżdżam w tygodniu — odrzekł Morski.
Pani Twardowieckiej przeciągnęła się twarz, jeszcze jednak potrafiła się uśmiechnąć:
— Pana nigdy nie zatrzymają życzliwe mu serca?
Morski jakby zastanowił się, pani zaś Twardowiecka rzuciła na pannę Matyldę szybkie, jak błyskawica, znaczące spojrzenie, a Edward Twardowiecki odwrócił się ruchem zdenerwowanego człowieka, kiedy ktoś paznogciem zadrapnie mankiet.
Około dwunastej pozostali w Zagórzu sami domowi. Noc była ciepła i cicha, pełna zapachu kwiatów i drzew, mglista trochę, tak, że gwiazdy tylko gdzieniegdzie przeświecały matowo i nie promiennie. Księżyc majaczył w mgławicy sierpem.
Rdzawicz, rozstrojony całym dniem, wrażeniem, jakie na nim uczynił Łukowicz, i grą Morskiego, wyszedł do parku.
Ogarnął go ogromny smutek. Czuł się sam, a to uczucie poczęło go przygnębiać z potęgą, jak nigdy prawie. Naokoło jeszcze trwała pora miłości. Zresztą miłość jest wieczna, ma tylko swoje znamienne formy. Miłość jest olbrzymim, wiecznym ruchem wirowym. W morzu i na ziemi trwa ciągle i wszystko pochłania. Rdzawicz miał jakby kolosalną wizyę miłości. Zdawało mu się, że jak pod wpływem muzyki Morskiego, otwierają mu się otchłanie morskie i przestrzenie ziemi, i że widzi potworny, wszechświatowy chaos pragnień, żądz i syczeń miłosnych. Zdawało mu się, że ta miłość, która obejmuje cały świat, ma swój odurzający zapach. Pojmował jej wieczność. Ona trwa od początku bytu, każdorazowe pokolenie jest tylko jej jedną warstwą, jedną falą.
Ta olbrzymia idea uplastycznia się w miliardach kształtów i postaci. Kocha się tę ideę wcieloną w najbardziej odpowiadający wyobrażeniu jej kształt. Uścisk miłosny — jest to nieskończona mgławica kosmiczna przeistaczająca się w coraz nowe formy, które giną i nikną, aby innym miejsca ustąpić. Miłość jest wieczną spuścizną, wiecznem dziedzictwem, wieczną ogólną ideą w nieskończonej ilości rzeczywistych zjawisk.
Myśląc tak, czuł się coraz smutniejszym. Był w całym świecie jakby czemś obcem — był sam...
Usiadł w altanie, którą Rózia nazwała altaną cioci Lorci, i przewiesiwszy głowę przez poręcz od ławki, przymknął oczy. Niedługo z alei akacyowej wynurzyły się dwa cienie, które poznał w sylwecie: byli to Przerwicowie. Mógł ich słyszeć wyraźnie.
— Słuchaj Ziuciu — ona mówiła — dużo ty masz pieniędzy?
— Ze sześćset rubli — odpowiedział Przerwic.
— A mnie przysłali przedwczoraj czterysta pięćdziesiąt, to mamy razem tysiąc pięćdziesiąt. Słuchaj, teraz nic nie będziesz robił przynajmniej ze dwa miesiące, bo jesteś zmęczony.
— Dobrze, dziecko, ale w przód będę musiał jeszcze ze dwa tygodnie popracować w Warszawie. Chcę być zupełnie wolny.
— Więc dobrze, wrócimy stąd, a potem pojedziemy do Zakopanego.
— Dobrze.
— Zaczep sobie palec o kamizelkę, żebym się mogła mocno oprzeć, tak, bo mię nogi bolą. Jak dobrze, że już jesteśmy sami. Pocałuj za to. Zmęczyłam się dzisiejszym dniem.
— No, to chodźmy do domu dziecinko.
— Kiedy tak tu ślicznie i tak miło z tobą. Powiedz co. Czekaj, jak to jest ten wiersz Goethego taki śliczny? Ueber aliln Wipfeln...
— Nie, ueber allen Gipfeln ist Ruh’.
— Powiedz cały.
Ueber allen Gipfeln ist Ruh’,
Auf allen Wipfeln spuerest du
Kaum einen Hauch;
Die Voegelein schlafen im Walde,
Warte nur, balde
Ruhest du auch.
— Tak ładnie to mówisz. Przystańmy... Jak cicho...
Rdzawicz widział z altany, jak oparła głowę na ramieniu męża, zwieszona na nim na obu zaplecionych dłońmi rękach.
— »W taką to noc letnią
Piękna Jessyka« .....cóż kiedy nie pamiętam dalej — rzekł żartobliwie Przerwic.
— Wiesz, że życie jest bardzo piękne — ona się odezwała. — Tacy jesteśmy swoi i sami. W całym tym parku nikogo teraz niema, prócz nas. Zaprowadzisz mnie gdzie w Zakopanem? Teraz jestem daleko silniejsza, będę mogła chodzić. Mój drogi, tylko nie wydaj pieniędzy, żebyśmy mogli robić dużo wycieczek. Będziemy chodzili tylko we dwoje, prawda? Spać mi się chce — ziewnęła trochę, przysłaniając usta ręką.
— No to wróćmy — rzekł Przerwic. — Nie pamiętam, czy masz jeszcze tę białą dawną pelerynkę zakopiańską? Przydałaby ci się. Chodź.
Odeszli, ona ciągle oparta na ramieniu męża i cała na nim zwieszona, że raczej ją niósł niż szła o własnej mocy.
W Rdzawiczu kipiał ból i żal; on był sam. Zerwał się i poszedł inną aleją ku domowi, aby wziąć laskę i uciekać gdzieś sam przed sobą w pola, czy w las. Na ganku, ciemnym od dzikiego wina, zobaczył sylwetkę kobiecą, siedzącą na ławce.
— Czy to pani Lora? — spytał, myśląc, że Przerwicowie tu usiedli.
— Nie, to ja — odpowiedziała Ela Rosieńska, drgnąwszy, jakby przelękła.
— Myślałem, że Jerzowie byli w parku.
— Poszli już do siebie w drugą stronę. Dobra noc panu — odrzekła wstając.
Ale jego w chwili, gdy poznał Elę, owładnęła jakaś szalona, niezważająca na nic namiętność. Była to kobieta, kobieta młoda i ładna, kobieta, której nie był obojętny, mógł to poznać choćby po jej głosie, kiedy się do niego odezwała, winszując dyplomu — — on zaś miał w sobie tyle żalu, tyle tęsknoty i tyle pragnienia... W piersiach wezbrało mu coś i kolana pod nim lekko zadrżały.
— Panno Elu, — odezwał się półgłosem, podchodząc ku niej — dlaczego pani mi się pytała, czy od pani przyjmę powinszowanie?
— Myślałam, że pan się gniewa na mnie — rzekła prosto i smutno. — Przytem zdaje mi się, że jestem dla pana niesympatyczną, a od takich osób wszystko jest niemiłe. Ale nie możemy tu rozmawiać dłużej. Żegnam pana.
Wyciągnęła ku niemu rękę; on jednak kiedy miał jej dłoń w swojej, nie mógł zapanować nad sobą i podniósłszy ją ku ustom, pocałował.
— Co pan robi?! — krzyknęła Ela, cofając się cała i chcąc mu się wyrwać. W nim zaś pocałowanie to spotęgowało jeszcze namiętność, a zarazem obudziło dziwną i wielką tkliwość dla Eli: rękę jej zatrzymał w swojej i powiedział prosząco i miękko:
— Ja przepraszam panią.
— Za co? — spytała Ela, na której widocznie jego ton uczynił wrażenie.
— Pani mi nawet ani wybaczyć nie może, ani nie powinna.
— Wszystko rozumieć, to jest wszystko przebaczyć, wie pan, ale muszę już odejść. Niech mię pan — — puści — dokończyła cicho, wstydząc się tych słów, których w tym składzie i potrzeby wymówienia kiedykolwiek musiała sobie nigdy nie wyobrażać. On jednak, uczuł, że jej ręka mdleje i ubezwładnia się w jego uścisku, jak kiedyś na raucie.
— Zostanie! — pomyślał i spytał głośno: Dlaczego pani chce odejść?
— Nie możemy przecież z sobą rozmawiać sami tak późno.
Wtenczas ujął ją za drugą rękę i rzekł znów miękko i prosząco:
— Panno Elu... — Nie mógł widzieć jej oczu i twarzy, ale zdawało mu się, że prawie widzi jak się jej przymykają głębokie, duże oczy pod ogromną rzęsą i jak jej się rozchylają nieco wiśniowe, prześliczne, do pocałunków stworzone usta, o upajającym wyrazie pragnienia. Pochylił się ku niej i napół szepnął:
— Panno Elu, niech pani zostanie chwilę; jest mi tak smutno i przykro.
Nie kłamał: było mu smutno do dna duszy.
— Powinien pan przecież być bardzo szczęśliwy dzisiaj — odpowiedziała Ela, jakby nie śmiejąc poruszyć dłoniami, aby przynajmniej pozornie nie uświadamiać tego jemu i sobie, że są w jego uścisku.
— Niech pani mi wierzy, że prawie wolałbym był tego dyplomu nie dostać. Nie miałem komu drogiemu nawet powiedzieć o nim. Ale dlaczego pani przypuszczała, że się gniewam na panią, lub że mi pani jest niesympatyczną?
Ela schyliła głowę i wyszeptała raczej, niż powiedziała głośno:
— Być może, że zrobiłam panu wtenczas jaką przykrość...
W jej głosie, w jej postawie, w całej niej było to zupełne poddanie się jakieś, które ma kobieta tylko wtenczas, kiedy bardzo kocha, Rdzawiczowi ogień przeleciał żyły; sam sobie nie zdawał sprawy, dlaczego ukląkł przed Elą i przycisną! obie jej ręce do ust.
Ona zadrżała całem ciałem i usiłowała mu znów wyrwać dłonie, ale kiedy odjął usta i przycisnął do nich czoło, one jakby omdlały w jego rękach.
Klęczał, nie myśląc nic, nie zastanawiając się nad niczem, z tem jednem tylko uczuciem, że klęczał przed kobietą. Czuł, że bez względu na to, kto jest ta kobieta, życieby za nią dał w tej chwili, za to tylko, że jest i przy nim.
Jej zaś ręce stawały się w jego rękach coraz więcej bezwładne i jakby senne; ujął je głębiej — nie broniły się.
Wtedy powstał, puścił jedną z nich i objął oba ramiona Eli: drgnęła, jakby ocucona i oparłszy mu rękę na piersiach, widocznie instynktownym i uprzedzającym jeszcze jej wolę ruchem, chciała go odepchnąć; ale on przycisnął usta do jej dłoni, którą trzymał, a potem przycisnął znów do niej czoło, jak pierwej, kiedy klęczał — i Ela, z ręką opartą o jego piersi, jakby urzeczona, osunęła się nieco w tył.
Rdzawicz stracił świadomość siebie: krew zakipiała w nim, przygarnął Elę ku sobie i nachylił się nad nią: zwisła mu bezwładnie na ręce, jakby tracąc przytomność.
Znalazł jej drobne, wilgotne usta i położył na nich swoje, w których czuł płomień, potem bezwładną posadził na ławeczce gankowej, ukląkł przed nią i całował jej ręce i suknię. Ciało Eli począł wstrząsać dreszcz i palce jej, widocznie nieświadome tego, co robią, poczęły błądzić po jego twarzy, szyi i włosach.
Rdzawicz, pomimo całego uniesienia, lękał się chwili, kiedy Ela się ocknie z tej pół nieprzytomności: usiadł koło niej, objął jej głowę ku sobie i począł ją głaskać po policzku, jak dziecko, które się chce uspokoić i utulić. Nagle Ela wybuchnęła szalonym, gdzieś z pod serca rwącym się płaczem.
Wysunęła się z objęcia, pochyliła głowę ku kolanom i szlochała na głos; był to prawie jęk, pełen rozpaczy, bólu i zapamiętania się.
— Elu, Elu — szeptał Rdzawicz przerażony tym płaczem, który trwał długo i uhamować się nie dał.
Wreszcie Ela otarła łzy i wstała z ławki: nie śmiał jej zatrzymywać, ani tknąć. Chciała odejść, ale nagle, jakby jakąś przemożną i niezwalczoną siłą pchnięta, zwróciła się ku niemu i upadła mu twarzą na piersi, wybuchając ponownie płaczem. Czuł, że w nim samym szuka przed nim ratunku.
— Kochasz mnie? — szepnął.
— Nad życie — odpowiedziała wśród łkań.
Wtedy on doznał dziwnego wrażenia dotkliwej przykrości; on sam miał w sobie dla niej w tej chwili wszystko, co dla kobiety mieć w sobie można, oprócz kochania. Jeden nerw uczucia w sercu mu nie drgał.
Czuł się winnym, przedewszystkiem winnym, przytem po prostu nie wiedział, co zrobić?
— Nie kochaj mnie! — szepnął. — Nie jestem tego wart i sam kochać ciebie nie mogę.
— To też ja nie chcę żyć! — jęknęła Ela.
— Dziecko — przerwał jej, czując, że mu się gardło ściska. Pierwszy raz w życiu czuł się kochanym przez kobietę naprawdę i uczuł, że tej miłości jest taki ogrom, iż przygniata i prawie zgina. Przeląkł się tej potęgi, która ogarnęła go nagle, jak morze, taki sam żywioł, jak ono. Miał wrażenie, że fala tej miłości spiętrza się, zalewa go z głową, pochłania go, grunt mu podmywa z pod nóg, topi go i porywa z sobą rozkiełznana, paląca, szalona... Przy nim zaś była tylko jedna smukła i wiotka dziewczyna, z twarzą na jego piersiach ukrytą, płacząca, słaba i bezsilna, którą mógł wziąć na ręce, jak dziecko, albo położyć sobie u stóp, gdyby był chciał.
Ela nie mówiła nic, nie cisnęła go do siebie, a jednak on czuł, że wszystko w niej jest miłością i tylko miłością. On tak kochał niegdyś Maryę.
Oto jest u celu swego życia, u celu, o którym marzy, odkąd zaczął marzyć, do którego dąży, odkąd zaczął mieć wolę: jest naprawdę kochany... tylko nie przez tę, którą on sam kocha...
Uczuł, że depce, że zdobywa, druzgocąc, i że druzgoce istotę niewinną. Cóż za złe fatum!
Gdyby Marya była go tak naprawdę kochała: byłby doszedł do najwyższego szczęścia przez najwyższe szczęście; tymczasem teraz on jest nieszczęśliwy, jak był, a z jego nieszczęściem może się związać nowe, tej biednej dziewczyny, tej Eli.
— Elu — ozwał się — powiedz, przebaczasz mi?
Odjęła twarz od jego piersi i podniosła ją ku niemu.
Zrozumiał: stała przy nim, jakby łudząca się jeszcze nadzieją, czysta, biała, dziewicza panna młoda do ślubu serc: żal zdławił go, schylił się i przycisnął jej ręce do ust.
Teraz ona zrozumiała: zachwiała się, roztwarła dłonie u rozchylonych nagle rąk i byłaby padła, gdyby nie był zdążył na czas jej objąć ramieniem.
Owładnął nim jakiś strach, że coś złego popełnił, chciał skończyć już ten dramat jak najprędzej, w jakikolwiek sposób. Zemdlonej Eli zostawić nie mógł, podniósł ją więc bez namysłu na rękach i otwarłszy nogą niedomknięte drzwi od sieni, w której świeciła się lampka nocna, począł ją nieść do jej pokoju na piętrze. Z sieni wyszedł na schody; na razie nie czuł ciężaru, potem jednak szedł z trudem, tem bardziej, że szedł prawie już po ciemku i musiał stąpać jak najciszej, aby nie obudzić kogo w drewnianym, więc roznośnym domu. W połowie schodów oparł się o poręcz — nie mógł iść dalej, przytem było już zupełnie ciemno. Na piętrze mieszkały po jednej stronie korytarza Ela i Rózia, po drugiej Przerwicowie w dwóch pokojach, a za pokojem Jerzego był jego pokój. Trzeba było wziąć świecę. Mógł był jakoś oprzeć zemdloną i sztywną Elę na schodach, dojść do siebie po światło i wrócić po nią; ale tymczasem ona mogła spaść, a nadto ze świecą w jednej ręce, choćby nawet zdołał ją wynieść na samej drugiej, to tylko wtedy, gdyby ona trzymała się go za szyję. Ogarnęło go tedy szalone nerwowe rozdrażnienie: zaciął zęby i jakby nie czując Eli na rękach a widząc w ciemności, począł iść szybko i pewnie przed siebie. Na szczęście księżyc wypłynął z chmury i choć blado, przecież świecił trochę w korytarzu. Rdzawicz otwarł drzwi od pokoju Eli: tu było jednak zupełnie ciemno, gdyż story były zapuszczone. Nie znał rozkładu tego pokoju i bał się uderzyć Elę o cokolwiek. Nie pozostawało nic innego, tylko obudzić Rózię, śpiącą obok. Nie zastanawiał się nad tem, był nadto zmęczony i rozdrażniony; zawołał.
— Elu, czy to ty? — spytała Rózia, nie rozpoznając głosu ze snu.
— Nie, to ja; niech pani wstanie i przyniesie świecę lub przynajmniej przez drzwi od siebie poświeci — odparł.
— Boże! Cóż stało sję?! — krzyknęła przerażona Rózia.
— Nic, tylko trzeba świecy. Niech pani poświeci przez drzwi.
— Gdzież Ela? — spytała z niepokojem Rózia.
— Panna Eliza jest trochę niezdrowa: niech pani poświeci.
Rózia uchyliła drzwi i wysunęła rękę ze świecą: zobaczył łóżko Eli i położył ją na niem. Oczy i usta miała zamknięte i blada, czyniła wrażenie prawie martwej.
— Biedactwo — szepnął, patrząc na nią.
— Już mogę wejść? — zaśpiewała Rózia z za drzwi.
— Zaraz. Teraz niech się pani ubierze — odpowiedział Rdzawicz, chcąc ją przygotować, aby wrażenie nie było zanadto silne. — Panna Ela trochę zasłabła. Niech pani poczeka, to zapalę świecę od pani świecy.
— Czy ona tam jest? — spytała Rózia przerażonym głosem.
Trzeba było całemu wypadkowi nadać jak najlżejszą cechę, a przytem przygotować Rózię, aby się nie przelękła i nie zaalarmowała domu; Rdzawicz odpowiedział więc, jak mógł najzwyklejszym głosem:
— Przedewszystkiem niech pani będzie spokojna. Nie stało się nic strasznego, panna Ela zmęczyła się zanadto.
— Ale czy ona tam jest? — powtórzyła Rózia, której się na płacz zbierało.
— Jest, tylko bardzo bezsilna. Niech się pani ubierze i tu przyjdzie.
— A dlaczego Ela nic nie mówi? — nalegała Rózia.
— Widzi pani, panna Ela trochę zemdlała, ale —
Nie dokończył, w tej chwili bowiem Rózia w różowym szlafroczku i różowych pantofelkach, z rozpuszczonymi włosami, wpadła do pokoju; mimo całej dramatyczności położenia i mimo, że mu teraz było wszystko inne na myśli, Rdzawicz prawie szepnął: Jaka ona śliczna!
— Elu! Mamo! — krzyknęła Rózia, przypadając do łóżka siostry.
— Niech pani nie krzyczy! — szepnął Rdzawicz, biorąc ją silnie za rękę. — Mama tu przecież przyjść nie może i nie trzeba straszyć bez potrzeby ani jej, ani ojca, ani nikogo w domu. Niech pani da wodę kolońską, to jej natrzemy skronie, a przedewszystkiem niech jej pani rozepnie stanik.
Rózia rozpięła stanik Eli, poczem stosownie do wskazówek Rdzawicza, tłumiąc płacz, starała się ją przywrócić do przytomności z pomocą wody kolońskiej i zwyczajnej. Ela jednak nie otwierała oczu. Wtenczas Rdzawicz przypomniał sobie, że kiedy jego opuszczała przytomność podczas rozmowy z Jadwigą Strzeliską, ona mówiła o eterze, jako o środku trzeźwiącym.
— Czy jest eter? — zapytał Rózi.
— Jest w apteczce.
— Klucze są u panny Eli, prawda?
— Tak, w stoliku.
— To niech pani je weźmie i przyniesie eteru. Tylko po cichutku, żeby nikogo nie obudzić, boby się mama przelękła. I ostrożnie, niech pani czego nie podpali.
Rózia wzięła kluczyki i świecę i wyszła; domowa apteczka w Zagórzu była na dole.
Rdzawicz usiadł na łóżku obok Eli: wyglądała, jak ścięty kosą kwiat. Leżała na swojem panieńskiem łóżku, z rozplecionymi włosami, na których świeciły krople wody, z głową trochę ku ramieniu schyloną, blada, nieruchoma, pół martwa.
— Biedactwo — szepnął, czując ogromny żal tej dziewczyny.
Nachylił się nad nią i patrzał na nią, jak na coś biednego, słabego, nieszczęśliwego, co skrzywdził bardzo i nieludzko.
Potem odgarnął jej delikatnie włosy ze skroni, a potem pochylił się i przytknął jej do czoła usta. Jakaś dziwna tkliwość i serdeczność go ogarnęła, jakieś dziwne, nieznane mu, szlachetne i wysokie uczucie: pierwszy raz w życiu pocałował duszę kobiecą, nie ciało.
— Zdaje mi się też — pomyślał — że pierwszy raz w życiu mógłem pocałować kobiecą duszę...
Doznał wrażenia, jakby stał nad jakimś olbrzymim skarbem. Znikło mu zupełnie z oczu to, czy Ela jest piękna i czy są inne piękniejsze od niej; jakiś mu się otwierał świat, w którym nie był dotąd nigdy, a z którego rąbek mu uchylono. Nieprzyzwyczajonemi oczami patrzał na ten rąbek, jak przez mgłę, ale czuł, że umiałby weń patrzeć zupełnie jasno i ciągnęło go w tę głąb, której skraj zobaczył.
— Czy to ty? — szepnął, spoglądając na Elę.
Wtem wydało mu się, że jej powieki drgnęły; potem poruszyły się usta i cała drgnęła. Otwarła oczy. Oczy te spotkały się z jego oczami: zrazu, jakby jeszcze nieprzytomne i niepoznające go, spojrzały nań po chwili z miłością i słodyczą zupełnie bezgraniczną. Ale w tejże samej chwili musiała sobie Ela przypomnieć, co między nimi zaszło, zamknęła bowiem powieki i twarz skurczyła się jej, jak od bólu. Rdzawicz zsunął się z jej łóżka i ukląkłszy, przycisnął usta do jej prawie zimnej ręki.
— Przebacz mi — rzekł półgłosem.
— Przebaczam — wyszeptała cicho.
Rdzawicz wstał i oddalił się ku oknu, którego storę uchylił; czuł, że ma oczy wilgotne.
— Cóż?! — spytała półgłosem Rózia, powracając z flaszeczką eteru.
— Panna Ela przyszła do siebie — odparł Rdzawicz.
— A ja zbudzjiwszy cjocję Lorcję. Zaraz tu przyjdzje.
— Bębnie nieznośny! — zatrzymało się Rdzawiczowi na wargach.
Odstąpił od okna i zawahał się; w pierwszej chwili chciał wyjść, ale potem doznał takiego uczucia, jakby popełnił coś złego i nie śmiał dotrzymać kroku wobec swojej winy, więc został.
Pani Laura, zarzuciwszy na prędce suknię i długi do kostek płaszcz angielski, weszła szybko: spotkali się spojrzeniem. Była zaalarmowana i spojrzała nań z niepokojem, ale zarazem z życzliwością, która go zdziwiła ogromnie.
— Co ona może myśleć? — spytał sam siebie.
— Jakże ci jest? — spytała Przerwicowa, podchodząc ku Eli i widząc, że ta jest już przytomna.
— Już dobrze — odparła Ela słabym głosem.
— Rozbiorę cię, bo ci tak niewygodnie — rzekła Przerwicowa, dając Rdzawiczowi znak, aby wyszedł. Na odchodnem podała mu rękę i ściskając go serdecznie, spojrzała nań tak, jak kiedy się mówi oczami: rozumiem.
W pokoju swoim Rdzawicz stanął przy oknie i odetchnął szeroko: potrzebował powietrza, tchu. Do okna poczęła z ogrodu bić woń bzów i jodeł. Niebo oczyściło się tymczasem z mgieł i stało w gwiazdach prawie czarne i złociste. Wielka sowa przemknęła koło okna na swoich puszystych skrzydłach, szybko i bez szelestu. Noc była cicha i ciepła, tylko z pól szły od czasu do czasu jakieś dziwne, tajemnicze, dalekie odgłosy.
Oparł się o framugę okna i patrzył. Z chwilą, kiedy się znalazł sam u siebie, uczuł w głowie wir i chaos. Przedewszystkiem słyszał w sobie: jak echo: jestem kochany, jestem kochany... Tak, jest kochany naprawdę, całą pełnią miłości kobiecej; czuje to po raz pierwszy w życiu, czuje to, że jest kochany, tak, że mógłby przysiądz. Jakieś wielkie zadowolenie i zaspokojenie, jakaś wielka duma, rozparły mu pierś; wydało mu się, że w hierarchii życia posunął się o ogromny stopień wyżej. Jest kochany, naprawdę, bardzo, bez pamięci...
Dopiero po chwili zamajaczyła mu w oczach blada i czysta twarz Eli Rosieńskiej.
Zdjął go głęboki żal nad nią, a równomiernie poczęło w nim róść poczucie krzywdy, jaką jej wyrządził; poczucie to wzięło wkrótce górę nad wszystkiemi innemi. Tak jest, skrzywdził ją, nadużył jej, wyrządził jej krzywdę tem większą, im dotkliwiej ona taka, jak jest, czuje ją i czuć musi.
Nadużywa jej, odkąd ją poznał. I cóż ona ma robić? na raucie nie mogła mu przemocą wydzierać ręki i zwracać na siebie oczu tłumu; dziś, cóż miała począć? porwał ją, uniósł, unieprzytomnił — — zwłaszcza, jeżeli go kocha...
A kocha...
— Ale, co on ma teraz uczynić?... Czuje dla niej wszystko; miłości nie...
Wziąłby ją na ręce i niósł i pieścił, tuliłby ją i całował, dałby jej wszystko, ale jej nie kocha...
A jednak skrzywdził ją. Krzywda ta musi przestać być krzywdą — — uczyni to podług sił. Jeżeli Ela zechce te pocałunki zatrzeć pocałunkami, jako jego żona, poprosi o jej rękę, zaraz jutro. Zwlekać nie można ani chwili.
Nie kocha jej, kochać nigdy nie będzie, ale będzie dla niej zawsze najlepszym, najwyrozumialszym, najserdeczniejszym. Jeżeliby to nawet miało być z jego ofiarą, to niech będzie ofiarą swego poczucia obowiązku, a nie człowiekiem, który nadużył takiej kobiety, jak Ela.
Tem więcej, że go kocha.
Uczynił źle i wynagrodzi.
Doznał tej satysfakcyi, jakiej się doznaje, kiedy się widzi własną szlachetność, choć się tego słowa samemu nie wypowiada.
Marya?... Marya pójdzie za Kołolaskiego, będzie miała romans z Borzewskim — — i będzie jego wieczną miłością, klątwą jego życia, jego aniołem śmierci — — na to zrezygnował. Dopóki nie zginie przez Maryę, według sił będzie chciał Elę uczynić szczęśliwą. Ona jest taka warta tego. Dla samego uszczęśliwienia takiej kobiety, jak Ela, warto już żyć.
Oświadczy się o nią jutro.
Zmęczony był i poczęły mu się oczy przymykać. Uczyniło mu się w mózgu tak ciemno, jak ciemno miał przed oczyma.
Oparł głowę na ręce. Zaszumiał lekki, przedporanny wiatr i przypomniał mu morze. Jest tam gdzieś daleko, także takie czarne i ciemne. W przebiegu milionów lat niegdyś mogło być tu i znowu kiedyś tu przyjdzie. Śladu nie pozostało z tego, co niegdyś tu istniało i śladu nie pozostanie z tego, co tu istnieje teraz...

