Starościna Bełzka/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
  WYDANIE JUBILEUSZOWE.  
WYBÓR PISM
J. I. KRASZEWSKIEGO.

STAROŚCINA BEŁZKA.
OPOWIADANIE HISTORYCZNE.

TOM XIV.
 Wydawnictwo na korzyść Jubilata
WARSZAWA.
DRUK JÓZEFA UNGRA.
ulica Nowolipki, Nr. 3.
1879.

Дозволено Цензурою.
Варшава, 1 Августа 1879 г.

STAROŚCINA BEŁZKA.
(Gertruda z hr. Komorowskich hr. Potocka).
OPOWIADANIE HISTORYCZNE.
1770-1774.


WSTĘP.

Od dawna poszukiwaliśmy z ciekawością materyałów, mogących rozjaśnić zajmujący epizod naszéj historyi domowéj zeszłego wieku, porwanie gwałtowne Gertrudy z Komorowskich Potockiéj, z rozkazu jéj teścia, Franciszka Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego, na którego tle Malczewski osnuł jedyne arcydzieło swoje. Zbieraliśmy powoli akta i korrespondencye odnoszące się do tego ciekawego studyum historycznego, i dziś je nareszcie dopełniwszy o ile się dało, przedsiębierzemy wydać, opierając się na bardzo dostatecznéj liczbie niewydanych dotąd materyałów.
Wypadek i epoka zarówno ku temu pociągały, nie dla upodobania w skandalu, lecz dla poznania z blizka tak różnie, opacznie i przesadnie opisywanego zdarzenia, które samemi prawie domysłami i podaniami wypełniano.
Wkrótce po ukończeniu procesu tego głośnego w Europie, niemiecki autor dziełka: Briefe über den itzigen Zustand von Galizien. Ein Beitrag zur Statistik und Menschen-Kenntniss. (Leipzig, 1786, Erster Theil, f. 186), wspomniał wypadek, i ubrawszy go w barwy poetyczne, przedstawił w sposób najprzesadniejszy. Cały opis tragicznéj sceny utopienia, jakby przez naocznego sporządzony świadka, wymyślony dla wzbudzenia oburzenia, które i bez tych amplifikacyj sam gwałt obudza. Dodano daremnie szczegół o zgładzeniu czterdziestu hajdamaków, dla pokrycia śladów występku.
Może największym powodem zajęcia się Gertrudą Komorowską był poemat Malczewskiego, osnuty na tym wypadku, ale w świetle poetyczném i w sposób poetyczny go przedstawiający. Sam Malczewski nie wskazuje bynajmniéj źródła „Maryi,“ ale się go łatwo domyślić było. Bielowski wydając we Lwowie ten poemat w roku 1845, pierwszy przyłączył do niego dwa ważne akta urzędowe, tyczące się porwania Komorowskiéj, intercyzę przedślubną i manifest Komorowskiego.
Dwa te dokumenta stanowiły już podstawę i służyły do poszukiwania dalszych. Szczęśliwy traf nastręczył mi w przeciągu lat dziesiątka, z kilku archiwów familij z Potockimi połączonych, kopie ważniejszych papierów sądowych, odnoszących się do téj sprawy. Na kilka lat przed śmiercią swoją ś. p. Konstanty Świdziński z bogatych zbiorów swoich udzielił kopij większéj części listów tu użytych, z których nam korzystać dozwolił; wreszcie kilku zacnych i poczciwych przyjaciół i znajomych, chętnie śpiesząc z pomocą pracującemu (co u nas powszechne, a czego gdzieindziéj nie szukać), postarało się o dopełnienie materyałów, z jakich tę pracę dziś składamy. Naostatek z akt i metryk koronnych wypisy przygotowano przez T. L. Tripplina, a ułożone przez F. H. Lowestama, których nam chętnie udzielił pan S. Orgelbrand, dopomogły do skompletowania wiadomości potrzebnych.
Z tego wszystkiego urosła dosyć ciekawa wiązka materyałów, których z największą sumiennością i umiarkowaniem użyć staraliśmy się, nie chcąc wcale pisać powieści, a zatém nie odgadując nic, niczego się nie domyślając, usiłując zbadać najdrobniejszy szczegół straszliwego wypadku i długiego, upartego procesu, jaki za sobą pociągnął. Nic też tu nie ma wrzuconego dowolnie, dodanego dla kolorytu, którego obficie dostarczyły oryginalne listy, jakieśmy mieli w ręku; każda drobnostka opiera się na jakim rękopiśmie, na wzmiance w korrespondencyi, na dowodach lub podaniach współczesnych.
W ciągu lat tych czterech, przez które proces się przedłuża, niepodobna było zaniedbać tła historycznego, na którém się ono rozwija; nie rozszerzaliśmy się malując je; niezbędném się wszakże zdało dać epizodyczne obrazy osób, charakterów i współczesnych wypadków, objaśniających ubocznie rzecz naszą.
Nie będziemy tu obszerniéj tłómaczyli się z formy nadanéj temu fragmentowi studyów z epoki Stanisławowskiéj, które na szerszą daleko skalę rozpoczęliśmy i wykonać chcemy, jeśli ta próba za czegoś wartą uznana zostanie. Sama rzecz niech się tłómaczy i wyrobi sobie przyjęcie lub odrzucenie. Za jedno tylko raz jeszcze zaręczyć możemy, to jest za wierność i sumienność cytat, i jak najoględniejsze użycie materyałów, którym to tylko mówić każemy, co one same powiedzieć chciały. Główne źródła nasze przywodzimy wszędzie; inne jakkolwiek z mnóztwa notat i tysiąca z górą listów trudno co chwila przywodzić, uroczyście zaręczamy, że ze współczesnych i autentycznych wzięte są materyałów, które chętnie ukażemy każdemu, ktoby je sam chciał oglądać.
Oprócz korrespondencyi, która stanowi podstawę togo studyum, użyliśmy pamiętników współczesnych, zwłaszcza Chrząszczewskiogo, któregośmy w części ogłosili, anonima ze Smotryczówki, zdaje się pana Cieszkowskiego.
Zresztą w osądzeniu téj sprawy staraliśmy się być sędzią bezstronnym, niepobłażającym nikomu, nie szliśmy całkiem za opinią opartą na legendach, ale usiłowaliśmy dobadać się prawdy i okazać rzecz w istocie jak była. Niestety! od Maryi jak daleko do Gertrudy, od owego wojewody do Franciszka Salowego, od miecznika do kasztelana santockiego, od Wacława do bełzkiego starosty! — jak różną jest prawda poety od prawdy rzeczywistości! Smutny to obraz, tęskna także Malczewskiego powieść, i w obu jest poezya, ale jak odmienna, jak inna — jak lepszy i piękniejszy wyśniony świat poety!
Niemniéj trudno się było wyrzec odsłonienia uroczéj mgły, przez którą dotąd patrzaliśmy na ten wypadek, tak dziwnie przypadający w dziejach naszych, wśród rozruchów konfederacyi i pierwszego podziału, że go ważniejsze współczesne zaprzątnienia wprędce przed oczyma ludzkiemi zakryły. Dziś też zimniéj i bezstronniéj możemy osądzić winy wszystkich, co udział mieli w tym brudnym i ohydnym dramacie: płochość Szczęsnego Potockiego, barbarzyńską surowość jego ojca, dziwactwo matki, zabiegliwość Komorowskich, przedajność sędziów i niepewność obrońców, łakomstwo tych, co się tknęli w jakikolwiek sposób tego drażliwego interesu, który miliony kosztował i prawdy nie odsłonił. Dziś może dopiero, po upływie lat kilkudziesięciu, proces ten wyrokiem wnuków się zakończy, i nad mogiłami oprawców i ofiary westchnie przechodzień, litując się tylko nad nimi.
D. 19 grudnia 1856.
Żytomierz.

I.

Szlachecka równość w dawnéj Polsce, więcéj daleko w prawie zasadniczém niżeli w obyczajach się utrzymywała; mówiono o niéj co chwila, pisano bardzo wiele, przypominano często, odwoływał się do niéj każdy, mając do czynienia z możniejszym bogactwy i wpływami, ale rzadko kto miał na pamięci, gdy szło o zbratanie się z niższym. Prawo w zasadzie uznając szlachtę całą za jedno ciało, rozróżniało wprawdzie wśród stanu rycerskiego starszyznę senatorską, ale znaczenie jéj i powaga powinno się było ograniczać czasem urzędowania, gdy w rzeczy zawsze inaczéj się działo i coś z rodziców spływało na dzieci. „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie,“ powtarzano z końca w koniec Polski; jednakże ani to było, ani być mogło prawdą. Na chwilę wśród wyborczych zjazdów, gdy większość panów braci potrzeba było sobie pozyskać, gdy szło o szablę i głosy szlacheckie, nieraz panowie odzywali się przyznając do równości, i mieszali popularnie do tłumu zagrodkowéj braci; ale niejeden książę przyciskając do piersi szaraka, dusił go aż mu guzika kontuszowego piętno na czole zostawił, a w łonie tego różnolicego rycerskiego stanu, począwszy od szlachcica, co sam swą rolę odpasawszy szablę uprawiał, do pana, którego dobra całą zajmowały prowincyę, nieskończone dostrzegały się odcienie. Nie mówię już o Litwie, gdzie z powodu wielkiéj ilości rodzin książęcych równość szlachecka późno i powoli się wyrobiła, nigdy nie będąc istotną rzeczywistością; ale w saméj Polsce z latami wyrosła mimo prawodawstwa, arystokracya potężna. Szlachta patrzała na nią okiem nieufném, opierano się jéj przemocy począwszy od Zygmunta I., czując się na siłach, nie dopuszczano cudzoziemskich tytułów, broniono mnożenia się ordynacyom, nie chciano orderu Niepokalanego Poczęcia, hałasowano prawie na każdym zjeździć na coraz wyraźniéj z łona braterstwa szlacheckiego wybijającą się arystokracyę; jednakże ani moc praw, ani ta pilność i czuwanie nie mogły zapobiedz przewadze rodzin, które już w XVIII wieku stanowiły rzeczywiście rząd kraju, miały w rękach sprawę publiczną i za sprężynę posłuszną używały szlachty, kierując nią zręcznie jak się im podobało, pod hasłem dobra publicznego i swobód narodowych.
Przed XVIII wiekiem, choć przemożnych kilka rodów pragnęło utrzymać się na raz osiągnioném stanowisku i dosyć zręcznie chodziły koło tego, silniejsze jeszcze prawo nie sprzyjało wcale długiemu trwaniu przewagi w jednéj familii, bo zasługą mierzyła się siła obywatela, nie jego urodzeniem i mieniem. Rzeczywiste znaczenie dawały zajmowane urzędy, pomagały do niego bogactwa; urodzenie było rzeczą podrzędną. Najarystokratyczniejsze rodziny stare ustępowały miejsca nowo wyrastającym z nicości. Szlachta drobna, niedawno w łonie braterstwa nic nieznacząca, podnosiła się z kolei do znaczenia i przewagi.
A wszedłszy na scenę, każdy herbowy szlachetka łatwo mógł wyjąć z kieszeni przyczajonych antenatów i kolligatów, bo ich nikomu nie brakło.
W ciągu kilkuset lat zmienia się w ten sposób kilkakroć grono senatorskie starszéj braci, mało kto w niém nie znajdzie przodka lub krewnego; wśród imion starych za każdym razem nowe spotykasz, choć nie każdy z tych nowo zaciężnych umie za sobą w koło magnackie pociągnąć rodzinę. Niektóre imiona raz się ukazują i nikną; inne idą po sobie szeregiem, spadkiem niemal, biorąc krzesła i starostwa. W panegirykach, choćby dla deputatów na trybunały pisanych, łatwo się przekonać, jak każda młoda illustracya, miała w zapasie znakomitych pradziadów i długą prozapię.
Ztąd w XV naprzykład wieku inna wcale jest arystokracya Polski, inna już w XVI, a w XVIII zmieniona i nowemi wcale ubogacona imiony, nieznanemi wprzódy. Niejedna rodzina, która potężną miała przewagę w dziejach pierwotnych, maleje i roztapia się póżniéj w szlacheckim świecie, schodząc na zagon, z którego wyszła; inne niespodzianie jak grzyby z ziemi wyrastają. Kto za Zygmunta III, gdy Żółkiewski wydawał uniwersały, rozkazując chwytać i imać awanturnika i partyzanta Zborowskich Ludwika Poniatowskiego, gdy Krystyna z Duchnik Poniatowska prorokowała we snach magnetycznych protestanckim marzycielom, domyślać się mógł, że z téj saméj rodziny zasiądzie późniéj jeden na tronie i od włoskich cielców, ciołka będzie na polskich łąkach utuczonego wywodził!
Jak Tęczyńscy upadają i wygasają z imieniem, później Koniecpolscy, tak Lubomirscy, stara szlachta, na panów z „soli“ wyrasta w XVII wieku, tak inni późniéj wzbogaceni i przeważni, ledwie w Paprockim się wspominają. Ciekawych w téj mierze porównań dostarczają „Herby Rycerstwa,“ postawione obok „Korony Polskiéj“ Niesieckiego, w któréj i mogił, i kolebek stoi przy sobie mnóztwo.
Imiona, rodziny, znaczenie, wielkość, wszystko w świecie przechodzi jako cień Hioba (velut umbra) i więdnieje jak trawa. Miejsce ich zajmują nowe pokolenia i nowe krótkotrwałe olbrzymy. W papierach niejednego dziś zagrodowego szlachcica znalazłoby się czém wielkiemu panu pochwalić, ale na co się to zdało wnukom, w których nie ma serc pradziadowskich?




II.

Do najstarszych w Polsce rodzin policzyć można przeważnego już znaczenia w początkach XVII i XVIII wieku familię Pilawitów Potockich; krzyż ich herbowny wprawdzie nie zjawia się tak rychło jak Jastrzębiec i Srzeniawa, ale już w XII i XIII wieku na jaw w dziejach wychodzi. W szlachectwie naszém, gdzie nie imię od mienia wzięte, ale herb szczyt rodziny stanowi, Pilawa wprzódy się wsławia na tarczy Moskorzowskich niż Potockich, wprzód może wydaje familię Tworowskich dziś tak jak zgasłą, niż wsławionych późniéj Potockich. Rozrodzona rodzina Pilawitów poczyna, jak u nas pospolicie, od imion (majętności) brać nazwiska rodowe, i tak powoli wyróżniają się z łona jednego pokolenia, najprzód Moskorzowscy, Tworowscy, może Borowscy nawet, aż ze Złotego Potoka mianują się niektórzy Potockimi, i ród ich najprzód ukazuje się w gnieździe krakowskiém.
Przodkiem mistycznym całego domu Pilawitów wspólnym jest niejaki Żyrosław, postać legendowa, którą heraldycy nasi umieścili w XIII wieku. Ten, jak podanie głosi, dobić się miał herbu swego w wojnie z pogańskimi Prusakami, i półtrzecia krzyża oznaczać ma dwa przezeń otrzymane zwycięztwa i ubicie hetmana, które za pół trzeciego stało. Niesiecki dosyć słusznie od herbu Pruss wywodzi Pilawę, krytykując ten pomysł poprzedników swoich; nietylko bowiem — w sposób, jaki on przywodzi — powstać z niego mogła nadaniem monarszém, ale przy rozrodzeniu, jak się często trafiało, za dobrowolną zgodą familii i tu zrobić się to mogło, że bracia jeden krzyż, drugi półtora, trzeci półtrzecia, dla rozróżnienia potomków a zachowania pamięci pochodzenia pobrali, jak Porajczykowie różnobarwne róże swoje.
Jakkolwiekbądź, nad wiek XIII trudno daléj sięgnąć szukając pierwiastków Pilawy, co ją od wielu herbów pruskich późniejszą czyni, i do tego odnosi czasu, gdy największa liczba herbownych szczytów u nas powstała, na wzór podobno zachodni ukształtowanych.
Od tego Żyrosława, pierwszego przodka, rozrastają się późniéj rodziny Moskorzowskich, Tworowskich, Buczackich, Kamienieckich, Pilawskich, Żelisławskich i wielu innych.
Złoty Potok, gniazdo pierwotne familii, jak widać z dziesięciny do Jędrzejowa składanéj, istniał już w XII wieku, razem z Borową, z któréj pisali się Pilawitowie Borowscy, inna gałąź téjże rodziny. Z razu nie wznosi się familia zbyt szybko i gwałtownie, rośnie w cieniu powoli; Jan z Potoka zjawia się na dworze Elżbiety Węgierskiéj, Włostko w XIV wieku kasztelanem wiślickim; pochwala ich nasz Niesiecki, że zawsze szanowali równość szlachecką, powiadając o nich: „Lubo od początków swoich, w najpierwszéj w téj ojczyźnie godności kwitnęła familia Potockich Pilawitów, przecież równość z drugimi tak kochali zawsze i świątobliwie obserwowali, że się egzotycznym tytułom i chlubnym z cudzych krajów przywożonym prerogatywom książąt, hrabiów, margrabiów, lubo się do nich wpraszały i nieraz, pomieścić nie dopuszczali.“
Jeszcze za Zygmunta I. rodzina ta nie była się ani do wysokich godności, ani do wielkiego znaczenia podniosła; liczyła się do dobréj, staréj zamożnéj szlachty, nic więcéj. Kolligacye ich z razu skromne, illustracye maluczkie: Bernard opatem w Jędrzejowie; potém imiennik jego wsławia się męztwem i przymiotami dobrego żołnierza w r. 1512, w wyprawie na Tatary, pod Wiśniowcem; wreszcie Jakób, syn Macieja, chorążego krakowskiego, który się rycerskiego rzemiosła uczył z młodu za ostatniego z Jagiellonów, zostaje marszałkiem dworu Zygmunta Augusta.
Z początku i długo potém jeszcze, więcéj to żołnierze niż dyplomaci — szabliska i serca mężne. Począwszy od XVI wieku rośnie rodzina przez związki, przez urzędy piastowane, i nagle do coraz większego podnosi się znaczenia. Wyliczyć ta sławniejszych bodaj mężów z tego rodu niepodobna; były to czasy i dla kraju, i dla pojedynczych rodzin szczęśliwe, urodzajne w ludzi, bogate w cnoty.
Wielkości i przewagi dorabiano się krwią własną, poświęceniem, zasługą, nie szablami najętéj szlachty na sejmikowych zjazdach... Tak przyszedł do sławy i łaski królewskiéj wojewoda bracławski, nad którego lepszego żołnierza, bieglejszego wodza i wierniejszego sługi nie miał Zygmunt III. Jego sprawy w Inflantach, z Tatary, Wołoszą i rokoszami szeroko opisują historycy. Cała wówczas liczna już rodzina Potockich stała przy królu: Jan, Jędrzéj i Jakób, i im zwycięztwo odniesione pod Guzowem przypisywano. Bracia Jana, jak on, żołnierze byli dzielni, i nie schodzili prawie z placu. Za jego czasów, niejako tradycyą familijną stało się wojenne rzemiosło, i świątobliwa żona Jędrzeja, kasztelana kamienieckiego, mawiała natchniona przeczuciem pobożném, że póty Pilawitowie kwitnąć nie przestaną, dopóki skarb koronny w ten dom nie wnijdzie, to jest dopóki z hetmanów i żołnierzy, na dworaków i ministrów się nie zmienią. Nie wiem, czy skutkiem tego podania, czy z innego powodu, żaden Potocki nie starał się nigdy o podskarbiowstwo, i w szeregu urzędników nie znajdujemy tego imienia; jedni za to po drugich hetmanili wojskom Rzeczypospolitéj, stale trzymając się zawsze partyi królewskiéj i dworskiéj, nie mieszając się do fakcyj domowych, co także do ostatnich niemal czasów było prawidłem postępowania dla całéj rodziny.
Stanisław zwany Rewerą, od łacińskiego przysłowia, którego często używał, był jednym z najznakomitszych rodziny bohaterów. Pod Guzowem ze stryjami począwszy pierwsze pole, zaprawiwszy się przy boku starych żołnierzy, już z placu nie schodził i dorobił się w końcu buławy hetmańskiéj, którą mu już sześćdziesięcioletniemu na drodze do Lwowa, chłopek orzący nad gościńcem wyprorokował, oddając wyoraną starą i zardzewiałą z jakiegoś pobojowiska buławę.
Wziął ją w ciężkie czasy po Kalinowskim zabitym pod Batowem, najprzód mniejszą, potém wielką po Mikołaju Potockim, i silną dźwigał dłonią. Śmierć jego piękna, jak życie: konający już, pytającym go, czyby nie cierpiał? odpowiedział z uśmiechem spokojnym:
„Śmierci się nie lękam, bom jéj sam nieraz dla Boga i ojczyzny w wielu szukał potrzebach.“
I z wiarą głęboką tak wizerunek Ukrzyżowanego uścisnął w dłoniach zastygających, że mu już zmarłemu ledwie go z rąk dobyć było można. Wielki istotnie mąż; w nim rodzina Potockich wydała ideał swój, którego żaden z następców już dosiądź nie umiał; mniéj pan i dworak niż żołnierz, pracował krwią i potem życie całe, nie chlubiąc się, i re vera na buławę i sławę poczciwie zarobił.
Jeszcze światłem podobném jaśnieje Jędrzéj II. kasztelan krakowski i hetman polny koronny, do rycerskiego wcześnie wprawiony rzemiosła, człowiek wielkiego znaczenia i powagi, który w czasie wiedeńskiej wyprawy namiestnikiem w kraju był zostawiony przez Sobieskiego, a syn jego Stanisław na czele ojcowskiego i familijnego półku, pod murami tego grodu życie w ofierze położył. Hetmanią tak godni imienia wielkich jakie im dawali Turcy, Stanisław, Feliks, Mikołaj, Jędrzéj, Józef wreszcie, pokrewniając się z najznaczniejszemi domami w Polsce, rosnąc powoli w bogactwa niezmierne, w znaczenie, rozprzestrzeniając swe wpływy, niezmiennie trzymając się dworu królów i strony rządowéj, przeciw któréj aż do Poniatowskiego prawie nie widzimy ich w oppozycyi nigdy. Ale od Rewery, do ostatnich, których wymieniliśmy, w charakterach tych zawsze jeszcze wielkich i wspaniałych postaci, jest różnica wielka. Wpół żołnierze jeszcze, ale już na pół dworacy, wychowani z cudzoziemska, ciągle obcujący z królami i książęty, z którymi na równi stawi ich majątek i imię głośne, Potoccy podnosząc się w majętności i przewagę, licząc się do pierwszych w państwie rodzin, przybierają coraz wyrazistsze cechy dyplomatów, dworaków. Ze szlachty rycerskiéj, jaką byli w początku, stają się panami; z hetmanów mężnych, politykami przebiegłymi.
Wszakże wszystko to jeszcze figury majestatyczne, wielkiego uroku, synowie kraju wylani na jego usługi, wierne i gorliwe dzieci Kościoła, których ręką dźwiga się mnóztwo świątyń i klasztorów, których kosztem wznoszą się mnogie twierdze i szańce.
Nieprzerwane prawie powodzenie rodziny, którą każdy dzień wyżéj podnosił, pomnażając jéj mienie i zasługi, niewychodzące z niéj buławy i najwyższe dygnitarstwa koronne, ogromne dobra, któremi władała, niewyczerpane bogactwa przysporzone gospodarnością — musiały wreszcie wzbić w dumę, która jest pierwszym stopniem ruiny moralnéj, wiodącéj za sobą niechybnie i materyalny upadek. Pod koniec XVII i XVIII wieku Potoccy dotąd bez żadnego tytułu cudzoziemskiego, bo się hrabiami nie tytułowali w urzędowych pismach do Stanisława Augusta, réj jednak wodzili w arystokracyi polskiéj, z którą licznemi węzły byli połączeni, i codziennie rośli w przemożność. Dom ten w końcu rozrodzony bardzo, podzielił się na dwie główne linie, zwane hetmańską i prymasowską, i zajął wielkie stanowisko w kraju, nietyle już rycerskiemi zasługami, co senatorskiemi urzędy, utrzymując się na nim, tak, że w ostatkach panowania Sasów przypisywano im zamiar starania się o koronę dla jednego z członków familii.




III.

Linia hetmańska Potockich była główną; druga zwana prymasowską pochodziła od Pawła kasztelana kamienieckiego, którego syn Teodor godność prymacyalną piastował; ta wszakże mniejszym blaskiem jaśniała od hetmańskiéj, w któréj najświetniejsze mieściły się imiona.
Wspomnieliśmy już o Jędrzeju kasztelanie kamienieckim, synu Mikołaja, który całe życie w bojach na koniu przepędził, bijąc się z Multany, Wołochy, z rokoszanami pod Guzowem. Jego to żona groziła Potockim upadkiem, jeśliby w imię ich weszło kiedy podskarbiowstwo koronne.
Synem Jędrzeja był Stanisław Rewera, hetman, którego pamięć tyle jest żywą, że się tu o nim obszerniéj rozpisywać nie potrzebujemy. Któż o Rewerze nie słyszał?
Feliks, hetman także, był synem Stanisława; za niego już ta gałąź domu Potockich była w posiadaniu ogromnych dóbr na Podolu i Ukrainie, w części po Kalinowskich wziętych lub wprost jéj nadanych i poosadzanych w pustyni, jak to wówczas zwano, a obszernością niemal państewko stanowiących. Dzieje Feliksa są historyą wszystkich wojen od elekcyi króla Michała do pierwszych lat XVIII wieku; był pod Cudnowem, Chocimem, Wiedniem, Niemirowem, Podhajcami, Międzyrzeczem. Od niego przez Józefa, strażnika koronnego, starostę bełzkiego i robczyckiego, poszła linia krystynopolska, o któréj ostatnich potomkach mówić mamy.
Józef na Krystynopolu, syn hetmański, był już tylko jak widzimy strażnikiem koronnym, cichsze też od ojców swoich wiódł życie; senator, nie żołnierz, w polu nie postał, służył krajowi radą tylko. Ogromne naówczas majętności Potockich, trudy około ich zarządu, gospodarstwo kłopotliwe na dobrach rozrzuconych, cięższymi czyniły do konia, a miększe wychowanie pańskie odstręczało powoli od niego.
Wnukowie kilku hetmanów, nieznacznie zapragnęli spoczynku za ojców, którzy go nie skosztowali; marzyli nie o buławach, ale może o koronie. Dla czegożby jéj Potoccy dostąpić nie mogli po Sobieskich i Leszczyńskich? Duma rosła z bogactwy, i choć bez tytułu jeszcze Potoccy, już byli na równi, jeśli nie wyżéj od starych rodzin książęcych, z któremi zresztą liczne krwi związki ich łączyły.
Bacznie patrząc na stosunki nowe, żenili się i kolligacili, aby coraz silniejszy wpływ kraju upewnić sobie, i nie ma wątpliwości, że w elekcyjném państwie musiała się im śnić korona, po którą sięgnąć tak dobrze mogli, jak drudzy.
Franciszek, syn Józefa, najprzód krajczy koronny, starosta bełzki, hrubieszowski, robczycki, dobrzycki, barecki, janowski, kołomyjski, sokalski i t. d., z krajczego późniéj wojewoda wołyński[1], wreszcie kijowski, doszedł już był do tego znaczenia i przewagi, że go zwano Królikiem Rusi (Pamiętn. Anonima).
Jak ojciec, nie był wcale żołnierzem, ale gospodarzem skrzętnym i domatorem po większéj części; na wsi, w rezydencyi swéj krystynopolskiéj odegrywał tymczasowo tę rolę królewską z wielką dumą i przepychem. Niekiedy mieszał się do spraw publicznych, ale od wstąpienia na tron Poniatowskiego, całkiem się od nich usunął zarówno z innymi, kierując tylko po cichu pokątnemi zabiegi, ludźmi, którzy mu sprzyjali i jedno z nim trzymali. Raz w roku jeszcze 1726 marszałkował trybunałowi koronnemu, potém przewodniczył sądom bełzkim kapturowym i konfederacyi tego województwa, kilkakroć posłował na sejmy. Wiadomo co to były za funkcye, mianowicie marszałkowska, wymagająca wystawy i przepychu, otwartego domu, pompy wielkiéj i książęcéj szkatuły; Potocki mógł się na niéj pokazać i grosza nie szczędził. Żonaty najprzód z Rzeczycką, wdową po M. Cetnerze, staroście bareckim, z którą miał syna Józefa Ludwika, młodo i bezpotomnie zmarłego, ożenił się powtórnie z Anną Potocką, wojewodzianką poznańską, pokrewną sobie, a wielkich dóbr dziedziczką, bo z Łaszczówny ostatniéj z tego domu urodzoną, po któréj wszystkie majętności Łaszczów weszły w rodzinę Potockich.
Przyczyniło się do zbogacenia Pilawitów niespodziewane postanowienie Józefa Łaszcza, który zaręczony już będąc z Franciszką Cetnerówną, wojewodzianką smoleńską, nagle przed samém weselem wyrzekł się świata i stan duchowny sobie obrał, a zmarł koadjutorem Ożgi, biskupa kijowskiego.
Królik ruski, najwięcéj w stolicy swéj Krystynopolu przebywał i panował; dobra jego były ogromne, i niejedno księztwo niemieckie byłoby się wygodnie w nich pomieściło. Oprócz majętności w ziemi przemyskiéj, nad Sanem, w województwach: krakowskiém, sandomierskiém i lubelskiém, bracławskiém i podolskiém, miał niezmiernie rozlegle dobra mohylowskie, Tulczyn (Nesterwar), Brahiłów, Umańszczyznę; a granicząc z Turcyą, jak istotny panujący, miał z nią stosunki nietylko sąsiedzkie, ale i dyplomatyczne.
Krystynopol, wspaniała rezydencya, Tartaków, Waręż, Łaszczów, Witków z czterdziestu wsiami, Chorostków, Strużów, Wielkie Oczy, starostwa: bełzkie, sokalskie, Stojanów, Hrubieszów, należały do téj magnackiej fortuny wojewody kijowskiego. Starostwa z dobrami dziedzicznemi dokoła Krystynopola składały obszerny kawał kraju zostający we władaniu Potockiego, zasiany gęstemi miasteczkami, jako: Tartaków z cudownym obrazem N. Panny, gdzie sławne odbywały się jarmarki w dzień Św. Anny, na imieniny wojewodziny, i sklepy były na ten cel wymurowane obszerne, dla cudzoziemskich kupców, którzy na nie przybywali, z żydowską drukarnią, w czasie choroby wojewody, jak wieść niosła, przyrzeczoną i oddaną Jezuitom w r. 1754; Wielkie Oczy, niegdyś Łaszczów i Modrzejowskich, również z cudownym N. Panny obrazem; Waręż po Matczyńskich i Łaszczach nad Wielkim Stawem, z kollegium pijarskiém, fundowaném przez Józefa Łaszcza w r. 1740; Łaszczów nad Huczwą z Domaniżem przyległym, w którym był zamek warowny i kollegium jezuickie ze wspaniałym ogrodem; Sokal nad Bugiem, z cudownym obrazem i dwoma klasztorami; Bełz, dawna stolica książęca, któréj stare zamczysko w gruzach leżało na kępie itd.
Dodajmy do tego owe dobra ukraińskie, Mohylów, Brahiłów, Tulczyn, Umańszczyznę, inne majętności w Polsce, a pojmiemy, jaką rolę mógł grać Potocki. Od mniejszych bogactw i przewagi głowa się nieraz zawraca; nie dziw, że królikowi Rusi zdało się, iż nie ma sobie równego na ziemi polskiéj.



IV.

Duma wojewody najlepiéj się może malowała w jego pańskim dworze, który przy sobie w Krystynopolu utrzymywał. Krystynopol, stara Pilawatów posiadłość (niekiedy zwana Krystyampolem), przy ujściu zatoki do Bugu położona, wśród równiny piaszczystéj, dokoła lasami opasanéj, miasteczkiem została w r. 1692 i nazwisko otrzymała przez Feliksa hetmana nadane od imienia żony jego Krystyny z Lubomirskich. Liczyło się ono do najporządniejszych na Rusi. Ojciec Józefa postawił tu był z początku drewniany kościołek nad grobami ojców i sam w r. 1702 pochowany w nim został. Krajczy go wymurował i podobno do niego Bernardynów sprowadził, jeśli tu wcześniéj jeszcze nie byli. Oprócz ich kościoła, była wspaniała cerkiew i monaster księży Bazylianów. Tuż przy miasteczku wznosił się wielki i rozległy pałac o dwóch obszernych podwórcach, staremi ocieniony drzewy, przestronny, jak pomieszczenie ogromnéj dworni panu wojewody wymagało, z oficynami, mnóztwem zabudowań pomniejszych i wspaniałą bramą wjazdową, przy któréj gwardya zajmowała hauptwach.
Dwór Franciszka Salezego składał się z najznakomitszéj szlachty, i był niemal tak wielki, jak królewski, z tą formą i urzędami, jak u książąt udzielnych. Mówią, że dla upokorzenia książąt Czartoryskich, z którymi szedł o lepszą, i nie cierpiał ich jak całego stronnictwa Poniatowskiego, postarał się sobie umyślnie, aby marszałka dworu mieć z tytułem książęcym, i prosił na ten urząd księcia Włodzimierza Czetwertyńskiego, któremu ogromną płacił pensyę, wyrobiwszy prócz tego starostwo ułajkowskie, ażeby módz powiedzieć: „Zawołajcie mi księcia marszałka,“ i pochwalić się, że potomek Świętopełków marszałkuje Pilawicie. Prócz niego na czele lejb-gwardyi dragonów, która stała w Krystynopolu, dla parady, miał oficera dawniéj wojsk saskich, hr. Karola Sierakowskiego, starostę zanideckiego, który bliżéj jego osoby znajdując się i do innych spraw był używany, posiadając zaufanie wojewody.
Łowczym nadwornym był Sadowski, starosta (podstarości) robczycki; koniuszym, nieszczęśliwie póżniéj wsławiony Wilczek; oprócz tych szatni, podczaszowie, podkoniuszowie itd. Do dworzan, których liczba przechodziła trzydziestu, liczyli się: Lipski, Jabłonowski, Konopka, Dzbański, Staniszewski, Świeżowski, Polanowski, Świejkowski, Kamieniecki, Złotnicki; a pokojowcy, młodzież najlepszych domów niedorosła, otaczali wojewodę i wojewodzinę.
Oprócz wojsk nadwornych, lejb-gwardyi dragonów i kozaków w Krystynopolu, wojewoda utrzymywać musiał po całych dobrach swoich, szczególnie ukraińskich prezydya pilnujące zamków, strzegące granic tureckich, powstrzymujące napaści hultajów, pilnujące porządku u Dniestru i bezpieczeństwa w czasie jarmarków mohylowskich, w Brahiłowie, Umaniu, Tulczynie, nie licząc mniejszych gubernij, gdzie po kilkudziesięciu, po sto i więcéj ludzi bywało z działami. Na zameczkach nie po kilka, ale kilkanaście i kilkadziesiąt armat stało na wałach. Magnat rozporządzając takiemi siłami wśród kraju, musiał być groźny i wielką mieć władzę, bo któż mu się oprzeć potrafił? Komendanci garnizonów przysyłali raporta za każdą pocztą z dóbr do Krystynopola idącą. Siły te były na zawołanie wojewody, a w czasie rozruchów i hajdamaczyzny na Ukrainie, stawały się jedyną opieką mieszkańców.
Milicye nadworne Potockich składała piechota, dragoni, ułani i kozacy. Oficerowie ich liczyli się na równi z wojskiem regularném, byli patentowani przez króla z mocy ustawy sejmowéj i nosili feldcechy wojska Rzeczypospolitéj.
Bogactwa, związki familijne z Mniszchami, Brühlem, Sołtykiem, Rzewuskimi, szlachecka partya w Rusi przemożna, czyniły wojewodę niemal de facto królikiem Rusi, w któréj swobodnie przewodził.
Przewaga to była nigdzie zbyt głośno niewystępująca, ale tak potężna, że nikt się jéj nie mógł opierać. W województwach: Puskiém, Wołyńskiém i Bracławskiém, nikt nie mógł otrzymać urzędu bez wpływu i pośrednictwa Potockiego; w sądach powiatowych i trybunale nie wygrał sprawy, powiada pamiętnik współczesny, jeżeli listów protekcyjnych od Potockiego nie miał do sędziów; nie został sędzią, posłem ani deputatem, jeżeli go nie popierał Potocki; nie zyskał u króla starostwa, urzędu koronnego, krzesła senatorskiego, bez pomocy jego i fakcyi, która stała najbliżéj króla; biskupstwa, opactwa, prelatury bogatéj i probostwa nie wyrobił, jeśli go nie promowali Potoccy. Na prowincyi, dodaje nasz autor, więcéj się jeszcze o łaskę magnata, niż o królewską starano.
Takie położenie i przewaga, musiały wysoko wzbić w dumę pana nieustannie mieszkającego na wsi, gdzie samowolnie u siebie się rozporządzał, nieczującego nad sobą nigdy nic silniejszego, zapominającego powoli, że były prawa, bo je on tylko dokoła dyktował. Potrzeba było prawdziwéj wielkości duszy, aby takiego położenia nie nadużyć i niém się nie zepsuć; tłumy dworzan, officyalistów, klientów i szlachty ubogiéj, pochlebstwy i pokłonami wzniosły jeszcze tego, który śnił już o koronie, jako o jedyném pożądaném i wyższém stanowisku.
Na dworze w Krystynopolu wszystko się odbywało po królewsku, zachowywano etykietę większą niż w Warszawie. Naprzeciw pałacu stał hauptwach zajmowany przez lejb-gwardyę dragonów, która przy każdém ukazaniu się, wjeździe lub wyjeździe wojewody, biła w bębny, występowała i oddawała mu honory wojskowe. Obywatel lub urzędnik wojewódzki, mimo tytułu pana brata, który mu dawano na kopercie, nic śmiał zajechać przed pałac w Krystonopolu. Przez uszanowanie wysiadali w bramie z karet i powozów, i pieszo szli w pokorze do drzwi pałacowych. Żołnierze w bramie straż trzymający nie puściliby powozu; jedne tylko damy miały pozwolenie zajeżdżać przed pałac, ale powóz natychmiast nazad za bramę wychodził, aby nie kalał podwórca pańskiego.




V.

Chrząszczewski, w niewydanych[2] pamiętnikach swoich powiada, jakim sposobem Franciszek Salezy otrzymał od stryja Stanisława wojewody, bełzkiego, ogromne dobra umańskie i tartakowskie; jest to rys tak charakterystyczny, że nie możemy go tutaj pominąć.
Stanisław Potocki, wojewoda bełzki, syn Feliksa, najprzód łowczy, potém strażnik litewski, marszałek trybunału, trochę żołnierz, bo pod Kowalowem przeciwko Sasom mężnie stawał, Umań miał darem otrzymać od Morsztynowéj z domu Potockiéj; a że potomka płci męzkiéj nie miał i nie wiedział co komu zostawić, chciał jednemu z familii w całości te dobra przekazać, mając widać na myśli Franciszka Salezego. Ale w téj chwili właśnie, gdy projekt ten osnuł sobie, Franciszek powracał z podróży do Petersburga, gdzie za panowania cesarzowéj Anny udał się przez ciekawość, i z wielkiemi honorami, prawie jak powinowaty był przyjmowany, a wrócił przebrany po francuzku. Stary wojewoda bełzki gdy to zobaczył, nie podobała mu się ta przemiana, i snadż zaufanemu spowiednikowi swemu ojcu Reformatowi, który przy nim był kapelanem, powiedział:
— Byłbym Salezemu oddał Umań i Tartaków, gdyby kontusza nie zrzucał.
Reformat napomknął o tém po cichu Salezemu, młodemu jeszcze, a ten naturalnie, zastosowując się do woli stryja, wkrótce do Tartakowa, przywdziawszy żupan i kontusz, przyjechał z submissyą. To tak ujęło wojewodę, który się pewnie pobożnéj zdrady kapelana nie domyślał i własne w tém młodego człowieka widział natchnienie, że mu wnet nie czekając Umań i Tartaków miał rezygnować. Odtąd nie wiem, czy z przywyknienia, czy przez wdzięczność dla ubrania, któremu tyle był winien, Franciszek Salezy pozostał przy polskiéj sukni.
Bytność jego w stolicy Rossyi za cesarzowéj Anny i pierwsze z tym dworem stosunki, uczyniły go na przyszłość wielkim zwolennikiem ścisłego z Rossyą przymierza, poddając wpływom Kayserlinga i Repnina. Walcząc przeciw Czartoryskim i ich partyi, pierwszy Salezy uczuł potrzebę wsparcia się dobrém położeniem u dworu petersburskiego. Snadź nadto sobie obiecując z téj strony po dobrém przyjęciu w stolicy, marzył nawet podobno, że koronę polską protekcyą Rossyi osiągnąć potrafi. W téj to myśli knuć miano detronizacyę Augusta III i związek konfederacyi, gdy śmierć ostatniego z Sasów oczyściła pole Potockim. W jaki sposób stronnictwo Czartoryskich współubiegające się z nimi o lepszą, a im nieprzyjazne, potrafiło ich ubiedz i utrzymać stolnika litewskiego na tronie, nie widzimy potrzeby szeroko się rozwodzić. To pewna, że zawiedziony w swych nadziejach Potocki nie pojednał się z Czartoryskimi, i nigdy im tego nie przebaczył, po niefortunnéj imprezie podhajeckiéj, gdzie sześciu Potockich, podczaszy litewski, wojewoda kijowski, krajczy koronny, Teodor, wojewoda bełzki, starosta śniatyński i wojewodzie wołyński, starosta błoński nadaremnie protestować chcieli przeciwko wyborowi nieprzyjaznego im stronnictwa, a oporowi, jaki nadchodzącéj dla rozproszenia ich przeważnéj sile dał w trzysta ludzi podpółkownik Podhorodeński z regimentem buławy koronnéj, winni byli ucieczkę bezpieczną. Wojewoda Salezy zamknął się w domu niechętny, zawiedziony, boleśnie dotknięty.
Wielka to w istocie była klęska dla domu Potockich, którzy tu znaczną część swéj milicyi utracili i rozpierzchli się po świecie. Czterech z nich w Stambule siedząc z hrabią de Vergennes, starało się przygotować wojnę i nakłonić do niéj dywan przeciw Rossyi. Krajczy pozostał w kraju, a wojewoda kijowski powróciwszy do Krystynopola, pierwszego może w życiu doznał upokorzenia, zmuszony kapitulować, recessować od osnutéj konfederacyi i dać na siebie assekuracyę pod utratą osobistéj wolności i majątku, że w domu siedzieć i sprawować się będzie spokojnie. Przy tém zobowiązaniu na przyszłość musiał także wojewoda i list do Poniatowskiego napisać z powinszowaniem wstąpienia na tron i oświadczeniem submissyi; co to go kosztować musiało, domyślić się łatwo.
Po 1764 roku zwycięztwo Czartoryskich i wypadki napomknięte zmniejszyły nieco przewagę Potockiego, chociaż w swéj Rusi i dobrach zawsze pozostał czém był, a stosunki z Mniszchem, marszałkiem koronnym, z Branickim, oszczędzać go nakazywały. Poniatowscy nie myśleli go drażnić i gorzéj jeszcze przeciw sobie całą Potocczyznę rozjątrzać.
Wiele się rzeczy zmieniło dla Wojewody od wstąpienia na tron stolnika litewskiego, wiele nadziei upadło, wielka też boleść zaległa serce dumne, i po pierwszém tém nizkiém upokorzeniu zostały ślady w dziwactwie, ponurości, podwojonéj pysze i licznych oznakach potajemnie dogryzającego wspomnienia doznanych zawodów. Krystynopol zawsze świetny i pański osmutniał jednak znacznie, bo się od niego wielu obywateli w prowincyi, ku nowemu zwracając słońcu, odsunęło. Czuli wszyscy, jak położenie wojewody było fałszywe, że nieprzyjaźń z Czartoryskimi i położenie jego względem króla czyniły go bezsilnym... powoli więc, jak zwykle bywa, liczba odstępców się mnożyła. Ale możny pan miał zawsze kim się otoczyć, dwór jego nie stracił na świetności, duma rosła jeszcze uczuciem boleści.
Zdetronizowany królik Rusi wyżéj jeszcze niż przedtém podniósł ochmurzone czoło.
Między innemi jego dziwactwy z tych czasów, pamiętnik, z którego te szczegóły czerpiemy, wzmiankuje, że wojewoda choć dosyć zdrów, choć miał nadwornego lekarza, (którym podobno był Macpherlan), jedynie dogadzając dumie, chciał mieć najsławniejszego, któryby czuwał nad drogiém życiem krystynopolskiego dynasty, czynił więc zabiegi o przyciągnienie na swój dwór najsławniejszego w owych czasach lekarzu nadwornego cesarzowéj Maryi Teressy, niejakiego Hernefala (?), ofiarując mu większą pensyę niż cesarzowa. Czy go potrafił do siebie namówić, nie wiem i wątpię, śladu jednak gdzieindziéj nie ma o pobycie jego w Krystynopolu, zda się, że go tylko raz w katarze sprowadzał.
Zresztą, czynną utrzymując korespondencyę ze swymi przyjaciołmi, krewnymi i adherentami, gospodarząc dosyć zabiegle, siedział wojewoda w Krystynopolu, nie mieszając się na oko do spraw publicznych, ale wiedząc drobnostkowo o wszystkiém, i ani zrażając przyjaciół, ani z oka spuszczając przeciwników. Oprócz rządców i plenipotentów, którzy mu regularnie donosić byli obowiązani o każdym w kraju zaszłym wypadku, pogłosce, ruchu wojsk, wieści z zagranic, ogromna korespondencya krewnych, przyjaciół, klientów, codziennie prawie przynosiła do Krystynopola wiadomość o tém, co się gdzie działo na świecie, co myślano w Warszawie, co po dworach zamierzano dla Polski. Trzeba czytać te stosy listów zastępujących gazety, by mieć wyobrażenie, jak drobnostkowo znali swój kraj tacy panowie jak Potocki, który, choć się dąsał i niby do niczego się nie mieszał, o wszystkiém jednak wiedzieć musiał. Biskup Sołtyk, Mniszech marszałek nadworny, generał Wielkopolski, Brühlowie, Cetnerowie, Potoccy i inni co dni kilka wysyłali sprawozdania z czynności, nietylko z Warszawy od dworu z trybunałów i sądów, ale z zagranicy najmniejszy spisując pogłoskę, i nie było ploteczki, anegdotki, posłuchu, któryby nie dochodził do Krystynopola nieco osamotnionego, jątrząc i wzmagając dumę, która się czynem zużyć nie mogła i ukrywać musiała, ograniczając się ciasném kółkiem domowém.





VI.

Sama pani wojewodzina, zżywszy się z mężem, który ją wysoce szanował i kochał, a nawet, jak się zdaje, trochę jéj się obawiać musiał, przybrała jego charakter, poślubiła sprawę obrażonéj dumy, i nie sądzę, żeby osładzała to życie smutne upadłego Tytana. Z pamiętników współczesnych i listów widzę, że z niezmierną obawą, ostrożnością, z nadzwyczajnemi zabiegi i uwagą na każdy ruch, przystępowano do niéj. Surowa i trochę dziwaczna matrona, miała dumę wojewody, w dodatku drażliwość kobiecą; żyjąc ciągle ze swym dworem i nikogo nie widząc wyższego nad siebie, musiała przywyknąć do czci oddawanéj i samowolności. Mamy jéj portret malowany przez Bacciarellego, a sztychowany przez Dom Cunego w Rzymie w r. 1772, i takież wizerunki jéj męża i syna; znać z postawy, rysów twarzy córkę Pilawitów, któréj po hetmanach została w spadku chęć panowania, choćby nad własnym dworem. Malarz i sztycharz nieco ją odmłodzili; ale ta grzeczność nie obdarzyła jéj niewieścim w łagodności wdziękiem, którego w twarz tę zimną, pogardliwie na świat patrzącą, wlać nie było można. Malarz ubrał ją w suknię aksamitną, całą oblamowaną książęcemi gronostajami, i koronkową chusteczkę na głowie, w jakiéj i Maryę Leszczyńską królową często widzimy przystrojoną; posadził ją sztywną i rozkazującą, jedném słowem, uczynił panią, nie potrafił zrobić miłą. Więcéj jeszcze nierównie ma wyrazu na portrecie twarz wojewody, czystopolska, magnacka, w któréj oczach i ustach, nabrzękłych brwiach i czole, dobrze się malują duma, samowolność, upór i niezłomna wola, uginać się nieprzywykła. Stoi oparty o stół, poglądając na świat, jakby się składał z jego rządców i officyalistów, zdając się mówić: „Nie przystępuj!“ a wpatrzywszy się weń, odgadniesz cały dramat wypisany na tém czole, patrzący oczyma, drgający w wydatnych wargach namiętnych. Portret ten, arcydzieło w swoim rodzaju, lepiéj maluje wojewodę niż to, co nam o nim zostawili współcześni; czujesz, że nie mogło uczucie postać w tych piersiach, ani łza na powiekach, choć boleść i żółć wzburzona wypiętnowały się na obliczu, któremu nie przystał uśmiech swobodny. Podhajecka konfederacya, doznane upokorzenie, rozdrażniona duma, pogarda świata, wszystko, nawet przyszłość, malują się w téj mistrzowsko pochwyconéj twarzy, obok któréj Szczęsnego, syna jego, jakże starta, słaba i całkiem odmienna! Z niéj już tylko słaby pieszczoszek, panicz i namiętny wygląda człowiek, a duma nie ma téj majestatycznéj powagi, jaką uderza wyraz jéj w wojewodzie.
Ale wróćmy do wojewodziny. Chrząszczewski w swych pamiętnikach powiada, że na dworze krystynopolskim ona szczególniéj sama strzegła etykiety, któréj się musiano trzymać jak najściśléj. Przy wsiadaniu do powozu zwykle jeden z towarzyszących dworzan rękodajnych, wojewodzinie powinien był podawać rękę, na ktoréj się ona opierała; surowo przepisano było, żeby nie ważąc się ramienia pani dotykać, kułak jéj tylko do wsparcia się na nim podstawiał. Gdy raz, nowy jakiś dworzanin nieświadomy etykiety, wstępującéj na stopień kareciany zamiast podać kułak wedle zachowywanéj formy, świętokradzką dłonią schwycił ją pod ramię jak prostą szlachciankę, wojewodzina obruszona, natychmiast mu potężny wycięła policzek.
Sroga obyczajów przestrzegaczka, pani wojewodzina chowając na dworze swoim mnóztwo panien i rezydentek, była dla nich także nadzwyczaj ostra i dumna, obchodziła się z niemi niezmiernie surowo. Za najmniejsze przewinienie spotykała kara lub oddalenie; nie przebaczyła nigdy. Naturalnie, dogadzając pani, chodzili faworyci jéj na podsłuchy, donosili zausznicy, szpiegowali, pragnąc się zasłużyć, a najgorliwiéj spełniali tę funkcyę karzeł i karlica. Było naówczas modą jeszcze po pańskich dworach chować karły, i pani Potocka miała ich dwoje bliźniąt, brata i siostrę równo od natury upośledzonych. W wielkim salonie krystynopolskiego pałacu, był dla nich wyklejony z papieru o kilku pokoikach appartament, z którego mały ów karzeł, wykradając się, pełnił rolę policmajstra, i czynił — pisze Chrząszczewski — wycieczki po całym pałacu, myszkując co się gdzie działo, donosząc co podsłuchał, szczególniéj w pokojach zajmowanych przez fraucymer, o którego obyczaje najwięcéj dbała Wojewodzina, nie żałując rózeg za najmniejszą płochość i umizg pokątny. Raz staroście zanideckiemu trafiło się, że późnym wieczorem zakradł się do garderoby dla zobaczenia z panną, o którą się starał, i właśnie się już wymykał z miejscu zakazanego stopie mężczyzny, gdy wojewodzina, która często po nocach wstawała na wzwiady i podsłuchywała podedrzwiami, spotkała go w samym progu.
— Kto tu śmie wchodzić? zawołała potężnym od gniewu głosem.
Nie w ciemię bity Sierakowski, począł przytomnie bardzo udawać ducha na pokucie, duszę potrzebującą ratunku, i jęczeć głosem innego świata i wyć jak potępieniec. Wojewodzina ze strachu uciekła, a i on potém o drogę nie pytał.
Z jakiemi do wojewodziny ostrożnościami przystępować trzeba było, jak trudno się jéj zasłużyć, dowodem są współczesne listy, z których tu przywiedziemy wyjątki, bo one nam najlepsze dadzą pojęcie o dworze wojewody, jego formach i staraniach, jakich wstęp nań, nawet ze strony takiego paniczyka, jak Brühl, syna pierwszego ministra, wymagał. Ale najprzód musimy jeszcze wyliczyć osoby, składające rodzinę krystynopolską, która się składała ze czterech córek i jednego syna. O nim niżéj powiemy obszerniéj. Pierwsza z panien Marya, ta właśnie, o którą Brühl miał się starać w r. 1759, i z nią się w rok późniéj ożenił, była najstarszą; druga po niéj Ludwika, póżniéj zaślubiona Kazimierzowi Rzewuskiemu, wojewodzicowi podlaskiemu, pisarzowi koronnemu; trzecia Pelagia za Michałem Mniszchem, marszałkiem nadwornym koronnym, czwarta N.... za ks. Ksawerym Lubomirskim, wojewodą kijowskim, panem Smilańszczyzny, sprzedanéj potém Potemkinowi.
W styczniu 1759 roku, młody Brühl powziął z natchnienia familii zamiar starania się o córkę wojewody kijowskiego; popierał go, zdaje się, Mniszech. Był to chłopak młody, trzpiot, pieszczoszek, a tu należało stać się skromnym, umiarkowanym, ostrożnym, przebiegłym i potulnym, aby się wojewodzinie podobać. Oto w jakich słowach towarzysz jego podróży i mentor młodego Telemaka, opisuje tę sprawę i pierwsze kroki na krystynopolskim dworze:
„Zła droga była przyczyną, żeśmy aż we wtorek stanęli po południu w Krystynopolu. Z drogi o sześć mil pisał starosta (Brühl) list do wojewody, ozuajmujący mu swój przyjazd. Z listu tego powstały bajki, które w Krystynopolu roznosić zaczęto, jakoby starosta, od kilku dni bawił w Sokalu, gdy my przez ostrożność nie wstępowaliśmy wcale do Sokala, ażebyśmy dowiedli pośpiechu, z jakim nas do Krystynopola pędziło, co się tu wielce podobało... Starostę warszawskiego bardzo pięknie przyjęto. Wojewodzina była dla niego grzeczna, wojewoda go też karesował, panna wcale nań mile spogląda; starosta wzajemnie z wielkiém dla województwa jest respektem; mogę mówić (dodaje korrespondent), że ten respekt czyni go statecznym i spokojnym (co widać niezawsze bywało). Wkrótce zobaczymy, czy te wszystkie karesy i oświadczenia są szczere albo nie, jeszcześmy o niczém nie mówili, i o nic nie prosili przy pierwszych dniach przyjazdu naszego, a do tego, żeśmy tylko samo województwo z Cetnerową zastali, bo wszyscy przyjaciele i konfidenci domu na kwaterach we Lwowie się znajdują, i panna Terlecka także. Wojewodzie samemu list oddałem i przy oddaniu dopominałem się, ażeby był poufale łaskaw na mnie, i jeszcze sprzyjał staroście, przyczém oświadczeń było bardzo wiele. Przypomniałem się, że starosta chce spełnić zalecany sobie rozkaz, i być u wojewody poznańskiego (Stanisława Potockiego, ojca wojewodziny), który znajduje się w Brodach, na co wojewoda odpowiedział, że poszle zaraz do wojewody poznańskiego z oznajmieniem, gdyż często bywa słaby i nikogo wówczas nie przyjmuje. Namieniłem zaraz panu wojewodzie, że gdyby był łaskaw wziąć z sobą starostę, toby wojewoda poznański tych ceremonij nie robił, ale wojewoda odparł, że oświadczenie za wizytę stanie. Wątpię, żeby pan wojewoda do Brodów jechał, choć my pojedziemy, a wojewodzina nie pojedzie pewnie. Już tedy w Brodach zaręczyny będą, o nich też nie piszę, bo jeszcze nie ma pewności żadnéj. Staroście się panna podobała i jéj się dość akkomoduje, lubo na swoje lata wzrostu nie jest słusznego, ale nie jest też zbyt mała, maniery i edukacyi bardzo pięknéj.
„Był tu wczoraj podkomorzy koronny, ale go bardzo zimno przyjęto; za cztery dni spodziewamy się responsu od wojewody poznańskiego.“
W drugim liście towarzysz starosty, jeszcze lepiéj maluje charakter drażliwy wojewodziny.
„Kilka dni nadspodziewanie musieliśmy zatrzymać huzara, a to szczególnie z racyi, żeśmy bez ostatniéj rezolucyi w interesach odsyłać go nie chcieli. Jakem tedy WPD. w ostatnim liście upewnił, że konkluzya będzie dobra, przy różnych odmianach, które zwyczajne są w tutejszym domu, tak na znak dobréj konkluzyi donoszę, że pojutrze pp. województwo jadą do Warszawy, już dzisiaj wszystkie wozy wyszły. My zaś tak tu się sprawujemy, ażebyśmy żadnéj słusznéj naganie nie podpadli; lubo mnie i staroście chce się mocno do Warszawy powracać, z tém wszystkiém razem dopiero z województwem pojedziemy, to jest we wtorek, i po pierwszym dniu jazdy pocztą daléj pośpieszymy. Co się tu stało i ustnie pan oboźny panu opowiedział, tu teraz krótko donoszę.
„Od przybycia tu naszego wszystkie rzeczy bardzo nam tu szły dobrze, czego autorem był ks. Russian, bez którego, jeśli mam prawdę powiedzieć, nigdyby wojewodzina w tym czasie do Warszawy pojechać nie chciała. Ten czas spokojny trwał aż do festu Św. Franciszka, to jest, dopóki się goście i familia tutejsza zjeżdżać nie zaczęła. W wigilię uroczystości (28 stycznia) gdy się różni pościągali, znowu się bajki wznowiły, które mnie a bardziéj staroście zmartwienia przyczyniły. Do tego, te bajki zgadzały się z humorem pani wojewodziny. Pierwsza tedy, jakoby minister pierwszy o innéj partyi dla starosty myślał; druga, jakoby starosta wyjeżdżając z Warszawy powiedział: Jadę głupstwo robić; trzecia rozsiana przez księżnę wojewodzinę bracławską (Stanisławową Lubomirską) we Lwowie, że za najmniejszém w Krystynopolu nienkontentowaniem, podstoli ma zlecenie z Warszawy swatać starostę ze swoją siostrą.
„Na fundamencie tych bajek wojewodzina w lament, w narzekanie, w skargi na ministra, że się tak nie godzi żartować, bardziéj takie czynić affronta; na starostę, że jeżeli z przymusu to robi, niech panny nieszczęśliwą nie czyni; na mnie (podstolego), że nie bez przyczyny byłem we Lwowie. Dowiedziałem się też i innéj nieporozumienia przyczyny: gdy starosta był w Tartakowie, brat mój pisarz postawił tam człeka swego, żeby mu dawał znać o przybyciu starosty; ten człowiek kilka dni bawił w Tartakowie, o co się mocno wojewodzina dopytywała.
„Możesz WPD. zważyć, co to za wielka spadła na nas chmura; szczęściem, że z obligacyi mojéj nadjechał p. podkomorzy, któregośmy zaraz na to wdali, jako też obszerne miał o wszystkiém z województwem eksplikacye. Trzeba też wiedzieć, że wojewoda, lubo sam widzi wymysły żony, z kochania i przywiązania, które ma do niéj, zdaje się wchodzić w jéj sentymenta. Naostatek ta historya tém się zakończyła, że podkomorzy upewnił województwo, że w Warszawie o innéj partyi dla starosty nie myślą. Starosta znowu ustną miał z wojewodziną i wojewodą eksplikacyę, gdzie płaczu, słabości, mdlenia, było z obu stron dosyć. Ja sam także miałem rozmowę z p. wojewodziną, ale ta mi tylko tyle powiedziała, że muszę ją brać za chimeryczkę, gdym się odchodząc, kilka razy pytał: czy można „dobranoc“ powiedzieć? o któréj godzinie można z rana bywać? i inne fraszki. Jam na to odpowiedział, że dotychczas rozumiałem, iż nie gość gospodarzowi, ale gospodarz gościowi zwyczaje nadaje, i jeżelim z bojaźnią postępował, to szczególnie z respektu i poszanowania. Ta moja eksplikacya pożądany skutek wzięła. Byłem przytém od ks. Russiana przestrzeżony, że przy najmniejszéj okazyi, wojewodzina zaraz sobie zwykła rościć pretensye, że wszyscy za złą i za chimeryczkę biorą; przyznam się PDobr., że mnie te wszystkie korowody dotknęły, chociażem się ich zaraz z początku spodziewał; upewniam, że to samo i w Warszawie jeszcze będzie.
„Starosta tak był żalem zdjęty przy eksplikacyi z wojewodziną, że w oczach podkomorzego omdlał (!), lecz wkrótce do dobrego przyszedł humoru. Dla otwartszego zaś z mojéj strony wytłómaczenia, lubo mu nic wojewodzina o siostrze mojéj nie nadmieniła, z tém wszystkiém mocno w tém byłem ostrożny, i staroście z siostrą moją miecznikówną, która tu dla mnie na dzień Św. Franciszka zjechała, nie pozwoliłem ani gadać, ani tańcować, ani być u niéj z wizytą. Ta, że razem ze mną stanęła, starosta przez ten cały czas i u mnie nie bywał. To mocno uspokoiło wojewodzinę, jak się o tém dowiedziała. Była też i ta, od wojewodziny do starosty wymówka, że musimy nie być z jéj domu kontenci, gdy nie jest wesół, nie igra i nie swawoli, bo trzeba przyznać, że starosta wcale sobie poważnie i roztropnie postępował. Teraz za to zaczyna po pokojach skakać i biegać, i ten ma awantaż, że lubo w czém przeskrobie, co rzecz zwyczajna, lubo się nań skrzywią, jednak wymawiać nie mogą, bo sami tego chcieli. Możesz PD. sam zmiarkować, jak my tu ostrożni być musimy, jak w niepokoju ciągłym żyjemy. Wieczorem, gdy sobie wszyscy „dobranoc“ powiedzą, nadchodzi generalnéj spowiedzi godzina w pokoju wojewodziny. Kto z kim gadał, zaraz tego wołają: jeżeli domowy, pytają co gadał i z kim gadał; jeżeli obcy, to posyłają, żeby się dowiedzieć od niego. Jeden tedy przyczyni, drugi umniejszy, i tak nazajutrz różne bajki i nieporozumienia się z tego rodzą. Ks. Russian zachorowawszy, do Podkamienia odjechał ale nam doskonałą instrukcyę zostawił, wedle któréj sprawujemy się, i lubo częste, a tu zwyczajne nadchodzą przeciwności, interes pryncypalny dobrze idzie, gdyż województwo jadą do Warszawy. Przy eksplikacyi, którą miałem z wojewodziną, powiedzieć mi staroście zaleciła, żeby się nie dziwował, że mu dziś była umartwienia przyczyną; gdyż czasem matka musi szukać okazyi dla wypróbowania, czy kawaler statecznie jest przywiązany do córki? Z obligacyi wojewodziny, starościna szczerzecka jedzie razem do Warszawy. Pan starosta obszerny list do ojca swojego pisze, w którym wyraża kondycye samego pana wojewody, bez których nic być nie ma, to jest: żeby pierwszy minister nieprzyjaciół wojewody za swych własnych miał, a wojewoda zaś nieprzyjaciół ministra za swoich poczytywał. Podkomorzy od siebie namienił wojewodzie, czyliby się zaręczyny zrobić nie mogły? Na co wojewoda odpowiedział: „Kiedy do Warszawy jadę, to znać, że sobie tego wszystkiego życzę.; tu zaś nie chciałbym tego czynić, gdyż chcę, żeby ceremonia przy królu stać się mogła.“ My tu jak dusznego zbawienia wyjazdu oczekujemy, z tém wszystkiém, chociażby się podróż na kilka dni odwlekła, zupełną będziemy mieli cierpliwość, tak się rządził, jak interes po nas wyciągać będzie, ale za to starosta z wojewodzianką zobopólnie kochają się, i wojewoda bardzo dla nas grzeczny, a starostę niezmyślenie kocha.
„Podczas tutejszego festu, wielka tu była moc szlachty, któréj się tak pięknie starosta akkomodował, że go generalnie chwalili; prawda, że pić z nimi musiał, co jednak nie było ze zbytkiem, ale bez tego obejść się nie było można.“




VII.

Z tych listów widzimy najlepiéj, jaki był charakter saméj wojewodziny, jaki skład domu tego, ile trudności w przystępie nawet dla syna pierwszego ministra za Augusta III. Taki sam prawie dwór ten pozostał i późniéj, mało się w nim rzeczy zmieniło, a wojewodzina starzejąc, tylko stała się samowolniéj kapryśną, podejrzliwszą, większą jeszcze chimeryczką; wojewoda pokorniéj ulegał jéj dziwactwom, starzy faworyci coraz więcéj nabierali przewagi, i bez ich pośrednictwa i rady nie się już zrobić nie mogło.
Ks. Russian, kapelan, spowiednik, doradca wojewody, jak widzimy z tych listów, namawiał do podróży, ostrzegał starostę, i bez niego, pisze podstoli, nicby się nie skleiło! Brakło bardzo także panny Terleckiéj, która miała ucho pani...
Zdaje mi się, że to być musiała córka innéj faworyty domu, z Gedrojciów Terleckiéj, zapewne staréj sługi Potockich, bo i Gedrojć jeden znajduje się na posługach krystynopolskich, co może winien dawniéj książęcym blaskiem okrytemu imieniu. Matka, pani Katarzyna z Gedrojciów Terlecka, jak z kilku jéj listów widzimy, jest typem szczególnym rezydentki i ulubienicy.
Znać z niéj zręczną dworkę, umiejącą pozorem poufałéj rubaszności pokryć najdaléj posunięte pochlebstwo, dewocyą osłaniającą swe drobne grzeszki, przytém żartobliwą jak dawni rezydenci z obowiązku być musieli, bo dobry humor tylko znośnymi ich czynił, w dodatku nigdy niezapominającą o sobie. Listy, które do wojewody, do dzieci jego, pisywała ta pani Terlecka, tak są pocieszne, niedorzeczne, pobożnotkliwe, niby natchnione, tak malują staruszkę, iż gdyby nie ich rozciągłość, warteby były powtórzenia.
Oto mały wyjątek, który da reszty wyobrażenie.
„Ja wam donoszę serce me stateczne, myśli moje, za pomocą bozką Jezusa Chrystusa i Matki Najświętszéj, że doczekam pomyślnych sukcesów waszych. Zbliża się ten czas jego Najświętszéj Prowidencyi, uweseli serce wszechmocnością swoją, spodziewanie moje, które zawsze mam w Bogu. W tych czasach zbierze wszechmocność Boga do gromady was (rozpierzchłych Potockich) dla pociechy mojéj i uciechy mojéj; nie odmieniasz się ze swoją pokorą (!) nigdy, ze swojém łaskawém sercem, napiszże do kustosza bernardyńskiego Tyszkowskiego, żeby rezydencyę dla mnie kończył... Niech mnie twoja osoba poważna i jednostajnie miła i przyjemna, w téj potrzebie mojéj wspomoże, wnoszę supplikę moją, tak Duch Święty podał do serca mego, przyznajże mi to sama. Będziecie ukontentowani, i pomyślnemi sukcesami Bóg nas opatrzy, bądźcież tego pewni, czas się zbliża ukontentowania mego rzetelnego z usposobienia serca mego w téj machinie (!?) i t. d.“
Na końcu tego listu, który jest zbiorem modlitw, bałamuctw, proroctw i przymówień się, stoi jeszcze oryginalny dopisek:
„P. S. Przypominam sobie granicę węgierską; wina antałeczek, na mój żołądeczek. Całuję nogi wasze.“
W innym liście taż sama tak winszuje wojewodzie:
„W jedności i świąt, choć po czasie, i patrona świętego w następującym, winszuję panu mojemu, życząc jak najszczerzéj od Pana Boga i życia, i zdrowia, i sił jak najczerstwiejszych, ażebyś ze zwycięzcą Panem zwyciężał, a ze świętym patronem dojeżdżał (?), jeśliby gdzie się mógł znaleźć jaki nieprzyjaciel.
„Miałam pragnienie i chęć, kiedyś miłościwy panie był na Rusi, odezwać się i dziękować ci za twoje wspomnienie i pamięć u stołu w Krystynopolu; nie zatrudniałam go, i dla krętaniny jego po Rusi, nie dojeżdżałam go z literą moją, i dla was nie byłoby żadnego uspokojenia, jedno dla mnie, bo się miłościwy niedarmo kręcił.“
Daléj o różnych rzeczach, a w końcu choć pisze ze Lwowa tylko, dodaje: „W tym kraju, jak w niedźwiedziém zostaję uchu,“ i kończy prośbą o sztuczkę atłasu, podpisując się: „Katerzina z Gedroiciow Terlecka.“ Córki to téj dewotki i prorokini panny Terleckiéj, nie zastawszy podstoli w Krystynopolu, ubolewał bardzo, że mu jéj nie stawało; liczyła się bowiem do ulubienic pani wojewodziny, a bez ks. Russiana, panny Terleckiéj, a daléj bez innych pośredników, ciężko sobie było na dworze poradzić.




VIII.

Wesele wojewodzianki Maryi z Brühlem, starostą warszawskim, poprzedzone zaręczynami, odbyło się ze splendorem, który także dać może wyobrażenie pańskości domu i przepychu, z jakim występowali Potoccy. Wojewoda poznański, dziad panny młodéj, sam dla słabego zdrowia nie mogąc być przytomnym na akcie zaręczyn, dnia 15 maja 1759 roku napisał z Brodów przesyłając pierścień i błogosławieństwo, wynurzając żal, że akt zaręczyn w jego domu odbyć się nie mógł. Zrękowiny miały miejsce w Krystynopolu d. 3 czerwca 1759 r., przybyło na nie mnóztwo pozapraszanych gości, sąsiadów, szlachty, podkomorzy koronny i wiele innych osób, przyjechał i ks. Russian tempore opportuno dla błogosławieństwa, z pod Kamienia umyślnie w wigilię przywołany. O godzinie szóstéj wieczorem zaczęto bić z armat na wałach, wszyscy się udali do kościoła, i tu ks. Russian w imieniu narzeczonéj włożył na palec starosty warszawskiego kosztowny pierścień, który razem z listem od wojewody poznańskiego przywiózł starosta leżajski. List ten i błogosławieństwo czytano publicznie. Pokazująca się w Krystynopolu ospa o mało nie przewlekła tych zaręczyn, coby było mogło i całe zerwać układy przy zwykłych przywidzeniach i kaprysach wojewodziny. Szczęściem nie uważano na nią.
Wesele, które się także w rezydencyi wojewodów odbyło, niemniéj było wystawne i wspaniałe; zaproszeni na nie zostali wszyscy posłowie dworów zagranicznych, ministrowie, wielu biskupów, wojewodów, książąt, przyjaznych domowi Brühlów i Potockich. Każdego wedle możności przyjmowano z przepychem godnym Pilawitów. Od pałacu do kościoła OO. Bernardynów, cała ulica wysłana była suknem czerwoném, którędy nowożeńcy i dostojni goście szli do ślubu. Zbytek i okazałość były tak wielkie, że koszta weselne obrachowywano naówczas na 253,000 złotych...
Dla jednego fajerwerku, który dnia tego miał być spalony na cześć młodéj pary, sprowadzono umyślnie z Warszawy P. C. G. Deybel'a de Hameran, porucznika i adjutanta artylleryi koronnéj, najbieglejszego pyrotechnika owego czasu. On urządzał wielki dramat ognisty, którego szczegóły pozostały nam w planie własną jego ręką skreślonym.
Prolog jego stanowił wystrzał z dział dwunastu; praeludium trąby i kotły grzmiące. W akcie pierwszym na lewém skrzydle ukazywała się cyfra M. P. (Marya Potocka), w białym ogniu uwieńczona koroną; na prawém F. B. (Fryderyk Brühl), równie jaśniejąca i ukoronowana. Między cyframi dwanaście fontan wyrzucało krople iskrzące, a powyżéj Opatrzność w symbolicznym czuwała trójkącie. Akt II i III niewiele się różnił zresztą od pierwszego; spalono niesłychaną ilość rac à la ferte, szmermelów, bukiet à la girandola, kaskad i t. p. W ostatku ogromne zabłysło:

Vivant!

wśród błękitnych ogniów, znowu Opatrzność nad niém, a wkoło kaskady, bukiety, fontanny, girandole, ogniotryski à la ronde.
Wiele się tak pieniędzy wyrzuciło z ogniami na tém weselu, wiele spaliło prochu, wiele wypiło wina; ale wojewoda po książęcemu, po królewsku, jak mówiono, wystąpił; gadała o tém cała Polska i gazetki latały po kraju.
Miarkujmyż z téj próby, jak magnat ten wysoko musiał się nosić, gdy z ręką córki drożył się dla syna pierwszego wówczas i wszechmocnego ministra; gdzie musiał myślą sięgać i jak daleko dla syna i jedynego po sobie następcy! Wszystko, co go otaczało, malało i drobniało w oczach jego, w obec własnéj wielkości. Jedna jeszcze korona, któréj nad cyframi nowożeńców nie zapomniano umieścić, mogła pragnienie wojewody uspokoić i zdawać się godną zabiegów, należnym wieńcem dla jego posiwiałéj skroni... ale korona ta stała się niepodobieństwem!




IX.

