>>> Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Wydawca Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Data wyd. 1875
Druk A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
Galeria grafik w Wikimedia Commons Galeria grafik w Wikimedia Commons

TAJEMNICZA WYSPA
przez
Juliusza Verne
przełożył z francuskiego
J.   Pł...


LWÓW, 1875.
Nakładem księgarni Seyfartha i Czajkowskiego.
Z drukarni A. J. O. Rogosza.


TOM I


ROZDZIAŁ I.
(Huragan w r. 1865. — Głosy w powietrzu. — Balon porwany trąbą powietrzną. — Powłoka balonu pęka. — Wskróś tylko morze. — Pięciu podróżników. — Co się dzieje w łódce balonu. — Ląd na widnokręgu. — Rozwiązanie dramatu.)

— Podnosimy się?
— Przeciwnie! idziemy w dół!
— Gorzej, panie Cyrus, spadamy!
— Przez Boga! wyrzucić balast!
— To już ostatni worek!
— A co, podnosi się balon?
— Nie!
— Słyszę jakby plusk fal!
— Pod nami morze!
— Nie więcej jak 500 stóp pod nami!
Wówczas potężny głos zagrzmiał w powietrzu:
— Precz z wszelkim ciężarem!… wyrzucić wszystko! i dalej na bożą łaskę!
Takie słowa zabrzmiały w powietrzu, nad nieprzejrzaną pustynią wód Oceanu Spokojnego, około godziny czwartej wieczorem, dnia 23. marca 1865 roku.
Któż nie pamięta owego wściekłego wichru północno-wschodniego, który w owym roku rozszalał się był w sam czas porównania dnia z nocą (aequinoctium) i kiedy barometr spadł do 710 milimetrów?… Był to huragan, który trwał bez przerwy od 18. do 26. marca. Okropne spustoszenia sprawił w Ameryce, w Europie i Azji, ogarnąwszy całą strefę na 1800 mil szeroką, w kierunku skośnym do równika, od 35. równoleżnika półn. aż do 40. równoleżnika połud.! Miasta poburzone, lasy powyrywane z korzeniem, brzegi pozrywane przez góry wód toczące się wściekłym pędem, okręty na ląd powyrzucane, których na setki liczyły wykazy biura Veritas, całe okolice spustoszone przez trąby, które w swym pochodzie miażdżyły wszystko, tysiące trupów na lądzie, tysiące przez morze pochłoniętych: takie ślady wściekłości swej pozostawił po sobie ów straszliwy orkan. W klęskach przeszedł obydwa orkany, z których pierwszy 25. października 1810, drugi 26. lipca 1825 spustoszyły tak okropnie Hawanę i Gwadelupę.
Otóż w tej samej chwili, kiedy tak straszne katastrofy dokonywały się na lądzie i na morzu, odgrywał się także we wzburzonych strefach napowietrznych równie groźny dramat.
W istocie balon jakiś niesiony jak piłka na grzbiecie trąby, porwany wirem powietrznym, przelatywał przestrzeń z szybkością 90 mil na godzinę[1], kręcąc się do koła własnej osi, jak gdyby nim miotał malstrom[2] powietrzny.
U spodu balonu, przymocowana linami, kołysała się łódka, w której siedziało pięciu podróżników, zaledwie widzialnych wśród tych gęstych wyziewów zmięszanych z cząsteczkami wody, które ciągnęły się aż do samej płaszczyzny oceanu.
Skądże się wziął ten balon, ta igraszka straszliwej burzy? Z którego końca świata wyleciał? Niepodobieństwem ażeby się to stało podczas trwania orkanu. Huragan zaś trwał już od pięciu dni a pierwsze jego objawy rozpoczęły się 18. marca. Możnaby więc było sądzić, że balon przychodził z bardzo daleka, gdyż w ciągu 24 godzin musiał przelecieć co najmniej przestrzeni 2000 mil.
W każdym razie podróżni nie mogli posiadać sposobu obliczenia przestrzeni, przebytej od chwili swego wyjazdu, brakowało im bowiem do tego wszelkiego punktu porównawczego i wszelkiej podstawy obliczenia. Co więcej, rzecz dziwna! nie czuli nawet gwałtowności burzy, która nimi miotała. Nie czuli ani wiru, który kręcił nimi, ani pędu w kierunku poziomym! Nie byli w stanie przeniknąć wzrokiem tej gęstej mgły kłębiącej się pod nimi. Dokoła nie widzieli nic prócz mgły. Tak gęste były chmury, że nie podobna im było rozróżnić, czy to dzień, czyli noc. Ani promień światła, ani gwar żaden z ziemi, ani szum oceanu nie mógł do nich dolecieć, w tę ciemną głuchą nieskończoność, dopóki w wyższych unosili się strefach. Dopiero nagłe spadanie balonu poświadomiło ich o niebezpieczeństwie, jakie im gotowały huczące pod nimi bałwany morskie.
Tymczasem balon wypróżniony z ciężących przedmiotów, jak amunicja, broń i zapasy żywności, wzniósł się znowu w wyższe pokłady atmosfery, do wysokości 4500 stóp. Podróżni, przeświadczywszy się, że mają pod sobą morze i wiedząc, że mniejsze niebezpieczeństwo grozi im u góry niżeli w dole, bez wahania wyrzucali z łódki najpotrzebniejsze przedmioty, ażeby tylko nic nie utracić z gazu, tej duszy balonu, która ich unosiła po nad otchłanią morską.
Noc upłynęła wśród ciągłego niepokoju, który byłby w stanie o śmierć przyprawić ludzi obdarzonych mniejszym hartem i siłą ducha. Wreszcie zaświtał dzień a z brzaskiem jego huragan zdawał się tracić nieco na gwałtowności. W dniu tym 24. marca ukazywały się niektóre objawy przesilenia burzy. Ze świtem chmury bardziej pęcherzowate popowracały napowrót w wyższe regiony niebios. Po kilku godzinach trąba powietrzna wydęła się i pękła. Huragan zmienił się w silny wicher, czyli prąd pokładów atmosferycznych zmniejszył się o połowę. Był to jeszcze, jak powiadają marynarze francuscy „une brise a trois ris“, niemniej przeto zamęt żywiołów uspokoił się znacznie.
Około godziny jedenastej powietrze oczyściło się widocznie w wyższych swych pokładach. Atmosfera wydzielała ze siebie ową wilgoć przezroczystą, którą widać a nawet czuć po przejściu każdego wielkiego meteoru. Nieprawdopodobnem było, ażeby huragan posunął się tylko dalej ku zachodowi, zdawało się raczej że zdusił się sam w sobie. Być może że rozpłynął się cały w kaskadzie elektrycznej, po pęknięciu trąby, jak to się wydarza czasem przy trąbach szalejących po oceanie indyjskim.
Lecz w tym samym czasie dało się czuć także na nowo zniżanie się balonu, powolne lecz ustawiczne, ku niższym pokładom powietrza. Zdawało się nawet, że balon zwolna opada i że powłoka jego rozszerzając się coraz bardziej, przechodzi z kształtu kulistego w owalny.
Około południa balon wznosił się już tylko 2000 stóp nad powierzchnią morza. Cała objętość jego wynosiła 50.000 stóp kubicznych i dzięki swej tęgości mógł się był długi czas utrzymywać w powietrzu, bądź wzbijając się wysoko, bądź też pędząc w kierunku poziomym.
W tej chwili wynosili podróżni ostatki żywności obciążające jeszcze łódkę, chowając tylko po kieszeniach niektóre drobniejsze narzędzia, a jeden z nich, wspiąwszy się na obręcz, gdzie się zbiegały liny sieci balonowej,[3] usiłował przymocować silniej dolny przyrząd balonu.
Widocznem było że podróżni nie mogli już dłużej podtrzymać balonu w górnych strefach i że brakło im gazu!
Zguba ich więc była niechybną!
Jak daleko sięgał ich wzrok nie widać było ani lądu ani żadnej wyspy. Na całej przestrzeni nie było ani jednego punktu stałego, ani kawałka ziemi, gdzieby mogli wyrzucić kotwicę.
Dokoła nie było nic, jak tylko nieskończone morze, którego bałwany łamały się z nieporównaną jeszcze gwałtownością. Ocean bezgraniczny, którego krańców nie mogli dostrzedz, pomimo że z wysokości swej obejmowali dokoła wzrokiem 40 milową przestrzeń! Była to wilgotna płaszczyzna, którą bił i chłostał niemiłosiernie huragan. Morze wydawało się jak stado rozhukanych rumaków ze śnieżystemi grzywami... Ani płatka ziemi na widnokręgu, ani jednego okrętu!
Potrzeba więc było wszelkiemi sposobami powstrzymać spadanie balonu, ażeby nie pochłonęły go fale morskie. Widocznie pracowali nad tem podróżnicy w łódce. Lecz pomimo ich usiłowań, balon spadał coraz niżej a jednocześnie posuwał się z olbrzymią szybkością w kierunku, w którą wiał wicher, t. j. z północno-wschodniego a w południowo-zachodnim.
Okropne było położenie tych nieszczęsnych! Snać nie byli już więcej panami balonu. Usiłowania ich były bezskuteczne. Powłoka balonu opadała i klęsła coraz bardziej. Gaz ulatywał a nie było sposobu powstrzymać go. Spadanie przyspieszało się widocznie, a około południa łódka oddaloną już była tylko na 600 stóp od powierzchni oceanu.
W istocie niepodobna było zapobiedz ulatywaniu gazu, który wolno wymykał się przez szparę w powłoce balonowej.
Wypróżniając łódkę stopniowo ze wszystkich znajdujących się w niej przedmiotów, mogli byli podróżni jeszcze przez kilka godzin utrzymać się w powietrzu. Lecz tym sposobem zdołanoby opóźnić tylko nieuniknioną katastrofę, a jeśliby z zapadnięciem nocy nie ukazał się jaki ląd, podróżni wraz z łódką i balonem musieliby zginąć w morzu.
Ostatniego sposobu, jaki im jeszcze pozostał, spróbowali w tej chwili. Podróżni byli snać ludźmi niepospolitego męstwa, co umieją patrzeć śmierci w oczy. Ani jedno słowo szemrania ni skargi nie wyrwało się z ust żadnego. Byli zdecydowani walczyć do ostatniej chwili i użyć wszelkich sposobów dla spóźnienia swej zguby. Co się tyczy łódki, był to rodzaj kosza plecionego z łozy, niesposobnego do pływania i nie było możności utrzymania jej na powierzchni fal skoro by w nie wpadła.
O godzinie drugiej balon wznosił się już zaledwie na 400 stóp nad morzem.
W tej chwili odezwał się głos męzki — głos człowieka, którego serce nie zna trwogi. Głosowi temu odpowiedziały inne niemniej mężne głosy.
— Wszystko już wyrzucone?
— Nie, jest jeszcze 10.000 franków w złocie.
W tej chwili wpadł w morze ciężki worek.
— Podnosi się balon?
— Trochę, lecz wkrótce spadnie napowrót!
— Czy jest co jeszcze do wyrzucenia?
— Nic!
— Jakto? a łódka?
— Uczepmy się sieci! i do morza z łódką!
Był to w istocie ostatni jeszcze środek ulżenia balonowi. Odcięto sznury przymocowujące łódkę do obręcza i balon wzniósł się w górę do wysokości 2000 stóp.
Pięciu podróżnych wspięło się po sznurach na wierzch obręcza i uczepiwszy się sieci spoglądali w przepaść.
Wiadomo nam jak wielką czułość statyczną posiadają balony. Dość wyrzucić najlżejszy przedmiot, ażeby wywołać ruch w kierunku pionowym. Balon unoszący się w powietrzu, jest tem samem czem waga o matematycznej dokładności. Łatwo więc pojąć, że odjąwszy mu znaczny stosunkowo ciężar, pęd jego w górę będzie wielki i raptowny. To samo stało się teraz.
Lecz pokołysawszy się zaledwie przez chwilę w wyższych strefach, balon począł napowrót spadać. Gaz ulatywał wciąż przez szparę, którą niepodobna było naprawić.
Podróżni uczynili wszystko co było w ich mocy. Odtąd żaden już środek ludzki nie mógł ich ocalić. Nie mogli już więcej liczyć na nic, jak tylko na pomoc bożą.
O godzinie czwartej balon oddalony był jeszcze tylko 500 stóp od powierzchni morza.
W tej chwili dało się słyszeć głośne szczekanie. Pies towarzyszył podróżnym, tuż obok swego pana uczepiony w sieci balonowej.
— Top! coś zobaczył? — zawołał jeden z podróżnych.
Po chwili zawołał silny głos:
— Ziemia! ziemia!
Balon pędzony ustawicznie wichrem w kierunku południowo-wschodnim, przeleciał od świtu znaczną przestrzeń, setki mil, i w istocie w kierunku rzeczonym ukazał się dość wyniosły kawałek ziemi.
Lecz ziemia ta oddaloną była jeszcze o mil 30 pod wiatr. Potrzeba było najmniej dobrej godziny, ażeby do niej przybić i to w tym tylko razie, jeśliby nie nastąpiło żadne zboczenie. Całej godziny! Ale czy pierwej nie uleci reszta gazu, która jeszcze pozostała w balonie?
Oto było straszne pytanie! Podróżni widzieli wyraźnie przed sobą ów punkt stały, do którego bądź co bądź należało przybić koniecznie. Nie wiedzieli co to było, ląd stały czy też wyspa, zaledwie wiedzieli w jaką stronę świata zagnał ich orkan! Lecz czy to ziemia zamieszkała czy nie, czy gościnnie ich przyjmie czy nie — byle tylko dostać się do niej!...
O godzinie czwartej widocznem było, że balon dłużej już utrzymać się nie był w stanie. W przelocie muskał sobą powierzchnię morza. Już grzbiety olbrzymich fal zmoczyły kilkakrotnie spód sieci, ociężając ją tym sposobem jeszcze bardziej, a balon podnosił się już tylko w połowie, jak ptak z przestrzelonem skrzydłem.
W pół godziny potem ziemia była już tylko o milę oddaloną, lecz balon, wycieńczony, opadły, rozdęty i pofałdowany, zawierał jeszcze tylko odrobinę gazu w górnej swej części. Podróżni uczepieni w sieci ciężyli mu już zanadto i wkrótce do połowy pogrążeni w morzu wystawieni byli na wściekłość morskich bałwanów. Powłoka balonu wydęła się jak olbrzymia kieszeń półkólista, a wiatr dmąc w nią z tyłu pędził balon niby okręt po morzu. Może w ten sposób dobije do lądu!
Oddalenie od ziemi wynosiło już tylko około 240 sążni, gdy w tem krzyk straszliwy wydobył się naraz z czterech piersi. Balon, który jak się zdawało, więcej już podnieść się nie mógł, popchnięty naraz gwałtownie przez morskie bałwany, podniósł się niespodziewanie w górę. Jak gdyby w tej chwili pozbył się nowej części swojego ładunku, wzniósł się do wysokości 500 stóp, i tam napotkał rodzaj powietrznego wiru, który zamiast popędzić go ku brzegowi, popchnął go w kierunku prawie równoległym. Wreszcie we dwie minuty później zbliżył się do brzegu w kierunku skośnym i upadł na piasek nadbrzeżny, w miejscu gdzie już nie sięgały fale morskie.
Podróżni pomagając sobie nawzajem wywikłali się z sieci. Balon pozbywszy się reszty ciężaru popędził dalej z wiatrem, jak ptak raniony, który na chwilę odzyskał życie — i znikł w przestrzeni.
W łódce było pięciu podróżnych i pies, a balon wyrzucił na brzeg tylko czterech.
Jeden z podróżnych musiał snać zostać porwanym przez ów bałwan, który uderzył w sieć i to zapewnie sprawiło, że balon pozbywszy się części swego ciężaru, wzniósł się raz jeszcze, a w kilka minut później upadł na brzegu.
Zaledwie czterej rozbitki — słusznie należy im się ta nazwa — dotknęli stopą lądu, gdy w tem, postrzegłszy stratę towarzysza, zawołali jakby z jednej piersi:
— Może usiłuje dostać się w pław! Na ratunek, na ratunek!





ROZDZIAŁ II.
(Epizod z wojny amerykańskiej r. 1865. — Inżynier Cyrus Smith. — Gedeon Spilett. — Murzyn Nab. — Pencroff marynarz. — Młody Harbert. — Niespodziewany projekt. — Schadzka o godzinie dziesiątej wieczorem. — Wyjazd wśród burzy.)

Ludzie, których orkan wyrzucił na to wybrzeże, nie byli ani aeronautami z zawodu, ani miłośnikami wypraw napowietrznych. Byli to jeńcy wojenni, którzy natchnieni odwagą umknęli z niewoli wśród okoliczności nadzwyczajnych i wyjątkowych. Sto razy wystawieni byli na śmierć niechybną! Sto razy powinien był balon pęknięty pogrążyć ich w otchłań morską! Ale niebo ocaliło ich na cele nieznane, i umknąwszy z miasta Richmond, oblężonego przez wojska jenerała Ulyssesa Granta, znaleźli się nagle 20. marca o siedm tysięcy mil oddalonymi od stolicy Wirginji, najgłówniejszej twierdzy separatystów, podczas straszliwej wojny amerykańskiej r. 1865. Żegluga ich napowietrzna trwała dni pięć.
Ucieczka tych jeńców, zakończona wyż opisaną katastrofą, przyszła do skutku wśród następujących dziwnych i ciekawych okoliczności.
Tegoż samego roku 1865 w lutym, podczas jednej z owych bezowocnych wypraw przedsiębranych przez jenerała Granta w celu opanowania Richmondu, kilku z jego oficerów dostawszy się do niewoli, zostało uwięzionymi w temże mieście. Jeden z nich, wyszczególniający się pomiędzy innymi i należący do sztabu wojsk sfederowanych, zwał się Cyrus Smith.
Cyrus Smith, rodem z Massachussets, był inżynierem, mężem pierwszorzędnej nauki; rząd federalny poruczył mu w czasie wojny nadzór i kierownictwo nad kolejami żelaznemi, którym przypadło tak ważne zadanie strategiczne. Był to typ Amerykanina północnego, chudy, kościsty, sucherlawy, liczył około 45 lat, miał włosy i zarost krótko podstrzyżone i już szpakowate, i nosił tylko pełny, gęsty wąs. Głowa jego piękna i pełna wyrazu była z rzędu t. z. „numizmatycznych“, które zdają się być stworzone na to, ażeby figurować na medalach; posiadał oczy ogniste, wyraz ust surowy i poważny i twarz taką, jaką posiadają zazwyczaj uczeni wojskowi. Był to jeden z tych inżynierów, którzy chcieli rozpocząć swój zawód od młotka i kilofa[4], podobni owym bohaterom, którzy rozpoczynali swoją karjerę wojskową od prostego żołnierza. Genjalność umysłu łączył z niepospolitą zręcznością mechaniczną. Ramię jego odznaczało się rzadką jędrnością muskułów. Był on prawdziwym mężem czynu zarówno jak i człowiekiem myślącym, działał bez natężenia, party żywą przedsiębiorczością swego ducha, i energiczną wytrwałością, gotową stanąć do walki z wszelkiemi przeciwnościami. Obok głębokich i wszechstronnych wiadomości, posiadał wielką praktyczność, był to, jak powiadają, człowiek, który wszędzie i zawsze „da sobie radę“. Miał usposobienie godne pozazdroszczenia. W każdej okoliczności był zawsze panem siebie i łączył w sobie w najwyższym stopniu owe trzy warunki wszelkiej energji: rzutkość umysłu i ciała, gwałtowność żądz i potęgę woli. Mógł słusznie powiedzieć że hasło jego było to samo, co Wilhelma z Oranji w XVII. wieku: „Do działania nie trzeba mi nadziei, ani powodzenia do wytrwania“.
Cyrus Smith był zarazem wcielonem męstwem. Brał udział we wszystkich bitwach wojny secesjonistów z unjonistami. Wstąpiwszy najpierw w szeregi ochotnicze unionistów pod wodzą jenerała Granta, walczył pod Paducah, Belmont, Pittsburg-Landing, przy oblężeniu Koryntu, pod Port-Gibson, nad Czarną Rzeką, pod Chatta-Noga, pod Wilderness, zawsze mężnie jak żołnierz godny swojego jenerała, który zwykł był mawiać: „nie liczę nigdy moich trupów!“ I sto razy powinien był Cyrus Smith znaleźć się w liczbie tych, których „nie liczył“ groźny Grant, ale we wszystkich tych walkach, pomimo że wcale się nie oszczędzał, sprzyjało mu szczęście, aż do chwili, kiedy ranny dostał się do niewoli w bitwie pod Richmondem.
Przy tej samej sposobności i tego samego dnia, co Cyrus Smith, wpadł w niewolę południowców także drugi znakomity człowiek. Był nim nikt inny, jak czcigodny Gedeon Spilett, „korespondent“ dziennika New-York-Herald, wysłany do śledzenia przebiegu wojny wśród wojsk armji północnej.
Gedeon Spilett należał do rzędu owych godnych podziwu korespondentów pism angielskich i amerykańskich, z rodziaju takich Stanley’ów i jemu podobnych, którzy nie cofną się przed niczem, gdy chodzi o uzyskanie wiadomości wiernych i prawdziwych i doniesienie takowych swemu dziennikowi w jaknajkrótszej osnowie. Dzienniki Unji amerykańskiej, tego rodzaju co New-York-Herald stanowią prawdziwe potęgi a wysłannicy ich są osobistościami, z któremi liczyć się musi każdy. Gedeon Spilett był jednym z takich wysłanników pierwszorzędnego stopnia.
Był to mąż wielkich zasług, energiczny, zręczny, gotów na wszystko, pełny pomysłów, bywalec który przebiegł świat cały, żołnierz i artysta zarazem, skory do rady, raźny w czynie, nie dbały na trudy, ani na mozoły ani niebezpieczeństwa, gdy szło o to, ażeby się o wszystkiem dowiedzieć, naprzód dla siebie a potem dla swego dziennika, prawdziwy bohater w ciekawości, w wywiadach, we wszystkiem, co nieznane, niewiadome, niemożliwe, jeden z tych nieustraszonych spostrzegaczy, którzy piszą spokojnie wśród gradu kul, spisują „notatki“ wśród kartaczy, dla których każde niebezpieczeństwo jest „pożądaną okazją“.
I on też brał udział we wszystkich bitwach, zawsze na przedzie, z rewolwerem w jednej ręce, z notatkami w drugiej, a wśród huku armat nie zadrżał mu ołówek w ręku. Nie trudził nigdy napróżno drutów telegraficznych, jak to czynią ci, którzy mówią wtedy gdy nic nie mają do powiedzenia, ale każda jego wiadomość krótka, treściwa i jasna, rzucała nowe światło na jakąś ważną okoliczność. Zresztą nie brakło mu nigdy ani dobrego humoru ani konceptu. On to podczas bitwy nad Czarną Rzeką, aby nie stracić pierwszego miejsca przy kratkach biura telegraficznego, i módz najpierw donieść swojemu dziennikowi o wyniku bitwy, telegrafował przez całe dwie godziny pierwsze rozdziały biblji. Koncept ten kosztował New-York-Herald’a dwa tysiące dolarów, ale za to New-York-Herald miał pierwszy wiadomość.
Gedeon Spilett był wzrostu słusznego. Liczył najwięcej lat czterdzieści. Blond faworyty wpadające w kolor rudawy okalały twarz jego. Wzrok miał łagodny, szybki, bystry, latający. Był to wzrok człowieka jednym rzutem ogarniającego wszystkie szczegóły na widnokręgu. Będąc silnie zbudowany, zahartował się pod wpływem rozmaitych klimatów, jak sztaba stalowa w zimnej wodzie.
Gedeon Spilett piastował już od lat dziesięciu urząd korespondenta New-York-Herald’a wzbogacając to pismo swojemi doniesieniami i rysunkami, równie bowiem zręcznie władał ołówkiem jak piórem. W chwili, gdy został wzięty do niewoli pracował właśnie nad opisem i zdjęciem planu bitwy. Ostatnie słowa nakreślone w jego notatkach były: „Jeden z południowców bierze mnie na cel i....“ I chybił Gedeona Spiletta, który, swoim zwyczajem, i z tych opałów wyszedł zupełnie bez szwanku.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett, znani sobie nawzajem chyba z reputacji, zostali obaj odwiezieni do Richmond. Inżynier ozdrowiał szybko ze swej rany i właśnie w czasie swej rekonwalescencji zapoznał się z korespondentem. Ci dwaj ludzie podobali się sobie nawzajem i powzięli dla siebie szacunek. Wkrótce ożywiała ich obu jedna tylko myśl, jeden cel: wydobyć się z niewoli, połączyć się z armją Granta i walczyć nadal w jego szeregach za jedność federalną.
Obaj Amerykanie postanowili zatem korzystać z każdej sposobności do ucieczki; lecz chociażby im nawet pozostawiono zupełną wolność w obrębie samego miasta, to jednak Richmond tak ściśle strzeżony był dokoła, że ucieczka musiała się wydać każdemu istnem niepodobieństwem.
W tym stanie rzeczy przybył Cyrusowi niespodziewanie nowy sprzymierzeniec w osobie sługi, który duszą i ciałem był mu oddany. Tym zuchem był pewien murzyn, zrodzony w posiadłościach inżyniera, z ojca i matki niewolników któremu jednak Cyrus Smith hołdując rozumem i sercem zasadzie zniesienia niewoli, od dawna darował był wolność. Niewolnik, choć wolność uzyskał, nie chciał mimo to porzucić swego pana. Kochał go tak, że z radością byłby dał życie za niego. Był to chłopak lat trzydziestu, dziarski, obrotny, zręczny, intelegentny, łagodny i spokojny, czasem naiwny, zawsze uśmiechnięty, usłużny i poczciwy. Zwał się Nabuchodonozor, lubił jednak żeby nań wołano skróconym i poufałym sposobem: „Nab“.
Otóż Nab, dowiedziawszy się że pan jego dostał się do niewoli, bezzwłocznie opuścił Massachussets, przybył pod Richmond i tu postępem i zręcznością, naraziwszy swe życie najmniej dwadzieścia razy, potrafił wcisnąć się do oblężonego miasta. Chcieć opisać obopólną radość Cyrusa, gdy ujrzał niespodzianie wiernego sługę, i Naba, gdy odszukał swego pana, byłoby niepodobieństwem.
Lecz chociaż udało się Nabowi wkręcić do Richmondu, to jednak o wiele trudniej było wydobyć się ztamtąd, gdyż jeńców federalnych bacznem strzyżono okiem. Tylko nadzwyczajny jakiś wypadek mógł nastręczyć sposobność do ucieczki połączoną z pewnem prawdopodobieństwem powodzenia, a sposobność taka nie tylko nie przychodziła sama ale i sprowadzić ją było nie łatwo.
Tymczasem Grant nie zaprzestawał swych strategicznych operacyj. Zwycięstwo pod Petersburgiem drogo go kosztowało. Siły jego połączone z siłami Butlera nie osięgnęły dotychczas pod Richmond żadnego rezultatu i nic nie zapowiadało naszym jeńcom bliskiego wyswobodzenia. Korespondent, któremu nudna ta niewola nie nastręczała żadnych ciekawych szczegółów dla jego notatek, nie mógł już dłużej wytrzymać. Jedna myśl opanowała go całego! bądź co bądź wydobyć się z Richmond. Kilkakrotnie nawet próbował szczęścia, lecz każdym razem wstrzymywały go nieprzełamane trudności.
Tymczasem oblężenie trwało dalej, i jeśli jeńcy nasi wzdychali tylko do tego, ażeby ucieczką połączyć się z armją Granta, to i między oblężonemi byli tacy, którzy niemniej radzi by byli wydobyć się z miasta, ażeby połączyć się z armją separatystów, a między tymi niejaki Jonatan Forster, zapalony południowiec. I w istocie tak samo jeńcy federalni jak i federaliści nie mogli opuścić miasta opasanego w kole przez armją północną. Gubernator Richmondu od dawna już nie mógł się znosić z jenerałem Lee a rzeczą najwyższej wagi było zawiadomić tegoż o położeniu w jakiem znajdowało się miasto, ażeby przyspieszyć odsiecz. Otóż wyż pomieniony Jonatan Forster wpadł był na myśl wzbić się w powietrze balonem, przelecieć tym sposobem linje wojsk oblężonych i dostać się do obozu separatystów.
Gubernator zezwolił na ten projekt. Sporządzono balon i oddano go do dyspozycji Jonatana Forstera, któremu pięciu innych jeszcze zuchów miało towarzyszyć w tej napowietrznej wyprawie. Balon zaopatrzono bronią, na wypadek gdyby lądując byli zmuszeni bronić się i żywnością, na wypadek, gdyby ich podróż napowietrzna miała się nieco przedłużyć.
Czas wyjazdu naznaczono na dzień 18go marca. Miało się to stać w nocy, przy średnim wietrze północno-zachodnim, a aeronauci spodziewali się w kilka godzin przybyć do kwatery jenerała Lee.
Lecz ten wiatr północno-zachodni nie był wcale zwyczajnym wiatrem. Już od 18. marca uważano, że się zmienia w orkan. Wkrótce burza wzmogła się do tego stopnia, że wyjazd Forstera musiał być odroczonym, niepodobna bowiem było narażać balon i jego załogę na wściekłość rozpasanych żywiołów.
Balon, napełniony gazem, czekał na głównym placu miejskim, gotów odlecieć każdej chwili, gdyby się wicher nieco uspokoił a całe miasto niecierpliwiło się, widząc, że stan powietrza nie zmienia się wcale.
Upłynął 18 i 19 marca a burza nie uspakajała się ani na chwilę. Z trudnością nawet zdołano ochronić od zniszczenia balon, przymocowany do ziemi, którym wiatry morskie wściekle targały.
Minęła noc z 19 na 20 marca, ale nad ranem orkan z większą jeszcze wybuchnął wściekłością. Wyjazd był niemożliwy.
Dnia tego zaczepił Cyrusa Smitha na jednej z ulic Richmondu człowiek jakiś zupełnie mu nieznany. Był to marynarz, nazwiskiem Pencroff, w wieku od 35 do 40 lat, silnie zbudowany, mocno ogorzały, z żywemi, ustawicznie mrugającemi oczyma, ale z poczciwym wyrazem twarzy. Ten Pencroff był z urodzenia północnym Amerykaninem, przepłynął wszystkie morza na całej kuli ziemskiej i doznał najdziwniejszych przygód, jakie kiedykolwiek spotkać mogą istotę dwunożną bez pierza. Nie potrzeba dodawać, że była to natura w wysokim stopniu przedsiębiorcza, gotowa na wszystko, a której nigdy nic nie zdołało wprawić w zdziwienie. Pencroff na początku owego roku udał się był do Richmond w interesach, w towarzystwie młodego chłopca, nazwiskiem Harbert Brown, rodem z New-Iersey, syna swojego kapitana sieroty, którego kochał jak własnego syna. Nie mogąc wyjechać przed rozpoczęciem oblężenia, ujrzał się nagle zamkniętym w mieście, ku wielkiemu swemu niezadowoleniu i w tem położeniu przepełniała go także całego ta jedna myśl: wymknąć się jakim bądź sposobem. Inżyniera Cyrusa Smitha znał ze słychu. Wiedział jak niecierpliwie ten śmiały człowiek targał więzy swojej niewoli. Otóż dnia tego postanowił porozumieć się z nim i spotkawszy go zagadnął bez wstępu:
— Jakże, panie Smith, czy sprzykszyło się już panu bardzo w Richmond?
Inżynier zmierzył bystro człowieka, który tak do niego przemówił, a ten zniżając głos, dodał:
— Panie Smith, chcesz pan uciekać?
— A kiedy? zapytał żywo inżynier i można słusznie twierdzić, że odpowiedź ta wymknęła mu się mimowoli, gdyż nie wybadał jeszcze człowieka, który przemówił do niego.
Lecz zmierzywszy wzrokiem przenikliwym dobroduszną postać marynarza, nie wątpił więcej że ma do czynienia z poczciwym człowiekiem.
— Kto pan jesteś? zapytał krótko.
Pencroff wyjawił mu swoje nazwisko.
— Dobrze, odparł Cyrus Smith, lecz jakiż sposób ucieczki?
— Tym balonem, co tam wisi gnuśnie i wydaje mi się, jak gdyby na nas czekał umyślnie!..
Marynarz nie potrzebował kończyć zdania. Inżynier zrozumiał wszystko z pierwszego słowa. Chwycił Pencroffa pod ramię i zabrał go ze sobą do swego mieszkania.
Tam marynarz rozwinął cały swój projekt w istocie nader prosty. Narażało się tylko życie... a zresztą nic. Prawda, że orkan szalał z największą gwałtownością, ale taki zręczny i śmiały inżynier, jak Cyrus Smith, potrafiłby przecież kierować balonem. Gdyby on znał tę sztukę, on sam, Pencroff, ani chwili by się nie wahał puścić się w drogę — rozumie się z Harbertem. Nie takie on widział burze i nic sobie z żadnej nie robił!
Cyrus Smith słuchał marynarza w milczeniu, ale wzrok jego pałał. Trafiała się więc sposobność, a Cyrus Smith nie zwykł był opuszczać podobnej. Projekt był wprawdzie bardzo niebezpieczny, mimo to był wykonalny. W nocy, pomimo najczulszej straży, można było podkraść się pod balon, wślizgnąć do łódki, a potem odciąć liny, które go do ziemi wiązały. Prawda że można zostać zabitym, lecz może się także i udać, a gdyby nie ta burza... Lecz gdyby nie ta burza, balon byłby już odleciał, a tak gorąco oczekiwana sposobność do ucieczki byłaby się w tej chwili nie trafiała!
— Nie jestem sam!... rzekł kończąc swe rozmyślania Cyrus Smith.
— Ileż osób chcesz pan zabrać ze sobą? zapytał marynarz.
— Dwie: mego przyjaciela Spiletta i sługę Naba.
— Razem trzy — odparł Pencroff — a ze mną i z Harbertem pięć. Balon miał zabrać sześć...
— Więc jedziemy! — rzekł Cyrus Smith.
To słówko „my“ tyczyło się także korespondenta, ale korespondent nie należał do ludzi, którzy cofają się od podobnych przedsięwzięć i zaledwie mu ten projekt przedłożono, przystał od razu bez namysłu. Co go dziwiło, to że myśl taka prosta jemu samemu nie przyszła dotąd do głowy. Co się tyczy Naba, to ten szedł wszędzie, dokąd się panu jego podobało.
— A zatem dziś w wieczór, rzekł Pencroff. Będziemy się przechadzać wszyscy pięciu w tamtej stronie, niby z ciekawości.
— Dziś w wieczór, o godzinie dziesiątej — odparł Cyrus Smith — i dałby Bóg, ażeby się ta burza nie uspokoiła przed naszym wyjazdem!
Pencroff pożegnał inżyniera i powrócił do swego pomieszkania, gdzie zostawił młodego Harberta Brown. Ten śmiały chłopczyna znał plan marynarza i nie bez pewnego niespokoju oczekiwał rezultatu konferencji z inżynierem. Jak więc widzimy, było to pięciu ludzi śmiałych i gotowych na wszystko, którzy postanowili puścić się na losy burzy, wśród wyjącego z pełnej piersi orkanu!
Nie! Huragan nie uspakajał się wcale, i ani Jonatanowi Forsterowi ani towarzyszom jego nie mogło przyjść do głowy narażać się na wściekłość jego w tak kruchej łódce! Dzień był okropny. Inżynier jednego się tylko obawiał, t. j. ażeby balon przymocowany do ziemi a targany wichrem nie pękł w tysiąc kawałków. Przez kilka godzin wałęsał się po placu prawie pustym, nie spuszczając z oka balonu. Tosamo robił Pencroff z przeciwnej strony, z rękami w kieszeniach, poziewając od czasu do czasu, jak człowiek, który nie wie czem zabić nudny czas — lecz także powątpiewał, czy balon nie pęknie lub czy nie zerwie swych więzów i nie uleci w powietrze.
Nadszedł wieczór. Noc była bardzo ciemna. Gęste wyziewy niby chmury unosiły się ponad ziemią. Padał deszcz ze śniegiem i zimno było przenikliwe. Rodzaj mgły ciężkiej zawisł nad Richmondem. Zdawało się, jakoby burza stała się chwilową rozjemczynią między oblężonymi a oblegającymi i że armaty zawstydzone milczały w obec straszliwych ryków orkanu. Ulice były puste. Zdawało się nawet zbytecznem podczas tak okropnej burzy strzedz placu miejskiego, w pośrodku którego uwiązany do ziemi rozpaczliwie szamotał się balon Wszystko snać sprzyjało ucieczce jeńców, ależ ta jazda napowietrzna wśród rozhukanych wichrów....
— Przebrzydła chlapawica! — rzekł Pencroff, uderzając z góry pięścią w kapelusz, który wicher zrywał mu z głowy. — Ale ba! przecież postawimy na swojem!
O godzinie w pół do dziesiątej Cyrus Smith i towarzysze jego z rozmaitych stron podkradli się chyłkiem aż na sam plac, pogrążony w zupełnej ciemności, ponieważ oświetlające go lampy gazowe pogasły wszystkie od wiatru. Nie widać było nawet olbrzymiego balonu, który wicher przygniótł aż do samej ziemi. Oprócz worków z balastem złożonych w sieci sznurowej balonu, łódka przytwierdzoną była osobno za pomocą potężnej liny przewleczonej przez kółko utwierdzone w bruku kamiennym, której drugi w dwójnasób złożony koniec przymocowany był do krawędzi łódki.
Jeńcy spotkali się przy łódce. Nikt ich nie spostrzegł, a nawet tak było ciemno, że sami siebie nie widzieli.
W głębokiem milczeniu Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Nab i Harbert wsiedli do łódki, podczas gdy Pencroff na rozkaz inżyniera zdejmował po jednemu worki z balastem. Trwało to chwil kilka, poczem marynarz zajął miejsce w łódce obok swoich towarzyszów.
Balon przytrzymywała jeszcze tylko w dwójnasób złożona lina, a Cyrus Smith miał już tylko wydać rozkaz wyjazdu.
Wtem pies jakiś jednym susem wskoczył do łódki. Był to Top, pies inżyniera, który urwawszy się z łańcucha, pobiegł za swoim panem. Cyrus Smith, obawiając się zwiększenia ciężaru, chciał odpędzić biedne zwierzę
— Ba, jeden więcej! rzekł Pencroff i wyrzucił z łódki dwa worki z balastem.
Następnie popuścił linę i balon wzniósł się do góry w kierunku ukośnym i znikł w obłokach, potrąciwszy wpierw łudką o dwa kominy, które rozwalił w szalonym swym pędzie.
Orkan rozszalał się wówczas z wściekłą gwałtownością. Dopóki noc trwała, niepodobieństwem było spuszczać się na dół, a gdy dzień zaświtał, gęste mgły zakryły pod niemi ziemię.
W pięć dni później, gdy się rozjaśniło powietrze, ujrzeli nieprzejrzane morze pod sobą, a wicher pędził balon z przerażającą szybkością.
Widzieliśmy w poprzednim rozdziale, jakim sposobem z tych pięciu ludzi, którzy 20. marca opuścili Richmond, dnia 24. marca wyrzuconych zostało czterech na puste wybrzeże, sześć tysięcy mil oddalone od ich rodzinnego kraju.[5]
A tym, którego stracili, na którego ratunek pospieszyli natychmiast czterej ocaleni rozbitki, był ich przewódzca, inżynier Cyrus Smith!...






ROZDZIAŁ III.
(Godzina piąta w wieczór. — Stracony towarzysz. — Rozpacz Naba. — Poszukiwania w północnej stronie. — Wysepka. — Noc pełna strapienia i udręczeń. — Mgła poranna — Wyprawa Naba wpław przez morze. — Obraz ziemi. — Przez kanał w bród.)

Sieć przedarła się była pod Cyrusem Smithem i uderzający bałwan morski porwał go ze sobą. Z nim razem zniknął także pies jego. Wierne to zwierzę dobrowolnie rzuciło się w morze na pomoc swojemu panu.
— Dalej, naprzód! zawołał korespondent.
I wszyscy czterej, jak byli, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff i Nab, niepomni własnego znużenia i trudów, rozpoczęli poszukiwania.
Biedny Nab płakał z wściekłości i z rozpaczy zarazem, na myśl, że utraci wszystko co kochał na świecie.
Między chwilą, kiedy Cyrus Smith zniknął, a chwilą, w której towarzysze jego wyrzuceni zostali na ląd, nie upłynęło więcej jak dwie minuty. Można się więc było spodziewać przyjść jeszcze na czas z pomocą.
— Szukajmy go, szukajmy go! krzyczał Nab.
— Dobrze, Nab, odparł Gedeon Spilett, i znajdziemy go!
— Przy życiu?
— Przy życiu!
— A umie pływać? zawołał Pencroff.
— Umie! odparł Nab, a zresztą Top jest przy nim!
Marynarz, słysząc wściekły ryk morza, pokiwał tylko głową!
Inżynier wpadł w morze na północ od wybrzeża, około pół mili od miejsca, w którem wyrzuceni zostali nasi rozbitki. Najbliższy zatem punkt wybrzeża, do którego mógłby dopłynąć, odległy był co najwyżej pół mili.
Była wówczas mniej więcej godzina szósta z wieczora. Mgła podniosła się z oceanu i ciemniejszą jeszcze uczyniła noc. Rozbitki skierowali swe kroki północnym brzegiem lądu, na który los ich wyrzucił, lądu zupełnie nieznanego, którego nawet położenia geograficznego domyślać się nie mogli. Pod nogami mieli grunt piasczysty, zmięszany z kamykami i pozbawiony, jak się zdawało, wszelkiej roślinności. Grunt ten, nader nierówny i chropowaty, poprzerzynany był tu i owdzie małemi rozpadlinami, które niezmiernie utrudniały pochód. Z tych dołów zrywały się co chwila duże jakieś ptaki ciężkiego lotu, których ciemność nie dozwalała rozpoznać. Inne, szybsze i mniejsze, wzlatywały stadami jak chmury. Marynarzowi zdawało się, że poznaje w nich mewy i drobniejsze ptactwo morskie, którego przeraźliwe ostre krzyki zagłuszały nawet szum oceanu.
Od czasu do czasu rozbitki nasi zatrzymywali się i wołali z całych sił, wytężając słuch, czy też od strony morza nie odezwie się głos jaki. Przypuszczali słusznie, że zbliżywszy się do miejsca, w którem Cyrus Smith mógł był wypłynąć, w razie, gdyby on sam nie był w stanie dać znać o sobie, szczekanie Topa doszłoby ich ucha. Lecz żaden głos nie dał się słyszeć wśród ponurego grzmotu łamiących się o brzegi fal morskich. Wtedy drużyna nasza podążyła dalej, przeszukując po drodze wszystkie najmniejsze zakręty nadbrzeża.
Po 20 minutach marszu, wstrzymała nagle pochód naszych rozbitków granica spienionych fal morskich. Nie było dalej lądu. Znaleźli się na samym krańcu języka ziemi, o którego podnóże łamały się z wściekłością bałwany.
— To przylądek, rzekł marynarz. Zwróćmy się w prawo i tym sposobem dotrzemy do lądu stałego.
— Lecz jeśli on tam jest! odparł Nab, wskazując na ocean, którego olbrzymie fale bielały w zmroku.
— Więc wołajmy na niego!
I wszyscy czterej, łącząc razem swe glosy, wydali grzmiący okrzyk — żadnej odpowiedzi. Wyczekali chwili, w której morze jakby tchu nabierając — przycichło — i ponowili okrzyk — ale napróżno!
Wówczas zwrócili swe kroki w przeciwną stronę przylądku, po gruncie jednakowo piasczystym i kamienistym. Pencroff jednak zauważył, że brzegi były bardziej urwiste, że grunt się zwolna podnosił — i przypuszczał, że łączy swą przydłużoną nieco pochyłością wyniosły ląd, którego ciężkie kształty rysowały się niewyraźnie w cieniach zmroku. Mniej było ptactwa w tej stronie wybrzeża. I morze zdawało się być mniej wzburzonem, mniej hałaśliwem i nawet prąd fal widocznie o wiele zwolniał. Zeledwie słychać było jak łamały się o brzegi. Ta strona przylądku tworzyła snać małą zatokę półkolistą, którą ów język zasłaniał przed działaniem pełnego morza.
Lecz idąc dalej w tym kierunku południowym, oddalano się tylko coraz bardziej od tej strony wybrzeża, gdzie Cyrus Smith prawdopodobnie mógł był wypłynąć. Po półtorej mili drogi nie napotkali jeszcze takiego zakrętu, któryby im dozwolił zwrócić się znowu na północ. Zdawało się jednak, że przylądek ten z tej strony którą szli, musiał gdzieś przytykać do stałego lądu. Rozbitki, jakkolwiek znużeni i wycieńczeni na siłach, dążyli mężnie naprzód, w nadziei znalezienia się co chwila na skręcie, który ich zawróci napowrót w dawnym kierunku.
Lecz jakież było ich rozczarowanie, gdy po dwóch milach drogi zaleźli się naraz na dość wyniosłym, śliskim, skalistym szczycie, a przed sobą ujrzeli morze!
— Jesteśmy na jakiejś wyspie! rzekł Pencroff, i zeszliśmy ją od końca do końca!
Marynarz miał słuszność. Rozbitki nasi nie zostali wyrzuceni na ląd stały, ani nawet na wyspę, lecz na malutką wysepkę mającą zaledwie dwie mil długości, której szerokość nie musiała być także bardzo znaczną.
Czyż miałaby ta mała kamienista wysepka pozbawiona wszelkiej roślinności, pusty przytułek kilku ptaków morskich, przytykać do innej większej jakiej wyspy? Trudno to było przypuścić. Podróżni nasi, ujrzawszy z łódki ziemię przez mgły, nie zdołali ocenić dostatecznie jej objętości. Lecz Pencroff wprawnem okiem marynarza przenikającem wszelkie ciemności, zdawał się dostrzegać w tej chwili na zachodzie niewyraźnie kształty jakiegoś górzystego wybrzeża.
Lecz ciemność nie dozwalała rozróżnić do jakiego rodzaju należała ta wysepka, pojedyńczych czy też złożonych. Nie podobna było także opuścić jej, gdyż zewsząd oblaną była morzem. Trzeba więc było odłożyć nazajutrz poszukiwania za straconym towarzyszem, który niestety żadnym nawet znakiem nie dał znać o sobie.
— Milczenie Cyrusa niczego nie dowodzi, rzekł korespondent. Może zemdlał, może jest ranny i chwilowo niezdolny dać odpowiedzi, ale nie traćmy nadziei.
Korespondent wpadł zatem na myśl rozpalenia ognia na pewnym punkcie wysepki, który by służył jako sygnał dla Cyrusa. Lecz nigdzie nie można było znaleść ani drzewa ani suchych krzewów. Wszędzie tylko piasek i kamyki!
Łatwo pojąć żal i boleść Naba i towarzyszy jego którzy żywe przywiązanie powzięli dla nieustraszonego Cyrusa. Aż nadto widocznem było niepodobieństwo niesienia mu w tej chwili pomocy. Potrzeba było oczekiwać dnia. Albo więc Cyrus sam o własnych ocalił się siłach i znalazł już schronienie na jakimś punkcie wybrzeża, albo też stracony był na wieki!
Długie to były i gorzkie godziny. Rozbitki srogich doznawali cierpień, lecz zaledwie je czuli. Nie przyszło im do głowy użyć chwili spoczynku. Myśl o ich przewódzcy nie pozwoliła im pamiętać o sobie; nie tracąc nadzieji, a raczej wmawiając ją w siebie, tysiąc razy przebyli tam i nazad całą wysepkę, powracając nieustannie do jej północnego krańca, najbardziej z bliżonego do miejsca gdzie zaszło owo opłakane zdarzenie. Naprzemian to przysłuchując się, to znów wołając, spodziewali się wciąż usłyszeć wołanie o pomoc, a głos ich musiał sięgać daleko, gdyż spokój jakiś zapanował wówczas w powietrzu, fale się uspokoiły a zarazem i huk ich przycichł.
Raz nawet na krzyk Naba zdawało się że zawtórowało echo. Harbert zwrócił na to uwagę Pencroffa, dodając:
— To dowodzi, że w stronie zachodniej znajduje się ziemia nie bardzo daleko.
Marynarz skinął na to potakująco. Zresztą nie mogły go oczy omylić. Jeśli chociaż niewyraźnie dostrzegł w tej stronie ziemię, to z pewnością była tam ziemia.
Lecz to dalekie echo było jedyną odpowiedzią na krzyk Naba, a całą wschodnią część wysepki zaległa ponura cisza.
Tymczasem zwolna wypogadzało się Niebo. Około północy zamigotało kilka gwiazdek, i gdyby inżynier był przy nich, byłby dostrzegł, że te gwiazdy nie należały już do strefy północnej. Nie było gwiazdy polarnej na tym nowym horyzoncie, konstylacje zenitalne były także różne od tych, jakie się dają spostrzegać na północy nowego świata, a Krzyż południowy jaśniał na południowym biegunie.[6]
Tak upłynęła noc. Około godz. piątej nad ranem, dnia 25. marca na wierzchołku nieba zarysowały się lekkie półcienie. Widnokrąg pogrążony był jeszcze w ciemności, lecz z pierwszym brzaskiem dnia, podniosła się z morza mgła gęsta tak, że zaledwie na dwadzieścia kroków przed sobą można było dostrzegać przedmioty. Mgła rozwinęła się i zawisła nad ziemią w ciężkich szmatach.
Była to nowa przeszkoda bardzo nie w porę. Rozbitki nie mogli nic rozróżnić w koło siebie. Podczas gdy oczy Naba i korespondenta błądziły po oceanie, marynarz z Harbertem śledzili za ową ziemią na zachodzie. Lecz ani śladu ziemi nie można było dostrzedz.
— Mniejsza z tem, rzekł Pencroff, chociaż nie widzę ziemi, to ją czuję... ona tam... tam... tak pewnie, jak to, że nie jesteśmy więcej w Richmondzie!
Lecz niebawem mgła poczęła się rozwiewać. Była ona tylko zapowiednią pogody. Ciepłe promienie słoneczne ogrzały naprzód górne pokłady powietrza a następnie przedarły się do samej powierzchni wysepki.
W istocie, około godziny wpół do siódmej, w trzy kwandransy po wschodzie słońca, mgła zrobiła się przezroczystą. Zgęstniała u góry, lecz zato przerzedziła się u dołu. Niebawem ukazała się oczom rozbitków cała wysepka, jak gdyby wyszła z chmur, następnie półkolem poczęło odsłaniać się morze, niezmierzone ku wschodowi ale zato na zachodzie zarysowało się wyniosłe i urwiste wybrzeże.
Tak! to ziemia! Tam ich zbawienie na jakiś czas przynajmniej! Wysepkę przedzielał od owego wybrzeża kanał na pół mili szeroki, w którym szumiał bystry prąd morski.
Tymczasem jeden z rozbitków idąc wyłącznie za popędem swego serca, rzucił się nagle w prąd morski, nie zasiągnąwszy wprzód nawet zdania towarzyszy, nie rzekłszy ani słowa. Był to Nab. Spieszno mu było dostać się do tego wybrzeża i dopłynąć doń od strony północnej. Nikt by go nie był w stanie zatrzymać. Pencroff wołał za nim, ale napróżno. Korespondent gotował się płynąć za Nabem.
Wówczas Pencroff przystąpiwszy do niego rzekł:
— Chcesz pan przepłynąć ten kanał?
— Tak jest, odparł Gedeon Spilett.
— Więc wierz mi, zaczekaj trochę, rzekł marynarz. Nab wystarczy ażeby nieść pomoc swemu panu. Puściwszy się kanałem, narazilibyśmy się tylko na to, że prąd porwałby nas ze sobą. Otóż, jeżeli się nie mylę, to prąd ten spowodowany jest odpływem morza. Patrz pan, morze widocznie opada. Więc miejmy cierpliwość gdy odpływ ustąpi, uda się nam może przejść w bród.
— Masz pan słuszność, odparł korespondent. Nie rozłączajmy się ze sobą, jak długo się da...
Tymczasem Nab walczył mężnie z prądem wody. Płynął wciąż w kierunku skośnym. Za każdem uderzeniem fali widać było jego czarne barki nad powierzchnią wody. Prąd unosił go wprawdzie z olbrzymią szybkością, lecz jednocześnie przybliżał się wciąż do brzegu. To pół mili, które oddzielało wyspę od ziemi, przepłynął w przeciągu więcej niż pół godziny i wyszedł na brzeg o kilka tysięcy stóp w bok od miejsca przeciwległego punktowi, z którego wypłynął.
Nab wylądował u podnóża stromej ściany granitowej, strzepnął się tęgo, następnie pobiegł pędem i zniknął wkrótce po za wierzchołkiem skały, sterczącej ponad morzem w tej samej mniej więcej wysokości, co północny kraniec wysepki.
Towarzysze Naba przypatrywali się ze ściśnionem sercem śmiałemu jego zamiarowi a gdy już zniknął im z oczu, przenieśli wzrok swój na ową ziemię, na której chcieli szukać schronienia i przytułku. Zjedli także kilka muszli rozsianych gęsto po piasku — lichy to był posiłek, ale zawsze jakiś posiłek.
Przeciwległe wybrzeże tworzyło obszerną zatokę, zakończoną na południe spiczastym językiem, pozbawionym wszelkiej roślinności, który przedstawiał widok nader ponury i dziki. Język ten łączył się z wybrzeżem w dość fantastycznych zarysach i jak filary zakończone w kabłąk, sterczały z niego olbrzymie skały granitowe. Przeciwnie na północ rozszerzając się, tworzyła zatoka wybrzeże bardziej zaokrąglone, ciągnące się z południowo-zachodniego w północno-wschodnim kierunku a zakończone urwistym, śpiczastym przylądkiem. Odległość pomiędzy tymi dwoma krańcami, o który opierał się łuk zatoki mogła wynosić mil ośm, Wysepka na pół mili od brzegu oddalona, zajmowała szeroki pas morza, podobna do olbrzymiego szkieletu wieloryba. Cała jej szerokość wynosiła ćwierć mili.
Nadbrzeże przed wysepką składało się w pierwszym rzędzie z płaszczyzny piasczystej pokrytej gęsto czarniawemi skałami, które właśnie w tej chwili z opadającego wskutek odpływu morza poczęły z wolna wychylać głowy. Na drugim planie wznosił się rodzaj kurtyny[7] granitowej, ściętej prostopadle, z fantastycznym wierzchołkiem, najmniej 300 stóp wysokiej. Kurtyna ta ciągnęła się na trzy mile długości i kończyła się z prawej strony raptownie ściętem urwiskiem, jak gdyby ręką ludzką wyciosanem. Przeciwnie po lewej stronie przed samym przylądkiem, to strome niekształtne wybrzeże rozdrobione w graniaste bryły, złożone z nagromadzonych odłamów skał i rumowiska, przechodziło zwolna w przydłużną pochyłość, z którą łączyły się urwiska i skały południowego krańca.
Na płaszczystej wyżynie wybrzeża nie było ani jednego drzewa. Był to jakby stół gładki, podobny temu, który się wznosi nad Cape-Town, na przylądku Dobrej Nadzieji, tylko mniejszych nieco rozmiarów. Tak przynajmniej wydawało się patrząc z wysepki. Za to nie brakowało roślinności po prawej stronie, za owem urwiskiem. Łatwo było rozróżnić grupy olbrzymich drzew, ciągnące się jak daleko wzrok sięgał.
Widok tej roślinności rozweselał nieco oko, znużone szorstkiemi linjami granitowych ram, które go otaczały.
Na ostatnim wreszcie planie, ponad piaszczystą wyżyną, w kierunku północno-zachodnim w odległości najmniej siedm mil, błyszczał śniegiem okryty szczyt, ozłocony promieniami słońca. Była to czapka śniegu pokrywająca łysinę jakiejś oddalonej góry.
Niepodobna więc było rozstrzygnąć kwestji, czy ziemia, którą widzieli przed sobą, była wyspą, czy też częścią lądu stałego. Lecz patrząc na te skały piętrzące się po lewej stronie, dziwacznie poszarpane i urwiste, każdy geolog byłby niezawodnie przypisał im pochodzenie wulkaniczne, niezaprzeczenie bowiem były wytworem jakiejś podziemnej rewolucji.
Gedeon Spilett, Pencroff i Harbert uważnie przypatrywali się tej ziemi, na której czekał ich może długoletni pobyt a może i śmierć nawet, jeżeli nie leżała przy szlaku, którym zwykły płynąć okręta!
— No, i cóż ty na to, Pencroff? zapytał Harbert.
— Ha cóż, widzę w tem dobre i złe, jak we wszystkiem, odparł marynarz. Zresztą obaczymy. Lecz odpływ morza coraz widoczniejszy. Za trzy godziny spróbujemy, czy nie uda się nam przejść na drugi bok, a gdy się już raz tam dostaniemy, będziemy się starali robić co będzie można i odszukać p. Smitha.
Pencroff nie omylił się w swych rachubach. We trzy godziny później, gdy morze opadło, odkryła się większa część piasczystej płaszczyzny, stanowiącej łożysko kanału. Wysepkę oddzielała już tylko od przeciwnego wybrzeża wąska odnoga, łatwa do przebycia.
W istocie, około godziny dziesiątej, Gedeon Spilett z dwoma towarzyszami, rozebrawszy się i przymocowawszy na głowie zawiniątka z sukniami, rzucili się w odnogę, której głębokość nie wynosiła więcej jak pięć stóp. Harbert, dla którego było zbyt głęboko, płynął jak ryba i trzymał się dzielnie. Wszyscy trzej dostali się bez trudności na drugą stronę. Tam osuszywszy się rychło na słońcu i przywdziawszy napowrót suknie, które udało im się ochronić od zmoczenia złożyli walną naradę.






ROZDZIAŁ IV.
(Litodomy. — Przy ujściu rzeki. — Dymniki górskie. — Dalszy ciąg poszukiwań. — Las o zielonych drzewach. — Zapas paliwa. — Czekajmy odpływu morza! — Widok ze szczytu wybrzeża. — Spław drzewa. — Powrót do brzegu.)

Korespondent polecił przedewszystkiem marynarzowi, ażeby czekał na niego w tem samem miejscu dokąd niebawem powróci, poczem nie tracąc chwili czasu, podążył do góry w tę samą stronę wybrzeża, którędy kilka godzin przedtem udał się był Nab. W kilka minut później znikł na zakręcie wybrzeża, tak mu spieszno było zasięgnąć wieści o straconym towarzyszu.
Harbert chciał mu towarzyszyć. Ale marynarz rzekł:
— Zostań tu ze mną mój chłopcze. Musimy przysposobić jakieś koczowisko i pomyśleć, czyby się nie dało wyszukać dla naszych żołądków coś pożywniejszego od muszli. Przyjaciele nasi będą potrzebowali posiłku za powrotem. Niech każdy czyni, co do niego należy.
— Jam gotów, odparł Harbert.
— To dobrze, rzekł marynarz — jakoś to będzie. Postępujmy tylko systematycznie. Czujemy znużenie, zimno i głód, trzeba nam więc wyszukać sobie przytułku, ognia i pożywienia. W lesie znajdziemy drzewo, w ptasich gniazdach jaja, idzie więc tylko jeszcze o dach.
— Ja więc poszukam w skałach jakiejś jaskini — odparł Herbert — i pewnie uda mi się wynaleść dziurę, w której się wszyscy pomieścimy.
— To, to, mój chłopcze, rzekł Pencroff. I dalej naprzód!
I obaj puścili się w drogę podnóżem olbrzymiej skalistej ściany, po wydmie piasczystej, którą zwolna opadające morze odkryło. Lecz zamiast iść w górę na północ, oni schodzili w dół na południe. Pencroff zauważał na kilkaset kroków od miejsca, w którem wylądowali, wrzynającą się w brzeg wąską cieśninę, która, zdaniem jego, była łożyskiem rzeki jakiejś lub potoku. Z jednej więc strony było rzeczą nader ważną zamieszkać w pobliżu wody słodkiej, z drugiej zaś strony nie było nieprawdopodobnem przypuszczenie, że prąd morski w tę stronę poniósł Cyrusa.
Powiedzieliśmy wyżej, że owa ściana skalista wznosiła się do wysokości 300 stóp, ale od góry do dołu była jakby z jednego kamienia wyciosaną, i nawet u podnóża jej, które morze z lekka podmywało, nie było żadnej szczeliny mogącej służyć za tymczasowe schronienie. Był to mur prostopadły z twardego granitu, którego nigdy nie dotknęło morze. Dokoła szczytu jego wzlatywały chmury wodnego ptactwa, szczególniej rozmaite rodzaje z rzędu płetwonogich o podłużnym, spłaszczonym i śpiczastym dzióbie — nader krzykliwe i wcale nie zmięszane widokiem ludzi, którzy pewnie po raz pierwszy przerywali im ich spokojną samotność. Pomiędzy tem ptactwem płetwonogiem rozpoznał Pencroff także rodzaj mew, które zowią czasem wronami morskiemi, tudzież małe drapieżne mewki, gnieżdżące się po zakrętach granitowej ściany. Jeden strzał celny w środek tego ptasiego mrowiska byłby setki ich ubił, lecz do strzału potrzeba strzelby, a ani Pencroff ani Harbert nie posiadali takowej. Zresztą te mewki i te wrony zaledwie dadzą się jeść i nawet jaja ich mają smak obrzydliwy.
Tymczasem Harbert, zboczywszy nieco na lewo, natrafił wkrótce na kilka brył skalnych pokrytych algami,[8] które w kilka godzin później przypływające morze powinno było znowu skryć pod wodę. Na tych skałach, wśród wijącego się ziela morskiego, leżały muszle o podwójnej skorupie, któremi nie mógł wzgardzić człowiek zgłodniały. Harbert przywołał zatem Pencroffa, który na głos jego z pospiechem przybiegł.
— To nie są ślimaki morskie, odparł Harbert, który uważnie przypatrywał się tym uczepionym do skał mięczakom, to litodomy.
— A dadzą się jeść? zapytał Pencroff.
— Wyśmienicie.
— Więc bierzmy się do nich.
Marynarz mógł w tej mierzy polegać na zdaniu Harberta. Chłopak ten był nader bity w historji naturalnej i posiadał od lat najmłodszych namiętne zamiłowanie do tej nauki. Ojciec pchnął go więc w tym kierunku, posyłając na wykłady najlepszych profesorów w Bostonie, którzy polubili to dziecko intelegentne i pracowite. I później jeszcze nieraz miano spożytkować jego zmysł przyrodniczy, który jak na początek nie omylił go wcale.
Litodomy te, były to płazy podłużne, w kształcie gron przyczepione do skały. Należały one do rodzaju mięczaków świdrujących, które przedziurawiają najtwardsze kamienie a skorupa ich zaokrągla się na obu końcach, czego nie widać u pospolitych ślimaków.
Pencroff z Harbertem sprawili okropne spustoszenie pomiędzy temi litodomami, które wylazły były właśnie ze skorupy, aby się pogrzać na słońcu. Jedli je tak jak ostrygi i przekonali się, że mają smak silnie pieprzny, tak że nie trzeba było do nich ani pieprzu ani innej przyprawy.
Tym sposobem zaspokoili chwilowo głód, lecz zato tem gwałtowniej, zwłaszcza po takiej potrawie, dało się im czuć pragnienie. Trzeba więc było szukać słodkiej wody, a nie podlegało wątpliwości, że nie może jej brakować na ziemi tak kapryśnie wyposażonej niespodziewanemi darami przyrody. Pencroff i Harbert zaopatrzywszy się wpierw w obfity zapas litodomów, któremi napełnili kieszenie i chustki, spuścili się napowrót do podnóża góry.
Dwieście kroków dalej przybyli do cieśniny, którą, według zapowiedzi Pencroffa, miała płynąć mała rzeczka. W tem miejscu przerywała się ściana granitowa, zdawało się, że wskutek jakiegoś dawnego podziemnego wybuchu. U podnóża jej było małe wydrążenie w kształcie zatoki, której dno tworzyło kąt dosyć ostry. W tem miejscu szerokość potoku wynosiła 100 stóp, a jego nadbrzeże po obu stronach zaledwie 20 stóp. Rzekę tę ściskały z obu stron prostopadłe ściany granitowe, które ku ujściu zdawały się nieco zniżać. Dalej bieg rzeki zwracał się nagle i ginął w zaroślach małego lasku na pół mili przestrzeni.
— Tu woda! tam las! rzekł Pencroff. Brak nam jeszcze tylko mieszkania!
Woda była w rzece przezroczysta. Marynarz przekonał się, że podczas odpływu morza, kiedy fale morskie jej nie mąciły, była słodką. Stwierdziwszy tę ważną okoliczność, począł Harbert szukać wydrążenia jakiego w skale, któreby mogło służyć im za schronienie, ale daremnie. Skała była wszędzie gładka, równa i prostopadła.
Przy samem jednak ujściu potoku, w miejscu bezpiecznem przed falami morskiemi, podczas przypływu, rumowiska skał tworzyły wprawdzie nie pieczarę, lecz stosy olbrzymich brył, jakie często napotkać można w okolicach mających pokłady granitowe, zwane „dymnikami górskiemi.“
Pencroff i Harbert zapuścili się dość daleko pomiędzy skały, w ich kurytarzy posypane piaskiem, w które wdzierało się światło przez szczeliny pomiędzy bryłami granitu, z których wiele utrzymywało równowagę w sposób niepojęty dla oka. Lecz razem ze światłem wkradał się także wiatr — przeciąg podobny temu, jaki panuje po kurytarzach — a z wiatrem zalatywał z zewnątrz ostry, przenikliwy chłód. Marynarz jednak sądził, że ubezpieczywszy lepiej niektóre części tych kurytarzy od działania zewnętrznej atmosfery, pozatykawszy niektóre otwory kamieniami i piaskiem, możnaby te „dymniki“ uczynić mieszkalnemi. Ich kształt geometryczny podobny był do znaku & który oznacza w skrócéniu et caetera. Zaopatrzywszy dobrze górny guz znaku, którędy wciskał się do środka wiatr południowy i zachodni, można było wybornie zużytkować dalszy jego układ na mieszkanie.
— Oto tego nam było potrzeba! zawołał Pencroff, i jeśli będziemy znów kiedy mieli przy nas p. Smitha, potrafi on niezawodnie wykrzesać coś z tego labiryntu!
— Ujrzymy go jeszcze, ujrzymy, zawołał Harbert, a kiedy powróci, trzeba żeby już zastał mieszkanie przynajmiej znośne. Doprowadzimy do tego, jeżeli nam się uda w lewym kurytarzu skleić ognisko lecz trzebaby zostawić otwór, przez któryby dym wylatywał.
— Uda się nam, uda, mój chłopcze odparł marynarz, a urządzenie tych dymników — (nazwę tę pozostawił Pencroff temu prowizorycznemu mieszkaniu) — będzie naszem zadaniem. Przedewszystkiem jednak trzeba zabrać zapas paliwa. Sądzę że las przyda nam się do zatkania tych otworów, przez które djabeł teraz hula.
Harbert i Pencroff wydobyli się z pomiędzy „dymników“ i obszedłszy krawędź wybrzeża, poczęli wdrapywać się znowu na lewy brzeg rzeki. Prąd był w tem miejscu dość bystry i unosił ze sobą kilka zeschłych gałęzi. Przypływ morza, który w tej chwili dawał się już czuć, powinien był gwałtownie odeprzeć go wstecz na dość znaczną odległość. Marynarz wpadł więc na myśl, że możnaby ten przypływ i odpływ morza zużytkować do przewozu ciężkich materjałów.
Po kwadransie drogi dotarli marynarz i Harbert do kolana, jakie tworzyła rzeka, skręcając w lewo. Od tego punktu począwszy toczył się dalej bieg rzeki środkiem lasu, gdzie rosły przepyszne drzewa. Drzewa te, pomimo spóźnionej pory roku, zachowały swą zieloność, należąc do gatunku drzew szyszkowych, które rodzą się we wszystkich częściach świata, tak pod niebem północnem jak i w krainach podrównikowych. Młody nasz przyrodnik rozróżnił pomiędzy niemi „deodary“, drzewa żywiczne, nader rozpowszechnione w strefie himalajskiej, roztaczające woń bardzo przyjemną. Z pomiędzy tych pięknych drzew strzelały w niebo grupy sosen, rozpościerających szeroko gęste korony swych gałęzi. Pencroff uczuł pod nogami, wśród bujnego ziela suche gałęzie, trzeszczące jak dziecinne pukawki.
— Brawo! chłopcze, rzekł do Harberta; choć nie znam może nazwisk tych drzew, tyle wiem przynajmiej, że należą do rodzaju „paliwa“ a ten jeden rodzaj obchodzi nas w tej chwili.
— Róbmy zapas! odparł Harbert, i natychmiast wziął się do dzieła.
Zbiórka szła z łatwością. Nie trzeba było nawet łamać drzew, gdyż mnóstwo suchych gałęzi leżało pod nogami. Lecz chociaż nie brak było paliwa, środki przewozu takowego pozostawiały wiele do życzenia. Drzewo to było bardzo suche i musiało szybko się palić. Z tąd wynikała konieczność sprowadzenia go do „dymników“ w większej ilości, a dwóch ludzi nie mogło zbyt znacznemu podołać ciężarowi. Uwagę tę zrobił Harbert.
— E! mój chłopcze, odparł marynarz, trzeba znaleźć jakiś sposób przewiezienia tego drzewa. Sposób na wszystko się znajdzie! Gdybyśmy mieli wózek lub łódkę, toby to łatwo było!
— Lecz mamy rzekę! zawołał Harbert.
— A jużci, odparł Pencroff. Rzeka będzie dla nas drogą, która sama jedzie, a nie darmo wynaleziono tratwy i spławy.
— Tylko że droga nasza, zauważał Harbert, posuwa się w tej chwili w przeciwnym kierunku od tego, jaki nam jest potrzebny. Morze bowiem zaczyna przypływać!
— Zaczekajmy na odpływ, odparł marynarz, a wtedy morze samo powiezie nasze paliwo do „dymników“. Tymczasem przygotujmy spław!
Marynarz z Harbertem skierowali swe kroki ku kątowi, jaki krawędź lasu tworzyła ze rzeką. Obaj dźwigali odpowiedni do sił swoich ładunek drzewa w wiązkach. Na nadbrzeżnem urwisku znajdowała się również wielka ilość suchych gałęzi, pomiędzy zaroślami, w których ludzka noga nigdy zapewne nie postała. Pencroff wziął się natychmiast do sporządzenia tratwy.
W małej przestrzeni utworzonej przez klinowo wystający kawałek brzegu, o który łamał się prąd rzeki, składali marynarz z Harbertem duże kawały drzewa, związując takowe ze sobą zapomocą suchej wikliny. W ten sposób sporządzili rodzaj tratwy, na której ułożyli w stos cały swój zapas drzewa, wynoszący mniej więcej tyle, ile mogło nabrać dwudziestu ludzi. W godzinę robota była ukończoną i spław przywiązany do brzegu miał już tylko czekać na przypływ morza.
Mając zatem jeszcze kilka godzin wolnych, postanowili Pencroff i Harbert wyleźć na sam szczyt wyniosłego nadbrzeża i ztamtąd rozpatrzeć się dokładniej w okolicy.
W odległości 200 kroków po za kolanem, które tworzyła rzeka, skalista ściana wybrzeża zakończona bezładnie natłoczonemi skałami, przechodziła w lekką spadzistość tuż przy krawędzi lasu. Spadzistość tę tworzyły, jakby ręką natury wyżłobione schody. Marynarz i Harbert poczęli więc po nich wspinać się do góry. Dzięki silnym swym ścięgnom, w kilku minutach dotarli do szczytu i stanęli na krawędzi urwiska po nad ujściem rzeki.
Stanąwszy na szczycie, pierwsze spojrzenie rzucili na ten ocean, który przebywali w tak okropnych okolicznościach! Ze wzruszeniem patrzali w ową północną stronę wybrzeża, gdzie nastąpiła ostateczna katastrofa. Tam to zginął Cyrus Smith. Śledzili wzrokiem za jakim szczątkiem balonu, do którego mógłby uczepić się człowiek. Ni śladu czegoś podobnego! Wskróś tylko niezmierna wodna pustynia. Całe wybrzeże w koło było również puste. Nie widać było nigdzie ani Gedeona Spiletta, ani Naba. Łatwo jednak być mogło, że w tej chwili tak daleko byli oddaleni, że ich dojrzeć nie można było.
— Coś mi powiada, ozwał się Harbert, że taki dzielny człowiek, jak pan Cyrus nie mógł pójść na dno, jak pierwszy lepszy. Musiał gdzieś przypłynąć do brzegu. Prawda, Pencroff?
Marynarz smutnie pochylił głowę. On nie spodziewał się już więcej Cyrusa Smitha, lecz nie chcąc wszelkiej nadziei odbierać Harbertowi, odparł:
— Niezawodnie, niezawodnie, nasz inżynier da sobie radę nawet tam, gdzieby każdy inny przepadł z kretesem!...
Tymczasem przypatrywał się uważnie położeniu i kształtom wybrzeża. Na dole, u stóp jego rozciągała się piasczysta płaszczyzna, zamknięta po prawej stronie ujścia rzeki szeregiem raf z morza sterczących. Skały te wynurzone jeszcze z wody podobne były do krokodyli wylęgających się w mule nadbrzeżnym. Z tamtej strony tych raf połyskiwało morze w promieniach słonecznych. Na południe ostra krawędź zamykała widnokrąg, tak, że nie można było poznać, czyli ziemia w tym kierunku się przedłuża, lub czyli ciągnie się w kierunku południowo-wschodnim i południowo-zachodnim, w którym to razie ziemia ta byłaby półwyspem nader przedłużonym. Na północnym krańcu zatoki rysowały się daleko kształty wybrzeża w linji bardziej zaokrąglonej. Tam rzeka była płytką, szeroko rozlaną, bez urwistych brzegów, z szerokiemi ławami piasku, który odpływ morza poodkrywał.
Pencroff i Harbert zwrócili teraz wzrok swój na zachód. Oko ich oparło się naprzód na górze, piętrzącej się w odległości sześciu lub siedmiu mil, której wierzchołek pokryty był śniegiem. Począwszy od pierwszych jej pagórków aż na dwie mile ku wybrzeżu, ciągnęły się wielkie obszary lasów, ogołocone z liścia, gdzieniegdzie tylko przerywane zielonemi grupami drzew iglastych. — Dalej, od krańca tego boru aż do samego wybrzeża, zieleniła się szeroka płaszczyzna porośnięta grupami drzew bezładnie porozrzucanych. Po lewej stronie widać było wśród rzadkich drzew połyskującą rzeczułkę; zdawało się że bieg jej dość kręty wiódł ją w poboczne pasma gór, zkąd zapewne musiało wytryskać jej źródło. W miejscu, gdzie marynarz zostawił spław drzewa, poczęła rzeka płynąć pomiędzy dwiema wysokiemi ścianami granitowemi, ale podczas gdy po lewym boku brzegi były gładkie i urwiste, po prawym natomiast poczęły się zwolna coraz bardziej zniżać, po opoce następowały odłamy skał, po skałach kamienie, po kamieniach kamyczki — i tak aż do samej krawędzi wybrzeża.
— Mieliżbyśmy się znajdować na wyspie?... mruknął marynarz.
— W każdym razie zdaje się być dość rozległą! odparł chłopak.
— Najrozleglejsza wyspa jest zawsze tylko wyspą! rzekł Pencroff.
Ważna ta kwestja nie mogła natychmiast być rozstrzygniętą. Trzeba to było na później odłożyć. Sama zaś ta kraina, czy była wyspą czy też stałym lądem, zdawała się żyzną, w przyjemne widoki i różnorodne opływającą płody.
— To szęście nasze, rzekł Pencroff, a w położeniu w jakiem jesteśmy winniśmy za to wdzięczność Opatrzności.
— Niechże więc Bogu będzie chwała! odparł Harbert, którego dusza pobożna przepełnioną była wdzięcznością dla Stwórcy wszech rzeczy.
Długo Pencroff i Harbert rozpatrywali się po krainie, na którą los ich wyrzucił, lecz z tak ogólnikowego przeglądu trudno było odgadnąć, co przyszłość dla nich chowała w swem łonie.
Następnie rozpoczęli powrót południowym grzbietem pasma gór granitowych, zarysowanym długim festonem skał o najdziwaczniejszych kształtach. Tu po szczelinach skał i po dziurach wyżłobionych w kamieniu gnieździło się tysiące ptactwa. Harbert skacząc ze skały na skałę spłoszył jedną taką gromadę skrzydlatą.
— A! to nie są mewy! zawołał.
— A cóż to za ptaki? zapytał Pencroff. Na honor, jabym myślał że to gołębie!
— W samej rzeczy, odparł Harbert, to są gołębie ale dzikie, zwane skalnemi. Poznaję je po podwójnym pasku czarnym na skrzydłach, po białym kuprze i po pierzu modro-popielatem. A ponieważ sam gołąb’ skalny jest bardzo smaczny, więc i jaja jego muszą być wyśmienite, a założyłbym się, że ich dość znajdziemy po gniazdach.
— Nie pozwolimy im się wywieść, chyba pod postacią jajecznicy! odparł wesoło Pencroff.
— A w czemże zgotujesz jajecznicę? zapytał Harbert. W kapeluszu?
— Prawda, odparł marynarz, nie znam się dość na kuglarstwie. Będziemy się więc kontentować jajami na miękko; co do mnie podejmuję się sprzątnąć najtwardsze!
Pencroff i Harbert przeszukiwali sumiennie dziury w skałach i w istocie znaleźli w niektórych jaja gołębie! Zebrali ich kilka tuzinów w chustkę i ponieważ przypływ morza się zbliżał, poczęli spuszczać się na dół ku rzece.
Kiedy przybyli do miejsca, w którem rzeka tworzyła kolano, była godzina pierwsza z południa. Prąd wody począł się już odwracać. Trzeba więc było korzystać z odpływu, ażeby spław z drzewem sprowadzić do ujścia rzeki. Pencroff nie chciał puścić spławu na los wody, lecz nie miał również ochoty sam wsiąść na spław, ażeby nim kierować. Ale marynarz nigdy nie jest w kłopocie o linę lub sznur; Pencroff więc ukręcił na prędce ze suchej wikliny powróz na kilka sążni długości. Żywy ten powróz przymocowali do tylnej części tratwy, marynarz ujął jeden koniec do ręki, podczas gdy Harbert za pomocą długiej żerdzi odpychał tratwę od brzegu i w ten sposób kierował ją z prądem wody.
Manewr ten udał się wyśmienicie. Potężny ładunek z drzewem wstrzymywany ręką marynarza idącego brzegiem, płynął prosto z wodą. Brzeg był bardzo urwisty, nie było niebezpieczeństwa ażeby spław osiadł na mieliźnie a mniej więcej we dwie godziny później przybił do ujścia rzeki, o kilka kroków od „dymników“.






ROZDZIAŁ V.
(Urządzenie „dymników.“ — Ważna kwestja ognia. — Pudełko z zapałkami. — Poszukiwania po nadbrzeżu. — Powrót korespondenta i Naba. — Wszystkiego wszystkiem jedna zapałka! — Ognisko rozpalone. — Pierwsza wieczerza. — Pierwsza noc na lądzie.)

Skoro spław z drzewem został wyładowany, pierwszą troską Pencroffa było urządzić „dymniki“ na mieszkanie, zatykając otwory i dziury, któremi wiatr zalatywał. Zapomocą piasku, kamyków i splecionych gałęzi pozapychali szczelnie wszystkie boczne krużganki znaku & wystawione na wiatr południowy, oraz górny guz jego. Zostawili tylko jedną kiszkę poboczną, wąską i krętą, ażeby dym miał którędy wychodzić a ognisko ażeby miało potrzebny ciąg. Tym sposobem podzielili „dymniki“ na kilka izb, jeźli można nazwać tem mianem tyleż ciemnych jam, któremi zaledwie zwierz byłby się zadowolił. Tyle przynajmniej było z nich korzyści, że były suche i że można było w nich prosto stać, zwłaszcza w głównej izbie zajmującej średnią część „dymników.“ Podłogę stanowił drobny piasek i wziąwszy wszystko razem w rachubę, można tam było jako tako wytrzymać, dopóki by się coś lepszego nie trafiło.
Podczas roboty Harbert i Pencroff rozmawiali ze sobą.
— A może towarzysze nasi, rzekł Harbert, lepszą gdzie od naszej wynajdą rezydencję!
— Być to może, odparł marynarz, ale — w wątpliwości trzeba przezorności! Lepiej mieć na łuku jedną cięciwę więcej, niż nie mieć żadnej.
— Mój Boże! rzekł Harbert, żeby tylko przyprowadzili ze sobą p. Smitha, żeby go odszukali, o to byśmy Bogu za to podziękowali!...
— Prawda! prawda! mruknął Pencroff. Był to człowiek, jakich mało!
— Jakto „był...?“ Więc nie spodziewasz się już ujrzeć go więcej?
— A broń mnie Boże! odparł marynarz.
Robota była tymczasem gotową i Pencroff oświadczył, że jest z niego bardzo zadowolonym.
— Teraz, rzekł, mogą powrócić nasi przyjaciele. Znajdą schronienie dostateczne.
Nie pozostało więc jak tylko przysposobić ognisko i zgotować jedzenie. Było to zadanie proste i łatwe w istocie. Na dnie pierwszego otworu z lewej strony, w którem pozostawioną była komunikacja z powietrzem, położyli obszerne płyty kamienne. Należało zapobiedz temu, ażeby dym wszystkiego ciepła nie wydmuchiwał na dwór, chcąc wewnątrz utrzymać przyzwoitą temperaturę. Jedną z izb przeznaczyli na skład drzewa, na płytach zaś kamiennych położył marynarz kilka polan i nieco drobniejszych trzasek.
Podczas tych przygotowań, zapytał Harbert marynarza, czyli posiada zapałki.
— Rozumie się, odparł Pencroff, i to na szczęście nasze, bo bez zapałek lub czyru bylibyśmy we wielkim kłopocie!
— Moglibyśmy poradzić sobie w takim razie tak jak dzicy ludzie, rzekł Harbert, pocierając dwa kawałki suchego drzewa, jeden o drugi.
— Spróbuj, mój chłopcze, odparł marynarz, a zobaczysz, czy, oprócz tego że sobie połamiesz ręce, dojdziesz do jakiego rezultatu?
— A przecież to sposób bardzo prosty i bardzo używany na wyspach Cichego Oceanu!
— Nie przeczę, rzekł Pencroff, sądzę jednak, że dzicy muszą mieć osobny jakiś sposób do tego lub używają osobnego gatunku drzewa. Co do mnie, próbowałem już nieraz w ten sposób dobyć ognia, lecz zawsze napróżno! Przyznaję się więc, że wolę zapałki. Gdzie są moje zapałki?
Pencroff sięgnął do kamizelki po pudełko z zapałkami, które, jako zapalony miłośnik tytoniu, zawsze nosił przy sobie. W kamizelce go nie było. Przetrząsł kieszenie u spodni, lecz, ku największemu zdziwieniu swemu, i tam go nie znalazł.
— A, to głupio, i gorzej niż głupio! zawołał patrząc na Harberta. Pudełko musiało mi wylecieć z kieszeni i przepaść gdzieś do licha. A ty, Harbercie, nie masz przy sobie nic, ani krzesiwa, ani nic takiego, czemby można ogień rozniecić?
— Nie mam nic!
Była to zguba w takich okolicznościach nader ważna i jak na teraz niepowetowana.
Pencroff nie ukrywał wcale swego bolesnego rozczarowania. Ciężka chmura zawisła na jego czole, lecz nie mówił ani słowa. Harbert, chcąc go pocieszyć, zauważył, że prawdopodobnie zapałki byłyby zamoczone wodą morską, a tem samem nie do użycia.
— Ależ nie mój chłopcze, odparł marynarz. Były w pudełku mosiężnem, szczelnie zamykającem się! A cóż teraz poczniemy?
— Z pewnością znajdzie się jakiś sposób wydobycia ognia. Zresztą p. Smith lub p. Spilett nie będą pewnie tak ogołoceni z zapałek jak my.
— Być może, odparł Pencroff, ale tymczasem nie mamy ognia i towarzysze nasi za powrotem znajdą bardzo mdły tylko posiłek!
— Ależ niepodobieństwem jest, zawołał żywo Harbert, ażeby nie mieli przy sobie zapałek lub czyru!
— Ja wątpię, odparł marynarz potrzęsajac głową. Najprzód ani Nab, ani p. Smith nie palą, a co do p. Spiletta, obawiam się, że prędzej zachował swoje notatki niż pudełko z siarnikami.
Harbert nie odrzekł na to ani słowa. Zguba zapałek była zaiste godną opłakania. Lecz młody chłopiec miał nadzieję że w ten lub ów sposób, zawsze jednak uda się dostać ognia. Pencroff, bardziej doświadczony, jakkolwiek nie byle czem dawał się zbić z tropu, innego jednak był zdania. W każdym razie nie pozostawało im nic innego, jak tylko oczekiwać powrotu Naba i[9] Marynarz wyszedł na dwór, trąc czoło gwałtownie, a za nim Harbert.
W piasku pomiędzy skałami, nad brzegiem rzeki, szukali obaj jaknajpilniej, ale napróżno. Pudełko było mosiężne i powinno było odrazu wpaść w oko.
— Słuchaj Pencroffie, rzekł Harbert, nie wyrzuciłeś przypadkiem tego pudełka z łódki do morza?
— Nie byłem tak nierozsądny, odparł marynarz. Ale kiedy co człowiekiem tak rzuca na wszystkie strony, jak nami rzucało, to rzecz taka mała łatwo może się wytrząść. Nawet fajka gdzieś przepadła! Przeklęte pudełko! Gdzie ono może być?
— Morze teraz odpływa, rzekł Harbert, biegnijmy na miejsce, gdzieśmy wylądowali.
Mało było prawdopodobieństwa, ażeby odszukali pudełko, które fale morskie w czasie przypływu musiały ponieść między kupę kamieni, mimo to jednak należało zbadać tę okoliczność. Harbert i Pencroff pospieszyli więc co tchu na miejsce, w którem dzień przedtem wylądowali, oddalone mniej więcej 200 kroków od „dymników.“
Tam pomiędzy kamykami i w rozpadlinach skał poczęli nader szczegółowe i skrupulatne poszukiwania, ale bez skutku. Jeżeli pudełko wypadło w tem miejscu fale musiały je niewątpliwie porwać i unieść ze sobą. Stopniowo jak morze ustępowało, marynarz przeszukiwał najdrobniejsze szczeliny między skałami wszystko daremnie!
korespondenta. Ale trzeba było wyrzec się jaj na twardo, które chciał dla nich ugotować, a wikt na surowem mięsie nie przedstawiał się ani dla nich ani dla niego samego w zbyt ponętnej perspektywie.
Przed powrotem do „dymników“, marynarz i Harbert, na wypadek gdyby zupełnie zabrakło im ognia, zebrali świeży zapas litodomów i w milczeniu skierowali kroki ku pomieszkaniu.
Pencroff z oczyma w ziemię wlepionemi szukał wciąż straconego pudełka. Zeszedł nawet cały lewy brzeg rzeki, od ujścia aż do owego zakrętu, gdzie był uwiązany spław z drzewem. Wrócił na ów wysoki blat górny i przebiegł go od końca do końca, przeszukiwał zarośla z kraju lasu — wszystko bezskutecznie.
Gdy Harbert z marynarzem powrócili do „dymników“ była godzina piąta z wieczora. Nie trzeba dodawać, że wszystkie kąty pomieszkania zostały przeszukane i przetrząśnięte. Należało więc pożegnać się zupełnie z nadzieją.
Około godziny szóstej z wieczora, w chwili gdy słońce zapadało za pasmo gór siniejących na zachodzie, Harbert, który tam i sam przechadzał się po piasczystem wybrzeżu, doniósł że Nab i Spilett wracają.
Niestety, powracali sami!... Harbertowi serce niewymownem ścisnęło się żalem. Marynarza nie omyliły przeczucia. Inżynier Cyrus Smith zginął bez wieści!
Korespondent nie mówiąc ani słowa usiadł na jednej ze skał. Omdlewając ze znużenia, umierając prawie z głodu, nie miał siły wyrzec jednego słowa!
Zaczerwione od płaczu oczy Naba i świeże łzy, których powstrzymać nie mógł, świadczyły zbyt wyraźnie że stracił wszelką nadzieję!
Korespondent opowiedział w krótkości przebieg ich poszukiwań za Cyrusem Smithem. Razem z Nabem zbiegli nadbrzeże wzdłuż na ośm mil, więc znacznie powyżej tego miejsca, gdzie nastąpił przedostatni spadek balonu, któremu towarzyszyło zniknięcie Cyrusa z psem jego Topem. Nadbrzeże było puste. Nigdzie śladu, nigdzie znaku żywej duszy. Nie znaleźli jednego kamyka świeżo poruszonego, ani śladu stopy ludzkiej na piasku, na całej tej przestrzeni nadbrzeżnej. Widocznie nigdy noga żadnego z mieszkańców tej ziemi nie postała w tej stronie wybrzeża. Morze było równie puste jak brzegi i w tem morzu na kilkaset stóp od ziemi, znalazł Cyrus Smith niezawodnie swój grób.
W tej chwili Nab zerwał się na nogi i głosem, który jasno świadczył o walce, jaką uczucie rozpaczy z uczuciem nadziei toczyło w jego piersi, zawołał:
— Nie! nie! On nie zginął! Nie, to być nie może! On! przenigdy! Ja! lub kto inny, co innego! ale on! nie nigdy! To człowiek, co zawsze da sobie radę!...
Po tych słowach opuściły go siły i słaniając się, szepnął:
— A! już nie mam sił!
Harbert przyskoczył do niego.
— Nab! zawołał chłopak, odszukamy go jeszcze! Bóg go nam zwróci! Ale teraz tyś głodny! Jedz, jedz trochę, proszę cię!
I mówiąc to podał biednemu murzynowi kilka garści ślimaków. Lichy i niedostateczny to był posiłek!
Nab od dawna nic nie miał w ustach, mimo to nie przyjął posiłku. Osierocony przez swojego pana nie mógł lub nie chciał żyć dłużej!
Gedeon Spilett zato połykał chciwie podane sobie mięczaki. Poczem położył się na piasku u podnóża skały. Osłabiony był i wycieńczony na siłach, ale spokojny.
Wtedy Harbert przystąpiwszy do niego, chwycił go za rękę, i rzekł:
— Kochany panie, wynaleźliśmy schronienie, gdzie panu wygodniej będzie niż tu. Oto noc się zbliża. Odpocznij pan sobie, a jutro zobaczymy...
Korespondent wstał i podążył za chłopakiem ku „dymnikom.“
W tej chwili przystąpił do niego Pencroff i tonem najnaturalniejszym w świecie zapytał go, czyli przypadkiem nie ma przy sobie zapałek.
Korespondent zatrzymał się, poszukał w kieszeniach i nie znalazłszy odparł:
— Miałem je przy sobie, lecz musiałem razem z innemi rzeczami wyrzucić w morze...
Marynarz zadał wówczas to samo pytanie Nabowi, i tę samą otrzymał odpowiedź.
— Tam do kroćset djabłów! zawołał, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
Korespondent usłyszał wykrzyknik i przybliżywszy się do Pencroffa, zapytał:
— Nie ma ani jednej zapałki?
— Ani jednej, a tem samem nie będzie ognia!
— Ach! gdyby pan mój był tutaj, zawołał Nab, on by na to poradził!
Czterej rozbitki stanęli jak wryci i popatrzyli po sobie z niepokojem. Harbert pierwszy przerwał milczenie:
— Panie Spilett, rzekł, pan palisz i masz zawsze przy sobie zapałki! Możeś pan źle szukał? Poszukaj raz jeszcze! Jedna jedyna zapałka wystarczyłaby nam!
Korespondent przetrząsł na nowo wszystkie kieszenie u spodni, u kamizelki, u surduta i u paltota, i wreszcie, ku wielkiej radości Pencroffa i własnemu zdumieniu, namacał mały kawałeczek drzewa zapchany za podszewkę kamizelki. Palce jego dotknęły tego kawałeczka przez sukno, lecz nie mogły go wydobyć. A ponieważ to była jedyna zapałka, jaką posiadali, chodziło więc o to, ażeby nie zetrzeć z niej ani odrobiny fosforu.
— Pozwól pan, ja się podejmę ją wydobyć, rzekł chłopiec.
I nader zręcznie, wyciągnął w całości zapałkę, to liche a tak kosztowne źdźbło drzewa, które dla tych biednych ludzi miało wartość nieocenioną. Zapałka była nienaruszoną.
— Mamy więc jedną zapałkę! zawołał Pencroff. To tak, jakbyśmy mieli cały magazyn!
Wziął zapałkę do ręki i wszyscy przybyli do „dymników“.
Ten mały kawałek drzewa, którym tak obojętnie szafuje się w krajach zamieszkałych, i który tam żadnej nie ma wartości, tu należało go spożytkować z jak największą ostrożnością. Marynarz przekonał się że był zupełnie suchy poczem rzekł:
— Trzeba by papieru.
— Oto jest, odparł Gedeon Spilett, wydarłszy po chwili wahania jedną kartkę ze swoich notatek.
Pencroff wziął papier do ręki i przykucznął koło ogniska. Kilka garści ziół zeschłych, liści i mchu suchego wsunął pod polana, tak, ażeby powietrze miało wolny przeciąg i mogło szybko wzniecić drzewo w płomień.
Poczem Pencroff zwinął papier w trąbkę, jak to czynią ci, którzy palą fajkę w czasie silnego wiatru, i wsunął go pomiędzy mech. Wybrał następnie krzemyk trochę chropowaty, oczyścił go starannie i z sercem bijącem potarł oń zlekka zapałkę, zapierając w piersi oddech.
Pierwsze potarcie było bez skutku. Pencroff nie dość silnie przycisnął siarnik, obawiając się zetrzeć zeń fosfor.
— Nie, nie mogę, rzekł po chwili, ręka mi drży... Zapałka gotowa zgasnąć... nie, ja nie mogę, ja nie chcę! I podnosząc się rzekł do Harberta, ażeby go zastąpił.
Chłopak pewnie w całem swem życiu nigdy tak nie był wzruszonym, jak teraz. Serce mu biło gwałtownie. Prometeusz, kiedy szedł wykraść ogień z nieba, nie musiał silniejszego doznawać wrażenia! Lecz nie wahając się długo, potarł nagle zapałkę o krzemień. Dało się słyszeć naprzód lekkie pryśnięcie, poczem zamigotał mały niebieskawy płomyczek, wydając ze siebie siarczysty dym. Harbert zwolna odwrócił zapałkę trzonkiem do góry, ażeby podsycić płomień i wsunął ją w trąbkę papierową. Papier zajął się w kilku sekundach i w tej samej chwili mech buchnął płomieniem.
W kilka minut później dał się słyszeć trzask suchego drzewa i wesoły płomień, poddmuchiwany gorliwie przez marynarza, oświetlił ponurą ciemność.
— Wygrana! — zawołał Pencroff wstając ze ziemi — nigdy w życiu nie doznałem takiego wzruszenia!
Ognisko było widocznie dobrze urządzone z płyt kamiennych. Dym z łatwością ulatywał przez górny otwór, ciąg był dostateczny a wkrótce dało się czuć przyjemne, ożywcze ciepło.
Co do ognia, należało nie dać mu nigdy wygasnąć zupełnie i zawsze pod popiołem przechować trochę żaru. Zresztą była to tylko kwestja pilności i uwagi. Drzewa bowiem było dość i w każdym czasie można było zapas powiększyć.
Pencroff zamierzał przedewszystkiem w ten sposób spożytkować ogień, ażeby ugotować wieczerzę posilniejszą od mdłych litodomów. Harbert przyniósł dwa tuziny jaj. Korespondent siedząc w kącie przypatrywał się w milczeniu tym przygotowaniom. W głowie jego potrójna wirowała myśl. Czy Cyrus żyje jeszcze? Jeżeli żyje, gdzie się znajduje? Jeśli ocalał, jak wytłumaczyć, że dotychczas nie dał nic znać o sobie? Co się tyczy Naba, ten błąkał się po wybrzeżu. Było to ciało bez duszy.
Pencroff znał pięćdziesiąt dwa sposoby przyrządzania jaj, lecz w tej chwili nie miał pomiędzy niemi żadnego wyboru. Włożył więc jaja w popiół gorący i czekał, dopóki nie stwardnieją na wolnym ogniu.
W kilku minutach jaja były gotowe i marynarz zaprosił korespondenta do wieczerzy. Była to pierwsza wieczerza naszych rozbitków na tej nieznanej ziemi! Jaja były wyborne, a ponieważ jajo posiada wszystkie pierwiastki niezbędne do pożywienia ludzkiego, więc biedacy czuli się niem znacznie pokrzepionymi na siłach.
Ach! gdyby nie to, że jednego z nich brakło przy tej wieczerzy! Gdyby wszyscy pięciu, tak jak się wydostali z murów Richmondu, znaleźli się byli tutaj razem, pod tem sklepieniem ze skał, przy tem jasnem, wesołym ognisku, na suchym piasku, możeby tylko słowa gorącego dziękczynienia mieli dla Stwórcy! Lecz najgienjalniejszy, najuczeńszy z nich, ich przywódzca Cyrus Smith został im niestety wydarty! a ciało jego zostało bez pogrzebu, bez ostatniej nawet przysługi!
Tak minął ów dzień 25. marca. Na dworze wiatr świszczał i słychać było jednostajnie łamanie się fal morskich o brzegi. Krzemienie nadbrzeżne tam i nazad miotane falami toczyły się z zagłuszającym łoskotem.
Korespondent wcisnął się w ciemny kąt jednego z kurytarzy, spisawszy poprzednio w krótkości zdarzenia ubiegłego dnia: pierwsze zjawienie się nowego lądu, stratę inżyniera, przegląd wybrzeża, wypadek z zapałkami itd. Poczem znużenie sprowadziło ożywczy sen na jego powieki.
Harbert usnął także niebawem. Marynarz, śpiąc jednem okiem, a drugiem czuwając, przepędził całą noc przy ognisku, dokładając doń ustawicznie świeżego drzewa. Jeden tylko z rozbitków nie szukał odpoczynku w „dymnikach.“ Był nim zrozpaczony, niepocieszony Nab, który głuchy na namowy towarzyszy doradzających mu kilka godzin spoczynku, całą noc błąkał się po wybrzeżu, wołając wciąż pana swojego.






ROZDZIAŁ VI.
(Inwentarz rozbitków. — Zgoła nic. — Kawałek płótna spalonego. — Wycieczka do lasu. — Roślinność w lesie. — Polowanie na „jakamara.“ — Ślady dzikich zwierząt. — „Kurukusy.“ — „Tetrasy.“ — Osobliwszy połów wydr.)

Podamy teraz dokładny spis przedmiotów, jakie posiadali nasi rozbitki napowietrzni, wyrzuceni na ziemię, jak się zdawało, niezamieszkaną przez ludzi.
Oto nie posiadali nic zgoła, oprócz sukien, które mieli na sobie w chwili ostatecznej katastrofy. Musimy jednak wspomnieć także o notatkach i o zegarku, które Gedeon Spilett zapewne przez zapomnienie przy sobie zostawił, ale zato ani kawałka broni, ani narzędzia żadnego, ani scyzoryka nawet! Wszystko wyrzucili byli z łódki, ażeby ulżyć balonowi.
Fantastyczni bohaterowie Daniela Foe lub Wyss’a, tudzież owi Selkirk’owie i Raynale, rozbitki z pod Juan Fernandez lub z archipolegu Aucklandzkiego, nigdy podobnie ze wszystkiego nie byli ogołoceni. Zawsze albo ze swojego okrętu, który osiadał na mieliźnie, czerpali zapasy w zbożu, bydle, narzędziach i broni, albo też z rozbitego gdzieś okrętu przypływały do nich rzeczy, któremi mogli zaspokoić pierwsze życia potrzeby. Nigdy nie stawali od pierwszej zaraz chwili bezbronnie wśród dzikiej przyrody. Nasi rozbitki nie posiadali ani narzędzia ani sprzętu żadnego. Z niczego musieli przyjść do wszystkiego!
Jeszcze gdyby Cyrus Smith był przy nich, gdyby w tem smutnem położeniu mógł był swe wiadomości praktyczne, swą zmyślność wrodzoną spożytkować dla ich dobra, możeby jeszcze nie znikła była wszelka nadzieja. Ale niestety! Cyrus zginął dla nich bezpowrotnie. Rozbitki nasi nie mogli liczyć na nikogo, tylko na siebie samych i na Opatrzność, która nie opuszcza nigdy tych, co Jej szczerze ufają.
Przedewszystkiem zachodziło pytanie: czy mieli osiąść w tej stronie wybrzeża, nie wybadawszy wpierw do jakiego rodzaju ziemi ono należało, czy ziemia ta była zamieszkała, lub czy to wybrzeże było tylko kawałkiem samotnej odludnej wyspy?
Była to kwestya ważna, którą trzeba było w jaknajkrótszym czasie rozstrzygnąć. Od rozwiązania jej bowiem zawisły dalsze kroki, które należało przedsięwziąć. Mimo to przed rozpoczęciem dalszych wywiadów i badań, trzeba było jak mniemał Pencroff, kilka dni jeszcze wyczekać, ażeby przygotować zapasy żywności i postarać się o strawę posilniejszą niż same tylko jaja i mięczaki. — Podejmując dłuższą wyprawę, w której czekały ich trudy i mozoły, w której nie znaleźliby prawdopodobnie schronienia, gdzieby mogli głowę złożyć, potrzebowali wzmocnić i pokrzepić swe siły.
„Dymniki“ dawały tymczasowo dostateczne miejsce schronienia i wypoczynku. Ogień był rozpalony a nie trudno było przechowywać żar. Jak na teraz nie brakowało muszli ni jaj po skałach i w mule nadbrzeżnym. Możeby udało się zabić kilka z tych gołębi, które setkami okrążały szczyty skał, za pomocą pałki lub kamyka. A może drzewa sąsiedniego lasu rodziły jadalne owoce? Wreszcie mieli także wodę słodką. Postanowiono zatem pozostać jeszcze dni kilka w „dymnikach,“ ażeby przygotować się na dłuższą wyprawę wzdłuż wybrzeża lub w głąb kraju.
Projekt ten szczególnie przypadł do smaku Nabowi. Mając głowę nabitą myślami i przeczuciami nie spieszno mu było wcale porzucić tę stronę wybrzeża, gdzie się wydarzyła ostateczna katastrofa. Ani wierzył ani chciał wierzyć w śmierć Cyrusa. Zdawało mu się niemożliwem, ażeby człowiek taki zakończył życie w sposób tak pospolity, porwany przez morskie bałwany, ażeby utonął na kilkaset kroków od brzegu! Dopókiby fale morskie nie wyrzuciły na brzeg ciała inżyniera, dopókiby on, Nab, własnemi oczyma nie ujrzał, własnemi rękami nie dotknął zwłok swojego pana, dopóty nie uwierzyłby nigdy w śmierć jego! A myśl ta uporczywiej jeszcze niż pierwej zagnieździła się w sercu Naba. Było to złudzenie, może, ale złudzenie godne szacunku, którego marynarz nie chciał mu wydzierać! Marynarz sam nie miał żadnej nadziei, dla niego Cyrus zginął bezpowrotnie w toni morskiej, ale z Nabem nie było co mówić. Był on podobny psu, który nie chce porzucić miejsca, gdzie zginął pan jego, a boleść jego była tak wielką, że mało było prawdopodobieństwa, ażeby zdołał ją przeżyć.
Tego samego dnia, 26 marca, równo ze świtem wybrał się Nab wzdłuż wybrzeża, na północ i zaszedł aż do miejsca gdzie morze prawdopodobnie pochłonęło nieszczęsnego Cyrusa.
Śniadanie składało się dnia tego z jaj gołębich i z litodomów. Harbert znalazł w jednej rozpadlinie skalnej sól osiadłą tamże w skutek wyziewów morskich; ta substancja mineralna była dla nich wielce pożądaną.
Po jedzeniu zapytał Pencroff korespondenta, czyby nie chciał towarzyszyć jemu i Harbertowi do lasu, gdzie się wybierają, aby spróbować szczęścia myśliwskiego. Po głębszem zastanowieniu jednak okazała się konieczna potrzeba, ażeby ktoś pozostał w domu, by podtrzymywać ogień i na wypadek dość zresztą nieprawdopodobny, gdyby Nab potrzebował pomocy. Korespondent zatem został.
— A nam, Harbercie, czas na łowy, rzekł marynarz. Amunicję znajdziemy po drodze a strzelby wytniemy sobie w lesie.
Na odchodnem zauważył jednak Harbert, że, skoro brakuje czyru, roztropnie by było czem innem go zastąpić.
— A czem? zapytał Pencroff.
— Kawałkiem płótna spalonego, odparł chłopak; w potrzebie zastąpi to czyr.
Marynarz pochwalił ten projekt. Cała niedogodność jego polegała tylko w tem, że trzeba było ofiarować kawałek chustki. Rzecz jednak warta była tego i wkrótce kawałek kraciastej chustki Pencroffa przemienił się we wpół spaloną szmatę. Zapalna ta materja schowaną została w średniej izbie w małem wydrążeniu skalnem, bezpiecznem od wiatru i wilgoci.
Była w ówczas godzina dziewiąta zrana. Niebo było pochmurne, a wiatr dął południowo-wschodni. Harbert i Pencroff skręcili na rogu za „dymnikami,“ rzuciwszy jeszcze ostatnie spojrzenie na dym, który kłębami wylatywał z za skały, poczem podążyli dalej lewym brzegiem rzeki.
Skoro przybyli do lasu, Pencroff wyłamał z pierwszego drzewa duże grube gałęzie, które przemienił w tęgie pałki a Harbert końce ich przytarł nieco o skałę. Ach! coby był dał za kawałek nożyka! Poczem obaj myśliwi pospieszyli dalej wśród wysokich zarośli krajem urwiska. Począwszy od owego kolana, które bieg rzeki zwracało w kierunku południowo-zachodnim, koryto jej poczęło się zwolna zwężać i przemieniać się w wąską głęboką czeluść, zasklepioną z zewnątrz podwójnym łukiem gałęzi. Ażeby nie zbłądzić, postanowił Pencroff trzymać się kraju rzeki, któryby ich w potrzebie wyprowadził na powrót na miejsce, skąd byli wyszli. Droga jednak przedstawiała wielkie przeszkody: tu drzewa, których giętkie gałęzie spadały do samej powierzchni wody, ówdzie gęste wikliny, ciernie i głogi, przez które kijem trzeba się było przerębywać. Miejscami Harbert zwinnie jak kot przemykał się wśród połamanych gałęzi i pniów potrzaskanych i znikał w gęstwinie. Lecz Pencroff przywoływał go natychmiast, prosząc by się zbyt nie oddalał.
Tymczasem marynarz śledził bacznie rozkład i naturę kraju. Na lewym brzegu, którym szli, ziemia była płaską i wznosiła się zwolna w głąb lasu. Miejscami była błotnistą i przybierała wówczas charakter bagnisty. Czuć było pod spodem jakoby sieć żył wodnych, które podziemnemi kanałami sączyły się i wpadały do rzeki. Tu i ówdzie przez gęstwinę płynął strumyk, który z łatwością można było przeskoczyć. Brzeg przeciwległy zdawał się bardziej nierównym a dolina, której spód stanowiło łożysko rzeki w wyraźniejszych rysowała się kształtach. Pagórek pokryty drzewami amfiteatralnie uszykowanemi zasłaniał dalszy widok. Tam na prawym brzegu jeszcze trudniej byłoby iść, grunt bowiem był bardziej nierówny i spadzisty a drzewa przechylone do samej wody utrzymywały się tylko siłą swych korzeni.
Nie trzeba dodawać, że las ten podobnie jak części wybrzeża, którą już byli przebiegli, nie zdradzał ani śladu ludzkiej stopy ni ręki. Pencroff napotykał tylko świeże ślady jakichś czworonożnych zwierząt, których gatunku nie mógł się domyśleć. Sądził jednak, i zdanie jego podzielał także Harbert, że niektóre z tych śladów należały do strasznych bestyj, z któremi lepiej się było nie spotykać; lecz nigdzie nie znaleźli ani znaków siekiery na drzewie, ani resztek wygasłego ognia, ani śladu stopy ludzkiej, której to okoliczności zresztą może błogosławić byli powinni, gdyż obecność ludzi na tej ziemi odludnej, wśród fal Cichego Oceanu, mogła wzniecać raczej obawę niż radość.
Harbert i Pencroff, którym ciągłe przeszkody wśród drogi nie dozwalały swobodniejszej rozmowy, posuwali się naprzód, bardzo powolnie, tak, że po godzinie drogi uszli zaledwie jedną milę francuską. Dotychczas polowanie nie obfitowało w zwierzynę. W gałęziach jednak świergotało i trzepotało się trochę ptactwa nader płochliwego, któremu widok człowieka zdawał się napędzać instynktywną bojaźń. Między innem ptactwem poznał Harbert w jednej z bagnistych stron lasu, ptaka o długim śpiczastym dziobie podobnego z kształtu do naszego zimorodka, od którego różnił się tylko swem pierzem szorstkiem metalicznego połysku.
— To musi być „jakamar,“ rzekł Herbert, próbując zbliżyć się nieco do ptaka.
— To by właśnie była dobra sposobność skosztować jego mięsa, odparł marynarz, gdyby miał ochotę dać się upiec na rożniu!
W tej chwili kamyk zręcznie i silnie rzucony ręką Harberta trafił ptaka pod samo skrzydło, lecz uderzenie nie było dość mocne, bo „jakamar“ zerwał się i pełnym pędem swych nóg umknął w mgnieniu oka w gęstwinę.
— Jakiż niezgraba ze mnie! zawołał Harbert.
— Wcale nie, mój chłopcze! odparł marynarz. Rzut był dobry a niejeden byłby chybił ptaka. Nie irytuj się więc! Na drugi raz nam się nie wywinie!
I podążyli dalej w las. Czem dalej szli, tem rozłożystsze, tem wspanialsze były drzewa, lecz żadne nie rodziło jadalnych owoców. Nadaremnie szukał Pencroff owych pysznych drzew palmowych, tak pożytecznych w życiu domowem, których ojczyzna, podług zapewnień przyrodników, rozciąga się aż do czterdziestego równoleżnika półkuli północnej, a tylko do trzydziestego piątego półkuli południowej. Las ten składał się z samych drzew szyszkowych, z „deodarów,“ które był poznał Harbert, z „duglasów“ podobnych tym, które rosną w północno-wschodniej części Ameryki i wspaniałych jodeł na sto pięćdziesiąt stóp wysokich.
W tej chwili gromada ptaszków małych, z pięknem pierzem, z długim mieniącym się ogonem rozpierzchła się pomiędzy gałęziami sypiąc pióra snać słabo przyrośnięte, które delikatnym puchem pokryły ziemię. Harbert podjął kilka tych piórek i przypatrzywszy się im dokładnie rzekł:
— To są „kurukusy“.
— Wolałbym kurkę perłową lub cietrzewia, odparł Pencroff; no, ale można je jeść?...
— Wyśmienicie, rzekł Harbert, a nawet mięso ich jest bardzo delikatne. Zresztą, jeśli się nie mylę, dadzą się łatwo podejść i zabić kijem.
Marynarz i Harbert, przemykając się chyłkiem pomiędzy zarośla, podkradli się aż pod drzewo, którego niskie gałęzie pokryte były całe temi ptaszkami. Kurukusy te czatowały na przesmyku na robaki, któremi się żywią. Widać było jak pierzastemi łapkami uczepiły się mocno pręcików od gałązek, na których siedziały.
Wtedy myśliwi nasi wyprostowali się nagle i zamachnąwszy się kilka razy pałką, jakby kosą, pościnali całe rzędy „kurukusów“, które w niemem osłupieniu, nie myśląc nawet o ucieczce, dawały się dobrowolnie mordować. Gdy ich już około sto leżało na ziemi, wtedy dopiero reszta zdecydowała się uciekać.
— Brawo! zawołał Pencroff, otóż to zwierzyna jakby stworzona dla takich myśliwych jak my! Można je ręką chwytać!
Marynarz ponawlekał te kurukusy, tak jak skowronki, na pręcik, poczem ruszyli dalej. Widocznem było że brzeg rzeki począł się z lekka zaokrąglać, tworząc niby hak zagięty w kierunku południowym, nieprawdopodobnem jednak było, ażeby w tym kierunku płynął dalej, rzeka bowiem musiała wytryskać w górach i zasilać się tam topniejącym śniegiem, który pokrywał boki góry, sterczącej w kształcie stożka pośrodku.
Głównym celem tej wyprawy było, jak wiemy, dostarczenie mieszkańcom „dymników“ jak największej ilości zwierzyny. Nie można było powiedzieć, ażeby cel ten dotychczas był osiągnięty. To też marynarz ciągnął dalej gorliwie poszukiwania i zaklął niemiłosiernie, gdy nagle zwierz jakiś, którego nawet rozpoznać nie mógł, pomknął wśród bujnych zarośli. Gdyby choć miał przy sobie Topa! Ale Top zniknął razem z swym panem i zapewne z nim razem utonął w morzu!
Koło godziny trzeciej z południa ujrzeli nowe gromady ptaków między drzewami obskubujące z nich wonne jagody, między innemi były tam drzewa jałowcowe. Nagle rozszedł się po lesie głos, podobny zupełnie do dźwięku trąbki. Te dziwne a donośne tony pochodziły od rodzaju kur leśnych, które w Stanach Zjednoczonych zwą „tetrasami“. Wkrótce ujrzeli kilka takich par, o pierzu płowo-brunatnem i z brunatnemi ogonami. Harbert poznał odrazu samców po dwóch śpiczastych skrzydełkach, jakie tworzyły napiętrzone na szyi piórka. Pencroff uwziął się koniecznie ubić jednego takiego „tetrasa“, wielkości tej co nasza swojska kura, którego mięso może się równać dobrocią z mięsem jarząbka; trudno to jednak było, bo nie dawały do siebie przystąpić. Po kilku bezowocnych próbach, któremi tylko płoszyli ptaki, rzekł marynarz do Harberta:
— Ha, skoro niepodobna ubić je w locie, spróbujemy chwytać je na wędkę.
— Jakto, tak jak karpia? zawołał Harbert wielce zdumiony tą propozycją.
— Tak samo, odparł marynarz zupełnie poważnie.
Pencroff znalazł w zaroślach około pół tuzina gniazd „tetrasich“, a w każdym było po dwa i trzy jaja. Dołożył całej ostrożności, ażeby nie naruszyć tych gniazd, których właściciele musieli kiedyś powrócić.
W pobliżu tych gniazd postanowił zarzucić swe sieci, nie takie sieci jak na przepiórki lub zające, lecz prostą pospolitą wędkę. Oddalił się więc z Harbertem na pewną odległość od gniazd i tam począł sporządzać osobliwsze swe sidła z taką troskliwą starannością, która byłaby przyniosła zaszczyt każdemu uczniowi Izaaka Waltona[10]. Harbert śledził tę robotę z łatwem do zrozumienia zajęciem, powątpiewając jednak o pomyślnym skutku. Wędka uplecioną została z wąskiej, cienkiej wikliny piętnastu do dwudziestu stóp długości. Grube mocne ciernie z zakrzywionemi końcami, której dostarczył krzak karłowatej akacji, przymocował do końca wędki zamiast haczków. Za przynętę posłużyły dwie czerwone glisty pełzające po ziemi.
Po tych przygotowaniach Pencroff podkradłszy się zręcznie przez zarośla, położył jeden koniec wędki opatrzony kilkoma haczkami tuż przy samych gniazdach, poczem wziąwszy drugi koniec do ręki, skrył się wraz z Harbertem za grube drzewo. Obaj czekali cierpliwie, co dalej nastąpi. Harbert, jak powiedzieliśmy, nie bardzo ufał wynalazkowi Pencroffa.
Po dobrej pół godzinie kilka par tetrasów, jak przewidział Pencroff, powróciło do swoich gniazd. Skacząc i dziobiąc po ziemi, nie domyślały się całkiem obecności myśliwych, którzy mieli tę przezorność, iż stanęli pod wiatr.
Harbert czuł się w tej chwili żywo zainteresowanym. Wstrzymał oddech a Pencroff z wlepionemi oczyma, otwartą gębą, z ustami naprzód wydętemi, jakgdyby chciał w tej chwili połknąć kawałek tetrasa, zaledwie oddychał.
Tetrasy tymczasem przechadzały się pomiędzy haczkami, nie wiele na nie zważając. Wtedy Pencroff kilka razy z lekka szarpnął wędką dla poruszenia przynęty, ażeby się wydawało, że glisty jeszcze żywe.
Marynarz doznawał w tej chwili niezawodnie silniejszej emocji od rybaka łowiącego ryby na wędkę, który nie widzi we wodzie zbliżającej się zwierzyny.
Szarpnięcie wędki zwróciło uwagę tetrasów, które w tej chwili rzuciły się z otwartemi dziobami na haczki. Trzy tetrasy, najżarłoczniejsze zapewne, połknęły naraz przynętę i haczyk. W ówczas Pencroff ściągnął nagle wędkę a trzepotanie skrzydeł dowodziło że ptaki zostały schwytane.
— Hurra! zawołał marynarz rzucając się na swą zdobycz i opanowując ją w jednej chwili.
Harbert klaskał w ręce. Pierwszy raz w życiu widział, jak ptaki chwytają się na wędkę. Ale skromny marynarz zapewniał, że to nie jemu należy się zasługa tego wynalazku.
— A zresztą, dodał, w położeniu w jakiem my się znajdujemy, trzeba być gotowym na wszelkiego rodzaju wynalazki.
Zdobycz swą uwiązali za łapki, a Pencroff uszczęśliwiony że nie wracają przecie z próżnemi rękoma, widząc że dzień się już chylił ku zachodowi, oświadczył że czas wracać do domu.
Bieg rzeki wskazywał im drogę powrotu i około godziny szóstej Harbert i Pencroff, znużeni nieco wyprawą, powrócili do „dymników“.






ROZDZIAŁ VII.
(Naba jeszcze nie ma! — Domysły korespondenta. — Wieczerza. — Złowroga noc. — Straszliwa burza. — Wyprawa nocna. — Walka z wichrem i deszczem. — Ośm mil od pierwszego siedliska.)

Gedeon Spilett stał właśnie nad brzegiem morza, nieruchomy, z rękami w tył założonemi i patrzał na ocean, z którego na widnokręgu wynurzała się olbrzymia czarna chmura i wznosiła się szybko ku zenitowi. Wiatr był już dość gwałtowny, a ku wieczorowi stawał się coraz chłodniejszym. Niebo źle wróżyło, a pierwsze objawy orkanu były widoczne.
Harbert wszedł do „dymników,“ a Pencroff zwrócił się ku miejscu, gdzie stał korespondent. Ale ten, zatopiony w myślach, nie spostrzegł wcale zbliżającego się marynarza.
— Będziemy mieli fatalną noc, panie Spilett! — odezwał się marynarz. — Wicher i deszcz, że aż roskosz będą miały petrele[11].
W ten sposób zagadnięty, odwrócił się korespondent i ujrzawszy Pencroffa, pierwsze słowa jakie rzekł do niego, były:
— W jakiej odległości od brzegu, zdaniem pańskiem, otrzymała nasza łódka owo uderzenie bałwanu morskiego, które pozbawiło nas towarzysza?
Marynarz nie spodziewał się wcale podobnego zapytania. Pomyślawszy chwilkę, odparł:
— W odległości 240 sążni t. j. 1200 stóp co najwięcej.
— A zatem Cyrus Smith wpadł do morza co najwyżej 1200 stóp od brzegu?
— Mniej więcej — odparł Pencroff
— A jego pies także?
— Także.
— Co mnie dziwi i zastanawia — rzekł Spilett — to, że przypuściwszy śmierć inżyniera a z nim razem i psa, morze nie wyrzuciło dotychczas zwłok ani psa ani pana!
— Nie ma w tem nic dziwnego przy tak wzburzonem morzu — odparł marynarz. — Zresztą prąd wody mógł ich unieść i wyrzucić gdzieś dalej.
— Więc pan sądzisz, że towarzysz nasz zginął w toni morskiej? — spytał raz jeszcze korespondent.
— Takie jest moje zdanie.
— A moje zdanie — rzekł Gedeon Spilett — przy całym szacunku jaki mam dla pańskiego doświadczenia, panie Pencroff, jest, że to kompletne zniknięcie razem Cyrusa i Topa, czy żywych czy nieżywych, mieści w sobie zagadkę i nieprawdopodobieństwo.
— Chciałbym być pańskiego zdania, panie Spilett — odrzekł marynarz. — Niestety, mam inne przekonanie.
Po tych słowach marynarz powrócił do „dymników.“ Na ognisku zapłonął wesoły ogień. Harbert dorzucił wiązkę suchego drzewa i jasny płomień roztoczył blask po ciemnych zakątkach korytarzy.
Pencroff wziął się natychmiast do gotowania wieczerzy. Uznał za stosowne umieścić w jadłospisie tego wieczora, jedno z dań posilniejszych, wszyscy bowiem potrzebowali pokrzepić siły. Kollekcję „kurukusów“ zachował na dzień następny, na teraz oskubał z pierza dwa „tetrasy“ i nadziawszy takowe na rożen zaimprowizowany z kawałka patyka, piekł je wolno na ogniu.
Była już godzina siódma z wieczora, a Naba jeszcze nie było. Pencroff począł się niepokoić. Obawiał się, że albo spotkał go jaki przypadek na nieznanej ziemi, albo że nieszczęśliwy dopuścił się jakiego rozpaczliwego kroku. Harbert jednak z tego opóźnienia się Naba zupełnie inne wyciągał wnioski. Zdaniem jego, jeżeli Nab dotychczas nie wrócił, to dla tego, że musiała zajść jakaś nowa okoliczność, która go skłoniła do dłuższych i dalszych poszukiwań. A ta nowa okoliczność nie mogła jak tylko być korzystną dla Cyrusa Smitha. Dlaczegożby innego Nab nie powrócił, jeżeli nie dla tego, że go zatrzymała jakaś niespodziana nadzieja? Może trafił na jaki znak i na jaki ślad stopy ludzkiej, może znalazł resztki jakich przedmiotów wyrzuconych przez morze, które mu dalszą wskazały drogę? Może w tej chwili jest już na pewnym tropie? A może, może nawet przy swoim panu?...
Tak rozumował chłopak i tak mówił. Nikt mu w tem nie przeszkadzał. Korespondent sam potakiwał mu. Co do Pencroffa, ten był przekonany, że Nab tego dnia dalej jeszcze niż poprzedniego zapędził się w swych poszukiwaniach i dla tego nie mógł do tego czasu powrócić.
Harbert tymczasem, rozgorączkowany jakimś wewnętrznem przeczuciem kilkakrotnie wyraził zamiar, że radby wyjść na spotkanie Naba. Pencroff jednak wytłumaczył mu, że byłaby to wycieczka całkiem bezowocna, że w tej ciemności i ulewie nie mógłby trafić na ślad Naba i że lepiej czekać do jutra. Gdyby Nab nazajutrz nie powrócił, wówczas on sam nie wahałby się ani chwili razem z Harbertem puścić się na jego odszukanie.
Gedeon Spilett podzielał w tej mierze zdanie marynarza, że nie należy się ze sobą rozłączać, i Harbert musiał odstąpić od swego zamiaru, lecz dwie łzy duże jak groch spłynęły mu po policzkach.
Korespondent nie mógł się powstrzymać, ażeby nie uściskać tego szlachetnego dziecka.
Tymczasem wszczęła się burza na dobre. Wicher południowo-wschodni z nieporównaną wściekłością dął od strony morza i hulał po ziemi. Słychać było, jak morze, odpływające właśnie, z szalonym rykiem uderzało o pierwszą granicę skał sterczących wzdłuż wybrzeża. Deszcz roztarty przez orkan na drobniutkie cząsteczki rozrzucił się niby mgła wilgotna; rzekłbyś, że to mgliste wyziewy wlokły się dużemi szmatami po ziemi; strumyki nadbrzeżne hurkotały z przerażającym łoskotem, jak gdyby fury kamieni wysypywano na bruk. Piasek miotany wichrem mięszał się z ulewą i siekł jakby rózgą po twarzy; tyle było w powietrzu pyłu mineralnego, ile pyłu wodnistego. Pomiędzy ujściem rzeki a rogiem skalistej ściany wściekły wir powietrzy rozpoczął szalony taniec, a wiatry odrywające się z tego madstromu, nie znajdując innego przesmyku, prócz wąskiej doliny, którą pędził potok z całą gwałtownością parły tamtędy. Dym ulatujący z ogniska wąską kiszką, odparty wichrem opadał na powrót, napełniał korytarze i czynił w nich pobyt nieznośnym.
Dla tego to Pencroff, gdy „tetrasy“ były upieczone, przygasił ogień, przechowując tylko nieco żaru pod popiołem.
Godzina ósma, a Nab jeszcze nie wracał. Można było jednak teraz przypuszczać, że to burza wstrzymywała go od powrotu, że schroniwszy się w jakiej jaskini, czekał aż nawałnica przeminie lub przynajmniej dzień zaświta. Wybrać się zaś naprzeciwko niego i odszukać go, było w tym stanie rzeczy istnem niepodobieństwem.
„Tetrasy“ stanowiły na dziś całą wieczerzę rozbitków. Mięso ich było wyborne. Pencroff i Harbert, których apetyt zaostrzyła dłuższa wycieczka, pożerali je w całem tego słowa znaczeniu.
Poczem każdy wcisnął się w kąt, w którym przepędził noc poprzedzającą. Harbert usnął koło marynarza, który rozciągnął się jak długi przy ognisku.
Na dworze, czem dalej w noc, tem straszliwsze przybierała burza rozmiary. Był to orkan podobny temu, jaki z murów Richmondu zapędził więźniów na tę ziemię Cichego Oceanu. Zresztą była to jedna z tych burz tak częstych w tamtejszych stronach w porze zrównania dnia z nocą, obfitych w nieszczęsne katastrofy, a tem straszliwszych na przestrzeniach, nie stawiających im żadnej zapory! Łatwo zatem wyobrazić sobie, lecz niepodobna opisać, z jaką wściekłością, z jakim szalonym impetem uderzał rozkiełzany orkan w ten kawałek lądu nie zasłoniony niczem od wschodu, a zatem wystawiony wprost na jego działanie!
Na szczęście budowa skał tworzących „dymniki“ była dość silną. Były to olbrzymie bryły granitowe, a jednak niektóre z nich, snać nie dość trwale usadowione, zdawały się chwiać w swych podstawach. Pencroff sparty ręką na skale, uczuwał to nagłe drżenie. Lecz powtarzał sam sobie, i słusznie, że nie ma się czego lękać, że ich improwizowane mieszkanie nie zawali się nad nimi. Od czasu do czasu słyszał jednak jak duże bryły kamienne, oderwane wichrem ze szczytu ściany skalnej, z grzmiącym łoskotem spadały na brzeg morski. Niektóre z nich staczały się nawet po sklepieniach „dymników“ lub spadając pionowo roztrzaskiwały się na nich w kawałki. Po dwakroć wstawał marynarz i na klęczkach czołgał się do wchodu „dymników,“ ażeby zobaczyć co się dzieje na dworze, lecz przekonawszy się, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, powracał znowu i kładł się przy ognisku, na którem syczał tlejący pod popiołem żar.
Pomimo wycia orkanu i grzmotów nawałnicy, Harbert spał twardo. W końcu owładnął sen i Pencroffa, który jako marynarz, przyzwyczajony był do tego rodzaju łoskotu. Tylko Gedeon Spilett sam jeden czuwał. Jakiś niepokój wewnętrzny spłaszał mu sen z powiek. Czynił sam sobie wyrzuty, że nie towarzyszył Nabowi w tej wyprawie. Widocznie nie stracił jeszcze wszelkiej nadziei. Te same przeczucia, co Harbertem, miotały i nim bez ustanku. Wszystkie jego myśli skoncentrowały się w Nabie. Dla czego Nab nie powrócił? Tysiąc razy zadawał sobie to pytanie. Przewracał się niespokojnie po swem posłaniu piaszczystem, zaledwie zwracając uwagę na walkę żywiołów. Od czasu do czasu powieki jego ociężałe ze znużenia, przymykały się na chwilę, lecz natychmiast myśl jakaś, nagła jak błyskawica, rozwierała je napowrót.
Około godziny drugiej z północy Pencroff, który tymczasem zasnął był twardo, uczuł, że ktoś silnie szarpnął go za ramię.
— Co to? — zawołał budząc się, i zebrał od razu zmysły z przytomnością właściwą marynarzom.
Ujrzał pochylonego nad sobą korespondenta, który rzekł:
— Słuchaj, Pencroff, słuchaj!
Marynarz wytężył słuch, lecz prócz wycia wichru nie słyszał nic więcej.
— To wicher — rzekł.
— Ależ nie — odparł Gedeon Spilett, wsłuchując się znowu — mnie się zdawało, że to...
— Co takiego?
— Że to szczekanie psa!
— Szczekanie psa! — zawołał Pencroff zrywając się na równe nogi.
— Tak jest... szczekanie.
— To nie może być! — odparł marynarz. — A zresztą jakim sposobem wśród ryku nawałnicy...
— Pst.... słuchaj pan.... — rzekł korespondent.
Pencroff wsłuchał się uważniej, i w istocie w chwili, gdy burza nieco przycichła, zdawało mu się, że usłyszał dalekie szczekanie.
— A co? — rzekł korespondent, ściskając nerwowo za rękę marynarza.
— Prawda... w istocie!... — odparł Pencroff.
— To Top! to Top!... — zawołał Harbert, który tymczasem przebudził się był, i wszyscy trzej rzucili się ku wychodowi.
Z największą trudnością potrafili dostać się na dwór, wiatr bowiem odpychał ich wstecz, a gdy wyszli, musieli oprzeć się o skałę, ażeby nie upaść. Patrzyli do koła, lecz żaden nie mógł przemówić.
Gruba ciemność spowiła razem morze, niebo i ziemię, ciemność nieprzenikniona. Zdawało się, że w całej atmosferze nie było jednego atomu światła.
Przez kilka minut korespondent i towarzysze jego stali na miejscu targani wichrem, przemoczeni deszczem, oślepieni piaskiem. W tem, podczas chwilowej ciszy, usłyszeli powtórnie owo szczekanie z dość znacznej, jak się im zdawało, odległości.
To Top, z pewnością żaden pies inny, tylko Top. Lecz sam, czy też z kim jeszcze? Prawdopodobnie sam, bo gdyby Nab był z nim, jużby był przybiegł do „dymników.“
Marynarz nie mogąc przemówić, ścisnął korespondenta za rękę, jak gdyby chciał powiedzieć: „zaczekaj!“ i wbiegł do „dymników.“
Po chwili wrócił z pękiem chrustu zapalonego, rzucił go w ciemności i silnie zagwizdał.
Na ten znak dało się słyszeć bliżej szczekanie i po chwili pies jakiś wbiegł pędem do „dymników.“ Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett weszli za nim.
Pęk suchego drzewa rzucony na węgle, oświecił wnet jasnym płomieniem kurytarz.
— To Top! — zawołał Harbert.
W istocie był to Top, wspaniały pies krwi anglo-normańskiej, który po obu tych skrzyżowanych ze sobą rasach odziedziczył nadzwyczajną chyżość nóg i delikatność węchu.
Był to pies inżyniera Cyrusa Smitha.
Lecz był on sam jeden! Ani pan jego ani Nab nie towarzyszyli mu.
Jakimże sposobem mógł go instynkt zaprowadzić do „dymników,“ których nie znał i w których nigdy nie był? Była to rzecz niepojęta, szczególnie w noc tak ciemną i wśród tak strasznej burzy! Lecz co dziwniejsza jeszcze, Top nie był wcale zmęczony, i nie był nawet powalany mułem ani piaskiem!...
Harbert chwycił jego głowę w obie ręce, pies dał się pieścić i tarł kark o dłonie Harberta.
— Skoro się pies znalazł, znajdzie się teraz i pan! — rzekł korespondent.
— Dałby to Bóg! — odparł Harbert. — Spieszmy! Top będzie naszym przewodnikiem.
Pencroff nie sprzeciwiał się temu. Czuł on, że przybycie Topa zachwiało jego przypuszczenia.
— W drogę zatem! — zawołał.
Pencroff ponakrywał troskliwie węgle na ognisku. Kilka kawałków drzewa położył pod popioł, by za powrotem zastać ogień gotowy. Poczem zabrawszy ze sobą resztki wieczerzy, wyruszył w drogę wraz z korespondentem i Harbertem. Przed nimi biegł Top, który poszczekując z lekka, zdawał się ich wzywać, ażeby szli za nim.
Burza zdawała się właśnie dochodzić do szczytu wściekłości. Było to na nowiu, księżyc zatem nie przepuszczał ani jednego promyka przez chmury. Trudno było trzymać się prostego kierunku, najlepiej zatem było spuścić się zupełnie na instynkt Topa, na co też zgodzili się nasi podróżni. Korespondent z Harbertem postępowali zaraz za psem, marynarz zamykał pochód. Nie podobna było słowa przemówić. Deszcz nie padał wprawdzie zbyt rzęsisty, gdyż wiatr go rozpraszał na drobne cząsteczki, ale za to orkan szalał straszliwy.
Jedna wszelakoż okoliczność nader pomyślnie sprzyjała marynarzowi i towarzyszom jego. Oto wiatr był południowo-wschodni, skutkiem czego dął im w plecy a nie w twarz. Piasek, którym miotał z całą gwałtownością, a który inaczej byłby nie do zniesienia, uderzał im w plecy i byle się w tył nie odwracali, mogli iść naprzód dość spokojnie i nie zbyt turbowani. Ogółem wziąwszy, szli nawet nieraz szybciej niż sami chcieli, musieli przyspieszać bieg, ażeby nie być przewróconymi, nadzieja jednak, potężna nadzieja zdwajała ich siły i tym razem już nie ślepy traf kierował ich krokami. Nie wątpili wcale, że Nab odszukał swojego pana i że to on przysłał do nich wiernego psa z tą wieścią. Lecz czy żywego znalazł inżyniera, lub czy może tylko przysłał po towarzyszy, ażeby oddać wspólnie ostatnią przysługę zwłokom nieszczęśliwego Smitha.
Minąwszy róg skalistej ściany, od której trzymali się ostrożnie z daleka, Harbert, korespondent i Pencroff wstrzymali się, ażeby zaczerpnąć tchu. Krawędź ściany zasłaniała ich przed wichrem i ciężko oddychali po tym kwandransie drogi odbytej szalonym pędem.
W tej chwili mogli się nawzajem słyszeć rozmawiać ze sobą, a gdy Harbert wymówił nazwisko Cyrusa Smitha, Top zaczął z lekka poszczekiwać, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że pan jego żywy i zdrów.
— Żyje, Top? — powtarzał Harbert — prawda, Top, że żyje?
A pies szczekał, jak gdyby w odpowiedzi na zapytanie.
Po chwili dalej w drogę. Była wówczas godzina około w pół do trzeciej z północy. Morze zaczęło się podnosić, a przypływ ten na nowiu i przy takim wichrze był niezwykle tym razem silny i groźny. Olbrzymie bałwany grzmiąc rozbijały się o szereg raf przed wysepką, z taką gwałtownością i siłą, że prawdopodobnie przewalały się przez całą wysepkę, której w tej chwili zupełnie nie było widać. Tama ta nie zasłaniała już zatem lądu zamieszkiwanego przez naszych rozbitków a wystawionego teraz wprost na impet rozhukanego morza.
Skoro marynarz i towarzysze jego opuścili krawędź skalnej ściany, wicher uderzył znów na nich z podwójną wściekłością. Zgięci we dwoje, zwracając się tyłem do wiatru, biegli nader szybko za Topem, który ani razu nie zawahał się nad kierunkiem drogi, którą obrać należało. Szli więc na północ, mając po prawej ręce rozhukane morze a po lewej okolicę pogrążoną w mroku nocnym, której charakteru nie podobna było ocenić. Domyślali się jednak, że musiała być względnie dość płaską, orkan bowiem prześwistywał teraz ponad nimi, nie biorąc ich więcej na dwa boki, jak tego doświadczyli, gdy się rozbijał o skałę granitową.
Do godziny czwartej nad ranem przebiegli pięć mil drogi. Chmury podniosły się zwolna do góry i nie wlokły się już jak pierwej po ziemi. Orkan mniej także wilgotny przemieniał się we wiatr ostry, suchy i zimny. Wędrowce nasi niedostatecznie okryci srogie cierpieli zimno, lecz skarga nie wymknęła się z ust żadnego z nich. Postanowili iść w ślad za Topem wszędzie, dokąd rozumne to zwierze ich zawiedzie.
Około godziny piątej poczęło świtać. Najprzód na zenicie nieba, gdzie mniej gęste były wyziewy, zarysowały się krawędzie chmur szaremi smugami i w krótce na czarnem tle nieba jaśniejszy nieco pas odgraniczył wyraźniej widnokrąg morza. Grzbiety fal zamigotały szaremi światełkami i zabielały pianą. Równoczesnie z lewego boku wybitniejsze części krajobrazu poczęły zwolna wynurzać się z ciemności, lecz tak jeszcze niewyraźnie, jakby na czarnym tle sinemi malowane barwami.
O godzinie szóstej był już dzień biały. Chmury pędziły z niezwykłą szybkością w dość wysokich stosunkowo sferach. Wędrowców naszych oddzielała w ówczas od „dymników“ przestrzeń sześciomilowa. Szli nadbrzeżem nader płaskiem, wzdłuż którego po prawej ręce wynurzał się z morza szereg skał, tylko których wierzchołki, przy pełnem właśnie morzu, wyglądały z wody. Po lewej stronie okolica pusta, piaszczysta, urozmaicona tylko kilkoma wydmami porosłemi w bodiaki, przedstawiała widok smutny i dziki. Nadbrzeże było dość gładkie i nie przedstawiało od strony morza innej zapory, prócz łańcucha pagórków nieregularnie porozrzucanych. Tu i ówdzie kilka drzew wyciągało swe chude i wykrzywione ramiona na zachód, jak gdyby się nawzajem sobie podrzeźniały. Daleko w tyle, w południowo-zachodniej stronie zaokrąglał się kraniec ostatniego lasu.
W tej chwili Top niedwuznacznemi oznakami począł objawiać jakiś niepokój. Biegł naprzód, to znów powracał do marynarza, jakgdyby zachęcając go do pośpiechu. Zbiegł z brzegu i wiedziony swym dziwnym instynktem nie wahając się chwili, popędził między owe wydmy piaszczyste.
Wędrowce pospieszyli za nim. Kraj ten zdawał się zupełnie pustym, nie widać było w okół żadnej żywej istoty.
Wydmy te otoczone były do koła jakby wałem szerokim utworzonym z pagórków większych i mniejszych, fantastycznie porozrzucanych. Była to jakby mała Szwajcarya z piasku, potrzeba było prawdziwie cudownego instynktu, ażeby się w niej zorjentować.
W pięć minut później, marynarz i towarzysze jego stanęli przed jaskinią wydrążoną na odwrotnej stronie wysokiej wydmy. Przed tym otworem zatrzymał się Top i począł głośno szczekać. Spilett, Harbert i Pencroff weszli do groty.
Tam ujrzeli Naba klęczącego przy ciele złożonem na posłaniu z trawy i mchu...
Było to ciało inżyniera Cyrusa Smitha.






ROZDZIAŁ VIII.
(Żyje czy umarł? — Opowiadanie Naba. — Ślady stóp ludzkich. — Kwestja nie do rozwiązania. — Pierwsze słowa Cyrusa Smitha. — Sprawdzenie śladów. — Powrót do „dymników.“ — Nowy cios.)

Nab klęczał jakby skamieniały. Marynarz, wyrzekł do niego to jedno słowo:
— Żyje?...
Nab milczał. Gedeon Spilett i Pencroff pobledli. Harbert załamał ręce i stanął jak wryty. Widocznie jednak biedny murzyn, zatopiony cały w swej boleści, ani widział swych towarzyszy ani słyszał słów marynarza.
Korespondent ukląkł przy tem nieruchomem ciele i przyłożył ucho do obnażonej piersi inżyniera.
Podczas gdy pochylony wytężał słuch i śledził uderzeń serca, upłynęła minuta — wiek cały!
Nab odsunął się nieco i patrzał okiem szklannem i martwem, patrzał i nie widział. Zdawało się niepodobnem, ażeby rozpacz mogła zmienić bardziej twarz człowieka. Nab zmieniony był do niepoznania, wycieńczony trudami, złamany boleścią. On miał swego pana za umarłego.
Gedeon Spilett po długiem badaniu, powstał wreszcie ze ziemi.
— Żyje! — rzekł.
Teraz Pencroff z kolei ukląkł przy Cyrusie, i jego ucha doszło słabe bicie serca, a na ustach poczuł słaby oddech wydobywający się z ust inżyniera.
Harbert na skinienie korespondenta wybiegł na dwór po wodę. W odległości stu kroków od groty trafił na czyste źródło, wezbrane deszczem wczorajszym, płynące piasczystą równiną. Lecz w co było zaczerpnąć wodę, ani jednej muszelki nie było wśród tych wydm piasczystych!... Harbert poprzestał na tem, że zmoczył chustkę swoją we wodzie i pędem powrócił do groty.
Na szczęście ta chustka przemoczona wystarczyła Spilettowi, który chciał tylko zwilżyć trochę usta inżyniera. Tych kilka kropel źródlanej wody sprawiło bezzwłoczny skutek. Z piersi Cyrusa wyrwało się westchnienie, i zdawało się nawet, że próbował kilka słów przemówić.
— Ocalony! — rzekł korespondent.
Słowa te napełniły Naba nową otuchą. Rozebrał swojego pana do naga, ażeby się przekonać, czy nie ma na ciele jakiej rany lub skaleczenia. Ani na głowie, ani na piersiach, ani na żadnym członku nie znalazł uszkodzenia, ani nawet lekkiego draśnięcia, co tem dziwniejszem było, ile że ciało Cyrusa musiało być wyrzucone między skałami. Ręce nawet miał nietknięte i niepodobna było wytłómaczyć, jakim sposobem na całem ciele Cyrusa nie było śladu tych wysileń, jakie czynić musiał, ażeby się przedrzeć przez szereg raf sterczących w morzu.
Wyjaśnienie tych wszystkich okoliczności potrzeba było odłożyć na później. Gdy Cyrus będzie mógł mówić, sam opowie im wszystko, co i jak się wydarzyło. Tymczasem chodziło o to, ażeby go przywrócić do życia i zdawało się, że nacieranie zimną wodą powinno ten skutek wywołać. Inżynier, w którego ciało przez to tarcie gwałtowne, ożywcze wstąpiło ciepło, poruszył z lekka rękami, a oddech jego stawał się coraz regularniejszym. Umierał z wycieńczenia, i gdyby nie przybycie korespondenta i jego towarzyszy, byłoby już niezawodnie po nim.
— Więc tyś myślał, że pan twój umarł? zapytał marynarz Naba.
— Myślałem, że umarł! — odpowiedział Nab — i gdyby was Top nie był odszukał i przyprowadził tutaj, byłbym pochował mojego pana i sam umarł na jego grobie.
Na takim oto włosku wisiało życie Cyrusa Smitha!
Potem opowiedział Nab cały przebieg zdarzenia. W wilję tego dnia, ruszywszy w drogę równo ze świtem, puścił się w kierunku północnym i zaszedł w tę stronę wybrzeża, gdzie już raz był przedtem.
Tam, bez żadnej nadziei (jak sam przyznawał) szukał po brzegu, między skałami, na piasku, najlżejszych śladów, któreby go mogły na trop jaki naprowadzić. Z szczególniejszą uwagą śledził tę część namulistego wybrzeża, której morze przypływające nie dosięgało, z samego kraju bowiem przypływ i odpływ morza musiał wszelki ślad zatrzeć. Nab nie spodziewał się więcej znaleźć swojego pana żywego. Szukał tylko trupa, aby go własnemi pogrzebać rękami.
A szukał długo i bezowocnie. Zdawało się, że na tej ziemi odludnej nigdy noga ludzka nie postała. Muszle, których morze nie dosięgło, a których stosy całe leżały w miejscach niewystawionych na przypływ morza, były zupełnie nietknięte. Nie było jednej muszli rozłamanej. W koło na przestrzeni dwustu do trzystu yardów[12] nie było znaku, ażeby kto wylądował, ani dawniej, ani świeżo.
Nab postanowił pójść jeszcze kilka mil dalej. Wszak łatwo być mogło, że prąd morski poniósł ciało na jakieś miejsce odleglejsze. Rzadko się zdarza, ażeby ciało pływające po morzu niedaleko od płaskiego brzegu, prędzej lub później nie zostało na brzeg wyrzucone. Nab wiedział o tem i chciał jeszcze raz ostatni ujrzeć swojego pana.
— Szedłem wzdłuż brzegu jeszcze z jakie dwie mile, szukałem między skałami, które odpływające morze odkrywa, po całem nadbrzeżu, które przypływ morza zalewa, i straciłem już wszelką nadzieję, gdy niespodzianie wczoraj, około godziny piątej z wieczora, spostrzegłem na piasku, ślady stopy ludzkiej.
— Ślady na piasku? — zawołał Pencroff.
— Tak jest! — odparł Nab.
— I ślady te zaczynały się przy samych skałach? — zapytał korespondent.
— Nie — odparł Nab — dopiero od miejsca, gdzie przypływ morza się kończy, ślady poprzednie musiało zatrzeć morze.
— Mów dalej, Nab — rzekł Gedeon Spilett.
— Na widok tych śladów małom nie oszalał. Były bardzo wyraźne i zmierzały wprost ku tym wydmom. Biegłem za niemi ćwierć mili, uważając dobrze, ażeby ich nie zatrzeć. W pięć minut później, gdy noc poczęła zapadać, usłyszałem szczekanie psa. Był to Top i on to przyprowadził mnie tu, do mojego pana.
Nab zakończył swe opowiadanie opisem boleści, jaką doznał na widok martwego ciała! Szukał w niem resztek życia. Teraz gdy znalazł pana trupem, chciał go mieć żywym. Lecz wszystkie usiłowania jego były bezskuteczne! Nie pozostawało mu nic więcej, jak oddać ostatnią przysługę temu, którego tak kochał!
Wtedy przyszli mu na myśl towarzysze, którzy niezawodnie pragnęliby ujrzeć raz jeszcze nieszczęsnego Cyrusa! Top był przy nim. Pomyślał więc czyby się nie mógł spuścić na bystry instynkt tego wiernego zwierzęcia? Wymówił kilka razy nazwisko korespondenta, którego Top z pomiędzy towarzyszy inżyniera znał najlepiej; potem wskazał ręką na południe i pies popędził jak strzała we wskazanym kierunku.
Widzieliśmy, jak Top wiedziony nadprzyrodzonym rzecby można instynktem, przybył do „dymników,“ gdzie nigdy pierwej nie był.
Towarzysze Naba z natężoną uwagą słuchali jego opowiadania. Niepojętą wydawało się im rzeczą, że Cyrus Smith po wysileniach jakie musiał robić, ażeby wydobyć się z morza, gdy się przeprawiał przez rafy nadbrzeżne, nie miał na ciele ani jednego draśnięcia. Również wytłumaczyć sobie nie mogli, jak mógł inżynier zajść do tej groty położonej między wydmami, na milę od brzegu morskiego.
— Więc to nie ty, Nab, zaniosłeś twojego pana tu w to miejsce? — zapytał korespondent.
— Nie, to nie ja — odparł Nab.
— Widać zatem, że p. Smith przyszedł tu sam — rzekł Pencroff.
— Widać, to prawda — odparł Gedeon Spilett — lecz trudno temu uwierzyć!
Okoliczność tę mógł wyjaśnić tylko sam inżynier. Należało więc czekać, aż będzie mógł mówić. Na szczęście z każdą chwilą powracało mu życie. Nacieranie przywróciło obieg krwi w ciele, Cyrus Smith poruszył znowu rękami, potem głową i kilka słów niezrozumiałych wymknęło się powtórnie z ust jego.
Nab pochylony nad nim, wołał go nieustannie po imieniu, lecz inżynier zdawał się tego nie słyszeć i oczów nie otwierał. Życie objawiało się tylko poruszeniami, zmysły nie brały w niem jeszcze żadnego udziału.
Pencroff żałował, że nie miał przy sobie ognia, a nie było możności rozniecenia go, na nieszczęście bowiem zapomniał zabrać ze sobą ów kawałek płachty spalonej, który łatwo było zatlić, za potarciem dwóch krzemyków. Kieszenie inżyniera były puste, z wyjątkiem kieszonki u kamizelki, w której znajdował się zegarek. Trzeba więc było koniecznie przenieść Cyrusa Smitha do „dymników“ i to jak najspieszniej. Zdania tego byli wszyscy.
Tymczasem pieczołowita troskliwość, jaką otaczali inżyniera, przywróciła mu przytomność prędzej niż się sami spodziewali. Woda, którą zwilżali usta, ożywiała go zwolna. Pencroff wpadł na pomysł, ażeby do wody dodać trochę soku z mięsa „tetrasiego,“ które przyniósł ze sobą. Harbert pobiegł aż do brzegu morza i wrócił z dwiema potężnemi muszlami. Marynarz sporządził rodzaj mikstury i wsączył ją w usta inżynierowi, który zdawał się wciągać w siebie chciwie tę mięszaninę.
Poczem otworzył oczy. Nab i korespondent stali nad nim pochyleni.
— Panie mój! drogi panie! — zawołał Nab.
Inżynier usłyszał ten krzyk. Poznał naprzód Naba i Spiletta, potem i tamtych dwóch towarzyszy, Harberta i marynarza i dłoń jego ścisnęła słabo ich dłonie.
I znowu kilka słów wymknęło się z ust jego, niewątpliwie te same co pierwej, a słowa te wskazywały jakie myśli już wtedy tłoczyły się w jego głowie. Tym razem zrozumieli ich brzmienie:
— Wyspa czy stały ląd? — szepnął.
— Do kroćset djabłów! — zawołał Pencroff, nie mogąc się wstrzymać od tego wykrzyknika, co nas to teraz obchodzi, jeżeli tylko pan żyjesz, panie Cyrus! Czy wyspa, czy stały ląd — to się później pokaże.
Inżynier skinął głową potakująco i zdawał się usypiać.
Zachowywano się więc jak najspokojniej, a korespondent rozpoczął natychmiast przygotowania do jak najwygodniejszego przeniesienia inżyniera. Nab, Harbert i Pencroff opuścili w tym celu grotę i podążyli ku wysokiej wydmie piasczystej, na której szczycie rosło kilka drzew karłowatych; po drodze marynarz nie mogąc wytrzymać, powtarzał raz po raz:
— Wyspa czy stały ląd! No proszę, komu by to przyszło na myśl, kiedy ledwie co dycha! Dziwny człowiek!
Przybywszy na wierzchołek wydmy, Pencroff i dwaj towarzysze jego, odarli jedno drzewo dość suchotnicze z głównych gałęzi, nie mając do tego innych narzędzi, prócz gołych rąk. Był to gatunek sosny morskiej, pochylonej przez wichry; z gałęzi tych sporządzili nosze, na których, wyścieliwszy je liśćmi i trawą, można było wygodnie przenieść inżyniera.
Cała ta robota trwała czterdzieście minut, a dochodziła już dziesiąta, gdy marynarz, Nab i Harbert powrócili do Cyrusa, którego przez cały ten czas ani na chwilę nie odstępował Gedeon Spilett.
Inżynier przebudził się właśnie z tego snu, albo raczej omdlenia, w którem go znaleźli. Rumieniec powrócił znowu na twarz jego, który pokrywała dotychczas śmiertelna bladość. Dźwignął się nieco, popatrzył wokoło jak gdyby pytał ich wzrokiem, gdzie się znajduje.
— Możesz mnie pan słuchać, nie będzie to pana męczyć, panie Cyrus? rzekł korespondent.
Mogę, odparł inżynier.
— Ja sądzę, rzekł marynarz, że p. Smith jeszcze lepiej będzie mógł pana słuchać, gdy pierwej skosztuje jeszcze raz tej galarety z tetrasów — bo to są tetrasy, panie Cyrus, objaśniał go, podając mu odrobinę tej galarety, do której tym razem dodał kilka cząsteczek mięsa.
Cyrus Smith spożył te kawałeczki tetrasów, a reszta rozdzieloną została pomiędzy jego trzech zgłodniałych towarzyszy, którzy uskarżali się na zbyt skąpe śniadanie.
— To nic, rzekł marynarz. W „dymnikach“ czekają na nas wiktuały, bo musisz pan wiedzieć, panie Cyrus, że tam na południu, mamy dom z pokojami, łóżkami i kuchnią, a w śpiżarni kilka tuzinów ptaków, które nasz Harbert nazywa „kurukusami.“ Lektyka pańska gotowa i skoro się pan poczujesz na siłach, poniesiemy pana do domu.
— Dziękuję ci, przyjacielu, odparł inżynier, za godzinę lub dwie będziemy mogli wyruszyć... A teraz mów, panie Spilett.
Wtedy korespondent jął opowiadać cały tok wypadków. Opowiadał fakta takie, o których Cyrus nie mógł wiedzieć, o ostatnim upadku balonu, o ich wylądowaniu na tej ziemi nieznanej, które zdawała się odludną na każdy wypadek, czy była wyspą, czyli stałym lądem, o odkryciu „dymników,“ o poszukiwaniach za straconym inżynierem, o poświęceniu Naba, o zasłudze wiernego Topa i t. d.
— Więc to nie wy znaleźliście mnie na brzegu morskim? zapytał Cyrus głosem jeszcze osłabionym.
— Nie, odparł marynarz.
— I nie wy to przynieśliście mnie do tej jaskini?
— Nie.
— Jakże więc daleko odległą jest ta grota od raf nadbrzeżnych?
— Około pół mili, odparł Pencroff, i nie tylko pana to dziwi że się znajdujesz w tem miejscu, ale nas samych niemniej to zdumiewa.
— W istocie, rzekł ożywiając się co raz bardziej inżynier, którego te szczegóły mocno zaczęły interesować, w istocie, to coś szczególnego!
— Możeż że nam pan opowiedzieć, zagadnął znowu marynarz, co się stało z panem od chwili, gdy pana porwał ów bałwan morski?
Cyrus Smith wytężył całą swą pamięć, lecz nie wiele mógł sobie przypomnieć. Bałwan morski oderwał go od sieci balonowej. Zanurzył się najprzód kilka sążni w głąb. Wypłynąwszy na powrót na powierzchnię morza, poczuł w tym półmroku, że jakaś żywa istota porusza się tuż obok niego. Był to Top, który skoczył za nim na ratunek. Podniósłszy w górę oczy, nie zobaczył więcej balonu, który uwolniony z ciężaru jego i psa, strzelił w obłoki jak strzała. Ujrzał się wśród fal rozhukanych, w odległości nie więcej jak pół mili od brzegu. Usiłował walczyć z falami i płynął co sił mu starczyło. Top podtrzymywał go za suknie; lecz prąd jakiś szalony porwał go, uniósł na północ i po półgodzinnem szamotaniu się, zapadł w otchłań morską, pociągając Topa za sobą. Odtąd aż do chwili gdy ujrzał się w objęciach przyjaciół, nie pamiętał, co się z nim działo.
— Wszak musiałeś pan być wyrzuconym na brzeg, zagadnął znowu Pencroff, i musiałeś posiadać dość sił, ażeby zajść sam aż tutaj, skoro Nab znalazł ślady stóp pańskich na piasku!
— Zapewne... że musiałem... odparł inżynier zamyślając się. A nie widzieliście żadnych więcej śladów ludzkich na tej ziemi?
— Żadnych, odparł korespondent. A zresztą, gdyby się i znalazł był jaki wybawca, to wydobywszy pana z morza, dlaczegoż by miał potem pana opuścić?
— Masz słuszność, kochany Spilett. — Słuchaj Nab, dodał inżynier zwracając się do swego sługi, więc także i ty nie... a może w jakiej nieprzytomności chwilowej... lecz nie, to nie ma sensu... Czy jest jeszcze który z tych śladów? zapytał Cyrus Smith.
— Tak jest, panie, odparł Nab, ot tam zaraz przy wyjściu, z drugiej strony tej samej wydmy, w miejscu zakrytem od wiatru i deszczu. Resztę śladów zatarła burza.
— Panie Pencroff, rzekł Cyrus Smith, będziesz łaskaw wziąć swoje trzewiki i przymierzyć czy dokładnie przystają do owych śladów?
Marynarz usłuchał inżyniera. On i Harbert udali się za Nabem w miejsce, gdzie były owe ślady. Podczas tego rzekł Cyrus do korespondenta:
— Tu stało się coś niepojętego!
— Coś niepojętego, zaiste! odparł Gedeon Spilett.
— Lecz dajmy teraz temu pokój, kochany Spilett, później o tem pomówimy.
Po chwili wrócili marynarz, Nab i Harbert.
Nie było żadnej wątpliwości. Trzewiki inżyniera przystawały dokładnie do pozostałych śladów. Więc nikt inny tylko Cyrus Smith wydeptał je na piasku.
— Co u licha, rzekł, więc to ja musiałem podpaść tej hallucynacji, tej nieprzytomności, o którą przed chwilą posądzałem Naba! Szedłem jak lunatyk nie wiedząc dokąd idę, więc to Top instynktem swoim zaprowadził mnie tutaj, wyrwawszy mnie wpierw z toni morskiej... Chodź tu do mnie, Top, chodź tu mój psie!
Wspaniałe zwierze jednym susem poskoczyło do swojego pana, głośno szczekając — oczywiście nie szczędzono mu pieszczot i pochwał.
Trzeba przyznać, że niepodobna było inaczej wytłumaczyć ocalenia Cyrusa Smitha i że Topowi należała się cała zasługa.
Około południa Pencroff zapytał Cyrusa, czy gotów jest do podróży, na to Cyrus za całą odpowiedź z wysileniem znamionującem niepospolitą siłę woli, powstał na nogi. Lecz musiał oprzeć się na ramieniu marynarza, ażeby nie upaść.
— Brawo, brawo! rzekł Pencroff. A oto jest lektyka pana inżyniera.
Przyniesiono nosze. Poprzeczne gałęzie wyścielili mchem i trawą. Następnie położyli Cyrusa na to posłanie i ruszyli w drogę ku brzegowi morskiemu, za jeden koniec dźwigał Pencroff, a za drugi Nab.
Mieli przed sobą ośm mil drogi, lecz ponieważ nie można było iść szybko, a prócz tego wypadało często się zatrzymywać, więc przed upływem najmniej sześciu godzin nie można się było spodziewać stanąć u celu.
Wicher był zawsze jeszcze silny, ale na szczęście deszcz nie padał. Inżynier leży na noszach, wsparty głową na ręku, wodził bacznie wzrokiem po całem wybrzeżu, a zwłaszcza po części jego przeciwległej morzu. Nie mówił ani słowa ale patrzał uważnie i niezawodnie rysopis całej okolicy z wszystkiemi właściwościami terenu, z lasami i rozmaitemi rodzajami płodów utkwił mu silnie w pamięci. W końcu jednak po dwóch godzinach drogi opanowało go znużenie i usnął na noszach.
O godzinie wpół do szóstej przybyła cała kawalkada do rogu skalnej ściany a w kilka minut później do „dymników.“
Zatrzymano się a nosze postawiono na piasku. Cyrus Smith spał twardo, i nie przebudził się.
Wtedy dopiero postrzegł Pencroff ku największemu swemu zdumieniu, jakie zmiany poczyniła wczorajsza nawałnica. Na wielu miejscach widać było świeże zwaliska skał. Olbrzymie bryły granitu leżały w piasku nadbrzeżnym, a gęsty kobierzec z morskiego ziela pokrywał brzeg cały. Widać było, że morze, przewalając się przez wysepkę, dotarło aż do stóp olbrzymiej granitowej kurtyny.
Przy wejściu „dymników“ grunt powyrywany świadczył o gwałtownym szturmie fal morskich.
Pencroffa ogarnęło wówczas jakieś przeczucie złowrogie i jednym skokiem znikł we wnętrzu kurytarzy.
Po chwili wyszedł, stanął milczący i nieruchomy i powiódł wzrokiem po swoich towarzyszach...
Ogień zagasł. Popiół zalany wodą przemienił się w namuł. Ów kawał płachty spalonej, który miał służyć zamiast czyru, przepadł bez śladu. Morze wtargnęło było aż w głąb kurytarzy i wszystko zburzyło, wszystko poniszczyło we wnętrzu „dymników“!...






ROZDZIAŁ IX.
(Cyrus jest przy nich! — Próba z trzaskami. — Wyspa czy ląd stały? — Plany inżyniera. — W jakiej stronie Cichego Oceanu? — W głębi boru. — Sosna z migdałami. — Polowanie na „kabyjasa.“ — Dym jako znak dobrej wróżby.)

W kilku słowach zawiadomił marynarz Gedeona Spiletta, Harberta i Naba o położeniu, w jakiem się znajdowali. Wypadek ten, który mógł pociągnąć za sobą nader ważne następstwa — tak sądził przynajmniej Pencroff — wywarł na umysłach towarzyszy zacnego marynarza odmienne nieco wrażenie.
Nab, cały w radośnem uniesieniu z powodu odszukania swego pana, nie słuchał albo raczej nie chciał zwracać uwagi na to, co mówił Pencroff.
Harbert zdawał się do pewnego stopnia podzielać obawy marynarza.
Co się tyczy korespondenta, ten na słowa marynarza odparł tylko:
— Słowo ci daję, Pencroff, że mi to zupełnie jest obojętnem!
— Ależ powtarzam panu, że my ognia nie mamy!
— A, ba!
— Ani żadnego sposobu rozpalenia go.
— Basta!
— Ależ panie Spilett....
— Alboż Cyrus Smith nie jest przy nas? odparł korespondent. Alboż nie żyje nasz inżynier? Już on wynajdzie jakiś sposób rozpalenia ognia!
— Ale czem?
— Niczem.
Co na to miał odpowiedzieć Pencroff? Nic zgoła, bo w głębi duszy sam podzielał ufność, jaką towarzysze jego pokładali w Cyrusie. Inżynier był dla nich małym światkiem, studnią wszelkiej ludzkiej wiedzy i mądrości! Znajdować się razem z Cyrusem na odludnej wyspie znaczyło w ich mniemaniu tyle, co bez niego w najprzemysłowszem mieście Stanów Zjednoczonych. Gdzie on był, tam im na niczem zbywać nie mogło! Przy nim nie podobna było rozpaczać. Gdyby kto był powiedział tym dzielnym ludziom: wybuch wulkaniczny zniszczy tę ziemię, lub: przepaście Oceanu ją pochłoną, odpowiedzieliby z największym spokojem: Wszak Cyrus jest przy nas! Alboż nie ma Cyrusa?
Tymczasem jednak inżynier pogrążony był w nowym letargu, który podróż wywołała, i w tej chwili przynajmniej niepodobna było korzystać z jego genjuszu. Trzeba było poprzestać na skąpej wieczerzy. Wszystko mięso „tetrasie“ było zjedzone a nie było sposobu upiec innej zwierzyny. Zresztą zapas „kurukusów“ gdzieś zniknął. Trzeba więc było pójść po rozum do głowy.
Przedewszystkiem zaniesiono Cyrusa do środkowej izby „dymników.“ Tam sporządzono mu posłanie z suchego ziela morskiego. Głęboki sen, który go owładnął, zdołał pokrzepić i wzmocnić siły jego prędzej i lepiej, niż najobfitszy pokarm.
Tymczasem zapadła noc, a z nią temperatura, którą zmiana wiatru w kierunku północno-wschodnim znacznie była umiarkowała, poczęła chłodnieć na serjo. Ponieważ morze zburzyło było przegrody i zasieki, które Pencroff w niektórych miejscach był porobił, powstały więc na nowo przeciągi, które pobyt w „dymnikach“ czyniły nieznośnym. Tym sposobem położenie inżyniera byłoby było dość nieprzyjemne, gdyby towarzysze kamizelkami i kaftanami nie byli go starannie pookrywali.
Wieczerza składała się tego wieczora z nieuniknionych litodomów, których obfity zapas uzbierali Harbert i Nab nad brzegiem morza. Do tych mięczaków dodał jednak Harbert pewną ilość jadalnych algów, które zebrał po wysokich skałach, do których morze tylko w czasie wielkich przypływów miało przystęp. Algi te należące do rodzaju roślin morskich były zielem, które wysuszone, dawało sok galaretowaty dość obfity w pierwiastki pożywne. Korespondent i towarzysze jego, pochłonąwszy sporą liczbę litodomów, wyssysali następnie te algi i znaleźli, że smak ich był wcale znośny. Muszę tu nadmienić, że na wybrzeżach azjatyckich algi te stanowią dość ważną część pożywienia krajowców.
— Niech się dzieje co chce — rzekł marynarz — czas już żeby Cyrus przyszedł nam w pomoc.
Tymczasem zimno stało się nad wyraz przenikliwem, a na nieszczęście nie było sposobu ochronić się przed niem.
Marynarz, któremu chłód dokuczał na prawdę, próbował na wszelkie sposoby rozniecić ogień. Nab dopomagał mu w tem przedsięwzięciu. Znalazł trochę mchu suchego, i krzesząc dwa krzemyki wydobywał z nich iskry; ale mech nie będąc dość zapalnym nie zajął się, a zresztą iskry te pochodzące tylko z krzemienia rozpalonego do białości, nie miały tej siły, co iskry wydobywające się ze stali u zwykłego krzesiwa. Próba zatem nie udała się.
Następnie próbował Pencroff, jakkolwiek nie miał żadnego zaufania do tej procedury, trzeć dwa kawałki suchego drzewa, jeden o drugi, na sposób dzikich ludzi. Ruch, jakiego przy tej sposobności użyli wraz z Nabem, gdyby był według najnowszych teoryj przemienił się w ciepło, byłby wystarczył z pewnością do zagotowania kotła parowego. Lecz rezultatu nie było żadnego. Trzaski rozgrzały się wprawdzie trochę, lecz i to daleko mniej od tych, którzy się operacji z niemi podjęli.
Po całogodzinnem daremnem usiłowaniu Pencroff spocił sie jak mysz i z gniewem odrzucił trzaski.
— Jeżeli mnie kto przekona — zawołał — że dzicy tym sposobem rozpalają ogień, to chyba w zimie będą panować upały! Prędzej bym moje ręce zapalił, trąc jednę o drugą!
Marynarz jednak mylił się zaprzeczając zupełnie możliwość tej procedury. Jest bowiem rzeczą stwierdzoną, że dzicy zapalają drzewo za pomocą szybkiego i nagłego potarcia. Lecz nie każdy gatunek drzewa nadaje się do tej operacji, a oprócz tego trzeba mieć jeszcze tak zwane „zacięcie,“ a tego zacięcia Pencroff widocznie nie posiadał.
Nie długo trwał zły humor marynarza. Owe dwie trzaski, które odrzucił, podjął na nowo Harbert i z całych sił począł trzeć jednę o drugą. Silny jak lew marynarz wybuchnął śmiechem na widok młodzieniaszka, który próbował swoich sił tam, gdzie on ze swojemi nic nie mógł wskórać.
— O, trzej, chłopcze, trzej co masz sił! — zawołał.
— Ja trę — odparł Harbert śmiejąc się — lecz nie mam innej pretensji, tylko ogrzać się trochę, zamiast dzwonić zębami od zimna, i wnet będzie mi tak ciepło jak tobie, Pencroff!
Bądź co bądź trzeba się było pożegnać na tę noc z myślą rozpalenia ognia. Gedeon Spilett po raz dwudziesty z rzędu powtórzył, że Cyrus taką drobnostką wcaleby się nie troszczył. A tymczasem położył się w jednym z kurytarzy na piasku. Harbert, Nab i Pencroff poszli za jego przykładem, Top zaś spał u nóg swojego pana.
Nazajutrz, 28. marca, około godziny ósmej z rana, inżynier przebudziwszy się ujrzał zgromadzonych około siebie towarzyszy, którzy z niecierpliwością wyczekiwali jego przebudzenia i podobnie jak dnia poprzedniego, pierwsze jego słowa były:
— Wyspa czy ląd stały?
Jak widać była to jego manja.
— Ba, tego jeszcze nie wiemy, panie Smith, odparł Pencroff.
— Jeszcze nie wiecie?
— Ale dowiemy się — wtrącił Pencroff — gdy pan zostaniesz sternikiem naszym w tym kraju.
— Ano spróbuję — rzekł inżynier, wstając bez wielkiego wysilenia na nogi.
— Brawo, to mi się podoba! — zawołał marynarz.
— Umierałem przedewszystkiem z wycieńczenia sił — rzekł Cyrus Smith. — Trochę jadła, przyjaciele moi, a już się to więcej nie powtórzy. Wszak macie ogień?
Zapytanie to pozostało przez kilka chwil bez odpowiedzi. Wreszcie rzekł Pencroff:
— Niestety, nie posiadamy ognia, albo raczej już go więcej nie posiadamy, panie Cyrus!
Poczem marynarz opowiedział wszystko, co się działo dnia poprzedniego. Rozweselił inżyniera historją o owej jedynaczce zapałce tudzież o owej poronionej próbie rozniecenia ognia na sposób dzikich ludzi.
— Pomyślimy co się da zrobić — rzekł inżynier — a jeśli nie znajdziemy jakiej substancji podobnej do czyru, to...
— To cóż wtedy? — zapytał marynarz.
— Ha, to będziemy fabrykować zapałki.
— Chemiczne?
— Chemiczne!
— Nic łatwiejszego! — zawołał korespondent uderzając marynarza po ramieniu.
Marynarz nie podzielał tego zdania, lecz nie sprzeciwiał mu się. Poczem wszyscy wyszli na dwór. Na niebie zapanowała znów pogoda. Jasne, czyste słońce wynurzało się z fal oceanu i tysiącem złocistych iskier posypało chropowatą powierzchnię olbrzymiej ściany skalnej.
Rzuciwszy wzrokiem do koła, usiadł inżynier na bryle skalistej. Harbert podał mu kilka garści ślimaków morskich, mówiąc:
— Oto wszystko, co w tej chwili posiadamy, panie Cyrus.
— Dziękuję ci, mój chłopcze — odparł inżynier — to wystarczy, przynajmniej na dziś rano.
I z apetytem zajadał tę lichą strawę, zrosiwszy ją poprzednio świeżą wodą z rzeki, naczerpaną do pustej muszli.
Towarzysze spoglądali na niego w milczeniu. Zaspokoiwszy głód, o ile się to dało, Cyrus Smith założył ręce w tył i rzekł:
— A zatem, moi przyjaciele, nie wiecie dotąd jeszcze, czy los nas wyrzucił na stały ląd czy też na wyspę?
— Nie wiemy, panie Cyrus — odrzekł chłopak.
— Więc dowiemy się jutro, rzekł inżynier. Dopóki tego nie będziemy widzieli, nie ma co robić.
— I owszem, odparł Pencroff.
— Cóż takiego?
— Postarać się o ogień, rzekł marynarz, który także miał swoją manję.
— Będziemy go mieli, Pencroff, odparł inżynier. Wczoraj po drodze spostrzegłem na zachodzie górę, zkąd niezawodnie rozlega się widok na całą okolicę.
— Tak jest, rzekł Gedeon Spilett, góra ta zdaje się dość wysoką...
— Otóż jutro, ciągnął dalej inżynier, wdrapiemy się na sam szczyt i przekonamy się czy ta ziemia jest wyspą, czy też stałym lądem. Do jutra, powtarzam raz jeszcze, nie ma co robić.
— Ależ jest co robić, rozpalić ogień, powtórzył uparty marynarz.
— Będziemy go mieli, będziemy! odparł Gedeon Spilett. Chwilkę cierpliwości, Pencroff!
Marynarz popatrzył na Gedeona Spiletta wzrokiem, który zdawał się mówić: „gdybyśmy się na ciebie z tem spuścili, pewnie nie tak prędko włożylibyśmy pieczeń do gęby.“ Lecz nie rzekł ani słowa.
Cyrus Smith milczał także. Kwestja ognia zdawała się go mało interesować. Kilka chwil siedział tak zatopiony w myślach, poczem odezwał się znowu:
— Położenie nasze, przyjaciele moi, jest może opłakane, lecz w każdym razie bardzo proste. Albo znajdujemy się na stałym lądzie, a w takim razie z większym lub mniejszym trudem dotrzemy wreszcie do miejsca gdzie mieszkają ludzie, albo też znajdujemy się na wyspie. W tym ostatnim zaś wypadku czeka nas jedno z dwojga: jeśli ta wyspa jest zamieszkałą, sprobujemy dać sobie radę z jej mieszkańcami, jeśli zaś jest odludną, będziemy musieli radzić sobie sami.
— Zapewne, że to rzecz bardzo prosta, odparł Pencroff.
— Ale na wszelki wypadek, zagadnął Gedeon Spilett, czy to ląd stały czy wyspa, jak sądzisz Cyrusie, dokąd nas mógł ten orkan zapędzić?
— Prawdę mówiąc, wiedzieć tego na pewne nie mogę, odparł inżynier, wszelkie jednak prawdopodobieństwo przemawia za tem, że się znajdujemy na którejś z wysp Cichego Oceanu. W istocie, gdyśmy opuszczali Richmond, wicher dął w stronę północno-wschodnią i sama gwałtowność jego pozwala przypuszczać, że kierunku nie zmienił. Jeśli więc ten kierunek od północno-wschodniej ku południowo-zachodniej stronie się utrzymał, przelecieliśmy Stany Karoliny Północnej, Karoliny Południowej, Georgję, węższą część zatoki Meksykańskiej, Meksyk sam i kawał Cichego Oceanu. Przestrzeń jaką balon przeleciał nie cenię wyżej jak sześć tysięcy mil, a przypuściwszy że wiatr w tym czasie zmienił kierunek na jedną ósmą część prostego kąta, w takim razie zapędził nas albo na archipelag Mendański, albo do wysp Pomotuańskich, albo nawet, jeśli siła jego była większą niż przypuściliśmy, do lądu Nowej Zelandji. Gdyby ta ostatnia hipoteza okazała się prawdziwą, w takim razie powrót nasz do ojczyzny nie ulegałby wielkim trudnościom. Czybyśmy trafili na Anglików czy na Maurysów, zawsze by się było z kim rozmówić. Jeśli zaś przeciwnie ziemia ta, na której się znajdujemy, jest jedną z odludnych wysepek jakiego malutkiego archipelagu, a może zdołamy przekonać się o tem z owego szczytu góry, w takim razie nie pozostanie nam nic, jak tylko rozgospodarować się tak, jak gdybyśmy już nigdy ztąd wyjść nie mieli.
— Nigdy! zawołał korespondent. Ty powiadasz nigdy, kochany Cyrusie?
— Lepiej od razu brać rzecz z najczarniejszej strony, odparł inżynier, a coś lepszego za niespodziankę uważać.
— Jest racja! rzekł Pencroff. A zresztą miejmy nadzieję, że wyspa ta, jeśli to jest wyspa, leży przy drodze, którą płyną okręty! Inaczej chyba by się już uwzięło na nas licho!
— Będziemy dopiero wtedy wiedzieli czego się trzymać, rzekł inżynier, aż wyleziemy na tamtą górę i ztamtąd się rozpatrzymy.
— Lecz będziesz-że pan miał dość sił jutro, ażeby znieść trud takiej wyprawy? zapytał Harbert.
— Mam nadzieję, odparł inżynier, ale pod warunkiem, jeżeli pan, mości Pencroff i ty moje dziecko, spiszecie się dziś, jak na tęgich myśliwców przystało.
— Mości Cyrus, odparł marynarz, ponieważ pan mówisz o zwierzynie, to powiem panu, że gdybym był tak pewny, że za powrotem będę ją mógł upiec przy ogniu, jak jestem pewny, że ją dostarczę...
— Dostarcz nam jej tylko, dostarcz, mości Pencroff, odparł Cyrus Smith.
Ułożono zatem, że inżynier z korespondentem przepędzą dzień ten w „dymnikach,“ ażeby się rozpatrzeć po wybrzeżu i skalistej wyżynie. Przez ten czas Nab, Harbert i marynarz mieli wrócić do lasu, odnowić zapas drzewa i skręcić kark każdemu pierzastemu i skrzydlatemu stworzeniu, któreby im wlazło w drogę.
Ruszyli zatem w drogę około godziny dziewiątej zrana: Harbert pełen najlepszej otuchy, Nab wesół i rozradowany; Pencroff na odchodnem mruknął pod nosem.
— Jeżeli za powrotem znajdę ogień w domu, to chyba sam piorun we własnej osobie przyszedł go zapalić!...
Wszyscy trzej podążyli brzegiem rzeki w górę; i przybywszy na miejsce w którem rzeka tworzyła kolano, marynarz zatrzymał się i rzekł:
— Czy mamy być wprzód myśliwymi, czy wprzód drwalami?
— Myśliwymi, odparł Harbert. Ot Top już coś myszkuje.
— Więc chodźmy na polowanie, rzekł marynarz, potem wrócimy tu po drzewo.
Poczem Harbert, Nab i Pencroff, wyłamawszy trzy potężne kostury z młodej jedliny, pospieszyli wślad za Topem, który skacząc przedzierał się wśród wysokich zarośli.
Tym razem myśliwi nasi, zamiast iść wzdłuż rzeki, zapuścili się prosto w głąb lasu. Napotykali te same drzewa, co pierwej, należące po większej części do rodzaju drzew szyszkowych. Gdzie niegdzie sosny te rzadziej porozrzucane i porozgraniczane kłębami mniejszych krzewów, posiadały wspaniałe rozmiary i wskazywały tem samem, że kraj ten położony był pod wyższym stopniem szerokości geograficznej, niżeli przypuszczał inżynier. Tu i owdzie napotykali wśród lasu małe polanki, na których sterczały pnie nadszczerbione zębem czasu, na ziemi w koło leżało mnóstwo suchych gałęzi stanowiących niewyczerpany zapas paliwa. Minąwszy te polanki las gęstniał coraz bardziej i stawał się prawie nieprzebytym.
Kierować się wśród tych drzew olbrzymich, bez żadnej ścieżki wytyczonej, nie było rzeczą tak łatwą. To też marynarz od czasu do czasu nadłamywał po drodze gałęzie drzew, tworząc tym sposobem drogoskazy, łatwo wpadające w oko. Lecz może źle postąpił sobie tym razem nie idąc za biegiem rzeki, jak to na pierwszem polowaniu uczynili z Harbertem, gdyż po całogodzinnem chodzeniu nie trafili jeszcze na żadną zwierzynę. Top biegnąc po pod niskie gałęzie płoszył tylko ptaki, do których niepodobna było się przybliżyć. Kurukusów nawet nie było widać, zdawało się więc, że marynarz będzie musiał wrócić nazad w tę bagnistą stronę lasu, gdzie tak pomyślnie wypadł był połów na tetrasy.
— A no! panie Pencroff, odezwał się Nab z lekkim sarkazmem, jeżeli to ma być ta zwierzyna, którą obiecałeś pan dostarczyć mojemu panu, to nie wiele potrzeba będzie ognia, ażeby ją upiec!...
— Trochę cierpliwości, Nab, odparł marynarz, co jak co, ale pewnie nie zwierzyny braknie za naszym powrotem!
— Więc nie masz pan zaufania do pana Smitha?
— I owszem.
— Ale nie wierzysz pan, żeby nam dał ognia?..
— Uwierzę, gdy drzewo zapłonie na ognisku.
— Będzie płonąć, bo Pan mój tak powiedział!
— Zobaczymy!
Tymczasem słońce nie stało jeszcze u szczytu widnokręgu. Poszukiwania więc szły dalej a Harbert zrobił niebawem bardzo pożyteczne odkrycie, wynalazł bowiem drzewo z jadalnemi owocami. Był to rodzaj sosny wydającej ziarna podobne do wybornych migdałów, wielce cenione w umiarkowanych strefach Ameryki i Europy. Migdały te były zupełnie dojrzałe i Harbert wskazał je swoim towarzyszom, którzy się niemi uraczyli do syta.
— Tak to, rzekł Pencroff, zamiast chleba algi, zamiast mięsa surowe ślimaki i migdały sosnowe na deser, oto objad stworzony dla ludzi, którzy ani jednej zapałki nie mają w kieszeni!
— Nie trzeba się skarżyć, odrzekł Harbert.
— Ja się też nie skarżę, mój chłopcze, odparł Pencroff, powtarzam tylko że w naszych biesiadach daje się nam czuć trochę brak mięsa!
— Top innego jest zdania.... zawołał w tej chwili Nab i podbiegł ku gęstwinie, zkąd dolatywało szczekanie psa. Ze szczekaniem Topa mięszały się dziwne tony podobne do kwiku prosięcia.
Marynarz z Harbertem pospieszyli w ślad za Nabem. Jeśli to była zwierzyna, to zamiast rozprawiać nad tem, jakimby sposobem ją upiec, należało wprzód pomyśleć jakby ją dostać w ręce.
Zaledwie weszli w gęstwinę, ujrzeli Topa borykającego się z jakiemś zwierzęciem, które przytrzymywał zębami za jedno ucho. Czworonożne to stworzenie podobne było do wieprza i miało więcej niż półtrzecia stopy długości, było maści ciemno brunatnej, jaśniejszej na brzuchu, miało sierść twardą i rzadką i palce u nóg, któremi właśnie z całej siły uczepiło się ziemi, zrośnięte błoną.
Harbert poznał w niem „Kabyjasa“, który jest jednym z większych okazów należących do rodzaju strzyżaków.
Tymczasem „kabyjas“ nie wydzierał się wcale psu. Toczył tylko dokoła swojemi dużemi głupowatemi ślepiami, osadzonemi głęboko wśród grubej powłoki tłuszczu. Być może, że pierwszy raz w życiu widział ludzi.
Nab ująwszy silniej kostur w rękę zamierzał się właśnie palnąć go w łeb pałką, gdy w tem zwierz wydarł się Topowi, zostawiając mu w zębach kawałek odgryzionego ucha, wydał kwik przeraźliwy, rzucił się na Harberta, omal go z nóg nie powalił i znikł w gęstwinie.
— A to drab! zawołał Pencroff!
Wszyscy trzej popędzili co tchu w ślad za Topem i w chwili gdy go doganiali, zwierz rzucił się do bagna dość dużego ocienionego w koło stuletniemi sosnami i zniknął pod wodą.
Nab, Harbert i Pencroff stanęli na brzegu jak wryci. Top wskoczył do wody ale „kabyjas“ zanurzył się do bagna i nie pokazywał się na wierzch.
— Czekajmy, rzekł Harbert, wkrótce będzie musiał wypłynąć, ażeby nabrać tchu.
— A nie utonie? zapytał Nab.
— Nie, odparł Harbert, ma nogi płetwowate i jest na pół amfibją. Czatujmy tu na niego.
Top pływał po bagnie. Pencroff i jego dwaj towarzysze rozstawili się do koła brzegu, ażeby odciąć „kabyjasowi“ drogę do ucieczki, a pies szukał go po całem bagnie.
Słowa Harberta sprawdziły się. Po kilku minutach zwierz wypłynął znów na powierzchnię wody. Top jednym susem rzucił się na niego i nie dał mu się więcej zanurzyć. W kilka chwil później przyciągnął go Top aż do brzegu a Nab jednem uderzeniem pałki ubił go na miejscu.
— Hurra! krzyknął Pencroff, który miał słabość do tego krzyku tryumfalnego. Dajcie mi tylko jeden żarzący węgiel a obgryziemy go do kości!
Pencroff wziął „kabyjasa“ na plecy a sądząc po słońcu że mogła już być godzina druga z południa, dał znak do odwrotu.
Instynkt Topa przydał się bardzo naszym myśliwcom, którzy dzięki temu sprytnemu przewodnikowi, odnaleźli napowrót tę samą drogę, którą przyszli. W pół godziny przybyli do kolana rzeki.
Podobnie jak pierwszym razem sporządził Pencroff na prędce spław z drzewem, jakkolwiek w braku ognia uważał tę całą robotę za niepotrzebną, poczem, pędząc spław z biegiem wody, przybyli do „dymników“.
Ale na pięćdziesiąt kroków przed „dymnikami“ marynarz zatrzymał się nagle, po chwili wzniósł powtórnie grzmiące „hurra!“ i wskazując ręką na róg skalnego urwiska, zawołał:
— Harbert! Nab! Widzicie!
Przed skałą wzbijał się gęstemi kłębami — dym!...






