Benvenuto Cellini (1893)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas,
Paul Meurice
Tytuł Benvenuto Cellini
Podtytuł Romans
Wydawca Józef Śliwowski
Data wyd. 1893
Druk Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Bliziński
Tytuł orygin. Ascanio ou l'Orfèvre du roi
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Aleksander Dumas (Ojciec).



Benvenuto Cellini
ROMANS
PRZEKŁAD Z FRANCUSKIEGO.
WARSZAWA.
NAKŁAD JÓZEFA ŚLIWOWSKIEGO.
SKŁAD GŁÓWNY W DRUKARNI NOSKOWSKIEGO,
11. ulica Mazowiecka 11.

1893.


ROZDZIAŁ I.
ULICA I PRACOWNIA.



Działo się to 10-go lipca 1540 roku, o czwartej godzinie po południu, w Paryżu, w kościele Augustyanów, niedaleko drzwi przy kropielnicy.
Wysoki i piękny młodzieniec, cery śniadej, z długiemi włosami i wielkiemi oczyma czarnemi, ubrany z prostotą pełną wdzięku i uzbrojony tylko małym sztyletem z cudownie rżniętą rękojeścią, stał oparty o filar.
Zapewne skutkiem pobożnego rozmyślania, nie ruszył się z tego miejsca przez cały czas trwania nieszporów; ze schylonem czołem i wyrazem zachwytu na twarzy, szeptał jakieś słowa, modlitwy zapewne, mówił bowiem tak cicho, że od Boga ledwie mógł być słyszanym; gdy wszakże nabożeństwo zbliżało się do końca, podniósł głowę a jego bliżsi sąsiedzi mogli usłyszeć te słowa, półgłosem wyrzeczone:
— Jak też ci mnichy francuzcy śpiewają nieznośnie! jeszcze w obecności „tej”, która zasługuje, aby jej aniołowie śpiewali. Szczęście, że nieszpory już skończone. O mój Boże! spraw, abym był dziś szczęśliwszy niż ostatniej niedzieli i aby chociaż spojrzała na mnie! Jeżeli ta ostatnia prośba zostanie wysłuchaną, osoba, która na proszącego wzniesie oczy, źle na tem nie wyjdzie; ujrzy bowiem najpiękniejsze młodzieńcze oblicze, o jakiem kiedykolwiek zamarzyła czytając poezye Klemensa Marot, opiewające miłostki Psyche i śmierć Narcyza.
W istocie, jak już rzekliśmy, młodzieniec ów w swym prostym i ciemnym stroju, uderzająco jest piękny; posiada prócz tego w uśmiechu jakąś słodycz i wdzięk niewypowiedziany, a jego spojrzenie, jeszcze niezbyt śmiałe, tyle jest namiętnem, o ile niem być może spojrzenie ośmnastoletniego młodzieńca.
Na odgłos usuwanych krzeseł, oznajmujący koniec nabożeństwa, nasz zakochany, (gdyż z kilku słów, które wyrzekł, czytelnik poznał zapewne, że ma prawo do tego tytułu) nasz zakochany, mówię, usunął się nieco na bok i spoglądał na przechodzący w milczeniu tłum, składający się z poważnych mieszczan, szanownych matron i ładnych dziewcząt.
Lecz w całym tym tłumie nic go widać nie zajmowało, dopiero wzrok jego roziskrzył się, gdy ujrzał zbliżającą się młodą w bieli ubraną dziewicę, której towarzyszyła ochmistrzyni w dobrym tonie, zdająca się znać świat, dosyć jeszcze młoda, wesołego oblicza i wcale na zbyt surową nie wyglądająca.
Gdy te dwie damy zbliżyły się do kropielnicy, nasz młodzieniec wziął wodę święconą i grzecznie im ją podał.
Ochmistrzyni uśmiechnęła się i ukłoniła jak mogła najwdzięczniej, a dotknąwszy rąk młodzieńca, z wielkiem jego niezadowoleniem podała sama wodę święconą swej towarzyszce; ta zaś, pomimo gorącej prośby, której była przedmiotem przed kilku minutami, miała oczy spuszczone co dowodziło, że wiedziała, iż piękny młodzieniec stał przed nią; gdy jednak się oddaliła, młodzieniec tupnął nogą mówiąc:
— Znowu mnie i tym razem nie widziała.
To dowodziło, że piękny młodzieniec, jak już mówiliśmy, miał dopiero lat ośmnaście.
Skoro pierwsza niechęć minęła, nasz nieznajomy śpiesznie zszedł po schodach kościoła, a ujrzawszy, że piękna roztargniona spuściwszy zasłonę, udała się wraz z swą ochmistrzynią na prawo, sam także pośpieszył na prawo, tem bardziej gdy spostrzegł, że w tę stronę wypadała także jego droga.
Młoda dziewica postępowała bulwarem aż do mostu świętego Michała, przez który przeszła: to także była droga naszego nieznajomego.
Później przeszła przez ulicę de la Barillerie i most Zamiany.
A ponieważ zawsze w tę stronę wypadała droga naszego nieznajomego, ciągle więc za nią jak jej cień postępował.
Lecz niestety! przed wielkim Châtelet, ta piękna gwiazda, którą śledził nasz nieznajomy, znikła raptownie; skoro tylko ochmistrzyni zapukała, drzwi królewskiego więzienia otworzyły się jakby same przez się i zamknęły natychmiast.
Młodzieniec stał jak wryty przez chwilę, lecz ponieważ był to chłopiec bardzo przemyślny, gdy nie widział już przed sobą młodej dziewicy, która mu odbierała przytomność umysłu, natychmiast więc postanowił co ma czynić.
Szyldwach z piką na ramieniu, przechadzał się poważnie przed bramą Châtelet.
Nasz młody nieznajomy uczynił jak ten zacny żołnierz, a oddaliwszy się nieco, aby nie zwrócić na siebie uwagi, lecz tak, ażeby nie stracić z oczu bramy, rozpoczął bohatersko-miłosną wartę.
Jeżeli czytelnik odbywał kiedy wartę w swojem życiu, musiał zauważyć, że jednym z najpewniejszych środków skrócenia czasu, jest rozmawiać z samym sobą.
Widać, że nasz młodzieniec był przyzwyczajony do odbywania warty, gdyż zaledwie ją objął, następny rozpoczął monolog:
— Zapewne nie tu ona mieszka. Dziś rano po mszy, gdy nieśmiałem iść za nią, jakżem był głupi!... widziałem, że nie udawała się na prawo lecz na lewo, ku stronie bramy Nesle i ku Présaux-Clercs. Po cóż u dyabła przyszła do Châtelet? Pomyślmy... Może odwiedzić jakiego więźnia, brata pewnie. Biedna dziewczyna! ileż cierpieć musi, bo zapewne jest tak dobra jak piękna. Dalibóg, wielką mam ochotę zaczepić ją, zapytać otwarcie o wszystko i ofiarować moje usługi...
Jeżeli to jej brat, zwierzę się mistrzowi i zapytam o radę, bo skoro kto potrafił uciec z zamku świętego Anioła, powinien wiedzieć jakim sposobem można wydostać się z więzienia. Więc to już rzecz ułożona... ocalam jej brata.
Otrzymawszy podobną usługę, brat zostaje moim przyjacielem. Zapytuje mnie z kolei co może zrobić dla mnie. Wyznaję mu, że kocham jego siostrę. Poznaje mnie z nią, ja padam jej do nóg, a wtedy zobaczymy czy ona nie podniesie oczu...
Raz wpadłszy na taką drogę, można się domyśleć, jak daleko wyobraźnia zakochanego zajść może.
Nasz tedy młodzieniec zdziwił się bardzo usłyszawszy godzinę czwartą i widząc, że zmieniają szyldwacha.
Nowy żołnierz rozpoczął wartę a młodzieniec dalej swoję odbywał.
Sposób jej skrócenia zbyt mu się udał, aby miał go zaniechać; dla tego więc rozpoczął znowu swą mowę, na tekst nie mniej obfity od pierwszego.
— Jak ona jest piękna! ile wdzięku w jej poruszeniach! Jaka skromność w całej postawie, jaka czystość rysów! Tylko wielki Leonard de Vinci, lub boski Rafael, byliby godnymi przenieść na swe płótno tę niebiańską istotę. O! czemuż nie jestem malarzem, mój Boże! zamiast być snycerzem, rzeźbiarzem, złotnikiem! Gdybym był malarzem, nie potrzebowałbym mieć ją przed oczyma, by zrobić jej portret. Widziałbym bez ustanku jej wielkie niebieskie oczy, jej śliczne błąd włosy, jej płeć tak białą, kibić jakby utoczoną. Gdybym był malarzem, umieszczałbym ją we wszystkich moich obrazach, jak czynił Sanzio dla Fornariny i Andrzej del Sarto dla Lukrecyi. A co za różnica między nią a Lukrecyą i Fornariną. Najprzód, Fornarina...
Młody człowiek nie skończył jeszcze tych porównań, które wszystkie były rozumie się, na korzyść jego kochanki — gdy szósta wybiła.
Zmieniono drugiego szyldwacha.
— Szósta godzina. Rzecz dziwna, jak czas szybko leci! — rzekł młodzieniec — a jeżeli upływa mi tak gdy na nią czekam, jakże by mi upływał obok niej! O! obok niej, to byłby raj! Gdybym był przy niej, patrzył bym na nią, a godziny, dnie, miesiące, życie całe upływałoby mi w ten sposób. Coby to było za szczęśliwe życie. O mój Boże!
I młodzieniec wpadł w zachwyt, gdyż przed jego oczyma artysty — kochanka, chociaż oddalona, ukazała się w rzeczywistości.
Zmieniono trzeciego szyldwacha.
Ósma godzina biła na wszystkich zegarach.
Zmierzchać się zaczynało.
Nakoniec cierpliwość młodego artysty, gdyż znamy jego stan, została wynagrodzoną.
Ujrzał bowiem drzwi Châtelet otwierające się po raz dwudziesty — lecz tym razem dając przejście tej, na którą oczekiwał. Taż sama matrona była przy jej boku; nadto dwóch zbrojnych ze straży prewotalnej o dziesięć kroków za nią postępowało.
Udano się tą samą drogą co przed trzema godzinami, to jest przez most Zamiany, ulicę de la Barillerie, most Ś-go Michała i bulwarki; tylko minięto Augustyanów i o trzysta kroków dalej — zatrzymano się przed ogromną bramą, przy której znajdowała się także mała furtka.
Ochmistrzyni zapukała; odźwierny natychmiast otworzył.
Dwóch żołnierzy oddawszy głęboki ukłon, oddaliło się drogą ku Châtelet a nasz artysta po raz drugi znalazł się przed zamkniętemi drzwami.
Pozostałby tak niezawodnie do rana, gdyż rozpoczął już czwarty oddział swoich marzeń. Lecz przypadek zrządził, że jakiś podchmiely przechodzień uderzył o niego głową.
— Hola przyjacielu — rzekł przechodzący — powiedzno, bez urazy tylko, czy jesteś człowiekiem czy słupem? Jeżeliś słup, to pełnij dalej swój obowiązek — a w takim razie nie zaczepiam cię; jeżeliś człowiek, to się umknij i przejść mi dozwól!
— Wybacz mi — odpowiedział młodzieniec roztargniony — lecz jestem cudzoziemcem, obcym w Paryżu, i...
— O! to znowu co innego; Francuzi są gościnni, przepraszam cię. A! jesteś więc cudzoziemcem. Lecz gdyś mi powiedział kim jesteś, muszę i ja powiedzieć o sobie... Jestem studentem i nazywam się...
— Przepraszam cię — przerwał młody artysta — lecz nim mi powiesz jak się nazywasz, chciałbym wiedzieć gdzie jestem.
— Przed bramą Nesle, kochany przyjacielu, a oto sam pałac — rzekł student wskazując wielką bramę, z której cudzoziemiec ani na chwilę oczu nie spuścił.
— Bardzo dobrze; a chcąc się dostać na ulicę Ś-go Marcina, gdzie mieszkam — powiedział nasz zakochany, ażeby cóś powiedzieć i spodziewając się tym sposobem uwolnić od towarzysza — którędy iść trzeba?
— Na ulicę Ś-go Marcina, mówisz? Chodź ze mną, będę ci towarzyszył, w tęż stronę i ja idę; a na moście Ś-go Michała wskażę ci dalszą drogę. Mówiłem ci więc, że jestem studentem, że powracam z Pre-aux-Clercs i nazywam się...
— Czy wiesz do kogo należy pałac de Nesle? — zapytał młody nieznajomy.
— Ba! nie miałbym tego wiedzieć, będąc w uniwersytecie! Pałac de Nesle, młodzieńcze, należy do króla naszego pana, a obecnie jest w rękach prewota Paryża, Roberta d’Estourville.
— Jakto! więc to tu mieszka prewot Paryża? — zawołał nieznajomy.
— Nie mówię ci przecie tego, mój synku — odrzekł student — prewot Paryża mieszka w wielkim Châtelet.
— A! w wielkim Châtelet! Lecz dla czego gdy prewot mieszka w wielkim Châtelet, król zostawia mu pałac de Nesle?
— O to cała historya. Król, widzisz, darował niegdyś pałac de Nesle naszemu bailemu,[1] człowiekowi niegdyś bardzo szanownemu, który strzegł przywilejów i rozsądzał sprawy uniwersyteckie w sposób ile tylko można było ojcowski.
Na nieszczęście, ten wyborny baili był tak sprawiedliwy, tak sprawiedliwy... dla nas, że od dwóch lat zniesiono jego urząd pod pozorem, że spał na posiedzeniach. Po zniesieniu jego urzędu, oddano prewotowi opiekę nad uniwersytetem. Piękny protektor! nie wieleby nam z niego przyszło, gdybyśmy się sami protegować nie potrafili! Otóż, wspomniany prewot... czy mnie słuchasz, mój synku?... wspomniany prewot będąc bardzo chciwym, sądził, że ponieważ objął urząd bailego, powinien był zarazem odziedziczyć jego posiadłości; powoli też zagarnął wielki i mały Nesle za protekcyą pani d’Etampes.
— A jednak, powiadasz, że go sam nie zajmuje.
— Bynajmniej; lecz zdaje mi się, ze stary skąpiec mieści w nim swoję córkę czy siostrzenicę, śliczne dziecię imieniem Blanka, którą zamyka w tym oto pustkowiu.
— A! doprawdy — zawołał artysta, który zaledwie oddychał, gdyż po raz pierwszy usłyszał imię swej kochanki — lecz to jest okropne nadużycie. Jakto! cały ten wielki pałac na mieszkanie dla jednej dziewczyny z ochmistrzynią!
— A zkądże przybywasz, cudzoziemcze! że nie wiesz, iż to jest nadużycie bardzo naturalne, aby my biedni, mieszkali po sześciu w lichej izbie, gdy tymczasem wielki pan trzyma pustkami taką ogromną posiadłość z ogrodami, trawnikami, z grą w piłkę.
— A! jest więc tam gra w piłkę?
— Przepyszna! mój synku, przepyszna!
— Lecz pomimo to, pałac de Nesle jest własnością króla Franciszka I-go?
— Bez wątpienia; lecz cóż król ma z nim robić?
— Niech go da komu innemu, kiedy prewot go nie zamieszkuje.
— No to proś o niego dla siebie.
— Dla czego nie? Czy lubisz grać w piłkę?
— Do szaleństwa.
— Zapraszam cię więc na kilka partyj w przyszłą niedzielę.
— Lecz gdzie?
— Do pałacu de Nesle.
— Brawo! Jaśnie wielmożny wielki mistrzu pałaców królewskich. Ale! powinieneś wiedzieć przynajmniej moje nazwisko; nazywam się...
Lecz ponieważ nieznajomy wiedział już co chciał, reszta zaś nie wiele go obchodziła — nie słyszał więc ani słówka z historyi swego towarzysza, który mu jednak opowiedział po szczegółach: że się nazywa Jakób Aubry, że jest studentem w uniwersytecie, a w tej chwili powraca z Preaux-Clercs, gdzie miał schadzkę z żoną swego krawca; że ta, zatrzymana zapewne przez swego brutala małżonka, nie przyszła; że pocieszał się w niebytności Simony pijąc wino z Suresne; i nakoniec, że zamierza porzucić niegrzecznego krawca, przez którego nadaremnie czekał na schadzce i przymuszony był upić się, co także jego zwyczajom przeciwne było.
Gdy dwaj młodzi ludzie przybyli na ulicę de la Harpe, Jakób Aubry wskazał naszemu nieznajomemu drogę, którą lepiej znał od niego; potem naznaczywszy sobie schadzkę na przyszłą niedzielę w południe, pod bramą, Nesle — rozeszli się, jeden śpiewając drugi marząc.
A ten, co marzył, miał o czem marzyć, gdyż tego dnia dowiedział się więcej, niż w ciągu trzech zeszłych tygodni.
Dowiedział się, że ta, którą kocha, mieszka w małym Nesle, że jest córką prewota Paryża, Roberta d’Estourville i że się nazywa Blanka.
Jak widzimy dobrze dnia użył.
Ciągle marząc udał się na ulicę Ś-go Marcina i zatrzymał się przed domem pięknej powierzchowności, nad którego drzwiami wyryte były herby kardynała de Ferrare.
Zapukał trzy razy.
— Kto tam? — zapytał ze środka po kilku chwilach oczekiwania, jakiś głos świeży, młody i dźwięczny.
— Ja, Katarzyno — odrzekł nieznajomy.
— Kto?
— Askanio.
— A! przecie!
Drzwi otworzyły się i Askanio wszedł.
Ładna dziewczyna od ośmnastu do dwudziestu lat, czarno-włosa, żywa, mała lecz doskonale zbudowana, przyjęła młodzieńca z tysiącznemi wybuchami radości.
— Otóż mamy zbiega! — zawołała — przecież powrócił.
I pobiegła a raczej poskoczyła, by uprzedzić o jego przybyciu, gasząc z prędkości lampę, którą niosła i zostawiając otworem drzwi od ulicy; lecz Askanio, daleko mniej od Katarzyny roztrzepany, zamknąć ich nie zapomniał.
Młodzieniec pomimo ciemności w jakiej go zostawiła Katarzyna, przeszedł krokiem pewnym dosyć obszerny dziedziniec, brukowany wprawdzie lecz zarosły trawą i otoczony wielkiemi budynkami posępnego pozoru.
Było to mieszkanie kardynała de Ferrare, chociaż już oddawna właściciel go nie zajmował.
Askanio wbiegł lekko na ganek po obrosłych mchem schodach i wszedł do ogromnej sali, jedynej w całym domu, gdzie było widać światło.
Była to sala w rodzaju refektarza klasztornego, smutna, posępna i naga zazwyczaj; lecz od dwóch miesięcy świetna, życia i wesołości pełna.
W istocie od 2-ch miesięcy w tej zimnej i ogromnej sali, wszystko było w ruchu, wszystko pracowało, wesołością tchnęło; od dwóch miesięcy dziesięć warsztatów, dwa kowadła i w głębi zaimprowizowana kuźnia, zapełniły ogromną salę. Rysunki, modele; półki obciążone cęgami, młotkami i pilnikami; pęki szpad z rękojeściami cudownie rzeźbionemi i klingami rzniętemi „á jour;” trofea z kasków, zbroi i nabitych złotem puklerzy, na których w płaskorzeźbie wyryte były miłostki bogów i bogiń, jak gdyby przez to chciano podać zapomnieniu cel na jaki były przeznaczone, wszystko to stroiło szarawe mury.
Słońce szeroko zaglądało wielkiemi poroztwieranemi oknami, a powietrze weseliło się śpiewami rzeźkich i zwinnych robotników.
Refektarz kardynalski zamienił się w pracownię złotnika!
Jednak tego wieczora 10 lipca 1540 roku, świętość niedzieli uczyniła chwilowo salę tak spokojną, jaką była przez wiek cały.
Lecz stół, na którym widać było w nieładzie resztki wybornej kolacyi, oświecone wykwintną lampą, zda się z ruin Pompei wydobytą, zaświadczał, że jeżeli tymczasowi mieszkańcy domu kardynalskiego lubili niekiedy spoczynek, to wcale nie byli zwolennikami postu.
Gdy wszedł Askanio, cztery osoby znajdowały się w pracowni.
Temi osobami były: stara służąca sprzątająca ze stołu; Katarzyna, która teraz rozpalała zgaszonę lampę; młodzieniec rysujący w kącie i czekający na zabraną mu lampę i sam mistrz, stojący z założonemi rękoma i o kuźnię oparty.
Tego to ostatniego, każdy wchodzący do pracowni najpierwby spostrzegł.
W istocie, jakieś szczególniejsze życie i potęga wytryskiwały z tego dziwnego człowieka i z wracały uwagę tych nawet, którzyby jej okazywać nie chcieli.
Byłto człowiek szczupły, wysoki, silny, czterdzieści najwięcej lat mieć mogący; lecz trzeba by dłuta Michała Anioła lub pędzla Ribeiry na oddanie tego czystego i śmiałego profilu, tej cery śniadej i ożywionej, wreszcie tej całej dumnej i prawie królewskiej postawy.
Wysokie czoło ocieniały brwi, marszczyć się zawsze gotowe; żywe, otwarte i przenikliwe spojrzenie, ciskało niekiedy groźne błyskawice; uśmiech pełen dobroci i łagodności, lecz cokolwiek drwiący, zachwycał i przestraszał zarazem; ręka, poruszeniem do którego nawykła, gładziła brodę i czarne wąsy; ręka ta nie była zupełnie mała, lecz nerwista, giętka, długa, zręczna a przytem delikatna, arystokratyczna, wytworna.
Nakoniec w sposobie patrzenia, mówienia, odwracania głowy, w poruszeniach żywych, wymownych a nawet w niedbałej postawie, jaką przybrał przy wejściu Askania, przebijała się siła i dzielność.
Lew spoczywający lwem dla tego być nie przestaje.
Co do Katarzyny i ucznia zajętego rysowaniem, ci tworzyli między sobą najwyraźniejszy kontrast.
On był ponury, milczący, czoła wązkiego i już pokrytego zmarszczkami, oczu w półzamkniętych, ust ściśnionych; ona wesoła jak ptaszek, pogodna jak kwiat; powieki jej dozwalały zawsze widzieć oko najzłośliwsze w świecie, a usta pokazywały bez ustanku bielutkie ząbki.
„Uczeń, usunięty w kąt, powolny i słabowity, zdawał się oszczędzać swoich poruszeń; Katarzyna chodziła, biegała, kręciła się, nie zostając sekundy na jednem miejscu, tyle ta organizacya młoda i żywa, potrzebowała ruchu w braku wzruszeń.
Dla tego to była ona rozweseleniem całego domu; żywa, z głosikiem czystym i mocnym jak skowronek, wiodła z zupełnem zaniedbaniem i nieprzewidywaniem to życie, w które zaledwie wstępowała.
Zresztą, pełna powabów i wdzięku, Katarzyna była duszą pracowni; gdy śpiewała wszyscy milczeli; gdy się śmiała, śmiano się z nią razem; gdy rozkazywała, słuchano jej, i to nie mówiąc ani słówka; bo przytem jej kaprysy i wybryki nie były zazwyczaj zbyt wymagające; a potem była tak szczerze i naiwnie szczęśliwą, że udzielała wszystkim na około siebie dobrego humoru, iż weselono się widząc ją wesołą.
Co do jej historyi, powrócimy do niej może; sierota i dziecię ludu, od dzieciństwa pozostawioną była losowi, lecz Bóg się nią opiekował.
Przeznaczona aby być rozkoszą dla wszystkich, napotkała człowieka, dla którego szczęściem się stała.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Opisawszy te nowe osoby, wróćmy do naszego opowiadania.
— Zkądże przybywasz latawcze? — spytał mistrz Askania.
— Zkąd przybywam? biegałem za twoim interesem mistrzu.
— Od samego rana?
— Przez cały dzień.
— Powiedz raczej, żeś szukał jakiej awantury.
— Jakiej awantury miałbym szukać, mistrzu? — mruknął Askanio.
— Czyż ja wiem!
— A choćby i tak było, nie wielka to rzecz. Zresztą, Askanio dosyć jest ładny, by przygody jego a nie on ich miał szukać.
— Katarzyno! — przerwał mistrz marszcząc brwi.
— No, no, czy i o tego mistrzu, zechcesz być zazdrosnym! biedne dziecię!
I mówiąc to, podniosła ręką brodę Askania.
— Tego by tylko brakowało — mówiła dalej — ale... Jezus Marya, jakiż on blady! może nie jadłeś kolącyi włóczęgo?
— W istocie — zawołał Askanio — zapomniałem o niej .
— O! skoro tak, to i ja jestem zdania mistrza; zapomniał o kalacyi! bez wątpienia jest zakochany. Huberta! Huberta! prędzej, kolacyę dla pana Askania.
Służąca przyniosła jeszcze bardzo ponętne resztki kolacyi, na które nasz młodzieniec z chciwością się rzucił, gdyż po takiej porządnej przechadzce na świeżem powietrzu, miał prawo być głodnym.
Katarzyna i mistrz spoglądali na niego uśmiechając się — ona z przywiązaniem braterskiem, on z czułością ojcowską.
Co do ucznia pracującego w kącie, ten podniósł głowę w chwili gdy Askanio wchodził, lecz skoro tylko Katarzyna postawiła przed nim lampę, którą wzięła idąc otworzyć drzwi, opuścił znowu głowę i dalej swą pracę prowadził.
— Mówiłem ci więc, mistrzu, że dla ciebie to cały dzień biegałem — rzekł znowu Askanio, dostrzegłszy złośliwe spojrzenia, jakie nań mistrz i Katarzyna zwracali, i starając się zwrócić rozmowę na inny przedmiot, a nie na swoje miłostki.
— I dla czegóż biegałeś dla mnie dzień cały? posłuchajmy!
— Wszak mówiłeś wczoraj mistrzu, że w tym domy złe mamy światło i że pragnąłbyś mieć inną pracownię?
— Bez wątpienia.
— A więc znalazłem ci ją.
— Czy słyszysz, Pagolo? — rzekł mistrz, odwracając się do milczącego ucznia.
— Słucham cię, mistrzu — ozwał się tenże, podnosząc po raz drugi głowę.
— No! porzuć na chwilę te rysunki i pójdź słuchać. Askanio znalazł inną pracownię, czy słyszysz?
— Wybacz mistrzu, lecz ztąd bardzo dobrze słyszeć będę, co powie mój przyjaciel Askanio. Chciałbym ukończyć ten szkic, bo zdaje mi się, że to nic nie szkodzi... gdy kto religijnie wypełniwszy w niedzielę obowiązki chrześcianina, poświęci wolne chwile jakiemu użytecznemu ćwiczeniu: pracować jestto modlić się.
— Pagolo, mój przyjacielu — rzekł mistrz, potrząsając głową i tonem więcej smutku niż gniewu — wierzaj mi, uczyniłbyś lepiej, pracując pilniej przez cały tydzień a rozrywając się w niedzielę, zamiast próżnować w dnie powszednie a odróżniać się obłudnie w święta; lecz masz zupełną wolność, rób więc jak ci się podoba; a ty, Askanio, moje dziecię — mówił dalej głosem, w którym słodycz i czułość się przebijała — mówisz więc?
— Mówię, żem znalazł przepyszną pracownię.
— Gdzie?
— Czy znasz, mistrzu, pałac de Nesle?
— Znam doskonale, lecz tylko przechodziłem tamtędy, bo nigdy niebyłem wewnątrz.
— Lecz z powierzchowności czy ci się podoba?
— Bez wątpienia; lecz...
— Lecz co!
— Lecz czyż pałac ten nie jest przez nikogo zamieszkany?
— I owszem, przez prevota Paryża, p. Roberta d’Estourville, który zajął go, żadnego do tego prawa nie mając. Zresztą, by zaspokoić twe sumienie mistrzu — zdaje mi się, że moglibyśmy pozostawić mu mały Nesle, w którym podobno mieszka ktoś z jego rodziny, a sami poprzestać na wielkim Nesle z jego dziedzińcami, trawnikami i grą w krąg i piłkę.
— To tam jest gra w piłkę?
— Piękniejsza niż w Santa-Croce, we Florencyi.
— Per Bacco, to moja gra ulubiona, wiesz przecie Askanio.
— Tak, a prócz tego, mistrzu, przepyszne to jest miejsce; powietrza pod dostatkiem, a jeszcze jakiego! powietrza wiejskiego; to nie tak jak w tym okropnym kącie, gdzie pleśniejemy i gdzie słońce o nas zapomina; tam z jednej strony Pre-aux-Clercs, z drugiej Sekwana... A król twój wielki król, o dwa kroki, w swoim Luwrze.
— Lecz czyj u dyabła jest ten pałac?
— Czyj? króla.
— Króla!... powtórz mi to moje dziecię: pałac de Nesle należy do króla!
— W jego własnej osobie; teraz idzie o to, czy on zgodzi się oddać ci, mistrzu, tak wspaniałe mieszkanie?
— Kto, król? Jak on się nazywa, Askanio?
— Sądzę, że Franciszek I-szy.
— Co ma znaczyć, że za tydzień pałac de Nesle, moją będzie własnością.
— Lecz prewot Paryża rozgniewa się pewnie.
— Cóż mnie to obchodzi!
— A jeżeli go oddać nie zechce?
— Jeżeli nie zechce! Jak ja się nazywam, Askanio?
— Nazywasz się Benvenuto Cellini, mistrzu.
— Co ma znaczyć, że jeżeli ów szanowny prewot nie zechce tego zgodnie ukończyć, to potrafimy go zmusić. A tymczasem połóżmy się spać. Jutro o wszystkiem pomówimy, a przy dniu lepiej to rozpoznamy.
Na zlecenie mistrza, wszyscy odeszli wyjąwszy Pagola, który rysowaniem zajęty, został jeszcze chwil kilka w swym kącie; lecz skoro tylko zmiarkował, że wszyscy są już w łóżkach, uczeń wstał, obejrzał się do koła, przystąpił do stołu, nalał sobie wielką szklankę wina, jednym wychylił ją łykiem i także na spoczynek się udał.




ROZDZIAŁ II.
ZŁOTNIK W SZESNASTYM WIEKU.



Ponieważ już skreśliliśmy obraz i wyrzekliśmy nazwisko Benvenuta Cellini, powiedzieć jeszcze kilka słów musimy o tym dziwnym człowieku, Francyę od dwóch miesięcy zamieszkującym, a który będzie główną tej historyi osobą.
Lecz najprzód powiedzmy, co znaczył złotnik w szesnastym wieku.
Jest we Florencyi most zwany Starym Mostem, który dotąd jeszcze zawalony jest domami; te domy były sklepami złotników.
Lecz nie złotników jakich dzisiaj widzimy; dziś złotnictwo jest rzemiosłem, niegdyś było sztuką w całem znaczeniu tego wyrazu.
To też nie było nic cudowniejszego nad to sklepy a raczej przedmioty, sklepy te zapełniające; były to puhary z oniksu, około których wiły się smocze ogony, gdy tymczasem głowy i ciała tych fantastycznych zwierząt, spinając się naprzeciwko siebie, rozpościerały swe przejrzyste skrzydła złotemi zasiane gwiazdami i z otwartą paszczą groziły sobie rubinowemi oczyma.
To znowu agatowe dzbanki, u podstawy których piął się wieniec bluszczu, co idąc w górę w kształcie ucha, zaokrąglał się po nad swym otworem, ukrywając między szmaragdowemi liśćmi jakiego prześlicznego krajów zwrotnikowych ptaszka, zdobnego emalią, zdającego się żyć i śpiewać gotowego.
Albo urny z lazurowego kamienia, na krawędziach których schylały się, jakby dla napicia się, dwie jaszczurki tak zręcznie wyrzynane, że widać było prawie mieniące ich złotej łuszczki odcienia, i zdawało się, że za najmniejszym szmerem uciekną i skryją się w jaką szczelinę muru.
Lub znowu kielichy, monstrancye; bronzowe, srebrne, złote medale; wszystko to drogiemi kamieniami emaliowane, jak gdyby w tej epoce, rubiny, topazy, karbunkuły i dyamenty, w piasku rzek lub pyle dróg publicznych znajdowano.
Nareszcie nimfy, najady, bogowie, boginie; cały Olimp, pomieszany z krucyfiksami, krzyżami, męką pańską; Matka Boska i Wenus, Chrystus i Apollo, Jowisz miotający pioruny i Jehowah świat stwarzający, a wszystko to nie tylko po mistrzowsku wykonane ale i poetycznie pomyślane; nie tylko prześliczne jako cacka dla ustrojenia buduaru kobiety, lecz świetne jako arcydzieła, ich twórców unieśmiertelnić mogące.
Prawda, że ówcześni złotnicy nazywali się: Donatello Ghiberti, Ghirlandajo i Benvenuto Cellini.
Benyenuto Cellini opisał sam w pamiętnikach, ciekawszych od najciekawszego romansu, to życie awanturnicze artystów piętnastego i szesnastego wieku, kiedy to Tycyan malował w kirysie na piersiach, a Michał anioł rzeźbił ze szpadą przy boku; kiedy Masaccio i Dominiquin umierali otruci; kiedy Kozma trawił dnie i noce chcąc wynaleźć hart stali która by porfir krajać mogła.
Aby dać poznać tego człowieka, opowiemy jeden tylko z jego życia epizod; ten właśnie, co go do Francyi sprowadził.
Benvenuto bawił w Rzymie, gdzie był wezwany przez papieża Klemensa VII-go, i namiętnie pracował nad przepysznym kielichem, przez Jego Świątobliwość zamówionym; lecz ponieważ chciał dołożyć wszystkich starań do tego kosztownego dzieła, robota szła bardzo wolno.
Benvenuto, jak łatwo się domyśleć, miał mnóstwo zazdrosnych tak dla pięknych obstalunków, które otrzymywał od książąt, królów i papieży, jak dla talentu z jakim je wykonywał.
Ztąd wynikło, że jeden z jego kolegów nazwiskiem Pompeo, który nie mając co robić, trudnił się oszczerstwem, skorzystał z tego opóźnienia, by mu szkodzić w umyśle Papieża.
To też codziennie, bez odpoczynku, to pokątnie to znów otwarcie, zapewniał Papieża, że Benvenuto nigdy kielicha nie skończy i że będąc zarzuconym robotą, wykonywał inne prace, z uszczerbkiem obstalunków Jego Świątobliwości.
Udało mu się wreszcie papieża przekonać.
Dnia więc jednego Benvenuto, widząc Pompea wchodzącego do swego sklepu, poznał natychmiast z jego śmiejącego oblicza, że jakąś złą przynosił nowinę.
— Kochany kolego — rzekł — przychodzę uwolnić cię od ciężkiego obowiązku. Jego Świątobliwość poznał, że jeżeli spóźniasz się z wykończeniem kielicha, to nie z braku gorliwości lecz czasu. Osądził więc, że należy uwolnić cię od jakiego ważnego zatrudnienia i z własnego swego przekonania, odbiera ci urząd rytownika monety. Wprawdzie nędzne dziewięć dukatów mniej mieć będziesz na miesiąc, lecz zyszczesz dziennie godzinę czasu.
Benvenuto Cellini uczuł gwałtowną chętkę wyrzucenia za okno szydercy; lecz powściągnął się, a Pompeo widząc, że ani jeden muskuł nie poruszył się w jego twarzy, sądził, że cios nie skutkował.
— Oprócz tego — mówił dalej — nie wiem sam dla czego, pomimo nawet żem mówił za tobą ile mogłem, Jego Świątobliwość rozkazuje ci oddać natychmiast kielich w stanie, w jakim się znajduje. Obawiam się doprawdy, kochany Benvenuto i uprzedzam cię po przyjacielsku, że może ma zamiar kazać go skończyć komu innemu.
— O! co to, to nie! — zawołał złotnik, prostując się tym razem jak człowiek ukąszony przez węża. Mój kielich do mnie należy. Jego świątobliwość ma tylko prawo domagać się zwrotu pięciuset talarów, które mi naprzód zapłacił; lecz z moją pracą zrobię co mi się podoba.
— Bądź ostrożny, mój mistrzu — rzekł Pompeo — bo podobna odpowiedź pachnie może więzieniem.
— Mości Pompeo, jesteś osłem — powiedział Bcnrenuto Cellini.
Pompeo wyszedł jak wściekły.
Nazajutrz dwóch szambelanów Ojca świętego przyszło do Benvenuta Cellini.
— Papież przysyła nas do ciebie — rzekł jeden z nich — abyś nam oddał kielich, lub udał się do więzienia.
— Jestem gotów, panowie — odpowiedział Benvenuto — prowadźcie mnie do więzienia. Lecz uprzedzam was, że to bynajmniej nie przyśpieszy ukończenia kielicha.
I Benvenuto udał się z nimi do gubernatora, który naprzód zapewne otrzymawszy instrukcye, zaprosił go do swojego stołu.
Podczas obiadu, gubernator starał się ile możności skłonić Benvenuta do oddania papieżowi swej pracy, zapewniając go przytem, że jeżeli okaże tę uległość, Klemens VII, jakkolwiek gwałtowny i uparty, ułagodzi się natychmiast; lecz Benvenuto odpowiedział, że już sześć razy pokazywał Ojcu świętemu rozpoczęty kielich i że więcej nic papież nie mógł wymagać od niego; że zresztą znając dobrze Ojca świętego, nie mógł mu ufać, wiedząc, że skoroby miał w rękach kielich, mógłby z tego korzystać i oddać go do skończenia jakiemu głupcowi, któryby go zepsuł.
Oświadczył przytem, że był gotów zwrócić papieżowi pięćset zaliczonych mu talarów.
To rzekłszy, Benyenuto na wszystkie nalegania gubernatora nic nie odpowiadał, wychwalał tylko jego kucharza i pod niebiosa jego wina wynosił.
Po obiedzie, wszyscy jego współziomkowie, wszyscy najbliżsi przyjaciele, wszyscy uczniowie, przyprowadzeni przez Askania — przyszli go błagać, aby nie opierał się Klemensowi VII; lecz Benvenuto Cellini wszelkie uwagi i prośby odrzucił.
Ziomkowie oddalili się wzruszając ramionami; przyjaciele oświadczając, że zwaryował a Askanio płacząc.
Na szczęście, Pompeo nie zapomniał o Cellinim i tak tymczasem do papieża mówił:
— Najświętszy ojcze, dozwól działać twojemu słudze; poślę oznajmić temu zaślepieńcowi, że ponieważ chce koniecznie, niechaj złoży 500 talarów; a że jest marnotrawcą i rozrzutnikiem i zapewne nie posiada podobnej sumy, będzie przeto zmuszony oddać kielich.
Klemensowi VII podobał się ten plan; pozwolił więc aby Pompeo działał podług siebie.
Tego więc samego wieczoru, właśnie gdy miano odprowadzić Benvenuta Cellini do przeznaczonego dlań pokoju, zjawił się szambelan, oświadczając złotnikowi, że Jego świątobliwość przyjmuje jego „ultimatum” i żąda mieć natychmiast 500 talarów lub kielich.
Bonyenuto odpowiedział, że chce tylko, aby go odprowadzono do jego mieszkania, a zwróci 500 talarów.
Czterech szwajcarów odprowadziło Benvenluta do mieszkania.
Wszedłszy do swojej sypialni, Benvenuto wyjął klucz z kieszeni, otworzył małą, szafkę żelazną wmurowaną w ścianę, sięgnął ręką do wielkiego worka, wyjął zeń pięćset talarów i oddając je szambelanowi, wyprosił go za drzwi wraz z czterema szwajcarami.
Ci ostatni otrzymali nawet (trzeba powiedzieć na pochwałę Benvenuta Cellini) cztery talary za fatygę, i oddalili się ucałowawszy mu (co trzeba wyznać na pochwałę szwajcarów) ręce.
Szambelan powrócił natychmiast do Ojca św. i oddał mu pięćset talarów, na co Jego świątobliwość wpadł w wielki gniew i począł lżyć Pompea.
— Ruszaj sam natychmiast do mego wielkiego pieczętarza, ośle — rzekł do niego — obsyp go grzecznościami, do jakich tylko twój bydlęcy rozum jest zdolny i powiedz mu, że jeżeli mi dokończy kielich, dam mu wszystko co zechce.
— Ale, Wasza świątobliwość — odpowiedział Pompeo — czy nie byłoby do tego dosyć czasu jutro rano?
— Teraz już za późno, głupcze; a nie chcę aby Benvenuto zasnął, mając do mnie urazę; wypełnij więc natychmiast mój rozkaz i niech jutro rano, wstając, mam pomyślną odpowiedź.
Pompeo wyszedł więc z Watykanu opuściwszy uszy i udał się do sklepu Benvenuta, który znalazł zamkniętym.
Zajrzał przez dziurkę od klucza, przez szpary we drzwiach; przeglądnął wszystkie okna, spodziewając się ujrzeć gdziekolwiek światło; lecz widząc, że wszędzie ciemno, odważył się zapukać do drzwi raz, potem drugi cokolwiek mocniej, nareszcie trzeci raz jeszcze mocniej.
Wtedy otworzyło się okno na pierwszem piętrze i Benvenuto pokazał się w koszuli z rusznicą w ręku.
— Kto tam? — zapytał.
— Ja — odrzekł posłaniec.
— Kto, ty? — powtórzył złotnik, poznając od razu Pompea.
— Ja, Pompeo.
— Kłamiesz — rzekł Benvenuto — znam bardzo dobrze Pompea; jest to taki tchórz, że nie odważyłby się o tej godzinie wyjść na ulice Rzymu.
— Ale, kochany Cellini, przysięgam ci...
— Milcz; jesteś łotrem co przybrał nazwisko tego biedaka, ażeby się dostać do mego domu i okraść mnie.
— Drogi Benyenuto, niech umrę...
— Rzeknij jeszcze słówko — zawołał Benrenuto, mierząc doń z rusznicy — a twoje życzenie spełni się.
Pompeo zaczął zmykać co mu sił starczyło, krzycząc, że go chcą zamordować i wkrótce zniknął w przyległej ulicy.
Gdy się oddalił, Benvenuto zamknął okno, zawiesił rusznicę na gwoździu i położył się napowrót, śmiejąc się ze strachu, jakiego napędził biednemu Pompeo.
Nazajutrz, w chwili gdy schodził do sklepu otwartego już od godziny przez jego uczniów, Benvenuto Cellini spostrzegł po drugiej stronie ulicy Pompea, który stojąc tam od samego świtu, czekał na jego ukazanie się.
Ujrzawszy Celliniego, Pompeo dał mu znak najprzyjaźniejszy, jaki kiedykolwiek komu uczynił.
— A! — rzekł Cellini — to ty, kochany Pompeo. Dalibóg o mało dziś w nocy jakiś hultaj, twe nazwisko przybierający, nie przypłacił drogo swej śmiałości.
— Doprawdy — powiedział Pompeo, siląc się na uśmiech i zbliżając po mału do sklepu — a to jakim sposobem?
Benvenuto opowiedział posłańcowi Jego świątobliwości całe nocne zdarzenie; lecz ponieważ w nocnej rozmowie Benvenuto nazwał go tchórzem, nie śmiał on przeto przyznać, że to z nim samym Benvenuto miał sprawę.
Skończywszy opowiadanie, Cellini zapytał Pompea, jakiej szczęśliwej okoliczności winien zaszczyt mieć go u siebie.
Wówczas Pompeo sprawił się, lecz naturalnie w innych wyrazach z poselstwa, włożonego nań przez Klemensa VII-go.
W miarę jak mówił, twarz Benvenuta Cellini rozjaśniała się.
Klemens VII ustępował więc.
Złotnik okazał się upartszym od papieża; gdy już Pompeo skończył:
— Odpowiedz Jego świątobliwości — rzekł Benvenuto — że najszczęśliwszym będę spełniając jego rozkazy i czyniąc wszystko w świecie celem odzyskania łaski, którąm utracił nie przez swoję winę, lecz przez złośliwość zazdrośnych. Co zaś do ciebie, panie Pompeo, ponieważ jak sądzę, papieżowi nie brak na służących, radzę ci dla własnego twego dobra, ażebyś mi na przyszłość innego służącego a nie siebie przysyłał; przez wzgląd na twoje zdrowie radzę ci, nie mieszaj się więcej mości Pompeo do moich spraw i proś Boga, abym cię nigdy na mej drodze nie znalazł.
Pompeo nie pytał o resztę i zaniósł Klemensowi VII odpowiedź Benvenuta Cellini. dodatek jednak przemilczając.
Niedługo potem, dla zupełnego pogodzenia się z Benvenutem, Klemens VII kazał mu wyryć swój medal.
Benvenuto wybił go z bronzu, srebra i złota; poczem zaniósł go papieżowi, który tak był nim zachwycony, że w uwielbieniu zawołał, iż nigdy starożytni nie wyryli tak pięknego medalu.
Tak więc Benvenuto pogodził się z Klemensem VII, czego niebyłby zapewne uczynił, gdyby go mniej kochał, lecz jako współziomek bardzo był przywiązany do niego.
To też zmartwił się bardzo, gdy w kilka miesięcy potem zdarzeniu, papież umarł prawie nagle.
Ten żelazny człowiek zalał się łzami na tę wiadomość; przez cały tydzień płakał jak dziecko.
Zresztą, zgon ten podwójnie był nieszczęsny dla biednego Cellini; w sam dzień pogrzebu papieża, spotkał Pompea, którego nie widział od chwili, kiedy mu zalecił nie nasuwać się zbyt często ze swoją osobą.
Trzeba powiedzieć, że od czasu gróźb Benvenuta Cellini, nieszczęśliwy Pompeo nie śmiał wyjść jak tylko w towarzystwie dwunastu dobrze uzbrojonych ludzi, którym płacił tak samo jak papież swej gwardyi szwajcarskiej; każde też wyjście na miasto kosztowało go dwa lub trzy talary.
Chociaż pośród tych dwunastu zbirów, Pompeo drżał jednak bojąc się spotkać Benvenuta Celini; wiedział bowiem, że jeżeliby skutkiem tego spotkania nastąpiła kłótnia i gdyby przytrafiło się jakie nieszczęście Cellini’emu, to papież, który lubił bardzo swego złotnika, zemściłby się za niego; lecz, jak powiedzieliśmy, Klemens VII umarł a jego śmierć dodała nieco śmiałości Pompeowi.
Benyenuto poszedł do kościoła świętego Piotra, by ucałować nogi zmarłego papieża i gdy wracał przez ulicę dei Banchi, w towarzystwie Askania i Pagola, spotkał się twarz w twarz z Pompeem i jego dwunastu ludźmi.
Na widok swego nieprzyjaciela, Pompeo zbladł jak śmierć, lecz spojrzawszy na około siebie i widząc się ludźmi otoczonym, gdy tymczasem Benvenuto miał z sobą tylko dwoje dzieci, odzyskał odwagę i zatrzymawszy się, oddał Cellini’emu ironiczny ukłon głową; jego zaś prawa ręka bawiła się rękojeścią sztyletu.
Na widok tej bandy, jego mistrzowi grożącej, Askanio sięgnął ręką do szpady gdy tymczasem Pagolo zdawał się spoglądać gdzie indziej; lecz Benvenuto nie chciał wystawiać swego ukochanego ucznia na tak nierówną walkę.
Położywszy więc rękę na jego ręku, i wepchnąwszy do pochwy na wpół już wydobytą szpadę Askania, oddalił się, jakby to co widział bynajmniej go nie uraziło.
Askanio nie poznawał w tym postępku swojego mistrza; lecz ponieważ mistrz się oddalał i on również z nim się oddalił.
Pompeo, tryumfując, oddał głęboki ukłon Celini’emu i udał się w swoję stronę, otoczony będąc ciągle zbirami, jego pogróżki naśladującemi.
Benvenuto gryzł sobie wargi aż do krwi; lecz na pozór zdawał się uśmiechać.
Było to nie do pojęcia dla każdego, kto znał charakter drażliwy znakomitego złotnika.
Lecz zaledwie zrobił sto kroków, napotkał sklep jednego ze swoich kolegów; wszedł więc do niego pod pozorem obejrzenia starożytnej wazy, którą znaleziono w grobach ertruskich w Corneto, swym zaś dwom uczniom rozkazał iść dalej, obiecując złączyć się z nimi za chwil kilka w sklepie.
Łatwo pojąć, że to był tylko pozór by oddalić Askania; zaledwie bowiem zmiarkował, że młodzieniec i jego towarzysz, o którego mniej się troszczył, wiedząc, że jego męztwo nie daleko go zaniesie, zakręcili na drugą, ulicę, postawił wazę na swojem miejscu i wybiegł ze sklepu.
W trzech skokach Benvenuto był na ulicy w miejscu gdzie spotkał Pompea; lecz tego już nie było.
Skoro jednak pierwszy zapytany przechodzień wskazał mu drogę, którą się Pompeo oddalił, Benvenuto jak ogar popędził za śladem jego.
Pompeo zatrzymał się przed drzwiami apteki, na rogu Chiavica i opowiadał zacnemu aptekarzowi dowody męztwa, jakie okazał względem Celliniego, gdy niespodzianie na rogu ulicy ujrzał jego samego, z błyszczące mi oczyma i czołem potem oblanem.
Benvenuto ujrzawszy go, wydał okrzyk radości a Pompeo zamilkł nagle wśród swego opowiadania, Widocznie miało zajść coś okropnego.
Siepacze uszykowali się na około Pompea i wydobyli szpady.
Szaleństwem było jednemu człowiekowi napastować trzynasta; lecz Benvenuto był, jak już powiedzieliśmy, jedną z tych lwich natur, które nie mają we zwyczaju liczyć swych nieprzyjaciół.
Wydobył ku tym trzynastu grożącym mu szpadom, mały nadzwyczajnie ostry sztylet, który zawsze nosił za pasem; rzucił się na tę gromadę, oddalając jedną, ręką dwie czy trzy szpady, drugą obalając jednego czy dwóch ludzi, tak, że dostał się natychmiast do Pompea, i za kołnierz go chwycił; lecz natychmiast gromada za nim się zamknęła.
Wtedy widziano tylko okropne zamieszanie, z którego ulatywały krzyki i nad którem błyszczały szpady.
W jednej chwili żyjąca ta grupa potoczyła się w nieładzie na ziemię; potem jakiś człowiek zerwał się, wydając okrzyk zwycięzki i gwałtownem wysileniem wydostał się z tłumu, wprawdzie krwią zbroczony, lecz potrząsając z tryumfem zakrwawionym sztyletem: był to Benvenuto Cellini.
Drugi został na bruku, wijąc się w boleściach konania.
Otrzymał dwa pchnięcia sztyletem: jedno poniżej ucha, drugie pod szyją, pomiędzy ramieniem i kością piersiową.
Po kilku sekundach skonał: był to Pompeo.
Kto inny po podobnym czynie byłby uciekał; lecz Benvenuto wziął sztylet w lewą rękę, prawą zaś dobył szpady i odważnie czekał na dwunastu zbirów.
Ale zbirowie nie mieli już nic do Benvenuta.
Ten co im płacił, nie żył już; a tem samem nie mógł im już płacić.
Zemknęli więc jak stado spłoszonych zajęcy, pozostawiając trupa Pompea.
W tej chwili nadbiegł Askanio i rzucił się w objęcia swojego mistrza; nie oszukała go waza etruska, powrócił, lecz chociaż biegł szybko, przybył jednak kilka sekund za późno.




ROZDZIAŁ III.
I KAR.



Benyenuto powrócił do siebie dosyć niespokojny, nie z powodu trzech ran otrzymanych, wszystkie bowiem były zbyt mało znaczące aby się o nie miał troszczyć; lecz skutkiem tego co zaszło.
Zabił już przed pół rokiem Guascontiego, mordercę swojego brata; lecz wydobył się z tej sprawy dzięki protekcyi papieża Klemensa VII-go; zresztą, morderstwo to było tylko rodzajem odwetu; lecz teraz protektor Benvenuta już nie żył, położenie więc było o wiele drażliwsze.
Jakoż, gdy powróciwszy do siebie, palił niektóre papiery i kładł pieniądze do kieszeni, zbirowie papiescy aresztowali go i zaprowadzili do zamku świętego Anioła.
Okoliczność ta jednak pocieszyła prawie Benvenuta gdy wspomniał, że w zamku świętego Anioła trzymano tylko szlachtę.
Lecz drugą pociechą, nie mniej skutecznie na Benvenuta Cellini działającą, gdy wchodził do zamku świętego Anioła, była myśl, że człowiek obdarzony wyobraźnią tak jak jego twórczą, nie zadługo tym lub owym sposobem wybić się na wolność potrafi.
To też gdy przybył do zamku, tak się odezwał do Gubernatora, który siedział przy stoliku okrytym suknem zielonem i papiery na nim układał:
— Panie Gubernatorze! potrój rygle, kraty i szyldwachy, zamknij mnie w najwyższym pokoju lub najgłębszym lochu; czuwaj dzień i noc, gdyż uprzedzam cię, że postanowiłem niezmiennie ztąd uciec.
Gubernator spojrzał na więźnia mówiącego doń z tak zadziwiającą pewnością i poznał w nim Benvenuta Cellini, którego przed trzema miesiącami miał honor mieć u swego stołu.
Pomimo tej znajomości, a może właśnie z powodu tejże, słowa Benvenuta wprawiły w głębokie osłupienie zacnego gubernatora; był to florentczyk, nazwiskiem Georgio, kawaler des Ugolini, wyborny człowiek lecz nieco słabej głowy.
Wkrótce jednak ochłonął z pierwszego zadziwienia i kazał zaprowadzić Benvenuta do pokoju najwyżej w całym zamku położonego.
Dachem tego pokoju był sam taras.
Szyldwach przechadzał się na tym tarasie, drugi czuwał u dołu muru.
Gubernator wskazał więźniowi wszystkie te szczegóły, potem gdy już był pewien, że więzień je ocenił:
— Kochany Benyenuto — rzekł — można otworzyć zamki, wyważyć drzwi, można przekopać grunt podziemnego lochu, można przebić mur, można przekupić stróżów; lecz trzeba by chyba mieć skrzydła, ażeby zejść z tej wysokości.
— A ja jednak zejdę — odparł Benvenuto Cellini.
Gubernator spojrzał mu w oczy; pewien był, że jego więzień zwaryował.
— Więc ulecisz na skrzydłach?
— Dla czego nie? wyobrażałem sobie zawsze, że człowiek mógłby latać; nie miałem tylko czasu do robienia doświadczeń. A że tu mieć go będę dostatkiem, muszę się więc o tem przekonać. Przygoda Ikara jest historyk a nie bajką.
— Strzeż się więc słońca, kochany Benvenuto — rzekł drwiąco gubernator — strzeż się słońca.
— Ja też ulecę w nocy — odpowiedział Benvenuto.
Gubernator nie spodziewał się tej odpowiedzi, tak że nie mając co na to odpowiedzieć, oddalił się.
W istocie, koniecznie trzeba było uciekać.
W innym czasie, Benvenuto zabiwszy człowieka nie byłby w takim kłopocie; za całą karę byłby musiał iść za procesyą Matki Boskiej, ubrany w kaftan i płaszcz z niebieskiej bylicy.
Lecz nowy papież Paweł III-ci, nie tak łatwo przebaczać umiał; pamiętał jeszcze dobrze o tem, że będąc kardynałem Farnese, Benvenuto odmówił mu srebrnej wazy, która mu się bardzo podobała, a której Jego eminencya przemocą nawet uzyskać nie mógł; prócz tego, Ojciec Święty zazdrośnym był o to, że Franciszek I-szy prosił o Benyvenuta przez pana de Montluc, swego ambasadora przy Stolicy Apostolskiej.
Dowiedziawszy się o uwięzieniu Benvenuta, pan de Montluc tem usilniej prośbę swego pana popierał.
Lecz Paweł III-ci nie zwykł był tego co raz wyrzekł cofać: poprzysiągłszy bowiem, że Benvenuto swój nierozsądny krok przynajmniej więzieniem a tym sposobem wyrzeczeniem się sławy i zapomnieniem odpokutować będzie musiał, na uwolnienie jego nie zezwolił.
W takim więc wypadku ważnem było, aby Benvenuto sam o sobie nie zapomniał; dla tego to postanowił uciec, nie czekając na badania i sądy, których by się nigdy może nie doczekał — gdyż papież rozgniewany wstawieniem się króla Franciszka I-go, nie chciał już nawet słyszeć o nazwisku Benvenuta Cellini.
„Więzień wiedział o tem wszystkiem przez Askania, który objął jego sklep, i który wskutek usilnych próśb, otrzymał pozwolenie odwiedzania swego mistrza; rozumie się, że takowe odwiedziny odbywały się przez dwie kraty i w przytomności świadków, czuwających aby uczeń nie podał mu ani pilnika, ani sznura, ani noża.
Skoro więc tylko gubernator kazał zamknąć drzwi za Benvenutem, ten rozpoczął przegląd swojej stancyi.
Otóż co obejmowały cztery ściany jego nowego mieszkania: łóżko, kominek, w którym można było palić, stół i dwa krzesła.
W parę dni Benvenuto otrzymał glinę i narzędzia do modelowania.
Gubernator odmówił z początku tych przedmiotów rozrywki swojemu więźniowi; lecz przyszło mu na myśl, że zajmując umysł artysty, odwróci go może od zamiaru ucieczki; tegoż dnia, Benvenuto ulepił model kolosalnej Venus.
To wszystko nie było nic wielkiego; lecz przyzwawszy na pomoc wyobraźnię, cierpliwość i energię, było to wiele.
Jednego dnia grudniowego, gdy było bardzo zimno i gdy napalono ogień na kominie, stróż, który przyszedł zmienić pościel na łóżku, zapomniał zabrać prześcieradeł.
Skoro tylko drzwi zamknięto, Benvenuto jednym skokiem był przy tapczanie, wyjął z siennika dwie ogromne garście liści kukurydzowych, zapełniających zwykle sienniki włoskie, włożył na ich miejsce parę prześcieradeł, powrócił do posągu, wziął narzędzia i zaczął pracować.
W tej chwili służący powrócił zabrać zapomniano prześcieradła; szukał wszędzie, pytając Benvenuta czy ich nie widział; lecz Benvenuto odpowiedział obojętnie i jakby zatopiony w modelowaniu, że pewnie który z jego kolegów zabrał je, albo może on sam je wziął i zapomniał o tem.
Służący nie miał najmniejszego podejrzenia, tak nie wiele czasu upłynęło pomiędzy jego wyjściem i powrotem, a nadewszystko Benvenuto odegrał tak naturalnie swą rolę.
Ponieważ zaś prześcieradła się nie znalazły, nie wspomniał o nich więcej, obawiając się, aby nie był oddalony lub zmuszony za nie zapłacić.
Skoro tylko służący wyszedł, Benvenuto padł na kolana i podziękował Bogu za nadesłaną mu pomoc.
Ponieważ zaś, posławszy raz łóżko, nie dotykano się go aż nazajutrz rano, pozostawił przeto skradzione prześcieradła w sienniku.
Gdy noc nadeszła, zaczął rozcinać prześcieradła, które na szczęście były nowe i dosyć grube, na pasy trzy lub cztery cale szerokie; potem zaczął je skręcać, jak tylko mógł najmocniej; nareszcie zrobił otwór w posągu z tłustej ulepionego gliny, wypróżnił go zupełnie, włożył weń swój skarb, zalepił otwór trochą gliny, którą wygładził wielkim palcem i swojem narzędziem tak, że najbieglejszy znawca nie doszedłby, że biednej Venus zrobiono operacyę.
Nazajutrz rano gubernator wszedł niespodzianie, jak miał we zwyczaju, do stancyi więźnia; lecz jak zawsze, zastał go spokojnego i przy pracy.
Co rano biedak, nocy szczególniej się obawiający, drżał czy nie zastanie próżnej stancyi.
I trzeba wyznać na pochwałę jego szczerości, co rano nie ukrywał swojego zadowolenia, widząc ją zajętą.
— Przyznam ci się, że mnie okrutnie niepokoisz, Benvenuto — mówił biedny gubernator do więźnia — jednakże zaczynam się przekonywać, że twoje groźby czczą tylko były gadaniną.
— Nie grożę ci, panie Georgio — odpowiedział Benvenuto — ostrzegam cię tylko.
— Więc zawsze obstajesz przy zamiarze ulecenia?
— Na szczęście! nie jest to tylko nadzieją, ale pewnością.
— Ależ jak to uczynisz? — zawołał biedny gubernator, któremu to pozorne czy też rzeczywiste zaufanie Benvenuta w środkach ucieczki, zupełnie spokojność odbierało.
— To moja tajemnica, panie. Ale uprzedzam cię, że moje skrzydła już rosną.
Gubernator zwrócił machinalnie oczy na ramiona swojego więźnia.
— Tak więc, panie gubernatorze — mówił ten dalej, modelując swoję statuę — jest między nami otwarta wojna. Pan masz za sobą ogromne wieże, grube drzwi, doświadczone zamki, mnóstwo stróżów, gotowych na wszystkie jego rozkazy; ja zaś głowę i te oto ręce, a jednak uprzedzam cię po prostu, że będziesz zwyciężony. Lecz ponieważ pan jesteś człowiekiem rozsądnym i już pewnie przedsięwziąłeś wszelkie środki ostrożności, pozostanie ci, panie Georgio, po mojej ucieczce pociecha, że nic nie będziesz miał sobie do wyrzucenia i że niczego nie zaniedbywałeś, ażeby mnie zatrzymać. A teraz, co pan mówisz o tem biodrze? gdyż wiem, że jesteś lubownikiem sztuki.
Tyle pewności przywodziło do rozpaczy biednego komendanta.
Jego więzień dręczył go coraz bardziej; z tego to powodu zesmutniał, stracił apetyt i drżał co chwila jak człowiek, którego nagle ze snu budzą.
Jednej nocy Benvenuto usłyszał wielki zgiełk na tarasie, potem zgiełk ten doszedł do jego korytarza, nareszcie ucichł przy jego drzwiach.
Wtedy drzwi otworzyły się i ujrzał pana Georgio w szlafroku i szlafmycy, w towarzystwie czterech stróżów i ośmiu żołnierzy; gubernator przystąpił do jego łóżka ze zmienioną twarzą.
Benvenuto usiadł na materacu i roześmiał mu się w oczy.
Gubernator nie zważając na ten śmiech, odetchnął jak nurek, co nad wodę wypłynął.
— A! — zawołał — Bogu niech będą dzięki, jest jeszcze! Słusznie mówią, że snom wierzyć nie trzeba.
— Cóż to się stało? — zapytał Benvenuto Cellini — jakiej że szczęśliwej okoliczności winienem przyjemność widzenia pana o tej godzinie?
— Chryste Jezu! nic się nie stało i na strachu się tylko skończyło. Śniło mi się, że te przeklęte skrzydła już ci urosły, ale to skrzydła ogromne, na których unosiłeś się swobodnie po nad zamkiem Świętego Anioła, mówiąc mi: Bywaj zdrów kochany gubernatorze, bywaj zdrów! nie chciałem oddalić się bez pożegnania z tobą; odlatam, więc do przyjemnego nie zobaczenia się więcej.
— Jakto! ja ci to mówiłem, panie Georgio?
— To były twoje własne słowa... A! Benvenuto, urodziłeś się na moje nieszczęście.
— O! spodziewam się, że nie masz mnie pan za takiego grubianina. Na szczęście, to było tylko snem, gdyż inaczej nigdybym ci tego nie przebaczył.
— Lecz chwała Bogu! nic się nie stało. Trzymam cię, kochany przyjacielu, i chociaż wyznać muszę, że twoje towarzystwo nie jest mi najprzyjemniejszem, spodziewam się jednak długo cię mieć jeszcze.
— Wątpię bardzo — odpowiedział Benvenuto z tym uśmiechem pełnym zaufania, który do wściekłości jego gospodarza przywodził.
Gubernator wyszedł, odsyłając Benvenuta do wszystkich dyabłów, a nazajutrz wydał rozkaz, aby dzień i noc co dwie godziny, jego więzienie zwiedzano.
To zwiedzanie trwało miesiąc; lecz po upływie miesiąca, gdy nie było żadnego widocznego powodu do mniemania, ażeby Benvenuto zajmował się ucieczką, czujność się zmniejszyła.
Ten miesiąc jednak Benvenuto poświęcił na olbrzymią pracę.
Benvenuto, jak powiedzieliśmy, jak najpilniej przejrzał swoję stancyę skoro tylko wszedł do niej; wtedy to ułożył sobie zaraz plan ucieczki.
Jego okno było zakratowane a kraty były zbyt mocne, aby je można wyłamać ręką lub wyjąć narzędziem do modelowania, a był to jedyny żelazny sprzęt, jaki posiadał.
Co do kominka, ten zwężał się do tego stopnia, że chyba trzeba było, aby więzień miał przywilej zmieniania się w węża jak wróżka Meluzyna, aby mógł przez niego przejść.
Pozostawały drzwi.
Zobaczmy jak drzwi te były zbudowane.
Drzwi były dębowe, grube na dwa palce, zamykane na dwa zamki i cztery rygle i pokryte wewnątrz blachą żelazną, przybitą gwoździami.
Temi to drzwiami wyjść trzeba było.
Benvenuto bowiem zauważył, że o kilka kroków za temi drzwiami, w korytarzu do nich prowadzącym, były schody wychodzące na taras.
Przez nie to przechodziła warta.
Co dwie godziny Benvenuto słyszał odgłos kroków, wstępujących na schody; potem znowu kroki zstępowały i przez następne dwie godziny inny już go łoskot nie budził.
Szło więc po prostu o to, aby się dostać na drugą stronę tych dębowych drzwi, grubych na dwa palce, zamkniętych na dwa zamki i cztery zasuwy, i co większa, obitych jak rzekliśmy wewnątrz blachą żelazną, przytwierdzoną do drzewa u góry i u dołu gwoździami.
A teraz wykażmy pracę, jaką się zajął Benvenuto podczas upłynionego miesiąca.
Za pomocą żelaznego narzędzia do modelowania, wyjął po kolei wszystkie gwoździe, oprócz czterech u góry, i tyluż u dołu, które zachował na ostatni dzień, potem, ażeby nie spostrzeżono ich braku, zastąpił je zupełnie takiemiż samemi główkami, które ulepił z gliny i żelaznemi posypał opiłkami, tak, że niepodobna było najwprawniejszemu oku rozeznać główek gwoździ prawdziwych od fałszywych.
Ponieważ zaś w całych drzwiach było sześćdziesiąt gwoździ a każdy gwóźdź zajmował godzinę a czasem nawet dwie godzin na wyjęcie, można wyobrazić sobie jaką pracę zadawało więźniowi podobne przedsiewzięcie.
Potem przez cały wieczór, gdy wszyscy spali i gdy nie było już nic słychać oprócz kroków szyldwacha po nad jego głową się przechadzającego, Benvenuto rozpalał ogień na kominku i żarzącemi węglami okładał na drzwiach blachę, ta zaś rozpaliwszy się do czerwoności, obracała powoli w węgiel drzewo, do którego była przymocowaną, tak jednak, aby ze strony przeciwnej drzwi tego zwęglenia nie dostrzeżono.
Przez cały miesiąc, jak powiedzieliśmy, Benvenuto oddawał się tej pracy, to też po upływie miesiąca była ona zupełnie ukończoną i więzień oczekiwał już tylko nocy przyjaznej dla jego ucieczki. Lecz musiał czekać jeszcze kilka dni, gdyż w tym właśnie czasie gdy owej pracy dokonał, była pełnia.
Benvenuto skończył już robotę z gwoździami, rozgrzewał tylko ciągle drzwi i przywodził do wściekłości gubernatora.
Tegoż samego dnia, gubernator wszedł do niego.
— Kochany więźniu — spytał Benvenuta — czy zawsze myślisz ulecieć? Odpowiedz mi otwarcie.
— Więcej niż kiedykolwiek, kochany gościu — odrzekł Benvenuto.
— Słuchaj — powiedział gubernator — gadaj mi co chcesz, lecz mówię ci szczerze, uważam to za niepodobieństwo.
— Niepodobieństwo, panie Georgio, niepodobieństwo! — odrzekł artysta — wszak pan wiesz dobrze, że ten wyraz nie istnieje dla mnie... dla mnie, co zawsze ćwiczyłem się w tem, aby wykonywać rzeczy najniepodobniejsze i to z powodzeniem. Niepodobieństwo! Czyż pan sądzisz, że ten co może ze szmaragdów i dyamentów stworzyć kwiat piękniejszy niż wszystkie kwiaty, które okrywa rosa... nie potrafi stworzyć skrzydeł?
— Niech mi Bóg przebaczy — rzekł gubernator — lecz to twoje zuchwałe zaufanie, przyprawi mię chyba o utratę głowy! Lecz wreszcie, aby skrzydła mogły cię utrzymać w powietrzu, co przyznam wydaje mi się niepodobieństwem, jakąż formę im nadasz?
— Już dosyć nad tem myślałem, jak się pan spodziewać powinieneś, gdyż bezpieczeństwo mojej osoby od kształtu tych skrzydeł zależy.
— No, więc?
— Więc uważając wszystkie zwierzęta latające, gdybym chciał uczynić to za pomocą sztuki co one otrzymały od Boga, nie widzę jak tylko nietoperza, którego można by naśladować z pewnym skutkiem.
— Ależ, Benvenuto — odrzekł gubernator — chociaż byś miał sposób zrobienia skrzydeł, czy w chwili użycia ich nie zabraknie ci odwagi?
— Daj tylko, co mi potrzeba do ich złożenia, kochany gubernatorze, a odpowiem ci na to ulatując.
— A czegóż ci potrzeba?
— O mój Boże! bardzo mało: małej kuźni, kowadła, pilników, kleszczów i obcęgów do zrobienia sprężyn; i ze dwadzieścia brytów ceraty na zastąpienie błon.
— Dobrze, dobrze — rzekł Georgio — uspokoiłeś mnie nieco gdyż nigdy, pomimo wszelkiego swego dowcipu, nie zdołasz wystarać się o to wszystko.
— To wszystko już zrobione — odpowiedział Benvenuto.
Gubernator podskoczył na krześle, lecz w tejże chwili pomyślał, że to było niepodobnem.
Pomimo to jednak, jego biedna głowa nie miała chwili spoczynku.
Każdego ptaka przelatującego koło jego okien, brał za Benvenuta Cellini, tak wielkim jest wpływ panującej myśli nad słabą głową.
Tegoż dnia pan Georgio posłał po najbieglejszego mechanika w Rzymie i kazał mu wziąć z siebie miarę na parę nietoperzych skrzydeł.
Mechanik osłupiały, spojrzał na gubernatora, nie dawszy mu żadnej odpowiedzi, sądząc bardzo słusznie, że pan Georgio zwaryował.
Lecz ponieważ pan Georgio nalegał, ponieważ był bogaty i jeżeli chciał czego nadzwyczajnego, miał czem za to zapłacić, mechanik zajął się robotą i w tydzień przyniósł mu parę przepysznych skrzydeł, które przymocowywały się do ciała za pomocą drucianego gorsetu i poruszały się za pomocą sprężyn bardzo dowcipnych, i z regularnością zupełnie zaspakajającą.
Pan Georgio zapłacił mechanikowi umówioną cenę, wymierzył przestrzeń, jaką mogła zająć cała maszynerya, poszedł do Benvenuta Cellini i nic nie mówiąc, przetrząsnął całą izbę, zaglądając pod łóżko, w komin, patrząc w sienniku i zwiedzając najmniejszy kącik.
Przejrzawszy wszystko, wyszedł milczący i przekonany, że chyba by Benvenuto był czarownikiem, aby mógł ukryć w swojej stancyi parę podobnych skrzydeł.
„Widocznie w głowie biednego gubernatora coraz bardziej mieszać się zaczynało.
Powróciwszy do siebie, pan Georgio zastał mechanika, który wrócił umyślnie by mu powiedzieć, że na końcu każdego skrzydła było żelazne kółko, przeznaczone do utrzymania nóg człowieka w położeniu horyzontalnem.
Zaledwie mechanik wyszedł, Georgio zamknął się, włożył gorset, rozwinął skrzydła, założył kółka na nogi i położywszy się na brzuchu, próbował wzbić się w powietrze.
Lecz pomimo wszelkich usiłowań, nie mógł wznieść się po nad ziemię.
Po dwóch lub trzech podobnych próbach, posłał znowu po mechanika.
— Mój panie — rzekł do niego — próbowałem twoich skrzydeł, na nic się nie przydadzą.
— Jakieś ich pan próbował?
Georgio opowiedział mu po szczególe potrójne doświadczenie.
Mechanik słuchał go z uwagą, gdy zaś skończył:
— Nie dziwię się temu — rzekł. — Położywszy się na ziemi, nie możesz pan mieć dostatecznej do wzbicia się ilości powietrza; trzeba było panu wejść na zamek Świętego Anioła i ztamtąd odważnie rzucić się w powietrze.
— I sądzisz pan, że wtenczas mógłbym latać?
— Jestem tego pewny — odpowiedział mechanik.
— Lecz jeżeli pan tak pewnym tego jesteś — mówił dalej gubernator — czy byś nie zechciał zrobić sam doświadczenia?
— Skrzydła są zastosowane do ciężaru pańskiego ciała a nie do mojego — odrzekł mechanik — skrzydła dla mnie przeznaczone, powinny by być półtorej stopy dłuższe.
Mechanik ukłonił się i wyszedł.
— Do dyabła! — rzekł Georgio.
Przez cały ten dzień uważano, że umysł pana Georgio coraz więcej bujał w jakiejś wymarzonej przestrzeni.
Wieczorem kładąc się spać, zwołał wszystkich służących, wszystkich stróży i żołnierzy.
— Panowie — rzekł — jeżeli dowiecie się, że Benvenuto Cellini chce odlecieć, nie przeszkadzajcie mu a tylko mnie uprzedźcie, gdyż potrafię nawet w nocy dogonić go z łatwością, z powodu, że jestem prawdziwym nietoperzem; gdy tymczasem on, cokolwiek bądź mówi, jest tylko fałszywym.
Biedny gubernator oszalał zupełnie; ponieważ jednak spodziewano się, że noc uspokoi go, postanowiono czekać do rana z zawiadomieniem o tem papieża.
Zresztą, noc była szkaradna, dżdżysta i ciemna i nikomu niechciało się wyjść w podobny czas.
Wyjąwszy Benvenuta Cellini, który powodowany duchem przeciwieństwa zapewne, wybrał tę noc do swojej ucieczki.
Dlatego skoro tylko usłyszał, że bije godzina dziesiąta i że zmieniają szyldwacha, padł na kolana i gorącą zaniósłszy prośbę do Boga, wziął się do dzieła.
Najprzód wyrwał cztery gwoździe, które pozostały i utrzymywały blachę.
Północ wybiła, gdy wydobył ostatni, Benvenuto usłyszał kroki warty, wchodzącej na taras, został bez tchu do drzwi przylepiony; lecz warta zeszła, kroki oddaliły się i znowu cichość nastała.
Deszcz wzmagał się, Benvenuto z sercem bijącem z radości, słyszał jak uderzał o szyby.
Wtedy spróbował oderwać blachę; blacha, którą nic już nie utrzymywało, odlazła, i Benvenuto postawił ją przy murze.
Potem położył się na brzuchu, uderzając w dolną część drzwi narzędziem do modelowania, które zaostrzył nakształt sztyletu i osadził w kawałek drzewa.
Niższa część drzwi ustąpiła; drzewo dębowe zupełnie obróciło się w węgiel.
Wkrótce Benvenuto zrobił w tem miejscu otwór tak wielki, że mógł wyjść czołgając się.
Wówczas otworzył wnętrze statui, zabrał pasy skręconego płótna, owinął je około siebie, uzbroił się w swoje narzędzie, z którego jak mówiliśmy zrobił sztylet, ukląkł znowu i modlił się po raz drugi.
Potem wysadził głowę przez otwór, dalej ramiona, resztę ciała i znalazł się na korytarzu.
Powstał lecz nogi tak pod nim drżały, że musiał oprzeć się o mur aby nie upaść.
Serce biło mu jak młotem, głowa pałała.
Kropla potu wisiała na każdym włosku; trzonek zaś swego sztyletu trzymał w ręku tak silnie, jak gdyby mu go wydrzeć chciano.
Gdy jednak wszędzie cichość panowała i nic słychać nie było, Benvenuto uspokoił się i macając ręką szedł koło muru korytarza; wkrótce poczuł, że tego muru zbrakło.
Podniósł więc natychmiast nogę i dotknął pierwszego stopnia schodów a raczej drabiny, prowadzącej na taras.
Przeszedł wszystkie stopnie po jednemu, drżąc na każde skrzypnięcie drzewa pod jego nogami; wkrótce też poczuł powiew powietrza, potem deszcz twarz mu skropił, aż nareszcie znalazł się na tarasie.
Ponieważ zaś od kwadransa był w najgłębszej ciemności, mógł zatem natychmiast osądzić czego się obawiać lub spodziewać można.
Szala przeważała na stronę nadziei.
Szyldwach dla zabezpieczenia się od deszczu, schronił się do budki.
Ponieważ zaś szyldwachy na zamku Świętego Anioła, umieszczeni byli nie dla strzeżenia tarasu, lecz dla zwracania uwagi na fosy i okolice, a tył budki był właśnie na przeciwko schodów, przez które wszedł Benvenuto Cellini.
Benvenuto Cellini przyczołgał się jak najciszej na rękach ku punktowi tarasu, najwięcej oddalonemu od szyldwacha.
Tam przymocował koniec swej liny do starożytnej cegły wmurowanej w tem miejscu, i wystającej prawie na sześć cali; następnie upadłszy po raz trzeci na kolana:
— Panie! panie! — szepnął — dopomóż mi, ponieważ sam sobie dopomagam.
I wymówiwszy tę prośbę, uczepił się rękami liny i zaczął spuszczać się, nie zważając na zadraśnięcia kolan i czoła, które czasami o mur uderzały.
W ten sposób zsunął się aż na ziemię.
Gdy poczuł grunt pod swemi nogami, uczucie radości i niewypowiedzianej dumy wzniosło jego piersi.
Spojrzał na niezmierną wysokość, którą przebył i patrząc na nią, nie mógł się wstrzymać od wyrzeczenia półgłosem: „Jestem więc wolny!”
Lecz ta chwila nadziei była krótką.
Odwrócił się i kolana pod nim się zachwiały; przed nim wznosił się mur świeżo postawiony, mur o którym nie wiedział; był więc zgubiony.
Wszystko zdawało się w nim burzyć; pełen rozpaczy usiadł na ziemi; lecz siadając napotkał coś twardego; była to długa belka; lekki okrzyk radości: był ocalony!
Benvenuto ujął belkę tak jak rozbitek chwyta się masztu, który ma go utrzymać nad wodą.
W zwyczajnej okoliczności, dwóch ludzi zaledwie by ją unieść mogło, on sam przyciągnął ją do muru i oparł o niego.
Potem za pomocą rąk i kolan wdrapał się na szczyt muru; lecz tam zabrakło mu siły do przyciągnięcia belki i przełożenia jej na drugą stronę.
Przez chwilę dostał zawrotu głowy i zamknął oczy; zdawało mu się, że szamocze się wśród jeziora płomieni.
Nagle przypomniał sobie o pasach skręconego płótna, za pomocą których spuścił się z tarasu.
Zsunął się po belce i pobiegł do miejsca, gdzie je zostawił wiszące; lecz ponieważ bardzo mocno u drugiego końca do cegły je przytwierdził, nie mógł więc ich od niej oderwać.
Benvenuto zawiesił się w rozpaczy u końca tych pasów, ciągnąc ze wszystkich sił i spodziewając się zerwać.
Na szczęście jeden z czterech węzłów, łączących pasy z sobą, rozwiązał się a Benvenuto padł wznak, pociągnąwszy za sobą kawał liny, na dwanaście stóp długiej.
Było to wszystko czego potrzebował; powstał szybko i pełen nowych sił, wlazł znowu na mur po belce a u jej końca przyczepił pas płótna.
Spuściwszy się po nim, napróżno szukał ziemi pod nogami, lecz patrząc pod siebie ujrzał grunt zaledwie o sześć stóp; puścił więc linę i padł na ziemię.
Wtedy położył się na chwilę.
Był wycieńczony; na rękach i nogach całą skórę miał zdrapaną.
Przez jakiś czas głupowato spoglądał na swoje pokrwawione ciało, lecz w tejże chwili piąta godzina wybiła i spostrzegł, że gwiazdy blednąc zaczynają.
Wstał, lecz gdy wstawał, szyldwach, którego nie spostrzegł a który zapewne wszystko widział, postąpił kilka kroków ku niemu.
Benvenuto poznał, że był zgubiony i że trzeba było zabić go, lub być samemu zabitym. Wyjąwszy więc z za pasa swoje narzędzie, szedł prosto na szyldwacha z miną tak pełną postanowienia, że ten poznał bez wątpienia, iż oprócz człowieka silnego, miałby do zwalczenia jeszcze straszliwą rozpacz.
W istocie, Benvenuto postanowił nie cofać się; lecz nagle żołnierz odwrócił się od niego, jak gdyby go nie widział; więzień zrozumiał co to miało znaczyć.
Pobiegł do ostatniego wału.
Szaniec ten przypierał do fosy i był wzniesiony mniej więcej na dwanaście do piętnastu stóp; podobny skok nie mógł wstrzymać takiego jak Benvenuto Cellini człowieka, tem bardziej, gdy już tak zaszedł daleko; przytem, ponieważ jednę część swoich lin zostawił u cegły, drugą u belki, tak, że nie miał spuścić się po czem a czasu nie było do stracenia, zawiesił się więc rękoma za ogniwo łańcucha i modląc się w myśli, spuścił się na ziemię.
Tym razem gdy upadł, zemdlał.
Godzina prawie upłynęła, nim przyszedł do siebie, lecz chłód rannego powietrza przywrócił mu przytomność.
Pozostał chwilę jeszcze jak odurzony, potem przeciągnął ręką po czole i wszystko przyszło mu na pamięć.
Czuł w głowie ból straszny a krople krwi, co sączyły się jak pot po jego twarzy, spadały na kamienie, na których leżał.
Zrozumiał, że był raniony w czoło.
Poniósł tam rękę po raz drugi, lecz już teraz nie dla zebrania myśli, lecz dla poznania ran; rany były lekkie, obtarły skórę lecz nie naruszyły czaszki.
Benvenuto uśmiechnął się i chciał powstać, lecz upadł natychmiast: prawą nogę miał złamaną o trzy cale nad kostką.
Noga była tak zdrętwiałą, że początkowo żadnej nie czuł boleści.
Wtedy zdjął koszulę, podarł ją na pasy a zbliżywszy jak mógł najlepiej kości nogi, ścisnął ze wszystkich sił, przeciągając kiedy niekiedy płótno pod podeszwą, dla utrzymania dwóch kości jednej przy drugiej.
Potem zaczął czołgać się na czworakach ku jednej z bram Rzymu, która o pięćset kroków ztamtąd się znajdowała.
Gdy po pół godzinie srogich męczarni, przybył do tej bramy, znalazł ją zamkniętą. Spostrzegł wielki kamień leżący pod bramą, wyrwał go i przeszedł tym otworem.
Zaledwie jednak zrobił trzydzieści kroków, gdy gromada psów błądzących i zgłodniałych, poznawszy z odoru krwi, że był raniony, rzuciła się do niego, wówczas Benvenuto dobył narzędzia do modelowania i jednem uderzeniem w brzuch zabił największego i najzajadlejszego a pozostało rzuciwszy się natychmiast na zabitego psa, pożarły go.
Benvenuto przyczołgał się wtedy aż do kościoła Traspontina; tam napotkał nosiwodę, który obładował osła i napełnił naczynia. Zawołał go więc.
— Słuchaj — rzekł do niego — byłem dziś u mojej kochanki; okoliczność pewna zrządziła, że wszedłszy do niej drzwiami, zmuszony byłem wyjść oknem; skoczyłem z pierwszego piętra i złamałem nogę, zanieś mnie na schody Świętego Piotra a dam ci talara złotem.
Nosiwoda nie mówiąc słowa, wziął rannego na barki i zaniósł go na wskazane miejsce.
Potem otrzymawszy przyrzeczoną nagrodę, udał się dalej, nie oglądając się nawet.
Wtedy Benvenuto, zawsze czołgając się, dostał się do domu pana de Montluc, ambasadora Francyi, który mieszkał ztąd o kilka kroków.
A pan de Montluc sprawił się tak dobrze, że po upływie miesiąca Benvenuto wyzdrowiał, po upływie dwóch miesięcy już został ułaskawiony, we cztery zaś miesiące odjechał do Francyi z Askaniem i Pagolem.
Co do biednego gubernatora, który oszalał, ten żył i umarł waryatem, mając się zawsze za nietoperza i nieprzestając czynić wszelkich usiłowań by wzbić się w powietrze.




ROZDZIAŁ IV.
KATARZYNA.



Gdy Benvenuto Cellini przybył do Francyi, Franciszek I-szy bawił w zamku Fontainebleau z całym swoim dworem; artysta zatrzymał się więc w tem mieście, uprzedziwszy kardynała de Ferrare o swojem przybyciu.
Kardynał wiedząc, że król oczekiwał Benvenuta z niecierpliwością, zaniósł mu natychmiast tę wiadomość.
Tegoż samego dnia Benvenuto był przedstawiony królowi, który zaleciwszy aby spoczął po trudach podróży, przeznaczył mu mieszkanie w pałacu i rozkazał aby mu na niczem nie zbywało.
Benvenuto znalazł się więc nagle wśród ogniska cywilizacyi francuskiej, niższej jeszcze wówczas od włoskiej, lecz z którą już rywalizowała i którą wkrótce przewyższyć miała nawet.
Spoglądając około siebie, łatwo mógł sądzić, że nie opuszczał wcale stolicy Toskanii, znajdował się bowiem wśród artystów, których znał we Florencyi, a Leonarda de Vinci i mistrza Rosso zastąpił Primaticcio.
Należało więc Celliniemu okazać się godnym swych poprzedników i wznieść w oczach najwytworniejszego w Europie dworu, sztukę rzeźbiarską tak wysoko, jak ci trzej wielcy mistrze wznieśli sztukę malarską.
Dla tego Benvenuto chciał uprzedzić życzenie króla, nie czekając aż mu poleci wykonanie jakiego pięknego dzieła, lecz wykonywając je z własnego natchnienia.
Łatwo poznał, ile rezydencya, w której ujrzał króla, była mu drogą, postanowił więc pochlebić jego upodobaniu, wykonywając statuę, którą chciał nazwać nimfą Fontainebleau.
Statua ta miała być uwieńczona liściem dębowym, kłosami i winem; Fontainebleau bowiem leży na równinie, ocienione jest lasami i wśród winnic się wznosi.
Nimfa, o której marzył Benvenuto, miała więc łączyć w sobie trzy razem typy, w jeden zlane Cerery, Dyauy i Erygony; typy, co chociaż odróżniające się, jeden tworzyć miały; na piedestale miały być umieszczone potrójne godła tych trzech bogiń a ci, którzy widzieli prześliczne figurki statui Perseusza, wiedzą jak mistrz florencki wyrabiał te cudowne szczegóły.
Lecz największem nieszczęściem dla artysty było, że czując w sobie ideał piękności, nie miał dla materyalnej części swojego dzieła modelu ludzkiego.
A gdzież znaleźć model, coby łączył w sobie potrójną piękność trzech bogiń?
Gdyby, jak w starożytnych czasach, jak za dni Fidyasza i Apellesa, ówczesne piękności chciały dobrowolnie siadać przed artystą, Benvenuto znalazłby u samego dworu to czego szukał.
Był tam cały Olimp w samym kwiecie wieku; była Katarzyna de Medecis, mająca wtenczas dopiero dwadzieścia jeden lat; była Małgorzata de Valois, królowa Nawarry, którą nazywano czwartą Gracyą i dziesiątą Muzą; była nakoniec księżna d’Etampes, która obszernie ukaże się w ciągu tej historyi i którą nazywano najpiękniejszą z uczonych i najuczeńszą z pięknych.
Było tam więcej niż potrzebował artysta, lecz jak powiedzieliśmy, czasy Apellesów i Fidyaszów już minęły.
Benvenuto musiał więc gdzie indziej szukać modelu.
Z wielkiem przeto zadowoleniem dowiedział się, że dwór udaje się do Paryża, lecz na nieszczęście, jak opowiada sam Benvenuto, dwór w owej epoce podróżował nakształt żałobnego konwoju.
Mając w orszaku dwanaście do piętnastu tysięcy koni, zatrzymywał się w miejscach, w których zaledwie były dwa lub trzy domy i tracił cztery godziny co wieczór na rozbijanie namiotów i tyleż co rano na ich zbieranie. Pomimo, że szesnaście mil ledwie dzieliło rezydencyę od stolicy, potrzebowano pięciu dni na podróż z Fontainebleau do Paryża.
Dwadzieścia razy przez ten czas Benvenuto Cellini uczuwał chętkę wyprzedzenia dworu, lecz każdą razą kardynał de Ferrare zatrzymywał go mówiąc, że gdyby król przez dzień cały go nie widział, pytałby bezwątpienia co się z nim stało a dowiedziawszy się, że odjechał, uważałby to oddalenie się za uchybienie prawidłom etykiety.
Benvenuto powściągnął więc swoją niecierpliwość i podczas długich popasów zabijał czas, kreśląc szkice nimfy Fontainebleau.
Nakoniec przybyli do Paryża.
Benvenuto przedewszystkiem odwiedził swojego współziomka Primaticcia, który miał zlecenie dokonać w Fontainebleau dzieła Leonarda de Vinci i mistrza Rosso.
Benvenuto spodziewał się, że Primaticcio mieszkając oddawna w Paryżu, poprowadzi go od razu na ślad tego czego szukał i wskaże mu, gdzieby model mógł znaleźć.
Słówko przy tej sposobności o Primaticciu.
Signor Francesco, którego od miejsca urodzenia zwano wówczas Bologna, a którego my Primaticcio zwać będziemy, uczeń Juliusza Rzymianina, mieszkał od óśmiu lat we Francyi, gdzie na zalecenie margrabiego Mantui, przyzwał go Franciszek I-szy.
Długo nie poznano się na tej głowie encyklopedycznej, na tym rozległym talencie, który z powodzeniem traktował wszystkie rodzaje wysokiego malarstwa i którego nasza epoka pomściła za trzy wieki niesprawiedliwości.
W istocie, natchniony religijnie, malował obrazy do kaplicy Beauregard; w pałacu Montmorency uosobnił główne cnoty chrześciańskie; wreszcie całe Fontainebleau pełne było dzieł jego; na Złotej Bramie i w balowej sali można widzieć przedmioty najwdzięczniejsze z mitologii i alegoryi wyjęte; w galeryi Ulyssesa i w pokoju Ś-go Ludwika był poetą bohaterskim i przetłómaczył pędzlem Odysseę i znaczną część Iliady.
Następnie z czasów bajecznych przeszedł w czasy bohaterskie i historyę.
Główniejsze rysy życia Aleksandra i Romulusa, oraz poddanie się Hawru, wydał w obrazach zdobiących wielką galeryę i pokój przyległy sali balowej; naśladował także naturę w wielkich krajobrazach gabinetu osobliwości.
Nakoniec, gdybyśmy chcieli ocenić ten wysoki talent i policzyć wszystkie jego dzieła, przekonamy się, że w dziewięćdziesięciu ośmiu wielkich obrazach i stu trzydziestu mniejszych, kolejno traktował krajobrazy, marynarkę, historyę, przedmioty święte, portrety, alegoryę i epopeję.
Był to jak widzimy, człowiek godzien zrozumieć Benvenuta. Dla tego też, skoro tylko przybył do Paryża, Benvenuto pobiegł zaraz do Primaticcia, który go przyjął z otwartemi rękoma.
Po pierwszych wylaniach czułości przyjaciół, którzy się spotykają na obcej ziemi, Benvenuto pokazał swoje szkice Primaticciemu, wytłómaczył mu myśl swoję i zapytał, czy pomiędzy modelami,których on używał, nie było jakiego coby posiadał wymagane warunki.
Primaticcio potrząsnął głową, uśmiechając się smutnie.
W istocie, nie byli we Włoszech, tej córce Grecyi, rywalce swojej matki.
Francya była w owej epoce, jak i dziś, krajem wdzięku i zalotności, lecz napróżno szukanoby na ziemi Walezyuszów tej wzniosłej piękności, którą na brzegach Tybru i Arno natchnieni byli Michał Anioł i Rafael, Jan z Bolonii i Andrzej del Sarto.
Wprawdzie już rzekliśmy, że gdyby artyście wolno było wybrać model wśród arystokracyi, łatwoby znalazł szukanych typów, lecz jak cień zatrzymany z tej strony Styksu, widział je tylko na polach Elizejskich, do których wejście było mu wzbronione.
Jak Primaticcio przewidział, tak się też stało: Benwenuto przejrzał wszystkie modele jakich on używał, lecz ani jeden nie zdawał mu się łączyć w sobie przymiotów niezbędnych dla dzieła, o którem marzył.
Wtedy sprowadził do swojej pracowni wszystkie wskazane mu Wenery, biorące po talarze za posiedzenie, lecz żadna z nich nie odpowiedziała jego oczekiwaniu.
Benvenuto był więc w rozpaczy, gdy jednego wieczoru wracając z kolacyi, na którą był zaproszony przez swoich współziomków spotkanych w Paryżu, idąc ulicą Petits-Champs, spostrzegł przed sobą piękną i kształtną dziewczynę.
Benyenuto zadrżał z radości; ta kobieta była sądząc z jej kształtów, ideałem jakiego szukał.
Szedł więc za nią.
Dziewczyna udała się przez wzgórze Orties, około kościoła Ś-go Honoryusza i weszła na ulicę Pelikana.
Przybywszy tam, obejrzała się dla przekonania, czy nieznajomy ciągle idzie za nią a ujrzawszy Benvenuta o kilka kroków za sobą, popchnęła prędko drzwi jednego z domów i zniknęła.
Benvenuto przystąpił do tych drzwi i popchnął je także; drzwi ustąpiły natychmiast i zdołał zobaczyć jeszcze na zakręcie schodów oświeconych dymiącą lampą, koniec sukni dziewczyny.
Przybył na pierwsze piętro; drzwi prowadzące do pokoju były uchylone i w tym pokoju spostrzegł tę, za którą się uganiał.
Nie tłómacząc jej powodu swoich artystycznych odwiedzin, nie przemówiwszy nawet ani słowa, Benvenuto chcąc się zapewnić czy kształty ciała odpowiadały rysom twarzy, obszedł w koło dwa lub trzy razy zdziwioną dziewczynę, która machinalnie była mu posłuszną.
W modelu, który Benvenuto miał przed oczyma, było mało Cerery, jeszcze mniej Dyany, lecz za to wiele bardzo Erygony.
Wówczas mistrz postanowił co ma czynić; widząc niepodobieństwo połączenia tych trzech typów razem, postanowił poprzestać na bachantce.
Ale jak na bachantkę, to prawdziwie znalazł to czego szukał; oczy ogniste, usta koralowe, ząbki jak perły, szyja ślicznie osadzona, ramiona zaokrąglone, kibić szczupła i biodra wydatne; nie byłoż to dosyć?
— Jak się panna nazywasz? — spytał nareszcie Benvenuto cudzoziemskim akcentem biednej dziewczyny, coraz bardziej zdziwionej.
— Katarzyna, do usług pańskich — odpowiedziała.
— A więc, panno Katarzyno — mówił dalej Benvenuto — oto masz talara w złocie za twoją fatygę, jutro zaś przyjdź do mnie na ulicę Ś-go Marcina, do pałacu kardynała Ferrare a ofiarują ci drugie tyle.
Młoda dziewczyna wahała się przez chwilę, sądziła bowiem, że cudzoziemiec żartował z niej.
Lecz talar złotem przekonywał, że mówił prawdę; po krótkim przeto namyśle:
— O której godzinie? — spytała.
— O dziesiątej rano; czy będziesz wolna?
— Najwolniejsza.
— Mogę więc liczyć na ciebie?
— Bezwątpienia.
Benvenuto ukłonił się jej jak jakiej księżnej i powrócił do siebie z sercem pełnem radości.
Przybywszy do domu spalił zaraz wszystkie swoje szkice i zaczął kreślić nowy, wzięty z rzeczywistości.
Potem ukończywszy go wziął kawał wosku, który za chwilę przybrał pod jego mistrzowską ręką, kształty marzonej nimfy, a gdy nazajutrz Katarzyna stawiła się w pracowni, jedna część pracy była już dokonaną.
Jak powiedzieliśmy, Katarzyna bynajmniej nie pojęła zamiarów Benvenuta.
Zdziwiła się więc bardzo, gdy zamknąwszy za nią drzwi, pokazał jej rozpoczętą statuę i wytłómaczył w jakim celu przyjść jej kazał.
Katarzyna była bardzo wesoła, zaczęła więc śmiać się do rozpuku ze swojej omyłki; potem dumna, że miała służyć za model bogini przeznaczonej dla króla, zrzuciła suknie i sama przybrała postawę wskazaną przez statuę a to z takim wdziękiem i prawdą, że mistrz, odwróciwszy się i ujrzawszy ją, wydał okrzyk radości.
Benwenuto wziął się do roboty.
Zrzucił z siebie kaftan i z odkrytą szyją, gołemi rękami chodząc od modelu do kopii, od natury do sztuki, zdawał się jak Jowisz, gotów wszystko zapalić za samem dotknięciem. Katarzyna przywykłą do organizacyj pospolitych lub zepsutych ludzi z gminu, lub młodych paniczów, dla których była zabawką, patrzała z podziwieniem na tego człowieka z okiem natchnionem, gorejącym oddechem i wzdętą piersią.
Ona sama zdawała się wznosić do wielkości mistrza; jej spojrzenie błyszczało; artysta udzielał natchnienia modelowi.
Posiedzenie trwało dwie godziny; po upływie tego czasu Benvenuto dał Katarzynie talara w złocie i pożegnawszy ją w ten sam sposób co wczoraj, naznaczył schadzkę na jutro o tej samej godzinie.
Katarzyna powróciła do siebie i nie wychodziła przez cały dzień.
Nazajutrz była w pracowni dziesięć minut przed naznaczoną godziną.
Taż sama scena powtórzyła się; tak jak i wczoraj, Benvenuto był cudowny natchnieniem; pod jego ręką, jak pod ręką Prometeusza, ziemia oddychała.
Głowa bachantki była już umodelowana i wydawała się jakby żyjącą.
Katarzyna uśmiechała się do niej; nigdy tak szczęśliwą nie była i rzecz dziwna! nie mogła zdać sobie sprawy z uczucia, które w nią to szczęście wlewało.
Nazajutrz mistrz i model zeszli się znowu tej samej godzinie, lecz Katarzyna skutkiem uczucia, którego dni poprzednich nie doznawała, w chwili gdy się rozebrała uczuła, że rumieniec na twarz jej wystąpił.
Biedne dziecię zaczęło kochać a miłość wiodła za sobą wstydliwość.
Na drugi dzień było jeszcze gorzej i Benvenuto był przymuszony kilka razy zrobić jej uwagę, że nie modelował Wenery Medycejskiej, lecz Erigonę, upojoną rozkoszą i winem.
Zresztą, za dwa dni model miał być skończony, nie wiele już trzeba było cierpliwości.
Wieczorem tego drugiego dnia, Benvenuto ukończywszy swoję statuę, podziękował Katarzynie za grzeczność i dał jej cztery talary w złocie, lecz Katarzyna wypuściła złoto z ręki na ziemię.
Wszystko skończyło się dla biednej dziewczyny; miała znowu powrócić do pierwszego swojego stanu a od dnia, w którym weszła do pracowni mistrza, stan ten jej obrzydł.
Benvenuto nie przeczuwając co się działo w sercu biednej dziewczyny, podniósł cztery talary, podał znowu a uścisnąwszy jej rękę rzekł, że jeżeliby kiedykolwiek mógł jej być w czem użytecznym, tedy prosi, żeby się do niego udała; potem poszedł do sali uczniów po Askania, któremu chciał pokazać ukończoną statuę.
Skoro Katarzyna została samą, ucałowała jedno po drugiem narzędzia, których mistrz używał i wyszła płacząc.
Nazajutrz Katarzyna powróciła do pracowni i zastała Benvenuta samego, a gdy zdziwiony jej obecnością chciał zapytać co ją, sprowadza, zbliżyła się do niego, padła na kolana i zapytała, czy nie potrzebuje służącej.
Benvenuto posiadał serce artysty, to jest zdolne czuć wszystko; odgadł przeto co się działo w sercu biednego dziewczęcia, podniósł ją i pocałował w czoło.
Od tej chwili Katarzyna składała część pracowni, którą ożywiała, jak mówiliśmy, swoją dziecinną wesołością i wiecznym ruchem.
Dla tego też stała się prawie niezbędną dla wszystkich, a szczególniej dla Benvenuta.
Ona robiła wszystko, wszystkim rozkazywała, łając i pieszcząc Rupertę, która z początku z przestrachem na jej instalacyę patrzała, lecz wreszcie pokochała ją tak jak i wszyscy. Erigona nic na tem nie straciła.
Benvenuto mając teraz model pod ręką, korzystał z tego i ukończył swoją statuę z dokładnością, jakiej może nie posiadało żadne jego dzieło; poczem zaniósł ją królowi Franciszkowi I-mu, który był nią tak zachwycony, że polecił Celliniemu wykonać ją ze srebra.
Następnie długo rozmawiał z artystą, pytał go gdzie miał swoję pracownię, czy mu była dogodną i czy zawierała wiele pięknych rzeczy, wreszcie pożegnał Benvenuta Cellini, obiecując mu odwiedzić go kiedy niespodzianie, nie uprzedzając o swojej bytności.
Oto wszystko co zaszło do chwili rozpoczęcia tej historyi; Benvenuto pracował, Katarzyna śpiewała, Askanio marzył a Pagolo modlił się.
Nazajutrz po tym dniu, w którym Askanio powrócił tak późno, a to z powodu wycieczki w okolice pałacu Nesle, usłyszano głośne pukanie do bramy.
Pani Ruperta powstała natychmiast chcąc otworzyć, lecz Katarzyna wyprzedziła ją i w dwóch skokach była już na dziedzińcu.
W chwilę potem usłyszano jej wołanie, na w pół z radością na w pół z przelęknieniem.
— O! mój Boże, mistrzu! to król we własnej swojej osobie, przybywa odwiedzić twoję pracownię!...
I biedna Katarzyna, zostawiając za sobą otworem wszystkie drzwi, wpadła blada i drżąca do sali, w której Benvenuto pracował pośród swoich uczniów i czeladzi.