A wobec tego życie i wszystko co w niem jest, jest takie małe, takie nikłe, takie nic... Zasnął.



Obudził się pod ogromnem wrażeniem snu. Śniło mu się, że szedł ze starym Twardowieckim po Nowym Świecie i rozmawiali o tem, czy lepiej trzymać ryby w akwaryum, czy w doniczkach, przyczem od czasu do czasu przechodził przed nimi na rękach Keppler, gdy nagle Twardowiecki i miasto znikli, a on ujrzał się w Kłężu, w pokoju babki Strzeliskiej, sam, nad biblią Dorego. Za chwilę weszła Marya, usiadła przy nim, objęła go rękami za szyję i poczęła gładzić po twarzy, mówiąc: mój biedny mały, moje biedne dziecko! On zniżał coraz bardziej głowę ku jej piersi, ona głaskała go po twarzy i włosach coraz serdeczniej, aż w końcu osunął się do jej kolan i poczęły mu łzy płynąć; wtenczas Marya powiedziała mu: mój drogi, biedny mały, wstań, wszystko będzie dobrze. Kocham cię.
Sytuacya się zmieniła: on ją wziął na kolana, a ona poczęła się doń cisnąć i przygarniać. W tej chwili się obudził.
Na razie był tak przejęty snem, że nic nie myślał i nic nie pamiętał. Rozczulony i rozrzewniony szeptał: moja najdroższa, moja jedyna, Rysia najmilsza... Potem ocknął się, przypomniał sobie wszystko, a zarazem przypomniał sobie scenę z Elą Rosieńską i to, że postanowił się o nią dziś oświadczyć.
Wzdrygnął się: jeszcze czuł uścisk Maryi, jeszcze czuł ciepło jej oddechu, jeszcze czuł dotknięcie jej włosów, rąk i twarzy i widział jeszcze tak blizko jej ciemno­‑szafirowe oczy o złocistym blasku. To była ona...
Przeraził się tego dla siebie, co miał dziś uczynić.
Gdyby nie ona, nie Marya, której cień szedł za nim w dzień i w nocy... Gdyby nie ona... Gdyby nie ona, to jeżeliby mógł i chciał kochać jaką kobietę, to tylko Elę Rosieńską; gdyby się chciał ożenić, to tylko z nią... Nie przyszło mu jednak wczoraj jedno na myśl: oto, że Ela nie przyjmie go, powiedział jej bowiem wyraźnie, że jej nie kocha i kochać nie będzie. Taka dziewczyna jak Ela, wolałaby umrzeć, niż iść za mąż, nie kochając lub niekochana. A to, co odpowiedziała, że nie chce żyć, miało w sobie tyle jakiejś głębokiej prawdy..
Sytuacya jest bez wyjścia. Uczynić zadość pozornemu uczuciu uczciwości i poprosić Elę o rękę, wiedząc, że odmówi, wydało mu się nizkiem i niegodnem. Co więc zrobić?
Potem jednak począł rozważać, że może on z tego, co zaszło między nimi, robi za dużą historyę. Ostatecznie nie powiedział jej nic, nie powiedział jej, że ją kocha, nie przemawiał do niej żadnymi rozbijającymi niewieścią cnotę wyrazami, a że się dała całować, to już jej rzecz. Za ładna jest i ponętna, aby się jej nie pocałowało przy pierwszej sposobności, aby się nawet o tej sposobności nie marzyło. Zresztą taka panna, która się w godzinę po poznaniu daje ściskać za rękę, a po pięciu dniach wspólnego pobytu daje się tak całować, aż mdleje...
Ale kiedy tak myślał, jakiś wewnętrzny głos mówił mu: jesteś w tej chwili więcej, niż lichy człowiek. Wiesz sam, że myślisz o niej nikczemnie i z perfidyą.
Być może, ale cóż ma zrobić? Nie kocha jej, nie chce jej kochać, nie może jej kochać, kocha Maryę, ją tylko jedną jedyną i na zawsze, cóż ma zrobić?...
Uciec stąd... Tak jest: ucieknie stąd, nie żegnając się z nikim, nie pytając o nic, ucieknie i wyjedzie za granicę. Ma jeszcze tyle pieniędzy, że może wyjechać swobodnie, choćby do Ameryki, a ze swojem nazwiskiem teraz da sobie wszędzie radę. Wyjedzie.
Myśl ta ogarnęła go gorączkowo. Wtem wewnętrzny głos odezwał się: a jeżeli Ela otruje się lub utopi... W jej słowach, że nie chce żyć, było przecież tyle prawdy...
— Ech, nie zrobi tego — odpowiedział sobie z niechęcią, jaką się uczuwa wobec wszelkiej przesady.
Choćby nie zrobiła, czy to jest jednak godne uczciwego i honorowego człowieka tak postąpić z taką, jak ona kobietą — i uciec?
Nie skompromitował jej przecież wobec ludzi...
Tak, ale jej nadużył wobec samego siebie...
Ech!...
Ale to jest nieuczciwe...
No więc jest nieuczciwy!
Sława i dyplom honorowy wydały mu się w tej chwili czemś ogromnie małem i nic wartem.
Przedewszystkiem jednak jestem śmieszny! — krzyknął prawie na głos, wyskakując z łóżka, w którem już uleżeć nie mógł.
Dyabli mię zanieśli wczoraj na ten ganek. Sto panien się całuje — i nic. Ale tu...
Czuł, że tu nie można tak postąpić jakby się postąpiło w stu innych podobnych wypadkach.
Zdejmował go też pewien strach wobec państwa Rosieńskich. Jeżeli Ela powie matce, albo Przerwicowej, a ta powtórzy pani Rosieńskiej... Lękał się i spotkania z Przerwicową: ona przy całej swojej pieszczotliwości była bardzo skromna.
Cóż się jednak może stać, jeżeli rzecz się rozniosła? Może go wyzwać na pojedynek pan Rosieński, albo jaki kuzyn Eli, może Edward Twardowiecki — gdyby on, Roman Rdzawicz, zginął z ręki takiego durnia, toby było przedewszystkiem zabawne — ale tego nie będzie, bo gdyby się nawet Rosieńscy dowiedzieli o wszystkiem, chcieliby zatuszować rzecz, o ile się da, aby panny nie osławiać. Bądź co bądź poszłaby na języki i więcej daleko niż on. Każdyby mówił: któżby też nie wycałował, jak się dała?! Pierwsze kobietyby tak mówiły.
Ostatecznie, cóż w tem jest tak strasznego? — próbował sobie jeszcze sam perswadować.
Wiesz doskonale, że w tym wypadku z Elą, to nie jest rzecz błaha — odpowiedział mu głos wewnętrzny.
Licho mnie tu przyniosło! — pomyślał znowu.
Jednak, jednak to było rozkoszne... To drżenie Eli, jej bezwiednie błądzące ręce po jego głowie i twarzy — przypomniały mu się we śnie, jako ręce Maryi — jej rozchylające się pod pocałunkami usta, cała ona omdlewająca, poddająca się, tracąca wolę, świadomość, przytomność — — to jednak było rozkoszne... Było tak rozkoszne, że dla ponowienia tej rozkoszy możnaby się na wiele ważyć... Gdyby jeszcze ją tak mieć przy sobie całą w dreszczach i z temi rozchylającemi się pod pocałunkiem ustami... Ona jednak jest bardzo ładna... Śliczne ma oczy, włosy i usta. Śliczne białe i małe ręce. Śliczną figurę! Ah! figurę ma prześliczną! Trochę jest cała drobniejsza od Maryi, ale śliczna. Śliczna jest cała...
I on miał ją w ramionach, usta swoje miał na jej ustach, pierś przy jej piersi, trzymał ją za ręce, pieścił...
Wspomnienie odurzyło go... Położył się na łóżko na poprzek, zamknął oczy i nie chcąc myśleć o niczem innem, używał po raz drugi odtwarzaniem w pamięci tego, co użył naprawdę, a wyobraźnia poczęła mu się rozogniać i roznamiętniać, aż go porwała i uniosła. Jakby z pierwotnej ziemi pod pożarem słońca szkarłatne i purpurowe kwiaty, poczęły w jego głowie bujać, róść i jakby pękać w kielichy rozszalałe pragnienia. Czasem podobnie wirują i migają, pełzną i pną się strzelające z ogniska płomienie koło młodej sosny, jak jego myśli krążyły koło Eli.
Spojrzał na zegarek: była już godzina dziesiąta. Przespał pierwsze śniadanie, ale o dwunastej była mała przekąska, na którą trzeba będzie zejść. Uczuł nieprzyjemne i denerwujące wrażenie niepokoju. Jeżeli przypadkiem rzecz się rozniosła, nie mógł sobie wyobrazić, co będzie?
Chmurny i posępny dzień wpływał jeszcze na jego złe usposobienie. Był tak rozdrażniony, że się opanować nie mógł. Chciałby był kogo zobaczyć z domu, aby się czegoś dowiedzieć; z drugiej strony niepokoiła go myśl spotkania się z kimkolwiek.
Jeżeli jednak nawet nikt inny o niczem w domu nie wie, to Ela z pewnością opowiedziała wszystko Przerwicowej. Czy po prostu nie najlepiejby było pójść do niej i przekonać się, jak sprawa wygląda? Lora jest tak miękka, że choćby była najbardziej zagniewaną, nie potrafi być szorstką, a wczoraj, kiedy wychodziła z pokoju Eli, pożegnała go wyjątkowo serdecznie.
Lora przytem, przy całej swojej dziecinnadzie, jest rozumna i wyrozumiała; może mu to bardzo wziąć za złe, ale potrafi zrozumieć, że można się zapomnieć. Przy całej swojej uczciwości, skromności i etyce, ona nie ma w sobie nic głupiej pruderyi i przesady. Najlepiej będzie do niej pójść i wszystko jest wprost powiedzieć, jeżeli nawet nic nie wie ona sama od Eli; ale wie z pewnością.
Uchylił ostrożnie drzwi od korytarza i wyjrzał, czy nikogo w nim niema, poczem przeszedł go szybko i zapukał do pokoju pani Laury. Poprosiła, aby wejść.
Siedziała w różowym szlafroczku z białą różą u gorsu, trzymając na kolanach książkę, której widocznie nie czytała. Na widok Rdzawicza zarumieniła się wyżej uszu. On wszedł do niej zmieszany i niepewny, ale zmieszanie się pani Laury przywróciło mu od razu zimną krew.
— Pani wie o wszystkiem? — rzekł, całując ją w rękę.
— Wiem — odpowiedziała. — Proszę, niech pan siądzie.
— Czy Rózia także wie?
— Nie, nic nie wie. Poszła spać i Ela opowiedziała mi wtenczas wszystko.
— Cóż pani na to mówi?
— A pan? — spytała pani Laura, spoglądając mu głęboko w oczy.
— Ja? Przyszedłem się właśnie pani poradzić, co mam mówić?
— Stało się bardzo źle.
— Niech pani powie raczej, że ja zrobiłem bardzo źle. Co się stało, to tylko ja zrobiłem. Jakże mam naprawić?
— Nie kocha pan jej?
— Nie.
Pani Laura schyliła powieki i umilkła: doznała widocznie wielkiej przykrości, tak, że potrzebowała chwili czasu, aby ją stłumić w sobie, ale jeszcze głos jej drżał, kiedy zaczęła mówić.
— Powiedział jej to pan, prawda? Ale ja myślałam, że pan się sam wczoraj nie rozumiał i nie pojmował.
Umilkła znowu na chwilkę i uczyniła mu wrażenie, że chce coś powiedzieć, nie może się jednak zdecydować albo na mówienie o tem wogóle, albo na to, jak zacząć? Odezwała się wreszcie:
— Widzi pan, po tem, co się stało, możemy już chyba o wszystkiem i szczerze mówić. Ja panu powiem wprost, że mojem marzeniem było, aby się pan z Elą ożenił, dlatego, że panu dobrze życzę i wiem, jakąby pan żonę dostał, i dlatego, że Elę bardzo kocham i wiem, że byłoby jej z panem dobrze. Pan wie, co ona dla pana czuje, więc możemy o tem mówić bez ogródek. Ona się panem od razu zajęła na owym raucie jeszcze. Przyznaję się do winy, żem ją do tego usposabiała. Myślałam, byłam pewna, że sobie nawzajem przemówicie do serca, tak, jak byłam pewna wczoraj, że jej się pan oświadczył, i że zemdlała, bo jest niezmiernie wrażliwa i uczuciowa. Ja się czuję tutaj najbardziej winną. Na to, że się Ela panem zajęła tak bardzo i tak prędko, złożyły się różne przyczyny: jakie Ela ma usposobienie, to pan wie, przytem ona nie widywała prawie innej młodzieży, tylko takie lale, jak Edward Twardowiecki i takich głupców, jak Wiktor. Najwięcej zaś zyskało ją dla pana to, że wiedziała... o pańskiem przejściu — dokończyła, nie mogąc widocznie znaleźć wyrazu, któryby był dla Rdzawicza najmniej przykry. — Kobiety są zawsze wrażliwe na cudze — — jeżeli komu nie jest dobrze.
— Dlaczego pani nie powie po prostu: na cudze nieszczęście? — przerwał jej Rdzawicz.
— O tych rzeczach jest tak trudno mówić — odpowiedziała pani Laura. — Zawsze się zdaje, że się jest za mało delikatną.
Rdzawicz wziął jej rękę i pocałował.
— Co do pana — mówiła dalej pani Laura — to byłam pewna, że pan ulegnie czarowi Eli. Nie jest piękna, ale jest prawie śliczna, a przytem taka miła, taka dobra, taka prawa i czysta natura, bez cienia kokieteryi, a nie chłodna, ani zimna, na co tak zawsze wymyślacie u naszych kobiet. Nawet na raucie, po tem spotkaniu jeszcze, nie wątpiłam, że to tylko chwilowe wrażenie i że pan wróci do Eli. Czy ja panu nie robię przykrości?
— W każdym razie nie więcej, niż jej sam mam w sobie.
— Teraz niema już o czem mówić. Trzeba tylko starać się jakoś tę biedną dziewczynę uspokoić...
— I wynagrodzić jej krzywdę, jaką jej uczyniłem. Przyszedłem po to właśnie, aby mi pani powiedziała, jak?
— Alboż ja wiem? Gdyby ją pan kochał...
— Mogę zrobić wszystko, tak, jakbym kochał.
— Tak, ale ona wie, że jej pan nie kocha.
Pani Laura zmarszczyła smutno czoło i załamała ręce na kolanach.
— A cóż ona mówi? — spytał Rdzawicz, czując się bardzo winnym.
— Ona? To samo, co panu powiedziała: że nie chce żyć. Ja rozumiem miłość, sama byłam wrażliwa, ale nie miałam wyobrażenia o tak silnej uczuciowości, jaką ma Ela. Ciotka, która, choć jest chora, doskonale zna swoje dzieci, rozmawiała o niej ze mną nieraz i zawsze mówiła, że się ogromnie cieszy z charakteru Eli, ale ją niepokoi jej usposobienie, i że liczy na to, iż się charakterem będzie rządziła. Ciotka po prostu mówi, że Ela jest bardzo... — pani Laura zaczerwieniła się jak piwonia i szepnęła półgłosem — rozbudzona...
Wymawiając ten wyraz, miała tak zabawnie zażenowaną minę, że się Rdzawicz mimowoli uśmiechnął.
— Przypuśćmy — mówiła dalej — że Ela w pierwszej chwili za silnie czuje, ale to pewna, że jak jesteś pan jej pierwszą, tak i ogromną miłością, i że to, co wczoraj między wami zaszło, bo ona mi wszystko opowiedziała biedaczka, że to... Wie pan, ja znałam jedną pannę, która się zakochała w żonatym człowieku i posunęła do najwyższego stopnia zapomnienia, do jakiego kobieta wogóle posunąć się może; wie pan, że ona w mniejszej była potem rozpaczy, niż Ela po tem, co wczoraj między wami było...
— Więc cóż mam zrobić? Jestem na wszystko gotów — rzekł Rdzawicz.
— Ja wiem, że pan byś ją mógł pokochać, że pan byś ją kochał — wybuchnęła z rozżaleniem pani Laura — gdyby nie... Ja to czuję, że wy jesteście stworzeni dla siebie, że to jest wola Boża i wasze przeznaczenie. Dlatego Ela tak łatwo poddała się wrażeniu pana, a pana także od razu przyciągnęło coś do niej...
— Tak, ale ja przeszedłem zły szlak; wrócić już nie mogę.
— Ta kobieta łamie panu życie!
— Wiem, ale to ona.
Spojrzeli sobie w oczy. Rdzawicz odgadł od razu, co pani Laura myśli. Gdyby to była inna kobieta, byłby wstał, wyszedł i przestał ją znać.
— Proszę pani — odezwał się po chwili. — Wszak panna Eliza wiedziała, że ja nie mogę się nikim zająć, ani chcieć z kimkolwiek żenić?
Pani Laura potrząsnęła trochę niecierpliwie głową:
— Niechże pan sobie nie wyobraża, że czy ja, czy ktokolwiek mówił z Elą o maryażu z panem. Ela wiedziała, że pan był narzeczonym panny Tyżwieckiej, że ona zerwała z panem i że pan bardzo cierpiał. Ja myślałam, że Ela pana naprzód wyleczy, a potem zajmie sobą, a przyzna pan, że po pańskiem zachowaniu się wobec niej na raucie mogła przypuścić, że uczyniła na panu przynajmniej nie mniej silne wrażenie, jak pan na niej. Przecież prędzej mogła i powinna była to przypuścić, niż to, że ją pan traktuje, jak kobietę ze złego towarzystwa, o czem zresztą ona pojęcia niema.
— No, ale potem?
— Potem? Potem była bardzo nieszczęśliwa i na swoje nieszczęście za słaba, aby się oprzeć uczuciu, które w niej coraz bardziej rosło. Ja teraz nie wiem, co z nią będzie? Dla takiej dziewczyny, jak Ela, dać się całować człowiekowi, który nie kocha i nie ma być mężem, to jest to samo, co dla porządnej mężatki zapomnieć się — mówiła pani Laura prędko i w podrażnieniu. — Pan to przecież rozumie.
— Rozumiem, ale trudno, bo mi doświadczenie dało same inne przykłady.
— Może za granicą, w Niemczech, gdzie kobiety mają być dziwnie łatwe, ale nie u nas?
— Owszem, u nas.
— W jakiemż towarzystwie?!
— Od góry do dołu.
Pani Laura spojrzała na Rdzawicza zdumiona:
— Wiem, że pan nie kłamie, ale nie miałam o tem pojęcia. Teraz więcej mi się tłómaczy postępowanie pana z Elą. Tylko nie spostrzegł pan tego, że Ela jest w takim razie inna, jak wszystkie?
— Owszem pani, spostrzegłem i właśnie dlatego jestem inny.
— Więc takie zacne, poczciwe, czyste, stworzenie ma padać ofiarą za inne kokotki salonowe?! — wybuchnęła pani Laura z gniewem i tupiąc nogą w pantofelku.
— Dlaczego pani je tak nazywa? Czy kobiety dlatego, że są pannami, nie mają prawa szukać przyjemności w życiu tam, gdzie ją znajdują?
— Ależ panna, która pozwala się do siebie zbliżyć człowiekowi, którego nie kocha — i o którym wie, że on jej nie kocha, jest prostą dziewczyną publ...
— Nie, jest tylko istotą, idącą za instynktami.
— Zapomina pan, że od tego jest wola i są zasady, aby się nie szło za instynktami, jak zwierzę.
— Są różne pojęcia i różne zasady.
— Jąkąż pan jednak woli pannę? Taką, o jakich pan mówi, czy Elę?
— Taką, o jakich mówię.
— A na żonę?
— Elę.
— W takim razie trzebaby podzielić panny na te, które mają być żonami i na te, które niemi być nie mają?
— To też powinno się je dzielić.
— Ale dlaczegóż pan, kiedy pan widział, że Ela nie jest z tych panien, o jakich pan mówi, postępował z nią, jak z takiemi?
— W tem też jest całe złe, cała moja wina, do której się przyznaję i którą chcę naprawić.
— Ale jak?
— Nie wiem. Mogę wyjechać.
— Toby może było jeszcze najlepiej. Przeboli i zapomni.
— Wyjadę dziś, zaraz, nie żegnając się.
— Eli pan nie zobaczy, bo tak wygląda, że zatrzymałam ją w łóżku, aby cioci nie przestraszać, która i tak ma się znowu niedobrze. Powiedziałam cioci, że ma migrenę.
— Zresztą nikt nic nie wie?
— Nikt.
— A Jerzy?
— Jerzy się czegoś musi domyślać, ale on jest dyskretny w tych rzeczach i ponieważ nic mu nie mówię, o nic się nie pyta. Wiedział przecież, że wychodziłam wczoraj w nocy do Eli, a Rózia mówiła mi tak głośno, że pan ją przyniósł na górę zemdloną, że wszystko słyszał. Co do Rózi, to ta jest pewna, że pan znalazł Elę na ganku. Trzebaby tylko jakoś upozorować pański wyjazd.
— Powiem, że muszę pojechać do Monachium i porozumieć się w niektórych artystycznych sprawach, które tylko osobiście mogę załatwić.
Pani Laura popatrzyła nań poważnie i rzekła:
— Wie pan, możem nie powinna tego panu mówić, ale nie wielu ludzi na świecie jest tak kochanych, jak pan przez Elę; Bógby pana natchnął, żeby pan umiał jeszcze z tego skarbu skorzystać. Bo pan skarb odrzuca, który się panu po prostu pod nogi sam przytoczył. Gdybym była mężczyzną i gdyby mnie taka kobieta tak kochała...
— Uczyniłaby pani tak samo, jak ja, gdyby pani przeszła przez drogę taka klątwa życia, jak mnie — przerwał jej Rdzawicz.
— Więc pan sam to nazywa klątwą swego życia! Dlaczegóż się pan nie otrząśnie?
— Ani mogę, ani nie chcę.
— Mógłby pan, gdyby pan chciał, mógłby pan!
— Gdybym nawet mógł, tobym nie chciał.
— To jest szaleństwo.
— Nie, pani, to jest tylko kochanie.
Pani Laura załamała znowu dłonie na kolanach i zawołała z żalem:
— No, czy wy nie jesteście dla siebie stworzeni?! Oboje jesteście zdolni do miłości, jaką się rzadko spotyka. To już trzeba prawdziwego nieszczęścia! Żeby pana jeszcze jako Pan Bóg natchnął! Bo sam pan sobie marnuje życie, a może pan je zmarnować takiej ślicznej duszy, jak Ela. Tymczasem moglibyście oboje być szczęśliwi, a jabym mogła mówić, że to przynajmniej w części moje dzieło i że przecie nie napróżno przyszłam na świat, jeżeli choć trochę szczęścia ludziom z sobą przyniosłam. I tu wszystko się tak składa, bo ja wiem, że wujostwo byliby bardzo kontenci. Wyraźnie mi mówili oboje, że gdybyście się zajęli sobą nawzajem, to nie mieliby nic przeciwko temu. Oniby chcieli wydać dziewczęta prędko za mąż ze wzglądu na stan cioci, a tu w okolicy są sami Edwardowie i Wiktorowie Twardowieccy. Obojgu wujostwu pan się bardzo podobał, zwłaszcza cioci, w której się za młodu kochał jeden wielki malarz francuski, kiedy była w Paryżu jeszcze panną i która od tego czasu ma słabość do artystów. Trzeba prawdziwego nieszczęścia...