ROZDZIAŁ X.
(Wynalazek inżyniera. — Myśl, która zajmuje Cyrusa. — Wyprawa na górę. — Bór. — Grunt wulkaniczny. — „Tragopany.“ — Barany skalne. — Pierwszy ostrokrąg. — Nocleg. — Ze szczytu góry.)

W kilka minut później myśliwi nasi ujrzeli się przed ogniskiem, na którem gorzał ogień. Znaleźli przy niem Cyrusa Smitha i korespondenta. Pencroff w milczeniu patrzał to na jednego, to na drugiego, stojąc jak wryty, z „kabyjasem“ w ręku.
— A widzisz, mój zuchu! — zawołał korespondent. — Otóż i ogień, rzetelny ogień, przy którym wybornie się upiecze ta wspaniała zwierzyna, którą się zaraz uraczymy!
— Ale któż ogień rozpalił? — zapytał Pencroff.
— Słońce!...
Gedeon Spilett powiedział prawdę. Słońce to zapaliło ten ogień, któremu się tak dziwił Pencroff. Marynarz nie chciał wierzyć swym oczom i tak był osłupiały z podziwu, że nie przyszło mu nawet na myśl zapytać inżyniera: jakim się to stało sposobem?
— Więc miałeś pan przy sobie soczewkę? zagadnął Harbert Cyrusa Smitha.
— Nie, moje dziecko — odparł inżynier — ale zrobiłem sam jedną.
I pokazał aparat, który mu posłużył za soczewkę. Były to po prostu dwa szkiełka, które powyjmował z zegarka korespondenta i ze swego. Napełniwszy takowe wodą i spoiwszy ich brzegi za pomocą kilku okruchów glinki, sporządził tym sposobem rzeczywistą soczewkę, która koncentrując promienie słoneczne na kupkę suchego mchu, spowodowała zajęcie się takowego.
Marynarz przypatrzył się wprzód aparatowi, a potem popatrzył na inżyniera i nie rzekł ani słowa. Ale za to wzrok jego powiedział wszystko! Dla niego odtąd Cyrus, jeżeli nie był bogiem, to w każdym razie był czemś więcej niż człowiekiem. Wreszcie rozwiązał mu się język i zawołał:
— Zapisz to pan, panie Spilett, zapisz to pan w swoich notatkach!
— Już zapisałem — odparł korespondent.
Poczem przy pomocy Naba, sporządził marynarz rożen i wkrótce „kabyjas“ wypatroszony jak się należy, smażył się na wolnym, jasnym ogniu, jak pospolite prosię.
— „Dymniki“ przybrały napowrót postać mieszkalną, nie tylko dla tego, że korytarze grzały się od ognia, lecz także ponieważ dawne zasieki z kamieni i piasku zostały naprawione. Jak widać inżynier ze swoim towarzyszem skorzystali dobrze z tego dnia. Cyrus Smith odzyskał całkiem prawie siły i spróbował takowych, wylazłszy na górną płaszczyznę skały. Z tego punktu oko jego, przywykłe do mierzenia wysokości i odległości, spoczęło długo na owej stożkowej górze, na której szczyt zamierzał wyleźć nazajutrz. Góra ta, położona w stronie północno-zachodniej w oddaleniu około sześciu mil, mogła według przypuszczenia jego, wznosić się na trzy tysiące pięćset stóp ponad powierzchnię morza. Stanąwszy więc na jej szczycie można było przejrzeć dokoła widnokrąg w promieniu najmniej pięćdziesięcio milowym. Zdawało się zatem, że Cyrus Smith będzie mógł ztamtąd wygodnie rozstrzygnąć kwestję „stałego lądu czy wyspy,“ której nie bez powodu wyższą przypisywał wagę niż innym.
Spożyto wieczerzę przyzwoitą. Mięso „kabyjasa“ miało według jednomyślnego orzeczenia, być wyśmienitem. Algi i migdały sosnowe uzupełniły wieczerzę, podczas której inżynier był dość milczącym. Zdawał się cały zaprzątnięty jutrzejszemi projektami.
Kilkakrotnie zaczynał Pencroff rozwijać swe zapatrywania co do planów na przyszłość, lecz Cyrus Smith, który snać był człowiekiem bardzo systematycznym, kiwał tylko głową i powtarzał:
— Jutro będziemy wiedzieli czego się trzymać i podług tego zastosujemy nasze postępowanie.
Po wieczerzy dorzucono świeżego chrustu do ognia i mieszkańce „dymników,“ nie wyjmując niemego Topa, zasnęli wszyscy kamiennym snem. Żaden wypadek nie przerwał spokoju tej nocy i nazajutrz — 29. marca — przebudzili się rześcy i wypoczęci, gotowi do wyprawy, która los ich miała rozstrzygnąć.
Wszystko było gotowe do podróży. Resztki „kabyjasa“ mogły jeszcze przez dwadzieścia cztery godzin wyżywić Cyrusa i jego towarzyszy. Zresztą mieli nadzieję po drodze zasilić się w żywność. Ponieważ szkiełka od zegarków inżyniera i korespondenta powkładane zostały napowrót w miejsce swego przeznaczenia, zatem Pencroff nadpalił trochę tej szmaty, która miała służyć zamiast czyru. O krzemień nie było się co troszczyć w kraju tak wulkanicznym.
Około godziny wpół do ósmej podróżni nasi, uzbrojeni w kostury, opuścili „dymniki.“ Według zdania Pencroffa, zdawało się najwłaściwszem obrać znaną już drogę przez las, podczas gdy z powrotem można było iść inną drogą. Była to także najkrótsza droga wiodąca do celu ich wyprawy. Skręcili zatem na południowym rogu skalnej ściany i podążyli lewym brzegiem rzeki. W miejscu gdzie rzeka skręcała w kierunku południowo-zachodnim, zeszli w bok, odszukali wydeptaną już pomiędzy drzewami ścieżkę i około godziny dziewiątej Cyrus Smith z towarzyszami swymi przybyli na północny kraniec lasu.
Grunt dotychczas dość jednostajny, naprzód bagnisty a później suchy i piasczysty, okazywał w tem miejscu lekką spadzistość, która od brzegu morza wznosiła się w głąb kraju. W gęstwinie przemknęło się kilka sztuk zwierzyny bardzo płochliwej. Top poskoczył za niemi żwawo lecz pan jego przywołał go napowrót, gdyż nie była to pora na łowy. Później, co innego! Inżyniera nie łatwo było odwieść od myśli, którą raz wbił sobie w głowę. Można było twierdzić na pewne, że ani zważał na okolicę, którą szli, ani na kształt jej, ani na jej płody. Wyłącznym przedmiotem jego obserwacji była góra, na którą chciał się wedrzeć i ku niej też dążył prosto.
O godzinie dziesiątej nastąpił kilkuminutowy odpoczynek. Przy wyjściu z lasu roztoczył się przed ich oczyma układ orograficzny całej okolicy. Góra składała się z dwóch ostrokręgów. Jeden z nich, ścięty w wysokości dwóch tysiący pięćset stóp, podtrzymywany był poprzecznemi z dołu pasmami gór, rozgałęzionych fantastycznie, niby szpony olbrzymiej łapy zatopione w ziemię. Pomiędzy temi poprzecznemi pasmami ciągnęło się tyleż czeluści wąskich, najeżonych drzewami, których ostatnie grupy wznosiły się aż do samego pnia ostrokręgu. Roślinność zdawała się szczuplejszą w północno-wschodniej stronie góry, gdzie czerniały pręgowate wyżłobienia dość głębokie, zapewne wystygłe potoki lawy.
Na pierwszym ostrokręgu sparty spoczywał drugi ostrokrąg, z lekka na samym szczycie zaokrąglony i pochylony nieco na bok. Rzekłbyś, że to kapelusz olbrzymi zsunięty na jedno ucho. Zdawał się składać cały z nagiej ziemi, którą w wielu miejscach przerzynały czerwonawe skały.
Tak wyglądał szczyt drugiego ostrokręgu na który należało się wdrapać, a do którego najwygodniejszy przystęp był po grzbietach poprzecznych pasm.
— Znajdujemy się na ziemi wulkanicznej, rzekł Cyrus Smith, poczem cała drużyna poczęła zwolna wspinać się po grzbiecie jednego z poprzecznych pasm, krętych a tem samem wygodniejszych, które sięgało aż do samego szczytu pierwszego ostrokręgu.
Powierzchnia ziemi w wielu miejscach była nabrzmiałą, snać wstrząsały nią nieraz podziemne siły wulkaniczne. Tu i ówdzie leżały bezładnie nieregularne bryły kamieni, liczne odłamy bazaltu i pumeksu. W rzadkich grupach wznosiły się drzewa szyszkowe, które o kilkaset stóp niżej, na dnie wąskich parowów, tworzyły zbitą gąszcz, przez którą promień słoneczny nie mógł się przedrzeć.
Podczas gdy w pierwszej części swojego pochodu, wdrapywali się po niższych pagórkach tworzących jakoby olbrzymie schody wiodące do góry, zauważył Harbert tropy dużych zwierząt, zapewne dzikich.
— Może te bestje nie odstąpią nam dobrowolnie swych siedzib? — rzekł Pencroff.
— W takim razie, odparł korespondent, który polował niegdyś w Indjach na tygrysy i w Afryce na lwy, będziemy się starali dać sobie z niemi radę. Ale tymczasem trzeba się mieć na ostrożności!
Tymczasem podróżni nasi postępowali zwolna naprzód, ale częste zakręty, urwiska i przeszkody, których nie podobna było przebyć na wprost, znacznie przysparzały drogi. Czasem ziemia urywała się nagle i znajdowali się nad brzegiem głębokich czeluści, które trzeba było obejść do koła. Każdym razem kosztowało ich to wiele czasu i trudów, ażeby trafić napowrót na wygodniejszą ścieżkę. Około południa, gdy drużyna nasza zatrzymała się, ażeby zjeść śniadanie pod cieniem rozłożystego klombu sosn, niedaleko strumyka spływającego kaskadą, ujrzała się właśnie w połowie drogi od pierwszego ostrokręgu, do którego podług wszelkiego prawdopodobieństwa nie podobna było dotrzeć przed zachodem słońca.
Z miejsca, w którem się znajdowali, rozlegał się widok daleki na morze; lecz z prawej strony zasłaniał go śpiczasty przylądek sterczący w południowo-wschodniej stronie, który nie dozwalał rozróżnić, czyli wybrzeże ostrym zakrętem łączyło się z jakim lądem położonym na tylnym planie. Z lewego boku sięgał wzrok kilka mil na północ, lecz w kierunku północno-zachodnim od miejsca, gdzie się znajdowali nasi podróżni, zagradzał dalszy widok sterczący róg jednego z poprzecznych pasm dziwacznie, pokrajanego, tworzącego jakby potężny przyczółek środkowego ostrokręgu. Tym sposobem nie podobna było jeszcze rozstrzygnąć kwestji, o którą chodziło Cyrusowi.
Po całogodzinnym wypoczynku ruszono dalej. Trzeba było zboczyć w kierunku południowo-zachodnim i zapuścić się znowu w gęstwinę. Tu wśród rozłożystych drzew trzepotało się kilka par ptaków należących do rodzaju bażantów. Były to „tragopany,“ a u szyji miały mięsiste podgardla i dwa cienkie walcowate różki po za oczyma. Ptaki te były mniej więcej tej samej wielkości, co kogut; samice były koloru jednostajnie brunatnego, podczas gdy samce połyskiwały czerwonem pierzem z drobnemi centkami białemi. Gedeon Spilett trafnym i silnym pociskiem kamienia ubił jednego „tragopana,“ a Pencroff zgłodzony nużącą drogą, spoglądał na niego łakomem okiem.
Wydobywszy się z gąszczy, poczęli wdrapywać się, podsadzając się wzajemnie na barkach po bardzo stromej spadzistości liczącej około sto stóp przestrzeni i wdarli się tym sposobem na jeden z wyższych schodów, na którym rosło kilka drzew, a ziemia miała pozory wulkaniczne. Ztąd trzeba było skręcić znowu na wschód i iść ślimakiem, co ułatwiało wspinanie się po nader stromej spadzistości, a każdy musiał ostrożnie wybierać miejsca, gdzieby mógł nogę postawić. Straż przednią tworzyli Nab z Harbertem, straż tylną Pencroff; a w pośrodku szli Cyrus i korespondent. Zwierzęta, które drapały się po tych wyżynach — a nie brak było takich tropów — musiały należeć do rasy tych, które natura obdarzyła pewną nogą i giętkim grzbietem, zapewne do rodzaju dzikich kóz lub izardów[13]. Spostrzegli nawet kilka takich sztuk, lecz Pencroff inną dał im nazwę, zawoławszy nagle:
— Barany!
Na ten krzyk stanęli wszyscy i na pięćdziesiąt kroków od siebie ujrzeli pół tuzina zwierząt dużych, z silnemi rogami w tył zakrzywionemi a spłaszczonemi u końca, o wełnistej sierści, którą pokrywały długie miękkie kudły płowego koloru.
Nie były to pospolite barany, lecz pewien gatunek takowych, rozpowszechniony w górzystych krajach stref umiarkowanych.
— A można z nich robić udźce baranie i kotlety? — zapytał marynarz.
— Można — odparł Harbert.
— A zatem, to są barany! — rzekł Pencroff.
Zwierzęta te stały nieruchome wśród odłamów bazaltowych i patrzyły wzrokiem zdumionym, jak gdyby po raz pierwszy widziały dwunożne istoty ludzkie. Po chwili spłoszyły się nagle i skacząc po skałach znikły pomiędzy urwiskami.
— Do widzenia! — zawołał Pencroff tonem tak komicznym, że Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert i Nab wybuchnęli głośnym śmiechem.
Ruszono dalej. Na pochyłościach dawały się co raz częściej spostrzegać ślady lawy rozlanej w fantastycznych pręgach. Małe solfatary[14] przecinały od czasu do czasu drogę i trzeba było obchodzić wzdłuż brzegów. W niektórych miejscach siarka utworzyła osad w kształcie grup z małych kryształków, pomiędzy ciałami, które zazwyczaj poprzedzają wybuchy lawy, między nieregularnemi, skamieniałemi grudkami puzzolany[15] i wśród białawego popiołu z niezliczonej liczby feldspatowych kryształków.
Czem więcej zbliżali się do pierwszej terasy, którą tworzył ścięty słup niższego ostrokręgu, tem trudniej było wdrapywać się do góry. Około godziny czwartej minęli ostatni pas lasu. Tu i ówdzie sterczało jeszcze tylko kilka sosen pokurczonych i nagich, którym przypadł w udziele twardy los stawiania oporu wichrom szalejącym w tak wielkiej wysokości. Szczęściem dla inżyniera i towarzyszy jego pogoda panowała zupełna, powietrze było spokojne, silny wiatr bowiem w wysokości trzech tysięcy stóp byłby krępował ich poruszenia. Na wskróś tego przezroczystego powietrza czułeś czystość jego u zenitu nieba. Cisza zupełna panowała dokoła. Słońce skryło się było właśnie za olbrzymi szczyt wyższego ostrokręgu, który zasłaniał połowę zachodniej części nieba, i którego olbrzymi cień rozpościerając się aż do brzegu morza, rósł w miarę jak promieniejący na niebie planeta zbliżał się do kresu codziennego swego biegu. Na wschodzie poczęły wznosić się lekkie mgły raczej niż chmury, ubarwione pod wpływem promieni słonecznych, wszystkiemi kolorami tęczy.
Pięćset stóp tylko oddzielało podróżnych naszych od szczytu, na którym zamierzali stanąć noclegiem, lecz wykrętasy, któremi iść trzeba było, przedłużały tę drogę więcej niż na dwie mile. Często brakło im gruntu pod nogami. Spadzistość była nieraz tak stromą, że ślizgali się po pokładach lawy, tam gdzie powietrze nie wyżłobiło bruzd, w których noga znajdowała stalszy punkt oparcia. Wreszcie późnym wieczorem, przy zapadającej nocy Cyrus Smith z towarzyszami swymi, śmiertelnie znużeni siedmiogodzinnem drapaniem się pod górę, dotarli do szczytu pierwszego ostrokręgu.
Chodziło teraz o urządzenie noclegu i pokrzepienie się naprzód jadłem a potem snem. Druga kondygnacja góry spoczywała na pokładzie utworzonym ze skał, pomiędzy któremi znaleźli łatwo stosowne schronienie. Zapas paliwa nie był obfity. Można jednak było rozpalić ognisko z mchu i suchych krzaków sterczących miejscami. Podczas gdy marynarz sporządzał ognisko z kamieni, które w tym celu nagromadził, Nab z Harbertem zbierali paliwo i wkrótce powrócili z potrzebnym ładunkiem. Skrzesano ogień, płachta nadpalona zajęła się od skier padających z krzemienia i poddmuchiwany przez Naba zapłonął w kilku minutach pod osłoną skał jasny płomień.
Ogień ten miał służyć tylko do zabezpieczenia się przed ostrym chłodem nocnym, bażanta schował Nab nazajutrz. Resztki „kabyjasa“ i garść sosnowych migdałów stanowiły ich wieczorny posiłek.
Około wpół do siódmej zakończyli wieczerzę.
Cyrusowi przyszła wtedy myśl, zbadać do koła w tym pół-mroku wieczornym owo szerokie podmurowanie ze skał, na którem spoczywał ostrokrąg góry. Przed wypoczynkiem chciał się przekonać koniecznie, czy nie dałoby się obejść do koła podnóże ostrokręgu, na wypadek, gdyby zbytnia stromość jego boków nie dozwoliła dotrzeć do samego szczytu. Kwestja ta nie przestawała go zaprzątać, gdyż łatwo być mogło, że od strony, w którą przechylał się kapelusz t. j. od północy nie podobna by się było wydrapać. Gdyby więc z jednej strony nie można było dotrzeć do samego szczytu góry a z drugiej strony obejść do koła podnóże ostrokregu, w takim razie niepodobieństwem byłoby także przejrzeć północną stronę okolicy i cel wyprawy byłby po części chybionym.
Nie uważając zatem na trud i zmęczenie, inżynier zostawił Pencroffa i Naba zajętych przygotowaniami do noclegu a Gedeona Spiletta pogrążonego w zapisywaniu wypadków upłynionego dnia, a sam podążył krajem terasy w kierunku północnym. W wycieczce tej towarzyszył mu Harbert.
Noc była piękna i pogodna a ciemność nie zbyt jest jeszcze wielka. Cyrus Smith i Harbert szli obok siebie w milczeniu. Gdzie nie gdzie mieli przed sobą grunt płaski i gładki, po którym szli bez przeszkody. Gdzie indziej nagromadzone rumowiska skał pozostawiały zaledwie wąziutką ścieżynę, po której nie podobna było dwom osobom iść obok siebie. A w końcu po dwudziestu minutach drogi Cyrus i Harbert musieli się zatrzymać. Od tego miejsca począwszy oba ostrosłupy zbiegały się ze sobą. Nie było dalej szańca, któryby oddzielał dwie kondygnacje góry. A obejść ją do koła po stokach pochyłych na siedmdziesiąt stopni było niepodobieństwem.
Lecz jednocześnie, gdy inżynier i Harbert musieli zrzec się zamiaru okrążenia góry, przedstawiała im się możność dostania się wprost na jej szczyt.
Przed nimi rozwierała się czeluść głęboka, wydrążona w skale. Był to otwór wyższego krateru, paszcza przez którą buchały ognistym potokiem roztopione kamienie i lawa, w czasie gdy wulkan był jeszcze czynnym.
Stwardniała lawa i fuz zaskorupiały tworzyły rodzaj schodów szerokich, ułatwiających przystęp na szczyt góry.
Za jednym rzutem oka Cyrus Smith spostrzegł tę okoliczność i nie wahając się chwili, wraz z Harbertem puścili się w głąb tej olbrzymiej rozpadliny, wśród wzrastającej ciągle ciemności.
Mieli jeszcze nad sobą tysiąc stóp wysokości. Zachodziło pytanie, czy po wewnętrznych ścianach krateru można się było wdrapać do góry. O tem mieli się wnet przekonać. Inżynier postanowił drapać się tak wysoko, jak tylko się da. Szczęściem ściany krateru były dość przydłużne i wiły się szerokim wężem, co wielce ułatwiało drogę pod górę.
Co się tyczy wulkanu, ten bez żadnej wątpliwości oddawna był wygasł. Nie widać było ani dymu błąkającego się po ścianach, ani ognia na dnie głębokich czeluści. Żaden grzmot podziemny, żaden szum, żadne trzęsienie nie wydobywało się z tego lochu ciemnego, który sięgał może aż we wnętrzności ziemi. Nawet w powietrzu nie dawał się czuć zapach siarki. To nie był sen wulkanu, to była zupełna śmierć jego.
Zamiar Cyrusa zdawał się zapowiadać pomyślny skutek. Wdrapując się wraz z Harbertem po stokach krateru, widzieli jak otwór jego coraz bardziej rozszerzał się nad ich głowami. Kawałek nieba okolonego brzegami krateru powiększał się z każdą chwilą. Za każdym krokiem nowe ukazywały im się gwiazdy. Wspaniałe konstellacje południowego nieba jaśniały całym swym blaskiem. Na zenicie połyskiwała jasnym promieniem srebrzysta Antares z konstellacji Niedźwiadka, a niedaleko niej owa β z konstellacji strzelca, o której twierdzą, że jest najbliższą ziemskiemu globowi. W miarę jak otwór krateru rozszerzał się przed nimi, ujrzeli gwiazdę zwaną Fomalhaut należącą do konstellacji Ryb, Trójkąt południowy, a wreszcie na samym prawie biegunie antarktycznym jaśniejący Krzyż, który na niebie południowem zastępuje gwiazdę Polarną.
Była już godzina ósma, gdy Cyrus i Harbert stanęli na najwyższym grzbiecie góry, na samym szczycie ostrosłupa.
Ciemność wtedy już zupełna, nie pozwalała oku sięgnąć dalej jak na dwie mile w około. Czy morze otaczało wskróś tę ziemię nieznaną, czyli też przytykała na zachodzie do jakiego lądu Cichego Oceanu? Tego nie podobna było rozpoznać. Na zachodzie mglista wstęga rozpostarta na horyzoncie powiększała jeszcze ciemność a wzrok daremnie usiłował odgadnąć, czyli w tem miejscu morze zlewało się z niebem.
Lecz nagle na jednym punkcie widnokręgu zabłysło mgliste światełko, które zniżało się zwolna, w miarę jak chmura wznosiła się ku zenitowi nieba.
Był to wąski sierp księżyca gasnącego na nowiu. Lecz blask jego wystarczał, ażeby oświetlić widnokrąg, wolny już w ówczas od chmur, i w tej chwili ujrzał inżynier drżący obraz jego odzwierciedlony w wodnej płaszczyźnie.
Cyrus Smith uchwycił dłoń Harberta i rzekł głosem poważnym.
— To wyspa!... W tej chwili sierp księżyca zapadł we fale oceanu.






ROZDZIAŁ XI.
(Na szczycie ostrokręgu. — Wnętrze krateru. — Morze dokoła. — Ani śladu ziemi. — Widok w prostej linji na wybrzeże. — Hydrografja i orografja. — Czy wyspa jest zamieszkałą czy nie? — Nazwy dane zatokom, przylądkom, rzekom i t. d. — Wyspa Lincolna.)

W pół godziny później Cyrus Smith i Harbert powrócili do koczowiska. Inżynier powiedział tylko na razie towarzyszom, że ziemia, na którą los ich wyrzucił, była wyspą i że układanie planów na przyszłość trzeba odłożyć do dnia jutrzejszego. Poczem ułożyli się wszyscy jak kto mógł do snu i „wyspiarze“ nasi używali błogiego wczasu w tej pieczarze bazaltowej, położonej na dwa tysiące pięćset stóp ponad powierzchnią morza, w noc spokojną i cichą.
Nazajutrz — 30. marca — po krótkiem śniadaniu złożonem z upieczonego „tragopana,“ objawił inżynier zamiar powtórnego wdrapania się na szczyt wulkanu, ażeby dokładnie przypatrzyć się wyspie, która miała być może dożywotniem więzieniem jego i towarzyszy, w razie gdyby się znajdowała zbyt daleko od lądu lub przynajmniej od szlaku, którym zwykły płynąć okręty przybywające w te archipelagi Cichego oceanu. Tym razem koledzy towarzyszyli mu w tej nowej wyprawie. I oni ciekawi byli obaczyć tę wyspę, która miała na przyszłość zaopatrywać ich wszystkie potrzeby.
Mogła być właśnie siódma godzina z rana, gdy Cyrus Smith, Harbert, Pencroff, Gedeon Spilett i Nab opuścili nocne koczowisko. Żaden z nich nie czuł się zaniepokojonym położeniem, w jakiem się znajdowali. Mieli wiarę w siebie, to prawda, lecz trzeba dodać, że podstawa tej wiary, zupełnie inną była u Cyrusa, a inną u jego towarzyszy. Inżynier ufał, gdyż czuł, że potrafi wydrzeć tej dzikiej naturze wszystko, co potrzebnem się okaże do życia dla niego i jego kolegów; ci zaś nie wątpili o niczem dla tego tylko, bo Cyrus Smith był przy nich. Tę delikatną różnicę poznamy później lepiej. Szczególnie Pencroff, po ostatniem zdarzeniu ze sztucznem rozpaleniem ognia, byłby nie rozpaczał ani chwili, gdyby się nawet znalazł na nagiej skale, jeśliby razem z nim był tam inżynier.
— A, ba! — zawołał — wyjechaliśmy z Richmondu bez pozwolenia władz miejscowych, to chybaby się licho uwzięło, gdybyśmy tego lub owego pięknego poranku nie wydostali się ztąd, gdzie nas pewnie nikt nie będzie zatrzymywał.
Cyrus puścił się tą samą drogą, co dnia poprzedniego. Obeszli dokoła ostrokrąg po tarasie tworzącej jakoby olbrzymie barki góry i przybyli wkrótce do otworu owej bezdennej przepaści. Pogoda była przepyszna. Słońce wznosiło się po czystym lazurze i złociło promieniami swemi wschodnią stronę góry.
Stanęli nad brzegiem krateru. Kształt jego trafnie ocenił inżynier w mroku nocnym, był to lejkowaty otwór, który rozszerzając się wznosił się do wysokości tysiąca stóp nad terasę pierwszego ostrokręgu. U spodu czeluści wiły się wąskie i szerokie strumienie zastygłej lawy, jak węże po bokach góry i znaczyły drogę, którą toczyły się niegdyś potoki wulkaniczne, aż do niższych dolin przerzynających północną część wyspy.
Wnętrzne ściany krateru, których pochyłość nie przenosiła trzydziestu pięciu do czterdziestu stopni, nie przedstawiały najmniejszych trudności ni przeszkód w drapaniu się do góry.
Widać tam było ślady bardzo dawno zakrzepłej lawy, która musiała zapewne dawniej wylewać się przez otwór na szczycie ostrokręgu, zanim ta czeluść boczna nowej nie otworzyła jej drogi.
Co się tyczy głębokości tej otchłani wulkanicznej, która łączyła podziemie z kraterem, nie podobna było zmierzyć jej wzrokiem, gdyż ten ginął w ciemnościach. Ale o zupełnem wygaśnięciu wulkanu nie można było wątpić.
Zanim ósma nadeszła, Cyrus z towarzyszami swymi stanęli na szczycie krateru, na pagórku stożkowym, który wyrastał na północnym jego brzegu.
— Morze! Wszędzie morze! — zawołali razem, jak gdyby usta ich nie mogły powstrzymać tego wyrazu który z nich czynił wyspiarzy.
W istocie, morze tylko, nic jak morze, nieprzejrzana okrągła płaszczyzna wody otaczała ich dokoła! Być może, że Cyrus wdrapując się powtórnie na szczyt ostrokręgu, miał nadzieję odkryć w pobliżu ląd jaki lub wyspę, której nie mógł dostrzedz dnia wczorajszego wśród nocnych ciemności. Lecz jak daleko sięgał widnokrąg t. j. w średnicy przeszło pięćdziesięciomilowej, nie było nic widać dokoła. Ani ziemi, ani żagla. Była to pustynia bez końca i granic, a wyspa ta zdawała się być jej punktem środkowym.
Inżynier i towarzysze jego w głuchem milczeniu przez kilka minut przebiegali wzrokiem do koła cały ocean. Oczy ich docierały aż do ostatecznych widomych jego granic. Lecz Pencroff, który posiadał tak cudowną bystrość oka, nie dostrzegł nic, a z pewnością, gdyby ziemia jaka wznosiła się na widnokręgu, chociażby tylko tak niewyraźnie jak mgła, marynarz byłby ją poznał niezawodnie; bo natura ukryła pod łukami brwi jego istne dwa teleskopy!
Z płaszczyzny oceanu przeniósł się wzrok ich na wyspę, którą ogarniali okiem od końca do końca i pierwsze pytanie, jakie wyszło z ust Gedeona Spiletta, było:
— Jak wielką może być ta wyspa?
Zaiste nie zdawała się zbyt wielką wśród tej nieskończoności oceanu.
Cyrus Smith pomyślał chwilę; zmierzył wzrokiem uważnie obwód wyspy, nie wypuszczając z rachuby wysokości, na jakiej się znajdowali, poczem rzekł:
— Przyjaciele moi, sądzę iż nie omylę się wcale, jeśli powiem, że obszar jej wynosi przeszło sto mil.
— A zatem, powierzchnia jej?...
— Trudno ją oznaczyć — odparł inżynier — jest zbyt nierówną.
Jeżeli Cyrus nie mylił się w swem obliczeniu, wyspa mogła posiadać mniej więcej tę samą rozległość, co Malta lub Zante na morzu Śródziemnem, lecz posiadała kształt bardziej nieregularny a przytem mniej obfitujący w rozmaite przylądki, zatoki, języki i przystanie. Kształt jej w istocie dziwacznością swoją chwytał za oczy, a gdy Gedeon Spilett na wezwanie inżyniera narysował jej kontury, uznali wszyscy, że podobną była do jakiegoś fantastycznego zwierzęcia, rodzaju olbrzymiego płetwonoga, uśpionego na powierzchni Oceanu.
Musimy zapoznać czytelników naszych z fizjonomją tej wyspy, której dość dokładną mapę sporządził natychmiast korespondent.
Wschodnia część wybrzeża, ta na której rozbitki nasi wylądowali, zaokrąglała się w duże półkole i tworzyła obszerną zatokę, zakończoną w południowo-wschodniej stronie spiczastym przylądkiem, który wystający język ziemi zakrył był przed Pencroffem, podczas pierwszej jego wycieczki. W północno-wschodniej stronie dwa inne przylądki zamykały zatokę, a pomiędzy niemi wciśniętą była wąska przystań, podobna do wpół otwartej paszczy olbrzymiego rekina.
Od północno-wschodniej ku północno-zachodniej stronie, wybrzeże zaokrąglało się w kształcie czaszki zwierzęcej i tworzyło rodzaj garbu, który czynił niewyraźnym rysunek tej części wyspy, w której środku wznosiła się góra wulkaniczna.
Od tego punktu począwszy wybrzeże ciągnęło się w dość regularnych linjach na północ i południe, z wąską w dwóch trzecich częściach jego obwodu wydrążoną przystanią, a dalej kończyło się długim ogonem podobnym do ogona olbrzymiego alligatora.
Ogon ten tworzył istny półwysep, który począwszy od wyż wzmiankowanego południowo-wschodniego przylądku wyspy, przydłużał się więcej niż na trzydzieści mil w morze i zaokrąglając się opisywał przystań szeroko rozwartą, nieosłonioną, której wewnętrzne linje stanowiły brzegi tej tak dziwnie ukształtowanej ziemi.
W miejscu najwyższem, t. j. między „dymnikami“ a przystanią na przeciwległem wybrzeżu północnym, szerokość całej wyspy wynosiła tylko mil dziesięć; ale za to największa jej długość, od owej paszczy rekina w północno-wschodniej aż do kończyny ogona w południowo-zachodniej stronie dochodziła do mil trzydziestu.
Wnętrze wyspy przedstawiało w ogólności widok taki: cała jej część południowa, od góry aż do wybrzeża, była bardzo lesistą, za to północna jej część suchą i piasczystą. Pomiędzy wulkanem a wschodnią stroną wybrzeża odkryli Cyrus i towarzysze jego ku największemu swemu zdumieniu, jezioro otoczone dokoła zielenią drzew, którego istnienia wcale się nie spodziewali. Patrząc z tej wysokości zdawało się, że jezioro to leżało na równi z powierzchnią morza, lecz po głębszym namyśle wytłumaczył inżynier towarzyszom swoim, że to małe zwierciadło wody musiało rozpościerać się na wysokości około trzystu stóp, gdyż kotlina jego była tylko dalszym ciągiem płaszczyzny wybrzeża.
— Zatem woda w tem jeziorze powinna być słodką? — zagadnął Pencroff.
— Oczywiście, gdyż zasilają je wody spływające z tej góry — odparł inżynier.
— Widzę małą rzeczkę wpadającą do niego — rzekł Harbert wskazując na wąski strumień, którego źródło musiało wytryskać w jednem z bocznych pasm na zachodzie.
— W samej rzeczy — rzekł Cyrus — a ponieważ strumień ten zasila jezioro, musi zatem istnieć od strony morza odpływ, którędy odchodzi zbyteczna woda. Przekonamy się o tem z powrotem.
Ta mała dość kręta nić wody i rzeka dawniej już znana, stanowiły hydrograficzną część wyspy, przynajmniej tak przedstawiała się ona oczom naszych badaczy. Łatwo jednak być mogło, że pomiędzy masami drzew, które na obu ogniskach wyspy zgęszczały się w bór nieprzejrzany, inne jeszcze strumienie wpływały do morza. A nawet sądząc po żyzności okolicy i wspaniałych okazach roślinności właściwej strefom umiarkowanym, było to bardzo prawdopodobnem. Natomiast w stronie północnej wyspy nie było śladu wody płynącej; bagnista część wyspy w stronie północno-wschodniej posiadała może wodę stojącą, lecz na tem koniec; zresztą same wydmy, sam piasek, sucha jałowość żywo odbijająca od bujnej żyzności charakteryzującej większą część wyspy.
Wulkan nie zajmował środkowej części wyspy. Przeciwnie wznosił się w stronie północno-zachodniej i zdawał tworzyć granicę między obiema strefami. W stronie południowo-zachodniej i południowo-wschodniej pierwsze schody poprzecznych pasm góry ginęły wśród mas zieloności. Natomiast na północ można było przejrzeć okiem ich rozliczne rozgałęzienia, konające zwolna wśród piaszczystej równiny. Z tej to właśnie strony, w czasach wybuchów wulkanu, potoki lawy utorowały sobie były drogę, a szerokie pasmo zastygłych pokładów lawy, ciągnęło się aż do owej wąskiej paszczęki, które w północno-wschodniej stronie tworzyła zatokę.
Cyrus Smith i towarzysze jego stali tak blisko godzinę na szczycie góry. Przed ich oczyma rozstaczała się cała wyspa, niby plan wykonany w płaskorzeźbie ze swemi rozmaitemi kolorami, z których zielony oznaczał lasy, żółty piasek, a błękitny wodę. Ogarniali ją wzrokiem całą, i tylko ta ziemia ukryta pod zielonemi gąszczami, kotliny dolin cienistych i wnętrze czeluści u stóp wulkanu, uszły ich badawczemu spojrzeniu.
Pozostawało jeszcze do rozwiązania ważne pytanie, które w szczególniejszy sposób miało wpłynąć na przyszły los rozbitków.
Czy wyspa ta była zamieszkałą, czy też nie?
Pytanie to postawił korespondent i zdawało się że można już było odpowiedzieć na nie przecząco, po tak szczegółowem zbadaniu rozmaitych okolic wyspy.
Nie było nigdzie znać śladu ręki ludzkiej. Nigdzie osady, nigdzie samotnego szałasu, ani rybołowni — na wybrzeżu. Nigdzie dym nie wznosił się w niebo i nie zdradzał obecności istot ludzkich. Prawda, że przestrzeń prawie trzystumilowa oddzielała rozbitków naszych od ostatecznych krańców wyspy, t. j. od owego ogona ciągnącego się w kierunku południowo-zachodnim i nawet oczom Pencroffa trudnoby przyszło dostrzedz w tem oddaleniu mieszkań ludzkich. Nie podobna było także podnieść tej zasłony z bujnej zieloności, która pokrywała trzy czwarte części wyspy, i przekonać się, czyli nie użyczała schronienia ludzkim osadom. Lecz w ogólności mieszkańce wysp rozsianych po Oceanie osiedlają się raczej na wybrzeżach morza, a wybrzeże zdawało się zupełnie odludnem.
Aż do blizszego zbadania tej kwesji można było przypuszczać, że wyspa była niezamieszkałą.
Lecz czy była zwiedzaną przynajmniej czasowo przez mieszkańców wysp sąsiednich? Na to pytanie trudno było odpowiedzieć. W okół w pięćdziesięciu milowym promieniu łatwo mogły przepłynąć i czółenka Malajczyków i duże łodzie z jednej kłody wydrążonej, jakiemi się posługują Polinezowie. Wszystko zależało więc od położenia wyspy i od tego, czy była samotną wśród Oceanu, lub też mniej lub bardziej zbliżoną do któregoś z archipelagów. Czy potrafiłby Cyrus bez żadnych instrumentów, obliczyć jej położenie tak co do stopnia szerokości, jak i długości geograficznej? Byłoby to bardzo trudne. W tej wątpliwości zdawało się właściwem przedsięwziąć niektóre środki ostrożności przeciw możliwemu najazdowi dzikich krajowców.
Na tem zakończono obserwację wyspy, rzucono jej kształt, oceniono jej wypukłość, obliczono mniej więcej jej rozległość, rozpoznano jej stronę hydrograficzną i orograficzną. Położenie lasów i równin oznaczone zostało tylko ogólnikowo na mapie, którą wykonał korespondent. Nie pozostawało nic, jak tylko spuścić się znów na dół po stokach góry i przedsięwziąć szczegółowe zbadanie płodów tej ziemi, pod trojakim względem: mineralnym, roślinnym i zwierzęcym.
Lecz zanim Cyrus Smith dał towarzyszom swoim znak do odwrotu, odezwał się do nich, swym głosem łagodnym i poważnym, w następujące słowa:
— Oto jest, przyjaciele moi, mały płatek ziemi, na który wyrzuciła nas ręka Wszechmocnego. Tu mamy żyć, i może długo żyć. A może też przybędzie nam jaka pomoc niespodziewana, jeśliby statek jaki przypadkiem... Powiadam „przypadkiem,“ gdyż wyspa ta jest zbyt małoznaczną; nie posiada nawet przystani, któraby służyć mogła statkom za miejsce wypoczynku, i obawiam się, by nie była położoną zbyt daleko od szlaków zwykle uczęszczanych, t. j. albo zanadto na południe od drogi, którą płyną okręta zwiedzające archipelag Cichego Oceanu, albo też zbyt na północ od szlaku, którym udają się statki w drodze do Australji, przebywszy przylądek Horna. Nie chcę bynajmniej taić przed wami położenia...
— Masz słuszność kochany Cyrusie, odparł żywo korespondent. Masz do czynienia z mężami, którzy ufają tobie, ty zaś możesz liczyć na nich.
— Prawda-ż to, przyjaciele moi?
— Będę panu we wszystkim posłusznym, panie Cyrus, ozwał się Harbert, chwytając dłoń inżyniera.
— Tyś moim panem, zawsze i wszędzie zawołał Nab.
— Co do mnie, rzekł marynarz, niech się nie nazywam Pencroff, jeślibym kiedykolwiek miał się wyłamywać od czego, i jeśli pan sobie tego życzysz, panie Smith, zrobimy z tej wyspy małą Amerykę! Pobudujemy w niej miasta, wystawimy koleje żelazne, urządzimy telegrafy pewnego pięknego poranku, gdy już wyglądać będzie jak się należy, zagospodarowaną, wycywilizowaną, pójdziemy złożyć ją w darze rządowi Zjednoczonych Stanów! Jedno sobie tylko wymawiam.
— Cóż takiego? zapytał korespondent.
— Oto, ażebyśmy się nie uważali więcej za robotników, lecz za kolonistów, którzy przybyli osiedlić się na tej wyspie!
Cyrus Smith nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu i wniosek marynarza został przyjęty. Poczem podziękował inżynier towarzyszom swoim za ich zaufanie i dodał, że liczy na ich energję i na pomoc nieba.
— A teraz, wracajmy do „dymników!“ zawołał Pencroff.
— Chwilkę jeszcze cierpliwości, przyjaciele moi, rzekł inżynier. Należałoby zdaniem mojem, dać jakąś nazwę tej wyspie, podobnie jak jej przylądkom, zatokom i strumieniom, które leżą przed nami.
— Bardzo dobrze, rzekł korespondent. To nam na przyszłość ułatwi porozumiewanie się między sobą co do miejscowości.
— W samej rzeczy, rzekł marynarz, to także coś znaczy, jeśli można powiedzieć, dokąd się idzie lub zkąd przychodzi. Wtedy się wie przynajmniej, że się gdzieś jest.
— W „dymnikach“ naprzykład, rzekł Harbert.
— Prawda! odparł Pencroff. Z tą nazwą, już nam było wygodniej, i mnie ona samemu przyszła do głowy. Czy zachowamy pierwszej naszej siedzibie miano „dymników,“ panie Cyrus?
— Dobrze Pencroff, ponieważ tyś ją tak ochrzcił.
— Brawo! Co się tyczy innych miejsc, to nic łatwiejszego, ciągnął dalej marynarz, który był w werwie. Ponazywajmy je tak, jak to czynili Robinsony, o których Harbert czytał mi tyle historyj: „zatoką Opatrzności,“ przylądkiem potfiszów, „przylądkiem zawiedzionej nadziei!...
— Albo lepiej oznaczamy je nazwiskami p. Smitha, p. Spiletta, Naba!...
— Mojem nazwiskiem! zawołał Nab, wyszczerzając swe białe lśniące zęby.
— Czemu nie? odparł Pencroff. „Przystań Naba“ to brzmi wybornie! Albo „przylądek Gedeona“...
— Jabym wolał nazwy zapożyczone od naszej ojczyzny, rzekł korespondent, oneby nam przypominały Amerykę.
— Zgadzam się na to, ozwał się Cyrus Smith, lecz tylko co do miejsc i punktów główniejszych, co do zatok lub jezior. Nazwijmy n. p. tę dużą zatokę na wschodzie „zatoką Stanów Zjednoczonych,“ a to szerokie wcięcie na południu zatoką „Waszyngtona,“ górę na której obecnie stoimy „górą Franklina,“ jezioro które się przed nami rozpościera, „jeziorem Granta,“ nic lepszego, moi przyjaciele. Nazwy te przypominać nam będą ojczyznę naszą i wielkich naszych współobywateli, którzy ją wsławili; ale dla rzek, przystani i przylądków, które ztąd widzimy, obierzmy raczej nazwy, któreby nam przypominały ich kształt szczególniejszy. Nazwy takie silniej wdrożą się nam w pamięć i będą zarazem praktyczniejsze. Kształt samej wyspy jest zbyt dziwaczny, ażebyśmy mogli dać jej jaką nazwę obrazową. Co się tyczy potoków, których jeszcze nie znamy, rozmaitych części lasu, które zwiedzimy później, przystani, które poodkrywamy w przyszłości, będziemy je chrzcić w miarę, jak je będziemy poznawali.
Zgoda przyjaciele?
Wniosek inżyniera został jednomyślnie przyjęty. Przed ich oczyma leżała cała wyspa, rozciągnięta jak mapa jeograficzna. Nie pozostawało nic, jak tylko pooznaczać nazwiskami wszystkie te kąty wewnętrzne i zewnętrzne, wszystkie wklęsłości i wypukłości. Gedeon Spilett miał wszystkie te nazwy po kolei spisywać i tym sposobem miała być oznaczoną cała nomenklatura jeograficzna wyspy.
Naprzód nazwano obie zatoki i górę, wedle propozycji inżyniera, „zatoką Stanów Zjednoczonych,“ „zatoką Waszyngtona“ i „górą Franklina.“
— A teraz — ozwał się korespondent — zaproponowałbym nazwać ten półwysep, który się ciągnie w południowo-zachodniej stronie wyspy, „półwyspem węża“ a ogon zakręcony na jego końcu „przylądkiem jaszczurczym,“ bo zaprawdę wygląda jak ogon jaszczurki.
— Zgoda — rzekł inżynier.
— Teraz ten drugi koniec wyspy — rzekł Harbert, tę zatokę tak dziwnie podobną do rozwartej szczęki, nazwijmy „zatoką rekinów.“
— Brawo! — zawołał Pencroff — ażeby uzupełnić obraz, nazwijmy obie części tej szczęki „przylądkiem dwóch szczęk.“
— Ależ tam są dwa przylądki — zauważył korespondent.
— Więc dobrze! — odparł Pencroff — będziemy mieli „przylądek górnej szczęki północny“ i „przylądek dolnej szczęki.“
— Jużem je zanotował — rzekł Gedeon Spilett.
— Pozostaje jeszcze ochrzcić róg południowo-wschodniego krańca wyspy — rzekł Pencroff.
— To znaczy koniec „zatoki Stanów Zjednoczonych?“ — zapytał Harbert.
— „Przylądek ostrego szpona“ — zawołał w tej chwili Nab, który chciał także zostać chrzestnym ojcem jakiego kawałka swej nowej ojczyzny.
I w istocie udało się Nabowi wynaleźć doskonałą nazwę, przylądek ten bowiem przedstawiał wyraźnie olbrzymie szpony fantastycznego zwierzęcia, którego obrazem była ta dziwnego kształtu wyspa.
Pencroff nie posiadał się z radości, że wszystko szło tak wybornie, i wkrótce z podnieconych wyobraźni naszych „wyspiarzy“ wysnuły się następujące nazwy:
Rzekę, która dostarczała osadnikom wody do picia i niedaleko której spadł był balon, nazwano „Dziękczynną“ — jako akt podzięki dla Opatrzności.
Wysepkę, na którą najpierw wyrzuceni zostali, przezwali „wysepką wybawienia.“
Terasę rozpościerającą się na szczycie ściany granitowej, ponad „dymnikami,“ skąd był widok na dużą zatokę, ochrzcili mianem „wielkiej terasy.“
Wreszcie owe nieprzebyte masy lesiste pokrywające „półwysep węża,“ nazwano borem „Zachodniej Ręki.“
Na tem zakończono nomenklaturę widzialnych i znanych części wyspy, którą miano uzupełniać w miarę nowych odkryć.
Co się tyczy czterech kierunków astronomicznych, inżynier oznaczył takowe w przybliżeniu podług wysokości i położenia słońca, z czego się okazało, że „zatoka Stanów Zjednoczonych“ i „Wielka terasa“ leżały na wschodzie. Nazajutrz jednak spodziewał się Cyrus, stwierdziwszy wprzód punktualnie godzinę wschodu i zachodu słońca, a następnie zdjąwszy jego położenie w połowie czasu między wschodem a zachodem, oznaczyć dokładnie północną stronę wyspy, z powodu bowiem, że wyspa ta leżała na południowej półkuli świata, słońce w kulminacyjnym punkcie swego biegu, stało na północy, a nie na południu, jak to się na oko zwykło dziać w krajach położonych na półkuli północnej.
Wszystko było już ukończone i wyspiarze nasi mieli właśnie spuszczać się na dół z „góry Franklina“ i wracać do „dymników,“ gdy nagle zawołał Pencroff:
— Ależ to z nas roztrzepańce nie lada!
— A to czemu? — zapytał Gedeon Spilett który właśnie schował był swoje notatki, gotów do drogi.
— A wyspa? Jakto! wszak zapomnieliśmy ją ochrzcić!
Harbert zaproponował, ażeby przezwać ją nazwiskiem inżyniera, a reszta kolegów byłaby niezawodnie przyklasnęła temu wnioskowi, gdyby Cyrus Smith nie był się odezwał:
— Nazwijmy ją imieniem wielkiego naszego obywatela, który walczy właśnie w obronie jedności amerykańskiej! Nazwijmy ją wyspą Lincolna!
Trzy głośne „hurra!“ odpowiedziało na tę propozycję inżyniera.
Tego wieczora, zanim ułożyli się do snu, gwarzyli nowi osadnicy o swej oddalonej ojczyźnie. Rozmawiali o tej straszliwej wojnie, która ją zlała krwi potokami; wierzyli silnie, że Stany Południowe wkrótce zostaną pokonane, a sprawa Północy, sprawa święta i sprawiedliwa, odniesie tryumf, dzięki Grantowi i Lincolnowi!
Działo się to 30. marca 1865 roku i rozbitki nasi nie domyślali się wcale, że w sześć dni później, miała się spełnić w Waszyngtonie zbrodnia straszliwa i że w sam Wielki Piątek Abraham Lincoln miał zginąć od kuli dzikiego fanatyka....






ROZDZIAŁ XII.
(Naregulowanie zegarków. — Pencroff kontent. — Podejrzany dym. — Czerwony Potok. — Świat roślinny na wyspie Lincolna. — Świat zwierzęcy. — Górskie bażanty. — Pogoń za kangurami. — Aguty. — Jezioro Granta. — Powrót do „dymników.“)

Osadnicy wyspy Lincolna rzucili jeszcze ostatnie spojrzenie dokoła, poczem obszedłszy krater po wąskim jego węgle, znaleźli się w pół godziny później z powrotem na szczycie niższego ostrokręgu, przy nocnem koczowisku.
Pencroff mniemał, że była już pora na śniadanie i z tego powodu poruszył kwestję zregulowania obu zegarków należących do Cyrusa Smitha i korespondenta.
Zegarek Gedeona Spiletta, jak wiadomo, pozostał nietkniętym morską wodą, gdyż korespondent pierwszy wyrzucony został na piasek po za obręb fal morskich. Był to instrument wyśmienitej konstrukcji, prawdziwy chronometr kieszonkowy, starannie przez Gedeona Spiletta co dnia nakręcany.
Zegarek inżyniera stanął był oczywiście w czasie, kiedy się znajdował wśród wydm piaszczystych.
Cyrus puścił go więc w ruch i sądząc po wysokości, na której znajdowało się w tej chwili słońce, iż mogło być właśnie około dziewiątej, posunął wskazówkę na tę godzinę.
Gedeon Spilett chciał uczynić to samo, lecz inżynier przytrzymał go za rękę i rzekł:
— Zaczekaj, kochany Spilett. Zegarek twój idzie dotąd podług zegaru Richmondzkiego, — prawda?
— Tak jest, Cyrusie.
— A zatem zregulowany jest podług południka, pod którym leży to miasto; pod tym samym południkiem mniej więcej leży także Waszyngton?
— Bez wątpienia.
— Zostaw więc twój zegarek na tej godzinie, którą teraz wskazuje. Nakręcaj go jaknajregularniej, lecz nie zmieniaj wskazówek. To nam się może przydać.
— Na co u licha? pomyślał marynarz.
Poczem wzięli się do jedzenia i to z takim apetytem, że resztki zwierzyny i surowych migdałów zniknęły do szczętu. Lecz Pencroff nie troszczył się tem wcale. Spodziewał się zebrać po drodze nowe zapasy żywności, i ani wątpił, że Top, który także otrzymał swą porcję, wyszuka w gąszczy leśnej nową zwierzynę. Zresztą zamierzał prosić po prostu inżyniera, ażeby sfabrykował proch i kilka strzelb, nie przypuszczając, ażeby to mogło podlegać jakim trudnościom.
Gdy złazili z terasy niższego ostrokręgu, zaproponował Cyrus, ażeby wracać inną niż pierwej drogą. Ciekaw był poznać z bliska owo jezioro Granta, ujęte w tak przepyszne ramy z zielonych drzew. Puścili się więc grzbietem jednego z pobocznych pasm, między któremi musiało prawdopodobnie wytryskać owo źródełko wpadające do jeziora. W rozmowie ze sobą nie używali osadnicy nasi innych nazw, tylko świeżo przyjętych, co wielce ułatwiało im wzajemne porozumiewanie się. Harbert i Pencroff — pierwszy zupełne a drugi przez pół dziecko — nie posiadali się z radości i uniesienia. Marynarz rzekł:
— Hola! Harbert! Jak się to wybornie idzie! Nie podobna nam zabłądzić, mój chłopcze, bo czy pójdziemy na „jezioro Granta,“ czy też przez las „Zachodniej ręki“ ku „Dziękczynnej,“ zawsze musimy przyjść w końcu do „Wielkiej Terasy,“ a tem samem do „Zatoki Stanów Zjednoczonych!...“
Postanowili nie iść jedną gromadą, lecz także nie rozbiegać się zbyt daleko jeden od drugiego. Bardzo być mogło, że w tych tu gąszczach, któremi wyspa była zarośnięta, mieszkały niebezpieczne bestje, roztropność więc nakazywała mieć się na baczności. Najczęściej Pencroff, Harbert i Nab stanowili straż przednią, przed nimi biegł Top, myszkując po wszystkich krzakach. Korespondent z inżynierem szli razem, Gedeon Spilett z notatkami w pogotowiu; inżynier milczący, zbaczał tylko czasem zdrogi, ażeby podjąć i schować do kieszeni ten lub ów okaz mineralny lub roślinny, nie czynił jednak przytem żadnych uwag.
— Co on u licha tak zbiera? mruczał pod nosem marynarz. Ja przecież także patrzę, lecz nie widzę, nic takiego, po coby warto było się schylać.
Około dziesiątej drużyna nasza spuszczała się z ostatnich pagórków, stanowiących podnóże góry Franklina. Ziemia porosła była tylko krzakami i zrzadka porozrzucanemi drzewami. Pod nogami mieli grunt wapienny, żółtawy, który tworzył równinę na milę długą, sięgającą do samego krańca lasu. Olbrzymie bryły bazaltowe, które według badań Bischofa potrzebowały trzysta pięćdziesiąt miljonów lat, ażeby się oziębić, leżały tu i ówdzie na równinie, która miejscami zdradzała ślady podziemnych wstrząśnień. Nigdzie jednak nie widać było lawy, której potoki rozlały się były przeważnie po stokach północnych.
Cyrus Smith był już pewny, że szczęśliwie dotrze do strumyka, który zdaniem jego, musiał pokazać się między drzewami, na końcu równiny, gdy wtem ujrzał pędzącego ku sobie Harberta, podczas gdy Nab i marynarz skryli się po za skały.
— Cóż tam nowego, mój chłopcze? zapytał Gedeon Spilett.
— Dym!... odparł Harbert. Ujrzeliśmy dym wznoszący się między skałami, na sto kroków od nas.
— Mieliżby to być ludzie? zawołał korespondent.
— Nie pokazujmy się, dopóki się nie dowiemy, z kim mamy do czynienia, rzekł Cyrus Smith.
— Nie wiemy, czyli ta wyspa posiada jakich mieszkańców, lecz co do mnie obawiałbym się raczej, niż życzył sobie tego.
— Gdzie Top?
— Pobiegł naprzód.
— Nie szczeka?
— Nie.
— To dziwna. Lecz spróbuję go przywołać.
W kilka minut później inżynier, Gedeon Spilett i Harbert połączyli się z tamtymi dwoma towarzyszami i podobnie jak oni, ukryli się po za bryły bazaltowe.
Ztąd ujrzeli wyraźnie dym pędzący kłębami w niebo, dym, który znamionował kolor żółtawy. Top na lekkie gwizdnięcie swojego pana, powrócił, a inżynier dawszy towarzyszom znak, ażeby czekali na niego, podkradł się chyłkiem między skały.
Wyspiarze nasi z pewnym niepokojem oczekiwali wyniku tych zwiadów, w tem usłyszeli wołanie Cyrusa i pędem pobiegli ku niemu. Przybiegłszy w to miejsce, gdzie stał Cyrus, uczuli przedewszystkiem bardzo ostry i nieprzyjemny zapach rozlany w powietrzu.
Zapach ten, łatwy do zrozumienia, wystarczał inżynierowi, ażeby domyśleć się, skąd pochodził ów dym, który z razu, nie bez przyczyny, musiał go nieco zaniepokoić.
— Ogień ten, rzekł, albo raczej dym jest wytworem samej przyrody. Pochodzi ze źródła siarczanego, które nam dostarczy skutecznego lekarstwa na wszystkie suchoty gardlane i płucowe.
— Brawo! zawołał Pencroff. Jaka szkoda że nie mam kataru!
Wtedy osadnicy nasi udali się na miejsce, ztąd się wznosił ów dym. Tu ujrzeli źródło siarczane, tryskające dość obficie wśród skał, którego wody pochłaniając tlen atmosfery, wydawały silną woń kwasu siarczanego.
Cyrus Smith zanurzywszy weń rękę, uczuł, że woda ta była dość lepką, a skosztowawszy ją przekonał się, że miała smak słodkawy. Temperaturę jej ocenił mniej więcej na dziewięćdziesiąt pięć stopni Fahrenheita, a zapytany przez Harberta, na czem opiera to obliczenie, odparł:
— Całkiem po prostu, moje dziecko, na tem, że zanurzywszy dłoń w tę wodę, nie uczułem ani zimna ani ciepła. To dowodzi że posiada ona tę samą temperaturę, co ciało ludzkie, t. j. mniej więcej dziewięćdziesiąt pięć stopni.
Ponieważ źródło siarczane w tej chwili nie mogło im przynieść żadnego rzeczywistego pożytku, porzucili je przeto i skierowali swe kroki ku leśnej gęstwinie, ciągnącej się kilkaset kroków ztamtąd.
Tu, jak słusznie domyślał się inżynier, toczył strumień swe bystre, kryształowe wody ujęte w wysokie brzegi z czerwonej ziemi, której kolor zdradzał wyraźnie, iż zawierała w sobie niedokwas żelaza. Z tego powodu nazwali zaraz ten strumień „Czerwonym potokiem.“
Zresztą był to tylko strumień szeroki, głęboki i przezroczysty, powstały z wód górskich, przez pół rzeka a przez pół potok, który miejscami pełzając leniwie po piasku, a miejscami hucząc po skałach i spadając w kaskadach, płynął do jeziora wstęgą długą na jedną milę, a szeroką od trzydziestu do czterdziestu stóp. Woda jego była słodką, co uprawniało do przypuszczenia, że taką musiała być także woda w jeziorze. Była to okoliczność nader pomyślna, na wypadek, gdyby im się udało nad brzegami jego wynaleść lepsze mieszkanie od „dymników.“
Drzewa, które począwszy na kilkaset stóp niżej, z obu stron ocieniały brzegi strumienia, należały do gatunku bardzo rozpowszechnionego w umiarkowanej strefie Australji i Tasmanji. Nie były to więcej te same drzewa szyszkowe, które rosły na znanej już naszym osadnikom części wyspy, kilka mil od „Wielkiej Terasy.“ O tej porze roku, z początkiem kwietnia, który na tej półkuli świata odpowiada październikowi, a zatem na początku jesieni, nie były jeszcze ogołocone z liści. Były tam mianowicie Kazuarynasy i Eukalyptusy, niektóre z tych drzew powinne były na przyszłą wiosnę dać mannę cukrową, zupełnie podobną do manny wschodniej. Na polankach wznosiły się grupy cedrów australskich, a polanki te porośnięte były wysoką trawą, której gatunek znany jest w Nowej Holandji. Rzecz dziwna, że drzew kokosowych, w które tak obfitują wyspy Cichego Oceanu, nie było tu wcale; snać położenie tej wyspy musiało być zbyt niskie.
— Jaka szkoda! rzekł Harbert, takie użyteczne drzewa a tak wyborne rodzą orzechy!
Między szczupłemi nieco gałęziami eukalyptusów i kazuarynasów gnieździły się rozmaite rodzaje ptaków, używając między niemi swobodnie skrzydeł. Kakatoisy czarne, białe i popielate, papugi rozmaitego gatunku i pierza, zielone, czerwone i modre, ukazywały się oczom wędrowców jakby przez pryzmat i wśród głośnego pisku i szczebiotania skakały z gałęzi na gałęź.
Nagle zabrzmiała w gęstwinie dziwaczna muzyka przeraźliwych, poplątanych tonów. Osadnicy usłyszeli po kolei śpiewanie ptaków, głosy czworonożnych zwierząt i rodzaj bełkotania, które można było wziąć łatwo za mowę dzikich ludzi. Nab i Harbert, zapominając o głównych zasadach ostrożności, rzucili się w te krzaki. Na szczęście jednak nie było tam ani drapieżnych bestyj, ani dzikich ludzi, lecz tylko z pół tuzina owych ptaków, które razem śpiewają i naśladują rozmaite tony; poznali odrazu, że były to „górskie bażanty.“ Kilka celnych razów kostura zakończyło tę produkcję imitacyjną i dostarczyło naszym podróżnym parę sztuk wybornej zwierzyny na objad.
Harbert spostrzegł także przepyszne gołębie z bronzowemi skrzydłami, jedne ze wspaniałemi czubami, inne z zielonem pierzem, podobne do współ plemienników swoich z Port-Maccqarie; lecz nie podobna ich było zejść z bliska; ta sama trudność zachodziła także co do kruków i srok, które zrywały się całemi gromadami. Jeden nabój śrutu byłby z nich uczynił wielką hekatombę, lecz cała broń palna naszych myśliwców składała się z kamyków, a zaś broń sieczna z kosturów, system jej więc był zbyt pierwotny, ażeby mógł służyć do tak dalekich celów.
Niedostateczność uzbrojenia okazała się jeszcze wyraźniejszą, gdy naraz stado zwierząt pomknęło gęstwiną, w olbrzymich podskokach po trzydzieści stóp, istne czworonogi latające, z taką chyżością i w tak wysokich susach, że zdawało się, iż przeskakiwały z drzewa na drzewo, jak wiewiórki.
— To Kanguruh! zawołał Harbert.
— A można je jeść? zapytał Pencroff.
— Przyprawione we właściwy sposób, lepsze są niż najlepsza dziczyzna, odparł korespondent.
Zanim jeszcze Gedeon Spilett dokończył tych słów tak pełnych zachęty, gdy marynarz, Nab i Harbert puścili się w pogoń za kangurami. Cyrus Smith wołał na nich, ale na próżno. Lecz napróżno także gonili nasi zapaleni łowcy tę zwierzynę elastyczną i lotną jak piłka. Po pięciu minutach zadyszeli się a zwierzyna znikła w gęstwinie. Top nie był także szczęśliwszym od swoich panów.
— Panie Cyrus, rzekł Pencroff, gdy inżynier i korespondent połączyli się z nimi, panie Cyrus, sam pan widzisz, że trzeba koniecznie strzelb. Czy dałoby się to zrobić?
— Może, odparł inżynier, lecz tymczasem zaczniemy od fabrykowania łuków i strzał, a ani wątpię, że wkrótce będziesz się pan z tą bronią obchodzić równie zręcznie, jak łowcy australscy.
— Łuki, strzały! rzekł Pencroff pogardliwie. To zabawki dobre dla dzieci!
— Nie trzeba ich tak lekceważyć, mości Pencroff, odparł korespondent. Łuki i strzały przez całe wieki służyły do wylewania krwi. Proch istnieje dopiero od wczoraj, a wojny są tak stare jak rodzaj ludzki — niestety!
— Na honor, masz słuszność, mości Spilett, rzekł marynarz, ja zawsze coś powiem, nim się zastanowię. Trzeba być dla mnie wyrozumiałym!
Tymczasem Harbert, zapalony miłośnik historji naturalnej, skierował jeszcze raz rozmowę na kangury, odezwawszy się w te słowa:
— Mieliśmy zresztą do czynienia z gatunkiem „kangurów,“ które najtrudniej jest schwytać. To były istne olbrzymy, z długą popielatą sierścią. Lecz, jeśli się nie mylę, istnieją jeszcze kangury czarne i czerwone, kangury skalne, kangury podobne do szczurów, z któremi łatwiej dać sobie radę. Jest ich z jakie dwanaście gatunków...
— Harbercie, odparł marynarz sentencjonalnie, dla mnie istnieje tylko jeden rodzaj „kangurów pieczonych,“ a właśnie tego rodzaju będzie nam dziś w wieczór brakować!...
Wszyscy parsknęli śmiechem na tę nową klasyfikację pana Pencroffa. Dzielny marynarz nie ukrywał bynajmniej swego niezadowolenia, widząc, że będzie musiał na objad kontentować się śpiewającemi bażantami; lecz szczęście miało mu się tego dnia jeszcze raz uśmiechnąć.
W istocie, Top, jakby przeczuwając, że jego własny interes był w grze, biegał i myszkował wszędzie z instynktem, zaostrzonym w dwójnasób pod wpływem wściekłego apetytu. Prawdopodobnie nawet, gdyby zwierzyna jaka wpadła mu była w łapy, nie wiele przyszłoby było z niej myśliwym. Top polował tym razym na własny rachunek, lecz Nab czuwał nad nim i dobrze zrobił.
Około trzeciej pies zniknął w zaroślach i w krótce przygłuszony pisk jakiś dał znać myśliwym, że Top znajdował się w zapasach z jakiemś zwierzęciem.
Nab rzucił się w tę stronę i w samej rzeczy ujrzał Topa, który z wielką żarłocznością zajadał jakiegoś czworonoga; dziesięć sekund później byłoby już niepodobieństwem rozróżnić do jakiego to zwierzę należało rodzaju. Na szczęście jednak pies wpadł widać na całe gniazdo i zamordował odrazu troje tych strzyżaków — gdyż do tego rodzaju należały te zwierzęta — a z tego dwie sztuki leżały uduszone na ziemi.
Wkrótce pojawił się Nab, trzymając w tryumfie po jednym strzyżaku w każdej ręce, mniej więcej tej wielkości co zając. Miały żółtą maść w zielonawe plamy upstrzoną, i ogon nader pierwiastkowej długości.
Mieszkańce Stanów Zjednoczonych ani chwili nie byli w kłopocie o nazwę przynależną tym zwierzątkom. Były to „marasy,“ rodzaj królików amerykańskich, mało co większe od gatunku rozpowszechnionego w krajach tropikalnych, z długiemi słuchami, pyszczki ich uzbrojone były z każdego boku pięcioma trzonowemi zębami, co je głównie wyróżnia od „agutów.“[16]
— Hura! zawołał Pencroff. Otóż mamy pieczyste! Teraz możemy wracać do domu!
Po tej krótkiej przerwie ruszono dalej w drogę. „Czerwony Potok“ toczył bezustannie kryształowe swe wody pod sklepieniem z „kaznarynasów,“ „banksiasów“ i olbrzymich drzew gumowych. Przepyszne „liljacee“ wznosiły się na dwadzieścia stóp w niebo. Inne gatunki drzew i krzewów nieznanych młodocianemu naszemu przyrodnikowi, pochylały się nad strumieniem szemrzącym w tem powiciu z zieloności leśnej.
Tymczasem koryto jego rozszerzało się z każdym krokiem i Cyrus spodziewał się dojść wkrótce do ujścia. I w istocie, przedarłszy się przez gęstą grupę wspaniałych drzew, ujrzeli się nagle nad brzegiem jeziora.
Był to brzeg północny jeziora Granta. Oczom naszych wędrowców przedstawił się widok godny podziwu. Ta płaszczyzna wodna, licząca około siedm mil obwodu, a dwieście pięćdziesiąt „akrów“ przestrzeni, ujętą była w ramy z drzew rozmaitego gatunku. Na wschodzie przez zasłonę zieleni, malowniczo tu i owdzie ubarwionej, połyskiwało zwierciadło morza. Na północy brzegi jeziora tworzyły lekko zaokrąglony łuk, silnie kontrastujący z ostremi linjami wewnętrznych krawędzi. Liczne gromady wodnego ptactwa zaludniały brzegi tego małego Ontario,[17] a owe „tysiąc wysp,“ któremi słynie amerykański jego imiennik, reprezentowane tu były przez skałę sterczące po nad powierzchnią wody, na kilkaset stóp od brzegu południowego. Na tej skale żyło w sąsiedzkiej zgodzie kilka familij zimorodków. Siedziały poważnie i nieruchomie na kamykach, czatując na podpływające ryby, nagle zrywały się z ostrym krzykiem, zanurzały się w wodę i po chwili wypływały na wierzch, unosząc w dziobach swą zdobycz.
Owdzie, po brzegach i na wysepce, rozsiadły się dumnie dzikie kaczory, pelikany, kruki wodne, czerwono-dzióby, filidony z języczkami jak pędzle i kilka wspaniałych „menurów“ z ogonami roztoczonemi w kształcie liry.
Woda jeziora była słodką, przezroczystą, trochę czarniawą i sądząc po gęstych bąblach, wypryskujących na wierzch wody i koncentrycznych kręgach rysujących się na jej powierzchni, musiało to jezioro być napełnione rybami.
— Zaiste, prześliczne jezioro! odezwał się Gedeon Spilett. Wartoby mieszkać nad jego brzegami!
— Będziemy tu mieszkali! odparł Cyrus Smith.
Ażeby najkrótszą drogą zajść do „dymników,“ dotarli osadnicy nasi aż do kąta, jaki tworzyły ze sobą brzegi jeziora na południu. Nie bez trudności torowali sobie drogę wśród krzaków i zarośli, nietkniętych jeszcze nigdy ręką ludzką, i kierowali się tym sposobem ku wybrzeżu, tak, ażeby dojść do północnego boku „Wielkiej terasy.“ W tym kierunku uszli całe dwie mile, a gdy minęli ostatnie grupy drzew, ukazała się ich oczom równina pokryta gęstą murawą i dalej za nią nieskończona płaszczyzna morza.
Ażeby dostać się do „dymników,“ potrzeba było przejść wskos całą równinę na milę długości aż do kolana, jaki tworzyła „Dziękczynna“ na pierwszym swym zakręcie. Inżynier jednak chciał się przekonać, w jaki sposób i którędy odbywał się odpływ wody z jeziora, puścili się więc dalej między drzewa, półtorej mili na północ. Nie można było wątpić, że musiał gdzieś istnieć spust wody, prawdopodobnie w jakiem wydrążeniu w skale. Jezioro to było tylko olbrzymią kotliną, która zwolna napełniła się wodą ze strumyka, zbytek wody musiał zatem koniecznie odpływać jakąś szczeliną do morza. W takim razie jak mniemał inżynier, możebnem by było zużytkować ten upust wody i siłę jej prądu, która inaczej pozostałaby bezużyteczną. Szli zatem dalej wzdłuż brzegu jeziora, w górę ku terasie, lecz pomimo, że uszli jeszcze całą milę w tym kierunku, Cyrus Smith nie mógł odszukać odpływu, który przecież musiał gdzieś istnieć.
Było wtedy wpół do piątej. Przygotowania do objadu wymagały koniecznie powrotu do „dymników.“ Drużyna więc nasza zwróciła się znowu w pierwotnym kierunku i lewym brzegiem „Dziękczynnej,“ Cyrus Smith z towarzyszami swoimi stanęli niebawem w „dymnikach.“
Rozpalono ogień, a Nabowi i Pencroffowi poruczono urząd kuchmistrzów. Obaj, pierwszy jako murzyn, drugi jako marynarz, czuli do tego powołanie. Nie bawiąc się długo, sporządzili pieczeń z „agutów,“ i całe towarzystwo uraczyło się do syta.
Po jedzeniu, gdy się już udawano na spoczynek, Cyrus Smith wyjął z kieszeni kilka drobnych minerałów rozmaitego gatunku, i odezwał się w te krótkie słowa:
— Przyjaciele moi, tu mamy żelazo, tu piryt, tu glinę, tu wapno a tu węgiel. Oto co nam daje przyroda i to jej udział we wspólnej pracy. Jutro przyjdzie kolej na nas!






ROZDZIAŁ XIII.
(Co Top ma na sobie. — Fabrykacja łuków i strzał. — Cegielnia. — Piec garncarski. — Rozmaite naczynia kuchenne. — Pierwszy rosół i pierwsza sztuka mięsa. — Bylica. — Krzyż Południowy. — Ważna obserwacja astronomiczna.)

— A zatem, mości Cyrus, od czego-ż teraz zaczniemy? — zagadnął nazajutrz rano Pencroff inżyniera.
— Zaczniemy od początku — odparł Cyrus Smith.
I w samej rzeczy koloniści nasi zmuszeni byli zaczynać od samego „początku.“ Nie posiadali nawet narzędzi potrzebnych do wyrabiania niezbędnych narzędzi i nie znajdowali się nawet w tych warunkach, co przyroda, która „mając poddostatkiem czasu, oszczędza przez to trudu.“ Brakło im czasu, gdyż potrzeby życia musieli zaspakajać niezwłocznie, a chociaż korzystając z doświadczenia drugich, nie potrzebowali niczego wynajdować na nowo, to jednak musieli wszystko wytwarzać na nowo. Żelazo i stal, znajdowały się jeszcze w rudzie, ich naczynia w pokładach glinianych, ich bielizna i suknie pod postacią włókienkowatych utworów roślinnych.
Trzeba tu jednak dodać, że osadnicy nasi byli „mężami“ w najpiękniejszem i najpotężniejszem tego słowa znaczeniu. Inżynier Smith nie mógł mieć do pomocy towarzyszy bardziej inteligentnych, większego poświęcenia i większej gorliwości, jakimi byli ci właśnie. On z nich każdego wybadał i poznał każdego przydatność.
Gedeon Spilett, dziennikarz niepospolitych zdolności, który uczył się wszystkiego, ażeby módz mówić o wszystkiem, miał w pełnej mierze głową i ręką współdziałać przy kolonizacji wyspy. On nie cofnąłby się pewnie przed żadnym obowiązkiem. Jako zapalony myśliwy miał z zawodu poświęcić się teraz temu, czemu się dotąd li dla przyjemności oddawał.
Harbert, poczciwy, dzielny chłopak, posiadający dość obszerne wiadomości w zakresie nauk przyrodniczych, miał także przyczyniać się w znakomitej mierze do wspólnego dobra.
Nab był poświęceniem wcielonem. Zręczny, inteligentny, niezmordowany, silny, żelaznego zdrowia, rozumiał się nieco na kowalstwie i mógł z tego powodu osadzie ważne oddawać przysługi.
Co się zaś tyczy Pencroffa, ten był zarazem: marynarzem na wszystkich oceanach świata, cieślą w warsztatach systemu Brooklyn’a, pomocnikiem krawieckim na okrętach Stanów Zjednoczonych, ogrodnikiem i rolnikiem podczas urlopów itd. jako marynarz był do wszystkiego i umiał wszystko.
Trudnoby było zaiste dobrać pięciu ludzi bardziej gotowych do walki z losem i większą dających rękojmię, że wyjdą z niej zwycięzcami.
„Zaczniemy od początku“ powiedział Cyrus Smith. Otóż „początkiem“ tym, o którym mówił inżynier, miało być sporządzenie przyrządu służącego do przetwarzania substancyj naturalnych. Wiemy, jak ważną rolę w tem przetwarzaniu odgrywa ciepło. Otóż paliwo, drzewo lub węgle mieli odrazu gotowe do użytku. Potrzebowali więc tylko zbudować piec, ażeby takowe zużytkować.
— Do czego ma służyć ten piec? zapytał Pencroff.
— Do ulepienia potrzebnych nam naczyń, odparł Cyrus Smith.
— A z czegoż wystawimy piec?
— Z cegieł.
— A cegły?
— Z gliny. Dalej w drogę, przyjaciele. Ażeby uniknąć niepotrzebnego transportu, rozbijemy nasz warsztat na miejscu produkcji. Nab przynosić nam będzie żywność, a do gotowania jej nie zabraknie nam ognia.
— Zapewne — odparł korespondent — lecz jeśli zabraknie żywności dla braku przyborów myśliwskich.
— Żebyśmy mieli choć jeden nóż! — zawołał marynarz.
— I cóż wtedy? — zapytał Cyrus Smith.
— Co wtedy? Wtedy wystrugałbym czemprędzej łuk i strzały, i mielibyśmy huk zwierzyny!
— Tak, tak, żeby jakiego noża, lub czegoś ostrego.... rzekł inżynier sam do siebie.
W tej chwili wzrok jego padł na Topa, przechadzającego się po wybrzeżu.
Oko Cyrusa Smitha rozjaśniło się nagle.
— Sa-tu Top! — zawołał.
Pies przybiegł natychmiast na głos swojego pana. Ten wziął głowę jego w obie ręce, zdjął mu obrożę z karku, rozłamał ją na dwa kawałki i rzekł:
— Oto są dwa noże, Pencroff!
Dwa głośne: „hurra!“ starczyły marynarzowi za odpowiedź. Obroża Topa zrobioną była z cienkiego kawałka hartownej stali. Trzeba więc było tylko naprzód na grubszym kamieniu zaostrzyć go w szpic, a potem na delikatniejszym wyostrzyć klingę. Tego rodzaju żwirowatego kamienia było na wybrzeżu poddostatkiem i w dwie godziny później warsztat osady składał się z dwóch ostrych kling, które łatwo było zaopatrzyć w mocne trzonki.
Pierwsze to narzędzie powitali z wielkim tryjumfem. Był to nabytek w istocie nader cenny i ze wszech miar na czasie.
Ruszono w drogę. Zamiarem Cyrusa było powrócić do północnego brzegu jeziora, gdzie, jak zauważył dniem przedtem, była ziemia glinkowata, której próbkę posiadał przy sobie. Udali się więc wzdłuż brzegów „Dziękczynnej,“ przeszli „Wielką Terasę“ i po pięciu milach drogi, przybyli do polanki położonej na dwieście kroków od jeziora Granta.
Po drodze spostrzegł Harbert drzewo, z którego gałęzi Indjanie Południowej Ameryki sporządzają łuki. Był to „krejimba“ z rodzaju drzew palmowych, nie rodzących owoców jadalnych. Wycięli z niego gałęzie długie i proste, ogołocili takowe z liści i ostrugali je tak, że grubsze były w pośrodku a cieńsze po obu końcach. Pozostawało tylko jeszcze wynaleźć jaką roślinę, któraby dała się użyć za cięciwę do łuku. Wynaleźli w istocie gatunek krzewu należącego do rodzaju ślazów, zwanego przez botaników „hibiscus heterophyllus.“ Krzew ten posiada pręciki dość giętkie i mocne, któreby można porównać z ścięgnami u zwierząt. Tym sposobem sporządził Pencroff kilka łuków posiadających dość znaczną siłę rzutu. Brakowało jeszcze tylko strzał. Te łatwo dały się wystrugać z gałązek prostych, sztywnych i pozbawionych sęków, lecz daleko trudniej było zaopatrzyć je w stosowne ostrze t. j. wynaleźć coś takiego, coby mogło zastąpić żelazo. Pencroff jednak powiedział sobie, że skoro on zrobił swoje, reszty dokona przypadek.
Osadnicy nasi przybyli na miejsce znajome już z dnia poprzedzającego. Grunt składał się z gliny używanej pospolicie na cegły i dachówki a zatem wielce przydatnej ich zamiarom. Robota sama nie przedstawiała najmniejszych trudności. Trzeba było tylko glinę wymieszać z piaskiem, poulepiać z niej cegiełki i powypalać takowe przy ogniu.
Zazwyczaj bywają cegiełki robione w przeznaczonych do tego foremkach, inżynier jednak postanowił ograniczyć się na robocie ręcznej. Cały ten dzień i dzień następny upłynął na tej robocie. Glina, zwilżona naprzód wodą, wymieszona potem nogami i rękami robotników, dzieloną była następnie w kostki jednakiej wielkości. Jeden wyćwiczony robotnik jest w stanie, bez żadnego przyrządu, ulepić w ten sposób około dziesięć tysięcy cegiełek w dwunastu godzinach. Lecz nasi ceglarze z wyspy Lincolna nie zdołali w tych dwóch dniach ulepić więcej jak trzy tysiące sztuk. Poskładali te cegiełki rzędami, jednę przy drugiej, aż się wysuszą zupełnie, poczem mieli je wypalać przy ogniu; nie prędzej jednak jak za trzy lub cztery dni.
Dnia 2. kwietnia przystąpił Cyrus do oznaczenia astronomicznego położenia wyspy.
Dniem przedtem zauważył dokładnie godzinę, w której słońce zapadało na widnokręgu, biorąc przytem w rachubę łamanie się światła. Tego dnia z rana zauważył równie dokładnie godzinę, w której znów się pojawiło. Pomiędzy tym zachodem a wschodem słońca upłynęło było akuratnie dwanaście godzin i dwadzieścia cztery minut. A zatem w sześć godzin i minut dwanaście po wschodzie, powinno było tego dnia słońce przechodzić przez południe, a punkt nieba, w którymby się w tej chwili znajdowało, miał oznaczać północ[18].
O wyżwskazanej godzinie Cyrus oznaczył ten punkt za pomocą dwóch tyk skrzyżowanych, między które ujął słońce, i w ten sposób osiągnął stałą linję południkową, która miała mu służyć za podstawę do dalszych obliczeń.
Dwa dni, które poprzedzały palenie cegieł, obrócono na zaopatrzenie się w paliwo. Dokoła polany ścinali gałęzie z drzew i zbierali suche, spadłe na ziemię. Robotę tę przeplatali polowaniem w okolicznych lasach, tem bardziej, że Pencroff posiadał już teraz kilka tuzinów strzał, zaopatrzonych ostremi końcami. Groty te zawdzięczali Topowi, który pewnego razu przyniósł ze sobą jeża morskiego. Jeż ten mniej był przydatnym na pieczyste, lecz posiadał dla nich wartość nieocenioną z powodu kolców, któremi był cały najeżony. Kolce te przytwierdzone zostały mocno u końców strzał, kierunek zaś nadawano im za pomocą piór kakatoisów. Korespondent i Harbert wyćwiczyli się w krótkim czasie na bardzo celnych łuczników. To też nie brakowało nigdy w „dymnikach“ zwierzyny, tak skrzydlatej jak i kudłatej: kabyjasów, gołębi, agutów, głuszców itp. Większą część tej zwierzyny upolowali w lesie położonym na lewym brzegu „Dziękczynnej,“ który nazwali lasem jakamarowym, na pamiątkę ptaka, za którym uganiali się Pencroff z Harbertem na pierwszej swej łowieckiej wyprawie.
Zwierzynę tę jedli póki była świeżą, przechowywali tylko szynki z kabyjasa, uwędzone na wolnym ogniu z zielonego drzewa i przyprawione wonnemi ziołami. Strawa ta, jakkolwiek bardzo posilająca, była jednak zawsze tylko pieczonką i wędzonką, a osadnicy nasi tęsknili z całej duszy za słodką muzyką szumiącego garnka z rosołem i sztuką mięsa. Lecz na to trzeba było czekać, aż garnki zostaną ulepione, a tem samem aż piec zostanie postawionym.
W tych wyprawach przedsiębranych w bardzo ścieśnionym tylko obrębie dokoła cegielni, napotykali nieraz myśliwi nasi świeże ślady wielkich zwierząt uzbrojonych w potężne pazury, których gatunku nie mogli rozpoznać. Cyrus Smith zalecał im więc jak największą ostrożność, las ten bowiem podług wszelkiego prawdopodobieństwa ukrywał niebezpieczne bestje.
Cyrus miał słuszność. W istocie pewnego dnia ujrzeli Gedeon Spilett i Harbert zwierzę bardzo podobne do jaguara. Zwierz ten jednak na szczęście zostawił ich w spokoju, w przeciwnym bowiem razie nie byliby prawdopodobnie wyszli bez ciężkiego szwanku. Lecz za to poprzysiągł Gedeon Spilett, że gdy będą mieli lepszą broń t. j. jedną przynajmniej taką strzelbę, jakiej domagał się Pencroff, wyda wojnę zaciętą wszystkim dzikim bestjom i oczyści z nich całą wyspę.
Przez tych kilka dni nie zajmowano się wcale wygodniejszem urządzeniem „dymników,“ inżynier bowiem spodziewał się wynaleźć lub, gdyby trzeba było, zbudować stosowniejsze mieszkanie. Poprzestano więc tylko na tem, że wyścielono korytarze świeżą podściółką z mchu i suchych liści i na tem pierwotnem nieco posłaniu, zasypiali robotnicy nasi, zmordowani całodzienną pracą, twardo i smacznie.
Spisali także pokrótce pamiętnik dni spędzonych na wyspie Lincolna, od chwili gdy po raz pierwszy na niej wylądowali, i odtąd utrzymywali go regularnie. Dnia 5. kwietnia, była to środa, upłynęło było właśnie dwanaście dni, jak orkan wyrzucił naszych rozbitków na to wybrzeże.
Dnia 6. kwietnia inżynier i towarzysze jego od samego świtu zeszli się na polanie, gdzie się miało odbywać wypalanie cegieł. Operacja ta miała oczywiście dokonać się pod wolnem niebem, a nie w piecu, albo raczej cały ten stos cegieł miał tworzyć jeden olbrzymi piec, który miał się sam wypalić. Rozesłali po ziemi paliwo z faszyn ku temu sporządzonych i otoczyli takowe dokoła kilkoma rzędami wysuszonych cegieł, które utworzyły wielki sześcian, po którego kątach zostawili wolne otwory dla przeciągu. Robota ta trwała dzień cały i dopiero wieczorem podłożyli ogień pod faszyny.
Tej nocy żaden nie kładł się spać, wszyscy czuwali pilnie nad tem, ażeby ogień nie przygasł.
Operacja ta trwała czterdzieści ośm godzin i powiodła się wyśmienicie. Poczem trzeba było zaczekać, aż się ta masa dymiąca nieco ochłodzi. Tymczasem zaś Nab i Pencroff pod przewodnictwem Cyrusa Smitha, znieśli na noszach ze splecionych gałęzi, kilka kup węglanu wapiennego, bardzo pospolitego kamienia, którego poddostatkiem znaleźli na północnym brzegu jeziora. Kamienie te rozłożone pod wpływem ciepła, dały wapno niegaszone, bardzo gęste a tem samem pomnażające się przy gaszeniu, a do tego tak czyste, jak gdyby powstało przez zwapnienie kredy lub marmuru. Wapno to zmieszane z piaskiem, który niedozwala wysychać masie, podczas gdy ta przechodzi w stan stały, dało wyśmienity tynk.
Skutkiem tych rozmaitych przyrządzań i preparatów posiadał inżynier d. 9. kwietnia do dyspozycji pewną ilość gotowego wapna i kilka tysięcy cegieł.
Nie tracąc więc chwili czasu, przystąpili natychmiast do stawiania pieca, mającego służyć do wypalania rozmaitych naczyń niezbędnych do domowego użytku. Przedsięwzięcie to powiodło się bez wielkich trudności. W pięć dni później napełnili piec węglem ziemnym, którego otwarte pokłady odkrył inżynier u ujścia Czerwonego Potoku — i z komina wysokiego na dwadzieścia stóp wzbił się po raz pierwszy dym. Polana zamieniła się w hutę a Pencroff był bliskim mniemania, że z tego pieca wyjdą wszystkie utwory nowożytnego przemysłu.
Na razie jednak ulepili osadnicy nasi tylko pewną ilość naczyń pospolitych ale bardzo przydatnych do gotowania jadła. Pierwszym materjałem, którego do tego użyli, była glinka ziemna, do której Cyrus Smith dodał nieco wapna i kwarcu. W rzeczywistości masa ta nie była niczem innem jak prawdziwą glinką używaną do fajek. Odlali z niej garnki i czary, do tych ostatnich użyli za wzór małych głazików odpowiedniego kształtu, dalej talerze, duże konwie i kadzie na wodę itp. Z kształtu naczynia te były wprawdzie dość koszlawe, lecz wypalone w wysokiej temperaturze, zaopatrzyły kuchnię w „dymnikach“ pewną liczbę przyrządów i narzędzi równie cennych, jak gdyby do składu ich wchodził najpiękniejszy kaolin[19].
Trzeba dodać, że Pencroff, chcąc się przekonać, czy glina w ten sposób przyrządzona, usprawiedliwia swą nazwę „gliny używanej do fajek,“ ulepił z niej sobie kilka fajek dość niewykwintnego kształtu. Wprawdzie zachwycał się niemi, lecz cóż, kiedy niestety brakowało do nich tytoniu! A brak ten dawał się srodze czuć marynarzowi.
— Lecz będzie i tytoń i wszystko! powtarzał w nieograniczonej swej ufności.
Roboty te trwały aż do 15. kwietnia i łatwo pojąć, że czas ten sumiennie został zużytkowany. Osadnicy nasi przemienieni w garncarzy byli z całej duszy garncarzami. Gdyby Cyrus Smith chciał był z nich porobić kowali, byliby kowalami. Lecz nazajutrz przypadała niedziela i to niedziela wielkanocna, postanowili zatem jednogłośnie uświęcić dzień ten spoczynkiem. Amerykanie ci byli ludźmi religijnymi i skrupulatnymi przestrzegaczami przepisów Biblji, a położenie w jakiem się znajdowali, bardziej jeszcze tylko rozwinęło w nich uczucie ufności ku Stwórcy wszech rzeczy.
Tego wieczora więc, dn. 15. kwietnia, wrócili do „dymników.“ Zabrali ze sobą resztę naczyń a piec wygasł, oczekując nowego przeznaczenia. W powrocie tym zdarzył się pomyślny wypadek: inżynier odkrył pewną substancję, mogącą zastąpić czyr. Jest to, jak wiadomo, ciało gąbkowate i miękkie, grzyb należący do rodzaju polipów. Odpowiednio przyrządzony staje się bardzo zapalnym, zwłaszcza gdy się go poprzednio nasyci prochem armatnim lub wygotuje w rozczynie saletrzanu lub chloranu potasu. Dotychczas jednak nie znaleźli takiego polipa ani nawet żadnego z tych grzybów, które go mogą zastąpić. Otóż tego dnia inżynier spostrzegł pewną roślinę z rodzaju bylicy, która między główne swe gatunki liczy piołun, cytronellę, traganek i t. d. Uszczknął z niej kilka pęków i wskazując je marynarzowi, rzekł:
— Patrzaj, Pencroff, to cię z pewnością ucieszy.
Pencroff przypatrzył się uważnie tej roślinie, porosłej miękkiemi, długiemi włosami, z liściami pokrytemi skędzierzonym puchem, i po chwili zapytał:
— Cóż to takiego, mości Cyrus? Na miłość Boga! Czy nie tytoń?...
— Nie, odparł Cyrus Smith, to artemizja, uczeni nazywają ją bylicą chińską, a dla nas zwykłych śmiertelników jest ona tem samem, co czyr.
I w samej rzeczy bylica ta, wysuszona jak się należy, dała substancję bardzo zapalną, zwłaszcza gdy ją później inżynier nasycił owym saletrzanem potasu, którego kilka pokładów było na wyspie, a który nie był niczem innem jak saletrą.
Tego wieczora osadnicy nasi zgromadzeni w środkowej komnacie „dymników,“ spożyli przyzwoitą wieczerzę. Nab zgotował rosół z agutów, szynkę z kabyjasa, przyprawioną wonnemi ziołami, do której dodał kilka szczypt z wygotowanej trawiastej rosliny zwanej „caladium macrorhizum,“ która pod niebem południowem przybiera kształt krzewu. Rhizomy te miały smak wyborny, i były bardzo pożywne, miały zaś podobieństwo do przyprawy, znanej w Anglji pod nazwą „Portlandzkiego saga“ i mogły nawet do pewnego stopnia zastąpić chleb, którego brakowało jeszcze mieszkańcom wyspy Lincolna.
Po wieczerzy, przed nocnym spoczynkiem, wyszedł Cyrus Smith z towarzyszami swoimi na brzeg morza odetchnąć świeżem powietrzem. Była wówczas godzina ósma z wieczora. Noc roztoczyła wszystkie swe czary. Przed pięciu dniami była pełnia, tego dnia księżyc jeszcze nie był zaszedł, lecz już widnokrąg cały osrebrzony był łagodną, bladą jasnością, którą nazwać by można świtaniem miesiąca. Na zenicie południowym jaśniały konstelacje podbiegunowe a z pomiędzy wszystkich najbardziej ów Krzyż Południowy, którzy inżynier kilka dni przedtem powitał był ze szczytu góry Franklina.
Cyrus Smith przypatrywał się czas jakiś tej promiennej konstellacji, która na wierzchołku i na podstawie posiada po dwie gwiazdy pierwszorzędnej wielkości, na prawym boku jedną drugorzędnej a zaś na lewym jedną gwiazdę trzeciorzędnej wielkości.
Poczem zamyśliwszy się chwilę, zapytał, zwracając się do Harberta:
— Słuchaj Harbercie, czy nie mamy dziś przypadkiem 15. kwietnia?
— Tak jest, panie Cyrus, odparł chłopak.
— Więc, jeśli się nie mylę, przypada jutro jeden z tych czterech dni w roku, w których czas istotny obrotu ziemi zbiega się z czasem średnim, to znaczy, moje dziecko, że jutro, pominąwszy kilka sekund różnicy, słońce właśnie w samo południe przejdzie przez południk. Jeśli więc będziemy mieli pogodę, to mam nadzieję obliczyć w przybliżeniu stopień długości geograficznej, w jakim się znajduje nasza wyspa.
— Jakto, bez instrumentów, bez sekstanta? zapytał Gedeon Spilett.
— Tak jest, odparł inżynier. A ponieważ noc taka pogodna, spróbuję więc jeszcze dziś w wieczór obliczyć, pod jakim stopniem szerokości położoną jest wyspa, a to: wymierzywszy wysokość w jakiej Krzyż Południowy a tem samem i biegun południowy znajduje się po nad widnokręgiem. Wszak pojmiecie to łatwo, przyjaciele moi, że aby na serjo rozgościć się tutaj, nie dość jest skonstatować, że ta ziemia jest wyspą, potrzeba jeszcze ile możności przeświadczyć się o tem, jak daleko odległą jest bądź od kontynentu amerykańskiego, bądź od australskiego, bądź też od głównych archipelagów Cichego Oceanu.
— W samej rzeczy, odezwał się korespondent, zamiast budować dom, może nam wypadnie wybudować okręt, w razie jeśli tylko jakie kilkaset mil oddziela nas od lądów zamieszkałych przez ludzi.
— Dlatego właśnie, ciągnął dalej Cyrus, spróbuję dziś w wieczór wypośrodkować stopień szerokości, pod jakim znajduje się wyspa Lincolna, a jutro w południe spróbuję zdjąć jej stopień długości.
Gdyby inżynier posiadał był sekstant, przyrząd za pomocą którego da się z największą dokładnością obliczyć przez refleksję kątową odległość przedmiotów, wymiar ten nie ulegałby najmniejszej trudności. Obliczywszy tego wieczora wysokość bieguna a nazajutrz przejście słońca przez południk, otrzymałby obie „równorzędne“ wyspy. Lecz nie posiadając takiego przyrządu, trzeba go było czemś zastąpić.
Cyrus Smith powrócił więc do „dymników.“ Tam przy świetle ogniska wystrugał dwie jednakowe deszczułki i połączył je ze sobą za jeden koniec, tak, że tworzyły rodzaj kompasu, którego obie części można było dowolnie rozsuwać i przybliżać ku sobie. Spoił je zaś za pomocą twardego kolca akacji, wyjętej ze składu suchego drzewa.
Sporządziwszy ten instrument powrócił inżynier znów na wybrzeże. Ponieważ jednak potrzebował zdjąć wysokość bieguna ponad widnokręgiem jasno i wyraźnie zarysowanym, t. j. po nad widnokręgiem morza, a przylądek „Ostrego szponu“ zasłaniał mu widnokrąg od południa, musiał zatem poszukać innego odpowiedniejszego stanowiska. Najlepszem byłoby niezawodnie wybrzeże wystawione wprost na południe, lecz chcąc się do niego dostać, potrzeba było przejść na drugi bok „Dziękczynnej,“ która w ówczas była dość głęboką, a to było połączone z trudnościami.
Cyrus Smith postanowił więc przedsięwziąć swe obserwacje ze szczytu „Wielkiej Terasy,“ biorąc w rachubę jej wysokość po nad powierzchnią morza, którą miał nazajutrz obliczyć za pomocą prostego rachunku geometrycznego.
Osadnicy nasi przenieśli się więc na Terasę, lewym brzegiem Dziękczynnej, i zajęli stanowisko z kraju wystającego w kierunku północno-zachodnim i południowo-wschodnim, to jest przy owym rzędzie fantastycznych urwisk, ciągnącym się wzdłuż brzegów rzeki.
Ta część Terasy wznosiła się na jakie pięćdziesiąt stóp po nad wzgórza prawego brzegu rzeki, które podwójnym stokiem sięgały aż do ostatecznego końca przylądka „Ostrego Szponu“ i aż do południowego wybrzeża wyspy. Oko nie napotykało ztąd żadnej przeszkody i ogarniało całą jedną połowę widnokręgu, począwszy od wyż. wspomnianego przylądku Jaszczurczego. Na południe widnokrąg ostremi rysował się linjami i był bardzo widocznym.
W tej chwili Krzyż Południowy przedstawiał się oku widza w przewrotnem położeniu, gwiazda alfa tworzyła jego podstawę zbliżoną bardziej do południowego bieguna.
Konstellacja ta nie leży tak blisko bieguna południowego, jak gwiazda polarna bieguna północnego. Gwiazda alfa odległą jest od niego blisko na dwadzieścia siedm stopni; Cyrus Smith wiedział o tem i postanowił tę odległość wziąć w rachubę. Zamierzał również obserwować ją w chwili, w której miała wchodzić w sam południk poniżej bieguna, co miało przyczynić się do uproszczenia jego obliczeń.
Cyrus Smith skierował więc jedno ramię swego drewnianego kompasu na widnokrąg morza, a drugie ramię na gwiazdę alfa, podobnie jak widełka repetytora, a odległość obu ramion dała mu przestrzeń kątową między gwiazdą alfa a widnokręgiem. Ażeby otrzymany tym sposobem kąt ustalić, przymocował za pomocą kolców obie deszczułki przyrządu do trzeciej położonej poprzecznie, tak że kąt rozwarcia obu deszczułek nie mógł się schybić.
Poczem pozostawało już tylko obliczyć kąt otrzymany, przeniosłszy miejsce obserwacji napowrót na poziom morza, na to aby wziąć w rachubę stopień obniżenia widnokręgu, co oczywiście pociągało za sobą konieczność wymierzenia wysokości Terasy. Wielkość tego kąta równałaby się w takim razie oddaleniu gwiazdy alfa a tem samem także oddaleniu bieguna od widnokręgu t. j. stopniowi szerokości wyspy, gdyż stopień szerokości każdego punktu ziemi równa się oddaleniu bieguna od poziomu, na którym się punkt ten znajduje.
Obliczania te jednak odłożono do dnia następnego i o godzinie dziesiątej wszyscy pogrążeni byli w głębokim śnie.






ROZDZIAŁ XIV.
(Wymiar ściany granitowej. — Zastosowanie prawidła o podobieństwie trójkątów. — Stopień szerokości wyspy. — Wycieczka na północ. — Ława ostryg. — Projekta na przyszłość. — Przejście słońca przez południk. — Obie „równorzędne“ wyspy Lincolna).

Nazajutrz dnia 16. kwietnia — w wielkanocną niedzielę — osadnicy nasi równo ze wschodem słońca wyszedłszy z „dymników,“ zabrali się do wyprania swej bielizny i oczyszczenia sukień. Inżynier spodziewał się, że uzyskawszy wprzód niezbędne składniki: sodę lub potas, tłuszcz lub olej, potrafi sfabrykować mydło. Również nad kwestją tak ważną, jak odmienienie garderoby miano się zastanowić we właściwym czasie i miejscu. Na wszelki wypadek suknie, które mieli na sobie, mogły wystarczyć jeszcze na sześć miesięcy, były bowiem trwałe i mogły wytrzymać ciężką robotę ręczną. Wszystko jednak zależało od położenia wyspy w stosunku do lądów zamieszkałych. A ważne to pytanie mieli rozstrzygnąć jeszcze tego samego dnia, jeśliby czas na to pozwolił.
Słońce wschodzące na widnokręgu zapowiadało dzień cudowny, jeden z tych pięknych dni jesiennych, które są jakby ostatniem pożegnaniem lata.
Wypadało teraz uzupełnić szczegóły obserwacji wczorajszej, zmierzywszy wysokość „Wielkiej Terasy“ po nad powierzchnią morza.
— Nie potrzeba panu instrumentu podobnego do tego, jakiego użyłeś wczoraj? zapytał Harbert inżyniera.
— Nie trzeba mi, moje dziecko, odparł tenże, postąpimy tym razem inaczej a z równą prawie dokładnością.
Harbert, który lubił się uczyć wszystkiego, udał się za inżynierem. Ten oddalając się od podnóża granitowej ściany, zatrzymał się na samym prawie końcu wybrzeża. Podczas tego Pencroff, Nab i korespondent zajęci byli inną robotą.
Cyrus Smith zaopatrzył się w żerdź prostą, długą na jakie dwanaście stóp, i zmierzył ją ile możności jak najdokładniej , używając za miarę własnego wzrostu, który znał prawie co do linijki. Harbert niósł wahadło, które powierzył mu Cyrus; był to prosty kamyk uwiązany do giętkiego kawałka włókna.
Na jakie dwadzieścia kroków od brzegu morza a sto pięćdziesiąt od ściany granitowej wznoszącej się prostopadle, zatknął Cyrus ową żerdź na dwie stopy głęboko w piasek i po długiem i pilnem kierowaniu udało mu się wreszcie zapomocą wahadła osadzić ją prostopadle do poziomu widnokręgu.
Ukończywszy te przygotowania cofnął się tak daleko, jak potrzeba było, ażeby, położywszy się na piasku, w jedną linję ze swem okiem sprowadzić koniec żerdzi i zarazem szczyt ściany granitowej. Poczem oznaczył dokładnie to miejsce za pomocą tyczki i zwracając się do Harberta, zapytał:
— Znasz główne prawidła geometrji?
— Tak, trochę, panie Cyrus, odparł Harbert, nie chcąc się zapędzać zanadto.
— Pamiętasz więc, jakie są własności dwóch podobnych do siebie trójkątów?
— Pamiętam, odparł Harbert. Odpowiednie ich boki stoją do siebie w prostym stosunku.
— Otóż ja, moje dziecko, nakreśliłem tu dwa podobne do siebie trójkąty, oba prostokątne: bokami mniejszego są prostopadła żerdź i odległość między tyczką a podnóżem żerdzi, a podstawą jego linja pociągnięta od tyczki do górnego końca żerdzi; bokami zaś większego trójkąta są prostopadła ściana granitowa, o której wysokość nam chodzi i odległość między tyczką a podnóżem ściany granitowej, a podstawę jego także linja pociągnięta od tyczki do szczytu ściany granitowej; podstawa ta jest tylko przedłużeniem podstawy pierwszego trójkąta.
— A! teraz rozumiem; panie Cyrus! zawołał Harbert. Podobnie jak oddalenie tyczki od żerdzi stoi w prostym stosunku do oddalenia tyczki od podnóża ściany granitowej, tak samo wysokość żerdzi stoi w prostym stosunku do wysokości ściany granitowej.
— Tak jest, Harbercie, odparł inżynier, a skoro wymierzymy dwie pierwsze odległości, to, znając wysokość żerdzi, będziemy potrzebowali wykonać tylko prosty rachunek proporcji, ażeby otrzymać wysokość ściany granitowej, co nam oszczędzi trudu zwykłego mierzenia.
Obie odległości poziome zostały obliczone za pomocą tej samej żerdzi, której długość na piasku wynosiła akuratnie dziesięć stóp.
Pierwsza odległość między tyczką a punktem w którym osadzoną była żerdź, wynosiła piętnaście stóp.
Druga odległość między tyczką a podnóżem ściany granitowej wynosiła pięćset stóp.
Ukończywszy ten wymiar Cyrus z Harbertem wrócili do „dymników.“
Tu wziął Cyrus do ręki płytę kamienia łupkowego, którą przyniósł z jednej z poprzednich wycieczek, na której za pomocą zaostrzonej muszli można było kreślić cyfry i zestawił następującą proporcję:

15 : 500  =  10 : x
500 10  =  5000
  5000        
15  =  333,33.

Z tego wyniknęło, że wysokość ściany granitowej wynosiła trzysta trzydzieści trzy stóp.[20]
Następnie wziął Cyrus Smith napowrót do ręki instrument sporządzony dniem przedtem, u którego rozwarcie obu deszczułek oznaczało odległość kątową gwiazdy alfa od widnokręgu. Obliczył dokładnie rozwarcie tego kąta na obwodzie koła podzielonego na trzysta sześćdziesiąt równych części. Otóż okazało się, że kąt ten, dodawszy do niego dwadzieścia siedm stopni, oddzielających gwiazdę alfa od bieguna południowego i sprowadziwszy wysokość terasy, na której czyniono obserwację, do poziomu morza, wynosił około pięćdziesiąt trzy stopnie. Odciągnąwszy te pięćdziesiąt trzy stopnie od dziewięćdziesięciu (oddalenie bieguna od równika) pozostawało trzydzieści siedm stopni. Z tego wniósł zatem Cyrus Smith, że wyspa Lincolna położoną była pod trzydziestym siódmym stopniem szerokości południowej, a przyjmując różnicę wynikłą z powodu niedokładności obliczenia na pięć stopni, że położoną była pomiędzy trzydziestym piątym a czterdziestym równoleżnikiem.
Pozostawało jeszcze obliczyć stopień długości, aby otrzymać obie „równorzędne“ wyspy. Inżynier zamierzał to uczynić jeszcze tego samego dnia w południe, to jest w chwili, kiedy słońce przechodzić miało przez południk.
Postanowiono tę niedzielę poświęcić na przechadzkę, albo raczej na zwidzenie owej części wyspy między północnym brzegiem jeziora a zatoką Rekinów, a nawet, gdyby czas na to pozwolił, dotrzeć aż do północnego krańca przylądku Dolnej Szczęki. Miano śniadać pomiędzy wydmami i dopiero na wieczór powrócić do domu.
O godzinie wpół do dziesiątej z rana puściła się drużyna nasza brzegiem kanału. Po drugiej stronie, na wysepce Wybawienia, przechadzały się z partesem liczne gromady ptaków. Ptaki te należały do rodzaju nurków. Łatwo je poznać po niemiłym krzyku przypominającym ryk osła. Pencroff, który zapatrywał się na nie ze stanowiska czysto kuchennego, przyjął z niemałem zadowoleniem wiadomość, że mięso ich, jakkolwiek czarniawe, jest wcale smaczne.
Między innemi widać było także duże amfibje pełzające po piasku, zapewne foki, które, jak się zdawało, wysepkę tę obrały sobie za miejsce przytułku. Niepodobna było upatrywać w nich materjału na pieczyste, gdyż mięso ich pełne olejnego tłuszczu jest obrzydliwe; mimo to jednak Cyrus Smith przypatrywał się im z wielką uwagą i nie wypowiadając wyraźniej swej myśli, zapowiedział tylko towarzyszom swoim, że wkrótce przyjdzie im odwidzić wysepkę.
Brzegi, któremi szli osadnicy nasi, pokryte były nieprzeliczonem mnóstwem muszli, z których niejedne mogłyby wprawić w zachwyt miłośników malakologji. Między innemi były tam fazjanelle terebratule, trygonje i t. p. O wiele pożyteczniejsze odkrycie zrobił Nab. Wśród skał odkrytych przez odpływające właśnie morze, znalazł ogromną ławę ostryg. Miejsce to oddalone było na cztery mile od „dymników.“
— Nab ma dziś szczęśliwy dzień, zawołał Pencroff, przypatrując się temu szerokiemu stosowi ostryg.
— W istocie, jest to odkrycie nader szczęśliwe, rzekł korespondent, a jeśli to prawda, co powiadają, że każda ostryga znosi rocznie pięćdziesiąt do sześćdziesiąt tysięcy jaj, to będziemy ich mieć zapas niewyczerpany.
— Zdaje mi się tylko, że ostryga nie jest bardzo pożywną, rzekł Harbert.
— W samej rzeczy, odparł Cyrus Smith. Ostryga zawiera bardzo mało pierwiastków azotowych, a ktoś, ktoby się niemi wyłącznie chciał żywić, musiałby ich zjadać najmniej piętnaście do szesnastu tuzinów dziennie.
— Wybornie! odrzekł Pencroff. Moglibyśmy je zjadać tuzinami tuzinów zanimby nam wyszły. Gdybyśmy tu teraz zabrali ze sobą kilka na śniadanie?...
I nie czekając odpowiedzi, przewidując snać z góry aprobację, marynarz z Nabem oderwali pewną ilość tych mięczaków i włożyli takowe do siatki uplecionej przez Naba z włóknistego krzewu zwanego „hibiscus,“ a zawierającej także resztę zapasów żywności. Poczem puszczono się dalej wzdłuż wybrzeża między wydmami a morzem.
Od czasu do czasu spoglądał Cyrus Smith na zegarek, aby być gotowym na czas do obserwacji słonecznej, którą zamierzał przedsięwziąć w samo południe.
Cała ta część wyspy aż do punktu gdzie się kończyła zatoka Zjednoczonych Stanów zwanego przylądkiem Dolnej Szczęki, była suchą i jałową. Nie widać było nic, tylko piasek i muszle, a tu i ówdzie szczątki lawy. Odludne te brzegi zamieszkiwały gromady morskiego ptactwa: mewy, duże albatrosy i dzikie kaczki, które łakomstwo Pencroffa na ciężką wystawiały próbę. Próbował strzelać do nich z łuku, lecz napróżno, gdyż nie spuszczały się wcale na ziemię a w lot byłby je chybił niezawodnie.
To spowodowało marynarza do ponowienia dawniejszego swego żądania:
— Widzisz pan, panie Cyrus, rzekł, dopóki nie będziemy mieli przynajmniej jednej lub dwóch fuzyj myśliwskich, dopóty kuchnia nasza będzie zawsze cierpiała wielki niedobór.
— Bez wątpienia, Pencroff, odparł korespondent, lecz to tylko od ciebie zależy! Wystaraj się nam żelaza na armaty, stali na baterje, saletry, węgla i siarki na proch, merkurjuszu i kwasu azotowego na kapsle i ołowiu na kule, a Cyrus porobi nam strzelby najlepszego gatunku.
— O! co się tyczy owych substancyj, odparł inżynier, to nie wątpię, że znalazłyby się na wyspie. Lecz broń palna jest instrumentem nader delikatnym i wymagającym bardzo dokładnych narzędzi. Wrzeszcie, zobaczymy później.
— Trzeba-ż nam było — zawołał Pencroff — trzeba-ż nam było wyrzucić wszystką broń, jaka była w łódce, i wszystkie narzędzia, nawet scyzoryki!
— Lecz gdybyśmy ich nie byli wyrzucili, odparł Harbert, balon byłby nas wyrzucił na dno morza.
— Nie ma co mówić, masz słuszność, chłopcze! rzekł marynarz.
A po chwili przeskakując na inny przedmiot, dodał:
— Lecz wystawiam sobie, jak Jonatan Forster i jego koledzy musieli zgłupieć, gdy nazajutrz rano obaczyli, że plac pusty a maszyna poszła na cztery wiatry!
— To ostatnia rzecz, o którą bym się troszczył: co oni myśleli! — rzekł korespondent.
— A jednak to był mój pomysł! — rzekł Pencroff zadowolony.
— Piękny pomysł, Pencroff — odparł Gedeon Spilett, śmiejąc się — jemu zawdzięczamy, że tu jesteśmy!
— Wolę być tu, niż w rękach południowców! — zawołał marynarz — zwłaszcza od kiedy pan Cyrus był tak łaskaw połączyć się z nami!
— I ja także, na honor! — odparł korespondent. Zresztą czego nam tu brakuje? Niczego!
— Chyba że.... wszystkiego! — zawołał Pencroff, wybuchając śmiechem i ruszywszy swemi potężnemi ramionami. Lecz nie dziś, to zawsze kiedyś potrafimy się ztąd wydostać!
— Może nawet prędzej niż się spodziewacie, przyjaciele moi — odezwał się na to inżynier — na wypadek, jeżeli wyspa Lincolna nie zbyt daleko oddaloną jest od którego z zamieszkałych archipelagów lub od stałego lądu. Najdalej za godzinę przekonamy się o tem. Nie mam przy sobie karty Cichego Oceanu, lecz pamiętam dość wyraźnie, jak wygląda jego część południowa. Z wczorajszego obliczenia stopnia szerokości wynika, że wyspa Lincolna leży od zachodu na prost Nowej Zelandji a na wschód od brzegów Chili. Lecz oba te lądy oddziela przestrzeń najmniej sześciu tysięcy mil. Pozostaje nam więc jeszcze obliczyć, jaki punkt wśród tej olbrzymiej przestrzeni zajmuje nasza wyspa, a o tem przekonamy się niebawem, obliczywszy stopień jej długości geograficznej w dostatecznem, jak się spodziewam, przybliżeniu.
— Prawda, że pod względem stopnia szerokości najbliżej nas leży archipelag Pomotuański? zapytał Harbert.
— Tak jest — odparł inżynier — lecz zawsze oddziela nas od niego przestrzeń najmniej tysiąca dwiestu mil.
— A tam? — zapytał Nab, który z wielkiem zajęciem przysłuchiwał się rozmowie, wskazując na południe.
— Tam nie ma nic — odparł Pencroff.
— W samej rzeczy, nic — dodał inżynier.
— No, a cóż będzie — zagadnął korespondent — jeżeli wyspa Lincolna tylko na jakie dwieście lub trzysta mil oddaloną jest od Nowej Zelandji lub od brzegów Chili?
— W takim razie — odparł inżynier — zamiast budować dom, wybudujemy okręt, a pan Pencroff obejmie jego ster....
— Na honor, panie Cyrus — zawołał marynarz — gotów jestem zostać kapitanem... jeżeli pan wymyślisz sposób wybudowania takiego okrętu, któryby wytrzymał na morzu!
— Wybudujemy go, jeśli będzie potrzeba! odparł Cyrus Smith.
Podczas gdy tak gawędzili ze sobą ci ludzie, którzy zaiste nie wątpili o niczem, zbliżała się godzina przeznaczona na obserwację. Jak Cyrus, nie mając żadnego instrumentu, potrafi skonstatować przejście słońca przez południk wyspy? Tego Harbert w żaden sposób nie mógł się domyśleć.
Osadnicy nasi znajdowali się wówczas w oddaleniu sześciu mil od „dymników,“ niedaleko tych wydm, w których znaleźli inżyniera tak zagadkowym ocalonego sposobem. Zatrzymano się więc tutaj, ażeby przyrządzić śniadanie, gdyż było już w pół do dwunastej. Harbert pobiegł po słodką wodę do pobliskiego strumyka i przyniósł ją w dzbanku, który Nab wziął ze sobą.
Podczas tego Cyrus Smith rozpoczął przygotowania do swej obserwacji astronomicznej. Wybrał ku temu na wybrzeżu miejsce czyste i równe, które morze odpływające wygładziło było zupełnie. Ta piasczysta równina była gładką jak lód, zdawało się, iż żadne ziarnko piasku nie wystawało po nad drugie. Zresztą mało zależało na tem, czyli płaszczyzna ta była całkiem poziomą lub nie, podobnie jak obojętnem było także, czyli tyka na sześć stóp długa, którą osadził w piasku, wznosiła się pionowo. Przeciwnie, inżynier pochylił ją nieco ku południowi t. j. w stronę przeciwną od słońca, nie zapominajmy bowiem, że dla osadników wyspy Lincolna, przez to, że wyspa położoną była na półkuli południowej, słońce opisywało swój łuk dzienny ponad widnokręgiem północnym a nie południowym.
Wtedy dopiero zrozumiał Harbert, jakim sposobem miał Cyrus zbadać punkt kulminacyjny słońca, t. j. przejście jego przez południk wyspy, czyli innemi słowami: stronę południową miejsca, w którem się znajdowali. Miało się to stać za pomocą cienia, który tyka rzucała na piasek. Środek ten, w braku dokładniejszych instrumentów, był w stanie w znacznem przybliżeniu dać rezultat, o który tu chodziło.
W istocie, w chwili, w którejby cień osiągnął minimum swej długości, musiało być samo południe, dość więc było śledzić bacznie koniec cienia, ażeby uchwycić moment, w którymby cień po ciągłem skrócaniu się, począł się na nowo przedłużać. Nachylając tykę ku południowi zwiększył Cyrus Smith długość cienia, przez co łatwiej było śledzić wszystkie jego zmiany. W istocie bowiem, czem dłuższą jest wskazówka na zegarze, tem snadniej śledzić jej poruszenia. Cień tyki był tem samem, czem wskazówka na zegarze.
Gdy sądził, że nadeszła chwila stosowna ukląkł Cyrus Smith na piasku i za pomocą drewnianych kołków, które wtykał w piasek, począł oznaczać stopniowe skrócanie się cienia tyki. Dokoła niego zgromadzili się towarzysze, przypatrując się temu postępowaniu z największą uwagą.
Korespondent trzymał w pogotowiu swój chronometr, ażeby oznaczyć dokładnie godzinę, w której cień będzie najkrótszym. Wspomnimy tu nawiasem, że był to właśnie 16ty kwietnia, w którym to dniu czas istotny schodzi się z czasem średnim, godzina zatem oznaczona przez Gedeona Spiletta musiała być ta sama, co w Waszyngtonie, co wielce miało ułatwić obliczenie.
Tymczasem słońce posuwało się z wolna; cień tyki skrócał się coraz bardziej, aż wreszcie w chwili, kiedy się Cyrusowi wydawało, że począł wzrastać na nowo, zapytał:
— Która godzina?
— Piąta i jedna minuta — odpowiedział natychmiast Gedeon Spilett.
Nie pozostawało więc nic, jak przystąpić odrazu do obrachunku. Był to rachunek bardzo prosty. Różnica między południkiem Waszyngtonu a południkiem wyspy wynosiła, jak widzimy, okrągłą cyfrę pięciu godzin, to znaczy, że na wyspie Lincolna było południe wtedy, gdy w Waszyngtonie była już godzina piąta z wieczora. Otóż słońce w swym pozornym biegu na około ziemi przebiega jeden stopień co cztery minuty, czyli piętnaście stopni co godzina. Piętnaście stopni pomnożone przez pięć godzin dają siedmdziesiąt pięć stopni.
Ponieważ zaś Waszyngton leży pod 77° 3′ 11″, czyli okrągło pod siedmdziesiątym siódmym stopniem licząc od południka Greenwich, który Amerykanie wspólnie z Anglikami przyjmują za punkt, od którego rozpoczynają liczyć stopnie długości geograficznej — zatem wynikło z tego, że wyspa położoną była w oddaleniu siedmdziesiąt siedmiu stopni więcej siedmdziesiąt pięć stopni na zachód od południka Greenwich, to znaczy pod setnym pięćdziesiątym drugim stopniem szerokości zachodniej.
Cyrus Smith obwieścił ten rezultat obliczeń swoich towarzyszom, biorąc przytem w rachubę, podobnie jak to uczynił przy obliczaniu stopnia szerokości, możebne niedokładności i usterki obserwacji. W skutek więc tych obliczeń swoich mógł twierdzić dość stanowczo, że wyspa Lincolna położoną była między trzydziestym piątym a trzydziestym siódmym równoleżnikiem, jakoteż między setnym pięćdziesiątym a setnym pięćdziesiątym piątym południkiem na zachód od południka Greenwich.
Zboczenie wynikłe z niedokładności obserwacji mogło, jak widzimy, wynosić po pięć stopni w obu kierunkach, co licząc sześćdziesiąt mil na stopień, przedstawiało różnicę trzystu mil tak na szerokość jak i na długość.
Różnica ta jednak nie mogła w żaden sposób wpłynąć na zamiary naszych osadników. Widocznem było, że wyspa Lincolna tak odległą była od wszelkiego lądu lub archipelagu, że szaleństwem by było odważyć się na tak daleką żeglugę w prostej, kruchej łodzi.
W istocie obliczenia inżyniera okazały, że oddzielało ją od Taiti i wysp archipelagu Pomotuańskiego najmniej tysiąc dwieście mil, od Nowej Irlandji przeszło tysiąc ośmset mil, a od wybrzeży amerykańskich około czterech tysięcy pięćset mil!
Lecz Cyrus Smith pomimo całego wytężenia pamięci, nie mógł sobie w żaden sposób przypomnieć, by w tej części Cichego Oceanu znajdowała się jakakolwiek wyspa w miejscu, jakie według jego obliczeń zajmować miała wyspa Lincolna.






(Zapada uchwała przezimowania na wyspie Lincolna. — Kwestja metalurgiczna. — Wycieczka na wysepkę Ocalenia. — Polowanie na foki. — Schwytanie „echidny.“ — „Leniwiec.“ — Tak zwana metoda katalańska. — Fabrykacja żelaza. — Jakim sposobem otrzymuje się stal.)

Nazajutrz, dnia 17. kwietnia, pierwsze słowa, które marynarz wyrzekł do Gedeona Spiletta, były:
— Czem-że dziś będziemy, panie Spilett?
— Tem, czem się Cyrusowi podoba nas mieć, odparł korespondent.
Dotychczas byli ceglarzami i garncarzami, teraz przypadło im z kolei zostać metalurgami.
Dnia poprzedzającego, po śniadaniu, dotarli byli aż do samego końca przylądka „Obu szczęk,“ który oddalony był o siedm mil od „dymników.“ Tam kończył się szereg wydm piasczystych, a ziemia przybierała kształty wulkaniczne. Nie było tam ścian tak wysokich jak n. p. Wielka Terasa, lecz za to rąbek dziwacznych, fantastycznych skał otaczał dokoła tę wąską zatokę, ujętą między dwa przylądki, składające się z mas kruszcowych, które wulkan za siebie wyrzucił. Przybywszy do tego punktu, osadnicy nasi tą samą drogą ruszyli z powrotem i z zapadającą nocą przybyli do „dymników.“ Nie pierwej jednak udali się na spoczynek, aż stanowczo rozstrzygniętą została kwestja: czy należało opuścić wyspę Lincolna, czy nie.
Nie mała przestrzeń, bo około tysiąc dwieście mil oddzielała wyspę od archipelagu Pomotuańskiego. Niepodobna było przebyć ją łodzią zwłaszcza podczas zimowych burz. Oświadczył to stanowczo Pencroff. Wybudować zwykłą łódź, mając nawet pod ręką wszystkie potrzebne do tego narzędzia, było zadaniem niemałem. Lecz osadnicy nasi nie posiadali tych narzędzi, trzeba więc było zaczynać od kucia młotów, siekier, toporków, piłek, świdrów, heblów itp. co wymagało pewnego czasu. Postanowili zatem stanowczo przezimować na wyspie Lincolna i wyszukać sobie na zimę mieszkanie stosowniejsze od „dymników.“
Przedewszystkiem należało zużytkować owe kruszcowe pokłady, które inżynier zauważył w północno-zachodniej stronie wyspy i przemienić ten kruszec bądź w żelazo, bądź też w stal.
Ziemia nie zawiera zwyczajnie kruszców w stanie zupełnie czystym. Po większej części posiadają one przymieszkę kwasorodu lub siarki. I właśnie owe dwa okazy, które Cyrus zabrał był ze sobą, były: jeden z nich żelazem magnesowem bez przymieszki węgla, a drugi pirytem, czyli siarczanem żelaza. Pierwszy więc z nich był niedokwasem żelaza, który należało odkwasić za pomocą węgla, to znaczy uwolnić od kwasorodu, ażeby go przywieść do zupełnej czystości. Odkwaszenie to odbywa się tym sposobem, iż wystawia się kruszec, domieszawszy doń węgla, na bardzo wysoką temperaturę, bądź to za pomocą szybkiej i łatwej „metody katalańskiej,“ posiadającej tę korzyść, że za jedną operacją przemienia kruszec odrazu w żelazo, bądź też metodą wysokich piecyków, przy której kruszec zmienia się naprzód w przetop żelaza, a potem dopiero ten przetop w czyste żelazo, przyczem ulatniają się owe trzy lub cztery odsetki zmięszanego z nim węgla.
Lecz czegoż potrzeba było Cyrusowi? Oto czystego żelaza a nie przetopu, postanowił zatem zastosować szybszą metodę odkwaszenia. Zresztą minerał znaleziony przez niego był sam z siebie bardzo czysty i bardzo bogaty w cząstki żelaza. Był to ów gatunek kruszcu oksydowanego, znajdującego się w wielkich masach ciemno-popielatej barwy, który daje pył czarny, posiada kryształki kształtu regularnych ośmiościanów, jest naturalnym magnesem i służy w Europie do fabrykowania owego żelaza najpierwszej próby, w które tak obfitują Szwecja i Norwegja. Niedaleko tych pokładów znajdowały się pokłady węgla ziemnego, które eksploatowali już nasi osadnicy. To ułatwiało niezmiernie proces przetapiania kruszcu, gdyż pierwiastki potrzebne do tego znajdowały się pod ręką. Ta to okoliczność właśnie jest powodem tak bogatej eksploatacji w Królestwach Zjednoczonych, gdzie w tym samym czasie i w tem samem miejscu wykopuje się węgiel ziemny i przetapia go się w kruszec.
— A zatem, panie Cyrus — odezwał się Pencroff — zabierzemy się teraz do rudy żelaznej?
— Tak jest, przyjacielu — odparł inżynier — i dla tego rozpoczniemy (czemu zapewne nie rad nie będziesz) od polowania na foki na wysepce.
— Od polowania na foki! — zawołał marynarz zwracając się do Gedeona Spiletta. Więc do fabrykowania żelaza potrzeba fok?
— Oczywiście, skoro Cyrus tak twierdzi, odparł korespondent.
Tymczasem inżynier wyszedł już z „dymników“ a Pencroff przygotował się do polowania na foki, nie otrzymawszy innego wyjaśnienia.
Niebawem Cyrus Smith, Harbert, Gedeon Spilett, Nab i marynarz zgromadzili się nad brzegiem morza, w miejscu gdzie w czasie odpływu istniał rodzaj brodu. A że była to właśnie chwila największego odpływu, więc myśliwi nasi przeszli cały kanał, nie brodząc w wodzie wyżej jak po kolana.
Cyrus Smith dotknął więc stopą po raz pierwszy wysepki, a towarzysze jego po raz drugi, gdyż jak wiemy, na tę wysepkę wyrzucił ich pierwotnie balon.
Gdy wyszli na brzeg, setki pingwinów przypatrywały się im spokojnie. Mogli byli z łatwością ubić mnóstwo tych ptaków kijami, lecz rozbój taki byłby bez żadnej dla nich korzyści, chodziło bowiem o to, ażeby nie spłoszyć fok leżących w piasku w oddaleniu kilkuset sążni. Z tego powodu oszczędzali także i „manszoty,“ bardzo niewinny gatunek ptaków, których skrzydła zwinięte płaszczą się w kształcie płetw obrąbionych piórami podobnemi do łusek.
Osadnicy nasi postępowali ostrożnie naprzód ku północnemu krańcowi wysepki. Ziemia, po której szli, pokrytą była cała małemi rozpadlinami, w których gnieździło się ptactwo wodne. Na krańcu wysepki widać było duże czarne punkta pływające po wierzchu wody. Rzekłbyś, że to głowy skał poruszających się w morzu.
Były to foki, cel ich łowów. Trzeba było czekać, aż wypłyną na brzeg, gdyż wąskie ich tyły, sierść krótka a gęsta i kształt wrzecionowaty, dodawszy do tego, że są wybornymi pływakami, utrudniają niezmiernie połów na nie w morzu, podczas gdy na lądzie z powodu krótkich płetwowatych nóg dość powoli tylko są w stanie się czołgać.
Pencroff znał ich zwyczaje i radził czekać, aż rozciągną się na piasku, gdzie promienie słoneczne ukołyszą je niebawem w głęboki sen. Myśliwi nasi postanowili zatem odciąć im odwrót od morza i uderzyć na nie z przodu.
Pochowali się więc po za skałami wybrzeża czekając w największej cichości.
Minęła godzina, zanim foki wylazły na brzeg poigrać w piasku. Naliczyli ich pół tuzina. Wtedy Pencroff z Harbertem odłączyli się od reszty drużyny, ażeby obejść dokoła kraniec wysepki, wziąść foki we dwa ognie i odciąć im drogę od morza. Podczas tego Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Nab, czołgając się wzdłuż skał, podkradali się ku przyszłej widowni boju.
Nagle wynurzyła się z za skał sążnista postać marynarza. Pencroff wydał głośny okrzyk. Inżynier ze swymi dwoma towarzyszami rzucili się czemprędzej pomiędzy morze a foki. Dwie sztuki padły trupem na piasku pod silnem uderzeniem kija, lecz reszta zdołała dobiedz do brzegu i dostać się na pełne morze.
— Oto są foki, których pan potrzebowałeś! — odezwał się marynarz podchodząc do inżyniera.
— Dobrze — odparł Cyrus Smith. — Będą z nich miechy do huty żelaznej!
— Miechy! — zawołał Penroff. — Szczęśliwe foki!
W istocie zamierzał inżynier porobić ze skór tych zwierząt rodzaj miechów niezbędnych przy topieniu kruszcu. Zwierzęta te były średniej wielkości, gdyż długość ich nie przenosiła sześciu stóp, a z głowy podobne były do psów.
Ażeby nie obciążać się niepotrzebnie takim ciężarem, postanowili Nab z Pencroffem ściągnąć ze zwierząt skóry na miejscu. Podczas tego Cyrus Smith z korespondentem mieli zwiedzić resztę wysepki.
Marynarz i murzyn wywiązali się ze swego zadania nader zręcznie, i w trzy godziny później rozporządzał Cyrus dwiema skórami fok, które, jak sądził, dadzą się zużytkować i bez garbowania.
Osadnicy musieli zaczekać aż morze znów opadnie, poczem przeszedłszy w bród kanał, powrócili do „dymników.“
Nie mało kosztowało ich pracy i trudu, rozpiąć te skóry na drewnianych ramach, ażeby się rozciągnęły, a następnie pozszywać je za pomocą włókien, tak ażeby módz je napełniać powietrzem i żeby się takowe zbyt nie ulatniało. Kilkakrotnie musieli rozpoczynać robotę na nowo. Cyrus Smith posiadał za całe narzędzie owe dwa kawałki zaostrzonej stali zrobione z obroży Topa, mimo to jednak dzięki jego własnej zręczności i rozumnej pomocy jego towarzyszy, warstat naszej małej osady powiększył się w trzy dni później o jeden miech, którego przeznaczeniem było poddmuchiwać żar topiącego się kruszcu, co jest niezbędnym warunkiem powodzenia tej operacji.
Dnia 20. kwietnia od rana rozpoczęła się „epoka metalurgiczna,“ jak ją nazwał korespondent w swych zapiskach. Inżynier postanowił, jak wiemy, założyć swą fabrykę na samych-że pokładach węgla ziemnego i kruszcu. Pokłady te ciągnęły się, podług jego badania, u spodu północno-wschodnich stoków góry Franklina, to jest w odległości sześciu mil. Nie podobna więc było ani myśleć o tem, ażeby co wieczora powracać do „dymników.“ Postanowiono przeto koczować pod szałasem wyplecionym z gałęzi, tak ażeby ważna ta robota trwała bez przestanku dzień i noc.
Uchwaliwszy ten projekt, ruszyli rankiem w drogę. Nab z Pencroffem dźwigali plecionkę, na której złożono ów miech, tudzież pewną ilość zapasów roślinnych i zwierzęcych, które miano powiększyć w drodze.
Puścili się prosto przez las jakamarowy, na wskos od południowo-wschodniej ku północno-zachodniej stronie, przez największą gęstwinę. Potrzeba było przebojem torować sobie drogę, która na przyszłość miała stanowić najbliższą komunikację między Wielką Terasą a górą Franklina. Drzewa należały do znanych już gatunków i były przepyszne. Harbert odkrył jeszcze kilka nowych gatunków, między innemi pewne drzewo żywiczne, o którem wyraził się Pencroff, że „udaje pora,“ pomimo bowiem swego twardego pnia należało do tego samego rodzaju „liljaceów,“ co cebula, czosnek, szalotka lub szparagi. Drzewo to posiada korzonki, które, gdy ugotowane, mają smak wyborny, a gdy się im pozwoli przez czas jakiś fermentować, dają trunek bardzo przyjemny. Zaopatrzono się więc niemi obficie.
Droga przez las była długą i uciążliwą. Trwała dzień cały, lecz za to można się było dokładnie przypatrzyć jego florze i faunie. Top zajęty był specjalnie fauną, biegał między zarośla i krzaki i wypłaszał każdą bez różnicę zwierzynę. Harbert i Gedeon Spilett ubili z łuków dwa „kangury“ i jedno zwierzątko podobne bardzo do jeża i do mrówkojada. Do pierwszego tem, że się zwijało w kłębek i najeżało kolcami, do drugiego zaś tem, że miało pazury jakby do wydrapywania ziemi, pyszczek długi i śpiczasty, zakończony ptasim dziobem i język elastyczny, otoczony dokoła drobnemi kolcami, któremi przytrzymuje owady.
— A w garnku do czego będzie podobnym? zapytał oczywiście zaraz Pencroff.
— Do kawałka wybornej wołowiny — odparł Harbert.
— Niczego więcej od niego nie wymagamy, odrzekł marynarz.
Podczas tej wyprawy spostrzegli kilka odyńców, które jednak nie myślały bynajmniej zaczepiać drużyny myśliwskiej i już zdawało się, że nie było się czego obawiać spotkania z niebezpiecznemi bestjami, gdy wtem, wśród zbitej gąszczy, ujrzał korespondent na kilka kroków od siebie na dolnych gałęziach drzewa zawisłe zwierzę, które wziął za niedźwiedzia i począł je spokojnie odrysowywać. Szczęściem jednak dla Gedeona Spiletta, zwierzę to nie należało wcale do owego niebezpiecznego rodzaju płaskonogich. Był to tylko „kula,“ bardziej znany pod nazwiskiem „leniwca,“ posiadał wzrost dużego psa, sierść najeżoną brudnego koloru, łapy uzbrojone silnemi pazurami, co mu ułatwia łażenie po drzewach i żywienie się liśćmi. Stwierdziwszy tożsamość tego zwierzęcia, nie przerywając mu jego zatrudnienia, Gedeon Spilett przemazał napis swojego rysunku: „niedźwiedź,“ napisał natomiast „kula,“ poczem ruszono dalej.
O godzinie piątej z wieczora Cyrus Smith dał znak do popasu. Znajdowali się wówczas już po za obrębem lasu, u podnóża olbrzymich pasm bocznych, które od wschodu zdawały się podpierać górę Franklina. Kilkaset kroków ztamtąd płynął Czerwony Potok, niedaleko więc była woda do picia.
Urządzono natychmiast koczowisko. W niespełna godzinę stanął na kraju lasu, pomiędzy drzewami szałas z gałęzi i wikliny, wylepiony glinką, który dawał dostateczne schronienie. Poszukiwania geologiczne odłożono do dnia następnego. Ugotowano wieczerzę, rozpalono jasny ogień przed szałasem, przy którym kręcił się rożen i o godzinie ósmej, podczas gdy jeden z osadników czuwał, by podtrzymywać ogień na wypadek, jeśliby jakie niebezpieczne bestje wałęsały się w pobliżu, reszta spała snem twardym.
Nazajutrz, dnia 21. kwietnia, Cyrus Smith udał się w towarzystwie Harberta odszukać owe starożytne pokłady ziemi, w których znalazł był już jeden okaz mineralny. Pokłady te napotkał na powierzchni ziemi, prawie u samego źródła Czerwonego Potoku, u podnóża jednego z północno-wschodnich poprzecznych pasm góry Franklina. Kruszec ten nader bogaty w składniki żelaza, zamknięty w rudzie łatwo topniejącej, nadawał się wybornie do metody, jaką inżynier zamierzał doń zastosować, mianowicie do metody katalańskiej, tylko nieco uproszczonej, używanej pospolicie na wyspie Korsyce.
Czysta metoda katalańska wymaga bowiem pieców i tyglów, w których kruszec przekładany kolejno warstwami węgla przetapia się i oczyszcza. Lecz Cyrus Smith chciał oszczędzić sobie tych przyrządów i budowli, ustawić po prostu z kruszcu i węgla duży stos sześcienny i w środek jego wypuszczać z miecha prądy powietrza. Metody tej używał niezawodnie jeszcze Tubalkain i pierwsi metalurgiści zamieszkałego świata. Otóż co się udało wnukowi Adama, co nawet w okolicach obfitujących w kruszec i paliwo wydawało pomyślne rezultata, musiało także powieść się w tych okolicznościach, w jakich znajdowali się osadnicy wyspy Lincolna.
Podobnie jak kruszcu uzbierali także i węgla w pobliżu, na powierzchni ziemi. Naprzód potłukli ten kruszec na drobne kawałki i oczyścili go z wierzchu rękami z rozmaitych naleciałości. Następnie ułożyli ten kruszec i węgiel kolejno warstwami w stos — jak to czynią z drzewem przy zwęglaniu go. Tym sposobem pod wpływem powietrza puszczanego miechem, węgiel miał zamienić się w kwas węglowy a następnie w niedokwas węgla, którego przeznaczeniem było wypędzić niedokwas z żelaza, czyli uwolnić je od tlenu.
W ten sposób postępował inżynier. Miech ze skór fok uszyty, zaopatrzony na końcu rurką z niepodatnej ziemi, przyrządzonej wprzód w piecu garncarskim, ustawiono tuż przy stosie kruszcu. Poruszany za pomocą mechanizmu, składającego się z drewnianej oprawy, z włóknowych powrozów i z przeciwwagi rzucał w stos masę powietrza, które podnosząc temperaturę, przyczyniało się także do chemicznego przetworu, mającego dać czyste żelazo.
Trudne to było przedsięwzięcie, i trzeba było tej cierpliwości i tego sprytu, jaki posiadali osadnicy nasi, ażeby je doprowadzić do pożądanego skutku. W końcu jednak udało się przecież, a namacalnym rezultatem jego była bryła żelaza, wyglądająca jak gąbka, którą trzeba było dopiero wydusić i ubić, to jest po prostu wykuć, ażeby oczyścić ją z płynnej rudy. Oczywiście jednak brakowało naszym improwizowanym kowalom pierwszego młota. Koniec końcem znajdowali się w tem samem położeniu, co pierwszy metalurgista, postąpili więc tak samo, jak on postąpić musiał.
Pierwsza bryła osadzona w drewniany trzonek posłużyła za młot do wykucia drugiej na granitowem kowadle. Tym sposobem otrzymali żelazo wprawdzie poślednie, lecz zawsze przydatne.
Wreszcie po tylu usiłowaniach i trudach udało im się d. 25. kwietnia ukuć kilka sztab żelaznych i potworzyć z nich rozmaite narzędzia, jak obcęgi, kleszcze, kilofy, motyki itp. które Pencroff i Nab uważali za istne cacka.
Kruszec ten jednak nie jako czyste żelazo, lecz jako stal mógł osadnikom największą przynieść pożytek. Otóż stal jest kombinacją żelaza i węgla, którą wytwarza się bądź z przetopu, ujmując mu nadwyżkę zawartego w nim węgla, bądź też z żelaza, dodając mu brakującego węgla. Kombinacja pierwszego rodzaju, wytworzona przez odwęglenie przetopu daje stal naturalną, kombinacja zaś drugiego rodzaju, dokonana zapomocą dowęglenia żelaza, daje stal cementowaną.
Ten ostatni rodzaj najbardziej nadawał się Cyrusowi, ponieważ posiadał żelazo czyste. Dokonał zaś tego ogrzewając kruszec z węglem roztłuczonym na proch w tygielku ulepionym z niepodatnej ziemi.
Następnie stal tę, dającą się na zimno i na gorąco giąć i płaszczyć dowolnie, obrobił porządnie młotem. Nab i Pencroff pod światłem kierownictwem inżyniera sporządzili kilka żeleźców do siekier, które rozpalone do czerwoności a potem raptownie zanurzone w zimną wodę, nabrały przedziwnego hartu.
Tym samym sposobem sporządzili także inne narzędzia, oczywiście kształtów nie zbyt wykwintnych, jak klingi do heblów, siekiery, toporki, cienkie klingi stalowe, które miały być później przerobione na piły, dłuta ciesielskie, żeleźca do motyk, rydle, kilofy, młoty, ćwieki itp.
Wreszcie d. 5. maja zakończyła się pierwsza epoka metalurgiczna, kowale nasi powrócili do „dymników.“ Nowe prace miały ich wkrótce pasować do nowych zawodów.






ROZDZIAŁ XVI.
(Kwestja mieszkania przychodzi znowu na stół. — Fantastyczne projekta Pencroffa. — Wycieczka do północnych brzegów jeziora. — Północna krawędź Wielkiej Terasy. — Węże. — Brzegi jeziora. — Niepokój Topa. — Top wskakuje do wody. — Walka podwodna. — „Dugong.“)

Był to właśnie 6. maja który to dzień na półkuli północnej odpowiada 6. listopadowi. Niebo od kilku dni było zachmurzone, należało więc pomyśleć o sposobie przezimowania. Wprawdzie temperatura nie obniżyła się była jeszcze bardzo znacznie, a ciepłomierz Celsjusza przeniesiony na wyspę Lincolna byłby wskazywał między dziesięcioma a dwunastoma stopniami powyżej zera.
Wysokość tej średnicy nie powinna dziwić nikogo, ponieważ wyspa Lincolna położona prawdopodobne między trzydziestym piątym a czterdziestym równoleżnikiem, powinna była pod względem klimatycznym zajmować na półkuli południowej to samo stanowisko, co Sycylja lub Grecja na półkuli północnej. Lecz podobnie jak Grecja lub Sycylja wystawione są na przenikliwe zimno, które sprowadza nieraz śnieg i mróz, tak samo i na wyspie Lincolna nie można było wątpić, że w czasach najostrzejszej zimy obniży się nieco temperatura, przeciw czemu trzeba się było z góry zaopatrzyć.
Na wszelki wypadek jeśli nie groziły jeszcze mrozy, to niedaleką była pora deszczowa, a na tej wyspie odludnej, wystawionej na słoty i burze, wśród rozhukanego Oceanu, burze musiały być częste i straszne.
Należało więc na serjo rozważyć i rozstrzygnąć niezwłocznie kwestję wyśledzenia mieszkania odpowiedniejszego od „dymników.“
Pencroff miał oczywiście pewną słabość dla mieszkania, które sam wyszukał, mimo to jednak zgadzał się na to, że trzeba było wynaleźć inne. I tak już raz morze nawidziło było „dymniki,“ jak to sobie przypomnimy z poprzedniego opowiadania, nie podobna więc było narażać się na powtórny taki wypadek.
— A wreszcie, dodał Cyrus Smith, który tego dnia rozprawiał o tem ze swoimi towarzyszami, trzeba nam przedsięwziąć pewne środki ostrożności.
— A to czemu? zagadnął korespondent, wszak wyspa nie jest zamieszkałą.
— Być może, odparł inżynier, nie zwidziliśmy jednak jeszcze jej części środkowej. Lecz chociażbyśmy nawet nie napotkali ludzi, lękałbym się dzikich zwierząt. Musimy więc ubezpieczyć się przed ich możliwą napaścią, inaczej co noc musiałby jeden z nas czuwać przy rozpalonem ognisku. A wreszcie, przyjaciele moi, trzeba nam wszystko przewidzieć. Znajdujemy się w tej części Cichego Oceanu, którą nawiedzają często rozbójnicy malajscy.
— Jakto, odezwał się Harbert, w takiem oddaleniu od wszelkiego kawałka ziemi?
— Tak jest, moje dziecię, odparł inżynier. Rozbójnicy ci są równie śmiałymi marynarzami jak niebezpiecznymi złoczyńcami, musimy się zatem mieć przed nimi na baczności.
— Dobrze więc, odparł Pencroff, obwarujemy się tu przed dzikimi jak borsuki w jamach. Lecz czy nie byłoby dobrze, panie Cyrus, zejść wprzód całą wyspę, zanim poweźniemy jakieś postanowienie?
— Toby było lepiej, dodał Gedeon Spilett. Kto wie czy na przeciwległem wybrzeżu nie znajdziemy takiej jaskini, z której daremnie szukaliśmy tutaj?
— To prawda, odrzekł inżynier, lecz nie zapominajcie o tem, przyjaciele moi, że musimy zamieszkać koniecznie w pobliżu wody słodkiej, i że patrząc z góry Franklina, nie dostrzegliśmy na zachodzie żadnego strumienia ani rzeki. Tu przeciwnie mamy po jednej stronie Dziękczynną a po drugiej jezioro Granta, jest to korzyść wielka, której nie należy lekceważyć. A przytem, wybrzeże to położone na wschód, mniej od tamtego wystawione jest na pojedyńcze wichry północno-zachodnie panujące na tej półkuli.
— A zatem, mości Cyrus, odezwał się marynarz, wybudujemy dom nad brzegiem jeziora. Wszak nie brak nam teraz ani cegieł, ani narzędzi. Byliśmy już ceglarzami, gancarzami, giserami, kowalami, to u licha potrafimy także zostać murarzami!
— Zapewne, mój przyjacielu, lecz zanim się na to zdecydujemy, trzeba wprzód szukać. Mieszkanie, któregoby nam udzieliła darmo sama przyroda, oszczędziłoby nam nie mało trudów i użyczyłoby nam niezawodnie daleko bezpieczniejszego schronienia, gdyż chroniłoby nas równie skutecznie przed wewnętrznymi nieprzyjaciołmi jak i przed zewnętrznymi.
— Bez wątpienia, Cyrusie, odparł korespondent, lecz wszakże przeszukaliśmy już najstaranniej wszystkie kolosy granitowe tego wybrzeża, i nie znaleźliśmy nigdzie ani dziury żadnej, ani nawet szczeliny.
— Ani jednej! dodał Pencroff. A gdybyśmy też wyżłobili sobie mieszkanie w tej ścianie granitowej, na pewnej wysokości, tak by niebyło doń z nikąd przystępu; o, to by było wyśmienicie! Ja to już ztąd widzę tam, w tej facjacie od strony morza, pięć lub sześć pokojów.
— Z oknami, któreby je oświetlały! zawołał śmiejąc się Harbert.
— I ze schodami, któremi by się do nich właziło! dodał Nab.
— Śmiejcie się, zawołał marynarz, i czego? Czy projekt mój mieści w sobie co niemożliwego? Alboż nie mamy kilofów i motyk? Albo pan Cyrus nie potrafi sfabrykować nam prochu, którym porozsadzamy te skały? Prawda, Panie Cyrus, że sfabrykujesz pan proch, jeśli nam go będzie potrzeba?
Cyrus Smith przysłuchiwał się tym fantastycznym nieco projektom entuzjasty Pencroffa. Rozsadzić te masy granitowe nawet za pomocą min prochowych, było pracą prawdziwie herkulesową i zaiste należało ubolewać, że przyroda sama nie uskuteczniła bodaj najuciążliwszej jej części. Inżynier jednak za całą odpowiedź na zapytanie marynarza, zaproponował tylko, ażeby dokładniej jeszcze zbadać ścianę granitową, począwszy od ujścia rzeki aż do jej północnego krawędzia.
Przedsięwzięto więc ścisłe poszukiwania na długość blisko dwóch mil. Lecz zbita wszędzie i gładka ściana nie przedstawiała nigdzie najmniejszego wydrążenia. Co się tyczy gniazd skalnych gołębi okrążających jej szczyt, to były to poprostu dziury wyżłobione na samym jej szczycie i wyszarpane z krawędzi.
Przykra, była to zaiste okoliczność, a o tem, by bądź to zapomocą kilofa, bądź też min prochowych, spowodować w tej masie granitowej dostateczne wydrążenie, i myśleć nie można było. Przypadek tylko zdarzył, że Pencroff wynalazł właśnie jedyne w całej tej części wybrzeża miejsce, mogące nastręczyć chwilowe schronienie, a miejscem tem były „dymniki,“ które teraz trzeba było porzucić.
Ukończywszy swe poszukiwania, znaleźli się osadnicy nasi u północnej krawędzi ściany granitowej, gdzie takowa przechodziła w podłużną spadzistość, ginącą zwolna wśród piasczystego wybrzeża. Począwszy od tego miejsca aż do ostatecznej zachodniej kończyny, ściana ta zmieniała się w rodzaj szańca utworzonego z nagromadzonych stosów kamieni, ziemi i piasku, przeplatanego tu i owdzie krzewami, drzewkami i zaroślami, którego pochyłość wynosiła tylko czterdzieści pięć stopni. Miejscami przebijały jeszcze z tego rodzaju kurtyny ostre zęby granitu. Grupy drzew wznosiły się na stokach pokrytych dość gęstym kobiercem z zarośli. Lecz tu kończyła się wszelka roślinność i od podnóża szańca wlokła się długa piaszczysta równina aż do samego wybrzeża.
Cyrus Smith sądził nie bez podstawy, że z tej strony właśnie powinien się znajdować upust wody z jeziora, w kształcie kaskady. W istocie nadmiar wody nadpływającej ustawicznie z Czerwonego Potoku musiał koniecznie którędyś wyciekać. Owóż odpływu tego nie mógł znaleźć inżynier na żadnym ze zwidzanych już brzegów, to jest począwszy od ujścia potoku, na zachód aż do Wielkiej Terasy.
Inżynier zaproponował zatem towarzyszom swoim wdrapać się na szczyt tego szańca, któremu się właśnie przypatrywali i wrócić po jego grzbiecie do „dymników“, zwidziwszy po drodze północne i wschodnie brzegi jeziora.
Propozycja ta została jednomyślnie przyjętą i w kilka minut później Harbert z Nabem stanęli na szczycie szańca, a za nimi poważnym krokiem zdążali Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Pencroff.
O dwieście kroków ztamtąd, przez gałęzie drzew połyskiwała w słonecznych promieniach wspaniała szyba wodna. Krajobraz w tem miejscu był cudowny. Drzewa z żółtawą nieco barwą liści, w czarownych porozstawiane grupach zachwycały oko. Tu i owdzie pnie sędziwych drzew powalonych pod ciosami wieków, odbijały swą korą czarniawą od świeżej zieloności. Tam rozlegał się świergot hałaśliwych kakatoisów, które jak żyjące iskierki pryzmatyczne skakały z gałęzi na gałąź. Rzekłbyś, że to promień słońca przedzierając się przez tkaninę gałęzi, rozprysnął się w barwy tęczowe.
Osadnicy nasi, zamiast udać się wprost ku północnym brzegom jeziora obchodzili kołem po wierzchołkach szańca, tak, ażeby dostać się lewym brzegiem Czerwonego Potoku do jego ujścia. Tym sposobem okrążali koło wynoszące najwyżej półtora mili. Droga była łatwa, drzewa bowiem porozrzucane z rzadka pozostawiały dość wolnego przejścia. Widocznie tu kończyła się strefa urodzajna a roślinność była tu mniej obfitą niżeli w całym paśmie kraju położonem między Czerwonym Potokiem a Dziękczynną.
Cyrus Smith i jego towarzysze postępowali ostrożnie po tej nieznanej sobie ziemi. Łuki, strzały i kije okute w żelazo stanowiły całe ich uzbrojenie. Nie spotkali jednak żadnego zwierza, snać wszystka zwierzyna kryła się po gęstych lasach rozpościerających się na południe. Niemiłą jednak wcale było dla nich niespodzianką, gdy ujrzeli nagle Topa, stojącego nad potężnym wężem, mającym czternaście do piętnastu stóp długości. Nab jednym uderzeniem kija zabił go na miejscu. Cyrus Smith oglądnął tę gadzinę i oświadczył, że nie jest jadowitą i że należy do rodzaju t. z. „djamantników“, któremi żywią się dzicy w Nowej Galji na południu. Łatwo jednak można było napotkać inne gady, których ukąszenie jest śmiertelne, naprzykład salamandry z rosochatemi ogonami, które zwijają się niespodzianie kłębem z po pod nóg, lub owe węże skrzydlate z dwoma rożkami nadającemi im rączość niepospolitą. Top, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, rozpoczął walkę z gadami z zaciekłością wzbudzającą uzasadnione o niego obawy. Pan jego przywoływał go nieustannie.
Niebawem dotarli do ujścia Czerwonego Potoku, w miejscu, gdzie tenże wpadał do jeziora. Na przeciwległym brzegu poznali osadnicy nasi okolicę, którą już byli zwidzili, spuściwszy się z góry Franklina. Cyrus Smith przekonał się, że przypływ wody był dość znaczny, nie podlegało zatem wątpliwości, że przyroda musiała pozostawić gdzieś także upust, którym uchodził nadmiar wody z jeziora. A właśnie chodziło o to, ażeby odszukać ten upust, musiał on niezawodnie tworzyć silny spad, którego siłę mechaniczną można by było spożytkować.
Osadnicy nasi idąc wolno lecz nie oddalając się zbytecznie jeden od drugiego, poczęli okrążać do koła brzeg jeziora, który był nader urwisty. Jezioro zdawało się napełnione rybami, a Pencroff przedsięwziął sobie sporządzić kilka wędek, ażeby je módz łowić dowoli.
Przedewszystkiem trzeba było obejść ową ostrą krawędź w północno-wschodniej stronie. Słusznie bowiem można było przypuszczać w owem miejscu znajdował się odpływ, gdyż powierzchnia jeziora sięgała tu prawie aż do samego brzegu. Oczekiwania jednak zawiodły, i osadnicy nasi podążyli dalej brzegiem jeziora, który po lekkim zakręcie ciągnął się równolegle z wybrzeżem.
Z tej strony brzegi jeziora były mniej lesiste, lecz porozrzucane tu i owdzie grupy drzew dodawały krajobrazowi malowniczości. Jezioro Granta ukazywało się ztąd w całej swojej rozciągłości a żaden podmuch wiatru nie kłócił gładkiego zwierciadła wody. Top nurtując między krzakami spłoszył gromady rozmaitego ptactwa, a Gedeon Spilett i Harbert przywitali je strzałami. Jeden z tych ptaków raniony celnym strzałem Harberta spadł w bagniste zarośla. Top rzucił się w tę stronę i przyniósł po chwili pięknego ptaka z rodzaju pływaków, popielatej barwy, z krótkim dziobem i silnie rozwiniętą przednią czaszką, z łapkami rozszerzonemi festonową obwódką i skrzydłami obwiedzionemi białym szlakiem. Była to „łyska“, wielkości dużej kuropatwy; ptak ten należy do rzędu „makrodaktylów“ stanowiącego rodzaj przejściowy między ptakami czaplowatemi a płetwonogiemi. Zwierzyna to licha i smak jej wiele pozostawia do życzenia. Top jednak był niezawodnie mniej wybrednym od swoich panów, postanowiono więc uraczyć go tą łyską na wieczerzę.
Wtedy osadnicy nasi zwrócili się ku wschodnim brzegom jeziora i mieli niebawem dotrzeć do znanych sobie okolic. Inżynier mocno był zdziwiony, nie spotkawszy nigdzie żadnej oznaki zdradzającej odpływ wody z jeziora. Korespondent i marynarz rozprawiali z nim o tem, a on bynajmniej nie ukrywał przed nimi swego zdziwienia.
W tej chwili Top, dotąd całkiem spokojny, począł okazywać jakieś zaniepokojenie. Rozumne to zwierzę biegało tam i sam wzdłuż brzegu, nagle stanęło i wlepiło wzrok w powierzchnię wody, podniosłszy jedną łapę do góry, jak gdyby wietrzyło jaką niewidzialną zwierzynę, poczem zaczął szczekać zapalczywie, jak gdyby był na tropie zwierza, i nagle umilkł.
Zrazu ani Cyrus Smith ani towarzysze jego nie zważali na to postępowanie psa, lecz w końcu to coraz zacieklejsze ujadanie zwróciło baczność inżyniera.
— Co Topowi takiego? zapytał.
Pies zwrócił się kilkoma susami ku swojemu panu, zdradzając widoczne zaniepokojenie, lecz wnet popędził znów nad brzeg jeziora. Nagle rzucił się do wody.
— Sa-tu Top! zawołał Cyrus Smith, obawiając się puszczać psa na te podejrzane wody.
— Co się tam dzieje pod wodą? zapytał Pencroff patrząc na powierzchnię jeziora.
— Top zwietrzył zapewne jakiegoś płaza, odparł Harbert.
— A niezawodnie alligatora, rzekł korespondent.
— Jabym tego nie sądził, odparł Cyrus Smith. Alligator znajduje się tylko w krajach położonych pod niższym od naszego stopniem szerokości geograficznej.
Top tymczasem zawrócił na głos swojego pana i wylazł na brzeg; lecz żadną miarą nie mógł się uspokoić. Skakał pomiędzy wysokie zarośla i wiedziony instynktem zdawał sie gonić za jakiemś niewidzialnem stworzeniem płynącem pod wodą wzdłuż brzegów jeziora. Powierzchnia wody jednak była całkiem gładką, bez żadnego zmarszczka. Kilkakrotnie osadnicy zatrzymywali się nad brzegiem, przypatrując się bacznie wodzie. Lecz nie widzieli nic zgoła. W tem była jakaś tajemnica.
Inżynier był mocno zaciekawiony.
— Dokończmy naszego poszukiwania, rzekł do swoich kolegów.
W pół godziny później przybyli do południowo-wschodniego krańca jeziora i znaleźli się znowu na Wielkiej Terasie. Tym sposobem zwidzili dokoła brzegi jeziora, a jednak inżynier nie mógł w żaden sposób odkryć którędy i jakim sposobem dokonywał się upust wody z jeziora.
— A jednak upust ten musi się gdzieś znajdować, powtarzał inżynier, a ponieważ nie widać go z zewnątrz, musi być zatem wydrążonym z wewnątrz w granitowej ścianie nadbrzeża.
— Czyż przywiązujesz do tej okoliczności tak wielką wagę, kochany Cyrusie? zapytał Gedeon Spilett.
— Dość wielką — odparł inżynier — w razie bowiem, jeśli woda przewierciła sobie odpływ na wskróś granitowej skały, łatwo być może, że istnieje w tem miejscu jakie wydrążenie, które możnaby zużytkować na mieszkanie, odwróciwszy w inną stronę bieg wody.
— Lecz czy nie byłoby także możebnem, panie Cyrus — odezwał się Harbert — ażeby woda odpływała dnem jeziora przez jaką czeluść podziemną do morza?
— W samej rzeczy mogłoby to być — odparł inżynier — a w takim razie musielibyśmy sami budować dom, gdyby natura odmówiła nam wszelkiego w tej mierze współdziałania.
Osadnicy nasi gotowali się już przejść wzdłuż Wielką Terasę, ażeby dostać się do „dymników,“ gdyż była już godzina piąta z wieczora, gdy nagle Top począł się znowu niepokoić. Szczekał zajadle, i zanim pan jego mógł go zatrzymać, wskoczył po raz drugi do jeziora.
Wszyscy pobiegli do brzegu. Pies odpłynął już był tymczasem na jakie dwadzieścia stóp i Cyrus wołał na niego niecierpliwie, gdy nagle olbrzymi łeb wynurzył się z wody, która w tem miejscu nie zdawała się zbyt głęboką.
Harbert poznał od razu rodzaj amfibji, do którego należał ten łeb stożkowy z dużemi ślepiami, opatrzony z obu stron długiemi gęstemi wąsami.
— To „lamantyn“ — zawołał.
Nie był to „lamantyn,“ lecz jeden z gatunków tej klasy należącej do rodzaju wielorybów, przezwany „dugongiem,“ gdyż nozdrza jego wystają powyżej pyska.
Olbrzym ten rzucił się na psa, który na próżno usiłował uciec przed nim na brzeg. Pan jego nie mógł mu w niczem dopomódz i zanim przyszło na myśl Spilettowi lub Harbertowi chwycić za łuki, już Top pochwycony przez „dugonga“ zniknął pod wodą.
Nab ze swą okutą maczugą chciał się rzucić na ratunek psu, gotów ścigać potwora w jego własnym żywiole.
— Daj pokój, Nab — rzekł inżynier wstrzymując śmiałka.
Tymczasem pod wodą toczyła się walka, walka niepojęta, gdyż w tych warunkach Top nie mógł żadną miarą stawiać oporu. Walka ta musiała być straszliwą, widać to było po spienionej powierzchni wody, a nie mogła zakończyć się inaczej, jak tylko śmiercią psa! Gdy wtem wśród spienionych fal pojawił się Top. Wyrzucony na wierzch jakąś siłą niewidomą wyleciał jakie dziesięć stóp ponad powierzchnię wody, wpadł w nią napowrót i wkrótce przybił do brzegu, bez żadnego ciężkiego uszkodzenia, ocalony prawdziwie cudem.
Cyrus Smith i towarzysze jego patrzali zdumieni nie pojmując przyczyny tego wszystkiego. Walka zdawała się wciąż jeszcze trwać pod wodą. Zapewne „dugong“ napadnięty przez innego olbrzyma wypuścił psa ze swych szponów, walczył teraz o własną skórę.
Nie długo to jednak trwało. Woda zarumieniła się krwią, a zwłoki „dugonga“ wypłynąwszy na wierzch wśród szkarłatnej powodzi rozpościerającej się kręgami do koła, zatrzymały się na małej mieliźnie u południowego krańca jeziora.
Osadnicy nasi pobiegli w to miejsce. „Dugong“ już nie żył. Był to zwierz olbrzymi, piętnaście do szesnastu stóp długi i musiał ważyć od trzech do czterech tysięcy funtów. Na karku miał szeroką ranę zadaną jak gdyby ostrzem topora.
Co to mógł być za potwór, który tak strasznym ciosem powalił potężnego „dugonga?“ Nikt tego nie mógł odgadnąć i dość zaciekawieni tem całem zdarzeniem Cyrus Smith z towarzyszami swoimi powrócili do „dymników.“






ROZDZIAŁ XVII.
(Wycieczka do jeziora. — Prąd wody przewodnikiem. — Projekta Cyrusa Smitha. — Tłuszcz „dugonga.“ — Użytek z pirytów szysztowych. — Siarczan żelaza. — Jak się przyrządza glycerynę? — Mydło. — Saletra. — Kwas siarczany. — Kwas azotowy. — Nowy wodospad.)