Jedynym synem pana wojewody kijowskiego był Stanisław Szczęsny, który jako jedynak, przyszły dziedzic ogromnéj fortuny ojcowskiéj i spadkobierca sławnego imienia Potockich, wychował się pieszczotliwie, troskliwie, starannie, otoczony pilnością największą, ale wcześnie został to dogadzaniem, to nieustanném wodzeniem na pasku popsuty. Poznaliśmy już charakter dziwaczny wojewodziny i jéj nad mężem przewagę; z tego łatwo wnieść, jak się obchodzono z jedynakiem. Pieszczony i psuty, trzymany był zarazem w rygorze największym, nie mając własnéj woli, zmuszony słuchać skinienia matki. To obejście, na przemiany to zbyt pobłażliwe, to za surowe, dziwactwo kobiety, która czasem gniewała się, gdy nie było czego, rojąc sobie grzechy i przestępstwa, lubo istotnym przewinieniom folgowała do zbytku, musiało wpłynąć na charakter Szczęsnego, a zamknięcie w domu i odosobnienie spowodowało tęsknotę, pragnienie rozrywki i niepokój wewnętrzny.
To, co Kołłątaj z plotek i wieści przesadnych opowiada o wychowaniu młodego Potockiego, wygląda na fałsz zupełny, i na niedokładnych jakichś zbudowane jest pogłoskach. (Stan oświecenia w Polsce. Poznań, 1741 — 43, 45 str.). Być może, iż dumna kobieta dozwolić nie chciała, żeby syn jéj z dala od niéj wychowywał się w konwikcie pijarskim, chociaż tam już i inni znajdowali się Potoccy; ale wybór ks. Wolfa, Pijara, nie był tak zły, jak go maluje Kołłątaj, a o żadnym Bernardynie do dozoru chłopca przydanym i Francuzie kamerdynerze nie wiemy... Ci świadkowie oczywiście, którzy ks. Kołłątajowi opowiadali, że Pijar z Bernardynem po całych dniach grywali w maryasza, Szczęsny z kamerdynerem Francuzem bawił się w garderobie, preparując limonadę, może raz na coś podobnego trafili, i z tego razu wnioskowali zbyt śmiało...
Bardzo być może, iż Szczęsny księdzu Wolfowi oddany nie miał wolności widywania rodziców, prócz pewnych godzin w dniu na to wyznaczonych, być może, iż czasem strofowany był lub karany, ale to nie tak wyglądało, jak chce ks. Kołłątaj. Jest nawet sprzeczność w samym tym opisie, a przesada widoczna.
Wiemy zkądinąd, od tych, co na dworze Potockich żyli, że gdy Stanisław doszedł do lat, w których nauki powinien był rozpocząć, dobrano mu troskliwiéj nauczycieli, ułatwiając paniczowi instrukcyę.
Po długiéj swobodzie dziecinnéj, powiada pamiętnik Anonima, gdy nagle otoczony guwernerami pod dyrekeyą ks. Wolfa Pijara, zmuszony tyle na raz rzeczy dźwignąć, umysł jego z razu nie mógł temu wystarczyć, był znużony, ociężały, uwagi zebrać niełatwo mu było, i do lat piętnastu tępą miał pamięć i pojęcie, tak dalece, że ks. Wolf zaczął powątpiewać o jego przyszłości. Dopiero późniéj po przebyciu téj kryzys, umysł jego orzeźwiał, ożywił się i więcéj jakoś począł rokować nadziei. Wychowanie to zresztą, acz staranne, było powierzchowne, skończyło się już około lat dwudziestu. Ale i w tym wieku Stanisław nie uzyskał największéj swobody, a tryb życia jego wcale się nie zmienił, wodzono go ciągle na paskach jak dziecię, w największéj trzymając podległości, tak, że z każdego kroku spowiadać się musiał, i nic bez dozwolenia matki począć nie miał prawa. Otaczająca go opieka nieustanna, niespokojna, podejrzliwa odejmowała mu wszelką samoistność, a dziwactwo matki i surowość ojca tém więcéj ciążyły, że dwudziestoletni chłopiec był właśnie w wieku, w którym się najbujniejsze rozwijają marzenia, najgwałtowniéj wybuchają namiętności. Pragnienie widzenia świata, użycia go, poznaniu ludzi, skosztowania wszystkiego, co mu dotąd było obce, niepokoiło młodzieńca, którego zniewieściałość łączyła się z trochą dumy, z trochą polskiego lenistwa i wczesném rozdrażnieniem chorobliwém. W rysie tego charakteru, który się łatwo w ten sposób pojmuje, idziemy za wskazówką Anonima, a ten powiada, że widząc się młodym i bogatym, zrodzonym i przeznaczonym do najwyższego świata, który wówczas był światem uciech i namiętności, nie mogąc wyjść na swobodę i zerwać krępujących go więzów, Stanisław stał się smutnym, małomownym, onieśmielonym. Wzdychał do wolności, któréj inni mieli tyle, a on nic prawie, kręcił się niecierpliwie w ciasném kółku krystynopolskiego życia, w którém był zamknięty, i obumierał w téj niewoli. Pomimo tego usposobienia, pochodzącego z temperamentu namiętnego, widać ze wszystkiego, że umysł dojrzewający powoli, ospały jeszcze w piętnastym roku życia, serce także troskliwie było przez ks. Wolfa kształcone, popędy miał dobre, chęci szlachetne, woli i charakteru nic a nic. Zwykły to skutek długiego rygoru, który wszelką odejmuje sprężystość i siłę, nie dając im się rozwinąć. Stanisław umysłem pracować nie miał ochoty, ani potrzeby, serca zaś dowodów dać mu nie dozwalano. Na drobne jego wydatki dawano mu tylko sto dwadzieścia czerwonych złotych, z których matce troskliwéj, do najmniejszego grosza zdawać musiał rachunek. Wojewodzina kochała go namiętnie, ale ta miłość przy zgryźliwym jéj charakterze, przy tysiącznych obawach, czyniła ją do zbytku despotyczną, tak, że i władzy, i powagi, i miłości swéj nad nim nadużywała.
Ks. Wolf Pijar, któremu powierzono kierunek wychowania młodego Stanisława, wybrany być musiał przez Potockich z kollegium w Warężu, majętności ich po Łaszczach odziedziczonéj, założonego przez pana wojewodę, bo ks. Wolf zostając przy dworze, opiekował sic zawsze domem waręzkim, ubogą rezydencyą, którą otaczały, jak z jego listów widzimy, drewniane klitki żydowskie. Kollegium to i konwikt późniéj pod panowaniem austryackiem upadły.
Mało na nieszczęście wiemy o tym nauczycielu, który wpływ znaczny wywrzeć musiał na swojego wychowańca. Chrząszczewski w pamiętnikach maluje go jako człowieka zacnego, uczonego, przykładnego, ale wedle pojęć wieku prowadzącego młodego dziedzica Potockich. Wszczepił on w serce ucznia, powiada przywiedziony, mocną wiarę i uczucie religijne, zamiłowanie sprawiedliwości, ojcowską pieczołowitość o dobro ludu, nad którym miał panować, pojęcia, jak je naówczas zwano, dosyć liberalne. Co do zasad politycznych, idąc za powagą Jana Zamojskiego, wedle tego, jak naówczas go pojmowano, za duchem czasu, jaki w Polsce panował, wpoił w niego przekonanie niezłomne, że tron elekcyjny i demokracya szlachecka z prawem powszechnego głosowania i rolą, jaką miała w Rzeczypospolitéj arystokracya, słowem budowa stara i formy rządu tradycyjne, były nietykalną źrenicą swobód polskich.
Widzimy w późniejszym kierunku Stanisława rozwijające się te pojęcia wszczepione przez ks. Wolfa, szczególniéj w projekcie nowéj formy rządu posłanym przezeń do Petersburga, po akcesie króla do Targowicy, który w Dyaryuszu podróży swéj, z opowiadania Ad. Moszczeńskiego, daje hr. Konstanty Plater.
Ale w chwili, w któréj się ta powieść poczyna, a Stanisław życie od niewoli i westchnień do swobody, nie śniły mu się jeszcze przyszłe polityczne prace, chciał najprzód mieć prawo do życia; każda chwila w ciszy krystynopolskiéj upływająca, zdawała mu się straconą.
Ojciec i matka dotąd go ani krokiem z pod oka swego nie wypuszczali, nie wyjeżdżali nigdzie, nie wydalał się z domu rodzicielskiego bez dozorców. Wojewoda jednak starał się już uformować dla niego dwór osobny, i przywiązał do niego z tytułem marszałka Karola Sierakowskiego, starostę zanideckicgo, któremu najwięcéj ufał, czyniąc go raczéj mentorem Stanisława, niż głową dworu, który dotąd nie istniał jeszcze.




X.

Niewiele mamy szczegółów o hrabi Karolu Sierakowskim, staroście zanideckim; własne jego tylko posiadamy zeznanie, że w téj porze, liczył już sobie na dworze i w usługach rodziny Potockich przebytych lat dziewiętnaście. Nie musiał więc być młody, i był już naówczas, juk wspomina w listach swych, żonaty. Gdy mu powierzono bliższy nadzór i niejaką opiekę nad młodziuchnym starostą bełzkim, nie chciał i nie mógł być nazbyt ostrym dla niego; a chociaż się późniéj téj myśli wypierał, zapewne na przyjaźń jego, dobre serce i łaskę pańską w przyszłości pracować musiał. Ale puszczeniu cugli i zbytniéj swobodzie syna, oko pani wojewodziny stało na przeszkodzie; czuwała ona pilnie nad Stanisławem, nigdzie mu się nie dając wydalać, powracającego wybadując pilnie o każdą chwilę spędzoną za domem. Czasy to były niespokojne, a pozycya kraju niepokój ten macierzyński poniekąd tłómaczy. Kraj cały wrzał konfederacyą barską i w saméj rodzinie Potockich niektórzy czynnie, inni to ręką, to sercami jéj sprzyjali i pomagali. Wojska cudzoziemskie i oddziały konfederatów snuły się wszędzie, około samego nawet Krystynopola. Nieraz prom tutejszy kazano spuszczać do Sokala, aby nim nie ułatwiać przeprawy na brzeg przeciwny konfederatom, przeciw którym wysłane komendy przez Wojejkowa i Kreczetnikowa, Tartaków, Sokal i okolicę zajmowały.




XI.

W okolicy Krystynopola, w majętności Susznie, na starym drewnianym zameczku, mieszkali państwo Jakóbowstwo Komorowscy, starostwo nowosielscy. Jakób Komorowski (póżniéj kasztelan santocki) i Anna z Werbny Pawłowska, żona jego, byli szlachtą starą, dobrego rodu, ale niemajętną i liczną obciążoną rodziną.
Familia to była znakomita niegdyś i arystokratyczna, dziś podupadła.
Herb Korczak, do którego należeli Komorowscy, zdaje się być cudzoziemskiego, może węgierskiego pochodzenia, jawi się jednak w Polsce w XII wieku. Komorowscy w Węgrzech i w Polsce zarówno na dobre imię krwią wylaną zarabiali: w Węgrzech z Władysławem królem wsławił się Mikołaj i tam mu nadany został tytuł hrabi na Orawie i Liptowie, którego Komorowscy od XV używali wieku.
W r. 1474, Piotrowi Komorowskiemu siedm przezeń posiadanych zamków w Węgrzech: Rosenberg, Hradek, Sobieniacz, Starygrad, Gród Św. Michała, Orawę i Liptów, odebrał Matyasz król węgierski, poczém zubożony Piotr musiał do Polski się przenieść. Król Kazimierz, powiada Niesiecki, puścił mu trzy zamki na pograniczu Węgier: Berwald, Seflory i Żywiec, późniéj zamienione na Krystynostaw; Żywiec jednak w imieniu Komorowskich długo późniéj zostawał.
Potomkowie tych Komorowskich liczyli się i związkami i znaczeniem do najznakomitszych rodzin w Polsce; spokrewnieni z Tarnowskimi, Myszkowskimi, Lanckorońskimi, należeli do koła ówczesnéj arystokracyi. Wszyscy prawie zajmowali krzesła znaczniejsze w senacie. Kasztelania oświecimska ciągle niemal zostawała w ich rodzie; mieszkając na pograniczu od Węgier, stali niejako na straży z téj strony. Odznaczających się mężów nie liczyła wprawdzie rodzina, ale ludzi użytecznych i skromnych, którzy obowiązkom obywatela czynili zadość, posłując na sejmy, sprawując funkcye deputatów na trybunały i t. p. Z czasem jednak nie mogąc się wyżéj dźwignąć, rodzina ta powoli jakoś ubożała i podupadała, kolligacye jéj nie pomnażały majętności, a coraz też były skromniejsze; dawną świetność zastępowała mierność i cichy żywot wiejskiego szlachcica. Już w XVIII w. dawni hrabiowie na Orawie i Liptowie zeszli byli na średniéj fortuny pospolitą szlachtę, choć ród ich bezsprzecznie do starych i pańskich należał, ale w Rzeczypospolitéj mało zważano na prozapie i genealogie, skoro ich nie podnosiła potęga związków familijnych i możność.
Michał, łowczy tylko buski, dziedzic na Susznie i Niestanicach, za młodu żołnierz, późniéj osiadł w domu i ożenił się z Barbarą Łopacką podstolanką ciechanowską, z któréj miał syna Jakóba, jak się zdaje tego właśnie, którego tu jako starostę nowosielskiego i sędziego buskiego poznać mamy.
Największym luminarzem rodziny w ostatnich czasach, był w r. 1759 zmarły, prymas arcybiskup gnieźnieński, Adam Komorowski, stryj Jakóba, jak go Krasicki zowie, dobry administrator i gospodarz, syn kraju użyteczny, który najwyższą w kościele polskim zająwszy godność, znowu rodzinę swą podniósł wyżéj i świetne jéj czasy przypomniał.
Jak widzimy z tego, rodzina hrabiów na Orawie i Liptowie Korczaków Komorowskich, wiele co do pańskiego pochodzenia, dostojności i starożytności wcale nie ustępowała Potockim, ale była uboga, podupadła, a jeden niedawno zmarły prymas nie mógł w niéj zastąpić hetmańskich buław, których tyle piastowali Pilawitowie. Co gorsza, gdy Potoccy władali niemal krajem, gdyż dobra ich rozległością wyrównywały niejednemu państwu środkowéj Europy, — Komorowscy mieli tylko parę wiosek dziedzicznych w Rusi, Suszno z zameczkiem i Niestanicę, jakieś dobra w Wielkiéj Polsce, po żonie Pawłowskiéj wzięte, a z łaski królewskiéj starostwo nowosieleckie i podlisieckie. Nie wiem czy dobra wielkopolskie z kilku wiosek złożone znaczną stanowiły majętność, ale przy ogromie fortuny Potockich, licho to jakoś wyglądało. Nie mogli się oni wcale mimo starego i pięknego imienia, położeniem towarzyskiém mierzyć z Pilawitami, choć szlachectwem byli im równi i wcale od nich niegorsi.
Jakób nasz, syn Michała Komorowskiego, łowczego buskiego, dziedzica na Suszni i Niestanicach, o którym Niesiecki wzmiankuje, „że był człowiekiem godnym i z młodszych lat rycersko traktował, dawszy niemałe dowody mężnego serca w różnych okazyach,“ urodził się z Barbary Łopackiéj, podstolanki ciechanowskiéj, herbu Lubicz. Za czasów Niesieckiego w szkołach jeszcze zostawał.
Zdaje się, że późniejszym jego losem zajął się stryj prymas, i jego protekcyi, a potém ożenieniu i kolligacyom pozyskanym przez nie, winien był Jakób łaski królewskie, które nań spływały. W r. 1759, d. 29 sierpnia (Sigillaty 28 — 224), mianowano go łowczym lubaczewskim. Już z tym tytułem przebywać musiał w W. Polsce przy stryju prymasie, który mu dopomógł do bogatego dosyć ożenienia z Antoniną Pawłowską, jedyną dziedziczką dóbr Wymyślonki, Werbny, Zębówki i t. d. Stać się to musiało wspólnemi zabiegi prymasa i wpływem stryja rodzonego panny, księdza Józefa z Werbna Pawłowskiego biskupa niocheńskiego, archidyakona pszczańskiego, officyała generalnego poznańskiego.
W r. 1752 spisana intercyza przedślubna, ciekawy zkadinąd pomnik, da nam lepiéj poznać stan przyszłych rodziców Gertrudy, a przywieść ją témbardziéj tu należy, gdyż wyraźnie służyła za wzór do intercyzy Stanisława Szczęsnego...
(Obligat 62-437).
„Między WW. Ichmościami pany Michałem Pawłowskim, niegdy JWJMPana Adama Pawłowskiego, kasztelana biechowskiego z niegdy Jej Mością panią Franciszką z Trąbczyńskich małżonką spłodzonym synem, i Jej Mością panną Maryanną z Gozdzkich kasztelanicami biechowskimi, małżonkami z jednéj, a WJMć panem Jakóbem Komorowskim, łowczym lubaczewskim, generałem adjutantem polnéj buławy WJMć pana Michała Komorowskiego łowczego buskiego, a niegdy Jej-Mością panią Barbarą z Łopackich spłodzonym synem, z drugiéj strony, stanął prawny kontrakt intercyzy i w niczém nieodmienne postanowienie w niżéj opisany sposób:
„Iż WJMPan Jakób Komorowski, mając w pierwszéj konsyderacyi szacunek starożytnych i dystyngowanych w ojczyźnie familij, których zbawienne czyny nietylko zaszczyt i nieśmiertelną sławę w całéj merentur Rzeczypospolitéj, ale też przez konjunkcyę drogiéj krwi swojéj wspaniałe w Europie czynią ozdoby (!), zapatrując się oraz na wielkie przymioty Jej-Mości panny Antoniny Pawłowskiéj, tychże WW. Ich Mość kasztelanów biechowskich córy, że w pierwiastkach kwitnącego dopiero młodego wieku swego przez wrodzoną modestyę i doskonałe akcye, speciosa virtutum decora, niepłonną dalszego wieku jéj przyszłych szczęśliwości ominuje nadzieję, chęcią i umysłem téjże JMości panny Antoniny Pawłowskiéj skłonione niesie serce, o dożywotnią téjże JMć panny Pawłowskiéj za interpozycyą JO. księcia JMci Adama na Orawie i Liptowie Komorowskiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego, prymasa Korony Polskiéj i W. Ks. Litewskiego, listownie tak do W. kasztelanica ojca, jako też JW. Józefa z Werbna Pawłowskiego, biskupa niocheńskiego, archidyakona pszczańskiego, officyała generalnego poznańskiego, stryja rodzonego, nadgłoszoną, tudzież za wielkich i godnych J. W. W. przyjaciół instancyą konkurując i starając się przyjaźń: wzajemnie JMć państwo kasztelanicowie biechowscy znają dobrze godność i dystyngowanéj krwie domu JJ. Oświeconych Komorowskich nieśmiertelną estymacyę nomenque beatum, że przy znakomitéj w ojczyźnie a seculis reputacyi postronnych europejskich, a blizko krwią skolligaconych familij, tak drogi dla siebie mają zaszczyt; tedy IMć pan kasztelanic biechowski ojciec córkę swoją, JW. JMć ksiądz biskup niocheński stryj, synowicę in sociam vitae et thori conjugalis Wielmożnemu JMci panu łowczemu lubaczewskiemu deklarują et in hanc finem, diem benedictionis matrimonii wyznaczenia i o woli i dyspozycyi WJMości pani Maryanny z Grodzkich Pawłowskiéj, kasztelanicowéj biechowskiéj matki JMci panny Antoniny Pawłowskiéj pod Warszawą w dobrach swoich z tąż córką swoją rezydującéj i tu przytomnéj, oddają i referują.
„A lubo WJMć pan generał adjutant amicam non thesaurum quaerit, drogim tylko szacunkiem wielkiéj krwi i miłéj osoby JMć panny Antoniny Pawłowskiéj kontentuje się, jednakże WJMć pan Michał Pawłowski, kasztelanic biechowski, ojciec, téjże córce swojéj unicae naturali succestrici, pro interim de bonis paternis summę dwóch kroć sto tysięcy (200,000) coram actis Castrensibus Posnaniensibus die hodierna, zapisuje, od któréj to summy dwóch kroć sto tysięcy procentem pieniężnym ze wsiów Niemieckich Wymyślonki, Werbna Zębówka nazwanych, ad classem tegoż WJMć pana kasztelanica divisione fraterna aplikowanych, sine ullo additamendo takim, jaki ad praesens importabant corocznie, idque prarcise na dzień świętego Marcina biskupa, inchoando w przyszłym da Bóg roku 1753 Wgo łowczego lubaczewskiego kontentować deklaruje. Że zaś WJMć pan Komorowski unicam haeredissam bonorum paternorum notabilis substantiae actualiter existenitis, jako też successionum in futurum desolvendarum succestricem bierze i ad reformandum ex ratione immobilis substantiae non obligatur, więc in recompensam tam amplae substantiae summę 100,000 złp., itidem futurae consorti suae et ejus succcssoribus de lumbis sui recognoscentis procedentibus, na dobrach swoich zapisać tenebitur i tenże zapis ante inita vola conjugalia ad propria acta terrae Bustensis per oblatum podać przyrzeka; tudzież tę summę przez siebie zapisaną w dalszym czasie w województwo tutejsze poznańskie wnieść obowiązuje się. Wielmożnéj zaś JMć pani kasztelanicowéj, matce JMć panny Antoniny Pawłowskiéj a małżonce swojéj, WJMć pan kasztelanic biechowski do uczynienia favore córki swojéj jakowéj tranzakcyi de bonis maternis in aasistentia omicorum facultatem praebet. Deklaruje zatém tenże WJMć pan łowczy, że królewszczyzn, starostw, jakie ex gratia distributiva J. K. Mości mieć może, jura commucativa na Wą Jejmość małżonkę swoją przyszłą otrzymać i onę ad participationem tych starostw i królewszczyzn przypuścić. To zaś ostrzega WJMć pan kasztelanic ojciec, aby w czasie przyszłym przerzeczony WJMć pan łowczy, Jejmości przyszłéj małżonki swojéj do żadnych zapisów szkodliwych, któreby saperent laesionem nie przywodził, prócz dożywocia zobopólnego. A jeżeliby jakie subsequi miały, nullitatis vitio subesse powinny. Który to kontrakt i w nim wszystkie opisane kondycye tam in toto, quam in quacis minima parte strony wstrzymać i ziścić sub vadio summis supraescriptis correspondente przyrzekają, forum in ensu contravenionis ubiquinarium w województwach wielkopolskich naznaczając, podpisami rąk własnych i przyjaciół, przy położeniu herbowych pieczęci stwierdzają, onże księgami grodzkiemi poznańskiemi roborują. Działo się w Poznaniu d. 23 listopada 1752 r. Ksiądz Józef z Werbna Pawłowski biskup niocheński manu propria. (Locum sigilli gentilitii rubra expressi). — Michał z Werbna Pawłowski (L. s. g. c. r. ex.). — Jakób Komorowski, łowczy lubaczewski, generał adjutant manu propria (L. s. g. c. r. e.) — Franciszek Nakwaski podkomorzy ziemi wyszogrodzkiéj, przyjaciel przytomny m. p. (L. s. g. c. r. e.) — Ksiądz Wierusz Walkowski, przytomny przyjaciel m. p. (L. s. g. c. r. e.).“
Snadż silnie popierany przez prymasa najprzód, potém przez Gozdzkich, — bo matka żony jego była, jak się zdaje, siostrą rodzoną Stanisława Bernarda Gozdzkiego, najprzód kuchmistrza koronnego, późniéj wojewody podlaskiego, który miał wpływy i stosunki u dworu, gdzie, jak i u Czartoryskich dobrze był położony — protegowany przez Młodziejowskiego, Jakób Komorowski, dostawszy owo łowiectwo lubaczewskie i tytuł generał-adjutanta polnéj buławy, miał sobie nadane w roku 1763 stolnikowstwo horodelskie po Michale Komorowskim, w r. 1765 sęstwo ziemskie buskie, w tymże roku konsens na ustąpienie wsi Podlisek, Stroniatyna i Obyder, a póżniéj Nowegosioła i Kuszelowa, z prawem kommunikacyjném dla żony, daléj sęstwo pograniczne kijowskie w r. 1770...
Chociaż przez swe stosunki z Godzkimi i Młodziejowskim, Komorowski liczy się do przeciwnego Potockim stronnictwa, nie tamowało to sąsiedzkiéj zażyłości jego z Potockimi, gdy i kolligacya jakaś między temi dwoma domami dawniéj już egzystowała. Komorowscy jeździli do Krystynopola, a województwo oboje mile ich u siebie przyjmowali. Rodzina Komorowskich była już dość liczna naówczas, jak się z genealogii okazuje; sędzia buski z Antoniną Brygidą Pawłowską miał oprócz córki Gertrudy, Antoninę, Kordulę i Józefę, a z tych jedna już była zamężna za starostą rahodowieckim; oprócz tego czterech synów: Franciszka (Antoniego), Józefa, przyjaciela późniéj i towarzysza podróży za granicę Stanisława Potockiego (niedawno zmarłego), Antoniego i Augustyna (żonatego z Poletyłówną), których potomkowie do dziś dnia żyją w Galicyi. Córki, oprócz Gertrudy, powychodziły późniéj za mąż: Antonina za hr. Ilińskiego, Kordula za Teodora Potockiego, Józefa za Rostworowskiego.
Panny Komorowskie, szczególniéj Gertruda, wszystkie były piękne, a że Krystynopol niebardzo przez sąsiadów odwiedzany, często smutną stał pustką, każdego gościa, témbardziéj wesołą młodzież i dziewczęta, mogące być przyzwoitém towarzystwem dla panien Potockich, widziano mile...
Nikomu jednak pewnie z owego Pilawitów domu, który się tak wysoko mieścił na polskim zodyaku, wedle wyrażenia panegirystów ówczesnych — nie przyszło nawet na myśl, nie postało w głowie, by się te sąsiedzkie stosunki z Susznem kiedykolwiek ścieśnić miały i do jakiegoś połączenia otworzyć drogę. Potoccy byli możniejsi, i najmniéj sto razy bogatsi od Komorowskich, a jedynak dynasta marzyć miał prawo najmniéj o udzielnéj księżniczce.
Zresztą miał już ojciec Stanisława, pan wojewoda kijowski, pewne projekta na syna. Najściślejsza przyjaźń łączyła go z Mniszchem marszałkiem koronnym, dziedzicem Dukli, i rodzice od dawna osnuli poswatać z jedynaczką jego córką Józefą. Nowe jednak położenie Mniszcha, który się od dworu usunął, i lekki cień opozycyi miał na sobie, zmniejszenie jego znaczenia, odstręczało może wojewodę od związku z drugiéj strony pożądanego dla majętności i stosunków. Powiadano, że Franciszek Salezy marzył niekiedy o poswataniu Stanisława starosty bełzkiego, z jakąś udzielną księżniczką Rzeszy Niemieckiéj.
Tak stały rzeczy w Krystynopolu, gdzie się starzy państwo nudzili trochę osamotnieni, niepokoili konfederacyą, a młody następca ich zżymał się w więzach, które potargać pragnął, gdy niespodziany wypadek zamącił pokój, jaki tu jeszcze panował, i krwawe, straszne, brzemienne śmiercią i burzą poprowadził za sobą następstwa.




XII.

Znane są wypadki dziejowe tych lat, i powtarzać ich kreśląc ten obraz nie mamy potrzeby; chcemy tylko chwilę, w któréj się rozwinął nasz dramat, nieco scharakteryzować, przypominając czytelnikom, wśród jakiego nieszczęśliwego i zaburzonego stanu kraju rozpoczęła się ta sprawa, która mimo gorszych zaprzątnień całéj Polski, zwróciła ku sobie oczy i serca wszystkich.
Polska przebywała właśnie kryzys, która się od 1764 roku do ostatnich lat XVIII wieku nieprzerwanie ciągnie. Konfederacya barska wewnątrz i za krajem, choć codzień mniéj dająca nadziei, trwała jeszcze, dźwigała się, pracowała wspierana przez przyjaciół i adherentów, którzy zmuszeni siedzieć spokojnie, spoglądali ku niéj, i w cichości usiłowali jéj dopomagać. Całe stronnictwo Potockich z nadzwyczajną ostrożnością, tłómaczącą się położeniem samém, ale ze szczerém i gorącém współczuciem, a nienawiścią, jaką miało dla familii, obracało się ku niéj. Mniszech, Potocki wojewoda kijowski, Lubomirscy utrzymywali ciche, ale częste korrespondencye z Demiatą, Preszowem, Paryżem, ze wszystkimi, jak ich wówczas nazywano, Rozesłańcami. Listy ich pisane cyframi, lub pod różnemi figurami, latały z rąk do rąk po kraju, przepisywane i kommentowane — były to gazety nadziei. Każdy ich wyraz tłómaczono sobie, każdy z nich bijący promyk rozkładano na tęczowe barwy. W niektórych z tych biletów generalność zwano królową, trzy państwa ościenne chodziły pod nazwiskami miedzi, rubinu i perły, hetman Branicki zwał się kielichem i t. p. Każdy z konfederatów miał takie umówione nazwisko.
O każdym ruchu konfederacyi i jéj projektach wiedziano w kraju dostatecznie; przychodziły wieści o jéj niedostatku, o wyjeździć Dumourière’a do Wiednia, o zabiegach rozesłańców we Francyi, przeciw którym, jak w kraju biegała pogłoska, pani Poniatowska (?) z p. Luillierem jechać miała na dwór Ludwika XV, dla zyskania u pani du Barri, sprzymierzeńca party i królewskiéj.
Starano się zaradzić niedostatkowi generalności w Turcyi, ciesząc się szacunkiem i sympatyą, jaką dla niéj okazywali Turcy, i porządkiem, który tam w garstce wychodźców gorliwi naczelnicy zaprowadzali. Tymczasem przeciwko pozostałym w kraju konfederatom, czynnie, wszelkiemi środkami działał Poniatowski; wielu słabszych w téj chwili porobiło recessa od konfederacyi, jak stolnik Wessel i Zakrzewski, i ci zaraz po odrzeczeniu się barszczyzny z wiezienia na Pradze uwolnieni zostali. Bie...... z natchnienia dworu ogromny swój manifest przeciw generalności w Piotrkowie głosił; ścigano pozostałych Barszczan około Sanoka, i nieustannie pozostałe ich garstki trapiono z pomocą wojsk cudzoziemskich. Z drugiéj strony napróżno usilnie tentowano o zgodę z generalnością, ofiarując nietylko przebaczenie, zwrot konfiskowanych dóbr, ale łaski, byleby pociągnąć konfederatów, do których posyłano sekretnie, kuszono silnie, choć bezskutecznie.
Od strony Pruss wyciągniony kordon ze Szlązka na Wieruszów i Rojów, zajmował część Wielkiéj Polski z niezmiernym uciskiem od wojsk pruskich, które furażowały, wyjadały magazyny i wywoływały krzyki rozpaczliwe posiadaczy majątków. Dowódcy pruscy straszyli ich kiestrzyńską fortecą. Nigdy i nigdzie wśród tych wypadków nie znajdujemy takiego przeciwko gwałtom oburzenia, jak tu z okazyi wojsk pruskich. Niedziw, że przypisując to królowi pruskiemu, morzono go co chwila, donoszono, to że już skończył, to że puchliny srogiéj dostał i wkrótce umrzeć musi, a najbieglejsi politycy ówcześni, opierali się (niestety!) na wiadomościach, jakie im z Pruss do Gdańska wracający szyprowie przynosili.
Z Austryi, mówiono, że cesarz miał się starać o koronę polską (którą niemal za wakującą uważano) dla krewniaka swego księcia Alberta Cieszyńskiego. Rossyjski ambassador w Warszawie właśnie się zmieniał. Repnin przeznaczony był do czynnéj armii tureckiéj, interim po nim sprawiał książę Wołkoński, oczekiwano Saldern'a, łagodniejszego charakteru człowieka, mającego, jak głoszono, posłannictwo zgody i pokoju, który z siostrzenicą, jako gospodynią domu, z truppą aktorów francuzkich i wielkiemi przygotowaniami, co chwila był spodziewany w Warszawie. Prawie na wyjezdném Repnin znajdował się raz na obiedzie u pani Bystrzynéj, razem z biskupem kujawskim (Antonim Ostrowskim, późniéj prymasem), kuchmistrzem koronnym i wielu innymi. Mowa się wszczęła o przeszłych wypadkach, a Ostrowski nieostrożnie rzekł, że najwięcéj nieprzyjaciół zrobiło królowi wywiezienie senatorów. Ambassador na to z uśmiechem podniosłszy głowę:
— Księże biskupie — rzekł — mówisz o gwałcie; nigdybym ja go nie popełnił, gdybyście sami o to u mnie nie nalegali, gdybyście nie prosili i w kilkunastu do mnie nie podpisali petycyi... W liczbie tych kilkunastu i waszéj ekscellencyi mam własnoręczny podpis.
Widelec ze sztuką-mięsa do ust niesiony, wypadł z rąk ks. Ostrowskiemu.
— Mojego podpisu tam nie ma! przerwał spokojniéj kuchmistrz koronny.
— Tak, ale jest osobna pańska karteczka, którą zachowuję... dodał Repnin.
Wszyscy umilkli[3]. Przybycie Saldern’a, posła pokoju, jak utrzymywano, obudząjące wielkie nadzieje, nastąpiło w pierwszych miesiącach 1771 roku; przyjeżdżał on z wielkim dworem, z liczną służbą i starał się nająć pałac Mniszcha, marszałka koronnego, co i król popierał, choć właściciel nie miał ku temu ochoty, i nie decydował się ani traktować, ani przybyć do Warszawy, z dala się usiłując trzymać od króla i dworu. Prymas Podoski ciągnął go właśnie ze swojéj strony do tak zwanéj Rady patryotycznéj która się pod jego przewodnictwem zbierała, a była jakiś czas przedstawicielką stronnictwa saskiego, ale i do téj marszałek należeć nie chciał. Na list ks. prymasa, odpowiedź jego sławna, latała w tysiącznych kopiach po kraju, z rąk do rąk podawana...
Wkrótce po przybyciu Saldern'a nieporozumienie prymasa z królem ustało, ambassador zbliżył ich do siebie, czego partya Poniatowskich gwałtownie pragnęła, usiłując teraz żyć ze wszystkimi w zgodzie, i jednać się z przeciwnikami, co było także życzeniem dworu petersburskiego. Prymas w dzień Św. Stanisława był u króla z rekognicyą, i długą miał z nim konferencyę, a przypisywano mu myśl detronizacyi Poniatowskiego, dla nowego wyboru Sasa.
W wyższych sferach wiedziano dobrze, że dwory sąsiednie były z sobą w zgodzie i porozumieniu przyjazném; bajkopisarze jednak współcześni przypisywali im to różność widoków, to odmienne względem Polski zamiary, usiłując na tém coś zbudować. Tymczasem król urządzał jako antydotum ostateczne przeciw barskiéj rekonfederacyę w Brześciu Litewskim zawiązać się mającą, którą wyznaczony był rozpocząć Sosnowski. Spodziewano się ją późniéj na cały kraj rozciągnąć. Marszałkiem téj rekonfederacyi w Brześciu, po cichu mianowano Mierzejewskiego, sędziego sądów marszałkowskich. Branicki hetman wybierał się ze sprzymierzeńcami iść przeciw konfederacyi i ścigać rozpierzchłych po kraju...
Dziwolągi tymczasem wyplatano na barskich, i nikt nie śmiał stanąć w ich obronie.
Tymczasem postępki króla i jego partyi nie jednały mu jakoś serca i oprócz kilku pozyskanych z konfederacyi, niewielu było nawróconych. Życie ówczesne samego króla niechętnym mu wydawało się szpetne, choć zaprawdę nikt naówczas czystym się nazwać nie mógł; kursowały dziwne i pocieszne anegdotki o miłostkach, oburzając poczciwą i pilnującą decorum prowincyę. Jedną z takich jest powiastka o Francuzie, którą w pierwszych miesiącach 1771 r. opowiadano na ucho i w gazetkach pisanych rozsyłano ciekawym. Stanisław August przejeżdżając z zamku do miasta, przed Reformatami spotkał Francuza idącego z żoną, któréj twarzyczka musiała go uderzyć. Nieostrożnie jakoś posłał jednego ze swoich paziów, aby spytał pięknéj nieznajoméj o mieszkanie i nazwisko, Francuz zazdrosny i obrażony tém, co za zniewagę publiczną uważał, odparł z gniewem paziowi: — „Mieszkamy w Warszawie, ale nie w domu publicznym... Jestem Francuz, a to żona moja, nie kto inny...“
Że tam kupa wówczas Francuzów stała przed Reformatami, poczęli publicznie śmiać się i szydzić z nieszczęśliwego posłańca, który ledwie umknął ścigany szyderstwem obrażonych.
Co się tycze usposobień ogółu dla króla i dworu w téj chwili, najlepiéj je odmaluje list bezimienny do Mniszcha z Warszawy pisany dnia 23 Stycznia, pochodzący z archiwum w Dukli.
„Ja prawdziwie niepowinnam znaleźć wiary, że w Warszawie rezydując, prawda, że nigdzie nie bywając, nietylko widzieć, ale słyszeć nie mogę nic rzetelnego, same bajki i nieszczęśliwości. To wszystko, co się dzieje, zdaje się z zupełną wszystkich satysfakcyą. Ja nieszczęśliwa patrzeć na to wszystko muszę, i tak mi się to wydaje, że okoliczności wszelkie ściągają się do pomyślności warszawskich, bo coraz większa utrata godnych obywatelów i ludzi poczciwych, a ruina ostatnia. Ten był cel od dawna, aby stan rycerski poniżyć, lub go wyniszczyć, i okazya przypadła à propos, że są na to sposoby. Przeciągnienie czynności w naszéj ojczyźnie jest najlepszém wsparciem dla drugiéj strony, można krótko wyrazić co długo obserwować będzie, to święto Rozesłańców — ale też i męczenników niemało. Nie można tego pojąć ani zrozumieć, aby Rzeczpospolita nasza chciała kawalerów młodych naśladować wojażowaniem za granicą, i jeżeli tylko tyle wskóra na końcu, co ci kawalerowie, którzy ztamtąd powracają, to niewielki zysk będzie zaczętéj roboty. Najlepiéj zawsze swoim językiem wyrabiać interesa, a Polakom zawsze trudno, aby wszyscy zrozumieli cudzoziemski język.
„I dla tego teraz Polska różnemi językami gada, a nie rozumieją się wcale. Warszawa za to ze wszystkiego kontenta, i dla tego jarmark na Św. Agnieszkę wyznaczony jest na zbywanie starostw zawakowanych, to jest jaworowskiego, szczurowieckiego i wszystkich królewszczyzn zawakowanych. Prześwietna komissya kładzie taksę, tak jak pan podwojewodzi we Lwowie na wyżynę; pokazało się oczywiście, dla czego było potrzeba komissyi skarbowéj jak i wojskowéj; pięknie się te powagi obiedwie wydają. Gdyby Pan Bóg dał sposób choć dniem przed śmiercią, aby można się gdzie zjechać z JW. Panem (Mniszchem) jak z p. krakowską, byłoby co mówić, przypomniawszy sobie, żeśmy nigdy nie byli mocni, ale byliśmy zawsze poważni, teraz przyszliśmy na jakąś sytuacyę śmieszną i ucieszną, że i sami zagraniczni nie wiedzą, z kim wchodzić i traktować. Do tego nikt zrozumieć nie może, jakie to są czynności, które we własnym swoim kraju żadnego dotąd nie mają przyjęcia i poszanowania, ale apprehensyą są i pośmiewiskami dla nas samych? Czyliż może być już większe nieszczęście, niż taka sytuacya, niegodna... tych, którzy doczekali teraz widzieć tę odmianę z przeszłą sytuacyą?... Można przyznać, że już życie zbrzydło w takim nierządzie.”
Większość naówczas w ten sposób pojmowała i oceniała stan kraju nieszczęśliwy, i nie umiejąc sobie zdać z niego sprawy, instynktom tylko cierpiała i bolała nad nim.




XIII.

W roku 1770, gdy się to opowiadanie nasze zaczyna, u granic tureckich zjawiła się była dżuma, którą naówczas zarówno z innemi epidemicznemi chorobami znano pod nazwiskiem straszliwém powietrza. Wojna, rozruchy wewnątrz kraju, przechody wojsk, dozwoliły się jéj rozszerzyć bezkarnie, tak, że wkrótce ukazała się na Rusi Czerwonéj.
Województwo Potoccy, troskliwi o siebie, bojaźliwi o dzieci, po królewsku sobie radząc, sprowadzili milicye i opasali łańcuchem wojska dobra, w których podówczas znajdowali się sami: Krystynopolszczyznę, Sokal i Tartaków. Dowódcą lejb-gwardyi i wszystkich sił zgromadzonych był, jakeśmy powiedzieli, Karol Sierakowski, który z obowiązku te straże często objeżdżał i w domu Komorowskich, zapewne nad tym kordonem położonym, często bywał.
Zdaje się fałszem, jak piszą niektórzy niedostatecz- nie uwiadomieni, że w jednéj z córek Komorowskiego Gertrudzie, pięknéj i miłéj panieneczce, która często z rodzicami w Krystynopolu bywała i starym Potockim podobała się wielce z uroczego wdzięku postaci, zakochał się najprzód starosta zanidecki Sierakowski. Wiemy z jego własnych listów, że naówczas był już żonaty, a wnosimy z dziewiętnastu lat przepędzonych w służbie Potockich, że nie był tak bardzo młody. Cała więc ta bajeczka Anonima w pamiętnikach, które przed sobą mamy, zapisana, jakoby Sierakowski starał się wprzód o Gertrudę Komorowską, a sam ja dobrowolnie odstąpił późniéj zakochanemu młodemu Stanisławowi Potockiemu, upada.
Drugi pamiętnika autor, Chrząszczewski, lepiéj znający bliższe domu Potockich tyczące okoliczności[4], pisze, że Szczęsny Stanisław widywał Gertrudę Komorowską w Krystynopolu u rodziców swoich, i tu się w niéj tak gwałtownie zakochał. Może go złudziło to, że z razu nic niepowiadający, a grzeczni dla sąsiadów województwo, rodziców Komorowskich, a szczególniéj śliczną ich córkę Gertrudę, bardzo mile u siebie przyjmowali. Dość, że dwudziestoletni chłopak rozpłomieniał i stracił głowę, pokochawszy się w pięknéj dzieweczce.
Inaczéj jeszcze, a w sposób bardzo poetyczny, maluje poznanie ich pierwsze z sobą, podanie. Starzec, sługa Potockich, niedawno jeszcze w Tulczynie żyjący, który w późniejszych wypadkach czynnego nie miał udziału, ale był naocznym ich świadkiem, ze wspomnień tak tę rzecz opowiadał, i wielu jest jeszcze w okolicy Tulczyna, co ją od niego słyszeli.
Według niego, Stanisław nie w jakichś przejażdżkach z Sierakowskim, ale na polowanie pojechawszy w okolicę, napadnięty został niespodzianie burzą i słotą. Szukając od ulewnego deszczu schronienia, znalazł je pod bramą dworu w Susznie.
Trafił tam właśnie, gdy Komorowscy przed chwilą powrotem córki Gertrudy z Wiednia, gdzie się wychowywała, uradowani, przyjmowali ją po długiém niewidzeniu. Starosta nowosielski spostrzegł młodego Potockiego, i wybiegł mimo deszczu zapraszać go do domu swego ze staropolską gościnnością, ale ten, że nie był ubrany jak w odwiedziny i w stroju tym przed kobietami stawić się nie chciał, mocno się wymawiał, nie chcąc przyjąć uprzejmych zaprosin. Gdy się tak drożyli, a Szczęsny nie ustępował, Komorowski wpadł na myśl, aby go przez córkę poprosić, rachując, że powolniejszy będzie na prośby kobiece. Odszedł więc śpiesznie Po Gertrudę, która się zaraz ukazała w ganku, mimo deszczu sama chcąc iść do gościa pod bramę.... Potocki widząc to, a raczéj śliczną jéj pociągniony twarzyczką, zapomniał o ubraniu i jak stał wbiegł do starego dworu w Susznie.
To być miało ich pierwsze z sobą poznanie.
Chrząszczewski inaczéj tu opowiada, rozpoczynając od tego, że ją Stanisław wprzód w Krystynopolu widywał. Nie mówi się jak długo trwała ta miłość trwożna i tajemna, niedająca się poznać, którą rzadkie wizyty Komorowskich u Potockich podsycały. Stanisław zapragnął wreszcie widywać ją częściéj, swobodniéj, chciał być w Susznie, a etykieta krystynopolska zbliżyć mu się do niéj nie dozwalała. Ale o tém aniby był śmiał wspomnieć przed wojewodziną, czując, że matka i ojciec nigdyby nie pozwolili; użył więc fortelu, do którego, jak sam w liście, który mamy przed sobą, zeznaje, pomógł mu z razu bojaźliwy, potém prośbami ubłagany Sierakowski.
Jako dowódca objeżdżał on straże kordonu wojskowego, uproszony więc przez Szczęsnego, on, może i inni w zmowie będący, wmówili wojewodzinie, któréj wola stanowiła wszystko w takim razie, że młody chłopak potrzebuje ruchu, że nazbyt się rozpieszcza siedzeniem i zadomowieniem, że go na mężczyznę kierując trochę hartować należy.
Niełatwo wszakże zdając się na te rady, po namyśle, wojewodzina powierzyła jedynaka Sierakowskiemu, dozwalając, aby z nim objeżdżał straże, i konną jazdą, a pracą męzką, sił potrzebnych nabierał. Matka trzymająca dwudziestokilkoletniego chłopaka w rygorze jak małe dziecię, nie bez oporu i strachu zgodziła się na ten rodzaj emancypacyi, który od niéj oddalał jedynaka... a poruczając go na osobistą odpowiedzialność, nieodstępnemu czuwaniu zanideckiego starosty, w tych wycieczkach dała mu nad panem Stanisławem władzę ochmistrza.
Jak się tam stało, że niby pod pozorem objeżdżania straży, czy polowania ruszywszy z Krystynopola, zajechali do Suszna, spełna nie wiemy, z późniejszych tylko manifestów widać, że i dniem, i nocą niekiedy, do Komorowskich wstępowali. Stanisław potrafił do tego namówić starostę zanideckiego, zapewne nie bez oporu z jego strony, ale krok tylko pierwszy był trudny, daléj wspólność winy dawała młodemu panowanie nad mentorem. Jeździli więc razem, jeździł potém pan Stanisław sam, coraz bardziéj zakochany, zapominając o matce i przyszłości. W dwudziestym roku życia miłość jest tak gwałtowna, uczucie tak silne, tak niezwyciężone! Cóż gdy się ono zrodzi w sercu świeżém, nieskalaném, gdy ta miłość jest pierwszą, czystą, gdy ją pobudzają przeszkody, urok nadaje tajemnie, gdy w około niéj promienieją pierwsze życia blaski?
Pojąć łatwo, jak uczucie takie daleko zaprowadzić może.
Zdaje się z tych okoliczności, z ukrywania tajemnych odwiedzin w Susznie u pp. Komorowskich przed panią wojewodziną, że starostwo nowosielscy byli niejako w spisku, dopomagali do tego milczeniem; i w tém jest trochę ich winy, bo przyjmując u siebie chłopca nieletniego i pod władzą rodziców zostającego, a milcząc o jego częstych odwiedzinach, dawali na siebie pozór, jakoby go wciągali i wieść usiłowali. Nie wiemy jak to tam było, jednakże łacno sobie wytłómaczyć, że Komorowskim niemajętnym, dzieci mającym kilkoro, smakowała perspektywa wydania córki za jedynaka, dziedzica Potockich imienia i majętności, za najbogatszego w kraju młodzieńca; téj nadziei warto coś było poświęcić.
Do powolności, jaką tam dla pana Stanisława miano, musiało się przykładać i przywiązanie Gertrudy, i zaklęcia młodego chłopaka, i zapewnienia jego, że rodzice zezwolić muszą, i wzgląd na ich wiek podeszły i przypomnienia uprzejméj grzeczności, z jaką przyjmowano Komorowskich w Krystynopolu. Dosyć, że starostwo nowosielscy nie mogli nie wiedzieć co się święci, a nie stawali na przeszkodzie temu, chociaż jak z manifestów widać, zapytywali za wczasu Stanisława o powód częstszych odwiedzin, chcieli, by ich poprzestał, ale okazana bojaźń rozogniła tylko bardziéj młodzieńca, który uprosił milczenie, wymógł cierpliwość, i oświadczył się wyraźnie z miłością stateczną pannie Gertrudzie.
Karol Sierakowski, jak sam zeznaje, kilka razy był w Susznie ze starostą bełzkim: „W początkach, powiada w liście, który przed sobą mamy, (pisanym do W. Sierakowskiego, arcybiskupa lwowskiego) — byłem trzy albo cztery razy z p. starostą bełzkim w domu pp. Komorowskich, z niewinną myślą dopomożenia mu do rozrywki, i tém bardziéj mnie to od wszelkiéj uwalniało bojaźni, im lepiéj znałem grunt jw. starosty, niechcącego nigdy w najmniejszych rzeczach przeciwko rodzicom grzeszyć. Nie mogłem sic wcale spodziewać, aby się na tak wielkiéj wagi rzecz rezolwował, do któréj takie, jak nieba do ziemi było podobieństwo. W krótkim potém czasie wyjechałem na Litwę, i już tu był koniec mojego z jwp. starostą bywania, którego zaniechać tém bardziéj postanowiłem sobie, gdy powróciłem z drogi litewskiéj, dowiedziałem się, że jw. wojewoda był o tém bywaniu zawiadomiony. Wp. starosta bełzki i w tym czasie, kiedym ja był w drodze, i po powrocie moim, sam już bywał, i bywania swoje, tém bardziéj zamysły, przedemną ukrywał, oczywista rzecz zatém, że ja nic płochego nigdy mu nic inspirowałem.“
Tak tedy najprzód ze starostą zanideckim, potém sam ponawiał odwiedziny swe w Susznie pan Stanisław, coraz częściéj tam goszcząc, pod pozorem konnéj jazdy, kordonów, polowania. Manifesta wspominają o nocnych nawet do pp. Komorowskich wycieczkach.
Wojewoda wiedział o tém, ale milczał, zakazawszy tylko ludziom pod uratą miejsc i karą, aby nikomu nie wspominali, kroków jednak żadnych dla zapobieżenia temu nie przedsiębrał. Wojewodzina nic pewnie nie wiedziała i nie domyślała się niczego, mówić jéj o tém i donosić nie śmiano, chociaż szeptano na dworze. Wojewoda kijowski snadź tych miłostek młokosa nie brał na seryo, bo małżeństwa syna pod srogą wychowanego formułą, ani przypuszczał, a rachował, że ten słomiany ogień, jak nagle rozgorzał, tak rychło i zgaśnie...
Anonim (podobno Cieszkowski) niedosyć dokładnie uwiadomiony o okolicznościach drobnych, powiada, że za trzecią bytnością swoją Stanisław już się z życzeniem oświadczył, dodając, że się łudził nadzieją, że hrabia na Orawie i Liptowie, synowiec prymasa, nie może się za nierównego Potockim uważać, a choć domyślał się ze strony rodziców swoich oporu i burzy do przebycia, sądził, że je przywiązaniem swém, miłością, prośbami i błaganiem, zresztą koniecznością samą zwalczy.




XIV.

Stało się tedy, jak współczesne wiadomości pisane, których kilka różnych redakcyj mamy przed sobą, opisują w stylu półurzędowym, że Stanisław oświadczywszy się Gertrudzie, po kilkumiesięczém staraniu, po zostawionym do namysłu czasie, wreszcie sam o wyrobienie indultu prosił, i ślub z nią wziął potajemnie. Jak do tego przyszło, z tych gazetek rzecz opisujących dowiemy się.
„Niewypowiedzianie tu egzagerowana a kilkorakiemi potwierdzona raportami tragiczna scena, zajmuje wszystkich... Nie opisuję tu jéj, ale jak ad regiam majestatem doniesioną została, dla wiadomości skreślę. Jmp. starosta bełzki, syn jw. województwa kijowskich, od ośmiu miesięcy za wiadomością rodziców swoich (?) uczęszczając na polowanie mil trzy od Krystynopola, bywał w domu jwpp. Komorowskich, nowosielskich starostów, gdzie w córce ich, z których kilku starsza poszła już za mąż za starostę rahodowieckiego, pokochawszy się, ile że ma być i edukacyi, i piękności wielkiéj, miał nalegać na rodziców jéj, aby się z nią żenić mu pozwolili. I gdy założony przez nich warunek być miał, żeby tego nie czynił bez wiadomości i zezwolenia jjww. wdów kijowskich, jmp. starosta bełzki nalegał, żeby to niżby się akt ożenienia nie dopełnił mieć w sekrecie. Za usilném wymaganiem jego, rodzice damy podjęli się wyjednać indult, do czego miała się przyczynić Warszawa (w-da podlaski?) i poprzednio wiedzieć o tym uknowanym maryażu, a rodzice damy mieli sobie ztamtąd przyrzeczoną protekeyę, że będą utrzymywali validitas (ważność) tego małżeństwa.“
Druga podobna relacya współczesna, tak, nieco obszerniéj, rzecz opisuje. Musimy tu wszystko powtarzać, nie proste opowiadanie wypadku mając na celu, ale chcąc sprawę tę zbadać i wyjaśnić, pragnąc, aby sami czytelnicy z autentycznych aktów, sąd o niéj wyrzekli. Nie możemy więc pominąć nic, co jakiekolwiek światło rzuca na związki dramatu.
„Pan Potocki, pisze inny gazeciarz, starosta bełzki zostający w sąsiedztwie z jmpaństwem starostwem nowosielskiém, często dom ich, ile dla wszystkich otwarty, w przytomności przyjaciół swoich odwiedzał (ze starostą zanideckim, z Wilczkiem, i z innymi dworakami), którego w początkach bywania nic więcéj do tego nie skłaniało tylko przyjaźń i zażyłość sąsiedzka. Lecz gdy tenże pan starosta bełzki oświadczył swoje dla córki jwp. starostwa Komorowskich zupełne dożywotniéj przyjaźni serce, — pp. starostwo, którym się nie zdawało czynić rzeczy porywczo, proponowali mu, żeby myśli tych, ile mających wagę, powierzył rodzicom swoim, jmwp. województwu kijowskim, który, gdy się składał, że we wszystkiém winien jest posłuszeństwo rodzicom swoim, jedną tylko wolę postanowienia swego (ożenienia) na własną składał osobę.
„Jmpp. nowosielscy, więcéj niż przez pół roku (ośm miesięcy) takowe zwlekali ożenienie, dając czas do zupełnéj odmiany i dostatecznego rozpatrzenia się. Lecz gdy żadne przeświadczenie, odmówienie i refleksye nie czyniły wstrętu p. staroście bełzkiemu, i owszem tém większe wzmagały się i rosły nalegania i prośby, którym oprzeć się szczera jmp. starosty bełzkiego stateczność nie dozwalała, nakłonili się pp. starostwo nowosielscy przystąpić do deklaracyi córki swojéj, tym umysłem, aby zreflektowania się i uwagi, tak dla jmp. starosty bełzkiego, jako też i jego przyszłéj małżonki czas pozostał. I gdy w przeciągu czasu te same trwały nalegania dopominające się małżeńskich ślubów, wprzód poprzedziły zaręczyny, po których dopiero w niedziel kilka, za wydanym przez ks. officyała indultem, w przytomności własnego parocha ze wszelką przyzwoitością ślub został dopełniony.“




XV.

Że istotnie dano czas do namysłu i najprzód odbyto zaręczyny w Susznie, w obecności przyjaciół, d. 18 listopada, mamy dowód w dochowanéj intercyzie, która w dniu tym przy świadkach spisaną została, w słowach następujących przypominających intercyzę ojca p. Jakóba, na któréj wzór przerobiona była.
„Między jjww. państwem Jakóbem na Susznie i Niestanicach, hrabią z Liptowa, i Antoniną z hrabiów z Werbna Pawłowskich Komorowskimi małżonkami, nowosielskimi, podlisieckimi starostami z jednéj, a jaśnie w. jmp. Stanisławem ze Złotego Potoka Potockim, starostą bełzkim, jjww. Franciszka Salezego i Anny obojga ze Złotego Potoka Potockich wojewodów, generałów ziem kijowskich, małżonków, synem, z drugiéj strony, — staje w niżéj opisanych punktach intercyza ślubna. Iż jw. Potocki, starosta bełzki, wielkich antenatów znamienitemi w ojczyźnie zasługami zaszczyconych, pierwszemi honorami wyniesionych, potomek domu Potockich przeszło już pięciu wiekami najpierwszemi godnościami wsławionego, władzą kilkudziesiąt walecznych do najwyższych wodzów zaszczyconego, senatorskich krzeseł więcéj pięciudziesiąt zaszczytem sławnego, pierwszemi ministeryami i urzędów koronnych wielością znakomitego, dziełami rycerskiemi w boju i w pokoju chwalebnemi czynami nieprzerwanie zawsze słynącego, namiestniczą godnością królów we trzech wiceregach wygórowanego, w zagranicznych nadto królestwach wysokiemi honorami znamienitego, dziedzic imienia wielkiego Potockich i krwi przezacnéj z pierwszych familij po- skich, z książęcych domów, królewskich tronów i wyniesionych w Europie monarchów, wypływającéj i podział mającéj sukcessorów, a ze wszech miar godnych rodziców jjww. wojewodów generałów ziem kijowskich nieodrodny syn, władnącéj sercem i wolą Boga wszechmocności oprzeć się nie mogąc, przeznaczenie wyroków nieba, ile w zupełnéj doskonałości zostając (?), jawnie poznawając, i nieodmienną determinacyą dalszego pożycia swego z przepaścistego bozkiego rozrządzenia widoczną mając, razem ze skłonnością serca i rozporządzeniem bozkiém wyższém nad wolę ludzką zniewolony do jw. jmp. Gertrudy hrabianki Komorowskiéj, starościanki nowosielskiéj, godnej córki jjww. jmp. Jakóba i Antoniny z Pawłowskich hrabiów Komorowskich, starostów nowosielskich, podlisieckich; w tym domu tedy JJW. hrabiów z Liptowa Komorowskich, niegdyś gniazdowym królestwa Węgierskiego i wysoce zaszczyconym, tu od trzech lat przy przeniesieniu się do królestwa polskiego już senatorskiemi godnościami i różnemi koronnemi urzędami dawniéj zaszczyconym, teraz świeżo prymacyalną godnością i kilku senatorskiemi krzesłami wygórowanym, skolligaceniem zacnych familij i krwi zacnością znakomitym, dożywotniego przyjaciela szacunek nad wszystko przechodzącego, z saméjże bozkiéj ordynacyi znajdując i upatrując, któréj to jw. Gertrudzie hrabiance Komorowskiéj, starościnie nowosielskiéj nietylko dary natury, to jest zacność imienia, godność krwi od przodków przez rodziców wlana zalecenie dają, ale dary od Boga obficie dane w przymiotach zacnych, rozlicznych talentach, jakoby w jedno zebranych, dank, szacunek i estymę czynią, a ztąd z wymiaru darów bozkich i tak znacznych talentów wysokiemu, jakie ją potyka postanowieniu, z przewidzenia bozkiego przeznaczona zostaje. — Za zrządzeniem więc bozkiém idąc jw. Potocki, starosta bełzki, wszelkie usilne staranie o dożywotnią przyjaźń téjże jw. hrabianki Komorowskiéj łożyć nie ustając: jjww. hrabiowie Komorowscy, starostowie nowosielscy, rodzice, poważając sobie tak zacność konkurenta, skłonność prawdziwego serca i affektu z obu stron poznawając zaraz, oprzeć się niedostępnemu żądaniu jw. starosty bełzkiego nie mogąc, zagradzać szczęścia (!) od Boga przeznaczonego ukochanéj córce swojéj za niesłuszną rzecz być sądząc, wyrozumiewając, oraz już od samych Niebios wyroki, poddając wolę swą pod wolę Najwyższego, nakłaniając się żądaniu jw. star. bełzkiego, w związek i stan małżeński tęż córkę swoją jw. imp. Gertrudę hrabiankę Komorowską, starościankę nowosielską, nieodmienném słowem deklarują, i dzień ślubu poprzysiężenia sobie wiary obopólnie małżeńskiéj w dobrach swych Niestanicach dzień 28 miesiąca grudnia w roku teraźniejszym 1770, naznaczają, na który akt ślubu jw. starosta bełzki przybyć ma. Po któréj to jw. Gertrudzie hrabiance Komorowskiéj, starościance nowosielskiéj, jjww. hrabiowie Komorowscy rodzice, sto tysięcy złotych polskich w gotowiźnie tymczasem wypłacić posagu z dóbr ojczystych i macierzystych naznaczają i deklarują, oprócz wyprawy, która nietylko stanowi i kondycyi jw. hrabianki przystojna być ma, nie jako w tak zacny dom idącéj powiększona zostanie. Po długiém zaś da Bóg, pożyciu obojga jjww. hr. Komorowskich rodziców, równy podział ojczystéj i macierzystéj substancyi między wszystkich sukcessorów nastąpić powinien. Jw. zaś starosta bełzki z własnéj woli i szczerego effektu przyszłéj małżonce swéj jw. Gertrudzie hrab. Komorowskiéj summę... (w oryginale zostawiono miejsce białe na wypisanie jéj) prostego długu niniejszą zapisuje intercyzą, który zapis moc grodowéj tranzakcyi mieć ma, i oraz dożywocie na wszystkiéj substancyi tym samym kontraktem ślubnym zeznaje, a po doszłym da Bóg związku małżeńskim wspólne dożywocie wzajem sobie przyszli małżonkowie uczynić mają, jura communicativa, na wszelkie królewszczyzny z szafunku łask królewskich pozyskiwane jw. star. bełzki dla przyszłéj małżonki swéj wyrabiać obliguje się. Jako zaś wielkiéj zacności i charakteru jw. star. bełzki, tak przyszłéj małżonki swéj do żadnych tranzakcyj gwałt i pokrzywdzenie prawom jéj czyniących, pociągać nie będzie i nieważne zostałyby... Który to kontrakt ślubny czyli intercyzę, strona stronie aktami grodu któregokolwiek, któréjkolwiek prowincyi roborować pozwala, i podpisami rąk swych przy użytych i przy dawnych przyjaciołach stwierdzają. Działo się w zamku suszeńskim dnia 19 listopada 1770 roku[5].




XVI.

Trzeba wyznać, że czy za poradą z Warszawy, czy z własnego natchnienia działając, Komorowscy szli bacznie i ostrożnie, jakby przewidywali, że małżeństwu nieważność zarzucać będą, starając się zawczasu przeciw temu uzbroić.
Sporządzono wiec najprzód zaręczyny, odłożono ślub, dając czas panu młodemu do namysłu, rodzicom jego do opatrzenia się i protestowania, a że do wyrobienia indultu, potrzebny był list narzeczonego, wzięto od niego pismo do ks. officjała chełmskiego usilnie naglące o wydanie go... List ten służył późniéj w sprawie jako ważny dokument.
Chociaż wesele a raczéj tajemny ślub ów na dzień 29 grudnia był wyznaczony w Niestanicach, snadź Szczęsnemu wśród świąt Bożego Narodzenia łatwiéj się było wymknąć z Krystynopola, lub go z innych powodów przyśpieszono, gdyż wedle prawnych dokumentów widać, że się odbył w dzień św. Szczepana, to jest d. 26 grudnia, nie we dworze Komorowskich, ale jak naoczny świadek stary kozak niedawno zmarły opowiadał, w unickiéj cerkiewce niestanickiéj. Błogosławił ks. Dłużniewski, pleban dobrotworski, właściwego przedstawiający proboszcza, gdyż miejsce to do dobrotworskiéj należało parafii.
Nie wiemy kto służył na świadka, to pewna, że nie starano się o zachowanie wielkiéj tajemnicy, byli goście zaproszeni, a między innymi wojewodzina bełzka (Potocka).
Pomimo wszystkiego, co na obronę Komorowskich powiedzieć można, postępowanie ich nie jest bez zarzutu. Chłopak młody, rodzice dumni, po których zezwolenia trudno się było spodziewać, ślub bez ich wiedzy zawarty, obwiniają ich i usprawiedliwiają niejako późniejsze zarzuty wojewody kijowskiego, który dowodził, że syna jego wciągniono i uwiedziono (debauché). Była w tém wina, choć nie tak straszna, nie tak wielka, jak ją późniéj obrażona wystawiała duma. Zresztą Stanisław był młody, ale w latach pełnych do rozporządzenia sobą, choć jak widać z jego własnych listów, dziecinny, i samém odosobnieniem długiém a niedoświadczeniem mniéj dojrzały od rówieśników.
Ślub ten pozostał jeszcze na czas jakiś tajemnicą dla Potockich, ale Komorowscy niespokojni o skutki jego, gdy im wielce chodziło o to, ażeby go za pokątny nie uważano, by z siebie zbytniéj dla młodzika powolności rzucili plamę — poczęli go sami rozgłaszać między swymi przyjaciołmi. Na dworze krystynopolskim już o nim wkrótce wiedziano. Sierakowski omdlał ze strachu, gdy go to doszło, przebąkiwali dworscy, ale nikt jeszcze nie śmiał pójść z takiém donniesieniem do pana wojewody.
Ci co jego i ją znali lepiéj, przewidywali nieuchronną katastrofę i okropne burze.




XVII.

Anonim współczesny opowiada, że wkrótce po tym ślubie dopełnionym w Niestanicach, Komorowscy jakoby przygotowując wojewodów kijowskich od wypadku, który dla nich tylko był jeszcze tajemnicą, pojechali z córką do Krystynopola. Wojewodzina zawsze ich i panienki przyjmowała serdecznie, i tym razem jeszcze bardzo miło Komorowskich dowitała, a rodzice Gertrudy fałszywie ztąd wynieśli, że przyszłość mogła nie być tak straszną, jak się im z razu zdawała. Wrócili wiec spędziwszy dzień w Krystynopolu, spokojniejsi do domu, a nie chcąc dłużéj w téj niepewności o los córki zostawać, sami podobno starać się poczęli o to, by wojewodzinę, którą przychylniejszą dla Gertrudy sądzili, o spełnioném małżeństwie uwiadomić. I jak wprzód, przed ożenieniem nalegali na Stanisława, aby tajemnie tego nie robił, tak dziś zaczęli go znowu naglić, żeby się rodzicom odkrył.
Szczęsny nie miał odwagi — to maluje ówczesny młodego Potockiego charakter — przed ślubem odkładam na potém, sądząc, że łatwiéj mu przyjdzie, gdy chwila stanowcza nadeszła. Wciąż tedy prosił jeszcze Szczęsny, ażeby Komorowscy czekali i zachowywali tajemnicę, biorąc na siebie, że sam wszystko odkryje rodzicom, gdy ich do tego przygotuje. Surowa twarz matki, ponure ojca oblicze nie dozwoliły mu jednak odważyć się na krok stanowczy; jedynak pieszczoszek lękał się straszliwéj burzy, którąby musiało wywołać wyznanie, i od dnia do dnia odkładał.
Komorowscy w obawie znowu, gdyż im zwłoka nie dogadzała wcale, zaczęli mówić otwarciéj, chcąc przyśpieszyć kryzys i przebrnąć co rychléj to, co im do przebycia zostawało. Opiekunowie ich w Warszawie za wczasu uwiadomieni o tém, co się święciło, zapewniali protekcyę; kanclerz Młodziejowski, Gozdzki wojewoda podlaski, dwór czekał tylko na upokorzenie nieprzyjaznego magnata, którego kto wie, czy przy zdarzonéj okoliczności nie zamierzono pociągnąć ku sobie, dogadzając w zamian jego dumie. Nie było powodu zwlekać walki, która im dalszą i odroczoną, tém stać się mogła groźniejszą. Komorowscy niecierpliwili się i narzekali — milczenie ich upakarzało.
Rachuba okazuje, że w r. 1770, w maju począł pan Szczęsny bywać w domu starostów nowosielskich, w ośm miesięcy późniéj, ślub w grudniu zawarty został — całego pożycia i krótkiego szczęścia zostawało parę i to groźbą, postrachem zatrutych miesięcy. Szczęsny rzadko, wykradając się z domu, mógł przybiedz do Suszna i przebyć z żoną chwilę kradzioną, z któréj za powrotem trudno mu się było wytłómaczyć.
Tak to się przeciągnęło od grudnia do końca stycznia...
Rozsiane już i coraz się potwierdzające wieści o ożenieniu tajemném wojewodzica doszły do Krystynopola, jak chce Anonim, do wojewodziny matki, otoczonéj z tego, co wiemy, faworytami, których obowiązkiem było donosić nietylko co kto zrobił i powiedział, ale co mógł nawet pomyśleć.
Wątpimy wszakże, aby to podanie było prawdziwe, i choć pamiętnik świadczy, że Komorowscy jakoby sami się postarali naprzód zawiadomić matkę, my prędzéjbyśmy uwierzyli Chrząszczewskiemu, który twierdzi, że wojewoda pierwszy się o tém dowiedział.
Jak i od kogo? nie mamy śladu.
Czy potrafił utaić w sobie gniew okrutny i obrażoną dumę przed wojewodziną, przed którą późniéj do ostatka katastrofę zachowywano w tajemnicy? Różnią się podania, najautentyczniejsze jednak źródła okazują, że z powodu stanu zdrowia matki Szczęsnego, ukrywano przed nią do końca całe to, jak je tam zwano, nieszczęście.
Chrząszczewski inaczéj to opowiada, ale ustąpić musi przy niezbitych dowodach, które nam w dokumentach téj sprawy tyczących się, zostały.
Żebyśmy jednak żadnéj nie uronili tradycyi, powiemy, że według Chrząszczewskiego od męża dowiedzieć się miała wojewodzina, a gniew jéj stokroć miał przewyższyć jeszcze oburzenie starca. Krystynopol stał się prawdziwém piekłem.
Z różnych tu szczątków podań odbudowywać potrzeba trudno skleić się dającą całość, w poetyczne już barwy odzianą, po zgonie. Stary sługa tulczyniecki, żyjący niedawno jeszcze, znowu inaczéj tę część powieści rozpowiadał. Mówił on, że po ślubie już Szczęsnego, Komorowscy przybyli razem z gośćmi i córką na św. Franciszek Salezy, do Krystynopola (1771). Przyjaciele ich użyć mieli téj chwili do oznajmienia wojewodzie o wypadku i przebłagania go usilnemi prośbami... Pijatyka naprzód wszczęła się wielka, a gdy i gospodarz podpojony już został, uderzono na niego ze wszystkich stron, zaklinając, aby przyrzekł uczynić to, o co go prosić będą. Nie domyślając się lub nie chcąc domyślać, wojewoda dał słowo, ale dowiedziawszy się o ożenieniu wzdrygnął i miotać począł... Otaczający przecię wymogli długiém błaganiem, że się jakoś udobruchał, przywieziono mu synową, poklękli oboje młodzi przed nim i wychylano ich zdrowie.
Stary sługa dodawał, że wojewoda choć na pozór przejednany, wśród téj uczty chodził wciąż chmurny po sali i stojące kosze wina z gniewem nogami tłukł i rozbijał. Ta powiastka, jakkolwiek ma charakter prawdopodobieństwa i trafny przedstawia obrazek, zdaje się jednak na tle tylko podania osnutą. Bytność wszakże Komorowskich po ślubie w Krystynopolu, gdzie jeszcze o nim nie wiedziano, potwierdza się listem Sierakowskiego, który przywiedziemy niżéj.
Wedle najwiarogodniejszych świadectw, Potocki stary, z boku się o ślubie w Niestanicach odbytym dowiedział, ale zdaje się przed żoną w obawie choroby i wrażenia utaił wszystko.
Szczęsnemu nie mówiono też z razu nic, gdyż i tak chodził niespokojny i wylękły, domyślając się zapewne, że już wiedziano o wszystkiém; naradzano się po cichu, co począć daléj?
Straszne to było położenie syna, z którego tylko wielką mocą charakteru mógł wynijść, a właśnie téj nm brakło. Chrząszczewski opowiada, że w ciągu początkowych narad z przyjaciołmi, gdy Szczęsny z wielu okoliczności mógł się domyślać, że ojciec wie już o zawartym przezeń związku, postanowił wymódz na nim zerwanie jego, niespokój i niepewność tak go udręczały i siły mu odbierały, że gdy w jakiś dzień świąteczny do kościoła bernardyńskiego na mszę mu z siostrami jechać kazano, do ich pomieszkania przyszedłszy, smutkiem i zwątpieniem zwątlony na siłach, na kanapę upadł i omdlał.
Przestraszone panny, nie śmiejąc matce, dały znać ojcu, który zastawszy go złożonego na sofie, kazał, pisze Chrząszczewski, przytomnym wyjść z pokoju. Usłuchali rozkazu wszyscy, oprócz Młodanowiczowéj, późniéj majorowéj Krebsowéj, wkrótce po rzezi Humańskiéj do Krystynopola przywiezionéj sieroty, która dla wysłuchania ciekawéj między ojcem a synem nastąpić mającéj rozmowy, skryła się za jakiś blejtram. Wojewoda snadż ruszony litością nad stanem syna, przemówił do niego łagodnie:
— Wiem o płochym twoim postępku, ale go taję przed matką, cios na jéj serce tak ciężki zabiłby ją od razu. Jeśli więc nie chcesz wtrącić jéj do grobu na rozpoczęcie rozwodu zezwolisz, a ja cię upewniam, że hojném twojéj żony wyposażeniem związek zerwany wynagrodzę.
Postawmy się w miejscu Szczęsnego, przywykłego do uległości synowskiéj, w obec tego straszliwego wojewody, którego charakter gwałtowny doskonale się w portrecie Bacciarellego wydaje — na miejscu starosty bełzkiego, osłabionego obawą, znękanego niepewnością, nieczującego się na sile do rozpoczęcia długiéj z rodzicami walki, niezdolnego charakterem, ani wychowaniem usposobionego do stanowczego powiedzenia im: — „Co się stało, odstać się nie może” — a odgadniemy łatwo, na czém się ta scena skończyła.
Szczęsny wychowany pieszczotliwie więcéj się obawiał maluczkiego cierpienia, niż wielkiego występku, który miał popełnić opuszczając żonę — osłabł, upadł na duchu, poddał się i na wszystko zezwolił.
— „Cóż miał począć — powiada Chrząszczewski — syn dumnych rodziców, z których nieugiętą wolą, wiedział, że mu walczyć było niepodobna? Wyjąknął więc nakazane mu przyzwolenie, sądząc, że tą uległością zasłoni przynajmniéj żonę swoją od gwałtownych środków przemocy, a może miał nadzieję, że czas dalszy, przewłoka nastręczy mu sposobność przebłagania rodziców.”




XVIII.