ROZDZIAŁ V.
GENIUSZ I BERŁO.



W istocie, tuż za Katarzyną król Franciszek I-szy wszedł na dziedziniec z całym swoim orszakiem.
Sam prowadził księżnę d’Etampes.
Król Nawarry szedł za nim z żoną Delfina Katarzyną de Medicis.
Delfin, późniejszy Henryk II-gi, szedł dalej ze swoją ciotką, Małgorzatą de Valois, królową Nawarry.
Prawie cała arystokracya im towarzyszyła.
Benyenuto wyszedł na przeciwko nich i bez żadnego zakłopotania przyjął króla, książąt i arystokracyę, jakby przyjmował przyjaciół swoich.
A jednak w orszaku tym były imiona najgłośniejsze w świecie.
Małgorzata de Valois, pani d’Etampes, Katarzyna do Medicis, Diana de Poitiers, wszystkie czarowały, zachwycały, a każdej piękność była w innym rodzaju.
Lecz Benvenuto przyzwyczajony był do typów najczystszych starożytności a jako ulubiony uczeń Michała Anioła, przywykł do towarzystwa królów.
Lecz przedewszystkiem powiedzmy kilka słów o księżnej d’Etampes.
Anna de Pisseleu, księżna d’Etampes, która od czasu powrotu króla z niewoli hiszpańskiej odziedziczyła jego względy po hrabinie de Chateaubriand, była wówczas w całym blasku piękności.
Lecz nic ruchliwszego i więcej zdradzieckiego jak fizyonomia tej kobiety, już to Hermiony, już Galatei, z uśmiechem niekiedy straszliwym, spojrzeniem już to pieszczącem, już znowu piorunującem i gniewnem.
Dumna i zazdrosna wymogła na Franciszku I-ym, że rozkazał hrabinie de Chateaubriand oddać klejnoty, które jej darował, lecz piękna i melancholijna hrabina, odsyłając tylko ich szczątki, zaprotestowała przeciw tej profanacyi.
Nakoniec skryta i biegła w udawaniu, nie raz zamykała oczy, gdy skutkiem jakiego kaprysu, król zdawał się zwracać uwagę na jaką młodą dziewicę u dworu, którą w istocie wkrótce porzucał i znowu powracał do swej pięknej i potężnej wróżki.
— Z niecierpliwością pragnąłem widzieć się z tobą, Benvenuto — rzekł król — bo choć już prawie dwa miesiące upływa jak przybyłeś do nas, sprawy jednak mego państwa sztukami zająć mi się nie dozwoliły. Winą to jest mego brata Cesarza, który mi ani chwili odpoczynku nie daje.
— Jeśli zechcesz, Najjaśniejszy panie, to napiszę do niego, prosząc aby Cię nie odrywał od sztuk, tem bardziej skoro Wasza królewska mość dowiodłeś już, że wielkim jesteś wodzem.
— A więc znasz Karola Piątego? — spytał król Nawarry.
— Miałem honor, Najjaśniejszy panie, przedstawić Jego cesarskiej mości przed czterema laty, w Rzymie, mszał mojego pomysłu i mieć do niego mowę, którą zdawał się być bardzo rozczulony.
— I cóż ci Jego cesarska mość powiedziała?
— Że mnie już znał; widział bowiem przed trzema laty u kapy papiezkiej, złotą zapinkę, zaszczyt mi przynoszącą.
— O! widzę — rzekł Franciszek I-szy, że co się tyczy królewskich grzeczności, zepsutym jesteś bardzo.
— To prawda, Najjaśniejszy panie, że miałem szczęście zadowolnić dosyć znaczną liczbę kardynałów, książąt, Wielkich książąt i królów.
— A teraz pokaż mi swe piękne dzieła; może zobaczywszy je, sprawiedliwszym od innych będę sędzią.
— Najjaśniejszy panie! bardzo mało miałem czasu, ale oto waza srebrna i takaż nalewka, które może nie są niegodne zwrócić uwagę Waszej królewskiej mości.
Król przez kilka chwil w milczeniu te arcydzieła oglądał.
Zdawało się, że twór o jego twórcy zapomnieć mu kazał, nareszcie gdy damy zbliżyły się z ciekawością:
— Patrzcie panie — zawołał Franciszek I-szy co za piękne dzieło! kształt wazy jaki nowy i śmiały! Co za delikatność i wykończenie w tych płasko-rzeźbach i wypukłościach! A postawy tych figur jak są rozmaite i prawdziwe! Ta naprzykład, co trzyma ramię po nad głową, ten gest ulotny, tak naiwnie schwycony, że patrząc nań, dziwić się trzeba, że się nie porusza. W istocie sądzę, że nigdy starożytni nie utworzyli nic równie pięknego. Przypominam sobie najlepsze dzieła starożytności, lecz nic nie sprawiło na mnie większego wrażenia. Czy widzisz Małgorzato, to piękne dziecię, ukryte wśród kwiatów i tę jego małą nóżkę zawieszoną w powietrzu; jak to wszystko jest żywe, wdzięczne i piękne!
— Mój wielki królu — zawołał Benvenuto — inni mi pochlebiali, lecz ty mnie pojmujesz!
— Cóż więcej mi jeszcze pokażesz? — rzekł król z rodzajem chciwości.
— Oto medal przedstawiający Ledę z łabędziem, zrobiony dla kardynała Gabryela Cesarini. Oto pieczątka, na której wyryłem Świętego Jana i Świętego Ambrożego; oto relikwiarz, emaliowany przezemnie.
— Jakto! bijesz więc medale? — spytała pani d’Etampes.
— Jak Cavadone z Medyolanu.
— I emaliujesz na złocie? — spytała Małgorzata.
— Jak Amerigo z Florencyi.
— Bytujesz pieczęcie? — spytała Katarzyna.
— Jak Lantizco z Peruzy. Sądzisz więc pani, że mój talent ogranicza się na drobnych klejnotach złotych i wielkich sztukach srebrnych? Wszystkiego umiem po trosze dzięki Bogu. Jestem niezłym inżenierem i dwa razy Rzym ocaliłem. Potrafię dosyć dobrze złożyć sonet, niech Wasza królewska mość rozkaże mi napisać poemat, byleby tylko on był na jej pochwałę, podejmuję się dokonać go, ani mniej ani więcej jak gdybym był Klemensem Marot. Co się tyczy muzyki, której uczył mię mój ojciec przy pomocy kija, skorzystałem to, że gram na flecie tyle, iż Klemens VII-my w dwudziestym czwartym roku umieścił mię w liczbie swych nadwornych muzykantów. Wyrabiam także dobre strzelby i narzędzia chirurgiczne. A jeżeli Wasza królewska mość zechcesz użyć mnie jako żołnierza, przekonasz się, że nie jestem niezdarą, i że potrafię władać rusznicą lub wymierzyć śmigownicę. Jako strzelec, zabijałem do dwudziestu pięciu pawi dziennie a jako artylerzysta, oswobodziłem Cesarza od księcia Oranii a Waszą królewską mość od konetabla Bourbon; zdaje mi się bowiem, że zdrajcy nie mają do mnie szczęścia.
— Z czego jesteś dumniejszy — przerwał młody delfin — czy z zabicia konetabla, czy z zastrzelenia dwudziestu pawi?
— Nie pysznię się z niczego, Mości książę. Zręczność jak wszystkie inne dary, pochodzi od Boga a ja użyłem tylko mojej zręczności.
— Lecz w istocie niewiedziałem, że mi oddałeś podobną przysługę — rzekł król. Więc to ty zabiłeś konetabla Bourbon. Jakże się to stało?
— Jak najprostszym sposobem. Wojsko konetabla niespodziewanie stanęło pod Rzymem, i przypuściło szturm do wałów. Wyszedłem z kilku przyjaciółmi, celem przypatrywania się. Wychodząc, machinalnie wziąłem rusznicę na ramię. Przybywszy na mury, ujrzałem, że nie miałem tam co robić. Szkoda jednak — pomyślałem — abym tu napróżno przychodził. Wtedy kierując rusznicą ku miejscu, gdzie widziałem liczniejszą grupę walczących, zmierzyłem do tego właśnie, co przewyższał wszystkich głową. Skoro upadł, powstała wielka wrzawa sprawiona moim wystrzałem. W istocie, zabiłem Bourbona. On to, jak się później przekonano, wyższym był od wszystkich otaczających.
Podczas gdy Benvenuto opowiadał to zdarzenie z zupełnem lekceważeniem, grono dam i dworzan nieznacznie rozszerzyło się około niego; wszyscy spoglądali z uszanowaniem, przestrachem prawie, na tego bohatera mimo wiedzy.
Sam Franciszek I-szy został przy Cellinim.
— A zatem, mój kochany — odezwał się do niego — widzę, że jeszcze nim mi swój geniusz poświęciłeś, twoje męztwo już mi było użyteczne.
— Najjaśniejszy panie — wesoło odpowiedział Benvenuto — zdaje mi się, że urodziłem się już sługą twoim. Pewna przygoda w mojem dzieciństwie, zawsze mi to na myśl przywodzi. Wasza książęca mość masz w swoim herbie salamandrę?
— Tak, z dewizą: „Nutrisco et extinguo”.
— Otóż, nie miałem wtedy jak pięć lat, znajdowałem się z moim ojcem w małym pokoju, w którym palił się na kominku dobry ogień, podsycany młodem dębowem drzewem. Było bardzo zimno. Spojrzawszy przypadkiem na ogień, ujrzałem wśród płomieni małe zwierzątko do jaszczurki podobne i w najgorętszem igrające miejscu. Pokazałem je mojemu ojcu, a ten (wybaczcie mi państwo szczegóły dziwnego w naszym kraju zwyczaju) dawszy mi potężny policzek, łagodnym rzekł głosem: „Nie uderzyłem cię dlatego, byś co złego zrobił, lecz abyś pamiętał, że ta mała jaszczurka, którąś w ogniu widział, jest salamandrą. Nikt z ludzi nie widział tego zwierzątka przed tobą,” Nie byłoż to Najjaśniejszy panie przepowiednią losu? Jest widać przeznaczenie. Właśnie w dwudziestym roku miałem wyjeżdżać do Anglii, gdy snycerz, Piotr Torreggiano, z którym tam udać się miałem, opowiedział mi jak będąc dzieckiem, podczas kłótni w pracowni, uderzył w twarz naszego Michała-Anioła. Tego było za nadto: za książęcy tytuł nawet nie wyjechałbym z człowiekiem, co podniósł rękę na mego wielkiego mistrza. Pozostałem więc we Włoszech a z Włoch zamiast udać się do Anglii, przybyłem do Francyi.
— A Francya, dumna z twojego wyboru, Benvenuto, starać się będzie, byś nie żałował swej ojczyzny.
— O! ojczyzną moją jest sztuka a moim monarchą będzie ten, co mi każe wykonać najbogatsze dzieło.
— A czy masz teraz w głowie jaką piękną kompozycyę, Cellini?
— O! tak, Najjaśniejszy Panie, Chrystusa; nie Chrystusa na krzyżu, lecz Chrystusa w całej chwale i blasku; będę się starał, ile możności, naśladować tę nieskończoną piękność, w jakiej mi się On ukazał.
— Jakto! — spytała Małgorzata sceptyczka, śmiejąc się — a więc, oprócz królów ziemskich, widziałeś także i króla niebios?
— Tak, pani — odrzekł Benvenuto z prostotą dziecięcia.
— O! opowiedz że nam i to także — prosiła królowa Nawarry.
— Chętnie, pani — odpowiedział Benvenuto Cellini z pewnością znamionującą, że ani myślał aby jego opowiadanie choć cokolwiek wzbudziło wątpliwości.
— Widziałem nieco dawniej — mówił Benvenuto — szatana i wszystkie dyabelskie legie, które jeden z moich przyjaciół, ksiądz nekromanta, wywołał przedemnie w Kolizeum i których prawdziwie ledwieśmy się pozbyli; lecz straszliwe wspomnienie tych widm piekielnych, na zawsze wymazane zostało z mojej pamięci, gdy na moją gorącą modlitwę ukazał się dla wzmocnienia mnie w utrapieniach więzienia, Boski Zbawiciel ludzi, uwieńczony promieńmi okalającego go słońca.
— I jesteś pewien zupełnie — zapytała królowa Nawarry — pewien bez żadnej wątpliwości, że Chrystus ci się ukazał?
— Nie wątpię o tem, pani.
— Więc zrób nam Benvenuto, Chrystusa do naszej kaplicy — odezwał się Franciszek I-szy rozradowany.
— Najjaśniejszy Panie! jeżeli Wasza królewska mość jesteś tak dobrym, to rozkaż mi co innego; wstrzymam się jeszcze bowiem z rozpoczęciem tego dzieła.
— A to dla czego?
— Ponieważ przyrzekłem Bogu nie robić go dla innego Pana jak dla Niego.
— To co innego! A więc, Benvenuto, potrzebuję dwanaście świeczników do mojego stołu.
— O co w tem, to będę ci posłuszny, Najjaśniejszy Panie.
— Świeczniki te mają, tworzyć dwanaście posągów srebrnych.
— Najjaśniejszy Panie, to będzie przepyszne.
— Te posągi będą, wyobrażać sześć bogów i sześć bogiń i będą takiej jak ja wielkości.
— Lecz to będzie istny poemat — zrzekła księżna d’Etampes — cud zadziwiający! nie prawdaż, panie Benvenuto?
— Nie dziwię się nigdy, pani.
— Ja zaś dziwiłabym się — odrzekła księżna urażona — gdyby kto inny a nie rzeźbiarze starożytności, zdołał wykonać podobne dzieło.
— Spodziewam się jednak wykonać je tak dobrze, jak starożytni rzeźbiarze — odpowiedział Benvenuto z zimną krwią.
— O! czy nie przechwalasz się nieco, panio Benvenuto?
— Nie przechwalam się nigdy, pani.
Mówiąc te słowa z zimną krwią, Cellini patrzał na panią d’Etampes a dumna księżna mimowolnie spuściła oczy przed tem spojrzeniem nieugiętem, pewnem siebie a przecież nie gniewnem. Anna uczuła pewną nienawiść przeciwko Celliniemu za tę wyższość, której ulegała mimowoli. Sądziła dotąd, że piękność była pierwszą na tym świecie potęgą; zapomniała o geniuszu.
— Jakież skarby — rzekła z goryczą — wystarczyłyby na opłacenie takiego jak twój talentu?
— Zapewne nie moje — odpowiedział Franciszek I-szy — a przy tej sposobności, Benvenuto, przypominam sobie, że dopiero odebrałeś pięćset talarów w złocie. Czy będziesz zadowolony z pensyi, jaką udzielałem mojemu malarzowi Leonardowi de Vinci, to jest siedmset talarów w złocie na rok? Oprócz tego będę ci płacił za wszystkie dzieła, które dla mnie wykonasz.
— Najjaśniejszy panie! te ofiary są godne takiego jak Franciszek I-szy monarchy. Ośmielę się jednak zanieść jednę jeszcze prośbę do Waszej królewskiej mości.
— Naprzód zgadzam się na wszystko.
— Najjaśniejszy panie! jest mi niedogodnie i ciasno do pracy w tym domu. Jeden z moich uczniów wynalazł miejsce stosowniejsze do wykonywania wielkich dzieł, jakie mój król może mi polecić. Gmach ten należy do Waszej królewskiej mości. Jest to wielki Nesle, który znajduje się pod zarządem prewota Paryża, lecz on w nim nie mieszka, zajmuje tylko mały Nesle, który mu chętnie pozostawię.
— A więc, niech i tak będzie, Benvenuto — rzekł Franciszek I-szy — osiądź w wielkim Nesle a Sekwana tylko przedzielać mnie będzie od ciebie częściej będę mógł widzieć się z tobą i twoje arcydzieła podziwiać.
— Jakto, Najjaśniejszy panie! — przerwała pani d’Etampes — pozbawiasz bezzasadnie własności człowieka mnie oddanego, szlachcica?
Benvenuto spojrzał na nią, a wtedy po raz drugi Anna spuściła oczy przed tem zadziwiającem spojrzeniem.
— Lecz i ja jestem także szlachcicem — rzekł Cellini — moja rodzina pochodzi od jednego z pierwszych dowódzców Juliusza Cezara, nazwiskiem Fioryno, który pochodził z Cellino, blizko Montefiascone i który nadał swoje nazwisko Florencyi, czem zapewne nie pochlubi się ani prewot ani jego dziadowie. Jednak — mówił dalej Benvenuto, odwróciwszy się do Franciszka I-go i zmieniając razem spojrzenie i ton mowy — może okazałem się zbyt śmiałym, może ściągnę przez to na siebie potężną nienawiść, która pomimo protekcyi Waszej królewskiej mości, mogłaby mi zaszkodzić. Prewot Paryża ma, jak mówią, rodzaj wojska na swoje rozkazy.
— Opowiadano mi — przerwał król — że razu jednego, w Rzymie, niejaki Cellini, złotnik, zatrzymał u siebie, z powodu niezapłacenia, srebrną wazę, którą mu polecił wykończyć Farnése, wówczas kardynał a dzisiaj papież.
— To prawda, Najjaśniejszy Panie.
— Co większa, mówiono mi, że cały dom kardynała przybył z orężem w ręku do sklepu złotnika, dla odebrania wazy przemocą.
— I to także prawda.
— Lecz ów Cellini, zaczaiwszy się za drzwiami z rusznicą w ręku, bronił się mężnie i rozpędził ludzi kardynała, który nazajutrz mu zapłacił.
— Wszystko to, Najjaśniejszy panie, jest czystą prawdą.
— Nie jestżeś tym samym Cellinim?
— Tak, Najjaśniejszy Panie; i bylebym zachował łaskę Waszej królewskiej mości, nic ustraszyć mnie nie zdoła.
— Zmierzaj więc prosto do celu — rzekł król uśmiechając się skrycie — a ponieważ jesteś szlachcicem, dopiąć go winieneś.
Pani d’Etampes milczała, lecz od tej chwili przysięgła Celliniemu nienawiść śmiertelną, nienawiść obrażonej kobiety.
— Najjaśniejszy Panie! jeszcze o jednę i ostatnię prosić będę łaskę — rzekł znowu Cellini. Nie mogę przedstawić Ci wszystkich moich uczniów; jest ich dziesięciu to francuzów to niemców, wszyscy odważni i zręczni, lecz oto ci dwaj, Pagolo i Askanio, przybyli ze mną z Włoch. Przybliż się Pagolo i podnieś nieco głowę i wzrok, nie bezwstydnie, lecz jak uczciwy człowiek, który nie potrzebuje rumienić się za żądny zły czyn. Brak mu może, Najjaśniejszy Panie na pomyśle i nieco także na zapale, lecz jest to sumienny i gorliwy artysta, pracujący wolno lecz dobrze, pojmujący doskonale moje myśli i wiernie je wykonywający. Ten zaś oto Askanio, to mój najlepszy i najszlachetniejszy uczeń i moje dziecię ukochane. Nie posiada on siły twórczej ani oryginalnej fantazyi, która wynajduje potworne chimery i bajeczne smoki, lecz jego dusza posiada instynkt ideału, że tak rzeknę, boskiego. Rozkaż mu, Najjaśniejszy panie, wyobrazić Anioła lub grupę nimf a nikt nie wyrówna jego wykwintnej poezyi i wyszukanemu wdziękowi. Z Pagolem mam cztery ręce, z Askaniem dwie dusze a przytem wiem, że mnie kocha; szczęśliwy też jestem, mając przy sobie serce tak czyste i tak mi oddane.
Podczas gdy mistrz tak mówił, Askanio stał przy nim, trzymając się skromnie lecz bez zakłopotania w postawie pełnej wdzięku.
Pani d’Etampes nie mogła oderwać oczu od tego młodego i zachwycającego Włocha z oczyma i włosami czarnemi, który zdawał się być żyjącą, kopią Apolina.
— Jeżeli Askanio — powiedziała — jest tak biegłym w swojej sztuce i jeżeli zechce przybyć którego dnia do mojego pałacu d’Etampes, dam mu drogich kamieni i złota, z których będzie mógł wykonać dla mnie jaki piękny kwiat.
Askanio skłonił się, dziękując jej słodkiem spojrzeniem.
— A ja — rzekł król — przeznaczam mu, równie jak Pagolowi, 100 talarów złotem na rok.
— Obowiązuję się dopilnować, aby zarobili te pieniądze, Najjaśniejszy panie — dodał Benvenuto.
— Ale cóż to za piękne o długich rzęsach dziecko, które się tam oto w kącie ukrywa? — spytał Franciszek I-szy, spostrzegając po raz pierwszy Katarzynę.
— O! nie uważaj na nią, Najjaśniejszy panie — odrzekł Benvenuto, marszcząc brwi — jest to jedna z ozdób tej pracowni, na którą nie lubię aby zwracano uwagę.
— A! jesteś zazdrosnym, mości Benyenuto?
— Najjaśniejszy Panie! nie lubię aby tykano mojego dobra; nie porównywając, gdyby kto ośmielił się myśleć o pani d’Etampes, rozgniewałbyś się niewątpliwie, Najjaśniejszy panie. A Katarzyna jest właśnie moją księżną.
Księżna, która wpatrywała się w Askania wyrwana tak nagle ze swoich marzeń, ust przygryzła.
Wielu dworaków nie mogło powstrzymać uśmiechu a wszystkie damy szeptać zaczęły.
Co do króla, ten śmiał się szczerze.
— Na honor! masz prawo być zazdrosnym, Benvenuto, a król i artysta łatwo się zrozumieją. A teraz bądź zdrów, mój przyjacielu; polecam ci moje posągi. Zaczniesz naturalnie od Jowisza a skoro ukończysz model, pokażesz mi go.
— Spodziewam się, że będę mógł wypełnić wolę Waszej królewskiej mości; lecz jakże dostanę się do Luwru?
— Wydam rozkaz, aby w każdym czasie wpuszczono cię i zaprowadzono do mnie.
Cellini ukłonił się i w towarzystwie Pagola i Askania, odprowadził króla i cały dwór aż do bramy, wychodzącej na ulicę. Przybywszy tam, ukląkł i ucałował rękę Franciszka I-go.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł wzruszonym głosem — już raz, za pośrednictwem pana de Montluc, ocaliłeś mnie od niewoli a może i od śmierci, osypałeś mnie bogactwy, zaszczyciłeś moją biedną pracownię swą obecnością; lecz co przewyższa to wszystko, Najjaśniejszy panie, co sprawia, że niewiem jak ci podziękować, to, że tak wspaniale ziściłeś wszystkie moje marzenia. Pracujemy zazwyczaj dla przyszłych pokoleń, które mają nas sądzić, ja zaś będę miał szczęście mieć żyjącego sędziego, biegłego w ocenianiu dzieł sztuki. Pozwól mi przeto, Najjaśniejszy Panie, zwać się złotnikiem Waszej królewskiej mości.
— Moim złotnikiem, moim artystą i moim przyjacielem, Benvenuto, jeżeli tym ostatnim tytułem nie wzgardzisz. Teraz zaś, bądź zdrów a raczej do zobaczenia.
Rozumie się, że wszyscy książęta i panowie, wyjąwszy pani d’Etampes, naśladowali króla i obsypywali Celliniego oznakami przyjaźni i pochwałami.
Skoro się oddalił a Benvenuto pozostał sam na dziedzińcu ze swemi dwoma uczniami, ci podziękowali mu; Askanio z zapałem, Pagolo prawie z przymusem.
— Nie dziękujcie mi, moje dzieci; nie macie za co. Lecz jeżeli w istocie czujecie jakąkolwiek wdzięczność dla mnie, chcę, ponieważ ten przedmiot nasunął nam się dzisiaj, prosić was o jednę przysługę, jest to rzecz tycząca się serca mojego.
Słyszeliście com rzekł królowi o Katarzynie; to, co powiedziałem, pochodzi z głębi mojego serca. To dziecię niezbędne jest dla mnie, moi przyjaciele — jako dla artysty, ponieważ służy mi chętnie, jak wiecie, za model; jako dla człowieka, ponieważ sądzę, że mnie kocha. Proszę was więc, chociaż jest ładną a wy jesteście młodzi tak jak i ona, nie myślcie wcale o niej, jest i tak dosyć ładnych dziewcząt na świecie. Nie krwawcie mi mojego serca, nie urągajcie mojej przyjaźni, rzucając na moję Katarzynę zbyt zuchwałe spojrzenia; co większa, czuwajcie nad nią w mojej nieobecności i radźcie jej jak bracia. Zaklinam was, gdyż znam siebie i przysięgam na Boga, że gdybym dojrzał co złego, zabiłbym ją i jej wspólnika.
— Mistrzu — rzekł Askanio — szanuję cię jako mego mistrza i kocham cię jak ojca; bądź spokojny.
— Panie Jezu! — zawołał Pagolo, składając ręce — niech mię Bóg zachowa, abym pomyślał o podobnej niegodziwości! Czyż nie wiem, że ci jestem winien wszystko, i że byłoby szkaradną zbrodnią, nadużyć świętego zaufania, jakie we mnie pokładasz, odwdzięczając dobrodziejstwa twoje tak podłą zdradą?
— Dziękuję wam, moi przyjaciele — rzekł Benvenuto, ściskając im ręce — dziękuję wam po tysiąc razy. Teraz Pagolo, weź się do swojej roboty, gdyż przyrzekłem na jutro panu do Villeroi pieczątkę, nad którą pracujesz; tymczasem Askanio i ja pójdziemy zwiedzić własność, którą monarcha nas udarował i którą w przyszłą niedzielę dobrowolnie lub przemocą w posiadanie obejmiemy.
Potem, odwracając się do Ąskania:
— No, Askanio — rzekł — idźmyż obaczyć, czy ten słynny pałac Nesle, który ci się tak podobał z powierzchowności, odpowiada wewnątrz twojej o nim opinii.
I nim Askanio miał czas zrobić najmniejszą uwagę, Benvenuto rzucił ostatni raz okiem na pracownię, aby przekonać się, czy każdy robotnik był na swojem miejscu; poklepał okrągły i różowy policzek Katarzyny i wziąwszy pod rękę swojego ucznia, wyszedł wraz z nim na ulicę.




ROZDZIAŁ VI.
DO CZEGO SŁUŻĄ OCHMISTRZYNIE.



Zaledwie zrobili dziesięć kroków na ulicy, napotkali człowieka prawie pięćdziesięcioletniego, dosyć szczupłego, lecz fizyonomii ruchliwej i dowcipnej.
— Szedłem do ciebie, Bonvenuto — odezwał się nowo przybyły, któremu Askanio ukłonił się z uszanowaniem połączonem ze czcią, a któremu Benvenuto uścisnął szczerze rękę.
— Czy w jakim ważnym celu, kochany Franciszku? — spytał złotnik — w takim razie powracam z tobą; czy też po prostu dla odwiedzenia mnie? a w takim razie pójdź z nami.
— W celu udzielenia ci przestrogi, Benvenuto.
— Słucham. Przestrogę zawsze dobrze przyjmuję, skoro tylko pochodzi od przyjaciela.
— Lecz ta, którą, mam ci udzielić, tobie tylko samemu udzieloną być może.
— Ten młodzieniec, to drugi ja; mów więc, Franciszku.
— Byłbym to już uczynił, gdybym sądził, że powinienem — powiedział przyjaciel Benvenuta.
— Wybacz, mistrzu — rzekł Askanio oddalając się.
— Idź więc tam, gdzie mieliśmy udać się obaj — powiedział Benvenuto do Askania — wiesz, że co ty widziałeś, to tak jak gdybym i ja widział. Obejrzyj wszystko po szczególe; przekonaj się, czy pracownia będzie miała dobre światło, czy dziedziniec będzie dogodny do odlewania i czy można będzie oddzielić nasze laboratoryum od reszty uczniów. Nie zapomnij także o grze w piłkę.
I Benvenuto wziąwszy pod rękę przybysza, wrócił z nim do pracowni, zostawiając młodzieńca nieruchomego na środku ulicy Świętego Marcina.
W istocie, zlecenie dane mu przez jego mistrza, zmieszało Askania.
Już i tak w niemałym był kłopocie, gdy Benvenuto uwiadomił go, że obaj udadzą, się na obejrzenie gmachu.
Można więc sobie wyobrazić co uczuł, widząc się zmuszonym sam odbyć te odwiedziny.
On więc, który przez dwie niedziele widział tylko Blankę z daleka, nie śmiejąc iść za nią, w trzecią zaś udał się w jej ślady nie śmiejąc ani słowa do niej przemówić, miał się jej przedstawić w jej własnem mieszkaniu, i w jakim celu? w celu obejrzenia pałacu Nesle, który Benvenuto zamierzał w następną niedzielę odebrać dobrowolnie lub przemocą ojcu Blanki.
Położenie było drażliwe dla każdego a dla kochanka okropne...
Na szczęście, było dosyć daleko z ulicy Świętego Marcina do pałacu Nesle. Gdyby nie było więcej nad kilka kroków, Askanio nie odważyłby się ich przebyć, ale że było pół mili, ruszył zatem w drogę.
Nic tak nie oswaja z niebezpieczeństwom, jak czas i odległość miejsca jaka nas od niego oddziela.
Dla wszystkich dusz silnych lub organizacyj szczęśliwych, zastanowienie jest potężnym posiłkiem. A do tej ostatniej klasy należał Askanio.
Pomimo więc drażliwego położenia, w jakiem się znajdował, Askanio czuł jednak niejakąś pociechę.
Nie spodziewał się widzieć Blanki aż następnej niedzieli, tym czasem miał ją ujrzeć tegoż samego dnia.
Zyskał więc sześć dni a sześć dni oczekiwania, jak wiemy, znaczą sześć wieków podług rachuby kochanków.
W miarę przeto jak zbliżał się do miejsca ku któremu zmierzał, cała rzecz okazywała się prostszą w jego oczach.
On to wprawdzie doradził Celliniemu aby prosił króla o gmach Nesle, na pomieszczenie w nim swojej pracowni, lecz czyż Blanka mogła mieć mu za złe, że szukał sposobu zbliżenia się do niej?
Wprawdzie zajęcie starego pałacu Amauryego przez florentyńskiego złotnika, miało przyjść do skutku ze szkodą ojca Blanki, który go uważał za swoję własność, lecz czy ta szkoda była rzeczywistą, skoro Robert d’Estourville nie zamieszkiwał go?
Zresztą Benvenuto posiadał mnóstwo środków zapłacenia owego mieszkania; puchar dany prewotowi, naszyjnik ofiarowany jego córce (a Askanio podejmował się zrobić naszyjnik) mogły i powinny, w owej epoce sztuk pięknych, załagodzić bardzo wiele rzeczy.
Tym więc sposobem, prewot (przypuszczając tylko, iż rzeczy tak się załatwią), pozostałby jeszcze dłużny mistrzowi Benvenuto, który był tak wspaniałomyślny, że jeżeliby pan d’Estourville postąpił sobie grzecznie, Askanio był pewien, że mistrz Benvenuto pokazałby się po królewsku.
Przybywszy na koniec ulicy Świętego Marcina, Askanio uważał siebie jako posłańca pokoju, wybranego przez Pana dla zachowania dobrego porozumienia pomiędzy dwoma mocarstwami.
Atoli pomimo tego przekonania, Askanio, który rad był, (niewytłomaczone dziwactwo kochanków) że nadłoży nieco drogi, zamiast przeprawić się przez Sekwanę, udał się bulwarem i przeszedł rzekę przez most au Moulins.
Może też obrał tę drogę dla tego, że tędy szedł wczoraj za Blanką.
Wreszcie, cokolwiek bądź spowodowało go do tego kroku, mniej więcej w dwadzieścia minut znajdował się przed pałacem Nesle.
Lecz skoro już tam przybył i ujrzał drzwi pałacu, któremi miał wejść, skoro spostrzegł prześliczny pałacyk gotycki, ukazujący śmiałe wieżyczki po nad murem, gdy pomyślał, że po za temi żaluzyami na pół przymkniętemi dla gorąca, znajdowała się piękna Blanka, całe to rusztowanie świetnych marzeń wzniesione przez drogę, runęło jak zamki z obłoków, które lada wietrzyk obala; ujrzał przed sobą, rzeczywistość, a ta nie bardzo go zaspakajała.
Jednak po kilku minutach wahania Askanio pojął, że powinien był cokolwiek bądź przedsięwziąć.
Nic zaś innego nie pozostawało, jak wejść do pałacu.
Postąpił więc aż na próg drzwi i wziął za młotek.
Lecz zaledwie go spuścił, drzwi w tejże samej chwili otworzyły się przypadkiem i ukazał się w nich człowiek trzydziesto letni, wyglądający w połowie na służącego, w połowie na wieśniaka.
Był to ogrodnik pana d’Estourville.
Askanio i ogrodnik cofnęli się nieco w tył.
— Czego pan chcesz? — spytał ogrodnik — do kogo masz interes?
Askanio, postanowiwszy nie cofać się, zebrał całą odwagę i rzekł śmiało:
— Przybywam obejrzeć pałac.
— Jakto, obejrzeć pałac! — zawołał ogrodnik osłupiały — a to w czyjem imieniu?
— W imieniu króla! — rzekł Askanio.
— W imieniu króla! — zawołał ogrodnik — Jezus Marya! czyż król chce nam go odebrać?
— Być może! — odpowiedział Askanio.
— Lecz cóż by to miało znaczyć?
— Pojmujesz, mój przyjacielu — rzekł Askanio z godnością — że nie obowiązany jestem tłomaczyć się tobie.
— To prawda. Z kim że więc pan chcesz mówić?
— Czy jest pan prewot? — zapytał Askanio, który wiedział bardzo dobrze, że go w Nesle niema.
— Nie, panie, jest w Chatelet.
— Któż go więc zastępuje w nieobecności?
— Jego córka, panna Blanka.
Askanio uczuł, że się zarumienił aż po uszy.
— A potem — mówił dalej ogrodnik — jest tak że pani Perrine. Czy pan chcesz mówić z panią Perrine, czy z panną Blanką?
Zapytanie było bardzo proste a jednak spowodowało straszliwą walkę w duszy Askania.
Otworzył usta chcąc powiedzieć, że z panną Blanką chce się widzieć, a jednak jakby słowa tak śmiałe nie chciały mu przejść przez gardło, zażądał pani Perrine.
Ogrodnik, który nie domyślał się, że jego zapytanie, które uważał za bardzo proste, sprawiło nieznajomemu taki kłopot, schylił głowę na znak posłuszeństwa i udał się przez podwórze ku wewnętrznym drzwiom Małego Nesle.
Askanio poszedł za nim.
Musiał przejść drugie podwórze, potem jeszcze jedne drzwi, potem mały parter, po tem schody przedsionka, nakoniec długą galeryę.
Nareszcie ogrodnik otworzył drzwi i rzekł:
— Pani Perrine, jest tu jakiś młodzieniec, który żąda obejrzeć pałac w imieniu króla.
I usuwając się, zrobił miejsce dla Askania, który stanął na progu drzwi.
Askanio oparł się o mur, gdyż zaćmiło mu się w oczach; rzecz bardzo prosta a której jednak nie przewidział, oto obok pani Perrine ujrzał Blankę.
Pani Perrine siedziała przy kółku i przędła. Blanka zaś była przy krosnach i pracowała nad krzyżową robotą.
Obiedwie podniosły jednocześnie głowy i ku drzwiom spojrzały.
Blanka poznała natychmiast Askania.
Spodziewała go się, chociaż rozsądek jej mówił, że nie powinien był przyjść.
Co do niego, skoro ujrzał oczy młodej dziewczyny zwrócone na siebie, chociaż spojrzenie jej było nadzwyczaj łagodne, sądził że umrze.
Przewidywał był tysiączne trudności, tysiączne przeciwności nim dostanie się do swej kochanki; te przeciwności byłyby go wzmocniły, ośmieliły, gdy tymczasem wszystko poszło tak po prostu, jak gdyby Bóg, tknięty czystością ich miłości ośmielił ich i pobłogosławił.
Znajdował się w jej obecności w chwili, gdy się najmniej tego spodziewał i z całej pięknej mowy, którą przygotował a której gorące słowa miały ją zdziwić i rozczulić, nie mógł spamiętać ani jednego zdania, ani jednego wyrazu.
Blanka ze swojej strony, pozostała nieruchoma i niema. Pani Perrine zaś podnosząc się do połowy na krześle i opierając na kołowrotku, przerwała pierwsza milczenie.
Co on powiedział, ten drągal Raimbault? — zawołała zacna ochmistrzyni. Czy słyszałaś Blanko?
Blanka milczała.
— Czego żądasz mój młody paniczu? — mówiła dalej, zbliżając się do Askania. — Ale, Boże przebacz! — zawołała nagle, poznając z kim miała do czynienia — to ten ładny kawaler, który przez trzy ostatnie niedziele, tak grzecznie podawał mi wodę święconą u drzwi kościoła! Czego żądasz, mój piękny przyjacielu?
— Chciałbym mówić z panią — bąknął Askanio.
— Ze mną samą? — zapytała przymilając się, pani Perrine.
— Z panią... samą...
Askanio odpowiadając w ten sposób, mówił sam do siebie, że był nieskończenie ograniczony.
— Więc chodź tędy, młodzieńcze — rzekła pani Perrine, otwierając drzwi boczne i dając mu znak aby szedł za nią.
Askanio poszedł, lecz odchodząc rzucił na Blankę jedno z tych długich spojrzeń, w których kochankowie mieszczą tyle rzeczy, jakkolwiek niezrozumiałych dla obojętnych, zawsze jednak pojętych przez osobę, na którą są wymierzone.
Bezwątpienia Blanka pojęła bardzo dobrze, gdyż jej oczy niewiedzieć jakim sposobem, spotkały się z oczyma młodzieńca, który zarumienił się nadzwyczaj a ponieważ i ona czuła, iż się zarumieniła, zwróciła więc oczy na swoję robotę i zaczęła niemiłosiernie kaleczyć biedny kwiatek, który wtenczas właśnie robiła.
Askanio spostrzegł ten rumieniec i zatrzymując się nagle, postąpił ku Blance; lecz w tej chwili pani Perrine odwróciła się i zawołała na niego, więc zmuszony był iść za nią.
Zaledwie przeszedł próg drzwi, Blanka porzuciła igłę, opuściła ręce z obu stron krzesła, pochylając głowę w tył — i wydała długie westchnienie, w którem łączyły się, przez jedno z tych niewytłomaczonych tajemnic serca, żal z oddalenia się Askania i niejakie ukontentowanie, że go już przy sobie nie czuła.
Co do młodzieńca, ten był w złym humorze, gniewał się na Benvenuta, że mu dał tak szczególne zlecenie; gniewał się na siebie samego, że nie umiał z niego lepiej korzystać; gniewał się szczególniej na panią Perrine, która wyprowadziła go właśnie w chwili, gdy mu się zdawało, że oczy Blanki mówią mu by został.
Skoro przeto ochmistrzyni, będąc sam na sam z nim, zapytała go o cel odwiedzin, Askanio pragnąc się zemścić na niej za swoją własną niezgrabność, odpowiedział śmiało i bez ogródki:
— Celem moich odwiedzin, szanowna damo, jest prosić cię o pokazanie mi pałacu de Nesle, a to od jednego końca do drugiego.
— O pokazanie pałacu Nesle! — zawołała pani Perrine — i na cóż chcesz go pan oglądać?
— Aby się przekonać, czy będzie nam dogodny i czy warto abyśmy się do niego przenosili.
— Jakto, przenosili! Czyście go najęli od pana prewota?
— Nie; lecz Jego królewska mość darował nam go.
— Jego Królewska mość darował! — zawołała pani Perrine, coraz bardziej ździwiona.
— Na zupełną, własność — odrzekł Askanio.
— I komuż to, panu?
— Niezupełnie, moja dobra damo; lecz mojemu mistrzowi.
— A któż to jest ten twój mistrz, młodzieńcze? zapewne jaki wielki magnat zagraniczny?
— Więcej jeszcze, pani Perrine, wielki artysta, przybyły umyślnie z Florencyi na usługi Jego chrześciańskiej mości.
— A! a! — rzekła dobra kobieta, która nie wiele zrozumiała — a cóż on robi?
— Co robi? wszystko: pierścionki dla młodych dziewcząt; nalewki na stoły królów; posągi do kościołów; przytem w wolnych chwilach, oblega lub broni miast i prowadzi wojnę z kardynałami.
— Jezus Marya! — zawołała pani Perrine — a jakże się nazywa ten twój mistrz?
— Nazywa się Benvenuto Cellini.
— To dziwna! nie znam tego nazwiska — mruczała dobra kobieta — a jakiż jest stan jego?.
— Jest złotnikiem.
Pani Perrine spojrzała na Askania wielkiemi oczyma.
— Złotnikiem! — mruczała — złotnikiem! i sądzisz, że pan prewot ustąpi swego pałacu... złotnikowi?
— Jeżeli nie ustąpi, odbierzemy mu...
— Przemocą?
— Bezwątpienia.
— Lecz zdaje mi się, że twój pan nie ośmieli się występować przeciwko panu prewotowi.
— Występował już przeciwko trzem książętom i dwom papieżom.
— Jezus Marya! dwóm papieżom. Czy czasem nie jest heretykiem?
— Jest katolikiem jak ty i ja, pani Perrine; uspokój się, szatan nie jest naszym sprzymierzeńcem lecz za to mamy za sobą króla.
— A! to być może; lecz pan prewot ma kogoś silniejszego za sobą.
— A kogóż to?
— Panią d’Etampes.
— A więc, partya równa — rzekł Askanio.
— A jeżeli pan d’Estourville nie zgodzi się na dobrowolne oddanie pałacu?
— To mistrz Benvenuto weźmie go przemocą.
— A jeżeli pan prewot zamknie się jak w cytadeli?
— Mistrz Benvenuto obiegnie ją.
— Prewot ma dwudziestu czterech zbrojnych, pamiętaj pan o tem.
— Mistrz Benvenuto ma dziesięciu uczniów; jak widzisz, pani Perrine, partya zawsze równa.
— Lecz pan d’Estourville jest odważny; na turnieju, który miał miejsce podczas wesela króla Franciszka I-go, był zwycięzcą i wszystkich przeciwników powysadzał z siodeł.
— Otóż to właśnie człowiek jakiego szukał Benvenuto, który nie znalazł jeszcze dla siebie mistrza w robieniu bronią i który tak jak pan d’Estourville, wszystkich przeciwników powalił na ziemię; z tą jednak różnicą, że we dwa tygodnie potem, ci co walczyli z panem prewotem powstali na nogi weseli i zdrowi — gdy tymczasem ci, co mieli sprawę z moim mistrzem, nie powstali nigdy i w trzy dni pochowano ich.
— Wszystko to źle się skończył — mruczała pani Perrine. — Powiadają, że w miastach szturmem wziętych, okropne dzieją się rzeczy.
— Uspokój się pani Perrine — odrzekł Askanio śmiejąc się — będziesz miała do czynienia z łagodnemi zwycięzcami.
— Oto mi tylko idzie, mój ładny kawalerze — mówiła znowu pani Perrine, która pocieszyła się tem, iż będzie mogła zapewnić sobie pomoc między oblegającymi — obawiam się, aby nie było rozlewu krwi, gdyż co do waszego sąsiedztwa, możesz pan być pewnym, że to byłoby nam bardzo przyjemne; brak bowiem jest zupełnie towarzystwa w tej przeklętej pustyni, gdzie pan d’Estourville kazał nam mieszkać, swojej córce i mnie, jak dwóm jakim zakonnicom, chociaż, dzięki Bogu, ani ona ani ja nie wyrzekłyśmy ślubów.
— Więc nie przyjmujecie panie żadnych odwiedzin? — zapytał Askanio.
— Jezus Marya! gorzej tu nam jak zakonnicom. Zakonnice, przynajmniej mają krewnych, mają przyjaciół, którzy je odwiedzają choć przez kratę. Mają refektarz, gdzie się zgromadzają i mogą rozmawiać. Nie bardzo to zabawne, wiem o tem; lecz i to zawsze cóś znaczy. My, mamy tylko pana prewota, który przybywa niekiedy strofować swoję córkę za to chyba, że staje się coraz ładniejszą, bo to jedynie cały występek tego biednego dziecka; lub znowu gderać na mnie za to, że jej jeszcze nie dosyć pilnuję, chociaż ona nie widuje żywej duszy i wyjąwszy gdy rozmawia ze mną, nie otwiera ust chyba do modlitwy. Dla tego proszę cię, młodzieńcze, nie mów nikomu, że byłeś tu przyjęty, że zwiedziłeś ze mną Wielki Nesle i że zwiedziwszy Wielki Nesle, powróciłeś do Małego i rozmawiałeś przez chwilę z nami.
— Jakto! — zawołał Askanio — zwiedziwszy Wielki Nesle, powrócę z panią do Małego? Będę więc...
Askanio uciął widząc, że jego radość za daleko się posunęła.
— Zdaje mi się, że byłoby niegrzecznie z pańskiej strony, ażebyś pokazawszy się tylko pannie Blance, która w nieobecności swojego ojca jest panią domu, i zażądawszy mówić ze mną samą, oddalił się bez pożegnania. Z tem wszystkiem, jeżeli się pan na to nie zgadzasz, możesz oddalić się prosto przez Wielki Nesle, który ma osobne wyjście.
— O! nie — zawołał Askanio. — Sądzę, że jestem tak dobrze wychowany, iż potrafię się grzecznie znaleźć przy damach. Lecz pani Perrine, zwiedzajmy ów pałac nie tracąc czasu, gdyż mi bardzo pilno.
W istocie, teraz gdy Askanio wiedział, że powróci przez Mały Nesle, pragnął jak najprędzej skończyć z Wielkim.
A ponieważ pani Perrine obawiała się zawsze, aby jej niespodziewanie nie zszedł prewot, nie zatrzymywała przeto Askania i zdjąwszy pęk kluczy wiszący przy drzwiach, zaczęła iść przed nim.
Rzućmy więc oczyma wraz z Askaniem na pałac de Nesle, w którym odtąd mają się odbywać główne sceny naszego opowiadania.
Pałac, a raczej gmach Nesle, jak go pospolicie wówczas nazywano, leżał, jak nasi czytelnicy wiedzą, na lewym brzegu Sekwany.
Zakończał Paryż od strony północno-zachodniej, gdyż po za jego murami nie widziano nic tylko fosy miasta i zieleniejące murawy Pré-aux-Clercs.
Zbudował go Amaury, pan na Nesle z Pikardyi, ku końcowi VIII wieku.
Filip Piękny kupił go od niego w roku 1308 i obrócił na zamek królewski.
W 1520 r. wieża Nesle oddzieloną została od zamku, w celu uformowania bulwaru, mostu na fosach i bramy Nesle, tak, że ponura wieża pozostała na brzegu rzeki samotna i posępna jak pokutująca grzesznica.
Lecz gmach Nesle był tak wielki, iż nie znać było tego odpadku.
Obszerny był jak miasteczko; wysoki mur z obszernym przysionkiem i małemi drzwiami, oddzielał go od bulwaru.
Wchodziło się naprzód na wielki dziedziniec, otoczony do koła murami; ten drugi mur miał drzwi na lewo i drzwi w głąb.
Jeżeli się wchodziło, tak jak wszedł Askanio drzwiami z lewej strony, natrafiano na prześliczny budynek w stylu gotyckim XIV wieku; był to Mały Nesle, który miał na południe oddzielny ogród.
Jeżeli zaś wchodziło się drzwiami w głębi, wtedy ukazywał się z prawej strony Wielki Nesle, cały z murów i uzbrojony w dwie wieżyczki z dachami śpiczastemi, otoczony balustradami, z fasadą trójkątną, wysokiemi oknami, kolorowanemi szybami i dwudziestu chorągiewkami skrzypiącemi bez ustanku; było tam gdzie umieścić trzech dzisiejszych bankierów.
Dalej, jeżeli szedłeś naprzód, mogłeś zbłądzić wśród mnóstwa ogrodów i dziedzińców; w ogrodach znalazłeś grę w piłkę, karuzel, gisernię, arsenał; potem następowały podwórza, obory, owczarnie i stajnie; tu znowu można było pomieścić trzech dzisiejszych dzierżawców.
A wszystko przyznać trzeba było bardzo zaniedbane i w bardzo złym stanie, Raimbault i jego dwaj pomocnicy, wystarczali zaledwie do pielęgnowania ogrodu Małego Nesle, w którym Blanka siała kwiaty a pani Perrine sadziła kapustę.
Lecz wszystko było obszerne, dobrze oświecone, mocno zbudowane, a dołożywszy nieco starania i nakładu, można było zrobić z niego najpyszniejszą w święcie pracownię.
Zresztą, choćby wszystko było daleko mniej godne uwagi, Askanio byłby jednak zachwycony, gdyż dla niego główną rzeczą było zbliżyć się do Blanki.
Przegląd odbył się śpiesznie; w jednej chwili zwinny młodzieniec wszystko obejrzał, wszystko przebiegł, wszystko ocenił. Co widząc pani Perrine, która napróżno chciała zdążyć za nim, dała mu pęk kluczy, które Askanio, przegląd ukończywszy, wiernie jej oddał.
— A teraz pani Perrine — rzekł Askanio — jestem na twoje rozkazy.
— No! wróćmy więc do Małego Nesle młodzieńcze, ponieważ sądzisz wraz ze mną, że tak uczynić wypada.
— Byłoby najniegrzeczniej postąpić inaczej.
— Ale ani słowa przed Blanką o przedmiocie, który tu pana sprowadził.
— O mój Boże! o czemże będę jej mówił — zawołał Askanio.
— Otóż już zakłopotałeś się młodzieńcze! Nie mówił żeś mi, że jesteś złotnikiem?
— Bezwątpienia.
— A więc, mów jej o klejnotach; jest to przedmiot rozmowy zajmujący najrozsądniejszą dziewczynę. Córki Ewy lubią wszystko co się błyszczy. Zresztą, biedne dziecię tak mało miewa roztargnienia w tem schronieniu, że dobrym uczynkiem będzie rozerwać ją nieco. To prawda, że najlepszą rozrywką w jej wieku byłoby dobre małżeństwo. Dla tego, ile razy pan prewot jest u nas, mówię mu zawsze do ucha: — Ożeń pan tę biedną małą, już czas na nią.
Gdy pani Perrine kończyła te słowa, dochodzili właśnie do Małego Nesle i w parę minut weszli oboje do salonu, w którym pozostała Blanka.
Blanka była jeszcze zamyśloną i znajdowała się w tem samem położeniu, w którem ją zostawiliśmy.
Tylko, dwadzieścia może razy, jej głowa podniosła się i spojrzenie padło na drzwi, któremi wyszedł piękny młodzieniec, a gdyby kto śledził jej spojrzenia, mógłby sądzić, że czekała na niego.
Jednak skoro tylko ujrzała drzwi obracające się na zawiasach, Blanka wzięła się do pracy tak pilnie, że ani pani Perrine ani Askanio nie domyśliliby się, że ją choć na chwilę przerwała.
Jakim sposobem zgadła, że młodzieniec powracał z ochmistrzynią?
Tylko magnetyzm mógłby nam to wytłómaczyć, gdyby był wynaleziony w owej epoce.
— Przyprowadzam ci naszego rozdawcę wody święconej, kochana Blanko, gdyż to on sam, poznałam go natychmiast. Miałam go wyprowadzić bramą Wielkiego Nesle, ale zrobił uwagę, że nie pożegnał się z tobą. Co było istotną prawdą, nie powiedzieliście bowiem do siebie ani jednego słóweczka. A jednak ani jedno ani drugie nie jest niemową, dzięki Bogu.
— Pani Perrine... — przerwała Blanka zmięszana.
— No i cóż? nie trzeba się tak rumienić. Pan Askanio jest zacny młodzieniec, tak jak ty jesteś skromną panną. Przytem jest biegłym artystą w wyrabianiu klejnotów, drogich kamieni i innych ozdób, które zazwyczaj podobają się ładnym dziewczętom. Przyniesie ci co na pokazanie, moje dziecię, jeżeli chcesz.
— Nie potrzebuję niczego — szepnęła Blanka.
— Teraz być może, lecz należy się spodziewać, że nie umrzesz samotnie w tej przeklętej samotni. Mamy szesnaście latek, Blanko i przyjdzie dzień, że będziesz piękną narzeczoną, której dadzą rozmaite klejnoty. Potem wielką damą, która będzie potrzebowała rozlicznych strojów. Czyż nie można wyrobom tego młodzieńca dać pierwszeństwa nad innemi, które zapewne nic warte nie będą?
Blanka była jak na torturach. Askanio, którego widoki pani Perrine nie bardzo cieszyły, spostrzegł to i przybył na pomoc biednemu dziecięciu, któremu prosta rozmowa była tysiąc razy mniej przykrą, niż ten monolog pani Perrine.
— O! pani — rzekł Askanio — nie odmawiaj mi tej łaski, abym ci przyniósł niektóre z moich prac; zdaje mi się teraz, że dla ciebie je utworzyłem i że tworząc je myślałem o tobie. O! tak wierz mni pani, bo my, artyści, mieszamy niekiedy do złota, srebra i drogich kamieni, nasze własne myśli. W tych dyademach wieńczących wasze głowy, w tych bransoletach, ściskających wasze ręce, w naszyjnikach pieszczących wasze ramiona, w kwiatach, w tych ptakach, w aniołach, w chimerach, które zawieszamy u waszych uszu, składamy niekiedy uszanowanie pełne uwielbienia.
Trzeba nam wyznać, jako historykowi, że na te słodkie słowa, serce Blanki rozpływało się, gdyż Askanio tak długo milczący, odezwał się wreszcie i mówił tak, jak powinien był mówić według jej marzeń; gdyż, nie wznosząc oczu, młoda dziewczyna czuła jego gorące spojrzenie, utkwione w nią a nawet akcent cudzoziemski młodzieńca, udzielał szczególnego wdzięku tym słowom nowym i nieznanym Blance.
— O panie — odrzekła zmieszana — wasze piękne dzieła będą mi zapewne na zawsze obce, a przynajmniej nieużyteczne; żyję w samotności, która nie tylko mi nie cięży, ale owszem powiedzieć muszę... lubię ją i chciałabym zawsze tu pozostać; wyznaję jednak, że pragnęłabym zobaczyć pańskie klejnoty, nie dlatego by je włożyć na siebie, lecz aby je podziwiać.
I z obawy, czy nie za wiele powiedziała, a może pragnąc powiedzieć jeszcze więcej, Blanka kończąc te słowa, ukłoniła się i wyszła tak nagle, że w oczach człowieka lepiej obeznanego wyjście to było by po prostu ucieczką.
— A! przecież! — odezwała się pani Perrine, pogodziła się nieco ze strojami. Ale też trzeba prawdę powiedzieć, że posiadasz młodzieńcze dar ujmowania sobie ludzi; najlepszy dowód, że przeciągnąłeś mnie na swoję stronę i na honor! życzę ci, aby pan prewot nie zrobił ci nic złego. Teraz zaś do widzenia, młodzieńcze; powiedz swojemu mistrzowi, aby się miał na ostrożności. Uprzedź go, że pan d’Estourville jest człowiek nieugięty i wiele może u dworu. Jeżeli przeto twój mistrz zechce usłuchać mojej rady, niech się zrzecze Wielkiego Nesle a szczególniej niech nie zamyśla brać go przemocą. Z tobą zaś, młodzieńcze, zobaczemy się, nieprawdaż? Nadewszystko, nie wierz Blance; z samego spadku po matce jest tak bogatą, że mogłaby pozwolić sobie fantazyj dwadzieścia razy kosztowniejszych niż te, jakie jej ofiarujesz. Ale, ale... przynieś pan także kilka przedmiotów tańszych, może ona zechce zrobić mi jaki podarunek. Nie jestem jeszcze dzięki Bogu w takim wieku, abym się miała wyrzekać wszelkiej kokieteryi. Zrozumiałeś mię pan, nieprawdaż?
I sądząc, że aby ją lepiej zrozumiał, należy dodać poruszenie do słów, pani Perrine wsparła swoję rękę na ramieniu młodzieńca.
Askanio zadrżał jak człowiek przebudzony nagle ze snu.
W istocie, zdawało mu się, że to wszystko snem było.
Nie pojmował, że był u Blanki i wątpił, czy to białe widzenie, którego wdzięczny głos obijał się jeszcze o jego uszy i którego lekkie kształty przesunęły się przed jego oczyma, było w istocie tą, za której jedno spojrzenie wczoraj i dziś rano jeszcze, byłby swe życie poświęcił.
Przepełniony szczęściem i nadzieją na przyszłość, przyrzekł pani Perrine wszystko co chciała, nie słysząc nawet co mówiła.
Bo i cóż go to obchodziło! Czyż nie był gotów oddać wszystko co posiadał, dla ujrzenia powtórnie Blanki?
Potem, pojąwszy, że dłuższa bytność byłaby nieprzyzwoitą, pożegnał panią Perrine, przyrzekając powrócić nazajutrz.
Wychodząc z Małego Nesle, Askanio spotkał się prawie twarz w twarz z dwoma ludźmi, którzy szli ku stronie pałacu; z ubrania a jeszcze więcej ze sposobu, w jaki jeden z tych dwóch ludzi spojrzał na niego, domyślił się, że to musiał być prewot.
Wkrótce jego domysł zamienił się w pewność, gdy ujrzał dwóch ludzi pukających do tych samych drzwi, któremi wyszedł; żałował wówczas, że nie odszedł wcześniej, gdyż kto wie, czy jego nieroztropność nie spadnie na Blankę.
Dla usunięcia wszelkiego podejrzenia, przypuszczając, że prewot uważał na niego, Askanio oddalił się, nie odwróciwszy nawet głowy ku temu miejscu, z którego chciałby się był nie oddalać wcale.
Powróciwszy do pracowni, zastał Benvenuta pogrążonego w głębokiem zamyśleniu.
Ten człowiek, który ich zatrzymał na ulicy, był Primaticcio; jako dobry wspólkolega, śpieszył uprzedzić Celliniego, że podczas znanych odwiedzin Franciszka I go, nieroztropny artysta potrafił zrobić sobie z księżnej d’Etampes śmiertelną nieprzyjaciółkę.




ROZDZIAŁ VII.
NARZECZONY I PRZYJACIEL



Jednym z tych dwóch ludzi, którzy wchodzili do pałacu Nesle w chwili gdy Askanio ztamtąd wychodził, był w istocie Robert d’Estourvile, prewot Paryża.
Co do drugiego, za chwilę dowiemy się kto on był.
Przeto w pięć minut po odejściu Askania, gdy Blanka, stojąc z nadstawionem uchem w swoim pokoju, do którego się schroniła, nie wyszła jeszcze z zamyślenia, pani Perrine weszła nagle, oświadczając młodej dziewczynie, że jej ojciec czeka na nią w przyległym pokoju.
— Mój ojciec! — zawołała Blanka przestraszona.
Potem dodała cicho;
— Mój Boże! czy go nie spotkał!
— Tak, twój ojciec, kochane dziecię — odrzekła pani Perrine — i z nim drugi jakiś stary jegomość, którego nie znam.
— Drugi stary jegomość? — powtórzyła Blanka, drżąc instyktowo. — Mój Boże, pani Perrine, co to znaczy? Pierwszy raz od dwóch lub od trzech lat może mój ojciec nie przyszedł sam jeden.
Ponieważ młoda dziewczyna musiała okazać się posłuszną, znając niecierpliwy charakter ojca, przywołała więc całą swą odwagę i powróciła do pokoju, z którego przed chwilą wyszła, z uśmiechem na ustach; pomimo bowiem obawy, jakiej po raz pierwszy doznawała i z której nie mogła sobie zdać sprawy, kochała szczerze pana d’Estourville i pomimo małego udzielania się prewota swojej córce, dnie, w których odwiedzał pałac Nesle, uważano na równi z dniami świątecznemi.
Blanka zbliżała się z wyciągniętemi rękami i otwartemi usty; lecz prewot nie dał jej czasu ani uściskać się ani odezwać. Biorąc ją tylko za rękę i prowadząc przed nieznajomego, który stał wsparty o wielki komin kwiatami zastawiony:
— Kochany przyjacielu — rzekł do niego — przedstawiam ci moję córkę.
Potem, zwracając się do niej:
— Blanko — rzekł — oto jest hrabia d’Orbec, podskarbi królewski a twój przyszły małżonek.
Blanka wydała słaby krzyk, który przytłumiło natychmiast uczucie przyzwoitości; lecz czując, że kolana nachylają się pod nią, wsparła się na poręczy krzesła.
W istocie, aby pojąć, szczególniej też w stanie umysłu w jakim znajdowała się Blanka, całą okropność tego niespodziewanego oświadczenia, trzeba wiedzieć kto był ów hrabia d’Orbec.
Bez wątpienia Robert d’Estourville, ojciec Blanki, nie był ładny; w jego gęstych brwiach, które marszczył za najmniejszą napotkaną przeszkodą fizyczną lub moralną, był pewien wyraz cierpkości a w całej postaci coś ciężkiego i nie zgrabnego, co wcale nie uprzedzało na jego stronę.
Jednak przy hrabi d’Orbec zdawał się on świętym Michałem Archaniołem obok szatana. Przynajmniej rysy wyraziste prewota znamionowały moc duszy; gdy tymczasem małe oczki, bure i żywe, oznaczały dowcip.
Lecz hrabia d’Orbec, wątły, suchy i chudy, z długiemi pajęczemi rękoma, głosem podobnym do brzęczenia komara, powolnością ślimaka, był nie tylko brzydki, ale odrażający.
Głowę miał pochyloną na ramię, na ustach igrał uśmiech nikczemnika, a w oczach zdradzieckich podłość przebijała.
To też na widok tego odrażającego stworzenia, przedstawionego jej na małżonka wtedy właśnie, gdy jej serce i myśl pełne były jeszcze pięknego młodzieńca, który wyszedł przed chwilą z tego pokoju, Blanka nie była w stanie powściągnąć wzruszenia i z przestrachem spoglądała na ojca.
— Wybacz, kochany przyjacielu, Blance jej zakłopotanie — mówił dalej prewot — najprzód nie wychodziła ona ztąd nigdzie prawie od dwóch lat, gdyż jak wiesz, teraźniejsze powietrze nie dobre jest dla ładnych dziewcząt; potem, prawdę mówiąc, źle zrobiłem, żem jej nie uprzedził o naszych układach, co zresztą było niepotrzebnem; to bowiem, co postanowiłem, nie potrzebuje niczyjego potwierdzenia, wreszcie nie wie ona kto jesteś i że ty, ze swojem nazwiskiem, bogactwami i względami pani d’Etampes, możesz dojść do wszystkiego, lecz gdy się namyśli, oceni zaszczyt jaki nam czynisz, zamierzając połączyć swoje dawno nazwisko z naszem świeżem szlachectwem, dowie się, że będąc przyjaciółmi od czterdziestu lat...
— Dosyć, mój drogi, dosyć, proszę cię — przerwał hrabia.
Potem zwracając się do Blanki z tem zaufaniem i zuchwalstwem, które tyle się odróżniały od lękliwości biednego Askania:
— No, no, uspokój się, moje dziecię — rzekł do niej — i przywołaj na swoje piękne jagody te rumieńce, które ci są tak do twarzy. O mój Boże! znam ja dziewczęta a nawet mężatki, bo byłem już dwa razy żonatym, moja mała. Nie powinnaś się tak mieszać; spodziewam się, że się mnie nie boisz, hę? — dodał z fanfaronadą, prostując się i przesuwając palce po rzadkich wąsach i takiejże bródce — dla tego twój ojciec źle zrobił, że tak niespodziewanie dał mi ten tytuł męża, wzruszający zawsze młode serce, które go po raz pierwszy słyszy; lecz oswoisz się z nim, moja mała, i sama go wymówisz temi pięknemi usteczkami. Cóż to! znowu bledniejesz... Boże mi przebacz! zdaje mi się, że zemdleje...
I d’Orbec wyciągnął ręce dla uchwycenia Blanki, lecz ona wyprostowała się i cofnęła na krok, jak gdyby ją wąż miał ukąsić, a odzyskując władzę wymówienia kilku słów:
— Wybacz mi pan, wybacz mi mój ojcze — rzekła zaledwie zrozumiałym głosem — to nic, lecz sądziłam, spodziewałam się...
— Co sądziłaś? czego się spodziewałaś? mów prędzej — rzekł prewot, wlepiając w córkę swoje małe oczy, żywe i rozgniewane.
— Że pozwolisz mi pozostać zawsze przy sobie, mój ojcze — odpowiedziała Blanka. — Od czasu śmierci mojej biednej matki, ty tylko posiadasz całe moje przywiązanie; sądziłam więc...
— Milcz, Blanko! — zawołał rozkazująco prewot — Nie jestem jeszcze tak stary, abym potrzebował doglądaćzki a ty jesteś w wieku stosownym do zamężcia.
— E, mój Boże! — rzekł d’Orbec, wtrącając się znowu do rozmowy — przyjmij mię bez tylu ceremonij, moje życie. Ze mną będziesz tak szczęśliwą jak tylko nią być można i nie jedna będzie ci zazdrościć, przysięgam. Jestem bogaty, będziesz bywać u dworu i to w klejnotaoh, które wzbudzą zazdrość, nie powiem królowej, ale samej pani d’Etampes.
Nie wiem jakie myśli obudziły się na to ostatnie słowa w sercu Blanki, lecz rumieniec powrócił na jej twarz i zdołała odpowiedzieć hrabiemu, pomimo surowego spojrzenia, jakiem jej groził prewot.
— Będę przynajmniej prosić mojego ojca, panie hrabio, o czas do namysłu.
— Co to znaczy? — zawołał pan d’Estourville z gwałtownością. Ani godziny, ani minuty. Jesteś od tej obwili narzeczoną hrabiego, czy rozumiesz? zostałabyś nawet jego żoną dziś jeszcze, gdyby nie był zmuszony za godzinę wyjechać do swojego hrabstwa w Normandyi a wiesz, że moja wola jest rozkazem. Namyślać się, do pioruna! D’Orbec, zostawmy ją. Od tej chwili mój przyjacielu, jest twoją i będziesz ją miał kiedy zechcesz. A teraz, pójdźmy obejrzeć wasze przyszłe mieszkanie.
D’Orbec chciał zostać, aby dodać jeszcze kilka słów do tego co już powiedział, lecz prewot wziął go pod rękę i odciągnął ztamtąd; ukłonił się więc tylko Blance ze złośliwym uśmiechem i wyszedł z prewotem.
Za nimi, przez drzwi w głębi, weszła pani Perrine; słyszała jak prewot podniósł głos i przybiegła domyślając się, że łajał swoję córkę, jak miał we zwyczaju. Przybyła w sam czas, aby uchwycić Blankę w swoje objęcia.
— O! mój Boże! mój Boże! zawołało biedne dziecię, niosąc ręce do oczu, jak gdyby lękało się ujrzeć znowu szkaradnego d’Orbec’a, chociaż już wyszedł O! mój Boże! więc to tak miało się zakończyć! O! moje złote marzenia, o! moje najsłodsze nadzieje! wszystko więc stracone, zniszczone! pozostaje mi tylko umrzeć.
Nie można wątpić, że podobne narzekania przy osłabieniu i bladości Blanki, przestraszyły panią Perrine, przytem wszakże, obudziła się jej ciekawość.
A ponieważ Blanka chciała ulżyć swemu sercu, opowiedziała przeto zacnej ochmistrzyni, płacząc gorzkiemi łzami, wszystko co zaszło pomiędzy nią, jej ojcem i hrabią d’Orbec.
Pani Perrine przyznała, że narzeczony nie był ani młody, ani ładny; lecz ponieważ podług jej zdania, największem nieszczęściem jakie mogło spotkać kobietę, było zostać panną, tłómaczyła tedy Blance, że w najgorszym razie, lepiej mieć męża starego i brzydkiego, a bogatego i możnego, jak nie mieć go wcale.
Ponieważ zaś teorya ta oburzała serce Blanki, młoda dziewczyna oddaliła się do swego pokoju, zostawiając panią Perrine, której wyobraźnia była bardzo żywą, budującą dla siebie tysiączne plany na przyszłość w dnia, gdy wzniesie się z ochmistrzyni panny Blanki, na godność damy do towarzystwa hrabinej d’Orbec.
Tymczasem prevot wraz z hrabią rozpoczęli tęż samą czynność, jaką niedawno ukończył Askanio z panią Perrine.
Byłoby zabawną rzeczą gdyby mury, które, jak utrzymują, mają uszy, miały także oczy i język i opowiadały wchodzącym to, co widziały i słyszały od wychodzących.
Lecz ponieważ mury milczały i patrzały na prewota i podskarbiego, śmiejąc się może na swój sposób, przeto tylko dwaj zwiedzający ze sobą rozmawiali:
— Na honor! — mówił podskarbi przechodząc przez dziedziniec, prowadzący z Małego do Wielkiego Nesle — na honor! jest bardzo ładna ta mała; takiej właśnie żony mi potrzeba; kochany d’Estourville: skromnej, niewinnej i dobrze wychowanej. Skoro pierwsza burza przeminie, nastanie pogoda, wierzaj mi. Znam ja się na tem, wszystkie młode dziewczęta marzą o mężu młodym, pięknym, dowcipnym i bogatym. Z tem wszystkiem mam najmniej połowę wymaganych przymiotów. Niewielu mogłoby tyle o sobie powiedzieć, a to już jest wiele.
Potem przechodząc od narzeczonej do swojej przyszłej własności, i mówiąc tym samym głosem piskliwym i łakomym o jednej i o drugiej.
— Tak jak ten Stary Nesle — mówił dalej — na honor! jest to przepyszne mieszkanie. Będzie nam w niem wybornie z żoną. Tu będziemy mieszkać sami, tu będą biura, tutaj służba. Lecz przy niejakim nakładzie, który postaramy się, aby Jego królewska mość zapłacił, będzie je można bardzo dobrze urządzić. Ale! powiedzno d’Estourville, czy jesteś pewien, że ci tego nie odbiorą? Powinienbyś uregulować tytuł własności, a zdaje mi się nawet, że król ci tego pałacu nie dał.
— Nie dał mi, to prawda — odrzekł śmiejąc się prewot — lecz pozwolił mi wziąć, a to prawie wszystko jedno.
— Tak; lecz gdyby kto zrobił ci figla i formalnie prosił o niego?
— O! żleby go przyjęto, ręczę ci; pewnym będąc protekcyi pani d’Etampes i twojej, żartowałbym sobie z niego. Nie! jestem spokojny i pałac Nesle tak do mnie należy, kochany przyjacielu, jak moja córka Blanka do ciebie; jedź więc spokojny i wracaj prędzej.
Gdy prewot mówił te słowa, o prawdzie których ani on ani jego towarzysz powodu wątpić nie mieli, trzecia osoba, wprowadzona przez ogrodnika Raimbault, ukazała się na progu drzwi, prowadzących z dziedzińca do ogrodu Wielkiego Nesle.
Byłto wicehrabia de Marmagne.
Ten był także pretendentem do ręki Blanki, lecz pretendentem nieszczęśliwym.
Byłto człowiek wysoki, włosów czerwono-bląd, rumiany, z miną zarozumiałą i zuchwałą, gadatliwy, pełen pretensyi przy kobietach, którym często służył za płaszczyk do pokrycia ich prawdziwych miłostek; pyszny z posiadania stopnia sekretarza królewskiego, któryto stopień pozwalał mu zbliżać się do Jego królewskiej mości, tak jak zbliżały się doń jego charty, papugi i małpy.
Dla tego prewot nie dał się oszukać pozornemi względami, ani mniemaną swobodą, z jakiej wicehrabia korzystał przy osobie monarchy.
Zresztą, wicehrabia de Marmagne oddawna przejadł całe swoje dziedzictwo i żył tylko z hojności Franciszka I-go.
Lecz ta hojność mogła lada dzień ustać a pan d’Estourville nie był tyle głupi, ażeby polegał w rzeczach takiej wagi na kaprysach króla, jednego z najkapryśniejszych.
Odrzucił więc delikatne żądanie wicehrabiego de Marmagne, wyznając mu w sekrecie, że ręka jego córki była już oddawna przyrzeczoną innemu.
Mimo jednak tego wyznania, które tłómaczyło odmowną odpowiedź prewota, wicehrabia de Marmagne i Robert d’Estourville zostali na pozór najlepszymi w świecie przyjaciółmi, chociaż od tego czasu wicehrabia nienawidził prewota a z swojej strony prewot nieufał wicehrabiemu, który pomimo uśmiechającej minki, niepotrafił ukryć urazy przed człowiekiem, tak przywykłym jak pan d’Estourvillo do czytania w najgłębszych tajnikach serc.
Każdym razem przeto, gdy spostrzegał wicehrabiego, prewot spodziewał się, pomimo jego miny grzecznej i uprzedzającej, usłyszeć jakie niepomyślne wiadomości, które wicehrabia miał zwyczaj opowiadać ze łzami w oczach i z tą udaną i wyrachowaną boleścią, która wlewa kropla po kropli truciznę na ranę.
Co do hrabiego d’Orbec, wicehrabia de Marmagne prawie zerwał z nim wszelkie stosunki; byłato nawet jedna z tych rzadkich nieprzyjaźni u dworu, widocznych dla każdego.
D’Orbec gardził wicehrabim, ponieważ ten niemiał majątku i nie mógł utrzymywać się odpowiednio do swego tytułu.
Marmagne pogardzał hrabią dla tego, że był stary, a tem samem utracił przywilej podobania się kobietom; obaj wreszcie nienawidzili się dla tego, że każdym razem gdy się spotykali na jednej drodze, jeden drugiemu złe wyrządzić musiał.
Skoro się więc spostrzegli, dwaj dworacy ukłonili się z tym sardonicznym i zimnym uśmiechem, który tylko widzieć się daje w przedpokojach pałaców i który ma znaczyć:
— A! gdybyśmy tchórzami obaj nie byli, jakże dawno jednego z nas nie byłoby na świecie.
Lecz obadwaj poprzestali na tym ukłonie i uśmiechu, a hrabia d’Orbec nie przemówiwszy ani słowa do wicehrabiego de Marmagne, wyszedł natychmiast temi samemi drzwiami, któremi wszedł jego nieprzyjaciel.
Niezapomnijmy jednak dodać, że pomimo nienawiści jaka ich rozdzielała, ci dwaj ludzie w naglącym razie, gotowi byli połączyć się na chwilę, dla zaszkodzenia komu trzeciemu.
Po wyjściu hrabiego d’Orbec, prewot pozostał sam ze swoim przyjacielem wicehrabią de Marmagne.
Zbliżył się do niego z wesołą twarzą, lecz wicehrabia czekał nań smutny.
— Kochany prewocie — rzekł Marmagne, przerywając pierwszy milczenie — zdajesz się być bardzo wesołym.
— A ty, kochany Marmagne — odpowiedział prewot — wyglądasz bardzo smutny.
— Wiesz mój biedny d’Estourville, że nieszczęścia moich przyjaciół obchodzą mię tyle, ile moje własne.
Tak, tak, znam twoje serce — rzekł prewot.
— I gdy widziałem cię tak wesołym z twoim przyszłym zięciem, hrabią d’Orbec; małżeństwo bowiem twojej córki z nim nie jest już tajemnicą, czego winszuję ci kochany d’Estourville...
— Wszak już dawno ci mówiłem, że ręka Blanki była przyrzeczoną, kochany Marmagne.
— Niewiem prawdziwie jak możesz rozłączać się z tak ślicznem dziecięciem.
— O! nie rozłączam się z nią — odrzekł prewot. — Mój zięć, hrabia d’Orbec, z całym swoim dworem będzie mieszkać w Wielkim Nesle, ja zaś, w wolnych chwilach przebywać będę w Małym.
— Biedny przjacielu! — rzekł Marmagne, wstrząsnąwszy głową i opierając jednę rękę na ramieniu prewota, a drugą niosąc do oczu, dla otarcia łzy, której nie było.
— Jakto, biedny przyjacielu? — powtórzył prewot. — Cóż u dyabła masz mi znów oznajmić?
— Czy ja pierwszy przynoszę ci tę niemiłą wiadomość?
— Jaką? mów nakoniec.
— Wiesz kochany prewocie, że na tym świecie musimy być filozofami; istnieje dawne przysłowie, które rodzaj ludzki powinien mieć bez ustanku na ustach, gdyż zamyka ono w sobie cały rozum narodów.
— I cóż to za przysłowie?
— Człowiek strzela, drogi przyjacielu a Pan Bóg kule nosi.
— Do czegóż to zmierza?
— Przeznaczyłeś pałac Nesle swemu zięciowi i córce?
— Tak jest, i spodziewam się, że za trzy miesiące będą już w nim mieszkali.
— Nie licz na to kochany prewocie, nie licz na to; pałac Nesle w tej chwili, nie jest już twoją własnością. Wybacz mi, że ci sprawiam zmartwienie; lecz pomyślałem, znając twój charakter nieco żywy, że lepiej abyś usłyszał tę wiadomość z ust przyjaciela, który dla udzielenia ci jej użyje wszelkich ostrożności, niż abyś miał otrzymać ją przez usta jakiego bałwana, który ciesząc się z twojego nieszczęścia, przyniósł by ci ją bez ogródki. Niestety! tak, mój przyjacielu, Wielki Nesle nie należy już do ciebie.
— Któż mi go odebrał?
— Jego królewska mość?
— Jego królewska mość!
— On sam; widzisz więc, że zło jest nienagrodzone.
— Kiedy?
— Dziś rano. Gdyby mnie nie zatrzymywała służba w Luwrze, byłbyś wcześniej uwiadomiony.
— Musiano cię oszukać, Marmagne; zapewne moi nieprzyjaciele rozgłosili tę wiadomość, której zawcześnie uwierzyłeś.
— Chciałbym dla wielu względów, aby tak było, lecz na nieszczęście, nikt mi tego nie powiadał, sam bowiem na własne uszy słyszałem.
— Co słyszałeś?
— Słyszałem, jak król osobiście darował Wielki Nesle innemu.
— Któż jest ten inny?
— Awanturnik włoski, złotnik, którego znasz może z nazwiska, intrygant zwany Banvenuto Cellini, który przybył z Florencji przed dwóma miesiącami, którego król proteguje nie wiem dla czego i którego dziś odwiedził z całym swoim dworem w pałacu kardynała Ferrare, gdzie ten mniemany artysta umieścił swój sklep.
— Mówisz, że byłeś przy tem, wicehrabio, jak król dał Wielki Nesle temu nędznikowi?
— Byłem — odrzekł Marmagne, wymawiając to słowo wolno i z pewną rozkoszą.
— A! a! — rzekł prewot — czekam więc tego awanturnika; niech przyjdzie objąć dar, otrzymany od króla.
— Zamierzasz się opierać?
— Bezwątpienia.
— Wbrew rozkazowi królewskiemu?
— Wbrew wszystkim rozkazom na świecie.
— Bądź ostrożny, prewocie — powiedział wicehrabia de Marmagne, prócz gniewu króla, na który się wystawiasz, sam ten Benvennto Cellini jest niebezpieczniejszy niż sądzisz.
— Czy nie wiesz kto jestem, wicehrabio?
— Najprzód, ma on wielkie łaski u Jego królewskiej mości; może być, że chwilowo — ale zawsze ma je...
— Czy nie wiesz, że jestem prewotem Paryża i reprezentuję Jego królewską mość w Chatelet?
— Przytem powiem ci, że ton przeklęty Włoch przyjmuje chętnie walkę, bez względu kto jest jego przeciwnikiem, choćby nawet nim był sam papież, i że rani lub zabija bez skrupułu wszystkich, którzy mu stoją na przeszkodzie.
— Czy nie wiesz, że mam dwudziestu czterech zbrojnych, zawsze gotowych na moje rozkazy?
— Powiadają, że zabił złotnika, do którego miał urazę, wśród batalionu sześćdziesięciu ludzi.
— Zapominasz, że pałac Nesle jest obwarowany i ma strzelnice w murach, nie licząc szańca miasta, który z jednej strony czyni go niezdobytym.
— Zapewniają, że umie oblegać miasta jak Bayard lub Antonio de Leyra.
— Zobaczymy...
— Obawiam się o ciebie.
— A ja czekam na niego.
— Czy chcesz abym ci dał radę, mój kochany.
— Daj, byleby była krótka.
— Unikaj walki z mocniejszym od siebie.
— Z mocniejszym odemnie! jakimś nędznym rzemieślnikiem włoskim! Wicehrabio! gniewasz mnie.
— Bo na honor, mógłbyś tego później żałować. Mówię ci bez żartów.
— Wicehrabio! przywodzisz mię do wściekłości!
— Pamiętaj, że ten człowiek ma króla za sobą.
— A ja mam panią d’Etampes..
— Jego królewska mość może źle uważać, że się opierać będziesz jego woli.
— Raz już to zrobiłem, mój panie, i to z powodzeniem.
— Tak, wiem, w sprawie opłaty z mostu w Mantes. Lecz...
— Lecz co?
— Lecz nie ryzykuje się nic, a przynajmniej bardzo mało, opierając się królowi słabemu i dobremu; bardzo jednak niebezpiecznie jest rozpocząć walkę z człowiekiem tak silnym i strasznym jak Benvenuto Cellini.
— Do stu piorunów! wicehrabio, chcesz więc mię przywieść do szaleństwa?
— Przeciwnie; chcę cię przywieść do rozsądku.
— Dosyć, wicehrabio, dosyć! przysięgam, że ten hultaj drogo przypłaci chwilę, jaką przepędziłem dzięki twej przyjaźni.
— Dałby to Bóg, prewocie! dałby Bóg!
— Dobrze, dobrze! czy nie masz mi nic więcej do powiedzenia?
— Nie, nie — odrzekł wicehrabia, jakby szukał jeszcze w myśli, czy nie ma co dodać do pierwszej wiadomości.
— A więc bywaj zdrów — zawołał prewot.
— Bądź zdrów, mój biedny przyjacielu!
— Żegnam!
— Uprzedziłem cię przynajmniej.
— Bądź zdrów!
— Nie, będę miał sobie nic do wyrzucenia, to mnie pociesza...
— Bądź zdrów!
— Życzę ci pomyślnego skutku! Chociaż muszę ci przyznać, że wątpię aby się to życzenie spełniło.
— Bądź zdrów! bądź zdrów! żegnam!
— Bądź zdrów!
Wicehrabia de Marmagne, z wyrazem głębokiego żalu na twarzy, uścisnąwszy rękę prewota, jak gdyby żegnał się z nim na zawsze, oddalił się wznosząc ręce ku niebu.
Prewot poszedł za nim i sam zamknął drzwi od ulicy.
Można się domyśleć, jak ta przyjacielska rozmowa rozjątrzyła krew i poruszyła żółć panu d’Estourville.
Dla tego też myślał na kimby mógł wywrzeć swój zły humor, gdy nagle przypomniał sobie młodzieńca, którego widział wychodzącego z Wielkiego Nesle w chwili, gdy wchodził z hrabią, d’Orbec.
Ponieważ Raimbault był niedaleko, przywołał go do siebie i rozkazał wyznać wszystko co wiedział o tym młodym nieznajomym.
Ogrodnik odpowiedział, że nieznajomy przedstawił się w imieniu króla, dla obejrzenia Wielkiego Nesle i że zaprowadził go do pani Perrine, która go uprzejmie oprowadziła po całym gmachu.
Prewot udał się czem prędzej do Małego Nesle, dla wybadania zacnej ochmistrzyni; lecz na nieszczęście, wyszła dopiero co za sprawunkami tygodniowemi.
Pozostawała więc Blanka, lecz ponieważ prewot przypuszczać nawet nie mógł, ażeby ona widziała młodego nieznajomego, po najsurowszych zakazach jakie uczynił pani Perrine względem pięknych chłopców, wcale więc z nią o tem nie mówił.
Poczem, ponieważ jego obowiązki wzywały go do Chatelet, oddalił się rozkazując Raimbaultowi pod karą bezwłocznego wypędzenia, aby nie wpuszczał nikogo w świecie, w czyjembykolwiek przybywał imieniu, ani do Wielkiego ani do Małego Nesle; a szczególniej też nędznego awanturnika, który był dzisiaj.
Dlatego, gdy Askanio przybył nazajutrz ze swemi klejnotami, stosownie do zaproszenia pani Perrine, Raimbault poprzestał na otworzeniu tylko małego okienka i powiedział mu przez kratę, że pałac Nesle zamknięty jest dla każdego a w szczególności dla niego.
Askanio, jak się można spodziewać, powrócił w rozpaczy, lecz wyznać jednak trzeba, ani na chwilę nie oskarżał Blanki o to szczególne przyjęcie; młoda dziewczyna jedno tylko spojrzenie rzuciła na niego, kilka tylko słów wymówiła, a w tem spojrzeniu było tyle skromności, w tych kilku słowach tyle miłości, że od wczoraj Askanio słyszał jakby głos anioła, który mu ciągle śpiewał w sercu.
Pomyślał więc bardzo słusznie, że ponieważ został spostrzeżony przez Roberta d’Estourville, on przeto wydał rozkaz, którego był ofiarą.




ROZDZIAŁ VIII.
PRZYGOTOWANIA NAPADU I OBRONY.