Nazajutrz, dnia 7. maja, Cyrus Smith i Gedeon Spilett, zostawiwszy Naba zajętego gotowaniem śniadania, wyszli na Wielką Terasę, podczas gdy Harbert z Pencroffem, puścili się od ujścia rzeki w górę, ażeby zebrać nowy zapas paliwa.
Inżynier z korespondentem przybyli niebawem do owej małej mielizny na południowej kończynie jeziora, gdzie ciało potwora zostało wyrzucone. Gromady ptactwa obsiadły już były tę górę cielska i trzeba je było spędzać kamieniami. Cyrus Smith bowiem chciał zachować tłuszcz z „dugonga“ i zużytkować go na potrzeby osady. Także i mięso zwierzęcia powinno było dać wyborne jadło, w niektórych bowiem okolicach Malaji używane bywa wyłącznie tylko do stołów książąt panujących zamieszkałym tamże plemionom. Lecz to należało do Naba.
Cyrusowi w tej chwili inne myśli krążyły po głowie. Zdarzenie dnia wczorajszego utkwiło mu głęboko w pamięci, i nieustannie zaprzątało jego myśli. Radby był przeniknąć tajemnicę owej walki podwodnej i przekonać się co za potwór z rodzaju „mastodontów“ lub innego jakiego, zadał „dugongowi“ tak straszliwą a dziwnego rodzaju ranę.
Stał więc nad brzegiem jeziora, spoglądając uważnie do koła i przypatrując się bacznie powierzchni wody, spokojnej i gładkiej, połyskującej w porannych promieniach słońca.
Na mieliźnie, gdzie leżało ciało „dugonga“ woda była dość płytką, lecz idąc od tego miejsca dalej dno jeziora zagłębiało się coraz bardziej i prawdopodobnie na samym środku głębia musiała być znaczną. Można było uważać to jezioro za rodzaj olbrzymiego rezerwoaru napełnionego wodą z Czerwonego Potoku.
— A zatem, mój Cyrusie — zagadnął korespondent — nie ma, zdaje mi się, w tej wodzie nic podejrzanego?
— W istocie nic, kochany Spilett — odparł inżynier — i nie wiem doprawdy, jak sobie wytłumaczyć wczorajsze zdarzenie?
— Przyznaję sam — ciągnął dalej Gedeon Spilett — że rana, jaką otrzymał potwór, jest co najmniej zadziwiającą. Nie potrafiłbym niemniej wytłumaczyć, co było powodem, że Top z taką siłą wyrzucony został ponad wodę? Zdawałoby się w istocie, że to jakaś ręka potężna wyrzuciła go na wierzch, i że ta sama ręka uzbrojona sztyletem zadała następnie śmierć „dugongowi!“
— Tak jest — odparł inżynier zamyślony. Jest w tem coś, czego w żaden sposób zrozumieć nie mogę. Lecz czyż zrozumialszem jest dla ciebie, kochany Spilett, i to jakim sposobem ja sam zostałem ocalony, wydobyty z fal morskich i przeniesiony pomiędzy wydmy? Prawda, że nie? Otóż i w tem widzę jakąś tajemnicę, która niezawodnie kiedyś się nam odkryje. Zaostrzmy więc naszą baczność, lecz nie wspominajmy więcej przed naszymi towarzyszami o wczorajszem zdarzeniu. Spostrzeżenia nasze zachowajmy dla siebie i nie ustawajmy w naszem przedsięwzięciu.
Inżynier, jak wiemy, nie odkrył dotychczas jeszcze miejsca, którem woda odpływała z jeziora, a ponieważ nie było nigdzie śladu wylewów, musiał zatem koniecznie istnieć gdzieś odpływ wody. Nie mało więc zdziwionym był Cyrus Smith, zauważywszy w tem miejscu dość wyraźnie objawiający się prąd wody. Wrzucił kilka trzasek do wody i przekonał się, że trzaski popłynęły ku kończynie południowej. Podążył więc wzdłuż brzegu w ślad za tym prądem i przybył do południowego krańca jeziora.
Tu powierzchnia jeziora zdradzała pewną wklęsłość, jak gdyby woda w tem miejscu wartkim strumieniem odpływała przez szczelinę ukrytą w ziemi.
Cyrus Smith przyłożywszy ucho do powierzchni wody, usłyszał wyraźnie jakby szum podziemnej kaskady.
— W tem miejscu — rzekł wpatrując się — istnieje upust wody, tędy niezawodnie woda podziemnym kanałem wyżłobionym w granicie odpływa do morza, przez wydrążenie, które potrafimy zużytkować na naszą korzyść! Zresztą, przekonamy się zaraz!
Inżynier wyciął długą gałęź, ogołocił ją z liści i zanurzywszy ją w wodę w samym rogu między obydwoma brzegami, natrafił na szeroki otwór, położony tylko na jedną stopę pod powierzchnią wody. Był to otwór tego upustu, którego napróżno dotąd szukał inżynier, a prąd wody był tak silny, że wydarł gałęź z rąk Cyrusa i pochłonął ją w swych nurtach.
— Teraz nie ma już żadnej wątpliwości — powtórzył Cyrus Smith. — W tem miejscu jest upust wody, a otwór jego wydobędę na wierzch.
— Jakim sposobem? — zapytał Gedeon Spilett.
— Obniżywszy powierzchnię jeziora na trzy stopy.
— Jakże tego dokażesz?
— Dam wodzie inny odpływ szerszy od tego.
— W jakiem miejscu, Cyrusie?
— Z tej strony, która najbardziej zbliżoną jest do brzegu morza.
— Ale z tej strony są brzegi granitowe! zauważył korespondent.
— A zatem wysadzimy ten granit — odparł Cyrus Smith — tym sposobem woda spadnie i odsłoni ten otwór...
— I spływając ztamtąd na wybrzeże, utworzy silny spad — dodał korespondent.
— Z którego potrafimy skorzystać! — odparł Cyrus. — A teraz chodźmy, chodźmy!
Po tych słowach inżynier pociągnął za sobą swego towarzysza; ten zaś do tego stopnia ufał Cyrusowi, że ani wątpił w powodzenie jego zamiarów. A jednak było to zadanie nie małe, jak wyżłobić otwór w brzegu granitowym, jak porozsadzać te skały, nie posiadając prochu ani wydoskonalonych narzędzi? Czy to przedsięwzięcie, które powziął inżynier, nie przechodziło sił jego?
Cyrus Smith i korespondent powróciwszy do „dymników,“ zastali Harberta i Pencroffa zajętych wyładowywaniem przywiezionego drzewa.
— Drwale już skończyli robotę, panie Cyrus — rzekł śmiejąc się marynarz — a jeżeli potrzeba panu będzie murarzy....
— Murarzy nie, lecz chemików — odparł inżynier.
— Tak jest — dodał korespondent — wysadzimy wyspę w powietrze....
— Wysadzić wyspę! — zawołał Pencroff.
— Przynajmniej część jej! — odparł Gedeon Spilett.
— Chciejcie mnie posłuchać, przyjaciele — rzekł inżynier.
Pokrótce zaznajomił ich z rezultatem swoich spostrzeżeń. Według jego przypuszczenia, musiało w owej masie granitowej tworzącej Wielką Terasę, istnieć mniejsze lub większe wydrążenie, do którego zamierzał dotrzeć. W tym celu należało przedewszystkiem wypróżnić otwór, którym odpływa woda z jeziora, a tem samem obniżyć jego powierzchnię, wydrążywszy nowy odpływ ze szerszym otworem. Z tego wynikała potrzeba przyrządzenia masy eksplodującej, za pomocą której możnaby utworzyć obszerną szluzę na innem miejscu. Tego zaś zamierzał Cyrus Smith dokonać za pomocą kruszców, których mu dostarczała sama przyroda.
Zbytecznem byłoby mówić, z jakim entuzjazmem wszyscy, a szczególnie Pencroff, przyjęli ten projekt. Używać wielkich środków, przewiercać granity, tworzyć wodospady — w to było grać marynarzowi! Ponieważ inżynierowi trzeba było chemików, więc gotów był zostać chemikiem, tak jak gotów był także zostać szewcem lub murarzem. Byłby chętnie był wszystkiem, czemby kto tylko zażądał, nawet, jak się wyraził do Naba „nauczycielem tańców i salonowych manjerów,“ gdyby tego było potrzeba.
Nab z Pencroffem otrzymali przedewszystkiem zlecenie wydobyć tłuszcz z „dugonga“ i przechować jego mięso na kuchnię. Bezzwłocznie więc udali się do swej roboty, nie pytając nawet o wyjaśnienia. Ufność ich do inżyniera nie miała granic.
Wkrótce po nich Cyrus Smith, Harbert i Gedeon Spilett, zabrawszy ze sobą plecionkę, wyruszyli brzegiem rzeki ku pokładom węgla ziemnego, w których znajdowała się wielka ilość pirytu szysztowego. Kruszec ten, którego jeden okaz przyniósł już był ze sobą Cyrus, znajduje się najobficiej w okolicach najświeższej formacji.
Cały dzień minął na nagromadzeniu pewnej ilości tego pirytu do „dymników.“ Pod wieczór posiadali już kilka beczek.
Nazajutrz, dnia 8. maja, rozpoczął inżynier swe manipulacje. Głównemi składnikami pirytu szysztowego są: węgiel, krzem, a glin i siarczyk żelaza — tego ostatniego jest najwięcej; chodziło o to, ażeby co najrychlej wydzielić z niego siarczyk żelaza i przemienić go w siarkan. Otrzymawszy siarkan, można było wyciągnąć zeń kwas siarczany.
Był to rzeczywiście cel całego dzieła. Kwas siarczany jest pierwiastkiem najbardziej używanym, a stan przemysłu pojedyńczego narodu da się osądzić wedle ilości w jakiej go spotrzebowuje. Kwas ten miał być później osadnikom naszym wielce przydatnym do fabrykacji świec, garbowania skór itp. obecnie jednak potrzebował go inżynier do czego innego.
Cyrus Smith obrał po za „dymnikami“ stosowne miejsce i wygładził w niem ziemię jak najstaranniej. W miejscu tem wystawił stos z gałęzi i zrąbanego drzewa, a na nim poukładał kawałki szystu pirytowego, w kabłąk jeden obok drugiego; następnie całą tę masę pokrył cienką warstwą pirytu potłuczonego na kawałki tej wielkości, co orzech włoski.
Po tych przedwstępnych przygotowaniach, podłożono ogień pod drzewo. Żar udzielił się szystowi, a ten zawierając w sobie węgiel i siarkę roztlił się płomieniem. Wtedy dołożono nowych warstw tłuczonego pirytu, a z wierzchu pokryto cały ten olbrzymi stos ziemią i ziołami, pozostawiwszy tylko kilka otworów dla przeciągu, podobnie jak się postępuje przy zwęglaniu drzewa.
Poczem czekano, aż się przetwór chemiczny dokona, a potrzeba było niemniej jak dziesięciu do dwunastu dni, ażeby siarczyk żelaza przemienił się w siarkan żelaza a glin w siarkan glinu; obydwa te ciała są rozpuszczalne, podczas gdy reszta, mianowicie krzem, węgiel i popiół własności tej nie posiadają.
Podczas gdy dokonywał się ów proces chemiczny, przystąpili Cyrus i towarzysze jego do innych operacyj. Była to z ich strony już nie gorliwość lecz prawdziwa zaciekłość.
Nab i Pencroff zebrali byli tłuszcz z „dugonga“ w duże kadzie z wypalonej ziemi. Szło teraz o to, ażeby z tłuszczu tego za pomocą przemydlenia wydzielić jeden jego składnik, mianowicie glicerynę. Chcąc osiągnąć ten rezultat, dość było wystawić ją na chemiczne działanie sody lub wapna. W samej rzeczy jedna lub druga z tych substancyj oddziaływając na tłuszcz wytworzyłaby z niego mydło, wydzieliwszy równocześnie glycerynę, której właśnie potrzeba było inżynierowi. Wapna, jak wiemy, miał podostatkiem; lecz używszy do tego chemicznego procesu wapna, otrzymałby był mydło wapienne, nierozpuszczalne, a tem samem bezużyteczne, podczas gdy przeciwnie przy współdziałaniu sody powstałoby mydło rozpuszczalne, którego możnaby było użyć do prania bielizny. Owóż jako człek praktyczny powinien był Cyrus Smith postarać się raczej o sodę. A czyż to było tak trudno? Bynajmniej; na brzegach bowiem rosły nader bujnie rośliny morskie: salikorny, fikoidy i inna morszczyzna, do której należały waregi i geömony. Nagromadzili więc wielką ilość tego ziela, wysuszyli je wprzód a następnie spalili w dołach na wolnem powietrzu. Kilka dni trwało to palenie, a żar wzrósł do tego stopnia, że zdawało się, iż stopi popioły. Rezultatem tego spopielenia była masa stała, popielata, znana od dawna pod nazwą „naturalnej sody.“
Dopiąwszy swego zamiaru, wystawił następnie inżynier tłuszcz na działanie sody, skutkiem czego otrzymał z jednej strony mydło rozpuszczalne, a z drugiej strony ową obojętną substancję zwaną glyceryną.
Lecz nie na tem koniec. Cyrusowi potrzeba było, ze względu na przyszłe preparacje, jeszcze innej substancji, mianowicie azotanu potasu, znanego bardziej pod nazwą soli saletrowej czyli saletry.
Cyrus Smith mógł był otrzymać tę substancję, poddając węglan potasu, dający się łatwo wyciągnąć ze spopielonych ciał roślinnych, chemicznemu działaniu kwasu azotowego. Lecz kwasu azotowego nie posiadał, a koniec końców właśnie o ten kwas się rozchodziło. Znajdował się zatem w błędnem kole, z którego nigdy nie byłby wyszedł. Na szczęście sama przyroda przyszła mu w pomoc, dostarczając mu saletry gotowej, tak że tylko ręką po nią sięgnąć potrzebował. Harbert odkrył pokłady jej na północy wyspy, u stóp góry Franklina; trzeba było tylko sól tę oczyścić.
Różnorodne te prace trwały dni ośm. Uwinęli się więc z niemi, zanim jeszcze dokonała się przemiana siarczyka w siarczan żelaza. Reszty czasu użyli osadnicy nasi na ulepienie z przydatnej gliny ogniotrwałych naczyń i na wybudowanie z cegieł piecyka szczególniejszej konstrukcji, mającego służyć do późniejszej dystyllacji siarczanu żelaza. Robota ta ukończoną została dnia 18. maja, mniej więcej o tym samym czasie, kiedy dokonał się przetwór chemiczny. Gedeon Spilett, Harbert, Nab i Pencroff, pod zręcznem kierownictwem inżyniera, wyszli na najbieglejszych robotników w świecie. Konieczność zresztą bywa najlepszą nauczycielką i najwięcej doznającą posłuchu.
Gdy już stos pirytu należycie się wypalił, wówczas cały przetwór chemiczny składający się z siarczanu żelaza, siarczanu ałunu, krzemionki, osadu węglowego i popiołu zesypany został do dużej kadzi napełnionej wodą. Poczem wymięszano go należycie, a gdy się ustał, przecedzono go i otrzymano płyn jasny i czysty, zawierający rozczyn siarczanu żelaza; inne pierwiastki, będąc nierozpuszczalnemi, pozostały w stanie stałym. Wreszcie gdy płyn ten w części się ulotnił, siarczan żelaza osiadł w kryształkach, a resztę płynu nieulotnionego, zawierającego siarczan ałunu wylano.
Cyrus Smith posiadał zatem teraz pewną ilość siarczanu żelaza w stanie skrystalizowanym, chodziło więc tylko o to, ażeby wyciągnąć z niego kwas siarczany.
W praktyce przemysłowej wymaga fabrykacja kwasu siarczanego nader kosztownych przyrządów. Potrzeba do niej obszernych hut, osobnych narzędzi, przyrządów platynowych, izb ołowianych nie podpadających wpływowi kwasu, w których dokonywa się przetwór chemiczny itp. Inżynier wszystkich tych przyrządów nie posiadał, wiedział jednak o tem, że zwłaszcza w Czechach fabrykuje się kwas siarczany daleko prostszemi środkami, z tą oprócz tego korzyścią, że otrzymuje go się w stanie bardziej skoncentrowanym. Tak wytwarza się kwas zwany pod nazwiskiem kwasu Nordhauzeńskiego.
Ażeby otrzymać kwas siarczany, potrzebował Cyrus wykonać jeszcze tylko jednę operację, a mianowicie: zwapnić skrystalizowany siarczan żelaza w zamkniętem naczyniu, tak ażeby kwas siarczany wyparował, poczem gaz ten zgęściwszy się wydałby kwas.
Do tej właśnie operacji miały służyć naczynia ogniotrwałe, w których umieszczono owe kryształki, i piecyk, którego żar miał spowodować wyparowanie kwasu siarczanego.
Operacja powiodła się wybornie i dnia 20. maja, we dwanaście dni po rozpoczęciu dzieła, znajdował się inżynier w posiadaniu tego pierwiastku, który spodziewał się zużytkować w przyszłości na najrozmaitsze sposoby.
Na cóż więc potrzebował tego czynnika? Oto po prostu na to, ażeby za pomocą jego wytworzyć kwas azotowy, co mu przyszło z łatwością, saletra bowiem pod wpływem kwasu siarczanego dostarczyła mu właśnie tego kwasu za pomocą dystyllacji.
Lecz koniec końców jakiż miał zrobić użytek z tego kwasu azotowego? To dla towarzyszy jego było tajemnicą, inżynier bowiem nie wyjawił im ostatecznego celu swej pracy.
Cyrus jednak dokonał swego zamiaru, a ostatnia operacja dostarczyła mu tej substancji, która tylu rozlicznych wymagała zabiegów.
Złączywszy kwas azotowy z glyceryną, skoncentrowaną wprzód przez zanurzenie naczynia w ciepłej wodzie, otrzymał bez użycia nawet mięszaniny oziębiającej, kilka kieliszków oliwkowatego, żółtawego płynu.
Ostatniej tej operacji dokonał Cyrus sam własnoręcznie, na uboczu, zdala od „dymników,“ gdyż zachodziło niebezpieczeństwo eksplozji. A przyniosłszy ze sobą flakonik tego płynu, wyrzekł do przyjaciół swoich tylko te słowa:
— Oto mamy nitro-glycerynę!
Był to w istocie ów wytwór straszliwy, którego moc eksplozyjna jest dziesięćkroć większa od pospolitego prochu i który był już powodem tylu wypadków! Zresztą odkąd wynaleziono sposób przemienienia go w dynamit, t. j. połączenia go z innem ciałem stałem, gliną lub cukrem, dość dziurkowatem ażeby go uwięzić, odtąd użycie tego groźnego płynu nie podlega więcej takiemu niebezpieczeństwu. Lecz w owych czasach, kiedy osadnicy nasi znajdowali się na wyspie Lincolna, nie znano jeszcze dynamitu.
— Więc to ten płyn ma porozsadzać skały? zapytał Pencroff niedowierzająco.
— Tak jest, mój przyjacielu, odparł inżynier, a ta nitroglecyryna działać będzie tem potężniej, ile że granit jest nader twardy i większy opór przeciwstawi sile wybuchu.
— A kiedyż to obaczymy, panie Cyrus?
— Jutro, skoro wydrążymy minę, odparł inżynier.
Nazajutrz, dnia 21 maja, skoro świt udali się nasi minery na wschodni brzeg jeziora Granta, który tworzył róg, oddalony tylko pięćset stóp od wybrzeża. W miejscu tem skalisty brzeg wysterczał prostopadle z wody i jedyną dla niej stanowił tamę. Widocznem zatem było, że przełamawszy tę tamę, musiała woda wybuchnąć utworzonym w ten sposób otworem i wartkim potokiem przepłynąwszy pochyłą płaszczyznę terasy, spaść z niej kaskadą na miałkie wybrzeże. Wskutek tego musiałby opaść cały poziom jeziora i odsłonić otwór którym odpływała zeń woda — co było ostatecznym celem całego przedsięwzięcia.
Chodziło więc o to, ażeby przełamać ową tamę granitową. Pencroff pod kierownictwem inżyniera, uzbrojony kilofem, którym władał równie zręcznie jak dzielnie, zabrał się do granitu od jego zwierzchnego obmurowania. Dziura, którą zamierzał wydrążyć, rozpoczynała się na poziomej krawędzi brzegu i powinna była zagłębiać się skośnie, tak ażeby koniec jej leżał znacznie poniżej poziomu wody w jeziorze. Tym sposobem siła eksplozyjna rozsadziwszy skały, pozwoliłaby wodzie wylać się szerokim potokiem, a skutkiem tego wywołałaby znaczne obniżenie wody w jeziorze.
Praca trwała długo, inżynier bowiem chcąc sprawić skutek potężny, zamierzał poświęcić na to najmniej dziesięć litrów nitroglyceryny. Lecz Pencroff z Nabem pracowali naprzemian tak dzielnie, że około godziny czwartej z wieczora mina była gotową.
Pozostawała tylko do rozwiązania kwestja, jakimby sposobem zapalić masę eksplodującą. Zazwyczaj zapala się nitro-glyceryna za pomocą lontu z masy eksplodującej, która wybuchając pociąga za sobą główną eksplozję. Ażeby wywołać takową, potrzeba koniecznie silnego uderzenia t. j. tarcia, gdyż zapalona poprostu masa spali się wprawdzie, lecz nie wybuchnie.
Cyrus Smith mógł był wprawdzie sporządzić lont. Nie posiadając właściwej do tego masy eksplodującej, mógł łatwo, posiadając kwas azotowy, otrzymać substancję zbliżoną do bawełny strzelniczej. Masa ta zawinięta w trąbkę i wsunięta w otwór napełniony nitroglyceryną, byłaby wybuchła za pośrednictwem zapalonej żagwi i dokonała głównej eksplozji.
Cyrus Smith jednak wiedział, że nitroglyceryna posiada własność eksplodowania wskutek silnego uderzenia. Postanowił więc skorzystać z tej jej właściwości, gotów zresztą użyć innego środka, skoroby ten go zawiódł.
W samej rzeczy uderzenie młota na kilka kropel nitro-glyceryny rozlanej na twardem kamieniu wystarcza, ażeby wywołać eksplozję. Lecz robotnik, któryby się podjął tego uderzenia młotem, musiałby sam paść ofiarą wybuchu. Cyrus Smith wymyślił zatem inny sposób. Na słupku wystawionym ponad otworem miny, postanowił uwiesić na powrózku uplecionym z włókien roślinnych kilka funtów żelaza. Drugi zaś powróz podobny, znacznie jednak dłuższy, napojony poprzednio siarką, miał być za jeden koniec przy wiązany do środka pierwszego powrozu, podczas gdy drugi koniec miał się wlec po ziemi kilkanaście stóp od otworu miny. Zapaliwszy ten drugi powróz, ogień dosiągłby po nim pierwszego powrozu, który zająwszy się z kolei, przerwałby się, w skutek czego masa żelaza spadłaby na krople nitro-glyceryny.
Wykonano zatem podobny przyrząd, poczem inżynier, oddaliwszy swych towarzyszy, napełnił otwór miny nitro-glyceryną tak, że sięgała aż po same brzegi otworu i wysączył kilka kropel na skałę, tuż pod masą żelaza zawieszoną poprzednio na słupku.
Dokonawszy tego, Cyrus Smith zapalił jeden koniec napojonego siarką powrozu, poczem oddalił się sam i powrócił do swych towarzyszy oczekujących go w „dymnikach.“
Powróz wspomniany miał gorzeć dwadzieścia pięć minut i w istocie po dwudziestu pięciu minutach nastąpił wybuch, którego niepodobna opisać. Zdawało się, że cała wyspa zadrżała w swych podstawach. Olbrzymi snop kamieni wyrzucony został w powietrze jak gdyby podziemną siłą wulkanu. Wstrząśnienie powietrza spowodowane wybuchem było tak wielkie, że skały „dymników“ zachwiały się. Osadnicy pomimo, że oddaleni byli całe dwie mile od miny eksplodującej, padli na ziemię.
Powstawszy, wybiegli na terasę ku miejscu, gdzie brzeg jeziora miał być rozsadzonym przez eksplozję....
Trzykrotne hurra wydarło się z ich piersi! Tama granitowa rozpłataną była szeroko! Woda buchała wąskim potokiem, pieniąc się pędziła wzdłuż terasy, a dosięgnąwszy jej brzegu, spadała kaskadą trzysta stóp wysoką na miałkie wybrzeże!






ROZDZIAŁ XVIII.
(Pencroff nie wątpi więcej o niczem. — Dawny kanał odpływowy. — Wyprawa w głąb ziemi. — Kurytarz w wnętrzach granitu. — Top znika. — Środkowa pieczara. — Studnia podziemna. — Nowa zagadka. — Przewiercenie ściany granitowej. — Powrót.)

Projekt Cyrusa Smitha powiódł się zupełnie, lecz sam twórca jego wedle zwyczaju swego nie okazywał najmniejszego zadowolenia i z ustami zaciśniętemi, z wzrokiem bystro wytężonym stał nieruchomy. Harbert był w uniesieniu; Nab skakał z radości; Pencroff to w jedną to w drugą stronę kiwał swą dużą głową i mruczał pod nosem.
— Chwat z naszego inżyniera!
Nitro-glyceryna sprawiła w istocie skutek potężny. Nowo utworzona szluza była tak wielką, że ilość wody odpływającej obecnie przez nią, trzykroć przewyższała tę, która odpływała przez dawny upust. Z tego wynikało, że poziom jeziora musiał wkrótce obniżyć się najmniej na dwie stopy.
Osadnicy nasi pospieszyli do „dymników“ po kilofy, oszczepy w żelazo okute, postronki z łyka, krzesiwo i czyr, poczem powrócili znów na terasę. Towarzyszył im Top.
Po drodze marynarz, nie mógł się wstrzymać dłużej, odezwał się do inżyniera.
— A wiesz pan, panie Cyrus, że tą prześliczną miksturą, którą pan sfabrykowałeś, możnaby całą tę wyspę wysadzić w powietrze?
— Bezwątpienia, odparł Cyrus Smith, wyspę i wszystkie lądy i nawet całą ziemię; zawisło tylko od ilości.
— A nie możnaby też użyć tej nitro-glyceryny do nabijania broni palnej? zagadnął marynarz.
— Nie, Pencroffie, jest to substancja zbyt gwałtowna. Moglibyśmy jednak z łatwością wytworzyć bawełnę strzelniczą a nawet proch, posiadając kwas azotowy, saletrę, siarkę i węgiel. Lecz niestety nie posiadamy broni — w tem sęk.
— O, panie Cyrus! odparł marynarz, troszkę dobrej woli!...
Nie podlegało wątpliwości, że marynarz wykreślił całkiem słowo „niemożliwość“ ze słownika używanego na wyspie Lincolna.
Przybywszy na Wielkę Terasę, osadnicy nasi skierowali swe kroki niezwłocznie ku owej kończynie jeziora, przy której istniał otwór dawnego upustu, otwór ten powinien się był obecnie znajdować ponad wodą. Ponieważ woda nie zaciekała już tam więcej, przeto możnaby było zapewne wejść do środka kanału odpływowego i zbadać wewnętrzną jego konstrukcję.
Po kilku minutach osadnicy dotarli do dolnego końca jeziora i jeden rzut oka przekonał ich, że cel został dopięty.
W istocie ukazał się im w granitowym brzegu jeziora, odkryty z pod wody otwór tak gorąco poszukiwany. Wąski szkarp, który odsłoniła opadająca woda, ułatwiał doń przystęp. Otwór ten posiadał około dwadzieścia stóp szerokości, lecz zato tylko dwie stopy wysokości. Podobnym był do otworu rynsztoków umieszczonych wzdłuż chodników. Nie łatwo by więc było wcisnąć się do niego. Ale Nab z Pencroffem chwycili za kilofy i w niespełna godzinę rozszerzyli go do należytych rozmiarów.
Wtedy inżynier zbliżywszy się do otworu przekonał się, że pochyłość stoków tego kanału odpływowego w górnej jego części nie wynosiła więcej jak trzydzieści do trzydziestu pięciu stopni. Można było zatem stąpać po nich i byle pochyłość w dalszym ciągu nie wzrastała, dotrzeć tym kanałem aż do samego poziomu morza. Jeśli zaś, co było wielce prawdopodobnem, wewnątrz tej masy granitowej istniała obszerniejsza pieczara, może by się dało nawet zrobić z niej jaki użytek.
— A zatem, panie Cyrus, nic nam nie przeszkadza! odezwał się marynarz, który rad był co rychlej zapuścić się w tajemnicze głębie tego podziemnego korytarza. Wszak Top nas wyprzedził!
— Dobrze, odparł inżynier. Lecz nie podobna nam iść po omacku. — Nab, pobiegnij wyciąć kilka żywicznych gałęzi.
Nab z Harbertem pobiegli pędem w stronę, gdzie sosny i inne drzewa zielone ocieniały brzegi jeziora, i powrócili w krótce z gałęziami powiązanemi w kształcie pochodni. Zapalono więc te pochodnie za pomocą krzesiwa i osadnicy nasi z Cyrusem na czele zapuścili się w te ciemne czeluście, które niedawno jeszcze napełniała woda.
Wbrew wszelkim przypuszczeniom średnica podziemnego kanału rozszerzała się coraz bardziej, tak, że osadnicy nasi odrazu prawie mogli się wyprostować, zstępując na dół. Stok granitowy od wieków podmywany wodą był bardzo śliski i trzeba było strzedz się pilnie, by nie upaść. To też osadnicy nasi poprzywiązywali się wzajemnie postronkami jeden do drugiego, tak, jak to czynią podróżni w górach. Na szczęście powyżłabiane w granicie szkarpy tworzyły rodzaj schodów umniejszających niebezpieczeństwo spuszczania się. Kropelki wody, zawieszone jeszcze na skałach, połyskiwały tysiącem barw przy blaskach pochodni, zdawało się, że ściany pokryte są nieprzeliczoną ilością stalaktytów. Inżynier przypatrzył się bacznie szczerniałemu granitowi. Nie było na nim śladu nawarstwowania, ani żadnego obrywu. Była to jednolita, jakby z jednej sztuki wykuta masa. To świadczyło, że kanał ten istniał od samego początku wyspy. To nie działanie wody wydrążyło go zwolna i stopniowo. Nie Neptun, lecz Pluton własną wykuł go dłonią i można było widzieć na ścianach ślady jego podziemnej roboty, dotąd jeszcze nie całkiem zatarte, pomimo tyloletniego działania wody.
Osadnicy nasi zstępowali bardzo zwolna. Trudno zaprzeczyć, że doznawali wszyscy pewnego wruszenia, zapuszczając się w te tajemnicze głębie, w których nigdy jeszcze noga ludzka nie postała. Milczeli i rozmyślali, i niejednemu z nich przyszło na myśl, czyli jaki potwór z rodzaju „głowonogów“ nie zamieszkuje wnętrza tej pieczary zostającej w połączeniu z morzem. Należało więc postępować naprzód z pewną ostrożnością.
Zresztą Top biegł na czele tego małego orszaku i można się było spuścić na węch psa, który w razie jakiego niebezpieczeństwa niezawodnie uderzyłby na alarm.
Zeszedłszy w dół około sto stóp dość krętym kurytarzem, Cyrus Smith, który szedł naprzód, zatrzymał się, a towarzysze jego złączyli się z nim. Miejsce, w którem się zatrzymali, tworzyło rodzaj pieczary średnich rozmiarów. Krople wody spadały ze sklepienia, nie pochodziło to jednak ztąd, iżby woda z zewnątrz na wskróś przeciekała granit. Były to poprostu ostatnie ślady potoku, który tak długo grzmiał wśród tej pieczary, a powietrze, z lekka wilgotne, nie zdradzało zresztą żadnych wyziewów mefitycznych.
— Cóż tedy, kochany Cyrusie? — odezwał się Gedeon Spilett. Oto mamy schronienie nikomu nieznane i ukryte głęboko, a jednak wziąwszy wszystkie razem, mieszkać w niem niepodobna.
— Dlaczego niepodobna? — zapytał marynarz.
— Bo jest za małe i za ciemne.
— Alboż nie możemy go rozszerzyć, powiększyć, wydrążyć, porobić w niem otwory, któremiby wchodziło powietrze i słońce? — odparł Pencroff, który teraz nie wątpił więcej o niczem.
— Idźmy dalej, odezwał się Cyrus Smith. A może niżej sama przyroda oszczędzi nam tej pracy.
— Znajdujemy się dopiero w jednej trzeciej części wysokości — zauważył Harbert.
— Mniej więcej w jednej trzeciej — odparł Cyrus Smith — spuściliśmy się bowiem z jakie sto stóp od otworu, łatwo zatem być może, że sto stóp poniżej...
— Gdzie Top? — zapytał Nab przerywając swojemu panu.
Przeszukano pieczarę. Psa nie było.
— Zapewne pobiegł naprzód — rzekł Pencroff.
— Spieszmy za nim — odparł Cyrus Smith.
Puścili się więc dalej w głąb. Inżynier przypatrywał się uważnie wszystkim odnogom kanału, i pomimo tylu rozmaitych zakrętów zapamiętał z łatwością ogólny jego kierunek zmierzający ku morzu.
Spuściwszy się jeszcze z jakie pięćdziesiąt stóp głębiej w kierunku pionowym, doleciały osadników naszych jakieś głosy oddalone, pochodzące z głębi. Zatrzymali się więc wytężając słuch. Głosy te wychodząc z kurytarza niby z tuby akustycznej zalatywały wyraźnie do ich uszu.
— To szczekanie Topa! — zawołał Harbert.
— W samej rzeczy — odparł Pencroff — i to zaciekle szczeka nasz chwacki pies!
— Mamy przy sobie oszczepy — rzekł Cyrus Smith. — Baczność więc, i dalej naprzód!
— To coraz bardziej zajmujące zdarzenie, szepnął Gedeon Spilett do ucha marynarzowi, który kiwnął potakująco głową.
Cyrus Smith z towarzyszami swoimi rzucili się więc na pomoc psu. Szczekanie Topa stawało się coraz wyraźniejszem. W ucinanym jego głosie znać było jakąś niezwyczajną wściekłość. Może borykał się z jakim zwierzem, którego wypłoszył z kryjówki? Niepohamowana ciekawość opanowała osadników naszych, tak że zapomnieli zupełnie o niebezpieczeństwie, na jakie się narażali. Już nie chodzili, lecz formalnie ześlizgiwali się po stokach kanału i w kilka minut później, sześćdziesiąt stóp niżej dotarli do miejsca, gdzie znajdował się Top.
Tu kurytarz rozszerzał się nagle i tworzył obszerną, wspaniałą pieczarę. Po niej wzdłuż i wszerz biegał Top, szczekając zajadle. Pencroff i Nab, skłoniwszy w dół pochodnie oblali chropowate ściany granitowe szerokiemi strugami światła, a podczas tego Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Harbert z najeżonemi oszczepami stali w pogotowiu na wszelki wypadek.
Olbrzymia ta pieczara była jednak całkiem pustą. Osadnicy przeszukali ją jak najstaranniej wzdłuż i wszerz. Nie było w niej nic, ani zwierza żadnego, ani żadnej żywej istoty! A jednak Top nie przestawał szczekać i ani prośby ani groźby nie zdołały go uciszyć.
— Musi tu być gdzieś szczelina lub otwór, przez który woda odpływała do morza — rzekł inżynier.
— W samej rzeczy — odparł Pencroff — strzeżmy się, by który z nas nie wpadł do niego.
— Poszukaj, Top, poszukaj! — zawołał Cyrus Smith.
Pies zachęcony temi słowami swego pana pobiegł na sam koniec pieczary i tu począł szczekać z podwójną zapalczywością.
Pospieszywszy za nim, ujrzeli w tem miejscu przy świetle pochodni otwór formalnej studni wydrążonej w granicie: Oczywiście tędy odpływała woda do morza, lecz nie był to już kurytarz skośny, po którym możnaby stąpać, lecz prostopadła studnia, w którą zapuszczać się było niepodobieństwem.
Nachylono pochodnie nad otworem, lecz nie można było niczego dostrzedz. Cyrus Smith odłamał palącą się gałązkę i rzucił ją w tę przepaść. Żywica, w skutek chyżości swego lotu jaśniejszym jeszcze buchnęła płomieniem i oświeciła wnętrze studni, mimo to nie było jeszcze nic widać. Wreszcie zagasł płomień z lekkim sykiem, co świadczyło, że gałęź wpadła do wody t. j. że dosięgła poziomu morza.
Inżynier obliczywszy czas jej spadania, oznaczył w przybliżeniu głębokość studni na dziewięćdziesiąt stóp.
Z tego wynikało, że jaskinia, w której się znajdowali, położoną była dziewięćdziesiąt stóp po nad poziomem morza.
— Oto nasze mieszkanie, rzekł Cyrus Smith.
— Lecz zamieszkiwało je przedtem jakieś stworzenie, odparł Gedeon Spilett, którego ciekawość nie była jeszcze zaspokojoną.
— Jakiebądź to było stworzenie, odparł inżynier, dość że umknęło tym otworem i ustąpiło nam miejsca.
— Bądź co bądź, dodał marynarz, chciałbym był przed kwadransem siedzieć w skórze Topa, boć wreszcie bez przyczyny pewnie nie szczekał!
Cyrus Smith spoglądał na psa i gdyby w tej chwili który z towarzyszy jego stał był bliżej niego, byłby usłyszał, jak mruknął pod nosem te słowa:
— Wierzę, że Top nie jedną rzecz lepiej wie od nas!
Życzenia osadników zostały zatem w znacznej części spełnione. Szczęśliwy traf wespół z cudownym sprytem ich naczelnika oddał im ważną przysługę. Oto znajdowali się teraz w posiadaniu obszernej jaskini, której wszystkich właściwości przy słabem świetle pochodni nie byli jeszcze w stanie ocenić, lecz zapewne nie trudno byłoby podzielić ją na izby za pomocą przegródek z cegieł, i przysposobić ją jeśli już nie na porządny dom, to przynajmniej na obszerne mieszkanie. Woda opuściła ją i nie mogła więcej powrócić. Miejsce to zatem było wolne.
Pozostawały tylko do usunięcia dwie trudności; pierwszą z nich stanowiło oświetlenie tej pieczary wydrążonej wśród jednolitej masy granitowej, drugą zaś ułatwienie do niej przystępu. Co się tyczy oświetlenia, nie podobna było wpuścić go z góry, gdyż sklepienie granitu było w tem miejscu niesłychanej grubości, natomiast dałoby się może przewiercić przednią ścianę wychodzącą na morze. Cyrus Smith który obliczył w przybliżeniu pochyłość a zatem i długość kanału, posiadał ugruntowane przeświadczenie, że przednia część granitowej ściany nie musiała być zbyt grubą. Z kwestją oświetlenia rozwiązaną była by tym sposobem także kwestja ułatwienia przystępu do jaskini, przewierciwszy bowiem okna, równie łatwo dałyby się także przewiercić drzwi i urządzić do nich z zewnątrz drabinę.
Cyrus Smith udzielił tych swoich pomysłów towarzyszom.
— A zatem, mości Cyrus, do dzieła! zawołał Pencroff. Ja moim kilofem potrafię przedziurawić ten granit. Gdzie trza szturmować?
— Tu, odparł inżynier, wskazując dzielnemu marynarzowi dość znaczną wklęsłość w granicie, która musiała zapewne zmniejszać jeszcze jego grubość.
Pencroff przypuścił atak do skały i przez pół godziny pracował przy świetle pochodni tak, że trzaski granitu dokoła leciały. Skała pod ciosami kilofa sypała skry. Na przemian z nim pracował także Nab a po Nabie Gedeon Spilett.
Robota ta trwała już dwie godziny, i to poczęło już wzbudzać w nich obawę, czyli grubość skały w tem miejscu nie przewyższa długości kilofa. Gdy wtem za ostatnim razem wymierzonym przez Gedeona Spiletta, narzędzie przewierciło na wskróś ścianę i przeleciało na drugi jej bok.
— Hurra! i jeszcze raz hurra! zawołał Pencroff.
Grubość muru wynosiła w tem miejscu tylko trzy stopy.
Cyrus Smith przytknął oko do otworu położonego dziewięćdziesiąt stóp ponad ziemią. Przed nim rozpościerały się krawędzie wybrzeża, wysepka a dalej za nią nieskończony ocean.
Lecz przez ten otwór dość szeroki, skała bowiem rozpłatała się wcale znacznie, wpłynęła struga światła i oblewając tę wspaniałą pieczarę stworzyła widok czarodziejski! Podczas gdy lewa jej strona nie posiadała więcej jak trzydzieści stóp wysokości i szerokości przy stu długości, natomiast prawa jej strona była rozmiarów olbrzymich a sklepienie jej wznosiło się dziewięćdziesiąt stóp wysoko. Tu i ówdzie porozstawiane filary podtrzymywały zagięcia sklepień niby w nawie katedralnej. Sklepienie to sparte na oporach, tu zniżając się kabłąkiem, ówdzie strzelając w górę gałęziami arkad, to znów gubiąc się w ciemnych krużgankach których fantastyczne łuki majaczyły w cieniu, ozdobione licznemi gzymsami tworzącemi tyleż wiszących ornamentów, sklepienie to stanowiło dziwnie malowniczą mięszaninę wszystkiego, co architektura byzantyńska, romańska i gotycka wytworzyła pod zaklęciem ręki ludzkiej! A jednak tu znać było tylko dłoń samej natury! Ona to wykuła w tych granitowych masach tę czarodziejską Alhambrę!
Osadnicy nasi osłupieli z zachwytu. Tam gdzie spodziewali się znaleźć wąską ciasną czeluść, znaleźli pałac czarowny, a Nab odkrył głowę, jakgdyby ujrzał się nagle w świątyni!
Okrzyki podziwienia wydarły się z ust wszystkich. Kilkakrotne hurra zagrzmiało i rozprysłszy się w echach skonało aż w głębi ponurej nawy.
— Przyjaciele moi! zawołał Cyrus Smith, oświetliwszy dostatecznie wnętrze tego gmachu, podzieliwszy jedną część jego na izby mieszkalne magazyny i spichrze, pozostanie nam jeszcze ta wspaniała grota, którą przeznaczymy na salę naukową i muzeum.
— A jakżeż ją nazwiemy? zapytał Harbert.
— Nazwiemy ją Pałacem Granitowym (Granit-house), odparł Cyrus Smith, a towarzysze jego powitali tę nazwę nowemi okrzykami tryumfu.
Pochodnie w tej chwili dopalały się, a ponieważ, ażeby się dostać na szczyt terasy, trzeba było przechodzić z powrotem przez kanał, postanowili więc odłożyć na następny dzień pracę około urządzenia nowego mieszkania.
Na odchodnem pochylił się Cyrus Smith raz jeszcze nad otworem ciemnej studni, która sięgała prostopadle aż do poziomu morza. Przysłuchiwał się z wielką uwagą. Nie słyszał jednak żadnego szelestu, nawet szmeru fal które wzburzone morze musiało rozkołysać czasem w tych głębinach. Wrzucił jeszcze jedną palącą się gałązkę. Ściany studni oświeciły się na chwilę, ale nie więcej jak za pierwszym razem nie dostrzegł w niej nic podejrzanego. Jeśli jaki potwór morski został tu znienacka zaskoczonym przez odpływ wody, musiał już zapewne schronić się do morza podziemnym kanałem ciągnącym się po pod wybrzeżem, którym odpływała woda z jeziora, zanim nową otworzono jej szluzę.
Inżynier tymczasem stał nieruchomy, z wytężonym słuchem, z wlepionem w otchłań okiem, nie mówiąc ani słowa.
Marynarz zbliżył się do niego i dotykając jego ramienia rzekł:
— Panie Smith!
— Czego sobie życzysz, mój przyjacielu? odparł inżynier, jakgdyby duch jego powrócił dopiero z krainy marzeń.
— Pochodnie niebawem pogasną.
— A więc w drogę! odparł Cyrus Smith.
Mały nasz orszak opuścił pieczarę i począł wspinać się w górę ciemnym kurytarzem. Top zamykał pochód, warcząc jeszcze od czasu do czasu. Droga była dość uciążliwą. Osadnicy zatrzymali się chwilkę w górnej pieczarze, która tworzyła rodzaj przedsionka w samej połowie tego długiego szeregu granitowych schodów. Poczem ruszyli dalej.
Wkrótce owiało ich świeże powietrze. Kropelki wody osuszone przez waporyzację nie błyszczały więcej po ścianach. Zakopcone światło pochodni bladło coraz bardziej. Pochodnia, którą niósł Nab zagasła zupełnie, i nie chcąc błądzić wśród grubych ciemności, trzeba się było spieszyć.
To też właśnie uczyniono, i przed samą prawie czwartą, w chwili gdy z koleji zagasła pochodnia marynarza, Cyrus Smith z towarzyszami swoimi stanęli u otworu odpływowego kanału.






ROZDZIAŁ XIX.
(Plan Cyrusa Smitha. — Fasada Pałacu Granitowego. — Drabina sznurowa. — Rojenia Pencroffa. — Zioła pachnące. — Naturalna królikarnia. — Strumyk dla potrzeb domowych wyprowadzony z jeziora. — Widok z okien Pałacu Granitowego.)

Nazajutrz, dnia 22. maja, rozpoczęto roboty około właściwego urządzenia nowego mieszkania. Osadnikom naszym spieszyło się w istocie zamienić niewygodne schronienie w „dymnikach“ na to mieszkanie obszerne i zdrowe, wydrążone we wnętrzach granitu, zabezpieczone tak od wody morskiej jak i od deszczu. Co się tyczy „dymników,“ nie miano ich całkiem porzucać, lecz według projektu inżyniera, zamienić na warstat do wykonywania najgrubszych robót.
Pierwszą troską inżyniera było przekonać się dokładnie, w którem miejscu ciągnęła się fasada Granitowego Pałacu. Udał się przeto na wybrzeże, do samego podnóża granitowej ściany, a ponieważ kilof, wymknąwszy się korespondentowi z ręki, musiał spaść prostopadle, trzeba więc było tylko odszukać go, ażeby znaleść zarazem miejsce, gdzie wydrążoną została dziura w granicie.
Kilof znaleźli z łatwością, i w samej rzeczy prostopadle po nad miejscem, gdzie był ugrzązł w piasku, czerniał otwór dziewięćdziesiąt blisko stóp nad wybrzeżem. Kilka gołębi skalnych właziło i wyłaziło tym ciasnym otworem, jak gdyby właśnie dla nich odkrytym został Pałac Granitowy.
Inżyniera plan był taki, ażeby prawą część pieczary podzielić na kilka izb z przedsionkiem, i oświetlić takowe pięcioma oknami i drzwiami wydrążonemi we fasadzie. Pencroff ze swej strony zgadzał się na owych pięć okien, lecz nie pojmował pożytku z drzwi, skoro dawny kanał odpływowy tworzył naturalne schody, któremi zawsze łatwo było dostać się do Pałacu Granitowego.
— Mój przyjacielu — odparł na to Cyrus Smith — skoroby nam łatwo było wejść do mieszkania owym kanałem, to z równą łatwością przyszłoby to także drugim. Ja przeciwnie mam zamiar zamknąć zupełnie otwór tego kanału, zatkać go hermetycznie, a nawet, gdyby trzeba było, zasłonić go zupełnie, podniósłszy za pomocą tamy wodę w jeziorze!
— A jakże będziemy wchodzić? — zapytał marynarz.
— Zewnętrzną drabinką — odparł Cyrus Smith — drabinką sznurową, którą gdy wyciągniemy do góry, przystęp do naszego mieszkania stanie się dla drugich niepodobnym.
— Pocóż takich ostrożności? — odrzekł Pencroff. — Co się tyczy zwierząt, te nie wydały nam się dotychczas zbyt niebezpiecznemi, a co do dzikich, tych na naszej wyspie nie ma!
— Czyś pewny tego, Pencroffie? — zapytał inżynier mierząc marynarza wzrokiem.
— Pewni będziemy oczywiście dopiero wtedy, gdy wzdłuż i wszerz przejdziemy całą wyspę — odparł Pencroff.
— Tak jest — rzekł Cyrus Smith — dotychczas bowiem znamy tylko małą jej cząstkę. W każdym jednak razie jeśli nie mamy nieprzyjaciół wewnętrznych, możemy się za to lękać zewnętrznych, a podejrzane są te przestrzenie Cichego Oceanu! Przygotujmyż się więc na wszelki wypadek!
Cyrus Smith mówił mądrze, więc też Pencroff, nie spierając się dłużej, gotów był odtąd na wszelkie jego rozkazy.
Fasadę Pałacu Granitowego miano zatem zaopatrzyć pięcioma oknami i drzwiami prowadzącemi do właściwej części mieszkalnej, podczas gdy do owej wspaniałej nawy przeznaczonej na salę, miano wpuścić światło przez jeden przestronny otwór i kilka okrągłych okienek. Fasada ta położona dziewięćdziesiąt stóp po nad ziemią, wystawioną była na wschód, tak, że pierwsze poranne promienie słońca musiały padać na nią. Zajmowała zaś ową część kurtyny granitowej między zakrętem przy ujściu Dziękczynnej a linją wyciągniętą prostopadle po nad zwaliskami skał tworzących dymniki. Tym sposobem owe nieznośne wichry północno-wschodnie uderzały w nią tylko z ukosa, gdyż zasłaniał ją z tej strony róg ściany granitowej. Zanimby jednak oprawa okien była gotową, zamierzał inżynier zasłonić otwory okiennicami, któreby nie przepuszczały ani wiatru ani deszczu, a które w razie potrzeby możnaby było przymykać.
Pierwszem więc zadaniem było powydrążać otwory. Robota kilofem w tej twardej skale szłaby była zbyt powolnie, a Cyrus Smith, jak wiemy, był miłośnikiem wielkich środków. Posiadał jeszcze trochę nitro-glyceryny i zrobił z niej w tym celu wyborny użytek. Działanie tego eksplodującego płynu zlokalizował zręcznie i pod jego wpływem rozpękł się granit w miejscach powyznaczanych przez inżyniera. Poczem za pomocą kilofa i motyki nadali owym pięciu oknom, szerokiemu otworowi nawy, okrągłym okienkom i drzwiom kształt ostro-łukowy, ociosali z grubsza dziwacznie powyszarpywaną oprawę tych otworów i w kilka dni później oświetlony został Pałac Granitowy szerokiemi strugami wschodniego światła, które wcisnęło się do najskrytszych jego zakamarków.
Według planu nakreślonego przez Cyrusa Smitha, miało być mieszkanie podzielone na pięć przedziałów z widokiem na morze: po prawej stronie sień z drzwiami, do których przystawiać miano drabinkę, dalej miała być kuchnia trzydzieści stóp szeroka, pokój jadalny czterdzieści stóp szeroki, pokój sypialny tej samej szerokości, a w końcu, na żądanie Pencroffa, pokój bawialny przytykający do dużej sali.
Pokoje te, albo raczej ten szereg pokojów stanowiących część mieszkalną Granitowego Pałacu nie miał zajmować całej szerokości pieczary. W tyle za niemi, oddzielony kurytarzem, miał się ciągnąć długi magazyn, w którym narzędzia, zapasy żywności i inne rupiecie znalazłyby obszerne pomieszczenie. Wszystkie płody wyspy, tak roślinne jak i zwierzęce, mogły tam być wybornie przechowywane, bezpieczne od wszelkiej wilgoci. Miejsca nie brakowało wcale i każda rzecz mogła być systematycznie pomieszczoną. Zresztą osadnicy nasi posiadali jeszcze do dyspozycji ową małą grotę położoną powyżej głównej pieczary, a grota ta mogła w tem nowem mieszkaniu zająć miejsce spiżarni.
Nakreśliwszy raz ten plan, nie pozostawało nic, jak tylko go wykonać. Osadnicy więc nasi z minerów przedzierżgnęli się w ceglarzy; poczem poznosili cegły i porozkładali takowe u podnóża Granitowego Pałacu.
Dotychczas Cyrus Smith i towarzysze jego mieli tylko jeden przystęp do pieczary, a to przez dawny kanał odpływowy. W skutek tego rodzaju komunikacji, zmuszeni byli za każdym razem dokoła brzegiem rzeki wychodzić na Wielką Terasę, spuszczać się dwieście stóp w głąb podziemnym korytarzem i tyleż stóp drapać się do góry ażeby dostać się znów na Wielką Terasę. To pociągało za sobą wielką stratę czasu obok znacznego trudu. Cyrus Smith postanowił zatem przystąpić bezzwłocznie do sporządzenia silnej drabinki sznurowej, za której usunięciem Pałac Granitowy stawał by się absolutnie niedostępnym.
Drabinka sporządzoną została z wielką starannością, a wiązania jej uplecione z sitowia za pomocą kołowrotka, posiadały tę moc, co grube liny. Materjału na szczeble dostarczył rodzaj cedru czerwonego o lekkich a trwałych gałązkach, a cały przyrząd wykonany został po mistrzowsku przez Pencroffa.
Podobnie inne powrozy sporządzono z włókien roślinnych, a przy drzwiach Granitowego Pałacu ustawiono rodzaj improwizowanej windy. Tym sposobem wyciągano z łatwością cegły do góry aż do samych drzwi Pałacu. Transport materjałów doznał przez to znacznego uproszczenia, niezwłocznie też przystąpiono do wewnętrznego urządzenia Pałacu. Wapna nie brakło a przytem posiadali także kilka tysięcy gotowych cegieł. Z łatwością wzniesiono drzewne części przepierzeń, dość krótkich i dość pierwiastkowego kształtu, całą przestrzeń podzielono na pokoje i magazyn, stosownie do powziętego planu.
Rozmaite te roboty postępowały nader szybko, pod kierownictwem inżyniera, który własnoręcznie dzierżył młot i kielnię. Żadna robota ręczna nie była obcą Cyrusowi, a miał w niej pracowników intelligentnych i gorliwych. Pracowali z ufnością a nawet wesoło. Pencroff w każdym charakterze, czy to cieśli, czy powroźnika, czy też murarza, zawsze miał żart na ustach, a dobry jego humor udzielał się także reszcie mieszkańców tego małego światka. Zaufanie jego do inżyniera nie miało granic i nic nie zdołało go w nim zachwiać. Przypisywał mu zdolność do wszystkiego i powodzenie we wszystkiem. Kwestja ubrania i obuwia — zaiste nader ważna — kwestja światła w długich nocach zimowych, uprawy urodzajnych części wyspy, przemiany roślinności dzikiej na sztucznie wyhodowaną, wszystko to wydawało mu się łatwem przy pomocy Cyrusa i we właściwym czasie. Marzył już o kanałach wodnych, ułatwiających przewóz ziemiopłodów, o eksploatacji kopalń i min podziemnych, o maszynach do rozmaitych wyrobów przemysłowych, ba, o kolejach żelaznych, tak jest o kolejach, które gęstą siecią miały kiedyś pokryć wyspę Lincolna.
Inżynier nie przeszkadzał mu w tych marzeniach i nie burzył tych zamków napowietrznych, jakie budowała fantazja dzielnego marynarza. Wiedział że ufność, łatwo udziela się drugim.
Uśmiechał się więc tylko, nie zdradzając żadnem słowem niepokoju, jaki w nim rozbudzała czasem myśl o przyszłości. W tej części Cichego Oceanu, zdala od szlaku, którym płyną okręty, słusznie można się było obawiać, że godzina wybawienia nigdy może dla nich nie nadejdzie. Więc tylko na siebie i tylko na własne siły mogli liczyć osadnicy nasi, odległość bowiem wyspy Lincolna od wszelkiego lądu była tak wielką, że puszczać się na los szczęścia w okręcie słabo naturalnie zbudowanym, byłoby zbyt trudną i zbyt niebezpieczną rzeczą.
— Mimo to, jak mawiał marynarz, przewyższali o sto łokci dawniejszych Robinsonów, dla których każda rzecz równała się cudowi stworzenia.
I w istocie ludzie ci „wiedzieli“, a człowiek który „wie“ przebije się tam, gdzie drugi będzie wegetować i zginie bez ratunku.
W robotach tych odznaczał się Harbert. Był intelligentnym i czynnym, pojmował szybko i wykonywał dobrze, a Cyrus Smith przywiązywał się z każdym dniem bardziej do tego chłopca. Harbert sam czuł dla inżyniera żywą cześć i przyjaźń. Pencroff zauważył ścisłą sympatję zawiązującą się między nimi i nie był oto wcale zazdrosnym.
Nab był zawsze Nabem. Jakim był, takim pozostał zawsze: wcieloną odwagą, gorliwością, poświęceniem się i zaparciem. W panu swym pokładał ufność taką samą jak Pencroff, lecz objawiał ją w sposób mniej głośny. Gdy się marynarz entuzjazmował, Nab miał zawsze minę taką, jak gdyby chciał powiedzieć: „Ależ to rzecz najnaturalniejsza pod słońcem“. Pencroff z Nabem kochali się bardzo i wkrótce „tykali“ się wzajemnie.
Co do Gedeona Spiletta, i on brał udział we wspólnej pracy i nie był wcale najniezręczniejszym, — czemu zawsze dziwił się trochę marynarz. „Dziennikarz“ który nietylko wszystko rozumie, ale i wszystko umie wykonać!
Drabina gotową była ostatecznie dnia 28. maja. Na wysokość pionową dziewięćdziesięciu stopni liczyła niemniej jak sto szczebli. Cyrus Smith mógł na szczęście rozdzielić ją na dwie części, korzystając z garbu w ścianie granitowej, wystającego czterdzieści stóp po nad ziemią. Garb ten starannie wyrównany za pomocą kilofa utworzył rodzaj przystanka, w którym przytwierdzono jedną część drabiny, skróconej tym sposobem o połowę, a którą za pomocą postronka można było wyciągnąć na samą górę Pałacu Granitowego. Drugą część drabiny przymocowano za jeden koniec na przystanku, a za drugi do samych drzwi Pałacu. Tym sposobem ułatwiono bardzo wchodzenie po niej. Zresztą Cyrus Smith zamierzał później urządzić windę hydrauliczną, która mieszkańcom Granitowego Pałacu miała oszczędzić czasu i trudu.
Osadnicy nasi przywykli rychło do używania tej drabiny. Byli żwawi i zręczni, a Pencroff, który jako marynarz przyzwyczajony był do biegania po sznurowych drabinkach i linach okrętowych, mógł im udzielać w tem lekcji. Lecz trzeba było także udzielić jej Topowi. Biedny psisko ze swemi czterma łapami nie był stworzony do tego rodzaju akrobatycznych ćwiczeń. Pencroff jednak był nauczycielem tak gorliwym, że pies w końcu poddał się swemu losowi i właził po drabinie tak biegle jak jego współplemiennicy w cyrkach. Trudno powiedzieć czy marynarz zadowolony był ze swego ucznia. To tylko pewna, że nieraz dźwigał go pod górę na plecach, na co Top jednak nigdy się nie uskarżał.
Wypada tu napomknąć, że podczas tych robót wykonywanych z wielkim pośpiechem, gdyż zbliżał się już czas słot, nie zaniedbywano wcale kwestji pożywienia. Co dnia korespondent z Harbertem, którzy byli niezaprzeczenie dostawcami osady, spędzali kilka godzin na polowaniu. Dotychczas polowali tylko w lesie Jakamarowym, po lewej stronie rzeki, z braku bowiem mostu lub czółna nie podobna było przeprawić się na drugi bok Dziękczynnej. Owych olbrzymich borów, przezwanych przez nich borem Zachodniej Ręki, nie tknęła dotąd jeszcze ich stopa. Ważną tę wyprawę odłożyli do następnej wiosny. Las Jakamarowy jednak dostatecznie obfitował w zwierzynę, pełno w nim było kangurusów i dzików, a okute żelazem oszczepy, łuki i strzały dokazywały cudów. Co więcej, oto Harbert odkrył w południowo-zachodniej stronie lasu naturalną królikarnię, rodzaj łączki nieco wilgotnej, porosłej wierzbami i wonnemi ziołami rozlewającemi w powietrzu woń balsamiczną: tymiankiem, macierzanką, bazylijką, cząbrem i rozmaitemi innemi ziołami należącemi do klasy roślin wargowych, na które króliki niezmiernie są łakome.
Korespondent zauważył, że skoro stół nakryty dla królików, dziwnem by było, gdyby nie było w pobliżu samych królików. W myśl tej uwagi poczęli obaj myśliwi uważnie rozpatrywać się po łące. Na wszelki wypadek łączka ta wydawała mnóstwo roślin pożytecznych, a naturalista byłby miał sposobność poznać na niej nie jeden okaz świata roślinnego. Harbert zerwał po kilka garści bazylijki, rozmarynu, miodownika, bukwicy itp. posiadających rozmaite własności terapeutyczne i służących jako środki lecznicze przeciw chorobie piersiowej, kurczom, febrze, spazmom, reumatyzmowi i innym. A kiedy go Pencroff później zapytał, na co się przyda ten zbiór ziół, odpowiedział:
— Ażeby nas uzdrawiać, gdy będziemy chorzy.
— Dla czego byśmy mieli chorować, kiedy tu przecież nie ma żadnych lekarzy? odparł bardzo poważnie Pencroff.
Na to nie było co odpowiedzieć, lecz mimo to Harbert nie zaprzestawał swej kollekty, która w Pałacu Granitowym została bardzo życzliwie przyjętą. Tem bardziej, że oprócz tych ziół lekarskich przyniósł ze sobą także pewną ilość dwulistkowej roślinki, znanej w północnej Ameryce pod nazwą „herbaty Oswegskiej“, dającej wyborny napitek.
Wreszcie naszukawszy się dość, trafił w końcu na właściwą królikarnię. Ziemia podziurawioną była w tem miejscu jak warzecha.
— To nory! zawołał Harbert.
— W samej rzeczy, odparł korespondent, widzę je.
— Ale czy zamieszkałe?
— To inna kwestja.
Kwestja ta została natychmiast rozstrzygniętą. W tej samej bowiem chwili setki zwierzątek, podobnych do królików, pierzchnęły w najrozmaitsze strony, z taką chyżością, że sam Top nie mógłby ich dopędzić. Myśliwi i pies nabiegali się też dowoli, lecz strzyżaki wymykały się im z największą łatwością. Korespondent jednak postanowił nie ustąpić z miejsca, nie schwytawszy przynajmniej pół tuzina tych czworonogów. Chciał niemi koniecznie przyozdobić na początek spiżarnię, nie rezygnując zresztą niczego na przyszłość. Rozpostarłszy kilka siatek na otworach nór, możnaby było liczyć na pewny połów. W tej chwili jednak ani nie posiadali siatek, ani też nie było ich z czego sporządzić. Trzeba więc było poprzestać na rozkopywaniu kijem pojedyńczych nór i cierpliwością starać się dopiąć tego, czego nie można było innym sposobem.
Wreszcie po całogodzinnem kopaniu schwytali czworo tych strzyżaków. Były to króliki dość podobne do swych współplemienników europejskich a znane pod nazwiskiem „królików amerykańskich“.
Zdobycz ta zaniesiona do Pałacu Granitowego figurowała jeszcze tego samego wieczora na wieczerzę. Okazało się, że była to zwierzyna wcale nie do pogardzenia i w całem tego słowa znaczeniu wyśmienita. Tym sposobem otworzyło się osadnikom naszym drogocenne i jak się zdawało niewyczerpane źródło żywności.
Dnia 31. maja przegrody były gotowe. Nie pozostawało więc nic jak tylko umeblować pokoje, co miało stanowić przedmiot zatrudnienia w długich nudnych dniach zimowych. W pierwszym pokoju służącym za kuchnię wystawiono komin. Trochę kłopotu sprawiła improwizowanym naszym kominiarzom rura, przez którą miał dym odlatywać na dwór. Cyrus Smith uznał za rzecz stosowniejszą sporządzić ją z gliny wypalonej; a ponieważ niepodobna było przepuścić jej przez górne sklepienie, wydrążono zatem dziurę w granicie powyżej okna w rzeczonej kuchni, i przez tę dziurę przeprowadzoną została skośnie owa rura, jak to bywa przy żelaznych piecach. Bardzo prawdopodobnem a nawet niewątpliwem było, że przy silnym wietrze wschodnim uderzającym wprost we front Pałacu, komin będzie dymić, wiatry te jednak były rzadkie, a zresztą pan kuchmistrz Nab nie bardzo dbał o to.
Ukończywszy wewnętrzne urządzenie Pałacu, zabrał się Inżynier do zatkania otworu dawnego kanału odpływowego, tak ażeby wszelki przystęp z tej strony uniemożebnić. Przywalono więc ten otwór olbrzymiemi bryłami i spojono je silnie ze sobą. Cyrus Smith na razie nie uskutecznił jeszcze swojego zamiaru zanurzenia tego otworu pod wodę przez podniesienie za pomocą tamy poziomu jeziora. Osłonił tylko miejsce gdzie był dawny otwór, zielskiem, krzewami i krzakami pozasadzanemi w szparach między bryłami, które na przyszłą wiosnę powinne się były bujnie porozrastać.
Mimo to skorzystał z kanału odpływowego w ten sposób, że do nowego pomieszkania przeprowadził z jeziora strumyczek słodkiej wody. Malutka szczelina wydrążona poniżej poziomu wody w jeziorze sprawiła ten skutek, a ta wąziutka wstęga czystej i nigdy nie wysychającej wody, dostarczała dwadzieścia pięć do trzydziestu galonów[22] dziennie. Wody więc nie powinno było w Pałacu Granitowym nigdy zabraknąć.
Wreszcie gotowe było wszystko i to w sam czas, gdyż pora słotna była tuż za pasem. Grube okiennice służyły tymczasem do zamykania okien frontowych, zanim inżynier sfabrykuje szyby szklanne.
Gedeon Spilett bardzo artystycznie poustawiał dokoła okien w skalistych framugach rozmaitego rodzaju krzewy i pooplatał je wijącem się zielem, w skutek czego otwory, okolone malowniczą zielonością, sprawiały efekt wspaniały.
Mieszkańcy tak trwałego, zdrowego i bezpiecznego mieszkania musieli się więc zachwycać swem dziełem. Okna pozwalały im wybiegać wzrokiem na świat boży i bujać po nieprzejrzanym widnokręgu, który od północy zamykał przylądek Obu Szczęk a od południa przylądek Ostrego Szponu. Zatoka Stanów Zjednoczonych rozpościerała się przed nimi w całej swej wspaniałości. Zaprawdę, dzielni nasi osadnicy mieli prawo być zadowolonymi, a Pencroff nie szczędził pochwał temu, co żartobliwie nazywał „swoim apartamentem na piątem piętrze po nad mezzaninem!...“






ROZDZIAŁ XX.
(Pora deszczowa. — Kwestja odzienia. — Polowanie na foki. — Fabrykacja świec. — Domowe roboty w Pałacu Granitowym. — Dwa mostki. — Wyprawa po ostrygi. — Co Harbert znajduje przy sobie w kieszeni).

Pora zimowa rozpoczęła się na serjo z miesiącem czerwcem, któremu na północnej półkuli odpowiada grudzień. Rozpoczęła się zaś ulewą i wichrami następującemi po sobie bez przerwy. Wtedy to mieszkańcy Pałacu Granitowego mogli ocenić korzyści mieszkania zabezpieczonego od burz i słoty. „Dymniki“ byłyby im zaiste niedostatecznego udzieliły schronienia przed srogością zimy, a prócz tego można się było obawiać powtórnego zalewu ze strony wzburzonych wichrami fal morskich. Cyrus Smith przedsięwziął był nawet pewne środki ostrożności, ażeby ile możności ubezpieczyć umieszczoną w „dymnikach“ kuźnię i piece.
Cały ten miesiąc czerwiec upłynął na rozmaitego rodzaju pracach, przy których nie zaniedbywano także polowania ani rybołówstwa, tak że spiżarnia mogła być zawsze obficie zaopatrzoną. Pencroff postanowił wolnym czasem sporządzić łapki, po których wiele sobie obiecywał. Sporządził także siatki z włókien roślinnych i nie minął dzień żaden, ażeby królikarnia nie dostarczyła do kuchni pewnej ilości strzyżaków. Nab cały prawie czas trawił na soleniu i na wędzeniu mięsa, w skutek czego konserwowało się wybornie.
Teraz poczęli zastanawiać się na serjo nad kwestją odzienia. Osadnicy nasi posiadali tylko te suknie, w których wyrzucił ich balon na wysepkę. Suknie te były ciepłe i trwałe, czuwali nad niemi i nad bielizną swoją z największą troskliwością, utrzymywali je we wzorowej czystości, mimo to jednak trzeba je było wkrótce zastąpić innemi. Wreszcie na wypadek ostrej zimy musieliby osadnicy nasi cierpieć srogie zimno.
W tym względzie przemyślność zawiodła Cyrusa. Zmuszonym był myśleć o zaradzeniu najgwałtowniejszym potrzebom, stworzyć mieszkanie, zaopatrzyć się w żywność; tym sposobem mogły ich mrozy zaskoczyć zanimby kwestja odzienia została załatwioną. Trzeba się więc było uzbroić w rezygnację i przepędzić zimę bez szemrania. Za powrotem wiosny mieli wyprawić wielkie polowanie na owe barany skalne, które zjawiły się im podczas wycieczki na górę Franklina, a nagromadziwszy dość wełny, potrafiłby inżynier niezawodnie sporządzić z niej ciepłe i trwałe materje... Jak? — to już było jego rzeczą.
— No cóż, wynagrodzimy to sobie wędząc nasze łydki przy ogniu w Pałacu Granitowym! rzekł Pencroff. Paliwa mamy dość, nie ma więc powodu oszczędzać go.
— Zresztą, odparł Gedeon Spilett, wyspa Lincolna nie leży zbyt wysoko, więc i zimy nie muszą być na niej prawdopodobnie zbyt ostre. Wszak powiedziałeś, Cyrusie, że ten trzydziesty piąty równoleżnik odpowiada mniej więcej położeniu Hiszpanii na tamtej półkuli?
— Bez wątpienia, odparł inżynier, jednak i w Hiszpanii bywają czasem ostre zimy! Nie brak wtedy ani śniegu ani mrozów, więc i wyspa Lincolna może być także przez nie nawiedzoną. W każdym razie jednak jest to zawsze wyspa, i jako taka powinna, jak sądzę, posiadać temperaturę bardziej umiarkowaną.
— A to czemu, panie Cyrus? zapytał Harbert.
— Ponieważ morze, moje dziecko, można uważać za rodzaj olbrzymiego zbiornika przechowującego w sobie ciepło nagromadzone letnią porą. W zimie wydaje ze siebie tę ciepłotę, w skutek czego w krajach nadmorskich panuje zawsze średnia temperatura, nie zbyt wysoka w lecie, lecz za to nie zbyt niska w zimie.
— Przekonamy się o tem, odparł Pencroff. Dlatego też nie myślę wcale łamać sobie głowy nad tem, czy będzie zimno, czy nie. To jednak pewna, że dnie są już krótkie, a wieczory długie. Dlatego wartoby się zastanowić nad kwestją światła.
— Nic łatwiejszego, odparł Cyrus Smith.
— Jak zastanowić się nad nią? zapytał marynarz.
— Jak ją załatwić.
— Kiedyż się do tego weźmiemy?
— Jutro, a zaczniemy od polowania na foki.
— Ażeby fabrykować z nich łój?
— Wstydź się, Pencroffie, świece!
Taki był w samej rzeczy projekt inżyniera. Projekt ten dał się łatwo wykonać, zwłaszcza że mieli wapno i kwas siarczany, a foki miały im dostarczyć potrzebnego do tej fabryki tłuszczu.
Był to właśnie dzień 4. czerwca i niedziela Zielonych świąt. Uchwalili zatem jednogłośnie obchodzić to święto uroczyście. Zawiesili więc wszystkie roboty a natomiast wznosili modły do nieba. Lecz modły ich były modłami dziękczynnemi. Osadnicy wyspy Lincolna nie byli już więcej nędznymi rozbitkami, wyrzuconymi na odludną wysepkę. Nie prosili już o nic, lecz dziękowali.
Nazajutrz 5. czerwca, przy dość niepewnej pogodzie, wyruszyli na wysepkę. Trzeba było korzystać z odpływu, ażeby kanał przejść w bród. Przy tej sposobności postanowili bądź co bądź wybudować czółno, któreby ułatwiało im na przyszłość komunikację i na którem by mogli popłynąć Dziękczynną w głąb kraju, podczas wyprawy w południowo-zachodnie okolice wyspy, którą zamierzali przedsięwziąć w pierwszych dniach wiosny.
Fok było podostatkiem, i myśliwi nasi uzbrojeni w okute żelazem oszczepy, ubili ich z łatwością pół tuzina. Nab z Pencroffem odarli je na miejscu ze skór, i zabrali ze sobą tylko tłuszcz i skóry, które im miały służyć na obówie.
Owocem polowania było około trzysta funtów tłuszczu, którego miano użyć do fabrykacji świec.
Fabrykacja ta nie przedstawiała najmniejszych trudności. Wynikły z niej fabrykat nie był wprawdzie zupełnie doskonały, lecz zawsze użyteczny. Gdyby Cyrus Smith nie posiadał nic więcej prócz kwasu siarczanego, to zmięszawszy go z tłuszczem takim, jak np. tłuszcz fok i rozgrzawszy tę mięszaninę przy ogniu, mógł tym sposobem wydzielić z niej glycerynę, a następnie zapomocą kipiątka wydobyć z niej oleinę, margarynę i stearynę. Dla uproszczenia jednak tego procesu wolał przemydlać tłuszcz zapomocą wapna. W skutek tego otrzymał mydło wapienne, które pod wpływem kwasu siarczanego dawało się łatwo rozkładać, wapno osiadło na spodzie jako siarczan, a kwasy tłuszczowe zostały uwolnione.
Z tych trzech kwasów, oleinowego, margarynowego i stearynowego, pierwszy będąc płynem został usunięty w skutek wyciśnienia. Dwa zaś pozostałe utworzyły substancję, z której miano lepić świece.
Cała operacja nie trwała dłużej jak dwadzieścia cztery godzin. Knoty sporządzono po kilku próbach z włókien roślinnych. Zamaczane zaś w owym płynie przemieniły się w prawdziwe świece stearynowe, ulepione ręką, którym prócz białości i politury nie brakowało nic więcej. Nie posiadały zapewne tych zalet co świece maczane w kwasie barwnym, które w miarę jak się palą nabierają pewnej szklistości, a wypalają się całe aż do najmniejszego kawałeczka. Cyrus Smith jednak sporządził parę pięknych szczypców. I tym sposobem świece te oddawały im w długie wieczory spędzane w Granitowym Pałacu znamienite usługi.
Przez cały ten miesiąc nie brakowało również roboty w nowem mieszkaniu, a mianowicie roboty stolarskiej. Ulepszyli narzędzia, które były nader pierwiastkowego kształtu i powiększyli zbiór takowych.
Między innemi sfabrykowano także nożyczki, któremi osadnicy nasi mogli wreszcie podstrzydz sobie włosy, a i brody swoje, jeżeli nie ogolić, to przynajmniej przystrzedz wedle upodobania. Harbert nie posiadał brody, Nab miał jej niewiele, lecz zato towarzysze ich posiadali zarost, który w zupełności usprawiedliwiał fabrykację nożyczek.
Sporządzenie piłki ręcznej kosztowało ich nieskończenie wiele trudu, ostatecznie jednak otrzymali instrument, którym przy pewnem natężeniu można było rznąć drzewo. Korzystając z niego powystrugiwali stoły, ławki, szafy, któremi umeblowali główne pokoje, wreszcie łóżka, których całą pościel stanowiły materace z ziół i trawy. Kuchnia z półkami, na których stały narzędzia z wypalonej gliny, i z piecem ceglanym wyglądała wybornie a Nab urzędował w niej z taką powagą, jakby w jakiem laboratorjum chemicznem.
Wkrótce jednak stolarka musiała ustąpić ciesielce. Nowy bowiem kanał odpływowy wydrążony miną, wymagał koniecznie dwóch mostów, z których jeden musiał być wystawionym na Wielkiej Tarasie, a drugi na samem wybrzeżu. Obecnie bowiem tak Tarasę jak i wybrzeże przerzynał potok, który trzeba było przebyć chcąc się dostać w północne okolice wyspy. Aby go zaś ominąć, trzeba było obchodzić daleko na zachód aż po za źródła Czerwonego Potoku. Najprostszą zatem rzeczą było wystawić na Tarasie i na wybrzeżu dwa mosty, dwadzieścia do dwudziestu pięciu stóp długie, składające się z kilku drzew ociosanych z gałęzi. Cała ta praca trwała tylko kilka dni. Z postawionych w ten sposób mostów skorzystali zaraz Nab z Pencroffem, udając się do owych ław z ostrygami, które odkryli byli wśród wzgórz nadbrzeżnych. Wzięli zaś ze sobą w tym celu rodzaj niekształtnego wózka, który miał zastąpić dawniejszą plecionkę zbyt niewygodną. Przywieźli ze sobą kilka tysięcy ostryg, które osiedliły się odrazu wśród skał tworzących naturalne ławy przy ujściu Dziękczynnej. Mięczaki te były wyborne i służyły za codzienne prawie danie.
Jak widzimy więc, wyspa Lincolna, jakkolwiek mała tylko jej cząstka znaną była osadnikom, zaspakajała jednak wszystkie ich potrzeby. Usprawiedliwioną więc była z ich strony nadzieja, że poznawszy najskrytsze jej zakątki, zwłaszcza całą ową część lesistą, ciągnącą się od Dziękczynnej aż do Zatoki Jaszczurowej, nowe odkryją w niej skarby.
Jeden tylko brak jeszcze dawał się czuć osadnikom naszym. Mieli podostatkiem żywności azotowej tudzież płodów roślinnych, które miały wpływ pierwszych złagodzić. Korzonki ze smoczaków wyfermentowane należycie dostarczały im napoju kwaskowatego, coś w rodzaju piwa daleko lepszego od czystej wody. Sfabrykowali nawet cukier, i to bez trzciny cukrowej i bez buraków, zbierając w naczynia ciecz, którą wydawały ze siebie drzewa należące do familji klonów, zwane przez botaników: acer saccharinum, rosnące we wszystkich krajach strefy umiarkowanej, a których wielką liczbę posiadała także wyspa. Z „monardów“ zebranych na królikarni przyrządzali wyborną herbatę. Wreszcie posiadali także poddostatkiem soli, która jest jedynem ciałem mineralnem wchodzącem w skład pożywienia. Czegoż im niedostawało? Oto chleba!
Być może że później potrafiliby osadnicy zastąpić ten artykuł innym jakim równoważnikiem, np. mąką ze sago lub mączką z drzewa chlebowego, i w istocie wszelkie było prawdopodobieństwo — że owe lasy, ciągnące się na południe, między inne swe płody zaliczały i te szacowne drzewa, których jednak dotychczas nie napotkali jeszcze nigdzie.
Opatrzność jednak miała w tym względzie przyjść im wprost z pomocą, prawda że tylko w nieskończenie małej cząsteczce, lecz bądź co bądź Cyrus Smith z całym swym rozumem i całą przemyślnością nie zdołałby był nigdy wytworzyć tego, co Harbert pewnego dnia czystym przypadkiem znalazł w podszewce swej kamizelki, którą właśnie naprawiał.
Tego dnia — deszcz lał właśnie strumieniami — osadnicy nasi zgromadzeni byli w dużej sali Pałacu Granitowego, gdy nagle Harbert zawołał:
— Patrz pan, panie Cyrus. Oto ziarnko zboża!
I pokazał towarzyszom ziarno, jedyne ziarno, które przez dziurawą kieszeń kamizelki zalazło było za podszewkę.
Okoliczność tę wyjaśnia fakt, że Harbert, będąc jeszcze w Richmondzie, miał zwyczaj karmić kilka gołębi dzikich, grzywaczów, które mu darował Pencroff.
— Co, ziarno zboża? zapytał żywo inżynier.
— Tak, panie Cyrus, ale tylko jedno, jedyne!
— E! mój chłopcze, zawołał śmiejąc się Pencroff, oto byśmy z niem daleko doprowadzili, na honor! Cóżbyśmy poczęli z jednem ziarnkiem zboża?
— Co? będziemy z niego mieli chleb, odparł inżynier.
— Co, chleb? może ciastka, a może i torty! zaśmiał się marynarz. Ba, ba! Nie udławilibyśmy się ponoś nigdy tym chlebem, który by dało to ziarnko!
Harbert, nie przywiązując wielkiej wagi do swojego odkrycia, chciał już odrzucić ziarnko, gdy Cyrus Smith wziął je do ręki, przypatrzył mu się dokładnie, a przekonawszy się, że jest jeszcze w dobrym stanie, utkwił wzrok w marynarza i odezwał się spokojnie:
— Wiesz, Pencroffie, ile jedno ziarnko może zrodzić kłosów?
— Przypuszczam, że jeden kłos! odparł marynarz, zdziwiony tem zapytaniem.
— Dziesięć kłosów. A wiesz, Pencroffie, wiele jeden kłos może zrodzić ziarnek?
— Na honor, nie.
— W przecięciu ośmdziesiąt, rzekł Cyrus Smith. Otóż zasadziwszy to ziarnko, pierwszy plon z niego przyniósłby nam ośmset ziarn, drugi plon z tych ziarn zasadzonych przyniósłby sześćkroć czterdzieści tysięcy ziarn, trzeci plon pięćset dwanaście miljonów, czwarty plon przeszło czterysta miljardów ziarn. Taka jest proporcja.
Towarzysze Cyrusa słuchali go w milczeniu. Cyfry te zdumiewały ich, a jednak były to cyfry dokładne.
— Tak, przyjaciele moi, ciągnął dalej inżynier. Taka jest proporcja arytmetyczna w płodności natury. A czemże dopiero jest to rozmnażanie się ziarnka zboża, którego kłos jeden wydaje tylko ośmset ziarn, w porównaniu z jedną laską maku, która wydaje trzydzieści dwa tysiące ziarn, lub z laską tytoniu, która wydaje ich trzysta sześćdziesiąt tysięcy? Gdyby nie rozliczne przyczyny które je niszczą, rośliny te w kilku latach ogarnęłyby całą ziemię.
Inżynier jednak nie zakończył jeszcze na tem swej indagacji.
— A teraz powiedz mi, Pencroffie, ciągnął dalej, czy wiesz wiele czterysta miljardów ziarn wynosi ćwiartek zboża?
— Nie wiem, odparł marynarz, wiem tylko tyle, że jestem bydlę!
— Otóż, przeszło trzy miljony, licząc sto trzydzieści tysięcy ziarn na jedną ćwiartkę.
— Trzy miljony ćwiartek! zawołał Pencroff.
— Trzy miljony.
— W czterech latach?
— W czterech latach, odparł Cyrus Smith, a nawet tylko w dwóch latach, jeśli, jak sądzę po geograficznem położeniu naszej wyspy, będziemy mieli do roku dwa żniwa.
Na to Pencroff według swego zwyczaju nie znalazł lepszej odpowiedzi nad straszliwe „hurra!“
— Otóż zrobiłeś dziś, Harbercie, odkrycie niezmiernej dla nas wagi, dodał inżynier. Wszystko, przyjacielu mój, wszystko może się nam przydać w położeniu, w jakiem się znajdujemy. Proszę was, pamiętajcie o tem.
— Nie, panie Cyrus, nie zapomnimy o tem z pewnością, odparł Pencroff, a jeśli znajdę kiedy ziarnko tego tytoniu, co to się mnoży trzysta sześćdziesiąt tysięcy razy, to zapewniam pana, że go nie rzucę na wiatr! A teraz wiecie, przyjaciele, co nam wypada zrobić?
— Zasadzić to ziarnko, odparł Harbert.
— Tak jest, dodał Gedeon Spilett, i to z całą pieczołowitością, na jaką zasługuje, gdyż ziarnko to ukrywa w sobie przyszłe żniwo nasze.
— Oby tylko zeszło! zawołał marynarz.
— Zejdzie, odparł Cyrus Smith.
Był to dzień 20. czerwca, a zatem właśnie pora sposobna do zasadzenia tego jednego a tak drogocennego ziarnka. Zrazu chcieli go zasadzić w garnku napełnionym ziemią, po namyśle jednak postanowili zaufać zupełnie naturze i powierzyć je ziemi. Stało się to jeszcze tego samego dnia, a zbytecznem byłoby dodawać, że nie pominięto przytem żadnego środka mogącego zapewnić pomyślny plon.
Niebo rozjaśniło się nieco, a osadnicy nasi wydrapali się na samą górę Granitowego Pałacu. Tu obrali miejsce zakryte dobrze od wiatru a wystawione na pełne działanie południowych promieni słońca. Oczyścili to miejsce, wyplewli z niego troskliwie chwasty, skopali je nawet, ażeby wypłoszyć z niego robactwo i glisty, położyli na niem warstwę czarnej ziemi zmieszanej trochę z wapnem, ogrodzili je, poczem wtłoczyli ziarnko w wilgotny grunt.
Czy nie wydawało się tak, jak gdyby osadnicy nasi kładli kamień węgielny do przyszłej budowy? To przywiodło Pencroffowi na myśl ów dzień, kiedy to zapalił był jedną zapałkę, jaką wtedy posiadał, i trud, jaki kosztowała go ta operacja. Tym jednak razem była to rzecz o wiele większej wagi. W samej rzeczy bowiem, rozbitki nasi byliby zawsze tym lub owym sposobem przyszli w końcu do ognia, lecz żadna potęga ludzka nie zdołałaby im wrócić po raz drugi owego ziarnka zboża, gdyby nieszczęsnym jakim trafem miało zaginąć!






ROZDZIAŁ XXI.
(Kilka stopni poniżej zera. — Zbadanie części bagnistej południowo-wschodniej. — Kulpesy. — Widok morza. — Rozmowa o przyszłości Oceanu Spokojnego. — Bezustanna praca wymoczków. — Co się stanie z naszą ziemią? — Polowanie. — Błota Tadornów.)

Od tej chwili nie minął dzień, ażeby Pencroff nie wybrał się odwidzić miejsca, które nazywał poważnie swoim „łanem zboża.“ A biada owadom, co się tam zapędziły! Nie było dla nich łaski ani przebaczenia.
Pod koniec czerwca po nieskończenie długich deszczach, powietrze się stanowczo oziębiło, i 29 tego miesiąca termometr Fahrenheita wskazałby niezawodnie już tylko dwadzieścia stopni powyżej zera.
Nazajutrz, 30 czerwca, który to dzień odpowiada 31 grudnia na półkuli północnej, przypadał piątek. Nab zauważył, że stary rok się kończy fatalnym dniem, ale Pencroff odpowiedział mu, że tym sposobem naturalnie nowy rok od pomyślnego się zaczyna; — co ważniejsze.
W każdym razie zaczął się ten rok od bardzo ostrego zimna. Lodowce nagromadziły się przy ujściu „Dziękczynnej“ i wkrótce jezioro zamarzło na całej przestrzeni.
Musieli kilkakrotnie odnawiać zapas paliwa. Pencroff nie czekał, aż cała rzeka zamarznie, ale pospieszył się z dostawieniem olbrzymich ładunków drzewa. Prąd rzeki był niestrudzoną dźwignią, używali go też do spławiania drzewa, dopokąd nie stanął lodem. Do paliwa, dostarczonego tak obficie przez las, dołączyli jeszcze znaczną ilość wózków węgla ziemnego, po który chodzić było potrzeba aż do podnóża ścian góry „Franklina“. Potężne ciepło tego materjału godnie ocenili nasi osadnicy przy niskim stanie temperatury, która 4 lipca spadła do ośmiu stopni Fahrenheita. Urządzono drugi komin w jadalni i tam wszyscy pracowali razem.
W czasie tego perjodu zimna, Cyrus Smith mógł powinszować sobie, że sprowadził aż do Granitowego Pałacu mały strumyczek wody z jeziora Granta. Woda ta wypływająca z pod lodowej skorupy, przeszedłszy przez dawny upust, zachowywała całą płynność swoją i przybywała do zbiornika wewnętrznego, wykutego w rogu tylnego składu, — zkąd znowu nadmiar jej odpływał przez studnię do morza.
Około tego czasu, korzystając z nadzwyczajnie suchego powietrza, osadnicy ubrani jak można było najlepiej, postanowili poświęcić dzień na zbadanie części wyspy, w stronie południowo-wschodniej, pomiędzy „Dziękczynną“ a przylądkiem „Ostrego Szponu“. Była to obszerna przestrzeń bagnista, na której mogła się trafić jaka dobra sposobność do zapolowania; musiało się tam bowiem roić od wodnego ptactwa.
Potrzeba było liczyć ośm do dziewięciu mil drogi tam i tyleż napowrót, dzień więc byłby dobrze użyty. Ponieważ zaś szło także o zbadanie nieznanej cząstki wyspy, cała więc osada miała wziąć w tej wyprawie udział; 5. lipca tedy o szóstej rano, gdy ledwie zaświtało, Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Nab i Pencroff, zbrojni w oszczepy, szable, łuki i strzały i zaopatrzeni w wystarczające zapasy żywności, opuścili Pałac Granitowy, poprzedzani przez Topa, wyskakującego przed nimi wesoło.
Wybrano najkrótszą drogę a tą było przejść Dziękczynną po lodach, które ją wtedy zapełniały.
— Jednakże — zauważył słusznie korespondent — sposób ten nie może zastąpić porządnego mostu!
I zbudowanie „porządnego“ mostu zostało zapisane na liście prac przyszłych.
Pierwszy to raz osadnicy postawili nogę na prawym brzegu Dziękczynnej i zapędzili się pomiędzy owe wielkie i okazałe szyszkowce, naówczas pokryte śniegiem.
Nie uszli jeszcze mili, gdy nagle z gęstych zarośli wyprysnęła cała rodzina jakichś czworonogów widocznie tam zamieszkała a popchnięta do ucieczki ujadaniem Topa.
— Ah!... powiedziałby kto, że to lisy! zawołał Harbert, widząc całą gromadę umykającą co tchu.
I były to lisy w istocie, ale lisy wielkiego wzrostu, wydające ze siebie coś na kształt szczekania, które samego Topa wprawiło w taki podziw, iż przystanął w pogoni i tym sposobem dał czas zniknąć tym chyżym zwierzętom. Pies miał prawo zadziwić się, ponieważ nie znał historji naturalnej. Tymczasem przez to szczekanie, lisy te, siwo rudawe z czarnemi ogonami a białą kitką na końcu — zdradziły swoje pochodzenie. Harbert dał im bez wahania właściwe ich nazwisko „kulpesy“. Trafiają się one w Chili na Malouinach, oraz we wszystkich okolicach Ameryki, przeciętych trzydziestym i czterdziestym równoleżnikiem. Harbert żałował bardzo, że Top nie mógł pochwycić jednego z tych mięsożernych.
— A dają się one jeść? — zapytał Pencroff, zapatrujący się zawsze tylko z pewnego stanowiska specjalnego na wszystkich przedstawicieli fauny na wyspie.
— Nie — odrzekł Harbert — ale zoologowie nie rozpoznali jeszcze, czy źrenica tych lisów dzienną jest, lub nocną — i czy nie należałoby ich pomieścić w rzędzie gatunku właściwego psa.
Cyrus Smith nie mógł się wstrzymać od uśmiechu, słysząc tę uwagę młodego chłopca, dowodzącą poważnego umysłu. Co zaś do marynarza, od chwili kiedy tych lisów nie można było pomieścić w rzędzie rzeczy jadalnych, nic go nie obchodziły. W każdym razie jednak — zauważył — że gdy chów drobiu zaprowadzonym już zostanie w Granitowym Pałacu, dobrze byłoby zabezpieczyć się przeciwko możliwym odwiedzinom tych rabusiów na czterech łapach. Nikt z towarzystwa nie odmówił tej uwadze słuszności.
Na skręcie osadnicy ujrzeli przed sobą długi pas wybrzeża, zlewanego przez obszerne morze. Była wówczas 8 rano. Niebo było bardzo czyste, jak to się zdarza przy silnych i długotrwałych mrozach, ale rozgrzani pochodem, Cyrus Smith i jego towarzysze, nie uczuwali zbyt żywo usczypnięć ostrego powietrza. Zresztą, nie powiewał najmniejszy wiatr, co o wiele czyni znośniejszem silne zniżenie temperatury. Słońce błyszczące ale bez wpływu ogrzewającego, wychodziło właśnie z oceanu i olbrzymi jego krąg kołysał się na widnokręgu. Morze przedstawiało spokojne i błękitne zwierciadło, jak w zatoce jakiejś morza Śródziemnego, przy czystem niebie. Przylądek „Ostrego szponu“ zakrzywiony w kształt jataganu, odcinał się wyraziście, w odległości około czterech mil ku południo-wschodowi. Na lewo, krawędź bagniska raptownie się opierała o małą wyniosłość, którą promienie słoneczne stroiły w tej chwili właśnie w ognistą smugę. Zaiste, w tej części zatoki Stanów Zjednoczonych, gdzie nie było najmniejszej zasłony od strony morza, okręty kołatane wichrami, nie byłyby znalazły najmniejszego schronienia. Czuło się, po spokojności morza, którego fal żadne podwodne wzniesienie nie zamącało, po jednostajnym kolorze wód, którego nie plamił żaden odcień żółtawy, po nieobecności wreszcie jakiejkolwiek bądź rafy, że wybrzeże to jest urwiste i że Ocean pokrywa w tem miejscu głębokie otchłanie.
W tyle, na zachodzie, rozwijały się, ale w odległości czterech mil — pierwsze linje drzew lasu....
Możnaby było sądzić, że się jest, na spustoszonem wybrzeżu jakiejś wyspy z okolic podbiegunowych, pokrytem lodami. Rozpalono ogień z chrustu i suchych zielsk morskich i Nab przygotował przy nim śniadanie z zimnego mięsiwa, do którego dodał kilka szklanek herbaty oswegskiej. Jedząc, rozglądali się wszyscy. Ta część wyspy Lincolna była w istocie bezpłodna i stała w zupełnej sprzeczności ze stroną zachodnią.
Spostrzeżenie to wywołało uwagę korespondenta, że gdyby przypadek rzucił ich był najprzód na tę część wybrzeża, musieliby byli nabrać opłakanego pojęcia o swojej przyszłej siedzibie.
— Zdaje mi się, że nie moglibyśmy byli tędy dostać się na wyspę; morze bowiem tutaj głębokie i nie dałoby nam było ani jednej skały na schronienie. Przed Granitowym Pałacem, były przynajmniej ławice i wysepka, które pomnażały możebność ocalenia. Ale tutaj — nic — prócz przepaści!
— Dosyć osobliwą jest rzeczą — zauważył Gedeon Spilett — że wyspa ta stosunkowo mała, — przedstawia grunt tak urozmaicony. A ta rozmaitość zewnętrznego pozoru logicznie bywa tylko właściwością lądów stałych i to pewnego obszaru. Możnaby powiedzieć prawdziwie że część zachodnią wyspy Lincolna, tak bogatą i żyzną, skrapiają ciepłe wody zatoki Meksykańskiej, a jej wybrzeża północne i południowo wschodnie rozciągają się nad rodzajem morza arktycznego.
— Masz pan słuszność, kochany panie Spilett, — odrzekł Cyrus Smith — i ja zrobiłem tęż samą uwagę. Ta wyspa, tak w formie swojej, jak i w przyrodzie wydaje mi się dziwną. Powiedziećby można, że to streszczenie wszelkich kształtów zewnętrznych, jakie przedstawia ląd stały i nie zdziwiłbym się, dowiedziawszy się, że była kiedyś stałym lądem...
— Co! stały ląd w pośrodku Oceanu Spokojnego! — wykrzyknął Pencroff.
— Dla czegóżby nie? odparł Cyrus Smith. Czemużby Australja, Nowa Irlandja, to wszystko, co geografowie angielscy nazywają Australazją, w połączeniu z archipelagami Oceanu Spokojnego, nie mogło było niegdyś stanowić szóstej części świata, równie ważnej jak Europa lub Azja, jak Afryka, lub obie Ameryki? Umysł mój bynajmniej nie broni się przypuszczeniu, że wszystkie te wyspy wyłonione z Oceanu, są to tylko szczyty lądu, obecnie pochłoniętego, ale który górował nad wodami w epokach przedhistorycznych.
— Takiego, jak niegdyś Atlantyda — wtrącił Harbert.
— Tak jest, moje dziecko — jeżeli tylko ona rzeczywiście istniała.
— I wyspa Lincolna miałaby stanowić cząstkę tego lądu? — spytał Pencroff.
— To możebne — odparł Cyrus Smith — i tym sposobem wyjaśniłaby się dostatecznie ta różnorodność produkcji, widniejąca na jej powierzchni.
— I znaczna ilość zwierząt, które ją jeszcze zamieszkują, dodał Harbert.
— Tak jest, moje dziecko, — odrzekł inżynier — dostarczasz mi nowego argumentu na poparcie mego twierdzenia. Pewną jest rzeczą, sądząc z tego, cośmy widzieli — że zwierzęta licznie się znajdują na tej wyspie i co jeszcze osobliwsza, że gatunki ich są nadzwyczaj rozmaite. Jakaś przyczyna tego być musi, a wedle mnie ta, że wyspa Lincolna mogła być niegdyś częścią jakiegoś obszernego kontynentu, który powoli zniżył się pod poziom Oceanu Spokojnego.
— A więc pewnego pięknego dnia — rzekł Pencroff, nie zdający się być jeszcze zupełnie przekonanym — to, co pozostało z owego starego kontynentu, może zniknąć z kolei i nie będzie już nic pomiędzy Ameryką i Azją.
— Owszem — odparł Cyrus Smith — będą nowe lądy stałe, nad których zbudowaniem miljardy miljardów zwierząteczek pracują w tej chwili.
— A któż to są ci mularze? — zapytał Pencroff.
— Wymoczki korala, — odrzekł Cyrus Smith. One to utworzyły nieustanną pracą wyspę Clermont-Tonnere, i inne niezliczone wyspy koralowe, rozrzucone po Oceanie Spokojnym. Potrzeba czterdzieści siedem milj. tych wymoczków na jeden gran[23] ciężaru, a jednakże z soli morskich które pochłaniają i z cząsteczek stałych wody, które w siebie zamieniają, te zwierząteczka produkują wapień a ten wapień tworzy niezmierne budowy podmorskie, których siła i trwałość wyrównują budowom granitowym. Niegdyś, w pierwszych epokach stworzenia, przyroda, używając ognia, wydała ziemie przez podniesienie; teraz zaś przeznacza zwierzęta mikroskopijne do zastąpienia tego czynnika, którego potęga dynamiczna wewnątrz globu, widocznie się zmniejszyła — czego dowodem wielka liczba wulkanów wygasłych już obecnie na powierzchni ziemi. I wierzę w to że w następstwie wieków po wiekach i wymoczków po wymoczkach, ten Ocean Spokojny może się zmienić pewnego dnia w obszerny ląd stały, który nowe generacje zamieszkają i ucywilizują z kolei.
— O, długo to potrwa! — rzekł Pencroff.
— Natura ma czas dla siebie — odparł inżynier.
— Ale na cóż jeszcze nowych lądów? — spytał Harbert. Zdaje mi się, że obecna rozciągłość okolic zamieszkałych wystarcza dla ludzkości. A natura nic bezużytecznego nie czyni.
— Istotnie, — nic bezużytecznego, — odrzekł inżynier — ale jest przyczyna, którą można wytłumaczyć konieczność utworzenia na przyszłość nowych lądów i to właśnie w tym pasie rjopikalnym, zajętym przez wyspy koralowe. Przynajmniej mnie to tłumaczenie przekonywa.
— Słuchamy pana, panie Cyrus — rzekł Harbert.
— Oto moja myśl: Uczeni przyjmują ogólnie, że pewnego dnia nasza kula ziemska skończy swoje istnienie, albo raczej, że życie roślinne i zwierzęce na niej przestanie być możliwem w skutek oziębienia natężonego, któremu podlegnie. Nie zgadzają się tylko co do przyczyny tego oziębienia. Jedni myślą, że wyniknie ono ze zniżenia temperatury, któremu ulegnie słońce po miljonach lat, — inni, że z wygaśnięcia stopniowego wewnętrznych ogni naszego globu, które mają nań wpływ dosadniejszy, aniżeli ogólnie się przypuszcza. Co do mnie, jestem za tą ostatnią hypotezą, opierając się na tym fakcie, że księżyc jest istotnie gwiazdą wyziębioną, która przestała być mieszkalną, jakkolwiek słońce nie przestaje wylewać na jej powierzchnię tejże samej ilości ciepła. Jeżeli więc księżyc wychłódł, to dla tego iż te ognie wewnętrzne, którym jak i inne gwiazdy świata planetarnego winien swój początek — kompletnie wygasły. Wreszcie z tej czy owej przyczyny, kula nasza zastygnie pewnego dnia, ale zastygnięcie to przyjdzie powoli. Cóż się wówczas stanie? Oto pasy umiarkowane, w epoce mniej lub więcej oddalonej, będą tyle mieszkalnemi, ile obecnie okolice podbiegunowe. A wtedy zjednoczenia ludzi i gromady zwierząt odpłyną ku szerokościom bardziej bezpośrednio poddanym wpływowi słonecznemu. Niezmierna emigracja się dopełni. Europa, Azja środkowa, Ameryka północna, opuszczone zostaną powoli, tak jak Australja i części niskie Ameryki południowej. Wegetacja pójdzie w ślad za emigracją ludzką. Flora cofnie się ku równikowi razem z fauną. Środkowe części Ameryki południowej i Afryki staną się lądami zamieszkanemi przeważnie. Japończycy i Samojedzi odnajdą warunki klimatyczne morza polarnego na wybrzeżach morza Śródziemnego. Kto nam zaręczy, że w tej epoce, okolice równikowe nie będą za szczupłe na pomieszczenie i wyżywienie całej ludności ziemi? Otóż, dla czegóżby opatrzna natura, chcąc przysposobić schronienie dla emigracji roślinnej i zwierzęcej, nie miała rzucić już dzisiaj pod równikiem fundamentów nowego lądu stałego i powierzyć wymoczkom jego budowy? Nieraz rozważałem te rzeczy, przyjaciele moi — i wierzę najpoważniej, że powierzchowność ziemi naszej zmieni się pewnego dnia w zupełności, że w skutek podwyższenia się nowych kontynentów, morza pokryją dawne i że, w wiekach przyszłych, Kolumbowie wybiorą się na odkrycie wysp Chimboraço, Himalaya i Góry Białej — szczątków Ameryki, Azji i Europy — pochłoniętych przez fale morskie. Potem wreszcie i te nowe lądy staną się niemieszkalnemi; ciepło z nich ucieknie, jak ciepło ciała, które dusza opuściła i życie zniknie, jeżeli nie ostatecznie z globu naszego, to co najmniej chwilowo. A może być, że wtedy kula nasza odpocznie sobie i przetworzy się w ciało śmierci, ażeby zmartwychwstać kiedyś w warunkach wyższych! Ale to wszystko, przyjaciele moi jest tajemnicą Twórcy wszech rzeczy, a z powodu pracy wymoczków dałem się pociągnąć może zadaleko w rozpatrywaniu sekretów przyszłości.
— Mój drogi Cyrusie — odpowiedział Gedeon Spilett — te teorje są dla mnie proroctwami i spełnią się niezawodnie.
— To tajemnica boża — rzekł inżynier.
— Wszystko to dobrze i pięknie — odezwał się Pencroff, słuchający dotąd całemi uszyma — ale możesz-że mi powiedzieć, panie Cyrus, czy wyspa Lincolna zbudowana była także przez pańskie wymoczki?
— Nie — odrzekł Cyrus Smith — ona ma początek czysto wulkaniczny.
— A więc zniknie pewnego dnia?
— Bardzo być może...
— Spodziewam się, że nas już tu nie będzie.
— O nie, uspokój się Pencroffie, nie będzie nas już tutaj, nie mamy bowiem najmniejszej ochoty tu umrzeć i niewątpliwie znajdziemy w końcu środek jakiś wydobycia się z tego miejsca.
— A tymczasem — wtrącił Gedeon Spilett — usadówmy się, jakby na wieczność. Nie należy nigdy nic robić w połowie.
Na tem skończyła się rozmowa, a jednocześnie z nią i śniadanie. Zabrali się więc osadnicy na nowo do badania okolicy i wkrótce doszli do punktu, od którego rozpoczynała się przestrzeń bagnista. Były to rzeczywiście błota, których rozległość aż do owego zaokrąglonego wybrzeża, zamykającego wyspę na południo-wschód, mogła wynosić dwadzieścia mil kwadratowych. Grunt składał się z mułu gliniasto-krzemiennego, pomięszanego z mnóstwem szczątków roślinnych. Pokrywały go, jak gruby kobierzec, zielenice, sitowie, tataraki i rozrzucone tu i owdzie kępy ziół. Kilka kałuż zamarzniętych błyszczało w rozmaitych punktach, odbijając promienie słoneczne. Ani deszcze, ani jakabądź rzeka wzdęta przez nagły przybór wód nie mogła utworzyć tych zbiorników. Dla tego należało naturalnie wnosić, iż bagnisko to podsycała woda sącząca się z ziemi — i tak też było w istocie. Można się nawet było obawiać, ażeby w czasie upałów powietrze nie przejęło się miazmami, rodzącemi zaraźliwe gorączki.
Po nad tem zielskiem wodnem i nad powierzchnią tych wód stojących ulatywał cały rój ptaków. Myśliwy nie byłby tu stracił ani jednego strzału na marne. Dzikie kaczki, kurki, cyranki, krzyki żyły tu gromadnie i nie zdradzając najmniejszej obawy, pozwalały się z łatwością podejść. Jeden strzał z palnej broni byłby niewątpliwie położył z kilka tuzinów tego ptactwa, tak zbite były jego gromady. Trzeba jednak było zadowolić się wypuszczeniem na nie strzał. Rezultat ztąd, rozumie się, był mniejszy, ale cicha strzała miała tę wyższość, że nie przerażała ptactwa, które wystrzał z broni palnej byłby rozprószył po wszystkich zakątkach bagniska. Strzelcy poprzestali tedy na ten raz na tuzinie kaczek białych, z przepaską barwy cynamonowej, z głową zieloną, skrzydłem czarnem, białem i rudawem i spłaszczonym dziobem. Harbert poznał w nich „tadorny.“ Top przyczynił się znacznie do schwytania tego ptactwa, którego imię nadano tej bagnistej części wyspy. Osadnicy znaleźli więc tutaj obfity zapas zwierzyny wodnej, na przyszłość. W danej chwili, pozostawało tylko wyzyskiwać ten żywy skład odpowiednio, a przytem prawdopodobnem było, że wiele gatunków tego ptactwa, dałoby się, jeżeli już nie całkiem przyswoić, to przynajmniej zaaklimatyzować w okolicach jeziora, gdzie znalazłyby się tuż pod ręką konsumentów.
Około piątej wieczorem Cyrus Smith i jego towarzysze wybrali się w powrotną drogę do swego mieszkania i przebywszy „błota Tadornów“ przeszli Dziękczynną po moście z lodów.
O ósmej wieczorem znajdowali się już razem w Pałacu Granitowym.






ROZDZIAŁ XXII.
(Wilcze doły. — Lisy. — Pekarysy. — Zmiana wiatru na północno-zachodni. — Śnieżna zawieja. — Koszykarstwo. — Najsilniejsze mrozy. — Krystalizacja cukru klonowego. — Tajemnicza studnia. — Zamierzone badania. — Ziarnko śrutu.)

Silne mrozy trwały aż do 15. sierpnia nie przechodząc jednak dotychczasowego maksimum stopni Fahrenheita. Przy spokojnem powietrzu niską tę temperaturę znieść było łatwo; ale gdy się wiatr rozhulał, stawała się ona dosyć niemiłą dla ludzi niedostatecznie odzianych. Pencroffa skłoniło to do wyrażenia żalu, że wyspa nie mieściła w sobie kilka rodzin niedźwiedzich zamiast lisów i fok, których futro wiele pozostawiało do życzenia.
— Niedźwiedzie — mówił — mają w ogóle doskonałą odzież i prawdziwie życzyłbym sobie tylko pożyczyć od nich na zimę ciepłej kapoty, którą są okryte.
— Ba! — odpowiadał na to Nab — a kto wie, Pencroffie, czyby się one zgodziły na tę pożyczkę? Zwierzęta te nie są bynajmniej podobne do świętego Marcina!...
— No! toby się je poprosiło, Nabie — poprosiłoby się je — odcinał się Pencroff tonem największej pewności.
Ale te groźne drapieżniki nie istniały wcale na wyspie, lub przynajmniej dotychczas się nie pokazywały.
Na wszelki jednak wypadek Pencroff i korespondent zajęli się urządzeniem wilczych dołów na Wielkiej Tarasie i w pobliżu lasu. Wedle zdania marynarza, każde zwierzę było pożądaną zdobyczą, i gryzoń czy drapieżnik, schwytany w nowo urządzoną zasadzkę, mógł się spodziewać dobrego przyjęcia w Granitowym Pałacu.
Co do owych zasadzek, konstrukcja ich była nadzwyczaj prostą: doły wykopane w ziemi, po nad niemi powała z gałęzi i ziół, ukrywająca otwór, wewnątrz jakaś przynęta, której zapach mógł przyciągnąć zwierzynę — otóż i wszystko. Należy wspomnieć także, że nie kopano tych dołów na chybił trafił, ale w pewnych, oznaczonych miejscach, kędy liczniejsze tropy wskazywały częste przechody czworonogów. Codziennie odwiedzano te zasadzki, i po trzykroć, w ciągu pierwszych dni, znaleziono w nich okazy tych „kulpesów,“ które osadnicy widzieli już na prawym brzegu Dziękczynnej.
— Ach! do kroćset! więc tylko same lisy w tym kraju!... — wykrzyknął Pencroff, po raz trzeci wydobywając jednego z tych nieboraków z dołu, kędy siedział z bardzo kiepską miną. Te bestje na nic się nie zdały!...
— Ależ przeciwnie — odpowiedział mu Gedeon Spilett. — Zdadzą się i one na coś!
— Ciekawym na co?
— Na wabika dla innych!
Korespondent miał słuszność i odtąd w dołach kładziono za przynętę zabite lisy.
Oprócz tego marynarz narobił także siatek, z włókien sitowia zwanego kurry, i było z nich więcej pożytku niż z dołów. Rzadko dzień przeszedł, ażeby nie schwytał się w nie jaki królik. Prawda tylko, że tym sposobem trzeba było jeść królika i wciąż królika, ale Nab umiał urozmaicać sosy do nich, biesiadnikom ani na myśl nie przychodziło się na to skarżyć.
Jednakże, raz czy dwa razy, w drugim tygodniu sierpnia, doły obdarzyły myśliwców innemi i użyteczniejszemi niż kulpesy zwierzętami. Było to kilka z owych dzików, które zauważano już w okolicach jeziora. Pencroff na ten raz nie potrzebował pytać się, czy ta zwierzyna jest jadalną. Można było to poznać odrazu, po jej podobieństwie do świni amerykańskiej i europejskiej.
— Ale to nie są bynajmniej świnie, uprzedzam cię, Pencroffie — rzekł do niego Harbert.
— Mój chłopcze — odrzekł Pencroff, pochylając się nad dołem i wyciągając za maleńki wyrostek, służący im za ogon, jednego z tych przedstawicieli rodziny gruboskórnych — pozwól mi wierzyć, że to świnie...
— Dla czego?
— Bo mi to sprawia przyjemność!
— Lubisz więc bardzo wieprzowinę?
— Lubię bardzo wieprzowinę i jej posiadacza — odparł marynarz — szczególniej za jego nogi, i gdyby miał ich ośm zamiast czterech, lubiłbym go jeszcze więcej.
Co zaś do owych zwierząt, były to pekarysy, należące do jednego z czterech gatunków, składających tę rodzinę, a mianowicie do gatunku „tajassous,“ który rozpoznać można po barwie ciemniejszej i braku kłów, uzbrajających ryj reszty kuzynów. Pekarysy te żyją zwykle stadami i prawdopodobnem było, że znajdowały się w obfitości w częściach lesistych wyspy. Bądź co bądź, jadalne były od stóp do głów, a Pencroff niczego więcej od nich nie żądał.
Około 15. sierpnia stan atmosfery zmienił się nagle, z powodu przejścia wiatru wschodniego w północno-zachodni. Temperatura podniosła się o kilka stopni, a wyziewy nagromadzone w powietrzu nie omieszkały rozsypać się śniegiem. Wyspę całą pokryła biała zasłona i pod inną postacią znowu ukazała ją jej mieszkańcom. Śnieg ten sypał obficie przez kilkanaście dni i wkrótce wysokość jego doszła do dwóch stóp.
Wnet też wiatr się rozhulał nader gwałtownie i z wysokości Pałacu Granitowego, słychać było morze grzmiące na rafach. W niektórych zagięciach skał tworzyły się wiry powietrzne, a śnieg kręcił się tam w wysokich słupach, podobnych do owych trąb płynnych, okręcających się na swojej podstawie, które okręty muszą strzałami z armat rozbijać. Na szczęście, huragan idący od północo-zachodu uderzał na wyspę z tyłu, co ratowało Pałac Granitowy od bezpośredniego naporu. Jednakże, w pośród tej śnieżycy, tak strasznej, jaka być mogła kiedykolwiek gdzieś w okolicach polarnych, ani Cyrus Smith, ani jego towarzysze, nie mogli, pomimo najgorętszej chęci, wyjść na zewnątrz i pozostali w zamknięciu przez pięć dni, od 20 do 25 sierpnia. Słychać było burzę szalejącą w lesie jakamarowym, gdzie musiała wiele zrządzić szkody. Mnóstwo drzew niezawodnie wyrwało z korzeniem, ale Pencroff pocieszał się myślą, że to oszczędza trudu zrębywania.
— Wicher robi się drwalem — nie przeszkadzajmy mu — powtarzał.
Zresztą nie było żadnego środka przeszkodzenia mu.
Jakież składali naówczas dzięki niebu, mieszkańcy Granitowego Pałacu, za obdarowanie ich tem doskonałem i niewzruszonem schronieniem! Cyrusowi Smith dostawała się, jak łatwo pojąć, zasłużona cząstka w tych podziękowaniach — ale, koniec końców, natura to wyżłobiła tę jaskinię, i jemu zawdzięczać można było tylko jej odkrycie. Tutaj wszyscy byli bezpieczni i ciosy burzy nie mogły ich dosięgnąć. Gdyby byli zbudowali na Wielkiej Tarasie dom z cegieł i drzewa, niewątpliwie nie byłby się oparł teraz wściekłości huraganu. Co zaś do „Dymników,“ dosyć było przysłuchać się grzmotowi rozlegającemu się niezmierną siłą od ich strony, ażeby pojąć, że w tej chwili musiały być zupełnie niemieszkalne, ponieważ morze, przewaliwszy się przez wysepkę, wściekle o nie uderzało. Tymczasem tutaj, w Pałacu Granitowym, w pośród tych ścian, których napocząć nie mogły woda ani wicher — nie było najmniejszej obawy!
Przez czas tych kilku dni zamknięcia, osadnicy nie założyli rąk bezczynnie. Drzewa w deskach nie brakło w składzie, powoli więc skompletowano ruchomości stołami i krzesłami, mocnemi niewątpliwie, bo nie oszczędzano na nie materjału. Sprzęty te trochę przyciężkie, źle usprawiedliwiały swoją ogólną nazwę: „ruchomości,“ której głównym warunkiem jest łatwość przenoszenia z miejsca na miejsce, a jednakże były dumą Naba i Pencroffa, którzy nie byliby ich zamieniali na cacka wyrobu Boule’a.
Następnie osadnicy ze stolarzy zmienili się w koszykarzy, i wcale nie źle udawała im się ta nowa fabrykacja. Odkryli w kierunku owej wzniosłości, którą jezioro tworzyło na północy, obfitą łozinkę, kędy rosło mnóstwo purpurowej łozy. Przed porą dżdżystą, Harbert i Pencroff zebrali znaczną ilość tych pożytecznych krzewów i obecnie gałęzie ich, dobrze już przygotowane, mogły być ze skutkiem użyte. Pierwsze próby wypadły niekształtnie, ale dzięki zręczności i inteligencji robotników, naradzających się, przypominających sobie widziane wzory, współzawodniczących z sobą, kosze i koszyki najrozmaitszych rozmiarów powiększyły wkrótce inwentarz osady. Zaopatrzono w nie magazyn, a oprócz tego Nab poumieszczał w specjalnych koszykach swoje zbiory rhisomów, migdałów, szyszek sosnowych i korzeni smokownika.
W ciągu ostatniego tygodnia miesiąca sierpnia powietrze się raz jeszcze odmieniło. Temperatura zniżyła się nieco i burza ucichła. Osadnicy zrobili wycieczkę na zewnątrz. Leżało tam niewątpliwie ze dwie stopy śniegu na ziemi, ale po powierzchni jego stwardniałej iść można było bez zbytniej trudności. Cyrus Smith i jego towarzysze weszli na Wielką Tarasę.
Co za zmiana! Te lasy, które zostawili w zieleni, szczególniej w części sąsiadującej z gajem sosnowym, znikały obecnie pod jednostajną barwą. Wszystko bielało się, od szczytu góry Franklina aż do wybrzeża: lasy, łąka, jezioro, rzeka. Fale Dziękczynnej pędziły pod sklepieniem z lodu, które za każdym przypływem i odpływem tajało i łamało się z trzaskiem. Mnóstwo ptaków ulatywało nad zmarzniętą powierzchnią jeziora: kaczki i krzyki, łyski i nurki. Było tego tysiące tysięcy. Lody jeżyły się na skałach na krawędzi tarasy, pomiędzy które spadała kaskada. Powiedziałbyś, że woda wylewa się z potwornej rynny, wyrzeźbionej z całą fantazją artystyczną renesansu. Szkód wyrządzonych w lesie przez huragan niepodobna było jeszcze obliczyć. Trzeba było czekać, aż stopnieją śniegi.
Gedeon Spilett, Pencroff i Harbert nie chybili tej sposobności odwidzenia swoich półapek. Z trudnością zaledwo je odnaleźli pod śniegiem. Musieli nawet uważać, ażeby nie wpaść w który z dołów, byłoby to bowiem niebezpieczną i upokarzającą zarazem rzeczą złapać się we własną zasadzkę!
Uniknęli jednakże szczęśliwie tej nieprzyjemności i znaleźli doły najzupełniej nienaruszone. Żadne zwierzę w nie nie wpadło, a jednakże mnóstwo tropów znać było naokoło, szczególniej pomiędzy innemi ślady pazurów, wyraziście zarysowane. Harbert nie wahał się twierdzić, że jakiś mięsożernik z rodziny kotów przeszedł tędy. Okoliczność ta potwierdziła zdanie inżyniera o istnieniu na wyspie Lincolna zwierząt drapieżnych, niebezpiecznych. Niewątpliwie zamieszkiwały one zwykle gęste lasy Zachodniej Ręki, ale przyciśnięte głodem, zapędziły się aż do Wielkiej Tarasy. Kto wie, może zwęszyły mieszkańców Granitowego Pałacu?
— No, ale koniec końców cóż to za bestje? zapytał Pencroff.
— Tygrysy — odpowiedział Harbert.
— Myślałem, że te zwierzęta znajdują się tylko w krajach gorących?
— Na nowym lądzie — odrzekł młody chłopiec — spotkać je można od Meksyku do pampasów Buenos-Ayres. A ponieważ zaś wyspa Lincolna znajduje się prawie pod tąż samą szerokością, co prowincje La Platy, nic dziwnego tedy, że i tu trafiają się tygrysy.
— Dobrze!... będziemy się mieć na baczności — rzekł Pencroff.
Wśród tego, śnieg począł tajać pod wpływem temperatury, która się ogrzała. Deszcz zaczął padać i wnet, dzięki jego pomocy, śnieg znikł bez śladu. Pomimo brzydkiego powietrza, osadnicy odnowili swoje zapasy wszelkiego rodzaju: migdałów sosnowych, korzeni smokownika, rhizomów, soku klonowego w części roślinnej; królików, agoutisów i kangurów, w części zwierzęcej. Wymagało to kilku wycieczek do lasu i pozwoliło im sprawdzić przy tej sposobności, że huragan ostatni powalił znaczną ilość drzew. Marynarz i Nab dotarli nawet z wózkiem aż do pokładów węgla ziemnego, w celu nabrania kilku tonn paliwa. Mimochodem spostrzegli, że komin pieca garncarskiego doznał mocnych uszkodzeń od wiatru i zerwany został co najmniej na sześć stóp od góry.
Jednocześnie z węglem odnowili także i zapas drzewa, skorzystawszy z uwolnionego od lodów prądu „Dziękczynnej,“ za pomocą którego spławili do Granitowego Pałacu kilkanaście ładunków paliwa. Nie można było bowiem wiedzieć, czy pora mrozów stanowczo się już skończyła.
Odwiedzili również „Dymniki“ i ujrzawszy je, powinszować sobie tylko mogli, że nie znajdowali się tu w czasie burzy. Morze pozostawiło tu niezaprzeczone ślady swoich spustoszeń. Pędzone gwałtownym wiatrem, przewaliwszy się przez wysepkę, zalało korytarze i zasypało je na pół piaskiem, a skały pokryło grubemi warstwami zielska. Podczas gdy Nab, Harbert i Pencroff polowali lub odnawiali zapasy paliwa Cyrus Smith i Gedeon Spilett zajęli się uprzątnięciem „Dymników“ i znaleźli kuźnię oraz piece prawie nienaruszonemi; nagromadzone piaski bowiem uchroniły je od zniszczenia.
Wkrótce pokazało się, że osadnicy mieli wyborną myśl z odnowieniem zapasów paliwa. Z mrozami bowiem nie skończyło się jeszcze bynajmniej. Wiadomo, że na półkuli północnej, miesiąc luty cechuje się szczególniej wielkiem zniżeniem temperatury. Tak samo musiało być i na półkuli południowej, i rzeczywiście miesiąc sierpień, odpowiadający lutemu w Ameryce północnej, nie uszedł temu prawu klimatycznemu.
Około 25, po nowych śniegach i deszczach, wiatr zmienił się na południowo-wschodni i nagle zrobiło się bardzo zimno. Wedle obliczenia inżyniera, kolumna merkurjalna termometru Fahrenheita musiałaby wskazać nie mniej jak ośm stopni poniżej zera (22°, 22 centygrad. poniżej temperatury marznięcia wody), i stan ten, który wiatr ostry dokuczliwszym jeszcze czynił, trwał przez wiele dni. Osadnicy musieli znowu zamurować się w Pałacu Granitowym i pozatykać najhermetyczniej wszystkie otwory frontowe, pozostawiwszy maleńkie tylko przejścia dla dostępu powietrza. Świec wyszło bardzo wiele. Dla zaoszczędzenia ich osadnicy poprzestawali częstokroć na świetle od ogniska, do którego nie żałowano paliwa. Kilkakrotnie, jedni albo drudzy schodzili na wybrzeże, pomiędzy lodowce, które tam każdy przypływ nagromadzał, ale powracali natychmiast do Pałacu Granitowego, nie bez trudności i bolu chwytając za szczeble drabiny, do których przy takim mrozie przylegały im palce.
Trzeba było czemś przecie zapełnić czas tego przymusowego zamknięcia w Granitowym Pałacu. Cyrus Smith tedy wziął się do operacji, którą można było odbywać pomiędzy czterema ścianami.
Wiemy, że osadnicy nie mieli innego cukru, tylko ową substancję płynną, którą dobywali z klonu, przez głębokie nacięcia. Ten płyn zbierali w naczynia i używali go w tym stanie do rozmaitych celów kuchennych, tem łatwiej, że po dłuższem staniu, stawał się bielszym i syropowo gęstym.
Ale można to było jeszcze lepiej urządzić, a na dowód tego, Cyrus Smith pewnego dnia oznajmił swoim towarzyszom, że zajmą się rafinerją cukru.
— Rafinerją cukru! — odrzekł Pencroff — to rzemiosło grzejące, nieprawdaż?
— Nawet bardzo — odpowiedział Cyrus...
— A więc przychodzi w samą porę! — zawołał marynarz.
Niechaj to słowo „rafinerja“ nie budzi w umyśle czytelników wspomnienia owych fabryk o skomplikowanych machinach i mnogości wielkiej robotników! Gdzie tam! Do skrystalizowania tego płynu, wystarczało oczyścić go za pośrednictwem niezmiernie łatwego działania. Po umieszczeniu na ogniu w wielkich naczyniach glinianych, poddano go po prostu parowaniu i wkrótce piana wystąpiła na jego powierzchnię. Skoro płyn zaczynał gęstnieć, Nab uważał, ażeby go zamięszać drewnianą łyżką, dla przyspieszenia ewaporacji, a zarazem zapobieżenia, aby nie nabrał przypalonego smaku.
Po kilku godzinach wrzenia na dobrym ogniu, który zarówno dobrze oddziaływał na pracowników, jak na substancję, nad którą pracowali, sok klonowy zamienił się w gęsty syrop. Syrop ten wylano w gliniane formy, wypalone poprzednio umyślnie ku temu w piecu kuchennym i mające kształt rozmaity. Nazajutrz, syrop oziębiony utworzył głowy i tabliczki. Był to cukier, koloru trochę czerwonawego, ale prawie przejrzysty i w smaku wyborny.
Zimno nie ustawało aż do połowy września i jeńcy Pałacu Granitowego poczęli już narzekać na długość swojej niewoli. Codzień prawie, próbowali wycieczek na zewnątrz, ale tylko na chwilę. Zresztą pracowali bezustanku nad urządzeniem i zaopatrzeniem we wszystko swego mieszkania. Przy pracy toczyła się pogawędka. Cyrus Smith pouczał swoich towarzyszy w tysiącu przedmiotach i objaśniał im szczególniej praktyczne zastosowania wiedzy.
Osadnicy nie mieli do rozporządzenia bibljoteki, ale inżynier był księgą, zawsze gotową, zawsze otwartą na potrzebnej stronicy, księgą, która rozstrzygała wszystkie ich wątpliwości, i którą często przeglądali. Tak czas mijał, nie przynosząc tym dzielnym ludziom najmniejszej trwogi o przyszłość.
Pora jednak już była ażeby to zamknięcie się skończyło. Wszyscy pragnęli, jeżeli już nie zupełnej pogody, to przynajmniej ustania tego nieznośnego zimna. Gdybyż przynajmniej mieli wystarczającą odzież, ile by byli zrobili wycieczek czy to do wzgórków piasczystych nad morzem, czy też do błota Tadornów! Zwierzyna dałaby się łatwo podejść i polowanie byłoby niewątpliwie wyśmienite. Ale Cyrusowi chodziło o to, ażeby nikt nie narażał zdrowia, bo pomoc wszystkich była mu potrzebna — i rady jego usłuchano. Najniecierpliwszym jednak ze wszystkich — rozumie się po Pencroffie — był Top. Wiernemu psisku było nazbyt ciasno w Granitowym Pałacu. Przebiegał z jednego pokoju do drugiego i zdradzał na swój sposób niezadowolenie z tak długiej niewoli.
Cyrus Smith zauważał nieraz, że ilekroć Top zbliżał się do tej ciemnej studni, łączącej się z morzem a której otwór znajdował się w głębi magazynu, tylekroć warczał w osobliwy sposób. Nieraz znowu biegał na około tej dziury zasłoniętej drewnianą pokrywą. Niekiedy nawet próbował wcisnąć łapy pod tę pokrywę, jak gdyby chciał ją podnieść. W takich razach poszczekiwał pewnym właściwym sposobem, wyrażającym gniew i niespokojność zarazem.
Inżynier zauważył wielekroć te manewry Topa. Cóż więc było w tej przepaści, co oddziaływało do tego stopnia na to pojętne zwierzę. Studnia dochodziła do morza — to był pewnik. Czy może rozgałęziała się wązkiemi kurytarzami przez całe rusztowanie wyspy? Może zostawała w związku z jakiemiś wydrążeniami wewnętrznemi? Może jaka potwora morska przybywała od czasu do czasu zachwycić powietrza na dnie tej studni? Inżynier nie wiedział co myśleć i nie mógł się powstrzymać od tworzenia dziwacznych kombinacyj. Przyzwyczajony iść jak najdalej po gruncie rzeczywistości naukowej, nie mógł sobie przebaczyć, że daje się pociągnąć w dziedzinę rzeczy dziwnych, prawie nadprzyrodzonych. Ale jakżeż można było pojąć, ażeby Top, jeden ztych psów rozsądnych, które nigdy nie marnowały czasu, szczekając na księżyc, parł się tak i rwał do tej przepaści, gdyby się w niej nie działo coś dla niego niepojętego? Postępowanie Topa intrygowało Cyrusa Smitha bardziej, aniżeli rozumnie przyznać się mógł sam przed sobą.
Bądź co bądź jednak, wrażeń swoich udzielił tylko Gedeonowi Spilett, uważając za zbyteczne wtajemniczać towarzyszy w mimowolne refleksje, wywołane okolicznością, która mogła być niczem więcej, jeno prostą psią fantazją Topa.
Wreszcie zimna ustały. Zaczęły się deszcze, ulewy ze śniegiem, ulewy z gradem, wiatry gwałtowne — ale wszystko to trwało nie długo.
Lody prysły, śniegi stopniały, — płaszczyzna, tarasa, wybrzeża Dziękczynnej i las stały się dostępnemi znowu. Powrót wiosny zachwycił mieszkańców Granitowego pałacu; wkrótce też przepędzali w nim tylko godziny snu i pożywienia.
Rozpoczęły się częste polowania w drugiej połowie września — co przywiodło Pencroffa do dopominania się z nową natarczywością o broń palną, którą, twierdził, że mu Cyrus Smith przyobiecał. Inżynier wiedząc dobrze, że bez specjalnych narzędzi będzie dlań niemożebną prawie rzeczą zrobić strzelbę na coś przydatną, wymawiał się zawsze i odkładał to na później. Zresztą zwracał uwagę Pencroffa, że Harbert i Gedeon Spilett stali się biegłymi łucznikami, których strzałom nie uchodziło już żadne z wyborniejszych zwierząt: ani kangury, ani aguty, ani kabyjasy, ni gołębie, dzikie kaczki, krzyki, lub wreszcie jakakolwiek inna pierzasta lub szerścią odziana zwierzyna. Można więc było poczekać na broń doskonalszą. Ale uparty marynarz nie dał się niczem przekonać i wciąż niepokoił inżyniera, — popierany w tem zresztą przez Gedeona Spiletta.
— Jeżeli wyspa ta — mówił korespondent — mieści w sobie — jak można podejrzywać — drapieżne zwierzęta, to myślmy zawczasu o walce z niemi i wytępieniu ich. Może przyjść taka chwila, że to będzie naszym najpierwszym obowiązkiem.
W owej jednak epoce nie kwestja broni palnej ale kwestja odzieży zajmowała głównie Cyrusa Smitha. Odzież dotychczasowa osadników wytrzymała tę zimę — ale do przyszłej dotrwać nie mogła. Skórę mięsożernych lub wełnę przeżuwających — oto, co trzeba było zdobyć za jaką bądź cenę — a ponieważ baranów skalnych nie brakło, potrzeba tedy było pomyśleć o sposobie utworzenia z nich stada, któreby się chowało na potrzeby osady. Ogrodzenie dla zwierząt domowych, kurniki dla drobiu, jednem słowem założenie folwarku w jakiejś części wyspy — oto były dwa najważniejsze plany, do wykonania w czasie pory pogodnej.
Dla tego też, a przedewszystkiem w interesie tych przyszłych budowli, palącą było kwestją zbadanie całej nieznanej części wyspy Lincolna, to jest części pod temi wysokiemi lasami, rozciągającemi się na prawym brzegu Dziękczynnej, od jej ujścia aż do krańca półwyspu Wężowego, — a także i na całem wybrzeżu zachodniem. Ale na to potrzeba było stałej pogody, a więc najmniej miesiąc jeszcze czekać należało dla podjęcia takiej wyprawy z pożytkiem.
Oczekiwali osadnicy na tę chwilę z niecierpliwością, gdy nagle zaszedł wypadek, który podbudził jeszcze w nich dotychczasową żądzę zbadania w całości miejsca swego pobytu.
Było to 24. października. W ten dzień Pencroff wybrał się na obejrzenie połapek, które utrzymywał ciągle w porządku, zaopatrzone w przynętę. W jednej z nich znalazł troje zwierząt, niewątpliwie bardzo pożądanych dla kuchni. Była to samica pekari z dwoma maleńkiemi.
Pencroff powrócił do Granitowego pałacu, zachwycony swoją zdobyczą i za przybyciem, jak zawsze, głośno się chlubić nią zaczął.
— No, będziem wreszcie mieli wyborny objad, panie Cyrus — zawołał. I pan, panie Spilett, skosztujesz tego...
— Czemużby nie — rzekł korespondent — ale naprzód chciałbym wiedzieć — czego?
— Młodego prosiątka!
— Co, — młodego prosiątka — nic więcej, Pencroffie. Słysząc twoją radość, sądziłem, że co najmniej przynosisz kuropatwę z truflami.
— Jakto? — wykrzyknął Pencroff — miałżebyś pan przypadkiem pomiatać młodem prosięciem?
— To nie — odrzekł Gedeon Spilett, nie okazując żadnego uniesienia — owszem, byleby się go nie nadużyło....
— No, no, dobrze już, dobrze, panie dziennikarzu, — odciął się marynarz, rozdrażniony takiem lekceważeniem swojej zdobyczy — grasz pan rolę wybrednisia? A siedm miesięcy temu, gdyśmy wylądowali na tę wyspę, nie posiadałbyś się był z radości, napotkawszy taką zwierzynę....
— Tak to, tak — odrzekł korespondent. Człowiek nigdy nie jest ani doskonałym ani zadowolonym.
— No, co tam — ciągnął dalej Pencroff — tego jestem przynajmniej pewny, że Nab się dziś popisze. Popatrzcie. Tych dwoje pekarysków ma zaledwie trzy miesiące!... Kruche będą, jak przepiórki!... Pójdź, Nabie pójdź! Ja sam dopilnuję ich upieczenia.
I marynarz, prowadząc za sobą Naba, wybiegł do kuchni i zatopił się cały w przyrządzaniu ulubionej zwierzyny.
Zostawiono mu zupełną swobodę. Nab i on przygotowali wspaniałą ucztę złożoną z dwóch pekarysów, zupy z kangura, szynki wędzonej, migdałów szyszkowych, napoju z korzenia smokownika, herbaty Oswego, — słowem ze wszystkiego, co najlepszego mieli. Ale pomiędzy wszystkiemi potrawami w pierwszym rzędzie figurować miały smakowite pekarysy, duszone.
O piątej zastawiono ten objad w sali Pałacu Granitowego. Zupa z kangura parowała na stole. Uznano ją za wyborną.
Po zupie przyszły pekarysy. Pencroff chciał sam je pokrajać, i potwornemi porcjami poobdzielał współbiesiadnikow.
Były one rzeczywiście wyborne, i Pencroff pożerał swoją część z przepysznem zacięciem, gdy naraz krzyk i przekleństwo z ust mu się wyrwały.
— Co się stało? — spytał Cyrus Smith.
— Stało się… stało się… żem sobie ząb wyłamał? — odpowiedział marynarz.
— Ej!… byłyżby kamienie w twoich pekarysach?… rzekł Gedeon Spilett.
— Chybaże!… odpowiedział Pencroff, wyjmując z ust przedmiot, który go przyprawił o stratę jednego żuwacza.
Nie był to bynajmniej kamień.... Było to ziarnko śrótu....


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.




TOM II


ROZDZIAŁ I.
(Z powodu ziarnka śrótu. — Budowa łodzi. — Łowy. — Na wierzchołku kaurisa. — Nie ma dowodu na obecność człowieka. — Wyprawa na ryby Naba z Harbertem. — Przewrócony żółw. — Zniknął. — Jak to objaśnił Cyrus Smith.)

Siedm miesięcy minęło od dnia, gdy osadnicy nasi spadli z balonu na wyspę Lincolna. Przez cały ten czas, mimo tylu poszukiwań, nie napotkali ludzkiej istoty. Najmniejszy obłoczek dymu nie zdradził obecności człowieka na powierzchni wyspy; żadna praca ręczna nie wskazywała przejścia jego przez nią w epoce dawnej lub w nowszych czasach. Wyspa Lincolna nie tylko nie zdawała się zamieszkaną, ale sądzić należało, że nigdy nią być nie mogła. A oto naraz całe to rusztowanie rozumowań rozsypało się wobec maleńkiego ziarnka kruszcu, znalezionego w ciele niewinnego gryzunia!
Bo też ołów ten zaiste wypadł z broni palnej, a do kogoż innego jeżeli nie do człowieka ta broń należeć mogła?
Skoro Pencroff złożył ziarnko śrótu na stole, towarzysze jego popatrzyli na nie z najgłębszem podziwieniem. Wszystkie następstwa tego zdarzenia, tak ważnego pomimo pozornej drobnostkowości, przedstawiły się naraz ich umysłowi. Zaiste, nagłe pojawienie istoty nadprzyrodzonej nie byłoby ich żywiej poruszyło.
Cyrus Smith pierwszy, nie wahając się, streścił przypuszczenia, które fakt ten równie zadziwiający, jak niespodziewany, w duszach wszystkich musiał obudzić. Pochwyciwszy ziarnko śrótu, obrócił je na wszystkie strony, obmacał, trzymając pomiędzy wielkim a wskazującym palcem i wreszcie rzekł, zwracając się do Pencroffa.
— Czy możesz z pewnością twierdzić, że pekari raniony tem ziarnkiem śrótu miał zaledwie trzy miesiące?
— Tak jest, panie Cyrus, zaledwie — odpowiedział Pencroff. — Ssał jeszcze matkę, gdym go znalazł w dole.
— Dowodzi to więc — rzekł inżynier — że najwyżej przed trzema miesiącami padł wystrzał z broni palnej na wyspie Lincolna.
— I że jedno ziarnko ołowiu — dodał Gedeon Spilett — ugodziło, ale nie śmiertelnie, w to małe zwierzątko.
— Tak, to nie podlega wątpliwości — ciągnął dalej Cyrus Smith — a przypuszczenia, jakie można oprzeć na tym wypadku są następujące: albo wyspa ta była zamieszkaną przed naszem przybyciem, albo ludzie wylądowali na nią co najwięcej od trzech miesięcy. Znaleźliż się ci ludzie tutaj dobrowolnie, czy też wbrew swojej woli; przez proste wylądowanie, czy przez rozbicie? Kwestję tę dopiero kiedyś będzie można rozstrzygnąć. Co zaś do ich pochodzenia: czy to byli Europejczycy, czy Malajczykowie, wrogowie czy przyjaciele naszej rasy, nic nam nie daje podstawy do odgadnięcia tego; jak również nie wiemy, czy zamieszkują jeszcze tę wyspę, czy też ją opuścili. Wszystkie te kwestje jednak mają dla nas zbyt wielkie znaczenie, ażebyśmy dłużej co do nich pozostać mogli w wątpliwości.
— Nie!... sto razy nie! tysiąc razy nie! — wykrzyknął marynarz, podnosząc się od stołu. Nie ma innych ludzi oprócz nas na wyspie Lincolna! Cóż u djabła! Wyspa nie jest przecież tak wielka, gdyby więc była zamieszkaną, musielibyśmy byli już spostrzedz któregoś z mieszkańców!
— Istotnie, inaczej rzecz byłaby arcydziwną — rzekł Harbert.
— Ale o wiele jeszcze byłoby dziwniejszem, jak mi się zdaje — zauważył korespondent — gdyby ten mały pekarys ulągł się z ziarnkiem śrótu w ciele.
— Chyba że — odezwał się poważnie Nab — chyba że Pencroff miał już...
— Co?! — przerwał mu Pencroff. — No patrzajcież, więc jabym miał nosić, od jakich pięciu czy sześciu miesięcy ziarnko śrótu w szczęce, ani się tego nie domyślając. Ależ gdzieby ono siedziało? — dodał otwierając usta w ten sposób, iż odsłoniły trzydzieści dwa przepysznych zębów. Przyjrzyjno się dobrze, Nabie, a jeżeli znajdziesz jeden ząb spróchniały w całej mojej jadaczce pozwalam, abyś mi ich wyrwał pół tuzina.
— Hypoteza Naba jest w istocie niemożebną — odrzekł Cyrus Smith — mimo całej ważności zajmujących go myśli, nie mogąc się wstrzymać od uśmiechu. Pewnikiem jest, że jeden strzał z broni palnej padł na tej wyspie w przeciągu ostatnich trzech miesięcy najwyżej. Ja byłbym skłonny do sądzenia, iż osobistości, które wylądowały na tę wyspę, albo bawią na niej od bardzo niedawna, albo też zajrzały tylko do niej; gdyby bowiem w epoce, gdyśmy rozpatrywali wyspę Lincolna ze szczytu góry Franklina, ktoś się tu znajdował, bylibyśmy go spostrzegli, lub sami bylibyśmy postrzeżeni. Prawdopodobnem jest tedy, że kilka tygodni temu dopiero, rozbitki zostali wyrzuceni przez burzę na któryś z punktów wybrzeża. Tak jednak, czy owak, musimy uzyskać pewność pod tym względem.
— Sądzę, że trzeba będzie działać rozważnie!
— I ja tak myślę — odrzekł Cyrus Smith — na nieszczęście bowiem zachodzi słuszna obawa, aby to nie byli piraci malajscy, ci goście naszej wyspy.
— Panie Cyrus — spytał marynarz — czyby nie było pożyteczną rzeczą, przed wybraniem się na te odkrycia, zbudować łodź, przy pomocy której moglibyśmy bądź to popłynąć w górę rzeki, bądź też okrążyć wybrzeże. Nie należałoby się dać wziąć znienacka.
— Pomysł twój wyborny, Pencroffie — odrzekł inżynier — ale my czekać nie możemy. A tymczasem potrzebaby co najmniej miesiąc na zbudowanie łodzi...
— Prawdziwej łodzi, niewątpliwie — odparł marynarz — ale nam potrzeba tylko jakiegokolwiek statku, któryby się utrzymał na morzu, a taki ja się obowiązuję zbudować najdalej w pięć dni, dostateczny do żeglugi po Dziękczynnej.
— W pięć dni — wykrzyknął Nab — zbudować łódź?
— Tak jest, Nabie, łódź na sposób indyjski.
— Z drzewa? — spytał Nab z miną bardzo wątpiącą.
— Z drzewa — odrzekł Pencroff — a raczej z kory. Powtarzam panu, panie Cyrus, że w pięć dni z taką robotą można się uwinąć.
— W pięć dni, zgoda! — odpowiedział inżynier.
— Ale do tego czasu dobrze będzie zachować ostrą baczność! — rzekł Harbert.
— Jak najostrzejszą, moi przyjaciele — odpowiedział Cyrus Smith — i dla tego będę was prosił, abyście ograniczyli swoje wycieczki myśliwskie na okolicach Pałacu Granitowego.
Objad skończył się mniej wesoło, aniżeli Pencroff się spodziewał.
Tak więc, wyspa ta miała obecnie, lub w przeszłości innych mieszkańców, oprócz naszych osadników. Od czasu przypadku z ziarnkiem śrótu, był to fakt niezaprzeczalny, a podobne odkrycie mogło tylko żywy niepokój obudzić w umyśle osadników. Cyrus Smith i Gedeon Spilett, przed zaśnięciem szeroko jeszcze o tej kwestji rozmawiali. Rozważali, czy przypadkiem zdarzenie to nie ma jakiego związku z niewyjaśnionemi okolicznościami ocalenia inżyniera i z innemi dziwnemi szczegółami, które już ich kilkakrotnie uderzyły. Jednakże Cyrus po rozważeniu wszystkich za i przeciw w tej sprawie, odezwał się wreszcie:
— Koniec końców, czy chcesz poznać moje zdanie, drogi panie Spilett?
— Tak, Cyrusie.
— A więc posłuchaj: mimo najściślejszego poszukiwania na wyspie, nic nie znajdziemy!
Zaraz następnego dnia Pencroff zabrał się do roboty. Nie szło tu o zbudowanie łodzi z kompletnem klepkowaniem i pomostem, ale o prosty przyrząd unoszący się nad wodą, o płaskiem dnie, odpowiedni do żeglugi po Dziękczynnej, szczególniej w pobliżu jej źródeł, gdzie woda była bardzo płytka.
Kawałki kory, przymocowane do siebie, wystarczały do utworzenia takiego maleńkiego statku, mającego jeszcze i tę dogodność, iż w razie gdyby dla przeszkód naturalnych przeniesienie go stało się koniecznem, niewielki ciężar i rozmiar jego znacznie ułatwiał tę pracę. Pencroff postanowił połączyć te kawałki kory za pomocą zanitowanych gwoździ i przez szczelne ich przypasowanie uczynić przyrząd doskonale nieprzemakalnym.
Szło tedy o wyszukanie drzew, których kora giętka a silna, najlepiejby się nadawała do takiego użytku. Otóż, jak na to, ostatni huragan zwalił pewną ilość jodeł, odpowiadających zupełnie temu celowi. Kilka z nich leżało na ziemi; pozostawało więc tylko obedrzeć je z kory, ale tu właśnie zachodziła główna trudność: narzędzia bowiem, jakie posiadali osadnicy, były niedostatecznemi do takiej pracy. I na to jednak wreszcie znalazła się rada.
Podczas gdy marynarz, przy pomocy inżyniera zajmował się tą robotą, nie tracąc ani godziny; Gedeon Spilett i Harbert także nie próżnowali. Stali się dostarczycielami żywności dla osady. Korespondent nie mógł się dostatecznie nadziwić zadziwiającej zręczności w używaniu łuku i oszczepu, nabytej przez tego chłopca. Harbert okazywał również wielką odwagę, wraz z tą krwią zimną, którąby można słusznie nazwać „wyrozumowanem zuchwalstwem.“ Dwaj ci towarzysze łowów, pamiętni zresztą na zalecenie Cyrusa Smitha, nie wychodzili po za promień dwumilowy obrębu Pałacu Granitowego; i to jednak wystarczało, brzegi bowiem lasu dawały im dostateczną ilość agoutisów, kabyjasów, kangurów, pekarysów itd.; a przytem, jakkolwiek zysk z połapek stał się bardzo nieznacznym od czasu ustania zimna, królikarnia nie przestała dostarczać zwykłej daniny mięsiwa, dostatecznej do wyżywienia całej osady na wyspie Lincolna.
Częstokroć, wśród tych łowów, Harbert wdawał się w rozmowę z Gedeonem Spilettem o owem ziarnku śrótu i o wnioskach, jakie z tego zdarzenia wyciągnął inżynier, i jednego dnia, było to 26. października — rzekł:
— Jednakże, panie Spilett, czy ci się to nie wydaje nadzwyczaj osobliwem, że rozbitki — jeżeli wylądowali jacy na naszą wyspę, nie pokazali się dotychczas w okolicach Granitowego Pałacu?
— Istotnie dziwne to bardzo — odparł korespondent — jeżeli tu się jeszcze znajdują; ale nic w tem zgoła dziwnego, jeżeli już ich nie ma!
— Sądzisz więc pan, że ci ludzie opuścili już wyspę? — spytał Harbert.
— To więcej niż prawdopodobne, mój chłopcze, gdyby bowiem znajdowali się tu przez czas dłuższy, lub przebywali jeszcze obecnie, jakaś okoliczność zdradzićby musiała wreszcie ich bytność.
— Jeżeli jednak mogli się ztąd oddalić — zauważył młody chłopiec — nie byli to więc rozbitki?
— Nie, Harbercie, albo przynajmniej byli to, że się tak wyrażę, rozbitki chwilowe. Możebną jest w istocie rzeczą, że burza wyrzuciła ich na tę wyspę, nie popsuwszy im statku, i że po jej przejściu, puścili się znowu na morze.
— Przyznać potrzeba jedno — rzekł Harbert — że pan Smith zdawał się zawsze więcej obawiać aniżeli pragnąć obecności istot ludzkich na naszej wyspie.
— W samej rzeczy — odparł korespondent — nie przypuszcza on bowiem, ażeby kto inny kręcić się mógł po tych morzach, oprócz Malajczyków, złośliwych urwisów, których warto unikać.
— Nie jest niemożebną rzeczą, panie Spilett — ciągnął dalej Harbert — że dziś lub jutro natrafimy na ślady wylądowania tych ludzi i uzyskamy raz wreszcie pewność pod tym względem.
— Bardzo być może mój chłopcze. Opuszczone obozowisko, ognisko wygasłe, mogą nas naprowadzić na ich ślady, i tego to właśnie szukać będziemy w czasie naszej najbliższej wyprawy.
W dniu, gdy dwaj myśliwcy prowadzili taką rozmowę, znajdowali się właśnie w części lasu, przylegającego do Dziękczynnej i odznaczającego się nader pięknemi drzewami. Pomiędzy innemi, wznosiły się tutaj, wysokie na dwieście stóp prawie, niektóre z owych szyszkowców, zwanych pospolicie „kaurisami“ przez mieszkańców Nowej-Zelandji.
— Przychodzi mi jedna myśl, panie Spilett — rzekł Harbert. — Gdybym też wszedł na wierzchołek jednego z tych kaurisów, mógłbym tym sposobem rozejrzeć się po okolicy na znacznej przestrzeni?
— Myśl to wcale dobra — odrzekł korespondent — idzie tylko o to, czy potrafisz wdrapać się aż na wierzchołek jednego z tych olbrzymów?
— Sprobuję w każdym razie — odparł Harbert.
Poczem silny i zręczny, pochwycił za pierwsze gałęzie, których położenie czyniło dosyć łatwem wdrapywanie się na drzewo, i w kilka chwil dostał się na szczyt, wysterczający nad tą niezmierną płaszczyzną zieleni, którą tworzyły zaokrąglone korony lasu.
Z tego wyniosłego punktu, można było objąć wzrokiem całą przestrzeń południową wyspy, od przylądka Ostrego Szponu do przylądka Wężowego w kierunku południowo-zachodnim. Na północo-zachód wznosiła się góra Franklina, zasłaniająca znaczną część widnokręgu.
Ale Harbert, z wysokości swego obserwatorjum, mógł rozejrzeć się szczególniej po tej nieznanej części wyspy, dającej lub mogącej dawać schronienie obcym, których obecność podejrzewano.
Młody chłopiec rozglądał się z najwyższą uwagą. Po morzu najprzód, ale nic na niem nie było widać. Żadnego żagla, ani na widnokręgu, ani w punktach sposobnych do wylądowania na wyspę. Ponieważ jednak gęstwina drzew zasłaniała w części wybrzeże, możebnem było, iż okręt, szczególniej zaś okręt pozbawiony ożaglowania, przybił blisko do lądu i tym sposobem był niewidzialnym dla Harberta.
W pośród lasu Zachodniej Ręki nic także nie było widać. Las ten tworzył nieprzebite sklepienie, wynoszące wiele mil kwadratowych, bez jednej polanki, bez najmniejszej rzedzizny. Niemożebną było nawet, iść w ślad za biegiem Dziękczynnej i rozpoznać punkt góry, zkąd ta rzeka brała początek. Być może, że i inne wody wypływały ztamtąd ku zachodowi, ale sprawdzić tego nie podobna było żadnym sposobem.
Przynajmniej, jeżeli wszelki ślad obozowiska uchodził uwadze Harberta, czyż nie mógł on pochwycić okiem w powietrzu chociażby jakiego dymu, zdradzającego obecność człowieka? Atmosfera była czysta i najmniejszy wyziew byłby się ostro zarysował na tle nieba.
Przez chwilę zdawało się Harbertowi, że spostrzega leciuchny dym, wznoszący się na zachodzie, ale uważniejsze wpatrzenie się przekonało go, że się mylił. Wytężył wzrok z niezmierną siłą, a miał wyborny. Nie, stanowczo nic tam nie było.
Zeszedł więc z kaurisa i nasi dwaj myśliwcy powrócili do Pałacu Granitowego. Tam, Cyrus Smith, wysłuchawszy opowiadania młodego chłopca, potrząsł głową i nic nie rzekł. Jawnie się okazywało, iż niepodobna było nic wyrzec stanowczego o tej sprawie przed zbadaniem wyspy w całości.
W dwa dni potem — 28. października — zdarzył się inny wypadek, którego wyjaśnienie również wiele do życzenia pozostawiało.
Błądząc po wybrzeżu, o dwie mile od Granitowego Pałacu, Harbert i Nab szczęśliwie trafili na przepyszną zdobycz. Był nią żółw z gatunku olbrzymiego, w skorupie przedstawiającej świetne zielonawe odcienia.
Harbert spostrzegł go, w chwili gdy żółw przemykał się ku morzu.
— Na pomoc, Nabie, na pomoc! — zawołał.
Nab przybiegł.
— Co za piękne zwierzę! — rzekł — ale jak sobie z niem poradzić....
— Nic łatwiejszego, Nabie, — odrzekł Harbert. Przewrócimy go na grzbiet i tym sposobem uciec już nam nie zdoła. Weź no oszczep i pomóż mi.
Płaz, czując niebezpieczeństwo cofnął się w swoją skorupę. Nie widać mu już było głowy, ani nóg i leżał nieruchomy, jak skała.
Tymczasem Harbert i Nab podłożyli okute drążki swoje pod mostek zwierzęcia i połączonemi siłami nie bez trudności zdołali je na grzbiet przewrócić. Żółw ten, długi na trzy stopy, musiał ważyć co najmniej czterysta funtów.
— Wybornie! — zawołał Nab, — otóż to będzie pociecha dla druha Pencroffa.
W istocie druh Pencroff musiałby się tem ucieszyć, ponieważ mięso tych żółwi, żywiących się ziołami, ma nadzwyczaj wyborny smak. W tej chwili powód tej przyszłej pociechy marynarza, pokazywał tylko główkę maleńką, spłaszczoną — ale bardzo rozszerzoną z tyłu przez wielkie zagłębienia skroniowe, ukryte pod kościstem sklepieniem.
— A teraz cóż poczniemy z tą naszą zwierzyną? — rzekł Nab. — Nie zdołamy jej przecież zaciągnąć aż do Granitowego Pałacu.
— To też zostawimy ją tutaj — odparł Harbert — i pewni, że nie ucieknie, bo nie może się obrócić, powrócimy po nią z wózkiem.
— Tak będzie najlepiej.
Nim jednak odeszli, dla większego bezpieczeństwa, Harbert wziął się na sposób, który Nabowi wydał się zbytecznym i podparł zwierzę wielkiemi głazami. Poczem, obadwaj myśliwcy powrócili do Pałacu Granitowego wybrzeżem, które właśnie szeroko odkryło morze w odpływie. Harbert, chcąc sprawić niespodziankę Pencroffowi, nic nie wspomniał o tej świetnej zdobyczy zostawionej na piasku; w dwie godziny potem nasi myśliwcy przybyli z wózkiem na miejsce, gdzie żółw ich oczekiwał. Niestety już go tam nie było!
Nab i Harbert spojrzeli naprzód na siebie, a potem w koło siebie. Przecież tutaj a nie gdzieindziej zostawili żółwia. Młody chłopiec odnalazł nawet głazy, których użył i tym sposobem upewnił się, że się co do miejsca nie myli...
— Hę?... więc te bydlęta umieją się obrócić same, — rzekł Nab....
— Tak się zdaje, — odrzekł Harbert, nie pojmując tego wypadku i przypatrując się głazom rozrzuconym po piasku.
— No, ale co pan Pencroff, to nie będzie rad temu!
— A pan Smith będzie w niemałym kłopocie, jeżeli zechce wytłumaczyć to zniknięcie! — pomyślał Harbert.
— Ba! — odezwał się Nab, pragnący ukryć tę niemiłą przygodę — nie wspominajmy o tem!
— Przeciwnie, Nabie — wspomnimy i to szczegółowo, — odrzekł Harbert.
I obadwaj, wziąwszy wózek niepotrzebnie sprowadzony, powrócili do Granitowego Pałacu.
Tu, przybywszy do warstatu, kędy marynarz i inżynier pracowali społem, Harbert opowiedział całe zdarzenie.
— Ach! niezgrabiasze! — zawołał marynarz. — Wypuścić z rąk pięćdziesiąt zup co najmniej!
— Ależ Pencroffie, — odciął się Nab — nie wyrzucaj nam, że zwierzę uciekło, kiedy ci powiadam, żeśmy je na grzbiet przewrócili!...
— Nie musieliście go więc przewrócić dostatecznie, — zawołał żartobliwie nieubłagany marynarz.
— Niedostatecznie — zaprotestował Harbert.
I opowiedział o tem, jak podparł żółwia głazami.
— Więc to cud chyba! — rzekł Pencroff.
— Zdawało mi się, panie Cyrus, — rzekł Harbert, — że żółwie raz przewrócone na wznak, nie mogą spaść własną siłą na nogi, szczególniej jeżeli są tak duże.
— I słusznie ci się zdawało, moje dziecko, odpowiedział Cyrus Smith.
— A więc, jakżeż się mogło stać?....
— W jakiej odległości od morza zostawiliście tego żółwia? — spytał inżynier, zawiesiwszy robotę i namyślając się widocznie nad tym wypadkiem.
— O piętnaście stóp, co najwięcej, — odpowiedział Harbert.
— I odpływ był właśnie w tej chwili.
— Tak jest, panie Cyrus.
— No, więc czego żółw nie mógł dokonać na piasku, prawdopodobnie dokonał w wodzie. Gdy go przypływ uniósł, obrócił się i popłynął najspokojniej na szerokie morze....
— Ach, jacyż z nas niezgrabiasze! — zawołał Nab.
— To właśnie miałem zaszczyt już wam powiedzieć — rzekł Pencroff.
Cyrus Smith podał to objaśnienie, niewątpliwie możebne. Byłże jednak sam silnie przekonany o jego prawdziwości? Nie ośmielilibyśmy się za to zaręczyć.






ROZDZIAŁ II.
(Pierwsza próba czółna. — Znalezione na wybrzeżu rzeczy z rozbitego statku. — Spławienie takowych do Pałacu Granitowego. — „Przylądek Rozbitków.“ — Spis rzeczy zawartych w skrzyni: narzędzi, broni, instrumentów, odzieży, książek i naczyń. — Czego brak Pencroffowi. — Ewangelja. — Wiersz z Pisma św.)

Dnia 29. października czółenko z kory było gotowe. Pencroff dotrzymał słowa. W pięciu dniach sporządził rodzaj łodzi, której pudło wyplecione było z giętkich pręcików krzewu zwanego „crejimba.“ Jedna ławka umieszczoną była z tyłu, druga w pośrodku, ażeby łodzi nadać trwalszą spójnię, trzecia ławka na przedzie; burta z pachołkami na dwa wiosła i ster do kierowania dopełniały urządzenia statku, którego długość wynosiła dwanaście stóp, a ciężar nie dochodził dwiestu funtów. Spuszczenie łodzi na wodę odbyło się bardzo po prostu. Zaniesiono lekkie czółenko nad sam brzeg morza i postawiono je na piasku, a przypływ wody pochwycił je i uniósł. Pencroff wskoczył w nie natychmiast i począł sterować, poczem przekonał się, że nadawało się wybornie do zamierzonego użytku.
— Hurra! — wrzasnął marynarz, nie wahając się tym sposobem uczcić własny swój tryumf. — Tą maszyną możemy opłynąć dokoła...
— Świat cały? — zapytał Gedeon Spilett.
— Nie, wyspę. Kilka kamyków na spód jako balast, jeden maszt na przodzie i kawałek żagla, który nam kiedyś sfabrykuje pan Cyrus, a zajedziemy daleko! Hola! panie Cyrus, i pan, panie Spilett, i ty Harbercie, i ty Nabie, cóż-to nie spróbujecie nowego statku? Tam do djabła, wszak trzeba się przekonać, czy uniesie nas pięciu!
W samej rzeczy należało się o tem przekonać. Pencroff za jednem poruszeniem steru przybił z czółnem do brzegu przez wąski przesmyk pomiędzy skałami. Postanowiono tego samego dnia jeszcze odbyć próbę z czółnem, puściwszy się wzdłuż brzegów morza aż do pierwszego zakrętu, gdzie się kończył południowy łańcuch skał.
W chwili gdy wsiadali do czółna, Nab zawołał:
— Ależ nie szpetnie zamaka twój okręt, Pencroffie!
— To nic — odparł marynarz. — Drzewo musi wprzód wodą nasiąknąć. Za dwa dni to przejdzie, a łódź nasza nie będzie miała w sobie tyle wody, ile jej jest u pijaka w żołądku. Wsiadajcie!
Wsiedli więc wszyscy a Pencroff wypłynął na pełne morze. Pogoda [była] przepyszna, morze tak spokojne jak gdyby wody jego ujęte były w ciasne brzegi jeziora, a czółenko mogło pruć jego głębie tak bezpiecznie jakby spokojne fale Dziękczynnej.
Nab chwycił za jedno wiosło, Harbert za drugie, a Pencroff pozostał na tyle czółna przy sterze.
Marynarz przepłynął naprzód kanał, i potem trzymał się wzdłuż południowego krańca wysepki. Lekki wiaterek dął od południa. Ani w kanale, ani na pełnem morzu nie było znać najmniejszego kołysania się bałwanów. Długiemi regularnemi falami, których uderzenia zaledwie czuła ciężko wyładowana łódź, wzdymało się morze. Tym sposobem odpłynęli na pół mili od brzegu, zkąd góra Franklina ukazywała się ich oczom w całym swym ogromie.
Poczem Pencroff zwrócił czółno i popłynął na powrót ku ujściu rzeki. Odtąd posuwali się wzdłuż brzegów, które zaokrąglając się w kabłąk aż do zakrętu, zasłaniały całą bagnistą płaszczyznę Tadornów.
Zakręt ów czyli róg oddalony był od Dziękczynnej blisko trzy mile drogi, odległość jego bowiem zwiększała się wskutek zaokrąglenia brzegów. Osadnicy nasi postanowili dotrzeć aż do tego zakrętu i minąć go tylko o tyle, ażeby módz rzucić okiem na wybrzeże ciągnące się ku przylądkowi „Ostrego Szponu.“
Czółno posuwało się zatem wzdłuż brzegów w oddaleniu najwyżej 240 sążni, wymijając skały, któremi gęsto w tej stronie zasiane było morze, a które przypływ począł zakrywać. Ściana granitowa począwszy od ujścia rzeki aż do owego zakrętu zniżała się stopniowo. Były to stosy brył granitowych dziwacznie porozrzucanych, zupełnie różnych od tych, z jakich się składała Wielka Terasa, a przedstawiających widok nader dziki. Zdawało się jakoby w tem miejscu wypróżniony został olbrzymi ładunek skał. Grzbiet ściany śpiczasty, ciągnący się dwie mile wzdłuż krawędzi boru, obnażony był z wszelkiej roślinności, a ów róg skalny wyglądał jak ramię olbrzyma wychylające się z fałdów zielonego rękawa.
Czółno popychane dwoma wiosłami posuwało się lekko po powierzchni wody. Gedeon Spilett z ołówkiem w jednej ręce, z notatkami w drugiej, kreślił w ogólnych zarysach kształty wybrzeża. Nab, Pencroff i Harbert gawędzili ze sobą, przypatrując się tej nieznanej jeszcze części ich posiadłości, a w miarę jak łódź płynęła ku południowi, obydwa przylądki „Szczęk“ zdawały się przysuwać ku sobie i szczelniej zamykać zatokę Stanów Zjednoczonych.
Cyrus Smith milczał tylko i patrzał, a wzrok jego niedowierzający i podejrzliwy zdradzał widocznie, że spogląda na nieznaną sobie i obcą okolicę.
Po trzech kwadransach żeglugi, gdy łódź zbliżała się już prawie do owego zakrętu, a Pencroff gotował się opłynąć go dokoła, Harbert podniosłszy się w łodzi wskazał na jakąś plamę czarną i rzekł:
— Co tam czarnego leży na brzegu?
Wszystkich oczy zwróciły się we wskazanym kierunku.
— W samej rzeczy — odezwał się korespondent — coś tam być musi. Sądziłbym prawie, że to są szczątki z jakiego okrętu rozbitego zagrzebane do połowy w piasku.
— Aha! — zawołał Pencroff — wiem już co to jest!
— Cóż takiego? — zapytał Nab.
— Beczułki, beczułki, i to pewnie nie próżne! — odparł marynarz.
— Przybij do brzegu, Pencroffie! — rzekł Cyrus Smith.
Po kilku uderzeniach wioseł, przybiło czółno do małej przystani, a żeglarze nasi wyskoczyli na brzeg.
Pencroff nie mylił się. Były to dwie beczułki zagrzebane do połowy w piasku, a przymocowane silnie do szerokiej skrzyni, która podtrzymywana przez nie na powierzchni wody, pływała po morzu, dopóki nie została wyrzuconą na brzeg.
— Widać więc, że musiał się okręt jakiś rozbić w okolicach wyspy? — zapytał Harbert.
— Oczywiście — odparł Gedeon Spilett.
— Ale co tam być może w tej skrzyni? — zawołał Pencroff z łatwą do pojęcia niecierpliwością. — Co jest w tej skrzyni? Ze wszystkich stron jest zamkniętą, a nie ma czem rozbić wieka! Aha, spróbuję kamieniem...
I podnosząc z ziemi ciężką bryłę, chciał nią roztrzaskać jednę ze ścian skrzyni, gdy inżynier wstrzymując go za rękę, rzekł:
— Czy możesz, Pencroffie, pohamować twą niecierpliwość przez jednę tylko godzinę?
— Ależ wyobraź sobie, panie Cyrus! Wszak w niej może się znajdować to wszystko, na czem nam zbywa!
— Przekonamy się o tem, Pencroffie — odrzekł inżynier — ale wierz mi, nie gruchoc tej skrzyni, która nam może być przydatną. Zabierzmy ją ze sobą do Pałacu Granitowego, tam ją łatwiej otworzymy bez uszkodzenia. Ona przysposobioną jest do pływania, a skoro dopłynęła tutaj, dopłynie i do ujścia rzeki.
— Masz pan słuszność, panie Cyrus, byłem w błędzie — odparł marynarz — ale człowiek nie zawsze może być panem siebie.
Rada inżyniera była roztropną. W samej rzeczy łódź nie byłaby była w stanie unieść przedmiotów zawartych w skrzyni, która musiała być ciężką, skoro dla podtrzymania jej na wodzie użyto dwóch próżnych beczułek. Lepiej więc było zaciągnąć ją, tak jak była, do podnóża Granitowego Pałacu.
A teraz zachodziło pytanie, zkąd się tu wzięła ta skrzynia? Była to kwestja niezmiernie ważna. Cyrus Smith z towarzyszami swymi rozglądali się uważnie do koła i na kilkaset kroków tam i napowrót przebiegli brzeg morza. Lecz żadnego więcej szczątka nie znaleźli. Z równą uwagą rozpatrywali się także po morzu. Harbert z Nabem wdrapali się na jednę z wysokich skał, lecz cały widnokrąg do koła okazał się pustym. Nie było widać nic zgoła, ani pływających szczątków rozbitego statku, ani żadnego okrętu z żaglami.
A jednak nie było najmniejszej wątpliwości, że jakiś okręt musiał się rozbić w pobliżu. Może nawet wypadek ten miał jaką styczność z owem znalezionem ziarnkiem śrótu? Może obcy jacy przybysze wylądowali w innej stronie wyspy? Może się tam jeszcze znajdowali dotychczas? Oczywiście jednak nasunęła się osadnikom naszym odrazu uwaga, że przybyszami tymi nie mogli być rozbójnicy malajscy, skrzynia bowiem wskazywała zbyt jasno swe pochodzenie amerykańskie lub europejskie.
Osadnicy nasi zgromadzili się wszyscy dokoła skrzyni, która była pięć stóp długą, a trzy stopy szeroką. Zrobioną była z dębiny, bardzo starannie ze wszystkich stron zamkniętą, obciągniętą grubą skórą a pobitą mosiężnemi gwoździami. Obie brzuchate beczułki, zamknięte hermetycznie, które jednak za pierwszem uderzeniem okazały się próżnemi, przymocowane były do niej zapomocą tęgich powrozów zawiązanych w węzły, które Pencroff poznał odrazu jako „węzły marynarskie.“ Skrzynia zdawała się znajdować w zupełnie dobrym stanie, co tłumaczył dostatecznie fakt, że wyrzuconą została na brzeg piasczysty, a nie na rafy. Przypatrzywszy się jej bliżej, można było nawet twierdzić z pewnością, że dopiero od niedawna znajdowała się w wodzie i świeżo przybiła do brzegu. Woda, jak się zdawało, nie musiała wkraść się do środka, a przedmioty zawarte w niej musiały być zupełnie nietknięte.
Widocznem było, że skrzynię tę musiano wyrzucić z tonącego okrętu pędzącego ku wyspie, i że podróżni w nadziei, że skrzynia przybije szczęśliwie do brzegu, gdzie ją później odszukają, za pomocą tego pływającego przyrządu zamierzali utrzymać ją na powierzchni wody.
— Zaciągniemy ze sobą tę skrzynię do Pałacu Granitowego — rzekł inżynier — i spiszemy inwentarz zawartych w niej przedmiotów. Jeśli odszukamy na wyspie którego z tych mniemanych rozbitków, oddamy ją temu do kogo należała. Jeśli zaś nie znajdziemy nikogo....
— Wtedy zatrzymamy ją dla siebie! — zawołał Pencroff. — Ale, na Boga, co też tam w niej być może?
Przypływ morza począł już w tej chwili dosięgać skrzynię i byłby ją niezawodnie uniósł ze sobą. Jeden z powrozów, przymocowujących beczułki został w połowie rozwiązanym, ażeby służyć za cumę mającą ten przyrząd pływający przytwierdzić do łodzi. Poczem Pencroff z Nabem poryli wiosłami piasek w około, ażeby łatwiej było ruszyć skrzynię z miejsca, i wkrótce łódź, ciągnąc za sobą skrzynię, poczęła okrążać z powrotem ów zakręt, któremu dano nazwę: „Przylądek rozbitków.“ Żegluga szła ciężko, a beczułki zaledwie zdołały utrzymać skrzynię po nad wodą. Prócz tego obawiał się marynarz co chwila, ażeby nie oderwała się i nie poszła na spód. Na szczęście jednak obawy jego nie ziściły się, a w półtorę godzinę później — tyle czasu potrzeba było ażeby przebyć tę trzymilową przestrzeń — przybiła łódź do podnóża Granitowego Pałacu.
Wówczas łódź i skrzynię wyciągnęli na piasek, a ponieważ morze poczęło już odpływać, wkrótce więc znaleźli się na lądzie. Nab pobiegł po narzędzia, ażeby odbić skrzynię, tak, by ile możności jak najmniej została uszkodzoną, poczem przystąpiono do inwentarza. Pencroff nie ukrywał wcale swojego wzruszenia.
Marynarz rozpoczął od odwiązania beczułek, które znajdując się w zupełnie dobrym stanie, mogły oczywiście przydać się na coś. Poczem odbito zamek za pomocą obcęgów i wieko odskoczyło.
Wnętrze skrzyni miało drugą powłokę cynkową, snać dlatego, by zawarte w niej przedmioty we wszelkich okolicznościach zabezpieczone były od wilgoci.
— A! zawołał Nab, miałyżby w środku być smażone owoce.
— Mam nadzieję, że nie, odparł korespondent.
— A gdyby też to był... mruknął półgłosem marynarz.
— Co takiego? zapytał Nab posłyszawszy słowa marynarza.
— Nic!
Pokrywę cynkową rozcięto w szerz, odgięto ją po obu bokach skrzyni, poczem stopniowo poczęli wyciągać z niej przedmioty nader różnorodne i składać takowe na piasku. Przy każdym nowym kawałku Pencroff krzyczał na całe gardło: hurra! — Harbert klaskał w dłonie, a Nab tańczył... jak prawdziwy murzyn. Znajdowały się tam między innemi książki, na których widok Harbert omal nie oszalał z radości i narzędzia kuchenne, które Nab mało co nie okrywał pocałunkami!
Zresztą osadnicy nasi mieli wszelki powód być zadowolonymi, skrzynia ta bowiem zawierała rozmaite narzędzia, broń, instrumenta, odzież, książki i oto spis ich dokładny, zamieszczony w notatkach Gedeona Spiletta:

Narzędzia:
  3 noże, każdy o kilku ostrzach.
  2 siekiery do rąbania drzewa.
  2 siekiery do robót ciesielskich.
  3 heble.
  2 toporki.
  1 dłutko obosieczne.
  6 par nożyc.
  2 pilniki.
  3 młoty.
  3 świdry zwykłe.
  2 świdry do wiercenia ziemi.
10 woreczków z gwoździami i śrubkami.
  3 piły rozmaitej wielkości.
  2 pudełka igieł.
Broń:
  2 strzelby skałkowe.
  2 strzelby kapslowe.
  2 karabiny iglicowe.
  5 kordelasów.
  4 szable używane przy walkach okrętowych.
  2 beczułki prochu, zawierające każda po dwadzieścia pięć funtów.
12 pudełek kapsli.
Instrumenta:
  1 sekstant.
  1 lornetka kieszonkowa.
  1 luneta.
  1 pudełko z kompasem.
  1 busola kieszonkowa.
  1 termometr Fahrenheita.
  1 barometr.
  1 pudełko z wszystkiemi przyrządami fotograficznemi, jako to: objektywami, płytami, substancjami chemicznemi i tp.
Odzież:
  2 tuziny koszul z osobliwej tkaniny podobnej do wełny wytworzonej jednak widocznie z włókien roślinnych.
  3 tuziny pończoch z tej samej tkaniny.
Naczynia:
  1 dzbanek żelazny.
  6 rondlów mosiężnych pobielanych.
  3 talerze żelazne.
10 zupełnych nakryć składających się z łyżek, nożów i grabek.
  2 samowary.
  1 piecyk przenośny.
  6 noży stołowych.
Książki:
  1 Biblja zawierająca Stary i Nowy Testament.
  1 atlas jeograficzny.
  1 słownik rozmaitych narzeczy polinezyjskich.
  1 słownik przyrodniczy w sześciu tomach.
  3 ryzy białego papieru.
  2 niezapisane książki rejestrowe.
— Trzeba przyznać, rzekł korespondent, gdy ukończono spis rzeczy, że właściciel tej skrzyni był człowiekiem praktycznym! Narzędzia, broń, instumenta, odzież, naczynia, książki, niczego nie brak! Wydaje się istotnie, jakoby z góry miał zamiar zostać rozbitkiem i naprzód się na to przygotował!

— W samej rzeczy, nie brak niczego, mruknął Cyrus Smith zatopiony w myślach.
— To rzecz pewna, dodał Harbert, że okręt, który wiózł tę skrzynię i właściciel jej nie należał do rozbójników malajskich.
— Chyba, jeżeli jej właściciel popadł w niewolę rozbójników... rzekł Pencroff.
— Przypuszczenie to jest bez żadnej podstawy, odparł korespondent. Prawdopodobniejszem jest, że okręt jakiś amerykański lub europejski zapędzony został w te strony, i że podróżni, chcąc niezbędne przynajmniej przedmioty ocalić, upakowali tę skrzynię i spuścili ją w morze.
— Czy i pan jesteś tego zdania, panie Cyrus? zapytał Harbert.
— W samej rzeczy, moje dziecko, odparł inżynier, to się łatwo mogło wydarzyć. Być może że w chwili rozbicia lub w przewidywaniu tegoż zebrano do tej skrzyni najużyteczniejsze przedmioty, w nadziei odszukania jej później w jakiej stronie wybreża...
— Nawet pudełko z przyrządami fotograficznemi! zauważył niedowierzającym tonem marynarz.
— Co do tego przyrządu, odparł Cyrus Smith, to nie pojmuję jasno użyteczności jego w tym razie, i przydatniejszym byłoby tak dla nas, jak i dla każdych innych rozbitków, kompletniejszy zapas odzieży lub obfitszy broni!
— Lecz czy nie znajdziemy może na tych instrumentach, narzędziach, książkach jakiego znaku lub napisu, po którym moglibyśmy dojść ich pochodzenia? zapytał Gedeon Spilett.
O tem należało się przekonać. Przepatrzono więc uważnie każdy przedmiot z osobna, a zwłaszcza książki, instrumenta i broń. Ani broń, ani instrumenta, wbrew przyjętemu zwyczajowi, nie posiadały znaków fabrykanta; zresztą znajdowały się w wybornym stanie i zdawały się być jeszcze nigdy nieużywane. Tę samą własność posiadały także narzędzia i naczynia; każdy kawałek był całkiem nowy, co wszystko razem świadczyło dobitnie, że nie wrzucano ich do skrzyni na chybił trafił, lecz przeciwnie, że obmyślano dobrze wybór przedmiotów i starannie takowe uporządkowano. Świadczyła o tem także owa druga powłoka metalowa, zabezpieczająca je od wilgoci, której niepodobna było zlutować na prędce.
Co się tyczy słownika przyrodniczego i słownika narzeczy polinezyjskich, obadwa były w języku angielskim, lecz ani nazwisko wydawcy ani data wydawnictwa nie były na nich wyrażone.
Podobnie miała się rzecz z Biblją; było to wydanie angielskie, in quarto, godne uwagi ze względów typograficznych, i zdawało się być często wertowane.
Atlas jeograficzny był przepysznym egzemplarzem, zawierał mapy całego świata i kilka kart morskich płaszczyzno-kolistych układu Mercatora[24], z nomenklaturą francuską, — nie posiadał jednak także ani daty wydawnictwa, ani nazwiska wydawcy.
Wszystkie te przedmioty zatem nie posiadały żadnej oznaki zdradzającej ich pochodzenie, ani też nic takiego, po czem by się można było domyślać do jakiej narodowości należał okręt, który niedawno mijał te strony. Skąd bądź jednak pochodziła ta skrzynia, osadników wyspy Lincolna zamieniała w bogaczów. Dotychczas przerabiając surowe płody natury, sami, własnemi siłami wytwarzali wszystko i dzięki swej inteligencji potrafili dać sobie radę. Lecz czy nie wydawało się tak, jakoby Opatrzność chciała im to wynagrodzić, zsyłając im te różnorodne utwory ludzkiego przemysłu? Jednogłośnie zatem wzniosły się ich dziękczynne modły ku niebu.
Mimo to jeden z nich nie był zupełnie zadowolonym. A tym był Pencroff. Zdaje się, że skrzynia nie zawierała jednej rzeczy, do której niezmierną przywiązywał wartość, i w miarę jak wydobywano z niej różne przedmioty, jego „hurra!“ stawało się coraz słabszem, a po ukończeniu inwentarza, słychać było, jak mruknął pod nosem:
— Wszystko to pięknie i dobrze, lecz obaczycie, że dla mnie w tem pudle nie ma nic!
To spowodowało Naba do zapytania.
— A czego żeś się to, przyjacielu Pencroff, spodziewał?
— Pół funta tytoniu! odparł poważnie Pencroff, wtedy by mi niczego więcej do szczęścia nie brakowało!
Na tę uwagę marynarza, towarzysze jego nie mogli powstrzymać uśmiechu.
Z całego tego odkrycia jednak wynikała teraz więcej niż kiedykolwiek konieczność dokładnego zwidzenia całej wyspy. Postanowiono zatem nazajutrz skoro świt ruszyć w drogę w górę korytem Dziękczynnej, tak, ażeby dotrzeć do zachodnich wybrzeży. Jeżeliby przypadkiem kilku rozbitków wylądowało w tej stronie wyspy, łatwo być mogło, że byli ogołoceni z wszelkich środków do życia, a w takim razie należało niezwłocznie przyjść im z pomocą.
Cały ten dzień upłynął na znoszeniu znalezionych przedmiotów do Pałacu Granitowego, i systematycznem takowych uporządkowaniu we wielkiej sali.
Tego dnia — 29. października — była właśnie niedziela, i Harbert przed spoczynkiem zagadnął inżyniera, czyliby nie chciał przeczytać im jakiego ustępu z Ewangielji.
— Z ochotą, odparł Cyrus Smith.
Wziął więc do rąk świętą tę księgę i już chciał ją otwierać, gdy Pencroff chwycił go za rękę i rzekł:
— Panie Cyrus, jestem zabobonnym. Otwórz pan książkę na chybił trafił i odczytaj nam pierwszy wiersz, który wpadnie panu w oko. Obaczymy, czyli da się zastosować do naszego położenia.
Cyrus Smith uśmiechnął się na te słowa marynarza, i czyniąc zadość jego życzeniu, otworzył Ewangelję właśnie w miejscu, w którem tkwił znaczek między stronicami.
I nagle wzrok jego padł na krzyż nakreślony czerwonym ołówkiem przy wierszu 8mym rozdziału III. Ewangelji św. Mateusza.
Odczytał zatem wiersz ten opiewający w te słowa:
Proście a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie.






.
ROZDZIAŁ III.
(Odjazd. — Przypływ morza. — Wiązy i obrostnice. — Rozmaite rośliny i krzewy. — Jakamar. — Widok boru. — Olbrzymie eucalyptusy. — Skąd pochodzi ich nazwa „drzew gorączkowych“. — Gromady małp. — Wodospad. — Nocleg).