— Trudno, proszę pani; powiem stary frazes o kulach i Panu Bogu. Ma mnie pani w ręku i jestem gotów na wszystko. Niech pani powie Eli, że niema takiej rzeczy, którejbym dla niej nie uczynił. Za godzinę przyjdę się pożegnać.
Państwo Rosieńscy zmartwili się widocznie zupełnie szczerze postanowieniem Rdzawicza; Rózi łzy kręciły się w oczach, a Przerwic usiłował mieć minę człowieka, który nic nie widzi oprócz tego, na co mu patrzeć każą.
— Cóż? — spytał Rdzawicz pani Laury, korzystając z chwili, kiedy nikt nie był blizko nich.
— Zupełnie się boję o nią. Nie jadła nic od rana, blada jest, jak po ciężkiej chorobie i trudno z niej słowo wydobyć. Ta dziewczyna okropnie cierpi.
Rdzawicz zamknął oczy i przycisnął rękę do czoła: uczuł, że go porywa coś i ciągnie, jakby gwałtem do pokoiku Eli, ku jej łóżku, do jej ręki i stóp. Było to uczucie ogromnej litości nad istotą słabą, która cierpi i którą z tego cierpienia mogłoby się uleczyć. Na to jednak trzebaby zmusić się, aby dusza wytworzyła to, czego w niej niema: zmusić muszlę, w której niema na to warunków, aby wytworzyła perłę.
— Cóż mam zrobić? — zwrócił się do pani Laury. — Cóż mam zrobić? Mogliby mi tutaj w łeb strzelić, ale ja nic nie potrafię wymyślić.
— Biedne dziecko — szepnęła pani Laura z załzawionemi oczyma.
— Jedno nieszczęście rodzi drugie. Das ist der Fluch der boesen That, dass sie fortzeugend Boeses muss gebaeren. Do widzenia droga pani. Niech mnie pani nie potępia.
— Nieszczęście ma ten przywilej, że wiele tłómaczy.
— Tylko u ludzi dobrych. Do widzenia.
— Zobaczymy, co czas przyniesie — rzekła pani Laura, ocierając oczy palcem i z pewną nadzieją w głosie.
— Niech pani mi wierzy, że wszystko dobre, co mnie jeszcze może przynieść, oddałbym, aby jej było dobrze. Do widzenia.
Pani Laura podała mu serdecznie rękę.
Kiedy, wsiadłszy do powozu, odwrócił się jeszcze, aby oddać ostatni ukłon państwu Rosieńskim, zobaczył, że pani Laura, stojąc oparta o Jerzego, czyniła za nim w powietrzu krzyżyk.
Do stacyi kolejowej było z Zagórza trzy mile i długo już powóz jechał między pola i łąki, nim się Rdzawicz otrząsł ze wzruszenia. Było mu żal tego domu, gdzie byli sami ludzie dobrzy i prawi i który wydał mu się jakąś oazą w życiu, co go otaczało. Ale oto, ledwo próg tego cichego domu przestąpił, wniósł tam nieszczęście i krzywdę. Das ist der Fluch der boesen That, dass sie fortzeugend Boeses muss gebaeren — powtórzył.
Świat zdał mu się teraz jeszcze bardziej pustym. Od paru miesięcy czuł to, że ma gdzieś jednak jakiś dom ludzki otwarty: tymczasem teraz ten dom się zamknął i ubył. Przyzwyczaił się do myśli: »pojadę do Zagórza«, i ta świadomość, że już myśleć tak nie będzie mógł, była mu bardzo przykrą. Do tego Zagórza ciągnęło go. Stąd było tak daleko do Borzewskiego, Kołolaskiego, Jadwigi Strzeliskiej i pani Porzelskiej, do tego wszystkiego, co mu truło życie; było tam tak cicho i spokojnie. I mógł tam być kochany naprawdę, bardzo, bez pamięci... Mógł się dać kochać, mógł używać tego kochania z całym egoizmem i sybarytyzmem, jaki jest wrodzony żądnym użycia naturom. Mógł był tam wypoczywać, po prostu jakby wysypiać się po strasznej nocy, którą przeszedł. Ale nie, ta noc się nie skończyła, ona trwa jeszcze i trwać będzie do końca jego życia. Niema dla niego ani spoczynku, ani wytchnienia. A jednak chyba Lora miała racyę, chyba to już jest więcej szaleństwem, niż miłością...
I znów czeka go to samo życie gorączki, niepokoju, rozdrażnienia, zamknięte między jego pracownię, restauracye i cukiernie. Wzdrygnął się ze wstrętem.
Przytem to ohydne miasto ze swoim kurzem, turkotem i hałasem, ze swoją ciasnotą, ze swojem złem i powietrzem i antypatycznym tłumem ulicznym... Tu było tyle kwiatów, tyle łąk, tyle przestrzeni i tyle wolnego świata. Wszystkie miejsca, gdzie był w Zagórzu, poczęły mu stawać w pamięci z nadzwyczajną plastyką. Wszystkiego użył za mało: i potoków w gąszczach i lilij wodnych i lasu i pastwisk i rzeki. Gdyby teraz wrócił, zanurzyłby się w naturze, utonąłby w niej tak, aby o wszystkiem zapomnieć.
Lora ma rzeczywiście racyę, że oni są z Elą dla siebie stworzeni. Nie wyobrażał sobie, na jakim punkcie mógłby się z tą dziewczyną nie zgodzić, w jakich kwestach mogliby mieć różne zdanie? Z Maryą patrzeli odmiennie na mnóstwo rzeczy, a przytem w Maryi było zawsze coś, czego nie mógł wyraźnie dojrzeć, czego nie mógł przejrzeć; było coś w jej duszy, czego nie mógł uchwycić w rękę, nie mógł dosiądz i przed oczy sobie przedstawić; w jej miłości, w tem, co ona nazywała miłością, było także coś drażniącego wzrok, a niedającego się zobaczyć i poznać. Dusza Eli była jak kryształ, w który trzeba było umieć patrzeć i patrzeć głęboko, ale widziało się w nim wszystko, a jej uczucie wykwitło tak, jak bławat, który można nachylić ku sobie i obejrzeć w nim każdy listek i który wyrósł w polu, bo go wiatr posiał.
Tak, jeżeli los przeznacza sobie ludzi, ją jemu przeznaczył; tylko przyprowadził ją ku niemu za późno.
I ona do niego lgnęła tak szybko i tak bez wahania, jakby przez całe ośmnaście swoich lat dla niego rosła. Bez względu na cokolwiek, szła ku niemu, jakby ją jakaś zewnętrzna rozkazująca siła pchała, jakby jej ta siła rzekła: jakkolwiek jest, to jest ten człowiek, którego kobietą tyś być powinna.
Ta dziewczyna, prosta, jak element, jak natura, miała instynkta pewne, stanowcze, jakby wytknięte: głos płci odzywał się w niej tylko jednem imieniem i poza tym jednym mężczyzną, którym on jest, bezwarunkowo nie istnieje dla niej cały świat. Tak samo było z nim względem Maryi, ale nigdy z pewnością ani nie było, ani nie będzie tak z Maryą względem nikogo, choćby się tak pozornie wydawać mogło. Z Maryą nie może tak być nigdy: coby Ela zrobiła teraz na jej miejscu, trudno przewidzieć, to pewna, że nie zrobiłaby tego, co ona robi. Wolałaby nie żyć.
Jednak — — ta sama zewnętrzna siła rozkazująca jego wiąże z Maryą i staje zaporą między nim a Elą. Między czworgiem ludzi dobór płciowy rozbił się w trzech kierunkach, z których jeden jest fałszywy. Powinni stworzyć dwie pary: Borzewski z Maryą, on z Elą Rosieńską. Tymczasem los chce, że ani jedno z tych uczuć nie może być zaspokojone, a jeżeli weźmie się Kołolaskiego, tworzy się zupełny chaos, gdzie trzech mężczyzn pragnie posiąść jedną i tę samą kobietę, ona pragnie się oddać jednemu z nich, a druga kobieta kocha napróżno. Między pięciu osobami dwie tylko wole wzajemne idą po jednej linii; trzy dążą w fałszywym kierunku. Nikomu z nich pięciorga los nie przeznaczył szczęścia, a centrem, osią tego chaosu i nieszczęścia jest Marya, ta cudowna klątwa jego życia...
Rdzawicz rzeczywiście chciał pojechać do Monachium, chciał się rzucić w wir artystycznego życia, między cyganów malarskich całego świata, modelki i kelnerki, a zarazem chciał porobić stosunki kunsthendlerskie, ustalić sobie dochody i osiąść na stałe za granicą, we Włoszech lub w Paryżu. Chciał zerwać z tem wszystkiem, co było poza nim, ogłuszyć się i zagłuszać. Kiedy jednak stanął w Warszawie, nie mógł się zdecydować, czy jechać do Monachium, czy w góry do Szwajcaryi, czy gdzie nad morze niemieckie, do Włoch bowiem było już za gorąco. Ostatecznie zdecydował się na Norderney, gdzie nęciło go morze mgliste i fantastyczne, i prawie gotów był do drogi, gdy na trzeci dzień po przyjeździe, spotkał na mieście Jadwigę Strzeliską, za którą szła służąca z ogromnem pudłem z magazynu. Ukłonił się i chciał przejść, Strzeliska jednak zatrzymała go, wołając:
— Jakto, pan tu? Słyszałam, że pana zabrali Przerwice do państwa Rosieńskich. Jakże się pan ma?
— Dziękuję pani — odrzekł przystając, Jadwiga bowiem podchodziła ku niemu z wyciągniętą ręką.
— Chce pan ze mną porozmawiać trochę? Niech Wikcia odniesie to do domu i powie, że zaraz przyjdę. Mamy teraz masę sprawunków.
— Albo co?
— To jest jedna z sukni wyprawnych Maryni; dawałam ją poprawić, bo źle leżała w pasie.
— Kiedyż ślub? — spytał Rdzawicz, któremu się nagle stało na moment ciemno.
— Za trzy tygodnie.
— Z Kołolaskim?
— A jakże? Borzewskiego ślub we wrześniu.
— A potem?
— Dużo sprytu.
— I pomocy ludzkiej, jeżeli będzie potrzeba, prawda? — rzekł z nieukrywaną wzgardliwą niechęcią w głosie.
Jadwiga popatrzyła mu w oczy i powiedziała bez zmieszania:
— Jestem przygotowana na to, że podobnym tonem będą do mnie nieraz ludzie w życiu przemawiali. Każdy, kto ma swoje odrębne, samoistne pojęcia, kto się z niemi nie tai, nie poddaje się pod szablon i nie dba o zdawkową, przeciętną moralność, zwłaszcza, jeżeli jest kobietą, narażony jest na podobny ton u ogółu, jakim pan do mnie przemówił. Żal mi tylko, że i pana nawet muszę do ogółu zaliczyć.
Jak podczas rozmowy w pracowni, tak i tym razem Jadwiga zaimponowała Rdzawiczowi: zła, czy dobra, ale to była natura »cała z jednej sztuki«, sama przez się stworzona i urobiona. Imponowała ona, jak imponuje każda silna, energiczna indywidualność, bez względu na to, czy jest dodatnia, czy ujemna.
— Więc za trzy tygodnie ślub Kołolaskiego? — powtórzył.
— Tak.
— Gdzie?
— U świętego Krzyża.
— Wieczorem?
— O szóstej.
— Czy ona tu jest?
— Nie, jest u Leszczyckich. Doktor kazał jej przed ślubem wyjechać trochę dla wzmocnienia.
— Czy jest niezdrowa?
— Niby nie, ale ma ciągłą gorączkę. Rozumie pan, że jak się tak bądź co bądź niesłychaną rzecz przedsiębierze — —
— Rozumiem.
— Przyznaję, że to jest dla niej okropne przejście — mówiła Jadwiga. — Iść za takiego Kołolaskiego — — brrr!
Rdzawicz przyciął usta.
— Widzi pan, jeżeli komuś grozi ślepota na oba oczy, a powiedzą mu, że uratuje prawe, jeżeli sobie da lewe wyjąć, to sobie da — mówiła dalej Jadwiga. — Ale nie mówmy o tem, bo pana to drażni. Cóż pan na wsi robił u Rosieńskich? Nie zakochała się w panu przypadkiem która z tych dwóch gąsek?
Rdzawicz nie zwrócił wcale uwagi na lekceważący sposób, w jaki Jadwiga odezwała się o Eli.
— Będzie zapowiedź ślubu w »Kuryerze?« — spytał.
— Z pewnością. Wątpię, aby Kołolaski nie chciał się pochwalić przed światem, że bierze jednę z najładniejszych panien w mieście. Przypuszczam, że kazałby to afiszami ogłosić po rogach ulic, gdyby mu Marynia pozwoliła, ale przecie pan nie przyjdzie na ślub?
— Owszem, przyjdę.
— Mam jej to powiedzieć?
— Jak pani chce. Zresztą chyba jej to wszystko jedno.
— I to prawda. Niech się pan jednak tem pocieszy, że Maryni jest naprawdę wszystko, wszystko jedno. Ona chce tylko użyć życia, a to użycie wciela się jej w Borzewskiego, na razie przynajmniej. Co będzie później, nie wiadomo. Zdaje mi się, że będzie bardzo kochała swoje dzieci — — jakiekolwiekbądź, z prawa, czy z lewa...
Brutalnym tym cynizmem Strzeliska bryznęła Rdzawiczowi w oczy z widocznem zamiłowaniem w przedmiocie.
— Cóż pan z sobą teraz robi? — spytała.
— Chciałem jechać na Norderney, ale pojadę dopiero po ślubie Maryi.
— Także tam?
— Chyba. Zresztą to wszystko jedno, bo wszędzie za mną pojedzie mój — — raj.
Strzeliska popatrzyła nań z współczuciem, które nie miało w sobie nic sztucznego i rzekła szczerze wzruszonym i ujmującym głosem:
— Niech pan to jeszcze przetrzyma. Może to jest najcięższy cios, ale ostatni. Niech pan to pamięta.
W tej chwili wydała się Rdzawiczowi prawdziwie i rzeczywiście dobrą.
— Jabym panu radziła wyjechać przed ślubem Maryni — dodała.
On zaś odparł:
— Pani mówi, że to najcięższy, ale ostatni cios? Prawie wolałbym, żeby ona umarła, niż żeby się to miało stać, co będzie.
Strzeliska rozśmiała się:
— Panie, panie, nie bądźmyż dziećmi. Czy pan się nigdy nie zastanawia, że życie jest tragiczną farsą, ale farsą, i że nie warto naprawdę, nie warto tak się w niem męczyć. Co z tego przyjdzie? I cóż naprawdę jest w tem tak złego? Pan jest ofiarą zakorzenionych wiekami przesądów. Więcej pogaństwa, panie Romanie, więcej pogaństwa, więcej odwagi w patrzeniu na życie takie, jakiem jest. Boże drogi! Jest się też o co zabijać?!
Ogromnie spokojny, lekki i pewny siebie ton Jadwigi wywarł na Rdzawicza zwykłe wrażenie: zastanowił go. Jadwiga spostrzegła to i dodała z miłym, jaki miała, uśmiechem:
— Zdaje mi się, że ja na pana dobrze działam. Pan powinien przychodzić do mnie od czasu do czasu na konferencye, jak panie z arystokracyi do ojca Narcyza. Wyleczyłabym pana z mnóstwa rzeczy. Czuje pan tak grecką rzeźbę, jak nikt, a tak mało ma pan Grecyi w duszy. Niech pan sobie z tego wszystkiego nic nie robi, a przedewszystkiem niech pan się stara uprzyjemnić czem życie. Ma pan jaki romans?
Pytanie to było postawione z taką prostotą, jakby je postawić mogła Rózia Rosieńska; Rdzawicz zaś wobec tej naturalności, z jaką go Jadwiga zapytała, przedewszystkiem, mimowolnie zupełnie, uczuł się zażenowanym, że nie może odpowiedzieć twierdząco.
— Jakto? Nic? Żadnego stosunku? — mówiła dalej Jadwiga mocno zdziwiona. — Nic? No to jakże pan tak może żyć? I tak marnować życie? Przecież trzeba je uprzyjemniać, jak się da tylko.
Rdzawicz stał przed Jadwigą zdumiony: ta młoda, może dwudziesto­‑jeden albo dwuletnia panna mówiła z nim o życiu, jak dojrzały mężczyzna. Nie byłby chciał uwierzyć, gdyby mu o niej opowiadano, ale miał Jadwigę przed oczyma.
Z drugiej strony począł się poddawać suggestyi. W istocie, czy warto się tak męczyć: Cóż z tego przyjdzie? Czy życie nie jest przedewszystkiem tragiczną farsą? Poszedł dalej: wydał się sam sobie śmiesznym, niesłychanie, bezbrzeżnie śmiesznym. Zupełnie karp, który się rozbija o to w stawie, co robią wróble na drzewie, albo na odwrót, wróbel, ćwierkający żałośnie nad karpiami. Był tak wyeliminowany z tej gry, jak koń pocztowy, którego odprzęgną i zostawią w stajni; kareta jedzie, ale innymi końmi — pocóż się pocić, jakby ciągnął, kiedy nie ciągnie? Czy nie lepiej spokojnie gryźć owies, który leży w żłobie? Czy nie lepiej nie marnować życia?
— Pani — rzekł do Jadwigi — zdaje mi się, że byłem bardzo głupi. W istocie, ma pani racyę. Przestanę marnować życie. A na dowód, jeżeli tylko pani pozwoli...
Strzeliska uśmiechnęła się zabawnie i odparła:
— Myśli pan, że krzyknę oburzona: zwaryował pan, czy co? Wcale nie. Znam doskonale Demivierges Prevosta. Więc głowa do góry i do widzenia, bo teraz mam tyle do roboty, że sobie rady dać nie mogę. Cieszę się, bo mi się zdaje, żem pana zreparowała trochę. Adieu.
Wyszła.
— Naprawdę nie trzeba być osłem — myślał Rdzawicz. — Za dużo sobie z tego wszystkiego robię. I co ja mam być od nich lepszy? Zresztą może one są tylko mądre. Cóż jest moralność? Co się temu, albo owemu podobało nazwać moralnością. Świat jest urządzony tak, jakby każdy potrzebował zjeść na dzień funt mięsa, tymczasem ktoś potrzebuje pół funta, ktoś dwa: ktoś będzie głodny, ktoś chory na niestrawność. Ludzie nie mogą jednej rzeczy zrozumieć, to jest indywidualności. Taka Jadwiga: ostatecznie wszystko to, co ona robi, ma na celu zadowolenie drugich. Jeżeli Kołolaski nic nie spostrzeże, to także będzie zadowolony, a w każdym razie naturalne jest, że ona nie waha się poświęcić w danym razie takiego kpa dla Maryi. Kto wie, czy nie do Jadwigi Strzeliskich należy jutro stosunków społecznych, dopóki się pojutrze z tego fermentu coś nie wyklaruje i nie stworzy? Tak, jak jest, jest bezwarunkowo źle i niema nic naturalniejszego, że się szuka nowej formy życia. Że się na coś zanosi, jest aż nadto widoczne.
W nim zaś, czuł, że się coś przełamało: konkretny, wyraźny, plastyczny fakt ślubu Maryi był dla niego momentem krytycznym. Teraz naprawdę zamykały się drzwi, odwracała się karta.
— Za trzy tygodnie kończę jedną część mego życia — myślał. — Obrachunek smutny. Zdobyłem wszystko — oprócz szczęścia. A jednak pół życia minęło...
Szczęście zaś jest tylko jedno: w wielkiej ciszy wielkiego kochania — — i takie jest dlań niedostępne.
Ale jest jedna rzecz dostępna: satysfakcya zmysłów...
Nazajutrz obudził się późno, z głową ciężką i goryczą w ustach. Jak i kiedy wrócił do domu, nie pamiętał. — Na stole leżał kawałek różowej wstążki i zmięty bukiecik róż herbacianych — przypięła mu je do surduta Zosia Polewska. Przypomniał sobie, że jeździli razem do Belwederu, zdaje się, że nawet byli pod Wilanowem.
Przeciągnął się i ziewnął. Znalazł na sobie długi, cienki, złotawy włos. Zosia Polewska miała sławne włosy.
Spojrzał na zegarek: była godzina pierwsza po południu. Obok zegarka na stole leżały dwa listy, raczej jeden list i druga karta w kopercie. Służący musiał je położyć, przyszedłszy po rzeczy. List był od pani Laury, karta od baronowej Heimerth. Zdjął go pewien niepokój: co może donosić pani Laura? Czy nie zdarzyło się co w Zagórzu?
Rozerwał kopertę. Pani Laura pisała: »Panie Romanie! Jeżeli pan jeszcze nie wyjechał z Warszawy, to uwiadamiam pana, że za parę dni przyjedziemy tam z dziewczętami, cioci bowiem zrobiło się gorzej i bezzwłocznie wysyłają ją do wód. W Warszawie będziemy tak długo, dopóki Jerzy nie będzie mógł się wybrać z nami do Zakopanego. Chciałabym, żeby Ela już pana nie zastała, choć sama nie wiem doprawdy, czego mam dla niej chcieć i coby było lepiej? Nie mogę sobie dać rady, bo czuję, że wszystko to przezemnie. Serceby się panu krajało, gdyby pan na nią patrzał. Ta dziewczyna niknie w oczach zupełnie. Zmusza się do jedzenia i mówienia, żeby cioci nie niepokoić, ale ciocia już się spostrzegła i nie wątpi, że Ela się panem zajęła. Ja, o ile mogę, unikam rozmów na ten temat, bo cóż mam odpowiedzieć? Żal mi tylko, serdecznie mi żal Eli. Ciocia łamie nad nią ręce i mówi: widzisz, to jest Ela. Któraż panna w jej wieku się nie kocha, ale u niej zaraz wszystko do aberracyi dochodzi. Róziaby popłakała dwa dni i na tem koniec, ale Ela się będzie dręczyć i dręczyć. — Co do pana, to ciocia wiedziała, że pan jest względem Eli zupełnie obojętny, a o tem, co między wami zaszło, naturalnie nie wie. Z Elą ciotka o tem nie mówi, bo ma tę metodę, że czeka zawsze, aż córki same do niej z czemś przyjdą. Ze mną Ela, oprócz tego jednego razu, nie zamieniła ani jednego słowa, ja jej się też nie chcę narzucać; raz tylko, przedwczoraj wieczorem, przyszła do mnie, do pokoju, oparła mi się o ramię i rozpłakała się. Popłakałyśmy się obie, ale nic nie mówiłyśmy; i cóż ja mogłam zresztą poradzić? Gdyby tu choć Bisza była! Panie Romanie — powtarzam panu, że pan odtrąca skarb, który się panu pod nogi sam przytoczył. Ale takiej miłości, ani takiej kobiety nie znajdzie pan nigdy więcej. To nieprawda, żeby miłość potrzebowała długiego czasu: miłość może powstać w sekundzie, a to, co potrzebuje poznania i gruntowania się, to jest przyjaźń, lubienie, szacunek, sympatya, wszystko to, co jest konieczne w prawdziwej miłości, ale drugorzędne. Ona sama, samo kochanie, rodzi się, jak iskra. Ela pana nie zna, ale pana kocha.
Ja jeszcze nie tracę nadziei i, gdyby pana przypadkiem ten list zastał w Warszawie, sama nie wiem, czy chcieć, aby pan wyjechał, czy aby pan został.