W niemniéj przykrém położeniu zostawał i Karol Sierakowski, wspólnik tego, co w Krystynopolu zbrodnią i niegodziwością nazwano; on los swój oparty na łasce pańskiéj, nadzieje przyszłości, zasługi, wszystko mógł utracić przez zbytnią dla wychowańca powierzonego ran powolność.
Oto są słowa, w jakich się on w dalszym ciągu przywiedzionego listu, z postępowania swego tłómaczył:
„O skutku bytności p. starosty bełzkiego nie wiedziałem wcale powróciwszy z Litwy, mam na to dowód w listach dwóch, które tu przyłączam. Były one pisane wtenczas, gdym ja o Nowym Roku (a zatém po ślubie) jechał do Dunajowa, i w Susznie po drodze być miałem; powróciwszy z Dunajowa, bawiłem więcéj tygodnia w Krystynopolu, byli pod moją bytność pp. Komorowscy, o niczém nic nie wiedziałem, to tylko mnie jedynie zajmowało, żem się spodziewał urazy za tych kilka moich z p. starostą wizyt, co już natenczas sądziłem być nadto wielką winą, daleko większego nieszczęścia wcale się nie spodziewając. Wiadomy dobrze jwmp. starosta bełzki, jakim ja go wtenczas do zaniechania dalszych bytności namawiał, bom o tém tylko wiedział, przekładałem moje w téjże okoliczności napomnienia p. chorążemu zapolskiemu, już tedy nie miałem w myśli wcale do téj sprawy pomagać. Wyjechałem potém na kontrakty do Lwowa, wstąpiwszy do Suszna pod tytułem dawnéj przyjaźni, z ukontentowaniem, żeśmy przebyli już winę bywania, lecz tu na większe umartwienie, o całéj fatalnéj dowiedziawszy się awanturze... Co się ze mną naówczas działo dosyć powiedzieć, że aż o zdrowiu mojém radzić musiano.
„Łacno mi było wywróżyć sobie dalsze nieszczęsne konsekwencye, w których jak zazwyczaj tonący brzytwy się chwyta, przyłączyć się musiałem wszakże do projektu trzymania sekretu, ażeby jw. generałowa Brühlowa z Drezna nie była sprowadzona dla przysposobienia państwa do téj nieszczęśliwéj wiadomości. I to już zostało złożone właśnie na jakikolwiek ratunek zdrowia jww. państwa, których przewidywane przezemnie z téj okazyi umartwienia, największym były dla mnie biczem i utrapienia domiarem. W téj intencyi raz, mniéj rozmyślnie znosiłem się przez list z jw. starostą bełzkim, przez który i w moich interesach, pomocy p. starosty zabiegnąć musiałem, bez myśli jednak jakowego uszczerbku.”
Co się działo w Krystynopolu, gdy wojewoda dowiedział się z pewnością o uwiedzeniu syna, odgadnąć można, i obaj pisarze pamiętników, z których czerpiemy, dają o tém jednozgodne świadectwo, przyznając (zawsze wedle swoich przypuszczeń), że wojewodzina więcéj jeszcze zaciętości przeciw Komorowskim, niż mąż okazywała, pragnąc się pomścić na nich i na Sierakowskim, staroście zanideckim, którego dosyć zresztą słusznie, za pierwszą przyczynę złego, za faktora i pomocnika ich uważała, nie mogąc mu przebaczyć, że nadużył jéj zaufania...
Miały tedy, wedle pamiętników, trwać ciągle narady ciche między małżeństwem, zjeżdżali się krewni, różne przywożono wiadomości i zdania, domownicy konsyliarzowali, nareszcie przyjechała wezwana pani Mniszchowa, która pierwszą myśl miała poddać, żeby tę narzeczoną synową, z domu Komorowskich porwać jakimbądź sposobem, uwieść i we Lwowie ją w klasztorze mniszek, gdzie krewna jakaś Potockich była przeoryszą, osadzić, dopókiby na rozwód nie zezwoliła; Szczęsnego zaś wysłać za granicę z bratem jéj Brühlem, generałem artyleryi koronnéj.
Krok ten tak śmiały i trudny, doradzony przez niedoświadczoną kobietę, która się nad spełnieniem jego nie zastanawiała, przyjęty został przez Potockich, nieczujących prawa nad sobą, którym obraza oczy zamykała na zamach, jakiego się chwytali niebacznie. Na nieszczęście w tym czasie rozruchów domowych, łatwiejszą się stawała napaść taka niż kiedykolwiek indziéj: konfederacya kraj dzieliła na dwa obozy przeciwne, pod pozorem konfederatów uchodziło wiele; zresztą, sądy były wstrzymane wszędzie, sprawiedliwość zatamowana, bezkarność dwojako zapewniona dla takiego, jak Potocki magnata, który był pewien, że zawsze znajdzie i takich, co się na gwałt odważą, i takiego, co zań w miejscu winowajcy, odpokutuje. Chodziło więc tylko o wykonanie myśli, którą pani Mniszchowa popierała, podając ją jako rzecz najnaturalniejszą, najprostszą, i w świecie najłatwiejszą.
Pokazuje się z manifestów późniéj w sprawie wydanych, że wojewoda próbował najprzód podstępem zwabić do domu synową swoją... Cały już świat wiedział o ożenieniu, wojewoda przyczaił się udając udobruchanego i łaskawego ojca, i oto w jaki sposób syna użył do dopełnienia zamiaru, który spełzł, jakkolwiek zręcznie był osnuty. Scenę następującą opisuje manifest Komorowskich, przeciw któremu w odpowiedzi swej nic nie miał do zarzucenia S. Potocki, zdaje się więc nie ulegać wątpliwości, że tak było:
— „Skoro się wojewoda o ożenieniu syna dowiedział, wpadł najprzód w oburzenie i gniew tak przeciw synowi, jako i jego przyjaciołom, wkrótce potém przybrał postać udobruchanego, jął synowi radzić, aby się nie smucił, szczególniéj zaś, aby nie okazywał najmniejszego zmartwienia przed matką, a że od dawnego czasu przerwane z naszéj strony (piszą Komorowscy) bywanie w domu jw. wojewody mogło w synu wzniecać niejakie podejrzenie, pokazał mu więc swój list, własnoręcznie do nas napisany, w którym nas do swego domu zapraszał i kazał mu napisać podobnyż list do swéj żony z usilną prośbą, aby przyjechała i wyrazić w nim, że rodzice nic jeszcze nie wiedzą o tém, co się stało. Z listem swojego syna, na jego rozkaz pisanym, posłał jw. wojewoda sześciokonnym powozem swojego dworzanina nazwiskiem Wilczka, zatrzymawszy swój list u siebie. Ten chociaż zapewniał przybywszy do naszego domu, że przyjechał bez wiedzy jw. wojewody, i tylko na rozkaz jw. starosty, jednakże ja (Komorowski) mając poprzednich wiadomości pewność, że jw. wojewoda wie o ożenieniu syna, a w jego do żony liście właśnie przeciwnie wyczytawszy, domyśliłem się łatwo, że to rzecz umówiona, odezwałem się tedy w te słowa: — „Gdyby mnie o to prosił jw. wojewoda, natenczas przywiózłbym własnym moim powozem najukochańszą córkę moją, a jego synową w dom jego, dla złożenia mu uszanowania. Chcąc się przekonać o prawdzie, wyprawiłem umyślnego do jw. starosty posłańca, wywiadując się od niego, jak rzeczy stoją, jw. starosta będąc już pozbawionym wolności pisania czego innego, a przytem pilnie strzeżony, odpisał mi ołówkiem te słowa:
„Co się dzieje, i na jaki koniec posłano tego człowieka z powozem? o tém zgoła nic nie wiem. List ten kazał mi pisać ojciec, który pokazywał mi oraz list swój do jaśnie wielmożnego państwa, zapraszając ich zaraz w dom swój. Zresztą nic nie wiem, ojciec mój ciągle powtarza: „Bądź dobréj myśli, nie daj po sobie poznać zgryzoty, aby tego matka nie postrzegła“, — jednakże wybadywa przez jednego z ojców Trynitarzy. Jak długo trwać będzie i dokąd zmierza to fałszywe ze mną postępowanie? nie wiem. Bardzo się dobrze stało, żeście nie dowierzali téj posyłce, a ja mocno upraszam dać pilną baczność na osobę, od któréj, chociaż tu nieobecnéj, moje życie i zdrowie zawisło.“
„Skorom ten list, pisze daléj Komorowski, dnia 4 lutego otrzymał, postanowiłem dla uniknienia podobnych pokuszeń na przyszłość, wyjechać pode Lwów, do dóbr moich Nowe Sioło, zwłaszcza, że z powodu słabości mojéj żony, trzeba było mieć w blizkości lekarzów. Lecz oto przed samym wyjazdem przysyła jw. wojewoda posłańca umyślnego z listem tym samym, który pokazywał pierwéj synowi (jak to poprawiona data widocznie dowodzi), i zaprasza mnie z całą familią na ostatki zapust do siebie. Chociaż tym razem poprzednicza przestroga dana mi w liście jw. starosty słuszny natrącała domysł, że tu idzie o to, aby po nieudaniu się pierwszego zamachu, przyprowadzić go do skutku innym sposobem, sądziłem jednak, że zbliżenie się przyjacielskie i wyłuszczenie ustne nienagannych powodów naszego postępowania, potrafi ułagodzić choćby największym gniewem oburzone umysły, postanowiłem więc korzystać z téj sposobności. Odprowadziwszy tedy moją coraz słabszą małżonkę do pomienionych dóbr i przedsięwziąwszy środki ku jéj uzdrowieniu, udałem się sam w drogę do wojewody, wysławszy przodem dworzanina mego do Krystynopola, aby mi tam zamówił gospodę. Ten skoro się tam na miejscu pokazał, obskoczyli go natychmiast dworscy jw. wojewody i przetrząsali do koszuli, wywiadując się, czy nie wiezie jakich listów. Upatrzywszy porę sposobną, wyrwał się od nich i przybiegł do mnie opowiedzieć, co się z nim działo. Przerażony taką nieludzkością i nie upatrując sposobu złagodzenia umysłów zemstą pałających, oddałem się nadziei, że ją sam czas ostudzi, i wróciłem z drogi, do pomienionych dóbr moich pode Lwowem.“
Szparko, jak widzimy, poczynano się brać do rzeczy w Krystynopolu, i strach padł wielki na Suszno. Tymczasem Szczęsnego mając na oku, badano go i pokonywano, używszy do tego księdza Trynitarza i skłaniając, aby się sam przeciw ślubowi manifestował. Stanisław czynił co kazano, nie śmiejąc ani oburzyć się, ani prosić za sobą, — dość było wejrzeń zagniewanego ojca, aby biedny, słaby, niezdolny postawić mu czoła, truchlał i spełniał narzuconą sobie wolę. Przebaczenie i pokój tą tylko skruchą mógł okupić.
I jak błagał Komorowskiego o ślub, tak dziś na rozerwanie tego związku przystał posłusznie, co więcéj, dnia 6 lutego, jeszcze przed zamachem na porwanie Gertrudy, uczynił manifest żądany przed księdzem Gabryelem (Russianem? Trynitarzem?) w przytomności dwóch innych świadków, którego mocą uznawał swój małżeński związek za nieważny, indult, o który sam prosił za zmyślony, najdotkliwszemi, pełnemi przykrych wyrzutów przeciw Komorowskim napełni go wyrazami.
Słabszym już być niepodobna.




XIX.

Matka wiedziała, czy nie, radziła pokątnie; przed synem jednak musiała niewiadomość udawać, a groźbą wrażenia, jakie ta wieść na niéj uczynić miała, skłaniano Stanisława do wszystkiego.
P. Mniszchowa i cały dwór poufaléj Potockich otaczający, należał do rady: co daléj poczynać? Sprowadzenie Komorowskich do Krystynopola i pochwycenie podstępem w drodze synowéj nie udało się, potrzeba było innego chwycić się środka, aby rozwód żądany ułatwić.
Starosta zanidecki czuł już, co się w koło niego działo, a nie będąc bez winy (sam list, z którego dajemy wyjątki dowodzi bardziéj słabości, niżeli uniewinnienia) — jak po żarzących chodził węglach.
Domyślał się, co go czekać mogło, przewidywał, że cały gniew wojewody nań spadnie, można więc sobie wystawić, z jaką bojaźnią udał się na rozkaz pański, gdy go do gabinetu wezwano.
Potocki trzymał się rady duklańskiéj pani, począł od surowych wymówek, wyrzucił na oczy ochmistrzowi to, co zdradą jego nazywał, i za warunek przebłagania zasłużonego gniewu położył, aby dopomógł do naprawienia złego. Oznajmił mu, że Szczęsny poznając swój błąd, zgodził się na rozwód, że nie chodziło o nic, tylko o pochwycenie Gertrudy i osadzenie jéj w klasztorze, gdzieby rekluzyą i strachem łatwiéj na niéj przyzwolenie do rozwodu wymódz było można.
— Pojedziesz waćpan do Suszna — rzekł wojewoda — z oddziałem ludzi dobranych, opaszesz dwór i wolą lub przemocą zabierzesz mniemaną żonę Szczęsnego. Masz ludzi, powóz, konie, jedź...
Sierakowski, jakkolwiek się lękał gniewu wojewody i utratę przez nich niełaskę zasług, jakie miał w tym domu, choć przelękły i zafrasowany, na tę propozycyę uczuł oburzenie, wstręt uczciwy i znalazł w sobie moc do odrzucenia jéj. Jak stał tak padł do nóg wojewodzie i na klęczkach do niego zawołał:
— W każdym innym razie, życie moje nieść jestem gotów na zawołanie pańskie, ale nie mogę napaść gwałtownie na dom, w którym tylekroć gościnnie byłem przyjęty, gdzie mi nieraz dano prawdziwéj przyjaźni dowody.
I począł się tak silnie wypraszać, tak przemawiać gwałtownie, że na chwilę nawet, zdało się, wojewodę opamiętał.
Franciszek Salezy zastanowił się, umilkł i nietylko nie uraził się odmówieniem posługi rozbójniczéj i niewolniczéj uległości swym rozkazom, ale zdawał się wstydzić swéj myśli; podobała mu się może ta otwartość szlachetna, i w pierwszém poruszeniu nasypaną złotem tabakierkę dał Sierakowskiemu, prosząc go o zachowanie tajemnicy.
Tak tę scenę opisuje Chrząszczewski, z relacyi szwagra swego Sierakowskiego.
Z opowiadania Anonima znowu zdawałoby się, że wojewoda po téj nieskutecznéj próbie, wyspowiadał się nocą przed żoną z nadaremnego kuszenia starosty zanideckiego, który mu pomocy odmówił. W tymże pokoju, jak wzmiankuje autor pamiętnika, spała jedna z panien wojewodziny, i rozmowę małżonków miała podsłuchać. Wojewodzina wzięła to inaczéj i wielki jéj gniew przeciw Sierakowskiemu wzmógł się jeszcze: żądała ukarania niewiernego zuchwalca, ni mniéj ni więcéj śmiercią mu grożąc; zawsze powolnego męża potrafiła wkrótce przeciągnąć na swoją stronę, odmalowaniem mu zdrady starosty, niebezpieczeństwa, jakie im groziło, gdyby pozostał wolny, nawet szkalowania jakiemuby podpadli, gdyby to nieposłuszeństwo płazem mu uszło. Wreszcie zawsze posądzając go o sprzyjanie Komorowskim, obawiała się, żeby im nie dał znać o krystynopolskich projektach.
Wojewoda przekonany miał się zgodzić na ukaranie starosty zanideckiego, i byłaby może ta krwawa historya więcéj jedną liczyła ofiarę, gdyby owa służąca nadedniem wstawszy, o niebezpieczeństwie nie oznajmiła Sierakowskiemu. Ten ledwie miał czas na koń wsiąść przed wschodem słońca i uciekł zaraz z Krystynopola.
A że się snadź obawiał, aby kto inny powolniejszy od niego się nie znalazł na rozkazy p. wojewody, i napaść na dom pp. Komorowskich nie przyszła do skutku, sam ujeżdżając już, dopaść miał do klasztoru bernardyńskiego i braciszka kwestarza uprosił, aby natychmiast jechał do Suszna oznajmić Komorowskim o niebezpieczeństwie, zalecając im, aby z panią Potocką wyjeżdżali co prędzéj do Lwowa, gdzie stała komenda generała Kreczetnikowa i wojska rossyjskie, pod których bokiem mogli znaleźć zasłonę od przemocy.
Anonim zawsze przypuszcza, że wojewodzina była już wcześniéj uwiadomiona, choć zkądinąd; jakeśmy już powiedzieli, mamy dowody, że przed nią całą sprawę tajono do ostatka.




XX.

Tenże pisarz dodaje, że gdy nazajutrz dopatrzono się ucieczki Sierakowskiego, tém więcéj go posądzając o zdradę, wojewoda rozgniewany wszystkie jego pozostałe rzeczy wyrzucić precz z pałacu i na stosie spalić kazał.
A że nie było chwili do stracenia, projekt zaś porwania gwałtownie synowéj trwał ciągle. Wzięto się do wyszukania ludzi, którzyby się téj sprawy podjąć chcieli.
Półkownikiem kozaków nadwornych był w Krystynopolu był[6] niejaki Aleksander Dąbrowski, którego kilku braci zostawało także w służbie wojewody; podkoniuszym czy podstajennym Wilczek, którego już raz z powozem i pewną dyspozycyą do Suszna wyprawiano. Na tych dwóch służalców padł wyrok nieszczęsny, a ludzie ci zwiedzeni nagrodą obiecaną, zapewnieni o bezkarności protekcyą wojewody, dobrawszy sobie podobnych, niejakiego Winnickiego, strażnika leśnego, Grabowskiego, stolnika kozaków nadwornych, i dwóch sprytnych Żydków, podjęli się nowéj wyprawy na Suszno.
Podanie powiada, że sam wojewoda dosyć ostrożny ani namawiał, ani posyłał ludzi, ale póty chodząc po domu publicznie utyskiwał, póty powtarzał: — „Mam tylu sług, widzą wszyscy jak się gryzę, a żaden się nie domyśli, w czémby mi dopomódz, żeby tę awanturnicę zamknąć w klasztorze“... dopóki nareszcie Dąbrowski i Wilczek sami mu się nie zaofiarowali w nadziei wielkiéj jakiéjś nagrody.
Jakkolwiek się to stało, zrobiło się śpiesznie i jednego dnia uradzona była, a nocą wykonana napaść, w chwili, gdy już starostwo nowosielscy zabrawszy córkę z sobą, z Suszna na Nowosiółki uciekali do Lwowa.
Tak chcą autorowie dwóch pamiętników, ale z manifestu Komorowskich okazuje się, że nieco wcześniéj w obawie napadu na Nowosiółek się wynieśli... Podanie znowu powiada, że dla połamanego powozu czy sani do Lwowa nie dojechali, i ostatniego dnia zapust w Nowém Siele zatrzymać się byli zmuszeni.
Sama starościna Komorowska świeżo była po słabości (poronieniu) chora jeszcze, jednakże ratując córko, któréj zdawało się zagrażać niebezpieczeństwo, ważyła się na tę podróż, którą dla spadłych śniegów odbywano saniami.
Dąbrowski, bracia jego, Winnicki, Wilczek, Grabowski, banda kozaków dworskich, a między nimi dwaj przedniejsi: Satyrko i Szpilka, z dwoma zręcznymi Żydkami przeprowadzającymi ich, Abramikiom Jodką i Rudym Wolfem Szmujlowiczem, w licznéj dosyć zgrai, twarze obmazawszy sadzami dla niepoznaki, nie wiem z czyjego pomysłu i rady, postanowili udawać rossyjskich kozaków szukających konfederatów, których właśnie wówczas po okolicy ścigano.
Krok to był niesłychanie zuchwały... ale na owe czasy mniéj niż się nam wydaje... Na drodze banda ta dowiedziawszy się przez Żydków wysłanych na szpiegi, że Komorowskich nie było już w Susznie, domyśliwszy się, że w Nowosiółkach ich znajdą, udała się w tym kierunku za nimi.
Niedawno żył jeszcze w Niestanicach chłop, który był naocznym świadkiem ślubu odbytego w tamtejszéj cerkwi unickiéj; służył on natenczas na dworze Jakóba Komorowskiego za kozaka, gdy starostwo nowosielscy unikając zemsty Potockiego, uciekli z Suszna do Nowego Sioła (koło Kulikowa). Ten opowiadał, że pozostały w Susznie rządca, bliżéj będąc Krystynopola, dowiedział się od swoich o wyprawie przygotowującéj się na dom swych państwa, i tego kozaka właśnie wyprawił do Nowosiółek z ostrzeżeniem... ale on po drodze zabawiwszy się na weselu w Dobrotworach, opóźnił się z przybyciem, i przyjechał do państwa, gdy się już nieszczęście spełniło[7].
Tymczasem w spokojnym dworku nowosielskim Komorowscy się rozgospodarowywali. Nie byli oni bez dworu i ludzi, mieli z sobą przyjaciela i sługę zarazem p. Łukasza Trzaskowskiego, p. Karola Magierowskiego, dworzan Szymona Wyszatyńskiego, Bielańskiego, Sachnowskiego, Soczyńskiego, trzech trębaczy od kapeli, Jacka, Szymona i Łukasza, czterech muzyków, Jacka Demiana, Szymona i Grzegorza, kilku kucharzy i kuchtów (5) i czterech ludzi od koni... Dwór był jak w podróży dosyć liczny, ale na obronę od zbrojnéj a niespodzianéj napaści niewystarczający.
Tu to odbyła się straszliwa scena, na któréj wspomnienie dziś jeszcze niepodobna się nie wzdrygnąć.
„Drugiego dnia (13 lutego), opowiada współczesna relacya, w dzień popielcu samego o godzinie dziesiątéj w nocy stał się tumult i najazd na własny dom jwimp. starosty nowosielskiego, który w szczególności każdemu obywatelowi tyle jest prawami ubezpieczony, pomimo wszystkie ludzkie i bozkie przykazania, z niepraktykowaną bezczelnością, obalający równość stanów, stał się gwałt i najazd. Więcéj półtora sta osób ludu zbrojnego, pod hasłem niesłusznie i fałszywie przybraném niby wojska rossyjskiego, szukającego konfederatów, dom cały otoczyło, i kilkunastu z bandy w strój niezwyczajny przybranych, twarze czernidłem zamazane mających, wpadli do pokoju, w którym siedzących przy stoliku jw. państwa starostów nowosielskich i ich córkę starościnę bełzką znaleźli. Naprzód z broni ognistéj dając kilka wystrzałów, czego znakiem jest wizya grodowa, która kule w ścianach znalazła (dekret powiada, że poznano mimo twarzy zaczernionéj Wilczka, który pierwszy wystrzelił) — lokajów i hajduków, natenczas stół do wieczerzy zastawujących bić i rozpraszać zaczęli, do jmpp. starosty nowosielskiego, chroniącego się z żoną i córką do drugiego pokoju ciągnącego, mimo samego ucha strzelili, przytomnego naówczas p. Trzaskowskiego tumult ten w drugim pokoju u drzwi utrzymującego wybiwszy gwałtownie drzwi flintami okrutnie zbili, powtarzając ciągle:
— „Kondraty! (Konfederaty) rubi! wiaży! koły!“
Samą panię starościnę nowosielską w słabości poronienia natenczas będącą, na ziemię obaloną z karabinami bić zapędzali się, którą ledwie własném ciałem osłaniając p. Trzaskowski od śmierci ochronił. To czynią jedni, drudzy łóżko pawilonem zasłonione karabinami dziurawili, a wtém postrzegłszy starościnę bełzką, zalęknioną, w kącie razem z kobietami innemi stojącą, pytać się językiem rossyjskim zaczęli: kto ona jest? — od któréj odebrawszy odpowiedź, że jest córką najstarszą starostw nic im niewinną, krzyknęli zaraz po rossyjsku: Woźmite jejo, ona znajet o kontradach... W tym momencie gwałtownie, sposobem najezdniczym, bez futra i najmniejszego opatrzenia, porwali ją i uciekli...
„Ludzi w Kulikowie miasteczku, pod pozorem dońców podwodę biorących, okrutnie zbili, samą starościnę słabą, brodzącą po pas w śniegu przy kilkudzisięciu razach upadnienia na ziemię, do ucieczki przymusili, która do pobliższego poddanego swojego chałupy dostawszy się, ze strachu osłabła, w strój chłopski przebrawszy się z nim do Lwowa przyjechała. Zgoła dom cały mocą i siłą oczywistego nieprzyjaciela przewrócony i zgwałcony został. Prócz tego kilkudziesiąt ludzi zbrojnych na traktach potém widywano, równie na wzięcie samego p. Komorowskiego, jak i córki jego czatujących.“
Ten opis drugi pod ręką mamy, jest on nieco dla Potockich przychylniejszy, choć równie ich potępiający, wreszcie relacya Anonima, pamiętnik Chrząszczewskiego i dekret w sprawie téj ferowany, zgadzają się prawie zupełnie co do szczegółów wypadku.
Obaj jednak pisarze pamiętników wzmiankują, że starościna bełzka do drugiego pokoju w chwili popłochu uciekłszy, skryła się tam pod łóżko, z pod którego koniec tylko jéj zielonéj kitajkowéj spódniczki wyglądał. Kozak któryś, Satyrko czy Szpilka, sądząc, że chustka na ziemi leżała, pociągnął za nią, i w ten sposób dobył z kryjówki, w któréj daremnie schronienia szukała...
Biedna ofiara w trzaskący mróz pochwyconą została w jednéj koszuli i spódniczce, bez żadnéj więcéj odzieży.
Powtórzymy tu wyrazy dekretu o napaści i zgonie Gertrudy Komorowskiéj.
„Wśród srożejących się rewolucyj czasowych jako też wszczętych naówczas zawichrzeń w Rzeczypospolitéj, zebrała się pewna hałastra zbrodniarzy i do takowéj przyłączyli się urodzeni i wolni Dambrowski, Wilczek, Szpilka, tudzież Żydzi Wolf i Abramko, którzy to wszyscy tę hałastrę składający, gotowi na wszelki zamach, knując zbrodnię niesłychaną co do swéj okropności, a barbarzyńską co do dzikości, pragnąc zaś utrudnić poznanie siebie i zarazem wywinąć się od kary i sprawiedliwości, twarze swoje poczernili, językiem ruskim rozmawiali, lecz jako nader czujna przeciw gwałtownym zamachom przezorna sprawiedliwość zwykła jak najskrytsze zbrodnie z samych nawet kryjówek ciemności wystawiać na jasny widok, tak indygacye okazują, iż wymienione wyżéj osoby przyłączyły się do owéj niecnéj hałastry, a nadto też inkwizycye dowodzą, iż rzeczona hałastra, tudzież jéj wspólnicy w dniu 13 lutego 1771 r. napadli nocną porą gromadnie i z bronią na Nowe Sioło i tamże otoczyli mieszkanie folwarczne, gdzie przebywali jjww. Komorowscy razem z córką i w. Trzaskowskim, nie spodziewając się, aby ich coś złego spotkać mogło, a rozwarłszy drzwi pierwszéj izby z rusznic wystrzelili, który to wystrzał uskutecznił w. Wilczek już wtenczas nawet poznany; następnie wpadli do téjże izby, daléj wyłamawszy przemocą i gwałtem drzwi do drugiéj izby, wpadłszy tamże, wystrzeliwszy z rusznic na łóżko, kanapę jedwabną podziurawili, w. Trzaskowskiego w gościnie przebywającego i jw. Komorowską k. s. przed wściekłością rabusiów zasłaniającego, wystrzałami z rusznic poranili, jeden zaś ze zbrodniarzy z imienia i nazwiska nieznany do piersi w. Trzaskowskiego pistolet kulami nabity przyłożył, lecz mu takowy wyrwał w. Trzaskowski. Następnie ciż niegodziwi mordercy w. z Komorowskich Potocką, starościnę bełzką, strwożoną w kącie za łóżkiem ukrywającą się porwali i z porwaną, futrami nieokrytą, wśród mroźnéj pory uciekli, rodziców nieszczęśliwych smutkiem i trwogą wskróś przejętych pozostawili, w. zaś z Komorowskich Potocką, po rozmaitych miejscach włóczyli, wreszcie nad strugę przy wsi Rekliniec płynącą przybyli, gdzie tęż w przerębel w lodzie przez w. Dambrowskiego zrobioną wepchnęli, a wyzuwszy się z wszelkiego uczucia nietylko ludzkości, ale nawet ze zmysłu najdzikszym zwierzętom wlanego, z sercem do okrucieństwa zahartowaném, niewinnością, tudzież błaganiem i jękami proszącéj się nieporuszeni, najszlachetniejszą z urodzenia, już w młodocianym wieku odznaczającą się najświetniejszemi przymiotami i rokującą najwyższą pociechę rodzicom ww. Potockiego... z łona tychże rodziców porwaną w najstraszliwszy sposób pod lodem zatopili i najokropniéj zgładzili...“




XXI.

Tak mówi dekret, cokolwiek inaczéj opisują pamiętniki nasze, których wersyę przytoczymy.
Oprawcy na rękach ze dworu wyniosłszy panią Potocką do stojących w pobliżu, przygotowanych sani, mających ją odwieźć do Lwowa, co najśpieszniéj pociągnęli. Wzruszenie, przestrach śmiertelny, stan jéj, gdyż była przy nadziei, przygotowały śmierć, która na sumieniu Szczęsnego do zgonu jego ciężyć miała, a w historyi pozostanie świadectwem nieszczęsnéj samowolności, do jakiéj duma i przewaga doprowadzić może.
Sanie pełne były, zapewne wcześnie przygotowanych pierzyn i poduszek... Wpakowano w nie wołającą o ratunek Potocką; Wilczek i Dambrowski siedli obok i szamoczącą się a krzyczącą, przyrzucili poduszkami, które dla zatamowania jéj głosu, tak przemyślnie za wczasu przysposobione mieli. Sanie ruszyły pędem, gdy tuż pod Nowosiołkami, od których tylko półtoréj mili do Lwowa, w lasku spotkali ogromny szereg tur z pszenicą wlokących się do miasta. Było ich jak opowiadali póżniéj, ze trzysta. Noc ciemna śniegiem tylko przyświecała, droga wyjeżdżona ciasna, wyminąć było niepodobna, musieli się zatrzymać i czekać, pókiby im fury te przeciągnąwszy, wolnego do przejazdu nie zostawiły miejsca. Sami zaś, — pisze Chrząszczewski, z relacyi Mładanowiczowéj czerpiący powieść swoją, — aby krzyków i jęków gwałtownie uwożonéj Potockiéj nie dosłyszeli chłopi, coraz większém naciskaniem betów, tak jéj oddech stłumili, że gdy nareszcie spotkane podwody już opodal odjechały, znaleziono ją, czy z przyduszenia, czy z przestrachu umarłą...
Wodzowie téj ohydnéj wyprawy, przerażeni swoją zbrodnią, nie wiedzieli co z nią począć i z sobą. Bóg tą śmiercią i występkiem dumę Potockiego karał tak straszliwie... Z posłusznych panu służalców, Wilczek i Dambrowski stawali się katami i zbójcami; a wojewoda kijowski poduszczycielem zabójstwa... Martwe ciało nieszczęśliwéj pozostało świadectwem dokonanego gwałtu... Co z niém począć? gdzie je skryć było? Naradziwszy się powieźli je daléj i postanowili w najbliższym stawie utopić, aby zatrzeć ślad swojego występku...
Tu dalsze opisy współczesnych różnią się od siebie znacznie. Chrząszczewski naprzód, który całą tę przygodę porwania córki Komorowskich słyszał czynną z rękopismu przez majorową Krebsową, tak się tłómaczy:
„Całą tę przygodę opisała majorowa Krebsowa i mnie ją czytała. Po jéj śmierci rękopism ten od jéj familii pozwolony do przeczytania doktorowi medecyny Abramlonowi, w ręku jego zginął. Zapewnić jednak mogę, iż w mojém opowiadaniu nie opuściłem żadnego z ważnych szczegółów, które ten rękopism obejmował...“
I tak ciągnie daléj swą powieść:
„Nic im więcéj do czynienia nie zostawało tylko zatrzeć ślad do odszukania martwych zwłok, i tu w przerąbaną płonkę, na zmarzłym w pobliżu stawie zatopili.“
Podanie miejscowe przez wydawcę Maryi zachowane, twierdzi, że się to wykonało na odnodze Bugu, blizko Jastrzębicy; w Dekrecie stoi Rekliniec. Nasz pisarz opowiada daléj, że niedaleko od miejsca, gdzie się to stało, i zwłoki Potockiéj zatopiono, był folwark należący do klucza krystynopolskiego. Na wiosnę Kossowski, ekonom tego folwarku, obchodząc bardzo rano obory i gumna, postrzegł między krą złamanych już lodów pływające ciało. Po zielonéj jedwabnéj spódniczce poznał, że było kobiece i domyślił się, że musiało być trupem utopionéj Potockiej. Za pomocą więc gumiennego wyciągnął na brzeg i uprzedzając przybycie ludzi pańszczyźnianych samowtór z gumiennym wykopał grób, w nim tajemnie zagrzebłszy zwłoki nieszczęśliwéj gwałtu ofiary, Otrzymał on dożywotnią gracyę. Dom Potockich opiekował się dziećmi jego, z których najstarszy syn ożeniony z R... Kolub... rządził potém dobrami Zofii Potockiéj i jéj małoletnich dzieci, a młodszy spełniał obowiązek kassyera w kluczu frościańskim.
Anonim wcale to odkrycie zwłok opisuje inaczéj, ale nie zdaje się być dobrze uwiadomionym i na dowód tylko ile się podań na tym grobie Gertrudy Komorowskiéj utworzyło, ile z niego urosło powieści, powtórzymy i jego relacyę.
„Widząc trupa w ręku swoich, dla zachowania sekretu, postanowili go w Bugu utopić, a przyjechawszy do Sielca puścili go pod lód. Gdy wiośniana pora stopiła lody bugowe, woda ciało Potockiéj blizko granicy dóbr hrabi Komorowskiego na młyn wyrzuciła. Młynarz dostrzegł na palcu trupa błyszczący pierścień, zdjął go, a ciało w pobliżu pochował. Sam zaś poszedł do miasteczka Witkowa, aby tam ten pierścień sprzedać. Natrafił mielnik na Żyda faktora hrabi Komorowskiego, pokazał mu wspomniony pierścień, który poznawszy od razu, iż to był pierścień brylantowy kosztowny, dany od Szczęsnego żonie swéj, młynarza przyprowadził do Suszna... Hrabia Komorowski wynagrodził młynarzowi, ciało córki odkopać kazał, i posłał do prezenty, aby zrobić visum repertum.
Wszystko to jest wierutną bajką, gdyż najpewniejsze mamy dowody we własnoręcznych listach Komorowskiego, że śmierć córki długo dla niego i całego świata pozostała tajemnicą, około ciała żadnéj sądowéj wizyi nie czyniono, i śladu jéj nie ma w całym procesie.




XXII.

Wilczek i Dambrowski, dokonawszy zbrodni i zatarłszy jéj ślady, sami nią przerażeni, gdyż następstw takich napadu swego nie spodziewali się, przybiegli nocą do Krystynopola, dając znać wojewodzie.
Pomyśleć nawet nie można było, aby o tém zawiadomić wojewodzinę...
Wystawmy sobie położenie starca, którego duma i zaślepienie uczyniły z gwałtownika zabójcą — uczucia jakich doznał, gniew, wstyd i przestrach, jakie go ogarnęły na wieść o śmierci synowéj. Anonim pisze, że do Dambrowskiego, który pierwszy przypadł do niego z tą wieścią straszliwą, w zaciekłym gniewu popędzie, wystrzelił i chybił.
Wspólnikowi występku potrzeba było zatrzeć dowody jego. Nie było wątpliwości, że Komorowscy mając teraz ucisk swój za sobą, przy tém dwóch Gozdzkich, Młodziejowskiego, niebo i ziemię poruszą na Potockich, że wyniknie proces hańbiący i kosztowny... Musiał więc wojewoda oddalić natychmiast z Krystynopola i z Rusi ludzi, którzy należeli do tego najazdu, skryć ich, i pozbyć się oprawców i świadków. Wilczka pod przybraném imieniem Zagórskiego, wyprawiono téjże chwili do dóbr ukraińskich, Dambrowski schronił się tam także pod własném swojém imieniem, co dowodzi, że mniéj się lękał (?). Kozaków, którzy do napadu należeli, Szpilkę, ich przewódcę Satyrkę, Żydów Abramka i Wolfa, porozsyłano po zamkach i miasteczkach, w Mohylowszczyznie i Umaniu.
„Obaj zbójcy, pisze Chrząszczewski, Wilczek i Dambrowski, mizernego żywota dokonali w służbie ekonomskiéj u Potockich.“
Wypadek sam starano się ukryć jak najstaranniéj, wypierając się wszelkiego w nim udziału. Wojewodzina, jak się zdaje, do śmierci nic o nim nie wiedziała, wojewoda nosił go sam na sumieniu i zapadł zaraz na zdrowiu, miotany przestrachem, zgryzotami, gniewam i boleścią. Sam teraz miecz na siebie podał nieprzyjaciołom. Chociaż zrazu nie wiedziano o śmierci Potockiéj i sądzono powszechnie, że gdzieś została ukrytą, chociaż śmielsi zaledwie się mogli domyślać występku, nie odważając przypuszczać całéj prawdy; dosyć było gwałtu możnego pana dokonanego na szlachcicu, aby całą Polskę oburzyć, a Potoccy już i tak wielu mieli nieprzyjaciół.
Dowodów, że sprawcami najazdu byli Potoccy i ich służebni z razu nie było żadnych, ale ani na chwilę nie wątpiono o tém, a stare aksyoma prawne: is fecit, cui prodest, palcem ich wskazywało. Krzyk powstał ogromny. Nawzajem przyjaciele Potockich natychmiast usiłując ich bronić, rozsiali przeciw Komorowskim cienia prawdy niemającą pogłoskę, jakoby rodzice sami własną córkę uprowadzić i skryć kazali, aby spotwarzyć wojewodę i oburzyć przeciw niemu.... Jak widzimy, dziwnéj i nieszczęśliwéj używano broni...

(Manifest).

Wśród tych wypadków, dla niepoznaki, jakby nie wiedząc o niczem, Potoccy wystąpili z prośbą o rozwód i manifestem Szczęsnego...
Wszelki ślad popełnionéj zbrodni został zatarty, na dworze nawet krystynopolskim; prócz kilku, nie wiedział nikt, co się stało z Gertrudą. Komorowscy, jak ze wszystkiego widać, domyślali się tylko, że córkę ich osadzono gdzieś w klasztorze, obawiali się o nią, aby słabowita, delikatna, przelękła, chora, nie przypłaciła życiem, ale zabójstwa tak okrutnego, tego uduszenia i topieli, ciała rzuconego bez pogrzebu... nie śmieli nawet przypuścić. Spodziewali się ją odzyskać, zobaczyć, uratować, i wielkie wzniosłszy krzyki przeciw wojewodzie, niemi go, do zwrotu dziecka zmusić chcieli.




XXIII.

Można sobie wystawić, jaki w ślad za ich manifestem okrzyk oburzenia i zgrozy, larum powszechne powstałe przeciw wojewodzie kijowskiemu, gdy wieść ta doszła do Warszawy, gdy z niéj potém piorunem rozbiegła się po całym kraju. Z rąk do rąk podawano sobie, wyrywano relacye, które na chwilę nawet, odwróciły uwagę od konfederacyi, stanowiącéj główne zaprzątnienie wszystkich w tych latach niepokoju i próżnych, niestety! nadziei. Okrzyk potępienia, wołanie o zemstę rozległo się tak straszliwie, tak głośno, że sam wojewoda w Krystynopolu zamknięty, zadrżeć musiał, gdy go tu dościgło to echo oburzenia i zgrozy.
W Warszawie blizki krewny Komorowskich, Gozdzki, wojewoda podlaski, Humieccy, Małachowscy, biskup poznański, Borchowie, i co żyło, podniosło się przeciwko Potockim, wołając zemsty, prawa, krzycząc na gwałt i przemoc...
Z drugiéj strony władze wojskowe rossyjskie, naczelnicy komenderujący oddziałem, który stał w Galicyi, oburzeni tém, że napaść na karb ich włożono, wysłali sztafety do Petersburga, postanawiając śledzić, odkryć i obnażyć winowajców.
Wojewoda ukrywając starannie cały ten straszliwy dramat przed żoną, którąby był dobił może, choć i tak niewiele już jéj życia pozostawało, syna, otrzymawszy od niego zezwolenie na rozwód, z Brühlem generałem artylleryi, z Franciszkiem Hulewiczem, księdzem Wolfem, doktorem Macpherlanem i nieodstępnym wiernym sługą, Mazurem, kamerdynerem Bisteckim, postanowił natychmiast wyprawić za granicę.
Gniew wojewody wzmógł się wypadkami; cały ten nawał nieszczęścia przypisywał synowi, staroście zanideckiemu, i Komorowskim, nie sobie; na nich spadły w oczach jego następstwa, na nich żal udręczonego starca....
Dla niepoznaki zaś, aby dowieść, że nic nie wie o losie synowéj i w jéj zgon nie wierzy, wojewoda rozpoczął natychmiast pilnie proces rozwodowy, który się też długo i uparcie miał ciągnąć...
Abyśmy lepsze dali pojęcie, jak sprawę sądzono w owym czasie, i jak różnie ją, wedle usposobienia dla Potockich malowano, powtórzymy jeszcze relacyę, jaka o wypadku biegała po kraju.
Przyjaźniejsi Pilawitom, nie mogąc ich całkiem oczyścić, w ten sposób rzecz całą opisywali, rzucając już cień pewny na Komorowskich postępowanie.
Ekscept z wiadomości doniesionych z Warszawy pod datą pierwszych dni marca r. 1771.
„Niewypowiedzianie tutaj egzagerowana, a kilkorakiemi potwierdzona raportami, tragiczna scena najazdu jw. Komorowskiego starosty nowosielskiego. Nie opisuję téj okropnéj historyi, bo nie wątpię, że wiadoma i wszędzie głośna, jak jednak ad regiam majestatem doniesiono, dla wiadomości pańskiéj rzetelnie określam.
„Jw. starosta bełzki, syn jjww. województwa kijowskich od ośmiu miesięcy za wiadomością rodziców swoich uczęszczając na polowania, mil trzy od Krystynopola, bywał w domu jmpp. Komorowskich nowosielskich starostów, gdzie w córce ich, z których starsza poszła za maż za jmp. starostę rahodowieckiego pokochawszy się, ile że ma być i edukacyi, i piękności wielkiéj, miał nalegać na rodziców onéj, aby się z nią ożenił, i gdy założona przez nich kondycya być miała, żeby togo postanowienia nie czynić bez wiadomości i zezwolenia jjww. kijowskich, jmp. starosta bełzki mocno nalegał, żeby to przed czasem dopełnienia tegoż ożenienia mieć w sekrecie, i za usilném wymaganiem rodzice damy podjęli się wyjednać indult, do czego się miała przyczynić Warszawa i poprzedniéj wiedzieć o tym knowanym maryażu, który nastąpił w dzień Ś. Szczepana, i rodzice damy mieli przyrzeczoną z miejsca tego protekcyę utrzymywania validitatis tego małżeństwa. Jakoż po ślubie publicznie rozgłoszono toż ożenienie, i że inpugnata, a ztąd konsekwencya, że rozwód być nie może. Zaszła zaś awantura w dzień popielcowy najazdu i raptus téjże damy miał być z gwałtownością, strzelaniem i kaleczeniem kilku tamże ludzi, a dama porwana w największe mrozy w letniém cale odzieniu i bez futra, a że bardzo delikatnéj konstrukcyi, największa obawa, czyli bądź z przeziębienia nie miała jakiego nieszczęścia, ile śladu nie masz gdzie się podziała. Wojewoda podlaski Gozdzki, wuj rodzony téjże jmp. Komorowskiéj pioruny rzuca na Krystynopol, a generał rossyjski Wejmarn mocno odgraża się, że fałszywie tenże najazd udają, jakoby miał być moskiewski, a obawia, że z nasadzenia i instynktu krystynopolskiego, i że ztąd obelga wojska, ich i saméj najjaśniéjszéj imperatorowéj, co i nieprzyjaciele wojewody kijowskiego bardzo egzagerują (?) i głośno gadają, że gdy sprawiedliwość upadła, i teraz leges silent, należy, ut arma loquantur, i grożą, że wymagać należy oczyszczenia się i justyfikacyi jw. wojewody kijowskiego, to jest, żeby albo się odprzysiągł, i ztąd żeby okalać go posądzeniem, że semireus, albo też jeżeliby nie miał odprzysiądz się, być może, że pociągniony będzie ad reginam dla dania z siebie eksplikacyi.
„Najwięcéj nacierają na to, ażeby uchwycona przez najazd dama była przywrócona, i żeby koniecznie dojść z czyjego nasadzenia. Zarzucając złośliwie, że ex probabilitatibus obwinienie największe spada na Krystynopol, które jak wróżą wzbudzić mają pod pretekstem zemsty za obwinienie tym najazdem rossyjskich komend, że samego jw. wojewodę kijowskiego chcą prześladować, i lubo wielu mniemania jest, że tę tragedyę mógł popełnić starosta śniatyński, jednakże repentymenta najwięcéj podszczuwane na Krystynopol...
Interea poszły tylko listy do ks. Młodziejowskiego kanclerza, do ks. prymasa i do ks. Wołkońskiego, do wojewody kijowskiego, aby dał im z siebie eksplikacyę, a za rezolucyą z Petersburga, żeby zemsta nie nastąpiła obawiać się należy, lecz wprzódy jak się słyszeć daje ma być ogłoszone oświadczenie od wojska rossyjskiego dla oczyszczenia go z kalumnii, jak wyrazić mają na nich włożonéj, i że autora ścigać i mścić się na nim chcą i mają.”
Starosta śniatyński, o którym tu mowa, był to zdaje się, Piotr syn Stanisława wojewody poznańskiego, przyrodni brat wojewodzinéj kijowskiéj, zmarły bezpotomnie; nic wiem dla czego potwarz tę na niego rzucono. Taki więc był stan téj sprawy; z jednéj strony Komorowscy mający po sobie i obrażonych Kreczetnikowa, Wejmarn’a, ks. Wołkońskiego i Saldern’a, oprócz tego wojewodę podlaskiego i całe Czartoryskich z królewskiém w Warszawie przemagąjącém stronnictwem, — z drugiéj Potoccy wszyscy z Mniszchami, Brühlami, Lubomirskimi, Sołtykami, nuncyuszem Durini’m i t. d. Sprawa o gwałt i najazd, na który jakkolwiek było prawdopodobieństwo, że w nim udział miał Potocki, dowodów jednak brakło — rozpocząć się nie mogła choćby ją Komorowscy ze swymi popierali, tymczasem Potoccy zaraz się do nuncyatury o rozwód udali.




XXIV.

Z razu zdaje się, że starosta bełzki o śmierci żony swéj nie wiedział, domyślał się może jakiego podejścia i gwałtu, dopiero w chwili wyjazdu za granicę doszła go o tém, zapewne przez kogoś z dworu, cicho podszepnięta wiadomość.
Pilnowano go i miano na oku, obawiając się, by uwiadomiony przypadkiem, zbytniéj nie oddał się rozpaczy, — ale to nie pomogło.
Zgryzota, że w pierwszéj chwili za mało okazał odwagi, że zezwoleniem na rozwód mógł się stać przyczyną mimowolną nieszczęścia żony, rozpacz późna, żal téj istoty niewinnéj, która padła ofiarą chwilowego jego szału — owładły biednym a słabym wojewodzicem.
„Zdjęty rozpaczą, powiada Chrząszczewski, w ponurém milczeniu postanowił był sobie życie odebrać, i byłby to przedsięwzięcie swoje dokonał, gdyby nad nim nie czuwał, służący mu wierny do śmierci, kamerdyner jego Bistecki, który wpadłszy za nim do gabineciku (snadź domyślając się czegoś), gdy go zastał zbroczonego krwią od poderzniętego scyzorykiem gardła, wydarł mu w porę broń samobójczą, i przez długi czas, póki się umysł jego nie uspokoił, na krok go nie odstępował. Okropność tego ciosu zostawiła na Potockim niestarte ślady, w melancholicznym wyrazie, jakim się posępiło jego oblicze, a żal nieutulony po straconéj małżonce i niewygasłą jego w sercu ku niéj przychylność, świadczyła jéj miniatura, zawieszona na piersiach aż do śmierci jego i z nim schowana do grobu.”
Przed wyjazdem z Krystynopola, Szczęsny, któremu surowy ojciec nareszcie przebaczył niby jego występek, z warunkiem, że czynić będzie co mu rozkaże, i sam się o rozwód starać, musiał nietylko dać na to słowo honoru uczciwego człowieka, ale złożyć formalną przysięgę (zob. niżéj), że we wszystkiém uległy będzie Brühlowi i wyrażonéj mu przezeń woli ojca. Przyrzekłszy to i poprzysiągłszy, młody Potocki otrzymał błogosławieństwo i w towarzystwie wymienionych już Brühla, Wolfa, Hulewicza, Macpherlana i Bisteckiego, pod najściślejszą jak być może strażą dzienną i nocną, wyruszył z Krystynopola. Nietylko w podróży, ale na popasach i noclegach, w miejscach, gdzie dłużéj odpoczywano, pilność była niezmierna, aby nikt nieznajomy do niego się nie dostał, żadnego mu nie oddano pisma, coby mu Komorowskich przypomnieć mogło. Temu wszystkiemu poddać się musiał Szczęsny oskoczony, zagrożony, znękany, upadłszy zupełnie na duchu, i posłuszny szwagrowi, który oddaną miał nad nim władzę ojcowską.




XXV.

Jakim sposobem Komorowscy indult na ślub otrzymali, wydany przez ks. officyała M. Kochnowskiego, widzieliśmy wyżéj: list Komorowskich i Szczęsnego samego wymógł jego wydanie. W lutym już, (d. 4 r. 1771.) mamy pismo tegoż ks. M. Kochnowskiego officyała do proboszcza Ostrowskiego, kanonika łuckiego ks. Podhorodeńskiego, ściągnionego dla porady do Krystynopola, dowodzący jak wcześnie Potoccy zabiegali, aby nieważność ślubu i podchwycenie podstępne indultu dowieść. Ślub dawał ks. Dłużniewski, którego zaraz na rekollekcye do seminaryum wysłano, i kazano mu się starać o dyspensę ab irregularitate.
Wszystko to zabiegami wojewody wyrobione było, aby nieważność ślubu okazać.
Ks. Kochanowski[8] tak w liście swym mówi:
„Piszę sam do jw. wojewody kijowskiego i wpanu dobrodziejowi krótko donoszę circa praestitutionem famae proximi, że mnie odgłos nawet z Warszawy doszedł, jakoby za indultem moim p. wojewodzic miał wziąć ślub z jmp. Komorowską starościanką nowosielską. Dziwno mi, że mi się z tego w Krystynopolu nie zwierzył, i że indult i siebie teraz, jeżeli tak stało, podał in cribram, a ja przepraszam jw. wojewodzica i pod sumieniem wyznaję, że nie na niego ten indult był wydany, ani się do parafii ostrowskiéj nie ściągał, jako się z pozwów potém i o kapcyę moją i de clandestinitate pokaże wkrótce.”
Już tedy sam officyał zeznawał za wczasu, że indult był nieważny, a małżeństwo nieprawne; można się domyślić było, jak sprawa pójdzie w chełmskim konsystorzu.
Anonim wzmiankuje, że Potoccy użyli wszelkich możliwych środków na swoją obronę, a najwięcéj pieniędzy, któremi Komorowscy walczyć z nimi nie byli w stanie, gdyż wojewoda miał w gotowości miliony, któremi się mógł ratować. Ale opinia powszechna była przeciwko wojewodzie; szlachta oburzona wypadkiem, głośniéj niż kiedy wykrzykiwała na przemoc magnatów, odgrażając się na Potockich.
Wojewoda z Krystynopola i dóbr swoich wyjrzeć nie mógł w obawie zemsty, a silne wrażenie, jakie na nim uczyniły te wypadki, wywołało chorobę ciężką, dla któréj po lekarzy aż do Wiednia słać musiano.
Tymczasem Komorowscy podniosłszy wrzawę, nic jeszcze nie czynili stanowczo; list przez jakiegoś przyjaciela domu Potockich pisany ze Lwowa d. 6 marca 1771, zaraz po wypadku, daje następującą o stanie sprawy relacyę, z któréj widać położenie stron i usiłowania Potockich chcących już kupić zgodę, za krew zapłacić raczéj, czegoby żądano, niżeli gorszący wieść proces.
Zdaje się, że list ten jakiś Bernardyn wysłany umyślnie z konwentu krystynopolskiego musiał pisać do Krystynopola, na ręce pani Mniszchowéj lub Brühlowéj.
„Jaśnie wielmożna pani, pani fundatorko i najłaskawsza dobrodziejko!
„Pełniąc rozkaz jwp. dobr. starałem się zasięgnąć najrzetelniejszéj informacyi o krokach strony przeciwnéj, dla czego umyślnie wizytowałem jwp. wojewodzinę bełzką, jako przyjaciółkę tam (u Komorowskich) przesiadującą. Ale już pewnie i jwpd. masz o tém wiadomość w Krystynoplu, że brygadyer tutejszy posiał ekspedycyę księcia Wołkońskiego posła, dowiadującego się, co za ludzie byli, którzy rossyjskich żołnierzy udawali, i gdzie wiadoma dama uwieziona została? Ja upewniłem, że Krystynopol o tém nic nie wie i nie wiedział (!). Manifestu żadnego dotychczas nie uczyniono, oprócz wizyi, o któréj czyniłem relacyę, perswadowałem, żeby się udali do submissyi (!!), przez którą więcéj mogą zyskać, niżeli przez wszelkie prawo. Zganiłem, że się tak daleko (do króla) referowali, czego podobno żałują. Pani wojewodzicowa płacze, że była podczas aktu (wesela) i że udana, jak słyszy, jakoby się do nich przyłączyła, czego się ona wypiera. Więcéj żadnych nie czynią kroków, ponieważ najwięcéj mają tylko staranności, dowiedzieć się o córce. Co doniosłszy z najgłębszą adoracyą (!) jwp. d., pani i najosobliwszéj dobrodziejki najniższy podnożek.
Ze Lwowa d. Martii r. 1771.
„P. S. Relacya pierwsza, że przez Kulików była wieziona nie prawdzi się, bo tam Moskal tylko inną wiózł osobę, jak się o tém lepiéj informowałem.”
List ten kończący się tak ciekawie głęboką adoracyą, jakby N. Sakramentu, zabytkiem jest zajmującym i śladem starań Potockich do ubicia sprawy w zarodzie, a zaczém smutnym dowodem, że im duchowieństwo nawet służyło w tém i dopomagało. Dziś zbutwiały ten szpargał w proch już się sypie, snadź gdzieś w wilgoci się zleżał, a podpis wcześnie oddarto...




XXVI.

Korzystając zapewne z tego nieszczęśliwego położenia wojewody kijowskiego, które mu przyjaciół i pomocników wszędzie szukać kazało i nikim nie gardzić, zbiegły ode dworu z Krystynopola Sierakowski, spróbował listem dnia 6 marca 1771, pisanym do krewnego swego Sierakowskiego, arcybiskupa lwowskiego, uniewinnić się i potém uzyskać przebaczenie. Ciekawe to pismo razem z innemi mamy przed sobą w oryginale, i choć poprzednio daliśmy z niego małe wyjątki, tu jeszcze powtórzymy w całości dla światła, jakie rzuca na tajemnicze wypadki, do których Sierakowski czynnie należał.
„Jaśnie wielmożny dobrodzieju!
„Spodziewam się, że już jwp. dobrodziejowi wiadome dobrze okoliczności jw. starosty bełzkiego, z których tak wielkie ściągnęły się na mnie umartwienia, jakowych ludzkiemi siłami, chyba bozką pomocą, wytrzymać mi nie podobna. Zostałem u jwp. obwiniony, jakobym był autorem tego nieszczęścia (ożenienia); sama myśl o takiéj o mnie opinii, jest dostateczna do skrócenia życia mojego, w ustawicznych zgryzotach będącego, bo czyż na ten koniec dziewiętnaście lat strawiłem, abym się stał monstrum naturae, z popełnienia tak wielkiéj niewdzięczności? Dopiero doświadczam, że kogo Bóg ukarać chce za jakie grzechy, odbierze mu przezorność i dopuści oplątać się wszystkiemi do obwinienia służącemi podobieństwy.
„Rzecz całą wyrażam jwp. dobrodziejowi tak sumiennie, jak gdybym na straszny sąd Pana Boga był dzisiaj powołany.
„W początkach byłem trzy albo cztery razy z jwp. starostą bełzkim w domu państwa Komorowskich, niewinną myślą dopomożenia mu do rozrywki, i témbardziéj mnie to od wszelkiéj uwalniało bojaźni, im bardziéj znałem grunt jwp. starosty, niechcącego nigdy w najmniejszych rzeczach przeciwko rodzicom grzeszyć; jakże można było spodziewać się, aby się na tak wielkiéj wagi rzecz rezolwował, do któréj takie było jak nieba do ziemi podobieństwo? W krótkim potém czasie pojechałem do Litwy, i już tu był koniec mojego z jw. starostą bywania, którego zaniechać tém bardziéj postanowiłem sobie, gdy powróciwszy z drogi litewskiéj, dowiedziałem się, że jw. wojewoda jest o tém bywaniu uwiadomiony. Jwp. starosta bełzki i w tym czasie, kiedym ja był w drodze, i po powrocie moim, sam już tam bywał, i bywanie swoje, témbardziéj zamysł, przedemną ukrywał, oczywista rzecz zatém, że ja nic płochego nigdy mu nie inspirowałem, jako zaś o skutku samym nie wiedziałem, dosyć dla mnie obrony, w listach dwóch, które copiatim, jwp. inkluduję (tych brakuje). Były pisane wtenczas, kiedy ja o Nowym Roku (1771) jechałem do Dunajowa i w Susznie po drodze być musiałem. Powróciwszy z Dunajowa, bawiłam więcéj tygodnia w Krystynopolu, o niczém nie wiedziałem, to tylko jedynie mnie zatrudniało, żem się spodziewał urazy za tych kilka moich z jw. starostą wizyt, co natenczas sądziłem być nadto wielką winą, daleko większego nieszczęścia wcale nie przeczuwając. Wiadomy dobrze jwp. starosta bełzki, jakem go wtenczas do zaniechania dalszych bytności namawiał, bom o tém tylko wiedział, przekładałem moje w téjże okoliczności napomnienia p. chorążemu zapolskiemu, już tedy nie miałem w myśli nic do tego interesu skłonnego. Wyjechałem potém na kontrakta do Lwowa, wstąpiwszy do Suszna pod tytułem dawnéj przyjaźni, z ukontentowaniem, żeśmy przebyli winę bywania, lecz na większe umartwienie o całéj fatalnéj dowiedziałem się awanturze (ożenieniu). Co się ze mną natenczas działo, dosyć powiedzieć, że o zdrowiu mojém radzić musiano. Łacno mi było wróżyć sobie dalsze nieszczęścia konsekwencye, w którém zazwyczaj tonący brzytwy się chwyta; przyłączyć się przeto musiałem do projektu trzymania sekretu, aby jwp. generałowa Brühlowa z Drezna miała być sprowadzona dla przysposobienia państwa do téj nieszczęśliwéj wiadomości, i to już było ułożono właśnie na jakikolwiek ratunek zdrowia jw. państwa, których rozmyślane odemnie z téj okazyi umartwienie, największym dla mnie było biczem i utrapienia powiększeniem. W takowéj intencyi mniéj rozmyślnie raz przez list było moje z jw. starostą zniesienie się, przy którém i w moich interesach pomocy jw. starosty zasięgać musiałem, bez myśli jednak jakowego uszczerbu; téj nagłéj rezolucyi wyżałować nie mogę, bo mnie w większą u jwpana wprawiła imaginacyę, ale Bóg patrzy na moje serce, żem daleki był od zakładania sobie jakowego ztąd awantażu, jak mogłem tylko ratować się chciałem, i zdawało mi się natenczas, że jwp. starosta bełzki stawszy się okazyą mego nieszczęścia, był obligowany świadczyć mi w interesach pomoc.
„To jest cała moja wina, którą jak na spowiedzi, gdzie żadna obłuda miejsca mieć nie powinna, wyrażam, ale przecięż choć jest winą, przynajmniéj mniejszą, kiedym nic nie wiedział i nie wchodził w fundament złego... Niechże za to pokutuję na stracie dziewiętnastoletnich zasług moich, które już się zostaną bez nagrody, bo przyznam jwpanu uspokoiwszy moje interesa, zostanę się przy niczém, i jeszcze za dożywocie żonine zgodzić się będę musiał, abym się zupełnie oswobodził, a na nowo w pocie czoła kawałka chleba dorabiać się będę musiał. Do téj sytuacyi, gdy się Bogu podobało mnie przyprowadzić, chętnie to z ręki Jego przyjmuję, i już bardzo na ten upadek mój jestem obojętny, kiedy mnie daleko większe trapi nieszczęście z zaciągnieniem acz niewinnego o sobie złego charakteru i niewdzięczności opinii; z tego się usprawiedliwić, największą w życiu mojém byłoby, chociaż przy zupełnym niedostatku, konsolacyą. Udaję się w téj mierze do jwp. dobrodzieja, już nie jako od dawnych lat mojego protektora, ale jako Pasterza od Boga succurrere afflictos wyznaczonego, protestuję się przed Bogiem, że co piszę, nic w istocie nie jest fałszywego; zjednaj mi jwpan do téj justyfikacyi pole, wszakże prośba tego gatunku nie może i nie powinna ustępować innym względom, ani będę z powodu kompassyi nad bliźnim odrzucon. Bóg jwpanu dobrodziejowi nagrodzi i tym, którzy się utrapieniem mojém poruszyć dadzą, a póki żyć będę, w niewygasłéj wdzięczności z największym respektem zostawać pragnę i t. d.
„Abym nie zostawił, cokolwiekby przeciwko mnie biło, i to jeszcze przyłączam. Dostanie tych listów, których kopie posyłam, i których sądziłem być w czasie jedynym mojéj niewinności dowodem, musiało mnie w polityce trzymać z pp. Komorowskimi, bo inaczéj nie miałbym sposobności ich dostania, skorom zaś dostał, przyjaźń im wypowiedziałem (!), jako słusznie, bo oni popełnioną zdradą (?) stali się największemi zdrowia i życia mego nieprzyjaciołmi, i chociaż przypodobać się tém, co przeciwko nim czynię, nie spodziewam się, przecięż obowiązków moich pełnić nie przestaję, i jako najlepiéj wiadomy zdradnego ich postępku, każdego przeciwną wiadomością uprzedzonego informuję. Niech to przynajmniéj mam dla siebie pociechą, że mnie i największe przeciwności od moich obowiązków nigdy nie oddalą.”
Tym listem do arcybiskupa Wacława Sierakowskiego pisanym, starosta zanidecki usiłował, jak widzimy, oczyścić się w oczach wojewody i powrócić do łaski jego, widząc, że w przeciwnym obozie więcéj straci niż pozyska. Torując sobie drogę do przebaczenia, nie wahał się dworak na polityce być z Komorowskimi dla wyzyskania od nich potrzebnych listów, a potém przyjaźń im wypowiedzieć i za Potockimi gardłować.
Z tego jednak pisma widoczna, jak czynny udział w tém wszystkiém miał Sierakowski, i jak z mocy uczynionéj przysługi Szczęsnemu, do jego się kieszeni odzywał. Wszystko to i smutne, i brudne... List starosty zanideckiego przez arcybiskupa w oryginale przesłany był wojewodzie, i służył mu za dokument w sprawie, dowodzący podstępu Komorowskich i uwiedzenia. Nie wiemy jednak, czy wojewoda przebaczył marszałkowi swemu i do łaski go pańskiéj przypuścić raczył.




XXVII.

Tymczasem i Komorowski także, choć ze słabą nadzieją skutku, gdyż arcybiskup Sierakowski cały był Potockim oddany, udał się także do niego, szukając opieki, prosząc ratunku, wołając sprawiedliwości. Nie wiem, czy w téj chwili, czy późniéj może, Potoccy właśnie wzięli pod swoją protekcyę (ujmując sobie tém arcybiskupa) synowca jego, księdza Romana Sierakowskiego suffragana przemyskiego, któremu dali probostwo w Umaniu i zaopiekowali się dalszym jego losem, choć zresztą niczém na to nie zasługiwał. Ten stosunek z synowcem dowodzi jak byli ze stryjem.
Komorowski choć może wiedział, że tu niewiele wyjedna, udał się wszakże do arcybiskupa, nie chcąc pominąć nikogo, i zaraz po wypadku taki do niego list napisał:
„List jwp. Komorowskiego, sędziego ziemskiego buskiego, starosty nowosielskiego i podliskiego, do jw. arcybiskupa lwowskiego, (ze Lwowa dnia... marca 1771 r.):
„Nie można żeby to nie doszło jwpd. na co się jw. wojewoda kijowski odważył, i jak wielka publicznemu bezpieczeństwu domów szlacheckich, przez gwałtowne ludzi zbrojnych nasłanie i porwanie córki naszéj, stała się krzywda. Być to jednak może, że i tak złą sprawę strona przeciwna wymyślnemi kształcić będzie pozorami, i starać się będzie jwpd. inaczéj informować, przeto darujesz jwpd., że go przyłączonym téj okropnéj sceny zatrudnić przedsiębiorę wyrazem...
„Gwałt powszechnemu bezpieczeństwu uczyniony rodzi drugą w sądzie duchownym chełmskiego konsystorza gwałtowność. Sądzić się tam każą córce mojéj w sprawie do rozwodu intentowanéj, nietylko bez jéj przytomności, bo wcale nie wiem gdzie schowana, i dopytać się nie mogę, ale podobno i bez dania patrona, którego nawet kryminalistom wszelkie dodają jurysdykcye, może ten interes pójść do sądu jwpd. Mocno ufam, że nad sprawiedliwość nic nie zyska.
Kościół, ojczyzna, wiele winni gorliwości jwpd., ja zaś nic nie mając większego nad własne życie, to za protekcyonalne téj sprawy wsparcie chętnie ofiaruję, na wszystkie usługi, w oczekiwaniu wszelkich rozkazów, miło mi będzie tém się zawsze chlubić, żem z głębokiém uszanowaniem i t. d.“
Arcybiskup — mamy na to dowody — list ten natychmiast przesłał w kopii Potockim. Komorowski, choćby istotnie życie swe dał jak życie córki, mogłaż ta ofiara przeważyć dary Potockich, którzy za sprawę jednego z członków rodziny, musieli ująć się wszyscy, choć dobrze jéj szpetność rozeznawali? Chodziło o rodzinę i imię, które bądź co bądź ocalić się starano, oczyścić...
Jakie już w marcu sprawa ta rodziła hałasy po całéj Polsce, mamy dowód w liście księżny Lubomirskiéj do Mniszcha, marszałka koronnego, którego tu wyjątek dosłownie przywiedziemy:
(D. 10 marca) — „Awantura krystynopolska zadziwia tu wszystkich; zaprawdę cierpię, słysząc wszystkie o niéj sądy i rozumowania, jakie o tém czynią, już też i w romansach trudno się doczytać tak szpetnéj historyi, i co to jeszcze za koniec z tego będzie! Rossya urażona, że się to stało pod jéj imieniem. Wołkoński pisał do komendanta lwowskiego, aby koniecznie tych ludzi szukać i odsyłać do Warszawy, daj Boże, aby się na Śniatyńskim skończyło. Posłano już kuryerem z tą nowina do Petersburga. W Krystynopolu piekło nie dzieje, dziwuję się imp. generałowéj (Brühlowéj?), że tak długo może tam dosiadywać. W téj chwili więcéj o téj historyi gadania niż o polityce; reszt nowin opowie ks. gwardyan (z Rzeszowa) etc...“




XXVIII.

Czyniono tymczasem co tylko było można, krzątano się, zapobiegano i starano na wszystkie strony. Następny list samego wojewody kijowskiego nąjlepiéj nam odmaluje jak myślał i co chciał poczynać. Pisany był do Mniszcha.
„Dowody pamięci i łaskawe jwpd. interesowanie się sprawą moją wdzięcznie przyjmuję. Już ja tak wiele téj burzy przebyłem, i z tych dziwnych wypadków wyprowadzi mnie miłosierdzie boże. Na początku był projekt najechać mnie, syna pochwycić, i stanęło na listach, na które odpisałem. Prawda, że p. Komorowski ma permissyę zebrać ludzi, ale kosztu mu się nie chce, i ja mam oko, wyjeżdżać zaś nic spodziewam się, poddałbym się w suppozycyę, ucieczka winnym pokazuje, więcéj bo jest strachów niż saméj rzeczy, i ten co tam był (?) egzageruje jak trybunalista. Jedynie niegodziwą imposturą chcą pokryć swój niegodziwy postępek (!) wykradzenia czyli zdeboszowania syna mego, co jest oczywisty kryminał, nie suppozycya. Ten zaś człeczek niewielki, może być szpieg od Komorowskich, albo może i od generalności.
„Jeżeli od Komorowskiego to się minie, jak jw. generał odjedzie, jeżeli od generalności trzeba, aby jw. generał jak kontumacyę skończą o kilka mil odjechał generalność, aby się nie przybliżał choćby co i drogi nałożył, i o tém piszę do jwp. generała. Żonie zupełnie powiedzieć nie mogę, dla jéj życia i zdrowia, ale aż po dekrecie w Warszawie; mam oko, gdzie sam pojechał Komorowski, ale kiedy wojewodę podlaskiego zbywają (Gozdzkiego), to i tam sam z siebie nic nie wskóra. Łaskawość jwpani dobrodziejki w całém życiu wyznawać i odsługiwać winien jestem.” (12 marca 1771 r.)
Ciekawy ten list objaśnia nam, jak Potoccy interes ten zrozumieli, — na nich była tylko suppozycya, na Komorowskich ciążyła jawna zbrodnia!! Oni czyści i bieli, on niepoczciwy (tak się często w listach wyrażają) i niegodziwy. A że w Warszawie, na dworze, w konsystorzach, w te czasy powszechnego zepsucia, wszędzie pieniądz i wpływ możnych przeważnemi były, szlachcic choć wsparty przez Gozdzkich i Młodziejowskiego, z trudnością sobie do sprawiedliwości torował drogę. Jednakże nie ustąpił.
Znać z listu, że donoszono wojewodzie o podróży Szczęsnego, że tam odsiadującemu kwarantannę jakiś mały człowieczek drogę zabiegał. Domyślano się w nim zarówno szpiega Komorowskich i wysłańca generalności, przeto wojewoda poleca generałowi Brühlowi generalność omijać, niebardzo się zresztą obawiając Komorowskiego.
Mniszchowie z Dukli, których z dawna było projektem córkę Józefę swatać synowi wojewody, gorliwie jak widzimy wspierają Potockiego w całéj sprawie, donosząc mu o wszystkiém i podtrzymując wpływami i radą. Użyto ich pośrednictwa do ówczesnego w Polsce nuncjusza monsignora Durini’ego, którego usiłując ująć na stronę Potockich, ofiarowali mu w téj chwili bogate w Dukli probostwo. Zacny prałat, którego list niżéj przywiedziony maluje doskonale charakter, dowcipniś, pochlebnik, dworak, na drugich nielitościwy, poczciwéj nie zostawiając nitki, był najniższym sługą możnych, których sprawy zawsze dla niego stawały się najlepsze. Na list w sprawie wojewody przez marszałkowa Mniszchową pisany, tak prześlicznie odpisał d. 21 marca 1771 r. Szkoda, że list ten musimy z francuzkiego tłómaczyć, gdyż wiele utraci na przekładzie.
„Pani! La penna mi vola in mano de se mede sima (pióro mi samo przez się leci do ręki), aby natychmiast odpowiedzieć na prześliczny list, którym mnie w. ekscellencya raczyłaś zaszczycić, z d. 14 b. miesiąca. Dziwne wieści, które tu (w Warszawie) rozpuszczają o panu wojewodzie kijowskim, wypowiedzieć się nie dają. Wojewoda podlaski (Gozdzki) stoi na czele téj niegodziwéj kabały. Powiadają nawet, że starano się pobudzić drobną szlachtę, aby ją późniéj do swéj fakcyi przeciągnąć. Abessa Marywilska (?) nosiła się ze swą olbrzymią figurą po wszystkich domach, wrzeszcząc przeciw tyranii i przemocy. Łatwo się pani domyślisz, że biskup poznański (Andrzéj Młodziejowski) za panią matką to powtarzał, wtórując dawnéj swéj serdecznéj przyjaciołce, mówię dawnéj, gdyż od śmierci pewnéj starościny, pani Borchowéj, liczy się teraz w czynnych usługach przy księdzu biskupie. Większość, która jest zawsze głupia, dała się uwieść krzykactwu téj kabały i gąskom, ale tylko na dni kilka. Co do mnie, pani, ani na chwilę omamić się nie dałem. Nadto dobrze znam moich panów, żebym się ich kuglarstwem dał uwieść. Mogą się jednak pochwalić, że mi niemałego zabili ćwieka, ale nie potrafili jednak oszukać i tém się nie poszczycą, zkąd niesłychany gniew na mnie intrygantów. Krzyczą gwałtem, aby mnie nazad odwołano. Ale cóż z tego wszystkiego? dziurę zrobili w wodzie, mimo wszelkich knowań ministra, króla, kardynała protektora Polski i kardynała sekretarza stanu, którzy są najniższymi sługami dworu warszawskiego. Za innego Papieża byłbym padł ofiarą niegodziwéj intrygi, ale mamy w Ojcu Świętym zwierzchnika, który widzi jasno i rządzi sam przez się. Proszę mi przebaczyć ten ustęp. Słyszę jak i wasza ekscellencya wołasz: Do rzeczy księże proboszczu, do rzeczy! — Lecę... Sprawa, o któréj mowa, została wniesiona do trybunału mojego, jako apellacyjna z konsystorza chełmskiego, który źle osądził to małżeństwo, zowiąc je potajemném.
„Dotąd z trybunału mojego wyszły tylko pozwy, to, co się tu zowie remedia juris. Wasza ekscellencya może być pewna, że gdy strona stawi się, aby apellacyę popierać, wydzieli się sprawiedliwość jak najściśléj. Małżeństwo to zostało zawarte potajemnie, to jest bez obecności parocha mniemanych małżonków, musi się więc uważać za żadne, za najzupełniéj żadne, w jakimbykolwiek trybunale sądzone było. Życzyć należy, żeby konsystorz chełmski zachował w procedurze wszelkie formy nakazane konstytucyami apostolskiemi, i aby sprawę tę co najrychléj tu wyprawił, ze wszelką formalnością potrzebną, bez któréj dopełnienia znalazłyby się trudności w trybunałach rzymskich in gradu ulterioris appellationis. Gdy we wszystkich sprawach, które do sądu mojego przychodzą, mam sobie na najświętszy obowiązek i za największa przyjemność (!) wydzielać jak najściślejszą sprawiedliwość. W. ekscellencya łatwo osądzi, z jaką gorliwością pośpieszę z wymierzeniem jéj w sprawie, którą się pani raczysz zajmować tak słusznie, w sprawie, która tak blizko dotycze wielkiego domu Potockich. Co się tycze postępku p. Komorowskiego, znajduję go najostatniejszą infamią (!!) (de la dernière infamie). W każdym innym kraju byłby do śmierci za to gnił w więzieniu. Postępek officyała chełmskiego jest całkiem niepojęty (!), dać dyspensę od zapowiedzi z okienkiem, bez wymienienia osób, to się tylko w Polsce trafić może, gdzie wszyscy niemal biskupi zajmują się zbieraniem dochodów ze swych biskupstw, a czynności zdają na ręce podwładnych osób, często przedajnych, zawsze prawic nieumiejętnych. O! Pani! jakby w kościele polskim reforma porządna była potrzebną! Niegodziwość biskupów niektórych dochodzi do non plus ultra; wszystko zdradzili, Boga, ojczyznę, obowiązki. Nie ma dla nich innego Boga nad brzuch, innéj ojczyzny nad ambicyę, innych obowiązków nad uwalnianie się od tych, jakie na nich wkłada ich stanowisko. Intrygi i przedajność panują w ich sądach, ale niech się wasza ekscellencya nie lęka, nie znajdą ono przystępu do mojego trybunału, honor w nim zawsze pierwsze zasiadał miejsce (?). Intryga nieraz przedeń przyjść próbowała, ale jéj odpowiedziano, że się myli, i do innych drzwi iść powinna. Z powodu jubileuszu, z którego starano się korzystać, ofiarowano mi kapelusz kardynalski; rozśmiałem się z téj ofiary, a gdy nalegano, nie lękałem się odpowiedzieć, że uczciwość moja stanie mi za czerwony kapelusz, ba! za tyarę nawet. Nie lękaj się pani, by intryga zwyciężyła w Rzymie, potrafię ją uprzedzić, gdy czas będzie po temu. Teraz zaś proszę waszéj ekscellencyi, żebyś raczyła zapewnić jw. wojewodę (kijowskiego), że ja sam będę prezydowal w sądzie, gdy ta sprawa nadejdzie, i że ją uważam za pewną wygraną dla wielkiego domu Potockich. Raczysz pani także złożyć im uszanowanie od nowego swego proboszcza duklańskiego. Serce mi mówi, że próżnobym tam teraz jechał, i że godni kollatorowie moi wkrótce zapewne zamienią pobyt u stop Karpatów na mieszkanie u brzegów Wisły (to jest przejadą z Dukli do Warszawy). Z twych pięknych rąk pani chcę przyjąć instytucyę kanoniczną na to śliczniuchne (charmant) beneficyum, które cenię wyżéj od wszystkich opactw w świecie i kapeluszów czerwonych... Nigdym nie wątpił, że Rzeczpospolita bliżéj się znajduje gór Karpackich niż Warszawy, to też ile razy levavi oculos meos in montes, unde venit auxilium mihi... (Mowa zdaje się o generalności i konfederacyi). Jest to cytacya nie w miejscu, ale pani dowiedzie przynajmniéj, że się z brewiarzem widuję. Wcale nie myślę sprzeczać się z panią względem tego postanowienia (?). Gotów jestem jako dobry poseł (en bon Nonce) podpisać ją krwią moją. Uwielbiani Rzeczpospolitą waszą (generalność). Jedną ma tylko wadę dla mnie, że za powolnie, za leniwo działa, ale to nie ze wszystkiém może jéj wina. O! jakże mi pilno ujrzeć tę drogą i szanowną Rzeczpospolitą i złożyć jéj cześć moją. Ty pani, jesteś jéj najpiękniejszą ozdobą... Ale otoż pan Drewnowski, który mi pióro z rąk wyrywa... Kończę, z żalom i upewniam panią o najgłębszym szacunku...
Durini, nuncyusz apostolski, proboszcz Dukli.“
List ten tak wyrazisty i pełny charakteru, nie potrzebuje żadnego kommentarza; cały wiek i człowiek cały się w nim maluje. Co dowcipu! co lekkości! Honor prezydujący w sądach, przyjemność oddawania sprawiedliwości, cześć dla Potockich, i razem z potrzebą ujęcia sobie nuncyusza trafiające się właśnie wakujące w Dukli probostwo, które mu ofiarują — ta jego bezinteresowność, z jaką odrzuca kapelusz, a przyjmuje beneficyum, są to nieopłaconéj naiwności rysy do obrazu czasu. Co za moralista przytém! jaki sędzia surowy z reformatora monsignora Durini’ego, nieprzyjaciela intryg i kabały, protektora uciśnionej niewinności! Jak karci Komorowskich uczynek! jak go oburza krzywda wyrządzona wielkiemu imieniu Potockich!... Z jednego tego listu poznać można cały charakter człowieka, a... i czasu niestety!