Nazajutrz — 30go października — wszystko było gotowe do zamierzonej wyprawy w głąb wyspy, którą ostatnie zdarzenia jeszcze niezbędniejszą uczyniły. W istocie przybrały rzeczy obrót taki, że osadnikom wyspy Lincolna słusznie mogło się wydawać, że nie oni potrzebować pomocy, lecz drugim nieść mogą takową.
Postanowiono zatem płynąć tak daleko w górę korytem Dziękczynnej, jak daleko czółnem się to da uskutecznić. Tym sposobem znaczną część drogi można było przebyć bez trudu, a osadnikom byłoby możliwem zapasy żywności i broń przenieść na punkt bardziej wysunięty na zachód.
W samej rzeczy bowiem trzeba było pamiętać nietylko o przedmiotach, które brano ze sobą, lecz także z góry i o tych, które dzięki szczęśliwemu trafowi, przyszłoby może zawieść ze sobą do Pałacu Granitowego. Jeżeli bowiem w istocie przy wybrzeżach tych rozbił się jaki okręt, jak to wszystkie okoliczności pozwalały przypuszczać, w takim razie spodziewać się można było znaleść jeszcze wiele innych szczątków i resztek z rozbitego okrętu, wyrzuconych przez morze na brzeg. W takim razie wózek bez wątpienia byłby przydatniejszym od kruchego czółenka; lecz wózek ten ciężki i niezgrabny trzeba było ciągnąć samemu, co rzecz znacznie utrudniało. Okoliczność ta zniewoliła Pencroffa do wyrażenia ubolewania, że znaleziona przez nich skrzynia, oprócz owego „pół funta tytoniu“, nie zawierała także jednej pary tęgich koni, rasy nowo-jerseyskiej, które dla osady byłyby niezmiernie użytecznemi!
Zapasy żywności, które Nab spakował do czółna, składały się z konserwów mięsnych i z kilka galonów piwa, tudzież likieru wyfermentowanego, to znaczy było żyć o czem przez trzy dni — taki bowiem najdłuższy przeciąg czasu przeznaczył Cyrus Smith na wyprawę. Zresztą liczono i na to, że w razie potrzeby można było po drodze odnowić zapasy, a Nab nie zapomniał wziąć ze sobą mały piecyk, dający się łatwo przenosić z miejsca na miejsce.
Z narzędzi wzięli ze sobą osadnicy dwie siekiery do rębania drzewa, które miały służyć do torowania sobie drogi w gąszczach leśnych, a z instrumentów: lunetę i busolę kieszonkową.
Co się tyczy broni wybrano dwie strzelby skałkowe, przydatniejsze na wyspie niżeli strzelby nowszego systemu, pierwsze bowiem, biły za pomocą krzemieni, które łatwo było zastąpić nowemi, podczas gdy drugie wymagały sztucznych kapsli, których zapas przy częstem używaniu prędko mógł się wyczerpać. Mimo to wzięli także ze sobą jeden karabin i kilka gotowych nabojów. Trzeba było także wziąć ze sobą pewien zapas prochu, którego w obu beczułkach mieściło się około pięćdziesiąt funtów, inżynier jednak miał nadzieję, że uda mu się sfabrykować rodzaj masy eksplodującej, przez co możnaby było proch zaoszczędzić. Prócz broni palnej wzięto także pięć kordelasów, opatrzonych skórzanemi pochwami. Tak opatrzeni i uzbrojeni mogli się osadnicy nasi zapuścić w głąb tych nieprzejrzanych borów, z pewną otuchą, że w każdym razie potrafią dać sobie radę.
Zbytecznem byłoby dodawać, że Pencroff, Harbert i Nab, widząc się tak uzbrojonymi, znaleźli się u kresu swych marzeń, chociaż Cyrus Smith wymógł na nich obietnicę, że ani jednego strzału nie dadzą na wiatr.
O godzinie szóstej z rana pchnięto czółno na morze. Zabrali w niem miejsce wszyscy, nie wyjmując Topa i popłynęli ku ujściu Dziękczynnej.
Morze dopiero od pół godziny poczęło się podnosić. Mieli zatem przed sobą jeszcze kilka godzin przypływu, z których należało korzystać, później bowiem, podczas odpływu musieliby płynąć przeciw prądowi, coby znacznie utrudniało żeglugę. Przypływ był już dość silny, za trzy dni bowiem przypadała pełnia księżyca, a czółno, które trzeba było tylko utrzymywać w prądzie rzeki, mknęło chyżo między oboma stromemi brzegami, bez popychania go wiosłami.
W kilku minutach przybili podróżnicy nasi do kolana, które tworzyła Dziękczynna, właśnie do owego rogu, w którym Pencroff siedm miesięcy przedtem sporządził był pierwszy spław drzewa.
Po za tym dość spiczastym zakrętem, rzeka, zaokrąglając się, pędziła ukośnie w południowo-zachodnim kierunku, pod cieniem olbrzymich drzew szyszkowych, lśniących wieczną zielenią.
Brzegi Dziękczynnej przedstawiały widok cudowny. Cyrus Smith z towarzyszami swoimi mogli tylko podziwiać owe cudne efekta, jakie natura wydobywa tak łatwo za pomocą wody i drzew. W miarę jak płynęli coraz dalej, zmieniały się przed ich oczyma rodzaje leśnych obrazów. Na prawym brzegu rzeki piętrzyły się amfiteatralnie przepyszne „ulmacae“, owe drogocenne wiązy, tak poszukiwane przez budowniczych, a posiadające własność długiego utrzymywania się w wodzie. Dalej liczne grupy drzew należących do tej samej klasy, między innemi obrostnice rodzące migdały, z których wyrabia się oliwę nader użyteczną. Dalej zauważył Harbert kilka „lardizabalów“, których giętkie gałęzie wymoczone w wodzie, nadają się na tęgie powrozy, tudzież dwa lub trzy pnie drzew hebanowych, pięknego czarnego koloru, dziwacznie żyłkowanego.
Od czasu do czasu, w miejscach gdzie łatwiej było wydobyć się na brzeg, zatrzymywało się czółno. Wówczas Gedeon Spilett, Harbert i Pencroff ze strzelbami w rękach, z Topem na czele, postępowali wzdłuż brzegu. Nie mówiąc już o zwierzynie, łatwo napotkać mogli jaką użyteczną roślinę, wcale nie do pogardzenia, a młody nasz przyrodnik widział swe życzenia najzupełniej ziszczone, odkrył bowiem rodzaj dzikiego szpinaku, z rodzaju „mączyńców“, i liczne okazy roślin krzyżowych, należących do rodzaju kapuścianego, dającego się łatwo uszlachetnić przez przesadzenie, jako to: rzerzuchę, rzodkiew, rzepę i w końcu małe bujnie rozgałęzione łodygi, z lekka kosmate, wysokości jednego metra, wydające ziarna brunatnego prawie koloru.
— Wiesz ty co to za roślina? zapytał Harbert marynarza.
— Tytoń! zawołał Pencroff, który prawdopodobnie ulubionej swej rośliny nie widział nigdy inaczej, jak tylko we fajce.
— Nie, Pencroffie! odparł Harbert, to nie tytoń, to musztarda!
— Niech będzie i musztarda! odrzekł marynarz; ale jeśli przypadkiem znajdziesz gdzie źdźbło tytoniu, to proszę cię, nie gardź niem.
— Znajdziemy go kiedyś! rzekł Gedeon Spilett.
— Doprawdy! zawołał Pencroff. To wtedy dalibóg nie będę już wiedział, czegoby jeszcze brakowało na naszej wyspie!
Rozmaite te rośliny powyrywane starannie z korzeniem, zaniesiono do czółna, którego nie opuszczał Cyrus Smith, zatopiony ustawicznie w rozmyślaniach.
Korespondent, Harbert i Pencroff wylądowywali tym sposobem kilkakrotnie, bądź to na prawym brzegu Dziękczynnej, bądź na lewym. Lewy brzeg był mniej stromy, za to prawy bardziej lesisty. Inżynier, obserwując swą busolą, mógł poznać łatwo, że brzeg rzeki począwszy od pierwszego kolana, zakręcał się znacznie w kierunku południowo-zachodnim i północno-wschodnim, a na przestrzeni blisko trzech mil ciągnął się w prostej prawie linji. Prawdopodobnem było jednak, że kierunek ten później się zmieni i że Dziękczynna zwróci się napowrót ku północno-wschodniemu kierunkowi, ku poprzecznym pasmom góry Franklina, które swemi potokami musiały ją bezwątpienia zasilać.
Podczas jednej z takich wycieczek, udało się Gedeonowi Spilettowi schwytać żywcem dwie pary dzikich kur. Były to ptaki z długiemi i cienkiemi dziobami, z wysmukłemi szyjami, krótkiemi skrzydłami i bez znaku ogona. Harbert nazwał je „tinamusami,“ i postanowiono zaludnić niemi pierwszemi podwórko nowego gospodarstwa.
Dotychczas jeszcze nie odezwały się były strzelby, a pierwszy huk, który się rozległ w tym borze Zachodniej Ręki, spowodowało zjawienie się pięknego ptaka, podobnego z powierzchowności do zimorodka.
— Poznaję go! — zawołał Pencroff — i można rzec śmiało, że strzał padł prawie pomimo jego woli.
— Co pan poznajesz? — zapytał korespondent.
— Ptaka, który nam uciekł przy pierwszej naszej wycieczce, i którego nazwiskiem ochrzciliśmy tę część boru.
— Jakamar! — zawołał Harbert.
Był to w samej rzeczy jakamar, piękny ptak, którego twarde nieco pierze posiada połysk metaliczny. Kilka ziarnek śrótu ściągnęło go na ziemię, a Top zaniósł go do czółna, wraz z pół tuzinem gądzieli, z rodzaju ptaków łażących, wielkości gołębia, barwy zielonawej, z częścią skrzydeł koloru karmazynowego i z czubem prosto sterczącym z białą obwódką. Harbertowi należał się honor tego strzału i był z niego dumnym nie mało. Gądziele były lepsze na zwierzynę niżeli jakamar, który ma mięso trochę łykowate, lecz trudnoby było przekonać Pencroffa, że nie ubił tym razem wcale króla wszech-ptactwa jadalnego.
Była już godzina dziesiąta z rana, gdy czółno dopłynęło do drugiego kolana Dziękczynnej, oddalonego około pięć mil od jej ujścia. Zatrzymano się w tem miejscu na śniadanie, a przestanek ten pod sklepieniem rozłożystych pięknych drzew trwał pół godziny.
Szerokość rzeki wynosiła jeszcze w tem miejscu sześćdziesiąt do siedmdziesięciu stóp, a głębokość łożyska pięć do sześciu stóp. Inżynier zauważył, że wiele potoków wpadało po drodze do rzeki, lecz były to tylko proste strumyki, wcale nie spławne. Co się tyczy boru, i to tak lasu jakamarowego jak i lasu Zachodniej Rzeki, ten ciągnął się nieprzejrzaną, nieskończoną puszczą. Ani pod niebotycznem sklepieniem zastępów, ani na drzewach rosnących wzdłuż brzegów Dziękczynnej, nie było znać śladu ludzkiej stopy. Podróżnicy nie znaleźli żadnego znaku podejrzanego, i oczywistem było, że nigdy siekiera nie tknęła tych drzew, że nigdy nóż pjonierski nie przecinał tych splotów wikliny wijącej się od jednego pnia do drugiego, wśród gęstych krzaków i wysokiej trawy. Jeśli rozbitki jacy wylądowali w istocie na wyspę, nie musieli jeszcze opuścić wybrzeży, i z pewnością nie pod gęstem sklepieniem puszczy należało szukać pozostałych przy życiu mniemanych rozbitków.
Inżynier zdradzał zatem pewien pośpiech w chęci dotarcia do zachodnich wybrzeży wyspy Lincolna, oddalonych jeszcze wedle jego obliczenia najmniej pięć mil. Przedsięwzięto więc dalszą żeglugę, i pomimo że rzeczywisty kierunek Dziękczynnej zdawał się zmierzać zamiast ku zachodnim wybrzeżom raczej ku górze Franklina, postanowiono nie opuszczać czółna, dopóki stanie dość wody, aby je unieść. Tym sposobem oszczędzano zarówno trudów jak czasu, gdyż inaczej trzeba by było siekierą torować sobie drogę w pośród gąszczy.
Wkrótce jednak pęd wody ustał zupełnie, czy to dla tego, że morze zaczęło opadać — a właśnie o tej godzinie powinno było zacząć opadać — czy też dla tego, że przypływ morza w tej odległości od ujścia Dziękczynnej nie dawał się czuć więcej. Trzeba więc było chwycić za wiosła. Nab z Harbertem zajęli swe ławki. Pencroff zasiadł przy sterze i puszczono się dalej korytem rzeki.
Zdawało się wówczas, że bór od strony Zachodniej Rzeki począł zwolna rzednieć. Drzewa były mniej natłoczone, a nawet często stały odosobnione. Lecz właśnie dla tego, że były rzadziej porozrzucane, tem pełniej korzystały z wolnego świeżego powietrza, które je otaczało i były wspaniałe.
Co za cudowne okazy flory tych stref. Sama obecność ich wystarczyłaby była niezawodnie botanikowi do natychmiastowego oznaczenia równoleżnika przerzynającego wyspę Lincolna!
— Eucalyptusy! zawołał nagle Harbert.
Były to w samej rzeczy te przepyszne drzewa, ostatnie olbrzymy stref pozazwrotnikowych, współplemienniki eucalyptusów rosnących w Australji i w Nowej Zelandji, które to części świata położone są pod tym samym stopniem geograficznej szerokości, co wyspa Lincolna. Niektóre z nich wznosiły się do wysokości dwustu stóp. Pień ich posiadał u samego podnóża dwadzieścia stóp obwodu, a kora ich pokryta siecią żył napełnionych wonną żywicą, miała do pięciu cali grubości. Nic cudowniejszego lecz zarazem osobliwszego, jak te olbrzymie okazy z rodziny Mirtowatych, których liście profilem zwracały się do światła i aż do samej ziemi przepuszczały promienie słoneczne!
U stóp tych eucalyptusów świeża zieloność pokrywała ziemię, a z murawy zrywały się gromady małych ptaszków połyskujących w kaskadach światła jak skrzydlate karbunkuły.
— O to mi drzewa! zawołał Nab, lecz czy przydadzą się na co?
— Ba! odparł na to Pencroff. Tak jak mamy olbrzymów-ludzi, tak samo muszą być także i olbrzymy roślinne. Lecz to się nie przyda na nic, chyba tylko aby się dać pokazywać po jarmarkach!
— Zdaje mi się, że jesteś w błędzie Pencroffie, odparł Spilett, i że drzewo eucalyptusowe zaczyna być teraz używane bardzo korzystnie do robót stolarskich.
— A ja dodam, ozwał się Harbert, że eucalyptusy te należą do rodziny liczącej wiele innych jeszcze pożytecznych członków i tak: drzewo gojawowe rodzące gojawy; drzewo gwoździkowe wydające gwoździki korzenne; drzewo granatowe rodzące granaty i eugenia cauliflora której owoce służą do fabrykowania niezłego wina; mirt ugni zawierający wyborny płyn alkoholiczny; mirt caryophyllus, którego kora składa się z wielce cenionego cynamonu; krzew pimentowy (eugenia pimenta) dający pieprz jamajski; mirt właściwy, którego jagody zastąpić mogą pieprz; eucalyptus robusta wydający rodzaj wybornej manny; eucalptus Gunci którego sok wskutek fermentacji przemienia się w piwo; wreszcie wszystkie owe drzewa znane pod nazwą „drzew życiodajnych“ lub „drzew żelaznych“ należące do rodziny Mirtowatych, której liczymy czterdzieści sześć rodzajów i tysiąc trzysta gatunków.
Dano się wygadać młodemu chłopcu, który z wielkim zapałem wygłaszał swoją lekcję botaniki. Cyrus Smith słuchając uśmiechał się, a Pencroff słuchał z wyrazem dumy niepodobnym do opisania.
— Dobrze więc, Harbercie rzekł Pencroff, ale jabym przysiągł, że wszystkie te okazy pożyteczne, które tu wyliczyłeś, nie są wcale takiemi olbrzymami, jak te!
— W samej rzeczy Pencroffie.
— To też popiera zdanie, które właśnie wypowiedziałem, odparł marynarz: że olbrzymy są do niczego!
— Otóż w tem się mylisz Pencroffie, odezwał się na to inżynier, i właśnie te olbrzymie eucalyptusy, pod których sklepieniem spoczywamy, służą do czegoś.
— Do czego też?
— Do czyszczenia powietrza w krajach, w których rosną. — Wiesz jak się nazywają w Australji i Nowej Zelandji?
— Nie wiem, panie Cyrus.
— Nazywają je „drzewami gorączkowemi.“
— Czy dla tego, że sprowadzają gorączkę?
— Nie, dla tego że od niej chronią!
— Dobrze zanotuję to sobie, rzekł korespondent.
— Zanotuj to, kochany Spilett, zdaje się bowiem być faktem stwierdzonym, że obecność eucalyptusów wystarcza do zneutralizowania wpływu miazmów gorączkowych. Próbowano tego naturalnego środka prezerwatywnego w niektórych krajach południowej Europy, tudzież północnej Afryki, gdzie ziemia była absolutnie szkodliwą zdrowiu, a stan zdrowia mieszkańców polepszał się coraz bardziej. W okolicach zarosłych lasami mirtowemi nie panują więcej gorączki perjodyczne. Fakt ten nie ulega więcej żadnej wątpliwości i jest to okoliczność nader przyjemna dla nas, mieszkańców wyspy Lincolna.
— Ach! co to za wyspa! co to za wyspa błogosławiona! zawołał Pencroff. Powiadam wam, że nie brak na niej niczego... z wyjątkiem...
— Będzie i to Pencroffie, znajdzie się i to, odparł inżynier; lecz teraz zabierzmy się znów do żeglugi i płyńmy tak długo, jak długo rzeka potrafi unieść czółno!
Puszczono się więc dalej w podróż, co najmniej dwie mile, wśród okolicy pokrytej eucalyptusami górującemi po nad wszystkie drzewa rosnące w tej części wyspy. Pokrywały one nieprzejrzaną przestrzeń po obu brzegach Dziękczynnej, której kręte łożysko wiło się wśród wysokich zieleniejących brzegów. Nieraz łożysko to zamykały wysokie krzewy, a nawet ostre skały utrudniające znacznie żeglugę. Przeszkadzały one poruszaniu wioseł i Pencroff musiał z tyłu żerdzią popychać. Czuć było także, że dno wznosiło się coraz wyżej, i że niebawem czółno dla braku wody będzie musiało stanąć. Słońce zachodziło już na widnokręgu i rzucało na ziemię olbrzymie cienie drzew. Cyrus Smith widząc, że niepodobna było tego dnia dotrzeć do zachodnich wybrzeży wyspy, postanowił stanąć noclegiem na tem samem miejscu, w którem żegluga dla braku wody zostałaby wstrzymaną.
Według jego obliczenia oddzielało ich od wybrzeży jeszcze jakie pięć do sześć mil; była to odległość zbyt wielka, by można się odważyć przebyć ją nocą wśród tych nieznanych borów.
Łódź popychana zatem bez przerwy mknęła wśród lasu, który zwolna gęstniał znowu i zdawał się nawet bardziej zaludniać, gdyż jeśli nie mylił wzrok marynarza, zdawał się tenże dostrzegać gromady małp skaczących przez zarośla. Niekiedy nawet dwoje lub troje tych zwierząt zatrzymywało się w pewnem oddaleniu od czółna i spoglądało na naszych podróżnych nie objawiając najmniejszej trwogi, jakby widząc po raz pierwszy dopiero ludzi, nie nauczyły się jeszcze ich lękać. Z łatwością byłoby przyszło ubić kilka tych czwororękich postrzałami, lecz Cyrus Smith sprzeciwiał się tej niepotrzebnej rzezi, która dla zapalonego Pencroffa była nie małą pokusą. Odradzała ją zresztą sama roztropność, małpy te bowiem obdarzone niepospolitą siłą i zręcznością mogły być niebezpieczne i lepiej było nie drażnić ich niewczesną całkiem napaścią.
Prawda, że marynarz zapatrywał się na małpę ze stanowiska czysto kulinarnego, i w samej rzeczy zwierzęta te, wyłącznie trawożerne dają wyborną zwierzynę; lecz ponieważ na żywności nie zbywało, więc byłoby zupełnie niepotrzebnem trwonić amunicję na wiatr.
Około godziny czwartej żegluga stała się nader uciążliwą, łożysko rzeki bowiem tamowały wodne zielska i skały. Brzegi stawały się coraz wyższemi i rzeka torowała sobie drogę wśród pierwszych pasm góry Franklina. Niedaleko już zatem musiało być do jej źródeł, gdyż takowe zasilane były przez potoki spadające z południowych stoków góry.
— Nie minie kwadrans, rzekł marynarz, a będziemy się musieli zatrzymać, panie Cyrus.
— To się zatrzymamy, Pencroffie, i urządzimy sobie nocleg.
— Jak daleko może być z tąd do Pałacu Granitowego? zapytał Harbert.
— Mniej więcej siedm mil, odparł inżynier, wliczając w to wszystkie zygzaki i zakręty rzeki, które nas zawiodły w kierunku północno-zachodnim.
— Czy będziemy płynąć dalej? zapytał korespondent.
— Jak daleko się tylko da, odparł Cyrus Smith. — Jutro, skoro świt, opuścimy czółno, przebędziemy w dwóch godzinach, jak sądzę, przestrzeń dzielącą nas od morza, i tym sposobem zostanie nam prawie cały dzień do zwidzenia wybrzeży.
— Naprzód więc! odrzekł Pencroff.
Niebawem jednak poczęła łódź trącać o kamieniste dno rzeki; w tem miejscu nie była szerszą nad dwadzieścia stóp. Gęsta altana zasklepiała się przed jej korytem i pogrążała je w mrok półcieniu. Słychać było dość wyraźny szmer wodospadu, który świadczył, że kilkaset kroków dalej znajdowała się naturalna zapora.
I w samej rzeczy, gdy minęli ostatni zakręt rzeki, ukazał się im wśród zarośli i drzew szumiący wodospad. Czółno utknęło o dno, i w kilka minut później stało przymocowane do pala przy prawym brzegu rzeki.
Była wtedy godzina mniej więcej piąta. Ostatnie promienie słońca przedzierały się przez gąszcz i padały ukośnie na wodospad, którego kroplisty pył połyskiwał tęczowemi barwami. Po za nim gubiło się łożysko rzeki wśród zarośli, podsycane zapewne przez jakieś źródło ukryte. Rozliczne strumyki, które po drodze wpadały do niej, wzbierały po niżej do wielkości rzeki, lecz w tem miejscu była ona tylko przezroczystym, płytkim potoczkiem.
W cudownem tem miejscu rozbito koczowisko. Podróżnicy nasi wylądowawszy rozniecili ogień pośród grupy rozłożystych obrostnic, w których gałęziach Cyrus Smith wraz z towarzyszami swoimi znaleźliby w razie potrzeby schronienie na noc.
Wygłodniali spożyli wieczerzę z wilczym apetytem, należało tylko myśleć o spaniu. Lecz jakieś ryki podejrzane dały się słyszeć z wieczora, dołożono drew do ognia na noc, ażeby migocące jego płomyki ochraniały spiących. Nab z Pencroffem czuwali nawet kolejno, nie szczędząc paliwa. Być może, że wzrok ich nie mylił, gdy zdawali się dostrzegać cienie zwierząt krążących dokoła koczowiska, bądź wśród zarośli bądź też wśród gałęzi drzew; noc jednak przeszła bez żadnego zdarzenia, i nazajutrz, 31go października, o godzinie piątej zrana, wszyscy już byli na nogach, gotowi do dalszej godróży.






ROZDZIAŁ IV.
(W drodze ku wybrzeżom. — Gromady małp. — Nowy potok. — Dlaczego nie znać na nim przypływu morza? — Leśne wybrzeża morskie. — Przylądek Jaszczura. — Gedeon Spilett budzi zazdrość w Harbercie. — Petardy bambusowe)

Była godzina szósta z rana, gdy osadnicy nasi, zjadłszy pierwsze śniadanie, puścili się dalej w drogę, z postanowieniem dojścia jak najkrótszą drogą do zachodnich wybrzeży wyspy. Zachodziło pytanie: ile też czasu będą potrzebowali? Cyrus Smith twierdził że dwie godziny, zależało to jednak bezwątpienia od przeszkód jakieby im w drodze stawały. Ta część lasu Zachodniej Ręki zdawała się natłoczoną drzewami, jak gdyby olbrzymia gąszcz najróżnorodniejszej roślinności. Wynikała więc z tego prawdopodobnie konieczność torowania sobie drogi przebojem przez zarośla, krzaki, ljany, z siekierą w ręku — a przytem i ze strzelbą, zważywszy owe ryki zwierząt słyszane w nocy.
Położenie koczowiska, w którem spędzili tę noc, dało się oznaczyć dokładnie przez położenie góry Franklina, a ponieważ wulkan wznosił się na północy, w odległości najmniej trzech mil, wypadało więc tylko puścić się prosto w kierunku południowo-zachodnim, ażeby dotrzeć do zachodnich wybrzeży.
Przymocowawszy starannie łódź, ruszono w drogę. Pencroff z Nabem zabrali zapasy mogące wyżywić drużynę naszą co najmniej przez dwa dni. O polowaniu nie było już mowy, a inżynier zalecił nawet towarzyszom swoim zaniechać wszelkiego niepotrzebnego łoskotu, ażeby w okolicach wybrzeży nie zdradzić swej obecności.
Pierwsze uderzenia siekiery rozległy się między krzakami drzew mastykowych, nieco powyżej wodospadu, poczem Cyrus Smith z bussolą w dłoni wskazał dalszy kierunek drogi.
Bór składał się w tem miejscu po większej części z drzew widzianych już w pobliżu jeziora i Wielkiej Terasy. Były to deodary, duglasy, kazuarinasy, gumowce, eucalyptusy, smoczaki, hibiskusy, cedry i inne krzewy po większej części średnich rozmiarów, wielka ich gęstość bowiem tamowała ich rozwój. Osadnicy więc nasi bardzo zwolna tylko mogli postępować naprzód, przerąbując sobie drogę, która, według mniemania inżyniera, zaprowadzić ich musiała dalej do koryta Czerwonego Potoku.
Od pierwszego kroku począwszy, spuszczali się osadnicy nasi w dół po niskich stokach tworzących system orograficzny wyspy, po gruncie bardzo suchym, którego bujna roślinność jednak świadczyła bądź o podziemnej sieci wód, bądź o bliskości jakiegoś potoku. Mimo to Cyrus Smith nie przypominał sobie, ażeby podczas wycieczki swej do krateru dostrzegł był na wyspie inny jeszcze jaki potok, prócz Czerwonego Potoku i Dziękczynnej.
W pierwszych godzinach drogi spotykano gromady małp, które zdawały się okazywać najwyższe zdumienie patrząc na ludzi, których widok był dla nich zupełną nowością. Gedeon Spilett zapytał żartobliwie, czyli te zwinne i krzepkie czwororękie stworzenia nie uważały też przypadkiem jego i towarzyszy jego za swych odrodnych braci! I mówiąc prawdę, piechury nasi, dla których na każdym kroku krzaki, ljany i pnie tworzyły przeszkody i zapory, nie prezentowali się wcale świetnie przy tych zwinnych stworzeniach, skaczących wolno z gałęzi na gałęź, niewstrzymywanych żadną przeszkodą. Wielka była mnogość tych małp, na szczęście jednak nie objawiały żadnych nieprzyjacielskich zamiarów.
Spotkali także kilka dzików, kilka agutisów, kangurusów i innych gryzoniów, tudzież dwa lub trzy kulasy, którym Pencroff z wielką ochotą byłby dał zażyć kilka pigułek śrótu.
— Cóż, kiedy polowanie wzbronione! powtarzał. Skaczcie więc, przyjaciele moi, biegajcie i latajcie sobie w pokoju! Z powrotem pomówimy z sobą słóweczko!
O godzinie wpół do dziesiątej z rana wstrzymał ich nagle w drodze, którą postępowali prosto w kierunku południowo-zachodnim, nieznany jakiś potok, trzydzieści do czterdziestu stóp szeroki, który płynąc wartko spadzistem korytem i łamiąc się o niezliczone skały, z głośnym pędził łoskotem. Potok ten był głęboki i przejrzysty, lecz do żeglugi zupełnie niesposobny.
— Jesteśmy więc odcięci! zawołał Nab.
— Bynajmniej! odparł Harbert, wszak to niewielki potoczek, potrafimy go wpław przebyć!
— Nie potrzeba, odrzekł Cyrus Smith. Potok ten płynie widocznie do morza. Idźmy więc tylko brzegiem jego, a dziwiłbym się bardzo, gdyby nas nie zawiódł bardzo sumiennie do wybrzeża. Dalej w drogę!
— Chwilkę jeszcze, ozwał się korespondent. A jak nazwiemy ten potok, przyjacielu? Nie pozostawiajmy w naszej jeografji żadnych luk.
— Słusznie! rzekł Pencroff.
— Nazwij ty go, moje dziecię, rzekł inżynier zwracając się do Harberta.
— Możeby lepiej było wstrzymać się dopóki go nie poznamy aż do samego ujścia? zauważył Harbert.
— Niech i tak będzie, odparł Cyrus Smith. Idźmy więc za nim bez przerwy.
— Jeszcze chwileczkę! ozwał się Pencroff.
— Cóż takiego? zapytał korespondent.
— Chociaż polowanie jest wzbronione, rybołówstwo, jak sądzę, jest dozwolone, — rzekł marynarz.
— Nie mamy czasu do stracenia, odparł inżynier.
— O! tylko pięć minut! rzekł Pencroff. Upraszam tylko o pięć minut zwłoki w interesie naszego śniadania.
Pencroff, położywszy się na brzegu, zanurzył ręce w bystry prąd wody i wyciągnął wkrótce kilka tuzinów pięknych raków, od których mrowiło się pomiędzy skałami.
— Oto mi rzecz! zawołał Nab, przychodząc w pomoc marynarzowi.
— Wszak mówię wam, że oprócz tytoniu jest wszystko na tej wyspie! mruknął Pencroff z westchnieniem.
Cały ten połów cudowny nie wymagał nawet pięciu minut czasu, gdyż raków było w potoku co niemiara. Napełniono worek temi skorupiakami kobaltowo błękitnego koloru, z pyszczkami opatrzonemi na przedzie małym ząbkiem, i ruszono dalej w drogę.
Puściwszy się brzegiem tego nowo odkrytego potoku, postępowali osadnicy nasi łatwiej i szybciej. Zresztą brzegi te nie zdradzały żadnego śladu ludzkiej stopy. Od czasu do czasu napotykali tylko tropy dużych zwierząt, które przychodziły do strumienia, by ugasić swe pragnienie, a zresztą nic więcej, i pewnie nie w tej stronie lasu Zachodniej ręki dostał ów pekaris ziarno śrótu, które Pencroffa kosztowało jeden ząb trzonowy.
Tymczasem widok tego wartkiego potoku pędzącego ku morzu przywiodł Cyrusa Smitha na myśl, że znajdowali się od wybrzeży zachodnich w większem oddaleniu, niżeli przypuszczali. I w samej rzeczy morze wzrastało o tej godzinie, i powinno było cofnąć wstecz bieg potoku, gdyby do ujścia jego nie było więcej jak kilka mil tylko. Owóż skutku takiego nie znać było, a potok płynął naturalnie spadkiem łożyska. Inżynier musiał być bardzo zdziwionym i spoglądał często na busolę, ażeby się upewnić, czyli przypadkiem jaka odnoga rzeki nie wiodła ich w głąb lasu Zachodniej Ręki.
Tymczasem potok rozszerzał się coraz bardziej a prąd jego stawał się mniej burzliwym. Zarówno po prawym jak po lewym jego brzegu ciągnął się las gęsty i niepodobna było sięgnąć dalej wzrokiem. Gęstwiny te jednak były widocznie puste, bo Top nie szczekał, a rozumne to zwierzę byłoby niezawodnie wytropiło każde żywe stworzenie w pobliżu potoku.
O godzinie wpół do jedenastej, ku wielkiemu zdumieniu Cyrusa Smitha, Harbert, który wyprzedził nieco resztę swych towarzyszy, zatrzymał się nagle i zawołał:
— Morze!
W kilka minut później osadnicy nasi przebywszy kraniec lasu, ujrzeli rozpościerające się przed ich oczyma zachodnie wybrzeże wyspy.
Lecz jakaż różnica istniała między tem wybrzeżem a wybrzeżem wschodniem, na które wyrzucił ich pierwotnie los! Nigdzie ściany granitowej, żadnych raf na morzu, nigdzie nawet mielizny! Brzeg morza stanowił las, a drzewa rosnące z samego kraju uderzane przez fale morskie, zwisały nad wodą. Nie było to wybrzeże morskie, takie jakie zwykła tworzyć natura, bądź to rozpościerając dalekie piaszczyste płaszczyzny, bądź też gromadząc skały, lecz wspaniałe pasmo najpiękniejszych na świecie drzew. Brzegi były wyniosłe, tak że mogły górować ponad najwyższym poziomem morza, a przedewszystkiem ta bujna ziemia, spoczywająca na podstawach granitowych; — roślinność zdawała się równie trwale wkorzenioną, jak owe masy roślinne w głębi wyspy.
Osadnicy nasi znaleźli się wtedy przy małej zatoce, nie zdolnej pomieścić więcej jak dwie lub trzy łodzie rybackie, a tworzącej jakoby szyję nowo odkrytego potoku; lecz tu uderzyło ich dziwne zaiste zjawisko: wody potoku zamiast wpływać do morza przez łagodnie spadziste ujście, spadały z wysokości przeszło czterdziestostopowej; — to im wyjaśniło przyczynę, dlaczego przypływ morza nie oddziaływał zupełnie na bieg potoku. I w samej rzeczy, Ocean w czasie najwyższego przypływu nie był nigdy w stanie dosięgnąć powierzchni rzeki, której łożysko tworzyło rodzaj podniosłej szluzy, i miljony lat musiałyby zapewne upłynąć jeszcze, zanim by wody jego zdołały przegryść te granitowe pokłady i wyżłobić wygodne ujście. Dlatego też nazwano jednomyślnie nowo odkryty potok „rzeką Wodospadową“ (Falls-river).
Ku północy leśny pas wybrzeża ciągnął się około dwie mile, dalej drzewa rzedniały coraz bardziej, a po za tem zarysowały się malownicze wzgórza, bieżące w prostej prawie linji na północ i na południe. Przeciwnie cała część wybrzeża pomiędzy rzeką Wodospadową a przylądkiem Jaszczurowym tworzyła jednę gąszcz złożoną z wspaniałych drzew, z których jedne strzelały prosto w niebo, inne pochylały się nad wodą, a bałwany morskie podmywały ich korzenie. Owóż w tej właśnie stronie tj. na całym półwyspie Gadzinowym wypadało przedsięwziąć dalsze poszukiwania, ta część bowiem wybrzeża mogła dostarczyć schronienia, podczas gdy część przeciwna, jałowa i dzika, nie mogła przyjąć gościnnie rozbitków, z jakichkolwiek pochodziliby stron.
Niebo było pogodne i jasne, a z wysokości urwiska, na którego szczycie Nab z Pencroffem zastawili śniadanie, mogło oko bujać swobodnie w dal. Widnokrąg był zupełnie czysty i nie widać było na morzu żadnego żagla. Na całem wybrzeżu, jak daleko wzrok sięgał, nie było ani okrętu żadnego, ani żadnych szczątków. Inżynier jednak dopóty nie miał w tej mierze żadnej pewności, dopóki by nie zbadał całego wybrzeża aż do ostatecznego krańca półwyspu Gadzinowego.
Śniadanie spożyto w prędkości i o godzinie wpół do dwunastej Cyrus Smith dał znak do drogi. Zamiast iść czy to grzbietem jakiego wzgórza, czy też piaszczystą płaszczyzną, osadnicy nasi postanowili zdążać wśród szpalerów drzew, wzdłuż brzegu morza.
Ujście rzeki Wodospadowej, oddziela od przylądku Jaszczurowego przestrzeń około dwunastomilowa. Po gładkiej drodze, nie spiesząc się bardzo, mogli osadnicy nasi przebyć tę przestrzeń w czterech godzinach; tak zaś potrzebowali na to dwa razy tyle czasu, drzewa bowiem, które trzeba było okrążać, krzaki które trzeba było wycinać, ljany przez które trzeba się było przedzierać, wstrzymywały ich co chwila, a te zbaczania nieustanne przydawały im znacznie drogi.
Zresztą nie było nic takiego, coby świadczyło o świeżem rozbiciu statku na tych wybrzeżach. Prawda, że jak to zauważył Gedeon Spilett, morze mogło wszystko unieść ze sobą, i że brak wszelkich śladów nie uprawniał jeszcze do wnioskowania, że w tej stronie wyspy Lincolna żaden statek nie został wyrzuconym na brzeg.
Rozumowanie korespondenta było słuszne, zresztą owo zdarzenie z ziarnkiem śrótu świadczyło niezbicie, że najwyżej trzy miesiące temu padł strzał na wyspie.
Była już godzina piąta, gdy koniec półwyspu Gadzinowego oddalony był jeszcze dwie mile od miejsca, w którem się znajdowali wówczas osadnicy nasi. Widocznem było, że dotarłszy do przylądka Jaszczurowego, Cyrus Smith z towarzyszami swoimi nie mieli już czasu wrócić przed zachodem słońca do koczowiska, rozbitego u źródeł Dziękczynnej. Wynikła ztąd konieczność przenocowania na samym przylądku. Żywności jednak nie brakowało wcale, i to na szczęście, gdyż na krawędzi lasu nie pokazywała się żadna zwierzyna czworonożna. Za to ptactwa było co niemiara, jako to: jakamary, kurukusy, tragopany, głuszce, gądziele, papugi, kakadu, bażanty, gołębie i tysiące innych. Nie było drzewa, na którem by nie było gniazda, nie było gniazda, z któregoby się nie rozlegało trzepotanie skrzydeł!
Około godziny siódmej z wieczora, osadnicy nasi, znużeni trudami drogi, przybyli do przylądku Jaszczurowego, który tworzył rodzaj woluty[25] dziwacznie wykrojonej na morze. Tu kończył się nadbrzeżny bór półwyspu, a całe wybrzeże w stronie południowej przybrało zwykłą postać wybrzeża morskiego ze skałami, rafami i mieliznami. Łatwo zatem być mogło, że okręt jaki, miotany burzą, wylądował w tej stronie wyspy, lecz noc już zapadała i trzeba było odłożyć dalsze poszukiwania do dnia następnego.
Pencroff z Harbertem rozpoczęli bezzwłocznie szukać miejsca stosownego na nocleg. Na tej kończynie rosły ostatnie drzewa lasu Zachodniej Ręki, a pomiędzy niemi rozpoznał Harbert gęste grupy drzew bambusowych.
— Brawo! — zawołał — oto mi cenne odkrycie!
— Cenne, dla czego? — zapytał Pencroff.
— Bez wątpienia — odparł Harbert. — Nie wspomnę ci już o tem, Pencroffie, że kora bambusowa pokrajana w giętkie łaty służy do plecenia koszów i koszyków; że kora ta obrócona w miazgi i wymoczona służy do wyrobu papieru chińskiego; że z łodygi bambusowej, stosownie do jej grubości, robią się laski, cybuchy i rury wodne; że duże bambusy dają wyborny materjał budulcowy, lekki i trwały, którego robak nigdy się nie chwyci. Nie będę także dodawał, że ściąwszy część łodygi między dwoma kolankami i używszy za dno część poprzecznej przegródki, tworzącą kolanko, można otrzymać trwale i wygodne naczynia; bardzo używane w Chinach. Nie! to wszystko ciebie by nie zadowoliło. Ale....
— Ale?...
— Ale pouczę cię, jeśli o tem nie wiesz, że w Indjach jedzą bambusy zamiast szparagów.
— Trzydziestostopowe szparagi! — zawołał marynarz. — A czy dobre?
— Wyborne! — odparł Harbert. — Tylko że nie je się trzydziestostopowych łodyg, lecz tylko młodziutkie pręciki bambusowe.
— Wyśmienicie, mój chłopcze, wyśmienicie! — odparł Pencroff.
— Dodam jeszcze, że rdzeń z młodych łodyg, usmażony w occie, daje bardzo cenną przyprawę.
— Co raz lepiej, Harbercie.
— A w końcu, że te bambusy wydają między kolankami płyn cukrowy, z którego można przyrządzić bardzo przyjemny napitek.
— I na tem koniec? — zapytał marynarz.
— Koniec!
— A czy tego nie można przypadkiem palić?
— Nie, tego nie można palić, biedny mój ty Pencroffie!
Harbert z marynarzem nie potrzebowali szukać długo miejsca stosownego na nocleg. Skały nadbrzeżne — wielorako poszarpane, gdyż pod wpływem wichrów południowo-zachodnich musiały doznawać gwałtownego bicia fal morskich — posiadały wydrążenia zdolne ochronić ich w nocy od wszelkiej niepogody. W chwili jednak, gdy zamierzali wejść do jednej z tych jaskiń, wstrzymał ich nagle straszliwy ryk, wydobywający się z wnętrza.
— W tył zwrot! — zawołał Pencroff. — Mamy strzelby ponabijane tylko drobnym śrutem, a bestje, co tak pięknie ryczą, tyle by sobie z niego robiły, co z ziarnka soli!
I marynarz, chwyciwszy Harberta za ramię, pociągnął go ze sobą za skałę; — w tej samej chwili ukazał się przy wnijściu jaskini wspaniały zwierz.
Był to jaguar, wielkości co najmniej takiej, jak jego współplemiennicy w Azji, to znaczy, że od końca głowy do początku ogona mierzył przeszło pięć stóp. Płowa sierść jego centkowaną była regularnie kilkoma rzędami czarnych plam, i odbijała silnie od białej sierści na brzuchu. Harbert poznał w nim natychmiast okrutnego rywala tygrysa, o wiele niebezpieczniejszego od koguara, który jest tylko współzawodnikiem wilka.
Jaguar postąpił naprzód i spoglądał do koła, z najeżoną szerścią, z roziskrzonem okiem, jak gdyby nie po raz pierwszy dopiero przyszło mu spotkać się z człowiekiem.
W tej chwili korespondent pokazał się z za węgła wysokiej skały, a Harbert w mniemaniu, że nie postrzegł jaguara, chciał się rzucić ku niemu, lecz Gedeon Spilett dał mu znak ręką i szedł naprzód. Nie pierwszy to raz miał do czynienia z tygrysem; zbliżywszy się na dziesięć kroków do zwierza, stanął nieruchomy, z karabinem na ramieniu, i ani jeden muskuł nie drgnął w nim.
Jaguar, skuliwszy się we dwoje, rzucił się na myśliwca, lecz w samym skoku otrzymał kulę między oczy i padł martwy.
Harbert z Pencroffem poskoczyli ku jaguarowi. Nab z Cyrusem Smithem nadbiegli ze swej strony i kilka minut stali w podziwieniu przypatrując się rozciągniętemu na ziemi zwierzęciu, którego wspaniała skóra miała służyć za ozdobę wielkiej sali w Pałacu Granitowym.
— Ach! panie Spilett! jak ja pana podziwiam, jak ja panu zazdroszczę! — zawołał Harbert w przystępie bardzo naturalnego entuzjazmu.
— Ba! mój chłopcze — odparł korespondent — i tybyś tego samego dokazał?
— Ja! jabym się zdobył na tyle zimnej krwi?...
— Wystaw sobie, Harbercie, że jaguar jest zajęcem, a zastrzelisz go najspokojniej w świecie.
— Ba! Jednakowe mają obaj usposobienie! odparł Pencroff.
— A teraz — rzekł Gedeon Spilett — ponieważ jaguar opuścił swe mieszkanie, nie widzę powodu, przyjaciele moi, dlaczegobyśmy go nie mieli zająć na tę noc?
— Mogą przyjść inne jaguary! — rzekł Pencroff.
— Dość będzie jeśli rozpalimy ogień przy wnijściu jaskini — rzekł korespondent — a pewnie żaden z nich nie odważy się przestąpić progu.
— A zatem, do mieszkania jaguarów! — odparł marynarz, ciągnąc za sobą zwłoki zwierza.
Osadnicy nasi zwrócili się ku osamotnionej jaskini, i tam, podczas gdy Nab ściągał skórę z jaguara, reszta towarzyszy jego gromadziła na progu stosy suchego drzewa, którego las obficie dostarczał.
Lecz Cyrus Smith, postrzegłszy grupę drzew bambusowych, udał się w to miejsce i wyciąwszy pewną ilość tego drzewa dorzucił je do reszty paliwa.
Poczem rozgoszczono się w jaskini, która cała zasłaną była kośćmi; ponabijano broń na wypadek nagłej napaści; spożyto wieczerzę, a gdy przyszedł czas na spoczynek, podłożono ogień pod stos drzewa nagromadzony u wnijścia jaskini.
W tej samej chwili rozległ się w powietrzu trzask i łomot urywany. Były to bambusy, które zajęte płomieniem wydawały huk podobny do wypuszczanych rac. Już ten sam łomot był w stanie odstraszyć najzuchwalsze bestje!
Sposób ten sprawiania głośnego łoskotu nie był wcale wynalazkiem inżyniera, gdyż jak twierdzi Marko Polo, Tatarzy już przed wiekami używali go z powodzeniem dla odstraszania od swych koczowisk groźnych bestyj w puszczach środkowej Azji.






ROZDZIAŁ V.
(Projekt powrotu południowem wybrzeżem. — Kształty wybrzeża. — Poszukiwania za domniemanymi rozbitkami. — Szczątki w powietrzu. — Odkrycie małej naturalnej przystani. — O północy u brzegów Dziękczynnej. — Czółno nadpływające.)

Cyrus Smith z towarzyszami swoimi spali snem niewinnych świstaków w jaskini, której im jaguar tak grzecznie był ustąpił.
Ze wschodem słońca wszyscy znajdowali się już nad brzegiem morza, u samej kończyny przylądka, a wzrok ich wybiegł raz jeszcze na kraniec widnokręgu, którego dwie trzecie części obwodu były widoczne. Raz ostatni jeszcze mógł się przekonać inżynier, że żaden żagiel ani kadłub okrętu nie pojawił się na morzu, a i przez dalekowidz nie mógł dopatrzeć żadnego podejrzanego przedmiotu.
Toż samo i na wybrzeżu nie widać było nic zgoła, przynajmniej na tej części jego, która w prostej ciągnąc się linji, tworzyła południowy brzeg przylądku na długość trzech mil, po za nią bowiem liczne urwiska i załomy zasłaniały resztę wybrzeża, tak, że nawet z samej kończyny półwyspu Gadzinowego nie można było dostrzedz przylądku Ostrego Szponu, zakrytego stromemi skałami.
Pozostawało im zatem zbadać jeszcze południowe wybrzeża wyspy. Lecz tu zachodziło pytanie: czyli należało natychmiast przedsięwziąć to badanie i poświęcić mu cały ten dzień 2go listopada?
To nie wchodziło bynajmniej w zakres pierwotnego ich planu. Zostawiając czółno u źródeł Dziękczynnej, postanowili zwidziwszy zachodnie wybrzeża, powrócić po nie i korytem Dziękczynnej popłynąć z powrotem do Pałacu Granitowego. Cyrus Smith sądził wówczas, że u wybrzeży zachodnich znajdzie się przystań zdolna posłużyć, czy to za schronienie dla okrętu uszkodzonego burzą, czyli też za miejsce spoczynku dla statku odbywającego regularny swój kurs żeglugi. Od chwili jednak, kiedy przekonali się, że na wybrzeżach tych nie było nigdzie miejsca odpowiedniego do wylądowania, trzeba było u południowych wybrzeży wyspy szukać tego, czego nie znaleźli u zachodnich.
Gedeon Spilett był tym, który zaproponował dalsze poszukiwania, tak, ażeby kwestja domniemanego rozbicia raz stanowczo została rozstrzygniętą i zapytał, w jakiej odległości mógł się znajdować przylądek Ostrego Szponu od kończyny półwyspu.
— W odległości blisko trzydziestu mil — odparł inżynier — biorąc w rachubę wszystkie zakręty i załomy wybrzeża.
— Trzydzieści mil! — ciągnął dalej Gedeon Spilett. — To dobry dzień drogi. Mimo to sądzę, że idąc wzdłuż wybrzeży południowych, powinniśmy zajść wreszcie do Pałacu Granitowego.
— Ależ od przylądka Ostrego Szponu do Pałacu Granitowego trzeba liczyć jeszcze najmniej dziesięć mil drogi — zauważył Harbert.
— Przypuśćmyż zatem, że wszystkiego razem będzie mil czterdzieści — odparł korespondent — i nie cofajmy się przed niemi. Zwidzimy przynajmniej te nieznane nam wybrzeża i nie będziemy potrzebowali powtarzać tego po raz drugi.
— Bardzo słusznie — rzekł na to Pencroff. — Lecz co będzie z czółnem?
— Czółno, jeśli mogło zostać samo jeden dzień u źródła Dziękczynnej, potrafi zostać i dwa dni! Jak dotąd, nie możemy się skarżyć, ażeby wyspa niepokojoną była przez złodziejów!
— A jednak kiedy przypomnę sobie owo zdarzenie z żółwiem — rzekł marynarz — to zaczynam tracić bezwzględną ufność.
— Ba, żółw! żółw! — odparł korespondent. — Alboż nie wiesz, że to morze postawiło go na nogi?
— Kto wie? — bąknął inżynier.
— Ale bo.... — odezwał się Nab.
Nab miał widocznie coś do powiedzenia, bo otworzył usta do gadania, ale nie gadał nic.
— Co chciałeś powiedzieć, Nabie? — zapytał go inżynier.
— Jeśli będziemy wracać wybrzeżem aż do przylądku Ostrego Szponu — odparł Nab — to minąwszy ten przylądek, przetnie nam drogę...
— Dziękczynna! W samej rzeczy — odparł Harbert — i nie będziemy mieli ani mostu ani łodzi, ażeby ją przebyć na drugą stronę.
— Więc dobrze, panie Cyrus — odparł Pencroff. — Mając kilka pniaków drzewa, potrafimy jakoś przepłynąć tę rzekę!
— Bądź co bądź jednak — rzekł Gedeon Spilett — dobrze będzie wybudować most, jeśli chcemy mieć ułatwiony przystęp do lasu Zachodniej Ręki!
— Most! — zawołał Pencroff — i cóż z tego, alboż p. Smith nie jest inżynierem, co się zowie? Chcemy mostu, to on nam zbuduje most! Co się zaś tyczy tego, ażeby przewieść was na drugi brzeg Dziękczynnej i to bez zamoczenia jednej nitki — to już moja rzecz. Mamy jeszcze żywności na jeden dzień, więcej nam niczego nie trzeba, a zresztą, dziś może nie zabraknie nam zwierzyny, jak to było wczoraj. W drogę zatem!
Wniosek korespondenta, tak żywo poparty przez marynarza, uzyskał ogólną aprobatę, każdemu bowiem zależało na tem, ażeby raz rozstrzygnąć wszystkie wątpliwości, a skierowawszy drogę na przylądek Ostrego Szponu, zakończonoby tem samem wszystkie poszukiwania. Nie było jednak godziny jednej do stracenia, bo mil czterdzieści to tęgi kawał drogi i ani myśleć było prędzej stanąć w Pałacu Granitowym, aż w nocy.
O godzinie szóstej z rana drużyna nasza ruszyła w drogę. Na wypadek jakiego spotkania z dwu lub czworonożnemi zwierzętami ponabijano strzelby kulami, a Top, który miał biedz na czele pochodu, otrzymał rozkaz przeszukiwania zarośli z kraju lasu.
Począwszy od kończyny przylądku tworzącego jakoby ogon półwyspu, zaokrąglało się wybrzeże na długość pięciu mil, którą to przestrzeń przebyto bardzo szybko; pomimo najskrupulatniejszego poszukiwania jednak nie odkryto nigdzie najmniejszych śladów ani dawniejszego ani świeższego wylądowania, ani żadnych szczątków, ani pozostałych resztek koczowiska, ani popiołów z zagasłego ogniska, ani śladu ludzkiej stopy!
Osadnicy nasi przybywszy do punktu, w którym kończyło się zaokrąglenie, a dalej w kierunku północno-wschodnim rozpoczynała się Zatoka Waszyngtona, mogli ogarnąć wzrokiem południowe wybrzeże wyspy w całej jego rozciągłości. W oddaleniu dwudziestupięciu mil kończyło się wybrzeże przylądkiem Ostrego Szponu, który majaczył zaledwie w mgle porannej i skutkiem dziwnego złudzenia optycznego zdawał się jakoby zawieszonym pomiędzy niebem a ziemią. Pomiędzy punktem, w którym znajdowali się wówczas osadnicy nasi a środkiem olbrzymiej zatoki, składało się wybrzeże: naprzód z płaszczyzny piaszczystej bardzo gładkiej i bardzo jednostajnej, obwiedzionej na tylnym planie szlakiem drzew; następnie kontury wybrzeża stawały się coraz nieregularniejszemi i wybiegały w morze tysiącem śpiczastych języków, a po za tem piętrzyły się w malowniczym nieładzie czarniawe skały, które kończyły się przylądkiem Ostrego Szponu.
Taka była postać tej części wyspy, którą osadnicy nasi widzieli po raz pierwszy, i zatrzymawszy się chwilę, przebiegli jednym rzutem oka wzdłuż i wszerz.
— Okręt, któryby chciał wylądować w tem miejscu — odezwał się Pencroff — musiałby zginąć niechybnie. Tu ławice piasczyste przedłużające się daleko w morze, a tam rafy! Niebezpieczna okolica!
— Lecz z okrętu tego zostałoby przynajmniej coś — zauważył korespondent.
— Na rafach zostałyby z niego trzaski, a na piaskach nic zgoła — odparł marynarz.
— A to czemu?
— Ponieważ piaski, stokroć niebezpieczniejsze jeszcze od skał, pochłaniają wszystko co w nie wpadnie, i kilka dni wystarczy, ażeby okręt o kilkuset tonach objętości zapadł się w nich bez śladu!
— A zatem Pencroffie — zapytał inżynier — gdyby okręt jaki zapędził się w te piaski, nie byłoby w tem nic dziwnego, gdyby po ten czas nie pozostał po nim ślad żaden?
— Ani trochę, panie Spilett, zwłaszcza przy niepogodzie i burzach. Jednak i w tym razie byłoby dziwnem, gdyby szczątki masztów i lin nie zostały wyrzucone na brzeg po za obręb morza.
— Szukajmy więc dalej — odparł Cyrus Smith.
O godzinie pierwszej z południa stanęli osadnicy nasi u środka zatoki Waszyngtona, przebywszy w tej chwili mil dwadzieścia.
Zatrzymali się ażeby spożyć śniadanie.
Odtąd zaczynały się nie regularne kontury wybrzeża; było ono dziwacznie poszarpane i pokryte długą linją owych raf następujących po ławicach piasczystych, których wierzchołki poczynało odpływające w tej chwili morze odsłaniać. Wiotkie fale morskie łamały się o czoła tych skał i rozpryskiwały się w długie wstęgi śnieżystej piany. Płaszczyzna piasczysta, począwszy od tego miejsca aż do samego przylądku Ostrego Szponu, tworzyła szlak wąski, ściśnięty pomiędzy szeregiem skał a krawędzią lasu.
Droga stawała się odtąd uciążliwszą, nieprzeliczone bowiem rumowiska skał zawalały wybrzeże. Ściana granitowa rosła coraz bardziej, tak że z drzew, które w tyle na jej szczytach się wznosiły, widać było zaledwie wierzchołki zieleniejące, nieporuszane najmniejszym powiewem wiatru.
Po półgodzinnym spoczynku osadnicy nasi puścili się w dalszą drogę, nie pomijając wzrokiem żadnego punktu, ani wśród skał ani na płaszczyźnie piasczystej. Pencroff z Nabem zapędzali się nawet pomiędzy skały, ilekroć przedmiot jaki zwrócił ich uwagę. Nie znajdowali jednak nic zgoła i tylko dziwaczne kształty skał łudziły ich wzrok daremnie. Za każdym razem mieli sposobność przekonać się, że okolica ta obfitowała w muszle i mięczaki przydatne do jedzenia, nie mogła być jednak pierwej wyeksploatowaną korzystnie, dopókiby nie została utworzoną komunikacja między obydwoma brzegami Dziękczynnej i środki przewozu nie zostały udoskonalone.
Tak więc żaden ślad domniemanego rozbicia nie pojawiał się na wybrzeżu, a jednak każdy przedmiot jakiegokolwiek znaczenia, naprzykład kadłub okrętu, byłby był niezawodnie dostrzeżony, lub szczątki jego byłyby zostały na brzeg wyrzucone, podobnie jak owa skrzynia znaleziona w oddaleniu najmniej dwadzieścia mil ztamtąd. Tymczasem nie było nic zgoła.
Około godziny trzeciej Cyrus Smith z towarzyszami swoimi przybyli do wąskiej szyi szczelnie zamkniętej, w którą żaden potok nie wpadał. Tworzyła ona rodzaj małej przystani naturalnej, zakrytej od strony morza, a łączył się z nią ciasny przesmyk pozostawiony między skałami.
Na dnie tej szyi, jakieś wstrząśnienie gwałtowne przedarło krawędź skalistą, i czeluść wydrążona wśród skał, łagodnie wspinając się pod górę, dozwalała przystępu do górnej terasy, oddalonej od przylądka Ostrego Szponu najmniej mil dziesięć, a tem samem od Wielkiej Terasy na wprost blisko mil cztery.
Gedeon Spilett zaproponował towarzyszom swoim zatrzymać się w tem miejscu. Wniosek ten przyjęto, podróż bowiem zaostrzyła apetyt wszystkich i chociaż to jeszcze nie była godzina objadowa, każdy jednak rad był posilić się kawałkiem dziczyzny. O tej przekąsce mieli czekać cierpliwie aż do wieczerzy w Pałacu Granitowym.
W kilka minut później osadnicy nasi, usiadłszy pod przepysznem sklepieniem sosen morskich, spożywali wiktuały, które Nab wydobył ze swego tłómoczka.
Miejsce to wznosiło się na pięćdziesiąt do sześćdziesiąt stóp po nad poziomem morza. Widok zatem był dość rozległy, a przeskoczywszy ostatnie skały przylądka, gubił się w zatoce Stanów Zjednoczonych. Lecz ani wysepki, ani Wielkiej Terasy nie było i nie mogło być widać, wypukłość bowiem ziemi i szpaler olbrzymich drzew zasłaniały zupełnie widnokrąg północny.
Zbytecznem by było dodawać, że pomimo iż osadnicy nasi ogarniali wzrokiem tak szeroką przestrzeń morza, a inżynier dalekowidzem swoim przechodził punkt za punktem cały ten łuk widnokręgu, w którym niebo zlewało się z morzem, nie dostrzeżono jednak żadnego statku.
Podobnie i całą tę część wybrzeża niezwidzonego dotąd jeszcze, zmierzono w szerz i wzdłuż dalekowidzem, począwszy od płaszczyzny piasczystej aż do raf, lecz żaden szczątek nie pojawił się na widnokręgu perspektywy.
— A no, rzekł Gedeon Spilett, trzeba się pogodzić z rzeczywistością i pocieszyć się tem, że przynajmniej nikt nie przyjdzie niepokoić nas w posiadaniu wyspy Lincolna!
— Ależ to ziarno śrótu! zawołał Harbert. Wszak sądzę, że ono nie było wcale urojonem!
— Do kroćset, pewnie że nie! zawołał Pencroff pomny straconego zęba.
— Jakiż ztąd wniosek? zapytał korespondent.
— Taki, odparł inżynier: że temu trzy miesiące lub więcej, okręt jakiś dobrowolnie nie wylądował tu...
— Jakto! przypuszczasz, Cyrusie, że się zapadł bez znaku? zawołał korespondent.
— Nie mój drogi Spilett; chciej jednak zauważyć, że jeśli pewnem jest, że ludzka istota dotknęła stopą tej wyspy, to niemniej zdaje się być pewnem, że ją do tego czasu opuściła.
— Więc, jeśli pana dobrze rozumiem, panie Cyrus, rzekł Harbert, okręt, który tu przybił, już odpłynął?...
— Oczywiście.
— A my straciliśmy bezpowrotnie sposobność zobaczenia kiedykolwiek naszej ojczyzny? zapytał Nab.
— Obawiam się, że bezpowrotnie.
— A zatem kiedy nas sposobność minęła, ruszajmy dalej! rzekł Pencroff, który począł już uczuwać tęsknotę za Pałacem Granitowym.
Lecz zaledwie powstali, odezwało się nagle głośne szczekanie Topa, i pies wybiegł po chwili z lasu, trzymając w pysku kawałek jakiejś materji zawalanej błotem.
— Nab wydarł psu szmatę tę z pyska. Był to kawałek tęgiego płótna.
Top szczekał nieustannie i biegając wciąż tam i napowrót, zdawał się zachęcać swego pana, ażeby szedł za nim do lasu.
— Jest tam coś, coby nam może wyjaśniło istnienie owego ziarnka śrótu! zawołał Pencroff.
— Rozbitek jaki! odparł Harbert.
— Może ranny! rzekł Nab.
— Lub nieżywy! odparł korespondent.
I wszyscy społem pobiegli za psem między olbrzymie sosny tworzące pierwszy szpaler lasu. Na wszelki wypadek Cyrus Smith z towarzyszami swoimi mieli broń w pogotowiu.
Musieli dość daleko zapuszczać się w las, lecz ku wielkiemu rozczarowaniu swojemu, nie spostrzegli dotąd ani śladu ludzkiej stopy. Krzaki i ljany były nietknięte, trzeba się nawet było przerębywać przez nie siekierą, tak jak to czynili wśród gęstwiny w samej głębi boru. Trudno więc było przypuścić, ażeby człowiek był już tamtędy przechodził, a jednak Top biegał tam i sam, nie jak pies, który tropi na los szczęścia, lecz jak istota obdarzona wolą i postępująca podług pewnej wytkniętej myśli.
Po siedmiu lub ośmiu minutach biegu, Top zatrzymał się. Osadnicy nasi wyszli na polankę opasaną wysokiemi drzewami, rozglądnęli się dokoła, nie spostrzegli jednak nic zgoła ani między krzakami ani między drzewami.
— Cóż to się znaczy, Top? zapytał Cyrus Smith.
Top począł szczekać jeszcze głośniej i skakać dokoła olbrzymiej sosny.
Nagle Pencroff zawołał:
— A to wybornie! a to wyśmienicie!
— Co takiego? zapytał Gedeon Spilett.
— Szukamy szczątków okrętu po morzu i po ziemi!
— I cóż?
— To, że się one znajdują w powietrzu!
I marynarz pokazał ręką dużą białą szmatę zawieszoną na szczycie sosny; kawałek z niej upadł na ziemię; Top przyniósł go właśnie.
— Ależ to nie są szczątki okrętu! zawołał Gedeon Spilett.
— O, za pozwoleniem! odparł Pencroff.
Jakto? więc to są?...
— To są resztki pozostałe z naszego statku napowietrznego, z naszego balonu, który zawisł tam wysoko, na wierzchołku tego drzewa!
Pencroff nie mylił się, wzniósł wspaniałe „hurra!“ i dodał:
— Otóż mamy wyborne płótno! Będziemy z niego mieli bieliznę na całe lato! Jest z czego szyć chustki i koszule! He? panie Spilett, co pan powiadasz o takiej wyspie, gdzie koszule rosną na drzewach?...
Była to w istocie okoliczność nader pomyślna dla osadników wyspy Lincolna, że balon wzbiwszy się raz ostatni w powietrze, spadł na powrót na wyspę i że szczęśliwy traf pozwolił im go odnaleść. Mogli więc albo zachować powłokę balonu pod tą samą postacią, gdyby zamierzali spróbować nową wycieczkę napowietrzną, albo też spożytkować korzystnie tych kilkaset łokci płótna przedniego gatunku, oczyściwszy je poprzednio z werniksu. Łatwo wystawić sobie jak jednomyślnie i żywo dzielili wszyscy radość Pencroffa.
Trzeba było jednak zdjąć pierwej powłokę balonu z drzewa, na którem wisiała, ażeby w bezpiecznem przechować ją miejscu, a była to praca nielada. Nab, Harbert i marynarz wdrapawszy się na wierzchołek drzewa musieli dokazywać cudów zręczności, ażeby sprowadzić na dół olbrzymi balon obwisły.
Praca ta trwała blisko dwie godziny i nietylko powłokę balonu z klapą, sprężynami, przyborami miedzianemi ale i sieć całą, to jest znaczny zapas powrozów i lin, obręcz i kotwicę balonu udało się sprowadzić szczęśliwie na ziemię. Powłoka oprócz pęknięcia, znajdowała się zresztą w dobrym stanie i tylko dolna jej część była podartą.
Bogactwo to spadło na nich jakby z nieba.
— Bądź co bądź jednak, panie Cyrus, odezwał się marynarz, jeśli zdecydujemy się kiedy opuścić wyspę, to nie balonem, prawda? Te statki napowietrzne nie lecą nigdy tędy, którędy by człowiek chciał; mieliśmy sposobność przekonać się trochę o tem! Widzisz pan, jeśli mnie pan posłuchasz, zbudujemy porządny statek o dwudziestu tonach pojemności, a pan pozwolisz mi skroić z tego płótna maszt przedni i żagiel trójkątny. Reszta pójdzie na bieliznę!
— Obaczymy Pencroffie, obaczymy, odparł Cyrus Smith.
— Tymczasem trzeba to wszystko ukryć bezpiecznie, rzekł Nab.
W samej rzeczy ani myśleć było przenieść samemu tę kupę płótna, powrozów i lin, których ciężar był dość znaczny, do Pałacu Granitowego, a zanim by sprowadzono powózkę nie należało zostawiać dłużej tych bogactw na łaskę pierwszego lepszego orkanu. Osadnicy nasi połączonemi siłami zaciągnęli tedy cały ten pakunek na brzeg morza, gdzie odkryli dość obszerną jaskinię, która dzięki swemu położeniu, zabezpieczoną była od wichru, deszczu i od morza.
— Trzeba nam było szafy, mamy szafę, rzekł Pencroff; lecz ponieważ nie zamyka się na klucz, trzeba więc zatkać jej otwór. Nie mam na myśli złodziejów dwunożnych lecz czworonożnych!
O godzinie szóstej z wieczora było już wszystko na składzie, a dawszy owej małej szyi usprawiedliwioną ze wszech miar nazwę: „Przystani Balonowej“, ruszono dalej w drogę ku przylądkowi Ostrego Szponu. Pencroff z inżynierem gwarzyli o rozmaitych planach, które w jak najkrótszym czasie należało uskutecznić. Przedewszystkiem trzeba było wybudować most na Dziękczynnej, ażeby ułatwić komunikację z południową częścią wyspy; poczem miano wrócić po balon z powózką, gdyż czółno nie było w stanie go przewieźć; potem miano wybudować szalupę pomostową, Pencroff miał ją zaopatrzyć w przyrządy, a uczyniwszy to wszystko można było przedsięwziąć żeglugę dokoła wyspy, i t. d. i t. d.
Tymczasem noc zapadła i było już ciemno, gdy osadnicy nasi przybyli do przylądka Rozbitków, do miejsca, w którem znaleźli ową drogocenną skrzynię. Lecz i tu podobnie jak gdzieindziej, nie było nic takiego, coby świadczyło o rozbiciu jakiego statku i trzeba było powrócić do wniosku sformułowanego poprzednio przez Cyrusa Smitha.
Od przylądku Rozbitków do Pałacu Granitowego pozostawało jeszcze mil cztery, które można było rychło przebyć, lecz minęła już północ, gdy osadnicy nasi, idąc ciągle brzegiem morza aż do ujścia Dziękczynnej, dotarli do pierwszego kolana rzeki.
W tem miejscu koryto było ośmdziesiąt stóp szerokie, trudno je było zatem przebyć, ale Pencroff podjął się był przezwyciężyć tę przeszkodę, wezwano go więc, ażeby wywiązał się z danego słowa.
Trzeba przyznać, że podróżni nasi byli bardzo znużeni. Podroż była daleka a zdarzenie z balonem nie przyczyniło się wcale do ulżenia ich nogom i rękom. Spieszno im było zatem do Pałacu Granitowego, gdzie ich czekała wieczerza i spoczynek, i gdyby most był już istniał, w kwadrans byliby byli w domu.
Noc była bardzo ciemna. Pencroff tedy rozpoczął przygotowania, by dotrzymać swej obietnicy. Zamierzał sporządzić rodzaj tratwy, na której by można było przepłynąć na drugi bok Dziękczynnej. Razem więc z Nabem uzbrojeni w siekiery, upatrzyli dwa drzewa rosnące w pobliżu rzeki, z których spodziewali się złatać jaką taką tratwę i przypuścili do nich szturm od dołu.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett, usiadłszy na brzegu, czekali aż przyjdzie chwila, w którejby trzeba przyjść w pomoc towarzyszom, podczas gdy Harbert przechadzał się tam i sam, nie wiele się troszcąc o to wszystko.
Nagle Harbert, który zapędził się nieco dalej brzegiem rzeki, powrócił pędem i wskazując na prąd rzeki, zawołał:
— Co tam płynie?
Pencroff przerwał swą pracę i dostrzegł jakiś przedmiot, ruchomy majaczący w zmroku nocnym.
— To czółno jakieś! rzekł po chwili.
Zbliżyli się wszyscy do brzegu i ku najwyższemu zdziwieniu swemu ujrzeli w samej rzeczy łódź jakąś pędzącą z prądem rzeki.
— Hola! co to za łódź! zawołał marynarz z nawyczki nabytej w swym zawodzie, nie zważając na to, że lepiej by było może zachować milczenie.
Nikt nie odpowiadał. Łódź płynęła dalej i gdy się zbliżyła na dziesięć kroków, marynarz zawołał:
— Wszak to nasze czółno! Urwało się z cumy i popłynęło z wodą! Trzeba przyznać, że w sam czas przychodzi!
— Nasze czółno?... przebąknął inżynier.
Pencroff miał słuszność. Było to w samej rzeczy czółno, które urwawszy się zapewne z cumy, wracało samo od źródeł Dziękczynnej. Było więc teraz rzeczą niemałej wagi schwytać je w biegu, zanimby wartki prąd wody uniósł je po za ujście rzeki. Dokonali tego bardzo zręcznie Nab z Pencroffem, za pomocą długiej żerdzi.
Czółno przybiło do brzegu. Inżynier wskoczył w nie pierwszy, wziął cumę do ręki i namacał w samej rzeczy, że się przetarła była o skały.
— Oto się zowie, rzekł do niego korespondent, to się zowie trafem...
— Dziwnym! odparł Cyrus Smith.
Dziwny czy nie, w każdym razie był to traf szczęśliwy! Harbert, korespondent, Nab i Pencroff kolejno zajęli miejsca w czółnie. Oni nie wątpili o tem wcale, że się cuma przetarła; najdziwniejszem jednak z tego wszystkiego było to, że czółno nadpłynęło właśnie w chwili, gdy osadnicy nasi mogli je schwytać w biegu, gdyż w kwadrans później byłoby zginęło w morzu.
Gdyby to były czasy, w których duchy opiekuńcze żyły na ziemi, możnaby było po tem zdarzeniu mniemać, że wyspę zamieszkiwała jakaś istota nadprzyrodzona, która potęgę swoję obracała na usługi rozbitków!
Po kilku uderzeniach wiosłem dopłynęli osadnicy nasi do ujścia Dziękczynnej. Wyciągnęli czółno na brzeg nie daleko „dymników“ i podążyli wszyscy ku drabince zwisającej z Pałacu Granitowego.
Lecz w tej chwili Top zaszczekał gniewnie, a Nab, który szukał pierwszego stopnia drabinki, wydał krzyk...
Drabinka gdzieś znikła.






ROZDZIAŁ VI.
(Wołanie Pencroffa. — „Noc w dymnikach“. — Strzała Harberta. — Projekt Cyrusa Smitha. — Niespodziewane rozwiązanie. — Co się działo w Pałacu Granitowym. — W jaki sposób nowy służący wszedł w służbę osadników.)

Cyrus Smith stanął nie rzekłszy ani słowa. Towarzysze jego macali w ciemności wzdłuż muru, w przypuszczeniu, że może wiatr zmienił położenie drabinki, tudzież po ziemi, na wypadek, gdyby urwawszy się, spadła... Lecz nie było śladu drabinki. Przekonać się zaś, czyli przypadkiem wicher nie podniósł drabinki do pierwszego przestanku w połowie ściany granitowej, w noc tak ciemną było niepodobieństwem.
— Jeśli to żart, zawołał Pencroff, to zły żart! Przyjść do siebie i nie znaleść wschodów do własnego mieszkania, to zaiste nie pobudzi wcale do śmiechu ludzi strudzonych jak my!
Co się tyczy Naba, ten gubił się w samych wykrzyknikach.
— Przecież wiatru nie było! zauważył Harbert.
— Zaczynam być zdania, że na wyspie Lincolna dzieją się dziwne rzeczy! rzekł Pencroff.
— Dziwne? odparł Gedeon Spilett, wcale nie, Pencroffie, nic naturalniejszego pod słońcem. Ktoś przyszedł podczas naszej niebytności, wziął w posiadanie nasz pałac i ściągnął drabinkę!
— Ktoś! zawołał marynarz. Ale kto taki?...
— Nikt inny, tylko właściciel owego ziarnka śrótu, odparł korespondent. Od czegoż by był, jeśli nie od tego, ażeby wyjaśnić nam dzisiejszy nasz wypadek?
— Dobrze więc, odparł Pencroff klnąc, gdyż zniecierpliwienie zaczęło brać nad nim górę, jeśli tam jest kto na górze, ja go zaholuję, a radzę mu odpowiedzieć.
I głosem jak grzmot potężnym huknął marynarz przeciągłe: Ohe! które silnem echem odbiło się od skał.
Osadnicy wytężyli słuch i zdawało im się, że z wyżyn Pałacu Granitowego doszedł ich jakiś śmiech szyderczy, lecz z czyich ust tego rozpoznać nie mogli. Żaden głos jednak nie odpowiedział na wołanie Pencroffa, który bezskutecznie powtórzył jeszcze kilkakrotnie swe wezwanie.
Zaiste, wypadek ten mógł wprawić w zdumienie ludzi najobojętniejszych nawet, a osadnicy nasi obojętnymi być nie mogli. W ich położeniu każde zdarzenie miało pewną wagę, a z pewnością od siedmiu miesięcy, przez które zamieszkiwali wyspę, żadne zdarzenie nie było tak niespodziewanem i zdumiewającem.
Bądź co bądź opanowani dziwacznością tego wypadku, zapomniawszy o znużeniu, stali u podnóża Pałacu Granitowego, nie wiedząc ani co myśleć, ani co począć, zadając sobie wzajemnie pytania, na które żaden nie był w stanie odpowiedzieć, i mnożąc w nieskończoność przypuszczenia, jedne najnieprawdopodobniejsze od drugich. Nab nie przestawał narzekać, mocno zrospaczony tem, że nie mógł dostać się do swej kuchni, tem bardziej że podróżne zapasy już się były wyczerpały, a w tej chwili nie sposób było je odnowić.
— Przyjaciele moi, odezwał się wówczas Cyrus Smith, pozostaje nam tylko jedno, czekać dnia, a potem począć sobie stosownie do okoliczności. Lecz idźmy oczekiwać go w „dymnikach“. Tam będziemy bezpieczni, a nie mając co jeść będziemy przynajmniej mogli spać.
— Ale kto to mógł być ów zuchwalec, co nam spłatał tego figla? zapytał raz jeszcze Pencroff, który w żaden sposób nie mógł się uspokoić.
Kto bądź był ów „zuchwalec“, nie pozostawało im nic, jak tylko stosownie do rady inżyniera, udać się do „dymników“ i tam oczekiwać dnia. Na wszelki wypadek dano rozkaz Topowi, ażeby pozostał pod oknami Pałacu Granitowego, a kiedy Top otrzymał jaki rozkaz, spełniał go zawsze, nie pytając wcale o powód. Dzielny pies pozostał zatem u stóp ściany granitowej, podczas gdy pan jego z towarzyszami schronili się między skały.
Byłoby pogwałceniem prawdy twierdzić, że osadnicy pomimo znużenia, spali dobrze na piasku w „dymnikach“. Nie tylko bowiem mocno musieli być zaniepokojeni, pojmując dokładnie ważność tego nowego zdarzenia, czy ono było dziełem ślepego przypadku, którego przyczyny odkryć mieli z nadejściem dnia, czy też dziełem ręki ludzkiej, lecz także było im bardzo źle leżeć. Jak bądź jednak miały się rzeczy, tak czyli też owak, mieszkanie ich było w tej chwili zajęte przez kogo innego i dostać się do niego nie mogli.
Owóż Pałac Granitowy był dla nich więcej niż schronieniem, bo był ich składem, ich magazynem. W jego murach złożony był cały materjał osady, broń, instrumenta, narzędzia, amunicja, zapasy żywności i t. p. Gdyby to wszystko miało być zrabowanem, osadnicy musieliby na nowo zaczynać całe gospodarstwo, kuć na nowo broń i narzędzia. Była to więc rzecz nie małej wagi! To też dręczeni niepokojem jeden po drugim wychodzili co chwila, ażeby przekonać się, czy Top pilnie odbywa straż. Cyrus Smith sam jeden zachował zwykłą swą cierpliwość, pomimo że uporny jego umysł burzył się niepomału, trafiwszy na zdarzenie, którego w żaden sposób nie umiał sobie wytłumaczyć, i pomimo że wzdrygał się na myśl, że tuż koło niego, a może tuż nad nim, odbywało się coś, czemu nie umiał dać właściwej nazwy. Gedeon Spilett podzielał w tej mierze zupełnie jego zapatrywanie, i obaj kilkakrotnie, jakkolwiek półgłosem, poczynali roztrząsać owe niewyjaśnione okoliczności, w obec których cała ich przenikliwość i doświadczenie okazały się bezsilnemi. Nie podpadało wątpliwości, że wyspa ta kryła jakąś tajemnicę, ale jak ją przeniknąć? Co do Harberta, ten potrafił tylko gubić się w domysłach i chętnie byłby zapytał Cyrusa Smith. Co się tyczy Naba, ten powiedział sobie w końcu, że to go nic obchodzi, że to jest rzeczą jego pana, i gdyby się nie był obawiał urazić tem swoich kolegów, poczciwe murzynisko byłoby spało tej nocy z równie czystem sumieniem jak na swojem łóżku w Pałacu Granitowym!
Wreszcie najwięcej ze wszystkich wściekał się Pencroff i nie bez racji wrzał wielkim gniewem.
— To figiel, mówił, ktoś nam figla spłatał! Ale ja, ja nie lubię figlów i biada figlarzowi, jeśli wpadnie w moje ręce!
Zaledwie pierwszy brzask zaświtał na wschodzie, osadnicy nasi uzbrojeni należycie, udali się na brzeg morza, gdzie się wznosiły rafy. Pałac Granitowy, na który słońce wschodzące pierwsze rzucało promienie, musiał niebawem rozjaśnić się świtaniem porannem, i w samej rzeczy przed godziną piątą, okna, w których spuszczone były okiennice, ukazały się przez zasłonę z zieleni.
Z tej strony wszystko było w porządku, lecz wkrótce z piersi osadników dobył się krzyk na widok otwartych na ościęż drzwi, które przecież na odchodnem byli szczelnie zamknęli.
Ktoś zagospodarował się w Pałacu Granitowym. To już nie podlegało najmniejszej wątpliwości.
Górna drabinka, sięgająca od drzwi aż do środkowego przestanku, wisiała na swojem miejscu, lecz dolna drabinka była wyciągniętą w górę aż do samego progu. Zbyt oczywistem było, że nieproszeni goście chcieli ubezpieczyć się przed nagłym napadem.
Nie podobna było jeszcze rozpoznać ich rodzaju i liczby, żaden z nich bowiem nie pokazywał się.
Pencroff zaholował na nowo.
Żadnej odpowiedzi.
— A to draby! zawołał marynarz. Śpią sobie spokojnie, jakby byli u siebie! Ohe!... Zbóje, bandyci, korsarze, plemię John Bulla!
Gdy Pencroff, w swym charakterze jako Amerykanin, tytułował kogo „plemieniem John Bulla,“ to był to znak, że posunął się do ostatecznych granic grubjaństwa.
W tej chwili rozjaśniło się zupełnie i fasada Pałacu Granitowego zabłyszczała od promieni słonecznych. Lecz tak zewnątrz jak wewnątrz wszędzie było cicho i spokojnie.
Osadnicy nasi zapytywali sami siebie, czyli Pałac Granitowy jest przez kogo zajęty lub nie, lecz położenie drabinki świadczyło o tem wyraźnie, i nie podlegało nawet wątpieniu, że najeźdźcy do jakiegokolwiek należeli rodzaju, uciec w żaden sposób nie mogli. Lecz jak się dostać do nich?
Wtedy Harbert wpadł na myśl, ażeby przywiązać postronek do strzały i wycelować ją tak, ażeby przeleciała pomiędzy pierwsze drążki u drabinki wiszącej u progu drzwi. Wówczas możnaby było ściągnąć tym postronkiem drabinkę na dół i przywrócić komunikację między dołem a górą. Innego sposobu nie było, a przy trochę zręczności, środek ten udać się musiał. Na szczęście łuki i strzały złożone były w „dymnikach“ w jednym z kurytarzy, gdzie znajdowało się także z jakie dwadzieścia sążni lekkiego sznura wyplecionego z gałązek hibiskuszu. Pencroff rozwinął ten sznur i jeden koniec przymocował do strzały nasadzonej porządnie piórami. Poczem Harbert, napiąwszy strzałę na łuk, mierzył z wielką uwagą w sam zwisający koniec drabinki.
Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Pencroff i Nab cofnęli się nieco w tył, tak by mogli uważać, co się działo w oknach Pałacu Granitowego. Korespondent przyłożywszy karabin do oka, mierzył prosto w drzwi.
Po chwili strzała świsnęła, pociągając za sobą sznur, i przeleciała pomiędzy ostatnie dwa szczeble drabinki.
Plan powiódł się zupełnie.
Harbert uchwycił natychmiast za koniec sznura, lecz w chwili gdy szarpnął nim by strącić na dół drabinkę, ręka jakaś przesunęła się w mgnieniu oka między murem a drzwiami, chwyciła drabinkę i wciągnęła ją do środka Pałacu.
— A to łotr nad łotrami! zawołał marynarz. Jeśli cię kula potrafi uszczęśliwić, niedługo na nią poczekasz.
— Ależ kto to taki? zapytał Nab.
— Kto? nie poznałeś?...
— Nie.
— Ależ to małpa, makak czy kucyk, koczkodan czy orangutan, pawian, goryl czy plucha! Dom nasz najechały małpy, wdrapawszy się doń po drabince podczas naszej niebytności!
I w tej samej chwili jakby na potwierdzenie słów marynarza, odsunęły się okiennice i w oknach pokazały się trzy lub cztery małpy, które powitały prawych właścicieli domu tysiącem wykrzywiań i grymasów.
— Ja wiedziałem, że to figle! zawołał Pencroff, ale zaraz tu jeden z figlarzy zapłaci za resztę!
I w jednem okamgnieniu marynarz wymierzywszy strzelbę na małpy, dał ognia. Znikły wszystkie prócz jednej, która śmiertelnie ugodzona spadła na piasek.
Małpa ta wysokiego wzrostu należała do pierwszego rzędu czwororękich, w tym względzie nie zachodziła najmniejsza wątpliwość. Czy to był szympans, czy orangutan, goryl czy pawjan, w każdym razie należała ona do rzędu antropomorfów, nazwanych tak dla podobieństwa swego do istot rodzaju ludzkiego.
Harbert zresztą oświadczył, że był to orangutan, a jak wiadomo, chłopak ten znał się na zoologji.
— Wspaniałe zwierzę! zawołał Nab.
— Niech ci będzie wspaniałe, jeżeli chcesz odparł Pencroff, ale ja zawsze jeszcze nie wiem, jak my się dostaniemy do domu!
— Harbert ma celne oko, rzekł korespondent, oto jest łuk! Niech próbuje na nowo.
— Dobrze, ale te małpy są sprytne! zawołał Pencroff i nie pokażą się drugi raz w oknach i my nie będziemy ich mogli wystrzelać, a kiedy sobie pomyślę, jakiego spustoszenia mogą narobić w pokojach i w magazynie, to...
— Cierpliwości, odparł Cyrus Smith. Te zwierzęta nie potrafią nas długo trzymać w szachu!
— Co do mnie, dopóty nie będę tego pewnym, dopóki ich nie ujrzę tu na ziemi, odparł marynarz. A zresztą alboż pan wiesz, panie Smith, ile tuzinów filutów znajduje się tam na górze?
Na to nie było co odpowiedzieć, a co się tyczy ponownej próby Harberta, i ta nie łatwą była do wykonania, górny bowiem koniec drabinki wciągnęły małpy do środka, a kiedy powtórnie zaczęli ciągnąć za sznur, sznur pękł a drabinka mimo to nie spadła na dół.
Położenie było zaprawdę kłopotliwe; Pencroff wściekał się. Całe to zdarzenie miało swą stronę komiczną, której on wcale śmieszną nie znajdował. Oczywiście osadnicy musieli w końcu zdobyć na powrót swe mieszkanie i wypędzić najezdników, ale kiedy i jak, tego sami nie wiedzieli.
Minęły dwie godziny a małpy nie pokazywały się więcej; lecz ustąpić nie myślały wcale, i trzy lub cztery razy przez drzwi lub okno wysunął się pysk małpi lub łapa, powitane każdym razem strzałami.
— Ukryjmy się rzekł inżynier. Małpy będą może myślały, żeśmy odeszli i pokażą się znowu. Spilett z Harbertem niech czatują z za skał i strzelają na wszystko, co się tylko pojawi.
Usłuchano rozkazu inżyniera, i podczas gdy korespondent z Harbertem, najcelniejsi dwaj strzelcy z całej osady, ustawili się na dobrą metę, lecz tak, by ich małpy nie widziały; Nab, Pencroff i Cyrus Smith, wyszedłszy na terasę, udali się tymczasem do lasu, by ubić jaką zwierzynę, gdyż czas śniadania już był nadszedł, a żywności nie było żadnej.
W pół godziny myśliwi powrócili, niosąc kilka gołębi skalnych, które upieczono na prędce. Przez ten czas nie pokazała się ani jedna małpa.
Gedeon Spilett z Harbertem udali się na śniadanie, a Top tymczasem czuwał pod oknami. Zjadłszy śniadanie, powrócili na swe stanowiska.
Upłynęły tak dwie godziny a położenie nie zmieniło się w niczem. Małpy nie dawały żadnego znaku życia, możnaby było sądzić, że znikły, lecz daleko prawdopodobniejszem zdawało się, że przestraszone śmiercią jednej ze swych koleżanek, spłoszone strzałami, siedziały cicho w pokojach a może i w magazynie. A kiedy osadnikom naszym stanęły w myśli skarby zawarte w magazynie, cierpliwość zalecana tak gorąco przez inżyniera zamieniła się w gwałtowne rozdrażnienie, i prawdę mówiąc, mieli po temu powód.
— Doprawdy to głupia sprawa, rzekł wreszcie korespondent, i nie ma najmniejszej racji, ażeby się to skończyło.
— A jednak musimy ich z tamtąd wykurzyć, tych urwisów! zawołał Pencroff. Choćby ich było dwudziestu, damy sobie z nimi radę, lecz na to by trzeba zmierzyć się z nimi oko w oko! Tam do kata! Czy nie ma żadnego sposobu, ażeby się do nich dostać?
— Jest jeden, odparł nagle inżynier, któremu myśl jakaś strzeliła przez głowę.
— Jeden? zapytał Pencroff. Więc dobry ten, kiedy nie ma innych! A cóż to za sposób?
— Spróbujmy spuścić się do Pałacu Granitowego przez dawny kanał odpływowy jeziora, odparł inżynier.
— A do kroćset sto tysięcy djabłów! zawołał marynarz. Że też mnie to nie przyszło do głowy!
Był to w samej rzeczy jedyny sposób dostania się do Pałacu Granitowego, ażeby we wnętrzu jego stoczyć walkę z czeredą małp i wyprzeć je z tamtąd. Prawda, że otwór kanału odpływowego zamurowany był skitowanemi kamieniami, mur ten trzeba było poświęcić, lecz można go było później naprawić. Na szczęście Cyrus Smith nie wykonał był jeszcze do tego czasu swego projektu zanurzenia otworu pod powierzchnię jeziora, w takim razie bowiem uskutecznienie ich zamiarów wymagałoby było więcej czasu.
Minęło już było południe, gdy osadnicy nasi dobrze uzbrojeni i zaopatrzeni w kilofy i motyki, opuścili „dymniki“, przeszli po pod okna Pałacu Granitowego, rozkazawszy Topowi pozostać na jego stanowisku, i zamierzali się puścić się lewym brzegiem Dziękczynnej, ażeby dostać się na Wielką Terasę.
Lecz nie uszli jeszcze pięćdziesięciu kroków w tym kierunku, gdy nagle usłyszeli wściekłe ujadanie psa. Był to jakby rozpaczliwy alarm.
Stanęli.
— Biegnijmy! zawołał Pencroff.
I wszyscy popędzili co tchu z góry na dół ku wybrzeżom.
Przybiegłszy do zakrętu ujrzeli całą zmianę sytuacji.
W samej rzeczy małpy, zdjęte nagłą trwogą, którą wzbudziła w nich nieznana jakaś przyczyna, usiłowały ocalić się ucieczką. Dwie lub trzy z nich biegały i skakały z okna do okna ze zwinnością clown’ów cyrkowych. Nie próbowały nawet spuścić drabinki, po której łatwiej by im było zleść na dół, a może i w popłochu zapomniały o tym środku. Wkrótce pięć lub sześć małp było wystawionych na strzały, a osadnicy nasi biorąc je wygodnie na cel, dali ognia. Jedne z nich, ranione lub zabite, powpadały napowrót do środka, wydając przeraźliwe krzyki. Inne, spadłszy na dół, połamały karki i w kilka minut później, według wszelkiego prawdopodobieństwa, w całym Pałacu Granitowym nie było ani jednej żywej małpy.
— Hurra! zawołał Pencroff, hurra! i jeszcze raz hurra!
— Po co tyle „hurra“! rzekł Gedeon Spilett.
— Albo co? Wszak wybite wszystkie co do nogi, odparł marynarz.
— Niech i tak będzie, lecz przez to nie dostaniemy się jeszcze do domu.
— Więc idźmy przez kanał odpływowy! odparł Pencroff.
— Bez wątpienia, rzekł inżynier, lecz byłoby lepiej...
W tej chwili, jakgdyby w odpowiedź na uwagę Cyrusa Smitha, ujrzeli jak drabinka prześlizgnęła się przez próg, rozwinęła się i stoczyła do samej ziemi.
— A do kroćset beczek! To rzecz dziwna! zawołał marynarz patrząc na Cyrusa Smitha.
— Aż nadto dziwne! przebąknął inżynier i wskoczył pierwszy na drabinkę.
— Uważaj pan, panie Cyrus! zawołał Pencroff, jeśli tam jest jeszcze który z tych pawianów...
— Zobaczymy zaraz, odparł inżynier nie zatrzymując się.
Towarzysze jego pospieszyli za nim i w minutę stanęli wszyscy u progu drzwi.
Szukano wszędzie. Nie było nikogo ani w pokojach, ani w magazynie, z którym małpy obeszły się całkiem przyzwoicie.
— Tam do kata! a drabinka? zawołał marynarz. Gdzież jest ów dżentelmen, który nam ją spuścił?
Lecz w tej chwili dał się słyszeć krzyk i duża małpa, która ukrytą była w kurytarzu, wpadła do sali, goniona przez Naba.
— A! otóż mamy zbója! zawołał Pencroff.
I zamierzył się siekierą, by rozstrzaskać łeb małpie, lecz w tej chwili Cyrus Smith wstrzymał go za rękę i rzekł:
— Daruj jej życie, Pencroffie.
— Co, ułaskawić tego czarnego djabła?
— Tak! to on nam zrzucił drabinę!
Inżynier wyrzekł te słowa tonem tak osobliwym, że trudno było rozpoznać, czyli to mówił serjo czy żartem.
Mimo to rzucono się na małpę, która, po mężnej ze swej strony obronie, została powaloną i skrępowaną.
— Uff!... zawołał Pencroff. I cóż teraz poczniemy z tą małpą?
— Przyjmiemy ją na służbę! odparł Harbert.
Mówiąc to Harbert nie żartował wcale, wiedział bowiem, jaką korzyść można wyciągnąć z tej inteligentnej rasy małp.
Wówczas osadnicy nasi, zbliżywszy się do małpy, poczęli się jej uważnie przypatrywać. Należała ona do rodzaju tych antropomorfów, u których kąt twarzy mało co mniejszy jest od kąta twarzy u Australczyków lub Hottentotów. Był to orangutan, i jako taki nie miał ani dzikości pawjana, ani nierozwagi makaka, ani niechlujstwa pluchy, ani niecierpliwości magota, ani też zdradnych instynktów kynocefala. Do tej to właśnie rodziny antropomorfów odnoszą się owe liczne rysy charakterystyczne, znamionujące u zwierząt tych ludzką prawie inteligencję. Używane około domu, potrafią służyć do stołu, zamiatać pokoje, czyścić suknie, szczotkować buty, obchodzić się zręcznie z nożem, łyżką i widelcem, a nawet pić wino... jak najlepszy sługa o dwóch nogach i gładkiej skórze. Buffon, jak wiemy, miał jednę taką małpę, która długie lata służyła mu wiernie i gorliwie.
Nasza małpa, która leżała skrępowana w sali Pałacu Granitowego, był to duży samiec, sześć stóp wysoki, dziwnie kształtnej budowy, o szerokiej piersi, z głową średniej wielkości, w której kąt twarzy dochodził do sześćdziesięciu pięciu stopni, z zaokrągloną czaszką, z wystającym nosem, ze skórą pokrytą gładkim, miękkim, i połyskującym włosem — jednym słowem był to skończony typ antropomorfa. Oczy jego, mniejsze nieco od ludzkich, świeciły inteligentną ruchliwością; z pod wąsów błyszczały dwa rzędy śnieżnych zębów, prócz tego miał małą brodę kędzierzawą, orzechowego koloru.
— Piękny z niego chłop! rzekł Pencroff. Gdybym znał jego język, rozmówiłbym się z nim!
— Więc to panie nie jest żart? zapytał Nab. Więc w samej rzeczy przyjmiemy go na służbę?
— Tak jest, Nabie, odparł inżynier z uśmiechem. Lecz nie bądź tylko zazdrośnym!
— I spodziewam się, że będzie doskonałym sługą, dodał Harbert. Zdaje się być jeszcze młodym, edukacja jego pójdzie łatwo, i nie będziemy potrzebowali zmuszać go gwałtem do posłuszeństwa, ani wyrywać mu bocznych zębów, jak to bywa w podobnych razach. On tylko do dobrych i łaskawych panów może się przywiązać.
— Będzie z nas miał takich panów, odparł Pencroff, który zapomniał już całkiem o swej urazie do „figlarzów.“
Poczem przystąpiwszy do orangutana, zapytał:
— Jakże się masz, mój chłopcze?
Orangutan odpowiedział lekkiem mruczeniem, które nie oznaczało zbyt kwaśnego humoru.
— Więc chcemy należyć do osady? zapytał marynarz. Wstąpimy zatem na służbę do p. Cyrusa Smitha?
Po raz drugi ozwało się mruczenie potakujące.
— I będziemy się kontentować samą strawą, bez innej zapłaty?
Trzecie mruczenie potakujące.
— Konwersacja jego jest monotonną, zauważył Gedeon Spilett.
— To dobrze! odparł Pencroff, najlepsi są ci słudzy, którzy najmniej gadają. A potem nie żąda pensji! — Słyszysz mój chłopcze? Na początek nie damy ci żadnej pensji, ale jeśli będziemy z ciebie zadowoleni, to ci damy później podwójną!
Tym sposobem zyskała osada jednego członka więcej, który miał jej później oddać niejednę przysługę. Co do nazwiska, Pencroff prosił, ażeby go nazwano, na pamiątkę innej małpy, którą znał dawniej, Jowiszem, czyli w skróceniu Jowem.
I tym sposobem bez dalszych ceremonji odbyła się installacja pana Jowa w Pałacu Granitowym.






ROZDZIAŁ VII.
(Nowe projekta. — Most na Dziękczynnej. — Przemiana Wielkiej Terasy w wyspę. — Most zwodzony. — Żniwo. — Potok. — Mostki. — Podwórko. — Gołębnik. — Dwa „onagasy“. — Zaprzęg. — Wycieczka do Przystani Balonowej.)

Tak więc osadnicy wyspy Lincolna odbili napowrót swe mieszkanie, nie potrzebując wchodzić do niego przez dawny kanał odpływowy jeziora, co im oszczędziło niezbędną w takim razie robotę mularską. Szczęściem to ich było zaiste, że właśnie w chwili, gdy się zabierali do tego, gromada małp zdjęta trwogą jakąś, równie nagłą jak niewytłumaczoną, sama rozpoczęła odwrót z Pałacu Granitowego. Czy te zwierzęta przeczuły niebezpieczny atak, który im z innej groził strony? Powód ich ucieczki tym jednym tylko sposobem dałby się wytłumaczyć.
Resztę dnia tego obrócono na przeniesienie zwłok poległych małp do lasu i pogrzebanie ich tamże. Poczem osadnicy nasi przystąpili do usunięcia nieporządku sprawionego przez małpy — mówię: nieporządku, a nie spustoszenia, małpy bowiem poprzewracały wprawdzie wszystko, co było w pokojach, lecz nie połamały ani popsuły niczego. Nab rozpalił znowu ogień na kuchni, a spiżarnia dostarczyła sutego posiłku, któremu wszyscy całą gębą byli radzi.
Nie zapomniano także o Jowie i uraczono go hojnie migdałami sosnowemi i korzonkami, które zjadł z wielkim apetytem. Pencroff zdjął mu więzy z ramion, lecz uznał za stosowne pozostawić mu jeszcze pęta na nogach, aż do nabrania pewności, że się pogodził ze swym losem.
Poczem Cyrus Smith z towarzyszami swoimi, zanim udali się na spoczynek, zasiadłszy do koła stołu, omawiali rozmaite projekta, których uskutecznienie nie cierpiało zwłoki.
Najważniejszym i najpilniejszym z nich było postawienie mostu na Dziękczynnej, w celu połączenia wyspy z Pałacem Granitowym, tudzież utworzenie ogrodzenia na barany skalne i inne stworzenia wełnonośne, które miano ująć w niewolę.
Oba te przedsięwzięcia, jak widzimy, zmierzały do załatwienia najważniejszej podtenczas kwestji odzieży. W istocie, most miał ułatwić transport powłoki balonowej przeznaczonej na bieliznę, a obora miała dostarczyć wełny na sporządzenie sukień zimowych.
Co do obory Cyrus Smith miał zamiar założyć ją u samego źródła Czerwonego Potoku, gdzie przeżuwające te stworzenia znaleść mogły świeżą i bujną paszę. Droga pomiędzy Wielką Terasą a owem źródłem była już w części utorowaną, a za pomocą wózka doskonalszego niż pierwszy, dowóz byłby łatwiejszym, zwłaszcza gdyby się udało przyswoić sobie w tym celu jakie bydlę pociągowe.
Podczas gdy jednak nic nie stało na przeszkodzie temu, by obora była nieco oddaloną od Pałacu Granitowego, inaczej miała się rzecz z podwórkiem, na które Nab zwrócił uwagę swych towarzyszy.
Wypadało w samej rzeczy, aby drób znajdował się pod ręką kuchmistrza, a żadne miejsce nie wydawało się odpowiedniejszem na założenie rzeczonego podwórka, jak owa część brzegów jeziora, przytykająca do dawnego kanału odpływowego. Tu ptactwo wodne mogło wieść się równie pomyślnie jak każde inne, a owa para tinamusów schwytanych podczas ostatniej wycieczki, miała służyć za zawiązek i pierwszą próbę swojskiego ptactwa.
Nazajutrz — 3go listopada — rozpoczęto szereg prac nowych około budowy mostu, i wszystkie ręce użyte zostały w tej ważnej potrzebie. Piły, siekiery, dłuta i młoty naładowano na plecy i osadnicy nasi, przemienieni w cieślów, spuścili się na dół ku piasczystemu wybrzeżu.
Tu Pencroff zrobił następującą uwagę:
— A jeśliby, podczas naszej niebytności, przyszła panu Jowowi fantazja wciągnąć do góry drabinkę, którą tak uprzejmie spuścił nam wczoraj na dół?
— Przymocujmy ją za dolny koniec odparł Cyrus Smith.
Uczyniono to za pomocą dwóch palów silnie wbitych w piasek. Poczem osadnicy nasi, puściwszy się lewym brzegiem Dziękczynnej, przybyli wkrótce do pierwszego jej kolana.
Tu zatrzymali się by się zastanowić nad tem, czyliby most nie powinien być rzuconym w tem miejscu. Miejsce to wydawało się odpowiedniem.
W samej rzeczy odległość tego miejsca od „Przystani balonowej,“ odkrytej na południowym wybrzeżu, nie wynosiła więcej jak półczwartej mili, a od mostu do przystani łatwo było przerąbać drogę, po której mógłby przejechać wóz, i tym sposobem ułatwić komunikację między Pałacem Granitowym a południową częścią wyspy.
W ówczas Cyrus Smith objawił towarzyszom swoim plan zarówno łatwy do uskutecznienia jak nader korzystny, nad którym od dłuższego czasu przemyśliwał. Plan ten polegał na tem: by oddzielić zupełnie Wielką Terasę od reszty wyspy i przez to zabezpieczyć ją od napadów tak czworonożnych jak i czwororękich stworzeń. Tym sposobem Pałac Granitowy, „dymniki,“ podwórko i górna część terasy przeznaczona na zasiewy, byłyby ochronione przed spustoszeniem dzikich zwierząt.
Zamiar ten był nader łatwym do wykonania, i oto, jakim sposobem inżynier zamyślał przywieść go do skutku.
Terasa była już z trzech stron bronioną potokami bądź sztucznemi, bądź też naturalnemi.
Od strony północno-zachodniej brzegami jeziora Granta, ciągnącemi się od zakrętu przytykającego do dawnego kanału odpływowego, aż do owego przekopu dokonanego we wschodnim brzegu jeziora dla odpływu wody.
Od strony północnej, t. j. od owego przekopu aż do morza, nowym potokiem, który utorował sobie drogę przez Terasę i piaski nadbrzeżne, po wyżej i po niżej wodospadu, i w samej rzeczy dość było zagłębić koryto tego potoku, by uniemożliwić zwierzętom przechód przez niego.
Od wschodu, samem morzem, i to: od ujścia rzeczonego potoku do ujścia Dziękczynnej.
Wreszcie i od południa, od ujścia aż do kolana Dziękczynnej, gdzie miano wybudować most.
Pozostawała więc tylko część zachodnia Terasy, między kolanem rzeki a południową kończyną jeziora, w przestrzeni zaledwie jedno-milowej, która stała całkiem otworem. Lecz nie było nic łatwiejszego, jak wykopać wzdłuż fosę szeroką i głęboką, i napełnić ją wodą z jeziora, któraby drugim spadem odpływała do Dziękczynnej. Poziom jeziora niewątpliwie obniżyłby się nieco wskutek tej nowej śluzy, lecz Cyrus Smith przekonał się, że Czerwony Potok dostarczał dość wody, by można było bezpiecznie przedsięwziąć ten projekt.
— Tak więc, dodał inżynier, Wielka Terasa stanie się istotną wyspą, oblaną ze wszech stron wodą, a z resztą dzierżaw naszych łączyć ją będzie tylko most, który wybudujemy na Dziękczynnej, dwa mostki rzucone już powyżej i poniżej wodospadu, a w końcu dwa mostki, które trzeba jeszcze będzie postawić, jeden na fosie, którą proponuję wykopać, a drugi na lewym brzegu Dziękczynnej. Otóż jeśli te mosty i mostki będzie można zwodzić do woli, w takim razie Wielka Terasa zabezpieczoną będzie od wszelkiego napadu.
Cyrus Smith, chcąc się jaśniej wytłumaczyć swoim towarzyszom, naszkicował mapę Wielkiej Terasy, i wtedy pojęli wszyscy odrazu projekt ten w ogólnym zarysie i przyjęli go jednomyślnie, a Pencroff potrzęsając swą siekierą ciesielską, zawołał:
— Więc najpierw bierzmy się do mostu!
Była to robota ze wszystkich najpilniejsza. Wybierano więc przydatne do tego drzewa, potem takowe ścinano, ogołacano z gałęzi i przerabiano na belki, tarcice i deski. Most ten miał być wybudowanym tak, ażeby podczas gdy część jego przypierająca do prawego brzegu Dziękczynnej byłaby nieruchomą, natomiast część jego przypierająca do lewego brzegu mogła być podnoszoną do góry za pomocą wagi, jak to bywa przy mostach śluzowych.
Łatwo pojąć, że była to praca niemała, i najzręczniej nawet poprowadzona wymagała zawsze pewnego czasu, szerokość rzeki bowiem wynosiła w tem miejscu około ośmdziesiąt stóp. Trzeba więc było wbijać pale w jej łożysko, ażeby się na nich mógł utrzymać pomost i ustawić kafar do wbijania palów mających utworzyć dwie arkady i wzmocnić most do znoszenia większych ciężarów.
Na szczęście nie brakowało ani narzędzi do obrabiania drzewa, ani okucia do spajania go, nie brakowało też człowieka genjalnego, który się znał wybornie na tego rodzaju robotach, ani człowiekowi temu nie brakowało pomocników gorliwych, którzy przez te siedm miesięcy nabyli niepospolitej wprawy mechanicznej. A trzeba przyznać, że Gedeon Spilett nie był bynajmniej najniezręczniejszym ze wszystkich, i co się tyczy zmyślności, współzawodniczył z samym marynarzem, który „nie spodziewał się nigdy (jak mówił) tyle po zwykłym dziennikarzu!“
Budowa mostu na Dziękczynnej trwała trzy tygodnie, które upłynęły wśród natężającej pracy. Śniadano zawsze na tem samem miejscu, gdzie się odbywała robota, a ponieważ pogoda była właśnie przepyszna, dopiero na wieczerzę powracano do Pałacu Granitowego.
Przez ten czas zauważano, że Jow przywykał coraz bardziej do swego nowego położenia, i spoufalał się ze swymi nowymi panami, na których spoglądał zawsze z wielkiem zadziwieniem. Przez ostrożność jednak, Pencroff nie pozostawiał mu jeszcze całkowitej wolności, odkładając to słusznie aż do czasu, kiedyby Terasa skutkiem zamierzonych prac oddzieloną została nieprzebytemi granicami od reszty wyspy. Top i Jow żyli ze sobą w najlepszej zgodzie i chętnie bawili się razem, ale Jow postępował zawsze z wielką powagą.
Dnia 20. listopada ukończono budowę mostu. Część jego ruchoma, równoważona umieszczoną na przeciwnej stronie wagą, poruszała się z łatwością i niewielkiego trzeba było natężenia, by ją podnieść do góry. Pomiędzy zawiasami a ostatnią poprzecznicą, na której spierał się most, gdy go spuszczano, była przestrzeń dwudziestu stóp, a szerokość ta wystarczała, by zwierzętom uniemożliwić przystęp na drugi bok rzeki.
Wtedy zastanowiono się nad tem, czyby nie należało się wrócić po powłokę balonową, przechowywaną dotychczas w bezpiecznem ukryciu. Lecz aby ją przystawić, trzeba było zajechać wózkiem aż do samej Przystani Balonowej, a tem samem przerąbać wprzód drogę przez gęstwiny boru Zachodniej Ręki. To zaś wymagało pewnego czasu. Pencroff zatem i Nab ruszyli pierwej na zwiady i dotarli aż do rzeczonej Przystani, a gdy się przekonali, że złożony w jaskini „stoch płótna“ znajdował się w zupełnie dobrym stanie, postanowiono nie przerywać dalszych robót około odosobnienia Wielkiej Terasy.
— To nam pomoże do korzystniejszego pomieszczenia naszego drobiu, zauważył Pencroff, nie będziemy się bowiem potrzebowali obawiać ani odwidzin ze strony lisów, ani też napadów innych szkodliwych bestyj.
— Nie mówiąc już o tem, dodał Nab, że będziemy mogli wykarczować Terasę i przesadzić na nią rozmaite dziko rosnące rośliny...
— I przygotować drugie pole pod zasiew! zawołał tryumfująco marynarz.
I w samej rzeczy pierwsze pole, zasiane jedynem ziarnem, wydało, dzięki staraniom Pencroffa, wspaniały plon. Zrodził bowiem przepowiedzianych przez inżyniera dziesięć kłosów, a ponieważ każdy kłos zawierał ośmdziesiąt ziarn, przeto osada znalazła się w posiadaniu ośmiuset ziarn — w przeciągu sześciu miesięcy — co pozwalało spodziewać się rok rocznie dwóch zbiorów.
Owe ośmset ziarn, mniej pięćdziesiąt, które roztropność nakazywała przechować, miano teraz zasiać w nowem polu, z niemniejszą troskliwością, jak owe jedyne ziarnko.
Sprawiono zatem pole pod zasiew i otoczono je dokoła wysokim i szpiczastym częstokołem przez który czworonożne zwierzęta z wielką trudnością zdołałyby przeleźć. Do odstraszenia zaś ptactwa miały służyć rozmaite skrzypiące kołowrotki i maniaki, spłodzone w bujnej fantazji Pencroffa. Wtedy zasadzono owe siedmset pięćdziesiąt ziarn w małe regularnie pociągnięte bruzdy, a reszty miała dokonać natura.
Dnia 21. listopada rozpoczął Cyrus Smith odmierzać fosę, mającą zamykać Terasę od zachodu, mianowicie: od południowej kończyny jeziora Granta aż do kolana Dziękczynnej. W miejscu tem leżało z wierzchu dwie do trzech stóp czarnej ziemi, a pod spodem pokład granitowy. Trzeba więc było fabrykować na nowo nitroglicerynę, a ta sprawiła zwykły swój skutek. W przeciągu dni piętnastu wydrążono w twardym gruncie Terasy fosę dwanaście stóp szeroką a sześć stóp głęboką. Tym samym więc co pierwej sposobem utworzono nowy wyłom w skalistym brzegu jeziora, przez który przelała się woda do nowego łożyska i utworzyła mały potoczek nazwany „Potokiem Glicerynowym“ Dziękczynna zyskała przez to jedno nowe ramię. Tak jak przepowiedział inżynier, poziom jeziora obniżył się przez to lecz prawie nieznacznie. W końcu, ażeby dopełnić całkowitego odgraniczenia Wielkiej Terasy, rozszerzono znacznie koryto potoku przerzynającego piaszczyste wybrzeże i z obu stron ujęto piaski w podwójny częstokół.
W pierwszej połowie grudnia zakończono wszystkie te prace, a Wielka Terasa, to jest: pięciokąt nieregularny, liczący blisko cztery mile obszaru i opasany do koła wodą, została tym sposobem zabezpieczoną od wszelkich nieproszonych gości.
Przez cały ten miesiąc panowały nieznośne upały. Ponieważ jednak osadnicy nasi nie chcieli zwlekać z wykonaniem swych projektów, a potrzeba założenia podwórka dla drobiu stawała się coraz pilniejszą, przystąpiono zatem do tego nowego przedsięwzięcia.
Rozumie się samo przez się, że od czasu odosobnienia Wielkiej Terasy od reszty wyspy, pan Jow odzyskał napowrót wolność. Odtąd nie opuszczał więcej ani na krok swych panów i nie zdradzał żadnej skłonności do ucieczki. Było to zwierzę, łagodne a przy tem niepospolitej siły i zdumiewającej zręczności. W łażeniu po drabince Pałacu Granitowego nikt się nie zdołał z nim mierzyć. Używano go także do rozmaitych robót, ciągnął ładunki z drzewem i woził kamienie, które wydobywano z koryta Potoku Glycerynowego.
— Nie jest to jeszcze murarz skończony, ale „fryc“[26] z niego nie zły! żartował Harbert, stosując ten przydomek „fryc“ do miana, jakiem murarze zwykli obdarzać swych pomocników.
Podwórko przeznaczone dla drobiu zajmowało przestrzeń piaszczystą dwiestu yardów kwadratowych przy południowo-wschodnich brzegach jeziora. Otoczono takowe dokoła palisadą i poklecono rozmaite kryjówki dla ptactwa, które je miało zamieszkiwać. Były to budki chruściane, podzielone na liczne przegródki, które wkrótce były gotowe na przyjęcie upragnionych gości.
Pierwszą była para tinamusów, która wkrótce doczekała się licznego potomstwa. Towarzystwa dotrzymywało jej pół tuzina kaczek zamieszkujących brzegi jeziora. Niektóre z nich należały do owego rodzaju chińskich kaczek, roztaczających skrzydła w kształcie wachlarza, a połyskiem i żywą barwą piór; współzawodniczących ze złotemi bażantami. W kilka dni później schwytał Harbert parę gallinaceów o okrągłym ogonie złożonym z długich piór, były to wspaniałe „alektory“, które niebawem przyswoiły się najzupełniej. Co się tyczy pelikanów, zimorodków i kur wodnych, te same przychodziły do podwórka, i cały ten światek gruchający, krzyczący i gdakający, po krótkiej wzajemnej rozprawie, godził się ze sobą i ze swym losem i rozmnażał się w sposób rokujący naszej osadzie najpiękniejsze widoki na pieczyste.
Cyrus Smith, ażeby dokonać swego dzieła, wystawił w jednym rogu podwórka gołębnik. Pomieszczono w nim tuzin owych gołębi gnieżdżących się po wierzchołkach skał Wielkiej Terasy. Ptaki te przywykły wkrótce powracać co wieczór do nowego mieszkania i okazywały się skłonniejszemi do oswojenia, niżeli współplemiennicy ich, grzywacze, które zresztą rozpładzają się tylko w stanie dzikim.
Wreszcie nadszedł czas właściwy do spożytkowania powłoki balonowej na bieliznę, zachować ją bowiem w tej samej postaci i puszczać się balonem napełnionym ogrzanem powietrzem przez niezmierzoną pustynię morską, mogliby chyba ludzie obrani ze wszystkiego; Cyrus Smith jednak, jako człek praktyczny, ani myślał o tem.
Chodziło o to, ażeby powłokę balonową przywieźć do Pałacu Granitowego; osadnicy więc nasi zadali sobię pracę, ażeby ciężki swój wózek uczynić składniejszym i lżejszym. Lecz choć już nie brakowało podwody, trzeba było jeszcze wynaleźć siłę pociągową! Czy też nie istniały na wyspie jakie zwierzęta przeżuwające, samorodnej rasy, które by były w stanie zastąpić konia, osła, wołu lub krowę? Oto było pytanie.
— W istocie, rzekł Pencroff, przydałoby nam się jakie bydlę pociągowe, zanim pan Cyrus zechce nam sporządzić wóz parowy albo i lokomotywę, bo z pewnością będziemy mieli kiedyś kolej żelazną z Pałacu Granitowego do Przystani Balonowej, a z linją boczną prowadzącą do góry Franklina!
I zacny marynarz wierzył sam święcie w to co mówił! Co to może wyobraźnia, gdy się przyłączy do niej ufność.
Ażeby jednak nie przesadzić, powiemy, że byle jakie zwierzę do zaprzęgu byłoby zadowoliło Pencroffa, a ponieważ Opatrzność miała dla niego pewną słabość, więc nie długo dała mu czekać.
Pewnego dnia, było to 23go grudnia, usłyszano nagle Naba krzyczącego, a Topa szczekającego na wyścigi. Osadnicy zatrudnieni właśnie w „dymnikach“ przybiegli co tchu, obawiając się jakiego nieszczęścia.
Cóż ujrzeli? Oto dwa piękne duże zwierzęta, które nieroztropnie zapędziły się aż na terasę, przeszedłszy po niezamkniętym właśnie mostku. Patrząc na nie, rzekłbyś: dwa konie, lub co najmniej dwa osły, samiec i samica, o smukłych kształtach, maści izabelowej, z białemi nogami i białym ogonem, z czarnemi pręgami na głowie, karku i grzbiecie. Szły spokojnie, nie zdradzając najmniejszego niepokoju i bystremi oczami spoglądały na tych ludzi, w których nie upatrywały jeszcze przyszłych swych panów.
— To onagasy! zawołał Harbert, czworonogi stanowiące pośrednią rasę pomiędzy zebrą a kwaggą!
— Dla czego nie nazwać ich osłami? zapytał Nab.
— Ponieważ nie mają wcale długich uszów i posiadają kształty zgrabniejsze!
— Osły czy konie, mniejsza z tem, odparł Pencroff, w każdym razie jest to „siła pociągowa“, jak powiada pan Smith, a jako taką należy ją ujarzmić!
Marynarz, nie płosząc zwierząt, przekradł się wśród zarośli do mostku na Potoku Glicerynowym, zwiódł mostek i w jednej chwili onagasy zostały jeńcami.
Możnaby sądzić, że je pojmano teraz przemocą i przyswajano gwałtem? Bynajmniej. Postanowiono pozwolić im kilka dni przechadzać się swobodnie po terasie porosłej bujną paszą, a tymczasem inżynier począł obok podwórka budować stajnię, ażeby onagasy miały dobrą podściółkę i schronienie na noc.
Tak więc piękna ta para przechadzała się całkiem wolno, a osadnicy nie przybliżali się do nich, by ich nie płoszyć. Kilkakrotnie jednak zdawały się onagasy, przywykłe do dalekich przestrzeni i głębokich lasów uczuwać potrzebę opuszczenia terasy, zbyt szczupłe dla nich posiadającą rozmiary. Wówczas biegały wzdłuż wody, stanowiącej nieprzebytą dla nich zaporę, ryczały przeraźliwie, potem pędziły cwałem przez trawę, a gdy się znów uspokoiły, stały nieruchomie całemi godzinami, wpatrując się w ową nieprzejrzaną puszczę, na zawsze dla nich zamkniętą!
Tymczasem sporządzano całą uprząż z włókien roślinnych i w kilka dni po pojmaniu onagasów, nie tylko wózek z uprzężą były w pogotowiu, lecz także przebito drogę albo raczej przerąb środkiem lasu Zachodniej Ręki, od kolana Dziękczynnej aż do Przystani Balonowej. Można więc było przejechać tamtędy wózkiem, i z końcem grudnia przedsięwzięto pierwszą próbę z onagasami.
Pencroff już był ułaskawił te zwierzęta do tego stopnia, że jadły mu z ręki i pozwalały zbliżać się do siebie, mimo to jednak zaprzężone po raz pierwszy, stawały dęba i zaledwie je można było utrzymać. Wkrótce jednak dały się nagiąć do nowej służby, onagasy bowiem mniej narowiste od zeber, używane bywają często do zaprzęgu w górzystych krajach południowej Afryki i zdołano je nawet zaaklimatyzować w chłodniejszych stosunkowo krajach Europy.
Dnia tego cała osada z wyjątkiem Pencroffa, który postępował na czele, wsiadła na wózek i ruszyła w drogę ku Przystani Balonowej. Rozumie się samo przez się, że jazda taka po drodze zaledwie trochę zrównanej, tłukła niemiłosiernie kości, przybyto jednak do kresu podróży bez żadnej przeszkody i tego samego dnia jeszcze można było naładować na wózek powłokę balonu wraz z innemi jego przyrządami.
O godzinie ósmej z wieczora wózek, minąwszy most na Dziękczynnej, stoczył się wzdłuż lewego brzegu rzeki i zatrzymał się na wybrzeżu. Wyprzężono onagasy i odprowadzono je do stajni, a Pencroff przed zaśnięciem westchnął raz jeszcze potężnie na znak zadowolenia, a westchnienie to powtórzyły wszystkie echa Pałacu Granitowego.






ROZDZIAŁ VIII.
(Bielizna. — Obuwie ze skór fok. — Fabrykacja pyroksylu. — Rozmaite zasiewy. — Rybołowstwo. — Jaja żółwie. — Postępy Jowa. — Obora. — Polowanie na skalne barany. — Nowe skarby roślinne i zwierzęce. — Wspomnienia z dalekiej ojczyzny.)

Pierwszy tydzień miesiąca stycznia poświęcono szyciu bielizny tak potrzebnej dla osady. Igły znalezione w skrzyni, władane palcami chociaż niedelikatnemi ale gorliwemi, spełniały swój obowiązek należycie i można śmiało twierdzić: że to co uszyto, uszyto trwale i dobrze.
Nici nie brakowało także, dzięki szczęśliwemu pomysłowi Cyrusa Smitha, ponownego spożytkowania nici, z których splecione były powrozy balonu. Gedeon Spilett i Harbert rozplatali te długie powrozy z cierpliwością godną podziwienia; Pencroff musiał się wyrzec tej roboty, ponieważ drażniła go nad miarę, ale za to gdy przyszło do szycia, nikt nie potrafił mu dorównać. Wiadomo bowiem powszechnie, że marynarze posiadają nadzwyczajny zmysł do rzemiosła krawieckiego.
Następnie za pomocą sody i potasu otrzymanych ze spopielonych ciał roślinnych, wyprano z tłuszczu powłokę balonową, a płótno, oczyszczone z werniksu, odzyskało napowrót swą miękkość i naturalną elastyczność, a poddane następnie odbarwiającemu działaniu atmosfery, nabrało śnieżnej białości.
Tym sposobem uszyto kilka tuzinów koszul i szkarpetek — te ostatnie nie były oczywiście robione na drutach, lecz szyte z płótna. Co to była za rozkosz dla naszych osadników przywdziać wreszcie świeżą bieliznę — była ona wprawdzie dość grubą i szorstką, lecz o taką drobnostkę nie dbali osadnicy — i rozciągnąć się między dwoma prześcieradłami, które dotychczasowe ich legowiska w Pałacu Granitowym podniosły do godności rzeczywistych łóżek.
W tym samym także czasie sporządzono ze skór fok obuwie, które miało zastąpić trzewiki i buty przywiezione z Ameryki. O tem nowem obuwiu można śmiało twierdzić, że było przestronne w zdłuż i w szerz, i nie gniotło bynajmniej nogi.
Od początku roku 1866 trwały ciągłe upały, co jednak osadników naszych nie wstrzymywało wcale od polowania w lasach. Lasy roiły się od agutów, pekarysów, kabyjasów, kangurów i innej zwierzyny, tak włosem jak piórem porosłej, a Gedeon Spilett i Harbert byli tak celnymi strzelcami, że żaden ich strzał nie poszedł nigdy na marne.
Cyrus Smith zalecał im zawsze wielką oszczędność amunicji, sam zaś przemyśliwał nad tem, by zastąpić innemi substancjami proch i ołów znalezione w skrzyni, które pragnął przechować na przyszłość. Bo czyż podobna było przewidzieć, gdzie los jego i towarzyszy jego może kiedyś wyrzucić, na wypadek, gdyby opuścili teraźniejszą swą ojczyznę? Należało więc być przygotowanym na wszelkie nieprzewidziane potrzeby, i oszczędzać amunicję, używając zamiast niej innych substancyj dających się łatwo odtwarzać.
Zamiast ołowiu, którego śladów nie odkryto na wyspie, postanowił Cyrus Smith używać z niewielką stratą siekańców z żelaza, które łatwo było fabrykować. Ponieważ siekańce te miały mniejszą wagę od ołowiu, trzeba ich było używać w większych kawałkach, w skutek czego każdy ładunek zawierał mniejszą ich ilość zręczność jednak strzelców pokonywała ten błąd. Co się tyczy prochu, Cyrus Smith, mając pod ręką saletrę, siarkę i węgiel, mógł go był fabrykować; przedsięwzięcie to jednak wymagało wielkich starań i troskliwości, a nie mając potrzebnych do tego narzędzi, nie podobna było wytworzyć go w dobrym gatunku.
Cyrus Smith wolał zatem fabrykować pyroksyl, czyli bawełnę strzelniczą, substancję, w którą bawełna nie wchodzi wcale jako niezbędny składnik, lecz tylko jako włókień. Otóż włókień nie jest nic innego jak tylko zwykła tkanka roślinna, a w stanie zupełnie czystym znajduje się on nietylko w bawełnie, lecz także w konopiach i lnie, w papierze, w starem płótnie, w rdzeniu bzu itp. Otóż właśnie bzu było na wyspie poddostatkiem; zwłaszcza przy ujściu Czerwonego Potoku, a osadnicy używali już pierwiej zamiast kawy jagód z tych krzewów, należących do rzędu roślin wiciokrzewowatych.
Tak więc rdzeń bzu, to jest włókień, znajdował się podostatkiem, drugim zaś niezbędnym składnikiem pyroksylu jest kwas azotowy dymiący. Otóż Cyrus Smith, będąc już w posiadaniu kwasu siarczanego, mógł wytworzyć łatwo kwas azotowy, rozkładając siarkę, której mu dostarczała przyroda.
Postanowiono zatem fabrykować do użytku pyroksyl, pomimo że posiada on ważne niedostatki, jako to: wielką niejednakowość skutku, nadzwyczajną zapalność; wybucha już bowiem przy stu siedmdziesięciu stopniach, zamiast przy dwiestu czterdziestu, a w końcu zbyt nagłe spłonienie, co może spowodować uszkodzenie broni. Korzyści natomiast pyroksylu są następujące: nie podpada wilgoci, nie zanieczyszcza lufy u strzelby, a siła jego sprężności, a tem samem rzutu jest w czwórnasób tak wielką jak zwyczajnego prochu.
Ażeby wytworzyć pyroksyl, dość zanurzyć przez kwadrans włókień w kwasie azotowym dymiącym, następnie przepłukać go mocno wodą i wysuszyć. Jak widzimy rzecz najprostsza w świecie.
Cyrus Smith posiadał tylko zwykły kwas azotowy, nie zaś kwas azotowy dymiący, czyli jednowodnikowy, to jest taki, który pod wpływem wilgotnego powietrza wydaje białawą parę. Lecz zastąpiwszy go zwykłym kwasem azotowym, zmięszanym w stosunku trzech części do pięciu z kwasem siarczanym skoncentrowanym, mógł inżynier otrzymać ten sam skutek i rzeczywiście otrzymał go. Tym sposobem znajdowali się myśliwcy nasi niebawem w posiadaniu wybornie przyrządzonej substancji, która przy ostrożnem użyciu, wydawała znakomite rezultaty.
O tym samym czasie osadnicy nasi wykarczowali na Wielkiej Terasie trzy włóki ziemi, pozostawiając resztę na pastwisko dla onagasów. Przedsięwzięto kilka wycieczek do lasów Jakamarowego i Zachodniej Ręki, i dokonano znacznego zbioru dziko rosnących jarzyn, jako to: szpinaku, rzerzuchy, rzodkwi, rzepy, które zamierzono uszlachetnić za pomocą racjonalnej hodowli i uzupełnić niemi żywność azotową, na jaką wyłącznie ograniczeni byli dotychczas osadnicy wyspy Lincolna. Dowożono także regularnie drzewa i węgla. Każda taka wycieczka służyła zarazem do ulepszenia dróg, które pod kołami wozu wyrównywały się zwolna.
Królikarnia dostarczała także dla kuchni Pałacu Granitowego odpowiedniego zasobu królików. A ponieważ położoną była po drugiej stronie Potoku Glicerynowego, mieszkańce jej przeto niemogli nawiedzać Terasy, ani niszczyć świeżo założonych plantacyj. Także i ławica ostryg, rozciągająca się wśród raf nadbrzeżnych, dostarczała codziennie wyśmienitych mięczaków. Niebawem poczęło kwitnąć rybołostwo tak w jeziorze jak i w Dziękczynnej. Pencroff bowiem sporządził był wędki opatrzone żelaznemi haczkami, na które często gęsto łapały się piękne pstrągi i innego gatunku ryby, nader smaczne, z srebrzystemi łuskami nakrapianemi w żółtawe plamy. Tym sposobem Nab, oddany duszą i ciałem swemu kulinarnemu zawodowi, mógł w jadłospisach osady utrzymywać przyjemną rozmaitość. Na stole osadników nie brakowało niczego prócz chleba, a, jak powiedzieliśmy, brak ten dawał się im czuć istotnie.
O tymże czasie wyprawiono także polowanie na żółwie morskie, nawiedzające wybrzeża przylądka Obu Szczęk. W miejscu tem pokrytą była ziemia małemi nabrzmiałościami, w których były ukryte jaja kształtu zupełnie sferycznego, z białą, twardą skorupą, których białko posiadało tę własność, że nie zścinalo się tak, jak to bywa u jaj ptasich. Jaja te wykłuwały się same pod wpływem słońca, a liczba ich musiała być bardzo wielka, skoro jeden żółw jest wstanie rok rocznie znieść do dwiestu pięćdziesięciu jaj.
— To istny łan jaj, zauważył Gedeon Spilett, tylko je zbierać!
Nie zadawalając się jednak samym tylko produktem, wyprawiono polowanie na producentów, a skutek był taki, że przyniesiono do Pałacu Granitowego cały tuzin tych specjałów, które pod względem kulinarnym były istotnie drogocenne. Zupa żółwiowa zaprawiona ziołami aromatycznemi i przyjemnym smakiem niektórych roślin krzyżowych, zjednywała często Nabowi zasłużone pochwały.
Należy tu jeszcze przytoczyć inną szczęśliwą okoliczność, która dozwoliła nagromadzić nowe zapasy żywności na zimę. Oto gromady łososiów zaległy Dziękczynną kilka mil wzdłuż. Była to właśnie pora, w której samice, szukając miejsc sposobnych do tarcia się, poprzedzały samców i sprawiały w rzece wielki szum i łoskot. Tysiące tych ryb do półtrzecia stopy długich, natłoczyło się do rzeki, i dość było ustawić kilka tam, by wielką ich liczbę nałowić. Tym sposobem złowiono kilkaset sztuk, a nasoliwszy je przechowano aż do czasu, kiedy mrozy zimowe ściąwszy powierzchnię rzeki, uniemożliwić miały dalsze rybołowstwo.
Podczas tego wielce rozumny nasz Jow zaprawiał się do służby pokojowej. Ustrojono go w kurtkę, w krótkie spodeńki z białego płótna, i w fartuch z kieszeniami, które go niewymownie uszczęśliwiały, pakował w nie bowiem obie ręce i nie cierpiał tego, ażeby mu kto inny w nich szperał. Zwinny orangutan otrzymywał od Naba znakomitą edukację, i patrząc na murzyna i małpę mogło się wydawać, że się między sobą zupełnie porozumiewali. Jow żywił zresztą dla Naba niekłamaną sympatję, którą mu tenże odpłacał. W chwilach, gdy nie potrzebowano usług Jowa, czy to do wożenia drzewa, czy też do łażenia po drzewach, przepędzał tenże większą część czasu w kuchni i usiłował naśladować Naba we wszystkich jego zatrudnieniach. Mistrz okazywał zresztą nietylko cierpliwość ale i wielką gorliwość w kształceniu swojego ucznia, a wzamian uczeń z niepospolitą inteligencją korzystał z nauk mistrza.
Łatwo więc wystawić sobie zadowolenie mieszkańców Pałacu Granitowego, gdy pewnego dnia pan Jow z serwetą pod pachą przyszedł im usłużyć do stołu. Zgrabny, uważający, pełnił swą służbę z niesłychaną zręcznością, zmieniając talerze, przynosząc półmiski, nalewając szklanki, i to wszystko z powagą i godnością, która nieskończenie bawiła wszystkich, a Pencroffa wprawiała w uniesienie.
— Jow, rosołu!
— Jow, odrobiny aguta!
— Jow, talerza!
— Jow! Dzielny Jow! Poczciwy Jow!
Wykrzykniki te powtarzały się nieustannie, a Jow nie dając się niczem zbić z tropu, wypełniał wszystko, czuwał nad wszystkiem i potrząsł potakująco głową, gdy Pencroff ponawiając żart, którego pozwolił sobie pierwszego dnia, rzekł do niego:
— Nie ma co mówić, Jow, trzeba ci będzie podwoić pensję!
Nie potrzebuję dodawać, że Jow zaaklimatyzował się przez ten czas zupełnie w Pałacu Granitowym, i że nieraz towarzyszył swym panom do lasu, nie objawiając nigdy zamiaru ucieczki. Warto go było widzieć wtedy, jak kroczył w najpocieszniejszy sposób, laskę, którą mu wystrugał Pencroff, niosąc na ramieniu jak karabin! Gdy trzeba było zerwać owoc jaki na samym wierzchołku drzewa, Jow jednym susem był już na górze! Gdy koło ugrzęzło, Jow jednem pchnięciem sprowadzał je napowrót na dobrą drogę!
— Oto mi chwat! — wołał nieraz Pencroff. Gdyby był tak złym, jak jest dobrym, nie byłoby sposobu dać sobie z nim rady!
Z końcem stycznia rozpoczęli osadnicy na wielką skalę robotę w środkowej części wyspy. Postanowiono bowiem niedaleko źródła Czerwonego Potoku, a u stóp góry Franklina założyć oborę dla tych bydląt, których obecność w pobliżu Pałacu Granitowego byłaby niedogodną, a mianowicie dla baranów skalnych, mających dostarczyć wełny potrzebnej na odzież zimową.
Co rana osada, czasem w komplecie ale najczęściej reprezentowana tylko przez Cyrusa Smitha, Harberta i Pencroffa, udawała się do źródła Czerwonego Potoku. Przy pomocy onagasów była to mała przechadzka pięciomilowa, pod sklepieniem z zieleni, po drodze świeżo wytyczonej, a nazwanej, „drogą do obory.“
Tam upatrzono rozległe miejsce, na odwrotnej stronie południowego grzbietu góry. Była to łąka zasadzona grupami drzew, a położona u samego podnóża jednego z poprzecznych pasm, które zamykało ją z tego boku zupełnie. Maleńki strumyczek, wytryskający na stokach góry, przerzynał ją w poprzek i wpadał do Czerwonego Potoku. Porosłą była cała świeżą trawą, a tu i ówdzie porozrzucane drzewa pozostawiały wolny przewiew powietrza. Trzeba więc było tylko otoczyć tę łąkę do koła palisadą, przytykającą z obu stron do owej góry, a tak wysoką, by najzwinniejsze z tych zwierząt nie były w stanie jej przeleźć. Ogrodzenie to powinno było obok sztuk rogatego bydła, baranów skalnych i dzikich kóz, pomieścić także młode, któreby później przyszły na świat.
Inżynier wytyczył zatem obwód obory, poczem miano przystąpić do ścinania drzew potrzebnych na palisadę. Ponieważ jednak przy prowadzeniu drogi przez las poświęcono już znaczną liczbę drzew, więc teraz zwieziono je tylko i wyciosano z nich około sto palów, które wbito głęboko w ziemię.
W przednim boku palisady pozostawiono szeroki otwór i zaopatrzono go bramą o dwóch skrzydłach zrobioną z silnych tarcic, którą z zewnątrz miano wzmocnić poprzecznemi drągami.
Budowa tej obory wymagała najmniej trzech tygodni czasu; oprócz palisady bowiem, powystawiał Cyrus Smith duże szopy z desek na schronienie dla bydląt. Zresztą cała budowa musiała być niezmiernie trwałą, barany te bowiem obdarzone są niezmierną siłą i słusznie należało się obawiać pierwszego impetu ich wściekłości. Pale zaostrzone u góry i przysmalone w ogniu, spojono ze sobą za pomocą nitablowanych przecznic, a w pewnych odstępach pomieszczono z zewnątrz podpory dla utrwalenia całości budowy.
Po ukończeniu obory miano przedsięwziąć wielką obławę u podnóża góry Franklina, na łąkach zamieszkiwanych przez skalne barany. Zamiaru tego dokonano 7. lutego. w piękny dzień letni i cała osada wzięła w nim udział. Oba onagasy, dość już dobrze wytresowane, a jeżdżone przez Gedeona Spiletta i Harberta, oddały przy tej sposobności niepoślednie usługi.
Cały manewer polegał na spędzaniu do kupy baranów i kóz i stopniowem ścieśnieniu obławy. Cyrus Smith, Pencroff, Nab i Jow ustawili się w rozmaitych punktach lasu, podczas gdy obaj kawalerzyści z Topem galopowali do koła obory, w promieniu wynoszącym pół mili.
Tę część wyspy zamieszkiwały barany wielkiemi gromadami. Wspaniałe te zwierzęta, duże jak daniele, z rogami silnemi jak taran, z popielatą wełną o długich kudłach, podobne były do orgalisów.
Ciężki to był ten dzień łowów! Co tam było chodzenia, co biegania tam i nazad, a co krzyku! Na sto baranów które spędzono w kupę, więcej niż dwie trzecie części wymknęły się obławnikom; lecz koniec końców z jakie trzydzieści baranów i dziesięć kóz dzikich, parte zwolna ku oborze, której brama na oścież otwarta zdawała się ich zapraszać do środka, wpadły do obory i zostały pojmane w niewolę.
Ogółem wziąwszy rezultat był zadowalający i osadnicy nie mogli się uskarżać. Większą część schwytanych baranów stanowiły samice, z których kilka niebawem miało zlegnąć. Nie było zatem co wątpić, że trzoda wieść się będzie dobrze i że nietylko wełny ale i skór z czasem będzie podostatkiem.
Tego wieczora myśliwi nasi pomęczeni srodze wrócili do Pałacu Granitowego. Niemniej przeto nazajutrz pospieszyli obaczyć, co się dzieje w oborze. Jeńcy próbowali wprawdzie rozwalić częstokół, lecz to się im nie udało i teraz sprawowali się o wiele spokojniej.
Przez cały miesiąc luty nie wydarzyło się nic ważniejszego. Codzienne zajęcia szły zwykłym trybem, a jednocześnie, ulepszając dotychczasowe drogi t. j. balonową i prowadzącą do obory, poczęto trasować nową drogę od ogrodzenia ku północnym wybrzeżom. Najmniej znaną częścią wyspy były owe puszcze pokrywające cały półwysep Jaszczurowy; bór ten zamieszkiwały bestje, od których Gedeon Spilett zamierzał oczyścić wyspę.
Zanim pora zimna nastała, oddawano się z największą troskliwością hodowli dzikich roślin, przesadzonych z lasu na Wielką Terasę. Harbert z każdej wycieczki przyniósł jakiś krzew pożyteczny. Raz okazy roślin cykorjowych, których ziarnka wyciśnięte dawały wyśmienity olej, innym razem szczaw’ pospolity, który posiada tę szacowną własność, że chroni od szkorbutu; to znów kilka tych drogocennych bąbelków, chowanych po wszystkie czasy w Ameryce południowej, zwanych ziemniakami, których liczymy już dziś około dwieście rozmaitych gatunków. Ogród warzywny dobrze utrzymywany, podlewany, chroniony przed ptactwem, podzielony był na małe kwadratowe grządki, na których rosły sałata, szczaw’ rzepa, rzodkiew i inne rośliny krzyżowe. Ziemia na terasie była nader żyzna i można się było spodziewać obfitych zbiorów.
Nie zbywało równie na najróżnorodniejszych napitkach, a rezygnując z wina, najwybredniejszy nawet smakosz nie potrzebowałby się był uskarżać. Prócz herbaty oswegskiej gotowanej z monard dwulistnych, i likworu fermentującego z korzonków smoczaków, przyrządzał Cyrus Smith prawdziwe piwo z młodych pręcików krzewu zwanego „czarny świerk“ (abies nigra), które wygotowane i wyfermentowane dawały napitek przyjemny i posiadający własność wybitnie hygieniczną, a przez Anglo-Amerykanów zwany „spring-beer,“ czyli piwo świerkowe.
Z końcem lata powiększył się drób’ o parę pięknych dropiów, należących do gatunku zwanego „hubara,“ którego charakterystyczną cechę stanowi rodzaj płaszczyka z piór; także o tuzin owych ptaków amerykańskich, u których górna część dzióba, przedłuża się z obu stron w mięsistą narość, tudzież o kilka wspaniałych kogutów, z czarnemi grzebieniami, gardziołkami i naskórkami, podobnych do kogutów mozambijskich, które pompatycznie przechadzały się nad brzegiem jeziora.
Tak więc dzięki niezmordowanej czynności tych ludzi pełnych odwagi i inteligencji, wszystko im się wiodło. Opatrzność była dla nich niewątpliwie łaskawą, ale wierni owej wielkiej zasadzie, najpierw starali się pomódz sami sobie, a potem niebo przychodziło im w pomoc.
Po gorącym dniu letnim, wieczorem, po skończonej pracy, gdy wietrzyk zawiał od morza, lubili siadywać na brzegu Wielkiej Terasy, pod werandą z wijących się bluszczów, którą Nab własnemi wystawił rękoma. Siedząc tak, gwarzyli, pouczali się nawzajem, snuli rozmaite plany, a rubaszny humor marynarza rozweselał nieustannie ten malutki światek, w którym panowała niezamącona nigdy harmonja.
Rozmawiano także o ojczyźnie, o tej Ameryce ukochanej i wielkiej. Jak się zakończyła wojna secesjonistów? Niezawodnie dłużej trwać już nie mogła! Richmond musiał bez wątpienia popaść w moc jenerała Granta! Zajęcie stolicy sfederowanych musiało zakończyć ostatni akt tej krwawej wojny! A teraz tryumfuje dobra sprawa Północy. Ach! jakże pożądanym byłby dziennik jaki dla wygnańców wyspy Lincolna! Oto już jednaście miesięcy ubiegło, jak oddzielonymi zostali od reszty świata, a niebawem, 24. marca, miała nadejść rocznica tego dnia, w którym balon wyrzucił ich na te nieznane wybrzeża! Wówczas byli nędznymi rozbitkami i nie wiedzieli nawet, czy zdołają w walce z żywiołami ocalić lichy swój żywot! A teraz, dzięki wszechstronnej wiedzy ich naczelnika, dzięki własnej inteligencji, byli prawdziwymi osadnikami, zaopatrzonymi w broń, narzędzia i instrumenta, i potrafili podbić pod swą władzę zwierzęta, rośliny i minerały wyspy, to jest, wszystkie trzy królestwa przyrody!
Tak! nieraz rozprawiali o tem wszystkiem i rozwijali wiele planów na przyszłość!
Sam Cyrus Smith, najczęściej milczący, chętniej przysłuchiwał się rozmowom towarzyszy, niżli sam brał w nich udział. Czasem tylko jaka uwaga Harberta lub dziwactwo Pencroffa wywołało uśmiech na twarzy jego, ale ciągle i bez przerwy przemyśliwał nad temi niewyjaśnionemi zdarzeniami, nad tą niepojętą zagadką, której nie mógł dotychczas dociec!






ROZDZIAŁ IX.
(Nawałnice. — Winda hydrauliczna. — Fabrykacja szyb i naczyń szklannych. — Drzewo chlebowe. — Częste odwidziny obory. — Wzrost trzody. — Kwestja postawiona przez korespondenta. — Dokładne oznaczenie równoleżnika wyspy Lincolna. — Propozycja Pencroffa.)

W pierwszym tygodniu miesiąca marca zmieniła się pogoda. Na początku miesiąca była pełnia i trwały ciągle nieznośne upały. Czuć było, że atmosfera przesyconą była elektrycznością i słusznie należało się obawiać zbliżającej się dłuższej lub krótszej pory burz.
W samej rzeczy, dnia 2go marca, zahuczały grzmoty z nadzwyczajną gwałtownością. Wicher dął od wschodu a grad bił prosto we front Pałacu Granitowego z trzaskiem podobnym do strzałów karabinowych. Trzeba było szczelnie pozamykać drzwi i okiennice, ażeby uniknąć powodzi w pokojach.
Na widok tych ziarn gradowych, między któremi były i tak wielkie jak jaja gołębie, jedna myśl tylko przejmowała Pencroffa, mianowicie: że jego łan zboża narażony był na najwyższe niebezpieczeństwo.
Pobiegł więc co rychło do łanu, na którem kłoski poczęły już podnosić zielone swe główki, i grubem płótnem nakrył przyszły swój plon. Wprawdzie zamiast niego został sam należycie przez grad wymłóconym, lecz nie uskarżał się na to wcale.
Burza ta trwała dni ośm, a przez cały ten czas bezustanku warczały grzmoty w obłokach. Pomiędzy pierwszą a drugą burzą słychać było głuche ich huczenie na krańcach widnokręgu; poczem z nową zaryczały wściekłością. Niebo rozjaśniało się co chwila wstęgami błyskawic, a piorun powalił kilka drzew na wyspie, między innemi olbrzymią sosnę tuż przy jeziorze z kraju lasu stojącą. Dwa lub trzy razy zarył grot elektryczny w piasek nadbrzeżny, stopił go i przemienił w szklistą masę. Widok tego szkliwa przywiódł inżyniera na myśl, że dałoby się może opatrzyć okna Pałacu grubemi i trwałemi szybami, zdolnemi wytrzymać pociski wichru, deszczu i gradu.
Osadnicy nasi, nie mając żadnej pilnej roboty po za domem, korzystając ze słoty, pracowali w Pałacu Granitowym, którego wewnętrzne urządzenie z każdym dniem udoskonalało się i uzupełniało. Inżynier postawił tokarnię, za pomocą której utoczono kilka narzędzi toaletowych i kuchennych, zwłaszcza guziki, których brak dawał się czuć dotkliwie. Sporządzono rodzaj szaragi na broń, którą nader starannie utrzymywano; półki i szafy nie pozostawiały również nic do życzenia. Piłowano, heblowano, wygładzano, toczono i przez cały ten czas słoty słychać było tylko zgrzyt narzędzi i warczenie koła tokarskiego, odpowiadającego hukom grzmotów.
Nie zapomniano przytem i o panu Jowie; zajmował on osobny pokój koło głównego magazynu, rodzaj małej izdebki z legowiskiem opatrzonem zawsze w świeżą podściółkę, z którego był bardzo zadowolonym.
— Na tego poczciwego Jowa nie słychać nigdy skarg żadnych, powtarzał nieraz Pencroff, nigdy mu się nie wymknie żadna odpowiedź niewłaściwa! Co to za sługa z niego, Nabie, co za sługa!
— Mój uczeń, odpowiedział Nab, wkrótce dojdzie mnie samego!
— Przewyższy cię! odpierał na to ze śmiechem marynarz, bo koniec końców, ty, mój Nabie gadasz, a on nie gada nic!
Jow, rozumie się, obeznanym był już teraz wybornie z całą usługą. Trzepał suknie, kręcił rożen, zamiatał pokoje, usługiwał do stołu, składał drzewo i — co najbardziej zachwycało Pencrofta — co dzień, zanim sam położył się spać, przychodził do zacnego marynarza i otulał go do snu.
Stan zdrowia członków osady, tak dwunożnych jak dwurękich, czwororękich i czworonożnych, nie pozostawiał nic do życzenia. Żyjąc wciąż na świeżem powietrzu, w kraju tak zdrowym, pod niebem umiarkowanem, przy ciągłej pracy umysłowej i fizycznej, nie potrzebowali się lękać żadnej choroby.
To też wszyscy cieszyli się najlepszem zdrowiem. Harbert przez ten rok urósł o dwa cale. Twarz jego nabrała wyrazu bardziej męskiego. Obiecywał wyrość na człowieka dzielnego, tak pod względem fizycznym jak i moralnym. Prócz tego, korzystając z chwil wolnych od zajęć ręcznych, uczył się, odczytywał tych kilka książek znalezionych w skrzyni, a przy nauce praktycznej, wypływającej już z samego położenia, w jakim się znajdował, miał jeszcze pod względem umiejętności ścisłych w inżynierze, a pod względem języków w korespondencie nauczycieli, którzy z roskoszą dopełniali jego wykształcenia
Ulubioną myślą inżyniera było przelać całą swą wiedzę w tego chłopca, nauczać go zarówno słowem jak przykładem, a Harbert w pełnej mierze korzystał z nauk mistrza.
— Gdy umrę, myślał nieraz Cyrus Smith, on mnie zastąpi.
Burza ucichła wreszcie 9go marca, ale niebo przez cały ten ostatni miesiąc letni pokryte było chmurami. Powietrze wstrząśnione gwałtownie prądami elektrycznemi, nie mogło już odzyskać dawnej czystości, i bez przerwy prawie trwały deszcze i mgły, z wyjątkiem trzech lub czterech dni pogodnych, podczas których przedsiębrano rozmaitego rodzaju wycieczki.
O tym czasie samica onagasa urodziła źrebię tej samej płci co matka; było ono wielce pożądanem nabytkiem. Podobnież i trzoda baranów pomnożyła się o kilka jagniąt; te beczały pod szopą, ku wielkiej uciesze Naba i Harberta, z których każdy miał pomiędzy nowonarodzonymi swojego faworyta.
Próbowano także przyswoić pekarysy, a próba ta udała się zupełnie. Koło podwórka postawiono ogrodzenie, które niebawem zaludniło się młodem potomstwem, wzrastającem albo raczej wypasającem się pod troskliwą pieczą Naba. Jow, który z urzędu swego nosił im codziennie pożywienie, t. j. pomyje, resztki z kuchni i t. p. wywiązywał się sumiennie z tego zadania. Prawda, że czasem pozwalał sobie żartów, kosztem swych małych stołowników, i ciągnął ich za ogony, nie czynił tego jednak bynajmniej ze złości lecz tylko z pustoty, te małe bowiem kręcone ogonki bawiły go niezmiernie, a miał on zupełnie usposobienie dziecka.
Pewnego dnia Pencroff rozmawiając z inżynierem przypomniał mu obietnicę, której dotychczas nie miał czasu wykonać.
— Wspomniałeś pan raz, panie Cyrus, rzekł marynarz, o przyrządzie, który ma zastąpić długą drabinkę wiodącą do Pałacu Granitowego. Nie wykonasz też pan kiedy tego przyrządu?
— Chcesz pan zapewne mówić o rodzaju windy? odparł Cyrus Smith.
— Jeśli pan chcesz, nazwijmy go windą, odparł marynarz. Mniejsza o nazwę, byle nas tylko wygodnie podnosił aż do drzwi mieszkania.
— Nic łatwiejszego, Pencroffie, ale czy to koniecznie potrzebne?
— Bez wątpienia panie Cyrus. Zaspokoiwszy nasze konieczne potrzeby, pomyślmy trochę o wygodzie. Dla nas ludzi, jeśli pan chcesz, będzie to zbytek, ale dla rzeczy martwych jest to niezbędnem! Nie bardzo to wygodnie drapać się po długiej drabinie, gdy się jest obładowanym ciężarami!
— A no, spróbuję cię zadowolić, Pencroffie, odparł Cyrus Smith.
— Ależ pan nie masz maszyny do poruszania takiego przyrządu.
— Zrobimy ją.
— Maszynę parową?
— Nie, maszynę wodną.
I w samej rzeczy posiadał inżynier dla swojego przyrządu naturalną siłę poruszającą, którą bez wielkiej trudności można było zużytkować. W tym celu należało tylko zwiększyć potoczek, który przez wąską czeluść dostarczał wody do wnętrza Pałacu Granitowego. Rozszerzono zatem górny otwór odpływowy, osłoniony kamieniem i zielskiem, przez co utworzył się poniżej silny wodospad, z którego nadmiar wody upływał przez studnię podziemną. Poniżej tego wodospadu ustawił inżynier walec ze skrzydłami, który na zewnątrz zostawił w połączeniu z kołem okręconem grubą liną, u której końca przywiązany był kosz. Tym sposobem, za pomocą długiego sznura spadającego aż do ziemi, służącego do zatrzymywania i puszczania w ruch windy hydraulicznej, można było wznieść się w koszu aż do drzwi Pałacu Granitowego.
Dnia 17. marca odbyła się pierwsza próba windy hydraulicznej i wypadła ku powszechnemu zadowoleniu. Odtąd windowano wszystkie ciężary, drzewo, węgle, żywność, i sami osadnicy wznosili się do góry za pomocą tego pojedynczego przyrządu, który zastąpił pierwotną drabinkę przez nikogo nie żałowaną. Top szczególnie zachwycony był tem ulepszeniem, gdyż ani posiadał ani mógł posiadać tej zwinności w łażeniu po drabinie, co Jow, i nieraz na plecach Naba, albo i na grzbiecie orangutana odbywał swój wjazd do Pałacu Granitowego.
O tymże czasie postanowił także Cyrus Smith wyrabiać szkło. Na to potrzeba było przedewszystkiem dawny piec garncarski przerobić stosownie do nowego celu. Przedstawiało to dość wielkie trudności, jednak po kilku bezowocnych usiłowaniach, udało się wreszcie inżynierowi postawić hutę szklanną, której Gedeon Spilett i Harbert, naturalni pomocnicy inżyniera, przez całych kilka dni ani na krok nie opuszczali.
Materjałami służącemi do robienia szkła są: piasek, kreda i soda (węglan sodowy lub siarczan sodowy.) Piasku było dość na wybrzeżach, kredy dostarczało wapno, rośliny morskie dawały sodę, piryty dostarczały kwasu siarczanego, a ziemia węgla do ogrzewania pieca hutniczego do wymaganej temperatury. Tak więc posiadał Cyrus Smith wszystkie materjały potrzebne do fabrykacji.
Najwięcej trudności przedstawiało sporządzenie głównego narzędzia do tej roboty, zwanego „cybuchem.“ Jest to rura żelazna, pięć do sześciu stóp długa, którą nabiera się stopionej masy szklannej. Pencroffowi jednak udało się z długiej i cienkiej blachy żelaznej, zwiniętej w trąbkę na kształt lufy u strzelby, utworzyć taki cybuch, który się okazał zupełnie przydatnym.
Dnia 28. marca rozgrzano piec silnie. Sto części piasku, trzydzieści pięć części kredy, czterdzieści siarkanu sodowego, zmięszane z dwiema lub trzema częściami spylonego węgla, stanowiły materjał, który wsypano do tyglów z ogniotrwałej gliny. Gdy wskutek podniesionej temperatury pieca, mięszanina ta przeszła w stan płynny albo raczej w cieścisty, Cyrus Smith „nabrał“ cybuchem pewną ilość tej masy, wypuścił ją na płycie metalowej poprzednio na ten cel przygotowanej, aby jej nadać kształt najodpowiedniejszy do wydymania, poczem oddał cybuch Harbertowi, rozkazując mu dmuchać w niego drugim końcem.
— Jak przy puszczaniu baniek mydlanych? zapytał chłopak.
— Zupełnie tak samo — odparł inżynier.
Harbert wydął policzki i dmuchał w cybuch, obracając go przytem nieustannie, dopóki w skutek dmuchania nie rozszerzyła się masa szklanna. Poczem dodano jeszcze więcej masy stopionej, tak że wkrótce utworzyła się bryła, mająca stopę średnicy. Wtedy Cyrus Smith wziął napowrót cybuch z rąk Harberta i wprawiwszy go w ruch wahadłowy, przedłużył miękką jak ciasto bryłę i nadał jej kształt walcowato-stożkowy.
Wskutek tej operacji otrzymano walec szklanny, zakończony po obu bokach półkulistemi czepkami, które odłączono z łatwością za pomocą noża zwilżonego zimną wodą. Tym samym sposobem rozcięto walec na podłuż, i rozmiękczywszy go przez powtórne ogrzanie, rozciągnięto na płycie i rozprostowano za pomocą drewnianego wałka.
Tym sposobem zrobiono pierwszą szybę, a powtórzywszy tę samą operację pięćdziesiąt razy z kolei, otrzymano pięćdziesiąt szyb. Tak więc okna Pałacu Granitowego zaopatrzone zostały w przezroczyste płyty szklanne, może nie zbyt białe, ale dostatecznie przejrzyste.
Wydymanie naczyń, szklanek i butelek, było już tylko igraszką. Zatrzymywano kształt ich taki, w jakim wychodziły na końcu cybucha. Teraz Pencroff prosił z kolei o pozwolenie „dmuchania,“ i robił to z wielką przyjemnością, ale dmuchał tak silnie, że wyroby jego przybierały najzabawniejsze kształty i jego samego wprawiały w podziw.
Podczas jednej z wycieczek podjętych w tej porze odkryto nowe drzewo, którego owoce powiększyły jeszcze zasoby żywności osady.
Cyrus Smith wybrawszy się pewnego dnia z Harbertem na polowanie, zapuścili się w głąb lasu Zachodniej Ręki, na lewym brzegu Dziękczynnej, i jak zwykle, chłopak zadawał inżynierowi tysiączne pytania, na które ten z największą gotowością odpowiadał. Ale z polowaniem ma się rzecz tak samo, jak z innemi czynnościami na tym świecie, gdy się do nich nie bierze gorliwie, nie udają się oczywiście. A ponieważ Cyrus Smith nie był zapalonym myśliwym, a Harbert ze swej strony mówił tylko o chemji i fizyce, więc tego dnia wiele kangurusów, kabyjasów i agutów uszło przed strzelbą Harberta. W skutek tego była już późna godzina, a myśliwi nasi nic jeszcze nie upolowali i wyprawa miała pozostać bezowocna, gdy nagle Harbert zatrzymał się i z okrzykiem radości zawołał:
— Panie Cyrus, widzisz pan to drzewo?
I mówiąc to wskazał na drzewo podobne raczej do krzewu, składające się tylko z pojedyńczej łodygi, pokrytej łuskowatą korą, z liśćmi prążkowanemi w małe równoległe żyłki.
— Cóż to za drzewo takie podobne do małej palmy? — zapytał Cyrus Smith.
— Jest to cycas revoluta (sagowiec), którego wizerunek znajduje się w naszym słowniku historji naturalnej!
— Lecz gdzież są owoce tego krzewu?
— Nie ma ich, panie Cyrus — odparł Harbert — ale zato sama łodyga zawiera wewnątrz mąkę, którą natura daje nam całkiem zmieloną.
— Więc to drzewo chlebowe?
— Tak! to drzewo chlebowe.
— A zatem, moje dziecię — odparł inżynier — zanim doczekamy się chleba z naszej pszenicy, jest to dla nas odkrycie ze wszech miar drogocenne. Do dzieła więc, a dałby Bóg, żebyś się nie omylił!
Harbert nie omylił się wcale. Rozłamał łodygę jednego z tych sagowców, składającą się z gruczołkowatej tkanki i zawierającą pewną ilość mączkowatego szpiku, poprzerzynanego drzewiastemi pręcikami, pręciki te zaś przeplatane były drzewiastemi obrączkami koncentrycznie poukładanemi. Mączka ta zmięszaną była ze sokiem roślinnym posiadającym smak nader nieprzyjemny, sok ten jednak łatwo można było wydusić. Włóknista ta materja była rzeczywistą mąką, i to przedniejszego gatunku, nader pożywną, której wywóz wzbraniały niegdyś prawa japońskie.
Cyrus Smith i Harbert, obejrzawszy dokładnie stronę lasu, w której rosły te sagowce i opatrzywszy takowe znakami, powrócili sami do Pałacu Granitowego i obwieścili towarzyszom nowe odkrycie.
Nazajutrz osadnicy udali się na zbiór sagowców, a Pencroff, który coraz bardziej entuzjazmował się wyspą, rzekł do inżyniera:
— Czy wierzysz pan w to, panie Cyrus, że istnieją wyspy dla rozbitków?
— Co pod tem rozumiesz, Pencroffie?
— Rozumiem to, że istnieją wyspy stworzone umyślnie po to, aby w ich pobliżu mogły się wygodnie rozbijać okręta, wyspy takie, na których biedni rozbitki zawsze dadzą sobie radę!
— To być może — odparł z uśmiechem inżynier.
— To rzecz pewna, mój panie — odparł Pencroff — jak niemniej pewnem jest i to, że jedną z takich wysp jest właśnie wyspa Lincolna!
Wrócono do Pałacu Granitowego z obfitym zbiorem łodyg sagowcowych. Inżynier sporządził prasę do wyciskania z mąki owego soku roślinnego, poczem otrzymał znaczną ilość przedniej mąki, która pod ręką Naba przemieniała się w ciastka i puddingi. Był to chleb wprawdzie nie taki jak pszeniczny, lecz wielce do niego zbliżony.
W tym samym czasie onagasy, kozy i owce dostarczały codziennie mleka dla osady. Przedsiębrano częste wycieczki do obory wózkiem, albo raczej rodzajem lekkiej kolaski, którą zastąpiono dawniejszy wózek, a Pencroff każdym razem, gdy wypadała kolej na niego, brał ze sobą Jowa i kazał mu powozić, z czego Jow, gęsto trzaskając z bicza, wywiązywał się ze zwykłą swą zręcznością.
Tak więc wszystko wiodło się pomyślnie i w oborze, i w Pałacu Granitowym, i zaiste, gdyby nie oddalenie od ojczyzny, osadnicy nie mieliby się na co uskarżać. Byli jakby stworzeni do podobnego życia, a zresztą przyzwyczaili się już tak do tej wyspy, że z żalem byliby opuszczali gościnną jej ziemię!
A jednak, tak silnie zakorzenioną jest miłość ojczyzny w sercu człowieka, że gdyby niespodziewanie zjawił się w pobliżu wyspy jaki okręt, osadnicy nasi byliby go przywołali znakami i byliby porzucili wyspę!... Tymczasem cieszyli się pomyślnym swym losem, i raczej lękali się, niżeli pragnęli zdarzenia mogącego przerwać błogi ten stan.
Lecz któryż człowiek na świecie może sobie pochlebiać, że przykuł do siebie szczęście i czuć się bezpiecznym od jego kaprysów!
Bądź co bądź wyspa ta, którą osadnicy nasi zamieszkiwali już przeszło od roku, nieraz stanowiła przedmiot ich pogadanek, i pewnego dnia zrobili spostrzeżenie, które pociągnęło za sobą później ważne następstwa.
Było to 1. kwietnia, w niedzielę wielkanocną, którą Cyrus Smith z towarzyszami swoimi święcili odpoczynkiem i modłami. Dzień był tak pogodny, jak bywają czasem na półkuli północnej dnie październikowe.
Wieczorem, po objedzie, zgromadzili się wszyscy pod werandą, nad brzegiem Wielkiej Terasy, i przypatrywali się cieniom nocnym powstającym na widnokręgu. Nab podał kilka filiżanek owej nalewki przyrządzonej z ziarnek bzu, a zastępującej miejsce czarnej kawy. Rozmawiano o wyspie i jej odosobnionem położeniu wśród wód Cichego Oceanu, gdy nagle odezwał się Gedeon Spilett w te słowa:
— Kochany Cyrusie, czy od czasu kiedy posiadamy sekstant, który znaleźliśmy w skrzyni, zdejmowałeś na nowo położenie naszej wyspy?
— Nie, nie robiłem tego, odparł inżynier.
— Lecz możeby było na czasie uczynić to teraz, kiedy posiadamy instrument doskonalszy od tego, którym posługiwałeś się wówczas.
— A to poco? zapytał Pencroff. Przecież wyspa leży i teraz tam, gdzie leżała!
— Bez wątpienia, ciągnął dalej Gedeon Spilett, jednak w skutek niedoskonałości instrumentu mogła zajść niedokładność w obliczeniu, a ponieważ teraz łatwo możemy je sprawdzić...
— Masz słuszność, kochany Spilett, odparł inżynier, powinienem był już dawniej je sprawdzić, chociaż, jeżelim się omylił, to nie więcej jak o pięć stóp na szerokość lub długość..
— Ba, kto to wie? ciągnął dalej korespondent, kto wie, czyli nie znajdujemy się bliżej ziemi zamieszkałej, niźli sami sądzimy?
— Dowiemy się o tem jutro, odparł Cyrus Smith, i gdyby nie te ciągłe zatrudnienia, które mi nie pozostawiały chwili wolnego czasu, jużbyśmy o tem dotychczas wiedzieli.
— Niech i tak będzie, rzekł Pencroff, pan Cyrus jest za nadto dobrym rachmistrzem, ażeby się mógł omylić, i jeżeli tylko wyspa nie ruszyła się z miejsca, to z pewnością leży tam, gdzie ją postawił pan Cyrus!
— Obaczymy.
Nazajutrz więc przedsięwziął inżynier przy pomocy sekstanta odpowiednie badania ku sprawdzeniu otrzymanych już pierwej równorzędnych wyspy, a rezultat tego badania był następujący:
Pierwsze badanie wykazało, że wyspa Lincolna położoną była:
między 150 a 155ym stopniem długości zachodniej
między 30 a 35 stopniem szerokości połudn.
Drugie badanie wykazało dokładnie:
150° 30′ długości zachodniej
34° 57′ szerokości południowej.
Tak więc pomimo niedokładności przyrządów, z taką zręcznością przeprowadził był Cyrus Smith swe poprzednie badania, że omyłka nie wynosiła więcej jak pięć stopni.
— A teraz, rzekł Gedeon Spilett, ponieważ oprócz sekstanta posiadamy także mapę geograficzną, przekonajmy się teraz dokładnie, kochany Cyrusie, jakie miejsce zajmuje wyspa Lincolna na Cichym Oceanie.
Harbert pobiegł po mapę, która, jak wiemy, wydaną była we Francji, a tem samem posiadała nomenklaturę francuską.
Rozpostarto mapę Cichego Oceanu, a inżynier, z kompasem w ręku, gotował się oznaczyć położenie wyspy.
Nagle zatrzymał rękę z kompasem i zawołał:
— Ależ w tej stronie Cichego Oceanu leży już jedna wyspa!
— Wyspa? zawołał Pencroff.
— Prawdopodobnie, nasza! odparł Gedeon Spilett.
— Wcale nie, ciągnął dalej Cyrus Smith. Wyspa ta położoną jest pod 153 stopniem długości a 37° 11′ szerokości geograficznej, zatem o półtrzecia stopnia dalej na zachód, a o dwa stopnie dalej na południe, niżeli wyspa Lincolna.
— Cóż to za wyspa? zapytał Harbert.
— Wyspa Tabor.
— Czy duża?
— Nie, jest to mała wysepka, położona samotnie wśród Cichego Oceanu, której może nikt jeszcze dotąd nie zwidził!
— A zatem my ją zwidzimy, rzekł Pencroff.
— My?
— W samej rzeczy, panie Cyrus. Zbudujemy łódź pomostową, a ja się podejmuję nią sterować. Jak daleko z tąd do tej wyspy Tabor?
— Około sto pięćdziesiąt mil w kierunku północno-zachodnim, odparł Cyrus Smith.
— Sto pięćdziesiąt mil! To fraszka! odparł Pencroff. Przy pomyślnym wietrze przepłyniemy je w czterdziestu ośmiu godzinach!
— Ale naco i poco? zapytał korespondent.
— Alboż ja wiem? To się da widzieć!
Na tę odpowiedź Pencroffa, uchwalono zbudować łódź, tak, by około przyszłego października, za powrotem pogodnej pory, można się było puścić na morze.






ROZDZIAŁ X.
(Budowa statku. — Drugi zbiór zboża. — Polowanie na koulasy. — Wieloryb przed oczyma. — Harpuna z Vineyard. — Rozćwiartowanie wieloryba. — Użytek z fiszbinu. — Koniec maja. — Pencroffowi nic już nie pozostaje do życzenia.)

Gdy Pencroff raz wbił sobie jaki zamiar w głowę, nie spoczął, i nie dał innym spokoju, pokąd go nie dokonał. Otóż zachciało mu się odwidzić wyspę Tabor, a ponieważ statek pewnej wielkości był ku temu niezbędnym, trzeba było więc zbudować taki statek.
Po porozumieniu się z marynarzem, inżynier podał plan następujący.
Okręcik miał mieć trzydzieści pięć stóp długości a dziewięć szerokości, co było dostatecznem do nadania mu znacznej szybkości, jeżeli tylko dno i linje poziome wyciągnięte na części jego zanurzonej w wodzie, a równolegle do linji unoszenia się nad wodą — dobrze będą urządzone. Zagłębiać się miał nie więcej jak na sześć stóp, co wystarczało, aby go uchronić od skośnego zbaczania. Przez całą długość jego miał ciągnąć się pomost, z dwoma drzwiczkami prowadzącemi do dwóch izb, przedzielonych przepierzeniem. Urządzenie jego całkowite miało być takie jak w sloopie (sloup — mały okręt wojenny o jednym maszcie) z szalupą, masztem sztabowym, wieżyczką, żaglem trójkątnym, słowem z ożaglowaniem łatwem do manewrowania, tak ażeby je ściągnąć można było bez trudu w razie burzy, a gdy potrzeba, trzymać się blisko lądu. Wreszcie pudło jego miało być tak zbudowane, ażeby dyle przystawały do siebie, zamiast leżeć jeden na drugim; listwę zaś, w którą się zapuszczają dyle, miano przymocować na gorąco, po przypasowaniu poprzedniem całego dylowania.
Jakiegoż drzewa należało użyć do tej budowy? Wiązu, czy jodły, obojgu obficie znajdujących się na wyspie?
Zdecydowano się na jodłę, drzewo nie zbyt „rąbliwe“ jak się wyrażają cieśle, ale łatwe do obróbki i znoszące również dobrze jak wiąz zanurzenie w wodzie.
Zgodziwszy się co do tych szczegółów, postanowiono, ponieważ powrotu pięknej pory przed upływem sześciu miesięcy nie można było oczekiwać, że Cyrus Smith i Pencroff zabiorą się zaraz i to sami do budowy statku. Gedeonowi Spilett zaś i Harbertowi, polecono dalej zajmować się łowami, a Nabowi i panu Jowowi nie opuszczać zajęć gospodarskich, które do nich należały.
Natychmiast po wybraniu drzew, ścięto je, oczyszczono i porżnięto na deski wzdłuż, jakby tego lepiej nie zrobili tracze z zawodu. W ośm dni potem, we wgłębieniu znajdującem się pomiędzy „dymnikami“ i murem stanął warstat okrętowy — i duża belka, trzydziesto pięcio stopowa, mająca stanowić podstawę podłużną statku, zaopatrzona w sztukę drzewa od przodu i od tyłu wyciągała się na piasku.
Cyrus Smith nie wziął się bynajmniej na ślepo do tego zadania. Budowa okrętów była mu tak znaną, jak prawie wszystkie inne rzeczy — i na papierze naprzód narysował sobie model statku. Zresztą, miał dzielną pomoc w Pencroffie, który będąc niegdyś przez lat kilka robotnikiem w warstatach okrętowych w Brooklyn, znał praktyczną stronę tego zawodu. Po ścisłem więc dopiero obliczeniu i dojrzałym namyśle przystąpili nasi pracownicy do swego przedsięwzięcia.
Pencroff, czemu każdy łatwo uwierzy, palił się do tej roboty i nie opuszczał jej ani na chwilę.
Jedyna operacja zdolną była go oderwać od warstatu i to tylko na jeden dzień. Był nią drugi zbiór zboża, odbyty 15. kwietnia. Udał się on tak dobrze, jak pierwszy i przyniósł proporcję ziarn z góry zapowiedzianą.
— Pięć miar! panie Cyrus — rzekł Pencroff — po skrupulatnem odmierzeniu swoich skarbów.
— Pięć miar — odpowiedział inżynier — licząc więc po sto trzydzieści tysięcy ziarn na miarę, da to sześćset pięćdziesiąt tysięcy ziarn.
— Tak!... No, to posiejemy wszystko na ten raz — zawołał marynarz — z zachowaniem jednakże małego zapasu.
— Słusznie, Pencroffie — a jeżeli przyszły zbiór przyniesie podobną proporcję, co dzisiejszy, będziemy mieli cztery tysiące miar.
— I będzie chlebek?
— Będzie.
— Ależ musimy wybudować młyn!
— Wybudujemy młyn.
Trzeci tedy zagon pod zboże wybrano bez porównania obszerniejszy od dwóch pierwszych, i ziemia przygotowana jak najstaranniej, przyjęła drogocenne nasienie. Co uskuteczniwszy, powrócił Pencroff do rozpoczętego dzieła.
Przez ten czas Gedeon Spilett i Harbert polowali w okolicach i zapędzili się dosyć głęboko w nieznane części boru Zachodniej Ręki, z bronią nabitą kulami, na przypadek nieprzyjemnego jakiego spotkania. Przed nimi rozwijała się nierozwikłana gęstwa drzew wspaniałych i ciasno skupionych, jak gdyby im brakło przestrzeni. Zbadanie tych mas drzewnych było nader trudnem i korespondent nie ważył się nigdy w nie zapuszczać, bez bussoli w kieszeni; słońce bowiem zaledwo przebijało się przez natłoczone gałęzie i byłoby trudno znaleźć wprost drogę.
Rzecz prosta, że zwierzyna była rzadszą w tych miejscach, kędy brakłoby jej było swobody ruchu. Troje jednakże trawożernych większego gatunku, ubili nasi myśliwcy w tej drugiej połowie kwietnia. Były to koulas’y, których próbkę napotkali już dawniej osadnicy na północy jeziora. Dały się one zabić głupowato pomiędzy grubemi gałęziami drzew, gdzie się schroniły. Skóry ich przyniesione do Granitowego Pałacu i przy pomocy kwasu siarczanego poddane wygarbowaniu, stały się zdatnemi do użytku.
Cenniejszym jednakże nabytkiem z innego względu było odkrycie, uczynione w jednej z tych wycieczek. Zaszczyt z niego należał się Gedeonowi Spilett.
Było to 30. kwietnia. Dwaj myśliwcy zapuścili się w południowo wschodnią stronę boru Zachodniej Ręki, gdy nagle korespondent, poprzedzający Harberta o pięćdziesiąt kroków, doszedł do rodzaju polanki, na której drzewa rzadziej rozstawione, pozwalały przedrzeć się promieniom słońca.
Pierwszą rzeczą, która tutaj zdziwiła korespondenta, był osobliwy zapach wydzielający się z niektórych krzewów o łodygach prostych, cylindrycznych i gałęzistych, na których zwisały kwiaty w gronach i bardzo maleńkie ziarnka. Wyrwał kilka z tych latorośli i powróciwszy do swego towarzysza rzekł:
— Zobacz no, Harbercie, co to takiego?
— A gdzie znalazłeś tę roślinę, panie Spilett?
— Tam, na polance, gdzie rośnie w wielkiej obfitości.
— Dowiedz się więc, panie Spilett — rzekł Harbert — że jest to odkrycie zapewniające ci wieczystą wdzięczność Pencroffa!...
— Byłżeby to tytoń?
— Tak jest. Chociaż nie pierwszego gatunku, ale zawsze tytoń!...
— Ach!... ten poczciwy Pencroff! Tożto się ucieszy! No, ależ on nie wypali wszystkiego, do djabła, i dla nas coś przecież zostawi!...
— Ach, co za myśl, panie Spilett — zawołał Harbert. — Nie mówmy nic Pencroffowi, zostawmy sobie czas do przyrządzenia tych liści, a jednego pięknego poranku podajmy mu fajkę, nabitą po sam wierzch!
— Zgoda, Harbercie, a tego dnia nasz zacny towarzysz niczego już więcej nie będzie pragnął na tym świecie!
Korespondent i Harbert zrobili porządny zapas drogocennej rośliny i powrócili do Granitowego Pałacu, kryjąc swoją zdobycz tak ostrożnie, jak gdyby to była kontrabanda, a Pencroff najokrutniejszym z celników.
Cyrusa Smitha i Naba przypuszczono do tajemnicy. Marynarz zaś ani podejrzywał niczego, przez cały ten długi czas, jakiego było nieodzownie potrzeba do wysuszenia owych cienkich listków, siekania ich i upalenia na gorących kamieniach. Trwało to przez dwa miesiące i nie zwróciło uwagi Pencroffa, tak bowiem był zajęty robotą statku, iż powracał do Pałacu Granitowego tylko w godzinach pożywienia.
Raz jeszcze jednakże, pomimo wszystkiego, ulubiona praca jego została przerwaną, przygodą rybacką, w której wszyscy osadnicy wzięli gorący udział.
Od kilku dni zauważali na morzu, o trzy lub cztery mile odległości, olbrzymie zwierzę pływające na wodach wyspy Lincolna. Był to wieloryb, największego wzrostu, prawdopodobnie należący do gatunku australskiego, zwanego „wielorybem przylądkowym.“
— Cóżby to była za gratka dostać go w ręce! — zawołał marynarz. — Ach, gdybyśmy mieli jaki taki statek i harpunę w dobrym stanie, z jakimże zapałem, zawołałbym: Pędźmy za nim, bo wart zachodu!
— Jaka szkoda, Pencroffie — rzekł Gedeon Spilett — i ja prawdziwie byłbym rad widzieć cię używającego harpuny. Ciekawa to rzecz być musi?
— Ciekawa i nie wolna od niebezpieczeństwa — rzekł inżynier — ponieważ jednak nie mamy środków do uderzenia na to zwierzę, na nic się nie zdało niem zajmować.
— Dziwno mi — odezwał się korespondent — widzieć wieloryba pod tak względnie wysoką szerokością jeograficzną.
— A cóż w tem dziwnego, panie Spilett — odrzekł Harbert. — Znajdujemy się właśnie w tej części Oceanu Spokojnego, którą rybacy angielscy i amerykańscy nazywają „Whale-Field“ (Wielorybie pole) i tutaj to właśnie, pomiędzy Nową Zelandją a Ameryką południową, wieloryby półkuli południowej, najliczniej się spotykają.
— Najprawdziwsza prawda — rzekł Pencroff — i mnie tylko to dziwi, żeśmy ich więcej dotąd nie widzieli. Zresztą, ponieważ nie możemy się do tego hultaja zbliżyć, nie mówmy już o nim!
I marynarz powrócił do swojej pracy, nie bez głębokiego westchnienia żalu, bo w każdym marynarzu siedzi rybak, a jeżeli roskosz rybołowstwa pozostaje w prostym stosunku do wielkości zdobyczy, wystawić sobie można, co czuje wielorybnik w obec wieloryba!
I gdyby to tylko chodziło o roskosz! Ale nie było nikomu tajnem, że podobna zdobycz przyniosłaby znakomitą korzyść osadzie, oliwa bowiem, tłuszcz i fiszbin zdałyby się były na tyle rzeczy!
I oto zaszedł ten szczególny wypadek, że spostrzeżony wieloryb widocznie uparł się nie opuścić wód wyspy. Czy to więc z okien Pałacu Granitowego, czy z wielkiej Terasy, Harbert i Gedeon Spilett, nie będąc na polowaniu, Nab, mimo całego zajęcia swoją kuchnią, nie puszczali z rąk lunety i obserwowali wszystkie ruchy zwierzęcia. Wieloryb głęboko zapędziwszy się w obszerną zatokę Unji, przerzynał ją szybko od przylądka Szczęki aż do przylądka Ostrego Szponu, popychając się swoją płetwą ogonową, olbrzymio potężną, na której oparty, poruszał się w podskokach z szybkością dochodzącą niekiedy do dwunastu mil na godzinę. Czasami także zbliżał się tak do wysepki, że można mu było przyjrzeć się dokładnie. Był to rzeczywiście wieloryb australski, całkiem czarny, z głową bardziej spłaszczoną niż u wielorybów północnych.
Widzieli go także wyrzucającego przez dychawki na znaczną wysokość obłok pary... czy wody, ponieważ — jakkolwiek dziwnem to się zdaje — przyrodnicy i wielorybnicy nie zgodzili się jeszcze pod tym względem: woda to, czy powietrze, które zwierzę w ten sposób z siebie wyrzuca?
Ogólnie przypuszczają, że to para, która zgęściwszy się przy nagłem zetknięciu z chłodnem powietrzem, opada w postaci deszczu.
Bądź co bądź, jednak obecność tego ssaka zajmowała osadników. Drażniło to szczególniej Pencroffa i nabawiało go roztargnienia przy robocie. — W końcu nabrał takiej chętki do tego wieloryba, jak dziecko do przedmiotu, którego mu odmawiają. W nocy, marzył o nim głośno, i zaprawdę, gdyby miał jakikolwiek środek do pogoni za nim, gdyby szalupa zdolna była utrzymać się na morzu, byłby się nie wahał ani chwili.
Czego jednakże osadnicy nie mogli dokonać, dokonał za nich przypadek. Trzeciego maja okrzyki Naba, stojącego przy oknie w kuchni, obwieściły że wieloryb osiadł na płaszczystem wybrzeżu wyspy.
Na tę wieść Harbert i Gedeon Spilett, wybierający się na polowanie, porzucili strzelby, Pencroff puścił z rąk siekierę, Cyrus Smith i Nab połączyli się z nimi i wszyscy razem skierowali się pędem ku wybrzeżu.
Wieloryb osiadł na wybrzeżu o trzy mile od Pałacu Granitowego i przy pełnem morzu.
Prawdopodobnem tedy było, że nie łatwo zdoła się z krytycznej owej pozycji wydobyć.
W każdym razie jednak należało się spieszyć, dla przecięcia mu odwrotu w razie potrzeby.
Biegli więc co tchu z drągami i oszczepami, przebyli most na Dziękczynnej, zeszli z prawego brzegu rzeki, weszli na piaski nadmorskie i najdalej w dwadzieścia minut potem, znaleźli się przy olbrzymiem zwierzęciu, nad którem roiły się już całe stada ptactwa.
— Co za potwór! — zawołał Nab.
I wyrażenie to miało słuszność po sobie — był to bowiem wieloryb australski, długi na dwadzieścia cztery stóp, olbrzym w swoim rodzaju, ważący niewątpliwie najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy funtów!...
Rzecz dziwna jednakże — nie poruszał się i nie próbował dostać się do wody, przy pełnem jeszcze morzu!...
Osobliwość ta wyjaśniła się wkrótce osadnikom, gdy po odpływie obeszli zwierzę naokoło.
Wieloryb nie żył już, z prawego boku wystawała mu harpuna.
— Znajdują się więc wielorybnicy w tych stronach?... odezwał się Gedeon Spilett, ujrzawszy harpunę.
— A to czemu?... — spytał marynarz.
— Ponieważ ta harpuna trzyma się dotąd jeszcze w boku zwierzęcia.
— E! panie Spilett, to niczego nie dowodzi, — odparł Pencroff. Widziano wieloryby robiące tysiące mil drogi z harpuną w boku i choćby ten ugodzony był na północy Atlantyku, a przyszedł poledz tutaj na południu Oceanu Spokojnego — nicby w tem dziwnego nie było.
— Jednakże... — zaczął Gedeon Spilett, którego słowa Pencroffa nie zadowalały.
— Rzecz to najzupełniej możebna, odrzekł Cyrus Smith, obejrzyjmy jednak tę harpunę. Może być, że wedle rozpowszechnionego obyczaju, wycięli na niej imię swojego okrętu?
I w istocie Pencroff wyrwawszy harpunę z boku wieloryba, odczytał na niej następujący napis

Maria Stella
Vineyard.[27]

— Okręt z Vineyard! Okręt z mojego kraju! — zawołał marynarz.
Maria-Stella! Pyszny wielorybnik na honor i który znam wybornie. Ach moi przyjaciele, statek z Vineyard, wielorybnik z Vineyard!
I poczciwy Pencroff, potrząsając harpuną, powtarzał nie bez wzruszenia to imię, zrosłe z jego sercem, imię rodzinnej swojej strony!...
Ponieważ jednak nie można się było spodziewać, aby Maria Stella przybyła upomnieć się o swoją zdobycz, postanowiono tedy przystąpić do rozćwiartowania zwierzęcia zanim rozkładać się pocznie. Drapieżne ptactwo, czatujące już od kilku dni na tę bogatą pastwę, chciało już, nie zwlekając dłużej, wejść w posiadanie jej i potrzeba było strzałów — aby je odpędzić.
Wieloryb ten był samicą i wymiona jego dostarczyły znacznej ilości mleka, które wedle zdania przyrodnika Dieffenbacha, może ujść z łatwością za mleko krowie, nie różni się bowiem od niego ani smakiem, ani barwą, ani gęstością.
Pencroff służył niegdyś na statku łowiącym wieloryby i ztąd mógł metodycznie pokierować operacją rozczłonkowania zwierzęcia — operacją dosyć nieprzyjemną i trzydniową, przed którą jednak nikt z osadników się nie cofnął, nawet Gedeon Spilett, który wedle zdania marynarza, koniec końców będzie mógł zostać „bardzo dobrym rozbitkiem.“
Tłuszcz, pocięty na szmaty równoległe, dwie i pół stopy grube, a potem podzielony na części mogące ważyć każda po tysiąc funtów, stopiono w wielkich glinianych naczyniach sprowadzonych na samo miejsce operacji; nie chciano bowiem zapowietrzać pobliża Wielkiej Terasy. Massa tłuszczowa w przetopieniu straciła trzecią część swej wagi.
Było jej jednak i tak niezmiernie wiele: sam język dał sześć tysięcy funtów tranu a warga niższa cztery tysiące.
Dalej, oprócz tego tłuszczu, który zapewniał na długo zapas stearyny i gliceryny, znalazł się jeszcze i fiszbin, mogący się niewątpliwie przydać, pomimo, iż parasole i gorsety nie były w używaniu w Pałacu Granitowym. Część wyższa paszczy wieloryba opatrzoną była z obu stron w ośmset taśm rogowych, bardzo elastycznych, chrząstkowego składu, zaostrzonych przy końcach, jak dwa wielkie grzebienie, których zęby długie na sześć stóp, służą do przytrzymywania tysiąców żyjątek, małych rybek i molusków, stanowiących zwykłe pożywienie wieloryba.
Po ukończeniu tej operacji ku wielkiemu zadowoleniu operatorów, szczątki zwierzęcia zostawiono ptakom, które zapewne śladu z nich nawet nie zostawiły — i powrócono do zwyczajnych zajęć w Pałacu Granitowym.
Jednakże, przed wejściem jeszcze do warstatu okrętowego, przyszło Cyrusowi Smithowi na myśl zrobić rodzaj pastek, które wzbudziły żywą ciekawość w jego towarzyszach. Wziąwszy z tuzin fiszbinów, pociął je na sześć równych części i zaostrzył na końcach te kawałki.
— A to, panie Cyrus, — spytał Harbert po dokonaniu tej czynności — a to, do czego się przyda?...
— Do zabijania wilków, lisów i nawet jaguarów — odpowiedział inżynier.
— Teraz?
— Nie, tej zimy, gdy będziemy mieli lód pod ręką.
— Nie rozumiem... rzekł Harbert...
— Zaraz zrozumiesz, moje dziecię — odrzekł inżynier. Pastka ta nie jest moim wynalazkiem. Używają jej nader często myśliwcy aleuccy w Ameryce rossyjskiej.
Widzicie te fiszbiny, moi przyjaciele — otóż, gdy przyjdzie mróz, zagnę je, obleję wodą i wystawię na mróz, ażeby gruba warstwa lodu okryła i wzmocniła to zagięcie. Potem rozrzucę je po śniegu, pokrywszy je jeszcze poprzednio warstwą tłuszczu.
Cóż się zdarzy, jeżeli zgłodniałe zwierzę jakie połknie jednę z tych pastek? Oto ciepło jego żołądka roztopi lód, a fiszbin nagle wyprężony, zaostrzonemi swemi końcami na wskróś je przebije.
— To mi pomysł co się nazywa! — zawołał Pencroff.
— I który zaoszczędzi nam kul i prochu — odrzekł Cyrus Smith.
— To więcej warte niż doły!... dodał Nab.
— Czekajmy więc zimy!
— Czekajmy zimy.
Wśród tego budowa statku posuwała się wciąż naprzód i przy końcu miesiąca, odylowanie było już na pół gotowe. Można już było poznać, że formy statku będą wyborne do użytku na morzu.
Pencroff pracował z niezrównanym zapałem i potrzeba było zaiste jego potężnej natury do oparcia się tylu trudom. Ale towarzysze przygotowali mu w tajemnicy nagrodę za tyle mozołu, i 31go maja, nasz marynarz miał doznać jednej z największych roskoszy w swojem życiu.
Dnia tego, przy końcu objadu, w chwili gdy Pencroff podnosił się od stołu, uczuł, że czyjaś ręka opiera mu się na ramieniu.
Była to ręka Gedeona Spiletta, który rzekł:
— Chwilkę jeszcze mistrzu Pencroffie, — tak się nie odchodzi. A o deserze zapominasz?
— Dziękuję, panie Spilett, odrzekł marynarz — czas wracać do pracy.
— No!... jeszcze filiżankę kawy, przyjacielu...
— Dziękuję...
— A więc fajeczkę?...
Pencroff podniósł się nagle i szeroka poczciwa twarz jego pobladła, gdy ujrzał korespondenta podającego nabitą po wierzch fajkę a Harberta z węglem żarzącym się w ręku.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł, tylko nagle pochwycił fajkę, poniósł ją do ust a potem położywszy na niej węgiel, zaciągnął się raz poraz pięć czy sześć razy.
Błękitny i wonny kłąb dymu rozszedł się, a z głębi tego obłoku usłyszano drżący roskosznie glos, powtarzający...
— Tytuń! prawdziwy tytuń!
— Tak jest Pencroffie — odrzekł Cyrus Smith — i nawet wyborny tytuń!
— O boska Opatrzności! Stwórco potężny wszystkich rzeczy! — zawołał marynarz. Nie braknie więc już niczego na naszej wyspie!...
I palił, palił, palił!
— I któż zrobił to okrycie? — spytał wreszcie. Ty zapewne, Harbercie ?
— Nie, Pencroffie — to pan Spilett.
— Pan Spilett! — wykrzyknął marynarz, przyciskając do piersi swoich korespondenta, któremu nigdy nie zdarzyło się być tak uściśniętym.
— Uf!... Pencroffie, — zawołał chwytając oddech, utracony na chwilę. Udziel cząstkę twojej wdzięczności Harbertowi, który rozpoznał tę roślinę, Cyrusowi, co ją przyrządził i Nabowi, któremu tak trudno było utrzymać tę całą sprawę w tajemnicy...
— Odpłacę wam to kiedyś, moi przyjaciele! — odrzekł marynarz. — Teraz to już pomiędzy nami związek na życie i śmierć!...