Szczerze życzliwa i bardzo zgnębiona
Laura Przerwicowa«

Rdzawicz, ochłonąwszy z pierwszego niepokoju, czytał list pani Laury z lekceważącym uśmiechem, a nie bez pewnego zadowolenia, że to o niego i tak bardzo chodzi. Na razie przeląkł się, ale to, że Ela nie je i mało mówi, a pani Laura i pani Rosieńska się martwią, nie było niczem strasznem i o pomstę do nieba wołającem. Jak się Ela przegłodzi, to będzie jadła — pomyślał — a najlepiej żeby jej dali cascara sagrada, jeżeli nie znosi olejku. Lora jest dobra, jak anioł, ale dziecko i na wszystko patrzy przez powiększające szkła. Ostatecznie możeby i wyjechał, ale chce być na ślubie Maryi, więc nie wyjedzie, a co się ma stać, to się i tak stanie. Możeby się nawet oświadczyć o tę panienkę... Dostałby na stół ośmdziesiąt tysięcy i bądź co bądź miałby kilka miesięcy przyjemnych, a nadto miałby kto z niego zdejmować długie, cienkie włosy, gdyby je przyniósł do domu.
Rozciął z kolei grubą sztywną kopertę od baronowej Heimerth, zaadresowaną ogromnemi literami, jakich w Anglii używają kantorzyści, a w Polsce arystokracya. Heimerthowa pisała: »Mistrzu Romanie! Są rzeczy, których nie wolno nawet takim, którym wszystko wolno. Dochodzą mię wieści, że Pan od paru dni w Warszawie, a ja jeszcze nie mogłam uścisnąć tej ręki, która sobie wykuła i wymalowała dyplom honorowy. Tego Panu nie wolno. Jestem w domu codzień między dziewiątą a — —

Przyjaciółka, wielbicielka i szarytka w odstawce
Helena Heimerth«.

Rdzawicz uczuł znowu pewne zadowolenie. Wstał powoli i spojrzał w lustro: miał jakiś inny wyraz, jak zwykle, jakieś cyniczne lekceważące szyderstwo w oczach i ustach. Wydało mu się, że jest podobny do Jadwigi Strzeliskiej i do malarza Sobieskiego, którego znał za granicą, a który mawiał o sobie, że jego całym majątkiem, prócz tego, co ma na sobie, jest »blaszana miednica, łosiowy kaftan i nic świętego«. Sobieski zapomniał jeszcze — pomyślał Rdzawicz — dodać: oprócz tego, co ma na sobie i braku talentu, ale ja go mam.
Vogue la galère!
Zbiegł do pracowni, w której prawie nie bywał od przyjazdu. Była pusta, wszystko bowiem było w Monachium, tylko obciosany dokładnie w marmurze stał na środku »Anioł śmierci« i wydawał się wobec pustki otaczającej go, ogromny. Rdzawicz począł mu się przypatrywać: za dwa tygodnie najdalej możnaby skończyć nietylko całą grupę, ale nawet twarz. Otwarł komodę i wyjął z niej portret Maryi. Popatrzył chwilę, potem zawiesił go na ścianie i znów począł nań patrzeć.
— Pani Kołolaska, kochanka Borzewskiego — rzekł głośno.
Poczem, jakby nie chciał czy nie mógł być dłużej w tym pokoju, wyszedł szybko, zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
— Panna Polewska! — krzyknął pierwszemu z brzegu dorożkarzowi, wsiadając do powozu.
— Wiem — odparł dorożkarz zacinając konia.

— Do Zosi Polewskiej, do Zosi Polewskiej — powtarzał sobie Rdzawicz w myśli. — Do Zosi Polewskiej, jak dawniej... Nie zmieniło się nic... Jak dawniej jeździ do kokot i przywozi do domu ich włosy, które nazajutrz na sobie znajduje... Nie zmieniło się nic... Tylko — — miał mieć żonę, kobietę, której się mówi: żono i którą się kocha, jak żonę... Nie zmieniło się nic... Zosia Polewska ma to samo mieszkanie z balkonem, ten sam perski dywan, ten sam szafir na palcu, te same pełne łydki, te same śliczne usta i ten sam uśmiech miły i głupi. Tak samo także mówi »kotku...« Nie zmieniło się nic przez ten czas, odkąd poznał Maryę w Kłężu — — tylko papuga Zosi zdechła. Zielonożółta papuga, która umiała mówić »Koko«. Ta sama służąca drzwi otwiera. Wszystko tak samo!... Wszystko, wszystko tak samo...