Zaledwie Askanio powrócił do domu i zdał sprawę Celliniemu z tej części swojej wycieczki, która miała związek z topografią pałacu Nesle, mistrz widząc, że gmach ten był mu ze wszelkich względów dogodnym, pośpieszył zaraz do pierwszego sekretarza skarbu królewskiego, pana de Neufville, żądając aktu donacyi królewskiej.
Pan de Neufville odłożył ten interes do dnia następnego, aby się przekonać o rzeczywistości żądań Benvenuta, a chociaż włoch wziął to za obrazę, że nie uwierzono mu na słowo, pojął jednak słuszność żądania i poddał się, lecz postanowił na drugi dzień nie ustąpić ani na pół godziny panu do Neufville.
— Dlatego nazajutrz przybył w naznaczoną, godzinę i został wprowadzony natychmiast, co zdało mu się dobrą wróżbą.
— I cóż panie sekretarzu — rzekł Banvenuto — czy włoch jest kłamcą, czy powiedział prawdę?
— Najzupełniejszą prawdę.
— To szczęście.
— Król rozkazał mi wręczyć panu akt donacyi w zupełnej formie.
— Przyjmę go z wdzięcznością.
— Jednak... — mówił dalej wahając się sekretarz skarbu...
— No! cóż tam znowu?
— Jednak, jeżeli pozwolisz pan dać sobie dobrą radę...
— Dobrą radę! do licha! jest to rzecz rzadka; mów, mów panie sekretarzu.
— Abyś poszukał sobie na pracownię innego miejsca, a nie Wielkiego Nesle.
— Doprawdy! — odpowiedział Benvenuto drwiąco — sądzisz pan, że mi nic będzie dogodny?
— I owszem! muszę nawet prawdę powiedzieć, że trudno by było znaleźć lepsze miejsce.
— A więc dlaczego?
— Dlatego, że on należy do zbyt znakomitej osoby, abyś pan bezkarnie mógł się jej sprzeciwiać.
— Należę do szlachetnego króla Francyi — odrzekł Cellini — i nie cofnę się nigdy, działając w jego imieniu.
— Tak; lecz w naszym kraju, panie Benvenuto, każdy magnat jest królem u siebie; chcąc więc wyrugować prewota z domu, który zajmuje, narażasz się na utratę życia.
— Wcześniej lub później trzeba umrzeć — odrzekł Cellini filozoficznie.
— A więc jesteś zdecydowanym...
— Zabić dyabła, nim dyabeł mnie zabije. Pozostaw to mnie, panie sekretarzu a pan prewot niech się ma na ostrożności, tak jak wszyscy ci, którzy będą chcieli opierać się woli króla, szczególniej gdy Benvenuto Cellini jest jej wykonawcą.
Pan de Neufville zaprzestał uwag filantropijnych, tylko wynajdywał rozmaite formalności, niezbędne przed wydaniem aktu, lecz Benvenuto usiadł z zimną krwią oświadczając, że nie oddali się dopóty, dopóki nie będzie miał aktu w ręku, choćby mu nawet przyszło nocować.
Co widząc pan de Neufville, bez względu co potem nastąpi, wydał wreszcie Celliniemu akt donacyi, uprzedziwszy jednak Roberta d’Estourville o tem co zmuszony był uczynić, tak z woli królewskiej, jak w skutek nalegań złotnika.
Benvenuto Cellini powrócił do siebie; nie mówiąc nikomu co miał uczynić, zamknął akt do szafki gdzie zamykał swoje klejnoty i wziął się spokojnie do pracy.
Wiadomość, udzielona prewotowi przez sekretarza skarbu, przekonała Roberta d’Estourville, że Benvenuto, jak utrzymywał wicehrabia de Marmagne, trwał w zamiarze zajęcia dobrowolnie lub przemocą pałacu Nesle.
Prewot więc miał się na ostrożności, sprowadził dwudziestu czterech zbrojnych, postawił warty na murach i nie oddalał się do Chatelet, chyba gdy tego koniecznie wymagały obowiązki jego urzędu.
Dni upływały jednakże a Cellini spokojnie zajmował się pracą, nie rozpoczynając żadnych nieprzyjacielskich kroków.
Lecz prewot był przekonany, że ta pozorna spokojność była tylko podstępem i że nieprzyjaciel chciał go zmęczyć oczekiwaniem i napaść niespodziewanie.
Dlatego pan d’Estourville miał się ciągle na baczności i zawsze gotów był do obrony; lecz w skutek położenia, które nie było ani pokojem ani wojną, doznawał jakiejś gorączkowej niecierpliwości, która, jeżeliby taki stan rzeczy dłużej potrwał, mogła była przywieść go do szaleństwa, tak samo jak gubernatora zamku Świętego Anioła; prewot stracił sen, apetyt i chudł widocznie.
Kiedy niekiedy dobywał nagle szpady i wywijał nią wołając:
— Niechaj przyjdzie ten łotr! niech się pokaże! jestem gotów, czekam na niego!
Benvenuto nie pokazywał się.
Dlatego pan d’Estourville, w chwilach spokojnej rozwagi, wmawiał sam w siebie, że złotnik miał język dłuższy niż szpadę i że nigdy nie odważyłby się wykonać swoich zuchwałych zamiarów.
W jednej z tych chwil, Blanka wyszedłszy przypadkiem ze swojego pokoju, spostrzegła wszystkie te przygotowania do wojny i zapytała ojca co to znaczy.
— Chcę ukarać jednego łotra, oto wszystko, odrzekł prewot.
A ponieważ karać należało do obowiązków prewota, Blanka nie pytała nawet kto był ten łotr, którego gotowano się ukarać; tem bardziej, że sama dosyć własnemi troskami zajętą była, aby nie miała poprzestać na tem prostem tłomaczeniu.
W istocie, jedno słowo pana d’Estourville sprawiło straszliwą zmianę w życiu jego córki; to życie tak samotne dotąd, te dnie i noce tak spokojne, podobne były do biednego jeziora przez uragan zaburzonego.
Dotąd niekiedy słabo przeczuwała, że jej dusza była uśpiona i że serce było próżne; lecz mniemała, że tęsknota pochodzi z samotności w jakiej zostawała; tymczasem nagle w jej istnieniu, w jej sercu i duszy, wszystko się zapełniło boleścią.
O! jakże wtenczas żałowała tych czasów niewiadomości, podczas których prosta lecz troskliwa przyjaźń pani Perrine, wystarczała prawie dla jej szczęścia; tych czasów nadziei i wiary, gdy liczyła na przyszłość jak liczymy na przyjaciela i gdy wierzyła w przywiązanie swojego ojca.
Niestety! teraz tą przyszłością była odrażająca miłość hrabiego d’Orbec a przywiązanie ojca było tylko dumą, przystrojoną w tkliwość rodzicielską...
Czemuż nie urodziła się córką jakiego nieznanego mieszczanina, któryby się zajmował nią kochał.
Mogłaby wówczas napotkać tego młodego artystę, który mówił z takiem wzruszeniem i wdziękiem, tego pięknego Askania, który zdawał się mieć tyle szczęścia, tyle miłości do udzielenia.
Lecz gdy bicie serca i rumieniec na twarzy uprzedzały Blankę, że obraz nieznajomego zajmował już od dawna jej myśli, starała się odpędzić to słodkie marzenie i dopięła swego zamiaru. Stawiała sobie przed oczy smutną rzeczywistość; zresztą, od czasu jak ojciec oznajmił jej zamiar wydania za mąż, surowo zabroniła pani Perrine przyjmować Askania, pod jakimkolwiek bądź pozorem, grożąc, że powie wszystko ojcu, jeżeli nie będzie posłuszną, a ponieważ ochmistrzyni bała się, aby ją nie posądzono o wspólnictwo, zamilczała przeto o nieprzyjaznych zamiarach Askania. Biedna więc Blanka sądziła się bezpieczną z tej strony.
Jednak nie trzeba mniemać, ażeby to łagodne dziecię gotowe było poddać się jak ofiara rozkazom ojcowskim.
Nie! cała jej istność oburzała się na wspomnienie związku z człowiekiem, ku któremu czułaby nienawiść, gdyby znała to uczucie.
Dlatego pod jej pięknem bladem czołem, roiło się tysiące myśli nieznanych jej dotąd; tysiące zamiarów oporu i nieposłuszeństwa, które prawie natychmiast uważała za zbrodnie i za które na kolanach błagała Boga o przebaczenie.
To znowu zamierzała rzucić się do nóg Franciszka I-go.
Lecz słyszała z boku, że w okoliczności daleko okropniejszej, ta sama myśl przyszła Dyanie de Poitiers, i że ją, przypłaciła honorem.
Pani d’Etampes mogła ją także protegować i ocalić gdyby chciała.
Lecz czy zechce? czy nie wysłucha z uśmiechem skarg dziecięcia? Ten uśmiech pogardy i żartu widziała już na ustach swego ojca, gdy błagała go, aby ją zostawił przy sobie, a ten uśmiech sprawił jej niewypowiedzianą boleść.
Blanka więc do Boga tylko uciec się mogła; dlatego też sto razy klękała przed modlitewnikiem, zaklinając Najwyższego, aby zesłał jej pomoc przed upływem trzech miesięcy, które ją oddzielały jeszcze od nienawistnego narzeczonego lub jeżeliby wszelka pomoc ludzka była niepodobną, ażeby mogła się przynajmniej złączyć ze swoją matką.
Co do Askania, ten niemniejszych doznawał cierpień, jak jego kochanka.
Dwadzieścia razy od chwili, gdy wzbroniono mu wstępu do pałacu Nesle, rano gdy nikt jeszcze nie wstał, wieczorem gdy już wszyscy spali, przybywał marzyć obok tych wysokich murów, które go oddzielały od kochanki.
Lecz ani razu nie próbował ani otwarcie, ani skrycie, dostać się do zabronionych mu miejsc.
Było w nim jeszcze to dziewicze poszanowanie, co broni kobietę kochaną przeciwko tej samej miłości, której by się później obawiać musiała.
Lecz pomimo to, Askanio przy codziennej swej pracy, czynił rozmaite niedorzeczne zamiary, nie licząc tych, które tworzył podczas rannych i wieczornych przechadzek, lub wśród snów niespokojnych.
Te marzenia odnosiły się szczególniej do dnia, którego obawiał się z początku a teraz z takiem upragnieniem wyglądał, dnia, w którym Benvenuto miał się stać panem pałacu Nesle, gdyż Askanio znał swego mistrza i wiedział, że cała ta jego pozorna spokojność była jak wulkan, który przysposabia wybuch.
Ten wybuch Cellini zapowiedział na przyszłą niedzielę; Askanio nie wątpił więc wcale, że w następną niedzielę Cellini spełni swój zamiar.
Lecz zamiar, o ile mógł sądzić podczas swoich przechadzek około pałacu Nesle, nie przyjdzie do skutku bez przeszkody; Askanio spostrzegł w pałacu Nesle wszystkie oznaki przygotowań do wojny.
Jeżeli więc nastąpi atak, będą się bronić, a ponieważ forteca nie zdawała się skłonną do poddania, widocznem było, że wypadnie wziąć ją szturmem.
W tej to więc ważnej chwili, Askanio będzie miał sposobność okazania męztwa. Nastąpi bitwa, szturm, może pożar.
O! tego mu właśnie potrzeba! pożaru szczególniej! pożaru, któryby wystawił dni Blanki na niebezpieczeństwo.
Wtedy słysząc jej głos, wołający pomocy, rzuci się wśród trzeszczących schodów, wśród gorejących belek, wśród rozpalonych murów; dostanie się aż do niej, uniesie ją z płomieni, umierającą i prawie zemdloną w swoich objęciach, przyciskając do siebie, czując bicie jej serca, oddychając jej oddechem.
Potem, wśród tysiącznych niebezpieczeństw, wyobrażał sobie, jak złoży ją u nóg stroskanego ojca, który nagradzając jego męztwo, odda ją temu co ją ocalił.
Albo też uciekając po jakim chwiejącym się moście rzuconym nad płomieniami, marzył, że oboje spadną razem i zginą, łącząc swe serca w ostatniej westchnieniu, w pierwszym i ostatnim pocałunku.
I ta ostateczność nie była jeszcze najgorszym wypadkiem dla człowieka, który jak Askanio nie miał wcale nadziej; gdyż dla kochanków niemających nadziei, największem szczęściem jest umierać razem.
Wszyscy więc nasi bohaterowie, jak widziemy, przepędzali dnie i noce bardzo niespokojnie, wyjąwszy Benvenuta Cellini, który zdawał się zupełnie zapominać o swoich nieprzyjaznych zamiarach względem zamku Nesle, i Katarzyny, która o nich niewiedzieła.
Jednakże po upływie tygodnia, gdy Benvenuto Cellini sumiennie pracując przez siedm dni, prawie ukończył z gliny model swojego Jowisza, w sobotę, około godziny piątej wieczorem, oblókł się w koszulę drucianą, zapiął na niej kaftan i wziąwszy z sobą Askania, udał się ku pałacowi Nesle.
Przybywszy pod same mury, Cellini obejrzał ich położenie, uważając miejsca słabe i układając plan oblężenia.
Atak przedstawiał nie jedną trudność, jak powiedział prewot swojemu przyjacielowi de Marmagne, jak zapewnił Askanio swojego mistrza, i jak wreszcie Benvenuto sam mógł się naocznie przekonać.
Zamek Nesle miał strzelnice i galerye, podwójny mur od strony Greve i oprócz tego fosy i way miasta od strony Pre-auxs-Clercs; byłto jeden z tych trwałych i groźnych gmachów feodalnych, które z łatwością mogły się bronić samym swoim ogromem, byleby tylko bramy były mocno zamknięte i odeprzeć bez obcej pomocy napastników.
Ukończywszy tę czynność, podług wszelkich prawideł strategiki starożytnej i nowoczesnej, i sądząc, że należało wezwać załogę do poddania się przed rozpoczęciem oblężenia, Benvenuto zapukał do małych drzwi pałacu, któremi już raz wszedł Askanio.
Teraz podobnież otworzyło się okienko, lecz zamiast spokojnego ogrodnika, ukazał się groźnej postaci sierżant.
— Czego chcecie? — odezwał się do nieznajomego, który zapukał do drzwi Nesle.
— Objąć w posiadanie pałac, którego własność została przyznaną mnie, Benvenutowi Cellini — odpowiedział złotnik.
— Dobrze, zaczekajcie — rzekł zacny sierżant, i pośpieszył, stosownie do otrzymanego rozkazu, uwiadomić pana d’Estourville.
Za chwilę powrócił w towarzystwie prewota, który nie pokazując się i wstrzymując oddech, podsłuchiwał w kącie, otoczony częścią swojego garnizonu, ażeby lepiej mógł sądzić o ważności wypadku.
— Nie wiemy co chcecie mówić — odpowiedział sierżant.
— A więc — rzekł Benvenuto Cellini — oddaj ten pargamin panu prewotowi; jestto wiarogodna kopia aktu donacyi.
I podał pargamin przez okienko.
Sierżant oddalił się po raz drugi, lecz ponieważ tym razem miał bardzo blisko prewota, któremu oddał pismo, okienko otworzyło się prawie natychmiast.
— Oto odpowiedź! — rzekł sierżant, podając przez kratę pargamin podarty w kawałki.
— Bardzo dobrze — odpowiedział Cellini z największą spokojnością. — Do zobaczenia.
I ucieszony uwagą, z jaką Askanio naśladował go w rozpoznawaniu miejscowości i trafnemi spostrzeżeniami jakich mu udzielił w tym przedmiocie, powrócił do pracowni, zapewniając swojego ucznia, że byłby wielkim wodzem gdyby nie był przeznaczony zostać większym jeszcze artystą, co w oczach Celliniego daleko więcej warte było.
Nazajutrz słońce wspaniale wzniosło się na horyzont; Benvenuto wczoraj jeszcze prosił swoich uczniów i robotników, ażeby przybyli do pracowni pomimo dnia niedzielnego; żaden z nich nie uchybił wezwaniu.
— Moje dzieci — rzekł do nich mistrz — zebrałem was, ażebyście pracowali jako złotnicy a nie walczyli, to pewna; lecz od dwóch miesięcy, gdy jesteśmy razem, znamy się już wszyscy dostatecznie; sądzę więc, że w ważnej potrzebie będę mógł liczyć na was, tak jak wy możecie zawsze liczyć na mnie. Wiecie o co idzie: jest nam tu niedogodnie, brak miejsca i powietrza i niemożemy przedsiębrać większych dzieł. Król, jak byliście świadkami, raczył ofiarować mi mieszkanie obszerniejsze i dogodniejsze, lecz ponieważ niema tyle czasu, aby mógł zajmować się tak drobnemi rzeczami, pozostawił mi staranie umieszczenia się samemu. Tego tedy mieszkania, tak wspaniałomyślnie ofiarowanego przez króla, nie chcą mi oddać i trzeba go wziąć przemocą. Prewot Paryża, który zatrzymuje go wbrew rozkazom Jego królewskiej mości, nie wie z jakim człowiekiem ma do czynienia a skoro mi czego odmawiają, tem bardziej upieram się przy swojem. Czy macie chęć dopomagania mi? Nie ukrywam przed wami, że jest niebezpieczeństwo; mamy wydać bitwę, przedsięwziąć szturm i inne nie zbyt niewinne rozrywki. Niema się niczego obawiać od policyi ani straży; mamy upoważnienie Jego królewskiej mości; lecz może być który zabity, moje dzieci. Niech więc ci, którzy niemają ochoty, nie robią ceremonii; żądam tylko serc odważnych. Choć mnie pozostawicie tylko z Askaniem i Pagolem, nie lękajcie się o nas. Lecz na rany Chrystusa! jeżeli mi poświęcicie wasze serca i ręce, jak się spodziewam, biada prewotowi! A teraz, gdy wiecie o wszystkiem, mówcie, czy chcecie iść za mną?
Wszyscy zawołali jednogłośnie:
— Wszędzie, mistrzu, wszędzie gdzie nas zaprowadzisz!
— Brawo, moje dzieci! więc wszyscy należycie do wyprawy?
— Wszyscy!
— Skoro tak, będziemy mieli rozrywkę — zawołał Benvenuto, który znalazł się w swoim żywiole; już dosyć dawno zostawałem w nieczynności! No! moje kochane dzieci, moi waleczni przyjaciele, trzeba się uzbroić, trzeba ułożyć plan a gdy przyjdzie do tańca, starajcie się dobrze trzymać. Oddam wam wszelką broń zaczepną i odporną, jaką posiadam, oprócz tej, która wisi na ścianie i z której każdy może sobie wybrać co mu się podoba. A! przydała by nam się dobra śmigownica, ale ba! mamy muszkiety, topory, piki, szpady i sztylety a przytem koszule druciane, kaski i kirysy. Dalej! dalej! ubierajmy się; idziemy na bal a prewot zapłaci za muzykę.
— Hura! — zawołali wszyscy towarzysze.
Wtedy powstał w pracowni ruch, zgiełk i zamieszanie trudne do opisania; zapał mistrza ożywiał wszystkie serca i twarze.
Przymierzano kirysów, próbowano szpad, dobywano sztyletów, śmiano się, śpiewano, jak gdyby szło o maskaradę lub bal.
Benvenuto był wszędzie, pokazując jednemu dobre pchnięcie, drugiemu zapinając pas; czuł że krew krążyła mu swobodnie i gorąco w żyłach.
Co do uczniów, ci bez końca żartowali między sobą ze swoich min wojowniczych i ze swojej niezgrabności.
— Patrz mistrzu — zawołał jeden — Szymon mańkut przypasuje szpadę z tej samej strony co my. Z prawej, z prawej!
— A Jan — odpowiedział Szymon — trzyma halabardę tak jak będzie trzymał pastorał, gdy zostanie biskupem.
— A Pagolo — mówił Jan — kładzie dwie druciane koszule.
— Dla czego nie? — odpowiadał Pagolo — wszak niemiec Hermann ubiera się jak rycerz z czasów cesarza Barbarossy.
I w istocie ten, którego nazwano niemcem Hermanem, bez którego to przydomka mógł się obejść, gdyż samo nazwisko wskazywało jego pochodzenie, Herman okrywał się żelazem od stóp do głów i wydawał się jednym z tych olbrzymich posągów, jakie rzeźbiarze tej pięknej dla sztuk epoki, kładli na grobowcach.
Dla tego Benvenuto, chociaż znał siłę walecznego niemca, która weszła w przysłowie w pracowni, zwrócił jego uwagę, że może będąc tak pokryty żelazem, dozna trudności w poruszeniach i że jego siła zamiast zyskać, straci na tem.
Lecz za całą odpowiedź, Herman wskoczył na jeden z warsztatów tak lekko, jak gdyby był w jedwabiach i zdejmując ze ściany ogromny młot, wywinął nim po nad głową i uderzył w kowadło po trzykroć tak potężnie, że za każdem uderzeniem kowadło wbiło się na cal w podłogę.
Nie było co odpowiedzieć na podobne dowody; przeto Benvenuto oddał mu głową i ręką ukłon pełen uszanowania, na znak swego zadowolenia.
Jeden tylko Askanio przywdziewał swój strój wojenny na stronie i w milczeniu; pomimowoli uzbrajając się, doznawał niejakiej niespokojności, gdyż Blanka mogła mu nie przebaczyć, że należał do napadu na jej ojca; nadewszystko, jeżeli walka sprowadzi jaką ważną katastrofę.
Co do Katarzyny, ta na pół wesoła na pół niespokojna, płakała i śmiała się zarazem; podobała jej się odmiana i bitwa, lecz obawiała się ran, więc na widok przygotowań do walki skakała z radości, lecz skutki bitwy zatrważały ją.
Benvenuto ujrzał ją nareszcie płaczącą i uśmiechającą się zarazem. A zbliżywszy się do niej:
— Ty Katarzyno — rzekł — zostaniesz w domu z Rupertą i przysposobisz szarpi dla rannych a dobry obiad dla zdrowych.
— O nie! — zawołała Katarzyna — ja pójdę za wami! Z tobą śmiało wyzwałabym prewota i całe jego wojsko, lecz tu sama z Rupertą, umarłabym z niespokojności i strachu.
— O, na to nigdy nie pozwolę — odpowiedział Benvenuto — myślałbym, że ci się może przytrafić jakie nieszczęście i to by mi przeszkadzało. Czekając, będziesz się modlić za nas.
— Posłuchaj, Benvenuto — rzekła młoda dziewczyna, jakby oświecona nagłą myślą — pojmujesz dobrze, że nie mogę znieść myśli, ażebym tu została w spokojności, gdy tymczasem ty możesz tam zostać raniony i umrzeć nawet. Lecz można wszystko pogodzić, zamiast modlić się tu w pracowni, pójdę do kościoła najbliższego placu bitwy. Tym sposobem nie będę narażona na niebezpieczeństwo i natychmiast będę uwiadomioną tak o zwycięztwie jak o klęsce.
— Niech i tak będzie — odpowiedział Benvenuto — zresztą, rozumie się, że nie pójdziemy na śmierć bez wysłuchania Mszy Świętej. A więc zgoda! wstąpiemy do kościoła Augustyanów, który jest najbliższy pałacu Nesle i zostawiemy cię tam, Katarzyno.
Wtedy, ponieważ wszystkie przygotowania były ukończone, przydano do broni zaczepnej i odpornej młoty, obcęgi, drabiny i liny i udano się w pochód nie gromadnie lecz po dwóch i w dosyć znacznej odległości, aby nie zwrócić na siebie uwagi.
Nie dlatego, aby podobne przedsięwzięcie było osobliwością w owym czasie, lecz prawdę mówiąc, nie obierano nigdy na to niedzieli, ani godziny południowej i trzeba było całej śmiałości Benvenuta Cellini, podtrzymywanej zresztą uczuciem swojego prawa, na tak ryzykowne przedsięwzięcie.
Wszyscy więc nasi bohaterowie przybyli jeden za drugim do kościoła Augustyanów i złożywszy broń i narzędzia u zakrystyana, który był przyjacielem Szymona mańkuta, pobożnie wysłuchali Mszy Świętej i błagali Boga o łaskę zabicia jak najwięcej nieprzyjaciół,.
Jednakże winniśmy powiedzieć, że pomimo ważności położenia i pomimo wielkiej pobożności, Benvenuto zaledwie wszedł do kościoła, okazywał szczególniejsze roztargnienie; nieco za nim, lecz po drugiej stronie kościoła, modliła się ze mszału młoda dziewczyna tak zachwycającej twarzy, że zwróciłaby uwagę świętego a tembardziej rzeźbiarza.
Artysta w tej okoliczności przeszkadzał bardzo chrześcianinowi.
Dlatego Cellini nie mógł się wstrzymać, ażeby nie podzielono jego uwielbienia, a ponieważ Katarzyna, która była z lewej strony, zbyt by zapewne okazała się surową na roztargnienie Benvenuta, odwrócił się do Askania, stojącego po prawej stronie, zamierzając pokazać mu tę zachwycającą dziewiczą głowę.
Lecz młodzieniec zaledwie wszedł do kościoła, jego spojrzenia utkwiły w młodej dziewczynie i nie odwróciły się od niej.
Benvenuto spostrzegłszy, że jest zatopiony w tym samym przedmiocie, poprzestał na trąceniu go łokciem.
— Tak — rzekł Askanio — tak, jest to Blanka; nieprawda mistrzu, jak jest piękną?
W istocie była to Blanka, której ojciec, nie obawiając się ataku w samo południe, pozwolił, nie bez trudności wszakże, udać się do Augustyanów.
Prawda, że Blanka bardzo nalegała, była to bowiem jedyna, jaka jej pozostała pociecha.
Pani Perrine była wraz z nią.
— Cóż to jest za Bianka? — zapytał bardzo naturalnie Benvenuto.
— A prawda, nieznasz jej. Blanka jest córką prewolta, samego Roberta d’Estourville. Nieprawda że jest piękną? — rzekł po raz drugi.
— Nie — odpowiedział Benvenuto — nie Askanio, to nie jest Blanka. To jest Hebe, bogini młodości; Hebe, którą mój wielki król Franciszek I-szy polecił mi wykonać; Hebe o której marzę, o którą prosiłem Boga i która zstąpiła na ziemię na moję prośbę.
I nie spostrzegając, jak dziwna była myśl o Hebe, słuchającej Mszy Świętej i wznoszącej serce do Jezusa, Benvenuto ciągnął dalej pochwały jej piękności, razem z modlitwą do Boga i wojennemi planami; artysta, katolik i strategik, kolejno przemagali w jego umyśle.
A skoro wymówiono „I te missa est”, Benvenuto i Katarzyna uścisnęli się za ręce.
Potem, gdy młoda dziewczyna ocierając łzy zostawała w miejscu, gdzie miała czekać na wypadek bitwy, Cellini i Askanio ze spojrzeniem utkwionem w Blankę, która nie odwróciła oczu od książki, odeszli wraz z towarzyszami, aby przeżegnać się święconą wodą; poczem rozłączono się, naznaczy wszy sobie schadzkę w samotnej uliczce, leżącej prawie na pół drogi między kościołem i pałacem Nesle.
Co do Katarzyny, ta podług umowy została na wielkiej mszy, co także uczyniły Blanka i pani Perrine, które dopiero przybyły przed godziną i tego pierwszego nabożeństwa wysłuchały tylko jako przygotowania do mszy uroczystej; zresztą, te dwie ostatnie nie domyślały się wcale, że Benvenuto ze swemi pomocnikami zamknie im wszelką komunikacyę z domem, który tak nieroztropnie opuściły.




ROZDZIAŁ IX.
ATAK.



Chwila stanowcza nadeszła.
Benvenuto podzielił swoich dziesięciu ludzi na dwa oddziały: jeden miał starać się wszelkiemi sposobami zdobyć bramę pałacu, drugi był przeznaczony na zasłanianie prac robotników i na ucieranie się z oblężonymi, jeżeliby ci przedsięwzięli wycieczkę.
Benvenuto sam objął dowództwo nad tym ostatnim oddziałem, a porucznikiem naznaczył Askania; na czele drugiego postawił nowego naszego znajomego Hermana, owego poczciwego i silnego Niemca, który znowu obrał swoim zastępcą małego Jehana, hultaja piętnastoletniego, zręcznego jak wiewiórka, złośliwego jak małpa, a ku któremu nasz Goliat czuł szczególną sympatyę, bezwątpienia dlatego, że swawolny chłopiec bez ustanku dręczył dobrego Niemca.
Mały Jehan stanął dumnie obok swojego kapitana, z wielkiem nieukontentowaniem Pagola, który w swoich dwóch zbrojach, dosyć był podobny ze sztywności poruszeń do statui komandora.
Gdy skończył już wszystkie przygotowania i odbył ostatni przegląd broni i żołnierzy, Benvenuto odezwał się w kilku słowach do tych odważnych ludzi, którzy tak chętnie dla niego poświęcili się na niebezpieczeństwa, śmierć może; poczem wszystkim uścisnął ręce, przeżegnał się pobożnie i zawołał: „Naprzód!”
Natychmiast oba oddziały ruszyły, i postępując wzdłuż bulwaru Augustyanów, samotnego w tem miejscu, zwłaszcza o tej godzinie, przybyły wkrótce w pewnem od siebie oddaleniu przed pałac Nesle.
Wówczas Benvenuto, nie chcąc rozpoczynać szturmu nie dopełniwszy wszelkich formalności przyjętych w podobnym wypadku, zbliżył się sam z białą chustką na szpadzie do małych drzwi pałacu, u których był już dnia poprzedzającego i zapukał.
Jak wczoraj, zapytano go przez zakratowane okno, czegoby żądał.
Benvenuto powtórzył, co wczoraj powiedział, że przybywał objąć w posiadanie zamek darowany mu przez króla, lecz tym razem nie otrzymał nawet odpowiedzi.
— Ja — rzekł — Benvenuto Cellini, złotnik, rzeźbiarz, malarz, mechanik i inżenier, oznajmiam tobie Robertowi d’Estourville, panu na Villebon, prewotowi Paryża, że Jego królewska mość Franciszek I-szy dobrowolnie, jak do tego miał prawo, oddał mi na własność wielki Nesle, Ponieważ zaś zuchwale go zatrzymujesz i wbrew życzeniu królewskiemu odmawiasz oddania mi tegoż zamku, oświadczam ci przeto Robercie d’Estourville, panie Villebon, prewocie Paryża, że postanowiłem wziąć go szturmem. Broń się przeto, a jeżeli złe skutki wynikną z twego uporu, ty odpowiesz za nie na ziemi i w niebie, przed ludźmi i Bogiem.
Poczem Benvenuto zatrzymał się, słuchając jaki skutek sprawi jego wymowa, lecz wszystko milczało za murami.
Wówczas nabił muszkiet, rozkazał swemu oddziałowi przygotować broń, i zwoławszy na radę dowódzców, to jest Hermana, Askania i Jehana:
— Moje dzieci — rzekł do nich — jak widzicie, nie możemy uniknąć walki. Teraz tylko idzie o to, w jaki sposób rozpocząć?
— Wyważę bramę — rzekł Herman — i wejdziecie przez nią, oto cała rzecz.
— A czem mój Samsonie? — zapytał Benvenuto Cellini.
Herman spojrzał dokoła siebie i ujrzał na bulwarze belkę, którąby czterech ludzi zaledwie unieść zdołało.
— Tą belką — rzekł.
Poszedł spokojnie w miejsce gdzie leżała, wziął ją na ramię i wrócił do swego dowódzcy.
Tymczasem tłum ciekawych zaczynał się zbierać; Benvenuto pobudzony obecnością świadków, miał już wydać rozkaz rozpoczęcia ataku, gdy kapitan gwardyi królewskiej, uwiadomiony zapewne o rozruchu przez jakiego mieszczanina przyjaciela pokoju, ukazał się na rogu ulicy w towarzystwie pięciu czy sześciu ludzi na koniach.
Ten kapitan był przyjacielem prewota i chociaż wiedział doskonale o co chodziło, zbliżył się do Benvenuta Cellini, spodziewając się zapewne nastraszyć go, gdy tymczasem jego ludzie zastępowali drogę Hermanowi.
— Czego żądacie — rzekł — i dlaczego zakłócacie spokojność miasta?
— Burzycielem spokojności — odpowiedział Cellini — jest ten, który sprzeciwia się rozkazom królewskim a nie ten co je wykonywa.
— Jakto? — zapytał kapitan.
— Oto jest rozkaz Jego królewskiej mości w dobrej i prawnej formie, wydany przez pana de Neufville sekretarza skarbu, mocą którego Wielki Nesle stał się moją własnością. Lecz ludzie znajdujący się w nim nie chcą być posłusznymi temu rozkazowi i tem samem zaprzeczają mi prawa mojego. A ponieważ Pismo Święte mówi: żeby oddać Cezarowi co należy do Cezara, przeto Benvenuto Cellini ma prawo odebrać to, co do niego należy.
— Zamiast przeszkadzać nam w odebraniu naszej własności, powinienbyś pan udzielić nam pomocy — rzekł Pagolo.
— Milcz! — zawołał Benvenuto uderzając nogą — nie potrzebuję niczyjej pomocy, rozumiesz?
— Prawnie masz słuszność — rzekł kapitan — lecz twój postępek jest niewłaściwy.
— A to dlaczego? — zapytał Benvenuto, który czuł, że krew uderzała mu do głowy.
— Słusznie pragniesz objąć swoję własność, lecz zły sposób na to obrałeś, gdyż uprzedzam cię, nie wiele zyskasz uderzając na te mury. Jeżeli przyjmiesz przyjacielską radę, udaj się raczej do sprawiedliwości i zanieś skargę naprzykład do prewota Paryża. Zegnam więc i życzę pomyślności.
I kapitan gwardyi królewskiej oddalił się drwiąc, co sprawiło, że tłum widząc uśmiech na twarzy reprezentanta wyższej władzy, zaczął go naśladować.
— Śmieje się ten najlepiej kto się w końcu śmieje — rzekł Benvenuto Cellini. — Naprzód! Herman, naprzód!
Herman podjął znowu belkę i gdy Cellini, Askanio i dwóch lub trzech najzręczniejszych strzelców z oddziału, z muszkietami w ręku, gotowi byli dać ognia na mury, cały ten oddział jak żyjąca machina zbliżył się do małych drzwi, które łatwiejsze były do wyważenia niż brama.
Lecz gdy podszedł do muru, grad kamieni osypał go z góry, chociaż niewidziano nikogo, gdyż prewot kazał ułożyć te kamienie na wałach jak drugi mur leżący na pierwszym, i dosyć było popychać kamienie końcem palców, ażeby upadając, przygniatały oblegających.
Dlatego ci ostatni nie spodziewając się gradu co ich osypał, cofnęli się.
Jakkolwiek nie przewidzianą była ta straszna obrona, nikt nie został raniony wyjąwszy Pagola, który dźwigając na sobie dwie zbroje, nie mógł cofnąć się na równi z innemi i dostał kamieniem w piętę.
Co do Hermana, ten nie zważając na nic, zbliżył się do drzwi i zaczął w nie uderzać tak silnie, że widocznem było, iż choćby niewiem jak były mocne, nie zdołają wytrzymać podobnych razów.
Benvenuto i jego oddział stali z muszkietami w ręku i gotowi byli dać ognia gdyby ktokolwiek się ukazał; lecz nikogo nie było widać na murach i Wielki Nesle zdawał się być bronionym przez jakiś niewidzialny garnizon.
Wściekał się więc, że nie mógł przyjść na pomoc swemu dzielnemu niemcowi.
Nagle spostrzegł starą wieżę Nesle, która jak mówiliśmy, była z drugiej strony bulwaru i samotnie kąpała swe stopy w Sekwanie.
— Zaczekaj Herman — zawołał Cellini — zaczekaj mój dzielny chłopcze, pałac Nesle do nas należy, tak niewątpliwie, jak się nazywam Benvenuto Cellini.
Potem dając znak Askaniowi i dwom jego towarzyszom aby udali się za nim, pobiegł ku wieży, gdy tymczasem Herman stosując się do rozkazów swego wodza, cofnął się na cztery kroki i stawiając swoję belkę jak szwajcar halabardę, czekał na skutek obietnicy dowódzcy.
W istocie jak Benvenuto przewidział, prewot zaniedbał obsadzić starej wieży; Cellini zajął ją bez przeszkody i za chwilę przybył na taras.
Taras ten panował nad murami Wielkiego Nesle, jak dzwonnica nad wiejskim kościołem.
Oblężeni zasłonięci dotąd murem, nagle zostali odkryci.
Wystrzał z muszkietu rozlegający się w powietrzu, kula która świsnęła i jeden z żołnierzy upadający z jękiem, przekonały prewota, że postać rzeczy według wszelkiego do prawdy podobieństwa, mogła się zmienić dla niego.
W tejże chwili Herman uchwycił belkę i zaczął znowu uderzać we drzwi, które oblężeni wzmocnili już podczas tego przestanku.
Tłum ciekawych, zadziwiającym instynktem pojął, że miały nastąpić strzały i że widzowie tragedyi, która się odbywała, mogliby co oberwać; za pierwszym więc wystrzałem z muszkietu Benvenuta i na krzyk wydany przez ranionego żołnierza, rozproszył się jak stado gołębi.
Jedna tylko osoba została.
Tą osobą był nasz przyjaciel Jakób Aubry, student, który w nadziei zagrania partyi w piłkę, przybywał na schadzkę, jaką, mu Askanio naznaczył zeszłej niedzieli.
Zaledwie rzucił okiem na pole bitwy, wnet poznał o co chodziło.
Bawić się piłką, czy muszkietem, było zarówno grą w jego przekonaniu, a domyślając się, że jego przyjaciel jest w liczbie oblegających, stanął między niemi.
— Aha! moje dzieci — rzekł zbliżając się do oddziału, który czekał na wyważenie drzwi, ażeby się rzucić w dziedziniec — bawimy się więc oblężeniem? Do dyabła! pałac Nesle nie jest chałupą; macie ciężki orzech do zgryzienia będąc w tak małej liczbie.
— Nie wszyscy tu jesteśmy — rzekł Pagolo opatrując swoją piętę i wskazując ręką Benvenuta i jego trzech lub czterech towarzyszy, którzy tak dobrze mierzyli na mury, że kamienie spadały już daleko słabiej aniżeli z początku.
— Rozumiem, rozumiem, Mości Achillesie — rzekł Jakób Aubry — gdyż oprócz mnóstwa innych podobieństw, o których nie wątpię, zostałeś raniony w to samo miejsce co ów sławny bohater. Rozumiem... spostrzegam mojego kolegę Askania, a to zapewne mistrz... ten na szczycie wieży.
— On właśnie — rzekł Pagolo.
— A ten co tak dzielnie wali we drzwi, także do was należy, nieprawdaż?
— To jest Herman — rzekł dumnie mały Jehan.
— Do licha! to mi chwat — rzekł student. Muszę mu powinszować.
I z rękami w kieszeniach, nie troszcząc się bynajmniej o kule świszczące nad jego głową, zbliżył się do dzielnego niemca, który ciągnął swoję pracę z taką regularnością, jak machina w ruch wprowadzona przez doskonałe koła.
— Czy potrzebujesz czego kochany Goliacie? — rzekł Jakób Aubry — oddaję się na twoje usługi.
— Pić mi się chce — rzekł Herman, nie przestawając uderzać.
— Do licha! łatwo temu uwierzyć widząc twoje zatrudnienie, chciałbym mieć pod ręką beczkę piwa, ażebym mógł ci ją ofiarować.
— Wody — rzekł Herman — wody!
— Poprzestaniesz na tym napoju? Zgoda, niedaleko mamy rzekę, za chwilę będziesz miał czego żądasz.
Jakób Aubry pobiegł ku Sekwanie, nabrał w czapkę wody i przyniósł ją niemcowi.
Ten postawił belkę, jednym łykiem pochłonął wszystką wodę a oddając studentowi próżną, czapkę:
— Dziękuję — rzekł, biorąc znowu belkę i ciągnąc dalej przerwaną pracę.
Po kilku uderzeniach, odezwał się:
— Idź oświadcz mistrzowi, że robota postępuje, niech się ma na pogotowiu.
Jakób Aubry pośpieszył ku wieży i za chwilę był pomiędzy Askaniem i Cellinim, którzy z muszkietami w ręku, utrzymywali tak dobry ogień, że uczynili już niezdatnemi do boju dwóch lub trzech ludzi prewota.
Jednak, ponieważ jak Herman kazał oznajmić Celliniemu, drzwi niedługo miały ustąpić, prewot postanowił użyć ostatniego wysilenia, i tak zdołał zachęcić swoich żołnierzy, że kamienie znowu zaczęły spadać; lecz dwa strzały z oddziału Celliniego ostudziły zapał oblężonych, którzy pomimo wszelkich przełożeń i obietnic prewota, trzymali się w ukryciu.
Widząc to pan d’Estourville postąpił sam i biorąc w ręce ogromny kamień, zamierzał rzucić go na Hermana.
Lecz Benvenuto nie był człowiekiem dającym się podejść niespodzianie; skoro tylko ujrzał nierozsądnego co szedł tam gdzie nikt nie śmiał się pokazać, wymierzył swój muszkiet; pan d’Estourville był zgubiony, ale w chwili właśnie gdy Cellini miał wystrzelić, Askanio wydał krzyk i uderzył ręką w broń mistrza, a strzał wypadł w powietrze.
Askanio poznał ojca Blanki.
W chwili gdy Benvenuto rozgniewany, miał zapytać Askania o wyjaśnienie tego postępku, kamień rzucony silnie przez prewota upadł prosto na kask Hermana.
Ów nowoczesny Tytan, pomimo swojej ogromnej siły, nie był w stanie oprzeć się temu drugiemu Pelionowi; wypuścił z rąk belkę, otworzył ramiona, jakby szukając punktu oparcia, lecz nie znajdując go, upadł zemdlony z silnym łoskotem.
Jednocześnie oblężeni i oblegający wielki wydali okrzyk: mały Jehan i trzech lub czterech z jego towarzyszy znajdujący się blisko Hermana, poskoczyli chcąc go odwlec od muru i udzielić pomocy; lecz w tej samej chwili tak brama jak drzwi pałacu Nesle otwarły się i prewot na czele piętnastu ludzi rzucił się na rannego wywijając szpadą, tak, że Jehan i jego towarzysze pomimo zachęcań Benvenuta, który wołał aby się trzymali bo przybędzie im na pomoc, zmuszeni byli cofnąć się.
Prewot korzystał z chwili; óśmiu ludzi podniosło Hermana ciągle zemdlonego, jedni za ręce, drudzy za nogi, a siedmiu uszykowało się z przodu dla wstrzymania spodziewanego ataku, tak że w chwili gdy Cellini, Askanio, Jakób Aubry i trzech lub czterech towarzyszy, schodzili z czterech piętr oddzielających taras od ulicy, ludzie niosący Hermana wchodzili do wielkiego Nesle; a gdy Cellini z muszkietem w ręku ukazał się we drzwiach wieży, brama pałacu zamykała się za ostatnim człowiekiem z oddziału prewota.
Nie można było zaprzeczyć, że dla oblegających była to klęska, i ważna.
Cellini, Askanio i ich towarzysze swojemi strzałami zranili trzech lub czterech oblężonych, lecz strata tych ludzi daleko mniej znaczyła dla prewota, niż strata Hermana dla Celliniego.
Nastąpiła chwila osłupienia pomiędzy oblegającymi.
Nagle Cellini i Askanio spojrzeli po sobie.
— Mam pewną myśl — rzekł Cellini patrząc na lewo, to jest ku stronie miasta.
— I ja także — rzekł Askanio patrząc na prawo ku fosom.
— Znalazłem sposób wyprowadzenia garnizonu.
— A ja, mistrzu, jeżeli wyprowadzisz garnizon, znalazłem sposób otworzenia ci drzwi.
— Ilu ludzi potrzebujesz?
— Będę miał dosyć jednego.
— Wybieraj.
— Jakóbie Aubry — rzekł Askanio — czy chcesz iść ze mną?
— Na koniec świata, mój przyjacielu, na koniec świata! Lecz nie gniewałbym się, gdybym miał jakąkolwiek broń, naprzykład kawałek szpady lub sztyletu.
— A więc — rzekł Askanio — weź szpadę Pagola, któremu już niepotrzebna, gdyż trzyma piętę w prawej ręce a żegna się lewą.
— A oto masz na dopełnienie uzbrojenia mój własny sztylet — rzekł Cellini. Uderzaj nim śmiało, młodzieńcze, lecz nie pozostaw go przypadkiem w ranie, zrobiłbyś zbyt piękny podarunek ranionemu, gdyż jest cyzelowany przezemnie i sama rękojeść kosztuje sto talarów w złocie, jak jeden grosz.
— A ostrze? — rzekł Jakób Aubry. Rękojeść ma bezwątpienia swoję wartość, lecz w podobnym razie ostrze tylko cenię.
— Ostrze nie ma ceny — odpowiedział Benvenuto, gdyż niem zabiłem mordercę mojego brata.
— Wiwat! — zawołał student. — Dalej, Askanio, idźmy.
— Jestem gotów — rzekł Askanio, okręcając pięć lub sześć sążni sznura około szyi, i biorąc jednę z drabin na ramię.
Dwaj odważni młodzieńcy udali się bulwarem, potem zwrócili na lewo i zniknęli za narożnikiem muru wielkiego Nesle po za fosami miasta.
Pozostawmy Askania wraz z jego towarzyszem a powróćmy do Celliniego.
Wśród tłumu pospólstwa zgromadzonego opodal, zwróciły jego uwagę dwie kobiety; na nic to spoglądał w chwili, gdy Askanio jak mówiliśmy, patrzał na prawo, to jest ku fosom.
Temi kobietami były jak poznał od razu, córka prewota i jej ochmistrzyni, które po wysłuchaniu mszy wracały do małego Nesle, lecz przestraszone wieścią o oblężeniu pałacu, oraz tem co widziały na własne oczy, zatrzymały się drżące wśród tłumu.
Zaledwie Blanka spostrzegła, że nastąpiło pomiędzy walczącymi chwilowe zawieszenie broni, w skutek którego przystęp był wolny, pomimo próśb pani Perrine, która błagała ją aby się nie narażała, Blanka pobudzona myślą o niebezpieczeństwie ojca, postąpiła odważnie ku pałacowi, pozostawiając pani Perrine zupełną wolność udania się za nią lub pozostawania w miejscu gdzie się znajdowała; lecz ponieważ w gruncie serca pani Perrine kochała szczerze Blankę, pomimo więc obawy, postanowiła jej towarzyszyć.
Obiedwie wychodziły z tłumu gdy Askanio i Jakób Aubry znikali za murem.
Teraz łatwo pojąć zamiar Benvenuta.
Skoro tylko ujrzał dwie kobiety zbliżające się ku pałacowi, sam postąpił naprzeciwko nim i podając grzecznie rękę Blance:
— Nie lękaj się pani niczego — rzekł — a jeżeli zechcesz przyjąć moje ramię, sam zaprowadzę cię do twojego ojca.
Blanka wahała się, lecz pani Perrine chwytając rękę znajdującą się z jej strony, a którą Benvenuto zapomniał jej ofiarować:
— Przyjmij, moja droga — rzekła — nie odrzucajmy protekcyi tego szlachetnego rycerza. Patrz, patrz, oto pan prewot wychyla się z za muru, o nas zapewne niespokojny.
Blanka przyjęła rękę Benvenuta i wszyscy troje zbliżyli się na dwa kroki od drzwi.
Tam Cellini zatrzymał się i przytrzymując pod każdem ramieniem ręce Blanki i pani Perrine:
— Panie prewocie! — rzekł głośno — oto twoja córka pragnie wrócić do domu, spodziewam się, że otworzysz jej drzwi, chyba że chcesz pozostawić w ręku nieprzyjaciół ten prześliczny zakład.
Już nieraz od dwóch godzin, prewot zasłoniony murami, myślał o swojej córce, której tak nieroztropnie wyjść dozwolił.
Lecz spodziewał się, że uwiadomiona wcześnie, domyśli się i będzie czekać na niego w wielkim Chatelet, gdy w tem ujrzał jak Cellini opuścił swych towarzyszy i zbliżył się ku dwom kobietom, w których poznał Blankę i panią Perrine.
— Głupia dziewczyna! — mruczał po cichu prewot — nie mogę wszakże pozostawić jej pośród tych rozbójników.
Potem podnosząc głos:
— No! — rzekł otwierając okienko i przytykając twarz do kraty — i cóż, czego chcecie?
— Oto moje warunki — rzekł Benvenuto: Pozwolę wejść pannie Blance i jej ochmistrzyni, lecz wy wyjdziecie ze wszystkiemi ludźmi, byśmy mogli walczyć na odkrytem miejscu. Ci, którzy zwyciężą, posiędą pałac, a wtenczas tem gorzej dla zwyciężonych, „vae yictis!” jak mówił wasz współziomek Brennus.
— Przyjmuję — rzekł prewot — lecz pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Że oddalicie się wszyscy, podczas gdy moja córka będzie wchodziła a moi zbrojni wychodzili.
— Zgoda! — rzekł Cellini — lecz wyjdźcie naprzód, panna Blanka wejdzie potem, a wtedy wrzucicie klucz przez okno, ażeby odjąć wszelką możliwość ucieczki.
— Niech i tak będzie — odpowiedział prewot.
— Wasze słowo?
— Słowo szlachcica! a wasze?
— Słowo Benvenuta Cellini!
Po tej zamianie przyrzeczeń, drzwi otworzyły się; ludzie prewota wyszli i uszykowali się w dwa rzędy przed bramą, mając pana d’Estourville na czele.
Było ich jeszcze dziewiętnastu.
Ze swojej strony Benvenuto Cellini pozbawiony Askania, Hermana i Jakóba Aubry, miał tylko ośmiu walczących i to jeszcze Szymon mańkut był raniony, szczęście, że w prawą rękę; lecz Benvenuto nie liczył nigdy swoich nieprzyjaciół, on, który napadł Pompea pośród dwunastu zbirów.
Z radością więc przyjął zezwolenie prewota, gdyż niczego tak nie pragnął, jak decydującej walki.
— Teraz możesz pani wejść — rzekł do swojej ładnej zakładniczki.
Blanka przebiegła szybko przestrzeń, która rozdzielała dwa wojska i przestraszona rzuciła się w objęcia prewota.
— Mój ojcze! mój ojcze! na imię nieba, nie narażaj się! — zawołała z płaczem.
— Dalej, wejdź! — rzekł porywczo prewot, biorąc ją za rękę i prowadząc ku drzwiom: twoje to głupstwo przywiodło nas do tej ostateczności.
Blanka weszła do pałacu wraz z panią Perrine, której strach dodał jeżeli nie skrzydeł, jak jej pięknej towarzyszce, to siły w nogach przynajmniej.
Prewot zamknął drzwi za niemi.
— Klucz! klucz! — zawołał Cellini.
Prewot z swojej strony wiernie dotrzymujący słowa, wyjął klucz z zamku i rzucił go przez mur, tak aby upadł na dziedziniec.
— A teraz, dalej za mną dzieci! — zawołał Benvenuto Cellini, rzucając się na prewota i jego wojsko.
Nastąpiło wówczas straszliwe zamieszanie, gdyż nim żołnierze prewota mieli czas przyłożyć broń i wystrzelić, Benvenuto z swojemi siedmioma uczniami, wpadł pomiędzy nich, uderzając na prawo i na lewo tą straszliwą szpadą, którą władał tak zręcznie i która hartowana przez niego samego, przecinała koszule druciane a nawet kirysy.
Żołnierze prewota cisnęli przeto swoje muszkiety już im nieużyteczne, dobyli szpad i zaczęli bronić się niemi, lecz pomimo przemagającej liczby, w jednej chwili ujrzeli się rozproszonomi a dwóch lub trzech z najodważniejszych, ranieni i niezdolni już do walki, zmuszeni byli wycofać się, Prewot poznał niebezpieczeństwo, a że był odważny i jak mówiliśmy, w swoim czasie dzielnie robił bronią, rzucił się ku temu strasznemu Celliniemu, przed którym wszystko ustępowało i znalazł się z nim twarz w twarz.
— Do mnie! — zawołał — do mnie, nikczemny rozbójniku, i niech wszystko skończy się między nami. Dalej!
— O! na moję duszę, nie pragnę niczego więcej panie Robercie — odrzekł Benvenuto. I jeżeli zechcesz powiedzieć swoim ludziom, aby nam nie przeszkadzali, służę ci...
— Stójcie spokojnie! — rzekł prewot.
— Niech żaden się nie ruszy! — krzyknął Cellini.
Walczący pozostali na swoich miejscach, milczący i nieruchomi, jak ci rycerze Homera, którzy przerwali walkę, aby nic nie stracić z bitwy dwóch wsławionych wodzów.
Wtedy, ponieważ prewot i Cellini trzymali każdy gołą szpadę w ręku, rzucili się na siebie.
Prewot był biegłym w robieniu bronią, Cellini mistrzem w tej sztuce.
Od dziesięciu lub dwunastu lat prewot ani razu nie dobywał szpady.
Przeciwnie, od dziesięciu lub dwunastu lat, jeden dzień może nie przeszedł, aby Benvenuto nie potrzebował jej pomocy.
Po pierwszem starciu prewot, który trochę zanadto liczył na siebie, spostrzegł wyższość swojego nieprzyjaciela.
Bo też Benvenuto znajdując opór, którego nie spodziewał się ze strony człowieka cywilnego, z zadziwiającą biegłością używał wszystkich podstępów swojego sposobu robienia bronią.
Było cudowną rzeczą widzieć, jak jego szpada, zdając się być potrójnem żądłem węża, groziła razem głowie i sercu, przebiegając z miejsca na miejsce i zaledwie dając czas przeciwnikowi do zasłaniania się.
Dla tego prewot, widząc, że miał do czynienia z silniejszym od siebie, broniąc się ciągle, ustępował placu.
Na swoje nieszczęście, pan d’Estourville był naturalnie tyłem odwrócony do muru, tak że po kilku krokach wstecznych, został przyparty do drzwi, których szukał instynktem, chociaż wiedział dobrze, że klucz od nich wyrzucił przez mur.
Przybywszy tam, prewot czuł się zgubionymi przeto jak dzik kiedy psom się odcina, zebrał wszystkie siły i trzy lub cztery natarcia nastąpiły po sobie tak raptownie, że na Benvenuta przyszła kolej zasłaniania się; a nawet raz spóźnił się tak, że szpada jego przeciwnika, pomimo doskonałej siatki drucianej, jaką miał na sobie, drasnęła mu pierś.
Benvenuto jak lew raniony, niecierpliwy zemsty, zalewie poczuł ostrze żelaza, podwoił natarczywość i byłby okropnem pchnięciem przeszył na wskroś prewota, gdyby właśnie w tej chwili drzwi za nim nie otworzyły się, tak, że pan d’Estourville upadł na wznak, a żelazo trafiło tego, który ocalił prewota tem niespodzianem otwarciem.
Wbrew temu czegoby się spodziewano, zraniony zachował milczenie a Benvenuto wydał okropny krzyk.
W tym, którego dosięgła jego szpada, poznał Askania, Wówczas nie widział nic więcej, ani Hermana, ani Jakóba Aubry, który stał za ranionym.
Rzucił się jak szalony na szyję młodzieńca, szukając rany oczyma i ręką, i wołając: Zabity, zabity przezemnie! Askanio moje dziecię, ja go zabiłem! I płakał, tak jak lwy chyba płakać muszą.
Przez ten czas Herman wyciągał prewota zdrowego i nienaruszonego z pod nóg Askania i Celliniego, i biorąc go na ręcę jak dziecię, złożył do małej szopy, w której Raimbaudt chował swoje narzędzia ogrodnicze, i zamknąwszy za nim drzwi, dobył szpadę z pochwy i stanął na warcie, postanowiwszy bronić swojego więźnia przeciw każdemu, ktoby go miał zamiar odebrać.
Gdy się to dzieje, Jakób Aubry zjawił się na murach i wstrząsając swoją szpadą na znak tryumfu, krzyczał: Wiwat! wielki Nesle do nas należy!
Jakim się to sposobem stało, dowie się czytelnik w rozdziale następującym.




ROZDZIAŁ X.
KAPITULACYA.



Pałac Nesle od strony, która dotykała Pré-aux-Clercs, podwójnie był bronionym, przez rmury i przez fosy miasta, tak że z tej strony uchodził za niezdobyty.
Przeto Askanio rozsądnie pomyślał, że najczęściej nie strzegą tego, co zdaje się, iż nie może być wziętem; postanowił więc przedsięwziąć atak na punkcie, którego w istocie wcale nie broniono.
W tym to zamiarze oddalił się wraz z swoim przyjacielem Jakóbem Aubry, nie domyślając się, że w chwili gdy znikał z jednej strony, jego ukochana Blanka nadchodziła z drugiej, i że za jej pomocą Cellini miał zmusić prewota do wyjścia na otwarte miejsce, do czego ten nie miał najmniejszej ochoty.
Zamiar Askania był trudny do wykonania, i niebezpieczny w swoich skutkach.
Trzeba było przebyć głęboką fosę, przeleźć przez mur dwadzieścia pięć stóp wysoki, nareszcie znaleść się może wśród nieprzyjacielskiego oddziału.
Dopiero przybywszy na brzeg fosy, Askanio pojął całą trudność swojego przedsięwzięcia, przeto jego postanowienie tak zrazu mocne, zachwiało się na chwilę.
Co do Jakuba Aubry, ten spokojnie zatrzymał się o dziesięć kroków za swoim przyjacielem, spoglądając kolejno na mury i fosę. Potem zmierzywszy okiem oboje:
— Powiedz mi, mój kochany — rzekł doń, po co u dyabła tu mnie przyprowadziłeś? chyba będziemy łowić żaby. Aha!.. spoglądasz na swoję drabinę... wybornie. Lecz twoja drabina ma dwanaście stóp, a mur jest dwadzieścia pięć wysoki; fosa zaś ma dziesięć stóp szerokości, co jeżeli umiem rachować, stanowi dwadzieścia trzy stopy różnicy.
Askanio pozostał przez chwilę przygnębiony prawdą tego wyrachowania; potem uderzając się nagle w czoło:
— O! co za myśl! — zawołał — patrz!
— Gdzie?
— Tam — rzekł Askanio — tam!
— Nie pokazujesz mi myśli — rzekł student — to jest dąb...
W istocie, ogromny dąb stał prawie na samym zewnętrznym brzegu fosy, zaglądając ciekawie wierzchołkiem przez mur w dziedziniec pałacu Nesle.
— Jakto! nie pojmujesz! — zawołał Askanio.
— Przeciwnie! zaczynam pojmować. Tak, tak, rozumiem. Dąb wraz z murem tworzy jednę arkadę mostu, którego dopełni ta drabina. Lecz pod tem wszystkiem jest przepaść, kolego, przepaść pełna błota. Do dyabła! trzeba dobrze uważać. Mam na grzbiecie moje najpiękniejsze łachmany, a mąż Simonny nie chce mi już kredytować.
— Pomóż mi wciągnąć drabinę — rzekł Askanio — tego tylko żądam od ciebie.
— Tak, zapewne — rzekł student — a ja zostanę na dole. Dziękuję!
I obadwa zaczepiwszy się jednocześnie u jednej z gałęzi drzewa, za kilka sekund znaleźli się na dębie.
Wtedy łącząc swoje siły, wciągnęli drabinę i dostali się z nią aż na wierzchołek drzewa.
Przybywszy tam, położyli ją jak most zwodzony i ujrzeli z radością, że gdy jeden z jej końców opierał się mocno na gałęzi, drugi opierał się na murze, za który przechodziła jeszcze na dwie lub trzy stopy.
— Ale — rzekł Aubry — gdy się dostaniemy na mur?
Gdy się dostaniemy na mur, przeciągniemy drabinę na drugą stronę i zejdziemy po niej.
— Bardzo dobrze. Jedna tylko zachodzi trudność; mur jest dwadzieścia pięć stóp wysoki, a drabina ma tylko dwanaście...
— Przewidziałem to — rzekł Askanio odwijając sznur okręcony na szyi; przymocował go potem jednym końcem do pnia drzewa a drugi przez mur przerzucił.
— O! wielki człowieku, pojmuję cię — zawołał Jakób Aubry, i jestem szczęśliwy i dumny narażając się na skręcenie karku razem z tobą.
— A cóż ty robisz?
— Przechodzę — rzekł Aubry — sposobiąc się do przebycia przestrzeni oddzielającej go od muru.
— Nic — odrzekł Askanio — ja powinienem przejść pierwszy.
— Ciągnijmy losy rzekł Aubry podając towarzyszowi dwa rogi chustki, z których na jednym węzeł zrobił.
— Zgoda — rzekł Askanio — i wyciągnął róg chustki.
— Wygrałeś — rzekł Aubry, — Przechodź, lecz zimna krew, baczność i uwaga, rozumiesz?
— Bądź spokojny — odrzekł Askanio.
I zaczął przechodzić przez ten most wiszący, który Jakób Aubry utrzymywał w równowadze, opierając się na jednym z jego końców.
Drabina była wątła, lecz śmiały młodzieniec był lekki.
Student oddychając zaledwie, widział, że Askanio chwiał się przez chwilę, lecz przebył szybko cztery kroki, które oddzielały go od muru i przybył na miejsce zdrów i cały.
Tam jeszcze narażony był na niebezpieczeństwo, wrazie, gdyby który z oblężonych spostrzegł go; lecz nie omylił się w swoich przewidywaniach i rzucając szybkie spojrzenie na ogród pałacu:
— Niema nikogo — zawołał do towarzysza — niema nikogo!
— A więc — rzekł Jakób Aubry, dalej do liny.
I postąpił z kolei wązką i chwiejącą się drogą, gdy tymczasem Askanio przytrzymując drabinę, oddawał mu tę samą przysługę, jaką od niego otrzymał. A że Jakób nie był ani mniej zręcznym, ani mniej lekkim od swego towarzysza, za chwilę był obok niego.
Obadwa siedli wówczas na murzo jak na koniu i przyciągnęli drabinę, potem przywiązawszy do niej linę, której drugi koniec przymocowany był do dębu, spuścili ją wzdłuż muru i ustawili mocno, aby mieć punkt oparcia; nakoniec Askanio uchwycił linę oburącz i zsunął się po niej aż do pierwszego szczebla drabiny, w chwilę potem stanął na ziemi.
Jakób Aubry udał się za nim również szczęśliwie; a tak obadwaj znaleźli się w ogrodzie.
Przybywszy tam, należało działać jak najpospieszniej.
Askanio drżał czy ich nieobecność nie przyniosła uszczerbku jego mistrzowi; obadwaj dobywszy szpad, pobiegli ku drzwiom prowadzącym na pierwszy dziedziniec, gdzie powinien był znajdować się garnizon, przypuszczając, że nie zmienił miejsca.
Przybywszy do drzwi, Askanio przyłożył oko do zamku i spostrzegł, że podwórze było próżne.
— Benvenuto dopiął swego — zawołał. — Garnizon wyszedł. Pałac do nas należy! I spróbował otworzyć drzwi, lecz były zamknięte na klucz.
Obadwaj zaczęli je wstrząsać ze wszystkich sił.
— Tędy — rzekł głos, który odezwał się w głębi serca młodzieńca — tędy panie.
Askanio odwrócił się i spostrzegł Blankę w jednem z dolnych okien.
W dwóch skokach był przy niej.
— A! a! — rzekł Jakób Aubry idąc za nim — zdaje się, że mamy stosunki z oblężonemi. A! nie mówiłeś mi o tem, świętoszku.
— Ocal mojego ojca, panie Askanio! — zawołała Blanka, nie dziwiąc się bynajmniej, że widziała w tem miejscu młodzieńca i jak gdyby jego obecność była rzeczą bardzo naturalną — biją się za murami, czy słyszysz, i to z mojej przyczyny! O mój Boże! mój Boże! nie dopuść aby go zabili!
— Bądź pani spokojną — rzekł Askanio wbiegając do pokoju, który miał wyjście na mały dziedziniec; nie lękaj się, odpowiadam za wszystko.
— Bądź pani spokojną — rzekł Jakób Aubry, idąc tą samą drogą — odpowiadamy za wszystko.
Przybywszy na próg drzwi, Askanio usłyszał po raz drugi swoje nazwisko, lecz tym razem wymówione przez głos nie tak słodki.
— Kto mię woła? — rzekł Askanio.
— Ja, mój przyjacielu — powtórzył ten sam głos mocnym niemieckim akcentem.
— Dalibóg! — zawołał Jakób Aubry — to nasz Goliat! Co u dyabła robisz w tym kierunku?
W istocie poznał Hermana przez okienko będące w małej szopie.
— Nie wiem sam jakim sposobem tu się znajduję; odsuń rygiel, ażebym mógł iść bić się. Prędzej, prędzej, ręka mię świerzbi.
— Otóż jesteś wolny! — rzekł student, czyniąc niemcowi przysługę, której ten wymagał.
Przez ten czas Askanio zbliżał się ku zewnętrznym drzwiom, po za któremi słychać było straszliwy szczęk broni.
Gdy był już tylko rozdzielony od walczących grubością drzewa, obawiał się, aby pokazawszy się nagle nie wpadł w ręce nieprzyjaciół i spojrzał przez zakratowane okienko.
Wtedy ujrzał prewota przyciśniętego do drzwi, a naprzeciwko niego Celliniego rozjątrzonego i zapalonego; zrozumiał, że Robert d’Estourville był zgubiony.
Podniósł klucz leżący na ziemi, otworzył prędko drzwi i pamiętając tylko na przyrzeczenie uczynione Biance, otrzymał, jak już powiedzieliśmy, pchnięcie w ramię, które bez niego przeszyłoby niewątpliwie prewota.
Widzieliśmy co zaszło po tym wypadku; Benvenuto w rozpaczy rzucił się w objęcia Askania; Herman zamknął prewota w więzieniu, z którego sam przed chwilą wyszedł, a Jakób Aubry dostawszy się na wał, klaskał w ręce i głosił zwycięztwo.
Zwycięztwo w istocie było zupełne; ludzie prewota widząc, że ich pan został więźniem, nie próbowali nawet odbić go i złożyli broń.
Przeto oblegający weszli wszyscy na dziedziniec wielkiego Nesle, od tej chwili ich własności, zamknęli za sobą drzwi, zostawiając na ulicy ludzi prewota.
Co do Benvenuta, ten nie widział nic co się działo koło niego; trzymał ciągle Askania w swoich objęciach, zdjął zeń koszulę drucianą, rozdarł kaftan i doszedł nareszcie do rany, z której dobywającą się krew tamował chustką od nosa.
— Mój Askanio, moje dziecię — powtarzał bez ustanku — raniony, raniony przezemnie! co tam mówi twoja matka w niebie? Przebacz mi Stefana, przebacz! Cierpisz? odpowiedz. Czy moja ręka cię uraża? Ta krew nie chce się dać zatamować? Chirurga prędzej!... Czy kto pójdzie po chirurga?
Jakób Aubry wybiegł.
— To nic, kochany mój mistrzu, to nic — odpowiedział Askanio — tylko ramieniowi się dostało. Bądź spokojny, zaręczam ci, że to nic wielkiego.
W istocie, chirurg sprowadzony w pięć minut przez Jakóba Aubry oświadczył, że rana jakkolwiek głęboka, nie była niebezpieczną i wziął się do opatrzenia.
— O! jakiż ciężar zdejmujesz mi z serca, panie chirurgu! — rzekł Benvenuto Cellini. — Moje drogie dziecię, nie będę więc twoim zabójcą! Lecz co ci jest Askanio? twój puls bije tak silnie, krew uderza ci do twarzy... O! panie chirurgu, trzeba go przenieść ztąd, dostaje gorączki.
— Nie, nie, mistrzu — rzekł Askanio, przeciwnie, czuję się daleko lepiej. O! zostawcie mnie tu, błagam was.
— A mój ojciec? — odezwał się nagle za Benvenutem głos, na który zadrżał; coście zrobili z moim ojcem?
Benvenuto odwrócił się i ujrzał Blankę bladą i nieporuszoną, szukającą wzrokiem prewota, którego zarazem wzywała słowami.
— O! jest zdrów i nietknięty, pani, dzięki niebu! — zawołał Askanio.
Dzięki temu biednemu chłopcu, który odebrał, pchnięcie przeznaczone dla niego — rzekł Benvenuto, gdyż możesz śmiało powiedzieć, że ci ocalił życie, Mości prewocie. Lecz gdzie jesteś panie d’Estourville? — rzekł z kolei Cellini szukając oczyma prewota, którego zniknięcia nie mógł pojąć.
— Jest tu, mistrzu — rzekł Herman.
— Gdzie?
— Tu, w tem więzieniu.
— O! panie Benvenuto! — zawołała Blanka biegnąc ku szopie i czyniąc zarazem poruszenie błagania i wyrzutu.
— Otwórz Hermanie — rzekł Cellini.
Herman otworzył i prewot ukazał się na progu, nieco upokorzony swoją przygodą.
Blanka rzuciła się w jego objęcia.
— O! mój ojcze! mój ojcze! — zawołała — nie jestżeś raniony? nic ci nie jest? i mówiąc to spoglądała na Askania.
— Nie — rzekł prewot swoim ostrym głosem — nie, dzięki niebu, nic mi się nie stało.
— I... i... — zapytała z wahaniem się Blanka — czy to prawda, mój ojcze, że ten młodzieniec...
— Nie mogę zaprzeczyć, że w sam czas przybył.
— Tak, tak — rzekł Cellini, ażeby otrzymać pchnięcie szpady, które dla was przeznaczałem Mości prewocie. Tak, panno Blanko, tak — mówił dalej Benvenuto — temu to dzielnemu chłopcu winna jesteś ocalenie twojego ojca i jeżeli pan prevot nie przyzna tego głośno, nie tylko będzie kłamcą ale niewdzięcznikiem.
— Spodziewam się przynajmniej, że nie drogo to przypłaci — rzekła Blanka rumieniąc się mimowolnie.
— O! pani! — zawołał Askanio — przypłaciłbym to wszystką krwią moją!
— Patrzaj, panie prewocie — rzekł Cellini — jakie współczucie okazują ci! Ale mój Askanio mógłby osłabnąć. Rana jego już opatrzona, zdaje mi się, że dobrzeby było aby spoczął nieco.
To co Benvenuto powiedział prewotowi o przysłudze, którą mu oddał raniony, było czystą prawdą, ponieważ zaś każda prawda sama w sobie zawiera całą swoją siłę, prewot nie mógł nie przyznać w głębi serca, że był winien życie Askaniowi; zbliżywszy się przeto dosyć uprzejmie do ranionego:
— Młodzieńcze — rzekł — oddaję na twoje usługi apartament w moim pałacu.
— W waszym pałacu, mości Robercie — rzekł śmiejąc się Benvenuto Cellini, którego dobry humor powracał w miarę jak spokojniejszym był o Askania; w waszym pałacu? Więc chcesz koniecznie rozpoczynać bójkę na nowo?
— Jakto? — zawołał prewot, zamierzyłbyś więc wypędzić mnie ztąd i moję córkę?
— Bynajmniej. Zajmujecie mały Nesle; zatrzymacie go przeto i żyjmy jak dobrzy sąsiedzi. Co do nas, pozwolisz pan, że Askanio pozostanie od tej chwili w wielkim Nesle, gdzie przybędziemy wszyscy dziś wieczór. Z tem wszystkiem, jeżeli przekładasz pan wojnę...
— O! mój ojcze! — zawołała Blanka.
— Nie! wolę pokój! — rzekł prewot.
— Nie ma pokoju bez warunków, panie prewocie — rzekł Benvenuto. Uczyń mi zaszczyt towarzyszenia do wielkiego Nosie lub przyjmij mię w małym, a ułożymy traktat.
— Pójdę z panem — rzekł prewot.
— Zgoda! — odpowiedział Cellini.
— Blanko — rzekł pan d’Estourville do córki — idź do siebie i czekaj tam mojego powrotu.
Blanka, pomimo tonu w jakim rozkaz ten był wyrzeczony, nadstawiła czoło do pocałowania ojca i ukłoniwszy się spojrzeniem, które wymierzyła do wszystkich, ażeby Askanio miał także w niem udział, oddaliła się.
Askanio poprowadził za nią oczyma, aż dopóki nie zniknęła.
Potem, gdy nic go już nie zatrzymywało na podwórzu, sam zażądał udać się do mieszkania.
Herman więc wziął go na ręce jak dziecko i przeniósł do wielkiego Nesle.
— Dalibóg, panie Robercie — rzekł Benvenuto, który także wiódł oczyma za młodą dziewczyną — dalibóg, bardzo roztropnie uczyniłeś oddalając ztąd waszą córkę, na honor wdzięczny wam jestem za tę ostrożność; obecność panny Blanki mogłaby mówię zaszkodzić moim interesom, czyniąc mię zbyt słabym i kazałaby mi zapomnieć, że jestem zwycięzcą, pamiętając tylko na to, że jestem artystą, to jest kochankiem wszelkiego doskonałego kształtu i każdej boskiej piękności.
Pan d’Estourville odpowiedział na ten komplement wykrzywieniem twarzy niezbyt uprzejmem; jednak udał się za złotnikiem nie okazując otwarcie złego humoru, lecz odgrażając się w duchu; Cellini, ażeby go zupełnie przywieść do wściekłości, prosił aby obszedł z nim jego nowe mieszkanie.
Zaproszenie uczynione było z taką grzecznością, że niepodobna było odmówić; prewot więc, chcąc niechcąc, poszedł za swoim sąsiadem, który nie przepuścił mu ani jednego zakątka ogrodu, ani jednego pokoju w pałacu.
— Wszystko to jest przepyszne — rzekł Benvenuto skoro ukończyli przechadzkę, którą każdy z nich odbywał z odmiennem zupełnie uczuciem.
— Teraz panie prewocie, pojmuję i tłómaczę sobie twój wstręt do opuszczenia tego gmachu; lecz nie potrzebuję ci mówić, że będziesz zawsze bardzo mile widzianym gościem, gdy zechcesz uczynić mi jak dzisiaj, zaszczyt odwiedzenia mojego ubogiego mieszkania.
— Zapominasz pan, że dziś przybyłem tu jedynie dla usłyszenia twoich warunków i przedstawienie ci moich. Słucham...
— Jakto, panie Robercie! ja to przeciwnie jestem na twoje usługi. Jeżeli raczysz mi pozwolić przedstawić ci najprzód moje żądania, będziesz mógł potem wyrazić swoję wolę.
— Mów pan.
— Przedewszystkiem, warunek główny.
— Jakiż?
— Oto jest:
I Benvenuto wyjął z kieszeni papier i czytał:
— „Art. 1. Pan Robert d’Estourville, prewot Paryża, uznaje prawa Benvenuta Celliniego do posiadania wielkiego Nesle, odstępuje mu go i zrzeka się na zawsze tak dla siebie jak swoich spadkobierców.”
— Przyjmuję — odpowiedział prewot — jeżeli podoba się królowi odebrać wam to co mnie odebrał i komu innemu dać to co wam dał, rozumie się, że nie będę za to odpowiedzialny.
— Aj! — rzekł Cellini — to musi ukrywać w sobie coś niedobrego dla mnie, panie prewocie. Lecz mniejsza o to, potrafię zachować to co zdobyłem. Idźmy dalej.
— Teraz na mnie kolej — rzekł prewot.
— Bardzo słusznie — odrzekł Cellini.
— „Art. 2. Benvenuto Cellini przyrzeka nie czynić żadnych kroków w celu zajęcia małego Nesle, który jest mieszkaniem i własnością Roberta d’Estourville; co większa nie będzie nawet się starał przybywać doń jako sąsiad i w przyjacielskich stosunkach.”
— Niech i tak będzie — rzekł Benvenuto — chociaż warunek ten nie bardzo pochlebny dla mnie; lecz jeżeli mi otworzą drzwi, rozumie się, że niebędę tyle niegrzecznym, abym odmówił wejścia.
— Wydam stosowne rozkazy w tym względzie — odpowiedział prewot.
— Idźmy dalej.
— „Art. 3. Pierwszy dziedziniec leżący pomiędzy wielkim i małym Nesle będzie wspólny dla obu właścicieli.”
— To aż nadto słusznie — rzekł Benvenuto, oddajesz mi pan sprawiedliwość ufając, że skoro panna Blanka zechce wyjść, nie zatrzymam jej w więzieniu.
— O! bądź pan spokojny; moja córka będzie wychodzić przez drzwi, które umyślnie wybić każę; chcę mieć tylko wjazd dla karet i wozów ładownych.
— Czy to już wszystko? — zapytał Benvenuto.
— Tak — odpowiedział prewot. — A propos — dodał — spodziewam się, że pozwolisz mi pan zabrać moje meble.
— I to nader słusznie. Wasze meble należą do was, jak wielki Nesle do mnie. Teraz mości prewocie ostatni dodatek do umowy.
— Mów pan.
— „Art. 4 i ostatni. Pan Robert d’Estourville i Benvenuto Cellini, zrzekają się wszelkiej urazy i zawierają z sobą pokój szczery i otwarty.”
— Bardzo chętnie — rzekł prewot — lecz o tyle o ile to nie będzie mnie obowiązywać do udzielenia panu pomocy i wsparcia przeciwko tym, którzyby cię atakowali. Zgadzam się nie szkodzić panu wcale, lecz nie podejmuję się być ci użytecznym.
— Co do tego, panie prewocie, wiesz bardzo dobrze, że potrafię sam się obronić. Przeto jeżeli tylko o to chodzi — dodał Cellini podając mu pióro — podpisuj panie prewocie.
— Podpisuję — rzekł prewot z westchnieniem.
Prewot podpisał i każdy z umawiających się zachował przy sobie wyciąg traktatu.
Poczem pan d’Estourville powrócił do małego Nesle, gdyż pragnął prędzej wyłajać biedną Blankę za jej nieroztropne wyjście. Blanka pochyliła głowę i słuchała łajań ojca nie rozumiejąc z nich ani słówka, gdyż przez ten cały czas, dziewczę zajęte było jednem życzeniem, to jest zapytać się ojca o Askania.
Lecz było to daremnem, gdyż nazwisko pięknego ranionego nie mogło, pomimo wszelkich usiłowań, przejść przez jej usta.
Podczas gdy te wypadki miały miejsce z jednej strony muru, z drugiej, Katarzyna wchodziła do wielkiego Nesle, i z swojem zachwycającem trzpiotowactwem, rzuciła się na szyję Celliniemu, ściskała rękę Askania, winszowała Hermanowi, żartowała z Pagola, śmiała się, płakała, śpiewała, pytała; bo też doznawała straszliwej trwogi, odgłos strzałów dochodził aż do niej i przerywał jej modlitwy. Lecz wreszcie wszystko poszło dobrze wszyscy oprócz czterech zabitych i trzech ranionych, wyszli prawie zdrowi i cali z bitwy, a wesołość Katarzyny nie ubliżała ani zwyciężonym ani zwycięztwu.
Gdy zgiełk sprawiony przez przybycie Katarzyny uspokoił się nieco, Askanio przypomniał sobie o powodzie, jaki sprowadził studenta tak w porę, ażeby im dopomógł i obracając się do Benvenuta:
— Mistrzu — rzekł — oto mój znajomy Jakób Aubry, z którym miałem zagrać dziś partyę w piłkę. Dalibóg, nie jestem bynajmniej zdolny być jego przeciwnikiem. Lecz tak nam dzielnie dopomógł, że śmiem prosić abyś mnie zastąpił.
— Z całego serca — rzekł Benvenuto, tylko uprzedzam cię, abyś się trzymał dobrze, panie Jakubie Aubry.
— Postaramy się o to, panie Cellini.
— Lecz ponieważ potem będziemy wieczerzać, trzeba ci wiedzieć, że zwycięzca będzie musiał wypić przy kolacyi dwie butelki więcej, niż zwyciężony.
— Co ma znaczyć, że wyniosą mnie od was na pół żywego, panie Benvenuto, Niech żyje — wesołość, to lubię. A! do dyabła! a Simonna czeka na mnie! Ba! tem gorzej dla niej; czekałem ja także przeszłej niedzieli, dziś na nią kolej.
I biorąc piłkę obaj udali się do ogrodu.




ROZDZIAŁ XI.
PUCHACZE, SROKI I SŁOWIKI.



Ponieważ byłto dzień niedzielny, Benvenuto zagrawszy w piłkę, nic więcej nie robił, zjadł wieczerzę i obejrzał swoją nową własność; lecz zaraz nazajutrz rozpoczęły się przenosiny, które dzięki pomocy swoich dziewięciu uczni, we dwa dni ukończył.
Trzeciego dnia Benvenuto wziął się do pracy tak spokojnie, jak gdyby nic się nie przytrafiło.
Prewot uczuł się już zupełnie zwyciężonym, gdy się dowiedział, że pracownia Benvenuta, jego robotnicy i narzędzia, wszystko już było przeniesione do wielkiego Nesle, znowu wpadł w wściekłość i zaczął przemyśliwać o zemście.
Był tem właśnie najmocniej zajęty, gdy wicehrabia de Marmagne przybył do niego rano trzeciego dnia, to jest we środę.
Marmagne nie odmawiał sobie tryumfu próżności, jaki ludzie głupi i podli lubią, odnosić nad nieszczęściami swoich znajomych.
— A cóż! — rzekł — wszak ci mówiłem kochany prewocie.
— A! to ty wicehrabio. Dzień dobry — odpowiedział d’Estourville.
— No, czy miałem słuszność, hę?
— Niestety! tak. Jakże się masz?
— Nie mam sobie przynajmniej nic do wyrzucenia w tej przeklętej sprawie, uprzedzałem cię.
— Czy król powrócił do Luwru?
— „Bajeczka! — mówiłeś — „rzemieślnik, awanturnik, nic mi nie zrobi!” Przekonałeś się mój biedny przyjacielu...
— Pytam się ciebie, czy król powrócił z Fontainebleau?
— Tak i żałował bardzo, że go nie było w niedzielę w Paryżu i że nie mógł z jednej ze swoich wież w Luwrze, być świadkiem zwycięztwa odniesionego przez jego złotnika nad prewotem.
— Cóż mówią u dworu?
— Mówią, że zostałeś zupełnie pokonany.
— Hum! hum! — mruknął prewot, którego ta urywkowa rozmowa zaczynała niecierpliwić.
— A więc, pobił cię zupełnie? — mówił dalej Marmagne.
— Ależ...
— Zabił ci dwóch ludzi, nieprawdaż?
— Jeżeli chcesz ich zastąpić, mam na twoje usługi dwóch dzielnych włochów, doświadczonych zawadyaków; każą sobie zapłacić dosyć drogo, lecz za to są ludzie pewni. Gdybyś był ich miał, może wszystko inaczej byłoby poszło.
— Zobaczymy; nie odmawiam zupełnie. Jeżeli nie dla mnie, to dla mojego zięcia hrabiego d’Orbec.
— Jednakże, cokolwiek bądź mówią, nigdy nie mogłem uwierzyć, aby ten Benvenuto osobiście cię pokonał?
— Kto to mówił?
— Wszyscy. Jedni oburzają się tak jak ja, inni się śmieją, jak król.
— Dosyć, nie skończysz widzę.
— Bo też niepotrzebnie wdałeś się w zatargi z tym hultajem, i o co? o rzecz tak błahą. Gdyby szło o kochankę, pozwalam, mógłbyś w ostateczności dobyć szpady przeciwko podobnemu człowiekowi, lecz o mieszkanie...
— Pałac Nesle jest książęcem mieszkaniem.
— Prawda, lecz dla książęcego mieszkania wystawić się na podobne obejście!!
— Przyszła mi pewna myśl, Marmagne — rzekł prewot przywiedziony do ostateczności. — Tak mi sprzyjasz, że ja także z kolei chcę ci uczynić usługę przyjacielską i cieszę się niezmiernie, że mam właśnie do tego sposobność. Jak na szlachcica i sekretarza królewskiego, mieszkasz bardze licho, kochany wicehrabio. Niedawno prosiłem księżnę d’Etampes, która jak wiesz niczego mi nie odmawia, o mieszkanie dla jednego z moich przyjaciół w którymkolwiek z pałaców królewskich, podług jego wyboru. Nie bez trudności otrzymałem to, lecz właśnie mój protegowany przymuszony był wyjechać za interesami do Hiszpanii. Mam więc do mojego rozporządzenia przywilej królewski na to mieszkanie. Nie mogę sam z niego korzystać, czy chcesz go? Szczęśliwy będę mogąc ci zawdzięczyć tym sposobem twoję uczynność i przyjaźń szczerą.
— Kochany d’Estourville, jakąż mi uczynisz przysługę! Istotnie, bardzo źle mieszkam i nieraz już użalałem się o to przed królem.
— Kładę jeden warunek.
— Jaki?
— Że ponieważ wolno ci wybierać pomiędzy pałacami królewskiemi, wybierzesz...
— Dokończ.
— Pałac Nesle.
— A! a! wstydź się tak żartować.
— Bynajmniej, i dla przekonania cię, oto przywilej podpisany własnoręcznie przez Jego królewską mość, z próżnem miejscem na umieszczenie kandydata i nazwiska pałacu. Piszę więc pałac wielki Nesle i pozostawiam ci wolność wpisania czyjego zechcesz nazwiska.
— Lecz ten przeklęty Benvenuto?
— Nie ma się wcale na ostrożności, będąc zaspokojonym przez układ podpisany przez nas obu. Ten kto zechce wejść, znajdzie drzwi otworem, a jeżeli wejdzie w niedzielę, znajdzie sale próżne. Zresztą nie idzie o wypędzenie Benvenuta, lecz o podzielenie z nim wielkiego Nesle, który dosyć jest obszerny na pomieszczenie trzech lub czterech rodzin.
— Piszę więc moje nazwisko i tytuł na tym przywileju. Widzisz?
— Jednak bądź ostrożny, gdyż Benvenuto straszniejszy może niż sądzisz.
— Dobrze! zatrzymam moich dwóch zuchów i podejdziemy go w niedzielę.
— Jakto! wdasz się z takim hultajem dla tak błahej rzeczy
— Zwycięzca ma zawsze słuszność, a potem pomszczę przyjaciela.
— A więc, życzę szczęścia, wszak uprzedziłem cię Marmagne.
— Podwójnie zatem ci dziękuję, raz za podarunek, powtóre za radę.
Marmagne zachwycony, włożył przywilej do kieszeni i wyszedł spiesznie w celu zatrzymania swoich dwóch najemnych żołnierzy.
— Wybornie — rzekł zacierając ręce i prowadząc za nim oczyma pan d’Estourville. Jedno z dwojga: albo ty mnie pomścisz za zwycięztwo Benvenuta, albo Benvenuto za twoje przycinki; w każdym razie skorzystam. Niech się biją między sobą, niech się zabijają, ja będę przyklaskiwał za każdym ciosem, gdyż każdy sprawi mi rozkosz.
Podczas gdy nienawiść prewota zagraża mieszkańcom wielkiego Nesle, przebądźmy Sekwanę i zobaczmy w jakiem usposobieniu oczekują tam jej skutków.
Benvenuto spokojny i zaufany w sobie, wziął się jak powiedzieliśmy do pracy, nie domyślając się ani obawiając urazy pana d’Estourville.
Oto jak czas przepędzał: wstawał równo z dniem i udawał się do małego samotnego pokoju, który odkrył po nad ludwisarnią a którego okno wychodziło ukośnie na taras małego Nesle.
Tam modelował małą statuę Heby.
Po obiedzie, to jest o pierwszej godzinie udawał się do pracowni, gdzie tworzył model Jowisza; wieczorem dla rozerwania się, grał partyę w piłkę, lub przechadzał się. Co do Askania, któremu rana nie pozwalała jeszcze oddawać się pracy, pomimo czynnego umysłu, nie nudził się on, marzył...
Katarzyna, której daleko lepiej podobał się wielki Nesle niż pałac kardynała Ferrare, przez cały dzień kręciła się, paplała i śpiewała.
Gdybyśmy teraz zechcieli ujrzeć mieszkańców drugiej części pałacu i weszli do małego Nesle, ujrzelibyśmy tam naprzód w swoim pokoju, Blankę zamyśloną podobnie jak Askanio, lecz niech nam przebaczonem będzie, że teraz nic więcej powiedzieć nie możemy; tyle tylko dodamy, że marzenia Askania są różowego koloru, Blanki zaś posępne jak noc.
A potem, właśnie pani Perrine wychodzi po zwykłe sprawunki i musimy jeżeli pozwolicie, udać się za nią na chwilę.
Oddawna już, zdaje się, straciliśmy z oczu zacną ochmistrzynię, która nie będąc z natury bardzo odważną, podczas niebezpiecznych zajść które opisaliśmy, dobrowolnie usunęła się na stronę i zostawała w ukryciu; lecz gdy pokój zakwitł na nowo wzięła się do swoich zwykłych zatrudnień, przyczem powrócił jej dobry humor, jej chętka do gawędki i ciekawość kobieca.
Pani Perrine wychodząc po sprawunki, zmuszoną była przechodzić przez dziedziniec wspólny obu posiadłościom, gdyż nowe drzwi małego Nesle nie były jeszcze zrobione.
Szczególniejszym trafem, Ruperta, stara służąca Celliniego, wychodziła właśnie w tejże samej chwili zakupić żywność na obiad.
Te dwie szanowne osoby zbyt były godne jedna drugiej, aby miały naśladować nieprzyjaźń swoich panów.
Wyszły więc razem w najlepszej zgodzie, a ponieważ przy rozmowie droga o połowę wydaje się krótszą, zaczęły więc rozmawiać.
Ruperta zaczęła, wypytując się pani Perrine o ceny żywności i nazwiska kupców tego cyrkułu; potem przeszły do przedmiotów rozmowy poufalszych i ciekawszych.
— Wasz pan jest więc taki straszny człowiek? — zapytała pani Perrine.
— On! zazwyczaj jest słodki jak baranek; chyba gdy mu się kto sprzeciwia, o! wtedy muszę przyznać, że ciężka z nim sprawa; lubi bardzo ażeby to robiono co on chce. To jest jego mania, i gdy co sobie ułoży w swojej głowie, nikt w świecie mu tego nie wyperswaduje; zresztą można go prowadzić jak dziecko, okazując mu posłuszeństwo i nawet bardzo ma przyjemną mowę. Trzeba go słyszeć jak mówi do mnie: „Pani Ruperto, ta polędwica doskonale upieczona, albo: pani Ruperto, wybornie przyprawiłaś sałatę, uważam cię za perłę wszystkich gospodyń,” i to wszystko z taką uprzejmością, że aż słuchać miło.
— Zapewne! Lecz powiadają, że zabija ludzi.
— O! tak, gdy mu kto w czem zawini, gotów jest zabić go. Jestto zwyczaj w jego rodzinnym kraju; lecz tylko wtenczas, gdy go zaczepiają i jedynie dla, swojej obrony. Zresztą jest bardzo wesoły i przyjemny.
— Nie widziałam go nigdy. Podobno ma rude włosy?
— Bynajmniej. Czarne jak pani i ja, to jest jak ja miałam. A! nie widziałaś go pani nigdy! przyjdź więc do mnie zniechcenia niby co pożyczyć, to ci go pokażę. Jest bardzo przystojny i byłby z niego dzielny żołnierz.
— Ale, ale, a ten piękny młodzieniec jak się ma dzisiaj? Wiesz ten młody uczeń przystojny, co to otrzymał okropne pchnięcie szpadą dla ocalenia pana prewota?
— Askanio! Więc go pani znasz?
— Czy go znam? Przyrzekł mojej pani i mnie, że pokaże nam swoje klejnoty. Przypomnij mu to pani z łaski swojej. Lecz nie dowiedziałam się jeszcze nic o nim, a Blanka będzie tak kontenta, skoro usłyszy, że zbawca jej ojca wyszedł! już z niebezpieczeństwa.
— O! możesz jej pani powiedzieć, że się ma bardzo dobrze. Wstał nawet przed chwilą. Chirurg zabronił mu wprawdzie wychodzić z pokoju, a jednak bardzoby mu było zdrowo użyć nieco świeżego powietrza. Lecz po tem gorącem słońcu niepodobna. Wasz ogród w wielkim Nesle jest prawdziwą pustynią. Ani kawałka cieniu, pokrzywy i oset za całe warzywo, a cztery lub pięć drzew bez liści za cały spacer. Obszerne to, ale nie bardzo powabne. Nasz pan pociesza się grą w piłkę; lecz mój biedny Askanio, który nie jest w stanie rzucić piłki, musi się nudzić śmiertelnie, a zwłaszcza, że jest żywy, ten kochany chłopiec. Mówię tak o nim dużo, bo to mój faworyt, zawsze grzeczny dla osób w wieku. To nie tak jak ten niedźwiedź Pagolo, albo ten trzpiot Katarzyna.
— Mówisz więc, że biedny chłopiec...
— Umiera z nudów, widząc się przez cały dzień przykutym do krzesła.
— A więc, rzekła litościwa pani Perrine, powiedz temu biednemu młodzieńcowi, ażeby przyszedł do małego Nesle, gdzie jest tak piękny cień. Otworzę mu chętnie drzwi, chociaż pan prewot surowo tego zabronił. Ale dla przysłużenia się jego zbawcy, cnotą będzie okazać się nieposłuszną; a potem mówisz pani o nudach? my także z nich usychamy. Piękny uczeń rozerwie nas, będzie nam opowiadał o Włoszech swoim rodzinnym kraju, pokaże nam naszyjniki i fermoary, będzie rozmawiał z Blanką. Młodzi ludzie zwykle lubią widywać się, paplać z sobą, a w samotności to usycha biedactwo. A więc, rzecz już ułożona; powiedz mu, że może przyjść przechadzać się kiedy tylko zechce, byleby tylko przybył sam, to jest rozumie się z tobą pani Ruperto. Zapukacie cztery razy; pierwsze trzy słabo, ostatni zaś mocniej a zaraz wam otworzę.
— Dziękuję za Askania i za siebie; nie zaniedbam uwiadomić go o waszej grzeczności i wiem, że pośpieszy z niej korzystać.
— Cieszą się z tego pani Ruperto.
— Do zobaczenia, pani Perrine! Jestem zachwycona, że poznałam osobę tak przyjemną.
— Ja to samo, pani Ruperto.
Dwie matrony oddały sobie głębokie ukłony i rozłączyły się zadowolone jedna z drugiej.
Ogrody gmachu Nesle, były w istocie jak powiedziała Ruperta, rzadkie i nędzne z jednej strony, świeże i cieniste z drugiej.
Wątpliwość czy zostanie na zawsze przy swojej własności, oraz skąpstwo prewota, zostawiło w zaniedbaniu ogród wielkiego Nesle, którego utrzymanie zbyt by drogo kosztowało, a który może byłby potem zmuszony zostawić swojemu następcy.
Obecność jedynie córki w małym Nesle skłoniła go, że pozostawił w nim gaiki i szpalery, jedyną rozrywkę jaka pozostała biednemu dziewczęciu.
Raimbaut i jego dwóch pomocników, wystarczali do utrzymywania a nawet upiększania ogrodu Blanki.
Bardzo dobrze był zasadzony i podzielony.
W głębi ogród warzywny, królestwo pani Perine; dalej wzdłuż murów wielkiego Nesle, kwatery, w których Blanka uprawiała kwiaty i które pani Perrine nazywała „Ulicą Poranną,” gdyż promienie wschodzącego słońca padały na nią i zwykle o wschodzie słońca Blanka polewała tam stokrotki i róże.
Dodajemy także, że z pokoju położonego nad ludwisarnią w wielkim Nesle, można było nie będąc widzianym, nie stracić ani jednego poruszenia pięknej ogrodniczki.
Była tam jeszcze, podług geograficznego podziału pani Perrine, „Alea Południowa, ” kończąca się gaikiem, w którym Blanka lubiła czytywać lub haftować podczas upału dziennego.
W drugim końcu ogrodu, „Ulica Wieczorna” wysadzona potrójnym rzędem lip, udzielających rozkosznej świeżości, gdzie Blanka zwykła była przechadzać się po kolacyi.
Tę to ostatnią ulicę, dobra pani Perrine uznała za najstosowniejszą do przyśpieszenia wyzdrowienia ranionego Askania.
Z tem wszystkiem nie wyjawiła wcale przed Blanką swoich litościwych zamiarów.
Blanka zbyt powolna rozkazom ojcowskim, odmówiłaby może udziału w nieposłuszeństwie swojej ochmistrzyni.
A coby wtedy pomyślała pani Rupertą o władzy i znaczeniu swojej sąsiadki?
Nie, ponieważ tyle już postąpiła, może nieco za lekkomyślnie, trzeba było dopiąć swego.
Łatwo jej to można wybaczyć, gdy wspomniemy, że od rana do wieczora nie miała innego towarzystwa oprócz Blanki, która najczęściej pogrążona w zamyśleniu, nie odpowiadała nawet na jej zapytania.
Można sobie wyobrazić uniesienie Askania, jak szczerze błogosławił Rupertę, gdy się dowiedział, że jego raj był dla niego otwarty.
Chciał natychmiast korzystać ze szczęścia i zaledwie Rupertą zdołała przekonać go, że powinien był zaczekać przynajmniej do wieczora.
Był zresztą tego przekonania, że Blanka upoważniła panią Perrine do tego kroku; ta myśl przyprowadziła go do szalonej radości.
Z jakąż przeto niecierpliwością, połączoną z niejakim przestrachem, liczył wolno płynące godziny.
Nakoniec piąta wybiła. Robotnicy odeszli, Celliniego od samego południa nie było w pracowni, mniemano, że się udał do Luwru.
Wtedy Ruperta rzekła uroczyście do ucznia, który spoglądał na nią w sposób, w jaki oddawna nikt na nią nie potrzał:
— Teraz ponieważ czas już nadszedł, chodź ze mną młodzieńcze.
I przeszedłszy dziedziniec z Askaniem, zapukała po cztery kroć do drzwi małego Nesle.
— Nie wspominaj nic o tem mistrzowi, moja dobra Ruperto — rzekł Askanio, który wiedział, że Cellini jest szydercą i niedowiarkiem w miłości i który nie chciał aby jego czyste uczucie sprofanowane być miało przez żarciki.
Ruperta miała się zapytać o powód tajemnicy, która jej zawsze ciążyła, gdy drzwi otworzyły się i pani Perrine ukazała się.
— Wejdź piękny kawalerze — rzekła. — Jakże się masz? Bladość jest ci do twarzy. Wejdź także pani Ruperto; udaj się w ulicę na lewo, młodzieńcze. Blanka zejdzie do ogrodu, jestto zwykła godzina jej przechadzki; starajcie się abym nie była zbyt łajaną, za to, żem was tu wprowadziła.
— Jakto! — zawołał Askanio — więc panna Blanka nie wie...
— A! tak właśnie! Czy zgodziłaby się okazać nieposłuszną swojemu ojcu? Wychowałam ją w takich zasadach. Ja sama wzięłam na siebie całą odpowiedzialność. Ale trudno; nie można zawsze żyć jak w klasztorze. Raimbaut nie będzie nic widział, a jeżeli zobaczy, mam sposób zmuszenia go do milczenia a w najgorszym razie, nieraz już wytrzymałam burzę przeciw panu prewotowi.
Gdy była mowa o jej panu, pani Perrine bardzo była rozmowną, lecz sama Ruperta słuchała tylko jej opowiadania. Askanio słuchał tylko bicia serca swojego.
Jednak usłyszał słowa, które pani Perrine wyrzekła doń oddalając się: — Oto ulica, w której Blanka przechadza się co wieczór i gdzie przyjdzie bezwątpienia. Widzisz mój ładny pacyencie, że słońce cię tu nie dosięgnie.
Askanio uczynił znak podziękowania, postąpił kilka kroków i znowu pogrążył się w marzeniach oczekiwania, pełnego niepokoju i niecierpliwości.
Jednak usłyszał znowu te słowa, które pani Perrine mówiła przechodząc do pani Ruperty;
— Oto ulubiona ławka Blanki.
I dozwalając dwom kobietom przechadzać się do woli i rozmawiać z sobą, usiadł zwolna nie mówiąc słowa na tej poświęconej ławce.
Do czego zmierzał? czego się spodziewał? sam tego nie wiedział. Szukał widoku Blanki, ponieważ była młoda i piękna, i on był młody i piękny.
Zbliżyć się do niej było jedyną myślą jaka go zajmowała, resztę pozostawił Boskiej Opatrzności; a raczej nie przewidywał tak daleko.
W miłości nie ma jutra.
Blanka ze swej strony, nieraz myślała pomimowoli o młodym cudzoziemcu, który ukazał jej się w samotności jak Gabryel Maryi. Ujrzeć go znowu, było od pierwszego dnia tajemnem życzeniem tego dziecięcia nieznającego dotąd żadnego uczucia. Lecz pozostawiona przez nieprzewidującego ojca pod strażą własnego rozsądku, zbyt była wspaniałomyślną, ażeby nie przestrzegać względem samej siebie tej surowości, od której szlachetne dusze nie sądzą się wolnemi, aż gdy widzą ścieśnioną swoją swobodę.
Odważnie przeto oddalała z myśli wspomnienie Askania, lecz to wspomnienie przebywało potrójną zaporę wzniesioną przez Blankę około serca, łatwiej aniżeli sam Askanio przebył mury wielkiego Nesle. Przeto te trzy lub cztery dni, które ubiegły, Blanka przepędziła w najsprzeczniejszych uczuciach; była to niespokojność czy nie zobaczy już Askania, połączona z obawą ujrzenia go przed sobą.
Jedyną jej pociechą było marzyć podczas pracy lub przechadzek; skoro ustawał upał dzienny, udawała się do tej świeżej i pełnej cienia alei, której pani Perrine nadała poetyczne miano „alei Wieczornej”, i tam, siedząc na ławce, na której usiadł Askanio, pozostawała tak aż do ciemnej nocy, słuchając tylko własnych myśli i odpowiadając na nie, aż dopóki pani Perrine nie przyszła uwiadomić ją, że już czas powrócić do domu.
Przeto o zwykłej godzinie młodzieniec ujrzał nagle na zakręcie alei, w której znajdował się, nadchodzącą Blankę z książką w ręku.
Czytała Żywoty Świętych, niebezpieczny romans wiary i miłości, który przysposabia może do srogich cierpień życia, lecz nie do zimnej rzeczywistości świata.
Blanka nie spostrzegła zrazu Askania, lecz ujrzawszy kobietę nieznajomą obok pani Perrine, uczyniła znak podziwienia. W tej stanowczej chwili pani Perrine jak odważny generał, rzuciła się śmiało przeciw jej zapytaniu.
— Kochana Blanko — rzekła — wiem, że jesteś tak dobra, iż w twojem imieniu pozwoliłam przybyć dla użycia świeżego powietrza biednemu młodzieńcowi, który został raniony ocalając twojego ojca. Wiesz, że niema cieniu w wielkim Nesle, a chirurg ręczył za życie tego młodzieńca tylko w razie, gdy będzie codziennie przez godzinę“ używał przechadzki.
Podczas gdy zacna ochmistrzyni ogłaszała to dobroczynne lecz grube kłamstwo, Blanka zdaleka rzuciła oczyma na Askania i żywa czerwoność pokryła jej lica.
Co do młodzieńca, ten ujrzawszy Blankę zbliżającą się ku niemu, zaledwie miał siłę podnieść się.
— Nie odemnie to potrzeba było pozwolenia pani Perrine — rzekła nakoniec młoda dziewczyna — lecz od mojego ojca.
Mówiąc to głosem smutnym lecz stanowczym, Blanka zbliżyła się aż do kamiennej ławki, na której siedział Askanio. Ten usłyszał ją i składając ręce:
— Przebacz pani — rzekł — sądziłem... spodziewałem się, że ty zezwoliłaś na uczynność pani Perrine, lecz skoro tak nie jest, mówił dalej z łagodnością połączoną z dumą, błagam cię o przebaczenie za moję mimowolną śmiałość i oddalam się.
— Ale ja tego nie mówię — odrzekła żywo wzruszona Blanka — nie jestem tu panią. Zostań pan jednak na dziś przynajmniej, chociażby zakaz mojego ojca rozciągał się do tego, który go ocalił; zostań pan, chociażby dla tego, aby przyjąć moje podziękowania.
— O pani — rzekł Askanio — ja to dziękuję ci z głębi serca. Lecz pozostając, czy nie przeszkodzę twojej przechadzce? Może miejsce, w którem się znajduję, jest źle wybrane?
— Bynajmniej — odrzekła Blanka siadając machinalnie na drugim końcu kamiennej ławki i nieuważając tego w swojem pomieszaniu.
W tej chwili pani Perrine, która stała opodal i ani się ruszyła podczas nagany Blanki, zakłopotana nakoniec położeniem i milczeniem swojej młodej pani, wzięła pod rękę panią Rupertę i oddaliła się z nią razem.
Dwoje młodych ludzi zostało sam na sam.
Blanka miała oczy zwrócone na książkę, i Die spostrzegła zrazu odejścia ochmistrzyni, a jednak nie czytała, gdyż miała jakby obłok przed oczyma.
Była jeszcze mocno pomieszana i zaledwie zdołała instynktowo powściągnąć wzruszenie i wstrzymać przyspieszone bicie serca.
Askanio także stracił głowę i doznał naprzód boleści tak żywej, widząc że Blanka chciała go oddalić, potem radości tak szalonej gdy zdawało mu się, że dojrzał pomięszanie swojej kochanki, że wszystkie te gwałtowne wzruszenia, w stanie osłabienia w jakiem się znajdował, były mu zarazem bolesne i wprawiały go w uniesienie.
Był jakby zemdlony a jednak myśli cisnęły mu się do głowy z szybkością zadziwiającą.
— Pogardza mną! Kocha mnie! — mówił do siebie kolejno.
Spoglądał na Blankę, milczącą i nieruchomą, i łzy których nie czuł, toczyły się po jego policzkach.
Jednak, po nad ich głowami ptaszek śpiewał pomiędzy gałęźmi.
Wiatr zaledwie poruszał liśćmi.
W kościele Augustyanów, „Anioł Pański” rozlegał się dźwięcznie w powietrzu.
Nigdy wieczór lipcowy nie był tak pogodny i spokojny.
Była to jedna z tych chwil uroczystych, w których dusza dostaje się w nową sferę, które zawierają dwadzieścia lat w jednej minucie i których wspomnienie trwa przez życie całe.
Tych dwoje pięknych dzieci, stworzonych prawie jedno dla drugiego i które oddawna do siebie należały, potrzebowało tylko podać sobie ręce dla złączenia się, a zdawało się, że była pomiędzy niemi przepaść, która ich rozdzielała.
Po kilku chwilach Blanka podniosła głowę.
— Płaczesz pan — zawołała głosem mocniejszym niż jej wola.
— Nie płaczę — odpowiedział Askanio upadając na ławkę, lecz niosąc ręce do twarzy, odjął je zwilżone łzami. Prawda — rzekł — płaczę.
— I czego? co ci jest? Przywołam kogo. Czy cierpisz?
— Cierpię z powodu jednej myśli.
— Jakiej?
— Myślę, że lepiej by może było dla mnie gdybym był umarł owego dnia.
— Umrzeć! Ileż lat masz panie, że mówisz o śmierci?
— Dziewiętnaście, lecz wiek nieszczęścia powinienby być wiekiem śmierci!
— A nie żalby ci było rodziców, coby zapłakali! — mówiła dalej Blanka, chcąc pomimowoli przeniknąć przeszłość tego życia, którego przyszłość, jak przeczuwała, niejako do niej miała należeć.
— Nie mam ani ojca, ani matki i nikt nie płakałby po mnie, chyba mój mistrz Benvenuto.
— Biedny sierota!
— Dobrze pani mówisz, sierota! Mój ojciec nie kochał mnie nigdy, matkę utraciłem mając lat dziesięć, gdy zaczynałem pojmować jej miłość i odpłacać jej wzajemnością. Mój ojciec!... Lecz po cóż mówię ci o tem pani, cóż cię mogą obchodzić moi rodzice!...
— O! przeciwnie, mów Askanio.
— Wielki Boże! pamiętasz moje nazwisko!
— Mów dalej — rzekła Blanka z cicha, ukrywając rumieniec w obu dłoniach.
— Mój ojciec był złotnikiem; matka także córką złotnika florenckiego, nazwiskiem Rafael del Moro, pochodzącego z szlacheckiej rodziny, gdyż we Włoszech w naszych rzeczpospolitych, praca nie hańbi i ujrzałabyś pani nie jedno starożytne i świetne nazwisko na szyldzie sklepu. Rafael del Moro, będąc ubogim, wydał córkę Stefanę pomimo jej woli za joednego ze swoich kolegów, będącego prawie w równym z nim wieku, lecz bardzo bogatego. Niestety! moja matka i Benvenuto Cellini kochali się, lecz oboje nie mieli majątku. Benvenuto przebiegał świat dla pozyskania imienia i zarobienia złota. Był daleko; nie mógł sprzeciwić się temu związkowi. Gismondi Gaddi, to było nazwisko mojego ojca, chociaż nigdy się nie dowiedział, że Stefana kochała innego, zaczął niestety! nienawidzieć żonę za to, że kochać go nie mogła. O! bo byłto człowiek gwałtowny i zazdrośny, mój ojciec. Niech mi przebaczy, że go oskarżam, lecz sprawiedliwość dzieci dobrą ma pamięć. Często bardzo moja matka przeciwko jego brutalstwu szukała przy mojej kolebce schronienia, które nie zawsze szanował. Niekiedy bił ją (przebacz mu, o mój Boże!) gdy trzymała mię na ręku, a za każdem uderzeniem, aby je mniej czuć, moja matka całowała mnie. O! przypominam sobie jednocześnie, przez podwójne uczucie mojego serca, razy które odbierała moja matka i pocałowania, któremi mnie okrywała.
— Bóg, który jest sprawiedliwy — dotknął mojego ojca w tem co miał najdroższego na świecie — w jego bogactwie. Kilka bankructw przyprawiło go o utratę całego prawie majątku. Umarł z boleści, widząc się ubogim, a matka moja, w kilka dni potem, umarła także, gdyż sądziła, że przestała by6ć kochaną.
Zostałem sam na świecie.
Wierzyciele mojego ojca zajęli wszystko co pozostawił, a szukając wszędzie, aby nie zapomnieli czego, nie widzieli małego płaczącego dziecka.
Dawna służąca moich rodziców żywiła mię przez dwa dni z miłosierdzia, lecz staruszka ta żyła sama z litości innych i nie miała za wiele chleba dla siebie samej.
W parę dni potem, gdy myślała nad tem co ze mną ma zrobić, jakiś człowiek okryty kurzem wszedł do jej mieszkania, wziął mnie w swoje objęcia, uściskał z płaczem, i dawszy nieco pieniędzy dobrej staruszce, zabrał mnie z sobą.
Byłto Cellini, który przybył z Rzymu umyślnie po mnie do Florencyi.
Pokochał mię, nauczył swojej sztuki, zatrzymał przy sobie, i jak mówiłem, on jeden płakałby po mojej śmierci.
Blanka słuchała z pochyloną głową i ściśniętem sercem historyi tego młodzieńca, która co do sieroctwa, była jej historyą, a co do życia tej biednej matki, będzie może kiedyś jej życiem, gdyż, i ona także miała zaślubić z przymusu człowieka, który ją może nienawidzieć, ponieważ go nie będzie kochała.
— Niesprawiedliwym jesteś względem Boga — rzekła do Askania — ktoś przynajmniej, twój dobry nauczyciel kocha cię; znałeś przecie swoję matkę! gdy ja, nie mogę przypomnieć sobie pieszczot mojej; umarła wydając mnie na świat.Wychowana byłam przez siostrę mojego ojca, przykrą i nieznośną; a jednak płakałam bardzo utraciwszy ją przed dwoma laty, gdyż w braku innego uczucia przywiązałam się do tej kobiety, jak bluszcz do skały. Od dwóch lat mieszkam w tym pałacu z panią Perrine i pomimo mojej samotności, chociaż mój ojciec rzadko kiedy mnie tu nawiedza, te dwa lata były i będą... najszczęśliwszą epoką mojego życia.
— Wiele cierpiałaś pani, to prawda — rzekł Askanio — lecz jeżeli przeszłość była bolesną, dla czego wątpisz o przyszłości? Twoja jest świetną. Jesteś pani możną, bogatą i piękną, a cień twoich młodych lat, w tym większym blasku wystawi resztę twojego życia.
Blanka wstrząsnęła smutnie głową.
— O! moja matko! moja matko! — szepnęła.