ROZDZIAŁ XI.
(Zima. — Folowanie wełny. — Młyn. — Manja Pencroffa. — Fiszbiny. — Na co się może przydać albatros. — Paliwo przyszłości. — Top i Jow. — Burze. — Szkody w kurnikach. — Wycieczka do błot. — Cyrus Smith sam. — Zbadanie studni.)

Tymczasem zima zbliżała się wraz z czerwcem, który jest listopadem stref północnych — i najważniejszem zadaniem chwili było postarać się o trwałą odzież.
Ostrzyżono już barany pomieszczone w zagrodzie, i szło tylko o zamienienie tego drogocennego włókiennego materjału w materję.
Samo z siebie się rozumie, że Cyrus Smith nie mając do rozporządzenia robotnic do gręplowania, czesania, gładzenia, wyprostowywania i rozplątywania wełny, ani przyrządów jak „mulejenny“ i „self-acting“ do przędzenia, ani warstatu tkackiego wreszcie, — musiał użyć daleko prostszych sposobów, tak, aby się odbyło bez przędzenia i tkania. I w istocie postanowił odrazu wyzyskać tę właściwość włókien wełny, iż ciśnięte na wszystkie strony, plączą się i tworzą przez proste tylko skrzyżowanie się materję pilśń zwaną. Pilśń tę można było tedy otrzymać przez proste folowanie, to jest ugniecenie wełny, która to operacja, jakkolwiek zmniejsza sprężystość materji, powiększa za to jej własność zatrzymywania ciepła. A jak na to jeszcze, wełna z baranów dzikich składała się z bardzo krótkich włókien, co jest wyborną okolicznością przy wyrobie pilśni.
Przy pomocy tedy swoich towarzyszy, a więc i Pencroffa — który musiał raz jeszcze opuścić swój statek — inżynier rozpoczął czynności przygotowawcze, mające na celu uwolnienie wełny od owej substancji oleistej i tłustej, którą zwykle bywa przesiąknięta, zwanej tłustą wilgocią (suint). To odtłuszczanie odbywało się w kadziach napełnionych wodą, podniesioną do temperatury siedmdziesięciostopniowej. W nich spoczywała wełna przez dwadzieścia cztery godzin; następnie prano ją z gruntu w kąpieli sodowej, aż wreszcie, wysuszona jeszcze dostatecznie za pomocą ciśnienia, stawała się zdatną do folowania, to jest do zamienienia w mocną materję, pospolitą niewątpliwie i któraby nie miała żadnej wartości w jakiemkolwiek ognisku przemysłowem Europy lub Ameryki, ale wysokiej była ceny na „targu wyspy Lincolna“.
Łatwo pojąć, że ten rodzaj materji musiał być znany w najdawniejszych czasach, i w samej rzeczy pierwsze materje wyrabiano na sposób, którego Cyrus Smith zabierał się użyć.
Jego wiadomości inżynierskie przydały się najbardziej przy budowie maszyny do folowania, wełny, potrafił bowiem zręcznie skorzystać z siły mechanicznej, dotychczas nie wyzyskanej, z siły wodospadu staczającego się na wybrzeże. Jemu powierzył obracanie młyna foluszowego.
Nic nad to nie było prostszego. Drzewo zaopatrzone w śruby, podnoszące i zniżające z kolei pionowe tłuczki, cebrzyki na wełnę, w które tłuczki spadały, wreszcie rusztowanie z drzewa obejmujące sobą i wiążące ten cały system — oto cała machina, taka, jaka istniała przez wieki, aż do chwili, gdy wpadnięto na pomysł zastąpienia tłuczków cylindrami cisnącemi, i poddania materjału nie już operacji młócenia, ale prawdziwego rozpłaszczania.
Całe to działanie pokierowane przez Cyrusa Smitha, udało się najwyborniej. Wełna, — poprzednio nasiąknięta roztworem mydłowatym, mającym z jednej strony ułatwić ześlizgiwanie się jej, zbliżenie, powiększyć ściśliwość, rozmiękczyć ją, a z drugiej zapobiedz uszkodzeniu jej w czasie młócenia — wyszła z młyna pod formą grubego arkusza pilśni. Pręgi i szorstkości, istniejące z natury na każdem włókienku, tak dobrze poszczepiały i pozaplątywały się z sobą, iż utworzyła się z nich materja zarówno dobra na odzież, jak na kołdry i koce. Widać było, że to nie merynos, ani muszlin, ni kaszmir szkocki, ni kort, ni ryps, ni atłas-chiński, ni orlean, ni alpaga, ni sukno, ani też flanela! Była to „pilśń lincolnijska“ — i wyspa Lincolna pozyskała z nią jedną gałęź przemysłu więcej.
Osadnicy uzyskali tedy, okrom dobrej odzieży, wyborne kołdry i bez trwogi mogli patrzeć na nadchodzącą zimę r. 1866-67.
Wielkie mrozy dały się rzeczywiście uczuć około 20go czerwca — i Pencroff, na wielką żałość swoją, zawiesić musiał budowę statku, który zresztą mógł być napewno skończonym do wiosny.
Manją marynarza stała się podróż dla zbadania wyspy Tabor, — pomimo, że Cyrus Smith nie sprzyjał temu zamiarowi, wypływającemu widocznie z samej tylko ciekawości, jasną bowiem było rzeczą, że nie można się było spodziewać znalezienia jakiejkolwiek pomocy na tej samotnej i na pół pustynnej skale.
Podróż stupięćdziesięciomilowa, na statku stosunkowo maleńkim, w pośrodku nieznanych mórz — była to sprawa mogąca wzbudzić pewne obawy. Niechby statek, raz na morzu, znalazł się w niemożności i dopłynięcia do wyspy Tabor i powrócenia do wyspy Lincolna, cóżby się z nim stało na środku oceanu Spokojnego, tak obfitującego w huragany?
Cyrus Smith rozmawiał często o tym projekcie z Pencroffem i natrafiał w marynarzu na dosyć dziwaczny upór dokonania tej podróży; upór z którego on może sam nie zdawał sobie dobrze sprawy.
— Koniec końców — rzekł doń pewnego dnia inżynier — zwrócę twoję uwagę, mój przyjacielu, że po tylu pochwałach oddawanych przez ciebie wyspie Lincolna, po wyrażeniu tylekroć żalu, którybyś uczuł, potrzebując się z nią rozstać — obecnie pierwszy opuścić ją pragniesz.
— Opuścić na kilka dni tylko — odparł Pencroff — na kilka tylko dni, panie Cyrusie! Na tyle czasu, ile wymaga droga tam i napowrót i zobaczenie, co też to za wysepka!
— Ależ nie może być warta wyspy Lincolna!
— Z góry jestem tego pewny!
— Pocóż więc się hazardować?
— Ażeby się dowiedzieć, co się dzieje na wyspie Tabor...
— Ależ tam nic się nie dzieje! nic się dziać nie może!...
— Kto to wie?
— A jeżeli was burza zaskoczy?...
— Nie ma się co tego obawiać w ciepłej porze roku — odrzekł Pencroff. Ponieważ jednak, panie Cyrus, ponieważ należy wszystko przewidywać, będę pana prosił o pozwolenie zabrania tylko Harberta w tę podróż.
— Pencroffie — odpowiedział inżynier, kładąc rękę na ramieniu marynarza — sądzisz więc, iż gdyby się przytrafiło jakie nieszczęście tobie i temu dziecku, które przypadek synem naszym uczynił — mybyśmy się kiedykolwiek pocieszyli?
— Panie Cyrus — odparł Pencroff z niewzruszoną ufnością — nie sprawimy wam nigdy tego zmartwienia. Zresztą, pomówimy jeszcze o tej podróży, gdy przyjdzie czas na nią. A potem, wystawiam sobie, że skoro pan obaczysz nasz statek tak pięknie zaopatrzony we wszystkie porządki, tak wybornie okasztelowany, gdy opłyniemy na nim wyspę naszą — zrobimy to bowiem razem — wystawiam sobie, mówię, że nie będziesz się pan wahał puścić mnie w podróż. Nie kryję panu, że ten twój statek będzie arcydziełem!...
— Powiedz przynajmniej: „nasz statek“, Pencroffie! — odrzekł inżynier, rozbrojony na chwilę.
Tak skończyła się ta rozmowa, aby rozpocząć się później, bez zmiany przekonań inżyniera lub marynarza.
Pierwsze śniegi spadły przy końcu czerwca. Poprzednio już zagroda dla bydła zaopatrzoną została obficie we wszelkie zapasy żywności i przestała wymagać codziennych odwidzin; postanowiono jednak, iż nigdy nie przejdzie tydzień, aby ktoś się tam nie wybrał.
Doły pokopano znowu i zrobiono próbę z pastkami pomyślanemi przez Cyrusa Smitha. Fiszbiny, nagięte, ukryte w futerale z lodu i okryte z wierzchu grubą warstwą tłuszczu, rozrzucono po kraju lasu, w miejscu, kędy zwykle przechodziły zwierzęta dążące do jeziora.
Ku wielkiemu zadowoleniu inżyniera, pomysł ten zapożyczony od myśliwców aleuckich, udał się doskonale. Z tuzin lisów, kilka dzików i nawet jaguar, dało się nań złapać — a po zgonie tych zwierząt, przekonano się, że żołądek ich na wskróś był przebity przez nagle wyprężone fiszbiny.
Tu mieści się próba, którą należy zapisać; było to bowiem pierwsze ze strony osadników usiłowanie skomunikowania się z podobnymi sobie.
Gedeon Spilett nie raz już myślał bądź to rzucić w morze zapiskę, zamkniętą w butelce którąby prądy może zaniosły do jakiego zamieszkałego wybrzeża — bądź też powierzyć ją gołębiom. Ale jakżeż na prawdę można było się spodziewać, że gołębie i butelki zdołają przebyć przestrzeń oddzielającą wyspę od jakiegokolwiek stałego lądu — przestrzeń wynoszącą mil tysiąc dwieście. Czystem szaleństwem byłoby w to wierzyć.
Dnia 30. czerwca schwycono nie bez trudności pyszną zdobycz, albatrosa, ranionego lekko w nogę strzałem Harberta.
Był to wspaniały ptak z rodziny owych olbrzymich latawców, których skrzydła rozszerzone mają dziesięć stóp szerokości i pozwalają im przebywać morza tak szerokie, jak Ocean Spokojny.
Harbert byłby chętnie zatrzymał tego pysznego ptaka. Rana bowiem jego szybko się wygoiła i młodzieniec twierdził, że go potrafi przyswoić. Ale Gedeon Spilett wyłumaczył mu, że nie godzi się zaniedbać sposobności przesłania wieści o sobie przez takiego posłańca, ziemiom przyoceanowym; jeżeli bowiem albatros przybył z jakich stron zamieszkałych, nieochybnie do nich powróci, skoro uzyska wolność — i Harbert musiał uledz.
Może być, że w głębi, Gedeon Spilett z którego kronikarz wychylał się niekiedy, nie byłby od tego, aby puścić na chybi trafi interesujący artykuł, z opowieścią o przygodach osadników wyspy Lincolna! Cóż za powodzenie dla stałego korespondenta „New York Heralda“ i dla numeru zawierającego podobną kronikę, gdyby kiedykolwiek doszedł do rąk dyrektora, czcigodnego John’a Bennett’a!
Zredagował tedy Gedeon Spilett treściwą zapiskę, którą umieszczono w worku z gumowanego płótna, z dopisaniem gorącej prośby do każdego, kto ją znajdzie, aby ją odesłał do biór New York Heralda. Woreczek ten przywiązano albatrosowi do szyi, nie do nogi, ponieważ ptaki te mają zwyczaj odpoczywać na powierzchni morza. Poczem powrócono wolność temu szybkiemu powietrznemu posłańcowi — i nie bez pewnego wzruszenia widzieli go osadnicy znikającego we mgłach zachodu.
— Gdzie on dąży? — spytał Pencroff.
— Ku Nowej Zelandji — odpowiedział Harbert.
— Szczęśliwej podróży! — zawołał marynarz, nie spodziewający się widocznie zbyt świetnych skutków z takiego sposobu korespondowania.
Razem z nadejściem zimy, zabrano się znowu do robót we wnętrzu Pałacu Granitowego, do naprawy odzieży, i do innych spraw — a pomiędzy niemi przedewszystkiem do zrobienia żaglów dla statku. Wykrojono je z niewyczerpanej powłoki balonu. Przez lipiec mrozy trzymały tęgo, nie szczędzono więc drzewa, ni węgla. Cyrus Smith postawił drugi komin w wielkiej sali i przed nim to mijały długie zimowe wieczory. Na rozmowach podczas pracy, na czytaniu, gdy ręce próżnowały, spędzano czas pożytecznie.
Prawdziwą to było rozkoszą dla osadników, gdy w tej sali dobrze oświetlonej świecami, wybornie ogrzanej węglem ziemnym, po pokrzepiającym objedzie, przy dymiącej się w filiżankach kawie bzowej i fajkach ustrojonych w pióropusze z wonnego dymu, słuchali na zewnątrz szalejącej burzy. Czuliby doskonały dobrobyt, gdyby ten mógł istnieć kiedykolwiek dla ludzi oddalonych od podobnych sobie i pozbawionych możności zawiązania z nimi stosunków!
Osadnicy rozmawiali zawsze o kraju swoim, o przyjaciołach, których tam zostawili, o wielkości rzeczypospolitej amerykańskiej, której wpływ mógł tylko wzrastać — a Cyrus Smith, wmięszany w wiele spraw Unji, interesował żywo słuchaczy swemi opowiadaniami, spostrzeżeniami i prognostykami.
Pewnego dnia, zdarzyło się, że Gedeon Spilett rzekł doń, w biegu rozmowy:
— Koniec końców jednak, mój drogi Cyrusie, czy całemu temu ruchowi przemysłowemu i handlowemu, któremu wróżysz nieustający rozwój, nie grozi stanowcze zatrzymanie prędzej lub później?
— Zatrzymanie?... A to przez co?
— Przez cóż, jeśli nie przez brak węgla, który słusznie można nazwać najcenniejszym z minerałów!
— Tak, jest on najcenniejszym w istocie — odpowiedział inżynier — i zdaje się, jakoby przyroda chciała stwierdzić, że i był nim, tworząc djament, który jest niczem innem tylko czystym, skrystalizowanym węglem.
— Nie chcesz pan przecież powiedzieć, panie Cyrus — wtrącił Pencroff — że palić będą djamentem zamiast węgla ziemnego pod kotłami?
— Nie, mój przyjacielu — odpowiedział Cyrus Smith.
— Ale ja ciągnę dalej rzecz moją — podjął znowu Gedeon Spilett. — Nie zaprzeczysz przecież, że pewnego dnia węgiel wyczerpie się zupełnie?
— Och! Pokłady węgla ziemnego są jeszcze znaczne i sto tysięcy robotników, wydzierających z nich corocznie sto miljonów kwintalów[28] metrycznych, znajduje się jeszcze daleko od ich wyczerpania!
— Ale przy rosnącej proporcji konsumcji węgla ziemnego — odparł Gedeon Spilett — przewidzieć można, że z tych stu tysięcy zrobi się wkrótce dwieście i że wydobywanie się podwoi?
— Bez wątpienia. Jednakże, po pokładach europejskich, których wyzyskanie zupełne ułatwią wkrótce nowe machiny, kopalnie Ameryki i Australji wystarczą jeszcze na długo dla konsumcji i przemysłu.
— Jak długo mniej więcej? — spytał korespondent.
— Przynajmniej na dwieście pięćdziesiąt lub trzysta lat.
— No, dla nas to uspokajające — wtrącił znowu Pencroff — ale djable niepokojące dla naszych praprawnuków!
— Znajdzie się co innego — rzekł Harbert.
— Tak się należy spodziewać — odparł Gedeon Spilett — w końcu bowiem, bez węgla nie ma machin, a bez machin, kres kolejom żelaznym, parowcom, hutom, kres wszystkiemu, czego wymaga postęp współczesnego życia!
— Ale cóż się na to miejsce znajdzie? — spytał Pencroff. — Czy pan sobie to wyobrażasz, panie Cyrus?...
— Prawie, mój przyjacielu.
— A więc czemże palić będą zamiast węgla?
— Wodą — odpowiedział Cyrus Smith.
— Wodą — krzyknął Pencroff — wodą będą rozgrzewać parowce i lokomytywy, wodą grzać wodę?...
— Nie inaczej, ale wodą rozłożona na jej pierwiastki składowe — odpowiedział Cyrus Smith, a rozłożoną bezwątpienia przez elektryczność, która będzie wówczas siłą potężną i dającą się używać; wszystkie bowiem wielkie odkrycia, na podstawie niewytłumaczonego prawa, zdają się schodzić i dopełniać zarazem. Tak, moi przyjaciele, sądzę, że wody używać będą kiedyś za opał, że wodoród i tlen, składające ją, zużytkowane pojedyńczo lub łącznie, staną się źródłem ciepła i światła, niewyczerpanych i posiadających natężenie, którego węgiel ziemny mieć nie może. Przyjdzie dzień, że zasieki parowców i tendery lokomotyw w miejsce węgla naładowane będą ścieśnionemi gazami, które zapłoną w ogniskach z niezmierną potęgą ciepłodajną. Tak więc, nie ma się o co lękać. Dopokąd ta ziemia będzie zamieszkałą, dopóty wystarczy potrzebom swoich mieszkańców; nie zabraknie im nigdy światła ani ciepła, równie jak produkcyj królestw: roślinnego, mineralnego i zwierzęcego. Woda jest węglem przyszłości.
— Chciałbym to widzieć — rzekł marynarz.
— No, toś wstał zawcześnie, Pencroffie — wtrącił Nab, tem jednem zdaniem tylko wmięszawszy się do rozmowy.
Nie Naba jednakże słowom przeznaczono było zamknąć pogadankę, ale szczekaniu Topa, które wybuchło nagle i to z ową dziwną intonacją, co już niegdyś tak mocno uderzyła inżyniera. Szczekając, Top jednocześnie krążył w około otworu studni, znajdującego się na końcu wewnętrznego korytarza...
— Co tego Topa skłania do takiego szczekania? — spytał Pencroff.
— A Jowa do mruczenia w ten sposób? — dodał Harbert.
I w samej rzeczy, orang, idąc w ślady Topa, począł okazywać niedwuznaczne oznaki wzruszenia — a co rzecz szczególna — obadwa zwierzęta zdały się raczej zaniepokojone, niż rozdrażnione.
— Widoczna — odezwał się Gedeon Spilett — że studnia ta ma związek bezpośredni z morzem i że jakiś zwierz morski wypływa z jej głębi od czasu do czasu dla odetchnięcia.
— To jawne — odrzekł marynarz — i inaczej niepodobna tego objaśnić. No, cicho!... Topie — dodał Pencroff, obracając się do psa — a ty Jowie, do swego pokoju!
Małpa i pies ucichły. Jow wrócił do swego posłania, ale Top pozostał w sali i nie przestawał warczeć przez cały wieczór.
Wkrótce zapomniano o tem zdarzeniu; zachmurzyło ono jednak czoło inżyniera.
Przez resztę lipca deszcz i mróz kolejno się zmieniały. Temperatura nie zniżyła się o tyle, jak przeszłej zimy i maksimum jej nie przeszło ośmiu stopni Fahrenheita (13°, 33 centigrad. poniżej zera). Ale jeżeli zima ta była mniej ostrą, za to panowały w niej ciągłe burze i wichry. Zdarzyły się znowu także gwałtowne ataki morza, którym kilkakroć ze szkodą uległy „dymniki.“
Patrząc na ich gwałtowność, sądzić należało, że przypływ morza, spowodowany jakiemś wstrząśnieniem podmorskiem, podnosił te poczwarne bałwany i miotał niemi na mury Granitowego Pałacu.
Osadnicy, gdy wychyleni z okien, obserwowali te niezmierne masy wody rozbijające się przed ich oczyma, nie mogli się dosyć nadziwić bezsilnej wściekłości Oceanu. Fale odskakiwały w postaci olśniewającej białością piany, całe wybrzeże znikało pod tym szalonym potopem — a Pałac Granitowy zdał się wychodzić z samego morza, którego bałwany wznosiły się do wysokości więcej niż stu stopowej.
Podczas tych burz, trudno było zapędzać się na drogi wyspy, niebezpiecznie nawet, gdyż padanie drzew nader często się zdarzało. Osadnicy jednak nie przepuścili żadnego tygodnia, bez odwidzenia zagrody dla bydła. Na szczęście zagroda ta, zakryta od południo-wschodu górą Franklina, nie ucierpiała wiele od gwałtowności uraganu, który oszczędził drzewa jej, szopy i ostrokół. Ale kurniki, znajdujące się na Wielkiej Terasie, a więc wystawione bezpośrednio na ciosy wschodniego wiatru, uległy bardzo znacznym uszkodzeniom. Z gołębnika zdjęło wierzch po dwakroć, a również obaliło barjerę. Wszystko to trzeba było przerobić gruntownie; widocznie bowiem wyspa Lincolna leżała w najnieprzyjaźniejszych okolicach Oceanu Spokojnego. Zdawało się prawdziwie że stanowi punkt centralny ogromnych wirów wietrznych, które nią kręcą, jak dziecinną frygą.
W ciągu pierwszego tygodnia miesiąca sierpnia, zawieruchy uspokoiły się powoli i atmosfera odzyskała spokój, który zdało się, że straciła na zawsze. Wraz z nastaniem ciszy i temperatura spadła; zrobiło się znowu bardzo zimno i kolumna termometryczna spadła na 8 stopni Fahrenheita, poniżej zera (22° centigrad. poniżej temper. zamarzania.)
Trzeciego września przyszła do skutku od kilku już dni ułożona wycieczka na południo-wschód wyspy, do błota Tadornów. Kusiła myśliwców ta moc zwierzyny wodnej, mającej tam swoje zimowe siedliska. Dzikich kaczek, bekasów, krzyków, cyranek, nurków, było tam co niemiara; postanowiono więc jeden dzień poświęcić na wyprawę przeciw tym latawcom.
Nie tylko Gedeon Spilett i Harbert, ale także Pencroff i Nab wzięli udział w wyprawie. Jeden tylko Cyrus, pod pozorem jakiejś ważnej pracy, nie połączył się z nimi i pozostał w Pałacu Granitowym.
Myśliwcy ruszyli drogą przez port Balonowy, dążąc ku błotom i obiecawszy być z powrotem w wieczór. Top i Jow towarzyszyli im. Skoro całe grono ich przeszło most na Dziękczynnej, inżynier zwiódł go i powrócił z myślą wykonania zamiaru, dla którego sam został w domu.
Otóż zamiarem tym było zbadanie drobnostkowe owej studni wewnętrznej, której otwór ciemniał na równi z poziomem korytarza Pałacu Granitowego, i która połączona była z morzem, ponieważ niegdyś służyła za przejście wodom jeziora.
Dla czego Top tak często krążył koło tego otworu? Dla czego szczekał w tak dziwny sposób, gdy coś, niby niepokój, przyciągało go do tej studni. Czemu Jow łączył się z Topem w tych objawach niepokoju? Miałaż więc ta studnia inne rozgałęzienia, oprócz komunikacji pionowej z morzem? Czy może, rozgałęziała się ku innym częściom wyspy? Oto, co Cyrus Smith pragnął wiedzieć, a przedewszystkiem sam wiedzieć. I dla tego to postanowił poprobować zbadania studni podczas nieobecności towarzyszy, a w danej chwili nadarzała mu się wyborna po temu sposobność.
Łatwo było zejść aż na sam spód studni za pomocą drabinki sznurowej, nie używanej już od zaprowadzenia windy, a której długość była wystarczającą. Tak też uczynił inżynier; zaciągnął drabinkę, aż do tej dziury, której przecięcie wynosiło około dziesięciu stóp, i spuścił ją w głąb, przywiązawszy pierwej mocno jej koniec górny. Poczem zapaliwszy latarnię, z rewolwerem i kordelasem za pasem, począł zstępować z pierwszych szczebli.
Ściany studni wszędzie były pełne, tu tylko i owdzie wystarczały kanty skały, a za ich pomocą było istotnie możebnem zręcznej istocie wdrapać się aż do samego otworu studni.
Zauważył to dobrze inżynier; wodząc jednak z całą starannością latarnię po nad temi kantami nie znalazł najmniejszego śladu, najmniejszego obrywu, któryby pozwalał na domysł, że służyły komuś do wdrapywania się dawniej lub świeżo.
Cyrus Smith zeszedł głębiej jeszcze, oświecając wszystkie punkta ścian studni.
Nic nie spostrzegł podejrzanego. Gdy doszedł do ostatnich szczebli, poczuł powierzchnię wody, naówczas zupełnie spokojną. Ani na równi z jej poziomem, ani w którejkolwiek bądź innej części studni, nie otwierał się żaden korytarz boczny, któryby się mógł rozgałęziać wewnątrz masy skalistej. Mur, w który Cyrus Smith uderzył rękojeścią swego kordelasa, wydał dźwięk pełny. Był to granit zbity, przez który żadna żyjąca istota nie zdolna była sobie przebić drogi. Dla dostania się na spód studni i wzniesienia się następnie aż do jej otworu, trzeba było koniecznie przejść przez ów kanał, zawsze zalany, który łączył studnię z morzem wskróś skalistego podziemia wybrzeża, a to możebnem było tylko dla morskich zwierząt. Co do kwestji, dokąd dochodził ten kanał, do jakiego punktu wybrzeża i w jakiej głębi pod falami, niepodobna było tego rozstrzygnąć.
Cyrus Smith tedy, skończywszy swoje badanie, powrócił na górę, odjął drabinkę, nakrył napowrót otwór studni i wrócił zamyślony do wielkiej sali Pałacu Granitowego, mówiąc do siebie:
— Nic nie widziałem, a jednakże coś jest!






ROZDZIAŁ XII.
(Ożaglowanie statku. — Napad kulpesów. — Jow ranny. — Jow w leczeniu. — Jow wyleczony. — Dokończenie statku. — Tryumf Pencroffa. — „Bonawentura.“ — Pierwsza próba w południowej stronie wyspy. — Niespodziewany dokument.)

Tegoż samego wieczora powrócili myśliwi z udałego polowania, dosłownie obciążeni zdobyczą, tak iż każdy dźwigał za czterech ludzi. Top miał różaniec z krzyków zawieszony na szyi, a Jow przepaski z cyranek i nurków.
— To mi się nazywa robota — zawołał na ten widok Nab — będzie czem czas zająć! Narobi się konserw, pasztetów, i innych miłych zapasików! Ale ktoś musi mi w tem pomódz. Liczę na ciebie, Pencroffie.
— Ani myśl o tem, Nabie — odparł marynarz. — Ożaglowanie statku wymaga mojej ręki, musisz się więc obyć bezemnie.
— A pan, panie Harbert?
— Ja, Nabie, muszę iść jutro do obory — odparł młodzieniec.
— Więc pan mi chyba pomożesz, panie Spilett?
— Dla zobowiązania cię, Nabie, i owszem — odpowiedział korespondent. — Uprzedzam cię tylko, że skoro mi odkryjesz swoje przepisy kuchenne, rozgłoszę je publicznie!
— Jak się panu podoba, panie Spilett — odparł Nab — jak się panu podoba!
I oto w jaki sposób nazajutrz, Gedeon Spilett, zamieniony w pomocnika Nabowego, zainstalował się w jego pracowni kuchennej. Przedtem jednak, inżynier opowiedział mu rezultat wczorajszych swoich poszukiwań, i korespondent najzupełniej zgodził się z inżynierem pod tym względem, iż pomimo, że się nic nie znalazło, jakiś sekret pozostaje do odkrycia.
Mrozy trzymały jeszcze przez cały tydzień i osadnicy nie opuszczali Pałacu Granitowego, chyba aby opatrzeć kurniki. Całe mieszkanie napełniło się wybornemi zapachami, pochodzącemi z mądrych manipulacyj Naba i korespondenta. Całego jednak owocu polowania na błotach nie zamieniono w konserwy, lecz ponieważ zwierzyna wśród tak mocnego zimna utrzymywała się doskonale, pozjadano kaczki dzikie i inne ptactwo na świeżo, i całe grono uznało je za wyższe od wszystkich ptaków wodnych całego znanego świata.
W ciągu tego tygodnia, Pencroff, przy pomocy Harberta, używającego doskonale igły, pracował z takim zapałem, że ożaglowanie statku ukończonem zostało. Lnianego materjału na to nie brakło, dzięki siatce odnalezionej razem z pokryciem balonu. Liny i sznury sieci skręcone były z wybornego materjału, który marynarz potrafił wyzyskać. Żagle zostały obrąbione silnemi sznurami, i pozostało jeszcze dosyć materjału na ściągacze do podnoszenia żagli, liny idące w drabinkę od wierzchu masztu, sznury u spodniego rogu żagla itd.
Co do bloków, te idąc za wskazówkami Pencroffa, wyrobił Cyrus Smith na tokarskiem kole.
Całe więc ożaglowanie gotowe było jeszcze przed ukończeniem statku. Pencroff sam osadził flagę błękitną, czerwoną i białą. Kolory te wydobyto z niektórych roślin farbierskich, znajdujących się w obfitości na wyspie. Ale, do trzydziestu siedmiu gwiazd, przedstawiających Stany Zjednoczone i błyszczących na pawilonach amerykańskich, marynarz dodał jeszcze trzydziestą ósmą „gwiazdę Stanu Lincoln;“ uważał bowiem wyspę swoją jako już przynależną do wielkiej rzeczypospolitej.
— I — mawiał — i jest nią z serca, jeżeli nie jest jeszcze z faktu!
Taki więc pawilon wywieszono z głównego okna Pałacu Granitowego i osadnicy pozdrowili go trzykrotnem hurra!
Wśród tego zbliżył się koniec pory chłodnej i zdawało się, że ta druga zima przejdzie bez ważnego wypadku, gdy naraz w nocy 11go sierpnia, Wielka Terasa zagrożoną została zupełnem spustoszeniem.
Po dniu dobrze zapełnionym, osadnicy spali głęboko, gdy nagle około czwartej nad ranem, zbudziło ich gwałtownie zapalczywe szczekanie Topa.
Na ten raz pies nie szczekał przy otworze studni, ale przy drzwiach i rzucał się na nie, jakby je chciał wybić. Jow także ze swojej strony wydawał dzikie okrzyki.
— A to co, Topie? — zawołał Nab, zbudziwszy się pierwszy.
Ale pies nie przestawał ujadać z rosnącą zaciekłością.
— Cóż to takiego? — spytał Cyrus Smith.
I wszyscy, ubrawszy się na prędce, rzucili się do okien i otworzyli je.
Przed nimi roztaczała się płaszczyzna śnieżna, ledwo wydająca się białą, tak noc była ciemna. Osadnicy nic nie zobaczyli, ale usłyszeli dziwne szczekanie, wybuchające z głębi ciemności. Widocznem było, że wybrzeże zalane było przez pewną ilość zwierząt, których nie można było rozpoznać.
— Co to jest? — wykrzyknął Pencroff.
— Wilki, jaguary, lub małpy! — odpowiedział Nab.
— Do djabła! Ależ one mogą się dostać na Terasę! — rzekł korespondent.
— A nasze kurniki — zawołał Harbert — a nasze plantacje?
— Którędyż one się tu dostały? — spytał Pencroff.
— Przez mostek od strony wybrzeża — odparł inżynier — który widocznie ktoś z nas zapomniał zamknąć.
— W istocie — rzekł Gedeon Spilett — przypominam sobie, żem go zostawił otworem.
— A toś się pan pięknie spisał, panie Spilett! — krzyknął marynarz.
— No, co się już stało, stało się — odrzekł Cyrus Smith. — A teraz pomyślmy, co czynić!
Takie zapytania i odpowiedzi szybko przelatywały z ust Cyrusa i jego towarzyszy. Pewną było rzeczą, że przez mostek otwarty dostały się zwierzęta na wybrzeże i zapełniły je, i że ktokolwiek one tam były, mogły po lewym brzegu Dziękczynnej dostać się na Wielką Terasę. Należało więc uprzedzić je i zwalczyć w razie potrzeby.
— Cóżto jednak za bestje? — odezwało się po raz drugi pytanie, w chwili gdy szczekania wybuchły z podwójną siłą.
Szczekania te wstrząsnęły Harbertem, i naraz przypomniał sobie, że słyszał je już raz w czasie pierwszej wizyty swojej u źródeł Czerwonego Potoku.
— To kulpesy, to lisy! — zawołał.
— Naprzód! — krzyknął marynarz.
I wszyscy, pochwyciwszy za topory, karabiny, rewolwery, rzucili się do windy i wnet stanęli na wybrzeżu.
Niebezpieczne to zwierzęta te kulpesy, gdy są w wielkiej liczbie i rozdrażnione głodem. Pomimo tego jednak, osadnicy nie wahali się ani chwili skoczyć w sam środek ich bandy, i pierwsze strzały z rewolwerów, rzuciwszy nagłe błyskawice w ciemności, zmusiły napastników do cofnięcia się.
Najważniejszem zadaniem było przedewszystkiem nie dozwolić tym rabusiom podnieść się aż do Wielkiej Terasy, ponieważ plantacje osadników i kurniki znalazłyby się na ich łasce, a ztąd wynikłyby niewątpliwie niezmierne szkody, szczególniej w zbożu. Ponieważ zaś wedrzeć się na Terasę nie mogły którędy indziej jeno po lewym brzegu Dziękczynnej, dostatecznem więc było stawić im nieprzełamalną tamę na owej wąskiej cząsteczce wybrzeża, zamkniętej pomiędzy rzeką a ścianą granitową.
Pojęli to wszyscy dobrze i na rozkaz Cyrusa rzucili się na oznaczone miejsce, podczas gdy gromada kulpesów szamotała się i skakała w ciemności.
Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff i Nab rozstawili się tak, aby utworzyć linję niepodobną do złamania. Top z otwartą, przerażającą paszczęką swoją poprzedzał osadników, a za nim tuż postępował Jow, uzbrojony w guzowatą pałkę, którą potrząsał jak maczugą.
Noc była niesłychanie ciemna. Jedynie przy świetle wystrzałów, które musiały być celne, spostrzegano napastników. Była ich zapewne co najmniej setka, a oczy im świeciły się jak węgle żarzące.
— Nie trzeba ich przepuścić! — zawołał Pencroff.
— I nie przepuścimy ich! — odrzekł inżynier.
Jeżeli jednak nie przeszły, to nie dla tego, żeby były nie próbowały. Ostatnie rzędy parły pierwsze, i rozpoczęła się walka nieprzerwana na strzały z rewolwerów i ciosy toporów. Nie mało już kulpesów musiało zaścielać ziemię, a banda nie zdawała się zmniejszać wcale. Rzekłbyś, że wciąż jej przychodzą nowe posiłki od strony mostku.
Wkrótce osadnicy walczyć musieli pierś z piersią, przyczem nie obyło się bez kilku ran, na szczęście lekkich. Harbert strzałem z rewolweru uwolnił Naba, któremu na plecy skoczył jeden kulpes, jak tygrys. Top bił się z prawdziwą wściekłością, skacząc lisom do gardła i dusząc je gruntownie. Jow, uzbrojony swoją pałką, tłukł jak ślepy i ani rusz nie dał się powstrzymać w tyle. Obdarzony niewątpliwie wzrokiem pozwalającym mu przebić te ciemności, znajdował się wciąż w miejscu najzacieklejszej walki i od czasu do czasu wydawał ostre gwizdnięcie, będące u niego cechą najwyższej roskoszy. Była chwila, w której tak daleko się posunął, iż przy świetle wystrzału, ujrzeć go można było otoczonego przez pięć czy sześć wielkich kulpesów, którym stawiał czoło z rzadką krwią zimną.
Wreszcie skończyła się walka zwycięstwem osadników, nie prędzej jednak aż po dwóch wielkich godzinach oporu. Pierwsze pobłyski świtu snać skłoniły do odwrotu napastników, bo pomknęły ku północy, przez mostek, który Nab natychmiast zwiódł za niemi.
Gdy światło dzienne dostatecznie rozjaśniło pole walki, osadnicy naliczyli około pięćdziesiąt kulpesów, zabitych i rozrzuconych po wybrzeżu.
— A Jow? — zawołał Pencroff. — Gdzież Jow?
Jow gdzieś się podział. Przyjaciel jego Nab zawołał nań, ale po raz pierwszy Jow nie odpowiedział na wołanie swego przyjaciela.
Wszyscy rzucili się na poszukiwanie Jowa, drżąc, że znajdzie się może pomiędzy poległemi. Oczyszczono miejsce z trupów, plamiących śnieg swoją posoką, i znaleziono Jowa pod istną górą kulpesów, których zdruzgotane szczęki i połamane żebra, świadczyły, że pracowała nad niemi straszliwa pałka nieustraszonego oranga. Biedny Jow trzymał jeszcze w ręku szczątek swej złamanej pałki. Widocznie pozbawiony broni, przygnieciony został przez przeważną ilość napastników i padł. Głębokie rany czerniały mu na piersiach.
— Żyje! — zawołał Nab — pochylony nad nim.
— I ocalimy go — odrzekł marynarz — będziemy go pielęgnować, jakby był jednym z nas.
Zdawało się, że Jow zrozumiał te słowa, bo schylił głowę na ramię Pencroffa, jakby dla podziękowania mu. Marynarz sam był ranny, ale rany jego, tak jak i towarzyszy, nie miały znaczenia, dzięki bowiem palnej broni, wciąż prawie mogli trzymać napastników w oddaleniu. Tylko więc orang znajdował się w niebezpiecznym stanie.
Nab i Pencroff przynieśli go na rękach aż do windy. Przez cały ten czas ledwo jeden słaby jęk wydarł się z jego piersi. Wciągnięto go ostrożnie do Pałacu Granitowego. Tu, złożono go na materacu, wziętym z jednego łóżka i obmyto rany jego jak najstaranniej. Nie zdawało się, żeby naruszyły jakikolwiek ważny organ. W każdym razie jednak Jow utracił bardzo wiele krwi, i wkrótce popadł w dosyć silną gorączkę.
Położono go więc, po opatrzeniu, i skazano na surową djetę, „całkiem jakby osobę naturalną“ jak się wyrażał Nab. Następnie dano mu wypić kilka filiżanek chłodzącej tyzanny, do której ingredjencyj dostarczyła apteczka Pałacu Granitowego.
Zasnął naprzód snem niespokojnym; powoli jednak oddech mu się uregulował, i tak go zostawiono w najgłębszej ciszy. Od czasu do czasu Top, idąc, można rzec prawie „na paluszkach“ zbliżał się do swego przyjaciela i zdał się potakiwać wszystkim czynionym wokoło niego staraniom. Jedna z rąk Jowa zwisała z łóżka, Top lizał ją z miną żałośną.
Tegoż samego poranku jeszcze przystąpiono do pogrzebania trupów, które zaciągnięto aż do lasu Zachodniej Ręki i tam zakopano głęboko.
Napad ten, który byłby mógł mieć tak ważne następstwa dla osadników, był dla nich nauką, i odtąd nie położyli się, dopokąd jeden z nich się nie przeświadczył, że wszystkie mosty zwiedzione i wszelka napaść niemożliwa.
Tymczasem Jow, po kilku dniach dosyć zatrważającej choroby, silnie wydobywać się z niej począł. Konstytucja jego potężna zwyciężyła, gorączka poczęła powoli się zmniejszać i Gedeon Spilett, będący po troszę medykiem, uznał go wkrótce za ocalonego, 16go sierpnia Jow począł jeść. Nab robił dla niego smakowite leguminki, w których chory lubował się ogromnie, miał bowiem tę miluchną przywarkę, iż był troszeczunieczkę łasunem, a Nab nigdy nie starał się go pod tym względem poprawić.
— Co pan chcesz — mawiał do Gedeona Spiletta, robiącego mu wyrzut, że bałamuci oranga — co pan chcesz? Toż on nie ma biedaczek innej roskoszy, okrom żołądkowej, poczciwy Jow, a ja czuję się szczęśliwym, że mogę choć w ten sposób wynagrodzić jego zasługi.
W dziesięć dni po położeniu się w łóżko, 21. sierpnia, pan Jow powstał. Rany się zablizniły i widać było, iż wkrótce giętkość zwykła i siła powrócą pacjentowi. Jak wszyscy rekonwalescenci, uczuł naraz przerażający apetyt. Korespondent pozwolił mu jeść, co zechce, ufając pod tym względem owemu instynktowi, którego braknie często istotom rozumnym, — a ratującemu bezmyślne od nadużycia. Naba zachwycał ten powrót apetytu u jego wychowanka.
— Jedz — mówił do niego — jedz, mój Jowie; nie żałuj sobie niczego. Wylałeś krew swoją za nas, toż już co najmniej pomódz ci muszę, ażebyś znowu do niej przyszedł!
Nakoniec 28. sierpnia dał się słyszeć głos Naba, przywołujący resztę towarzyszy.
— Panie Cyrusie, panie Gedeonie, panie Harbercie, Pencroffie, chodźcie! chodźcie!
Osadnicy zebrani wtedy właśnie w wielkiej sali, podnieśli się na okrzyk Naba i pobiegli do izby przeznaczonej dla Jowa.
— Co się stało? — spytał korespondent.
— Patrzajcie! — odrzekł Nab, wybuchając hucznym śmiechem.
I cóż ujrzeli? Oto pana Jowa, który palił spokojnie i poważnie fajkę, przykucnąwszy jak Turek w drzwiach Granitowego Pałacu.
— Moja fajka! — zawołał Pencroff. — On wziął moją fajkę! Ach mój dzielny Jowie, ofiaruję ci ją w podarku! Pal, mój przyjacielu, pal!
A Jow puszczał gęste głęby dymu, co zdawało się sprawiać mu nieporównane roskosze.
Cyrusa Smitha nie zadziwił bynajmniej ten wypadek; owszem zacytował liczne przykłady oswojonych małp, dla których palenie tytoniu stało się nałogiem.
Od tego dnia pan Jow miał własną swoją fajkę, ex-fajkę marynarza, którą mu zawieszono w jego pokoju wraz z zapasem tytoniu. On sam ją sobie nakładał, zapalał od żarzącego się węgla i zdał się być najszczęśliwszym z czwororękich. Zgadnie każdy, że ta wspólność gustów ścieśniła tylko owe węzły serdecznej przyjaźni wiążące już oddawna zacną małpę i poczciwego marynarza.
— Kto wie, czy to nie człowiek — mawiał nieraz Pencroff do Naba. — Czyżbyś się zdziwił, gdyby Jowowi przyszła kiedykolwiek ochota zagadania do nas?
— Dalipan, nie — odpowiadał Nab. — Jeżeli mnie co dziwi, to to właśnie, że dotąd jeszcze nie mówi, boć koniec końców niczego mu po temu nie braknie!...
— A wiesz, toby mnie zabawiło — ciągnął dalej marynarz — gdyby pewnego dnia odezwał się do mnie: „Hę? a gdybyśmy się pomieniali na fajki, Pencroffie?“
— O tak, toby było doskonałe — odparł Nab. — Co za nieszczęście, że jest niemym od urodzenia!
Z nastaniem września zima się stanowczo skończyła, a roboty rozpoczęły się z nowym zapałem.
Budowa statku posuwała się żywo naprzód. Pomost skończony już został w zupełności, wzięto się więc do wyklepkowania statku wewnątrz, łącząc przytem wszystkie stawy budowy listwami, zmiękczonemi w parze wodnej i poddającemi się przez to wszelkim wymaganiom modelu.
Ponieważ drzewa było poddostatkiem, Pencroff zaproponował inżynierowi urządzenie jeszcze drugiej ściany wewnętrznej, dla ochrony od wilgoci. Myśl ta nadawała statkowi trwałość i bezpieczeństwo zupełne.
Cyrus Smith nie wiedząc, co przyszłość w sobie chowa, zgodził się na ten pomysł marynarza.
Drugą tę więc ścianę i roboty około pokładu ukończono w zupełności z dniem 15go września. Do zatkania szpar użyto pakuł, które wbito młotkiem pomiędzy klepki pudła, ściany wewnętrznej i pokładu. Następnie zaś, zalano jeszcze te szpary gorącą smołą, której sosny lasu dostarczyły w obfitości.
Urządzenie wewnętrzne statku odbyło się z jak największą prostotą. Najprzód naładowano go balastem, składającym się z ciężkich kawałów granitu, połączonych ze sobą wapnem; waga ich ogólna wynosiła około dwunastu tysięcy funtów. Następnie balast ten pokryto mostem — a wnętrze statku podzielono na dwie izby, wzdłuż których ciągnęły się ławy, służące zarazem za skrzynie. Osada masztu miała stanowić pokrycie nad przepierzeniem, dzielącem obiedwie izby, do których wchodziło się przez dwa otwory w pokładzie osłonięte klapami.
Pencroff nie miał żadnej trudności w wynalezieniu drzewa przydatnego na maszty. Wybrał ku temu młodą jodłę, prostą, bez sęków, którą tylko trzeba było ściesać w kwadrat u spodu a zaokrąglić u góry. Żelaziwo do masztów, steru, i całego pudła statku, niezgrabnie ale gruntownie wyrobiono w kuźni „w dymnikach“. Wreszcie reje, maszt strzałkowy, i zapasowe drzewo na maszty, wszystko było dokonane i zebrane w pierwszym tygodniu października — i stanęła umowa, iż odbędzie się pierwsza próba statku, w pobliżu wyspy, dla przekonania się, jakie jego zachowanie na morzu i o ile można mu zaufać.
Przez cały ten czas roboty niezbędne nie uległy bynajmniej zaniedbaniu. Obory uporządkowano, ponieważ stado dzikich baranów i kóz powiększyło się już o pewną ilość potomstwa, które trzeba było gdzieś pomieścić i wyżywić. Nie zapomnieli także osadnicy odwidzić ani ostrygarni, ani królikarni, ani pokładów węgla ziemnego i żelaza, — ani wreszcie kilku dotychczas nie zbadanych jeszcze części lasu Zachodniej Ręki, obfitujących wielce w zwierzynę.
Odkryto jeszcze kilka nowych miejscowych roślin, które jeśli nie przynosiły natychmiastowej korzyści, to urozmaiciły przynajmniej karm roślinną mieszkańców Granitowego Pałacu.
Były to okazy z rodziny figowatych, jedne podobne do znajdujących się na przylądku Dobrej Nadziei, z liśćmi mięsistemi, jadalnemi, inne wydające ziarna, w których wnętrzu mieścił się rodzaj mąki.
Dnia 10. października spuszczono okręt na morze. Pencroff promieniał. Operacja udała się jak najwyborniej. Statek w pełnem ożaglowaniu, zatoczony na walcach na sam kraj wybrzeża, pochwycony został przez przybierające morze i spłynął na falach, przy oklaskach osadników a szczególniej Pencroffa, który w tej okazji nie dbał bynajmniej o okazanie się skromnym. Zresztą próżność jego miała dostać nowego bodźca, ponieważ po zbudowaniu statku, powierzono mu nad nim komendę, i za ogólną zgodą otrzymał tytuł kapitna.
Dla zadowolenia kapitana Pencroffa, musiano natychmiast nadać imię nowemu statkowi, co wywołało długie i rozliczne rozprawy i propozycje. Wreszcie jednak głos ogólny zgodził się na imię „Bonawentury“ będące zarazem chrzestnem imieniem zacnego marynarza.
Skoro przypływ morza podniósł „Bonawenturę“ na swych barkach, spostrzedz można było że nowy statek trzymał się wybornie i zdolnym był do wszelakiego ruchu.
Zresztą miała to jeszcze lepiej okazać próba na morzu w bliskości wybrzeża, ułożona na ten sam dzień jeszcze. Czas był prześliczny, wiatr zawiewał świeży, morze nadawało się wybornie do takiej próby, szczególniej od strony południowej wybrzeża, wiatr bowiem wiał z północo-zachodu już od godziny.
— Na statek, na statek! — wołał kapitan Pencroff.
Trzeba jednak było zjeść śniadanie przed wycieczką i zdawało się nawet rzeczą roztropną zabrać ze sobą niektóre zapasy na przypadek, gdyby wycieczka miała się przeciągnąć aż do wieczora.
Cyrusowi Smith spieszyło się również spróbować statku, którego plan on bądź co bądź podał, pomimo, że idąc za radą marynarza, poczynił następnie kilka poprawek. Nie miał jednak tyle zaufania do tego okręciku, co Pencroff — i ponieważ marynarz nie powracał do projektu podróży na wyspę Tabor, Cyrus Smith miał nadzieję, że Pencroff już od tej myśli odstąpił. W istocie bowiem przykroby mu było zobaczyć dwóch lub trzech ze swoich towarzyszy, hazardujących się na tej barce, koniec końców tak malenkiej i niosącej zaledwie piętnaście beczek ciężaru.
O wpół do jednastej wszyscy znaleźli się na pokładzie, nawet Jow, nawet Top. Nab i Harbert podnieśli kotwicę, zatopioną w piasku w bliskości ujścia Dziękczynnej, wywieszono flagę lincolnijską i „Bonawentura,“ sterowany przez Pencroffa, wypłynął na morze.
Ażeby wyjść z zatoki Stanów Zjednoczonych, trzeba było najprzód wziąć się z wiatrem, co dało możność przekonania się, że w tych warunkach szybkość statku była zadawalającą.
Po okrążeniu przylądka Rozbitków i Ostrego Szponu, Pencroff musiał się trzymać tuż koło wybrzeża, wzdłuż strony południowej wyspy i zauważył po przepłynięciu kilku węzłów, że „Bonawentura“ miał bieg równy i wybornie opierający się zboczeniu. Skręcał dosknale pod wiatr, — miał „zamach“ jak mówią marynarze, i zyskiwał nawet na przestrzeni przy skręceniu.
Pasażerowie „Bonawentury“ byli w prawdziwem zachwyceniu. Posiadali wyborny statek, który w danym razie mógł oddać im wielkie przysługi — a przytem, w dniu tak pogodnym i przy tak pomyślnym wietrze — przejażdżka ta sprawiała im rzetelną przyjemność.
Pencroff skierował się na pełne morze, trzy lub cztery mile od wybrzeża, przez port Balonowy. Wówczas wyspa pokazała się im w całym obszarze swoim i w nowej postaci, z urozmaiconą panoramą swoich wybrzeży od przylądka Ostrego Szponu, do przylądka Wężowego, — z pierwszemi planami lasów swoich, w których szyszkowce odróżniały się jeszcze wśród młodego oliścienia innych drzew, pączkujących zaledwie, — z górą Franklina wreszcie, panującą nad całością tego obrazu, i mającą czoło gdzieniegdzie uwieńczone śniegami.
— Jakie to piękne! — zawołał Harbert.
— O tak, nasza wysepka jest piękna i dobra — odpowiedział Pencroff. Kocham ją, jak niegdyś moją biedną matkę. Przyjęła nas ubogich i pozbawionych wszystkiego — a teraz czegoż braknie pięciorgu dzieciom, które jej spadły z nieba?
— Niczego! — odrzekł Nab — niczego, kapitanie!
I dwaj poczciwcy rzucili trzykrotnie potężne: hurra! — na cześć swojej wyspy.
Wśród tego Gedeon Spilett oparty o podstawę masztu, zdejmował ołówkiem panoramę rozwijającą mu się przed oczyma.
Cyrus Smith rozglądał się w milczeniu.
— No, panie Cyrusie — odezwał się doń Pencroff — co pan powiesz o naszym statku?...
— Zdaje się bardzo dobrze sprawiać, — odrzekł inżynier.
— Wybornie. Jesteś więc pan przekonany obecnie, że możnaby na nim przedsięwziąć dłuższą jaką podróż?
— Jaką podróż, Pencroffie?
— Do wyspy Tabor, naprzykład?
— Mój przyjacielu, — odpowiedział Cyrus Smith — mnie się zdaje, że w razie konieczności nie należałoby się wahać powierzyć Bonawenturze nawet na dłuższą podróż, — wiesz jednak o tem, że z przykrością widziałbym cię wypływającego do wyspy Tabor, ponieważ nic nas do tego nie zmusza.
— Dobrze jest znać swoich sąsiadów, — odparł Pencroff, zacięty na punkcie swego pomysłu. — Wyspa Tabor to nasza sąsiadka, — jedyna! Sama grzeczność wymaga, ażeby ją przynajmniej odwiedzić!
— Do djabła — odezwał się Gedeon Spilett — nasz przyjaciel Pencroff stoi jak mur przy ceremonjale.
— Ja przy niczem nie stoję, jak mur — odciął się marynarz, którego opozycja inżyniera nieco drażniła, a nie chciał mu jednak wyrządzić jakiejkolwiek przykrości.
— Pomyśl, Pencroffie, — odrzekł Cyrus Smith, że sam nie możesz udać się do wyspy Tabor.
— Jeden towarzysz mi wystarczy.
— Zgoda, odparł inżynier. Ryzykujesz więc dwóch osadników wyspy Lincolna na pięciu?
— Na sześciu! — odrzekł marynarz. Zapominasz pan o Jowie.
— Na siedmiu! — dodał Nab. Top tyle wart co i kto inny!
— Nie masz w tem żadnego ryzyko — panie Cyrusie — podjął znowu Pencroff.
— Być może, Pencroffie; ja jednak powtarzam, że byłoby to narażaniem się, bez konieczności!
Uparty marynarz nie odpowiedział nic na to i pozwolił upaść rozmowie z mocnem postanowieniem podjęcia jej na nowo. Ani myślał jednak, że przyjdzie mu wnet na pomoc wypadek, który zmieni w dzieło ludzkości, zamiar jego, będący bądź co bądź dotąd kaprysem tylko, podlegającym dyskusji.
Po długim dosyć pobycie na pełnem morzu, „Bonawentura“ zbliżył się do brzegu, sterując ku portowi Balonowemu. Ważną bowiem było rzeczą, obejrzeć przesmyki pomiędzy ławicami piasku a skałami, dla zatknięcia nad niemi w razie potrzeby znaków ostrzegających, — ponieważ ta mała zatoczka miała być stanowiskiem dla statku.
Było to zaledwie o pół mili od wybrzeża, i trzeba było płynąć gzygzakiem (lawirować) pod wiatrem; bieg „Bonawentury“ był w tej chwili bardzo umiarkowany, — wiatr bowiem w części powstrzymany przez ziemię, zaledwo wydymał żagle, a morze gładkie jak zwierciadło, marszczyło się jedynie od kapryśnych silniejszych podmuchów.
Harbert trzymał się na przedzie statku, dla wskazywania drogi w pośród przesmyków. Nagle z ust jego dał się słyszeć okrzyk:
— Skręć z wiatrem, Pencroffie, skręć z wiatrem!
— A co tam takiego — spytał marynarz podnosząc się. — Skała?
— Nie... czekaj... — odrzekł Harbert... nie widzę jeszcze dobrze... skręćno jeszcze... dobrze... trochę bliżej...
I mówiąc to, Harbert wyciągnął się jak długi na pokładzie, zanurzył szybko rękę w wodę i podniósł się, wołając:
— Butelka!
W ręku trzymał butelkę zakorkowaną, schwytaną właśnie w tej chwili na fali.
Cyrus Smith wziął ją w rękę. Nie mówiąc ani słowa, wyciągnął korek i wydobył z niej papier wilgotny, na którym były te słowa:
— Rozbitek... Wyspa Tabor... 153° Z. dług. — 37° 11′ szer. Płd.






ROZDZIAŁ XIII.
(Wyjazd postanowiony. — Przypuszczenia. — Przygotowania. — Trzej pasażerowie. — Pierwsza noc. — Druga noc. — Wyspa Tabor. — Poszukiwania na wybrzeżach. — Poszukiwania w lesie. — Nie ma nikogo. — Zwierzęta. — Rośliny. — Mieszkanie ludzkie. — Wszędzie pusto.)

— To rozbitek jakiś, opuszczony na wyspie Tabor, kilkaset mil tylko od nas! zawołał Pencroff. A! panie Cyrus, teraz już się pan nie będziesz sprzeciwiał mojemu projektowi.
— Nie, Pencroffie, odparł Cyrus Smith, jedź i to jak najprędzej.
— Więc jutro?
— Niech będzie jutro.
Inżynier trzymał jeszcze w ręku papier wydobyty z butelki. Podumał nad nim chwil kilka, poczem odezwał się znowu w te słowa:
— Z dokumentu tego, przyjaciele, z samej formy, w jakiej został spisanym, należy przedewszystkiem wysnuć następujące wnioski: więc najpierw, że rozbitek zostający na wyspie Tabor posiada dość obszerne wiadomości marynarskie, skoro podaje tak stopień szerokości jak i długości geograficznej wyspy, zgodne co do minuty z temi, jakie my wynaleźliśmy; a powtóre, że jest z pochodzenia Anglikiem lub Amerykaninem, ponieważ dokument spisany jest w języku angielskim.
— To wniosek całkiem logiczny, — odezwał się Gedeon Spilett, — a obecność tego rozbitka wyjaśni nam fakt wyrzucenia owej skrzyni na brzeg naszej wyspy. Ponieważ istnieje rozbitek, zatem musiało także nastąpić rozbicie. Co się zaś tyczy tego pierwszego, to jego szczęście, że Pencroffowi przyszło do głowy wybudować statek i spróbować go dziś właśnie, bo jeden dzień później, a butelka mogła się roztłuc o skały.
— W samej rzeczy rzekł Harbert, to traf szczęśliwy, że Bonawentura nadpłynął właśnie w chwili, gdy butelka pływała jeszcze po wodzie!
— Nie wydaje się to panu zdarzeniem dziwacznem? zapytał Cyrus Smith Pencroffa.
— Nie, tylko szczęśliwem, odparł marynarz. Cóż pan w tem widzisz nadzwyczajnego, panie Cyrus? Butelka musiała przecież którędyś popłynąć, tak dobrze tędy, jak którędy indziej!
— Masz może i słuszność, Pencroffie, odparł inżynier, a jednak...
— A nie ma też jakiego śladu, że butelka od dłuższego już czasu pływała po morzu? zauważył Harbert.
— Żadnego, odparł Gedeon Spilett, a nawet dokument wydaje się świeżo spisanym. Co ty o tem sądzisz, Cyrusie?
— Trudno to sprawdzić, a wreszcie dowiemy się o tem wkrótce! odparł Cyrus Smith.
Podczas tej rozmowy Pencroff nie próżnował. Zmienił bieg statku, a Bonawentura całą piersią prując fale, mknął pełnemi żaglami ku przylądkowi Ostrego Szponu. Każdy dumał o rozbitku z wyspy Tabor. Czy jeszcze czas go ocalić? Było to wielkiej wagi zdarzenie w życiu naszych osadników! Oni sami byli także rozbitkami, lecz zachodziła obawa, że tamtemu mniej od nich sprzyjało szczęście, więc obowiązkiem ich było pospieszyć z pomocą nieszczęśliwemu.
Opłynęli dokoła przylądek Ostrego Szponu i o godzinie czwartej zarzucił Bonawentura kotwicę u ujścia Dziękczynnej.
Tego wieczora omówiono szczegóły nowej wyprawy. Zdawało się właściwem, ażeby Pencroff z Harbertem, jako świadomi żeglugi, sami podjęli tę podróż.
Wyruszywszy nazajutrz t. j. 11go października, mogli stanąć na miejscu 13go za dnia, przy wietrze bowiem, jaki panował, czterdzieści ośm godzin wystarczało do przebycia stu pięćdziesięciu milowej przestrzeni. Licząc jeden dzień pobytu na wyspie, a trzy lub cztery dni napowrót można było przypuścić, że 17go października będą z powrotem na wyspie Lincolna. Pogoda była piękna, barometr zwolna się podnosił, wiatr zdawał się stałym, wszystko sprzyjało przedsięwzięciu tych zacnych ludzi, których obowiązek ludzkości powoływał z dala od ich wyspy.
Tak więc postanowiono, że Cyrus Smith, Nab i Gedeon Spilett pozostaną w Pałacu Granitowym, ale przeciw temu wniesione zostało od razu jedno przedstawienie — oto Gedeon Spilett, pomny na swój urząd korespondenta dziennika New York Herald, oświadczył, że raczej wpław się uda za okrętem, niżeliby miał opuścić podobną sposobność. Pozwolono mu więc wziąć udział w wyprawie.
Jeszcze tego wieczora zniesiono na pokład Bonawentury kilka kawałków pościeli, narzędzia, broń, amunicję, busolę i żywność na dni ośm, a uwinąwszy się raźnie z ładugą, powrócili osadnicy do Pałacu Granitowego.
Nazajutrz, o godzinie piątej z rana, nastąpiło pożegnanie, przyczem obustronnie nie obeszło się bez wzruszenia. Pencroff, rozpiąwszy żagle, skierował statek ku przylądkowi Ostrego Szponu, który opłynąwszy dokoła, należało następnie puścić się prosto w kierunku południowo-zachodnim.
Bonawentura oddalił się już ćwierć mili od brzegów, gdy pasażerowie jego ujrzeli na górze Pałacu Granitowego dwóch ludzi dających im znaki pożegnalne. Był to Cyrus Smith i Nab.
— Oto przyjaciele nasi! zawołał Gedeon Spilett. Wszak to pierwsze rozłączenie się nasze od piętnastu miesięcy!...
Pencroff, korespondent i Harbert po raz ostatni skinęli im na znak pożegnania, i Pałac Granitowy zniknął wkrótce po za wysokiemi skałami przylądka.
Przez pierwszych kilka godzin Bonawentura płynął równolegle z południowemi brzegami wyspy Lincolna, która niebawem przedstawiała się oczu podróżnych jak koszyk zielony, z którego wynurzała się góra Franklina. Wzgórza zmalałe oddaleniem, nadawały jej postać nie bardzo zdolną przynęcić statki do jej brzegów.
Około godziny pierwszej z południa minęli przylądek Jaszczurczy, płynąc pełnem morzem dziesięć mil od brzegów. W tej odległości nie podobna już było dojrzeć ani znaku północnych wybrzeży ciągnących się aż do grzbietów góry Franklina, a w trzy godziny później, zniknął na widnokręgu wszelki ślad wyspy Lincolna.
Bonawentura sprawował się wyśmienicie. Unosił się lekko na falach i szybował raźnie. Pencroff rozwinął żagiel strzałkowy i w pełnem ożaglowaniu płynął w prostym kierunku wskazanym przez busolę.
Od czasu do czasu Harbert zastępował go przy sterze, a chłopak miał rękę tak pewną, że marynarz nie mógł mu wytknąć najmniejszego zboczenia.
Gedeon Spilett gawędził to z jednym, to z drugim, a w potrzebie sam przykładał rękę do pracy. Kapitan Pencroff był zupełnie zadowolony ze swej załogi i przebąkiwał nawet o uraczeniu jej „lampeczką wina od kurzu!“
Wieczorem sierp księżyca, który dopiero 16go miał dojść do pierwszej kwadry, zarysował się na ściemnionem tle nieba i wkrótce zagasł. Noc była ciemna ale roziskrzona gwiazdami i zapowiadała pogodny dzień nazajutrz.
Pencroff, przez ostrożność, zwinął żagiel strzałkowy, nie chcąc narazić się na jaki niespodziewany figiel wiatru z płótnem na maszcie. Był to może zbytek ostrożności przy tak pogodnej nocy, ale Pencroff był przezornym marynarzem, i nikt go za to nie zganił.
Korespondent przespał część nocy. Pencroff i Harbert zmieniali się co dwie godziny przy sterze. Marynarz ufał Harbertowi jak samemu sobie, a zaufanie to usprawiedliwiał chłopak swą zimną krwią i swym rozsądkiem. Pencroff wytykał mu kierunek, jak komendant sternikowi, a Harbert nie dał Bonawenturze zboczyć od niego ani na jeden włos.
Noc upłynęła szczęśliwie, a następny dzień 12. października przeszedł tak samo jak poprzedni. Przez cały dzień trzymano się ściśle kierunku południowo-zachodniego, a jeśliby tylko jaki prąd nieznany nie pochwycił okrętu, Bonawentura musiał wylądować wprost na wyspę Tabor.
Morze, po którem płynął statek, było całkiem puste. Czasem tylko jaki duży ptak, albatros lub fregata przelatywał w oddaleniu strzału, a Gedeon Spilett zapytywał sam siebie, czyli pomiędzy temi potężnemi latawcami nie znajduje się ten, któremu powierzył swą ostatnią kronikę dla dziennika New York Herald? Zdawało się, że ptaki te były jedynemi istotami odwidzającemi tę część Oceanu pomiędzy wyspą Tabor a wyspą Lincolna.
— A wszakże to właśnie czas, w którym statki wyjeżdżające na połów wielorybów zwykły zwidzać południowe strony Cichego Oceanu, zauważył Harbert. Zaprawdę nie wiem, czy jest gdzie morze podobnie puste jak to!
— Ono wcale nie jest tak puste! odparł Pencroff.
— Jak pan to rozumiesz? zapytał korespondent.
— Przecież my na niem jesteśmy! Czy pan nasz okręt masz za jaki kawałek rozbitego czerepa, a nasze osoby za gatunek delfinów?
I Pencroff zaśmiał się ze swego żartu.
Według przypuszczalnego obliczenia przepłynął Bonawentura, od chwili swojego wyjazdu z wyspy Lincolna do końca tego dnia, to jest w przeciągu trzydziestu sześciu godzin, przestrzeń stu dwudziestu mil, czyli chyżość jego wynosiła trzy i jednę trzecią mili na godzinę. Powiew wiatru był słaby i słabł coraz więcej. Na wszelki jednak wypadek można się było spodziewać, że jeżeli obliczenie ich było trafne, a kierunek okrętu dobry, nazajutrz z brzaskiem dnia ujrzą wyspę Tabor.
To też ani Gedeon Spilett, ani Harbert, ani Pencroff nie spali całą tę noc z 12. na 13. października. Wyczekując niecierpliwie dnia, nie byli w stanie przytłumić w sobie żywego wzruszenia. Przedsięwzięcie ich pod wielu względami było tak niepewne!
Dalekoż jeszcze oddaleni byli od tej wyspy Tabor? Czy tę wyspę dotychczas zamieszkiwał rozbitek, któremu na pomoc spieszyli? Co to był za człowiek? Czy towarzystwo jego nie zamąci spokoju osady dotąd tak zgodnie żyjącej? Czy przystanie wreszcie na to, by swoje teraźniejsze więzienie zamienić na inne? Zagadki te, które dzień następny miał niewątpliwie roztrzygnąć, spłaszały sen z ich powiek, i od pierwszego świtania wytężali wzrok i wodzili nim kolejno po całym widnokręgu zachodnim.
— Ziemia! zawołał Pencroff około godziny szóstej zrana.
Ponieważ niepodobna było przypuszczać, ażeby się Pencroff omylił, więc musiała to być ziemia niewątpliwie.
Łatwo wystawić sobie radość małej załogi Bonawentury! Za kilka godzin staną na wyspie!
Wyspa Tabor, rodzaj płaskiego wybrzeża wynurzającego się zaledwie z fal morza, nie była oddaloną więcej jak na piętnaście mil. Przylądek Bonawentury, posunięty nieco ku południowi wyspy, górował nad nią sam jeden, i w miarę jak słońce wychylało się na wschodzie, tu i ówdzie pojedyncze szczyty stawały się wyrazistemi.
— To wysepka o wiele mniejsza od wyspy Lincolna, zauważył Harbert, i podobnie jak ona zawdzięcza swe istnienie zapewne jakiejś formacji podwodnej.
O godzinie jedenastej z rana Bonawentura oddalony był od wyspy nie więcej jak na dwie mile, a Pencroff szukając przejścia ku wylądowaniu, posuwał się z jak największą ostrożnością po tych nieznanych wodach.
Wtedy można było w całości objąć okiem wysepkę, porosłą zielonemi klombami gumowców i innych dużych drzew, z tego samego rodzaju co na wyspie Lincolna. Ale rzecz dziwna, ani nie wznosił się nigdzie dym świadczący o zamieszkiwaniu wyspy przez ludzi, ani też nigdzie na wybrzeżu nie ukazał się znak żaden!
A jednak dokument wspominał wyraźnie o rozbitku, i rozbitek ten powinien się był znajdować na czatach!
Tymczasem Bonawentura zabłąkał się pomiędzy dziwaczne przesmyki wśród skał, których każdy zakręt śledził Pencroff z jak największą uwagą. Harberta posadził przy sterze, sam zaś, stojąc na przedzie okrętu, wpatrywał się w wodę, gotów każdej chwili zwinąć żagiel, którego sznur trzymał w ręku. Gedeon Spilett daleko widzem przebiegał wszystkie wybrzeża, nie dostrzegając nic zgoła.
Wreszcie około południa potrącił Bonawentura przodem o piaszczystą płaszczyznę. Wyrzucono kotwicę, zwinięto żagle i cała załoga okrętowa udała się na ląd.
Nie podlegało wątpliwości, że była to w samej rzeczy wyspa Tabor, ponieważ na najnowszych mapach nie było żadnej innej wyspy w tej stronie Cichego Oceanu, pomiędzy Nową Zelandją a brzegami amerykańskiemi.
Przymocowano starannie okręt, ażeby odpływające morze nie uniosło go ze sobą, poczem Pencroff z dwoma swoimi towarzyszami, uzbroiwszy się należycie, puścili się brzegiem ku wzgórkowi posiadającemu kształt ostrokręgu, dwieście pięćdziesiąt do trzysta stóp wysokiemu, wznoszącemu się w oddaleniu blisko pół mili.
— Ze szczytu tego pagórka, rzekł Gedeon Spilett, będziemy mieli bezwątpienia ogólny przegląd całej wyspy, co nam ułatwi dalece poszukiwania.
— To zupełnie tak, jak sobie postąpił najpierw pan Cyrus na wyspie Lincolna, kiedy wylazł na górę Franklina, zauważał Harbert.
— Zupełnie tak samo, odparł korespondent, i jest to sposób najodpowiedniejszy!
Gawędząc tak, szli podróżnicy nasi krajem łąki, kończącej się u samego podnóża ostrokręgu. Przed nimi wzlatywały gromady gołębi skalnych i morskich jaskółek, podobnych tym, które widywali na wyspie Lincolna. W lesie, który się ciągnął wzdłuż łąki po lewym jej boku, słyszeli szelest w krzakach i widzieli kołyszące się zarośla, co zdradzało obecność jakichś bardzo płochliwych zwierząt; lecz dotychczas nic nie wskazywało, ażeby wyspa zamieszkałą była przez ludzi.
Przybywszy do podnóża ostrokręgu, Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett w jednej chwili wdrapali się na szczyt jego, zkąd wzrok ich obejmował cały widnokrąg.
Znajdowali się na wysepce nie posiadającej więcej jak sześć mil obwodu, którego linje, ani nie wyskakując na zewnątrz w liczne przylądki i języki, ani wżynając się w głąb w liczne przystanie i ostoje, tworzyły kształt podłużnie owalny.
Do koła rozlewała się pusta zupełnie płaszczyzna morza aż po krańce widnokręgu. Nigdzie lądu, nigdzie żagla!
Wysepka ta, porośnięta całkowicie lasem, nie przedstawiała tak urozmaiconego widoku jak wyspa Lincolna, której jedna część była jałowa i dzika, podczas gdy druga żyzna i bogata. Tu widzieli przed sobą tylko jednostajną masę zieleni, z pomiędzy której wznosiły się dwa lub trzy nie wielkie pagórki. Owal wysepki przerzynał ukośnie strumień płynący szeroką łąkę i wąskiem ujściem wpadający do morza na wybrzeżu północnem.
— Szczupły kraik, zauważył Harbert.
— W samej rzeczy, rzekł Pencroff, nam tu było za ciasno!
— A co więcej, odparł korespondent, zdaje się być nie zamieszkałym.
— W istocie, odezwał się Harbert, ani śladu człowieka.
— Zejdźmy na dół, odparł Pencroff, i szukajmy.
Marynarz z obydwoma towarzyszami swoimi powrócili na brzeg morza, gdzie zostawili Bonawenturę. Postanowili zejść wpierw piechotą całą wysepkę dokoła, a potem dopiero zapuścić się w głąb jej, tak by żaden kącik nie uszedł ich baczności.
Pochód wzdłuż brzegu morskiego nie przedstawiał żadnych trudności, tu i ówdzie tylko olbrzymie skały przecinały im drogę, lecz łatwo było je obejść. Podróżnicy nasi skierowali swe kroki ku południowi, płosząc po drodze liczne gromady morskiego ptactwa i stada fok, które na ich widok z daleka już rzucały się w morze.
— Bestje te, zauważył korespondent, nie pierwszy raz widzą ludzi. Boją się ich, więc ich znają.
W godzinę później przybyli wszyscy trzej do południowego końca wysepki, zakończonego spiczastym przylądkiem, skąd puścili się dalej na północ wzdłuż wybrzeży północnych, pokrytych piaskiem i skałami, które otaczał w głębi gęsty bór.
Nie znaleźli nigdzie znaku mieszkania ludzkiego, nigdzie śladu ludzkiej stopy na całym obwodzie wysepki, którą w czterech godzinach obeszli dokoła.
Był to fakt co najmniej dziwny, i chyba należało mniemać, że wyspa Tabor albo wcale nie była albo już nie była zamieszkałą. Zresztą wszak łatwo być mogło, że dokument ów pisany był przed kilką miesiącami, ba nawet przed kilku laty, a w takim razie rozbitek albo mógł powrócić do ojczyzny, albo zginąć z głodu i nędzy.
Pencroff, Gedeon Spilett i Harbert, czyniąc najrozmaitsze mniej lub więcej prawdopodobne przypuszczenia, zjedli na prędce objad na pokładzie Bonawentury, by natychmiast wyruszyć na dalszą wycieczkę, dopóki noc nie zapadnie.
O godzinie piątej z wieczora puścili się w głąb lasu.
Za ich zbliżeniem się pomykały liczne zwierzęta a zwłaszcza, rzecby nawet można wyłącznie, kozy i bezrogie, które jak łatwo było rozpoznać należały do gatunku europejskiego. Bezwątpienia jakiś okręt, który wypłynął na połów wielorybów, zostawił je na wyspie, gdzie się szybko rozmnożyły. Harbert postanowił jedną lub dwie pary tych zwierząt zabrać żywcem na wyspę Lincolna.
Nie podlegało zatem żadnej wątpliwości, że niegdyś ludzie zwidzili byli tę wysepkę. Dobitniej jeszcze świadczyły o tem ścieżki wydeptane wśród boru, drzewa pościnane siekierą i widoczne wszędzie ślady ludzkiej pracy; ale te drzewa nawpół już zgniłe, ścięte były jeszcze przed wieloma laty, karby od siekiery porastał mech, wysokie i gęste zarośla zarastały ścieżki, które ledwie można było rozpoznać.
— Dowodzi to jednak, zauważył Gedeon Spilett, że ludzie nie tylko wylądowali byli kiedyś na tej wysepce, ale ją przez jakiś czas zamieszkiwali. Pytanie teraz: co to byli za ludzie? Ilu ich było? Ilu ich jeszcze zostało?
— Dokument, odezwał się Harbert, wspomina tylko o jednym rozbitku.
— Więc jeśli dotąd znajduje się on na tej wyspie, niepodobna, abyśmy go nie odszukali!
Ruszono więc dalej w drogę. Marynarz z towarzyszami swoimi przerzynali oczywiście ukośnie wyspę i tem samem szli brzegiem strumienia, który pędził ku morzu.
Podczas gdy zwierzęta pochodzenia europejskiego i niektóre ślady ludzkiej pracy dowodziły bezsprzecznie, że był już kiedyś człowiek na tej wyspie, to nie mniej świadczyły o tem liczne okazy świata roślinnego. W różnych miejscach, po polanach położonych wśród boru, były znaki, że ziemia w dość oddalonym prawdopodobnie kresie czasu zasadzoną była roślinami warzywnemi.
To też nie małą była radość Harberta, gdy rozpoznał między niemi kartofle, cykorję, szczaw, marchew, kapustę, rzepę, których nasienie tylko trzeba było zebrać, by wzbogacić niemi wyspę Lincolna!
— Wybornie! wybornie! odparł Pencroff. Będzie miał co robić Nab i my także. Chociażbyśmy więc nie odszukali nawet rozbitka, wyprawa nasza nie będzie przynajmniej bezowocną, i Bóg nam ją odpłaci!
— Bez wątpienia, odparł Gedeon Spilett; ale widząc w jakim stanie znajdujemy te plantacje, powstaje obawa, że wysepka ta już oddawna przestała być zamieszkałą.
— W samej rzeczy, odparł Harbert, kto bądź by tu mieszkał, nie byłby zaniedbał tak ważnej uprawy!
— Tak jest, odezwał się Pencroff, nasz rozbitek odjechał!... Nie podobna sądzić inaczej...
— Więc musimy przypuścić, że dokument jest dawniejszej daty?
— Widocznie.
— I że butelka długo wpierw błąkała się po morzu, zanim dopłynęła do wyspy Lincolna?
— Czemu nie? odparł Pencroff. — Ale oto noc już zapada, sądzę że lepiej będzie zawiesić nasze poszukiwania.
— Wracajmy na pokład, a jutro rozpoczniemy na nowo, rzekł korespondent.
Była to rada, ze wszech miar najmędrsza i już miano pójść za nią, gdy nagle Harbert, wskazując na jakąś dużą niewyraźną masę, majaczącą między drzewami, zawołał:
— Chałupa!
W tej chwili wszyscy trzej rzucili się ku wskazanej chałupie. W zmroku wieczornym można było tyle rozpoznać, że była zbudowaną z desek pokrytych grubem płótnem oblepionem smołą.
Pencroff potrącił wpół przymknięte drzwi i wszedł szybkim krokiem do środka.
Chałupa była pustą!






ROZDZIAŁ XIV.
(Ruchomości. — Noc. — Kilka liter. — Dalsze poszukiwania. — Rośliny i zwierzęta. — Harbert w wielkiem niebezpieczeństwie. — Na pokład. — Wyjazd. — Burza. — Błysk instynktu. — Zbłąkani na morzu. — Ogień zapalony w samą porę.)

Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett stali przez chwilę w milczeniu wśród ciemności.
Pencroff zawołał silnym głosem.
Żaden głos mu nie odpowiedział.
Wtedy marynarz skrzesawszy ognia, zatlił kawałek gałązki. Ogień ten oświetlił przez chwilę niewielką izbę, jak się zdawało zupełnie pustą. W głębi stał niezgrabnie ulepiony komin, na nim leżał wyziębiony popiół i wiązka suchego drzewa. Pencroff podłożył pod nie zapaloną gałązkę i w krótce buchnęło drzewo jasnym płomieniem.
Wtedy marynarz i towarzysze jego ujrzeli łóżko poburzone, którego posłanie wilgotne i pożółkłe świadczyło, że oddawna nikt go nie używał. W jednym kącie komina stały dwa samowary, które były pokryte rdzą i leżał jeden wywrócony kociołek; szafa z kilkoma kawałkami odzieży marynarskiej na wpół zbutwiałemi; na stole nakrycie cynowe i Biblja, zjedzona przez wilgoć; w jednym rogu stało kilka narzędzi, rydel, motyka, kilof, dwie strzelby myśliwskie, z tych jedna złamana; na półce zrobionej z deski nietknięta jeszcze baryłka prochu, baryłka śrótu i kilka pudełek kapsli; wszystko to pokryte było grubą warstwą pyłu, przez długie może lata nagromadzoną.
— Nie ma nikogo, odezwał się korespondent.
— Nikogo! powtórzył Pencroff.
— Dawno już nikt w tej izbie nie mieszkał, — zauważył Harbert.
— Zapewne, że bardzo dawno! — odparł korespondent.
— Panie Spilett, odezwał się wtedy Pencroff, zamiast wracać na pokład, sądzę, że lepiej przepędzić noc w tej chałupie.
— Masz słuszność, Pencroffie, odparł Gedeon Spilett, a jeśli właściciel jej powróci, ha! to sądzę, że nie będzie się gniewać, gdy znajdzie miejsce zajęte!
— Nie wróci on! — rzekł marynarz przecząco potrząsając głową.
— Sądzisz, że opuścił wyspę? zapytał korespondent.
— Gdyby ją był opuścił, byłby zabrał ze sobą broń i te narzędzia, odparł Pencroff. Wszak wiesz pan, jaką wartość przywiązują rozbitki do przedmiotów, które zdołali ocalić z rozbicia.
— Nie! nie! powtórzył marynarz głosem pełnym głębokiego przekonania, nie! on nie opuścił wyspy! Gdyby był ztąd odpłynął na czółnie, które sam sobie sporządził, tem mniej nie byłby zostawił tu tych przedmiotów tak wielce niezbędnych! Nie! on jest tu na wyspie!
— Żywy?... zapytał Harbert.
— Żywy albo umarły. Lecz jeśli umarł, to przecież, sądzę, że nie pogrzebał sam siebie, odparł Pencroff, i w takim razie znajdziemy przynajmniej jego zwłoki!
Zgodzono się zatem noc tę przepędzić w opuszczonej chałupie, którą wiązką drzewa znalezioną w kącie, można było dostatecznie ogrzać. Zamknąwszy drzwi, Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett usiedli na ławie, nie wiele mówiąc, lecz zato wiele rozmyślając. Znajdowali się wszyscy w usposobieniu, w którem człowiek wszystko przypuszcza i wszystkiego się spodziewa i chciwem uchem łowili każdy szelest pochodzący z dworu. I gdyby nagle drzwi się były otwarły i gdyby ujrzeli przed sobą obcego człowieka, nie byłoby ich to ani trochę zdziwiło, pomimo, że chałupa ta świadczyła o najzupełniejszem opuszczeniu, i każdej chwili gotowi byli uścisnąć dłoń tego człowieka, tego rozbitka, tego nieznajomego przyjaciela, którego przyjaźne serca oczekiwały!
Ale żaden szmer nie dał się słyszeć, drzwi się nie otwierały, i tak upływała jedna godzina za drugą.
Jakże długą wydawała się ta noc marynarzowi i jego towarzyszom! Harbert sam jeden spał przez dwie godziny, bo w jego wieku sen jest koniecznością. Wszystkim trzem spieszno było ze świtem rozpocząć na nowo poszukiwania i przetrząść wysepkę od końca do końca, aż do najskrytszych jej zakątków! Wnioski wysnute przez Pencroffa były zupełnie słuszne i niepodlegało prawie żadnej wątpliwości, że skoro chata była pustą a przyrządy, broń i narzędzia dotąd w niej się znajdowały, mieszkaniec jej musiał zginąć. Wypadało zatem odszukać jego zwłoki i pochować je przynajmniej po chrześcijańsku.
Zaświtał dzień. Pencroff i towarzysze jego przystąpili bezzwłocznie do ściślejszych oględzin całego mieszkania.
Mieszkanie to zbudowane było w miejscu zaiste szczęśliwie dobranem, za niewielkim pagórkiem, który zasłaniało pięć lub sześć wspaniałych gumowców. Przed frontem mieszkania wyciętą była między drzewami szeroka polana, odsłaniająca widok aż na morze. Mały trawnik otoczony drewnianą walącą się poręczą, prowadził do brzegu, skąd na lewo znajdowało się ujście strumienia.
Chata ta zbudowaną była z desek, i nietrudno było rozpoznać, że deski te pochodziły z pudła lub z pomostu okrętowego. Ztąd wynikało prawdopodobieństwo, że jakiś okręt strzaskany wyrzucony został na brzeg wyspy, że przynajmniej jeden człowiek z załogi ocalał, i że człowiek ten, mając potrzebne narzędzia, ze szczątków okrętu wybudował to mieszkanie.
Przypuszczenie to okazało się jeszcze prawdziwszem, gdy Gedeon Spilett, obszedłszy dokoła całą chatę, dostrzegł na jednej z desek — wyjętej prawdopodobnie z pawiljonu rozbitego okrętu — następujące litery na wpół zatarte:

BR..TAN.A

Brytanja! zawołał Pencroff, gdy go przywołał korespondent, — nazwa ta jest wspólną wielu statkom, i nie byłbym w stanie po niej osądzić, czyli okręt ów był angielski czy amerykański!
— Mniejsza z tem, Pencroffie!
— Zapewne że mniejsza z tem, odparł marynarz, i ów rozbitek, który sam jeden ocalał z załogi, może liczyć na pomoc, naszą do jakiejkolwiek należałby narodowości! Lecz zanim rozpoczniemy dalsze poszukiwania wróćmy w pierw do Bonawentury!
Pencroffa ogarnął był jakiś niepokój o los statku. A jeśli wyspa mimo to była zamieszkałą, i jeśli który z mieszkańców go opanował... Ale na tę myśl tak nieprawdopodobną wzruszył Pencroff ramionami.
Bądź co bądź jednak marynarz rad był zjeść śniadanie na pokładzie statku. Prowadziła doń droga utorowana i niedaleka — zaledwie milka. Ruszono więc niezwłocznie, wodząc po drodze pilnem okiem po lesie i zaroślach, przez które setkami pomykały kozy i bezrogie.
W dwadzieścia minut później Pencroff i towarzysze jego ujrzeli wschodnie wybrzeża wyspy i Bonawenturę stojącego na kotwicy, która silnie wgryzła się w piasek.
Pencroff mimowoli odetchnął z zadowoleniem całą piersią. Bądź co bądź statek ten był jego dzieckiem, a do przywilejów ojcowskich należą także częste nieusprawiedliwione obawy.
Na pokładzie zjedzono śniadanie takie, by do późna można się było wstrzymać z objadem, poczem przedsięwzięto dalsze poszukiwania z jaknajbardziej drobnostkową troskliwością.
Koniec końców było wiele prawdopodobieństwa, że ów jedyny mieszkaniec wysepki zginął. To też Pencroff i towarzysze jego szukali raczej śladów nieboszczyka niżeli żywego! Lecz poszukiwania ich były daremne i pół dnia napróżno przetrząsali gęstwiny, któremi porosłą była wysepka. Należało więc chyba przypuścić, że jeśli rozbitek ów umarł, że zwłok jego nie został już ani szątek i że zapewne zwierz jakiś pożarł je do kości.
— Jutro ze świtem odpłyniemy, rzekł Pencroff do swoich towarzyszy, gdy około godziny drugiej z południa położyli się pod cienistą grupą sosen, by spocząć chwilę.
— A ja sądzę, dodał Harbert, że możemy bez skrupułów zabrać z sobą narzędzia, które niegdyś należały do owego rozbitka?
— I ja tak sądzę, odparł Gedeon Spilett, a te narzędzia i broń uzupełnią sprzęty Pałacu Granitowego. Jeśli się nie mylę, zapas prochu i śrótu jest znaczny.
— Tak jest, odparł Pencroff, lecz niezapomnijmy schwytać jednę lub dwie pary tej nierogacizny, której wyspa Lincolna nie posiada...
— I pozbierać nasiona, dodał Harbert, z których będziemy kiedyś mieli wszystkie jarzyny starego i nowego świata.
— W takim razie, odezwał się korespondent, możeby lepiej było zabawić jeden dzień dłużej na wyspie Tabor, aby zebrać wszystko, co może nam być użytecznem.
— Nie, mości Spilett, odparł Pencroff, i proszę pana pozwolić nam odpłynąć jutro skoro świt. Wiatr zdaje się mieć ochotę obrócić na zachód tak więc: mieliśmy wiatr sprzyjający, gdyśmy płynęli tutaj, będziemy go także mieli z powrotem.
— Zatem nie traćmy czasu! rzekł Harbert powstając.
— Nie traćmy czasu, powtórzył Pencroff. Ty, Harbercie, zajmij się zbiorem nasion, bo je znasz lepiej od nas. Tymczasem ja z panem Spilettem wyprawimy polowanie na nierogaciznę i chociaż nie ma Topa, mam nadzieję że się nam uda schwytać kilka sztuk.
Harbert więc udał się na poprzek ścieżką wiodącą do uprawionej części wysepki, podczas gdy marynarz z korespondentem zapuścili się prosto w las.
Mnóstwo okazów rasy bezrogiej umykało przed nimi, a zwierzęta te nader zwinne nie miały widocznie najmniejszej ochoty dać do siebie przystąpić.
Po półgodzinnej jednak gonitwie udało się myśliwym naszym schwytać jedną parę, która się uwikłała w gęstwinie — gdy nagle dał się słyszeć głośny krzyk w oddaleniu kilkuset kroków na północy wyspie. Z krzykiem tym łączyły się jakieś tony chrapliwe niemające najmniejszego podobieństwa do ludzkich.
Pencroff i Gedeon Spilett zerwali się na równe nogi, a prosiaki korzystając z tego ich poruszenia, drapnęły w chwili, gdy marynarz gotował już postronki, aby je powiązać.
— To głos Harberta! rzekł korespondent.
— Pędźmy czemprędzej! zawołał Pencroff.
I marynarz z korespondentem pobiegli co tchu ku miejscu, skąd słychać było krzyk.
I mieli rację, że się spieszyli; na zakręcie bowiem ścieżki, w pobliżu polany, ujrzeli jakiegoś dzikiego potwora, na kształt olbrzymiej małpy — który powalił Harberta na ziemię i zabierał się do niego nie żartem.
W jednej chwili Pencroff i Gedeon Spilett rzucili się na potwora, obalili go na ziemię, i wydarłszy z jego objęć Harberta, przytrzymali go silnie. Marynarz był herkulicznej mocy, korespondent także krzepki, i pomimo oporu potworu, skrępowali go silnie powrozami, tak że ruszyć się nie mógł.
— Nie zrobił ci nic złego, Harbercie? — zapytał Gedeon Spilett.
— Nic! nic!
— A! czy cię tylko nie skaleczyła ta małpa!... — zawołał Pencroff.
— Ależ to nie małpa! — odparł Harbert.
Na te słowa Pencroff i Gedeon Spilett przypatrzyli się bliżej tej dziwnej istocie leżącej na ziemi.
W samej rzeczy, to nie była małpa! Była to istota ludzka, był to człowiek! Ale co za człowiek! Dziki, w całem straszliwem znaczeniu tego słowa, tem okropniejszem, że jak się zdawało popadł w stan ostatecznego zbydlęcenia!
Włosy miał najeżone, broda zapuszczona spadała mu na piersi, całe ciało było prawie nagie, z wyjątkiem kawałka płachty opasującej biodra, wzrok miał dziki, ręce olbrzymie, paznokcie niezmiernie długie, cerę czarną jak mahoń, nogi twarde jak gdyby utoczone z rogu: tak wyglądała ta nieszczęsna istota, której mimo to trzeba było dać miano człowieka! Lecz zaiste słusznie można było zapytać, czyli w tem ciele mieszkała jeszcze dusza, lub czyli ostał się w niem tylko sam poziomy instynkt bydlęcy.
— Jest-żeś pan tego pewnym, że to był kiedyś człowiek? zapytał Pencroff korespondenta.
— Niestety! niepodobna wątpić o tem, odparł tenże.
— Więc to by miał być ów rozbitek? zapytał Harbert.
— Tak jest, odparł Gedeon Spilett, ale ten nieszczęsny nie ma już w sobie nic człowieczego!
Korespondent miał słuszność. Widocznem było, że jeśli rozbitek ten był kiedyś istotą cywilizowaną, odosobnienie od ludzi uczyniło z niego człowieka dzikiego, i co gorsza może, prawdziwego człowieka leśnego (l’ homme des bois). Chrapliwe tony dobywały się z jego gardła, przez zaciśnięte zęby, które były tak ostre jak u zwierząt mięsożernych, i służyły już tylko do żucia surowego mięsa. Pamięć musiała go już pewnie oddawna opuścić, i oddawna już nie umiał obchodzić się z narzędziami i z bronią, nie umiał rozniecić ognia! Widać było, że krzepki i zwinny, lecz że wszystkie przymioty fizyczne rozwinęły się u niego kosztem własności moralnych!
Gedeon Spilett przemówił do niego. Zdawał się nie rozumieć go, i nawet nie słyszeć... A jednak gdy mu się bystro wpatrzył w oczy, zdawało się korespondentowi, że wszystek rozum w nim jeszcze nie wygasł.
Tymczasem więzień nie miotał się wcale i nie próbował rozerwać swych więzów. Czy taki wpływ unicestwiający wywierał na nim widok ludzi, jemu nieco podobnych? Czy może gdzieś w zakątku swej czaszki odszukał przelotne wspomnienie, które myśl jego ku ludzkości zwracało? Gdyby go uwolniono, czy byłby uciekał, czy został przy nich? Nie wiadomo, lecz próby tej nie czynili, a przypatrzywszy się uważnie nieszczęśliwemu, rzekł Gedeon Spilett:
— Kimkolwiek on jest, kimkolwiek był i jakimkolwiek będzie, obowiązkiem naszym jest zabrać go z sobą na wyspę Lincolna!
— Tak, tak! odparł Harbert, a może przy usilnem staraniu uda się wzbudzić w nim na nowo iskrę rozumu!
— Dusza nie umiera, rzekł korespondent, a byłoby to wielką roskoszą dla nas wyrwać to stworzenie boskie z więzów bydlęctwa!
Pencroff niedowierzająco potrząsł głową.
— W każdym razie trzeba spróbować, odparł korespondent, sama ludzkość nam to nakazuje.
W samej rzeczy było to ich obowiązkiem jako ludzi cywilizowanych i chrześcijan. Wszyscy trzej to pojęli i byli pewni, że Cyrus Smith ich postępek pochwali.
— Weźmiemy go związanego? zapytał marynarz.
— A możeby szedł dobrowolnie, gdybyśmy mu rozwiązali nogi? rzekł Harbert.
— Spróbujmy, odparł Pencroff.
Zdjęto więc pęta z nóg więźnia, lecz ręce pozostawiono silnie związane. Wstał sam dobrowolnie i nie objawiał żadnej chęci do ucieczki. Suchy wzrok jego ciskał ostre spojrzenia na tych trzech ludzi, idących obok niego, i niczem nie zdradzał, że przypomina sobie, iż jest lub był kiedyś im podobnym. Przeciągły świst dobywał się z ust jego, patrzał przed siebie dziko, lecz nie stawiał żadnego oporu.
Za poradą korespondenta, przywiedziono nieszczęśliwego do jego mieszkania. Może widok przedmiotów do niego należących sprawi na nim wrażenie! Może ta jedna iskierka wystarczy, aby ożywić na nowo zamglony umysł, rozniecić przygasły ogień tej duszy!
Do chaty było niedaleko. W kilku minutach przybyli do niej; lecz tu więzień nie poznał niczego, zdawało się, że utracił świadomość wszystkiego co go otaczało.
Cóż można było wnosić ze stopnia zbydlęcenia, w jakie popadł ten nieszczęsny, jak tylko to, że więzienie jego na tej wysepce trwało już bardzo dawno i że dostawszy się na nią człowiekiem rozumnym, przez odosobnienie od świata doszedł do takiego stanu?
Wtedy korespondent wpadł na myśl, czy może widok ognia sprawi na nim wrażenie, i w jednej chwili zajaśniał na ognisku jeden z tych pięknych płomieni, które nawet zwierzęta ku sobie przyciąga.
Widok płomienia zdawał się zrazu zwracać uwagę nieszczęśliwego, lecz wkrótce odwrócił się od niego i oko jego popadło w dawną bezmyślność.
Nie pozostawało w tej chwili widocznie nic innego, jak tylko odprowadzić go na pokład Bonawentury, co też uczyniono, zostawiając go pod strażą Pencroffa.
Tymczasem Harbert i Gedeon Spilett udali się na wysepkę, aby załatwić co było jeszcze do załatwienia, i w kilka godzin później powrócili na brzeg morza, przynosząc narzędzia i broń, zbiór nasion warzywnych, kilka sztuk zwierzyny i dwie pary nierogacizny. Naładowano to wszystko na statek, i Bonawentura czekał tylko przypływu, który miał nastąpić nazajutrz rano, ażeby podnieść kotwicę.
Więźnia umieszczono w przedniej kajucie, gdzie się zachowywał spokojnie i cicho, jak głuchy i niemy zarazem.
Pencroff dał mu jeść, lecz nie chciał tknąć mięsa gotowanego, które mu podano; snać już był odwykł od niego. I w samej rzeczy kiedy mu Pencroff pokazał dziką kaczkę, którą zastrzelił był Harbert, rzucił się na nią z zwierzęcą żarliwością i pochłonął ją.
— Sądzisz pan, że jeszcze przyjdzie do siebie? zapytał Pencroff potrząsając z powątpiewaniem głową.
— Być może, odparł korespondent. Nieprawdopodobnego nie ma w tem nic, że w końcu usilne starania nasze mogą oddziałać na niego wszak to odosobnienie od ludzi uczyniło go takim jakim jest, odtąd przestanie być samotnym!
— Biedak oddawna już pewnie znajduje się w tym stanie! rzekł Harbert.
— Być może, odparł Gedeon Spilett.
— Wiele też lat mieć może? zapytał Harbert.
— Trudno to osądzić, odparł korespondent, niepodobna bowiem rozpoznać rysów twarzy pod gęstym zarostem, który je pokrywa, lecz młodym już nie jest, sądzę, że liczy najmniej lat pięćdziesiąt.
— Zauważyłeś pan, panie Spilett, jak głęboko w jamach osadzone ma oczy? zapytał Harbert.
— Uważałem, Harbercie, mimo to powtarzam, że oczy jego mają wyraz bardziej ludzki, niżeli po powierzchności jego sądzić by można.
— Wreszcie obaczymy, odparł Pencroff, a bardzom ciekaw, jaki sąd wyda pan Cyrus o naszym dzikunie. Pojechaliśmy po człowieka a przywieziemy potwora! Ha, każdy robi, co może!
Minęła noc. Czy więzień spał lub nie, niewiadomo, lecz pomimo że uwolniono go z więzów, nie ruszał się wcale. Był on jak owe dzikie zwierzęta, które w pierwszych chwilach niewoli smutne i przygnębione, później dopiero wybuchają w wściekłość.
Nazajutrz — dnia 15 października — o wschodzie słońca, nastąpiła przewidywana przez Pencroffa zmiana atmosferyczna. Wiatr zawiał od strony północno-zachodniej, pomyślnej dla Bonawentury, lecz jednocześnie stał się ostrzejszym, co musiało utrudnić żeglugę.
O godzinie piątej zrana podniesiono kotwicę. Pencroff pochwycił za rej wielkiego żagla i skierował statek ku stronie wschodnio-północno-wschodniej, sterując wprost na wyspę Lincolna.
Pierwszy dzień żeglugi upłynął bez żadnego ważniejszego zdarzenia. Więzień siedział spokojnie w przedniej kajucie, a ponieważ dawniej był marynarzem, kołysanie fal zdawało się korzystnie na niego oddziaływać. Czy może budziło się w nim wspomnienie dawnego zawodu? Bądź co bądź zachowywał się spokojnie i zdawał się raczej zdumionym niż przygnębionym.
Nazajutrz — 16 października — wiatr stał się jeszcze ostrzejszym i obrócił się jeszcze bardziej na północ, a tem samem w kierunku mniej pomyślnym dla Bonawentury, podskakującego wysoko na falach. Pencroff widział się wkrótce zmuszonym nie spuszczać z oka steru, i niemówiąc słowa, czuł się mocno zaniepokojonym tym stanem morza uderzającego gwałtownie o przód okrętu.
Jeśliby się wiatr nie uspokoił, potrzeba by było niezawodnie dłużej płynąć teraz na wyspę Lincolna, niżli pierwszym razem na wyspę Tabor.
W samej rzeczy 17 października z rana minęło czterdzieści ośm godzin od wyjazdu Bonawentury, a jeszcze nic nie znamionowało, że się znajdują w pobliżu wyspy Lincolna. Zresztą niepodobna było obliczyć dokładnie przebytej przestrzeni, przy niejednostajności kierunku i szybkości żeglugi.
W dwadzieścia cztery godzin później nie widać było jeszcze znaku ziemi. Wicher dął właśnie z całej siły a morze było nieznośne. Trzeba było jaknajszybciej manewrować żaglami okrętu, który fale morza nakrywały, chwytać za roje i co chwila zmieniać długość sznurów u żagli. Dnia 18 października wydarzyło się nawet, że bałwan morski przewalił się przez całego Bonawenturę, i gdyby nie to, że pasażerowie przedtem przez ostrożność poprzywiązywali się byli do pomostu, byłby ich niezawodnie porwał ze sobą.
W tem niebezpieczeństwie Pencroff z towarzyszami swoimi, zajęci własnem ocaleniem, otrzymali niespodziewaną pomoc ze strony więźnia, który, jak gdyby nagle wiedziony instyktem marynarza, wybiegł przez drzwiczki w pomoście, i kilkoma potężnemi razami toporu rozbił deski pawiljonu, ażeby co rychlej wyciekła woda zalewająca pomost, poczem widząc, że okręt oczyszczony z wody, nie wyrzekłszy ani słowa, powrócił nazad do kajuty.
Pencroff, Gedeon Spilett i Harbert, osłupiawszy ze zdziwienia, nie sprzeciwiali mu się wcale.
Tymczasem położenie stawało się coraz fatalniejszem. Marynarz musiał przyjść do przeświadczenia, że się zbłąkali na tej bezbrzeżnej pustyni morskiej, bez możności odnalezienia prawdziwego kierunku!
Noc z 18 na 19 października była ciemna i chłodna. Jednak około godziny jednastej wiatr trochę przycichł, morze się uspokoiło, i Bonawentura mniej falami miotany zyskał o wiele większą szybkość. Zresztą i tak wytrzymał znakomicie te opały.
Ani Pencroffowi, ani Gedeonowi Spilettowi, ani Harbertowi nie przyszło na myśl użyć choćby godziny snu. Czuwali wszyscy z jak największą bacznością, gdyż albo wyspa Lincolna była niedaleko, o czem o świcie można się było przekonać, albo też Bonawentura porwany prądami morskiemi, zboczył z kierunku wskazanego wiatrem, a w takim razie niepodobieństwem było prawie sprostować bieg jego.
Pencroff, chociaż do najwyższego stopnia zaniepokojony, nierozpaczał jednak, gdyż posiadał hart duszy niepospolity i siedząc u steru, usiłował przedrzeć wzrokiem otaczające go grube ciemności.
Około godziny drugiej nad ranem, zerwał się nagle i zawołał:
— Ogień! ogień!
I w samej rzeczy ukazało się jasne światło w kierunku północno-wschodnim. Była to wyspa Lincolna, a to światło, zapalone przez Cyrusa Smitha, wskazywało im drogę.
Pencroff, który się za daleko posunął na północ, sprostował kierunek i sterował prosto na to światło, jaśniejące po nad widnokręgiem, niby gwiazda pierwszorzędna.






ROZDZIAŁ XV.
( Powrót. — Rozmowa. — Cyrus Smith i nieznajomy. — Przystań Balonowa. — Starania inżyniera. — Wzruszające doświadczenie. — Kilka łez ludzkich!)

Nazajutrz — 20 października — o godzinie siódmej z rana, po czterodniowej żegludze, osiadł Bonawentura lekko na piasku, u ujścia Dziękczynnej.
Cyrus Smith z Nabem, mocno zaniepokojeni burzą i tem, że towarzysze ich bawią tak długo, wyleźli o świcie na szczyt Wielkiej Terasy i ztamtąd ujrzeli wreszcie tak długo oczekiwany okręt.
— Chwała Bogu! Otóż i oni! zawołał Cyrus Smith.
Nab z radości począł tańczyć i kręcić się w koło i klaszcząc w ręce zawołał: „O, mój drogi panie!“ Pantomina ta była bardziej wzruszającą, niż najwymowniejsze słowa.
Pierwsza myśl, która przyszła inżynierowi, gdy liczył osoby stojące na pokładzie Bonawentury, była: że Pencroff nie znalazł rozbitka na wyspie Tabor, albo że tenże wzbraniał się porzucić swą wyspę i zamienić dotychczasowe swe więzienie na inne.
W samej rzeczy na pokładzie Bonawentury prócz Pencroffa, Gedeona Spiletta i Harberta nie było więcej nikogo.
W chwili gdy okręt przybijał, inżynier z Nabem oczekiwali go na brzegu, i zanim pasażerowie wyskoczyli na piasek, rzekł do nich Cyrus Smith:
— Spóźnienie wasze, przyjaciele, niepokoiło nas mocno! Przytrafiło się wam jakie nieszczęście?
Nie, odparł Gedeon Spilett, przeciwnie, wszystko powiodło się wybornie. Opowiemy ci to zaraz.
— Przedsięwzięcie wasze musiało jednak spełznąć na niczem, rzekł Cyrus Smith, skoro wracacie w trzech, jakeście wyjeżdzali?
— Za pozwoleniem, panie Cyrus, odparł marynarz, jest nas tu czterech!
— Więc znaleźliście rozbitka?
— Znaleźliśmy.
— I przywieźliście go?
— Przywieźliśmy.
— Żywego?
— Żywego.
— Gdzież jest? Kto on jest?
— Jest to, albo raczej był to człowiek! odparł korespondent. Więcej nie możemy ci nic powiedzieć, Cyrusie.
Opowiedziano więc natychmiast inżynierowi wszystko, co ich spotkało w podróży. Jak i wśród jakich okoliczności odbywano poszukiwania, jak jedyne na całej wysepce mieszkanie oddawna już stało pustką, wreszcie jak schwytano rozbitka, który jak się zdawało, przestał już należeć do rasy ludzkiej.
— I otóż dotąd nie wiem, dodał Pencroff, czyśmy dobrze zrobili, żeśmy go tu ze sobą przywieźli.
— Zapewne, żeście dobrze zrobili, Pencroffie! odparł żywo inżynier.
— Ale ten nieszczęsny jest całkiem pozbawiony rozumu!
— Teraz być może — odparł Cyrus Smith. Ale kilka miesięcy temu, nieszczęsny ten był człowiekiem takim jak ja, lub ty. I kto wie, coby się z każdym z nas stało, gdyby dłuższy czas przeżył samotnie na tej wyspie? Biada samotnym, przyjaciele moi; zdaje się, że odosobnienie od ludzi musiało prędko podkopać w nim rozum, kiedyście tę biedną istotę znaleźli w takim stanie!
— Lecz z czego pan to wnosisz, panie Cyrus, zapytał Harbert, że ten stan bydlęcy, w który popadł nieszczęśliwy, nie trwa dłużej, jak od kilku miesięcy?
— Z tego, że dokument, który znaleźliśmy, był świeżo napisany, odparł inżynier, i że tylko rozbitek sam mógł go napisać.
— Chyba, że napisał go towarzysz jego, który przez ten czas mógł umrzeć, zauważył Gedeon Spilett.
— To niepodobna, kochany Spilett.
— A to czemu? zapytał korespondent.
— Ponieważ w takim razie dokument wspominałby o dwóch rozbitkach, odparł Cyrus Smith, a wspomina tylko o jednym.
Harbert opowiedział w kilku słowach koleje żeglugi, kładąc szczególny nacisk na ów dziwny fakt chwilowego oprzytomnienia więźnia, gdy na chwilę, podczas najstraszniejszej burzy, odezwał się w nim nagle marynarz.
— Masz zupełną słuszność, Harbercie, przywiązując tak wielką wagę do tego faktu, odparł inżynier. Ten nieszczęsny nie jest z pewnością bez nadziei uleczenia, rozpacz to wtrąciła go w taki stan. Tutaj znajdzie ludzi sobie podobnych, a ponieważ ma jeszcze duszę, więc tę duszę ocalimy!
Wtedy wydobyto rozbitka wyspy Tabor z przedniej kajuty okrętu, w której się znajdował. Inżynier okazywał wielką litość nad nim, a Nab wielkie zdumienie. Nieszczęsny, skoro tylko dotknął stopą ziemi, objawił natychmiast chęć ucieczki.
Lecz Cyrus Smith, zbliżywszy się do niego, z giestem pełnym godności położył mu rękę na jego ramieniu i patrzył na niego z niewymowną słodyczą. Nieszczęsny, jak gdyby pokonany chwilowym wpływem przewagi moralnej, uspokoił się zwolna, spuścił w dół oczy, pochylił czoło, i nie stawiał więcej żadnego oporu.
— Biedny samotnik! szepnął inżynier.
Cyrus Smith przypatrywał mu się uważnie. Na pozór nieszczęśliwa ta istota nie miała w sobie nic ludzkiego, lecz Cyrus Smith, tak jak poprzednio korespondent, odkrył w jego wzroku jak gdyby przelotny błysk rozumu.
Postanowiono więc odludka, albo raczej nieznajomego — gdyż tem mianem nazywali go odtąd nowi jego towarzysze — umieścić w jednej z izb Pałacu Granitowego, zkądby nie mógł im uciec. Dał się zaprowadzić bez oporu i przy ciągłej pieczy a staraniu, można mieć było nadzieję, że kiedyś osadnikom wyspy Lincolna przybędzie w osobie jego nowy towarzysz.
Cyrus Smith podczas śniadania, które Nab zastawił co prędzej — gdyż Pencroff, korespondent i Harbert umierali prawie z głodu — kazał sobie opowiedzieć z wszystkiemi ważniejszemi szczegółami wyprawę i pobyt na wyspie Tabor. Zgodził się pod tym względem zupełnie z przyjaciołmi, że nieznajomy musiał być z pochodzenia Anglikiem lub Amerykaninem; myśl tę nasuwała nazwa okrętu „Brytanja,“ prócz tego zdawało się inżynierowi, że z pod tego zarostu zapuszczonego i tych długich kudłów spadających z głowy, przebijają charakterystyczne rysy anglo-saksońskiej rasy.
— Lecz wracając do rzeczy, rzekł Gedeon Spilett do Harberta, nie opowiedziałeś nam jeszcze dotychczas jakim sposobem spotkałeś się z tym dzikim człowiekiem. Dotąd wiemy tylko że byłby cię pewnie udusił, gdyby się nam nie było udało przybiedz ci na czas w pomoc.
— Dalibóg, trudno mi opowiedzieć, jak się to stało, odparł Harbert. Byłem właśnie, jak mi się zdaje, zajęty zbiorem nasion, gdy nagle usłyszałem jakgdyby łoskot lawiny spadającej z wysokiego drzewa. Zaledwie miałem czas odwrócić się... Ten nieszczęsny, który zapewne siedział ukryty na drzewie, rzucił się na mnie. Wszystko to razem nie trwało tak długo, jak tu opowiadam, i gdyby nie pan Spilett i Pencroff...
— Moje dziecię! rzekł Cyrus Smith, byłeś istotnie w niebezpieczeństwie, lecz gdyby nie to, możebyście byli nie znaleźli tej biednej istoty i nie mielibyśmy jednego towarzysza więcej.
— Więc masz nadzieję, Cyrusie, że ci się uda wskrzesić w nim na nowo człowieka? zapytał korespondent.
— Mam nadzieję, odparł inżynier.
Po śniadaniu Cyrus Smith z towarzyszami swymi powrócili nazad na brzeg morza. Tu przystąpiono do wyładowania z okrętu przywiezionych przedmiotów. Inżynier przepatrzył dokładnie wszystką broń i narzędzia, nie znalazł jednak najmniejszej wskazówki co do osoby nieznajomego.
Nierogaciznę schwytaną na wysepce, uznano za wielce cenny dla wyspy Lincolna nabytek. Zaprowadzono ją do obory, gdzie z łatwością mogła się oswoić.
Obie baryłki zawierające: jedna proch, a druga śrót, podobnie jak i pudełko z kapslami, doznały najlepszego przyjęcia. Postanowiono nawet założyć małą prochownię, albo po za Pałacem Granitowym, albo też w górnej pieczarze, gdzie nie groziło najmniejsze niebezpieczeństwo wybuchu. Mimo to miano i nadal używać pyroksylu, substancja ta bowiem dawała znakomite rezultaty, nie było więc powodu zastępywać ją zwyczajnym prochem.
Gdy okręt wyładowano, odezwał się Pencroff:
— Sądziłbym, panie Cyrus, że byłoby roztropnie, umieścić Bonawenturę w miejscu bezpiecznem.
— Alboż mu nie dobrze przy ujściu Dziękczynnej? zapytał Cyrus Smith.
— Nie, panie Cyrus, odparł marynarz. Połowę czasu siedzi na piasku, i to go osłabia. Bo widzisz pan, jest to sobie chwacki okręcik i dzielnie się trzymał podczas burzy, która nas zapadła w powrocie.
— Czy nie możnaby go utrzymać na wodzie, w samej rzece?
— Możnaby, bez wątpienia, panie Cyrus, ale to ujście nie przedstawia żadnego schronienia, i sądzę, że przy wiatrach wschodnich, mógłby Bonawentura wiele ucierpieć od morskich bałwanów.
— Więc gdzież go chcesz umieścić, Pencroffie?
— W porcie Balonowym, odparł marynarz. Mała ta przystań, ze wszystkich stron zasłoniona skałami, wydaje się jakby stworzoną dla niego.
— Czy nie zadaleko to trochę?
— Ba! od pałacu Granitowego nie dalej jak trzy mile, i to gładką drogą, prosto jak strzelił.
— Dobrze więc, Pencroffie, odprowadź Bonawenturę na jego miejsce, odparł inżynier chociaż jabym go wolał mieć bliżej pod okiem. Gdy będziemy mieli czas, musimy dla niego urządzić mały porcik.
— Wyśmienicie! zawołał Pencroff. Port z farusem, z tamą i z warstatem okrętowym! Nie! doprawdy, panie Cyrus, przy panu wszystko jest bagatelą!
— Tak jest, mój dzielny Pencroffie — odparł inżynier — lecz tylko wtedy, gdy ty mi dopomagasz, w każdej naszej robocie trzy czwarte części zasługi do ciebie należą!
Harbert z marynarzem wsiedli więc znów na Bonawenturę, podnieśli kotwicę, rozpięli żagiel i pędzeni wiatrem mknęli szybko ku przylądkowi Ostrego Szponu. W dwie godziny później spoczywał okręt na spokojnych wodach przystani Balonowej.
Czyli też nieznajomy w pierwszych dniach swojego pobytu w Pałacu Granitowym zdradzał czemkolwiek, że zdziczała natura jego złagodniała? Czy na dnie tego zamglonego umysłu błysnęło żywsze światełko? Czy wreszcie obudzała się na nowo dusza w tem ciele? Tak, bez żadnej wątpliwości, i to do tego stopnia, że Cyrus Smith i korespondent zapytywali sami siebie, czyli u tego nieszczęśliwego wygasł był kiedy rozum do szczętu.
Zrazu, przywykł żyć bezustannie pod gołem niebem; do tej wolności niekiełzanej, jakiej używał na wyspie Tabor, objawiał nieznajomy kilkakrotnie przytłumioną wściekłość, tak że obawiano się, by przez okno Pałacu Granitowego nie rzucił się na dół. Zwolna jednak uspokajał się coraz więcej i można mu było pozwolić swobodnie się poruszać.
Była więc nadzieja i to nie mała. Już pozbył się był popędu mięsożerczego i przyjmował pokarm mniej bydlęcy niż ten, jakim się żywił na wysepce, a mięso gotowane nie obudzało w nim więcej tego wstrętu, jaki objawił na pokładzie Bonawentury.
Cyrus Smith korzystając raz z chwili, kiedy nieznajomy spał, obstrzygł mu włosy i ów gęsty zarost na twarzy, które tworzyły razem rodzaj grzywy i nadawały mu pozór tak dziki. Zdjął z niego także szmatę, którą się opasywał, i przyodział go należycie. Dzięki tym staraniom nieznajomy odzyskał napowrót twarz ludzką i zdawało się nawet, że wzrok jego złagodniał. Widocznem było, że twarz tego człowieka, gdy ją ożywiał jeszcze promień inteligencji, musiała być nawet piękną.
Cyrus Smith wziął sobie za zadanie spędzać codziennie kilka godzin w jego towarzystwie. Pracował przy nim i zajmował się różnemi rzeczami w ten sposób, aby zwrócić jego uwagę. Wszak jeden błysk mógł wystarczyć, aby rozświecić na nowo tę duszę, jedno wspomnienie, aby wskrzesić rozum w tym mózgu. Wszak widzieli go, jakim był podczas burzy na pokładzie Bonawentury!
Prócz tego zwykł był inżynier mówić przy nim głośno, tak by zarówno za pomocą słuchu i wzroku przenikać do głębi ten umysł strętwiały. Pomagali mu w tem czasem ten, czasem ów towarzysz, a czasem wszyscy razem. Najczęściej rozmawiali o rzeczach dotyczących żeglarstwa, które więcej od innych musiały obchodzić żeglarza. Chwilami zdawało się, że nieznajomy zwracał niby uwagę na to, co mówiono, i wkrótce przyszli osadnicy nasi do przekonania, że ich poczęści rozumie. Czasami nawet twarz jego przybierała wyraz niezmiernie bolesny, co świadczyło o wewnętrznem cierpieniu, gdyż twarz jego nie mogła kłamać do tego stopnia; mimo to milczał ciągle, chociaż kilka razy zdawało się, jakoby z ust jego wymknęło się słów kilka.
Bądź co bądź, ta biedna istota była spokojną i smutną! Ale czy spokój ten nie był tylko pozornym? Czy smutek ten nie był tylko skutkiem niewoli? Na to niepodobna było jeszcze odpowiedzieć. Ponieważ patrzał tylko na pewne przedmioty i to w obrębie ograniczonym, ponieważ zostawał w ciągłej styczności z osadnikami, do których musiał w końcu przywyknąć, żadnych nie miał potrzeb, lepiej był żywiony, lepiej odziany, więc natura jego fizyczna musiała się zwolna odmienić, ale czy to był ogień nowego życia, który go przenikał, czyli też, ażeby użyć wyrazu, który właśnie do niego dał się zastosować, przyswajał się tylko jak zwierzę do swojego pana? Była to kwestja nadzwyczaj ważna i Cyrus Smith niecierpliwił się, ażeby ją coprędzej rozwiązać, lecz nie chciał naglić chorego! Dla niego nieznajomy był tylko chorym! Czy też ten chory wyzdrowieje kiedy?
Inżynier śledził go dzień i noc! Jak on czatował na tę duszę, jeśli się godzi tak wyrazić! Jak on każdej chwili był gotów ją uchwycić i przytrzymać!
Osadnicy z żywem współczuciem śledzili wszystkie fazy tej kuracji podjętej przez Cyrusa Smitha. Pomagali mu także w tem dziele ludzkości, i wszyscy, z wyjątkiem może niewiernego Pencroffa, podzielali wkrótce jego ufność i nadzieję.
Nieznajomy, jak powiedzieliśmy, był zupełnie spokojny i okazywał dla inżyniera, którego wpływ wyraźnie uczuwał, rodzaj przywiązania. Cyrus Smith postanowił zatem przedsięwziąć z nim próbę, przenieść go w inne miejsce, przed ten Ocean, na który oczy jego zwykły były dawniej patrzeć, na brzeg boru, który miał mu przypomnieć owe lasy, w których upłynęło tyle lat jego życia!
— Lecz możemy-ż być pewni — rzekł Gedeon Spilett — że puszczony na wolność, nie umknie nam?
— Jest to próba, którą trzeba przedsięwziąć — odparł inżynier.
— Niech będzie! — rzekł Pencroff. — Skoro kawaler nasz zobaczy tylko przed sobą czyste pole i poczuje wolność, drapnie, że aż się za nim zakurzy!
— Ja tak nie sądzę, — odparł Cyrus Smith.
— Sprobujmy więc — rzekł Gedeon Spilett.
— Sprobujmy — odparł inżynier.
Tego dnia, a było to 30. października, upłynęło było właśnie dziewięć dni, jak rozbitek z wyspy Tabor siedział uwięziony w Pałacu Granitowym. Na dworze był upał i słońce ciskało na ziemię jaskrawe promienie.
Cyrus Smith z Pencroffem udali się do izby zamieszkiwanej przez nieznajomego i zastali go leżącego przy oknie i patrzącego w niebo.
— Chodź, przyjacielu — rzekł do niego inżynier.
Nieznajomy powstał natychmiast z ziemi. Wlepił naprzód wzrok w Cyrusa Smitha, potem szedł za nim, podczas gdy marynarz, który nie wiele obiecywał sobie po całej tej próbie, krok w krok postępował za nieznajomym.
Skoro przybyli do drzwi, Cyrus Smith i Pencroff kazali mu wsiąść do kosza, podczas gdy Nab, Harbert i Gedeon Spilett czekali na niego u stóp Pałacu Granitowego. Kosz spuścił się na dół i w kilka chwil potem byli wszyscy zgromadzeni nad brzegiem morza.
Osadnicy oddalili się nieco od nieznajomego, aby mu pozostawić więcej wolności.
Nieznajomy postąpił kilka kroków naprzód, ku morzu, i oko jego zapłonęło nagle żywym ogniem, lecz nie próbował bynajmniej ucieczki. Patrzał tylko na fale morskie, które łamiąc się o wysepkę, konały zwolna na piasku.
— To tylko morze — zauważył Gedeon Spilett — łatwo przypuścić, że nie pobudza w nim chęci do ucieczki!
— Tak jest — odparł Cyrus Smith — trzeba go zawieść na terasę, na brzeg lasu. Z tej próby prędzej da się coś wywnioskować.
— Zresztą nie będzie mógł uciec — zauważył Nab — bo wszystkie mosty są zwiedzione.
— O! właśnie też miałby się czem odstraszyć, to takim strumyczkiem, jak Potok Glycerynowy? — zawołał Pencroff. — Jednym susem by go przeskoczył!
— Obaczymy — odparł Cyrus Smith, który nie spuszczał oka ze swojego pacjenta.
Zaprowadzono go teraz ku ujściu Dziękczynnej, i lewym brzegiem rzeki weszli wszyscy na Wielką Terasę.
Przybywszy w to miejsce, gdzie się zaczynały pierwsze wspaniałe drzewa boru, których liście z lekka kołysał wietrzyk, nieznajomy zdawał się połykać chciwie tę woń przejmującą, rozlaną w powietrzu, i głębokie westchnienie wydarło się z jego piersi!
Osadnicy stali z tyłu, gotowi zatrzymać go przy pierwszym kroku do ucieczki!
I w samej rzeczy biedna istota już-już miała się rzucić w potok dzielący ich od lasu, skupił nogi do skoku jak sprężynę.... lecz w tej samej prawie chwili cofnął się nazad, przykląkł na wpół, i duża łza spłynęła mu po twarzy!
— A! płaczesz! — zawołał Cyrus Smith — więc jesteś znów człowiekiem!






ROZDZIAŁ XVI.
(Tajemnica niewyjaśniona. — Pierwsze słowa nieznajomego. — Lat dwanaście na wysepce! — Wyznania urywane! — Ucieczka. — Ufność Cyrusa Smitha. — Budowa młyna. — Pierwszy bochenek chleba. — Akt poświęcenia. — Uczciwe dłonie!)

Tak! nieszczęśliwy ten płakał! Zapewne wspomnienie jakieś przemknęło przez jego duszę, i według słów Cyrusa Smitha, łzy przemieniły go na nowo w człowieka.
Osadnicy pozostawili go czas jakiś samego na terasie, oddalili się nawet cokolwiek, tak by się uczuł zupełnie wolnym; lecz on nie myślał wcale korzystać ze swej wolności, i Cyrus Smith uznał wkrótce za właściwe, odprowadzić go na powrót do Pałacu Granitowego.
We dwa dni po tem zdarzeniu objawiał nieznajomy chęć brania powoli udziału we wspólnem życiu. Widocznem było że słyszał, że rozumiał wszystko, lecz niemniej widocznem i to, że z dziwną uporczywością wstrzymywał się od wszelkiej rozmowy z osadnikami; pewnego wieczora bowiem, Pencroff, przyłożywszy ucho do drzwi jego izby, usłyszał jak z ust jego wymknęły się następujące słowa:
— Nie! ja! tu! przenigdy!
Marynarz zaniósł te słowa towarzyszom.
— Jest w tem jakaś boleśna tajemnica! rzekł Cyrus Smith.
Nieznajomy począł używać narzędzi rolniczych, pracował także w ogrodzie. Nieraz się zdarzało, że przerywając robotę stał jakby skupiony cały i zatopiony w sobie. Lecz inżynier zalecił szanować samotność, której nieznajomy zdawał się pragnąć. Gdy który z osadników zbliżył się do niego, usuwał się na bok, i ciężkie łkanie rozpierało mu pierś, jakgdyby pęknąć miała!
Czy to wyrzuty sumienia tak go przygnębiały? Przypuszczenie to nasuwało się mimowolnie i Gedeon Spilett pewnego dnia, nie mogąc się wstrzymać, rzekł:
— Mnie się wydaje, że jeśli do nas nie mówi, to dlatego, że miałby zbyt ważne rzeczy do powiedzenia!
Nie pozostawało jak czekać cierpliwie.
W kilka dni później, było to 3 listopada, nieznajomy, pracując na terasie, zatrzymał się nagle, wypuścił z rąk rydel, i Cyrus Smith, który stojąc niedaleko patrzał nań, ujrzał raz jeszcze łzy w jego oczach. Nieprzezwyciężona litość jakaś pociągnęła go ku niemu, przystąpiwszy, dotknął go lekko po ramieniu i rzekł:
— Przyjacielu mój!
Nieznajomy usiłował uniknąć wzroku inżyniera, a gdy go Cyrus Smith chciał ująć za rękę, odskoczył gwałtownie od niego.
— Mój przyjacielu, rzekł mocniejszym głosem Cyrus Smith, patrz mi w oczy, ja chcę tego!
Nieznajomy podniósł wzrok na inżyniera i zdawał się pozostawać pod wpływem jego, jak magnetyzowany pod urokiem magnetyzera. Chciał uciekać. Lecz w tem zaszła w twarzy jego dziwna odmiana. Wzrok jego miotał błyskawice. Słowa tłoczyły mu się do ust. Nie mógł się dłużej powstrzymać!... Wreszcie, założywszy ręce na krzyż, przytłumionym głosem odezwał się do Cyrusa Smitha:
— Coście wy za jedni?
— Rozbitki, tak jak ty, odparł inżynier, głęboko wzruszony. Przywiedliśmy cię tutaj między twoi bliźnich.
— Moich bliźnich!... Nie mam żadnych bliźnich!
— Znajdujesz się między przyjaciołmi...
— Przyjaciołmi!... moimi przyjaciołmi! zawołał nieznajomy kryjąc twarz w dłonie... Nie... przenigdy... puśćcie mnie! puśćcie!
Po tych słowach uciekł w stronę terasy, i tam stał długo nieruchomy.
Cyrus Smith udał się do swoich towarzyszy i opowiedział im co się stało.
— W samej rzeczy! jest jakaś tajemnica w życiu tego człowieka, rzekł Gedeon Spilett, i zdaje się, że jeżeli powrócił do człowieczeństwa, to drogą wyrzutów sumienia...
— Bóg wie cośmy za człowieka przywieźli, rzekł marynarz. Są w tem jakieś tajemnice. —
— Które będziemy musieli szanować, przerwał mu żywo Cyrus Smith. Jeśli błąd jaki popełnił, odpokutował go srogo, i w naszych oczach jest rozgrzeszonym.
Przez dwie godziny pozostawał nieznajomy samotnie nad brzegiem morza, widocznie pod wpływem wspomnień, które mu całą przeszłość jego wskrzeszały na nowo w pamięci — przeszłość niezawodnie godną opłakania — a osadnicy, nie spuszczając go z oczu, nie przerywali mu tej samotności.
Po dwu godzinach zdarzyło się, iż powziął jakieś postanowienie, i z niem stanął przed Cyrusem Smithem. Oczy miał zaczerwienione od łez wylanych, lecz już nie płakał. Na twarzy jego malował się wyraz głębokiej pokory. Zdawał się lękać, wstydzić, korzyć i oczy miał nieustannie spuszczone ku ziemi.
— Panie, rzekł do Cyrusa Smitha, czy pan i towarzysze pańscy jesteście Anglikami?
— Nie, odparł inżynier, jesteśmy Amerykaninami.
— Ach! to lepiej! szepnął nieznajomy.
— A ty, przyjacielu? zapytał inżynier.
— Jestem Anglikiem, odparł raptownie.
I jak gdyby tych kilka słów było dlań największym ciężarem, opuścił natychmiast wybrzeże, przebiegłszy je wzdłuż od wodospadu aż po ujście Dziękczynnej, w stanie najwyższego wzruszenia.
Poczem mijając Harberta, stanął na chwilę i głosem przytłumionym zapytał:
— Który to miesiąc?
— Grudzień, odparł Harbert.
— A rok?
— 1866ty.
— Dwanaście lat! dwanaście lat! zawołał.
Poczem oddalił się raptownie.
Harbert powtórzył towarzyszom swą rozmowę z nieznajomym, jego pytania i swoje odpowiedzi.
— Ten nieszczęsny utracił już był rachubę miesięcy i lat! zauważył Gedeon Spilett.
— Tak jest! I już dwanaście lat znajdował się był na wysepce do chwili, kiedyśmy go znaleźli! dodał Harbert.
— Dwanaście lat! rzekł Cyrus Smith. A! dwunastoletnia samotność po życiu może zbrodniczem, łatwo może człowiekowi pomięszać rozum.
— Mnie się coś wydaje, odezwał się Pencroff, że ten człowiek nie wskutek rozbicia okrętu dostał się na wyspę Tabor, lecz że go tam osadzono za jakąś zbrodnię...
— Być może, że masz słuszność, Pencroffie, odparł korespondent, a jeśliby tak było, wtedy ci co go zastawili na wyspie, mogą pewnego dnia po niego powrócić!
— I nie znaleść go, rzekł Harbert.
— Ależ w takim razie, ciągnął dalej Pencroff, wypadałoby tam powrócić, i...
— Przyjaciele moi, rzekł Cyrus Smith, dajmy pokój tej kwestji, dopóki nie będziemy wiedzieli, czego się mamy trzymać. Ja sądzę, że ten nieszczęśliwy wiele cierpiał, że ciężko odpokutował swe winy, jakiekolwiek one były, i że chęć wyspowiadania się i wywnętrzenia z wszystkiego pali mu piersi. Nie napierajmy na niego, by nam opowiedział swoją historję! On niezawodnie sam to kiedyś uczyni, a wtedy będziemy wiedzieli jak nam wypadnie postąpić. Zresztą on sam tylko może nas oświecić, czyli posiada więcej niż nadzieję, czyli posiada pewność, że kiedyś będzie mógł powrócić do ojczyzny, o czem ja wątpię!
— Czemu? zapytał korespondent.
— Dlatego, bo gdyby był tego pewnym, że po jakimś oznaczonym czasie odzyska napowrót wolność, byłby był oczekiwał godziny oswobodzenia i nie byłby był rzucał do morza owego dokumentu. Nie, prawdopodobnem jest raczej, że był skazanym na dożywotnie wygnanie na tej wysepce, i że nigdy już nie miał ujrzeć swoich ziomków!
— Jednak jest w tem coś, czego nie umiem sobie wytłumaczyć, zauważył marynarz.
— Cóż takiego?
— Jeżeli ten człowiek już od dwunastu lat znajdował się na wyspie Tabor, to można śmiało przypuścić, że od kilku już lat znajdował się w tym stanie zdziczenia, w jakim go znaleźliśmy!
— To być może, odparł Cyrus Smith.
— A w takim razie musiałby był ów dokument napisać już kilka lat temu!
— Bez wątpienia... a jednak, dokument ten, zdaje się świeżo dopiero napisanym!...
— Zresztą, jak tu przypuścić, ażeby butelka zawierająca ów dokument, kilka lat płynęła z wyspy Tabor do wyspy Lincolna?
— Zupełnie niemożliwem to nie jest, odparł korespondent. Czyż nie mogła już oddawna krążyć w pobliżu wyspy?
— Nie, odparł Pencroff, bo pływała po morzu. Nie podobna nawet przypuszczać, ażeby zostając przez dłuższy lub krótszy czas u brzegu, mogła być powtórnie uniesioną przez morze, całe bowiem wybrzeże południowe najeżone jest skałami, o które byłaby się roztrzaskała niechybnie!
— Tak, w samej rzeczy — odparł Cyrus Smith pogrążony w ciągłem zamyśleniu.
— Oprócz tego — dodał marynarz — gdyby dokument ten już był kilka lat temu napisany, gdyby już kilka lat był zamknięty w butelce, byłby był zbutwiał od wilgoci. A przecież nie był zbutwiałym bynajmniej, owszem znajdował się w zupełnie dobrym stanie.
Uwagi marynarza były zupełnie słuszne, było w tem coś niedocieczonego, dokument bowiem zdawał się świeżo napisanym, gdy go osadnicy znaleźli w butelce. Co więcej określał on położenie wyspy Tabor pod względem długości i szerokości geograficznej z dokładnością, świadczącą o dość rozległych wiadomościach hydrograficznych autora, jakich prosty marynarz posiadać nie mógł.
— Jest w tem, powtarzam raz jeszcze coś niedocieczonego — rzekł inżynier — lecz nie wyciągajmy naszego nowego towarzysza na słowa. Gdy sam mówić zechce, wtedy będziemy gotowi go słuchać!
Przez kilka dni następnych nieznajomy nie wyrzekł ani jednego słowa i nie wyszedł ani razu po za obręb terasy. Pracował nieustannie w ogrodzie bez chwilki wytchnienia, bez chwili spoczynku, lecz zawsze sam, na uboczu. W godzinach objadowych nie wracał do Pałacu Granitowego, pomimo kilkakrotnych zaprosin, i zadowalał się odrobiną surowych jarzyn. Na noc również nie szedł do przeznaczonej dla siebie izby, lecz sypiał na dworze pod klombem drzew, lub w razie niepogody wciskał się w jakie wydrążenie wyżłobione w skale. Żył więc całkiem tak samo, jak wówczas na wyspie Tabor, gdy lasy były jego jedynem schronieniem, i wszelkie nalegania ażeby zmienił tryb życia, były daremnemi, osadnicy jednak czekali cierpliwie. Lecz wreszcie nadeszła chwila, gdy pod nieprzepartym naciskiem sumienia, pomimowolnie prawie, wydarło mu się z ust straszne wyznanie.
Dnia 10. listopada, około godziny ósmej z wieczora, gdy już zmrok począł zapadać, stanął nieznajomy niespodziewanie przed osadnikami zgromadzonymi na werandzie. Wzrok jego dziwnym pałał ogniem a cała postać przybrała napowrót ów wyraz dzikości z dawnych złych czasów.
Cyrus Smith i towarzysze jego stali jakby wryci, widząc go jak pod wpływem strasznego wzruszenia dzwonił zębami jak we febrze. Co mu było takiego? Czy widok bliźnich stał mu się nieznośnym? Czy mu już obrzydło to życie pomiędzy uczciwymi ludźmi? Czy szał bydlęctwa na nowo go opętał? Takby można było sądzić, słysząc z ust jego te urywane, bez związku cisnące się słowa:
— Czemu ja tu jestem?... Jakiem prawem porwaliście mnie z mej wysepki?... Czy mogą istnieć węzły jakie między mną a wami?... Alboż wiecie kim jestem... com uczynił... dlaczegom był tam... sam jeden? A kto wam powiedział, czy mnie tam nie porzucono umyślnie... czym nie był skazany na to, aby tam zginąć?... Alboż wy znacie przeszłość moją?... Jak wiecie czym nie kradł, nie mordował... czy nie jestem nędznikiem... istotą przeklętą na wieki... godną żyć między dzikiemi zwierzętami... zdala od całego świata... mówcie... jak wiecie?...
Osadnicy słuchali nieszczęśliwego, nie przerywając mu w tych na poły czynionych wyznaniach, które mimowolnie niejako cisnęły mu się do ust. Cyrus Smith chciał go wtedy uspokoić i przystąpił do niego, ale on odskoczył co żywo i zawołał:
— Nie, nie! Jedno słowo tylko... Czy jestem wolny?
— Jesteś wolny, odparł inżynier.
— Więc żegnam was! zawołał i wybiegł jak szalony.
Nab, Pencroff i Harbert pobiegli natychmiast ku lasowi... lecz powrócili sami.
— Trzeba mu dać czynić co zechce! — rzekł Cyrus Smith.
— On już nie wróci nigdy... — zawołał Pencroff.
— Powróci — odparł inżynier.
I odtąd wiele dni upłynęło; lecz Cyrus Smith — byłże to rodzaj przeczucia? trwał niezachwianie w przekonaniu, że nieszczęsny prędzej lub później powróci.
— To ostatni bunt tej nieokrzesanej natury, którą wyrzuty sumienia napadły; ponowna samotność, przejęłaby go strachem i przerażeniem, mawiał inżynier.
Tymczasem rozmaitego rodzaju prace szły dawnym trybem, tak na Wielkiej Terasie, jak i w oborze, gdzie Cyrus Smith zamierzał wystawić folwark. Rozumie się, że nasiona zebrane przez Harberta na wyspie Tabor, zostały troskliwie zasadzone. Terasa tworzyła już obszerny ogród, porządnie odgraniczony, porządnie utrzymywany, który osadnikom nie pozwolił nigdy siedzieć z założonemi rękoma. Zawsze nastręczał podostatkiem roboty. W miarę jak wzrastała ilość roślin warzywnych, trzeba było rozszerzać zwykłe grządki, które powoli przemieniały się w łany, i w inne miejsca przenosić łąki. Ale nie brakowało paszy i w innych stronach wyspy, i onagasy nie potrzebowały się obawiać, aby im ograniczono paszę do skąpych porcyj. Zresztą właściwiej było przemienić całą Wielką Terasę na ogród, ponieważ chronioną była dokoła pasmem głębokich potoków, a pastwisko przenieść po za jej obręb, ponieważ nie potrzeba było ochraniać go przed spustoszeniem czwororękich i czworonogich stworzeń.
Dnia 15. listopada rozpoczęto trzecie żniwo. Przez ośmnaście miesięcy, od chwili gdy zasadzono pierwsze ziarnko, powiększył się znacznie obszar pola! Drugi zbiór wynoszący sześć kroć sto tysięcy ziarn wydał tym razem cztery tysięcy ćwiartek zboża, czyli przeszło pięćset miljonów ziarn! Osada była bogatą w zboże, dość było bowiem zasiać teraz dziesięć ćwiartek, aby co roku być pewnym żniwa, i aby wszyscy, ludzie i bydło, mieli się czem wyżywić.
Ukończono więc żniwo, i drugą połowę listopada poświęcono na wyrób chleba.
W samej rzeczy, zboża było dość, ale nie było mąki, i trzeba było koniecznie postawić młyn. Cyrus Smith mógł był jako siłę poruszającą użyć drugiego wodospadu wpadającego do Dziękczynnej, pierwszy bowiem pędził już młyn foluszowy; po krótkiej jednak naradzie stanęło na tem, ażeby na wyżynie Wielkiej Terasy postawić zwyczajny wiatrak. Budowa jego nie przedstawiała więcej trudności jak budowa młyna wodnego, a z drugiej strony można było być pewnym, że nigdy nie zabraknie wiatru na tej Terasie wystawionej na wiatry morskie.
— Nie wspominając już o tem, dodał Pencroff, że wiatrak rozweseli krajobraz i dobrze się będzie wydawać!
Przystąpiono więc zaraz do dzieła i wybrano stosowny budulec, tak na zewnętrzną klatkę młyna jak i wewnętrzne jego mieszkanie. Kilka dużych głazów znalezionych u północnego brzegu jeziora, dały się obrócić łatwo na kamienie młyńskie, a co się tyczy skrzydeł, to potrzebnego na nie płótna dostarczyła niewyczerpana powłoka balonowa.
Cyrus Smith sporządził plan, poczem obrano miejsce na wiatrak, trochę na prawo od podwórka, nad jeziorem w pobliżu urwiska. Cała klatka spoczywać miała na słupie podtrzymywanym grubemi balkami tak, by ją wraz z wewnętrznym jej przyrządem można było obracać podług wiatru.
Praca ta szła raźnie. Nab i Pencroff, którzy wykształcili się już na bardzo zręcznych cieślów, potrzebowali tylko trzymać się modelu wykonanego przez inżyniera. Wkrótce też we wskazanem miejscu wzniosła się okrągła budka, istna pieprzniczka, nakryta szpiczastym dachem. Cztery ramy tworzące szkielety skrzydeł, przytwierdzone zostały silnie zapomocą żelaznych kobli do wału. Rozmaite zaś części wewnętrznego mechanizmu, jako to: skrzynia mieszcząca oba kamienie młyńskie, zwane „łubie“ kamień stały i kamień ruchomy, kosz młyński, rodzaj czworograniastego koryta, szerokiego u góry, wąskiego u spodu, którem zboże sypać się miało na kamień, korytko ruchome przeznaczone do regulowania zsypu, z powodu nieustannego klekotu przezwane „gadułą,“ i wreszcie pytel, który przez przesiewanie oddziela otręby od mąki — wszystko to dało się łatwo sporządzić. Narzędzia mieli dobre a robota nie była trudną, gdyż razem wziąwszy składowe części wiatraka są bardzo proste. Było to więc li kwestją czasu.
Wszyscy członkowie osady pracowali nad budową młyna, i 1. grudnia młyn był gotów.
Pencroff, jak zawsze zachwycał się swem dziełem i nie wątpił wcale o jego doskonałości.
— A teraz, rzekł, abyśmy mieli tylko dobry wiatr, a zmielemy ślicznie nasz pierwszy plon!
— Dobry wiatr, owszem, odparł inżynier, byle tylko nie za dużo wiatru, Pencroffie.
— Ba! tem szybciej obracać się będzie nasz wiatrak!
— Nie trzeba, aby się obracał zbyt szybko, odparł Cyrus Smith. Wiemy z doświadczenia, że wiatrak wtedy miele najlepiej, gdy liczba obrotów, którą skrzydła w jednej minucie dokonują, jest sześć razy tak wielką, jak ilość stóp, którą wiatr przelatuje w jednej sekundzie. Przy średnim wietrze przelatującym dwadzieścia cztery stóp na sekundę, skrzydła wiatraka dokonają szesnaście obrotów na minutę a więcej nie trzeba.
— W samą porę! zawołał Harbert, właśnie też wieje piękny wiaterek od północno-wschodniej strony, pewnie się dobrze sprawi!
Nie było powodu odkładać na później inaugarację młyna, pilno było bowiem osadnikom naszym skosztować pierwszego kawałka chleba na wyspie Lincolna. Więc tego samego dnia jeszcze z rana zmielono dwie do trzech ćwiartek zboża, i nazajutrz, na śniadanie, pojawił się na stole w Pałacu Granitowym wspaniały bochen chleba, może trochę zanadto ciężkiego i zbitego, jakkolwiek był rozczyniony na drożdżach. Żaden z biesiadników nie żałował gęby, a z jakiem ukontentowaniem, łatwo sobie wystawić!
Tymczasem nieznajomy nie wracał. Kilkakrotnie Gedeon Spilett z Harbertem przebiegali las dokoła Pałacu granitowego, lecz ani jego samego, ani śladów jego nie napotkali nigdzie. Niepokoili się tem wszyscy, że się tak długo nie pokazywał. Zapewne, że dziki mieszkaniec wyspy Tabor, nie potrzebował się troszczyć o pożywienie w tak pełnym zwierzyny borze Zachodniej Ręki, lecz czy nie należało się obawiać, że znów powróci do dawnych obyczajów, i że to życie wolne koczownicze wzbudzi w nim na nowo bydlęce popędy? Mimo to Cyrus Smith, wiedziony zapewne jakiemś wewnętrznem przeczuciem, trwał ciągle w mniemaniu, że zbieg powróci.
— Tak jest, on wróci! powtarzał z ufnością, której towarzysze jego dzielić z nim nie byli w stanie. Będąc na wyspie Tabor, nieszczęśliwy ten wiedział, że jest sam jeden! Tutaj wie, że oczekują go istoty jemu bliźne. Ponieważ opowiedział nam już połowę historji swego dawnego życia, nieszczęśliwy ten pokutnik powróci, by nam ją opowiedzieć w całości, i od tego dnia będzie naszym!
Wypadki dowiodły, że Cyrus Smith miał słuszność.
Dnia 3. grudnia opuścił Harbert Wielką Terasę i udał się na południowy brzeg jeziora, dla połowu ryby. Nie wziął ze sobą broni i dotychczas nie widział nigdy potrzeby tej ostrożności, drapieżne zwierzęta bowiem nie pojawiały się wcale w tej stronie wyspy.
Pencroff z Nabem krzątali się właśnie około podwórka, a Cyrus Smith z korespondentem zajęci byli fabrykacją sody, ponieważ zapas mydła już się był wyczerpał.
Nagle ozwał się krzyk!
— Na pomoc! ratunku!
Cyrus Smith i korespondent znajdowali się zbyt daleko, by krzyk ten mógł dojść do ich uszu. Pencroff z Nabem wybiegli czemprędzej z podwórka i puścili się ku brzegom jeziora.
Ale przed nimi jeszcze, nieznajomy, którego nikt się nie mógł spodziewać w tem miejscu, przebył w pław potok Glycerynowy, oddzielający terasę od lasu i wskoczył na brzeg przeciwny.
Tam Harbert spotkał się oko w oko z olbrzymim jaguarem, podobnym temu, który zabity został na przylądku Jaszczurczym. Będąc niespodzianie zaskoczonym, przycisnął się do drzewa, podczas gdy zwierz przysiadłszy do ziemi, już gotował się do skoku... Lecz w tej chwili nieznajomy nie mając innej broni prócz noża, rzucił się na potwora, który ze swej strony zwrócił się ku nowemu napastnikowi.
Krótko trwała walka. Nieznajomy posiadał siłę i zręczność prawie cudowną. Schwycił jaguara za gardło ręką potężną, jakby kleszczami, i nie troszcząc się wcale oto, że zwierz zatapiał mu w ciało pazury, pchnął go nożem w samo serce.
Jaguar padł. Nieznajomy odepchnął go nogą i już chciał uciekać w chwili, gdy osadnicy przybyli na pole walki, lecz Harbert, tuląc się do niego, zawołał:
— Nie! nie! pan tak nie odejdziesz!
Cyrus Smith przystąpił do nieznajomego, który zmarszczył brwi na jego widok. Krew mu ciekła z ramienia z pod potarganej odzieży, lecz on ani zważał na to.
— Przyjacielu, rzekł doń Cyrus Smith, zaciągnęliśmy w obec ciebie dług wdzięczności. Dla ocalenia życia naszego dziecka, naraziłeś twoje własne!
— Moje życie! szepnął nieznajomy. Co ono warte? Mniej niż nic!
— Jesteś raniony?
— Mniejsza z tem.
— Chcesz mi podać dłoń twoję?
I w chwili gdy Harbert chciał uchwycić tę dłoń, która go ocaliła, nieznajomy skrzyżował obie ręce, pierś mu się wydęła, wzrok jego się zaćmił, zdawało się, że chce uciekać; lecz przezwyciężywszy się gwałtem, zapytał głosem szorstkim:
— Coście wy za jedni? i czem chcecie być dla mnie?
Temi słowami po raz pierwszy zapytywał osadników o ich dzieje. Zdawało się prawdopodobnem, że wysłuchawszy je, opowie potem swoje własne.
Cyrus Smith w kilku słowach opowiedział koleje ich losu od chwili gdy opuścili Richmond, jak znosili swą dolę i jakiemi środkami rozporządzali obecnie.
Nieznajomy słuchał z największą uwagą.
Następnie przedstawił mu inżynier wszystkich po kolei, Gedeona Spiletta, Harberta, Pencroffa, Naba i siebie, i dodał, że największa radość, jakiej doznali od przybycia na wyspę Lincolna była, gdy po powrocie swym z wysepki, mogli liczyć jednego towarzysza więcej.
Na te słowa nieznajomy zarumienił się, opuścił głowę na piersi i w całej postaci jego przebijał wyraz wstydu i pomięszania.
— A teraz, skoro nas już znasz, chcesz że podać nam rękę? zapytał Cyrus Smith.
— Nie, odparł nieznajomy głosem przytłumionym, nie! Wy, wy jesteście uczciwymi ludźmi! A ja!...






ROZDZIAŁ XVII.
(Wciąż na uboczu. — Prośba nieznajomego. — Folwark w oborze. — Przed laty dwunastu! — Nadzorca robotników na okręcie Brytanja. — Wygnaniec na wyspę Tabor. — Dłoń Cyrusa Smitha. — Tajemniczy dokument.)

Te ostatnie słowa nieznajomego usprawiedliwiły przeczucia osadników. Przeszłość nieszczęśliwego musiała ukrywać jakiś czyn zbrodniczy, odpokutowany może w oczach ludzkich, lecz z którego własne sumienie snać go jeszcze nie było rozgrzeszyło. W każdym razie winowajca wyznał zgryzoty sumienia i żal, lecz nie czuł się godnym podać dłoń ludziom uczciwym, którzy go oto prosili i którzyby ją byli serdecznie uścisnęli! Bądź co bądź jednak po zdarzeniu z jaguarem, nie powrócił więcej do lasu, i od tego dnia nie opuścił już zagrody Pałacu Granitowego.
Jakaż to tajemnica kryła się w jego życiu? Czy ją wyjawi kiedy? Przyszłość to miała okazać. W każdym razie postanowiono nie żądać jej od niego nigdy i zachowywać się wobec niego tak, jak gdyby go o nic nie podejrzywano.
Przez kilka dni trwało wspólne pożycie dawniejszym trybem. Cyrus Smith z Gedeonem Spilettem zajmowali się razem bądź rozmaitemi pracami chemicznemi, bądź też fizykalnemi. Korespondent porzucał inżyniera wtedy tylko, gdy szedł na polowanie z Harbertem, roztropność bowiem nakazywała nie puszczać więcej młodego chłopca samego w las i mieć się na ostrożności. Nabowi i Pencroffowi również nie zbywało na zatrudnieniu, raz w oborze, to znów w podwórku około drobiu.
Nieznajomy pracował ciągle na uboczu i wrócił na nowo do dawnych swych zwyczajów: nie brał udziału we wspólnym posiłku, sypiał pod drzewami na terasie, nie mięszał się nigdy do ich towarzystwa. Zdawało się istotnie, że obcowanie z tymi, którzy go ocalili, było dlań nieznośnem!
— Lecz w takim razie, zauważał Pencroff, dlaczegoż wzywał pomocy ludzkiej? Dlaczego rzucił do morza ów dokument?
— On nam to sam powie, odpowiadał zawsze Cyrus Smith.
— Kiedy?
— Może prędzej niż się spodziewasz, Pencroffie.
I w samej rzeczy chwila wyznania była niedaleką.
Dnia 10 grudnia, w tydzień po swym powrocie do Pałacu Granitowego, stanął nagle nieznajomy przed Cyrusem i rzekł do niego głosem łagodnym i kornym:
— Panie, miałbym do pana prośbę.
— Mów, przyjacielu, odparł inżynier, lecz wprzódy pozwól mi zadać ci jedno pytanie.
Na te słowa nieznajomy spłonął rumieńcem i już chciał odejść. Cyrus Smith przeniknął co się działo w duszy winowajcy, który obawiał się zapewne, by go inżynier nie zagadnął o jego przeszłość!
Cyrus Smith ręką go wstrzymał.
— Kolego, rzekł do niego, jesteśmy nietylko twoimi towarzyszami, ale i przyjaciołmi. Chciałem ci to powiedzieć, a teraz słucham cię.
Nieznajomy przyłożył rękę do oczu. Opanował go rodzaj drzączki, i stał tak chwil kilka, nie mogąc słowa wymówić. Wreszcie rzekł:
— Panie, chcę, prosić pana o jednę łaskę.
— Jaką?
— Cztery lub pięć mil ztąd, u podnóża góry, macie panowie oborę przeznaczoną dla zwierząt domowych. Zwierzęta te potrzebują starania i opieki. Pozwolisz mi pan mieszkać tam razem z niemi?
Cyrus Smith patrzał na nieznajomego chwil kilka z wyrazem najgłębszej litości, potem rzekł:
— Mój przyjacielu, w oborze tej znajdują się tylko szopy, zaledwie dobre dla zwierząt...
— Będą dobre i dla mnie.
— Mój przyjacielu, ciągnął dalej Cyrus Smith, nie będziemy ci się nigdy w niczem sprzeciwiali. Chcesz mieszkać w oborze, dobrze. Zresztą będziesz zawsze pożądanym w Pałacu Granitowym. Lecz ponieważ chcesz mieszkać w oborze, więc urządzimy tam dla ciebie mieszkanie odpowiednie.
— Mniejsza o to, jakkolwiekbądź, mnie zawsze dobrze będzie.
— Mój przyjacielu, odparł Cyrus Smith, kładąc umyślnie nacisk na to serdeczne nazwanie, pozostaw nam sąd, co w tej mierze uczynić nam przystoi!
— Dziękuję ci, panie, odrzekł nieznajomy i odszedł.
Inżynier uwiadomił natychmiast towarzyszy o propozycji nieznajomego, i postanowiono wybudować w oborze dom z drzewa ile możności wygodny.
Tego samego dnia jeszcze udali się osadnicy do obory z potrzebnemi narzędziami, i zanim tydzień upłynął, stanął dom gotów na przyjęcie nowego gościa. Postawiono go w oddaleniu dwadzieścia stóp od szop, tak że łatwo było ztamtąd czuwać nad trzodą baranów, liczącą już wówczas przeszło ośmdziesiąt sztuk. Sporządzono kilka kawałków mebli, łóżko, stół, ławkę, szafę, kufer i zniesiono do obory broń, amunicję i rozmaite narzędzia.
Nieznajomy przez ten czas nie zaglądał ani razu do swego nowego mieszkania i nie mięszał się wcale do roboty osadników, sam zajęty był bez ustanku na terasie, chcąc zapewne ukończyć do reszty swą robotę. I w samej rzeczy, dzięki jemu, wszystek grunt był obrobiony i gotów pod zasiew na który zbliżał się czas.
Dnia 20 grudnia ukończono przygotowania w oborze. Inżynier uwiadomił wtedy nieznajomego, że mieszkanie czeka na jego przyjęcie, a ten odparł, że uda się tam na tę noc jeszcze.
Tego wieczora osadnicy zgromadzili się we wielkiej sali Pałacu Granitowego. Była właśnie godzina ósma — godzina w której nowy towarzysz miał ich opuścić. Nie chcąc mu się naprzykrzać i zmuszać go obecnością swoją do pożegnania, które mogło mu być nieprzyjemnem, zostawili go samego i udali się do Pałacu Granitowego.
Zgromadzeni zatem we wielkiej sali rozmawiali już od kilku minut, gdy nagle ozwało się lekkie pukanie do drzwi. W tej samej prawie chwili wszedł do sali nieznajomy, i bez wstępnej przedmowy, rzekł:
— Moi panowie, zanim panów opuszczę, słuszna, ażebyście znali moją historję. Jest ona następującą.
Te proste słowa przejęły silnem wrażeniem Cyrusa Smitha i jego towarzyszy.
Inżynier powstał ze swego miejsca.
— Nie pytaliśmy cię o nic, mój przyjacielu, rzekł. Masz więc prawo milczeć.
— Obowiązkiem moim jest mówić.
— Więc usiądź.
— Wolę stać.
— Słuchamy cię zatem, odparł Cyrus Smith.
Nieznajomy stanął w kącie sali, otoczony lekkiem półcieniem. Głowę miał odkrytą, obie ręce skrzyżował na piersi, i głosem przytłumionym, jakby się gwałtem przymuszał do mówienia, rozpoczął następujące opowiadanie, którego żaden z słuchaczy nie przerwał ni razu:
— „Dnia 20 grudnia 1854 parowy jach, jakich używają do przejażdżek spacerowych, nazwiskiem Duncan, własność pewnego szkockiego laird’a, lorda Glenarvan, zarzucił kotwicę u przylądka Bernouilli , na zachodnich wybrzeżach australskich, na wysokości trzydziestego siódmego równoleżnika. Na statku tym znajdowali się lord Glenarvan, jego żona, jeden major armji angielskiej, jeden geograf francuski, młoda dziewczyna i młody chłopak. Tych dwoje ostatnich byli dziećmi kapitana Granta, którego okręt Brytanja rok wprzódy zatonął był z całą załogą i z całym ładunkiem. Duncan zostawał pod rozkazami kapitana, nazwiskiem John Mangles; i posiadał załogę złożoną z piętnastu ludzi.
„Powód, dla którego jach ten w owym czasie znajdował się u wybrzeży australskich, był następujący:
„Sześć miesięcy pierwej napotkał i wyłowił Duncan w morzu irlandzkiem butelkę, zawierającą dokument spisany w językach angielskim, niemieckim i francuskim. Treść tego dokumentu była taka, że z rozbitego statku Brytanja pozostało przy życiu jeszcze trzech ludzi, mianowicie sam kapitan Grant i dwóch ludzi z załogi, i że znaleźli przytułek na ziemi jakiejś, której stopień szerokości jeograficznej podany był w dokumencie, a zaś stopień długości, zamazany przez wodę morską, zupełnie był nieczytelnym.
„Ten stopień szerokości południowej wynosił 37° 11′. Stopień długości nie był więc znany, i postępując wzdłuż tego trzydziestego siódmego równoleżnika, przez morza i lądy, można było być pewnym dotrzeć wreszcie do ziemi zamieszkanej przez kapitana Granta i jego dwóch towarzyszy.
„Gdy admiralicja angielska wahała się podjąć to poszukiwanie, postanowił lord Glenarvan próbować wszelkich sposobów, aby odszukać kapitana. Mary i Robert Grant weszli z nim w stosunek. Zaopatrzono jach Duncan we wszystkie przybory potrzebne do tak dalekiej podróży, w której zamierzali wziąć udział familia lorda i dzieci kapitana, i Duncan, opuściwszy Glasgow, skierował ku Atlantykowi, przepłynął cieśninę magekańską i cichym Oceanem puścił się aż do Patagonji, gdzie, jak podług pierwotnego tłumaczenia dokumentu można było przypuszczać, że kapitan Grant znajdować się mógł w niewoli u krajowców.
Duncan wysadził więc pasażerów swoich na zachodnich wybrzeżach Patagonji, a sam odpłynął aby ich zabrać napowrót u wschodnich wybrzeży, u przylądka Corrientes.
„Lord Glenarvan przeszedł całą Patagonję wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika, i nie znalazłszy nigdzie śladu kapitana, usiadł powtórnie na okręt dnia 13 listopada, by prowadzić dalej swe poszukiwania po Oceanie.
„Zwidziwszy bezskutecznie wyspy Tristan Acunha i Amsterdam, położone po drodze, Duncan, jak to pierwej wspomniałem, przybył do przylądka Bernuilli, na wybrzeża australskie, dnia 20 grudnia 1854.
„Zamiarem lorda Glenarvan było przejść wzdłuż całą Australję, tak jak przeszedł Amerykę, i w tym celu wylądował. Kilka mil od brzegu morza, stał folwark należący do pewnego Irlandczyka, który podróżnym ofiarował gościnne przyjęcie. Lord Glenarvan wyjawił temu Irlandczykowi powód, który go sprowadził w te strony i zapytał go, czyli mu nie wiadomo, że trzymasztowiec angielski Brytanja, przed dwoma laty niespełna rozbił się u zachodnich wybrzeży Australji.
„Irlandczyk nigdy nie słyszał o tem zdarzeniu; lecz ku wielkiemu zdumieniu wszystkich obecnych, jeden ze sług Irlandczyka, mięszając się do rozmowy, rzekł:
„— Mylordzie, dziękuj Bogu i sław imię Jego! Jeśli kapitan Grant żyje jeszcze, to na ziemi australskiej.
„— Coś ty za jeden? zapytał lord Glenarvan.
„— Szkot z rodu, tak jak i ty, mylordzie, odparł ów człowiek, i jestem jednym z towarzyszy kapitana Granta, jednym z rozbitków Brytanji.
„Człowiek ów zwał się Ayrton. Był on w samej rzeczy dozorcą robotników na okręcie Brytanja, jak o tem świadczyły jego papiery. Lecz rozłączony od kapitana Granta w chwili, gdy okręt rozbił się o skały, sądził dotychczas, że kapitan jego utonął wraz z całą załogą i że tylko Ayrton sam jeden z całej Brytanji pozostał przy życiu.
„— Tylko że okręt Brytanja, dodał, nie rozbił się u wybrzeży zachodnich, lecz u wybrzeży wschodnich Australji, i jeśli kapitan Grant dotąd jeszcze żyje, jak tego dowodzi dokument, pozostaje on w niewoli u dzikich krajowców australskich, i nie w tej, lecz w przeciwnej stronie należy go szukać.
„Człowiek ów mówił to wszystko głosem pełnym szczerości, a wzrok jego był pewny i wzbudzający ufność. Nie podobna było wątpić o prawdziwości słów jego. Irlandczyk, u którego służył od roku przeszło, zaręczał za niego. Lord Glenarvan uwierzył w prawość tego człowieka i idąc za jego radą, postanowił przejść całą Australję wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika. Lord Glenarvan, jego żona, dwoje dzieci kapitana, major, Francuz, kapitan Mangles i kilku majtków mieli utworzyć orszak podróżny pod przewództwem Ayrtona, podczas gdy Duncan pod komendą zastępcy kapitana, nazwiskiem Tom Austin, odpłynąć miał do Melbourne i tam oczekiwać dalszych rozkazów lorda Glenarvan.
„Dnia 23 grudnia 1854 ruszono w drogę.
„Tu czas wyjawić, że ów Ayrton był zdrajcą. Był on rzeczywiście dozorcą majtków na statku Brytanja; lecz pokłóciwszy się ze swym kapitanem, usiłował skłonić załogę do buntu i gwałtem opanować okręt, za co kapitan Grant wysadzić go kazał na zachodnie wybrzeże Australji, i pozostawiwszy go jego losowi, odpłynął; — była to kara słuszna i sprawiedliwa.
„Tak więc nędznik ów nie wiedział nic o rozbiciu Brytanji. Dowiedział się o niem dopiero z opowiadania lorda Glenarvan! Od czasu, gdy go wyrzucono samego na ląd, został naczelnikiem zbiegłych skazańców, dlatego zaś utrzymywał z taką bezczelnością, że okręt rozbił się u wschodnich wybrzeży, i dlatego nakłaniał lorda Glenarvan do puszczenia się w tym kierunku, ponieważ miał nadzieję tym sposobem oddalić go od okrętu, opanować Duncana i jach ten przemienić na rozbójniczy statek, mający krążyć po wodach Cichego Oceanu.“
Tu nieznajomy zatrzymał się chwilę. Głos jego drżał, lecz ciągnął dalej w te słowa:
„Wyprawa ruszyła wzdłuż ziemi australskiej. Wypadła oczywiście niepomyślnie, kierował nią bowiem Ayrton czyli Ben Joyce, jak go wolimy nazwać, a raz przed, raz za nimi postępowała banda złoczyńców, którą uwiadomił o nadarzającym się łupie.
„Tymczasem wysłano Duncana do Melbourne, ponieważ potrzebował naprawy. Chodziło teraz o to, ażeby skłonić lorda Glenarvan, by wydał okrętowi rozkaz opuszczenia Melbourne i udania się do wschodnich wybrzeży Australji, gdzie łatwo go było opanować. Zaprowadziwszy orszak podróży dość blisko tych wybrzeży, w głąb nieprzejrzanych borów, gdzie zbywało wszelkich środków do życia, otrzymał Ayrton list, który podjął się sam doręczyć zastępcy kapitana pod którego wodzą zostawał Duncan, list zawierający rozkaz, by jach odpłynął natychmiast ku wybrzeżom wschodnim, do zatoki Twofold, oddalonej kilka dni drogi od miejsca, w którem zatrzymał się orszak podróżnych. Tam to naznaczył Ayrton swym godnym wspólnikom miejsce schadzki.
„W chwili gdy list miał mu być wręczonym, wykryła się jego zdrada nie pozostawało mu jak tylko uciekać. Bądź co bądź jednak musiał wprzódy dostać ów list, który w jego ręce oddawał Duncana. Ayrtonowi udało się przyjść w posiadanie listu i w dwa dni później stanął w Melbourne.
„Dotychczas zbrodnicze jego zamiary wiodły się pomyślnie. Wkrótce miał zwabić Duncana do owej zatoki Twofold, gdzie opanowawszy go łatwością przy pomocy swych wspólników i wyciąwszy w pień całą załogę, Ben Joyce miał zostać wszechwładnym panem tego morza... Lecz Bóg miał go zatrzymać u samego kresu zbrodniczego przedsięwzięcia.
„Ayrton, przybywszy do Melbourne, wręczył list zastępcy kapitana, Tomaszowi Austin, a ten przeczytawszy go rozkazał natychmiast rozwinąć żagle; lecz któż wyrazi rozpacz i wsciekłość Ayrtona, gdy drugiego dnia żeglugi dowiedział się, że zastępca kapitana prowadzi okręt nie ku wybrzeżom wschodnim Australji, do zatoki Twofold, lecz ku wschodnim wybrzeżom Nowej Zelandji. Chciał się oprzeć temu, Austin pokazał mu list! I, w samej rzeczy dziwnem zrządzeniem Opatrzności, przez przypadkową omyłkę geografa Francuza, który list ten pisał, wskazane w nim jako cel podróży okrętowi były wschodnie wybrzeża Nowej Zelandji.
„Wszystkie plany Ayrtona obróciły się w niwec! Chciał podnieść bunt. Uwięziono go. I tak uprowadzony został ku wybrzeżom Nowej Zelandji, nie mając wyobrażenia ani o tem, co się stanie z jego wspólnikami, ani jaki los spotka lorda Glenarvan.
Duncan błąkał się w pobliżu tych wybrzeży aż do dnia 3. marca. Tego dnia Ayrton usłyszał huk jakiś. To armaty Duncana dawały ognia, i wkrótce lord Glenarvan z całą drużyną przybyli na okręt.
„Oto co i jak się stało.
„Po tysięcznych trudach i niebezpieczeństwach, przybył wreszcie lord Glenarvan do celu swej podróży, do wschodnich wybrzeży Australji, do zatoki Twofold. Ani śladu Duncana! Zatelegrafował do Melbourne. Odpowiedziano ztamtąd: „Duncan odpłynął 18. bm. niewiadomo dokąd.“
„Lordowi Glenarvan nie pozostawało teraz jak tylko to jedno przypuszczenie: że uczciwy jego jach wpadł w ręce Ben Joyce’a i został statkiem zbójeckim.
„Ale lord Glenarvan nie chciał dać za wygranę. Był to mąż nieustraszonej odwagi i wspaniałego serca. Wsiadł więc na jeden z kupieckich okrętów, kazał się zawieść na zachodnie wybrzeża Nowej Zelandji, przeszedł ją całą wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika, nie napotkawszy ani śladu kapitana Granta; ale u przeciwległych wybrzeży, ku wielkiemu swemu zdumieniu, za wolą nieba, odnalazł owego Duncana, zostającego pod rozkazami zastępcy kapitana, który oczekiwał go już od pięciu tygodni!
„Było to 3go marca 1855. Lord Glenarvan znajdował się wreszcie znów na swoim statku, a wraz z nim także i Ayrton. Ten stanął przed lordem, który chciał wydobyć z niego wszystko, cokolwiek zbójca ten mógł wiedzieć o losie kapitana Granta. Ayrton wzbraniał się mówić. Wtedy lord Glenarvan oświadczył mu, że za przybyciem do pierwszej stacji odda go w ręce władz angielskich. Ayrton milczał uporczywie.
Duncan ruszył dalej w podróż wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika. Tymczasem lady Glenarvan postanowiła przełamać upór zbójcy. W końcu wpływem swym zwyciężyła go, i Ayrton zaproponował lordowi Glenarvan, ażeby w zamian za to, co by miał do powiedzenia, zamiast wydawać go w ręce władz angielskich, wysadził go na jednej z wysp Cichego Oceanu. Lord Glenarvan, który gotów był uczynić wszystko, byle się dowiedzieć coś dotyczącego losu kapitana Granta, przyjął układ.
„Wtedy Ayrton opowiedział historję całego swego życia, z której się okazało, że od dnia, w którym kapitan Grant wysadził go na wybrzeża australskie, nie wiedział o nim nic zgoła.
„Mimo to lord Glenarvan dotrzymał danego słowa. Duncan płynąc dalej wytkniętym szlakiem, przybył do wyspy Tabor. Tu miano zostawić Ayrtona, i tutaj także, iście cudownym trafem, znaleziono kapitana Granta z dwoma jego ludźmi, właśnie pod trzydziestym siódmym równoleżnikiem. Skazaniec miał zająć ich miejsce na tej odludnej wysepce, i gdy opuszczał jach, przemówił do niego lord Glenarvan w te słowa:
„— Ayrtonie, pozostaniesz tutaj zdala od świata, zdala od ludzi, z którymi nie będziesz mógł utrzymywać żadnej styczności. Nie będziesz mógł umknąć z tej wysepki, na której zostawia cię Duncan. Pozostaniesz sam, pod okiem Boga, który czyta w najgłębszych skrytościach ludzkiego serca, lecz nie będziesz mi zgubionym na zawsze, ani przepadłym bez śladu, jak był kapitan Grant. Choć tak niegodnym jesteś ludzkiej pamięci, ludzie będą przecież o tobie pamiętali. Wiem gdzie jesteś, Ayrtonie, i będę wiedział, gdzie cię szukać. Nie zapomnę o tem nigdy!“
„Po tych słowach Duncan rozwinął żagle i zniknął wkrótce z przed oczu wygnańca.
„Było to 18go marca 1855 roku.[29]
„Ayrton pozostał sam jeden, lecz nie zbywało mu ani amunicji, ani broni, ani narzędzi, ani zboża na zasianie. Do użytku tego skazańca, pozostał dom zbudowany przez zacnego kapitana Granta. Potrzebował tylko żywić się i pokutować w samotności za popełnione zbrodnie.
„Panowie, on szczerze żałował, wstydził się swoich zbrodni, i był bardzo nieszczęśliwym! Powiedział sobie, że jeśli kiedy ludzie przybędą po niego, trzeba aby był wtedy godnym wrócić pomiędzy nich! Jak on cierpiał, ten nieszczęśliwy! Jak on ciężko pracował, ażeby przez pracę uzacnić swą duszę! Jak gorąco się modlił, ażeby przez modlitwę odrodzić się na nowo!
„Trwało tak dwa, trzy lata; lecz Ayrton, przygnębiony na duchu tą ciągłą samotnością, wypatrując nieustannie, czyli okręt jaki nie pojawi się na widnokręgu, zapytując sam siebie, czyli już wkrótce dopełni się czas pokuty, cierpiał jak nikt nigdy nie cierpiał! Ach! jak gorzką jest samotność dla duszy trawionej zgryzotami sumienia!
„Lecz niebo snać nie uznało, by kara tego nieszczęśliwego była wystarczającą, czuł bowiem, że z dniem każdym coraz bardziej dziczeje! Czuł jak zwolna popadał w stan zbydlęcenia! Czy się to stało po dwóch, czy po czterech latach samotności, tego wam powiedzieć nie może, w końcu jednak stał się istotą taką nędzną, jakąście go znaleźli!
„Nie potrzebuję panowie dodawać, że Ayrton czyli Ben Joyce a ja, to jedna i ta sama osoba!“
Gdy Ayrton ukończył swe opowiadanie, Cyrus Smith i towarzysze jego powstali z swych miejsc. Niepodobna wyrazić do jakiego stopnia czuli się wzruszonymi. Taki obraz nędzy, cierpień i rozpaczy w całej nagości roztoczył się przed ich oczyma!
— Ayrtonie — rzekł Cyrus Smith — byłeś wielkim zbrodniarzem, lecz niebo orzekło wyraźnie, żeś już odpokutował twe zbrodnie! Dowodem tego, że ci dozwoliło powrotu między twych bliźnich. Ayrtonie, grzechy twoje są ci odpuszczone! A teraz, chcesz-że zostać naszym towarzyszem?
Ayrton na te słowa cofnął się.
— Oto moja ręka! — rzekł inżynier.
Ayrton rzucił się na tę rękę, którą do niego wyciągnął Cyrus Smith, i duże łzy pociekły mu po twarzy.
— Chcesz żyć razem z nami? — zapytał Cyrus Smith.
— Panie Smith — odparł Ayrton — zostaw mi jeszcze trochę czasu, pozwól mi mieszkać samemu w oborze.
— Niech tak będzie, skoro tego chcesz, Ayrtonie — odparł Cyrus Smith.
Ayrton chciał się już oddalić, lecz inżynier zadał mu jeszcze ostatnie pytanie:
— Słówko jeszcze, przyjacielu. Jeżeli zamiarem twoim było żyć samotnie, dlaczegoż rzuciłeś do morza ów dokument, który nas na twój trop naprowadził?
— Jaki dokument? — zapytał Ayrton, jak gdyby nie wiedział, o czem mowa.
— Dokument zamknięty w butelce, któryśmy znaleźli, i który całkiem dokładnie oznaczał położenie wyspy Tabor!
Ayrton przyłożył rękę do czoła. Po chwili namysłu odparł:
— Nie rzucałem nigdy żadnego dokumentu do morza!
— Nigdy? — zawołał Pencroff.
— Nigdy!
Rzekłszy to Ayrton, zwrócił się ku drzwiom i odszedł.