Anioł śmierci był na ukończeniu. Rdzawicz kuł w obciosanym przez Tężla i Łanowskiego marmurze twarz, której brakowało. Kuł twarz Maryi.
Nazajutrz po spotkaniu się z Jadwigą Strzeliską, poszedł rano do atelier, postawił portret Maryi na sztalugach i patrzał nań przez chwilę, a potem wyrywszy na podstawie posągu dużemi literami napis: Vogue la galère, położył pierwszą płaszczyznę na czole. Robił z portretu i z fotografij, których dostał kilkanaście, gdyż Marya doskonale wychodziła na fotografii i ogromnie się lubiła fotografować. Z narzeczonym jednak fotografii nie było u jej zwykłego dostawcy.
Rdzawicz miał jej głowę z profilu, en trois quarts, en face, w wielkich formatach; dwie zaś, o których zdjęcie prosił sam fotograf, a których Marya pozwoliła zrobić tylko po trzy egzemplarze, biorąc po dwa dla siebie, naturalnej wielkości. Tych fotograf pożyczył mu ze swego gabinetu.
Z portretem, fotografiami i z pomocą swej kolosalnej pamięci, którą Heimerthowa porównywała do kolosalnej pamięci muzycznej Mozarta, Rdzawicz czuł, że robi głowę Maryi tak, jakby robił z żywego modelu. Na tę myśl doznawał jakiejś dziwnej satysfakcyi, dziwnej, bo właściwie była ona tylko bólem, ale ten ból miał w sobie coś podniecającego i gorączkowego, jak jagody szaleju. Uczucia tego nie umiałby był nazwać. Widział, że tworzy coś potwornego ze względu na Maryę, siła jakaś większa, niż nawet sama możność zastanowienia się, refleksyi, owładnęła nim i parła go naprzód. Był panem dłuta, młotka i ruchu swej ręki, ale pobudka tego ruchu przychodziła jakby skądś zewnątrz i jakby niezależnie od niego. Czuł tę siłę, prącą go niemal z furyą. Była to nieustanna, dziwnie potężna inspiracya twórcza, czy też wprost gorączka, jakby jakiś obłęd twórczy: nie wiedział. Czuł się porwany prądem i dał się nieść.
Robił też tak szybko, że się sam zdumiewał: w kilku dniach rysy Maryi wyrosły z kamienia, zupełnie prawdziwe. Ściągła szczupła twarz, wielkie podłużne oczy, nos cienki, prosty i delikatny, z płaszczyznami, jak u greckich posągów, usta małe, wązkie, dziwnie regularne, z górną wargą cokolwiek wzniesioną, broda dosyć krótka i klasycznie okrągła: wszystko to wyprowadził z bryły marmuru, jakby życie w nią tchnął. Włosy puszczone miała lokami ku ramionom, jak były na portrecie, jak je nosiła najczęściej w Kłężu. — A kiedy się cofał od roboty, aby się jej przypatrzeć, mimowoli dreszcz go przechodził, bo to była ona, Marya, zaklęta w marmur, zmuszona być i trwać.
Zniewolił ją. Zechciał i stworzył ją po raz drugi; rozkazał i powstała. Obnażył jej dziewicze ciało, dał jej ruch, jakimby się nigdy nie pokazała nikomu, zgniótł ją w ręku, jak wosk...
Ale chwile poczucia tego jakby tryumfu twórczej władzy, kończyły się zawsze myślą, że to on sam tam leży w płaszczu z zasłoniętą twarzą, że to jego ta kobieta obaliła i odtrąca nogą, jak martwą rzecz, jego depce, i że rzeźba ta jest symbolem klątwy jego życia, tryumfu jego złego przeznaczenia nad nim, jego złej doli... W tym marmurowym bloku, w tym kształcie, zatartym draperyą, czuł się tak silnie, że prawie bolała go stopa Maryi na piersiach...
Potem potrafił nadać tej wywołanej z kamienia twarzy wyraz melancholii i swawoli, zuchwalstwa i smutku, dzieciństwa i powagi, sentymentalizmu i zmysłowości, dać jej nieujęty wdzięk i nieodparty czar i rzucić na to wszystko, w oczy i w usta błysk czegoś wyzywającego, co zestrajało twarz z wyzywającym ruchem ciała.
Widok jego własnego dzieła upajał go. Ta cudowna kobieta była przerażająca, jej twarz była jak trujący kwiat, jej oczy były jak sztylety, owinięte w aksamit, jej usta jak żywy żar pod miękkim mchem. Nie była to hetera, odtrącająca ludzi, jak martwą rzecz z wyzywającym ruchem: dalej! dalej! — — ale jakaś personifikacya dobra, co się na złe obraca, symbol piękna, które się staje potworem, Anioł, ale śmierci!...
W podziwie stał przed własnem dziełem, bo prawie więcej stworzył, niż pomyślał i niżby sobie mógł wyobrazić, że potrafi.
Tymczasem nadesłano mu gipsowy odlew z Monachium i począł z takim samym pośpiechem, jak głowę, wykończać ciało; draperya i figura leżąca były zupełnie gotowe. I znów w trakcie roboty doznał kilkakrotnego podobnego zaćmienia w mózgu, jak kiedy rzucał na karton szkic, po powrocie z rautu. Wiedział wprawdzie, co mu powiedzieli lekarze, że może się doprowadzić do fatalnych następstw, jeżeli po ostatniej chorobie długo i zupełnie nie wypocznie, i że zakazali mu najsurowiej wogóle kiedykolwiek się forsować: kuł jednak z takiem wytężeniem i tak bez wytchnienia, jak nigdy, a ból i załamywanie się w mózgu, jakie mu się zaczęły dawać czuć, sprawiały mu jakby jakieś smutne i gorzkie zadowolenie. W jego zmęczonej i rozgorączkowanej wyobraźni myśl, że musi zginąć przez Maryę, gruntowała się i wszczepiała w nią coraz głębiej. Czuł i lęk i żal, a jednak jakby umyślnie chciał się zgubić, pracując już w końcu nie siłą, którą wyczerpał i której nadużył do ostatniego, ale tylko wolą, energią i gorączką. Ból i załamywanie się w mózgu przeszło potem we wrażenie próżni pod czaszką; w trakcie roboty począł zapominać, co robi i nieraz chwilę stał bez ruchu z podniesionym do góry młotkiem i dłutem na marmurze, nim znowu oprzytomniał. Od czasu do czasu musiał się silić, aby sobie przypomnieć, co on właściwie robi i gdzie ma teraz kuć? Poczęły mu także chwilowo wylatywać z pamięci nazwiska miejscowości i osób, a każde najprostsze obliczenie sprawiało wielką trudność. Sen i możność jedzenia, jak zawsze u ludzi przepracowanych umysłowo, odeszły go zupełnie. Żył w jakiemś podnieceniu chorobliwem i jakby przez nie, odżywiając się zużywaniem samego siebie. Trawił się — ale ani nie chciał, ani nie mógł przestać pracować, w miarę, jak mu się zdawało, że już kończył, jawiły mu się nowe braki i nowe niedokładności. Ogarnęła go potem wskutek zdenerwowania dręcząca dzień i noc obawa śmierci, a równomiernie z nią łączyła się obawa, że umrze, nim skończy, i sam nie zdawał sobie z tego sprawy, czy więcej lęka się o życie, czy o to, że umrze, nie pozostawiając Anioła śmierci, tak, jak chce.
Wieczory spędzał teraz u Heimerthowej, która, jak i poprzednio, im więcej widziała go rozgorączkowanym i wyczerpanym, tem więcej okazywała mu zajęcia. Stosunek ich zresztą ograniczał się do tego, że Heimerthowa, której mąż ciągle bawił za granicą, w swoich wspaniałych salonach, pełnych przepysznych obrazów, marmurów, bronzów i egzotycznych kwiatów, grywała mu Beethovena, Mozarta, Schumana i Chopina, albo prowadziła z nim rozmowę kobiety inteligentnej, wykształconej, o pojęciach europejskich i wykwintnej, choć nieco czasem melodramatycznej.
Przyjmowała go w powłóczystych, miękkich, modelujących każde zgięcie domowych kostyumach, wytwornych i obliczonych na efekt, ale czy ta kobieta krępowała się sama, czy był w niej po prostu brak temperamentu: Rdzawicz nie mógł poznać. Siadała tak na kozetce, że powinno się było usiąść przy niej na perskiej poduszce, leżącej na ziemi, rozmawiała tak, że trzeba było zostać w fotelu; miewała spojrzenia, które zachęcały do wsunięcia głowy w opadający jej z nagiej ręki szeroki rękaw i pocałowania jej wyżej łokcia, ale sposób, w jaki trzymała głowę, nie upoważniał do tego. Że satysfakcyę sprawiało jej drażnienie go, to widział, ale czy sama się rozdrażniała, nie mógł poznać. Chwilami zdawało mu się, że tak; chwilami, że nie.
Heimerthowa była jeszcze piękną, a w obejściu miała wiele wdzięku; największym jednak urokiem w jej towarzystwie było to, że rozumiała i odczuwała ludzi, jak nikt. Było to tak subtelne wczuwanie się w cudzą naturę, jak tylko kobieta niezmiernie inteligentna wczuć się może.
Rdzawicz, który był z natury porywczy, a którego to, co przeszedł, i zmęczenie robotą zdenerwowało do ostatnich granic i za lada powodem doprowadzało do uniesienia z coraz mniejszą miarą, czuł, że wobec tej kobiety nigdy się nie mógł zapomnieć, jak się zapomniał naprzykład wobec Eli podczas spaceru. Zaczął też coraz bardziej gustować w jej domu.
— Z pewnością — myślał z ironią — nie jest ani taka zacna, ani taka dobra, szlachetna, uczciwa i anielska, jak Lora Przerwicowa, albo panna Rosieńska, ale ma więcej w palcu, niż one obie w głowie i dość już mam tych ideałów i tego przyidealizowywania się do nich.
O kobietach wogóle wyrażała się Heimerthowa z łagodną pobłażliwością, delikatnie z góry, z poczuciem swojej niezawodnej wyższości umysłowej, co Rdzawiczowi, który, jak każdy człowiek słaby i w rozterce, łatwo ulegał wrażeniu jakiejkolwiek siły u kogoś drugiego: imponowało podobnie, jak bezwzględne poglądy na życie Jadwigi Strzeliskiej. Heimerthowa dyskretnie i z cieniami, podkpiwała sobie jednakże z takich kobiet, jak pani Laura, albo Ela Rosieńska, pastwiąc się natomiast niemiłosiernie nad hrabinami Wyczewskiemi, księżnemi Zasławskiemi, paniami Posianowskiemi, Braunbergerowemi i tam dalej. Nabijała na drwiny, jak motyle na szpilki, wielkie panie z ich wszystkiemi śmiesznościami i najśmieszniejszą, że nie są śmieszne, ordynarne żony bogatych przemysłowców i ogony jednych i drugich w sferze szlacheckiej i burżuazyjnej, a znała je wszystkie, bywając wszędzie, od najwyższej góry aż do średniego dołu.
— Do czegóż pani siebie zalicza? — zapytał jej raz Rdzawicz, który, przez rozdrażnienie usposobiony złośliwie, najbardziej lubił, kiedy się Heimerthowa »puszczała z siatką«, jak mówił.
— Ja? Do Europejek. Z urodzenia należałabym do półarystokracyi; co do mego męża, to i szlachectwo i tytuł dostał dopiero jego dziad, ale to już wsiąkło; ze stanowiska do przemysłowców; z usposobienia — — mogłabym może być czemś w rodzaju Aspazyi, tylko Aspazya podobno nie była ruda.
— I miała cokolwiek inny temperament — dodał Rdzawicz.
— Czy pan wie, jaki ja mam? — spytała z uśmiechem.
— Nie.
— Może mam czarny, może biały, może czerwony, może niebieski. Nie trzeba sądzić, jak się nie wie.
— A pani sama wie?
Heimerthowa nie odpowiedziała, tylko podniosła oczy na sufit, na którym była namalowana Galatea, kopia rafaelowskiej, i dopiero po chwili rzekła:
— Czy panu nie jest dobrze ze mną taką, jaką jestem? Jeżeli na świecie jest coś trochę dobrze, to już jest tak bardzo dobrze, że nie powinno się kusić licha.
Rdzawicz, poznawszy ją, przekonany był, że roztoczy przed nim dziesięć wachlarzów z aforyzmami, rysunkami, malowidłami i podpisami sławnych ludzi, roztworzy przed nim dziesięć podobnych albumów i sztambuchów, i mimochodem każe mu się domyślać, że dziesięciu malarzy francuskich, dziesięciu kompozytorów włoskich, dziesięciu polskich wirtuozów i dziesięciu poetów i powieściopisarzów całego świata — na śpiewaków od razu poznać było można, że jest w za dobrym guście — klęczało, leżało i wiło się u jej nóg.
Ale Heimerthowa nie pokazała mu ani razu trzewików wytartych czołem Dagnan Bouvereta, obkurzonych włosami Paderewskiego i z odciskiem brody Mascagniego, ani też kosza od bielizny z papierowemi westchnieniami D’Annunzia i innych mniejszych i większych współczesnych D’Annunziow, jak również nie poprosiła go ani »o jedną literę«, ani »o jedną kreskę«, nie pozostawiła nawet »przypadkiem« na stole ćwiartki listowego papieru. Jednego wieczora narysował prawie bez myśli na marmurowym stoliku ołówkiem od zegarka dziewczynę grecką, obejmującą ramionami Apollina i nazajutrz znalazł to czemś tak utrwalone, że się zetrzeć nie dało, ale mowy wcale o tem nie było. Narysował teraz Wenus Kallipigos i następnego wieczora znalazł to także utrwalonem; zrobiło mu to przyjemność i zarysował cały stolik scenami i figurami z mitologii i położył litery swego nazwiska i datę, podczas kiedy ona grała naprzód jakąś seraficką pieśń Mozarta, a potem suitę Griega z Peer Gynta.
Zobaczywszy cały stolik zarysowany, przyjrzała się uważnie i powiedziała, że śliczne i że zrobił jej prawdziwą przyjemność, ale nie było wcale mowy o tem, że teraz będzie miała mebel »bez ceny«. Rozmawiali przez chwilę, w jaki sposób ona utrwaliła ołówek.
Heimerthowa, która znała wszystkie większe miasta w Europie, znała także prawie wszystkich wybitnych artystów; wspominała o tem z przyjemnością i nie taiła, że zdobywała ich nieraz w zupełnie waryacki sposób.
— Ja nie wiem, czego nie wolno ludziom sławnym i czego dla nich nie wolno? — mówiła. — Sławni ludzie, to jest mój kult.
Czy ją jednak co kiedy gdzie z kim bliższego łączyło, niepodobna było odgadnąć. O wszystkich, których znała, mówiła z równym spokojem, mniej lub więcej tylko entuzyazmując się do nich, jako do artystów. Rdzawicz uważał, że ją daleko więcej interesują sami twórcy, niż ich dzieła.
Podróżowała trochę z mężem, głównie zaś w towarzystwie swojej dame de compagnie, a czasem nawet zupełnie sama, ale albo była skryta, albo też nie miała co opowiedzieć.
— Pani jest jak sfinks — powiedział jej raz Rdzawicz.
— A pan jak gryf, któryby zaraz chciał wszystko w szpony porwać — odparła.
— Gryfy mają skrzydła i dzięki temu są coś warte.
— A sfinksy są nieruchome i dlatego można się o nie oprzeć.
— Ale przecie każdy sfinks ma jakąś tajemnicę.
— Może właśnie tę, że nie ma żadnej — powiedziała, śmiejąc się.
— Jakże poznać?
— Od czegóż jest sfinks? Przestałby być sobą.
Rdzawicz był prawie pewny, że Heimerthowa mimo sezonu nie wyjeżdża z Warszawy dlatego, że on tu jest; ona swoją bytność w mieście traktowała wprawdzie jako rzecz najnaturalniejszą, Rdzawicz jednak czuł przez skórę, że siedzi tu dla niego, a czuł to, mimo iż nigdy nie było najlżejszej do tego aluzyi.
W jakie sześć dni po wyjeździe Rdzawicza z Zagórza powrócił był z Monachium Tężel. Pierwsze słowa, jakie wymówił, wszedłszy do pracowni, były: Jezus, Marye, Romek, jak ty wyglądasz!? drugie: Bój się Boga, Romek, co ty robisz!?... Stał, jak osłupiały.
Na jego grubociosaną, prostą głowę było tego naraz za dużo. Zastał Rdzawicza z widoczną na twarzy trawiącą gorączką, ze spieczonemi ustami i suchemi, świecącemi oczyma, przed arcydziełem, którego potworności się przeląkł.
— Zabijasz się! — rzekł zemocyonowany, patrząc na niego. — I ją zabijesz — dodał spoglądając na rzeźbę.
— Jakież ci to robi wrażenie? — spytał Rdzawicz, nie chcąc zwrócić uwagi na to, co Tężel mówił.
— Kolosalne i straszne. Ty tego nie możesz wystawić.
— Mam rozbić? — spytał z uśmiechem Rdzawicz, podnosząc młot do góry.
— Nie! — krzyknął Tężel, przyskakując ku niemu i chwytając go za rękę.
— Więc czegóż chcesz?
— Tylko demon mógł coś takiego zrobić!
Na słowo to w Rdzawiczu podniosła się krew.
— Tak jest! — ozwał się wzburzonym głosem — demon przez moje ręce to kuł, masz słuszność, to jest straszne, ale takim musi być Anioł śmierci.
— Pamiętasz Anioła życia? — rzekł smutno Tężel. — Wtenczas zdawało mi się, że jakiś jasny geniusz z ciebie bije na świat...
Rdzawicz skinął głową: Pamiętasz mój powrót z Wiednia? Inaczej witaliśmy się jak teraz. Pamiętasz list, któryś mi oddał.
— Ach! — jęknął prawie Tężel. — Po coś ty jechał do tego Kłęża!?
— Po to, żeby być wielkim rzeźbiarzem. Wykułem sobie tam ogromny sarkofag na trumnę szczęścia całego mego życia. Ale ono nie będzie długie.
— Cóż ty gadasz? — krzyknął Tężel. — Zwaryowałeś, czy co?
— Mój drogi! — odparł Rdzawicz spokojnie — przecie ten Anioł Śmierci, to jest przedewszystkiem moja śmierć. Demony, mój kochany, nie pracują za ludzi za darmo, one się muszą karmić, ssą ludzką krew, jedzą życie. Widzisz, że mnie pół niema.
Tężel rzucił się na krzesło, ścisnął uszy pięściami i począł jęczeć: Rany Boskie! Rany Boskie! Bodaj się zapadł, kto wymyślił kobiety! Żeby ten Kłęż wszyscy dyabli wzięli! Przyjdzie zwaryować, albo co! Rany Boskie! Rany Boskie!
Rdzawicz tymczasem cyzelował prawe nozdrze Maryi, lubując się w duszy słowem »demon«, był bowiem za młody, aby mu zastosowanie do niego tego słowa, choćby nawet przez Tężla, nie pochlebiało i nie zrobiło przyjemności.
Nie mówił sobie tego, ale czuł, że ostatni raz dotknie dłutem Anioła Śmierci w dzień ślubu Maryi. Potem?... Na to pytanie odpowiadał mu napis wyryty na postumencie posągu, pod którym położył swoje nazwisko: potem?... Vogue la galère!...
Jednej rzeczy nie mógł zrozumieć: oto dlaczego Maryi nie może sądzić podług tej miary, jak sądzi innych; dlaczego do niej nie może zastosować zwykłej normy swego sądu: »trudno, człowiek jest człowiekiem?« Dlaczego od Maryi ma jakieś wymagania inne i większe, niż od innych, dlaczego chciałby ją módz mierzyć inną skalą, jak resztę kobiet? Dlaczego mimowoli, wbrew swej woli nawet, chce ją idealizować i chciałby idealizować wszystko, co jej dotyczy? Dlaczego u Maryi chęć użycia wydaje mu się czemś niegodnem, czemś złem i szpetnem? Dlaczego jedyne podług niego racyonalne hasło ludzkości: »użyć!« — razi go w jej ustach? Dlaczego ona obala cały system jego filozofii życiowej, który mówi, że wobec nędz życia i grozy śmierci niemal wszystko jest usprawiedliwionem? Dlaczego po prostu chciałby, aby ona nie była człowiekiem, ale czemś wyższem, piękniejszem, szlachetniejszem? Czy ta chęć do idealizowania jej wrosła mu w duszę od czasu, kiedy mu ją miłość bezwiednie idealizowała, i kiedy w tej kobiecie, mimo świadomości, że widzi, widział bóstwo?
Wobec Maryi pod każdym niemal względem był w sprzeczności z sobą. Świat był dla niego po jednej stronie, ona po drugiej, a ta druga strona wyłamywała się z pod wszelkich praw, które mu jego system, czy bezsystem filozoficzny stworzył i ugruntował w stosunku do świata. Kwintesencya jego spekulacyi umysłowej, streszczona w słowie »użycie«, rozbryzgiwała się w stosunku do Maryi, jak bańka szklanna o kamień.
Na stworzenie zaś sobie jakichś nowych praw względem Maryi nie miał ani dosyć sił, ani inteligencyi: gmach jego pojęć runął i przywalił go gruzami. Dusił się pod nimi.
Rezultatem zaś tego był coraz większy moralny rozkład jego wewnętrznej istoty. Czuł to, że teraz rzeczywiście nie potrzebuje chcieć, aby nie było, ale samo przez się niema dla niego »nic świętego«. Nie widział żadnych węzłów, któreby go mogły, lub powinny były krępować. Nie usiłował jej mieć, ale miał dla ogólnej etyki obojętność żelaza, które leży w wodzie, jakkolwiek zdawał sobie z tego sprawę, że w walce z uświęconą i ugruntowaną przez tradycyę etyką powszechną musi wkońcu uledz, podobnie jak żelazo musi wreszcie uledz ustawicznemu destrukcyjnemu działaniu chemicznemu.
Z Heimerthową nie mówił nigdy ani o Maryi, ani o Aniele śmierci. Wiedział, że ona zna Maryę trochę z towarzystw i że zna jego przeszłość. Kwestya ta jednak nie była nigdy poruszaną między nimi. Pewnego jednak dnia, przed południem, kiedy w obecności Tężla, w swojej ciemno­‑granatowej bluzie zajęty był wykończeniem rzeźby, Heimerthowa, zapukawszy lekko, uchyliła drzwi od pracowni i nie wsuwając głowy, zawołała:
— Dzień dobry panu! Jeżeli mię pan nie puszcza, to nie wejdę, ale jestem strasznie ciekawa. Nic stąd nie widzę!
Rdzawicz roześmiał się i zapinając pod brodę bluzę, poszedł ku drzwiom i roztwarł je szeroko, z głębokim, przyjaznym ukłonem.
Heimerthowa skinęła uprzejmie głową Tężlowi, którego Rdzawicz przedstawił, i podeszła ku grupie. Wrażenie musiało spaść na nią nagle i nadmiernie, gdyż prawie zbladła.
— Co to jest?! — rzekła, jakby do siebie.
— Anioł śmierci — odpowiedział Rdzawicz.
— Ach nie idzie mi o tytuł! Mam wrażenie jakby szatan począł to i wykonał w gniewie.
— Wie pan — rzekła po długiem, milczącem wpatrywaniu się w statuę. — To jest arcydzieło, ale czy to nie jest wendetta?
Była widocznie pod tak silnem wrażeniem, że mówiła bezpośrednio swoje myśli, a to oddziałało na Rdzawicza; odrzekł więc żywo: Zatem rozbić?
Heimerthowa krzyknęła:
— Rozbić?! To rozbić! Popełniłbyś pan świętokradztwo! Czemże ona jest wobec tego marmuru?! Czy pan nie rozumie, nie czuje tego, czy panu tego nikt nie powiedział, że panu wszystko wolno, że dla talentów twórczych niema: nie?! Nikt panu tego nigdy nie mówił? Ja sama w pierwszej chwili odezwałam się jak parafianka z małego miasteczka. Gdyby to nawet była wendetta, to co nas to obchodzi?! Niechże pan to czuje i pamięta, że panu wszystko wolno i że dla artystów niema paragrafów kodeksu: »można albo nie można«, »godzi się, czy nie godzi«. Talentom wolno jest wszystko. Pamięta pan, co mówił Goethe: je prends mon bien, où je le trouve. Otóż gdzie pan znalazł swoje dobro, tam je pan wziął i koniec. Czy nie mam racyi? Wszak zgadza się pan ze mną? — zwróciła się do Tężla.
Tężla onieśmielały suknie pani Laury i kolczyki brylantowe pani Biszy; teraz zaś wobec tej damy, szeleszczącej za każdym ruchem jedwabiami, z szmaragdem, jak pięść, pod brodą, brylantami w uszach trzy razy takimi jak u pani Biszy, i na ręce z wężem z emaliowanego złota, który w paszczęce miał każdy ząbek z dyamentu i trzymał między nimi rubin, jak druga pięść; stracił zupełnie podłogę pod podeszwami i na pytanie Heimerthowej odpowiedział, jak mógł najprędzej:
— Naturalnie, proszę pani.
Kiedy jednak Rdzawicz zrzuciwszy bluzę, wyszedł za Heimerthową, która czekała go na dole w faetonie, aby się trochę z nią »przewietrzyć«, Tężel począł myśleć inaczej.
Wszystko to, co się działo w ostatnich czasach, spadało na niego, jak grom po gromie. Były godziny, kiedy w obawie o talent Rdzawicza, lub nawet o jego życie, klął chwilę poznania się jego z Maryą i cały świat wzdłuż i wszerz. Nigdy jednak nie klął samej Maryi. Pamiętał spojrzenie, jakie mu rzuciła z loży i kwiat, który posłała »przyjacielowi swego narzeczonego« a który spalił i w wodę wrzucił. Mimo wszystko, co się przez nią stało, Tężel żywił dla panny Tyżwieckiej jakąś cześć, bezwzględną, niedotykalną, podobną do czci, jaką dziki człowiek oddaje bóstwu, które naprzykład zeszle mór, ale nie przestaje być mimo to świętem i bóstwem. Ile razy o niej myślał, doznawał tego uczucia, jakie może mieć subjekt z korzennego sklepu na dole, wobec księżniczki na pierwszem piętrze. Rdzawicz był jak rycerz, dla którego niema zbyt wysokich progów ani urody, ani bogactwa, ani nazwiska — — ale on, Tężel, taki Tężel... Geniusz — Tężel był przekonany o geniuszu Rdzawicza — otwiera wszystkie bramy. Dla Rdzawicza Marya nie była za piękną.
On trzymał się na boku, nie znał tej panny, nie wiedział o niej nic prawie, odkąd z nim Rdzawicz przestał o niej mówić, nie widywał jej, to wrażenie jednak czci, które w nim obudziła, kiedy ją pierwszy raz zobaczył, pozostało w nim i nie osłabło ani przez czas, ani przez okoliczności. Ludzie miewają swoje fetysze: jego fetyszem była panna Tyżwiecka.
Nic go z nią nie łączyło, pewny był, że ona nawet nie pamięta o jego istnieniu, a jednak czuł to, że nosi jej rękawiczkę u kapelusza i że w danej chwili, wezwany, czy nie wezwany, z jej wiedzą, czy bez jej wiedzy, bez myśli o jakiejkolwiek nagrodzie, tylko dla swego fetyszyzmu, byłby gotów do jej obrony. Żeby jej jednak miał kiedykolwiek bronić przeciw Rdzawiczowi, to mu nigdy przez myśl nie przeszło.
Tymczasem, oto teraz, nadszedł taki ciężki termin.
Był sam w pracowni wobec Anioła śmierci. Patrzał na niego i im więcej patrzał, tem więcej widział potworność i po prostu niemożliwość istnienia tej rzeczy. Zrobić heterę i dać jej głowę Maryi — — nie, to było coś takiego, co przechodziło miarę możliwości w ludzkiej myśli. Rdzawicz chyba sam nie czuł, nie pojmował, co robił i nie wie, nie rozumie, co zrobił. Tężlowi zaczęły się włosy prawie piętrzyć na głowie. Przecież wystawienie tego na widok publiczny byłoby czemś tak strasznem, że nawet wyobrazić sobie nie można, co się stać może?! Rdzawicz był opętany, kiedy to komponował. Jakakolwiekby to była żywa kobieta, — — ale Marya, ta Marya, ta Marya, którą ten człowiek tak kochał, tak ubóstwiał, dla której nie było dla niego dość słodkiego imienia, dość pięknego słowa, którą się tak cieszył, tak upajał, którą tak żył cały. Ta Marya, ta sama?!...
Rdzawicz jest w jakimś szale; w jakimś obłędzie. Jeżeli, broń Boże, da to ludziom zobaczyć, a ochłonie potem i zrozumie, co zrobił — Chryste Nazareński, co się z nim stanie?! Życie sobie odebrać gotów... Bo to jednak jest rzucenie pod nogi ludzkie kobiety, którą się kochało, którą się czciło, dla którejby się ostatnią kroplę krwi oddało było kiedyś z rozkoszą, a takich rzeczy, takich rzeczy mimo stu zerwań się nie zapomina... one wrastają w serce...
A taka baronowa Heimerth mówi mu, że mu wszystko wolno i że Marya jest niczem wobec tego marmuru... Bodaj z piekła nie wyszła, przemierzłe rude babsko!
Arcydzieło jest, prawda, ależ takich arcydzieł Rdzawicz jeszcze może zrobić dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. Przy płodności jego imaginacyi, energii w robocie i zupełnie zagadkowej szybkości w wykonywaniu, ileż ma jeszcze czasu, nie mając lat trzydziestu! Byle tylko był zdrów, całą salę arcydzieł może zostawić po sobie. A to... to nie może istnieć...
Sam Rdzawicz tego nie zniszczy, jest nieprzytomny, ale zniszczy to on, Tężel. Uratuje ją i jego. Ona, po wystawieniu tej rzeźby otrułaby się chyba, a Rdzawiczby sobie kulę w serce wpakował. Jeżeli Rdzawicz, zobaczywszy swoje dzieło zniszczone, zechce mu młotem głowę rozbić, nie zasłoni się; ale jeżeli oprzytomnieje, powinien mu się na szyję rzucić z podzięką.
W Imię Boże!
Tężel podniósł z ziemi młot ciężki, kamieniarski, którym obtłukał marmur, przeżegnał się i wzniósł go w górę. Wyraz, którego użyła Heimerthowa: »świętokradztwo« — przybiegł mu przed oczy czerwony i ciemny. Podobnego uczucia musiał doznawać świeżo ochrzczony Rzymianin, któremu kazano druzgotać cudowne, marmurowe bogi, w które na pół jeszcze wierzył, których czci jeszcze się nie mógł oduczyć i których piękno miłował i wielbił.
A jednak trzeba było druzgotać to arcydzieło, ten potworny cud, ten monstrualny pomysł w genialnej plastyce. Istnienie jego mogło spowodować katastrofy, dla których Tężel nie wahałby się był rozbić partenońskiego fryzu, melijskiej Afrodyty i Zeusa z Otrikoli. Niech potem z nim Rdzawicz zrobi co zechce.
— W Imię Boże! — powtórzył i zamachnął się.
Ale ręka mu zadrżała, cofnęła się i opadła w dół; podnosząc ją, podniósł głowę — i oczy jego padły na twarz Maryi, na portret jej wiszący poza nią na ścianie o wielkich, podłużnych, ciemno­‑szafirowych źrenicach o złocistym blasku, patrzących nań z portretu. Ręka zadrżała mu i opadła w dół.
Wyjął z kieszeni od spodni chustkę w różowe kraty z niebieskim szlakiem, obtarł czoło z potu, postawił młot w kącie, zamknął pracownię, wyszedł na ulicę i w najbliższej restauracyi kazał sobie dać jedną po drugiej trzy flaszki Drozdowskiego piwa, a potem jeszcze jedną Haberbuscha.
Tego wieczoru, Rdzawicz odebrał przez posłańca następującą kartkę od Tężla:
»Chciałem Ci dzisiaj podczas Twojej nieobecności rozbić Anioła śmierci; czy mimo to nie chcesz zerwać ze mną stosunków?