XXIX.

List ten widocznie pisany do Mniszchowéj[9], która ciągle siedziała w Krystynopolu, dowodzi, jak się ona szczerze zajmowała położeniem wojewody, wedle Anonima pierwszą będąc doradczynią tego gwałtownego postępku, który tyle teraz robił hałasu. Po téj szpetnéj awanturze, w któréj miała udział tak wielki, nie mogła opuścić Potockich, siedziała przy nich, a wpływem swoim i męża robiła co tylko mogła, aby wywikłać ich z przykrego i gorszącego procesu z Komorowskimi. Pod jéj imieniem chodziły listy, odbywały się roboty, i dnia 25 marca 1771 taką jéj przesłano notatkę:
„Pierwsza determinacya jwp. dobrodziejki wyjazdu z Krystynopola była przyczyną zamilczenia mego w odezwie listowéj do niéj; spodziewałem się, że już do Dukli pisywać trzeba dopiero z listu d. 7; marca datowanego, a mnie ten doszedł zbyt późno, bo 20 marca, dowiaduję się o jéj w dawném miejscu zatrzymaniu się, i zaraz powinną mam honor wyrazić submissyę. Nic nowego nie mam do oznajmienia z Warszawy; to tylko mi piszą, że gdy tam doszły listy responsujące w wiadomym interesie, nadciszyły się mowy w téj materyi, częste i obwiniające. To tylko teraz mówią, że okoliczność jest zawiła do pojęcia mocno (?). Ja się turbuję o oboje państwo, gdyż okrom tak wielu przykrości, musi być i to przyczyną utrzymania sekretu (przed wojewodziną kijowską) przydatkową jeszcze mozołą dla jwp. wojewody, a wiem, że sama jejmość, za utajenie tak długie więcéj jeszcze będzie zmartwiona, choć się to dla jéj zdrowia i z potrzeby usilnéj dzieje. Bardzo się z tego cieszę, że jwp. dobrodziejka jesteś przytomna, ulgę to będzie czyniło zmartwionemu państwu, mnie co zleconego od jwpd. było, mam zawsze w pamięci. Ten list przez okazyę w Bełzkie piszę, więc responsu na niego nie trzeba... Przez lwowskie okazye gdyby łaska jwpd. pisać, to mnie każdy list dojdzie, i ja starać się będę pisywać. Powtarzam powinną submissyę.“ — (Dat w Siemian. 1771 dnia 25 marca).
Jakoż w marcu czy pierwszych dni kwietnia wyjechać wreszcie musiała pani Mniszchowa z Krystynopola, pozostawując tam przyjaznego sobie l’abbé Delisle’a, nie wiem w jakiém stanowisku w Krystynopolu przebywającego, może nauczyciela panien Potockich. Z listu jego, który pisał d. 15 kwietnia do pani Mniszchowéj, niezrozumiałego zresztą dla jakichś tajemniczych alluzyj, tego się tylko dowiadujemy, że wojewoda w téj porze czekał dekretu z nuncyatury, aby już żonie o wszystkiém powiedzieć.
„Dziś wiatr wieje przychylny dosyć, pisze l’abbé Delisle, a przybycie starosty śniatyńskiego (na którego jak wiemy zrzucano ową napaść na Nowosiołki) — jest dla nas przyjemną rozrywką. Z jw. wojewodą nie mogłem się dziś widzieć, ale go jutro á son lever, z rana zobaczę. Czeka jutro (d. 16 kwietnia) dekretu nuncyatury, i natychmiast oznajmi pani saméj o wielkim wypadku... Kazał córkom mówić, że nie wiedziały całkiem o téj sprawie. Dobrze to, aleby wprzód trzeba tu mieć czém powyganiać łajdaków (coquins). Błagam w. ekscellencyę, byś o moim liście nie wspominała przed Smolińskim, krukiem, niegodziwą trąbą...“ (d. 15 kwietnia 1771, l’abbé Delisle).
Około tego czasu, jak z innych listów widać, gdy lody puszczać zaczęły i tajone dotąd zabójstwo na jaw wyszło, pomimo najściśléj zachowywanego sekretu, rozsiano po całéj Polsce wieść o tém, że Komorowska utopiona została.
Rzecz pewna, że Potoccy skrywali to jak najusilniéj, a Komorowscy do ostatka nie wierzyli, czy wierzyć nie chcieli zabójstwu; pomimo to jednak, dziwném jakiémś zrządzeniem, głos o tém poszedł nie wiedzieć zkąd i jak, rozszerzając się i nabierając siły. Nie wierzono temu z razu; dowodów nie było żadnych, nieprzyjaciele tylko wojewody, gdy się to słyszeć dało, wprost utrzymywać zaczęli, że się morderstwo dokonało za wyraźnym jego rozkazem. Doszło to do Krystynopola, a starzec gryzł się zmuszony milczeć i znosić. W domu istotne było piekło, jak mówiła księżna Lubomirska, tajemnica do ukrycia ciężka dla wojewodziny, przed którą ją trzymano w sekrecie, zmuszała do nieustannego czuwania nad domowymi i przybywającymi. Dodajmy, że ją tajono przed kobietą, co zawsze dotąd najpierwsza wiedziała o tém, co się w koło niéj działo, zgryźliwą, niespokojną, podejrzewającą... Oprócz tego groził gorszący proces ze strony Komorowskich, trwożyła obawa o syna, wszystko to opierało się o wojewodę, który ten nawał kary nie wiem jak znieść i dźwignąć potrafił. Ale też chorzał on ciągle prawie, drażniony coraz nowemi wieściami, nie wychodził z pokoju, nie widywał nikogo, sprowadzano doktorów, nieustannie cierpiał, milczał i gryzł się, miotany strachem i zgryzotą.




XXX.

Tymczasem Szczęsny powoli w swą podróż wyjechawszy, od teatru wypadków i kraju się usuwał, strzeżony przez towarzyszów. Pilnowano go tém baczniéj, że się ciągle jeszcze między nim a Komorowskim obawiano kommunikacyi, pochwycenia go może, wpływu rodziny żony, mogącego stanąć na zawadzie zamiarom rozwodowym. Odsiedziawszy kwarantannę na granicy, i zaraz w pierwszym grodzie nowy z rozkazu ojca zeznawszy manifest, Szczęsny niedaleko jeszcze pozostać musiał do czasu, gdyż potrzebowano go do sprawy rozwodowéj, którą nie ojciec, ale on sam w imieniu swojém musiał prowadzić, i prowadził podpisując co mu przysyłano. Wymożono już na nim groźbą i prośbą, wpływem generała Brühla i ks. Wolfa, że robił co zadyktowano. Komorowscy także nie spali i nie spuszczali go z oka, być może nawet, że mieli myśl pochwycenia młodego Potockiego... Znać z ostrożności, jakie zachowywano w drodze, że się obawiano jeśli nie gwałtu, to namowy do ucieczki i korrespondencyi. Gdziekolwiek stawali w miasteczkach, po wsiach, póki podróżni byli bliżéj domu, ostawiano domy strażą, obwarowywano drzwi, opatrywano okna, nikomu do Szczęsnego przybliżyć się nie dozwalano.
Komorowscy chcieli mu dać wiedzieć o sobie i przypomnieć się, a że list ciężko było do niego inaczéj przesłać tylko przez zaufanego i bardzo zręcznego człowieka, wybrali ku temu blizkiego krewnego swego stolnika krasnostawskiego Horocha, który pogonił śladem za odjeżdżającymi. Zdaje się wszakże, iż mu się docisnąć do Potockiego nie udało, a listy Komorowskiego wpaść musiały w ręce generała Brühla, mentora i towarzysza podróży.
Jeden z nich, który mamy w oryginale przed sobą, brzmi jak następuje:
„D. 23 apr. 1771 ze Lwowa.
„Póki Starosta w blizkości zostawałeś jeszcze, pomimo wszelkie tamy spodziewaliśmy się kiedyżkolwiek, jeżeli nie osobiście, przynajmniéj listownie być upewnionymi, że go nasze dotykają udręczenia. Nagle umknęła się nadzieja z odjazdem jwpana z tych krajów, tentowane wszystkie sposoby wyrażenia jwpanu naszego przywiązania z przeciwnego losu stawały się nam dotąd nieużyteczne. Nie opuszczamy jeszcze rąk w użyciu tych środków, na które się zdobyć możemy. Uprosiliśmy wjp. Horocha stolnika krasnostawskiego brata naszego, aby mógł jwpana o naszéj o zdrowie jego uwiadomić troskliwości. Dałby Bóg, żeby tak był szczęśliwy w intencyi swojéj, jako będzie niechybnie starowny; wytłómaczyłby on jwpanu, że we wszelkich utrapieniach tém się tylko konsolujemy, że wiemy komu los córki naszéj powierzyliśmy...“ Niestety! smutno czytać te listu wyrazy, to scio cui credidi jak Aryan ich godło pogrzebowe zawiodło!... Dalej pisze Komorowski:
„Dom najechany, żona moja podtenczas chora, strzelaniem i szelestem oręża zbrojnych ludzi przelękniona, aż na wieś uciekła, córka nasza a żona jwpana gwałtownie porwana, bez żadnéj dotąd wiadomości lokowana (!), proces rozwodowy w konsystorzu chełmskim zaczęty, — nie muszą to być tajne jwpanu sceny. Nad to wszystko raz dotkliwszy był na serca nasze, manifest jw. pana uczyniony. Gdybyśmy musieli wierzyć, że własne myśli jego w nim wynurzenie, musiałyby być wielkie dowody odmiany sentymentów jego, gdybyśmy temu wierzyć byli przymuszeni, bo znając grunt wspaniałéj duszy i téj korrespondującą świątobliwą edukacyę, nieprędko uwierzyćbyśmy mogli, abyś się łatwo mógł na odmianę dla wiernie przywiązanych determinować. Tkwią nam w pamięci chętnie a wiecznie trwać mającéj przyjaźni upewnienia; tą się w smutkach naszych zasilamy, ufając, że dobrze wierzących wiara nie omyli, i że swoją jednostajnością osłodzisz umartwienia tego, który jest z zupełnym szacunkiem jw. pana życzliwym i najniższym sługą.
J. St. Komorowski m. p.“
A matka, biedna matka dodała te słowa rzewne do listu męża:
„Czasy i miejsca mogą wielu ludzi odmienić, tak gruntownego zaś jaki jest jwp. charakteru spodziewam się, że nie zdołają; w tém ufność moja, że nie zapomnisz o téj, która jwpana wielbiłam i wielbię, i która mam za pomyślność przypomnieć się jego szacownéj pamięci, strapiona, ale kochająca matka
A. Komorowska.“
Te dwa listy wziąwszy pan Horoch, nie dał sobie z niemi rady, podobno je wprost zdesperowawszy na ręce Brühla złożył. W papierach jest na to ślad, karteczka mała do Szczęsnego przez kogoś pisana, bez podpisu, którą mu w czasie podróży musiano tajemnie poddać, kto wie czy nie z nią to był posłany ów mały człowieczek, od Komorowskich, który gdzieś starostę w miasteczku dognawszy, postrzeżony u rogatek się zatrzymał, i przez żebraka przesiał do gospody świstek następujący:
D. 3 maja 1771 przed Rogatką.“
„Listów ośm do jwpana i dobrodzieja od starostwa nowosielskich i pana Horocha pisanych, jwp. marszałek piński oddał w ręce jw. Brühla, o których nie wiem czy są kommunikowane panu, w których listach, jakom świadom interesu nie masz sekretnego, tylko dopraszają się starostwo, abyś jwpan miał stateczną i szczerą przyjaźń, taką jaką mają jwp. starostwo, i gdzie się ich córka a dividium cordis jwp. dobrodzieja znajduje, o którą ciężko strapieni. Mój pan Horoch umyślnie do Dukli zjechał, dla lepszego uwiadomienia o interesach starostwa nowosielskich, ale go szczęście ominęło. Ja zaś posłaniec, z ..... wypuszczony, żądam literki od jwpana, abym się utratny miał czém złożyć przed panem, i czekam responsu od jwpana i dobrodzieja, prawdziwy podnożek.
M. D. c... mp.“
Zdaje się, że jak p. Horocha listy przejęto, jak posłańca tego schwycono, tak i kartka podobno dostała sic w ręce Brühla, a czekający za rogatką z nieczém powrócić musiał, choć jak zobaczymy, i o tych krokach wojewoda kijowski zaraz miał wiadomość, i surowo dopominał się u podróżujących z synem, czy kommunikacyi mu z Komorowskimi nie dopuścili. Pilność była największa, Szczęsny złamany i pokonany... Ciągniono go na ofiarę, daléj a daléj posuwając się wedle marszruty przez wojewodę przepisanéj.




XXXI.

We lwowskim konsystorzu imp. Pruski, kanonik metropolit. lwowski, pilnował sprawy; w Chełmie czuwał nad nią Podhorodeński, w Warszawie krom innych Wyczółkowski, a było tych kruków żywiących się około trupa dosyć, którzy wojewodzie Potockiemu pomagali i interes jego promowali na wszystkie strony.

Nie szło to jednak tak łatwo, jakby sobie wyobrażać można: wiele się rzeczy naprzód w Chełmie, jakoś posnuło, gdzie uznano małżeństwo za potajemne, ale go nie unieważniono jednak, i powtórzyć tylko kazano, czyli uregulować... Jak stał interes późniéj nieco dnia 7 czerwca, donosi ks. Pruskiemu do Lwowa ks. Podhorodeński w następnych słowach:
„Perillustrissime, reverendissime domine patrone colendissime!

„Posłałem niedawno przez umyślnego wyciągniony ze wszystkich dokumentów do wiadomego interesu ściągających się projekt z rady patronów uformowany, odsyłam i teraz i same oryginalne papiery, których tymże patronom dla przygotowania się do sprawy kommunikowałem: salvo altiori judicio wp. dobrodzieja wszystkim w sprawie biegłym, zdaje się, aby proces ad auctoratum praetersi sponsi był rozpoczęty, aby a personali comparitione strony wolne były (z tamtego świata powołać trudno było!) Specialissimum de non mandatum procura requirietur etiam cum facultate jurandi in animum principalis quatenus opus fuerit. Listy także własną ręką pisane tak ad constitutum procuratorem conformiter ad mandatum procuri, jako też ad judictum e remissione, mocnoby wsparły interes i mocnoby ekskuzowały nieprzytomności. Na dowód, że proces in contumatiam unius partis prowadzony być może, uczyniłem już kroki o praejudicatum do kancellaryi nuncyatorskiéj, spodziewam się przysłania onego, które mam tu nawet in copia.
Solissimo. Ze Lwowa mam wiadomości (spodziewałbym się, że płonne), że chwalono się tam (Komorowscy) jakowemiś karteczkami, ołówkiem pisanemi z kwarantanny (?), a przez jp. Horocha przywiezionemi, w których ma być upewnienie de constanti affectu erga praetersam sponsam mimo wszystkie kroki, quasi impositive przeciwnie czynione; powiadam to wpd. w najgłębszym sekrecie, wiedząc, że téj wiadomości zażyć zechcesz, na ostrożne zapobieżenie, bez wydania piszącego, wynikającemu ztąd złemu. Informowałem się także, iż jeden ułan znajdujący się podczas niegodziwego ślubu, słyszał to, iż parochus dobrotworski, gdy o imieniu dowiedział się praetersi sponsi, nie chciał przystąpić ad benedictionem, aż go upewniono, że to nie ten Stanisław, którego on rozumiał, i ledwie mu to wyperswadowano, a tak nie wiedział cujus matrimonio assistebat, i trzeba się jakim sposobem dowiedzieć, może i sam ukaptowany parochus przyznałby się do tego, co wieleby interesowi dało wsparcia, chociaż z istoty swojéj pro parte nostra, jest dobry, ja circa 16 praesentis pośpieszę, teraz oddaję się itd...
„Z pod Łucka d. 7 Junii 1771.“
Proces mimo tylu starań przy prowadzeniu, nie mógł jednak być wygranym; chybiony został z winy niby ks. archidyakona chełmskiego, i gdy go do nuncyatury ks. Durini’ego przeprowadzono, napowrot ztamtąd musiano odsyłać do Chełma z surowém naleganiem, aby w myśl i wedle żądania Potockich osądzony został.
Chodziło o uznanie nieważności (nullitatis) małżeństwa, którego wyrzec sumienie nie dozwalało.




XXXII.

Tymczasem wojewoda zmuszony coraz dłużéj taić przed żoną domyślającą się i niepokojącą tragiczną scenę napadu i jéj następstwa, chorzał ze zgryzoty i niepokoju, dostał gorączki katarowéj, potém febry przepuszczającéj, a w ostatku, że go ta długo trzymała, i puchnąć po trosze zaczął.
Najlepiéj zresztą odmaluje nam to, co się w Krystynopolu działo, naoczny świadek, córka domu, pani Brühlowa, która do stryjenki swéj Mniszchowéj tak pisała dnia 12 czerwca 1771 roku z Krystynopola:
„Z najgłębszym szacunkiem całuje nogi jwpdobrodziejki za łaskawą jéj fatygę w pisaniu do mnie, które i teraz przez Żyda dukielskiego miałam szczęście odebrać i dawniéj doszły mnie także jak przez guwernera Michała, tak przez powracającego umyślnego mego ojca, na które miałam honor już odpisać. Ale się dopiero dowiadujemy, że te listy nasze przejęto i zatrzymano z posłańcem; bardzo trudne teraz przejazdy, wojska tu w około nas mocno się uwijają, a najwięcéj na trakcie dukielskim. Chciéj jw. stryjenko dobrodziejko odpuścić nam łaskawie to opóźnienie, i uznać, że w tém nie jest nasza wina ani lenistwa, ani zapomnienia, jak nas stryjenka obwinia niepodobném to jest, byśmy zapomnieć mogli wszystkie łaski i dobroć, jakiéj zawsze doznawaliśmy i doznajemy. Ośmielam się błagać kochanéj stryjenki, abyś była mocno przekonana, że żywa wdzięczność moja i szczere a pełne szacunku przywiązanie chyba z życiem skończyć się może.
„O wiadomym interesie, dotąd n nas cicho. Wyczółkowski i archidyakon powrócili z Warszawy, już jest temu dwa tygodnie, dekret odesłany do Chełmna, gdyż proces źle był napisany, wina w tém archidyakona. Jak poprawiony będzie w Chełmie, to go znów do Warszawy zawiozą, i tak mówią, że ta sprawa pociągnie się do jesieni i dobrego końca spodziewają się. Tylko jak się nuncyusz odmieni (miało to nastąpić w następnym roku podobno), to będzie ciężéj. Osoba niewiadoma (pani wojewodzina matka, wyrażenie zamiast nieświadoma, niewiedząca) o tém wszystkiém, jeżeli się broń Boże trafunkiem nie dowie, to mój ojciec przed skończoną sprawą zapewne nie powie, a na cóżby się zdało już potém powiadać, i ją zmartwić, i już skończone historye odnawiać? O panu Horochu (przyjacielu i krewnym Komorowskich) tu nic nie słychać, o Komorowskim tyle, że jak dawniéj bardzo burczał, tak teraz cichusieńko siedzi. Podczas téj sprawy w Warszawie gadali ci, którzy z jego strony byli, że kiedy oboje nie mogą się znajdować, to koniecznie trzeba, żeby choć jedno, a i córkę mówili, aby była do Warszawy przywieziona, na co im nuncyusz (Durini) odpowiedział, że nie ma żadnéj potrzeby, a gdyby chcieli ją sprowadzić, trzebaby się nam pierwéj dowiedzieć, u kogo mamy się o nią upomnieć. Na tę odpowiedź zamilkli (?), i już żadnego nie było wspomnienia o Gertrudzie (!!). Rodzice moi z łaski bożéj dosyć zdrowi, tylko ojciec po téj febrze jeszcze nie może przyjść do siebie, słabość jest mocna i puchlina w nogach, ale doktorowie nas upewniają, że to nic nie szkodzi, że zawsze po febrze tak być musi, i że ta febra bardzo dla niego była zdrowa i potrzebna... Mąż mój chorował na gardło, z łaski bożéj już jest zupełnie zdrów. Wiadomo jest jw. stryjence dobrodziejce, że pan krajczy (Józef Potocki, przyrodni brat wojewodziny kijowskiéj, syn Stanisława wojewody poznańskiego) był obligowany od rodziców moich starać się o konsens na Bolimów (starostwo), odebrał już taką rezolucyę, że najj. pan był już o to sam proszony przez jw. wojewodę kaliskiego (Twardowskiego) i podał kondycye pozwolenia: najęcie pałacu (Mniszchów), a gdy już raz tak odpowiedział, innéj nie może dać rezolucyi. Interes, który mąż mój obszernie opisuje względem kupna starostwa, protekcyi jwpd. razem z sobą polecam. Za obietnicę portretu męża mego miniaturą i łaskawą rączką jw. stryjenki dobrodziejki malowanego, nóżki po milion razy całuję; miarę do tabakierki będę miała szczęście sama złożyć u nóg jéj; spodziewam się zapewne na Św. Jan, gdyżbyśmy się tylko rozdraźnili musząc powracać tu na imieniny, a tak potém będziemy mogli mieć to szczęście na dłuższy czas. Wyrażasz jwpd., że jwpani krakowska d. będzie o tém pisała. Jak wola w tém jwpd., tak czyńcie, jak będziecie lepiéj sądzić o tém, że brat mój (Szczęsny) miał febrę, wie matka, gdyż się dowiedziała z listów jw. generała i samego brata mego.
„Pan krajczy dotąd tu bawi, i pan Wincenty (podkomorzy w. koronny, brat krajczego) od kilku tygodni, pan Franciszek (?) także przyjechał kilka dni temu. Rodzice moi mocno obudwóch kochają, są też tego warci. P. Wincenty już się tu obeznał i jest bardzo dobrze i poufale, pan Franciszek jeszcze lepiéj od samego poznania. Na mego męża zawsze tu z łaski bożéj dobrze, mocno są łaskawi. Muszę też oznajmić jw. stryjence dobr., w jakim tu byliśmy strachu. W kościele będąc podczas oktawy Bożego Ciała, dowiadujemy się, że p. Komorowski przyjechał, a nie można się było dowiedzieć, który i z jakim interesem. Ale to jeszcze nic, gdy on wszedł do pokoju, miarkujesz jwpd. co się wtenczas z nami dziać musiało. Nieprędko potém dowiedzieliśmy się, że ten bardzo daleko należący do nowosielskiego, i w ten interes nietylko że się wcale nie wdawał, ale nigdy o tém nie gada. Już byliśmy trochę spokojniejsi o tém się dowiedziawszy, ale jednakowo przykro na niego spojrzeć było, że tego imienia. Kilka dni tu bawił.
„Teraz nic mi nie zostaje, tylko mnie polecić nieustannéj i zawsze nam mocno potrzebnéj, łasce i protekcyi jwpd. z tém wyznaniem, żem do śmierci z najmocniejszém przywiązaniem, i najgłębszym respektem jw. stryjenki d., serdecznie kochającą synowicą i najniższą sługą...
„D. 12 czerwca w Krystynopolu.“




XXXIII.

Spoczniéjmy tu na chwilę i podziwujmy się obrazowi, jaki w tych szczątkach zbutwiałych i w ręku rozsypujących się listów, przeszłość nam sama przedstawia. Gdyby ze swobodą powieściopisarza wszystko to ktoś wymarzył, nie opierając się na autentycznych dokumentach — możeby czytelnik wymysł uważał za naciągnięty i nieprawdopodobny?
Ten pan Komorowski naprzykład zjawiający się w Krystynopolu wśród nabożeństwa, i jak upiór przerażający wojewodę i całą jego rodzinę strachem panicznym? Nie jest-li to scena powieści więcéj niż rzeczywistość! Ten poczciwy pan Horoch podkradający się z listami, ta straż i niewola Szczęsnego, sąż to sceny z romansu, że już główne i krwawe pominiemy, które nie powieściopisarza, ale poetę natchnąć mogły i stworzyły arcydzieło?
Napróżno wysilać się będzie wyobraźnia, tworząc nowe światy swoje: nie zrówna ona z naiwnemi swemi wymysły i machinami, swobodnemu kierunkowi rzeczy ludzkich, wśród których nieprzerwanie idą po sobie dramat, komedya, a ludzie grają w nieskończonéj i niewyczerpanéj rozmaitości.
Najniedbaléj skreślony list przenosi nas żywo w przeszłość, żywiéj zawsze niż najumiejętniéj skreślony potrafiłby obrazek; wszyscy nie chcąc stają się artystami, nawet ci, co się nigdy nie poczuli nimi, gdy wiernie kreślą co widzieli i uczuli.
Jedno słowo starczy często na odmalowanie wizerunku człowieka, a w listach, któreśmy już przywiedli, nie widzimyż obrazu Krystynopola, tak misternie uchwyconego i odtworzonego, jakby go umiejętna kreśliła ręka? Można-li tu co dodać? godzi się domyślać więcéj? — Nie sądzę.
Sama wojewodzina, słońce nad zachodem, około któréj kaprysów i dziwactw wszystko się obraca w obawie jéj chimer i gniewu; obok niéj milczący, zgryziony, chory, z opuchłemi nogami wojewoda, na którego duszy ciężar taki, stąpający na palcach około najukochańszéj Anuleńki; daléj córki, którym przykazano milczeć, niepojmujące co się w domu dzieje, gniewne na Komorowskich i przekonane, że prześladują Potockich; daléj cały dom posłuszny i dworacki tłum klientów, Sierakowscy, Pruscy, Wyczółkowski powtarzający za panem litanię o niegodziwości (wyraz ciągle używany) Komorowskich...
Za tło tego obrazka weźmy jeszcze kraj skonfederowany, pełny scen niepokoju, rozerwany, zalany wojskami, gościńce niebezpieczne, bandy zbrojne, przebiegające prowiucye, a oczy i serca zwrócone zewsząd ku generalności...
Obraz ten, który nam nietknięte materyały całkowitym i pełnym dostarczają, nie potrzebuje kommentarza ani dodatków, tak sam przez się tchnie artystyczną prawdą i charakterem właściwym, bo w nim zostały same te tylko rysy, które zostać były powinny.




XXXIV.

Niemniéj zajmujący jest sam bieg sprawy, którą Potoccy popierali żywo, radząc się, zabiegając i usiłując zwyciężyć, chociaż mimo starań nuncyusza i całéj familii nie szło tu tak dobrze i łatwo, jakby się po ich przewadze spodziewać było można.
Za Komorowskimi, uciśnionymi przemocą, odzywało się w każdym serce; wstyd jakiś uczciwy nie dozwalał powiększać ich krzywdy, już i tak wielkiéj.
Trzy listy następujące nieznajoméj ręki, prawdopodobnie ks. M. Kochnowskiego, są ciekawym dokumentem co do toku sprawy w sądach i sposobu, w jaki przez ówczesnych prawników uważana była. Wskazują one środki, jakich przeciw Komorowskim używano.

„Perillustrissime et reverendissime domine, domine patrone gratissime.

„Dziękuję najpokorniéj wp. dobrodziejowi za łaskawe jego serce, że mi się w tak poważnéj sprawie kommunikować raczysz. Ja wzajemnie com w tym ingresie dawniéj mógł zrozumieć i teraz być skuteczném u siebie rozumiem, otwieram szczerze myśl moją.
„Zdałoby mi się tę sprawę na inną manierę obrócić, a prędzejby i skuteczniéj zakończoną została. Są dwie remissy z nuncyatury, jedna ratione clandestinitatis matrimonii, a druga ratione sub dolo obtenti indulti, wchodzi ks. Bieliński, pleban dobrotworski. Obiedwie tak są od siebie niedalekie, że gdy jedna z nieb sądzona będzie, niepodobna, aby druga nie była tknięta. W pierwszéj o to idzie, że nie przed własnym plebanem ślub wzięli; w drugiéj, że jmp. starosta nowosielski inter alia nie na własnego plebana indult wymógł, a ks. Bieliński nie swoim parochianom albo parochiance ślub takowy dawał. Są tedy te rzeczy convertibiles, czyli brać ślub nie przed własnym plebanem, czyli plebanowi dawać ślub nieswoim parochianom. Niepewna, długa i nieskuteczną droga zaczynać sprawę ratione clandestinitatis, z przyczyny, że żadnéj strony nie masz, o których rzecz idzie, a powinny według konstytucyi Benedykta przynajmniéj jedna personaliter comparere; signarter ta, która favore matrimonii chce albo chciałaby agere, lub praesumitum actura. Polska i cudze kraje zapatrują się na tę sprawę, co się z nią stanie. Sędzia, który ją ma sądzić, najpierwsze będzie miał na to baczenie, żeby ją osądził według Boga, sumienia i prawa, tak, aby jego dekret w wyższym sądzie i u każdego znalazł approbacyę, osobliwie też sędzia, który jest nowy i przy swoich początkach oczywiściéj sprawiedliwość okazać winien (?). Zaczém zdałoby mi się zacząć sprawę ex remissione z jwp. starostą nowosielskim i z plebanem ad instantiam instigtoris, facile może induci jw. biskup do rozpoczęcia téj sprawy, ile jest czysta, łatwa i niezawikłana, a gdy się to stanie i wypróbowano będzie ks. Bielińskiemu i jw. panu staroście nowosielskiemu non atssistentia proprii parochi, legitima consequentia, że matrimonium nullum, i innego dekretu niebardzo bodziemy potrzebowali, bo... etc...
„NB. Tamtych stron nie masz, a ci są jak jw. starosta nowosielski subreptive et sub dolo prokurujący indult i pleban, sprawa czysta i niezawodna, gdyby tą drogą poszła.
„Jeżeli tedy ta myśl moja znajdzie approbacyę u jwpd., supplikuję mnie choćby przez umyślnego upewnić, środki są gotowe i łatwe. Poczém jużbym ja sam skoncypował, i puncta alias interrogatoria wraz ułożylibyśmy, a także, żeby nic stronie, ani sprawie in dubium nie zostawić. Gdy wpd. przyjmiesz tę moją myśl, potrzeba konferencyi, albo w Mostach lub w Turence, ale mnie nie eksponować, dokądbym wyjechał, a jeżeliby i to subsequi nie mogło obwieścić mnie wcześnie, tobym rozpisał ductum niezawodnéj sprawy i onéj skutku. Sinfecus facite, quod vobis libet, dosyć powiadam, że uplantowana droga będzie nieskuteczna. To się dobrze stało, że sprawa niezaczęta, i pozew nie wyszedł. Przezorność wielka wpd. sprawiła, upadam do nóg wpdobrodzieja.
„24 junii.“
Są jeszcze ciekawe do listu przypisy, i tak u góry:
„Że zaś napisałem, iż ratione clandestinitatis sprawa rueret, gdyby się to stało, dobrze napisałem, mam fundamenta in praxim.“
Niżéj najcharakterystyczniejszy i pełny znaczenia dopisek, malujący człowieka:
Ta mnie myśl dużo kosztuje!!
Trzeciego dnia potém, dnia 26 czerwca, już tenże korrespondent, na którego pomysł się zgodzono, odpisuje uwiadomiony o tém króciuchno:
„Kiedy wpd. przypadła myśl moja do gustu i znalazła w wielkiém jego zdaniu nieoszacowaném, rozumném, doskonałém (o! nieoszacowany i doskonały naiwnością chwalca!) approbacyę, już mi dosyć na tém... Człeka przysłanego ekspedyuję i zostaję z głębokim respektem itp.“
Według więc tego planu proces ex remissione w konsystorzu chełmskim znowu się począł, a pod datą d. 2 lipca, taką o nim tenże korrespondent daje nam wiadomość:

„Wielmożny mości dobrodzieju!

„Żebym zadość uczynił i rozkazowi wp. dobrodzieja, i mojemu przyrzeczeniu, musiałem się z mojéj słabości pokrzepić jako tako i wysłać umyślnie służącego mego, przyłączając projekta, które jak mogłem najlepiéj według mojego rozumienia ułożyłem. Zdało mi się, (gdy będą przyjęte) najpierwéj imp. sędziemu ratione indulti, intymować w Susznie, gdzie jego rezydencya, cum termino competenti, bo podobno go w domu nie ma, a dopiero drugi pozew w kilka dni ratione clandestinitatis, także w Susznie, żeby razem sprawy nie przepadły, bo mógłby loci ordinariss (biskup) wziąć pierwéj sprawę ratione clandestinitatis, a ratione indulti odłożyć... ale gdy ta pierwéj wzięta będzie, dopiero i drugą proponować, a tak potrafili, żeby obiedwie wypadły na komissyę. Ze strony jwr. starosty bełzkiego plenipotent zapisany, to is aget za niego, ze strony zaś sędzianki supplebit defensor (!!), a może się i ojciec wdać. Jeżeliby zaś jaka trudność zachodziła, albo się nie zdawało podzielać na czas sprawy, to fiat niech i razem zaczęte będą, nihil officiel. Upadam do nóg i piszę się i td.
„2 Junii 1771.“




XXXV.

Gdy tak nad rozwodem myślą i pracują jakby go otrzymać, sprawa główna o gwałt, najazd i porwanie nie była nawet rozpoczęta, zrobiono wizyę sądową, i na téj się skończyło do czasu. Sądy i trybunały z powodu konfederacyi były pozamykane, leges silebant, jak piszą współcześni, nikt nie myślał o prawie wśród niepokoju oręża i niepokoju o przyszłość, zresztą Komorowscy dotąd nie mieli najmniejszych dowodów przeciw wojewodzie, z czegoby ją rozpoczęli. Wojewoda kijowski Wilczka, Dambrowskiego, Szpilkę wypchnąwszy z ludźmi, którzy im pomagali w głąb Ukrainy, nie mógł być zaczepiony prawnie, i całą przeciw niemu siłę stanowił argument: is fecit cui prodest.
Ale tego było za mało, ażeby obwinić o gwałt senatora i zaczepiać Potockiego, a Pilawici mocni tém, że dowodów nie było, nieustannie powtarzali: „Pokażcie świadków!“ — i hałasowali o kalumnię.
Trzeba też przyznać, że pora do popełnienia gwałtu dziwnie dobrze była wybrana; konfederaci nieraz najeżdżali na nieprzyjaciół swoich majętności i dwory; oddziały poszukujące ich podobnież dokazywały, tysiące wypadków napaści czyniły i ten napad mniéj znaczącym, pospolitym wypadkiem.
Śladu zresztą, gdzieby się podziała porwana starościna, nie było; o utopieniu jéj głucho tylko mówiono, ale tak samo inni rozpowiadali, że ją wywieziono za granicę, że trzymano w Krystynopolu, że zamknięto w Sokalu w klasztorze itp. Komorowscy dopełniwszy wizyi domu w Nowosiołkach, zebrawszy zeznania Trzaskowskiego i innych przytomnych ludzi, sami nie wiedzieli co począć daléj, czekali chwili, śladu, zręczności, a pora szczęściem procesowi starzeć się nie dawała, bo sądów nie było prawie, z powodu konfederacyi, i dawność zajść nie mogła.
Wojewoda drżał na myśl, żeby mu jawnie kryminału nie zadano, ale mając na oku czynności Komorowskich, gotów na wszystko, byle powstrzymać proces, sam zaś co najśpieszniéj sypał o rozwód pozwy i manifesta, w imieniu Szczęsnego, którego nieopodal trzymano, aby go mieć w pogotowiu do sprawy w konsystorzu, jego imieniem toczonéj. Działano tak, jakby nie wiedziano, że ta, którą rozwodzić chciano, ręką zbójców rozwiodła się z mężem i życiem.
W tém usilném o rozwód napieraniu Potockich, gdy już o śmierci Gertrudy dobrze wiedzieli, dwojaki był cel: okazanie światu, że oni obcy byli całkiem napaści i skutków jéj nie domyślali się wcale, gdy tak o rozwód chodzili, któregoby nie potrzebowali, mając pewność jéj śmierci; powtóre, omamienie procesem i naprowadzenie na myśl, że Gertruda była gdzieś ukryta; w ostatku zyskanie na czasie i zupełne oswobodzenie się od aliansu z Komorowskimi.
Proces więc rozwodowy gorąco popierany, był niejako środkiem do oczyszczenia ich z podejrzenia o gwałt, ukazaniem światu, że oni o śmierci i losie Komorowskiéj nic nie wiedzieli.
Doradzono im to w ten sposób, lub sami na myśl tę wpadli ze zręcznością jurystowską. Z drugiéj strony proces ukazując nieważném małżeństwo, zwalniał ich od wszelkich obowiązków względem Komorowskich, oczyszczał z téj narzuconéj kolligacyi. To jednak było podrzędném w chwili, gdy wojewoda z obawy zadania kryminału chorował, i każdy papier, każda więść płocha, każde nowego gościa odwiedziny napełniały go strachem.
Tymczasem Szczęsny podróżował bardzo powolnie, posłuszny, uległy, upokorzony i znowu wzięty w więzy dziecinne. Listy jego do ojca dowodzą, jak się starał przypodobać mu i dowieść serdecznego żalu.
Dnia 24 czerwca tak pisze ze Zborowa:

„Monseigneur et très cher père!

„Dwa listy jwpd., jeden 12go, a drugi 13go junii datowany, nie zastały mnie w Zborowie, gdyż jeździłem na Spiż dla uczynienia manifestu, którego ekstrakt mam honor jwpd. przyłączyć, jako też list do biskupa chełmskiego. Niezmiernie mnie to jednak martwi, że głupstwo i młodość moja tyle jwpd. przynosi ambarasów i trudów, które jwpd. ponosisz dla mnie, który jego łaski wcale się niegodnym stałem. Lecz teraz nieustannie starać się będę, ażebym postępowaniem mojém przekonał o fałszu tych, którzy niepoczciwe bajki siać śmieją, i wyperswadował wszystkim, a jwpd. upewnił, że doskonale poznaję mój błąd i mój nierozum w daniu się ubiedz ludziom podstępnym, którego zawsze żałować i wstydzić się będę, a teraz jwpd. żebrząc łaskawości zostaję przy serdeczném jego najukochańszych nóg ucałowaniu jwpd. serdecznie kochającym synem i najniższym podnożkiem.
St. Potocki.“
Nazbytbyśmy obwinili ks. Wolfa i tych, co się wychowaniem Szczęsnego zajmowali, gdybyśmy w tym liście zachowali jego pisownię, któréj ani w polskim języku, ani we francuzkim do końca życia zachować nie umiał. Powierzchowne wychowanie dało mu wprawę w języki, ale bez znajomości prawideł. Lecz gorsza nadto jeszcze — bo pisać wolno jak się komu podoba — gorsza z tych listów wiejąca słabość charakteru, brak zasad, bezsilność, z jaką Szczęsny obawiając się burzy i nie umiejąc stanąć przy swojém, na wszystkie nagina się strony. Z tą samą powolnością, z jaką zakochany pisał list do officyała o indult i intercyzę w Susznie, dziś robił co mu towarzysze podróży kazali. Ci zresztą najpochlebniéj świadczyli przed wojewodą o jego posłuszeństwie i pokorze, usiłując z ojcem pojednać. Rapporta takowe o nim wychodziły za każdą zręcznością do Krystynopola; oto jeden z nich d. 14 listopada 1771 ze Zborowa jeszcze przez ks. Wolfa wyprawiony:
„Monseigneur.
„D. 13 tego miesiąca miałem honor odebrać list jwp. de dato 3 julii, który zaraz według rozkazu pańskiego dałem do przeczytania jwp. staroście; struchlał na to, że niepoczciwi ludzie nie przestają pod nim czynić podstępów i koniecznie usiłują go zbrzydzić sercu ojcowskiemu.
„Ze strony téj kartki, którą miał pisać, że w swoim liście się nie justyfikował, poszło ztąd, że my listu od jwpd. w téj materyi do nas pisanego jemuśmy nie pokazali, a zatém nie mógł się w tém usprawiedliwić, o czém nie wiedział. Że zaś w saméj rzeczy jéj nie pisał (do Komorowskich przez Horocha), o tém i jwp. generał (Brühl), i ja przed całym światem dać świadectwo możemy. Gdyż w drodze żadnéj, jakem pierwéj w liście wyraził, do tego nie było sposobności, a tém mniéj jeszcze we Fryczce, gdzie z nikim nigdy się nie widywał. O tych listach także które od Komorowskich do niego były pisane, także o Horochu siedzącym w Rzeszowie, dopiero z teraźniejszego dowiedział się listu; jakże tedy mógł na nie odpisać, albo komu kartkę oddać? Do tego cały dzień i noc będąc wszyscy razem, jak mógł oknem wyrzucić, kiedy w około stancyi, w któréjśmy siedzieli, obszerny dziedziniec zamknięty wysokim parkanem? jak mógł wyrzucić, lub jak kto mógł odebrać, kiedy tam wszędzie pilnują, i o najmniejszéj każdéj rzeczy znać dają? Więc ta kartka (jeżeli jest jaka) musi być zmyślona. Może też podpis ręki jw. starosty wyrznęli z jakiego listu, i podobnym charakterem przepisali, czémby rzecz swoją podpierać mogli. Naostatek gotów na to jw. starosta z ochotą przysiądz, że jéj nie pisał, jako my na to, że jéj nie mógł pisać lub oddawać bez naszego postrzeżenia.
„Upewniłem jwpd. w przeszłych listach, a w tym sumiennie to potwierdzam, że jwp. starosta otwarcie we wszystkiém sobie postępuje z jw. generałem, niczém się nie kryje, dotrzymuje punktualnie słowo raz dane jw. generałowi, „że postępować będzie jak uczciwemu człowiekowi przystoi.“ Zdziwiłbyś się jwpd., gdybyś przynajmniéj z daleka mógł widzieć, jak wszystko się tu dobrze dzieje.
„Już interes lekkiego swego postępku tak dalece sobie z głowy wybił, że najmniejszą o tém wzmianką się brzydzi, i radby od wstydu przed całym ukryć się światem (!). Pragnie bezustannie pożądanéj o szczęśliwie zakończonym tym interesie wiadomości. Jako zaś jwpd. serdecznie kocha, tak nic dotkliwiéj trapić go nie może, niż gdy sobie przypomina, że mu był okazyą do tak ciężkiego i serce przenikającego umartwienia. Usiłuje mocno poprawić przeszłe i przez przyszłe chwalebne przed Bogiem i ludźmi postępki, godnym się stać takiego ojca synem (!). Jako zaś całą nadzieję uszczęśliwienia swego dalszego życia po Bogu pokłada w dobroci serca ojcowskiego, tak za szczęście zawsze sobie poczyta módz najpunktualniéj pełnić najmniejsze skinienia jego.
„Ekscept manifestu w konsystorzu spizkim uczynionego; odesłałem niedawno: nie wiem, czy doszedł. O tym drugim pamiętać będę, skoro miejsce się do tego trafi sposobne.
„Ponieważ zaś jeszcze przez jakiś czas tu mamy zabawić, chciałem sam jechać do Krystynopola dla usprawiedliwienia ustnie jwp. starosty i dla zawstydzenia tych, którzy niegodziwemi sposobami jwp. dręczyć i jw. starostę czernić nie przestają — jakoż dotychczas to uczynić gotów jestem, jeżeli w tém będzie wola pańska, na którą oczekuję. Jwp. generał już w to potrafi, że się wrócę bez siedzenia kontumacyi.
„Ścielę się do stop pańskich, jako najniższy podnożek. K. W. (Ks. Wolf).
Brühl przypisał się do tego listu po francuzku:
— „Pozwól jw. panie, abym skorzystał z miejsca, które mi w swym liście ks. Wolf zostawia, na usprawiedliwienie syna jego, bo nie zasłużył, abyś się jwp. gniewał na niego, ręczę zaś, że jest godzien twéj dobroci i serca. Sto przeciw jednemu stawić można, że bilecik, który kasztelanowa inowrocławska (zdaje się Teodorowa Moszczeńska) zapewnia, że czytała, jest podrobiony czy skomponowany, bo moralnie (sic) niepodobna wyrzucić biletu oknem w kontumacyi, w taki sposób, by go ktoś mógł podnieść. O. Wolf dostateczni? się wytłómaczył, i nie potrzebuję tego na nowo opisywać. Protestuję tylko przed jw. panem honorem i sumieniem, że syn jego jest niewinien, a jeśli się nie ekskuzował w porze, gdy go obwiniono, że pisał sekretnie do p. Komorowskiéj, moja w tém wina, bom nie sądził potrzebném pokazywać mu listu jw. pana, wiedząc, że rzecz była fałszywa, i chcąc mu niepotrzebnego strapienia oszczędzić. Nadto przywiązany jest do osoby jw. pana i zbyt pamięta o świętości danego słowa i przysiędze, którą złożył, aby znów nowych stać się strapień przyczyną i niegodnym dobroci jwp., zawodząc ufność jego.
„Niech się więc jw. pan uspokoi i nie[10] wierzy wszystkiemu, co tam gadają niekorzystnego o nas; chciéj ufać, że pracujemy razem, aby zasłużyć na jego łaskę i protekcyę. Proszę mi przebaczyć, że tak piszę: czynię to, aby zmniejszyć list, nie chcąc tracić czasu, i co prędzéj go uspokoić. Czekam rozkazów, czy mam wysłać ks. Wolfa? Racz nie uchylać swéj protekcyi, najpoddańszemu słudze.
C. B.“
Widzimy co tu hałasu narobiła jedna ploteczka kasztelanowéj inowrocławskiéj, i powiastka, jakoby w czasie kwarantanny we Fryczce, udając się na Spiż, Szczęsny karteczkę ołówkiem napisaną do pani Komorowskiéj komuś przez nią wysłanemu oknem wyrzucił. Strach, jaki wzbudzało samo posądzenie o taki kryminał w ks. Wolfie, Brühlu i synie, maluje list poprzedzający, przysięgi, zaręczania i gotowość jechania do Krystynopola dla uniewinienia się, a najlepiéj współczesne z poprzedzającém pismo Szczęsnego, wyprawione ze Zborowa:
„Zborów d. 13 Jul. 1771.“

„Monseigneur et trés cher pére.

„Niemniéj zdziwiło jak i zmartwiło mnie, gdym wyczytał z listu jwpd. pisanego do im. księdza Wolfa, jak niepoczciwe bezwstydni ludzie śmieją komponować rzeczy, szczycąc się kartkami jakiemiś, których nietylko żem nie pisał, ale też dobrém mogę przysiądz sumieniem, że ani pisać nie myślałem, zaczém jeżeli tylko w słowach szczycą się, to zapewne skutkiem tego nie dowiodą. Jeżeli zaś podobne kto godny wiary widzieć mógł, to chyba rękę moją komponują, bo niech mi nigdy Bóg nie błogosławi, jeżeli nietylko bilet lub karteczkę pisałem, ale jeżeli trzy litery odemnie mają. Żadnych listów, ani biletów, ani karteczek od pana lub pani Komorowskiéj, ani od nikogo nie odebrałem, ani o nich wiedziałem, ani wiedzieć chciałem. Ci, którzy takie rzeczy śmieją głosić, znać, że ani ze mną nie gadali, ani korrespondowali, bo wcaleby się przeciwnych odemnie dowiedzieli sentymentów, od tych, które mi przypisują: poznaliby, że młodość przy małości doświadczenia oszukana (?) być i błądzić może; ale trwać w błędzie doskonale go poznawszy, jest to przyzwoitość gorszéj jeszcze od mojéj natury, miałkszego od mojego rozumu.
„Nie ekskuzowałem ja się w rzeczach, w których winnym się być znałem, i za które tylko odpuszczenia u nóg jwpd. żebrzę; ale tym, do których się wcale nie znam, śmiem z najgłębszém jwpd. upraszać respektem, żebyś nie dawał wiary i ażebyś jwpd. był wyperswadowany, że są złośliwe, kłamliwe i niepoczciwe, i że nietylko moje postępowanie sobie i sprawowanie się, ale też i myśli nigdy nie będą inne, tylko zawsze zgadzające się z wolą, rozkazem i zaleceniem jwpd. To wszystko, jeżeli nieszczerze i z gruntu serca jwpd. mam honor wyrazić, nietylko niech bozkie i jwpdobr. na mnie się spełni niebłogosławieństwo, ale też i jwpd. zażyj władzy ojcowskiéj, jako nad synem wyrodnym i nieposłusznym, lecz gdy poznasz szczerość moją i powolność we wszystkiém przywróć jwpd. mi dobroć ojcowską, a przepuść winy, których sam wielkość doskonale czuję, i które tém bardziéj są mojego głupstwa a niebaczności dowodem, gdy sam sobie największego byłem przyczyną nieszczęścia, z którego jwpd. mnie wyrywać raczysz. Przytém z niewypowiedzianém dowiaduję się ukontentowaniem, że wkrótce mój interes ukończony przy jwpd. protekcyi będzie, wtenczas przynajmniéj zamkną gęby ci niepoczciwi kompozytorowie i kłamcy, gdy im już to bajki niepotrzebne będą. A teraz abyś jwpd. najszczerszym moim wierzył oświadczeniom, upraszając o przywrócenie mi łaskawości, z najgłebszą żebrzę pokorą, zostając przy serdeczném ucałowaniu nóg i t. p.
„Jw. generał, tak się spodziewam, że mi toż samo da świadectwo, gdyż wszystkie moje postępki przed nim są w otwartości.“




XXXVI.

Smutny to zaprawdę list... tak zimny pomimo protestacyi, uległości i przywiązania, tak przykro przedstawiający nam wojewodę ciemiężcą własnego dziecięcia, krępującym serce jego i wolę, i pomimo zaklęć najstraszniejszych, nieprzekonywujący wcale o niewinności starosty.
Listy Komorowskich, które, jakeśmy wyżéj powiedzieli, oddane zostały do rąk Brühla, plotka zrobiona przez panią Moszczeńską, wieści o panu Horochu i małym owym człowieku, stały się powodem tego zamieszania, które wojewoda tak wziął do serca, i gwałtownie nastąpił na syna, na ks. Wolfa i generała Brühla. Trudno przypuścić w Szczęsnym takie zobojętnienie dla Komorowskich, taką wzgardę, jaką wyraża w swym liście, gdy późniéj uczucie przywiązania i pamiątkę pierwszéj żony do śmierci zachował; ale też nie można przypuścić, by się pod okiem towarzyszów, w obawie ojca ośmielił pisać do pani Komorowskiéj... Któż to wie zresztą?
Protestacye i zaklęcia niewiele tam ważą, gdzie taki strach i ucisk panuje, a nieustanne obawy i groźby do ciągłego udawania i kłamstwa zmuszają.
List jednocześnie do siostry w Krystynopolu bawiącéj pisany, także nic nie dowodzi; mieścimy go tu wszakże, jako z innych względów dobrze malujący stanowisko osób w téj rodzinie, oraz uczucia prawdziwe czy przybrane Szczęsnego, jakie wyraża...
Oznaczone cudzysłowem miejsca tłómaczymy z francuzkiego.
„D. 13 Jul. 1771. Zborów.
„Nie przestaję cię kochana siostruniu dręczyć obrazem cierpień moich; znasz je aż nadto, znasz serce moje zdolne doznać pożerających boleści, przyznaję, to jedna z najgłębiéj wkorzenionych wad moich. Przyznaj kochania siostruniu, jeżeli nie mam przyczyny być zmartwionym: nie miałem już dawno żadnéj wiadomości o zdrowiu najukochańszych rodziców naszych — „znam cierpienia, jakich się dla nich słałem przyczyną,“ sam sobą się dręczę, przeszywają mnie niezliczonemi baśniami, które ludzie źli i zawzięci rozsiewać usiłują dla uczynienia mi tyle złego ile możności, cieszę ja się wprawdzie tą obietnicą, którą nasz najukochańszy ojciec mi dał, darowania i zapomnienia mojéj winy, lecz te bajki, o których wspominam — „są aż nadto zdolne przyczynić niepokoju i strapienia temu kochanemu ojcu i złe mu dać wyobrażenie o postępowaniu mojém i o charakterze; ludzie tego kalibru“ usiłują wszelkiemi sposobami rozgłaszać, że ja jestem nieukontentowany z woli ojca naszego, „i że trwam w mojém szaleństwie (folie)“ i to jest, co przez niezliczony gmin niepoczciwych bajek, które na głowę komponują, próbować chcą, ale ja biorę Boga na świadectwo, który wszystkie skrytości serca widzi — „jeżeli mam inną wolę nad wolę ojca kochanego“ i jeżeli jakie insze mam życzenia, tylko żebym mógł wymazać ze wszystkich pamięci „mój błąd i obłąkanie moje, a razem z mojéj wymazać także.“ — Wina moja nadto wielka była, ażebym ją jeszcze powiększał, i umartwienie, któregom był przyczyną najlepszemu z ojców na świecie, jest nadto wielkie, ażebym mu jeszcze najmniejsze chciał dać nieukontentowanie — „aż nadto mnie trapi, żem to śmiał uczynić“ — a tak kochana siostrzyczko teraz to dobrze poznaję, jak prawdziwe jest to przysłowie: Polak mądry po szkodzie. Prawdziwie kochana siostro! wielce mnie to kosztowało, żem się stał rozsądniejszym; jak kosztowało wiele, byłaś togo świadkiem; kosztuje mnie to dziś jeszcze i może długo jeszcze kosztować będzie, bo sobie przebaczyć nie mogę, żem był przyczyną tyla umartwienia najukochańszemu ojcu naszemu, tyla niespokojności drogim siostrom i tyla nieszczęść sobie samemu.
„Proszę Boga, ażeby ukończył te boleści jak mu się podoba, aby zachował zdrowie rodziców, o których bardzo niespokojny jestem, i aby kochanéj siostruni nagrodził za te jéj łaskawości, które skutecznie dla mnie miałaś „i któremi połączyłaś we mnie obowiązki wdzięcznego przyjaciela i czułe uczucie brata, kochającego cię najczuléj w świecie.“
St. Potocki
B. S.
„Błagam cię kochana siostro, ażebyś mi doniosła o zdrowiu najukochańszych rodziców naszych, także też i o swojém, i czy tam są tak częste o mnie bajki, a proszę, ażebyś im nie dawała wiary, bo są i kłamliwe, i złośliwe, i niepoczciwe, „i czy się to już bardzo rozgłosiło“ (?) bo drżę ilekroć o tém myślę, bojąc się o zdrowie matki naszéj, któréj pomieszanie mogłoby przyjść wreszcie „z gwałtownego strapienia ojca kochanego.“ — Oświadcz kochana siostro, moje najniższe ukłony twemu kochanemu Michasiowi, i powiedz mu, że go z całego serca ściskam.“
Dopisek Brühla:
„Potwierdzam co brat pani tu mówi, wiem, że większego nie mogę zrobić ukontentowania, niż zapewniając, że jest godzien czułości i dobroci familii. Raczcie nam dać wiadomości o sobie, ale tak jak dobre pragnę. Całuję rączki i nóżki, i proszę wierzyć, że nie przestanę nigdy być z niewzruszoném przywiązaniem etc.
Charles C-te de Brühl.“




XXXVII.

Sprawą toczyła się daléj, ale że jak ktoś pisał w jednym z poprzedzających listów „oczy całéj Polski i cudzych krajów“ na nią zwrócone były, nie tak ją łatwo Potockim ubić przyszło... Opornie to szło i ciężko, jak następne pismo ks. M. Kochnowskiego, który się tém gorliwie zajmował, dowodzi. Listy jego wszystkie i ten, zdają się adresowane do ks. Podhorodeńskiego, archidyakona łuckiego, który w Tartakowie podówczas przebywał.
„Perillustrissime rude domine

domine patrone colendissime!

„Wielce dziękuję wpd. za łaskawe wstawienie się za niewinność moją, Bogu się tak podobało zmartwić mnie za łatwowierność niewypróbowanym ludziom, niech będzie mu za to chwała.
„W sprawie zaś téj jw. biskup ma oświecenie i mieć będzie, upewnić mogę, że sprawiedliwość kocha (mowa o Antonim Onufrym Okęckim) i ubolewa nad krzywdą (?) jwp. wojewody dobrodzieja, i owszem wiem, że ministrowie dworu nie chwalą tych kroków podstępnych strony przeciwnéj, która teraz też rekonwencyonalnie instynktora pozwala, i tém broni validitatem, żelibere było concessum indultum et unus e duobus datis parochis assistebat. Ale na to moja rekognicya dawniéj dana jest do aktów, daj Bożo, żeby ex alio capite osobliwie absentiae (!) partium copulatarum, ta sprawa nie szła żółwim krokiem, ile że strona dopiero zaczęła querendę córki.
„Racz tam wpd. z łaski swéj przeprosić jwp. kasztelana godnego swego ojca za mnie, żem mu sam na list za pewnem subjectum pisany nie odpisał, bo mnie w Zamościu nie było, i zastałem ten list, gdy już ks. rektor akademii na ten interes odpowiedział za mnie, teraz i t. d.
Zamość 24 sierpnia 1771.
Ks. M. Kochnowski.
„W sprawie o oszukanie jmksiędza officyała chełmskiego — donosi pod tąż datą do Krystynopola Wyczółkowski — i podejście zwierzchności duchowéj w wyrobieniu indultu z okienkiem na dniu onegdajszym (23 sierpnia) wyznaczona komissya na wyprowadzenie w téj okoliczności inkwizycyi, pomimo żądania jwp. Komorowskiego, że się do odprzysiężenia na to, jako jmksiędza officyała nie oszukiwał i dobremi sposobami indult wyrobił — co gdy mu nie szło do nuncyatury appelował, a ta appelacya onemu przez jm. biskupa chełmskiego nie jest dopuszczona. W drugiéj zaś kategoryi rozwodowéj, w tych dniach pozwy wydane będą.“
Wszelka obrona ze strony Komorowskich zwała się niegodziwością, podstępem i chytrym zabiegiem; a to, co ks. Kochnowski w liście swoim tak mianuje, spodziewanym było krokiem starosty nowosielskiego, który po całym świecie szukając córki swojéj nieszczęśliwéj z gazet jakichś dowiedziawszy się o pogłosce, jakoby lokowaną być miała w klasztorze u pp. Brygidek sokalskich, pod dependencyą wojewody niejako zostających, — z rady prawników chcących procesowi rozwodowemu przeszkodzić, i Potockich niepokoić, zapozwał przed nuncyaturę owe panny, zmuszając je tłómaczyć się, jak i przez kogo umieszczoną została córka jego Gertruda.
Wspomina o tém list, pisany niby w interesie biednych panien, ale rzeczywiście indirecto w sprawie samego Potockiego, do p. Niegardowskiego sekretarza królewskiego i adwokata przy nuncyaturze przez jakiegoś Kupińskiego ze Lwowa. Znać z listu jurystę, sądzi i zna dobrze formy.
„Mości dobrodzieju, pisze, rozumiem, że classicum quid, jest sprawa między jw. starostą bełzkim, wojewodzicem kijowskim, a w-ną Komorowską starościanką nowosielską, w któréj co się stało post clandestinum matrimonium i to musi być wpd. dobrze wiadome, że ją ktoś (!) e domo parentum suripuit, ot że tedy w półroku podobno gdy gazety cudzoziemskie pisały, iż ta dama rapta e domo parentum, jakoby miała być lokowana w klasztorze wpp. Brygidek sokalskich, starosta nowosielski ojciec jéj pozwał te panny do sądu biskupiego, in sensum ut doceant, per quem abducta, et apud eas, cut intra aut extra monosterium locata, et per quem nam recepta ac ubi, nam ad praesens reperitur. Tak straszną lezyę z takiéj postpozycyi poczuły te panny, że same do jw. biskupa wówczas w dyecyzyi będącego do justyfikownnia się zjeżdżały, ale jw. biskup przez plenipotenta im stanąć, a do klasztoru wrócić się kazał. Otoż plenipotent ich na taką imposturosam et detracttoriam postpositionem mimo wiedzy i referencyi do pryncypałek, obtulit a se probationibus in objecto insimulativo et detractatorio, a przeto aktorat ich pro poenis instytuowany jw. staroście zawikłał (...), gdyż dekret nastąpił, aby ablatum per plenipotentem juramentum, sami principales wykonali, a dopiero aktorat ich rozelwowany będzie. Ot że tedy panny dowiedziawszy się o takiéj defensie plenipotenta i wypadłym z niéj dekrecie, zaniosły manifest przeciw niemu cum appellatione a tali decreto eksportowali remedia, z których teraz sprawa przypadnie in S. Nunciatura.
„Zważ wpd. sprawiedliwie tych panien kwerellę przeciw plenipotentowi, a ztąd wzruszenie dekretu takie objecta, żeby panny de obductione et locatore deceant szkodzą ich sławie, gdyż zakonne panny nie włóczęgi po świecie, aby wiedziały co się w domu jw. starosty nowosielskiego stało, nie mają klasztoru zajezdnego, ażeby kto chciał i kiedy chciał kogo w nich lokował, ale wiedzą swoje obowiązki i podległość prawu, że tego bez dołożenia się biskupa nie powinny czynić, co dla nich jest z wielką hańbą, a nawet z jurysdykcyi biskupiéj derogacyą, gdy tak zakonne panny przed nim zaskarżone zostały, jakoby się u siebie bezprawnie i absolutnie rządziły; należało tedy, aby i sam jw. biskup nad tém oskarżeniem władzy się jego tykającém zastanowił, i ks. instygatorowi swemu wnieść do tego procesu nakazał, i indagacyę solenną tak dla władzy swéj okazania, jak sławy panien zakonnych utrzymania polecił, aniżeli na fundamencie nowin gazetowych też panny na ofiarowanym płonnie przez plenipotenta, a jeszcze in persona sua pro principalibus juramencie, onych do wykonania przysięgi przyciskał. Te tedy są gravamina dla tych panien, które fusius wpd. wyjustyfikujesz, prawnie jako doskonałości tę sprawę actoritati et dexteritati jego i t. d. 10 listopada 1771 r. we Lwowie.
Kupiński.“
W tymże miesiącu tak donoszą o sprawie Mniszchowi:
„Z Sokala przed kilku dniami do Warszawy posłana sztafeta upraszająca biskupa o rozkazaniu wydać z kancellaryi jego pozwy do sprawy z jp. Komorowskim potrzebne, po których położenie Wyczółkowski miał jechać z dokumentami dla tentowania do Warszawy.“ Po czém dodaje korespondent:
„Nie spodziewamy się z łaski P. Boga, żadnéj w interesie przeciwności. Jw. wojewoda po kilkudniowéj affekcyi katarowéj słabości, do zdrowia przyszedł.“ D. 6 listopada 1771.




XXXVIII.

Ażeby mieć pojęcie stanu ówczesnego w kraju, w chwili gdy się historye działy i proces wytaczał, dość spojrzeć na jedną z tych nouvelles à la main, jakich wówczas mnóztwo przysyłali sobie wszyscy, a pisane te gazetki kraj z końca w koniec obiegały. Nowinki te układane po kancellaryach magnatów, kopiowano przez szlachtę, oblatywały od dworu do dworu całe prowicye, kto tylko mógł przy zręczności przesyłał jo przyjacielowi; zastępowały one drukowane gazety. Ale w nich nietyle prawdy, co widocznego ducha partyi, i łudzenia się nadziejami, każdy układa je jak mu lepiéj i dogodniéj. Przyjaciele konfederacyi donoszą sobie „od konfederata w Turczech będącego udzieloną wiadomość przyjacielowi, że wszyscy są zdrowi i dobrze się im powodzi;“ inni, „że słychać było, jakoby generalność konfederacyi miała w końcu października złożyć nową elekcyę na króla i pięciu stawić kandydatów: dwóch Sasów, pretendenta angielskiego, w. hetmana litewskiego, i Stanisława Augusta...“ Tymczasem Turcy dawali jeszcze biednym wychodźcom pieniądze po trosze, ryż i baraninę, ale nie dawali — nadziei. Daléj inni nowiniarze produkowali jakieś wiadomości o papierach przy zabitym półkowniku Albuszewie znalezionych, groźnych dla hetmana litewskiego, którego żywcem czy zabitego kazano jakoby dostawić koniecznie do Warszawy.
Najgłówniéj zajmowały wszystkich wieści o potyczce pod Stołowiczami; pisano o tém ze Lwowa (!) (gdzie stali generał Kreczetników, półkownik Bułhakin, mimojazdem był i ks. Repnin, a publika wesoło się zabawiała redutami, balami, assamblami i wszelkiego rodzaju rozrywkami): „Jmpan Ogiński po kilku nad Albuszowem i Duryngiem półkownikiem otrzymanych sukcessach, w których Albuszew zginął, od Bielaka i wielu innych odstąpiony, i przez generała Suwarowa w Stołowiczach rozbity, stracił wielu ludzi, ammunicyę i 44,000 czerw. złotych, tudzież piechotę wszystką z kancellaryą i kassą. W kompanii z jmp. podkomorzym słonimskim salwował się za granicę. Ztąd już nadesłał ordynans, zdając komendę nad jazdą jw. Brzostowskiemu, a nad piechotą Hawdrynkowi, z przykazem, aby się do generalności przebierali, dokąd i sam granicą pruską pośpieszyć ma.” Ks. Fabułów w Płockiém województwie dywizyę jw. Kossakowskiego zniósł, mówiono, ale temu jeszcze nie dawano wiary... Po stołowickiéj potyczce z Brześcia Litewskiego pisano: „że w Litwie jakoby już po wojnie było... bo Suwarów i Drewicz ztamtąd wymaszerowali. Wygranéj w Stołowiczach, dodawano, nic przypisywali ci generałowie działalności własnéj, tylko wojska litewskiego nieszczęściu, przyznawali się do niedość porządnego attakowania i nadspodziewanego wcale sukcesu. P. Bielakowi w powtórnéj potyczce dwa szwadrony wyginęły, i Duryngowi rewersować się musiał, ale na ten rewers Drewicz nie zważając, chciał go attakować, przed którym uchodząc Bielak tak swój półk utracił, że ledwo sam dnia 8 października po pod Brześć przez Terespol do domu swego wracał, dokąd z Warszawy nadesłano mu pardon.”<br
Bielak na dzień ŚŚ. Szymona i Judy do Warszawy przybył i znajdował się na obiedzie u jw. Sosnowskiego wojewody smoleńskiego, gdzie go naturalnie zarzucono pytaniami o konfederacyę litewską. On winę stołowickiéj potyczki przypisywał rozporządzeniom hetmana Ogińskiego.
Wszyscy już utrzymywali, że klęska litewska była tak znaczna i wielka, że dźwignąć się z niéj było trudno, choćby się hetman litewski nie oddalił. W Polsce attakowano kilkakroć Tyniec, i coraz o nim nowe szerzono wieści, to że się poddał, to że miał trzymać uparcie... Gazetki oprócz tego zawierały z Warszawy wiadomości, że w Szlązku było spokojnie, a chociaż komendy ustąpiły od granic polskich, jednak W. Polska, Prussy i Kujawy cierpiały od sąsiada biedę; bo je kontrybucyami i furażami niszczyć nie przestawano.
Groźby o wejściu Prusaków i Austryaków do Polski z powodu rozruchów wewnętrznych, nie ustawały, co czynione podówczas w Austryi werbunki wielkie i egzercerunki nowego żołnierza potwierdzać się zdawały, równio jak zniknienie żywego grosza, a zarzucenie kraju monetą papierową.
Od granic tureckich przebąkiwano o bitwie małéj wagi, o powrocie generała Otreskowa z Wołoszczyzny, i pobycie jego trzydniowym w Kamieńcu.
Z nowin pomniejszych donoszono, że jmp. Czernym na poselstwo u Porty, kasztelan czerski przysiągł (Michał Suffczyński??), że Franciszek Potocki, wojewodzic poznański, chorujący w Warszawie ozdrowiał, gdy tymczasem d. 18 paźdz. umarł z choroby płuc, i oprócz działu z jego spadku zapisał dzieciom jw. krajczego koron. półtora miliona, lokując je do ich wzrostu na dobrach Wincentego wojewodzica poznańskiego; temuż Wincentemu zapisał siedm kroć, Popielowi i innym sługom swoim różne summy... Gadano, że jakaś baronessa, dawniéj przyjaciółka starosty śniatyńskiego, przybyła upominając się u braci jego o piętnaście tysięcy dukatów, które jéj miał być winien, a p. Benoit popierał pretensyę.
Brat zmarłego Franciszka Wincenty, starał się o księżniczkę Aleksandrę Lubomirską, marszałkównę koronną... daléj pani Kossakowska, kasztelanowa kamieńska dla Jana Potockiego generałowicza artylleryi lit., synowca swego najmłodszego, kupić miała u krajczego Potockiego krajczego koronnego trzy klucze: stanisławowski, tymieniecki i łysiecki w ziemi Halickiéj... Mówiono jeszcze, że Branicki łowczy koronny od Bielska dywizyi konfederatów z Częstochowy ciągnącéj, drogę zachodził...
Nieco póżniéj, szeptano i pisano, że kasztelania krakowska dostać się miała księciu wojewodzie ruskiemu, województwo ruskie ks. Adamowi, buława koronna księciu podkomorzemu koronnemu, a 27 października ks. stolnik litewski z jw. wojewodą pomorskim (Flemingiem??) o wyraz „Polak” pokłócili się dość szpetnie...
Takie tedy wieści i ploteczki roznosiły ówczesne gazetki po kraju... a było się czasem czém bawić, i nad czém zaboleć, i z czego się rozśmiać...




XXXIX.