ROZDZIAŁ XII.
(Dalszy ciąg poprzedzającego).



Tymczasem Askanio spoglądał na Blankę z nieopisaną czułością.
Blanka zaś dozwalała patrzeć na siebie z anielską ufnością.
Z założonemi rękoma i głosem jakim musiał modlić się do Boga, młodzieniec odezwał się do dziewicy:
— Posłuchaj mnie Blanko, jeżeli pragniesz czego, jeżeli grozi ci jakie nieszczęście, a czas jeszcze spełnić twoje życzenia i odwrócić je choćby poświęceniem wszystkiej krwi mojej, rzeknij słówko Blanko, jak gdybyś mówiła do brata, a będę najszczęśliwszym.
— Dziękuję ci! — rzekła Blanka — na jedno moje słowo, naraziłeś się już raz szlachetnie, wiem o tem; lecz tą razą Bóg tylko sam może mnie ocalić.
Nie miała czasu powiedzieć więcej; pani Ruperta z panią Perrine zatrzymały się w tej chwili przed niemi.
Dwie kobiety skorzystały podobnież z czasu jak dwoje kochanków i związały się już ścisłą przyjaźnią, opartą na wzajemnej sympatyi.
Pani Perrine nauczyła panią Rupertę lekarstwa na odmrożenie; pani Ruperta zaś, ażeby nie zostać dłużną, odkryła pani Perrine sekret przechowywania śliwek.
Łatwo pojąć, że odtąd ich przyjaźń była nierozerwalną, i że postanowiły widywać się bez względu na przeszkody.
— I cóż! Blanko — rzekła pani Perrine zbliżając się do ławki, czy się jeszcze gniewasz na mnie? Czy nie byłoby wstydem, powiedz, odmawiać wejścia do domu temu, bez pomocy którego dom ten nie miałby już pana? czyż nie idzie wreszcie o wyleczenie tego młodzieńca z rany, którą otrzymał dla nas? I patrz, pani Ruperto, czy nie lepiej teraz wygląda i nie mniej jest blady, niż wówczas gdy tu wchodził?
— To prawda — potwierdziła pani Ruperta, nigdy będąc zdrowym nie miał piękniejszych rumieńców.
— Zastanów się, Blanko — mówiła dalej pani Perrine, że byłoby zbrodnią nie dopuścić wyleczenia tak dobrze zaczętego. Dobry koniec dzida, usprawiedliwia środki ku niemu powzięte. Pozwalasz mu więc, spodziewam się, przyjść jutro zmrokiem? Dla ciebie samej będzie to rozrywką, moje dziecię, rozrywką bardzo niewinną; powiem nawet prawdę, że potrzebujesz roztargnienia, Blanko. A któż tam doniesie panu prewotowi, że złagodzono nieco surowość jego rozkazów? Zresztą, przed jego rozkazem zezwoliłaś ażeby Askanio przyniósł ci na pokazanie klejnoty, a ponieważ zapomniał ich dzisiaj, musi je przynieść jutro.
Blanka spojrzała na Askania: zbladł i z udręczeniem oczekiwał jej odpowiedzi.
Biednej młodej dziewczynie trzymanej jak w niewoli i traktowanej surowo, ta pokora niezmiernie pochlebiała.
Był więc ktoś na świecie zależący od niej i którego szczęście lub smutek jednem sprowadzała słowem! Każdy lubi mieć władzę.
Zuchwałe obejście hrabiego d’Orbec, świeżo poniżyło Blankę.
Biedna niewolnica! przebaczcie jej, nie mogła się oprzeć chęci ujrzenia promienia radości, błyszczącego w oczach Askania, rzekła też rumieniąc się i uśmiechając:
— Pani Perrine, przekonałaś mnie, niech tak będzie.
Askanio chciał mówić, lecz zdołał tylko złożyć ręce z uniesieniem; kolana uginały się pod nim.
— Dziękuję ci, piękna damo — rzekła Ruperta z głębokim ukłonem. No, Askanio, jesteś słaby jeszcze, czas już wracać. Podaj mi rękę i idźmy.
Młodzieniec znalazł zaledwie moc wyrzeczenia pożegnania i podziękowania; brak słów wynagrodził spojrzeniem, w którem umieścił całą swoją duszę, i powolny jak dziecko, poszedł za służącą z sercem przepełnionem radością.
Blanka upadła na ławkę zamyślona i przejęta upojeniem, które sobie wyrzucała i do którego nie była przyzwyczajona.
— Do jutra! — rzekła z tryumfującą miną pani Perrine żegnając swoich gości, odprowadzając ich, będziesz mógł, jeżeli zechcesz młodzieńczo, bywać tak codziennie przez trzy miesiące.
— Dlaczego tylko przez trzy miesiące? — zapytał Askanio, który marzył, że to będzie trwać wiecznie.
— Ponieważ za trzy miesiące — rzekła Perrine — Blanka idzie za mąż za hrabiego d’Orbec.
Askanio potrzebował całej siły swojej woli ażeby nie upaść.
— Blanka zaślubia hrabiego d’Orbec! — poszepnął. O! mój Boże! mój Boże! więc omyliłem się! Blanka mnie nie kocha!
Lecz ponieważ w tej chwili pani Perrine zamykała za nim drzwi, a pani Ruperta szła przodem; ani jedna więc ani druga nie usłyszała co mówił.




ROZDZIAŁ XIII.
WŁADCZYNI KRÓLA.



Powiedzieliśmy, że Benvenuto wyszedł około godziny jedenastej rano z swojej pracowni, nie mówiąc gdzie się udawał.
My wszakże wiemy, że poszedł do Luwru oddać Franciszkowi I-mu wizytę, jaką Jego królewska mość zaszczycił go w pałacu kardynała Ferrare.
Król dotrzymał słowa.
Nazwisko Benvenuta Cellini było zapowiedziane służbie i wszystkie drzwi otwierały się przed nim; jednak ostatnie, to jest prowadzące do sali obrad, znalazł zamknięte.
Franciszek I-szy roztrząsał sprawy państwa ze znakomitszemi dygnitarzami królestwa, i chociaż wyraźny był rozkaz króla, nie śmiano wprowadzić Celliniego wśród poważnego zgromadzenia.
Bo też w istocie przedmiot toczących się rozpraw był ważny; dotąd mało mówiliśmy o sprawach ówczesnych Francyi, w przekonaniu, że nasze czytelniczki przekładają sprawy serca nad politykę; lecz nakoniec doszliśmy chwili, w której nie możemy się już cofnąć i jesteśmy zmuszeni rzucić okiem na Francyę i Hiszpanię, a raczej na Franciszka I-go i Karola V-go, gdyż w szesnastym wieku historya królów była historyą narodów.
W epoce, w której dzieje się nasze opowiadanie, przez grę tej politycznej huśtawki, której skutków obaj tak często doznawali, położenie Franciszka I-go polepszyło się a Karola V-go pogorszyło.
W istocie postać rzeczy bardzo się zmieniła od pamiętnego traktatu w Cambrai, którego dwie kobiety, Małgorzata Austryacka, ciotka Karola V go i księżna d’Angouléme, matka Franciszka I-go były przedstawicielkami.
Wedle tego traktatu, który był dopełnieniem Madryckiego, król hiszpański miał oddać Burgundyę królowi Francyi, ten zaś z swojej strony zrzec się miał hołdu Flandryi i Artois.
Nadto, dwaj młodzi książęta, którzy byli zakładnikami ojca swego Karola V-go, mieli być mu wróceni za sumę dwóch milionów talarów w złocie.
Nakoniec, dobra królowa Eleonora, siostra Karola V-go przyrzeczona naprzód konetablowi w nagrodę jego zdrady, następnie zaślubiona Franciszkowi I-mu, w zakład pokoju, miała powrócić na dwór Francuski z dwojgiem dzieci, którym tak tkliwie służyła za matkę.
Wszystko to spełniono z równą z jednej i drugiej strony sumiennością.
Lecz jak łatwo pojąć, zrzeczenie się praw do księstwa Medyolańskiego, wymuszone na Franciszku I-ym podczas jego niewoli, było tylko chwilowe.
Zaledwie odzyskał wolność, wzmocniwszy swoję potęgę, zwrócił znowu żądne oczy na Włochy.
Pragnąc znaleźć poparcie swoich pretensyj u dworu Rzymskiego, ożenił syna Henryka, który został delfinem przez śmierć starszego brata Franciszka — z Katarzyną de Medicis, siostrzenicą papieża Klemensa VII-go.
Na nieszczęście, w chwili gdy wszystkie przygotowania do wtargnięcia do Włoch przez króla zostały poczynione, papież Klemens VII-my umarł, a po nim nastąpił Aleksander Farnêse pod imieniem Pawła III-go.
Paweł III-ci postanowił nie pomagać ani stronnictwu cesarza, ani króla Francuskiego, a tylko utrzymywać równowagę pomiędzy Karolem V-ym i Franciszkiem I-ym.
Zabezpieczony z tej strony cesarz, przestał się niepokoić przygotowaniami Francyi, i sam przedsięwziął wyprawę przeciwko Tunisowi, zajętemu przez sławnego korsarza Khair-Eddina, przezwanego Barberussą, który wypędziwszy zeń Mulej-Hassana, pustoszył Sycylię.
Wyprawa udała się najzupełniej, i Karol V, zniszczywszy trzy czy cztery okręty admirałowi Solimana, wszedł z tryumfem do portu Neapolitańskiego.
Tam powziął wiadomość następującą, która jeszcze zwiększyła jego bezpieczeństwo: Karol III, książę Sabaudzki, jakkolwiek wuj ze strony matki Franciszka I-go, ulegając radom nowej swojej małżonki Beatriczy, córki Emmanuela króla Portugalskiego, zerwał z królem Francuskim przymierze — a gdy Franciszek I-szy na zasadzie dawnych traktatów z Karolem III-im, wezwał tegoż aby przyjął jego wojska, książę Sabaudzki odmówił, i Franciszek I-szy znalazł się w konieczności zdobycia przemocą przejścia przez Alpy, do których dotychczas dzięki swojemu sprzymierzeńcowi i krewnemu, miał dostęp otwarty.
Lecz nie wiele to przyniosło korzyści Karolowi V-mu, bo król Francuski w-ysłał tak śpiesznie armię na Sabaudyę, że jej książę ujrzał swoję prowincyę zajętą pierwej, nim się tego domyślił.
Brion, dowodzący armią zajął Chambery, ukazał się na wysokościach Alp i zagroził Piemontowi, w tej samej chwili, gdy Franciszek Sforza, przerażony zapewne wieścią o powodzeniach wojsk francuskich, umarł nagle, pozostawiając księstwo Medyolańskie bez dziedzica, a tem samem dając nie tylko łatwość ale jeszcze jedno prawo więcej odziedziczenia go Franciszkowi I-mu.
Brion posunął się dalej i zajął Turyn.
Tam zatrzymał się, rozłożył obóz nad brzegami Sésyi i czekał.
Karol V-ty ze swej strony, opuścił Neapol dla Rzymu.
Zwycięztwo jakie odniósł nad odwiecznemi nieprzyjaciółmi Chrystusa, zyskało mu tryumfalne wejście do stolicy chrześciańskiego świata.
To wejście tak rozdrażniło cesarza, że porzucając zwykłe umiarkowanie, oskarżył wobec całego konsystorza Franciszka I-go o herezyę, zasadzając to oskarżenie na protekcyi, jakiej tenże udzielał protestantom i na związku jaki zawarł z Turkami; a potem przypomniawszy swoje dawne spory z królem francuskim, w których podług niego, Franciszek I-szy zawsze był winnym, poprzysiągł zaciętą walkę swojemu szwagrowi.
Doznane dawniej nieszczęścia uczyniły teraz Franciszka I-go tak roztropnym, jak pierwej był nierozważnym.
Skoro przeto ujrzał się zagrożonym jednocześnie przez siły Hiszpanii i cesarstwa, pozostawił Annebaut’a w Turynie, Briona zaś przywołał z rozkazem strzeżenia całości granic.
Wszyscy ci, którzy znali charakter rycerski i przedsiebierczy Franciszka I-go, nie pojmowali tego odwrotu i sądzili, że ponieważ cofał się, naprzód już uważał się za zwyciężonego.
To mniemanie podniosło jeszcze dumę Karola V-go, stanął też osobiście na czele swojej armi, i postanowił zająć Francyę, wtargnąwszy od południa.
Wiadome są następstwa tego kroku: Marsylia, która oparła się konetablowi Bourbon i Pescaier’owi, dwom największym wodzom spółczesnymi z łatwością stawiła czoło Karolowi V-mu, wielkiemu politykowi, lecz miernemu wodzowi.
Karol V-ty mniej dbał o to, pozostawił Marsylię i chciał iść na Avignon; lecz Montmorency rozwinął przy zbiegu Rodanu i Duransy niezdobyty obóz, przeciwko któremu nadaremnie wysilał się Karol V-ty.
Nareszcie po sześciu tygodniach próżnych usiłowań, Karol V-ty odparty na wszystkich punktach i zagrożony zatamowaniem odwrotu, przyśpieszył go, co bardzo podobnem było do ucieczki, i omal nie wpadłszy w ręce nieprzyjaciela, z trudnością dostał się do Barcelony, gdzie przybył bez ludzi i pieniędzy.
Wówczas wszyscy ci, którzy oczekiwali końca tej sprawy, dla oświadczenia czyjej trzymają się strony, oświadczyli się przeciw Karolowi V-mu; Henryk VIII-my rozwiódł się z swoją żoną, Katarzyną Arragońską i zaślubił swoją kochankę Annę de Boulen; Soliman najechał Węgry i królestwo Neapolitańskie.
Książęta niemieccy, protestanccy, zawiązali tajemną ligę przeciwko cesarzowi.
Nareszcie mieszkańcy Gandawy, uprzykrzywszy sobie podatki, jakie bezustannie na nich nakładano, dla pokrycia wydatków łożonych na wojnę z Francyą, zbuntowali się i wysłali do Franciszka I-go posłów, prosząc aby stanął na ich czele.
Lecz wśród tylu niebezpieczeństw grożących Karolowi V-mu, nowe układy nastąpiły pomiędzy nim i Franciszkiem I-ym.
Obaj monarchowie widzieli się w Aigues-Mortes i Franciszek I-szy skłoniony do pokoju, którego potrzebę dla Francyi czuł dobrze, postanowił dochodzić odtąd wszystkiego nie w zbrojnych walkach, lecz przez przyjacielskie układy.
Miał więc zamiar uwiadomić Karola V-go o propozycyach Gandawczyków i ofiarować mu zarazem wolny przejazd przez Francyę, dla udania się do Flandryi.
Ten to przedmiot roztrząsała zgromadzona rada, w chwili gdy Benvenuto zapukał do drzwi.
Franciszek I-szy uwiadomiony o obecności swojego wielkiego złotnika, wiernie dotrzymując przyrzeczenia, rozkazał aby go wprowadzono.
Benvenuto więc słyszał koniec rozpraw.
— Tak panowie — mówił Fanciszek I-szy — tak, celem pana de Montmorency i mojem marzeniem, jest zawrzeć trwały związek z cesarzem, wznieść nasze obadwa trony nad całe chrześciaństwo i znieść wszystkie te korporacye, zgromadzenia narodowe, co mają pretensyę naznaczać granice naszej królewskiej władzy, odmawiając nam już to rąk, już to pieniędzy naszych poddanych. Mojem marzeniem jest obalić wszystkie te herezye, które trapią kościół święty; nakoniec połączyć wszystkie siły przeciwko nieprzyjaciołom Chrystusa; wypędzić Sułtana tureckiego z Konstantynopola, choćby tylko dla przekonania, że nie jest, jak twierdzą, moim sprzymierzeńcem i założyć w jego stolicy drugie cesarstwo, współzawodniczące z pierwszem w potędze, świetności i rozległości. Oto moje „marzenia” panowie a dla tego tak je nazywam, ażeby nie dać się zbytecznie uwieść nadzieją powodzenia, i aby się zbytecznie nie zmartwić, wrazie jeżeli przyszłość okaże mi niepodobieństwo. Lecz gdyby się powiodło, konnetablu, gdybym miał Francyę i Turcyę, Paryż i Konstantynopol, Zachód i Wschód, przyznajcie panowie, żeby to było pięknie, olbrzymio, wspaniale!
— A więc, Najjaśniejszy panie — rzekł książę de Guise — już ostatecznie postanowiłeś odrzucić hołd ofiarowany ci przez Gandawczyków i zrzec się dawnych posiadłości domu Burgundzkiego?
— Tak jest, cesarz przekona się, że jestem równie szczerym sprzymierzeńcem, jak otwartym nieprzyjacielem. Lecz pojmujecie, że przedewszystkiem żądam oddania mi księstwa Medyolańskiego, należącego do mnie prawem spadku oraz przez inwestyturę cesarzy, i na honor, mieć je będę; lecz spodziewam się, bez zerwania związków przyjaźni z moim bratem Karolem.
— I dozwolisz Najjaśniejszy panie, Karolowi V-mu przejazdu przez Francyę, dla ukarania zbuntowanych Gandawczyków? — dodał Poyet.
— Tak, Mości kanclerzu — odrzekł król — wyślij dziś jeszcze pana de Frejus dla zaproszenia go w mojem imieniu. Pokażmy mu, że jesteśmy gotowi na wszystko dla zachowania pokoju. Lecz jeżeli chce wojny...
Straszliwy i majestatyczny gest towarzyszył tym słowom przerwanym na chwilę, gdyż Franciszek I-szy spostrzegł swojego złotnika, który skromnie stał przy drzwiach.
— Lecz jeżeli chce wojny — dodał — na mojego Jowisza, o którym Benvenuto przynosi mi wiadomość, przysięgam, że ją będzie miał krwawą, straszliwą, zaciętą. I coś tak zamyślony? jakże daleko jest mój Jowisz?
— Najjaśniejszy panie — odpowiedział Cellini — przynoszę ci model; lecz czy wiesz o czem myślałem patrząc i słuchając słów Waszej królewskiej mości? Myślałem o fontannie, nad którą wznosiłaby się statua kolosalna sześćdziesiąt stóp wysoka, która w prawej ręce trzymałaby strzaskaną włócznię, a lewą opierała się na rękojeści miecza. Ta statua, Najjaśniejszy panie, przedstawiałaby Marsa, to jest Waszą królewską mość; zaś na czterech narożnikach podstawy tej statui, byłyby cztery siedzące figury; poezya, malarstwo, rzeźbiarstwo i szczodrość. Oto jest przedmiot mojej zadumy, Najjaśniejszy panie.
— Który ożywisz w marmurze lub bronzie, Benvenuto; chcę tego — rzekł król tonem rozkazu, lecz uśmiechając się z otwartą uprzejmością.
Cała rada rozkaz pochwaliła, gdyż każdy uważał króla godnym statui a statuę godną króla.
— A tymczasem — rzekł król — obaczmy naszego Jowisza.
Benvenuto wyjął model z pod płaszcza i postawił go na stole, około którego toczyła się niedawno rozprawa o losach świata.
Franciszek I-szy oglądał go przez chwilę z uwielbieniem, o którem nie można było wątpić.
— Znalazłem nakoniec — zawołał — człowieka podług mojego serca; potem uderzając po ramieniu Benvenuta. — Mój przyjacielu — mówił dalej — nie wiem kto doznaje więcej szczęścia, czy monarcha co znajduje artystę uprzedzającego wszystkie jego myśli, słowem takiego jak ty, mój Cellini, czy artysta znajdujący monarchę zdolnego go pojąć, zrozumieć? Zdaje się, że moja rozkosz jest większa.
— Nie śmiem spierać się z Waszą, królewską mością — rzekł Cellini — jednakże...
— No, powiedzmy sobie, mój przyjacielu, że obaj równej doznajemy przyjemności...
— Najjaśniejszy panie, nazwałeś mię swoim przyjacielem — rzekł Benvenuto — ten wyraz stokrotnie wynagradza mię za wszystko co uczyniłem dla Waszej królewskiej mości, za wszystko co mogę jeszcze dla Niego uczynić.
— A więc chcę cię przekonać, że nie próżne słowo wymknęło się z ust moich, i że jeżeli nazwałem cię moim przyjacielem, to dla tego, że jesteś nim rzeczywiście. Ukończ jak będziesz mógł najprędzej mojego Jowisza, a daję ci słowo szlacheckie, że o cokolwiek będziesz mnie prosił przynosząc go, otrzymasz, jeżeli tylko ręka królewska będzie mogła tego dosięgnąć. Rozumiecie mnie panowie, a jeżelibym zapomniał mojej obietnicy, chciejcie mi ją przypomnieć.
— Najjaśniejszy panie — zawołał Benvenuto — jesteś wielkim i szlachetnym królem, wstydzę się, że tak mało mogę uczynić dla Ciebie, kiedy tyle czynisz dla mnie.
Potem ucałowawszy rękę, którą król mu podał, Benvenuto Cellini wziął statuę swojego Jowisza i wyszedł z sali narad z sercem pełnem dumy i radości.
Wychodząc z Luwru, spotkał Primaticcia tam właśnie idącego.
— Gdzie spieszysz tak wesoło, kochany Benvenuto? — rzekł Primaticcio do Celliniego, który przechodził nie widząc go.
— A! to ty Francesco — zawołał Cellini. — Tak, masz słuszność, jestem uradowany, gdyż widziałem naszego wielkiego, naszego wspaniałego Franciszka I-go.
— A czy widziałeś panią d’Etampes? — zapytał Primaticcio.
— Przemawiał do mnie słowy, których nie śmiem powtórzyć, Francesco, chociaż powiadają, że skromność nie jest moim głównym przymiotem.
— Lecz co ci powiedziała pani d’Etampes?
— Nazwał mię swoim przyjacielem, pojmujesz Francesco? Mówił ze raną poufale tak jak rozmawia z swoimi marszałkami. Nakoniec oświadczył, że gdy ukończę mojego Jowisza, będę mógł prosić go o co będę chciał i naprzód zgadza się na wszystko.
— Lecz co ci przyrzekła pani d’Etampos?
— Jakiż dziwak z ciebie, Francesco.
— Dla czego?
— Mówisz mi tylko o pani d’Etampes, gdy ja ci mówię o królu.
— Ponieważ znam dwór lepiej aniżeli ty Benvenuto; ponieważ będąc twoim ziomkiem i przyjacielem, chcę cię wybawić od wielkiego niebezpieczeństwa. Posłuchaj mnie: księżna d’Etampes jest twoją nieprzyjaciołką, śmiertelną nieprzyjaciołką; mówiłem ci to już raz, choć wówczas domyślałem się tylko tego; dzisiaj zaś powtarzam to samo, gdyż jestem tego pewny. Obraziłeś tę kobietę i jeżeli nie ułagodzisz jej gniewu, zgubi cię pani d’Etampes. Benvenuto, posłuchaj dobrze co ci powiem, pani d’Etampes jest królową króla.
— Co też mi gadasz! — zawołał Cellini śmiejąc się. Ja ją obraziłem, panią d’Etampes!.. a to jakim sposobem?
— O! znam ciebie, Benvenuto, spodziewałem się, że nie domyślałeś się jej nienawiści ku tobie, gdyż dowiedz się, że cię nienawidzi.
— Cóż chcesz abym na to poradził?
— Co chcę? Chcę aby dworak ocalił rzeźbiarza.
— Ja dworakiem! zalotnicy — zawołał Cellini.
— Niesprawiedliwym jesteś, Benvenuto — rzekł z uśmiechem Primaticcio — pani d’Etampes jest bardzo piękny, każdy artysta musi to przyznać.
— Ja też przyznaję — rzekł Benvenuto.
— A więc powiedz to jej, jej samej, a nie mnie. Nie potrzeba więcej, ażebyś został jej najlepszym przyjacielem. Zraniłeś ją przez kaprys artysty, do ciebie więc należy uczynić pierwszy krok.
— Jeżeli zraniłem ją — rzekł Cellini — to bez zamiaru a raczej bez złośliwości. Wyrzekła do mnie kilka słów uszczypliwych, na które nie zasługiwałem; użyłem przeto prawa odwetu.
— Mniejsza o to! zapomnij co do ciebie powiedziała, i każ jej zapomnieć co jej odrzekłeś. Powtarzam ci, jest potężna, mściwa, i panuje nad sercem króla, który lubi sztuki, lecz nad nie miłość przekłada. Pożałujesz twojej śmiałości Benvenuto, narobi ci nieprzyjaciół: ona to już dodała prewotowi odwagi do opierania ci się; i oto właśnie ja wyjeżdżam do Włoch; udaję się do Rzymu z jej rozkazu. Ta podróż, Benvenuto, jest wymierzona dla szkodzenia ci; ja sam, twój przyjaciel, jestem zmuszony służyć za narzędzie do tej nienawiści.
— Po co jedziesz do Rzymu?
— Po co jadę? Obiecałeś królowi rywalizować ze starożytnemi mistrzami, i wiem, że jesteś zdolny dotrzymać obietnicy; lecz księżna sądzi, że przechwalałeś się tylko, i bezwątpienia dla pogromienia cię przez porównanie, wysyła mnie, malarza, abym odlał w Rzymie najpiękniejsze posągi starożytnych, Laokoona, Wenery i mnóstwa innych!
— Jestto w istocie okropne wyrafinowanie nienawiści — rzekł Benvenuto, który pomimo dobrej opinii jaką miał o sobie, nie był zupełnie spokojnym, dowiedziawszy się, że miano porównywać jego dzieła z utworami największych mistrzów — lecz ustąpić kobiecie — dodał ściskając pięści — nigdy, nigdy!
— Kto ci mówi o ustąpieniu! ja ci podam sposób. Askanio jej się podobał; chce aby pracował dla niej i poleciła mi abym jej go przyprowadził. Nic więc dziwnego, jeżeli będziesz towarzyszył twojemu uczniowi do pałacu Étampes, dla przedstawienia go osobiście pięknej księżnej. Korzystaj ze sposobności; weź z sobą jaki z tych cudownych klejnotów, jakie ty tylko tworzyć potrafisz, pokażesz go naprzód, potem gdy ujrzysz, że jej oczy błyszczą spoglądając nań, ofiarujesz jako dar zaledwie jej godny; wtedy przyjmie go, podziękuje wdzięcznie, uczyni ci w zamian jaki podarunek godny ciebie i tym sposobem pozyskasz jej względy. Jeżeli przeciwnie będziesz miał w tej kobiecie nieprzyjaciołkę, wyrzecz się odtąd wszystkich wielkich nadziei o jakich marzysz. Niestety! i ja także byłem zmuszony uniżyć się na chwilę, ażeby tem wyżej wznieść się później. Aż dotąd widziałem jak przekładano tego bazgracza Roso, stawiano go zawsze i wszędzie nademnie, a nawet mianowano go Intendentem korony.
— Niesprawiedliwym jesteś względem niego, Francesco — rzekł Cellini, niezdolny ukryć swojej myśli — Rosso jest wielkim malarzem.
— Tak sądzisz?
— Jestem pewny.
— E! i ja także jestem pewny — rzekł Primaticcio i właśnie dla togo go nienawidzę. Otóż używano go na pognębienie mnie; zacząłem pochlebiać ich nędznej próżności, i teraz jestem wielkim Primaticcio, którego używają z kolei na pognębienie ciebie. Uczyń więc tak jak ja, Benvenuto, nie pożałujesz, że usłuchałeś przyjaciela. Błagam cię o to dla ciebie i dla mnie, błagam cię w imię twojej sławy i przyszłości, które własnemi dłońmi obalisz, jeżeli będziesz trwał w uporze.
— To będzie trudno! — rzekł Benvenuto Cellini, który jednakże widocznie zaczynał ustępować.
— Uczyń to, Benveuuto — dodał Primaticcio — jeżeli nie dla siebie, to dla naszego wielkiego króla. Czy chcesz zakrwawić mu serce, stawiając go w konieczności wybierania pomiędzy faworytą, którą kocha i artystą, którego uwielbia?
— A więc, niech i tak będzie! dla króla uczynię to — zawołał Cellini, ucieszony, że znalazł w obliczu swojej miłości własnej dostateczną wymówkę.
— To co innego! — rzekł Primaticcio. A teraz pojmujesz Cellini, że gdyby jedno słowo tej rozmowy doszło do księżnej, byłbym zgubiony.
— O! — rzekł Benvenuto — spodziewam się, że jesteś spokojny.
— Niech Benvenuto da swoje słowo, a wszystko skończone — rzekł Primaticcio.
— Masz je...
— O tak, dobrze! bądź więc zdrów bracie.
— Szczęśliwej podróży!
— Szczęśliwego powodzenia!
I dwaj przyjaciele po raz ostatni uścisnąwszy dłonie, rozłączyli się.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


ROZDZIAŁ I.
KOBIETA ZMIENNĄ JEST.



Pałac d’Étampes nie był zbyt odległy od gmachu Nesle.
Niech się przeto nasi czytelnicy nie dziwią, że przejdziemy z jednego do drugiego.
Położony obok bulwaru Augustyanów, rozciągał się wzdłuż ulicy Gilles-le-Gueux, którą później sentymentalnie nazwano ulicę Git-lecoeur.
Główne jego wejście było od ulicy de l’Hirondelle.
Franciszek I-szy darował go swojej kochance dlatego, aby zgodziła się zostać żoną Jakóba Desbrosses, hrabiego de Penthiévre, jak znowu dał księstwo d’Etampes i rządy Bretanii Jakóbowi Desbrosses, hrabiemu de Penthiévre, ażeby zgodził się zaślubić jego kochankę.
Król zresztą starał się uczynić swój podarunek godnym pięknej Anny d’Helly.
Kazał urządzić stary ten gmach w najnowszym smaku.
Na ponurej i surowej fasadzie, ukazały się jakby przez czarodziejstwo świeże kwiaty odrodzenia.
Wewnątrz umeblowano pokoje z królewskim przepychem, i dom lepiej był urządzony, jak dla prawdziwej królowej, a nawet daleko lepiej bezwątpienia jak mieszkanie skromnej i dobrej Eleonory, siostry Karola V-go, a żony prawnej Franciszka I-go, którą tak mało zajmowano się w święcie, a nawet u dworu.
Jeżeli teraz pozwolimy sobie wejść bardzo rano do pokoju księżnej, znajdziemy ją na pół leżącą na sofie; na jednej z pięknych rąk opiera, swoją śliczną głowę, drugą zaś przesuwa w splotach ciemnych włosów z złotemi odcieniami.
Obnażone stopy Anny wydają się jeszcze mniejszemi i bielszemi w szerokich pantofelkach z czarnego aksamitu, a jej suknia obszerna i spływająca, dodaje jej wdzięku ponętnego.
Król wprawdzie znajduje się tam, stojąc przy oknie, lecz nie patrzy na księżnę.
Uderza palcami w takt po szybie i zdaje się głęboko zamyślonym.
Bezwątpienia zajęty jest ważną kwestyą dozwolenia przejazdu przez Francyę Karolowi V-mu.
— Cóż tam robisz, Najjaśniejszy panie, odwrócony do okna? — odezwała się nakoniec zniecierpliwiona księżna.
— Wiersze dla ciebie, moje życie, i właśnie je w tej chwili ukończyłem — odrzekł Franciszek I-szy.
— O! powiedz mi je prędzej, proszę cię, mój piękny książę... wszak mi je powiesz?
— Rozumie się — rzekł król z zarozumiałością ukoronowanego wierszopisa. Słuchaj — i zaczął deklamować z wdziękiem:

Etant seul et auprés d’une fenétre
Par un matin comme le jour poignait,
Je regardais Aurore a main senestre,
Qui à Phoebus le chemin enseignait,
Et d’autre part ma mie qui peignait
Son chef doré, et vis ses luisants yeux,
Dont un jeta un trait si gracieux,

Qu’a haute voix je fus contraint de dire;
Dieux immortels! rentrez dedans vos cigux;
Car la beauté de celeste vous empire.

(Stojąc raz przy oknie, rankiem, gdy dzień zaczynał rozjaśniać się, spoglądałem jednem okiem na Jutrzenkę, która torowała drogę Febusowi, drugim zaś na moją ulubioną, która czesała swoje złote włosy, i widziałem jej błyszczące oczy, z których wypadł pocisk tak czarowny, że przymuszony byłem głośno wyrzec: bogowie nieśmiertelni! powróćcie do waszych niebios, gdyż piękność ziemianki zwyciężyła was!)
— O! prześliczne wiersze — rzekła księżna przyklaskując. Przyglądaj się teraz Jutrzence ile ci się podoba; odtąd nie będę o nią zazdrosna, ponieważ jej winnam tak wzniosłe pochwały. Powtórz mi je, proszę...
Franciszek I-szy powtórzył uprzejmie tak dla niej jak dla siebie zalotny madrygał, lecz tą razą Anna zachowała milczenie.
— Cóż ci jest moja piękna? — rzekł król spodziewając się drugiej pochwały.
— Co mi jest, Najjaśniejszy panie? Oto tem słuszniej dzisiaj powtórzę ci to, co mówiłam wczoraj wieczór: Poeta winniejszym jest jeszcze jak król rycerz, dozwalając bezkarnie znieważać swoją damę, gdyż jest zarazem jego kochanką i jego muzą.
— Znowu złośliwa! — rzekł król z lekką niecierpliwością — widzisz w tem zniewagę, dobry Boże! Twoja nienawiść jest więc nieubłaganą, moja potężna nimto?
— Nienawidzę, tak jak kocham z całej duszy.
— A jednak, gdybym cię prosił abyś nie miała urazy do Benvenuta, szaleńca, który nie wie sam co mówi i który nie miał zaręczam ci zamiaru obrażenia cię... Wiesz zresztą, że łaskawość jest udziałem bóstwa, przeto kochana bogini, przebacz temu szaleńcowi przez miłość dla mnie.
— Szaleńcowi? — powtórzyła Anna szyderczo.
— O! szaleniec godny uwielbienia, to prawda — rzekł Franciszek I-szy — widziałem go wczoraj, przyrzekł mi cudowne rzeczy. Jestto człowiek nie mający, jak sądzę, równego w swojej sztuce i który wsławi mnie w przyszłości tyle, ile Andrzej del Sarto, Tycyan i Leonard de Vinci. Wiesz jak kocham moich artystów, moja droga, bądź więc łaskawą i pobłażającą dla Celliniego, zaklinam cię. E! mój Boże, deszcz kwietniowy, kaprys kobiecy i przywidzenie artysty, podług mnie, więcej mają wdzięku niż sprawiają nieprzyjemności. No, przebacz mojemu ulubieńcowi, jeżeli mię kochasz.
— Jestem twoją sługą i będę posłuszną, Najjaśniejszy panie.
— Dziękuję ci. W zamian za tę łaskę, którą mi udziela dobroć kobiety, możesz żądać co ci się podoba od potęgi króla. Lecz, niestety! już dzień zupełny, i muszę cię opuścić. Znowu dzisiaj rada. Co za nudy! A! mój brat Karol V-ty czyni mi uciążliwem rzemiosło króla. Używa podstępu w miejsce rycerstwa, pióra w miejsce szpady, to wstyd. Sądzę, że trzeba będzie wynaleźć nowe wyrazy na określenie całej tej umiejętności, całej tej zręczności w rządach. Bądź zdrowa, moja luba; nie wstawaj, mój paź czeka na mnie w przedpokoju. Dowidzenia! myśl o mnie.
— Zawsze, Najjaśniejszy panie.
I czyniąc jej ręką ostatni znak pożegnania, Franciszek I-szy uniósł kobierca i wyszedł zostawiając piękną księżnę, która pomimo swojego przyrzeczenia, zupełnie pamiętać o nim nie myślała.
Bo też pani d’Etampes miała naturę czynną i ognistą.
Pozyskawszy miłość króla, o którą usilnie się starała, wkrótce spostrzegła, że to uczucie nie wystarczało niespokojnemu jej umysłowi i zaczęła się nudzić.
Admirał Brion i hrabia de Longueval, których kochała przez jakiś czas Diana de Poitiers, a którą nasza księżna zawsze nienawidziła, nie zajmowali jej dosyć; lecz od ośmiu dni, próżnia jaką czuła w umyśle, zapełniła się nieco; pani d’Etampes znowu zaczęła żyć, dzięki nowej nienawiści i nowej miłości.
Nienawidziła Celliniego, a kochała Askania, i o nich to obu myślała w chwili, gdy kobiety kończyły ją ubierać.
Kiedy pozostawało tylko ubrać głowę, oznajmiono prewota Paryża i wicehrabiego de Marmagne.
Obaj należeli do najgorliwszych stronników księżnej, w pośród dwóch partyj, jakie utworzyły się u dworu, pomiędzy nią a kochanką Delfina, Dianą de Poitiers.
Zwykle dobrze przyjmujemy przyjaciół gdy myślemy o nieprzyjacielu, to też z niewypowiedzianym wdziękiem pani d’Etampes podała rękę prewotowi i uśmiechającemu się wicehrabiemu.
— Panie prewocie — rzekła z gniewem udanym i politowaniem, które nie miało nic obelżywego, dowiedzieliśmy się o niegodnem obejściu, jakie was spotkało ze strony tego nieokrzesanego włocha; was, naszego najlepszego przyjaciela, wierzcie, że szczerze się tem oburzyliśmy.
— Pani — odpowiedział d’Estourville wyszukując pochlebstw, nawet ze swojego niepowodzenia; wstydziłbym się, gdybym w moim wieku i z moim charakterem, oszczędzony był przez niegodziwca, którego nie wstrzymała twoja piękność i wdzięki.
— O! — rzekła Anna — o was tylko mówię; bo co do mojej osobistej zniewagi, król, który jest w istocie zbyt łaskawym na tych zuchwałych cudzoziemców, prosił mnie, abym o niej zapomniała i muszę to uczynić dla niego.
— Skoro tak, pani, prośba, którą mieliśmy zanieść do ciebie, będzie zapewne źle przyjętą, prosimy więc o pozwolenie oddalenia się bez wyjawienia jej pani...
— Jakto, panie d’Estouiville, czyż nie jestem gotowa wam dopomódz w każdym czasie i w każdej okoliczności? Mów! mów! lub rozgniewam się na tak nieufnego przyjaciela.
— A więc, racz pani posłuchać. Sądziłem, żem miał prawo użyć na korzyść wicehrabiego de Marmagne przywileju na mieszkanie w jednym z pałaców królewskich, który otrzymałemz twojej pani wspaniałości; i naturalnie rzuciliśmy oczyma na pałac Nesle, który się dostał w tak złe ręce.
— A! a! — rzekła księżna. Słucham cię z całą, uwagą.
— Wicehrabia, pani, przyjął zrazu moję ofiarę z wielką skwapliwością; lecz po namyśle, waha się i obawia tego strasznego Benvenuta.
— Za pozwoleniem, mój szanowny przyjacielu — przerwał wicehrabia de Marmagne — tłomaczysz się bardzo źle. Nie lękam się Benvenuta, lecz gniewu króla. Nie obawiam się wcale być zabitym przez tego nieokrzesanego włocha — jak pani mówi — lecz boję się abym go nie zabił i tym sposobem nie pozbawił naszego króla sługi, którego zdaje się bardzo cenić.
— Ośmieliłem się, pani, zapewnić wicehrabiego, że wrazie potrzeby może liczyć na jej protekcyę — dodał prewot.
— Nigdy jej nie odmawiałam moim przyjaciołom — rzekła księżna — a zresztą, czy nie masz za sobą lepszej odemnie przyjaciółki: słuszności? Czyż nie postępujesz w myśl życzeń króla?
— Jego królewska mość — odpowiedział Marmagne — nie wskazał sam pałacu Nesle, i nasz wybór, nie można tego ukrywać, wielkie będzie miał podobieństwo do zemsty. A potem jeżeli — jak mogę zapewnić, gdyż wezmę z sobą, dwóch ludzi pewnych — jeżeli zabiję Celliniego?
— O! mój Boże — rzekła księżna pokazując z uśmiechem swoje białe zęby — król proteguje żyjących, lecz ani pomyśli mścić się za umarłych, i spodziewam się, że skoro nie będzie nim już powodować jego uwielbienie dla sztuk, pamiętać tylko będzie o swojem przywiązaniu do mnie. Wszak ten człowiek publicznie mnie znieważył! czy zapomniałeś o tem Marmagne?
— Ależ pani! — rzekł ostrożny wicehrabia — czy wiesz dobrze w czem potrzebujemy protekcyi?
— O! tłomaczysz się bardzo wyraźnie, wicehrabio.
— Jeżeli pani pozwolisz, wytłomaczę się jeszcze jaśniej. Być może, że z tym dyabelskim człowiekiem siła nic nie podoła, i wówczas przyznam się, że będziemy musieli uciec się do podstępu. Gdyby przeto uniknął morderców wśród dnia w swojem mieszkaniu, a takowi znaleźli go przypadkiem pewnego wieczoru w odległej uliczce... ludzie ci, pani, nietylko mają szpady, mają także sztylety.
— Zrozumiałam — rzekła księżna spokojnie i nie okazując aby objawienie tego morderczego zamiaru sprawiło na niej jakiekolwiek wrażenie.
— I cóż wicehrabio, widzę, że jesteś człowiekiem przezornym i że niebezpiecznie być twoim nieprzyjacielem.
— Lecz co mówisz pani o moim zamiarze?
— Rzecz jest ważna w istocie i wartoby może nad nią się zastanowić; lecz co wam mówiłam, każdy wie, sam król nawet, że ten człowiek zranił głęboko moję dumę. Nienawidzę go... tyle ile mojego męża lub panią Dianę; i dalibóg, sądzę, że mogę wam przyrzec... Lecz co to jest, Izabello, dla czego nam przerywasz?
Te ostatnie słowa księżnej wymówione były do jednej z jej kobiet, która weszła zmieszana.
— Wybacz pani — rzekła Izabella — lecz ten artysta florencki, ten Benvenuto Cellini, przyszedł z najpiękniejszą wazką wyzłacaną, jaką tylko można sobie wyobrazić. Powiedział bardzo grzecznie, że przybył ofiarować ją księżnie pani i prosi niezwłocznie o pozwolenie pomówienia z nią przez chwilę.
— Aha! — odrzekła księżna z zadowoleniem złagodzonej dumy — i cóżeś mu odpowiedziała Izabello?
— Że pani jest nieubrana i że ją uwiadomię.
— Bardzo dobrze! Zdaje się — rzekła księżna odwracając się do zmięszanego prewota, że nasz nieprzyjaciel uznaje swoję winę i że zaczyna pojmować co jesteśmy warci i ile możemy. Pomimo to, nie tak łatwo jak sądzi otrzyma to czego żąda i nie przyjmę tak prędko jego wymówek. Trzeba aby lepiej uczuł swoję winę i nasz gniew. Izabello, powiedz mu, że uwiadomiłaś mię i że rozkazuję aby zaczekał.
Izabella wyszła.
— Mówiłam ci więc, wicehrabio de Marrnagne — odezwała się znowu księżna łagodząc już nieco swój gniew, że przedmiot, o którym mówiłeś mi, jest ważny i że nie mogę ci przyrzec pomocy w tem co po prostu nie jest czem innem, jak zasadzką i morderstwem.
— Zniewaga była tak wielką — odważył się powiedzieć prewot.
— Zadosyć uczynienie, spodziewam się, będzie odpowiednie, panie prewocie. Ta groźna duma, która opierała się monarchom, czeka tam, w moim przedpokoju, na mój kaprys kobiecy, i dwie godziny tego czyśca, ukarzą go dostatecznie za słowo wymówione w nieuwadze. Nie trzeba też być bez litości, prewocie. Przebaczcie mu, tak jak ja mu przebaczę za dwie godziny. Ciekawam czy będę miała mniej nad wami wpływu niż król nademną?
— Racz więc nam pozwolić pani, pożegnać cię — rzekł prewot kłaniając się — gdyż nie chciałbym dać mojej istotnej władczyni przyrzeczenia, któregobym nie dotrzymał.
— Chcecie odejść! o nie — rzekła księżna chcąc koniecznie mieć świadków swojego tryumfu — pragnę Mości prewocie, abyś był obecny poniżeniu twojego nieprzyjaciela i abyśmy tym sposobem oboje byli pomszczeni przy jednej sposobności. Poświęcam tobie i wicehrabiemu te dwie godziny: nie dziękujecie mi? — Powiadają, że wydajesz swoję córkę za hrabiego d’Orbec, panie Robercie? — Piękna partya, w istocie. Mówię piękna: dobra raczej powinnabym powiedzieć; lecz siadajcie panowie. Czy wiesz prewocie, że na to małżeństwo potrzeba mojego zezwolenia, a chociaż o nie mnie jeszcze nie prosiłeś, udzielę je. D’Orbec jest mi równie poświęconym jak ty. Spodziewam się, że zobaczemy wkrótce twoję córkę i że jej mąż ukaże ją na dworze.
Księżna ciesząc się zawczasu z swojego zwycięztwa, mówiła długo w ten sposób, gdy tymczasem jej niecierpliwa radość przebijała się w najmniejszem poruszeniu.
— No! — rzekła na koniec — jeszcze pół godziny a uwolnię od męczarni biednego Benvenuta. Stawmy się na jego miejscu, musi bardzo cierpieć; nie przyzwyczajony jest do podobnego obejścia; dla niego Louwr jest zawsze otwarty, król zawsze widzialny. W istocie, chociaż zasłużył na to, żałuję go. Musi się niecierpliwić, nie prawdaż? nie mogąc wywrzeć swojej wściekłości! A! a! a! Długo śmiać się z tego będę. Ale mój Boże! cóż to ja słyszę? ten głos donośny... ten hałas...
— Może to ten przeklęty człowiek... znudził się w czyścu — rzekł prewot odzyskując nadzieję.
— Chciałabym to widzieć — rzekła księżna zbladłszy — chodźcie ze mną panowie, chodźcie.
Benvenuto, skłoniony powodami jakie przytoczyliśmy do zawarcia pokoju z potężną faworytą, na drugi dzień po swojej rozmowie z Primaticciem, wziął małą wazę srebrną wyzłacaną, którą przeznaczył na okupienie swojej spokojności i wspierając Askania słabego jeszcze i bladego, udał się do pałacu Etampes.
Spotkał naprzód lokai, którzy nie chcieli oznajmić go tak wcześnie swojej pani, i stracił dobre pół godziny na upieraniu się.
To już rozgniewało go nie mało.
Izabella wreszcie nadeszła i zgodziła się oznajmić go pani d’Etampes; powróciła wkrótce oświadczając Celliniemu, że księżna ubierała się zatem, aby nieco zaczekał. Uzbroił się więc w cierpliwość i usiadł na ławce obok Askania, który utrudzony drogą, gorączką, i myślami, czuł się dość słabym.
Godzina upłynęła, Benvenuto zaczął liczyć minuty.
Z tem wszystkiem, myślał, toaleta księżnej jest rzeczą nader ważną i dla kwadransa mniej więcej oczekiwania, nie chcę utracić korzyści mojego kroku.
Jednak pomimo tej filozoficznej uwagi, zaczął liczyć sekundy.
Tymczasem Askanio stawał się coraz bledszym; chciał zamilczeć o swoich cierpieniach przed mistrzem i heroicznie postanowił czekać nic nie mówiąc; lecz od rana nic nie miał w ustach i chociaż nie przyznawał się do tego, czuł, że siły go opuszczają.
Benvenuto nie mógł dosiedzieć i zaczął przechadzać się wielkiemi krokami wzdłuż i wszerz.
Kwandrans jeszcze upłynął.
— Cierpisz moje dziecię? — rzekł Cellini do Askania.
— Nie, prawdziwie mistrzu; ty to raczej zdajesz się cierpieć. Lecz uspokój się, błagam cię, zapewne zaraz nadejdą.
W tej chwili Izabella pokazana się we drzwiach.
— Twoja pani spóźnia się coś — rzekł Benvenuto.
Złośliwa dziewczyna poszła do okna i spojrzała na zegar w dziedzińcu.
— Dopiero półtory godziny czekacie — rzekła, na cóź się użalasz?
A ponieważ Cellini zmarszczył brwi, uciekła z głośnym śmiechem.
Benvenuto zadając sobie gwałt, powściągnął się jeszcze.
Usiadł w milczeniu z założonemi rękoma; zdawał się spokojny, lecz gniew silny nim miotał.
Dwóch lokai stojąc nieruchomie przy drzwiach, spoglądali nań z powagą, która zdawała mu się drwinami.
Kwadrans wybił; Benvenuto rzucił okiem na Askania i ujrzał go bledszym niż dotąd.
— Cóż to — zawołał nie mogąc się już powściągnąć, więc ona tak robi naumyślnie! Dosyć długo wierzyłem temu co mi mówiono i czekałem przez grzeczność; lecz jeżeli to jest obelga, nie ścierpię jej nawet od kobiety. Chodźmy, Askanio.
Mówiąc to, Benvenuto podniósł swoją potężną dłonią niegościnną ławkę, na której złośliwość księżnej, chociaż nie domyślał się tego, poniżała go blisko przez dwie godziny, cisnął ją i roztrzaskał.
Lokaje poruszyli się, lecz Cellini dobywszy do połowy sztyletu zatrzymał ich.
Askanio przelękły o swojego mistrza, chciał wstać, lecz wzruszenie odebrało mu resztę sił i padł bez przytomności.
Benvenuto nie spostrzegł tego z razu.
W tej chwili księżna ukazała się blada, i rozgniewana na progu drzwi.
— Tak, odchodzę — mówił dalej swoim grzmiącym głosem Benvenuto, widząc już księżnę — i powiedźcie tej kobiecie, że dar, który dla niej przeznaczałem, wręczę pierwszemu lepszemu żebrakowi. który pewnie od niej godniejszym go będzie.
Powiedźcie jej, że jeżeli wzięła mię za jednego ze swoich służalców, jak wy, omyliła się, i że my artyści, nie sprzedajemy pochlebstwa i uniżoności, jak ona sprzedaje swoje wdzięki! A teraz ustąpcie się! Chodź ze mną Askanio.
W tej chwili, odwrócił się ku swojemu ukochaniu uczniowi i ujrzał go bladego z zamkniętemi oczyma i przechyloną w tył głową.
— Askanio — zawołał — Askanio, moje dziecię, zemdlony, umiera może!... i to ta kobieta... Benyenuto odwrócił się z groźnym gestem ku księżnej d’Etampes, czyniąc zarazem poruszenie celem wzięcia Askania na ręce.
Księżna pełna gniewu i przerażenia, nie była dotąd w stanie przemówić słowa.
Lecz ujrzawszy Askania, białego jak marmur, z przechyloną głową, z długiemi rozrzuconemi włosami, i tak pięknego przy swojej bladości, nieprzezwyciężonem poruszeniem rzuciła się ku niemu i uklękła prawie naprzeciwko Benvenuta, trzymając jak on jedną rękę Askania w swej dłoni.
— Lecz to dziecię umiera! Jeżeli go weźmiesz z sobą, umrze. Potrzebuje niezwłocznej pomocy. Hieronimie, biegnij po doktora Andre.
Nie chcę ażeby wyszedł ztąd w takim stanie, pojmujesz pan! Odejdź lub zostań tu, jak chcesz, lecz zostaw jego.
Benvenuto spojrzał na księżnę przenikliwie, a na Askania z niespokojnością.
Pojął, że niebyło żadnego niebezpieczeństwa pozostawić swojego drogiego ucznia staraniom pani d’Etampes, a przeciwnie mogłoby mu zaszkodzić, gdyby go chciano nieostrożnie przenosić.
Jak zawsze, prędko zdecydował się co ma czynić, gdyż postanowienia szybkie i niewzruszone, były jednym z przymiotów lub wad Celliniego.
— Odpowiadasz pani za niego! — rzekł.
— O! życiem mojem! — zawołała księżna.
Wtedy pocałował z lekka ucznia w głowę, i okrywając się płaszczem, z ręką na sztylecie, wyszedł dumnie, nie bez zamienienia z księżną spojrzenia pełnego wzgardy i nienawiści.
Co do prewota i wicehrabiego, nie raczył nawet spojrzeć na nich.
Anna z swojej strony odprowadziła swojego nieprzyjaciela oczyma błyszczącemi z wściekłości; potem zmieniając wyraz twarzy, jej spojrzenie zwróciło się z niespokojnością na ładnego zemdlonego; gniew ustępował miejsca miłości, tygrysica stała się gazellą.
— Mości Andre — rzekła do swojego doktora, który dopiero co przybiegł — obejrzyj go, ocal go, jest ranny i umierający.
— Nie ma nic niebezpiecznego — rzekł doktór, jestto przemijające osłabienie — i wlał w usta Askania kilka kropel kordyału, który zawsze nosił przy sobie.
— Przychodzi do siebie — zawołała księżna — porusza się. Teraz, doktorze, potrzeba mu spokojności, nieprawdaż? Przenieście go do tego pokoju na sofę — rzekła do dwóch lokai. Potem, zniżając głos tak aby tylko od nich być słyszaną: Lecz naprzód posłuchajcie, dodała: Jeżeli wymówicie jedno słówko ściągające się do tego coście tu widzieli i słyszeli, głową za to przypłacicie. Idźcie!...
Lokaje drżący ukłonili się i podnosząc lekko Askania, zanieśli go do wskazanego pokoju.
Pozostawszy sama z prewotem i wicehrabią de Marmagne, milczącymi świadkami jej zniewagi, pani d’Etampes zmierzyła ich, szczególniej ostatniego, spojrzeniem pełnem wzgardy, lecz powściągnęła natychmiast to poruszenie.
— Mówiłam więc, wicehrabio — wyrzekła z goryczą lecz spokojnie — mówiłam więc, że rzecz, o której wspominaliście była ważną, lecz mniejsza o to, nie zastanowiłam się nad tem dostatecznie. Zdaje się, że dosyć mam władzy, na dosięgnięcie winowajcy. Król tą razą raczyłby ukarać, bezwątpienia, lecz ja sama chcę się pomścić. Kara wyjawiłaby zniewagę; zemsta ją pokryje. Mieliście panowie zimną krew, wstrzymać się z tą zemstą aby jej na jaw nie wydać, ja pochwalam to, lecz radzę wam także, nie dać się zupełnie jej wymknąć; tak postąpcie sobie, ażebym nie potrzebowała udawać się z tem do kogo innego. Wicehrabio de Marmagne, trzeba ci wyraźnych słów. Zaręczam ci za równąż bezkarność jakiej kat używa; jednak radzę tobie i twoim zbirom, porzucić szpady a uciec się do sztyletu. A teraz, nie mówcie nic; działajcie i to szybko: to najlepsza odpowiedź. Żegnam panów.
Wymówiwszy te słowa głosem prędkim i ucinanym, księżna wyciągnęła rękę jakby wskazując drzwi dwom panom.
Ci ukłonili się niezgrabnie, nie znajdując na prędce żadnej wymówki i wyszli pomieszani.
Po ich wyjściu, pani d’Etampes udała się do pokoju, w którym złożono chorego.
W chwili gdy księżna zbliżała się do młodzieńca, Askanio otworzył oczy.
— Nie ma żadnego niebezpieczeństwa — rzekł doktór Andre do pani d’Etampes, ten młody człowiek był raniony w ramię; znużenie, wstrząśnienie jakoweś duszy, może nawet głód, spowodowały chwilowe zemdlenie, które jak pani widzisz kordyały zupełnie rozproszyły. Teraz przyszedł już do siebie i łatwo zniesie przeniesienie go w lektyce.
— Dobrze, doktorze — rzekła księżna dając kieskę panu Andre, który ukłonił się głęboko i wyszedł.
— Gdzie jestem? — rzekł Askanio, który przyszedłszy do siebie, starał się zebrać wspomnienia.
— Jesteś przy mnie, w moim domu, Askanio — rzekła księżna.
— W twoim domu, pani? a! tak, poznaję cię, jesteś pani d’Etampes, i przypominam sobie także... Gdzie jest Benvenuto? gdzie jest mój mistrz?
— Nie poruszaj się, Askanio, twój mistrz jest bezpieczny, bądź spokojny; w tej chwili je zapewne obiad u siebie.
— Lecz jak się to stało, że mię tu zostawił?
— Straciłeś przytomność i powierzył cię moim staraniom.
— I zapewniasz mię pani, że nie jest narażony na żadne niebezpieczeństwo, że wyszedł ztąd bez szkody?
— Powtarzam ci i upewniam, Askanio, że nigdy nie był mniej narażony jak w tej chwili, rozumiesz mnie. Niewdzięczny, czuwam nad nim opatruję go, ja księżna d‘Etampes, z troskliwością siostry, a on mi mówi o swoim mistrzu!
— O! pani, wybacz mi i przyjmij moje podziękowanie — rzekł Askanio.
— Już też czas, istotnie! — rzekła księżna potrząsając swoją piękną głową z dowcipnym uśmiechem.
I wtedy pani d’Etampes zaczęła mówić, nadając każdemu słowu czarujące brzmienie, udzielając wyrazom najprostszym znaczenia najdelikatniejsze, czyniąc każde zapytanie z rodzajem chciwości i słuchając odpowiedzi, jak gdyby od niej zawisło jej przeznaczenie.
Była pochlebiającą i pieszczotliwą, baczną i uważną na wszystko, jak doskonała aktorka na scenie, rozwijając cały swój dowcip czarowny i wykształcony, któremu jak mówiliśmy była winna, że ją nazywano najpiękniejszą z uczonych i najuczeńszą z pięknych; słowem użyła w tej rozmowie najsłodszych pochlebstw i najzręczniejszych ułudzeń; nakoniec gdy młodzieniec już po raz trzeci lub czwarty okazywał chęć oddalenia się:
— Mówisz do mnie Askanio — rzekła zatrzymując go jeszcze — z takim zapałem o twojej pięknej sztuce złotniczej, że jest to dla mnie niejako odkryciem, i że odtąd śledzić będę myśli, w tem co dotąd jedynie za strój uważałam. A więc twojem zdaniem, twój Benvenuto jest mistrzem w tej sztuce?
— Pani, przeszedł samego Michała Anioła.
— Gniewam się na ciebie, gdyż ty zmniejszysz urazę jaką czuję ku niemu, za jego niegodne względem mnie postąpienie.
— O! nie należy uważać na jego szorstkość, pani. Ta opryskliwość ukrywa duszę najgorętszą i najszlachetniejszą. Sądził, że pani umyślnie kazałaś mu czekać na siebie, i ta zniewaga...
— Powiedz ta złośliwość — odrzekła księżna z udanem pomieszaniem zepsutego dziecka. Istotnie, nie byłam jeszcze ubraną gdy twój mistrz przybył, i tylko przedłużyłam nieco moją toaletę. To źle. bardzo źle! Widzisz, że spowiadam się przed tobą. Nie wiedziałam zresztą, że z nim jesteś — dodała z żywością.
— Być może, pani, lecz Cellini nie jest zbyt przenikliwym, w dzieciństwie widzi obrazę.
— Czy i ty wierzysz temu? — odrzekła księżna, nie mogąc zupełnie ukryć szyderczego uśmiechu.
— O! przebacz mu pani! gdyby cię znał, wierzaj mi, jest on wspaniały i szlachetny, błagałby cię na klęczkach o przebaczenie za swój błąd.
— Przestań już! Czy myślisz dokazać abym go teraz pokochała? Chcę się gniewać na niego, mówię ci, i na początek, uczynię mu rywala.
— To będzie trudno, pani.
— Nie, Askanio, gdyż tym rywalem ty będziesz, jego uczeń. Pozwól mi przynajmniej tym sposobem złożyć hołd wielkiemu geniuszowi, który mię nienawidzi. Wszak nie będziesz wahał się poświęcić mi tej twórczości pełnej poezyi, którą wychwala sam Cellini?...
— Pani, wszystko co jest w mojej mocy oddaję na twoje rozkazy. Jesteś tak dobrą dla mnie, wypytywałaś przed chwilą z takiem zajęciem o moję przeszłość, o moje nadzieje, że teraz jestem ci oddany sercem i duszą.
— Dziecię! nie uczyniłam nic jeszcze dla ciebie i w tej chwili żądam tylko nieco twojego talentu. Powiedz czy nie marzyłeś o jakim pięknym klejnocie? Mam tu przepyszne perły; cóżbyś mi z nich utworzył, mój piękny czarowniku? Czy chcesz abym ni udzieliła mojego pomysłu? Przed chwilą ujrzawszy cię leżącego w przedpokoju bladego i z pochyloną głową, wyobrażałam sobie, że widzę piękną lilię, której łodygę wiatr pochylił. A więc, zrób mi lilię z pereł i srebra, nosić ją będę u gorsu — rzekła czarodziejka kładąc rękę na sercu.
— O! pani, tyle dobroci...
— Askanio, czy chcesz okazać się wdzięcznym za tę dobroć, jak mówisz? Przyrzeknij mieć we mnie swoję powiernicę, swoję przyjaciółkę, nie ukrywać przedemną żadnego z twoich postępków, twoich zamysłów, twoich zmartwień, gdyż spostrzegam, że jesteś smutny. Przyrzeknij udać się do mnie ile razy będziesz potrzebował pomocy i rady.
— Lecz to jest nowa łaska ze strony pani, a nie dowód wdzięczności, jakiego odemnie wymagasz.
— Nakoniec, przyrzekasz mi to?
— Niestety! wczoraj jeszcze mógłbym ci to przyrzec, pani; wczoraj jeszcze mógłbym udać się do twojej wspaniałomyślności; dziś nikt już w świecie nie jest w mocy dopomódz mi.
— Kto wie?
— Ja to wiem, pani.
— A! cierpisz, ja to widzę, Askanio, ty cierpisz.
Askanio wstrząsnął smutnie głową.
— Nie jesteś szczerym z przyjaciółką, Askanio, to nie dobrze — mówiła dalej księżna biorąc rękę młodzieńca i ściskając ją zlekka.
— Mój mistrz musi być niespokojny o mnie, pani, lękam się abym nie stał się tobie natrętnym. Czuję się znacznie lepiej. Pozwól mi oddalić się.
— Jak ci pilno odejść ztąd! Zaczekaj przynajmniej aż ci przygotują lektykę. Nie opieraj się, tak doktór rozkazał i ja tak chcę.
Anna przywołała służącego i wydała potrzebne rozkazy, potem kazała Izabelli przynieść swoje perły i niektóre kamienie i oddała je Askaniemu.
— Teraz zwracam ci wolność — rzekła — lecz skoro wyzdrowiejesz, moja lilia będzie pierwszą rzeczą jaką się zajmiesz, nieprawdaż? Tymczasem, myśl o niej, proszę cię, a gdy ukończysz rysunek, pokażesz mi go.
— Dobrze, pani.
— I nie chceszże abym ci była w czem użyteczną, Askanio? Powiedz, czego żądasz moje dziecię? Gdyż w twoim wieku, napróżno nakazujemy milczenie sercu, odwracamy oczy, zamykamy usta, zawsze pożądamy czegoś. Sądzisz więc, że mało mam władzy, iż nie chcesz uczynić mię swoją powiernicą?
— Wiem pani — odrzekł Askanio — że posiadasz całą potęgę na jaką zasługujesz. Lecz żadna siła ludzka nie potrafiłaby dopomódz mi w okoliczności, w jakiej się znajduję.
— Mów jednak — rzekła księżna d’Etampes. — Żądam tego! potem łagodząc z zachwycającą kokieteryą swój głos i wyrazy twarzy: Proszę cię o to!
— Niestety! pani — zawołał Askanio, którego serce boleść przepełniała. Niestety! ponieważ odzywasz się do mnie z taką dobrocią, ponieważ moje odejście ukryje przed tobą mój wstyd i moje łzy, nie zaniosę, jak byłbym uczynił wczoraj, prośby mej do księżnej, lecz uczynię zwierzenie kobiecie. Wczoraj byłbym ci powiedział: kocham Blankę i jestem szczęśliwy!... Dziś powiem ci: Blanka mnie nie kocha, pozostaje mi tylko umrzeć! Zegnam cię pani, zlituj się nademną!
Askanio pocałował rękę pani d’Etempes, oniemiałej i wzruszonej, i wybiegł szybko.
— Rywalka! rywalka! — rzekła Anna budząc się jakby ze snu; lecz nie kocha go, a on musi być moim, dokażę tego!... O! tak, przysięgam, że mnie pokocha i że zabiję Benvenuta!




ROZDZIAŁ II.
ŻYCIE LUDZKIE PEŁNE JEST TROSK I PRZYKROŚCI.



Opuściliśmy Celliniego w chwili, gdy niespokojny o Askania wychodził z pałacu Etampes.
Powróciwszy do wielkiego Nesle, ani wspomniał o gniewie pani d’Etampes; myślał jedynie o swoim ukochanym uczniu.
Przeto radość jego była wielka, gdy drzwi otworzyły się dając przejście lektyce i gdy Askanio, wyskoczywszy lekko na ziemię, uścisnął mu rękę i zapewnił, że miał się lepiej aniżeli rano.
Lecz czoło Benvenuta wkrótce zasępiło się na pierwsze słowa ucznia, i słuchał go z szczególniejszym wyrazem smutku, gdy ten mu mówił:
— Mistrzu, dam ci sposobność naprawienia pewnej niesłuszności, i wiem, że mi podziękujesz zamiast, się gniewać. Omyliłeś się względem księżnej d’Etampes; nie czuje ona ku tobie ani wzgardy, ani nienawiści; przeciwnie czci ciebie i uwielbia, i trzeba przyznać, że surowo się z nią obszedłeś, jako z kobietą i księżną. Mistrzu, pani d’Etampes nie tylko jest piękną jak bogini, ale i dobrą jak anioł, jest zarazem skromną i wspaniałą, i posiada przedziwny rozsądek. To, w czem widziałeś dziś rano obrażającą zuchwałość, było tylko dziecinną złością. Uczyń to dla mnie, dla mnie którego przyjęła i pielęgnowała z wdziękiem tak tkliwym, nie trwaj w tem obelżywem uprzedzeniu. Ręczę, że nie trudno ci będzie dokazać, aby ona zapomniała swojego... Lecz nie odpowiadasz, kochany mistrzu? Potrząsasz głową. Czyliżbym cię obraził?
— Posłuchaj, moje dziecię — odrzekł poważnie Benvenuto; często powtarzałem ci, że podług mnie jedna tylko rzecz na świecie jest wiecznie piękną, wiecznie młodą, wiecznie płodną: to jest sztuka. Jednak wiem i to, że w pewnych duszach czułych, miłość jest także uczuciem wzniosłem, głębokiem, mogącem uszczęśliwić na całe życie, lecz to rzecz rzadka. Bo cóż jest zazwyczaj miłość? Jednodniowy kaprys, wesołe wspólnictwo, w którem dwa serca zwodzą, się nawzajem, a często w dobrej wierze. Taka jednak miłość, chociaż szydzę z niej otwarcie, najlepiej mi się podoba, gdyż zawiera w sobie wszystkie uciechy, wszystkie przyjemności, wszystkie uczucia rzeczywistej namiętności, a jej rany nie są śmiertelne. Dodaj jeszcze, że te przemijające związki mają jeden cel wystarczający dla artysty, uczczenie formy i uwielbienie czystej piękności: i to jest ich poważna strona. Lecz słuchaj, Askanio, jest jeszcze inna miłość, która nie wzbudza śmiechu, na wspomnienie której drżę; miłość namiętna, szalona, zwodnicza jak marzenie!
— O! mój Boże — pomyślał Askanio — czyby się dowiedział o mojej szalonej miłości dla Blanki?
— Taka — mówił dalej Cellini — nie daje ani rozkoszy, ani szczęścia, a jednak ogarnia cię całego; jestto upiór, który wypija po trosze całe twoje istnienie, który pożera powoli twoję duszę; trzyma cię w swoich szponach, i niepodobna z nich się już wydobyć. Askanio, Askanio, takiej obawiaj się. Wiadomo, że to jest chimera i że nic z nią zyskać nie można, a jednak oddajesz jej się duszą i ciałem, i prawie z radością poświęcasz jej dni swoje.
— Wie wszystko! — rzekł do siebie Askanio.
— Drogi synu — mówił dalej Benvenuto — jeżeli jest czas jeszcze, zerwij te węzły, które skrępowałyby cię na zawsze; znak choroby zostanie, lecz ocalisz przynajmniej od cierpień resztę życia twego.
— A któż powiedział ci, że ją kocham? — zapytał uczeń.
— Jeżeli jej nie kochasz, to chwała Bogu! — rzekł Benvenuto, sądząc, że Askanio przeczy, gdy on zapytywał się tylko. W takim razie bądź ostrożny, gdyż dostrzegłem dziś rano, że ona ciebie kocha.
— Dziś rano? O kimże mówisz? co chcesz powiedzieć?
— O kim mówię? o pani d’Etampes.
— O pani d’Etampes! — odrzekł młodzieniec osłupiały. Lecz mylisz się mistrzu, to niepodobna. Mówisz, że widziałeś, iż pani d’Etampes mię kocha?
— Askanio, mam czterdzieści lat, dosyć żyłem i wiem wiele. Po spojrzeniach, które ta kobieta rzucała na ciebie, po sposobie w jaki potrafiła ukazać ci się, poznałem, że cię kocha, a sądząc z zapału, z jakim broniłeś jej przed chwilą, obawiam się czy jej nie odpłacasz wzajemnością. Ostrzegam cię przeto, Askanio, gdyż w takim razie zguba twoja nieuchronna. Ta miłość jakkolwiek gorąca, opuści cię i pozostawi bez szczęścia, bez wiary i nadziei.
— Mistrzu — rzekł Askanio — nie wiem czy pani d’Etampes kocha mię, lecz ja nie kocham jej bynajmniej.
Benvenuto do połowy tylko był zaspokojony szczeremi słowy Askania, gdyż myślał, że on sam mógł się omylić w tym względzie.
Nie wspomniał więc o tem więcej, i następnych dni spoglądał tylko niekiedy ze smutkiem na swego ucznia.
Zresztą, trzeba powiedzieć, że nie tylko względem Askania był niespokojnym.
On sam zdawał się dręczony jakąś głęboką troską.
Utracił wesołość swoję i dobry humor.
Pozostawał zawsze zamknięty rano w swoim pokoju po nad ludwisarnią, i wyraźnie zabronił aby mu tam nie przeszkadzano.
Przez resztę dnia pracował nad olbrzymią statuą Marsa z zwykłym swoim zapałem, lecz nie mówiąc o niej z dawnem wylaniem.
Nadewszystko też w obecności Askania wydawał się ponurym, zakłopotanym.
Zdawał się unikać swojego ukochanego ucznia, jakby wierzyciela lub sędziego.
Nakoniec, łatwo można było spostrzedz, że jakaś wielka troska, jakaś straszliwa namiętność znalazła przystęp do tej silnej duszy.
Askanio nie był szczęśliwszy: Sądził, jak wyznał przed panią d’Etampes, że Blanka nie kochała go.
Hrabiego d’Orbec, którego znał tylko z nazwiska, wyobrażał sobie młodym, wykwintnym, bogatym, i był przekonany, że córka pana d’Estourville, szczęśliwa narzeczona pięknego szlachcica, nie pomyślała ani na chwilę o nieznanym artyście.
Chociażby zresztą zachował niepewną i wątłą nadzieję, która nigdy nieopuszcza serca przepełnionego miłością, sam popsuł całą sprawę, wyjawiając przed panią d’Etampes — jeżeli prawda była, że pani d’Etampes kochała go — imię jej rywalki.
To małżeństwo, któremu byłaby w stanie przeszkodzić, starałaby się teraz przyśpieszyć ze wszystkich sił swoich; ścigałaby całą swoją nienawiścią biedną Blankę.
Tak, Benvenuto miał słuszność: miłość tej kobiety była w istocie straszna i niebezpieczna; lecz miłość Blanki miała być tem wzniosłem i boskiem uczuciem, o którem mistrz mówił z początku, i to dla innego niestety! zostawione było to szczęście.
Askanio był w rozpaczy; wierzył w przyjaźń pani d’Etampes, a ta zdradliwa przyjaźń była niebezpieczną miłością; spodziewał się miłości Blanki, a ta kłamliwa miłość była tylko obojętną przyjaźnią.
Czuł się bliskim nienawidzenia tych dwóch kobiet, które tak źle odpowiedziały wszystkim jego marzeniom, gdy tymczasem każda z nich kochała go tak, jakby on chciał być kochanym tylko od jednej z nich.
Pogrążony w ponurym smutku, nie myślał nawet o lilii poleconej przez panią d’Etampes, i miotany niechęcią podsycaną przez zazdrość, nie chciał powrócić do małego Nesle, pomimo próśb i wymówek Ruperty, której tysiące zapytań pozostawiał bez odpowiedzi.
Niekiedy jednak wyrzucał sobie to postanowienie, okrutne zapewne tylko dla niego.
Chciał widzieć się z Blanką, wyznać jej swoję miłość jak zbrodnię, a ona będzie zapewne tak dobrą, że go pocieszy.
Lecz co powiedzieć o swojej nieobecności, jak wytłomaczyć się w oczach młodej dziewczyny?
Askanio, wśród tych naiwnych i bolesnych uwag, dozwolił upływać czasowi i nie śmiał nic przedsięwziąć.
Blanka oczekiwała Askania z obawą i radością nazajutrz po dniu, w którym słowa pani Perrine pogrążyły młodzieńca w straszliwej boleści; lecz napróżno liczyła godziny i minuty; napróżno pani Perrine przysłuchiwała się, czekając umówionego znaku: Askanio nie przychodził.
Blanka wyobrażała sobie, że młodzieniec był chory, może umierający i dla tego przybyć nie był w stanie.
Przepędziła cały wieczór przed swoim klucznikiem, płacząc i modląc się, modły skończyła a łzy przecież napełniały jej oczy.
To przestraszyło ją.
Ta niespokojność, która uciskała jej serce, była dla niej przykrem odkryciem.
W istocie, było czego się przestraszyć, gdyż mniej jak w przeciągu miesiąca, Askanio stał się panem jej myśli do tego stopnia, że zapomniała o Bogu, o swoim ojcu, o swojem własnem nieszczęściu.
Lecz nie o to teraz chodziło! Askanio cierpiał o dwa kroki od niej; umierał a ona nie mogła go zobaczyć!
Nie była to chwila do rozumowania, płakać tylko mogła.
Gdy zostanie ocalony, wtedy będzie czas rozmyślać.
Nazajutrz pani Perrine czatowała na Rupertę i skoro tylko ujrzała ją wychodzącą, wybiegła także, więcej dla otrzymania wiadomości, jak w celu porobienia sprawunków.
Askanio tedy nie był ciężko chorym, lecz po prostu nie chciał iść do małego Nesle i na wszelkie pytania pani Ruperty, odpowiadał uporczywem milczeniem.
Dwie kobiety wyprowadzały ztąd mnóstwo wniosków.
W istocie było to dla nich nie do pojęcia.
Co do Blanki, ona powodu nie szukała długo, powiedziała sobie natychmiast: „Wie o wszystkiem; dowiedział się, że za trzy miesiące będę żoną hrabiego d’Orbec i nie chce mnie już więcej widzieć.”
Jej pierwszem uczuciem była wdzięczność dla kochanka, i uśmiechnęła się. Lecz wkrótce, rozmyślając nad tem, uczuła urazę do Askania, że mógł mniemać, iż ona skłania się do podobnych związków.
Pogardza mną więc, rzekła do siebie.
Wszystkie te usposobienia do gniewu lub czułości, były bardzo niebezpieczne; odsłaniały przed Blanką tajemnicę jej własnego serca. Głośno mówiła sobie, że pragnęła nie widzieć więcej Askania, lecz pocichu oczekiwała go, aby się usprawiedliwić.
I cierpiała w swojem lękliwem sumieniu; cierpiała w swojej niepoznanej miłości.
Co do pani d’Etampes, ta nie wierzyła, nie mogła wierzyć w ową, głęboką namiętność Askania d Blanki. „Dziecię, które nie wie czego pragnie — mówiła — które zajęło się pierwszą ładną dziewczyną, jaką napotkało, które natrafiło na głupią próżność a jego duma oburzyła się napotkawszy przeszkodę. O! gdy pozna co to jest prawdziwe uczucie, miłość gorąca i namiętna; gdy się dowie że ja, księżna d’Etampes, ja której kaprys rządzi całem państwem, że ja kocham go!... o musi o tem wiedzieć.”
Wicehrabia de Marmagne i prewot Paryża cierpieli także w swojej nienawiści, jak Anna i Blanka w swojej miłości.
Obaj czuli śmiertelną urazę do Beuveuuta, szczególniej Marmagne.
Benyenuto był przyczyną, że został pogardzony i poniżony przez kobietę; Benvenuto zmuszał go okazać się odważnym, gdyż przed sceną w pałacu Etampes, wicehrabia mógł był kazać go zamordować przez swoich ludzi na ulicy; teraz zaś zmuszony był sam napaść go w jego domu, a na tę myśl Marmagne drżał ze strachu.
Tak więc wszyscy cierpieli. Katarzyna nawet, Katarzyna, ów trzpiot, nie śmiała się już, nie śpiewała i często bardzo jej oczy czerwone od łez były.
Benvenuto nie kochał jej już, Benvenuto był od niejakiego czasu zimny i niekiedy nawet przykry dla niej.
Biedna Katarzyna miała oddawna jednę myśl, która stała się u niej monomanią.
Pragnęła zostać żoną Benvenuta.
Skoro przybyła do jego pracowni, sądząc, że mu służy za zabawkę, a on obszedł się z nią ze względami należnemi kobiecie a nie piękności, biedne dziewczę ujrzało się nagle wzniesionem, i uczuło zarazem głęboką wdzięczność dla swojego dobroczyńcy, oraz naiwną dumę, widząc się tak szlachetnie ocenioną.
Odtąd, już nie wskutek rozkazu, lecz na prośbę Celliniego, z radością zgodziła się służyć mu za model, i widząc się tyle razy wyobrażoną i tyle razy uwielbianą w bronzie, srebrze i złocie, po prostu przypisała sobie połowę powodzeń złotnika, będąc przekonaną, że te piękne kształty tak często chwalone, więcej do niej należały niż do mistrza.
Rumieniła się chętnie gdy winszowano Celliniemu czystości rysów tej lub owej statui; przekonywała się z ukontentowaniem, że była niezbędną dla wziętości swojego kochanka i stała się częścią jego sławy, tak jak była połową jego serca.
Biedne dziecię! niewiedziała, że nigdy nie była dla Benvenuta tym ideałem, tem tajemnem bóstwem, którego każdy artysta wzywa i który czyni go twórcą; lecz ponieważ Benvenuto zdawał się kopiować jej postawę i wdzięki, przekonana była, że jej był winien wszystko i powoli ośmielała się w nadziei, że wyniósłszy zalotnicę na swoję kochankę, z kochanki uczyni ją żoną.
Ponieważ nie umiała ukrywać myśli, wyraźnie oświadczyła Celliniemu swoje pretensye.
Ten wysłuchał jej poważnie i odpowiedział:
— Zobaczemy.
Istotnie wolałby był powrócić do twierdzy Świętego Anioła, narażając się na powtórne złamanie nogi w czasie ucieczki. Nie żeby gardził swoją lubą Katarzyną; kochał ją czule i nawet z niejaką zazdrością, jak widzieliśmy — lecz przedewszystkiem uwielbiał sztukę.
Ożeniwszy się, czyliż mąż i ojciec rodziny nie przyniósłby uszczerbku artyście? A zresztą, gdyby miał zaślubiać wszystkie swoje modele, byłby przynajmniej sto razy dwużennym.
Gdy przestanę kochać i modelować Katarzynę, mówił do siebie Benvenuto, znajdę dla niej jakiego poczciwego chłopaka z krótkim wzrokiem, któryby nie dojrzał przeszłości i który tylko będzie widział ładną kobietę i piękny posag, jaki jej ofiaruję. Tym sposobem zadowolę ową manię nazywania się mężatką.
Gdyż Benvenuto był przekonany, że tego szczególniej pragnęła Katarzyna, mniej dbając o to kto będzie jej mężem.
Tymczasem dozwalał jej kołysać się nadzieją.
Lecz od czasu przeniesienia się do wielkiego Nesle, Katarzyna nie mogła już się łudzić i poznała, że nie jest już tak niezbędną dla życia i prac Celliniego jak sądziła, gdyż jej wesołość nie była już w stanie rozproszyć smutku zasępiającego jego czoło; co większa, zaczął modelować z wosku statuę Heby, dla której nie siedziała.
Nakoniec rzecz niesłychana! biedne dziewczę próbowało udawać zalotną z Askaniem w obec Celliniego, a najmniejsze zmarszczenie brwi nie zwiastowało zazdrości i gniewu mistrza. Miałaż się wyrzec tylu pięknych marzeń i pozostać poniżoną jak przedtem?
Co do Pagola, jeżeli czytelnicy czują jakąkolwiek ciekawość zbadania tajemnic tej duszy, powiemy, że nigdy Pagolo nie był więcej ponurym i milczącym jak od niejakiego czasu.
Pomyśli kto może, że wesoły student Jakób, Aubry, nasza dawna znajomość, uniknął zmartwienia? Bynajmniej: i on także cierpiał.
Simonna, czekając długo? na niego w niedzielę, to jest w dzień oblężenia pałacu Nesle, powróciła do domu rozgniewana i nie chciała już pod żadnym pozorem przyjąć zuchwałego studenta.
Ten, chcąc się pomścić, pozbawił wprawdzie męża kapryśnicy tytułu swojego nadwornego krawca, lecz ten okrutny człowiek, dowiedziawszy się o tem, doznał żywej radości; gdyż jeżeli Jakób Aubry zużywał prędko i hojnie swoje suknie (wyjąwszy kieszeni), trzeba dodać, że miał zasadę ekonomiczną nie płacić za nie nigdy. Skoro tedy wpływ Simonny przestał równoważyć brak pieniędzy, samolubny krawiec obrachował, że zaszczyt ubierania pana Jakóba Aubry, nie odpowiadał stracie jaką poniósł ubierając go darmo.
Tak więc nasz biedny przyjaciel jednocześnie owdowiał i pozbawiony został kredytu. Na szczęście, wiemy, że nie było to jego zwyczajem oddawać się melancholii.
Jakoż wkrótce pocieszył się, znalazłszy prześliczne stworzenie imieniem Daniela.
Lecz Daniela posiadała nader surowe zasady, które on znajdował bardzo śmiesznemi; wymykała mu się bez ustanku a on wściekał się szukając sposobów ujarzmienia kokietki.
Stracił na to prawie wszystkie swoje zasoby, co tem przykrzejszem dla niego było, że jego niegodziwy restaurator, który był krewnym barbarzyńskiego krawca, nie chciał mu także więcej kredytować.
Wszyscy ci przeto, których nazwiska wymieniliśmy w naszem opowiadaniu, byli nieszczęśliwi, począwszy od króla, bardzo niespokojnego o to czy Karol V-ty przyjmie lub nie przyjmie dozwolenia przejazdu przez Francyę, aż do pani Perrine i Ruperty, złych, że nie mogły znowu gawędzić z sobą; i gdyby jak starożytny Jowisz, nasi czytelnicy posiadali prawo słyszenia wszystkich skarg i życzeń śmiertelników, oto chór żałosny jaki obiłby się o ich uszy.
Jakób Aubry: — Gdyby Daniela przestała drwić sobie ze mnie!
Katarzyna: — Gdyby Benenuto odzyskał choć na chwilę zazdrość!
Pagolo: — Gdyby Katarzyna mogła znienawidzić mistrza!
Marmagne: — Gdybym był tak szczęśliwy i zastał tego Celliniego samego.
Pani d’Etampes: — Gdyby tylko Askanio wiedział, że go kocham!
Blanka: — Gdybym widziała go tylko przez minutę i mogła się usprawiedliwić!
Askanio: — Gdyby się usprawiedliwiła!
Benvenuto: — Gdybym śmiał wyznać moje cierpienia przed Askaniem!
Wszyscy: — Niestety! niestety!