Jędrzej Tężel«.

Przeczytawszy, zmełł w ustach słowo »bydlę!« i odpisał Tężlowi: »Nie bazgrz głupstw i przychodź zaraz«.
Posłaniec wyszedł. Rdzawicz zaś począł chodzić nerwowo po pracowni. Pierś mu się wzdymała z gniewu za każdym razem, ilekroć pomyślał o tem, co Tężel napisał. Irytowała go jednak nie tylko kartka Tężla: jadąc z Heimerthową faetonem przez ulicę Erywańską, spotkał był panią Laurę, która szła z obu pannami Rosieńskiemi. Ela była ciemno ubrana i robiła wrażenie bardzo smutne; pani Laura i Rózia także wydały mu się zasępione. Byłyby go może nie spostrzegły, ale Heimerthową wychyliła się z faetonu i krzyknęła do pani Laury: »Dzień dobry!« Wszystkie trzy zwróciły się, a Ela zbladła tak, że twarz jej stała się prawie gipsowej barwy. Pani Laura, oddając im ukłon, spojrzała nań ze zdziwieniem i jak mu się przynajmniej zdawało, z zapytaniem w oczach i jakby wyrzutem; Ela skinęła głową, odwracając szybko oczy, a coś tak bolesnego w niej uczuł, że mu kurcz gardło chwycił na moment.
Rozumiał spojrzenie pani Laury, a zarazem wyobrażał sobie, co muszą obie z Elą myśleć, kochał pannę Tyżwiecką, ale miłość ta nie przeszkadza mu jeździć tète â tète z panią Heimerth, której mąż zapewne, jak zawsze, jest tymczasem w Hamburgu lub Berlinie. Jaki jest stosunek między nim a Heimerthową, tego naturalnie wystawić sobie nie mogą tak, jak jest naprawdę, i wystawią go sobie tak, jakby się każdemu musiał najprościej i najzwyklej wydać.
Spojrzenie Laury i widok Eli były mu ogromnie przykre, ale przedewszystkiem irytowało go, co one myślą o jego stosunku do Heimerthowej. W pierwszej chwili chciał ją przeprosić, wysiąść, dopędzić Przerwicową i Elę i wytłómaczyć im, że sądzą fałszywie; w każdym razie postanowił iść do Przerwicowej i przynajmniej jej to powiedzieć. Pani Laura miała przymiot, który mają ludzie prawi i czyści: że się mimo wszystko i mimo największego lekceważenia opinii ogólnej, jednak dba o ich opinię. Czasem taki jeden człowiek może zatrzymać nad samą przepaścią tylko tem, że się go zna.
Heimerthowa zauważyła nagle zmianę w usposobieniu Rdzawicza i zapytała, czy może miał ochotę przywitać się z tamtemi paniami.
Odpowiedział, że nie, ale że ma takie wrażenie, jak żeby był kominiarzem i jak żeby mu kazano wziąć w rękę świeżo uprasowany mankiet.
— Nie rozumiem — rzekła Heimerthowa. — Dlaczego pan ma być kominiarzem i co ma być tym mankietem?
— Widzi pani — odparł Rdzawicz — zrobiłem coś, przez co w stosunku do Lory Przerwicowej jestem, jak kominiarz do świeżo uprasowanego mankietu.
— Do niej? — zdziwiła się Heimerthowa. — Co też pan mógł jej zrobić? Takie dobre stworzenie.
— Właściwie jej osobiście nic, ale blizko niej. Niech pani jednak pozwoli, że tym razem ja będę sfinksem.
— Który gdzieś zapuścił swoje gryfie pazurki. Ale jak pan chce.
W jakie dwadzieścia minut po odejściu posłańca, Tężel, który niedaleko mieszkał, zjawił się w pracowni. Wszedł nieśmiało i niezręcznie i wydał się Rdzawiczowi ordynarny i trochę śmieszny. Popatrzył na niego tak, jakby go pierwszy raz w życiu widział i uraziło go w nim wszystko: jego grubociosana głowa o pospolitych, trywialnych rysach na zwalistych, za szerokich ramionach; ciężkość, klocowatość jego całej budowy i wyraz jego twarzy, która mogła być pięć razy prędzej twarzą sadownika, lub rybaka, niż twarzą artysty i jego przyjaciela. Owiało go zimno względem Tężla.
— Jak się masz? — odezwał się, mimowoli trochę z góry i protekcyonalnie.
— Dziękuję ci i przepraszam cię — zaczął Tężel, ale przerwał mu:
— Niema za co. Nie rozbiłeś, więc wszystko skończone.
Widząc jednak przed sobą ciągle nieśmiałą i zaambarasowaną figurę Tężla, doznał ochoty dokuczenia mu, która podobną musiała być do tej, jakiej doznają dogi, uganiające się ze złośliwym i lekceważącym wyrazem oczu i zjeżonym lekko grzbietem, za skomlącym ze strachu kundlem wiejskim. Stanął naprzeciw Tężla i spoglądając mu w oczy, spytał.
— Powiedzże mi jednak, dlaczegoś ty chciał rozbić Anioła śmierci? Sameś go przecie obciosywał z Czempińskim i Łanowskim?
— Nie wiedziałem, że dasz tej kobiecie twarz panny Tyżwieckiej — — odparł Tężel.
— O to ci tylko idzie?
— Przecie wiesz, bom ci mówił pierwej.
— A cóż tobie to szkodzi?
Rdzawicz sam się cokolwiek zmieszał: pierwszy raz w życiu dał Tężlowi uczuć wszystkie różnice, jakie między nimi były, zamknąwszy ich wyraz w akcencie tego słowa »tobie«. Tężel zrozumiał i spuściwszy oczy, czerwony jak piwonia i zmieszany zupełnie, wybąknął:
— Mnie nic, ale tobie i jej...
Gdyby Tężel był na ubliżający ton odpowiedział tak, jak Rdzawicz czuł, że zasługuje, aby mu odpowiedziano, byłoby się prawdopodobnie na tem skończyło, na czem się często kończy u doga, który napada kundla, kiedy ten się nagle odwróci i pokaże zęby: to jest że dog stanie, warknie, zatrzyma się i odejdzie, a w pięć minut później mogą już obaj wyskakiwać wspólnie i ujadać pod drzewem, na którem siedzi kot; ale zmieszanie się Tężla podrażniło go jeszcze i rzekł, niby ukrywając lekką ironię:
— A powiedzże mi, dlaczegóżeś nie rozbił?
Tężel zaczerwienił się jeszcze więcej i milczał.
— No, powiedzże, dlaczegożeś nie rozbił? — nalegał Rdzawicz.
— Nie wiem — bąknął wreszcie Tężel.
— No, to niewiele, jak na powód od wstrzymania się od takiego herostratyzmu. Zapal sobie papierosa tymczasem. Na przyszłość będę cię mógł zapewne spokojnie zostawiać w atelier?
Tężel wziął machinalnie papierosa z etui, które mu Rdzawicz podawał i rzekł prawie błagalnie:
— Mój drogi, czy ty nie widzisz, nie czujesz tego, że ty pannę Tyżwiecką tą rzeźbą po prostu pod pręgierz stawiasz? Powiedz, masz do tego prawo? Bo jeżeli masz...
Rdzawicz zmarszczył się niecierpliwie, Na spacerze Heimerthowa wiele jeszcze mówiła o swobodzie w wyborze tematu, o wyjątkowem stanowisku artystów, o prawie ich imaginacyi, o pierwszeństwie sztuki u artysty przedewszystkiem. Artysta, który się zastanawia nad tem, co jest moralne, a co nie, co dobre, a co złe, co pożyteczne, a co szkodliwe — mówiła — przestaje być artystą. Tu jest różnica między wami a nami, że my musimy być przedewszystkiem ludźmi, a wy przedewszystkiem sobą. W sztuce jedynym sądem jest: podoba się, albo się nie podoba — i dla was jedynem prawem powinno być: podoba się, albo się nie podoba. Róbcie co chcecie, jak chcecie, byle było piękne, byle było wielkie, byle było sztuką, tą wielką, prawdziwą, świętą sztuką, swoją »nagością bezczelną.
Niezawstydzoną niczem, nieśmiertelną!«
Rdzawicz słuchał i pozwalał się upajać słowom Heimerthowej. To, co mówiła, było to usprawiedliwianie go przed nim samym, tłomaczenie przed światem, uspokojenie; Tężel rozgniewał go. Spojrzał na niego wyzywająco i odrzekł akcentując dobitnie:
— Ale jeżeli mi się tak podoba?
Tężel osłupiał:
Jeżeli mi się tak podoba? — powtórzył Rdzawicz.
Tężel stał ciągle osłupiały, jakby nie zrozumiał, lub nie chciał uwierzyć, że słyszy to, co słyszy.
— Coś ty powiedział? — spytał jakby odruchowo.
— Coś słyszał.
Wówczas ciężka, powolna, chłopska krew Tężla wzburzyła się wreszcie; nie mógł wytrzymać i rzekł dosyć dobitnie:
— Tobyś zrobił rzecz, której nazwać nie chcę.
Rdzawicz zaczerwienił się i kąty ust poczęły mu się ściągać na wewnątrz ku dołowi. Tężel zaś mówił:
— Ja znam całą różnicę, jaka jest pomiędzy nami; wiem, coś ty wart, a co ja jestem wart przy tobie. Ja jestem pion i przy tobie nic nie znaczę; ale musiałem ci to powiedzieć, com powiedział właśnie dlatego, że ci jestem przyjacielem i jako przyjaciel mam do tego prawo.
Rdzawicz czuł, że go coś opętywa; zbliżył się ku Tężlowi i spytał go z blizka:
— Dlaczegóżeś nie rozbił? Byłeś sam, mogłeś. Nie potrzebowałeś się mnie bać, cóżbym ja ci zrobił?
— Nie ciebiem się bał, tylko jej, tam na portrecie...
Rdzawicz rozśmiał się:
— Otóż wiesz Tężel, dlaczegoś nie rozbił? Dlatego, że to jest za dobrze na to zrobione. Jest to nowy dowód, że raz przecie w życiu zrobiłem coś, co jest naprawdę coś warte. Z wszystkich moich innych rzeczy razem z dyplomem honorowym może sobie pies kazać buty uszyć. Ale, mój kochany, niedarmo sztuka wymaga swoich ofiar; z wielkiego bólu rodzą się dzieła najlepsze. Winniśmy, czy niewinni, to inna rzecz; ona mnie kopnęła i ja tam leżę, a ona tu stoi taka, jak jest, jak owa Wenus z Arles »w piękności majestacie«. Z mojej śmierci moralnej, z jej ogromnej przykrości, jak to zobaczy, urodził się ten Anioł śmierci, który, przyznajesz, jest coś wart, kiedyś się na niego porwać nie śmiał.
— Więc wystawisz to?
— Chcesz, ażebym mój najlepszy marmur chował?
— A jeżeli ją tem zabijesz?
— A ona się pytała, czy ja żyć będę?! Odwróciła się, jak od muru — i odeszła.
— Ale jeżeli ją zabijesz?
— Nie bój się — rozśmiał się gorzko Rdzawicz. — Ona od tego nie umrze. Jeszcze będzie kontenta. Nowa reklama.
Tężel ujął go za rękę i począł mówić:
— Romek, słuchaj, ty jesteś nieprzytomny, jesteś chory, nie wiesz, co mówisz. Ja wiem, że ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, co teraz mówisz do mnie — —
Ale Rdzawicz wyrwał mu rękę i odrzekł z irytacyą:
— W dzień ślubu Maryi wystawić to każę, a gdyby mi ze względu na podobieństwo i możliwy skandal, przyjąć na żadnej wystawie nie chcieli, urządzę osobny pawilon w mieście. Wiem, coś pomyślał, kiedyś mi nie chciał powiedzieć, co myślisz: że zemsta jest rzeczą niegodną, lub może gorzej jeszcze; ale to jest silniejsze odemnie. Ja muszę ją jej pokazać taką, jaką jest. Może to jest pierwszym krokiem do mego szaleństwa — może już jestem szalony, ale muszę! Ona zobaczy siebie.
— Kochałeś ją kiedyś — rzekł smutno Tężel.
— Gdybym nie kochał, nie zrobiłbym tak, jak zrobiłem. Raz się tylko w życiu tak kuje: patrz. Już teraz mógłbym nic więcej nie kuć. A czy ty nie rozumiesz przytem, że jest pewna satysfakcya w pastwieniu się nad tymi, których się kocha i nie przestając ich kochać? Wiesz przecie, że miłość i mord gdzieś się tam blizko schodzą w mózgu. Czegóż tak na mnie patrzysz?
Rdzawicz zauważył, że Tężel spogląda nań jakby z niepokojem i jakiemś przerażeniem:
— Widzisz we mnie co nadzwyczajnego, czy co? — powtórzył.
Tężel patrzał nań jeszcze chwilę i powiedział:
— Nie, ty jesteś zdenerwowany, rozgorączkowany, ale nie chory. Zastanów się: jakże można chcieć tak postąpić z kobietą, którą się kochało? Sam sobie potem tego nigdy nie będziesz mógł darować. Jedna chwila jakiejś dziwnej, spaczonej satysfakcyi, a całe życie możesz pokutować. Przecie pomyśl: to ona, to panna Marya...
Rdzawiczowi napłynęły nagle łzy do oczu: tak zawsze Maryę nazywał niegdyś Tężel, dawno, kiedy on mówił o niej »Rysia«, albo »moja narzeczona«; ale równocześnie przypomniała mu się na raucie, w otoczeniu Kołolaskiego i Borzewskiego, kokietująca młodego blondyna, a dla niego bez jednego spojrzenia, już nie współczucia, przyjaźni jakiejś, ale ot wprost bez jednego spojrzenia dla niego, a przecież on ją tak kochał i tyle cierpiał i ona wiedziała o tem... Tak odejść, tak kopnąć, tak nawet nie obejrzeć się i iść dalej! dalej, jak głaz...
— Żebyś przynajmniej podobieństwo zatarł — prosił dalej Tężel. — Możesz jeszcze, sam widzisz, że jeszcze możesz. Zatrzesz?
— Nie — odpowiedział Rdzawicz.
Tężel wstał z krzesła, na którem był usiadł, zbliżył się do Rdzawicza i począł mówić:
— Na twoją dawną miłość do niej, na naszą przyjaźń, na tyle lat doli i niedoli wspólnej, proszę cię, zmień choć podobieństwo, widzisz, że jeszcze można. Nie zepsujesz rzeczy, głowa w typie zostanie ta sama, tylko te cechy charakteryzujące pannę Maryę usuń. A choćbyś nawet trochę zepsuł, cóż to jest wobec tego, co się stać może? Zrobisz to Romku?
Ale Rdzawiczowi ciągle stała przed oczyma Marya kokietująca młodego blondyna, z Kołolaskim i Borzewskim za sobą, dla niego bez jednego spojrzenia, bez jednej sekundy, jednego odruchu współczucia; Marya wychodząca za Kołolaskiego, aby mieć romans z Borzewskim — i poruszył głową przecząco.
Wówczas Tężel wziął kapelusz ze stołu i rzekł cicho, ale wyraźnie:
— Komu innemu powiedziałbym, czego tobie powiedzieć nie chcę. Zastanów się, czy miałbym racyę. Zanadtom się przywiązał do ciebie, abym się mógł i chciał tego przywiązania wyzbyć, ale my dłużej nie możemy być razem ze sobą. Zawszeby pomiędzy nami stał ten Anioł śmierci i twoje — — zapomnienie się.
Z kapeluszem w ręku Tężel stał jeszcze chwilę i patrzał w oczy Rdzawiczowi, widocznie z nadzieją, że się opamięta, a także z wielkim smutkiem i żalem — — ale Rdzawicz miał w oczach Maryę nachyloną ku obcemu, może pierwszy raz w życiu spotkanemu człowiekowi, a dla niego obojętną, jakby nie był nawet cieniem ludzi... Tężel czekał, a potem odwrócił się i zwiesiwszy głowę, postąpił ciężko ku drzwiom. Wziął za klamkę i jeszcze chwilę stał — — było mu widocznie trudno wyjść; wreszcie bąknął:
— Bądź zdrów Romku — i wyszedł.
Po wyjściu Tężla Rdzawiczowi zrobiło się dziwnie: miał uczucie, jakby z Tężlem wyszła z jego pracowni część jego samego. A to wyszła tylko żywa, wcielona pamięć ogromnej części jego życia.
Stał jakby oszołomiony tem, co się stało. Przez jego życie wiło się pasmo ludzi, przychodzili, trwali dłużej lub krócej i szli dalej, spotykani jeszcze czasem, albo też niespotykani już nigdy, on zaś, Tężel, witał ich wszystkich, trwał razem z nimi i przetrwał ich. On ani nie przychodził, ani nie odchodził, był ciągle i na myśl po prostu Rdzawiczowi nie przychodziło, żeby go mogło kiedy nie być. Był tak, jak zegarek, który się ani nie drze, ani nie wyciera, ani plami; był rodzajem własności i nieruchomości, o której się nawet nigdy nie myśli, tak jest niezawodna i jednostajnie trwała.
A potem tyle przeżyli z sobą... Blizko dziesięć lat. Jakim on był jeszcze młodym chłopcem, kiedy pierwszy raz spotkał się z Tężlem przed jego kopią Junony... On sam miał dopiero mech na twarzy, Tężlowi zaledwie się puszczały szczeciniaste, płowe wąsy pod nosem. Jaki wtedy świat był jakiś inny, jakiś jakby mniej mętny i mglisty... To była pierwsza młodość, która już nie wróci nigdy...
Iluż ludzi przez te dziesięć lat pomarło, krewnych, znajomych... Jak inaczej układa się myśl w miarę ubywania ludzi, z którymi nas życie styka. Każdy wywiera na nas jakiś swój wpływ, wywołuje w nas oddźwięk swojej myśli. Czasem, po długich latach, przypomina się sobie, że jakiejś myśli nie miało się już dawno, że ona przestała żyć w mózgu ze śmiercią tego, który ją nasuwał. Robi się za nią tęskno, bo to przypomnienie budzi cały świat innych pamiątek, a po rzeczach, które przeszły, pozostaje zawsze smutna tęsknota; może dlatego, że wtenczas było się dalszym śmierci.
Tężel wyszedł, nie wyciągając ręki na pożegnanie... Co on myślał i nie chciał powiedzieć, łatwo zgadnąć: myślał, że wystawienie Anioła śmierci jest rzeczą podłą...
Krew zakipiała w Rdzawiczu: Tężel, Tężel, ta wcielona, gruba, prosta, bezwzględna prawość!...
Rdzawicz niewiele sobie robił z talentu Tężla, ani z jego inteligencyi, ale opinii jego w kwestyach uczciwości tak ufał, jak opinii Laury Przerwicowej; jeżeli Tężel powiedział, że coś jest »świństwo«, to z pewnością ktoś popełnił jakąś nikczemność. I Tężel wyszedł teraz, nie podając mu ręki?!...
Robi więc rzeczywiście rzecz podłą?
Anioł śmierci nie jest-że pręgierzem dla Maryi?
I za co? Za to, że nie kocha, za nic więcej i za nic innego. Jedyną jej krzywdą, jedyną jej zbrodnią względem niego jest tylko i tylko to, że go nie kocha. Cokolwiek innego ona robi, jakakolwiek jest względem ludzi: on nie ma prawa jej sądzić.
Tak jest: nie ma prawa!
Z chwilą, kiedy Marya zwróciła mu słowo, wyszła z pod jego praw.
Tak jest: zemścił się. I za co? Za to, że Marya kokietowała na raucie? Za to postawił ją pod pręgierz opinii publicznej?... Nie — tylko za to, że przestała go kochać. A kto się za taką rzecz mści na kobiecie, popełnia podłość. Jeżeli więc Tężel nawet nie ze wzruszenia, nie z pomieszania, nie z zapomnienia wskutek okoliczności, których się nigdy w życiu obaj nie spodziewali, po prostu nie przypadkiem nie podał mu ręki, ale umyślnie, z wiedzą i rozpoznaniem, co robi: to miał słuszność, miał słuszność!...
Jakże rycerskie instynkta ma w sobie ten grubociosany, małego talentu, małej cywilizacyi i małej inteligencyi człowiek!... Jak niema pod tym względem między nimi żadnego porównania!... O ileż więcej wart jest Tężel, tak jak jest, bez dyplomu honorowego, bez ogłoszenia hors concours na Niemcy, bez kupy pochwalnych krytyk, roznimfiania się Heimerthowej, adoracyi Łanowskiego.. bez aureoli... O ileż więcej jest wart!... I to tylko dlatego, że jest uczciwszy.
Tężel nie nie podał mu ręki dlatego, żeby był tego nie chciał uczynić: nie tak wychodzi człowiek, który gardzi. Obydwaj byli tak zaskoczeni tem, co się stało, że nie zdawali sobie zupełnie sprawy z tego, co robią, ale gdyby był nie chciał mu ręki podać, miał do tego prawo!
A jednak — — czyż on się mści?! »Rozkoszą bogów« zwą zemstę — — czyż on się mści? Czyż nie cierpi do szaleństwa? Aby się mścić, trzeba nienawidzić — — czyż nienawidzi? Czyż nie padłby Maryi do nóg i ust jej na stopy nie kładł i nie powtarzał jej aż do omdlenia »kocham cię, kocham cię«?... Jestże to zemsta?...
W przeklętej chwili uniesienia, w szaleństwie bólu, kiedy wszystkie potworne pierwiastki natury ludzkiej zagrały w nim: począł tego Anioła śmierci. Wówczas chciał się mścić, wówczas nienawidził, wówczas opętała go wściekłość deptanego swego »ja«, i chęć oporu, odwetu, dzika, straszna, nieubłagana. Potem?... Tężel tego nie zrozumie, nie pojmie. On nie rozumie tej potęgi nadtwórczej, która, pobudzona, powołana do życia złem, czy dobrem, zmusza tworzyć, jak księżyc zmusza morze biedz i odbiegać od brzegu.
Jest jednak wola...
Ale na zdruzgotanie Anioła śmierci, na zmienienie choćby jednego rysu, Rdzawicz nie miał siły w sobie; owszem, czuł, że będzie jeszcze cyzelował tę twarz i wydobywał z niej podobieństwo do ostatnich granic. To było silniejsze od niego. Gdyby mu śmierć groziła — i tak rzeźbiłby dalej.
Cokolwiek zaś bądź, Anioł śmierci mieć będzie piętno zemsty... A zdruzgotać go może tylko śmierć... Gdyby umrzeć... Przed śmiercią, w jej chwili, zdruzgotałby ten marmur. Pierwej nie może, nie może! To jest silniejsze od niego! Ten marmur, ten biały kamień wchłonął go w sobie. On musi kuć, musi ciosać, musi odczuwać i rzeźbić, musi stworzyć! To jest silniejsze od niego. Morze biegnie i odbiega od brzegu, bo musi.
Ono nie ma woli!
Jest morzem...
Są wole wyższe niż ludzka wola...
W wyobraźni egoizmu...
Nie! są wole wyższe!
W wyobraźni egoizmu...
A wokoło są cztery puste, gołe ściany i wysoko, w półcieniu, biały posąg — ogromny, smutny, ah! do śmierci smutny!...
I to jest życie, życie człowieka, o którego matce, gdyby żyła, mówionoby, że powinna być dumną i że się powinna nazywać szczęśliwą matką...
Wybiegł na ulicę.
Smutek jego osobisty rozszerzył się na jakiś ogólny żal nad światem: czując własne nieszczęście silniej niż kiedykolwiek, silniej począł odczuwać cudze. Żal mu było nad wyraz zbiedzonych koni dorożkarskich i chudych psów i litował się nad całą olbrzymią nędzą bytu. W każdym z tych domów mogła być jakaś ciężka choroba, jakieś wielkie zmartwienie, kalectwo, klęska... Nikt nie wie, ile rozdzierających, fizycznych i moralnych tragedyi ma ciągle wkoło siebie, ile cierpień i bólu, ile jęków i łez...
Wśród tej olbrzymiej walki ze złem, wśród tej hecy, gdzie ludzie na złamanie karku uciekają przed nieszczęściem, chyższem, zwinniejszem, niż oni, i niestrudzonem: kupią się oni z sobą, łączą w pary lub gromady, aby przed tem złem łatwiej się bronić, lub śmielej mu w oczy patrzeć, bo niema większego sprzymierzeńca dla lęku nad samotność.
Heca trwa i trwa, nieszczęście uwija się pośród ludzi, jak ćwiczony angielski fox terrier między szczurami, chwytający je za kark i ciskający uduszone na ziemię, podczas kiedy one w szalonym strachu biegają tam i sam wśród desek, wdrapują się na nie i spadają w dół — a ponad tą próżną ucieczką ludzi przed nieszczęściem, unosi się spokojna, ogromna, zimna, niewzruszona Ironia.
Na początku nie było ani Słowo, ani Siła, ani Czyn, ani nic, co chce Faust: była Ironia, Ironia, do której możnaby zastosować słowa Mefistofelesa z tą tylko zmianą:

»Ich bin die Kraft
Die stets das gute will und stets das boese schaft«.

Ironia potężna, jak Bóg i smutna, jak śmierć.
Wśród tej hecy zaś, w której nieszczęście jest chyższe, zwinniejsze, niż ludzie, i niestrudzone: łączą się oni z sobą, jak wilki, kiedy powódź zalewa las i kłapią zębami — na wodę...
Wśród tej walki życia, gdzie ludzie, jak ranni na pobojowisku, tłoczą się ku sobie, aby sobie nawzajem pomódz: on jest sam, sam jeden, z rozpaczą żołnierza, ranionego na odległym posterunku, na straconej wedecie. Jest sam...
Ha nie! Ha nie! Były przecież ręce, które błądziły mu w ekstazie po włosach, szyi i twarzy, było serce, które cisnęło się ku niemu bijące, były usta, które powiedziały mu, że go kochają »nad życie«, była kobieta, która powiedziała mu, że bez niego »nie chce żyć«...
Nie jest więc sam i nie potrzebuje krzyczeć napróżno: »królestwo za ludzkie serce!« — — on je ma. Ma serce młode, czyste, dobre i piękne — — i tylko jednej tu rzeczy brak — — szczęścia. Ale ta młoda, nieświadoma, niewinna, czysta i święta, a z drzemiącym płomieniem we krwi dziewczyna...
Kiedy nie pozostaje już nic, pozostaje jeszcze satysfakcya zmysłów... Zedrzeć z tego posągu z płonącego srebra biały welon, dziergany z nitek lodowych, porwać ją, jak Demon Lermontowa, i nieść, nieść w otchłań, w ciemną, sianą gwiazdami otchłań rozkoszy. Widzieć w ogniach tę Westalkę o krwi nimf, upajanych słońcem, wonią mirtu i brzękiem strzał Apolla...
Ha! Co za wspaniała gra! Jak w róg niszczącego tryumfu uderzyć Aniołem śmierci, a z harfy duszy Eli Rosieńskiej wyrywać tony, jak płomienie, opleść się jej myślami, jak wstęgami żaru, utworzyć naokoło siebie szalony wir, jakby z błękitno­‑złotych iskier, z jej miłości, migotliwy, świetny, iskrzący, wir, od którego oczy lśnią, zamracza się w głowie, oddech ustaje, zdumienie i lęk ogarnia... I zapomnieć o wszystkiem!
A potem?...
Vogue la galère!...

Poza nim zaś stał biały marmurowy posąg Anioła śmierci, plastyczny wyraz Ironii jego życia, zimny, spokojny, niewzruszony wyraz Ironii, która konsekwentnie wyniszczyła w nim wszystko, co było dobre i kierowała nim tak, aby się stargał moralnie i fizycznie. To, co miało być początkiem szczęścia jego życia, stało się początkiem jego nieszczęścia: miłość, ta siła, która ma rodzić tylko dobre, dla niego rodziła tylko złe, z całą przewrotną i straszną konsekwencyą złego czynu, który w następstwie zło musi sprowadzać. I ginął, jak ofiara Nerona wśród kwiatów, bo miłość jest kwiatem życia.