Sprawa z Komorowskimi plątała się jakoś coraz bardziej — szukano osoby aż po klasztorach, co naturalnie boleć musiało i niepokoić wojewodę, gdyż takiemu śledzeniu zapobiegano dotąd wszelkiemi środkami, i w procesie chełmskim starano się forsownie, aby się bez stawania osobistego obeszło. W rzeczy nie o panny zakonne sokalskie, ale chodziło o dotknięcie kwestyi, która kryminał mogła poruszyć, jakiego motorem był wojewoda. Komorowscy choć ostrożnie i próbując gruntu, posuwali się coraz daléj.
Z drugiéj strony cała rodzina wojewody, wszystko co imię Potockich nosiło, wzięło się za tę sprawę, jeśli nie z przekonania o jéj dobroci, to dla starcia plamy, która wedle pojęć ówczesnych na cały ród padała.
Mamy dowody jak dalece obchodziło to wszystkich Potockich i skupiało ich usiłowania ku jednemu celowi, ale najbardziéj zadziwia współdziałanie sławnéj wtedy z prawości charakteru i zasad najgruntowniéjszych Katarzyny Kossakowskiéj, kasztelanowéj kamieńskiéj. Jest to jedna z postaci w téj epoce najbardziéj zajmujących, pełna charakteru i energii kobieta, którą pominąć trudno, nie skreśliwszy choć przelotnego jéj wizerunku, ze źródeł i podań, jakie do nas doszły. Szczęściem mamy tu w pomoc pamiętniki Anonima (prawdopodobnie Cieszkowskiego), kilkakrotnie tu wspominane, których cały rozdział poświęcony jest kasztelanowéj kamieńskiéj.
Katarzyna Kossakowska, z domu Potocka, młodziuchną jeszcze, jak to wówczas zwyczajnie w domach pańskich się działo, z woli rodziców wydana została za bardzo majętnego Stanisława Kossakowskiego (w roku 1740 kasztelanem kamieńskim kreowanego, a w roku 1754 zmarłego), ostatniego z téj linii Kossakowskich, który na nieszczęście nic oprócz fortuny nie miał za sobą. Opisują nam go jako odrażającéj powierzchowności, wzrostu ledwie półtora łokcia przechodzącego, z ogromną głową, co przy stroju polskim najdziwaczniejszą dawało mu postać; prócz tego był niedołęga i niespełna miał rozumu. Idąc za niego, choć w młodéj i dość pięknéj dziedziczce imienia Potockich wstręt wzbudzał, dała już dowód wielkiego zaparcia się i posłuszeństwa rodzicom, ale większéj jeszcze cnoty z jéj strony było dowodem przeżycie z taką poczwarką lat kikunastu spędzonych najprzykładniéj, najprzyzwoiciéj, cierpliwie i zgodnie. Po śmierci kasztelana, choć młodą jeszcze, bezdzietną i bogatą została wdową, nie chciała już powtórnie iść za mąż, i we wdowim wytrwawszy stanie, cała dla rodziny Potockich wylana, dotrwała do śmierci.
Mamy dwa jéj sztychowane portrety, Prixner’a i Pochwil’a; z obu nie widać wdzięków, ale twarz rozumna, wejrzenie przenikliwe, wiele w nich życia i powaga pańska... jakoż z tego co wiemy o niéj, widać, że kasztelanowa kamieńska więcéj miała męzkiego w sobie niż kobiecego charakteru, śmiałość wielką, wolę stateczną, męztwo i tęgość Potockich wszystkich. Zwano ją pospolicie hic mulier.
W tych czasach, gdy się powieść nasza toczy, jak wiele innych niewiast, jak księżna Lubomirska marsz. koronna, jak Mniszchowa — mieszała się czynnie do spraw publicznych, wiedząc o wszystkiém, co się gdzie działo, korrespondencyę utrzymując ogromną, forytując i popychając swoich stronników. Polityka widać wchodziła w skład zajęć kobiet wielkiego świata, które często jak Mniszchową, Brühlównę z domu, posyłano do Wiednia w interesach saskich, używano do praktyk tajemnych i t. p.
Listy kasztelanowéj kamieńskiéj, których liczne pozostały kopie — bo wiele z nich rozpowszechniło się bardzo i po kraju rozniosło, — ukazują istotnie umysł męzki, wytrawny, chłodną i przyzwoitą formą dyplomatyczną odziany, choć w życiu prywatném kasztelanowa często krew zimną poświęcała dowcipowi i nie wahała się nigdy surowéj choć przykréj wypowiedzieć prawdy. W czasie sejmów, trybunałów, konfederacyi całą siłą popierała zawsze swoich Potockich, do których imienia gorąco była przywiązana. Ta męzkość i zajęcia nie pozbawiły jéj kobiecéj czułości, była bowiem miłosierną i chętnie wspomagała biednych. Byle doszła ją wiadomość o nieszczęściu, o potrzebie wsparta, pośpieszała z niém sama, nie dając się o nie prosić. Co do pojęć o stanie i potrzebach kraju, do którego silnie przywiązana była, zdaje się, że wielce się od innych członków rodziny swéj różniła. W czasie konfederacyj mocno ją obchodził los generalności; w 1794 r. pieniędzmi i wpływami dopomagała Kościuszce i wcale się z sympatyami swemi nie taiła. Że się jéj podobało zostać w Galicyi, straciła dobra na Rusi, które po niéj żywéj, niby w spadku, uprosili sobie, przez hrabiego Zubowa, pp. Komarowie.
Za Sasa jeszcze, gdy Potoccy zabierali się króla Augusta zrzucić z tronu, uczestniczyła w zawiązującéj się pod ich naczelnictwem konfederacyi. Wyniesienie na tron Poniatowskiego uczyniło z niéj zawziętą króla nieprzyjaciółkę. Zjazd w Założcach, spełzły na niczém, nie obszedł się także bez jéj udziału, a gdy wojewoda kijowski zmuszony dać na siebie rewers, cicho się zachowywał, ona jako kobieta swobodniejsza, pozostała jawnie przy dawnych uczuciach i nie przestała działać w jednym duchu.
Konfederatom barskim dopomagała, dzielnie się ruszając, i ze swego majątku Michałowi Krasińskiemu podkomorzemu różańskiemu, bratu biskupa kamienieckiego, marszałka konfederacyi, przesłała przez Cieszkowskiego 300,000 złp., o czém wszystkiém tak mówiła głośno, bez pokrywki żadnéj, jak o rzeczy najnaturalniejszéj.
W r. 1767 z tego powodu zawieziono ją pod eskortą do Warszawy, bo się zbytkiem gorliwości i krzątaniem a pisaniem sama dobrowolnie na to nastręczyła. Król, gdy ją do stolicy przywieziono, udając, że nic o powodach przybycia jéj nie wie, spytał zobaczywszy, coby tu porabiała?
— A cóż mości panie — odparła mu żywo — Warszawa tu jakąś poczwarę ma urodzić, więc mnie do babienia sprowadzili.
Przez cały czas trwania ruchów konfederacyi strzeżona i miana na oku, musiała mieszkać w Warszawie, bez pozwolenia na krok nawet do Radzynia oddalić się jéj nie było wolno. Jako opiekunka małoletnich synów Potockiego generała artylleryi litewskiéj, i wpływ mająca na familię przeważny, témbardziéj czujnemu dozorowi podlegała, na co zżymając się powtarzała:
— Ot! patrzcie jacy mocni! jednéj się obawiają kobiety.
Nie szczędziła też króla, gdy o nim mówić przyszło, i nigdy go inaczéj nie zwała, tylko z przydomkiem pewnym; w Warszawie obawiano się jéj i szanować musiano, bo język miała niepohamowany, ostry, i nie szczędziła nikogo:
Raz zaproszona na obiad do Młodziejowskiego biskupa poznańskiego, w piątek zastała stół z mięsem, nie chciała więc jeść. Gospodarz mocno zapraszał i naglił.
— Jako prawdziwa Polka posty zachowuję — odpowiedziała.
— A ja jako biskup miejscowy, mając władzę dyspensowania, grzech ten biorę na moje sumienie — zawołał Młodziejowski.
Kasztelanowa kamieńska zawołała na to z uśmiechem:
— Byłoby to dla mnie doslateczném, ale się boję, aby po śmierci w. ekscellencyi nie było potioritatis na jego sumieniu — mogłabym spaść z tablicy.
Wiadomo, jakiéj ks. biskup poznański sławy używał, przycinek był ostry — od kobiety znieść go trzeba było z uśmiechem.
Podobnie księciu Michałowi Czartoryskiemu, kanclerzowi w. litewskiemu, który od niéj żądał zadzierżawić dobra przyległe do Wołczyna na Litwie, gdy jéj o tém wspomniał, odpowiedziała:
— Bałabym się z w. ks. mością w jakiekolwiek wchodzić tranzakcye; jużeśeie wasaństwo ze swoim siostrzeńcem kraj nam zatradowali: cóżby to z mojemi majątkami było!
— W. pani zawsze jednéj używasz broni — odparł ks. Czartoryski.
W jedném towarzystwie prymas Podoski coś opowiadając, niefortunnie się wygadał:
— Różne nieszczęścia z ojczyzną się naszą pożeniły..
Na co Kossakowska, słuchająca z boku, dodała:
— O czém w. ks. mość wie najlepiéj, boś im ślubną intercyzę podpisał.
Prymas oburzył się.
— A familia Potockich grób jéj kopie, — rzekł żywo...
— Że w. ks. mość na tym pogrzebie celebrować nie będziesz, za to ręczę, niezmieszana dokończyła kasztelanowa.
Po pierwszym podziale większa część dóbr p. Kossakowskiéj wpadła w kordon austryacki, pojechała więc do Wiednia i bardzo grzecznie przez cesarzową przyjętą została. Sława dowcipu już ją tam poprzedziła. Na nieszczęście żadnym prócz polskiego nie mówiła językiem, ale ten ze swego podobieństwa z czeskim łatwo się dawał zrozumieć i cesarzowéj, i cesarzowi Józefowi II.
— Jaka to szkoda, rzekł raz do niéj Józef II, że się z panią po niemiecku rozmówić nie mogę...
— N. panie — odpowiedziała — my mamy króla Polaka, a dotądeśmy z nim własnym językiem porozumieć się nie mogli.
Od roku 1774 nie chciała już bywać w Warszawie, i zamieszkała w Galicyi w Stanisławowie. Niemcy się jéj, osobliwie cyrkularni urzędnicy, naprzykrzali; ale ona do Wiednia wciąż na nich się skarżąc, choć to ją kosztowało niemało, jednego po drugim kasowała. Raz któryś z tych urzędników, grube Niemczysko, nieobyczajnie wszedł do pokoju, i chociaż gospodyni siedziała na kanapie, nie zdjął nawet kapelusza. Kasztelanowa, nie chcąc się sama wdawać w spór z gburem, przytomnego tam starosty Potockiego prosiła, aby mu jego nieobyczajność zganił, co Niemiec zrozumiawszy, rzekł:
— Pani Kossakowska taka jest poddanka cesarska jak i ja...
Na co odpowiedziała zniecierpliwiona:
— Fałsz mospanie! wielka między nami różnica: bo ja jestem poddanka ciągła, a ty pieszy.
Nie wiem tylko, czy Niemiec ten koncept zrozumiał. Aby nadal uniknąć podobnych wypadków, kazała potém umyślnie w pokoju bawialnym powiesić dwa portrety cesarzowéj Maryi Teressy i Józefa II, dawszy sekretne polecenie jednemu ze swoich hajduków, przeznaczonemu do dawania na to baczności, aby każdy wchodzący przyzwoicie się dla uszanowania wizerunków monarszych znajdował. Była tam samołówka na cyrkułowych ichmościów, i gdy jeden z nich wszedł raz w kapeluszu do tego pokoju, hajduk najprzód przypomniał mu, aby znał uszanowanie dla miejsca, czém, gdy Niemiec pogardził i kapelusza nie zdjął, sługa niedługo myśląc wyciął mu policzek.
— Naucz się, rzekł, szanować monarchów i ich portrety...
Potém schwyciwszy kapelusz cisnął nim o ziemię. Tym sposobem pani Kossakowska nauczyła ich grzeczności.
Gdy powtórnie znajdowała się w Wiedniu, cesarzowa Teressa spytała jéj, czy się stolica podobała, i czy w niéj jakie znajduje odmiany, na co odpowiedziała:
— Tak jest, znajduję, że się Wiedeń upięknił, bo od czasu zajęcia Galicyi, mieszkańcy wysławszy ztąd do nas tych, których się wystrzegać musieli, nawet kraty z okien drugiego piętra powyjmowali.
— Nie godzi się tak ogólnie sądzić, wszędzie ludzie są ludźmi, rzekła na to łagodnie cesarzowa.
Z tego powodu wszczęła się długa rozmowa, wśród któréj potrącono o przedmiot służby, i kasztelanowa upominać się zaczęła, czemu Polakom nie dają, przystępu do urzędów?
— Bo Polacy skłonni są do przekupstwa, rzekła płacąc za pierwsze Marya Teressa, i na poparcie swego twierdzenia wyliczyła niemal najpierwsze osoby w Polsce, które pensye z zagranicy pobierały za polityczne usługi. Kossakowska upokorzona nie mogła zaprzeczyć oczywistości, ani ich fałszywemi argumentami oczyszczać, i to tylko dodała:
— Prawda n. pani, że są i u nas źli ludzie, ale wielka jednak różnica: bo Niemca można ująć kilku reńskiemi, a dla naszych tysiąców potrzeba; łatwiéj więc gdzie nietyle pieniędzy się ekspensuje, popełnić przekupstwo...
— Przestańmyż o tém mówić, zawołała cesarzowa, bo widzę, że cię to obchodzi; ale pozwól na pierwsze założenie moje, że wszędzie są źli i dobrzy ludzie.
Późniéj już zasłużywszy sobie na szacunek u cesarzowéj i szczególne względy, lubo się jéj uprzykrzali cyrkularni w Stanisławowie, wszelako mając tam pałac wygodny i miasteczko porządnie zabudowane, mniéj już dbała o te szykany, siedziała w miejscu, i płacąc w Wiedniu, zmieniała natrętów. Dogadzało to nawet jéj miłości własnéj, że mogła starostów kassować, a Niemcy się jéj obawiać musieli.
Mówią, że raz w rozmowie z Józefem II, zawsze dowcipna i śmiała, odważyła się mu powiedzieć poufale:
— W. cesarska mość musisz myśleć, że w kraju naszym wiele jest papierni, gdy nam tyle tu z Niemiec gałganów nasyłają.
Nie wiem, czy ton polski dwuznacznik zrozumiały był dla cesarza, ale na niego miał odpowiedzieć:
— Co pani chcesz! bogaci służyć nie chcą i oddalać się od majątków, a ubodzy szukają sposobów do życia.
Musiał jednak zapamiętać tę rozmowę, gdy w kilka tygodni potém posyłając do Lwowa na konsyliarza hr. Dietrichstein’a, napisał przez niego list do pani Kossakowskiéj z dodatkiem: „Sądzę, że hrabia do papierni się wam nie przyda...” Na co ona odpisała z podziękowaniem i uniżonością za powziętą lepszą o kraju opinię, prosząc o więcéj podobnych urzędników, którzyby jak Dietrichstein szczęśliwą lepszéj przyszłości wróżyli nadzieję... zarazem dopominając się, by i o krajowcach nic zapominano.
Raz w Stanisławowie żołnierza jakiegoś za wykroczenie osądzono na szubienicę, a komendant rekwirował do dziedziczki o drzewo na wystawienie jéj, na co w podanéj sobie nocie odpisała:
— Kocham i szanuje stan wojskowy, i na szubienicę dla żołnierza drzewa nie mam; lecz jeśliby cywilnych urzędników wieszać chciano, choćby całego nie pożałuję lasu...
Kossakowska wylaną była dla imienia Potockich, i wszystko im poświęcała... Protowi Potockiemu, gdy bankowe rozpoczynał czynności, aby równie i w Galicyi miał pignus responsionis, odstąpiła dóbr Stanisławowskich bez pieniędzy z warunkiem, aby jéj do życia płacił corocznie po sto tysięcy złotych. Prot Potocki osobną na to dał assekuracyę, a Kossakowska formalną mu uczyniła dóbr donacyę, bez dołączenia pomienionego warunku, aby ich nie obciążać. P. Prot swoją donacyę zaraz naturalnie intabulował, a Kossakowska nie widziała potrzeby prywatnéj umowy do akt wnosić. Chybił potém Potocki, gdy ogłaszając upadłość swoją, z przyczyn ogólnych, które go w ruinę pociągnęły, zapomniał wprzód ostrzedz o tém p. Kossakowską, ażeby swój dokument intabulowała, i nie wspomniawszy nic o jéj należności, billans złożył. Liczni jego wierzyciele w Galicyi zaraz poczęli należności swych na Stanisławowie poszukiwać, a pani kasztelanowa tego tu doznała, czego się obawiała na sumieniu Młodziejowskiego — spadła z tablicy i straciła dożywotnie sto tysięcy. Sprawę za późno podniesioną w komissyi bankowéj, i choć najsprawiedliwszą, dla uchybienia w formie przegrała. Wcale to jednak nie osłabiło jéj przywiązania do Potockich: do śmierci z reszty majętności świadczyła im nieustannie, swatała, żeniła, dawała posagi, sprawiała wesela, W Dubnie na kontraktach wiecznie jakieś ich długi płaciła, i zwano ja praczką Potockich. Na to szły całe choć uszczuplone, ale jeszcze znaczne dochody.
Gdy ją bankructwo Prota wygnało ze Stanisławowa, przeniosła się do Lwowa i zamieszkała u św. Jura w pałacu biskupów ruskiego obrządku, na pięknéj górze, w miejscu wesołém, oddaloném od wrzawy miejskiéj, ale w powietrzu zdrowém i mieszkaniu wygodném. Tam ją wszyscy szanując wielce, odwiedzali i wielkie oddawali honory. W dni postne umyślnie dla tego dawała obiady dla znajomych i nieznajomych, aby do zachowania postu zachęcić. Na te uczty katolickie nie potrzeba było zaproszenia, przychodził kto chciał, przyprowadzał z sobą znajomych; wkrótce też to swoboda wyrodziła nadużycia: młodzież poczęła tłumnie uczęszczać na smaczne postne obiady kasztelanowéj, ale tak jak do garkuchni. Wchodzili, siadali, jedli, odchodzili nie kiwnąwszy głową gospodyni. Nie podobało się to słusznie pani Kossakowskiéj, przestawała więc przyjmować wszystkich i zapraszała tylko wybranych.
Kto pytał jéj, dla czego tak dalekie od miasta obrała mieszkanie? odpowiadała:
— Abym prawdziwych doświadczyła przyjaciół, którzy nie pożałują trudu i tu mnie odwiedzą... I dodawała: W liczbie ich liczę i w. pana.
W końcu życia ogłuchła była mocno i mało co słyszała. Ktoś się na to przed nią użalał.
— Nie mam czego żałować, rzekła: nicbym już podobno dobrego nie posłyszała.
W r. 1791, po sejmie konstytucyjnym, Kossakowska pełna nadziei, razem z Adamem Krasińskim biskupem kamienieckim pojechała do Warszawy, i spotkawszy się z królem u B. Branickiéj kasztelanowéj krakowskiéj, witając go odezwała się:
— Pierwszy to raz Polaka i króla witam razem.
Na to grzeczny zawsze Stanisław August, rzekł:
— Miło dla mojego serca usłyszeć, że mnie pani nazywasz Polakiem; wszyscy więc jesteśmy już braćmi i przyjaciołmi.
Gdy potém dzień św. Stanisława obchodzono uroczyście, i w ogrodzie Krasińskich robiono wielkie przygotowania do uczczenia króla i marszałka sejmowego Małachowskiego, pod hasłem:
— Vivat król z narodem, naród z królem!...
Kossakowska wciąż powątpiewając dodawała:
— Vivat król z narodem, póki z narodem...
Po wyborze na tron królewny saskiéj i mianowaniu infantki, napisała do króla saskiego list, który był drukowany w drukarni wolnéj Jana Potockiego i rozrzucony przy gazetach... Elektor saski odpisał nań bardzo grzecznie, ale evasive, tak, że Kossakowska zwątpiła zaraz, aby dwór drezdeński przyjął ten wybór, i źle wróżyła przed powrotem ks. Adama Czartoryskiego z Berlina.
Na Szczęsnym Potockim z razu wielkie pokładała nadzieje dla kraju i imienia; gdy na sejmie rozrzucono nań paszkwile, starała się o upowszechnienie odpowiedzi, która wszakże małe już czyniła wrażenie. Postępowanie jego późniejsze zgryzło ją mocniéj jeszcze, gdyż opinij politycznych, jakie wyznawał, podzielać nie mogła; pocieszała się tylko mówiąc:
— Ignacy poprawi sławę Szczęsnemu, wszak to obadwaj Potoccy.
Odebrawszy wiadomości o konfederacyi w Targowicy zawiązanéj, natychmiast wyjechała z Warszawy, nie chcąc tu bawić dłużéj, a ze Lwowa napisała do Szczęsnego list, którego kopie rozeszły się po kraju i wiele mu w opinii powszechnéj zaszkodziły. Potém już imienia Szczęsnego wspomnieć przed nią nie było można. Następnego roku sekretarz konfederacyi targowickiéj Dyzma Bończa Tomaszewski, przyjechawszy do Lwowa, niepotrzebnie wcale poszedł do niéj z wizytą; z razu nie przypomniała go sobie, ale gdy imię z uniwersałów konfederacyi znano przyszło jéj na pamięć, powitała go słowy:
— To góra Świętego Jerzego, przytułek ludzi spokojnych; omyliłeś się wpan, biorąc ją za górę Awentynu; nie myśli tu żaden cesarz rzymski nowéj Romy zakładać.
Tomaszewski zamilkł i po cichu się wyniósł.
Jadąc raz z którymś z gubernatorów lwowskich na spacer w karecie, spotkała razem dwóch ubogich, Polaka i Niemca, a zatrzymawszy się, obu kazała dać jałmużnę: Polakowi złoty, a Niemcowi dukata. Słysząc to gubernator, spytał, dla czegoby taką między nimi robiła różnicę?
— Widzisz pan — odpowiedziała Kossakowska — Polak przeznaczony już na to, żeby całe życie żebrał, często mu po złotówce dawać będzie potrzeba, a Niemiec wkrótce może konsyliarzem zostać, to mi tego dukata będzie pamiętał.
Po śmierci Mniszcha, chorążego nadwornego, rozpowiadała wszystkim, że go po śmierci egzenterując, znaleziono koło jego serca Niemczyka, który go życia pozbawił.
Siostra jéj, kasztelanowa lwowska, była oślepła, ona głucha; gdy się zjechały we Lwowie, Kossakowska ściskając ją, zawołała:
— Dwie nas siostry rodzone zostały na świecie; ja ciebie nie słyszę, a ty mnie nie widzisz.
Nie można zliczyć takich powiedzeń dowcipnych, a często bolesnych i ostrych pani Kossakowskiéj.
Jakiś czas przesiedziawszy we Lwowie, gdy za udział czynny, jaki miała w Kościuszkowskiém powstaniu, trochę ją niepokojono, dobra w Rusi Komarowie wzięli, dochody zmniejszyły się bardzo znacznie, radzono jéj, aby w reszcie majętności, które dzierżawą puszczała, podwyższyła tenuty, ale ona starych swoich dzierżawców obciążać, ani nowych wprowadzać na ich miejsce nie dozwoliła.
Za jakiś mały dług we Lwowie przyszedł natrętnie ją tradować komornik; zniecierpliwiona kazała mu dać pewne niepokaźne, ale srebrne naczynie, dysponując, aby je otaksował, dług potrącił i resztę jéj odniósł. To było po Potocku...
Na lat kilka przed śmiercią zadzierżawiła od rządu Krystynopol, który już był przeszedł do dóbr państwa, wyporządziła dawny pałac wojewody kijowskiego, i tu do śmierci przebywała... Choć się ze Lwowa usunęła dla spokoju, i tu wszakże liczni ją goście odwiedzali, lubiła towarzystwo, bez którego się już obejść nie mogła, a miejsce to opustoszałe odzyskało przez nią niemal dawną świetność swoją.
Niezmiernie kochana w sąsiedztwie, pociągała ku sobie wszystkich, co ją znali, trzymała dom otwarty, obywatele bełzcy tłumami się do niéj zjeżdżali, a z rodziny Potockich ciągle ktoś z kolei przy niéj przebywał. Nikt ze znaczniejszych w kraju nie minął Krystynopola, żeby się nie pokłonił staruszce. Nie było dnia w roku bez gościa, a choć coraz uszczuplały się fundusze, nagradzała skromniejsze przyjęcie sercem uprzejmém i gościnnością staropolską.
Doznane liczne boleści, publicznych spraw obrot, nad którym cierpiała, ruina majątkowa, przegranie summy na Stanisławowie z powodu nieopatrzności pana Prota, zgorzenie pałacu w Warszawie, który od Szczęsnego po Mniszchach kupiła za dwieście czterdzieści pięć tysięcy złotych, utrata intraty przeszło półtora kroć wynoszącéj z dóbr na Rusi oddanych Komarom, komu innemu zatrułyby życic, ona to wszystko zniosła cierpliwie, po chrześciańsku, umysłem równym, i późnéj dożywszy starości, w Krystynopolu już zmarła z powszechnym żalem tych, co się kiedykolwiek do niéj zbliżyli. Po śmierci jéj, gdy mobilia sprzedawano, sąsiedzi, co ją kochali, rozchwytali je płacąc ceny wysokie, aby po niéj jakąkolwiek zatrzymać pamiątkę.




XL.

Rys ten skreśliliśmy idąc wiernie za Anonimem (Cieszkowskim?), który jak widać z jego pamiętników, w stosunkach by z z domem kasztelanowéj kamieńskiéj, (ojciec jego musiał być dzierżawcą w jéj dobrach i woził owe trzykroć, które w czasie barskiéj konfederacyi posłała Krasińskiemu). Z wyrażeń pamiętnika naszego widać, jak umiała przywiązać do siebie i wzbudzić szacunek; imię jéj zresztą pozostało do dziś dnia w pamięci ludzi, i mnóztwo dotąd opowiadają o niéj anegdot w rodzaju tych, któreśmy przytoczyli. Dziwić się więc musimy, gdy ją w tę sprawę z Komorowskimi widzimy wmieszaną i dopomagającą czynnie wojewodzie kijowskiemu do oczyszczenia się. Jedna tylko miłość dla imienia Potockich może to nieco wytłómaczyć, lub niewiadomość sprawy.
Snadź użyto jéj wpływu i znaczenia, i wojewoda udawać się do niéj musiał; odtąd bowiem widzimy ją czynnie poruszającą się, biorącą rzecz do serca, pośredniczącą, piszącą listy i troszczącą się o ten proces jak o swój własny.
Oto są wyrazy jéj listu do kanclerza Młodziejowskiego, który duszą i sercem był z Gozdzkimi i Komorowskimi przeciwko Potockim:
„Pozwolisz mi jwpd. wyrazić się względem interesu jw. wojewody kijowskiego, brata mego, który na ręce moje list przesiał, a że ten interes tu był powinien być kończony, wedle prawa loci ordinarii, zdał ten interes jw. wojewoda na mnie, abym starania przykładała do przyśpieszenia przez łaskę i sprawiedliwość jw. księdza biskupa chełmskiego, czego żądałam jako tu przytomna. Gdy zaś przyszła sprawa do sądów w pierwszéj instancyi, jwp. Komorowski zebrał się na konferencyę, a na drugiéj kadencyi z konferencyi pokazał rzymski rozkaz, aby odesłać tę sprawę do Rzymu. Rozumiem, że jw. pan, jako biskup poznański, tak i wszyscy w téj powadze będący, powinni się nie dla interesu Potockiego z Komorowskimi, ale dla swojéj powagi utrzymywać, iż nigdy nic było praktyki, aby w pierwszéj instancyi tamować miał Rzym komu sprawiedliwość. Wszak niejedna (uczy) praktyka, że gdy kto pretendował w takich okazyach minąć locum ordinarium, zawsze wracała się sprawa nazad do biskupa. Nie wiem zkądby znalazł imp. Komorowski kredyt w Rzymie, aby niepraktykowane remedya wyjednywał, chyba za usilném wymaganiem jw. Antyczego, który, jak mówią, należy do polskich interesów. Téj to tedy łaski jw. pana potrzeba, abyś jwp. Antyczemu przełożył, aby remedyów na zwłokę interesów nie wyrabiał, któréj zamiast sprawiedliwości, bardziéj podobno jwp. Komorowski pragnie, zadufany będąc latami i słabemi siłami jw. wojewody, któremu przez zadawanie niepraktykowane, wiele w zdrowiu, a całemu naszemu domowi krzywdę czyni. Taką to ja daję rezolucyę przez podany memoryał tu w Warszawie w początku (o coś jwp. dobrodziéj pisał do jw. wojewody), teraz w Rzymie przez podany memoryał — trudno tedy będzie, że milczy, gdyż ja sama świadkiem, że nie gada, ale wiem, że pisze czego jwpd. darować nie można, bo ta sprawa przynajmniéj w trybunale (jeżeli kiedy w Polsce będzie), to się osądzić może nie w Rzymie, i patronizować jéj jmp. Antyczy nie będzie imp. Komorowskiemu, ja tedy daję rezolucyę za brata mojego jw. panu.“
List ten trochę w gniewie i z góry napisany, daje poznać zniecierpliwienie Potockich, grożących prawie ks. Młodziejowskiemu. Do tego przywiodło ich przywołanie sprawy do Rzymu, za staraniem kanclerza i p. Antici’ego, bo w Chełmie nie mieli żadnéj nadziei otrzymania sprawiedliwości. Ksiądz Młodziejowski dzielnie w tém Komorowskim do końca pomagał, choć niestety! trzeba znać człowieka, żeby w tém widzieć nie szlachetne oburzenie przeciw gwałtowi, ale własny interes tylko i popieranie partyi, do któréj należał. Kanclerz Młodziejowski, który tak wielką choć skrytą gra rolę w téj sprawie, nieźle naszkicowany został przez autora bezimiennego pamiętnika, który mamy przed sobą; we współczesnych też listach mnóztwo jest o nim anegdot. Anonim, jak o innych, tak o nim, zbiera więcéj to, co powszechnie rozpowiadano, niżeli go sam sądzi; wizerunek jego maluje nam fizyognomię prałata taką, jak go powszechnie widziano, i jest wyrazem opinii, na którą zarobił — czy słusznie? powiedzieć trudno. Powiada on, że wyświęcony ksiądz Andrzéj Młodziejowski zostawał najprzód przy dworze ks. biskupa krakowskiego Załuskiego i pracował w jego kancellaryi, tu okazał dosyć do pióra zdolności, umysł otwarty i przebiegły. Załuski w czasie bezkrólewia miał go prymasowi Łubieńskiemu zarekomendować, ten mianował go swoim audytorem, i często do porady w wielu zawiłych sprawach używał. Młodziejowski miał być użyty za pośrednika do pozyskania prymasa Łubieńskiego na stronę Czartoryskich w czasie elekcyi, to go zbliżyło do „familii” i utorowało drogę do podkanclerstwa. Że w czasie elekcyi Poniatowskiego istotnie czynną już odgrywał rolę, poświadczają współczesne korrespondencye; pisano, że on wstrzymał wyjście z kraju wojsk cudzoziemskich, uznając ich przytomność za potrzebną. List jeden wspomina, że miała być wysztychowana karykatura wyobrażająca prymasa Łubieńskiego klęczącego i modlącego się z podniesionemi rękami, a obok Młodziejowskiego z tłumem ludzi niosącym worki pieniędzy i podpisem: Quid mihi vultis dare, et ego vobis tradam eum. Była to niby modlitwa w Ogrojcu i Judaszowskie sprzedanie. Po śmierci ks. Teodora Czartoryskiego wziął biskupstwo poznańskie, a późniéj, pisze Anonim, i nowo erygowane warszawskie. Po Zamojskim, który złożył wielką pieczęć koronną w r. 1767, dał ją król Młodziejowskiemu, który duszą i ciałem był jego stronnikiem. Wymowny, przebiegły, chytry, umiejący się pohamować i nie wydać z myślą, dosyć chciwy i interesowny, Młodziejowski nie miał szacunku u ludzi, ani też nań pracował; pobożność jego również była podejrzana, jak przywiązanie do kraju; przyjaciel księcia podskarbiego podzielał jego sposób życia, należał do loży massońskiéj, do namiętnych graczów i galantów, wcale się z tém nie tając nawet. Wpływ i obyczaje wieku są jedyną jego obroną, słabość uniewinnieniem. Znane jest przysłowie jego, dobrze go malujące: — „Na wszystko jest sposób, prócz śmierci, bo na tę nie ma żadnego.“
Ten modus in rebus wskazuje, jak sprawy świata zwykł był sądzić ks. kanclerz.
Choć dochody miał bardzo wielkie, marnował je na życie wcale nie kapłańskie, tak, że po nim nic wcale nic zostało. Brata miał kasztelanem, ale resztki majętności zapisał Załuskiemu de Rivère, krewnemu biskupa, który go pierwszy dźwignął, i tém dał dowód serca i pamięci.
Zresztą stając w sprawie rozwodowéj za Komorowskimi, ks. Młodziejowski działał w takim duchu, w jakim późniéj wydał swój list pasterski przeciwko rozwodom, tak naówczas zagęszczonym.
Komorowscy główną podporę mieli w Młodziejowskim, i to tłómaczy gniew kasztelanowéj kamieńskiéj.
Zajęta wciąż familią, wziąwszy na siebie popieranie procesu rozwodowego, w téjże chwili od Józefa Potockiego, krajczego koronnego, nabywała ona dobra stanisławowskie, które jéj w grodzie warszawskim dnia 2 listopada za summę milion sto czterdzieści ośm tysięcy złotych rezygnowane zostały; przeznaczała je z razu podobno dla Jana Potockiego, generałowicza artylleryi.




XLI.

Na chwilę przerwiemy opowiadanie o procesie, od którego uwaga publiczna odwrócona została nierówno straszniejszym wypadkiem, bo napadem konfederatów na osobę królewską. Jakkolwiek historya ta dosyć znajoma z wielu opisów, ciekawém być może, jak ją sobie naówczas opowiadano i tłómaczono, z jakiemi z razu szczegółami chodziła ona po kraju.
Dnia 7 listopada datowana, przyszła o tém pierwsza do Krystynopola wiadomość głucha w ten sposób, że ludzie jakowiś w liczbie trzydziestu, niby od jmp. Pułaskiego nasłani, po chłopsku się przebrawszy, ze zbożem na furach wiezioném, ukrywszy na nich oręż i zbroję, do Warszawy przybyli, i we dworku się u kks. Dominikanów ulokowali; a ztąd dnia 3 listopada o godzinie dziesiątéj z południa króla powracającego od ks. kanclerza litewskiego obskoczyli, z karety wywlekli, zrąbali i płazami zbitego uwieść chcieli, ale niejaki Kosiński z tych ichmościów kompanii, zdjęty litością, życie królowi ocalił, i jest w areszcie.
W innym liście dodawano: „Ten Kosiński, który był pierwszy do téj zbrodni, jest pod wartą ścisłą, ale wolno chodzi, co stanter wyznając, że to zrobił z rozkazu imp. Puławskiego.
„Bardzo wierzam, dodaje, pisząc o tém do Mniszcha ks. Lubomirska, że jwpd. musiała przejąć ta wiadomość, znając delikatność serca jego i sentymenta prawdziwéj wiary, która zabijać nie każe. Bóg wszystkiém na świecie rządzi, my ludzie czcić powinniśmy wyroki jego i poddać się woli najświętszéj.“
Taż sama korrespondentka mówi późniéj: „Historya warszawska cały świat zadziwi, ale i to niemniéj, że z takiemi okolicznościami gazeta opisała ją, i do wszystkich dworów posłać mieli takie relacye. Nie masz się czém chwalić, żeby zaś to miało na dobro wynijść, jak sam król obiecuje, to trudne do pojęcia, wielu ludzi będzie posądzonych i przez to nieszczęśliwych.“
Z razu wypadek ten popłoch rzucił ogromny na miasto — nikogo za rogatki bez biletu nie wypuszczano, i dopiero po kilku dniach te ostrożności ustały dla wszystkich, wyjąwszy księży Dominikanów, na których, że dali schronienie sprzysiężonym, baczne oko nie ustawało.
W zamku był rodzaj ekspozycyi; suknie królewskie wszystkie, jakie miał na sobie tego wieczoru Stanisław August, wystawiono do oglądania kto chciał, na co i pospólstwo tłumami się schodziło. Najdziksze plotki krążyły z powoda napaści; mówiono już nietylko o Pułaskim, ale że podskarbi koronny, wielki marszałek, oraz biskup kamieniecki, czterdzieści tysięcy czerwonych złotych ofiarowali p. Bierzyńskiemu, jeśliby się podjął króla życia pozbawić.
W pierwszych chwilach rozeszła się nawet była pogłoska, że król nie żyje, potém stan jego miano za bardzo niebezpieczny, gadano, że chciał zaraz abdykować i t. p. Książę marszałek na pierwszy odgłos, gdy się to stało, pojechał nadto pośpiesznie pieczętować pokoje zamkowe, co go późniéj źle jakoś postawiło, choć tego nie dopełnił, bo go podkomorzy koronny od tego odwiódł.
Zaczęto zaraz inkwizycyę. Szczegółowa późniejsza wiadomość taki daje opis wypadku, który w kraju i granicą tyle narobił wrzawy:
„31 października, król, który w wigilię obiadował u hetmana litewskiego, cały dzień u siebie pracował, i z nikim się nie widział. D. 1 listopada do jedenastéj w gabinecie zamknięty, poszedł potém na nabożeństwo do Św. Jana, a po drodze miał sobie prezentowanych przez gen. Malczewskiego oficerów dragonii przybyłych z Białego-Stoku. Po mszy świętéj powrócił do gabinetu, gdzie kilka osób przypuszczono, a po obiedzie był u kasztelana wiskiego (Karasia?) i o szóstéj wrócił na zamek. Drugiego listopada rano był w domu, o jedenastéj na nabożeństwie u Św. Krzyża, przejeżdżał się nieco, obiadował u Karasia i wrócił po kilku wieczornych wizytach. Trzeciego, jak zwykle, rano był u siebie zajęty, w małéj kapliczce słuchał mszy świętéj, potém w sali audyencyonalnéj jak zawsze w niedzielę, przyjmował. Tu generał Bibikow przedstawiał mu generał-majorów Sołtykowa, Suwarowa i Bułhakowa. Po konferencyi z ministrami w gabinecie, był na obiedzie u księżny Sapieżyny, siostry w. łowczego, nad wieczór do siebie powrócił i miał mrokiem jechać do księcia kanclerza litewskiego. Jakoż pojechał do niego i wracał około godziny dziewiątéj wieczorem. W powrocie między pałacem Małachowskich i murem od stajeń w ulicy Senatorskiéj, napadła go konfederatów zasadzka, jedni mówili z trzydziestu, drudzy z sześćdziesięciu ludzi złożona. Rzucili się i zatrzymali konie, kilka razy strzelano z pistoletów do karety, jeden hajduk królewski zginął, a trzech raniono. Ułani z adjutantem eskortującym uciekli... Poczém wyciągniono króla z karety i wsadzono na konia odjętego paziowi, lecąc z nim w cwał ulicą Kapucyńską, około arsenału przez Nalewki. Tu znaleziono późniéj kapelusz i płaszcz królewski z orderem, w rowie ku Stawkom, zkąd udali się na pastnicy drogą aż po za Młociny, i tu dowódca bandy porozsyłał ludzi, sam tylko zostając z królem. Tu on, przez wdzięczność jakoby dla króla, że ojca jego z niewoli uwolnił, zlitowawszy się nad nim, powziął myśl oswobodzenia, poszedł z nim ku laskowi bielańskiemu, aż do Marymontu. Ztąd król posłał bilecik do koszar gwardyi, żądając powozu i eskorty, z którą przybył przy pochodniach razem z dowódcą bandy do zamku o godzinie czwartéj z rana. Jedna kula miała się prześlizgnąć królowi po peruce, druga przeszyła suknię około ramienia, trzecia poduszkę w karecie, na któréj król siedział.“
W Warszawie tymczasem, gdy się to rozniosło, o jedenastéj w nocy uderzono we dzwony, w bębny na alarm, i całe miasto w największym noc przebyło przestrachu.
Czwartego około południa, u Ś. Jana było uroczyste nabożeństwo i Te Deum, z wystrzałem stokrotnym z dział, za ocalenie życia królewskiego.
Wiedziano zaraz, że napaść umówiona była przez konfederatów i poprzysiężona w Częstochowie, że głównymi jéj sprawcami byli: Strawiński rotmistrz starodubowski, Łukawski z Zakroczymskiego i Kosiński porucznik kozaków, jakoby poddany szydłowskiego starosty Usickiego, u którego jak u innych panów sługiwał z początku za lokaja, hajduka, kozaka. Ten to Kosiński króla uwolnił, i choć mu król dawał zaraz wolność, sam odwiózł Stanisława Augusta do zamku, zkąd ustąpić nie chciał. Tu go zaraz dwakroć na gorącém badali, książę marszałek, sędzia grodzki i Czaplic podkomorzy łucki. Król oświadczył, że nie chce, aby mu najmniejszą przykrość wyrządzono.
Po wypadku król miał się dobrze, ale ranny był z tylu w głowę od lekkiego cięcia szabli, które mu zadano, gdy się koń z nim w rów obalił, jedną nogę miał silnie stłuczoną, a że z niéj trzewik zgubił, Kosiński dał mu na nią swój but z ostrogą, w którym król powrócił do zamku. Zrazu o kuli chodzić musiał. W ciągu dnia cisnęły się tłumy do oglądania wystawionéj odzieży królewskiéj, i daléj trzema jakoby kulami przeszytéj bielizny, pończoch... Delia oprócz tego była pocięta, a raczéj pokłóta szablami, zwalana krwią i błotem; order Orła Białego powalany, a Orła Czarnego schwycony został przez konfederatów, którzy go po drodze gdzieś pokazywać mieli.
Natychmiast po wypadku, Warszawę postawiono na stopie wojennéj, fossy poszerzono, na rogatkach nie wypuszczano nikogo...
„Na Te Deum u Św. Jana tłum senatorów, pań, ludu był niezmierny, wieczorem i przez cały dzień zjazd na zamku dowiadujących się o zdrowie królewskie nieustający.
Przez całą poprzedzającą noc, gdy jeszcze o losie króla nie wiedziano, a książę marszałek tak się pośpieszył do pieczętowania appartamentów, pełno było na pokojach dam, które tam całą noc spędziły, i jak stały wprost poszły na Te Deum, w negliżu. Niektóre z nich przypuszczone późniéj były do widzenia króla. Nazajutrz i ambassador Saldern przybył z powinszowaniem.
Generał Coccei, który odebrał bilecik króla z Burakowa (a nie z Marymontu) znalazł Stanisława Augusta spokojnym prawie, a Kosińskiego na straży we młynie... Młynarz z żona sprowadzeni zostali do zamku, a król polecił kasztelanowi wiskiemu, aby się dla nich o młyn na dziedzictwo postarał.
Do trzynastego listopada król był nieco slaby, ale stopniami przychodził do siebie, i zdrowie się polepszało. Właśnie d. 12 wyjęto dwu kawałeczki kości ze skaleczonéj czaszki, i to przyśpieszyło zupełne wyzdrowienie. Dotąd siedział w berżerce lub leżał, od 13 zaczął wstawać, chociaż wątpiono jeszcze czy na rocznicę koronacyi będzie się mógł ukazać publicznie. Zewsząd składano mu powinszowania; pogłoski chodziły juk najdziksze.
Rocznica koronacyi d. 25 obchodzona była z wielką uroczystością, król przyjmował w sali marmurowej z rana tylko, a pokoje i przyjęcie zwyczajne dopiéro z Nowym Rokiem obiecywano.
Wypadek ten odwrócił nieco uwagę od procesu Potockich z Komorowskimi, ale go nie przerwał wcale; obie strony z zamieszania starały się korzystać, nie zaniedbując interesu, który się obiecywał długo i uporczywie przeciągnąć.




XLII.

Wojewoda ciągle chorzał, d. 20 listopada był przy nim doktor Chimes (?), który mu za dni kilka uzdrowienie obiecywał. Miano to za affekcyę katarową. Wszakże d. 27 Franciszek Salezy jeszcze był nie wyzdrowiał i nie ukazywał się na pokojach, chociaż miał się lepiéj i ciągle spodziewano się rychłéj, zupełnéj konwalescencyi; katar i silny kaszel były głównemi charakterami jego słabości.
Sprawy głównéj w Warszawie pilnował p. Wyczółkowski, a z listów jego do Mniszcha pisanych dowiadujemy się, że interes w sądach biskupich przypaść miał w wigilię Św. Tomasza, ale dla limity wszystkich sądów, nie spodziewano się dekretu, aż na Trzy Króle następnego roku. Wyczółkowski, który przybył do Warszawy dla attentowania, od 19 grudnia obiecywał sobie bawić jeszcze z pół roku...
Tymczasem, jakeśmy z listu kasztelanowéj kamieńskiéj widzieli, Komorowski udał się przez Młodziejowskiego i Antici’ego do Rzymu, zkąd d. 23 listopada 1771, przyszedł rozkaz podpisany przez kardynała de Rubcis do biskupa chełmskiego, aby sprawa ta do Rzymu została wyprawiona, z terminem miesięcznym dla Potockich do stawania.
Cios ten dla nich był wielki, nic spodziewali się go wcale, i z powyższego listu widać, jak go uczuli. Nota, którą podał Komorowski, bardzo umiarkowana zresztą, najlepszą zdaje nam sprawę z całego przebiegu interesu; jest ona z d. 23 listopada 1771 i brzmi następnie z włoskiego oryginału:
„Najświętszy Ojcze!
„Hr. Jakób Komorowski, szlachcic polski, pokornie proszący Świątobliwości Waszéj, z najgłębszém poszanowaniem, ośmiela się wyłożyć, że w obliczu Kościoła św. zawarte zostało małżeństwo miedzy hr. Gertrudą Komorowską, córką jego, i hr. Stanisławem Potockim, którzy z sobą żyli przez ciąg dwóch miesięcy w domu proszącego, i hr. Potocki, ojciec wzmiankowanego Stanisława, wysłał w tym czasie różnych ludzi zbrojnych, którzy siłą porwali wymienioną hr. Gertrudę z ojcowskiego domu, tak, że od dziesięciu miesięcy, jak się to stało, nie mógł się proszący dowiedzieć, dokąd przeniesiona została, i dotąd wynaleźć jej nie mógł.
„Po tak straszliwéj napaści, wzmiankowany hr. Potocki stawał przed konsystorzem chełmskim, w dni kilka wymógł na nim wyrok, którym małżeństwo zostało nieważném. Od tego dekretu appellował proszący do nuncyusza apostolskiego, który nie wahał się zatwierdzić dekretu konsystorza, i odesłał sprawę znowu do biskupa chełmskiego, z rozkazem postąpienia w myśl konstytucyi Benedykta Papieża i poleceniem, aby imieniem instygatora połączono ze sprawą o mniemaną nieważność małżeństwa, proces przeciw proszącemu, jakoby podstępnie wymógł i uwiódł officyała biskupiego do dania dyspensy od zapowiedzi publicznych uwalniającéj, rozkazując mu dowodzić trybem zwykłym punktu ważności małżeństwa.
„Proszący nie uchyla się od dania legalnych objaśnień w obu kategoryach, i żąda tylko, ażeby zakazem uwolniona była całkowicie hr. Gertruda i tymczasowie umieszczona została w którymkolwiek klasztorze dyecezyi chełmskiéj, wedle decyzyi biskupa, wedle praw pospolitych i zwyczajnych. Gdy zaś odrzucono prośbę jego najsłuszniejszą, udaje się proszący, appellując od takiego dekretu do świątobliwości waszéj, i błaga św. w., aby raczyła polecić audytorowi, aby wysłał pozew wyjątkowy z poleceniem rozpatrzenia téj sprawy w trybunale bezstronnym i najsprawiedliwszym roty świątobliwości w.“
W skutek téj prośby wydany został pozew i sprawa do Rzymu powołana.




XLIII.

Memoryał wyżéj cytowany i dekret, jaki ściągnął, aby sprawa do Rzymu odesłana była, natychmiast w kopiach zakommunikowano Potockim. Można sobie wystawić, jak ich przestraszył i rozgniewał, dowodząc, że Komorowscy poparci w Rzymie przez rezydenta polskiego p. Antici’ego, w Polsce przez Młodziejowskiego i p. Gigoti’ego, przy swojém utrzymać się potrafią. Młodziejowski, chociaż się starał zapewne o powołanie sprawy z chełmskiego konsystorza do Rzymu, zawsze homo duplex, udał, że go równie jak biskupa chełmskiego, mocno obeszła ta sentencya rzymska. Ale Potoccy znali go dobrze, posądzając go nawet, że on Komorowskim doradził nie mieszkać na wsi, ale w Warszawie, aby dobitniéj okazać obawę nowego napadu i gwałtu. O dekrecie zawiadomiono zaraz i kasztelanową kamińską, która w swoją opiekę proces wzięła, a tak pisała do wojewody:
„Jw. serdecznie kochany m. d.
„Interes w sądach bisk. chełmskiego, na czém stanął już jwd. być musi wiadomo, ponieważ impan regent przez pocztę kommunikował. Rezydencya impp. Komorowskich tu w Warszawie, jest z porady jw. kanclerza, aby okazywała niebezpieczeństwo mieszkania w domu, a przy téj okazyi, aby konsylia i rady tak z jw. ks. kanclerzem, jako z ks. Ghidżotym były częstsze, na wywijanie się w tym interesie. Jw. biskup chełmski pokazuje się srodze żałosny, iż p. Komorowski skarżył się przez memoryał w Rzymie, a że daleko Rzym, nie miał mu kto zaraz odpowiedzieć. Jw. biskup chełmski oświadcza się, iż przez wszelkie sposoby chce dowodzić imp. Komorowskiemu, iż samym fałszem napełnił memoryał; temu trzeba wierzyć, iż kochając honor i znając prawo duchowne, potrafi się wytłómaczyć, zwłaszcza że w pierwszéj instancyi Rzym nietylko nie wdawał się zakazując, aby była sprawa sądzona, ale nakazywał zawsze sądzić, i odsyłał zawsze gdy ją kto minął, aby się do niéj wrócił. Perswazye tak w garderobie (?), jako i u jwks. kanclerza, mogą z czasem wyperswadować imks. biskupowi ten żal sprawiedliwy, jednak trzeba abyś jwpd. napisał do niego, że i owszem upraszasz go o to, aby chciał jak najprędzéj informować Rzym, iż przez złą i fałszywą informacyę (gdyż jeszcze żadnego nie ferował dekretu) ten zakaz sądzenia sprawy w Rzymie jest wyrobiony. Na to się zaś nie spuszczając, tak radzę jwpd., jak z serca życzę, aby ten interes nie szedł w przewłokę, abyś kogo do Rzymu dyspensował dla wsparcia sprawy, bo wiem sama przez praktykę, że pism i eksplikacyj nieposypanych złotym piaskiem w Rzymie czytać nie mają gustu, ani przyśpieszać czasu konkluzyi, lub wejścia w interes; kardynał protektor i Antici, niby od Rzpltéj naszéj zawsze w Rzymie będący, i od niéj pensyę biorący, zdradę pod nią czyniący, a dopieroż przez eksplikacye, jak ja sama wiem, eksplikujący i szlachcic ubogi tylu oppressyami ściśniony z panem interes mający, powinien bez ekspensy znaleźć kompassyę. To są wszystkie informacye machiawelskie tu z Warszawy, i w tém to mądrość największa okazana tego świata. Wszak jw. imks. nuncyusz sam tego doznaje, iż co widzi i słyszy donosi, jednak więcéj ma kredytu p. Antici, nawet to jest już staranie, aby jw. i ks. nuncyusza teraźniejszego odmienić, do którego listu jwpd. potrzeba, aby i on dał świadectwo, iż jmpp. Komorowscy samemi fałszami ten zwłóczą interes. Ten zaś od jwpd. posłany do Rzymu koniecznie potrzeba, aby bez odwłoki. Nie wadziłoby, abyś jwpd. do jwks. kanclerza na ręce moje napisał w tym sensie, iż on przeciwnie interesuje się; jwpd. nie sądź, aby to nie pomogło, bo ja tu znam po nosach ludzi i przecież jeszcze i o nas tak myślą, że my lude ne bobry. Więcéj nie wyrażam tu się, jwpd., domyślisz się, a teraz do nóg upadam. Łasce mnie oddaję, zostając z powinnym respektem jwpd. sercem kochającą siostrą i najniższą sługą.
K. K. K. K.
(Katarzyna Kossakowska kasztelanowa kamińska).
,,D. 10 Jan. 1772, w Warszawie.“




XLIV.

Snadź, zaraz posłuszny radzie pani Kossakowskiéj musiał pisać wojewoda do ks. Młodziejowskiego list zapewne niezbyt przyjacielski, na który kanclerz z widoczną urazą, do któréj przycinki kasztelanowéj przyczynić się mogły, odpowiedział w sposób dwuznaczny i nie bardzo dla Potockiego miły:
„J. w. mci kochany dobr.
„Jest to dowodem jwp. roztropności (?) i sprawiedliwego umysłu, że co masz z Warszawy względem mojego interesowania się do prawnych czynności imp. Komorowskiego sędziego buskiego, temu nie wierzysz, bo w Warszawie o ludzi bawiących się bajkami i lubiących siać nienawiść nietrudno. Mogę jwpd. na mój charakter upewnić, że nikt więcéj nademnie nie ma dla niego szacunku i poważania (co za dwuznacznik!) Dla czego nikt więcéj niż ja nie czuje krzywdy, którą jwpd. czyni powszechne rozumienie, że wpłynąłeś w uczyniony gwałt domowi i zabranie z niego córki tegoż jwp. sędziego buskiego, nikt zatém więcéj nie pragnie, tylko, żeby się autor téj roboty odkrył i grabież jwp. sędziemu powrócił.
Upewniam jwp. jeszcze i w tém, że o żadnych podstępach wspomnionego imci przeciw jwpanu nie wiem. Każdy komu się zdarza widywać z nim, wyznać prawdę może, że on się nie kommunikuje i o jwp. nic nie mówi, nad krzywdą tylko sobie zrobioną (ale sam powiada, że wiedzieć nie może przez kogo) ubolewa. Żebyś zaś jwp. jawniéj poznał moją rzetelność, i jak szczerze w liczbie najprzywiązańszych jwp. przyjaciół i dobrych sług mieścić się chcę, wyraź mi poufale (!) w czém przykładać się mam do satysfakcji jwp. starosty bełzkiego, zacnego syna jego, a doświadczysz, że nie w słowach, ale w skutkach i całém sercem z zupełném uszanowaniem jestem jwpd. Wcale życzliwym kochającym najniższym sługą
Młodziejowski
B. P. K. W. K.
D. 18 Jan. 1772 z Warszawy.
JWP. wojewoda kijowski.“
W też tropy pisze znowu p. Kossakowska długi list następujący:
„D. 20 Jan. 1772, w Warszawie.
„Jw. serdecznie kochany m. d.
„Prawdziwie, że czas ze wszech miar nieszczęśliwy, kiedy i w tém świeżém umartwieniu jwpd. koniecznie trzeba turbować i ambarasować interesami, które odkładając, coraz więcéj trudności i niepomyślności przynosić będą. Uchybił się czas arcy potrzebny, że jwpd. nie wysłałeś zaraz do Rzymu dla eksplikacyi w niegodziwym postępku p. Komorowskiego, to zrobiło łatwość do prędkiego wyrobienia w przyjęciu memoryału, że nikt z drugiéj strony ani pocztą zagraniczną nie ogłaszał, ani sam uprzedzony żaden z przyjaciół nie był, aby mógł Rzym mieć cksplikacyę, że to jest nieprawda. To tedy milczenie z naszéj strony jest wielkiém imp. Komorowskiemu interesu wsparciem, bo jwpd. doskonale wiesz, iż Ojciec Święty ma uszy do słuchania, a jego ministeryum ręce do brania i do demonstrowania, tu zaś żale, rozpacze, mizerya stanu imp. Komorowskiego, nie do rąk, ale do uszu podana, przyśpieszyła do tego stopnia przez zakazanie sądów tu w Polsce téj sprawy, przez co dla jwpd. jako i dla jw. starosty bełzkiego nie masz zatrudnienia. Tak to jwpd. szczerze wyrażam, jak ta, która go kocha i szanuje. Niech jw. biskup chełmski i drudzy jego torem biskupi ujmują się o swój honor i władzę, bo jeżeli jeden człowiek znalazł się udać biskupa i bajek na człowieka dystyngowanego popisać, niejeden tą drogą iść za nim będzie. My zaś, jako strona, na to utyskiwać nie mamy racyi, bo czyli pierwéj czy późniéj w niepomyślnym dekrecie, gdyby wystąpił, tambyśmy udać się musieli. Za cóż sic cofać ztamtąd, gdy strona tego zapewne nie wymoże, aby tam świadkom lub aktorowi stawać kazano, tylko komissya w pierwszéj instancyi wypaść koniecznie musi. Spodziewać się potrzeba, iż przy staraniu i dojrzeniu się w Rzymie posłanego od nas, arcybiskup lwowski najpryncypalniejszy do wyznaczenia na to będzie, tu zaś komissya, gdy wyjdzie, taką drogą zawsze chodziło, że na ręce nuncyatury, i gdy strony ta lub ta ekscypować sobie będą, nuncyatura będzie miała moc do wyznaczenia biskupa na tę komissyę. Co do posłania człowieka wybranego przez jwpd. do Rzymu, innego życzyć nie można. Oprócz charakteru arcy poczciwego i niemającego względów na jakąkolwiek stronę, moje zdanie masz jwpd. i z imienia naszego, już takich, którzy mają wiadomości i znajomości zagraniczne. Wybierz jwpd. z téj młodzieży którego, wszak i starosta szczerzecki, jak słyszę[11], iż ma estymacyę teraz, rezydujący w Wiedniu, jako i w Paryżu przez swoją tam bytność. Mów impd. z matką, a siostrą moją, aby tam jechał, i ja do niego napiszę, a łaska jwpd. będzie, iż wyrazisz do mnie, ile mu tam na ekspens dać każesz, a ja przez imp. Teppera zwyczajnie przesyłam i w prędkim czasie to dochodzi. Gdybym tylko od jwpd. tę odebrała rezolucyę, kiedy ten wysiany od jwpd. co pojedzie czas założy, że stanie, bez zawoduby i mój siostrzeniec tam był.
„Gdy temu wierzyć potrzeba, jak tu zupełnie jest rada, że tam takiego człowieka potrzeba, któryby się mieścił we wszystkich kompaniach, i eksplikował także wyperswadowanie w Rzymie domu naszego czynności dla ojczyzny i wiary, aby jeden człowiek partykularny (Komorowski) miał nasz dom kalumniować przez podanie memoryałów. Protekcji danéj imp. Komorowskiemu nie można inaczéj zbić, tylko do tych chciéj jwpd. napisać na ręce moje, a co ja ustnie imp. regentowi zalecam. Spuść jwpd. ten interes na mnie, i umniejsz sobie ambarasów. Ja zaś starać się będę, abyś jwpd. widział, iż dla mnie jest największém ukontentowaniem być wsparciem według płci mojéj i sposobności rozsądku mojego, domowi naszemu. Dojrzę ja tu wszystkiego, nie uchybię nic, bylem od jwpd. regularnie miała listy przysyłane. O tę zaś łaskę jwp. dobr. upraszam, abyś jwpd. temu, co zjedzie do Rzymu, kazał się znosić z tym, który z imienia naszego pojedzie. Jw. biskup chełmski oddał na ręce nasze ekspedycyę do Rzymu, którą jwpd. przeszlesz przez tego, co go posyłasz, i tylko z téj przyczyny trzeba, aby ta ekspedycya doszła, aby się pokazało kłamstwo i szalbierstwo, nawet i na biskupa imp. Komorowskiego, a przez to przytłumiłoby się i to echo w Rzymie, przez ten memoryał, iż jwpd. gwałt uczynił, i poznany był charakter imć pana Komorowskiego (!), że nie rzetelnością, tylko kłamstwem (!) idzie w całym tym interesie.
„Nie wadziłoby m. dobr., abyś jwpd. w protokóle u protonotaryusza zaniósł manifest przeciwko temu tylko terminowi, iż jesteś dołożony w memoryale, jako ojciec jw. starosty bełzkiego, i ten manifest trzeba aby był przysłany do Rzymu... Póki tedy nie będzie rezolucyi od jw. biskupa chełmskiego, póty musi być cierpliwość zamilczenia téj sprawy tu w Polsce; jednak ten, który zjedzie z ramienia jwpd., może się tém oświadczyć, iż nie wzdryga się sądzenia tego interesu i w Rzymie, a biskupowie niech dadzą rezolucyę jaką chcą... W tym interesie tylko pilności i regularności potrzeba, to jwpd. sam poznasz, że wielkiego nie będzie przeciągu czasu. Ale trzeba wysłać jak najprędzéj tylko takiego człeka, aby z panem Antyczym był politycznie, ale nie szczerze. Im. ks. kanclerza respons w nadzieję łaski jwpd. odpieczętowałam i na takie odpisanie pisałam bilet do niego, którego kopię przyłączam, na który responsu nie miałam, ale spodziewam się ustnéj eksplikacyi — bo znam ptaszka...
„O jedném małżeństwie (?) skończywszy opisanie, teraz wnoszę do jwpd. moją prośbę, abyś przez łaskę swoją czyli ten list sam, który jwpd. posyłam, podpisał, czyli go każesz przepisać, byle tym stylem i w tym sensie, i na moje ręce raczył przesłać do jo. księcia marszałka koronnego (Lubomirskiego), gdyż na respons jwpd. dany, a przezemnie odpieczętowany, powtórzenia w tymże interesie takiego a nie innego pragniemy. Bo to poznajemy, że ta zwłoka w szczególności tylko na utrzymywanie, my szczerością się rządząc przy protekcyi jwpd. chcemy finalnéj rezolucyi, gdyż honor nad wszystko szacujemy. Ich wolą dać lub nie dać, bo bez pewności kroki czynić już się nam uprzykrzyło, a do Sobieskiéj nie mamy serca; czekać tedy będę łaski i protekcyi w tym interesie jwpd., któréj i mnie poleciwszy zostaję etc...
M. Kossakowska.“
Wzmianka na ostatku o liście do ks. marszałka zdaje się odnosić do starania Wincentego Potockiego o rękę księżniczki Aleksandry Lubomirskiéj, marszałkówny koronnéj.
Wojewoda kijowski, zdawszy całkowicie prowadzenie sprawy z Komorowskimi na kasztelanową, słuchał jéj we wszystkiém, i listy, których żądała, posyłał, i ludzi wybierał wedle jéj wskazówki, słowem dawał sobą kierować jak chciała. Napisał więc na ręce siostry list do nuncyusza Durini’ego, którego dowcip 1 dworactwo jużeśmy z poprzedniego listu poznali. Durini, jak ks. biskup chełmski, był całkiem oddany Potockim, robił co oni zapragnęli. Na pismo wojewody daje zaraz następującą odpowiedź — (z francuzkiego ją tłómaczymy):
„Monseigneur!
„Pani kasztelanowa kamińska wręczyła mi list, którym w. ekscellencya raczyłeś mnie zaszczycić dnia 14 stycznia. Rozważywszy głęboko o interesie wiadomym, zgodziliśmy się na to, że lepiéj jest, aby sądził się w Rzymie, dokąd go powołują, i gdzieby się i tak zawsze kończyć musiał. W skutek tego osądziliśmy, że dla ukrócenia intryg p. Komorowskiego, którego minister królewski w Rzymie proteguje, nieuchronnie potrzeba, abyś w. ekscell. wysłał tam kogo od siebie, godnie mogącego reprezentować w. e., coby mógł stanąć przeciw p. Antici’emu, ministrowi dworu, i objaśnić kardynałów sędziów. Jwp. hrabia Wielhorski posłany do Francyi przez konfederacyę, zdał się nam wcale zdatny i skuteczny do poparcia silnie interesu tego, trudno mu będzie zyskać rekomendacyę od księcia d’Aiguillon do kardynała de Bernis. W interesie takiéj wagi potrzeba użyć silnych sprężyn. Z mojéj strony nie mogę nic nadto uczynić, jeno osobę, którą w. ekscell. na to przeznaczysz, opatrzę w listy rekomendacyjne do kardynałów sędziów, scritte di boun inchiostro.
„Racz jw. pan przyjąć odemnie wyrazy współczucia i ubolewania nad stratą, jaką poniosłeś. Snadź Bóg miłuje w. eks., gdy ją nawiedza w sposób tak dotkliwy. Proszę, abyś w. eks. wymazał z serca smutek i dozwolił po nim przystępu weselu. Pomyślność w. eks. zawsze będzie obchodziła wszystkich ludzi uczciwych, i tego, który ma honor etc.
(Durini Nonce du S. Siége).
Warszawa 20 stycznia 1772.“




XLV.

Stratą, o któréj tu mowa, była, jak się, zdaje w téj porze właśnie przypadła śmierć wojewodziny kijowskiéj. Piszą współcześni, że dowiedziawszy się o téj całéj sprawie i jéj powodach, zapewne wypadkiem, bo starannie ją ukrywano przed nią, uważając się za przyczynę pierwszą téj tragedyi, gryzła się tyle, że boleść i smutek zgon jéj wreszcie przyśpieszyły. W listach rodziny nie widać, by dumnéj a przykréj w domowém pożyciu kobiety zbytnie żałowano, — ledwie w nich jakiś ślad téj śmierci pozostał. Niewola krystynopolska skończyła się, dwór odetchnął; ale wojewoda szczerze żałował więzów, do których był przywykł, i poddał się z ochotą drugim narzuconym mu przez kasztelanową kamińską.
Śmierć wojewodziny nastąpić musiała w pierwszych dniach 1772 roku (w Niesieckim Bobrowicza fałszywie śmierć samego wojewody podana w r. 1771), bo donosząc o niéj synowi Szczęsnemu, podróżującemu za granicą, tak kończy sam wojewoda list z dnia 26 stycznia:
„Przy tak wielkiém umartwieniu, które Bóg na mnie zestal, przydaje kłopotu niegodziwy (zawsze mu ten epitet dodawano) p. Komorowski, nie chcąc się tu sądzić, ale do Rzymu wyciągając sprawę. Spodziewam się tedy, że już doskonale poznajesz swój ladajaki postępek, widziawszy (sic) część świata, i wpatrując się w niego, że ladajakie postanowienie całego życia nieszczęśliwość, zubożenie i poniżenie familii sprowadza.
„Przypomnij sobie błońskiego starego i młodszego starostów. Estymacyi nie masz, a drudzy żebraniną żyją; trzeba się starać wynijść z tego labiryntu, w Wiedniu prosić nuncyusza o listy do Rzymu, także prosie elektora trewirskiego o to samo, a tak zagładzisz głupstwo młodości i pokażesz, że chcesz na świecie być człekiem wziętym, a mnie w umartwieniu folgę zrobisz, jeżeli życzysz przedłużenia życia mego, które nie jest złém dla ciebie. Miéj tedy zawsze Boga przed oczyma (!), a Bóg ci będzie dopomagał do wszelkiego uszczęśliwienia, o co Boga proszę. Twój kochający serdecznie Ojciec (sic).
„26 januarii 1772.
„Synowi memu kochanemu Stanisławowi
Potockiemu, staroście bełzkiemu.“
Nie daléj niż w dni kilka potém, pisał znowu wojewoda do syna prawie toż samo, po przyjeździe dr Macpherlana, który z drogi wróciwszy, dał świadectwo o dobrém postępowaniu Szczęsnego przed ojcem.
„Jmp. Macpherlan, który był u mnie, bardzo waści dawał dobre słowo, że waszeć żałujesz mocno głupstwa, któreś uczynił, i życzysz, aby prędzéj stanął rozwód; bardzo mnie to ukontentuje, że Bóg łaską swoją daje waści to oświecenie. Niech waści zawsze dodaje swojéj łaski, mocno go proszę, ale trzeba starania przykładać, ćwiczyć się w cnocie, w pobożności, bo to nie szpeci kawalera, i owszem u zacnych i dystyngowanych ludzi daje dystynkcyę i akceptacyę (logika!). Spodziewając się tedy, że jp. Macpherlan nie pochlebnie powiedział mi, ale szczerze, dziękuję Bogu, a waszeć sam pokaż, że młode głupstwo dezapprobujesz. Potrzeba tedy, żebyś sam prosił, jak już pisałem, nuncyusza w Wiedniu, żeby napisał do swoich przyjaciół do Rzymu, że ty żyć z tą osobą nie  chcesz (!!), i że omamienie było nie ślub, ja zaś pisać i prosić o to nie mogę z racyi, żeby widział nuncyusz, że sam życzysz rozwodu nic z mojéj insynuacyi. Toż samo wyjednać się staraj od p. Duran’a do ministra w Rzymie; od ks. Tessyńskiego do elektora trewirskiego, sam pisał do generałowéj, a uprosiła tę łaskę u elektora (saskiego?), ale i ty do niéj napisz to samo.
Niegodziwy Komorowski mocne ma wsparcie od księdza kanclerza i wyżéj, a to na poniżenie imienia naszego, na pokazanie siebie nikczemnym, bez rozsądku i dobrego rozeznania, czyniąc sobie nadzieję prędkiéj śmierci mojéj, i że ty wrócisz się (?) do głupstwa młodości swojéj. Ej! dla Boga reflektuj się, czyń sobie uwagi, radź się zacnych, strzeż się i nie wdawaj z pochlebnikami, ludźmi łakomymi, potrzebnymi, bo zginiesz na sławie i znikczemniejesz w życiu. Dla twego zdrowia i wydoskonalenia się nie żałuję — p. Macpherlana obligowałem, aby wiedzący twoją konstytucyę zdrowia w podróży assystował ci; cokolwiek jest najciekawszego, cokolwiek godnego widzenia i wiedzenia, cokolwiek potrzebnego twojéj kondycyi umieć, chcę i obliguję, abyś wszystko widział, wiedział i umiał. Oddajże się Bogu z całego serca, a słuchaj rady ojca, który cię kocha.
„W Milatynie 30 januarii 1772.
„I na tém miejscu (w Milatynie, jak wiadomo jest cudowny krucyfiks z wizerunkiem Chrystusa), gorąco Proszę Boga, aby cię uszczęśliwił, w przeciągu całego życia i wieczności.
„Jm. księdzu Wolfowi kłaniam, nie piszę, bo czasu nie mam, ale miał informacyę od ks. Pruskiego, którą przez Duklę posłałem; supplikuję, aby w. panu przypominał, i sam dopełnij dla swego uszczęśliwienia.“
List ten nie potrzebuje kommentarza: dość go przeczytać, żeby zrozumieć stosunek ojca do syna i sposób, w jaki tam sprawę z Komorowskimi pojmowano.




XLVI.

Na te pisma, jeszcze z Wiednia Szczęsny odpowiedział ojcu, dnia 28 lutego 1772 roku w tych słowach:
„Monseigneur et trés cher pére!
„Przy serdeczném ukontentowaniu z odebranego listu jwpd. dnia 26 januarii pisanego (poprzedzającego), niezmiernie jestem umartwiony wiadomością, że przy takich zgryzotach i ten interes, którego głupstwo i płochość moja jest winna, tyle dodaje jwpd. kłopotów.
„Strona przeciwna widząc, że się w sprawiedliwym sądzie utrzymać nie może, chce przynajmniéj mieć ten niepoczciwy (!) awantaż umartwienia, odwłóczeniem zakończenia. Rozkaz jwpd. starania się o instancye tutejszego nuncyusza, będę się starał wykonać, o sukcesie zaś téj prośby będę miał honor donieść jwpd.
„Spodziewam się, że jwpd. wyperswadowany doskonale jesteś, że prócz tych, z familii naszéj przykładów (starostowie błońscy), które mi jwpd. przed oczy stawiasz, dość winę moją i postępek lekki poznaję, ażebym się wszelkiemi starał silami o tegoż poprawienie, i żeby w dalszém postępowaniu sobie starał się zgładzić ile możności tę szpecącą u świata pamięć, i żebym pokazał, że ten lekki postępek i bezrozumny był ostatni taki w życiu mojém. (Niestety! nie był ostatnim, pierwszym zaledwie!)
„O to tylko jwpd. śmiem supplikować, żebyś był przeświadczony, że nietylko w tym z płochości mojéj pochodzącym interesie, przy którym zdrowy rozum mając trwaćby mi było niepodobna (!), ale i we wszystkich postępkach moich, tak się z wolą jego stosować i rozkazy uprzedzać pragnę, w całém życiu mojém, ażebym na tę jwpd. ojcowską zasłużył łaskawość, któréj choć niewartemu, ustawicznie dajesz dowody, i któréj się teraz poruczając, przy najserdeczniejszém nóg ucałowaniu, mam to szczęście pisać się jwpd. serdecznie kochającym synem i najniższym podnóżkiem.
St. Potocki, S. B
Przykro się ten list czyta: nadto nam maluje despotyzm ojcowski, w obec którego tak milkły wszystkie uczucia, tak się syn sam siebie musiał zapierać, z tych, których kochał czynić nieprzyjaciół, prześladować pokrzywdzonych i tych, którym srogą zadał boleść... Trudno już odgadnąć co się działo w sercu Szczęsnego, i powiedzieć, czego pragnął... tak dziwnie się zapiera samoistności wszelkiéj, tak posłusznym i pokornym się staje, tak pada nizko pod groźną prawicą pana wojewody. Z jednéj strony nielitościwy ucisk, z drugiéj niewysłowiona słabość.
W marcu (28 — 1772) pisał do Szczęsnego z Dukli generał Mniszech, ale list ten zawierał interesa do Brühla i trochę czułości, nic zresztą, coby nas obchodzić mogło... a wydecyfrować pisania jego niełatwo. Zamieszczamy więc tu tylko początek listu, z którego zresztą dowiadujemy się, że 26 lutego Szczęsny odzywał się do Mniszcha, i że wojewoda był zdrów o tym czasie.
„Dziękuję najserdeczniéj wp. (pisze Mniszech) za łaskawe jego dnia 28 lutego datowane z Wiednia pisanie, i że mnie zaszczycać raczysz dobrocią serca swego. Obowiązaną wyrażając wdzięczność, dopraszam się jak najusilniéj znać mnie zawsze z prawdziwém przywiązaniem jak do jw. ojca swego, a mego łaskawcy, tak równie i do godnéj osoby swojéj, i że prawdziwie i z serca pragnę, abyś mnie znać raczył wmpd. swoim et ami. Przyłączam tutaj list do M-e votre soeur (Brühlowéj)... Monseigneur (wojewoda), od którego dnia 9 b. m. list miałem, z łaski Boga zdrów zupełnie.“




XLVII.