ROZDZIAŁ XVIII.
(Rozmowa. — Cyrus Smith i Gedeon Spilett. — Przemysł inżyniera. — Telegraf elektryczny. — Druty. — Stos. — Abecadła. — Pogoda. — Pomyślny stan osady. — Fotografja. — Niby śnieg. — Dwa lata pobytu na wyspie Lincolna.)

— Biedny człowiek! rzekł Harbert, który poskoczywszy najprzód ku drzwiom, powrócił nazad, ujrzawszy jak Ayrton spuszczał się po linie od windy a potem zniknął w ciemnościach.
— Powróci do nas, rzekł Cyrus Smith.
— Tam do kata! panie Cyrus, zawołał Pencroff, co to wszystko ma znaczyć? Jakto! więc to nie Ayrton wrzucił do morza butelkę? Więc któż taki?
Jeśli jakie pytanie było usprawiedliwione, to to z pewnością!
— To on, odparł Nab, tylko że biedak był już wtedy na wpół szalonym.
— Tak, rzekł Harbert, nie wiedział już wtedy co robi.
— Zapewne, że tylko w ten sposób można tę rzecz wytłumaczyć, odparł żywo Cyrus Smith, i teraz pojmuję, że Ayrton mógł podać dokładnie położenie jeograficzne wyspy Tabor, ponieważ podczas wypadków poprzedzających jego wysadzenie na wyspę, powziął o niem wiadomość.
— Jeżeli jednak, zauważył Pencroff, nie był jeszcze zupełnem bydlęciem w chwili, gdy spisywał ów dokument, i jeżeli już siedm lub ośm lat temu rzucił go do morza, jakim sposobem papier pozostał nietknięty od wilgoci?
— To dowodzi, odparł Cyrus Smith, że Ayrton o wiele później pozbawionym został rozumu, niżeli sam sądzi.
— Zapewne, że tak być musi, odparł Pencroff, inaczej nie dałoby się to wcale wytłumaczyć.
— Zapewne że nie dałoby się wytłumaczyć, odparł inżynier, który, jak się zdawało, chciał urwać całą tę rozmowę.
— Ale czy Ayrton powiedział prawdę? zapytał marynarz.
— Tak jest, odparł korespondent. Historja którą opowiedział, jest ze wszystkiemi szczegółami prawdziwą. Przypominam sobie bardzo dobrze, że dzienniki podały były swego czasu wiadomość o przedsięwzięciu lorda Glenarvana i o rezultacie tegoż.
— Ayrton powiedział prawdę, dodał Cyrus Smith; o tem nie masz co wątpić Pencroffie, prawda ta była dość srogą dla niego samego. A pewnie mówi prawdę ten, kto się sam tak oskarża!
Nazajutrz — dnia 21. grudnia — osadnicy zeszli nad brzeg morza, potem wyszli znów na terasę, lecz nigdzie nie znaleźli Ayrtona. Ayrton w nocy powrócił do swego mieszkania w oborze, i osadnicy uznali za rzecz stosowną, nie narzucać mu się ze swą obecnością. Czas, sądzili, dokona tego, czego nie mogła sprawić zachęta z ich strony.
Harbert, Pencroff i Nab powrócili do dawnych swych zajęć. Tego dnia sprowadziła także zwykła praca Cyrusa Smitha z korespondentem w warstacie założonym w „dymnikach“.
— Wiesz kochany Cyrusie, rzekł Gedeon Spilett, że twoje wyjaśnienia wczorajsze co do owej butelki, nie zadowoliły mnie zupełnie! Czy podobna przypuścić, ażeby biedak ten mógł napisać ów dokument i rzucić butelkę do morza, a nie zachować o tem najmniejszego wspomnienia?
— Bo też on jej nie rzucił, kochany Spilecie.
— Więc i ty twierdzisz...
— Niczego nie twierdzę, bo nic nie wiem! odparł Cyrus Smith, przerywając korespondentowi — wypadek ten zaliczam do rzędu tych, których dotychczas nie potrafiłem sobie wytłumaczyć — i na tem poprzestaję!
— W istocie Cyrusie, rzekł Gedeon Spilett, to są rzeczy trudne do uwierzenia! Twoje ocalenie, owa skrzynia wyrzucona przez morze, przygody Topa, wreszcie ta butelka... Czyż nigdy nie znajdziemy rozwiązania tych zagadek?
— Znajdziemy! odparł żywo inżynier, znajdziemy, gdy przetrzęsiemy całą tę wyspę aż do samego jej wnętrza!
— Może przypadek podsunie nam klucz do tej tajemnicy?
— Przypadek! Spilecie! Ja w przypadki nie wierzę, tak jak nie wierzę w cuda na tym świecie. Każda rzecz, której na pozór nie można wytłumaczyć, ma swą przyczynę i tę przyczynę ja odkryję. Tymczasem baczność i praca!
Nadszedł miesiąc styczeń, a z nim zaczął się rok 1867. Roboty letnie wykonywano pilnie i gorliwie. Dni następnych, Harbert z Gedeonem Spilettem, udawszy się w stronę obory, przekonali się, że Ayrton rozgościł się był w przygotowanem dla siebie mieszkaniu. Zajmował się liczną trzodą poruczoną swej pieczy i tym sposobem miał towarzyszom swoim oszczędzić trudu zwidzania co dwa lub trzy dni obory. Ażeby jednak zbyt długo nie pozostawiać Ayrtona w samotności, odwidzali go osadnicy dość często.
Niemniej nie było to wcale rzeczą obojętną — po niektórych podejrzeniach, które inżynier z Gedeonem Spilettem podzielali, że ta część wyspy tym sposobem zostawała pod szczególnym nadzorem, a w razie jakiego wypadku, zawiadomiłby Ayrton niewątpliwie mieszkańców Pałacu Granitowego.
Mógł się jednak zdarzyć jaki nagły wypadek, o którym natychmiast należałoby uwiadomić inżyniera. Zresztą oprócz wypadków odnoszących się do tajemnicy, jaką ukrywała wyspa Lincolna, mogły się wydarzyć także całkiem inne, wymagające natychmiastowego działania ze strony osadników, naprzykład mógł się pojawić okręt na morzu naprzeciw zachodnich wybrzeży, lub mogło nastąpić rozbicie ze zachodnich brzegów, lub mogli nadpłynąć rozbójnicy morscy itp.
Dlatego też postanowił Cyrus Smith utworzyć szybką, w jednej chwili możebną komunicję między oborą a Pałacem Granitowym.
Było to 10. stycznia, gdy swój zamiar wyjawił towarzyszom.
— Tam do licha, jakże się pan weźmiesz do tego, panie Cyrus? zapytał Pencroff. Czybyś pan nie myślał przypadkiem założyć telegraf?
— Otóż właśnie, odparł inżynier.
— Elektryczny? zawołał Harbert.
— Elektryczny, odparł Cyrus Smith. Mamy wszystko, czego potrzeba do zrobienia stosu elektrycznego, najtrudniej będzie wyciągnąć druty żelazne, ale zapomocą odpowiednego przyrządu, mamy nadzieję, że dojdziemy do celu.
— Jeśli tak, odparł marynarz, to ja już teraz ani wątpię o tem, że pewnego dnia ujrzymy się na pociągu kolei żelaznej!
Zabrano się więc zaraz do roboty i zaczęto od najtrudniejszej rzeczy, to jest od ciągnienia drutów, gdyby się bowiem to nie udało, to nie potrzeba było fabrykować stosu, ani innych przyborów.
Żelazo na wyspie Lincolna było, jak wiemy, wyborne, a tem samem łatwo dawało się ciągnąć. Cyrus Smith zaczął od utworzenia potrzebnego do tego przyrządu, czyli drutownicy. Jest to płyta stalowa, podziurawiona stożkowemi otworami rozmaitego kalibru, które mają stopniowo nadawać drutowi pożądaną siłę spójności. Tę płytę stalową, zahartowawszy ją poprzednio do „najwyższej twardości“, jak powiadają metalurgowie, przymocowano następnie niewzruszenie do podmurowania silnie osadzonego w ziemi, kilka stóp tylko od wielkiego wodospadu, którego siłę poruszającą miał inżynier jeszcze raz zużytkować.
W tem miejscu stał w samej rzeczy młyn foluszowy, który wtedy właśnie nie funkcjonował, lecz wał jego, z niezwykłą obracany siłą, mógł posłużyć do ciągnienia drutu, w ten sposób, że się tenże do koła niego owijał.
Była to praca misterna i wielkiej wymagająca staranności. Żelazo krajano naprzód w długie, wąskie sztaby, zaostrzone po obu końcach pilnikiem. Następnie sztaby te wkładano w otwór drutownicy dużego kalibru; wał, obracając się, rozciągał je do dwudziestu pięciu i trzydziestu stóp, drut utworzony w ten sposób nawijał się na wał, następnie odwijał się znowu, poczem przepuszczano go stopniowo przez otwory o coraz to mniejszej średnicy! Wreszcie otrzymał inżynier druty czterdzieści do pięćdziesięciu stóp długie, które łatwo było spajać ze sobą i prześciągać przez tę przestrzeń pięciomilową oddzielającą oborę od Pałacu Granitowego.
Kilka dni było trzeba do wykonania tej roboty, a gdy już wprowadzoną została w ruch, zostawiał Cyrus Smith swych towarzyszy przy drutach, a sam zajął się sporządzeniem stosu elektrycznego.
Co się tyczy rodzaju chodziło o to, ażeby otrzymać stos o prądzie stałym. Ogniwa dzisiejszych stosów składają się zazwyczaj, jak wiadomo, z węgla koksowego, cynku i miedzi. Miedzi zbywało inżynierowi zupełnie, pomimo wszelkich poszukiwań bowiem nie znalazł ani znaku takowej na wyspie Lincolna, trzeba się więc było obejść bez niej. Co się tyczy węgla koksowego, tego twardego grafitu znajdującego się w alembikach w fabrykach gazowych, po odwodnieniu węgla ziemnego można go było wprawdzie wytworzyć, lecz do tego potrzeba było osobnych przyrządów, co by zbyt wiele wymagało było trudu. Co się zaś tyczy cynku, to, jak sobie przypominamy, skrzynia znaleziona u Przylądka Rozbitków, wyłożona była cała wewnątrz pokrywą z tego metalu, a niepodobna było z niego lepszego, jak w tej chwili, zrobić użytku.
Cyrus Smith postanowił zatem, po gruntownej rozwadze, sporządzić stos bardzo prosty, zbliżony do stosu, który wymyślił Becquerel w r. 1820, a w którego skład wchodzi sam tylko cynk. Co do innych substancyj, mianowicie kwasu azotowego i potazu, te miał je na swe rozkazy.
Oto, jakim sposobem złożył stos elektryczny, który skutek swój zawdzięczać miał wzajemnemu na się oddziaływaniu kwasu azotowego i potazu.
Sporządzono pewną ilość flaszeczek szklannych i napełniono je kwasem azotowym. Inżynier zatkał każdą z nich korkiem, przez który przechodziła rurka szklanna zasklepiona u dołu, która miała zanurzyć się w kwasie azotowym, za pośrednictwem czopa glinianego, obwiedzionego szmatą. Do środka takiej rurki wlewał z góry rozczyn potazu, otrzymany wprzódy przez spopielenie rozmaitych roślin, i tym sposobem kwas azotowy i potaz mogły przez glinę wzajemnie na się oddziaływać.
Cyrus Smith wziął następnie dwie płytki cynkowe, i jednę z nich zanurzył w kwasie azotowym, a drugą w rozczynie potasu. Natychmiast wytworzył się prąd, który od płytki zanurzonej we flaszeczce szedł ku płytce zanurzonej w rurce, a skoro obie płytki połączone ze sobą zostały za pomocą drutu metalowego, płytka w rurce została biegunem dodatnim, a płytka we flaszeczce biegunem ujemnym przyrządu. Ile było flaszeczek tyle wytworzyło się prądów, które połączone razem, wystarczały do wywołania wszystkich objawów właściwych telegrafom elektrycznym.
Tak wyglądał przyrząd przez Cyrusa Smitha równie znakomicie jak pojedynczo wykonany; przyrząd, za pomocą którego zdołał utworzyć telegraficzną komunikację między Pałacem Granitowym a oborą.
Dnia 6 lutego zaczęto wkopywać w ziemię słupy, opatrzone szklannemi izolatorami, na których spoczywać miał drut, wzdłuż drogi wiodącej do obory. W kilka dni potem przeciągnięto drut, który gotów był z szybkością stu tysięcy kilometrów w sekundzie przeprowadzać prąd elektryczny, a prąd ten miał wracać przez ziemię napowrót do miejsca, zkąd wyszedł.
Sporządzono dwa stosy, jeden dla Pałacu Granitowego, drugi dla obory, tak by nie tylko obora komunikować się mogła z Pałacem Granitowym, lecz także, w razie potrzeby, Pałac Granitowy z oborą.
Receptor i manipulator były również konstrukcji nadzwyczaj prostej. Na obu stacjach okręcał się drut telegraficzny dokoła elektro-magnesu, czyli kawałka miękiego żelaza obwiedzionego drutem. Gdy komunikacja między obydwoma biegunami była otwartą, prąd, wychodząc od bieguna dodatniego, przebiegał drut, udzielał się elektromagnesowi, który natenczas nabierał własność magnesu. Dość więc było umieścić przed elektromagnesem płytę z miękiego żelaza, którą tenże podczas trwania prądu ku sobie przyciągał, a która za przerwaniem prądu znów odpadała. Nadawszy tym sposobem płycie możność poruszania się, z łatwością przyszło Cyrusowi przymocować do niej wskazówkę, umieszczoną na tarczy, na której wypisane było dokoła całe abecadło, i tym sposobem korespondować z jednej stacji na drugą.
Dnia 12. lutego było wszystko gotowe. Tego dnia Cyrus Smith, puściwszy prąd po drucie telegraficznym, zapytał, czy wszystko idzie dobrze w oborze, i po kilku chwilach otrzymał od Ayrtona zadowalającą odpowiedź
Pencroff nie posiadał się z radości; co rana i co wieczora wysyłał telegram do obory, na który zawsze otrzymywał odpowiedź.
Ten rodzaj komunikacji przedstawiał dwie rzeczywiste korzyści: najpierw można było za pomocą niego przekonać się każdej chwili o obecności Ayrtona w oborze, a powtóre nie zostawiano go tym sposobem w zupełnej samotności. Zresztą nie upłynął nigdy tydzień, ażeby Cyrus Smith go nie odwidził, a i Ayrton od czasu do czasu przychodził do Pałacu Granitowego, gdzie zawsze znajdował szczere przyjęcie.
Tak upływał czas pogody wśród zajęć zwyczajnych. Zapasy osady, w jarzynach zwłaszcza i w zbożu, wzrastały z dniem każdym, a nasiona przywiezione z wyspy Tabor, przyjęły się wyśmienicie. Wielka Terasa przedstawiała widok ze wszech miar zadowalający. Czwarte z kolei żniwo wypadło świetnie, i łatwo się domyśleć, że nikt nie miał ochoty przekonywać się, czyli istotnie tegorazowy sezon wynosił czterysta miljardów ziarn. Pencroff jednak wpadł był z razu na tę myśl, ale gdy mu Cyrus Smith wytłumaczył, że gdyby liczył nawet po trzysta ziarn w minucie, czyli dziewięć tysięcy w godzinie, potrzebowałby około pięć tysięcy pięćset lat do ukończenia całego obrachunku, — dzielny marynarz uznał za stosowne odstąpić od swojego zamiaru.
Pogoda była wspaniała, a temperatura w dzień bardzo gorąca; zato wieczorem wiatr wiejący od morza studził upał powietrza i mieszkańcom Pałacu Granitowego użyczał chłodnych nocy. Było jednak kilka burz, które nie trwały wprawdzie długo, lecz zato z niesłychaną gwałtownością spadały na wyspę Lincolna. Kilka godzin bez przestanku błyskawice, jedna po drugiej, zapalały niebo i raz po raz odzywały się grzmoty.
W tym czasie małej naszej osadzie powodziło się nadzwyczaj pomyślnie. Podwórko roiło się od drobiu, nadwyżka jego szła na kuchnię, gdyż trzeba już było koniecznie zniżyć nieco jego liczbę. Nierogacizna miała już prosięta, i łatwo pojąć, że opieka nad temi zwierzętami pochłaniała wiele czasu Nabowi i Pencroffowi. Na onegasach, z których urodziły się tymczasem dwa piękne źrebce, jeździli najczęściej Gedeon Spilett i Harbert, który pod okiem korespondenta wyszedł na znakomitego jeźdzca i zaprzęgano je także do wozu, czy to dla zwiezienia drzewa i węgla do Pałacu Granitowego, czy też kruszców rozmaitego gatunku używanych przez inżyniera.
Przedsiębrano pod ten czas kilka wycieczek aż w sam głąb boru Zachodniej Ręki. Osadnicy mogli bezpiecznie zapuszczać się w te lasy, bez obawy aby ich nie zapadła słota lub burza, promienie słoneczne zaledwie bowiem przeciskały się przez tę gąszcz zbitą nad ich głowami. Zwidzili tak cały lewy brzeg Dziękczynnej, wzdłuż którego ciągnęła się droga z obory do ujścia rzeki Wodospadowej.
Ale podczas tych wycieczek osadnicy byli zawsze dobrze uzbrojeni, nieraz bowiem spotykali się po drodze z dzikami nadzwyczaj zajadłemi, z któremi trzeba było staczać walkę na serjo.
W tym samym czasie wytoczono także straszliwą wojnę jaguarom. Gedeon Spilett żywił ku nim szczególniejszą nienawiść, a uczeń jego Harbert podzielał ją najzupełniej.
Będąc tak uzbrojeni, nie lękali się wcale spotkania z temi bestjami. Harbert celował nadzwyczajną odwagą, a korespondent zdumiewającą zimną krwią. Więc też około dwadzieścia wspaniałych skór zdobiło już wielką salę Pałacu Granitowego, i gdyby tak dalej potrwało, rodzaj jaguarów musiałby w krótce wyginąć na wyspie Lincolna, co właśnie było celem naszych myśliwców.
Inżynier kilka razy uczestniczył w wyprawach przedsiębranych w nieznane dotąd okolice wyspy, które badał z najściślejszą uwagą. Innych on tropów niźli zwierzęcych, szukał w największych gęstwinach tych puszcz nieprzejrzanych, nigdy jednak nie wpadło mu w oko nic podejrzanego. Ani Top, ani Jow, którzy mu towarzyszyli, nie zdradzali również nigdy swem zachowaniem się, ażeby odkryli coś nadzwyczajnego, a jednak nieraz jeszcze szczekał pies nad otworem owej studni, u której inżynier przedsiębrał był bezskuteczne poszukiwania.
W tym to czasie Gedeon Spilett, przy pomocy Harberta, zdjął kilka widoków z najbardziej malowniczych okolic wyspy, zapomocą przyrządu fotograficznego, znalezionego w skrzyni, którego pierwszy raz dopiero użyto.
Przyrząd ten, opatrzony silną objektywą, był zupełnie kompletny. Nie brakowało żadnego ze składników potrzebnych do odbić fotograficznych, ani kolodionu do przysposobienia płyty szklanej, ani azotanu srebrnego do uczynienia ją czułą na działanie promieni słonecznych, ani podsiarczynu sodowego do utwierdzenia otrzymanego obrazu, ani chlorku amonu do opłukania w nim papieru przeznaczonego do zdjęcia obrazu, ani octanu sodowego i chlorku złota do nasycenia nim samego obrazu. Były już nawet gotowe papiery nachlorkowane i dość było przed położeniem ich w ramkę na obraz odwrotny, zanurzyć je poprzednio kilka minut w rozczynie azotanu srebrowego.
Korespondent i jego pomocnik wyszli wkrótce na bardzo biegłych fotografów, i zdjęli kilka pięknych widoków, jako to: widok całej wyspy, uchwyconej ze szczytu wielkiej Terasy, z górą Franklina sterczącą na widnokręgu, z ujściem Dziękczynnej tak malowniczo między wysokie skały ujętej, z łąką i oborą opierającą się o pierwsze łańcuchy góry; widok na cały przylądek Ostrego Szponu, w tak ciekawych zarysowujący się linjach, widok przylądka Rozbitków itp.
Fotografowie nie zapomnieli także zdjąć portretów wszystkich mieszkańców wyspy, nie wyjmując nikogo.
— To ludniejszemi robi te miejsca, mawiał Pencroff.
I marynarz zachwycony był swoim portretem, wiernie trafionym, który wraz z innemi zdobił ściany Pałacu Granitowego, i rad stawał, patrząc na tę wystawę, jakby na najwspanialszą w Broadway.
Trzeba jednak przyznać, że najpodobniejszym ze wszystkich był portret pana Jowa. Pan Jow przybrał pozę onej pełną niewysłowienia powagi, i obraz jego był tak podobnym, iż zdawało się, że przemówi!...
— Zdaje się, że się w tej chwili skrzywi! zawołał Pencroff.
I pan Jow musiałby był chyba być bardzo wybrednym, gdyby był nie był zadowolonym, ale pan Jow był zadowolonym i spoglądał na swój wizerunek z wyrazem dziwnie sentymentalnym, z którego przezierała lekka doza zarozumiałości.
Wielkie upały letnie ustały w miesiącu marcu. Od czasu do czasu padał deszcz, lecz powietrze było jeszcze ciepłe. Ten miesiąc marzec, odpowiadający wrześniowi na półkuli północnej, nie był tak pięknym, jakby się można było spodziewać. Zwiastował może zimę wczesną i ostrą.
Pewnego poranka — było to 21 marca — mogło się nawet zdawać, że już pierwszy śnieg upadł. W samej rzeczy Harbert, wstawszy zawczasu i wyjrzawszy przez okno Pałacu Granitowego, zawołał:
— Patrzcie no! wysepka cała przykryta śniegiem!
— Co, śniegiem? o tym czasie? zapytał korespondent przystępując do Harberta.
Wkrótce przyłączyła się do nich reszta towarzyszy, zdołali jednak skonstatować tylko to jedno, że nietylko wysepkę, lecz cały brzeg morza u podnóża Pałacu Granitowego przykrywał jednostajnie biały całun.
— Dalibóg to śnieg! rzekł Pencroff.
— Lub coś bardzo do niego podobnego! odparł Nab.
— Lecz termometr wskazuje pięćdziesiąt ośm stopni (14° Cel. powyżej zera) zauważył Gedeon Spilett.
Cyrus Smith w milczeniu spoglądał na ten biały całun, nie wiedział bowiem jak wytłumaczyć to zjawisko o tej porze roku i przy tej temperaturze.
— Do kroćset djabłów! zawołał Pencroff, nasze plantacje pomarzną!
I już marynarz miał zejść na dół, lecz ubiegł go w tem Jow, który czemprędzej spuścił się po linie do sieni.
Lecz zanim jeszcze orangutan dotknął stopą ziemi, gdy nagle cała ta olbrzymia płaszczyzna śnieżna wzbiła się do góry i zatrzepotała w powietrzu taką niezliczoną ilością białych ptaków, że przez kilka minut ściemniła wśród nich tarcza słoneczna.
— To ptaki! zawołał Harbert.
Była to w samej rzeczy ćma morskiego ptactwa o śnieżnych, połyskujących piórach. Krociami obsiadły były wysepkę i brzeg morza, i teraz znikały w oddali, zostawiając osadników pogrążonych w zdumieniu takiem, jakgdyby na jakiem widowisku czarodziejskiem, w skutek sztucznej zmiany dekoracji, ujrzeli nagle zimę przemienioną w lato. Na nieszczęście zmiana ta nastąpiła tak raptownie, że ani korespondent, ani Harbert nie mieli czasu ubić chociaż jednego z tych ptaków, których gatunku nie mogli rozeznać.
W kilka dni później, dnia 26. marca, upływało dwa lata, jak rozbitki napowietrzni wyrzuceni zostali na wyspę Lincolna!






ROZDZIAŁ XIX.
(Wspomnienia ojczyste. — Widoki na przyszłość. — Projekt zwidzenia wybrzeży wyspy. — Wyjazd 16. kwietnia. — Widok od morza na półwysep Wężowy. — Pokłady bazaltowe na wybrzeżach zachodnich. — Burza. — Noc. — Nowa żegluga.)

Dwa lata upłynęło! i już od dwóch lat osadnicy nasi wyłączeni byli od wszelkiej styczności z ludźmi! Nie mieli żadnych wieści ze świata cywilizowanego i żyli na tej odludnej wyspie zapomnieni, jakby na jakim poślednim płanecie świata słonecznego!
Co się przez ten czas działo w ich ojczyźnie? Zawsze mieli przed oczyma obraz rodzinnego kraju, rozdartego wojną domową, w chwili gdy go porzucali, a może i dotąd jeszcze broczącego w potokach krwi, którą wylało powstanie Południowców. Bolało ich to niezmiernie i nieraz o tem rozprawiali, nie wątpiąc jednak nigdy, że sprawa Północy w końcu odniesie tryumf na chwałę Stanów Zjednoczonych.
W ciągu tych dwóch lat ani jeden okręt nie pojawił się w pobliżu wyspy, nie dostrzeżono przynajmniej żadnego żagla. Widocznie wyspa Lincolna leżała zdala od dróg, których się trzymają okręty, co więcej była całkiem nieznaną — czego zresztą dowodziły mapy jeograficzne — gdyż w braku nawet portu, źródłowiska wody słodkiej, jakie posiadała, powinne były w przeciwnym razie ciągnąć okręty potrzebujące odświeżyć swe zapasy wody. Lecz otaczające ich morze było zupełnie puste, jak daleko wzrok sięgał, i osadnicy w urzeczywistnieniu swej nadziei powrotu do ojczyzny nie mogli liczyć na nikogo, prócz siebie samych.
Był jednak jeszcze jeden środek ratunku, i właśnie o nim rozprawiali osadnicy jednego z pierwszych dni kwietnia, zgromadziwszy się w wielkiej sali Pałacu Granitowego.
Była właśnie mowa o Ameryce, o kraju rodzinnym, którego tak mało mieli nadziei ujrzyć raz jeszcze.
— Jeden, jedyny sposób na pewne, jaki nam zostanie do wydobycia się z wyspy Lincolna, mówił Gedeon Spilett, będzie zbudować okręt tak duży, aby mógł wytrzymać kilkuset milową podróż na morzu. Zdaje mi się, że skoro się potrafiło zrobić szalupę, potrafi się zrobić i okręt!
— I że skoro dopłynęło się do wyspy Tabor, dopłynie się i do wysp Pomotuańskich! dorzucił Harbert.
— Nie powiem że nie, odparł Pencroff, który we wszystkich kwestjach marynarskich miał zawsze głos przeważny, — nie powiem że nie, chociaż to nie jest bynajmniej to samo, popłynąć blisko, a popłynąć daleko! Gdy nieprzyjazne wichry zagrażały naszej szalupie podczas podróży do wyspy Tabor, wiedzieliśmy o tem, że z jednej i z drugiej strony niedaleko był port, ale tysiąc dwieście mil upłynąć, to kawał drogi nie lada, a najbliższy ląd leży w tej odległości!
— A czy w takim razie, Pencroffie, nie odważyłbyś się na podobny hazard? zapytał korespondent.
— Odważę się na wszystko, na co tylko zechcecie, panie Spilett, odparł marynarz, pan wiesz że jestem jednym z tych ludzi, którzy przed niczem się nie cofną!
— Niezapomnijmy zresztą i o tem, że mamy teraz jednego marynarza więcej, zauważył Nab.
— A to jakiego? zapytał Pencroff.
— Ayrtona.
— To prawda, odparł Harbert.
— Jeżeli zechce pojechać z nami! zauważył Pencroff.
— Dobryś! czy sądzisz że, gdyby jach lorda Glenarvan przybił był do wyspy Tabor, podczas gdy Ayrton jeszcze się na niej znajdował, że byłby się wzbraniał jechać?
— Zapominacie, przyjaciele, rzekł na to Cyrus Smith, że Ayrton w ostatnich latach swojego tam pobytu, pozbawiony był całkiem rozumu. Lecz nie oto idzie. Idzie tu raczej oto, czy pomiędzy inne okoliczności, które mogą prawdopodobnem uczynić nasze ocalenie, mamy zaliczyć także i powrót okrętu szkockiego. Otóż lord Glenarvan przyobiecał Ayrtonowi powrócić po niego, skoro osądzi, że już dostatecznie odpokutował za swe zbrodnie, a ja wierzę że powróci.
— A ja dodam, że powróci niebawem, rzekł korespondent; — wszak już dwanaście lat Ayrton pokutuje!
— Zgadzam się z wami na to, że lord powróci, i to wkrótce, odparł Pencroff. Lecz w takim razie dokąd się uda? Na wyspę Tabor, a nie na wyspę Lincolna.
— A to tem pewniej, że wyspy Lincolna nie ma nawet na mapie, odparł Harbert.
— Dlatego też, rzekł inżynier, musimy przedsięwziąć stosowne środki, ażeby o naszym i Ayrtona pobycie na wyspie Lincolna, pozostawić jakiś znak na wyspie Tabor.
— Oczywiście, odparł korespondent, i nic łatwiejszego jak w owej chacie, którą zamieszkiwali kapitan Grant a później Ayrton, zostawić wskazówkę o położeniu jeograficznem naszej wyspy, wskazówkę, którą lord Glenarvan i jego ludzie odnajdą niezawodnie.
— Złość mnie bierze, odezwał się marynarz, żeśmy zapomnieli to uczynić podczas naszej pierwszej podróży do wyspy Tabor.
— A dlaczegożeśmy to mieli wtedy uczynić? odparł Harbert. Wszak nie znaliśmy jeszcze wówczas historji Ayrtona; nie wiedzieliśmy o tem, że kiedyś po niego przypłyną, a gdyśmy się dowiedzieli, pora roku była już zbyt spóźnioną, byśmy mogli byli powrócić na wyspę Tabor.
— Tak jest, odparł Cyrus Smith, była już późna jesień, trzeba więc tę podróż odłożyć do przyszłej wiosny.
— A gdyby jach szkocki przybył tymczasem? zapytał Pencroff.
— Bardzo o tem wątpię, odparł inżynier, lord Glenarvan bowiem nie obierałby właśnie pory zimowej, aby się puszczać na tak dalekie morza. Albo więc wrócił już na wyspę Tabor przez ten czas, kiedy Ayrton jest z nami, to jest w ciągu tych pięciu miesięcy, i odpłynął, albo przybędzie dopiero później, i dość będzie czasu pierwszych pogodnych dni października udać się na wyspę Tabor, i tam zostawić wiadomość o sobie.
— Trzeba przyznać, rzekł Nab, że byłoby o wielce fatalną rzeczą, gdyby Duncan dopiero kilka miesięcy temu pojawił się był w tych stronach!
— Mam nadzieję, że tak nie było, odparł Cyrus Smith, i że niebo nie pozbawiło nas tego najdzielniejszego środka wybawienia, jaki nam pozostał!
— Sądzę, rzekł korespondent, że na wszelki wypadek za powrotem naszym na wyspę Tabor, będziemy wiedzieli, czego się trzymać, jeśli bowiem Szkoci już tam byli, to niezawodnie musieli zostawić ślady swojego pobytu.
— To rzecz jasna, odparł inżynier. Ponieważ więc, przyjaciele, pozostał nam jeszcze ten środek wybawienia, czekajmy przeto cierpliwie, a gdyby on nas ominął, wtedy obaczymy co począć dalej.
— W każdym razie, rzekł Pencroff, rozumie się, że czy w ten czy w inny sposób opuścimy wyspę Lincolna, to nie dlatego, aby nam tu źle było!
— Wcale nie, Pencroffie, odparł inżynier, ale dlatego, że jesteśmy tu odłączeni od wszystkiego, co człowiek najbardziej na świecie kochać powinien, od rodziny, przyjaciół, kraju ojczystego!
Powziąwszy to postanowienie, nie było odtąd więcej mowy o budowie okrętu tak dużego, by się można było puszczać nim bądź to na północ, aż do Archipelagu, bądź na zachód, aż do Nowej Zelandji, a zajmywano się zwykłemi robotami, ze względu na zbliżającą się trzecią z rzędu zimę, którą mieli przepędzić w Pałacu Granitowym.
Bądź co bądź postanowiono jednak przed rozpoczęciem się słot zimowych użyć szalupy do objażdżki na około wyspy. Nie zwidzono jeszcze bowiem do tego czasu dokładnie wszystkich wybrzeży, a zwłaszcza mieli osadnicy bardzo niejasne wyobrażenie o wybrzeżach zachodnich i północnych, od ujścia rzeki Wodospadowej aż do przylądku Obu Szczęk, tudzież o wąziutkiej zatoce wżynającej się w niego na kształt szczęki rekina.
Projekt tej wycieczki podał Pencroff, a Cyrus Smith dał na nią zupełne przyzwolenie, sam bowiem chciał poznać całą tę część swego państwa.
Czas był w ówczas zmienny, barometr jednak nie czynił zbyt gwałtownych skoków, można się więc było spodziewać znośnej pogody. Właśnie w pierwszym tygodniu miesiąca kwietnia, po niskiem opadnięciu, zaczął się znów barometr podnosić przy silnym wietrze zachodnim, który trwał pięć lub sześć dni; stopniowo jednak wskazówka instrumentu podniosła się do wysokości dwudziestu dziewięciu i dziewięć dziesiątych cali (759mm, 45); pora zdawała się sprzyjać.
Dzień wyjazdu naznaczono na 16 kwietnia a Bonawenturę stojącego kotwicą w porcie Balonowym, zaopatrzono we wszystkie przybory do dłuższej podróży.
Cyrus Smith uprzedził Ayrtona o zamierzonej wyprawie i zaproponował mu, by wziął w niej udział; lecz ponieważ Ayrton wolał zostać na lądzie, uradzono zatem, ażeby podczas nieobecności towarzyszów zamieszkał w Pałacu Granitowym. Pan Jow miał mu dotrzymywać towarzystwa, czemu on ze swej strony nie miał nic do zarzucenia.
Dnia 16 kwietnia, z rana, osadnicy w towarzystwie Topa wsiedli na okręt. Tęgi wiatr pociągał od strony południowo-zachodniej i Bonawentura, wypłynąwszy z portu Balonowego, musiał lawirować, aby się dostać do przylądku Jaszczurczego. Z owych dziewięćdziesięciu mil, które wyspa liczyła w obwodzie, około dwadzieścia przypadało na wybrzeże południowe, od portu aż do przylądku. Ztąd wynikała konieczność, ażeby tych dwadzieścia mil przebyć jak najprędzej, wiatr bowiem był w całej swej sile.
Nie mniej jednak trzeba było całego jednego dnia ażeby dotrzeć do przylądka, statek bowiem, wypływając z portu, miał jeszcze tylko dwie godziny odpływu, przeciwnie zaś sześć godzin przypływu, które niezmiernie utrudniały żeglugę. Noc więc już była zapadła, gdy okrążono przylądek.
Pencroff zaproponował tedy inżynierowi płynąć dalej z średnią chyżością, z dwoma rejami u żagla. Cyrus Smith jednak wolał rzucić kotwicę o kilkadziesiąt sążni od lądu, by módz w dzień raz jeszcze oglądnąć tę część wybrzeża. Uradzono nawet, ponieważ chodziło o szczegółowe zbadanie wybrzeży wyspy, nie płynąć w nocy, i z wieczora zarzucać kotwicę w pobliżu lądu, jeśli tylko stan pogody na to pozwoli.
Noc zatem całą przepędził statek na kotwicy u przylądku. Wiatr ustał razem ze zmierzchem i cisza zupełna panowała w powietrzu. Pasażerowie, z wyjątkiem marynarza, spali może mniej smacznie na pokładzie Bonawentury, niżeli w komnatach Pałacu Granitowego, lecz koniec końców spali wszyscy.
Nazajutrz, dnia 17 kwietnia, Pencroff skoro świt rozwinął żagle, i korzystając umiejętnie z wiatru, przy samych prawie brzegach prowadził statek.
Osadnikom naszym znane już były te wybrzeża lesiste, a tak wspaniałe, przebiegli je bowiem byli zkraju pieszo, mimo to wzbudziły w nich nowy podziw. Podsunęli się do brzegów jak można było najbliżej, zwolniwszy zarazem biegu, by wszystkiemu dokładnie się módz przypatrzeć, bacząc tylko, by nie potrącić o który z pływających tu i ówdzie pniaków. Kilkakrotnie nawet zarzucali kotwicę, i Gedeon Spilett zdejmował fotograficzne widoki tych wspaniałych okolic.
Około południa przybył Bonawentura do ujścia Rzeki Wodospadowej. Na prawym jej brzegu widać było znów drzewa, ale już rzadsze, a trzy mile dalej, tworzyły one już tylko pojedyńcze grupy rozrzucone pomiędzy zachodniemi pasmami góry, której nagi grzbiet ciągnął się do samego wybrzeża.
Co za przeciwieństwo między południową a północną częścią tych wybrzeży! O ile ta była lesista i bujną pokryta zielonością, o tyle tamta skalistą i dziką! Rzekłbyś, że to jedno z owych żelaznych pasm ziemi, jak je w niektórych krajach nazywają, a kształty jego konwulsyjnie wykrzywione zdawały świadczyć o tem, że w jednym z odwiecznych okresów geologicznych, w roztopionym jeszcze bazalcie, dokonała się tu rzeczywista krystalizacja. Te piętrzące się jedna nad drugą skały przedstawiały widok straszliwy, który niezawodnie byłby był przeraził osadników, gdyby los wyrzucił ich był w tej części wyspy Lincolna! Ze szczytu góry Franklina nie mogli dostrzedz ponurego obrazu tych wybrzeży, ze zbyt wysoka bowiem patrzyli na nie; lecz od strony morza przedstawiały one widok tak dziwaczny, że równego nie znalazłby może nigdzie na świecie.
Bonawentura płynął wzdłuż tych wybrzeży, w oddaleniu pół mili. Łatwo było rozpoznać, że składały się one z brył rozmaitej wielkości, od dwudziestu do trzystu stóp wysokich, i rozmaitych kształtów, okrągłych jak wieża, czworograniastych jak dzwonnica, piramidalnych jak obelisk, stożkowych jak komin fabryczny. Lodowce mórz północnych w swej wspaniałej grozie nie mogły mieć kształtów dziwaczniejszych! Tu wisiał jakoby most przerzucony z jednej skały na drugą, ówdzie rysowały się potężne łuki niby w nawie kościelnej, których szczytu wzrokiem nie podobna było dosięgnąć; na jednem miejscu wznosiły się olbrzymie pieczary, których sklepienia przedstawiały widok wspaniały, na innem znów jeżył się istny las iglic, wieżyczek i kończyn w takiej liczbie, jakiej żadna katedra gotycka nigdy nie posiadała. Najkapryśniejsze wymysły natury, stokroć dziwaczniejsze i rozmaitsze niżeli wyobraźnia ludzka wytworzyćby zdołała, jednoczyły się tu na tych wspaniałych wybrzeżach, ciągnących się ośm lub dziewięć mil wzdłuż.
Cyrus Smith i towarzysze jego spoglądali na nie z wyrazem zdumienia graniczącego z osłupieniem. Milczeli jednak wszyscy, Top tylko nie troszcząc się o to, co się w około niego działo, poszczekiwał głośno, a szczekaniu jego odpowiadały tysiącznem echem skały bazaltowe. Inżynier zauważył nawet, że szczekanie to było jakieś dziwaczne, jakby podobne do owego nad otworem studni w Pałacu Granitowym, i rzekł:
— Przybij do brzegu.
I Bonawentura przysunął się jak można było najbliżej do skał nadbrzeżnych. Być może, że znajdowała się między niemi jaka jaskinia, którą należało przeszukać? Lecz Cyrus Smith nie dostrzegł żadnej jaskini, ani wklęsłości, któraby służyć mogła za schronienie jakiemukolwiek stworzeniu, fale bowiem morskie płukały same podnóże tych skał. Wkrótce Top przestał szczekać i statek oddalił się znów kilkadziesiąt sążni od brzegów.
W północno-zachodniej części wyspy brzegi zaczęły być znów płaskie i piaszczyste. Tu i ówdzie rosły z rzadka drzewa na moczarowatej nizinie, którą przedtem już poznali byli osadnicy. Gwałtowne przeciwieństwo między tamtą okolicą tak odludną i pustą stanowiła ta, ożywiona mirjadami morskiego ptactwa.
Wieczorem Bonawentura rzucił kotwicę w lekkim załomie, który tworzył w tym miejscu brzeg, na północy wyspy przy samym lądzie, ponieważ morze było tu dość głębokie. Noc upłynęła jako tako, wiatr bowiem zamierał, że się tak wyrazimy, z ostatniem promieniem słońca, i ożywiał się dopiero na nowo z pierwszym brzaskiem dnia.
Ponieważ łatwo było wylądować, więc tego poranka, fachowi myśliwcy osady, to jest Harbert z Gedeonem Spilettem, wyszli na dwugodzinną przechadzkę, z której powrócili z wieńcem dzikich kaczek i bekasów. Top dokazywał cudów, i dzięki jego gorliwości i zręczności, ani jedna sztuka zwierzyny nie przepadła.
O godzinie ósmej z rana Bonawentura rozwinął żagle i pomknął raźnie ku przylądkowi Górnej Szczęki, miał bowiem wiatr z tyłu i to coraz silniejszy.
— Zresztą nie dziwiłbym się wcale, rzekł Pencroff, gdyby się zerwał wicher od zachodu. Wczoraj słońce zaszło czerwono na widnokręgu, a dziś rano te białe smugi na niebie nie wróżą także nic dobrego.
Te białe smugi, o których wspominał Pencroff, zwane w technicznym języku cyrohusami, snują się zwykle na samym szczycie widnokręgu, w wysokości nigdy mniej jak pięciu tysięcy stóp nad poziomem morza. Wyglądają jak leciuchne płatki waty, i zwiastują zwykle wzburzenie żywiołów.
— Rozwińmy więc wszystkie żagle, jakie tylko mamy, i szukajmy schronienia w Zatoce Rekinowej, rzekł Cyrus Smith. Sądzę, że Bonawentura będzie tam bezpieczny.
— Najzupełniej, — odparł Peneroff, — a zresztą wybrzeża północne składają się z samych tylko wydm piaszczystych, wcale nie ciekawych.
— Nie gniewałbym się wcale, dodał inżynier, — gdybym nietylko noc, ale i cały dzień jutrzejszy musiał przepędzić w tej zatoce, która zasługuje na to, by ją starannie oglądnąć.
— Sądzę, że chcąc nie chcąc będziemy do tego zmuszeni, odparł Pencroff, niebo zaczyna przybierać groźną minę na zachodzie. Widzisz pan jak się chmurami zaciąga!
— Bądź co bądź mamy wiatr pomyślny dla naszej żeglugi do przylądka Obu Szczęk, zauważył korespondent.
— Wyśmienity wiatr, odparł marynarz; lecz aby wjechać do zatoki, trzeba będzie lawirować, wolałbym więc w biały dzień płynąć po tych wodach, których zupełnie nie znam!
— Wody te muszą być napełnione rafami, dodał Harbert, — sądząc potem, cośmy widzieli u południowych brzegów Zatoki Rekinowej.
— Pencroffie, rzekł nato Cyrus Smith, rób, jak potrafisz najlepiej, spuszczamy się na ciebie zupełnie.
— Bądź pan spokojnym, panie Cyrusie, odparł marynarz, nie będę się narażał bez potrzeby! Wolałbym, żeby mi kto wepchnął nóż w moje własne żywe ciało, jak żeby rafa jaka przedziurawiła żywe ciało mojego Bonawentury!
Pod „żywem ciałem“ rozumiał tu Pencroff zanurzoną w wodzie spodnią część okrętu, o którą dbał więcej, jak o własną skórę!
— Która godzina? zapytał Pencroff.
— Dziesiąta, odparł Gedeon Spilett.
— A jak daleko, panie Cyrusie, ztąd do przylądku?
— Około piętnastu mil, odparł inżynier.
— Potrzeba więc półtrzecia godziny, rzekł marynarz; — między południem a godziną pierwszą staniemy naprzeciw przylądka. Na nieszczęście przypływ o tej godzinie ustanie a zacznie się odpływ. Obawiam się zatem, że będzie bardzo trudno dopłynąć do zatoki, mając wiatr i morze przeciwko sobie.
— Tem bardziej że mamy dziś pełnię, dodał Harbert, a te przypływy i odpływy kwietniowe bywają bardzo silne.
— A nie mógłbyś, Pencroffie, zarzucić kotwicę na rogu przylądku? zapytał Cyrus Smith.
— Co? zarzucić kotwicę przy samym lądzie, mając w perspektywie burzę! zawołał marynarz. Co pan myślisz, panie Cyrusie? Toby znaczyło dobrowolnie wystawiać statek na niechybne rozbicie!
— Więc cóż myślicie począć?
— Będę się starał wytrwać na pełnem morzu aż do nadejścia przypływu, to jest do godziny siódmej z wieczora, a jeśli będzie jeszcze trochę widno, sprobuję wpłynąć do zatoki; gdyby się zaś nie udało, w takim razie będziemy krążyć całą noc na jednem miejscu, i jutro ze wschodem słońca wejdziemy do zatoki.
— Powiedziałem ci już raz, Pencroffie, że się zupełnie na ciebie spuszczamy, odparł Cyrus Smith.
— Ba! gdyby istniała latarnia morska na tych wybrzeżach, toby wygodniej było żeglarzom! rzekł Pencroff.
— W samej rzeczy, odparł Harbert, ale tym razem nie będzie już łaskawego inżyniera, który by nam zapalił ogień i pokazał drogę do portu!
— Aha, dobrze żeśmy sobie przypomnieli, kochany Cyrusie, rzekł Gedeon Spilett, nie podziękowaliśmy ci nawet za to. Na serjo, gdyby nie twój ogień, nie bylibyśmy nigdy zdołali dobić.
— Jaki ogień?... zapytał Cyrus Smith, mocno zdumiony słowami korespondenta.
— To znaczy, panie Cyrusie, odparł Pencroff, żeśmy byli w wielkim kłopocie na Bonawenturze ostatnich kilka godziń przed naszym powrotem, i że bylibyśmy pewnie minęli wyspę, gdyby panu nie było przyszło do głowy zapalić ów ogień w nocy z 19 na 20 października, na płaskowyżu Pałacu Granitowego.
— Tak, tak!... To była szczęśliwa myśl! odparł inżynier.
— Ale tym razem, dorzucił marynarz, nie będzie nikogo, ktoby nam oddał tę małą przysługę, chybaby Ayrton wpadł na ten pomysł!
— Tak! nikogo nie będzie! odparł Cyrus Smith.
A w kilka minut później, inżynier znalazłszy się sam na sam z korespondentem na przodzie okrętu szepnął mu do ucha:
— Słuchaj przyjacielu, jeśli jest coś pewnego na świecie, to to, że ani mi się śniło zapalić jaki ogień owej nocy z 19 na 20 października, ani na płaskowyżu Pałacu Granitowego, ani na jakimkolwiek innym punkcie wyspy!






ROZDZIAŁ XX.
(Noc na morzu. — Przystań Rekinowa. — Zwierzenia. — Przygotowania na zimę. — Wczesna zima. — Wielkie mrozy. — Roboty wewnętrzne. — Po sześciu miesiącach. — Klisz fotograficzny. — Wypadek niespodziewany.)

Stało się tak, jak przepowiedział Pencroff; przewidywania jego nie mogły go omylić. Wiatr stał się ostrzejszym i ze średniego prądu przeszedł w gwałtowny wicher, czyli osiągnął chyżość czterdziestu do czterdziestu pięciu mil na godzinę[30] a okręt płynący na pełnem morzu musiałby był zwinąć wszystkie żagle i zniżyć t. z. rej na bociana gnieździe. Ponieważ Bonawentura dopiero około godziny szóstej zbliżył się do przystani, a odpływ morza czuć się już dawał, niepodobna więc było wpłynąć do środka. Konieczność więc nakazywała trzymać się na pełnem morzu, Pencroff bowiem, choćby był nawet chciał, nie byłby był w stanie dotrzeć do ujścia Dziękczynnej. Rozpiąwszy zatem na wielkim maszcie trójkątny żagiel, miasto żagla używany zwykle podczas nawałnic, czekał spokojnie, zwracając się przodem statku ku lądowi.
Na szczęście, pomimo że wicher był bardzo gwałtowny, morze zakryte brzegami, nie było zbyt wzburzone. Nie obawiano się więc uderzenia wielkich bałwanów, od których małym statkom grozi wielkie niebezpieczeństwo. Nie zdołałyby one były zapewne przewalić na bok Bonawenturę, który dobry posiadał balast, niemniej jednak wielkie masy wody, zalewając pokład, mogłyby były zagrażać okrętowi, gdyby ściany nie stawiały należytego oporu. Pencroff, jako zręczny marynarz, gotów był na wszelkie przypadki. Prawda, że pokładał niezmierną ufność w swój statek, mimoto jednak z pewnym niepokojem oczekiwał dnia.
Przez całą noc Gedeonowi Spilettowi i Cyrusowi Smithowi nie nastręczała się sposobność do rozmowy, a jednak słowa, które inżynier szepnął był do ucha korespondentowi, zasługiwały, aby zastanowić, się raz jeszcze nad tą tajemniczą mocą, która zdawała się władać na wyspie Lincolna. Gedeon Spilett przemyśliwał nieustannie nad tym nowym, niewytłumaczonym wypadkiem, nad tym ogniem, który pojawił się był na brzegach wyspy. Wszak on go widział wyraźnie! Towarzysz jego, Harbert i Pencroff, widzieli go także! Ogień ten dopomógł im rozeznać położenie wyspy onej ciemnej nocy, nie mogli wątpić o tem, że go zapalił inżynier, a tymczasem Cyrus Smith oświadczył teraz wyraźnie, że nic podobnego nie uczynił!
Gedeon Spilett postanowił, za powrotem do domu, raz jeszcze zagadnąć inżyniera o ten fakt, i skłonić go do uwiadomienia towarzyszów o tych dziwnych zdarzeniach. Może zdecydowanoby się wówczas na wspólne zwidzenie i zbadanie wszystkich części wyspy Lincolna.
Bądź co bądź tego wieczora nie pojawił się żaden ogień na tych wybrzeżach, nieznanych dotąd, tworzących wstęp do przystani, i statek całą noc pozostał na pełnem morzu.
Skoro pierwsze błyski jutrzenki zaświtały na wschodzie, wiatr, który tymczasem powoli się uspokoił, zmienił w dwóch czwartych kierunek, co ułatwiło Pencroffowi prześliznąć się przez wąski przesmyk, stanowiący wjazd do przystani. Około godziny siódmej nad ranem, Bonawentura, niesiony zrazu ku północnemu przylądkowi Szczęk, wśliznął się ostrożnie w przesmyk i wypłynął na wody przystani, okolone dokoła dziwacznem ocembrowaniem z zastygłej lawy.
— Oto mi kawałeczek morza jakby stworzony na wyśmienitą przystań, rzekł Pencroff. Całe floty mogłyby tu sobie bujać swobodnie!
— Co najdziwniejsza, zauważył Cyrus Smith, to że przystań tę utworzyły dwa potoki lawy, które wulkan wyrzucił, a które wzrastały przez kolejne wybuchy. Z tego wynika, że przystań ta ze wszystkich stron jest osłonioną, i zdaje się, że nawet podczas najgwałtowniejszych burz, morze jest tu tak spokojne, jak jezioro.
— Bez wątpienia, odparł marynarz, wiatr może się tu wcisnąć tylko przez ową wąską szyję pomiędzy oboma przylądkami, a prócz tego przylądek północny zasłania całkiem południowy, w skutek czego utrudniony mają doń przystęp wiatry nadbrzeżne. Doprawdy, Bonawentura nasz mógłby tu odpoczywać sobie cały rok, nie potrzebując zapuszczać kotwicy!
— Byłoby mu tu trochę za obszernie! zauważył korespondent.
— Ba! Mości Spilett, odparł marynarz, przyznaję, że jemu byłoby tu za obszernie, ale jeśliby floty Zjednoczonych Stanów potrzebowały bezpiecznego schronienia na Cichym Oceanie, nie znalazłyby pewnie lepszej, jak ta przystań!
— Znajdujemy się w paszczy rekina, zauważył Nab, robiąc alluzję do kształtu przystani.
— W samej paszczy, mój poczciwy Nabie! odparł Harbert, lecz nie boisz się przecież, aby nas pożarła?
— Wcale nie, panie Harbercie, odparł Nab, a jednak ta przystań nie bardzo mi się podoba.. Ma jakąś minę niedobrą!
— Dobryś! zawołał Pencroff, Nab mi obmawia moją przystań w chwili, kiedy ja przemyśliwam nad tem, aby złożyć ją w dani całej Ameryce!
— Lecz czy przynajmniej woda jest tu dosyć głęboką? zapytał inżynier, bo co wystarczy naszemu Bonawenturze, nie wystarczyłoby może naszym pancernikom.
— Łatwo się o tem przekonać, odparł Pencroff.
I marynarz zapuścił w głąb długi sznur z kawałkiem żelaza na końcu, który mu służył za sondę. Sznur ten liczył około pięćdziesięciu sążni długości i rozwinął się aż do końca, nie napotkawszy dna.
— Brawo, rzekł Pencroff, niech tu przyjdą nasze pancerniki, a pewnie nie osiądą na mieliźnie!
— W samej rzeczy, to istna przepaść, rzekł Cyrus Smith; ze względu jednak na pochodzenie wulkaniczne wyspy, nie dziw wcale, że dno morskie posiada takie zagłębienia.
— Zdawałoby się także, zauważył Harbert, że te ściany ktoś kilofem pościnał, i jestem pewny, że u stóp ich, nawet pięć i sześć razy tak długą sondą Pencroff nie dotarłby do dna.
— Wszystko to dobrze, ozwał się na to korespondent, muszę jednak zrobić Pencroffowi uwagę, że brakuje jednej nader ważnej rzeczy jego przystani!
— Jakiejże to panie Spilecie?
— Jakiegoś wcięcia lub rowu, którym by się dostać można w głąb wyspy. Nie widzę nigdzie punktu takiego, na którymby można oprzeć nogę!
W istocie wśród stromych stoków lawy, na całym obwodzie przystani, nie było jednego miejsca sposobnego do wylądowania. Była to jakby jedna nieprzebyta ściana, przypominająca fiordy norwegskie, lecz jeszcze bardziej naga i jałowa. Bonawentura opłynął dokoła tę ścianę, tak blisko, że ją prawie dotykał, lecz nigdzie nie odkryto najmniejszego wyskoku, na którymby pasażerowie mogli wylądować.
Pencroff pocieszał się, twierdząc, że w razie potrzeby możnaby za pomocą miny wydrążyć tę ścianę, a ponieważ nie było co dłużej robić w tej przystani, skierował więc statek ku szyi, i wypłynął znów na morze około godziny drugiej z południa.
— Uff! odsapnął Nab z wyrazem szczerego zadowolenia.
Zdawało się rzeczywiście, że poczciwemu murzynowi niesamowicie było w tej olbrzymiej paszczy!
Od przylądka Obu Szczęk do ujścia Dziękczynnej nie było więcej jak ośm mil.
Statek płynął wprost ku Pałacowi Granitowemu, wzdłuż brzegów, w jednomilowem oddaleniu. Po olbrzymich skałach z lawy nastąpiły wkrótce owe dziwaczne wydmy piaszczyste, wśród których Cyrus Smith tak cudownym sposobem został odnalezionym, a w których gościło setkami morskie ptactwo.
Około godziny czwartej Pencroff, zostawiając na lewo róg wysepki, wpłynął do kanału dzielącego ją od wyspy, i o godzinie piątej wrył się Bonawentura kotwicą w piasek u ujścia Dziękczynnej.
Trzy dni właśnie było minęło, jak osadnicy opuścili swą zagrodę. Ayrton oczekiwał ich na brzegu, a pan Jow wyszedł na przeciwko nich, mrucząc radośnie na powitanie.
Tak więc zwidzono wybrzeża całej wyspy, nie odkrywszy nigdzie żadnych podejrzanych znaków. Jeśli więc mieszkała na niej jaka istota tajemnicza, to chyba w owych nieprzybytych puszczach półwyspu Wężowego, gdzie jeszcze dotąd nie postała noga osadników.
Gedeon Spilett rozprawiał o tych rzeczach z inżynierem, i postanowili zwrócić uwagę towarzyszów na owe dziwne fakta, które się wydarzyły były na wyspie, a z których ostatni najbardziej był zagadkowym.
Cyrus Smith, wracając raz jeszcze do owego ognia, który zapaliła była nieznajoma jakaś ręka, po raz dwudziesty już może zapytywał korespondenta:
— Czy jesteś więc pewnym tego, żeś widział ów ogień? Może to był jaki częściowy wybuch wulkanu, lub jaki meteor?
— Nie, Cyrusie, odparł korespondent, był to z pewnością ogień zapalony ludzką ręką. Zresztą zapytaj Pencroffa i Harberta. Oni to samo co ja, widzieli, i potwierdzą moje słowa.
Wskutek tego, w kilka dni później, dnia 25. kwietnia, wieczorem, gdy wszyscy osadnicy zgromadzeni byli na Wielkiej Terasie, Cyrus Smith zabrał głos i odezwał się w te słowa:
— Przyjaciele, czuję się w obowiązku zwrócić uwagę waszą na niektóre wypadki zaszłe na naszej wyspie, o których radbym zasiągnąć waszego zdania. Wypadki te są, że się tak wyrażę, nadprzyrodzone...
— Nadprzyrodzone! zawołał marynarz, puszczając z fajki kłąb dymu. To może wyspa nasza jest także nadprzyrodzoną?
— Nie, Pencroffie, ale z pewnością tajemniczą, odparł inżynier, chybabyś ty potrafił nam wytłumaczyć to, czego ani ja, ani Spilett dotychczas nie potrafiliśmy pojąć.
— Mów pan, panie Cyrusie, odparł marynarz.
— Dobrze więc! Czy wiesz, ciągnął dalej inżynier, jakim sposobem, wpadłszy do morza, znaleziony zostałem o cztery mile w głąb wyspy, nie wiedząc sam, jak się tam dostałem?
— Może, w stanie nieprzytomnym... rzekł Pencroff.
— Nie, to się w żaden sposób nie da przypuścić, odparł inżynier. Idźmy dalej. Czy wiesz jakim sposobem zdołał Top odszukać wasze schronienie, pięć mil od pieczary, w której leżałem?
— Wrodzony instynkt psa... odparł Harbert.
— Osobliwy instynkt! rzekł korespondent, kiedy pomimo deszczu i wichru, jaki szalał owej nocy, Top przybył do „dymników“ całkiem suchy i niezabłocony!
— Idźmy dalej, rzekł inżynier. Czy rozumiesz jakim sposobem pies nasz wyrzucony został z wody, po owej walce w jeziorze z dugongiem?
— Nie, nie bardzo, przyznaję, odparł Pencroff, a ową ranę, którą dugong miał w boku, a która zdawała się pochodzić od ostrego jakiegoś narzędzia, także trudno wytłumaczyć.
— Idźmy jeszcze dalej, rzekł Cyrus Smith. Czyście zrozumieli, przyjaciele, jakim sposobem znalazło się owo ziarno śrótu w młodym pekarysie; jakim sposobem skrzynia tak szczęśliwie wyrzuconą została na brzeg, pomimo że nigdzie śladu nie było, aby się okręt jaki rozbił; jakim sposobem butelka zawierająca dokument, przy pierwszej naszej wycieczce na morze, nadpłynęła ku nam jakby na zawołanie; jakim sposobem czółno nasze, urwawszy cumę, przypędziło samo z prądem rzeki, właśnie w chwili, gdyśmy go potrzebowali; jakim sposobem, przy napadzie małp, drabina tak szczęśliwie zsunęła się na dół z okna Pałacu Granitowego; jakim sposobem wreszcie dokument, którego Ayrton, jak twierdzi, nigdy nie pisał, dostał się w nasze ręce?
Cyrus Smith wyliczył wszystkie zadziwiające zdarzenia, jakie zaszły były na wyspie, nie przepomniawszy żadnego. Harbert, Pencroff i Nab patrzyli po sobie nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, a szereg tych wypadków po raz pierwszy w ten sposób zestawionych, wprawił ich w największe zdumienie.
— Na honor! rzekł wreszcie Pencroff, masz pan słuszność, panie Cyrusie, trudno wytłumaczyć to wszystko.
— Otóż, przyjaciele moi, ciągnął dalej inżynier, do tych wypadków przyłączył się teraz nowy, równie niepojęty, jak tamte!
— Jakiż to wypadek, panie Cyrusie? zapytał żywo Harbert.
— Powiadasz, Pencroffie, ciągnął dalej inżynier, że gdyście wracali z wyspy Tabor, ujrzeliście ogień na wyspie Lincolna?
— Nie inaczej, odparł marynarz.
— Czy jesteś tego pewny, żeś widział ów ogień?
— Tak, jak pana widzę.
— I ty także, Harbercie?
— Ach! panie Cyrusie, zawołał Harbert, ogień ten jaśniał jak gwiazda pierwszorzędna!
— A może to w istocie była gwiazda? zapytał inżynier.
— Nie, odparł Pencroff, całe niebo bowiem pokryte było gęstemi chmurami, a w każdym razie, gwiazda nie wisiałaby tak nisko na widnokręgu. Przecież pan Spilett widział to samo, co my, może więc potwierdzić nasze słowa!
— Ja dodam, rzekł korespondent, że ogień ten jaśniał bardzo żywo i ciskał niby strugę światła elektrycznego.
— Tak! tak! zupełnie tak samo... odparł Harbert, i świecił z pewnością z wyżyny Pałacu Granitowego.
— Otóż, przyjaciele moi, odparł Cyrus, owej nocy z 19. na 20 października, ani ja, ani Nab, nie zapalaliśmy żadnego ognia na wyspie.
— Jakto? nie zapalaliście... zawołał Pencroff w najwyższem osłupieniu, które nie dało mu nawet dokończyć frazesu.
— Nie wychodziliśmy wcale z Pałacu Granitowego, odparł Cyrus Smith, a jeśli rzeczywiście ogień pojawił się na wyspie, to zapaliła go nie nasza, lecz inna jakaś ręka!
Pencroff, Harbert i Nab stali osłupieni. Złudzenie było niemożliwe, ogień prawdziwy i rzeczywisty uderzył ich wzrok owej nocy z 19 na 20 października!
Tak! musieli zgodzić się na to, że istniała tu jakaś tajemnica! Jakaś moc niewytłumaczona widocznie sprzyjająca osadnikom, lecz mocno drażniąca ich ciekawość, dawała się czuć na wyspie Lincolna, każdym razem jakby na zawołanie. Czyż-by w najgłębszych tajnikach wyspy ukrywać się miała jaka istota? O tem bądź co bądź należało się koniecznie przekonać!
Cyrus Smith przypomniał zarazem towarzyszom swoim, z jakim dziwnym niepokojem Top i Jow krążyli dokoła otworu studni łączącej Pałac Granitowy z morzem, i oznajmił im, że badał tę studnię, nie odkrywszy w niej jednak nic podejrzanego. Rezultatem tej rozmowy była uchwała powzięta przez wszystkich członków osady, ażeby za powrotem wiosny przeszukać i przetrząść całą wyspę, aż do najskrytszych jej zakątków.
Od tego dnia jednak Pencroff zdawał się niespokojnym. Zdawało mu się, że wyspa ta, którą uważał za swą osobistą własność, nie należała już odtąd całkowicie do niego, i że panowanie nad nią podzielił z nim władca, którego chcąc nie chcąc czuł się podwładnym. Niejednokrotnie rozprawiali z Nabem o tych wszystkich zdarzeniach, a będąc obaj z usposobienia już swego skłonni do wiary w rzeczy cudowne, przekonani byli prawie, że wyspa Lincolna zostaje pod wpływem potęg nadprzyrodzonych.
Tymczasem razem z miesiącem majem — któremu w strefach północnych odpowiada listopad — nadeszły dni słotne. Wszystko zapowiadało zimę ostrą i wczesną. To też niezwłocznie rozpoczęto roboty przygotowawcze na zimę.
Zresztą osadnicy nasi przygotowani byli na zimę, chociażby najostrzejszą. Nie brakowało im odzieży pilśniowej, a barany, podówczas bardzo rozmnożone, dostarczyły obficie wełny potrzebnej do wyrobu tych ciepłych materyj.
Ayrtona zaopatrzono oczywiście także w wygodną i ciepłą odzież. Cyrus Smith zaproponował mu, ażeby zimę spędził razem z nimi w Pałacu Granitowym, gdzie mu będzie lepiej niż w oborze, i Ayrton przyrzekł uczynić to, skoro tylko pokończy ostatnie roboty w oborze. Stało się to w połowie kwietnia. Odtąd żył Ayrton wspólnie z osadnikami i przy każdej sposobności okazywał się użytecznym; lecz zawsze był potulny i smutny, i nie brał udziału w zabawach swoich towarzyszów.
Większą część tej trzeciej z kolei zimy, którą osadnicy spędzali na wyspie Lincolna, przesiedzieli zamknięci w Pałacu Granitowym. Cały czas szalały burze i wichry straszliwe, które zdawały się wstrząsać skały w ich posadach. Morze zagrażało potopem całej wyspie, i niezawodnie okręt, któryby stał był kotwicą w pobliżu lądu, zginąłby był wraz z całym ładunkiem i załogą. Po dwakroć, podczas jednej z tych nawałnic, wezbrała Dziękczynna do tego stopnia, że obawiano się, by nie pozrywała mostów, a nawet trzeba było wzmocnić mosty na wybrzeżu, które zalewała woda zupełnie, gdy morze biło o brzegi.
Łatwo się domyśleć, że te straszliwe orkany, podobne do trąb powietrznych, zmięszane z deszczem i śniegiem, niemałe szkody sprawiły na Wielkiej Terasie. Najbardziej ucierpiały młyn i chlewy na drób. Osadnicy musieli często przedsiębrać najpilniejsze naprawy, inaczej bowiem drób byłby był narażonym na zagładę.
Podczas tych słot, kilka par jaguarów i gromady małp zapędziły się aż po same granice Terasy, i ciągle trzeba się było obawiać, ażeby zwinniejsze i śmielsze z nich, pędzone głodem, nie przeszły przez potok, który zwłaszcza wtedy, gdy był zamarznięty, łatwy nastręczał im przystęp. Gdyby nie straż ustawiczna, plantacje i zwierzęta domowe uległyby były niechybnej zagładzie, i nieraz trzeba było dawać ognia, aby utrzymać w przyzwoitem oddaleniu tych niebezpiecznych gości. To też nie brakowało zatrudnienia naszym osadnikom, oprócz bowiem zajęć po za domem, nastręczały się zawsze tysiączne roboty w samym Pałacu Granitowym.
Podczas wielkich mrozów urządzono także kilka pięknych polowań na wielkich bagnach Tadornskich. Gedeon Spilett z Harbertem, przy pomocy Jowa i Topa, wśród tych kroci kaczek, bekasów, cyranek, krzyków i czajek, nie dali żadnego strzału na wiatr. Przystęp do tych miejsc, tak pełnych zwierzyny, był łatwy, bądź to drogą Balonową, przeszedłszy most na Dziękczynnej, bądź też okrążając do koła skały przylądka Rozbitków, i myśliwi nie oddalali się od Pałacu Granitowego nigdy więcej, jak na dwie lub trzy mile.
Tak upłynęły cztery miesiące zimowe, istotnie ostre, to jest czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień. W ogóle jednak Pałac Granitowy nie wiele ucierpiał od tych słot, podobnie i obora, która mniej wystawiona od terasy, a w znacznej części zakryta górą Franklina, wytrzymywała tylko ostatnie pociski wichru, którego prąd łamał się poprzednio o lasy i wysokie skały nadbrzeżne. Szkody nie były więc znaczne, a zręczna i czynna ręka Ayrtona naprawiła je wkrótce, gdy w drugiej połowie października powrócił był na kilka dni do obory.
W czasie zimy nie zaszedł żaden nowy szczególniejszy wypadek. Nie zdarzyło się nic zagadkowego, pomimo że Pencroff z Nabem chwytali chciwie każde najmniej znaczące zdarzenie, ażeby je przypisać jakiejś tajemniczej przyczynie. Nawet Top z Jowem nie biegali więcej dokoła studni i nie zdradzali żadnego niepokoju. Zdawało się zatem, że szereg nadprzyrodzonych wypadków został przerwanym, chociaż często rozmawiano o nich wieczorami w Pałacu Granitowym, i utwierdzano się w postanowieniu przeszukania całej wyspy do najskrytszych i najniedostępniejszych jej zakamarków. Na chwilę jednak zdarzenie największej wagi, zdolne pociągnąć za sobą najsmutniejsze następstwa, odwiodło Cyrusa Smitha i jego towarzyszy od ich zamiarów.
Było to w październiku. Wiosna zbliżała się szybkiemi krokami. Natura odżywała pod wpływem promieni słonecznych, a między wiecznie trwającą zielenią drzew szyszkowych otaczających dokoła bór, pojawiały się świeże listki na obrostnicach, bankziasach i deodorach.
Przypominamy sobie, że Gedeon Spilett i Harbert, nieraz zdejmowali widoki fotograficzne z rozmaitych okolic wyspy Lincolna.
Otóż, 17. października, około godziny trzeciej z południa, Harbert, zwabiony piękną pogodą, wpadł na myśl, ażeby zdjąć widok z całej zatoki Stanów Zjednoczonych rozciągającej się naprzeciw Wielkiej Terasy, od przylądka Obu Szczęk aż do przylądka Ostrego Szponu.
Widnokrąg rysował się cudownie, a morze lekko kołysane wietrzykiem, stało w głębi nieruchome jakby jezioro, tu i owdzie tylko migocąc iskrami świetlanemi.
Harbert umieścił objektywę w jednem z okien dużej sali Pałacu Granitowego, tak że górowała nad całem wybrzeżem wraz z zatoką. Postępował przytem jak zazwyczaj, a otrzymawszy klisz, udał się po substancje złożone w ciemnym schowku Pałacu Granitowego, aby go utwierdzić.
Powróciwszy nazad i przypatrując się dokładnie kliszowi, dostrzegł na nim Harbert malutką plamkę, zaledwie widoczną, na samym widnokręgu morza. Usiłował kilkakrotnie zmyć ją, lecz to mu się nie udawało.
— To zapewne jakaś wada w szkle, pomyślał.
Z ciekawości zaczął ją badać za pomocą silnej soczewki, którą wyjął z dalekowidza.
Zaledwie jednak rzucił wzrokiem, wydał krzyk głośny, i omal klisz nie wypadł mu z ręki.
Pędem pobiegł do izby, w której znajdował się Cyrus Smith, podał klisz wraz z soczewką inżynierowi i pokazał mu ową malutką plamkę.
Cyrus Smith przypatrzył jej się; poczem chwyciwszy dalekowidz, poskoczył do okna.
Zwolna przeszedł dalekowidzem cały widnokrąg, zatrzymał się na wskazanym punkcie, poczem, odejmując lunetę od oka, wyrzekł tylko to jedno słowo: „Okręt!“
W samej rzeczy okręt pojawił się w okolicy wyspy Lincolna!


Koniec części drugiej




TOM III


ROZDZIAŁ I.
(Zguba czy ocalenie? — Przywołanie Ayrtona. — Ważne pytanie. — To nie Duncan! — Statek podejrzany. — Środki ostrożności. — Okręt zbliża się. — Strzał armatni. — Dwumasztowiec zarzuca kotwicę w pobliżu wyspy. — Noc zapada.)

Już półtrzecia roku minęło było, jak nasi rozbitki napowietrzni wyrzuceni zostali na wyspę Lincolna, a dotychczas nie zdołali wejść w żadną styczność z resztą świata. Raz próbował wprawdzie korespondent skomunikować się ze światem za pośrednictwem ptaka, któremu uwiązał u szyi spisaną w krótkości wiadomość o zagadkowym ich losie, lecz na podobny traf nie można było liczyć na serjo. Ayrton tylko, wśród opisanych powyżej okoliczności, pomnożył liczbę członków tej małej osady. Aż tu nagle tego dnia — a było to 17. października — pojawili się niespodziewanie inni ludzie w pobliżu wyspy, na morzu zawsze dotąd pustem.
Nie podobna było wątpić! Był to w istocie okręt! Lecz czy popłynie, czy się zatrzyma? Pytanie to miało w przeciągu kilku godzin rozstrzygnąć się dla osadników.
Cyrus Smith z Harbertem, przywoławszy natychmiast Gedeona Spiletta, Pencroffa i Naba do dużej sali Pałacu Granitowego, uwiadomili ich o tem, co się dzieje. Pencroff, uchwyciwszy dalekowidz, przebiegł nim widnokrąg, i zatrzymawszy się na wskazanym punkcie, czyli na owej ledwie dostrzegalnej plamce odbitej na kliszu fotograficznym, zawołał tonem, nie zdradzającym szczególniejszego zadowolenia.
— Do kroćset djabłów! to w samej rzeczy okręt!
— Czy zbliża się ku nam? zapytał Gedeon Spilett.
— Nie podobna jeszcze nic orzec, odparł Pencroff, bo tylko maszty i żagle widać dotąd nad widnokręgiem, a ani kawałka pudła!
— Cóż począć teraz? — zapytał Harbert.
— Czekać — odparł Cyrus Smith.
I przez dość długi czas pozostawali osadnicy nasi w milczeniu, zatopieni w tysiącznych myślach, miotani tysiącznemi uczuciami, tysiącznemi obawami i nadziejami, które mógł poruszyć w nich ten wypadek — najważniejszy, jaki się wydarzył od czasu przybycia ich na wyspę Lincolna.
Prawda, że osadnicy nasi nie znajdowali się wcale w położeniu rozbitków wyrzuconych na jałową wysepkę, walczących z macoszą przyrodą o utrzymanie nędznego życia, pożeranych nieustannie tęsknotą do świata i ludzi. Pencroff i Nab zwłaszcza czuli się nad wyraz szczęśliwymi i bogatymi, i nie bez żalu opuściliby byli tę wyspę. Zresztą byli oni jakby stworzeni do tego nowego życia na tym kawałku ziemi, ich własnym przemysłem niejako ucywilizowanym! Lecz koniec końców okręt ten przynosił ze sobą wieści o świecie, a może mieścił w sobie kawałek ojczyzny, spieszącej na ich powitanie! Okręt ten wiózł ludzi im podobnych, więc łatwo zrozumieć, że na jego widok żywiej zabiły im serca!
Pencroff od czasu do czasu brał lunetę do ręki, stawał przy oknie, i z niezmierną uwagą śledził okręt oddalony jeszcze dwadzieścia mil na wschód. Osadnicy nie byli więc jeszcze w możności dania jakiegokolwiek znaku o sobie. Chorągwi wywieszonej nie podobna by było dostrzedz z okrętu, ani usłyszeć huku strzelby, ani ujrzeć ognia zapalonego.
Bądź co bądź, można było być pewnym, że wyspa ze sterczącą na niej górą Franklina, w żaden sposób nie ujdzie uwadze szyldwacha okrętowego. Mimo to jednak, czemuż by okręt miał do niej przybić? Wszak tylko ślepy wypadek mógł go zapędzić w tę stronę Cichego Oceanu, gdzie na mapie nie było żadnej wyspy, prócz wyspy Tabor, która także leżała zdala od dróg uczęszczanych przez statki kurjerskie z archipelagów polynezyjskich, Nowej Zelandji i wybrzeży amerykańskich!
W odpowiedź na te uwagi, który każdy sam sobie robił — zawołał nagle Harbert:
— Czy to nie Duncan może?
Duncan, jak wiemy, był to jach lorda Glenarvana, który wysadził był Ayrtona na wyspę Tabor i miał kiedyś po niego wrócić. Otóż wyspa Tabor nie była tak oddaloną od wyspy Lincolna ażeby okręt, płynąc ku pierwszej, nie mógł po drodze zbliżyć się do drugiej. Dzieliło je tylko sto pięćdziesiąt mil na długość, a siedemdziesiąt pięć na szerokość.
— Trzeba uprzedzić Ayrtona — rzekł Gedeon Spilett, i natychmiast go tu przywołać. On jeden tylko może nam powiedzieć, czy to w samej rzeczy Duncan, czyli też nie.
Tego samego zdania byli wszyscy, korespondent udał się więc do przyrządu telegraficznego łączącego oborę z Pałacem Granitowym i zatelegrafował:
— Przychodź czemprędzej!
W kilka minut pózniej ozwał się młotek telegraficzny, Ayrton odpowiedział:
— Przychodzę!
Poczem osadnicy śledzili dalej bieg okrętu.
— Jeźli to jest Duncan — rzekł Harbert, to go Ayrton pozna odrazu, bo jakiś czas płynął na nim.
— A jak go pozna — dodał Pencroff, to go to wzruszy niemało!
— W samej rzeczy — odparł Cyrus Smith, lecz Ayrton godzien już teraz wrócić na Duncana, a dałby Bóg, ażeby to rzeczywiście był jach lorda Glenarvana, każdy inny okręt bowiem zdawałby mi się podejrzanym! Te strony Oceanu rzadko bywają uczęszczane, a ja się zawsze lękam odwidzin korsarzy malajskich!
— Będziemy się bronić! — zawołał Harbert.
— Bez wątpienia, moje dzieci — odparł z uśmiechem inżynier, lepiej jednak nie potrzebować bronić się wcale.
— Pozwólcie mi zrobić jednę uwagę — rzekł Gedeon Spilett. — Wyspa Lincolna nieznaną jest żeglarzom, gdyż nie ma jej nawet na najnowszych mapach. Czyż więc nie sądzisz Cyrusie, że jest to jeden powód więcej, ażeby okręt, który odkryje niespodzianie nowy ląd, zbliżył się doń i zwidził go raczej, niżeli minął obojętnie?
— Niezawodnie — odparł Pencroff.
— I ja tak sądzę — dodał inżynier. A nawet godzi się twierdzić, że jest to obowiązkiem kapitana okrętowego zwidzić każdy ląd lub wyspę, nieoznaczoną na mapie, i podać o niej wiadomość. A taką właśnie jest wyspa Lincolna.
— Dobrze więc — rzekł na to Pencroff, przypuśćmy, że okręt tu przybije, że zarzuci kotwicę kilkaset sążni od wyspy, cóż wtedy poczniemy?
Na to pytanie postawiono tak niespodziewanie, zrazu nikt nie znalazł odpowiedzi. Dopiero Cyrus Smith, po pewnym namyśle, odparł zwykłym swym spokojnym tonem.
— Postąpimy sobie, przyjaciele moi, i postąpić powinniśmy w sposób następujący: Skomunikujemy się z okrętem, wsiądziemy na niego, i opuścimy tę wyspę, wziąwszy ją wprzód w posiadanie w imieniu Zjednoczonych Stanów amerykańskich. Później powrócimy tu z ludźmi, którzy się dobrowolnie do nas będą chcieli przyłączyć, założymy tu kolonję i przysporzymy tym sposobem Rzeczypospolitej amerykańskiej jednę pożyteczną stację w tych okolicach Cichego Oceanu.
— Hurra! zawołał Pencroff, i nie będzie to wcale lichy podarek! Kolonizacja jest już prawie ukończoną, wszystkie części wyspy mają swoje nazwy, mamy przystań naturalną, zapasy wody słodkiej, drogi, linję telegraficzną, warstat okrętowy, fabrykę — nie pozostaje więc nic, jak, tylko wpisać wyspę Lincolna do map jeograficznych!
— A jeśli nam ją kto zabierze podczas naszej nieobecności? zauważył Gedeon Spilett.
— Do kroćset djabłów! zawołał marynarz, raczej sam tu zostanę na straży, a jakem Pencroff, nikt mi jej nie ukradnie, jak zegarek z kieszeni gapiowi!
Przez całą godzinę niepodobna było orzec na pewno, czy okręt zbliża się do wyspy Lincolna, lub nie. Zbliżał się on jednak w samej rzeczy, ale jak był kierowanym, tego Pencroff nie mógł rozeznać. Bądź co bądź, ponieważ wiatr dął od strony północno-wschodniej, można więc było z pewnem prawdopodobieństwem przypuszczać, że żagle zwrócone były ku prawej stronie okrętu. Zresztą wiatr pomyślny ułatwiał zbliżenie się do wyspy, a przy tak spokojnem morzu, można to było uczynić bez obawy, pomimo że głębokość wody nie była oznaczoną na mapie.
Około godziny czwartej — w godzinę po otrzymanem wezwaniu — przybył Ayrton do Pałacu Granitowego. Wszedłszy do dużej sali, rzekł:
— Jestem na wasze rozkazy, panowie.
Cyrus Smith wyciągnął do niego rękę, jak to zwykł był zawsze czynić, i przyprowadziwszy go do okna, rzekł:
— Prosiliśmy cię tu, Ayrtonie, dla bardzo ważnej przyczyny. Okręt jakiś znajduje się w pobliżu wyspy.
Ayrton zrazu pobladł niezmiernie, i wzrok jego zamglił się na chwilę. Poczem, wychyliwszy się przez okno, przebiegł okiem widnokrąg, lecz nic nie dostrzegł.
— Weź do ręki ten dalekowidz, rzekł Gedeon Spilett, i patrz uważnie, być może bowiem, że to Duncan wraca, by cię odwieść do ojczyzny.
Duncan! wyszepnął Ayrton. Tak rychło!
To ostatnie słowo jakby mimowolnie wymknęło się z ust Ayrtona, który, powiedziawszy to, sparł głowę na obu rękach i stał nieruchomie.
Więc dwadzieścia lat wygnania na odludnej wysepce nie wydawało mu się jeszcze karą dostateczną? Grzesznik pokutujący nie czuł się jeszcze rozgrzeszonym, bądź to we własnych oczach, bądź w oczach drugich!
— Nie! zawołał, nie! to nie może być Duncan.
— Patrz uważnie, Ayrtonie, rzekł na to inżynier, trzeba bowiem abyśmy naprzód wiedzieli czego się trzymać.
Ayrton wziął do rąk lunetę i zwrócił ją we wskazaną stronę. Przez kilka minut śledził widnokrąg, nie ruszywszy się, nie wyrzekłszy jednego słowa. Poczem odezwał się:
— Jest to w samej rzeczy okręt, ale ja wątpię, ażeby to był Duncan.
— Czemużby to nie miał być on? zapytał Gedeon Spilett.
— Dlatego, bo Duncan jest jachtem parowym, a ja nigdzie nie dostrzegam znaku dymu, ani nad okrętem, ani obok niego.
— A może płynie tylko samemi żaglami? zauważył Pencroff. Wiatr ma pomyślny, a będąc tak daleko od wszelkiego lądu, ma powód oszczędzać węgla.
— Może pan masz i słuszność, panie Pencroffie, odparł Ayrton, być może że zagasili ogień w maszynie. Niech się więc trochę okręt zbliży do brzegów, a wtedy będziemy wiedzieli, czego się trzymać.
Po tych słowach Ayrton usiadł w kącie dużej sali i siedział tam w milczeniu. Osadnicy rozprawiali dalej o nieznajomym statku, lecz Ayrton nie mięszał się więcej do ich rozmowy.
Wszyscy znajdowali się w usposobieniu, które nie pozwalało im jąć się jakiejkolwiek roboty. Gedeon Spilett i Pencroff byli szczególnie rozdrażnieni, chodzili z miejsca na miejsce, nie mogąc chwili ustać ani usiedzieć spokojnie. Harbert uczuwał raczej ciekawość. Nab jeden tylko zachował zwyczajny swój spokój. Alboż ojczyzna jego nie znajdowała się tam, gdzie jego pan? Inżynier zatopiony był cały w myślach, i w gruncie rzeczy obawiał się raczej, niżeli życzył sobie przybycia okrętu.
Tymczasem statek zbliżył się nieco do wyspy. Przy pomocy lunety można było poznać, że był to długi statek pocztowy, nie zaś jedna z owych łodzi malajskich, jakich używają zazwyczaj korszarze na Cichym Oceanie. Należało się więc spodziewać, że obawy inżyniera były bezpodstawne, i że zbliżenie się tego statku nie groziło żadnem niebezpieczeństwom wyspie Lincolna. Pencroff, przypatrzywszy mu się uważnie, objawił mniemanie, że jest to dwumasztowy okręt żaglowy, i że płynie w kierunku skośnym do wybrzeży. To samo potwierdził Ayrton.
Lecz płynąc dalej tym trybem, musiał statek zniknąć wkrótce poza przylądkiem Ostrego Szponu; zdążał bowiem w kierunku południowo-zachodnim, a w takim razie, aby go nie spuścić z oka, trzeba było wyleść na wzgórza otaczające Zatokę Waszyngtona, w pobliżu przystani Balonowej. Była to okoliczność fatalna, dochodziła już bowiem godzina piąta z wieczora, i wkrótce zmrok zapadający musiał uniemożliwić dalszą obserwację.
— Co poczniemy w nocy? zapytał Gedeon Spilett. Czy zapalimy ogień, aby dać znać o nas?
Była to kwestja nader ważna, pomimo jednak podejrzeń i przeczuć, jakie dotychczas trapiły inżyniera, rozstrzygnięto ją twierdząco. Przez noc okręt mógł zniknąć, odpłynąć na zawsze, a czy drugi okręt zbliży się znów kiedy do wyspy Lincolna? Kto mógł przewidzieć co przyszłość kryła w swem łonie?
— Tak jest, rzekł korespondent, jakiegokolwiek gatunku by był ten okręt, musimy koniecznie uwiadomić go, że wyspa jest zamieszkałą. Zaniedbawszy zdarzającą się nam teraz sposobność, wyrzucalibyśmy sobie to później!
Postanowiono zatem, że Nab z Pencroffem udadzą się do przystani Balonowej i skoro noc zapadnie, rozpalą wielki ogień, którego blask będzie musiał zwrócić uwagę załogi dwumasztowca.
Lecz w chwili gdy Nab z marynarzem gotowali się do drogi, okręt zmienił nagle bieg i zwrócił się prosto ku wyspie, w kierunku Zatoki Stanów Zjednoczonych. Dzielny to był pływak, zbliżał się bowiem z niezwykłą szybkością.
Nab z Pencroffem zaniechali więc swoją podróż, a lunetę powierzono Ayrtonowi, ażeby mógł z całą pewnością przekonać się, czyli ten statek to w samej rzeczy Duncan, czy nie. Jach szkocki posiadał także dwa maszty. Chodziło więc oto tylko, ażeby przekonać się, czyli między oboma masztami wznosi się komin kotła parowego. Okręt oddalony był już tylko o dziesięć mil.
Widnokrąg był jeszcze zupełnie czysty. Łatwo więc było sprawdzić rzecz, i Ayrton po chwili opuścił lunetę i rzekł:
— Nie, to nie Duncan! To nie mógł być on!...
Pencroff skierował znów dalekowidz na statek, i poznał, że dwumasztowiec ten, posiadający trzysta do czterysta ton pojemności, smukłej budowy, z wspaniałemi masztami, cudownie przysposobiony do żeglugi, musiał być chyżym biegunem oceanów. Lecz do jakiej narodowości należał, trudno było powiedzieć.
— A jednak flaga powiewa na przodzie, rzekł Pencroff, lecz niepodobna rozróżnić jej barwy.
— Za pół godziny dowiemy się o tem, odparł korespondent. Zresztą rzecz widoczna, że kapitan okrętu ma zamiar tu wylądować, jeżeli więc nie dziś, to jutro, lub później zrobimy z nim znajomość.
— Mniejsza oto! rzekł Pencroff. Lepiej jest jednak wiedzieć, z kim się ma do czynienia, i dlatego byłbym wielce rad poznać barwy tego jegomościa!
Mówiąc to, marynarz nie odejmował lunety od oka.
Wieczór począł zapadać, a wraz z nim i wiatr ustawał. Flaga okrętowa nie wydymana wiatrem, uwikłała się pomiędzy sznury żaglowe i coraz trudniej było ją obserwować.
— Nie, to nie flaga amerykańska, powtarzał od czasu do czasu Pencroff, ani angielska, której kolor czerwony zaraz biłby w oczy; to nie są także barwy francuskie ani niemieckie, ani biała flaga rossyjska, ani żółta hiszpańska... Zdaje się, że jest jednakowego koloru... Zaraz, zaraz... jakie statki na tych morzach spotykaliśmy najczęściej?... może to flaga chilijska? ależ ona jest trójkolorową... może brazylijska? zielona... japońska? czarno-żółta... podczas gdy ta...
W tej chwili wiatr rozwiał nieznajomą flagę. Ayrton pochwycił lunetę, którą marynarz opuścił, przyłożył ją do oka, i zawołał głuchym głosem:
— To czarna flaga!...
W samej rzeczy ciemna płachta powiewała ponuro na przodzie okrętu. Słusznie można go było teraz mieć w podejrzeniu!
Więc przeczucia inżyniera sprawdziły się? Więc to był okręt korsarski, który krążąc po wodach cichego Oceanu, współzawodniczył z korsarzami malajskimi, grasującymi w tych stronach? Czegoż on szukał na wyspie Lincolna? Może w tej wyspie nieznanej upatrywał wyborny schowek na skradzione i zrabowane towary? Może szukał u jej brzegów przystani, ażeby przepędzić w niej miesiące zimowe? Uczciwa osada miałażby się przemienić w schronienie zbójców — w rodzaj stolicy korsarskiej?
Wszystkie te myśli jakby instynktowo powstały w głowie każdego z osadników. Zresztą nie było co dłużej wątpić o znaczeniu, jakie należało przypisywać kolorowi flagi. Była to niezawodnie barwa korsarzy, barwa, jaką byłby wywiesił był Duncan, gdyby ziściły się były wówczas zbrodnicze zamiary skazańców!
Nie było co dłużej tracić czasu.
— Przyjaciele moi, rzekł Cyrus Smith, może statek ten chce zwidzić tylko wybrzeża wyspy? Może załoga jego wcale nie wyląduje? To rzecz możliwa. Bądź co bądź, powinniśmy starać się zataić naszą tu obecność. Młyn postawiony na Wielkiej Terasie najbardziej zwraca na siebie uwagę. Niech więc Ayrton z Nabem pozdejmują z niego skrzydła. Gęstszemi gałęziami przysłońmy także okna Pałacu Granitowego. Wszystkie ognie pogasić! Niechaj nic nie zdradza obecności istot ludzkich na tej wyspie!
— A nasz okręt? rzekł Harbert.
— Oh! on skryty bezpiecznie w przystani Balonowej, odparł Pencroff. Pozwalam tym łotrom, niech go znajdą!
Rozkazy inżyniera zostały natychmiast spełnione. Nab z Ayrtonem udali się na terasę i przedsięwzięli potrzebne środki, ażeby zatrzeć wszelki ślad zamieszkania. Podczas gdy zajęci byli tą robotą, towarzysze ich udali się na kraj boru Jakamarowego i zrzucili ztamtąd wielki stos gałęzi i wikliny, które miały utworzyć jakoby naturalną kurtynę i znieść otwory w ścianie granitowej. Równocześnie przygotowano broń i amunicję, tak, by w jednej chwili można z nich było zrobić użytek, wrazie niespodziewanego napadu.
Gdy wszystkie środki ostrożności przedsięwzięto, ozwał się Cyrus Smith:
— Przyjaciele moi, — a czuć było w jego głosie wzruszenie — gdy ci nędznicy będą chcieli owładnąć wyspę Lincolna, będziemy ją bronić, nieprawdaż?
— Tak jest, Cyrusie, odparł korespondent, a gdy trzeba będzie, zginiemy w jej obronie!
Inżynier wyciągnął rękę ku towarzyszom, którzy uścisnęli ją serdecznie.
Ayrton sam jeden tylko, siedząc w kącie, nie przyłączył się do osadników. Może on, dawny zbrodniarz, nie czuł się jeszcze godnym tego!
Cyrus Smith zrozumiał, co się działo w duszy Ayrtona, przystąpił więc do niego i zapytał.
— A ty co będziesz robił, Ayrtonie?
— Moją powinność, odparł Ayrton.
Poczem stanął przy oknie i wlepił wzrok między gałęzie.
Była wtedy godzina wpół do ósmej. Słońce od dwudziestu minut skryło się za Pałacem Granitowym. Niebo na wschodzie ściemniało się zwolna. Dwumasztowiec zbliżał się tymczasem coraz bardziej ku zatoce Stanów Zjednoczonych.
Oddalenie jego nie wynosiło więcej jak ośm mil, a znajdował się właśnie wprost naprzeciw Pałacu Granitowego, lawirowawszy bowiem jakiś czas na wprost przylądku Ostrego Szponu, zmienił następnie kierunek na północ, do czego wszczynający się przypływ morza był mu pomocnym. Można było nawet powiedzieć, że zważywszy tę odległość, wpłynął już w głąb zatoki, pociągnąwszy bowiem linję prostą od przylądka Ostrego Szponu do przylądka Obu Szczęk, linja ta od zachodu przecinała okręt.
Przedewszystkiem zachodziło pytanie: czyli dwumasztowiec zapuści się dalej w głąb Zatoki? a następnie: czyli w zatoce zarzuci kotwicę? Czy nie poprzestanie może na zwidzeniu z daleka wybrzeży, nie wylądowując załogi, poczem wypłynie znów na pełne morze? Za godzinę miała ta zagadka być rozwiązaną. Osadnikom nie pozostawało przeto nic, jak tylko czekać cierpliwie.
Cyrusa Smitha wielkim niepokojem napełnił widok czarnej flagi wywieszonej na tym podejrzanym statku. Nie byłaż to groźba wymierzona wprost przeciw dziełu tak zacnie prowadzonemu dotychczas przez niego samego i jego towarzyszy? Więc korsarze ci — a że majtkowie tego statku byli nimi, o tem nie było co wątpić — znali już pierwej tę wyspę, skoro zbliżając się do niej wywiesili swe barwy? Może w głębi wyspy posiadają swe kryjówki, coby wytłumaczyło niejeden z niewyjaśnionych dotąd wypadków? Może w tych niezwidzonych jeszcze dotąd okolicach wyspy ukrywa się który z tych złoczyńców, i teraz połączy się ze swymi wspólnikami?
Na wszystkie te pytania, które Cyrus Smith w milczeniu sam sobie zadawał, nie mógł żadnej znaleść odpowiedzi; czuł tylko, że przybycie tego okrętu w wysokim stopniu zagrażało osadzie.
Bądź co bądź, on i towarzysze jego gotowi byli wytrwać do ostateczności. Czy korsarze ci byli liczni i lepiej uzbrojeni od osadników? O tem warto się było przekonać! Ale jak dostać się do nich!
Noc zapadła. Księżyca nie było na niebie, przypadał bowiem właśnie nów. Głęboka ciemność pokryła wyspę i morze. Ciężkie chmury nagromadzone na widnokręgu nieba nie przepuszczały najmniejszego światełka. Razem ze zmrokiem wiatr ustał zupełnie. Żaden listek nie zaszeleścił na drzewie, żadna flaga nie zaszumiała na brzegu. Okrętu nie było widać zupełnie, wszystkie światła na nim były snać przygaszone, a jeśli znajdował się jeszcze blisko wyspy, nie można było nawet wiedzieć, w którem miejscu.
— Kto wie? rzekł Pencroff. Może ten przeklęty statek odpłynie sobie w nocy i jutro nie znajdziemy znaku po nim?
Jakby w odpowiedzi na te słowa marynarza, żywy blask rozlał się nagle po morzu, a potem zahuczał strzał armatni.
Okręt więc znajdował się w zatoce i uzbrojony był w działa.
Sześć sekund upłynęło pomiędzy błyskiem a hukiem.
Z tego wynikało, że dwumasztowiec oddalony był pięć ćwierci mili od wybrzeży.
Jednocześnie dał się słyszeć głuchy zgrzyt łańcucha przesuwającego się przez dziurę umieszczoną na przedzie okrętu.
Statek zarzucił kotwicę wprost naprzeciw Pałacu Granitowego!






ROZDZIAŁ II.
(Rozprawy. — Przeczucia. — Propozycja Ayrtona. — Propozycja przyjęta. — Ayrton z Pencroffem udają się na wysepkę Granta. — Skazańcy Norfolccy. — Ich plany. — Bohaterski zamiar Ayrtona. — Powrót jego. — Sześciu przeciwko pięćdziesięciu!)

Odtąd nie było już najmniejszej wątpliwości co do zamiarów korsarzy. Zarzucili kotwicę w pobliżu wyspy, i rzecz widoczna, że zamierzali nazajutrz łodziami przybić do jej brzegów.
Cyrus Smith i towarzysze jego gotowi byli na wszystko, przy całej jednak odwadze nie zapominali także o przezorności. Wszak obecność ich mogłaby ujść może oku korsarzy, gdyby wylądowawszy tylko na brzeg, nie zapuszczali się dalej w głąb wyspy. Być może że mieli tylko zamiar odnowić swój zapas słodkiej wody z Dziękczynnej, i nie było niepodobieństwem, ażeby most postawiony półtora mili od ujścia rzeki tudzież urządzenie „dymników“ uszły ich uwadze.
Lecz co znaczyła ta flaga wywieszona na czole okrętu? Co znaczył ten strzał armatni? Mogła to być tylko czysta fanfaronada, lecz mogło to być także oznaką zajęcia wyspy w posiadanie! Cyrus Smith wiedział teraz że okręt był silnie uzbrojony. A czemżeż mogli osadnicy wyspy Lincolna odpowiedzieć na działa? Kilkoma strzelbami.
— Bądź co bądź jednak — zauważył Cyrus Smith — stanowisko nasze tutaj jest niezdobyte. Nieprzyjaciel nie będzie mógł znaleźć otworu kanału odpływowego pokrytego teraz trzciną i zaroślami, a tem samem wtargnąć do Pałacu Granitowego.
— Ale nasze plantacje, nasze chlewy, nasza obora, nasze wszystko! — zawołał Pencroff uderzając nogą o ziemię. W kilka godzin mogą to wszystko spustoszyć, zniweczyć.
— Mogą, Pencroffie, — odparł Cyrus Smith — i my nie potrafimy im w żaden sposób przeszkodzić.
— Wielu ich jest? oto pytanie, — rzekł na to korespondent. Jeśli nie więcej jak tuzin, potrafimy ich odeprzeć, lecz jeśli ich jest czterdziestu, pięćdziesięciu, lub więcej!...
— Panie Smith, rzekł na to Ayrton przystępując do inżyniera, pozwolisz mi pan jednę rzecz?
— Jaką, przyjacielu?
— Udać się na okręt i przekonać się naocznie o sile załogi.
— Ależ, Ayrtonie... odparł wahając się inżynier, narazisz twe życie...
— Czemużby nie, panie Smith?
— To byłoby więcej niźli twoim obowiązkiem.
— Bo ja mam więcej do spełnienia, niż sam obowiązek, odparł Ayrton.
— Chcesz dopłynąć czółenkiem aż do samego okrętu? zapytał Gedeon Spilett.
— Nie, panie, pójdę wpław. Czółno nie przesunęłoby się tam, gdzie się prześlizgnie człowiek.
— Czy wiesz o tem, że okręt oddalony jest pięć ćwierci mili od brzegu? zapytał Harbert.
— Jestem dobrym pływakiem, panie Harbert.
— Ależ powiadam ci, że się narażasz na śmierć, rzekł po raz wtóry inżynier.
— Mniejsza o to, odparł Ayrton. Panie Smith, proszę pana o to, jako o łaskę. To może jedyny dla mnie sposób podniesienia się we własnych oczach!
— Idź więc, Ayrtonie, odparł inżynier, czując że odmowa byłaby głęboko zasmuciła dawnego zbrodniarza, który teraz został uczciwym człowiekiem.
— Pójdę z tobą, rzekł Pencroff.
— Niedowierzacie mi! zawołał żywo Ayrton.
Poczem dodał pokornie:
— Niestety!
— Nie! nie! odparł żywo inżynier, nie, Ayrtonie! Pencroff nie wątpi o tobie! Źle zrozumiałeś jego słowa.
— Tak jest, rzekł marynarz, proponuję Ayrtonowi odprowadzić go tylko do wysepki. Być może, jakkolwiek nie jest prawdopodobnem, że który z tych łotrów wylądował na niej, a w takim razie dwóch ludzi nie będą zbytecznymi, aby przeszkodzić alarmowi. Będę oczekiwał Ayrtona na wysepce, on zaś uda się sam na okręt ponieważ podjął się tego.
Ułożywszy się w ten sposób, poczynił Ayrton natychmiast przygotowania do wyprawy. Zamiar jego był zuchwały, ale mógł się powieść wśród ciemności nocnej. Popłynąwszy do okrętu mógł Ayrton, uwiesiwszy się na drabince sznurowej poświadomić się o liczbie, a może i o zamiarach korsarzy.
Ayrton z Pencroffem, odprowadzeni przez resztę towarzyszów, zeszli nad brzeg morza. Ayrton zrzucił z siebie suknie i natarł ciało tłustością, aby złagodzić tym sposobem temperaturę wody, która była jeszcze zimną. Łatwo bowiem mógł pozostać w niej kilka godzin ciągiem.
Pencroff z Nabem udali się tymczasem po czółno, przycomowane o kilkaset kroków wyżej u brzegu Dziękczynnej, a gdy powrócili Ayrton był już gotów.
Zarzucono mu okrycie na plecy, poczem wszyscy osadnicy po kolei uścisnęli mu dłoń.
Ayrton z Pencroffem wsiedli do czółna.
Była godzina wpół do jedenastej w nocy, gdy zniknęli w ciemnościach. Reszta towarzyszy udała się do dymników, by ich tam oczekiwać.
Kanał przebyto z łatwością i czółenko wylądowało na przeciwległym brzegu wysepki.
Zrobili to nie bez pewnej ostrożności, na wypadek, gdyby korsarze zaczaili się w tem miejscu. Wkrótce jednak przekonali się że wysepka była całkiem pustą. Ayrton z Pencroffem przeszli ją więc wzdłuż szybkim krokiem, płosząc po drodze ptactwo gnieżdżące się po skałach: poczem Ayrton, bez wahania, rzucił się w morze i cicho, bez najmniejszego szelestu, płynął ku okrętowi, którego położenie zdradzało kilka świateł niedawno dopiero zapalonych.
Pencroff tymczasem ukrył się na brzegu w wydrążeniu skalnem i oczekiwał powrotu towarzysza.
Ayrton silnem ramieniem porał fale i posuwał się lekko, bez najmniejszego szmeru. Głowę zaledwie wystawiał z wody a oczy utkwił w ciemną masę okrętu, którego światła odbijały się w morzu. Myślał tylko o obowiązku, który przyjął na siebie, a nie zważał bynajmniej na niebezpieczeństwo, na jakie narażał się nietylko na samym okręcie, ale i w tej okolicy morza nawiedzanej często przez rekiny. Prąd wody niósł go i szybko oddalał od brzegów.
W pół godziny później Ayrton, niepostrzeżony i niedosłyszany, zręcznie lawirując, dobił do okrętu i chwycił się jedną ręką drabinki sznurowej. Odetchnął trochę, poczem wspinając się po łańcuchach, dostał się na wierzch burty. Tu schło kilka par spodni marynarskich. Przywdział jednę z nich, i usadowiwszy się dobrze słuchał.
Na pokładzie okrętu nie spano wcale. Przeciwnie. Rozmawiano, śpiewano, śmiano się. Następujące słowa, zmięszane z przekleństwami, doszły do ucha Ayrtona:
— Dobry nabytek, ten nasz dwumasztowiec!
— Dzielnie chodzi nasz Speedy[31] nie ma co mówić! Usprawiedliwia swą nazwę!
— Cała marynarka norfolcka może za nim wyprawić gonitwę — nie dopędzi go!
— Hurra! niech żyje nasz dowódca!
— Hurra! niech żyje Bob Harvey!
Łatwo wystawić sobie, jakie wrażenie wywarł na Ayrtonie ten dosłyszany urywek rozmowy, gdy sobie przypomnimy, że ów Bob Harvey był jego dawnym kolegą australskim, zuchwałym marynarzem, który poszedł dalej drogą zbrodniczych rozbojów. Bob Harvey opanował był ten statek w okolicach wyspy Norfolk, statek naładowany bronią, amunicją, narzędziami rozmaitego gatunku, które przewiezione być miały na jednę z wysp sandwichskich.
Cała jego banda wsiadła na okręt, i ze skazańców zostawszy korsarzami, nędznicy ci grasowali po Cichym Oceanie, rozbijając statki, mordując załogi, dziksi i okrutniejsi od samych Malajczyków!
Łotry ci rozprawiali głośno, opowiadając sobie nawzajem swe bohaterskie czyny i pijąc przytem bez miary, i oto, co Ayrton wyrozumiał z ich rozmowy:
Czynna załoga Speedy’ego składała się z samych skazańców angielskich, zbiegłych z Norfolk.
Co to jest Norfolk?
Pod 29° 2′ szerokości południowej a 165° 42′ długości wschodniej, na wschód od Australji, leży mała wysepka, mająca sześć mil obwodu, na której wznosi się góra Pitt tysiąc sto stóp nad powierzchnią morza. To właśnie jest wyspa Norfolk, gdzie znajduje się więzienie, w którem osadzani bywają najniepoprawniejsi zbrodniarze angielscy. Jest ich tam około pięciuset, poddanych żelaznej dyscyplinie, pod grozą najsroższych kar; strzeże ich zaś stu pięćdziesięciu żołnierzy i stu pięćdziesięciu urzędników pod rozkazami gubernatora. Nie podobno wymarzyć sobie okropniejszego steku zbrodniarzy. Czasami — jakkolwiek rzadko — pomimo najczujniejszej straży, kilkom z nich udaje się uciec na okrętach, które opanowują gwałtem, i wówczas wałęsają się po Archipelagach polynezyńskich.
Tak właśnie postąpił sobie Bob Harvey i jego towarzysze. Tak niegdyś chciał zrobić Ayrton. Bob Harvey opanował gwałtem dwumasztowiec Speedy, stojący kotwicą koło wyspy Norfolk; załogę w pień wycięto, i od roku już okręt ten, zostawszy statkiem korsarskim, wałęsał się po Cichym Oceanie, pod dowództwem Harveya, niegdyś kapitana statku kurjerskiego, a dziś rozbójnika morskiego, którego dobrze znał Ayrton!
Zbóje po większej części zgromadzeni byli w kajucie oficerskiej, na tyle okrętu, niektórzy z nich jednak rozciągnieni na pokładzie, głośno rozmawiali między sobą.
Z rozmowy tej, przerywanej gęstemi okrzykami i libacjami, dowiedział się Ayrton, że czysty przypadek tylko zapędził Speedy’ego w okolicę wyspy Lincolna. Bob Harvey dotąd nigdy jeszcze nogą na niej nie stanął, lecz jak to przewidział był Cyrus Smith, napotkawszy po drodze tę nieznaną wyspę, której żadna mapa nie wskazywała, postanowił zwidzić ją, i w razie, gdyby się okazała przydatną, uczynić z niej stację i port dla swojego statku.
Czarna flaga wywieszona na przodzie okrętu i strzał armatni, dany na podobieństwo okrętów wojennych w chwili, gdy wyświecają swe barwy, były prostem pyszałkostwem korsarskiem. Nie był to więc żaden sygnał, i dotychczas nie istniały żadne stosunki między zbiegami norfolskimi a wyspą Lincolna.
Tak więc posiadłościom naszych osadników zagrażało wielkie niebezpieczeństwo. Rzecz oczywista, że wyspa, ze swemi źródłami słodkiej wody, swą małą przystanią, swemi różnorodnemi zasobami, które tak wybornie umieli wyzyskać osadnicy, swemi kryjówkami w głębi Pałacu Granitowego, mogła tylko przypaść do smaku zbójcom; w ich ręku stałaby się wyśmienitem schronieniem zbójeckiem, a przez to samo, że była nieznaną, zapewniałaby im na długi czas może, bezpieczeństwo i bezkarność. Oczywistą rzeczą było także, że nie oszczędzaliby również życia osadników, i że pierwszym krokiem Boba Harvey’a i jego wspólników byłoby wymordować ich wszystkich bez litości. Cyrusowi Smithowi i jego towarzyszom nie pozostawała nawet możność ucieczki i ukrycia się w głębi wyspy, zbójcy bowiem mieli zamiar osiąść na niej i nawet w razie, gdyby Speedy odpłynął na wyprawę, pozostałoby niezawodnie kilku z nich załogą. Trzeba więc było walczyć z nimi, trzeba było wygubić do ostatniego tych nędzników, niegodnych litości, przeciwko którym każdy środek byłby dobrym i pozwolonym.
Tak sądził Ayrton w przekonaniu, że Cyrus Smith podzielałby jego zapatrywania.
Lecz czy możebnym był opór, a wreszcie zwycięstwo? Zależało to od uzbrojenia okrętu i od wielkości załogi.
O tem więc postanowił Ayrton bądź co bądź przekonać się koniecznie, a gdy po godzinie krzyki poczęły się uciszać, a wielka część zbójców pogrążoną już była w pijanym śnie, Ayrton, nie wahając się chwili, wyszedł na pokład Speedy’ego, na którym z powodu pogaszonych latarni panowała najzupełniejsza ciemność.
Wydrapał się na burtę, i po przednim maszcie wylazł na podwyższenie znajdujące się na przodzie okrętu. Spuściwszy się ztamtąd pomiędzy zbójców w nieładzie leżących, obszedł dokoła cały okręt i przekonał się, że Speedy uzbrojony był czterma działami, ciskającemi jak się zdawało ośmio- do dziesięciofuntowe kule. Obmacawszy je, przekonał się nawet, że były to działa odtylcowe, nowego gatunku, których użycie jest łatwe a skutek straszliwy.
Co się tyczy ludzi, leżących na pokładzie, to musiało ich być około dziesięciu, ale prawdopodobnie daleko więcej musiało spać w środku okrętu. Zresztą, sądząc po głosach, zdawało się Ayrtonowi, że ich było około pięćdziesięciu. Na sześciu osadników wyspy Lincolna za wiele! Lecz wreszcie, dzięki poświęceniu Ayrtona, Cyrus Smith miał być powiadomionym dokładnie o sile nieprzyjacielskiej, i zastosować do niej dalsze postępowanie.
Nie pozostawało już zatem nic Ayrtonowi, jak tylko powrócić do towarzyszy i zdać sprawę z przyjętego na się posłannictwa; w tym celu miał już powracać na przód okrętu, by spuścić się ztamtąd w morze.
Wtem, człowiekowi temu, który — jak sam powiedział — chciał spełnić coś więcej niż obowiązek, wpadła do głowy myśl bohaterska. Powziął zamiar, poświęcić swe życie, by ocalić wyspę i osadników. Widocznem było, że Cyrus Smith nie mógł stawić oporu pięćdziesięciu zbójcom, opatrzonym w broń wszelkiego rodzaju, i że ci, bądź wtargnąwszy przebojem do Pałacu Granitowego, bądź wygłodziwszy oblężonych tamże osadników, musieli w końcu odnieść nad nimi zwycięstwo. I wtedy, wyobraził sobie swoich zbawców, tych, którzy go uczynili napowrót człowiekiem i to człowiekiem uczciwym, wymordowanych bez litości, ich pracę obróconą w niwec, wyspę ich przemienioną w jaskinię zbójecką! Powiedział sobie, że koniec końców on sam jest najpierwszą przyczyną całego tego nieszczęścia, dawny bowiem towarzysz jego, Bob Harvey, został tylko wykonawcą jego własnych pomysłów, i na tę myśl uczucie strasznej grozy ogarnęło całe jego jestestwo. Owładnęła nim niepohamowana żądza wysadzenia w powietrze okrętu ze wszystkiem, co się na nim znajdowało. On sam wiedział, że zginie w tym wybuchu, lecz czuł, że spełni swój obowiązek.
Nie wahał się więc ani chwili. Nie trudno było dostać się do składów prochu, położonych zawsze w tyle okrętu. Na prochu nie powinno było zbywać okrętowi trudniącemu się podobnem rzemiosłem, a malutka iskierka wystarczała, by go w jednej chwili obrócić w niwec.
Ayrton ześliznął się ostrożnie na międzypomost, na którym leżało wielu spiących zbójów, bardziej pijaństwem, niżeli snem ubezwładnionych. Latarnia paliła się u stóp wielkiego masztu, dokoła którego na kółkach wisiała broń palna wszelkiego rodzaju.
Ayrton zdjął z kółka jeden rewolwer, i zabrał go, przekonawszy się, że był nabity i zaopatrzony kapslą. To mu wystarczało do spełnienia dzieła zniszczenia. Poczołgał się więc ku tyłowi okrętu, aby się módz dostać popod kajutę oficerską, gdzie znajdować się musiały zasieki z prochem.
Nie podobna było jednak przebyć ten między-pomost, na którym zupełna prawie panowała ciemność, nie potrąciwszy o jakiego zbója mniej twardo spiącego. Ztąd zdarzały się przekleństwa i kułaki. Kilkakrotnie nawet musiał się Ayrton zatrzymywać. W końcu jednak dotarł do ściany przegradzającej tylny przedział okrętu i znalazł drzwi prowadzące do składów prochu.
Ayrton musiał otworzyć je gwałtem. Trudno to było zrobić bez hałasu, gdyż trzeba było rozbić kłódkę. Lecz w silnej dłoni Ayrtona kłódka pękła i drzwi się otwarły...
W tej samej chwili uczuł Ayrton czyjąś rękę na ramieniu.
— Co tu robisz? — zapytał go szorstkim głosem człowiek słusznego wzrostu, który usuwając się sam w cień, zaświecił raptownie Ayrtonowi latarką w oczy.
Ayrton odskoczył w tył. Przy chwilowym blasku latarki poznał dawnego wspólnika swych zbrodni, Boba Harvey’a, który ze swej strony, mając Ayrtona zapewne już oddawna za umarłego, nie poznał go wcale.
— Co tu robisz? — zapytał Bob Harvey, chwytając Ayrtona za pasek od spodni.
Lecz Ayrton nie odpowiedziawszy ani słowa, odtrącił silnem pchnięciem herszta zbójów, a sam usiłował wtargnąć do prochowni. Jeden strzał rewolworowy pomiędzy beczki z prochem i wszystkoby się było skończyło!...
— Do mnie, chłopcy! huknął Bob Harvey.
Dwuch lub trzech zbójców przebudzonych, zerwało się na nogi, i rzuciwszy się na Ayrtona, próbowało go powalić; Ayrton potężnem ramieniem uwolnił się z ich objęć. Zagrzmiały dwa strzały rewolwerowe i dwóch zbójców potoczyło się na ziemię; lecz w tej samej chwili pchnięcie noża, którego nie mógł uniknąć, skaleczyło Ayrtona w ramię.
Ayrton widział, że nie mógł już teraz wykonać swojego przedsięwzięcia. Bob Harvey zamknął napowrót drzwi od prochowni, a na średnim pomoście zrobił się ruch, świadczący o powszechnem ocknięciu się zbójców. Ayrton musiał zachować swe życie, by módz walczyć później przy boku Cyrusa Smitha. Pozostawała mu więc tylko ucieczka!
Lecz czy podobną była jeszcze ucieczka? W każdym razie była ona wątpliwą, lecz Ayrton postanowił próbować wszystkiego, aby tylko powrócić do swych towarzyszy.
Pozostawały mu jeszcze cztery strzały. Dwa już wypalił, jeden z nich skierował był na Boba Harvey’a, lecz albo go wcale nie trafił, albo tylko lekko; teraz Ayrton, korzystając z chwilowego cofnięcia się nieprzyjaciół, wskoczył na drabinkę w luce, chcąc dostać się na pokład okrętu. Przechodząc koło latarni, stłukł ją uderzeniem kolby, przez to powstała zupełna ciemność, która mu dopomagała do ucieczki.
W tej chwili dwóch czy trzech korsarzy, pobudzonych hałasem, złaziło po drabince na dół. Piąty strzał dany z rewolwera przez Ayrtona strącił jednego z nich z drabinki, a reszta rozpierzchła się, nie pojmując wcale co się dzieje. Ayrton w dwóch susach stanął na pokładzie okrętu, a w trzy sekundy później, wypaliwszy ostatni strzał w łeb zbójowi, który go chwycił był za kark, przeskoczył parapet i rzucił się w morze.
Zaledwie sześć sążni od statku odpłynął, posypały się gradem do koła niego kule.
Wyobraźmy sobie, jakiego uczucia doznał Pencroff ukryty między skałami na wysepce, jakiego Cyrus Smith, korespondent, Harbert i Nab schowani w dymnikach, gdy usłyszeli huk strzałów na pokładzie statku! Wybiegli wszyscy na brzeg morza, ze strzelbami na ramieniu, gotowi odeprzeć każdy napad.
Dla nich nie istniała już żadna wątpliwość! Byli pewni, że Ayrton schwytany i zamordowany został przez korsarzy, i że łotry ci, korzystając z ciemności, próbują wylądować na wyspę.
Upłynęło pół godziny wśród śmiertelnej trwogi. Strzały ucichły, lecz ani Ayrton, ani Pencroff nie powracali. Może korsarze napadli wysepkę? Może należało biedz w pomoc Ayrtonowi i Pencroffowi? Ale jak? Morze było w tej chwili w przypływie, niepodobna więc było przebyć wpław kanału. Czółna drugiego nie mieli. Łatwo więc wyobrazić sobie okropny niepokój Cyrusa Smitha i jego towarzyszy.
Wreszcie, około godziny wpół do pierwszej z północy, przybiło do brzegu czółno z dwoma ludźmi. Byli to Ayrton, lekko raniony w ramię, i Pencroff, zdrów i cały; — z otwartemi rękami czekali na nich przyjaciele.
Weszli wszyscy do dymników. Tu opowiedział Ayrton całą rzecz nie tając także swego zamiaru wysadzenia okrętu w powietrze.
Wszystkich dłonie wyciągnęły się ku Ayrtonowi, który nie taił wcale, do jakiego stopnia położenie ich było groźne. Korsarze zostali zaalarmowani. Wiedzieli już teraz, że wyspa Lincolna jest zamieszkałą. Można więc było być pewnym, że nie wylądują inaczej, jak tylko w znacznej liczbie i dobrze uzbrojeni, że nie będą oszczędzać nikogo i niczego. Osadnicy wpadłszy raz w ich ręce, nie mogli spodziewać się żadnej litości!
— Więc dobrze! potrafimy umrzeć! rzekł korespondent.
— Wróćmy zatem i czuwajmy, odparł inżynier.
— Jest jaka możliwość, wyjść cało z tej matni, panie Cyrusie? zapytał marynarz.
— Jest, Pencroffie.
— Hm! w sześciu na pięćdziesięciu!
— Tak! w sześciu!... nie licząc...
— Kogo? zapytał Pencroff.
Cyrus zamiast odpowiedzi, wskazał tylko ręką w niebo.






ROZDZIAŁ III.
(Mgła się rozprasza. — Zarządzenia inżyniera. — Trzy poczty. — Ayrton i Pencroff. — Pierwsza łódź. — Dwa inne czółna. — Na wysepce. — Sześciu zbójów wylądowuje. — Statek podnosi kotwicę. — Bomby Speedy’ego. — Rozpaczliwe położenie. — Niespodziewany koniec.)

Noc upłynęła bez żadnego zdarzenia. Osadnicy byli ciągle w pogotowiu nie opuszczając „dymników.“ Korsarze ze swej strony, jak się zdawało, nie czynili żadnych kroków do wylądowania. Od chwili, gdy przebrzmiały ostatnie strzały za Ayrtonem, żaden huk, żaden hałas nawet nie zdradzał obecności statku korsarskiego w pobliżu wyspy. Mogło się było prawie wydawać, że korsarze, w przekonaniu, że mają do czynienia ze zbyt silnym nieprzyjacielem, podnieśli kotwicę i opuścili te strony.
Rzecz się jednak miała inaczej, i gdy dzień począł świtać, ujrzeli osadnicy wśród mgły porannej z dala niewyraźną masę. Był to Speedy.
— Przyjaciele moi, rzekł wtedy inżynier, zanim mgła całkiem opadnie, sądzę, że należy nam przedsięwziąć niektóre przygotowania. Tymczasem mgła zasłania nas przed oczyma korsarzy, możemy więc działać, nie zwracając na siebie ich uwagi. Przedewszystkiem trzeba w tych zbójach wzbudzić mniemanie, że mieszkańcy wyspy są liczni a tem samem zdolni stawić im opór. Proponuję zatem, abyśmy się rozdzielili na trzy części, z których jedna zajmie stanowisko w samych „dymnikach,“ a druga przy ujściu Dziękczynnej. Co się tyczy trzeciej grupy, najlepiej będzie postawić ją na wysepce, ażeby jeśli nie wstrzymała, to przynajmniej opóźniła wylądowanie na nią korsarzy. Mamy do użytku dwa karabiny i cztery strzelby. Każdy więc z nas będzie uzbrojony, a ponieważ mamy podostatkiem prochu i kul, nie będziemy więc szczędzić strzałów. Nie potrzebujemy się zaś obawiać ani ich ręcznej broni, ani nawet ich armat. Cóż one zrobią tym skałom? a ponieważ nie będziemy strzelać z okien Pałacu Granitowego, więc korsarzom nie przyjdzie na myśl ciskać tam granaty, które by mogły wyrządzić nam niepowetowane szkody. Czego się lękać należy, to osobistego starcia się z korsarzami, ponieważ przewyższają nas liczbą. Trzeba więc tylko starać się, wszelkiemi siłami przeszkadzać im w wylądowaniu, nie odsłaniając zarazem siebie. A zatem nie szczędźmy prochu. Strzelajmy gęsto, ale strzelajmy celnie. Każdy z nas musi sprzątnąć, ośmiu do dziesięciu nieprzyjaciół, niech się więc stara ich sprzątnąć!
Cyrus Smith określił jasno stan rzeczy, a mówił to wszytko głosem jak najspokojniejszym, jak gdyby chodziło o zarządzenie jakiej roboty, a nie o kierowanie bitwy. Towarzysze w milczeniu słuchali jego rozkazów, przyznając ich trafność. Nie pozostawało więc, jak tylko zająć natychmiast wskazane stanowiska, zanim się mgła zupełnie rozprószy.
Nab i Pencroff udali się natychmiast do Pałacu Granitowego po potrzebne zapasy amunicji. Gedeona Spiletta i Ayrtona, (obaj byli wybornymi strzelcami,) uzbrojono w celne karabiny, które niosły na milę angielską. Cztery zaś strzelby rozdzielono między Cyrusa Smitha, Naba, Pencroffa i Harberta.
Poczty ustawione zostały w następujący sposób.
Cyrus Smith z Harbertem ukryli się w „dymnikach,“ ztąd mogli ostrzeliwać całe nadbrzeże na dość szeroki promień.
Gedeon Spilett z Nabem zaczaili się po między skałami u ujścia Dziękczynnej — na której zwiedziono wszystkie mosty i kładki — aby przeszkodzić zbliżeniu się czółnem i udaremnić wylądowanie na przeciwległy brzeg.
Ayrton zaś z Pencroffem spuścili czółenko na wodę, aby przepłynąć kanał i zająć dwa oddzielne poczty na wysepce. Tym sposobem odzywające się na czterech punktach strzały obudziłyby w korsarzach mniemanie, że wyspa jest zarazem silnie zaludnioną i ostro bronioną.
Pencroff z Ayrtonem, na wypadek gdyby nie można było przeszkodzić wylądowaniu korsarzy, lub gdyby łódź jaka wysłana z okrętu zagrażała im odcięciem, mieli powrócić czółenkiem na wyspę i pospieszyć w miejsce najbardziej zagrożone.
Zanim udali się na owe poczty, uścisnęli się osadnicy po raz ostatni. Peneroff siłą woli zdołał pokonać wzruszenie, jakie go opanowało, gdy ściskał Harberta, dziecko swoje... poczem rozłączyli się.
W chwilę później Cyrus Smith z Harbertem z jednej strony, korespondent z Nabem z drugiej, zniknęli między skałami, a w pięć minut potem, Ayrton z Pencroffem, przepłynąwszy szczęśliwie kanał, wylądowali na wysepce i ukryli się na wschodnim brzegu, w parowach.
Żaden z nich nie mógł być widzianym, gdyż sami zaledwie rozróżniali statek majaczący w mgle.
Była w ówczas godzina w pół do siódmej z rana.
Wkrótce poczęła się mgła z wolna rozdzielać w górze i gałki masztów okrętowych wynurzyły się z mgły. Przez kilka chwil jeszcze olbrzymie kłęby mgły toczyły się po powierzchni morza, poczem zerwał się wiatr i rozpędził te lotne bałwany.
Speedy ukazał się cały, osadzony na dwóch kotwicach, przodem zwrócony na północ, a lewym bokiem ku wyspie. Oddalony zaś był od brzegu, jak to słusznie obliczył był Cyrus Smith, pięć ćwierci mili.
Na dzióbie okrętu powiewała ponuro czarna flaga.
Inżynier zdołał zapomocą dalekowidza dostrzedz, że owe cztery działa stanowiące artylerję okrętową, wymierzone były prosto na wyspę. Widocznie gotowe były za pierwszem skinieniem dać ognia.
Tymczasem jednak Speedy milczał. Na pokładzie widać było około trzydziestu zbójów krzątających się. Kilku z nich wylazło na dach kajuty oficerskiej; dwaj inni, wdrapawszy się na wierzch masztu, na bocianiem gnieździe przez dalekowidze z niezmierną uwagą śledzili wyspę.
Rzecz pewna, że Bob Harvey i jego towarzysze z trudnością mogli zdać sobie sprawę z tego, co się tej nocy działo na okręcie. Czy ten człowiek, na wpół nagi, który chciał wyłamać drzwi do prochowni, z którym walczyli, który sześć razy wypalił do nich z rewolweru, który jednego z nich zabił a dwóch innych ranił, czy ten człowiek uszedł przed ich kulami? Czy zdołał wpław dobić do brzegu? Zkąd się wziął? Poco przyszedł na okręt? Czy istotnie zamiarem jego było wysadzić okręt w powietrze, jak to mniemał Bob Harvey? Wszystko to było dla zbójców niezrozumiałem. Lecz o czem nie mogli wątpić, to że nieznana ta wyspa, przed którą Speedy zarzucił kotwicę, była zamieszkałą, i że posiadała może liczną osadę, gotową na jej obronę. Lecz żywej duszy nie było widać ani na wybrzeżu, ani na wzgórzach nadbrzeżnych. Nadbrzeże wydawało się całkiem puste. Ani znaku zaludnienia. Czyżby mieszkańce schronić się mieli w głąb wyspy?
To pytanie musiał zadać sobie herszt zbójców, i niezawodnie, jako człowiek przezorny, chciał wpierw poznać miejscowość, zanimby poprowadził swą bandę.
Upłynęło półtorej godziny, a na pokładzie okrętu nie widać było żadnych przygotowań ani do napadu, ani do wylądowania. Bob Harvey wahał się widocznie. Przez najlepsze lunety nie mógł niezawodnie dostrzedz żadnego z osadników ukrytych między skałami. Również nie mogła zwrócić uwagi jego kotara z zielonych gałęzi i z wikliny zasłaniająca okna Pałacu Granitowego i dziwnie odbijająca od nagiej skały. Jakżeby mógł nawet wpaść na myśl, że w tej wysokości, we wnętrzu tej jednolitej masy granitowej wykute jest mieszkanie ludzkie? Począwszy od przylądka Ostrego Szponu aż po przylądek Obu Szczęk, wzdłuż całej zatoki Zjednoczonych Stanów, żadnych nie mógł dostrzedz śladów, że wyspa była lub mogła być zamieszkałą przez ludzi.
Wreszcie około godziny ósmej zauważyli osadnicy niezwykły ruch na pokładzie Speedy’ego. Zaczęto ciągnąć na blokach łodzie okrętowe i spuszczono w morze jedno czółno. Wsiadło do niego siedmiu ludzi. Uzbrojeni byli w strzelby; jeden z nich zasiadł u steru, czterech przy wiosłach, a dwóch innych, przykucnąwszy na przedzie czółna, gotowi do strzału, wlepili wzrok w wyspę. Zamiarem ich było bezwątpienia wyjechać na zwiady, nie zaś wylądować, w takim razie bowiem byliby się we większej zebrali liczbie.
Korsarze, siedzący na szczycie głównego masztu, mogli niezawodnie dostrzedz, że wybrzeże zasłania wysepka oddzielona kanałem około pół mili szerokim. Bądź co bądź zauważył Cyrus Smith, śledząc bieg czółna, że korsarze, zanim by wpłynęli do kanału, mieli wpierw zamiar wylądować na wysepce, co było zresztą z ich strony usprawiedliwionym środkiem ostrożności.
Pencroff z Ayrtonem, ukryci z osobna w ciasnych parowach między skałami, ujrzeli czółno z korsarzami płynące wprost ku nim, czekali jednak aż się zbliży na odległość strzału.
Czółno zbliżało się bardzo ostrożnie. Wiosła poruszały się w powolnym takcie. Widać było także, że jeden ze zbójców siedzących na przodzie, trzymał w ręku sondę i starał się wymierzyć głębokość koryta wymulonego przez prąd Dziękczynnej. Świadczyło to o zamiarze Boba Harvey’a zbliżenia ile możności okrętu do wybrzeży. Około trzydziestu korsarzy, uczepionych tu i ówdzie na linach i drabinkach, śledziło każde poruszenie czółna i wyszukiwało znaki na wybrzeżach ułatwiające wylądowanie.
Czółno, zbliżywszy się kilkadziesiąt sążni do wysepki, wstrzymało się w biegu. Człowiek siedzący u steru szukał miejsca najsposobniejszego do wylądowania.
Nagle zagrzmiały jednocześnie dwa strzały. Po nad skały wzniósł się mały dymek. Zbój siedzący u steru i zbój trzymający w ręku sondę padli w czółno na wznak. Kule Ayrtona i Pencroffa dosiągły ich obu naraz.
W tej samej prawie chwili rozległ się silniejszy huk, kłąb dymu buchnął z okrętu, i kula działowa roztrzaskała wierzchołek skały zasłaniającej Ayrtona i Pencroffa, żadnego z nich jednak nie tknęła.
Straszliwe przekleństwa ozwały się z czółna, które natychmiast puściło się w dalszy bieg. Inny zbój zastąpił u steru poległego kolegę i wiosła zapluskały żwawo we wodzie.
Zamiast powrócić jednak do okrętu, jakby się można było spodziewać, czółno puściło się dalej wzdłuż wysepki, aby okrążyć ją u południowej kończyny. Korsarze usiłowali z całych sił, by wyjść jak najprędzej po za obręb strzałów.
Zbliżyli się tak na sążni kilkanaście do wklęsłej części wybrzeża zakończonej przylądkiem Rozbitków, i okrążywszy go w linji półkólistej pod ciągłą osłoną dział okrętowych, skierowali się ku ujściu Dziękczynnej.
Zamiarem ich było widocznie wcisnąć się tym sposobem do kanału i zająć tył osadnikom znajdującym się na wysepce, i jakakolwiek byłaby liczba tychże, wziąć ich we dwa ognie z czółna i z okrętu, coby ich postawiło w nader niekorzystnem położeniu.
Przez kwadrans posuwało się czółno w tym kierunku. Cisza zupełna i spokój panowały na morzu i na niebie.
Pencroff i Ayrton, pomimo że wiedzieli o tem, iż narażają się na odcięcie, nie porzucili swoich stanowisk, częścią dlatego, że nie chcieli jeszcze pokazać się nacierającemu nieprzyjacielowi i wystawić się na strzały działowe Speedy’ego, częścią zaś, ponieważ liczyli na Naba i Gedeona Spiletta zaczajonych u ujścia rzeki, i na Cyrusa Smitha i Harberta ukrytych za skałami „dymników.“
W dwadzieścia minut od chwili, gdy padły pierwsze strzały, łódź z korsarzami zbliżyła się ku Dziękczynnej na odległość kilkudziesięciu sążni. Ponieważ zaczął się właśnie przypływ, jak zwykle gwałtowny z powodu ciasnego ujścia rzeki, korsarze uczuli się pędzonymi prądem wody ku rzece, i tylko za pomocą wioseł zdołali utrzymać się w pośrodku kanału. Lecz gdy na odległość strzału zbliżyli się do ujścia Dziękczynnej, powitały ich dwie kule, i dwóch z nich padło w łódź. Strzały Naba i Spiletta nie chybiły snać celu.
W tej samej chwili wyłano ze statku drugą kulę działową w miejsce, które zdradzał dym pochodzący od strzałów; kula ta jednak prócz tego, że zerwała wierzchołki kilku skał, żadnego innego nie sprawiła skutku.
W tej chwili znajdowało się w łodzi tylko trzech zdatnych do boju ludzi. Czółno porwane prądem, pomknęło kanałem jak strzała, minęło Cyrusa Smitha i Harberta, lecz ci, widząc że strzał byłby niepewny, nie odezwali się wcale; poczem łódź, okrążywszy północną kończynę wysepki siłą pozostałych jeszcze dwóch wioseł, zwróciła się napowrót ku okrętowi.
Jak dotąd, osadnicy nie mieli powodu uskarżać się. Pierwsze starcie wypadło niekorzystnie dla nieprzyjaciela, który liczył już czterech ciężko rannych a może nawet zabitych. Oni przeciwnie wyszli zupełnie cało i nie stracili ani jednego strzału. Gdyby korsarze dalej tym trybem prowadzili walkę i jeszcze kilka razy spróbowali wylądować czółnem, możnaby ich było wystrzelać po jednemu.
Okazało się teraz, jak szczęśliwe były zarządzenia inżyniera. Korsarze mogli sądzić z tego, że mają do czynienia z licznym i dobrze uzbrojonym przeciwnikiem, i że nie łatwo dadzą sobie z nim radę.
Upłynęło pół godziny, zanim łódź mająca do walczenia ze silnym prądem morza, dobiła do okrętu. Ozwały się straszliwe krzyki, gdy wynoszono rannych na pokład, dano jeszcze trzy lub cztery strzały armatnie, oczywiście bez żadnego skutku.
Równocześnie jednak dwunastu innych zbójców, oszłomionych wściekłością a może i wczorajszą pijatyką, wskoczyło do łodzi. Spuszczono zarazem w morze drugie czółno, do którego wsiadło ośmiu ludzi, i podczas gdy pierwsze zwróciło się wprost ku wysepce, aby wyparować z niej osadników, drugie gotowało się natomiast wziąć przebojem ujście Dziękczynnej.
Położenie Pencroffa i Ayrtona stawało się widocznie groźnem. Zmuszeni więc byli cofnąć się na wyspę.
Zaczekali jednak przedtem, aż pierwsze czółno zbliży się na strzał, i dwie kule celnie wymierzone, sprawiły popłoch w jego załodze. Poczem Pencroff z Ayrtonem porzucili swe stanowiska, wśród gradu kul nieprzyjacielskich przebiegli pędem wysepkę, wskoczyli do swego czółenka, przepłynęli kanał w chwili gdy drugie czółno korsarskie dotarło do południowej kończyny, i schronili się do dymników.
Zaledwie połączyli się z Cyrusem Smithem i Harbertem, wysepka opanowaną została przez korsarzy zostających w pierwszem czółnie; zbóje przebiegali ją całą wszerz i wdłuż.
W tej samej prawie chwili zagrzmiały nowe strzały u ujścia Dziękczynnej, do którego zbliżało się drugie czółno z korsarzami. Na ośmiu zbójów, którzy stanowili jego załogę, dwóch zostało śmiertelnie ranionych przez Gedeona Spiletta i Naba, a czółno samo, nie powstrzymaną siłą wpędzone na skały, rozbiło się u ujścia Dziękczynnej. Sześciu zbójów jednak pozostałych przy życiu, z bronią wzniesioną ponad wodę by ją uchronić od zamoczenia, zdołało wdrapać się na prawy brzeg rzeki. Widząc się jednak zbyt blisko narażonymi na kule, puścili się pędem ku przylądkowi Rozbitków, po za obręb strzałów.
Stan rzeczy był zatem następujący: na wysepce znajdowało się dwunastu zbójów, z tych niezawodnie kilku rannych, którzy posiadali jedno czółno na usługi; na wyspie wylądowało wprawdzie sześciu, lecz ci nie mogąc dostać się na drugi bok Dziękczynnej na której wszystkie mosty były pozwodzone, tem samem nie byli także w stanie dotrzeć do Pałacu Granitowego.
— Wybornie idzie! rzekł Pencroff wbiegając do „dymników,“ wybornie idzie, panie Cyrusie! A pan jak myślisz?
— Ja myślę, odparł inżynier, że walka przybierze teraz inną postać, niepodobna bowiem posądzać korsarzy o nierozsądek do tego stopnia posunięty, by chcieli prowadzić ją dalej w tak niekorzystnych dla siebie warunkach!
— Kanału nie przepłyną jednak w żaden sposób, rzekł marynarz. Karabiny Ayrtona i Spiletta nie dopuszczą tego. Wszak wiesz pan, że niosą na milę angielską!
— Bez wątpienia, odparł Harbert, lecz cóż pomogą dwa karabiny przeciwko działom okrętowym?
— E! okręt jeszcze nie stoi w kanale, jak sądzę! odparł Pencroff.
— A jeśli wejdzie do kanału? zapytał Cyrus Smith.
— Niepodobna, naraziłby się na to, że osiadłby na mieliźnie i przepadł z kretesem!
— Jednak to podobna, odparł Ayrton. Korsarze mogą, korzystając z przypływu, wejść do kanału, chociażby później nawet osiedli na piasku, a wtedy pod strzałami działowemi nie podobnaby było utrzymać się na naszem stanowisku.
— Do kroćset stu tysięcy czartów! zawołał Pencroff; doprawdy, te łotry biorą się do podnoszenia kotwicy!
— Może zmuszeni będziemy schronić się do Pałacu Granitowego? zauważył Harbert.
— Czekajmy jeszcze! odparł Cyrus Smith.
— Lecz cóż stanie się z Nabem i Spilettem?... zapytał Pencroff.
— Potrafią połączyć się z nami gdy będzie trzeba. Bądź w pogotowiu, Ayrtonie. Teraz kolej na wasze karabiny, twój i Spiletta.
Przypuszczenie Cyrusa zdawało się sprawdzać! Speedy począł ruszać się na kotwicy i objawiać zamiar zbliżenia się ku wysepce. Przypływ miał trwać jeszcze półtora godziny, a ponieważ prąd morza już się był przełamał, więc łatwo było kierować statkiem według woli. Mimo to Pencroff, wbrew zdaniu Ayrtona, nie mógł jeszcze przypuścić, ażeby korsarze śmieli wprowadzić statek do kanału.
Tymczasem korsarze, którzy opanowali byli wysepkę, przenosili się zwolna na przeciwny jej brzeg, tak że tylko kanał oddzielał ich od wyspy. Będąc uzbrojeni tylko w broń ręczną, nie mogli nic złego zrobić osadnikom ukrytym w „dymnikach“ i przy ujściu Dziękczynnej; nie wiedząc jednak o tem, że ci zaopatrzeni są w dalekonośne karabiny, sądzili, że sami są także bezpieczni przed strzałami. Przebiegali więc swobodnie wysepkę i wałęsali się wzdłuż jej brzegów.
Nie długo jednak zostawali w tym błędzie. Karabiny Ayrtona i Gedeona Spiletta przemówiły nagle i musiały zapewne coś nieprzyjemnego powiedzieć dwom zbójom, bo od razu padli na ziemię.
Wtedy powstał ogólny popłoch. Reszta zbójów, nie zabrawszy ze sobą nawet swoich towarzyszów rannych lub zabitych, uciekła co tchu na drugi brzeg wysepki, powskakiwała do czółna, na którem przypłynęli, i siłą wioseł przybili napowrót do okrętu.
— Ośmiu mniej! zawołał Pencroff. Doprawdy pan Spilett i Ayrton, jakby się umówili ze sobą!
— Panowie, odparł Ayrton nabijając na nowo karabin, rzecz zaczyna przybierać postać groźniejszą. Okręt rozwija żagle!
— Podnoszą kotwicę!... zawołał Pencroff.
— Tak, w samej rzeczy.
Słychać było wyraźnie szczęk łańcucha i zgrzyt windy. Speedy zbliżył się z razu do kotwicy, a gdy hak wyciągnięto z dna, począł zbliżać się ku wysepce. Wiatr wiał od morza; rozwinięto główny żagiel i mniejszy żagiel bocianiego gniazda, i statek zwolna posuwał się ku wysepce.
Oba poczty ustawione przy ujściu Dziękczynnej i w „dymnikach,“ śledziły każde poruszenie okrętu, zachowując się same całkiem spokojnie, chociaż nie zdołały przytłumić w sobie pewnego wzruszenia. Położenie osadników stawało się okropnem: z bliska być wystawionym na ogień działowy, a nie módz nań skutecznie odpowiedzieć! Czyż byliby wtedy w stanie przeszkodzić korsarzom wylądować?
Cyrus Smith czuł to dobrze i zapytywał sam siebie, co czynić? W kilku minutach trzeba było coś postanowić. Ale co? Zamknąć się w Pałacu Granitowym, dać się oblęgać tygodniami, wreszcie miesiącami całemi, żywności bowiem mieli dosyć? Dobrze! Ale co potem? I w takim razie korsarze opanowaliby całą wyspę, spustoszyliby ją dowoli, a wreszcie z czasem zmusiliby oblężonych do poddania.
Możność obrony istniała tylko w tym jednym razie, gdyby Bob Harvey nie odważył się wejść z okrętem do kanału i stanął zdala, koło wysepki. W takim razie oddalony był pół mili od wybrzeży, a w tej odległości, strzały działowe byłyby mniej szkodliwe.
— Nie, nigdy, przenigdy! powtarzał Pencroff; Bob Harvey, jeśli jest dobrym marynarzem, nie wejdzie nigdy do kanału! Wszak wie o tem, że na wypadek burzy, naraziłby okręt na zgubę! A cóżby począł bez okrętu?
Tymczasem jednak okręt zbliżył się do wysepki, i widać było, że sterował ku dolnej kończynie. Wiatr wiał łagodny a ponieważ prąd osłabł był znacznie, więc Bob Harvey mógł kierować statkiem, jak chciał.
Czółna wysłane poprzednio wskazywały mu były drogę do kanału, to też zuchwale płynął wprost ku niemu. Zamiar jego był aż nadto widoczny: chciał usadowić się z okrętem naprzeciw „dymników,“ i z tamtąd kulami i granatami odpowiedzieć na strzały, które zdziesiątkowały mu załogę.
Speedy niebawem dotarł do kończyny wysepki i okrążył ją z łatwością; wtedy rozpiął żagle i płynąc z wiatrem, pojawił się wkrótce naprzeciw ujścia Dziękczynnej.
— Korsarze zbliżają się do nas! zawołał Pencroff.
W tej chwili Nab i Gedeon Spilett przyłączyli się do Cyrusa Smitha, Ayrtona, marynarza i Harberta.
Korespondent i jego towarzysz uznali za stosowne porzucić swój poczt przy ujściu Dziękczynnej, skąd nie mogli nic więcej zdziałać przeciw okrętowi, i postąpili sobie roztropnie. Lepiej było, iż osadnicy połączyli się razem w chwili, gdy miało przyjść niezawodnie do walki rozstrzygającej. Gedeon Spilett z Nabem przybiegli chyłkiem kryjąc się za skały, wśród gradu kul, z których jednak żadna ich nie tknęła.
— Spilecie! Nabie! zawołał inżynier. Żaden z was nie raniony?
— Nie! odparł korespondent, prócz kilku kontuzyj od kul rekoszetujących! Ale ten przeklęty okręt płynie prosto do kanału!
— W samej rzeczy! odparł Pencroff, za dziesięć minut stanie kotwicą naprzeciw Pałacu Granitowego!
— Co zamyślasz czynić, Cyrusie? zapytał korespondent.
— Trzeba nam schronić się do Pałacu Granitowego, póki czas jeszcze, a zbóje nie mogą nas dostrzedz.
— I ja tak sądzę, odparł Gedeon Spilett, ale gdy się raz zamkniemy...
— Zastosujemy nasze działanie do okoliczności, odparł inżynier.
— A zatem w drogę, a spieszmy się! rzekł korespondent.
— Nie życzysz sobie, panie Cyrusie, abyśmy ja z Ayrtonem zostali tutaj? zapytał marynarz.
— Poco? odparł Cyrus Smith. Nie Pencroffie. Nie rozłączajmy się!
Nie było chwili więcej do stracenia. Osadnicy opuścili „dymniki.“ Mały załom ściany granitowej zasłaniał ich przed okiem zbójów, lecz dwa lub trzy wystrzały i łomot kul roztrzaskujących skały, zwiastował, że Speedy znajdował się już niedaleko.
W jednej chwili wskoczyli do windy, podnieśli się do drzwi Pałacu Granitowego, gdzie Top z Jowem siedzieli zamknięci od wczoraj, i wpadli do głównej sali.
Był to czas ostatni, przez gałęzie bowiem zasłaniające okna Pałacu Granitowego, ujrzeli osadnicy, jak Speedy otulony chmurą dymu wpływał do kanału. Musieli nawet usunąć się na bok, strzały bowiem następowały jeden po drugim, a kule działowe biły na ślepo w opuszczony dopiero poczt u ujścia Dziękczynnej i w „dymniki.“ Od pocisków pękały skały, a każdemu wystrzałowi towarzyszyły dzikie okrzyki hurra!
Można się jednak było spodziewać, że korsarze oszczędzać będą Pałac Granitowy, dzięki pomysłowi Cyrusa, wskutek którego okna pozasłaniano gałęźmi, gdy nagle kula, wyłupawszy szerszy otwór wchodowy, wpadła do środka Pałacu.
— Piekło! Czy odkryto nas? zawołał Pencroff.
Być może, że zbóje nie dostrzegli osadników, to jednak pewna, że Bob Harvey uznał za stosowne wysłać jeden pocisk między te podejrzane gałęzie przysłaniające tę część wysokiej ściany granitowej. Gdy wkrótce druga kula przedarłszy tę kotarę z zieleni, ukazała szeroki ziejący otwór w skale, podwoił jeszcze pociski.
Położenie osadników było rozpaczliwe. Schronienie ich zostało odkryte. Nie byli w stanie stawić oporu tym pociskom, ani uniknąć kamieni, latających kawałami dokoła nich. Nie zostawało im nic, jak tylko schronić się do górnej części Pałacu Granitowego, a mieszkanie swe oddać na spustoszenie, gdy w tem — dał się słyszeć głuchy huk jakiś, a po nim straszliwe krzyki!
Cyrus Smith i towarzysze jego rzucili się do okien.
Okręt, olbrzymią jakąś siłą, niby trąbą morską podrzucony w górę, rozpadł się w tej chwili na dwie połowy, i w dziesięciu sekundach pochłonęły go fale morskie wraz z całą jego zbrodniczą załogą.






ROZDZIAŁ IV.
(Na wybrzeżu. — Ayrton z Pencroffem ocalają rozmaite przedmioty z zatopionego statku. — Gawędka podczas śniadania. — Rozumowanie Pencroffa. — Szczegółowe zbadanie okrętu. — Zasieki prochowe nietknięte! — Nowe bogactwa. — Ostatnie szczątki z okrętu. — Kawałek rurki złamanej.)

— Wylecieli w powietrze! zawołał Harbert.
— W samej rzeczy! jak gdyby Ayrton zapalił składy prochowe! odparł Pencroff wskakując do windy wraz z Nabem i Harbertem.
— Lecz cóż to się stało? zapytał Gedeon Spilett, nie mogąc ochłonąć jeszcze ze zdumienia, w jakie wprawiło go to niespodziewane rozwiązanie.
— A! tym razem dowiemy się!... odparł żywo inżynier.
— Co się dowiemy?...
— Później! później! Teraz pójdź ze mną, Spilecie. Najważniejszą obecnie rzeczą, ażeby ci korsarze zostali wytępieni co do nogi!
I po tych słowach Cyrus Smith, pociągnąwszy za sobą korespondenta i Ayrtona, pospieszył w ślad za Pencroffem, Nabem i Harbertem na wybrzeża.
Z całego okrętu nie widać było teraz nic zgoła, nawet masztów. Podrzucony w górę przez ową trąbę wodną, położył się następnie na bok i w tej pozycji zatonął, zapewne w skutek dziury, jaka w nim powstała. Lecz ponieważ w tem miejscu kanał nie więcej jak dwadzieścia stóp był głęboki, nie podlegało zatem wątpliwości, że szkielet zatopionego okrętu w czasie odpływu wynurzy się znowu z pod wody.
Na powierzchni morza pływały rozmaite przedmioty pochodzące z rozbitego statku. Między innemi całe stosy masztów i rejów zapasowych, klatki z żywym jeszcze drobiem, skrzynie i beczułki, które powoli wydobywszy się z pomiędzy ścian zatopionego okrętu, wypływały na wierzch; nie widać było jednak żadnych szczątków samego okrętu, ani belek z pokładu, ani dylów z pudła okrętowego — co stawiało w świetle zagadkowem to nagłe zatopienie Speedy’ego.
Niebawem jednak oba maszty, złamane kilka stóp ponad pokładem, zgruchotawszy podpory i porwawszy drabinki sznurowe, wypłynęły na wierzch wody, wraz z żaglami, z których jedne były rozpostarte a inne zwinięte. Nie trzeba było jednak dać unieść odpływowi te wszystkie skarby, to też Ayrton z Pencroffem wskoczyli natychmiast do czółenka, by wyłowić te przedmioty i wyciągnąć je bądź to na brzeg wyspy, bądź na brzeg wysepki.
W chwili jednak, gdy wsiadali do czółna, powstrzymała ich następująca uwaga Gedeona Spiletta:
— A owych sześciu zbójów, którzy wylądowali na prawy brzeg Dziękczynnej?
W istocie należało pamiętać o tem, że owych sześciu ludzi, z którymi czółno roztrzaskało się o skały, wydobyło się na ląd w pobliżu przylądka Rozbitków.
Osadnicy spojrzeli w tę stronę, lecz nie dostrzegli nigdzie żadnego zbiega. Prawdopodobnie na widok tonącego okrętu uciekli wszyscy w głąb wyspy.
— Zajmiemy się nimi później, rzekł Cyrus Smith. Mogą być jeszcze niebezpiecznymi, bo są dobrze uzbrojeni, lecz w końcu sześciu przeciwko sześciu, szanse równe. Zabierzmy się więc teraz do tego, co pilniejsze.
Ayrton z Pencroffem wsiedli do czółna i pomknęli dziarsko na połów pływających po morzu szczątków z okrętu.
Morze było gładkie a stan wody wysoki, od dwóch dni bowiem trwał nów. Szkielet okrętu mógł wynurzyć się z pod wody dopiero za dobrą godzinę.
Ayrton z Pencroffem mieli dość czasu przymocować maszty i belki za pomocą lin, których końce wyrzucono na wybrzeże u podnóża Pałacu Granitowego. Tam osadnicy zjednoczonemi siłami przyciągnęli je do brzegu. Poczem pozbierano do czółna wszystkie inne przedmioty pływające po wodzie, kojce z drobiem, beczułki, skrzynie, i zniesiono takowe do „dymników.“
Morze wyrzuciło także kilka trupów. Między niemi poznał Ayrton także zwłoki Boba Harvey’a i wskazując je swemu towarzyszowi, rzekł głosem wzruszonym:
— Oto, czem byłem dawniej, Pencroffie!
— Lecz czem już dziś nie jesteś, zacny mój Ayrtonie! odparł marynarz.
Dziwnem było zaiste, że tak mało trupów wypłynęło na wierzch. Naliczono ich zaledwie pięć lub sześć, a odpływające morze unosiło je ze sobą w dal. Prawdopodobnie zbóje zaskoczeni tą nagłą katastrofą, nie mieli czasu do ucieczki, a gdy okręt przewalił się na bok, większa część została pod parapetami. Morze unosząc ze sobą zwłoki tych nędzników, oszczędziło tem samem osadnikom smutnego obowiązku pogrzebania ich na jakimś zakątku wyspy.
Przez dwie godziny Cyrus Smith ze swoimi towarzyszami zajęci byli wyłącznie holowaniem masztów na piasek nadbrzeżny, odczepianiem rejów, i wyciąganiem na suchy ląd żaglów całych zresztą i nietkniętych. Rozmawiali mało, bo ich ta robota zupełnie zaprzątała, lecz ileż myśli krzyżowało się po ich głowach! Statek ten albo raczej to, co w sobie zawierał, stanowiło dla nich prawdziwy skarb. Każdy okręt bowiem jest jakby świat mały, i zasoby osady wzbogaciły się wieloma pożytecznemi rzeczami. Była to „na wielkie rozmiary“ jakby druga taka skrzynia, jaką znaleźli niegdyś u przylądka Rozbitków.
— Ba, a co więcej — myślał w duchu Pencroff — dla czegożby nie można wydobyć tego okrętu na wierzch i naprawić go? Jeśli ma w sobie tylko dziurę, to przecież dziura da się zatkać, a okręt o trzystu do czterestu tonach pojemności to w porównaniu z Bonawenturą okręt co się zowie! na takim okręcie można daleko popłynąć. Można nim zapłynąć dokąd się chce! Pan Cyrus, Ayrton i ja, musimy tę rzecz zbadać należycie! Dalibóg warta tego!
W istocie jeśliby okręt zdolny był jeszcze do żeglugi, to widoki osadników wyspy Lincolna na powrót do ojczyzny zwiększyłyby się przez to niesłychanie! Aby módz jednak rozstrzygnąć tę ważną kwestję, trzeba było czekać, aż woda opadnie, a tem samem można będzie zbadać ściśle stan okrętu.
Gdy już ocalone z okrętu przedmioty złożone zostały w bezpiecznem miejscu, Cyrus Smith z towarzyszami swoimi poświęcili kilka chwil na zjedzenie śniadania. Literalnie umierali z głodu. Na szczęście nie daleko była spiżarnia, a Nab wziął na siebie urząd intendenta. Zastawiono śniadanie koło „dymników,“ a podczas jedzenia o niczem oczywiście innem nie rozmawiano, jak o niespodziewanem zdarzeniu, które w sposób tak cudowny ocaliło osadę.
— Już to co cudowny to cudowny — powtarzał Pencroff — bo trzeba przyznać, że te draby w sam czas wyleciały w powietrze! Dziwnie niewygodnie zaczynało już być w Pałacu Granitowym.
— A jakże sądzisz, Pencroffie — zapytał korespondent — jakim się to stało sposobem i co mogło spowodować to wysadzenie okrętu w powietrze?
— E! panie Spilecie, to rzecz bardzo prosta — odparł Pencroff. — Na okręcie korsarskim nie ma takiego porządku jak na statku wojennym! Co zbóje to nie majtkowie! A to rzecz pewna, że składy prochowe były otwarte, bo nas kartaczowali bez przestanku, a dość jednej nieostrożności lub niezgrabności, by całą maszynę wysadzić w powietrze!
— Co mnie zaś dziwi, panie Cyrusie — ozwał się Harbert — to, że wybuch ten tak mały sprawił skutek. Huk nie był bardzo silny, a wszystkiego razem nie wiele belek i dylów zostało powyrywanych. Zdawałoby się, że okręt raczej zatonął niż został wysadzony.
— To cię dziwi, moje dziecko? — zapytał inżynier.
— Tak, panie Cyrusie.
— I mnie to także dziwi, Harbercie — odparł inżynier — skoro się jednak przypatrzymy z bliska okrętowi, to się nam niezawodnie wyjaśni ta zagadka.
— A ba! panie Cyrusie — rzekł Pencroff — przecież nie zechcesz pan utrzymywać, że Speedy zatonął po prostu wskutek uderzenia o skałę?
— Czemużby nie? — zauważył Nab — jeżeli są jakie skały ukryte w kanale?
— Wybornyś mój Nabie — odparł Pencroff. — Widać, żeś dobrze nie patrzył. Ja widziałem wyraźnie jak okręt na chwilę przed zatonięciem, podniósł się naprzód na olbrzymiej fali, a potem spadając przysiadł na tyle. Otóż gdyby był po prostu uderzył o skałę, byłby zatonął spokojnie, jak przystało na uczciwy okręt, kiedy idzie na spód.
— Otóż to właśnie, że to nie był okręt uczciwy! — odparł Nab.
— Wreszcie przekonamy się o tem wkrótce, Pencroffie — rzekł inżynier.
— Zapewne, że się przekonamy — dodał marynarz — ale ja stawię głowę w zakład, że nie ma żadnych skał w kanale. Na dobrą sprawę, panie Cyrusie, czy pan i w tem zdarzeniu upatrujesz coś cudownego?
Cyrus Smith nic na to nie odpowiedział.
— Bądź co bądź — rzekł Gedeon Spilett — czy to się stało wskutek uderzenia o skałę, czy wskutek wybuchu, przyznasz Pencroffie, że się stało w sam czas!
— Zapewne!... zapewne!... — odparł marynarz... — lecz tu nie o to chodzi. Ja się pytam pana Smitha, czy upatruje w tem wszystkiem coś nadnaturalnego.
— Ja nie wypowiadam w tej mierze żadnego zdania, Pencroffie — rzekł inżynier. — Nie mam na to innej odpowiedzi.
Odpowiedź ta jednak bynajmniej nie zadowoliła Pencroffa. Obstawał za eksplozją i nie chciał w żaden sposób porzucić swojego zdania, ani zgodzić się na to, ażeby w tym kanale, którego całe dno składało się z takiego samego drobnego piasku jak wybrzeże, i który nieraz w czasie odpływu przebywał w bród, miały ukrywać się nieznane jakieś skały. A zresztą w chwili gdy okręt zatonął, był przypływ, to jest: że było więcej wody niż potrzeba było statkowi, aby wolno przepłynął, nie potrąciwszy o skały niedostrzeżone podczas odpływu morza. A zatem okręt nie mógł trącić o żadną skałę. A zatem nie rozbił się, lecz wysadzony został w powietrze.
Trzeba przyznać, że rozumowanie marynarza nie było pozbawione wszelkiej słuszności.
Około godziny wpół do drugiej z południa wsiedli osadnicy do czółna i popłynęli w miejsce, gdzie okręt był zatonął. Żałowali, że oba czółna należące do statku nie zostały ocalone; lecz jedno z nich, jak wiemy, rozbiło się u ujścia Dziękczynnej, i było zupełnie nie do użytku; drugie zaś pociągnął za sobą w głąb okręt tonący, i nie wyszło więcej na wierzch.
W tej chwili szkielet Speedy’ego począł wynurzać się z pod wody. Okręt leżał więcej niżeli na boku, balast jego bowiem, wskutek przewrócenia się statku, przewalił się cały na jedną stronę i ciężarem swoim podruzgotał maszty, tak że okręt leżał prawie do góry dnem. Jakieś niewytłumaczone ale straszliwe wstrząśnienie podwodne, które jednocześnie objawiło się za pomocą olbrzymiej trąby wodnej, przewrociło snać statek.
Osadnicy okrążyli dokoła cały okręt, i w miarę jak woda opadała, odsłaniały się im, jeśli nie sama przyczyna katastrofy, to przynajmniej skutki przez nią sprawione.
Na przodzie okrętu, z obu stron dzióba, na siedm lub ośm stóp przedtem, nim się zaczyna szkielet, boczne ściany były straszliwie poszarpane, na długość najmniej dwudziestu stóp. Tu znajdowały się dwa szerokie otwory, przez które woda wciskała się do statku, a których niepodobnaby było zatkać. Nie tylko całe obicie z blachy miedzianej i tramy zginęły do szczętu, na proch zapewne zmiażdżone, ale nawet oklepkowanie, kołki żelazne, skoble i nity zniknęły bez śladu. Wzdłuż całego pudła, ku tyłowi okrętu, wszystkie klamry porozrywane puściły. Tokmaszt wyrwany został niepojętą siłą, a sam przód okrętu wydarty z tułowu, pękł cały na pozdłuż.
— Do kroćset djabłów! zawołał Pencroff. Trudno już będzie złatać ten okręt do kupy!
— Niepodobna — rzekł Ayrton.
— Na wszelki wypadek — rzekł Gedeon Spilett do marynarza — jeśli to w samej rzeczy była eksplozja, to dziwny sprawiła skutek! Rozsadziła spodnie części pudła okrętowego zamiast wysadzić w górę pokład i ponadwodne części statku! Te szerokie pęknięcia zdają się pochodzić raczej od uderzenia statku o skałę, niżeli od wybuchu prochowego!
— Nie ma skał żadnych w kanale! — odparł marynarz. — Przyznam wam wszystko co chcecie, z wyjątkiem skał podwodnych!
— Starajmy się wejść do środka okrętu — rzekł na to inżynier. — Tym sposobem dowiemy się może, czemu przypisać mamy zagładę okrętu.
Była to rada najlepsza, a zresztą należało wejść czem prędzej w posiadanie bogactw nagromadzonych na okręcie i złożyć takowe w bezpiecznem miejscu.
Wejście do wnętrza okrętu było teraz łatwe. Woda wciąż opadała, a po spodniej części pokładu, która u wywróconego teraz statku stanowiła część wierzchnią, można było chodzić wygodnie. W kilku miejscach tylko załamał go balast składający się z ciężkich brył stopionego żelaza. Słychać było szmer wody wciskającej się przez szczeliny w pudle okrętowem.
Cyrus Smith z towarzyszami swymi, z siekierami w rękach, postępowali po wpół załamanym pokładzie. Był on cały zawalony rozmaitego rodzaju skrzyniami, a ponieważ skrzynie te bardzo krótki czas tylko zostawały we wodzie, łatwo zatem być mogło, że woda nie popsuła jeszcze zawartych w nich przedmiotów.
Pracowano więc nad tem, by cały ten ładunek złożyć w miejscu bezpiecznem. Woda miała dopiero za kilka godzin powrócić i z tych kilku godzin zrobiono jak najlepszy użytek. Ayrton z Pencroffem przeciągnęli przez dziurę w pudle okrętowem blok, na którym wyciągali do góry beczułki i skrzynie. Pakowano je do czółna i odwożono natychmiast na brzeg. Brano zaś bez różnicy wszystko, odkładając na później przebrakowanie znalezionych rzeczy.
Bądź co bądź przekonali się osadnicy wkrótce ku wielkiemu swojemu zadowoleniu, że okręt posiadał ładunek złożony z najrozmaitszych artykułów, narzędzi, utworów rękodzielniczych i przyrządów, jakiemi zwykły zaopatrywać się statki podejmujące wielką żeglugę do wysp Polynezyjskich. Spodziewali się więc znaleść wszystkiego po trochę, a tego właśnie potrzeba było osadzie linkolnskiej.
Cyrus Smith zauważył jednak ku wielkiemu acz utajonemu zdziwieniu swemu, że nietylko pudło okrętowe, jak to był przewidział, ucierpiało niezmiernie od jakiegoś uderzenia, które spowodowało katastrofę, lecz także całe wewnętrzne urządzenie statku zwłaszcza z przodu, zostało zniszczone. Ściany i przegrody były podruzgotane, jakgdyby straszliwy granat jaki pękł był w środku okrętu. Osadnicy mogli wygodnie przechadzać się po okręcie od przodu aż do samego tyłu, w miarę jak uprzątywali i zabierali skrzynie. Nie były to zaś ciężkie paki trudne do udźwignięcia, lecz zwyczajne skrzynie, których zewnętrzne opakowanie było już zniszczone.
Osadnicy dostali się w ten sposób aż na tył okrętu, w miejsce gdzie znajdowała się dawniej kajuta oficerska. Według wskazówki Ayrtona tu należało szukać składów prochowych. Cyrus Smith sądził, że na wypadek jeśli w nich wybuch nie nastąpił, kilka beczułek dałoby się może ocalić, w nadziei że woda nie tknęła prochu otoczonego zazwyczaj powłoką z kruszcu.
Tak się stało w istocie. Wśród stosów kul i pocisków znaleziono około dwadzieścia beczułek wyłożonych wewnątrz blachą miedzianą i wyciągnięto takowe z jaknajwiększą ostrożnością. Pencroff przekonał się teraz własnemi oczyma, że Speedy nie został zniszczony przez eksplozję. Właśnie ta część pudła w której znajdowały się składy prochu, ucierpiała najmniej.
— Niech i tak będzie! odparł uparty marynarz, ale co się tyczy skał, to żadnych skał nie ma w całym kanale!
— Więc jakimże to się stało sposobem? zapytał Harbert.
— Ja nic nie wiem, odparł Pencroff, pan Cyrus także nic nie wie i nikt nic nie wie, i nigdy wiedzieć nie będzie!
Kilka godzin upłynęło wśród tych rozmaitych poszukiwań i przypływ dawał się już czuć. Trzeba było zawiesić dalsze wyładowanie statku. Zresztą nie było obawy, ażeby morze zabrało ze sobą szkielet okrętu, przymocowano go bowiem tak silnie, jakgdyby spoczywał na dwóch złożonych na krzyż kotwicach.
Można było zatem spokojnie oczekiwać przyszłego odpływu, by na nowo rozpocząć robotę. Lecz co do okrętu samego, ten skazany był na zagładę i trzeba się było spieszyć nawet by ocalić choć szczątki pudła, zanim utonie w lotnym piasku na dnie kanału.
Była wtedy godzina piąta z wieczora. Ciężki to był dzień dla osadników. Z wielkim więc apetytem zjedli objad, poczem, pomimo znużenia, jakie czuli, nie mogli poskromić w sobie chęci przepatrzenia skrzyń, z których się składał ładunek Speedy’ego.
Większa ich część zawierała gotowe już ubrania, które powitano oczywiście z wielkiem zadowoleniem. Było teraz czem odziać, zaopatrzyć w bieliznę i w obuwie choćby całą wielką osadę.
— Oto z nas teraz bogacze! zawołał Pencroff. — Cóż my poczniemy z tem wszystkiem?
I co chwila wydobywały się z ust rozochoconego marynarza grzmiące „hurra“ na widok beczułek z wódką cukrową, fasek z tytoniem, broni palnej i ręcznej, całych bel bawełny, narzędzi roboczych, ciesielskich, stolarskich, skrzyń ze zbożem rozmaitego gatunku, i tym podobnych rzeczy, którym krótki pobyt we wodzie wcale nie zaszkodził. Ach! jak pożądane byłyby były te przedmioty dwa lata temu! Mimo to i teraz, chociaż osadnicy własnym przemysłem do wszystkiego sobie dopomogli, skarby te przydały się bardzo.
Nie brakło na nic miejsca w składach Pałacu Granitowego, tego dnia jednak nie było już czasu na zmagazynowanie wszystkiego. Trzeba jednak było pamiętać o tem, że owych sześciu zbójów z załogi Speedy’ego znajdowało się na wyspie, że byli to zapewne łotry pierwszego rzędu, i że trzeba się było mieć przed nimi na baczności. Pomimo że most na Dziękczynnej i wszystkie mostki były zwiedzione, zbóje tacy nie daliby się zapewne odstraszyć rzeką jaką lub potokiem, a wiedzeni rozpaczą, mogli być niebezpiecznymi.
Później miano zastanowić się nad tem, jak względem nich postąpić, tymczasem zaś trzeba było odbywać straż nad skrzyniami i pakami nagromadzonemi koło „dymników,“ czemu też osadnicy kolejno przez całą noc się oddawali.
Noc upłynęła jednak bez żadnego napadu ze strony zbójów. Panowie Jow i Top, strzegący Pałacu Granitowego, byliby ich niezawodnie natychmiast zdradzili.
Przez trzy dni następne, to jest 19, 20 i 21 października, wynoszono z okrętu wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość lub użyteczność, tak z rzeczy znajdujących się w nim, jak i ze zewnętrznych jego przyrządów i przyborów. Podczas odpływu morza wyładowywano okręt. Podczas przypływu składano wyratowane przedmioty do magazynu. Wielką część miedzianego obicia okrętu zdarto z pudła, które z każdym dniem zapadało głębiej. Zanim jednak piasek pochłonął cięższe przedmioty leżące na dnie kanału, Ayrton z Pencroffem spuściwszy się kilkakrotnie na dno, znaleźli tam łańcuchy i kotwicy okrętowe, żelazne bryły balastu a nawet owe cztery działa, które wydźwignęli na wierzch wody zapomocą próżnych beczułek i wyciągnęli na ląd.
Tak więc nietylko spiżarnie i składy Pałacu Granitowego ale i zbrojownia została wzbogaconą przedmiotami ocalonemi z okrętu. Pencroff, entuzjastyczny jak zawsze w swych projektach, rozprawiał już o postawieniu baterji, któraby ostrzeliwać mogła kanał i ujście rzeki. Temi czterma działami gotów był powstrzymać całą flotę, „chociażby nie wiedzieć jak potężną“ od zbliżenia się do wyspy Lincolna!
Po tem wszystkiem, gdy już z całego okrętu pozostał tylko bezużyteczny szkielet, nadeszła burza i zniszczyła go do reszty. Cyrus Smith miał zamiar wysadzić go w powietrze, by potem szczątki z niego pozbierać na brzeg, lecz silny wicher północno-wschodni i morze wburzone oszczędziły mu trudu i prochu.
W samej rzeczy, w nocy z 23 na 24 października, szkielet okrętu został zupełnie zgruchotany, a część jego szczątków wyrzuciła woda na brzeg.
Co się tyczy papierów i dokumentów okrętowych, rozumie się, że pomimo najstaranniejszego przetrząśnienia wszystkich szaf i schowków w kajucie oficerskiej, ani śladu ich nie znalazł nigdzie Cyrus Smith. Korsarze zniszczyli niezawodnie wszystko, co się odnosiło do kapitana lub właściciela Speedy’ego, a ponieważ na tylnej tablicy statku nie było wypisanej nazwy portu, do którego należał, nie było więc najmniejszego znaku, po którymby można było wnioskować o jego narodowości. Mimo to Pencroff i Ayrton z kształtu, jaki posiadał przód okrętu, sądzili, że pochodził z warsztatów angielskich.
W ośm dni po katastrofie, czyli raczej po szczęśliwem chociaż zagadkowem zdarzeniu, któremu osada zawdzięczała swe ocalenie, nie było już widać ani znaku z okrętu, nawet przy najniższym stanie wody. Szczątki jego rozpierzchły się na wszystkie strony a Pałac Granitowy wzbogacił się tem wszystkiem prawie, co statek zawierał.
Tymczasem jednak tajemnicza przyczyna jego zagłady, nie byłaby się była zapewne nigdy wyjaśniła, gdyby dnia 30 listopada, Nab, wałęsając się po wybrzeżu, nie był znalazł przypadkiem kawałka żelaznej rurki, na której widoczne były ślady eksplozji. Rurka ta była pokrzywioną i poszarpaną jak gdyby przez jaką masę eksplodującą.
Nab przyniósł ten kawałek żelaza swemu panu, który wraz z towarzyszami swoimi zajęty był właśnie jakąś robotą w „dymnikach.“
Cyrus Smith przypatrzył się uważnie rurce, poczem zwracając się do Pencroffa, rzekł:
— Więc ty, mój przyjacielu, zawsze jeszcze obstajesz przy tem, że Speedy nie zatonął wskutek rozbicia?
— Tak jest, panie Cyrusie, odparł marynarz. Pan wiesz tak dobrze jak ja, że nie ma żadnych skał w całym kanale.
— A cóż, jeżeli rozbił się o ten kawałek żelaza? zapytał inżynier pokazując złamaną rurkę.
— Co, o ten kawałek świstawki? zawołał Pencroff tonem zupełnego niedowierzania.
— Przyjaciele, rzekł na to Cyrus Smith, czy przypominacie sobie, że okręt, zanim zatonął, podrzucony został w górę przez rodzaj trąby wodnej?
— Tak jest, panie Cyrusie! odparł Harbert.
— Dobrze, a chcecie wiedzieć teraz, skąd powstała owa trąba? Oto z tego, rzekł inżynier wskazując na rurkę.
— Z tego? zapytał Pencroff.
— Tak jest! rurka ta jest resztką torpilu!
— Torpilu! zawołali chórem towarzysze inżyniera.
— A któż tam podłożył ten torpil? zagadnął Pencroff, nie chcąc się jeszcze poddać.
— Tyle tylko wam mogę powiedzieć, że nie ja! odparł Cyrus Smith, lecz torpil ten znajdował się tam z pewnością, a byliście sami w możności osądzić nieporównaną moc jego skutku!






ROZDZIAŁ V.
(Twierdzenia inżyniera. — Olbrzymie hipotezy Pencroffa. — Baterja napowietrzna. — Cztery wystrzały. — Rozmowa o piratach. — Ayrton się waha. — Wspaniałomyślność Cyrusa Smitha. — Pencroff poddaje się z żalem.)