ROZDZIAŁ III.
ZISZCZENIE NAJGORĘTSZYCH ŻYCZEŃ NIE ZAWSZE PROWADZI DO SZCZĘŚCIA.



Chociaż wszystkie te życzenia miały być wysłuchane przed końcem tygodnia, jednak ich ziszczenie miało pogrążyć tych, którzy je uczynili, w większym jeszcze smutku i strapieniu niż dawniej.
Takie jest prawo: każda radość zawiera nasienie jakiegoś nieszczęścia.
Daniela naprzód przestała drwić z Jakóba Aubry.
Zmiana, jeżeli sobie przypominamy, chciwie pożądana przez studenta.
W istocie, Jakób Aubry znalazł złote więzy, które miały skrępować płochą dziewczynę.
Temi więzami był ładny pierścionek emaliowany przez samego Benvenuta i wyobrażający dwie złączone ręce.
Trzeba wiedzieć, że od dnia walki, Jakób Aubry powziął prawdziwą przyjaźń dla prawej i dzielnej energii florenckiego artysty.
Nie przerywał mu kiedy mówił, rzecz niesłychana!
Patrzał na niego i słuchał go z uszanowaniem, czego jego profesorowie na nim nigdy wymódz nie mogli.
Uwielbiał dzieła mistrza z zapałem jeżeli nie ze znajomości rzeczy pochodzącym, to przynajmniej szczerze i gorąco.
Z drugiej strony otwartość, męztwo i dobry humor studenta podobały się Celliniemu.
Grał dobrze w piłkę i mógł się dzielnie bronić, chociaż przegrywał.
Potrafił dotrzymać placu przy butelce.
Słowem, on i złotnik zostali najlepszemi przyjaciółmi w świecie, i Benvenuto wspaniały, ponieważ wiedział, że jego skarb jest niewyczerpany, zmusił go jednego dnia do przyjęcia tego małego pierścionka tak cudownej roboty, że w braku jabłka skusiłby Ewę i zasiałby niezgodę na weselu Tetydy i Peleusza.
Nazajutrz po dniu, w którym pierścionek przeszedł z rąk Jakóba Aubry na palac Danieli, ta powróciła do dawnego uporu.
Biedny szaleniec! spodziewał się, że posiadł już swoję kochankę, tymczasem został jej niewolnikiem.
Katarzyna znowu podług swojego życzenia, zdołała obudzić w sercu Benvenuta iskierkę zazdrości. Oto jakim sposobem:
Jednego wieczoru, gdy jej zalotność i zabiegi rozbiły się znowu o niewzruszoną powagę mistrza, przybrała również uroczystą postawę.
— Benvenuto — rzekła — zdaje się, że ani myślisz o twoich zobowiązaniach się względem mnie.
— Jakich zobowiązaniach, kochanko — odrzekł mistrz, zdając się szukać na suficie wytłomaczenia tej wymówki.
— Czy nie przyrzekłeś mi ze sto razy, że ożenisz się ze mną?
— Nie przypominam sobie — rzekł Benvenuto.
— Nie przypominasz sobie?
— Nie; zdaje mi się, że odpowiedziałem tylko: Zobaczemy.
— Jakże i zobaczyłeś?
— Tak.
— I cóż zobaczyłeś?
— Że jestem za młody jeszcze, ażebym mógł w tej chwili czem innem być dla ciebie jak kochankiem, Katarzyno. Pomówiemy zresztą o tem później.
— A ja nie jestem już tak ograniczoną, Mości panie, ażebym poprzestała na obietnicy tak wątłej i czekała na ciebie.
— Uczyń jak chcesz, mała.
— Lecz, z tem wszystkiem, cóż masz przeciwko małżeństwu? W czem się zmieni przez to twoje życie? Uszczęśliwisz biedną dziewczynę, która cię kocha, i oto wszystko.
— W czem się zmieni moje życie, Katarzyno? — rzekł poważnie Cellini. Widzisz tę świecę, której blade światło słabo oświeca obszerną salę, w której znajdujemy się: kładę nakrywkę na knocie, otóż zupełna noc teraz. Małżeństwo jest ową nakrywką. Rozświeć tę świecę Katarzyno, nie lubię ciemności.
— Rozumiem — zawołała szczebiotliwie Katarzyna wylewając łzy — nosisz zbyt świetne nazwisko abyś je nadał biednej dziewczynie, która ci oddała swoją duszę, swoje życie, wszystko co miała, wszystko co mogła dać, która jest gotowa wszystko znieść dla ciebie, która przez ciebie tylko żyje, i ciebie tylko kocha...
— Wiem to wszystko, Katatrzyno, i zapewniam cię, że ci za to jestem nieskończenie wdzięcznym.
— Która podzieliła chętnie i rozweselała ile mogła twoję samotność, która wiedząc, że jesteś zazdrośny, nie patrzy nigdy na pięknych mężczyzn, która zawsze zamykała ucho na słodkie oświadczenia, których przecież nie brakowało jej nawet tutaj.
— Nawet tu? — przerwał Benvenuto.
— Tak, tu, tu właśnie, rozumiesz? — Katarzyno! — zawołał Benvenuto — spodziewam się, że nim nie jest żaden z moich uczni, żaden do tego stopnia nie śmiałby znieważyć swojego mistrza!
— Ten ożeniłby się ze mną, gdybym chciała — mówiła dalej Katarzyna, która przypisywała powrotowi miłości, poruszenie gniewu Celliniego.
— Katarzyno, mów! kto jest ten zuchwalec? spodziewam się, że nie Askanio.
— Mówił mi ze sto razy: Katarzyno, mistrz oszukuje cię; nie ożeni się z tobą nigdy, chociaż jesteś tak dobrą i piękną; on zbyt dumny na to. O! gdyby cię kochał tak jak ja cię kocham, lub gdybyś chciała mnie kochać tak jak jego kochasz!
— Nazwisko, nazwisko zdrajcy! — zawołał Benvenuto w gniewie.
— Lecz nie słucham go nigdy — odrzekła Katarzyna zachwycona — przeciwnie, wszystkie jego słodkie słówka były stracone, i zagroziłam mu, że ci wszystko powiem jeżeli tak dalej będzie. Ciebie tylko kochałam, byłam zaślepiona i tamten stracił napróżno swoje westchnienia. Tak, przybieraj obojętną postawę, udawaj, że mi nie wierzysz, jednak jestto szczera prawda.
— Nie wierzę ci Katarzyno — rzekł Benvenuto, który poznał, że chcąc dowiedzieć się nazwiska rywala, powinien był użyć zupełnie innego środka.
— Jakto, nie wierzysz mi! — zawołała Katarzyna zmieszana.
— Nie.
— Więc myślisz, że kłamię?
— Myślę, że sama się mylisz.
— A więc twojem zdaniem nie możnaby mnie już pokochać?
— Tego nie mówię.
— Ale myślisz? Benvenuto uśmiechnął się, gdyż ujrzał, że znalazł sposób zmuszenia Katarzyny do mówienia.
— A jednak jestem kochaną, to święta prawda — odrzekła Katarzyna.
Benvenuto uczynił nowy znak wątpliwości.
— Jestem kochaną więcej aniżelibyś mógł mię kiedykolwiek kochać, rozumiesz pan?
Benvenuto wybuchnął głośnym śmiechem.
— Ciekaw bym był — rzekł — wiedzieć kto jest ten piękny Medor.
— Nie nazywa się Medor — odrzekła Katarzyna.
— Jakże więc?
— Amadis?
— Ani Amadis. Nazywa się...
— Galaor?
— Nazywa się Pagolo, kiedy chcesz wiedzieć koniecznie.
— A! a! to mości Pagolo! — pomruknął Cellini.
— Tak panie, Pagolo — odrzekła Katarzyna urażona pogardliwym tonem, jakim Cellini wymówił nazwisko swojego rywala — poczciwy chłopiec, z dobrej familii, spokojny, rządny, pobożny i który byłby wybornym mężem.
— Takie twoje zdanie, Katarzyno?
— Tak, takie moje zdanie.
— I nie uczyniłaś mu nigdy żadnej nadziei?
— Nie słuchałam go nawet. O! byłam bardzo głupia! Ale odtąd...
— Masz słuszność, Katarzyno, powinnaś słuchać go i odpowiadać mu.
— Jakto? co chcesz mówić?
— Mówię ci abyś go słuchała gdy ci będzie wspominał o miłości, i abyś go nie zrażała. Reszta do mnie należy.
— Ależ...
— Ależ bądź spokojną, mam pewną myśl.
— To co innego. Jednak, spodziewam się, że nie ukarzesz go zbyt surowo, tego biedaka, który zdaje się spowiadać z swoich grzechów gdy mówi: kocham cię. Wypłataj mu dobrego figla jeżeli chcesz, lecz byleby nie swoją szpadą. Proszę o łaskę dla niego.
— Będziesz zadowolona z zemsty, Katarzyno, gdyż ci korzyść przyniesie.
— Jakto?
— Tak, ona ziści twoje najgorętsze życzenia.
— Co chcesz powiedzieć, Benvenuto?
— To moja tajemnica.
— O! gdybyś widział jaką on ma zabawną minę gdy chce być czułym — odrzekło wesoło dziewczę, nie zdolne wytrwać przez pięć minut w smutku. A więc, szkaradniku, to cię interesuje jeszcze, gdy się zalecają twojej śmieszce?
— Kochasz więc zawsze choć trochę biedną Katarzynę?
— Tak. Lecz nie zapomnij być mi ściśle posłuszną względem Pagola i co do joty wypełnić polecenie jakie ci dałem.
— O! nie lękaj się, potrafię bardzo dobrze grać komedyę. Nie długo znowu mi powie: No, Katarzyno, jesteś więc zawsze okrutną? Ja odpowiem: Co! znowu panie Pagolo? Lecz już wtedy, pojmujesz, tonem niezbyt gniewnym i zniechęcającym. Skoro zobaczy, że nie jestem już surową, będzie mu się zdawało, że jest zwycięzcą całego świata.. A cóż ty mu zrobisz, Benvenuto? Kiedyż zaczniesz swoję zemstę? a czy zabawiemy się, uśmiejemy?
— Uśmiejemy się — odrzekł Benvenuto.
— I będziesz mnie zawsze kochał?
Benvenuto złożył na jej czole potwierdzające pocałowanie, to jest najlepszą z odpowiedzi, gdyż odpowiada na wszystko i nie odpowiada na nic.
Biedna Katarzyna nie domyślała się, że pocałowanie Celliniego było początkiem jego zemsty.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wicehrabia de Marmagne, stosownie do swoich życzeń, zastał Benvenuta samego. Oto jak się rzecz stała;
Zachęcony przez prewota, oraz na wspomnienie pogardliwego obejścia pani d’Etampes, wicehrabia zdecydował się napaść z swemi dwoma zbirami, lwa w jego jaskini i wybrał na tę wyprawę dzień Ś-go Eliasza, uroczystość cechu złotników, chwilę, w której pracownia miała być próżną.
Szedł więc przez bulwary z wzniesioną głową, i bijącem sercem, mając o dziesięć kroków za sobą swoich dwóch zbirów.
— Oto — rzekł jakiś głos blisko niego — piękny szlachcic udający się na miłosną schadzkę, z swoją zamaszystą miną dla damy i dwoma zbirami dla męża.
Marmagne odwrócił się, sądząc, że który z jego przyjaciół odzywał się do niego, lecz ujrzał nieznajomego, który szedł tą samę drogą co on i którego będąc zajętym nie spostrzegł.
— Założę się, że odgadłem prawdę, mój szlachcicu — mówił dalej nieznajomy, przechodząc z monologu do dyalogu. — Stawiam mój worek przeciw twojemu, nie wiedząc co w nim jest, to mi wszystko jedno, że idziesz na miłosne rendez-vous. O! nie mów nic, w miłości należy być skirytym. Co do mnie, moje nazwisko jest Jakób Aubry; mój stan, student i idę właśnie na schadzkę z moją kochanką, Danielą Philipot, ładną dziewczyną, lecz okrutnie surowych zasad, które jednak rozbiły się o jeden pierścionek; prawda, że ten pierścionek był klejnocikiem cudownej roboty Benvenuta Cellini, nic więcej!
Aż dotąd, wicehrabia de Marmagne zaledwie słuchał zwierzeń zuchwałego natręta, i ani myślał mu odpowiadać. Lecz usłyszawszy nazwisko Benvenuta Cellini, cała jego uwaga obudziła się.
— Robota Benvenuta Cellini! Do dyabła! Jestto podarunek prawie królewski jak na studenta.
— O! pojmujesz kochany baronie... Czy jesteś baronem, hrabią lub wicehrabią?
— „Wicehrabią — rzekł Marmagne, przygryzając usta na zuchwałą poufałość, jakiej pozwalał sobie z nim student, lecz spodziewając się skorzystać z tego spotkania.
— Pojmujesz dobrze kochany wicehrabio, że nie kupiłem go. Nie wydaję pieniędzy na podobne bagatele. Benvenuto sam mi go ofiarował, zawdzięczając pomoc jakiej mu udzieliłem zeszłej niedzieli przy zdobyciu pałacu Nesle.
— A więc jesteś przyjacielem Celliniego? — zapytał Marmagne.
— Przyjacielem od serca, wicehrabio, i chlubię się z tego. Pan go znasz także bezwątpienia?
— Tak.
— Winszuję ci tedy. Jestto wzniosły geniusz, nieprawdaż mój drogi? Przepraszam, że mówię: mój drogi: mój sposób mówienia, a przytem sądzę, że jestem także szlachcicem; moja matka przynajmniej powtarzała to zawsze mojemu ojcu ile razy ją bił. Jestem więc, jak ci już mówiłem, wielbicielem, powiernikiem i bratem wielkiego Benvenuta Cellini, a tem samem przyjacielem jego przyjaciół, wrogiem jego nieprzyjaciół, gdyż ma ich dosyć, mój wielki złotnik. Naprzód panią d’Etampes, potem prewota Paryża, starego ciemięgę; nakoniec niejakiego Marmagne, drągala; którego zaczęła bardzo zajmować rozmowa ze studentem.
— Ostrzeżono go; ale... cicho! nie trzeba tego rozpowiadać, aby ów Marmagne otrzymał naukę na jaką zasłużył.
— Jak widzę przeto, Benvenuto ma się na ostrożności? — rzekł wicehrabia.
— Bezwątpienia, a zresztą Benvenuto zawsze jest gotów do obrony. Nie wiem sam ile razy w jego kraju o mało co go nie zamordowano, ale dzięki Bogu, zawsze uszedł niebezpieczeństwa.
— A co rozumiesz, mówiąc, że jest gotów do obrony?
— O! nie mówię żeby miał garnizon, jak ten stary tchórz prewot; nie, nie, przeciwnie; jest nawet sam w tej chwili, gdyż jego czeladnicy poszli na ucztę do Vanvres. Miałem nawet zagrać dziś partyę w piłkę z tym kochanym Cellinim; lecz na nieszczęście Daniela stanęła mi na przeszkodzie.
— W takim razie, zastąpię cię — rzekł Marmagne.
— A więc idź, wypełnisz dobry uczynek, idź kochany wicehrabio, i powiedz odemnie mojemu przyjacielowi Celliniemu, że odwiedzę go wieczorem. Zapukasz trzy razy; to jest umówiony znak. Benvenuto jest przekonany, że ten drągal Marmagne pragnie mu figla wypłatać i dlatego ma się na ostrożności. Czy nie znasz przypadkiem wicehrabiego de Marmagne?
— Nie.
— A! to szkoda. Dałbyś mi jego rysopis.
— A to na co?
— Ażeby otrzymał to na co zasłużył; nie wiem dla czego, chociaż go nigdy nie widziałem, nie cierpię go i jeżeli kiedykolwiek popadnie mi w ręce, tak mu się przysłużę, że długo mnie popamięta. Ale przepraszam, jesteśmy przed Augustyanami, musimy się rozłączyć, Ale... ale... jakże się nazywasz mój drogi?
Wicehrabia oddalił się, jak gdyby nie słyszał zapytania.
Benvenuto Cellini, Tom II, 6 i, I — A! a! — rzekł Jakób Aubry patrząc za nim ~ pragniemy zachować incognito... mniejsza o to!
Jakób Aubry zanurzywszy ręce w kieszenie i gwiżdżąc studencką piosnkę, pośpieszył na ulicę du Battoir, gdzie mieszkała Daniela.
Co do wicehrabiego, ten udał się ku stronie pałacu Nesle.




ROZDZIAŁ IV.
(Dalszy ciąg poprzedzającego).



Istotnie, jak mówił Aubry, Benvenuto był sam; Askanio bowiem poszedł gdzieś marzyć.
Katarzyna z panią Rupertą udała się z odwiedzinami do jednej ze swoich przyjaciółek, a pracownicy obchodzili uroczystość świętego Eloi w Vanvres.
Mistrz znajdował się w ogrodzie, pracował nad modelem swojego olbrzymiego Rosa, którego kolosalna głowa przewyższała dachy wielkiej wieży Nesle i mogła patrzeć na Louvre, gdy mały Jan, który dnia tego odbywał straż przy drzwiach, zwiedziony sposobem zastukania Marmagna, w mniemaniu, że to przyjaciel, wpuścił go razem z dwoma zbirami.
Jeśli Benvenuto niepracował jak Tycyan ubrany w zbroi, to przynajmniej jak Salvator Rosa zajmował się roboty, mając przy boku pałasz a sztuciec w ręku.
Marmagne przekonał się więc, że nie wiele zyskał na niespodzianem zejściu Celliniego, albowiem trafił na człowieka uzbrojonego.
Wicehrabia usiłował ukryć swoję bezwstydne tchórzostwo, zwłaszcza, że Cellini zapytał go owym tonem nie cierpiącym żadnej zwłoki w odpowiedzi, w jakim zamiarze przybył do niego.
— Nie mam z tobą nic do czynienia — odrzekł — nazywam się wicehrabia de Marmagne; jestem sekretarzem króla i oto rozkaz Najjaśniejszego pana — dodał wznosząc po nad swoją głową papier, oddający mi na własność część Wielkiego Nesle; przychodzę więc dla wydania rozkazów i rozporządzeń, aby urządzono według mojej woli część pałacu ustąpioną, w której odtąd będę przemieszkiwał.
Mówiąc to, Marmagne otoczony swoimi dwoma zbirami, zbliżył się ku bramie zamku.
Benvenuto chwycił ręką za sztuciec, który jakieśmy to już powiedzieli, miał zawsze przy sobie i jednym susem stanął na ganku przed drzwiami.
— Wstrzymaj się! — zawołał straszliwym głosem. I wyciągnąwszy rękę prawą ku Marmagnowi — rzekł: Krok jeden dalej, a padniesz trupem.
Wicehrabia zatrzymał się, a stosownie do tego wstępu, należało się spodziewać pojedynku.
Lecz są ludzie posiadający dar stawania się groźnymi.
Trwogą przejmuje każde ich spojrzenie, każdy ruch, jakby to było spojrzenie i ruch lwa.
Ich tchnienie już wionie postrachem, zdala już czuć ich siłę; tupają nogą, ściskają pięście, marszczą brwi, ich nozdrza się wzdymają, a na ten widok i najśmielsi się ociągają.
Drapieżne zwierzęta, których małe są napadnięte, jeżą tylko sierść i hałaśliwie szczekają aby odstraszyć napastnika.
Lecz ludzie, o których tu mówię, są żyjącem niebezpieczeństwem.
Najodważniejsi poznają w nich równych sobie, lecz pomimo tajemnego wzruszenia, prosto ku nim przystępują.
Tylko słabi, tylko lękliwi i podli, drżą i cofają się na ich widok.
Marmagne więc jak już mogliśmy się tego domyśleć, nie był odważnym, a Benvenuto zupełną miał nad nim wyższość.
Przeto gdy wicehrabia usłyszał głos straszliwy złotnika i zoczył ku sobie wymierzone rozkazujące poruszenie, pojął, że sztuciec, pałasz i sztylet, któremi on był uzbrojony, były wyrokiem śmierci jego i dwóch zbirów.
Prócz tego mały Jan poznawszy, że mistrz jego jest zagrożony, pochwycił za dzidę.
Marmagne uczuł, że cel zamierzony chybił i że za szczęśliwego się bardzo poczyta, jeśli teraz wydobyć się zdoła zdrów i cały z kłopotu, jakiego sam sobie narobił.
— Dobrze! dobrze! panie złotniku — odrzekł. Chciałem się tylko dowiedzieć, czy będziesz posłuszny lub nie rozkazom Jego królewskiej mości! A ponieważ się opierasz, odmawiasz zadość im uczynić, odwołamy się więc do tego, który zdoła ci nakazać swojej woli wykonanie. Lecz niespodziewaj się, abym ci ten zaszczyt miał uczynić i zmierzył się z tobą. Dobranoc!
— Dobranoc! — odpowiedział Benvenuto z głośnym śmiechem. Janie, odprowadź tych panów.
Wicehrabia i dwaj zbirowie ze wstydem wyszli z wielkiego Nesle, strwożeni przez jednego człowieka, a odprowadzeni przez dziecko.
Tak się to smutnie skończyło owo życzenie wicehrabiego: Gdybym mógł znaleźć Benvenuta samego!
A ponieważ jeszcze dotkliwiej był omylonym w życzeniach swoich niż Jakób Aubry i Katarzyna, przeto nasz waleczny wicehrabia wściekał się.
— Pani d’Etampes miała słuszność — mówił do siebie, widzę się zmuszonym pójść za radą, którą mi dała; trzeba mi strzaskać moję szpadę a wyostrzyć sztylet; ten szatan-człowiek, istotnie jest takim jak mówią. Dobitnie wyczytałem w jego oczach, że gdybym był krok jeden postąpił, już byłoby po mnie; lecz w każdej przegranej jeszcze jest odwet. No, miej się na baczności!
Udał się więc do swoich braci, ludzi doświadczonych, którzy tego tylko też pragnęli aby uczciwie zarobić sobie cokolwiek pieniędzy, zabijając lub dając się zabić, i którzy ustępując, ulegli jedynie tylko rozkazom swojego pana.
Bracia przyrzekli być szczęśliwszymi w zasadzce; lecz Marmagne aby zręczniej osłonić swój honor, utrzymywał, iż niepowodzenie, którego doświadczył było z ich winy, przeto powiedział, że ponieważ w owej zasadzce nie będzie im towarzyszył, powinni się więc z niej sami wykręcić jak będą mogli. Właśnie też najbardziej tego pragnęli.
Poczem zaleciwszy im najgłębsze milczenie co do tej wyprawy, sam udał się do prewota Paryża i oświadczył, że stanowczo uznał za rzecz pewniejszy, dla usunięcia wszelkiego podejrzenia, odłożyć ukaranie Benvenuta aż do dnia, gdy obładowany jaką sumą pieniężną lub kosztowną robotą, zapuści się, co mu się często trafiało, w jaką pustą i ustronną uliczkę.
Tym sposobem wszyscy pomyślą i uwierzą, że Benvenuto został zamordowany przez złodziei.




ROZDZIAŁ V.
D WÓR.



Askanio ukończywszy rysunek swojej lilii czy to wiedziony ciekawością, czy też urokiem pociągającym nieszczęśliwych zawsze ku tym, którzy ich żałują, natychmiast udał się do pałacu d’Etampes.
Była druga godzina po południu, a właśnie w tej godzinie księżna panowała, otoczona prawdziwym dworem.
Jak w Luwrze były wydane rozkazy co do Celliniego, tak w pałacu d’Etampes co do Askania.
Askanio więc w tej chwili wprowadzony został do sali poczekalnej, poczem pośpieszono uwiadomić księżnę o jego przybyciu.
Księżna zadrżała z radości pomyślawszy, że młodzieniec ujrzy ją w całej świetności i wydała cicho rozkazy Izabelli, której poleciła udać się do niego.
Następnie Izabella znalazłszy Askania i wziąwszy go za rękę, wprowadziła w korytarz, uniosła kotarę i z lekka popchnęła naprzód.
Askanio stanął w sali przyjęcia księżnej, po za krzesłem władczyni tych miejsc, która odgadłszy go przy sobie, bardziej po wstrząśnieniu całej swojej osoby, niż po ruchu zasłony, podała mu przez ramie piękną swoją rękę do pocałowania.
Piękna księżna jakieśmy to już powiedzieli, była otoczoną rzeczywistym dworem.
Po prawej stronie siedział książę de Medina Sidonia, ambasador Karola V-go; zaś pan Montbrion, guwerner Karola Orleańskiego, drugiego syna królewskiego, znajdował się po lewej; reszta zaś towarzystwa skupiła się w około.
Z głównemi osobami w państwie, wojownikami, ludźmi stanu, urzędnikami, artystami, stali jeszcze naczelnicy stronnictwa protestanckiego, któremu pani d’Etampes schlebiała tajemnie i wszyscy magnaci dworu, którzy się stali dworzanami faworyty.
Był to ruch świetny, na pierwszy rzut oka olśniewał swym blaskiem.
Rozmowa ożywiona ciągnęła się, podsycana wszelkiego rodzaju dowcipami i przycinkami co do Dyany z Poitiers, kochanki Delfina a nieprzyjaciółki pani d’Etampes.
Lecz Anna nie miała udziału w tej małej walce dowcipów i kwotlibetów, zaledwie czasem z przypadku wtrąciła słówko, jak naprzykład: „No panowie, żadnej złośliwości co do Dyany, Endymion będzie się gniewał”; lub: „Biedna ta Dyana, szła za mąż w dzień mojego urodzenia”.
Pomimo owych połyskliwych polotów dowcipu uświetniających pogadankę, pani d’Etampes rozmawiała tylko z dwoma swoimi sąsiadami, wprawdzie pół głosem, lecz nader żywo, jednak nie tak znów cicho, aby jej dosłyszeć nie mógł Askanio, pokornie znikły pomiędzy tylu sławnemi osobami.
— Tak, panie Montbrion — rzekła poufnie piękna księżna do swojego sąsiada z lewej strony, musimy z waszego ucznia utworzyć zachwycającego władcę; prawdziwym królem w przyszłości, jest on. Jestem ambicyonowaną oto ukochane dziecię, tworzę dla niego w tej chwili władztwo niepodległe, w razie gdyby Bóg zabrał nam jego ojca. Henryk II-gi, mówiąc między nami, biedny monarcha, będzie królem Francyi, niech sobie będzie. Naszym królem będzie król francuski, zostawiemy jego starszemu bratu panią Dyanę i Paryż. Lecz z sobą zabierzemy wraz z naszym Karolem, dach Paryża. Dwór tam będzie gdzie ja będę i ty panie Montbrion, będziemy posiadali wielkich malarzy jak Primaticcio, rozkosznych poetów jak Klemens Marot, który w tej chwili tam w kąciku porusza się nic nie mówiąc, niezawodny dowód, że chciałby nam powiedzieć jakie wiersze swoje. Ci wszyscy ludzie w głębi są bardziej próżni niż interesowani, bardziej chciwi sławy niż pieniędzy. Nie ten, który mieć będzie większe bogactwa, lecz ten, co trwalsze i silniejsze udzieli im pochwały, posiadać ich będzie, a ten co ich mieć będzie, zawsze zostanie wielkim, ma się rozumieć, że najmniejsze miasteczko blaskiem odbije gdzie oni zajaśnieją. Delfin lubi tylko turnieje, a więc niech sobie zatrzyma dzidy i miecze, my zaś pochwycimy pióra i pędzle. O bądź spokojny panie Montbrion, nigdy nie dozwolę przodować pani Dyanie, owej królowej w perspektywie. Niech sobie cierpliwie oczekuje korony od czasu i przypadku, ja sobie moją dwukrotnie utworzę. Co mówisz o księstwie Medyolańskiem? Tam byłbyś nie bardzo oddalonym od swoich przyjaciół Genewskich, albowiem dobrze mi wiadomo, że nowe nauki Niemiec nie są ci obojętnemi. Cicho! pomówimy jeszcze o tem, a dowiesz się rzeczy, które cię bardzo zadziwią. Tem gorzej; dla czego pani Dyana uczyniła się protektorką katolików. Ona proteguje, ja się temu opieram; to rzecz prosta.
Poczem nakazującem poruszeniem i znaczącem spojrzeniem, pani d’Etampes zakończyła dalsze poufne zwierzenia w tym względzie, które wprawiły w osłupienie guwernera Karola Orleańskiego. Chciał jednakowoż coś odpowiedzieć, lecz księżna już się była odwróciła do księcia Medina-Sidonia.
Powiedzieliśmy już, że Askanio słyszał wszystko.
— A więc! panie ambasadorze, rzekła pani d’Etampes, czy cesarz nareszcie zdecydował się przejechać przez Erancyę? Nie może bowiem inaczej postąpić, a prawdę powiedziawszy, zawsze lepsze sidła niż otchłań. Na morzu kuzyn jego Henryk VIII-my każe go porwać bez żadnego skrupułu, a jeśli uniknie Anglika, popadnie w ręce Turka; na lądzie, książęta protestanccy oprą się jego przejazdowi. Cóż czynić? Trzeba przejechać przez Francyę, lub, o okrutna ofiaro, wyrzec się ukarania powstania Gandawczyków, swoich ukochanych współziomków. Gdyż jest mieszczaninem Gandawskim, nasz wielki cesarz Karol. Można to było spostrzedz, po owem małem uszanowaniu jakowe okazał w sposobnej chwili dla Jego królewskiej Mości. Owe to wspomnienia czynią go dziś tak lękliwym i podejrzliwym, panie de Medina. O my go dobrze rozumiemy; obawia się aby król Francyi nie pomścił się za jeńca hiszpańskiego i aby jeniec Paryża nie opłacił resztę okupu należnego za niewolnika Eskurialu. Lecz, o mój Boże, niech będzie spokojny, jeśli nie zna naszej prawości rycerskiej, to przynajmniej musiał słyszeć o niej, spodziewam się.
— Niewątpliwie, mości księżno — odrzekł ambasador, znamy prawość króla Franciszka I-go, lecz się obawiamy...
Książę się zatrzymał.
— Obawiacie się doradców, nieprawdaż odezwała się znów księżna. Co? tak! tak! wiem dobrze, że zdanie nasunięte z pięknych ust, zdanie pod formą wesołą i dowcipną nie chybiło by celu swojego na umyśle króla. Do pana to należy, panie ambasadorze przedsięwziąć wszelkie ostrożności. Prócz tego, powinieneś pan posiadać ku temu zupełne pełnomocnictwo, lub w braku takowego blankiet, w którym by wpisać można wiele rzeczy w kilku wyrazach. O znamy dobrze jak się takie rzeczy odbywają. Uczyliśmy się dyplomacyi, a nawet upraszałam króla, aby mnie także mianował ambasadorem, ma się rozumieć, że uczuwam szczególniejszy i całkiem stanowczy pociąg do negocyacyj. O czuję to dobrze, że przykro byłoby Karolowi V-mu ustąpić jaki kawałek państwa swojego dla wyzwolenia swojej osoby lub zapewnienia swojej nienaruszalności. Z drugiej strony, Flandrya jest jedną z najpiękniejszych ozdób jego korony; jest to dziedzictwo po babce z matki, Maryi Burgundzkiej, a trudno wyrzec się jednym pociągnięciem pióra dziedzictwa swoich przodków, gdy to dziedzictwo wzniósłszy na stopień wielkiego księstwa, możnaby jeszcze z niego utworzyć małą monarchię. Lecz o czem że ja to mówię dobry Boże! ja, która ze zgrozą uważam politykę wszelką, gdyż zapewniają, że ona szpeci, kobiety ma się rozumieć. Kiedy niekiedy wprawdzie wtrącę słóweczko bez uwagi co do spraw państwa, lecz tylko wtenczas, gdy Jego królewska mość nalega i koniecznie chce wiedzieć myśl moję; błagam aby mi oszczędził tych nudów, a nawet niekiedy uchodzę i zostawiam go marzącego. Pan sam przyznasz, pan który jesteś tak biegłym politykiem, że właśnie owe wyrazy tak zniechęcenia wyrzeczone, niby na wiatr, utkwią w umyśle króla, i większy wpływ wywrą, niż długie przemowy niesłuchane. Wszak to być może, mości książę de Medina, to być może, wszak ja tylko jestem biedną kobietą całkiem się zajmującą cackami i drobnostkami, zaś pan po tysiąc razy lepiej się rozumiesz odemnie na tych wszystkich tak ważnych rzeczach; lecz lew może potrzebować mrówki, łódź może niekiedy ocalić całą osadę okrętową. Co do nas, stojemy na lądzie dla porozumienia się Mości książę, a wszak rzecz idzie o wspólne porozumienie.
— Jeśli tylko pani chcesz — odpowiedział ambasador, rzecz ta będzie prędko ukończoną.
— Kto dziś daje, jutro otrzymuje, rzekła księżna nie odpowiadając wprost; co do mnie, natchnienie moje zawsze wiedzie mnie bym doradzała Franciszkowi I-mu czyny wielkie i wspaniałomyślne, lecz częstokroć owo natchnienie odwraca się od rozumu. Należy pomyśleć także o interesach Francyi, ma się rozumieć. Lecz pokładam zaufanie w panu, mości książę de Medina; zapytam się o jego zdanie, a myślę, że cesarz dobrze uczyni, jeśli zaufa słowu królewskiemu.
— O jeśli pani będziesz z nami, nie będzie się ociągał.
— Panie Klemensie Marot, rzekła księżna, zdając się niesłyszeć wykrzykniku ambasadora, i nagle przerywając z nim zawiązaną rozmowę; mistrzu Klemensie Marot, czy nie masz przypadkiem jakiego ładnego madrygału, lub sonetu do odczytania?
— Pani — odpowie poeta; — sonety i madrygały są pod twojemi stopami, naturalnemi kwiatami, wyrastającemi przy słońcu pięknych twych oczu, a dla tego też skreśliłem ich z dziesiątek, tylko patrząc w te oczy.
— Czy tak mistrzu? — a więc słuchamy. A, pan prewot, proszę mi przebaczyć, żem nie zaraz pana spostrzegła; czy masz pan jakowe nowiny o swoim zięciu a naszym przyjacielu hrabim d’Orbec?
— Tak pani, mam — odpowiedział pan d’Estourville, donosi mi, iż musi przyśpieszyć swój powrót i wkrótce go zobaczemy, spodziewam się tego...
Na westchnienie na pół przytłumione, niepostrzeżenie zadrżała pani d’Etampes, lecz wcale się nie zwróciła ku temu, który one wydał.
— Zawsze będzie od wszystkich mile widzianym — rzekła dalej. — I cóż wicehrabio de Murmagne, czy znalazłeś pochwę twojego sztyletu?
— Nie pani, lecz mam już jej ślad i wiem gdzie i jak teraz ją znaleźć.
— A więc życzę dobrego powodzenia, panie wicehrabio, dobrego powodzenia. Jest żeś już gotów mistrzu Klemensie, słuchamy.
— Rzecz to księztwa d’Etampes — rzekł Klemens Marot.
Szmer zadowolenia rozległ się, a Marot odczytał dziesiątek wierszy.
Pani d’Etampes objawiła zadowolenie poklaskiem rąk i uśmiechem, a wszystkich ręce i usta za nią przyklasnęły.
— A więc — rzekła pani d’Etampes — uważam, że razem z doliną Tempe i Pindara, Jowisz przeniósł się do Francyi.
To mówiąc podniosła się księżna i wszyscy za nią powstali.
Ta niewiasta miała słuszność uważając się za rzeczywistą królowę.
Poruszeniem też królewskiem pożegnała wszystkich obecnych i wszyscy jak królowej oddawszy pokłon, odeszli.
— Zostań — rzekła z cicha do Askania.
Askanio był posłusznym.
Lecz gdy wszyscy już się oddalili, nie była to już owa władczyni wyniosła, lecz kobieta pokorna i namiętna odwróciła się ku młodzieńcowi.
Askanio, zrodzony nizko, zdala od świata, wychowany w cieniu warsztatu; Askanio nienawykły gość pałaców, do których rzadko uczęszczał ze swoim mistrzem, stał osłupiały, zmieszany, olśniony tem światłem, tym ruchem, tą rozmową.
Umysł jego uległ jakby szałowi, usłyszawszy panią d’Etampeu tak zniechcenia, a raczej tak wabnie mówiącą o projektach ważnych, tak familiarnie i potocznie się wyrażającą o przeznaczeniu królów i o losie państw.
Owa niewiasta, jakby Opatrzność, każdemu tąż samą ręką wciskała pęta i spuszczała korony.
I owa władczyni najwznioślejszych rzeczy na ziemi, tak dumna w obec swoich szlachetnych pochlebców, teraz stała się sobą nietylko z owem łagodnem spojrzeniem kobiety, która kocha, lecz jeszcze z błagającą postawą lękliwej niewolnicy.
Nagle z prostego widza, Askanio stał się główną osobą dramatu.
Zresztą zalotna księżna zręcznie wyrachowała i utrzymała ów efekt.
Askanio uczuł panowanie jakie ta kobieta pomimo jego woli nad nim wywiera i jak dziecię, uzbroił się oziębłością dla ukrycia swojego pomieszania.
Może też pomiędzy sobą a księżną widział przemykającą się jakby cień najczystszą Blankę, w białej sukni z promieniejącem czołem.




ROZDZIAŁ VI.
MIŁOŚĆ NAMIĘTNA.



— Pani — rzekł Askanio do księżnej d’Etampcs — jeżeli raczysz przypomnieć sobie, żądałaś ode mnie lilii i poleciłaś abym przyniósł rysunek, jak tylko takowy będzie wykonany. Dzisiejszego poranku właśnie go ukończyłem i oto jest.
— Mamy czas jeszcze, Askanio — odrzekła księżna z uśmiechem i głosem syreny. Usiądź no! mój ładny chory, jak tam z twoją raną?
— Zupełnie jestem wyleczony pani — odpowiedział Askanio.
— Tak, ramię twoje wyleczone; lecz tu — rzekła księżna kładąc rękę na sercu młodzieńca z poruszeniem pełnem wdzięku i uczucia.
— Błagam cię pani, zapomnij o tych wszystkich pustotach, któremi nie chcę utrudzać Waszą książęcą mość.
— O Boże, cóż znaczy ta postać skrzywiona, to czoło zachmurzone? ten głos surowy? Ci wszyscy ludzie znudzili cię, nieprawdaż Askanio? i ja nienawidzę ich; lecz się obawiam. O jakże pragnęłam co prędzej być samą z tobą; musiałeś uważać jak ich spiesznie pożegnałam?
— W samej rzeczy pani, czułem się nie na swojem miejscu w tak dostojnem towarzystwie, ja biedny artysta, co przyszedłem dla pokazania pani tej lilii.
— O Boże! zaraz, Askanio — mówiła dalej księżna spuszczając głowę. Nader jesteś oziębły, nader ponury z twoją przyjaciółką. Przeszłym razem byłeś tak wylany, tak zajmujący; zkąd ta zmiana, Askanio? Bezwątpienia gadanina twojego mistrza, który mnie niecierpi. I ty słuchałeś co mówił przeciw mnie, Askanio? bądź szczerym; mówiłeś z nim o mnie, nieprawdaż? a on ci powiedział, że niebezpiecznie mi ufać, że przyjaźń jaką ci okazuję, skrywa jakoweś sidła; on ci powiedział, że może cię nienawidzę, odpowiedz...
— On mi powiedział, że mię pani kochasz odrzekł Askanio patrząc śmiało w oczy księżnie.
Pani d’Etampes na chwilę oniemiała rażona gromem tysiącznych myśli, cisnących się w jej duszy.
Pragnęła ona, aby Askanio znał jej miłość, lecz chciała dopiero przygotować go do niej, aby zwolna wygluzować, nie okazując się wcale interesowaną, jego namiętność dla Blanki.
Teraz gdy ta zasadzka przez nią zamierzona została wykrytą, nie mogła już inaczej zwyciężyć, jak tylko otwarcie, wśród dnia jasnego.
Powzięła przeto w mgnieniu oka postanowienie.
— A więc tak! kocham cię — odezwała się. Czy to zbrodnia? Czy to błąd nawet, czyż można rozkazywać swojej miłości lub nienawiści? Nie byłbyś nigdy wiedział, że cię kocham. Bo na cóż się przydało tobie to mówić, gdy kochasz inną? Lecz ten człowiek wszystko ci objawił, on ci wykazał serce moje i dobrze uczynił, Askanio. Patrz więc, a ujrzysz tak głębokie uwielbienie, że się wzruszysz. Teraz na ciebie kolej, słuchaj Askanio, ty musisz mnie kochać.
Pani d’Etampes silniejszej i wznioślejszej natury, pogardzająca z przenikliwości, dumna ze znudzenia, dotąd miała wielu kochanków, lecz dla żadnego miłości.
Usidliła króla, zajęła admirała Brion, upodobała sobie hrabiego Longueval, lecz w tych wszystkich intrygach głowa zawsze odgrywała rolę serca.
Nakoniec ową miłość istotną i młodzieńczą, czułą i głęboką, tylokrotnie wzywaną a zawsze sobie nieznaną, znalazła, lecz właśnie wtenczas, gdy ją inna jej wydziera.
A! tym gorzej dla owej kobiety! O, nie zna ona z jak nieubłaganą namiętnością ma do czynienia.
Całą gwałtowność swej duszy, Anna mieści w swojej tkliwości.
Ta kobieta nie wie jak ogromną fatalność ściąga na siebie, mając księżnę d’Etampes za rywalkę, księżnę d’Etampes, która sama dla siebie tylko pragnęła posiadać Askania, która jednem spojrzeniem, jednym wyrazem, jednem poruszeniem, mogła wszystko skruszyć co tylko się znajdowało pomiędzy nią a nim, tak wielką była jej potęga.
Odtąd kość rzuconą została, odtąd duma i piękność kochanki królewskiej służyć tylko miały do jej miłości dla Askania i jej zazdrości przeciw Blance.
Askanio wobec tak szczerej, tak groźnej miłości, uczuł się jakby ściętym, przelękłym.
Benvenuto już powiedział mu, a Askanio teraz zrozumiał, że tu nie szło o kaprys że mu zbraknie nie siły do walki, lecz doświadczenia, co zwodząc schołdowywa.
Miał zaledwie lat dwadzieścia i zbyt był skromny aby mógł udawać; biedny dzieciak wyobraził sobie, że wspomnienie Blanki, że to imię niewinnej dziewicy wymówione, będzie dla niego odpornym i zaczepnym orężem, mieczem i tarczą, gdy tymczasem przeciwnie, tem głębiej grot utkwił w sercu pani d’Etampes, którą miłość bez walki i bez współzawodnictwa byłaby może wkrótce znudziła.
— No, Askanio — zaczęła znów mówić z większą spokojnością księżna — widząc, że młodzieniec milczał, może przerażony wyrazami, które do niego wyrzekła: zapomnijmy na dzisiaj mojej miłości, którą jeden twój wyraz niestosowny ocucił. Myślmy istotnie tylko o tobie. Ja cię więcej kocham dla ciebie niż dla siebie, przysięgam ci. Pragnę uświetnić twoje życie, tak jak ty moje uprzyjemniasz. Jesteś sierotą, niech ja będę matką twoją. Słyszałeś co mówiłam do Montbriona i Mediny, tyś może mniemał, żem tylko wówczas całkiem była poświęcona dumie. To prawda, jestem dumną, lecz tylko o ciebie samego. Od dawnego to już czasu marzyłam nad projektem utworzenia dla syna króla Francyi niezależnego księztwa w samem sercu Włoch. Odkąd cię kocham, jeśli tu jestem władczynią, któż będzie istotnym władcą? Ty! Dla ciebie zmienię miejsce, państwo, królestwo! Ty mnie nie znasz Askanio, nie wiesz jaką kobietą jestem! Teraz patrz, odkryłam ci szczerą prawdę, rozwinęłam przed tobą wszystkie moje zamiary. Teraz kolej na ciebie, uczyń mi zwierzenia Askanio, jakie są twoje życzenia, niech spełnię one, jakie są twoje namiętności, niech im usłużę.
— Pani, chcę być równie jak ty szczerym i prawym, chcę ci powiedzieć prawdę, jak ty mi ją powiedziałaś. Nic nie żądam, nic nie pragnę, chcę tylko miłości Blanki.
— Lecz ona cię nie kocha, jakieś mi to sam powiedział.
— Zwątpiłem wówczas, to prawda. Lecz dziś, kto wie... Askanio spuścił oczy i głos stłumił: Ty pani bardzo mnie kochasz...
Księżna została pokonaną wobec wielkiej prawdy odgadniętej instynktem namiętności.
Nastąpiło chwilowe milczenie; lecz owa chwila dostateczną była, by przyszła do siebie.
— Askanio — rzekła — niemówmy dzisiaj o rzeczach dotyczących serca. Już cię prosiłam o to i jeszcze proszę. Miłość dla was mężczyzn nie jest całem życiem. Czyż nigdy nie zapragnąłeś, naprzykład, zaszczytów, bogactw i chwały?
— O! tak! tak! tak! od miesiąca najgoręcej ich żądam — odpowiedział Askanio — znowu uniesiony mimowolnie ku jedynej myśli, którą był zajęty. Znowu nastąpiła chwilowa pauza.
— Czy kochasz Włochy? — rzekła z wysileniem Anna?
— Tak pani, kocham — odpowiedział Askanio. Tam się rodzą kwieciste pomarańcze, pod cieniem których pogadanka tak jest miłą. Tam lazurowe sklepienie Niebios, pieści i przyozdabia wdzięcznie wypogodzone czoła piękności.
— O tam cię uprowadzić samego! Być zawsze wszystkiem dla ciebie, jak ty będziesz wszystkiem dla mnie! Boże! Boże! — zawołała księżna, mimowolnie także nieodpartą siłą zwracając się do swojej miłości. Lecz natychmiast, obawiając się strwożyć Askania, znów się powściągnęła i dalej rzekła: Mniemałam, że przedewszystkiem miłujesz sztukę.
— O tak miłuję ją przedewszystkiem... lecz prawdziwy artysta... O to nie ja, to mój mistrz, Cellini, który nadaje tworom swoim całe swoje istnienie. Ów wielki cudowny i wzniosły artysta, to on. Ja tylko jestem biednym uczniem, nic więcej. Przybyłem za nim do Francyi, nie dla zbierania bogactw, nie dla nabycia chwały, lecz że go kochałem i że mi niepodobna było z nim się rozłączyć, bo w owej epoce on był dla mnie wszystkiem. Ja niemam osobistej woli. Zostałem złotnikiem aby się jemu przypodobać i ponieważ pragnął abym był snycerzem, albowiem on jest entuzyastą wyrobów wykwintnych i delikatnych.
— A więc — znów odezwała się księżna, słuchaj, żyć we Włoszech wszechwładnym niemal monarchą; protegować artystów, Celliniego najpierwej, oddawać mu spiż, srebro, złoto do wyrabiania i odlewania, kochać i być nad to wszystko kochanym, powiedz Askanio, nie jest że te piękne marzenie?
— A to raj prawdziwy, gdyby w nim była Blanka, którą kocham i od której jestem kochany.
— Jeszcze Blanka, zawsze Blanka! — odrzekła księżna. Niechże będzie, gdy tak upornie tkwi ona w twej myśli i mowie; twoja Blanka jest tam wraz z nami, bezustannie przed twemi oczami; bezustannie w twem sercu, pomówmy o niej otwarcie i bez hypokryzyi: ona cię nie kocha, ty wiesz dobrze.
— Nie pani, nie wiem.
— Przecie zaślubia innego! — odrzekła.
— Być może, że ojciec ją zmusza — odpowiedział Askanio.
— Ojciec ją, zmusza! Czy wierzysz temu? gdybyś ty mnie tak kochał jak ją kochasz, o wiesz, gdybym była na jej miejscu, żadna siła na święcie, żadna wola, żadna potęga nie rozłączyłaby nas. Opuściłabym wszystko, uciekłabym przed wszystkiem; pośpieszyłabym ku tobie, tobie oddałabym pod straż moję miłość, mój honor, moje życie! Nie, nie mówię ci, że ona cię nie kocha, teraz czy chcesz abym ci powiedziała co więcej jeszcze, ty jej nie kochasz już!
— Ja! niekocham Blanki! Lecz mniemam, żeś pani powiedziała, iż jej nie kochałem...
— Nie, ty jej nie kochasz. Ty sam siebie mamisz. W twoim wieku za miłość poczytują potrzebę kochania. Gdybyś mnie był pierwszą ujrzał, mnie byłbyś kochał zamiast niej... A! gdy pomyślę o tem, że mogłeś mnie pokochać. Lecz nie, nie! lepiej żebyś mnie wybrał. Nie znam tej Blanki, ona jest piękną, ona jest czystą, ona jest wszystkiem czem tylko chcesz; lecz te młode dziewice nie umieją kochać. Twoja Blanka nie powie ci tego com ja powiedziała, ja, którą ty gardzisz; zbyt miałaby próżności, zbyt może wstydu. Lecz ja, moja miłość jest prostoduszną, prostodusznie więc przemawia. Ty mną gardzisz, sądzisz, że zapominam roli kobiety, a to wszystko dlatego, że nie jestem skrytą. Kiedyś, jak lepiej poznasz świat, gdy tak zgłębisz życie, że dojdziesz do cierpień, wówczas przestaniesz być niesprawiedliwym; wówczas mnie uwielbiać będziesz. Lecz ja nie chcę być wielbioną, Askanio, chce być kochaną. Powtarzam ci Askanio, gdybym cię mniej kochała, mogłabym być fałszywą, zręczną, zalotną; lecz zbyt cię kocham abym Cię miała sidlić. Chcę otrzymać twe serce, ale go nieporywać. Do czegóż doprowadzi cię miłość dla tego dziecięcia? Będziesz tylko cierpiał mój ukochany i nic więcej. Ja zaś do wielu rzeczy służyć ci mogę. Cierpiałam zrazu za dwoje, być może, że dobry Bóg nadmiar cierpienia mojego na twój karb zaliczy, a moje bogactwa, władza, doświadczenie, wszystko u nóg twoich składam. Przydam życie moje do twego, uchronię cię od wszelkiego błędu i zepsucia. By dojść do majątku a nawet i chwały, często artysta musi się poniżać, pełzać. Przy mnie nie potrzebujesz się lękać tego wszystkiego; ja tylko bezustannie wznosić cię będę, będę twoim stopniem do wszystkiego. Zemną pozostaniesz zawsze dumnym, szlachetnym, czystym Askanio.
— A Blanka! Blanka, pani! czy nie jest także najczystszą perłą?
— Moje dziecię, wierz mi — odpowiedziała księżna przechodząc z uniesienia w smętność, twoja skromna, twoja niewinna Blanka, istnienie twoje oschłem i jednostajnem uczyni. Zbyt oboje tchniecie anielstwem; Bóg nie stworzył aniołów by się z sobą łączyli, lecz by źli lepszymi się stawali.
Księżna to wszystko wyrzekła z tak wymownem poruszeniem, głosem tak pełnym szczerości, że Askanio uczuł się owładniętym pomimowolnie uczuciem tkliwej litości.
— Niestety! pani — rzekł do niej — widzę, jestem bardzo od ciebie kochany, to mnie wzrusza; lecz byłoby lepiej jeszcze gdybym cię kochał!
— O prawda! prawda to co mówisz! Przekładam twoję wzgardę, nad najsłodsze wyrazy króla. O kocham po raz pierwszy; poraź pierwszy, przysięgam ci.
— A król! niekochasz go więc pani?
— O nie! jestem tylko jego kochanką.
— Lecz on kocha cię jeszcze pani!
— Boże! — zawołała Anna wpatrzywszy się w oczy Askania i trzymając ręce młodzieńca w swoich; Boże! byłażbym tyle szczęśliwą, żebyś był o mnie zazdrosnym? Posłuchaj: byłam dotąd księżną dla ciebie, bogatą, możną, zdolną rozdawać trony. Czy przekładasz kobietę ubogą, samotną, zdala od zgiełku wielkiego świata, w prostej białej sukni, z polnym kwiatem we włosach, Askanio? rzućmy Paryż, świat i dwór. Wyjeżdżajmy; schrońmy się w jakim zakątku Włoch twoich, pod owemi wzniosłemi sosnami Rzymu, w pobliżu twej pięknej zatoki neapolitańskiej. Dalej, jestem gotową. A! Askanio, Askanio czy istotnie schlebia twej dumie, że tobie poświęcam ukoronowanego kochanka?
— Pani odpowiedział Askanio, który uczuwał, iż mimowolnie serce jego mięknie przy płomieniu tak wielkiej miłości; pani, mam serce zbyt dumne i wymagające; nie możesz mi oddać przeszłości.
— Przeszłości! O mężczyźni! zawsze okrutnymi jesteście! Przeszłości! lecz nieszczęśliwa kobieta powinnaż być odpowiedzialną za swoję przeszłość, gdy niemal zawsze wypadki silniejsze nad nią stanowią tę przeszłość? Przypuść, że burza cię porywa, że wir cię uniósł ku Włochom; gdy wrócisz po roku, po dwóch lub trzech, będziesz że miał za złe twojej Blance, że była posłuszną swoim rodzicom, że zaślubiła hrabiego d’Orbec? Będziesz że mógł od niej wymagać, co więcej karać ją za to, co poświęciła będąc posłuszną przykazaniu Boga? A jeśli przypuśćmy nie znała ciebie; jeśli zdręczona nudą, obarczona cierpieniami, zapomniana na chwilę od Boga, zapragnęła mieć wyobrażenie owego raju zwanego miłością, do którego wstęp jej zamknięto; jeśli kochała innego nie swojego męża, którego kochać nie mogła; jeśli w chwili obłędu duszę swą oddała innej duszy — otóż w oczach twoich taka kobieta jest stracona, zniesławiona w twem sercu; otóż kobieta taka nie może, nie powinna już nigdy spodziewać się owego szczęścia, dla tego, że ci nie może oddać swojej przeszłości w zamian za twoje serce. A! powtarzam ci, to jest okrucieństwo, to jest niesprawiedliwość.
— Pani...
— Któż ci powiedział, że to nie jest moja historya? Słuchaj więc co mówię, wierz temu co twierdzę. Powtarzam ci, żem cierpiała za dwoje. A gdy kobiecie cierpiącej Bóg sam przebacza, a ty byś nie przebaczył? Ty nie rozumiesz, że jest wznioślejszem, że jest piękniejszem wznieść się z otchłani już w nią popadłszy, niż przejść koło otchłani nie widząc jej, z opaską szczęścia na oczach. O Askanio, Askanio! mniemałam cię lepszym od drugich, bo jesteś młodszym, bo jesteś piękniejszym...
— O pani!
— Wyciągnij ku mnie rękę, Askanio, a jednym rzutem cisnę się z otchłani na twoje serce. Chcesz tego? Jutro zerwę wszystko z królem, dworem i światem. Zresztą nie pragnę czynić się większą niż jestem. Poświęcę ci zbyt małą rzecz, wierzaj mi. Ci wszyscy ludzie nie warci twojego jednego spojrzenia. Lecz jeśli mi wierzysz, ukochane dziecię, pozostawisz tę władzę w mych rękach, dozwolisz bym spełniła zamiary powzięte względem ciebie i siebie.
Uczynię cię wielkim, a wy artyści, wy przez miłość dochodzicie do chwały, wy jesteście dumnymi prędzej czy później, lecz stajecie się nimi nakoniec. Co zaś do miłości króla, niech cię ona nie trwoży; zwrócę ją na inną osobę, której on odda swe serce, ja zaś tylko zatrzymam sobie umysł jego. Wybieraj więc, Askanio, ty wszechwładny przezemnie i ze mną, lub ja pokorna przez ciebie i z tobą. Oto przed chwilą widziałeś mnie siedzącą w tem krześle, a najmożniejszych dworu u nóg moich. Siadaj na mojem miejscu, a ja u nóg twoich. O jak mi tak dobrze, Askanio! A! jakiegoż szczęścia doznaję patrząc na ciebie! Ty bledniejesz, Askanio! gdybyś mi raczył tylko powiedzieć, że mnie kiedyś będziesz kochał, później, choć później!
— Pani, pani! — odrzekł Askanio skrywając głowę w rękę, a zarazem zasłaniając oczy i uszy zatykając, czuł bowiem dobrze, że widok i głos syreny czarowały go.
— Nie nazywaj mnie panią, nie nazywaj mnie Anną — odpowiedziała księżna usuwając ręce młodzieńca — zwij mnie Ludwiką, to także imię moje, lecz imię którem nikt mnie nie wołał, imię, które jedynie będzie dla ciebie. Ludwiko! Ludwiko!... Askanio nieprawdaż, że to imię jest miłe.
— Znam jeszcze milsze — odpowiedział Askanio.
— O! strzeż się Askanio! — zawołała dotknięta lwica — jeśli zbyt dozwolisz mi cierpieć, być może, że dojdę do tego, iż równie nienawidzieć cię będę o ile cię kocham.
— Boże! pani — odpowiedział młodzieniec wstrząsając głową jakby dla usunięcia uroku. — Boże! pani ty mieszasz mój rozum i wstrząsasz duszą moją! Czy to obłąkanie, czy gorączka? Jestżem łupem marzenia? A jeśli ci mówię co przykrego, przebacz mi, to dla tego bym się mógł ocknąć. Ja cię tu widzę, u nóg moich, ciebie tak piękną, ciebie ubóstwianą, ciebie władczynię! Nie, to nie podobna, by mogły być podobne kuszenia, chyba tylko dla zatraty dusz... O tak! sama to powiedziałaś, jesteś w otchłani; lecz zamiast chcieć się z niej wydostać, mnie w takową ciągniesz za sobą. O! nie wystawiaj niedołężności mojej na podobne doświadczenie!
— Nie ma tu ani doświadczenia, ani kuszenia, ani marzenia; dla obojga nas jest tylko najświetniejsza rzeczywistość; kocham cię, Askanio, kocham cię! Kochasz mnie, lecz kiedyś pożałujesz tej miłości, kiedyś wyrzucisz mi coś dla mnie uczyniła, lub to com ja zburzył dla ciebie.
— O ty mnie nie znasz — odrzekła księżna — jeżeli mniemasz, że będę tak słabą abym mogła żałować! Czy chcesz zapewnienia?
Anna szybko zasiadła przed stolikiem, na którym się znajdował kałamarz i papier, a pochwyciwszy pióro, naprędce skreśliła te kilka wyrazów.
— Masz — rzekła i wątp jeszcze jeśli śmiesz.
Askanio wziął papier i przeczytał:
„Askonio, kocham cię, pójdź za mną gdzie idę, lub dozwól mi pójść za tobą gdzie ty idziesz.

„Anna d’Helly.”

— O to być nie może, to być nie może! Zdaje mi się pani, ze miłość moja byłaby wstydem dla ciebie.
— Wstydem! — zawołała księżna. Czyż ja znam wstyd, ja mam zbyt wiele dumy pod tym względem. A duma, jest cnotą moją.
— A ja znam jedną, słodszą i świetniejszą — odpowiedział Askanio, znów w rozpacznem usiłowaniu wspomniawszy na Blankę.
Raz ten ugodził w głąb serca.
Księżna powstała drżąc cała z oburzenia.
— Jesteś upartem i okrutnem dzieckiem, Askanio — odrzekła przerywanym głosem, chciałam ci oszczędzić wielu cierpień, lecz widzę, że tylko rozpacz żyć cię nauczy. Powrócisz ty do mnie, Askanio, powrócisz zraniony, krwią broczący, rozszarpany, a wówczas poznasz co warta jest twoja Blanka, a co ja wartą byłam. Przebaczę ci, bo cię kocham; lecz wiele się straszliwych rzeczy stanie! Do widzenia.
I pani d’Etampes wyszła pałając gniewem i miłością, zapomniawszy, iż w ręku Askania pozostawiła owe dwa wiersze, które skreśliła w chwili obłędu.




ROZDZIAŁ VII.
MIŁOŚĆ WYMARZONA.



Jak tylko Askanio pozostał sam po odejściu księżnej, cały urok wpływu jaki ta kobieta rozpościerała, znikł zupełnie; przejrzał on jasno w sobie i w około siebie.
Przypomniał o dwóch rzeczach, które powiedział.
Blanka mogła go kochać, ponieważ księżna d’Etampes go kochała.
Odtąd życie już nie do niego należało; natchnienie własne dobrze mu usłużyło, poddając te dwie myśli.
Gdyby dusza uczciwego i prawego młodzieńca mogła się była nakłonić do skrytości, wszystko byłoby jeszcze uratowane, lecz oburzył groźną księżnę. Odtąd wszczęła się wojna tem straszliwsza, iż zagrażała Blance.
Jednakowoż ta scena ognista i niebezpieczna z Anną, posłużyła Askaniowi na coś.
Obudziła w nim bowiem egzaltacyę i niejakie zaufanie.
Myśl jego ożywiona widokiem, którego był świadkiem, oraz własnem wysileniem, nabyła ruchu i śmiałości; postanowił zatem dowiedzieć się czego się ma trzymać pod względom swoich nadziei i przedrzeć się w głąb duszy Blanki, choćby nawet miał w niej znaleźć obojętność.
Jeśli rzeczywiście Blanka kochała hrabiego d’Orbec, na co się przyda opierać pani d’Etampes? Lecz przedewszystkiem należy pozbyć się wszelkich wątpliwości i pewnym krokiem wtargnąć w głąb przeznaczenia.
W takim razie zobowiązanie pani d’Etampes było rękojmią jego przyszłości.
Askanio powziął to postanowienie, powracając wzdłuż wybrzeża i patrząc na słońce zachodzące jaskrawo po za ciemną wieżę Nesle.
Przybywszy do pałacu, bez ociągania zaraz zajął się wyszukiwaniem jakiegoś brylanciku, później dopiero śmiało zapukał czterokrotnie do bramy małego Nesle.
Pani Perrine szczęściem znajdowała się w pobliżu, a przejęta ździwieniem i ciekawością, pobiegła otworzyć. Ujrzawszy jednak ucznia, osądziła za powinność okazać się oziębią.
— A! to ty, panie Askanio, czegóż żądasz? zapytała.
— Moja dobra pani Perrine, chciałem natychmiast te brylanty pokazać pannie Blance. Czy jest w ogrodzie?
— Tak, w zwykłej swojej alei. Lecz zaczekaj tu na mnie młodzieńcze.
Askanio, który nie zapomniał drogi, ruszył szybko nie zważając na guwernantkę.
— Zastanówmy się — rzekła ona sama do siebie zatrzymawszy się dla namysłu, sądzę, że lepiej uczynię jak ich samych zostawię i dozwolę Blance by dowolnie wybrała swój podarunek. Niekoniecznie potrzeba abym tam była, gdyż ona niezawodnie odłoży i dla mnie mały prezencik. Udam się, skoro skończy swoje kupno, wówczas nie będę mogła odmówić przyjęcia, pozostańmy więc tutaj i niebądźmy natrętni dobroci serca tego ukochanego dziecięcia.
Jak widzimy, zacna dama znała się na delikatności.
Blanka od dziesięciu dni zajęta była badaniem samej siebie, czy Askanio stał się jej najulubieńszą myślą.
Nieświadome i niewinne dziecię nie wiedziało co to jest miłość, lecz miłość właśnie przepełniała jej serce.
Mówiła sobie, że to niedobrze zajmować się marzeniami; lecz sama przed sobą wymawiała się, iż zapewne już nie ujrzy Askania i nie będzie miała tej pociechy, aby się przed nim usprawiedliwić.
Pod tym pozorem spędzała całe wieczory na ławce, na której widziała go obok siebie siedzącego, tam z nim rozmawiała, słuchała go, całą swą duszę mieściła w tem wspomnieniu; następnie gdy zmrok zapadał, gdy głosem pani Perrine napomniana, że czas się oddalić, piękna marzycielka wracała wolnym krokiem, zwracając uwagę na rozkazy ojca, na hrabiego d’Orbec i na czas przemijający.
Owa bezsenność dręczyła ją okrutnie, lecz znów nie tak aby mogła zatrzeć urok wieczornych wspomnień.
Tego wieczora, jak zwykle, Blanka odświeżała rozkoszne chwile spędzone przy Askaniu, gdy w tem wzniósłszy oczy krzyknęła.
Stał on przed nią, przypatrując się jej w milczeniu.
Znalazł ją zmienioną, lecz piękniejszą, bladość i smętność bardzo odpowiednie były jej twarzy.
Jeszcze mniej zdawała się należeć do ziemi.
Dlatego też Askanio, podziwiając ją iż była piękniejszą niż kiedykolwiek, popadł w skromną obawę, że pani d’Etampes pomyliła się.
Bo jakżeby tak nadludzka istota mogła pokochać go kiedy?
Stało naprzeciw siebie dwoje tych ładnych dzieci, które się kochały oddawna, nieśmiejąc sobie powiedzieć tego i dręcząc się bez miary.
Niewątpliwie powinni byli, znajdując się wobec siebie, w jednej chwili przebyć przestrzeń, jaką jednakowym krokiem przechodzili w swoich marzeniach.
Mogli teraz od razu wszystko sobie wyjaśnić, następnie w pierwszem uniesieniu radości wybuchnąć z wszystkiemi uczuciami, aż dotąd powściąganemu .
Lecz byli oboje zbyt jeszcze nieśmiałymi a pomimo, że zobopólne ich wzruszenie zdradziło jedno przed drugiem, dopiero po długich namysłach, ich dusze anielskie połączyły się.
Blanka oniemiała i zapłoniona powstała wiedziona wewnętrznem poruszeniem.
Askanio wybladły ze wzruszenia, wstrzymywał drżącą ręką tętna swojego serca.
Zaczęli razem oboje mówić; on wyrzekł:
— Daruj pani, lecz pozwoliłaś mi okazać niektóre klejnoty; ona zaś powiedziała:
— Z radością widzę, żeś przyszedł do zdrowia panie Askanio.
Nawzajem jednocześnie przerwali sobie, a lubo słodkie ich głosy pomieszały się, doskonale jednak zrozumieli się, gdyż Askanio, ośmielony uśmiechem mimowolnie pojawionym na ustach dziewicy, odpowiedział z niejaką pewnością.
— Byłaś więc pani łaskawą pamiętać jeszcze, że byłem raniony?
— Byłyśmy bardzo zdziwiono i niespokojne niewidząc pana — odpowiedziała Blanka.
— Już nigdy nie chciałem się tu pokazać.
— Dla czego?
Askanio w tej chwili stanowczej był zmuszony oprzeć się o drzewo, zebrawszy dopiero siły i całą odwagę, wyrzekł drżącym głosem:
— Teraz mogę wszystko wyznać: kochałem cię.
— A teraz?
Ów wykrzyk wydarty z piersi Blanki, zdolny był rozproszyć wszelkie wątpliwości zręczniejszego niż Askanio; w nim tylko ożywił nieco nadzieję.
— Teraz niestety — rzekł dalej — zmierzyłem przestrzeń rozdzielającą nas. wiadomo mi, że jesteś szczęśliwą oblubienicą szlachetnego hrabi.
— Szczęśliwą! — przerwała Blanka z gorzkim uśmiechem.
— Jakto! niekochasz hrabiego, wielki Boże! O mów nie jestże on ciebie godzien?
— Jest bogaty, wiele mogący; lecz czy widziałeś go?
— Nie, i lękam się o niego zapytać. Wreszcie nie wiem dla czego, lecz byłem pewien, iż musi być młody i piękny, gdyż się tobie podobał.
— On jest starszy od mojego ojca, on mnie przestrasza — odpowiedziała Blanka, skrywając twarz w rękach z poruszeniem odrazy, której już nie była panią.
Askanio, owładnięty radością padł u nóg Blanki, blady, z rękami złożonemi, z oczami na wpół zawartemi, lecz spojrzenie promieniejące z pod jego powiek i ten uśmiech tak piękny zdolny rozweselić samego Boga. zniknęły na jego bezbarwnych ustach.
— Co tobie jest Askanio? — rzekła przerażona Blanka.
— Co mi jest! — odrzekł młodzieniec, znalazłszy w nadmiarze radości śmiałość, którą go zrazu natchnęła rozpacz; co mi jest! ja cię kocham Blanko!
— O Askanio! Askanio! — szepnęła Blanka z wyrzutem i ukontentowaniem.
Zrozumiały się ich serca i nim się jeszcze spostrzegli, ich usta już się z sobą złączyły.
— Mój przyjacielu! — rzekła Blanka zwolna odsuwając Askania.
W uniesieniu wzajem patrzeli w siebie. O, w życiu nie znajdzie się dwóch chwil podobnych.
— A więc — odezwał się Askanio — nie kochasz hrabiego d’Orbec i mnie możesz kochać?
— Askanio — odpowiedziała Blanka głosem miłym i poważnym — dotąd mój ojciec tylko i to rzadko całował mnie w czoło, niestety jestem nieświadomem dzieckiem i wcale nie znam życia, lecz uczułam po drżeniu jakie twoje pocałowanie we mnie sprawiło, że odtąd należeć do ciebie jest moim obowiązkiem. Tak, bo inaczej postąpić pewną jestem, byłoby zbrodnią! Twoje usta uświęciły mnie twoją oblubienicą i żoną, chociażby mi sam ojciec powiedział, ja uwierzę tylko głosowi Boga. Oto moja ręka, ona jest twoją.
— Usłyszcie aniołowie i zazdroście mi! — zawołał Askanio.
Ekstaza już ani się odmalować ani opowiedzieć nie daje. Niech ci, którzy ją pamiętają, przypomną sobie. Niepodobna przytoczyć wyrazów, spojrzeń, uścisków rąk obu tych czystych i, pięknych dzieci. Ich niewinne dusze pomieszały się, jak się mieszają z sobą wody dwóch źródeł przezroczystych, nie zmieniając ani swojej natury ani barwy. Blanka z ufnością stała wsparta o ramię swojego narzeczonego. Sama Boga Rodzica gdyby spojrzała z wysokości Niebios na tę najczystszą parę, nie odwróciłaby od niej swojego oblicza.
Zaczynając kochać, staramy się zawrzeć w naszej miłości całe życie, obecność, przeszłość i przyszłość. Jak tylko mogli mówić Askanio i Blanka, opowiedzieli sobie wszystkie swoje cierpienia, obawy i nadzieje dni ostatnich. Lubo wiele wycierpieli, jednak przywodząc sobie na pamięć swoje dolegliwości, oboje się uśmiechali.
Dopiero gdy doszli do przyszłości, stali się smutnymi. Co ich jutro czeka? Według praw boskich stworzeni zostali jedno dla drugiego, lecz w obec względów ludzkich ich związek był niestosownym, źle dobranym. Co tu czynić? Jak skłonić hrabiego d’Orbec by się wyrzekł żony, prewota zaś, by swą córkę oddał rzemieślnikowi.
— Niestety mój Askanio — rzekła Blanka — przyrzekam ci nie należeć jak do ciebie lub nieba, gdyż przewiduję, że do nieba należeć będę.
— Nie — odpowiedział Askanio — do mnie. Dwoje dzieci jakiemi jesteśmy nie mogą same poruszyć świata całego, lecz pomówię z moim ukochanym mistrzem, z Benvenutem Cellini. On wszystko może Blanko. On tak działa na ziemi jak pan Najwyższy rozporządził w Niebie, i co zamierzył, spełnił.
On ciebie mi odda. Nie wiem jak tego dokona, lecz jestem pewien tego. On lubi przeszkody. On powie Franciszkowi I-mu, przekona ojca twojego. On tę otchłań wypełni i zrówna. Jednej tylko rzeczy nie mógł uskutecznić, boś ją sama bez jego wmieszania spełniła, pokochałaś, pokochałaś mnie. Reszta już mniejsza. Widzisz moja ukochana, że teraz już wierzę w cuda.
— Drogi Askanio, ty masz nadzieję, to i ja się spodziewam. Jeśli chcesz i ja z mojej strony będę probować. Jest ktoś co może wszystko na umyśle ojca mojego. Czy chcesz abym napisała do pani d’Etampes?
— Pani d’Etampes — zawołał Askanio. — O Boże, o niej zapomniałem.
Wówczas Askanio, prosto, bez wybiegu, opowiedział Blance jak jest kochanym od tej kobiety, jak przed chwilą jeszcze objawiła się ona nieprzyjaciółką śmiertelną tej, którą on kocha; Iecz mniejsza, wprawdzie utrudni to działanie Benvenuta, rzeczywiście zaś tylko jednego więcej będzie miał przeciwnika.
— Drogi Askanio — rzekła Blanka — ty pokładasz całą ufność w twoim mistrzu, ja zaś w tobie. Mów więc z Cellinim i to o ile można najprędzej, niech on rozrządzi losami naszemi.
— Jutro wszystko mu zwierzę. On mnie tak kocha! on mnie natychmiast zrozumie. Lecz cóż ci to Blanko? Ty znowu jesteś smutną!
Każdy ustęp mowy Askania, raził serce Blanki ciosem zazdrości, kilkakrotnie ściskała ona konwulsyjnie rękę Askania, którą w swoich trzymała.
— Askanio! pani d’Etampes jest piękny; jest kochaną od wielkiego króla. Czy ona czasem w twoim umyśle jakiego wrażenia niepozostawiła?
— Ja ciebie kocham — odrzekł Askanio.
— Czekaj tu — rzekła Blanka.
I w chwilę powróciła z piękną, białą lilią.
— Słuchaj — rzekła — gdy będziesz pracował nad złotą lilią z drogich kamieni dla tej kobiety, spojrzyj niekiedy na skromną lilię twojej Blanki.
I zalotnie jakby to sama tylko pani d’Etampes mogła uczynić, złożyła pocałunek na lilii, którą oddała uczniowi.
W tej chwili pani Perrine ukazała, się przy końcu alei.
— Bądź zdrów, do widzenia — rzekła szybko Blanka, składając swą rękę na ustach kochanka, ukradkowem poruszeniem pełnem wdzięku.
Ochmistrzyni się zbliżyła.
— No cóż moje dziecię, odezwała się do Blanki, czy zburczałaś zbiega i wybrałaś piękne klejnociki?
— Oto są — rzekł Askanio składając w ręku ochmistrzyni pudełko z klejnotami, które przyniósł, a w cale nawet nie otworzył — uradziliśmy z panną Blanką, że pani sama wybierzesz z nich, które ci się podobają najlepiej, po resztę przyjdę jutro.
To wyrzekłszy, zniknął rzuciwszy na Blankę ostatnie spojrzenie, które wszystko jej powiedziało, co on miał powiedzieć.
Blanka zaś z rękoma na wpół złożonemi na piersiach, jakby dla objęcia szczęścia w nich zawartego, stała nieruchoma w czasie gdy pani Perrine wybierała pomiędzy cudownemi pieścidełkami przyniesionemi przez Askania.
Niestety! biedne dziecię straszliwie zostało przebudzone z miłych snów swoich.
Kobieta jakaś w towarzystwie jednego z służących prewota, stanęła przed nią.
— Jego jaśnie wielmożność hrabia d’Orbec, który powróci pojutrze, od tej chwili przysyła mnie do usług pani. Jako umiejąca wykonać suknie według najświeższych i najnowszych fasonów, otrzymałam rozkaz od jego Jaśnie wielmożności hrabiego i pana prewota, wykonać dla pani suknię z najpyszniejszego brokartu, albowiem pani masz być przedstawioną przez Jaśnie oświeconą księżnę d’Etampes, Najjaśniejszej królowej, w dzień odjazdu Najjaśniejszego pana do Saint-Germain, to jest za dni cztery.
Po scenie jaką przedstawiliśmy czytelnikowi, łatwo domyśleć się jak przykre wrażenie robiła ta podwójna wiadomość na Blance.




ROZDZIAŁ VIII.
MIŁOŚĆ UROJONA.



Nazajutrz wraz z brzaskiem dnia, Askanio umyśliwszy powierzyć przeznaczenia swoje mistrzowi, wprosi dążył ku odlewni, w której Cellini co rano pracował.
Lecz w chwili właśnie gdy miał zapukać do drzwi pokoju, który Cellini zwał swoją celą, posłyszał głos Katarzyny.
Pomyślał, że zapewne w tej chwili ona za model służy, usunął się więc w zamiarze powrócenia później.
Tymczasem zaczął się przechadzać po ogrodnic wielkiego Nesle, namyślając się co ma powiedzieć Celliniemu, i co przypuszczalnie Cellini może mu odpowiedzieć.
Jednak Katarzyna wcale za model nie służyła.
Nawet nigdy nogą nie stąpiła do celki, do której nikt z wielkim zawodem swojej ciekawości, wejść nie mógł, albowiem Benvenuto nie lubił aby mu przeszkadzano.
Dlatego też nadzwyczajnie się mistrz rozgniewał, gdy się odwrócił i ujrzał stojącą za sobą Katarzynę, wyłupiającą bardziej niż kiedykolwiek swoje wielkie oczy.
Ciekawość jednak niebacznej niewielu przedmiotami mogła być zaspokojoną.
Bo cóż tam widziała, kilka rysunków na ścianach, zieloną firankę u okna, posąg Hebe rozpoczęty i zbiór narzędzi snycerskich, gdyż to wszystko tworzyło umeblowanie owego pokoiku.
— Co tu chcesz mały wężu? Po co tu przyszłaś? Czy nawet w piekle ścigać mnie będziesz? zawołał Benvenuto zobaczywszy Katarzynę.
— Niestety mistrzu — odrzekła Katarzyna o ile mogła najłagodniej, zaręczam, że wcale nie jestem wężem. Przyznaję przytem, że nie opuszczając ciebie, najchętniej pójdę za tobą jeśli tego potrzeba aż do piekła, lecz teraz przyszłam dla tego tylko, że to jest jedyne miejsce, w którem można pomówić z tobą tajemnie.
— Więc się spiesz, cóż mi masz powiedzieć?
— O Boże! Benvenuto — rzekła Katarzyna ujrzawszy rozpoczętą statuę, cóż to za cudowna figura! To twoja Hebe. Ani pomyślałam, że już tak jest posuniętą; a jakże piękna!
— Nieprawda? — odrzekł Benvenuto.
— O tak, tak, bardzo piękna, teraz pojmuję dla czego niechciałeś bym ja za model służyła Lecz któż na mojem miejscu? — mówiła dalej Katarzyna niespokojna. Niewidziałam tu ani wchodzącej, ani wychodzącej żadnej kobiety.
— Cicho bądź. Do rzeczy, moja kochana, pewny jestem, żeś tu przyszła nie dla rozprawiania o snycerstwie.
— O nie, mistrzu, przyszłam tu względem mojego Pagola. Byłam ci posłuszną Benvenuto. Korzystając z wczorajszej twojej nieobecności w wieczór, ciągle mi paplał o swojej miłości, a ja według danych mi rozkazów, słuchałam go aż do końca.
— Tak! zdrajca! i cóż ci mówił?
— Można było umrzeć ze śmiechu i dużo bym dała abyś mógł być przy tem obecny. Miarkuj tylko, świętoszek by nie ściągnąć na siebie najmniejszego podejrzenia, kończył robotę mówiąc ze mną; ów naszyjnik polecony mu przez pana do zrobienia, a pilnik, który trzymał w ręku niemało dodawał patetyczności jego rozprawie. Droga Katarzyno, mówił, umieram z miłości dla ciebie; kiedyż więc ulitujesz się moim męczarniom? Jeden wyraz, nie żądam jak tylko jednego wyrazu! Patrz nakoniec na co się narażam dla ciebie: gdybym nie ukończył tego naszyjnika, mistrz domyśliłby się czegoś i zabiłby mnie bez litości; lecz nie zważam na nic dla twoich oczu. O Boże! ta przeklęta robota wcale nie postępuje. Nareszcie, Katarzyno na co się tobie przyda miłość dla Benvenuta? wcale ci on za nią nie jest obowiązany, zawsze jest dla ciebie obojętny. Ja zaś będę cię kochał miłością ognistą i roztropną zarazem! Nikt jej nie dostrzeże, nigdy nie będziesz skompromitowaną, możesz rachować na moję oględność. Pójdź, dodał ośmielony mojem milczeniem, znalazłem schronienie pewne i skryte, w niem będziesz mogła przebywać bez żadnej obawy. A! Benvenuto nie zgadł, byś nigdy co to za ukrycie on mi wybrał, stawię sto, tysiąc przeciw jednemu, tylko podobne śmiałki mogą odkryć cóś podobnego: chciał on swoje miłostki ulokować w głowie wielkiego posągu Marsa. Można się do niej dostać po drabinie. Upewniał mnie, że tam jest bardzo ładny pokoik i nie będąc od nikogo widzianą, można cieszyć się widokiem najpiękniejszym.
— Rzeczywiście nie zła myśl — odrzekł Benvenuto uśmiechając się; i cóżeś mu na to odpowiedziała Katarzyno?
— Parsknęłam ze śmiechu nie mogąc już dłużej wytrzymać, co też dyabelnie zbiło z tonu pana Pagola. Odszedł wyrzucając mi, że nic mam serca i chcę jego śmierci i t. d. i t. d. Tak ciągle robiąc młotkiem i pilnikiem, przemawiał do mnie przeszło pół godziny, bo on jeśli się rozgada to wielki z niego papla.
— Lecz nakoniec cóżeś mu odpowiedziała, Katarzyno?
— Com mu odpowiedziała? W chwili gdyś zapukał do drzwi i gdy właśnie położył na stole naszyjnik wykończony, rzekłam poważnie ująwszy go za rękę: „Pagolo, przemawiasz jak retor!” I dla tego to, gdyś wchodził miał on tak głupią minę.
— Źle uczyniłaś, Katarzyno; nie należy go zniechęcać.
— Powiedziałeś mi, żeby go słuchać, słuchałam go więc. Czy mniemasz, że to tak łatwo słuchać przemawiających pięknych chłopców? A jeśli zdarzy się kiedykolwiek z tego jaki wypadek?
— Nie tylko powinnaś go słuchać moje dziecię, lecz należy mu odpowiadać, to nieodbicie potrzebnem jest do mojego planu. Mów do niego naprzód bez gniewu, potem z wyrozumiałością, a następnie z przymileniem. Gdy już dojdziesz do tego, powiem ci znowu co należy potem czynić.
— Lecz to może za daleko doprowadzić? Powinieneś przynajmniej być przy tem.
— Bądź spokojna Katarzyno, ja ukażę się w chwili potrzebnej. Zdaj się tylko na mnie i postąp według moich wskazówek. Teraz idź moja kochana i pozwól mi popracować.
Katarzyna odeszła skacząc i śmiejąc się już z góry z figla, jaki Cellini wypłata Pagolowi, którego jednak nie mogła się domyśleć.
Jednak Benvenuto po odejściu Katarzyny nie zajął się pracą jak to jej był powiedział: pobiegł szybko do okna wychodzącego skośnie na ogród małego Nesle i pozostał w zamyśleniu. Stuknięcie we drzwi nagle ocuciło go z marzenia.
— Do tysiąc katów! — zawołał zagniewany, kto tam znowu?... że też nie mogę bydź na chwilę spokojny, do milion dyabłów...
— Daruj mistrzu — odrzekł Askanio, lecz jeśli ci przeszkadzam to odejdę.
— Jakto! to ty moje dziecię?... O nie... nie, ty mi nigdy nie przeszkadzasz. Czegóż chcesz odemnie?
Benvenuto z pośpiechem sam otworzył drzwi swojemu ukochanemu uczniowi.
— Przerwałem ci samotność i pracę mistrzu — rzekł Askanio.
— Nie Askanio, twoje przyjście zawsze jest dla mnie pożądanem.
— Mistrzu, mam ci powierzyć tajemnicę i upraszać cię o wyświadczenie mi przysługi.
— O mów. Potrzebujeszże mojej kieski? mojego ramienia, czy też myśli?
— Bydź może, że będę potrzebował tego wszystkiego, ukochany mistrzu.
— Tem lepiej! Jestem twoim ciałem i duszą. Askanio, ja także mam ci coś wyznać, tak wyznać: albowiem bez tego będę się mniemał występnym, dopóki ty mnie nie rozgrzeszysz. Lecz mów pierwszy.
— A więc mistrzu... Lecz wielki Boże! co znaczy ten szkic? — zawołał Askanio przerwawszy mowę.
Spostrzegł zaczęty posąg Hebe, a w owym rozpoczętym posągu poznał Blankę.
— To Hebe — odpowiedział Benvenuto, którego oczy zajaśniały — jest to bogini młodości. Jakże, czy piękną ją znajdujesz, Askanio?
— A, cudowną! Lecz te rysy... ja znam je.. nie, to nie jest złudzenie.
— Niebaczny! ponieważ do połowy uniosłeś zasłonę, muszę więc ją zerwać zupełnie, zdaje się, że twoje zwierzenie po mojem nastąpi dopiero. Siadaj więc Askanio, będziesz czytał w otwartej księdze serca mojego. — Powiedziałeś, że mnie potrzebujesz; ja także potrzebuję, żebyś mnie wysłuchał. Musisz wiedzieć o wszystkiem, abyś mi ulżył wielkiego ciężaru.
Askanio usiadł bardziej wybladły niż skazany, któremu ma być odczytany wyrok śmierci.
— Jesteś Florentczykiem, nie potrzebuję więc pytać cię czy znasz historyę Dantego Alighieri. — Pewnego dnia ujrzał on na ulicy dziecię imieniem Beatrycza i pokochał ją. To dziecię umarło, a on je kochał zawsze, gdyż on duszę jej kochał, a dusze nie umierają; tylko przywdział na jej głowę wieniec z gwiazd i umieścił ją w raju. Po czem zajął się zbadaniem namiętności, zgłębieniem poezyi i filozofii, a gdy oczyszczony cierpieniem i myślą, stanął u bram nieba, gdzie Wirgiliusz, to jest mądrość, miał go opuścić, nie zatrzymał się jednak dla braku przewodnika, gdyż znalazł tam na progu, Beatriczę, to jest miłość oczekującą na niego.
Askanio, ja mam także moją Beatriczę zmarłą jak tamta, jak tamta ubóstwianą. Jestem ułomnym, lecz w nieczystych namiętnościach, które mną miotały, przedmiot mojego uwielbienia pozostał nie tknięty. W umyśle moim zbyt wysoko był położonym, aby kał mógł go dosięgnąć. Jak człowiek rzucałem się niebacznie wśród rozkoszy, jako artysta wierny pozostałem owym tajemniczym zaręczynom i jeśli wykonałem co dobrego, Askanio, jeśli kamień lub srebro, nabiera pod mojemi palcami kształtu i życia, jeśli niekiedy zdołam wydać piękność w marmurze lub spiżu, to dla tego, że moje promieniejące objawienie ciągle jest od dwudziestu lat moim doradcą, podporą i światłem.
Lecz być może, iż zachodzą różnice pomiędzy poetą a złotnikiem, pomiędzy rzeźbiarzem myśli a rzeźbiarzem złota. Dante marzy; ja potrzebuję widzieć. Imię Maryi dla niego jest dostatecznem; dla mnie potrzeba oblicza Boga-rodzicy. Jego twory odgadywać należy, moje są dotykalnemi. Otóż dla czego być może moja Beatricza nie była wcześniej, lub stała się zapóźno dla mnie rzeźbiarzem. Umysł mój zapełniała, lecz musiałem wynajdywać kształty. Anielska niewiasta przyświecająca życiu mojemu była piękną niewątpliwie, piękną nadewszystko sercem, lecz nie ziszczała owego typu nieograniczonej piękności, jaką sobie wyobrażałem. Ujrzałem się zmuszonym szukać jej gdzieindziej, wynajdywać.
Teraz, powiedz mi Askanio, jak mniemasz, gdyby ów ideał rzeźbiarza przedstawił się żyjący na ziemi, gdyby stał się celem mojego ubóstwienia, czy byłbym niewdzięcznym i niewiernym mojemu ideałowi poety? jak mniemasz, czy wówczas moje niebiańskie objawienie jużby mnio nienawiedzało i ów anioł byłby zazdrośnym o kobietę? Ciebie oto zapytuję Askanio, a kiedyś dowiesz się, dlaczego do ciebie nie do innego zwróciłem to zapytanie, dla czego drżę mając usłyszeć twoją odpowiedź, tak jak gdyby moja Beatricza miała mi odpowiedzieć.
— Mistrzu — odrzekł poważnie i smutno Askanio — zbyt młody jestem abym mógł ci objawić zdanie o tak wzniosłych ideałach, jednak w głębi serca myślę, że jesteś jednym z owych wybranych ludzi, których Bóg wiedzie, i że to, co trafiasz na twojej drodze, nie jest zrządzeniem przypadku, lecz umyślnie od Boga stawionem.
— Tak sądzisz, Askanio? A więc jesteś zdania, że mój anioł ziemski, moje piękne życzenie ziszczone, od Boga jest zesłane, a tamten anioł niema powodu być zagniewanym za moje opuszczenie? A więc mogę ci powiedzieć, że znalazłem to marzenie, że go widzę, ono żyje, ja się go niemal dotykam. O tak Askanio, wzór zupełnej piękności, zupełnej czystości, ów typ nieskończonego wydoskonalenia do jakiego my artyści zawsze wzdychamy, jest przy mnie, oddycha, mogę go codzień podziwiać i uwielbiać. A! wszystko co dotąd wykonałem, niczem będzie w porównaniu co teraz zrobię. Ta Hebe, którą tak piękną znajdujesz, która istotnie jest mojem arcydziełem, mnie jeszcze nie zadawalnia; mój sen ożywiony stoi obok jej wyobrażenia i zdaje się być sto razy wznioślejszym; lecz będę czekał! będę czekał! Askanio! tysiąc posągów, wszystkie do niej podobne przesuwa się już w mojej myśli. Widzę je, one kiedyś pojawią się.
Teraz czy chcesz Askanio abym ci ukazał mój piękny geniusz natchnienia? on musi tu być jeszcze obok nas. Każdego poranku, w chwili wzniesienia słońca, on mi tam przyświeca. Patrz...
Benvenuto odsunął firankę u okna i wskazał palcem uczniowi ogród małego Nesle.
W jednej z jego alei, Blanka z głową pochyloną i wspartą na wyciągniętej ręce, przechodziła dumając wolnym krokiem.
— Jakże piękna! nieprawdaż? — wyrzekł Benvenuto w uniesieniu. Fidiasz i Michał Anioł nic piękniejszego nie utworzyli, a starożytne posągi zaledwie wyrównywają owej młodej i zachwycającej głowie. A jakże piękna!
— A tak, piękna, bardzo piękna! — wyszeptał Askanio, siadając na krześle bez siły i myśli.
Nastąpiło chwilowe milczenie, wśród którego Benveuuto rozważał radość swoję, Askanio zaś był pogrążony w rozpaczy.
— Lecz nakoniec, mistrzu, ośmielił się z trwogą wyrzec uczeń — gdzież cię doprowadzi owa namiętność artystyczna? Cóż zamyślasz dalej czynić?
— Askanio — odpowiedział Cellini — ta, która zmarła, nie była moją i nie mogła być moją. Bóg tylko mi ją ukazał i nie wlał w me serce ku niej miłości ludzkiej. Rzecz szczególna, dopiero uczułem czem była dla mnie gdy już zeszła ze świata. W mojem życiu jest ona tylko wznowionem wspomnieniem, błędnym wyobrażeniem. Lecz jeśliś mnie dobrze zrozumiał, Blanka bliżej dotyczę mojego istnienia, mojego serca; śmiem ją kochać, śmiem mówić sobie: ona będzie moją.
— Ona jest córką prewota Paryża — odpowiedział drżąc Askanio.
— Choćby była córką królewską, Askanio, ty wiesz co może wola moja. Dopiąłem wszystkiego com zapragnął, a niczego jeszcze goręcej niepragnąłem. Niewiem jak dojdę celu mojego, lecz ona musi bydź moją żoną.
— Twoją żoną, Blanka, twoją żoną!
— Odwołam się do mojego wielkiego monarchy — mówił dalej Benvenuto — zapełnię mu jeśli zechce, jego Luwr i Chambord posągami. Okryję jego stoły kandelabrami i innemi naczyniami, a jeśli w nagrodę tego wszystkiego zażądam od niego Blanki, niebyłby Franciszkiem I-ym gdyby mi jej odmówił. Mam nadzieję, Askanio, mam nadzieję! Udam się do niego gdy cały dwór będzie zebrany; za dni trzy gdy się oddali do Saint-Germain... i ty wraz ze mną. Zaniesiemy tę srebrną salaterkę już wykończoną i rysunek podwoi do pałacu w Fontainebleau. Wszyscy podziwiać je będą, gdyż są piękne. On zaś bardziej od innych. Podobne niespodzianki ponawiać będę co tydzień.
— Nigdy jeszcze nieczułem w sobie siły bardziej płodnej i twórczej jak teraz. Dniem i nocą mózg mój czuwa; ta miłość, Askanio, zwiększyła mnie i odmłodziła. Gdy Franciszek I-szy ujrzy żądania swoje zaledwie powzięte już ziszczono, a niczego bardziej nie pragnę, uczyni mnie wielkim, bogatym; a prewot Paryża jakkolwiek jest prewotem, szczycić się będzie związkiem ze mną. Askanio, prawdziwie szaleję, na samą myśl nie jestem panem siebie. Ona będzie moją. Marzenie niebiańskie! Czy pojmujesz to Askanio? Ona moją! Uściskaj mnie! bo odkąd wszystko ci wyznałem, śmiem wierzyć w nadzieję. Czuję serce moje spokojniejszem; tyś niejako uprawnił tę radość. Com ci tu powiedział, ty zrozumiesz kiedyś. Tymczasem zdaje mi się, że cię bardziej kocham, odkąd stałeś się powiernikiem tajemnic moich; jakżeś dobry, żeś onych wysłuchał. Uściskaj mnie drogi Askanio.
— Lecz mistrzu niepomyślałeś, że ona może niekocha ciebie.
— O milcz Askanio! myślałem o tem, i brała mnie chętka zazdrościć ci twojej piękności i młodości. Lecz to coś powiedział o zamiarach Opatrzności, uspokaja mnie. Ona mnie pojmie. Bo kogożby ona kochała, może jakiego wykwintnisia dworu, niegodnego jej? Zresztą mniejsza o to kogo jej przeznaczają, jam także równie dobrym jak on szlachcicem, a więcej od niego mam geniuszu.
— Hrabia d’Orbec, jak powiadają jest jej narzeczonym.
— Hrabia d’Orbec? Tem lepiej, znam go. Jest on podskarbim króla i od niego to odbieram złoto i srebro potrzebne do robót moich i sumy w dobroci Najjaśniejszego pana mi udzielane. Hrabia d’Orbec starzec brzydki i zużyty, nawet żadnej nie będzie w tem chwały wysadzić podobne bydlę. Ona mnie pokocha, Askanio, nie dla mnie, lecz dla siebie samej, albowiem ja, będę jakby dowodem jej piękności, albowiem przezemnie będzie podziwianą, uwielbianą, czczoną, unieśmiertelnioną. Wreszcie powiedziałem: Ja tak chcę, a zawsze ilekroć razy ten wyraz wymówiłem, powtarzam ci, dopiąłem swego. Niemasz na święcie potęgi ludzkiej, która by się mogła oprzeć sile mojej namiętności. Będę zmierzał jak zawsze prosto do mojego celu, z niezłomnością i nieugiętością przeznaczenia. — Ona będzie moją, mówię ci, choćbym miał nawet całe królestwo przewrócić, a jeżeli by przypadkiem jaki rywal chciał mi zagradzać drogę, do milion szatanów! Znasz mnie Askanio, biada mu! Zabiję go tą ręką, którą teraz ściskam twoją. Lecz o Boże! Askanio, daruj mnie samolubowi, zapomniałem, że i ty miałeś mi jakąś tajemnicę zwierzyć, jakowejś przysługi żądać odemnie. O nigdy nie zdołam skwitować się z tobą ukochane dziecię; a więc mów. Dla ciebie także co zechcę to mogę.
— Mylisz się mistrzu, są rzeczy będące tylko w mocy Boga, a teraz już wiem, że odtąd tylko na niego samego rachować powinienem. Powierzę więc moję tajemnicę jego wszechmocności.
Askanio odszedł.
Co do Celliniego, zaledwie Askanio drzwi zamknął, zaciągnął zieloną firankę, a przysunąwszy do okna swój warsztat, zaczął znowu modelować Hebe, z sercem przepełnionem radością z teraźniejszości i pewnością na przyszłość.