Do Rzymu tedy, dokąd p. Kossakowska radziła wysłać starostę szczerzeckiego, a ks. nuncyusz hr. Wielhorskiego, czy kogo z familii komenderowano, nie wiemy; co się tycze plenipotenta, użyto zamieszkałego tam ks. D. Kaznowskiego Societ. Jesu, uczciwego człowieka, który, jak widać, nie bardzo miał wielką ochotę popierać sprawę, inaczéj w sumieniu swém rozsądzoną.
List jego do p. Kossakowskiéj, opiekującéj się procesem, dnia 21 marca 1772 r. z Rzymu pisany, stan sprawy i sposób, w jaki ją pojmował ks. Karnowski, najlepiéj wyjaśnia.
„List jwpd. dnia 7 lutego pisany odebrałem ze wszelkim respektem, i rozkazy w nim z powinną powolnością na usługi jéj i całego domu, któremu cały zakon i ja w szczególności obowiązany jestem, spełnię. Na ekspensa rzymskie odebrałem od jmp. Belloni’ego 70, to jest skudów rzymskich 140. Jmp. Miselli żadnych ekspedycyj od jwpd. nie miał, ani 30, to jest skudów 60, o których jemu przysłanych jwp. w liście swoim wspominasz. Miał tylko list od im. Augustynowicza, w którym mu oznajmił, iż zlecona mu będzie sprawa jw. starosty bełzkiego.
„W sprawie téj mówiłem z jmp. Misellim i rozmowę tę wyrażam rzetelnie jwpd. W téj sprawie tak się tłómaczył, iż do wywiedzenia, że nieważne było małżeństwo jw. starosty bełzkiego, potrzeba, aby były przyczyny ustanowione od Koncylium Trydenckiego. Pierwsza, że nie było zezwolenia na małżeństwo obojga stron, to jest kawalera i damy. Druga, że nie było parocha, ani kanclerza, ani damy. Trzecia, że nie było dwóch świadków. Czwarta niemoc łączenia się z sobą. Żadnéj zaś z tych przyczyn nie znajduję, albowiem i paroch był dany, i świadkowie, i zezwolenie stron obojga, potwierdzone połączeniem się przez czas niejaki, ani dowodów na niemoc łączenia się znaleźć nie można. Zakończył rozmowę tém, że jako adwokat wszelkiemi rzemiosła swego sposobami służyć będzie w téj sprawie, ale pożądanéj trybunału sentencyi nie spodziewa się w punkcie tak wielkim, jakim jest uznanie nieważności małżeństwa; za przyjściem dokumentów obiecuje dać doskonalszą informacyę. Dokumentów dotąd nie odebrałem, chociaż im. ks. kanonik Pruski w liście swoim wyraził, iż one razem z listem jwpd. i jego odebrać miałem. Chodziłem sam do imp. Belloniego, przez którego ręce odebrałem wspomnione listy i pieniądze, dopominając się o nie, lecz odpowiedział mi, iż oprócz listów, którem odebrał, nic do mnie nie miał — oczekiwać ich będę.
„Abym zaś dał dowód wiernych usług moich jwpd. i jéj imieniowi, na fundamencie rozmowy z imp. Misellim i listu do mnie pisanego, wyrażam myśl moją i poddaję ją pod wielki rozsądek i roztropną przezorność jwpd. Piszesz jwpd., że jwp. Komorowski ma tam wielkich przyjaciół dawno walczących z familią jéj; kiedy tak jest, trzeba się obawiać przeszkód nieprzełamanych w Rzymie, a zatém koszt tylko wielki będzie, a skutku żadnego, i pisma, które w téj sprawie będą musiały być drukowane, nie uczynią honoru jwp. wojewodzie kijowskiemu i jego synowi, jeżeli z wyż wyrażonych przyczyn żadnéj nie będzie.
„Wszakże inne przyczyny, gdyby nieukontentowanie sprawiły, innego skutku odebraćby nie mogły tylko separacyę, z któréj cóż za korzyść byłaby jwp. wojewodzie kijowskiemu, któryby, jak nie wątpię, rad oglądał wnuki? Nierówność przytoczona być nie może, częścią, że stan damy równy stanowi kawalera, częścią, że nierówność urodzenia być nie może przyczyną do zerwania związków małżeńskich, częścią, że gdyby adwokat ją wspomniał w indukcie sprawy i piśmie drukowaném, wspomnienie to mogłoby podejrzenie u narodu sprawić, że jwp. wojewoda kijowski i familia jego, równości w szlacheckim stanie nie uznają, co jest delikatnym punktem w narodzie, jako wiadomo jwpd., która doskonale to i konsekwencye z tego przenikasz. Punkt nierówności dla tego tu wyraziłem, aby panu Misellemu napisać, żeby z domysłu swego nie wspomniał; wszakże nie nowina adwokatom wyprowadzić to w mowach swoich, o czém ani myśleli ich pryncypałowie. Przymuszenie miejsca mieć nie może w téj sprawie, bo i wiek jwp. starosty bełzkiego nie cierpi go w obraniu stanu, i rodzice zaślubionéj damy przymusić go do zaślubienia onéj nie mogli, ile niemający żadnéj zwierzchności nad nim. Wątpić też nie trzeba, jak sama jwpd. nadmieniasz, że interes zaślubionéj damy utrzymywany będzie przez jmp. Anticiego. Cóż za koniec? gdy wyrkiem trybunału rzymskiego potwierdzone i uznane będzie małżeństwo? Lepiéj tedy pomiarkowawszy wszystkie okoliczności, złączyć tę parę z sobą, aniżeli na rozerwanie zaszłych związków podejmować wielkie a nieskuteczne ekspensa. Jwpd. łatwo swoją powagą i kredytem w to potrafić możesz, aby ta sprawa (jeżeli nie ma dowodów potrzebnych) nieczyniąca honoru familii, tu nie agitowała się, lecz domową ugodą i odnowieniem wzajemném affektów zajętych zakończyła się. Wybaczysz mi jwpd., że tak długiém pismem ją zatrudniam; wdzięczność, którą winienem imieniowi jwpd. to sprawiła, że com poznał z rozmowy mianéj w tym interesie z p. Misellim, informować jwpd. nie omieszkam.
„List według woli imks. kanonika Pruskiego niezapieczętowany tu przyłączam. Czekam dalszych rozkazów jwpd., które będę miał honor zawsze chętnie pełnić, i z powinnym respektem zostaję na zawsze jwpd. najniższym i najobowiązańszym sługą.
Ks. D. Kaznowski, S. J. mp.
„21 marca 1772 w Rzymie.“
Ze wszystkich tu przytoczonych pierwszy to list człowieka uczciwego, prawdziwie kapłańskim napisany duchem; dziwnym trafem jest to właśnie pismo tak osławionego zakonu członka, Jezuity! Jeden ks. Kaniowski jasno widzi w téj sprawie, jéj nieprawość, nieprzyzwoitość, i radzi śmiało rozdwojone małżeństwo na nowo połączyć. Sumienie mu nic dozwala powiedzieć inaczéj, stara się dowieść szczerze i bez pochlebstw, że ani słuszności, ani prawa nie mogą mieć za sobą Potoccy.
Wystawmy sobie oburzenie kasztelanowéj kamińskiéj i gniew wojewody, gdy go list ten przez siostrę przesłany doszedł! Niepodobna wszakże było okazać resentymentu księdzu, który po sobie miał Sobór Trydencki, miłość swą i poszanowanie dla domu Potockich i kapłańskie stanowisko, wyżéj go stawiące nad wszelkie względy światowe. Znać z pisma i wyrazów ks. Kaznowskiego, że choć wieść o zabójstwie od roku blizko krążyła po kraju, nikt jéj nie śmiał zarzucać Potockim, sądzono zawsze nie dopuszczając występku takiego, że Gertrudę trzymano gdzieś zamkniętą en charte privée, póki rozwód nie stanie. Takie były najpowszechniejsze mniemania; nie chciano wierzyć zabójstwu, w którém najmniejszy udział hańbiłby tak wielkiego pana i senatora Rzpltéj. Może litość nad jego starością zgryzotami zatrutą, wstrzymała i proces, i rozgłaszanie zbrodni. Śmierć wojewodziny, osierocenie, choroba, myśl, że wkrótce i wojewoda umrzeć może, powściągały nawet nieprzyjaciół.
Niewątpliwém jest jednakże, iż w kwietniu 1771 roku o utopieniu już wiedziano w kraju, i gadano powszechnie.
Nie jestli to rzecz dziwna: ta sprawa rozwodowa z obu stron tak zażarcie prowadzona nad trupem Gertrudy, gdy wojewoda kijowski, co rozwód popierał, wcale go nie potrzebował, a Komorowscy nic prócz zaspokojenia miłości własnéj na potwierdzeniu małżeństwa zyskać nie mogli?
To umówione jakby milczenie wszystkich o zbrodni w procesie, ta niewiadomość losu Gertrudy, w którym udziału wypierali się Potoccy, dziwne też robi wrażenie. Wojewoda tryumfuje, bo mu nic dowieść niepodobna; oprawcy znikli porozsyłani, ukrycie ich chyba coś powiada, ślady występku zatarte, zarzutu uczynić nie można, bo do poparcia braknie całkiem dowodów.
O Gertrudzie nikt z pewnością nie wie, ani Potoccy, ani Komorowscy, wyjąwszy wojewodę... i kilku wspólników gwałtu... Nikt mówić nie śmie... milczą więc wszyscy do czasu. Komorowscy, czego są ślady, rozsianéj pogłosce śmierci z razu nie dawali wiary, nie śmiejąc przypuścić drugiéj i straszniejszéj zbrodni, gdy już sam najazd i gwałt dostatecznie obwiniały Potockich przed światem, ukazując, do jakiego stopią posunąć się może przemoc magnata, dla którego wszelkie środki są dobre, byle swéj dumie dogodził.




XLVIII.

W tydzień po swym pierwszym liście, ks. Kaznowski znowu pisze do p. Kossakowskiéj następujący:
„Jwpd.
„W interesie wiadomym jwpd. powtórnie mówiłem z p. Miselli’m, i tęż samą dał odpowiedź, którą przeszłą pocztą oznajmiłem jwpd., i dodał, że moja rzecz stawać w sprawach, do których mnie wzywają, ale nie mając żadnych dokumentów dotąd ze strony jw. starosty bełzkiego, a mając wiadomość zkądinąd, iż przyczyny żadnéj nie ma, dla któréjby rozwód być mógł, sądzę, że daremna jest rzecz sprawę tę promować i ekspens czynić. Odpowiedź to rzetelna i szczera, ale od niemającego dokumentów. Ja ile mogę informuję się, czyli nie ma jakich do mnie listów, i widzieć staram się listy czyli ich nie ma pod pieczęcią jwpd. i do bankiera Teppera imp. Belloni’ego chodzę, dowiaduję się o témże, a dotąd ich nie mam. Czekam jak najprędzéj, aby można z rady adwokata zrozumieć, jak w téj sprawie postąpić. To interes.
„Jwp. Burzyński poseł angielski i jw. Rzewuski pisarz koronny znajdują się w Rzymie. Pierwszy d. 30 marca wyjeżdża do Neapolu, z powrotem na Wielki Tydzień do Rzymu. Znajduje sic tu brat królu imci angielskiego książę Glister (sic, Glocester?), spodziewają się tu w Rzymie księżny elektorowéj saskiéj wdowy, na Wielki Tydzień. Więcéj nie mam co oznajmić, tylko że jestem z powinnéu uszanowaniem na zawsze
„Jwpd. najniższym i najobowiązańszym sługą.
Ks. D. Kaznowski, S. J. m. p.
„D. 28 marca 1772, w Rzymie.“
Cała ta historya spóźnionych dokumentów wynikła ztąd, że jak się okazuje z kilku wzmianek w listach Potockich, nie wiedzieć jakim sposobem wysłana umyślnie z niemi sztafeta do Rzymu, czy nie wyszła z miejsca czy nie doszła do stolicy, i zginęła gdzieś w drodze bez wieści. Co się z nią stało nie wiadomo. Troskliwa o to p. Kossakowska pisała do Wojewody:
„Jw. serdecznie kochany m. d.!
„Odebrawszy ekspedycyę z Rzymu, nie ruszyłam sztafety, bo jak poznałam, żebym niebardzo pewna była dojścia, gdybym wielką plikę przyłączyła, z jednym listem przecięż jest pewność posłać. Ekspedycya jest arcy krótka, że sztafeta nie doszła, a jak ja miarkuję, to i ztąd niewysłana była, respons zaś na ten list, który późniéj pisałam przez ręce pewnego duchownego, doszedł mnie, przez którego ja znowu odezwę się do téj osoby, ale po responsie do mnie. Assekurowaćbym jwpd. mogła, że ten człowiek (ks. Kaznowski?) jest odemnie posądzony, że jest przyjacielem tamtéj strony, bo takie rzeczy pisze, co wcale do niego nie należą, refleksye swoje podaje, bez których i jwpd., i ja, obeszlibyśmy się. Jmks. biskup chełmski po kilkakrotnie żądał odemnie wiadomości ze strony, czyli doszła sztafeta, gdy zaś ja tę wiadomość odebrałam, mówiłam z ks. nuncyuszem, gdy tu był u mnie. Mówił mi, żeby imks. biskup chełmski wiedział o tém, że jego respons nie doszedł; trzeba, aby powtórzył. Ja tedy imks. biskupowi doniosłam o tém, któremum listu nie pokazywała, lecz dał mi wiarę, i zaraz odjechawszy do siebie, z wyrażeniem do kongregacyi, iż dał respons, a że ma wiadomość, iż nie doszedł, i zaczém powtarza użalenia swoje i eksplikuje, iż fałszywe memoryały na niego podane, i oddając to względom prześwietnéj kongregacyi użalania swoje... Ta ekspedycya jest zupełnie potrzebna, aby jak najprędzéj dojść mogła do Rzymu, bez któréj Rzym może formować proces, a choćby i był już formowany, to za przyjściem téj ekspedycyi z samym bisk. chełmskim może być decyzya téj św. kongregacyi. Komissya względem zadania jw. Komorowskiego im. księdzu biskupowi chełmskiemu słanie ferowanych dekretów z faworem dla jwpd. i starosty bełzkiego, gdyż biskup odsyłając mi ekspedycyę napisał bilecik, który przyłączam, jwpd. strony probostwa uchańskiego (!) o co i sam list przyłącza. Ja zaś tylko proszę o respons do imks. biskupa, abym miała wiarę, iż zadosyć uczynię obligacyi. Jwpd. nóżki całuję i dalszych jego rozkazów czekam, jako znając się być z powinnym respektem jwpd. sercem kochającą siostrą
i najniższą sługą
K. Kossakowska.
„D. 11. 23. Kwietnia 1772 r.
„P. S. Dziś się przenoszę do rezydencyi jw. księżny star. bolimowskiéj, gdzie mi będzie arcy dobrze.”
Tegoż dnia jeszcze mały dopisek wysłano osobno:
„Jw. serdecznie kochany m. d.
„Już po odesłanéj poczcie na ręce jwp. kasztelanowéj słońskiéj (Stanisławowéj Grodzickiéj?) do jwpd., odbieram list z Rzymu, który osobno inkluduję. Jakiem zaś wyrażenia moje przy tamtych czyniła (podejrzenie księdza Kaznowskiego), które pierwéj posłałam, toż samo i tu ponawiam, nie mając nic więcéj do wyrażenia, tylko że jestem i t. d.”
„P. S. Dla większego bezpieczeństwa i pewności dojścia posłałam te listy pod kopertą jwp. kaszt. słońskiéj, ponieważ duża plika była, aby komu ciekawości nie zrobiła.
„D. 23 Kwietnia 1772.”




XLIX.

Gdy się tak krzątają około rozwodu w Rzymie, Szczęsnego tymczasem rodzina listami nawiedza w podróży, a d. 8 maja na Św. Stanisław imieniny jego obchodzą w Krystynopolu. Z tego powodu siostra się do niego odzywa (z francuzkiego):
„Jeżeli jest jaki dzień w roku, w którymbym więcéj niż zwykle czuć mogła com ci winna, i gorętsze niż kiedy czyniła życzenia dla ciebie, kochany bracie, to 8 tego miesiąca. Ale moje przywiązanie nie potrzebuje dni oznaczonych, bo nie ma dnia, w którymbym nic pragnęła i nie życzyła najgoręcéj wszelkiego dobra dla ciebie. Dzień, który obchodzić mamy, dla mnie jest najwyższéj ceny, a spędziłabym go weseléj daleko, gdybym mogła żywemi słowy oświadczyć ci uczucia mego serca. Chciéj przyjąć, kochany bracie, w tych wyrazach słaby dowód moich najczulszych, uczuć, które ci zachowam do końca życia.
„Proszę cię kochany bracie, oświadcz ukłony ode mnie hr. Brühlowi i księdzu Wolfowi.”
Dopisek innéj ręki:
„Mam honor łączyć i moje powinszowanie, życząc wszelkich w setne lata pomyślności i jak najszczęśliwszych tak za progiem ojczyzny, jako i za powrotem do nas powodzeń. Nic ci nie brak, tylko lat, kochamy bracie, abyś używał wszystkiego, co cię czeka. Ty- siąc ukłonów hr. Brühlowi i ks. Wolfowi, z serca i duszy gorliwy sługa...” (d. 22 apr. w Krystynopolu).
Każdy list wojewody pełen jest Komorowskich i procesu. Dawniejsze były całe jego ręką pisane, następujący obcą, a podpis tylko i mały dopisek własną ojcowską dodany:
„D. 14 maja 1772.
„Że w interesie z imp. Komorowskim dwie sztafety wysłane Rzymu nie widziały, dla tego na ręce jw. wojewodziny bełzkiéj (Cetnerowéj) teraźniejszą ekspedycyę posyłam, abyś wpan dwie plenipotencye, jedną na osobę imp. Rajmunda Monaldyni’ego, to jest, Dni Josephi Rajmundi Monaldini Prcuratoris Causarum Curiae Romanae, w aktach nuncyatorskich wiedeńskich, a drugą in personom D. Josephi Miselli Procuratoris Collegialis Curiae Romanae w konsystorzu wiedeńskim, arcybiskupa wiedeńskiego prosząc o przyjęcie tranzakcyi zwanéj Mandatum procurae, ad quaecunque negotia in urbe Roma tractanda, nie wyrażając nawet sprawy rozwodowéj uczynił, i też obiedwie plenipotencye Mandatum procurae zwane, osobno poczynione autentycznie wyjąwszy, na ręce imks. Kaznowskiego Jezuity substytuta polskiego odsyłaj, i napisz do niego jeden, a drugi do adwokata, podług kopij przyłączonych list, i zakopertowawszy całą ekspedycyę (tak się to dawniéj dysponowało dwudziestokilkolotnim synom) — tak odemnie ztąd posłaną jako też od ciebie napisaną, z plenipotencyami, temuż jm. księdzu Kaznowskiemu Jezuicie przez sztafę pewną, aby zawodu nie było, odeszléj jak najprędzéj, i jakowe na ręce twoje do Rzymu tak do mnie jako i do ciebie listy będą, na ręce jw. wojewodziny bełzkiéj odsyłaj, przez Węgry, a jw. wojewodzina obmyśli sposób pewnego do mnie ich przysłania. Przy tém ojcowskie błogosławieństwo, zostaję kochającym ojcem.
„Dziesięć dni (dodaje własną ręką wojewoda) cierpiałem taki katar, żem rozumiał, że mnie zadusi, bo żadnego odoru nie miałem; przecięż już od kilku dni sfolgował, i dla tego na odebrane listy nie mogłem zaraz odpisać. Jw. wojewodzina bełzka dwa listy mi odesłała, alias dwie ekspedycye, trzecią jw. pani Krakowska, u któréj miała być informacya od ks. Wolfa, lecz rozpieczętowali konfederaci, i tę kartkę jak pisze do mnie p. krakowski, że coś z téj ekspedycyi wyjęli. Cóżkolwiekbądź, nigdy człowiek w żadnym wieku swojéj woli mieć nie może zupełnie, i nie trzeba nigdy swojéj dogadzać woli, ale do wieku, czasu i circumstancyi akkomodować się. Nie chciałem ja, abyś długo siedział w Wiedniu, i ułożyłem, aby po maju wyjechać do Hollandyi, Anglii, widzieć także les Pays-Bas, Lotaryngię, jeżeli po drodze, i do Francyi na zimę, ale circumstancye niegodziwego twego interesu zatrzymują cię, aż do responsu na ekspedycyę, którą posyła się do Rzymu. Piszę ja jednak do jw. grafa, że życzę, sobie, abyś primis julii wyjechał z Wiednia. Zalecam jednak pod błogosławieństwem ojcowskiém, abyś się akkomodował jw. grafowi, starał się o jogo przyjaźń, dobre słowo, konfidencyę, inaczéj szkodziłoby to w. panu niepomału. Piszę do niego i o prędki respons, ażebym uczynił dyspozycyę dalszéj podróży. Dla Boga przestrzegam, nie miéj swéj woli, bo ci to na sławie szkodzić będzie, i ja tego nie lubię (!). Tak wielkie staranie, zabiegi do zagojenia przeszłego umartwienia, a nowe (?) byś zaczynał (?); sam to miarkuj. Panu Bogu się we wszystkiém a szczerze oddawać, z ojcem we wszystkiém otwarcie, tak P. Bóg będzie błogosławił. Temu cię oddaję i Matce Najświętszéj.
Twój kochający ojciec.”
Nie bez przyczyny zapewne, po dwakroć tu wspomniano, żeby swojéj woli Szczęsny nie miał, bo wojewoda tego nie lubi, i żeby się Brühlowi akkomodował; — musiało coś zajść, o czém donoszono do Krystynopoła, i że się coś nowego poczynało, widać z tego listu także. Czy z Brühlem? czy w sprawie saméj? czy w innym rodzaju? bo Szczęsny całe życie był kobieciarz wielki — to się nieco z późniejszych listów wyjaśni. Ojciec nalegał bardzo na proces i wstrzymywał syna w Wiedniu, póki mu tu był do niego potrzebny.
W sprawie téj, już ani sztafety, ani na ks. Kaznowskiego, który nazbyt po chrześciańsku i po kapłańsku doradzał, nie spuszczając się, umyślił wojewoda wysłać początkowego doradcę swego ks. kanonika Pruskiego, na co w maju żądał pozwolenia od ks. arcybiskupa Sierakowskiego, a ten mu następną dał odpowiedź:
„Jw. m. d.
„Nie mogę więcéj wyrazić jwpd. o ochocie mojéj pozwolenia jm. ks. kanonika Pruskiego w podróż rzymską, niż wyraziłem, i on sam jak jest przez wiele przyczyn obowiązany jwpd., życzy sobie tę mu uczynić przysługę. Z konferencyi jednak i rady, którą my czyniliśmy tu z imks. arcybiskupem ormiańskim, dobrym także i prawdziwym sługą jwpd., conclusum est, aby tę podróż jeszcze odłożyć, póki sztafeta posłana od jwpd. do Rzymu nie powróci z rezolucyą rzymską na respons dany S. Congregationis od imks. biskup11 chełmskiego. Co obszerniéj imks. kan. Pruski jwpd. wypisuje, a ja daję winne świadectwo, że jego racye in consilio nostro dobrze zważone, nie są pretekstem niejechania albo próżnéj zwłoki, ale z prawdziwéj przychylności, aby skuteczniejszą i pożyteczniejszą jwpd. uczynić przysługę, i potrzeba mu wierzyć i ufać. Jestem i t. d.
W. H. Sierakowski arcyb. lw.
„Z Dunajowa, d. 19 Maj 1772.”
Przyczyny niejechania ks. Pruski tak wyraził w liście, o którym tu mowa:
„Jw. i najosobliwszy m. d. (?)
„Posłaniec pański stanął tu w sobotę, i zastawszy mocno zatrudnionego jwiks. arcybiskupa d., był zatrzymany do dnia dzisiejszego; najwięcéj się to jednak stało z téj przyczyny, że nie było sposobu naradzenia się i rozmówienia z jwks. arcybisk. orm., który to akt odprawił się w przeszłą niedzielę. Mieliśmy tedy radę w interesie podróży rzymskiéj, cały interes był dobrze roztrząśniony i wszelkie okoliczności zważone; a ponieważ bez żadnego fundamentu ta sprawa jest wyprowadzona do Rzymu, idzie za tém, iż téj Rzym nie będzie sądził bez wyprowadzenia potrzebnych do tego inkwizycyj.
„Gdy nareszcie była zatrzymana ta sprawa w Rzymie, przecięż to musi w Polsce nastąpić, że ta inkwizycya będzie uczyniona, a takowa inkwizycya nazywa się duszą całéj sprawy.
„Na tym ja fundamencie wygotowałem ekspedycyę do Rzymu, ażeby z niéj patron pański z najpierwszymi adwokatami złożył radę i dał nam należytą infrmacyę, czego się mamy spodziewać, i w co się uprowidować do ugruntowania tak sprawiedliwgo interesu.”
„Należy zatém koniecznie czekać na tę rezolucyę od patrona, żeby wiedzieć czego się trzymać i z czém jechać, bo wybrawszy się teraz nagle, nie wiem z czém i po cobym tam pojechał, a będąc w téj podróży, nicbym nie mógł tu robić potrzebnego sprawie.
„Choćbym z temi papierami, które być mogą, pojechał, na tych papierów fundamencie nic nie zrobię, bo inkwizycyi nie było, bez czego żadną miarą obejść się nie może.
„Z tych tedy i innych przyczyn przełożonych dwom arcybiskupom, nastąpiła taka rezolucya, żeby czekać na respons i informacyę patrona, którą da nieomylnie na teraźniejszą ekspedycyę, a zatém wszyscy się zgodzili na to, że teraz potrzebniejsza tu jest w Polsce moja bytność, niżeli w Rzymie, dokąd pojechawszy, nie miałbym się na kogo zdać, aby mi na miejscu dobrze rzeczy porobił.
„Racz mi wierzyć jwpd., że co piszę, to piszę ze szczerego i przychylnego serca do pana. Znam dobrze Rzym, i wiem jakiemi drogami idą te rzeczy; nie na ks. Karnowskiego ja ten zdaję interes, tylko na jego ręce papiery posyłam, ale mam ja tam takich, którzy nie dadzą upaść interesowi, i nic nie nastąpi bez nas.
„Nareszcie, gdyby się tak jwpd. podobało, żeby zaraz jechać, niech i tak będzie, ja się nie wzbraniam, ale przez to większe być może opóźnienie, a przyszłoby i do tego, żebym się z drogi musiał wracać, ta zaś zwłoka czasu i zawieszenie wyjazdu wcale interesowi nie zaszkodzi.
„Jeżeli jeszcze ekspedycya moja wygotowana do Rzymu nie jest wysłana, racz ją jwpd. jak najpilniéj wysyłać i ubezpieczyć, aby respons tąż samą drogą jak najprędzéj nas doszedł, co sumiennie wyraziwszy, zostaję i t. d.
Ks. M. Pruski.
„W Dunajowie, 19 maj, 1772 r.”




L.

Z poprzedzającego listu ojca do Szczęsnego łatwo poznać było, że mu coś o nim doniesiono, ale nie jasno jeszcze widzimy, z czego hr. Brühl był niekontent; tu się nieco rzecz ta wykazuje. Szczęsny, zmuszony siedzieć w Wiedniu, zbyt często zaczął dla zabawy gościć u Ogińskich, w domu posła Rzeczypospolitéj, gdzie widać szalano trochę, grano drogo, a co gorsza, gdzie wpływ nieprzyjazny domowi Potockich mógł na niego działać, utrzymując go w uporze przeciw woli ojca, w przywiązaniu do Komorowskich. Pieniądze też leciały zbyt szybko i topniały w rękach Szczęsnego.
Hr. Brühl zostawiwszy przy Potockim ks. Wolfa i resztę dworu, sam zmuszony był na krótką chwilę wybiedz z Wiednia do Dukli dla widzenia się z Mniszchem, gdy krótko po odjeździe swym otrzymał od Szczęsnego żądanie pieniędzy, na co d. 24 maja 1772 tak odpisuje:
(Z fraucuzkiego). „Wojewodzina bełzka (Cetnerowa) oznajmuje mi, żeś do mnie jwp. wysłał sztafetę żądając pieniędzy, i chociaż listu tego jeszcze nie odebrałem, śpieszę nań odpowiedzieć, aby cię z kłopotu wyciągnąć. Nie mogę jednak ukryć przed tobą zdziwienia mojego, żeś znowu bez pieniędzy, mimo 60 dukatów, które dałem Spinnowi na codzienne wy- datki i 100 czerw. złotych zapaśnych u ks. Wolfa. Boję się bardzo, kochany hrabio, żeby dom hrabiego Ogińskiego nie był przyczyną tego braku pieniędzy, jaki ci w téj chwili dokucza. Nigdym ci nic nie mówił, że zbyt często bywasz w tym domu, aby ci przez to nie czynić przykrości, i w nadziei, że sam uczujesz, jak dalece w teraźniejszych okolicznościach jest to nieprzyzwoitém, żebyś zbyt często widywał posła polskiego, który jest kreaturą królewską, i może sobie mieć poleconém, aby cię wciągnął do kroków, któreby były przeciwne przysiędze, jaką po kilkakroć uczyniłeś kochanemu ojcu twemu. Sam to osądź. Przebacz, że ci o tém mówię w téj chwili, i wierz, że słowabym nie powiedział, gdyby nie przywiązanie moje do ciebie, gdybym się nie czuł obowiązanym sumieniem ostrzedz cię, gdy widzę, że cię usiłują wciągnąć do gry i innych niestosownych czynności, które ci w obliczu Boga i familii szkodzić mogą. Przepraszam cię po stokroć, przepraszam za tę szczerość moją.
„Pieniądze mieć będziesz, nie udając się do nikogo, kiedy my je w domu mamy.
„Bądź zdrów, kochany hrabio; za tydzień lub dni dziesięć, będę miał przyjemność zobaczyć cię i upewnić ustnie, że całe życie będę twoim najniższym sługą i wiernym przyjacielem
Karol de Brühl.“
Równie zajmujący i dający poznać familijne stosunki Potockich w téj chwili, jest list p. Wyczółkowskiego, adwokata, plenipotenta, prawnika, który w Krystynopolu zawiadował kancellaryą wojewody lub interesów pilnował w Warszawie, sekretarza czasem zastępując; jest to odpowiedź na pismo Szczęsnego:
„Jwpd.! Ręki pańskiéj przez imp. Macpherlana przysłany mi charakter miałem honor ucałować (serdeczny kauzyperda!); — ścielę mnie pod stopy jwpd. za tę jego o podnożku swoim pamięć.
„Interes z imp. Komorowskim nie spodziewać się, aby nie był pomyślnie zakończony; przy bozkiéj pomocy, i jw. ojca pańskiego staraniu dobrze pójdzie. To tylko nie ma co chwalić, że tak powoli i oporem idzie, a to dla tego: i ksiądz Pruski sam nie jedzie do Rzymu, powiadając, że nie masz potrzeby tak wcześnie jechać, aż po rezolucyi na posłaną do Rzymu ekspedycyę. Jwpan zupełnie zdrów z łaski Pana Boga, jw. podkomorzycowa dobr. syna powiła, jo. księztwo wojewodzicowie bracławscy w Lubelskie do wojewodziny lubelskiéj w tych dniach na kilka dni jechać mają, z powrotem do Krystynopola. Przytém mnie respektowi pańskiemu polecając, piszę się z najgłębszém do nóg upadnieniem...

JWPD. szczerym, wiernym, prawdziwie
przywiązanym i na zawsze sługą i najniższym
podnożkiem.

M. Wyczółkowski.
W. księdzu rektorowi dobr.
upadam do nóg.
Z Krystynopola dnia 28 maja 1772 r.“
Co to za człowiek! jednym podpisem listu tak się odmalował, jakby go nikt w dziesięciu kartach długiego parafrazowania nic potrafił. Któż z tego nie pozna nieoszacowanego Wyczółkowskiego, całującego jw. ręki charakter, uniżającego się aż do obrzydliwości i potrzebującego tylu słów na odmalowanie swojego affektu! Orłowski musiał go zgadnąć i naszkicować wśród swych chudych palestrantów, których tak wybornie charakteryzuje kilku rysami ołówka. Rzadka-bo też to postać... a jak przejęty! namaszczony! jak pokorny! jak posłuszny! choć przysiągłbyś, że ma dyablika, jeśli nie dyabła pod skórą. Nie wiem jak go pan Szczęsny ocenił, ale jabym temu ichmościowi przy najlepszych chęciach, nie potrafił dać wiary, tak pochlebstwo jego śmierdzi gotową zdradą i upodleniem swém odstręcza.




LI.

Z Dukli udawszy się do Demiaty, zatrzymał się tam hr. Brühl, i niebardzo widać życzył sobie w dalszą puszczać się podróż ze starostą bełzkim, aby za jego sprawki nie popaść w odpowiedzialność przed wojewodą kijowskim, którego znał surowość. Tu odebrawszy przez wojewodzinę bełzką ów pakiet z Wiednia, oznajmujący o gwałtownéj potrzebie pieniędzy, pośpieszył nań z surową, jak widzieliśmy, admonicyą odpisać. Listy te po drodze i marszałek koronny Mniszech rozpieczętował i przeczytał także.
Z odpowiedzi Brühla na list Mniszcha w tym przedmiocie pisany, widać, że hr. Karol targował się z wojewodą kijowskim o dalszą podróż ze Szczęsnym.
„Wojewoda kijowski, pisze do Mniszcha, chce, żebym podróżował z synem jego za granicą; piszę mu powody, dla których w téj chwili uczynić mi to trudno: głównym jest, że przedewszystkiém muszę zapłacić dług, dla którego nigdzie spokojnym być nie mogę. Jest to tak słuszna, że wojewoda nie może mi tego mieć za złe; ciekawym jednak co na to odpowie.“ (Z francuzkiego).
List ten i inne zawierał nowinki o zatrzymaniu Kossakowskiego w Eperies, o zakazie wyjazdu z tegoż miejsca Olizarowi i Sarneckiemu, o kongresie jakimś w Jassach i podziale Polski, który się tam miał układać, a przeciw niemu stawać mieli posłowie Anglii, Hanoweru, Francyi, Hollandyi i Szwecyi. Konfederatów z Węgier nie miano wypuszczać, co niepokoiło p. ordynata, u którego Brühl z wojewodziną bełzką miał być dnia 27 maja.
Odjazd Brühla coraz więcéj Szczęsnemu dawał swobody, bo ks. Wolf wcale nie był despotą i nie miał wielkiéj nad nim przewagi, jak widać z bywania u Ogińskich i porobionych długów. Nie wiem czy z polecenia wojewody, który już wierzył w poprawę Szczęsnego i jemu samemu pozwalał się zajmować procesem, ks. Kaznowski odezwał się z Rzymu wprost do starosty bełzkiego do Wiednia. To, cośmy wyżéj mówili o ks. Kaznowskim, prawdzi się i w tym liście. Kasztelanowa kamińska ma go w podejrzeniu, że służy Komorowskim; my go uważamy za tak uczciwego, że dworakiemby być nie potrafił.... List zresztą mieścimy tu cały, czytelnik osądzi.
„Jw. m. d.
„Pisałem do jwpd. 24 czerwca, drugi raz 27 t. m., trzeci raz 11 lipca, i nie wiem dotąd czyli te moje listy doszły rąk jwpd. Oznajmiłem jwpd., iż doszły mnie dokumenta do sprawy należące, tak pierwsze jako i drugie. Przyłączyłem listy moje i p. Misellego do jwpdobr. Pisałem także, iż na tę sprawę mało mam pieniędzy, bo po uczynionych wydatkach na poczty i teraz świeżo na kongres adwokatów skudów 19, zostanie się u mnie skudów 121, 2 których kilkadziesiąt w tych dniach na drukowanie sprawy będę musiał wydać. Trzeba tedy jak najprędzéj przysłać mi weksel, abym się nie znajdował bez pieniędzy, gdy ich będzie potrzeba. A że trzeba będzie dać regaty różnym należącym do Congregacii Concilii...
„26 lipca, złożyłem radę z adwokatów, na nią zaprosiłem najsławniejszego i najbardziéj akkredytowanego adwokata konsystorskiego imp. Durani’ego. Ci po roztrząśnieniu dokumentów zdanie swoje dali, iż trudna rzecz będzie wypróbować nieważność małżeństwa z przyczyny, że kondycye wszystkie, które kościół św. przepisał, zachowane były. Był bowiem konsens damy i jwpd., boś jwpd. zjechał i ślub wziął z damą, była liczba przepisana świadków, przy którycheś się jwpd. zaślubił. Paroch Dobrotworski, choć nie był własny, ani damy, ani jwpd., ale był autoryzowany przez indult temi słowy: ul assistere, benedicere et coputare possis sine bansis...Niewyrażenie zaś imienia jwpd. nic nie pomoże ad probandam nulltiatem matrimonii.
„Po złożonéj téj radzie, 27 lipca cytowany do sądu sekretarza Concilii p. Miselli od strony, i o a resztacyę rodzicom córki od jwpd. zaślubionéj i de validitate matrimonii, i gdy pan Miselli stał na tém, aby cała sprawa odesłana była do jw. biskupa chełmskiego a stronain Concilio według reskryptu Ojca Św. sądzić się zapierała, sekretarz Concilii odesłał sprawę całą ad plenam Congregationem Concilii. Spodziewam się, że Congregatio Concilii odeszle do biskupa, ale jeszcze tak wcześnie ubezpieczyć nie mogę. Teraz tedy drukować się będzie sprawa, aby była gotowa albo na 27 dzień augusta, albo na 19 septembra. Piszę ja też pocztą do jwp. wojewody dobr., aby mi jeszcze niektóre dokumenta kazał przysłać. Przyszléj mi jwpd. ze dwa lub trzy blankiety z podpisem swoim takim: Stanisl. Potocki Starost. Bełzensis mpp. w kopertach tyluż, zapieczętowanych pieczęcią swoją tak, abym ja mógł wyjąć te blankiety w formie listowéj i imieniem jwpd. pisać do kardynałów niektórych według potrzeby interesu. Te blankiety listowne nie powinny być datowane. Piszę o toż samo do jwp. wojewody dobr., bo gdy będzie potrzeba takich listów, nierychłoby było o nie pisać tak do jw. wojewody, jako i do jwpd.
„Przyłączam tu dwie okoliczności mnie w sekrecie powiedziane: pierwsza, że jwpd. życzysz sobie mieć za żonę damę zaślubioną; druga, że z wiadomością jwpd. jest wywieziona za granicę. Obiedwie te okoliczności ja trzymani w jak największym sekrecie i trzymać będę. Atoli jeżeli to jest prawda i jeżeli jwpd. życzysz sobie żyć z tą damą jak z dożywotnim przyjacielem, racz mi oznajmić jwpd. pod obowiązkiem sekretu, którego że dotrzymam tak, iż nikt o tém wiedzieć nie będzie prócz jwpd. i mnie, przyrzekam kapłańskiém słowem. Mając zaś tę wiadomość przy najściślejszém zachowaniu sekretu mi powierzonego, znajdę sposób nakłonić jwp. wojewodę, że do tegoż pożycia sam z uspokojeniem swojém wszelkiém jwp. dobr. używać będzie. Upraszam pokornie, aby te okoliczności w sobie utaić, żeby kto z dworu jego do Krystynopola nie napisał i nie dał okazyi do umartwienia niebezpiecznego jwp. wojewodzie. Ja wszystko szczerze i rzetelnie opisuję jwpd. tak co się dzieje w interesie jego, jako też i to co wiem w sekrecie. Polecam mnie pańskiéj łasce i piszę się na zawsze z powinnym respektem i t. d.
Ks. Dominik Kaznowski S. J. mp.
„Upraszam ten list mieć w sekrecie, albo go przeczytawszy spalić. 1 augusti 1772, w Rzymie.“
List ten pomimo żądania ks. Kaznowskiego, pójść musiał jakąś inną drogą, i przez lekkość Szczęsnego w niewłaściwe dostać się ręce, co jak biednego Jezuitę postawiło w oczach Potockich, domyślić się łatwo. Nie sądzimy, aby poczciwy ten człowiek mógł być przekupiony, ale istotném przekonaniem jego było, że rozwód stanąć nie może i dozwolonym być nie powinien.
Tymczasem jak ten gwałt różnie pojmowano, widać z listu, który wzmiankuje o pogłosce, że Gertruda z rozkazu własnego męża porwana i uwieziona została za granicę. Wieści aż do rozsądzenia procesu chodziły najrozmaitsze, i najbliżsi nawet z familii nie wiedzieli co sądzić o tém, tak tajemnicę ukrywano starannie.




LII.

W jednéj z tych gazetek ówczesnych, których w owych latach tyle po rękach biegało, chcemy tu znowu dać przelotny rys stanu kraju, jego ducha i nadziei, ażeby tło, na którém opowiadanie nasze się snuje, nie całkiem próżném zostało.
Była to chwila niepewności o przyszłość, pełna najdzikszych rozsiewanych wieści, nadziei najzuchwalszych, marzeń chorobliwych i przedwczesnych rozpaczy. Bóg wie czém się bawiono, zajmowano i łudzono, i z czego śmiałe czyniono sobie wnioski. Nie wielka liczba jaśniéj widzących przeczuwała katastrofę.
Galicyą, w któréj się to dzieje, już około 5 sierpnia zajmowały powoli wojska austryackie, lokując się po miasteczkach, a mianowicie w okolicy Krystynopola, w saméj stolicy Potockich, w Sokalu, Warężu, Bełzie, Kryłowie, Rubieszowie, Zamościu, Krasnymstawie i innych osadach poblizkich. Wreszcie ponaznaczano z dóbr furaże dla wojska, którém dowodził hrabia Hadyk. W Krakowie jak w Galicyi wojska rossyjskie ustępowały, a stanowiska po nich zajmowali Austryacy. We Lwowie już znajdowali się czteréj generałowie austryaccy: główno-dowodzący Hadyk, Esterhazy, Schröder generał prowiant-mejster i Capara generał-major grenadyerów. Wojska stały obozem o mil dwie ode Lwowa pod Sokolnikami, Hadyk sam na przedmieściu we Lwowie we dworku Granowskiego, Esterhazy w kamienicy Solskiego na mieście.
Przerażająca wieść o panującém powietrzu, które na Wołoszczyźnie szerzyć się miało, kazała się obawiać o Ruś sąsiednią, a z Trembowelskiego donoszono, że mór w Brzeżanach i okolicy się objawiał i pod Kamieńcem szerzył. Granice od Wołoszczyzny, od Dniepru i Rossyi stały zaparte z téj przyczyny jak mówiono. Powietrze miało być także w Bukareszcie.
W Warszawie szemrano, że się wkrótce los kraju miał rozstrzygnąć, i że podziałem Polski miały się pokój i zgoda ustalić. Na Podole i ku Wiśle szły komendy austryackie... Nie wiedziano jeszcze dobrze, ani tego co miało być zajęte, ani jaka przyszłość gotowana była dla oddzielonych od Polski krajów; domyślano się różnie.
Każdy przylatujący kuryer do g-ła Riscourt’a, do Hadyka, do ambassadora, dawał pole domysłom i najdziwniejszym sperandom poróżnień między dworami.
W okolicy Warszawy na milę stały wojska rossyjskie w liczbie kilkunastu tysięcy... wiele miejsc w Płockiém i ku Prussom fortyfikowano. Uważali baczniejsi, że generałowie rossyjsey i austryaccy w dobrém z sobą byli porozumieniu.
Tymczasem ruch konfederacki trwał upornie; w górach w Sandomierskiém mówiono jeszcze o konfederatach, przeciw którym poszedł był jakiś oddział rossyjski. Jedni obiecywali wielki pokój, drudzy straszliwą wojnę. Słabsi odrzekali się już od konfederacyi i recessowali, jak to wówczas mówiono. Mikorski, marszałek konfederacyi litewskiéj, manifestował się przeciw wejściu Austryaków.
Około stolicy sypano wały i robiono okopy... Posłowie od garnizonu częstochowskiego znajdowali się w Warszawie; król sekretnie przyjmował generała austryackiego Riscourt’a i przez godzin trzy rozmawiał z nim w gabinecie. Rossyanie nie ustępowali wprzód z miejsc zajętych przez się Austryakom, aż po rozkazach wyraźnych z Petersburga.
Gdzie niegdzie snuły się po kraju smutne szeregi pobranych w niewolę konfederatów, których w głąb ku Smoleńskowi prowadzono. Najlepiéj uwiadomionych w kraju ludzi korrespondencya dowodzi, że mało kto coś pewnego wiedział o losie Polski, a wszyscy chciwie lejdejskie, hamburskie, kolońskie, londyńskie chwytali gazety, z nich się coś o sobie pragnąc dowiedzieć. Najnieświadomsi nie chcieli wierzyć nieuchronnemu nieszczęściu, i dziwnie naiwne, prostodusznie roili nadzieje.
Pisząc do Mniszcha, Franciszek Salezy Potocki, wojewoda kijowski, dnia 19 sierpnia 1772 roku z powinszowaniem imienin saméj pani, donosił: „Tu mamy kordon wyciągniony wojska austryackiego w ziemi Chełmskiéj, w województwie Bełzkiém, Ruskiém, Pokuciu, i już i na Podolu lokują się małe komendki wielce dokuczliwe.“
Przez sierpień żadnych ani o osobach nas obchodzących, ani o sprawie nie mamy wiadomości. Szczęsny musiał się w podróż wybierać, w któréj nie zdaje się, żeby mu Brühl towarzyszył; musiał sam wyjechać z ks. Wolfem i Bisteckim. We wrześniu minąwszy Strasburg, gdzie czas jakiś zatrzymał się Potocki, puścił się do Szwajcaryi, zkąd dnia 30 września pisał z Lucerny do ojca:
„Monseigneur et très cher père!
„Według rozkazu jwpd. ze Strasburga ruszywszy, wzięliśmy drogę na Szaffhuzę, chociaż jest dłuższa, chcąc przy tych pięknych czasach, które nam dotąd służą, większą część Szwajcaryi zwiedzić. Byliśmy w Konstancyi, Zurychu, Schwytzu, a dziś stanęliśmy w Lucernie, — o dalszéj podróży będę miał to szczęście jwpd. donieść, a teraz ścieląc się pod stopy jego, zostaję i t. d.“
Kartka ks. Wolfa potwierdza ten dyaryusz podróży:
„Monseigneur! Pisaliśmy do jwp. ze Strasburga, że jedziemy do Szwajcaryi; jakoż trzeciego dnia po wyjeździe naszym stanęliśmy w Szaffhusen, pojechaliśmy do Zurychu, a że bardzo były czasy piękne, odesłaliśmy kolaskę do Lucerny, a my częścią statkiem po Jeziorze Zurychskiém, częścią piechotą byliśmy nawiedzić sławne miejsce cudami, Einsiedeln. Stanęliśmy tam w przeszły poniedziałek; we wtorek po odprawioném nabożeństwie poszliśmy do Schwytzu (gdyż dla wielkich gór jechać nie można), zkąd dziś tu jeziorem jadąc, przed południem stanęliśmy Bogu dzięki tak zdrowi, jak nigdy zdrowi być nie mogliśmy, a że jeszcze nie wiemy dokąd się ztąd obrócimy, przez przyszłą pocztę jwp. donieść nie zaniedbamy. Zostaję z upadnieniem do nóg pańskich.
Kt. W.“




LIII.

Gdy Szczęsny daléj spokojnie swoją podróż odprawia, stary wojewoda, który najprzód ze zgryzoty na febrę był zachorzał, potém kilkakrotnie katary cierpiał i kaszle i wychodził z nich zawsze, po krótkiéj chorobie zmarł prawie nagle dnia 22 października 1772 w Krystynopolu.
Choć domyślać się bardzo można, że interes z Komorowskimi mógł mu życie ukrócić, bo się co chwila obawiał, żeby z jakichś poszlak o śmierci Gertrudy się nie dowiedziano i do odpowiedzialności go nie pociągniono, nikt jednak nie wzmiankuje ze współczesnych ani o ostatnich jego chwilach, ani o towarzyszących zgonowi okolicznościach. Głucho o tém nawet w korrespondencyach familijnych.
Na chwilę przed śmiercią wojewody, za granicą chodziły wieści, że on i Mniszech generał wielkopolski mieli jechać do konfederacyi z jakąś propozycyą układów; ale plotka ta pochodząca z Paryża, nie miała najmniejszego prawdopodobieństwa w Polsce, gdzie choć znano usposobienia wojewody kijowskiego i Mniszcha, do takiego kroku zdolnymi ich nie uzna- wano. Jednemu Dukla, drugiemu Krystynopol przeszkadzał...
Śmierć wojewody zaszła w czasie niebytności Szczęsnego, o którym nawet nie wiedziano z pewnością, gdzieby się znajdował; wszystkie więc rozporządzenia majątkowo i nowy porządek ustanowili Potoccy i Cetnerowie w Krystynopolu przytomni. Dając czas familii, aby się zjechała, pogrzeb paradny odłożono do dnia 1 grudnia, na który może się i syna spodziewano. A że już ta część kraju zostawała pod zarządem austryackim, zaraz po śmierci wojewody zabierano się starostwa mu nadane na skarb zabierać. Familia jednak spodziewała się, że Szczęsny powracając przez Wiedeń wyrobi sobie ich zatrzymanie, lub nadanie nowe. Najwięcéj zdaje się żałowano sokalskiego starostwa.
W początku listopada zaraz, Komorowscy, którzy czy nie wiedzieli, czy wiedzieć nie chcieli, co się stało z ich córką, list następny do Stanisława napisali dnia 7 listopada z Warszawy datowany:
„Monsieur!
„Rozumiem, iż sprawiedliwie tytułem syna jwpana mianować mogę, gdyż z méj strony nieodmienny ku osobie jego dochowuję affekt, a od jwpd. wzajemnéj ku nam i córce naszéj stateczności nie wątpię. Ubolewać mi przychodzi nad śmiercią jw. wojewody kijowskiego nietylko z przyczyny straty wielkiego jwpana ojca i ojczyźnie męża, ale razem i ztąd, że ten godny pamięci pan byłby nakoniec nieuprzedzonym umysłem uznał, że jak chętne i prawne jw. pana z córką naszą małżeńskie zawarte były związki, tak też przeto i rozerwaniu ich nie mogły być podległe... Do tych powrócenia się, gdy już teraz od samego jwp. zawisło staranności, więc nie ubliżam onéj jak najusilniéj domagać się, które tym najpierwszym dowodem, miłość jwpana poślubionéj osobie poprzysiężoną, a obowiązkiem małżeńskim winną, okaże, gdy miejsca, w którémby dotąd utajoną była dociekłszy, sobie doświadczoną w ostatku tak natężonemi przeciwnościami żonę, a nam ulubioną wydobędziesz córkę.
„Nie chcę ja żadnych do tego dzieła podawać jwp. pobudek, to wiem, że doskonałością swoją dochodzisz, jako wiele na tém strapione nasze rodzicielskie boleją serca, jak wiele skrzywdzony kochającéj małżonki jego cierpi honor i affekt, a to razem jak wiele na uczciwości i zacności charakteru jwpana, tém bardziéj na poprzysiężonéj jego polegając cnocie. I taż to cnota skłoniła była naszą do jwpana przyjaźń i szacunek, ta i teraz z temiż w nas dla niego statecznie trwającemi pisać się każe
Jwp. z serca kochającym ojcem i uniżonym
sługą.
Jakób Komorowski, Klan Santocki.“
Pierwszy to raz z tym tytułem występuje Komorowski, chociaż omyłką w wydaniu nowém Niecieckiego, znacznie późniéj mu go przyznano. Kasztelania po postąpieniu Prokopa Szczanieckiego na kamińską wakującą, nadana mu została d. 15 października 1772 r.
Gdzie list poprzedzający spotkał Potockiego, nie wiemy; to pewna, że rodzina jego w niemałym była niepokoju o dalszy proces z Komorowskimi, i w liście z d. 10 listopada przez ks. Lubomirską pisanym, znajdujemy te znaczące słowa: „Teraz ciekawa rzecz czy z grobu odkopią żonę starosty bełzkiego? Jak niegodziwa, jeśli to robota rodziców!“
I wojewoda, i familia, i spowinowaceni z nią, ciągle wszelkie kroki Komorowskich niegodziwemi zwali; nieszczęście ich niegodziwością, niegodziwościami skargi i postępki, łzy i żale, cokolwiek czynią niegodziwością i szkaradą się zowie do końca téj nieszczęśliwéj sprawy, — jest to już wyraz uświęcony.
Że nie było komu w téj chwili pod niebytność Szczęsnego starać się o ocalenie starostw, wyprawiono po to do Wiednia Mniszcha, cale nie wiedząc, gdzieby się Potocki znajdował. Plotki tylko chodziły po kraju podobne do tych, które ks. Kaznowskiego w Rzymie doszły, że z zagranicy miał z żoną do domu powrócić (list z dnia 29 listopada), choć świadoma rzeczy ks. Lubomirska śmiała się w duchu z téj bajki.
Nierychło po zgonie wojewody, dowiedziano się z pewnością z listu, że z Genewy, nic o śmierci ojca nie wiedząc jeszcze, starosta do Paryża z ks. Wolfem wyruszył. W Wiedniu już przyszłego dynastę, listy kondolencyjne i dwór pochlebników oczekiwał niecierpliwie. Nawet ks. Wolf, skromny i do niczego niemieszający się człowiek, miał do siebie adresowane prośby w domu pani Gundianin (gdzie przedtém stali) od współzakonników domagających się maluczkich dogodności dla Pijarów, jakiegoś gruntu kawałka, i rozsądzenia sporu z Żydami. Pijarowie wołali nań z ubożuchnego kollegium, kończąc słowy: Veni Domine, salva nos, perimus!




LIV.

Z pogrzebem wojewody dłużéj nareszcie nad naznaczony termin d. 1 grudnia oczekiwać nie było można; odbył się więc w przytomności licznie zgromadzonéj rodziny, przybyłéj p. Brühlowéj z Warszawy, córek niezamężnych, kasztelanowéj lwowskiéj, kasztelanowéj knmińskiéj, Cetnerów i innych Potockich w Krystynopolu, przy wielkim zjeździć duchowieństwa. Celebrowali: arcybiskup lwowski Sierakowski, wiele obligowany domowi Potockich, Augustynowicz arcybiskup obrządku ormiańskiego, równie im przychylny, Turski, biskup łucki, Głowiński lwowski i Wyhowski przemyski sufragani... z wielką pompą. Serce oddzielone od ciała... miano późniéj z drugim równie wspaniałym obrzędem pochować w Sokalu.
Starosta bełzki, skoro go wieść doszła o śmierci ojca, ruszył na Wiedeń ku domowi, stanął tu dnia 24 listopada, i wstrzymany interesem starostw, przy których się chciał utrzymać, dał o sobie wiedzieć rodzinie, obiecując przybycie swoje na Nowy Rok 1773.
Oswobodzenie, którego zaledwie poczynał kosztować, nie kazało mu się zbyt śpieszyć tam, gdzie choć mniéj ciężkie znaleźć miał jeszcze więzy i przewagę starszych, niedozwalających mu nic czynie bez siebie. Na czele téj regencyi krystynopolskiéj stała kasztelanowa kamińska, Brühlowa i Cetnerowie.
W kraju tymczasem zamieszanym i wrzącym niepokojem trudnym do opisania, który pamiętniki współczesne wymownie malują, najdziwniejsze zawsze powtarzano wieści. Przyjaciele, czy nieprzyjaźni królowi głosili, że chciał złożyć korono, że mu miano pensyę naznaczyć i od tronu usunąć, że może danoby mu Lotaryngię, tę ziemię wygnania zdetronizowanych królów polskich. Gazety lejdejskie donosiły tajemniczo o hotelu wspaniałym, który jakoby znów dla niego przygotowywano w Londynie, dokąd miał się usunąć dla przepędzenia dni ostatka, jak Jan Kazimierz we Francyi, jak Leszczyński w Nancy. Bieg rzeczy publicznych czynił to prawdopodobném, że król nie podoławszy ciężarowi, jaki nań spadł, złożyć zechce swą władzę, — ale się tak nie stało, i kielich musiał wypić do dna.
D. 20 grudnia starosta bełzki z jakimś panem Szczurowskim pokazał się przejazdem w Sędziszowie, o czém zaraz dowiedzieli się wszyscy interesowani. Powracał się z Wiednia, gdzie mu odmówiono starostw ojcowskich, co oburzało ks. Lubomirską, która pisała do Mniszcha:,,Jest to krzycząca niesprawiedliwość!“ i dodała: „Z żoną słyszę chce żyć, o któréj głoszą, że się ma znajdować w Krystynopolu.“
Czyżby tajemnica tak być miała doskonałe dochowaną? — Przecięż w jednym z poprzednich listów, taż sama obawiała się, aby jéj z grobu nie dobywano.
Dwie sprawy zajmowały teraz najgoręcéj familię: starostwa i Komorowscy, którzy pod prawami austryackiemi stawali się groźnymi, i choć tu miano wpływy i znaczenie, lękano się bezstronnéj sprawiedliwości Niemców, którzy winnego uszanowania dla familii nie czuli. Odesłany w Wiedniu do gubernatora Galicyi Pergena, aby u niego o starostwa chodził i starał się, Szczęsny jeszcze nie odebrawszy majętności i gotowizny, których użycie musiał ścieśniać testament wojewody, szukał pieniędzy dla ofiarowania summy pewnéj na okup starostw i ugodę z Komorowskimi.
Po liście swoim wyżéj przywiedzionym, kasztelan santocki z Warszawy do Lwowa zjechał dnia 10 stycznia 1773 r., gdzie uroczyście powtórnie miał spytać starosty, gdzieby się znajdowała jego żona, udając, że o tém nie wie, i czy z nią chce mieszkać?
„Teraz się wszystko wyjawi“ — dodaje księżmi Lubomirska, donosząca o wypadkach Mniszchowi?
Tymczasem nic się wcale nie wyjawiło i wyjawić nie miało tak rychło. Komorowscy szli daléj, ale z umiarkowaniem, unikając wszelkiego fałszywego kroku, któryby zgodę nadto niemożliwą uczynił, właśnie tyle tylko przedsiębiorąc, ile było potrzeba, aby celu z oczu nie stracić, samym się rehabilitować, a na staroście, niestety! wymódz przynajmniéj okup krwi ogromny. Inaczéj już dalszego procesu nazwać nic można. Postępowanie ich, którém kierował człowiek przebiegły Młodziejowski, nosi na sobie cechę wielkiéj wstrzemięźliwości, pomiarkowania i zręczności; nie ustępują na krok, ale nie czynią nic gwałtownego, trzymają się na wodzy, zawsze gotowi przystąpić do targu.
Jak z tamtéj strony ks. kanclerz, tak ze strony Potockich hic mulier kasztelanowa kamińska kieruje procesem.
Pewna już będąc, że Szczęsnego zastanie w Krystynopolu, postanowiła tam zjechać dla narady familijnéj. W Warszawie wśród tych niepokojów i powszechnego rozstrojenia umysłów, ona jedna nie straciła ani głowy, ani humoru, pisała do wszystkich, wszystkim mówiła prawdę ostrą, nie ważąc wcale słów i przysalając dobrze, aby ją każdy zrozumiał.
W czasie świąt przed Nowym Rokiem odbywało się wesele ks. marszałkównuy Lubomirskiéj, gdzie ledwie ukazała się kasztelanowa kamińska, choć je dla niéj przyśpieszono, do Lwowa na kontrakty i do Krystynopola przybiegła.
„Zawsze ona — powiada ks. Lubomirska w liście d. 15 stycznia 1773 r. — chce intrygować, i teraz już korresponduje z Wiedniem.“
Istotnie potrafiła sobie za wczasu wyrobić znaczenie u dworu, dobrze będąc z posłem austryackim w Warszawie — i gdy jéj do Galicyi jechać przyszło, poszły przodem rozkazy o jak największe dla niéj względy i jak najgrzeczniejsze przyjęcie przez władze.
Dnia 15 stycznia 1773 r. pisze Cetner do Mniszcha z Krakowa:
„Przybycie jw. kasztelanowéj kamińskiéj do Krystynopola wielce nas ukontentowało, i przy mnie przeszłéj niedzieli do Lwowa wyjechała, któréj aby wszelkie honory czynił Perger i Hadyk, od posła cesarskiego mają insynuacyę, nawet i znosić się z nią w okolicznościach teraźniejszych. Generałowie cesarscy jako de Schröder w Zamościu, a Graeven w Sokalu, odebrali ordynanse, aby jéj wszelkie po drodze czyniono wygody, i gdzie stoją kwaterami, aby na popasach i noclegach miejsca przez żołnierzy nie były zajęte, a gdyby chciała konwoju choćby najliczniejszego, żeby jéj dawano. Generał Graeven był przy mnie u niéj w Krystynopolu i to oświadczył, za co podziękowała, ale nie prosiła. Zawsze ta dama w każdym czasie i konjunkturze osobliwszą gra scenę; w Warszawie nietylko kontenci, że wyjechała, bojąc się, żeby tu jakiéj sztuki nie spłatała, ale przez subordynowane osoby mocno jest obligowana, ażeby jak najprędzéj wracała. My zaś tu starać się będziemy, aby mogła pozostać, albo prędzéj do nas wrócić, bo z nią podobno i starosta bełzki ma pojechać do Warszawy, ale na bardzo krótki czas. Kasztelanowa zapewnia, że mają bardzo nadzieję odmiany naszéj sytuacyi; tymczasem pragnie, aby cały dom jéj (Potoccy) siedział cicho przez tę konjunkturę, lubo z Warszawy (od króla) mocno będą ciągnąć.“
Daléj jeszcze tak o niéj pisze:
„Kasztelanowa kamińska zawsze ma u siebie codzień pełne pokoje, stoi w pałacu ks. wojewodziny bracławskiéj (Stanisławowéj Lubomirskiéj, téj właśnie, któréj listy przywodzimy tu często). Starosta bełzki jest także we Lwowie.“
Pani Kossakowska snadź pierwszemi jego krokami w świecie chcąc kierować, wzięła go z sobą do Lwowa, i potém, acz na krótko, do Warszawy pociągnąć postanowiła, wcześnie pojąc tą nienawiścią ku partyi królewskiéj, którą sama oddychała.
Tu raz pierwszy od tragicznych wypadków w Nowosiołkach, które ich rozdzieliły, starosta bełzki spotkał się z kasztelanem santockim. Ojciec Gertrudy pierwszy zrobił krok ku niemu. Czulszeby może było powitanie, szczersza rozmowa, gdyby już sławny imienia Potockich ciężar nie spadł na ramiona Szczęsnego, któremu szło o to imię i o pamięć ojcowską. Z pół godziny konferowali z sobą.
„Ale podobno — dodaje nasz korrespondent — obydwa nie wiedzą, co się z damą dzieje lub stało.”
Niestety! wiedzieli już oba, ale milczeć musieli i oba się taić: Komorowski, że mu z tém do czasu było wygodniéj, a dopominaniem się o Gertrudę najboleśniéj dotykał; Szczęsny, że szanować musiał pamięć ojca i bronić jéj dla rodziny.
Zdaje się, że po tém pierwszém spotkaniu, kasztelan santocki z zięciem swym rozstał się dosyć jeszcze przyjacielsko i grzecznie.
Starosta bełzki zapytywany „na charakter,” zaręczył, że nic nie wie o żonie; we Lwowie zdania były podzielone, niepewność wielka.
Komorowski, któremu nic więcéj mówić nie wypadało, ani mógł sam w tak bolesnéj odzywać się sprawie. Po pierwszéj bytności posłał do starosty przyjaciół uproszonych, regimentarza Woronicza i Kickiego ex-starostę lwowskiego. Ci w imieniu Komorowskich prosili o rezolucyę stanowczą, jak chce starosta interes rozwodowy ułatwić, i wymagali znowu, ażeby im odkrył, gdzie się znajduje córka pana Komorowskiego... (d. 25. stycznia). Starosta odpowiedział na to jak wprzódy, że wcale nie wie, gdzie się żona jego znajduje; a w myśl ojca i dla słowa mu danego, dziś popartego wpływem pani Kossakowskiéj, dodał, że mieszkać z nią razem nigdy nie chce i nie będzie, i rozwód swój daléj popierać postanawia.
Postępowanie to, broniące pamięci wojewody, było dosyć niezręczne, gotowało mu na przyszłość wielkie i długie kłopoty, koszta niezmierne.
Po tém spotkaniu, d. 26 stycznia 1773 r., powrócił na wieś starosta, gdyż d. 4 lutego miał się odprawić pogrzeb serca wojewody kijowskiego w Sokalu, i na tę nową uroczystość zjeżdżała się rodzina; liczono dziesięciu Potockich przytomnych. W wigilię przybyła i pani Kossakowska, a pogrzeb owego serca człowieka, który go podobno nie miał, odbył się z największym przepychem.
Komorowscy postrzegli łatwo z pierwszych kroków tutaj, że w Galicyi nikogo prawie za sobą nie mieli, w Warszawie zaś kanclerza i całą partyę królewską, wszystko co stało przeciwko Potockim — familię jedném słowem. Ci chodzili za nimi i pomagali gorliwie, a co było znaczniejszego we Lwowie, nie kryjąc się, trzymało stronę Potockich, rozgałęzione mających tu związki i wpływy.
D. 31. stycznia, sprawa szła daléj powoli, i niby czyniono nadzieję jakichś układów. Starosta bełzki osobno przez przyjaciół pytany, a Komorowski osobno także, zgadzali się oba na jedno, że nie wiedzą o losie starościny. Szczęsny w dodatku, nie wiem, chyba dla przeciągnięcia sprawy, miał się wyrazić, że dopóki pewniejszéj nie zasięgnie wiadomości, żadnéj stanowczéj nie da rezolucji i nic postanowić nie może. Był to wybieg doradzony niezręcznie dla zyskania na czasie.
Tymczasem jako jednego z najbogatszych paniczów w Polsce, Szczęsnego otaczali już liczni „przyjaciele“ i „wielbiciele,“ a wszyscy znajomi i skolligaceni ciągnęli ku sobie. Wiedziano, że mu pozostało po ojcu siedmdziesiąt tysięcy dukatów kapitału, kilkakroć sto tysięcy gotowizny w brzęczącéj monecie, trzy miliony intraty, która prawie we dwójnasób powiększona być mogła dobrym dóbr zarządem, a na to dziesięć milionów długów, z których zaraz po śmierci cześć spłacono.
A choć wojewoda do wyznaczonych wprzódy posagów córkom dołożył testamentem po trzykroć sto tysięcy, i tém jeszcze siostry nie zdawały się kontentować, a gdyby im i więcéj dać przyszło, Potocki zostawał przy jednéj z największych fortun w Polsce.
Że się tu pod prezydencyą kasztelanowéj kamińskiéj układały ogólne interesa familijne na tym pogrzebie serca, nie ma wątpliwości, i Cetnerowie, Kossakowska, kasztelanowa lwowska, więcéj tu wpływali, niż dosyć się jeszcze dający powodować Szczęsny, którego chwalono bardzo, że poczynał być żwawszy i pewniejszy siebie, dotąd bowiem był jak przygnębiony. „Serce i charakter” familia odkrywała w nim bardzo dobre (słowa listu ks. Lubomirskiéj).




LV.

Zaraz po tym powtórnym pogrzebie, bo d. 7 lutego, ukazali się znowu wszyscy, ilu ich było Komorowscy z przyjaciołmi swoimi, w uroczystém poselstwie, przychodząc z powtórném zapytaniem, gdzieby się Gertruda znajdowała?
Pytanie to było udręczające, tętnił w niém wyrzut: — „Kaimie, coś uczynił z bratem swoim Ablem?” — a Szczęsny musiał na nie odpowiadać: „Nie wiem!” — choć w sercu dawno był pogrzebał ukochaną żonę.
Przygotowany na zapytanie tylekroć mu od powrotu powtarzane, starosta odpowiedział raz jeszcze: że od przyjazdu swego mocno się stara dowiedzieć o żonie, i prosi Komorowskich, aby oni ze swojéj strony przyłożyli starania, i badali wywiadując się pilnie, gdzieby się znajdować mogła.
Komorowscy bardzo zręcznie ze swojéj strony oświadczyli, że nie myślą mu i nie będą do rozwodu przeszkadzali, byleby im córkę powrócił.
Zmieszany starosta, tu jak we Lwowie odparł, że na nic się nie zdeterminuje, „dopóki żony nie zobaczy.”
Były to wybiegi natchnione przez panią Kossakowską, wynikłe z narady familijnéj, a lekkość umysłu Szczęsnego czyniła go im posłusznym, gdy w téjże chwili niemal głoszono razem, że do Warszawy jechał starać się o księżnę podkomorzankę albo ordynatównę — by mu przyszły teść do prędkiego rozwodu dopomagał.
Ta lekkość sprawiła, że i we Lwowie już bogaty panicz, nie tracąc czasu, popadł w więzy serdeczne, i w domu go już o inne miłosne intryżki pomawiano.
We Lwowie pokazał się jakoś na prędce u pani Kaniowskiéj, i wedle słów listu, na zabawy, na których się ukazywała, tak bóztwo swoje uklejnocił, „że na redutach falbany sukni miała brylantami obszywane.”
Przebąkiwano i o innych miłostkach panicza, którego milionom wszystkie serca stały otworem.
Ci, co choć skolligaceni, nie byli przypuszczeni do kierowania młodym dynastą jak kasztelanowa Kossakowska, przebąkiwali z cicha z księżną Lubomirską, „że sprawa starosty bełzkiego może być bardzo szpetną.. gdyż mocno zaczynano mówić, że żona jego nie żyje.“ — „Co to za historya wyjdzie na świat?” dodaje ks. Lubomirska. „Jego dosyć chwalą, ma rozum dobry, bardzo wesoły i bardzo zalotny. Pani Kaniowska we Lwowie a Macpherlan w domu — snadno było człowieka tak gorących uczuć (?) namówić na to małżeństwo.”
W całéj téj sprawie, któréj tajemniczość zajmowała wszystkich, dotąd więcéj jeszcze rozprawiano, niżeli w istocie czyniono. Komorowscy byli nadzwyczaj ostrożni, aby się nie posunąć za daleko, rachując zawsze na możność odwrotu; partya królewska jak sznurkiem tą sprawą myślała ku sobie pociągnąć Szczęsnego. Pani kamińska, wahając się jeszcze, rachując na wpływy swoje na dworze austryackim, obawiając się nienawistnéj Warszawy, usiłowała interesa utrzymać we Lwowie. Potocki zdaje się niewiele o tém myślał, i nie czuł niebezpieczeństwa, w jakiém zostawał — bawił się, rozglądał i coraz śmielsze stawił po świecie kroki.
W marcu (17) rozeszła się najprzód wieść, że Komorowscy, którzy nic nie potrafili wskórać przy pierwszém widzeniu się z Potockim, mieli rozpocząć kroki groźniejsze, aby go przymusić do układów. Mówiono, że kasztelan santocki zaaresztował niektórych ludzi dworskich, zostających w usługach starosty bełzkiego, a wprzódy ojca jego wojewody. Nikt zresztą stanowczo nie śmiał powiedzieć, czy starościna żyje, czy nie, i dla obcych było to jeszcze zagadką, a każdy ją sobie jak chciał rozwiązywał tymczasowo.
Nie mamy śladu, prócz jednego w liście wspomnienia, o tym areszcie ludzi, o którym puszczona pogłoska zdawała się tylko groźbą Komorowskich, ale może jeszcze do skutku przyprowadzoną nie została. Zresztą główni sprawcy zbrodni od dawna dobrze byli ukryci.




LVI.

Sprawy publiczne odciągały uwagę od staréj już historyi utopionéj Gertrudy, boć było na co patrzeć i o czém mówić w téj chwili, w któréj ostatnie akta wielkiego dziejowego dramatu odegrywały się w Warszawie z taką goryczką i szałem. Właśnie był razem z innymi powrócił do kraju biskup krakowski Kajetan Sołtyk. Wszyscy śpieszyli winszować mu i wróżyli dobrze z tego powrotu nietylko do kraju, ale do dostojeństw, znaczenia i majątku.
Charakter Sołtyka żywy, umysł nieco lekki, serce najpoczciwsze, jednały mu sympatyę powszechną. Przybycie jego do Warszawy było to dla partyi królewskiéj niemal klęską, a przynajmniéj wielkiém strapieniem; ambassador Stackelberg potrafił go sobie zaraz zjednać grzecznością i poufałością stosunków. Biskup zbliżał się do niego, ale mimo to nie pojednał się z partyą Poniatowskich, którym publicznie zarzucał, że byli jego wywiezienia instygatorami i przyczyną główną, że o nie prosili. Przy pierwszém spotkaniu powiedział to wręcz królowi samemu. Wcale niepoprawiony wygnaniem biskup, wracał z niego jeszcze gorętszy dla sprawy krajowéj, jeszcze zdaje się śmielszy i ognia pełny. Każdy krok jego na tym teatrze, od którego był usunięty, zwracał uwagę wszystkich; powtarzano o nim, co tylko szepnął, co zrobił, co myślał powiedzieć. Król zniósł dobrze i cierpliwie wymówki prałata, Czartoryscy zrobili daremne kroki ku zgodzie, ale biskup ich wcale nie oszczędzał. Na jednym z obiadów u familii pokazał się z gwiazdą i orderem osypanym brylantami, a gdy książę kanclerz spytał go, gdzieby te precyoza przechował w czasie niewoli? (pytanie to było niezręczne), odparł żywo:
Musiałeś o tém w. ks. mość nie wiedzieć, kiedy je mam jeszcze...
Czartoryski strawił to i zagadał o czém inném. Obsypywano ks. Sołtyka prezentami, a że się rad bawił najmniejszą rzeczą i potrzebował dystrakcyi wśród nazbyt czynnego życia, posyłano mu i drzewka do oranżeryi, i mnóztwo fraszek różnego rodzaju. Ktoś darował wiewiórkę popielatą, inny uczonego gila, inny ślicznego bonończyka, inny konia wierzchowego, gdyż biskup rad konno się przejeżdżał. Dwór rozpierzchły, a dawniéj wspaniały, natychmiast się znowu urządzać zaczął, i dom otworzył Sołtyk tak wystawny, jak wprzódy, co wszystkich zadziwiło... Niesłychanie czynny, bawił się, krzątał, pracował bez odpoczynku.
W pierwszych dniach po powrocie do Warszawy codzień w innym kościele celebrował mszę świętą. Co do osoby swojéj, stał się surowszy i mniéj wytworny; nie nosił jak dawniéj peruki ani mankietów, których duchownym w swéj dyecezyi zakazał, z głowy zaś nie zdejmował czapeczki, którą sam sobie uszył. Takich czapeczek ciepłych i rękawiczek kilka par porozsyłał jako pamiątki przyjaciołom, a najpierwsze najserdeczniejszemu ze starych swych druhów, marszałkowi koronnemu Mniszchowi, z którym był w największéj przyjaźni i najbliższych stosunkach.
Gdyby możliwém było wskrzeszanie umarłych, jakże ciekawém studyum byłby ten człowiek tak różnolicy, tak niezmordowany, w małych rzeczach tak dziecinny, tak w gruncie poczciwy a nieopatrzny, lubiący zabawy do zapomnienia się, a żelaznéj wytrzymałości w pracy, pełny sprzeczności największych i zalet razem! W téj chwili, gdy się sejm rozpoczynał i wyraźnie natchnieni przez Sołtyka występowali przeciw Ponińskiemu stronnicy biskupa królewskiego Rejten, Korsak i Bohuszewicz — on zdawał się równie zajmować swoim ukochanym panem Rejtenem, poczciwym Litwinem, i teatrem, który właśnie sztyftował, mając pierwszą dać reprezentacyę na imieniny Stackelberga. Jedném uchem słuchał Bohuszewicza, rozpowiadającego mu jak Rejten, wziąwszy laskę z rąk Ponińskiego, zawołał w izbie: — „Taki waćpan marszałek, jak i ja — obaśmy jednakowo wybrani...” drugim, sprawozdania o Meropie i dekoracyach nowego teatrum.
We wtorki dawał biskup u siebie koncerta bez kolacyi (sam grał na klarynecie), na których król nietylko bywał, ale raz na nie swoją przyprowadził kapelę, dla zabawienia Sołtyka. W nadchodzące święta wielkanocne, w pośród tego sejmu, biskup równie zdaje się troszczyć sessyami izby i przedziwnymi mazurkami, które rozsyła wszystkim damom stolicy; dyaryuszem czynności, który dwa razy w tydzień zamkniętemu uparcie na wsi Mniszchowi kommunikuje, i przybyłym do Warszawy fletrowersistą.
Obok najważniejszych prac, narad z przyjaznym Stackelbergiem, szykan z familii, teatr zajmuje go niesłychanie; pokoju nie ma, póki nie dostał dekoratora, którym wreszcie robi Stroińskiego — urządza swą truppę z pokojowców, i kompletuje zewsząd poprzybieranymi amatorami, układa operę-buffę, i oprócz francuzkich zamierza dawać niemieckie sztuczki.
Pierwsze próby téj zabawy, wśród któréj rozwinąć się miał gorący zapał i talent ojca sceny polskiéj Wojciecha Bogusławskiego — mianowicie reprezentacya w dzień imienin Stackelberga tak się udała, że, jak sam ks. biskup pisał, jabłko puściwszy na parter, na ziemięby nie upadło dla ścisku, a niektórzy co z razu iść nie chcieli na teatr, potém z niego wychodzić nie mieli ochoty.
Teatr, którym świeżo oswobodzony biskup tak się gorąco zajmował, na dworze ks. Siewierskiego, jest rysem wielce charakterystycznym do obrazu téj epoki. Mamy przed sobą kilka prób wierszy, jakiemi pokojowcy kończyli sztukę przedstawianą, obracając się do biskupa... Tylko w XVIII wieku mogło się coś podobnego deklamować przed głową duchowieństwa.

Où a beau se cacher l’amour le plus discrét,
Laisse par quelque marque, échapper son secret,
Le temps presse, que faire dans un doute funeste,
Allons, employons les moments qui nous restent,
Puisque de 1’amour les ecueil si ingrats,
Trahit souvent l‘un et l’autre et aime souvent unt ingrat (sic),
Vivez content, vivez heureux,
Vous qui de l’amour n’éprouvez point les feux..
Que le ciel protége les doux moments de la vie,
Et couronne à jamais l’évêque de Cracovie!

Aktorowie być mogli wyborni, ale co poeta francuzki, to się nie popisał.
W innéj sztuczce Arlekin występował z apostrofą do Wenery! Po „Harpagonie“ Moliera, kończono wierszami do ks. biskupa:

Poprawiać każdéj scenie, obyczaje
Że jest wrodzimy, dziwnie się wydaje.
Żaden filozof, żaden mówca, ani
Łakomstwu lepiéj niż dziś nie przygani...
Lecz na cóż szukać, co jeździć za morze,
Kiedy cię mamy cnot jedyny wzorze,

Tu przytomnego wielki Kajetanie,
Którego przykład za wszystko ram stanie?