Tak więc wszystko się wyjaśniało podmorskim wybuchem torpilli. Cyrus Smith, któremu podczas wojny amerykańskiej nieraz zdarzała się sposobność wyprobowania tych straszliwych narzędzi zniszczenia, — nie mógł się mylić w tym razie. Nie ulegało wątpliwości, że to pod działaniem takiego cylindra, naładowanego substancją wybuchającą, nitrogliceryną, czy też inną materją tegoż samego rodzaju — wody kanału podniosły się na kształt trąby powietrznej i bryg zdruzgotany w swoich fundamentach, zatonął w mgnieniu oka. Tem także tłumaczyła się następnie zupełna niemożebność naprawienia statku, takim spustoszeniom uległo jego pudło. Torpilli, zdolny zniszczyć pancerną fregatę tak łacno jak łódź rybacką, — Speedy nie mógł się oprzeć!
Tak, wszystko się wyjaśniało, wszystko... oprócz tego, jakim sposobem torpilla znalazła się pod wodami kanału.
— Moi przyjaciele, — zaczął tedy na nowo po chwili Cyrus Smith, nie możemy już dłużej wątpić o obecności jakiejś istoty tajemniczej, jakiegoś nam może podobnego rozbitka, opuszczonego przez swoich na tej wyspie. A mówię to dla tego, ażeby Ayrtona wtajemniczyć w te wszystkie dziwy, które nam się zdarzyły od dwóch lat. Kto jest tym dobroczynnym nieznajomym, którego zbawiennej pomocy doznaliśmy w tylu okolicznościach — tego wyobrazić sobie nie mogę. Co go skłania do takiego postępowania, do ukrywania się po tylu oddanych nam przysługach? I to rzecz dla mnie nie do pojęcia. Nie mniej jednak, przysługi owe są rzeczywiste i należą do rzędu tych, które mógł oddać tylko człowiek rozporządzający cudowną prawie władzą. Ayrton zawdzięcza mu tyle co i my, jeżeli bowiem tym, który mnie wydobył z fal po spadnięciu balonu, był tajemniczy nieznajomy, to widocznie także on a nie kto inny napisał ów dokument, puścił butelkę ową na wody kanału i tym sposobem zapoznał nas z położeniem naszego towarzysza. Dodam i to, że skrzynię ową, tak wybornie zaopatrzoną we wszystko czego nam brakowało, — on to musiał spławić i wyrzucić na ląd przy przylądku Rozbitków, — że ów ogień umieszczony na wyżynach wyspy, dzięki któremu zdołaliście dobić do niej — zapalony był jego ręką, — że ziarnko śrótu znalezione w ciele pekarysa pochodziło z jego broni, — że tę torpillę, która zniszczyła bryg, on zagłębił w wody kanału; słowem, że te wszystkie niepojęte zdarzenia, z których sobie zdać nie mogliśmy sprawy, winniśmy tej tajemniczej istocie. Ktokolwiek więc jest ów człowiek, rozbitek czy wygnaniec, bylibyśmy niewdzięcznikami gdybyśmy choć przez chwilę uważali się za wolnych od wszelkiego obowiązku względem niego. Zaciągnęliśmy dług — i mam nadzieję że go kiedyś spłacimy.
— Słusznie mówisz, drogi Cyrusie — odpowiedział Gedeon Spilett. Tak, znajduje się istota, prawie wszechmocna, ukryta kędyś na tej wyspie, a której wpływ osobliwie był pożytecznym dla naszej osady. A dodać jeszcze i to potrzeba, że ten nieznajomy zdaje się rozporządzać środkami, graniczącemi prawie z siłą nadprzyrodzoną, gdyby w zdarzeniach tego życia działanie sił nadprzyrodzonych przyjąć było można. Onże to wchodzi z nami w skryty stosunek za pośrednictwem studni w Granitowym Pałacu — i czyż tym sposobem dowiaduje się o wszystkich naszych zamiarach? Czyż to on podsunął nam ową butelkę, gdy łódź nasza robiła pierwszą wycieczkę na morze? Onże to wyrzucił Topa z wód jeziora a zadał śmierć dugongowi? Czyż to on — jak zresztą wszystko wierzyć każe — wyratował ciebie z fal morskich, Cyrusie, i to w okolicznościach takich, w których istota posiadająca siłę tylko ludzką, nicby zdziałać nie była zdołała? Jeżeli on to wszystko uczynił, to zaiste posiada potęgę, dającą mu władzę nad żywiołami.
Uwaga korespondenta była nader słuszną i wszyscy to dobrze uczuli.
— W samej rzeczy — odrzekł Cyrus — jeżeli pomoc istoty ludzkiej nie jest już bynajmniej dla nas wątpliwą, to przyznaję, że ma ona do rozporządzenia środki, przechodzące zwyczajną możność ludzką. W tem właśnie jeszcze leży tajemnica — jeżeli jednak uda się nam odkryć człowieka i tajemnica się odkryje, kwestja więc tak stoi: czy powinniśmy uszanować incognito tej wspaniałomyślnej istoty, — czy też nie oszczędzać niczego dla zbliżenia się do niej? Jakież macie zdanie w tym względzie?
— Ja sądzę, — odrzekł Pencroff, — że mniejsza ktoby on tam nie był, dzielne to człowieczysko posiada cały mój szacunek.
— Zgoda! — odezwał się Cyrus Smith — ale to jeszcze nie odpowiedź, Pencroffie.
— Mój panie, — wtrącił w tem miejscu Nab — mnie się zdaje, że możemy szukać, ile nam się podoba pana, o którym mowa — a nie odkryjemy go, aż wtedy, kiedy to jemu się podoba.
— Wiesz, że to nie głupie, coś powiedział Nabie, zawołał Pencroff.
— I ja podzielam zdanie Naba, odezwał się Gedeon Spilett, ale nie widzę jeszcze w tem racji, ażebyśmy się mieli wyrzec próby. Czy odkryjemy, czy też nie, tę tajemniczą istotę, spełnimy przynajmniej nasz obowiązek względem niej.
— A ty moje dziecko co sądzisz o tem? — rzekł inżynier, zwracając się do Harberta.
— Ach! — zawołał Harbert z płomieniejącem okiem, jakżebym chciał podziękować człowiekowi, który uratował najprzód pana a potem nas wszystkich.
— Nie zły gust ma ten chłopiec, — odparł Pencroff — a ja myślisz, że nie? — a my wszyscy!... Nie należę do ciekawskich, ale dalipan dałbym jedno z moich zdrowych oczu, za przyjemność spojrzenia twarz w twarz temu obywatelowi? Zdaje mi się, że musi być piękny, wysoki, silny, i spoczywa na obłokach, trzymając wielką banię w rękach.
— Ależ Pencroffie, — zawołał Gedeon Spilett — toż to obraz Boga Ojca nam rysujesz.
— Bardzo być może, panie Spilett — odparł marynarz — ile ja sobie tego tajemniczego tak przedstawiam.
— A jakież pańskie zdanie pod tym względem, Ayrtonie? — spytał inżynier.
— Panie Smith, — odparł Ayrton — ja nie mam tutaj bynajmniej zdania. Co zrobisz będzie dobre. Jeżeli pozwolisz mi wziąć udział w waszych poszukiwaniach, znajdziesz mnie pan w pogotowiu, każdej chwili.
— Dziękuję panu za tę gotowość Ayrtonie — odparł Cyrus Smith — ale radbym usłyszeć od ciebie wyraźniejszą odpowiedź na moje pytanie. Jesteś naszym towarzyszem, — nieraz już narażałeś się dla nas, jak wszyscy więc inni tutaj i ty masz prawo do rady, skoro idzie o powzięcie ważnego postanowienia. Mów więc.
— Panie Smith — odezwał się na to Ayrton — co do mnie, sądzę, że nie powinniśmy zaniedbać niczego ku odnalezieniu tego nieznanego dobroczyńcy. Kto wie, może jest samotny, — może cierpi? Może życie jego potrzebuje odrodzenia. I ja, jak to pan sam wspomniałeś, zaciągnąłem względem niego dług wdzięczności. On to bowiem, nikt inny tylko on przybył na wyspę Tabor, znalazł tam nędzarza, któregoście poznali i dał wam znać — o nieszczęśliwym potrzebującym ratunku. Jemu to więc zawdzięczam powrót do godności ludzkiej. O nie, nigdy tego nie zapomnę!
— Więc rzecz postanowiona, odezwał się Cyrus Smith. Zaczniemy poszukiwania o ile możności najprędzej. Nie zostawimy ani cząsteczki wyspy bez zbadania. Przeszukamy ją aż do najtajniejszych kryjówek, a nieznany przyjaciel przebaczy nam to przez wzgląd na intencję naszą.
Przez kilka dni osadnicy oddali się z gorliwością pracom około zbioru siana i zboża. Przed ostatecznem zabraniem się do zbadania nieznanych jeszcze części wyspy, postanowili ukończyć wszelkie niezbędne roboty. Była to także pora zbioru rozmaitych jarzyn pochodzących z roślin sprowadzonych z wyspy Tabor. Szło już tylko o pomieszczenie wszystkiego na składzie, ku czemu na szczęście nie brakło miejsca w Granitowym Pałacu. Wszystkie bogactwa wyspy dałyby się były tam władować. Złożono tedy tam wszystkie produkta w metodycznym porządku i w zupełnem bezpieczeństwie od szkody tak ze strony ludzi jak i zwierząt.
Nie było co także obawiać się najmniejszej nawet wilgoci w śród tych grubych granitowych murów. Wiele z naturalnych zagłębień, znajdujących się w wyższym korytarzu powiększono i rozkopano bądź to oskardem, bądź miną — i tym sposobem pałac Granitowy stał się magazynem głównym, mieszczącym w sobie zapasy żywności, amunicję, narzędzia i sprzęty zbywające, — słowem wszystkie nieruchomości osady.
Co do armat pochodzących z brygu, piękne te okazy z lanej stali, na natarczywe żądania Pencroffa wywindowano za pośrednictwem bloków prawie aż do wchodu pałacu Granitowego; następnie urządzono strzelnice pomiędzy oknami i wkrótce można było ujrzeć błyszczące paszcze tych niszczycielek wychylające się z granitowego muru. Z tej wyżyny armaty panowały rzeczywiście nad całą zatoką Unji. Utworzył się ztąd rodzaj małego Gibraltaru i każdy okręt, któryby starał podpłynąć pod wysepkę byłby wystawiony niechybnie na ogień tej napowietrznej baterji.
— Panie Cyrusie — odezwał się pewnego dnia Pencroff, było to 8 listopada — teraz kiedyśmy już dokończyli uzbrojenia, — wartoby było sprobować doniosłości naszych pukawek.
— Czy sądzisz, że to potrzebne? odpowiedział inżynier.
— Co potrzebne? — niezbędne! Bez tego zkądże się dowiemy na jaką odległość można będzie wysłać jednę z tych pięknych kul, w które jesteśmy zaopatrzeni.
— Zróbmy więc próbę, Pencroffie — odrzekł inżynier — i to z wszelką ostrożnością.
Inżynier był pewny, że działa te są doskonałego wyrobu — a znał się na tem. Były one z kutej stali, nabijane z tyłu i ztąd zdawały się zdolnemi do znoszenia znacznego ładunku a pocisk z nich wyrzucony powinien był mieć ogromną doniosłość.
I w istocie, jeżeli idzie o rzeczywisty pożytek z wystrzału, linia biegu spisana przez kulę winna być o ile możności wytężoną, — wytężenie to zaś daje się uzyskać jedynie wtedy, gdy pocisk posiada bardzo wielką szybkość początkową.
— O! — rzekł Cyrus Smith do towarzyszy. — A szybkość początkowa znowu powstaje w prostym stosunku do ilości zużytego prochu — przy fabrykacji dział tedy, najważniejszą jest kwestją, aby użyć do nich metalu posiadającego w jak najwyższym stopniu siłę oporu. Takim zaś metalem jest niewątpliwie stal. Sądzę tedy, że działa nasze znoszą bez szwanku napór gazów z bawełny strzelniczej, i wydadzą wyborne rezultaty.
— O wiele wzmocni się jeszcze ta pewność nasza, skoro je wypróbujemy — odrzekł Pencroff.
Rozumie się samo przez się, że wszystkie cztery armaty były w jak najlepszym stanie. Od czasu wydobycia ich z wody marynarz poświęcił się sumiennemu ich odczyszczeniu. Ileż godzin strawił na wycieraniu ich, wysmarowaniu tłuszczem, rozebraniu i opatrzeniu całego mechanizmu, zatyczki, zamka, śruby. I obecnie działka te miały tak lśniącą powierzchowność, jak gdyby znajdowały się na pokładzie fregaty należącej do marynarki Stanów Zjednoczonych.
Tegoż samego więc dnia, w obecności całego składu osady, z Jowem i Topem włącznie, sprobowano kolejno wszystkich czterech armatek. Nabito je bawełną strzelniczą, biorąc w rachubę jej siłę wybuchu, która jak to już wspomnieliśmy, jest cztery razy większą od siły zwyczajnego prochu. Pocisk przeznaczony do próby był walcowato-stożkowy.
Pencroff trzymając w ręku sznur komunikujący z podpałką stał w pogotowiu do dania ognia.
Na znak dany przez Cyrusa Smitha zagrzmiał wystrzał, kula skierowana na morze, przeszła po nad wysepką i przepadła w falach w odległości, której zresztą ściśle nie podobna było ocenić.
Drugą armatę wycelowano do najdalszych skał przylądku Rozbitków, a kula z niej uderzywszy w ostry głaz, w odległości blisko trzech mil od Granitowego pałacu, roztrzaskała go na części.
Armatę tę Harbert wycelował i dał z niej ognia, to też dumny był z tej pierwszej a tak pomyślnej próby swego oka. Pencroff chyba tylko był od niego z tego dumniejszy! Taki świetny strzał, i cały ztąd zaszczyt spływał na jego ukochane dziecię.
Trzeci pocisk, puszczony na ten raz ku ławom prosto, tworzącym wyższe wybrzeże zatoki Unji, uderzył w piasek w odległości co najmniej mil czterech; a potem odbiwszy się, przepadł w morzu pośród obłoku piany.
Gdy przyszła kolej na czwarte działo, Cyrus Smith przesadził nieco nabój, ażeby wymiarkować najwyższą doniosłość broni. Poczem, skoro wszyscy usunęli się na bok na przypadek pęknięcia działa, zapalono na panewce za pośrednictwem długiego sznura.
Gwałtowny huk dał się słyszeć, ale działo nie pękło, i osadnicy, rzuciwszy się do okna, mogli widzieć kulę obtrącającą skały przylądka Szczęk, w odległości blisko pięciomilowej od Pałacu Granitowego i ginącą w zatoce Rekina.
— A cóż, panie Cyrus — zawołał Pencroff, którego rozgłośne hurra! mogły rywalizować z hukiem wystrzałów — no, co pan powiesz o naszej baterji. Niech się tu pokażą przed Granitowym pałacem wszyscy korsarze Oceanu. Nikt teraz nie zdoła wylądować bez naszego pozwolenia.
— Wierzaj mi Pencroffie — odrzekł inżynier — lepiej będzie nie przekonywać się o tem.
— Ale! ale — ciągnął dalej marynarz — z sześcioma łotrami, którzy się włóczą po wyspie, cóż zrobimy? Pozwolimyż im przebiegać bezkarnie nasze lasy, nasze pola, nasze łąki? Tożto prawdziwe jaguary, ci zbóje, i sądzę, że powinniśmy bez wahania obejść się z nimi, jak z takim gatunkiem bestyj? Cóż myślisz o tem, Ayrtonie? — dodał Pencroff obracając się do swego towarzysza.
Ayrton zawahał się przez chwilę z odpowiedzią — a Cyrusowi Smithowi żal się zrobiło, że Pencroff przez rozstrzepanie zwrócił się z taką kwestją do Ayrtona. Mocno go więc wzruszyło, gdy Ayrton odrzekł pokornym tonem.
— I ja byłem jednym z tych jaguarów, panie Pencroff, nie mam więc w tej mierze głosu....
I oddalił się powolnym krokiem.
Pencroff teraz dopiero pojął swoją winę.
— A co za piekielne bydlę ze mnie! — wykrzyknął — Biedny Ayrton. On nie ma głosu tutaj!... Ma go tyle, co ktokolwiek bądź z nas najlepszy!...
— Niewątpliwie — rzekł Gedeon Spilett — ale pokora ta zaszczyt mu przynosi, i godzi się uszanować żywe w nim jeszcze uczucie smutnej jego przeszłości.
— Zrozumiałem, panie Spilett — odpowiedział marynarz — i nikt mnie już na takim bąku nie złapie! Wolałbym połknąć własny język, aniżeli sprawić najmniejsze zmartwienie Ayrtonowi. Wróćmy jednak do przedmiotu. Myślę, że ci zbóje nie mają prawa do jakiegokolwiek miłosierdzia, i że należałoby od nich co prędzej uwolnić wyspę...
— Czy to ostateczne zdanie twoje, Pencroffie? — spytał inżynier.
— Najostateczniejsze.
— I przed rozpoczęciem bezwzględnego ich prześladowania, nie czekałbyś na jaki nowy objaw wrogiego ich dla nas usposobienia?
— Jakto? więc dotychczasowe ich figle nie wystarczą — spytał Pencroff nie pojmujący tych wszystkich wahań.
— Mogą przecież przejąć się lepszemi chęciami, uczuć skruchę — rzekł Cyrus Smith!
— Uczuć skruchę? Oni! — zawołał marynarz wzruszając ramionami.
— Pencroffie, wspomnij na Ayrtona — zawołał Harbert, biorąc marynarza za rękę. Nie stałże się znowu uczciwym człowiekiem?
Pencroff popatrzył się z kolei po wszystkich towarzyszach. Nigdyby mu do głowy nawet nie przyszło, że propozycja jego wyzwie jakieś wahanie. Prosta jego natura nie zdolna była nawet przypuścić jakichkolwiek kompromisów z łotrami, którzy wylądowali na wyspę, ze wspólnikami Boba Harveya, mordercami osady brygu Speedy! Zapatrywał się na nich, jak na dzikie bestje, które wytępić należało bez wahania się i wyrzutu.
— Hę? — rzekł. — Co to znaczy? Mam wszystkich przeciwko sobie. Chcecie się bawić we wspaniałomyślność z tymi nędznikami? No, niech i tak będzie. Ale bogdajbyśmy tego nigdy nie pożałowali!
— Jakież niebezpieczeństwo grozić nam może — spytał Harbert — jeżeli mieć się będziem na ostrożności?
— Hm! — ozwał się korespondent, nie wypowiadający widocznie w tej mierze ostatecznego zdania. — Jest ich sześciu i dobrze zbrojnych. Niech tylko każdy z nich zaczai się w innym kącie i strzeli do jednego z nas, a w krótkim czasie staną się panami osady.
— Dla czego tego nie zrobili dotąd? — odparł Harbert. — Bezwątpienia dla tego, że nie było to w ich interesie. Zresztą nas jest sześciu.
— No! no! dobrze — odciął Pencroff — nie mogący się poddać żadnemu rozumowaniu. Zostawmy tych poczciwców przy ich maleńkich zajęciach i nie myślmy już więcej o nich.
— No! no, Pencroffie — rzekł Nab — nie udawaj tak złośliwego człowieka! Gdyby jeden z tych nieszczęśliwych stał tu przed tobą na dobrą odległość strzału, nie strzeliłbyś do niego pewnie?
— Wypaliłbym jak do psa wściekłego, Nabie — odrzekł zimno Pencroff.
— Pencroffie — ozwał się inżynier — okazywałeś nieraz wiele względu na moje zdanie. Czy nie chciałbyś i w tej okoliczności zdać się na mnie?
— Zrobię co się panu podoba, panie Smith — odrzekł marynarz, bynajmniej nie przekonany.
— A więc czekajmy i nie uderzajmy, dopokąd na nas nie uderzą.
Taka zapadła uchwała co do sposobu postępowania z korsarzami, pomimo, że Pencroff nic ztąd dobrego nie wróżył. Postanowiono nie atakować ich, ale mieć się na ostrożności. Koniec końców wyspa była wielka i żyzna. Jeżeli jakie źdźbło uczciwości zostało na dnie duszy tych nędzników, zdarzała im się sposobność do poprawy. Czyż to nie było ich interesem dobrze zrozumianym, w tych nowych warunkach zacząć nowe życie? Tak, czy owak, choćby przez uczucie ludzkości tylko, należało poczekać. Wprawdzie tym sposobem osadnicy nie będą mieli tej samej co dawniej swobody kręcenia się tu i owdzie bez nieufności. Dotychczas potrzebowali tylko mieć się na baczności przed bestjami leśnemi, a teraz oto sześciu kajdaniarzy i to najgorszego może gatunku, włóczy się po wyspie. Była to sprawa nie mała niewątpliwie, i dla ludzi mniej odważnych zagrażająca zupełną utratą spokoju. Mniejsza oto wszystko! W danej chwili osadnicy mieli słuszność za sobą — wbrew Pencroffowi. Czy będą ją mieć i w przyszłości? To się pokaże.






ROZDZIAŁ VI.
(Projekta wyprawy. — Ayrton w zagrodzie dla bydła. — Odwidziny w Porcie Balonowym. — Uwagi Pencroffa na pokładzie Bonawentury. — Depesza wysłana do zagrody. — Nie ma odpowiedzi Ayrtona. — Wyprawa w dniu następnym. — Czemu drut nie funkcjonuje? — Wystrzał.)

Wśród tych wszystkich zajęć i zamiarów naczelną myślą osadników było zupełne zbadanie wyspy, już postanowione i obecnie mające cel podwójny, po pierwsze, odkryć tajemniczą istotę, której istnienie nie podlegało już dyskusji, a po drugie dowiedzieć się co się stało z piratami, jaką sobie wybrali kryjówkę, co porabiają i czego się z ich strony obawiać można. Cyrus Smith chciał natychmiast wybrać się w drogę, ponieważ jednak wyprawa miała zająć dni wiele, uznano za stosowne naładować wózek przedmiotami niezbędnemi do urządzenia obozowiska, oraz naczyniami i zapasami potrzebnemi w czasie przystanków. A jak na to w danej chwili jeden z onagasów zraniony w nogę, niezdatny był do zaprzęgu, a potrzeba mu było najmniej kilku dni spoczynku. Osądzono tedy, że bez szkody dla sprawy można odłożyć odjazd na tydzień, to jest na dzień 20go listopada.
Miesiąc listopad pod tą długością geograficzną odpowiada majowi stref północnych. Była to więc najpiękniejsza pora roku. Słońce dochodziło do znaku koziorożca, zaczynały się najdłuższe dni w roku. Był to więc czas najzupełniej pomyślny dla ułożonej wyprawy, która gdyby nawet nie osiągła głównego swojego celu, mogła być obfitą w odkrycia, szczególniej co do płodów przyrody, tem bardziej, że Cyrus Smith zamierzył przepatrzeć owe gęste lasy Zachodniej Ręki, rozciągające się aż do krańca półwyspu Wężowego.
W ciągu dziewięciu dni, poprzedzających odjazd, postanowiono przyłożyć się do ostatnich robót na Wielkiej Terasie.
Koniecznością jednak było, ażeby Ayrton powrócił do zagrody, gdzie przyswojone zwierzęta wymagały jego opieki. Zadecydowano tedy, że przepędzi tam dwa dni, i że powróci do Pałacu Granitowego dopiero po hojnem zaopatrzeniu oborek.
W chwili, gdy wyruszał w drogę, Cyrus Smith go zapytał, czy nie życzy sobie, aby mu kto z nich towarzyszył, jednocześnie zwracając uwagę jego na tę okoliczność, że wyspa dziś stała się mniej pewną, niż była dawniej.
Ayrton odrzekł, że toby się na nic nie zdało, że da sobie rady, i że zresztą niczego się nie boi. Gdyby zaś jaki wypadek zdarzył się w zagrodzie lub w jej pobliżu, przyobiecał oznajmić o tem niezwłocznie osadnikom za pośrednictwem telegrafu.
Po takiem porozumieniu się, o świcie wyruszył Ayrton z Granitowego Pałacu, biorąc z sobą wózek, zaprzężony tylko w jednego onagasa, a w dwie godziny potem młotek elektryczny oznajmiał, że w zagrodzie wszystko w porządku.
Dwa dni Cyrus Smith zajmował się wykonaniem pewnego projektu mającego ostatecznie zabezpieczyć Pałac Granitowy od wszelkiego niespodzianego zamachu. Szło tu mianowicie o zasłonięcie zupełne wyższego otworu dawniejszego odpływu wód, już zamurowanego i ukrytego napoły pod krzewami i ziołami w południowym narożniku jeziora Granta. Nie było nic łatwiejszego nad to zadanie. Wystarczało podnieść na dwie do trzech stóp poziom wody w jeziorze, a otwór zatonąłby w nich bez śladu.
Dla podniesienia zaś tego poziomu, potrzeba było tylko wybudować groblę na każdym z dwóch odpływów z jeziora, zasilających potok Glicerynowy i Wielkiej kaskady. Wezwano tedy osadników do roboty i bardzo szybko z pomocą kawałów skał, dobrze zcementowanych, powstały dwie groble, nie przechodzące zresztą sześciu stóp na szerokość a trzech na wysokość.
Po skończeniu tej pracy, nikt nawet nie wpadłby na podejrzenie, że istniał tu kiedyś jakiś kanał podziemny, odprowadzający nadmiar wód z jeziora.
Rozumie się samo z siebie, że maleńki odpływ, zasilający wodozbiór Pałacu Granitowego i poruszający windę, zachowano troskliwie, i że w żadnym razie nie mogło zabraknąć wody. Obecnie, po podniesieniu windy, pałac Granitowy stawał się pewnem i wygodnem schronieniem, wyzywającem spokojnie wszelki niespodziany zamach.
Pracy tej zbyli się osadnicy z wielkim pospiechem, tak że Pencroff, Gedeon Spilett i Harbert znaleźli czas jeszcze na wycieczkę do Portu Balonowego. Marynarz mocno pragnął dowiedzieć się czy maleńka zatoka, w której spoczywał „Bonawentura“ nie odebrała odwidzin rozbójników.
— Bo właśnie — rzekł — uważałem, że ci dżentelmeni skierowali się ku południowemu wybrzeżu, jeżeli więc trzymali się tej linji, to jest obawa, że odkryli nasz mały porcik, a w takim razie nie dałbym i pół dolara za naszego „Bonawenturę.“
Obawy Pencroffa nie były bezpodstawne i wycieczka do Portu Balonowego wydała się wszystkim na czasie.
Po objedzie tedy 10. listopada wyruszył marynarz z towarzyszami, wszyscy dobrze uzbrojeni. Pencroff wpuszczając ostentacyjnie po dwie kule w każdą lufę swojej strzelby, potrząsał głową: znak nie zbyt dobrej wróżby dla każdego, co się doń nadto przybliży, „zwierzę czy człowiek“ jak mówił. Gedeon Spilett i Harbert wzięli także każdy swoją strzelbę — i tak, około trzeciej wszyscy trzej opuścili Pałac Granitowy.
Nab odprowadził ich aż do okrętu Dziękczynnej, a skoro przeszli na drugą stronę, zwiódł most za nimi. Taka zaś stanęła umowa, że osadnicy wystrzałem dadzą znać o swoim powrocie, a na ten znak Nab przybędzie przywrócić komunikację między dwoma brzegami rzeki.
Mała gromadka ruszyła prosto drogą wiodącą do portu ku południowemu wybrzeżu wyspy. Cała ta odległość wynosiła tylko trzy i pół mili, ale Gedeon Spilett z towarzyszami przebyli ją dopiero w dwóch godzinach. Przeszukali bowiem cały kraj drogi, tak od strony gęstego lasu jak i od błot Tadornów. Nigdzie nie znaleźli ani śladu zbiegów, którzy niewątpliwie nie mając jeszcze ustalonego przekonania o ilości osadników i ich środkach obrony, ukryć się musieli w najnieprzystępniejszych częściach wyspy.
Gdy mała gromadka przybyła do portu Balonowego, Pencroff z najwyższą pociechą ujrzał „Bonawenturę“ spokojnie stojącego na kotwicy w ciasnej zatoczce. Zresztą Port Balonowy był tak dobrze ukryty w pośród tych skał wysokich, że niepodobna go było odkryć, ani z morza, ani z lądu, chyba z pozycji górującej nad nim.
— No! — zawołał Pencroff — jeszcze tu te łotry nie byli! Wielkie trawy przypadają gadom bardziej do smaku i rzecz widoczna, że odnajdziemy ich w lesie Zachodniej Ręki.
— Uważajmy to za szczęście — odrzekł Harbert — bo gdyby byli znaleźli „Bonawenturę“ zabraliby go niewątpliwie, aby na nim uciec, i tym sposobem odjęliby nam możność powrócenia w bliskiej przyszłości na wyspę Tabor.
— W istocie — rzekł korespondent — a ważną jest rzeczą zawieść na tę wyspę dokument, zawiadamiający o położeniu geograficznem wyspy Lincolna i o nowem miejscu pobytu Ayrtona, na przypadek gdyby yacht szkocki po niego przybył.
— Tak, panie Spilett — zawołał marynarz — a więc oto „Bonawentura“ na swojem miejscu, a załoga jego na pierwszy znak w pogotowiu do drogi.
— Ja sądzę, Pencroffie, że pora na to będzie właściwa po ukończeniu naszej wyprawy w głąb wyspy. Możebną jest bowiem rzeczą, że ów nieznajomy, jeżeli potrafimy go znaleść, dużo nam powie jeszcze o wyspie Lincolna i o wyspie Tabor. Niezapominajmy, że on to jest niezaprzeczonym autorem znalezionego przez nas dokumentu i że wie, być może, o terminie powrotu yachtu.
— Do miljona djabłów — zawołał Pencroff. — Ktoby to mógł być taki. On nas zna, ten jegomość, a my go nie znamy! Jeżeli to tylko rozbitek, dla czego się ukrywa? Toż my przecie uczciwi ludzie — jak mi się zdaje — a kompanja uczciwych ludzi nie jest wstrętną nikomu! Czy przybył tu z wolnej woli? Możeż opuścić wyspę, jeśli mu się podoba? Jestże tu jeszcze — czy go nie ma?...
Tak rozmawiając Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett weszli na pokład „Bonawentury“ i przebiegali po nim. Naraz marynarz, obejrzawszy blok, w około którego okręconą była lina kotwicy:
— A to co znowu! zawołał. Nie tego już za wiele!
— Cóż tam takiego Pencroffie? spytał korespondent.
— Co?! To, że nie ja ten węzeł zrobiłem!
I to mówiąc, wskazał na linę przytrzymującą kotwicę.
— Jakto, nie ty? — zapytał Gedeon Spilett.
— Nie! gotów jestem przysiądz. Ten węzeł jest płaski, a ja mam zwyczaj robić duże pół kluczki.[32]
— Musiałeś się omylić, Pencroffie!
— Co ja — omylić się! Taka rzecz to już leży w ręce — a ręka się nie myli!
— Należałoby więc sądzić, że piraci byli tutaj?
— Albo ja wiem — odrzekł Pencroff — ale to pewna, że ktoś podniósł kotwicę „Bonawentury“ a potem spuścił ją na nowo. O patrzcie! nowy dowód! Widocznie ściągano linę, bo płótno którem ją obwijają ażeby się nie tarła, nie znajduje się na swojem miejscu. Powtarzam wam, że ktoś używał naszego statku....
— Ależ, gdyby to byli piraci, byliby statek zabrali i uciekli....
— Uciekli! — a gdzie?... Na wyspę Tabor?... odparł Pencroff. — Myślisz więc, że byliby się odważyli puścić na statku tak lekkim?
— Zresztą, należałoby przypuścić, że zdołali odkryć tę wysepkę, zauważył korespondent.
— Tak czy owak — rzekł marynarz — to pewna, że jakem Bonawentura Pencroff z Vineyard, nasz „Bonawertura“ odbył kurs bez nas.
Twierdzenie marynarza miało wyraz tak stanowczy, że ani Gedeon Spilett ani Harbert nie mogli nic przeciw niemu postawić. Widoczną było rzeczą, że statek był poruszony z miejsca, mniej lub więcej od chwili po zostawieniu go przez Pencroffa w porcie Balonowym. Dla marynarza zaś nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że kotwicę podniesiono i spuszczono na nowo. Otóż, co miały znaczyć, te obydwa manewry, jeżeli statku nie użyto do jakiejś wyprawy.
— Czyżbyśmy jednak nie spostrzegli w takim razie „Bonawenturę“ przepływającego przed wyspą? — zauważył korespondent, skupiający wszystkie możliwe punkta wątpliwości.
— Ech! Panie Spilett — odparł marynarz — wystarcza wypłynąć nocą z pomyślnym wiatrem, a w dwie godziny potem jest się już po za horyzontem wyspy!
— Zgoda — ciągnął dalej Gedeon Spilett — ale w takim razie pytam się jeszcze, w jakim celu tedy zbiegi użyli „Bonawentury“ i dla czego po użyciu, — odprowadzaliby go napowrót do portu?...
— Ha! panie Spilett — odparł marynarz, policzmy to do rzeczy niepodobnych do wyjaśnienia i nie myślmy już o tem. Najważniejszą było kwestją znaleźć „Bonawenturę“ na miejscu i znaleźliśmy go! Kto wie, czy gdyby teraz piraci dostali go w ręce po raz drugi — znalazłby się tutaj znowu!
— Może więc byłoby roztropniej, Pencroffie sprowadzić „Bonawenturę“ znowu przed Pałac Granitowy? — ozwał się Harbert.
— I tak i nie — odpowiedział Pencroff — a raczej stanowczo nie. Ujście Dziękczynnej jest złem stanowiskiem dla statku, morze tam nadto burzliwe.
— Gdybyśmy go jednak wciągnęli na piaski aż pod same „Dymniki“?...
— No tak.... to nie mówię... — odrzekł Pencroff. — W każdym razie jednak, ponieważ mamy opuścić Pałac Granitowy i to na czas dosyć długi, sądzę że „Bonawentura“ będzie tu bezpieczniejszym w czasie naszej nieobecności, i że dobrze zrobimy, pozostawiając go w tem miejscu, aż do zupełnego oczyszczenia wyspy z tych łotrów.
— Takie i moje zdanie — rzekł korespondent. — Przynajmniej, w złym razie nie będzie tak mocno porażony, jak byłby przy ujściu „Dziękczynnej.“
— Cóż jednak, jeżeli zbiegi nawidzą go raz jeszcze! — zauważył Harbert.
— Wiesz co, mój chłopcze — odpowiedział Pencroff. Gdyby nie znaleźli tutaj statku, poszliby go natychmiast szukać ku stronie Granitowego Pałacu, a w nieobecności naszej, niktby im w zabraniu go nie przeszkodził!
— Sądzę więc zgodnie z p. Spilettem, że należy go zostawić w Porcie Balonowym. Jak tylko jednak wrócimy, a wyspa nie będzie jeszcze wolną od tych hultajów, najroztropniej będzie sprowadzić nasz statek aż pod Pałac Granitowy i zatrzymać go tam aż do chwili, gdy zniknie wszelka obawa zbrodniczych odwidzin.
— Zgoda. A teraz dalej w drogę, zakończył korespondent.
Powróciwszy do Granitowego Pałacu, Harbert, Pencroff i Gedeon Spilett, opowiedzieli inżynierowi wszystko co im się zdarzyło, a on pochwalił powzięte przez nich postanowienia tak na teraz jak i co do przyszłości. Przyrzekł nawet marynarzowi zbadać część kanału znajdującą się pomiędzy wysepką a wybrzeżem, dla zobaczenia, czy nie będzie można utworzyć w tem miejscu sztucznego portu za pomocą grobli. Tym sposobem „Bonawentura“ byłby wciąż pod ręką a w razie potrzeby i pod zamknięciem.
Tegoż samego wieczora wysłano telegram do Ayrtona z prośbą, aby sprowadził z zagrody parę kóz, które Nab zamierzał przyswoić na łąkach terasy. Rzecz dziwna jednak, od Ayrtona nie nadszedł znak otrzymania telegramu, wbrew przyjętemu przezeń obyczajowi. Zadziwiło to niepomału inżyniera. Mogło być jednak, że Ayrtona nie było w tej chwili w zagrodzie, albo że się znajdował w drodze do Pałacu Granitowego. To ostatnie przypuszczenie było tem możebniejsze, że właśnie upłynęły już dwa dni od jego odjazdu, a postanowiono, że ma powrócić o 10 w wieczór, lub najpóźniej 11 rano.
Osadnicy oczekiwali więc na pojawienie się Ayrtona na wyżynach Wielkiej Terasy. Nab i Harbert stanęli nawet w pobliżu mostu, ażeby go spuścić za przybyciem Ayrtona.
Ale o dziesiątej w wieczór, nie było o nim jeszcze ani słychu. Uznano tedy za stosowne wysłać nową depeszę, domagającą się natychmiastowej odpowiedzi.
Młotek elektryczny w Pałacu Granitowym ani drgnął.
Wówczas niepokój osadników dosięgnął wielkich rozmiarów. Coż się więc stało?
Czy Ayrton nie znajdował się już w zagrodzie, lub czy go pozbawiono swobody działania? Należałoż pospieszyć do zagrody mimo tak ciemnej nocy?
Poddano tę kwestję pod roztrząśnienie. Jedni chcieli wyruszać, drudzy radzili zostać.
— Kto wie — rzekł Harbert — może popsuł się przyrząd telegraficzny i dla tego nie funkcjonuje?
— To bardzo możebne — odparł korespondent.
— Czekajmy więc do jutra — ozwał się Cyrus Smith. Może w istocie Ayrton nie otrzymał naszej depeszy, albo też jego telegram nie doszedł do nas.
Zaczekali więc, jak łatwo pojąć, — nie bez pewnego niepokoju.
Za pierwszym blaskiem świtu, 11 listopada, Cyrus Smith puścił raz jeszcze prąd elektryczny po drucie — i nie otrzymał żadnej odpowiedzi, powtórzył to samo po raz drugi — z tym samym skutkiem.
— W drogę do zagrody! — zawołał wówczas.
— I to w porządnem uzbrojeniu! dodał Pencroff.
Natychmiast postanowiono nie zostawić Pałacu Granitowego bez obrony, ale powierzyć straż jego Nabowi. Po odprowadzeniu towarzyszów aż do potoku Glicerynowego, miał zwieść most i zaczaiwszy się za drzewem oczekiwać na powrót ich lub Ayrtona.
W razie zaś, gdyby piraci się zjawili i próbowali przejścia, miał starać się o powstrzymanie ich wystrzałami, a wreszcie wycofać się do Granitowego Pałacu, gdzie po podniesieniu windy, byłby zupełnie bezpieczny.
Cyrus Smith zaś, Gedeon Spilett, Harbert i Pencroff mieli udać się prosto do zagrody, a gdyby tam Ayrtona nie było, poszukać go w okolicznych lasach.
O szóstej rano inżynier i jego trzej towarzysze przeszli potok Glicerynowy, zostawiając za sobą Naba ukrytego po za lekkiem zagięciem skał, ocienionych kilku wielkiemi smokownikami, na lewym brzegu strumienia.
Osadnicy, zszedłszy z Wielkiej Terasy, skierowali się prosto ku zagrodzie. Każdy z nich niósł strzelbę na ramieniu w pogotowiu do strzału, w razie jakiegokolwiek nieprzyjacielskiego objawu. Dwa karabiny i dwie strzelby nabito kulami.
Z obu stron drogi gęstwina była nieprzebyta i z łatwością służyć mogła za schronienie złoczyńcom, mogącym dzięki swemu uzbrojeniu być nader groźnymi.
Osadnicy postępowali szybko i w milczeniu, Top poprzedzał ich, jużto biegnąc po drodze, jużto skręcając w las, niemy jednak wciąż i nie zdający się przeczuwać nic niezwykłego. A można było liczyć na to, że wierny pies nie da się podejść i że zaszczeka w obec najmniejszego cienia niebezpieczeństwa.
Idąc drogą, osadnicy szli jednocześnie za drutem telegraficznym łączącym zagrodę z Pałacem Granitowym. Przebywszy mniej więcej dwie mile drogi, nie zauważyli jeszcze żadnej przerwy na linji. Słupy znajdowały się w dobrym stanie, odosobniacze były nienaruszone, drut regularnie wyprężony. Jednakże od tego punktu inżynier zauważył, że to wyprężenie stawało się coraz mniej równem, a gdy przybyli do słupa Nr. 74, Harbert wyprzedzający resztę, zatrzymał się z okrzykiem:
— Linja przerwana!
Towarzysze przyspieszyli kroku i wnet stanęli w miejscu, kędy młodzieniec się zatrzymał.
Wówczas ujrzeli słup wywrócony i leżący w poprzek drogi. Przerwa tedy na linji została stwierdzoną i widocznem się stało, iż depesze z Pałacu Granitowego nie mogły były dojść do zagrody, ani wysłane z zagrody do Pałacu.
— A jednak to nie wiatr wywrócił ten słup — zauważył Pencroff.
— O nie! — odrzekł Gedeon Spilett. Ktoś podkopał go od spodu, — widać w tem rękę ludzką.
— A co więcej drut jest zerwany — dodał Harbert pokazując dwa kawałki żelaznej nici, noszące na sobie ślady gwałtownego szarpnięcia.
— Czy zerwanie jest świeże? — zapytał Cyrus Smith.
— Tak jest — odrzekł Harbert — niewątpliwie stało się to bardzo niedawno.
— Do zagrody! do zagrody! — zawołał inżynier.
W tej chwili osadnicy znajdowali się na połowie drogi pomiędzy Pałacem Granitowym i zagrodą. Mieli więc tylko jeszcze dwie i pół mili do przebycia. Puścili się biegiem.
W istocie, należało się obawiać, że jakiś ważny wypadek wydarzył się w zagrodzie. Bez wątpienia Ayrton mógł wysłać telegram, który nie doszedł do celu i w tem nie było jeszcze dostatecznej przyczyny do niepokoju. Ale zjawiała się okoliczność bardziej zagadkowa: dla czego Ayrton przyobiecawszy się na wczoraj w wieczór, wcale się nie pokazał. Wreszcie i to nie mogło być bez powodu, że wszelka komunikacja pomiędzy zagrodą i Pałacem Granitowym była zerwaną — a któż inny mógł mieć w tem interes, jeżeli nie piraci?
Osadnicy pędzili więc, ze ściśniętem niespokojnością sercem. Przywiązali się szczerze do swego towarzysza. Mieliż go znaleźć ugodzonego ciosem tych, którym niegdyś przewodził?
Wkrótce przybyli do miejsca, w którem droga ciągnęła się wzdłuż owego maleńkiego strumyka, stanowiącego odpływ Czerwonego Potoku i skrapiającego łąki zagrody. Tu umiarkowali bieg, ażeby nie być bez tchu w chwili niezbędnej może i bliskiej walki. Broń trzymali odwiedzioną w rękach. Każdy baczną zwracał uwagę na las. Top wydawał głuche warczenie, nic dobrego nie wróżące.
Wreszcie pokazał się częstokół zagrody z pomiędzy drzew. Nigdzie nie było widać śladu jakichkolwiek spustoszeń. Brama stała zamknięta jak zwyczajnie. Głęboka cisza panowała w zagrodzie. Ani beczenie zwykłe baranów dzikich, ani głos Ayrtona nie dawały się słyszeć.
— Wejdźmy! — rzekł Cyrus Smith.
I to wyrzekłszy posunął się naprzód, podczas gdy towarzysze jego stanęli o dwadzieścia kroków w pogotowiu do strzału!
Cyrus Smith podniósł zasuwę wewnętrzną drzwi i chciał je otworzyć, gdy naraz Top wściekle zaszczekał. Po nad częstokołem zagrzmiał wystrzał — a wystrzałowi temu odpowiedział okrzyk boleści.
Harbert, ugodzony kulą, leżał na ziemi!...






ROZDZIAŁ VII.
(Korespondent i Pencroff w zagrodzie. — Przeniesienie Harberta. — Rozpacz marynarza. — Narada korespondenta i inżyniera. — Sposób leczenia. — Trochę nadziei. — Jakim sposobem zawiadomić Naba? — Posłaniec pewny i wierny. — Odpowiedź Naba.)

Na krzyk Harberta Pencroff, upuszczając z rąk karabin, rzucił się ku niemu.
— Zabili go! — zawołał — zabili moje najdroższe dziecko!
Cyrus Smith i Gedeon Spilett rzucili się również ku Harbertowi. Korespondent pochylił się, aby usłyszeć, czy serce biednego młodzieńca bije jeszcze.
— Żyje! — zawołał wreszcie. — Ale trzeba go przenieść.
— Do Pałacu Granitowego? Ależ to niepodobieństwo — odrzekł inżynier.
— A więc do zagrody — zawołał Pencroff.
— Chwilę jeszcze! — rzekł Cyrus Smith.
I poskoczył na lewo z zamiarem okrążenia palisady. Nagle ujrzał przed sobą jednego ze zbiegów, który wycelowawszy doń, przeszył mu kulą kapelusz. Zanim jednak miał czas strzelić po raz drugi, padł, ugodzony w samo serce sztyletem Cyrusa, pewniejszym jeszcze od jego strzelby.
Tymczasem Gedeon Spilett i marynarz wdrapali się na częstokoł, przeszli przez wierzch jego, skoczyli wewnątrz, usunęli rygle odedrzwi i wpadli do głębi. Tam nikogo nie było. W kilka minut potem Harbert spoczywał już na pościeli Ayrtona. Za chwilę i Cyrus Smith znalazł się przy nim.
Boleść marynarza, gdy widział Harberta leżącego wciąż bez duszy, była straszliwą. Łkał, płakał, głowę o mur chciał sobie rozbić. Na próżno korespondent i inżynier chcieli go uspokoić. I ich także wzruszenie prawie pozbawiało przytomności. Mówić nie mogli.
Bądź co bądź jednak, nie zaniedbywali niczego, co było w ich mocy, ażeby wydrzeć śmierci biedne dziecię, konające w ich oczach. Gedeon Spilett, po tylu przygodach przebytych w ciągu życia, miał pewne wiadomości medyczne i chirurgiczne. Znał wszystko po trosze i nieraz mu już się zdarzyło nieść pomoc rannym, bądź to przez broń białą, bądź od kuli. To też z pomocą Cyrusa Smitha, przystąpił natychmiast do pierwszych starań, których wymagał stan Harberta.
Zaraz w pierwszej chwili uderzył inżyniera w Harbercie rodzaj agonji ogólnej, będącej wynikiem, czy to zbytniego upływu krwi, czy też wstrząśnienia, jeżeli kula uderzyła w kość z siłą dostateczną do wywołania podobnego skutku.
Harbert był niezmiernie blady i miał tak słabą pulsację, że Gedeon Spilett chwytał uderzenie tętna tylko w długich przestankach, jak gdyby życie lada chwila miało się zatrzymać. Jednocześnie zaś miało miejsce zupełne zawieszenie czynności zmysłów i inteligencji. Symptomaty te były wielkiej wagi.
Obnażono pierś Harberta i po starciu krwi za pomocą chustek obmyto ją zimną wodą.
Wówczas pokazała się rana. Był to otwór owalny pomiędzy trzeciem a czwartem żebrem. Tam kula ugodziła Harberta.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett przewrócili na drugi bok biednego chłopca, z którego piersi wydarł się przytem tak słaby jęk, iż sądzić można było, że to ostatnie westchnienie.
Druga rana podobna poprzedniej broczyła się na plecach Harberta, a gdy jej dotknięto, kula wysunęła się z niej natychmiast i stoczyła.
— Dzięki Bogu! — zawołał korespondent — kula nie pozostała w ciele, nie potrzeba więc jej będzie wydobywać.
— Ale serce? — spytał Cyrus Smith.
— Ani tknięte, inaczej Harbert byłby nie żywy.
— Nie żywy! — zawołał Pencroff z rodzajem ryku.
Usłyszał tylko ostatnie słowa korespondenta.
— Nie, Pencroffie, nie! — zawołał Cyrus Smith. — On żyje! Tętna biją wciąż jeszcze. Wydał nawet jęk przed chwilą. Ale błagam cię w interesie twojego dziecka, uspokój się. Potrzeba nam całego zapasu zimnej krwi. Nie wytrącaj nas z równowagi, mój przyjacielu.
Pencroff zamilkł — ale nagle pod wpływem gwałtownej reakcji grube łzy zalały twarz jego.
Tymczasem Gedeon Spilett usiłował skupić swoje wspomnienia i zdobyć się na jakąś metodę. Wedle tego co widział, zdawało mu się niewątpliwem, iż kula wpadła z przodu, a wyszła z tyłu. Ale jakież spustoszenia zrobiła przechodząc? Jakie organy główne były dotknięte? Oto pytania, na które chirurgowi z zawodu trudno byłoby odpowiedzieć w tej chwili, a cóż dopiero korespondentowi.
To jednakże wiedział dobrze, że należało zapobiedz ścieśnieniu się części zranionych, a następnie zwalczyć zapalenie miejscowe i gorączkę, niewątpliwy wynik tej rany, kto wie, może śmiertelnej. Ale jakich środków uspokajających, jakich przeciw zapalnych użyć? Jakim sposobem zapobiedz zapaleniu?
W każdym razie najważniejszą było rzeczą niezwłocznie opatrzyć te obiedwie rany. Nie wydawało się niezbędną Gedeonowi Spilettowi wywołać nowy upływ krwi, przez obmycie ran ciepłą wodą i ściśnięcie warg ich. Dotychczasowy bowiem upływ był bardzo obfity a strata i tak już aż nadto osłabiła Harberta.
Korespondent więc uznał za stosowne poprzestać na obmyciu obydwóch ran zimną wodą.
Położono Harberta na lewym boku i utrzymywano go w tem położeniu.
— Uważajcie, ażeby się nie poruszył — rzekł Gedeon Spilett. — Pozycja obecna sprzyja najlepiej ropieniu ran na piersi i na plecach, a przy tem najzupełniejszy spokój jest koniecznym.
— Jakto? Więc nie można go przenieść do Pałacu Granitowego? — spytał Pencroff.
— Nie Pencroffie — odrzekł korespondent.
— Przekleństwo! — zawołał marynarz wznosząc zaciśniętą pięść ku niebu.
— Pencroffie! — napomniał go Cyrus Smith.
Gedeon Spilett wziął się na nowo, i to z najpilniejszą uwagą do badania ran ukochanego towarzysza. Harbert był wciąż tak straszliwie blady, że korespondent uczuł się przerażonym do głębi.
— Cyrusie — rzekł — nie jestem lekarzem, straszliwa niepewność mnie dręczy... Musisz mi dopomódz twemi radami, twojem doświadczeniem.
— Uspokój się, przyjacielu — odrzekł inżynier, ściskając go za rękę.... Sądź o wszystkiem z zimną krwią... Myśl o tem tylko, że trzeba ocalić Harberta!
Słowa te przywróciły Gedeonowi Spilettowi owo panowanie nad sobą, które w chwili zwątpienia, pod wpływem żywego uczucia odpowiedzialności, utracił. Podniósł się i usiadł tuż przy łożu Harberta. Cyrus Smith stanął przy nim. Pencroff rozdarł swoją koszulę i machinalnie jął skubać szarpie.
Tymczasem Gedeon Spilett objaśniał Cyrusowi Smith, iż jak sądzi, potrzeba przedewszystkiem powstrzymać upływ krwi, a jednak nie zamykać obudwu ran, ani starać się o bezwłoczne zabliźnienie się ich, istnieje bowiem obrażenie wewnętrzne, a w takim razie ropa zebrać by się mogła w piersiach.
Cyrus Smith potwierdził w zupełności plan jego — i zgodnie z nim postanowił opatrzyć rany, bez zamknięcia ich jednakże przez zbliżenie warg.
Ale teraz, gdy nadchodziła potrzeba reagowania przeciwko zapaleniu, gdzież mieli osadnicy znaleźć pewny środek ku temu?
Taki środek mieli pod ręką; — przyroda wszystkich nim hojnie obdarzyła. Mieli zimną wodę, a więc najpotężniejszą broń reakcyjną przeciw zapaleniu ran, najskuteczniejszy czynnik terapeutyczny w przypadkach najbardziej groźnych, obecnie przyjęty już, jako taki, przez wszystkich lekarzy. Zimna woda ma to po sobie, że pozostawia ranę w najzupełniejszym spoczynku, i usuwa potrzebę natychmiastowego obandażowywania jej, zastępując bandaż wybornie a mianowicie, pod tym względem iż nie dopuszcza zetknięcia się rany z powietrzem, co, jak to doświadczenie okazało, bywa zgubnem dla ran w pierwszych dniach leczenia.
Tak rozumowali Gedeon Spilett i Cyrus Smith, kierując się tylko wrodzonym zdrowym rozsądkiem, a nie mogliby rozumować lepiej, będąc najbieglejszymi chirurgami. Przyłożono tedy zimne okłady na obiedwie rany biednego Harberta, pamiętając troskliwie o utrzymywaniu ich w ciągłej wilgoci.
Marynarz zaraz po wypadku rozniecił ogień na kominie zagrody, w której nie brakło na zapasach żywności. Cukier klonowy i rośliny lecznicze, te same które młodzieniec zebrał niegdyś na wybrzeżach jeziora Granta, ułatwiły przyrządzenie orzeźwiających ziółek, które wlano w usta Harbertowi, wciąż jeszcze nieprzytomnemu. Gorączka dręcząca biednego młodzieńca była nader silną. Minął cały dzień i noc a on wciąż jeszcze nie odzyskiwał przytomności. Życie jego zdało się wisieć na nitce, która się mogła zerwać lada chwila.
Nazajutrz, 24 listopada, Cyrus Smith i towarzysze jego zaczęli mieć niejaką nadzieję. Harbert dał znak życia. Otworzył oczy i poznał Cyrusa Smitha, korespondenta i Pencroffa. Wymówił nawet dwa czy trzy słowa. Nie wiedział jednak jeszcze, co się z nim stało. Gedeon Spilett zawiadomił go o wszystkiem, zaklinając zarazem aby się strzegł najmniejszego poruszenia, a z drugiej strony zapewniając go, iż życie jego nie znajduje się bynajmniej w niebezpieczeństwie i że rany przezeń otrzymane w kilka dni się zabliźnią. Harbert nie czuł prawie żadnego bolu, a woda którą bez ustanku skrapiano okłady, zapobiegała wszelkiemu zapaleniu ran. Ropienie rozwijało się całkiem normalnie, gorączka nie zwiększała się, można więc było się spodziewać, że straszliwa ta rana nie pociągnie za sobą żadnej katastrofy. Pencroff czuł, jak mu powoli spada kamień z serca. Czuwał jednak wciąż nad Harbertem jak siostra miłosierdzia, jak matka u łoża swego dziecięcia.
Harbert zadrzemał znowu, i to snem, jak się zdawało o wiele spokojniejszym.
— Powtórz mi pan, że masz nadzieję, panie Spilett — odezwał się Pencroff. — Powtórz mi, że ocalisz Harberta!
— O tak, ocalimy go! — odrzekł korespondent. — Rana to ciężka, a kto wie nawet, czy kula nie przeszyła płuc, ale przejście kuli na wskróś przez ten organ nie jest śmiertelnem.
— Oby cię Bóg wysłuchał!... — zawołał Pencroff.
Jak łatwo się domyśleć, przez pierwszych dwadzieścia cztery godzin pobytu w zagrodzie, osadnicy zajmowali się tylko Harbertem. Nie obchodziło ich dotąd możebne niebezpieczeństwo w razie powrotu piratów, i ani nawet pomyśleli o środkach ostrożności na przyszłość.
Ale tego dnia, podczas gdy Pencroff czuwał u łoża chorego, Cyrus Smith i korespondent oddalili się na chwilę dla porozumienia się w powyższych kwestjach.
Przedewszystkiem opatrzyli całą zagrodę. Nigdzie nie było ani śladu Ayrtona. Porwaliż go dawniejsi jego wspólnicy? Czyżby go zaszli z nienacka w zagrodzie? A w takim razie może walczył i zginął? To ostatnie przypuszczenie aż nadto było prawdopodobne. Gedeon Spillet, w chwili wdrapywania się na częstokół, otaczający zagrodę, widział wybornie uciekającego w stronę południowego stoku góry Franklina jednego z piratów za którym Top się rzucił. Był to jeden z tych, których łódź rozbiła się o skały przy ujściu „Dziękczynnej.“ Zresztą, złoczyńca zabity przez Cyrusa a którego ciało znalazło się po za palisadą, należał niewątpliwie do bandy Boba Harveya.
Co do zagrody, nie uległa ona żadnemu spustoszeniu.
Drzwi od obor były pozamykane a więc zwierzęta nie mogły rozbiedz się po lesie. Nie można było także odkryć najmniejszych śladów walki, żadnego uszkodzenia ani w częstokole ani w domu mieszkalnym.
— Nieszczęśliwy! — rzekł Cyrus Smith, myśląc o Ayrtonie — musieli go zaskoczyć niespodzianie i broniącego się, co rzecz niewątpliwa, zamordowali.
— Tak, i ja się tego obawiam! — odrzekł korespondent. — Następnie zaś zapewne zakwaterowali się ci rozbójnicy w zagrodzie kędy znaleźli obfitość wszystkiego i dopiero nasze zjawienie się przymusiło ich do ucieczki. Jawnem jest także, że w owej chwili, Ayrton żywy czy umarły nie znajdował się już tutaj.
— Należałoby przeszukać las — rzekł inżynier, i uwolnić wyspę od tych nędzników. Przeczucia Pencroffa nie były mylne, gdy radził zrobić na nich obławę, jak na dzikie bestje. Ileż by to nam nieszczęść było oszczędziło!
— To prawda — odrzekł korespondent — ale teraz za to uzyskaliśmy prawo bić bez miłosierdzia!...
— W każdym razie — zauważył inżynier — musimy pozostać w zagrodzie aż do chwili, gdy będzie można bez niebezpieczeństwa przenieść Harberta do Pałacu Granitowego.
— A cóż z Nabem? — spytał korespondent.
— Nab całkiem bezpieczny.
— A jeżeli zaniepokojony naszą nieobecnością, pospieszy tu do nas!...
— Trzeba temu zapobiedz — odpowiedział żywo Cyrus Smith. Zamordowano by go w drodze.
— Tymczasem bardzo jest prawdopodobną rzeczą, że zechce się z nami połączyć.
— Ach! gdyby telegraf funkcjonował jeszcze, moglibyśmy go uprzedzić. Ale tak to niepodobna! O zostawieniu zaś tutaj Pencroffa i Harberta samych ani myśleć się nie godzi!... Ha!... Więc ja sam pójdę do Pałacu Granitowego.
— O nie! nie, Cyrusie — zawołał korespondent — nie wolno ci się w ten sposób narażać. Na nic by się tu nie przydała cała twoja odwaga. Ci nędznicy pilnują widocznie zagrody — założyłbym się, że siedzą w zasadzce w otaczających lasach — gdybyś więc sam w drogę wyruszył wkrótce mielibyśmy zamiast jednego dwa nieszczęścia do opłakiwania!
— Cóż jednak począć z Nabem?... powtórzył inżynier. — Oto już doba, jak nie ma od nas żadnych wieści. Gotów wyruszyć w drogę do nas.
— I mając się mniej jeszcze na baczności, aniżeli my byśmy się mieć mogli — zginie! — zawołał Gedeon Spilett.
— Nie masz więc sposobu ostrzeżenia go?
Nagle, gdy inżynier pogrążył się w głęboką zadumę nad tą kwestją, wzrok jego padł na Topa, który kręcił się tu i owdzie, jakby chcąc powiedzieć!
— A ja? Cóż to, czy zapomnieliście o mnie?!
— Top! — zawołał Cyrus Smith.
Zwierzę poskoczyło na głos swego pana.
— O tak! Top pójdzie! — zawołał korespondent, pojąwszy odrazu myśl inżyniera. Top przejdzie, gdzie dla nas nie byłoby przejścia!
— Zaniesie do Pałacu Granitowego wieść z zagrody i przyniesie nam odpowiedź ztamtąd!
— Prędzej! — odrzekł Cyrus Smith... Spieszmy się!
Gedeon Spilett wydarł co żywiej kartkę ze swojej książeczki notatkowej i nakreślił na niej te słowa:
„Harbert ranny. Jesteśmy w zagrodzie. Miej się na baczności. Nie opuszczaj Pałacu Granitowego. Czy piraci pojawili się gdzie w okolicach Pałacu? Odpowiedz przez Topa!“
Lakoniczny ten bilet streszczał w sobie wszystko, co Nabowi wiedzieć było potrzeba a jednocześnie zapytywał o wszystko czego osadnicy chcieli się dowiedzieć. Złożono go i przymocowano do obroży Topowi, w sposób bardzo widoczny.
— Topie! mój piesku, zawołał wówczas inżynier, głaszcząc wierne zwierzę, Nab, Topie! Nab! Ruszaj! Naprzód!
Top na te słowa poskoczył naprzód. Widocznie zrozumiał, czy odgadł, czego odeń wymagano. Droga do i z zagrody była mu doskonale znaną. W niespełna pół godziny mógł ją przebyć i pewną było rzeczą, że tam, gdzie Cyrus Smith ani korespondent nie uniknęliby niebezpieczeństwa, Top przesuwając się wśród wysokich traw lub skrajem lasu, przejdzie niepostrzeżony.
Inżynier podszedł ku bramie zagrody i otwierając na pół:
— Nab! Topie, Nab! powtórzył raz jeszcze i wyciągnął rękę w kierunku Pałacu Granitowego.
Top wyskoczył za bramę i natychmiast prawie zniknął z oczu.
— Dojdzie do miejsca — rzekł korespondent.
— Niewątpliwie — i powróci. Wierne zwierzę.
— Która godzina? spytał Gedeon Spilett.
— Dziesiąta.
— Za godzinę może już być tutaj z powrotem. Czekajmy.
Bramę zagrody napowrót zamknięto. Inżynier i korespondent powrócili do mieszkania. Harberta znaleźli pogrążonego w głębokim śnie. Pencroff utrzymywał okłady na ranach w stanie ciągłej wilgoci. Gedeon Spilett, że niemiał w danej chwili nic innego do roboty, zajął się przyrządzaniem jakiegoś pożywienia, nie spuszczając jednak z oka części zagrody dotykającej do ściany góry, z tamtej strony bowiem najprędzej można było się obawiać napadu.
Nie bez mocnego niepokoju czekali osadnicy na powrót Topa. Na kilka chwil przed jedynastą Cyrus Smith i korespondent z karabinami w ręku, zaczaili się za bramą, gotowi otworzyć ją za pierwszem szczeknięciem wiernego psa. Nie wątpili, że jeżeli tylko udało się Topowi szczęśliwie dostać do Pałacu Granitowego, Nab musiał go natychmiast odesłać z powrotem.
Tak stali obydwaj już około dziesięciu minut, gdy naraz zabrzmiał strzał a po nim ozwało się gwałtowne szczekanie.
Inżynier otworzył co tchu bramę i widząc jeszcze resztki dymu unoszące się w odległości stu kroków na skraju lasu, wypalił w tym kierunku.
Jednocześnie prawie Top wpadł do zagrody, i natychmiast brama za nim zapadła z trzaskiem.
— Topie! Topie! zawołał z niepokojem inżynier, przyciskając do siebie poczciwy ogromny łeb dzielnego psa.
Przy obróży znajdował się przytwierdzony bilet, który rozwinąwszy, Cyrus Smith znalazł następujące wyrazy, nakreślone wielkim charakterem Naba:
„Ani śladu piratów w około Granitowego Pałacu. Nie ruszę się z miejsca. Biedny p. Harbert!“






ROZDZIAŁ VIII.
(Piraci w okolicach zagrody. — Tymczasowe zagospodarowanie się. — Dalsze leczenie Harberta. — Pierwsze uniesienia radości Pencroffa. — Zwrot do przeszłości. — Co przyszłość w sobie chowa? — Myśli Cyrusa w tej kwestji.)

Tak więc jak się pokazało, piraci znajdowali się wciąż w pobliżu, nie spuszczając z oka zagrody, zdecydowani wymordować osadników jednego po drugim. Pozostawało tedy tylko obejść się z nimi, jak z dzikiemi bestjami. Pierwej jednak należało przedsięwziąć jak najostrzejsze środki ostrożności, nędznicy ci bowiem w danej chwili mieli po sobie lepszą pozycję, mogli obserwować wszystko, sami nie będąc widzianymi, mogli zejść i przemódz osadników niespodzianym napadem, sami nie potrzebując się tego obawiać.
Cyrus Smith urządził tedy wszystko w ten sposób, aby umożebnić osadnikom dłuższy pobyt wewnątrz zagrody, której zasoby zresztą mogły wystarczyć na czas dosyć długi. Mieszkanie Ayrtona zaopatrzone było we wszystkie niezbędne do życia rzeczy, których rozbójnicy, przerażeni niespodzianem zjawieniem się osadników, zrabować jeszcze nie mieli czasu. Prawdopodobnie, jak zauważył Gedeon Spilett, rzecz cała odbyła się w sposób następujący. Sześciu piratów, po wylądowaniu na wyspę, udało się południowem jej wybrzeżem i przebiegłszy podwójne wybrzeże półwyspu wężowego a nie mając bynajmniej ochoty do zapuszczenia się w lasy Zachodniej Ręki, dotarło do ujścia potoku katarakty. Znalazłszy się zaś tam, prawym brzegiem rzeki doszli do góry Franklina i tu, co rzecz naturalna, szukając schronienia, odkryli zagrodę, naówczas niezamieszkaną. Usadowili się wniej tedy, prawdopodobnie z zamiarem wykonania w dogodnej chwili obrzydliwych zamiarów swoich. Przybycie Ayrtona musiało ich spłoszyć, spostrzegłszy jednak z kim mają do czynienia, pochwycili niewątpliwie tego nieszczęśliwca i... resztę łatwo już było odgadnąć.
Obecnie łotry te, wprawdzie już tylko w pięciu ale dobrze uzbrojeni, musieli włóczyć się po okolicznych lasach, tak, że chcieć się w nie zapuścić, byłoby to nastawić się na ich ciosy, bez możności odparcia lub uprzedzenia niebezpieczeństwa.
— Czekać!... To tylko nam pozostaje w tej chwili! — powtarzał Cyrus Smith. Skoro Harbert wyzdrowieje, będziemy w możności urządzenia obławy na całej przestrzeni wyspy i damy wreszcie radę tym zbójcom. Rzecz ta nawet musi być kardynalnym celem naszej wielkiej wyprawy, równie jak...
— Odszukanie naszego tajemniczego opiekuna, dodał Gedeon Spilett, kończąc myśl inżyniera. Ah! wyznać należy, mój drogi Cyrusie, że na ten raz jego opieka nam nie dopisała i to właśnie w chwili, gdy jej najwięcej potrzebowaliśmy!
— Kto wie! — odrzekł inżynier.
— Jakto rozumiesz? — spytał korespondent.
— Że może nie jesteśmy u kresu trosk naszych, mój drogi Spilecie, i że potężna władza naszego protektora nieraz jeszcze znajdzie do zamanifestowania się sposobność... Ale nie oto teraz chodzi. Życie Harberta to nasz najwyższy cel w tej chwili.
I w istocie był to najwyższy cel a zarazem najboleśniejsza troska osadników. Przeszło dni kilka i stan biednego chłopca nie pogorszył się na szczęście. A w takiej chorobie zyskać na czasie, znaczyło już bardzo wiele. Zimna woda, utrzymywana ciągle w odpowiedniej temperaturze, zapobiegła w zupełności zapaleniu się ran. Zdawało się nawet korespondentowi, że woda ta, nieco siarczana, co się wyjaśniało bliskością wulkanów, — oddziaływała wyjątkowo dobrze na zabliźnienie ran. Ropienie o wiele się zmniejszyło dzięki nieustannym staraniom, któremi go otaczano, Harbert począł powracać do życia, coraz mniej gorączkując. Pomimo to, wciąż jeszcze pozostawał na djecie, co go niezmiernie osłabiło, ponieważ jednak nie brakło mu ziółek ani spokoju — stan jego coraz się polepszał.
Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Pencroff nabyli wielkiej biegłości w opatrywaniu chorego młodzieńca. Wszystką bieliznę znajdującą się w zagrodzie na to poświęcono. Rany Harberta, pokryte szarpiami i okładem nie były ani zbyt, ani niedostatecznie sciśnięte, ale o tyle aby sprowadzić zabliźnienie się ich, bez wywołania zapalnej reakcji.
Korespondent przykładał do tych opatrywań szczególną staranność, wiedząc dobrze, co znaczą, i wciąż powtarzał swoim towarzyszom zdanie, którego słuszność większa część medyków chętnie uznaje: że niewątpliwie rzadziej się zdarza widzieć dobrze opatrzoną ranę, aniżeli dobrze wykonaną operację.
Po upływie 10 dni, 22 listopada, stan Harberta widocznie się polepszył. Młodzieniec począł już nawet przyjmować nieco pokarmu. Rumieńce powracały mu na lica a poczciwe oczy jego zaczynały się uśmiechać do otaczających jego łoże. Mówił już nawet po trochę, pomimo wszelkich wysileń Pencroffa, który chcąc mu przeszkodzić, plótł bezustanku, opowiadał najnieprawdopodobniejsze awantury. Harbert pytał po kilkakroć o Ayrtona, którego nieobecność dziwiła go, wiedział bowiem, że powinien był znajdować się w zagrodzie. Marynarz jednak, nie chcąc zasmucić młodzieńca, poprzestał na odpowiedzeniu, że Ayrton połączył się z Nabem i obadwaj pilnują Granitowego Pałacu.
— Ha!... wołał od chwili do chwili — a cóż panowie rozbójnicy! To mi dżentelmeni, nie mający prawa do najmniejszego miłosierdzia. A p. Smith chciał apelować do ich sentymentów!... Dałbym ja im sentyment, ale ołowiany i to dobrego kalibru!
— I nie pokazali się już od tego czasu? — spytał Harbert.
— Nie, moje dziecię — odpowiedział marynarz — ale znajdziemy my ich, i jak wyzdrowiejesz, przekonamy się, czy ci nędznicy odważni gdy godzą z tyłu, ośmielą się nam stanąć twarzą w twarz!
— Jestem jeszcze bardzo bezsilny, mój biedny Pencroffie!
— E! Wrócą ci siły powoli! Cóż to znaczy strzał przez piersi! Ot żarcik i kwita! Nie takie już rzeczy widziałem a nie mam się dla tego gorzej!...
Wszystko tedy zdawało się jak najlepiej układać i z wyjątkiem jakiej niespodzianej komplikacji, wyleczenie zupełne Harberta można było uważać za pewne. Jakieżby jednak było położenie osadników, gdyby się stan jego pogorszył, gdyby naprzykład, kula była została w ciele, lub jeśliby ramię albo nogę amputować było potrzeba!
— Nie! — odzywał się nieraz Gedeon Spilett — nigdy nie mogę pomyśleć o podobnej ostateczności bez zadrżenia!
— A jednakże — gdyby tego była potrzeba — odrzekł mu pewnego dnia Cyrus Smith — nie byłbyś się wahał działać?
— Nie, Cyrusie! — odpowiedział Gedeon Spilett — ale niech Bogu będą dzięki, że mi oszczędził podobnej próby.
I w tym więc wypadku, jak w tylu innych osadnicy szukali rady tylko w owej logice zdrowego rozsądku, która im tyle razy tak dobrze usłużyła — a i w tym razie, dzięki nadto wiadomościom ogólnym jakie posiadali, także ich nie zawiodła! Nie trzebaż się jednak było obawiać, że może nadejść chwila, w której cała wiedza ich nie wystarczy. Sami byli na całej wyspie. Tymczasem ludzie dopełniają się przez życie społeczne, niezbędni są sobie nawzajem. Cyrus Smith pojmował to bardzo dobrze i wielekroć zapytywał sam siebie, czy nie może zajść jaka okoliczność, której sami poradzić nie potrafią!
Zresztą zdawało mu się, że on i jego towarzysze, dotąd tak szczęśliwi, wstąpili naraz w jakąś fatalną epokę. Od więcej niż dwóch lat, od czasu jak uciekli z Richmondu, można powiedzieć, że wszystko szło im jak z płatka. Wyspa dostarczyła im w obfitości minerałów, roślin, zwierząt, a z drugiej strony, z tak wielkiej hojności przyrody wiedza ich umiała wyciągnąć wszelką możliwą korzyść. Dobrobyt materjalny osady, był można powiedzieć zupełny. Co więcej, w pewnych okolicznościach, niepojęta jakaś władza przychodziła im z pomocą!... Ależ to wszystko mogło się naraz skończyć!
Słowem Cyrusowi Smithowi zdawało się, że szczęście się od nich odwracać zaczyna.
I w istocie, okręt piratów pojawił się na wodach wyspy — i chociaż złoczyńcy ci, można powiedzieć cudownej ulegli zagubie, sześciu z nich jednakże uniknęło katastrofy. Ci wylądowali na wyspę — a dzisiaj pięciu z nich, którzy jeszcze pozostali, niepodobna było prawie pochwycić. Ayrton został niewątpliwie zamordowanym przez tych nędzników, posiadających broń palną i władających nią tak dobrze, że przy pierwszym wystrzale, kula ich ugodziła Harberta prawie śmiertelnie. Nie byłyż to przypadkiem pierwsze ciosy nieprzychylnej doli, która odtąd miała dręczyć osadników? Oto zapytanie, które wciąż stawiał sobie Cyrus Smith!... Oto troska, którą się bezustannie dzielił z korespondentem i obudwom im zdawało się także, że i pomoc owa osobliwa, której dotychczas tak skutecznie doznawali, teraz ich opuściła. Czyżby ta istota tajemnicza, której istnieniu, ktokolwiek by ona nie była, nie podobna było zaprzeczyć, czyżby ów opiekun opuścił wyspę? A może i sam uległ z kolei losu jakiemu nieszczęściu?
Na te zapytania wszelka odpowiedź była niepodobieństwem. Niech sobie nikt jednak nie wystawia, iżby Cyrus Smith i jego towarzysz dla tego, że rozmawiali o tych rzeczach, mieli być ludźmi zdolnymi do rozpaczy. Bynajmniej! Zdawali sobie jasno sprawę ze swego położenia, rozbierali wszystkie jego strony, przygotowywali się na wszelki wypadek, wyprostowali się odważnie i spokojnie w obliczu przyszłości — a jeśli jakie przeciwności miały na nich uderzyć — znajdą dwóch ludzi gotowych do nieustraszonej walki.






ROZDZIAŁ IX.
(Nie ma wieści od Naba. — Propozycja Pencroffa i korespondenta odrzucona. — Kilka wycieczek Gedeona Spiletta. — Szmat materji. — Wiadomość. — Pospieszny odjazd. — Przybycie na Wielką Terasę.)

Powrót do zdrowia rannego młodzieńca odbywał się w powolnym ale regularnym postępie. Jedno tylko pozostawało obecnie do życzenia, a to aby stan jego pozwolił na przeniesienie go do Granitowego Pałacu. Jakkolwiek bowiem wybornie zagospodarowanym i zaopatrzonym był dom mieszkalny w zagrodzie, nie można w nim było jednakże znaleźć ani wygody, ani warunków zdrowia takich, jak w Granitowym Pałacu. Co więcej, nie zapewniał on tyle bezpieczeństwa, i chwilowi jego mieszkańcy, pomimo całej baczności, znajdowali się wciąż pod grozą strzału piratów. W Pałacu zaś, w pośród owych niezdobytych i niedostępnych ścian, nie było się czego obawiać, każde bowiem nieprzyjazne dla osadników pokuszenie, chybiłoby nieodwołalnie celu. To też z niecierpliwością oczekiwali na chwilę sposobną do przeniesienia Harberta bez niebezpieczeństwa dla jego rany i zdecydowani byli uskutecznić te przenosiny, pomimo że droga przez las jakamarowy przedstawiała wiele trudności.
Od Naba nie było wprawdzie wieści, ale nie budziło to w osadnikach niepokoju. Odważny murzyn, obwarowany wybornie w głębiach Granitowego Pałacu, nie pozwoliłby się zajść z nienacka. Nie odesłano mu Topa napowrót, zbyteczną bowiem wydawało się rzeczą narażać wiernego psa na jaki zabłąkany strzał, który by mógł był pozbawić osadników najpożyteczniejszego pomocnika.
Oczekiwano tedy, z wielką chęcią jednak jak najprędszego ujrzenia się znowu w Granitowym Pałacu. Ciężko było inżynierowi widzieć, że siły ich są rozdzielone, co było wielce pomyślną rzeczą dla piratów. Od czasu zniknięcia Ayrtona osadników było już tylko w czterech na pięciu, Harbert bowiem nie mógł się jeszcze liczyć. Czuł to wybornie biedny młodzieniec i pojmował z wielkiem zmartwieniem ich kłopot, którego się stał niewinną przyczyną.
Kwestja, jak należy w warunkach obecnych postępować z rozbójnikami, rozebraną została gruntownie w dniu 29 listopada przez Cyrusa Smitha, Gedeona Spiletta i Pencroffa, w chwili gdy Harbert pogrążony w drzemce nie mógł ich słyszeć.
— Moi przyjaciele — rzekł korespondent, po krótkiej rozmowie o Nabie i niemożebności porozumienia się z nim — i ja jestem jednego z wami zdania, że odważyć się wyjść z zagrody znaczy tyle, co wystawiać się na strzały, bez możności odwetu. Czy wam się jednak nie zdaje, że najwłaściwszą rzeczą w danej chwili, byłoby wprost puścić się w pogoń za tymi nędznikami.
— Taka była i moja myśl — odpowiedział Pencroff. Toż, jak sądzę, nikt z nas nie obawia się kulki — i co do mnie jeżeli pan Cyrus się zgadza, gotów jestem natychmiast uderzyć na las. Cóż u djabła! Jeden człowiek wart przecież tyle co i drugi.
— Ale czy tyle co pięciu? — spytał inżynier.
— I ja się przyłączę do Pencroffa — odrzekł korespondent — a tak we dwóch, dobrze uzbrojeni, mając z sobą Topa....
— Mój drogi Spilecie i ty Pencroffie — odpowiedział Cyrus Smith — chciejcie no trochę pomówić na zimno. Gdyby piraci znajdowali się w pewnym oznaczonym punkcie wyspy, gdyby to miejsce było nam znane i gdyby chodziło tylko o wyparowanie ich ztamtąd, rozumiałbym atak wprost i otwarcie. Czy jednak nie należy się obawiać, że oni to zapewnili sobie pierwszy strzał?
— Ech! panie Cyrusie — nie każda kula idzie pod właściwym adresem!
— Ta, co ugodziła Harberta, nie zabłądziła po drodze, Pencroffie — odrzekł inżynier. Zresztą, zwróćcie uwagę i na to, że jeżeli obadwaj opuścicie zagrodę, ja sam tylko do obrony jej zostanę. A czy możecie zapewnić, że rozbójnicy nie zobaczą was oddalających się, że nie pozwolą wam zapuścić się spokojnie w lasy, na to aby skorzystać z nieobecności waszej i uderzyć na zagrodę, w której będą wiedzieli, że znajdą tylko ranne dziecko i jednego obrońcę.
— Masz pan słuszność, panie Cyrusie — zawołał Pencroff z piersią wzdętą głuchym gniewem — masz słuszność. Gotowi zrobić to wszystko dla dostania się do zagrody, której zapaśność znają dobrze. A sam, nie zdołałbyś się pan im oprzeć. Ach! czemuż nie jesteśmy w Pałacu Granitowym!
— Gdybyśmy byli w Pałacu Granitowym — odrzekł inżynier — pozycja byłaby odmienną! Tam, nie obawiałbym się zostawić Harberta z jednym z pomiędzy nas, a pozostali wyruszyli by przetrząść lasy wyspy. Ale jesteśmy w zagrodzie i dla tego wypada w niej pozostać, aż dokąd nie będziemy mogli opuścić jej razem.
Nie było odpowiedzi na ten wywód Cyrusa Smitha i towarzysze jego aż nadto dobrze to pojęli.
— Gdyby przynajmniej Ayrton był jeszcze z nami! — zawołał Gedeon Spilett. Biedny człowiek! Jak krótko trwało jego życie w uczciwych społecznych warunkach!...
— Jeżeli już umarł?... — dodał Pencroff z osobliwszym naciskiem.
— Masz więc nadzieję, że ci hultaje darowali mu życie?... — zapytał Gedeon Spilett.
— Niewątpliwie! jeżeli to było w ich interesie!
— Jakto!... przypuszczałbyś więc, że Ayrton odnalazłszy swoich dawnych wspólników, z zapomnieniem wszystkiego co nam winien...
— Kto to może wiedzieć?... — odrzekł marynarz, nie bez wahania jednak stawiając to brzydkie podejrzenie.
— Pencroffie — odezwał się Cyrus Smith biorąc za ramię marynarza, myśl ta jest zła i zasmuciłbyś mnie bardzo, gdybyś przy niej obstawał. Ja zaręczam za wierność Ayrtona.
— I ja również — dorzucił żywo korespondent.
— No tak... tak! panie Cyrus... zawiniłem — odrzekł Pencroff. Była to w istocie zła myśl, której nic nie usprawiedliwia. Ale cóż panowie chcecie? Nie wiem już, dalibóg co się ze mną dzieje. To uwięzienie w zagrodzie cięży mi straszliwie i nie przypominam sobie, żebym był kiedykolwiek równie, jak dziś podrażniony.
— Cierpliwości Pencroffie — odpowiedział inżynier. — Jak prędko, mój drogi Spilecie, sądzisz, że będzie można Harberta przenieść do Pałacu?
— Trudno to oznaczyć, Cyrusie — odrzekł korespondent — najmniejsza bowiem nieostrożność mogła by fatalne wywołać następstwa. Koniec końców jednak, rekonwalescencja przyjmuje regularny obrót i jeżeli od dziś za ośm dni siły mu powrócą — no, to zobaczymy!
Ośm dni! Tym sposobem powrót do Pałacu Granitowego mógłby nastąpić dopiero w pierwszych dniach Grudnia.
W tej epoce, wiosna już datowała się od dwóch miesięcy. Pogoda była prześliczna i gorąco dopiekać poczynało. Lasy wyspy znajdowały się w pełnem pączkowaniu a zarazem zbliżał się czas zwyczajnych zbiorów. W ślad więc za powrotem na Wielką Terasę, winne były natychmiast się zacząć wszelkie roboty rolnicze, z przerwą tylko potrzebnego czasu na zamierzoną wycieczkę w głąb wyspy.
Łatwo tedy pojąć, ile to zamknięcie w zagrodzie przynosiło szkody osadnikom. Musieli jednak nagiąć się w obec konieczności, chociaż nie bez mocnego zniecierpliwienia.
Raz czy dwa razy, korespondent odważył się wychylić za bramy zagrody i obejść na okoł palisadę. Top mu towarzyszył, a on sam z odwiedzionym karabinem, miał się na baczności na wszelki wypadek.
Nigdy dotychczas nie miał żadnego niemiłego spotkania, ani nie spostrzegł w około zagrody jakichkolwiek podejrzanych śladów. Zresztą pies byłby go ostrzegł o niebezpieczeństwie, a ponieważ nie szczeknął ani razu, wnosić ztąd można było, że nie ma powodu do obawy, przynajmniej w danej chwili i że piraci zajęci byli w której innej części wyspy.
Przy drugiej jednakże wycieczce; 27 listopada, Gedeon Spilett, zapuściwszy się na ćwierć mili w las, ku południowi góry, zauważył, że Top coś czuje. Pies stracił swoją zwykłą obojętną minę — biegał tam i napowrót, wietrząc po nałęku i krzakach, jak gdyby mu powonienie zdradzało jakiś podejrzany przedmiot.
Gedeon Spilett postępował wciąż za psem, zachęcając go i podżegając głosem a jednocześnie baczne naokoło zwracając oko, trzymając karabin w pogotowiu i korzystając z drzew dla zasłonięcia się. Nie zdawało się prawdopodobnem aby Top poczuł obecność człowieka, bo w takim razie byłby ją oznajmił szczekaniem na pół stłumionem i rodzajem głuchego gniewu. Tymczasem teraz ani warknął, a więc to znaczyło że niebezpieczeństwo nie jest ani w pobliżu ani natychmiastowe.
Tak przeszło z pięć minut, w ciągu których Top wietrzył ciągle i szukał a korespondent szedł za nim ostrożnie, gdy nagle pies poskoczył do gęstego krzaku i wyciągnął zeń szmat materji.
Był to kawałek ubrania, poplamiony i podarty. Gedeon Spilett poniósł go natychmiast do zagrody.
Tu osadnicy obejrzeli starannie ów przedmiot i rozpoznali w nim kawałek kamizelki Ayrtona, z sukna pilsniowego wyrabianego jedynie w pracowni Granitowego Pałacu.
— Widzisz, Pencroffie — rzekł zwracając się doń Cyrus Smith — oto dowód oporu nieszczęśliwego Ayrtona. Piraci go porwali gwałtem! Wątpisz że jeszcze o jego uczciwości?
— Nie, panie Cyrus — odrzekł marynarz — nie, i dawno już jak się pozbyłem owej chwilowej nieufności. Ale jak mi się zdaje, da się wyciągnąć pewien wniosek z tego wypadku.
— A mianowicie — spytał korespondent.
— Że Ayrtona nie zabito w zagrodzie. Wzięto go i zabrano żywcem widocznie, kiedy się opierał! kto wie tedy, może żyje jeszcze?
— Kto wie, w istocie — odrzekł inżynier zapadając w zamyślenie.
Był w tem jeszcze promyk nadziei, za który mogli pochwycić towarzysze Ayrtona. I w istocie, przed chwilą jeszcze mogli sądzić, że Ayrton zaskoczony z nienacka w zagrodzie padł od kuli, jak niedawno Harbert. Jeżeli jednak, jak się obecnie pokazało, nie zabili go odrazu, jeżeli go uprowadzili żywcem w inną stronę wyspy, nie możnaż było przypuścić, że jest dotąd jeszcze ich więźniem? A kto wie nawet, czy który z rozbójników nie poznał w Ayrtonie dawnego towarzysza z Australji, Ben Joyce’a herszta zbiegłych więźniów, i czy nie powzięli zuchwałej nadziei przyciągnięcia go znowu do siebie? Bo i jakżesz to dla nich pożyteczną byłoby rzeczą skłonić go do zdrady...
Wypadek powyższy pomyślnie wytłómaczyła sobie gromadka zebrana w zagrodzie i odszukanie Ayrtona przestało się odtąd wydawać niemożliwem. Zresztą nie ulegało wątpliwości że i Ayrton, jeżeli jest tylko więźniem, zrobi ze swojej strony wszystko co będzie w jego mocy, aby się wydobyć z rąk bandytów — a jakimże byłby obecnie potężnym pomocnikiem dla osadników naszych!
— W każdym razie — zauważył Gedeon Spilett, jeżeli Ayrtonowi uda się szczęśliwie wydostać z rąk porywców, niewątpliwie pospieszy wprost do Pałacu Granitowego, nie wie nic bowiem o morderczym zamachu, którego ofiarą padł Harbert, a więc nie może mu przyjść na myśl, że jesteśmy zamknięci w zagrodzie.
— Ach! chciałbym żeby już był w Granitowym Pałacu i my z nim! — zawołał Pencroff. Bo koniec końców, chociaż ci hultaje nie są w mocy nic uczynić naszemu siedlisku, mogą jednakże spustoszyć terasę, plantacje nasze, nasze kurniki!...
Pencroff stał się już prawdziwym rolnikiem, sercem przyrósł do swoich zbiorów. Powiedzieć jednak należy, że największą niecierpliwość w kwestji powrotu do Pałacu Granitowego, okazywał Harbert, pojmował bowiem dobrze o ile obecność osadników była tam niezbędną. I to on tylko zatrzymywał ich w zagrodzie! To też ta tylko jedyna myśl zajmowała wciąż umysł jego: opuścić zagrodę, opuścić ją bądź co bądź! Zdawało mu się, że ma dosyć siły, aby znieść przeniesienie do Granitowego Pałacu. Zapewniał, że zdrowie mu powróci daleko prędzej w jego pokoiku, w lepszem powietrzu i przy widoku morza!
Nieraz już naciskał o to Gedeona Spiletta, ale korespondent obawiając się i słusznie, ażeby rany młodzieńca, nie dobrze jeszcze zabliźnione, nie otwarły się w drodze, nie chciał dotąd wydać hasła do wyruszenia.
Naraz jednak zaszła okoliczność, która popchnęła Cyrusa Smitha i obudwu jego przyjaciół do zadosyć uczynienia żądaniu Harberta — ale sam Bóg wie tylko, ile to postanowienie boleści i wyrzutów kosztować ich mogło!
Było to 29 listopada. Ósma z rana wybiła. Trzej osadnicy zabawiali się rozmową w pokoju Harberta, gdy nagle usłyszeli żywe poszczekiwanie Topa.
Na ten odgłos Cyrus Smith, Pencroff i Gedeon Spilett, pochwyciwszy za strzelby zawsze gotowe do strzału, wypadli z domu.
Top obiegał z wewnątrz palisadę, skacząc i naszczekując, ale widocznie z radości nie z gniewu.
— Ktoś nadchodzi!
— Niezawodnie!
— I to nie wróg!...
— Może Nab?
— Lub Ayrton?
Ledwo inżynier i jego towarzysze zdołali zamienić te słowa, jakaś postać przesadziła palisadę i stanęła przed nimi na nogach. Był to Jow, pan Jow we własnej osobie, Jow którego Top iście po przyjacielsku przyjmował!
— Jow! — zawołał Pencroff.
— To Nab go nam przysyła! — odrzekł korespondent.
— Jeśli tak — ozwał się korespondent, to musi być jakiś bilet przy nim.
Pencroff poskoczył ku orangowi. Niewątpliwie, jeżeli Nab potrzebował udzielić jakąś ważną wiadomość swemu panu, to nie mógł użyć pewniejszego i szybszego posłańca od Jowa, mogącego przejść takiemi drogami, któremi ani osadnicy ani Top nawet może przejść by nie mogli.
Nie omylił się Cyrus Smith. Na szyi u Jowa wisiał maleńki woreczek a w nim znajdowała się karteczka, skreślona własną ręką Naba.
Wyobraźcie sobie rozpacz Cyrusa Smitha i jego towarzyszy, skoro przeczytali następujące wyrazy:
„Piątek, g. 6 rano.
„Piraci opanowali terasę!...
Nab“
Osadnicy spojrzeli po sobie w milczeniu i cofnęli się napowót do domu. Cóż mieli uczynić? Piraci na Wielkiej terasie, była to klęska, spustoszenie, ruina!
Harbert ujrzawszy wracających inżyniera, korespondenta i Pencroffa, odgadł że stan rzeczy musiał się pogorszyć, a spostrzegłszy Jowa nie wątpił już bynajmniej, że jakieś nieszczęście zagraża Pałacowi Granitowemu.
— Panie Cyrusie — zawołał — ja chcę wyruszyć w drogę. Czuję że zniosę jej trudy!... Ja chcę jechać!
Gedeon Spilett zbliżył się do młodzieńca. Stanął i popatrzył nań przez chwilę a potem rzekł:
— Jedźmy więc!
Bardzo prędko rozstrzygnięto kwestję, jak należy przeprowadzić Harberta czy na noszach, czy na wózku sprowadzonym przez Ayrtona do zagrody. Nosze niewątpliwie poruszałyby się łagodniej dla rannego ale wymagały dwóch ludzi, to znaczy odjęłyby dwie strzelby do obrony, w razie napadu w drodze.
Tymczasem nie możnaż było użyć wózka i tym sposobem zostawić wszystkie ręce na swobodzie. Nie dałożby się umieścić na nim materaców, złożyć na nich Harberta i posuwać się z ostrożnością, usuwającą wszelkie stuknięcie?... Owszem, można było.
Wytoczono więc wózek. Pencroff zaprzągł doń onagasa. Cyrus Smith i korespondent podnieśli materace z Harbertem i umieścili go w głębi wózka, pomiędzy dwiema firankami. Pogoda była prześliczna. Jasne promienie słońca przebijały się przez gałęzie drzew.
— Broń czy w pogotowiu? — zapytał się Cyrus Smith.
Wszystko było w porządku. Inżynier i Pencroff, każdy uzbrojony w dubeltówkę i Gedeon Spilett z karabinem swoim w ręku mogli wyruszać.
— A ty, Harbercie, jak się czujesz? — spytał inżynier.
— Ach, panie Cyrusie, — odrzekł młodzieniec, bądź spokojny, nie umrę w drodze!
Widać jednak było, że biedny chłopiec mówiąc to, skupiał całą energję i ze szczytnem wytężeniem woli przytrzymywał siły, gotowe go lada chwila opuścić.
Inżynier czuł, jak mu się serce boleśnie ściska na ten widok. Zawahał się raz jeszcze z wydaniem hasła do odjazdu. Ale wyrzec się tej myśli, byłoto doprowadzić do rozpaczy Harberta, kto wie, zabić go może!
— Naprzód! — ozwał się Cyrus Smith.
Zaiste o wiele lepiej byłoby udać się inną drogą a nie tą która wiodła prosto z zagrody do Pałacu Granitowego, ale w lasach wózek byłby napotkał na niezmierne zawady. Pozostawało więc tylko postępować tą drogą, choć musiała być dobrze znaną zbiegom.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett szli po obu stronach wózka, gotowi odeprzeć każdy napad. Nie zdawało się jednakże prawdopodobnem, aby zbiegi opuścili już Wielką Terasę. Kartka Naba skreśloną była widocznie w chwili pojawienia się napastników. Chwilą zaś tą wyrażoną na kartce była godzina 6 z rana a ścigły orang, przywykły często biegać do zagrody, nie potrzebował zapewne więcej nad trzy kwadranse czasu do przebycia pięciu mil oddzielających zagrodę od Pałacu Granitowego. Droga więc powinna była być bezpieczną w danej chwili i jeżeli miał wypaść zkąd strzał jaki, to prawdopodobnie aż dopiero w pobliżu Granitowego Pałacu.
Na wszelki wypadek jednakże osadnicy zachowywali ścisłą ostrożność. Top i Jow, ten ostatni zbrojny w pałkę swoją, jużto biegnąc przodem, jużto myszkując po lesie otaczającym drogę, nie zwiastowali żadnego niebezpieczeństwa.
Wózek toczył się powoli, kierowany przez Pencroffa. Wyprawa wyruszyła z zagrody o wpół do ósmej. W godzinę potem, cztery mile z pięciu już były przebyte i to bez wszelkiej przygody.
Droga była pustą jak również i cała owa część lasu, rozciągająca się pomiędzy „Dziękczynną“ a jeziorem. Gęstwiny krzaków zdały się być tak samotne, jak w dzień wylądowania osadników na wyspę.
Terasa już było bliska. Milka jeszcze i spostrzegą mostek na potoku Glicerynowym. Cyrus Smith nie wątpił, że mostek ten musi być w całości i porządku, ponieważ piraci potrzebowali go do wejścia w tym punkcie na terasę, albo też jeżeli przeszli przez który z potoków opasujących terasę, spuścili go przez ostrożność, dla zabezpieczenia sobie w danym razie odwrotu.
Wreszcie przez przerwę między drzewami zabłysnął widnokrąg morza. Wózek jednak wciąż się toczył dalej, jak dotąd, bo żaden z obrońców nie mógł myśleć o opuszczeniu go.
Naraz Pencroff, zatrzymując onagasa, zawołał straszliwym głosem:
— Ach, nędznicy!
I ręką wskazał na gęste kłęby dymu unoszące się nad młynem, stajniami i zabudowaniami dla ptactwa.
Jakiś człowiek kręcił się wśród tych wyziewów.
Był to Nab.
Towarzysze jego wydali okrzyk. Usłyszał poskoczył ku nim.
Piraci opuścili terasę już od pół godziny mniej więcej, spustoszywszy ją pierwej.
— A pan Harbert? zawołał Nab.
Gedeon w tej chwili stał już przy wózku.
Harbert leżał bez przytomności!






ROZDZIAŁ X.
(Przeniesienie Harberta do Pałacu Granitowego. — Nab opowiada co zaszło. — Zwidzenie terasy przez Cyrusa Smitha. — Ruina i spustoszenia. — Osadnicy bez porady w obec choroby. — Kora wierzbowa. — Śmiertelna gorączka. — Top szczeka znowu.)

O rozbójnikach, o niebezpieczeństwach zagrażających Pałacowi Granitowemu, o ruinach pokrywających terasę nie było już ani mowy. Stan Harberta kazał zapomnieć o tem wszystkiem. Byłoż to przeniesienie zgubnem dla niego? Czy wywołało jakie uszkodzenie wewnętrzne. Korespondent nie umiał na to odpowiedzieć i wraz z resztą towarzyszy był w rozpaczy.
Doprowadzono wózek do zakrętu rzeki. Tu na noszach z kilku gałęzi złożono materace, na których bez znaku życia leżał Harbert. W dziesięć zaś minut potem Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Pencroff byli już pod murami Pałacu, powierzywszy Nabowi odprowadzenie wózka na Wielką Terasę.
Windę wprowadzono w ruch i wkrótce Harbert znajdował się na łóżku w Pałacu Granitowym.
Starania, których około niego nie szczędzono, przywróciły go do życia. Uśmiechnął się przelotnie, ujrzawszy się w swoim pokoju, zaledwie jednak kilka słów mógł wyszepnąć, tak był osłabiony.
Gedeon Spilett obejrzał rany. Główną jego obawą było, że się otworzyły nie będąc jeszcze w zupełności zabliźnione. Nic jednak podobnego się nie stało. Zkąd więc pochodził ten upadek sił nagły i otrętwienie? Czemu stan Harberta się pogorszył?
Wkrótce młodego chłopca ogarnął rodzaj gorączkowego snu. Pencroff więc i korespondent pozostali przy jego łożu.
Tymczasem Cyrus Smith obznajamiał Naba ze wszystkiem, co zaszło w zagrodzie, a Nab ze swojej strony opowiadał swemu panu zdarzenia, których widownią była terasa.
Niedawniej to jak przeszłej nocy zbiegi pokazali się na skraju lasu w pobliżu Glicerynowego potoku. Nab, znajdujący się w tej chwili właśnie przy kurnikach, nie wahał się ani chwili wypalić do jednego z rozbójników, zabierającego się przejść w bród strumień, ale z powodu osobliwie ciemnej nocy, nie wiedział, czy trafił tego nędznika. W każdym razie jednak strzał ten wystarczył do powstrzymania całej bandy i dał Nabowi czas do wycofania się w głąb Granitowego Pałacu, gdzie mógł się przynajmniej czuć bezpiecznym.
Cóż jednak dalej było czynić? Jak przeszkodzić spustoszeniu, którem rozbójnicy zagrażali terasie. Miałże Nab środek uprzedzenia swojego pana? A zresztą, czyż wiedział w jakiem położeniu znajdowali się sami mieszkańcy zagrody?
Cyrus Smith i towarzysze odjechali 11 listopada a wtedy było już 29. Dziewiętnaście więc dni upłynęło, jak Nab nie otrzymał innej wieści od nich, oprócz przyniesionej przez Topa — wieści bardzo smutnej: że Ayrton zginął, Harbert ciężko ranny, inżynier i korespondent niejako uwięzieni w zagrodzie.
Co począć? zadawał sobie pytanie biedny Nab. Osobiście nie potrzebował się niczego obawiać, rozbójnicy bowiem nie mogli dostać się do Pałacu Granitowego. Ale budowle, plantacje, całe gospodarstwo było na łasce rabusiów! Nie należałoby odnieść się do Cyrusa Smitha po wskazówkę, co ma czynić, i zawiadomić go przynajmniej o grożącem niebezpieczeństwie?
Wówczas to Nabowi wpadło na myśl użyć Jowa i powierzyć mu kartkę. Znaną mu była nadzwyczajna zmyślność tego zwierzęcia, niejednokrotnie już wypróbowana. Jow rozumiał słowo: zagroda tak często w obec niego powtarzane i nawet jak czytelnicy sobie zapewne przypomną, nieraz bywał w zagrodzie z wózkiem w towarzystwie Pencroffa. Dzień jeszcze nie zaświtał. Chyży orang mógł więc prześliznąć się niepostrzeżenie przez lasy, w których zresztą mogli go wziąć rozbójnicy za jednego z naturalnych mieszkańców tych okolic.
Nab tedy dłużej się już nie wahał. Napisał kartkę, przymocował ją do karku Jowowi, przywiódł go do drzwi Pałacu Granitowego, z których spuścił długą linę aż ku ziemi — i zawołał nań kilkakrotnie temi słowy:
— Jowie! Jowie! zagroda, zagroda!
Zwierzę pojęło o co chodzi, pochwyciło za sznur, zsunęło się błyskawicą na wybrzeże i znikło w cieniach, nie zwróciwszy bynajmniej uwagi rozbójników.
— Dobrześ zrobił, Nabie odezwał się Cyrus Smith — ale kto wie czy nie uprzedzając nas, nie byłbyś zrobił jeszcze lepiej!
Mówiąc tak, Cyrus Smith, miał na myśli Harberta, którego wyzdrowienie zdało się tak mocno zachwianem przez owe przenosiny.
Nab ciągnął dalej i kończył swoje opowiadanie. Rozbójnicy nie pokazali się wcale na wybrzeżu przed Pałacem. Nie świadomi o ilości mieszkańców wyspy, mogli sądzić, że Pałacu Granitowego broni znaczna załoga. A w tem przekonaniu mogło ich utwierdzić jeszcze wspomnienie owych mnóstwa strzałów wysłanych przeciw nim w czasie napadu brygu, strzałów pochodzących i z wyższych i z niższych skał — nie chcieli więc zapewne narażać się. Ale Wielka Terasa stała im otworem, nie będąc na oku strzałom z Granitowego Pałacu. To też na niej dali folgę swoim niszczycielskim popędom, rabując, paląc, wytwarzając zło dla zła — a cofnęli się dopiero najwyżej na pół godziny przed przybyciem osadników, których zresztą myśleli znaleść jeszcze w zamknięciu w zagrodzie.
W pierwszej zaraz chwili Nab wypadł ze swego schronienia. Wdarł się na terasę z narażeniem na strzały, usiłował stłumić pożar pożerający właśnie kurniki, i walczył ale napróżno przeciw ogniowi aż do chwili pojawienia się wózka na skraju lasu.
Takie były owe ważne wypadki. Obecność rozbójników stawała się bezustanną groźbą dla osadników wyspy Lincolna, tak szczęśliwych do tej pory — a którym należało się przygotować na większe jeszcze nieszczęścia!
Gedeon Spilett pozostał przy Harbercie z Pencroffem w Pałacu Granitowym, a tymczasem Cyrus Smith w towarzystwie Naba udał się dla ocenienia osobiście rozmiaru spustoszenia.
Wielkie to było szczęście, że rozbójnicy nie zapędzili się aż pod same stopy Granitowego Pałacu. Warsztaty w „Dymnikach“ nie byłyby uszły zniszczeniu. Bądź co bądź jednak łatwiej byłoby tę szkodę naprawić, aniżeli ruiny nagromadzone na Wielkiej Terasie.
Cyrus Smith i Nab skierowali się ku „Dziękczynnej“ i przeszli jej cały brzeg lewy, nie znalazłszy nigdzie ani śladu rozbójników. Na drugim brzegu rzeki w gęstwinie lasu nie natrafili również na żadną podejrzaną oznakę.
Zresztą oto przypuszczenie, które miało po sobie najwięcej prawdopodobieństwa że: albo rozbójnikom wiadomy już był powrót osadników do Pałacu Granitowego, mogli ich bowiem byli spostrzedz w drodze z zagrody — lub też że natychmiast po spustoszeniu terasy, zagłębili się w las jakamarowy, idąc za biegiem Dziękczynnej — i ztąd nie wiedzieli nic o powróceniu osadników.
W pierwszym razie musieli zapewne powrócić do zagrody, obecnie nieobronnej a tyle drogocennych dla nich zawierającej zasobów.
W drugim zaś, zapewne cofnęli się do swego obozowiska, aby tam oczekiwać na nową sposobność do napadu.
Należało więc ich uprzedzić; wszelkie jednak przedsięwzięcia w tym kierunku były jeszcze zależnemi od stanu zdrowia Harberta; w samej rzeczy, do takiej wyprawy wszystkie siły nie byłyby zbyteczne; — a w danej chwili nikt nie mógł opuścić Granitowego Pałacu.
Inżynier i Nab przybyli na terasę. Strach było na nią popatrzeć. Łany zdeptane i stratowane. Dojrzałe kłosy, przedmiot przyszłego żniwa, leżały na ziemi pokotem.
Inne plantacje również ucierpiały. Ogród jarzynowy wyglądał nie do poznania.
Na szczęście Pałac Granitowy posiadał zasób nasion wystarczający do naprawienia tych szkód.
Co do młyna i zabudowań dla ptastwa i stajni dla onagasów, pożar zniszczył je do szczętu. Kilka spłoszonych zwierząt błądziło po terasie, a ptastwo, które w czasie pożaru szukało schronienia na wodzie jeziora, powracało już powoli do swego zwykłego siedliska i zaczynało się pluskać przy brzegach.
Wszystko trzeba było odbudowywać na nowo.
Oblicze Cyrusa Smitha, bledsze niż zazwyczaj, zdradzało gniew wewnętrzny nie bez trudności hamowany, — z ust inżyniera jednak nie wyszło ani jedno gwałtowne słowo. Raz jeszcze rzucił okiem po spustoszonych polach, spojrzał na kłęby dymu unoszące się jeszcze nad zgliszczami i powrócił do Granitowego Pałacu.
Następne dni należały do najsmutniejszych, jakie osadnicy mieli dotychczas do przebycia na wyspie. Osłabienie Harberta wzmagało się widocznie. Zdawało się, że zagraża mu jakaś o wiele cięższa choroba, będąca następstwem głębokiego wstrząśnienia fizjologicznego jakiemu uległ, i Gedeon Spilett przeczuwał takie pogorszenie się stanu chorego, któremu nie będzie w możności zapobiedz.
I w istocie, Harbert wciąż był pod władzą pewnego rodzaju drzemki, prawie bezustannej a przytem niektóre oznaki maligny poczęły się również pojawiać. Tymczasem jedynym środkiem, jakim rozporządzać mogli osadnicy, były tylko ziółka orzeźwiające. Gorączka z początku nie zbyt mocna, wkrótce jednak poczęła objawiać widoczne dążenie do przejścia w regularne paroksyzmy.
Gedeon Spilett poznał to 6 grudnia. Palce nos i uszy biednego młodzieńca nagle posiniały prawie, a w ślad za tem pochwyciły go najprzód lekkie dreszcze, potem silniejsze wstrząśnienie i nareszcie gwałtownie trząść go zaczęło. Puls miał słaby i nierówny, skórę suchą, mocne pragnienie. Po tym perjodzie nastąpił wnet perjod gorąca; cera twarzy się ożywiła, skóra poczerwieniała, tętno poczęło galopować. Potem nastąpiły obfite poty — i po nich gorączka zdawała się zmniejszać. Cały paroksyzm trwał około pięciu godzin.
Gedeon Spilett nie opuścił ani na chwilę Harberta, nawidzonego obecnie przez febrę perjodyczną. Odkrycie to było aż nadto pewnem — a najważniejszą kwestją danej chwili stało się przerwanie za jaką bądź cenę tej niszczącej choroby, zanim przybierze groźniejsze rozmiary.
— Ażeby zaś tego dokonać — rzekł Gedeon Spilett do Cyrusa Smitha — niezbędnym jest jaki środek antifebryczny.
— Środek antifebryczny! — odrzekł inżynier. Niestety nie mamy ani chininy, ani siarczanu chininy.
— To prawda — odezwał się Gedeon Spilett — ale mamy wierzby nad jeziorem, których kora może niekiedy zastąpić chininę.
— Sprobójmy więc, nie tracąc ani chwili! — zawołał Cyrus Smith.
I w istocie, kora wierzbowa słusznie uważaną bywa za środek zastępujący chininę, tak jak kasztan indyjski, liść ostrokrzewu, wężownik wielki i t. d. Należało więc widocznie spróbować tej substancji, jakkolwiek nie wyrównającej chininie i działaniu jej w stanie naturalnym, ponieważ brakło osadnikom środków do odpowiedniego jej przyrządzenia.
Cyrus Smith sam pospieszył odciąć od pnia wierzby z rodzaju czarnych kilka kawałków kory, które przyniosłszy do Granitowego Pałacu, sproszkował — a następnie tegoż jeszcze wieczora proszek ten zadano Harbertowi.
Noc przeszła bez żadnych groźnych wypadków, Harbert miał nieco gorączki, ale febra się nie pojawiała przez noc, ani nawet następnego dnia.
Pencroff jął powracać potroszę do nadziei. Gedeon Spilett nic nie mówił. Kto wie czy perjody febry były codzienne, czy też nie była to czasem trzydniówka, mogąca właśnie jutro powrócić. To też oczekiwano tego jutra z jak najsilniejszym niepokojem.
Zauważyć także było można, że w czasie tego perjodu pozornego spokoju, Harbert leżał jakby złamany, mając głowę ciężką i skłonność do zawrotów. Był także i inny jeszcze symptom, który w najwyższym stopniu przeraził korespondenta. Oto wątroba Harberta poczęła przechodzić w stan kongestji, a powiększenie gorączki dało wkrótce dowód, że i zapalenie mózgu się zaczyna.
Gedeon Spilett stał jak rażony piorunem w obec tej nowej komplikacji. Odprowadził inżyniera na stronę.
— To żółta febra! — rzekł doń.
— Żółta febra! zawołał Cyrus Smith. Musisz się mylić, Spilecie. Żółta febra nie objawia się samorodnie. Potrzeba mieć jej zaród w sobie.
— Nie mylę się, odpowiedział korespondent. Harbert musiał pochwycić ów zaród w bagniskach wyspy — a to aż nadto wystarcza. Pierwszy paroksyzm już miał. Jeżeli przyjdzie drugi a trzeciemu zapobiedz nie zdołamy, nasze dziecko... zgubione!...
— A ta kora wierzbowa!...
— Obecnie już teraz nie wystarcza, — a trzeci paroksyzm żółtej febry, jeżeli nie powstrzymany chininą, bywa zawsze śmiertelnym!
Na szczęście Pencroff nic nie pochwycił z tej rozmowy. Inaczej byłby oszalał.
Łatwo pojąć tedy w jakim niepokoju przeżyli korespondent i inżynier ów dzień 6 grudnia i noc następną.
Mniej więcej w połowie dnia przyszedł drugi paroksyzm. Przesilenie było straszliwe. Harbert czuł, że ginie! Wyciągnął ręce do Cyrusa Smitha, do Spiletta, do Pencroffa!... Chciał żyć!... Było to widowisko rozdzierające serce. Pencroffa musiano oddalić.
Paroksyzm trwał przez pięć godzin. Widoczną było rzeczą, że trzeciego podobnego Harbert nie wytrzyma.
Noc nazwać można okropną. W gorączce Harbert mówił rzeczy, zakrwawiające serca jego towarzyszom. Bredził, walczył przeciw rozbójnikom, przywoływał Ayrtona. Błagał ową tajemniczą istotę, owego protektora, dziś gdzieś zatraconego a którego obraz majaczył przed nim bez ustanku... Potem zaś wszystkiem zapadał w stan głębokiego wyczerpania sił, usuwający wszelki prawie ślad życia.... Wielekroć, Gedeon Spilett myślał, że biedny młodzian już nie żyje.
Następny dzień, 8 grudnia był jednym szeregiem następujących po sobie zawrotów i omdleń. Wychudłe ręce Harberta kurczyły się po prześcieradle. Dano mu nową dozę sproszkowanej kory, ale korespondent niczego się już od tego środka nie spodziewał.
— Jeżeli przed jutrzejszym porankiem — rzekł — nie użyjemy energiczniejszego antifebrycznego środka, Harbert umrze!
Noc przyszła — ostatnia noc zapewne dla tego dziecka odważnego, rozumnego, dobrego, o tyle wyższego nad wiek swój a ukochanego przez wszystkich towarzyszy, jak syn rodzony. Jedynego istniejącego środka przeciw tej straszliwej żółtej febrze, jedynego specyfiku zdolnego ją zwalczyć, na wyspie Lincolna nie było!
Tej nocy z 8 na 9 grudnia Harberta pochwyciła na nowo i gwałtowniejsza jeszcze gorączka. Zapalenie wątroby miał okropne, mózg zaatakowany i prawdopodobnie nie poznawał już nikogo.
Czy doczeka jutra i owego trzeciego paroksyzmu, który go niechybnie ma zabić? — nawet za to już nie można było zaręczyć. Siły jego się wyczerpały a w przerwach paroksyzmów leżał jak bez życia.
Około trzeciej nad ranem Harbert wydał okrzyk. Sądziłbyś że się wije w ostatecznych konwulsjach. Nab, znajdujący się przy nim właśnie, z wyrazem najwyższej trwogi wpadł do sąsiedniego pokoju, kędy reszta towarzyszy czuwała!
W tej chwili Top zaszczekał osobliwym sposobem!
Jednocześnie wszyscy osadnicy wpadli i ledwo zdołali utrzymać konającego młodzieńca, który koniecznie chciał rzucić się z łóżka. Gedeon Spilett dotknąwszy jego ręki, uczuł że puls coraz mu słabnie...
Była piąta z rana. Promienie wschodzącego słońca poczynały się wciskać do pokojów Granitowego Pałacu. Wszystko zapowiadało piękny dzień, a dzień ten miał być ostatnim dla biednego Harberta...
Promień słońca padł na stolik, stojący obok łóżka!
I w tej chwili z ust Pencroffa wyrwał się krzyk a ręka jego wskazała na przedmiot jakiś leżący na stoliku.
Było to maleńkie, podługowate pudełeczko, na którego pokrywce stały te słowa:

Siarczan Chininy!





ROZDZIAŁ XI.
(Niepojęta tajemnica. — Powrót Harberta do zdrowia. — Części wyspy do zbadania. — Przygotowania do wyprawy. — Pierwszy dzień. — Noc. — Drugi dzień. — Kaurysy. — Para kazuarów. — Ślady w lesie. — Przybycie do przylądka Wężowego.)

Gedeon Spilett pochwycił za pudełko i otworzył. Zawierało ono około 200 gramów białego proszku, którego kilka cząsteczek podniósł do ust. Nadzwyczajna gorycz tej substancji nie pozostawiała wątpliwości. Był to istotnie drogocenny siarczan chininy.
Należało niezwłocznie zadać ten proszek Harbertowi. Jakim zaś sposobem znalazł się tak pod ręką, było to kwestją do rozstrzygnięcia na później.
— Kawy! — zawołał Gedeon Spilett.
Za kilka chwil Nab przyniósł filiżankę gorącego wywaru. Gedeon Spilett wrzucił weń około 18 gramów chininy i miksturę tę zdołano wlać w usta Harbertowi.
Czas był jeszcze, bo trzeci paroksyzm trawiącej febry dotychczas się nie objawił.
I niech nam wolno będzie dodać, że paroksyzm ten nie miał już powrócić.
Zresztą i to powiedzieć należy, że nadzieja wstąpiła we wszystkich serca na nowo. Tajemniczy wpływ objawił się znowu dla nich i to właśnie w chwili stanowczej, kiedy już o nim zrozpaczyli.
Po kilku godzinach Harbert odpoczywał już o wiele spokojniej. Wówczas osadnicy mogli przystąpić do rozmowy o tym wypadku. Pomoc nieznajomego była na ten raz widoczniejszą niż kiedykolwiek. Ale jakim sposobem zdołał się dostać nocą aż do Pałacu Granitowego? Tego nie podobna było żadną miarą wyjaśnić; i zaiste drogi działania genjusza wyspy były niemniej dziwne jak on sam.
Przez cały ten dzień, mniej więcej co trzy godziny zadawano siarczan chininy Harbertowi. Od następnego dnia już młodzieniec zaczął uczuwać pewne polepszenie. Nie było to wprawdzie zupełne wyleczenie; febry bowiem powrotne podlegają częstym i niebezpiecznym recydywom, ale choremu starań nie brakło. A potem specyfik był tuż pod ręką i niedaleko bezwątpienia ten, który go przyniósł! Słowem niezmierna nadzieja napełniła serca wszystkich.
Nie była ona zwodnicza. W dziesięć dni potem, 20go grudnia, Harbert znajdował się już na drodze do zupełnego powrotu do zdrowia. Czuł jeszcze wielkie osłabienie, ale przy surowej djecie, jaką nań nałożono, żaden nowy paroksyzm się nie pojawił.
Zresztą posłuszny młodzieniec poddawał się tak chętnie wszystkim przepisom! Tak pragnął się wyleczyć!
Pencroff podobny był do człowieka wydobytego z samego dna przepaści. Napadały nań przystępy radości, podobne prawie do szału. Skoro chwila trzeciego paroksyzmu minęła, ścisnął korespondenta w swych objęciach tak silnie, że mało go nie udusił. Od tej pory nazywał go nie inaczej tylko doktorem Spilettem.
Pozostawało jeszcze odkryć prawdziwego doktora.
— Odkryjemy go! — powtarzał marynarz.
I zaiste ów człowiek, ktokolwiek on był, mógł się spodziewać potężnego uścisku ze strony zacnego Pencroffa!
Skończył się listopad, a wraz z nim i ów rok 1867, w ciągu którego osadnicy wyspy Lincolna tylu srogich prób doświadczyli. Rok 1868 zaczął się prześliczną pogodą, przepysznem ciepłem, temperaturą tropikową, na szczęście odświeżaną wiatrem od morza.
Harbert odradzał się i z łóżka swego umieszczonego przy jednem z okien Granitowego Pałacu, pił to powietrze krzepiące, pełne wyziewów solnych, które mu przynosiły zdrowie. Zaczynał już jeść, a sam Bóg wie tylko, jakie potrawki leciuchne i smakowite przyrządzał mu Nab.
— A tożto dla samych tych przysmaków warto było być umierającym — mawiał nie raz Pencroff.
Przez cały ten czas korsarze nie pokazali się ani razu w okolicach Granitowego Pałacu. Od Ayrtona nie było wieści. To też inżynier tylko i Harbert zachowywali jeszcze niejaką nadzieję odnalezienia go, dla reszty zaś jego towarzyszy nie ulegało już wątpliwości, że nieszczęśliwiec ten zginął. Wszystkie te zagadki nie powinne były jednakże trwać dłużej i dla tego postanowiono, jak tylko Harbert przyjdzie całkiem do siebie, doprowadzić ostatecznie do skutku ową wycieczkę, której rezultat mógł mieć tak wielką dla nich doniosłość. Na to jednakże należało poczekać co najmniej z miesiąc jeszcze. Całe bowiem siły osady były niezbędne dla zgnębienia korsarzy.
Zresztą Harbert miał się codzień lepiej. Zapalenie wątroby znikło, a rany można było uważać za zabliźnione w zupełności.
W ciągu stycznia ważnych prac dokonano na Wielkiej Terasie; a mianowicie uratowano co się jeszcze dało ze stratowanych zbiorów jarzyn i zboża. Zebrano nasiona i rośliny, aby mieć z nich zasiew na najbliższą porę. Z odbudowaniem zaś kurników, młyna i stajen Cyrus Smith wolał zaczekać.
Podczas bowiem, gdy on i jego towarzysze zajęci będą pogonią za korsarzami, oni mogliby nawidzić znowu Terasę. Nie należało więc im poddawać materjału do zaprawiania się w zawodzie rabusiów i podpalaczy. Po oczyszczeniu wyspy ze złoczyńców, będzie pora pomyśleć o odbudowaniu wszystkiego.
Przychodzący do zdrowia młodzieniec począł wstawać z łóżka w pierwszej połowie stycznia, z początku na godzinę, potem na dwie i trzy. Siły powracały mu prawie widomie, tak miał zdrową konstytucję. Skończyło mu się wtedy lat 18, wzrostu był słusznego, przyobiecującego w nim mężczyznę wspaniałej i okazałej postawy. Od tej chwili powrót Harberta do zdrowia, przy zachowaniu jeszcze pewnych starań, w których na włos nie uchybił doktor Spilett, odbywał się już w sposób regularny.
Przy końcu miesiąca Harbert przebiegał już Wielką Terasę i wybrzeża. Kilka kąpieli morskich wziętych w towarzystwie Pencroffa i Naba, nadzwyczaj mu posłużyły, Cyrus Smith osądził tedy, że może już oznaczyć dzień odjazdu, i oznaczył go na 15go lutego. Noce bardzo jasne w tej porze roku będą sprzyjać zamierzonym poszukiwaniom na całej wyspie.
Wzięto się tedy do przygotowań niezbędnych przy takiej wyprawie, a miały one być nie małe, ponieważ osadnicy przysięgli sobie nie powrócić do Pałacu Granitowego aż po osiągnięciu swego podwójnego celu, to jest: z jednej strony po zniszczeniu korsarzy i odszukaniu Ayrtona, jeżeli jeszcze żył; z drugiej zaś po odkryciu tego, który wpływał tak stanowczo na losy osady.
Z wyspy Lincolna osadnicy znali doskonale całą jej część wschodnią od przylądka Szponu aż do przylądków Obu Szczęk, znali obszerne błota Tadornów, okolice jeziora Granta, lasy Jakamarowe objęte drogą do zagrody i Dziękczynną, bieg Dziękczynnej i potoku Czerwonego i wreszcie boki góry Franklina, o które opierała się zagroda.
Zbadali zaś, ale nie w zupełności jeszcze, obszerne wybrzeże zatoki Washingtona od przylądka Szponu aż do przylądka Wężowego, pobrzeże lesiste i błotne od strony zachodniej i owe niezmierne ławice piasku, kończące się u otwartej paszczy zatoki Rekina. Ale nie rozpatrzyli dotąd bynajmniej obszernych części lesistych pokrywających półwysep Wężowy, cały prawy brzeg Dziękczynnej, lewy brzeg potoku Katarakty i ów cały labirynt skał i kotlin stanowiących trzy trzecie części podstawy góry Franklina na zachód, północ i wschód. W tych ostatnich miejscach musiało się znajdować mnóstwo głębokich kryjówek. Tym sposobem tedy kilka tysięcy akrów wyspy uszło dotychczas badaniu osadników.
Postanowiono więc, że wyprawa skieruje się przez lasy Zachodniej Ręki tak, aby objęła całą część wyspy po prawym brzegu Dziękczynnej.
Lepiej byłoby może udać się naprzód w stronę zagrody, do której jak słusznie się można było obawiać, korsarze może się schronili na nowo, bądź to dla zrabowania jej, bądź też dla usadowienia się tam stale. Jednakże albo spustoszenie zagrody było już faktem dokonanym obecnie i któremu już za późno było zaradzić, albo też interesem korsarzy było zamknąć się w niej, a w takim razie zawsze pozostawało dosyć czasu do przyparcia ich w tem schronieniu.
Po namyśle tedy utrzymano pierwszy plan i osadnicy postanowili przebić się lasami aż do przylądku Wężowego. Droga ta nie mogła obyć się bez pomocy siekiery, tym sposobem jednak zarysowywał się szlak do przyszłej komunikacji Pałacu Granitowego z krańcem półwyspu, szlak długości 16 do 17 mil.
Wózek był w doskonałym stanie, onagasy po dobrym wypoczynku zdolne były do długiego kursu. Zapasy żywności, przedmioty niezbędne do urządzenia obozowiska, kuchnię przenośną i różne inne sprzęty naładowano na wózek, jak również broń i amunicję, wybrane starannie z tak kompletnego obecnie arsenału Pałacu Granitowego. I o tem jednakże nie należało zapominać, że rozbójnicy włóczyli się może dotąd jeszcze po lasach, i że wśród gęstwiny lasów łatwo o strzał, i to celny. Koniecznością tedy stawało się dla małej gromadki osadników trzymać się razem i nie rozdzielać się pod jakimkolwiekbądź pozorem.
Postanowiono również, że nikt nie pozostanie w Pałacu Granitowym. Top i Jow nawet mieli wziąć udział w wyprawie. Niedostępne mieszkanie mogło się samo obronić.
14go lutego, w wigilję odjazdu, wypadała niedziela. Poświęcono ją w całości spoczynkowi i modłom dziękczynnym, jakie osadnicy winni byli Stwórcy. Harbert zdrów już zupełnie, ale jeszcze nieco osłabiony, miał dla siebie zachowane miejsce na wózku.
Nazajutrz o świcie Cyrus Smith przedsięwziął niezbędne środki ostrożności do zabezpieczenia Pałacu Granitowego od wszelkiej napaści. Drabiny, które służyły niegdyś do wejścia, przyniesiono i zakopano głęboko w piasku, tak, ażeby je można było odnaleźć i użyć za powrotem, winda bowiem wraz z całym należącym do niej przyrządem została odjętą. Pencroff pozostał ostatni w Granitowym Pałacu dla skończenia tej roboty, a potem spuścił się za pomocą liny, której obadwa końce przytrzymywano u dołu w ten sposób, iż gdy ją wreszcie ściągnięto, ustała wszelka komunikacja pomiędzy wejściem do Pałacu a wybrzeżem.
Pogoda była przepyszna.
— Na gorący dzień się zabiera! — zawołał radośnie korespondent.
— Ba! doktorze Spilett — odrzekł Pencroff — droga nasza wypadnie przez lasy, nie spostrzeżemy więc nawet słońca.
— W drogę! — ozwał się inżynier.
Wózek już oczekiwał na nich na wybrzeżu przed „Dymnikami.“ Korespondent żądał od Harberta, aby zajął w nim miejsce przynajmniej przez pierwsze godziny podróży i młodzieniec poddać się musiał przepisowi swego lekarza.
Nab prowadził onaggi. Cyrus Smith, korespondent i marynarz mieli iść przodem. Top wyskakiwał z radośną miną. Harbert ofiarował miejsce Jowowi w swoim ekwipażu i Jow przyjął je bez ceremonji.
Dano hasło do odjazdu i mała gromadka ruszyła w drogę. Wózek skręcił naprzód przy zagięciu ujścia rzeki, a następnie ujechawszy milę po lewym brzegu Dziękczynnej, przebył most, od którego prowadziła droga prosto do portu Balonowego. Drogę tę jednak poszukiwacze nasi zostawili na lewo, a zapuścili się pod cień owych olbrzymich lasów, nazwanych lasami Zachodniej Ręki.
Na przestrzeni dwóch pierwszych mil, drzewa rozrzucone szeroko, dawały wózkowi łatwe przejście; od czasu do czasu tylko trzeba było przeciąć kilka ljanów lub przerąbywać prawdziwe lasy krzaków, żadna jednak rzeczywista przeszkoda nie powstrzymała dotąd osadników.
Gęste oliścienie drzew utrzymywało świeży cień nad nimi. Deodary, duglasy, kazuarynasy, banksje, drzewa gumowe, smokowniki i inne żywiczne już im znane gatunki rozciągały się przed nimi w nieskończoność. Cały światek ptactwa właściwego wyspie odnajdował się tu w komplecie: tetrasy, jakamary, bażanty i cała szczebiotliwa rodzina kakatoesów i papug. Aguty, kangury, kabyjasy przemykały się pomiędzy zielskiem, a wszystko to przypominało osadnikom pierwsze wycieczki podjęte za przybyciem na wyspę.
— Co uważam, ozwał się Cyrus Smith, to że te zwierzęta, czworonogi i ptactwo, bojaźliwsze są niż niegdyś. Widocznie więc korsarze niedawno przebiegali te lasy i na ślady ich niewątpliwie powinniśmy natrafić.
Jakoż w istocie, w wielu miejscach rozpoznać było można mniej lub więcej świeże ślady przejścia gromady ludzi: tu nacięcia na drzewach, zapewne w celu wytknięcia sobie drogi, owdzie popioły wygasłego ogniska i odciski stóp zachowane w niektórych gliniastych punktach drogi. Nic jednak w ogóle nie wskazywało bliskości stałego obozowiska.
Inżynier zalecił towarzyszom wstrzymać się od polowania. Huk palnej broni mógł był zwrócić uwagę korsarzy włóczących się być może po lesie. Zresztą łowy odciągnęłyby niezawodnie osadników na pewną odległość od wózka, a surowo było zakazane iść luzem.
W drugiej połowie dnia, o 6 mil mniej więcej od Pałacu Granitowego, przejazd stał się dosyć trudnym. Chcąc przebyć niektóre gęstwiny, trzeba było ścinać drzewa i tym sposobem torować sobie drogę. Przed zapuszczeniem się w takie miejsca, Cyrus Smith nie zaniedbywał nigdy puścić naprzód w gęstwinę Topa i Jowa, którzy wywiązywali się sumiennie ze swego mandatu. Skoro pies i orang powracały bez żadnej oznaki niepokoju, znaczyło to, że się nie ma czego obawiać ani ze strony korsarzy ani od dzikich zwierząt — dwu gatunków królestwa zwierzęcego, stojących ze względu na dzikie swoje instynkty na jednym poziomie.
Wieczorem tego pierwszego dnia, osadnicy obozowali mniej więcej o dziewięć mil od Pałacu Granitowego, na brzegu małego przytoku Dziękczynnej, nieznanego im dotychczas, niewątpliwie jednak należącego do systemu wód, któremu grunt ten zawdzięczał swoją zadziwiającą żyzność.
Po obfitej wieczerzy, do której osadnicy zasiedli z mocno zaostrzonym apetytem, przedsięwzięto odpowiednie środki ostrożności na noc. Gdyby inżynier miał tylko do czynienia z dzikiemi zwierzętami, jaguarami lub innemi, byłby kazał po prostu rozpalić ognie około obozowiska i to by wystarczyło do obrony; korsarzy jednak blask płomienia prędzejby przywabił niż powstrzymał, stosowniejszą tedy zdawało się w tym razie otoczyć się nieprzebitą ciemnością.
Zresztą nie zapomniano bynajmniej o urządzeniu straży. Dwóch osadników miało czuwać razem, a co dwie godziny mieli ich zmieniać towarzysze. Ponieważ zaś pomimo wszelkich protestacyj Harberta, usunięto go od obowiązku czuwania, raz więc Pencroff i Gedeon Spilett, drugi raz inżynier i Nab stali z koleji na straży w pobliżu obozowiska.
Noc zresztą trwała zaledwo kilka godzin. Ciemności były raczej wynikiem gęstwiny gałęzi aniżeli zniknięcia słońca. Głębokie milczenie zamącały chyba tylko chrapowate wycia jaguarów i przedrzeżniające się wrzaski małp, które szczególniej irytowały pana Jowa.
Noc minęła bez żadnego przypadku a nazajutrz, 16 lutego, rozpoczął się dalszy pochód przez lasy, z większą powolnością niż trudem.
W tym dniu uszli osadnicy zaledwie 6 mil, co chwila bowiem trzeba było torować sobie drogę toporem. Jak prawdziwi „Setlerzy“ osadnicy oszczędzali wielkich i pięknych drzew, których ścinanie zresztą byłoby ich kosztowało niezmiernie wiele trudu, a poświęcali mniejsze; wynikało ztąd jednak znaczne zboczenie drogi od linji prostej i przedłużenie jej licznemi zakrętami.
W dniu tym Harbert odkrył kilka gatunków roślin, których dotychczas jeszcze nie postrzegli na wyspie jak np. olbrzymie paprocie i drzewa rożkowe których owoce onaggi z chciwością pożerały. Owoce te zawierały w sobie słodki miękisz, wybornego smaku. Tu także znaleźli osadnicy wspaniałe kaurysy, rozrzucone grupami, a których pnie cylindryczne, uwieńczone stożkiem zieleni, wznosiły się do wysokości 200 stóp. Były to owe drzewa królewskie Nowej Zelandji, tak sławne jak Libańskie cedry.
Co do fauny nie przedstawiała ona innych okazów, prócz znajomych już myśliwcom. Spostrzegli jednakże, ale bez możności przybliżenia się, parę owych wielkich ptaków właściwych Australji z rodzaju kazuarów, a które nazywają „emeusami.“ Miały one wysokości do 5 stóp, opierzenie czarne, należały do rodziny szczudłaków. Top poskoczył za niemi całym pędem swoich czterech łap, ale kazuary obdarzone cudowną niemal szybkością biegu, bez trudu zostawiły go daleko za sobą.
Co do śladów pozostawionych przez korsarzy w lesie, znaleziono je jeszcze w kilku miejscach. W bliskości ogniska które zdało się być niedawno zgaszonem, spostrzegli osadnicy ślady wzbudzające ich najżywszą uwagę. Po zmierzeniu jednego za drugim na szerokość i długość, poznali z łatwością ślady stóp pięciu ludzi. Pięciu korsarzy obozowało tedy widocznie w tem miejscu ale — i to właśnie było przedmiotem najtroskliwszego badania, nie można było znaleźć szóstego odcisku, któryby musiał być śladem Ayrtona.
— Ayrtona nie było z nimi — ozwał się Harbert.
— Nie — odpowiedział Pencroff — a jeżeli go nie było, musieli więc go już zabić ci nędznicy! Niemająż więc ci hultaje jakiej nory, gdzieby ich można było wytropić i przyprzeć jak tygrysów.
— Nie — odrzekł korespondent — najprawdopodobniej błąkają się bez celu i nie myślą zmienić tego systematu, aż staną się panami wyspy.
— Panami wyspy! — zawołał marynarz. Panami wyspy!... powtórzył zduszonym głosem, jak gdyby go pięść żelazna ścisnęła za gardło. A po chwili odezwał się tonem nieco spokojniejszym:
— Czy wiesz pan, panie Cyrusie, jaką to ja kulę wpuściłem w lufę mojej strzelby?
— Nie Pencroffie!
— Oto tę samą która przeszyła piersi Harberta, i zaręczam panu że nie chybi ona celu!
Najsłuszniejszy odwet jednak nie mógł powrócić życia Ayrtonowi, a ze zbadania śladów pozostawionych na ziemi trzeba było niestety wyprowadzić wniosek pozbawiający wszelkiej nadzieji zobaczenia go kiedykolwiek.
Tego wieczora założono obóz o 14 mil od Pałacu Granitowego, a Cyrus Smith uznał że muszą się znajdować nie dalej jak 5 mil od Przylądka Wężowego. I w istocie nazajutrz dotarli do krańca półwyspu, przeszedłszy las w całej jego długości; żaden jednak znak dotąd nie wskazał im schronienia korsarzy ani też niemniej ukrytej siedziby tajemniczego nieznajomego.






ROZDZIAŁ XII.
(Zbadanie Półwyspu Wężowego. — Obozowisko przy ujściu Potoku Katarakty. — O sześćset kroków od zagrody. — Gedeon Spilett i Pencroff wysłani na zwiady. — Powrót ich. — Naprzód! — Otwarte drzwi. — Światło w oknie. — Przy blasku księżyca.)

Następny dzień 18. lutego poświęcono zbadaniu całej tej części lesistej, która stanowiła pobrzeże, począwszy od Przylądka Wężowego aż do Potoku Katarakty. Osadnicy przejrzeli starannie ów las, zamknięty dwoma pobrzeżami półwyspu Wężowego, a którego szerokość w rozmaitych punktach wynosiła 3 do 4 mil.
Wzrost i gęstość gałęzi na drzewach świadczyły o potędze wegetacyjnej gruntu, przejmującej tu jeszcze większem podziwieniem, niż w którejkolwiek innej części wyspy. Rzekłbyś, że to jakiś zakątek z owych lasów dziewiczych Ameryki lub Afryki środkowej, przeniesiony w umiarkowane strefy. Okoliczność ta także naprowadzała na ślad, że pyszna ta roślinność musiała znajdować w tej ziemi — wilgotnej po wierzchu, ale wewnętrznie rozgrzanej przez wulkaniczne ognie, gorąco nie będące zwykle właściwością umiarkowanego klimatu. W największej ilości znajdowały się tu kaurysy i eukalyptusy dochodzące olbrzymich rozmiarów.
Podziwiać jednakże te wspaniałości roślinne nie było bynajmniej w danej chwili celem osadników. Wiedzieli dobrze, że pod tym względem wyspa Lincolna mogłaby zająć miejsce w grupie owych wysp kanaryjskich, którym na pierwszy chrzest dano imię „Szczęśliwych.“ Niestety! obecnie już ta wyspa nie należała do nich wyłącznie, inni wcisnęli się do niej, deptali po niej zbrodniarze, których trzeba było wyniszczyć do szczętu.
Na wschodniem wybrzeżu nie napotkali już osadnicy żadnych śladów, mimo najtroskliwszych poszukiwań. Nie było już nigdzie znać nóg odciśniętych, ani nacięć na drzewach, ani wystygłych popiołów, ani opuszczonych obozowisk.
— Nie dziwi mnie to bynajmniej — rzekł Cyrus Smith do towarzyszy. — Rozbójnicy wylądowali w okolicach Przylądka Rozbitków i rzucili się natychmiast w lasy Zachodniej Ręki, po przejściu przez błota Tadornów. Szli więc prawie tą samą drogą, którą i my, wyszedłszy z Pałacu Granitowego. Tem się tłumaczą ślady, któreśmy napotkali w lasach. Znalazłszy się jednak na wybrzeżu, korsarze pojęli to dobrze, że nie masz tu dla nich odpowiedniego schronienia i wówczas to skierowawszy się ku północy, odkryli zagrodę...
— Gdzie prawdopodobnie znowu powrócili — rzekł Pencroff.
— Tegobym nie myślał — odpowiedział inżynier — powinniby bowiem przypuszczać, że poszukiwania nasze skierują się ku tej stronie. Zagroda może być dla nich miejscem zaopatrzania się w zapasy żywności, nie zaś punktem stałego obozowiska.
— I ja podzielam zdanie Cyrusa — ozwał się korespondent. — Wedle mnie korsarze obrali sobie kryjówkę pomiędzy skałami góry Franklina.
— Ruszajmy więc, panie Cyrusie, prosto do zagrody — zawołał Pencroff. — Trzeba nam wreszcie z nimi skończyć, bo dotychczas tośmy tylko czas marnowali!
— Nie, mój przyjacielu — odrzekł inżynier. — Zapominasz, że musimy się dowiedzieć, czy w lasach Zachodniej Ręki nie znajduje się jakie mieszkanie ludzkie. Wyprawa nasza ma przecież podwójny cel, Pencroffie. Prawda, że z jednej strony mamy zbrodnię do ukarania, z drugiej jednak spełnienie obowiązku wdzięczności na nas cięży!
— To mi się nazywa pięknie mówić, panie Cyrusie — zawołał marynarz. — Bądź co bądź jednak, mnie się zdaje, że nie odszukamy tego dżentelmena pierwej, aż sam zechce!
I zaiste, mówiąc to, Pencroff wypowiadał przekonanie ogólne. Prawdopodobnie bowiem schronienie nieznajomego było równie tajemnicze, jak on sam.
Tego wieczora wózek zatrzymał się przy ujściu Potoku Katarakty. Nocleg urządzono, jak zwyczajnie, z zachowaniem zwykłych środków ostrożności.
Harbert stawszy się znowu młodzieńcem silnym i zdrowym, jak przed chorobą, korzystał z roskoszą z pobytu na otwartem powietrzu, wśród powiewów od Oceanu i ożywiającej atmosfery lasów. Nie zajmował już miejsca na wózku, ale na czele karawany.
Nazajutrz 19go lutego osadnicy opuściwszy wybrzeże, na którem po za ujściem rzeki skupiały się malowniczo bazalty rozmaitych kształtów, udali się za biegiem rzeki, lewem jej wybrzeżem. Droga była już oczyszczoną w części za poprzednich wycieczek, odbytych z zagrody ku wschodniemu wybrzeżu. W tej chwili osadnicy znajdowali się w odległości sześciu mil od góry Franklina.
Plan inżyniera był następujący: przepatrzeć szczegółowo całą dolinę, której kotlina tworzyła łoże rzeki, i z wszelką ostrożnością dotrzeć aż w okolice zagrody. Jeżeli zagroda będzie zajętą, odebrać ją siłą; jeżeli zaś nie będzie — oszańcować się w niej i zrobić ją ogniskiem operacyj, mających za cel zbadanie góry Franklina. Plan ten jednogłośnie przyjęli osadnicy i zaprawdę, spieszyło im się objąć w zupełne posiadanie swoją wyspę!
Ruszyli więc dalej ciasną doliną, dzielącą dwie olbrzymie ściany góry Franklina. Drzewa stojące gęsto na wybrzeżu rzeki, rzedniały przy zbliżaniu się do części wyższych wulkanu. Grunt tu był pagórkowaty, dosyć nierówny, sprzyjający zasadzkom. Powiększono tedy w pochodzie środki ostrożności. Top i Jow biegli przodem jak czatownicy, i rzucając się to w lewo to w prawo w gęstwinę, współzawodniczyli w zmyślności i zręczności. Nic jednak nie wskazywało, ażeby brzegi rzeki miały być zwidzanemi przez kogoś w najnowszych czasach, nic nie zapowiadało obecności lub bliskości korsarzy.
Około 5ej wieczorem, wózek zatrzymał się, o sześćset mniej więcej kroków od palisady, otaczającej zagrodę. Zasłona półkulista z drzew ukrywała ją jeszcze przed okiem przybywających.
Przedewszystkiem szło o przekonanie się, czy zagroda jest zajętą. Udać się do niej bowiem wprost przez odkrytą przestrzeń, było to narazić się może na strzał, w przypadku, jeżeli korsarze gdzieś się zaczaili, jak się to wydarzyło Harbertowi. Lepiej więc było zaczekać aż do nadejścia nocy.
Tymczasem Gedeon Spilett chciał, nie zwlekając dłużej, przekonać się o stanie zagrody, a Pencroff zniecierpliwiony ofiarował mu się za towarzysza.
— Nie, moi przyjaciele — ozwał się inżynier. — Czekajcie nocy. Nie pozwolę się żadnemu z was narazić w jasny dzień.
— Ależ panie Cyrusie... — zaczął marynarz niezbyt skłonny do posłuszeństwa.
— Proszę cię o to Pencroffie — rzekł inżynier.
— Więc niech i tak będzie! — zawołał marynarz i zwracając w inną stronę gniew swój, obsypał rozbójników najgrubszemi przymiotnikami z marynarskiego dykcjonarza.
Pozostali więc osadnicy w około wózka, zwracając baczną uwagę na pobliskie lasy. Tak minęły trzy godziny. Wiatr ucichł i najzupełniejsze milczenie zapanowało pod wielkiemi drzewami. Złamanie się najmniejszej gałązki, szelest kroków po suchych liściach, przesuwanie się węża pomiędzy trawami można było z łatwością posłyszeć. Wszystko spoczywało. Zresztą Top leżący na ziemi, z głową opartą na łapach, nie zdradzał najmniejszego niepokoju.
O 8mej zdawało się, że dosyć już jest ciemno do podsunięcia się pod zagrodę w pomyślnych warunkach. Gedeon Spilett oświadczył, że gotów wyruszyć w towarzystwie Pencroffa. Cyrus Smith zgodził się na to.
Top i Jow mieli zostać z inżynierem, Harbertem i Nabem. Łatwo bowiem szczeknięcie lub krzyk mogły zbudzić czujność nieprzyjaciół.
— Nie zapuszczajcie się zbyt daleko — zalecił Cyrus Smith marynarzowi i korespondentowi. — Zadaniem waszem nie jest opanowanie zagrody, ale przekonanie się, czy zajęta lub nie.
— Tak też postąpimy — rzekł Pencroff.
I ruszyli obadwaj.
Pod drzewami, dzięki gęstości liści i gałęzi, rodzaj zmroku czynił przedmioty wszystkie niewidzialnemi po za promieniem czternastu do piętnastu stóp. Korespondent i Pencroff, zatrzymując się za każdym podejrzanym szelestem, z największą ostrożnością tylko posuwali się naprzód. Szli w pewnem oddaleniu od siebie, ażeby przedstawiać mniej wydatny cel dla wystrzału. Co prawda bowiem, spodziewali się lada chwila usłyszeć gwizd kuli.
W pięć minut, po odejściu od wózka, doszli obadwaj czatownicy do skraju lasu i stanęli przed polanką, w głębi której widać było palisadę zagrody.
Tu się zatrzymali. Kilka błędnych promieni oświetlało jeszcze łąkę, ogołoconą z drzew. O trzydzieści kroków odległości czerniała brama zagrody, jak się zdawało, zamknięta. Te to trzydzieści kroków właśnie, oddzielających Polankę od palisady, stanowiły pas niebezpieczny. I w istocie, jedna lub kilka kul wysłanych ze szczytu palisady, mogły położyć trupem każdego, ktoby się na tę przestrzeń otwartą wysunął.
Gedeon Spilett i marynarz nie należeli bynajmniej do ludzi cofających się przed podobnem niebezpieczeństwem, pojmowali jednak, że najmniejsza nierozwaga z ich strony, którejby się stali ofiarami, odbiłaby się następnie na towarzyszach. Gdyby się dali zabić, cóżby się stało z Cyrusem Smithem, Nabem, Harbertem?
Mimo jednak tych wszystkich refleksyj Pencroff rozdrażniony i czujący się tak blisko zagrody, w której przypuszczał, że rozbójnicy się ukryli, już miał poskoczyć naprzód, gdy silna ręka korespondenta osadziła go na miejscu.
— Za kilka minut stanie się całkiem ciemno — szepnął Gedeon Spilett marynarzowi do ucha — i wtedy będzie odpowiednia chwila do działania!
Pencroff, gniotąc konwulsyjnie kolbę swego karabina pohamował się i pozostał w miejscu pomrukując.
Wkrótce ostatnie pobłyski zachodu zgasły zupełnie. Mrok zdający się wychodzić z gęstwiny lasu, zalał całą łączkę. Góra Franklina zasłoniła jak olbrzymi ekran horyzont zachodni i w mgnieniu oka zapanowała nieprzebita ciemność, jak się to zwykle zdarza w okolicach położonych pod tą szerokością geograficzną. Nadeszła chwila właściwa.
Korespondent i Pencroff, od czasu zatrzymania się na skraju gęstwiny, ani na chwilę nie spuścili z oka palisady. Zagroda wydawała się zupełnie opuszczoną. Wierzch palisady przedstawiał linję nieco czarniejszą od otaczających ją ciemności, a nic jednostajności tej linji nie przerywało. Tymczasem, jeżeli korsarze znajdowali się w zagrodzie, to powinni byli ustawić w tem miejscu na straży jednego ze swoich, dla zabezpieczenia się od niespodzianki.
Gedeon Spilett ścisnął silnie dłoń swego towarzysza i obadwaj czołgając się, posunęli się ku zagrodzie, z bronią gotową do strzału.
Doszli aż do bramy zamykającej ogrodzenie, a najmniejsze światełko nie przebiło dotąd mroków.
Pencroff popróbował popchnąć bramę, ale znalazł ją, jak tego zresztą on i korespondent się domyślali, zamkniętą.
Jak się jednakże przekonał marynarz, zewnętrznych ryglów nie zasunięto. Można więc było ztąd wnosić, że korsarze znajdują się w zagrodzie, i że prawdopodobnie obwarowali tak bramę, ażeby jej niepodobna było wyłamać.
Gedeon Spilett i Pencroff wytężyli słuch.
Najmniejszy szelest nie dochodził z wnętrza. Barany i kozy, zapewne spiące już po obórkach, nie przerywały bynajmniej ciszy nocnej.
Nie słysząc tedy nic, korespondent i marynarz zadali sobie pytanie, czy mają wedrzeć się na palisadę i przez wierzch wejść do zagrody. Sprzeciwiało się to instrukcjom Cyrusa Smitha.
Prawda, że operacja ta mogła się udać, ale i chybić także mogła. Otóż, jeżeli korsarze ani nie podejrzywali niczego, jeżeli nie wiedzieli zupełnie o skierowanej przeciw nim wyprawie, jeżeli słowem przedstawiała się w tej chwili możebność zajścia ich znienacka, wolnoż było narazić się na stratę tej możebności, próbując nierozważnie wdarcia się przez wierzch palisady?
Korespondent nie był tego zdania. Za roztropniejszą rzecz uważał poczekać, aż zbiorą się wszyscy i wtedy dopiero próbować wejścia do zagrody. Tę pewność uzyskali, że można było dojść aż do samej palisady, nie będąc widzianym, i że całe ogrodzenie zdawało się być bez straży. Po uspokojeniu się tedy co do tego punktu, szło tylko o powrócenie do wózka — a tam już naradzą się razem, co czynić dalej.
Pencroff podzielał widocznie to zapatrywanie się korespondenta, poczołgał bowiem za nim bez wszelkich uwag, napowrót pod cień lasów.
Za kilka minut inżynier znał już całe położenie rzeczy.
— Tak — rzekł po chwili namysłu — a więc zdaje mi się, że korsarzy nie ma w zagrodzie.
— Dowiemy się o tem napewno, przedarłszy się przez palisadę — odpowiedział Pencroff.
— Do zagrody więc, moi przyjaciele! — zawołał Cyrus Smith.
— A wózek, czy zostawimy w lesie? — spytał Nab.
— Nie — odrzekł inżynier — to nasz furgon z żywnością i amunicją, a w razie potrzeby może nam służyć i za szaniec.
— Naprzód więc! — ozwał się Gedeon Spilett.
Za chwilę wózek wyprowadzony z lasu począł się toczyć bez szelestu ku palisadzie. Ciemność była głęboka, cisza taka sama, jak w chwili gdy Pencroff z korespondentem oddalili się czołgając. Gęsta trawa tłumiła całkiem odgłos kroków.
Osadnicy mieli się w pogotowiu do strzału. Jow, na rozkaz Pencroffa, trzymał się z tyłu. Nab prowadził Topa na smyczy, ażeby nie mógł wyskoczyć naprzód.
Wkrótce pokazała się polanka. Pusto na niej było. Bez wahania maleńka gromadka posunęła się ku ogrodzeniu. W krótkim czasie przebyli niebezpieczny pas. Żaden strzał ich nie powitał.
Przed samą palisadą zatrzymano wózek. Nab pozostał przy onaggasach, trzymając je na wodzy. Inżynier, korespondent, Harbert i Pencroff ruszyli ku bramie, dla przekonania się, czy zabarykadowana z wewnątrz....
Jedna połowa była na oścież otwarta!
— Cóżeście mi więc mówili? — spytał inżynier, obracając się do marynarza i Gedeona Spiletta.
Na twarzach obudwu malował się wyraz najwyższego osłupienia.
— Jak pragnę zbawienia — zawołał wreszcie Pencroff — brama ta była zamknięta przed chwilą!
Wobec takiego zwrotu rzeczy osadnicy się zawahali. Czyż więc korsarze znajdowali się w zagrodzie w chwili, gdy Pencroff i korespondent przybliżyli się do niej na zwiady? Tak jest, niepodobna było wątpić nawet o tem, bramę bowiem wówczas zamkniętą, oni tylko mogli otworzyć. Znajdująż się jeszcze wewnątrz domu, czy też w tej chwili właśnie wyszli.
Wszystkie te pytania przesunęły się błyskawicznie przed myślą osadników — a gdzież było znaleść na nie odpowiedź?
Wśród tego Harbert, który się wysunął o kilka kroków naprzód w głąb ogrodzenia, cofnął się żywo i pochwycił za rękę Cyrusa Smitha...
— Co to? — spytał inżynier.
— Światło!
— W domu?
— Tak!
Wszyscy pięciu rzucili się ku bramie i w istocie przez szyby okna położonego na przeciwko nich ujrzeli drżące słabe światełko. Cyrus Smith powziął szybką decyzję.
— Oto jedyna sposobność — zawołał — zaskoczenia korsarzy zamkniętych w mieszkaniu i niespodziewających się niczego!.... Mamy ich w łapce! Naprzód!
Na to hasło wśliznęli się osadnicy w ogrodzenie, z bronią gotową do strzału. Wózek pozostawiono zewnątrz pod strażą Topa i Jowa, których przywiązano do niego przez ostrożność.
Cyrus Smith, Pencroff i Gedeon Spilett, z jednej strony, Harbert i Nab z drugiej, przesuwając się wzdłuż palisady, nie spuszczali z oka części zagrody pogrążonej w ciemności i zupełnie pustej.
W kilka minut, znajdowali się już wszyscy koło domu, przede drzwiami — zamkniętemi.
Wówczas Cyrus Smith dał ręką znak towarzyszom, aby się nie ruszali z miejsca, a sam przystąpił do szyby, oświetlonej słabo w tej chwili przez jakiś promień z wewnątrz.
Wzrok inżyniera zagłębił się w jedynym pokoju, stanowiącym parter domu.
Na stole płonęła latarnia. Obok stołu znajdowało się łóżko, na którem zwykle dawniej spoczywał Ayrton.
Na tem łóżku leżało ciało ludzkie.
Nagle Cyrus Smith cofnął się i przytłumionym głosem:
— Ayrton! — zawołał.
W mgnieniu oka przez drzwi raczej wyłamane niż otwarte osadnicy wdarli się do pokoju.
Ayrton zdawał się w śnie pogrążonym. Twarz jego świadczyła o długich i okrutnych cierpieniach. Na około rąk i nóg miał szerokie krwawe ślady więzów.
Cyrus Smith pochylił się nad nim.
— Ayrtonie! — zawołał, chwytając za ramię w tak osobliwych okolicznościach odnalezionego towarzysza.
Na ten głos Ayrton otworzył oczy i wpatrując się w Cyrusa Smitha i w innych z kolei:
— To wy!... — zawołał — to wy!
— Ayrtonie! Ayrtonie! — powtórzył Cyrus Smith.
— Gdzież jestem?
— W domu mieszkalnym, w zagrodzie.
— Czy sam?
— Tak jest!
— A więc oni zaraz powrócą! — zawołał Ayrton — Brońcie się, brońcie!
I upadł bez sił na łóżko!
— Spilecie — ozwał się w tej chwili inżynier — możemy się spodziewać ataku lada chwila!... Wprowadźcie więc wózek w ogrodzenie. A potem zabarykadujcie bramę i powracajcie tu wszyscy.
Pencroff, Nab i korespondent rzucili się z pospiechem do wykonania rozkazu inżyniera. Nie było chwili do stracenia. Kto wie, w tej minucie już może wózek dostał się w ręce korsarzy!
W mgnieniu oka korespondent i dwaj jego towarzysze przebiegli podwórze zagrody i dopadli bramy, po za którą posłyszeli głuchy wark Topa.
Inżynier opuściwszy na chwilę Ayrtona, wyszedł także z domu, gotów do strzału, Harbert stanął przy nim. Obadwaj obserwowali ścianę góry, panującą po nad zagrodą. Jeżeli korsarze stanęli zasadzką w tem miejscu, mieli wszelką łatwość sprzątnięcia osadników, jednego po drugim.
W tej chwili księżyc pojawił się na wschodzie po nad czarną firanką lasów i powódź srebrzystego światła oblała wnętrze zagrody. Wkrótce blask ogarnął i całe zabudowanie, i przylegające doń grupy drzew, i zraszający zagrodę mały potoczek i szeroki dywan otaczającej ją łąki. Od strony góry dom i część palisady odcinały się na czarnem tle biało. Z przeciwnej strony, od bramy, ogrodzenie kryło się w mroku.
Wkrótce pojawiła się jakaś masa czarna. Był to wózek wchodzący w oświetlony krąg przestrzeni, a za tem w ślad usłyszał inżynier łoskot bramy zamykanej i obwarowywanej potężnie z wnętrza przez towarzyszy.
A w tej samej chwili, Top, zerwawszy gwałtownie smycz, na której go uwiązano, jął wściekle szczekać i rzucił się jak opętany w głąb zagrody, na prawo od domu.
— Baczność! przyjaciele, i mierzyć dobrze! — zawołał Cyrus Smith.
Osadnicy przyłożyli broń do oka, czekając hasła do strzału. Top szczekał wciąż zaciekle, a Jow pobiegłszy za nim, wydawał ostre gwizdanie.
Osadnicy posunęli się za nimi i za chwilę znaleźli się nad brzegiem potoczka, ocienionego wielkiemi drzewami.
I cóż tam, w pełnem świetle ujrzeli?
Pięć ciał, rozciągniętych na wybrzeżu.
Były to trupy korsarzy, którzy przed czterema miesiącami wylądowali na wyspę Lincolna.






ROZDZIAŁ XIII.
(Opowiadanie Ayrtona. — Zamiary jego dawnych towarzyszy. — Zajęcie przez nich zagrody. — Wykonawca sprawiedliwości na wyspie Lincolna. — „Bonawentura.“ — Poszukiwania naokoło góry Franklina. — Wyższe doliny. — Huk podziemny. — Odpowiedź Pencroffa. — W głębi krateru. — Powrót.)

Cóż się więc stało? Kto zadał cios śmiertelny korsarzom? Czy Ayrton? Nie, ponieważ przed chwilą jeszcze obawiał się ich powrotu!
Ale Ayrton znajdował się w danej chwili pod władzą tak głębokiego snu, że go wyrwać zeń nie było podobna. Po kilku wymówionych przed chwilą słowach, opanowało go ogólne przytępienie władz, i bez ruchu upadł napowrót na łóżko.
Osadnicy, szarpani tysiącem sprzecznych myśli, w gwałtownem naprężeniu przebyli noc, nie opuściwszy ani na chwilę domu Ayrtona i nie zajrzawszy już na nowo do ciał pobitych korsarzy. O okolicznościach, które towarzyszyły śmierci tych nieszczęśliwych, prawdopodobnie Ayrton nie mógłby im nic powiedzieć, nie wiedział bowiem nawet, że sam się znajduje w domu mieszkalnym w zagrodzie. Umiałby jednak może opowiedzieć im fakta, które poprzedziły tę straszliwą egzekucję.
Nazajutrz Ayrton wyszedł nieco z owego stanu otępienia, i towarzysze objawili mu w serdecznych słowach radość swoją, że go znów widzą, prawie zdrowym i całym po stu czterech dniach rozdzielenia.
Wówczas Ayrton opowiedział im w krótkich słowach, co się stało, o tyle przynajmniej, o ile mu było wiadomo.
Nazajutrz po przybyciu jego do zagrody, 10go listopada, zaskoczyli go znienacka, pod noc korsarze, wdarłszy się przez wierzch ogrodzenia. Związali go i zakneblowali, a następnie uprowadzili z sobą do jakiejś jaskini, u stóp góry Franklina, gdzie mieli schronienie.
Śmierć jego była postanowiona; na drugi dzień mieli go już zabić, gdy naraz jeden z rozbójników poznał go i nazwał po imieniu, jakie nosił niegdyś w Australji. Nędznicy ci chcieli zamordować Ayrtona! Dla Ben Joyce’a uczuli pewne względy!
Od tej chwili jednak Ayrton stał się przedmiotem nieustannych nalegań i namów ze strony dawnych wspólników. Chcieli go przyciągnąć znowu do siebie, liczyli na niego, że im pomoże owładnąć Pałacem Granitowym, dostać się do tej niedostępnej warowni — i że przy jego pomocy staną się panami wyspy, wymordowawszy pierwej osadników!
Ayrton opierał się. Dawny korsarz, żałujący i przyjęty do grona ludzi uczciwych, raczej byłby umarł, aniżeli zdradził nowych towarzyszy.
Związany tedy, skrępowany i pilnowany czujnie, przeżył w tej jaskini cztery miesiące.
Wśród tego korsarze, którzy odkryli zagrodę zaraz prawie po przybyciu swojem na wyspę, karmili się złożonemi w niej zapasami, ale dotychczas jeszcze nie mieli odwagi w niej zamieszkać. 11go listopada dwóch z pomiędzy tych rozbójników, zaskoczonych przez niespodziane przybycie osadników, strzeliło do Harberta i jeden z nich powrócił, przechwalając się, że zabił któregoś z mieszkańców wyspy. Powrócił jednak tylko sam. Towarzysz jego, jak wiemy, padł od sztyletu Cyrusa Smitha.
Można sobie wystawić niepokój i rozpacz Ayrtona na wieść o śmierci Harberta. Osadników było już tylko czterech i niejako na łasce korsarzy!
W skutek tego zdarzenia, przez cały czas, w którym choroba Harberta zatrzymywała osadników w zagrodzie, korsarze nie ruszyli się ze swojej jaskini i po spustoszeniu nawet Wielkiej Terasy nie uważali za rzecz roztropną opuścić tę kryjówkę.
Obejście ich jednak z Ayrtonem stało się jeszcze sroższem. Na rękach jego i nogach dotychczas można było jeszcze widzieć krwawe ślady więzów, któremi dzień i noc był skrępowany. Lada chwila oczekiwał na śmierć, której zdawało się, że żadną miarą nie ujdzie.
Tak stały rzeczy aż do trzeciego tygodnia miesiąca lutego. Korsarze czatując wciąż na pomyślną sposobność, rzadko opuszczali swą kryjówkę i zrobili zaledwie kilka wycieczek myśliwskich, bądźto w głąb wyspy, bądź też w stronę jej południowego wybrzeża. Ayrton nie miał już najmniejszej wieści o swoich towarzyszach i stracił wszelką nadzieję zobaczenia ich kiedy znowu!
Wreszcie, osłabiony straszliwem obchodzeniem się korsarzy, zapadł w głębokie otępienie i nic już nie widział, ani nie słyszał. Od tej też chwili, to jest od dwóch dni, nie mógł powiedzieć, co się działo.
— Jednakże, panie Smith — dodał — byłem uwięziony w jaskini, jakżeż więc się to stało, że jestem tu, w zagrodzie?
— A jak się to stało, że korsarze leżą trupem, tu wewnątrz ogrodzenia? — odpowiedział korespondent.
— Trupem? — zawołał Ayrton, mimo całego osłabienia zrywając się na pół z łóżka.
Towarzysze go podtrzymali. Chciał się koniecznie podnieść, na co mu wreszcie pozwolono i tak wszyscy udali się ku strumyczkowi.
Był już dzień biały.
Na wybrzeżu, w pozycji, w jakiej ich zaskoczyła śmierć, widocznie piorunująca, leżało pięć trupów korsarzy!
Ayrton stał w osłupieniu. Cyrus Smith i towarzysze spoglądali nań, nie mówiąc ani słowa.
Na znak dany przez inżyniera, Nab i Pencroff zabrali się do obejrzenia tych ciał już zesztywniałych śmiertelnie.
Nie było na nich śladu żadnej widocznej rany.
Dopiero po bardzo uważnem zbadaniu ich, postrzegł Pencroff na czole u jednego, u drugiego na piersiach, u trzeciego na plecach, u czwartego na szyi maleńki czerwony punkcik, rodzaj zaledwo widocznej kontuzji, której pochodzenia niepodobna było rozpoznać...
— Tu ich ugodzono! — rzekł Cyrus Smith.
— Ale jakąż bronią?...
— Bronią piorunującą, której tajemnica nam nie znana!
— I któż ich spiorunował? — spytał Pencroff.
— Wielki wykonawca sprawiedliwości na wyspie — odrzekł Cyrus Smith — ten sam, który przeniósł tutaj Ayrtona, którego władzę dobroczynną uczuliśmy znowu, który robi dla nas, czegobyśmy sami nigdy dokonać nie zdołali, a zrobiwszy, ukrywa się przed nami.
— Szukajmy go więc! — zawołał Pencroff.
— Tak, szukajmy go — odrzekł Cyrus Smith — ale nie znajdziemy tej wyższej istoty, spełniającej takie cuda, pierwej, aż się jej podoba nas do siebie powołać!
Ta tajemnicza opieka, sprowadzająca do nicości ich własną działalność, drażniła i wzruszała zarazem głęboko inżyniera.
Poczucie ich względnej niższości, wypływające z tych faktów, było tego rodzaju, że dumna dusza mogła się czuć dotkniętą. Wspaniałość, objawiająca się w taki sposób, aby uniknąć wszelkiej oznaki wdzięczności, zdradza rodzaj pogardy dla protegowanego, pogardy, która poniżała do pewnego stopnia w oczach Cyrusa, wartość dobrodziejstw nieznajomego.
— Szukajmy — ciągnął dalej — i daj Boże, abyśmy kiedyś mogli dowieść temu pysznemu opiekunowi, że miał do czynienia nie z niewdzięcznikami! Cóżbym dał za sposobność odpłacenia mu się, jakąś wielką przysługą, choćby z narażeniem naszego życia!
Od tego dnia, poszukiwanie nieznajomego stało się jedynym celem zajęcia osadników wyspy Lincolna. Wszystko popychało ich do odkrycia słowa tej zagadki, słowa, które zaiste mogło być tylko imieniem człowieka obdarzonego prawdziwie niepojętą, nadludzką prawie potęgą.
Po kilku chwilach osadnicy powrócili do domu, kędy starania ich przywróciły wkrótce Ayrtonowi energję moralną i fizyczną.
Nab i Pencroff przenieśli trupy do lasu, na pewną odległość od zagrody, i pogrzebali je tam głęboko.
Następnie opowiedziano Ayrtonowi wszystko, co zaszło podczas jego uwięzienia. Dowiedział się o przygodach Harberta i o wszystkich próbach, przez jakie osadnicy przeszli. Co do nich, stracili już całkiem nadzieję zobaczenia go kiedykolwiek znowu, sądząc, że go spotkała niemiłosierna śmierć z rąk korsarzy.
— A teraz — ozwał się Cyrus Smith, kończąc swoją opowieść — pozostaje nam pewien obowiązek do spełnienia. Połowy naszego zadania już dokonaliśmy; jednak, że korsarzy obawiać się już nie potrzebujemy i żeśmy się na nowo stali udzielnymi panami wyspy — nie sobie to jesteśmy winni!
— Przejrzyjmy więc — rzekł Gedeon Spilett — cały ów labirynt skał i kotlin góry Franklina. Nie opuśćmy jednego wgłębienia, jednej jamki! Ah! jeżeli kiedykolwiek bądź korespondent jaki znajdował się wobec poruszającej do głębi tajemnicy, to na pewne ja nim jestem, przyjaciele moi!
— I nie powrócimy do Pałacu Granitowego — odrzekł Harbert — aż znalazłszy naszego dobroczyńcę.
— O tak! — rzekł inżynier — nie zaniedbamy niczego, co tylko jest w mocy ludzkiej.... a jednak powtarzam wam, że nie znajdziemy go, aż sam tego zechce!
— Czy pozostaniemy w zagrodzie? — spytał Pencroff.
— Pozostaniemy — odrzekł Cyrus Smith — zapasów tu obficie, a co najgłówniejsze, jest to niejako środek okręgu naszych poszukiwań. Zresztą, jeśli zajdzie konieczna potrzeba, wózek może pospieszyć do Granitowego Pałacu.
— Dobrze — odpowiedział marynarz. — Ale jeszcze jedna uwaga...
— Jaka?
— Piękna pora roku nadchodzi, a nie trzeba zapominać, że mamy przed sobą wycieczkę morską...
— Wycieczkę morską?... — spytał Gedeon Spilett.
— A tak! na wyspę Tabor — odpowiedział Pencroff. — Niezbędnem jest, zostawić tam notatkę wskazującą położenie naszej wyspy, na której znajduje się obecnie Ayrton, a to na przypadek, gdyby yacht szkocki po niego przybył. Kto wie, czy już i tak nawet nie zapóźno?
— Jakżeż jednak, Pencroffie — spytał Ayrton — zamierzasz odbyć tę wycieczkę?
— Na „Bonawenturze!“
— Na „Bonawenturze!“ — zawołał Ayrton... — Już go nie ma...
— Co, mojego „Bonawentury“ nie ma! — zaryczał Pencroff podskoczywszy.
— Niestety! — odrzekł Ayrton. — Korsarze odkryli go w małej zatoczce, przed ośmiu dniami zaledwie, spuścili na morze i...
— I?... — zawołał Pencroff, z bijącem sercem...
— I nie mając pomocy Boba Harveya do kierowania nim, wpadli na skały, tak, że statek rozbił się do szczętu!...
— Ach, nędznicy! zbóje! podłe łotry! — wrzeszczał Pencroff.
— Pencroffie — ozwał się Harbert biorąc go za rękę — zrobimy drugiego „Bonawenturę“ i to na większą skalę. Wszak mamy wszystko żelaziwo i całe ożaglowanie brygu do rozporządzenia?
— Czy wiecie jednak — odrzekł Pencroff — że potrzeba najmniej pięciu do sześciu miesięcy na zbudowanie statku o trzydziestu do czterdziestu tonnach.
— Znajdziemy czas — odpowiedział korespondent — na ten rok wyrzekniemy się wycieczki na wyspę Tabor.
— Cóż robić, Pencroffie — rzekł inżynier — trzeba się poddać konieczności, a mam nadzieję, że opóźnienie to nie przyniesie nam żadnej szkody.
— Ach, mój „Bonawentura!“ mój biedny „Bonawentura!“ — jęczał Pencroff, widocznie mocno dotknięty stratą statku, którym się tak pysznił.
Zniszczenie „Bonawentury“ zresztą było faktem istotnie smutnym dla osadników i dla tego postanowiono naprawić tę szkodę co rychlej. Powziąwszy to postanowienie, zajęli się wszyscy już tylko jedną myślą, to jest doprowadzeniem do skutku zamierzonego zbadania najskrytszych części wyspy.
Rozpoczęto poszukiwania już tego samego dnia, 19go lutego i prowadzono je przez cały tydzień. Podstawa góry, zawarta pomiędzy bocznemi ścianami i ich licznemi rozgałęzieniami, stanowiła labirynt dolin i kotlin rozrzuconych bardzo kapryśnie. A jednak tam to widocznie, w głębi tych wąskich wąwozów, kto wie, może nawet w samym środku góry należało rozpocząć najgorliwsze poszukiwania. Żadna część wyspy nie nadawała się bardziej na kryjówkę, której mieszkaniec chciałby pozostać nieznanym. Takie jednak było poplątanie i pokrzyżowanie tych ścian bocznych góry, że Cyrus Smith uznał, iż w zbadaniu ich potrzeba się oprzeć na surowej metodzie.
Zwidzili tedy osadnicy najprzód całą dolinę, rozpościerającą się na południe wulkanu i przyjmującą w siebie pierwsze wody potoku Katarakty.
Tutaj pokazał im Ayrton jaskinię, w której ukrywali się korsarze i gdzie go trzymali, aż do chwili przeniesienia do zagrody. Jaskinia ta znajdowała się zupełnie w tym stanie, jak ją Ayrton pozostawił. Znaleziono w niej jeszcze pewną ilość amunicji i zapasów żywności, które korsarze zabrali z zagrody w celu utworzenia sobie tutaj rezerwy.
Cała przytykająca do tej groty dolina, ocieniona pięknemi drzewami, pomiędzy któremi przemagały szyszkowce, zbadana została z jak największą troskliwością. Następnie zaś, po okrążeniu ściany południowo-zachodniej zapuścili się osadnicy w węższy wąwóz, kończący się ową malowniczą gromadą bazaltów na wybrzeżu.
Tu drzewa były rzadsze. Kamień zastępował roślinność. Dzikie kozy i barany przeskakiwały po skałach. W tem miejscu rozpoczynała się bezpłodna część wyspy. Można było już rozpoznać, że z owych licznych dolin, rozgałęziających się u podstawy góry Franklina, trzy tylko były lesiste i obfitujące w pastwiska, jak dolina zagrody, granicząca na zachód z doliną Potoku Katarakty, a na wschód z doliną Czerwonego Potoku. Dwa te strumienie, niżej zamieniające się w rzeki po przyjęciu kilku przytoków, utworzyły się ze wszystkich wód góry i stanowiły źródło żyzności jej części południowej. Co do Dziękczynnej, ta brała zasiłek bardziej bezpośrednio od obfitych źródeł znanych w głębi lasów jakamarowych, i takiejże samej natury źródła, sączące się tysiącem nici, zraszały grunt półwyspu Wężowego.
Otóż z tych trzech dolin, gdzie wody nie brakło, jedna mogła służyć za schronienie jakiemuś samotnikowi, mogącemu w niej znaleść wszystko co niezbędne do życia. Przejrzawszy je jednak najstaranniej, nie znaleźli nigdzie osadnicy ani śladu obecności człowieka.
— Czyżby więc w głębi owych bezpłodnych wąwozów, w pośród obsuszonych skalisk, szorstkich głazów i zastygłych potoków lawy na północy, miało się znajdować schronienie nieznajomego?
Północna część góry Franklina składała się jedynie u podstawy swojej z dwóch dolin, szerokich, niezbyt głębokich, pozbawionych zieleni, zasianych urwanemi skałami, poprzerzynanych szczelikami głębokiemi, wybrukowanych lawami, pełnych nierówności mineralnych, posypanych labradorytami. Część ta wymagała długich i trudnych poszukiwań. Mnóstwo tu istniało wgłębień, niezbyt wygodnych zapewne, ale ukrytych doskonale i niezmiernie trudny mających przystęp. Osadnicy zwidzili nawet owe mroczne tunele, datujące się z epoki plutonicznej, zaczernione jeszcze od owoczesnych ogni, a wchodzące w rdzeń samej góry. Przebiegli te ponure galerje, przy pomocy zapalonych gałęzi żywicznych, zajrzeli do najmniejszych zagłębień, wysondowali każdy otwór. Wszędzie panowało milczenie i ciemność. Nie zdawało się, żeby kiedykolwiek jakaś istota ludzka stąpała po tych odwiecznych korytarzach, ażeby ramię czyje usunęło kiedykolwiek jeden z tych głazów. W tym stanie, w jakim były obecnie, wyrzucone zostały przez wulkan nad wody, w epoce powstania wyspy.
Jednakże, jakkolwiek te podziemne chody były całkiem puste i zalane głęboką ciemnością, milczenie w nich przecież, jak się o tem przekonał Cyrus Smith, nie panowało zupełne.
Dotarłszy do głębi jednego z tych mrocznych wydrążeń, rozciągających się na wiele stóp wewnątrz góry, inżynier usłyszał z podziwem głuchy grzmot, którego odgłos potężniał jeszcze dźwięcznem echem skał otaczających.
Gedeon Spilett, towarzyszący mu wtedy, pochwycił również ten huk daleki, wskazujący na rozbudzenie się ogni podziemnych. Po kilkakroć obadwaj nadstawiali ucha i zgodzili się wreszcie na to, że jakaś reakcja chemiczna wyrabia się we wnętrznościach ziemi.
— Wulkan więc, jak się pokazuje, nie wygasł zupełnie? — ozwał się korespondent.
— Bardzo być może — odrzekł Cyrus Smith — że od czasu gdyśmy badali krater, jakaś zmiana zaszła w niższych warstwach wulkanu. Widocznie, każdy wulkan, pomimo pozornego wygasnięcia, może zbudzić się na nowo.
— Jeżeli jednak zabiera się na wybuch góry Franklina, czy nie zagraża to jakiem niebespieczeństwem wyspie Lincolna? — spytał Gedeon Spilett.
— Nie zdaje mi się — odpowiedział inżynier. — Krater, czyli, co na jedno wychodzi, klapa bezpieczeństwa, stoi otworem, nadmiar więc gazów i law wyleje się, jak niegdyś swoją zwykłą drogą.
— Żeby tylko te lawy nie utorowały sobie nowego przejścia ku żyznym częściom wyspy.
— A to czemu? mój drogi Spilecie — odrzekł Cyrus Smith — dla czegożby nie miały popłynąć naturalnie nakreśloną im drogą.
— E!... te wulkany są kapryśne! — rzekł korespondent.
— Zauważ tylko — odpowiedział inżynier — że pochyłość całej masy gór Franklina sprzyja wylewowi materji wulkanicznych ku dolinom, które obecnie zwidzamy. Chybaby jakieś trzęsienie ziemi zmieniło środek ciężkości góry, ażeby i kierunek wylewu się zmienił.
— Ależ w podobnych warunkach zawsze obawiać się można trzęsienia ziemi — zauważył Gedeon Spilett.
— Zawsze — odpowiedział inżynier — a szczególniej gdy siły podziemne poczynają się budzić i wnętrznościom globu zagraża zatkanie wskutek długiego spokoju. To też, mój drogi Spilecie, wybuch byłby dla nas faktem wielkiej doniosłości, i kto wie, czy nie byłoby lepiej, ażeby naszemu wulkanowi nie przyszła ochota ocknięcia się na nowo. Nie w mocy naszej jednak temu zaradzić, nieprawdaż? W każdym razie jednak, nie zdaje mi się, ażeby naszemu siedlisku na Wielkiej Terasie coś naprawdę zagrażać mogło. Pomiędzy niem a górą grunt jest znacznie wgłębiony, gdyby więc kiedykolwiek lawy skierowały się ku jezioru, pozycja odrzuci je gwałtownie na ławice piaskowe i części sąsiadujące z zatoką Rekina.
— Dotychczas jednak nie widzieliśmy na szczycie góry najmniejszego dymu, zapowiadającego bliski wybuch — ozwał się Gedeon Spilett.
— Istotnie — odparł Cyrus Smith — z krateru nie wznosi się najlżejszy dymek, a obserwowałem szczyt jego dziś właśnie. Może być jednak, że w niższych częściach komina czas nagromadził skał, popiołu, law stwardniałych i że owa wspomniana przezemnie „klapa“ zostaje na chwilę pod zbyt wielkim naciskiem. Przy pierwszem jednakże potężniejszem wysileniu, wszelkie przeszkody znikną i możesz być pewnym, kochany Spilecie, że ani wyspa będąca kotłem, ani wulkan służący za komin, nie pękną pod naciskiem gazów. Bądź co bądź jednak, powtarzam, że byłoby lepiej, gdyby się odbyło bez wybuchu.
— A jednakże zmysły nas nie łudzą — odparł korespondent. — Słychać przecież wyraźnie głuchy huk w samem wnętrzu wulkanu.
— W istocie — odrzekł inżynier, nastawiwszy raz jeszcze uszy z wytężoną uwagą — w istocie niepodobna, abyśmy się mylili... Tam odbywa się reakcja której doniosłości ani ostatecznego rezultatu nie możemy ocenić.
Po wyjściu i odnalezieniu towarzyszy, Cyrus Smith i Gedeon Spilett zawiadomili ich o nowym stanie rzeczy.
— Hę! — zawołał Pencroff. — Temu wulkanisku zbiera się na figle!... Niech no tylko sprobuje!... Trafi na swojego!...
— Na kogóż to? — spytał Nab.
— Na naszego genjusza, Nabie na naszego genjusza, który mu zaknebluje krater w tej samej chwili, gdy go będzie chciał rozdziawić!...
Jak widzimy, zaufanie marynarza do specjalnego bóstwa wyspy nie miało granic i zaiste, tajemnicza potęga, zaznaczona dotychczas tylu niepojętemi faktami, wydawała się również bezgraniczną, i w tem nawet, że zdołała ujść najtroskliwszym poszukiwaniom osadników, tak, że pomimo wszelkich wysileń, mimo gorliwości więcej, zaciętości prawie swoich poszukiwań, dotychczas nic przecie zupełnie odkryć nie zdołali.
Od 19 do 25 lutego, rozszerzono okrąg poszukiwań na całą okolicę północną wyspy Lincolna i przetrząśnięto najtajniejsze jej zakątki. Osadnicy nasi doszli wreszcie tak daleko, że opukiwali każdą skalistą ścianę, jak gdyby mury podejrzanego domu. Inżynier zdjął nawet nader ścisły plan całej góry i posunął poszukiwania aż do ostatnich krańców jej podstawy. Zbadano ją również i na wysokości odtrąconego stożka, kończącego pierwsze piętro skał, a następnie aż do kresów owego olbrzymiego kapelusza, w głębi którego otwierał się krater.
Więcej jeszcze: zwidzono gardziel krateru dotąd przygasłą, w głębi której jednak huk wyraźnie słyszeć się dawał. Ani trochę dymu jednakże, ani najmniejsze rozgrzanie ściany, nic słowem na zewnątrz, nie wskazywało bliskiego wybuchu... Ale ani tu, ani w jakiejkolwiek innej części góry Franklina osadnicy nie znaleźli śladów tego, którego szukali.
Wówczas zwrócono poszukiwania w okolice ławic piasku. Przejrzano troskliwie wysokie mury lawowe zatoki Rekina, od podstawy do szczytu, pomimo niezmiernej trudności dotarcia do samego poziomu zatoki. Nic i nic!...
Te dwa słowa streszczały w sobie tyle trudów straconych marnie, tyle wytrwałości bezowocnej, że rodzaj gniewu przymięszał się do uczucia zawodu w duszy Cyrusa Smitha i jego towarzyszy.
Trzeba tedy było pomyśleć o powrocie, bo ta szukanina nie mogła się przedłużać w nieskończoność. Osadnicy mieli zaiste prawo do uwierzenia, że tajemnicza owa istota nie znajdowała się na powierzchni wyspy i najszaleńsze hypotezy uczepiły się pobudzonej ich wyobraźni. Nab szczególniej i Pencroff nie poprzestając już na osobliwości zdarzenia, dawali się unosić w świat nadprzyrodzony.
D. 25 lutego osadnicy powrócili do Pałacu Granitowego i za pośrednictwem liny złożonej we dwójkę a przerzuconej przez próg za pomocą strzały, przywrócili komunikację pomiędzy pomieszkaniem swojem a ziemią.
W miesiąc później, 25 marca witali trzecią rocznicę swego przybycia na wyspę Lincolna.