ROZDZIAŁ IX.
HANDLARZE WŁASNEGO HONORU.



Jestto dzień, w którym Blanka ma być przedstawioną, królowej.
Znajdujemy się w jednej z sal Luwru; cały dwór tam zgromadzony.
Po mszy dwór wyjeżdża do Saint-Germaiu, wszyscy oczekują na króla i królowę aby udać się do kaplicy.
Z wyjątkiem kilku dam siedzących, reszta osób stoi, lub przechadzając się rozmawia; stroje z jedwabiu i brokartu szeleszczą, szpady brzęczą, tkliwe lub zawistne spojrzenia krzyżują się, rozmawiają tylko o schadzkach, pojedynkach i miłostkach, jestto tłok ogłuszający, zamęt świecący; ubiory przepyszne według kroju ostatniej mody, twarze zachwycające; wśród tej bogatej i barwnej rozmaitości kostyumów, głównie odbijają paziowie ubrani z włoska lub hiszpańska, stojący nieruchomi z ręką wspartą na rękojeści szpady zawieszonej u boku.
To w ogóle tworzy obraz pełen blasku, życia i wspaniałości, o którem wszystko cobyśmy powiedzieć mogli, jeszcze zdawałoby się zbyt słabym i niedokładnym opisem.
Jeżelibyśmy wskrzesić mogli tych wykwintnych i lekceważących wszystko kawalerów Brantoma i Heptamerona, te damy pełne życia i zalotności, nadać im mowę odznaczającą się żywością, prostodusznością i właściwym duchem francuzkim w XVI-ym wieku, wtedy poweźmiemy wyobrażenie o tym przepysznym dworze, zwłaszcza przypominając sobie zdanie Franciszka I-go: Dwór bez dam jest to rok bez wiosny, albo wiosna bez kwiatów.
Dwór Franciszka I-go był ciągłą wiosną, która wydawała najpiękniejsze i najszlachetniejsze kwiaty ziemi.
Przyszedłszy do siebie po pierwszem wrażeniu wznieconem przez zamieszanie tłumu i hałas, łatwo było dostrzedz pomiędzy grupami dwa główne stronnictwa, odznaczające się barwami lila i niebieską; pierwsze było pani d’Etampes i zarazem stronnictwem jeszcze skryłem reformacyi, drugie Dyany de Poitiers a tem samem i katolicyzmu.
W gronie ostatniego uważano postać pospolitą i płaskie oblicze Delfina; w gronie pierwszego odznaczał się Karol Orleański drugi syn królewski, żywy, dowcipny blondyn.
Dodajmy do tych opozycyj politycznych i religijnych, zazdrość kobiecą i współzawodnictwo artystów, a będziemy mieli całość nienawiści, którą sobie teraz wyobrazimy, początkowo tylko podziwiając te spojrzenia pogardliwe, groźne poruszenia, których przed okiem dostrzegacza nie zdołała pokryć dysymulacya dworska.
Obie nieprzyjaciółki, Dyana i księżna, siedziały prawie naprzeciw siebie w dwóch przeciwległych końcach sali; jednakże pomimo odległości, każdy ucinek przebiegał od ust jednej do uszu drugiej w przeciągu pięciu sekund i nawzajem ci sami gońcy, z tąż samą szybkością, odpowiedź przesyłali.
Wśród gradu dowcipnych słówek, pomiędzy magnatami w aksamity przybranymi, przechadzał się poważny Henryk Etienne, dotąd jeszcze umiarkowany stronnik reformacyi; o parę kroków od niego i równie obojętny na wszystko co go otaczało, stał Piotr Strozzi, blady i melancholijny wygnaniec z Florencyi, który oparty o kolumnę, rozmyślał zapewne o rodzinnej ziemi, do której wrócić miał więźniem i gdzie dopiero w grobie odetchnąć swobodnie.
Samo z siebie się rozumie, że szlachetny wygnaniec włoski, krewny po kądzieli Katarzyny Medicis, był stronnikiem katolicyzmu.
Dalej przechadzają się rozmawiając o interesach stanu i zatrzymując często jeden drugiego jakby dla nadania większej wartości swej mowie, stary Montmorency mianowany przez króla przed dwoma laty konnetablem, która to godność była opróżnioną po Bourbonie i kanclerz Poyet, napuszony próżnością z dwóch rozporządzeń świeżo wydanych, a będących dziełem jego pomysłu, to jest opadatkowania loteryi i podpisaniem edyktu drugiego, wydanego w Villers-Coterets.[2] Nie przyłączając się do żadnej koteryi i nie mieszając do żadnej rozmowy, benedyktyn Franciszek Rabelais z uśmiechem ukazującym białość zębów, badał wzrokiem, słuchał, żartował ze wszystkich i ze wszystkiego, gdy tymczasem Tribulet, ulubiony trefniś Jego królewskiej mości tarzał swój garb i potwarze pomiędzy nogi przechodzących, a korzystając ze swego wzrostu, mógł kąsać bez narażenia się na niebezpieczeństwo, gdyż nie zawsze ból był dotkliwym.
Co do Klemensa Marot kamerdynera królewskiego, w nowy strój przybranego, ten wydawał się również zakłopotanym jak w dniu, w którym go widzieliśmy w pałacu Etampes.
Widocznem było, że miał w kieszeni wiersz jakiś, chcąc go przedstawić jako improwizaoyę nowo utworzoną, lub sonet osierocony.
Niestety jednak, wiadomo, że natchnienie pochodzi z góry i że nie można nim władać swobodnie.
Przecudna myśl zakwitła mu w głowie o imieniu Dyany.
Nadaremnie walczył z muzą, która nie jest kochanką lecz panią naszą; wiersze same się skleiły, rymy czarodziejskim sposobem złożyły.
Słowem dziesięcio wiersz niepokoił go nie wymownie.
Wiadomo iż był wyłącznie poświęcony pani d’Etampes bezwątpienia, jako też Małgorzacie z Nawarry bez zaprzeczenia, a przytem sprzyjał stronnictwu protestanckiemu.
Być może nawet, iż chcąc utworzyć epigram przeciw pani Dyanie, nieszczęsny madrygał zlepił na jej cześć.
Czy podobna zatem, gdy już wiersze kipiały w jego łonie, na cześć wprawdzie katoliczki, nie przelać ich z cicha w ucho uczonego przyjaciela.
Tak właśnie postąpił Marot.
Kardynał de Tournon, którego na nieszczęście zaszczycił swym zaufaniem, osądził te wiersze tak pięknemi pod każdym względem, że pomimowolnie powtórzył je przed księciem Lotaryngii, który nieomieszkał wspomnieć o nich Dyanie.
W tejże chwili pomiędzy stronnictwem niebieskich powstał szmer niezwykły, pośród którego ułożono wezwać Marota i rzeczywiście został zaproszony, ażeby wiersze swoje powtórzył przed tą, dla której były ułożone.
Stronnicy księżnej d’Etampes widząc Marota spieszącego do pani Dyany, zbliżyli się, tłumnie otaczając poetę uradowanego i zarazem strwożonego.
Nakoniec sama pani d’Etampes powstała ciekawością zdjęta, jak mówiła, ażeby się przekonać, w jaki sposób wierszokleta Marot może opiewać pochwały pani Dyany.
Biedny Klemens Marot w chwili gdy miał rozpocząć deklamacyę wierszy swoich, skłoniwszy się pani Dyanie. która się uśmiechnęła, odwrócił się i spostrzegł panią d’Etampes, która podobnież się uśmiechała; lecz uśmiech pierwszej był powabny, drugiej zaś groźny.
Tak więc Marot znalazł się między młotem a kowadłem jak mówią, drżącym i niezrozumiałym głosem wydeklamował swoje wiersze...
Pomimo tego zaledwie ukończył ostatnią zgłoskę madrygału, niebiescy obsypali go oklaskami; gdy tymczasem ich przeciwnicy zachowali grobowe milczenie.
Klemens Marot ośmielony pochwałą i zniechęcony krytyką, zbliżył się mężnie do Dyany de Poitiers, aby jej doręczyć swoje arcydzieło.
— Pięknej Dyanie — mówił z cicha składając niski ukłon, pojmujesz pani, pięknej bez zaprzeczenia i bez porównania.
Dyana podziękowała mu słodkiem spojrzeniem i Marot oddalił się.
— Można napisać wiersze dla pięknej, napisawszy dla najpiękniejszej — rzekł poeta przechodząc około pani d’Etampes — przypominam sobie, że w nich było wyrażenie najpiękniejszej z całej Francyi.
Anna odpowiedziała mu piorunującem spojrzeniem.
Dwie grupy dobrze nam znane, w tym czasie odosobniły się; w jednej był Askanio z Cellinim.
Druga składała się z hrabiego d’Orbec, wicehrabiego Marmagne, messira d’Estourville i Blanki, która uprosiła ojca, ażeby się nie mieszał do tłumu, gdyż będąc po raz pierwszy w podobnem zebraniu, wszystko ją zatrważało i mieszało.
Hrabia d’Orbec jak wypadało narzeczonemu, nie opuszczał ich, czekając niecierpliwie na przedstawienie Blanki królowej, które miało po mszy nastąpić.
Askanio i Blanka lubo oboje zmieszani i wzruszeni, dostrzegli się wzajemnie i spoglądali na siebie ukradkiem.
Te dwie lękliwe i niewinne istoty, wychowane w zaciszu domowem, kształcącem zwykle wzniosłe serca, uważałyby się za samotne i zbłąkana pośród tej wykwintnej i zepsutej zgrai dworaków, gdyby się nie spotkały ich spojrzenia, któremi dodawali sobie wzajem odwagi.
Przytem nie widzieli się od dnia wyznania miłości.
Askanio nadaremnie usiłował kilkanaście razy przemknąć się do małego Nesle.
Nowa służąca przyjęta przez pana d’Orbec, dla Blanki, wychodziła w miejscu pani Perriny i zawsze go niegrzecznie odprawiała.
Askanio nie był tak dalece bogatym, ani też śmiałym, ażeby się odważył spróbować przekupić tę kobietę.
Zresztą mógł tylko zasmucić swoją ulubioną powziętemi wiadomościami, o których ona i bez niego dowie się być może zbyt wcześnie.
Najsmutniejszą bowiem nowiną było wyznanie miłości Benvenuta, jaką pałał dla Blanki i wyrzeczenie się nadziei nietylko pomocy jego, ale nawet wszelkiej walki przeciw tym zamysłom.
Co się tycze zaradczych środków, Askanio, jak to wyznał przed Cellinim, przekonany był, że Bóg jedynie może mu je zesłać.
Tak więc młodzieniec sam sobie pozostawiony, postanowił w swej prostoduszności złagodzić i wzruszyć serce pani d’Etampes.
Gdy nas zawiodła nadzieja, na którą, liczyliśmy, wtedy skłonni jesteśmy chwytać się najrozpaczliwszych środków.
Wszechwładna moc woli Benvenuta, nietylko że mu odjętą została, lecz nadto zwrócić się mogła przeciw niemu.
Askanio zatem ufający jak każdy młodzieniec, postanowił odezwać się do wspaniałomyślności, wzniosłości uczuć i tkliwego przywiązania księżnej, aby wzruszona jego cierpieniami, ulitowała się nad kochankami.
Gdyby jednak ta wątła i jedyna gałązka wymknęła się z ręki jego, cóż on mógł począć, biedny i opuszczony młodzieniec, jeżeli nie oczekiwać cierpliwie.
I dla tej to przyczyny towarzyszył Celliniemu do dworu.
Księżna d’Etampes powróciła na swoje miejsce.
Askanio połączywszy się z dworzanami, stanął po za jej krzesłem. Obróciwszy się spostrzegła go.
— A! to ty Askanio — rzekła obojętnie.
— Tak księżno. — Przyszedłem tu z mistrzem Benvenuto i ośmieliłem się przybliżyć do pani dla zapytania, czy rysunek lilii, który miałem zaszczyt doręczyć jej w pałacu d’Etampes, spodobał się i czy mam robić podług niego.
— Bardzo mi się spodobał — odrzekła nieco ułagodzona księżna i znawcy, którym go pokazywałam, a mianowicie pan de Guise byli mego zdania; ciekawam tylko czy odrobienie będzie tak dokładne jak rysunek, jeżeli się podejmiesz wykonać tę robotę, powiedz mi czy kamienie dane wystarczą?
— Spodziewam się, że będzie ich dosyć; jednakże chciałem umieścić w pośrodku kielicha dyament, któryby się wydawał kroplą rosy, lecz byłoby to może zbyt kosztownem, zwłaszcza powierzając podobną pracę tak nieznanemu jak ja artyście.
— O! nie troszcz się o kosztowność kamienia, Askanio.
— Lecz dyament podobnej wielkości wart będzie przynajmniej dwieście tysięcy talarów.
— Postaramy się o niego. Lecz teraz Askanio, uczyń mi jednę łaskę.
— Jestem na rozkazy pani.
— Przed chwilą, przysłuchując się wierszoklecie Marotowi, dostrzegłam w rogu salonu pana d’Orbec. Idź do niego proszę cię i powiedz, że życzę sobie z nim pomówić.
— Jakto! pani... — zawołał Askanio blednąc na wspomnienie nazwiska hrabiego.
— Wszakże mówiłeś, że jesteś na moje rozkazy! — odpowiedziała wyniośle pani d’Etampes. Zresztą jeżeli ci dałam to zlecenie, to dla tego, iż powinna cię obchodzić rozmowa moja z panem d’Orbec, a zarazem dozwoli ci się zastanowić nad twojem postępowaniem, jeżeli tylko zakochani zdolni są do zastanawiania się.
— Jestem pani posłuszny — rzekł Askanio drżącym głosem, albowiem lękał się zniechęcić jedyną opiekunkę, która mu pozostała.
— Dobrze. — Pamiętaj mówić do hrabiego po włosku, mam w tym przyczynę; powrócisz do mnie z nim razem.
Askanio nie chcąc dłużej nadużywać cierpliwości księżnej, oddalił się i zapytał młodego pana w ubiorze dworskim ze wstążkami lila, czy nie widział pana d’Orbec i gdzieby się on znajdował.
— Oto — odpowiedział mu — spojrzyj na tę starą małpę, która tam rozmawia z prewotem Paryża stojącym przy tej ślicznej panience.
Tą śliczną panienką była Blanka, którą wszyscy wykwintnisie podziwiali z zajęciem. Co się tyczy starej małpy, wydał się on Askaniowi tak odrażającym, jakim się tylko współzalotnik wydać może.
Po chwili poświęconej tej uwadze, zbliżył się Askanio do hrabiego z wielkim zadziwieniem Blanki i prosił go w włoskim języku, ażeby się udał do księżnej. Hrabia po krótkiej wymówce przed swoją narzeczoną i znajomymi, pospieszył posłuszny wezwaniu pani d’Etampes, Askanio udał się za nim, rzuciwszy okiem porozumienia na Blankę, zmieszaną tym posłannictwem, czyli raczej widokiem posła.
— Dzień dobry — rzekła pani d’Etampes spostrzegłszy d’Orbeca — bardzo mi przyjemnie hrabio, że cię widzę, albowiem mam z tobą o ważnych rzeczach pomówić. Moi panowie — rzekła do otaczających ją dworzan, jeszcze dobry kwadrans upłynie nim Najjaśniejsi państwo przybędą; jeżeli pozwolicie, korzystając z tego czasu pomówię z moim dawnym przyjacielem panem d’Orbec.
— Co to za jeden tem młodzieniec? — zapytał hrabia.
— Jestto Włoch, paź, który nie rozumie ani słowa po francusku; możesz więc mówić swobodnie, jakbyśmy byli sam na sam.
— Spodziewam się — rzekł d’Orbec — że ślepo byłem posłuszny rozkazom twoim księżno, nie badając przyczyny. Wynurzyłaś pani życzenie abym się znajdował przy przedstawieniu Najjaśniejszej pani mojej narzeczonej. Blanka jest tu ze swoim ojcem; tak więc uczyniwszy zadość twej woli, przyznaję, iż pragnąłbym poznać jej pobudki; czy nie będzie to zbytecznem żądaniem, prosić panią o wyjaśnienie?
— Jesteś jednym z najgorliwszych moich przyjaciół d’Orbec; szczęściem, że mam wiele jeszcze do uczynienia dla ciebie, a i tak nie wiem czy będę mogła wynagrodzić cię dostatecznie; z tem wszystkiem będę się starać. Podskarbstwo królewskie, któreś otrzymał z mojej poręki, jest fundamentem, na którym wzniosę świetność imienia twojego hrabio.
— Pani — rzekł d’Orbec nachylając się aż do ziemi.
— Będę więc z tobą mówić otwarcie; lecz przedewszystkiem winnam ci powinszować. Widziałam twoją narzeczoną przed chwilą; w istocie jest zachwycającą; cokolwiek dzika, lecz to nie zmniejsza jej wdzięków. Jednakże, mówiąc między nami, nadaremnie usiłowałam zgłębić, znając zwłaszcza ciebie, jaki cel mieć mogłeś, ty człowiek poważny, roztropny i mało dbający o świeżą cerę i piękność, starać się o zawarcie podobnych związków; powtarzam jaki cel, gdyż musisz go mieć, jako człowiek wytrawny, na oślep nic nie działający.
— Hum! Trzeba raz się ożenić pani... a przytem ojciec stary sknera, pozostawi córeczce piękny majątek.
— W jakimże jest wieku?
— Ma lat pięćdziesiąt sześć.
— Jesteśmy prawie w równym wieku, lecz on jest tak schorzały...
— Zdaje mi się, że cię zrozumiałam hrabio. Pewną byłam, że jesteś wyższym nad pospolite przesądy i że wdzięki tej dziewicy nie uwiodły cię wyłącznie...
— W istocie nie zastanawiałam się nad tem nawet; gdyby była brzydką, starałbym się o jej rękę dla przytoczonych względów, gdy zaś jest piękną, to jeszcze lepiej.
— O! jeżeli tak, to się hrabio na tobie nie omyliłam.
— A więc teraz pani, kiedy zdaje się, że pochwalasz moje uczucia, czy raczysz mi powiedzieć?
— Wiedz naprzód — przerwała księżna — że jeżeli ty w każdym kroku z rozwagą postępujesz, to ja za ciebie marzyłam... A najprzód czy wiesz o czem myślałam... oto zapragnęłam dla ciebie miejsca Poyeta, którego nie cierpię — rzekła księżna zmierzywszy okiem nienawiści kanclerza, który się przechadzał z konetablem.
— Jakto! pani myślałaś dla mnie o jednej z pierwszych godności w państwie!
— Zdaje się hrabio, że godnym jesteś zająć to miejsce!.. lecz niestety! moja władza jest ograniczoną, panowanie zaś wznosi się nad brzegiem przepaści. I w tej chwili nawet dręczy mnie niespokojność. Król upodobał sobie żonę prawnika zwanego Feron. Gdyby ta kobieta była dumną, bylibyśmy zgubieni. Powinnam była zapobiedz temu kaprysowi Franciszka. A! nie znajdę być może podobnej księżnie de Brissac, którą przedstawiłam oczom Najjaśniejszego pana; była to kobieta miła, ujmująca, prawdziwe dziecię. Opłakiwać jej straty nigdy nie przestanę; nie była ona dla mnie niebezpieczną, mówiła tylko królowi o mnie i o moich zaletach... Biedna Marya! przyjęła na siebie brzemię położenia mojego, pozastawiając mi korzyści z niego wynikające. Lecz ta Ferronierka, o! ta mnie niepokoi i wszelkiemi sposobami potrzebaby wyrugować ją z myśli Franciszka I-go. Co do mnie, niestety! wyczerpałam wszelkie zasoby uwodzeń, i jestem dziś zniewoloną ukrywać się za ostatecznemi szańcami, to jest za przywyknieniem.
— Co mówisz pani?
— O! mój Boże! tak, ja tylko zajmuję umysł jego, lecz serce dalekiem jest odemnie; potrzeba mi więc jak sam to pojmujesz, pomocy. Lecz gdzież ją znaleźć? potrzeba mi przyjaciółki poświęconej wyłącznie, szczerej, którejbym pewną być mogła. A! jakżebym ją obsypała złotem i dostojeństwy. Na ciebie zwróciłam myśl moję d’Orbec, ty mógłbyś mi ją wynaleźć. — Być może, iż nie wiesz o ile nasz król zbliżony jest do pospolitego człowieka, i do czego ostatni może przywieść pierwszego. Gdyby nas było dwie, to jest dwie przyjaciółki nie zaś współzalotniczki, gdyby jedna z nas owładnęła Franciszkiem, druga zaś Franciszkiem I-szym, Francya byłaby naszą hrabio, a jeszcze w jakiej chwili! gdy Karol V-ty dobrowolnie rzuca się nam w zastawione sidła, gdy można naznaczyć mu nieograniczone sumy dla zapewnienia swobodnego przejazdu i korzystać z jego łatwowierności obecnej, dla wyjednania sobie na wszelki wypadek nie tylko opieki ale i przyszłości najświetniejszej i niezależnej od wszelkich przewrotów. W swobodniejszej chwili wyjaśnię ci moje plany. Ta Dyana, którą niegdyś lubiłeś hrabio, nie będzie mieć żadnego wpływu na losy nasze i Delfin mógłby... Lecz otóż król...
Taki był sposób postępowania pani d’Etampes, rzadko kiedy tłomaczyła się jasno, lecz dozwalała zwykle łatwo odgadywać swoje zamiary; rozsiewała w umysłach przedsięwzięcia i nasuwała myśli; popuszczała wodze chciwości, ambicyi, zepsuciu serca, dozwalała im pracować swobodnie, lecz gdy widziała, że nasienie dojrzewa, umiała przerwać rozmowę w miejscu stosownem.
Wielka sztuka zaiste, której nie można nazbyt zalecać wielu poetom i znacznej liczbie kochanków.
Hrabia d’Orbec chciwy dostojeństw i zysku, szczwany i zepsuty, doskonale zrozumiał księżnę, gdyż w ciągu rozmowy kilka razy spojrzała w stronę gdzie się Blanka znajdowała.
Co do Askania, jego proste i szlachetne serce, nie mogło zgłębić dokładnie tajemnicy, pod jaką księżna ukrywała zamiary, odnoszące się do przedmiotu jego miłości, jednak przeczuwał, iż ta rozmowa dziwaczna, napiętnowana brudnemi widokami, zagrażała niebezpieczeństwem Blance, a niespokojnością i trwogą więc spoglądał na księżnę.
Wkrótce oznajmiono zbliżenie się królewskiej pary.
Wszyscy z miejsc powstali i pozdejmowali nakrycia głowy.
— Niech Bóg ma was w swojej opiece, moi panowie — rzekł wchodząc Franciszek I-szy i odpowiadając na nizkie ukłony dworzan. — Przedewszystkiem muszę wam oznajmić ważną wiadomość. Nasz ukochany brat cesarz Karol V-ty jest w tej chwili na drodze do Francyi, jeżeli już nie przebył granie państw swoich. Przygotujemy się więc przyjąć go zaszczytnie. Nie potrzebuję przypominać mojej wiernej szlachcie, jak należy wystąpić w takim razie. Okazaliśmy już światu na Polu Złotem, że umiemy przyjmować monarchów. Za miesiąc najdalej Karoł V-ty będzie w Luwrze.
— Co do mnie — rzekła królowa Eleonora milutkim głosem — dziękuję panom zawczasu za przyjęcie, jakiego mój brat spodziewać się winien od szlachty francuskiej.
Odpowiedziano okrzykami: Niech żyje król! Niech żyje królowa! Niech żyje cesarz!
W tejże chwili jakaś niekształtna postać przecisnęła się pomiędzy nogami dworzan, był to Tribulet.
— Najjaśniejszy panie — rzekł trefniś — czy raczysz przyjąć dzieło, które mam zamiar podać do druku?
— Z miłą chęcią — odpowiedział król — lecz muszę wiedzieć jaki jego tytuł i czy jest skończone.
— Najjaśniejszy Panie, to dzieło ma tytuł Almanach głupców i zawierać będzie nazwiska najznakomitszych szaleńców, jacy kiedykolwiek byli na świecie. Co do tego jak daleko jest posunięte, to dość, że nadmienię, iż zamieściłem na pierwszej stronicy nazwisko monarchy największego z głupców teraźniejszości i przeszłości.
— I któryż to ma być z moich braci?
— Karol V-ty Najjaśniejszy Panie.
— Jak to Karol V-ty?
— Tak, on sam.
— Dla czegóż Karol V-ty?
— Ponieważ Karol V-ty, który cię trzymał w niewoli w Madrycie, jest tak głupim, że przejeżdża przez Francyę.
— Lecz jeżeli przejedzie bezpiecznie przez moje królestwo? — odpowiedział Franciszek I-szy.
— Wówczas, przyrzekam wykreślić jego imię i zamieścić inne.
— Jakie naprzykład? — zapytał król.
— Twoje Najjaśniejszy panie, bo jeśli wypuścisz z rąk twoich cesarza, będziesz jeszcze głupszy od niego.
Król parsknął śmiechem. Dworzanie wtórowali mu z całego gardła. Tylko biedna Eleonora zbladła.
— A więc! — rzekł Franciszek — możesz zaraz zamieścić moje imię zamiast cesarza, gdyż dałem słowo szlachcica i dotrzymam go święcie. Co się tycze dedykacyi dzieła, przyjmuje ją i oto zapłata za pierwszy egzemplarz.
To mówiąc, Franciszek I-szy wyjął kiesę i rzucił Tribuletowi, który pochwycił ją zębami i oddalił się na czworakach warcząc jak pies uciekający z kością.
— Najjaśniejsza pani — przemówił do królowej prewot Paryża zbliżając się z Blanką, czy dozwolisz mi korzystać z tak szczęśliwej sposobności, ażeby ci przedstawić moję córkę Blankę, którą raczyłaś przyjąć w grono twoich dam honorowych.
Dobra królowa przemówiła kilka wyrazów uprzejmych i zachęcających do pomieszanej Blanki, na którą król z upodobaniem spoglądał.
— Na słowo szlacheckie, mości prewocie — rzekł Franciszek I-szy z uśmiechem — czy wiesz, iż to jest zbrodnią stanu ukrywać tak długo przed naszemi oczyma podobną perłę, która od dawna powinna zdobić wieniec piękności otaczający królowe. Jeśli nie będziesz ukarany za podobne wykroczenie mości Robercie, podziękuj za to niememu pośrednictwu tych pięknych oczu spuszczonych.
Poczem król skłoniwszy się uprzejmie dziewicy, udał się wraz z dworem do kaplicy.
— Pani — rzekł książe Medina-Sidonia, podając rękę księżnie d’Etampes, pozwolisz, jeżeli łaska, przejść temu tłumowi dworzan, abyśmy mogli pozostać na osobności, zdaje mi się, że to miejsce jest najstosowniejsze do powierzenia ci kilku słów tajemnych.
— Słucham pana — odrzekła księżna. — Nie oddalaj się panie d’Orbec; możesz książę wszystko mówić przy moim najdawniejszym przyjacielu i przy tym młodzieńcu, który nie rozumie po francusku.
— Jeżeli pani jesteś pewną tego, gdyż dochowanie tajemnicy, którą mam jej powierzyć, zarówno nas oboje obchodzić winno; przystępuję więc wprost do rzeczy: Wiadomo pani, że Jego cesarska mość postanowił przejechać przez Francyę i być może, iż już jest w jej granicach; nie tajno także cesarzowi jak i mnie, że przejeżdżać będzie pośród nieprzyjaciół; lecz liczymy na słowo królewskie; ty sama pani radziłaś nam zaufać mu i wyznanm szczerze, że posiadając władzę daleko rozciąglejszą, niż którykolwiek z ministrów króla, mogłabyś dowolnie wystąpić jako poręczycielka słowa królewskiego, lub przeciwnie skłonić go do przeniewierzenia się. Lecz teraz pytam dla czegobyś księżno miała przeciw nam wystąpić? wszakże to nie byłoby ani z dobrem Francyi ani z twojem.
— Dokończ pan, zdaje się, żeś jeszcze nie wszystko powiedział.
— Nie, pani, Karol V-ty jest godnym następcą Karola-Wielkiego, i to co sprzymierzeniec przeniewierczy mógłby żądać od niego jako okup niewoli, pragnie ofiarować jako upominek, i nie pozostawi bez wynagrodzenia gościnnego przyjęcia i przychylnej rady.
— Wybornie! zdaje się, że nie można postąpić z większą godnością i rozsądkiem.
— Król Franciszek usiłował ciągle pozyskać księstwo Medyolańskie, jak pani wiadomo; cesarz pragnie dziś ustąpić je swojemu szwagrowi z warunkiem rocznej opłaty bardzo umiarkowanej, a tym sposobem odwieczne współzawodnictwo i wojny pomiędzy Hiszpanią i Francyą o te księstwo. załatwione zostaną.
— Rozumiem — przerwała księżna; — finanse cesarza są w złym stanie, wiadomo nam o tem; przytem Medyolan zniszczony dwudziestu wojnami, przeto Jego cesarska mość rad by pozbyć się kraju przeciążonego długami. — Nic przyjmuję więc tej ofiary książę, gdyż nie obiecuje żadnych korzyści.
— Ależ pani, układy o inwestyturę już się rozpoczęły i król Franciszek zdaje się być zadowolonym.
— Wiem o tem; lecz ja nią nie jestem. Jeśli możecie się obejść bezemnie, tem lepiej dla was.
— Pani, cesarz życzy sobie szczególniej ażebyś miała udział w toczących się układach i cokolwiek zapragniesz...
— Mój wpływ nie jest towarem do sprzedania lub kupienia, panie ambasadorze.
— Któż to mówi? pani.
— Posłuchaj; twój pan jak mnie zapewniasz, żąda mego pośrednictwa i mówiąc między nami, ma w tem słuszność. Chcąc mu takowe zapewnić, będę żądać mniej niżeli on sam ofiaruje. Podług mnie tak winien postąpić. Zobowiąże się uroczyście nadać Franciszkowi I-mu inwestyturę na księstwo Medyolańskie, poczem opuściwszy Francyę, przypomni sobie traktat madrycki i zapomni swej obietnicy.
— Co pani mówisz! lecz to by było to samo co wypowiedzenie wojny.
— Poczekaj panie ambasadorze. Król będzie się srożył i groził, pewną jestem tego. Wtedy cesarz zezwoli na udzielność państwa Medyolańskiego i nada inwestyturę Karolowi Orleańskiemu, drugiemu synowi królewskiemu, bez opłacania daniny; tym sposobem Karol V-ty nie zwiększy potęgi swojego współzawodnika. Zdaje się, że ten pomysł trafi do twego przekonania książę i wart jest nagrody. Co do mnie, jakeś to wspomniał przed chwilą, pragnęłabym jeżeli Jego cesarska mość zgodzi się na moje zdanie, to w czasie pierwszego spotkania naszego we Francyi, niech upuści przedemną kamyk mniej więcej błyszczący, który podniosę jeżeli warto będzie schylić się po niego i który zachowam na pamiątkę zaszczytnego przymierza, zawartego pomiędzy następcą Cezarów, królem Hiszpanii i Indyj, a księżną d’Etampes z drugiej strony.
Poczem odwróciwszy się do Askania zdumionego tą tajemniczą i poważną rozmową, gdy książę Medina wydawał się zmieszanym, a hrabia d’Orbec uradowanym, pani d’Etampes szepnęła mu do ucha.
— Wszystko to dla ciebie, Askanio. — Dla pozyskania serca twojego poświęcam dobro Francyi. — I cóż panie ambasadorze, odezwała się następnie głośno, jakąż mi dajesz odpowiedź?
— Sam tylko cesarz może stanowić w tak ważnym przedmiocie, pani; z tom wszystkiem, tuszę sobie, że przyjmie projekt księżnej tak dla nas korzystny.
— Jeżeli tak pan uważasz, to i ja nawzajem mniemam go korzystnym dla siebie i dla tego obowiązuję się nakłonić króla do przyjęcia go. My kobiety mamy sobie właściwą politykę, która częstokroć jest bardziej uzasadnioną niż wasza. Z tem wszystkiem mogę przysiądz, że mój projekt nie zagraża wam niebezpieczeństwem; zastanów się dobrze książę czy ono mogłoby mieć miejsce? W końcu oświadczam, iż oczekując odpowiedzi Karola V-go, będę tymczasem działać przeciw niemu i wszelkich środków użyję, ażeby skłonić króla Franciszka I-go do zatrzymania go jako jeńca we Francyi...
— Jak to pani! a więc to ma być taki początek przymierza?
— I to zastanawia pana! czy potrzebuję tłomaczyć tak znakomitemu dyplomacie, że należy oddalić odemnie nawet wszelki cień podejrzenia, to rzecz główna; gdybym otwarcie popierała projekt ułożony przez nas, niewątpliwie nieprzyszedłby do skutku. Zresztą nie myślę ażeby mnie kto mógł oskarżyć lub zdradzić. Pozostanę więc twoją przeciwniczką mości książę, pozwól mi mówić przeciw tobie. Cóż ci to szkodzi? Czyliż nie wiesz, iż słowa z wiatrem ulatują? Jeżeli Karol V-ty odrzuci mój projekt, powiem królowi „Najjaśniejszy panie, zaufaj moim przeczuciom. Nie powinieneś się wahać z wykonaniem sprawiedliwego i koniecznego odwetu.” Jeśli zaś cesarz się zgodzi, powiem: „Najaśniejszy panie, zaufaj mojej zręczności kobiecej, czyli raczej kociej, można i trzeba dopuścić się pożytecznej niegodziwości.”
— A pani! — zawołał książę schylając głowę przed panią d’Etampes, jaka szkoda, że jesteś królową, byłabyś doskonałem ambasadorem.
To powiedziawszy, książę pożegnał panią d’Etampes i oddalił się zadowolony z niespodzianego obrotu powziętych układów.
— Teraz na mnie kolej mówić otwarcie i zrozumiale — rzekła księżna do pana d’Orbec: wiesz tedy hrabio o trzech rzeczach: pierwsza, że ważną jest rzeczą dla moich przyjaciół i dla mnie, ażeby mój wpływ u króla w tych czasach bardziej się utrwalił i aby niczem nie mógł być zniweczony; druga, że doprowadziwszy nasze zamiary do skutku, nie będziemy się obawiać przyszłości, bo Karol Orleański, którego zrobię księciem Medyolanu, będzie mi więcej winien wdzięczności niż król Francyi, któremu ja winnam wszystko; trzecia nakoniec, że uroda twojej Blanki silne wrażenie uczyniła na Jego Królewskiej mości. Teraz hrabio, odzywam się do ciebie jak do męża gardzącego gminnemi przesądami. Twój los jest w twoich ręku; czy chcesz ażeby podskarbi d’Orbec został następcą kanclerza Poyet, albo raczej mówiąc wyraźniej, czy chcesz ażeby Blanka d’Orbec zajęła miejsce Maryi de Brissac?
Askanio nie mógł pokryć oburzenia swego, czego jednakże nie dostrzegł hrabia d’Orbec, który jednocześnie zamienił spojrzenie obrzydliwie złośliwe z przenikliwym wzrokiem pani d’Etampes.
— Chcę być kanclerzem — odpowiedział prosto.
— A więc dobrze, nasza wygrana; lecz prewot...
— E, e! i dla niego przecież znajdziesz pani jaką korzystną posadę; nadewszystko korzystną, mniejsza o dostojeństwo, błagam panią o to; stary pedagryk wszystko mi to zostawi po śmierci.
Askanio nie mógł się powściągnąć dłużej.
— Pani!... — rzekł donośnym głosem przybliżając się.
Nie zdołał więcej powiedzieć, równie jak hrabia okazać zdziwienie, gdy w tem podwoje się otworzyły; cały dwór wracał.
Pani d’Etampes pochwyciwszy gwałtownie za rękę Askania, odprowadziła go na stronę i głosem pozornie spokojnym lecz dźwięcznym — rzekła mu do ucha:
— A teraz, młodzieńcze, czy wiesz jakim sposobem zostaje się nałożnicą królewską i jakim sposobem mimowolnie obiera się droga życia?
I zamilkła.
Te wyrazy zagłuszone zostały żarcikami i dobrym humorem króla, oraz całego dworu.
Franciszek I-szy był zupełnie zadowolony. Karol V-ty miał przybyć. — Będą więc uroczyste przyjęcia, zabawy, niespodzianki, słowem czas mile spędzany.
Cały świat mieć będzie zwrócone oczy na Paryż i króla.
Pojmując zajmujący dramat, którego rozwiązanie od niego zależało, Franciszek I-szy napawał się tą myślą z rozkoszą dziecinną. Miał on w naturze, uważać wszystko ze świetnej strony, bardziej niż z poważnej, ubiegać się o sprawianie wrażeń, w staczanych bitwach upatrywać podobieństwo do turniejów, a władzę królewską uważać za jednę ze sztuk pięknych.
Błyszczący umysł Franciszka I-go, dziwaczny, poetyczny a nawet awanturniczy, był główną przyczyną, że panowanie jego uważane być może aa przedstawienie sceniczne na wielkiej widowni świata.
Tego dnia, spodziewając się wkrótce zachwycić współzawodnika i Europę, był nadzwyczajnie uprzejmy i łaskawy dla wszystkich.
Ośmielony pogodnem obliczem króla, Tribulet przyczołgał się do nóg jego w chwili gdy miał próg przestąpić.
— O, o! Najjaśniejszy panie — zawołał głosem żałosnym, przychodzę pożegnać ciebie, Waszą królewską mość, musisz utracić mnie; opłakuję więc bardziej ciebie jak sam siebie. Cóż się z tobą stanie Najjaśniejszy panie gdy nie będziesz mieć przy sobie Trybuleta, którego tak lubiłeś?
— Cóż to znaczy? co za myśl opuścić mnie w chwili gdy dla dwóch monarchów będzie za mało jednego trefnisia?
— Tak Najjaśniejszy panie, masz słuszność, dla jednego trefnisia będzie za mało dwóch monarchów.
— Nie chcę słyszeć o tem. Musisz pozostać, ja ci rozkazuję.
— Niestety! łatwo to wyrzec, ale czy pan Viville usłucha tego postanowienia, bo przysiągł, że mi najprzód uszy obetnie, a potem duszę z ciała wypędzi... jeżeli tylko ją mam, dodał niedowiarek, który za takie bluźnierstwo zasłużył na ucięcie języka; i o cóż mu chodziło proszę, powtórzyłem mu tylko co mówią o żonie jego.
— No, no, bądź spokojny mój biedny trefnisiu, ten któryby poważył się zabić ciebie, pewnym być może, że w kwadrans po twojej śmierci zostanie powieszony.
— A więc Najjaśniejszy panie jeżeli tak raczyłeś postanowić, to możeby zarówno było dla ciebie.,.
— Co?
— Kazać go kwadransem pierwej powiesić... wolałbym to.
Wszyscy parsknęli ze śmiechu za przykładem króla, który idąc napotkał w przechodnie swoim Piotra Strozzi, wygnańca włoskiego.
— Panie Strozzi, już dawno, bardzo dawno upraszałeś mnie o naturalizacyę; w istocie wstyd dla nas, że mąż, który tak walecznie potykał się w Piemoncie za francuzów, nie należy dotąd do ich kraju, ponieważ twoja rodzinna ziemia wyrzekła się ciebie. Tego wieczora, panie Piotrze, sekretarz mój Maçon wyda ci patent naturalizacyi. Nic dziękuj mi; Karol V-ty powinien cię zastać fraucuzem, dla własnego mojego honoru i twojego. — A to ty Cellini... o! ty nigdy nie przychodzisz z próżnemi rękami? cóż tam masz pod pachą, mój przyjacielu? Poczekaj chwilę... nie będziesz się mógł zawsze szczycić żeś mnie przewyższył w wspaniałości: Mości Antoni Maçon, oprócz aktu naturalizacyi Piotra Strozzi, wygotujesz podobny dla mojego przyjaciela Benvenuto i odeślesz mu takowy bezpłatnie; artysta nie tak łatwo znajdzie u siebie pięćset dukatów jak Strozzi.
— Najjaśniejszy panie — odezwał się Benvenuto — dziękuję uniżenie za tę nową łaskę, lecz racz mi darować, iż zapytam: co to znaczy akt naturalizacyi?
— Co! — rzekł poważny Antoni Maçon — gdy król śmiał się do rozpuku z tego zapytania — czy nie wiesz mistrzu Benvenuto, iż akt naturalizacyi jest największym zaszczytem jakim może Jego królewska mość obdarzyć cudzoziemca; i że przez takowy zostajesz francuzem.
— Rozumiem teraz Najjaśniejszy panie i raz jeszcze dziękuję — rzekł Cellini, lecz wybacz mi królu, że będąc z serca poddanym twoim Najjaśniejszy panie, nie uważam za potrzebę prosić cię o nadanie mi do tego prawa na piśmie.
— Ja sądzę, że naturalizacya bardzo się tobie przyda — rzekł Franciszek I-szy ciągle będąc w wesołym humorze. — Widzisz mój kochany, teraz będę ci mógł darować pałac Nesle gdy zostałeś francuzem, czego pierwej nie mogłem zrobić. Mości Maçon w akcie naturalizacyi zamieścisz akt darowizny pałacu Nesle. A teraz rozumiesz do czego służy naturalizacya?
— O! tak Najjaśniejszy panie, przyjm raz jeszcze moje dzięki, tysiączne podzięki! a! zdaje się, że serca nasze rozumieją się wzajemnie bez pośrednictwa mowy, gdyż łaska, którą mnie dziś obdarzyłeś Najjaśniejszy panie, jest wstępem do nieocenionego zaszczytu, o który być może, że się ośmielę upraszać Waszą królewską mość i który będzie dalszym ciągiem względów pana mojego.
— Wiesz com ci obiecał, Benvenuto. Gdy Jowisz będzie ukończony, możesz mnie prosić o dalsze względy.
— Tak Najjaśniejszy panie, wiem iż masz dobrą pamięć i mam nadzieję, że słowo jego nie zawiedzie oczekiwań moich.
— Tak Najjaśniejszy panie, możesz zadość uczynić mojemu życzeniu, którego spełnienie stanowić będzie moje szczęście; gdy zaś raczyłeś uprzedzić mnie królu twoim przyrzeczeniem, tuszę sobie, iż z łatwością uproszę cię.
— Bądź pewnym mój wielki mistrzu, że wszystko uczynię dla ciebie co będę mógł: a teraz pokaż co masz w ręku.
— Jest to solniczka srebrna, która stanowi garnitur do wazonu i miednicy.
— Pokaż że to prędzej, Benvenuto.
Król jak zwykle z wielką uwagą przyjrzawszy się robocie Benvenuta, zawołał:
— Co za błąd... jak można było zapomnieć się tak dalece.
— Jakto! Najjaśniejszy panie — zawołał zmieszany Cellini... Wasza królewska mość rzeczywiście nie jesteś zadowolony?
— Bezwątpienia... bo dla czegóż było to ze srebra robić: ze złota, z najczystszego złota winieneś był to wykonać, i żal mi ciebie, bo musisz nanowo tęż samą robotę powtórzyć.
— Niestety! — rzekł melancholijnie Benvenuto — Wasza królewska mość nazbyt cenisz moje wyroby. Obawiałem się bowiem, ażeby kosztowność materyału nie przyćmiła drogich skarbów pomysłów moich. Dla utrwalonej sławy lepiej wyrabiać z gliny jak ze złota Najjaśniejszy panie, ba nazwiska nasze to jest złotników, giną z upływem czasu. Najjaśniejszy panie potrzeba częstokroć zmusza nas do okropnych ofiar, ludzie są zawsze chciwi i ograniczeni, i kto wie czy mój srebrny kubek, który Wasza królewska mość cenisz 10,000 dukatów, nie będzie kiedy oceniony na stopienie podług wagi.
— Cóż ci znowu przyszło do głowy, czy sądzisz, że król Francyi zastawiać będzie swoje solniczki w lombardzie?
— Najjaśniejszy panie, cesarz Konstantynopolitański zastawił u Wenecyan koronę cierniową Zbawiciela.
— Ale król Francyi wykupił ją!
— Tak, wiem o tem, lecz ileż to przewrotów w świecie. — Urodziłem się w kraju, z którego Medyceusze byli trzykrotnie wygnani i trzykrotnie przywołani... tylko królowie podobni tobie Najjaśniejszy panie, nie podlegają podobnym wypadkom.
— Dość tego, chcę mieć złotą solniczkę, i mój podskarbi wyliczy ci ośm tysięcy talarów złotych na ten cel. Czy słyszysz hrabio d’Orbec, dziś jeszcze, gdyż chcę, ażeby mój złotnik nie tracił czasu. Bywaj zdrów Cellini, pracuj, król myśli o Jowiszu; żegnam was panowie, myślcie o Karolu V-tym.
Gdy Franciszek I-szy schodził ze schodów udając się do królowej, która już siedziała w pojeździe, mając jej towarzyszyć konno, w tym czasie zaszły okoliczności, których nie można pominąć.
Najprzód Benvenuto przybliżywszy się do hrabiego d’Orbec powiedział mu:
— Przygotuj pan złoto mości skarbniku, ja tymczasem udam się po worek do siebie i będę u pana za pół godziny.
Hrabia skłonił: się na znak przyzwolenia, a Cellini odszedł sam, nadaremnie szukając wzrokiem Askania.
W tymże czasie Marmagne rzekł z cicha do prewota trzymającego za rękę Blankę.
— Otóż przewyborna sposobność, biegnę uprzedzić moich ludzi. Ty zaś powiedz d’Orbecowi, ażeby jak może najdłużej zatrzymał u siebie Celliniego.
Poczem znikł, a pan d’Estourville zbliżywszy się do d’Orbeca, szepnął mu coś do ucha i dalej rzekł głośno.
— Ja zaś odprowadzę Blankę do domu.
— Dobrze — odpowiedział d’Orbec, bądź u mnie wieczorem.
Rozłączywszy się, prewot udał się z córką do pałacu Nesle, za nimi w ślad szedł Askanio, ścigając wzrokiem miłości ukochaną Blankę.
Król mając nogę w strzemieniu — przemówił do swego ulubionego wierzchowca, którego otrzymał w darze od Henryka VIII-go.
— Dziś odbędziemy długą podróż.




ROZDZIAŁ X.
CZTERY GATUNKI ZBÓJCÓW.



Benvenuto przybył do mieszkania i zabrawszy z sobą nie worek, jak powiedział d’Orbecowi, lecz kobiałkę pięknej roboty, którą otrzymał w upominku od swojej krewnej zakonnicy w Florencyi; chcąc się ułatwić jeszcze tego dnia i ponieważ już była blisko druga po południu, nie czekał więc na Askania, którego stracił z oczu, ani na swoich pracowników obiadujących, lecz udał się sam na ulicę Froidmanteau do mieszkania Orbeca.
Idąc oglądał się w około i nic w nim nie wzbudzało podejrzeń i niepokoju.
Gdy przybył do pana d’Orbec, ten mu oświadczył, że nie może natychmiast wyliczyć złota, gdyż musi dopełnić niezbędnych formalności, oraz wezwać notaryusza do spisania aktu; hrabia tłomaczył się z wyszukaną uprzejmością, a znając niecierpliwość Celliniego, usiłował nadać swej wymówię pozór dworszczyzny i gościnności tak dalece, że Benvenuto był zniewolony oczekiwać.
Cellini tymczasem pomyślał, że dobrze by było korzystając z opóźnienia, wrócić do domu i zabrać z sobą jednego lub dwóch ludzi, którzy by mu towarzyszyli i dopomogli dźwigać złoto.
D’Orbec uzupełniając to życzenie, wysłał do pałacu Nesle swojego służącego z poleceniem Benvenuta; poczem rozpoczął zajmującą rozmowę o jego pracach, o łasce królewskiej jaką był zaszczycany, słowem starał się wszelkiemi sposobami zająć uwagę Benvenuta, który był dalekim od wszelkiego podejrzenia, ażeby hrabia mógł mieć powody do zawiści lub chęci szkodzenia.
Wprawdzie miał zamiar odsądzić go od Blanki, lecz nikt oprócz Askania nie wiedział o tem; odpowiadał przeto dość grzecznie na uprzejmość skarbnika.
Słowem wiele czasu upłynęło przy wydawaniu złota.
Notaryusz był powolny, nie można przecież w minucie spisać aktu; gdy nakoniec po wzajemnych pożegnaniach Benvenuto zamyślał powrócić do domu, spostrzegł, iż się już zmierzchało; w przedpokoju zapytał o służącego, którego hrabia wysłał po jego ludzi, ten mu odpowiedział, że nie mógł dopełnić danego zlecenia, lecz ofiarował się sam zanieść złoto odliczone przez swojego pana.
Nieufność Benvenuta ocknęła się i odmówił przyjęcia tej przysługi.
Zsypawszy złoto w kobiałkę, przesunął rękę za jej uszy, a ponieważ szczelnie dochodziły z powodu wydęcia kobiałki, niósł więc złoto daleko wygodniej niż w worku.
Pod zwierzchnią suknią miał pancerz bawoli z rękawami, krótki miecz przy boku i puginał za pasem; ruszył spiesznym, lecz zarazem śmiałym krokiem.
Jednak zauważył w przedsionku, że ludzie Orbeca szeptali między sobą, i niektórzy z nich wyszli udając, że idą w tę samę co i on drogę.
Dziś gdy się przechodzi z Luwru do Instytutu przez most Sztuk, droga ta, którą miał przebyć Benvenuto nie trwa jak kilka minut, lecz w owej epoce była to prawdziwa podróż.
Benvenuto pomimo całej swej odwagi, w tym czasie kwitnącym dla rzezimieszków i zbójców, powziął niejaką obawę o swoje złoto.
Zresztą jeżeli czytelnik zechce go wyprzedzić o kilkadziesiąt kroków, to się przekona, że niespokojność jego pochodziła ze słusznych powodów.
Od godziny prawie, to jest od chwili zapadania zmroku, czterech ludzi podejrzanej powierzchowności, otulonych obszernemi płaszczami, stało przed kanałem będącym naprzeciw Augustyanów; miejsce to podówczas było zupełnie puste.
Ci ludzie w ciągu swych czatów, widzieli tylko przechodzącego prewota z córką, którym się z uszanowaniem pokłonili.
Rozmawiali z cicha między sobą, stojąc w cieniu rzuconym od kościoła, z natulonemi na oczy kapeluszami.
Dwaj z nich są nam znani, byli bowiem już użytymi do obrony zamku Nesle; nazwiska ich były Ferrant i Francasso.
Ich dwaj towarzysze, także żyjący z podobnego rzemiosła, nazywali się Prokop i Maledent.
Ażeby zaś potomność nie spierała się, jak od trzech tysięcy lat toczą się spory o miejsce urodzenia Homera, powiemy, że Maledent pochodził z Pikardyi, Prokop był cyganem, zaś Ferrant i Fracasso urodzili się pod pięknem niebem Italii.
Co się tyczy ich powołania, w czasach pokoju Prokop był prawnikiem, Ferrant uchodził: za uczonego, Fracasso był poetą, a Maledent nieukiem.
W czasie walki wszyscy czterej potykali się jak szatani.
Teraz przysłuchajmy się przyjacielskiej i budującej rozmowie, jaką pomiędzy sobą prowadzili.
Z niej bowiem najlepiej ich poznamy, oraz jak wielkie niebezpieczeństwo zagrażało Celliniemu.
— Przynajmniej dzisiaj nie będzie nam zawadzał — mówił Ferrant, ten ryży wicehrabia, który nie dozwoliwszy nam wydobyć szpady z pochwy, zawołał: „nazad dzieci!” podły tchórz, zmuszać nas do ucieczki!
— To dobrze — odpowiedział Fracasso, ale ponieważ teraz nas samych wystawia na niebezpieczeństwo, powinienby także zostawić nam łupy z odniesionego zwycięztwa. Jakież prawo rości sobie ten tchórz do pięciuset talarów złotych. Prawda, ze druga połowa tej sumy nie złą jeszcze jest gratką. Sto dwadzieścia pięć talarów dla każdego i to nie zła nagroda w tych złych czasach, gdy człowiek jest zmuszony zabijać za dwa talary.
— Za dwa talary! Matko Boska! — zawołał Maledent; to się znaczy prowadzić fuszerkę. Proszę cię nie mów nigdy nic podobnego w mojej obecności, bo ktoby słyszał, mógłby mniemać, że i ja podobny tobie jestem.
— Cóż chcesz Maledent — odzywa się melancholijnie Fracasso, w życiu ludzkiem trafiają się rozmaite koleje i bywają chwile, w którychby się zabiło człowieka za kawałek chleba. Lecz wróćmy do głównego przedmiotu. Zdaje mi się mój dobry przyjacielu, że dwieście-pięćdziesiąt talarów jest to dwa razy tyle co sto-dwadzieścia-pięć i moglibyśmy je pozyskać, gdybyśmy się nie podzielili z wicehrabią.
— Mój bracie — odpowiedział poważnie Prokop — zapominasz jak uważam, żeśmy z nim układ zrobili; byłoby to nadużycie dobrej wiary klienta, moim zdaniem rzetelność przedewszystkiem. Należy wyliczyć pięćset talarów wicehrabiemu, lecz „distinguamus:” gdy je schowa do kalety i da nam pokwitowanie jako uczciwym ludziom, nie widzę nic zdrożnego, ażeby się rzucić na niego i odebrać mu talary.
— Dobry pomysł! — odezwał się Ferrant — Prokop okazuje przy znanej rzetelności, zwykłe dary bujnej wyobraźni.
— Mój Boże! cóż dziwnego, uczyłem się przecież prawa — odpowiedział skromnie Prokop.
— Lecz — mówił dalej Ferrant tonem pedanta, nie czas po temu, rozwodzić się nad interesami ubocznemi. „Recto ad terminum camus”. Niech sobie dziś śpi spokojnie nasz wicehrabia, przyjdzie kolej na niego; w obecnej chwili idzie nam o złotnika florenckiego; dla pewności wyprawienia go na tamten świat, postanowiono użyć nas czterech. Bo ściśle biorąc rzeczy, jeden mógłby ten interes załatwić, lecz kapitalizacya będąca raną społeczeństwa, podała myśl podziału korzyści między kilku przyjaciół. Najprzód potrzeba się z nim ułatwić szybko i zręcznie, gdyż to nie jest pospolity człowiek, jakeśmy się mogli przekonać, Fracasso i ja. Nieomieszkajmy zatem natrzeć na niego razem we czterech, a skutek nieomylny nastąpi; spodziewam się, że niebawem nadejdzie. Baczność, krew zimna, rzut oka trafny, trzymać się dobrze na nogach i strzedz się pchnięć szpady na sposób włoski.
— Nie potrzebujesz nas uczyć Ferrancie, rzekł Maledent pogardliwie, jak się zasłaniać i odpierać razy. Pewnej nocy przybyłem w osobistym interesie do pewnego zamku w Burgundyi. Nie mogąc go załatwić tak prędko jak mi się zdawało, zniewolony byłem odłożyć do następnej nocy ostateczne ukończenie; we dnie jednakże należało się ukrywać, więc obrałem w tym celu najwłaściwsze miejsce jak mi się przynajmniej zdawało, to jest zbrojownię zamku; było tam mnóstwo zbroi, szyszaków, dzirytów, oszczepów i tarcz. Upatrzywszy jedno zupełne uzbrojenie rycerskie wysokości mojego wzrostu, wyjąłem drzewiec utrzymujący je w pionowem położeniu, wcisnąłem się w jego miejsce i stałem na podstawie zapuściwszy przyłbicę.
— To jest dość zajmujące — przerwał Ferrant — mów dalej Maledenie, czyż można korzystniej użyć czasu oczekiwania na walkę jak opowiadaniem czynów bohaterskich?
— Nie wiedziałem wszakże, że ta przeklęta zbroja, pod którą się ukryłem — mówił Maledent, służyła synom pana zamku za przedmiot do wprawiania się w sztuce szermierskiej. Jakoż dwaj dwudziestoletni młodzieńcy weszli do sali, a zdjąwszy ze ściany lanco i szpady, zaczęli się fechtować, to jest wprawiali się w zadawanie razów mojej powłoce żelaznej. Wierzcie mi lub nie, moi przyjaciele, lecz upewniam was słowem, iż pomimo razów lancy i szpad nie drgnąłem nawet i przemieniłem się w drzewiec, który zastąpiłem. Szczęściem, że ci młodzieńcy nie byli szermierzami pierwszego rzędu. W tem nadszedł ojciec i zaczął ich uczyć jak mają wymierzać razy w najsłabsze miejsca uzbrojenia, wtedy dzięki Świętemu Maledentowi, memu patronowi, do którego się modliłem, uszedłem razów. Nakoniec ten stary czart ojciec chcąc pokazać dzieciom jakim sposobem podnosi się przyłbicę, wziąwszy lancę do ręki, wymierzył nią i tak trafnie ugodził, że od pierwszego razu odkrył twarz moją wybladłą. Sądziłem, że moja ostatnia godzina wybiła.
— Biedny przyjacielu! — rzekł smutnie Fracasso, szkoda byłoby ciebie.
— Otóż wyobraźcie sobie moje oblicze śmiertelnej bladości, lecz to właśnie stanowiło moje ocalenie, bo ojciec zarówno jak i synowie przeląkłszy się, uważając w moich rysach podobieństwo ze swym pradziadem, uciekli z sali jakby szatan ich ścigał. I cóż wam więcej powiem, skoro się oddalili i ja w nogi; teraz wracając do tego o czem mówiliśmy, powiedziałem wam dlatego to zdarzenie, żeby przekonać, iż jestem mocny w nogach.
— Przyznaję to przyjacielu Maledenie — rzekł Prokop, ale w naszem powołaniu nie zależy głównie na tem, ażeby bez zachwiania odbierać razy, lecz żeby je umieć trafnie zadawać. Najważniejszem zadaniem naszem być powinno, ażeby umieć ugodzić tak, iżby ofiara nie mogła wydać krzyku. Posłuchaj, w czasie mojej wycieczki do Flandryi, miałem sobie zlecone wyprawić na tamten świat czterech przyjaciół razem podróżujących. Mój klient chciał naprzód dobrać mi trzech towarzyszy; lecz ja mu na to odpowiedziałem, że albo sam jeden podejmę się tego interesu, albo w przeciwnym razie nie chcę należyć do niego zupełnie. Zgodził się przeto, pozostawiając mi środki wykonania mego zamysłu, bylebym tylko dostawił mu czterech trupów, to otrzymam za każdego osobną nagrodę. Wywiedziawszy się o drodze jaką mieli przebywać, oczekiwałem ich w gospodzie, gdzie koniecznie wypadało im stanąć na popas.
Właściciel gospody trudnił się przedtem naszym rzemiosłem; na starość postanowił bezpieczniejszym sposobem odzierać podróżnych, zostawszy karczmarzem, lecz z tem wszystkiem żywił w sercu swojem zamiłowanie dla swoich byłych towarzyszów i nie wiele mnie trudów kosztowało nakłonić go do uczestnictwa w powziętym planie, za wynagrodzeniem jedna dziesiąta łupów moich.
Zgodziwszy się na to, oczekiwaliśmy na czterech podróżnych, którzy niebawem ukazali się na zakręcie drogi, a następnie zsiadłszy z koni, zamyślali je popaść i sami się posilić.
Wtedy oberżysta uprzedził ich, że stajnia jego jest tak ciasną, iż każdy pojedynczo musi wprowadzić konia swego, gdyż w przeciwnym razie nie mogliby się obrócić i konie by się pokaleczyły.
Pierwszy, który przestąpił próg stajni, tak długo w niej bawił, że drugi się zniecierpliwił i poszedł za nim, lecz i ten również w niej pozostał.
Trzeci jeszcze niecierpliwszy poskoczył chcąc ich wyprowadzić, lecz i ten się zatrzymał, nakoniec czwarty zdziwiony tą powolnością — zapytał oberżysty, coby to znaczyło.
— A! domyślam się teraz — odpowiedział oberżysta, ponieważ stajnia jak mówiłem jest zbyt ciasną, wyszli zapewne tylną furtką. Te słowa ośmieliły czwartego, który poprowadził swojego konia do stajni, ja uważając, że nie mam się przyczyny obawiać, gdyż domyślacie się zapewnie, że i ja tam byłem, dozwoliłem mu wydać okrzyk zadziwienia, czyli pożegnania swoich towarzyszy. Wprawie rzymskiem Ferrancie, to mogłoby dać się określić temi słowy: „trucidacio per divisionem necis.” Lecz nasz złotnik coś nie nadchodzi! Byleby go tylko nie spotkał jaki przypadek! Wkrótce już zupełnie się ściemni.
— „Suadentque cadentia sidora somnos” — dodał Fracasso! Mając to na uwadze moi przyjaciele, strzeżcie się, ażeby w ciemności nie użył podstępu, który raz jeden udał mi się pomyślnie; było to w czasie moich podróży po Renie. Lubiłem zawsze brzegi Renu, okolice tamtejsze mają w sobie coś malowniczego. Ren jest to rzeka poetów. Marzyłem więc nad brzegiem Renu, i taki był przedmiot rozmyślań moich.
Szło o to, ażeby się pozbyć pewnego pana nazwiskiem Schrekenstein, jeżeli mnie pamięć nie zawodzi.
Lecz nie było to łatwą rzeczą, gdyż nie wychodził nigdy bez licznego orszaku.
Ułożyłem więc plan następujący:
Ubrałem się najprzód zupełnie tak samo jak on, i w czasie ciemnej nocy oczekiwałem na niego i jego towarzyszy.
Dostrzegłszy poruszającą się masę wśród samotnej i ciemnej nocy, „obscuri sub nocte”, napadłem z szalonym zapędem na Schrekensteina, który szedł cokolwiek naprzód; lecz przedewszystkiem zrzuciłem mu kapelusz z piórami z głowy i zmieniłem z nim pozycyę, to jest obróciłem się tak jak on plecami do towarzyszy jego.
Następnie ogłuszywszy go gifesem szpady, zacząłem krzyczeć pośród zgiełku, wrzawy i płaczu:
„Do mnie, do mnie! na pomoc! dobijcie rozbójnika!” A to tak dalece skutkowało, że wszyscy rzucili się na leżącego bez przytomności pana swojego i zamordowali go, gdy ja tymczasem zaczołgałem się w krzaki. — Szlachetny baron miał tę pociechę przynajmniej, że zginął z rąk przyjaciół.
— W istocie to był śmiały postępek — mówił Ferrant — lecz jeżeli zwrócę uwagę na upłynioną młodość, mógłbym przytoczyć czyn daleko zuchwalszy. Miałem do czynienia podobnie jak ty Fracasso z pewnym panem, który miał zawsze liczną straż przy sobie. Było to w lesie Abruzyi; oczekując jego nadejścia, wlazłem na dąb odwieczny i drapiąc się po ogromnej gałęzi rozciągającej się w szerz drogi, ległem na brzuchu i w tej postawie zacząłem marzyć. Słońce wschodziło, pierwsze jego promienie padały w długich i bladych smugach na gałęzie mchem obrosłe; świeże ranne powietrze przejmowało wonią, ptaszki świergotały, gdy w tem...
— Milczenie! — przerywa Prokop, słyszę kroki — baczność! to nasz człowiek.
— Wybornie! — pomruknął Maledent spoglądając w około siebie przelotnie, wszystko pogrążone w milczeniu, nic nie widać do koła; możemy być pewni wygranej.
Uszykowali się w cichości i oczekiwali stojąc nieporuszenie; nie można było wśród ciemności dostrzedz ich ogorzałych i okropnych twarzy, lecz oczy im się iskrzyły, ręce drżały, trzymając na pogotowiu rapiry, słowem wszystko okazywało w ich postawie oczekiwanie połączone z niespokojnością; tworzyli wśród półcienia grupę godną uwagi, którą pędzel Salvatora Rosy mógł jedynie oddać z dokładnością.
Benvenuto zbliżał się szybkim krokiem, mając się na baczności, gdyż jak wspomnieliśmy, powziął niejakie podejrzenie w domu d’Orbeca.
Wzrok jego bystry przywykły do ciemności, przeniknąć zdołał o dwadzieścia kroków, tak dalece, iż dostrzegł czterech zbójców wyłażących z zasadzki; i zanim ci otoczyć go zdołali, ukrył kobiałkę pod połę płaszczyka i wydobył szpadę z pochwy.
Oprócz tego z właściwą krwią zimną, cofnął się ku ścianie kościoła i tym sposobem mógł widzieć z przodu nacierających na niego.
Zbójcy nie myśleli z nim żartować; niepodobna było umknąć, nadaremnie więc było wołać o pomoc, zamek był w odległości pięciuset kroków; Benvenuto wszakże nie pierwszy raz znajdując się w podobnym przypadku, odpierał śmiało razy zbójów.
— Gdy tak przez czas niejaki stawiał mężnie czoło czterem wprawnym szermierzom, przyszła mu myśl niespodziana: oczywiście mówił do siebie, ta zasadzka jest przeciw mnie, gdybym tedy mógł ich przekonać, że nie jestem Benvenuto, byłbym ocalony. Odpierając razy zaczął tedy żartować, niby z ich pomyłki.
— A! czegóż chcecie moje zuchy! czyście oszaleli? czy myślicie, że biedny żołnierz ma co więcej przy sobie oprócz płaszcza i szpady? — Ho, ho! mój śmiałku, jeżeli ci się spodobała moja Ima, to wprzód uszy postradasz; w istocie dziwi mnie, iż ludzie, którzy się nie wydają nowicyuszami w swojem powołaniu, nie umieją zwietrzyć zwierzyny. To mówiąc, nacierał na nich zamiast się cofać, lecz zachował przezorność nie oddalania się od ściany jak na parę kroków, bezprzestannie więc parując zręcznie z przodu i z boku, odkrywał niby zniechcenia połę płaszcza, ażeby zbójcy widzieli, iż nic pod nim nieukrywa, jeżeli byli uprzedzeni jak wnosił, przez służących d’Orbeca, iż niesie z sobą złoto. Ten podstęp Benvenuta usprawiedliwiała zręczność władania orężem z tysiącem talarów złota pod pachą; uważając to za niepodobieństwo, zaczęli powątpiewać.
— Czybyśmy się naprawdę omylili Ferrancie? — rzekł Frakasso.
— Być może. Benvenuto zdaje się być daleko niższym od tego, a jeżeli to on jest, nie ma przy sobie złota, więc ten przeklęty wicehrabia oszukał nas.
— Jabym miał mieć złoto? — odezwał się Benvenuto dosłyszawszy tę mowę, a zawsze odpierając razy. — Mam tylko kilka sztuk miedziaków i tych siebie nie dam wydrzeć bezkarnie, możecie przypłacić drożej za nie jakbyście napadli na obładowanego złotem.
— Do kata! — zawołał Prokop — to musi być rzeczywiście wojskowy. Alboż to złotnik umiałby tak zręcznie władać orężem? Poćcie się jeżeli się wam podoba. Co do mnie, nie myślę bić się dla sławy.
I Prokop mrucząc wystąpił z walki, gdy trze towarzysze jego zwalniali natarcie w skutku powątpiewania i przykładu danego przez Prokopa.
Benvenuto poznawszy to, starał się korzystać z czasu i rozpoczął odwrót, lecz nie przestając ciągle odpierać zadawanych razów, podobnie jak dzik gdy wiedzie sforę psów za sobą.
— Dobrze, dobrze, chodźcie ze mną moje zuchy — wołał Benvenuto; — chodźcie ze mną, aż do Pré-aux-Clercs, do Czerwonego Domu gdzie oczekuje na mnie moja księżniczka, której ojciec jest szynkarzem. Mówią, że droga nie jest bezpieczna i miło mi będzie mieć z sobą straż podobną.
Na ten żart Fracasso przestał ścigać Benvenuta i poszedł za Prokopem.
— Jesteśmy szaleńcy Ferrancie — rzekł Maledent... alboż to złotnik...
— Tak, tak, to on nie kto inny — zawołał Ferrant, dostrzegłszy w tej chwili naładowaną kobiałkę pod pachą Benvenuta, któremu poła płaszcza odwinęła się w skutku szybkiego poruszenia.
Lecz już było za późno. Pałac Nesle był o pięcdziesiąt kroków zaledwie i Benvenuto swym donośnym głosem, dźwięczniejszym w ciszy nocnej zaczął wołać: „Na pomoc! towarzysze moi, to ja.” Fracasso wtedy chciał powrócić na pole walki i Prokop również śpieszył do Ferranta i Maledenta nacierających na Benvenuta.
Robotnicy czekali na pana swego, i na pierwsze wezwanie, drzwi pałacu Nesle otworzyły się i olbrzymi Herman, mały Jaś, Szymon mańkut i Jakób Aubry wypadli uzbrojeni dzidami.
Na ten widok zbójcy uciekać zaczęli.
— Poczekajcie moi mili! — wołał za nimi Benvenuto — czy nie odprowadzicie mnie do samego domu przynajmniej? O! fuszery, nie umieli odebrać we czterech jednemu człowiekowi tysiąc talarów złotych.
W istocie, zbójcy zadali tylko lekkie draśnięcie w rękę przeciwnikowi swemu i uciekali struchleli a Fracasso jęcząc i wyjąc. Biedny Fracasso w chwili ostatecznej walki, miał wyłupione prawe oko, w skutku czego został jednookim do śmierci, a to uczyniło posępniejszem oblicze jego i ta od przyrody nacechowane melancholią.
— O teraz moje dzieci — rzekł Benvenuto do swoich towarzyszy, gdy zbójcy znikli im z oczu — po takiej rozprawie, słusznie nam się należy wieczerza. Chodźcie więc wszyscy wypić na cześć mojego ocalenia, moi wybawcy. Lecz cóź to znaczy, nie widzę Askania. Gdzie Askanio?
Przypomnijmy sobie, że Askanio opuścił swojego mistrza wychodząc z Luwru.
— Ja wiem gdzie on jest — odezwał się Jan.
— Gdzież przecie?
— W ogrodzie wielkiego Nesle, przechadzał się tam przed pół godziną, byliśmy z nim, student i ja, lecz prosił ażebyśmy go samego zostawili.
— To dziwna, że niepoznał mojego głosu — mówił do siebie Benvenuto, i nienadbiegł z innymi gdym wzywał pomocy. — Nie czekajcie na mnie, jedzcie wieczerzę, odezwał się głośno do swoich towarzyszów. A! to ty Katarzyno.
— O! mój Boże, czegóż się to dowiedziałam... chcieli zamordować pana!...
— Tak, tak, było to coś podobnego.
— Jezus Marya! — zawołała Katarzyna.
— To już minęło, moje dziecię — rzekł Benvenuto dla zaspokojenia Katarzyny, która zbladła jak ściana. Teraz pośpiesz tylko do piwnicy po wino i to najlepsze dla tych poczciwych chłopaków.
— Ależ przecie pan znów nie wyjdziesz?
— Nie, bądź spokojna, pójdę tylko po Askania, który jest w ogrodzie wielkiego Nesle, mam z nim wiele do mówienia.
Robotnicy i Katarzyna wrócili do domu, Benvenuto poszedł do ogrodu.
W tej chwili księżyc wschodził i mistrz poznał Askania, który właśnie wstępował na drabinę przystawioną do muru oddzielającego ogród prewota.
Młodzieniec stanąwszy u szczytu, okraczył mur, ściągnął drabinę na drugą stronę i wkrótce zniknął.
Benvenuto przetarł oczy jak człowiek niedowierzający swojemu wzrokowi, poczem doszedł do giserni i tam otworzywszy okno skoczył na mur graniczny małego Nesle; zkąd po winnej latorośli spuścił się bez szmeru do ogrodu Blanki.
Rozciągnąwszy się na ziemi, przez kilka chwil z przyłożonym uchem przysłuchiwał się nadaremnie.
Nakoniec lekkie szeptanie w oddaleniu słyszeć się dało; powstał i skierował kroki w tę stronę, macając w około siebie i zatrzymując się bezprzestannie. Wkrótce głosy stawały się coraz bardziej wyraźniejsze.
Benvenuto wtedy przyspieszył kroku i w końcu drugiego chodnika przerzynającego ogród, rozpoznał czyli raczej odgadł w ciemności postać Blanki w białej sukni, siedzącej przy Askaniu na ławce, którą znamy. Kochankowie rozmawiali z cicha lecz wyraźnie.
Ukrywszy się w gęstwinie drzew, Benvenuto zbliżył się i przysłuchiwał ich rozmowie.




ROZDZIAŁ XI.
SEN NOCY JESIENNEJ.



Było to w czasie pięknej nocy jesiennej, cichej i uroczej.
Księżyc w miarę posuwania się do zenitu rozpędził chmury, pozostałe zaś obłoki przesuwały się w oddaleniu na tle ciemno-błękitnem, posianem gwiazdami.
W około trzech osób, z których jedna w milczeniu przysłuchiwała się tylko rozmowie, wszystko pogrążone było w ciszy, gdy w głębi ich serc wszystko wrzało.
— Najdroższa Blanko! — mówił Askanio, gdy Benvenuto stojąc za nim, drżący i blady, przysłuchiwał się tym wyrazom nie uchem lecz sercem; moja najmilsza oblubienico, po cóż przeznaczenie pchnęło mnie na drogę życia twojego! Skoro się dowiesz o wszystkiem co ci mam powierzyć, być może, iż mi będziesz złorzeczyć, jako zwiastunowi nieszczęścia i trwogi.
— Mylisz się mój przyjacielu — odpowiedziała Blanka, cokolwiekbyś mi powiedział będę ci za to wdzięczną, bo uważam cię za zwiastuna głosu nieba, któremu błogosławić tylko powinnam. Nie słyszałam głosu matki, lecz czuję iżbym go z równą czcią słuchała jak twego. Mów więc Askanio, a jeżeli mi masz powierzyć coś okropnego, to głos twój złagodzi przykre wrażenie...
— Wezwij więc całej odwagi i zjednocz wszystkie twe siły do zniesienia ciosu — rzekł Askanio.
I opowiedział wszystko co zaszło w jego obecności w czasie rozmowy pani d’Etampes z hrabią d’Orbec; przedstawił jej całą zmowę, zjednoczenie zdrady interesów państwa i projektów zagrażających dobrej sławie niewinnej dziewicy; skazał się na męczarnie tłomacząc tej czystej duszy niepojmującej całej podłości i ohydy układu skarbnika z panią d’Etampes; widział się zmuszonym wyjaśnić dziewicy tak dalece niewinnej, iż się nie rumieniła słuchając go, wyrachowanie okrutnej zemsty i zamiary pchnięcia jej na drogę lhańby, przez kobietę podżeganą obrazą miłości własnej.
Blanka z tego wszystkiego powzięła jedynie wyobrażenie o obawie i wstręcie, jakim był przejęty jej kochanek, i jak wątła gałązka bluszczu, mająca za drogą podporę wątłą krzewinę, po której się wspina, ugina się z nią lub łamie, tak i Blanka drżała podobnie jak Askanio.
— Potrzeba to wszystko odkryć przed moim ojcem — odezwała się nareszcie. Ojciec nie będzie przeciwny mojemu szczęściu i lubo nie wie o naszej miłości, pewną jestem, że jako swego wybawcę, chętnie cię wysłucha. O! bądź spokojny! on zerwie związek ułożony z panem d’Orbec.
— Niestety! było jedyną odpowiedzią Askania.
— O! mój przyjacielu — zawołała Blanka pojąwszy powątpiewanie swojego wielbiciela. Jakto! i ty byś mógł powziąć podejrzenie o moim ojcu, że byłby zdolnym do tak nikczemnego uczestnictwa. O! to źle Askanio. Nie, mój ojciec o niczem nie wie, nie przypuszcza nawet, jestem pewną, nic podobnego i lubo nie okazywał mi zbytniej tkliwości, wątpię ażeby miał własną ręką pchać mnie na drogę hańby i nieszczęść.
— Przebacz Blanko, lecz twój ojciec nie upatruje nieszczęścia w darach fortuny; dostojeństwo osłania hańbę, nakoniec duma dworaka przedstawia mu los twój świetniejszym jako kochanki króla, niż małżonki artysty. Nie powinienem nic ukrywać przed tobą, Blanko; hrabia d’Orbec powiedział pani d’Etampes, że ręczy za powolność twojego ojca.
— Czy to być może! — zawołała dziewica. Czyż to by być mogło kiedy wielki Boże, ażeby ojciec zaprzedawał dziecię swoje!
— To się trafiało we wszystkich narodach i we wszystkich wiekach, mój aniele, a mianowicie w tym kraju i w tej epoce. Nie wyobrażaj sobie świata podług obrazu twej duszy, a społeczeństwa podług twej cnoty. Tak Blanko, najznakomitsze imiona Francyi, dostarczały ofiar lubieżności królewskiej, uroda lub młodość córek i małżonek przedawane były przez dumę i chciwość; na dworze jest to uważane za rzecz bardzo prostą i właściwą, i twój ojciec dla usprawiedliwienia się być może, przytoczy znakomite przykłady. Przebacz mi moja ukochana, że się ośmieliłem przedstawić ci w tak żywych barwach ohydną rzeczywistość, lecz było koniecznem wskazać ci przepaść, w którą chcą wtrącić ciebie.
— Jak to? Askanio! — rzekła dziewica opierając głowę na ramieniu młodzieńca — a więc i własny mój ojciec należy do tej przebrzydłej zmowy? O! na samo wspomnienie, zdaje mi się, że jestem już zhańbioną! gdzież się ukryć zdołam? O! tak! w twoich objęciach Askanio! tak, tyś mnie winien ocalić! Jakże, czyś się zwierzył twojemu mistrzowi; Benvenuto ma wielkie wplływy, przytem jest tak dobry dla ciebie, ma wzniosłe uczucia jakieś mi mówił i ja go kocham, ponieważ ty go kochasz.
— Nie kochaj go Blanko, nie kochaj! — zawołał Askanio.
— Dlaczego?
— Ponieważ on ciebie kocha; ponieważ zamiast przyjaciela, na którego liczyliśmy, będziemy mieć jednego przeciwnika więcej, tak przeciwnika i może najniebezpieczniejszego.
Tu Askanio opowiedział Blance jakim sposobem, gdy chciał właśnie zwierzyć się Celliniemu, ten go uprzedził wyznaniem swej idealnej miłości, i jakim sposobem ulubiony rzeźbiarz Franciszka I-go, licząc na słowo szlacheckie, którego nigdy król nie złamał, może otrzymać wszystko cokolwiek zażąda po odlaniu posągu Jowisza.
A wiadomo, że Benvenuto postanowił prosić króla o rękę Blanki.
— Mój Boże! — rzekła Blanka wznosząc piękne oczy ku niebu — ty więc nam tylko pozostajesz. Przyjaciele zamieniają się we wrogów, każdy port jest dla nas skałą. Czy masz tylko pewne przekonanie Askanio, że jesteśmy do tego stopnia pozbawieni wszelkich środków pomocy i opieki?
— Pewny jestem tego, aż nazbyt nawet. Mistrz mój jest dla nas równie niebezpieczny jak twój ojciec. Tak on, on! — zawołał Askanio składając ręce — Benvenuto, mój ojciec, opiekun, pan, którego czciłem jak bóstwo, a dziś zmuszony będę nienawidzić... A przecież z jakiej przyczyny mam go nienawidzić, pytam się Blanko. Dla tego, że uległ wpływowi jaki wywierasz na wszystkich, którzy mieli sposobność zbliżenia się do ciebie; dla tego, iż ciebie kocha równie jak ja. Jego występek jest i moim. Lecz gdy jesteś mi wzajemną, mogę się uważać za uniewinnionego. Co począć wielki Boże? A! od dwóch dni ileż walk stoczyło serce moje, bo nie wiem czy zaczynam Benvenuta nienawidzieć, czyli też kocham jak poprzednio. On ciebie kocha to prawda, lecz on i mnie tak tkliwie kochał!... moja biedna dusza waha się i kołysze wśród tego zamieszania, jak trzcina wśród burzy. Jakże on postąpi? Najprzód zawiadomię go o zamiarach pana d’Orbec i spodziewam się, że je zniweczy. Lecz potem, cóż wyniknie gdy się dowie, że jego wychowaniec jest jego współzalotnikiem, jego wszechwładna wola jak przeznaczenie, być może jest tak ślepą jak to ostatnie; zapomni o Askaniu aby myśleć o Blance, odwróci oczy od mężczyzny, którego lubił i zwróci je wyłącznie na kobietę, którą pokochał, gdyż czuję to po sobie, iż pomiędzy nim a tobą, nie wahałbym się na chwilę. Czuję, że poświęciłbym bez wyrzutu przeszłość serca mojego dla jego przyszłości, ziemię dla nieba! Dlaczegóż on miałby inaczej postąpić? jest przecie człowiekiem, wyrzec się zaś miłości swojej, to przechodzi możność ludzką. Będziemy więc walczyć przeciw sobie, lecz czyliż zdołam się mu oprzeć, ja słaby, sam sobie pozostawiony. O! tak, niema środka, bo choć go znienawidzę do tego stopnia jak niegdyś kochałem, nie Blanko, za nic w świecie nie chciałbym wystawić go na męczarnie, które mnie zadał w tym dniu, w którym mi wyznał miłość swoję ku tobie.
Benvenuto niewzruszony jak posąg, stał za drzewem, ocierając zimny pot z czoła i przyciskał drżącą konwulsyjnie rękę do serca.
— Biedny Askanio! drogi przyjacielu — mówiła Blanka, wieleś wycierpiał i wiele jeszcze cierpieć będziesz. Z tem wszystkiem oczekujmy cierpliwie przyszłości. Nie przedstawiajmy sobie przesadnie udręczeń naszych, jeszcze nie wszystko stracone. Ażeby się oprzeć przeciwności losu, smutnemu przeznaczeniu, jest nas troje, licząc Boga. Powiedz teraz czybyś wolał abym została żoną Benvenuta raczej jak d’Orbeca? Albo raczej przeniósł abym została oblubienicą Chrystusa? Tak, bądź pewnym Askanio, że jeżeli twoją nie będę, poświęcę się Bogu. Twoją żoną na tym świecie, albo twoją narzeczoną w przyszłym życiu. Oto obietnica jaką ci składam i bądź pewny, że jej dotrzymam.
— Dzięki ci aniele, dzięki! — rzekł Askanio. Zapomnijmy więc o świecie otaczającym, a zjednoczmy życie nasze w tem ustroniu. Blanko, jeszcze mi nie powiedziałaś, że mnie kochasz. Niestety! zdawałoby się, iż jesteś moją, ponieważ nie możesz postąpić inaczej.
— Milcz Askanio! milcz! — rzekła Blanka, czyliż nie chcę uświęcić mojego szczęścia dopełniając powinności. Kocham cię Askanio, kocham!
Zabrakło sił Benvenutemu, upadł na kolana, oparł głowę o drzewo; wzrok jego błędny zwracał się na otaczające przedmioty, słuch tylko z całą duszą natężał ku młodej parze.
— Blanko! — powtarzał Askanio — kocham cię, i mam przeczucie, że będziemy szczęśliwi, gdyż Bóg nie opuści swojego anioła. O! przy tobie, w tej atmosferze rozkoszy otaczającej ciebie, zapominam o ciasnym obrębie udręczeń, w którym się błąkam gdy cię opuszczę.
— Jednak trzeba myśleć o przyszłości — rzekła Blanka, pomagajmy sobie Ąskanio. ażeby nam Bóg dopomagał. Sądzę, że nieszlachetnie byłoby z twej strony, ukrywać przed Cellinim miłość naszą, być może iżby się naraził na wielkie niebezpieczeństwo występując przeciw księżnie d’Etampes i hrabiemu d’Orbec. To byłoby niesłusznem; trzeba go o wszystkiem zawiadomić Askanio.
— Będę ci posłusznym Blanko, bo życzenie twoje jest dla mnie rozkazem. Przy tem serce mi mówi, że masz słuszność, lecz jak okrutny pocisk zadam sercu jego. Niestety! wszakże sam doznałem już tego, Być może, iż po tym wyznaniu przywiązanie jego zamieni się w nienawiść i oddali mnie od siebie. A wtedy czy będę w stanie oprzeć się, pozbawiony przytułku, pomocy, tak przeważnym wrogom jakiemi są księżna d’Etampes i pan d’Orbec. Któż mi pomoże zniweczyć zamiary tej okropnej pary? Kto wystąpi ze mną do walki z tak przemożnymi nieprzyjaciółmi? któż mi nawet rękę poda?
— Ja! — odezwał się głos poważny i donośny.
— Benvenuto! — zawołał Askanio nie zdoławszy się jeszcze odwrócić ku niemu.
Blanka wydała okrzyk i powstała szybko.
Askanio patrzał na swego mistrza miotany gniewem i przyjaźnią.
— Tak, to ja, Benvenuto Cellini — odpowiedział złotnik; ja, którego pani nie kochasz, ja którego przestałeś kochać Askanio, a jednak pragnę was ocalić.
— Co mówisz!
— A naprzód należy się nam porozumieć. Nic się już od was nie dowiem, bo słyszałem rozmowę waszą. Przebaczcie mi, iż was podsłuchałem przypadkiem, lecz to lepiej się stało. Wprawdzie rozmowa wasza zasmuciła mnie głęboko, lecz zarazem stała się pożyteczną. Askanio mówił czasem słusznie lecz też i mylnie. Przyznaję, że byłbym toczył z nim walkę o pozyskanie ręki pani. Lecz ponieważ go kochasz, nie mam nic do nadmienienia; bądźcie szczęśliwi; on zabronił ażebyś mnie kochała, a ja zmuszę cię do tego gdy was połączę.
— Drogi mistrzu! — zawołał Askanio.
— Pan cierpisz — rzekła Blanka składając ręce.
— O dzięki ci pani — rzekł Benvenuto, którego oczy łzy zwilżyły. Ty poznałaś, że cierpię. On tego nie dostrzegł niewdzięcznik. Nic nie ujdzie przed wzrokiem kobiety; tak przyznaję, iż mocno cierpię. Utracam ciebie, lecz ta myśl znów mnie pociesza, iż mogę ci stać się użytecznym; będziesz mi winna wszystko i to mnie uszczęśliwi. Omyliłeś się Askanio; moja Beatricza zazdrosna i nie chce mieć współzawodniczki; ty Askanio dokończysz posągu Heby. Zegnam cię moje najpiękniejsze marzenie! a może ostatnie.
Benvenuto mówił z wysileniem, głosem szybkim i urywanym.
Blanka nachyliwszy się ku niemu, ujęła go za rękę i rzekła ujmującym głosem.
— Płacz, mój przyjacielu, płacz...
— Tak masz słuszność — odpowiedział Cellini i zaniósł się od łkania.
Przez czas niejaki stał płacząc w milczeniu, ulegając wewnętrznym wstrząśnieniom; jego silna budowa doznała ulgi w wylaniu potoku łez długo wstrzymywanych. Askanio i Blanka z poszanowaniem przyglądali się tej głębokiej boleści.
W dniu, w którym ciebie zraniłem Askanio, w tej chwili gdy ujrzałem krew twoję, po raz pierwszy od lat dwudziestu łzy roniłem — rzekł Benvenuto przyszedłszy do siebie; — obecnie dosięgnął mnie cios dolegliwszy, tak, że przed chwilą stojąc za drzewem, powziąłem myśl przebić się sztyletem, wstrzymała mnie jedynie uwaga, że mogę być wam użyteczny. Tak więc wy ocaliliście mi życie. Zresztą wszystko zdaje się być zgodnem z prawami przyrody. Askanio może ci zapewnić dwadzieścia lat szczęścia więcej odemnie Blanko, przytem jest moim synem; a pomyślność wasza będzie stanowić pociechę ojca. Benvenuto przezwyciężywszy samego siebie, potrafi zarówno pokonać wrogów waszych. — Udziałem twórców jest cierpienie i z każdej łzy mojej być może, że powezmę pomysł posągu, jak z każdej łzy Danta wyrodził się piękny poemat. Przekonywasz się Blanko, że wracam do mojej pierwotnej miłości, do rzeźbiarstwa; ono mnie nigdy nie opuści. Wdzięczny ci jestem, żeś mnie nakłoniła do płaczu; cała gorycz serca spłynęła ze łzami. Pozostaję smutnym, lecz znów jestem dobrym i będę się starał rozerwać smutek, zajmując się szczęściem waszem.
Askanio ująwszy rękę mistrza uścisnął ją serdecznie.
Blanka wziąwszy drugą podniosła do ust swoich.
Benvenuto odetchnąwszy swobodniej, wzniósł głowę i zaczął mówić:
— Dość tego moje dzieci — rzekł z uśmiechem — oszczędzajcie mnie i nie osłabiajcie postanowienia mojego. Podług mnie należy przeszłość puścić w niepamięć. Odtąd Blanko jestem tylko twoim przyjacielem, przepraszam, mylę się, chcę być więcej... bo ojcem twoim. Reszta była snem.
Teraz pomówmy o tem jak należy postąpić, jak zapobiedz grożącemu niebezpieczeństwu.
— Słyszałem wprawdzie jakie zamiary układaliście pomiędzy sobą, lecz jesteście zbyt młodzi i nie macie prawie wyobrażenia o stosunkach światowych. Chcecie się prostodusznie i bezbronnie poddać kolejom losu, macie nadzieję zwyciężyć złośliwość, żądzę zysku i dostojeństw, te gwałtowne namiętności, dobrocią i niewinnością; żal mi was dzieci... Co do mnie, na waszem miejscu starałbym się okazać silnym, przebiegłym i nieubłaganym. I nie dziw, ja nawykłem do burzliwych kolei życia, wy zaś stworzeni jesteście do szczęścia i ciszy, moje piękne anioły, będę więc czuwał abyście spełnili przeznaczenie wasze.
— Askanio, gniew nie zmarszczy twego białego czoła, Blanko cierpienia nie zmienią pogodnych rysów twojego oblicza. Wezmę cię na ręce piękna paro ze słodkiem spojrzeniem, i z wami przebywać będę wszelkie zawady na drodze życia, i nie złożę was dopóki nie zapewnię trwałego szczęścia, a obraz ten stanowić będzie radość moję. Przedewszystkiem zaś potrzeba ażebyście nieograniczenie mi zaufali; mam swój właściwy sposób postępowania, gwałtowny, dziwaczny, lecz niech to was nie zatrważa, ciebie szczególniej Blanko... Postępuję zwykle podobnie jak artylerya, mierząc wprost do celu, bez względu na to co mogę w drodze napotkać. Wyznaję, że zważam więcej na sprawiedliwość moich zamysłów, niż na moralną stronę środków przezemnie użytych. Gdy mam modelować piękną postać, nie troszczę się czy glina zawala mi palce; skończywszy robotę, umyję ręce i po wszystkiem. Niech więc twa dusza niewinna Blanko pozostawi mi swobodę działania Bogu, który zna czystość myśli moich, złożę odpowiedzialność za nie. Będę mieć do czynienia z przemożnym nieprzyjacielem. Hrabia jest dumnym, prewot skąpym, księżna przebiegłą. Te trzy osoby posiadają wielkie wpływy. Ty zostajesz pod ich władzą; ojciec i narzeczony mają nad tobą prawa; potrzeba więc będzie użyć chytrości i gwałtu. Lecz tak postępować będę, że wyłączę ciebie i Askania od uczestnictwa w walce niegodnej was obojga. A teraz zapytuję cię Blanko, czy gotową jesteś na oślep postępować podług zleceń moich? — Jeśli ci powiem, zrób tak, czy zrobisz? — zostań tu, czy zostaniesz? — idź tam, czy pójdziesz?
— Cóż na to Askanio? — zapytała Blanka.
— Blanko — odpowiedział młodzieniec — Benvenuto jest dobrym i wielkim; on nas kocha i przebaczył złe któreśmy mu wyrządzili. Bądźmy więc mu posłuszni, zaklinam cię i proszę.
— A więc rozkazuj panie — rzekła Blanka, usłucham cię jako posłańca boskiego.
— Dobrze, moje dziecię. Teraz pozostaje mi objawić moje postanowienie, które być może zatrwoży cię, z tem wszystkiem potrzeba się zgodzić, gdyż to jest jedyny środek jaki ci pozostaje, następnie zaś będziesz oczekiwać cierpliwie rozwiązania. Żeby zaś dać wam rękojmię zaufania jakiego od was wymagam, i byście się nie wahali powierzyć opiece człowieka, którego życie być może nie było zbyt przykładne, pomimo zachowania czystości serca, opowiem wam historyę mojej młodości. Niestety! wszystkie takie historyę są do siebie podobne, a główną ich osnowę stanowią cierpienia. Askanio dowiesz się jaki wpływ moja Beatricza, ów anioł o którym ci wspominałem, wywierała na wypadki życia mojego; dowiesz się kto ona była a wtedy nie będzie ci się wydawało tak dziwnem wyrzeczenie się moje Blanki, gdy się przekonasz, że tą ofiarą pragnę choć w części wynagrodzić dziecku łzy przelane przez matkę. Przez twoją matkę! świętą niewiastę. Askanio! Bo Beatricza jest błogosławioną, Stefana uwieńczoną.
— Przyobiecałeś mi przypominam sobie mistrzu, opowiedzieć jej historyę.
— Tak i właśnie ta chwila zdaje mi się najstosowniejszą.
— Spodziewam się, że Blanka mieć będzie większe zaufanie we mnie, gdy się przekona o powodach mojego przywiązania do Askania.
Poczem Benvenuto ująwszy swe dzieci za ręce, zaczął następujące opowiadanie, głosem poważnym i harmonijnym, pod sklepieniem gwiaździstego nieba, wśród ciszy nocy woniejącej.