Oprócz Meropy, Harpagona i innycb, grano: Le triomphe de l’amour (w duchu czasu), a w téj trzyaktowéj komedyi występowali w roli Leontyny, naprzód hr. Bystrzanowska stolnikowa chęcińska, potém baronowa de Stens kapitanowa. Hermidasa grała p. Michałowska, Foliona Sołtykowa starościna warszawska, księcia Agisa hrabia Nieupert, kapitan półku ks. Lotaryńskiego, Hermokrata p. Mangaison, porucznik tegoż regimentu, Dimasa p. Straszewski, Arlekina p. Seiller, także podporucznik tegoż regimentu... W innych sztukach występowali pokojowcy i dworzanie ks. biskupa.
Zresztą szał zabawy, potrzeba rozrywki były w powietrzu, wszyscy jéj szukali... W kwietniu 1773 roku opowiadano sobie doskonałego figielka ks. generała Czartoryskiego, z którego śmiała się cała Warszawa. Między damami rozeszła się wieść o przybyciu doskonałego chiromancisty, który gdzieś w ustronnym dworku na przedmieściu miał mieszkać; damy ciekawe przyszłości jedne po drugich zaczęły ciągnąć do niego. Tajemniczy wieszczbiarz przyjmował je wszystkie w izdebce ciemnéj, wśród jakichś dziwnych magicznych przyrządów, osłoniony peruką, zakryty okularami, a od dowiadujących się jutra, musiał dopytywać o wczoraj... Tak się wiele rzeczy ciekawych dowiedział, i pokazało się późniéj, że chiromancistą był książę generał.
Wszyscy po trosze szaleli, — Sołtyk z niepojętą werwą do pracy i do rozrywek, umiał pogodzić obowiązki i potrzebę dystrakcyi, pił wody selcerskie, pisał po dziesięć i więcéj listów na dzień, chodził na repetycye teatralne, konno się przejeżdżał, gila słuchał, bonończyka pieścił, z familią się ugryzał i przeciw Ponińskiemu sztyftował partyę swoją. Dziśby połowa tych zajęć najsilniejszego obaliła.
Dodajmy, że sobie jeszcze do roku dwa razy regularnie krew puszczał.
Insi to byli ludzie...[12]




LVII.

Nie wiem, czy z własnéj myśli lub natchnienia kasztelanowéj kamińskiéj, czy z porady Mniszcha marszałka koron., bo stary przyjaciel ojca choć z dala, wpływ miał wielki na Potockich, starosta bełzki zamierzył zaraz wstąpić w życie publiczne, i d. 28 marca pojechał na sejmiki do Bełza, starając się być wybranym na posła na sejm do Warszawy. Tymczasem zasekwestrowane dobra i starostwa staraniem Mniszcha powrócone mu zostały na takich warunkach opłat jak innym. Kasztelanowa Kossakowska skreśliwszy kuzynowi drogę postępowania dalszego, do dóbr swoich na Podole i Wołyń z wiosną się wybierała.
Około d. 21 kwietnia w sprawie z Komorowskimi odgrażano się tylko, ale stanowczego nic nie czyniono. Postarał się dla ponowienia groźby Komorowski, aby w instrukcyi posłom ziemi czerskiéj poło- żono było, by się na sejmie dopominali o gwałtowne porwanie córki kasztelana santockiego...
Wieść o tém w istocie niepomału przeraziła Potockich.
D. 28 kwietnia, pisze Cetner do Mniszcha, który zawsze o wszystkiém był uwiadomiony z całego kraju, a szczególniéj co się tknęło Potockich i Szczęsnego: „Dowiedziałem się, że imp. Komorowski przez instrukcyę ziemi Czerskiéj, chce coś zyskać na sejmie teraźniejszym w sprawie ze starostą bełzkim, o czém dopiero jutro będzie informowany starosta. Niech jw. pan do swoich przyjaciół napisze, żeby go można ratować, aby pod teraźniejsza konfederacyą jakiéj sztuki onemu nie wypłatali, — będzie o tém pisał do jwp. prosząc o jego łaskę.”
Mniszech w istocie mógł uczynić wiele: pozycya jego w kraju była taka, że dwór nawet usilnie skakał koło niego, aby go sobie pozyskać i pociągnąć, — czego jednak dokazać było trudno. Marszałek koronny korrespondujący z generalnością, z konfederatami za granicą, sympatyzował z nimi, nie garnął się do Poniatowskich wcale i siedział na wsi upornie, chociaż go Twardowski, wojewoda kaliski, najgorętszy jego przyjaciel i sługa, na Boga zaklinał, aby do Warszawy przybywał. Niczém się nie dając przekonać, marszałek stronił i uchylał się od dworu. Twardowski napróżno kilka lat nad tém stracił, i nic nie zyskał!
Zaczęto mu w maju t. r. poddawać kasztelanię krakowską, pierwsze w kraju krzesło, byle imię swe rzucił na szalę... Najprzód mu to pokazywano jaj cacko z daleka, ale się nie skusił; potém dano już prawie bezwarunkowo, ale i to go nie ściągnęło; nie powiedziawszy prawie „Bóg zapłać,“ obojętnie to akceptował, jakby mu należało. On i Sołtyk były to dwa palce dłoni, najbliżsi przyjaciele; jeszcze za Sasów zawarta, trwała ta przyjaźń i związek lat kilkudziesięciu, i do śmierci się nie przerwały.
Przyjaciele starosty pilnowali razem z Mniszchem jego dobrze, a marszałek koronny zdaje się, że miał już niepłonną nadzieję, córkę swą Józefinę wydać późniéj za Szczęsnego, i los też jego wielce go obchodził. Marszałek wiedział o każdym kroku nieprzyjacielskim; dnia 20 maja tak do Szczęsnego w tym przedmiocie pisano z Warszawy:
„O interesie wiadomym, ani na sejmie, ani na delegacyi nie będzie wzmianki żadnéj; już tu wszystkie ścieżki dobrze są opatrzone. Jw. marszałek koronny i biskupi z jw. generałowiczem (Potocki) mają o tém pamiętać, i na poczciwość i charakter nieskazitelny upewnia mnie tenże jw. generałowicz, że tu się nie potrzeba niczego przeciwnego obawiać. (Obawy snadź były wielkie). Ogród warszawski na Nowym Świecie z pałacykiem i oficynami będący jw. pana darowany chętnie przyjmuje jw. Ignacy generałowicz, ale uprasza, aby jw. pan donacyę na ten ogród z pałacykiem i oficyną przy nim będącemi na Nowym Świecie sytuowanemi, od iks. Krasińskiego biskupa warmińskiego ś. p. ojcu pańskiemu sprzedany, temuż jw. generałowiczowi w grodzie bełzkim zeznał, bo bez donacyi nie może się do niego intromittować. W sprawie rozwodowéj dzisiaj pozew z kancellaryi swojéj jw. biskup chełmski wydać rozkazał, sprawa jednak nie prędzéj niż za niedziel sześć w sądzie biskupim przypadnie, na którą i impan Kupiński ze Lwowa będzie tu potrzebny. To najgorsza, że dla delegacyi sejmowéj jw. biskup chełmski do dyecezyi swojéj do Skierbieszowa nie zjedzie, a na swojém miejscu przez dekret rzymski nie ma wyraźnie pozwolonéj mocy wyznaczać delegatów na komissyę do inkwizycyj koniecznie w téj sprawie potrzebnych, i aż tu przed nim samym w Warszawie świadkowie od jwpana, jako to: Dłuski proboszcz stawiski, Biliński proboszcz dobrotworski, Podhorodyński proboszcz ostrowski, i inni ciż sami, co i na przeszłych komissyach świadczyli, stanąć będą musieli, — a tych sprowadzenie z tak odległego miejsca będzie przytrudne. Pisał wiks. Pruski do Rzymu o instrument dla jwks. biskupa chełmskiego, aby mu wolno było kogo na swojém miejscu delegować, ale nie wiem co za skutek będzie z tego pisania. Ja tu nad wydaniem teraźniejszego pozwu i tych delegacyj na inkwizycyę z patronami czyniłem konferencyę; o pozew zgodzili się, że taki trzeba wydać, jaki teraz posyłam w liście imks. Pruskiego, ale o delegacyi, że biskup bez instrumentu osobnego rzymskiego nie ma mocy, statecznie twierdzili. Ja tu nie mam czego siedzieć przez niedziel sześć do czasu przypadnienia sprawy; tylko z imp. Dulfusem się ułatwię, to wyjadę i znowu powrócę; dopiero dnia jutrzejszego z nim interes się zacznie. Mówiłem mu, że tak on do swego interesu może jest przywiązany, jako też i ja do pańskiego to samo, ale aby nas kto nieinteresowany pomiarkował; otoż on proponował mi jw. krajczego, ja i tego nie odrzuciłem projektu, bo choćby nie ja, ale dokumenta za interesem pańskim mówić będą. Nie spodziewam się żadnéj w tém przeciwności, bo to nie żaden dekret, ani komplanacya, tylko słowne pomiarkowanie się. O wszystkiém doniosę co się stanie. Na honorarya dla imp. pisarza konsystorskiego, defensora matrimonii, aby zwłoki w interesie nie czynili, tudzież dla patronów u imp. Teppera wezmę dzisiaj pieniędzy, i na uspokojenie sukcessorów Tworowiczowskich z Michorowszczyzny, nazajutrz Św. Trójcy termin zapłacenia mających, tudzież kapitulacyi jw. Drewnowskiemu należącéj, którego nie można urażać teraz odbieraniem papierów, gdy jest sejmowym sekretarzem, chyba gdyby sam nie chciał się więcéj do interesów pańskich wdawać. Ale skoro przed kilkunastu niedzielami od jwpana posłaną sobie plenipotencye przyjął, to nie spodziewam się, ażeby łaską pańską pogardzał i téj plenipotencyi zrzekał się; dowiem się od niego i donieść jw. panu nie omieszkam. Regestr ekspensy wziętych u impana Teppera pieniędzy, albo odeszlę na pocztę, albo sam z rąk moich jw. panu oddam. Do imp. Teppera niech jednak imp. napisać każe, aby na wspomnione wyżéj interesa pieniędzy mi kredytował. Przytém ścieląc mnie pod stopy pańskie, mam honor pisać się

jwpd. szczerym, wiernym, prawdziwym,
przywiązanym i obowiązanym na zawsze sługą
i najniższym podnóżkiem.

M. Wyczółkowski.
„P. S. Co do interesu z imp. Dulfusem, i imp. Ignacy radził mi, aby się udać do jw. krajczego.“
P. Wyczółkowski dodaje jeszcze całą ćwiartkę tak zwanych przez się: bajeczności warszawskich, którą jako dosyć ciekawą tu przyłączamy:
„Sejmu teraźniejszego limita do dnia 21 września nastąpiła; delegacya do ułatwienia pretensyj dworów zagranicznych, wiedeńskiego, petersburskiego i berlińskiego z posłów sześćdziesięciu i senatorów wszystkich teraz tu znajdujących się w liczbie dwudziestu siedmiu, jest wyznaczona; kuryer z Wiednia przybyły, miał tu z sobą od dworu wiedeńskiego, aby wiara św. katolicka rzymska w prowincyach przez trzy potencye zabranych, była zawsze panującą, a dyssydentom aby tylko sprawiedliwość była uczyniona. O aliansach tak Porty Ottomańskiéj z Rossyą, jako też nadmorskich europejskich potencyj nie masz żadnéj pewności. W województwach wielkopolskich pruscy eksorbitować nie poprzestają. Egzekucya z Prusaków jedenastu złożona z rezydencyi jw. Turskiego, biskupa łuckiego, ledwie za podanym przez niego memoryałem ustąpiła. Dwa okna soli cesarzowa królowi polskiemu ustąpić obiecała. Na delegacyi teraźniejszéj consilium permanenti (która i wakansami wszelkiemi pluralitate votorum dysponować ma) na przyszłe czasy ma być ustanowiona. Jksięża Potoccy kasztelanowice lwowscy kanonie, jeden gnieźnieńską Kajetan, a Paweł łucką wzięli.
„Listy, jeden od jw. Załuskiego biskupa kijowskiego do jwpana, drugi do jw. generałowéj artylleryi koronnéj, podkomorzyca, i w. księdza Pruskiego z inkludowanym pozwem przeciwko Komorowskim, przyłączam.“




LVIII.

Inne listy współczesne uspakajały Mniszcha, który na sprawę pilne miał oko, że się nic Potockiemu stać nie może, coby mu na przyszłość szkodzić mogło.
Pod tąż datą d. 20 maja, pisał Cetner:
„Na sejmie ani w delegacyach o interesie Komorowskich nie będzie żadnéj wzmianki, jest tu na to pilność, a w sprawie rozwodowéj dzisiaj dopiero pozwy od starosty bełzkiego przeciwko Komorowskim do sądu biskupiego są wydane. Sprawa jednak nie prędzéj niż za sześć niedziel przypadnie.” — „O wiolencye zaś, dodaje tenże (późniéj d. 26 maja), i najazdy, dawniéj rozsiane i teraz rozsiewane, imp. Komorowski ani we Lwowie, ani tu żadnego nie czynił kroku, podobno wszystko to co zmyślano, nie jest do prawdy przynajmniéj podobne. Na delegacyi i sejmie żadnéj o tém nie będzie wzmianki, — powtarza, — jest o to staranie.“
Jakoż pilnowano się dobrze, a Komorowscy nie śpieszyli chcąc wyczerpać środki łagodne, stronnictwo zaś królewskie, które wszelkiemi sposoby Potockich ku sobie pociągnąć usiłowało, a teraz Szczęsnego postrachem i miłością przygarniało, dało mu do zrozumienia, że się powinien, choćby dla utrzymania przy majętnościach i ocalenia ojca, cokolwiek mu akkomodować.
W czerwcu tegoż roku (1773) rozpatrzono się nie wiem z czyjéj naprawy, że Umańszczyzna nie była dziedziczną Potockich, ale niby królewszczyzną, i zaraz podzielono ją między faworytów:
„Na dobra dziedziczne jw. starosty bełzkiego w województwie bracławskiém i kijowskiém będące, pisze Cetner, król podawał przywileje jw. Stępkowskiemu kasztelanowi kijowskiemu, Moszyńskiemu stolikowi koronnemu i Wieczfińskiemu podsędkowi kijowskiemu; ale ten przywiléj, dodaje korrespondent, w sądzie przyzwoitym będzie skassowan, nawet z komissyi skarbowéj listy podawcze nie będą wydane.“
Wszystkich to niezmiernie obeszło, nastraszyło, ale utrzymać się nie mogło, były to tylko strachy na lachy, i w czerwcu kilkakrotnie znajdujemy w korrespondencyach wzmianki (24...): „Interesa starosty bełzkiego pomyślnie tu idą.“
On sam około 26 czerwca (ks. Lubomirska pisze) miał się znajdować w Warszawie, dla lepszego ich pilnowania, chociaż już miał nieoszacowanego Wyczółkowskiego.
Pomimo zabiegów rodziny, pogłoski o zamordowaniu Komorowskiéj trwały ciągle, i dnia 26 czerwca księżna Lubomirska pisała do Mniszcha:
„Gadają tu o szkaradnym dekrecie o Komorowską, że inkwizycya wyprowadzona, że w istocie utopiona. Bełzki pojechał do Warszawy; z Wiednia mi piszą, że tam o niczém nie gadają tylko o téj fatalności, żebym doniosła księżnie wojewodzinie krakowskiéj, jak ma bronić, a ja wcale nie jestemwiadoma. Z początku powiadali, że to się stało bez wiadomości nieboszczyka wojewody.“
W ten sposób chciała się podobno czegoś dowiedzieć ks. Lubomirska, ale nie wiem czy Mniszech jéj powierzył, jak bronić miała, i co mówić.
Tymczasem on i Sołtyk, Michała Mniszcha prowadzili do jednéj z córek wojewody kijowskiego zdaje się, że najprzód do Ludwiki drugiéj z rzędu, z którą się późniéj ożenił pisarz Rzewuski, ale kasztelanowa kamieńska stawała na zawadzie, nie wiem dla czego. Z jego strony byli ks. biskup, marszałek w. koronny i starosta bełzki, który przeciwko temu nie był; zdawało się, że to pójść musi dobrze, i już po cichu w Rzymie o dyspensę się starano. Tymczasem nie szło. Sołtyk pisze bez ceremonii do Mniszcha:
„Zważ co ta baba (kasztelanowa Kossakowska) narobiła! chciała przeszkodzić kochanemu Michasiowi... ale się oszuka; jak ks. kantor pisze, i stanie się to, kiedy już sam Papież obiecał.“
Wszakże pomimo silne plecy, kasztelanowa innym sposobem na swojém postawiła i maryaż się rozchwiał. Nie wiem, czy nie od tego marszałek koronny trochę na bok zachorzał. Sołtykowi to nie przeszkadzało do dalszych w teatrze reprezentacyj, i brano się na seryo do Buffa.
W lipcu, gdy co prędzéj około zagrożonéj Umańszczyzny radzić było potrzeba, znowu się udał do Warszawy starosta bełzki, i nikomu nie dowierzając, lepiéj obmyślił na przyszłość, poczynając bywać w większym święcie, nie unikając, a przynajmniéj nie usuwając się od dworu wyraźnie. Skutki też tego postępowania zaraz się uczuć dały. Przywileje dane na Umańszczyznę cofnięto, a że parę razy był u Zamojskich, swatano go już z ordynatówną, i gdzie się tylko częściéj pokazywał, upatrywano projektu ożenienia.
W sprawie z Komorowskimi zdawało się lepiéj. „Biskupi, pisze ks. Lubomirska, mają wydać do wszystkich dyecezyj procesa, aby w przeciągu niedziel szesnastu, jeżeli kto wie o impannie Komorowskiéj, znać dawał, a jeśli nie będzie odezwy, mają staroście pozwolić żenić się.“
Tak sobie obiecywano i marzono, ale do tak gładkiego wymówienia się od Komorowskich daleko jeszcze było. Ku końcowi lipca starosta bełzki siedział w Warszawie, starając się zbliżyć do kanclerza Młodziejowskiego, który tą sprawą zawsze potajemnie kierował.




LIX.

W Galicyi spodziewano się w téj chwili przejazdu króla rzymskiego Józefa II, i co żyło, z ciekawością zabiegało mu drogę, gotując świetne przyjęcia, choć nigdzie się nie zatrzymując przelatywał przez te kraje. Podróż cesarska skierowana była na Radoszyce, Szczawnę, 28 lipca miał być w Lisku. Tu czekał go miedzy innymi Karol Brühl z mnóztwem innych obywateli. Jechali z cesarzem w jednéj karecie hr. Nostitz, daléj Laudon, Pellegrini (który z drogi już do Wiednia powrócił), i jak mówiono, Esterhazy. We trzech karetach za cesarzem mieścili się generałowie świty, we czwartéj kancellarya, w piątéj, szóstéj i siódméj officerowie i adjutanci, w ósméj kuchnie, których dwie naprzód zawsze wyjeżdżały i poprzedzały naj. pana. Oprócz tego sześciu konno na koniach pocztowych ze dworu i szlachty towarzyszyło, a konwój składał się z ośmiu żołnierzy równie na koniach pocztowych.
Cesarz przyjmował wszystkich z grzecznością nadzwyczajną i uprzejmością największą; w Tulczyku widząc się z ordynatem generałom ziem podolskich, Janem Zamojskim, gdy ten snadź przed nim na los kraju się użalał, miał mu odpowiedzieć: Opportunum erat hoc pati, propter feliciorem Reipublicae eventum. Słowa te jego różnie sobie tłómacząc, powtarzano po kraju. W Lisku, gdzie jak wszędzie po drodze, w zamku stać nie chciał, zawsze zajezdne dla siebie zajmując domy, aby być swobodniejszym, jadł i spał także w oberży. Generałowie świty w zamku mieli kwaterę. Przyjmował tu damy, kasztelanową sanocką, (Malicką?) i p. Chojniecką, dla których tłómaczem był dawniéj cesarzowi znany Karol Brühl. Ten się ofiarował naj. panu w dalszéj towarzyszyć podróży, ale cesarz nie przyjął usługi. Z Liska na Sanok, gdzie Mniszech zjechał dla widzenia się z cesarzem, i Brzozów, posunął się daléj do Nozdrzca i Dynowa na noc.
D. 29 na Dubiecko, Próchnik, do Jarosławia na nocleg przybył, trzydziestego nocował w Jaworowie, a na 31 przyjechał do Lwowa.
Szóstego sierpnia stanął Józef II w Stanisławowie, rezydencyi kasztelanowéj kamińskiéj, która na niego oczekiwała z przyjęciom. Pamiętnik Anonima wspominając o tych odwiedzinach, które w imieniu matki oddawał cesarz kasztelanowéj, pisze, że Kossakowska wcześnie z Wiednia mając o nich wiadomość, godnie tak wysokiego gościa przyjąć starała się. W pałacu więc wyporządzono dla cesarza appartament najwspanialszy w pawilonie, gdzie była jedna sala cała obiciem ze słomy sztucznie i kunsztownie wyklejonéj na cienkiém płótnie ubrana, gabinet obok z równym smakiem i sztuką, wysadzany drzewem wszelkiego rodzaju, jakie tylko u nas rośnie, w różne piękne desenie, nareszcie pokój sypialny staropolskiemi ze skarbca Potockich dobytemi tureckiemi, jedwabiem przetykanemi makatami i dywanami złotem i srebrem haftowanemi przyozdobiony.
Jak w Lisku jednak, tak i tu cesarz kwatery w zamku mieć nie chciał, około bramy Tyśmienicką zwanéj zobaczył stary zajezdny dom żydowski z odartym dachem, i może dla tego, że był najniepozorniejszy, przez wrodzoną żyłkę do oryginalności, w nim sobie obrał mieszkanie. Odjeżdżając potém ze Stanisławowa dał gospodarzowi 2000 złotych reńskich na reparacyę gospody, a kasztelanowa idąc za jego przykładem, darowała Żydowi materyał na nową budowę. Żyd naturalnie pobudował się jak najporządniéj, a na froncie położył napis świadczący o bytności cesarza Józefa II.
Anegdotę tę przywodzi Anonim; współczesne jednak korrespondecye nie trzy dni, jak on utrzymuje, ale nad godzin kilkanaście w Stanisławowie pobytu cesarskiego nie przedłużają. Przybył tu 6 sierpnia o godzinie 4 z południa i zaraz usiadł do stołu, o piątéj godzinie obszedł i obejrzał fortecę, a późniéj udał się do gospodyni, u któréj zabawił trzy godziny na rozmowie. Nie przyjąwszy mieszkania w pałacu, przenocował w karczmie przy Tyśmienickiéj bramie i siódmego udał się w dalszą podróż do Śniatynia.
We Lwowie z uśmiechem odpowiedział witającéj go deputacyi mieszczan, którzy już homagium składać byli gotowi.
— Mości panowie, poczekajcie, nie wiecie jeszcze czyi jesteście.
Późniéj nieco cesarz Józef był i w Krakowie, gdzie na niego biskup Sołtyk oczekiwał. Ta bytność choć biskup miał szczęście witać najj. pana w katedralnym kościele i oprowadzać go po nim, choć potém otrzymał półgodzinną sam na sam audyencyę, przykre jakieś wrażenie zostawiła w umyśle Sołtyka.
Zawczasu już nieprzyjaźni wnosili, że go cesarz wcale przyjąć nie zechce, nie tak się jednak stało; niewiadomo jaka była rozmowa, ale po tém widzeniu się z Józefem IIgim, Sołtyk nagle i dziwnie się odmienił, tryb życia inaczéj urządził, zachorzał, zamknął się w domu niedostępnie, fabryki rozpoczęte porzucił i tak się stał niewidzialnym jak wprzódy był gościnnym. Nawet z siostrą rodzoną, która była zakonnicą w Jarosławiu, gdy do niego przyjechała, widzieć się nie chciał. Ks. Olechowski tylko i Waligórski mieli przystęp do niego... Głęboki smutek i zwątpienie go opanowały.




LX.

Nie wiem,, czy w Warszawie przekonawszy się o potrzebie rychłego kończenia ugodą z Komorowskimi, czy może dla wstrzymania ich od skarg i użalania się przed cesarzem, który byłby rzecz mógł wziąć surowo, w czasie saméj bytności Józefa II w Galicyi, Szczęsny zjechał na krótką chwilę tutaj, zbliżył się do Komorowskich, rozpoczęto traktacye, i rzeczy zdawały się zbliżać ku pożądanemu końcowi.
D. 28 lipca starosta bełzki ofiarował zgodnie kończąc Komorowskim dóbr na milion, może ten sam Witków przyległy ich majątkom, który oni późniéj wzięli. I zdawało się, że to ułoży, ale Komorowscy żądali prócz togo być oczyszczonymi z zadanych im zarzutów podstępu i uwiedzenia, na co się Potocki nie zgadzał; chcieli niejako potępienia zmarłego wojewody, czego syn pozwolić nie mógł. Spełzł więc czas na traktowaniu próżném, i gdy się kleiło już, rozeszły się znowu strony, a cesarz Józef II, odjechał tymczasem do Krakowa, i Komorowskich skarga wstrzymana została. Poczém starosta znów ruszył do Warszawy, gdzie mu się dosyć podobało, bo go chwytano wszędzie i wielkie mu czyniono honory.
D. 31 lipca już ze starosta szczerzeckim (Piotrem Potockim synem Józefa kasztelana lwowskiego) znajdowali się znowu w Warszawie; „o żonie jego — dodaje korrespondent nasz — nie masz pewnéj wiadomości, czy żyje lub nie, jednak pewniejsza rzecz, że umarła.“
W téj chwili właśnie przypadła owa nominacya Mniszcha marsz. kor., który uparcie na wsi przesiadywał, na kasztelanię krakowską. Król mu się oświadczał, ręce wyciągał, modlił o przybycie, a zacięty Mniszech przyjąwszy dostojeństwo, o którego akceptowanie niemal go prosić było potrzeba, pozostał jak wprzódy na wsi.
Bytność Szczęsnego w Warszawie nie miała trwać teraz długo, Młodziejowski ofiarował się za pośrednika do sprawy, i spodziewano się łatwiejszego jéj ukończenia. Kanclerz jednak zawsze sprzyjający Komorowskim i mając w tém swój interes własny, nie śpieszył się wcale, i choć oświadczył Potockim, puszczał rzecz w odwłokę, znajdując coraz nowe trudności. I tym razem więc bytność Potockiego nic nie uczyniła, odłożono układy na późniéj.
Wyczółkowski, który najlepiéj wie o obrotach pana swego, tak w téj chwili pisze z Warszawy:
„W. M. D.
„Da mi świadectwo imp. podczaszyc żwinogrodzki, w jakim szacunku miałem rozkazy wpd.; co wskórał sam ustnie opowie. Jmp. starosta bełzki od kilku tygodni tu znajdujący się jeszcze zabawi kilka niedziel; radzi mu tu,, szanują i poważają go, w interesach wszystkich pomoc jest mu obiecana. Jmp. Komorowski był u króla prosząc o pomoc, ale odebrał odpowiedź, że pacta conventa poprzysiężone nie pozwalają mu mieszać się do interesów prywatnych (!). Losy o naszego pana tu rzucają komu się ma dostać: czyli księztwu marszałkowstwu koronnym, czyli też Zamojskim ordynatom?... Sprawę rozwodową koniecznie popierać będzie jw. starosta...
„Jw. starosta bełzki ztąd powróciwszy, na Ukrainę wybiera się.“
P. Wyczółkowski widać już ze zwyczaju i potrzeby oświadczeń i przymilań, kończąc ten list do kollegi i przyjaciela, któremu gospodarstwo swe w Ryżawce poleca, tak się podpisuje znowu: — „szczerze, na zawsze przywiązanym i kochającym bratem i najniższym sługą.“
Taka to już widać była natura, że dużo słów i oświadczeń dla uspokojenia serca potrzebował.
Nowy tu widzimy rozpoczynający się dramat starań i zabiegów o bogatego dziedzica Tulczyna i Molowa... ale z niego wyłączyć potrzeba Zamojskich, do których on się sam garnął, a oni go wcale nie łapali, i owszem zdawali się bardzo zimno grzeczności jego przyjmować. Wkrótce też zaprzestano nawet mówić o jego staraniu o ordynatównę Zamojską, a walka rozpoczęła się między domami Lubomirskich i księcia ex-podkomorzego, wyrywającemi go sobie. Z obu stron, gdyby się ożenił, ofiarowano mu silną pomoc do ukończenia procesu, którą z dala i bezwarunkowo dawał mu skuteczna Mniszech... Kasztelan krakowski choć milczał, mógł mieć na myśli, że panna Józefa z Dukli w przyszłości i starostwem białocerkiewskiém (Mniszech je trzymał jeszcze) zwabić może młodzika... Szczęsny tymczasem dawał wszystkim nadzieję, kręcił się, głowę prawie tracił, i opasany intrygami nie umiał się z nich otrząsnąć.
Zewsząd go też niemiłosiernie odzierano, sypać musiał garściami pełnemi, sam kontentując się gołemi obietnicami, okupionemi krociami, które rzucał na wszystkie strony. Pierwsza ta szkoła świata powoli uczyła go ludzi.
W świecie się kręcąc, mógł Szczęsny zapomnieć o interesie z Komorowskimi; czuwali jednak nad tém przyjaźni mu, i w czasie chwilowego oddalenia się jego z Warszawy, tak do niego pisał ks. Wiażewicz:
„D. 10 września 1772 z Warszawy.

„Monseigneur!

„Lubo nie odbieram żadnéj od jwpana dobrodzieja wiadomości na poprzedzające listy moje, wiem jednak, że mi jw. dobr. za złe mieć nie będziesz, że mu przyłączam niektóre pisma, tak tyczące się domowych jwpana dobr. jak i tutejszych publicznych wiadomości. Inkluduję tu list do mnie pisany od jks. kanonika Ghigotti’ego sekretarza gabinetowego królewskiego, niżeli on tu z Białegostoku nadjechał, z którego jwpd. zrozumiesz, że w swoim interesie największą będziesz miał pomoc. Ten człowiek nietylko od wszystkich konsyderowany, od jwp. Ignacego (Potockiego), kochany, ale dziwnie sprawny, nie wątpię, że jwpan nieśmiertelną będziesz miał obligacyę, tylko napiszę do niego list, żeby miał staranie w interesie; gardło moje dam, jeżeli najpomyślnéj nie pójdzie. Teraz tenże ks. Ghigotti jest naznaczony od papieża z p. Towiańskim suffraganem białockim (?) do egzekucyi bulii, kassującéj Jezuitów. Urząd ten w tak delikatnéj materyi niesprawnemu nie byłby powierzony, ale rozumiem, że on sam dobrze jest jwdp. znajomy, żeby go było potrzeba zachwalać...
„Z publicznych interesów nic pomyślnego nie masz, przyłączam tu podany na delegacyi projekt od trzech potencyj względem formy rządu, o którą się ustawnie delegacya domawiała, rozumiejąc, że podpisawszy traktat, wolno będzie każdemu, jak się będzie zdawało układać projekta do rządu. Ale się mocno omylili, bo co im podadzą, to będą musieli uczynić, i tak jak i traktaty podpisywać. Teraz zaczynają bardzo ton zniżać, a jeszcze bardziéj zniżą, kiedy postrzegą, że wcale o to nie dbają, że się skarżyć będą, że się omylili. Król powiadają nie chce podpisać traktatu, póki w nowéj formie rządu będzie co przeciwnego jemu.
„Wczoraj sejm się rozpoczął; biskup kujawski wniósł, że ponieważ zaczęli układać nową formę rządu, tedy żeby było więcéj czasu zakonkludować tak zbawienną rzecz, prosił o limitę sessyi do przyszłego wtorku, na co król odpowiedział, że dla konkludowania rozpoczętych traktatów solwuje sessyę do wtorku, sześć dni od dziś.
„Remanifest w sprawie jwpana dobr. z Komorowskimi jest tu mocno chwalony; wiem, że jwd. będzie się podobał, bo jest z dobrego warsztatu, spuść się tylko jwpd. na nas, upewniam, kiedy się jeszcze przymiesza ks. Ghigotti, z samego księdza kanclerza tak zażartujemy, że się on nie postrzeże, żeby on nawet jeszcze dziesięć razy chytrzejszy był, i bardziéj się mieszał w tę sprawę niżeli teraz.
„Łukawskiego tu egzekwowano, ale z niewypowiedzianą przytomnością i rezygnacyą umierał. Żaden nie uwierzy, żeby można z taką obojętnością na śmierć iść; przepraszał wszystkich, jeżeli kogo swoim przypadkiem zrobił nieszczęśliwym, oczu żadną miarą zawiązać nie dał i w głos zawołał: — „Nie trzeba mi tego!... Ja się wcale nie lękam śmierci“... Drugi jego kompan Cybulski, niżeli po nim umarł, kilka razy zemdlał.
Recesu jw. hetmana i Wielhorskiego żadną miarą przyjmować nie chciała konfederacya, dla tego, że podług formy od niéj przepisanéj nie jest zrobiony, ale za wielkiém staraniem ks. marszałka konfederacyi lit. pozwolony jest czas do poprawienia i hetmanowi Wielhorskiemu do d. 13 listopada. Chełmiński, co te recesa przywiózł, ledwie pod wartę nie był wzięty, za co sam od siebie nie dawszy rewersu, ważył się tu pokazywać, i ledwie wykwitował się rewers dawszy...
Nogi całuję jwp.
Ks. Wiażewicz.“




LXI.

Widząc lekceważenie i zwłoki ze strony Potockich, układy spełzające na niczém, małą nadzieję skończenia ugodą, Komorowscy wreszcie uczynili krok stanowczy: wydali manifest w sprawie przeciw Potockim, i otwarcie zadali wojewodzie gwałt i najazd, domagając się sprawiedliwości.
Ważny ten akt brzmi jak następuje:
„Powszechna nieszczęśliwość, rozrzucone po całym kraju różnego gatunku klęski, zatamowawszy w całéj prawie ojczyźnie wszelkie sprawiedliwości kary, wstrzymywały ukrzywdzonych od zanoszenia skarg bezskutecznych, chociaż w nieznośnym ucisku i tykającéj całą powszechność urazie.
„Do tego powzięta długim czasu przeciągiem, baczném wyniknąć mogących trudności przekładaniem niezrażona, przystojnie umówiona, statecznie zachowana, zacnością imion dawniéj już krwią złączonych zrównana, i wszystkiemi duchownemi obrządkami należycie dopełniona wimp. Stanisława Potockiego starosty bełzkiego ku córce mojéj miłość, czyniła nadzieję, że po szkaradnym na dniu l3 lutego w r. 1771 dostatecznie niżéj opisanym uczynku, tak niegdy jwimp. Franciszek Salezy Potocki wojewoda kijowski przerzeczonego wip. starosty bełzkiego ojciec, z pierwszego zapału ochłoniony, sprawiedliwością przeświadczony, sumieniem przekonany, powszechném na ostatek przyznawaniem mu wydanego na taką czynność rozkazu tknięty, dla okazania własnéj niewinności i omyłki wszczętego podejrzenia i mężowi niesłusznie oddaloną żonę, nam rodzicom gwałtownie wydartą córkę przywrócić i jako własną przyjąć synową, ze wszelkich powodów winnego, nie opuści obowiązku; jakoż po śmierci rodziców swoich wielmożny imp. starosta bełzki z obcych powróciwszy krajów, najpierwsze i najusilniejsze przedsięweźmie starania ukochaną i wybraną sobie wynaleźć małżonkę, dla okazania należytego równości szacunku i zdobiącą zacnie urodzonych statecznością umysłu dotrzymania wiary małżeńskiéj, wielu przyrzeczeniami upewnionéj, a co największa, rozmyślnie i dobrowolnie wyrzeczoną przed Bogiem stwierdzoną przysięgą. Z tych to przyczyn nieraz otwarte do ogłoszenia publicznego krzywdy, mnie i całemu obywatelstwu uczynionéj, zawierałem usta i wściągnioną do urzędowego żalenia się cofałem rękę. Lecz gdy zamiast spodziewanego upamiętania zapomniane, a prawie ze wzgardą odrzucone zostały tak skuteczne obowiązki, daléj zaś ani godnych przyjaciół roztropne i łagodne przekładania rzetelnéj nie zyskały odpowiedzi, ani żądana i skutkiem dopełniona w zamilczeniu powolności na przyrzeczonych widocznie omylona staraniach, innego nad podstępną chęć zwłoki nie okazuje końca, wysilona tak długiém oczekiwaniem ustaje cierpliwość, a żal tém więcéj pomnożony i do gruntu serca przenikający na cały świat głos podnosić przymusza. Niech wszyscy widzą i słyszą, jak przemoc dostatkami usilona, odważyła się targnąć na pognębienie równości, jak nadęta duchem wyniosłości zawziętość nie wzdragała się okrutną zapałem swoim z saméj niewinności uczynić ofiarę! Jak zuchwale zgwałcone są prawa bozkie, duchowne, miłości bliźniego i świeckie, publicznego bezpieczeństwa w tak niesłychanym od wieku uczynku, którego rzetelny opis z poprzedzonemi okolicznościami dla okazania niesłusznie potwarzonéj niewinności mojéj i objaśnienia, komu go przyznać należy, do powszechnego rozsądku podaję...
„Blizkie sąsiedztwo i od lat dawnych wzajemnie utrzymywana przyjaźń między jw. ichmość państwem Potockimi wwdztwem (sic) kijowskimi a mną niniejszym żałującym się, podały łatwą sposobność wjmp. staroście bełzkiemu częstego widywania się z córką moją najstarszą, imieniem Gertrudą, i rozpatrywania w jéj przymiotach dokładną troskliwością i nieoszczędnym na przyzwoitą zacności urodzenia edukacyę kosztem moim wydoskonalonych; tych jestność (sic) powszechnie przyznawana, tak względny w sercu wjmp. starosty znalazła szacunek, iż najpewniejszą uszczęśliwienia swego w życiu z nią wspólném wróżąc nadzieję, nie omieszkał objawić nam szczerego przywiązania i rozmyślnie przedsięwziętéj chęci starania się o dożywotnią jéj przyjaźń. Zwykła ludzkość i należyte zacności kawalera poważanie nie pozwoliły odmawiać przyjęcia tak przystojnie oświadczonych żądań wimp. starosty. Nie opuściłem jednak bacznéj przełożyć rady, aby wprzód tych myśli zwierzył się rodzicom własnym, a według ich zdania dalsze zamysłów swoich kierował obroty. Od tych wczesnego wypełnienia lubo pozornie wymawiał się wimp. starosta, że lubo uznaje należyte być do woli rodziców w innych okolicznościach stosowanie się, przecież szczególną obrania stanu i żony wolność sobie samemu przez wielkie względy sądzi być zostawioną, prosząc oraz o zachowanie ścisłego w téj mierze sekretu, upewniał, że przyrzeczone nieraz ojca na własny jego wybór zezwolenie żadnéj spodziewać się nie każe przeciwności, a choćby ta z innych wyniknąć mogła powodów, niepodobieństwo odmiany we wszelkiéj przystojności zaszłego skutku i usilne ułatwić ją potrafią starania; dając jednak czas na zupełne rozmyślenie się tak wimp. staroście, jako i córce mojéj, a przystojnych tylko w obecności naszéj i przytomnych przyjacioł, pozwalając im zabaw, blizko pół roku często powtarzanemi prośbami wymagane żądań wimp. starosty umyślnie zwlekałem uskutecznienie, w spodziewaniu oraz, że ta otwartość długim czasu utrzymywana przeciągiem objawi jwimpp. województwu przedsięwzięte syna ich zamysły. Do téj właśnie chęci stosująca się, gdy mnie doszła wieść pewna, że jwimp. wojewoda uwiadomiony o częstém syna swego w domu moim przebywaniu, kazawszy do siebie zawołać koniuszego i ludzi do téj używanych podróży, pierwszemu utratą łaski i służby, drugim zaś ciężką pogroził karą, jeśliby ważyli się tę sobie tylko wiadomą rozgłaszać okoliczność, ani zaś wimp. staroście zabronił podobnych daléj powtarzać kroków, ani pomienionym ludziom zakazał być mu posłusznymi, wnosić sobie pozornie mogłem w zaufaniu poprzedzoném wimp. starosty upewnieniem, iż lubo jwimp. wojewoda poznawał skłonność syna swego, uznając jednak za niezdrożną, zdał się zezwalać na dopełnienie onéj skutkiem, a szczególnie z jakiéjś wiadoméj sobie przyczyny chciał ją mieć do czasu utajoną. W takiém przeświadczeniu ustawicznie widząc dowody gruntownéj i pozoru odmiany niemającéj stateczności serca wimp. starosty, wzajemną oraz z córki mojéj wyrozumiawszy dla niego przychylność, oddać mu ją w stan święty małżeński przyobiecałem.
„Daléj za poprzedzeniem zaręczyn i wydanym od imć księdza offieyała chełmskiego wspólnie (jako list imci p. starosty pełny najżywszych do zadość uczynienia pobudek wyświadczy) żądanym indultem, po wyjściu niedziel kilku w przytomności własnego parocha ze wszelką przyzwoitością ślub został dopełniony. Niech tu każdy wolną od poprzedzenia (uprzedzenia) zastanowiwszy się myślą, po rozważeniu wszystkich pomienionych okoliczności rozsadzi, czyli rodziców dzieci własne prawem przyrodzoném kochających, a przeto o ich uszczęśliwienie przyzwoitą usilnością starać się zwykłych, pierwiastkowe mniejsze trudności, jakie się często zdarzać nie przestają, zrażać powinny od zezwolenia na złączenie serc czystą i trwałą spojonych przychylnością, zwłaszcza gdy równość urodzenia i wszelkich w ojczyźnie zaszczytów, dojrzałość wieku kawalera, a w niéj wszelkiém prawem należyta obierania stanu i żony wolność, pozór przytém skłonności ojca prawie oczywisty i podobnych wiele przykładów ubezpieczyć mogły, że żadna w tym postępku nie stała się nieprzystojność. Daleko jednak różne i nadspodziewane dało się poznać zdanie jwimp. wojewody kijowskiego; skoro bowiem o ożenieniu syna dowiedział się, po okazanych w początku jawnych mu i przyjaciołom jego urazy i gniewu dowodach, wkrótce łaskawszą niby przywraca postać, zaczyna radzić synowi, aby się nie martwił, ani żadnego, osobliwie przy matce, nie pokazywał znaku pomieszania. Że zaś przerwana od dawnego czasu bytność nasza w domu jw. imci państwa województwa mogłaby w niéj jakie sprawić podejrzenie, pokazawszy mu list własną ręką do nas pisany z zapraszaniem w dom swój, wraz rozkazał podobnyż pisać do żony, usilnie domagając się przybycia, i dokładnie upewnić, że jeszcze rodzice jego o niczém co się stało, nie wiedzą. Z napisanym więc takim na rozkaz swój przez syna biletem wysyła jw. jmp. wojewoda dworzanina swego nazwiskiem Wilczka, z przydaną poszóstną karetą, swojego jednak mu listu nie oddawszy, który za przybyciem w dom mój i podaniem w ręce moje pomienionego tylko do córki mojéj biletu, lubo zmyślnie udawał, iż bez wiadomości jwimp. wojewody z rozkazu tylko samego wimp. starosty przyjechał, przecięż, że poprzedzone (poprzednie) doniesienia upewniały mnie, iż nie jest już tajne jwp. wojewodzie ożenienie syna, bilet zaś jego do żony cale przeciwną rzecz wyrażał, domyślić się łatwo mogąc ułożonego zamysłu, odpowiedziałem tylko przysłanemu, że gdy zajdzie mnie obligacya jw. państwa województwa, natenczas córkę moją, a ich synową, własnym w dom ich odwiozę ekwipażem. Chcąc zaś pewniéj wiedzieć tajemnicę tego posłannictwa, wysłałem umyślnego z listem do wimp. starosty, domagając się rzetelnego objaśnienia, na który wimp. starosta zabronioną już mając innym sposobem pisania wolność, pilnie oraz strzeżony, ołówkiem tylko mi odpisał, w te słowa:
„Nie wiem nic co znaczy, i na jaki koniec był posłany ten człowiek z karetą. Tę karteczkę mi mój ojciec pisać kazał i pokazywał list, który waszmość państwu dobrodziejstwu z zaproszeniem pisał; więcéj o niczém nie wiem; ze mną mój ojciec nic więcéj nie mówił tylko: „Nie turbuj się waść, nie pokazuj po sobie pomieszania, żeby jejmość nie pomiarkowała.“ Jednak przez Trynitarza wypytuje się. Nie wiem jak to długo będzie i na jaki koniec mnie tak menażują. Dobrze się stało, żeście nic uwierzyli téj karecie, i bardzo proszę w ostrożności mieć tę osobę, która życie i zdrowie moje choć w oddaleniu utrzymuje.”
Taki respons skoro mnie doszedł na dniu 4-m miesiąca lutego, chcąc uniknąć spodziewanych daléj w podobnym gatunku kuszenia sposobów, umyśliłem wyjechać do dóbr moich pod Lwów, Nowe Sioło zwanych, zwłaszcza gdy i słabość żony mojéj zbliżenia się do doktorów wymagała. Ale przed samym wyjazdem przysyła jwimp. wojewoda umyślnego z listem tymże, który synowi wprzód pokazywał, (co oczywiście znaczna poprawa daty świadczy), zapraszającym mnie z całą familią na ostatnie dni zapust, chociaż i tu wyraźnie poprzedzonego w liście imp. starosty ostrzeżenia świadectwo pozorne wzniecić mogło podejrzenie: iż omylony pierwszego ułożenia skutek innym dopełnić chęć nie ustaje sposobem. Sądząc jednak, że krok przyjaznéj dosyć czynności, i obecne niezdrożnego postępku wytłómaczenie choćby najzapalczywiéj wszczęte ułagodzić zdołają zamysły, uznałem za rzecz przyzwoitą nie opuszczać tego do uspokojenia onych środka. Odprowadziwszy wiec żonę moją bardziéj jeszcze osłabioną do pomienionych dóbr po uczynieniu należytego o zdrowiu jéj starania, w zamierzoną przynajmniéj sam wyjeżdżając podróż, wysłałem wprzód dworzanina mego dla wynajęcia stancyi w Krystynopolu, który skoro na miejscu stanął, obskoczony od ludzi nadwornych jwpana wojewody, a do koszuli ze ścisłém, jeżeli listów jakich przy sobie nie ma pytaniem się, trzęsiony, wyrwawszy się z rąk ich, gdy mi zajechał drogę i pomieniony z sobą postępek oznajmił, tknięty tak nadzwyczajną nieludzkością, żadnego już skutecznego dla ułagodzenia wygórowanéj zawziętości nie widząc sposobu, w nadziei tylko, że czas dalszy przytępi ją i odmienić potrafi, z tegoż miejsca do wyżéj rzeczonych dóbr moich pod Lwów powróciłem, żadnego warowanéj prawami spokojności nie spodziewając się naruszenia. Lecz mimo wszelką nadzieję odważna na podeptanie najuroczystszych ustaw zuchwałość, nie dopuściła trwałém miłego pokoju cieszyć się używaniem. Drugiego bowiem dnia po powrocie moim, około godziny dziesiątéj w noc, ludzie zbrojni w liczbie znacznéj najeżdżają tenże dom mój, a udając fałszywie zmyślonym językiem odgłos niby wojska rossyjskiego, ludzi służących i poddanych na zwykłą straż przybyłych biotom i postrachem rozganiają, budynek natenczas mieszkalny otaczają, żadnéj nie dopuszczając wycieczki; kilkunastu z pomiędzy nich w strój niezwyczajny przybrani i twarze czernidłem ufarbowane mający, z przeraźliwym hałasem, w te słowa powtarzanym: Kondraty, rubi, wiaży, Koły... wpadłszy do pokoju, w którym ja z żoną i córką przy stoliku siedziałem, między nas kulmi ognia (dawszy), które Opatrznością bozką uniesione w drzewie budynku utkwiły, do mnie samego, żonę i córkę w uprowadzeniu do drugiego pokoju zasłaniającego, powtórnie tak blizko strzelili, że włosy na mojéj głowie zostały naruszone. Przytomnego natenczas urodzonego Łukasza Trzaskowskiego tumult ten zamknięciem drzwi do drugiego pokoju wstrzymać chcącego, za przybiciem gwaltowném tychże drzwi, gdy obaloną na ziemię żonę moją od wymierzonych zasłaniał razów, flintami okrutnie zbili (jako o tém wyraźniéj świadczy obdukcya razów jemu i innym ludziom zadanych, oraz wizya kul w drzewie uwięzłych officione zeznana). Inni pawilon, w którym łóżko okryte było, bronią przebijali, a na ostatek postrzegłszy córkę moją, a żonę wimp. starosty bełzkiego między téjże płci osobami w zalęknieniu stojącą, za uczynionym przez jednego, który ją zapewne znać musiał, okrzykiem w te słowa: „Woźmitie jejo, ona znajet o kondratach,“ jako lwi drapieżni bez względu na płeć i wieku delikatność, między siebie porwali, i tak wysiloną o kilka staj jako znaki utkwione w śniegu, gdzie niegdzie nóg jej, pokazywały, tyrańskim sposobem między końmi wlekli, daléj zaś bez futra i żadnego na przeraźliwe zimno opatrzenia, czyli na saniach, które we wsi widziano, lub inaczéj, uwieźli, wiedzieć dowodnie nie można. Przerażona tak nagłą gwałtownością żona moja, w słabém jeszcze zdrowiu niemąjąca sił zdolnych do ucieczki, ledwie wyczołgawszy się za drzwi po wielokrotném w zamieciach śniegowych zanurzaniu się i upadaniu prawie w pół obumarła, do pobliższéj poddanego swego przywlekła się chałupy, a w rozumieniu, że szczególnie na życie i majątek nasz godzono, pierwsze przynajmniéj chcąc ocalić, w najpodlejszy wiejski dla niepoznaki strój przebrana, temuż poddanemu do Lwowa odwieźć się kazała. Ja zaś, skoro spostrzegłem, iż ukochaną mi porwali córkę, nieznośnym przejęty żalem, ile rozproszonych na prędce zebrać moglem ludzi, wysłałem ich w pogoń za najezdnikami, lecz bezskutecznie, bo ci zaraz za wsią na kilka rozdzieleni partyj w różne dla uniknienia wszelkiéj poszlaki i spodziewanéj pogoni udali się strony; noc przytém ciemna i onéj w téj porze przeciąg dała im sposobność oddalenia się tak, że powróceni ludzie żadnéj pewnéj nie dali mi wiadomości, w którą stronę porwaną uwieźli mi córkę... Czy mógłże już sroższy na udręczenie serc rodzicielskich wynalazek, jako troskliwie wypielęgnowaną, wszelkiemi zacności urodzenia przyzwoitemi ozdobioną przymiotami, w wieku i stanie szczególną korzyść oczekiwanéj w nagrodę podjętych prac i trudów pociechy wróżącemi, tak gwałtownie wydrzeć córkę? Niewzruszona jednak żadnym ulitowania powodem, ani najokrutniejszych zamysłów zręcznie zdarzonym nasycona skutkiem zawziętość, dwojaki jeszcze do pomnożenia w rozpacz prawie pogrążającego nas smutku wynalazła sposób. Najprzód uczynionym przez wimp. starostę bełzkiego na dniu szóstym miesiąca lutego w Krystynopolu przed księdzem jakimś, po imieniu tylko Gabryel wyrażonym, w obecności dobranych świadków manifestem, który on ślub swój, żadnéj niepodległy wątpliwości za nieważny przyznać, w wynajdowaniu indultu, o który sam tak usilnie (jako list wyświadczy) dopraszał się, podejście zadać, oraz najdotkliwsze i najmniejszego pozoru prawdy niemające, z krzywdą honoru naszego odważył się wypisać zarzuty, powtórnie rozsianą dawniéj i dotąd prawie bezwstydnie utrzymywaną wieścią, któréj nikt rozum mający wierzyć nie może, że my rodzice własną córkę uwieść i ukryć kazaliśmy: chociaż najtroskliwszém staraniem i nieoszczędnie łożonym kosztem dotąd nietylko jéj wynaleźć, ale nawet czy żyje, pewnie dowiedzieć się nie możemy.
„Któż z tak rzeczywistego poprzedzających okoliczności wywodu nie rozezna pewnego téj niegodziwéj czynności wynalazcy? Czyliż wnieść można, że poważna osoba, powszechném i ze wszech miar pozorném o tak szpetny uczynek obwiniona porozumieniem, nie miała powinności i skutek pewny sprawić mogących sposobów dla oczyszczenia własnéj sławy (gdyby niesłusznéj potwarzy) wytknąć prawego winowajcę i nam strapionym rodzicom inszą do szukania wydartéj córki wskazać drogę? Alboż czyli przystoi i godzi się mężowi rozmyślnie przedsięwziętém i najsilniejszém staraniem pojętą i wielu najżywszemi ręki własnéj wyrazami o dotrzymaniu przez cały bieg życia zaprzysiężonéj miłości upewnioną żonę obojętnym bez okazania najmniejszéj czułości porzucać losom, a do najprędszego jéj wynalezienia i z tak nieszczęśliwego wyprowadzenia stanu, mocy i władzy swojéj podległych nie użyć środków? przeciwnie owszem oddaleniem ludzi o wykonanie tego uczynku podejrzanych, a przezemnie (na usilne prośby i upewnienia, że będą dotrzymani i w czasie stawieni) objawionych dokładną, w upragnioném o losie córki mojéj dowiedzenia się i żądanéj sprawiedliwości poparciu, czyniąc wipan starosta przeszkodę wyniszcza we mnie ugruntowaną dotąd na szczególném stateczności swojéj zaufaniu, cierpliwość. Tak więc nieznośnym natężonéj przemocy obarczony uciskiem najpierwszą po Bogu znajduję ucieczkę do pełnych wspaniałéj litości serc waszych, rządzący światem monarchowie! Powierzonéj wam namiestniczéj Bóztwa władzy powaga, równym sprawiedliwości wymiarem warowane poddanemu ludowi ocalająca swobody mi teraz skutecznym ratunkiem wydarte, onych przywróci uczestnictwo. Wzywam w szczególności twojéj, najjaśniejszy Stanisławie Auguście królu mój i panie, miłościwéj protekcyi, oraz wsparcia i pomocy od was, przezacni obywatele i prawem przyrodzoném dzieci własne kochający rodzice, tak niesłychany wyuzdaną zuchwałością na mnie wykonany przykład, znalazłszy względne w sercach waszych zlitowanie, każdego słusznie o własne zatrwożyć powinien bezpieczeństwo! Wzywam nakoniec wszystkich w równości stanu zostających, których serca czuciem samém takowéj krzywdy przerażone dokładną uczynić raczą pomoc: dotkliwość bowiem narodowa każdego obywatela tykać się zwykła, a w téj zwykłości jednéj osoby poniżenie jest podobne, co-do równości zniesienie. Krytyczny postępek na jednéj osobie doświadczony, pójdzie podziałem na innych. Niech więc powszechne o wyrządzoną równość obelgę i odważne prawołomstwo skarga sprawiedliwéj a najsurowszéj na wynalazcę i wykonawców tak okrutnego dzieła kary stawszy się powodem, podobnym w przyszłe czasy zapędom najsilniejszą założy tamę, nam zaś strapionym rodzicom szczególnie żądaniu przywrócenia wydartéj córki wyjedna korzyść. Takie skutki świętéj sprawiedliwości chcąc pozyskać, manifestuję się przeciwko zwyż wytkniętym niemniéj osobom niegdy jw. Franciszkowi Potockiemu, wojewodzie kijowskiemu radą, pomocą służącym, z imion i przezwisk teraz mi wyrażonym, wyrazić się jednak w czasie swoim mającym i powinnym, o wzgardę równości i chęć jéj poniżenia wyraźnie okazaną, o gwałtowny domu mojego przez ludzi nasłany umyślnie najazd i najniegodziwsze w nim następstwa na życie nasze, bicia i skaleczenia urodzonego Trzaskowskiego, oraz służących nam ludzi wykonane postępki, o porwanie, uwięzienie i dotąd bez wiadomości nawet czy żyje, ukochanéj nam córki ukrycie, o niesłuszne i fałszywe żadnéj skazie niepodległéj sławy naszéj oczernienie wyżéj wyrażonym manifestem, czego wszystkiego oczewiście dowodzić ofiaruję się.
Jakób hrabia Komorowski, kasztelan santocki, now. podlis. starosta manu propria X in parafa copia perrexit et manu sua subseribit.“
Na ten akt wytaczający sprawę, potrzeba było odpowiedzi. Szczęsny stawał w bardzo przykrém położeniu: musiał w imię rodziny całéj poślubić sprawę imienia i pamięci ojca broniąc, protestować przeciw własnym czynnościom — uniewinniając się — potępiać.
Szczęściem lekki charakter i gorączka młodości nie dawały mu dojrzeć całego ciężaru położenia, ani go surowiéj ocenić. Wyręczano go, nabesztywano, robiono z nim, co chciano.
Remanifest ten z dobrego warsztatu, jak pisze Wiażewicz, mógł się podobać Potockim, zaboleć Komorowskich i ks. kanclerza, ale w opinii publicznéj nie jednał szacunku Szczęsnemu. Ugodą kończąc mógł tego zgorszenia j hałasu niepotrzebnego uniknąć.
Zredagowany przez Wyczółkowskiego, poprawiany przez doradców i prawników, zapewne przejrzany przez p. Kossakowską, wyszedł akt ten drukowany, osobno po polsku i w drugiem wydaniu z tłómaczeniem francuzkiém. My mając przed sobą pierwotny rys ręką Wyczółkowskiego pisany, nieco od wydanego odmienny, dla ciekawości w całości go tu mieścimy, z akt zaś wyjęty dla porównania daliśmy w notach pierwszego wydania...
„Pozwalają naturalne i cywilne ustawy każdemu urażonemu głosić uczynioną sobie krzywdę, uskarżać się na urażającchj i ukarania dopraszać się; ale też ustawy, ale poczciwość, ale wiara prawdziwa chrześciańska, zabrania używać tak świętych praw na oczernienie niewinności, na łudzenie i zwodzenie obywatelów i całego kraju. Manifest jw. pana Jakóba Komorowskiego kasztelana santockiego w grodzie warszawskim dnia dwudziestego ósmego miesiąca stycznia roku teraźniejszego 1773 uczyniony, gdy najprzód niepewny przypadek głosi za pewny, gdy ciemne dotąd okoliczności i niewiadome osoby, głosi za widoczne i sobie znajome, gdy nakoniec niepodobne do wiary rzeczy udaje za prawdziwe i istotne, słusznie mnie pociąga do odpowiedzi, abym milczeniem nie zasłużył sobie na tę naganę, którą ściągnął na siebie tenże jw. kasztelan santocki milczeniem więcéj niż dwóchletniém w krzywdach i gwałtach ojcu mojemu po śmierci dopiero teraz zarzuconych. A najprzód wstręt mi sprawia niejako zarzut, który muszę temuż jw. Komorowskiemu kasztel. santock. przy wstępie swojego manifestu głoszącemu, że powszechna nieszczęśliwość i rozrzucone po całym kraju różnego gatunku klęski zatamowawszy w całéj prawie ojczyźnie wszelki sprawiedliwości kurs, wstrzymały ukrzywdzonych od zanoszenia skarg bezskutecznych, chociaż w nieznośnym ucisku. To prawda, że niektóre jurysdykcye zatamowane i niejako zawieszone były, ale sądy tak ziemskie jako i grodzki lwowski (do których jurysdykcyi wieś Nowosiołki miejsce mniemanéj gwałtowności należała) w czasach przez prawo wyznaczonych zawsze odprawowały się, na których sprawiedliwość mogła mieć swoje uskutecznienie: niechże więc cały naród sądzi niesłychaną śmiałość niedbalstwa tego wymyślonemi i fałszywemi wymówkami ufarbowaną, niedbalstwa o własną córkę, godną ze wszelkich miar starania ojcowskiego. Niech sądzi tenże naród cały, niech sądzą nietylko szlachetni w kraju naszym obywatele, ale wszyscy na świecie rozsądni ludzie, jeżeli ta rodziców niestaranność nie podlega słusznemu podejrzeniu? Niech sądzi potém świat cały, jeżeli przytém o własnéj córce zapomnieniu, można mi tęż samą zadawać przywarę, którą ja sam pierwszy, ale nie jeden w osobach rodziców strofowałem, i do dziś dnia strofuję; tenże sam czas, który jw. Komorowski kaszt. santocki tracił na prywatne w prywatnych domach użalenie, na rozsiewanie nieprzyzwoitych bajek, na podawanie do fałszywych gazet fałszywszych jeszcze punktów, ten sam święty, że tak rzekną, czas powinienby obrócić na odkrycie ludzi podejrzanych, na ściganie krzywdy i krzywdzących. Ale kogo wtenczas miał jw. Komorowski k. s. w podejrzeniu? zaiste nie ojca mego (tu dodano słów kilka, a daléj to co następuje opuszczono aż do znaku). Można w téj mierze wierzyć listowi jwim. księdza Młodziejewskiego biskupa poznańskiego, kanclerza wielkiego koronnego, przyjaciela domu jww. Komorowskich, pisze on w liście swoim d. 18 miesiąca stycznia, roku przeszłego 1772, z Warszawy do ś. p. ojca mojego w te słowa: „że jpan Komorowski siedzi w Warszawie spokojnie o jwpanu nic nie mówi, powiada tylko że ma krzywdę, a nie wie od kogo.“ Nie wywinia (sic) jw. Komorowskiego od tego milczenia przemoc dostatkiem usilna ś. p. ojca mojego, która gdyby nawet była przy zaletach kredytu u narodu, miłości wzpółobywatelów, których równością się szczycił, nigdyby go bronić nie potrafiła, gdyby mu niezarzucony za życia jego gwałt i naruszone publiczne bezpieczeństwo dowiedzione były. Okoliczności poprzedzające spisane w wyżéj wspomnionym manifeście o gwałt, nic obwiniają ani mnie, ani ojca mojego (tu redakcya zmieniona). Rzecz jest naturalna młodemu człowiekowi zjeżdżać tam, gdzie cel miłości jego, rzecz jest naturalna ojcu nieżyczącemu sobie takiego syna postanowienia własnym układom przeciwnego przeszkadzać, podobnych podróży zakazywać, i zabraniać do nich usługi własnym swoim ludziom; — rzecz jednak nienaturalna i wcale nieroztropna nie miarkować z takowych postępków rodziców niechęci, rzecz przeciwna rozsądkowi i przystojności nie znosić się w podobnéj mierze z ojcem moim, ile żyjąc (jak sam świadczy manifest) w dawnéj przyjaźni. Większa więc w téj mierze wina rozsądnego i dojrzałego w lata człowieka, niżeli młodego na świat wychodzącego, i mało co podejścia i zdradliwe sztuki znającego; nic zaiste piękniejszego niż te uwagi, które w manifeście swoim jw. Komorowski o postanowieniu dzieci, o obowiązkach uszczęśliwienia onychże wykłada, ale gdyby miłość własna nie zabraniała siebie samego uskarżać, przyznałby jw. kasztelan santocki, że (następne wyrazy przekreślone — że szczególniejsze pobudki z jego samego strony do zakończenia cichego i ukrytego przed rodzicami moimi ślubu były z powodu majątku onychże i nadziei zysku). Zostawuję sądowi ważność ślubu wspomnionego, któremu podałem z ufnością przyczyny gruntowne nieważności jego, i odbiorę z posłuszeństwem wyroki tegoż. Okoliczności nieszczęśliwego przypadku dnia 13 miesiąca lutego w roku 1771 rozgłoszone, jeżeli nie podpadają zupełnemu niepodobieństwa, przynajmniéj zbliżają się do niego, czas sam prawdę odkryje, i nikt tego odkrycia pożądaniéj odemnie nie czeka, skutki tego ogłoszonego nieszczęśliwego przypadku takowe są, że o samym przypadku wątpliwości sprawują, niewiadome drogi, któremiby uwieziona była córka jw. Komorowskiego, niewiadome osoby, nieodkryte ciągle ślady równie dziwią, jak dziwi nieszczęśliwy przypadek!
Przywiedziony w manifeście wspomnionym jw. kasztelana santockiego mój bilet ołówkiem pisany, okazuje, jakich byłem delikatnych sentymentów; obawiałem się poniekąd przykrości dla jww. Komorowskich u rodziców moich, ale takiéj przykrości, która się zwykła między zacnymi ludźmi kończyć na wymówieniu sobie żalu, na słowném oświadczeniu niechęci. Zwiedziona młodość moja powabami panny, zdradzone wszelkie sąsiedztwa i przyjaźni prawa każdego ojca w każdym kraju gniew wzbudzić powinny; listy z rozkazu ojca mojego pisane, i sam list na zapusty proszący w téj myśli posłane były, aby przerwana bytność jwp. Komorowskich podejrzenia jakiego ś. p. matce mojéj nie sprawiła (a przytém by sposobność uczyniły do ustnego między rodzicami ułożenia). Podejrzany był także ś. p. ojcu mojemu wysłany od jw. Komorowskiego człowiek, nietylko z przyczyny ukrytego ślubu, ale nawet z przyczyny grasującego powietrza. Umarł ojciec mój martwiąc się zawsze niepomyślném mojém postanowieniem, umarł w nadziei, że sąd uznawszy nieprawość ślubu, rozwiąże węzły, któremi zniewoloną młodość skrępowano, wiedział o tém, co w prywatnych rozmowach kalumnia rozgłaszała, ale widząc szkalowania same, żadnym niewsparte prawnym krokiem, wzgardzał, jak zwykli ludzie rozsądni i zacni wzgardzać nieuważne mowy. Powróciłem z cudzych krajów, i mając przed oczyma jwp. Komorowskich prawdziwych ojca mojego nieprzyjaciół świeżą pamięć niezmiernie dla mnie dotkliwą, ostygłem wprawdzie w tém przywiązaniu, które do nich („z litością nawet” wyrazy zmazane) miałem, ale zdając się wolnym od obowiązku przyjaźni nie rozumiałem się być wolnym od obowiązków poczciwości i ludzkości, szczerze ten interes kompromisem zakończyć umyśliłem, ile po tak długo zaniedbanym od samych jwp. Komorowskich czasie nie mając żadnego łatwiejszego i prędszego sposobu w opuszczonéj i zaniechanéj sprawie dochodzenia prawdy. Mogę wziąć na świadectwo sprowadzonych tak odemnie jako i jwp. Komorowskich do zakończenia wspomnionego interesu przyjaciół, którzy niezawodnie wyznają, z jakową łatwością do umiarkowania wspólnego skłaniałem się, względy moje pochodzące z szacunku równości, w któréj wychowany byłem, przypisywano bojaźliwéj jakowéjś troskliwości, i staranie moje około skończenia przykrego dla mię interesu płochość i rezolucya zerwała; nie zaniedbałem nawet tych kroków, które w mojéj były mocy, abym dowiadywał się o bytności córki jw. Komorowskiego, i na ten koniec w różne miejsca posyłałem umyślnych ludzi, i dotychczas w téj saméj zostając myśli, uprosiłem jww. biskupów, aby po swoich dyecezyach procesa wydali, obowiązując wszystkich obywatelów do wydania osób o tę awanturę posądzonych, a najbardziéj do wynajdowania miejsca i osoby córki jw. Komorowskiego. (Ludzi o wykonanie tego występku posądzonych anim namawiał do schronienia, ani też nikogo ochraniać nie myślę, i to com przyrzekł, dotrzymać obiecuję, i co tylko sprawiedliwość wyciągać będzie, uczynię, nie pomnąc na to, że zuchwałością i zawziętością staranność i pilność moją dobrowolną nagradzano mi. Te moje postępki, które w każdym czasie gotów jestem jak najsolenniéj i oczywiście dowodzić, nie uśmierzają jw. kasztelana santockiego, który nie tak sprawiedliwością, jak bardziéj zawziętością uwiedziony, nie tak córki szuka, jak bardziéj zazdroszczonego od przodków i ojca mojego z niemałą pracą zebranego, a mnie zostawionego majątku ściga). Wymawia mi, a bardziéj ojcu mojemu zdeptaną równość, a nie uważa, że tę świętą równość sam zgwałcił, kiedy nie do prawa narodowego, ale do różnych protekcyj udawał się i pokilkakroć razy u cudzoziemskich monarchów szukał pomocy, a po odmówieniu téjże do sądu przyzwoitego odesłany, szuka tylko zemsty w zapalaniu i poduszczaniu wszystkich obywatelów szkalującemi swego manifestu punktami, zrywa spokojność i jedność pospolitą, wzrusza nawet popioły ojca mojego i zmarłemu odpoczynku nie daje, tudzież niewinność wszelkiemi prawami ubezpieczoną szarpie i targa; wszystkie więc zarzuty jw. Komorowskiego kasztelana santockiego, kalumnią tchnące, na majątek od Boga rodzicom moim udzielony, a mnie zostawiony czyhające, jako fałszywe i żadnego fundamentu niemające w sądzie i czasie przyzwoitym jw. Komorowskiemu wstyd niesłychany, a mnie oczyszczenie przyniosą, o co podług prawa czynić starania nie przestanę.“
Zmieniono znacznie ten manifest, gdy go przyszło do akt podawać, wyrzucono z niego wspomnienie o liście przez Młodziejowskiego pisanym, zastępując ogólnikiem, złagodzono co do formy zarzuty chciwości i czyhania na majątek uczynione w nim Komorowskim, ale też dodano wiele bolesnych wyrzutów; wszystko poczytując za potwarz i niegodnie raniąc serce ojca wymówką niedbalstwa o los własnego dziecięcia. Potocki wystawił w nim siebie jako uwiedzionego, Komorowskich jako spekulatorów chciwych majętności i potwarców, nie szczędząc im wcale i gorzko im zadając niedelikatność ich postępowania; okazywał, że oni go niemal do ożenienia zmusili, że ślub stal się prawie mimo jego woli, że się z nim targowano chcąc go po prostu obedrzeć.
Proces rozpoczął się w sposób gorszący.




LXII.