ROZDZIAŁ XIV.
(Upłynęły trzy lata. — Kwestja zbudowania nowego okrętu. — Co w tej mierze postanowiono? — Pomyślność osady. — Warstat do budowy. — Zimna na południowej półkuli. — Pencroff rezygnuje. — Pranie bielizny. — Góra Franklina.)

Upłynęły trzy lata od ucieczki więźniów z Richmondu, i ileż to razy przez ten czas wspomnieli o ojczyźnie swojej, wciąż ją mając na myśli.
Nie wątpili, że wojna domowa musiała się już dotąd skończyć i niemożebną zdawało im się rzeczą, ażeby zwycięstwo nie utrzymało się przy świętej sprawie Północy... Jakiż jednak miała przebieg ta straszliwa wojna? Ile krwi kosztowała? Którzy z ich przyjaciół legli w tej walce? Oto kwestja, o której rozmawiali najczęściej, nie przewidując jednak nawet jeszcze dnia, który im dozwoli oglądać swój kraj na nowo. Czyż więc powrócić do swojej ziemi choćby na kilka dni, ścisnąć na nowo węzły społeczne z resztą świata, utworzyć jakąś łączność pomiędzy ojczyzną a tą wyspą, a następnie przepędzić najdłuższą, najlepszą może część istnienia swego w tej osadzie, której dali początek i któraby wówczas należała do metropolji — było mrzonką niepodobną do spełnienia?
Tak jest, dwa były tylko środki urzeczywistnienia tej nadziei: albo jakiś statek musiał się pojawić pewnego dnia na wodach wyspy Lincolna, lub też osadnikom pozostawało samym zbudować okręt dostatecznie silny do dostania się morzem do ziem najbliższych.
— Chyba że — mawiał Pencroff — chyba że nasz genjusz dostarczy nam innych środków powrotu do ojczyzny!
I zaiste, gdyby ktoś przyszedł do Pencroffa i Naba z wieścią, że okręt o trzystu tonnach oczekuje na nich w zatoce Rekina, lub w Porcie Balonowym, nie wywołałoby to z ich strony najmniejszej oznaki zadziwienia. Jeżeli chodziło o tajemniczego protektora, wszystkiego się po nim spodziewali.
Ale Cyrus Smith, mniej ufny, radził im powrócić do rzeczywistości, a to właśnie gdy była mowa o zbudowaniu statku, sprawie istotnie palącej, ponieważ trzeba było przewieźć i złożyć na wyspie Tabor jak najprędzej akt wskazujący nowe miejsce pobytu Ayrtona.
Ponieważ „Bonawentura“ przestał istnieć, potrzeba było najmniej sześciu miesięcy do zbudowania nowego statku. Tymczasem zima się zbliżała, podróż więc ta nie mogła się odbyć przed przyszłą wiosną.
— Mamy tedy dosyć czasu do przygotowania się przed nadejściem pięknej pory roku — rzekł inżynier, rozmawiający właśnie o tych rzeczach z Pencroffem. — Sądzę zaś, mój przyjacielu, że będąc zmuszeni przerobić na nowo nasz statek, powinniśmy mu nadać znaczniejsze rozmiary. Przybycie jachtu szkockiego na wyspę Tabor, jest rzeczą bardzo niepewną. Może być nawet, że przybył już przed wielu miesiącami i odpłynął, po próżnych poszukiwaniach śladów Ayrtona. Nie byłożby tedy stosownie, zbudować okręt, któryby w danym razie mógł nas przenieść bądź to na archipelagi polinezyjskie, bądź to do Nowej Zelandji? Cóż sądzisz o tem?
— Sądzę panie Cyrusie, sądzę, że potrafisz tak samo zbudować wielki statek, jak i mały. Ani drzewa ani narzędzi nam nie braknie. To tylko kwestja czasu.
— A ileżby czasu wymagało zbudowanie statku, od dwustu pięćdziesięciu do trzystu ton ciężaru? — spytał Cyrus Smith.
— Najmniej siedem do ośmiu miesięcy — odrzekł Pencroff. — Nie trzeba jednak i o tem zapominać, że zima nadchodzi i że przy silnych mrozach obróbka drzewa jest trudna. Liczmy więc na kilka tygodni bezrobocia, i jeżeli statek nasz stanie zupełnie w pogotowiu na listopad przyszłego roku, będziemy mogli za bardzo szczęśliwych się uważać.
— Wybornie — odpowiedział Cyrus Smith — właśnie to będzie najpomyślniejsza pora do przedsięwzięcia ważniejszej jakiej wycieczki, bądźto na wyspę Tabor, bądź też do dalszego jakiego lądu.
— Rzeczywiście, panie Cyrus — potwierdził marynarz. — Zabieraj się więc pan do swoich planów, robotnicy bowiem czekają a i Ayrton, jak sądzę, potrafi nam doskonale podać rękę przy tej sposobności.
Osadnicy, spytani o radę, zgodzili się na projekt inżyniera, bo też w istocie nic lepszego wymyśleć nie było podobna. Prawda, że zbudowanie okrętu dwustu do trzystu tonnowego było zadaniem nie lada, ale osadnicy mieli zaufanie do siebie, usprawiedliwione już tylokrotnem powodzeniem.
Cyrus Smith tedy zajął się wypracowaniem planu i podaniem modelu statku. W tym czasie zaś towarzysze jego zabrali się do wyrębu i zwózki drzewa, mającego służyć na belki krzywe, oklepkowanie i szlak okrętu. Lasy Zachodniej Ręki dostarczyły najlepszych dębów i wiązów. Skorzystano z duktu wyciętego podczas ostatniej wycieczki dla utorowania szerokiej drogi, której nadano imię drogi Zachodniej Ręki — a drzewo przeniesiono do „dymników“ kędy urządzony został warstat do budowy okrętu. Co do drogi wspomnianej powyżej, nakreślona ona była nieco kapryśnie, o zarysie jej bowiem stanowił głównie wybór drzewa, w każdym razie jednak ułatwił się przez nią przystęp do znacznej części półwyspu Wężowego.
Ważną było rzeczą ściąć jak najprędzej i porznąć drzewo, nie można go bowiem było użyć na świeżo, a do stwardnienia potrzebowało dosyć czasu. Cieśle nasi tedy pracowali gorliwie przez cały kwiecień, podczas którego nie zaszło nic ważnego, okrom kilku nawałnic równonocnych, gwałtownych dosyć. Pan Jow pomagał im zręcznie, bądźto włażąc na drzewa i umocowując u ich szczytu liny służące do zwalenia drzew na ziemię, bądź też pożyczając swoich potężnych barków do przenoszenia pni, obciętych z gałęzi.
Następnie wszystkie drzewo złożono pod obszernem poddaszem z desek, zbudowanem w pobliżu „Dymników“ i tam czekać miało chwili użycia do budowy statku.
Kwiecień był dosyć piękny, tak jak bywa często październik na półkuli północnej. Jednocześnie zabrano się również gorąco do pracy w ziemi, i wkrótce wszelkie ślady spustoszenia znikły z Wielkiej Terasy. Młyn odbudowano a na miejscu dawnych kurników, wzniosły się nowe. Zdawało się niezbędną rzeczą nadać im znaczniejsze rozmiary, ponieważ gromada ptasia rozrastała się w olbrzymim stosunku. W stajenkach mieściło się obecnie pięciu onaggasów, z których cztery silne, dobrze wyćwiczone, pozwalały się już zaprzęgać i jeździć na sobie wierzchem, a piąty właśnie co tylko się ulągł. Inwentarz osady zwiększył się o jeden pług i użyto onaggasów do orki, jakby prawdziwych wołów z Yorkshire lub Kentucky. Każdy z osadników brał na siebie cząstkę pracy i ręce ich nie próżnowały. To też co za świetne zdrowie mieli ci robotnicy i jakiż nieporównany humor ożywiał wieczory w Pałacu Granitowym, gdy układali tysiące projektów na przyszłość!
Rozumie się samo z siebie, że Ayrton podzielał najzupełniej wspólne zajęcia i że nie było już nawet mowy, ażeby miał mieszkać w zagrodzie. A jednak nie przestawał być smutnym, mało się udzielającym i łączył się więcej w pracy niż w zabawie z towarzyszami. Ale przy pracy był to robotnik tęgi, silny, zręczny, pomysłowy i rozumny. Kochali i szanowali go też wszyscy, co nie mogło ujść jego uwadze.
Ale i zagrody także bynajmniej nie zaniedbano. Co dwa dni, jeden z osadników wózkiem, lub wierzchem na onaggasie udawał się opatrzyć stado dzikich baranów i kóz i powracał z zapasem mleka, które szło do spiżarni Naba. Wycieczki te dawały zarazem i sposobność do polowania. To też Harbert i Gedeon Spilett, z Topem na przedzie, przebiegali częściej od reszty towarzyszy drogę do zagrody, i przy wybornej broni, jaką posiadali, nigdy nie brakło w domu kabyjasów, agutów, kangurów, dzików, prosiąt dzikich z rzędu grubej zwierzyny, — a kaczek, tetrasów, bażantów, jakamarów, i cyranek w drobniejszej zdobyczy. Królikarnia, ostrygarnia, kilka schwytanych żółwiów, szczęśliwy nowy połów owych wybornych łososiów, które zapędziły się znowu na wody Dziękczynnej, jarzyny z Wielkiej Terasy, — wszystko to były skarby tłoczące się na skarby, tak że Nab, kuchmistrz jeneralny, zaledwie miejsce na pomieszczenie ich znajdował.
Rzecz jasna, że i drut telegraficzny łączący zagrodę z Pałacem Granitowym naprawiono, i że funkcjonował na nowo, skoro który z osadników znajdując się w zagrodzie, uważał za niezbędne noc tam przepędzić. Zresztą, wyspa była obecnie bezpieczną, nie zachodziła obawa żadnej napaści — przynajmniej ze strony ludzi.
A jednakże to co się stało, mogło się jeszcze powtórzyć. Wylądowania korsarzy, lub zbiegów więziennych zawsze się można było spodziewać. Towarzysze, wspólnicy Boba Harveya, wtajemniczeni w jego plany, mogli wpaść na myśl naśladowania go. Nie przestawali tedy osadnicy zwracać ścisłej baczności na punkta sposobne do wylądowania na wyspę, i co dzień przesuwali lunetę po tym obszernym widnokręgu, który zatoka Unji i zatoka Washingtona zamykały.
Po drodze do zagrody badali także osadnicy z równą uwagą stronę południowo-wschodnią morza, a w miarę wstępowania na ścianę góry Franklina, mogli przebiedz wzrokiem obszerny odcinek zachodniego widnokręgu.
Nic podejrzanego nie pojawiało się nigdzie — a jednak należało mieć się wciąż na baczności.
To też pewnego wieczora inżynier przedstawił przyjacielom pomyślany przez siebie plan obwarowania zagrody. Zdawało mu się roztropnem, podnieść ostrokołowe jej ogrodzenie, i opatrzyć ją rodzajem blokhauzu, gdzie w danym razie osadnicy mogliby się bronić przeciw nieprzyjacielskiej sile. Ponieważ Pałac Granitowy okazywał się odrazu niezdobytym, ze względu na samą swoją pozycję, zagroda tedy ze swemi budynkami, zapasami i bydłem byłaby zawsze niewątpliwie celem usiłowań korsarzy, ktokolwiek by oni byli, po wylądowaniu na wyspę; — na przypadek więc, gdyby osadnicy zmuszeni byli w niej się zamknąć, należało ją przygotować do korzystnej obrony.
Projekt ten jednak wymagał gruntownego obmyślenia i zresztą wykonanie jego z musu trzeba było odłożyć do przyszłej wiosny.
Około 15 maja, sztuka drzewa spodnia, idąca wzdłuż całego okrętu, wyciągała się na podłodze warstatu a wkrótce przednia i spodnia z tyłu, z silną obsadą na obu krańcach, wzniosły się prawie pionowo. Owa belka spodnia, podłużna, wyrobiona z silnego dębu, miała sto dziesięć stóp długości, co pozwalało nadać budowie szerokość dwudziestopięcio-stopową. Tyle jednak tylko zdołali zrobić nasi cieśle przed nastaniem zimna i niepogody. Przez następny tydzień pracowali jeszcze nad tyłem okrętu; a potem trzeba już było zawiesić roboty.
Ostatnie dni maja odznaczyły się szkaradną niepogodą. Wiatr zaciągał ze wschodu, chwilami z gwałtownością huraganu. Inżyniera napadał pewien niepokój o szopy warstatu okrętowego, których zresztą nie podobna było umieścić w jakiemkolwiek innem miejscu, w pobliżu Pałacu Granitowego — ponieważ wysepka niezupełnie tylko zasłaniała wybrzeże od nacisku morskich bałwanów i podczas wielkich burz, fale uderzały o same stopy muru Granitowego.
Na wielkie szczęście jednak nie ziściły się te obawy. Wiatr nacierał bardziej na część południowo-wschodnią, a w tych warunkach wybrzeże Pałacu Granitowego miało zupełne pokrycie w przylądku Rozbitków.
Pencroff i Ayrton, dwaj najgorliwsi budownicy nowego okrętu, przeciągali prace swoje jak tylko mogli najdłużej. Nie byli to bynajmniej ludzie zwracający uwagę na wicher targający im czuprynę, lub deszcz przenikający do kości — a uderzenie młotka ma tyle wartości w czas zły co i w pogodny. Ale skoro chłód bardzo ostry nastąpił po wilgotnej epoce, drzewo, którego włókna nabrały twardości żelaza, poczęło przedstawiać niezmierną trudność w obróbce — i z tego powodu, około 10 czerwca trzeba było ostatecznie dać pokój budowie okrętu.
Cyrus Smith i jego towarzysze nieraz już zwracali na to uwagę, jak dokuczliwą była temperatura zimowa na wyspie Lincolna. Zimna tu można było porównać do dających się uczuć w Stanach Zjednoczonych Nowej Anglji, położonych mniej więcej w tej samej odległości co wyspa Lincolna od równika. Jeżeli na półkuli północnej, a już co najmniej w części zajętej przez Nową-Brytanję i północ Stanów Zjednoczonych, zjawisko powyższe tłumaczy się płaskim układem terytorjów, które graniczą z biegunem i na których żadna nierówność gruntu nie stawi przeszkody wichrom podbiegunowym, to tu na wyspie Lincolna tłumaczenie takie nie miało wartości.
— Zauważono nawet — rzekł pewnego dnia Cyrus Smith do towarzyszy — że przy równych szerokościach, wyspy i części przybrzeżne mniej cierpią od zimna niż okolice śródmorskie. Często mi się słyszeć zdarzyło, że zimy w Lombardji naprzykład, są ostrzejsze niż w Szkocji — a pochodziłoby to ztąd, że morze powraca w zimie ciepło otrzymane przez lato. Wyspy więc znajdują się w najlepszych warunkach do korzystania z tej restytucji.
— Ale w takim razie, panie Cyrusie, — spytał Harbert, — dlaczegoż wyspa Lincolna zdaje się usuwać z pod tego ogólnego prawa?
— Trudno to wytłumaczyć, — odparł inżynier. Bądź co bądź jednak byłbym skłonnym do przypuszczenia, że przyczyną tej szczególności jest położenie naszej wyspy na półkuli południowej, która, jak ci to wiadomo, moje dziecię, o wiele jest chłodniejszą od północnej.
— W istocie — odrzekł Harbert — pływające lody napotkać można pod szerokością niższą częściej na południu, niż na północy Cichego Oceanu.
— Najprawdziwsza prawda — wtrącił Pencroff — ja sam gdym się bawił wielorybnictwem, widziałem góry lodowe aż po za przylądkiem Horn.
— Dałyby się tedy wytłumaczyć — rzekł Gedeon Spilett — te dokuczliwe zimna na wyspie Lincolna, bliskością kier lub ławic lodowych w niewielkiej względnie odległości.
— Zdanie twoje istotnie ma wiele po sobie, mój drogi Spilecie — odparł Cyrus Smith — i widocznie to bliskości lodów winniśmy nasze ostre zimy. Zwrócę także uwagę waszą i na to, że inna jeszcze przyczyna całkiem fizyczna, czyni półkulę południową zimniejszą od północnej. Oto ponieważ słońce jest o wiele bliżej od niej w czasie lata, w zimie za to z konieczności musi być o wiele dalej. To wyjaśnia ową podwójną tutaj krańcowość temperatury: jeżeli bowiem znajdujemy zimy na wyspie Lincolna niezmiernie ostremi, niezapominajmy, że lata są tu przeciwnie bardzo skwarne.
— Dla czegoż jednak, — spytał Pencroff, marszcząc brwi, — powiedz mi pan z łaski swojej, panie Smith, — dlaczegoż jednak nasza półkula, jak mówisz, tak złą dostała cząstkę?... To wcale nie pięknie, to niesprawiedliwie!
— Mój przyjacielu — odrzekł inżynier, śmiejąc się, — czy jest w tem sprawiedliwość czy nie, trzeba jednak pogodzić się z tym stanem rzeczy — a oto przyczyna tej wyjątkowości. Ziemia nie opisuje koła w około słońca, ale elipsę, wedle praw mechaniki racjonalnej. Ziemia zajmuje jedno z ognisk tej elipsy, w pewnej tedy porze swego obiegu znajduje się w swojem apogeum tj. w największem swojem oddaleniu od słońca, a w innej znowu epoce w swojem perigeum, tj. najbliżej słońca. Otóż tak to wypada, że właśnie w zimie okolic półkuli południowej, ziemia stoi w punkcie najdalszym od słońca, a więc w warunkach sprowadzających najsilniejsze zimna na te okolice. Na to nie ma rady — i ludzie, mój Pencroffie, choćby najmędrsi, nie zdołają nigdy nic odmienić z porządku kosmograficznego, ustanowionego przez samego Boga.
— A jednakże — dodał Pencroff, objawiając pewną trudność w poddaniu się — a jednakże świat taki uczony!... Coby to za grubą księgę złożył, panie Cyrusie, z tego co ludzie wiedzą.
— A o ileż grubszą jeszcze z tego, o czem nie wiedzą — odparł Cyrus Smith.
Koniec końców, z tej czy z owej przyczyny, miesiąc czerwiec sprowadził zimno w zwyczajnej jego ostrości, i osadnicy musieli najczęściej przebywać w zamknięciu w Pałacu Granitowym.
Ach!... przymusowe to zamknięcie wydawało się dokuczliwem dla wszystkich, a może najbardziej dla Gedeona Spiletta.
— Słuchaj — rzekł pewnego dnia do Naba — ustąpiłbym ci chętnie aktem notarjalnym praw do wszelkich spadków, jakie mi kiedykolwiek przypaść mają, gdybyś zechciał być tak poczciwym chłopcem i poszedł gdziebądź zaprenumerować dla mnie jakikolwiek dziennik!... Stanowczo, jednej tylko, najgłówniejszej rzeczy braknie mi do szczęścia, a mianowicie wiedzieć co rana, co się stało wczoraj gdzieindziej!
Nab śmiać się zaczął...
— Dalipan — odrzekł — co do mnie, obchodzi mnie najwięcej robota codzienna!...
A co prawda, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz nie brakowało roboty.
Osada wyspy Lincolna znajdowała się wówczas na najwyższym szczycie pomyślności, do którego ją trzy lata wytrwałej pracy doprowadziły. Przygoda z brygiem zniszczonym była dla niej nowem źródłem bogactwa. Nie mówiąc już bowiem o kompletnem ożaglowaniu, mogącem się przydać do budującego się okrętu, sprzęty i narzędzia wszelkiego rodzaju, broń i amunicja, odzież i instrumenta tłoczyły się obecnie przez wierzch magazynów Granitowego Pałacu. Nie było nawet konieczności uciekać się do wyrobu grubych materyj pilśniowych. Wprawdzie osadnicy ucierpieli wiele od zimna w czasie pierwszej swojej zimówki, ale za to dzisiaj przykra ta pora nadejść mogła, nie wzbudzając w nich najmniejszej obawy. Bieliznę mieli także w obfitości, utrzymując ją zresztą z jak największą starannością. Z owego chlorku sody, który jest nie czem innem jeno solą morską, Cyrus Smith wydobył z łatwością sodę i chlor. Soda, którą można było bez trudu zmienić w węglan sody — i chlor, z którego inżynier utworzył przez połączenie chlorek wapna i innej — zdały się do wielu rzeczy w domu, a szczególniej do prania bielizny. Zresztą urządzano tylko cztery prania na rok, jak to było niegdyś zwyczajem u starych rodzin, i niech nam wolno będzie dodać, że Pencroff i Gedeon Spilett — w oczekiwaniu na roznosiciela z dziennikiem — okazali się niepospolitemi praczkami.
Tak przeszły miesiące zimowe: czerwiec, lipiec i sierpień. Były one bardzo przykre, średnia bowiem cyfra spostrzeżeń termometrycznych wynosiła nie więcej jak osiem stopni Fahrenheita (13°, 33 centigr. poniżej zera). Temperatura ta niższą więc była niż poprzedniej zimy. To też, co za tęgi ogień huczał bezustanku w kominach Pałacu Granitowego, zostawiając czarne długie smugi z dymu na granitowych ścianach. Nie oszczędzano paliwa, rosnącego w obfitości w oddaleniu zaledwo kilku kroków. Zresztą, odpadki z drzewa przeznaczonego na budowę okrętu pozwalały zaoszczędzić węgiel drzewny, którego dowóz był o wiele cięższy.
Ludzie i zwierzęta mieli się wybornie. Pan Jow zdradzał w sobie potroszę zmarzlaka, to wyznać należy. Ale była to może jedyna jego wada, i zapobiegło się jej przez zrobienie mu sutego szlafroka, tęgo wywatowanego. Jakiż jednak za to był z niego sługa, zręczny, gorliwy, niestrudzony, dyskretny, nie gaduła. Z wszelką słusznością można go było postawić za wzór wszystkim współbraciom jego w zawodzie, tak starego jak i nowego świata!
— Chociaż — mawiał Pencroff — wstydby było mając cztery ręce do użytku, nie uwijać się jak należy przy robocie!
I w istocie, inteligentny czwororąk pracował nie ladajako!
Przez siedem miesięcy, które upłynęły od ostatnich poszukiwań naokoło góry — i przez cały wrzesień, naznaczony już piękną pogodą, nie było ani mowy o genjuszu wyspy. Wpływ jego nie objawił się przez ten czas w żadnej okoliczności. Prawda i to, że byłby zbytecznym, ponieważ nic takiego nie zaszło, coby osadników na ciężkie mogło narazić próby.
Cyrus Smith zauważył nawet, że jeżeli w ogólności istniała jakaś komunikacja kiedykolwiek na wskróś granitowej bryły pomiędzy nieznajomym a mieszkańcami Pałacu, i że jeżeli jego to zbliżanie się instynkt Topa przeczuwał niejako, to w ciągu tego całego perjodu nic się podobnego nie zdarzyło. Zagadkowe warczenia psa ustały zupełnie, jak również i niepokoje oranga. Dwaj przyjaciele — byli nimi bowiem — nie kręcili się już przy otworze wewnętrznej studni, nie szczekali i nie jęczeli owym osobliwym sposobem, który już od samego początku zwrócił był uwagę inżyniera. Ale mógłże Cyrus Smith zaręczyć, że wszystko się już skończyło z tą zagadką i że nigdy nie znajdzie jej rozwiązania? Mógłże twierdzić stanowczo, że nie zajdzie jakaś okoliczność i nie wprowadzi znowu na scenę tajemniczej owej osobistości? Kto mógł wiedzieć, co przyszłość w sobie chowa?
Nareszcie skończyła się zima, ale pewne zdarzenie, którego następstwa mogły mieć wielką doniosłość, zaszło dopiero w pierwszych dniach zwiastujących powrót wiosny.
7go września Cyrus Smith, przypatrując się uważnie szczytowi góry Franklina, spostrzegł w około jego krateru wijący się dym, którego pierwsze kłęby rozpraszały się właśnie w powietrzu.






ROZDZIAŁ XV.
(Przebudzenie się wulkanu. — Piękna pora roku. — Powrót do prac. — Wieczór 15 października. — Telegram. — Zapytanie. — Odpowiedź. — Odjazd do zagrody. — Bilecik. — Przedłużenie linji. — Wybrzeże bazaltowe. — Podczas przypływu morza. — Podczas odpływu. — Pieczara. — Olśniewające światło.)

Na znak dany przez inżyniera osadnicy zawiesili robotę i zeszli się, aby w milczeniu obserwować szczyt góry Franklina.
Wulkan się więc przebudził i wyziewy przebiły warstwę mineralną nagromadzoną w głębi krateru. Czy jednak te podziemne ognie wywołają jaki gwałtowny wybuch? — oto była ostateczność nie do zaradzenia.
Jednakże nawet w razie wybuchu, prawdopodobnie nie cała wyspa Lincolna doznałaby jego skutków. Wylewy materyj wulkanicznych nie zawsze bywają niszczące. Wyspa ta już raz przeniosła coś podobnego, jak świadczyły smugi zastygłej lawy na północnym spadku góry. Oprócz tego zaś, kształt krateru, zapadnięcie wyżłobione na wyższym jego kraju powinno było poprowadzić ognisty wylew w stronę przeciwną częściom żyznym wyspy.
Z drugiej strony jednakże przeszłość nie poręczała stanowczo za przyszłość. Nieraz bowiem na szczycie wulkanów dawne kratery się zamykają a nowe stają otworem. Przypadek ten zdarzył się w obu światach, na Etnie, na Popocatepetl, na Orizabie, — a w przededniu wybuchu wszystkiego obawiać się można. Ostatecznie bowiem wystarczyłoby trzęsienia ziemi, zjawiska towarzyszącego czasami wybuchom wulkanicznym, do zmodyfikowania wewnętrznego układu góry i otwarcia nowych dróg dla wrącej lawy.
Cyrus Smith wytłumaczył te rzeczy towarzyszom i nie przesadzając trudności położenia, zapoznał ich jednak z przychylnemi i wrogiemi w takim razie okolicznościami.
Tak jednak czy owak, nie było żadnej rady. Pałac Granitowy nie zdawał się zagrożonym, chyba w razie trzęsienia ziemi, któreby zachwiało wyspą z gruntu. Ale o zagrodę należało się obawiać, w razie gdyby jaki nowy krater otworzył się od południowej strony góry Franklina.
Od tego dnia wyziewy nie przestawały tworzyć pióropusza u szczytu góry Franklina, i rozpoznać nawet można było, że rosły wciąż na wysokość i szerokość, nie zdradzając jednak dotąd najmniejszego płomienia w swoich kłębach.
Całe to zjawisko ogniskowało się dotychczas w niższej części głównego komina.
Wśród tego jednak, za nadejściem pięknych dni, zabrano się na nowo do robót. Pospiesznie szła budowa statku, tembardziej że udało się Cyrusowi Smithowi przy pomocy katarakty utworzyć hydrauliczny tartak, dzielący pnie o wiele prędzej na deski i belki. Mechanizm tego przyrządu był tak prosty, jak używany zwyczajnie w wiejskich tartakach Norwegji. Nadać ruch pionowy sztuce drzewa a ruch poziomy pile — oto było całe zadanie, które inżynier rozwiązał przez użycie koła, dwóch cylindrów i bloków odpowiednio ustawionych.
Przy końcu września skielet okrętu, mającego być goelettą, wznosił się już na przestrzeni warstatu. Założenie listew ukończono prawie w zupełności, tak że można już było ocenić kształty przyszłego statku. Goeletta ta, wysmukła od przodu, swobodna i lekka w tylnych częściach, mogła się widocznie nadać do dosyć dalekiej wyprawy w razie potrzeby; ale założenie pomostów i pokładów, odylowanie i wylanie smołą wnętrza i pokładu dużo jeszcze wymagało czasu. Na wielkie szczęście, ocalono wszystko żelaziwo brygu po wysadzeniu go podmorskiem w powietrze. Z uszkodzonych listew i belek Pencroff i Ayrton powyciągali śruby i wielką mnogość mosiężnych gwoździ. Okoliczność ta oszczędzała pracy i czasu kowalom, ale cieślom zostawało jeszcze huk roboty.
Musiano jednak i tę pracę przerwać na tydzień dla żniw, sianokosów i zwózki zbiorów, w które obfitowała Wielka Terasa. Ale po ukończeniu tego, wszystkie chwile poświęcono już wyłącznie goelecie.
Przy zbliżaniu się nocy pracownicy uczuwali prawdziwe wycieńczenie sił. Ażeby nie marnować czasu, zmienili godziny posiłku: objadowali o dwunastej, a wieczerzę jadali dopiero, gdy się całkiem ściemniło. Wówczas powracali do Granitowego Pałacu i spieszyli się, aby jak najprędzej użyć spoczynku.
Niekiedy jednak rozmowa, jeżeli przedmiot jej żywo interesował, opóźniała nieco godzinę snu. Osadnicy puszczali się na tworzenie planów przyszłości i chętnie zastanawiali się nad zmianami, które mogła wywołać w ich położeniu, wyprawa goeletą do najbliższych lądów. Po nad temi wszystkiemi projektami jednakże, panowała zawsze myśl ostatecznego powrotu na wyspę Lincolna. Nie przyszło im nigdy do głowy opuścić całkiem tę osadę, ugruntowaną z takim trudem i powodzeniem a której komunikacja z Ameryką nadałaby nowy rozwój.
Pencroff i Nab wyrażali nadzieję skończenia na niej dni swoich.
— Harbercie — odzywał się nieraz marynarz — nie opuścisz nigdy wyspy Lincolna?
— Nigdy, Pencroffie, szczególniej jeżeli i ty postanowisz pozostać na niej.
— Co? postanowię? już dawno postanowiłem, mój chłopcze — odpowiadał Pencroff. Zaczekam tu na ciebie. Sprowadzisz tu swoją żonę i dzieci a ja z malców twoich tęgich wyrobię zuchów!
— No, a więc to już rzecz postanowiona — kończył Harbert śmiejąc się i rumieniąc zarazem.
— A pan, panie Cyrusie, — ciągnął dalej Pencroff porwany zapałem. — Pan pozostaniesz rządcą wyspy... Hę!... a ile by też ona mogła wyżywić mieszkańców? Co najmniej dziesięć tysięcy!
Takie to brzmiały rozmowy; nikt nie powstrzymywał Pencroffa i od słowa do słowa kończyło się na tem, że korespondent zakładał na wyspie dziennik „New Lincoln Herald!“
Takie to już serce człowieka. Potrzeba zbudowania trwałego dzieła, dzieła któreby go przeżyło, to oznaka wyższości jego nad wszystkiem, co żyje na tej ziemi. Ona to ugruntowała jego panowanie i usprawiedliwia je na świecie całym.
Zresztą kto wie, czy Jow i Top, nie mieli także swoich planików przyszłości?
Ayrton pogrążony w milczeniu, myślał, że radby ujrzeć jeszcze lorda Glenarvana i zjawić się przed wszystkimi — zrehabilitowanym.
Pewnego wieczora, 15 października, rozmowa bujająca wśród powyższych hypotez, przedłużyła się nad zwykłą miarę. Dziewiąta już wybiła... Już przeciągłe, źle ukryte poziewania wskazywały godzinę spoczynku i Pencroff szedł do swego łóżka, gdy nagle młotek elektryczny umieszczony w sali zabrzmiał ostrym dźwiękiem.
Wszyscy znajdowali się w miejscu: Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff, Ayrton, Nab. Nikogo z osadników nie było w zagrodzie.
Cyrus Smith powstał. Towarzysze jego poglądali po sobie, sądząc że omyliło ich ucho.
— Co to ma znaczyć? — wykrzyknął Nab — chyba djabeł dzwoni?
Nikt na to nie odpowiedział.
— Czas jest burzliwy — zauważył Harbert. — Czyżby więc wpływ elektryczności nie mógł?...
Urwał i nie skończył. Inżynier, ku któremu zwróciły się oczy wszystkich, potrząsł przecząco głową.
— Czekajmy, — ozwał się wówczas Gedeon Spilett. Jeżeli to sygnał, ten co go wydał, znowu powtórzy!
— Ale któż pan chcesz, żeby to był? — zawołał Nab.
— Ba! — odparł Pencroff — ten co...
W tej chwili słowa jego przeciął nowy odgłos dzwonka i wibracja młotka.
Cyrus Smith podszedł do aparatu telegraficznego i puściwszy prąd po drucie, posłał do zagrody następujące zapytanie:
— O co chodzi?
W kilka chwil wskazówka obracająca się na tarczy z alfabetem, następującą odpowiedź składała mieszkańcom pałacu Granitowego:
— „Spieszcie co tchu do zagrody...“
— Nakoniec!... — zawołał Cyrus Smith.
O tak, nakoniec!... Nakoniec tajemnica miała się odsłonić. Wobec tego niezmiernego interesu, który ich pociągał do zagrody, całe znużenie osadników gdzieś znikło, z potrzeby odpoczynku nie zostało ani śladu. Nie wymieniwszy ani słowa, w kilka chwil opuścili Pałac Granitowy i wnet znaleźli się na wybrzeżu. Tylko Jow i Top zostali w domu. Mogło się bez nich obyć.
Noc była czarna. Księżyc, właśnie w tym dniu na młodziku, zniknął wraz ze słońcem. Jak to zauważył Harbert, olbrzymie burzliwe chmury utworzyły rodzaj niskiego a ciężkiego sklepienia, nieprzepuszczającego najmniejszego promyka od gwiazd. Kilka błyskawic pochodzących ze skwaru i dalekiej jakiejś burzy oświetlało od chwili do chwili widnokrąg.
Bardzo być mogło, że za kilka godzin, piorun zahuczy nad samą wyspą. Była to noc groźna.
Ale ciemność, choćby najgłębsza nie mogła powstrzymać ludzi przywykłych do tej drogi do zagrody. Przeszli na lewe wybrzeże „Dziękczynnej“ doszli do Terasy, przebyli most potoku Glicerynowego i ruszyli dalej lasem.
Szli dobrym krokiem, mocnem wzruszeniem przejęci. Nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, że mieli wreszcie poznać owo tak poszukiwane rozwiązanie zagadki, imię owej tajemniczej istoty, co tak głęboko weszła w ich życie, tak wspaniale z nimi postępowała, tak potężnie działała! Czyż bowiem w istocie ów nieznajomy nie musiał niejako żyć z nimi wspólnie, aby znać tak wybornie do najdrobniejszych szczegółów ich potrzeby, słyszeć co się mówiło i występować zawsze w najważniejszej chwili.
Wszyscy pogrążeni w myślach przyspieszali kroku.
Pod tem sklepieniem z drzew, ciemność panowała taka, że nie było widać nawet kraju drogi. Zresztą najmniejszego szmeru nigdzie w lesie. Czworonogi i ptactwo pod wpływem ciężkiej atmosfery pochowały się bez ruchu i głosu. Najlżejsze tchnienie nie wzruszało liśćmi. Jedynie tylko kroki osadników odbrzmiewały w ciemnościach po stwardniałej ziemi.
Milczenie panujące przez pierwszy kwadrans drogi przerwała jedynie następująca uwaga Pencroffa:
— Należało wziąć z sobą latarnię.
I ta odpowiedź inżyniera:
— Znajdziemy inną w zagrodzie.
Cyrus Smith i towarzysze opuścili Pałac Granitowy o dziewiątej i minut dwanaście. O dziewiątej i minut czterdzieści siedm przebyli już przestrzeń trzech mil na pięć oddzielających ujście Dziękczynnej od zagrody.
W tej chwili, olbrzymie, białawe błyskawice zajaśniały nad wyspą, i zarysowały na czarno koronkę liści. Te potężne błyski olśniewały i zaćmiewały wzrok. Burza widocznie wkrótce miała się rozhulać. Błyskawice robiły się coraz szybsze i jaskrawsze. Daleki grzmot huczał w głębokościach nieba. Atmosfera stawała się duszącą.
Osadnicy szli naprzód, jakby popychani jakąś nieodpartą siłą.
O kwadrans na dziesiątą, jaskrawa błyskawica pokazała im tuż ogrodzenie ostrokołowe zagrody — a zaledwo weszli w bramę, piorun zahuczał ze straszliwą potęgą.
W mgnieniu oka przebiegli podwórzec zagrody, i znaleźli się przed domem mieszkalnym.
Prawdopodobnie musiał się tu znajdować nieznajomy, ponieważ telegram mógł być ztąd tylko wysłany. Żadne światło jednak nie pobłyskiwało z okien.
Inżynier zastukał do drzwi.
Nie było odpowiedzi.
Wówczas Cyrus Smith otworzył drzwi i osadnicy weszli do pokoju, pokrytego w tej chwili głębokim mrokiem.
Nab skrzesał ognia, i za chwilę potem zapalona latarnia przesuwała się już po wszystkich zakątkach pokoju...
Nigdzie nie było nikogo... Każda rzecz znajdowała się w tym stanie, w jakim ją ostatni raz pozostawiono.
— Byliżbyśmy ofiarą ułudy? — szepnął Cyrus Smith.
Nie!... To być nie mogło!... Telegram brzmiał przecież wyraźnie:
— Spieszcie co tchu do zagrody!
Przybliżyli się wszyscy do stołu, na którym był umieszczony aparat i wszystko co do niego należało. Wszystko leżało na miejscu, stos i skrzynia w której się mieścił, jak również przyrząd odbierający i przesyłający depesze.
— Kto tu był ostatnim razem? — spytał inżynier.
— Ja, panie Smith — odrzekł Ayrton...
— A to było?...
— Przed czterema dniami...
— Ah!... Zapiska!... zawołał Harbert, wskazując jakiś papier leżący na stole.
Na tym papierze stały następujące słowa, w języku angielskim:
„Idźcie w ślad za nowym drutem.“
— W drogę!... zawołał Cyrus Smith, pojąwszy że depeszę wysłano nie z zagrody, ale z tajemniczego schronienia, które drut dodatkowy, przyczepiony do dawnego, łączył bezpośrednio z Pałacem Granitowym.
Nab pochwycił za zapaloną latarnię i wszyscy opuścili zagrodę.
Burza właśnie rozhukała się z niezmierną gwałtownością; przerwa dzieląca błyskawicę od uderzenia piorunu zmniejszała się coraz widoczniej. Huragan miał zapanować wkrótce nad górą Franklina i całą wyspą. Przy świetle powtarzających się błyskawic widać było szczyt wulkanu dymiący całemi kłębami.
W całej tej części zagrody, która się roztaczała pomiędzy domem a ostrokołem nie było nigdzie śladu komunikacji telegraficznej. Ale, skoro wyszli za bramę, inżynier przybiegłszy prosto do pierwszego słupa, postrzegł przy świetle błyskawicy nowy drut ciągnący się od izolatora do ziemi...
— Oto jest! — zawołał.
Drut ten ciągnął się po ziemi, ale w całej długości swojej otoczony był substancją odosabniającą, jak telegraf podmorski, co zapewniało przejście prądowi. Kierunek jego zdał się dążyć przez lasy i południową część góry — a więc ku zachodowi...
— Idźmy za nim! — rzekł Cyrus Smith.
I częścią przy świetle latarni, częścią przy odbłyskach piorunu, posuwali się osadnicy drogą przez drut wskazaną.
W tej chwili grzmot piorunu dawał się słyszeć bez przerwy, a natężenie jego było tak wielkie, że nie można było słowa wymienić pomiędzy sobą. Zresztą nie szło tu o gadaninę, ale o posuwanie się naprzód.
Cyrus Smith i towarzysze weszli naprzód na ścianę góry, wznoszącą się pomiędzy doliną zagrody a doliną potoku Katarakty, którą przebyli w punkcie najwęższym. Drut, bądźto wyciągnięty na niskich gałęziach drzew, bądź też wlokący się po ziemi, prowadził ich wiernie.
Inżynier sądził, że ta metaliczna nić zatrzyma się gdzie w głębi doliny, i że tam znajdzie się schronienie nieznajomego.
Ale nic podobnego się nie stało. Trzeba było wejść na południowo-zachodnią ścianę góry, a następnie spuścić się na ową bezpłodną terasę, którą zamykał mur z bazaltów nagromadzonych w tak osobliwy sposób.
Od czasu do czasu, jeden lub drugi z osadników schylał się, macał ręką drut i wskazywał kierunek drogi. Nie ulegało już jednak wątpliwości, że drut ten zmierzał prosto ku morzu. Tam zapewne, w głębi jakichś wulkanicznych skalisk, znajdowało się owo schronienie, tak napróżno dotychczas poszukiwane.
Niebo stało całe w ogniu. Błyskawica wyprzedzała błyskawicę. Mnóstwo ciosów piorunu uderzało w szczyt wulkanu i wpadało w krater wśród gęstych kłębów dymu. Chwilami można było sądzić, że góra bucha płomieniem.
Na kilka minut przed dziesiątą przybyli osadnicy do położonego wysoko krańca góry, panującego nad Oceanem od zachodu. Wiatr się zbudził... Fala ryczała o pięćset stóp poniżej.
Cyrus Smith obliczył, że on i towarzysze uszli około mili i pół od zagrody.
W tem miejscu, drut zapuszczał się pomiędzy skały, schodząc po dosyć stromej pochyłości wąskim i kapryśnie zarysowanym wąwozem.
Osadnicy zapuścili się w ślad za nim, narażając się na wywołanie jakiego obsypu skał, stojących nad nimi w niepewnej równowadze i na strącenie w morze. Schodzenie przedstawiało niezmierne niebezpieczeństwo, ale osadnicy nasi już stracili wszelką na to uwagę, przestali być panami siebie, nieodparta siła ciągnęła ich ku owemu tajemniczemu celowi, jak magnes żelazo.
To też jakby nieświadomie, zeszli w ów wąwóz, który nawet przy najjaśniejszym dniu był prawie nie do przebycia. Kamienie toczyły się i rzucały błyski jak rozpalone bolidy, gdy wpadły w promień błyskawicowego światła. Cyrus Smith szedł na czele. Ayrton zamykał pochód. W jednem miejscu ledwo mogli postępować krok za krokiem, gdzieindziej znowu ześlizgiwali się bez tchu z gładkiej skały, podnosili się i szli dalej.
Nakoniec, drut gwałtownie skręcił i dotknął do skał nadbrzeżnych, stanowiących prawdziwy stos raf, o który fale przypływu, musiały się rozbijać. Osadnicy doszli do najniższego krańca bazaltowego muru. Tu rozwinęło się przed nimi małe rozgałęzienie góry, zniżające się horyzontalnie i równolegle do morza. Drut ciągnął się wzdłuż niego — osadnicy poszli za drutem. Tak uszli zaledwie sto kroków, gdy rozgałęzienie, zniżyło się po umiarkowanej pochyłości aż do samego poziomu morza.
Inżynier pochwycił za drut i postrzegł, że zagłębia się w morzu.
Towarzysze, stojący przy nim, osłupieli.
Okrzyk ciężkiego zawodu, prawie krzyk rozpaczy wydarł im się z piersi. Trzebaż więc było rzucić się w fale i w nich szukać jakiejś podmorskiej jaskini?
W stanie podbudzenia moralnego i fizycznego, w jakim się znajdowali, uczyniliby to bez wahania.
Jedno słowo inżyniera ich powstrzymało.
Cyrus Smith powiódł towarzyszy w zagłębienie pomiędzy skałami, a gdy tam stanęli:
— Zaczekajmy, — rzekł. — Teraz trwa przypływ. Skoro nadejdzie odpływ, droga się otworzy.
— Cóż jednak pozwala panu wierzyć...? spytał Pencroff.
— On nie byłby nas wezwał, gdyby miało zabraknąć środków dostania się do niego.
Cyrus Smith wypowiedział to z takim akcentem silnego przekonania, że nikt nie odważył się zaprotestować. Zresztą uwaga jego była wielce logiczną. Należało przypuszczać, że u stóp muru znajdował się otwór, dostępny w czasie odpływu, choć obecnie zalany przez fale.
Szło więc tylko o kilka godzin cierpliwości. Osadnicy przesiedzieli je w milczeniu, sciśnięci w kupkę i ukryci pod rodzajem portyku, wyżłobionego w skale. Deszcz zaczął tymczasem padać — i wkrótce chmury rozdarte gromami, zamieniły się w istne spadające potoki. Echa powtarzały huk piorunu i nadawały mu majestatyczny rozdźwięk.
Wzruszenie osadników dochodziło do najwyższego stopnia. Tysiące myśli dziwnych, nadprzyrodzonych przechodziło im przez głowę, wywołując jakieś nadludzkie zjawisko, które jedynie mogło odpowiedzieć wyobrażeniu, jakie sobie wyrobili o genjuszu wyspy.
O północy Cyrus Smith, zabrawszy z sobą latarnię, zszedł aż nad samo morze, dla rozpatrzenia się w położeniu skał. Już od dwóch godzin odpływ się zaczął.
Poprzedni domysł nie omylił inżyniera. Sklepienie jakiegoś obszernego wydrążenia poczęło się zarysowywać nad wodą. Drut skręcając pod kątem prostym, zagłębiał się w tę ziejącą paszczę.
Cyrus Smith powrócił do towarzyszy i rzekł im z prostotą:
— Za godzinę można będzie wejść w otwór...
— A więc istnieje?.. spytał Pencroff.
— Czyżeście wątpili o tem? — odparł Cyrus Smith.
— Ależ ta pieczara będzie napełniona wodą, do pewnej wysokości — zauważył Harbert.
— Albo osycha w zupełności — odrzekł Cyrus Smith — i w takim razie przebędziemy ją piechotą, — albo nie osycha, a wtedy niezawodnie znajdzie się jakiś środek transportu do naszego rozporządzenia.
Minęła godzina. Zeszli wszyscy po ulewnym deszczu nad samo morze. W trzy godziny poziom wód się zniżył o stóp piętnaście. Szczyt łuku zakreślonego przez sklepienie pieczary wznosił się nad poziomem fal co najmniej na stóp osiem.
Była to jakby arkada mostu, pod którą przechodziły wody, zmięszane z pianą.
Schyliwszy się, postrzegł inżynier jakiś czarny przedmiot, unoszący się na powierzchni morza i przyciągnął go do siebie.
Była to łódź, przywiązana na linie do jakiegoś wewnętrznego punktu. Łódź ta była z blachy żelaznej nitowanej. Dwa wiosła leżały w jej głębi, pod ławkami.
— Wsiadajmy — rzekł Cyrus Smith.
Za chwilę osadnicy, siedzieli już w łodzi. Nab i Ayrton wzięli się do wioseł, Pencroff usiadł u steru; Cyrus Smith na przodzie, oparłszy latarnię o kraj łodzi, oświecał drogę.
Sklepienie, z początku bardzo szerokie, gdy łódź się pod nie wsunęła, poczęło się nagle podnosić, ale ciemność okolna była zbyt głęboka a światło latarni nadto niedostateczne, ażeby podobna było poznać obszar tej pieczary, jej szerokość, wysokość i głębokość. W pośród tej budowli bazaltowej panowało imponujące milczenie. Żaden szelest z zewnątrz tu nie przenikał i nawet huk piorunów nie mógł się przedrzeć przez masywne te ściany.
W niektórych częściach globu istnieją takie niezmierne pieczary, rodzaj naturalnych krypt, datujących się od swojej epoki geologicznej. Jedne zalane są wodami morza, inne zamykają w łonie swojem całe jeziora. Taką jest grota Fingala na wyspie Staffa, jednej z Hebrydów; takie groty Morgat nad zatoką Douarnesek w Bretanji; groty Bonifacio w Korsyce, Lyse-Fiord w Norwegji; taką samą niezmierna pieczara Mammuta w Kentucky, wysoka na pięćset stóp a długa przeszło mil dwadzieścia! W wielu punktach ziemi przyroda wyżłobiła takie krypty i zachowała je ku podziwieniu ludzi.
Co do pieczary, którą osadnicy właśnie badali, ciągnęła się ona aż do środka wyspy. Od kwadransa łódź posuwała się naprzód wykonywując zakręty, które inżynier wskazywał Pencroffowi tonem urywanym.
Naraz zawołał:
— Więcej na prawo!
Statek zmienił kierunek i podsunął się pod prawą ścianę pieczary. Inżynier pragnął słusznie przekonać się, czy drut ciągnął się wciąż jeszcze wzdłuż tej ściany.
Był tam istotnie, przyczepiony do występujących skał.
— Naprzód! — ozwał się Cyrus Smith.
I obadwa wiosła, zanurzając się naraz w czarnych toniach, uniosły łódź.
Tak płynęli jeszcze około kwadransa i od wejścia do pieczary musieli już upłynąć z pół mili, gdy naraz głos Cyrusa Smitha dał się słyszeć znowu.
— Stójcie! — zawołał.
Łódź się zatrzymała i osadnicy spostrzegli żywe światło oblewające olbrzymią kryptę, tak głęboko wyżłobioną we wnętrznościach ziemi.
Wysoko na sto stóp zaokrąglało się sklepienie, unoszone na słupach bazaltowych, które zdały się być wszystkie odlane z jednej formy. Nieregularne stoczystości kapryśnie zarysowane żebra wspierały się na tych kolumnach, wzniesionych tysiącami przez naturę w pierwszych epokach formacji globu. Odłamki bazaltowe, osadzone jeden w drugi, miały wysokości od czterdziestu do pięćdziesięciu stóp, a woda spokojna pomimo wzburzenia, panującego na zewnątrz, obmywała ich stopy. Blask ogniska świetlnego, na które wskazał inżynier, chwytając za każdy kąt pryzmatyczny i przebijając go swemi ostrzami z płomieni, przenikał, rzec można ściany, jak gdyby były przejrzyste i zamieniał w lśniące nieszlifowane klejnoty wszystkie wydatności tej budowli.
Na podstawie znanego fenomenu odbicia, woda odtwarzała na swojej powierzchni te różnorodne blaski, tak iż łódź zdawała się pławić pomiędzy dwiema jaśniejącemi płaszczyznami.
Niepodobna było się mylić co do natury promieniowania wydzielanego przez to ognisko świetlne, którego promienie ostre i z linij prostych złożone łamały się o każdy kąt ściany, o każde żebro olbrzymiej krypty. Światło to pochodziło z elektrycznego źródła, i już sam biały kolor jego dostatecznie o tem przekonywał. Było to słońce tej pieczary, napełniające ją całą.
Na znak Cyrusa Smitha opadły wiosła, wywołując wytrysk istnej ulewy djamentów i łódź skierowała się ku ognisku świetlnemu, od którego wkrótce znalazła się nie dalej jak o sześćdziesiąt sążni.
W tem miejscu szerokość wodnej płaszczyzny wynosiła około trzystu pięćdziesięciu stóp, i można już było dojrzeć, po za olśniewającem ogniskiem olbrzymi mur bazaltowy zamykający wszelkie wyjście z tamtej strony. Pieczara rozszerzyła się więc znacznie i morze utworzyło w niej rodzaj małego jeziora. A sklepienie, ściany boczne, wszystkie te pryzmy, wszystkie cylindry, wszystkie stożki pławiły się w świetle elektrycznem do tego stopnia, iż ten blask zapożyczony zdał się być ich własnym i rzekłbyś, że te kamienie rznięte w ścianki, jak wielkiej ceny djamenty, światłem się pocą.
W samym środku jeziora jakiś długi przedmiot wrzecionowatego kształtu unosił się na powierzchni wód owiany milczeniem, nieruchomy. Blask, wychodzący zeń, wybuchał z boków jego jak z dwóch paszczy hutniczego pieca, rozpalonych do białości. Przyrząd ten, podobny do niezmiernego wieloryba, miał długości około dwustu pięćdziesięciu stóp a wznosił się od dziesięciu do dwunastu stóp nad poziomem morza.
Łódź zbliżyła się doń powoli. Stojący na przedzie Cyrus Smith, powstał i patrzył, ulegając gwałtownemu wzruszeniu. Nagle obrócił się i chwytając korespondenta za ramię:
— Ależ to on!... — zawołał. — Nikt inny tylko on!... On!...
I upadł na ławkę, wymawiając szeptem jakieś nazwisko, które tylko Gedeon Spilett usłyszał.
Niewątpliwie i korespondent znał to nazwisko, bo sprawiło ono na nim zadziwiające wrażenie, i przytłumionym głosem odpowiedział:
— On!... Wywołaniec!...
— Tak to on!... — odrzekł Cyrus Smith.
Na rozkaz inżyniera, łódź zbliżyła się do tego osobliwego pływającego przyrządu, i przybiła do lewego jego boku z którego wytryskał strop światła przez grubą szybę.
Cyrus Smith i towarzysze weszli na platformę. Przed nimi była otwarta na oścież klapa. Rzucili się wszyscy w ten otwór.
U spodu drabinki otwierał się kurytarz wewnętrzny w kierunku całej długości przyrządu oświetlony elektrycznie. U jego końca znajdowały się drzwi, które Cyrus Smith otworzył.
Sala zdobna bogato, którą osadnicy spiesznie przebiegli, dotykała do bibljoteki, której sufit świetlisty wylewał potoki jasności.
W głębi bibljoteki szerokie podwoje, zamknięte również, ustąpiły pod ręką inżyniera.
Obszerna sala, rodzaj muzeum w którem się tłoczyły obok skarbów natury mineralnej, dzieła sztuki i cuda przemysłu, przedstawiła się oczom osadników, sądzących, iż ich ktoś przeniósł czarodziejsko w świat sennych marzeń.
Tu ujrzeli na bogatej sofie leżącego człowieka, który zdał się nie postrzegać ich obecności.
Wówczas Cyrus podniósł głos i ku niesłychanemu zdziwieniu towarzyszy wyrzekł te słowa:
— Kapitanie Nemo, wezwałeś nas? Oto jesteśmy.






ROZDZIAŁ XVI.
(Kapitan Nemo. — Pierwsze jego słowa. — Historja jednego z bohaterów niepodległości. — Nienawiść najeźdzców. — Towarzysze jego. — Życie podmorskie. — Samotność. — Ostatnie schronienie Nautilusa na wyspie Lincolna. — Tajemniczy genjusz wyspy.)

Na te słowa człowiek leżący na sofie podniósł się i twarz jego stanęła w pełnem świetle. Była to głowa przepyszna, o wyniosłem czole, dumnem spojrzeniu, zdobna śnieżną brodą i bujnemi włosami w tył zarzuconemi.
Człowiek ten oparł się o poręcz kanapy, z której powstał. Spojrzenie miał spokojne. Widocznem było, że jakaś powolna choroba podkopała go stopniowo, ale głos jego zdał się jeszcze silnym, gdy wyrzekł po angielsku, tonem wyrażającym najżywsze zdziwienie:
— Ja nie mam nazwiska, panie...
— Znam pana!... — odpowiedział Cyrus Smith.
Kapitan Nemo wpatrzył się pałającym wzrokiem w inżyniera, jakby go chciał unicestwić.
A potem osuwając się na poduszki sofy:
— Cóż mnie to już zresztą obchodzi — szepnął — za chwilę umrę!
Cyrus Smith zbliżył się do kapitana Nemo a Gedeon Spilett wziął go za rękę, którą znalazł pałającą. Ayrton, Pencroff, Harbert i Nab stali z uszanowaniem na boku, w rogu tej wspaniałej sali, której powietrze przesycały wyziewy elektryczne.
Kapitan Nemo cofnął jednak natychmiast rękę i skinieniem zaprosił inżyniera i korespondenta, aby usiedli.
Wszyscy spoglądali nań z podziwem i wzruszeniem. To więc był ów tajemniczy, którego nazywali „genjuszem wyspy,“ istota potężna, której wdanie się w tylu okolicznościach im posłużyło; dobroczyńca, któremu winni byli tak wielką wdzięczność! Przed sobą mieli tylko człowieka, tam, gdzie Pencroff i Nab spodziewali się znaleźć bóstwo prawie, i to człowieka bliskiego śmierci.
Jakżeż się to jednak stać mogło, że Cyrus Smith znał kapitana Nemo? I dla czegóż kapitan powstał tak żywo, słysząc wymówione imię, które sądził być tajemnicą dla wszystkich?...
Kapitan zajął znowu poprzednie miejsce swoje na sofie i oparty na ręku spoglądał na siedzącego obok inżyniera.
— Znasz więc pan nazwisko, które nosiłem? — zapytał.
— Znam je — odpowiedział Cyrus Smith — tak jak i nazwisko tego godnego podziwu podmorskiego przyrządu.
Nautilus? — rzekł z pół uśmiechem kapitan.
Nautilus.
— Wiesz-że pan jednak... wiesz-że, kim jestem?
— Wiem także...
— A jednak od trzydziestu lat już nie mam najmniejszego stosunku ze światem zamieszkałym; trzydzieści lat już jak żyję w głębokościach morza, jedynem miejscu, kędy niepodległość znalazłem! Któż więc mógł zdradzić moją tajemnicę?
— Człowiek który nie przyjął nigdy na siebie w obec pana, kapitanie Nemo, żadnych zobowiązań pod tym względem, a więc nie ulegający oskarżeniu o zdradę.
— Więc to ów Francuz, którego przypadek rzucił na mój pokład, szesnaście lat temu?
— Tak, to on.
— A zatem on i jego towarzysze nie zginęli w Maëlstromie, w który Nautilus się dostał.
— Nie zginęli — i pojawiło się pod tytułem „Dwadzieścia tysięcy mil pod morzem“ dzieło zawierające historję pańską.
— Historję moją z kilku miesięcy tylko, panie — odrzekł żywo kapitan.
— To prawda — rzekł Cyrus Smith — ale kilka miesięcy owego osobliwego życia wystarczyło, ażeby pana poznać.
— Jako wielkiego winowajcę, nieprawdaż? dokończył kapitan Nemo i po ustach jego przesunął się uśmiech wyniosły. O tak, jako buntownika, wywołanego przez ludzkość.
Inżynier nic nie odpowiedział na to.
— Cóż, czy nie tak, panie?
— Nie do mnie należy sąd o kapitanie Nemo, — ozwał się wreszcie Cyrus Smith — przynajmniej w tem, co się tyczy przeszłego jego życia. Nie znane mi są, jak i całemu światu, czynniki tego osobliwego bytu, niepodobna mi więc sądzić o skutkach, nie znając przyczyn; to jednak wiem, że dobroczynna ręka wyciągała się wiernie nad nami od chwili przybycia naszego na wyspę Lincolna, że wszyscy winniśmy życie istocie dobrej, wspaniałej, potężnej, i że tą istotą potężną, dobrą i wspaniałą pan jesteś, kapitanie Nemo!..
— Tak, to ja — odrzekł z prostotą kapitan.
Inżynier i korespondent powstali. Towarzysze się zbliżyli i wdzięczność przepełniająca im serce już miała się wyrazić gestami i słowy...
Ale kapitan Nemo powstrzymał ich skinieniem, i głosem silniej wzruszonym, niż tego chciał niewątpliwie:
— Skoro mnie wysłuchacie!...[33] — rzekł.
I tak zacząwszy, w kilkunastu treściwych i pospiesznych słowach dał im poznać całe swoje życie.
Historja jego była krótka a jednakże musiał skupić resztę energji, aby módz ją dokończyć. Widocznem było, ze walczył przeciw niezmiernemu osłabieniu. Kilkakrotnie Cyrus Smith prosił go, aby odpoczął, ale kapitan potrząsał głową jak człowiek, do którego jutro nie należy, a gdy korespondent zaofiarował mu się z pomocą;
— Na nic by się nie przydała — odrzekł — godziny moje policzone.
Kapitan Nemo był to Indjanin, książę Dakkar, syn rajaha z terytorjum Bundelkundu wówczas niezależnego, a siostrzeńcem bohatera Indyj, Tippo-Saiba. Ojciec już w szóstym roku życia wysłał go do Europy, aby mu tam dano zupełne wychowanie, i w skrytej intencji uzdolnienia go do walki przyszłej na równą broń z tymi, których uważał za gnębicieli swego kraju.
Od dziesiątego do trzydziestego roku życia książę Dakkar, obdarzony wyjątkowemi wolnościami, wykształcił się w naukach, literaturze, sztukach i zaszedł w studjach swoich bardzo wysoko.
Książę Dakkar zwiedził całą Europę. Urodzenie jego i majątek sprawiały, iż go ogólnie poszukiwano, ale uroki świata nigdy go nie mogły przywabić. Młody i dorodny, pozostał poważnym, ponurym, wiecznie pożeranym pragnieniem wiedzy, z nieubłaganą nienawiścią wrosłą w serce.
Książę Dakkar nienawidził. Nienawidził jedyny kraj, gdzie nie chciał nigdy stąpić nogą, jedyny naród, którego wszystkie oznaki przychylności stale odpychał: nienawidził Anglję i to tem mocniej, że nie w jednym punkcie musiał ją podziwiać.
Bo ten Indjanin streszczał w sobie wszystkie dzikie wstręty zwyciężonego do zwycięzcy. Najezdnik nie mógł znaleźć łaski u najechanego. Syn jednego z owych władców, których służebnictwo Zjednoczone królestwa tytułem tylko ozdobiły; książę wychowany w pojęciach rewindykacji i pomsty, żywiący niezgasłą miłość dla swego poetycznego kraju w angielskich kajdanach, nie chciał nigdy stąpić nogą na ową ziemię dlań przeklętą, której Indje zawdzięczały niewolę.
Książę Dakkar stał się artystą, na którego cuda sztuki wywierały szlachetne wrażenie; uczonym któremu nic z najwyższych sfer wiedzy obcem nie było; mężem stanu, wyrobionym wśród europejskich dworów. W oczach wszystkich, którzy go obserwowali niedokładnie, uchodził może za jednego z owych kosmopolitów ciekawych nowości, a lekceważących pracę, za jednego z owych przebogatych podróżników, z umysłem dumnym i platonicznym, którzy przebiegają bezustanku świat cały, nie należąc właściwie do żadnego kraju.
A jednakże nie był niczem podobnem. Ten artysta, ten uczony, ten człowiek pozostał Indjaninem w sercu, Indjaninem przez żądzę pomsty, Indjaninem przez nadzieję wiernie karmioną, iż zdoła kiedyś upomnieć się o prawa swego kraju, wypędzić zeń cudzoziemców i niepodległość mu przywrócić.
To też książę Dakkar powrócił do Bundelkundu w r. 1849. Zaślubił szlachetną Indjankę, której serce krwawiło się tak jak jego własne nad nieszczęściami ojczyzny. Miał z nią dwoje dzieci, które niezmiernie kochał. Ale i szczęście domowe nie mogło mu wydrzeć z pamięci niewoli Indyj. Oczekiwał tylko na sposobność — i ta się zdarzyła.
Jarzmo angielskie ociężyło się może nieco zanadto nad ludnością indyjską. Książę Dakkar połączył się z niezadowolonymi. Przelał w ich umysł wszystką nienawiść, jaką pałał przeciw najezdnikom. Przebiegł nie tylko okolice jeszcze niezależne półwyspu indyjskiego, ale także i części bezpośrednio podległe zarządowi angielskiemu. Przywołał do pamięci wszystkim wielkie dni Tippo Saiba, ległego bohatersko pod Seringapatam, w obronie rodzinnego kraju.
W 1857 wielki bunt cipayów wybuchnął. Książę Dakkar był jego duszą. Zorganizował niezmierne powstanie. Oddał swoje talenta i bogactwa na usługi tej sprawy. Nie szczędził nawet swojej osoby i walczył w pierwszych szeregach; ważył życie swoje jak najmniejszy z owych bohaterów, którzy powstali dla wybicia się z niewoli; otrzymał dziesięć ran w dwudziestu starciach, i nie mógł znaleźć śmierci nawet wówczas, gdy ostatni żołnierze niepodległości padli pod angielskiemi kulami.
Nigdy władza angielska w Indjach nie była w takiem niebezpieczeństwie, i gdyby, jak właśnie mieli nadzieję, i gdyby cipay’e znaleźli byli pomoc z zewnątrz, kto wie, czy nie byłby to kres wpływowi i panowaniu trzech królestw w Azji.
Imię księcia Dakkar grzmiało wówczas rozgłośną sławą. Bohater noszący je, nie krył się i toczył walkę otwartą. Naznaczono cenę na jego głowę — i chociaż nie znalazł się zdrajca, coby go wydał, — ale ojciec, matka, żona i dzieci zapłaciły za winy jego i to pierwej nim doszło do jego wiedzy grożące im niebezpieczeństwo.
Prawo i na ten raz jeszcze uległo sile. Ale bo cywilizacja nie cofa się nigdy i zda się, że prawa jej zapożyczone od praw konieczności. Cipay’ów zwyciężono a kraj dawnych rajahów popadł na nowo pod władzę jeszcze dokuczliwszą Anglików.
Książę Dakkar, po daremnej gonitwie za śmiercią, powrócił w góry Bundelkundu. Tu, teraz już sam jeden tylko na świecie, przejęty niezmiernym wstrętem do wszystkiego, co nosiło imię człowieka, pełen nienawiści i zgrozy dla cywilizowanego świata, pragnąc uciec przed nim na zawsze, zrealizował szczątki swego majątku, zebrał dwudziestkę najwierniejszych towarzyszy i pewnego dnia wszyscy gdzieś zniknęli.
Dokąd że to więc udał książę Dakkar poszukiwać owej niepodległości, której mu odmówiły zamieszkałe ziemie? Pod wodami, w głębokościach mórz, gdzie nikt nie mógł pójść za nim w pościgi.
Miejsce wojownika zastąpił uczony. Opuszczona wyspa na Oceanie spokojnym posłużyła mu do urządzenia warstatów, w których zbudowano statek podmorski wedle jego planów. Elektryczność, której nieobliczoną siłę mechaniczną umiał wyzyskać za pomocą środków, jakie się w swoim czasie odkryją — i którą dobywał z niewyczerpanych źródeł, zaspokoiła wszystkie potrzeby jego pływającego przyrządu, już to jako siła poruszająca, już jako oświetlająca i ciepłodajna. Morze ze swemi niezliczonemi skarbami, z myrjadami ryb, z obfitością ziół i galaret, z niezmiernemi ssakami i tem wszystkiem, co w głębiach jego nietylko przyroda utrzymuje ale i ludzie pogubili, wystarczało w zupełności na zaspokojenie potrzeb księcia i załogi, — co odpowiadało właśnie najgorętszym jego życzeniom, nie chciał już bowiem mieć żadnego stosunku z ziemią. Ochrzcił swój przyrząd podmorski mianem Nautilus, sam się nazwał kapitanem Nemo i znikł pod morzami.
Przez ciąg wielu lat kapitan widział wszystkie oceany od jednego do drugiego bieguna, Parja zamieszkałego świata, zebrał w tych światach nieznanych godne podziwu skarby. Miljony zgubione w zatoce Vigo w r. 1702 przez galjony hiszpańskie stały się dla niego niewyczerpaną kopalnią bogactw, którą rozporządzał ciągle a bezimiennie na korzyść ludów walczących o niepodległość swego kraju.[34]
Bądź co bądź jednak, oddawna już nie miał kapitan najmniejszego stosunku z ludźmi, gdy naraz w nocy 6. listopada 1866 przypadek rzucił trzech ludzi na pokład jego. Byli to: pewien profesor francuski, służący jego i rybak kanadyjski. Trzej ci ludzie spadli w morze przy starciu się Nautilusa z fregatą „Abraham Lincoln“ należącą do Stanów Zjednoczonych a ścigającą przyrząd podmorski.
Od tego profesora dowiedział się kapitan Nemo, że na Nautilusa, — którego jedni uważają za olbrzymiego ssaka z rodziny wielorybów, a drudzy za przyrząd podmorski mieszczący w sobie załogę korsarzy, — zarządzono pościgi na wszystkich morzach.
Kapitan Nemo mógł zwrócić Oceanowi trzech ludzi, których los rzucił w ten sposób na jego tajemniczą drogę. Nie uczynił tego jednak, ale zatrzymał ich jako więźniów, i przez siedem miesięcy dał im możność podziwiania cudów podróży, odbytej na przestrzeni dwudziestu tysięcy mil pod morzami.
Pewnego dnia, 22go czerwca 1867, trzej owi ludzie, nie znający bynajmniej przeszłości kapitana Nemo, zdołali się wymknąć, pochwyciwszy łódź należącą do Nautilusa. Ponieważ jednak w tej chwili właśnie Nautilus pędził ku wybrzeżom Norwegji, porwany przez wiry Maëlstromu, kapitan sądził, że zbiegi, pochwyceni w ten przerażający zamęt, znaleźli śmierć w głębiach przepaści. Nie wiedział zaś o tem, że Francuz i dwaj jego towarzysze cudem prawie wyrzuceni na wybrzeże, znaleźli ratunek u rybaków z wysp Loffoden, i że profesor za powrotem do Francji ogłosił dzieło, w którym siedem miesięcy owej osobliwej i awanturniczej żeglugi Nautilusa opowiedziane było i wydane ciekawości publicznej.
Długi czas jeszcze kapitan Nemo, żył w podobny sposób, włócząc się po morzach. Powoli jednak towarzysze jego powymierali i poszli spocząć na swoich koralowych cmentarzach, na dnie Spokojnego Oceanu. Nautilus stawał coraz bardziej pustką i wreszcie kapitan Nemo pozostał sam ze wszystkich, którzy się wraz z nim schronili w głębokościach Oceanu.
Kapitan Nemo miał wówczas lat sześćdziesiąt. Znalazłszy się samotnym, zdołał doprowadzić swego Nautilusa do jednego z portów podmorskich, w których się niegdyś na czas pewien zatrzymywał.
Jeden z takich portów wyżłobiony był pod wyspą Lincolna i on to właśnie udzielał obecnie Nautilusowi schronienia.
Od sześciu lat kapitan znajdował się już tutaj, nie żeglując więcej, ale oczekując śmierci, to jest chwili połączenia się z towarzyszami, gdy przypadek zrobił go świadkiem spadnięcia balonu unoszącego jeńców Południa. Ubrany w przyrząd do nurkowania, kapitan przechadzał się pod wodą, w odległości kilku węzłów od wybrzeża wyspy, właśnie w chwili, gdy inżynier wpadł w morze. Szlachetny poryw popchnął kapitana — i ocalił życie Cyrusowi Smithowi.
Z początku kapitan postanowił uciec przed tymi pięciu rozbitkami, ale port jego był zamknięty, — wskutek bowiem podniesienia się bazaltu, co pochodziło z wpływów wulkanicznych, przyrząd nie mógł się już wydostać przez wejście do krypty. Było jeszcze dosyć wody dla lekkiej łodzi, ale za mało dla Nautilusa zagłębiającego się o wiele znaczniej.
Kapitan Nemo pozostał tedy w miejscu, a następnie, zaczął przypatrywać się tym ludziom rzuconym bez wszelkich zasobów na pustą wyspę. Nie chciał być jednak od nich widzianym. Powoli jednak, widząc ich tak uczciwymi, energicznymi, przywiązanymi do siebie wzajem braterską przyjaźnią, począł interesować się ich usiłowaniami. Prawie pomimo swojej woli przeniknął wszystkie tajemnice ich bytu. Przy pomocy swojego stroju do podwodnych wycieczek, łatwo mu było dostać się do dna studni Granitowego Pałacu, a ztąd wdrapawszy się po wypukłościach skały aż do otworu wyższego tej studni, słyszał osadników opowiadających o swojej przeszłości, badających teraźniejszość i przyszłość. Dowiedział się od nich o niezmiernym wysiłku Ameryki przeciw Ameryce samej w celu zniesienia niewolnictwa!... O tak! ci ludzie godni byli pogodzić kapitana Nemo z ową ludzkością, którą tak zacnie przedstawiali na wyspie!
Kapitan Nemo ocalił życie Cyrusowi Smithowi. On to również doprowadził psa do „dymników,“ on do przylądka rozbitków przypławił ową skrzynię wyładowaną tyloma niezbędnemi dla osadników przedmiotami; on odepchnął łódź na wody „Dziękczynnej,“ on zrzucił linę z progu Granitowego Pałacu podczas napadu małp; on to dał znać o obecności Ayrtona na wyspie Tabor przez umieszczenie dokumentu zamkniętego w butelce; on wysadził bryk wybuchem torpilli założonej w głębi kanału; on uratował Harberta od pewnej śmierci, przyniósłszy siarczan chininy, on wreszcie poraził korsarzy kulami elektrycznemi, których tajemnicę znał i używał w swoich podmorskich łowach. Tak to wyjaśniało się tyle wypadków, wydających się nadprzyrodzonemi, a które wszystkie razem świadczyły o wspaniałomyślności i potędze kapitana.
A wciąż jeszcze ten wielki mizantrop uczuwał pragnienie czynienia dobrze. Pozostawało mu jeszcze wiele użytecznych rad do dania swoim protegowanym, a z drugiej strony, czując bicie swojego serca, wracającego do naturalnych właściwości przy zbliżeniu śmierci, wezwał, jak to już nam wiadomo, osadników z Granitowego Pałacu za pomocą druta, którym połączył zagrodę z Nautilusem, posiadającym także przyrząd alfabetyczny. Może byłby tego nie uczynił, gdyby był wiedział, że Cyrus Smith zna dostatecznie jego historję do pozdrowienia go mianem kapitana Nemo.
Kapitan skończył swą opowieść. Wówczas Cyrus Smith zabrał głos i przypomniał wszystkie zdarzenia, które na osadę wywarły wpływ tak zbawienny i w imieniu towarzyszy zarówno jak i w swojem własnem złożył dzięki wspaniałomyślnej istocie, której tyle byli winni.
Ale kapitan Nemo ani myślał wymagać jakiejkolwiek nagrody za tyle oddanych przysług. Ostatnia myśl niepokoiła jeszcze jego duszę i nim ścisnął jeszcze rękę, podawaną mu przez inżyniera:
— A teraz, panie — rzekł — teraz, skoroś poznał moje życie, osądź je!
Mówiąc to, kapitan robił widocznie aluzję do znaczącego wypadku, którego trzej cudzoziemcy, rzuceni na pokład Nautilusa byli świadkami, zdarzenia, które profesor francuski musiał niewątpliwie opowiedzieć w swojem dziele i to na pewno nie bez wywołania straszliwego rozgłosu.
W istocie, na kilka dni przed ucieczką profesora i dwóch jego towarzyszy, Nautilus ścigany przez jakąś fregatę na północy Atlantyku, uderzył na nią jak taran i bez miłosierdzia ją zatopił.
Cyrus Smith zrozumiał to napomknięcie, ale powstrzymał się od odpowiedzi.
— To była fregata angielska, panie — zawołał kapitan Nemo, stawszy się na chwilę znowu księciem Dakkarem — angielska, czy mnie pan rozumiesz!... Uderzała na mnie! Przyparty byłem w zatoce ciasnej i niedosyć głębokiej!... Musiałem przejść i... przeszedłem!...
A po chwili spokojnym już głosem:
— Po mojej stronie była słuszność i prawo — dodał. — Wszędziem robił tyle dobrego ile zdołałem, i tyle złego, ilem był powinien. Cała sprawiedliwość nie mieści się w przebaczeniu.
Kilka chwil milczenia nastąpiło po tej odpowiedzi — i kapitan Nemo powtórzył po raz drugi...
— Cóż więc myślicie o mnie, panowie?
Cyrus Smith wyciągnął rękę do kapitana i na pytanie jego odrzekł uroczyście.
— Kapitanie! Całą twoją winą, żeś wierzył w możność wskrzeszenia przeszłości, i że walczyłeś przeciw konieczności postępu. Był to jeden z owych błędów, które jedni podziwiają, drudzy ganią; ale sam Bóg tylko sędzią ich być może, a rozum ludzki musi je odpuścić. Kto się myli w intencji, którą za dobrą uważa, można z tym walczyć, ale przestać go szanować nie wolno. Błąd twój należy do takich, które nie wykluczają uwielbienia, i imię twoje nie potrzebuje się obawiać niczego od sądu dziejów. Lubią one bowiem bohaterskie szaleństwa, choć jednocześnie potępiają skutki ich wypływem będące.
Pierś kapitana Nemo wzniosła się westchnieniem, a ręka wyciągnęła się ku niebu.
— Miałżem, czym nie miał słuszności? — szepnął.
Cyrus Smith ciągnął dalej...
— Wszystkie wielkie czyny powracają do Boga, bo od niego pochodzą! Kapitanie Nemo, uczciwi ludzie tutaj zebrani, a którym tylekroć pomagałeś, nigdy cię opłakiwać nie przestaną.
Harbert zbliżył się do kapitana. Przykląkł, ujął go za rękę i pocałował.
Łza się stoczyła z oczu umierającego:
— Błogosławię ci, dziecię moje! — wyrzekł.






ROZDZIAŁ XVII.
(Ostatnie godziny kapitana Nemo. — Rozporządzenia umierającego. — Pamiątka dla przyjaciół jednodziennych. — Grobowiec kapitana Nemo. — Kilka rad dla osadników. — Ostatnia chwila. — W głębi morza.)

Tymczasem dzień zaświtał. Najmniejszy promyk światła nie przenikał do tej głębokiej krypty. Morze, przypływające w tej chwili, zamykało jej otwór. Ale światło sztuczne wytryskujące długiemi snopami na wskróś ścian Nautilusa nie słabło ani na chwilę, to też zwierciadło wody otaczające pływający przyrząd błyszczało ciągle jednako.
Niezmierne znużenie przygnębiało w tej chwili kapitana Nemo, tak że opadł znowu bez sił na sofę. Nie było co nawet myśleć, o przeniesieniu go do Granitowego Pałacu, objawił bowiem wolę pozostania w pośrodku nieopłaconych miljonami, cudów Nautilusa, i tam oczekiwania śmierci, która nie mogła się opóźnić.
W ciągu dość długiego osłabienia, które prawie pozbawiło chorego świadomości, Cyrus Smith i Gedeon Spilett badali uważnie stan jego. Widocznem było, że kapitan gasł powoli. Wkrótce miało zupełnie zabraknąć sił temu niegdyś tak potężnemu ciału, dziś kruchej powłoce duszy zabierającej się do odlotu. Resztki życia zogniskowały się w sercu i głowie.
Inżynier i korespondent odbyli naradę cichym głosem. Możnaż było jeszcze coś uczynić dla umierającego? Czyliż było podobne, jeżeli już nie ocalić go, to przynajmniej przedłużyć mu życie na dni kilka? Nie, on sam oświadczył, że nie ma już dlań żadnego środka i oczekiwał ze spokojem śmierci, nie przejmującej go obawą.
— Jesteśmy bezsilni... — rzekł Gedeon Spilett.
— Z czegóż on jednak umiera? — spytał Pencroff.
— Gaśnie — odpowiedział korespondent.
— Gdybyśmy go jednak — ciągnął dalej marynarz, — wynieśli na świeże powietrze i na słońce, możeby przyszedł do siebie?
— Nie, Pencroffie — odparł inżynier — toby się na nic nie zdało! A zresztą kapitan Nemo nie zgodziłby się nigdy na opuszczenie swego pokładu. Od trzydziestu lat już żyje na Nautilusie i na Nautilusie a nie gdzieindziej chce umrzeć.
Zapewne kapitan Nemo musiał słyszeć odpowiedź Cyrusa Smitha, ponieważ podniósł się i rzekł głosem słabym, ale jeszcze zrozumiałym:
— Masz pan słuszność. Powinienem i chcę umrzeć tutaj... Mam nawet pod tym względem prośbę do panów...
Cyrus Smith i towarzysze zbliżyli się do sofy i ułożyli tak jej poduszki, ażeby umierający miał lepsze oparcie.
Wówczas można było widzieć, że wzrok jego zatrzymywał się z kolei na wszystkich cudach tego salonu, oświetlonego elektrycznemi promieniami, przenikającemi przez arabeski świetlistego sufitu. Popatrzył z kolei na obrazy zawieszone na przepysznych obiciach ścian, owe arcydzieła mistrzów włoskich, flamandzkich, francuskich i hiszpańskich, na rzeźby marmurowe i bronzowe wznoszące się na piedestałach, na organ wspaniały oparty o przepierzenie tylnej ściany, następnie na rozstawione w około znajdującego w środku basenu szklanne naczynia, w których błyszczały najbardziej godne podziwu płody morza: morskie rośliny, zoophyty, różańce z pereł nieocenionej wartości, a wreszcie oczy jego zatrzymały się na tej dewizie wypisanej na frontonie muzeum, na dewizie Nautilusa:

Mobilis in mobili.

Zdawało się, jakoby chciał po raz ostatni popieścić wzrokiem te arcydzieła sztuki i przyrody, na których ograniczył swój widnokrąg w ciągu tyloletniego pobytu w otchłani mórz.
Cyrus Smith uszanował milczenie zachowywane przez kapitana Nemo. Oczekiwał aż umierający sam zabierze głos.
Po kilku chwilach, w ciągu których musiał widzieć przechodzące przed sobą całe swoje życie, kapitan Nemo zwrócił się do osadników i rzekł:
— Czy zdaje się wam, panowie, żeście mi winni pewną wdzięczność?...
— Kapitanie, oddalibyśmy życie nasze aby twoje przedłużyć!
— To dobrze — ciągnął dalej kapitan Nemo — to dobrze! Przyrzeknijcie mi więc wypełnić moją ostatnią wolę, a zapłacicie mi za wszystko, com dla was uczynił.
— Przyrzekamy! — odpowiedział Cyrus Smith.
A obietnicą tą wiązał zarazem siebie i swoich towarzyszy.
— Panowie — podjął kapitan — jutro już mnie nie będzie.
I powstrzymując ruchem Harberta, który chciał zaprzeczać:
— Tak jest — rzekł — jutro już mnie nie będzie, a nie pragnę innego grobu tylko Nautilus. To grobowiec mi przynależny! Wszyscy przyjaciele moi spoczywają na dnie mórz, i ja tam spocząć pragnę.
Głębokie milczenie przyjęło te słowa kapitana Nemo.
— Wysłuchajcie mnie dobrze, panowie — prowadził dalej — Nautilus uwięziony jest w tej grocie, której wejście się zniżyło. Jeżeli jednak opuścić nie może swojego więzienia, to może przynajmniej zapaść się do otchłani, która to więzienie okrywa i zachować w jej głębi moją śmiertelną powłokę.
Osadnicy słuchali z religijną uwagą słów umierającego.
— Jutro, po mojej śmierci, panie Smith — mówił dalej kapitan — pan i jego towarzysze opuścicie Nautilus, wszystkie bowiem skarby, które w sobie zawiera, powinne zniknąć wraz ze mną. Jedna tylko pamiątka pozostanie po księciu Dakkarze, którego historję znacie już obecnie. Ten oto kufereczek mieści w sobie djamenty wartości wielu miljonów, po większej części pamiątki z owej epoki, gdy będąc ojcem i małżonkiem, wierzyłem prawie w szczęście, a oprócz tego znajduje się w nim także zbiór pereł wydobytych przezemnie i przyjaciół moich z mórz głębi. Za pomocą tego środka możecie w danej chwili dokonać wielu pięknych rzeczy. W rękach takich jak twoje panie Smith, i twoich towarzyszy, pieniądze nie mogą być nigdy niebezpiecznemi. Będę więc tam z wysoka wspólnikiem waszych dzieł tutaj, i nie boję się o nie bynajmniej.
Po kilku chwilach odpoczynku, spowodowanych niezmiernem osłabieniem, kapitan Nemo ciągnął dalej w ten sposób:
— Jutro zabierzecie ten kufereczek i opuścicie ten salon, zamknąwszy za sobą drzwi; poczem wyjdziecie na platformę Nautilusa i spuścicie klapę, którą zanitujecie starannie.
— Zrobimy to wszystko kapitanie — odrzekł Cyrus Smith.
— Dobrze. Następnie zaś wsiądziecie na łódkę, na której tu przypłynęliście. Przed opuszczeniem jednak jeszcze Nautilusa udacie się na tył jego i otworzycie tam dwa wielkie kurki, na linji unoszenia się jego nad wodą. Wówczas woda dostanie się do rezerwoarów i Nautilus zagłębi się pomału, ażeby spocząć ostatecznie w głębi otchłani.
A gdy Cyrus Smith zrobił gest, jakby chciał coś zauważyć, kapitan dodał żywo:
— Nie obawiajcie się o nic. Pochowacie tylko zmarłego.
Ani Cyrus Smith ani żaden z jego towarzyszy nie sądził się obowiązanym do zrobienia jakiejkolwiek uwagi kapitanowi Nemo. Były to ostatnie rozporządzenia jego, których im udzielał i do których mieli tylko obowiązek się zastosować.
— Mam więc przyrzeczenie wasze panowie? dodał kapitan Nemo.
— Masz je, kapitanie — odrzekł inżynier.
Kapitan zrobił ruch podziękowania i prosił osadników, ażeby go zostawili samemu sobie na kilka godzin. Gedeon Spilett chciał koniecznie pozostać przy nim na przypadek gdyby zaszło jakie przesilenie, ale umierający odmówił słowami:
— Będę żył aż do jutra, panie.
Opuścili więc wszyscy salon, przeszli bibljotekę, salę jadalną i przybyli wreszcie na przód przyrządu do izby machin, kędy się znajdowały przyrządy elektryczne, produkujące wraz z ciepłem i światłem, także i siłę Nautilusa. Ztąd osadnicy dostali się na platformę, wznoszącą się na siedem do ośmiu stóp nad wodą. Tu położyli się przed grubą szybą soczewkowatą, nakrytą rodzajem wielkiego oka z którego wytryskał snop światła. Za tem okiem widać było pokoik mieszczący w sobie koła sterowe, a w którym zawsze mieścił się sternik kierujący Nautilusem wskróś warstw płynnych, oświetlanych przez promienie elektryczne na znaczną niewątpliwie odległość.
Cyrus Smith i jego towarzysze pozostawali z początku w głębokiem milczeniu, żywo poruszeni tem wszystkiem co przed chwilą widzieli i słyszeli, i serce im się ściskało na myśl, że człowiek którego ramię pomagało im tylekroć, że protektor, którego znali kilka zaledwie godzin — znajduje się w przededniu śmierci. Jakikolwiek mógł być sąd przyszłości o czynach tego istnienia, rzec można, poza-ludzkiego, książę Dakkar pozostanie na zawsze jedną z tych fizjonomij osobliwych, których wspomnienie się nie zaciera.
— To mi człowiek — zawołał Pencroff. — Podobneż to do wiary, ażeby żył w ten sposób na dnie Oceanu? A pomyśleć jeszcze, że i tu może nie znalazł więcej niż gdzieindziej spokoju!
Nautilus — zauważył Ayrton — przydałby się nam był może do opuszczenia wyspy Lincolna i dotarcia do jakiej zamieszkałej ziemi.
— Do tysiąca djabłów! — krzyknął Pencroff — już to pewnie nie ja odważyłbym się kiedykolwiek kierować podobnym statkiem. Po morzu płynąć — zgoda! ale pod morzem, nigdy!
— Zdaje mi się — odparł korespondent — że manewrowanie przyrządem podmorskim takim jak Nautilus musi być bardzo łatwe, Pencroffie, i że prędkobyśmy do niego przywykli. Nie ma na takim statku obawy burzy, ani jakiejkolwiek napaści. Na kilka stóp poniżej powierzchni fale morza są tak spokojne — jak jezioro.
— Wszystko to być może — odciął się marynarz — ale wolę już tęgą burzę na pokładzie uczciwie zbudowanego i ożaglowanego statku. Okręt stworzony do pływania po a nie pod wodą.
— Moi przyjaciele — odrzekł inżynier — bezużyteczną jest rzeczą, przynajmniej w stosunku do Nautilusa, rozbierać kwestję okrętów podmorskich. Nautilus nie do nas należy i rozporządzać nim nie mamy prawa. Zresztą nie moglibyśmy go użyć w żadnym razie. Nie mówiąc już bowiem o tem, że wydobyć się już nie może z tej jaskini, której wyjście zamknięte zostało przez podniesienie się skał bazaltowych — ale kapitan Nemo żąda, aby statek zatonął z nim razem po jego śmierci. Wola jego jest wyraźną i dopełnimy jej!
Cyrus Smith i towarzysze po rozmowie trwającej jeszcze przez pewien czas, zeszli znowu w głąb Nautilusa. Tam pokrzepili się nieco pokarmem i weszli do salonu.
Kapitan Nemo wydobył się nieco z przygnębienia, które go przytłoczyło i oczy jego zapłonęły dawnym blaskiem. Coś jakby uśmiech zarysowywał się na jego ustach. Osadnicy zbliżyli się do niego.
— Panowie — ozwał się do nich kapitan — jesteście ludzie odważni, uczciwi i dobrzy. Poświęciliście się wszyscy bez zastrzeżeń wspólnemu dziełu. Przyglądałem się wam często i bacznie. Pokochałem was, kocham was!... Daj mi rękę, panie Smith!...
Cyrus Smith wyciągnął dłoń swoją do kapitana, który ją uścisnął z uczuciem.
— Jak to dobrze! — szepnął.
A potem, podnosząc głos znowu:
— Ale dosyć już tego zajmowania się mną! — rzekł. — Mam z wami do pomówienia o was samych i o wyspie Lincolna, na której znaleźliście schronienie... Myślicież ją opuścić?
— Ażeby jednak powrócić na nią znowu, kapitanie! — odparł żywo Pencroff.
— Powrócić na nią? W istocie, Pencroffie — odrzekł kapitan, uśmiechając się — wszakże mi wiadomo, jak kochasz tę wyspę. Wasze to starania zmieniły ją do gruntu i niezaprzeczenie jest waszą własnością!
— Zamiarem naszym, kapitanie — ozwał się Cyrus Smith — byłoby obdarzyć nią Stany Zjednoczone i założyć na niej dla naszej marynarki punkt odpoczynku, bardzo szczęśliwie położony w tej części Oceanu Spokojnego.
— Wciąż macie na myśli kraj swój, panowie — odrzekł kapitan. — Pracujecie dla jego pomyślności, dla jego sławy. O, macie słuszność. Ojczyzna!... tak, należy wrócić do niej!... Tak, w niej się powinno umrzeć!... A ja umieram zdala od wszystkiego, co ukochałem.
— Czy masz pan może do przesłania jakie ostatnie rozporządzenia — zawołał żywo inżynier — może jaką pamiątkę do wręczenia przyjaciołom, których mogłeś pozostawić w górach Indyj?
— Nie, panie Smith. Nie mam już przyjaciół! Jestem z mojej rasy ostatnim, i dawno już umarłem dla wszystkich, którzy mnie znali. Powróćmy jednak do was. Samotność, odosobnienie, są to rzeczy smutne, przechodzące ludzkie siły. Ja umieram, poświęciwszy wszystko wierze, że można żyć samotnym. Wy więc powinniście nie zaniedbać niczego do opuszczenia wyspy Lincolna i ujrzenia na nowo ziemi, gdzieście się urodzili. Wiem, że ci nędznicy zniszczyli zbudowany przez was statek...
— Obecnie budujemy okręt — ozwał się Gedeon Spilett — okręt dosyć wielki, aby nas mógł przenieść do ziem najbliższych; czy jednak prędzej, czy później zdołamy opuścić wyspę Lincolna, zawsze powrócimy do niej. Zbyt wiele wspomnień nas z nią wiąże, ażebyśmy mogli kiedykolwiek o niej zapomnieć.
— Tutaj poznaliśmy kapitana Nemo — ozwał się Cyrus Smith.
— I tutaj tylko możemy odnaleść w zupełności jego wspomnienie! — dodał Harbet.
— I tutaj ja odpocznę snem wieczystym, chybaby... — odpowiedział kapitan, i zawahawszy się, zamiast dokończyć zaczętego zdania, poprzestał na powiedzeniu:
— Panie Smith, chciałbym z tobą pomówić z tobą samym!
Towarzysze inżyniera, pełni szacunku dla tego życzenia umierającego, wyszli wszyscy.
Cyrus Smith pozostał tylko minut nie wiele zamknięty z kapitanem Nemo. Wkrótce przywołał napowrót przyjaciół, ale nie wyjawił im ani słowa z tych tajemnic, które umierający mu powierzył.
Gedeon Spilett zwrócił wówczas natężoną uwagę na chorego. Widocznem było, że kapitana podtrzymywała już tylko energja moralna, która jednakże wkrótce już nie wystarczy do reagowania przeciw osłabieniu fizycznemu.
Dzień się skończył, nie przyniósłszy żadnej ważnej zmiany. Osadnicy nie opuścili ani na chwilę Nautilusa. Noc nadeszła, jakkolwiek niemożliwem było poznać to w krypcie.
Kapitan Nemo nie cierpiał, ale gasł. Szlachetne jego oblicze, okryte bladością zbliżającej się śmierci, oddychało jednak spokojem. Z ust jego wyrywały się niekiedy niepochwytne prawie słowa, odnoszące się do rozmaitych zdarzeń jego osobliwego żywota. Każdy czuł, że życie uciekało powoli z tego ciała, którego kończyny w zupełności już ostygły.
Raz jeszcze, czy dwa razy odezwał się do osadników stojących przy nim i uśmiechnął się do nich owym ostatnim uśmiechem, którego nawet śmierć nieraz nie zaciera.
Wreszcie, nieco po północy, kapitan Nemo zrobił ostateczny wysiłek i zdołał skrzyżować ręce na piersiach, jak gdyby pragnął umrzeć w tej pozycji.
Około pierwszej nad ranem, całe życie zbiegło się w jego spojrzeniu. Ostatni błysk zaświecił w tej źrenicy, z której niegdyś tyle tryskało płomieni. Następnie usta jego wyszeptały: „Bóg i Ojczyzna!“ — i wydały łagodnie ostatnie tchnienie.
Wówczas Cyrus Smith, schyliwszy się, przymknął powieki człowiekowi, który był niegdyś księciem Dakkarem, a w tej chwili przestał być nawet kapitanem Nemo.
Harbert i Pencroff płakali, Ayrton ocierał łzę kryjomo. Nab klęczał obok korespondenta skamieniały.
Wśród tej ciszy, Cyrus Smith podniósłszy rękę nad głową umarłego, zawołał:
— Niech Bóg ma w opiece duszę jego! — i zwracając się do przyjaciół, dodał:
— Módlmy się za tego, któregośmy stracili!....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka godzin później osadnicy wypełniali obietnicę daną kapitanowi, spełniali ostatnią umierającego wolę.
Cyrus Smith i towarzysze opuścili Nautilus, zabrawszy z sobą jako jedyną pamiątkę, pozostawioną im przez dobroczyńcę, ów kufereczek mieszczący w sobie tyle fortun.
Cudowny salon, wciąż zalany powodzią światła, zamknęli starannie. Poczem zanitowali otwór klapy, tak, ażeby ani jedna kropla wody nie mogła przeniknąć wewnątrz komnat Nautilusa.
Następnie zaś zeszli do łódki przywiązanej do boku podmorskiego przyrządu. Na łodzi tej podpłynęli ku tyłowi przyrządu. Tam, nad linją unoszenia się jego nad wodą, znajdowały się dwa ogromne kurki komunikujące z rezerwoarami, których przeznaczeniem było zatapiać przyrząd.
Po otwarciu kurków, rezerwoary się przepełniły wodą i Nautilus zagłębiając się powoli, zniknął wkrótce pod płynną płaszczyzną.
Ale długo jeszcze osadnicy śledzić za nim mogli okiem skróś warstw głębokich. Potężne jego promieniowanie oświetlało przezrocze wód, podczas gdy krypta stawała się coraz mroczniejszą. Wreszcie to potężne oświetlenie elektryczne znikło — i Nautilus zamieniony w grobowiec kapitana Nemo spoczął już na dnie mórz...






ROZDZIAŁ XVIII.
(Rozmyślanie każdego z osadników. — Dalsze prace około budowy okrętu. — 1. Stycznia 1869. — Pióropusz u szczytu wulkanu. — Pierwsze oznaki wybuchu. — Ayrton i Cyrus Smith w zagrodzie. — Poszukiwania w krypcie Dakkara. — Co kapitan Nemo powiedział inżynierowi.)

Ze świtem osadnicy przybyli w milczeniu do wyjścia z groty, której nadali miano „krypty Dakkara“ na pamiątkę kapitana Nemo. W tej chwili właśnie trwał odpływ, łatwo im więc przyszło przesunąć się pod arkadę, o której stopy bazaltowe uderzała fala.
Łódź z żelaznej blachy pozostawili na miejscu, zabezpieczywszy ją jednak pierwej przed bałwanami morza. Przez nadmiar ostrożności, Pencroff, Nab i Ayrton wyciągnęli ją na maleńkie wybrzeże, dotykające jednego z boków krypty, w którym to punkcie nie groziło jej najmniejsze niebezpieczeństwo.
Burza ustała za nadejściem dnia. Ostatnie powarki grzmotu cichły na zachodzie. Deszcz także zaprzestał już padać, ale niebo jeszcze pokryte było chmurami. Biorąc jednak ogólnie, ten miesiąc październik, stanowiący początek wiosny południowej, nie zaczynał się zbyt pomyślnie, i wiatr zdradzał popęd do przeskakiwania z jednego punktu kompasu w drugi, co nie pozwalało liczyć na stałą pogodę.
Cyrus Smith i towarzysze, opuściwszy kryptę Dakkara, udali się napowrót drogą do zagrody. Po drodze Nab i Harbert zajęli się odejmowaniem drutu, przeciągniętego przez kapitana pomiędzy zagrodą a kryptą, który mógł się przydać na później.
W drodze osadnicy mówili mało. Różnorodne przejścia tej nocy z 15 na 16 października wywarły na nich żywe wrażenie. Ów nieznajomy, którego wpływ pomagał im tak skutecznie, człowiek z którego wyobraźnia ich utworzyła jakiegoś genjusza, kapitan Nemo — już nie istniał. Jego Nautilus wraz z nim spoczywał w głębi przepaści. To też zdawało się wszystkim, że większa jeszcze samotność cięży nad nimi, niż dawniej. Przywykli bowiem, rzec można, do liczenia na tę potężną pomoc, której im teraz miało zabraknąć. Nawet Gedeon Spilett i Cyrus Smith nie mogli się otrząść z takiegoż samego wrażenia. To też zachowywali wszyscy głębokie milczenie podczas całej drogi do zagrody.
Około dziewiątej rano osadnicy znaleźli się znowu w pałacu Granitowym.
Postanowionem było nieodwołalnie, że czynnie się zabiorą znowu do pracy około budowy okrętu — i Cyrus Smith poświęcił temu zadaniu bardziej niż kiedykolwiek wszystek swój czas i wszystkie starania. Nie można było wiedzieć, co przyszłość dla nich gotuje. W takim tedy stanie rzeczy, ważną rękojmią dla osadników było mieć do rozporządzenia gruntownie zbudowany okręt, zdolny utrzymać się na morzu nawet w czasie burzy i dostatecznie wielki, ażeby się na nim można było puścić w dłuższą i dalszą drogę.
Jeżeli po skończeniu okrętu osadnicy nie byliby jeszcze zdecydowani na opuszczenie wyspy Lincolna, i skierowania się bądźto ku archipelagowi polinezyjskiemu na Ocenie Spokojnym, bądź też ku wybrzeżom Nowej Zelandji, to w każdym razie obowiązkiem ich było pospieszyć przynajmniej na wyspę Tabor, dla złożenia tam zapisków odnoszących się do Ayrtona. Był to konieczny środek ostrożności na przypadek gdyby yacht szkocki zjawił się znowu na tych morzach — i pod tym względem nie wolno było zaniedbać niczego.
Zabrano się więc znowu gorliwie do robót. Cyrus Smith, Pencroff i Ayrton przy pomocy Naba, Gedeona Spiletta i Harberta, jeżeli tych ostatnich jakiekolwiek ważne zajęcie nie odrywało — pracowali bez przerwy. Konieczną było rzeczą kończyć nowy okręt do pięciu miesięcy, to jest na początek marca — inaczej bowiem nie zdążyliby odwidzieć wyspy Tabor przed burzami równonocnemi, któreby zupełnie tę wycieczkę uniemożliwiły. To też wcale nie tracili ani jednego mgnienia. Zresztą nie potrzebowali się troszczyć o maszty i ożaglowanie, bo wszystko to posiadali, w spadku po Speedy’m. Szło więc tylko przedewszystkiem o ukończenie pudła okrętowego.
Koniec roku 1868 upłynął w pośród tych ważnych zajęć, którym prawie wszystkie inne miejsca ustąpiły. Przy końcu półtrzecia miesiąca całe rusztowanie statku było już złożone i oklepkowanie rozpoczęte. Można już było ocenić, że plany dane przez Cyrusa Smitha były doskonałe i że okręt wybornie trzymać się będzie na morzu. Pencroff oddawał się tej pracy z zapalczywą gorliwością; nie ukrywał bynajmniej gniewu, gdy który z towarzyszy zamieniał na chwilę topór cieśli na przybór myśliwski. A jednakże potrzeba było podtrzymywać zapasy Granitowego Pałacu, mając na widoku przyszłą zimę. To było Pencroffowi obojętne. Dzielny marynarz nie rad był tylko, gdy robotników brakło w warstacie. Wtedy mruczał, zrzędził — i z wielkiej irytacji robił sam za sześciu.
Pogoda przez cały ten czas była niepomyślna. Przez kilka dni trwały nieznośne skwary, w skutek których atmosfera nasycona elektrycznością wyładowywała się następnie gwałtownemi burzami, wstrząsającemi aż do głębi warstwy powietrzne. Rzadko minął dzień, ażeby dalekie odgłosy grzmotu słyszeć się nie dały. Był to jakby jakiś pomruk głuchy, ale ciągły, podobny do zdarzającego się zwykle w okolicach równikowych globu.
1szy Stycznia 1869 zaznaczył się nawet burzą niesłychanie gwałtowną, w ciągu której piorun uderzył wielekroć w wyspę. Olbrzymie drzewa ugodzone i potrzaskane zostały, pomiędzy innemi owe olbrzymy ocieniające budynki dla drobiu na południowym krańcu jeziora. Czyż meteor ten miał jaki związek z fenomenami, odbywającemi się we wnętrznościach ziemi? Tworzyłże się rodzaj powinowactwa pomiędzy zamętem w powietrzu i zamętem wewnętrznym globu? Cyrus Smith skłonnym był do uwierzenia w coś podobnego, ponieważ to rozhukanie burz łączyło się zawsze z powiększeniem symptomatów wulkanicznych.
Jednakże dopiero 3go stycznia Harbert wszedłszy o świcie na wielką Terasę w zamiarze osiodłania onaggasa, postrzegł olbrzymi pióropusz z dymu wznoszący się na szczycie wulkanu.
Natychmiast zawiadomił o tem osadników, którzy też zaraz zebrali się dla obserwowania góry Franklina.
— Ho! ho! — zawołał Pencroff — na ten raz to już nie proste wyziewy. Zdaje mi się, że olbrzym nie poprzestaje już tylko na oddychaniu, ale i fajkę pali!...
Przenośnia ta użyta przez marynarza, charakteryzowała doskonale zmianę jaka zaszła na kraterze wulkanu. Od trzech miesięcy już krater wyrzucał wyziewy mniej zgęszczone, ale pochodzące widocznie tylko z wewnętrznego wrzenia materyj mineralnych. Na ten raz zaś miejsce wyziewów zajęły gęste kłęby dymu, wznoszące się w postaci szarawej kolumny, szerokiej przy osadzie na więcej niż trzysta stóp, a rozszerzającej się jak niezmierny grzyb na wysokości siedmiuset do ośmiuset stóp po nad szczytem góry.
— Ogień dostał się już do komina — rzekł Gedeon Spilett.
— A nie w naszej mocy go zagasić! — odpowiedział Harbert.
— Należałoby co prawda zaprowadzić obyczaj czyszczenia wulkanów — zauważył Nab, z tonem najpoważniejszym w świecie.
— Znakomicie Nabie — zawołał Pencroff. — Czy może tybyś zechciał zostać kominiarzem wulkanów?
I marynarz wybuchnął grubym śmiechem.
Tymczasem Cyrus Smith obserwował z uwagą gęsty dym dobywający się z góry Franklina i nadstawiał nawet ucha jak gdyby chcąc pochwycić jakieś oddalone grzmoty. Po chwili zaś, zwracając się do towarzyszy, od których się nieco oddalił, rzekł:
— W istocie, moi przyjaciele — ważna zmiana tu zaszła — nie podobna się łudzić. Materje wulkaniczne nietylko że wrą, ale zajęły się już nawet ogniem i z wszelką pewnością zagraża nam bliski wybuch!
— A więc i cóż, panie Smith — zawołał marynarz — przyjrzymy się temu wybuchowi — a jak się uda, to mu damy brawo! Co do mnie myślę, że nie ma się tu czem zajmować.
— To prawda, Pencroffie — odparł Cyrus Smith — ponieważ dawny szlak lawy wciąż jeszcze otwarty i dzięki kierunkowi jego, materje z krateru dotąd zawsze spływały ku północy. A jednakże...
— A jednakże — podjął korespondent — ponieważ żadnej korzyści przynieść nam ten wybuch nie może, lepiejby więc było, ażeby nie miał miejsca.
— Kto wie? — zawołał marynarz. Może w tym wulkanie znajdować się jakaś drogocenna i pożyteczna materja, którą pobłażliwość wyrzuci — a my potrafimy zużytkować!
Cyrus Smith potrząsł głową, jak człowiek niespodziewający się niczego dobrego od fenomenu, który się tak nagle rozwinął. On nie zapatrywał się tak lekko jak Pencroff, na następstwa wybuchu. Chociaż lawy w skutek układu krateru, nie zagrażały bezpośrednio częściom zarosłym i uprawnym wyspy, ale inne zawikłania mogły się pojawić. W istocie, nie często się zdarza, że wybuchom towarzyszy trzęsienie ziemi, a wyspa takiego składu jak wyspa Lincolna, uformowana z tak różnorodnych materjałów — z jednej strony z bazaltów, z drugiej z granitów, z law na północy, z ruchomego gruntu na południu, a więc z materjałów, które nie mogły mieć gruntownej wzajemnej spójni, — kto wie, czy nie narażoną byłaby w razie trzęsienia na rozpadnięcie. Chociaż więc wylew substancyj organicznych nie stanowił zbyt znacznego niebezpieczeństwa, to za to ogólne poruszenie masy ziemi, któreby się udzieliło i wyspie — mogło pociągnąć za sobą nader groźne dla niej następstwa.
— Zdaje mi się — rzekł Ayrton, który leżał dotąd na ziemi z uchem przyłożonem do niej — zdaje mi się, że słyszę głuchy turkot, jak gdyby wozu wyładowanego sztabami żelaza.
Osadnicy nadstawili ucha z wytężoną uwagą i wnet się przekonali, że Ayrton nie uległ złudzeniu. Z turkotem wspomnianym przez niego łączyły się od chwili do chwili ryki podziemne, tworzące rodzaj „rinforzando“ i cichnęły powoli. Wszystko to sprawiało takie wrażenie, jak gdyby jakiś wicher gwałtowny przeleciał po wnętrznościach globu. Ale nic jednak podobnego do huku we właściwem tego słowa znaczeniu nie dawało się dotąd słyszeć. Wnosić więc z tego było można, że wyziewy i dymy znajdowały wolne przejście przez główny komin, i że przy znacznej obszerności klapy, żadne wysadzenie nie nastąpi, żadnego wybuchu nie trzeba się obawiać.
— Ha!... — zawołał słysząc te konkluzje Pencroff... — Wróćmy więc do roboty! Niech tam sobie góra Franklina pali fajkę, ryczy, jęczy, miota ogniem i płomieniem — wszystko to nie powód, aby nic nie robić... Nuże Ayrtonie, Nabie, Harbercie, panie Cyrus, panie Spilett — wszyscy dziś muszą przyłożyć ręki do dzieła. Dzisiaj przypada nam przypasować całe obrzeże okrętu, a przy takiej robocie tuzin ramion to nie nadto. Chcę ażeby nim miną dwa miesiące nasz nowy Bonawentura — zachowamy mu bowiem to imię, nie prawdaż? — pływał już po wodach portu Balonowego! A więc ani godziny do stracenia nie ma!
Wszyscy osadnicy, których ramion zażądał Pencroff, zeszli do warstatu i zabrali się do założenia owego obrzegu okrętu, składającego się z grubych belek tworzących opaskę każdego statku i spajających gruntownie wszystkie części jego skieletu. Ważna to i ciężka była robota, w której wszyscy mieli wziąć udział.
To też pracowali gorliwie przez cały ten dzień 3go stycznia, nie troskając się wcale wulkanem, którego zresztą nie można było spostrzedz z wybrzeża pod Granitowym Pałacem. Raz jednak czy dwa, wielkie cienie, które zasłoniły nagle słońce, opisujące swój łuk dniowy po niezmiernie czystem niebie, były wskazówką, że gęsty obłok dymu przeszedł pomiędzy kręgiem słońca a wyspą. Wiatr wiejący od morza unosił te wszystkie wyziewy na zachód. Cyrus Smith i Gedeon Spilett zauważyli wybornie te zachmurzenia się przechodnie i kilkakrotnie udzielili sobie nawzajem spostrzeżeń, odnoszących się do widocznego wzrostu zjawiska wulkanicznego — ale się robota przez to nie przerwała. Zresztą było rzeczą najwyższego interesu dla osadników, pod wszelkiemi względami dokończyć okrętu w terminie jak najkrótszym. Wobec okoliczności, jakie się mogły przedstawić, bezpieczeństwo osadników zyskałoby silniejszą rękojmię. Kto wie, czy ten okręt nie miał być pewnego dnia ich jedynem schronieniem?
Wieczorem, po wieczerzy, Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Harbert weszli znowu na Wielką Terasę. Noc już całkiem zapadła, ciemność więc powinna była dopomódz do rozpoznania, czy do wyziewów i dymów nagromadzonych około paszczy wulkanu, łączyły się bądźto płomienie, bądźteż roztopione materje, wyrzucone przez ognistą górę.
— Krater w ogniu! — zawołał Harbert, który jako żywszy od swoich towarzyszy, pierwszy wbiegł na Terasę.
Góra Franklina, odległa o sześć mil mniej więcej, przedstawiała się w tej chwili w postaci gigantycznej pochodni, u szczytu której miotało się kilka burych płomieni. Tyle dymu, tyle sadzy i popiołów niezawodnie musiało być domięszanych do tych płomieni, że blask ich, mocno przyćmiony, nie odbijał się żywo na tle ciemności nocnych.
Ale rodzaj jakiegoś płowego światła rozścielał się nad wyspą i odcinał w mglistych zarysach części zarosłe na pierwszym planie wyspy. Olbrzymie kłęby poplątanych dymów zaciemniały wyżyny niebios, a na wskróś ich przelśniewało jeszcze gwiazd kilka.
— Postępy nader gwałtowne! — ozwał się inżynier.
— Nic w tem dziwnego — odrzekł korespondent. — Zbudzenie się wulkanu datuje się już od pewnego czasu. Przypominasz pan sobie, Cyrusie, że pierwsze wyziewy pojawiły się mniej więcej w epoce odbywanych przez nas poszukiwań w rozgałęzieniach góry Franklina, dla odkrycia schronienia kapitana Nemo. Było to, jeżeli się nie mylę, około 15go października.
— Tak jest! — odpowiedział Harbert — a odtąd minęło już dwa i pół miesiąca!
— Ognie więc podziemne wykłuwały się przez dziesięć tygodni i dziwu nie ma tedy, że obecnie rozwijają się z taką gwałtownością!
— Czy nie czujecie jakby drzenia ziemi? — zapytał Cyrus Smith.
— W istocie — odrzekł powoli korespondent — ale ztąd jeszcze do trzęsienia ziemi...
— Ja też nie twierdzę, że nam zagraża trzęsienie ziemi — odpowiedział Cyrus Smith — i niechaj nas Bóg od niego zachowa! Bynajmniej. To drzenie jest wynikiem natężenia ognia wewnętrznego. Kora ziemska jest niczem innem, jeno ścianą kotła parowego, a wiadomo wam, że ściana kotła pod naciskiem gazów drzy jak dźwięczna płyta. Takie to właśnie zjawisko mamy w tej chwili przed sobą.
— Co za wspaniałe snopy ognia! — zawołał Harbert.
W tej chwili trysnął z krateru rodzaj fajerwerku, którego blasku nawet wyziewy zmniejszyć nie zdołały. Tysiące lśniących się ułomków i ostrościętych głazów, rozpryskiwało się na wszystkie strony. Niektóre, przenosząc kopułę dymów, pękały gwałtownie, pozostawiając po sobie istną pałającą kurzawę. Wybuchowi temu towarzyszyły następujące po sobie bez przerwy wystrzały, przypominające trzask i darcie powietrza, wywołane wystrzałem całej baterji kartaczownic.
Cyrus Smith, korespondent i towarzyszący im młodzieniec, przebywszy całą godzinę na Wielkiej Terasie, zeszli napowrót na wybrzeże i powrócili do Granitowego Pałacu. Inżynier był zamyślony, zatroskany nawet do tego stopnia, że Gedeon Spilett uznał za potrzebne spytać go, czy przeczuwa jakie bliskie niebezpieczeństwo, będące pośrednim lub bezpośrednim wynikiem wybuchu.
— Tak — i nie — odpowiedział Cyrus Smith.
— Czyż jednak — podjął znowu korespondent — największem nieszczęściem, jakie by nas mogło ugodzić, nie byłoby trzęsienie ziemi, któreby przewróciło z gruntu wyspę? Otóż, tego nie zdaje mi się, ażebyśmy się obawiać potrzebowali, ponieważ wyziewy i lawy znalazły wolną drogę do wylania się na zewnątrz.
— To też — odparł Cyrus Smith — ja nie obawiam się trzęsienia, w rozumieniu jakie się nadaje zwyczajnie konwulsjom globu, wywołanym przez napad wyziewów podziemnych. Ale inne przyczyny mogą sprowadzić straszne klęski.
— Jakieżto, mój drogi Cyrusie?
— Nie potrafię na to opowiedzieć jeszcze gruntownie — muszę się przyjrzeć, muszę odwidzić górę. Nim kilka dni minie, będę już miał wyrobione w tej kwestji przekonanie.
Gedeon Spilett nie napierał i wkrótce, pomimo wystrzałów wulkanu, których natężenie rosło — a wszystkie echa wyspy je powtarzały — otóż pomimo tego wszystkiego mieszkańcy Granitowego Pałacu w śnie głębokim się pogrążyli.
Upłynęły trzy dni, 4, 5 i 6 stycznia. Praca około budowy okrętu nie ustawała — a inżynier nie wdając się w bliższe objaśnienia, napędzał całą swoją powagą do pospiechu. Góra Franklina miała w tej chwili na sobie kaptur z ciemnego obłoku, groźnej powierzchowności, i wraz z płomieniami wyrzucała rozpalone skały, z których wiele spadało napowrót w krater. Ta okoliczność wywoływała na usta Pencroffa — uparcie oceniającego ten fenomen tylko z jego stron zabawnych — następującą uwagę:
— Patrzajcie! Olbrzym bawi się kubkiem z gałką! (bilboguet) — olbrzym pokazuje sztuki.
I w istocie wyrzucone już ciała spadały napowrót w otchłań i nie zdawało się, iżby lawy, wzdęte przez nacisk wewnętrzny podniosły się już aż do otworu krateru. Wyżłobione przez lawy koryto u brzegu krateru z północo-wschodniej strony, widzialne w części, nie przeprowadzało żadnego strumienia na stok północnej góry.
Wśród tego, jakkolwiek nagliła praca około budowy okrętu, i inne jeszcze zajęcia wymagały obecności osadników na rozmaitych punktach wyspy. Przedewszystkiem trzeba było udać się do zagrody gdzie stado dzikich baranów i kóz znajdowało się w zamknięciu, aby odnowić zapas karmu dla tych zwierząt.
Stanęła tedy umowa, że Ayrton pospieszy tam nazajutrz 7 stycznia — a ponieważ on sam mógł wystarczyć robocie, oczekującej w zagrodzie, do której był zresztą nawykły; pewne zdziwienie przeszło tedy Pencroffa i innych, gdy usłyszeli jak inżynier odezwał się do Ayrtona.
— Skoro pan idziesz jutro do zagrody, będę ci towarzyszył.
— Ach! panie Cyrusie — zawołał na te słowa marynarz, nasze dni pracy policzone, a jeżeli pan sobie w ten sposób urządzisz wycieczkę — przyprawi to nas o stratę czterech rąk!
— Jutro powrócimy — odrzekł Cyrus Smith — a co do mnie potrzebuję być w zagrodzie. Pragnę rozpoznać jak się mają rzeczy z wybuchem...
— Wybuchem! wybuchem!... — zawołał Pencroff, z miną wielce niezadowoloną!.. Co mi to za ważna rzecz ten wybuch, z którego ja nic sobie nie robię!
Pomimo jednak protestacyj marynarza, wycieczka zamierzona przez inżyniera utrzymała się na dzień jutrzejszy. Harbert byłby chętnie towarzyszył Cyrusowi Smithowi, ale bał się zrobić przykrość Pencroffowi, oddalając się.
Nazajutrz o świcie, Cyrus Smith i Ayrton, na wózku zaprzężonym w oba onaggasy, skręcili drogą do zagrody i tęgim nią kłusem popędzili.
Po nad lasem przelatywały grube chmury, którym krater góry Franklina dostarczał bez przerwy materji sadzowatych. Chmury te, toczące się często w przestworzu, składały się widocznie z substancyj somorodnych. Jawnem było że nie samym tylko dymom wulkanu zawdzięczały swój ciężar i nieprzezroczystość. Pył szczątków mineralnych jak np. puzzolana w proszku i szarawe popioły, tak delikatne jak najsubtelniejsza mączka, wisiały zawieszone w pośród grubych zwojów tych chmurzysk. Popioły te mają taką trwałość, że widziano je nieraz utrzymujące się w powietrzu całemi miesiącami. Po wybuchu z r. 1783 w Islandji, przez więcej niż rok powietrze było w ten sposób przeciążone pyłami wulkanicznemi, przez które zaledwie przebić się mogły promienie słońca.
Najczęściej jednak takie materje sproszkowane opadają na dół i tu właśnie zaszło coś podobnego. Cyrus Smith i Ayrton zaledwie przybyli do zagrody, gdy rodzaj czarniawego brzegu, podobnego do lekkiego myśliwskiego prochu, spadł nagle i zmienił w mgnieniu oka powierzchowność otaczającego ich gruntu. Drzewa, łąki wszystko znikło pod pokładem mającym grubości wiele cali. Na szczęście jednak wiatr pociągał od północo-wschodu i największa część chmury poszła rozsypać się nad morzem.
— Oto czas osobliwy, panie Smith — ozwał się Ayrton.
— I rzecz ważna — odrzekł inżynier. Ta puzzolana, te pumeksy sproszkowane, słowem ta cała kurzawa mineralna, wskazuje jak głęboki zamęt odbywa się w warstwach niższych wulkanu.
— Nie możnaż jednak co na to poradzić?
— Nie — chyba zdać sobie sprawę z postępu fenomenu. Zajmij się więc Ayrtonie wszystkiem, co jest do zrobienia w zagrodzie. Ja zaś, przez ten czas, pójdę w górę aż po za źródła Czerwonego potoku i zbadam stan góry na jej stoku północnym. A potem...
— A potem... panie Smith?
— A potem odwidzimy kryptę Dakkara... Chcę widzieć... No, koniec końców — przybędę po ciebie za dwie godziny.
Po wysłuchaniu tego, Ayrton wszedł w podwórze zagrody i w oczekiwaniu na powrót inżyniera, zajął się baranami i kozami, które zdały się uczuwać pewien niepokój wobec pierwszych oznak wybuchu.
Przez ten czas zaś Cyrus Smith zapędził się aż na grzbiet wschodniej ściany, okrążył Czerwony potok, i doszedł wreszcie do miejsca gdzie towarzysze jego odkryli źródło siarczane, w czasie pierwszej ich wycieczki.
Rzeczy się od tego czasu ogromnie zmieniły. Zamiast jednej kolumny dymu, naliczył ich trzydzieści wybuchających z ziemi, jak gdyby je gwałtownie wypierał z pod spodu stempel jaki. Jawnem było, że kora ziemska podlegała w tym punkcie przerażającemu naciskowi. Atmosferę przesycał gaz siarczany, wodoród, kwas węglany wszystko to w połączeniu z wyziewami wodnemi. Cyrus Smith czuł jak drżą mu pod nogami owe tufy wulkaniczne, któremi cała przestrzeń tu była zasiana, będące niczem innem jeno popiołami, zamienionemi przez czas w twarde bryły.
Dotychczas jednak nie spostrzegł inżynier nigdzie śladu nowych law.
Dokładniej jeszcze sprawdził to, obserwując cały stok północny góry Franklina. Tumany dymu i płomieni wyrywały się z krateru; grad łuszczyn i szczątków metalicznych spadał na ziemię; ale najmniejszy wylew lawy nie odbywał się przez gardziel samą krateru, co dowodziło, że poziom materyj wulkanicznych nie doszedł dotychczas do wyższego otworu głównego komina.
— A wolałbym, żeby już tak było! — rzekł sam do siebie Cyrus Smith. Miałbym przynajmniej pewność, że lawy poszły zwykłą swoją drogą. A któż wie czy się nie przeleją przez jaką nową paszczę? Niebezpieczeństwo jednak i nie w tem jeszcze! Kapitan Nemo wybornie przeczuwał! — Nie, niebezpieczeństwo nie tutaj!
Tak mówiąc z sobą Cyrus Smith posunął się aż do olbrzymiej drogi, której przedłużenie obraniało wąską zatokę Rekina. Mógł więc obejrzeć dostatecznie z tej strony stare smugi lawy. Nie pozostawało dlań najmniejszej wątpliwości, że ostatni wybuch miał miejsce w nadzwyczaj oddalonej epoce.
Wówczas, wrócił się, nadstawiając ucha na turkoty podziemne brzmiące jakby nieprzerwany grzmot, akcentowany tylko mocnemi wystrzałami.
O dziewiątej rano był już z powrotem w zagrodzie.
Ayrton czekał na niego.
— Zwierzęta zaopatrzone już — panie Smith — rzekł, witając go.
— Bardzo dobrze, Ayrtonie.
— Zdają się być niespokojne, panie Smith.
— Nic dziwnego, instynkt u nich się odzywa, a instynkt nigdy nie myli.
— Jeżeli pan chce, ażebyśmy teraz...
— Weź ze sobą pochodnię i przyrząd do krzesania ognia, Ayrtonie — odrzekł inżynier — i ruszajmy.
Ayrton wykonał, co mu polecono. Onaggasy wyprzężone błądziły po zagrodzie. Bramę zamknięto z zewnątrz i Cyrus Smith, poprzedzając Ayrtona skręcił ku zachodowi, wąską ścieżką wiodącą ku wybrzeżu.
Obadwaj szli po ziemi wywatowanej przez sproszkowane materje, spadłe z chmury. Żaden czworonog nie pojawił się w lasach. Nawet ptaki gdzieś ponikły. Niekiedy przelotny wiatr podejmował warstwę popiołu i dwaj osadnicy, zawinięci nieprzezroczystym tumanem, nie widzieli się nawzajem. Zwykle w takim razie nie zapominali o zasłonięciu sobie chustką oczu i ust, ponieważ tuman podobny groził im oślepieniem i uduszeniem.
Cyrus Smith i Ayrton nie mogli w takich warunkach iść żywo. A nadto powietrze było ciężkie, jak gdyby tlen jego w części spłonął i stał się do oddychania nieprzydatnym. Co sto kroków musieli stawać dla pochwycenia oddechu.
Było więc już po dziesiątej, gdy inżynier i jego towarzysz dotarli do grzebienia owej niezmiernej gromady skał bazaltowych i porfirytycznych, która stanowiła wybrzeże północno-zachodnie wyspy.
Ayrton i Cyrus Smith poczęli zstępować z tego stromego wybrzeża idąc mniej więcej tąż samą niegodziwą drogą, która w pośród owej burzliwej nocy przywiodła ich do krypty Dakkara. W biały dzień schodzenie to było mniej niebezpieczne, a zresztą warstwa popiołów, okrywająca gładkość skał, pozwalała mocniejszego oparcia nodze na tych pochyłościach.
Maleńkie rozgałęzienie góry, stanowiące przedłużenie wybrzeża, na wyżynie około czterdziestu stóp, wkrótce pokazało im już kres swój. Cyrus Smith przypomniał sobie, że rozgałęzienie owo schylało się łagodnym spadkiem aż nad sam poziom morza. Jakkolwiek trwał w tej chwili odpływ, wybrzeże jednak nie było odsłonięte i fale, zbrudzone pyłem wulkanicznym uderzały bezpośrednio o skały już w morze wysunięte.
Cyrus Smith i Ayrton odszukali bez trudu wejście do krypty Dakkara i zatrzymali się pod ostatnią skałą, tworzącą rodzaj nadmorskiego progu.
— Łódź z blachy żelaznej musi tam być? — ozwał się inżynier.
— Jest panie Smith — odrzekł Ayrton, przyciągając do siebie lekki statek ukryty pod arkadą.
— Siadajmy Ayrtonie.
Dwaj osadnicy usiedli w łodzi. Lekkie zakołysanie się fal posunęło ich nieco głębiej pod sklepienie pochyłe krypty, a tam, Ayrton, skrzesawszy ognia, zapalił latarnię, potem zaś, pochwycił za wiosło, postawiwszy jeszcze pierwej latarnię na dziobie czółna, tak aby rzucała światło naprzód. Cyrus Smith ujął za ster i skierował łódź w pośród mroków krypty.
Już tu nie było Nautilusa co by olśnił ogniami swemi tę ponurą jaskinię. Może promieniowanie elektryczne, podsycane wciąż przez swoje potężne ognisko, trwało jeszcze na dnie wód; żaden jednak blask nie dobywał się z otchłani, kędy spoczął kapitan Nemo.
Światło latarni, jakkolwiek niewystarczające, pozwalało jednak inżynierowi posuwać się naprzód, przy starannem trzymaniu się prawego boku krypty. Grobowe milczenie panowało pod tem sklepieniem, przynajmniej w części jego przedniej, ponieważ wkrótce Cyrus Smith usłyszał wyraźnie powark dobywający się z wnętrzności góry.
— To wulkan — rzekł.
Za chwilę, razem z tym odgłosem i połączenia chemiczne zdradziły się żywym zapachem — i wyziewy siarczane chwyciły za gardło inżyniera i jego towarzysza.
— Oto czego się obawiał kapitan Nemo! — szepnął Cyrus Smith — i twarz mu lekko pobladła. — A jednak trzeba dojść aż do kresu.
— Dalej więc — odrzekł Ayrton, zgiąwszy się nad wiosłami, i popchnął łódź ku węzgłowiu krypty.
We dwadzieścia pięć minut po wpłynięciu do groty, łódź przybiła do ściany zamykającej ją i tam się zatrzymała.
Wówczas Cyrus Smith, wszedłszy na swoją ławę oprowadził latarnię po różnych częściach tej ściany, oddzielającej kryptę od środkowego komina wulkanu. Jakaż była grubość tej ściany? Sto stóp, czy dziesięć — na to nikt nie był odpowiedzieć zdolny. Ale odgłosy podziemne zanadto dobrze dawały się pochwycić, ażeby ściana miała być zbyt grubą?
Inżynier obejrzawszy mur w kierunku linji horyzontalnej, osadził następnie latarnię na końcu wiosła — i począł ją obwodzić na większej wysokości po bazaltowej ścianie.
Tam, przez ledwo widzialne szczeliny, przez źle połączone pryzmy dobywał się dym gryzący, zagęszczający powietrze jaskini. Pęknięcia ostrzyły ścianę, a niektóre ostrzej zarysowane dochodziły prawie do wysokości dwóch do trzech stóp po nad poziom wody w krypcie.
Cyrus Smith przebył naprzód kilka chwil w głębokiej zadumie. Potem zaś wyszeptał jeszcze te słowa:
— O tak! kapitan miał słuszność! Tu się kryje niebezpieczeństwo i niebezpieczeństwo straszliwe!
Ayrton nie rzekł nic na to — tylko na znak Cyrusa Smitha pochwycił znowu za wiosło — i w pół godziny potem on i inżynier wychodzili już z krypty Dakkara.






ROZDZIAŁ XIX.
(Opowiadanie Cyrusa Smitha o dokonanej wycieczce. — Przyspieszają roboty około budowy okrętu. — Ostatnie odwidziny w zagrodzie. — Walka ognia z wodą. — Co jeszcze pozostaje na powierzchni wyspy. — Decydują się spuścić statek na morze. — Noc z 8. na 9. Marca.)

Nazajutrz rano, 8. Stycznia, po przepędzeniu całego dnia i nocy w zagrodzie, i opatrzywszy wszystko jak należało, Cyrus Smith i Ayrton powrócili do Granitowego Pałacu.
Natychmiast po przybyciu inżynier zgromadził towarzystwo całe i oznajmił im, że wyspie Lincolna zagraża niezmierne niebezpieczeństwo, którego zakląć żadna potęga ludzka nie zdoła.
— Moi przyjaciele — dodał głosem zdradzającym gwałtowne wzruszenie — wyspa Lincolna nie należy do takich, które trwać mają tak długo, jak sama kula ziemska. Skazaną jest ona później czy prędzej na zniszczenie, którego przyczyna gnieździ się w niej samej i od którego nic jej uratować nie może.
Osadnicy popatrzyli po sobie, a potem wszyscy zwrócili oczy na inżyniera. Nie mogli go zrozumieć.
— Wytłumacz się, Cyrusie! — zawołał Gedeon Spilett.
— Zaraz się wytłumaczę, albo raczej poprzestanę tylko na powtórzeniu słów, które w ciągu owych kilku chwil rozmowy ze mną na uboczu wypowiedział kapitan Nemo.
— Kapitan Nemo! — wykrzyknęli osadnicy.
— Tak — i to była ostatnia przysługa, którą nam chciał oddać przed śmiercią.
Ostatnia przysługa! — zawołał Pencroff. — Ostatnia przysługa! Przekonacie się, że chociaż trup, nie jednę jeszcze podobną nam wyrządzi!
— Ale cóż takiego powiedział ci wtedy kapitan Nemo? — spytał korespondent.
— Dowiecie się zaraz moi przyjaciele — odrzekł Cyrus Smith. — Wyspa Lincolna nie znajduje się w tych samych warunkach, co inne na Oceanie Spokojnym. Pewien układ jej tylko właściwy, a który mi dał poznać kapitan Nemo, musi sprowadzić prędzej lub później rozsypanie się jej rusztowania podmorskiego.
— Rozsypać się ma! wyspa Lincolna! Et, cóż znowu! — zawołał Pencroff, nie mogąc się powstrzymać od wzruszenia ramionami, mimo całego respektu dla osoby Cyrusa Smitha.
— Posłuchaj mnie, Pencroffie — odparł na to inżynier. — Oto co skonstatował kapitan Nemo i co ja sam sprawdziłem podczas oględzin odbytych wczoraj w krypcie Dakkara. Krypta ta przedłuża się pod wyspą aż do wulkanu i od komina centralnego oddzieloną jest tylko ścianą, która zamyka jej węzgłowie. A ściana popstrzona jest cała pęknięciami i szczelinami, przez które przedzierają się już gazy siarczane, wyrobione we wnętrzu wulkanu.
— Cóż więc z tego — spytał Pencroff, widocznie czyniąc potężne usiłowania, aby zrozumieć, czego dowodziło gwałtowne sfałdowanie czoła.
— Otóż rozpoznałem, że owe pęknięcia zwiększają się pod naciskiem wewnętrznym, że mur bazaltowy rozstępuje się powoli i że w mniej więcej krótkim czasie przedrą się przezeń wody morza, napełniające obecnie pieczarę.
— Brawo! — zawołał Pencroff, usiłując raz jeszcze wszystko w żart obrócić. — A więc morze zagasi wulkan, i już po całym ambarasie!
— O tak, i już po wszystkiem! — odrzekł Cyrus Smith. — W dniu, gdy morze przedrze się przez ową ścianę i wpadnie przez komin środkowy aż do wnętrzności wyspy, kędy kipią materje wybuchające — w dniu tym — Pencroffie, cała wyspa Lincolna pójdzie w powietrze, jakby poszła w powietrze Sycylja, gdyby Morze Śródziemne dostało się w głąb Etny!
Osadnicy nie odrzekli ani słowa na to tak silnie twierdzące zdanie inżyniera. Pojęli naraz, jakie im niebezpieczeństwo zagrażało.
A zaznaczyć należy, że Cyrus Smith nie przesadzał w tej mierze ani troszeczkę. Wielu już ludziom przychodziło do głowy, że kto wie, czyby nie można było pogasić wulkany, które wszystkie prawie wznoszą się na wybrzeżach mórz i jeziór — przepuściwszy w ich wnętrze wody. Ale tego nie wiedzieli, że tym sposobem naraziliby większą część globu na wysadzenie w powietrze, jakoby kocioł zbytnie przeładowany parą. Woda, wpadłszy w zamkniętą przestrzeń, której temperatura wynosić może tysiące stopni, zamieniłaby się na w parę z tak nagłą energją, iż żadna powłoka oprzećby się jej nie była w stanie.
Nie podlegało tedy wątpieniu, że wyspa zagrożona rozsypaniem się przerażającem a bliskiem, ma tylko tyle jeszcze trwania, co i krypta Dakkara. Nie było to już nawet kwestją miesięcy ani tygodni, ale dni, kto wie, godzin może.
Pierwszem uczuciem osadników była głęboka boleść. Nie pomyśleli nawet o niebezpieczeństwie, które wprost im samym zagrażało, — ale o zniszczeniu tego gruntu, kędy znaleźli schronienie, — tej wyspy, którą użyźnili, tej wyspy którą ukochali, którą chcieli kiedyś tak kwitnącą uczynić! Tyle trudów poniesionych bez pożytku, tyle prac straconych!
Pencroff nie mógł powstrzymać grubej łzy, która mu się stoczyła po twarzy, bynajmniej przez niego nie ukrywanej.
Rozmowa pociągnęła się jeszcze przez czas niejaki. Okoliczności korzystne, które osadnicy mogli jeszcze wyzyskać, poddano pod dyskusję. Koniec końcem jednak, uznano, że nie ma godziny do stracenia i że budowę i urządzenie wewnętrzne okrętu popchnąć należy z cudownym prawie pośpiechem, w tem bowiem, mieściła się obecnie jedyna nadzieja ocalenia dla mieszkańców wyspy Lincolna!
Wszystkie więc podniosły się ramiona. A zresztą na cóżby się przydało odtąd żąć, zbierać, polować, zwiększać zapasy w Granitowym Pałacu? To co zawierały jeszcze skład i spiżarnia, mogło wystarczyć nad miarę prawie, do zaopatrzenia okrętu we wszystkie potrzeby, chociażby na najdłuższą podróż! Chodziło więc tylko o to jedynie, aby mieć ów okręt do rozporządzenia, przed spełnieniem się nieuniknionej katastrofy.
Zabrano się więc na nowo do pracy z gorączkowym zapałem. Około 23. Stycznia okręt był już w trzech częściach ukończony. Dotychczas nie objawiła się żadna zmiana w szczycie wulkanu. Wciąż widać było nad nim wyziewy, dymy pomięszane z płomieniami i rozpalone kamienie wypryskujące z krateru. Ale w ciągu nocy z 23. na 24., nacisk law, które doszły już do poziomu pierwszego piętra wulkanu, zerwał stożek, tworzący kapelusz krateru. Straszliwy trzask dał się słyszeć. Osadnicy myśleli z początku, że wyspa się rozsypuje. Wypadli wszyscy z Pałacu Granitowego.
Było około drugiej nad ranem.
Niebo stało w ogniu. Wyższy stożek, masa kamienia wysoka na tysiąc stóp, a ważąca miljardy funtów, strącony został na grunt wyspy, która się zatrzęsła do głębi pod tym ciosem. Na szczęście stożek ten miał kierunek pochyły ku północy, i upadł na płaszczyznę piasków i dziurkowatych kamieni, rozciągającą się pomiędzy wulkanem a morzem. Krater, na ścież otwarty w tej chwili, rzucał ku niebu tak natężone światło, że przez samo tylko zjawisko odbicia, atmosfera zdawała się rozpaloną do czerwoności. Jednocześnie zaś potok law wzbierając u nowego szczytu staczał się w długich kaskadach, jak woda przelewająca się ze zbyt pełnego naczynia i tysiąc z nich ogni pełzło po stoku wulkanu.
— Do zagrody! do zagrody! — zawołał Ayrton.
W istocie, ku zagrodzie to kierowały się lawy, w skutek utworzenia się nowego krateru, a więc i żyźnym częściom wyspy, źródłom Czerwonego potoku, lasom jakamarowym zagrażało natychmiastowe zniszczenie.
Na okrzyk Ayrtona osadnicy rzucili się ku stajence onaggasów. Zaprzężono je do wózka. Wszyscy mieli jednę tylko myśl! Biedz do zagrody i uwolnić zamknięte w niej zwierzęta.
Przed trzecią rano jeszcze przybyli do zagrody. Straszliwe ryki wskazywały dostatecznie, jaka trwoga przejmowała barany dzikie i kozy. Już bowiem potok roztopionych materji i płynnych minerałów spływał ze ściany góry na łąkę i pożerał z tej strony palisadę. Ayrton otworzył gwałtownie bramę, a wówczas zwierzęta, obłąkane trwogą, rozsypały się na wszystkie strony.
W godzinę potem kipiąca lawa napełniała zagrodę, ulatniała wodę z małego strumyka, który ją przerzynał, zapalała dom mieszkalny, nakształt pochodni i pożerała wszystko aż do ostatniego kołka z ostrokołowego ogrodzenia. Z zagrody nie pozostało ani śladu!
Osadnicy chcieli walczyć przeciw temu wtargnięciu żywiołu, próbowali opierać się, ale było to rzeczą bezużyteczną i szaloną, człowiek bowiem bezsilny wobec podobnych wielkich kataklizmów.
Za nadejściem dnia 24. Czerwca, Cyrus Smith i towarzysze, przed powrotem jeszcze do Granitowego Pałacu, chcieli rozpoznać ściśle kierunek, którym się miał polać ten potop law. Ogólna pochyłość gruntu spływała od góry Franklina ku wschodniemu wybrzeżu — i należało się obawiać, ażeby pomimo gęstwy lasów jakamarowych, potop nie rozciągnął się aż do Wielkiej Terasy.
— Jezioro nas zasłoni — ozwał się Gedeon Spilett.
— I ja się tego spodziewam — odrzekł Cyrus Smith za całą odpowiedź.
Osadnicy chcieli się posunąć aż do płaszczyzny, na którą runął stożek wyspy góry Franklina, ale lawy już tamowały im drogę. Spływały one z jednej strony doliną Czerwonego potoku, z drugiej strony doliną potoku katarakty, zamieniając przy przejściu w parę te wody.
Nie było najmniejszej możności przedostać się przez ten potok — przeciwnie trzeba było z konieczności cofnąć się przed nim. Wulkan, z utraconym szczytem, był w tej chwili nie do poznania. Rodzaj płaskiej stolnicy stanowił obecnie jego szczyt, zastępując dawny krater. Dwie zapadliny, utworzone na krańcach jego południowym i wschodnim, wylewały bez przerwy lawę, tworząc tym sposobem dwa oddzielne prądy. Po nad nowym kraterem, chmura dymu i popiołów mięszała się z wyziewami powietrza nagromadzonemi nad wyspą. Potężne uderzenia piorunu rozgrzmiewały i spływały się z głuchym pomrukiem góry. Z paszczy wulkanu wylatywały rozpalone skaliska, a wzniosłszy się na więcej niż tysiąc stóp, pękały w chmurach, rozpryskując się jak strzał kartaczowy. Niebo odpowiadało błyskawicami wulkanicznemu wybuchowi.
Około siódmej rano, pozycja osadników stała się niepodobną do zniesienia. To też cofnęli się na kraj lasu jakamarowego. Nie tylko pociski poczęły sypać się w koło nich, ale i lawy, przelewając się z koryta Czerwonego potoku, groziły im odcięciem drogi do zagrody. Pierwsze szeregi drzew zajęły się płomieniem, a sok ich, nagle zamieniony w parę, rozsadzał je jak pukawki — podczas gdy inne znowu mniej wilgotne pozostawały nienaruszone w pośrodku powodzi ognistej.
Wreszcie osadnicy ruszyli znów drogą od zagrody. Szli powoli, cofając się niejako. Tymczasem w skutek pochyłości naturalnej gruntu, potok law gwałtownie spadał ku zachodowi i zaledwo spodnie warstwy cokolwieczek stwardniały, już nowe kipiące fale natychmiast pokrywały poprzednie.
Główny jednakże prąd od doliny Czerwonego potoku stawał się przedewszystkiem i z każdą chwilą groźniejszym. Cała ta część lasu stała w ogniu i olbrzymie kłęby dymu unosiły się nad drzewami, których pnie podgryzała lawa.
Osadnicy zatrzymali się w pobliżu jeziora, o pół mili od ujścia Czerwonego potoku. Tutaj się miała rozstrzygnąć dla nich kwestja śmierci lub życia.
Cyrus Smith zwykły do stawiania przed sobą jasno sytuacji ważnych, a przytem wiedząc, że mówi do ludzi zdolnych usłyszeć prawdę, bez względu jaka będzie, ozwał się w te słowa:
— Albo jezioro powstrzyma prąd lawy — a wówczas jedna część wyspy ocaloną zostanie od zupełnego zniszczenia, albo ten potok law zaleje lasy Zachodniej Ręki i ani jednej rośliny nie zostanie na całej powierzchni ziemi. Wówczas jedyną naszą perspektywą na tych ogołoconych skałach będzie śmierć, na którą wysadzenie wyspy w powietrze zbyt długo czekać nam nieda!
— A więc — zawołał Pencroff, zakładając ręce na krzyż i uderzając nogą w ziemię — nie ma co już robić około okrętu, nieprawdaż?
— Pencroffie — odrzekł Cyrus Smith — należy spełnić obowiązek aż do końca!
W tej chwili rzeka law, przebiwszy sobie przejście wśród tych pięknych drzew, które pożarła — doszła aż do granicy jeziora. Tu znajdowało się małe wzniesienie gruntu, które gdyby było troszkę tylko wyższe, kto wie, czyby nie wystarczyło do powstrzymania lawy.
— Do dzieła! — zawołał Cyrus Smith.
W mgnieniu oka wszyscy pojęli myśl inżyniera. Należało postawić tamę niejako temu potokowi i tym sposobem zmusić go do wlania się w jezioro.
Osadnicy rzucili się do warstatu. Wynieśli ztamtąd rydle, motyki, topory i za pomocą nasypów, oraz drzew ściętych, potrafili w kilka godzin wznieść tamę wysoką na stóp trzy, a na kilkaset kroków długą. Gdy skończyli, zdawało im się, że ledwo kilka minut pracowali!
A czas był skończyć! Materje płynne, jednocześnie prawie z chwilą ukończenia grobli, doszły do niższej części owego wzniesienia gruntu. Rzeka law wzdęła się jak prawdziwa rzeka w czasie największego przyboru, usiłująca wylać i zagroziła przesadzeniem jedynej przeszkody, nie dozwalającej jej wtargnąć i zająć całych lasów Zachodniej Ręki. Ale tama wystarczyła do powstrzymania ognistych nurtów i po kilku chwilach straszliwego zaiste wahania, cały potok stoczył się w jezioro kataraktą na dwadzieścia stóp wysoką.
Cóż to za widowisko było ta walka ognia z wodą. Jakież pióro zdołałoby opisać scenę tak pełną cudownej zgrozy — i jakiż pędzel ją oddać? Woda syczała ulatniając się przy zetknięciu z kipiącą lawą. Wyziewy, wznoszące się w powietrze, wirowały na niezmierzonej wyżynie, jak gdyby klapy ogromnego parowego kotła stanęły gdzieś nagle otworem. Jakkolwiek jednak znaczną była masa wody zawartej w jeziorze, musiała w końcu być pochłoniętą, ponieważ nie odnawiała się, gdy tymczasem potok law, zasilający się w niewyczerpanem źródle, toczył wciąż nowe fale roztopionych materyj.
Pierwsze lawy, które spadły w jezioro, zastygły natychmiast i skupiły się w wodzie, wystając jednak z niej. Po ich powierzchni przesunęły się nowe strumienie, które także skamieniały z kolei, ale już więcej posunęły się ku środkowi. Tym sposobem wytwarzała się powoli ławica, zagrażająca wypełnieniem jeziora, które nie mogło wylać, bo nadmiar jego wody wciąż uchodził w postaci wyziewów. Syki, szypienia i pryskania, rozdzierały powietrze ogłuszającym hałasem, a na ług zamienione i porwane wichrem wody, znowu w postaci deszczu spadały na morze. Ławica stężałych minerałów przedłużała się, prawdziwe bryły law gromadziły się jedne na drugich. Tam, gdzie rozciągały się niegdyś spokojne wody, obecnie widać było kupę dymiących skalisk, jak gdyby je ziemia w konwulsjach na wierzch wyrzuciła. Trzeba wystawić sobie owe wody wzburzone huraganem, a potem nagle stężone mrozem dwudziestostopniowym, ażeby mieć pojęcie, jak wyglądało jezioro w trzy godziny po wtargnięciu weń nieodpartego potoku.
Na ten raz woda miała uledz ogniowi.
Ta tylko okoliczność szczęśliwą była jeszcze dla osadników, że wylew lawy skierował się ku jeziorowi Granta. Zapewniało im to kilka dni bezpieczeństwa. Wielka Terasa, Pałac Granitowy i warstat na chwilę były zamknięte. Otóż tych kilku dni względnie swobodnych należało użyć na dokończenie budowy okrętu, obetkanie go i wylanie troskliwe smołą. Następnie spuścić go już można było na morze i szukać na nim schronienia, odkładając założenie masztów i ożaglowanie go na chwilę, gdy już spocznie w swoim żywiole. Przy obawie wysadzenia w powietrze, zagrażającego zniszczeniem całej wyspy, niepodobna już było pozostać na lądzie. Schronienie w Granitowym Pałacu, tak bezpieczne do tej pory, obecnie mogło lada chwila zwalić na mieszkańców granitowe mury swoje!
Przez sześć następnych dni, od 25. do 30. Stycznia, osadnicy pracowali nad okrętem o tyle, o ile to było w ludzkiej mocy. Spoczywali zaledwie kilka godzin, a blask płomieni wybuchających z krateru pozwalał im pozostawać przy robocie dniem i nocą. Wylew wulkaniczny trwał ciągle, chociaż z mniejszą obfitością. Szczęściem było to zmniejszenie wylewu, bo jezioro Granta przepełniło się już całkiem prawie i gdyby nowe lawy spłynęły na powierzchnię dawnych, musiałyby były przelać się na Wielką Terasę, a ztąd na wybrzeże.
Jeżeli jednak z tej strony wyspa była osłoniętą w części, nie tak dobrze się rzecz miała z jej wschodnią stroną.
Tam bowiem w istocie, drugi strumień law, toczący się doliną potoku katarakty, doliną szeroką i z brzegami niskimi po obu stronach potoku, nie znalazł żadnej przeszkody. Gorejący płyn potoczył się więc przez lasy Zachodniej Ręki. W tej porze roku, gdy żywice wysuszył skwar mocny, ogień objął w mgnieniu oka cały las i to w ten sposób, iż drzewa jednocześnie płonęły przy osadzie pnia i u najwyższych gałęzi, których powikłanie sprzyjało jeszcze rozszerzaniu się klęski. Owszem nawet zdawało się, że płomień u szczytu drzew rozprzestrzeniał się żywiej, aniżeli prąd law u ich podnóża.
I stało się wówczas, że zwierzęta opętane trwogą, dzikie i inne: jaguary, dziki, kabyjasy, opatrzone futrem czy pierzem, szukały schronienia w stronie Dziękczynnej i błota Tadornów, po za drogą wiodącą do Portu Balonowego. Ale osadnicy zbytnie byli zajęci swoją pracą, aby zwrócić uwagę nawet na najstraszliwsze zwierzęta. Zresztą oni sami opuścili Pałac Granitowy, nie chcieli nawet szukać ochrony w „Dymnikach,“ woląc obozować pod namiotem, w pobliżu ujścia Dziękczynnej.
Co dzień Cyrus Smith i Gedeon Spilett wchodzili na Wielką Terasę. Niekiedy towarzyszył im Harbert, nigdy zaś Pencroff, mający wstręt do widzenia wyspy pod nową postacią, przedstawiającą obraz tak straszliwego zniszczenia.
A było to w istocie rozpaczliwe widowisko. Cała część lesista wyspy znajdowała się obecnie w stanie zupełnego ogołocenia. Jedyny klomb zielonych drzew wznosił się jeszcze na krańcu półwyspu Wężowego. Tu i owdzie wykrzywiało się kilka zczerniałych i odartych z liści gałęzi. Miejsce, zajmowane niegdyś przez lasy, miało pozór jeszcze większego pustkowia, niż błota Tadornów. Tutaj lawy rozgościły się w zupełności. Gdzie niegdyś pyszniła się godna podziwienia zieloność, tam obecnie widać było tylko dzikie nagromadzenie brył wulkanicznych. Doliny potoku Katarakty i Dziękczynnej nie niosły już ani kropelki wody do morza, i osadnicy nie mieliby czem zaspokoić pragnienia, gdyby jezioro Granta wyschło było do szczętu. Na szczęście jednak kraniec jego południowy oszczędzonym został i utworzył rodzaj stawu, w którym się pomieściła reszta wody zdatnej do picia na wyspie. Ku północnemu zachodowi zarysowywały się ostro i szorstko kontury ścian wulkanu, tworząc jakoby szpon olbrzymi, zatopiony w powierzchnię ziemi. Jakież bolesne widowisko, co za przerażający obraz i ileż przedmiotów do żalu dla osadników, którzy z żyźnej siedziby, pokrytej lasami, zroszonej wodą, bogatej zbiorami, naraz znaleźli się przeniesionymi na ogołoconą skałę, kędy bez zapasów swoich, nie mieliby byli czem się nawet pożywić!
— Ależ to serce pęka! — ozwał się pewnego dnia Gedeon Spilett.
— O tak, Spilecie — odrzekł inżynier. — Oby tylko niebo dozwoliło nam czasu na skończenie okrętu, jedynego dziś naszego schronienia!
— Czy nie uważasz Cyrusie, że wulkan zdaje się uspokajać. Miota jeszcze lawy, ale mniej już obficie, jeżeli się nie mylę!
— Wszystko to jedno — odrzekł Cyrus Smith. — Ogień wciąż jednak pała we wnętrznościach góry, a może, kto wie, czy nie wpadnie w głąb jej lada chwila. Znajdujemy się w położeniu podróżnych, na okręcie pożeranym przez pożar, którego ugasić nie są w stanie i wiedzą, że prędzej czy później, dojdzie do składów prochu! Chodź, chodź, Spilecie, nie traćmy ani chwili!
Przez ośm dni jeszcze, to jest do 7. lutego, lawy nie przestawały się wylewać, utrzymując się jednakże we wskazanych powyżej granicach. Cyrus Smith obawiał się nadewszystko, ażeby płynne materje nie przelały się na wybrzeże, w takim razie bowiem warstatu budowy niepodobna byłoby uratować. Około tej epoki również osadnicy poczuli w rusztowaniu wyspy jakieś kołysania się i drżenia, które ich w najwyższym stopniu zaniepokoiły.
Nadszedł 20. lutego. Miesiąca trzeba było najmniej, ażeby okręt mógł być spuszczonym na morze. Czyż wyspa do tej pory wytrzyma? Zamiarem Pencroffa i Cyrusa Smitha było przystąpić do spuszczenia statku na morze, jak tylko pudło jego stanie się dostatecznie nieprzepuszczającem wody. Pokład, urządzenie wewnętrzne i ożaglowanie można było zostawić na później, najbardziej zaś palącą rzeczą było znaleźć co prędzej pewne schronienie na zewnątrz wyspy. Może nawet było stosowną rzeczą odprowadzić okręt aż do portu Balonowego, to znaczy o ile można najdalej od ogniska wybuchu, przy ujściu bowiem Dziękczynnej, pomiędzy wysepką a murem granitowym mógł być narażonym na zgruchotanie, w razie wstrząśnienia wyspy w podstawach. Wszystkie więc wysiłki osadników skoncentrowały się obecnie na dokończeniu pudła okrętu.
Tak doszli osadnicy do 3. marca i już mogli obliczyć, że spuszczenie okrętu nastąpi za jakie 12 dni.
Nadzieja więc powróciła do serc ich, nawiedzonych tyloma próbami w ciągu tego czwartego roku pobytu na wyspie Lincolna! Nawet Pencroff zdał się wychodzić nieco z ponurego milczenia, w jakie go pogrążyły ruina i zniszczenie ich siedliska. W danej chwili, co prawda, zajmował go tylko ten okręt, skupiający w sobie wszystkie ich nadzieje.
— Dokończymy go — mawiał do inżyniera — dokończymy panie Cyrusie, a czas już na to, bo dni mijają i wkrótce będziemy mieli już porównanie dnia z nocą. No!... jeżeli będzie potrzeba, to się zrobi przystanek przez całą zimę na wyspie Tabor! Ale wyspa Tabor po wyspie Lincolna!... Ach, dolaż moja! Czym mógł kiedy pomyśleć, że się czegoś podobnego doczekam!
— Spieszmy się! — odpowiadał mu zawsze na to i niezmiennie inżynier.
I robota paliła im się w rękach.
— Mój panie — zapytał Nab w kilka dni później — czy sądzisz, że gdyby kapitan Nemo żył jeszcze, zdarzyłoby się to wszystko?
— Niewątpliwie, Nabie — odrzekł inżynier.
— A ja, ja nie sądzę! — szepnął Pencroff do ucha Nabowi.
— Ani ja! — odrzekł najpoważniej Nab.
W pierwszym tygodniu marca góra Franklina poczęła być znowu groźną. Tysiące nici szklanych, powstałych z płynnych law, spadło jak ulewa na ziemię. Krater przepełnił się znowu materjami wrzącemi, które się polały po wszystkich stokach wulkanu. Potok ten spłynął po powierzchni stwardniałych tufów i dokonał zniszczenia chudych skieletów drzew, które się oparły pierwszemu wylewowi. Prąd rwący tym razem w kierunku południowo-zachodnim po wybrzeżu jeziora Granta przeszedł po za potok Glicerynowy i wtargnął na Wielką Terasę. Ostatni ten cios, zadany dziełu osadników, był straszliwy. Z młyna, budynków dla drobiu, ze stajen nic nie pozostało. Ptactwo spłoszone rozpierzchło się we wszystkich kierunkach. Top i Jow dawali oznaki największego przerażenia, instynkt ich ostrzegał o zbliżaniu się katastrofy. Znaczna ilość zwierząt na wyspie zginęła podczas pierwszego wylewu. Te, które go przeżyły, nie znalazły innego schronienia nad błota Tadornów, z wyjątkiem kilku, którym Wielka Terasa udzieliła schronienia. Ale i ten ostatni zakątek zamknął się dla nich nareszcie, i rzeka law, staczając się z grzbietu muru granitowego, poczęła strącać na wybrzeża swoje ogniste katarakty. Szczytna groza tego widowiska opisać się nie da. W nocy zdawało się, ze to Niagara roztopionego metalu, z wyziewami płonącemi u góry a kipiącemi masami u dołu!
Osadników przyparło w ostatniem ich schronieniu, chociaż więc wyższe składy pudła okrętu nie były jeszcze dobrze obetkane i zalane smołą postanowili spuścić je na morze!
Pencroff i Ayrton przystąpili tedy do odpowiednich przygotowań, a sama operacja miała nastąpić nazajutrz rano, 9. marca.
Ale w ciągu tej nocy z 8. na 9. marca, olbrzymi słup wyziewów, wydobywszy się z krateru, wzniósł się wśród przerażających wystrzałów więcej niż na trzy tysiące stóp w górę. Ściana pieczary Dakkara widocznie musiała ustąpić pod naciskiem gazów i morze wpadłszy przez komin główny w przepaść wyziewającą płomień, zamieniło się nagle w parę! Wybuch, który zapewne słychać było na setki mil wokoło, wstrząsnął warstwami powietrza. Kawały gór runęły w Ocean Spokojny i w kilka chwil fale morskie pokryły miejsce, gdzie niegdyś znajdowała się wyspa Lincolna!






ROZDZIAŁ XX.
(Osamotniona skała na Oceanie Spokojnym. — Ostatnie schronienie osadników wyspy Lincolna. — Śmierć w perspektywie. — Niespodziewany ratunek. — Dla czego i jakim sposobem przybywa? — Ostatnie dobrodziejstwo. — Wyspa na lądzie. — Grób kapitana Nemo.)

Skała osamotniona, długa na stóp trzydzieści a na piętnaście szeroka, wystająca z wody ledwo na dziesięć — oto jedyny punkt stały którego nie pokryły fale oceanu.
Tyle tylko pozostało z masy Granitowego Pałacu.
Mur runął, potem rozsypał się, a kilka skał większych skupiło się i utworzyło ten wystający punkt. Naokoło wszystko znikło w przepaści; stożek wyższy góry Franklina rozdarty wybuchem, szczęki lawowe zatoki Rekina, Wielka Terasa, wysepka Ocalenia, granity portu Balonowego, bazalty krypty Dakkara, długi półwysep Wężowy, chociaż tak oddalony od ogniska wybuchowego! Z wyspy Lincolna pozostała tylko ta skała wąska, obecne schronienie sześciu osadników i Topa.
Zwierzęta poginęły równie w katastrofie, tak ptaki jak i inni reprezentanci fauny na wyspie, wszystko zostało zgruchotane lub potopione, a i sam nawet Jow nieszczęśliwy znalazł zgon w jakiejś rozpadlinie.
Że Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff, Nab i Ayrton przeżyli nocną katastrofę, przypisać należy tej okoliczności, iż zebrani właśnie w tej chwili wszyscy pod namiotem, zrzuceni zostali w morze, gdy szczątki wyspy ze wszech stron sypały się ulewą.
Wypłynąwszy na powierzchnię ujrzeli niedalej jak o pół węzła tylko tę gromadę skał, na której, zbliżywszy się, wylądowali.
I na tej to nagiej skale żyli już od dziewięciu dni! Trochę zapasów żywności dobytych przed katastrofą ze składu w Pałacu Granitowym, trochę wody słodkiej która się po deszczu zebrała w wydrążeniu skały — oto było całe tych nieszczęśliwców mienie. Ostatnia ich nadzieja — okręt — poszedł w druzgi. Nie posiadali żadnego środka opuszczenia skały, na której się znajdowali. Nie mieli oni ani sposobu do wydobycia go. Przeznaczeniem ich było zginąć.
Tego dnia, 18. marca, pozostawało im ledwie konserw mięsnych na dwa dni, jakkolwiek poprzestawali tylko na zaspokojeniu najgwałtowniejszego głodu. Cała ich wiedza, cała inteligencja bezsilną była w tem położeniu. Los ich zależał jedynie od woli Boga.
Cyrus Smith okazywał zupełny spokój. Gedeon Spilett, bardziej nerwowy i Pencroff miotany gwałtownym a głuchym gniewem, biegali tam i napowrót po skale. Harbert nie opuszczał inżyniera i spoglądał nań, jakby żądając pomocy, której ten dać nie był w stanie. Nab i Arton zrezygnowali się już na swój los.
— O! nędzo! o nieszczęście!... — powtarzał po wielekroć Pencroff. — Gdybyśmy mieli choć łupinę z orzecha do przeprawienia się na wyspę Tabor! Ale nie, nie!
— Kapitan Nemo szczęśliwy że umarł! — ozwał się pewnego razu Nab.
Przez pięć dni następnych Cyrus Smith i nieszczęśliwi jego towarzysze żyli z największą oszczędnością, jedząc tylko tyle, aby nie umrzeć z głodu. Wycieńczenie ich dochodziło ostatnich granic, Harbert i Nab poczęli zdradzać pierwsze oznaki gorączki.
W takiem położeniu pozostawała im choćby iskierka nadziei? Nie! Jakaż przedstawiała się dla nich jedyna możność ratunku? Że okręt jaki przejdzie w pobliżu ich skały. Ale wiedzieli dobrze z doświadczenia, że okręty nie nawidzały nigdy tej części Oceanu Spokojnego. Mogliż liczyć na to, żeby przez zbieg okoliczności prawdziwie opatrznościowy yacht szkocki pojawił się właśnie w tej porze w celu zabrania Ayrtona z wyspy Tabor? Nie było w tem najmniejszego prawdopodobieństwa, a zresztą przypuściwszy nawet, żeby przybył, to ponieważ osadnicy nie mogli złożyć na wyspie Tabor zapisku, wskazującego zmianę zaszłą w położeniu Ayrtona, komendant yachtu po daremnem przeszukaniu wysepki popłynął by znowu na morze i skierował się ku okolicom pod niższą szerokością położonym. A więc nie! nie mogli mieć już najmniejszej nadziei ratunku, i śmierć przerażająca, śmierć z pragnienia i głodu oczekiwała ich tylko na tej skale. I już leżeli rozciągnięci na tej skale, bez sił, bez świadomości, co się w około nich dzieje. Tylko Ayrton, w potężnym wysiłku, unosił jeszcze głowę i rzucał zrozpaczonem okiem na to samotne, puste morze.
I oto, rano 24 marca, ręce Ayrtona wyciągnęły się w przestrzeń, podniósł się, najprzód na klęczkach, potem stanął i ręką zdawał się robić jakieś znaki...
Okręt zjawił się na widnokręgu wyspy. I okręt ten widocznie przebiegał morze nie bez planu. Gromada skał była mu celem, do którego dążył w prostej linji, dodając pary — i nasi nieszczęśliwi byliby go już od wielu godzin spostrzedz mogli, gdyby byli mieli dosyć sił do obserwowania widnokręgu.
Duncan — szepnął Ayrton i padł na dawne miejsce swoje bez ruchu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Skoro Cyrus Smith i towarzysze jego powrócili do przytomności, dzięki staraniom, któremi ich obsypano, ujrzeli się w komnacie parowca, nie mogąc pojąć jednak, jakim sposobem uszli śmierci.
Jedno słowo Ayrtona wystarczyło do objaśnienia im wszystkiego.
Duncan — szepnął.
Duncan — powtórzył Cyrus Smith.
I podnosząc dłonie ku niebu, zawołał:
— Ach! Wszechmogący Boże — a więc wolą twoją było nas uratować!
Byłto w samej rzeczy Duncan, yacht lorda Glenarvana, w danej chwili zostający pod wodzą Roberta, syna kapitana Granta, którego wysłano na wyspę Tabor, aby zabrał z niej Ayrtona i zwrócił mu ojczyznę po dwunastu latach pokuty!...
Osadnicy byli uratowani — i już na drodze do powrotu!
— Kapitanie Robercie — zapytał Cyrus Smith — któż to mógł podać ci myśl zwrócenia się o sto mil na północny wschód, po opuszczeniu wyspy Tabor, kędyś nie znalazł Ayrtona.
— Panie Smith — odrzekł Robert Grant — spieszyłem nietylko po Ayrtona ale po pana i po twoich towarzyszy!
— Po moich towarzyszy i po mnie?
— Niewątpliwie! Na wyspę Lincolna!
— Na wyspę Lincolna! — zawołali jednogłośnie Gedeon Spilett, Harbert, Nab i Pencroff w najwyższym stopniu zadziwieni.
— Zkądże pan znałeś wyspę Lincolna, kiedy jej nie ma na żadnej mapie?
— Dowiedziałem się o niej z zapisku, któryście pozostawili na wyspie Tabor — odrzekł Robert Grant.
— My — zapisek? — zawołał Gedeon Spilett.
— Bezwątpienia — oto ten właśnie — odpowiedział Robert Grant, podając im dokument, na którym była wskazana długość i szerokość położenia wyspy Lincolna „obecnego siedliska Ayrtona i pięciu amerykańskich osadników“.
— To kapitan Nemo!... — zawołał Cyrus Smith przeczytawszy dokument i poznawszy na nim tąż samą rękę, którą był napisany bilet znaleziony w zagrodzie!
— Ach! — zawołał Pencroff — więc to on używał naszego Bonawentury, on, który się odważył tam puścić aż na wyspę Tabor!...
— Dla złożenia tam tego zapisku! — dokończył Harbert.
— A więc miałem wszelką słuszność, mówiąc, że nawet z po za grobu, kapitan odda nam jeszcze ostatnią przysługę! — zawołał marynarz.
— Przyjaciele — ozwał się Cyrus Smith głęboko wzruszonym głosem — niechaj Bóg najwyższego miłosierdzia przyjmie duszę kapitana Nemo, naszego zbawcy!
Osadnicy odkryli głowy przy tych ostatnich słowach Cyrusa Smitha i w cichym szepcie powtórzyli imię kapitana.
W tej chwili Ayrton, zbliżywszy się do inżyniera, zapytał naturalnym tonem.
— Gdzie schować ten kufereczek?
Był to kufereczek z klejnotami, ocalony przez Ayrtona z narażeniem życia w chwili zapadnięcia się wyspy — skarb, który wszyscy mieli za stracony, a który Ayrton wiernie doręczał w tej chwili inżynierowi.
— Ayrtonie! Ayrtonie! — ozwał się doń Cyrus Smith z głębokiem wzruszeniem.
A potem zwróciwszy się do Roberta Granta.
— Panie — dodał — na miejscu winowajcy, odnajdujesz dzisiaj człowieka, którego pokuta odrodziła w uczciwości — tak, że dumny jestem, podając mu rękę.
Następnie wtajemniczono Roberta Granta w zadziwiające dzieje kapitana Nemo i osadników na wyspie Lincolna. Czego wysłuchawszy, i zanotowawszy pozycję owej skały, której od tej pory należało się miejsce na karcie Oceanu Spokojnego, Robert Grant rozkazał powiększyć siłę pary.
W piętnaście dni potem, osadnicy wylądowali w Ameryce i odnaleźli ojczyznę swoją uspokojoną po owej straszliwej wojnie, która się skończyła tryumfem sprawiedliwości i prawa.
Z bogactw zawartych w kufereczku, przekazanym w spadku przez kapitana Nemo osadnikom wyspy Lincolna, największa część użytą została na zakupno obszernej majętności w Stanie Jowa. Jedyną tylko perłę, najpiękniejszą, wyłączono z tego skarbu i przesłano lady Glenarvan, w imieniu sześciu powróconych ojczyźnie przez „Duncana“.
Tu w tej majętności, osadnicy powołali do pracy, to znaczy do majątku i szczęścia tych wszystkich, którym zamierzali ofiarować gościnność na wyspie Lincolna. Tu założona została obszerna osada, której nadano imię wyspy zapadłej w głąb Oceanu Spokojnego.
Znajdowała się tu rzeka, której nadano imię Dziękczynnej, góra, która przybrała nazwę Franklina, jeziorko ochrzczono jeziorem Granta, lasy nazwano lasami Zachodniej Ręki. Była to jak gdyby wyspa na stałym lądzie.
Tutaj pod inteligentną ręką inżyniera i jego towarzyszy wszystko się sporzyło. Ani jeden z dawniejszych osadników wyspy Lincolna nie usunął się, wszyscy bowiem przysięgli żyć zawsze razem. — Nab zawsze w pobliżu swego pana, Ayrton gotów do poświęcenia przy każdej sposobności — Pencroff jeszcze zaciętszy dzisiaj rolnik, niż kiedyś marynarz — Harbert, który ukończył studja swoje pod kierunkiem Cyrusa Smitha — i Gedeon Spilett, założyciel New Lincoln Herald’a, najlepiej poinformowanego na całym świecie dziennika.
Tutaj Cyrus Smith i jego towarzysze otrzymali kilkakrotnie odwidziny lorda i lady Glenarvan, kapitana Johna Mangles i jego żony, siostry Roberta Granta, a także samego Granta, majora Mac Nabbsa — tych wszystkich, którzy byli wmięszani w jakikolwiek bądź sposób w podwójną historię kapitana Granta i kapitana Nemo.
Tu nakoniec, żyli wszyscy szczęśliwie, połączeni obecnie, tak silnie jak niegdyś; ale nigdy nie mogli zapomnieć owej wyspy, na którą przybyli ubodzy i nadzy, tej wyspy, co przez cztery lata zaspakajała wszystkie ich potrzeby, a z której pozostał tylko kawał granitu bity przez wały spokojnego Oceanu — będący grobowcem człowieka, którego zwano niegdyś kapitanem Nemo!


KONIEC
trzeciej i ostatniej części „Wyspy Tajemniczej“.





  1. t. j. 46 metrów na sekundę albo 166 kilometrów na godzinę. (Przyp. autora.)
  2. Malstrom (Moskenstrom) na co nie ma wyrazu francuskiego, a tem mniej polskiego — są to prądy morskie na morzu północnem niedaleko wybrzeża Norwegji, rodzaj wirów, których się bardzo obawiają żeglarze. (Przyp. tłum.)
  3. Balon, jak wiadomo, pokryty jest cały siecią sznurową, służącą częścią dla wzmocnienia go, częścią zaś dla lepszego przymocowania łódki. Sznury tej sieci zbiegają się wszystkie do koła drewnianego obręcza, zwanego „równikiem“ i do spadających stamtąd końcow tychże przytwierdzona jest łódka balonowa. (Przyp. tłum.)
  4. Drąg żelazny do łupania kamieni.
  5. Dnia 3. kwietnia miasto Richmond popadło w moc jenerała Granta, powstanie separatystów zostało stłumione, jen. Lee cofnął się ku zachodowi a sprawa jedności amerykańskiej odniosła zwycięstwo i tryumf.
  6. Krzyż Południowy jest taką samą stałą konstelacją nad biegunem południowym, jak Mała Niedźwiedzica z gwiazdą polarną nad biegunem północnym. Przyp. tłum.
  7. Kurtyną nazywają przy twierdzach mur łączący ze sobą dwa bastjony. W tem znaczeniu użył autor tego wyrazu w tem porównaniu. (Przyp. tłum.)
  8. Gatunek roślin skrytopłciowych. (Prz. tłum.)
  9. Przypis własny Wikiźródeł Naprawiono błąd składu; w oryginale treść stron 59 i 60 zamieniona miejscami.
  10. Autor słynnej rozprawy o rybołowstwie. (Przyp. autora.)
  11. Ptactwo morskie, które najchętniej lata wśród największej burzy. (Przyp. autora.)
  12. Miara amerykańska wynosząca 0m, 9144 długości. (Przyp. autora.)
  13. Kozły skalne. (Przyp. tłum.)
  14. Bagna siarczane. (Przyp. tłóm.)
  15. Gatunek ziemi wulkanicznej. (Przyp. tłóm.)
  16. Gatunek myszy amerykańskich. (Przyp. tłum.)
  17. Wielkie jezioro na pograniczu Kanady i Zjednoczonych Stanów. (Przyp. tłum.)
  18. W samej rzeczy w owej porze roku i w owej szerokości słońce wschodziło o godz. 5 m. 33 z rana, a zachodziło o godz. 6 m. 17 z wieczora. (Przyp. autora.)
  19. Gatunek glinki chińskiej wchodzącej do składu porcelany. (Przyp. tłum.)
  20. Są to stopy angielskie, z których jedna wynosi 30 centymetrów. (Przyp. autora).
  21. Przypis własny Wikiźródeł Brak numeru rozdziału - ROZDZIAŁ XV.
  22. Jeden galon zawiera 4½ kwart naszych. (Przyp. tłum.)
  23. Gran waży 007 gramu.
  24. Garhard Mercator, geograf i kartograf, ur. w r. 1512 we Flandrji, wsławił się wprowadzonym po raz pierwszy i od jego imienia nazwanym układem (projekcją) głównie do map morskich. (Przyp. tłum.)
  25. Ozdoba architektoniczna kapitelu w kształcie śruby. (Przyp. tłum.)
  26. We francuskim oryginale stoi: singe, tak murarze francuzcy nazywają swych pomocników. Ukrywający się tu w tym wyrazie dowcipny dwuznacznik nie da się w polskiem wiernie odtworzyć. Przyp. tłum.
  27. Port w Stanie Zjednoczonym Nowojorskim.
  28. Quintal równa się centnarowi. Quintal métrique — 100 kilogr. (200 funt.) (Przyp. tłum.)
  29. Wypadki opowiedziane tutaj w krótkości, wyjęte są z dzieła znanego zapewne niejednemu z czytelników, pt. „Dzieci kapitana Granta.“ I tu, i później zauważają czytelnicy pewne różnice pod względem dat, lecz później dowiedzą się także, dla czego pierwotnie nie mogły być podane prawdziwe daty. (Przyp. wydawcy.)
  30. około 106 kilometrów na godzinę. Przyp. aut.
  31. Wyraz angielski, oznacza „czynny.“ „skrzętny.“
  32. Rodzaj węzła właściwego Pencroffowi i posiadającego tę wyższość, że nie tak rychło się zesuwał.
  33. Historja kapitana Nemo była w istocie ogłoszoną pod tytułem: „Dwadzieścia tysięcy mil pod morzem.“ Tutaj także należy powtórzyć ostrzeżenie, już raz umieszczone przy okoliczności przygód Ayrtona, co do niezgodności niektórych dat. Czytelnicy zechcą łaskawie zajrzeć do powyższego przypisku. (Przyp. autora.)
  34. Mowa tu o powstaniu Kandjotów, któremu istotnie w powyższych warunkach kapitan Nemo pomagał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.