ROZDZIAŁ XII.
STEFANA.



Dwadzieścia lat temu, właśnie w twoim wieku Askanio, pracowałem w Florencyi u jubilera nazwiskiem Rafael del Moro.
Był to człowiek biegły w swej sztuce, lecz miłujący bardziej zabawy niż pracę, dający się z łatwością nakłonić do wszelkiego rodzaju przyjemności, a gdy miał pieniądze, częstował hojnie towarzyszy i czeladź swoję.
Często się zdarzało, iż zostawałem sam w domu gdym wykończał jaką robotę, nuciłem wówczas piosnki.
W tym czasie śpiewałem często podobnie jak dziś Katarzyna.
Wszyscy próżniacy starali się o robotę u mistrza Rafaela, co znaczyło, że pragnęli wesoło czas spędzać, bo był tak słabym dla czeladzi, że ich nigdy nie napominał.
Tak postępując nie podobna przyjść do majątku; ciągle też prawie był w niedostatku, wkrótce stracił nawet wziętość, i był uważany za miernego artystę.
Mylę się jednak, gdyż był we Florencyi jubiler, którego sklep mniejszą, miał wziętość.
Gismondo Gaddi, który z innych przyczyn był źle uważany, a mianowicie z powodu nieudolności w wykonaniu robót mu powierzonych, i dla obrzydłego sknerstwa.
Ponieważ rzadko odwiedzano sklep jego, Gismondo obrał inny sposób do życia, to jest pożyczał na lichwę.
Wkrótce handel ten okazał się daleko korzystniejszym od jubilerstwa, gdyż Gaddi nie wdawał się w żadne zawiłe interesy i pożyczał tylko na pewne fanty lub za zaręczeniem jeszcze pewniejszem.
Był to człowiek jak sam mówił o sobie, bardzo roztropny i usłużny, pożyczający wszystkim bez różnicy, współobywatelom i cudzoziemcom, żydom i chrześcianom.
Byłby pożyczał świętemu Piotrowi na zastaw kluczy od raju; byłby również pożyczał szatanowi, gdyby mu mógł dać w zastaw posiadłości piekielne.
Łatwo się domyśleć, że pożyczał mojemu biednemu panu Rafaelowi del Moro, któremu nie wystarczał zarobek dzienny, a przy tem jako nieposzlakowanej rzetelności jubiler, nie nadużywał zaufania klientów.
Stosunki wzajemnych potrzeb, interes osobisty i sąsiedztwo zbliżyły do siebie tych dwóch jubilerów, wyłączonych niejako od zgromadzenia współtowarzyszy zawodu.
Del Moro nieskończenie był obowiązany sąsiadowi swemu, iż mu pożyczał.
Gaddi szanował swojego dłużnika, z którego ciągnął korzyści.
Jednym słowem wkrótce ścisła przyjaźń ich złączyła, i Gismondo nie opuściłby za nic w świecie zaproszenia, którem go często del Moro zaszczycał.
Del Moro był wdowcem i miał córkę jedynaczkę, nazywała się Stefana.
Stefana nie była pięknością w rozumieniu rzeźbiarza, jednakże na pierwszy rzut oka była zachwycającą.
Pod jej czołem zbyt Wysokiem i więcej męzkiem niż kobiecem, zdawało się, że myśl nowa ciągle powstaje.
Jej wielkie zwilżone oczy, czarne jak aksamit, przejmowały szacunkiem i rozrzewnieniem.
Bladość bursztynowa pokrywała jej oblicze chmurą, którą oświecało jak słaby promień poranku jesiennego, spojrzenie smętne lecz powabne.
Zapomniałem o wieńcu gęstych czarnych włosów i o rękach godnych królowej.
Stefana była zwykle pochyloną jak lilia miotana wichrem.
Wydawała się jak posąg Melancholii.
Gdy powstała, jej oczy ożywiały się, lub gdy ręką wydawała zlecenie, można było ją uważać za archanioła, któremu cześć oddają.
Ona była do ciebie podobną Askanio, lecz tyś od niej szczęśliwszy, bo nie podlegałeś jej cierpieniom i nie jesteś tak słabym.
Nigdy dusza nieśmiertelna nie objawiła się moim oczom wyraźniej, jak w tem ciele wątłem, powabnem i gibkiem.
Del Moro, który o tyle obawiał się swojej córki o ile ją kochał, miał zwyczaj mówić, że pochował tylko ciało żony, lecz mu pozostał jej duch w osobie Stefany.
W tym czasie byłem młodzieńcem burzliwym, trzpiotem, gwałtownym.
Ubiegałem się nadewszystko za swobodą; źródła żywotne przepełniały moję przyrodę, ich obfitość pobudzała mnie do nierozważnych zatargów i szalonych miłostek.
Wszakże pracowałem podobnie jakiem się bawił, to jest z namiętnością i pomimo wybuchów, byłem przecież najlepszym robotnikiem w zakładzie del Mora.
Lecz jeżeli robota moja była dokładnie wykonaną, winienem to był raczej przypadkowi lub instynktowi.
Studyowałem starannie wzory starożytności.
Często całe dnie przepędzałem stojąc przed płaskorzeźbami Aten i Rzymu, przenosząc one na papier lub obrabiając dłutem; ciągłe zapatrywanie się na te przepyszne wzory starożytnych snycerzy, nadało mi dokładność i pewność w wykonaniu powierzonej roboty; naśladowałem szczęśliwie, lecz nie byłem w stanie tworzyć.
Z tem wszystkiem powtarzam, iż byłem najlepszym i najpracowitszym czeladnikiem del Mora, z tego względu zapewne jakiem się następnie dowiedział, życzeniem jego było, ażebym poślubił jego córkę.
Lecz ja nie myślałem wówczas o ożenieniu! byłem spragniony jedynie swobody, rozkoszy i świeżego powietrza; często całe dnie przepędzałem za domem, powracałem znużony, a jednak w kilku godzinach prześcigałem w robocie moich towarzyszy; biłem się o jedno słowo, kochałem się z pierwszego spojrzenia; w istocie, wyborny byłby ze mnie małżonek.
Przytem, wrażenie jakiego doznawałem przy Stefanie, było odmienne od tego, jakie wzbudzały we mnie piękne kobiety z Porto del Prato albo z Borgo Pinti.
Stefanę uważałem za siostrę i nic więcej; obawiałem się jej prawie.
Powracając z moich wycieczek, nie ośmieliłem się spojrzeć na nią.
Wtedy uważałem, że nie była poważną jak zwykle, lecz smutną.
Przeciwnie, zajmując się gorliwie pracą gdy pozostawałem w domu, szukałem wzrokiem Stefany, jej słodkiego spojrzenia i pragnąłem jej głos usłyszeć; przywiązanie jakie we mnie wzniecała, odznaczało się uczuciem uroczystem, którego dokładnie nie pojmowałem, lecz mnie zachwycało.
Częstokroć wśród hucznej zabawy, myśl o Stefanie nagle powstawała i zapytywano mnie dlaczegom się zadumał; zdarzało się, że gdym dobył oręża lub sztyletu a wymówiłem jej imię, podobnie jak się wzywa świętej, wychodziłem z boju bez szwanku.
Pomimo to, uczucia moje dla tego dziecięcia miłego, pięknego, tkliwego i niewinnego, pozostały w głębi serca jak w miejscu świętem.
Co zaś do niej, obojętna i poważna z moimi towarzyszami, okazywała się dla mnie pobłażającą i dobrą. Często siadywała w warsztacie obok swojego ojca, a lubo pochylony nad robotą, czułem jednak, że jej wzrok zwrócony był na mnie.
Byłem dumny i szczęśliwy z tego, nie mogąc sobie wytłomaczyć przyczyny.
Jeżeli który z robotników chcąc mi się przypochlebić powiedział, iż córka pryncypała jest we mnie zakochaną, odpowiadałem mu z taką opryskliwością i tak groźnie, że więcej tego nie powtórzył.
Przypadek, który się przytrafił Stefanie, najlepiej mnie przekonał, jak dalece jej obraz był głęboko wyryty w sercu mojem.
Pewnego dnia gdy była w warsztacie, jeden z robotników pijany, przechodząc obok niej z dłutem w ręku, zadrasnął jej mały palec i drugi obok niego.
Stefana krzyknęła z bólu, lecz jakby zagniewana na siebie i niechcąc dać nam poznać, że się przelękła, uśmiechnęła się, podnosząc wszakże zakrwawioną rękę. W pierwszej chwili chciałem zabić pijaka, lecz spojrzawszy na nią, pośpieszyłem ku niej.
Gismondo Gaddi, który był obecnym, oświadczył, iż pójdzie po cyrulika znajomego.
Ten oprawca opatrzył wprawdzie rękę Stefany i przychodził codzień w tym celu, lecz wkrótce okazały się skutki jego niezdolności, albowiem rana zaczęła się jątrzyć w zatrważający sposób tak dalece, że ten osioł stanowczo oświadczył potrzebę odjęcia ręki.
Rafael del Moro znajdował się podówczas w takim niedostatku, że nie był w stanie szukać porady innego lekarza; dowiedziawszy się o niebezpieczeństwie Stefany, nie mogłem dłużej wytrzymać; pobiegłem do mej izdebki, zabrałem z sobą wszystkie pieniądze i pośpieszyłem do Giacoma Rastelli z Peruzy, nadwornego chirurga papieża i najbieglejszego w swojej sztuce w całych Włoszech.
Na usilne prośby, a nadewszystko gdy suma ofiarowana przezemnie wydawała się mu dostateczną nagrodą za fatygę, poszedł ze mną do domu del Mora mówiąc: o! o! ci zakochani! Obejrzawszy ranę, zapewnił nas, że za dwa tygodnie Stefana będzie władać prawą ręką podobnie jak lewą.
Miałem chęć uściskać tego zacnego człowieka.
Opatrzywszy ranę uśmierzył ból drogich paluszków.
Z tom wszystkiem po kilku dniach okazała się potrzeba małej operacyi.
Stefana życzyła sobie ażebym był obecny dla dodania jej odwagi, gdy tymczasem sam takowej potrzebowałem, tak dalece bowiem byłem strwożony.
Giacomo przyniósł instrumenty zbyt ciężkie do tak delikatnej operacyi.
Stefana nie mogła powściągnąć jęków; zimny pot spływał mi kroplami po czole.
Nakoniec nie mogąc znieść jej cierpień, bo zdawało mi się, że ciało moje kraje niezgrabny nóż Giacoma gdy przenikał delikatny paluszek Stefany, poskoczyłem do niego i uprosiłem ażeby się wstrzymał i poczekał na mnie przez kwadrans.
Zbiegłszy do warsztatu jakby natchniony, opiłowałem cienko i delikatnie kawałek stali tak krającej jak brzytew.
Wróciłem do chirurga, który z łatwością dokonał operacyi, a droga chora nie czuła prawie bólu.
W pięć minut wszystko się skończyło a w dwa tygodnie potem podała mi tę rękę do po całowania, za to żem ją ocalił od ucięcia.
Niepodobieństwem opisać wam wrażeń, jakich doznawałem, widząc cierpienia mojej biednej męczennicy, tak ją bowiem nazywałem.
Rzeczywiście dusza jej skazaną była na ciągłe męki.
Stefana była nieszczęśliwą, nierządne życie ojca i nieoględność jego na przyszłość, przejmowały ją rozpaczą, jedyną jej pociechą była religia; przeto jak wszyscy nieszczęśliwi i ona była pobożną.
Często ją widywałem w kościele klęczącą w zakątku, płaczącą i modlącą się.
Wśród kłopotów domowych na jakie była narażoną rozrzutnością ojca, często się do mnie udawała z zaufaniem i godnością, które mnie zachwycały.
Mówiła do mnie z prostotą właściwą wzniosłym sercom: „Proszę cię Benvenuto, poświęć tę noc na ukończenie relikwiarza lub patyny, bo niema ani grosza w domu.”
Wkrótce przywykłem pokazywać jej każdą robotę przezemnie wykończoną, wtedy udzielała mi rad albo wytykała błędy z zadziwiającą trafnością.
Samotność i cierpienia rozszerzyły zakres jej wiedzy do wysokiego stopnia. Jej zdania proste i głębokie, odkryły mi nie jednę tajemnicę sztuki i przyczyniły się do rozwinięcia nowych pomysłów. Przypominam sobie, iż pewnego dnia pokazałem jej model medalu, który miałem wykonać dla pewnego kardynała, przedstawiający z jednej strony popiersie jego, a z drugiej Jezusa Chrystusa chodzącego po morzu i podającego rękę Ś-mu Piotrowi z następującą legendą: „Quare dubitasti?” Dla czego powątpiewałeś?
Stefana pochwaliła popiersie, trafione i dokładnie wykonane.
Poczem długo w milczeniu przyglądała się postaci Zbawiciela.
„Twarz Chrystusa — rzekła nakoniec — jest bardzo piękną, gdyby to miał być Apollo lub Jowisz nie byłoby nic do nadmienienia. Lecz Jezus jest więcej niż pięknym, Jezus jest bóstwem; twarz jego wprawdzie odznacza się dokładnem oddaniem rysów, lecz czyż ją duch ożywia? Uwielbiam człowieka, lecz szukam w nim Boga.
Pomnij Benvenuto, że nietylko jesteś artystą lecz i chrześcianinem.
Bo widzisz serce moje często było zakrwawianem, to jest niestety! często ono powątpiewało; i ja podobnież widziałam Jezusa podającego mi rękę, słyszałam wymawiającego wzniosłe wyrazy: „Dla czegoś powątpiewała?”
Tak Benvenuto, twój wizerunek nie może się porównać z jego pięknością.
W jego niebiańskiem obliczu malowała się smętność ojca zasmuconego i łaskawość monarchy przebaczającego.
Jego czoło jaśniało, lecz usta uśmiechały się.
Był więcej niż wielkim, był dobrym.
— Poczekaj Stefano.
Starłem robotę i w kwadrans pod jej okiem rozpocząłem rysunek oblicza Zbawiciela.
— Czy teraz podobniejszy do twojego objawienia?
— „A tak — odpowiedziała ze łzami; — takim mi się objawił Zbawiciel w godzinie cierpień. Tak, poznaję go teraz w jego postaci majestatycznej, a zarazem pełnej miłosierdzia. Radzę ci przeto postępuj podobnie na przyszłość; nim weźmiesz wosk do ręki, przejmij się myślą; masz w ręku narzędzie, uchwyć uczucie; masz materyał, szukaj duszy; niech twoje palce będą zawsze ulegle myśli, czyli raczej zgodne z nią.”
Takie to były zdania dziecka szesnastoletniego, jakie czerpało w swoim niepospolitym rozsądku.
Będąc sam rozmyślałem nad tem co mówiła, i przyznawałem jej słuszność.
Tym sposobem prostowała i oświecała ona moje natchnienia.
Mając daną formę, starałem się myśl pochwycić a zjednoczywszy je, usiłowałem ażeby wyszły z rąk moich połączone i zlane z sobą, tak jak Minerwa w pełnym rynsztunku powstała z głowy Jowisza.
Mój Boże, jakże młode lata nasze są powabne a ich wspomnienia wszechwładne.
Blanko, Askanio! ten piękny wieczór, który dziś z sobą spędzamy, przypomina mi te, które spędzałem obok Stefany, siedząc na ławce przed domem jej ojca; ona patrzyła w niebo a ja w nią.
Jest temu lat dwadzieścia, ja zaś myślę, że to było wczoraj, wyciągam rękę i zdaje mi się, że czuję jej rękę; to wasza moje dzieci.
Co Bóg działa, wszystko dobrze działa.
Sam widok jej białej sukni uspokajał moję duszę.
Częstokroć gdyśmy się rozłączali nie rzekliśmy słowa do siebie, a jednak z tej niemej rozmowy unosiłem wzniosłe myśli, które mnie czyniły lepszym i wyższym.
Wszystko to miało koniec, jak każde szczęście tego świata.
Rafael del Moro doszedł nareszcie do ostatniego kresu nędzy.
Zadłużył się swojemu sąsiadowi dwa tysiące dukatów, których nie miał z kąd oddać.
Ta myśl przejmowała go rozpaczą.
Chciał przynajmniej ocalić córkę swoję oświadczył pewnemu robotnikowi zamiar wydania ją za mnie.
Był to ten sam, który mnie prześladował miłością Stefany, ten gbur nie dał Rafaelowi dokończyć mowy:
— Nie myśl o tem panie; on nie zechce twojej córki.
Złotnik był dumny, mniemał, że pogardzę ręką córki z powodu jego ubóstwa i nic mi nie wspomniał w tym względzie.
Po niejakim czasie, Gismondo Gaddi przyszedł upominać się o należytość a gdy Rafael prosił jeszcze o zwłokę:
— Posłuchaj mnie — rzekł do niego Gismondo — oddaj mi rękę twojej córki, która jest skromną i oszczędną, a ja cię pokwituję.
Del Moro nie posiadał się z radości.
Gaddi uchodził wprawdzie za skąpca, był cokolwiek opryskliwy i zazdrosny, lecz zarazem bogaty, a biedni cenią nad wszystko niestety! to czego zazdroszczą.
Gdy Rafael oświadczył córce tę wiadomość, nic mu nieodpowiedziała; tegoż dnia wieczorem Stefana żegnając mnie rzekła te słowa:
— Gismondo Gaddi żąda mojej ręki, ojciec zezwolił na to.
Poczem mnie opuściła, ja zaś powstałem z ławki jakby wyparty sprężyną.
Jakiś szał mnie ogarnął, wyszedłem z miasta i błąkałem się po polach. Przez całą noc biegałem jak opętany, to znów kładłem się łzami zalewając, tysiące myśli szalonych, rozpaczliwych, niedorzecznych, przebiegało w moim wzburzonym umyśle.
— Ona! Stefana, ma zostać żoną Gismondi! mówiłem do siebie usiłując zebrać myśli.
To wspomnienie, na które się wzdrygam, udręcza ją i zatrważa podobnież; ona wolałaby mnie za męża, odezwała się do mojej przyjaźni, lub też pragnie obudzić zazdrość.
O! tak bezwątpienia, jestem zazdrosnym do wściekłości; lecz mamże prawo do tego?
Gaddi jest posępnym i gwałtownym, lecz trzeba być sprawiedliwym względem samego siebie; któraż kobieta byłaby ze mną szczęśliwą, czyliż nie jestem grubianin, dziwaczny, niespokojny, czyliż nie szukam zwad i bijatyk, czy się nie ubiegam za miłostkami? mógłżebym się powściągnąć, poprawić... nie, nigdy; dopóki krew będzie tak szybko krążyć w żyłach, ręka moja zawsze będzie opartą o rękojeść sztyletu, a nogi za progiem domu.
Biedna Stefana, mamże ją widzieć cierpiącą i łzami zalaną; z mojej przyczyny wkrótce by pobladła i wynędzniała, znienawidziłbym sam siebie równie jak ją, gdyżbym ją uważał za żyjący wyrzut. Umarłaby a ja byłbym jej mordercą.
Nie, nie jestem zrodzony, czuję to niestety! do cichych i niewinnych rozkoszy domowego zacisza; potrzeba mi swobody, przestrzeni, burzy, wszystkiego bardziej niż spokoju i jednostajności szczęścia.
Zniweczyłbym o Boże w moich niezgrabnych rękach ten kwiat wątły i delikatny.
Życie jej ze mną byłoby ciągiem udręczeniem, tę wzniosłą duszę wystawiłbym na męczarnie, grubiańskiem obejściem i sposobem życia.
Lecz czy będzie szczęśliwszą z Gismondem Gaddi? — Dla czegóż ona idzie za niego?
Byliśmy tak szczęśliwi!
Z tem wszystkiem los i duch artysty, o! Stefana wie o tem, że nie są zgodne z związkami ścisłemi i krępującemi, z potrzebami gospodarstwa domowego. Należałoby pożegnać wszystkie marzenia sławy, wyrzec się przyszłości, rzucić sztukę, która się ożywia wśród swobody i zamożności.
Cóż znaczy geniusz twórczy uwięziony w zagrodzie domowej! Powiedźcie, o! Dancie Ąligieri, Michale Aniele, mój mistrzu! jakżebyście się śmieli widząc ucznia waszego kołyszącego dziecię lub błagającego o przebaczenie żony. Tak, trzeba być mężnym dla siebie samego, wspaniałomyślnym dla Stefany; pozostanę sam z moim smutkiem, z marzeniami, poddając się losowi.
Widzicie tedy dzieci, że dotąd jestem takim jakim byłym. Wprawdzie przyznać należy, iż w mojem postanowieniu przebijało się samolubstwo, lecz zarazem mieściło się żywe i szczere przywiązanie do Stefany i moje obłąkanie nie było nierozsądnem zupełnie.
Nazajutrz wróciłem uspokojony do pracowni.
Stefana podobnież wydawała się spokojną, lecz była bledszą niż zwykle.
Tak upłynął miesiąc.
Pewnego wieczora Stefana przy pożegnaniu, wymówiła te wyrazy:
— Za tydzień będę żoną Grismonda Gaddi.
A że nie zaraz się oddaliła, miałem porę jej się przypatrzyć.
Stała przedemną w milczeniu, trzymając rękę na sercu i pochylona pod brzemieniem cierpień.
Wpatrywała się we mnie z boleścią, lecz bez wyrzutu.
Mój anioł mający opuścić ziemię, zdawał się mnie żegnać.
W tej postawie stała przez minutę, poczem wróciła do domu.
Nie miałem joj więcej widzieć na tym świecie.
Tym razem wybiegłem za miasto z obnażoną głową, lecz niepowróciłem nazajutrz, ani dni następnych, szedłem ciągle i zatrzymałem się dopiero w Rzymie.
W tem mieście przebyłem lat pięć i tam rozpoczęła się moja sława; potrafiłem zasłużyć na względy papieża; miałem pojedynki, trafiały się miłostki, zgoła wiodło się mi w moim zawodzie; nie byłem wszakże zadowolony i czegoś mi brakowało.
Wśród burzliwego życia, nie upłynął dzień jeden abym nie zwracał wzroku na Florencyę.
Nie było jednej nocy, żebym nie widział we śnie bladej i smutnej postaci Stefany, stojącej przed progiem domu ojca swojego i wpatrującej się we mnie.
Po upływie piątego roku, otrzymałem z Florencyi pismo zapieczętowane czarnym lakiem.
Przeczytałem to pismo tyle razy, że umiem je na pamięć.
Oto treść jego:
— „Benvenuto, umieram. — Benvenuto ja ciebie kochałam. Poznałam cię i znałam lepiej niż ty sam siebie; przeczułam potęgę ducha twe jego, który ci wielkość zapewni. Geniusz, który czytałam na twojem szerokiem czole, w twoich spojrzeniach namiętnych, w żywych poruszeniach, wkładał na tę, która będzie nosić imię twoje, wielkie obowiązki i chciałam je przyjąć. To szczęście uważałam za uroczyste posłannictwo. Nie byłabym twoją żoną Benvenuto, lecz byłabym przyjaciółką, siostrą, matką. Twoje życie należy do ogółu, wiedziałam o tem, nie byłabym nadawała sobie innego prawa nad tobą jak pocieszać w zniechęceniu, wspierać radą w powątpiewaniu. Byłbyś zawsze i wszędzie swobodnym. Niestety! przywykłam bowiem do znoszenia twojej nieobecności, do wszystkich wymagań, zadość uczynienia namiętnościom, słowem do burzliwego życia, jakie sobie upodobałeś. Każda natura wszechwładna ma wszechstronne potrzeby. Im bardziej orzeł buja w powietrzu, tem dłużej spoczywa na ziemi. Lecz skorobyś się ocknął ze snu gorączkowego twojego geniuszu, zastałabym przy przebudzeniu mojego wielkiego Benvenuta, tego którego kocham, który do mnie wyłącznie należy! Nie wyrzucałabym godzin zapomnienia, bo te nie miałyby w sobie nic ubliżającego dla mnie. Ja zaś znając zazdrość twoję, co ożywia każde szlachetne serce, zazdrość podobną bóstwu Pisma Świętego, byłabym się zamknęła w samotności, którą sobie upodobałam oddawna, oczekując na ciebie i modląc się za ciebie. Takie to byłoby życie moje.
„Widząc żeś mnie opuścił, poddając się woli Boga i twojej, zamknęłam oczy i poświęciłam się spełnieniu obowiązku; mój ojciec nakazał mi małżeństwo, które go od hańby zabezpieczało i byłam mu posłuszną. Mąż mój był surowym, nielitościwym, nie poprzestając na mojej powolności, wymagał miłości, co przechodziło siły mje i karał grubiańskiem obejściem za smutek mimowolny.
„Poddałam się bez szemrania memu losowi.
„Byłam, tuszę sobie, małżonką wierną i godną szacunku, a jedyną winą było, że cierpiałam.
„Bóg jednakże zesłał mi pociechę, obdarzając synem. Pieszczoty dziecka przez lat cztery czyniły mi znośnemi obelgi i razy, a nakonie nędzę, gdyż powodowany żądzą zysku, mąż mój stracił majątek i umarł zeszłego miesiąca z powodu tej straty. Niech mu Bóg odpuści, tak jak ja mu przebaczyłam.
„Godzina śmierci mojej również się zbliża, być może dziś, za chwilę... umrę w skutku tłoczących mnie cierpień i pozostawiam ci syna mojego Benvenuto. Być może, iż lepiej się stało. Kto wie czy słabość kobieca byłaby zdolną zadość uczynić powołaniu jakie założyłam sobie, gdybym była twoją została. On, mój Askanio (jest do mnie podobny) będzie silniejszym i uleglejszym towarzyszem twoim; będzie cię równie kochał jak ja, jeżeli nie więcej: Nie jestem zazdrośną o niego.
„Uczyń zresztą dla mojego dziecka to cobym ja dla ciebie była uczyniła. Bądź zdrów mój przyjacielu, kochałam cię i kocham jeszcze, powtarzam to i powtórzę bez zarumienienia i wyrzutów, nawet u podwoi wieczności, gdyż ta miłość była świętą. Żegnam cię. Bądź wielkim, ja będę szczęśliwą, wznieś tylko czasem oczy ku niebu, ażebym cię ujrzała.

„Twoja Stefana.”
— Teraz Blanko i Askanio, powiedźcie mi czy zechcecie mi zaufać i postąpicie podług mojej rady?

Kochankowie odpowiedzieli jednogłośmym okrzykiem.




ROZDZIAŁ XIII.
P OSZUKIWANIA.



Nazajutrz po tem opowiadaniu, w pracowni Benvenuta od rana zajmowano się zwykłemi zatrudnieniami; mistrz zabrał się do roboty złotej solniczki, do której materyał tak mężnie obronił przeciw czterem brawi, pragnącym go sobie przywłaszczyć, a zarazem pozbawić życia niosącego.
Askanio cyzelował lilię dla pani d’Etampes; Jakób Aubry rozparłszy się w krześle, obsypywał zapytaniami Celliniego, które pozostawione bez odpowiedzi, zniewoliły nakoniec ucznia do rozmowy z sobą samym.
Pagolo spoglądał z pod oka na Katarzynę zajętą szyciem.
Herman i inni robotnicy piłowali, kuli, toczyli, a całą tę ciszę czynności, ożywiał śpiew Katarzyny.
W małym Nesle w tymże czasie nie było tak spokojnie.
Blanka znikła.
Wszystko tam było w ruchu; szukano, wołano.
Pani Perrina krzyczała, a prewot, po którego natychmiast posłano, usiłował wśród lamentów pochwycić wątek, mogący go naprowadzić na ślad nieobecnej.
— Mówisz więc mościa Perrino, żeś jej nie widziała od wczoraj wieczór, wkrótce po mojem odejściu, zapytał prewot.
— Niestety! tak panie. Jezu Chryste co za okropny wypadek! biedne drogie dziecię powróciwszy od dworu zdała się być smutną, zdjęła ubiór paradny i włożyła białą suknię; wszyscy święci zlitujcie się nad nami... potem rzekła do mnie: „Wieczór pogodny, pójdę na przechadzkę do ogrodu; było to około siódmej; ta pani, rzekła Perrina wskazując na Pulcherię, dodana jej za przewodniczkę, podług zwyczaju siedziała w swoim pokoju zajęta bezwątpienia jakim nowym ubiorem, które tak pięknie odrabia, ja zaś poszłam szyć w dolnej sali. Nie wiem jak długo tam siedziałam, być może, iż moje słabe oczy w skutek znużenia nad robotą, zmrużyły się...
— Podług zwyczaju — przerwała złośliwie Pulcheria.
— Bądź co bądź — mówiła dalej pani Perrina, nie zważając wcale na potwarczy docinek — około dziesiątej wstałam z krzesła i poszłam do ogrodu po pannę Blankę. Nie mogąc jej dostrzedz, zaczęłam wołać, szukać, nakoniec myślałam, że wróciła do domu i udała się na spoczynek bezemnie, jak to już nieraz było, gdy drogie dziecię nie chciało mnie trudzić. Sprawiedliwe nieba! któżby pomyślał!...
— A! mości prewocie bądź pewnym, że wychowanka moja nie dała się uwieść kochankowi, lecz została porwaną. Wpoiłam w nią bowiem zasady...
— A dzisiaj rano — przerwał prewot z nie cierpliwością... dziś rano?
— Dziś rano, widząc, że nie schodzi. Najświętsza Panno zmiłuj się nad nami!
— Daj pokój do dyabła tym litaniom! — zawołał pan d’Estourville i opowiedz wszystko po prostu bez tych jeremiad.
— A! mości prewocie, przecież mi nie możesz wzbronić opłakiwać tego dziecięcia, dopóki sję nie wynajdzie. Dziś rano dziwno mi było, że jej nie widziałam o zwykłej godzinie (bo drogi anioł najwcześniej wstawał) poszłam więc ją przebudzić, zastukałam do drzwi zrazu z lekka, potem silniej, lecz gdy nie odezwała się, weszłam. Nie było nikogo! Łóżko nawet nie było rozebrane. Wtedy zaczęłam wołać, krzyczeć, straciłam głowę... i ty panie dziwisz się, że płaczę...
— Mościa Perrino — odezwał się ostro prewot, przyznaj się czyś kogo nie przyjmowała w mojej nieobecności.
— Ja! otóż znowu coś nowego! — odpowiedziała Perrina z zadziwieniem, usiłując ukryć przykre wrażenie, jakie w niej to zapytanie wywołało. Czyliż pan nie zabroniłeś tego, wiesz dobrze przecie, iż zawsze byłam posłuszną, być może nawet zbyt uległą... Ja bym miała kogo przyjmować... niech mi kto dowiedzie...
— Naprzykład Benvenuto, który się ośmielił powiedzieć, iż mu się moja córka spodobała, czy nie usiłował przekupić ciebie?
— Wstydź się pan podobnej myśli... czyliż mnie nie znasz! o łatwiej by mu było dostać się na księżyc, niż do nas.
— A więc nigdy nie przyjmowałaś tu mężczyzny, młodzieńca.
— Młodzieńca! sprawiedliwe nieba! czemu lepiej nie powiesz pan dyabła!
— A cóż to był za jeden — odezwała się Pulcheria, ten piękny chłopiec, który od czasu jak tu jestem z dziesięć razy pukał do bramy, a ja mu zawsze zamykałem drzwi przed nosem.
— Piękny chłopiec! co się znowu tobie przywidziało moja droga, tu bywa pan d’Orbec.
Tak teraz przypominam sobie: może Askanio chciałaś powiedzieć. Askanio, wszak go pan znasz? ten chłopczyk, który ci życie ocalił. On tu był i odniósł sprzączki do trzewików, które mu dałam do naprawy... lecz to przecie nie jest młodzieniec tylko uczeń... drugi raz moja droga włóż na nos okulary, kiedy nie umiesz rozróżnić ludzi.
— Dość tego — przerwał surowo prewot. — Jeżeliś zawiodła zaufanie moje mościa Perrino, przysięgam, iż ci to bezkarnie nie ujdzie! Pójdę sam do Benvenuta, Bóg wie jak mnie przyjmie ten włóczęga włoski, lecz zmuszony jestem do tego kroku.
Benvenuto przyjął prewota nadspodziewanie uprzejmie. Uważając jego krew zimną, otwartość i przyzwoite obejście, pan d’Eustourville nie śmiał nawet napomknąć o powziętem podejrzeniu. Mówił tylko, że córka jego niebacznie przestraszona uciekła; że pomimo wiedzy Benvenuta może szukała schronienia w wielkim pałacu Nesle — albo też przechodząc przez ogród może padła zemdlona. Słowem kłamał najniezręczniej.
Cellini przyjmował te brednie z grzecznością właściwą człowiekowi światowemu, nawet posunął uprzejmość do tego stopnia, że udał jakoby się niczego niedorozumiewał; co więcej żałował prewota z całej duszy, upewniając go, iż by się uważał za szczęśliwego, gdyby mógł powrócić córkę ojcu tak tkliwemu i troskliwemu.
Dał do zrozumienia, że zbiegła postąpiła sobie najniegodniej opuszczając dom rodzicielski i powinna wrócić niebawem, jeżeli pragnie pozyskać przebaczenie.
Zresztą, na dowód szczerego zajęcia się, ofiarował osobiście służyć panu d’Estourville w przetrząśnieniu nietylko wielkiego Nesle, lecz wszędzie gdzie tylko ten zechce.
Prewot prawie przekonany i wzruszony pochwałami, tem bardziej, że na nie niezasługiwał, rozpoczął pod przewodnictwem Benvenuta ścisły przegląd swojej dawnej posiadłości, której znał wszystkie zakątki i tajne kryjówki.
Nie pominął żadnych drzwi, którychby nie popchnął, szafy którejby nie otworzył, a nawet śmietnika, na który niby z niechcenia rzucił okiem. Poczem zwiedziwszy wszystkie zakąty zamku, przeszli do ogrodu, przebiegli zbrojownię, gisernię, piwnice, stajnie, wszędzie ściśle śledząc.
W ciągu tych poszukiwań Benvenuto wierny zobowiązaniu, pomagał prewotowi z całą gorliwością, podając mu żądane klucze, wskazując sień lub pokój, który chciał pominąć pan d’Estourville w skutku zapomnienia.
Nakoniec poradził mu aby przeciąć odwrót zbiegłej, wrazie gdyby chciała przejąć z jednej sali do drugiej, by stawiał na straży jednego ze swoich ludzi przy głównych punktach komunikacyi, w miarę ich przejrzenia.
To dwugodzinnych nadaremnych poszukiwaniach, pan d’Estourville pewny, że się omylił w przypuszczeniu, zawstydzony uprzejmością Benvenuta, opuścił wielki Nesle, pożegnawszy rzeźbiarza z tysiącznemi grzecznościami i usprawiedliwieniami.
— Ilekroć podoba się panu — rzekł złotnik — lub jeśli uznasz za potrzebne powtórzyć poszukiwania, mój dom w każdym czasie jest otwartym dla niego, tak jak gdybyś był jego właścicielem; a przytem masz panie prawo do tego; czyliż nie podpisaliśmy umowy, mocą której zobowiązaliśmy się żyć jako dobrzy sąsiedzi?
Prewot raz jeszcze podziękował Celliniemu i nie widząc sposobu wywzajemnienia się za gościnne przyjęcie, zaczął wychwalać i podziwiać posąg Marsa, który artysta wykończał.
Benvenuto pierwszy zwrócił jego uwagę na to olbrzymie dzieło, wysokość bowiem posągu wynosiła przeszło sześćdziesiąt stóp, sama zaś podstawa miała dwadzieścia stóp obwodu.
Pan d’Estourville wyszedł bardzo strapiony, będąc przekonany, że gdy córki nie znalazł w pałacu Nesle, musiała zatem w mieście się ukryć.
Lecz już w owej epoce Paryż był tak rozległym, iż dla samego prewota niepodobaem było czynić poszukiwania. A przytem czy Blankę porwano, czy też dobrowolnie uciekła? Stałaż się ofiarą gwałtu, czy też uległa własnej woli?
Była to wątpliwość, której żadna okoliczność rozwiązać nie mogła.
Powziął nadzieję, że w pierwszym razie zdoła się wymknąć w drugim zaś, że sama powróci. Postanowił zatem czekać cierpliwie, lecz pomimo to wybadywał po kilkanaście razy na dzień Perrinę, która ze swej strony wzywając na świadectwo wszystkich świętych, przysięgała, iż nikogo nie puszczała, w duszy będąc przekonaną podobnie jak p. d’Estourville, że Askanio nie miał wcale udziału w ucieczce Blanki.
Upłynęło dwa dni bez najmniejszej wiadomości.
Prewot wówczas wysłał na zwiady agentów, gdyż nie chcąc narażać swojej reputacyi a raczej córki, wstrzymywał się dotąd od tego środka.
Udzielił im tylko rysopis zbiegłej, niewymieniając ani jej nazwiska, ani stanu; poszukiwania ich albowiem miały odbywać się pod innym aniżeli rzeczywistym pozorem; lecz pomimo to wszelkie środki tego tajemnego śledztwa, okazały się bezskutecznemi.
Nakoniec musiał zawiadomić o tym nieszczęsnym wypadku narzeczonego Blanki.
Hrabia d’Orbec zmartwił się tak jak handlarz, którego dojdzie wiadomość o utraconych towarach.
Kochany hrabia był filozofem i przyrzekł przyjacielowi pomimo to poślubić córkę jego, z warunkiem wszakże, aby ten wypadek nie rozgłosił się zbytecznie; poczem jako człowiek umiejący chwytać sposobną porę, korzystając z podającej się okoliczności, nadmienił kilka wyrazów o zamiarach pani d’Etampes co do Blanki.
Prewot był zachwycony zaszczytami jakie na niego spłynąć mogły; przeto smutek jego stał się dolegliwym i przeklinał niewdzięczną córkę, która wyrzekła się tak świetnego położenia.
Nie będziemy zajmować uwagi czytelnika rozmową dwóch starych dworaków z powodu tego zwierzenia, nadmienimy tylko, że rozpacz i nadzieja odgrywały w niej dziwaczne role, a ponieważ wspólne niedole zbliżają ludzi, przyszły zięć więc i ojciec narzeczonej, rozłączyli się ściślej zjednoczeni niż kiedykolwiek, wcale nie myśląc wyrzec się świetnej przyszłości, jaką sobie zapewnić postanowili.
Ułożyli wypadek ten ukryć przed światem; lecz księżna d’Etampes ich przyjaciółka i wspólniczka interesu, miała być wyjątkiem.
Nie zawiedli się; uczuła ona żywiej niż ojciec i przyszły małżonek stratę Blanki, a zarazem była zdolniejszą niż ktokolwiek, obmyśleć środki jej wynalezienia.
Znała ona miłość Askania dla Blanki, a przeczucie zazdrosnej kobiety szeptało jej, że koniecznie w pałacu Nesle należy szukać Blanki, że przedewszystkiem należało wybadać Askania.
Pani d’Etampes nie mogła powierzyć swoim przyjaciołom powodu tych domniemań, gdyż musiałaby wyznać, iż kochała Askania, i że w szale namiętności powierzyła temu młodzieńcowi swoje zamiary co do Blanki.
Zapewniła więc ich tylko, że Bonvenuto jest winny, Askanio wspólnikim porwania, a zamek Nesle miejscem schronienia.
Napróżno prewot przeczył, zaprzysięgał. że wszystko widział, przeglądał; księżna nie dała się przekonać i tak popierała swoje domniemania, że pan d’Estourville zaczął powątpiewać, czy się nie dał uwieść, pomimo pewności, że dobrze szukał.
— Zresztą — dodała księżna — przywołam Askania, pomówię z nim, wybadam, bądźcie spokojni.
— O księżna jesteś zbyt łaskawą — rzekł prewot.
— A ty niedołęga — pomruknęła przez zęby księżna, następnie pożegnała obu.
Wtedy zaczęła rozmyślać, jakimby sposobem zwabić do siebie młodzieńca a nim jeszcze powzięła stanowczy zamiar, służący oznajmił Askania; uprzedził on zatem życzenia pani d’Etampes; — wszedł obojętny i spokojny.
Pani d’Etampes spojrzała na niego tak przenikliwie, że zdawało się, iż pragnie przejrzeć w głąb jego serca: Askanio nie uważał tego.
— Pani — rzekł z ukłonem — przychodzę pokazać lilię niemal ukończoną, brak tylko kropli rosy, jaką pani przyrzekłaś mi dostarczyć.
— Cóż twoja Blanka? — odpowiedziała księżna.
— Jeżeli pani chcesz mówić o pannie d’Estourville — rzekł poważnie Askanio, błagam cię nie wspominaj jej imienia; niech ten przedmiot będzie obcym naszej rozmowie.
— A! gniewasz się, — rzekła księżna ani na chwilę niespuszczając przenikliwego wzroku z Askania.
— Jakiekolwiek bądź uczucie mnie ożywia i choćbym się naraził na twoję niełaskę księżno, odtąd wstrzymam się od wszelkiej rozmowy w tym przedmiocie. Przysięgłem sobie, że wszystko co się odnosi do tego smutnego wspomnienia, pozostanie odtąd martwem i zagrzebanem w głębi serca mojego.
— Czyżbym się miała omylić? — pomyślała księżna, że Askanio należał do tego wypadku. Ta dziewczyna miałażby dobrowolnie lub przemocą uledz innemu uwodzicielowi, i zawiódłszy moje widoki dumy, przez tę ucieczkę posłużyła widokom miłości!
Po tych uwagach czynionych w myśli, rzekła:
— Askanio, prosisz ażebym o niej nie wspominała, lecz dozwoliszże mi przynajmniej mówić o sobie? Widzisz, że czynię zadość twemu żądaniu, lecz kto wie czy ów drugi przedmiot rozmowy nie będzie dla ciebie nieprzyjemniejszym niż pierwszy, kto wie...
— Daruj pani, że ci przerywam, lecz dobroć twoja ośmiela mnie do błagania cię o nową, łaskę. Lubo pochodzę z szlachetnej rodziny, jestem tylko biednym i nieznanym młodzieńcem, wychowanym w pracowni złotnika; z tego to przybytku artystycznego ujrzałem się niespodzianie przeniesiony w świetną sferę, wmieszany do losów państw; ja słaby, ujrzałem możnych panów za nieznanych mi nieprzyjaciół, a króla za współzalotnika, a jeszcze jakiego króla pani! Franciszka I-go, to jest najpotężniejszego z władców w chrześciaństwie. W jednej chwili pobratałem się z najznakomitszeini nazwiskami i najświetniejszemi przeznaczeniami; kochałem bez nadziei i byłem kochany bez wzajemności. Iktóż to mnie pokochał, wielki Boże! Ty pani! jedna z najpiękniejszych i najszlachetniejszych dam na ziemi! To wszystko spowodowało we mnie i na około mnie zamęt; to wszystko olśniło mnie, przygniotło, pognębiło. Jestem strwożony jak karzeł, który się obudził wśród olbrzymów; moje myśli mieszają się, nie mogę zdać sobie sprawy z uczuć i wrażeń — błąkam się pomiędzy okropnemi nienawiściami, śród miłości nieprzebłaganej i zaszczytnej dumy. A! dozwól mi pani odetchnąć, zaklinam cię; dozwól rozbitkowi przyjść do siebie, uleczonemu odzyskać siły; czas, jak tuszę, przywróci porządek w mojej duszy i życiu. Tak pani, zostaw mi czas, i przez litość dziś nie uważaj we mnie jak tylko artystę przychodzącego zapytać, czy lilia się spodobała?
Księżna spojrzała na Askania z zadziwieniem i powątpiewaniem, nie przypuszczała, ażeby ów młodzieniec mógł przemówić w sposób tak poetyczny, poważny i surowy; uczuła się też moralnie zniewoloną, spełnić jego wolę; mówiła więc tylko o lilii, udzielała rad stosownych i pochwał, i przyrzekła nadesłać wkrótce dyament tak potrzebny do zupełnego wykończenia roboty. Askanio podziękowawszy, pożegnał ją, z wszelkiemi oznakami uszanowania i wdzięczności.
— Czy to ten sam Askanio! rzekła do siebie pani d’Etampes po jego odejściu; zdaje się o dziesięć lat starszym. Cóż mu nadać mogło tę nakazującą powagę? Czy cierpienia, czy szczęście? Czy wreszcie był szczerym lub tylko postąpił podług nauki przeklętego Benvenuta? Czy odgrywał rolę wyższości, lub też był powodowany własnem natchnieniem?
Anna nie mogła zdać sobie z tego sprawy. Rodzaj obłędu, który opanowywał wszystkich walczących z Benvenutem, zdawał się i ją, ogarniać pomimo mocy jej umysłu. Użyła ludzi do śledzenia kroków Askania, lecz to ją nie doprowadziło do żadnego odkrycia.
Nakoniec pani d’Etampes przyzwała prewota i pana d’Orbec, i radziła im aby niespodzianie odbyli jeszcze raz przegląd w pałacu Nesle.
Usłuchali; Benvenuto lubo zajęty czynnością, przyjął jednak obu jeszcze uprzejmiej niż poprzednio samego prewota.
Widząc jego grzeczność i swobodne obejście, zdawałoby się, że te ich odwiedziny nie są dla niego ubliżającemi.
Opowiedział po przyjacielsku hrabi d’Orbec o zasadzce przeciw sobie wymierzonej, gdy wyszedł z jego domu ze złotem, w tym samym dniu dodał gdy panna d’Estourville znikła.
Tym razem równie jak poprzednio, przewodniczył odwiedzającym w przeszukiwaniu zamku, pragnął bowiem z duszy jak mówił, wrócić prewotowi córkę, albowiem pojmował udręczenia troskliwego ojca. W końcu dodał, iż uważa się za szczęśliwego, że może jeszcze osobiście przyjmować szanownych gości, gdyż za parę godzin miał odjechać do Romorantin, będąc wezwanym przez łaskawego Franciszka I-go z kilku innymi artystami, do wyjechania naprzeciw cesarza.
W tym czasie wypadki polityczne podobnież szybko postępowały.
Karol V-ty ośmielony publicznem zobowiązaniem swojego współzawodnika i tajemnem przyrzeczeniem pani d’Etampes, znajdował się o kilka dni drogi od Paryża.
Wyznaczono deputacyę dla przyjęcia go i rzeczywiście d’Orbec i prewot zastali Benvenuta w podróżnym ubiorze.
— Jeżeli opuszcza Paryż w gronie poselstwa, rzekł z cicha d’Orbec do prewota, niepodobna ażeby ukrywał Blankę, nie mamy więc tu co robić.
— Wszak ja to mówiłem przed naszym przybyciem — odpowiedział prewot.
Pomimo to rozpoczęli najściślejsze poszukiwanie.
Benvenuto szedł za niemi początkowo, lecz uważając, że ten przegląd zajmie wiele czasu, przeprosił, że im dłużej nie może towarzyszyć, gdyż przed wyjazdem, który nastąpi za pół godziny, musi jeszcze wydać niektóre rozporządzenia swoim robotnikom, ażeby zastał za powrotem wszystko przysposobione do odlania posągu Jowisza.
Benvenuto w istocie powrócił do warsztatu, rozdał robotę pracownikom, prosząc ażeby byli posłuszni Askaniowi tak jak jemu samemu,te«mu znów szepnął kilka wyrazów po włosku i pożegnawszy wszystkich zabierał się do wyjścia.
Koń osiodłany oczekiwał na niego w pierwszym dziedzińcu, trzymał go Jan.
W tej chwili Katarzyna zbliżyła się do Benvenuta i wziąwszy go na stronę — rzekła:
— Panie twój odjazd w drażliwem położeniu mnie stawia.
— Jak to moje dziecię?
— Pagolo kocha mnie coraz gwałtowniej.
— W istocie?
— Ciągle mi plecie a swojej miłości.
— I cóż ty na to?
— Stosownie do rad pańskich, odpowiadam mu, że trzeba się namyśleć, a wtedy być może, że wszystko da się pogodzić.
— Bardzo dobrze.
— Jakto bardzo dobrze? Lecz nie wiesz, że on za prawdę przyjmuje to wszystko co mówię, a ja zobowiązuję się nie na żart względem tego młodzieńca. Przed dwoma tygodniami wskazałeś mi sposób postępowania, nie prawdaż?
— Być może, jednak nie przypominam sobie.
— Lecz ja lepszą mam pamięć. Przez pierwsze pięć dni odpowiadałam, starając się wywieśdź go z błędu, że winien się przemódz i przestać mnie kochać. Następnych pięć dni, słuchalam go w milczeniu, była to raczej odpowiedź kompromitująca mnie niejako; lecz taka była twoja wola i musiałam być jej posłuszną; nakoniec przez ostatnie pięć dni zmuszoną byłam wymawiać się obowiązkami względem ciebie, a wczoraj prosiłam go, ażeby był wspaniałomyślnym, on zaś chciał koniecznie słyszeć z ust moich wyznanie.
— Jeżeli tak, to co innego — rzekł Benvenuto.
— Więc cóż? — zapytała Katarzyna.
— Teraz posłuchaj moja droga. Przez pierwsze trzy dni mojej nieobecności, dozwolisz mu mniemać, że go kochasz; w następnych trzech dniach wyznasz mu miłość swoję.
— Jakto? pan radzisz mi podobne rzeczy? — zawołała Katarzyna dotknięta zbytnią ufnością, którą pan w niej pokładał.
— Bądź spokojna. Nie masz sobie nic do wyrzucenia, kiedy ja sam upoważniam cię do tego.
— Mój Boże — rzekła Katarzyna, ani wiem co począć — będąc wystawioną na obojętność twoję z jednej strony, a na miłość z drugiej, Bóg wie czy nie skończę na tem, że go pokocham na prawdę.
— Doprawdy? więc nie czujesz w sobie tyle mocy, abyś mogła być obojętną przez sześć dni?
— Zgadzam się jeszcze na sześć dni; ale pan nie baw siedmiu...
— Nie lękaj się, powrócę w porę. Bywaj zdrowa Katarzyno.
— Bywaj zdrów panie — odpowiedziała Katarzyna z uśmiechem i płaczem zarazem.
Gdy Benvenuto kończył rozmowę z Katarzyną, prewot i d’Orbec powrócili z odbytej rewizyi.
Zostawszy sami panami swoich działań, oddali się poszukiwaniom z pewnym rodzajem szaleństwa; zwiedzali strychy, piwnice, sondowali ściany, poruszali meble; rozstawiali ludzi na wszystkich przejściach, zajmując się przeglądem z zapałem wierzyciela i cierpliwością strzelca; sto razy wracali w jedno miejsce, rozpatrywali każdy kąt po dwadzieścia razy, z zaciętością komornika wykonywającego przymus osobisty; nareszcie uważając wyprawę swoję za ukończoną, powracali zdyszani i zgrzani, nie nie odkrywszy.
— I cóż panowie — odezwał się do nich Benvenuto siadając na konia — nic nie znaleźliście, nieprawdaż? Tem gorzej! Pojmuję boleść dwóch serc tak czułych jak wasze, lecz pomimo najszczerszej chęci w dopomożeniu wam do wynalezienia zbiegłej, muszę odjechać. Żegnam więc panów. Jeżeli będziecie potrzebować zwiedzić wielki Nesle w mojej nieobecności, proszę go uważać jakby dom własny. Wydałem stosowne zlecenia w tym względzie. To mnie tylko pociesza, że za powrotem moim spodziewam się dowiedzieć, że pan prewot odzyskał córkę, a pan skarbnik piękną narzeczoną. Zegnam panowie. Poczem odwróciwszy się do swoich robotników, którzy się wszyscy skupili w progu drzwi, oprócz Askania, unikającego spotkania ze swoim współzalotnikiem.
— Bywajcie zdrowi — rzekł Benvenuto. Jeżeli w mojej nieobecności prewot będzie sobie życzył trzeci raz zwiedzić pałac, pamiętajcie przyjąć go jak dawnego właściciela.
Po tych wyrazach Jaś otworzył bramę, a Benvenuto ruszył galopem.
Widzisz, że jesteśmy gapie, mój drogi — rzekł hrabia d’Orbec do prewota; kto ukrywa u siebie wykradzioną dziewczynę, nie odjeżdża i dworem do Romorantin.




ROZDZIAŁ XIV.
KAROL V-ty W FONTAINEBLEAU.



Cesarz nareszcie po długiem wahaniu i nie bez okropnej trwogi, wstąpił jednak na tę ziemię francuską, zarówno mu, jak i jej powietrze, nieprzyjazną; której króla jako jeńca niegodnie prześladował, a delfina jak go obwiniano przynajmniej, miał kazać otruć.
Europa spodziewała się ze strony Franciszka I-go strasznego odwetu, od chwili jak jego współzawodnik sam mu się oddał w ręce.
Lecz zuchwałość Karola V-go, owego wielkiego gracza w losach państw, nie dozwoliła mu cofnąć się, śmiało więc przebył Pyreneje.
Liczył on głównie na przyjaciół i zaufał trzem zapewnieniom, to jest ambicyi pani d’Etampes, wpływowi konnetabla Montmorency, i rycerskości Franciszka I go.
Z tem wszystkiem, stąpiwszy na ziemię francuską, nie mógł przemódz niepokoju; na granicy przyjmowali go dwaj synowie królewscy i wszędzie gdzie przejeżdżał, odbierał dowody uszanowania.
Lecz podejrzliwy władca drżał na wspomnienie, iż pozory serdeczności pokrywają może zasadzkę.
„Przekonywam się, mówił on, że się źle śpi w obcym kraju.”
Wśród zabaw i uroczystości oblicze jego wyrażało niepokój i zadumę, a w miarę jak się zapuszczał w głąb kraju, stawał się coraz posępniejszym.
Wjeżdżając do jakiego miasta, badał sam siebie wśród mów powitania, czy to ma być miejsce niewoli, poczem dodawał w głębi swej myśli:
— Nie to, ani inne, lecz cała Francya jest mojem więzieniem, a owi usłużni dworacy dozorcami.
Z każdą chwilą zwiększająca się niespokojność, dręczyła tego tygrysa, który się uważał w klatce i wszędzie tylko upatrywał kraty.
Będąc o dwa dni drogi od Paryża, z trwogą przypominał sobie czem był Madryt dla króla Francyi.
Dla cesarza stolica zdawała się być miejscem więzienia najzaszczytniejszem, lecz zarazem i najpewniejszem.
Zatrzymał się więc i prosił Franciszka I-go, ażeby wprost się udali do Fontainebleau, o którem słyszał tyle dziwów.
To żądanie pomieszało wszystkie plany Franciszka I-go, lecz zbyt on był gościnnym, ażeby miał dać poznać swoje niezadowolenie, wysłał przeto niezwłocznie gońca z zaproszeniem królowej i dam do Fontainebleau.
Obecność siostry Karola V-go Eleonory i zaufanie jakie taż pokładała w szlachetności swojego męża, ukoiły nieco trwogę cesarza.
Jednak Karol V-ty lubo chwilowo uspokojony, nie uważał się swobodnym u Franciszka I-go; król był zwierciadłem przeszłości a Karol V-ty typem przyszłości.
Władca tegoczesny nie pojmował dostatecznie bohatera średnich wieków; niepodobnem było aby współczucie zrodzić się mogło pomiędzy ostatnim z rycerzy a pierwszym z dyplomatów.
W dniu przybycia cesarza do Fontainebleau odbyły się łowy.
Polowanie było jedną z najmilszych rozrywek Franciszka I-go, zaś dla Karola V-go tylko znużeniem.
Z tem wszystkiem Karol V-ty chwycił z upragnieniem sposobność przekonania się, czy nie jest jeńcem; jakoż odosobniwszy się od orszaku polujących, udał się w inną stronę i zbłądził; lecz widząc się sam w lesie, wolny jak powietrze unoszące liście, uspokoił się zupełnie i odzyskał dobry humor.
Mimo to, powróciwszy do punktu zbornego, oblicze jego znów okryło się barwą trwożliwości, gdy ujrzał Franciszka I-go dążącego naprzeciw niemu z zakrwawionym oszczepem, którym ugodził dzika.
Bohater z pod Marignan i Pawii, odznaczał się nawet wśród swoich rozrywek królewskich.
— Dalej kochany bracie, bądź weselszy — odezwał się Franciszek I-szy biorąc Karola Y-go pod rękę, gdy obaj monarchowie zsiedli z koni przed bramą pałacową i wprowadzając go do galeryi Dyany, jaśniejącej malowidłami Rossa i Primaticcia. Na honor, tak jesteś smutny, jak ja byłem w Madrycie. Przyznaj bracie, że ja miałem do tego przyczynę, będąc twoim jeńcem, tym czasem ty jesteś moim gościem. Raduj się więc z nami jeżeli nie z tych uroczystości, zbyt błahych bezwątpienia dla tak wielkiego polityka jakim ty jesteś, to przynajmniej na wspomnienie, że wkrótce zmyjesz głowę flamandzkim pijakom piwa, którzy uroili sobie wznowić rząd gminny... Albo raczej zapomnij o buntownikach a myśl tylko o przyjemnem spędzeniu czasu z przyjaciółmi... czy mój dwór nie spodobał się tobie?
— Dwór twój jest zachwycający — odpowiedział Karol V-ty, prawdziwie zazdroszczę ci. I ja mam dwór, wszak go widziałeś, lecz jest on poważny i surowy, składa go posępne grono mężów stanu i wodzów, jak: Lannoy, Pescara, Antonio de Leyra. Lecz ty, oprócz wojowników i ambasadorów, oprócz Montmorencych i Dubellajów, oprócz uczonych, prócz Budué’go, Choliu’a, Duchatel’a, Lascaris’a, masz jeszcze poetów i artystów: Marota, Gaujona, Primaticcia, Benvenuta, a nadewszystko zachwycające kobiety: Małgorzatę z Nawarry, Dyanę de Poitiers, Katarzynę de Medicis i tyle innych, i zaczynam wierzyć, że chętniebym drogi bracie zamienił moje kopalnie złota, na twoje kwieciste łąki.
— O! z pomiędzy tych kwiatów nie widziałeś jeszcze najpiękniejszego, rzekł prostodusznie Franciszek I-szy do brata Eleonory.
— A! pragnąłbym najgoręcej podziwiać tę osobliwość, odpowiedział cesarz, który w zastosowaniu króla domyślił się, że to mowa o pani d’Etampes; odtąd zaczynam wierzyć, iż słusznie twierdzą niektórzy, że masz bracie najpiękniejsze w świecie królestwo.
— Lecz i ty masz najpiękniejsze hrabstwo Flandryi i najpiękniejsze księstwo Medyolanu.
— Odmówiłeś pierwszego w zeszłym miesiącu rzekł cesarz, za co ci dziękuję, lecz pragniesz drugiego, dodał z westchnieniem.
— A! mój kuzynie proszę cię — rzekł Franciszek I-szy, dajmy dzisiaj pokój rzeczom poważnym, po rozrywkach bitew przyznam się najbardziej nie lubię, ażeby mnie odrywano od rozrywek uroczystości.
— To prawda — odezwał się Karol V-ty skrzywiwszy się jak skąpiec zmuszony dług płacić, zaprawdę powiadam, że Medyolan wielce mnie obchodzi i z bólem serca przyjdzie mi odstąpić go...
— Powiedz raczej, zwrócić mi go mój bracie, ten wyraz jest właściwszy a zarazem może ci osłodzić przykre wrażenie. Lecz nie o to ale o zabawę chodzi w tej chwili. Pomówimy później o Medyolanie.
— Czy jako dar albo zwrot, odstąpiony lub dany zostanie — rzekł cesarz — w każdym przypadku będziesz posiadał jedno z najpiękniejszych państw w świecie, gdyż będziesz go miał, rzecz skończona, bo dotrzymam zobowiązań moich względem ciebie, równie jak ty dopełniasz twoich względem mnie.
— E! mój Boże! — zawołał Franciszek I-szy zaczynając się już niecierpliwić tym ciągłym zwrotem do spraw ważnych, czegóż tak dalece żałujesz bracie? Czyż nie jesteś królem Hiszpanii, cesarzem Niemiec, hrabią Flandryi i władcą przez wpływ osobisty lub wpływ oręża, całych Włoch od Alp do Kalabryi?
— Lecz ty masz Francyę — rzekł z westchnieniem Karol V-ty.
— Masz Indye i ich skarby, masz Peru i jego kopalnie.
— Ale ty masz Francyę.
— Masz państwo, w którem słońce nie zachodzi.
— Ale ty masz Francyę!... cóżbyś Wasza królewska mość powiedział na to, gdybym się ubiegał o ten dyament królestw, tak jak się ubiegasz o Medyolan, tę perłę księstw?
— Posłuchaj mój bracie — rzekł Franciszek I-szy, ja o tych kwestyach zasadniczych mam raczej przeczucie niż zdanie, lecz równie tutaj jak i w twoim kraju jest przysłowie: „Nie dotykaj królowej” — ja ci zaś powiadam: „Nie dotykaj Francyi.”
— E! mój Boże — odrzekł Karol V-ty, czy nie jesteśmy spokrewnieni i sprzymierzeni?
— Bezwątpienia — odpowiedział Franciszek I-szy i mam nadzieję, że odtąd nic nie zakłóci tego spowinowacenia i przymierza.
— I ja tak się spodziewam — rzekł cesarz. Lecz, mówił dalej, z uśmiechem dumy i spojrzeniem obłudy, czyliż mogę być odpowiedzialnym za przyszłość i zapobiedz naprzykład, ażeby syn mój Filip nie poróżnił się z twoim synem Henrykiem?
— To nieporozumienie nie będzie dla nas niebezpiecznem, jeżeli Tyberyusz nastąpi po Auguście.
— Cóż znaczy zmiana władcy! — zawołał unosząc się Karol V-ty. Cesarstwo będzie zawsze cesarstwem; wszak Rzym Cezarów pozostał zawsze Rzymem, lubo Cezarowie byli tylko Cezarami z nazwiska.
— Tak, lecz cesarstwo pod Karolem V-ym nie jest tem samem czem było pod Oktawianem — odpowiedział Franciszek I-szy nieco dotknięty. Bitwa pod Pawią była piękną, lecz nie jest to bitwa pod Akcium; przytem, Oktawian był bogatym a ty pomimo twoich skarbów Indyi i kopalń Peru, nie możesz się zbyt szczycić pomyślnym stanem finansów, wszak to wszystkim wiadomo. Nie chcą ci pożyczyć w żadnym banku na trzynaście lub czternaście procent; wojska twoja niepłatne, zmuszone były zrabować Rzym dla odebrania zaległego żołdu, a teraz gdy Rzym zrabowany, znów się buntują.
— A ty mój bracie — rzekł Karol V-ty, zmuszony byłeś zastawić dobra koronne, i zniewolony jesteś oszczędzać Lutra, ażeby książęta niemieccy pożyczali ci pieniędzy.
— Nie licząc w to — odpowiedział Franciszek I-szy, że twoi kortezi nie są tak powolnymi jak senat, tymczasem ja mogę się pochlubić, że dzierżę władzę królewską w całej rozciągłości.
— Strzeż się jednakże ażeby twoje parlamenty nie rozciągnęły nad nią kiedyś swojej opieki.
Rozmowa stawała się coraz żywszą, dwaj monarchowie unosili się coraz bardziej, dawna nienawiść tak długo ich rozłączająca, zdawała się znów obudzać na nowo.
Franciszek I-szy miał już zapomnieć o gościnności a Karol V-ty o roztropności, gdy król Francyi pierwszy się pomiarkował, że jest u siebie.
— A! na słowo szlachcica, mój bracie — odezwał się ze śmiechem, zdaje mi się, że jesteśmy gotowi poróżnić się na nowo. Wszak mówiłem, że nam nie należy rozprawiać o ważnych sprawach, pozostawmy to naszym ministrom, my zaś zachowajmy dobre porozumienie i przyjaźń. Dość więc tego, zgódźmy się raz na zawsze, że ty będziesz panem świata prócz Francyi, i nie mówmy już o tem.
— I prócz Medyolanu mój bracie, dodał Karol V-ty pomiarkowawszy nieroztropność swoję i odrazu się powściągając, bo Medyolan do ciebie należy. Przyrzekłem go i ponawiam moje zobowiązanie.
Po tych wzajemnych wynurzeniach przyjaźni, drzwi galeryi roztworzyły się i pani d’Etampes się ukazała.
Król pośpieszył naprzeciw niej i ująwszy za rękę poprowadził przed cesarza, ten widząc ją po raz pierwszy i wiedząc o rozmowie z księciem Medina, przypatrywał się nadchodzącej z całą przenikliwością swojego bystrego wzroku.
— Mój bracie, rzekł Franciszek z uśmiechem, czy widzisz tę piękną damę?
— Nie tylko że ją widzę, odpowiedział Karol V-ty, ale podziwiam. — Lecz zapewne nie wiesz czego ona pragnie. Czy którego z królestw Hiszpanii?
— Nie mój bracie.
— Cóż więc?
— Ona chce ażebym cię zatrzymał w Paryżu dopóki nie zniweczysz traktatu Madryckiego i nie zatwierdzisz piśmiennie ustnych zobowiązań.
— Jeżeli ta rada zdaje się dobrą, należy usłuchać, odpowiedział cesarz skłoniwszy głową przed księżną, dla pokrycia bladości, nagle ukazującej się na jego obliczu po tych wyrazach, jak równie dla wywzajemnienia się za głęboki ukłon księżny.
Nie zdążył więcej powiedzieć a Fraciszek I-szy nie mógł dostrzedz skutku swoich wyrazów, które wprawdzie wymówił z uśmiechem, lecz Karol V-ty uważał za prawdę, albowiem podwoje się otworzyły i dworzanie tłumnie na galeryę cisnąć się zaczęli.
Na pół godziny przed obiadem, gdy cały ten świat wykwintny, dowcipny i zepsuty skupiał się w grupy, powtórzyła się znowu scena podobna tej, jaką opisaliśmy podczas przedstawienia w Luwrze.
Byli to ci sami mężczyźni i te same kobiety, ci sami dworzanie i ich słudzy.
Spojrzenia miłości i nienawiści krzyżowały się jak zwykłe, docinki i grzeczności sypały się z równą obfitością jak dawniej.
Karol V-ty spostrzegłszy wchodzącego konetabla Montmorency, którego słusznie uważał za najwierniejszego sprzymierzeńca, pośpieszył na jego spotkanie; wkrótce potem usunął się w róg galeryi, gdzie wraz z księciem Medina rozmawiali.
— Podpiszę wszystko co zechcesz konetablu, rzekł cesarz znający szlachetność starego żołnierza; przygotuj akt ustąpienia księstwa Medyolańskiego i na Ś-go Jakóba przysięgam, lubo to jest jeden z najkosztowniejszych klejnotów mojej korony, podpiszę zupełne zrzeczenie się praw moich do tego kraju.
— Jakto, piśmiennie? — zawołał z zapałem konetabl, przyjąwszy tę przezorność za brak zaufania; jak to piśmiennie?... nie Najjaśniejszy panie, twoje słowo jest dla nas dostatecznem. Czyż Wasza cesarska mość przybyłeś do Francyi na mocy pisma, czy mniemasz, że ci okażemy mniej zaufania niż w nas położyłeś?
— Nie zawiedziesz się na niem, odpowiedział cesarz podając mu rękę, nie zawiedziesz się, bądź tego pewnym.
Konetabl się oddalił.
— Biedak, rzekł cesarz do księcia Medina, on postępuje w polityce jak krety co nory ryją na oślep.
— Ależ król? zapytał Medina.
— Król zbyt jest zarozumiały o swej wielkości, ażeby miał powątpiewać o naszej.
— On w swej nieroztropności dozwoli się nam oddalić, a my jako roztropni każemy mu czekać.
— Zwłoka, odpowiedział Karol V-ty, nie stanowi niedotrzymania obietnicy, odkłada się tylko do czasu jej wypełnienie.
— A pani d’Etampes?
— Co do niej, rzekł cesarz wkładając i zdejmując kolejno prześliczny dyamentowy pierścień, który miał na średnim palcu lewej ręki, — mam nadzieję, pomówię z nią na osobności...
W czasie tej krótkiej rozmowy pomiędzy cesarzem i jego posłem, księżna nielitościwie żartowała z rudowłosego Marmagna w przytomności pana d’Estouville, z powodu wiadomej wyprawy nocnej.
— Czy to byli twoi ludzie panie Marmagne, o których Benveuuto każdemu rozpowiada, zapytała ona. Napastowany przez czterech łotrów i mający tylko jednę rękę swobodną do obrony, kazał sobie po prostu towarzyszyć tym ichmościom do swojego domu. Czy i pan znajdowałeś się w liczbie tych uprzejmych zuchów?
— Nie tak się rzecz miała, odpowiedział zmieszany wicehrabia, jak opowiada chełpliwy Benvenuto.
— Nie wątpię, że szczegóły mogą być przyozdobione dodatkami, lecz wicehrabio, z tem wszystkiem istota rzeczy jest prawdziwą, a w podobnych wypadkach istota rzeczy stanowi wszystko.
— Spodziewam się pani, mówił Marmagne, że wkrótce z mej strony odwet nastąpi i że tym razem będę szczęśliwszy.
— Przepraszam cię wicehrabio, nie będzie to odwet, lecz nowa wyprawa. Cellini o ile mi się zdaje, dwie pierwsze wygrał zupełnie.
— Bo ja z nimi nie byłem, mruczał Marmagne coraz bardziej zmieszany, nikczemni tchórze.
— Ja zaś z mej strony radziłbym wicehrabiemu, odezwał się prewot, ażebyś zaprzestał podobnych przedsięwzięć i uważał się za pokonanego, gdyż nie masz szczęścia do Celliniego.
— Zdaje się, że oba możemy się pocieszać wzajemnie w tym względzie panie prewocie, odpowiedział Marmague, bo jeżeli dodamy do czynów dokonanych, tajemnicze wieści obiegające, to zdaje się, że zajęcie wielkiego Nesle, a następnie zniknienie niewątpliwe jednej z mieszkanek sąsiedniego pałacu, nadają nazwisku Celliniego pewne znaczenie, które zarówno dla pana nie jest ani korzystnem ani zaszczytnem. Mówią i to, że złotnik nie dbając o pana, za to doić żywo zajmuje się losem jego rodziny.
Panie de Marmagne — zawołał z gwałtownością prewot, rozgniewany, że wieść o zniknieniu córki zaczynała się rozgłaszać; panie de Marmagne, w swoim czasie zażądam byś mi wytłomaczył znaczenie tych wyrazów.
— A! panowie, odezwała się księżna, nie zapominajcie przecież, że ja tu jestem: wreszcie oba nie macie słuszności. Panie prewocie, podług mnie nie należy tym, którzy nie umieją szukać, czynić zarzuty owym, którzy znaleźć nie potrafią. Panie Marmagne, powinieneś wiedzieć, że w chwili porażki trzeba umieć się łączyć przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi, a przynajmniej nie dozwolić mu cieszyć się widokiem nieporozumienia stron zwalczonych. Uważam, że już odchodzą do stołu. Podaj mi rękę panie Marmagne. Ponieważ mężczyźni nie mogą podołać Celliniemu, obaczymy czy nie ulegnie przebiegom kobiecym. Zawsze byłam zdania, że sprzymierzeńcy pomnażają tylko kłopoty, odtąd wolę sama prowadzić wojnę. Wprawdzie niebezpieczeństwa są większe, lecz po odniesionem zwycięztwie, nie będę obowiązana dzielić się zaszczytami.
— Czy uważasz pani, odezwał się Marmagne, z jaką poufałością rozmawia ten zuchwalec z naszym królem, ktoby go nie znał sądziłby, że pochodzi ze szlachetnego rodu, gdy tymczasem to tylko nikczemny złotnik.
— Co mówisz wicehrabio? on jest szlachcicem a do tego jeszcze jakim? — odpowiedziała ze śmiechem księżna. Czy znasz pan wiele z pomiędzy najdawniejszych rodzin naszych, któreby mogły wywieść pochodzenie od jednego z wodzów Juliusza Cezara i miały w herbie trzy lilie z rogaczem domu Andegaweńskiego? Zaiste! nie król wynosi rzeźbiarza, rozmawiając z nim, lecz rzeźbiarz zaszczyca króla, gdy raczy mówić do niego.
Rzeczywiście Franciszek I-szy rozmawiał z Cellinim z poufałością, do której władca ziemski przyzwyczaił artystę wybrańca nieba.
— I cóż Benvenuto, mówił król, jak daleko postąpiłeś w robocie Jowisza?
— Przysposabiam się do odlania go, odpowiedział Benvenuto.
— Kiedyż zamyślasz wykonać to wielkie przedsięwzięcie?
— Jak tylko wrócę do Paryża Najjaśniejszy panie.
— Weź najlepszych naszych giserów, ażeby się udało. Jeżeli potrzebujesz pieniędzy, licz na mnie.
— Wiem, że Najjaśniejszy pan jesteś najszlachetniejszym, największym i najwspanialszym monarchą na ziemi, odpowiedział Benvenuto, lecz dzięki wyznaczonej mi płacy, jestem bogaty. Co się tyczy roboty, o którą Najjaśniejszy pan raczysz się niepokoić, sam będę się zajmował jej przygotowaniem. Giserom francuskim nie mogę zaufać, są to zaiste ludzie zdolni, lecz lękam się, ażeby powodowani duchem narodowości, nie zaszkodzili raczej jak dopomogli obcemu artyście. Zresztą przyznam się Najjaśniejszy panie, że zbyt wielką przywiązuję ważność do odlewu mojego Jowisza, aby kto inny nie ja miał pracować około tego.
— Brawo Cellini, brawo, to się nazywa mówić jak prawdziwy artysta.
— Nadto, dodał Benvenuto, chcę zyskać prawo odwołania się do obietnicy Najjaśniejszego pana.
— Masz słuszność, jeżeli będziemy zadowoleni, winniśmy cię wynagrodzić. Nie zapomnieliśmy o tem. Zresztą gdybyśmy o tem zapomnieli, wszakże zobowiązaliśmy się przy świadkach. Nieprawdaż Montmorency? Poyet? pewnym być możesz, że konnetabl i kanclerz przypomną nam słowo nasze.
— O! bo Najjaśniejszy panie nie możesz wyobrazić sobie, jakiej ono nabyło ceny dla mnie, od chwili, w której mi zostało dane.
— Bądź spokojny, dotrzymam go, dotrzymam. Lecz drzwi sali jadalnej już otwarte. Do stołu panowie, do stołu.
Franciszek I-szy przystąpiwszy do Karola V-go, stanął na czele znakomitych gości.
Obie połowy podwoi roztworzyły się i dwaj monarchowie przeszli one jednocześnie i zajęli miejsca przy stole naprzeciw siebie. Karol V-ty pomiędzy królową Eleonorą i panią d’Etampes, Franciszek I-szy pomiędzy Katarzyną Medicis i Małgorzatą z Nawarry.
Uczta była wesołą, potrawy i wina wyborowe.
Franciszek I-szy zwykle wśród uroczystości, bankietów i zabaw bawił się jak król, lecz śmiał się jak pospolity człowiek z powiastek pisanych dla niego przez Małgorzatę z Nawarry.
Karol V-ty ze swej strony obsypywał grzecznościami panią d’Etampes; inni biesiadnicy rozmawiali o polityce i sztukach pięknych.
Czas uczty przyjemnie upływał.
Przy wetach, paziowie podług zwyczaju przynieśli naczynia do mycia; wówczas pani d’Etampes wzięła złotą miednicę i dzbanek z rąk dworzanina, który przystąpił do Karola V-tego, podobnie jak Małgorzata z Nawarry uczyniła to dla Franciszka I-go; wylała wodę na miednicę i przyklękła według etykiety hiszpańskiej przed cesarzem; Karol V-ty umoczywszy końce palców i patrząc na swoją szlachetną i piękną sługę, upuścił w wodę z powabnym uśmiechem kosztowny pierścień, o którym wyżej wspominaliśmy.
— Wasza cesarska mość zgubiłeś pierścień, rzekła Anna nurzając rączkę w wodzie i wydobywając pierścień, który podała Karolowi V-mu.
— Zatrzymaj go pani dla siebie — odpowiedział cesarz cichym głosem, w zbyt godnych znajduje się rękach, abym miał go odebrać — poczem jeszcze ciszej przydał: „Jest to zadatek na księstwo Medyolańskie.”
Księżna uśmiechnęła się i zamilkła.
Kamyk upadł u jej nóg, a ów kamyk wart był tylko milion.
W chwili gdy biesiadnicy przechodzili z sali jadalnej do balowej, pani d’Etampes zatrzymała Benvenuta.
— Mości Cellini — rzekła księżna podając mu pierścień, ów zakład przymierza pomiędzy nią a cesarzem — doręcz proszę ten dyament Askaniowi, ażeby go oprawił w mojej lilii; jest to kropla rosy, którą mu nadesłać przyrzekłam.
— Rzeczywiście spadła ona z rąk jutrzenki — odpowiedział artysta z żartobliwym uśmiechem i udaną zalotnością.
Poczem spojrzawszy na pierścień, zadrżał z radości, gdyż poznał dyament, który niegdyś oprawiał dla papieża Klemensa VII-go, a od tego znowu sam go zawoził cesarzowi w podarunku.
Jeśli Karol V-ty pozbył się podobnego klejnotu, szczególniej zaś gdy go ofiarował kobiecie, musiała zajść ważna tego przyczyna; traktat chyba, tajemne przymierze pomiędzy panią d’Etampes a cesarzem.
Gdy Karol V-ty przepędza w Fontainebleau dnie, a mianowicie noce wśród niespokojności lub zaufania, które usiłowaliśmy skreślić; gdy chytrze postępuje, intryguje, podkopuje, obiecuje, zaprzecza i znów przyrzeka, rzućmy tymczasem okiem na zamek Nesle i obaczmy co się tam dzieje.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.


ROZDZIAŁ I.
WIDMO MNICHA.



Pomiędzy mieszkańcami Nesle panowało wielkie zamieszanie.
Widmo mnicha, ów odwieczny fantastyczny gospodarz klasztoru, na którego rozwalinach wzniósł się pałac Amaurego, pojawiło się znowu od dni kilku.
Pani Perrina widziała go przechadzającego się w nocy w ogrodzie wielkiego Nesle, był ubrany w długiej białej szacie, nić zostawiał po sobie żadnego śladu stąpań, nie wydawał najlżejszego szelestu.
Pani Perrina w skutek zniknienia Blanki i oddalenia Pulcherii, której pobyt obecnie stał się zbytecznym, nareszcie w skutek nieobecności prewota, została samodzielną panią małego Nesle; bo jakieśmy to już nadmienili, ogrodnik Rembaut równie jak jego pomocnicy, najmowani byli dziennie przez oszczędność pana d’Estourville; Perrina przeto została samowładną królową małego Nesle, lecz zarazem królową skazaną na odosobnienie, tak dalece, że po całych dniach się nudziła i umierała co noc z przestrachu.
Znalazła wszakże środek zaradczy przynajmniej we dnie; przyjaźń z panią Rupertą ułatwiła jej wstęp do wielkiego Nesle.
Gdy więc oświadczyła chęć odwiedzenia swojej sąsiadki, zgodziła się ona najchętniej.
Bywając u sąsiadki, pani Perrina weszła również w stosunki z sąsiadami.
Perrina była to sobie otyła kumoszka trzydziestosześcioletnia, przyznawała się wszakże tylko do dwudziestu dziewięciu.
Gruba, tłusta, pulchna, świeża, zawsze ujmująca, była pożądaną w warsztacie, gdzie kuło, piłowało, toczyło, cyzelowało dziesięciu do dwudziestu czeladzi wesoło żyjących, lubiących grę w niedziele, wino w niedziele i święta, a płeć piękną zawsze.
Tak więc trzej nasi dawni znajomi, po kilku dniach ranieni zostali strzałami kupidyna.
Byli to: mały Jaś, Szymon mańkut i memiec Hermann.
Co do Askania, Jakóba Aubry i Pagola, ich serca już były zajęte.
Inni czeladnicy być może, że ulegli wpływowi tego ognia gregoryańskiego, lecz bezwątpienia uznawszy podrzędnem położenie swoje, zaleli te iskry wodą, pokory, zanim się pożar zajął.
Jaś kochał się jak cherubin; pani Perrina była niewiastą zbyt rozsądną, aby miała być wzajemną na podobną miłość.
Szymon mańkut przedstawiał jej przyszłość pewniejszą i stalszą, lecz pani Perrina była nader zabobonną,.
Perrina spostrzegła, że Szymon żegnał się lewą ręką; wniosła zatem, że podpisze lewą ręką akt ślubny.
A przekonanie jej szeptało, że znak krzyża świętego lewą ręką zrobiony, służy raczej do zatraty jak zbawienia duszy, i nikt by jej nie wybił z głowy, że akt ślubny podpisany lewą ręki tylko nieszczęście ściąga na oboje małżonków; przeto pani Perrina nie wymieniając powodów swojego wstrętu, przyjęła oświadczenia Szymona w taki sposób, że mu odjęła wszelką nadzieję na przyszłość.
Pozostał więc tylko Herman.
Herman nie był młokosem jak Jasio, ani upośledzonym od natury jak Szymon mańkut; w całem ułożeniu Hermana malowała się szczerość, poczciwość, i to bardzo się podobało Permie.
Przytem Herman nie miał prawej ręki po lewej stronie i odwrotnie, lecz władając śmiało jak jedną tak drugą zarówno, zdawało się raczej, że posiada dwie prawe ręce.
Nadto był to mężczyzna dorodny w pospolite m pojęciu.
Pani Perrina zatem wybrała sobie Hermana.
Lubo dotąd ani mową ani wyrazem twarzy nie dała mu poznać, jednak płomień miłosny żarzył się w sercu poczciwego niemca, a podniecany codziennym widokiem Perriny, zmienił się w prawdziwy wulkan.
Herman lubo zaczął nareszcie dostrzegać pierwszeństwo swoje, oczekiwał jednak jeszcze stosownej pory i pewniejszych oznak wzajemności do oświadczenia się. Pani Perrina zrozumiała to ociąganie i pewnego wieczora w chwili pożegnania, widząc go bardzo wzruszonym, przez litość ścisnęła mu rękę.
Herman upojony radością, odpowiedział podobnąż oznaką serdeczności; lecz jakże się ździwił gdy Perrina krzyknęła przeraźliwie.
Herman bowiem w uniesieniu szczęścia nie pomiarkował siły swej ręki.
W mniemaniu, że im mocniej ściśnie, tem silniejsze da wyobrażenie o gwałtowności swych uczuć, ledwo nie zgniótł na miazgę ręki gospodyni prewota.
Herman stanął jak wryty gdy Perrina wrzasnęła z bólu, ta jednak nie chcąc go zmieszać, w chwili gdy właśnie po raz pierwszy ośmielił się okazać jej uczucia swoje, uśmiechnęła się i prostując palce chwilowo przygniecione, rzekła: — To nic panie Herman; to nic.
— Bardzo przepraszam pannę Perrinę — odezwał się Niemiec — bo ja tak mocno ją kocham, jak mocno jej rękę ścisnąłem; przepraszam po tysiąc razy.
— Niema za co panie Herman, nie ma za co. Spodziewam się, że miłość jego jest uczciwą, przeto uczciwa kobieta rumienić się jej nie potrzebuje.
— O mój Boże, o mój Boże! — odrzekł Herman — tak się spodziewam, że moje zamiary są uczciwe panno Perrino, tylko że dotąd jeszcze nie ośmieliłem się z nią mówić o tej miłości, lecz ponieważ już się to stało, wyznaję więc, że cię kocham, i bardzo nawet kocham panno Perrino.
— I ja też — odpowiedziała pieszczotliwie Perrina, wyznaję panu, ponieważ go uważam za uczciwego młodzieńca, niezdolnego zniesławić biednej kobiety... że... o! mój Boże!... jakże to powiedzieć?...
— O powiedz! powiedz pani! — zawołał Herman.
— A więc... lecz nie, nie powinnam tego mówić.
— Dla czego?
— Tak, wyznać muszę, iż miłość pańska nie jest mi obojętną.
— O mój Boże! — zawołał Niemiec w upojeniu radości.
Tedy pewnego wieczora gdy Julieta małego Neslu odprowadzała swojego Romea do schodów sąsiedniego pałacu, spostrzegła wracając sama około furtki ogrodu, widmo w bieli, które podług zdania godnej guwernantki, było duchem pokutującego mnicha.
Zbytecznem byłoby nadmieniać, że pani Perrina wróciła na wpół umarła ze strachu i zabarykadowała się w swoim pokoju.
Nazajutrz czeladź Benvenuta zawiadomioną została o nocnem widmie.
Dodać wypada, że pani Perrina opowiedziała prosto cały wypadek bez żadnych szczegółów.
Mnich pokutujący jej się pokazał i otóż wszystko.
Nadaremnie ją wypytywano, gdzie? o której porze? czy sama go widziała? nic ona na to nie odpowiadała.
Przez cały dzień w wielkim Nesle o niczem nie mówiono, jak o mnichu pokutującym.
Jedni wierzyli w to zjawisko, drudzy z niego szydzili.
Uważano, że Askanio trzymał stronę ostatnich i przewodniczył niedowiarkom.
Wieczorem zebrali się wszyscy w drugim dziedzińcu małego Nesle.
Pani Perrina pytana z rana o mnicha pokutującego, prosiła o cały dzień czasu do odświeżenia wszystkich wspomnień, z nadejściem więc wieczoru oświadczyła gotowość opowiedzenia tej okropnej legendy.
Perrina równie jak dramaturgowie tegocześni, znała dokładnie prawidła przedstawień scenicznych, wiedziała dobrze, że historye o widmach tracą cały swój urok, gdy są opowiadane przy świetle słonecznem, przeciwnie, zaś w porze nocnej sprawiają nadzwyczajne wrażenie.
Słuchaczami byli: Herman obok niej z prawej strony, pani Ruperta z lewej, Pagolo i Katarzyna siedzący przy sobie, Jakób Aubry zaś leżał na murawie pomiędzy małym Jasiem i Szymonem mańkutem.
Co się tycze Askania, ten oświadczył, iż nielubi żadnych baśni babskich, przeto i tej słuchać nie będzie.
— A więc — rzekł Herman, gdy się wszyscy skupili około Perriny; a więc panna raczysz nam opowiedzieć historyę mnicha pokutującego.
— Tak — odpowiedziała Perrina — lecz muszę was uprzedzić, że to jest okropna historya, którą może nie dobrze czynię opowiadając o tej porze; lecz ponieważ jesteśmy nabożnymi, lubo pomiędzy nami znajdują się być może niedowiarki, ale pan Herman jest tak silny, że odpędziłby samego szatana, zaczynam więc.
— Przepraszam pannę — odezwał się Herman, lecz jeżeliby tu szatan miał się ukazać, uprzedzam, proszę na mnie nie liczyć; wprawdzie gotów jestem się spotkać z człowiekiem, ale nie z dyabłem.
— A więc ja się z nim bić będę — odezwał się Jakób Aubry. — Mów więc panna i nieobawiaj się niczego.
— Czy do tej historyi wchodzi węglarz? — zapytał Herman.
— Węglarz? wcale nie — odpowiedziała ochmistrzyni.
— O to dobrze, ale mniejsza o to.
— Dla czegóż pan o to pytasz?
— Bo w historyach niemieckich zawsze węglarz występuje, lecz mniejsza o niego, dla tego i panny historya może być bardzo piękną; zacznij więc.
— Trzeba wam wiedzieć — odezwała się pani Perrina, iż na tym samym miejscu gdzie teraz jesteśmy, stał przedtem klasztor zakonników, którzy wszyscy byli ludźmi dorodnymi, najniższy z nich był wzrostu pana Hermana.
— Do kata! śliczne zgromadzenie — przerwał Jakób Aubry.
— Cicho bądź gaduło — rzekła Katarzyna.
— Tak, cicho bądź — powtórzył Herman.
— Już ani słowa nie pisnę — mów pani dalej.
— Zwłaszcza przeor był przecudownym mężczyzną.
Wszyscy zakonnicy mieli prześliczne czarne połyskliwe brody i oczy iskrzące, lecz przeor miał brodę czarniejszą od drugich i oczy bardziej iskrzące; trzeba dodać, że owi czcigodni ojcowie nadzwyczaj pobożni, zachowywali ściśle regułę zakonną; nadto obdarzeni byli glosami tak melolodyjnemi, że kilkanaście mil zjeżdżano na nieszpory dla słyszenia ich śpiewów. Tak mi przynajmniej powiadano.
— Biedni zakonnicy! — odezwała się Ruperta.
— To bardzo zajmujące — rzekł Jakób Aubry.
— To cudowne — mówił Herman.
— Pewnego dnia — mówiła dalej Perrina zadowolona pochwałami jakiemi zaszczycano jej opowiadanie; przedstawiono przeorowi pięknego młodzieńca pragnącego wejść do nowicyatu; nie miał on jeszcze brody, lecz za to czarne wielkie oczy i długie czarne włosy lśniące jak jaspis; przyjęto go zatem bez trudności.
Piękny młodzian oświadczył, iż nazywa się Antonio i pragnął być użytym do służby przeora, na co don Enguerrant zezwolił najchętniej.
Mówiłam o piękności głosu zakonników, lecz Antonio przewyższał wszystkich dźwiękami i melodyą onego.
Gdy po raz pierwszy usłyszano go śpiewającego w pierwszą niedzielę pobytu jego w klasztorze, wszyscy obecni byli zachwyceni, a jednak ten głos miał w sobie coś co wzruszało i czarowało zarazem, dźwięk ten obudzał w sercu bardziej myśli światowe niżeli niebiańskie, lecz zakonnicy byli tak niewinni, że tylko osoby świeckie doznawały tych szczególnych wrażeń, a don Enguerrand wolny od wszelkiego wzruszenia podobnego rodzaju, o jakiem wspomnieliśmy, tak dalece był zadowolony z głosu Antonia, iż polecił, ażeby odtąd on jeden tylko śpiewał odpowiedzi na przemian z organem.
Zresztą postępowanie nowicysza było wzorowe, służył przeorowi gorliwie i pilnie.
Jedynie zarzucić mu było można ciągłe roztargnienie; ciągle ścigał wzrokiem przeora.
Don Enguerrand mawiał do niego:
— Antonio, czego tam patrzysz, Antonio?
— Patrzę na ciebie mój ojcze — odpowiadał młodzieniec.
— Patrz lepiej w książkę...
— Czegóż jeszcze patrzysz? Antonio spojrzyj w obraz Bogarodzicy...
— Gdzie znowu patrzysz?...
— Na ciebie patrzę mój ojcze.
— Antonio patrz na krzyż święty.
Prócz tego don Enguerrand zauważył czyniąc rachunek swojego sumienia, że od czasu przyjęcia Antonia, złe myśli nasuwały się mu częściej niż poprzednio.
Dawniej więcej nie zgrzeszył jak siedm razy dziennie, co jak wiadomo, jest liczbą świętych; obecnie zaś liczba ta dochodziła na dobę do dziesięciu, dwunastu, a nawet i piętnastu.
Usiłował poprawić się nazajutrz zacny człowiek przez modły, posty.
Lecz nadaremnie, im bardziej unikał błędów, tem bardziej w nie wpadał.
Nakoniec doszło do dwudziestu grzechów.
Biedny don Enguerrand tracił głowę; czuł dobrze, iż się naraża pomimowolnie na potępienie wieczne i zauważył (coby drugiego pocieszało, lecz jego bardziej jeszcze strwożyło), że jego najcnotliwsi zakonnicy ulegali temu samemu wpływowi, wpływowi dziwnemu, niesłychanemu, niepojętemu, niewiadomemu, tak dalece, że ich spowiedź, która dawniej trwała dwadzieścia minut lub pół godziny, teraz zabierała parę godzin czasu; z tej przyczyny nawet godzinę wieczerzy opóźniać musiano.
Gdy się to działo, wieść krążąca od miesiąca w okolicy, przedarła się do klasztoru: właściciel sąsiedniego zamku utracił córkę swoję Antonię; Antonia znikła pewnego wieczora, tak jak moja biedna Blanka; z różnicą tylko, że moja biedna Blanka jest aniołem, gdy tymczasem Antonia, zdaje się, że była opętaną od złego ducha.
Biedny pan szukał po górach i dolinach, tak jak pan prewot szukał Blanki.
Już tylko klasztor pozostał do przejrzenia, wiedząc on, że zły duch dla pewniejszego ukrycia się przed poszukiwaniem, wybiera najskrytsze miejsca, uprosił przez swojego spowiednika don Enguerranda, ażeby mu pozwolił zwiedzić klasztor. Przeor z chęcią przychylił się do tego żądania.
Być może, pomyślał, przez te odwiedziny wykryje się tajemnica, która od miesiąca tak szkodliwy wpływ na niego i jego towarzyszy wywiera.
Lecz wszelkie poszukiwania były nadaremne, już pan zamku zabierał się do odjazdu, gdy pewnego wieczora zakonnicy udając się do kaplicy na nabożeństwo, przechodzili około niego i don Enguerranda: patrzał on na nich obojętnym wzrokiem, wtem ujrzawszy ostatniego, krzyknął: Wielki Boże! to Antonia, to moja córka.
Antonia, (gdyż to ona była rzeczywiście), zbladła jak lilia.
— Co tu robisz pod tą świętą szatą?
— Co tu robię — odrzekła Antonia — kocham don Enguerranda.
— Wychodź nieszczęśliwa z tąd natychmiast! — zawołał ojciec.
— Wyjdę, tylko nieżywa mój ojcze — odpowiedziała Antonia.
Poczem, pomimo gróźb ojca, pobiegła do kaplicy i zajęła zwykłe miejsce.
Przeor stał jak skamieniały.
Rozgniewany ojciec chciał gonić za córką, lecz don Engerand błagał go, aby nie znieważał świętości miejsca i czekał na ukończenie nabożeństwa.
Ojciec zgodził się na to i poszedł za przeorem do kaplicy.
Zaczęto nieszpory, którym organ podobny głosowi boskiemu, przewodniczył uroczyście.
Śpiew przecudny, lecz złośliwością i goryczą napiętnowany, odpowiadał dźwiękom instrumentu; był to śpiew Antonii; serca wszystkich zadrżały.
Organ znów zaczął przygrywać, a swym poważnym i uroczystym tonem, zdawał się niweczyć urągającego się mu szydercę.
Nawzajem znów śpiew Antonii, jakby przyjmując to wyzwanie, stawał się coraz gwałtowniejszym, żałośniejszym lecz zarazem bezbożniejszym.
Obecni z trwogą oczekiwali wypadku tego przerażającego dyalogu, tej zamiany bluźnierstw i modłów, nakoniec tej dziwnej walki Boga z szatanem; w milczeniu zatem lecz drżący z przerażenia, słuchali gromów muzyki niebiańskiej, po każdej zwrotce bluźnierczego wiersza, głowy się pochylały przejęte trwogą gniewliwego organu.
Było to coś podobnego do piorunującego głosu, który się da słyszeć w dniu sądu ostatecznego.
Antonia mimo to usiłowała walczyć, lecz śpiew jej zmienił się nagle w okrzyk okropnie świszczący, podobny do śmiechu potępieńca i padła na podłogę kaplicy.
Gdy ją podniesiono, już nie żyła.
— Jezus Marya! — zawołała Ruperta.
— Biedna Antonia — rzekł Herman prostodusznie.
— Figlarka — pomruknął Jakób Aubry.
Co się tyczy innych słuchaczy, ci zachowali milczenie, tak wielki wpływ wywarło nawet na niedowiarkach opowiadanie Perriny.
Katarzyna otarła łzę, a Pagolo przeżegnał się.
— Gdy przeor — mówiła dalej Perrina, ujrzał potępieńca w pył obróconego, sądził poczciwiec, że na zawsze już został uwolniony od sideł szatana — lecz omylił się i tejże samej nocy gdy sen zaledwie sklejać zaczął mu powieki, przebudzony został szczękiem łańcuchów; z rozwarciem oczu spojrzał mimowolnie na drzwi, spostrzegł je otwierające się same i w tejże chwili widmo w białej szacie nowicyusza przystąpiło do jego loża i ująwszy go za rękę zawołało: „Jestem Antonia, Antonia, która cię kocha! Bóg nadał mi władzę nad tobą, ponieważ grzeszyłeś jeżeli nie uczynkiem, to myślą.” I co noc o północy, okropne nieprzebłagane widmo wracało, don Enguerrand nakoniec postanowił odbyć pielgrzymkę do ziemi Świętej i tam umarł ze szczególnego miłosierdzia Boskiego, w chwili gdy przyklękał przed grobem Zbawiciela.
Lecz duch Antonii nie przestawał dokazywać, zaczął on niepokoić zakonników, a ponieważ mało było takich, którzyby nie grzeszyli podobnie jak przeor, nawiedzał ich przeto w nocy, budził niespodzianie wrzeszcząc nad uszamj: „Jestem Antonia, Antonia, która cię kocha.”
Gdy będziecie przechodzić wieczorem ulicą, a ujrzycie za sobą kaptur biały lub szary, śpieszcie do domu, bo to mnich pokutujący, który czyha na zdobycz.
Po zburzeniu klasztoru i wzniesieniu murów zamku, sądzono, że widmo oddali się na zawsze, lecz przeciwnie, zdaje się, iż polubiło te miejsca.
W rozmaitych czasach ludzie widywali go...
I teraz! niech się Bóg nad nami zmiłuje, znów nieszczęsny potępieniec zaczyna się ukazywać.
— Niech Bóg nas broni od niego Amen — rzekła Ruperta żegnając się.
— Amen, powtórzył drżący Herman.
— Amen — rzekł Jakób Aubry ze śmiechem.
Każdy powtórzył amen głosem odpowiednim wrażeniu jakiego doznawał.