Remanifest Potockiego rozjątrzył przeciwko sobie strony, a nie sądzę, by w opinii powszechnéj sprawę Szczęsnego poprawił; — z niego już przeglądała słabość charakteru, która być miała, niestety, grzechem całego jego życia, i na wpół z wygórowaną dumą największych błędów powodem. Najboleśniejszy był dla Komorowskich zarzut, że córki nie szukali w porze, że nie ścigali sprawców zbrodni, że ich nie odkryli! zarzut uczyniony przez tego, który dobrze wiedział, że ich ścigać i odkryć nie mogli, sami się obawiając, by ich los Gertrudy nie spotkał.
Silny zatarciem śladów występku, Szczęsny odzywał się śmiało — śmierć ojca, oddalenie oprawców, zresztą położenie jego i stosunki dozwalały mu bezkarnie tak gorzkie czynić wyrzuty — komu? rodzicom żony jeszcze ją opłakującym! Pojąć łatwo, jak ta obrona zaboleć ich musiała!
Tymczasem bawiono się wesoło w Warszawie, a łoskot upadającego zakonu Jezuitów, towarzyszył balom i redutom.
„Starosta bełzki, pisze Lubomirska dnia 29 września ze Gdowa, bardzo się w Warszawie podobał, umiano go użyć. Sprzedaje starostwo rubieszewskie dziedzictwem Moszczeńskiemu młodszemu, jeżeli się to uda, wielu tak uczyni.“ Ale się to podobno nie udało.
Pomimo manifestu i odpowiedzi, może z powodu ich właśnie, aby nie mnożyć gorszących zarzutów wzajemnych, przyjaciele obu stron starali się je prowadzić do zgody, znać to z listów wspólnych znajomych, z których jeden przesłał kartkę kasztelana Komorowskiego zawierającą w sobie wyznanie: „kto mu niegodziwą bajkę tę (?) opowiadał“ (20 września). — Tyle tylko śladów tych starań doszło do nas, bilet kasztelana santockiego zaginął.
Sprawa nowy wzięła obrot w tym czasie; staraniem kanclerza we wrześniu (13) Komorowski wymógł, że ten tajemniczy proces przeniesiono do delegacyi sejmowéj i kazano nań wyznaczyć osobną komissyę. Tego nie chcieli z razu dopuścić Potoccy, książę marszałek Lubomirski potajemnie starał się, aby naznaczenie komissarzy do skutku nie przyszło, spodziewając się jeszcze w Potockim przyszłego zięcia. Kanclerz obstawał przy komissyi, zwarły się wpływy, wypadek pozostał wątpliwym, rozumiano jednak powszechnie, że się zręczny Młodziejowski przy swojém utrzyma, i w istocie tak się stało.
Trzynastego października pisał Cetner: „Starostę bełzkiego obiecują tu, interes z jmp. Komorowskim magnum motu agitował się, ks. marszałek, w., ks. kanclerz i ich przyjaciele chcieli koniecznie odrzucić komissyę i postawić na tém, aby nie była, lecz w przytomności posła cesarskiego, nakazała delegacya komissyę. Nominacyę tylko komissarzy do piętnastu dni zawieszono, aby się strony znieść mogły, a gdyby się nie zniosły, natenczas proprio motu liczba komissarzy decydowana będzie. „Mówiłem, dodaje korrespondent, ze starostą warszawskim, o téj powieści ich m. przyjaciół starosty bełzkiego na ś. p. jp. dobrodziejkę (?) eksplikowałem mu żywo, że takowa rzecz pomnoży imp. staroście nieprzyjaciół, i że jego to samo dotykać powinno. Ma tedy pisać do niego.“
Téj ostatniéj okoliczności domyślić się trudno, zdaje się jednak, że mowa o udziale jaki wojewodzina sama w czynności całéj mieć mogła.
Cel komissyi, jak widać, był, aby postrachem zmusić go do ugody i opłacenia basarunku. Kanclerz Młodziejowski grał w tém największą rolę... Na nieszczęście prawnicy, którzy z procesu korzystali, nie dozwolili na traktacye i ugodę. Potoccy osaczeni w Warszawie, słabsi tu i niewiele popierani mimo Mniszcha, który z daleka tylko naglądał ua sprawę, ks. Lubomirskiego i innych przyjaciół swoich, obmyślili snadź z porady Wyczółkowskiego przeciągnąć sprawę do Lwowa, gdzie stosunki ich, a szczególniéj pani Kossakowskiéj, z nowym rządem i protekcya jego, lepszą utrzymania się dawała nadzieję. Stanisław Potocki słuchając wszystkich, niepewny drogi, którąby miał pójść, splątał w ten sposób interes gmatwając go coraz gorzéj, wikłając, mnożąc sobie koszta, narażając ludzi, sypiąc napróżno krocie, któremiby był od razu mógł pokój i zgodę okupić. Nie było ani głowy, coby tę sprawę poprowadziła, ani ogólnego jéj pojęcia. Cząstkowo odnoszono zwycięztwa maluczkie, ale wielkie zadanie pozostawało nierozwiązaném, a groźba wisiała nad głową.
Szczęsny pod pozorem niewłaściwości sądu, zaprotestował przeciw komissyi i próbował sprawę odciągnąć do Lwowa; oto jego manifest:
(Metr. 281. — 130. — 133. — Metr. 237.— 121. 125).
„Pierwotna skarga jw. Komorowskiego do akt grodzkich lwowskich wniesiona w przedmiocie jak gdyby wyrządzonych sobie gwałtów przez pewnych ludzi we wsi Nowém Siole w ziemi lwowskiej, o dwie blizko mile od miasta Lwowa położonéj, tudzież o porwanie jego córki, a zatém w przedmiocie tego rodzaju, jakoby popełniony został w Królestwie do cesarstwa należącém zamach i czyn mający się udowodnić lub uchylić, żadnym sposobem rozsądzonym być nie może. Jeżeliby wolno było jw. Komorowskiemu sprawę tę tak, jak obecnie z manifestu w roku teraz bieżącym przed aktami warszawskiemi zaniesionego, przeciwko jw. Potockiemu o zbrodnię w granicach tutejszéj prowincyi, jak gdyby popełnioną w sądzie warszawskim popierać, naówezas wolnoby było tém samém wszystkich mieszkańców téj tu prowincyi odzyskanéj i rządom najjaśniejszego cesarza podległéj, pozywać do tego kraju, procesem nagabać, na uszczerbek narażać, i z ujmą najwyższéj cesarskiéj władzy, niewłaściwą sądową srogością uciskać; atoli wzmiankowany pozew sprzeciwia się wszystkim w szczególności prawom narodowym i dla tego na teraz nie może być dozwolony. Chociaż strona powodowa, tj. jw. Komorowski przytacza, iż ze względu zamieszkiwania w krajach Rzeczypospolitéj polskiéj, pomijając posiadanie dóbr ziemskich, jw. Potocki do odpowiedzialności powinien być pociągany, to wszakże gdy sprawa ta żadnym sposobem nie tycze się dóbr posiadanych, owszem co do istoty czynu osobę tylko obciąża, z tego powodu w takowych okolicznościach, gdy sprawy obciążające osobistości nie przechodzą za osoby, ztąd prawda tak co do zanoszącego skargę, jak i co do zarzutu może być wyświecona nie gdzieindziéj lub jakkolwiek po za miejscowością mniemanego przewinieniu, ale tylko tam zkąd poszukiwany zamach jest dochodzony. Świadectwa we względzie czynu żadnym sposobem nie mogą być pominięte, gdyż inaczéj prawda w téj rzeczy nie zostałaby wykryła, z tego powodu okoliczności sprawy i uczynku tylko w miejscu zarzuconego zamachu przez świadków tego miejsca właściwych dochodzone być powinny: co wszystko za granicami tutejszéj krainy według sprawiedliwości i słuszności uskutecznioném być nie może. Ta jest osobliwa każdego kraju mieszkańców powszechna i rządowi swemu prawdziwą wdzięczność i przychylność publicznie wyrażająca pomyślność i nadzieja jedyna: iż ciż mieszkańcy od kogokolwiek nagabani (skoro przyjętą jest zasada na całym świecie i od początku wieków, że skargę zanoszący powinien z nią występować przed sądem właściwym oskarżonego) mają odpowiadać i usprawiedliwiać się przed swojemi sądami. Gdyby zaś sprawa niniejsza miała być sądzoną za obrębem kraju, tém samém uwłaczałoby to prawéj krajowéj sądowości, pozostawiało mieszkańców cesarskich w opuszczeniu i poddawało ich pod obcą władzę i jurysdykcyę, a co bez uszczerbku prawéj władzy w żaden sposób dozwoloném być nie może.
Stanisław Potocki, starosta bełzki.“
Tak tedy w październiku już Potoccy na oko niby z pomocą rządu austryackiego, zdawali się wymykać komissyi, i Cetner pisze dnia 21: „Delegacyi sejmowéj limita na dni szesnaście, do dnia 19 listopada nastąpiła, toż samo i komissyi starosty bełzkiego z Komorowskim tu wyznaczona, gdyż zwierzchność cesarska lwowska w to się miesza, i już od starosty bełzkiego Komorowskim pozew na sądy gubernatorskie lwowskie wydany, którego ekstrakt na ręce jw. Rewitzkiego do Warszawy odesłano.“
Nie postrzegłszy od razu następstw, jakie ta ucieczka pod skrzydła rządu austryackiego sprowadzić mogła, Potoccy byli pewni, że przeniesienie sprawy do Lwowa otrzymają. Rewitzki posłał z tém kuryera do Wiednia, a choć wyznaczona była w delegacyi komissya, jeszcze nikomu z kancellaryi nie wydano jéj składu, czekając na powrot posłańca, czego podobno pan Rewitzki wymagał.
Spodziewano się (4 listopada), że nim komissyi zasiadać przyjdzie, wszystko za staraniem posła spełznie; sam starosta znowu się obiecywał do Warszawy. Krok ten nowy wszakże najgorzéj był doradzony. Pergen gub. Galicyi, skłoniony przez panią Kossakowską, napisał do Rewitzkiego w sprawie téj, że ją do sądów lwowskich ekscypują; dość tego było na chwilę, aby zbałamucić i zmitrężyć, ale gdy się lepiéj rozpatrzył kanclerz koronny, z kroku tego ukuł nowy zarzut przeciw Potockiemu. Schwycono list gubernatora Pergena, z którego widać było, że się do niego Potocki udawał, kopię jego senatorowie i posłowie podpisali w liczbie ośmiu, oblatując w metryce koronnéj, i zaczęto się odzywać, czyniąc z tego nową sprawę, zadając już crimen status Potockiemu, jako udającemu się pod protekcyę obcéj potencyi obywatelowi i urzędnikowi polskiemu, przeciw prawom Rzeczypospolitéj. Kanclerz otwarcie z tego czynił crimen status, za nim na toż wszyscy inni senatorowie pisać się poczęli, „nieradzi ze spełzłego żniwa,“ dodaje nasz korespondent.
Otrzymany więc dekret we Lwowie w sprawie z Komorowskim agnitionis fori i kondemnatę post recessum, chociaż niby korzystne Potockim, razem z całym planem przenoszenia procesu do Galicyi potrzeba było w kąt rzucić, gdy tak groźną postać przybrała ucieczka do Lwowa i wywijanie się z pod prawa polskiego.
Pomimo starań, interes cały uparcie z obu stron popierany coraz Potockich więcéj niepokoił. Starosta bełzki musiał znowu jechać do Warszawy (listopad), a Mniszech, który z dala na to patrzał, począł nalegać na przyjaciela swego Twardowskiego wojewodę kaliskiego, zasiadającego w delegacyi, aby ratował starostę, któremu niezręczni doradcy szkodzili.
Wojewoda kaliski byłby to chętnie uczynił, bo to był jeden z najpracowitszych ludzi swojego czasu, a wielki stronnik i gorliwy klient Mniszcha, ale Potocki mu nie wierzył, ani się do niego chciał udać, trudno mu było samemu stręczyć się za patrona. Szczęsny znowu zrażony tém, że zewsząd napierali mu się obrońcy, którzy go darli i niesłychanie kosztowali, unikał ludzi, walczył, bronił swojéj kieszeni i z nieufnością poglądał na nowych adjutorów.
Pomimo to Twardowski użył wpływów swoich i donosił dnia 10 grudnia Mniszchowi: „W interesie starosty bełzkiego szukać będę sposobów wszelkich, aby go skończyć, niech tylko przyjdzie i ma konfidencyę.“
Ciągnęło się tak z różnemi małemi zmianami bez końca, a w grudniu (11) pisze księżna Lubomirska: „Nieborak starosta bełzki, przejechał tylko przez Rzeszów przeprzągłszy konie w wielkich obrotach z tą swoją nieszczęśliwą sprawą, sam sobie winien, nie nie słuchał, jak mu radzili, bo sprawa powinna się była sądzić we Lwowie, a teraz go zedrą bez miłosierdzia.“
Postrzegał już Szczęsny, że się tu bez silnéj nie obejdzie protekcyi, któréj pieniędzmi tak jak innych pomocników zyskać sobie nie było można, ale osobą własną potrzeba było wyrobić; należało mu więc wybierać między ordynatówną, księżniczką marszałkówną Lubomirską, ex-podkomorzanką i Mniszchówną. Ostatnią przeznaczyli mu z dawna rodzice, o układach między nimi wiedział Szczęsny, i zdaje się już w tym czasie zdecydował się na córkę kasztelana krakowskiego.
Układy, jeśli jakie już były, tylko między familią transpirowały, świat się ich jeszcze nie domyślał; łudzili się wszyscy nadzieją pochwycenia starosty bełzkiego. Jedna tylko księżna Lubomirska dobrze o wszystkiém uwiadomiona zawsze, dnia 21 grudnia już winszuje kasztelanowi krakowskiemu:
„Winszuję — pisze — odgłos tu jest, że zamiast starosty smotryckiego, bełzki, c’est toujours un Potocki.“
Twardowski też zaczął mocniéj popierać sprawę starosty, chociaż nie wiedział, czy udawał tylko, że nic nie wie o projektach, które dla dłuższego uwodzenia księcia ex-podkomorzego i marszałka zachowane były w tajemnicy najgłębszéj.
To też również książę ex-podkomorzy i marszałkowstwo łudzili się, że Szczęsnego ku sobie pociągną, pierwszy poparciem sprawy przeciw Komorowskim i aliansem z królem, drugi sprzedażą, a raczéj rezygnacyą laski marszałkowskiéj koronnéj na korzyść zięcia. Twardowski tymczasem po cichu dla Mniszcha robiąc interes, ciągle donosił powtarzając jedno: „że jako oświadczył, interes będzie uspakajał i robił co może.“
Starosty bełzkiego d. 22 grudnia spodziewano się w Warszawie, ale go jeszcze nie było; Galicya składać właśnie miała homagium nowemu panu, co go tam wstrzymywało. Rady od wszechwładnéj kasztelanowéj kamińskiéj w téj chwili zasięgnąć nie mógł, gdyż ta bawiła na Pokuciu ze starostwem szczerzeckim, i dopiero na kontraktu do Lwowa zjechać obiecywała.
Przez cały grudzień i część stycznia 1774 r., pozostało wszystko in status quo. Twardowski donosił ciągle w listach do kasztelana krakowskiego: „Interes wstrzymuję, zakończy się tu, rozumiem, — dodając: starostę bełzkiego żenią tu z ks. marszałkówną, ale ja rozumiem, że z tego nic nie będzie.“
Nareszcie dnia 19 stycznia znowu przyszło do jakichś negocyacyj, o których wojewoda kaliski pisze, że powinny się skończyć ad vota, a 22 już fałszywie donosi, że wszystko skończone i starosta bełzki będzie się musiał dobrze opłacić. Ale tak nie było: co do basarunku zgadł Twardowski, koniec nie tak miał jeszcze przyjść rychło.
Znać jednak, że się strony zbliżyły, gdyż i Wyczółkowski także d. 27 stycznia o pomyślném ukończeniu w liście swoim wspomina.
Tymczasem starostę żeniono, swatano, dawano mu lalkę, obiecywano jeszcze więcéj, a Szczęsny oburzony tą natarczywością, sam nie wiedział co począć z sobą. Szczęściem z jednéj strony okrywała go tajemna protekcya Mniszcha, z drugiéj rada i opieka kasztelanowéj kamińskiéj, któréj wpływom winien był, że się nim dwór wiedeński interesował.
D. 23 stycznia pisze ktoś znowu z Warszawy: „Staroście bełzkiemu nic się złego nie stanie, gdyż poseł od dworu wiedeńskiego ma tu zlecenie, żeby mu krzywdy czynić nie dopuścił, i pod jego dyrekcyą i on i sprawa zostaje.“




LXIII.

W styczniu ku końcowi, Mniszech, synowiec kasztelana krakowskiego, przyjechał do Krystynopola znowu w celu starania się o rękę jednéj z wojewodzianek, i zabawiwszy tu krótko, razem ze starostą bełzkim do stolicy ruszył. Sprawa jego serca równie źle i powoli szła jak Potockiego z Komorowskim, jakoż mu się tu nie wiodło, choć za prawdę wytrwałości dawał dowody, a stryjowska powaga także coś znaczyła i podpierała go mocno.
„Starosty bełzkiego — pisze Twardowski 2 lutego — sprawa z kasztelanem Komorowskim skończy się; preliminarya już prawie ułożone i komissya się zacznie. Niech to będzie dowodem, żem sługa pański.“
Znać z tych słów, że wojewoda kaliski uproszony przez Mniszcha na roboty wpływał.
Jakoś w tym czasie zmarł Lubomirski, chorąży koronny, zawakowało chorążoztwo, i gdy inni o nie konkurowali, król zapewne przez księcia ex-podkomorzego zniewolony, niespodziewającemu się i nie proszącemu o nią, w lutym oddał Szczęsnemu Potockiemu. Był to sposób delikatny zobowiązania go dla stronnictwa, któremu wszyscy Potoccy dotąd tak byli przeciwni.
„Wiedzieć potrzeba — pisze korespondent nasz — że tu obiedwie strony ciągną kawalera tego, ks. marszałek koronny do córki swojéj i ks. podkomorzy koronny (Poniatowski) do swojéj. Ta grzeczność królewska faworyzuje ks. brata. Jak się dysponować kawaler będzie, nie wiem, bo u obudwóch bywa, ale że się mało eksplikuje, więc poznać nie można.“
W istocie, stolica już była nauczyła młodego Potockiego postępowania „politycznego,“ jak je wówczas zwano; grzecznością dwuznaczną zbywał wszystkich i mniéj więcéj ze wszystkimi potrzebnymi żył dobrze. Wszyscy też dla niego okazywali się serdecznie, nawet ci, na których przychylność rachować nie mógł, Młodziejowski kanclerz naprzykład i Poniński, który go darł niemiłosiernie, a wedle słów jednego z korrespondentów: „co w dzień wziął, to w nocy przegrywał.“
O tym czasie Wyczółkowski taką o interesie i położeniu chorążego koronnego daje wiadomość w notatce pod tytułem: „Opisanie pewne,“ którą tu zamieszczamy w całości:
„W interesie jw. chorążego wielkiego koronnego z Komorowskimi same tylko bałamuctwa proponuje im. ksiądz kanclerz koronny, i pretenduje, aby nigdy nie było zakończenia, nie chce pozwolić na to, aby summa siedmkroć sto tysięcy złotych polskich Komorowskiemu nie pierwéj, aż sprawy obiedwie tak w świeckim, jako i w duchownych sądach, względem zupełnego uwolnienia od wszystkich zarzutów i poprzysiężonych obowiązków zupełnie zostaną zakończone, była wypłacona. Daje to oczywiście poznać, że pragnie widzieć zawsze w takiéj, jaka teraz jest sytuacyi wspomnianego jw. chorążego wielkiego koronnego, ni żonkosia, ni kawalera, a najszczególniéj podobno dla ks. Poniatowskiego, ex-podkomorzego koronnego, aby się determinował z córką jego żenić. Już mu się raz udało, że imp. Szymanowskiego, cześnika warszawskiego przez imp. Zapolskiego pod pretekstem pokrewieństwa z Zapolskimi zachodzącego tak ks. ex-podkomorzego, jak i księdza kanclerza, wielkiego przyjaciela, jw. chorąży koronny mając sobie zarekomendowanego do komissyi, w téj sprawie podał za komissarza, a tenże impan Szymanowski tak przed podaniem siebie do téj sprawy za komissarza, jako też już po rzeczoném komisarzów podaniu kilka razy pytał się im. księdza biskupa łuckiego, jeśli jest proszony za komissarza do téj sprawy od jw. chorążego wielkiego koronnego, i takowe jest jego zdanie, czyli pozwolić na kadencyę podaną względem płacenia summy wyżéj wyrażonéj, czyli też nie; tudzież projekt im. księdza kanclerza, aby nigdy nie było końca interesowi, temuż biskupowi łuckiemu kommunikował, i imieniem im. księdza kanclerza wielkiego koronnego upraszał, aby biskup łucki namówił jw. chorążego koronnego do przyjęcia takowego projektu, tudzież oświadczył, że jw. ksiądz kanclerz sam o to biskupa łuckiego będzie prosił, dodał oraz tenże Szymanowski, że jw. chorąży wielki koronny nie trudniłby w przyjęciu tego projektu, gdyby jw. Zamojski ex-kanclerz nie namówił go na to, i że tenże Zamojski wszystko popsuł, niemniéj jeszcze mówił tenże Szymanowski, że jw. chorąży wielki koronny pozwolił Wilczka infamiować, a potém o zniesienie téjże infamii na sejmie starać się, co być nie mogło, aby przed inkwizycyami kogo nieprzekonanego sądzić kryminalnie i infamiować. Na to zagadnienie biskup łucki Szymanowskiemu odpowiedział, że skoro się będzie widział z im. księdzem kanclerzem i będzie rekwirowany, a w sprawiedliwéj jakiéj rzeczy téj nie odmówi, i podejmie się traktować o to z jw. chorążym wielkim koronnym. Po odjechaniu Szymanowskiego przysłał po mnie biskup łucki, i to wszystko mi powiedział i dodał, że imp. Szymanowski poczciwy człowiek, ale mocno interesowany tak z ks. ex-podkomorzym koronnym, jako też i z im. księdzem kanclerzem, że trzeba z nim ostrożnie postępować, i niczego się nie zwierzać. Przed temi wszystkiemi dyskursami wyżéj wyrażonemi, prosił im. ksiądz kanclerz jw. chorążego koronnego, aby do niego przyjechał, i sam na sam w interesie swoim rozmówił się. Uczynił to wszystko jw. chorąży wielki koronny, był u im. księdza kanclerza i więcéj niż przez półtrzeciéj godziny był od niego napastowany; ale tego na nim im. ksiądz kanclerz nie dokazał. Ma być jw. chorąży u Rewitzkiego, posła cesarskiego, prosząc go, aby tak, jak oświadczył, nie dozwolił żadnego uszczerbku w substancyi jw. chorążego, i przyśpieszyć zakończenie, aby dokuczał o akcelaracyę tego interesu.“
Gdy tu tak ksiądz kanclerz robi sprawę ks. ex-podkomorzego, Lubomirscy czy sami, czy ktoś popierający ich stronę, chcąc niejako zmusić Szczęsnego do zdeklarowania się ostatecznie o ks. marszałkównę, wydrukowali w gazetach francuskich (5 lutego) wiadomość z Polski, że starosta bełzki miał się żenić z ks. Aleksandrą, i że marszałek laskę mu miał odstąpić. Nikt przecie w kraju nowinie téj nie uwierzył, a tymczasem o sprawie jakoś ucichło, zdaje się z powodu niebezpiecznéj słabości księdza kanclerza, który śmiertelnie zapadł. Komorowscy z niecierpliwością wyglądali wyzdrowienia jego, on bowiem wszystkiém rządził, i bez niego nic się nie działo.
Korzystając z chwili wytchnienia, Szczęsny bawił się po młodemu, i z Warszawy na zapusty zaproszony do Opola do ks. Lubomirskiéj, w d. 12 lutego odjechał w Lubelskie. Ztamtąd miał się udać do Galicyi do Krystynopola. W Warszawie mówiono powszechnie, że zwloka w sprawie z Komorowskimi cała ztąd pochodziła, że go ks. ex-podkomorstwo chcieli tym sposobem przytrzymać w stolicy i ku sobie przyciągnąć.
Z Opola młody dynasta wyruszył istotnie około 21 lutego do Krystynopola, zawsze w téj niepewności, z jaką był ztąd wyjechał. Sprawa zostawała w zawieszeniu, gdyż Komorowscy żądali już i pieniędzy i rygoru prawa, czego obojga w żadnym sądzie otrzymać nie mogli. Potocki decydowany był odprzysiądz się dwakroć, jako nic nie przekupował świadków, i że był w niemożności stawienia ludzi, których Komorowscy aresztowali, spodziewając się potém być wolnym od dalszych odpowiedzialności.
Co do drugiéj jednak okoliczności, przysięga snadź była nieco trudna i sumiennie nie wypadało jéj wykonywać, Potocki się wahał, ale byli tacy, co mu sofistykując, doradzali pozbyć się skrupułu, i nie widzieli w niéj nic zdrożnego.
W Krystynopolu siedzieli prawie ciągle Cetnerowie, których zachowanie w tym domu było wielkie, i oni to w myśl rodziców zmarłych poczęli, zdaje się, pierwsi namawiać Szczęsnego, zbliżając go do kasztelanki krakowskiéj, a jak mówiono w Warszawie, z Duklą ożenić.
Z Krystynopola dnia 28 lutego Cetner pisał do Mniszcha:
„Chorąży koronny codziennie wyjeżdża napowrot do Warszawy, do któréj mu się wcale nie chce jechać. Książę ex-podkomorzy mocno go przynagla, aby się determinował do jego córki, żeby się zaraz oświadczył, czy chce jego córkę, abo nie, żebyśmy wiedzieli, jak się determinować — to piękna prośba!
„Zwyczajny w téj familii nałóg — dodaje Cetner — wszystkich używać zabiegów aż do podłości, a nie dopiąwszy swego, zemsty potém używać. Był czas, że można się było tego złego jak powietrza pozbyć, a lekceważono, co się teraz trucizną stało całéj ojczyźnie.
„Chorążego koronnego radzibyśmy widzieli ożenionego, ale nie z Warszawą, raczéj z Duklą, wszyscy się na to piszemy i codziennie tu o tém samém z chorążym i generałową (Brühlową) mamy rozmowy, z duszy serca tego pragnę i codzień tém nabijam głowę, daj Boże skutek korrespondował chęciom moim. Tylko ta Warszawa dyabelnie na przeszkodzie dla interesu Komorowskich, że on się nie może determinować. Suppliknje o to jo. m. d. nie brać tego za pochlebstwo, bo tą drogą nigdy nie chodziłem; pięknie byłoby to chorążemu koronnemu mieć za ojca najpierwszą w kraju osobę, możnaby coś dokazywać (sic) przy pomyślniejszych chwilach.“
To „dokazywać“ znaczyć miało trząść krajem i przeważnie wpływać na rządy wewnętrzne, nie ma wątpliwości; dla tego to Mniszech szukał podpory w księciu, a zięć takiego potrzebował teścia. Było to zjednoczenie majątków i znaczenia, więcéj niż małżeństwo osób.
Cetner ze zbytniéj swéj gorliwości z takim zapałem mówi o tych projektach w następnym urywku listu, że „pelikana“ wziął za „salamandrę.“ Ale to jeszcze maluczka omyłka wśród tak wielkiéj sprawy.
„Chorąży koronny — pisze — gdy stanął w Warszawie, zaraz tu do niego przybył ks. ex-podkomorzy koronny, winszując mu szczęśliwego powrotu. Koniecznie chce, aby córkę jego pojął, wszelkie na to obrócił starania; ale chorąży koronny wcale daleki od tego, i dał to księciu otwarcie do zrozumienia. Interesem Komorowskiego przymusić go chcą, ale i tego się nie obawia, gotów jest odstąpić interesu, jak na coś się determinować, i podobno tak będzie, że powróci, jeśli przed Wielkąnocą nie skończą, i w Galicyi siedzieć będzie, sub umra alarum, bo tam o zemstę nieciężko, jak pelikan (?) co ogniem żyje.“
Nieoszacowany Cetner, z którego listów wyjątki te mieścimy, niewyczerpany jest w wiadomościach (wyjąwszy z historyi naturalnéj), wie nawet rzeczy, które się nam dziś z daleka jakoś bardzo pociesznemi wydają, że Porta wówczas księciu Radziwiłłowi ofiarowała Hospodarstwo Wołoskie, a Multany podczaszemu litewskiemu.
Donosi on dnia 13 marca kasztelanowi krakowskiemu, że sprawa chorążego koronnego już się agituje w delegacyi, a końca jéj pomyślnego codziennie się spodziewano przez sztafetę.
Potwierdza to także list Brühlowéj do Mniszcha, która powiada, że rychło dobrego wyglądają końca, ale rachowano nieopatrznie, a sprawa ciągnęła się daléj powolnie.
Najciekawszym ułamkiem listu tego Cetnera jest solissimo Mniszchowi udzielony cetel wydatków Szczęsnego na popieranie interesu Komorowskich i Humańszczyzny:
„Chorążego koronnego z Komorowskiemi interes i Humańszczyzna kosztuje już około miliona. Ponińskiemu musiał kupić order i gwiazdę za pięć tysięcy dukatów, kanclerz koronny Młodziejowski bierze sto tysięcy, a pięćkroć sto tysięcy za rękę się daje ex-kanclerzowi koronnemu, niby to sekretnie dla Komorowskiego, aby się nie wydało, że się go directe godzi.
„Za podczaszego litewskiego zapłacił chorąży Ponińskiemu gotowemi pieniędzmi dwadzieścia tysięcy dukatów, a odebranie tych pieniędzy podobno na święty Nigdy.
„Pisarz litewski kosztuje chorążego około szesnastu tysięcy dukatów, a prawie mu nic nie pomógł, tak rzecz nieszczera a łakoma; poznał się już na nim chorąży i więcéj mu nie będzie świadczył. Po zakończonéj sprawie będzie miał do czynienia chorąży wykręcić się natarczywości ks. ex-podkomorzego i ks. marszałka, których żadnéj córki nie chce, a tu sęk wydobyć się, aby zemsty nie naruszyli, bo tam to na dorędziu.
„Pierwszego córka (ex-podkomorzanka) nieładna i niewiele ma rozumu, choć figura wysoka; druga (ks. marszałkówna) ułomna, pięknyby miał z któréjkolwiek upominek. Na Wielkanoc koniecznie chce powrócić i wziąć się do ekonomii, jakoż przy mnie tu poczynił wiele dobrych dyspozycyj. Na wiosnę pojedzie na Ukrainę i mnie w tę podróż namówił; rozumiem, że swego czasu będzie miał do pięciu milionów intraty. Jakioby to było nasze ukontentowanie, aby był zięciem j. o. pana (pisze do Mniszcha), którego zawsze mile wspomina. Jakośby to trzeba o to czynić kroki, których nie należy wysokiéj jego podawać mądrości. Jam mówił wręcz sam, bardzo chwali jo. damę, i nic przeciwnego nie odpowiedział. Gutta caval lapidem non vi, sed sacpe cadendo.“
(Tu „guttą“ miał, jak widać, być sam pan Cetner, który się obiecuje często spadać na Potockiego).
„P. S. Teraz takich kawalerów, co nie mają rodziców, trzeba nieledwie przymuszać, dopieroż takiego, co bogaty jest... trzeba tedy użyć środków jakowychś, żeby się serce (choć tego nie masz teraz) nie zatopiło kędy w innych objektach. Trzebaby ofiarować starostwo bracławskie (dla serca?), bez tegobyś go jopd. trzymał dożycia. Ja to, Bogiem się świadczę, od siebie wyrażam, bobym rad z duszy serca widzieć w skutku, bo nie znajdę lepszéj nad tę dla kawalera partyi, szczerze to wyznaję, i generałowa sądzi. Lubo może nadto moją przychylność wyrażam i tą się narażam, zdałoby mi się jednak, aby j. o. p. krakowska przedsięwzięła swoja podróż do Mikulina razem z jo. panną krakowską dobr. i tędy trakt obróciła. Któż to wie, co może Bóg (przy pomocy dobrych łudzi) sporządzić! upewniam tylko, że tego com wyraził jopd., nikomu nie wyjawię.“
Tyle Cetner, ale w téjże prawie chwili, gdy on tę myśl poddawał, sam Szczęsny napisał list do kasztelana krakowskiego, wprawdzie obojętny, ale przypominający mu się, co daje poznać, że niezupełnie od siebie tylko Cetner się w przypisku odezwał.
Oto list Potockiego:
„Dnia 28 marca 1774 w Warszawie.
„Monseigneur!
„Gdy pewna okazya daje mi sposobność przypomnienia mnie statecznéj jopd. łasce, nie opuszczając jéj, mam honor mu donieść niektóre tutejsze wiadomości. Wiadomo być już musi jopd., że Prusak granice swojo rozszerza w W. Polsce; o tém, gdy tutaj dowiedziano się, i publiczne, i prywatne pomieszanie znać było, a najbardziéj i najżwawiéj, chociaż może bez refleksyi w téj materyi rozwodził się Branicki. Wkrótce potém posłów do dworów cudzoziemskich proponowano i utrzymano. Ogiński do Wiednia, Kwilecki do Berlina, a hetman wielki Branicki do Petersburga destynowani, mówią, że tak prędko nie powrócił, a to z przyczyny, że spokojnie ministrom traktować nie dał (?). Mówią niektórzy, że i władza jego okruszona będzie, a o dojścia maryażu z ks. Jabłonowską wątpią. W moim interesie strasznie bałamucą, zkąd zaś te pobudki są, poznać łatwo można. Dzisiaj mi ostatnią rezolucyę dać mają, której oczekuję. Przy ucałowania nóg jo. wyznaję się być jopd. szczerze życzliwym i uniżonym sługą.
Szczęsny Potocki ch. w. k.“




LXIV.

Uwalniając się od natarczywości tych panów, którzy mu się gwałtem na teściów nastręczali, chorąży koronny uciekał z Warszawy ilekroć mógł; w kwietniu zbiegł na dwudziesty do Opola na wesele starosty halickiego razem z całą kompanią krystynopolską, to jest generałową Brühlową, siostrami, Cetnerami. Mówiono tam, że miał zamiar udać się za granicę i podróżować czas jakiś.
W Warszawie uproszony Twardowski dobijał reszty sprawy z Komorowskimi, a położenie jego neutralne czyniło go ku temu sposobnym; bywał wszędzie, dobrze był i ks. kanclerzem Młodziejowskim, a przez niego się to jednego ułożyć mogło.
Dnia 13 kwietnia zaproszeni na obiad do Młodziejowskiego spodziewali się układy ukończyć, ale się jeszcze raz rozchwiały. Był na tym obiedzie chorąży koronny, byli i inni interesowani, a że się po cichu umawiano, zdawało się Twardowskiemu, że Młodziejowski i Komorowscy przyśpieszą koniec, dla prędszego odebrania pieniędzy.
Nareszcie dnia 20 kwietnia Komorowscy zadatkowych sto tysięcy wzięli i przed Św. Janem miało się to zaspokoić, a Potocki skłaniał się do wypłacenia utargowanych na nim siedmkroć stu tysięcy. Ale cale te układy prywatne, niczém nieobwarowane w zawieszeniu, posługiwały jeszcze z drugiéj strony przyszłym teściom do targowania się o ożenienie; można je łatwo było zerwać, łatwo im przeszkodzić.
Dnia 2 maja pisze Cetner: — „Chorąży koronny odgryza się jak może w Warszawie. Zaproszony był do króla na obiad, na którym tylko familia królewska miała się znajdować, i tego dnia król chciał zrobić zaręczyny przez forsę; przestrzeżony był chorąży koronny od pewnego przyjaciela (Twardowskiego?), że to ma nastąpić, zaraz tedy uprosił im. generała artylleryi (Brühla), aby księciu chciał od niego oświadczyć, że się o tém ułożeniu dowiedział, że księżniczka wielkich warta względów, ale się przyznaje, że żadnéj nie ma intencyi żenienia się z ks. ex-podkomorzanką. Ks. ex-podkomorzy w wielkiéj a nieprzyzwoitéj często cholerze i passyi, rzekł te słowa:
— „A któż mu do dyabła każe kochać!“
(W istocie nie szło tu o kochanie, tylko o ożenienie).
„I podobno było wiele ekspressyi; chorąży był jednak na obiedzie tym uprojektowanym, ale nie chciano już do niego mówić i ledwie na niego patrzano. Chciano z téj okoliczności korzystać zaraz u ks. marszałka wielkiego koronnego, i mówił pisarz litewski (Rzewuski) chorążemu koronnemu, żeby może chciał ks. marszałkówny? — Odpowiedział, że niema tego potrzeby, aby się tylko z jednym kolligacić domem, już dwóch jest naszych z nim złączonych, to bez tego się tam obejdą, a ja się chcę dla ukontentowania, nie dla interesów żenić.
„I — dodaje Cetner — z tych odpowiedzi cale rozumnych wnoszę sobie, że chorąży koronny nie ma gdzie zawadzić swojém sercem tylko o Duklę, i moje proroctwo musi się przy pomocy bożéj sprawdzić. Daj Boże tylko, aby jak najprędzéj, abyśmy w Krystynopolu oglądali tę „Pallas,“ która całą Galicyę i Lodomeryę przymiotami i darami rzadkiemi od Boga sobie danomi zadziwiać będzie, a jwpd. długoletnie mógł na tę parę zapatrywać się i cieszyć. Warszawa z téj okoliczności bodaj się nie rozpukła (to jest król i Poniatowscy) ze złości, któréj i tak źle „organki w głowie (?) grają (!).“ Resentyment tak nagły Warszawy dla chorążego koronnego bardzo mi się podobał, i cieszę się z tego, że na ten padł cios (?), bo tam zawsze się na poczciwych gniewają ludzi, i po tém tam poznać cnotliwego człowieka. Chorążemu proponowano order Św. Stanisława czyli go będzie akceptował; odpowiedział, że musi go przyjąć, kiedy taka łaska królewska, ale w Kordonie (Austryi) będzie go musiał nosić w kieszeni.“
Dopisek do tego listu wart także wzmianki:
„Wróżka (pan Cetner sam) ma szczęście przyłączyć nizki bardzo ukłon i uwielbienie tak godnéj „Palladzie” za pozwoleniem jo. jéj rodziców.“
Ta Pallas Cetnerowska, w pamiętnikach Chrząszczewskiego jednakże niezupełnie na Minerwę, boginię mądrości, wygląda.
„Powtórna małżonka Szczęsnego — pisze wzmiankowany — z wielu zalet mogła i umiała przez długi czas mocno do siebie przywiązywać; wspaniała jéj postać, wdziękiem spojrzenia, głosu i szykownego ruchu umilona, dowcip wesoły i ostry, ale powagę wysokiego tonu zachować umiejący, przytém ślepa woli męża uległość, stosowanie się do jego humoru i pilna baczność w chronieniu się wszelkich pozorów, podejrzliwość ściągnąć mogących, zniewoliły serce dobrego męża.”
Ten sam wszakże Chrząszczewski mówi coś o ulubionym jéj przed ślubem p. Kl., który z nią jako marszałek dworu przybywał do domu męża — i o innych, — ale to do nas nie należy. To rzecz pewna, że panna Józefa miała znakomite przymioty, choć może niewszystkie one czyniły ją Palladą; ale Cetner nie był zbyt ścisły w użyciu wyrazów, byle mu szumnie brzmiały.
Pomimo zgody proces się toczył, gdyż od niego Komorowscy nie odstąpili. Twardowski festinans lente pracował, naznaczono z komissyi inkwizycyę, powołany do niéj za świadka pan Łukasz Trzaskowski, który był przy napadzie, czego ślad jest w Aktach Buskich (1774 Fasc. III 178); ale cała sprawa już nie tyle dziś zajmowała co wprzódy — ostygła ciekawość, zatarły się pierwsze wrażenia, miano o czém mówić, czém bawić się i na co patrzeć.
Warszawa bawiła się też zapamiętale — reduty, bale, wieczory nieprzerwane następowały jedne po drugich, darzono się niemi, a stara arystokracya polska ruszała ramionami, spoglądając z ukosa na tę nową, którą król tworzył właśnie, mianując kilku książąt, miedzy innymi Ponińskiego, rozdając i szafując indygenatami. Ktoś z téj okazyi przypomniał anegdotę, jakoby w Neapolu, gdzie massa takich książąt być miała świeżéj fabryki, zazwyczaj pytano: — „Ce prince est-il noble“ — Czy ten książę szlachcic? — Stosowano to do polski, że i tu tak wkrótce pytać będzie można. Sarkano równie i na to, i na indygenat salonowy takich pań jak Lollier i Thomatis, które wszędzie przyjmować i żyć z niemi musiano.
(Listy ks. Lubomirskiéj).
Potoccy tracili ex-starostę Śniatyńskiego, którego dysponował na śmierć kapelan krystynopolski, ksiądz Russian, i dwa tygodnie nad nim pracował, nim go po dwudziestu leciech zatwardziałości do pokuty przywiódł.
Kiedyż to w dawnéj Polsce katolickiéj i szlacheckiéj, Polakby się dwadzieścia lat nie spowiadał, jak starosta śniatyński?
W czerwcu chorąży koronny nic jeszcze stanowczego nie zrobiwszy w Warszawie, wyjechał do Krystynopola i Dukli, zapewne dla widzenia Pallady, która mu wyraźnie była przez rodzinę przeznaczona.




LXV.

Rzeczy szły w przewłokę, obiecywano koniec codzień, aby go ożenić; kanclerz Młodziejowski wyraźnie był w spisku; postrzeżono się późno, że z tego waru piwa nie będzie.
Tymczasem do wojewodzianek w Krystynopolu to Mniszech, to pisarz Rzewuski dojeżdżali. Ten z razu dosyć zimno przyjmowany, w tych czasach zaczął być coraz lepiéj położonym, choć ks. Lubomirska dowodziła: „że to nic nie znaczy.”
Chorąży koronny ze starostą szczerzeckim ruszyli do Białego-Stoku; o sprawie Komorowskich przestano mówić i nią się zaprzątać.
Obok pisarza Rzewuskiego, Mniszech ponawiał niefortunne starania swe o rękę jednéj z wojewodzianek, popierany przez stryja.
W Warszawie wojewoda kaliski Twardowski pracował wciąż po cichu, animowany z Dukli, aby przewleczoną sprawę z Komorowskimi zakończyć. „Chorąży koronny jest tu, pisze do Mniszcha; co mogę, to uczynię, aby się sprawa ta skończyła, i po różnych trudnościach, które były, znowu się kleją rzeczy, rozumiem, że się kończy interes ten.”
„Widzę, że jest ciężki (Potocki) do porozumienia się w dalszém postępowaniu swojém, i najpewniéj, że do cudzych krajów wyjedzie, lubo i tu od dwóch stron jest ciągniony do ożenienia, jakom dawniéj wyraził.”
Kleiło się, rozklejało, nie wiodło wyraźnie; d. 1 czerwca 1771, poprzedzony przez podkomorzyca litewskiego, któremu świeżo król dał order Św. Stanisława, chorąży koronny znowu z Warszawy do Krystynopola wyruszył, mając się ztamtąd wybrać na Ukrainę, na krótki czas, z konwojem rossyjskim, który wyrobił dla niebardzo pewnych dróg.
Kasztelanowa kamińska, d. 15 czerwca ze Lwowa wyjechała do Stanisławowa. W tym czasie nastąpiła dziwna negocyacya, o któréj świadczy tylko notatka, bo do skutku nie przyszła. Zachodzono chorążego koronnego z innéj strony, widziano go stratnym, dobra ukraine dawały mu ogromną przewagę i wpływy, zamyślano kupić je u niego, rachując, że choćby wziął miliony, wprędce je rozpuścić potrafi. Chciano tym sposobem zapobiedz przewadze, jaką mieć mógł w tych prowincyach dojrzewając, i wyrobiwszy sobie stronnictwo.
Książę Czartoryski, generał ziem podolskich, uprosił Brühla, generała artylleryi koronnéj, aby starał się skłonić chorążego koronnego do sprzedania mu dóbr ukrainnych. Brühl, rzecz dziwna, podjął się pośrednictwa, nie zastanowiwszy się zapewne nad skutkami, jakieby to pociągnęło za sobą. Roztropniejsi doradcy zaraz z tego następujące wyciągali wnioski:
1. „Że teraz dziedzictwa pójdą zapewne w wyższy szacunek, gdy prowizye po 5 od sta są uregulowane, i teraz jedno zdaje się być zastawny, co i dziedziczny possessor, już nie będą się napierali zastawy, tylko dziedzictwa, skoro jedna obydwóch tych nomenklatur istota.
2. „Jest do podobieństwa, że chcą Czartoryscy, aby w pozostałéj Polsce nie mieli w substancyi równego, któryby się ich przemocy mógł oprzeć kiedyś w potrzebie.
3. „Że Czartoryscy w kordonach od Polski odłączonych prawie całą mają substancyę i w Polsce pozostałéj niewiele dóbr.
4. „Że nie masz pilnéj potrzeby wyprzedawać się z kraju miodem i mlekiem płynącego.
5. „Nastręczyć można, aby sobie kupił ks. generał podolski u książąt Lubomirskich wojewodziców dobra w Ukrainie, któreby sprzedali z ochotą.
6. „Udał ks. generał podolski, że to kupno chce mieć niby pomimo wiadomości ojca i stryja swojego, i to jest fortel, nie bez tajemnicy, gdyż nie upatrują przyczyny, aby w dobrach ukraińskich nigdy nie będąc, książę generał miał zasmakować, któréj słodyczy ojciec i stryj mieliby mu bronić, może jwp. uczynić refleksyę chorążemu koronnemu, aby zauważył, jaka to jest planta, żeby go obalić, a samym tylko górować — tylko tu przestroga nieodwłócznie potrzebna, aby uprzedziła czynność następującą.”
Nie wiemy kto był autorem téj przestrogi — dość, że dobra rada czy rozsądek własny podyktowały Potockiemu nieprzyjęcie propozycyi, i więcéj już o tém nie było nawet wzmianki.
Wedle pierwszego projektu, Potocki wyjechał na Ukrainę w same żniwa, którym choć wielkie przeszkadzały ulewy i rozlewy wód po nich nastąpiły ogromne, musiał w téj podróży polubić on ukraińskie stepy i przypatrzyć się jakiéj wartości były te dobra, które od niego kupować chciano. Może naówczas już osnuł projekt nieco późniéj przywiedziony do skutku, wyprzedania się w Galicyi i opuszczenia miejsc skrwawionych dla niego wspomnieniami. Odwiedził w téj przejażdżce Humań, Braiłów, Tulczyn, Mohylów, a obszar tych ziem podległych mu, to co tu do czynienia znalazł, zapewne obudziło w nim chęć pracy, którą uczuł, choć nigdy wytrwale pracować nie umiał.
Tulczyn (Nesterwar), była to wówczas tabula rasa, mały i goły zameczek Ukrainy, w stepie siedzący, bez drzew, bez dworu, wałem opasany. Powiadają starzy, że w pośrodku wałów, któremi drewniane budowy opasane były, stały po rogach u bastyonów wielkie granitowe baby kamienne, z których jedna późniéj pod ścianą pałacową została umieszczona; a u wrot szubienica często z wisielcem hajdamaką dla postrachu. Kraj niesłychanéj żyzności i wdzięku, obfitujący we wszystko, ale dziki, opuszczony, zaniedbany... Lud butny, ale poczciwy i poetyczny... I dla ludu, i dla kraju wszystko zrobić było potrzeba... Szczęsny to pojął, i zdaje się, że wówczas już zapaliła mu się głowa do gospodarstwa, które póżniéj podniósł tu wysoko, z rzadką troskliwością o byt poddanego ludu.




LXVI.

W sierpniu, jak zawsze, donoszono z Warszawy o sukcesach jedną powtarzając piosenkę; i tak pisze Wyczółkowski: „Oddalenie się moje z tutejszego miejsca dla limity delegacyi i komissyi z p. Komorowskim naruszyło cokolwiek punktualności mojéj w pisywaniu, za którą ścieląc się pod stopy przepraszam. Komissya z Komorowskim prędzéj niż za tydzień zacznie się i limitą i skończy pomyślnie, tak, że życzenia dobrych sług będą przyśpieszone.“
Cetner donosząc o przysłanéj z Rzymu i sztafetą do Krystynopola wyprawionéj dyspensie podkomorzyca litewskiego, dodaje: „Chwała Bogu jedno weselisko się zbliża, da Bóg, że i drugie przy błogosławieństwie jopd. będzie przyśpieszone, już przecię bliżéj jest zakończenia tutejsza zawada (proces z Komorowskim).“ W tymże liście donosi, że z Umania chorąży koronny na Podole do Mohylowa od tygodnia i więcéj miał wyjechać.
W tydzień potém powtarza znowu (10 sierpnia):, Komissya z Komorowskim w tych dniach skończy się, ciekawy dekret, gdyż na przekonanie o zarzut nie mają świadków, godziłoby się ukarać za prześladowane bez dowodu. — Obiecał ks. kanclerz koronny jak najprędzej kończyć tak w świeckim jak w duchownym sądach tę sprawę, i choćby nie chciał, to musi, gdyż pieniądze nieprędzéj oddane będą, aż ten kłopot się skończy. Chorąży koronny d. 24 lipca już z Umania tu pisał, i jak jw. podkomorzyc lit. z Krystynopola diebus praesent uwiadomił mnie, nie powróci ztamtąd w tym miesiącu w Bełzkie.”
Projekta Cetnerowskie coraz prawdopodobniejszemi się stawały, i jak wprzódy żeniono chorążego w Warszawie, to z ex-podkomorzanką, która miała znowu wychodzić za Potockiego starostę smotryckiego, tak teraz cała Polska wiedziała o układach z kasztelanem krakowskim o rękę panny Józefy. W sierpniu już się sypały powinszowania panu na Dukli, mówiono nawet, że zaraz po powrocie z Ukrainy ślub ma nastąpić, ale we wrześniu dopiero chorąży do Dukli się dostał i rzeczy otwarcie się już zdeklarowały, tak, że ostrożny kasztelan krakowski nie wahał się nareszcie o tém uwiadomić przyjaciela swego wojewodę kaliskiego, na co ten odpisuje z niejaką urazą, że wprzódy wtajemniczonym nie został.
(D. 7 września): „Cieszę się serdecznie, że godną swą córkę jopd. wydajesz za jw. chorążego koronnego, przynajmniéj w tylu umartwieniach tę kochany pan masz pociechę. Życzę, aby się w jak najpóźniejsze wieki na tę zapatrywał konsolacyę, i w czerstwości zupełnéj, prawnucząt doczekał.
„Miarkując dawniejsze listy jopana pisane w interesie chorążego koronnego, poznawam jaśnie, że ta planta już była ułożona, a gdybym był przestrzeżony wcześniéj, podobnoby się interes chorążego koronnego był prędzéj zakończył, bo chorąży stanąwszy w Warszawie, mało miał do kogo ufności, i dla tego wielką zwłoką szło wszystko.
„Przytém wielu ludzi szukało swego zysku, i takie mu bojaźnie i impressye czynili, że się każdego człowieka w końcu obawiał. Z tém wszystkiém pójdzie ten interes ad vota.“
Gdy się to już zbliża ku końcowi, w Krystynopolu zaszła maleńka przygoda, epizod wśród tych dziejów rodziny, z samych podobnych maluczkich wypadków złożonych. O wojewodziankę kijowską Ludwikę starał się, jak wiadomo, już powtórnie Mniszech; dyspensa z Rzymu wyrobiona została, zdawało się, że małżeństwo to popierane przez generałową Brühlową i Cetnerów przyjdzie do skutku, gdy nagle panna Ludwika oświadczyła, że za p. Mniszcha iść nie chce, i z przytomną ks. Lubomirską zażądała z Krystynopola wyjechać do Równego, zapewne, aby się od nalegań familijnych uchylić. W tę małą intryżkę, któréj przygotowanie przypisywano jakiemuś panu Zapolskiemu, robiącemu tu, jak się zdaje, po cichu interesa pisarza Rzewuskiego, musieli wpływać i inni, na Zapolskim się wszakże skrupiło. Chorąży z połapanych listów dowiedziawszy się o tém, natychmiast kazał mu się z Krystynopola wynosić.
D. 14 września pisze Cetner: „Niespodziana p. wojewodzianki kijowskiéj rezolucya ma być wiadoma jopd. (Muiszchowi); naparła się na raz być do Równego odesłaną. Pani generałowa (Brühlowa, siostra starsza) wybiera się do Warszawy. Co za odmiana osobliwsza! Musiał coś narobić w téj mierze Zapolski, bo mu chorąży koronny kazał w godzinę excesse. Wojewodzianki wołyńskie (córki Michała Potockiego sieroty) tu do kasztelanowéj lwowskiéj (Józefowéj Potockiéj, Potockiéj z domu) przybędą, jeśli się to wszystko nie odmieni. Starosta Jabłonowski pobiegł co tchu do Krystynopola. Ta awantura musi srodze martwić chorążego koronnego.“
O téjże sprawie donosi drugi korrespondent, 21 października: „Wojewodzianki wołyńskie już stanęły we Lwowie, u kasztelanowéj lwowskiéj. Co za los nieszczęśliwy tych godnych dam, że się tak tułać muszą! Nim wyjechały, w Krystynopolu kilka dni trwały lamenta miedzy wszystkiemi damami, i płacze, że im aż oczy były popuchły. Wojewodzianka kijowska z ks. razem wyjechała. Co za scena osobliwsza wyniknęła! Zapolski tu coś porobił, którego przejęte z Warszawy listy wydały, a chorąży koronny kazał excesse. Więcéj się jutro dowiem w Krystynopolu, dokąd już akuratnie siadam do pojazdu.“
We wrześniu nareszcie, gdy sprawę, z Komorowskim już tak jak za skończoną uważano, w Dukli nastąpiły zaręczyny z Palladą, ale po cichu i prywatnie dokonane. Wieść o nich jednakże razem z awanturą panny Ludwiki już się po kraju rozeszła.
Dnia 21 września Cetner odzywa się znowu: „Jak mnie niewypowiedzianie ukontentowała wiadomość o skończonych zrękowinach jo. panny krakowskiéj, tak znowu przeciwność dla podkomorzyca synowca pańskiego od wojewodzianki kijowskiéj przez kogoś obałamuconéj wyrządzona, do gruntu serca przeniknęła, z jakowych to przyczyn stało się, jeszcze nie mam doniesienia.
„O interesie z Komorowskim upewniam, że koniec około ósmego października nastąpi. Jmp. Moszczeński do tego ukończenia ani pomoże, ani zaszkodzi, gdyż Komorowscy samego ks. kanclerza Młodziejowskiego słuchają, którego staraniem te wszystkie zwłoki, ale teraz przecię skłania się do zakończenia.“




LXVII.

Adam Moszczeński, major od fizylierów, póżniéj lak ulubiony Potockiemu, choć Cetner prorokował, że nic nie pomoże ani zaszkodzi, przecięż jak się z dwóch listów jego pisanych o tém pokazuje, przyłożył się czynnie do zawarcia ostatecznych układów, i to mu może na potém takie serce, przyjaźń i ufność chorążego zjednało. Oto pierwszy list jego w tym przedmiocie:
„Datt. w Tartakowie 9 września 1774 r.
„J. ośw. p. dobr. — Śpiesząc dniem i nocą do Warszawy ku dopełnieniu tém prędszemu rozkazów pańskich, gdym stanął w Lublinie, wiadomość o powrocie jw. Komorowskiego kasztelana na Ruś, zwróciła mnie za nim; którego zastawszy w dobrach jego własnych, com zrobił, i w jakiéj teraz interes sytuacyi, mam honor punktualnie jopd. donieść. A najprzód całuję nogi pańskie, najpowinniejszego respektu zasyłam ukłony.
„1. Ostatniego dostawiwszy świadka jw. Komorowski w wyjeździć swoim z Warszawy odebrał przyrzeczenie od jw. kanclerza koronnego, że niezawodnie sentencya i dekret czytany nie będzie, aż do jego powrotu.
„2. Powrót jw. Komorowskiego nie nastąpi aż po skończonéj sprawie o granice, która za dwa dopiero miesiące się skończy.
„3. Bez Rzymu się nie obejdzie z przyczyny, że żadna strona nie stawiła świadka, któryby wyznał iż córka jw. Komorowskiego nie żyje. Rozwód tedy będzie z pretekstu, że niewłaściwy paroch ślub dawał...
„Co do pierwszego punktu, determinowałem jw. Komorowskiego pisać do kanclerza koron., iż odstępuje przyrzeczenia jego, a prosi o najprędsze zakończenie sprawy, choć w nieprzytomności swojéj.
„Co do trzeciego i czwartego, permissive się będzie miał jw. Komorowski, nie przeszkadzając nic a nic ułożonéj plancie zyskania rozwodu...
„Owoż, gdy się tyle zrobiło, spodziewać się należy bardzo w prędkim czasie końca rzeczy, bo nic już nie masz, coby przeszkadzało, byle plenipotenci jw. chorążego się uwijali.
„Z tém tedy upoważnieniem przybyłem do chorążego koronnego we czwartek, ofiarując mu nadto jeszcze usługę moją jechania do Warszawy ze strony jw. Komorowskiego, gdyż wyrobiłem i to na Komorowskim, że chciał pisać do kanclerza koronnego, iż nie mogąc sam dla zatrudnienia zjechać, mnie ze swego zsyła ramienia, a co w tym interesie do zakończenia proponować będę, by do tego kanclerz przychylić się raczył upraszać. Chorąży koronny, ponieważ generałowa artylleryi tam jedzie, na samym liście Komorowskiego do kanclerza przestaje, sądząc za niepotrzebną rzecz, bym w osobie jego jeździł. Wyznać muszę, że mimo mojéj perswazyji, na dowiedzenie najwyższego poważania żądania pańskiego, bardzo łatwym stał się Komorowski, który przezemnie do nóg pańskich upada.
„Ja tu do poniedziałku zabawię, a potém jadę do Lwowa na zakończenie interesów jopd. etc.
A. Moszczeński.“
Nazajutrz zaraz dodaje tenże Moszczeński ze Lwowa:
„Dnia wczorajszego stanąwszy tu z jw. kasztelanem Komorowskim, w pierwszéj mając myśli uskutecznienie interesu jopd. względem Belka, byłem u jw. Splemego i list mu oddałem jopd...
„Ja tu do jutra tylko zabawię, i za dni trzy znowu powrócę, i czekać będę przybycia chorążego, z którym jeżeli pokończę interesa, przyjadę do Dukli na ucałowanie nóg jopd.
„Z Tartakowa donosiłem panu, że Komorowski pisał do kanclerza, by sprawę jak najprędzéj skończył, a co w duchownym sądzie, iż się mieć będzie permissive przyrzekał, ręczyć mogę, że dotrzyma. Wypadła sentencya, by przysiągł chorąży, że areszt ludzi nie zastał, mówiłem jw. Brühlowéj czy to nie będzie trudność dla jw. chorążego?.. Odpowiedziała mi, że może dobrze przysiądz... i mojéj ofiarowanéj w uwolnieniu od przysięgi pomocy nic przyjęła...
„Owoż po téj satysfakcyi, sentencyi już nie masz coby wlekła interes, byle się z Rzymem uwijali.
„Rozejście się maryażu podkomorzyca zapewne będzie okazyą, że jw. pisarz koronny Rzewuski tu przybył, a dowiedziawszy się, że jw. podkomorzyc wyjechał, biegł do Tartakowa w piątek, gdzie już nie spodziewam się, by zastał wojewodziankę, gdyż księztwo Lubomirscy w ten dzień rano wyjechać musieli...“
Gdy się tak rzeczy do końca już zbliżają, Szczęsny, któremu pilno było raz mieć rozwiązane ręce, posłał jeszcze list do kanclerza Młodziejowskiego, prosząc go o przyśpieszenie wyroku i rozwiązanie ostatnich trudności.
Oto odpowiedź księcia kanclerza:
„Jw. m. panie i kochany bracie!
„W jeden respons zamykam na kilka jwp. pisań odpowiedź, prosząc jw. pana, żebyś sobie przypomniał moje w interesach jego porozumiewanie się z samym ipanem, to czyniąc znajdziesz, że ściśle przyrzeczenia dotrzymuję. Przewłoki, których doświadczają strony, nie sądowi, ale im samym przypisane być powinny, i w tém odwołuję się do sumiennego wyznania tych, którzy w attendencyi na interesa miejsca pryncypałów zastępują. Już to ex fama publica, już z wyraźnego przez jopm. pana krakowskiego oznajmienia, wiedząc o blizkim jwpana uszczęśliwieniu przez zobopólne skłonienie serc do dożywotniéj przyjaźni dążących, mogę tylko cieszyć się z niego i winszować jwpanu serdecznie, lecz żeby do skutku ułożenie, a bez krytyki publicznéj przyszło, radbym był, żeby o tém ułożeniu świat nie był wiedział, pokądby po sprawić, o którą rzecz w jurysdykcyi duchownéj, wolny jwpana stan nie był deklarowany.
„Proszę interea być pewnym, że jak nikt więcéj ja jestem z zupełnym szacunkiem i przywiązaniem.
„Jwpana sercem życzliwym bratem, uniżonym sługą.

Młodziejowski B. P. K. W. Z.“

Na to tak odpisuje Potocki:
„Odebrałem list jwpana d. na kilka listów odemnie pisanych, w którym to wyczytuję oświadczenie, że ściśle przyrzeczenia mnie dane dotrzymać raczyłeś, o czém chociaż nigdy nie wątpiłem, jednak i teraz winne za tę łaskawość składam podziękowanie, wdzięczność i usługiwania zapisując sentymenta. Zwłoki, których w tymże interesie strony jwpd. wyrażasz były przyczyną rozumiem, że nie będą dotąd praktykowane, upewnia mnie o tém list jw. kasztelana santockiego, na moje ręce do jwpd. pisany.
„O nadziei przyszłego mego uszczęśliwienia, ponieważ jwpd. zewsząd jesteś uwiadomiony, i swoją oświadczasz approbacyę, niemało mi to przynosi ukontentowania; wyrażasz jednak w téj okoliczności, aby ta rzecz skrytsza była, co ja takie mam proste, może i niedobre w sobie ułożenie, że tego, czego potajemnie czynić wewnętrzne mi zabrania przeświadczenie, tego publicznie wyznać nigdy się nic wzdrygam, i mniéj poważam płonne i powierzchowne krytyki, niż wewnętrzne o złe przeświadczenie, ten sposób myślenia, który czynnościom moim formę zawsze przepisywać będzie i którego już się nie odzwyczaję, ekskuzować nieustannie otwartość moją coram publico będzie. A teraz jako o łaskawych jwpd. jestem przeświadczony sentymentach, które pozyskać żądałem i żądam, tak z powinną trwać nie przestanę wdzięcznością i uszanowaniem.

Jwwp. życzliwym i najniższym sługą

Stanisław Potocki ch. w. k.
D. 28 7bris 1774.
W Tartakowie.“
Cetner tak donosi obszerniéj o Krystynopolu, lisem z dnia 26 września ztamtąd datowanym, do Mniszcha:
„Wojewodzianki kijowskiéj już nie zastałem; 22 tego miesiąca wyjechała z księżną do Równego z wielkim całego rodzeństwa żalem, lamentami i nie bez małéj lez powodzi. To się niedobrze stało, que cette histoire éclatât si tôt et si publiquement, il fallait employer du mystère et du secret, com nie utaił tu powiedzieć i przełożyć. Konsekwencye niebardzo pomyślne, pozwolić w cudzy dom tak wielki skarb, mówić można. Nie przepomniałem i to otworzyć, że kiedy wojewodzianka kijowska mogła tu wolność swojéj woli i sentymentu malgré tout oświadczyć, że trzeba się obawiać, aby w odległości ozięblejsze do tego tu miejsca powziąwszy serce, bez referencyi nie poszła za mąż, więc przyszły szwagier nie będąc tu obligowany, złączywszy się z drugim (Brühlem), nie dopomniał się sprawiedliwego posagu, i żeby się to nie przypłaciło. Wzięto tu w mocną animadwersyę, i zaczęto myśleć o pisarzu teraźniejszym p. koron. starościc żydaczewskim, aby za niego wydać, i zakończyć prędko mogące jakowego niestatecznego świata wyniknąć igrzyska (!). Wprawdzie nieutemperowana jeszcze w tym kawalerze młodość, żywość, lecz w konsekwencyach bezdzietnego rodzeństwa oprócz jednéj referendarzowéj koronnéj znaczna i bogata partya. Teraz się znajduje we Lwowie, i wkrótce wyjedzie do Równego.“
Wojewodzianka Ludwika i na prośbę jéj wojewodzianki wołyńskie Potockie pojechały z księżną Lubomirską do Równego, a lubo Cetner obawiał się, aby tam co niepomyślnego nie wyniknęło dla Krystynopolu, stało się jak chciano. Pisarz Rzewuski pojechał (list d. 8 paźdź.) i gorąco oświadczył się p. Ludwice, która go przyjęła, odwołując się tylko do zezwolenia brata, a ten nie był mu przeciwny. Tak przecię skończyło się po wielkim strachu. W październiku Rzewuski przyjechał do Krystynopola, przyjęty został wybornie przez chorążego, przeszkód nie było żadnych, małżeństwo to przyszło do skutku. Na jednym tylko p. Zapolskim wszystko się skrupiło.




LXVIII.

Łatwo nam już zresztą dopowiedzieć, a czytelnikom domyślić się nieciekawego końca téj sprawy... Dobito targów, pozostawały małe formalności do spełnienia.
D. 8 października donoszono Mniszchowi, że rzeczy były na ukończeniu, d. 13. że cudza chciwość znowu je powstrzymywała (odgadnąć trudno czyja, bo któż tam nie korzystał ze zręczności i nie piekł swojej pieczeni?). Oczekiwano chorążego we Lwowie, a do wesela jego z p. Józefą Mniszchówną tylko dekretu warszawskiego brakło; Moszczeński już się tém zajmował. D. 19 października choć jeszcze nie ferowany dekret, był wiadomy; Wyczółkowski takiéj o nim udziela wiadomości:
„W sprawie jmp. Komorowskiego z synem jopd. dekret dopiero d. 21 praesentis niezawodnie czytany będzie, którym okaże się, że córka jw. Komorowskiego zabita (nareszcie! i że to Wilczek, Dambrowski, Szpilka i dwóch Żydów Abramko i Wolf, wmieszawszy się w swawolną kupę, uczynili ten gwałt, skazani do złapania (!), na ucięcie głów, także i to okazane jest, że do tego gwałtu nigdy wojewoda kijowski ani radą, ani pomocą, ani rozkazem, ani zezwoleniem nie wpływał. Synowi zaś jego za to, że ojciec jego tak notowanych ludzi przyjął w służbę, kazano zapłacić 4,000 grzywien, które potrącone będą z umówionéj summy. Już tedy i rozwodu popierać nie potrzeba.“
Wypadło to snadź z rady adwokatów dla przyśpieszenia wesoła z kasztelanką krakowską, ale przyznać należy, że dekret dogadzający Komorowskim, nie mógł się podobać Potockim, bo pieniądze zapłacili ogromne, a plamy z pamięci wojewody nietylko nie starli, ale ją uwiecznili jeszcze tym dekretem.
Spojrzyjmy teraz na sam wyrok. Komissarzami wyznaczonymi z delegacyi sejmowéj do zasiadania w sądzie byli: Andrzej Młodziejowski b. p. kanclerz w. kor.; Feliks Turski, biskup łucki; Józef Mielżyński, kasztelan poznański; Józef Dąbski, kaszt. kowalski; Adam Łodzia Poniński; marszałek gen. konfeder. koronnéj i sejmowy; Andrzej Zamojski; Józef Mikorski, podkomorzy gostyński, pisarz kom. skarb. koron.; Gaspar Rogaliński, starosta nakielski; Jan Tymowski, stolnik i sędzia grodzki piotrowski; Floryan Drewnowski, podczaszy łomżyński, konfed. generalnéj kor. i sejmowy sekretarz; Franciszek Szymanowski, cześnik rawski; Józef Borsza Drzewiecki, pisarz sądów gener. konfed. kor. Po uprzednich z powodu stawienia świadków potrzebnych i przysiąg obu stron ułatwionych formalnościach, po uczynionéj inkwizycyi, dekret opisuje jak wyżéj samą istotę czynu spełnionego przez najeźdźców zupełnie oczyszczając wojewodę, i tak w końcu stanowi: „Z tego powodu my komissnrze przez stany Rzeczypospolitéj wyznaczeni, iżby zbrodnia nie tryumfowała ze swéj bezkarności, a rozpasana na zgubę innych nie szerzyła się daléj i ażeby inni zostali pohamowani od podobnych zamachów, a kara wymierzona na jednym stała się postrachem dla wszystkich, pomienionych urodzonych wolnych: Aleksandra Dambrowskiego, Wilczka, Szpilkę, tudzież niewiernych Wolta i Abramka, którzy jakeśmy się o tém dowodnie przeświadczyli, spełnił ową jawną i okropną zbrodnię napadu, porwania i odebrania życia niewinnéj istocie pomsty niebios wzywającéj, ogłaszając za pozbawionych wszelkiéj czci na karę śmierci rozkazujemy, a to w sposób następujący: Dambrowskiemu żywemu mają być ucięte obie zbrodnią zmazane ręce, toporem na pniu, i takowe mają być przybite do pala nad gościńcem publicznym, a sam Dambrowski ma być ścięty przez mistrza sprawiedliwości; zaś Szpilka, Wilczek i starozakonni Wolf i Abramko śmiercią tylko mają być karani i tychże na teraz zbiegłych, gdzie bądź mających się schwycić, do jakiegokolwiek urzędu, nawet wiejskiego dla spełnienia na nich kar odsyłamy. Ponieważ zaś panowie obowiązani są czynić wybór w przyjmowaniu osób do służby i wglądać w ich obyczaje, urodzeni zaś Dambrowski, Wilczek i Szpilka, porzuciwszy służbę, przystali do zgrai rabusiów i wyżéj pomienioną zbrodnią, prawem bozkiém i ludzkiém potępioną razem z innymi mordercami spełnili, z tego powodu stanowiąc, iż majątek tegoż ś. p. jw. Potockiego wojewody kijowskiego za samą tylko niebaczność w przyjmowaniu osób do służby podpada karom kryminalnym, stanowimy, aby w. chorąży koronny, jako nietylko co do pokrewieństwa, lecz i co do majątku rodziców swoich sukcessor, zapłacił drugiéj stronie, to jest jw. Komorowskim k. santockim przed aktami grodzkiemi warszawskiemi w poniedziałek po uroczystości Św. Katarzyny panny i męczenniczki, bieżącego, cztery tysiące grzywien pod karą bannicyi.“
Akta i manifesta z powodu sprawy pownoszone z obu stron eliminować z ksiąg obowiązano.
Twardowski donosząc Mniszchowi, dodaje, że jeszcze jeden dekret duchowny musi być formowany, po którym już chorąży żenić się może, a ten najdaléj za niedziel cztery miał nastąpić.
Nie dziwujmy się wcale, że Cetner d. 28 października pisząc o wyroku tym, mówi z nieukontentowaniem: „Dekret sejmowy w sprawie Komorowskich nadesłany, ale dziwnie ferowany i nie bez noty dla tego wielkiego domu. Ten ciężki zda rachunek, kto tę sprawę do Warszawy wyprowadził, kiedy można było w domu zakończyć; to tylko dobrze, że już koniec!“
Jakoż doczekano się tego końca nareszcie. W Krystynopolu zbierała się familia na wkrótce po odebraniu dekretu nastąpić mający ślub Potockiego z Mniszchówną; hetmanowa polna koronna, książę stolnik litewski, księżna Józefa, równie w interesie pisarza Rzewuskiego jak i dla wesela chorążego koronnego przybyli. Oczekiwano tylko powrotu generałowej Brühlowéj z Warszawy, by zaraz z nią do Dukli wyruszyć.
Drugiego listopada przyszła nareszcie kopia dekretu świeckiego, a duchowny dogonić miał dopiero w Dukli. Obiecał go nadesłać biskup chełmski z poświadczeniem, jako Komorowska nie żyje i chorąży nowe śluby zawierać jest mocen.
Ślub nastąpił w listopadzie...
Tak skończyła się nareszcie ta sprawa, trwająca od 1771 do 1774 roku, kosztująca miliony, któréj dziełem było nie oczyszczenie się, ale raczéj wiekuista pamięć straszliwéj zbrodni i gwałtu, tysiącem ust powtarzanego z pokolenia w pokolenie, która wrażając się głęboko, stała się poetyczną legendą i wykwitła cudnym utworem Malczewskiego na nieznanym Komorowskiéj grobowcu.




LXIX.

Obok poematu, jak smutno i brudno wydaje się sucha, naga rzeczywistość! jak Marya wygląda tu dziwnie, jak Wacław nieidealnie i pospolicie maluczkim człowiekiem! jak się wszystko zamyka zimnym, rachunkowym, jurystowskim układem pieniężnymi... Jakie tam urocze obrazy, a tu gorszący proces tylko!...
Komorowscy z razu wziąć mieli kilkakroć sto tysięcy złotych, których snadź w krystynopolskiéj kassie nie stało; część musiano im dać gotówką, za resztę dzierżawę zastawną, najprzód Żurawie, Byszkowice w województwie Ruskiém ziemi Przemyskiéj i miasteczko Wielkie Oczy ze wsiami Świdnicą, Żmijowcami, Bożą Wolą, Cępakami w województwie i powiecie bełzkim, pod wadyum 451,012 złp. 22½ gr.
Dzierżawa ta ciągnęła się około lat trzech, i w styczniu dopiero roku 1777 w Krystynopolu zawarta została umowa nowa, ustępująca na dziedzictwo Komorowskim dobra znaczne, miasteczko Witków ze wsiami Stary Witków, Płowo, Olrotów w województwie Bełzkiém ziemi Buzkiéj. Podanie mówi, że dwanaście wsi i dwanaście tysięcy dukatów wzięli Komorowscy okupując dekret, który mogli na zmarłego wojewodę wyrobić. Wyroku jednak takiego, o jakim powieść wspomina, skazującego na dobycie ciała z grobu i ucięcie głowy wcale nie było i być nie mogło. Bajka o nim utworzona została późniéj, i fantazya dopełniła nią sprawiedliwości, któréj zabrakło na ziemi...
Po ożenieniu z Józefą Mniszchówną, ową Cetnera Palladą Galicyi i Lodomeryi, Szczęsny wkrótce sprzykrzył sobie pobyt w tym kraju, choć dobrze zdawał się być u rządu austryackiego położony. Duklę należącą do żony sprzedał tanio, swoje dobra oddał z długami do wypłacenia ks. Adamowi Ponińskiemn, który już był dawniéj kupił czy wydurzył u starosty tłumackiego Potockiego dobra Torczyńskie, a sam usunął się do Tulczyna, gdzie z niczego tworzyć zaczął wspaniałą rezydencyę, budować pałac, zasadzać ogrody, wznosić gmachy, urządzać gospodarstwo.
Mówią współczesne pamiętniki (Chrząszczewski), że w lat kilkanaście po opisanéj katastrofie, gdy już tu z drugą żoną mieszkał, odwiedził go niespodzianie brat pierwszéj jogo małżonki, Komorowski.
Powitanie ich zdziwiło wielce przytomne starsze dzieci Potockiego z powtórnego małżeństwa, patrzące jak ojciec ich rzewnemi łzami zalany, z żywém uczuciem najserdeczniejszéj braterskiéj miłości, długo przyciskał do piersi swéj osobę im nieznaną, i oderwać się od niéj nie mógł. Wtenczas dopiero pierwszy raz dowiedziały się od matki swojéj, że ona była powtórną ojca ich żoną, a gość przybyły bratem pierwszéj.
Potocki do śmierci dochował uczucie żalu i miłości nieszczęśliwéj Gertrudzie, i z miniaturą jéj na piersi pogrzebać się kazał, gorzko opłakując krwawo przerwany sen swojéj młodości.

. . . . . . Płakał jak dziecię,
Lecz niedługo — już serce, zdradzone, pokłóte,
Zepsuło się w truciznę przez jedną minutę...
Już w duszy wprzód wyniosłéj zatknięte to godło,
Co wygnańców swych myśli w sromotę zawiodło...
Czy ten bujny młodzieniec, już ziemi obyda?
O! pytaj raczéj na co dobroć się tu przyda?
Gdzie co czułe, szlachetne, chwilkę tylko świeci,
Gdzie zgon starych rodziców korzyścią dla dzieci,
Gdzie chlubna miłość bliźnich w udanéj tkliwości,
Cieszy się ich niedolą lub szczęścia zazdrości...
Gdzie rola wzniosłych chęci zawsze się nie uda,
Bo w śliczny welon cnoty stroi się obłuda!
(A. Malczewski).





DODATEK.

Z rękopismu zawierającego niektóre akta urzędowe do sprawy téj, łaskawie nam udzielonego przez S. Orgelbranda, dodajemy tu jeszcze kilka szczegółów tyczących się rodziny Komorowskich.
Ojciec Gertrudy, jak się okazuje z tych wyciągów, żył jeszcze lat kilka po ukończeniu procesu; wedle wszelkiego podobieństwa umrzeć musiał około roku 1781, gdyż w 1782 pozostała po nim wdowa wyszła powtórnie za mąż za Józefa Szeptyckiego, starostę stanisławowskiego. Świadczy o tém intercyza przedślubna, którą ślub prywatnie odbyć się mający naznaczono w Witkowie na dzień 25 października. Pani Komorowska sto tysięcy złotych prostym długiem zapisała przyszłemu mężowi, i zaciągnięte u niego wprzód długi na majętności swéj hypotekowała, zostawując sobie do zarządu i dochodu dobra galicyjskie i t. d. Intercyza ta stanęła w roku 1782 dnia 6 września.
Oprócz niéj jest w aktach skrypt pani Komorowskiéj Szeptyckiemu dany na złotych polskich 100,000, późniéj dożywocie wspólne między małżonkami zawarowane 1782 roku dnia 14 grudnia we Włodzimierzu.
Jest nareszcie w roku 1791 dnia 4 marca, uczyniony przeciwko Szeptyckiemu manifest Teodora Potockiego, wojewody bełzkiego, żonatego z drugą Komorowską, o pochwycenie majętności żony, uszczerbek zrobiony jéj dzieciom z pierwszego małżeństwa i t. d.
Ślad także w aktach pozostał, że Komorowscy posiadali w Warszawie trzy znaczne possesye: 1) pałac Kłopocki, teraźniejszy hotel Lipski, przy ulicy Bielańskiéj położony, 2) possessyę Nr. 2247 oznaczoną, przy rogu ulicy Nalewek i Gęsiéj, Borzechowszczyzną zwaną, i 3) possesyę przy ulicy Nowolipki, Komorowszczyzną zwaną, znaną pod imieniem Jurydykcyi Hilarya, zapewne od imienia Aleksandra Hilarego Potulickiego, starosty borzechowskiego, od którego Komorowscy dwie ostatnie posiadłości nabyli.

Dnia 8 lutego 1857 roku.
Żytomierz.


KONIEC.

Przypisy

  1. Opuszczony w nowém wydaniu Niesieckiego, zdaje się między Józefem Ossolińskim a księciem Januszem Hieronimem Sanguszką; fałszywie podana data jogo śmierci pod wojewodami kijowskimi.
  2. W części wydrukowaliśmy je tylko przy Ochockim.
  3. Z listu współczesnego.
  4. Był szwagrem Sierakowskiego.
  5. Marya wydanie A. Bielowskiego, 131, 136.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędnie powtórzone orzeczenie był.
  7. List p. Kor. Ujejskiego 17 paźdz. 1856
  8. Przypis własny Wikiźródeł Albo Kochnowski, jak dwukrotnie występuje w pierwszym akapicie.
  9. Jest bez adresu.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Brak części słowa; najbardziej prawdopodobne uzupełnienie dodane w szarym kolorze.
  11. Piotr Potocki, syn Józefa, kasztelana lwowskiego z Morsztynówny.
  12. Szczegóły z listów samego Sołtyka do Mniszcha, mar. kor. pisanych po powrocie.

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.