Zbielała, sztywna twarz Drewskiego poczęła stawać Rdzawiczowi coraz częściej w oczach. Temu człowiekowi było źle i uwolnił się od wszelkiego zła raz na zawsze. Z rękami w kieszeniach, z przewieszoną w tył głową przez krzesło, siedział spokojny, nieruchomy, wyższy nad wszystko, lub wobec wszystkiego nic, ale niczemu niedostępny, niedosięgnięty; na ustach miał trochę piany, na czole skórę zimną i stęgłą, czyniącą w rażenie ślizgiej kości. Odszedł...
Nie poszły za nim ani jego nędza, ani upokorzenia, ani żadne złe przeczucie, ani żaden wewnętrzny wstyd, ani żaden lęk przyszłości. Odszedł, uwolnił się, wydarł się życiu, jak straszliwej ośmiornicy z ramion, któremi chwyta, wiąże, wsysa się, dusi, zabija, nim zada cios ostatni swoim ostrym dzióbem. Uwolnił się...
Ale o Drewskim zrobił trafną uwagę Tężel, że nie jest żadną sztuką zabić się, jeżeli się ktoś nie boi śmierci; Drewski się jej istotnie dziwnie nie bał. Śmierć, gdy się jej blizko zajrzy w oczy, jest straszna. Potrzeba na to tylko sekundy czasu, aby tam wejść, ale tam jest tak coś okropnie obcego...
I dlatego Rdzawicz odkładał rewolwer, a nawet w chwilach wielkiego rozdrażnienia, chował go pod klucz, a ten klucz jeszcze zamykał pod inny. Próbował się oswoić, przykładając co pewien czas i na coraz dłużej lufę do czoła, ale oswajał się tylko z jej zimnem i z jej kańciastym kształtem; z tem, co w niej drzemało, nie. W tym wązkim, czarnym, żłobkowanym otworze drzemała cicha, utajona śmierć, podobna do małej dziewczynki, śpiącej z ręką podłożoną pod głowę, wśród kwiatów i dużych liści. Śmierć w tej stalowej rurce była tak cicha, tak utajona, tak niewinna — — prawie uwierzyć trudno, że tam jest... A jednak potrzeba było tylko jednego pociśnięcia palcem, aby ten wązki, czarny żłobkowany otwór miał w sobie grozę słowa: dżuma, lub wojna — i aby mała dziewczynka, śpiąca wśród kwiatów i liści, zamieniła się w kolosalne widmo, depcące świat od tak dawna, jak trwa, groźne mu do końca i najstraszniejsze.
Żyć zaś było Rdzawiczowi coraz trudniej. Ślub Maryi miał się odbyć za godzinę.
Za godzinę też mieli przyjść tragarze po posąg Anioła śmierci; dokąd go mieli zanieść, nie wiedzieli jeszcze. Mieli go zanieść pod bramę domu, w którym mieszkała Porzelska, a do którego Marya miała powrócić z kościoła. Ten posąg, postawiony w bramie, miał ją powitać powracającą od ślubu, miał jej ją pokazać taką, jaką jest... Potem?...
Na to pytanie robiło się Rdzawiczowi czarno w oczach.
Potem albo stanie się coś okropnego, czego sobie wyobrazić plastycznie nie mógł, albo bez względu na nic, ani na jej rodziców, ani na nią samą, ani na panią Laurę, będzie się starał z Eli Rosieńskiej zrobić swoją kochankę. Jej piersiami zasłoni sobie widok życia, w jej miłość pogrąży się jak w sen. Kobieta może być największą ponętą w życiu, ale może być także ostatnią w niem ucieczką. Wtedy, kiedy nie pozostanie już nic, pozostają jeszcze zmysły; wtedy kobieta jest, jak wódka. Nie szuka się jej dla rozkoszy, ale oszałamia się nią świadomość. Dla człowieka znicestwionego wewnętrznie, kobieta nie jest ani szczęściem, ani satysfakcyą: jest narkotykiem. Rolla upija się nią przed samobójstwem; Heliogabal zaś porywał ze świątyń kapłanki, choć były piękniejsze kobiety w Rzymie.
A potem?...
Potem znów albo stanie się jakaś katastrofa, której sobie plastycznie wyobrazić nie mógł, albo — — vogue la galère!...
A potem?...
Ale czarny, wązki, żłobkowany otwór lufy rewolweru, miał w sobie zawsze jednakowo straszliwe milczenie. Przeklęte drzemanie śmierci, przeklęty śmierci sen! Gdyby nie była tak cicha, tak ciemna, tak spokojna i głucha, gdyby szła z wrzaskiem, krzykiem, hałasem, w orgii świateł, ognia, kolorów, z wrzawą i szumem, dzika, okrutna, krwawa, nieubłagana, przemocna i konieczna — — ale nie, drzemała cicho w lufie rewolweru, jak mała dziewczynka z ręką podłożoną pod głowę, wśród kwiatów i dużych liści, i można jej było nie budzić.
Żyć zaś było Rdzawiczowi coraz trudniej...
Gdyby był mógł się otrząść, odepchnąć od siebie to wszystko, uciec precz... Przed paru dniami odebrał list od Stosławskiego, który go prosił, aby przyjechał do niego na wieś do Galicyi, w kaplicy, którą Misia, już teraz jego żona, fundowała, wyrzeźbić Madonnę, a zarazem najserdeczniej zapraszał go na całe lato. Rdzawicz nie wiedział, że stało się to za pośrednictwem Laury Przerwicowej, która napisała wprost do Stosławskiego, że Rdzawicz jest w takim stanie, iż trzeba go koniecznie ratować, i że jedyną drogą, jaką ona widzi ku temu, jest, aby Stosławski pod pretekstem zamówienia ściągnął go do siebie i zatrzymał tak długo, jak się da. Pani Laura powzięła tę myśl zupełnie swobodnie, albowiem Stosławski poślubił był Misię przed paru tygodniami we Lwowie.
Skłonił go do tego wzgląd na chłopów, pomiędzy których się przeniósł, a których jego życie na wiarę byłoby gorszyło, utrudniając mu zarazem to, co zamierzył. Stosławski, po śmierci stryja, stał się dziedzicem jego kolosalnej fortuny i pojechał do Galicyi, aby ją objąć: w wagonie zdarzył się fakt, który całe życie jego pchnął na zupełnie nowe tory. Oto prócz niego, znajdowało się w przedziale kilku starszych i młodszych galicyjskich właścicieli ziemskich, którzy rozmawiali o kwestyi chłopskiej, godząc się w ostatecznych wynikach na to, iż wobec natury polskiego chłopa wszelki trud, wszelka praca i ofiara dla niego jest to po prostu wyrzucenie czasu, zdrowia i pieniędzy za okno; jest to materyał niewdzięczny, niepodatny, z którego się nic zrobić nie da, o który się wszystkie dobre chęci kruszą i który ostatecznie jednem tylko można utrzymać w ryzach: batem. O tem, żeby stosunek między dworem a chłopem miał się kiedykolwiek poprawić, ci panowie nie mówili nawet. Zła wiara i wola chłopów, brak zaufania do szlachty i nienawiść ku niej, ucho zbyt łatwe na podszepty agitatorów demokratycznych, a nadewszystko do absurdum wygórowane pretensye i dążności uniemożliwiają wszelką na tem polu działalność. Chłop nie chce już być chłopem takim, jakim był tyle wieków, jakim go Pan Bóg stworzył i jakim go prawo zwyczajowe i rządowe mieć chce: wyłamuje się z pod reguły, ze status quo, chce stworzyć nowy porządek społeczny i naturalnie przewrócić dotychczasowy. Wszelkie zaś dobre usiłowania szlachty rozbijają się o tę niewdzięczność i niepodatność materyału, o to, że chłop polski ma taką naturę, iż się z niego nic zrobić nie da... Jest hycel...
Stosławski w rozmowie tej udziału nie brał, ale wywarła na niego ogromne wrażenie i postanowił sobie przekonać tę szlachtę, z którą sąsiadowały jego odziedziczone po stryju majątki, że chłop polski jest materyałem wdzięcznym i podatnym, tylko trzeba mieć serce w dłoni, która się tego materyału chwyta i że się z niego dużo zrobić da, tylko trzeba się tej roboty jąć przez rozum.
W dwa tygodnie później odbył się ślub Stosławskiego z Misią, a swojemu sześciotygodniowemu synkowi Stosławski powtarzał nad kolebką: Jeżeli ja sobie urobię ręce po łokcie, to ty je sobie urób po ramiona! — na co synek odpowiadał mu niezmiennie »blua«.
Stosławskiemu Rdzawicz na list nie odpisał, prawie nie zrozumiał, co w nim jest; przed oczyma przesuwała mu się z dniem każdym częściej zbielała i sztywna twarz Drewskiego, a w duszy czuł coraz wyraźniej, że jest mu trudno żyć.
Co się stanie, gdy Marya zobaczy Anioła śmierci?!... Co powiedział Tężlowi, że »ona od tego nie umrze, jeszcze będzie kontenta, bo to nowa reklama«, to wiedział, że jest czczem słowem. — Co się stanie?... Im bliższą była chwila, kiedy się te dwie kobiety, jedna marmurowa, pół naga, depcąca z ruchem hetery zakrytego płaszczem człowieka, druga powracająca od ślubu, oparta na ramieniu Kołolaskiego, miały z sobą spotkać oko w oko: tem większy ogarniał go niepokój. Co się z nią stanie? Co będzie?...
Co się z nim stanie, mniejsza o to. O szeroką publiczność dbał tyle, co o polepę z szarej gliny, z najszczerszem, najgłębszem przekonaniem, że więcej nie jest warta. Opinia jednej pani Laury Przerwicowej przerażała go. Jakże będzie mogła zrozumieć, że to jakaś zła moc wydarła mu z duszy ten marmurowy krzyk? Ale nie, wszak ona zrozumieć to powinna. I ona odepchnęła niegdyś Przerwica, i on tak samo szalał z bólu, a jednak u niego tylko nad grobem Wiary i Nadziei, Miłość stanęła jak słup odrętwiona. Przerwic tak samo runął jak on, tak samo ze stopą kobiety na piersiach, i tak samo bez żadnej nadziei, że wstanie, tylko panna Laura Arkowska usunęła się potem z widowni światowej z całą swoją młodością i swoją urodą ze zgryzotą w duszy, że złamała czyjeś życie — a panna Marya Tyżwiecka... Czyż nie jest taką, jak ten Anioł śmierci, czyż to nie ona?! I on musi chcieć, aby ona zobaczyła siebie, musi, musi, musi!
Jest to tak, jakby go parła jakaś niepojęta, straszna żądza do wbicia noża w serce siostrze, lub bratu...
Ludzie staną w obronie Maryi, ludzie będą jej bronili przed nim, będą się uczuwali w prawie, w obowiązku do tego! Ludzie! O ironio życia!... Jej wielbiciele, jej leibgwardya i ci, którzy do niej wzdychali z daleka na placu wyścigowym, wyciągną prawdopodobnie nie szpady, bo to bój obosieczny, ale przynajmniej pióra swoje własne, lub swoich przyjaciół, aby »napiętnować przynoszący dyshonor światu artystycznemu czyn!« Oni, ta rzesza, oni, którzy wszyscy razem wzięci, nie potrafiliby jej tak kochać, jak on sam ją kochał, i dla których ona zawsze była i będzie przedmiotem westchnień z salonu lub wyścigowego placu! Im Anioł śmierci wyda się przedewszystkiem »skandalem!«  Motłoszek, dla którego Marya była, jest i będzie księżycem na wysokim niebie.
Bądź co bądź jednak żyć w kraju będzie niepodobieństwem. Cała rodzina Maryi, cała rodzina Kołolaskiego, wszyscy im blizcy i bliżsi oburzą się niesłychanym faktem, a za nimi pójdzie ogół daleki i najdalszy, kobiet dlatego, że tak będzie wypadało, mężczyzn, raz dlatego, aby pójść za kobietami, drugi raz, ponieważ dla każdego człowieka, wybijającego się czemkolwiekbądź ponad nich, żywią stałą i źle ukrywaną niechęć i zawiść, która tylko czeka na sposobność, aby wybuchnąć.
Na znoszenie tego, co mogło za sobą ściągnąć ukazanie publiczne Anioła śmierci, Rdzawicz nie miał po prostu sił: był zbyt chory.
Do czegóż doszedł!...
Wszystka jego wiara, wszystkie jego nadzieje, wszystkie jego miłości runęły w proch. Nic mu już życie dać nie może, nie żąda odeń nic, niczego nie pragnie, nic się nie spodziewa. I nic nie kocha. Nie kocha już i Maryi. Serce jego jest jak step zwęglony, dusza jak strzaskany dom — jest umarłym.
Umarł, odejmując ostatni raz rękę od posągu Anioła śmierci. Dopóki koło niego pracował, żył gorączką. Nie myślał prawie o czem innem, nie zastanawiał się nad niczem, a w miarę im bliższym był końca roboty, tem ciemniej było mu w rozognionych oczach. Ale z chwilą, kiedy ostatnia łuszczka marmuru spadła i dzieło było skończone, ręce Rdzawiczowi zwisły i jakby w jakąś głąb się zapadł. Już teraz nie miał co robić sam, mógł się tylko dać nieść dalej fali życia, lub wyrwać się jej, jak Drewski.
Zrozumiał także wtenczas, że są stany duszy, kiedy się człowiek sam lęka w nią spojrzeć. Jednych przerażać mogą zbrodnie, innych klęski, innych przeczucia; jego przerażał widok okropnego zniszczenia, jakiemu dusza jego uległa. W cóż się obróciły jego twórcze porywy, jego chęci i jego władza? Z chwilą, kiedy odłożył ostatni raz dłuto, uczuł zupełne zamarcie swojej mocy twórczej i patrzył na swój marmur, jak człowiek obcy, wiedząc, że to on kuł, ale prawie nie zdając sobie z tego sprawy, w jaki sposób, jakby zapomniał. Zdawaćby się mogło, że cała jego energia twórcza wsiąkła w ten kamień i przepadła w nim. Nie byłby umiał teraz ani jednej płaszczyzny ściosać, ani jednej plamy koloru położyć na płótnie. W jednej sekundzie wyjałowiał zupełnie.
Równocześnie zaś z uczuciem zaniku władzy twórczej, uczuł ostateczny upadek sił żywotnych. Teraz, kiedy było mu wprost trudno zejść ze swego mieszkania na ulicę, nie mógł pojąć, jak potrafił trzymać w rękach młotek i dłuto, jak nie mógł, wyczerpany i prawie omdlały, odtworzyć sobie w wyobraźni siebie wówczas, kiedy od jednego zamachu rzucał na karton ogromne kompozycye i z bloków kamiennych wydobywał kształty, władny jak bóstwo.
Jak rumak Atylli, po którego kopytach trawa nie rosła, przez pola — przez życie jego przeszedł Anioł śmierci...
I to ona, to ona, Marya, Marya...
Stracił ją, stracił ludzi, stracił siebie, nie pozostało mu nic, nic, tylko ciemna pamięć przeszłości i jutro istotnie czarne, jak grób.
I to wszystko przez nią, przez nią!...
Czy nie powinna teraz przyjść, klęknąć przed nim, spojrzeć mu w oczy z całym żalem, z całą miłością, i szepnąć: «mały!«, jak niegdyś, jak wtenczas, kiedy go chciała przeprosić, przebłagać? Czy nie powinna? Jak żeby się przelękła, gdyby go zobaczyła teraz, ruinę i cień tego, czem był i być miał! Ah, gdyby go takim ujrzała... Wszak to było jej dzieło, winnej czy niewinnej, ale jej... Naprawdę ludzie są jak sprzęty na okręcie rozbijające się jeden o drugi, kiedy burza szaleje; a ona huczy i kruszy straszna, obojętna, odmienna od wszystkiego, co ogarnia, obcy, bezwzględny element, z niczem niezwiązany i niepokrewny.
Po odejściu Tężla Rdzawicz nie widywał się z nikim. U Heimerthowej przestał bywać; jedynym człowiekiem, z którym się spotykał, był Łanowski. Jego towarzystwo mógł znosić dla ogromnego smutku, jaki był w tym chłopcu. Jednej nocy Łanowski zwierzył mu się z powodu swojej ciągłej melancholii: cierpiał on nieuleczalną chorobę dziąseł, z którą się krył i która go do rozpaczy doprowadzała. Miał wszystko: miał majątek, miał talent, wszelkie warunki szczęścia i razem z tem nieszczęśliwy był do szpiku kości. A kiedy Łanowski mówił, w galeryi ofiar życia Rdzawicz postawił go obok Drewskiego i siebie i od tego czasu poczuł się temu młodzikowi blizkim jakby krwią. Należeli do olbrzymiej wspólnej rodziny nieszczęśliwych, do tych, którzy stanowią ogromnie większą część świata.
Mówili dużo o śmierci: Łanowskiemu było przedewszystkiem żal życia dlatego, że chciał kochać. Tymczasem nic nie było dlań tak nieprzystępnem wobec jego choroby, jak właśnie kobieta. Łanowski nigdy w życiu nie pocałował kobiety. Moru się tak nie lękał, jak uczucia wstrętu i odrazy, jakieby mógł w niej wzbudzić. On wiedział, że nie będzie mógł nigdy położyć ust na kobiece usta — i z tą tragedyą szedł w życie, rok za rokiem więcej pragnąc pocałunku i więcej cierpiąc, młody, dwudziestodwuletni człowiek.
To zaś, co go skazało na chorobę, wyższe ponad wszelką ludzką moc, unosiło się ponad nim, jak nad Rdzawiczem wysoko na swym postumencie Anioł śmierci.
Ślub Maryi miał się odbyć za godzinę. Rdzawicz siedział w swojej pracowni, czując, że ostatnim wysiłkiem energii, na jaki się zdobędzie, będzie rozkaz wyniesienia z pracowni posągu, kiedy ludzie po niego przyjdą. Potem...
Siedział przy stole i obracał rewolwer w ręku, machinalnie, nie myśląc ani o śmierci, ani o Maryi, ani o sobie, zmęczony i bezsilny do bezmyślności; wtem bez pukania otworzył ktoś drzwi: Rdzawicz podniósł głowę — — we drzwiach stała Ela Rosieńska.
— Pani?! — krzyknął zdumiony, zrywając się z krzesła.
— Tak, ja — odpowiedziała cicho, ale wyraźnie.
Zdumienie odjęło Rdzawiczowi mowę, ona zaś stała przed nim w niezamkniętych drzwiach, blada, jak płótno i jakby znieruchomiona.
— Pani?! — powtórzył po chwili. — Pani?
— Tak, ja.
Wtenczas Rdzawicz podszedł ku niej, wziął ją za rękę, przymknął drzwi i wprowadził ją na środek pracowni.
— Panno Elu, czy pani wie, co pani zrobiła? — spytał, ochłaniając ze zdumienia.
— Wiem.
— Po co pani przyszła?
Na bladą, prawie białą twarz Eli Rosieńskiej wystąpił szkarłatny rumieniec. Zachwiała się trochę, wetchnęła silniej powietrze i odpowiedziała:
— Powinnam była przyjść.
Rdzawicz zrozumiał, ścisnęło mu się gardło, zamroczyło w oczach i runął do stóp Eli, opierając usta na jej trzewikach. Była to dalsza fala tej miłości kobiecej, która jest tak ogromna, że przygniata i zgina, ogarnia jak morze, zalewa, pochłania, grunt podmywa z pod nóg, topi i porywa, rozkiełzana, paląca, szalona, a święta... I całował małe trzewiki Eli, czując, że się w nim wszystko zamienia w jednę olbrzymią łzę żalu, bólu i wzruszenia. Nagle na ramionach swoich uczuł ręce Eli, które usiłowały go podnieść z ziemi i usłyszał jej cichy, ale wyraźny głos:
— Niech pan wstanie.
I drobne jej ręce dźwignęły go, jakby miały w sobie siłę elementu; Rdzawicz nie czuł, że to nie one go dźwignęły, ale on sam przylgnął do nich ramionami, zamagnetyzowany mocą tej miłości, potężnej jak morze i tak samo żywiołowej jak ono.
— Pani... — szepnął jakby odurzony, podnosząc wzrok na Elę — była znów blada, jak pierwej; oczy miała suche i patrzące jasno i pewno.
Zbliżyła się do stołu, wzięła zeń rewolwer, poczem ujęła Rdzawicza za rękę i odezwała się:
— Niech pan wyjdzie ze mną.
— Dokąd?
— Nie wiem, niech pan wyjdzie.
Rdzawicz zawahał się: w cichym, spokojnym i jakby przytłumionym, ale wyraźnym głosie Eli Rosieńskiej, była jakaś moc, która go opanowywała.
— Dokąd? — powtórzył.
— Nie wiem, tylko stąd. Od tej śmierci i od tej rzeźby.
— Kto pani o mnie powiedział? Kto pani mówił o tej rzeźbie?
— Nikt. Ja nic nie wiem. Niech pan wyjdzie ze mną.
Rdzawicz uczynił krok naprzód. Dziwne jakieś uczucie owładnęło nim: zdawało mu się, że traci przytomność i że jakiś błękit obwiewa mu głowę.
— Elu — szepnął — dokąd idziemy? Czy na nowe życie?
Jej zaś twarz uczyniła się jak cudowny mistyczny kwiat, niczemu ziemskiemu niepodobny i stała przed nim, cicha i biała. Rdzawiczowi przypomniał się sen Maryi; oto sprawdzał się: do umierającego przyszła kobieta i wydziera go śmierci, tylko tą kobietą jest inna, jest nie Marya, nie ów zgubny swoją pięknością Anioł śmierci, ale ta dziewczyna, cicha i biała.
Spojrzał za siebie: tam stała tamta, naga, tryumfalna, oślepiająca, ale walka między temi kobietami była już rozegrana. Rdzawicz pochylił się ku Eli i usta ich złączyły się w pocałunku cichym, długim, bezwiednym, w którym się przez usta i serca dusze całują i łączą. Jakaś jakby wiosenna woń i świeżość wpłynęła w serce i duszę Rdzawicza; spojenie to ust z ustami Eli odrodziło go jakby, jakby z martwych podniosło.
— Kocham cię — szepnął.
Ona zaś powiodła go ku drzwiom, mówiąc: Pójdź, pójdź...
— Na nowe życie... Daleko stąd...
Wtem na schodach dały się słyszeć ciężkie kroki i ktoś zapukał do drzwi.
— Co to? — spytała Ela.

Drzwi się uchyliły i ukazało się w nich kilku tragarzy w niebieskich bluzach, wśród nich zaś Tężel z twarzą przerażoną i pełną wielkiego wzruszenia. Rdzawicz zrozumiał twarz Tężla; uśmiechnął się i wyciągnął ku niemu rękę, a potem odwrócił się, ujął z ziemi ciężki młot kamieniarski, którym Tężel obtłukiwał marmur, i z całej siły uderzył w głowę Anioła śmierci: rozprysła się na sztuki. W tej chwili jednak doznał uczucia, jakby mu ktoś przeszył szpadą mózg, a potem jakby weń wpłynął strumień płonącej lawy. Zakręcił się, rozkrzyżowawszy ramiona cofnął i padł w tył na posąg, uderzając z głuchym łoskotem czaszką o marmurowe nogi obnażającej się kobiety.



Nazajutrz całe miasto mówiło o wypadku i skandalu. Utalentowany rzeźbiarz, Roman Rdzawicz, nagrodzony dyplomem honorowym na międzynarodowej wystawie w Monachium i ogłoszony hors concours na Niemcy, rozbiwszy młotem głowę swojej ostatniej rzeźby, przedstawiającej podobno jego dawną narzeczoną, pannę Maryę Tyżwiecką, w skandalicznej pozycyi: dostał napadu szaleństwa, tak, iż go tragarze, zamówieni do zaniesienia tej rzeźby w miejsce jeszcze im nie wskazane, musieli skrępować sznurami, poczem przyjaciel nieszczęśliwego, także rzeźbiarz, niejaki Tężel, odwiózł go do zakładu dla obłąkanych, gdzie od wczoraj jest w ciągłej furyi. Równocześnie z pracowni Rdzawicza zaniesiono do domu bezprzytomną pannę Elizę Rosieńską, córkę obywatela z Królestwa. W godzinę zaś później w kościele św. Krzyża, panna Marya Tyżwiecką, znana powszechnie z piękności i wdzięku, wykonała przysięgę małżeńską klęczącemu obok niej narzeczonemu, panu Kołolaskiemu z pod Klecka.

Wracając od ołtarza, młoda oblubienica rozsyłała naokół znajomym i nieznajomym tak czarujące uśmiechy, że kobiety przygryzały wargi, a mężczyźni przestępowali z nogi na nogę. Tańczono do rana. Marya szalała po prostu: wydzierano ją sobie z rąk do rąk, a ona opierała się tancerzom na piersi swoim klasycznym gorsem i dawała się nieść, omdlewająca.
— Borzewski?! — szepnęła jej raz mijając ją w kontredansie, Jadwiga.
— Niema go tu — odrzuciła szybko Marya.
Jadwiga zrobiła wielkie oczy.
Następnego dnia o zmroku, przed wyjazdem na wieś, Marya zmęczona i z uczuciem wielkiego niesmaku leżała na szezlongu z rękoma pod głową, kiedy nagle otwarły się drzwi i wpadła Jadwiga, wołając: Wiesz, co się stało?!
— Co? — spytała Marya zaniepokojona, lekko się unosząc.
Strzeliska zaczęła jej czytać »Kuryer« z opisem tragicznego wypadku Rdzawicza; nie mogła skończyć — rozpłakała się.
Marya milczała chwilę, a potem ozwała się chłodno a chełpliwie: On mnie jednak szalenie kochał...
Potem zaś dodała jakby do siebie: Miał w sobie tłumioną, ale taką dziką namiętność... A mógł być bardzo sławny...
Tymczasem Jadwiga powstrzymała płacz i powtórzyła, co mówią o Aniele śmierci, o czem w piśmie była tylko pobieżna wzmianka. Marya zerwała się z szezlongu i usiadła na nim, krzycząc:
— A łotr! Jak on śmiał! Żeby go już nigdy nie puścili z zakładu! A tak mnie niby kochał! Dobrze mu tak! Łajdak!
— On cię już nie kochał — przerwała jej Jadwiga zimno. — Zastano u niego pannę Rosieńską, o czem przez dyskrecyę nie piszą, a z którą, jak opowiada ów Tężel, wychodzić miał z miną bardzo szczęśliwą z atelier i gdyby nie to rozbicie —

— A jednak ja byłam na końcu — rzekła Marya już spokojnie i z satysfakcyą, i znowu położyła się na szezlongu, z rękoma pod głową.



Przed bolesnym zaś Chrystusem Guido Reniego, wiszącym nad jej łóżkiem, pani Lora Przerwicowa, klęcząc z podniesionemi ku wizerunkowi oczyma, szeptała: »Chryste! Chryste!« — albowiem zdawało się, że w Eli Rosieńskiej, która w sąsiednim pokoju siedziała przy stole, z czołem opartem na rękach, dusza umarła.
KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.