ROZDZIAŁ II.
CO BYŁO WIDZIANE W NOCY Z WIERZCHOŁKA TOPOLI.



Nazajutrz, który był dniom powrotu z Fontainebleau, Ruperta oświadczyła swoim słuchaczom, że ma im ważną wiadomość udzielić.
Jak łatwo wnieść można, wszyscy ciekawi zgromadzili się o tej samej godzinie i w temże samem miejscu.
Swobodniej jeszcze oddano się przyjemności tego posiedzenia, ponieważ Benvenuto pisał do Askania, iż zabawi jeszcze trzy a nawet cztery dni, aby kazać przygotować salon, w którym zamierzał wystawić swego Jowisza, a którego to Jowisza, skoro tylko powróci, zaraz będzie z bronzu odlewał.
Prewot ze swej strony, zaledwie na chwilę ukazał się w Wielkim Nesle, zapytał czy niema jakich wiadomości o jego córce, a otrzymawszy od pani Perrine zapewnienie, iż nic nowego nie zaszło, powrócił bezzwłocznie do Châtelet.
Mieszkańcy Wielkiego i Małego Nesle, używali zatem niczem nie zakłóconej swobody, ponieważ ci, którzy mogli ją zakłócić, nie znajdowali się w domu.
Jakób Aubry zaś, pomimo schadzki umówionej z Gerwazą, na tenże sam wieczór, lecz ciekawość przemogła w nim nad miłością, a powiedziawszy prawdę, spodziewał się, że opowiadania Ruperty nie będąc tak rozwlekłe jak pani Perinne skończą się w samą porę, pozwolą mu zaspokoić ciekawość i stawić się potem w oznaczonej godzinie na schadzkę miłosną.
Otóż co Ruperta miała do opowiadania:
Historya pani Perrine nie dała jej spokoju noc całą, skoro znalazła się w swoim pokoju trzęsła się cała ze strachu, pomimo, że dla odpędzenia ducha Antonii, wszystkie relikwiarze włożyła pod poduszkę.
Drzwi mocno zabarykadowała, lecz to na nic się nie przydało, zanadto znała obyczaje duchów, wiedziała, że dla nich nie ma drzwi zamkniętych; byłaby z chęcią pozamykała okiennice, u okien wychodzących na ogrody wielkiego Nesle, lecz dawny właściciel zapomniał ich kazać założyć a nowy nie miał ochoty kosztów sobie przysparzać. Były wprawdzie firanki, lecz jak na złość, zdjęto je i oddano do prania.
Całe więc zabezpieczenie okna stanowiły cienkie przezroczyste szyby.
Ruperta wszedłszy do swego pokoju obejrzała łóżko, przetrzęsła szafy, jako też każdy kącik.
Wiedziała bardzo dobrze, że dyabeł niewiele miejsca potrzebuje, jak mu się podoba pod tulić ogon, schować pazury i rogi. Asmodeusz przecie przez długie lata siedział uwięziony w butelce.
W izbie nie było najmniejszego śladu ducha Ruperta spać się położyła cokolwiek uspokojona, lecz dla ostrożności pozostawiła palącą się lampę. Zaledwie legła w łóżku, gdy spojrzawszy w okno, ujrzała olbrzymi cień zasłaniający gwiazdy; księżyc bowiem był w ostatniej kwadrze.
Dobra Ruperta zadrżała i już miała krzyknąć o pomoc i zastukać do drzwi, w tem przypomniała sobie o olbrzymim posągu Marsa, który właśnie stał naprzeciw okna.
Spojrzała więc powtórnie z mniejszą obawą i rozpoznała dokładnie bożka wojny.
To chwilowo znów ją, uspokoiło i postanowiła zasnąć.
Lecz sen, ten skarb ubogiego, pożądany częstokroć od bogacza, nie zależy od naszej woli: Bóg otwiera mu co wieczór podwoje nieba, a on według swego dziwactwa i upodobania, nawiedza tego kto mu się podoba, nie słuchając wcale głosu wzywanego, pukając owszem do drzwi tych, co go się najmniej spodziewali.
Ruperta długo przyzywała go, a on jej nie słuchał.
Nakoniec około północy ogarnęło ją znużenie; myśli i tak zwykle nieuporządkowane, zerwały wątłą nić łączącą je ze sobą i rozproszyły się jak ziarnka różańca.
Tylko jej serce wzburzone obawą, nie przestało czuwać, lecz nareszcie i ono zasnęło; lampa paliła się ciągle.
Lecz jak każdy utwór ludzki, lampa zgasła w dwie godzin po zaśnięciu Ruperty, a to dla bardzo naturalnej przyczyny, to jest dla braku oleju; najprzód stopniowo traciła żywość światła, potem tylko migotała, na koniec wydawszy żywy płomień, zupełnie zagasła.
Właśnie w tej chwili Ruperta dręczona była okropnem marzeniem; śniło się jej, iż wracając wieczorem od Perriny ścigana była przez pokutującego mnicha; lecz szczęściem, iż wbrew zwyczajowi ludzi marzących, Rupertą odzyskała siłę młodzieńczą w nogach, i tak szybko zmykała, że widmo, które zdawało się nie stąpać lecz suwać po ziemi, nie dościgło jej, aż właśnie gdy, przestąpiwszy próg drzwi swoich, zamknęła mu one przed nosem. Ruperta ciągle we śnie słyszała jak się uskarżało i pukało do drzwi.
Lecz ona jak łatwo domyśleć się, nie kwapiła się drzwi otworzyć; zapaliła lampę, biegła po schodach mijając po trzy stopnie odrazu, weszła do swojego pokoju, położyła się w łóżko i lampę zagasiła.
Lecz właśnie w chwili gdy ją gasiła, spostrzegła głowę ducha w oknie; wspiął się po ścianie jak jaszczurka i usiłował dostać się oknem.
Rupertą słyszała drapanie pazurów po szybach.
Łatwo pojąć, że sen podobny mógł obudzić każdego.
Rupertą też przebudziła się z najeżonemi włosami, zlana zimnym potem. Roztworzyła oczy i z obłąkaniem zwróciła je na okno.
Wtedy wrzasnęła okropnie, gdyż ujrzała głowę Marsa, z której nosa, oczu i uszu buchały płomienie.
Sądziła z początku, że jeszcze śpi i że to dalszy ciąg sennego marzenia, lecz uszczypawszy się w rękę dla zapewnienia, istotnie przebudziła się, przeżegnała, następnie zmówiła trzy „Ojcze nasz” i dwa „Zdrowaś Marya”, a pomimo to straszliwe zjawisko nie znikło.
Ruperta zdobyła się jeszcze na tyle siły, że wyciągnęła drążek od miotły i wybijać w sufit zaczęła.
Herman sypiał nad nią, spodziewała się więc, że tem wezwaniem zbudzony silny niemiec, przybędzie jej na pomoc.
Lecz nadaremnie stukała, Herman nawet się nie odezwał.
Wtedy zmieniła kierunek drążka i zamiast w sufit stukała w podłogę, ażeby obudzić Pagola.
Pagolo sypiał pod nią, jak Herman nad nią; lecz Pagolo był równie głuchym jak Herman.
Ruperta tedy zamiast w górę, obróciła w bok zapały: Askanio sąsiadował z nią przez ścianę, zaczęła więc wybijać do niego rękojeścią miotły.
Lecz cisza panowała u Askania, zarówno jak u Pagola i Hermana. Widocznie zatem, że żadnego z nich w domu nie było.
Na chwilę Ruperta przypuściła, że duch mnicha porwał ich wszystkich. A ponieważ przypuszczenie to nie miało nic w sobie uspakajającego, a pewność, że nikt jej z pomocą nie przyjdzie wielkim ją strachem przejęła, postanowiła zatem przykryć się z głową i czekać zmiłowania bożego.
Czekała tak godzinę, półtory a może dwie nawet; lecz ponieważ cicho było zupełnie, uniosła więc kołdrę powolutku, spojrzała jednem okiem a następnie obydwoma.
Widzenie znikło. Głowa Marsa nie błyszczała, ciemność panowała dokoła.
Pomimo ciszy uspokajającej, pani Ruperta spać już tej nocy nie mogła. Zacna kobieta leżała z oczami otwartemi do chwili, aż dzień nastał i upewnił ją, że godzina duchów minęła.
Takie było opowiadanie Ruperty; trzeba jednak przyznać, że to co mówiła większe wywarło wrażenie, niż historya wczorajsza; a najbardziej byli przejęci Herman i Perrina, Pagolo i Katarzyna.
Obaj mężczyźni zaręczali, że nic nie słyszeli, lecz głosem tak niepewnym, że Jakób Aubry zanosił się od śmiechu.
Pani Perrina zaś i Katarzyna nie odzywały się zupełnie, tylko mieniły się okropnie na twarzy, i gdyby było trochę widniej, spostrzeżono by zapewne, że czerwoność nadzwyczajna następowała z kolei po bladości śmiertelnej.
— Więc pani Perrine, zaczęła Katarzyna, która pierwsza przyszła do siebie, utrzymujesz, że widziałaś duch mnicha, przechadzający się w ogrodach wielkiego Nesle?
— Tak jak ciebie widzę teraz, drogie dziecię, odparła pani Perrine.
— A pani Rupertą widziała głowę Marsa w płomieniach?
— Dotąd mam ją przed oczyma.
— Otóż to, rzekła pani Perrine, duch przeklęty obrał głowę Marsa na mieszkanie, a ponieważ i duch musi się przechadzać jak każdy z żyjących, o pewnych więc godzinach wychodzi, a gdy się utrudzi, to znowu wraca do głowy. Widzicie, bożkowie i złe duchy to się tak dobrze znają z sobą jak łotry na jarmarku; wszyscy są mieszkańcami piekła, i ten okropny bałwan Marsa jest przytułkiem mnicha pokutującego.
— Tak pani sądzisz? zapytał Herman.
— Jestem pewną panie Herman.
— Słowo honoru, to okropnie! — pomruknął Herman drżący.
— A więc wierzysz w widma Hermanie, rzekł d’Aubry.\
— Naturalnie że wierzę.
Jakób Aubry wzruszył ramionami; mimo to zamierzył zgłębić tajemnicę. Była to rzecz najłatwiejsza dla niego, gdyż wchodził i wychodził dowolnie z zamku. Postanowił zatem odłożyć odwiedziny Gerwazy do jutra, a tego wieczora pozostać w zamku aż do dziesiątej godziny; poczem niby pożegnawszy wszystkich udać iż wychodzi, temczasem pozostać ukrytym, a wlazłszy na wierzchołek topoli, starać się obznajmić z widmem.
Wszystko dokonał jak zamierzył.
Wyszedłszy z warsztatu sam jeden jak zwykle, trzasnął drzwiami od sieni z łoskotem, by dać poznać, że wychodzi, poczem szybko sunąwszy do topoli, zręcznie wdrapał się na nią po gałęziach po kilku chwilach dostał się do wierzchołka, który był na równi z głową posągu Marsa, a górował nad wielkim i małym Nesle. Nic zatem nie mogło ujść jego uwagi, cokolwiek dziać się będzie na dziedzińcach lub w ogrodach.
W tymże czasie gdy Jakób Aubry zajmował stanowisko na topoli, w Luwrze był wielki bankiet. Karol V-ty namyślił się nareszcie opuścić Fontaineblau i przybyć do stolicy i jakeśmy nadmienili poprzednio, obaj monarchowie tego samego wieczora wjechali do Paryża.
Tu wspaniała uroczystość czekała na cesarza.
Była wieczerza, gry i bal.
Gondole oświetlone latarniami kolorowemi suwały po wodach Sekwany, na nich przygrywały muzyki, zatrzymując się przed słynnym balkonem, z którego w trzydzieści lat później Karol IX-ty strzelał do ludu; tymczasem inne statki zdobne girlandami kwiatów, przewoziły z jednego brzegu na drugi biesiadników, przybywających z przedmieścia Saint-Grermain do Luwru lub wracających napowrót.
Pomiędzy zaproszonymi na tę uroczystość był także i wicehrabia Marmagne.
Jakeśmy nadmienili, Marmagne, wysoki blondyn z rumianemi policzkami, miał uprzedzenie, że się może podobać płci pięknej; na balu zatem zdawało się mu, że pewna hrabina, której mąż w tej chwili był przy wojsku w Sabaudii, spoglądała na niego dość wymownie; zaprosiwszy ją do tańca, poczuł iż ręka jej odpowiadała jego uściśnieniu.
Widząc hrabinę wychodzącą, wyobrażał sobie, że spojrzeniem jakie na niego zwróciła przy pożegnaniu, podobnie jak Galatea uciekająca pomiędzy wierzby, pragnęła ażeby ją ścigano.
Marmagne pospieszył przeto za damą swoich myśli, a że ona mieszkała na końcu ulicy Hautefeuille, kazał się przeto przewieść z Luwru ku wieży Nesle, a ztamtąd dążąc ulicą des Grands Augustins na ulicę Ś-go Andrzeja, posłyszał za sobą szelest kroków.
Co tylko wybiła pierwsza po północy, a księżyc znajdował się w ostatniej kwadrze, zatem noc była ciemną. Wiadomo, że wśród rzadkich darów, któremi przyroda obdarzyła Marmagna, odwaga jednak poślednią odgrywała rolę.
Zaczął się przeto niepokoić szelestem kroków wydających się być echem własnych stąpań, otuliwszy się więc płaszczem i machinalnie dotykając rękojeści szpady, dążył jak mógł najśpieszniej.
Lecz ta szybkość nie wiele mu pomogła; gdyż i dążący za nim nie zwalniał chodu, przeciwnie zdawał się nawet chcieć go prześcignąć, tak dalece, że w chwili gdy okrążał wystawę klasztoru Augustyanów, uczuł że wkrótce zostanie dogoniony, jeżeli nie podwoi kroku albo raczej po prostu jeżeli nie puści się biegiem.
Już miał wykonać ten zamiar, gdy z szelestem kroków pomięszał się głos.
— Dobrze czynisz szlachetny panie, że tak żywo dążysz, zwłaszcza o tej godzinie, gdyż musisz zapewne wiedzieć, że w tem miejscu napadnięto mojego przyjaciela Benvenuto; ten wielki artysta bawi obecnie w Fontainebleau, ani wie co się dzieje u niego; a że oba udajemy się w jedną drogę jak mi się zdaje, przeto możemy iść razem, a jeżeli spotkamy rzezimieszków, to się poskrobią w głowę, nim się odważą na nas natrzeć; ofiaruję się więc towarzyszyć panu, jeżeli na to zezwolisz.
Po pierwszych wyrazach wymówionych przez nieznajomego, Marmagne poznał głos przyjaciela, poczem na wzmiankę o Benvenucie Cellinim, przypomniał sobie gadatliwego Jakóba, który przy pierwszem spotkaniu udzielił mu tak ważnych szczegółów, co do wewnętrznych stosunków wielkiego Nesle.
Zatrzymał się, bo towarzystwo Jakóba Aubry zapewniało mu podwójną, korzyść; naprzód idąc z nim razem uczeń służył mu, a po drodze mógł mu udzielić wiadomości o jego nieprzyjacielu, z którychby korzystać nie zaniedbał.
Powitał zatem tym razem ucznia najuprzejmiej.
— Dobry wieczór mój młody przyjacielu, rzekł Marmagne, odpowiadając na przyjazne oświadczenie Jakóba Aubry. Cóżeś to chciał mówić o naszym kochanym Cellinim, którego spodziewałem się dziś widzieć w Luwrze, lecz on pozostał w Fontainebleau.
— A! w istocie to szczególne zdarzenie, zawołał Aubry. A więc to pan kochany wicehrabio, zapomniałeś pan powiedzieć mi swojego nazwiska albo ja raczej zapomniałem zapytać. Pan wracasz z Luwru? Jak tam pięknie być musiało! jak się bawiono, umizgano? Pan spieszysz teraz na miłosną schadzkę, nie ma wątpliwości.
— W istocie, odezwał się Marmagne z zarozumieniem właściwem trzpiotowi, musisz być czarownikiem; tak, wracam z Luwru, gdzie król przyjął mnie bardzo łaskawie i byłbym tam jeszcze pozostał, gdyby nie prześliczna hrabina, która mi dała poznać, że przekłada samotność nad tłumne zebranie. A ty zkąd wracasz?
— Ja? odpowiedział Aubry parsknąwszy śmiechem. Widziałem bardzo zabawne rzeczy. Biedny Benvenuto! O! słowo honoru, on na to nie zasłużył.
— Coź mu się przytrafiło?
— Naprzód jeżeli pan wracasz z Luwru, potrzeba ci wiedzieć, że ja idę z wielkiego Nesle, gdzie spędziłem dwie godziny na gałęzi jak papuga.
— Do kata, to położenie wcale nie było dogodne.
— Mniejsza o to, nie żałuję żem dostał kurczu w nogach, bo widziałem takie rzeczy mój drogi, że na samo wspomnienie pękam ze śmiechu.
Jakób Aubry zaczął się śmiać tak serdecznie, że Marmagne lubo nie wiedział jeszcze o co rzecz idzie, wtórował mu z całej siły. Margrabia chcąc jednak dowiedzieć się przyczyny tej wesołości, przerwał pierwszy jej wybuchy zapytaniem.
— A teraz mój dobry przyjacielu, gdym się z tobą już naśmiał dowoli, czy nie mógł byś rai objaśnić powodu tej wesołości? Wiesz dobrze, że jestem jednym z najlepszych przyjaciół Benvenuta, lubo nigdy cię nie widziałem u niego, gdyż obowiązki urzędowania nie dozwalają mi żyć za światem, wolne zaś chwile, przyznać muszę poświęcam więcej kochankom niż przyjaciołom. Lecz mimo to mocno mnie zajmuje wszystko, co tylko dotyczę kochanego Benvenuta. Powiedz mi tedy co się dzieje w wielkim Nesle w jego nieobecności.
— Co się tam dzieje?. o! nie, to musi pozostać w tajemnicy.
— Jakto? chcesz coś ukrywać przedemną, przedemną, który tak kocham Benvenuta, który tego wieczora jeszcze obsypywałem go pochwałami przed królem. A! to źle mój drogi, rzekł Marmagne niby urażony.
— Gdybym był pewnym, że nikomu o tem nie wspomnisz, mój drogi... jakże u dyabła nazywasz się... mój kochany przyjacielu?... opowiem ci więc, bo przyznam się, że mi równie pilno opowiedzieć tę historyę, jak trzcinom króla Midasa co każdemu plotły swoje baśnie.
— Słacham cię więc, mów proszę.
— Lecz nikomu nie powiesz?
— Przysięgam, nikomu!
— Słowo honoru?
— Słowo szlacheckie.
— Wyobraź więc sobie... lecz najprzód mój drogi... czy znasz historyę mnicha pokotującego?
— Słyszałem o niej. Jestto jak utrzymują widmo, które odwiedza wielki Nesle.
— Tak właśnie.
— No kiedy wiesz o tem, mogę ci więc opowiedzieć ciąg dalszy. Wyobraź sobie, że pani Perrina....
— Ochmistrzyni Blanki?
— Tak. O! jak uważam jesteś domowym przyjacielem. — Wyobraź sobie, że pani Perrina używając nocnej przechadzki dla zdrowia, ujrzała widmo mnicha pokutującego w ogrodzie wielkiego Nesle, właśnie gdy pani Ruperta w tymże czasie... czy znasz ją pan?
— Wszak to stara służąca Celliniego?
— Tak jest.
— Gdy pani Ruperta nie mogąc zasnąć spostrzegła płomienie buchające z oczu i uszu wielkiego posągu Marsa, który widziałeś zapewne w ogrodzie wielkiego Nesle.
— Tak, to jest prawdziwe arcydzieło.
— W istocie masz słuszność, że to arcydzieło, jak wszystkie wyroby Celliniego.
— Te dwie szanowne damy (mówię o pani Perrynie i Rupercie) zgodziły się jednomyślnie, iż oba te zjawiska są jednem i temże samem, to jest, że zły duch, który się przechadza po nocy w ogrodzie w ubraniu mnicha, powraca z zapianiem koguta do głowy bożka Marsa, owego schronienia tak godnego potępieńca, i dla tego to płomienie pochłaniające go buchają oczami, nosem i uszami posągu.
— Cóż mi za bajki pleciesz drogi przyjacielu, zawołał Marmagne nie wiedząc czy uczeń żartował lub seryo mówił.
— Opowiadam powieść o widmie, nic więcej.
— Czy też młodzian tak rozumny jak ty może wierzyć podobnym niedorzecznościom?
— Nie wierzę im wcale, odpowiedział Aubry, dla tego też właśnie postanowiłem spędzić noc na topoli dla wyjaśnienia rzeczy i zobaczenia prawdziwego dyabła, który zakłócił spokój mieszkańców pałacu.
Udałem więc, że wychodzę a zamiast zamknąć drzwi za sobą, zatrzasnąłem je przed sobą, poczem niepostrzeżony wdrapałem się na topolę, którą wybrałem we dnie, jako najstosowniejsze miejsce do moich spostrzeżeń, albowiem jest tak wysoką jak posąg Marsa.
Usadowiwszy się tedy pomiędzy gałęziami drzewa, nie zgadniesz pan nigdy com ztamtąd widział.
— Jakim sposobem mógłbym zgadnąć?
— To prawda, trzeba chyba być czarownikiem, ażeby odgadnąć podobne rzeczy. Najprzód tedy widziałem jak się otworzyły główne drzwi pałacu, wiesz pan które?
— Tak, będące pod gankiem — odpowiedział Marmagne.
— Otóż te drzwi uchyliły się i któś nos wyścibił zapewne dla zwietrzenia czy nie ma kogo na dziedzińcu. Był to Herman, ten gruby i wysoki Niemiec.
— Znam go — odrzekł Marmagne.
— Upewniwszy się, że nie ma nikogo na dziedzińcu, obejrzawszy się po wszystkich stronach oprócz drzewa, nie przypuszczał bowiem zapewne żebym się tam mógł znajdować, wyszedł nareszcie zamknąwszy drzwi za sobą, zeszedł z kilku schodów ganku i udał się wprost w kierunku dziedzińca małego Nesle, tam stanąwszy przed drzwiami, zapukał trzy razy. Na ten znak wyszła kobieta, która mu drzwi otworzyła. Była to pani Perrina, nasza dobra znajoma, która jak się zdaje lubi przechadzki przy świetle gwiazd w towarzystwie naszego Goliata.
— W istocie? biedny prewot!
— Czekaj pan, to jeszcze nie wszystko: gdym ich wzrokiem śledził do drzwi małego Nesle gdzie weszli; usłyszałem za sobą szelest otwierającego się okna. Zwróciwszy głowę, ujrzałem w niem Pagola. Tego łotra Pagola, któżby po nim się spodziewał coś podobnego, znając jego skromną minkę i słysząc go odmawiającego „Ojcze nasz” lub „Zdrowaś Marya” słowem Pagolo obejrzawszy się na około z równą przezornością jak Herman, okraczył balustradę, spuścił się po rynnie, hyc na balkon, z tego znów na drugi i dalej do okna... czy zgadniesz wice-hrabio do którego?
— Zkądże mogę zgadnąć... może zresztą do okna izdebki Ruperty.
— Właśnie też! nie, do okna Katarzyny, owego ulubionego modelu Benvenuta, prześlicznej brunetki na honor! Teraz domyślasz się zamiarów tego łotra wicehrabio?
— W istocie to bardzo śmieszne — rzekł Marmagne — i to już wszystko co widziałeś?
— O nie koniec na tem mój drogi, na sam koniec zachowałem najciekawsze kawałki, wszak przed deserem zwykle dają najwyszukańsze potrawy; poczekaj zaraz się dowiesz.
— Słucham — rzekł Marmagne. Na honor, to coś mi powiedział dotąd, bardzo mnie ubawiło.
— Zaczekaj jeszcze, mówię ci. Patrzałem więc na mego Pagola, który skakał z ganku na ganek z narażeniem się na skręcenie karku, gdy w tem dosłyszałem szelest prawie pod sobą. Wtedy spojrzałem na dół i ujrzałem Askania wychodzącego wilczym krokiem z odlewni.
— Czy ten Askanio ulubieniec Benvenuta?
— Tak, on sam. Jest to niewiniątko, ale zawierz tu pozorom!
— W jakim celu szedł Askanio?
— W jakim celu! otóż i ja uczyniłem sobie podobne zapytanie; lecz w krotce wszystko się wyjaśniło, gdyż Askanio zapewniwszy się podobnie jak Herman i Pagolo, że nikt go nie śledzi, wyciągnął z odlewni drabinę, oparł ją o ramiona Marsa, i zaczął wstępować po niej. Ponieważ drabina była opartą z przeciwnej strony drzewa, na którem się znajdowałem, straciłem więc z oczu Askania, mimo to śledząc jednakże co się z nim stało, nagle ujrzałem światło w oczach posągu.
— Co ty mówisz? — zawołał Marmagne.
— Istotną prawdę mój drogi i wyznam ci, że gdybym nie wiedział był szczegółów, które ci opowiedziałem, może rzeczywiście byłbym się przestraszył. Lecz widząc, że Askanio dostał się do głowy bożka, wniosłem przeto, że to on nie kto inny tam rozpalił światło.
— Lecz co Askanio miał tam do czynienia o tej godzinie?
— Właśnie i ja sam się o to pytałem, a że nikt mi nie mógł odpowiedzieć, postanowiłem odkryć rzecz całą. Wytrzeszczyłem oczy z całej siły i nakoniec dojrzałem przez otwory wyobrażające ślepie bałwana, ducha ubranego w bieli, ducha kobiety, przy nogach której Askanio klęczał jakby przed Madonną. Nieszczęściem owa Madonna stała plecami do mnie i nie mogłem widzieć jej twarzy, podziwiałam tylko prześliczną szyję. Nie uwierzysz wicehrabio jak piękne szyje mają widma! szyje łabędzie, białe jak śnieg. Askanio też patrzał w nią z czcią, bezbożnik! z ubóstwieniem, które mnie przekonało, że widmo nie było czem innem tylko kobietą. Cóż ty na to mój drogi! Zdaje się, że to nie zły pomysł ukrywać kochankę w głowie posągu.
— W istocie oryginalny — rzekł Marmagne śmiejąc się i rozmyślając zarazem — bardzo oryginalny na honor. Czy nie domyślasz się kto była ta kobieta?
— Na honor! ani się mogę domyśleć. A tobie jak się zdaje?
— Ja toż samo.
— Cóżeś potem zrobił gdyś to wszystko zobaczył?
— Zacząłem się tak śmiać, żem o mało nie stracił równowagi i gdybym się nie był złapał za gałąź, byłbym kark skręcił. Ponieważ już nie miałem co więcej widzieć, zsunąłem się do połowy wysokości drzewa, spuściłem się całkiem na ziemię, pośpieszyłem bez hałasu do bramy i wracałem do siebie śmiejąc się jeszcze, gdy w tem spotkałem ciebie. Teraz poradź mi. Jako przyjaciel Benvenuta, powiedz mi jak mam postąpić względem niego? Co do pani Perriny, ta go nie obchodzi: zacna jejmość jest pełnoletnią a więc panią swej woli; lecz co do Katarzyny i Wenery przemieszkującej w głowie Marsa, to co innego.
— Chcesz więc abym ci poradził jak masz postąpić?
— Tak, na honor, gdyż jestem w wielkim kłopocie... mój drogi, mój kochany... zawsze zapominam twego nazwiska.
— Mnie się zdaje, że należy abyś o wszystkiem zamilczał. Tem gorzej dla tych co się dają oszukiwać. Teraz mój kochany Jakóbie Aubry, dziękuję ci za miłe towarzystwo i chwilę rozrywki, lecz otóż i ulica Hautefeuille, a wywzajemaiając się za twoje zwierzenie powiem ci, że tu mieszka moja bogini.
— Żegnam cię więc drogi przyjacielu — rzekł Jakób Aubry ściskając rękę wicehrabiego. Twoja rada jest roztropną i usłucham jej. Życzę ci pomyślności, niech Kupido czuwa nad tobą.
Rozłączyli się, Marmagne dążąc na ulicę Hautefeuille, a Jakób Aubry do swojego mieszkania przy ulicy la Harpe.
Wicehrabia skłamał przed uczniem, iż się nie domyśla kto mógł być widmem kobiety, któremu cześć oddawał Askanio.
Zaraz powziął myśl, że ową mieszkanką w głowie Marsa nie może być kto inny tylko Blanka.
Obecnie jakieśmy to nadmienili, Marmagne pałał zarówną nienawiścią dla prewota, d’Orbeca, jak i Benvenuta, znajdował się przeto w kłopotliwem położeniu co do zaspokojenia zemsty swojej, gdyż jednej stronie zrządzając przykrość, drugiej sprawiał niewymowną radość.
Jeśli zamilczę, d’Orbec i prewot pozostaną w dotychczasowym kłopocie; Benvenuto zaś będzie się cieszył owocem swojego podstępu.
Jeżeli przeciwnie, wykryję porwanie, Benvenuto będzie w rozpaczy, prewot zaś odzyska córkę a d’Orbec narzeczoną.
Postanowił przeto z namysłem postąpić w tak drażliwem położeniu, dla zapewnienia sobie osobistej korzyści z odkrycia lub utajenia tak ważnej wiadomości.
Marmagne nie długo się wahał; znając jak pani d’Etampes sprzyjała zamęściu Blanki z d’Orbeciem, nie domyślając się wszakże przyczyny, osądził, iż odzyska w jej opinii korzystne o sobie mniemanie, które był utracił w skutek braku odwagi; postanowił zaraz nazajutrz z rana udać się do niej i wszystko odkryć, co też ściśle dopełnił.
Zbiegiem przyjaznych okoliczności, które częstokroć sprzyjają złym zamiarom, niemal cały dwór znajdował się na pokojach w Luwrze, gdzie oddawano hołdy cesarzowi Karolowi V-mu.
Przeto przy pani d’Etampes znajdowali się tylko dwaj wierni przyjaciele, to jest prewot i d’Orbec, gdy oznajmiono przybycie wicehrabiego Marmagne.
Wicehrabia z uszanowaniem powitał księżnę, ta odpowiedziała na ten ukłon jednym z owych uśmiechów sobie tylko właściwych, w których tak zręcznie umiała połączyć dumę, protekcyę i wzgardę zarazem.
Lecz wicehrabia nie zmieszał się wcale tym uśmiechem, gdyż nawykł już do niego.
Zresztą był przekonany, że ów uśmiech wzgardliwy wkrótce się przemieni w powabny.
— I cóż panie d’Estourville — rzekł do prewota, czy marnotrawne dziecię wróciło do domu?
— Czy jeszcze te żarty wicehrabio! — odrzekł prewot z groźnem poruszeniem, czerwieniejąc z gniewu.
— O! nie unoś się mój godny przyjacielu, napomknąłem o tem tylko, że jeśli nie znalazłeś jeszcze Blanki, to ja mógłbym ci wskazać miejsca jej schronienia.
— Ty? — odezwała się księżna z przyjaznem wejrzeniem. Gdzież jest przecie? prędko, prędko, powiedz proszę kochany Marmagne.
— Blanka jest ukrytą w głowie posągu, który Benvenuto wymodelował w ogrodzie wielkiego Nesle.




ROZDZIAŁ III.
MARS I WENUS.



Czytelnik bez wątpienia podobnie jak Marmagne, domyślił się rzeczywistości lubo początkowo wydawającej się osobliwą. Głowa kolosu służyła za miejsce schronienia Blance.
Mars przyjął Wenerę na pomieszkanie, jak mówił Jakób Aubry. Po raz drugi Benvenuto użył utworu swej myśli i rąk, artysta wspierał człowieka i oprócz pomysłu i jeniuszu, umieszczał jeszcze losy swoje w posągach.
W nieb niegdyś jak wiadomo tworzył zamysły ucieczki; obecnie zaś ukrył wolność Blanki i szczęście Askania.
Dla wyjaśnienia jednak tej okoliczności, trzeba nam się wrócić do chwili, w której Cellini ukończywszy opowiadanie o Stefanie, pogrążył się w zadumie, kochankowie zaś zachowali uroczyste milczenie.
Benvenuto we wspomnieniach swoich niekiedy przerażających, zawsze hałaśliwych, wśród wyrazistych lub dzikich cieni, które pojawiały się na drodze jego życia, ujrzał melancholijną i pogodną postać Stefany zmarłej w dwudziestym roku życia.
Askanio ze spuszczoną głową, usiłował przypomnieć sobie wybladłe rysy kobiety, pochylonej nad jego kolebką, przebudzającej go łzami.
Blanka zaś wpatrywała się z rozrzewnieniem w Celliniego, którego inna kobieta, młoda i niewinna jak ona, kochała z zapałem; w owej chwili głos jego wydał się jej tak miłym jak Askania, i pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, którzy oba kochali ją miłością rzeczywistą, czuła się instynktowo bezpieczną, jak dziecię na kolanach matki.
I cóż? — zapytał Benvenuto po chwilowem milczeniu. Blanko czy powierzysz się człowiekowi, któremu Stefana powierzyła Askania?
— Tyś moim ojcem; on moim bratem — odpowiedziała Blanka z wdziękiem wyciągając ku nim ręce; bez wahania powierzam się wam obu, ażebyście mnie zachowali dla mojego małżonka.
— Dzięki ci, dzięki moja najukochańsza — rzekł Askanio.
Przyrzekasz więc być mi posłuszną we wszystkim Blanko? — zapytał znowu Benvenuto.
— We wszystkim — odpowiedziała Blanka.
— A więc posłuchajcie moje dzieci:
— Zawsze byłem tego zdania, że człowiek wszystko może co tylko zamierzy; z tym jednakże warunkiem, aby go Bóg wspierał tam w niebie a czas tu na ziemi.
Aby cię uwolnić od Orbeca i nieodłącznej hańby, a oddania cię mojemu Askaniowi, potrzebuję czasu Blanko, gdyż za kilka dni masz zostać żoną hrabiego.
Najważniejszą przeto jest rzeczą przedewszystkiem opóźnić to bezbożne połączenie, nieprawdaż Blanko? moje dziecię, moja siostro, moja córko! Są chwile na tym padole płaczu, w których wykroczenie jest koniecznem dla zapobieżenia zbrodni. — Będzieszże odważną i stałą?
Twoja miłość tak czysta czyli się zdobędzie na tę trochę odwagi? — odpowiedz mi.
— Niech Askanio odpowie za mnie — odrzekła Blanka z uśmiechem, odwracając się ku młodzieńcowi.
— On mną rozrządza.
— Bądź spokojnym mistrzu — rzekł Askanio. Blanka będzie mieć odwagę.
— A więc czy chcesz Blanko ufna w naszą prawość i twoją niewinność, dom ten opuścić i pójść za nami?
Askanio okazał zdziwienie, Blanka zamilkła na chwilę patrząc na Celliniego i na Askania, poczem powstawszy rzekła spokojnie:
— Dokąd się mam udać?
— Blanko! Blanko! — zawołał Benvenuto wzruszony tym dowodem ufności, jesteś szlachętną i świętą istotą, wyznam ci, pomimo, że dotąd od poznania mojej Stefany, bardzo surowo sądziłem kobiety, wszystko zależało od twojej odpowiedzi.
Jesteś ocaloną, lecz nie mamy chwili do stracenia.
Ta godzina jest uroczystą, Bóg nam ją zsyła, korzystajmy więc: daj mi rękę Blanko i idźmy.
Dziewica opuściła zasłonę jakby dla ukrycia przed samą sobą rumieńca, poczem udała się za mistrzem i Askaniem.
Drzwi łączące oba pałace były zamknięte, lecz klucz znajdował się w zamku i Benvenuto otworzył je bez szelestu.
Stanąwszy w progu Blanka zatrzymała się.
— Zarzekajcie chwilę — rzekła wzruszonym głosem.
I na progu domu, który opuszczała ponieważ on nie zapewniał bezpieczeństwa jej niewinności i cnocie, przyklękła i modliła się.
Modlitwa jej była tylko Bogu wiadomą, lecz bezwątpienia błagała o przebaczenie dla ojca, iż zmusił ją do podobnego kroku.
Poczem powstała spokojna, i wzmocniona poszła dalej za Cellinim.
Askanio z sercem wzruszonem, szedł za nimi przypatrując się wzrokiem kochanka jej białej sukni, odznaczającej się w ciemności.
Tak przebyli ogród wielkiego Nesle; śpiewy i śmiechy robotników wieczerzających (gdyż wiadomo, że ucztowano w zamku), dochodziły aż do naszych przyjaciół, niespokojnych i drżących jak zwykle bywa w chwilach stanowczych.
Stanąwszy u podnóża posągu, Benvenuto zostawił na chwilę Blankę, wszedł do giserni i wkrótce ukazał się z drabiną, którą przystawił do olbrzymiego kolosu.
Księżyc oświecał tę scenę bladawym blaskiem; mistrz umocowawszy drabinę, ukląkł przed Blanką.
Najtkliwszy szacunek łagodził potęgę jego wzroku.
— Moje dziecię — rzekł do dziewicy, obejmij rękami moją szyję i trzymaj się mocno.
Blanka w milczeniu spełniła zlecenie, a Benvenuto uniósł ją jak piórko.
— Niech brat — rzekł do zbliżającego się Askania, dozwoli ojcu przenieść tam wysoko swoją najdroższą córkę.
I silny złotnik, obciążony drogim ciężarem, zaczął wstępować po szczeblach drabiny z taką łatwością, jakby niósł piórko.
Blanka oparłszy śliczną swą głowę na ramieniu mistrza, przypatrywała się przez zasłonę męskiemu i dobrotliwemu obliczu swojego wybawcy, czuła się ona przejętą dla niego tem dziecięcem zaufaniem, którego, niestety, dotąd nie doznawała nigdy.
Co do Celliniego, wola tego żelaznego człowieka tak była silną, że unosząc tę, dla której przed dwoma godzinami życie by poświęcił, obecnie tak dalece stał się umiarkowanym, że ręka mu nie zadrżała, serce silniej nie zatętniało i żaden z muskułów stalowych niezadrgał.
Rozkazał sercu aby było spokojne i serce stało się posłusznem woli jego.
Doszedłszy do szyi posągu, otworzył małe drzwiczki, wszedł wewnątrz głowy Marsa i tam złożył Blankę. Wnętrze kolosalnej głowy, posągu mającego blisko sześćdziesiąt stóp wysokości, tworzyło okrągły pokoik, mający średnicy do ośmiu stóp a dziesięć wysokości; powietrze i światło przedzierały się tam przez otwory oczu, nosa, ust i uszu.
Pokoik ten urządził Cellini.
Pracując bowiem nad głową posągu, zamykał w niem narzędzia potrzebne, aby ich nie musiał windować lub spuszczać po kilka razy dziennie; częstokroć także spożywał tam śniadanie na stole stojącym w pośrodku nadpowietrznej jadalni, po całych więc dniach nie potrzebował schodzić z rusztowania i przerywać sobie pracy.
Ten pomysł tak się mu okazał dogodnym, że prócz stołu przeniósł i małe łóżko, na którem często po obiedzie spoczywał.
Z tego względu przyszła mu myśl ukryć tam Blankę, uważając to schronienie za najbezpieczniejsze.
— Musisz tu pozostać Blanko — rzekł Benvenuto — niewychodzić tylko nocną porą.
Oczekuj w tem schronieniu pod strażą Boga i naszej przyjaźni, skutku moich usiłowań.
Jowisz — dodał z uśmiechem, czyniąc aluzyę do obietnicy króla — dokona co Mars rozpoczął.
Ty mnie nie rozumiesz, lecz ja wiem co mówię.
Mam za sobą Olimp, a ty raj cały.
Niepodobna więc aby nasze zamiary nie miały się powieść! Uśmiechnijże się tedy Blanko jeżeli nie do teraźniejszości, to przynajmniej do przyszłości.
Mówię ci z przekonaniem, iż należy mieć nadzieję.
Zaufaj więc jeśli nie mojej to nieba pomocy.
Ja przebywałem w daleko ściślejszem więzieniu, a wierz mi, że nadzieja osładzała mi niewolę.
Zresztą nie ujrzysz mnie Blanko jak dopiero w chwili, gdy usiłowania moje osiągną skutek pożądany.
Twój brat Askanio na którego tyle nie zwracają uwagi jak na mnie, będzie cię odwiedzał i czuwał nad tobą; jemu to zlecę zmienić ten pokój rzemieślnika w celę zakonnicy.
Zachowaj więc w pamięci moje wyrazy: Spełniłaś z zaufaniem i odwagą wszystko co po tobie żądałem, teraz drogie dziecię, reszta do mnie należy; zdajmy się na wolę Opatrzności.
Słuchaj więc Blanko uważnie, cokolwiek nastąpi, pamiętaj, w jakimkolwiek znajdziesz się położeniu, choćby ono było najrozpaczliwszem, gdyby nawet przy stopniach ołtarza zmuszano cię do oddania ręki d’Orbecowi, nie wątp wszakże o twoim przyjacielu, Blanko; nie wątp o twoim ojcu moje dziecię; licz na pomoc Boga i naszą, a na czas z nią przybędziemy, ręczę ci za to.
Czy zdołasz mieć taką stałość, wyznaj, czy czujesz się dość silną?
— Tak — odpowiedziała dziewica stanowczo.
— A więc dobrze — rzekł Cellini — teraz żegnam cię; skoro moi ludzie udadzą się na spoczynek, Askanio przyniesie wszystko co potrzeba. Żegnam cię Blanko.
Podał jej rękę; lecz ona zbliżyła ku niemu czoło jak miała zwyczaj to czynić z ojcem swoim. Benvenuto zadrżał, lecz przesunąwszy rękę około oczu i jarzmiąc cisnące się myśli i wrzące namiętności, złożył na czystem czole dziewicy pocałunek ojcowski i dodał pół głosem:
— Żegnam cię droga córko Stefany.
Poczem szybko zszedł z drabiny do Askania oczekującego i obaj udali się do sali, gdzie biesiadowali robotnicy, którzy wprawdzie już jeść przestali, lecz dopiero pić zaczęli.
Nowe dziwaczne i niespodziane życie zaczęło się dla Blanki, a jednak zastosowała się do niego.
Umeblowanie tego nadpowietrznego pokoiku było następujące: Stało tam jak wiemy łóżko i stół, Askanio przyniósł niskie krzesło obite aksamitem, lustro weneckie, kilkanaście książek nabożnych wskazanych przez samą Blankę, krucyfiks i srebrny wazonik, obie sztuki ręki Benvenuta, prawdziwe arcydzieła, w ostatniem co noc odświeżano kwiaty.
Było to wszystko co tylko objąć mogło to gniazdo, mieszczące w sobie tyle niewinności i wdzięków.
Blanka sypiała zwykle w dzień według rady Askania; przebudzała się wraz z pojawieniem gwiazd i śpiewem słowików, klękała na łożu przed krucyfiksem i długo się modliła, poczem ubierała się, czesała piękne swe włosy i marzyła.
Wtedy zwykle Askanio przystawiał drabinę i pukał w drzwiczki.
Jeżeli Blanka była zupełnie ubraną, otwierała przyjacielowi swojemu i pozostawali z sobą do północy.
O północy jeżeli pogoda sprzyjała Blanka schodziła do ogrodu; Askanio wracał do zamku i udawał się na spoczynek, gdy tymczasem Blanka odbywała nocną przechadzkę, pogrążona w myślach.
Po dwugodzinnej przechadzce wracała do swojego powabnego schronienia, gdzie oczekiwała dnia napawając się wonią kwiatów uzbieranych, słuchając śpiewu słowików małego Nesle i piania kogutów w Pré-aux-Clercs.
Przed świtem, Askanio znów przychodził do swojej narzeczonej i przynosił posiłek dzienny, zręcznie zabrany pani Rupercie, dzięki wspólnictwu Celliniego.
Wówczas zwykle zajmujące rozmowy, wspomnienia miłosne, przyszłe zamiary małżonków, były rozbierane.
Czasami też Askanio w milczeniu przypatrywał się swojemu bóstwu.
Blanka zaś z uśmiechem nawzajem spoglądała na niego.
Często nawet żegnając się, dopiero przypominali sobie, że nieprzemówili i słowa, lecz właśnie wtedy najwięcej z sobą rozmawiali.
Każde z nich miało to w sercu co mu drugie powiedzieć mogło, więcej nawet, niż serce wyrazić zdoła, niż co Bóg w niem czytał.
Cierpienia i samotność w młodym wieku mają to dobre w sobie, iż umacniają duszę, zachowując pierwotną jej czystość.
Blanka, dziewica dumna, była zarazem żywą i wesołą dziewczyną; były więc prócz dni rozmyślania, dnie wesołe, poświęcone śmiechom, zabawom, i rzecz dziwna, te ostatnie dni czyli raczej noce, gdyż nasi kochankowie przemienili porządek przyrody, nie upływały im tak szybko.
Miłość jak każda rzecz jaskrawa, potrzebuje ciemnego tła by się lepiej odbijała.
Nigdy Askanio ani wyrazem nie zatrwożył niewinności i skromności dziewczęcia, które go bratem nazywało.
Byli z sobą sami lecz się kochali; i dla tego też że byli sami, czuli tem mocniej obecność Boga, i szanowali miłość swoję jak bóstwo.
Jak tylko pierwsze promienie słońca słabo złocić zaczęły dachy domów, Blanka ze smutkiem żegnała przyjaciela, lecz tak jak Julietta Romea, przywoływała go po dziesięć razy.
Zawsze jedno lub drugie zapomniało o czemś ważnem; mimo to trzeba się było rozłączyć i Blanka aż do południa, to jest do chwili, w której zwykle składając Bogu serce swoje w ofierze, zasypiała snem aniołów, pozostawszy samą, zajęta była myślami wrzącemi w jej sercu, lub słuchała śpiewu ptasząt.
Rozumie się, że Askanio ukrywał zawsze drabinę.
Blanka nęciła ptaszęta nasypując okruszyny chleba w otworze ust posągu, najśmielsze z nich zlatywały i podziobawszy cokolwiek uciekały.
Ptaszki jak się zdaje pojmują ducha dziewic, tak jak one skrzydlatego.
Pozostawały więc długo w bliskości i odpłacały śpiewem za pożywienie.
Pomiędzy niemi był skowronek, który się tak dalece ośmielił i oswoił, iż wlatał wewnątrz pokoiku i jadał z ręki dziewczyny.
Gdy noce zaczynały być chłodniejsze, pewnego razu dał się pochwycić Blance i złożony na jej łonie, drzemał pomimo odwiedzin Askania i przechadzki wspólnej.
Ów jeniec odwiedził swoję karmicielkę nazajutrz i odtąd co wieczór do niej przylatał.
O świcie zaczynał śpiewać.
Wtedy Blanka dawszy go pocałować Askaniowi, wypuszczała na wolność.
Tak upływały dnie Blanki w głowie posągu.
Dwa tylko wypadki zamieszały tę zwykłą spokojność, było to w czasie odwiedzin prewota.
Raz Blanka przebudziła się nagle usłyszawszy głos ojca; nie było to marzenie, słyszała bowiem Benvenuta mówiącego:
— Pytasz pan co to za olbrzym panie d’Estourville? Jest to posąg Marsa, który Jego królewska mość Franciszek I-szy raczył mi polecić wykonać dla pałacu w Fontainebleau. Jestto małe cacko sześćdziesięcio stopowe, jak widzisz.
— To nader okazałe i piękne dzieło, — odpowiedział pan d’Estourville, lecz chodźmy, nie tu zapewne znajdziemy czego szukamy.
I oddalili się.
Blanka klękła i wyciągnąwszy ręce, miała wielką chęć zawołać: Mój ojcze, mój ojcze, ja tu jestem! lecz wspomnienie na pana d’Orbee, na nikczemno zamiary pani d’Etampes i rozmowę wysłuchaną przez Askania, powściągnęło jej dziecięce przywiązanie. To uczucie nie odezwało się nawet przy powtórnych odwiedzinach prewota zwłaszcza, iż był w towarzystwie obrzydliwego d’Orbeca.
— Szczególny posągi wygląda jak dom; — rzekł hrabia zatrzymawszy się przed Marsem. Jeżeli zima go nie zniszczy, jaskółki ulepią, w nim gniazda na wiosnę.
Tegoż poranku, w którym głos nienawistny wzbudził trwogę w Blance, Askanio przyniósł jej list od Celliniego:
„Moje dziecię muszę odjechać, lecz bądź spokojną, wszystko urządziłem co potrzeba do twojego oswobodzenia i zapewnienia ci szczęścia. Słowo królewskie jest dla mnie rękojmią dobrego skutku, wszak wiesz dobrze, że król nigdy nie złamał raz danego słowa. Ojciec twój także oddala się z Paryża, Nie troszcz się więc. Miałem czas do ułożenia planów moich. Z tem wszystkiem powtarzam ci droga córko, choćbyś przestąpiła próg świątyni pańskiej, choćbyś klękała przy ołtarzu i miała wymówić słowo przysięgi wiecznego związku, nie troszcz się, Opatrzność nie opuści cię nawet w tej ostateczności.

Żegnam cię. Twój ojciec.
Benvenuto Cellini.”

Ten list napełnił radością serce Blanki, odżywił nadzieję, lecz sprawił nieszczęsny skutek, albowiem biedne dzieci zaniechały potrzebnej ostrożności.
Młodość niezna umiarkowania w uczuciach; przechodzi jednym skokiem z rozpaczy do zbytku ufności, dla niej niebo tylko jest albo zasępione chmurami, lub jaśnieje błękitem.
Zaspokojeni oddaleniem czasowem prewota i listem Celliniego, oboje zaniechali jak to już powiedzieliśmy, przynależnej ostrożności w postępowaniu.
Blanka już nie strzegła się tak jak dawniej by nie zostać spostrzeżoną od Perriny, która szczęściem poczytywała ją za ducha potępionego. Askanio rozpalił lampę lecz zapomniał spuścić firankę i Ruperta ujrzała światło.
Opowiadanie kumoszek podnieciło ciekawość Jakóba Aubry i ów lekkomyślnik, wykrył wszystko przed tym właśnie, którego najbardziej strzedz się należało.
Wiemy już o wypadku tego zwierzenia, wróćmy więc do pałacu księżnej.
Zapytany jakim sposobem dowiedział się o miejscu ukrycia Blanki, Marmagne milczał udając tajemniczość, rzeczywistość albowiem była zbyt prostą i bardzo słabe przedstawiała wyobrażenie o jego przenikliwości; wolał przeto dać do zrozumienia, iż w skutek nadzwyczajnych zabiegów osiągnął cel zamierzony, zresztą wszyscy podziwiali odkrycie, księżna nie posiadała się z radości. Nie szczędziła grzeczności i pochwał, zasypywała zapytaniami wicehrabiego; „nakoniec odzyskamy tę krnąbną dziewczynę, która mi tyle przykrości zrządziła.”
Pani d’Etampes postanowiła mieć udział wraz z przyjaciółmi swoimi w poszukiwaniach, jakowe mieli po raz trzeci przedsięwziąć w pałacu Nesle.
Zresztą po tem co zaszło, nie można już było pozostawić panienki pod dozorem Perriny; księżna umyśliła wziąć Blankę do siebie, w nadziei, że potrafi lepiej pilnować niż dozorczyni lub jej narzeczony; strzeżoną albowiem będzie jako rywalka.
Blanka więc mogła się spodziewać, że będzie dobrze dozorowaną.
Księżna rozkazała zaprządz do pojazdu.
— Ten wypadek — rzekła pani d’Etampes, jest prawie tajemnicą, a ja spodziewam się, że pan d’Orbec zbytecznie się nie troszczy o tę dziecinną wycieczkę. Nie widzę zatem przyczyny, któraby zerwać mogła ułożono małżeństwo, a tem samem spowodować wyrzeczenie się powziętych zamiarów względem Blanki.
— O pani! — zawołał uradowany pan d’Estourville.
— Pod temi samemi warunkami, nie prawdaż księżno? — zapytał d’Orbec.
— Bezwątpienia, mój drogi hrabio. Co do Benvenuta, czy jest winnym porwania, czy tylko uczestnikiem onego, bądźcie spokojni, pomszczę równie was jak i moją osobistą zniewagę.
— Mówiono mi wszakże — rzekł Marmagne — że król w uniesieniu artystycznem, zobowiązał się uroczyście, że wszystko cokolwiek złotnik zapragnie spełnionem zostanie, jeśli odlew Jowisza uda się pomyślnie.
— Nie troszcz się oto — odrzekła księżna — właśnie pragnę ażeby wystąpił z przypomnieniem królewskiego słowa, przysposobiłam mu niespodziankę na ten wypadek. Bądźcie więc spokojni i dozwólcie mi kierować wyprawą.
Właśnie wszyscy pragnęli tego; dawno już księżna nie okazała się tak czynną, gorliwą i uprzejmą.
Jej radość przebijała się mimowalnie.
Wysłała natychmiast prewota po straż; wkrótce potem d’Estourvillce, d’Orbec i Marmagne poprzedzeni i otoczeni strażą, przybyli do bramy Nesle, za nimi w pewnem oddaleniu jechała pani d’Etampes i drżąc z niecierpliwości, wyglądała okienkiem karety.
Była to pora obiadowa, Askanio, Pagolo, mały Jaś i Katarzyna tylko się znajdowali w pałacu. Zaś Benvenuta oczekiwano dopiero nazajutrz wieczorem, lub na trzeci dzień z rana. Askanio przyjął prewota i jego towarzyszy podług wyraźnego zalecenia Benvenuta, nie stawił żadnego oporu, w mniemaniu, że odwiedziny tak się skończą jak i poprzednie.
Prewot i jego orszak podążyli wprost do odlewni.
— Otwórz pan te drzwi — rzekł d’Estourville do Askania.
Serce młodzieńca ścisnęło się miotane okropnem przeczuciem; jednak ponieważ wahanie mogłoby obudzić podejrzenia, wręczył więc klucze prewotowi.
— Weźcie tę drabinę — rzekł prewot do straży.
Posłuszni rozkazowi, wziąwszy drabinę z odlewni, nieśli ją za panem d’Estourville, zmierzającym wprost ku posągowi Marsa. Stanąwszy tam prewot przystawił sam drabinę i już miał wstępować po niej, wtem Askanio zbladły z oburzenia i trwogi postawił nogę na pierwszem szczeblu i zawołał:
— Co to znaczy? ten posąg jest arcydziełem mistrza, powierzony mojemu dozorowi, uprzedzam zatem, iż pierwszy kto się odważy targnąć na niego pod jakimkolwiek pozorem, zginie z mojej ręki.
To rzekłszy wydobył z za pasa sztylet wązki i tak wyostrzony, że przebijał złoty talar.
Na skinienie prewota straż otoczyła Askania i skierowała dzidy przeciw niemu.
Askanio broniąc się z rozpaczą zranił dwóch ludzi, lecz nie mógł się oprzeć przemagającej liczbie; było ich bowiem ośmiu, prócz prewota, d’Orbeca i Marmagna.
Uległ więc przemocy; powalono go na ziemię i skrępowano ręce i nogi powrozami, tymczasem prewot wstępował po szczeblach drabiny, a za nim dwaj ze straży dla odparcia wszelkiej zasadzki, mogącej być ukrytą wewnątrz posągu.
Blanka wszystko widziała i słyszała; ojciec zastał ją omdlałą.
Gdy bowiem ujrzała padającego na ziemię Askania, mniemała, że został zabity.
Prewot widząc córkę w tym stanie, rozjątrzył się jeszcze bardziej i nie troszcząc się wcale o nią, pochwycił w pół, zarzucił na swoje szerokie barki i zszedł z drabiny; za nim cała wyprawa opuściła Nesle; straż uprowadziła Askania, któremu d’Orbec przypatrywał się z uwagą.
Pagolo lubo świadek tej sceny, lecz nie wmieszał się do niczego.
Mały Jaś gdzieś zniknął.
Katarzyna tylko nie pojmując co się działo, otworzywszy drzwi swojego pokoju wolała:
— Co znaczy ten gwałt moi panowie? Dla czego uprowadzacie Askania? Co to za kobieta?
W tej chwili zasłona osłaniające oblicze Blanki odchyliła się i Katarzyna poznała model posągu Heby.
Wtedy zbladłszy z zazdrości, przypatrywała się w osłupieniu odejściu prewota i jego orszaku.
— Co to znaczy — zapytała pani d^Etampes ujrzawszy skrępowanego Askania bladego i krwią zbroczonego — dla czego tak surowo z nim postąpiono? uwolnić go z więzów natychmiast!
— Pani — odezwał się prewot — ten młodzieniec stawiał nam opór; zranił dwóch moich ludzi; bezwątpienia jest wspólnikiem gwałtu jakiego się pan jego względem mnie dopuścił, sądziłem przeto, iż najwłaściwiej postąpię zabezpieczając jego osobę.
— Przytem — dodał d’Orbec z cicha, bardzo jest podobny do owego Włocha pazia, którego u pani widziałem, co był obecnym naszej rozmowie i gdyby był w innym ubiorze i gdybyś mnie pani nie upewniła słowem swoim, iż nie rozumie po francuzku, przysiągłbym księżno, że to jest ten sam.
— Masz słuszność panie prewocie — rzekła księżna z żywością odwołując rozkaz puszczenia Askania; masz słuszność, ten młodzieniec może stać się niebezpiecznym. Należy zatem przytrzymać go...
— Odprowadzić więźnia do Châtelet — zawołał prewot.
— My zaś — rzekła księżna d’Etampes, obok której złożono omdlałą Blankę, wracamy do naszego pałacu.
W kilka chwil potem ruszył galopem jeździec z wielkiego Nesle.
Był to Janek, który co tylko koń wyskoczyć zdołał, pośpieszał donieść Celliniemu o wszystkiem co zaszło.
Askania odprowadzono do Châtelet, nie widział on księżnej i nie domyślał się nawet udziału, jaki miała w wypadku niweczącym wszystkie jego najmilsze nadzieje.




ROZDZIAŁ IV.
DWIE RYWALKI.



Pani d’Etampes tak gorąco pragnąca widzieć Blankę, była zupełnie zadowoloną; biedne dziecię zostawało w jej ręku pozbawione przytomności.
Pomimo zemdlenia Blanki księżna była od niej bledszą.
Bezwątpienia wypadek porównania wdzięków dziewicy z własną urodą, ubliżał jej dumie i niweczył nadzieję, gdyż pomimowolnie szeptała: „Nie zawiedziono mnie, ona jest piękną, bardzo piękną, ” i trzymając rękę Blanki, ścisnęła ją tak silnie, że dziewica ocucona doznanym bólem wróciła do przytomności i otworzywszy piękne oczy — rzekła: A pani, to boli.
Pani d’Etampes puściła jej rękę.
Wpływ boleści poprzedził niejako powrót do zmysłów.
Wymówiwszy te wyrazy, przez kilka sekund przypatrywała się księżnie z zadziwieniem, nakoniec po chwili milczenia, zapytała:
— Kto pani jesteś, dokąd mnie wieziesz? poczem nagle odsuwając się zawołał. A tak, pani jesteś księżna d’Etampes, przypominam sobie!
— Uspokój się proszę — rzekła Anna rozkazującym tonem, uspokój się, za chwilę będziemy same, wtedy pozwolę ci dziwić się i obsypywać mnie zapytaniami.
Tym wyrazom towarzyszyło spojrzenie surowe i wyniosłe; nie to jednak zniewoliło Blankę do milczenia, lecz uczucie godności osobistej.
Nie przemówiła ani słowa w ciągu całej drogi.
Przybywszy do pałacu księżnej, wysiadły i udały się do gabinetu pani d’Etampes.
Księżna pierwsza przerwała milczenie.
— A więc moja młoda przyjaciółko — rzekła do niej głosem uprzejmym lecz zarazem suchym i obojętnym — nareszcie wróciłaś pod władzę ojca! Cieszy mnie to niewymownie, jednakże winnam ci powinszować męztwa... w istocie, jesteś zbyt śmiałą jak na twoje lata moje dziecię!
— Poleciłam się opiece boskiej — odpowiedziała Blanka z prostotą.
— O jakimże to Bogu panna mówisz? A! zapewne myślałaś o bożku Marsie — rzekła księżna z szyderczem i obelżywem przymrużeniem oczu sobie właściwem i tak często przez nią używanem na dworze królewskim.
— Pani, znam tylko jednego Boga: Boga zalecającego miłosierdzie w pomyślności, a pokorę wśród wielkości. Biada tym co go nie uznają, przyjdzie bowiem dzień, w którym on nawzajem ich się wyrzeknie.
— Wybornie mościa panno, właśnie też obrałaś chwilę do prawienia morałów, wreszcie możebym uznała ich stosowność, gdybym nie była przekonaną, że pragniesz tym sposobem usprawiedliwić bezczelność twojego postępku.
— Nie sądź pani — odpowiedziała Blanka bez goryczy, wzruszając nieznacznie ramionami, ażebym usiłowała tłomaczyć się, nie wiem zkąd wasz prawo badania. Jeżeli ojciec mój zadami pytania, odpowiem mu z uszanowaniem; jeżeli zaś będzie mi czynił wyrzuty, będę się starała uniewinnić; lecz teraz księżno, dozwolisz, że zachowam milczenie.
— Pojmuję, mój głos jest ci natrętnym, wolałabyś być samą ze swojemi myślami, marzyć o kochanku swobodnie.
— Żaden głos, nawet najnatrętniejszy nie przeszkodzi mi o nim myśleć, zwłaszcza gdy jest prześladowanym.
— Śmiesz więc wyznać, że go kochasz!
— W tem właśnie różnimy się z sobą księżno, gdyż ty go kochasz nie śmiejąc wyznać tego.
— Niebaczna — zawołała księżna — chcesz walczyć ze mną?
— Nie, wcale — odrzekła Blanka łagodnie, nie myślę z panią występować do walki, odpowiadam jej tylko, bo mnie zmuszasz do tego. Pozostaw mnie pani samą z mojemi myślami, a ja cię również pozostawię z twojemi zamiarami.
— A więc ponieważ mnie do tego zmuszasz, ponieważ mniemasz, że jesteś dość silną do wstąpienia ze mną w szranki, ponieważ wyznałaś miłość twoję, i ja nawzajem wyznaję ci moję miłość i nienawiść.
— Tak, dowiedz się, kocham Askania i zarazem nienawidzę. Wreszcie dla czegóż miałabym udawać przed tobą, przed jedyną istotą, którejby nie uwierzono cokolwiek byś o mnie powiedzieć mogła; tak, kocham Askania.
— Jeżeli tak jest pani — odpowiedziała skromnie Blanka, żałuję pani, bo Askanio mnie kocha.
— Prawda, że on ciebie kocha; lecz ja pozbawię cię jego miłości, rozumiesz mnie, jeżeli nie zdołam uwiedzeniem, chwycę się podstępu, a nawet użyję zbrodni. Wszak wiesz, że się nazywam Anna Helly, księżna d’Etampes.
— Askanio będzie kochać tę, która lepiej kochać potrafi.
— Proszę uniżenie! — zawołała księżna rozdrażniona tą ufnością. Zdawałoby się, że jej miłość jest jedyną w świecie i żadna z nią porównaną być nie może.
— Nie pani, mówię tylko, że kocham prawdziwie, nie wątpię, że może się znaleźć inne serce, podobnie kochające, wątpię tylko czy to serce jest twojem.
— Cóżbyś uczyniła dla niego? ciekawa jestem, ty co się chełpisz twoją miłością, której z moją porównać nie można! Zresztą cóżeś mu dotąd poświęciła? jednostajność twojego życia i nudy samotności...
— Poświęciłam mu spokojność moję.
— Nad cóż go przeniosłaś? nad śmieszną miłość hrabiego d’Orbec..
— Przeniosłam go nad posłuszeństwo i obowiązki córki.
— Co możesz uczynić dla niego? jestżeś w stanie go zbogacić, obsypać dostojeństwy?
— Myślę go uszczęśliwić.
— Ja zaś poświęcam dla niego więcej. Gardząc miłością króla, składam u nóg Askania bogactwa, zaszczyty i rządy potężnego państwa.
— Tak, przyznaję, odpowiedziała Blanka z uśmiechem, twoja miłość wszystko mu poświęca, oprócz miłości...
— Dość, dość tych ubliżających porównań, rzekła księżna gwałtownie, czując, że traci punkt na jakim się utrzymać pragnęła.
Nastąpiło milczenie, Blanka była spokojna, księżna zaś zaledwie pokryć mogła gniew widoczny. Pomimo to jej rysy stopniowo się wypogadzały, łagodność przebijała w obliczu, promień dobrotliwości prawdziwej lub udanej rozjaśniał je zwolna i stopniowo, nakoniec znów wystApiła do walki, pragnąc ją zakończyć zupełnem zwycięztwem.
— Powiedz Bianko, rzekła głosem łagodnym, czybyś mu życie twoje poświęciła?
— A! oddałabym mu je z radością.
— I ja podobnież, odrzekła księżna głosem wyrażającym jeżeli nie szczerość poświęcenia, to przynajmniej gwałtowność namiętności. Lecz czy poświęciłabyś mu swój honor?
— Jeżeli przez honor rozumiesz pani opinię, to odpowiadam tak, jeżeli rozumiesz cnotę, odpowiadam nie.
— Jak to, więc do niego nienależysz? wszakże jest twoim kochankiem.
— On jest moim narzeczonym.
— O! ty go nie kochasz, odpowiedziała księżna, ty go nie kochasz! bo przekładasz nad niego honor, czczy wyraz...
— A gdyby żądano od pani, rzekła Blanka, oburzona pomimo wrodzonej łagodności, wyrzeczenia się dla niego twojej wielkości, tytułów; przeniesienia go nad króla nie tajemnie, bo to jest rzeczą łatwą, lecz otwarcie; gdyby powiedziano pani: Anno Helly, księżno d’Etampes rzuć dla jego złotniczego warsztatu twój pałac, bogactwa i dworzan...
— Odmówiłabym dla jego własnego dobra, odpowiedziała księżna, nie mogąc skłamać, tak dalece ją raziło przenikliwe spojrzenie rywalki.
— Więc byś pani odmówiła?
— Tak.
— O! ty go nie kochasz! — zawołała Blanka; bo przekładasz nad niego dostojeństwa, błyskotki.
— Lecz mówię, iż dla jego własnego dobra pragnę zachować stanowisko obecne! odpowiedziała księżna rozjątrzona nowym tryumfem rywalki. Wszyscy ludzie gonią za wielkością wcześniej lub później.
— Być może, odrzekła Blanka z uśmiechem; lecz mój Askanio nie należy do ich liczby.
— Milcz, zawołała rozgniewana Anna tupając nogą.
Tak więc przebiegła księżna nie mogła przemódz skromnej dziewicy, sądząc, iż ją pokona samą potęgą swojego głosu; na złośliwe zapytania, Blanka miała w pogotowiu odpowiedzi proste i skromne, które mieszały panią d’Etampes. Księżna poznała, że ślepa nienawiść skierowała ją na mylną drogę; zmieniła więc postępowanie; poprzednio bowiem niespodziewając się znaleźć tyle wdzięków i rozumu, mniemała, że upokorzy Blankę, teraz zaś usiłowała ją podejść.
— Przebacz moje dziecię, rzekła do niej, iż się uniosłam; nie miej mi tego za złe; masz tyle wyższości nademną, że zazdrość moja może być usprawiedliwioną. Niestety! uważasz mnie podobnie jak wielu, za złą kobietę! Lecz prawdę mówiąc nie jestem nią, tylko przeznaczenie pchnęło mnie na złą drogę. Przebacz proszę raz jeszcze, bo że obie kochamy Askania, to jeszcze nie powód byśmy się nienawidziły. Zresztą gdy on ciebie tylko kocha, winnaś się pobłażającą okazać. Chciej mnie uważać za siostrę. Pomówmy otwarcie, bo wierzaj, że pragnę zatrzeć w twoim umyśle nieprzyjemne wrażenie, wywołane niedorzecznym gniewem....
— Pani, rzekła Blanka, zwolna cofając rękę, wiedziona mimowolnym wstrętem; mów dalej, słucham cię.
— O! odpowiedziała wesoło pani d’Etampes, pojmując tę powściągliwość dziewczyny, bądź spokojna moja dzika, nie będę bez rękojmi wymagać twojej przyjaźni. Żebyś mnie przeto lepiej poznała, opowiem ci pokrótce koleje mojego życia. Serce moje wcale nie jest podobne do mojej historyi, prócz tego wiedzieć powinnaś, że często spotwarzają kobiety zwane wielkiemi damami. Zawiść zamiast miotać potwarze, powinnaby raczej litować się nad nami. Teraz zapytuję moje dziecię, co o mnie sądzisz? Bądź szczerą proszę cię, nieprawdaż, że mnie uważasz za kobietę pozbawioną uczciwości!
Blanka niewiedziała co odpowiedzieć.
— Jeżeli mnie zgubiono, mówiła dalej pani d’Etampes, jestże to moją winą? Ty, która dotąd byłaś szczęśliwą, Blanko, niepogardzaj tymi co cierpieli; dotąd żyłaś w skromnem zaciszu, bodajbyś nie wiedziała nigdy co jest wychowanie skierowane do widoków dumy; bo istotom skazanym na tę ofiarę, ukazują życie tylko z świetnej strony. Nie dozwalają kochać, zalecają jedynie sztukę przypodobania. Tak i we mnie od pierwszej młodości wpajano tylko jakby najskuteczniej zachwycić króla; urodę jaką Bóg obdarza kobietę dla wzbudzenia miłości prawdziwej, mnie zmusili zamienić za tytuł; z uroku, zrobili zasadzkę. Powiedz więc Blanko, co się stanie z dziecięciem nieumiejącem odróżnić dobrego od złego? Dla tego to, gdy dziś wszyscy mnie potępiają, ja nie potępiam siebie. Być może, że Bóg mi przebaczy, bo nie miałam nikogo coby mi przypominał jego przykazania. Jakże miałam postąpić pozostawiona bez pomocy i rady? Podstęp i chytrość stanowiły moje istnienie. A jednak nie byłam zrodzona do tak okropnego losu, najlepszym tego dowodem, żem pokochała Askania. A teraz drogie i niewinne dziecię, powiedz, czy mnie rozumiesz?
— O rozumiem, odpowiedziała Blanka, uwiedziona fałszywą szczerością księżnej.
— Ulitujesz się więc nademną, zawołała księżna. Dozwolisz mi kochać Askania, zdala, bez nadziei; nie będę twoją rywalką, gdyż on mnie kochać nie będzie; a ja wtedy nawzajem, ja co znam świat, jego podstępy, chytrości, zastąpię ci matkę, którą utraciłaś. Będę kierować tobą i uchronię cię od wszelkich niebezpieczeństw. Teraz możesz mi zaufać, bo znasz życie moje, Treść jego można określić w tych wyrazach: dzieckiem zaszczepiono w mem sercu namiętności kobiety, oto cała moja przeszłość. Teraźniejszość zaś okryta jest hańbą.
Przyszłość jest miłością, jaką pałam dla Askania, lecz miłością bez nadziei wzajemności, gdyż jak sama mówiłaś Askanio nigdy mnie kochać nie będzie; zmyję więc plamę życia mojego. Teraz na ciebie kolej moje dziecię, bądź szczerą i wyznaj wszystko. Opowiedz mi twoją historyę.
— Moja historya krótka jest a nadewszystko nader prosta, zawiera się ona w tych wyrazach: kochałam, kocham i będę kochać, Boga, ojca i Askania. Zanim poznałam Askania, miłość była marzeniem; teraz jest cierpieniem, a w przyszłości nadzieją.
— Bardzo dobrze, rzekła księżna tłumiąc zazdrość w sercu i łzy w oczach; lecz nie powiedziałaś mi wszystkiego Blanko. Jakże postąpisz? Jak zamyślasz walczyć, ty słabe dziecię, przeciw wszechwładnej woli ojca i hrabiego d’Orbec? Pomijając, że król cię widział i upodobał sobie.
— O mój Boże! — zawołała Blanka.
— Lecz ta namiętność wznieconą została przez twoją współrywalkę, księżnę d’Etampes, a twoja przyjaciółka Anna Helly uwolni cię od niej; nie troszczmy się więc o króla, pozostaje tylko twój ojciec i hrabia; ich dumne widoki nie tak łatwo dadzą się odwrócić, jak przemijające upodobanie Franciszka I-go.
— O pani, chciejże być zupełnie łaskawą; oswobodź mnie od hrabiego, jak przyrzekłaś oswobodzić od króla.
— Pozostaje tylko jeden środek, rzekła księżna niby się zamyślając.
— Jakiż to?
— Lecz może nie odważysz się...
— O! jeżeli tylko o odwagę idzie, mów pani.
— Słuchaj więc z uwagą, rzekła księżna przyciągając Blankę ku sobie. Nadewszystko nie trwóż się pierwszemi wyrazami.
— A więc to jest coś okropnego? — zapytała Blanka.
— Jesteś nieposzlakowanej cnoty i surowych obyczajów moja przyjaciółko, lecz niestety, żyjemy w wieku i w świecie, w którym właśnie owa niewinność urocza stanowi jedno niebezpieczeństwo więcej, bo cię oddaje bezbronną w moc nieprzyjaciół. Przemóż więc siebie, porzuć marzenia i zniż się do rzeczywistości. — Nadmieniłaś przed chwilą, że dla Askania poświęciłabyś opinię. Nie będę tyle wymagać, poświęć mu tylko pozór wierności. Chcieć zwalczyć przeznaczenie, marzyć córce szlachcica o małżeństwie z czeladnikiem złotnika, jest szaleństwem. Posłuchaj więc rady szczerej przyjaciółki; nie opieraj się woli ojca, w duszy pozostań wierną, Askaniowi, a rękę oddaj hrabiemu d’Orbec. Wszak mu tylko o to chodzi abyś nosiła jego nazwisko; gdy zostaniesz żoną, z łatwością zniweczysz nikczemne i dumne zamiary twojego męża, samem zagrożeniem rozgłoszenia obrzydłych jego widoków. Zastanów się dobrze... Chcąc być panią swej woli, musisz być posłuszną; aby zostać niezawisłą, udaj iż zrzekasz się wolności. Wtedy silna przekonaniem, że Askanio jest twoim prawym małżonkiem, związek zaś z innym świętokradztwem, postąpisz stosownie jak ci serce radzić będzie, sumienie twoje będzie spokojne, a świat ów surowy sędzia pozorów, przyzna ci słuszność.
— Pani, rzekła Blanka cicho, powstając i wydzierając się z objęć księżnej; nie wiem czy zrozumiałam cię dokładnie, lecz sądzę, że dajesz radę nikczemną.
— Co mówisz!... zawołała księżna.
— Cnota prosto postępuje; rozumowania pani poniżyły cię w moich oczach; pod pozorem przyjaźni, którym nienawiść osłaniasz, pragniesz mnie ściągnąć w zasadzkę. Chcesz mnie zniesławić w oczach Askania, bo jesteś przekonaną, że nigdyby nie kochał kobiety, którą miałby prawo pogardzać.
— A więc, przyznaję, zawołała księżna z wybuchem, już mi się sprzykrzyło udawanie. A! chcesz uniknąć zasadzki jaką jak mówisz przysposobiłam, a więc wpadniesz w przepaść a ja cię w nią wtrącę. Słuchaj uważnie. Czy dobrowolnie czy z musu, oddasz rękę hrabiemu.
— Nigdy na to nie przystanę...
— Postanowiłaś zatem opierać się woli ojca?
— Wszelkiemi środkami jakie są tylko w możności biednej dziewczyny. Oddacie moją rękę temu człowiekowi, powiem, że nie chcę być jego żoną. Zawleczecie mnie do świątyni, toż samo powtórzę; zmusicie klęknąć przed ołtarzem, w chwili gdy kapłan zapyta odpowiem, nie.
— Mniejsza o to, Askanio jednak nie będzie twoim mężem i nie uwierzy żeś oddała rękę innemu z przymusu, a tylko z własnej woli.
— Spodziewam się, że to nie nastąpi.
— Na czyjąż więc liczysz pomoc?
— Na pomoc Boga w niebie i jednego człowieka na ziemi.
— Lecz on jest uwięziony.
— Mylisz się pani.
— Któż to więc?
— Benvenuto Cellini.
Księżna zgrzytnęła zębami usłyszawszy nazwisko swojego śmiertelnego wroga, a właśnie w chwili gdy je miała powtórzyć z okropną groźbą, paź uniósł zasłonę drzwi i oznajmił przybycie króla.
Księżna d’Etampes wybiegła z pokoju i z powabnym uśmiechem śpiesząc naprzeciw Franciszka I-go, zaleciła służbie, ażeby miano baczność na Blankę.




ROZDZIAŁ V.
B ENVENUTO.



W godzinę po uwięzieniu Askania i porwaniu Blanki, Benvenuto Cellini jechał konno wzdłuż kanału Augustyańskiego; rozłączył się właśnie z królem i dworem, który rozrywał w drodze, opowiadaniem powieści oraz własnych przygód.
Pozostawszy sam pogrążył się w myślach; wesoły opowiadacz zamienił się w marzyciela.
Gdy ręką machinalnie ściągał cugle, czoło pochylało się pod ciężarem zadumy; przemyślał on o odlaniu Jowisza, od pomyślnego skutku którego zawisła jego sława i szczęście Askania; spiż wrzał już w jego mózgu zanim się miał topić w piecu.
Powierzchownie jednak zdawał się spokojny.
Przybywszy przed bramę zamku, zatrzymał się przez chwilę ździwiony panującą ciszą w warsztatach; posępne mury zdawały się być opuszczone; mistrz kołatał po dwakroć a nikt nie wyszedł, nakoniec po trzeciem silniejszem stuknieniu Katarzyna drzwi otworzyła.
— A! to pan! — zawołała. Niestety czemuż nie przybyłeś przed dwoma godzinami?
— Co się stało? — zapytał Cellini.
— Prewot, hrabia i księżna byli tutaj.
— Jakto?
— Robili poszukiwania w pałacu.
— Dalej?
— Znaleźli Blankę w głowie Marsa.
— Niepodobna!
— Księżna d’Etampes uwiozła z sobą Blankę, a prewot kazał wtrącić do więzienia As kania.
— A! zostałem zdradzony! — zawołał Benvenuto tupnąwszy nogą a ręką uderzając się w czoło. Poczem puściwszy samopas konia do stajni, pośpieszył do warsztatu i zawołał: „Pójdźcie tu wszyscy!”
W mgnieniu oka robotnicy stanęli przed Cellinim.
Wtenczas zaczął badać każdego pojedynczo, lecz okazało się, że nie tylko nie wiedzieli o miejscu schronienia Blanki, lecz i objaśnień udzielić nie mogli, jakim sposobem nieprzyjaciele domyślili się schronienia dziewicy; podejrzenia Benvenuta zwróciły się na Pagola, lecz tak się usprawiedliwił, że nie można było nawet przypuszczać aby miał jaki udział w wypadku. Benvenuto zaś wcale nie posądzał uczciwego Hermana, jak również Szymona mańkuta.
Wśród tego przypomniał sobie, że gdy pewnego razu mówił z Askaniem, nadmienił iż się spodziewa ze strony księżnej okrutnej zemsty. Askanio zaś — rzekł z uśmiechem: „Ona nie ośmieli się mnie gubić, bo jeden mój wyraz wtrąci ją w przepaść.” A gdy Benvenuto zapragnął dowiedzieć się tej tajemnicy, młodzieniec odpowiedział! „Dzisiaj odkryć wszystko byłoby zdradą z mej strony, ale czekaj chwili, w której stać się to może obroną dla mnie.” Benvenuto pojął delikatność i czekał cierpliwie. Teraz zatem przedewszystkiem należało widzieć Askania i od tego zacząć działanie.
U Benvenuta jednocześnie następowało powzięcie i wykonanie zamiaru. Dla tego też zaledwie pomyślał, że trzeba się widzieć z Askaniem, już stał przed bramą Châtelet. Otworzono furtkę i wyszedł naprzeciw niego dozorca. Za nim w niejakiej odległości stał w cieniu drugi człowiek.
— Nazywam się Benvenuto Cellini — rzekł.
— Czego pan żądasz? — zapytał dozorca.
— Pragnę się widzieć z jednym więźniem.
— Jak się nazywa?
— Askanio.
— Askanio nie może z nikim się widzieć.
— Z powodu?
— Jest obwiniony o zbrodnię pociągającą za sobą karę śmierci.
— Tem bardziej powinieneś mnie wpuścić do niego.
— W istocie, rozumowanie jest szczególniejsze — odezwał się żartobliwym głosem człowiek w cieniu ukryty, i o ile mi się zdaje niewłaściwe w tych murach.
— Któż się to naśmiewa z moich zapytań, kto się najgrawa z mej prośby? zawołał Beuvenuto.
— Ja — odezwał się głos — ja Robert d’Estourville prewot Paryża. Przyszła kolej na ciebie mości Cellini. Wszak wiesz, że los wojny jest zmienny. Wygrałeś pierwszą bitwę, teraz na mnie przyszła kolej. Zabrałeś nieprawnie mój pałac, ja zabrałem ci prawnie twego czeladnika. Nie chciałeś mi oddać pierwszego, bądź spokojny, nie zwrócę drugiego. Wreszcie o cóż się troszczysz, jesteś tak walecznym i przedsiębiorczym; dalej zdobywco twierdz! dalej burzycielu murów, niszczycielu bram, spróbuj zdobyć Chatelet. Po tych wyrazach furtkę zatrzaśnięto.
Benvenuto wyrzekłszy przekleństwo, rzucił się na drzwi, lecz pomimo połączonych usiłowań rąk i nóg, grube i mocne podwoje nie wstrząsnęły się nawet.
— Dobrze, dobrze, mój przyjacielu, stukaj sobie, stukaj wołał prewot poza drzwiami, narobisz tylko hałasu; a jeśli straże usłyszą, to źle będzie z tobą. Trzeba ci wiedzieć, że Chatelet nie jest Nesle, że należy do króla, obaczymy więc czy będziesz silniejszym od niego.
Benvenuto obejrzawszy się do koła, spostrzegł ogromny kamień, który zaledwie dwóch ludzi zwykłej siły podnieść by zdołało. Poskoczył zatem, zarzucił go na barki, z równą łatwością jak dziecko kamyk brukowy. Lecz zaledwie posunął się kilka kroków, pomyślał, że choćby drzwi wysadził, nie przełamie jednak oporu straży i że taki postępek wtrąciłby jego samego do więzienia; a tu należy się starać o uwolnienie Askania. Rzucił więc kamień na ziemię.
Bezwątpienia prewot patrzył na niego przez jaki nieznaczny otwór, gdyż w tej chwili mistrz posłyszał śmiech głośny.
Benvenuto uszedł z tych miejsc, ażeby nie uledz żądzy roztrzaskania sobie głowy o te drzwi przeklęte.
Podążył prosto do pałacu księżnej d’Etampes.
Uważał bowiem, że jeżeli się tam zobaczy z Blanką, to będzie to samo co widzieć się z Askaniem, albowiem mniemał, że tenże wyznał tajemnicę kochance, jaką przed nim ukrywał. Znalazł bramę pałacu otwartą, przebył dziedziniec i dostał się bez przeszkody do przedsionka, tam zastał ogromnego draba szamerowanego galonami; był to olbrzym sześć stóp wysoki, z plecami dwułokciowej szerokości.
— Co ty za jeden? zapyta! Benvenuta, mierząc go wzrokiem od stóp do głowy.
Benvenuto w każdej innej okoliczności odpowiedziałby mu na to grubiańskie wyzwanie właściwym sobie sposobem, lecz szło o widzenie się z Blanką, o ocalenie Askania, powściągnął się przeto.
— Jestem Benvenuto Cellini złotnik florencki, odpowiedział.
— Czego żądasz?
— Widzieć się z panną Blanką.
— To być nie może.
— Dla czego?
— Ponieważ jej ojciec pan d’Estourville powierzając ją opiece księżnej, zalecił wyraźnie ażeby bez jej zezwolenia nikogo nie przyjmowała.
— Jestem jej przyjacielem.
— Właśnie dla tego nie będziesz jej widział.
— Muszę z nią mówić, odezwał się Benvenuto, zaczynając się gniewem unosić.
— Ja zaś powiadam, że nic z tego nie będzie, odrzekł służący.
— Czy księżna jest widzialną?
— Księżna nie przyjmuje dzisiaj.
— I mnie nawet nie przyjmie, mnie, któremu powierza roboty?
— Pana bardziej niż kogokolwiek.
— Jak uważam księżna nie życzy sobie ażebym bywał w jej domu.
— Zgadłeś pan, gdyż tak jest w istocie.
— Czy wiesz, że jestem człowiekiem szczególniejszego rodzaju, rzekł Benvenuto ze śmiechem który zwykle był zwiastunem wybuchu, i że lubię tam wchodzić gdzie mi właśnie wstępu wzbraniają.
— Jak pan myślisz dokazać tego? bardzom ciekawy.
— Skoro przed drzwiami stoi drab podobny tobie....
— I cóż dalej?
— Odpędzam draba i wywalam drzwi, odpowiedział Benvenuto. Jednocześnie silnem uderzeniem pięści powalił na ziemię służącego a pchnięciem nogi drzwi otworzył.
— Na pomoc! zawołał służący.
Lecz krzyk biedaka był bezużytecznym; Benvenuto bowiem przeszedłszy z przedsionka do przedpokoju, zastał tam sześciu ludzi jak się zdaje oczekujących na niego. Domyślił się, że księżna dowiedziawszy się o jego powrocie, przedsięwzięła stosowne środki. Benvenuto w każdem innem zdarzeniu, zwłaszcza mając sztylet i oręż przy boku, byłby natarł na służalców i rozpędził ich; lecz gwałt podobny w pałacu kochanki króla, mógł pociągnąć za sobą smutne następstwa. Poraz drugi rozsądek gniew w nim przeważył; a pewnym będąc, że przez monarchę przyjętym zostanie, wsunął w pochwę szpadę do połowy wydobytą, i postanowił się oddalić, lecz tak jak lew, który cofając zatrzymuje się za najmniejszym szelestem, przebył zwolna przedsionek ciągle się oglądając, następnie dziedziniec pałacu i podążył do Luwru.
Tym razem Benvenuto odzyskał właściwą postawę i chód umiarkowany, lecz spokojność ta była tylko pozorną, grube krople potu występowały mu na czoło, a gniew wrzał w sercu jego. Nic bowiem nie było nieznośniejszego dla jego gwałtowności jak ta rozmyślna zwłoka, nikczemna zawada zamkniętych drzwi i grubiańska odpowiedź zuchwałego służalca. Ludzie silni, najstraszniejszych doznają cierpień, ilekroć trafiają na zawady materyalne. Benvenuto byłby oddał dziesięć lat życia, aby go kto potrącił; idąc wznosił głowę, zwracał groźne na przechodzących spojrzenia, jakby do nich przemawiał: „Może jest kto pomiędzy wami co mu się życie sprzykrzyło? Jeżeli tak, niech się ze mną spotka, jestem na jego usługi.” W takiem to usposobieniu, zażądał od pazia by go wpuścił do króla.
— Król nie jest widzialny,